Nowo powstające firmy to coraz ważniejszy klient dla banków. Na rynku brakuje oferty finansowania dla młodego biznesu

Nowo powstające firmy to coraz ważniejszy klient dla banków. Na rynku brakuje oferty finansowania dla młodego biznesu 1

Każdego roku w Polsce przybywa około 350 tys. nowych przedsiębiorstw, istotna ich część szybko kończy działalność. Problemem często okazują się dla nich skomplikowane prawo podatkowe, niewystarczający kapitał ludzki czy brak środków na start i dalszy rozwój działalności. Sektor nowo powstających firm i start-upów do tej pory był traktowany przez banki i instytucje finansowe bardzo ostrożnie, ale widoczne są już pierwsze pozytywne zmiany. Grupa PKO poszerza swoją ofertę o produkty finansowe dla takich podmiotów, i usługi, które mają ułatwić im rozpoczęcie i prowadzenie działalności.

– Jest wiele barier, które utrudniają przedsiębiorcom rozpoczęcie działalności. Przede wszystkim należy wymienić barierę administracyjno-prawną, głównie z uwagi na skomplikowane zapisy prawa podatkowego, czy kapitał ludzki z uwagi na utrudniony dostęp do wykwalifikowanej siły roboczej. Kolejne uciążliwości to wysoka konkurencja i ograniczony dostęp do finansowania – ponad 20 proc. przedsiębiorców wskazuje ten element jako istotną barierę rozpoczęcia działalności. Nie należy tego bagatelizować, dlatego że przedsiębiorcy w pierwszej fazie rozwoju rzeczywiście potrzebują dużego zastrzyku finansowego – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Karpińska z Departamentu Klientów Małych i Średnich Przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim.

Polskie społeczeństwo od lat jest w czołówce najbardziej przedsiębiorczych w Europie. Z danych ZUS wynika, że na koniec ubiegłego roku działalność prowadziło 2,5 mln firm, które odprowadzały składki na ubezpieczenia społeczne – z czego około 1,5 mln to samozatrudnieni. Każdego roku w Polsce przybywa około 350 tys. nowych zarejestrowanych przedsiębiorstw, ale większość z nich szybko kończy działalność (blisko 295 tys. podmiotów w 2016 roku).

– Sektor nowo powstałych firm jest bardzo obszerny i istotny dla instytucji finansowych. Co roku na polskim rynku pojawia się ponad 350 tys. nowo powstałych działalności, natomiast gdy patrzymy na mikroprzedsiębiorstwa, to co dziesiąta firma działa  na rynku nie dłużej niż jeden rok – mówi dr Joanna Karpińska.

Większość przedsiębiorstw, które rozpoczynają działalność, potrzebuje finansowania na start. Jednak banki i instytucje finansowe podchodzą do finansowania takich podmiotów dość asekuracyjnie.

– Ten fakt nie dziwi, dlatego że wskaźnik przeżywalności tych podmiotów w pierwszym roku ich istnienia wynosi około 68 proc. Duża część zamyka swoją działalność w początkach jej istnienia dlatego instytucje finansowe i banki skupiają się głównie na propozycjach oferty depozytowej, a w drugiej kolejności – propozycjach oferty kredytowej. Widzimy, że banki skupiają się głównie na propozycji finansowania działalności obrotowej, opierając się o niższe wolumeny możliwych do uzyskania kwot kredytów – mówi dr Joanna Karpińska.

Jak wynika z danych PKO Banku Polskiego, ponad 2/3 świeżo upieczonych przedsiębiorców korzysta ze środków własnych. Realizując przedsięwzięcia inwestycyjne, wykorzystują kapitał obrotowy, co może później doprowadzić do zakłóceń finansowych w bieżącej działalności takiej firmy.

Z najnowszej edycji raportu „Polskie Startupy 2017”, opracowanego przez fundację StartUp Poland, wynika, że 65 proc. wskazuje brak opcji finansowania jako największą przeszkodę w rozwoju biznesu, a 77 proc. planuje pozyskanie zewnętrznego finansowania.

– Możliwości, które oferuje nam rynek, zachęcają do założenia własnej działalności gospodarczej. Jednak największym problemem nowo powstałych firm jest uzyskanie finansowania na rozwój własnego biznesu. Niewiele firm leasingowych ma w swojej ofercie finansowanie dla takich podmiotów. W odpowiedzi na tę potrzebę PKO Leasing stworzył produkt „Leasing na Start”, który wspiera start-upy i nowe firmy na polskim rynku – mówi Sylwia Ostrowska, starszy specjalista do spraw produktów w PKO Leasing.

Aby ułatwić pierwsze miesiące prowadzenia działalności, PKO Bank Polski stworzył specjalną formę finansowania, która ma wspierać start-upy i nowe podmioty, począwszy od pierwszego dnia działalności. Po leasing – jako formę finansowania bieżącej działalności – sięga coraz więcej klientów firmowych z sektora MSP, dzięki czemu mogą utrzymać płynność finansową i rozwijać produkcję.

 Największą zaletą leasingu jest to, że pozwala firmie utrzymać płynność finansową i nie blokuje środków bieżących. Ponadto rata leasingowa jest w całości kosztem uzyskania przychodu, więc przedsiębiorca może odliczyć pełny podatek VAT – wyjaśnia Sylwia Ostrowska. – Ofertę „Leasing na start” kierujemy do podmiotów od pierwszego dnia działalności na finansowanie samochodów osobowych i ciężarowych do 3,5 t, o maksymalnej wartości 120 tys. zł. Od nowych firm nie wymagamy dodatkowych dokumentów. Oferujemy prosty i szybki leasing, wyłącznie na oświadczenie klienta i fakturę proformę od dostawcy, w oparciu o uproszczone procedury. 

Obok oferty leasingowej Grupa PKO wprowadziła też produkt „Pożyczka na start” dla przedsiębiorców, którzy rozpoczynają działalność gospodarczą, niezależnie od ich wielkości i stażu. Maksymalny okres kredytowania to 60 miesięcy, a maksymalna kwota – 100 tys. zł. Oferta ma cechy, które szczególnie cenią sobie młode mikrofirmy: łatwość i szybkość pozyskania pieniędzy, elastyczność w spłacie i wydatkowaniu środków – pozyskane pieniądze można przeznaczyć na dowolny cel związany z prowadzoną działalnością gospodarczą, bez konieczności okazywania faktur.

