Plast-Box kupuje Stark Partner Sp. z o.o.

Plast-Box, jeden z wiodących dostawców opakowań z tworzyw sztucznych w Europie, podpisał warunkową umowę zobowiązującą do nabycia 100% udziałów w polskiej spółce Stark Partner Sp. z o.o. specjalizującej się w produkcji opakowań dla branży spożywczej. Zarząd Plast-Box zakłada  dalsze działanie firmy z siedzibą w Urszulinie (Grodzisk Mazowiecki) pod Warszawą w niezmienionej formie organizacyjnej. 

Grzegorz Pawlak PTS Plast-Box S.A.
Grzegorz Pawlak Prezes Zarządu Plast-Box S.A.

Przejęcie Starka to ważny etap dla wzrostu i rozwoju naszej grupy. Spółka ta ma wypracowaną pozycję na rynku krajowym jako dostawca opakowań spożywczych. Jest to silna marka, która posiada innowacyjne produkty i rozwiązania dla przemysłu opakowaniowego. Potencjał jakim dysponuje w połączeniu z naszymi technologiami oraz sposobem zarządzania, może przynieść bardzo dobre rezultaty. – informuje Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

Stark Partner Sp. z o.o. produkuje szeroką gamę opakowań wykorzystując w procesie produkcji technologię termoformingu oraz wtrysku, jest również producentem folii polistyrenowej. Spółka oferuje swoje produkty dużym producentom sektora spożywczego w tym mleczarskiego. Blisko 95% przychodów ze sprzedaży produktów generowane jest w Polsce. Pozostałe 5% uzyskiwane jest z eksportu kierowanego między innymi do Słowenii, Litwy, Czech, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Grupa Plast-Box cały czas zwiększa swoją obecność na rozwijającym się rynku opakowań, gdzie aktualnie ponad 50% sprzedaży lokuje w branży spożywczej. Wskutek akwizycji, Plast-Box zyska większy zakres nowych kompetencji z sektora opakowaniowego, co umożliwi rozwój grupie. Ponadto włączenie Starka do działalności powinno przyczynić się do dalszego wzrostu sprzedaży oraz poprawy zysków i marż grupy.

Otwierają się przed nami nowe możliwości. Widzimy razem wiele wyjątkowych synergii i sposobów zbudowania dodatkowej wartości wynikającej z tej transakcji. Wprowadzenie Starka do grupy   zapewni nam dostęp do nowych rynków oraz da zasoby, które pozwolą rozszerzyć skalę i zasięg działania. Jest to krok w kierunku dalszej dywersyfikacji portfolio produktowego. Przy wykorzystaniu know-how jakim dysponują spółki grupy oraz dzięki konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju,  znacznie umocnimy naszą pozycję na rynku opakowań z tworzyw sztucznych. – skomentował prezes Pawlak.

Brexit – czarne chmury nad lotnictwem?

Choć liderzy państw unijnych poparli porozumienie z Wielką Brytanią, to umowę rozwodową czeka teraz trudna przeprawa przez parlament w Londynie. Przeciw ustalonym warunkom wypowiada się większość opcji politycznych, dlatego widmo brexitu bez porozumienia z Unią Europejską wciąż jest realne. Według ekspertów Skycop w takiej sytuacji jedną z najbardziej narażonych gałęzi rynku będzie lotnictwo, w którym współdziałanie między krajami jest ściśle uregulowane i brak umowy rozwodowej wprowadziłby chaos wśród przewoźników i pasażerów.

Mimo że mieszkańcy Wielkiej Brytanii wychodzą na ulice, aby zaprotestować przeciwko brexitowi, Wielka Brytania opuści UE 29 marca 2019 roku o 23:00 czasu lokalnego. Kilkanaście miesięcy negocjacji zaowocowało umową zaakceptowaną przez liderów państw unijnych. Przyjęte warunki nie wzbudzają jednak entuzjazmu i mogą zostać odrzucone w Izbie Gmin. Jeśli brytyjscy posłowie nie przyjmą porozumienia, to na cztery miesiące przed ustaloną datą wyjścia, Wielka Brytania i UE wrócą do początkowego położenia, a wypracowanie nowej umowy będzie bardzo trudne.

Brexit bez umowy rozwodowej miałby ogromny wpływ na wiele dziedzin. Jedną z największych niewiadomych pozostają podróże lotnicze. Jeśli nie uda się osiągnąć porozumienia, Wielka Brytania stanie się krajem trzecim o zamkniętych granicach. Loty z Wielkiej Brytanii nie mogłyby lądować w portach lotniczych UE, chyba że będą zawarte umowy dwustronne, decyzja Komisji Europejskiej lub tymczasowe krajowe zezwolenia na transport lotniczy. Niektórzy sądzą, że loty po brexicie bez porozumienia podlegałyby ICAO prawu lotniczemu, które, m.in. pozwala statkom powietrznym latać przez terytorium któregokolwiek z państw bez lądowania. Niestety, nie jest jasne, czy swobody ICAO miałyby w tym przypadku zastosowanie, istnieje więc możliwość, że loty z Wielkiej Brytanii nie byłyby wykonywane do czasu wypracowania porozumień.

Wieczorem 29 marca 2019 r. odbędzie się 10 lotów tzw. „Kopciuszków” – samoloty wystartują z pięciu brytyjskich portów lotniczych, podczas gdy Wielka Brytania będzie jeszcze członkiem UE i wylądują już po brexicie. Pasażerowie przybędą już jako obywatele krajów trzecich, będą musieli przejść przez kontrole celne i mogą nawet potrzebować wiz do swoich krajów docelowych.

Linie lotnicze sprzedają bilety lotnicze z rocznym wyprzedzeniem, więc mają czas na przygotowanie się na najgorszy scenariusz. Thomas Cook Airlines zaktualizował swoje zasady i warunki, odnosząc się do brexitu bez porozumienia, jako jednej z sytuacji, których nie może kontrolować, podobnie jak „niepokojów społecznych lub wydarzeń wynikających z niestabilności politycznej”. Ryanair z kolei oświadczył, że „hard brexit” może uziemić loty do i z Wielkiej Brytanii nawet na trzy tygodnie.

No-deal brexit miałby kluczowe konsekwencje nie tylko dla lotnictwa, ale również dla całej branży turystycznej. Dopóki nie zostaną zawarte dwustronne umowy między krajami, turystyka do i z Wielkiej Brytanii może popaść w stagnację. Statystyki z 2016 r. pokazują, że 70% turystów odwiedzających Londyn pochodzi z krajów UE. Po brexicie turyści ci mogą mieć większe trudności z podróżowaniem do Wielkiej Brytanii. Ucierpiałaby również turystyka wyjazdowa, ponieważ w 2017 r. mieszkańcy Wielkiej Brytanii odbyli łącznie 72,8 mln podróży zagranicznych, w tym 15,8 mln do Hiszpanii, w której mieszka wielu brytyjskich emerytów.

Eksperci Skycop zwracają również uwagę, że po brexicie Wielka Brytania nie będzie już musiała przestrzegać rozporządzenia UE nr 261/2004, które zostało opracowane w celu ochrony praw pasażerów linii lotniczych. Nadal nie jest jasne, czy Wielka Brytania opracuje własną wersję rozporządzenia, czy też zrezygnuje z niego w całości, pozostawiając pasażerów bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa w przypadku odwołanych lub znacznie opóźnionych lotów.

Inwestorzy czekają na głosowanie w brytyjskim parlamencie

Zmiany sentymentu, silne ruchy na rynkach finansowych oraz informacje polityczne w ostatnim czasie determinowały ruchy walut. Mimo wzrostu ryzyka, złoty pozostawał względnie stabilny. Co czeka nas w najbliższych dniach?

Ze względu na brak przełomowych informacji, jak i z uwagi na amerykańskie Święto Dziękczynienia, rynek walutowy w minionym tygodniu w istotny sposób reagował przede wszystkim na zmiany sentymentu do ryzyka. W związku ze spadkiem cen ropy naftowej najgłębszej wyprzedaży na przestrzeni ostatnich kilku dni doświadczyły waluty surowcowe, czyli m.in. dolar australijski i nowozelandzki, oraz korona norweska. Natomiast USD umocnił się względem niemal każdej waluty G10, z wyłączeniem tych uznawanych za bezpieczne, czyli jena japońskiego oraz franka szwajcarskiego. Spadek cen surowców istotnie wpłynął na sytuację krajów emerging markets – w tym krótkim okresie aktywa importującej ropę naftową Turcji radziły sobie lepiej niż większości eksportujących krajów Ameryki Południowej.

W najbliższym czasie wahania na rynku walutowym będą w istotnym stopniu uzależnione od zmian o charakterze politycznym. Najważniejsza będzie debata w brytyjskim parlamencie, która zakończy się głosowaniem nad uzgodnionym przez premier May jak i decydentów Unii Europejskiej tekstem umowy ws. Brexitu. Nie bez znaczenia będzie również szczyt G10 (który odbędzie się w następny weekend) oraz rozwój sytuacji na linii Włochy-Komisja Europejska w związku z nadmiernym deficytem planowanym we włoskim budżecie.

PLN                                        

Polski złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się w relacji do euro, jednocześnie zakończył tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z dolarem amerykańskim i funtem brytyjskim.

Praktycznie wszystkie ostatnie dane z polskiej gospodarki zaskakiwały na plus. Szczególnie cieszy powrót do wyższych wartości dynamiki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, który sugeruje, że polska gospodarka z siłą weszła w czwarty kwartał. „Minutki” z ostatniego spotkania RPP wyróżniały się na tle poprzednich podsumowań tym, iż po raz pierwszy od kilku lat jeden z członków zawnioskował o podwyżkę stóp procentowych argumentując to istotnym wzrostem prognozowanej dynamiki cen. Odosobniony wniosek został jednak odrzucony i raczej mało prawdopodobne, żeby miał pociągnąć za sobą istotny zwrot w oczekiwaniach członków RPP.

Na przestrzeni najbliższych kilku dni opublikowanych zostanie kilka istotnych odczytów makroekonomicznych z Polski. W tym tygodniu oprócz poniedziałkowych szacunków stopy bezrobocia w październiku poznamy w piątek wstępne dane o inflacji CPI w listopadzie i szczegółowe dane o dynamice PKB w III kwartale br.

GBP

Jakiekolwiek dane makroekonomiczne w nadchodzącym tygodniu prawdopodobnie będą dość nieistotne w obliczu perspektywy rozwiązania kwestii Brexitu. Przedstawiciele Unii Europejskiej wspólnie z premier May ustalili ostateczną wersję tekstu porozumienia – w tym momencie ciężar Brexitu spoczywa na barkach brytyjskiego parlamentu. Szacunki bukmacherów sugerują, że nieco bardziej prawdopodobne jest odrzucenie zaproponowanego porozumienia w brytyjskim parlamencie, jednak różnica szans w przypadku obu scenariuszy jest dość niewielka. Szterling dość spokojnie reagował na ostatnie informacje nt. akceptacji porozumienia przez pozostałe kraje UE – przed głosowaniem w parlamencie nic nie jest tak naprawdę przesądzone. W związku z ogromną wagą nadchodzącego głosowania w parlamencie, w najbliższych tygodniach wahania funta będą prawdopodobnie zależały od kształtowania się preferencji brytyjskich posłów względem porozumienia.

EUR

W minionym tygodniu euro nie było poddane znaczącemu osłabieniu względem dolara amerykańskiego. Zważywszy na dość słabe dane makroekonomiczne płynące z bloku walutowego, było to nie lada osiągnięcie. Indeksy PMI pokazujące zmiany aktywności biznesowej po raz kolejny spadły. Zbiorczy indeks, czyli średnia ważona wskaźników dla sektora usług i sektora przemysłu, osiągnął wartość 52,4 i znalazł się na najniższym poziomie niemal od czterech lat. To poziom, która nadal oznacza ekspansję, niemniej utrzymujący trend spadkowy wyraźnie niepokoi. Może to oznaczać – zwłaszcza zważając na brak istotnego wzrostu dynamiki cen we wspólnym bloku – że Europejski Bank Centralny zdecyduje się na odroczenie pierwszej podwyżki stóp procentowych w strefie euro. Jeżeli najbliższe tygodnie nie przyniosą wyraźnej poprawy sytuacji makroekonomicznej w strefie euro będziemy zmuszeni do odsunięcia w czasie oczekiwań względem podwyżki stóp, jak i do obniżenia prognoz kursu EUR/USD.

USD

Ze względu na Święto Dziękczynienia obchodzone w ostatnim tygodniu w USA, kurs dolara amerykańskiego zależał w większości od czynników zewnętrznych. Ogólny wzrost niepokoju w ostatnim tygodniu pozwolił na umocnienie USD. Bieżący tydzień może zakończyć się w inny sposób. Najistotniejszym wydarzeniem dla rynku walutowego będzie opublikowanie „minutek” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej. Rynki finansowe są mniej pewne przyszłych decyzji ze strony FOMC i obecnie oczekują jednej podwyżki stóp procentowych – „minutki” mogą pokazać, czy niższe oczekiwania są uzasadnione przez zmianę w retoryce ze strony decydentów.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Marketplace’y trendem na 2019 rok

Rewolucja w sektorze handlowym trwa w najlepsze. Choć jej początek przypada na okres upowszechnienia się internetu to obecnie jesteśmy świadkami kolejnych, narastających zmian w zachowaniach i przyzwyczajeniach konsumentów. To właśnie one wymuszają na sprzedawcach wykorzystanie nowych platform i narzędzi zakupowych. W tym czasie nieocenioną pomocą dla przedsiębiorców okazują się marketplace’y.

Przez lata konsumenci postępowali jednakowo, dokonując zakupów w  sklepach i sklepikach znajdujących się w najbliższej okolicy. Ten schemat to już przeszłość. Dostęp do internetu sprawił, że zakupy przestały być ograniczone czasem czy miejscem. To, dla sektora handlowego, stanowiło ogromne wyzwanie. Konsumenci bowiem zaczęli poszukiwać w sieci miejsc, w których wygodnie i szybko znajdą interesujący ich produkt, porównają z innym i dokonają zakupu. Aby zminimalizować liczbę przeglądanych stron i zwiększyć trafność wyszukiwań użytkowników – powstały marketplace’y.

Obce słowo, znane korzyści

Marketplace w języku polskim nie ma jednoznacznej definicji i bardzo często pojawia się dychotomia w rozumieniu znaczenia tego słowa. Po pierwsze: marketplace to narzędzie internetowe, które daje właścicielom przedsiębiorstw dodatkową przestrzeń sprzedażową on-line wspieraną przez liczne działania reklamowe i wizerunkowe m.in. w social media. Po drugie: marketplace to platforma zrzeszająca podmioty sprzedające, pochodzące z jednej branży lub kategorii tak, jak np. Domodi.pl czy Allani.pl [fashion] oraz Homebook.pl [home&decor], a jej zadaniem jest przeniesienieu ruchu na podstronę klienta. Portal EcommerceNews.eu szacuje, że do 2020 będą one generować aż 39% udziałów sprzedaży on-line. Co pokazuje, że jest to narzędzie trendujące i będzie wykorzystywane sukcesywnie przez przedsiębiorców jak i samych konsumentów.

Marketplace: dlaczego warto?

Za połączeniem marek z marketplace’ami przemawia wiele korzyści, których platformy dostarczają swoim partnerom. Nasze obserwacje oparliśmy na działaniu wspomnianych już powyżej serwisów, czyli Domodi.pl, Allani.pl i Homebook.pl. Choć są z różnych branż, to mają tożsamy schemat działania oraz narzędzia wspierające sprzedaż. Co do nich należy i jakie profity generują?

  1. Wysokie zasięgi działań online widoczne są przede wszystkim w liczbie odsłon generowanych przez marketplace’y. Tylko w 2017 roku ich średnia liczba odsłon w miesiącu wynosiła odpowiednio:  na Homebook.pl: 8,7mln, na Allani.pl: 7,9 mln oraz na Domodi.pl: 14,6 mln. Odwiedziny, liczone w milionach, niejednokrotnie przełożyły się na sukcesy sprzedażowe obecnych na marketplace’ach marek i firm.
  2. Produkty dopasowane do kategorii. Marketplace’y fashion skupiają w sobie ponad 400 tys. produktów, które przyporządkowane są dokładnie do swoich kategorii, na samym Domodi i Allani szacuje się ich 989. Na rynku home&decor analogiczny portal Homebook.pl przedstawia 500 tys. produktów w 989 kategoriach. Pozwala to na precyzyjne dopasowanie ich do potrzeb klienta i skrócenie drogi do zakupu.
  3. Obserwacja trendów i zmian na rynku. To zespół ekspertów odpowiada za optymalizację i pozyskanie wartościowego ruchu dla sklepów partnerskich. Zajmuje się on także mapowaniem i doborem kanałów komunikacji i promowanego na nich asortymentu. Zespół składa się ze specjalistów i ekspertów, którzy niejednokrotnie pełnią rolę edukacyjną. Dedykowane promocje oparte o kalendarz sprzedażowy oraz personalizacja reklam i usług to klucz do preferencji konsumentów, który doskonale poznały marketplace’y.
  4. Wielokanałowe wsparcie. Marketplace to nie tylko strona www. To także towarzyszące jej: remarketing, marketing video, działania PR czy wsparcie w social media. Te ostatnie są obecnie najchętniej wykorzystywane przez użytkowników. Według badania przeprowadzonego przez pwc[1] 58% osób szuka inspiracji przed zakupem. Sam portal Instagram to niezastąpiona baza stylizacji i pomysłów na wnętrza. Potwierdza to aktywność użytkowników Facebooków Domodi.pl, Allani.pl oraz Homebook.pl, które w sumie zgromadziły już ponad 9,4 mln zaangażowanych fanów.
  5. Szeroka grupa docelowa, do której docierają marketplace’y, pozwala na przedstawienie oferty sklepów partnerskich nowym, potencjalnie zainteresowany odbiorcom. Przeważnie na takiej platformie spotkać można cały przekrój użytkowników obecnych on-line. Kobiety i mężczyźni w wieku od 16 do 65 roku stanowią grupę, która w przeróżnych korelacjach, miejscach zamieszkania i preferencjach regularnie poszukuje produktów w sieci. Najaktywniejsza z nich to 25-34.

[1] pwc: “Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu” https://www.pwc.pl/pl/pdf/polacy-na-zakupach-raport-pwc-2018.pdf

Czy wellbeing będzie wiodącym trendem HR w 2019 roku?

Największym wyzwaniem HR pozostaje takie wdrażanie zmian stylu pracy w całej organizacji, aby osiągnąć wzrost produktywności. Badanie „Praca, moc, energia w polskich firmach”, przeprowadzone przez Human Power, udowodniło, że wellbeing może na ten proces mieć istotny wpływ.

Ponad 1/3 firm na świecie posiada długofalowe strategie wellbeingowe, a 80 proc. aspiruje do ich kreowania i inwestowania, uznając je za jeden z kluczowych elementów budowania zaangażowania pracowników. Firmy, które wdrożyły już strategie w obszarze wellbeingu, obserwują ich silne oddziaływanie również na budowanie pozytywnego wizerunku, rekrutację, obniżenie rotacji, wzrost poziomu ogólnego dobrostanu pracowników i ich… produktywności.

Badanie Aon Global Employee Experience Measurement Research pokazało, że sytuacja w Polsce wygląda zgoła inaczej: obecnie tylko 7 proc. organizacji pracuje nad programami w obszarze zdrowia, czy szeroko pojętego wellbeingu pracowników, a plany w tym zakresie w kolejnych pięciu latach ma jednie 12 proc. organizacji. O produktywności mówi się raczej w kategoriach optymalizacji procesów i nie łączy się tego zagadnienia z obniżonym poziomem stresu, czy ogólnym dobrostanem pracowników.[1]

Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power
Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power

Tymczasem zrealizowane przez Human Power badanie „Praca, moc, energia w polskich firmach” wykazało, że znacznie ponad połowa pracowników często odczuwa zniechęcenie, irytację, strach i niepokój, nie wykonuje zadań, które sprawiają im satysfakcję i radość, a także nie do końca zna sens i cel swoich obowiązków służbowych. Jednak w polskich firmach stres, wypalenie, czy niska efektywność są niezwykle rzadko przedmiotem narad i analiz na szczeblu zarządczym. – W szeregach HR brakuje osób, które potrafiłyby wskazać obszary wpływające na dobre samopoczucie pracowników, podać miary takiego wpływu, a następnie miałyby moc sprawczą do realizacji odpowiednich programów naprawczych – zwraca uwagę Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power i autorka badania. – Również wśród kadry zarządzającej brakuje świadomości wpływu dobrego samopoczucia pracowników na ich produktywność i tym samym konkurencyjność całej organizacji. Eksperci od wellbeingu wciąż muszą edukować w zakresie holistycznego podejścia do tego zagadnienia i wskazywać konkretne mierniki zwrotu z inwestycji.

Wellbeing to nie tylko szkolenia z radzenia sobie ze stresem, akcje sportowe, czy badania profilaktyczne, ale konkretne rozwiązania strategiczne, które powodują w organizacji realną zmianę. – Powinniśmy wspierać ludzi w produktywnej pracy, a z pewnością zobaczymy ich zaangażowanie i dobre samopoczucie, które przełożą się na inne mierzalne wskaźniki – dodaje Małgorzata Czernecka.

Tymczasem z badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” wynika, że blisko 40 proc. ankietowanych uważa, że organizacja pracy w firmie nie pozwala im na efektywną pracę. 1/3 krytycznie ocenia własny styl pracy, w szczególności wielozadaniowość i ciągłe (średnio 8 razy w ciągu godziny!) odrywanie się od zadań, by odebrać telefon, sprawdzić maila, czy odpowiedzieć na pytanie współpracownika.

Dzisiaj, w dobie rosnącej presji ze strony technologii, pracodawcy powinni kłaść nacisk na produktywność i efektywność również w tych obszarach, gdzie niezbędna jest kreatywność, twórcze myślenie, czy współpraca w grupie. Bez tego nie możemy mówić o kompetencjach przyszłości, kluczowych w kontekście cyfryzacji i robotyzacji. Dlatego programy rozwojowe powinny zawierać elementy takie jak zarządzanie własną energią czy własną efektywnością – na poziomie fizycznym, emocjonalnym, czy mentalnym.

Czy zatem wellbeing pracowników wpływa na ich produktywność? Czy też zależność działa w obie strony i również wysoka efektywność i satysfakcja z wykonywanych zadań prowadzą do dobrego samopoczucia pracowników? Oceniam, że zagadnienia te będą kluczowe w pracy działów HR w 2019 roku – podsumowuje Małgorzata Czernecka.

O badaniu:

Badanie „Praca, Moc, Energia w polskich firmach. Sześć obszarów, które wpływają na efektywność organizacji” realizowane jest we współpracy z Aon, Kinnarps Polska, Dailyfruits, Benefit Systems, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Leona Koźmińskiego. Ankieta dystrybuowana jest wśród pracowników i kadry zarządzającej dużych przedsiębiorstw w Polsce W tegorocznej edycji wzięły udział 2322 osoby, w tym 646 przedstawicieli kadry kierowniczej i 1676 pracowników na innych stanowiskach.

[1] Patrz: http://www.aon.com/poland/hr/raporty/raport_engagement.jsp (dostęp: 26.10.2018).

Deloitte: W Polsce jest nadal zbyt mało mieszkań

W Polsce w 2017 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wyniosła 1 847 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 16,5 tys. euro, a w Paryżu – 10,7 tys. euro.

Jak wynika z siódmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Affordable vs. Luxury Living” deweloperzy w całej Europie muszą brać pod uwagę zmieniającą się sytuację demograficzną, w tym rosnący udział pokolenia.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w czternastu krajach Unii Europejskiej. – Postępująca globalizacja, przepływ kapitału i siły roboczej oraz t zmiany demograficzne kształtują dzisiaj rynek nieruchomości. Młodzi ludzie, czyli millenialsi, w przeciwieństwie do swoich rodziców, nie są już skłonni do zaciągania wieloletnich zobowiązań finansowych na zakup własnego M4. W zamian poszukują nowych, bardziej elastycznych form zamieszkania w duchu ekonomii współdzielenia, ale za to w atrakcyjnych dla siebie lokalizacjach. To z kolei musi wpływać na ofertę developerów. – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Zespołu ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Większa mobilność pracowników i wysokie ceny kupna nieruchomości mają duży wpływ na rosnący udział w rynku mieszkań na wynajmem. Z drugiej strony deweloperzy, wychodząc naprzeciw potrzebom klientów, stawiają na coraz bardziej zindywidualizowane i luksusowe projekty, które są w stanie zaspokoić najbardziej wymagające gusta – dodaje. Należy się więc spodziewać, że rynek nieruchomości luksusowych będzie rósł.

Warszawa coraz droższa

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (16,5 tys. euro za m2) i centralnymi dzielnicami Paryża (10,7 tys. euro za m2), znalazło się Monachium z ceną 7,5 tys. euro za m2. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w dwóch węgierskich miastach Debreczynie (1 080 euro za m2) i Győr (1 142 euro za m2).
W porównaniu z 2016 rokiem cena metra kwadratowego w Warszawie wzrosła średnio o 6,8 proc. i wynosi 1 847 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 592 euro za m2 ), Wrocławia (1 515 euro za m2) oraz Łodzi (1 186 euro za m2).

Spośród stolic w regionie Europy Środkowej najdroższa jest Praga, gdzie zakup mieszkania to koszt rzędu 2 587 euro za m2. Najtaniej natomiast jest w Budapeszcie (1 643 euro za m2) iw Rydze (1 621 euro za m2).

Największy wzrost spośród europejskich stolic, bo aż o 17 proc. odnotował Madryt. Na przeciwległym biegunie znalazły się centralne dzielnice Paryża, gdzie ceny spadły średnio o 13,6 proc.

W ubiegłym roku w Polsce ponownie zanotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań. W sześciu największych aglomeracjach sprzedano ich 72,8 tys. czyli o 15 proc. więcej niż 2016 roku. – Wysoki popyt był wynikiem ciągłego wzrostu polskiej gospodarki, w tym bardzo niskiej stopy bezrobocia, rosnących wynagrodzeń oraz stabilnych i niskich stóp procentowych – wyjaśnia Maciej Krasoń.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Za wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu czy Paryża zapłacimy powyżej 26 euro miesięcznie. Warszawa z 14,8 euro za metr kwadratowy mieści się pośrodku przedziału rynkowego. We Wrocławiu jest to 11,1 euro, Krakowie 8,7 euro, a w Łodzi 7,8 euro. Najtaniej wynająć mieszkanie można w czeskiej Ostrawie. W tym mieście miesięczny wynajem to koszt średnio 6 euro za metr kwadratowy.

Ceny mieszkań w Polsce rosną

Ceny nieruchomości w Warszawie plasują się na poziomie 140 proc. średniej ceny mieszkań w Polsce. Największe różnice w tym obszarze są widoczne w centralnych dzielnicach Londynu, w których ceny mieszkań to 376 proc. średniej ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii. W przypadku Paryża i Francji wskaźnik ten wynosi 261 proc. Z kolei w czeskiej Ostrawie ceny mieszkań stanowią średnio 60 proc. w stosunku do średniej ceny metra kwadratowego w Czechach.

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech. Najdrożej jest za to w Wielkiej Brytanii i Francji gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio prawie cztery razy więcej. Oprócz Polski najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Niemczech (9,6 proc.), Czechach (8,4 proc.) oraz Danii ( 5,9 proc.). Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o5 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta.

– Wzrost cen mieszkań w Polsce jest rezultatem silnego popytu i cały czas relatywnie niskiej podaży w ostatnich latach. Nie bez znaczenia były także wdrożone wcześniej programy rządowe „MdM” (Mieszkanie dla Młodych), obecnie zastąpiony przez „Mieszkanie Plus” oraz „Rodzina 500+”, który wpłynął na wzrost siły nabywczej ludności – mówi Marta Jurek, Menedżer w Dziale Audit & Assurance Deloitte, rzeczoznawca majątkowy w Zespole ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce.

Na 1000 mieszkańców przypada jedynie 376 mieszkań

W roku 2017 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 489,4 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Największymi zasobami może pochwalić się Hiszpania (549,7). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, gdzie wskaźnik ten wynosi 376 mieszkań na tysiąc mieszkańców. W całej Unii Europejskiej jest do dyspozycji 249,7 mln mieszkań, z czego 14,5 mln przypada na Polskę.

W 2017 roku średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wyniosła dla krajów UE3,2). Podobna wartość dotyczy analizowanych w raporcie państw. Krajem, w którym do użytku oddano najwięcej mieszkań jest Francja (7,4 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano na Łotwie (0,8 mieszkań na tysiąc mieszkańców). Polska z wynikiem 4,6 jest powyżej średniej unijnej, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 178,5 tys. nowych mieszkań.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,4 (rok wcześniej 4,5). W tej kategorii przoduje Austria (8,6) a najniższy wskaźnik zanotowały Włochy (0,9).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Belgowie, których już po trzech latach i siedmiu miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Czech muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie. Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do PKB. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (22,4 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., W przypadku naszego kraju jest to poziom 35,8 proc. Najwyższe zadłużenie, blisko 200 proc., zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

W jakich krajach można liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2017 roku była to Portugalia, gdzie kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polski było to średnio 4,6 proc. Z najwyższym oprocentowaniem w wysokości 4,9 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

Wojciech Ratajczyk: Zmiany w prawie to czas na przemyślenia strategii zatrudnienia

Z końcem listopada 2018 roku, upływa 18-miesięczny limit długości zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. To już ostatni dzwonek na podejmowanie przez przedsiębiorców decyzji o przyszłości pracowników, których dotyczą te ograniczenia i jak najefektywniej zapewnić ciągłość działalności firmy. Czy jest jedno dobre rozwiązanie?

Rewolucji nie będzie

Ograniczenia długości zatrudnienia pracowników tymczasowych do 18-miesięcznego limitu, przy rynku kandydata (bezrobocie na poziomie ok. 5%), to kolejny problem, który spędza sen z powiek niejednego przedsiębiorcy w Polsce. Czy wprowadzenie limitów zmieni drastycznie sytuację na rynku pracy tymczasowej w Polsce?

Rewolucji nie będzie, bo ta forma zatrudnienia była i będzie potrzebna. Rynek sam wymusza elastyczność. Praca tymczasowa dla wielu firm jest jedynym rozwiązaniem na utrzymanie konkurencyjności, niezależnie od tego czy mówimy o sezonowości branży, czy też gotowości na zwiększenie produkcji pod nowe atrakcyjne zlecenie z krótkim terminem realizacji. Elastyczne formy zatrudnienia nie są też w Polsce aż tak popularne, jak na Zachodzie. Odsetek pełnych etatów wypracowanych przez pracowników tymczasowych do ogółu zatrudnionych w Polsce wynosi 1,2%. Dla porównania, w Holandii, która ma również bardzo niski poziom bezrobocia, stanowi 3,3%. Średnia w Unii Europejskiej to 1,9%.

Problem jest jednak głębszy i dotyczy rotacji pracowników oraz malejącej z kwartału na kwartał liczby pracowników tymczasowych[1].

Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR
Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR

Największym problemem dzisiejszego rynku nie jest jednak 18-miesięczne ograniczenie pracy tymczasowej, ale to, że mamy olbrzymią rotację wśród pracowników.  Chociaż presja płacowa zmalała i szeroko pojęty biznes przestał konkurować płacami, to nadal pracownik jest skłonny zmienić pracodawcę za przysłowiową złotówkę więcej. Rynek kandydata powoduje, że utrzymanie pracownika przez 18 miesięcy już jest sukcesem. Kandydaci również przykładają coraz większą wagę do opinii jaką mogą pochwalić się pracodawcy na lokalnych rynkach pracy. – zaznacza Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR.

Pracownicy z Ukrainy ratują nasz rynek pracy, ale może to długo nie potrwać. Niemiecki rząd chce szerzej otworzyć swój rynek pracy dla osób spoza UE, a Czechy już podwoiły limit zezwoleń na pracę do 20 tys.

Złota recepta dla przedsiębiorcy

Duża rotacja na rynku pracy i braki kadrowe sprawiły, że nowelizacja ustawy nie powinna być dla przedsiębiorców aż takim szokiem. Stawia ich jednak w niekomfortowej sytuacji, przed koniecznością podjęcia decyzji, jakie działania reorganizacyjne należy wdrożyć, aby sprostać nowym regulacjom, utrzymując jednocześnie płynność przedsiębiorstwa i przewagę konkurencyjną. Łatwo nie będzie, zwłaszcza dla firm, które mają dość skomplikowane procesy technologiczne, zainwestowały dużo czasu i pieniędzy
w wyszkolenie pracowników. Rezygnacja z takiego pracownika po 18 miesiącach jest bardzo kłopotliwa.

Rozwiązaniem jest zatrudnienie pracowników tymczasowych na stałe, ale nie sprawdzi się to u wszystkich. Nowych pracowników można znaleźć poprzez duże agencje rekrutacyjne, które dzięki wieloletniemu doświadczeniu dysponują odpowiednią bazą kandydatów i nawet pomimo znacznej rotacji na rynku, są w stanie szybko dostarczyć właściwego pracownika na dane stanowisko. Przedsiębiorcy coraz częściej badają także możliwości outsourcingu personalnego, ale ta opcja w wielu organizacjach nie będzie miała racji bytu z uwagi na ryzyka prawne, biznesowe i konieczność reorganizacji pracy.

Jednej złotej recepty niestety nie ma. Zmiany ustawowe skłaniają natomiast do przemyślenia kompleksowej strategii zatrudnienia. Przedsiębiorcy zwracają się do nas o ekspercką opinię. Indywidualnie analizujemy ich potrzeby i rozmawiamy o tym, jak wdrożyć najbardziej optymalne rozwiązania w sposób zgodny z prawem, bezpieczny i korzystny dla każdej ze stron – przedsiębiorcy, pracownika i agencji.mówi Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR.

Zmiany na rynku pracy nakładają także nową rolę na same agencje rekrutacyjne. Do tej pory, głównym zadaniem agencji było pozyskanie kandydatów i dostarczenie ich do pracodawcy użytkownika. Rynek idzie jednak w kierunku połączenia kapitału firm i know-how agencji zatrudnienia, a co za tym idzie, outsourcingu całych procesów produkcji. Taki model współpracy ma szansę rozwoju, bo agencje zdążyły poznać potrzeby firm i ich menedżerów, specyfikę stanowisk i procesów.

Outsourcing procesów produkcji to kolejny etap rozwoju współpracy przedsiębiorców z firmami rekrutacyjnymi. Dzięki umiejętności pozyskania pracowników i zorganizowania im pracy, jesteśmy w stanie zarządzać także całym procesem produkcyjnym klienta, w taki sposób, aby był on bardziej efektywny, niż gdyby klient realizował go swoimi siłami. Na pewno pomaga nam w tym wieloletnie doświadczenie i zrozumienie oczekiwań naszych partnerów biznesowych. Mamy klientów, z którymi już od kilku lat z sukcesem realizujemy taki model współpracy. – podkreśla Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR. – Korzyścią dla przedsiębiorcy jest skupienie się na podstawowej działalności firmy i optymalizacja kosztów prowadzenia biznesu, a dla nas zysk z efektywnego zarządzania i poszerzania świadczonych usług. – dodaje Wojciech Ratajczyk.

[1]323 tys. osób wg. danych Polskiego Forum HR

Polskie MŚP nadal w dobrej kondycji, ale mniej optymistyczne

56 proc. firm z sektora MŚP ocenia swoją obecną sytuację finansową jako dobrą lub bardzo dobrą – wynika z czwartej edycji badania „Kondycja finansowa polskich MŚP” zrealizowanego na zlecenie Diners Club Polska. Podobnie jak przed rokiem, za główny cel przedsiębiorcy stawiają sobie pozyskanie nowych klientów, więcej uwagi jednak niż w 2017 r. poświęcą utrzymaniu obecnych.

Ponad połowa firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw pozytywnie oceniła swoją kondycje finansową. Prawie co drugi przedsiębiorca określił ją jako dobrą, natomiast 7,7 proc. badanych jako bardzo dobrą. Kondycję finansową na umiarkowanym poziomie wskazała co trzecia firma – wynika z czwartej edycji badania Diners Club Polska „Kondycja finansowa polskich MŚP”. Do złej sytuacji swojego przedsiębiorstwa przyznało się 6,6 proc. właścicieli, natomiast do bardzo złej – prawie 4 proc.

Mimo że ogólny wynik jest dobry i większość firm pozytywnie ocenia swoją sytuację, w porównaniu do zeszłego roku widać wyraźne pogorszenie nastrojów. W 2017 r. 54,5 proc. przedsiębiorców oceniło swoją kondycje jako dobrą, a prawie 13 proc. jako bardzo dobrą. Odsetek firm, których kondycja jest bardzo dobra jest najniższy od 2015 r.ocena finansowa firmy

Przed rokiem było też mniej przedsiębiorstw w gorszej sytuacji finansowej. Jako złą określiło ją 3 proc. firm z tego sektora, a bardzo złą tylko 0,1 proc. Łącznie o 7,4 pkt. proc. mniej niż obecnie.

– Polskie MŚP są w gorszej sytuacji niż przed rokiem, jednak lepszej niż w 2015 i 2016 r. Tegoroczna, słabsza kondycja finansowa może wynikać m.in. z coraz większej liczby zatorów płatniczych. Według najnowszego raportu KRD z problemem niezapłaconych na czas faktur styka się aż 89 proc. przedsiębiorstw. Do tego dochodzi rosnąca liczba firm, które bankrutują. Od lipca 2017 do czerwca 2018 r. ofiarą takich bankrutów padło aż 650 przedsiębiorstw, z czego większość z sektora MŚP. Zaległe długi według KRD wynosiły 50 mln zł – mówi Paweł Pomianowski, Prezes Zarządu Diners Club Polska.

Klient najważniejszy dla MŚP

Podobnie jak w 2017 (50,9 proc.) i 2015 (61 proc.) r. najważniejszym zadaniem na najbliższe 12 miesięcy jest według firm pozyskanie nowych klientów – na taką odpowiedź wskazało 41,4 proc. badanych. Co czwarty przedsiębiorca z sektora MŚP chce skupić się na utrzymaniu obecnych klientów – to o 10 pkt. proc. więcej niż w minionym roku. Więcej ankietowanych niż przed rokiem zamierza także inwestować w rozwój.

– Od początku naszego badania systematycznie rośnie liczba przedsiębiorstw, które chcą przede wszystkim wdrożyć inwestycje pozwalające na zwiększenie skali działania.
W 2015 r. odpowiedziało tak 5 proc. badanych, w tym roku prawie 14 proc. – mówi Paweł Pomianowski, Prezes Zarządu Diners Club Polska.najważniejsze zadania firmy

Niecałe 7 proc. ankietowanych za najważniejszy cel w ciągu najbliższego roku uważa zwiększenie zatrudnienia. Co ważne, liczba firm, które chcą ograniczać koszty utrzymuje się na stałym poziomie około 9 proc. Wyjątkiem był tylko 2016 r., kiedy takie plany miało ponad 40 proc. przedsiębiorców.

Najbliższy rok mniej optymistyczny

Jak wynika z badania Diners Club Polska, firmy mniej optymistycznie patrzą w przyszłość. W porównaniu z 2017 r. spadł odsetek przedsiębiorców, którzy przewidują, że kondycja ich firmy się polepszy – z 35,6 do 28,5 proc. Wzrosła też liczba firm, które uważają, że w ciągu najbliższego roku ich sytuacja może się pogroszyć – z 6,3 w 2017 r. do 11 proc. Co drugi właściciel firmy prognozuje, że kondycja jego przedsiębiorstwa nie zmieni się.

– Mniej optymistyczne prognozy mogą wynikać z kilku powodów. Pierwszym jest rekorodowo niskie bezrobocie, które wymusza na przedsiębiorcach podniesienie płac. Firmy nie mogą już konkurować kosztem pracy. MŚP źle wróżą również rosnące ceny paliw oraz energii elektrycznej. Nie bez znaczenia są także prognozy o ogólnym pogorszeniu koniuktury na świecie, która pośrednio wpłynie na sytuację gospodarczą w naszym kraju – mówi Paweł Kałudow z Diners Club Polska.

przewidywania na 12 miesięcyNota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań i Raportów Społecznych (IBRIS) we wrześniu 2018 r. na podstawie wywiadów z 500. właścicielami mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI). Błąd oszacowania = 4 proc., poziom ufności 0,95.

Kuehne + Nagel przejmuje Quick International Courier

Firma Kuehne + Nagel ogłosiła przejęcie Quick International Courier. Quick jest specjalistą branży szytych na miarę rozwiązań dla branży lotniczej oraz dla Klientów z rynku farmaceutycznego, które łącznie generują 200 milionów USD rocznego dochodu netto. Na firmę Quick składają się Sterling Aviation, QuickSTAT, Quick Healthcare oraz Quick Logistics, które będą kontynuować swoje operacje jako niezależne marki produktowe.

“Strategia Kuehne + Nagel dotycząca fuzji i przejęć jest zorientowana na zwiększanie naszego udziału w rynku, tworzenie synergii oraz zdobywanie wiedzy branżowej. Przejęcie firmy Quick jest kolejnym krokiem napędzającym rozwój sieci oraz zwiększającym nasze globalne portfolio rozwiązań dla Klientów”, powiedział Dr. Detlef Trefzger, Prezes Kuehne + Nagel International AG.

„To przejęcie jest ważnym etapem w implementacji naszej strategii dotyczącej bogatej oferty rozwiązań dla Klientów oraz potwierdza naszą wiodącą pozycję w transporcie lotniczym. Wraz z unikalną wiedzą w zakresie obsługi przesyłek wrażliwych na czas tranzytu w sektorze logistyki lotniczej i farmaceutyków – obu kluczowych obszarów w strategii koncentracji i inwestycji dla Kuehne + Nagel – firma idealnie uzupełnia nasze obecne globalne portfolio. Nasi Klienci będą czerpać korzyści ze zwiększonej różnorodności serwisów i dostępnej objętości ładunkowej dla ekspresowych przesyłek, podczas gdy dotychczasowi Klienci firmy Quick zyskają dostęp do globalnej sieci Kuehne + Nagel rozciągającej się na ponad 100 państw”, mówi Yngve Ruud, Członek Zarządu Kuehne + Nagel, odpowiedzialny za transport lotniczy.

Założona w 1981 roku w mieście Jamaica, NY, firma Quick zatrudnia około 550 pracowników. Pośród wielu usług oferowanych przez firmę Quick, specjalizują się oni w dwóch rodzajach serwisów, „Next Flight Out” (pl. „Wylot pierwszym połączeniem”) oraz „Next Drive Out” (pl. „Wyjazd pierwszym połączeniem”). Te przesyłki są pilne z natury, a często również globalne, złożone i wymagające intensywnych operacji logistycznych, jednocześnie pociągają za sobą wysoki koszt w przypadku niepowodzenia oraz wymagają obsługi zgodnie ze ściśle określonymi protokołami i punktami kontrolnymi od momentu nadania przesyłki do chwili jej dostarczenia. Quick posiada zlokalizowane dookoła świata regionalne centra wsparcia oraz wieże kontrolne.

„Z entuzjazmem oczekujemy na dołączenie do grupy Kuehne + Nagel. Połączenie sił z jednym z liderów branży logistycznej zapewni nam nowe perspektywy rozwoju dzięki globalnej sieci operacyjnej”, komentuje Dominique Bischoff-Brown, Prezes Quick International Courier.

Obie strony uzgodniły, iż cena przejęcia nie będzie ujawniona. Przejęcie podlega zwyczajowym warunkom zamknięcia i zatwierdzeniu przez właściwe organy kontroli fuzji.

Automatyzacja i robotyzacja to nie tylko niższe koszty i lepsza efektywność

Coraz lepiej udokumentowane i wymierne korzyści płynące z zastosowania robotyki sprawiły, że w ciągu ostatniego roku znacznie wzrosło przekonanie biznesu do automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów (RPA – Robotic Process Automation). W badaniu firmy doradczej Deloitte „The robots are waiting. Are you ready to reap the benefits?” ponad 90 proc. firm wdrażających RPA deklaruje, że technologia ta poprawiła ich efektywność. Inne wskazywane korzyści to zwiększenie przychodów, zmniejszenie ryzyka czy poprawa jakości obsługi klientów. Mimo tych zalet, biznes wciąż zmaga się z trudnościami w zastępowaniu ludzkiego wysiłku automatyzacją na dużą skalę, zwiększając jej poziom o zaledwie 1 proc. w ciągu roku.

To czwarte badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte w ramach Global Robotics Survey. Wzięło w nim udział 530 liderów biznesu z organizacji działających w różnych branżach o łącznych przychodach 3,5 biliona dolarów.

Nie tylko czysty zysk

W ciągu roku o 18 punktów proc. (67 proc.) wzrosła liczba organizacji, które rozpoczęły wdrażanie robotów do automatyzacji procesów. Ankietowani deklarują, że oprócz poprawy efektywności (95 proc.) robotyzacja w ich organizacjach pozytywnie wpłynęła, m.in. na działalność zgodną z przepisami (93 proc.) i obniżyła koszty pracy (81 proc.).

W badaniach przeprowadzonych przez Deloitte w 2016 i 2017 roku respondenci wskazywali na obniżenie kosztów jako priorytet przy wdrażaniu RPA (21 proc.). W najnowszej edycji widać jednak wyraźną zmianę. Oszczędności są dziś celem tylko dla 5 proc. firm. Trzema najważniejszymi priorytetami dla kadry kierowniczej są natomiast zwiększenie produktywności (38 proc.), poprawa jakości obsługi klientów (18 proc.) i zapewnienie automatyzacji na dużą skalę (16 proc.). – Ocena wartości RPA pod względem zwiększenia produktywności, a nie tylko redukcji kosztów działalności, pokazuje, że strategia automatyzacji dojrzewa w wielu organizacjach. Ankietowani zwracają także uwagę na to, że automatyzacja poprawiła dokładność i terminowość, co oznacza lepszą jakość obsługi klientów – mówi Adam Dziemba, Starszy Menedżer w dziale konsultingu, Deloitte.

Wsparcie dla automatyzacji wśród menedżerów i liderów zespołów wzrosło z połowy do 68 proc. Na szczególną uwagę zasługuje większa przychylność dla RPA wśród działów IT, które we wcześniejszych badaniach najmniej entuzjastycznie odnosiły się do robotyzacji (31 proc.). W tym roku ponad połowa (57 proc.) respondentów wskazała, że działy IT wspierają strategię RPA.

Nowe cele dla nowej jakości

Jednym z obszarów gdzie roboty są wykorzystywane najczęściej są centra usług wspólnych. Ich wydajność rośnie średnio o 8 proc. rocznie. Ze względu na niskie koszty pracy Polska jest w gronie pięciu krajów, które są najchętniej brane pod uwagę przy wyborze lokalizacji nowego lub przeniesieniu dotychczasowego centrum. – Obecnie na rynku pracy, zwłaszcza w największych miastach, pracodawcy mają często trudności z rekrutacją i rotacją personelu. Roboty mogą pomóc odciążyć pracowników od monotonnych, powtarzalnych zadań i dać im przestrzeń do wykonywania bardziej kreatywnej oraz rozwojowej pracy. Błyskawicznie rozwijająca się robotyzacja procesów całkowicie odmieni sposób funkcjonowania centrów usług wspólnych – mówi Daniel Martyniuk, Partner, Lider doradztwa technologicznego w Deloitte.

Organizacje szukają sposobów zastosowania robotów w coraz większej liczbie procesów. Duży brytyjski szpital kliniczny zautomatyzował procedurę skierowań dla pacjentów. Popytem przekraczającym możliwości szpitala zarządza system RITA, który określa pilność skierowania pacjenta na leczenie w oparciu o analizę danych w internetowym formularzu, wypełnionym przez lekarza rodzinnego. RITA ma 96-procentową dokładność w ocenie chorych z podejrzeniem raka i 86-procentową dokładność w przewidywaniu najbardziej prawdopodobnej ścieżki klinicznej lub diagnostycznej. Szacuje się, że automatyzacja procesu kierowania pacjentów do leczenia skróciła w szpitalu ten proces nawet o 3 dni.

Zwiększanie skali największym wyzwaniem

Niewiele organizacji było w stanie szybko zwiększać skalę robotyzacji. Badanie Deloitte pokazuje, że tylko 4 proc. respondentów pracuje z ponad 50 robotami. To niewielki wzrost w porównaniu z 2017 r., kiedy tylko 3 proc. respondentów osiągnęło znaczną skalę automatyzacji. Prawie jedna trzecia z nich (32 proc.) jako krytyczną barierę dla wzrostu skali wskazała fragmentację procesów, czyli dużą różnorodność zadań z wykorzystaniem i bez wykorzystania aplikacji dla osób zaangażowanych w procesy robotyzacji. – Kolejną przeszkodą, na którą wskazuje 17 proc. respondentów, jest brak jasnej wizji automatyzacji. Bez tego nie można zapewnić środków finansowych na rozwój umiejętności wymaganych do automatyzacji na dużą skalę oraz określić kluczowych spraw, takich jak liczba robotów wdrożonych w ciągu następnego roku, czy obszarów i celów automatyzacji – mówi Adam Dziemba.

Roboty są coraz częstszym elementem miejsca pracy, a korzyści jakie dają są odczuwalne przez większość organizacji, które zdecydowały się na ich wdrożenie. – Organizacje, które osiągnęły skalę w zakresie automatyzacji, mają jasną wizję i strategię, określiły ilościowe cele i potraktowały RPA jako zmianę w całym przedsiębiorstwie. To konieczne, by nadążyć nie tylko za przyspieszeniem, jakiego nabiera robotyzacja, ale także, by móc dostrzec zalety robotyki i wzrost efektywności jaki ze sobą niesie – mówi Paweł Zarudzki, Dyrektor w dziale konsultingu, Deloitte.

Skutki giga i megatrendów dla sektora automotive / Analiza Santander Bank Polska

Omawiając przyszłość produkcji aut i części samochodowych, eksperci sektorowi Santander Bank Polska zwracają uwagę na to, co łączy wszystkie trendy i megatrendy motoryzacyjne. – Według nas najważniejszymi kierunkami rozwoju nie tylko globalnego, ale i krajowego sektora automotive są connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing. Wspólnym mianownikiem tych trendów jest jeden nadrzędny gigatrend. To urbanizacja – mówi Małgorzata Demidziuk, dyrektor ds. sektora logistyki i automotive w Santander Bank Polska. 

Eksperci Santander Bank Polska podkreślają, że realizacja różnych nowych wizji transportu wcale nie musi być tak odległa jak się na pierwszy rzut oka wydaje, bo urbanizacja jest trendem, który postępuje bardzo szybko. Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2017 r. jej wskaźnik dla całego świata wynosił 55%. ONZ prognozuje jednocześnie, że co 5 lat w miastach będzie przybywać ok. 400 mln mieszkańców i w 2050 r. wskaźnik urbanizacji ma już wynosić 68%. Liczba mieszkańców miast sięgnie 6,7 mld osób, czyli ok. 2/3 światowej populacji. W niektórych rejonach świata wskaźnik urbanizacji już teraz jest dużo wyższy. Przykładowo, w Europie wynosi 74% a w Ameryce Północnej 82%. W przyszłości będzie też rosła liczba megamiast, czyli miast z populacją powyżej 10 mln ludzi. W 2015 r. było ich już 29, a w 2030 naliczymy aż 43. Z kolei miast „nieco” mniejszych, z populacją od 5 do 10 mln, w 2030 będzie 66 (o 21 więcej niż w 2015 r.).

1 gigatrend: urbanizacja

Santander Bank Polska zwraca uwagę, że nowe technologie, rozwiązania i zjawiska w branży automotive już teraz pojawiają się jako odpowiedzi na problemy komunikacyjne w szybko powiększających się miastach. Chodzi np. o zanieczyszczenia powietrza, korki uniemożliwiające swobodne przemieszczanie się czy problemy z miejscami postojowymi i parkingami. Podobny mechanizm będzie działać w dalszej przyszłości. – Tam gdzie intensywnie rozwijają się miasta będą powstawać nowe, chłonne rynki zbytu. W fazie takiego szybkiego rozwoju jest obecnie Afryka. Z kolei w fazie suburbanizacji, postępującego przeludnienia i eksplozji demograficznej w miastach są już kraje takie jak Indie i Chiny. Biorąc pod uwagę rozrastającą się tam klasę średnią, dla branży to sygnał, że długoterminowo to właśnie rynki azjatyckie będą napędzać absorbcję nowych trendów. W dalszej kolejności trendy te będą przenosić się także na rynki afrykańskie – mówi Martyna Dziubak, analityk ds. sektora TSL i automotive w Santander Bank Polska. Wg analityków tego banku, główne megatrendy wynikające z urbanizacji to connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing.

4 megatrendy: connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing

Trend connected cars, czyli aut połączonych z siecią, innymi użytkownikami, pojazdami oraz infrastrukturą, wykorzystujący m.in. big data, cyfryzację, internet rzeczy, telematykę czy sztuczną inteligencję będzie widoczny przede wszystkim w miastach. To właśnie w nich znajduje się niezbędna infrastruktura a mieszkańcy mają wyższą siłę nabywczą, dzięki czemu stać ich na korzystanie z nowoczesnych a zarazem kosztownych technologii. Dodatkowo, w dużych ośrodkach miejskich popyt na nowinki jest napędzany stylem życia jego mieszkańców oraz modą. Na problemy miast, takie jak zanieczyszczenia i smog, odpowiada natomiast trend rozwoju napędów alternatywnych. To jeden z najbardziej przyszłościowych trendów w motoryzacji, bo coraz więcej aglomeracji ogranicza wjazd samochodów z silnikiem spalinowym do ich centrów oraz wprowadza zachęty dla aut z napędem alternatywnym (np. darmowe parkowanie). Z kolei w ograniczeniu liczby wypadków w miastach i zatorów z nimi związanych, pomóc miastom mają auta autonomiczne. – Na razie upowszechnienie pojazdów autonomicznych, poza dopracowaniem technologii, wymaga jeszcze dostosowania i uspójnienia systemów prawnych. Dlatego, w ciągu najbliższych kilku lat auta autonomiczne nie będą produkowane na szeroką skalę, ale w dłuższej perspektywie trend ten może bardzo przyspieszyć – wskazuje Martyna Dziubak. Urbanizacja wpłynęła także na powstanie i rozwój mody na współdzielenie aut. Ich wypożyczanie pomaga ekonomicznie korzystać z transportu samochodowego, zmniejszyć korki, co także potencjalnie przekłada się na zmniejszenie zanieczyszczeń środowiska i komfort życia w miastach.