 Różnica między leasingiem a „Pożyczką na start” polega na możliwym do sfinansowania celu. W pożyczce przewidzieliśmy możliwość finansowania zarówno celów obrotowych, jak i inwestycyjnych. Leasing skupia się na finansowaniu środków trwałych. Z kolei w ramach „Pożyczki na start” możemy realizować przedsięwzięcia inwestycyjne w wartości brutto, bez wymogu wkładu własnego. Kolejną kwestią jest możliwość skorzystania z karencji w spłacie kapitału, co również różnicuje te dwa produkty – wyjaśnia dr Joanna Karpińska.

Zarówno „Pożyczka na start”, jak i „Leasing na start” to element szerszej kampanii PKO Banku Polskiego, która ma ułatwić małym i średnim firmom prowadzenie działalności. Za pośrednictwem bankowości elektronicznej iPKO możliwe będzie niedługo zarejestrowanie firmy w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, bez konieczności wypełniania dodatkowych formularzy i wniosków na portalach urzędowych. W grudniu zakończył się też pierwszy przygotowany przez bank cykl bezpłatnych szkoleń „Dzień dobry biznes” skierowanych do właścicieli małych i średnich firm, który odbył się w 12 miastach Polski.

 Firmom, które deklarują bardziej zaawansowane oczekiwania wobec instytucji finansowej, możemy zaoferować gwarancje bankowe, akredytywy czy inkasa. Proponując rozwiązania finansowe, patrzymy na złożoność projektu oraz oczekiwany poziom zapotrzebowania na kapitał. Bank przy złożonych projektach proponuje kredyty inwestycyjne i obrotowe. Wówczas analiza i ocena przedsiębiorcy odbywa się w sposób indywidualny – dodaje dr Joanna Karpińska.

Aplikacje mobilne coraz śmielej zagospodarowują nowe dziedziny życia. Jedna z nich nauczy rodziców, jak wychowywać dzieci

Aplikacje mobilne coraz śmielej zagospodarowują nowe dziedziny życia. Jedna z nich nauczy rodziców, jak wychowywać dzieci 2

Polska firma MythicOwl stworzyła aplikację Parenting Hero, dzięki której rodzice mogą przetestować swoje zachowania i reakcje na typowe sytuacje, które mogą zastać ich w domu podczas opieki nad dziećmi. Już w styczniu pojawi się wersja aplikacji na system Android. Rynek aplikacji mobilny rośnie bardzo dynamicznie. W 2021 roku jego wartość ma osiągnąć 6,3 bln dolarów. Jednocześnie liczba dostępnych aplikacji w sklepach Google Play i Apple AppStore przekroczyła już 5,5 mln.

– Parenting hero to aplikacja, w której rodzice mogą przetestować swoje zachowania i różne reakcje na typowe sytuacje, które mogą zastać w domu. Pomysł przyszedł, kiedy oglądałem scenki zawarte w jednej z książek o wychowaniu. Pomyślałem, że byłoby świetnie, gdybyśmy potrafili przetestować te same scenariusze w postaci aplikacji, żeby od naszego wyboru zależało, jak dalej potoczy się sytuacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Mularczyk, prezes zarządu MythicOwl.

Aplikacja została opracowana przez psychologa i wykorzystuje sprawdzone metody z książki „Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały. Poradnik przetrwania dla rodziców dzieci w wieku 2–7 lat” Joanny Faber i Julie King. Parenting Hero prezentuje scenki w formie animowanych komiksów. Twórcom zależało, aby nie był to tylko suchy opis sytuacji, dzięki czemu użytkownicy mogą się łatwiej wczuć w daną historię.

– Jednym z przykładów takich scenek jest sytuacja, w której np. dzieci walczą ze sobą, starszy chłopiec popycha dziewczynkę, rodzic wchodzi do pokoju i zastaje właśnie taki niezbyt przyjemny, ale pewnie dość popularny obraz. W tym momencie gracz ma do wyboru sposób reakcji, może powiedzieć np. „Cicho, co tu się dzieje?” albo może spróbować rozdzielić te dzieci lub podejść do nich w taki sposób, w którym spróbowałby zaakceptować ich emocje i w jakiś sposób dalej zmoderować tę sytuację – informuje pomysłodawca Parenting Hero.

Według statystyk serwisu AppBrain liczba aplikacji w sklepie Google Play przekroczyła już 3,5 mln. W ciągu dwóch ostatnich lat liczba ta niemal się podwoiła, a w trzecim kwartale 2017 roku liczba pobrań aplikacji przekroczyła 16 mln. Jak wynika z danych serwisu Statista, w 3 kwartale 2017 roku w sklepie AppStore dostępnych było ponad 2 mln aplikacji.

Aplikacja Parenting Hero jest aktualnie dostępna na platformę iOS. W styczniu 2018 roku ma się pojawić także wersja dla telefonów z systemem Android. Twórcy podkreślają, że produkt szczególnie dobrze trafia do osób, które interesują się nowymi technologiami.

– Nasi użytkownicy to osoby, które po pierwsze są rodzicami, a po drugie są zainteresowane nowoczesnymi technologiami w wychowywaniu dzieci. Sytuacja w Polsce wygląda tak, że 92 proc. osób z tej grupy ma telefony z Androidem – zauważa Tomasz Mularczyk.

Z prognoz firmy App Annie wynika, że za 4 lata rynek aplikacji na świecie może osiągnąć wartość nawet 6,3 bln dolarów. Oznaczałoby to wzrost o 380 proc. w stosunku do ubiegłego roku. Specjaliści przewidują, że w 2021 roku użytkownicy spędzą przed aplikacjami łącznie 3,5 bln godzin. Według raportu agencji Zenith pt. „Mobile Advertising Forecasts 2017” smartfon ma 62 proc. Polaków.

Awersja do ryzyka polskich inwestorów

Nowa dyrektywa może zwiększyć obciążenia przedsiębiorstw

Nowa dyrektywa dotycząca informowania na piśmie pracowników o warunkach zatrudnienia wymaga modernizacji, ale niektóre zawarte w niej propozycje mogą niekorzystnie wpłynąć na rozwiązania krajowe i zwiększyć obciążenia przedsiębiorstw – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komisja Europejska przedstawiła wczoraj propozycje nowej dyrektywy w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy w Unii Europejskiej (COM(2017) 797). Ma ona zastąpić i rozszerzyć obecnie obowiązującą dyrektywę 91/533/EWG z 14 października 1991 r. w sprawie obowiązku pracodawcy dotyczącego informowania pracowników o warunkach stosowanych do umowy lub stosunku pracy.