7 skutków dla sektora automotive

Giga i mega trendy w sektorze automotive przyspieszą także rozwój technologii podnoszących efektywność procesów produkcyjnych, sprzedażowych i logistycznych. Na znaczeniu zyska przede wszystkim sprawna i szybka logistyka, bo konsumenci generalnie coraz bardziej przyzwyczajają się do błyskawicznego dostępu do towarów i usług. Jeśli chodzi o sprzedaż to jej model będzie ewoluować w kierunku e-commerce i wirtualnej rzeczywistości. Obecnie całkowite zrezygnowanie ze sprzedaży bezpośredniej wydaje się mało prawdopodobne, gdyż zakup auta wciąż jest ważną i wysokowartościową decyzją. Dlatego też dealerzy i salony pozostaną kluczowi. Sam model sprzedaży i obsługi klienta będzie wyglądać inaczej. Przykłady już są: Volkswagen zaproponował platformę, na której klient będzie konfigurować swoje przyszłe auto, obsługiwać aplikacje i korzystać z całodobowej obsługi. Zwiększy się liczba salonów wystawowych i pop-up. W skonfigurowaniu własnego samochodu pomogą augmented reality i virtual reality. Dzięki nim klient będzie mógł zdalnie obejrzeć auto czy odbyć jazdę. – To jest daleka przyszłość, gdyż te technologie są drogie i będą adaptowane stopniowo, w zależności od możliwości dealerów i zapewne przy wsparciu producentów oraz importerów – podkreśla Martyna Dziubak.

Santander Bank Polska zwraca też uwagę na skracający się cykl życia produktów. W dzisiejszych czasach konsumenci chcą mieć na bieżąco dostęp do wszystkich nowinek. Aby im to zapewnić modele będą liftingowane coraz częściej. W ślad za tym będzie musiała zwiększać się elastyczność produkcji. Coraz ważniejsza jest bliska lokalizacja zakładów produkcyjnych wokół montowni, aby jak najszybciej dostarczać potrzebne części, a w efekcie skracać czas w którym klient otrzyma produkt.

Co z tym Brexitem? Co zrobi FED?

Analitycy spodziewają się, że po ostatnich spadkach na giełdzie może dojść do złagodzenia polityki FED i wolniejszego podnoszenia stóp procentowych. Brytyjczycy krok bliżej opuszczenia Unii.

Spekulacje na temat działań FED

To co będzie się działo z amerykańskimi stopami procentowymi w pewnym sensie nadaje ton światowym finanse. Rosnące stopy procentowe powodują, że koszt pożyczania dolarów rośnie, ale rosną też stopy zwrotu z mało ryzykownych inwestycji dolarowych. W rezultacie dolar zasysa środki inwestycyjne z rynków. Skoro coraz więcej osób jest zainteresowanych zakupem dolarów to zyskują one na wartości. Rodzi to również pewne problemy. Jednym z nich jest negatywny wpływ coraz droższego kredytowania na gospodarkę. Z tym łączona jest blisko 10% przecena głównego amerykańskiego indeksu. Wielu obserwatorów spekuluje, że tak duże obsunięcie się giełdy wymusi na decydentach wolniejszy wzrost stóp procentowych. Nawet jeżeli nie powstrzyma to grudniowej podwyżki stóp to może spowodować, że pojawi się komunikat o spowolnieniu tempa wzrostu. Decyzja taka spowodowałaby najprawdopodobniej osłabienie dolara na rynku. Powodem jest fakt, że inwestorzy kupując dolara uwzględniają, że w przyszłości zarobią na nim odpowiednio. Bez podwyżek mogą chcieć wycofać się z inwestycji co właśnie osłabi “zielonego”.

Co z tym Brexitem?

W weekend podpisano umowę Brexitową. Stawia ona zdaniem obserwatorów Wielką Brytanię w zdecydowanie gorszej pozycji w relacjach z resztą państw niż była ona jako członek Unii Europejskiej. To właśnie to może być powodem problemów jakie to porozumienie może mieć z uzyskaniem akceptacji w brytyjskim parlamencie. Rynki będą z pewnością czekać na to głosowanie. Jest poważne podejrzenie, że może ono doprowadzić do przyspieszonych wyborów, a wtedy do ostatecznego terminu wyjścia z UE pod koniec marca może być niebezpiecznie mało czasu. Jak wtedy reagują waluty? To zależy w jaką stronę będą zmierzać potencjalni zwycięzcy. Twardy Brexit powinien osłabiać funta. Z drugiej strony mówi się o wstrzymaniu procedury lub ponownym referendum co z kolei powinno być korzystne dla funta. Wątpliwym jest by Unia poszła na istotne odstępstwa. Wówczas wiele państw mogłoby chcieć dalej korzystać z jej dobrodziejstw nie płacąc do wspólnego budżetu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Marketing sensoryczny w okresie świątecznym

Świąteczny wir zakupów to jeden z najlepszych okresów dla sprzedawców i czas wzmożonych działań marketingowych. Wielu przedsiębiorców uważa święta za żniwa, ponieważ w tym okresie generowane są niespotykane w skali roku zyski. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny, a więc żeby uzyskać wysokie profity, w wielu przypadkach wymagane jest stworzenie odpowiedniej atmosfery towarzyszącej zakupom produktów czy usług. Aby tego dokonać, należy w pełni wykorzystać wpływ ludzkich zmysłów na decyzje zakupowe klientów. W tym przypadku bardzo pomocne okazują się dobrze dobrane narzędzia marketingu sensorycznego.

Które zmysły i kiedy?

Zdecydowanie największy wpływ na decyzje zakupowe ma zmysł węchu. Zaraz za nim plasuje się słuch i wzrok. Ciężko wyobrazić sobie klienta, który nie rozmarzyłby się czując zapach choinki lub świeżo upieczonego piernika. Podobnie jest z hitami świątecznymi. Wiele osób mówi, że „Last Christmas” i „Jingle Bells” drażnią, ale z drugiej strony spróbujmy sobie wyobrazić święta bez tych piosenek… To tak jak z filmem „Kevin sam w domu”: narzekamy, że jest emitowany rok po roku, ale kiedy znów znajduje się w programie, przełączamy aby go obejrzeć. Idąc dalej, wszechobecne lampki, wizerunki Mikołaja czy sypiącego się z nieba śniegu, to także nieodłączny element świąt.

Warto jest łączyć wszystkie części marketingu sensorycznego, ale należy również pamiętać o stopniowym ich dawkowaniu. Wiele firm decyduje się na świąteczne działania od początku listopada. Nie jest to jednak dobry termin na zaczynanie intensywnych kampanii świątecznych. Najlepszym okresem na rozpoczęcie świątecznych działań sensorycznych jest końcówka listopada lub początek grudnia, w który wpisują się także Mikołajki – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood.

Dobór świątecznej muzyki i zapachów

Gdy zbliżają się święta Bożego Narodzenia, warto zadbać o tematyczną atmosferę i odpowiednio dobrać muzykę oraz zapach do poszczególnych rodzajów powierzchni sprzedażowych. Aby zrobić to profesjonalnie i efektywnie, wyboru należy dokonać po wcześniejszej analizie obiektu czy lokalu oraz pod kątem profilu końcowego klienta, tzn. inna muzyka i zapach powinna być zarekomendowana do sklepu z branży odzieżowej dedykowanej dla młodych odbiorców (kategoria wiekowa 15-25), a inna do eleganckiego butiku usytuowanego przy prestiżowej ulicy dużego miasta. Jak łatwo się domyślić hip-hop i rap będzie raczej pasował do pierwszego z wymienionych obiektów, a lounge czy chillout, do drugiego. W przypadku świątecznego zapachu będzie trochę inaczej.

Pomimo iż większość konsumentów lubi zapach świeżo ściętej choinki, to nie każdy przedsiębiorca czy właściciel lokalu będzie chciał się na niego zdecydować. Wynika to z tego, że duża część marek będzie chciała pozostać przy swoim dobrze znanym i wypracowanym „zapachowym logotypie”, który funkcjonował w danym miejscu przez cały rok. Tego typu wybór czy też pozostanie przy swoim wyróżniku również jest dobrym pomysłem – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Poziom głośności

Aby określić najlepszy poziom głośności odtwarzania świątecznego repertuaru należy najpierw sprecyzować charakter danego miejsca oraz warunki infrastrukturalne pomieszczenia. W pubach zazwyczaj powinno stawiać się na nieco głośniejszą muzykę, natomiast w kawiarni powinna być bardziej stonowana. Wynika to chociażby z takich czynników, jak asortyment oferowany w tych dwóch rodzajach lokali. W pierwszym, klienci generalnie spożywają alkohol, a w takim przypadku muzyka głośniejsza sprawdza się lepiej, ponieważ często jest wręcz pożądana przez gości i skutecznie maskuje np. ich bardziej żywiołowe dyskusje i pozwala na większą anonimowość podczas ich prowadzenia. Kawiarnia jest natomiast miejscem z reguły spokojniejszym, gdzie rozmowy toczone przez gości są powściągliwe. Ponadto, w dzisiejszych czasach, część spotkań biznesowych odbywa się właśnie w takich miejscach, a wielu ludzi pracuje – wręcz regularnie – korzystając z przestrzeni kawiarnianych. Siłą rzeczy, muzyka w takim lokalu powinna być cichsza i pozwalać na skupienie oraz koncentrację zarówno gości, jak i personelu, co będzie sprzyjało również wzajemnym interakcjom.

Sztampowe hity czy alternatywny jazz w klimacie świąt?

Rezygnacja ze świątecznych hitów może okazać się w wielu przypadkach nieopłacalna dla właściciela lokalu. Utwory które wszyscy znają, wpływają na stworzenie przyjaznej atmosfery i zarazem podnoszą sprzedaż w okresie świąt. Trzeba jednak podkreślić, że za odtwarzanie takich utworów, należy odprowadzać opłaty z tytułu praw autorskich i praw pokrewnych do właściwych organizacji. W Polsce aby legalnie publicznie odtwarzać muzykę Artystów Zrzeszonych w Organizacjach Praw Autorskich i Pokrewnych (w Polsce lub na świecie), należy podpisać umowy ze stowarzyszeniami, chroniącymi twórców, utwory, wykonawców, artystów i producentów. Są nimi: ZAIKS, STOART, SAWP i ZPAV. Wystarczy jednak telefon do każdej z tych instytucji, aby do naszego lokalu został wysłany inspektor ze stosownymi dokumentami. Oczywiście kontrolerów można także spotkać bez wyraźnego zaproszenia, w trakcie rutynowego sprawdzania miejsc, w których odtwarzana jest muzyka. Wtedy także zwykle mają ze sobą gotowe druki umów które można podpisać na miejscu .

Jeśli natomiast uważamy, że klient naszego lokalu wolałby usłyszeć coś bardziej niespotykanego, warto pomyśleć nad alternatywą, czyli muzyką twórców niezrzeszonych w Organizacjach Praw Autorskich. Dzięki temu wyróżnimy się z tłumu, a zarazem oszczędzimy, w tym wypadku np. na opłatach związanych z publicznym odtwarzaniem muzyki. O takim rozwiązaniu należy jednak pomyśleć odpowiednio wcześniej i pamiętać, że nie jest to oferta dla każdego.

Niektóre przestrzenie po prostu nie „obejdą się” bez Wham i słynnego „Last Christmas”. Zbadanie charakteru miejsca oraz profilu klienta, który odwiedza lokal, jest niezbędne do podjęcia decyzji odnośnie rodzaju granych utworów – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Z badań prowadzonych przez Mood wśród swoich klientów i ich konsumentów, na całym świecie wynika, iż magicznym terminem, w którym warto uruchomić świąteczną muzykę, jest początek grudnia. Z racji trwającego wtedy okresu, w którym w Polsce świętujemy również Mikołajki, przejście w odmienny klimat muzyczny jest nienachlane i nie budzi sprzeciwu klientów. Odpowiednio skomponowany program muzyczny, dawkujący muzykę świąteczną oraz hity, może tylko przyczynić się do wzrostu sprzedaży, dlatego ci, którzy poważnie i profesjonalnie podchodzą do sprawy, osiągają większe korzyści, mimo że odtwarzają przecież te same utwory, co inni. Tak naprawdę, tajemnica tkwi w szczegółach: zatem nie tylko dobór repertuaru, ale jego ułożenie i stopniowe wprowadzanie klienta w klimat świąt, są skuteczne.

Ciekawostka: Piosenka „Last Christmas” to zaraz po „Happy Birthday” najbardziej znany, światowy hit, przynoszący jej twórcom najwięcej pieniędzy, od organizacji praw autorskich.

Aromat świąt

Zapach to jeden z głównych elementów, który kreuje niepowtarzalny nastrój towarzyszący wydarzeniom specjalnym i okolicznościowym, jakim są np. święta. Skojarzenia, które wywoływane są przez aromaty, pomagają w zapamiętywaniu miejsc i wydarzeń, co przekłada się na odtworzenie określonych sytuacji z przeszłości i powrót przyjemnych wspomnień. Ponadto, mimo świątecznego „pędu”, który zazwyczaj towarzyszy wielu ludziom, za pomocą zapachów można sterować czasem i „wydłużać” okres pobytu konsumenta w określonej lokalizacji.

Wystarczy zastosowanie odpowiedniej mieszanki zapachowej, aby spowolnić Klienta, złagodzić stres spowodowany brakiem czasu i pośpiechem oraz spowodować, że bardziej doceni jakość oferowanych usług lub wyżej oceni prezentowane mu produkty. Najlepiej sprawdzającymi się aromatami podczas świąt, co zapewne nie będzie zaskoczeniem, są zapachy choinki, cynamonu i piernika – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Świąteczny digital signage

Podczas świąt oczywiście najlepiej sprawdzającymi się treściami wyświetlanymi za pomocą systemów digital signage – czyli nośników wizualnych (telewizorów i monitorów), rozlokowanych w różnych miejscach w sklepach, galeriach czy punktach usługowych – są te, które nawiązują do świątecznego okresu. Planując wizualizacje dobrze jest więc używać w kreacjach projektowych elementów związanych z choinkami czy też z Mikołajem i prezentami. Co ciekawe, nieźle sprawdzają się także motywy lasu oraz wszystkie te ze „światełkami” w tle. Wynika to prawdopodobnie ze skojarzeń, jakie te motywy wywołują w głowach konsumentów. Warto podczas wyświetlania tych tematycznych treści, nienachlanie „przemycać” informacje o rabatach i promocjach, ponieważ używając odpowiedniego tła, skuteczniej dotrzemy do umysłu klienta. Z badań Mood przeprowadzonych w wielu krajach na całym świecie wynika, iż grupą, która najszybciej i najdokładniej odbiera treści nadawane przez systemy digital signage, są osoby w wieku od 15 do 40 lat.

Co po świętach?

Zaraz po 26 grudnia (ew. po 31 grudnia) należy szybko odejść od świątecznej muzyki, zapachów czy treści wizualnych i zastąpić je karnawałowymi. W ten sposób wprowadzamy ożywienie i wskazujemy klientowi na zmianę okresu i nastawienie na sprzedaż nowych produktów czy usług. Jednocześnie, taka zmiana pokazuje, że marka szybko reaguje na poszczególne zmiany czasowe.

Aby utrzymać jak najlepszą dynamikę sprzedaży po okresie świątecznym, można jeszcze bardziej rozbudować działania marketingu sensorycznego i pokusić się o sięgnięcie po nowe technologie, jednakże przedświąteczna gorączka to czas jedyny w swoim rodzaju i generujący niespotykane w skali roku zyski. Marketerzy z całego świata głowią się nad tym, jak utrzymać sprzedaż całoroczną na poziomie świątecznym, ale niestety nie jest to takie łatwe. Ważną kwestią jest, aby o swojego klienta i jego samopoczucie dbać cały rok. Wtedy odwdzięczy się lojalnością, a w święta jeszcze większymi zakupami.

Polska a USA lub UK

Różnica pomiędzy zakresem działań marketingu sensorycznego w Polsce a w Stanach Zjednoczonych czy też w Wielkiej Brytanii jest wciąż spora. W wielu krajach wprowadza się szersze spektrum innowacyjnych rozwiązań sensorycznych dla biznesu. Obecnie tendencją na rynkach światowych staje się koncentrowanie na projektowaniu doznań, czyli tzw. experience design. Dla klientów, tworzone są kompleksowe połączenia sensoryczne oraz aplikacje mobilne, pozwalające na kreatywną i skuteczną komunikację ze swoimi klientami. Wynika to oczywiście z budżetów marketingowych, jakimi dysponują marki na danych rynkach. Na Zachodzie pieniądze przeznaczane na experience design, czyli projektowanie architektury pozytywnych doświadczeń, są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce – od dawna inwestuje się tam w najnowsze formy mappingu, hologramy, czy też w najnowocześniejsze systemy digital signage. W krajach wysokorozwiniętych, marketing sensoryczny jest wykorzystywany szerzej i angażuje wszystkie pięć zmysłów konsumenta, czyli słuch, węch, wzrok, dotyk i smak. Używane są również elementy rzeczywistości rozszerzonej (ang. augmented reality) czy aplikacje mobilne, działające na nowoczesnych urządzeniach przenośnych. Przykładem mogą być specjalne interaktywne aplikacje stosowane w punktach sprzedaży, które poprzez smartfona komunikują klientowi różnego rodzaju treści, tuż po wejściu do sklepu lub punktu usługowego.

Projektowanie architektury pozytywnych doświadczeń, dostarcza emocji, które z kolei przekładają się na postrzeganie marek jako tych wysoce innowacyjnych. Jednym z przykładów, mogą być wirtualne przymierzalnie sklepów odzieżowych. Jedną z marek która wykorzystała tego typu rozwiązanie był New Look który w swoim sklepie w Londynie połączył przymierzalnię, z profesjonalnym studiem fotograficznym i nośnikami wizualnymi w sklepie. Oczywiście tego typu projekty zdarzają się również w Polsce, ale skala ich realizacji jest nadal nieporównywalnie mniejsza niż w wymienionych krajach.

Aż 33 proc. pracowników w Europie niezadowolonych ze swoich liderów

  • Jedna trzecia europejskich pracowników jest niezadowolona z jakości przywództwa w miejscu pracy (33 proc.)
  • Aż 32 proc. pracowników z Polski uważa, że pracodawcy nie dbają o ich komfort psychiczny
  • Niemal co czwarty polski pracownik (24,60 proc.) uważa złe zarządzanie za główną przeszkodę dla produktywności w pracy

Według badań firmy ADP jedna trzecia pracowników w Europie (33 proc.) jest niezadowolona z jakości liderów w swoim miejscu pracy[1]. Spośród ponad 2000 ankietowanych pracowników europejskich[2], aż 37 proc. twierdzi, że ​​ich manager nie zna ich na tyle dobrze, aby w pełni zrozumieć i wykorzystać ich potencjał.

Brak zrozumienia wykracza daleko poza przywództwo i zarządzanie. Prawie połowa pracowników w Europie uważa, że ​​ich pracodawca nie rozumie ich albo ich potencjału (46 proc.). Prawie jedna piąta ankietowanych (18 proc.) sądzi, że pracodawca postrzega ich wyłącznie jako liczbę.

Podobne odczucia mają pracownicy z Polski – aż 32 proc. twierdzi, że pracodawcy nie dbają o ich komfort psychiczny – to najgorszy wynik w całej Europie[3].

Zarządzanie i przywództwo mają bezpośredni i namacalny wpływ na zaangażowanie pracowników. Nasze badania pokazały, że firmy w całej Europie wciąż nie mogą zrozumieć, co jest powodem niepokoju ich pracowników. Ważne, by managerowie, liderzy i zespoły HR właściwie poznały i zrozumiały potrzeby zespołów, którymi zarządzają. Jedynie znając zdolności i potrzeby pracowników, można inspirować ich do działania i sprawiać, by zaangażowanie utrzymywało się na wysokim poziomie. To z kolei przyczynia się do ich większej wydajności i sukcesu biznesowego organizacji – mówi Anna Barbachowska, Country HR Biznes Partner ADP Polska.

Inne przyczyny niezadowolenia[4]

Brak zrozumienia ze strony kierownictwa nie jest jedyną przyczyną niezadowolenia. W ostatnim roku jedna trzecia pracowników czuła się zagrożona w miejscu pracy (34 proc.), głównie ze względu na kwestie zdrowotne, brak poczucia bezpieczeństwa oraz agresywnych klientów. Pytani ujawnili, że pracodawcy nie podejmują właściwych kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa zatrudnionych kadr. Tylko jedna czwarta badanych (26 proc.) zapewnia pracownikom możliwość swobodnego zgłaszania wszelkich wątpliwości w zakresie bezpieczeństwa pracy, a mniej niż połowa organizuje szkolenie w zakresie BHP (43 proc.).

Ponadto, w ubiegłym roku niemal połowa ankietowanych (44 proc.) odczuła brak komfortu w miejscu pracy, często ze względu na brak wsparcia ze strony kierownictwa, zbyt duży stres, słabe relacje z kolegami i niekomfortowe środowisko pracy.

– Działy HR mają możliwość wdrożenia i zastosowania różnych narzędzi i rozwiązań służących poprawie komfortu pracy i podniesieniu poczucia bezpieczeństwa. Szczególnie ważne jest zapewnienie pracownikom warunków do prowadzenia swobodnego i otwartego dialogu z pracodawcą dotyczącego warunków pracy, które wpływają na samopoczucie fizyczne i psychiczne pracowników. Dla pracodawcy ważna jest ocena sytuacji z uwzględnieniem perspektywy pracowników i tego, w jak dużym stopniu komfort pracy przekłada się na efektywność i zaangażowanie – dodaje Anna Barbachowska z ADP Polska.

O badaniu People Unboxed:

W kwietniu 2018 roku ADP i Circle Research przeprowadziły internetowe badanie ilościowe na grupie 2518 pracowników w 5 różnych krajach Europy. Próba stanowiła reprezentatywną grupę pracowników wybranych według kryterium wieku, płci, rodzaju i wymiaru zatrudnienia, przedziałów wynagrodzenia i stażu pracy.

Circle Research specjalizuje się w dziedzinie badań B2B. Mając siedziby w Londynie i Nowym Jorku, pomagamy naszym klientom B2B zrozumieć, jak zachowują się i myślą decydenci biznesowi. Więcej informacji na www.circle-research.com.

O badaniu „Workforce View in Europe 2018”

„Workforce View in Europe 2018” to badanie dotyczące postaw pracowników wobec przyszłości pracy. Zostało przeprowadzone dla firmy ADP przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters w sierpniu 2017 roku. Próba badawcza składała się z 9 908 pracujących dorosłych w ośmiu krajach w Europie.

Ekspert: Anna Barbachowska, Country HR Business Partner, ADP Polska

Anna Barbachowska jako Country HR Business Partner odpowiada w ADP Polska za wsparcie kadry zarządzającej w kwestii budowania zaangażowania, analizy potencjału ludzkiego w organizacji oraz planowanie długoterminowych ścieżek rozwoju. Zarządza też całościowo obszarem kadrowo-płacowym polskiego biura ADP.

Przed dołączeniem do ADP Polska pracowała jako HR Business Partner w Nielsen, gdzie zajmowała się opracowywaniem i wdrażaniem regionalnej strategii, doradztwem w zakresie polityki, procedur i praktyk zarządzania zasobami ludzkimi oraz bezpośrednio rozwojem i pozyskiwaniem talentów. Była również odpowiedzialna za współpracę z lokalnymi i regionalnymi zespołami HR, zarówno w zakresie kadr i płac, jak i projektów z zakresu miękkiego HR. Przygodę z HR rozpoczynała w CEDC, gdzie odpowiedzialna była za wsparcie HR lokalnych struktur warszawskiego biura, jak również oddziałów w Polsce. Jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej na kierunku Marketing i Zarządzanie, Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora oraz Wojskowej Akademii Technicznej im. Jarosława Dąbrowskiego.

[1] Wg wyników badania „People Unboxed”

[2] Wg wyników badania „People Unboxed”

[3] wśród respondentów badania „Workforce View in Europe 2018”

[4] Na podstawie badania „People Unboxed”

Robot na wynajem i nowa platforma dla freelancera od Antal

Zmiany są nieodłącznym elementem ewolucji, której wymaga dzisiejszy rynek pracy – mówi Artur Skiba, Prezes Antal. Właśnie dlatego firma sięga po nowe rozwiązania. Są nimi: Agencja Pracy Robotów, dzięki której firmy będą mogły wypożyczyć robota do najbardziej powtarzalnych procesów oraz REX, czyli platforma opierająca się na modelu crowdstaffingowym. Na czym polegają?

Jak wynika z danych GUS – nigdy nie powstało tak dużo wakatów jak w pierwszym półroczu 2018 roku – 426 tys. nowych miejsc pracy. Jednocześnie nieobsadzonych jest 165 tys. stanowisk. Problemy z pozyskiwaniem pracowników, brak kandydatów oraz odpowiednich kwalifikacji niezbędnych szczególnie na stanowiskach specjalistycznych, stanowi dziś barierę do rozwoju firm. Stąd aż 72% pracodawców przyznaje, że potrzebuje wsparcia nowych technologii w docieraniu do kandydatów i pozyskiwaniu ich aplikacji.

Agencja Pracy Robotów, czyli robot na wynajem

W 2018 roku Antal zatrudnił w swoich szeregach wirtualnego pracownika – Bonifacego. Bonifacy jest robotem, algorytmem napisanym we współpracy konsultantów Antal wraz z partnerem zewnętrznym. Robot szybciej od ludzi przeprowadza rekrutację i skraca proces o jedną trzecią. Można mu przekazać najbardziej pracochłonne i kosztowne zadania takie jak poszukiwanie kandydatów lub rozmowę wstępną. Bonifacy został stworzony właśnie w celu maksymalizacji efektywności tej części procesu. Po sukcesie wdrożenia firma zdecydowała się na rozszerzenie działalności i stworzenie Agencji Pracy Robotów, która umożliwi pracodawcom wynajem wirtualnych pracowników do realizacji najbardziej powtarzalnych procesów. Przykładowo robot może wystawiać i księgować faktury, wprowadzać zlecenia do systemu, zamykać rachunki bankowe, weryfikować klientów czy wysyłać zamówienia. Rozwiązanie może zostać zaadaptowane w branżach takich jak: księgowość, finanse, bankowość, controlling czy logistyka.

Jak to działa?

Najpierw należy przeanalizować, czy dany zakres obowiązków pracownika, jest na tyle zaawansowany, że wymaga optymalizacji. Po wstępnych szacunkach możliwe jest programie rozwiązania, które trwa od 7 do 40 dni. Następnie Antal wypożycza robota z kosztem miesięcznym porównywalnym do wynagrodzenia 1 pracownika i na bieżąco wspiera proces jego pracy. Dzięki temu firma nie ponosi kosztów wyprodukowania i zakupu robota oraz może przetestować rozwiązanie ocenić zwrot inwestycji czy zdecydować o zatrudnieniu kolejnych robotów do swojej organizacji.

Platforma REX dla freelancera

Drugim rozwiązaniem jest platforma REX (Recruitment Exchange) – oparta na modelu, w którym wybrany projekt rekrutacyjny jest udostępniany grupie rekruterów, pracujących na zasadach freelance. Bezpośrednim beneficjentem jest firma, która ma dostęp do szeregu rekruterów docierających do wyspecjalizowanych kandydatów w możliwie krótkim czasie. Z kolei freelancerzy, którzy nie są zainteresowani pracą na tzw. etacie, cenią sobie niezależność, potrafią pracować samodzielnie i są ekspertami rynku w ramach swojej specjalizacji – mogą liczyć na wsparcie Antal w rozwoju swoich kompetencji oraz marki osobistej. Firma daje gwarancję bezpieczeństwa realizacji projektów rekrutacyjnych, jak również zapewnia zaplecze prawne, przygotowanie umów, specjalistyczne szkolenia branżowe czy rozwój indywidualnego biznesu.

Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International
Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International

Jak podkreśla Artur Skiba, prezes Antal: rynek rekrutacji nie wymaga rewolucji tylko ewolucji. Dlatego zdecydowaliśmy się na wprowadzenie nowego, holistycznego modelu współpracy z klientami, kandydatami i rekruterami. Przeniesienie procesów rekrutacyjnych do świata cyfrowego oraz automatyzacja najbardziej powtarzalnych zadań, pozwoli przedsiębiorstwom na stabilny rozwój, skuteczne pozyskiwanie pracowników czy skupienie się na rozbudowie bardziej zaawansowanych obszarów funkcjonowania przedsiębiorstwa – dodaje Skiba.

Analiza Czarnego Piątku 2018: Jak wyglądały zakupy w Polsce?

Criteo, platforma reklamowa otwartego Internetu, przeanalizowała zachowania zakupowe polskich konsumentów podczas Czarnego Piątku 2018 roku. Oto najważniejsze wyniki:

  • Wzrosty sprzedaży na urządzeniach mobilnych i stacjonarnych podczas Czarnego Piątku w Polsce zaczynają się w czwartek wieczorem (ponad 100% wzrost w porównaniu do zwykłego tygodnia)
  • W Czarny Piątek sklepy odnotowują wysokie zyski, pięcio- do sześciokrotnie wyższe we wczesnych godzinach porannych (500% – 600% około 6 rano – 7 rano) i trzy do czterech razy wyższe po południu
  • Polacy wykazują tą samą, większą niż zwykle chęć do robienia zakupów, zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych.
  • Cały tydzień pokazuje stały wzrost indeksowanej sprzedaży i ruchu na stronach, pikując w Czarny Piątek z ponad trzykrotnie wyższym natężeniem ruchu i ponad pięciokrotnie wyższą sprzedażą.

Jaysen Gillespie, wiceprezes Analytics w Criteo, skomentował:

„Czarny piątek oficjalnie stał się wydarzeniem globalnym. To, co kiedyś było szaleństwem sprzedaży w USA, rozprzestrzeniło się nie tylko na Wielką Brytanię, ale także na wszystkie duże gospodarki kontynentu europejskiego. Od Oslo, poprzez Barcelonę, aż do Warszawy, dane Criteo pokazują wzrosty sprzedaży o 100% -1000% w Czarny Piątek w porównaniu do poprzedniego tygodnia na wszystkich rynkach. Wiele krajów europejskich nie tylko odnotowuje znacznie wyższą sprzedaż jedynie w Czarny Piątek, ale także wyraźny wzrost sprzedaży w czwartek i sobotę, gdzie sobotnie wzrosty sprzedaży  są zazwyczaj większe na urządzeniach mobilnych. „Black Friday Poland – hourly analysis Black Friday Poland – Indexed Traffic and Sales

Blockchainowy Founders Bank

Twórcy kryptowalut, czerpiąc garściami z postępu technologicznego i globalizacji systemu finansowego, konsekwentnie oferują nowe, innowacyjne rozwiązania dla inwestorów. Nie tak dawno świat finansów fascynował się planami budowy pierwszego bankomatu waluty cyfrowej bitcoin umożliwiającego wymianę kryptowaluty na euro, podczas gdy na horyzoncie finansowego przełomu jawi się pierwszy na świecie „Blockchain bank”, którego Klienci będą jednocześnie współwłaścicielami, i to już od 2019 roku!

Malta – „Blockchainowa wyspa”

Niezmiennym liderem na blockchainowej mapie świata pozostaje Malta. To właśnie na tej niewielkiej europejskiej wyspie jest realizowana pierwsza – i z całą pewnością – najbardziej innowatorska w historii koncepcja „zdecentralizowanego” banku walut cyfrowych, który stanie się własnością inwestorów kryptowalutowych. The Founders Bank – bo tak ma się nazywać nowa instytucja finansowa – ma służyć zintegrowaniu bankowości tradycyjnej i świata finansów cyfrowych. Jego głównym promotorem i współudziałowcem pozostanie Binance, jedna z najbardziej popularnych giełd kryptowalut. To właśnie dzięki obecności na Malcie jednej z największych kryptogiełd na świecie śródziemnomorska wyspa notuje najwyższy wolumen wymiany walut cyfrowych, znacznie wyprzedzając takie finansowe potęgi jak USA, Hong-Kong czy Wielka Brytania. Rząd Malty intensywnie pracuje nad dostosowaniem swojego prawodawstwa do wdrożenia nowych innowacyjnych rozwiązań, oferowanych m.in. przez właścicieli Binance. Zgodnie z przewidywaniami Sekretarza Stanu Rady Ministrów Malty Silvio Schembri utworzenie globalnego banku będącego własnością „społeczności kryptowalut” zachęci jeszcze więcej światowej klasy przedsiębiorstw do inwestowania oraz istotnie wzmocni pozycję „Blockchain Island” jako niekwestionowanego lidera kryptowalut. Idea Founders Bank wpisuje się tym samym w starannie i skrupulatnie budowaną strategię gospodarczą Malty, opartą na innowacyjnych technologiach i formule walut cyfrowych blockchain.

Mechanizm „emisji tokena własności”

Mechanizm działania „Blockchain Bank” został oparty na wykupieniu przez użytkowników (Klientów) banku prawnie wiążących tokenów własności akcji w ramach platformy pozyskiwania funduszy, tzw. Equity Token Offering i obejmujące połączenie takich konstrukcji bankowych jak ICO (Initial Coin Offering), emisji akcji oraz inwestycji VC. Powyższe rozwiązanie pozwoli Klientom banku, będącym jednocześnie jego udziałowcami, współdecydować i wyznaczać kierunki rozwoju w Founders Bank. Warunkiem koniecznym dla wprowadzenia nowej formuły bankowości jest uzyskanie przez twórców banku licencji bankowej na terytorium Malty, co powinno nastąpić nie później niż w pierwszej połowie 2019 r. „Blockchain bank” w głównej mierze będzie dedykowany Klientom biznesowym z branży technologicznej i kryptograficznej, a jak zapewniają przedstawiciele Binance dostęp do konta bankowego będzie możliwy za pomocą strony internetowej, aplikacji mobilnej oraz bezpośrednio za pomocą kart kredytowych wydanych przez Founders Bank.

Mrzonka przyszłości czy pożądana ewolucja?

Pomimo wciąż rosnącej popularności walut wirtualnych nie brakuje krytycznych głosów na temat ekspansji walut wirtualnych wyjętych spod jurysdykcji poszczególnych państw. Szczególnie sceptyczne poglądy prezentują przedstawiciele tych państw, które koncentrują swoją gospodarkę na tradycyjnych instrumentach finansowych i walucie narodowej, jak np. Polska. W tym kontekście propozycja „Blockchain Bank” może definitywnie upowszechnić finansowy system kryptowalut i zwiększyć zainteresowanie innowacyjną bankowością cyfrową, nie tylko w otoczeniu Klientów biznesowych, ale także wśród państw wysoko rozwiniętych. Z dużym prawdopodobieństwem można także stwierdzić, że wdrożenie koncepcji wirtualnego banku doprowadzi do redukcji kosztów prowadzenia rachunków bankowych, co równie pozytywnie powinno wpłynąć na portfele inwestorów.

Bez wątpienia propozycja utworzenia Founders Bank jest odpowiedzią na oczekiwania coraz bardziej wymagających Klientów i nie jest pomysłem z kategorii bankowego science-fiction. Wręcz przeciwnie, to właśnie rozwój zaawansowanej technologii oraz nieprzerwana globalizacja systemu finansowego wymagają od instytucji finansowych poszukiwania nowych innowacyjnych rozwiązań. Tym bardziej z dużym zainteresowaniem należy obserwować dalsze prace nad utworzeniem pierwszego w historii „Blockchain bank” i przystosować swój biznes do wirtualnej bankowości!

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Faktury elektroniczne w zamówieniach publicznych od 2019

Elektroniczne faktury mają za kilka lat zdominować rynek rozliczeń. Polscy przedsiębiorcy jednak do nowoczesnych rozwiązań przekonują się powoli. Na razie aż ponad 84% faktur wystawia się w papierowej formie, a większość elektronicznych faktur to zwykły PDF, który z automatyczną, elektroniczną fakturą wymaganą przez UE nie ma nic wspólnego.

27 listopada Polska zacznie wdrażać brukselską dyrektywę o e-fakturowaniu w zamówieniach publicznych. Zanim jednak pierwsze faktury popłyną sieciowym strumieniem, będzie jeszcze kilka miesięcy na właściwe przygotowanie. Ustawą, która zacznie obowiązywać od 18 kwietnia 2019 roku będą objęte organy władzy publicznej wszystkich szczebli, w tym jednostki samorządu terytorialnego, uczelnie publiczne  oraz spółki komunalne powołane do realizacji zadań publicznych. Nakazem przyjęcia elektronicznej faktury będą objęte również samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej, państwowe i samorządowe instytucje kultury, a także komunalne towarzystwa budownictwa społecznego. Zgodnie z nowymi przepisami wszystkie te grupy podmiotów będą musiały przyjmować e-faktury w jednolitym, europejskim standardzie od swoich dostawców towarów i wykonawców prac. Co ważne, decyzja o wystawieniu automatycznej e-faktury będzie należeć do dostawcy ponieważ w przypadku zamówień publicznych nie będzie już wymagana zgoda nabywców na wystawianie faktur elektronicznych.

Nowe przepisy w trybie trzech ustaw

Automatyczne przetwarzanie faktur będzie obowiązywać w ustawach Prawo zamówień publicznych, o partnerstwie publiczno-prywatnym i o umowie koncesji na roboty budowlane i usługi. Wyjątkiem będą zamówienia objęte tajnością ze względu na ochronę bezpieczeństwa państwa. Fakturowanie elektroniczne będzie stosowane również w przypadku małych zamówień publicznych o wartości nieprzekraczającej progu równowartości 30 tys. euro. W tym przypadku można wyłączyć zastosowanie e-faktur w umowie, ogłoszeniu, specyfikacji istotnych warunków zamówienia lub innym dokumencie rozpoczynającym postępowanie o udzielenia zamówienia publicznego.

PDF to nie e-faktura

– To prawdziwy przełom regulacyjny, który może spowodować, że firmy będą częściej i chętniej stosować automatyczne, elektroniczne faktury zamiast przesyłać dokumenty księgowe w postaci papierowej czy PDF. Skorzystają na tym wszyscy, bo automatyczna faktura pozwala na odbiór i przetwarzanie dokumentów księgowych praktycznie bez ingerencji człowieka, oznacza mniej błędów, znacznie niższe koszty obsługi i znaczące przyśpieszenie całego procesu. Z naszych doświadczeń wynika, że możliwe jest skrócenie obiegu faktur nie dwukrotnie czy nawet dziesięciokrotnie. Czas można skrócić nawet blisko 400 – krotnie – zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison będącej członkiem konsorcjum PEF Expert, które będzie świadczyło usługi brokera  Platformy Elektronicznego Fakturowania realizując zamówienia dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

W Polsce szacuje się, że każdego roku w obiegu jest około półtora miliarda faktur. Ich prawidłowe wystawienie, przesłanie oraz odebranie i zaksięgowanie generuje niemałe koszty. Według wyliczeń firmy Edison, firma wystawiający miesięcznie 500 e-faktur, może zaoszczędzić rocznie 20 dni pracy i 10000 zł na materiałach i energii. A im więcej wystawianych faktur, tym te oszczędności są znacznie większe. Pomimo tego przedsiębiorcy w Polsce podchodzą z dużą nieśmiałością do automatycznych e-faktur.

Co trzecia firma odbiera prawdziwe e-faktury

Główny Urząd Statystyczny sprawdził ile firm prowadzących działalność w 2017 roku miało do czynienia z e-fakturami. W badanej grupie znalazło się 103467 podmiotów gospodarczych. 35,5% z nich zadeklarowało, że odbiera automatyczne e-faktury. Zdecydowana większość, bo aż 94,3% firm przyjmuje dokumenty, które nie nadają się do szybkiego przetwarzania i z automatyzacją nie mają nic wspólnego. Najczęściej jest to zwykły mail z załącznikiem w formacie PDF. Niestety, to powszechna pomyłka w polskim biznesie.

Faktury w formacie PDF wymagają wydruku, mało kto wie, że są droższe w obsłudze niż te papierowe. Prawdziwa e-faktura pozwala do minimum ograniczyć nakład pracy niezbędnej do ich przetworzenia dzięki temu, że proces przekazywania informacji między systemami IT nadawcy i odbiorcy odbywa się automatycznie. W ten sposób minimalizuje się ryzyko błędu, a dokument może być szybko odebrany, odczytany i zaksięgowany. Oszczędności z wprowadzenia automatycznych faktur są znaczące dla obu stron transakcji – komentuje Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison.

Dominuje papier i niewłaściwy format

Najgorzej w tym zestawieniu prezentują się małe przedsiębiorstwa zatrudniające od 10 do 49 pracowników. Z badania wynika, że 34% z nich odbierało „właściwe” e-faktury. Odsetek wśród średnich przedsiębiorstw był trochę wyższy i wyniósł 41%. Brylują w tym zestawieniu duże firmy zatrudniające minimum 250 osób. Ich wynik w podsumowaniu wynosi 46%. W każdej z tych grup dominowała jednak „udawana” elektroniczna faktura czyli PDF.

– Zastanawia tak duży procent potwierdzających odbieranie automatycznych e-faktur. Nasze wieloletnie doświadczenie w branży EDI pokazuje, że czasem przedsiębiorcy błędnie deklarują w badaniach swoje działania w tym zakresie. Wynika to z braku zrozumienia tematu i mylenia elektronicznych e-faktur z plikami PDF. Tak długo jak faktura będzie przekazywana jako załącznik do e-maila, to jej wartość będzie niewielka. Zanim trafi do jakiegoś dalszego przetwarzania, musi być przecież jeszcze zapisana ręcznie przez użytkownika, wydrukowana i dostarczona we właściwe miejsce. To strata czasu i pieniędzy – podsumowuje zestawienie Tomasz Kuciel.

Główny Urząd Statystyczny sprawdził także ile przedsiębiorstw wystawiało e-faktury dla innych firm lub administracji publicznej. Aż 84,3% stawiało na papierową formę rozliczania. Rozwiązanie pomiędzy czyli faktury w formie elektronicznej nienadające się do automatycznego przetwarzania wybierało 43,5% przedsiębiorców. Tylko niewiele ponad 13% z nich deklaruje, że wysyłało dokumenty w formatach EDI, UBL lub XML, czyli idealnych  do automatycznego przetwarzania.

Nadchodzą zmiany

Prognoza opracowana w 2010 roku przez Komisję Europejską dotycząca korzyści z zastąpienia faktur papierowych elektronicznymi odpowiednikami zakłada oszczędności rzędu 240 miliardów Euro w ciągu 6 lat. Ponadto europejscy urzędnicy prowadzili latem tego roku konsultacje publiczne w celu oceny przepisów dotyczących fakturowania, wprowadzonych w Dyrektywie Rady 2010/45/UE z 13 lipca 2010 r. Chodziło o zebranie opinii ekspertów i podatników ws. osiągniętych do tej pory założeń, oczekiwań i potrzeb zainteresowanych podmiotów. Konsultacje pozwoliły Brukseli na lepszą identyfikację problemów wynikających ze stosowania e-fakturowania na terenie państw członkowskich. W oparciu o te prognozy i oceny KE postanowiła uczynić fakturę elektroniczną dominującą formą fakturowania na obszarze Unii już w 2020 roku.

Odbicie na kruchym optymizmie

Na starcie nowego tygodnia rynki przebudzają się z okołoświątecznej drzemki, a płynność wraca do normy w pozytywnym klimacie. Wydarzeniem tygodnia jest szczyt G20 i spotkanie przywódców USA i Chin. Poza tym śledzimy kierunek ropy naftowej i dane z Eurolandu.

W poprzednim tygodniu widzieliśmy sporo upłynniania pozycji i redukcji ryzyka w obliczu świątecznej przerwy i tradycyjnego spadku aktywności na globalnych rynkach (o ok. 20-30 proc.), więc teraz poszukiwanie okazji daje siłę do podbicia wycen. Klimat budują też oczekiwania przed szczytem G20 na koniec tygodnia, w trakcie którego zaplanowano rozmowy prezydenta USA Trumpa z prezydentem Chin Xi. Inwestorzy mają nadzieję na jakąś formę kompromisu w relacjach handlowych, dzięki któremu udałoby się odwrócić decyzję o podwyższeniu od przyszłego roku ceł importowych na warte 200 mld USD chińskie towary z 10 proc. do 25 proc. Naturalnie alternatywny rezultat spotkania także nie jest do wykluczenia, wszak Trump zdołał już zagrozić ocleniem wszystkich towarów przychodzących z Chin. Ponadto ostatnie komentarze z USA (m.in. wiceprezydenta Pence’a) były bardziej niż mniej krytyczne w stosunku do Chin. Otwartym jest też pytanie, na ile Chiny mają siłę toczyć tą nierówną grę i nie ugną się pod presją USA? Rozsądek podpowiada mi, by nie robić sobie dużych nadziei, ale z drugiej strony oduczyłem się nie doceniać prezydenta Trumpa i szybkości, z jaka zmienia zdanie. W pierwszych dniach tygodnia rynki mogą pociągnąć podsycany nadziejami wzrost apetytu na ryzyko, ale bliżej piątku liczyłbym na większą ostrożność, a nawet presję na realizację zysków.

Kluczem dla okołorynkowego sentymentu będzie też sytuacja na rynku ropy naftowej. Trudno zignorować 8-procentowy spadek ceny w piątek, najniższe poziomy od października ubiegłego roku i przeszło 20-proc. spadek od początku miesiąca. Fundamentalnym podłożem przeceny są obawy o nadpodaż surowca przy pogorszeniu perspektyw popytu w obliczu spowolnienia gospodarczego. Ale też katalizatorem wyprzedaży jest wcześniejsze nagrodzeniem długich pozycji spekulacyjnych, które teraz masowo są zamykane. Doszliśmy jednak do sytuacji, w której długa pozycja netto jest najniższa od II kw. 2017 r., a w ujęciu brutto posiadaczy długich pozycji jest najmniej od trzech lat. To przynajmniej otwiera pole do stabilizacji, a przynajmniej zmienność powinna się wyciszyć. Może też nie brakować budowania nadziei na konstruktywne rezultaty przeszłomiesięcznego szczytu OPEC. Ponownie – nadzieje, a nic konkretnego, ale i na słabszych argumentach rynek potrafił budować ruch.

Dziś, poza powszechnym trybem risk-on, uwaga skupi się na niemieckim indeksie Ifo. Po rozczarowujących odczytach PMI w piątek, przede wszystkim dla niemieckiego przemysłu, ocena kondycji największej gospodarki Eurolandu może istotnie ważyć na zachowaniu EUR, które rano szuka paliwa do wzrostów (choć EUR/USD wciąż pozostaje pod 1,14). Trudno jednak oczekiwać, by niemieccy przedsiębiorcy dwa razy wyrazili odmienne opinie, więc spadek indeksu jest oczekiwany. Istotny będzie też komentarz EBC do sytuacji gospodarczej – dziś usłyszymy komentarze od Praeta, Coeure, Nowotnego i prezesa Draghiego. Optymizm będzie niespodzianką.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polscy pracownicy zawsze pod telefonem – wyniki badania Michael Page

W badaniu „Życie w pracy” przeprowadzonym przez firmę rekrutacyjną Michael Page, 68 proc. respondentów przyznało, że każdego dnia po godzinach pracy oraz w weekendy odpowiada na e-maile lub odbiera telefony służbowe. Wiąże się z tym fakt, że ponad 83 proc. ankietowanych posiada co najmniej jedno służbowe urządzenie elektroniczne – telefon, laptop lub tablet.

MichaelPage_Infografika_1

Uzyskane przez nas wyniki pokazują, że technologia stała się istotnym elementem naszego życia zawodowego, w skutek czego widać też znaczący poziom swoistego „zacierania się” granic pomiędzy pracą a sferą prywatną. W opinii aż 77 proc. respondentów urządzenia, którymi wspomagają się oni w pracy zmieniły ich życie, przy czym aż 61 proc. uważa, że zmiana ta ma charakter negatywny.

Wśród powodów, dla których pracownicy pozostają skomunikowani ze swoim światem zawodowym po godzinach należy wymienić poczucie odpowiedzialności (65 proc.). Co ciekawe, widoczny w tej kwestii jest wyraźny rozdźwięk z uwagi na płeć – takiej odpowiedzi udzieliło 55 proc. kobiet vs. 72 proc. mężczyzn. Kolejnym powodem wskazanym przez respondentów jest poczucie obowiązku (42 proc.).MichaelPage_Infografika2

Jak pokazuje badanie Michael Page, prawie połowa respondentów (48 proc.) byłaby gotowa wykonywać pracę podczas urlopu. Nawet jeśli miałoby to być jedynie sprawdzenie skrzynki pocztowej bądź odebranie telefonu. Z kolei ponad 37 proc. badanych przyznało się, że skrzynkę pocztową sprawdza codziennie – również w weekendy. Natomiast 30 proc. każdego dnia, także w sobotę i niedzielę, odbiera telefony służbowe.

Ciekawym zjawiskiem, który zaobserwowaliśmy w naszym badaniu jest także fakt, że niemal co trzeci ankietowany (29,1 proc.) wskazał, że często za pośrednictwem prywatnego telefonu załatwia sprawy zawodowe. Jeszcze więcej, bo 42,7 proc. respondentów przyznało, że obowiązki służbowe często wykonuje na laptopie prywatnym.

Magdalena Zmitrowicz w Zarządzie Banku Pekao S.A.

Rada Nadzorcza Banku Pekao S.A. powołała 23 listopada Magdalenę Zmitrowicz w skład Zarządu na bieżącą wspólną kadencję i powierzyła jej pełnienie funkcji Wiceprezes Zarządu Banku.

Magdalena Zmitrowicz dołączyła do Banku Pekao S.A. w tym roku i pełniła funkcję Dyrektora Zarządzającego.

– Bardzo się cieszę, że Rada Nadzorcza powierzyła nowe obowiązki osobie, która ma ogromne doświadczenie i sukcesy w bankowości, przez wiele lat pełniła funkcje menedżerskie i odpowiadała za kontakt z klientami biznesowymi – powiedział Prezes Zarządu Michał Krupiński. – Ta nominacja to kolejna, po jednomyślnym powołaniu Zarządu na nową kadencję kilka dni temu, oznaka zaufania do naszych działań.

– To dla mnie zaszczyt przyjąć to wyzwanie, pracować dla Banku Pekao SA i jego klientów – powiedziała Magdalena Zmitrowicz.

Przed podjęciem pracy w Banku Pekao S.A. Magdalena Zmitrowicz związana była z Bankiem Handlowym w Warszawie S.A. a także pracowała w europejskich strukturach Citigroup. W latach 1999-2018 pełniła m.in. funkcje Dyrektora ds. Bankowości Przedsiębiorstw, Regionalnego Dyrektora Sprzedaży, Dyrektora Biura Sektora Publicznego w Pionie Bankowości Przedsiębiorstw zarządzając strukturami sprzedażowymi w regionie i oddziałach. Posiada również doświadczenie w tworzeniu struktur sprzedażowych i zarządzaniu w Pionie Bankowości Małych i Średnich Przedsiębiorstw, gdzie pełniła funkcje Regionalnego Dyrektora CitiBusiness oraz Dyrektora w Pionie Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Jest absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego Wydziału Nauk Społecznych oraz Wydziału Zarządzania. W 2013 roku ukończyła Commercial Credit College w USA w ramach Grupy Citi. Kierowała pracami Grupy Strategy Champions w ramach Banku Handlowego w Warszawie S.A.

Po dzisiejszej nominacji w skład zarządu Banku Pekao S.A. wchodzą Prezes Zarządu Michał Krupiński oraz wiceprezesi: Tomasz Kubiak, Michał Lehmann, Marek Lusztyn, Tomasz Styczyński, Marek Tomczuk i Magdalena Zmitrowicz.

Opieka nad seniorami – rosnący deficyt na opiekunów

W zawodach opiekuńczych liczba ofert pracy jest zdecydowanie większa niż grupa osób poszukujących zatrudnienia. Zapotrzebowanie na opiekunów rośnie głównie ze względu na postępujący proces starzenia się społeczeństwa. Według szacunków, w 2035 roku stałego wsparcia będzie potrzebował ponad milion polskich seniorów. W sytuacji, gdy wielu naszych rodaków opiekuje się emerytami w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy we Włoszech, alternatywą dla Polaków pozostają pracownicy z Ukrainy, Białorusi i innych państw zza wschodniej granicy. Jednak, zdaniem ekspertów, nie można opierać systemu opieki społecznej na działalności cudzoziemców. Należałoby raczej stworzyć jednolite szkolnictwo dla tej branży i odpowiednie standardy usług, a także podnieść płace.

Zapotrzebowanie w sektorze

Niesamodzielnych osób w podeszłym wieku, które w różnym zakresie potrzebują opieki środowiskowej, jest ok. 2 mln, a wymagających wsparcia opiekuna – blisko 700 tys. Prognozy wskazują, że ich liczba będzie rosła z roku na rok. Według różnych szacunków, w sektorze opiekuńczym już teraz brakuje od 20 do nawet 100 tys. pracowników.

– Trudno precyzyjnie określić, ilu ludzi do pracy w tym zawodzie rzeczywiście nam potrzeba. Wszystko zależy od tego, czy uznamy, że niemożność wykonywania pewnych codziennych czynności oznacza, że dana osoba wymaga stałego wsparcia opiekuna czy też pewnej pomocy finansowanej ze środków publicznych, a umożliwiającej bieżące funkcjonowanie. W niektórych przypadkach może być wskazany taki rodzaj wsparcia, który wykracza poza tradycyjną definicję opieki, ale jest bardzo ważny dla osób starszych, jak np. rozmowa czy wspólny spacer – mówi dr hab. Jolanta Perek-Białas, gerontolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podaje, że w II półroczu ubiegłego roku w zawodzie opiekun osoby starszej na 1 tys. zarejestrowanych bezrobotnych przypadało 3,2 tys. ofert pracy. Lukę tę wypełniają stopniowo cudzoziemcy. W ostatnich latach wzrosła liczba wydawanych zezwoleń na pracę dla obcokrajowców w profesjach pomocowych. W 2017 roku w sektorze opiekuńczym wydano ponad 1,7 tys. takich pozwoleń.