Konfederacja Lewiatan rozumie potrzebę aktualizacji dyrektywy w sprawie oświadczeń pisemnych (1991/533 / EWG). BusinessEurope, którego członkiem jest Lewiatan, było gotowe do podjęcia w tym zakresie negocjacji na poziomie unijnym. Jednakże jakikolwiek przegląd musi mieć na względzie istotę tej dyrektywy, którą jest wyłącznie określenie zasad informowania pracowników o podstawowych warunkach zatrudnienia.

– Możemy dyskutować o tej części propozycji Komisji, które prowadzą do modernizacji dyrektywy. Jednak niektóre nowe propozycje idą znacznie dalej i nie są zgodne z zasadą pomocniczości. Wpłynie to niekorzystnie na funkcjonowanie rynków pracy i zwiększy obciążenia przedsiębiorstw – ostrzega Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.
Zastrzeżenia budzi propozycja wprowadzenia unijnej definicji pojęcia „pracownik”. Definicja powinna pozostać w kompetencji krajowej. Unijna definicja nie odzwierciedli różnorodności sytuacji, do których odnoszą się definicje krajowe i ograniczyłaby zdolność dostosowania tych definicji krajowych do zmieniających się okoliczności. Oprócz tego taka sytuacja będzie prowadziła do szeregu niejasności, sporów na poziomie krajowym i unijnym.

– Zastrzeżenia budzi też wprowadzanie do dyrektywy elementów nie tylko informacyjnych, ale regulacji z zakresu prawa materialnego. Przykładowo KE proponuje wprowadzenie maksymalnego okresu próbnego czy regulację dodatkowego zatrudnienia u innego pracodawcy, co stoi w sprzeczności z celami stawianymi przed taką dyrektywą.

To na co liczyliśmy, to dostosowanie nowego instrumentu do nowych okoliczności, współpracy stron – dodaje Robert Lisicki.

Dyrektywa wymaga modernizacji, ale Komisja próbuje tylnymi drzwiami wprowadzić rozwiązania, któr powinny być przedmiotem odrębnej dyskusji.

Konfederacja Lewiatan niedługo przedstawi szczegółową analizę wniosku Komisji Europejskiej.

Zwyczaje i wydatki świąteczne Polaków 2017

Dla co piątego Polaka święta Bożego Narodzenia to murowane kłopoty finansowe, kolejne 18 proc. nie ma pewności czy uda im się uniknąć problemów, spokojnych jest 62 proc. badanych. Powód? Przede wszystkim prezenty, które stanowią największą część świątecznych wydatków. Średni koszt podarków to około 500 zł. Tylko na jeden prezent dla dziecka średnio wydajemy 155 zł, a dla dorosłego 120 zł – wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK.

62 proc. uważa, że święta to poważny koszt do zaplanowania w domowym budżecie. Tylko co dziesiąta osoba ma finansowy komfort, który pozwala nie myśleć o świętach Bożego Narodzenia w takich kategoriach. Większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności. Co dwunasty zaciągnie też kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków. Ale co piąty badany przeczuwa, że czego by nie robił i tak popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków – wynika z badania* przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla BIG InfoMonitor i BIK. – Polacy dostrzegają coraz bardziej komercyjny charakter świąt Bożego Narodzenia, ale jednocześnie wielu nie potrafi się oprzeć nadmiernym wydatkom w czasie przygotowań. Tylko przy zakupach prezentów trzy na cztery osoby przekraczają zaplanowany budżet, a ostatecznie co piąta osoba z góry już wie, że święta będą dla niej przyczyną problemów finansowych. Niestety potwierdzają to fakty, co roku po świętach pojawia się w naszym rejestrze większa liczba dłużników, którzy przełożyli płatność rachunków czynszu, czy też przestali spłacać pożyczkę lub kredyt – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Dla osób, które w ten sposób próbują łatać dziurę w domowym budżecie ryzyko trafienia do rejestru dłużników jeszcze wzrosło, bo od 13 listopada tego roku, wierzyciele mogą wpisać do rejestru niesolidnego klienta już po 30 dniach zwłoki, podczas gdy wcześniej musieli czekać 60 dni – przestrzega Sławomir Grzelczak. Obecnie w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK opóźnioną spłatę różnego rodzaju rachunków i kredytów ma w Polsce 2,5 mln Polaków. Wartość ich przeterminowanych zaległości sięga 62,3 mld zł. 

Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy świętaCo piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 2W przypadku osób, które otrzymują pieniądze z programu 500+, około 1/3 przyznaje, że dodatkowa gotówka pozwoli im na święta wydać więcej. A wydatki są spore. Dominują prezenty, na które średnio każdy badany przeznacza 500 zł, przy czym jak pokazują badania – połowa respondentów przeznaczy na ten cel do 400 zł, a druga połowa więcej niż 400 zł. Portfel najbardziej drenują prezenty dla dzieci, na obdarowanie jednej pociechy przeznaczamy bowiem 155 zł, o 35 zł więcej niż na prezent dla osoby dorosłej. Żywność zajmująca drugą pozycję na liście bożonarodzeniowych wydatków, średnio kosztuje 422 zł.

Lubimy dostawać prezenty, nie ma ich jedynie w co dziesiątym domu

Prezenty pustoszą kieszenie, ale zrezygnować z nich trudno, bo aż trzech na czterech badanych przyznaje, że lubi dostawać je na Gwiazdkę. Przeciwników niespodzianki pod choinką jest zaledwie 8 proc.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 3

Ostatecznie, więc w większości gospodarstw (71 proc.) prezenty otrzymują wszyscy – zarówno dorośli jak i dzieci. W jednym na pięć domów obdarowywane są tylko dzieci, a w co dziesiątym domu nikt.

Trzy czwarte przekracza zaplanowany budżet

Ile wydać na prezenty? –wspólnie w rodzinie udaje się ustalić w 28 proc. przypadków, pozostali podchodzą do zakupów bardziej spontanicznie i koniec końców i tak przekraczają narzucony sobie limit. Tylko 1/4 udaje się wydać tyle, ile początkowo zakładali.

Preferowanym miejscem zakupu prezentów pozostają sklepy stacjonarne. Wszystkie prezenty lub przynajmniej większość kupi w tym roku w tradycyjnych sklepach 42 proc. badanych. Zwolennicy prezentów z sieci – wszystkie lub większość nabywają przez internet – stanowią 26 proc. grupę badanych. Jednocześnie już co trzecia osoba mówi, że połowę prezentów kupi w sklepach wirtualnych, a połowę w tradycyjnych. Co kupią? Przede wszystkim coś praktycznego, ale najlepiej gdyby jednocześnie była to niespodzianka, tak przynajmniej uważa 2/3 badanych. Spora grupa, bo 44 proc. respondentów woli jednak wcześniej podpytać obdarowywanego co chciałby dostać, by uniknąć nietrafionych pomysłów.