Pracownik zza wschodniej granicy

– Oprócz legalnego zatrudnienia istnieje także tzw. szara strefa. Niekiedy cudzoziemcy, zatrudniani w prywatnych domach, nie są zgłaszani do ubezpieczenia społecznego, a Państwowa Inspekcja Pracy nie ma w tym przypadku żadnych możliwości kontroli. Osoby, które świadczą usługi opiekuńcze w taki sposób, też nie zabiegają o umowę, bo nie chcą stracić pracy. Takie sprawy są ujawniane jedynie w sytuacji, gdy np. pracodawca zalega z wynagrodzeniem bądź jeżeli pracownik nie ma możliwości wynegocjowania zaległej zapłaty – zaznacza Ewa Kacprzak-Szymańska z Biura Interwencji Prawnej.

W Polsce obowiązują ułatwienia w zatrudnianiu obywateli państw zza wschodniej granicy. Osoba pochodząca z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji czy Ukrainy może podjąć posadę opiekuna na rzecz osoby fizycznej bez przechodzenia tzw. testu rynku pracy (weryfikacji czy na dane miejsce nie ma bezrobotnego Polaka). To rozwiązanie znacznie skraca pracodawcy czas pozyskania opiekuna.

– Pracownicy z innych państw – chociaż mogą stanowić istotne wsparcie – z pewnością nie zapełnią całej luki, jaka już obecnie istnieje na rynku usług opiekuńczych w Polsce, a na pewno będzie się powiększać, w związku z demograficznymi zmianami. Wskazują na to doświadczenia innych krajów, zatrudniających migrantów w sektorze ochrony zdrowia, jak chociażby Wielkiej Brytanii czy Szwecji. Dlatego niezbędne jest wspieranie dobrego i profesjonalnego przygotowywania odpowiedniej kadry także w naszym kraju – zauważa dr hab. Jolanta Perek-Białas.

Jednolite standardy i szkolenie

Z kolei Katarzyna Bieniek, ekspert z Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej (KIGS) ds. rynku pracy i projektów związanych z ochroną zdrowia, zwraca uwagę na to, że wielu cudzoziemców, świadczących profesjonalne usługi opiekuńcze, ma trudności z nostryfikowaniem swoich dyplomów. W Polsce szkół prowadzących szkolenia przygotowujące do opieki nad osobami starszymi jest bardzo wiele, a edukacja odbywa się na różnym poziomie – od kilkudniowych kursów po wielomiesięczne studia. Dlatego też dużym wyzwaniem jest ujednolicenie systemu kształcenia, by zapewnić osobom starszym opiekę na jednakowo wysokim poziomie. Natomiast MRPiPS czy Narodowy Fundusz Zdrowia powinny jasno określić wymagania w stosunku do opiekunów seniorów, np. poprzez wymóg posiadania odpowiednich certyfikatów od firm, które takie usługi świadczą.

– Niezwykle istotne jest dowartościowanie zawodu opiekuna osoby starszej czy niesamodzielnej. Powinno to oznaczać poprawę zarobków, odpowiednie dofinansowanie kształcenia i wsparcia w zakresie informacji, a także umożliwienie pracownikom brania urlopów. Ponadto należy rozważyć uregulowanie kwestii współfinansowania usługi opiekuńczej przez instytucje samorządowe. Ta praca nie może być nisko płatna, bo to powoduje, że nie mamy odpowiednich kadr, a te które są już wykształcone, mogą wyjechać do pracy do innych krajów. Niewielka płaca nie jest też atrakcyjna dla cudzoziemców. Czynnik ekonomiczny jest istotny, gdyż praca jest trudna, wymaga szczególnych kwalifikacji, a poziom tzw. wypalenia zawodowego może być wysoki – komentuje dr hab. Jolanta Perek-Białas.

Tymczasem Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wraz Ministerstwem Zdrowia skierowało wniosek do Ministerstwa Edukacji Narodowej w sprawie wprowadzenia do klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego nowej profesji – opiekuna osoby niesamodzielnej. Jest to odpowiedzią na brak profesjonalistów w tej dziedzinie. Ponadto w 2017 roku MRPiPS, w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój, podjęło działania mające na celu podniesienie poziomu usług opiekuńczych, świadczonych w środowisku zamieszkania osób starszych. Opracowało ich standardy oraz zasady kształcenia opiekunów i asystentów w zależności od stopnia niesamodzielności osób korzystających z pomocy. Resort ma nadzieję, że wpłynie to na poprawę jakości świadczeń oraz wzmocni status zawodów opiekuńczych.

Rosnący deficyt

– Polskie społeczeństwo starzeje się, i to nie jest nowa informacja. Z każdym rokiem przybywa nam osób starszych, wymagających opieki przy jednoczesnym spadku liczby osób młodych, wchodzących na rynek pracy. Dlatego myślę, że w ciągu najbliższych 5-10 lat rynek wymusi podniesienie wynagrodzeń w zawodach opiekuńczych. Wtedy sektor będzie przyciągał nie tylko pracowników zza wschodniej granicy, ale także i Polaków, którzy będą wybierali pracę w kraju, a nie – tak jak to się dzieje dzisiaj – wyjazd na Zachód – stwierdza Katarzyna Bieniek.

Jak wynika z symulacji, przeprowadzonych przez dr Zofię Szwedę-Lewandowską z Instytutu Gospodarstwa Społecznego Szkoły Głównej Handlowej, w 2035 roku do opieki nad grupą niesamodzielnych seniorów po 65. roku życia (liczącą wówczas ok. miliona osób) potrzeba będzie ponad 260 tys. opiekunów. Biorąc pod uwagę wszystkich dorosłych ludzi wymagających stałego wsparcia, za 17 lat w tym zawodzie będzie około 500 tys. miejsc pracy. Problem braków kadrowych może częściowo rozwiązać geronotkolonializm, czyli wysyłanie emerytów przez rodziny do miejsc, w których opieka i życie jest tańsze. Może również zacząć rozwijać się teleopieka.

W 2018 roku rynek leasingu w Polsce wzrośnie o 20 proc.

Polski rynek leasingu w ostatnich latach rozwija się bardzo dynamiczne, odnotowując dwucyfrowe tempo wzrostu. W ubiegłym roku wartość sfinansowanych transakcji wyniosła 67,8 mld złotych. W 2018 roku spodziewany jest dalszy wzrost o ponad 20 proc., do poziomu 83 miliardów złotych. Łączna wartość aktywów będących w użytkowaniu przedsiębiorców lub finansowanych przez branżę leasingową w połowie 2018 roku wyniosła 137 miliardów złotych.

– Największy udział w rynku leasingu mają samochody lekkie – osobowe oraz dostawcze do 3,5 tony – służące przedsiębiorcom w działalności gospodarczejPo trzech kwartałach 2018 roku segment ten stanowił 46 proc. całego rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu – Szacuje się, że wartość sfinansowanych transakcji w tym zakresie wyniesie pod koniec roku ok. 40 miliardów złotych. Oznacza to przyrost rok do roku na poziomie 30 proc. To porównywalne tempo do tego, jakie obserwowano w ubiegłych latachPozostałe segmenty rynku to ciężkie środki transportu drogowego – m.in. ciągniki siodłowe oraz naczepy i przyczepy, a także maszyny i urządzenia. Największy udział mają maszyny rolnicze, budowlane, również sprzęt medyczny oraz urządzenia wykorzystywane do produkcji metalu, tworzyw sztucznych i wózki widłowe. Rynek nieruchomości stanowi niewielki procent całej branży leasingowej. Na początku lat 2000 było to ok. 10 proc., obecnie poziom ten spadł do 1 proc. Niewielki jest też udział świadczeń na rzecz podmiotów publicznych – ocenił Sugajski.

W tym roku hasło „Black Friday” było wyszukiwane trzykrotnie częściej niż w 2017

Użytkownicy największych na rynku aplikacji agregujących promocje gazetkowe zwiększyli swoją aktywność w kwestii poszukiwania fraz dot. Czarnego Piątku. W porównaniu do zeszłego roku nastąpił ogromny wzrost, bo o blisko 80%. W br. hasło „Black Friday” było wyszukiwane prawie trzykrotnie częściej niż rok temu. W ub. roku było na 4. pozycji, a w tym – na 1. Poprzednio najwyższe noty miał telewizor, który teraz nie znalazł się nawet w pierwszej 15. Już drugi raz z rzędu na 2. pozycji był laptop. I tym razem prawie dwa razy częściej go szukano. Odnotowano też, że popularniejsze stały się marki konkretnych producentów niż nazwy sklepów, jak to było w 2017 roku. Najbardziej aktywni okazali się konsumenci w dużych miastach.

Co napędza Polaków?

Jak zauważa Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, odpowiedzialnej za analizę fraz wyszukiwanych przez 1,5 mln użytkowników gospodarstw domowych, z roku na rok wzrasta zainteresowanie Polaków Czarnym Piątkiem. Wpływa na nie mobilizacja sprzedawców i rosnąca ilość reklam dot. Black Friday. Konsumenci coraz częściej korzystają więc z aplikacji pomagających im w znalezieniu najlepszych okazji.

– Ludzie reagują euforią, spodziewając się dużych przecen, a retailerzy wykorzystują to jako okazję do sprzedaży dodatkowych produktów. Dla sprzedawców każda masowa akcja mobilizująca konsumentów jest dobra. Dodatkowo ci, którzy nie wejdą w nią, mogą bardzo dużo stracić. Zatem nawet jeśli nie stosują wysokich przecen, to i tak promują się pod nazwą Black Friday – mówi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, twierdzi, że firmy stać na atrakcyjne oferty, poprzedzone wyraźną komunikacją. Natomiast Polacy mają do dyspozycji więcej pieniędzy, bo wzrosły ich wynagrodzenia. Ugruntowało to pozycję Czarnego Piątku w kulturze konsumpcji. Sukces z 2017 roku stymulował tegoroczny.

– Trzeba dodać, że w tym roku polski handel mocniej komunikował Black Week niż sam Czarny Piątek. Większość ofert specjalnych była dostępna już od poniedziałku, co bez wątpienia wpłynęło na znacznie większe zainteresowanie frazą „Black Friday” w br. niż w ub. roku. Poprzednio ww. hasło było na 4. pozycji w naszym rankingu, a tym razem – na 1. miejscu – informuje Marcin Lenkiewicz.

Zdaniem Sebastiana Starzyńskiego, to tzw. efekt śnieżnej kuli, wynikającej z przymusu nieodstawania od reszty rynku. Jeśli w 2017 roku jakiś retailer nie promował się pod hasłem „Black Friday”, a zauważył, że inny, który to robił, miał znacznie większy ruch w sklepie, to teraz sam musiał zaoferować promocje. Ekspert przewiduje, że z roku na rok straty nieuczestniczących w akcjach firm, w postaci realizacji mniejszego wzrostu obrotów w tym okresie niż konkurencja, mogą być coraz większe.

Najpopularniejsze sprzęty

– W zeszłym roku na 1. miejscu w zestawieniu TOP10 był telewizor, a w tym roku nie znalazł się nawet w TOP15. Wynika to z tego, że sieci marketów oferujących artykuły RTV i AGD stale szeroko komunikują swoje promocje. Konsument mógł przyzwyczaić się do rabatów na ten asortyment i nie wyczekiwał obniżek na ww. sprzęt z okazji Black Friday – stwierdza wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Dr Faliński zwraca uwagę na to, że minął tylko rok i tego typu produkt jeszcze nie zdążył się zużyć. Telewizory nie starzeją się aż tak szybko. Popyt na nie spada ze względu na konkurencję innych nowoczesnych sprzętów. I trzeba przyznać, że znacznie szybciej przestarzałe technologicznie stają się laptopy, które w zeszłorocznym i w tym rankingu były na 2. miejscu.

– Płaskie telewizory mamy od wielu lat i te kupione 5-10 lat temu nadal spełniają swoje funkcje, co trudno powiedzieć o laptopach. Z każdym rokiem przenośny komputer ma coraz więcej ograniczeń. Jednocześnie rośnie ilość jego zastosowań. Można na nim oglądać np. platformy streamingowe typu Netflix i w ten sposób używać go jako substytut telewizora – przypomina prezes Starzyński.

W tym roku laptop był też prawie 2 razy częściej poszukiwany niż poprzednio. Marcin Lenkiewicz zaznacza, że jest to produkt szeroko promowany już nie tylko w sieciach ze sprzętem multimedialnym. Przed Black Week zachęcały do jego zakupu również hipermarkety, a nawet dyskonty. I z tego wynika wysoka pozycja ww. sprzętu w rankingu.

– W 2017 roku na 3. pozycji był odkurzacz, a w obecnym zestawianiu wypadł poza TOP15. To urządzenie również ma długi czas tzw. starzenia się moralnego i po osiągnięciu pewnego progu nasycenia rynku, czyli gospodarstw domowych, popyt bieżący spada. Dopiero duża zmiana technologiczna może odmienić ten trend – tłumaczy prezes Starzyński.

Sklepy vs marki

Rok temu wśród wyszukiwanych fraz pojawiały się nazwy sklepów z elektroniką – Media Expert i Media Markt – odpowiednio 7. i 11. miejsce. Wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix uważa, że dla konsumenta dużo ważniejsze stało się porównywanie ofert wybranego produktu w całym kanale online i offline. Zwiększyła się również świadomość klientów, którzy nie chcą już bazować na wyselekcjonowanym przez daną sieć asortymencie.

– Poprzednio przy mniejszej rywalizacji sieci mogły łatwiej się wypromować, przez co częściej były poszukiwane w Internecie. W tym roku konkurencja jest większa, zatem nazwy sklepów spadają z listy fraz, a są zastępowane przez produkty i marki popularnych produktów – podkreśla ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

W tym roku wysokie pozycje miały marki Samsung i Huawei – odpowiednio 6. i 14. Jak wynika z obserwacji Marcina Lenkiewicza, producenci sami bardzo mocno zaczęli komunikować Black Friday jako opcję na okazyjne zakupy. Smartfony i sprzęty elektroniczne to topowe kategorie produktów, na których obniżki czekają deal hunterzy.

– Te marki są intensywnie i kulturowo trafnie promowane. Poza tym działania konkurentów są zbieżne. Samsung broni swojej pozycji, zagrożonej m.in. przez Huawei. A ten drugi zdobywa rynek. Walczą o klienta ceną, jakością i obsługą. Na tym najbardziej korzysta konsument. Ma różnego rodzaju bonusy i promocyjne warunki zakupu – ocenia dr Faliński.

Największa aktywność

Przeszukiwaniem aplikacji agregujących promocje zajmowali się głównie mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Katowic – ogółem 43% całej aktywności. W opinii Sebastiana Starzyńskiego, jest to związane z modą na nowe święto zakupów. Z czasem przeniesie się ona do mniejszych ośrodków.

– W miastach wystąpił najbardziej zauważalny efekt koniunktury. Ludzie zarabiają najwięcej i najszybciej rosną ich wynagrodzenia. Jest tam skoncentrowany popyt, związany również z gęstym zaludnieniem. Promocjami są zainteresowani wszyscy Polacy, ale kontakt z komunikacją promocyjną oraz grubość przeciętnego portfela młodego człowieka tworzy zjawisko miejskości Black Friday – analizuje prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Z kolei wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix wyjaśnia, że aplikacje agregujące promocje i gazetki paradoksalnie nie generują znacznej sprzedaży w e-commerce, a raczej kierują klientów do sklepów stacjonarnych. Wielkopowierzchniowe placówki ze sprzętem elektronicznym czy centra handlowe nadal w dużej mierze są skupione w większych miastach. Dzięki ich bliskości shopperzy mogą zapoznać się z ofertami dot. Black Week czy Black Friday i efektywnie zaplanować zakupy.

Patrząc na dynamikę poszukiwań od poniedziałku do piątku, widzimy, że w zeszłym roku największym obłożeniem cieszył się czwartek, a potem piątek. Natomiast w tym roku rekordy bił czwartek. A następna była środa. Z kolei wtorek okazał się blisko 17 razy słabszy od najaktywniejszego dnia. To duży spadek. W zeszłym roku było to tylko 2 razy mniej. Nawet poniedziałek był teraz lepszy o blisko 9 razy.

– W poniedziałek sieci często komunikują swoje oferty. W tego typu aplikacjach agregujących promocje zawsze w tym dniu widać zwiększony ruch. I tak samo było w pierwszym dniu tego tygodnia. Dlatego miał lepszy wynik niż wtorek, kiedy aktywność mocno spadła. Intensyfikacja przekazu reklamowego komunikującego rabaty była tak mocna w tym roku we wszystkich mediach zasięgowych, że naturalnie na dwa dni przed samym Black Friday konsument poszukiwał okazji. Niektóre sieci przeddzień dały dostęp do ofert piątkowych. Jednak zakup można było sfinalizować jedynie poprzez dedykowaną aplikację mobilną ­– podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

ACAMS w Polsce – komentarz Anny Urbańskiej ze Standard Chartered

Komentarz Anny Urbańskiej, szefowej Pionu Przeciwdziałania Przestępczości Finansowej w globalnym centrum usług Standard Chartered w Warszawie, nt. powstania polskiego oddziału ACAMS, największej międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej.

Powstanie lokalnego oddziału ACAMS to dobra informacja zarówno dla polskich ekspertów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej, jak i w szerszym kontekście gospodarczym. Do tej pory w naszym kraju brakowało platformy wymiany wiedzy, doświadczeń i rozwoju kompetencji, umożliwiającej integrację tej grupy ekspertów. Tymczasem, ich grono w Polsce rośnie. Dynamiczne zmiany w obszarze technologii i telekomunikacji powodują, że metody działania przestępców finansowych wciąż ewoluują, co z kolei wymusza intensyfikację działań podejmowanych przez regulatorów, organy ścigania i  instytucje finansowe.

Powstanie polskiego oddziału ACAMS potwierdza istotną rolę, jaką odgrywa nasz rynek w obszarze przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej. W ciągu ostatnich kilkunastu lat kolejne międzynarodowe instytucje finansowe tworzyły nad Wisłą jednostki odpowiedzialne za monitorowanie transakcji, identyfikację elementów budzących wątpliwości i powstrzymywanie przepływów mogących służyć finansowaniu działalności przestępczej. Bogata baza specjalistów z odpowiednimi kompetencjami kierunkowymi, dobrą znajomością języka angielskiego oraz takimi cechami osobowości, jak dociekliwość
i umiejętność niestandardowego myślenia – to argumenty, które czynią z Polski atrakcyjną lokalizację dla tego typu inwestycji, a z polskich pracowników pożądanych profesjonalistów w tym obszarze. W tym roku do grona tych instytucji dołączył Standard Chartered, jeden z wiodących banków międzynarodowych, który buduje w Warszawie zespół złożony z doświadczonych ekspertów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej. Planujemy, że do końca 2018 roku nasz zespół w Polsce będzie liczył ok. 100 pracowników, a w perspektywie kilku lat powiększy się do kilkuset osób.

Na polskim rynku dostrzegamy coraz większą aktywność w tym obszarze, zarówno po stronie międzynarodowych instytucji niefinansowych (np. firm konsultingowych), jak i instytucji finansowych z polskim rodowodem. Rośnie także świadomość kluczowej roli, jaką sektor finansowy i uczestnicy obiegu gospodarczego reprezentujący inne branże odgrywają w przeciwdziałaniu finansowania terroryzmu, handlu żywym towarem, przemytu broni czy działalności gangów narkotykowych. Sam tylko proceder prania pieniędzy, bez uwzględnienia innych rodzajów przestępstw finansowych, to zjawisko na ogromną skalę. O jego rozmiarach świadczą liczby – Biuro Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) szacuje, że suma pieniędzy wypranych rocznie w skali globalnej wynosi od 2 do 5 proc. światowego PKB.

Polskie firmy coraz bardziej cyfrowe i nastawione na wdrażanie nowych technologii. Cyfrowa rewolucja do 2025 roku może wzbogacić PKB o 275 mld zł

Polskie firmy coraz bardziej cyfrowe i nastawione na wdrażanie nowych technologii. Cyfrowa rewolucja do 2025 roku może wzbogacić PKB o 275 mld zł 1

– Dzisiaj największy worek z pieniędzmi dla przedsiębiorców to ten, który służy wydatkom na innowacje, na badania i rozwój oraz nowe technologie – mówi minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz. Jak ocenia, polskie firmy powoli przestawiają się na tory cyfrowej transformacji z korzyścią dla całej gospodarki. W cyfryzację kraju inwestuje też biznes. Orange Polska realizuje szereg inwestycji mających na celu wspieranie przekształceń cyfrowych. Prezes spółki Jean-François Fallacher podkreśla, że firmy muszą zacząć postrzegać zachodzące zmiany jako nowe możliwości, a nie zagrożenia.

– Przemysł 4.0 to przede wszystkim wymiana ogromnej liczby danych, bezpieczeństwo tych danych, a także standard przesyłu. Tworzenie tych standardów jest z całą pewnością rolą administracji. Biznes musi wykazać przede wszystkim wolę, chęć udziału w tej rewolucji przemysłowej, gotowość do pewnych inwestycji, bo bez nich się nie obędzie, i gotowość do zatrudniania osób, które swoimi kompetencjami wspomogą tę transformację. Przypomnę, że Przemysł 4.0 to przyspieszenie cyklów produkcji, obniżenie kosztów, a także dostarczanie usług i towarów szytych na miarę odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz.

Jak ocenia, polskie firmy powoli, ale jednak zmierzają w kierunku cyfrowej transformacji. Zwłaszcza te małe i średnie, które dostrzegają jak szybko przynosi im to realne, wymierne korzyści materialne. Z najnowszego raportu firmy McKinsey „Polska jako cyfrowy challenger” wynika, że do 2025 roku cyfryzacja może przynieść polskiemu PKB dodatkowe 275 mld zł.

– My ze strony ustawowej staramy się tworzyć taką platformę, która tę cyfrową transformację przyspieszy. Ustawa o Platformie Przemysłu Przyszłości jest na ostatniej legislacyjnej prostej w Sejmie. Ta platforma będzie miała formę fundacji, za sprawą której będzie możliwe realne partnerstwo publiczno-prywatne, które po pierwsze, będzie edukować, a po drugie, tworzyć centra demonstracyjne dla firm. Mamy bowiem świadomość, że małych i średnich przedsiębiorców nie stać na to, aby samodzielnie budować duże linie produkcyjne gospodarki 4.0, w pełni zautomatyzowane, komunikujące się ze sobą. Takie centra pilotażowe powstaną w ciągu najbliższych lat – mówi minister Emilewicz.

Szefowa MPiT podkreśla, że obecnie największy worek z pieniędzmi dla przedsiębiorców to ten, który służy wydatkom na innowacje, na badania i rozwój oraz nowe technologie. Jednocześnie program Start in Poland, adresowany do młodych spółek technologicznych, to największy tego typu program w Europie Środkowej.

– Dysponujemy zatem środkami zarówno na opracowanie technologii, jak i na wystawianie linii pilotażowych, na pierwsze pilotażowe produkcje. Tego typu dofinansowanie mogą dostać zarówno duże firmy, te przede wszystkim w NCBiR, a także mali i średni przedsiębiorcy w PARP – mówi minister Jadwiga Emilewicz.

Prezes Orange Polska Jean-François Fallacher dodaje, że dla polskich firm rewolucja cyfrowa jest nie tylko źródłem wyzwań, lecz także niesie ze sobą duże szanse, ponieważ umożliwia podnoszenie efektywności i zapewnia dostęp do nowych obszarów działalności. Podkreśla również, że Orange Polska realizuje szereg inwestycji mających na celu wspieranie przekształceń cyfrowych.

– W Polsce inwestujemy znaczne środki w naszą sieć światłowodową, do której podłączyliśmy już przeszło 3 mln gospodarstw domowych. Rozpoczynamy również przygotowania do wdrożenia technologii mobilnych przyszłości. Zrealizowaliśmy ogromne inwestycje w sieć 4G, która obejmuje już ponad 99 procent ludności kraju, i obecnie pracujemy nad siecią piątej generacji. Uruchomiliśmy program pilotażowy w Gliwicach, gdzie wystartowaliśmy z prawdziwą transmisją 5G, pokazując, że bezprzewodowe przesyłanie danych z prędkością 1 Gb/s jest możliwe. Patrząc całościowo, te wszystkie inwestycje przyczyniają się do utworzenia w Polsce infrastruktury, która umożliwi firmom – zarówno małym, jak i dużym – wykorzystanie szans, jakie niesie ze sobą cyfrowa rewolucja. A tych jest moim zdaniem znacznie więcej niż zagrożeń – mówi Jean-François Fallacher.

Prezes Orange Polska podkreśla, że – aby skorzystać na cyfrowej transformacji – firmy muszą postrzegać zachodzące zmiany jako nowe możliwości, a nie zagrożenia, inwestując i dostosowując się do nowych realiów rynkowych. Dodaje także, że uwarunkowania prawne i legislacyjne są absolutnie kluczowym czynnikiem, który pomoże w cyfrowym rozwoju.

Z badania Orange Insights, zrealizowanego na zlecenie Orange Polska, wynika, że obecnie blisko dwie trzecie polskich firm zatrudniających od 100 do 250 pracowników stawia na cyfryzację, by rozbudować systemy wspierające sprzedaż. W nieco mniejszym stopniu skupiają się one na cyfrowym wspieraniu działań marketingowych czy rozwoju platform e-commerce. Choć cyfryzacja jest ważna niezależnie od skali biznesu, to z badania wyraźnie wynika, że duże polskie firmy są dużo bardziej świadome jej znaczenia niż mniejsze przedsiębiorstwa. Dwie trzecie badanych firm traktuje cyfryzację jako jedną z najważniejszych kompetencji w rozwoju biznesu w ich branży.

– Gdy spojrzymy na wyniki badań, rzeczywiście okazuje się, że duże firmy chętniej inwestują w nowe cyfrowe narzędzia. Powiedziałbym, że małe firmy mają z tym nieco więcej problemów, ale one również będą dynamizować swoje działania na tym polu. Na szczęście mamy też wiele start-upów w obszarze cyfrowym, które określamy angielskim terminem „pure players”. Takie firmy przeważnie rozwijają się o wiele szybciej niż przedsiębiorstwa tradycyjne. Wspieramy więc ich starania, również poprzez korzystanie z podwykonawstwa. Orange często zatrudnia podwykonawców, a ponad 90 proc. z nich to polskie firmy. Myślę więc, że to również przyczynia się do wsparcia ekosystemu biznesowego i budowania jego siły na froncie cyfrowym – mówi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek z Mazowsza. Pożycza głównie na zakup dóbr konsumpcyjnych lub w celu ratowania złej sytuacji finansowej

0

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek z Mazowsza. Pożycza głównie na zakup dóbr konsumpcyjnych lub w celu ratowania złej sytuacji finansowej 2

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek i mieszkaniec Mazowsza – taki obraz wyłania się z danych Grupy Kruk, która wspólnie z Wyższą Szkołą Bankową we Wrocławiu zbadała podejście Polaków do zadłużenia. Z badania wynika, że obok zasobności portfela na skłonność do zadłużania się wpływają także indywidualne cechy charakteru, czasem wyniesione jeszcze ze szkoły podstawowej, takie jak systematyczność, skłonność do ryzyka czy wrodzony optymizm. Zdaniem ekspertów zmienia się również społeczne podejście do tego problemu, który nie jest już tematem wstydliwym. Zdecydowana większość, bo 71 proc. osób, które mają zaległości finansowe, postrzega to jako zwyczajny problem, który należy szybko rozwiązać.