Wciąż lepiej ugotować samemu niż kupić

Wydatki na żywność pochłoną średnio 422 zł, w połowie domów nie będą wyższe niż 300 zł, a w pozostałych przekroczą 300 zł.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 4

Gotowanie posiłków świątecznych jest dla większości badanych Polaków czynnością przyjemną, z której rzadko rezygnują na rzecz cateringu lub gotowych potraw. Jeśli już coś kupujemy to najczęściej są to pierogi i uszka oraz gotowe mięsa i wędliny. Catering przy przygotowywaniu świąt to wciąż rzadkość (5 proc.).Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 5

Większość Polaków oszczędza sobie rokrocznego wydatku na zakup choinki i ubiera sztuczne drzewko. Na żywe decyduje się 37 proc. osób, a 6 proc. nie ma żadnego.

Boże Narodzenie to przede wszystkim spotkania z rodziną, a w mniejszym stopniu przeżycie duchowe

Zakupowe szaleństwo związane z prezentami, ale również żywnością na wigilijny, a potem świąteczny stół powodują, że 59 proc. uważa Boże Narodzenie za święta mocno skomercjalizowane. Mimo tego mankamentu trzech na czterech ankietowanych lubi atmosferę nadchodzącego święta. Ponad 70 proc. lubi też obchodzić Boże Narodzenie i docenia (78 proc.) jego rodzinny charakter jak i atmosferę. Mniejszość natomiast – 44 proc. – przyznaje, że święta celebrujące narodziny Chrystusa są dla nich przede wszystkim przeżyciem duchowym i religijnym. W deklaracjach tych widoczne są podziały – wartości religijne najbardziej cenią mieszkańcy wsi oraz południowej Polski, najmniej mieszkańcy północnego zachodu oraz środowiska miejskie. Boże Narodzenie budzi większy entuzjazm wśród kobiet, które lubią obchodzić święta, cenią ich rodzinny charakter oraz ogólną atmosferę. Jednocześnie częściej niż mężczyźni deklarują, że organizacja świąt potrafi być dla nich poważnym wydatkiem.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 6

*Badanie ”Zwyczaje i wydatki świąteczne Polaków” wykonane przez Instytut ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK i BIG InfoMonitor. Badanie wykonano w drugiej połowie listopada 2017 na próbie 1009 Polaków w wieku 25-65 lat, metodą CAWI.

Inteligentny robot o „ludzkich dłoniach” zrewolucjonizuje produkcję elektroniki?

Polskie przedsiębiorstwa produkcyjne od lat skarżą się na brak rąk do pracy. Nie pomaga nawet wzmożone działania rekrutacyjne, a employer branding nie przynosi wymiernych efektów. Zdaje się, że rozwiązanie tego problemu – powszechnego również za granicą – znajduje się na wyciągnięcie ręki. Firma Epson wprowadza na rynek roboty wyposażone w dłonie zaprojektowane na wzór ludzkich kończyn górnych. To pierwsza maszyna, która – jak zapewnia producent – widzi, czuje, myśli i pracuje.

WorkSense W-01_1Nie jest tajemnicą, że potrzeby firm z sektora przemysłowego są coraz większe, a tradycyjne roboty, które na stałe instaluje się w wyznaczonym miejscu, by w zapętleniu wykonywały pojedyncze zdanie, przestały wystarczać. Nowe podejście do tematu zaprezentowała japońska firma Seiko Epson Corporation, która jako pierwsza postanowiła wypuścić na rynek robota o kończynach podobnych do rąk człowieka. WorkSense W-01 powstał z myślą o pracy przy produkcji zaawansowanych technologii. Robot ma zastąpić ludzi pracujących na linii produkcyjnej. Jest to możliwe dzięki sztucznej inteligencji, kamerom i innym czujnikom. Taka kombinacja pozwala robotowi wykonywać zadania, których automatyzacja była wcześniej niemożliwa.

Najnowszy wynalazek ze stajni Epsona wyposażony został w cztery kamery umieszczone na głowie robota i dwie znajdujące się w jego rękach, co daje mu szerokie pole widzenia i umożliwia wykonywanie skomplikowanych zadań z niespotykaną precyzją. WorkSense W-01, podobnie jak człowiek, widzi otaczającą go rzeczywistość w 3D, co pozwala mu z łatwością wykrywać obiekty nawet jeśli z jakiejś przyczyny ich położenie ulegnie zmianie. To nie wszystko. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, robot może każdego dnia pracować nad innym zadaniem w odmiennych lokalizacjach i nie wymaga dodatkowego programowania. W ten sposób może z łatwością dopasowywać się do nagłych zmian w produkcji.

Robot Epsona jest mobilny, autonomicznie decyduje o ścieżce ruchu swoich ramion i potrafi unikać przeszkód. Wśród maszyn tej klasy nie spotkałem jeszcze takiego zestawu cech. Roboty zaprzęgnięte do pracy w większości firm produkcyjnych to zupełnie inna liga. Na tym przykładzie widzimy, że technologie kognitywne wkraczają do przemysłu nie tylko współpracując z zaawansowanymi systemami IT, takimi jak ERP, ASP czy BI, lecz również jako maszyny pracujące na linii produkcyjnej. Dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji automatyzacja przemysłu wchodzi na nowy poziom – uważa Piotr Rojek z DSR, firmy oferującej zaawansowane rozwiązania informatyczne dla przemysłu.

O tym, że WorkSense W-01 można skategoryzować jako humanoida, czyli robota posiadającego ludzkie cechy, świadczy również fakt, że jego dłonie uzbrojone zostały w specjalne czujniki dotyku, dzięki który może on kontrolować siłę nacisku podczas wykonywania zleconych mu zadań. W ten sposób producenci zadbali, by przedmioty, nad którymi pracuje, nie uległy zniszczeniu. Taka zdolność przydaje się szczególnie podczas podnoszenia i przekładania produktów.

Yoshifumi Yoshida, Chief Operating Officer w Epson’s Robotics Solutions Operations Division przekonuje, że jego zespół intensywnie pracuje nad wdrażaniem kolejnych innowacji z zakresu robotyki.  – Naszym celem jest przyszłość, w której roboty są na szeroką skalę wykorzystywane do wspierania ludzi. WorkSense W-01, który wykorzystuje bogate portfolio technologii Epsona, to krok w kierunku takiej przyszłości twierdzi Yoshida.

Propozycja pracy w innej miejscowości – czego oczekiwać od pracodawcy?

Relokacja przy zmianie pracy jest wrażliwym tematem podczas procesów rekrutacyjnych i może stanowić barierę przyjęcia stanowiska. Często wraz z propozycją zmiany miejscowości rekrutowani otrzymują ofertę pakietu udogodnień i benefitów, które pomagają w przystosowaniu się do nowego otoczenia. Czego może oczekiwać kandydat, gdy otrzymuje propozycję zmiany miejsca zamieszkania? Eksperci z HRK przedstawiają ważne kwestie relokacji, o których warto pamiętać.

Deficyt specjalistów w niektórych branżach spowodował, że firmy coraz częściej decydują się na poszukiwanie osób mieszkających poza zasięgiem przedsiębiorstwa, oferując im atrakcyjne pakiety relokacyjne. Kandydaci, którzy decydują się na przyjęcie stanowiska w innej miejscowości, zazwyczaj kierują się możliwością rozwoju, zdobycia nowych umiejętności, wyższym wynagrodzeniem, ciekawszymi projektami czy prestiżem pracy w znanej firmie. Przeniesienie się do nowego otoczenia niesie jednak za sobą szereg dodatkowych problemów do rozwiązania, takich jak znalezienie lokum, wypowiedzenie dotychczasowych umów związanych z miejscem zamieszkania, znalezienie nowej szkoły dla dzieci, a nawet opuszczenie rodziny. Pogodzenie kariery zawodowej z życiem prywatnym jest dużym wyzwaniem dla osoby, która decyduje się na relokację.

Jacy kandydaci chętniej decydują się na relokację?

Z doświadczeń konsultantów HRK wynika, że relokację chętniej rozważają młode osoby, które nie mają zobowiązań rodzinnych.

Zmianę miejsca zamieszkania częściej rozważają młodzi ludzie z niedużym doświadczeniem lub zaraz po studiach, zazwyczaj pochodzący z mniejszych miejscowości, gdzie miejsc pracy jest znacznie mniej niż w dużych aglomeracjach, w których studiowali. Ci potencjalni pracownicy są przygotowani do relokacji w celu zdobycia pierwszego, ciekawego doświadczenia – komentuje Nina Tokarz, Associate Consultant HRK Engineering & Technology.

Chętni do relokacji są również dojrzali managerowie, którzy mają świadome podejście do budowania swojej kariery zawodowej.

Osoby z tej grupy decydują się na relokację, kiedy propozycja zawodowa może być niezwykle ciekawym wyzwaniem. Warto tu na pewno wspomnieć, że są to też osoby o stabilnej sytuacji rodzinnej, często takie, których dzieci już opuściły dom rodzinny – dodaje ekspertka.

Kandydaci najchętniej relokują się do większych miast, jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Trójmiasto, a także Szczecin. Osoby, które aspirują do zdobycia cennego doświadczenia, zdają sobie sprawę, że łatwiej im będzie znaleźć atrakcyjną pracę w biznesowych aglomeracjach. Poziom zainteresowania relokacją jest ściśle związany z nastawieniem do zmian zawodowych – doradcy personalni zgodnie twierdzą, że kandydaci aktywni znacznie częściej decydują się na przyjęcie pracy w innej miejscowości niż kandydaci pasywni, którzy mają poczucie stabilności zatrudnienia. Są jednak branże, w których relokacja jest niemal nieodłączną częścią wykonywania zawodu – jak na przykład w budownictwie.

Głównym motorem napędowym do relokacji w branży budowlanej jest udział w interesujących dla kandydata projektach. Wielomilionowe inwestycje są realizowane w różnych miejscach na terenie całej Polski – to one stanowią wyzwanie dla rekrutowanego. Ważnym czynnikiem jest także możliwość zdobycia poszczególnych uprawnień oraz cennego doświadczenia podczas realizowania inwestycji – mówi Michał Misztal, Associate Consultant HRK Real Estate & Construction.

Relokacja – co oferują pracodawcy?

Pracodawcy, aby zniwelować barierę dotyczącą zmiany miejsca zamieszkania, oferują kandydatom różne formy pomocy – niekiedy jest to cały pakiet relokacyjny. Z doświadczenia konsultantów HRK wynika, że firmy najczęściej zapewniają:

  • Jednorazowy bonus pieniężny – o określonej kwocie lub w wysokości jednej do sześciu pensji przyszłego pracownika,
  • Pokrycie opłat za wynajem mieszkania – np. przez pierwsze trzy czy sześć miesięcy po przeprowadzce,
  • Wsparcie w znalezieniu mieszkania w nowej lokalizacji (również wynajęcie agencji nieruchomości) – szczególnie jeżeli firma położona jest z dala od aglomeracji,
  • Wyższe wynagrodzenie podstawowe, które ma po części zrekompensować koszty związane z relokacją,
  • Opłacenie noclegów w hotelu do czasu znalezienia mieszkania.

Firmy często oferują wyższe wynagrodzenie, zazwyczaj na okres 3-6 miesięcy. Czasami zdarza się, że pracownicy otrzymują je na stałe. Część kandydatów oczekuje także służbowego samochodu – jeśli dany pracownik przenosi się na większe odległości, to zazwyczaj negocjuje auto wyższej klasy. Rekrutowani oczekują też możliwości zdalnej pracy przynajmniej jeden dzień w tygodniu np. w piątek, by móc spędzić weekend z rodziną. W swojej karierze spotkałem się z prośbami o wsparcie w znalezieniu pracy dla męża czy żony rekrutowanej osoby w nowym miejscu zamieszkania – komentuje Dariusz Obuchowicz, Business Development Executive HRK Poznań.

Czego oczekują kandydaci?

Jak się okazuje, niekiedy potencjalni pracownicy, którzy mają zmienić miejsce zamieszkania, oczekują większego wsparcia ze strony pracodawcy. Podczas rozmów kwalifikacyjnych negocjują na przykład dofinansowanie do wydatków związanych z życiem rodzinnym, np. żłobków dzieci, standard mieszkania, które zapewnia pracodawca, czy też okres, w którym otrzymują wyższe wynagrodzenie,

Jak zauważa Krzysztof Kobyliński, ekspert ds. outsourcingu specjalistów IT, kandydaci z innych krajów niekiedy oczekują pomocy w sprawach związanych z organizacją wizy. W tej branży relokacje do innych krajów wynikają z braku wykwalifikowanych osób na danym rynku. Podobna sytuacja ma miejsce w centrach usług wspólnych.