– Gdybyśmy chcieli przedstawić statystyczną osobę zadłużoną, to z pewnością byłby to 48-letni mężczyzna i najprawdopodobniej byłby mieszkańcem województwa mazowieckiego. Z naszych danych wynika, że spośród wszystkich spraw, które obsługujemy, ponad 60 proc. należy do mężczyzn. Z tego wynika, że mężczyźni mają większe skłonności do zadłużania się niż kobiety – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Jak wynika z badania „Polacy o długach”, przeprowadzonego przez Wyższą Szkołę Bankową z Wrocławia we współpracy z Grupą KRUK, na skłonność do zadłużania się wpływają nie tylko złe nawyki finansowe, zasobność portfela czy nagłe sytuacje życiowe. Liczą się także indywidualne cechy charakteru,  czasem wyniesione jeszcze ze szkoły podstawowej, takie jak systematyczność czy skłonność do ryzyka.

– Nasze nawyki z dzieciństwa, chociażby obowiązkowość w odrabianiu lekcji, mogą wpływać na naszą skłonność do zadłużania się. Okazuje się, że osoby zadłużone są bardziej ryzykowne. Co paradoksalnie może też świadczyć o ich przedsiębiorczości. Natomiast osoby, które są obowiązkowe i raczej się nie zadłużają, pochodzą bardzo ostrożnie do ryzyka, a więc także korzystania z różnych produktów inwestycyjnych – dodaje Agnieszka Salach.

Paradoksalnie, jednym z czynników, który potęguje skłonność do zadłużania się, jest optymizm. Z badania wynika, że osoby, które są bardziej pozytywnie nastawione do życia, mają jednocześnie większą skłonność do zaciągania kredytów i pożyczek, a mimo to 54 proc. z nich sądzi, że sytuacja ich gospodarstwa domowego i  poprawi się w nadchodzących latach.

Wyniki wspomnianego badania pokazują, że osoby zadłużone zwykle oszczędzają pieniądze w gotówce. Natomiast klienci, którzy są wolni od zaległości finansowych, chętniej inwestują swoje i korzystają z różnych produktów bankowych.

Około 42 proc. osób, które mają lub miały zadłużenie, odpowiedziało w badaniu, że ma jakieś oszczędności. Wskazywały, że zbierają te pieniądze na zabezpieczenie swojej przyszłości finansowej. Można byłoby się zastanowić: skoro mają oszczędności, dlaczego nie spłacają długu?

– Obserwujemy obecnie, że oszczędzanie jest zjawiskiem modnym, na czasie. Wszędzie widzimy zachęty związane z oszczędzaniem, obserwujemy budowanie tych oszczędności także przez gospodarstwa domowe o niższych dochodach. One są niezbędne do tego, żeby zabezpieczyć się na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń losowych. Obecnie na takie zdarzenia losowe zaciągamy kredyty i pożyczki. W dużej mierze robią tak osoby, które później mają problem z ich spłacaniem, dlatego te oszczędności powinniśmy budować regularnie. Nawet jeżeli będą to niewielkie kwoty, daje to pewną stabilizację dla finansów gospodarstwa domowego – komentuje dr Tomasz Rólczyński, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak podkreśla, różnice pomiędzy osobami zadłużonymi a niezadłużonymi wynikają m.in. z tego, w jakim celu zaciągają nowe kredyty, pożyczki czy inne zobowiązania finansowe.

– Zarówno osoby bez problemów, jak i te, które mają kłopoty ze spłatą swoich długów, najchętniej zaciągają pożyczki na sprzęty gospodarstwa domowego, zakup dóbr trwałego użytkowania, zadłużają się również na zakup mieszkania. Jednak osoby, które mają problemy ze spłatą zadłużenia, często zaciągają kredyty i pożyczki także na zakup dóbr konsumpcyjnych. To jest pierwsza rzecz, która zdecydowanie różnicuje te dwie grupy osób. Możemy także zauważyć różnice w tym, gdzie się zadłużają. Osoby, które mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań finansowych, zdecydowanie częściej zaciągają kredyty i pożyczki w parabankach, korzystają z krótkoterminowych pożyczek na telefon – mówi dr Tomasz Rólczyński.

Najbardziej niepokojące jest to, że niemal co trzecia osoba zmagająca się z długami bierze pożyczkę lub kredyt, żeby spłacić wcześniejsze zaległości finansowe. To może doprowadzić do spirali zadłużenia, z której już trudniej się wydostać. Dlatego warto się skontaktować z wierzycielem i zaproponować spłatę zadłużenia w ratach – dodaje Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Z badania „Polacy o długach”, przeprowadzonego przez Wyższą Szkołę Bankową z Wrocławia we współpracy z Grupą KRUK wynika także, że zmienia się społeczne podejście do zadłużenia, które przestało być tematem wstydliwym. Obecnie tylko 8 proc. osób zadłużonych uważa dług za wstydliwy temat, a 4 proc. za porażkę życiową. Zdecydowana większość, bo aż 71 proc., postrzega go jako zwyczajny problem, który należy szybko rozwiązać.

70 proc. nowych samochodów w Polsce kupują firmy. Wybierają auta najbardziej ekonomiczne w eksploatacji i wyposażone w innowacyjne systemy bezpieczeństwa

70 proc. nowych samochodów w Polsce kupują firmy. Wybierają auta najbardziej ekonomiczne w eksploatacji i wyposażone w innowacyjne systemy bezpieczeństwa 3

W I półroczu tego roku firmy miały blisko 70-procentowy udział w sprzedaży nowych samochodów osobowych. Ważnym czynnikiem, który decyduje o zakupie aut flotowych, są dla nich względy ekonomiczne i koszt eksploatacji samochodu. Coraz istotniejsze są także nowinki technologiczne czy innowacyjne systemy bezpieczeństwa. Dynamicznie rozwijającym się segmentem są crossovery, dlatego też Ford zaprezentował właśnie swojego flagowego reprezentanta – Forda Focus Active, jak również pozostałe crossovery z rodziny Active. Marka w 2019 roku planuje też kilka dużych nowości.

– Wybierając samochody flotowe, firmy zwracają uwagę przede wszystkim na ich całkowity koszt użytkowania, przez który rozumieją cenę zakupu, wartość rezydualną danego samochodu, zużycie paliwa. Taka kompleksową analizę robią zarówno mali, jak i duzi przedsiębiorcy. Myślę, że w tej analizie nie bez znaczenia jest też fakt, czy dany samochód wyróżnia się innowacyjnością, mam tu na myśli zwłaszcza systemy bezpieczeństwa, do których wszyscy przywiązują bardzo dużą wagę, jak również to, w jaki sposób auto się prowadzi, jak wygląda, jak prezentuje się na drodze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Biela, dyrektor sprzedaży flotowej Forda.

Boom na rynku motoryzacyjnym trwa w najlepsze – jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów – w ubiegłym roku z salonów wyjechało najwięcej nowych samochodów w ostatnich 18 latach. Natomiast w I półroczu tego roku ten wynik został pobity o 10 proc. Z salonów na drogi wyjechało ponad 273 tys. samochodów osobowych. To oznacza, że realne jest przekroczenie w tym roku bariery 0,5 mln nowych sprzedanych samochodów i ustanowienie kolejnego rekordu. Za bardzo dobre wyniki sprzedaży w salonach tradycyjnie odpowiadają przede wszystkim firmy, które w I półroczu br. kupiły 189,5 tys. nowych aut. Według IBRM Samar ich udział w łącznej sprzedaży nowych aut osobowych wzrósł o 2 proc. w pierwszym półroczu i sięgnął blisko 70 proc. Dla porównania udział klientów indywidualnych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł nieco ponad 30 proc. (83,7 tys.) – wynika z danych PZWiL.

Ważnym czynnikiem, który decyduje o zakupie aut flotowych, są dla przedsiębiorstw względy ekonomiczne i koszt eksploatacji samochodu. Coraz istotniejsze są też nowinki technologiczne, jak innowacyjne systemy bezpieczeństwa czy telematyka, która pozwala na bieżąco monitorować flotę i optymalizować jej koszty.

– Biznes bardzo często sięga po crossover, dlatego że charakteryzuje je wszechstronne zastosowanie w prowadzonej działalności. Crossovery stwarzają również możliwość zoptymalizowania kosztów w przedsiębiorstwie. Ten segment dynamicznie się rozwija, cechuje go wysoka wartość rezydualna, która wpływa na całkowity koszt użytkowania samochodu, dzięki czemu crossover może zastąpić klasyczny samochód kompaktowy – mówi Wojciech Biela.

Segment samochodów crossover jest obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmentem sprzedażowym na rynku, dlatego Ford wprowadza do tego segmentu swojego flagowego reprezentanta – Forda Focus Active, jak również pozostałe crossovery z rodziny Active.

– Obecnie możemy zaproponować naszym klientom ofertę Fiesty Active czy samochodu KA+ Active i oczywiście Forda Focus, którego po raz pierwszy w Polsce prezentujemy na tegorocznych targach flotowych. Nowy Ford Focus to przede wszystkim szereg innowacyjności, które wprowadzamy właśnie do klasy średniej. W nowym Fordzie Focus po raz pierwszy w tej klasie debiutują rozwiązania takie jak chociażby reflektory LED i wyświetlacz typu head-up, na którym widzimy, co się dzieje na drodze. Wszystkie ostrzeżenia, które są prezentowane właśnie na tym wyświetlaczu – mówi Wojciech Biela, dyrektor sprzedaży flotowej Forda. – W ramach oferty Focus oferujemy rozwiązania dla klientów, którzy cenią sobie ekonomię i niski koszt zakupu samochodu. Mamy również rozwiązania dla tych, którzy cenią odrobinę luksusu i chcą się wyróżnić na drodze albo lubią sportową nutę – dodaje.

Jak podkreśla, Ford ma bardzo szeroką ofertę samochodów osobowych, jak również aut dostawczych, dzięki czemu może zaoferować przedsiębiorstwom kompleksowe rozwiązania, dostosowane do różnych rodzajów potrzeb.

– W segmencie samochodów dostawczych Ford ma w tej chwili jedną z szerszych gam na rynku. Mamy całą nową rodzinę Forda Transit, począwszy od najmniejszego Forda Transit Courier, poprzez Forda Transit Connect, nowo zaprezentowany Ford Transit Custom, a także nasz największy samochód dostawczy, jakim jest Ford Transit, nasz flagowy model. Oczywiście oprócz całej tej rodziny mamy także najlepiej sprzedający się w tej chwili w Polsce pick-up, czyli Ford Ranger. Dzięki tak bogatej gamie możemy zaspokoić w zasadzie wszelkie potrzeby naszych klientów, od najmniejszych samochodów po największe, od samochodów z mniejszym zasięgiem po samochody do długich transportów. Mamy samochody o mniejszej i większej ładowności, od najmniejszych kubatur do przewozu największych ładunków i samochodów wielkogabarytowych – wylicza Piotr Konieczny, kierownik sprzedaży samochodów dostawczych w Ford Polska.

Z danych marki wynika, że blisko połowa (około 45 proc.) firmowych samochodów dostawczych jest przerabiana lub modyfikowana zgodnie z indywidualnymi potrzebami klienta firmowego.

– Mówimy tutaj oczywiście o największej części tego rynku, czyli np. zabudowach na podwoziach, gdzie na podwoziu instalujemy wszelkiego rodzaju skrzynie, kontenery, kontenery izotermiczne, a także o zabudowach we wnętrzu samochodów dostawczych, czyli furgony brygadowe czy furgony izotermiczne do przewozu produktów spożywczych. Oczywiście Ford, współpracując z największymi w Polsce firmami zabudowującymi, również oferuje takie produkty – zaznacza Piotr Konieczny.

Marcin Zasada, strefowy kierownik sprzedaży samochodów dostawczych Forda, podkreśla, że w 2019 roku marka ma w planach cztery duże nowości. Pierwszą będzie odświeżenie modelu Ford Ranger i wprowadzenie nowej jednostki napędowej o pojemności 2 litrów i mocy nawet 213 koni, z momentem obrotowym sięgającym 500 Nm. Przy okazji wprowadzenia nowego, odświeżonego modelu, do oferty wejdzie również wersja specjalna – sportowa wersja Ford Ranger Raptor.

– Kolejna nowość to facelifting naszego koronnego produktu, jakim jest Ford Transit. Przód pojazdu zostanie odświeżony, pojawi się nowa deska rozdzielcza, do oferty trafią też mocniejsze silniki diesla. W przyszłym roku pojawi się też Custom w wersji plug-in hybrid. Jest to nowy produkt oraz pierwszy elektryczny dostawczy model Forda. Będzie hybrydą szeregową, co oznacza, że będzie napędzany wyłącznie poprzez silnik elektryczny. Wielokrotnie nagradzany silnik Ford EcoBoost o pojemności 1 litra jest tak naprawdę w tym samochodzie tylko przedłużaczem zasięgu, czyli stanowi poniekąd generator prądu dla baterii. Silnik elektryczny czerpie prąd właśnie z tych baterii i napędza koła. Co ciekawe, dzięki temu rozwiązaniu całkowity zasięg samochodu będzie wynosił ponad 500 km, a zasięg wyłącznie na silniku elektrycznym będzie wynosił 50 km – wylicza Marcin Zasada.

Custom w wersji plug-in hybrid będzie również wyposażony w trzy tryby jazdy – kierowca będzie mógł określić, czy chce jeździć wyłącznie na silniku elektrycznym, w trybie automatycznym albo w trybie wykorzystującym silnik spalinowy, co pozwoli nagromadzić jak najwięcej energii w baterii i później zużyć ją np. w centrum miasta.

Ekspert marki podkreśla, że podobnie jak w samochodach osobowych, tak i w autach dostawczych przyszłością są napędy hybrydowe i elektryczne. Wynika to chociażby z uwarunkowań legislacyjnych.

– Takie samochody będą w pierwszej kolejności popularne w centrach miast, gdzie za chwilę pojawi się zakaz wjazdu pojazdów z silnikami spalinowymi. Towary, usługi czy innego rodzaju produkty nadal trzeba będzie tam dostarczać i wtedy pojazdy z silnikami elektrycznymi będą niezastąpione. Aktualnie spotykamy się w Polsce z bardzo dużym zainteresowaniem klientów biznesowych samochodami elektrycznymi, szczególnie w branży kurierskiej. Natomiast trzeba mieć świadomość tego, że dopóki nie zostaną wprowadzone regulacje prawne premiujące napędy alternatywne, takie jak samochody hybrydowe czy samochody elektryczne, dopóty nie spodziewamy się w Polsce sprzedaży dużych wolumenów tego typu pojazdów – ocenia Marcin Zasada.

Warszawa to biznesowe centrum tej części Europy. 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata ma tu swoje centra usług biznesowych

Warszawa to biznesowe centrum tej części Europy. 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata ma tu swoje centra usług biznesowych 4

Warszawa jest drugim największym ośrodkiem usług biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej i jednym z największych w całej Europie. Działalność prowadzi tu 215 centrów usług, należących do 206 inwestorów z 27 państw, które zatrudniają 55 tys. pracowników. Do końca 2020 roku w stolicy będzie działać 240 centrów, a zatrudnienie wzrośnie do 65 tys. osób – prognozuje ABSL. Dynamicznie rośnie też wynagrodzenie w warszawskich centrach usług. Średnie zarobki specjalistów sięgają 10 tys. zł brutto.

 Warszawa jest drugim największym ośrodkiem centrów usług biznesowych. Jest też miastem, które się bardzo dynamicznie rozwija – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcelina Godlewska, członek zarządu ABSL.

Warszawa już od kilku lat uznawana jest za jedno z bardziej przyjaznych dla biznesu miast w Europie, co potwierdza najnowszy raport ABSL „Usługi biznesowe w Warszawie”.

– Warszawa jest dziś centrum kompetencyjnym, ośrodkiem, gdzie dynamicznie rozwijają się zaawansowane usługi biznesowe. Śmiało można stwierdzić, że znajdujemy się dziś w tej samej lidze, co Dublin czy Londyn, zwłaszcza jeżeli chodzi o centra finansowe – przekonuje Marcelina Godlewska.

Dziś w stolicy działa 215 centrów usług dla biznesu, które zatrudniają 55 tys. osób. Najwięcej jest centrów IT (82) i usług wspólnych (80). Jest też 40 centrów outsourcingu usług biznesowych (BPO) oraz 13 centrów badawczo-rozwojowych (R&D). Od początku 2017 roku powstały 22 nowe centra, a do końca 2020 roku może już ich być 240. Do końca dekady zatrudnienie może się zwiększyć o kolejne 10 tys. osób.

– Jeżeli chodzi o typ usług, które są świadczone z ulokowanych w Warszawie centrów, to dominującymi sektorami są IT i finanse, w tych obszarach odnotowujemy najbardziej dynamiczny wzrost. Najwięksi pracodawcy to Citi, Accenture, BNP Paribas, DSV czy DXC – wymienia Marcelina Godlewska.

Niemal co czwarte warszawskie centrum usług biznesowych należy do firm z USA (60). Polskie przedsiębiorstwa mają 45 centrów, podmioty z Wielkiej Brytanii – 21, a z Francji – 20. Tego typu obiekty ma dziś w Warszawie aż 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata. Przyciągają ich przede wszystkim wykwalifikowane kadry. Na ponad 60 warszawskich uczelniach studiuje ponad 195 tys. osób, a co roku rynek pracy zasila ponad 53 tys. absolwentów.

– Warszawa jest też na pewno ośrodkiem, w którym są najwyższe wynagrodzenia. W tej chwili średnie wynagrodzenie specjalistów zatrudnionych w sektorze może sięgać nawet około 10 tys. zł. Osoby, które rozpoczynają karierę w sektorze, czy to w funkcjach finansowych czy IT i mają do 3 lat doświadczenia, startują od kwoty 5–7 tys. zł brutto. Osoby z doświadczeniem powyżej 3 lat mogą liczyć na 8,5–11 tys. zł brutto w  sektorze finansowym. W przypadku ról menadżerskich i osób zarządzających teamami na poziomie 50 osób, mówimy o wynagrodzeniach nawet 25 tys. zł brutto – podkreśla Marcelina Godlewska.

Pracownicy warszawskich centrów posługują się łącznie 34 językami obcymi. Jednocześnie popularne są premie z racji posługiwania się więcej niż jednym językiem obcym – np. znajomość niemieckiego może podwyższyć miesięczną pensję nawet o 1,2 tys. zł brutto.

Połowa polskich start-upów to eksporterzy. Ekspansja na rynki zagraniczne to dla nich warunek rozwoju

Połowa polskich start-upów to eksporterzy. Ekspansja na rynki zagraniczne to dla nich warunek rozwoju 5

„Polska to blisko 40-milionowy rynek. Wystarczająco duży, by na nim rozpocząć działalność, ale grożący pułapką średniego wzrostu” – wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland. Dlatego dla polskich start-upów kluczowym warunkiem rozwoju jest wychodzenie ze swoimi pomysłami za granicę, ekspansja na globalny rynek. 

Inicjatywą, która ma wspierać młode przedsięwzięcia w ekspansji, jest program akceleracyjny Startberry, który w połowie października ogłosił drugą rundę akceleracji spółek technologicznych. Zakwalifikowane firmy będą rozwijać swój biznesowy potencjał pod okiem ekspertów EY, Microsoft oraz Senfino.

Początkujące pomysły i start-upy wymagają bardzo różnego wsparcia nie tylko wsparcia od strony consultingu finansowego czy prawnego, lecz także przepisu na marketing, przepisu na to, jak budować ofertę dla klientów, jak współpracować z innymi firmami czy jak wychodzić poza rynek lokalny i konkurować globalnie. Dlatego zapraszamy start-upy do Startberry. Od roku już nie tylko samą przestrzenią, lecz także programem akceleracyjnym –umożliwiamy start-upom podejście do swojego biznesu w skali makro, w skali globalnej – mówi Wojciech Życzyński, senior business development manager w Microsoft Polska.

Jak wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland, na sprzedaż swoich produktów bądź usług za granicą decyduje się już co drugi polski start-up (46 proc.). To bardzo dobry wynik, zwłaszcza na tle sektora MŚP (z danych GUS wynika, że zaledwie 5 proc. małych lub średnich firm eksportuje swoje towary, a 1 proc. – usługi). Pod względem aktywności zagranicznej start-upom bliżej więc do dużych przedsiębiorstw. Co piąty start-up, który eksportuje swoje produkty bądź usługi, może się pochwalić zagranicznym biurem swojej firmy. Dane fundacji Startup Poland pokazują też, że start-upy, które decydują się na ekspansję i wychodzą na rynki zagraniczne, dobrze na tym wychodzą. Zarabiają więcej i szybciej, zatrudniają więcej osób i otrzymują wyższe dofinansowania – głównie od funduszy venture capital.

Ekspert Microsoft Polska Wojciech Życzyński podkreśla, że polskie start-upy w branżach takich jak medycyna, usługi finansowe czy choćby produkcja mają bardzo innowacyjne pomysły. Jednak często te innowacyjne projekty mają stosunkowo niewielką grupę odbiorców na rynku lokalnym. Dlatego wychodzenie ze swoimi pomysłami za granicę, budowanie partnerstwa na rynku globalnym jest polskich start-upów krytycznym warunkiem rozwoju.

Inicjatywą, która ma wspierać młode przedsięwzięcia w ekspansji, jest Startberry – szyty na miarę program akceleracyjny oraz przestrzeń dla start-upów. Projekt jest wynikiem współpracy Microsoftu, Senfino i firmy doradczej EY. Jest to program przeznaczony dla dojrzałych przedsięwzięć biznesowych, które etap planowania mają już dawno za sobą. Uczestnicy mają nie tylko gotowe prototypy swoich rozwiązań, niektórzy z nich mogą pochwalić się już pierwszymi wdrożeniami. Rolą partnerów projektu jest wsparcie uczestników programu w lepszym dopasowaniu oferty do rynku, przygotowaniu odpowiedniej strategii marketingu i sprzedaży a – co najważniejsze – w dotarciu z ofertą poza granice kraju.

Po pierwszym roku funkcjonowania programu Startberry mamy takie dwa wnioski, na które chcemy zwracać uwagę start-upom od strony biznesowej. Pierwszy to budowanie partnerstw, żeby wychodzić do klientów i dużych organizacji z gotowym rozwiązaniem, które wpisuje się w różne obszary ich działania. Druga rzecz to właśnie ten rynek globalny – czyli konkurujemy nie tylko na rynku polskim, lecz także myślimy w skali makro, myślimy o całym świecie, o naszym rynku i naszych rozwiązaniach adresujących potrzeby całego globu – mówi Wojciech Życzyński.

W pierwszej rundzie akceleracji Startberry wzięło udział dziesięć projektów tworzących rozwiązania m.in. dla takich sektorów jak telemedycyna, analityka operacji finansowych, komunikacja wewnętrzna czy nowoczesne metody rekrutacji. Były wśród nich m.in.: Migam, FrameLOGIC – firma tworząca systemy zarządzania transportem oparte na AI, Vector Synergy oferująca usługi Cyber Defence, Nuadu – firma z branży technologii edukacyjnych oferująca oparte o dane spersonalizowane środowisko nauczania oraz spółka Medapp, która oferuje urządzenia m.in. do samodzielnego badania EKG, spirometrii, pulsoksymetrii. Każda z firm wzięła udział w szeregu warsztatów oraz indywidualnych sesji z mentorami, udoskonalając nie tylko same rozwiązania, lecz także modele biznesowe czy strategię ekspansji rynkowej.

W połowie października Startberry ogłosił drugą rundę akceleracji spółek technologicznych. Zakwalifikowane firmy będą rozwijać swój biznesowy potencjał pod okiem ekspertów EY, Microsoft oraz Senfino. Mogą liczyć nie tylko na wsparcie merytoryczne czy dostęp do technologii, lecz przede wszystkim na pomoc w dotarciu na zagraniczne rynki i międzynarodowe wdrożenia.

Pierwszy rok funkcjonowania programu akceleracyjnego Starberry to już pierwsze sukcesy. Widzimy, jak start-upy z pierwszej edycji zdobywają klientów na rynku globalnym. Z drugiej strony myślimy o nowych partnerach, tych dziesięciu start-upach, które w tej chwili oddają poniekąd swój biznes w nasze ręce. Myślimy o tym, w jaki sposób budować ich przewagę konkurencyjną na rynku globalnym, jak budować między tymi firmami partnerstwa – podkreśla Wojciech Życzyński, senior business development manager w Microsoft Polska.

Handel detaliczny stawia na nowoczesne technologie. Innowacyjne rozwiązania skutecznie policzą klientów i wyeliminują błędne oznaczenia cenowe

Handel detaliczny stawia na nowoczesne technologie. Innowacyjne rozwiązania skutecznie policzą klientów i wyeliminują błędne oznaczenia cenowe 6

Nowoczesne technologie pozwalają generować coraz doskonalsze statystyki dla handlu detalicznego. Innowacje sprawdzają się również w zarządzaniu polityką cenową i gospodarką magazynową. Dzięki nim można uniknąć drażniących klientów różnic w cenie na półce i przy kasie, a inwentaryzacja towaru z całonocnego przedsięwzięcia z udziałem licznego personelu może się zmienić w zaledwie półgodzinny obchód z czytnikiem wykonywany przez jednego pracownika.

– Retail się robi bardzo wymagającym rynkiem. Na szczęście rozwijają się nowe technologie w tym segmencie. Jedną z kluczowych rzeczy jest poszukiwanie wskaźników i optymalizowanie procesu sprzedaży. Żeby to osiągać, trzeba konwertować na sprzedaż każdego odwiedzającego klienta –ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Kiliński, prezes zarządu Shoppertech.

O ile w przypadku sklepów internetowych liczenie unikalnych użytkowników i ich zachowań jest już dopracowane i na tyle precyzyjne, by móc je raportować, o tyle w handlu tradycyjnym nie jest to już takie proste. Raportowanie liczby wchodzących do sklepu osób pozwala na określenie współczynnika porównującego liczbę paragonów do liczby klientów. Statystyki można poszerzyć m.in. o określenie dni i godzin największego nasilenia ruchu, co z kolei pozwala nie tylko na optymalne dopasowywanie ofert promocyjnych, lecz także lepsze zarządzanie obsadą personelu. Pierwsze systemy liczące klientów zaczęły się w Polsce pojawiać wraz z dynamicznym rozwojem galerii handlowych. Ich działanie było jednak z kilku powodów niedokładne.

– Systemy liczenia osób wchodzących oparte na wiązkach podczerwieni, nie rozróżniały, czy wchodzi jedna czy dwie osoby, czy ktoś wychodzi. Dochodziło do tego również liczenie personelu, który wchodząc i wychodząc ze sklepu powodował, że wskaźnik konwersji był zaburzany, czyli nie był dokładny. Obecnie systemy oparte na kamerach stereoskopowych liczą dokładnie wchodzących i wychodzących, a nie liczą pracowników – wyjaśnia Andrzej Kiliński.