W sektorze SSC/BPO kandydaci z reguły oczekują wzrostu wynagrodzenia. Przy relokacji dodatkowo liczą na wsparcie pokrycia kilkumiesięcznych kosztów utrzymania się w nowym mieście. Dlatego aby przyciągnąć nowych pracowników, firmy coraz częściej stosują jednorazową dopłatę w wysokości miesięcznego wynagrodzenia oraz pomoc w uzyskaniu zezwolenia na pracę – w przypadku osób spoza UE – komentuje Marianna Świderska, Consultant HRK SSC/BPO.

Dlaczego nie wszyscy decydują się na zmiany?

Marcin Nowosad, Team Leader w HRK, zauważa, że kandydaci nie są chętni do relokacji między innymi z powodu poczucia stabilizacji w obecnym miejscu pracy. Te osoby są przekonane, że jako dobrzy specjaliści w swojej dziedzinie znajdą pracę wszędzie, dlatego zmiana miejsca zamieszkania nie jest konieczna. Do głównych powodów odrzucenia ofert pracodawców można zaliczyć:

  • Lokalizację, która nie spełnia oczekiwań kandydata (ograniczone perspektywy długofalowego rozwoju kariery, brak wydarzeń kulturalnych, korki itp.),
  • Przywiązanie i zobowiązania w obecnym miejscu zamieszkania (przede wszystkim rodzina, ale również przyjaciele czy kredyt na mieszkanie).

Relokacja jest wrażliwym tematem podczas procesów rekrutacyjnych. Konsultantka HRK, Nina Tokarz, przyznaje, że jeżeli kandydat nigdy nie myślał o relokacji i nie jest do niej przekonany, to rekruter nie powinien go do tego nakłaniać.

Decyzja o przeprowadzce związanej ze zmianą pracy ma silny wpływ nie tylko na samego pracownika, ale i na całą jego rodzinę. Nie warto „przeprowadzać” kandydata na siłę, ponieważ może mieć to odwrotny od zamierzonego skutek. Ryzyko, że taki pracownik nie zwiąże się na dłużej z nową firmą, jest bardzo duże – dodaje ekspertka.

Zmiana miejsca pracy wraz ze zmianą zamieszkania to duże wyzwanie dla każdego kandydata. Firmy coraz częściej stosują pakiety relokacyjne, które mają ułatwić przystosowanie się do nowego otoczenia. Osoby, które aktywnie poszukują pracy, znacznie chętniej przyjmują oferty wymagające przeprowadzki. Benefity i pakiet korzyści różnią się od branży, jednak we wszystkich przypadkach główną rolę odgrywa wyższe wynagrodzenie.

Warszawa wśród najlepszych lokalizacji biurowych na świecie

  • Średni czynsz za stopę kwadratową rocznie w strefie euro wynosi 63 USD, w porównaniu do 85 USD w obu Amerykach i 111 USD w regionie Azji i Pacyfiku.
  • Jednak koszt wynajmu to zaledwie jeden z kilku istotnych elementów: dla najemców oraz inwestorów coraz ważniejszy staje się również dostęp do kadr, udogodnień i infrastruktury technologicznej.
  • Warszawa po raz pierwszy została ujęta w zestawieniu obejmującym najlepsze huby biurowe na świecie.

Według raportu JLL „Global Premium Office Rent Tracker”, jedne z najlepszych, a zarazem najbardziej optymalnych cenowo powierzchni biurowych na świecie znajdują się w strefie euro. Jednak zdefiniowanie biura klasy premium przestało ograniczać się zaledwie do jego kosztu, a coraz częściej zaczyna dotyczyć na przykład dostępu do kadr.

Coroczny Premium Office Rent Tracker (PORT), porównujący koszty najmu powierzchni premium na 54 rynkach w 46 największych miastach świata, wskazuje, że strefa euro oferuje jedne z najbardziej konkurencyjnych czynszów na całym świecie, które średnio wynoszą 63 USD za stopę kwadratową rocznie (w porównaniu z 85 USD w obu Amerykach i 111 USD w regionie Azji i Pacyfiku).

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL, informuje: „Po raz pierwszy Warszawa została uwzględniona w przygotowywanym przez JLL rankingu najlepszych lokalizacji biznesowych na świecie. Miasto oferuje wysokiej jakości powierzchnię biurową w atrakcyjnej cenie. Ten atut w połączeniu z dostępem do wykwalifikowanych pracowników znających języki obce oraz wysoką jakością życia decyduje o napływie nowych inwestorów, rozwoju firm już tu obecnych, a w konsekwencji o umacnianianiu się pozycji Warszawy na europejskiej mapie biznesu. Dzięki temu stolica wzbogaciła się w ostatnich latach o inwestycje takich gigantów jak m.in. J.P. Morgan Chase, Credit Suisse czy Goldman Sachs”.

Warszawa (40 USD), Bruksela (48 USD), Amsterdam (49 USD), La Défense, Paryż (52 USD) i Berlin (56 USD) są uznawane za jedne z najlepszych rynków w Europie, jeśli chodzi o jakość oferowanej powierzchni w stosunku do jej ceny. Na drugim końcu skali znajduje się centrum Hongkongu (323 USD), Nowy Jork (194 USD) i West End w Londynie (193 USD), czyli najdroższe lokalizacje dla biur klasy premium na świecie.

Podczas gdy koszty nadal są najistotniejszym czynnikiem w procesie poszukiwania lokalizacji biurowej, inwestorzy coraz mocniej zaczynają zdawać sobie sprawę z innych, bardziej „miękkich” aspektów budujących wartość danej nieruchomości.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

„Czego najemcy oczekują od najlepszych biur? Między innymi świetnej lokalizacji, w pobliżu wielu środków transportu i różnorodnych udogodnień, takich jak atrakcyjne punkty usługowe, gastronomiczne i miejsca służące rekreacji. Kluczowe jest również doświadczenie użytkownika biura, który oczekuje elastycznej przestrzeni wyposażonej w szereg nowoczesnych rozwiązań technologicznych, odpowiadającej na potrzeby różnych stylów pracy oraz wspierającej kulturę innowacyjności”, informuje Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy.

Biuro to coraz ważniejsze narzędzie budujące wizerunek atrakcyjnego pracodawcy, magnes dla najlepszych kadr na rynku i element, który może w zasadniczy sposób podnieść efektywność i satysfakcję pracowników.

„Z globalnych danych JLL wynika, że tylko połowa z 7 300 ankietowanych pracowników uważa, że ich środowisko pracy wspiera efektywność. To daje najemcom duże pole do popisu jeśli chodzi o zapewnienie swoim zespołom jak najlepszych warunków”, dodaje Anna Bartoszewicz-Wnuk.

Nietypowe koszty firmowe. Czy kara może być kosztem?

Jedną z zalet prowadzenia własnej działalności gospodarczej jest możliwość rozliczania faktycznie poniesionych wydatków związanych z prowadzeniem firmy. Koszty firmowe to te, które służą uzyskaniu przychodu lub zabezpieczają jego źródła. Do najpopularniejszych kosztów tego rodzaju należą związane z transportem, zakupem sprzętu i usług, wydatki mieszkaniowe i na edukację. Co ciekawe, do kosztów firmowych można zaliczyć również domowe zwierzę, kosmetyki do makijażu czy garnitur.

Kot jako środek trwały

Czy miłośnicy zwierząt mogą ujmować w kosztach prowadzenia działalności wydatki związane z zakupem i utrzymaniem swoich pupili? Jeżeli związane jest to z działalnością gospodarczą prowadzoną przez właściciela czworonoga i spełnione jest kilka innych warunków – jak najbardziej. Urzędnicy nie powinni się sprzeciwić zaliczeniu do kosztów wyżywienia, opieki weterynaryjnej, szczepień czy szkoleń.

Wydatki związane z psem można więc rozliczyć, jeśli ten np. będzie miał za zadanie pilnować posesji. Trzeba jednak w tej sytuacji pamiętać, że rasa psa musi odpowiadać powierzonym mu zadaniom. Jak podkreślają eksperci z firmy inFakt, w tej sytuacji trudno będzie się wytłumaczyć z pudla czy yorka. Osoba prowadząca zajęcia z zakresu zooterapii może natomiast rozliczyć wydatki związane z np. koniem czy innym zwierzęciem.

Kiedy z kolei można rozliczyć wydatki związane z kotem? Na przykład wtedy, kiedy jego zadaniem ma być zwalczanie gryzoni w magazynie bądź… chronienie księgozbiorów przed zniszczeniem.

Co jeszcze ciekawsze, znane są przypadki wykorzystywania kaczek do walki ze ślimakami na uprawach rolnych bądź dżdżownic użyźniających glebę. Opcja rozliczenia kosztów generalnie istnieje w kontekście zwierząt pracujących, które wykorzystując swoje naturalne predyspozycje, pomagają przy prowadzeniu firmy. Zwierzę należy w tej sytuacji wprowadzić do… ewidencji środków trwałych jako inwentarz żywy.

Rozliczenie w firmie wydatków związanych ze zwierzęciem może być problematyczne, jeżeli przedsiębiorca prowadzi działalność gospodarczą we własnym mieszkaniu. Urzędnicy wówczas uznają, że zwierzę służy – cokolwiek może to oznaczać – „celom prywatnym”.

Czy kara może być kosztem?

Może – ale należy pamiętać, że dotyczy to tylko nielicznych sytuacji. Nie może być o tym mowy w przypadku choćby rozliczania odsetek od zaległości podatkowych. Aby kara mogła zostać ujęta w kosztach, konieczne do spełnienia są przynajmniej następujące kryteria:

  • kara musi mieć wpływ na osiągane przychody;
  • zapłata kary musi być celowa – a więc musi być wynikiem przemyślanego działania właściciela firmy;
  • kara nie została odgórnie wyłączona przez przepisy.

Przykład: przedsiębiorca zawiera umowę na wykonanie usługi, w której znalazł się zapis o odszkodowaniu w wyniku odstąpienia od umowy. W trakcie przygotowań do zrealizowania usługi pojawiają się okoliczności, które sprawiają, że umowa przestaje się opłacać. Wówczas przedsiębiorca może odstąpić od umowy i zapłacić karę, która będzie stanowiła koszt.

Łatwo wymienić jest te kary, których z pewnością nie można ująć w kosztach. Są to np. kary za wady dostarczanych towarów lub wykonanych usług, odsetki od zaległości podatkowych, mandaty i grzywny czy dodatkowe opłaty wymierzone przez ZUS.

Szminka dla youtubera

Dobra wiadomość dla wszystkich osób, zwłaszcza dla pań, których działalność gospodarcza związana jest z wystąpieniami publicznymi. W koszty można w takim wypadku ująć kosmetyki do makijażu takie jak np. puder, szminka, cienie do powiek itp. Dotyczy to oczywiście również youtuberów.

Choinka przyciągnie klientów

W związku ze zbliżającym się Bożym Narodzeniem wielu przedsiębiorców może się zastanawiać, czy zasadne będzie ujęcie w firmowych kosztach świątecznych ozdób. Przeznaczanie firmowych środków na zakupy związane z Bożym Narodzeniem to zwyczajowe wydatki, a ich celem jest przede wszystkim stworzenie pozytywnego wizerunku firmy w oczach klientów czy kontrahentów.

Podkreślmy ponownie: przedsiębiorca ma możliwość zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów wydatków, które mają związek z prowadzoną przez niego działalnością. W przypadku ozdób świątecznych nie będzie to więc trudne dla prowadzących lokale gastronomiczne, sklepy, salony fryzjerskie czy kosmetyczne bądź biura i gabinety, w których przyjmowani są klienci.

Można w powyższych przypadkach uznać, że odpowiedni wystrój przyciąga klientów i zwiększają się dzięki niemu obroty firmy. Zatem przeznaczenie pieniędzy na zakup ozdób ma związek z przychodami, ponieważ wpływa na ich zwiększenie.

Świąteczne zakupy jako koszty będą zapewne zanegowane przez urzędników w przypadku, kiedy przedsiębiorca prowadzi działalność we własnym domu. Ozdoby nie mogą też odbiegać od zwyczajów czy normy – jeśli będą zbyt drogie i wystawne, mogą zostać uznane za wydatki reprezentacyjne, których zaliczyć do kosztów nie można.

Z kolei kartki świąteczne wysyłane do kontrahentów mogą być kwalifikowane jako koszty – pod warunkiem, że mają za zadanie podtrzymanie kontaktów biznesowych.

Garnitur do celów firmowych

Wielu przedsiębiorców nie rozstaje się na co dzień z garniturem, więc – co zrozumiałe – chciałoby uwzględnić ten wydatek w kosztach firmy. Zgodnie z interpretacją Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej wydatki na zakup stroju biznesowego ze stałym oznaczeniem firmy Wnioskodawcy spełnią funkcję reklamową (…), co w efekcie może wpływać na zwiększenie przychodów.