Dostępne dziś technologie pozwalają zawęzić do minimum margines błędu przy zliczaniu osób odwiedzających sklep. Dzięki kamerom stereoskopowym można już liczyć osobno wchodzących i wychodzących, a także wyeliminować problem zliczania ruchu generowanego przez personel. Dane generowane przez nowoczesne systemy można opracowywać, by uzyskać miarodajne wskaźniki.

– System jest tak skonfigurowany, że może wysyłać gotowe raporty, np. dzienne czy tygodniowe lub w jakichś odcinkach czasu, i informować, ile osób zliczył. Rozwiązanie może być połączone z systemem kasowym i od razu pokazywać wskaźnik konwersji, jaki jest w danym momencie. Może też być połączone z serwerami pogodowymi, które mogą podpowiadać, dlaczego tak się dzieje, że coś się lepiej sprzedaje. Jest bardzo dużo teraz możliwości dzięki technologiom IP, które umożliwiają łączenie takich rozwiązań – mówi prezes Shoppertech.

Tak skonstruowane systemy liczą klientów z dokładnością bliską stu procent. Indywidualne dotarcie do potencjalnych klientów umożliwiają natomiast smartfony. Dzięki instalowanym w galeriach handlowych beaconom, system rozpoznaje, kiedy klient przechodzi obok sklepu i może wysyłać na jego telefon spersonalizowaną ofertę, niekiedy nawet poszerzoną o rabaty udzielane w oparciu o historię zakupów.

Nowoczesna technologia pozwala lepiej zliczać nie tylko klientów, lecz także znajdujący się w sklepie towar. Tradycyjnie rozumiana inwentaryzacja, czyli spis z natury, polega na fizycznym zliczeniu znajdującego się na ekspozycji i w magazynie towaru oraz porównanie liczby ze stanem teoretycznym wynikającym w faktur i rozchodu. Do tej pory inwentaryzacje w dużych sklepach trwały nawet kilka dni. Technologia pozwala na zrewolucjonizowanie podejścia do problemu sprawdzania stanów magazynowych.

– To, co oferujemy, to system inwentaryzacji w zasadzie codziennej, w oparciu o bezprzewodowe czytniki kodów RFID. Pracownik może przejść i w pół godziny przeskanować sklep o powierzchni około 100–200 mkw., by mieć informację, co danego dnia ma na sali sprzedaży, a co ma na zapleczu. Takie rozwiązanie w oparciu o oprogramowanie TrueVUE jest systemem niewymagającym dużych nakładów – przekonuje ekspert.

Wyzwaniem dla sklepów stacjonarnych jest jednak nie tylko jak najwyższa konwersja i personalizacja ofert, lecz także zadowolenie z obsługi. Jednym z problemów sklepów wielkopowierzchniowych są niezgodności cen na etykiecie z tymi, które pojawiają się na paragonach. Według danych Państwowej Inspekcji Handlowej, która przeprowadziła pod koniec ubiegłego roku kontrolę w 165 sklepach, aż w 80 proc. z nich wykryto nieprawidłowości związane z cenami. Najwięcej nieprawidłowości pojawia się w dniu zmiany oferty promocyjnej. Duże sieci handlowe starają się walczyć z tym problemem i coraz częściej decydują się na wprowadzanie etykiet elektronicznych.

– Ten system daje możliwość zarządzania ceną w wielu sklepach w sposób zdalny, co też oszczędza czas i pozwala zaplanować promocje. W sklepach odzieżowych ceny produktów zmieniają się nawet kilka razy w ciągu tygodnia, więc pracownik musi poświęcać swój czas na obsługę tego, co jest w sklepie, zamiast na obsługę klienta – zauważa Andrzej Kiliński.

Analitycy eMarketer przewidują, że całkowita sprzedaż detaliczna na świecie osiągnie w 2020 roku wartość niemal 28 bln dol.

Polska może stać się europejską potęgą w zakresie sztucznej inteligencji. W administracji publicznej SI będzie wykorzystywana m.in. do kontaktu z obywatelami

Polska może stać się europejską potęgą w zakresie sztucznej inteligencji. W administracji publicznej SI będzie wykorzystywana m.in. do kontaktu z obywatelami 7

Europa chce przeznaczyć 20 mld euro na sztuczną inteligencję. Dzięki temu zbliży się do światowych potęg w tym zakresie – Chin i USA. Także Polska może skorzystać na programie Cyfrowa Europa. Potrzebna jednak do tego jest spójna strategia, która połączy różne branże. Polscy naukowcy są cenieni za granicą, a start-upy z sektora SI należą do światowych liderów. Dzięki środkom będą mogły szybciej się rozwijać i podbijać zagraniczne rynki. Duży potencjał ma branża meblarska, spożywcza i rolna.

– Sektor sztucznej inteligencji w Polsce jest zagadnieniem mocno porozdzielanym. Mamy firmy, które działają w tym obszarze, niektóre sobie całkiem nieźle radzą, ale brakowało wspólnego działania wszystkich instytucji, a nawet wiedzy, ile przedsiębiorstw w tej dziedzinie działa, w jaki sposób je wspomóc, aby ich działania przykładały się do rozwoju polskiej gospodarki. To o tyle ważne, że w najbliższym czasie UE zamierza przeznaczyć spore środki, również centralne, na rozwój sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Chiny na rozwój sztucznej inteligencji w 2017 roku wydały 28 mld dol. W USA tylko na jawne badania nad SI rząd wydał w 2016 roku 1,2 mld dol., a dodatkowe 30 mld dol. stanowiły inwestycje sektora prywatnego – podaje raport Digital Poland „Przegląd strategii rozwoju sztucznej inteligencji na świecie”. Europa do tej pory pozostawała w tyle za potęgami, ale to ma się zmienić.

Komisja Europejska chce uruchomić program „Cyfrowa Europa” (w perspektywie 2021–2027), na który przeznaczone zostanie 9,2 mld euro, z czego 2,5 mld na projekty związane z rozpowszechnianiem sztucznej inteligencji. Do końca 2020 roku łączna kwota na inwestycje sektora prywatnego i publicznego w SI sięgnie 20 mld euro. Skorzysta na tym także Polska, która coraz mocniej inwestuje w SI.

– Do tego potrzebna jest jednak strategia działania, żeby w systematyczny sposób pokazać tę drogę i wesprzeć firmy, pobudzić je do podjęcia trochę większego ryzyka. Ważne są programy bazujące na idei akceleratorów, gdzie firmy dostają na początku niewielkie dofinansowanie, ale żeby podjąć ryzyko, bo a nuż uda się wyprodukować coś, co potem będzie można rozpropagować na masową skalę i co stanie się z kolei polskim produktem, z którym można wyjść na zewnątrz – tłumaczy Karol Okoński.

Już teraz polskie start-upy z sektora SI są postrzegane jako jedne z najmocniejszych na świecie. Wskazuje na to choćby raport Deloitte „Technology Fast 50″, gdzie znalazło się aż osiemnaście polskich spółek. Dzięki wsparciu państwa może ich być jeszcze więcej, dzięki opracowanym przez resort cyfryzacji „Założeniom do strategii AI w Polsce”. Do rozwoju gospodarki opartej na danych kluczowy ma być udział państwa.

– Sztuczna inteligencja i jej rozwój są olbrzymią szansą na to, żeby polskie firmy mogły wejść na ten rynek ze swoimi produktami, żeby polskie firmy nie były tylko biorcami, lecz także tymi, którzy dają rozwiązania do wykorzystania w innych miejscach – ocenia ekspert.

W Polsce innowacje są domeną przemysłu, gdzie elementy sztucznej inteligencji wykorzystuje się w takich obszarach, jak kontrola jakości, prognozowanie zużycia czy zarządzanie łańcuchem dostaw. W rolnictwie sztuczna inteligencja z dużym wyprzedzeniem przewiduje warunki atmosferyczne, doradza, kiedy należy nawozić rośliny, a kiedy będzie najlepszy moment na zbiory. Branża meblarska z kolei jest uznawana za jedną z najbardziej technologicznie rozwiniętych w Europie w zakresie SI.

– Zakładamy, że te branże, także sektor zdrowia, będą tymi, które powinny w pierwszej kolejności przyglądać się konkretnym zastosowaniom sztucznej inteligencji. W administracji publicznej także musimy szukać miejsc, gdzie szczególnie w relacji kontaktu z obywatelem, czy to poprzez formę chatbotów, czyli narzędzi, które przyspieszają i zwiększają jakość obsługi, chcemy oswajać obywateli z tym, że sztuczna inteligencja odpowiednio wykorzystana jest po prostu z korzyścią dla nich – podkreśla Karol Okoński.

Według Markets Research Engine światowy rynek sztucznej inteligencji do 2024 roku ma być wart 191 mld dol., a średnie roczne tempo wzrostu wyniesie blisko 37 proc.

Brexit – realne problemy dla polskich firm transportowych

„Brexit” to nie tylko kłopot dla urzędników w Brukseli. Jak wynika z danych Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce, do Wielkiej Brytanii wjeżdża 1200 ciężarówek należących do polskich firm transportowych. To one jako pierwsze odczują skutki brexitu. 

Na tym bardzo konkurencyjnym rynku wygrać nie było łatwo, ale polskim przewoźnikom to się udało. Przeważyły: jakość ich pracy, terminowość dostaw, konkurencyjne ceny. Ten sukces jest jednak zagrożony, a koszty mogą ponieść przede wszystkim te firmy, które najwięcej zainwestowały. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej spowoduje bowiem wzajemne zamknięcie rynków dla obcych przewoźników. Polscy przewoźnicy stracą więc pokaźną grupę klientów.

Zagrożenie przyniosą też kwestie celne. Wielka Brytania w przypadku scenariusza „no deal” opuści unię celną. Przekraczając jej granice trzeba będzie stosować reguły takie same jak w wymianie handlowej z Rosją, Turcją czy Ukrainą – czyli procedury tranzytu. To oznacza dodatkowe formalności w postaci zgłoszeń celnych, obowiązek złożenia zabezpieczenia oraz kontrole na granicach. Polska administracja celna szacuje, że w relacjach z Wielką Brytanią przybędzie 600 tysięcy zgłoszeń celnych. Każde zgłoszenie generuje dodatkowe koszty i wysiłek administracyjny. Branża transportu i logistyki oraz służby celne muszą się przygotować na te nadchodzące problemy.

Wzajemne uznawanie kwalifikacji zawodowych, licencji na transport międzynarodowy, praw jazdy, przepisów dotyczących czasu pracy i odpoczynku kierowców zawodowych to kolejne zagadnienia, które będą niewiadomą w przypadku bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wzbudzają one niepokój nie tylko polskich, ale wszystkich europejskich przedsiębiorców i ich pracowników.

25 listopada 2018 r. organizowany jest nadzwyczajny szczyt UE-Wielka Brytania. Ratyfikacja umowy „rozwodowej” daje 21 miesięcy na spokojne dostosowanie się do nadchodzących zmian i jest to rozwiązanie zdecydowanie korzystne zarówno dla polskich firm transportowych oraz wszystkich europejskich i brytyjskich producentów, którzy dzięki Polakom mogą dostarczać swoje produkty korzystając z wysokiej jakości ich usług. Wierzymy, że argumenty ekonomiczne, jakimi są: wzajemne korzyści z handlu, a tym samym zachowanie miejsc pracy, dostępność potrzebnych produktów, utrzymanie dotychczasowych cen towarów i ich transportu dla klientów oraz potrzeba stabilności w prowadzeniu biznesu okażą się przekonywujące dla uczestników szczytu. Nagła utrata partnerów biznesowych uderzy we wszystkich i może istotnie zaszkodzić zarówno rozwojowi gospodarczemu zarówno Wielkiej Brytanii, jak jej europejskich partnerów – w tym Polaków, którzy obsługują dużą część tej wymiany handlowej.

Zawarcie porozumienia i jego akceptacja przez parlament brytyjski jest scenariuszem prawdopodobnym. Niestety nie jest to jeszcze rozwiązanie problemu. Konieczne jest zawarcie dwustronnej umowy na wzór tej, która była stosowana w przewozach do i z Wielkiej Brytanii przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Bez tego polskie firmy poniosą ogromne, być może niemożliwe od odzyskania straty.

Nie możemy liczyć na to, że „jakoś to będzie”. Przeciwnie, jak najszybciej należy podjąć aktywne, szybkie i skuteczne działania na rzecz reaktywacji umowy pomiędzy Polską i Wielką Brytanią. Polska musi być gotowa na wszelkie scenariusze, zarówno opcję „no deal”, jak też na sytuację, w której dojdzie do porozumienia. Dzięki temu, gdy stanie się jasne, na jakich zasadach nastąpi brexit, negocjacje będą mogły się bezzwłocznie rozpocząć. Tematów do wzajemnych uzgodnień jest wiele. Koszty ewentualnego zaniechania, to nie tylko utrata pozycji lidera przez polskie firmy, ale kolosalne straty finansowe, utracone miejsca pracy, a nawet upadek polskich przedsiębiorstw.

Black Friday i Cyber Monday – jak w pełni wykorzystać potencjał wyprzedaży

Black Friday to najważniejszy dzień w roku w branży e-commerce. Trend został zapoczątkowany w USA z okazji Dnia Dziękczynienia. Szaleństwo wyprzedaży szybko rozprzestrzeniło się również na rynki europejskie, gdzie Black Friday jest wstępem do świątecznego sezonu zakupowego. Agnieszka Gilewska – Head of Account Management Poland w RTB House, wyjaśnia jak zaplanować działania reklamowe, aby w pełni wykorzystać potencjał świątecznego sezonu.

Zrealizowane przez Deloitte badania pokazują, że 30 proc. internatów z europejskiego rynku planowało dokonać zakupów związanych z Bożym Narodzeniem w listopadzie lub wcześniej. W raporcie McKinseya zaprezentowane zostały 3 główne powody, dla których konsumenci coraz częściej korzystają z okazji Black Friday. Dane pokazują, że ponad 54 proc. osób badanych dokonało zakupów w trakcie Black Friday ze względu na wysokie obniżki. Drugim z powodów były unikalne promocje typu „one off”. Po trzecie, duża liczba konsumentów wykorzystuje dostępne w tym okresie promocje do wcześniejszego zakupu prezentów świątecznych.

Dane z raportów pokazują trwający proces wydłużania się okresu zakupów świątecznych w Europie, który z roku na rok rozpoczyna się coraz wcześniej. Dni bezpośrednio poprzedzające Boże Narodzenie nie są tak popularne pod względem zakupowym, jak Black Friday czy Cyber Monday. Dlatego, aby osiągnąć najlepsze rezultaty i utrzymać wysoki poziom zaangażowania klientów, warto stosować konkretne działania, w całym okresie okołoświątecznym.

  1. Cyber Monday Week

Adobe Digital Insights (ADI) przewiduje, że Cyber Monday będzie największym w historii dniem zakupów online, generując w tym roku do 7,8 mld dolarów wartości sprzedaży w handlu elektronicznym. Widoczna jest również tendencja wzrostu sprzedaży na rynku e-commerce panująca od poniedziałku przed Cyber Monday do właściwego Cyber Monday, który jest napędzany przez media oraz promocje zachęcające konsumentów do zakupów. Rozszerzenie oferty specjalnej na okres trwający cały tydzień, w porównaniu do jednodniowej sprzedaży, może znacząco zwiększyć generowane przez firmy przychody.

  1. Dotarcie do pokolenia Millennialsów

Konsumenci korzystający z urządzeń mobilnych są odpowiedzialni za globalny wzrost handlu elektronicznego. Według badań przeprowadzonych przez eMarketer, w roku 2021 handel elektroniczny odbywający się za pośrednictwem urządzeń mobilnych osiągnie wartość równą 3,5 biliona dolarów. Będzie to stanowić prawie 73 proc. sprzedaży dokonywanej drogą elektroniczną na całym świecie. Millennialsi, poświęcający obecnie ponad pięć razy więcej czasu na korzystanie z urządzeń mobilnych niż na oglądanie telewizji, stali się grupą, która wydaje najwięcej pieniędzy podczas weekendu poprzedzającego Cyber Monday. Ukazanie większej różnorodności produktów oraz ofert w kreacjach wyświetlanych na smartfonach i tabletach przyciąga więcej kupujących i skutkuje większą liczbą kliknięć. Ponadto, konkursy typu „Udostępnij…” i promocje na popularnych kanałach społecznościowych pomagają zwiększyć zasięg generowanych treści.

  1. Poznanie upodobań konsumentów

Poznanie zainteresowań kupujących, poszukujących najlepszych ofert w okresie przed i po Cyber Monday, pozwala na opracowanie wielu strategii działania – oferowanie bezpłatnych dodatków do zakupów, korzystanie z zegarów odliczających czas do momentu, w którym cena ponownie wróci do katalogowego poziomu, lub nawet oferowanie większej zniżki w czasie rzeczywistym na wybrane produkty, może przynieść więcej zakupów impulsywnych.

  1. Skierowanie właściwego przekazu oraz budowa odpowiedniego wizerunku

Wyświetlanie kreatywnych obrazów o tematyce świątecznej, wykorzystanie materiałów wideo do prezentacji produktów przekłada się na zwiększone zaangażowanie konsumentów. Nowe możliwości prezentowania produktów, komunikaty zawierające lepiej dopasowaną do konsumenta ofertę zwiększają zainteresowanie i prawdopodobieństwo zakupu. Kluczowe elementy wpływające na decyzje o dokonaniu zakupu, np. cena produktu i opcje wysyłki, które są jednym z najważniejszych czynników w tym okresie, powinny być przejrzyste i widoczne dla konsumentów.

  1. Myślenie perspektywiczne

Długoterminowe pozyskiwanie klientów i dbanie o powracających konsumentów jest głównym celem dla większości marketerów. Po okresie Cyber Monday kluczowe jest ponowne zaangażowanie klientów, np. poprzez oferowanie kolejnych zniżek, czy ofert specjalnych. Zaplanowanie działań na tzw. Retargeting Tuesday i okres następujący bezpośrednio po nim jest możliwością wygenerowania dodatkowego zysku dzięki nabywcom, którzy byli zaangażowani w proces zakupowy podczas Black Friday.

Przegląd wydarzeń nadchodzącego 48. tygodnia 2018

W ostatnim tygodniu listopada polityka może pozostać ważniejsza niż dane. Europa będzie śledzić wydarzenia wokół brexitu i Włoch, a w odniesieniu do szczytu G20 tlą się nadzieje na deeskalację napięć w relacjach handlowych USA-Chiny. Poza tym uwagę przyciągną minutki z posiedzenia FOMC i pytania o przyszły kierunek polityki monetarnej. Z danych mamy niemieckie Ifo, chiński PMI oraz serię odczytów inflacji i PKB.

Przyszły tydzień: sprzedaż domów, PCE Core, PKB z USA, minutki FOMC, HICP z Eurolandu, CPI i PKB z Polski, PMI z Chin, CAPEX z Australii, PKB z Kanady, szczyt G20

USA

Z Fed zaczynającym zwracać uwagę na spowolnienie globalnego wzrostu, rynek będzie teraz dużo bardziej wrażliwy na rozczarowania w danych z USA jako przepowiadających zwrot w polityce monetarnej. Wątpliwości co do kondycji rynku nieruchomości podnoszą istotność indeks cen domów S&P/Case-Shiller (wt) i sprzedaży nowych domów (śr). Interesujące też będzie, jak wyglądają nastroje konsumentów po wyborach (wt). Dostaniemy też rewizję PKB (śr), a indeks PCE Core (czw) powinien się obniżyć z 2 proc. r/r do 1,9 proc. pod wpływem czynników sezonowych. W protokole po posiedzeniu FOMC (czw) istotne będą informacje o poglądach członków Komitetu na sytuację krajową i globalną. Sądzimy, że jest jeszcze za wcześnie na sygnalizowanie przyhamowania tempa zacieśniania, więc sygnały w tym kierunku byłyby zaskoczeniem.

Strefa euro

W strefie euro tydzień przynosi wstępne szacunki inflacji HICP (pt) poprzedzone odczytami z Niemiec (czw). Spadek cen ropy naftowej powinien być główną przyczyną obniżenia inflacji, choć niższe odczyty inflacji bazowej będą sygnałem alarmowym, który EUR przyjmie negatywnie. Poza tym może nie brakować doniesień ze sporu budżetowego Włoch z KE, choć temat ten w coraz mniejszym stopniu przenika na rynek walutowy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii kalendarz publikacji nie przynosi nic ciekawego, więc uwaga inwestorów pozostanie skupiona na dyskusji o brexicie. Po weekendzie będziemy wiedzieć, czy UE zatwierdziła projekt porozumienia, ale ratyfikacja umowy przez brytyjski parlament wciąż wisi na włosku. Jeśli z brytyjskiej sceny politycznej usłyszymy komentarze popierające projekt porozumienia z uzupełnieniem o deklarację ścisłej współpracy i zmianę zasad backstopu, dopiero wówczas dalszy rajd GBP znajdzie uzasadnienie.

Polska

W Polsce publikowane będą stopa bezrobocia (wt), PKB i CPI (pt). Po raz pierwszy poznamy strukturę wzrostu gospodarczego w III kw., co będzie interesującym poszukiwaniem źródeł utrzymania imponującej dynamiki 5,1 proc. r/r. Silniejsze znaczenie odbicia inwestycji byłoby miłą niespodzianką, choć raczej zignorowaną przez rynek walutowy. EUR/PLN wrócił do 4,29 po tygodniu odczuwania wpływu spekulacji wokół afery KNF a w kolejnych dniach handel powinien się zakotwiczyć bliżej 4,30.

Chiny

Po odczytach PMI z Chin (pt) rynek oczekuje utrzymania skromnego tempa ekspansji, ale balansowanie na granicy stagnacji nie sugeruje, aby działania wspierające rządu wystarczająco neutralizowały skutki wojny handlowej z USA. Duża uwaga będzie skupiona na szczycie G20 (pt-sb), gdzie ma dojść do spotkania przywódców USA i Chin, choć nie spodziewamy się przełomowego kompromisu.

Australia

W Australii wydatki inwestycyjne przedsiębiorstw (czw) mogą dostarczyć ważnych informacji składowych do PKB. Jednak uwaga rynku skupia się głównie na sile wynagrodzeń i kondycji rynku nieruchomości i obawy o te wskaźniki nie zostaną rozwiane w nadchodzącym tygodniu. AUD powinien pozostać wrażliwy na wahania generalnego sentymentu. Bilans handlowy (pon), nastroje w biznesie i pozwolenia na budowę (czw) wypełniają kalendarz z Nowej Zelandii. Ostatnio mieliśmy kilka negatywnych sygnałów po stronie wskaźników wyprzedzających i sytuacji na rynku nieruchomości, co przy kontynuacji może sypać żwir w tryby rajdu NZD.

Kanada

Wrześniowy odczyt PKB z Kanady (pt) będzie ostatnią publikacją z górnej półki przed grudniowym posiedzeniem Banku Kanady. Oznaki spowolnienia gospodarczego w ślad za sygnałami ze świata mogą przeważyć na rzecz złagodzenia stanowiska banku centralnego i podać w wątpliwość styczniową podwyżkę stopy procentowej. Poza tym na CAD ciąży załamanie ropy naftowej i zmienność tutaj może mieć większe znaczenie dla perspektywy loonie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowa matryca stawek VAT – ma być jaśniej i prościej

Projekt nowelizacji ustawy o VAT wprowadzający nową matrycę stawek VAT to długo oczekiwane przez rynek zmiany, które mają ujednolicić i uprościć skomplikowaną do tej pory metodologię określania właściwych stawek podatku. Choć nowe wytyczne mają wejść w życie dopiero w styczniu 2020 r., już teraz przedsiębiorcy powinni zacząć przygotowania – oceniają eksperci PwC.

9 listopada 2018 r. opublikowany został projekt nowelizacji ustawy o VAT wprowadzający nową matrycę stawek VAT. Główne zmiany polegają przede wszystkim na rezygnacji z PKWiU 2008 w obrocie towarowym oraz określenie poziomu stawek VAT w oparciu o Nomenklaturę Scaloną (CN). Oznacza to odejście od stosowanej od lat w Polsce klasyfikacji statystycznej.

Nomenklatura Scalona jest klasyfikacją celną, stosowaną w Unii Europejskiej dla określenia rodzaju importowanego towaru oraz wysokości obciążeń celnych. CN jest również szeroko wykorzystywana dla potrzeb VAT w krajach europejskich, np. w Niemczech i Wielkiej Brytanii. W praktyce poszczególne grupy towarowe w tych krajach – zdefiniowane poprzez CN – również opodatkowane są według jednolitej stawki VAT. Aktualnie w Polsce nomenklatura wykorzystywana jest również dla potrzeb akcyzowych. – Tomasz Kassel, partner w PwC

Według zamysłu nowych przepisów obowiązywać będzie jedna stawka podatku w ramach tej samej grupy asortymentowej. Natomiast obecnie, zgodnie z klasyfikacją PKWiU 2008 w powiązaniu z brzmieniem przepisów ustawy o VAT, produkty nawet z tej samej grupy towarowej mogą mieć różne stawki VAT. Na przykład stawka VAT na pieczywo w zależności od różnych „niuansów” klasyfikacyjnych może wynosić 5%, 8% lub 23%. Jej wysokość zależy m.in. od zawartości cukru, tłuszczu i wody, od okresu przydatności do spożycia oraz tzw. świeżości. Miarą świeżości jest to, czy w produkcie występują konserwanty oraz czy pełnią one tzw. „funkcję technologiczną mającą na celu przedłużenie terminu przydatności do spożycia wyrobu”. Może bowiem występować konserwant, ale jego rolą będzie np. tylko spulchnienie wyrobu; wtedy szanse na stosowanie stawki obniżonej ciągle są. Taka sytuacja ma poważne konsekwencje dla przedsiębiorców, powodując niepewność w zakresie stosowania prawidłowej stawki podatku, prowadząc do niepotrzebnych sporów z organami podatkowymi i między uczestnikami łańcucha dystrybucji. Przy tak skomplikowanym systemie stawek VAT nie istnieją w praktyce żadne narzędzia, które dawałyby podatnikom możliwość kategorycznego potwierdzenia prawidłowości stosowanej stawki VAT.

Aktualnie nie istnieją prawnie wiążące i skuteczne narzędzia do potwierdzania prawidłowości stosowanej stawki. W praktyce podatnicy występują o wydanie opinii przez organy statystyczne, a następnie wnioskują do organów podatkowych o wydanie interpretacji indywidualnych prawa podatkowego, bazujących na opinii statystycznej. Wydawane interpretacje organów statystycznych nie mają jednak charakteru decyzji. Mogą i są zmieniane przez organ statystyczny bez mocy ochronnej dla podatnika. Bardzo często jest też pokusa, aby takie zmiany opinii klasyfikacyjnych działały wstecz. Interpretacje indywidualne natomiast mają charakter warunkowy, tj. wskazują prawidłową stawkę VAT, ale pod warunkiem, że uzyskana wcześniej klasyfikacja statystyczna jest prawidłowa. – Jakub Matusiak, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC

Projekt nowelizacji ustawy o VAT, oprócz odejścia od PKWiU 2008, wprowadza także Wiążącą Informację Stawkową (WIS), która ma wspierać podatników we właściwej klasyfikacji towarów i usług dla celów VAT. WIS ma funkcjonować na wzór indywidualnych interpretacji podatkowych, a organy klasyfikacyjne będą posiadać uprawnienia do badań laboratoryjnych klasyfikowanych towarów. WIS zacznie funkcjonować już od kwietnia 2019 r.

Nomenklatura scalona dotyczy tylko obrotu towarowego. W przypadku usług projekt nowelizacji ustawy o VAT przewiduje stosowanie PKWiU (w wersji z 2015 r.) jako właściwej klasyfikacji dla VAT.

Nie ulega wątpliwości, że wprowadzenie nowej matrycy stawek VAT to rewolucja systemowa, ale taka, na którą czekali wszyscy przedsiębiorcy. Jej główną zaletą jest uproszczenie dotychczasowego chaosu stawkowego, a także wprowadzenie elementu pewności, że stosowana stawka dla danego produktu z punktu widzenia przepisów jest właściwa. – Piotr Bielicz, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC

Eksperci PwC zaznaczają, że choć zdecydowana część zmian związanych z wprowadzeniem nowej matrycy VAT zacznie obowiązywać od stycznia 2019 r., już teraz przedsiębiorcy powinni rozpocząć przygotowania. Mogą m.in., rozpocząć pracochłonny proces przekładania PKWiU 2008 na kody Nomenklatury Scalonej, wystąpić o WIS dla strategicznych dla siebie towarów, przygotować uczestników swojego łańcucha dystrybucji na zmianę w przypadku jeśli w wyniku nowelizacji stawka VAT na dany asortyment ulegnie odwyższeniu/obniżeniu. Co ważne, zmiana przepisów pociąga za sobą konsekwencję w postaci utraty ważności przez dotychczas wydane stawkowe interpretacje. Podatnicy będą mieli 6 miesięcy na uzyskanie własnych WIS. W praktyce jednak, ze względu na badania laboratoryjne, okres ten może okazać się zbyt krótki.

Kierunek zmian obrany przez MF od strony systemowej należy ocenić pozytywnie. Wątpliwości budzi jedynie pewna uznaniowość i brak jednolitego klucza, według którego w celu ujednolicenia stawek VAT część towarów – jak określa to MF – ‘równana’ jest w dół (owoce, orzechy, jogurty, pieczywo, ciastka), a część w górę (np. niegazowane napoje zawierające cn. 20% soku owocowego lub warzywnego). Tym kluczem nie jest na pewno promowanie zdrowej żywności (5% stawka VAT w miejsce dotychczas stosowanej wyższej stawki na pieczywo i ciastka konserwowane). Nie jest, albo przynajmniej nie zawsze jest nim również logika asortymentowa (soki owocowe 100% – 5% VAT, napoje zawierające cn. 20% soku owocowego – 23% VAT, napoje gazowane – 23% VAT, woda – 23%). Wydaje się, że jedynym kluczem jest matematyka budżetowa, która nie pozwoliła MF ‘równać’ tylko w dół. – Jakub Matusiak, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC

Czy budowa mieszkań trwa dłużej? Co na to wpływa?

Czy wydłużył się proces budowy inwestycji mieszkaniowych? Ile trwała dotąd realizacja projektów, a ile czasu na przeprowadzenie podobnych inwestycji potrzeba przy obecnych trudnościach na rynku? Co na to wpływa? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Gutowski, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Ronson Development

Cały proces inwestycyjny uległ wydłużeniu ze względu na trudności wykonawcze. Wprawdzie sama budowa trwa nadal tyle samo, ale czas poświęcony na poszukiwanie wykonawcy, a także wszelkie negocjacje i ustalenia sprawiają, że etap przygotowawczy jest teraz dłuższy o około 2-3 miesiące.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Zdecydowanie dłużej trwa obecnie proces realizacji inwestycji. Trudno tutaj wskazać o ile dokładnie wydłużyła się realizacja inwestycji, ponieważ wszystko zależy od charakteru danego projektu. Na okres realizacji projektu wpływ mają przedłużające się procedury administracyjne, jak i proces wyboru wykonawcy. Z uwagi na rosnące koszty budowy mało jest projektów w przedsprzedaży. Jeszcze w latach poprzednich powszechną była praktyka oferowania mieszkań i zawierania umów rezerwacyjnych przed wyborem głównego wykonawcy, a nawet przed uzyskaniem decyzji o pozwoleniu na budowę. Aktualnie, z uwagi na poziom ryzyka, firmy wstrzymują się z oferowaniem mieszkań do momentu wbicia w ziemię przysłowiowej łopaty.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Skanska Residential Development Poland

Czas realizacji naszych osiedli jest zbliżony, ponieważ na bieżąco odpowiadamy na zmieniającą się sytuację rynkową. Mamy ten komfort, że w ramach Grupy Skanska samodzielnie realizujemy inwestycje od momentu projektu aż do zakończenia budowy. Ponadto jeszcze precyzyjniej planujemy poszczególne zadania i etapy prac, a także z odpowiednim wyprzedzeniem zawieramy umowy kontraktacji.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Proces inwestycyjny wydłużył się, a sytuacja na rynku jest wymagająca. Z jednej strony mamy wzrost cen wykonawstwa, rosnące ceny gruntów, a z drugiej nowe wytyczne formalno-prawne związane z przygotowaniem inwestycji, które generują więcej dokumentacji i dłuższe ich procesowanie przez dedykowane organy instytucjonalne. Dodatkowo, spowolnienie administracyjne widoczne było w okresie poprzedzającym ostatnie wybory.

Popyt w ostatnim czasie nieco maleje. 3Q 2018 roku we Wrocławiu zakończył się liczbą 2032 sprzedanych lokali, czym przypomina poziom popytu z 2015 roku. Jednocześnie sama wyprzedawalność oferty we Wrocławiu jest duża. Liczba gotowych mieszkań czekających na klientów jest bardzo niska i wynosi 6,8 proc.

Waldemar Wasiluk, wiceprezes zarządu Victoria Dom S.A.

Nie zauważamy wydłużenia procesów budowlanych, a jedynie wzrost kosztów generalnego wykonawstwa.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Doświadczone przedsiębiorstwa deweloperskie kontraktują roboty z wyprzedzeniem. Niemniej jednak zdarzają się sytuacje, w których wykonawcy odmawiają podpisywania umów z dużym wyprzedzeniem lub pomimo podpisanego kontraktu nie przystępują do pracy. Takie sytuacje wpływają zarówno na tempo realizacji inwestycji, jak również na koszty wykonawstwa.

Sebastian Barandziak, członek zarządu Dekpol S.A.

Wydłużył się głównie proces przygotowania inwestycji do realizacji, zwłaszcza w zakresie uzyskiwania wymaganych pozwoleń administracyjnych. Natomiast czas budowy nie uległ istotnym zmianom, zajmuje z reguły od 18 do 36 miesięcy w zależności od skali projektu. W pełni kontrolujemy proces budowy naszych inwestycji, dzięki własnemu działowi Generalnego Wykonawstwa, funkcjonującemu w ramach grupy kapitałowej Dekpol.

Izabela Woźnica-Letka z zielonogórskiego biura sprzedaży EBF Development

Nie zauważyliśmy, żeby proces budowy nowych inwestycji wydłużył się w porównaniu do lat poprzednich. Na realizację projektu ma wpływ wiele czynników, jak powierzchnia i liczba kondygnacji budynku, rodzaj zastosowanych materiałów, nowe rozwiązania technologiczne, czy praca firm budowlanych. Jednak ponad 25 letnie doświadczenie, wiedza i profesjonalizm naszego zespołu pozwalają nam dokładnie zaplanować realizację wszystkich etapów budowy.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Sam proces realizacji inwestycji nie uległ wydłużeniu. Jeżeli generalny wykonawca jest sprawny i doświadczony powinien zagwarantować sobie w kontrakcie rozwiązania na wypadek problemów z podwykonawcami. Jeżeli jednak pojawiają się kłopoty z realizacją, nie są związane z żadnymi prawidłowościami. Niektóre firmy rzeczywiście oddają budynki kilka miesięcy później niż planowały z powodu problemów z generalnym wykonawstwem.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Jeśli chodzi o proces budowy nowych inwestycji, to oczywiście zawsze trzeba brać pewien zapas czasowy na nieprzewidziane sytuacje, które mogą wystąpić w trakcie prac. Sama realizacja projektów nie wydłużyła się w porównaniu do tego co było wcześniej. Wyraźna różnica jest natomiast widoczna w cenie za wykonawstwo, która w ostatnim czasie znacząco wzrosła. Zawsze współpracujemy i wybieramy do realizacji inwestycji takich generalnych wykonawców, którzy są w stanie zapewnić proces budowy zgodny z przyjętym harmonogramem prac zawartym w umowie.

Rafał Zdebski, Dyrektor handlowy Inpro S.A.

Wydłużył się czas, jaki deweloperzy muszą poświęcić na przygotowanie inwestycji. Chodzi głównie o uzyskanie odpowiednich pozwoleń na budowę, czy też ustalenie warunków umów drogowych. Na pewno jednak bardziej zauważalnym i odczuwalnym czynnikiem jest wzrost kosztów budowy niż wydłużenie czasu realizacji inwestycji. Nasza firma dysponuje własnym działem generalnego wykonawstwa. Mamy też spółkę zależną InBet, która zajmuje się produkcją prefabrykatów. To pozwala nam szybko i terminowo realizować nasze inwestycje. Budowa zajmuje średnio od półtora roku do dwóch lat.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

W obecnych warunkach rynkowych kluczem do sukcesu jest planowanie i właściwie rozpisany harmonogram inwestycji. Dzięki dobremu planowaniu nie mamy żadnych problemów z dotrzymaniem terminów i deklaracji złożonych klientom w realizowanych projektach. Jest to oczywiście także zasługą współpracy ze sprawdzonymi wykonawcami. Zaznaczę jednak, że obserwując obecne trudności na rynku wykonawstwa, w przygotowywanych aktualnie projektach przewidujemy większy niż dotychczas margines bezpieczeństwa i z góry zakładamy nieco dłuższe terminy realizacji projektów budowlanych.

Justyna Ciesielka, specjalista ds. sprzedaży w Planetbud Development

Brak rąk do pracy oraz mniejsza dostępność materiałów spowalnia nieco proces budowy. Ostateczne terminy oddania lokali do użytku determinowane są głównie umowami z gestorami sieci, a te zawsze były dość odległe.

Olga Pietrzak, specjalista ds. sprzedaży i marketingu w firmie Skaland

Niekontrolowane odejścia pracowników fizycznych z ekip podwykonawczych zaowocowały zachowawczym wydłużeniem czasu trwania budowy inwestycji o kwartał.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Długość samego procesu budowy pozostaje bez zmian. Zwiększył się natomiast okres procesu przygotowawczego. Zdecydowanie wydłużył się czas oczekiwania na decyzje administracyjne w urzędach. Problematyczne także bywa poszukiwanie generalnego wykonawcy projektu, takiego który gwarantowałby usługi na odpowiadającym nam, wysokim poziomie. Niemniej dla wszystkich projektów, które mamy obecnie w planach mamy sprawdzonych wykonawców, dlatego w procesie budowy naszych inwestycji nie powinniśmy spotkać się z żadnymi trudnościami.

Autor: Dompress.pl

5 korzyści z łączenia Software House’ów

Polska posiada jednych z najlepszych programistów na świecie [1]. Dlaczego w takim razie nie jesteśmy kolejną Doliną Krzemową? Odpowiedź na to pytanie jest złożona, jednak jednym z elementów wpływających negatywnie na sukces polskich firm IT jest ich duże rozproszenie. O tym, jakie korzyści można osiągnąć z łączenia się w grupę opowiada Robert Strzelecki, propagator idei Puszczy Krzemowej oraz integracji branży IT, a także prezes zarządu technologicznej Grupy TenderHut.

Robert Strzelecki,prezes zarządu technologicznej Grupy TenderHut
Robert Strzelecki, prezes zarządu technologicznej Grupy TenderHut

ranking najlepszych programistów

1. Silny zespół

Silny zespół to podstawa sukcesu każdego przedsięwzięcia. Niewielkie firmy IT mimo, że są w stanie realizować ciekawe projekty, w pewnym momencie zderzają się z sytuacją, w której do realizacji bardziej ambitnych zleceń brakuje im zasobów ludzkich. – Niestety doba nie jest z gumy, a kiedy stajemy przed dużym zadaniem do realizacji w określonym terminie, tylko firmy posiadające odpowiednio duże zespoły mogą wejść do gry – tłumaczy Strzelecki. Polskie firmy mogą być konkurencyjne na rynkach zagranicznych, ale tylko przy odpowiedniej skali działania. To jeden z podstawowych motywów wpływających na ogólny trend, który obecnie panuje na rynku IT, czyli łączenie się firm w większe podmioty.

2. Specjalizacja

Bolączką małych firm IT jest wielozadaniowość ich założycieli, która ogranicza ich rozwój. Przeważnie właściciel nie dość, że jest programistą, to jeszcze zarządza swoim zespołem, zajmuje się księgowością, szukaniem nowych klientów oraz zepsutą drukarką, czyli dosłownie wszystkim. – Taka sytuacja jest jak najbardziej normalna, gdy mówimy o start-up’ie, jednak każda firma ma przynosić pieniądze swoim właścicielom i więcej niezależności niż praca na etacie. Poza tym nie każdy, kto jest dobrym programistą, musi odnajdywać się w roli managera czy sprzedawcy – mówi Strzelecki. Korzyścią w przypadku łączenia sił jest możliwość specjalizacji. Każdy może skupić się na tym, w czym jest najlepszy i nadal czerpać profity nie tylko z wynagrodzenia, ale także z udziałów w firmie, które wnosi, dołączając do większego zespołu. Taki model ma służyć jednemu – maksymalizacji efektywności i zwiększaniu poziomu konkurencyjności.

3. Większe projekty

Większy zespół to także większe projekty. I nie chodzi tylko o możliwości programistyczne. Gdy w firmie znajdują się zasoby w postaci grafików, UX designerów, front-end developerów i innych specjalistów projekty, które do tej pory wymagały outsourcowania tych zasobów stają się dostępne w ramach jednej organizacji. – Dziś chcąc realizować międzynarodowe, duże projekty, trzeba grać zespołowo. Klienci oczekują gotowych produktów, a nie pojedynczych składowych, a te możliwe są do osiągnięcia jedynie w interdyscyplinarnych zespołach – wyjaśnia Strzelecki. Oprócz mocy przerobowych warto zwrócić także uwagę na samą możliwość pozyskania takiego projektu. Większość firm decyzję o zleceniu podejmuje także w oparciu o dotychczasowe doświadczenie. – Niestety to trochę błędne koło, nie możesz dostać większego zlecenia, bo nie realizowałeś go do tej pory, a nie realizowałeś go, bo właśnie nie masz odpowiednio dużego kontraktu w dotychczasowym dorobku. To kolejny argument, aby przyłączyć się do grupy i razem realizować wspólnie projekty. Czasami taka współpraca ma charakter incydentalny i strony rozstają się po zakończeniu projektu. Jednak z naszego doświadczenia wynika, że każda udana tego typu współpraca prowadzi do fuzji, bo razem jesteśmy w stanie zdziałać więcej – mówi Strzelecki.

4. Rozwój

Firmy IT są jak rekiny – aby żyć muszą nieustannie się rozwijać. Jeżeli w organizacji pojawia się słowo stabilizacja to pierwszy sygnał, że dzieje się coś niepokojącego. Podobne podejście do tej kwestii ma prezes TenderHut. – Rozwój firmy IT jest wpisany w jej naturę. Na rynku dzieje się tyle, że bez planu rozwoju pracowników oraz całej firmy można szybko wypaść z obiegu. Niestety w małych firmach nie ma na to czasu, pracy jest dużo, a terminy gonią. Praca w grupie jest receptą na tego typu kłopoty – tłumaczy.

5. Rentowność i płynność finansowa

Wszystkie wyżej wymienione korzyści sprowadzają się do jednego – lepszych wyników finansowych firmy. Dzięki lepszej organizacji pracy, silniejszemu zespołowi, większym projektom i możliwości rozwoju firmy IT, które łączą się w ramach współpracy, osiągnięte zostają większe zyski przy mniejszych kosztach operacyjnych. – Dokładnie taki efekt zaobserwowaliśmy w grupie TenderHut – wspomina Strzelecki. – Dzięki temu nasza grupa kapitałowa rozwija się intensywnie, realizuje międzynarodowe projekty. W ciągu 3 lat działalności strategia włączania w nasze struktury mniejszych software house’ów przyniosła nam 6 krajowych oddziałów i 8 zagranicznych przedstawicielstw oraz przychód w ostatnim roku przekraczający 16 mln złotych – z dumą podsumowuje Strzelecki.

Blaski i cienie łączenia się firm

Łączenie się firm IT z pewnością niesie za sobą wiele korzyści i zwiększa konkurencyjność polskich firm na arenie międzynarodowej. Jednak realizacja takiej strategii działania niesie ze sobą różne wyzwania. Mimo korzyści trzeba także rozwiązać szereg wiążących się z połączeniem firm problemów.

– O przyłączeniu się do Grupy TenderHut w moim przypadku zadecydowały dwa zasadnicze aspekty. Po pierwsze brak kadr w dziale sprzedaży, a po drugie rozwój pracowników. – opowiada Wit Więch, były prezes Order of Code, software house’u z Przemyśla, który obecnie jest jedną ze spółek Grupy TenderHut.

– Od początku działalności mieliśmy problem ze znalezieniem specjalistów do pozyskiwania nowych klientów i współpracy z bieżącymi. Wypełnianie tych zadań pochłaniało znaczną część mojego czasu, w tym prywatnego. Połączenie z TenderHut, która posiada sieć partnerów i sprzedaży wyeliminowało ten problem. Ponadto, w małej firmie, ze względu na niewielką ilość realizowanych projektów, nie ma takich możliwości rozwoju pracowników, jak w większej. Często słyszeliśmy opinię od pracowników, że chcieliby robić coś innego, rozwijać się w jakiejś nowej dziedzinie. Dziś mamy dużo większe możliwości w tym zakresie. Jednak dość trudnym elementem połączenia się naszych firm jest przystosowanie się zespołu do nowej struktury organizacyjnej, która przecież w szybko rosnącej firmie jest bardzo dynamiczna. Myślę, że trzeba wciąż sporo pracy włożyć w przekonanie pracowników do sensowności i konieczności tych zmian. – dodaje na koniec Wit Więch.

1 Źródło: https://blog.hackerrank.com/which-country-would-win-in-the-programming-olympics/

Kurs euro znów pod presją

Mimo Święta Dziękczynienia i związanej z tym nieobecności graczy z USA, w czasie ostatnich godzin handlu na rynku walutowym nie brakowało istotnych informacji i wyraźnych ruchów walut.

Dzisiejsze dane PMI dla strefy euro rozczarowały. Indeksy aktywności gospodarczej we wspólnym bloku w listopadzie obniżyły się w porównaniu z wartościami notowanymi w poprzednim miesiącu, sugerując utrzymujące się wytracanie tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro. Zbiorczy, ważony wskaźnik dla sektora usług i przemysłu spadł do poziomu 52,4, tym samym znalazł się najniżej od stycznia 2015 r. Szczególnie martwić może spadek aktywności w największej europejskiej gospodarce – Niemczech (zmiany w tym kraju mają bowiem istotne przełożenie na sytuację w całej strefie euro) oraz spadek aktywności w usługach (sektor ten powinien bowiem być mniej podatny na negatywne efekty obaw o sytuację w handlu).

Wczorajszy dzień na rynku walutowym był dość interesujący, mimo mniejszej aktywności z uwagi na Święto Dziękczynienia w USA. Polski złoty zakończył czwartek umocnieniem w relacji do euro i dolara amerykańskiego, osłabił się natomiast w parze z wyraźnie silniejszym funtem brytyjskim, który z uwagi na pozytywne informacje dotyczące Brexitu był wczoraj jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut.

Wczorajsze, krajowe dane o dynamice sprzedaży detalicznej w październiku zaskoczyły wyraźnie in plus, przerywając ostatnią złą passę i sugerując, że polska gospodarka weszła w czwarty kwartał z przytupem. „Minutki” z ostatniego spotkania RPP pokazały z kolei, że Rada w kolejnych kwartałach oczekuje spowolnienia gospodarczego związanego z czynnikami zewnętrznymi i wolniejszym wzrostem inwestycji i konsumpcji. W kontekście ostatniego spotkania, warto wspomnieć o tym, że jeden z członków RPP niespodziewanie złożył wniosek o podwyżkę stóp procentowych, który to wniosek został odrzucony. Mimo, iż był to najpewniej pierwszy taki wniosek od ponad 5 lat nie należy tego jednak raczej traktować jako sygnału istotnego zwrotu w polityce monetarnej.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31.

Wspólna europejska waluta zakończyła wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do dolara amerykańskiego, jednocześnie osłabiła się w parze z silniejszym funtem brytyjskim.

Wczorajsze „minutki” z ostatniego spotkania EBC pokazały pewną obawę członków EBC o wzrost gospodarczy w strefie euro. Sygnały z gospodarek były nie na tyle znaczące, żeby Bank zmienił swoje oczekiwania względem przyszłości, niewykluczone jednak, że zmianę wspomnianych oczekiwań przyniesie następny miesiąc. „Minutki” miały dość ograniczony wpływ na rynek.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,82-4,87.

Wczoraj funt brytyjski umocnił się w relacji do głównych walut i złotego, czemu pomogły informacje o zakończeniu negocjacji między Wielką Brytanią a Unią Europejską dotyczące porozumienia w kwestii Brexitu. Wspomnianą umowę podczas niedzielnego szczytu UE mają zaakceptować pozostałe państwa członkowskie Unii.

W ostatnim czasie pojawiły się jednak niekorzystne dla funta informacje z Hiszpanii – premier kraju, Pedro Sanchez zadeklarował, że zawetuje umowę dotyczącą Brexitu, jeśli nie będzie osobnego hiszpańsko-brytyjskiego porozumienia w kwestii statusu Gibraltaru. Co więcej, na ten moment również nie wiadomo, czy porozumienie zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament. Obecne doniesienia sugerują, że nie będzie to łatwe.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,76-3,78.

W czwartek dolar amerykański osłabił się w relacji do głównych walut i złotego.
Z uwagi na Święto Dziękczynienia nie poznaliśmy żadnych danych makroekonomicznych z USA. Dziś natomiast w drugiej części dnia opublikowane zostaną wstępne dane o aktywności gospodarczej w sektorach przemysłowym i usługowym w listopadzie.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:30 – wstępne szacunki indeksów PMI dla przemysłu i usług USA w listopadzie

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Praca zdalna zmienia rynek

Według badania przeprowadzonego na 18 tys. respondentów z międzynarodowych firm, już 70% zatrudnionych pracuje z domu co najmniej jeden dzień w tygodniu[1]. W Polsce swoje obowiązki wykonuje w ten sposób 1/3 kadry[2], korzystając z takiej możliwości średnio przez 8,5 dnia w ciągu miesiąca[3]. Czy na pracy zdalnej mogą zyskać zarówno pracownicy, jak i pracodawcy?

Młodzi dyktują zmiany

Na rynek pracy wkroczyli millenialsi, zmieniając sposób myślenia o sferze zawodowej. Już prawie połowa Polaków[4] pozytywnie ocenia zacieranie się różnic pomiędzy życiem a pracą w związku z rozwojem technologicznym – młodzi pracownicy coraz częściej chcą wykonywać obowiązki służbowe w dowolnym czasie i miejscu, swobodnie przeplatając je ze sprawami prywatnymi. 67% zatrudnionych oczekuje od pracodawcy elastycznych godzin pracy, a 53% –możliwości pracy zdalnej[5]. Badania dowodzą, że takie rozwiązanie zwiększa komfort i satysfakcję – pracujący z domu częściej deklarują zadowolenie z pracy (90%) niż ci, którzy nie mają takiej możliwości (78%)[6].

W pogoni za pracownikiem

Intensywna rywalizacja firm o zdobycie i zatrzymanie specjalistów sprawia, że elastyczne formy pracy coraz częściej stają się dodatkowym benefitem – przy rekrutacji oferuje je już 64% firm na świecie[7]. Polscy pracodawcy także otwierają się na elastyczne godziny pracy (59%) oraz pracę zdalną (55%)[8]. Nie jest to jednak model dopasowany do każdego – potrzebna jest samodyscyplina i dobra organizacja czasu pracy, dlatego wielu przełożonych ma obawy związane z brakiem kontroli nad pracownikami, obniżeniem produktywności, niedotrzymywaniem terminów czy niskim zaangażowaniem.

Koszt czy zysk?

Jak się okazuje, tych obaw nie potwierdzają badania – według 89% pracodawców wprowadzenie elastycznej pracy przyczyniło się do rozwoju firmy, 87% zauważyło zwiększenie konkurencyjności, a 82% – produktywności. W przypadku 8 na 10 przedsiębiorstw praca zdalna umożliwiła przyciągnięcie i zatrzymanie najzdolniejszych pracowników, natomiast 83%maksymalizację zysków[9].

Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta
Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta

– Coraz więcej firm zauważa, że obecność pracownika w biurze przez 8 godzin nie zapewnia większej efektywności. W wielu przypadkach praca zdalna to oszczędność czasu spędzanego na dojazdach, lepsze dopasowanie do rozkładu dnia, a w efekcie większe zadowolenie pracownika. Warto jednak pamiętać, że takie rozwiązanie przyniesie korzyści tylko, gdy będzie odpowiednio dopasowane do branży i modelu biznesowego firmy. Konieczne jest również zapewnienie odpowiedniego zaplecza technologicznego, które umożliwi płynną komunikację, bezpieczny dostęp do danych z każdego miejsca czy urządzenia oraz łatwą współpracę z pozostałymi członkami zespołu – wskazuje Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta

[1] https://www.cnbc.com/2018/05/30/70-percent-of-people-globally-work-remotely-at-least-once-a-week-iwg-study.html

[2] Z częstotliwością co najmniej raz w tygodniu. Źródło: „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”

[3] Według badania „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”

[4] Raport Gumtree Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy 2018, https://startdokariery.pl/wp-content/uploads/2018/05/Raport_Gumtree_pl_2018_Aktywni_praca-w-zyciu-zycie-w-pracy.pdf

[5] Ibidem.

[6] Według badania „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”

[7] Źródło: http://images.contact.regus.com/Web/RegusEloquaStandard2014/%7B62f26440-99c8-4880-a1d6-732ea47a0de4%7D_IWG320_GBS_Survey_210x297_V2%5B1%5D.pdf?utm_campaign=Brand_IWG_GBS18_Report_30May2018&utm_medium=email&utm_source=Eloqua)%20and%20this%20post%20(https://www.cnbc.com/2018/05/30/70-percent-of-people-globally-work-remotely-at-least-once-a-week-iwg-study.html

[8] Według badania Hays Poland: https://www.hays.pl/notatki-prasowe-hays/obecno%C5%9B%C4%87-nie-oznacza-efektywno%C5%9Bci-2253746

[9] Źródło: http://images.contact.regus.com/Web/RegusEloquaStandard2014/%7B62f26440-99c8-4880-a1d6-732ea47a0de4%7D_IWG320_GBS_Survey_210x297_V2%5B1%5D.pdf?utm_campaign=Brand_IWG_GBS18_Report_30May2018&utm_medium=email&utm_source=Eloqua)%20and%20this%20post%20(https://www.cnbc.com/2018/05/30/70-percent-of-people-globally-work-remotely-at-least-once-a-week-iwg-study.html