Wynika więc z tego, że owszem – wydatek na firmowy garnitur może być kosztem, o ile:

  • będzie zawierał elementy identyfikujące firmę;
  • elementy te będą znajdowały się w widocznym miejscu;
  • oraz elementy te będą trwale zamieszczone na odzieży.

Oczywiście należy pamiętać o tym, żeby oznaczenie zamieszczone na garniturze rzeczywiście jednoznacznie kojarzyło się z firmą przedsiębiorcy. – Jeżeli osoba, której firma nosi nazwę Kancelaria Adwokacka Jan Kowalski, na koszulach bądź garniturze wyhaftuje monogram JK, a litery nie stanowią logo firmy, w mojej opinii, może to zostać uznane przez organ podatkowy raczej za ekstrawagancję takiej osoby niż symbol mający jednoznacznie identyfikować firmę przedsiębiorcy – podpowiada Magda Sławińska-Rzemek. Podobnie jak w przypadku ozdób świątecznych, należy też pamiętać, aby garnitur nie był przesadnie drogi. Może wówczas być uznany za wydatek na reprezentację. Garnitur, aby stanowić koszt, musi być wykorzystywany wyłącznie do celów firmowych.

Za rewolucję cyfrowego środowiska pracy odpowiadają pracownicy

  • Szansa na wzrost produktywności pracowników jest prawie pięć razy większa, gdy zapewni im się swobodniejszy dostęp do technologii
  • Większość dyrektorów IT (87 proc.) uważa, że dzięki większemu dostępowi pracowników do technologii przychód w ich firmach może w ciągu trzech lat wzrosnąć o 5 proc.

Firma VMware opublikowała dzisiaj wyniki swojego rocznego badania na temat stanu technologii cyfrowego środowiska pracy oraz ich wpływu na biznes. Z raportu wynika, że w przypadku pracowników, którzy mają większe możliwości wyboru preferowanych i potrzebnych im do pracy aplikacji, prawdopodobieństwo wzrostu produktywności jest niemal 5-krotnie większe, a czas poświęcany na ręcznie wykonywane działania jest o 16 proc. krótszy.

Badanie przeprowadzane przy udziale Forbes Insights[1] we wrześniu br. wśród 2158 dyrektorów IT oraz użytkowników końcowych w firmach z 16 krajów z całego świata (w tym 1107 osób z 10 państw regionu EMEA) pokazuje, jak osoby odpowiedzialne za informatykę w przedsiębiorstwach postrzegają potencjał cyfrowych technologii i aplikacji wykorzystywanych przez pracowników. Pracownicy mający większą swobodę w dostępie do technologii w porównaniu do tych, którzy wykonują swoją pracę w sposób tradycyjny*, dwukrotnie częściej przyznają, że aplikacje mają bardzo duże znaczenie w przyśpieszaniu procesu podejmowania decyzji (77 proc. do 37 proc.).

Zgodnie z raportem, zapewnienie pracownikom dostępu do technologii ma bezpośredni wpływ na wydajność w biznesie, przy czym większość dyrektorów IT (89 proc.) uważa, że dzięki temu w ich firmach przychód może w ciągu trzech lat wzrosnąć o 5 proc.

Większy dostęp do technologii umożliwia także pracownikom zwiększanie współpracy w ramach zespołów (wzrost o 15 proc. w porównaniu do osób wykonujących pracę w sposób tradycyjny). Mniej ograniczani pracownicy stają motorem cyfrowej rewolucji, wykorzystując do pracy własne aplikacje (w tym wypadku jedna na pięć aplikacji biznesowych jest sprowadzana do firmy przez samych pracowników)[2].

„Wśród najbardziej istotnych zmian w funkcjonowaniu biznesu jest przekazanie zaawansowanych technologii w ręce pracownika, gdy aplikacje stają się kluczowym elementem wykonywanej pracy i decydują o możliwościach inteligentnego wypełniania zadań” – twierdzi Duncan Greenwood, wiceprezes VMware w regionie EMEA, odpowiedzialny za dział End-User Computing. – „Gdy organizacje starają się wyróżnić na tle konkurencji za pomocą technologii, zdolność do dostarczenia pracownikom niezbędnych im informacji, stymulowana przez potrzeby aplikacyjne i kulturę opartą na zaufaniu, dostępności oraz współpracy, będzie niezbędna do utrzymania zaangażowania i produktywności pracowników na najwyższym z możliwych poziomów.”

Personel pokładowy Lufthansa Cargo, spółki zależnej międzynarodowego przewoźnika Deutsche Lufthansa AG, wykorzystuje w samolotach system Electronic Flight Bag (EFB), który daje szybki dostęp do map lotniczych, informacji lotniskowych, danych o trasach, prognoz pogody i wielu innych informacji. – „Dzięki urządzeniom mobilnym możemy szybko dostarczać pracownikom aktualizacje, nowe aplikacje i wytyczne, co przynosi firmie oszczędności” – powiedział Sven Gartz, pilot i szef działu rozwiązań informatycznych do obsługi lotów w Lufthansa Cargo.

Wymagana zmiana kulturowa

Udostępnienie pracownikom łatwych w użyciu aplikacji, wykorzystywanych do współdzielenia wiedzy, współpracy z pozostałym personelem lub zarządzania projektami jest kluczowe w efektywnej i skutecznej cyfrowej transformacji. Tylko poprzez połączenie inicjatywy pracowników i zarządzania opartego na zaufaniu organizacje będą w stanie stworzyć kulturę pracy, w której cyfrowa transformacja będzie mieć realny wpływ na biznes.

Pracownicy mający dostęp do nowych technologii dwukrotnie częściej określają swoje zespoły jako liderów cyfrowej transformacji w porównaniu do osób wykonujących swoją pracę w sposób tradycyjny (47 proc. do 20 proc.). Także cztery razy częściej są skłonni uznać, że ich firma stworzyła bardziej atrakcyjne miejsce pracy (51 proc. do 13 proc.).

Duncan Greenwood podsumowuje: „Aplikacje biznesowe i rozwiązania zwiększające produktywność umożliwiają pracownikom uzyskiwanie wyników dotąd nieosiąganych. W oparciu o wyczerpujące informacje i łatwo dostępne aplikacje możliwe staje się także podejmowanie decyzji. Zapewnienie dostępu do aplikacji z dowolnego urządzenia przynosi realne korzyści wydajnościowe. Chociaż przyzwyczailiśmy się do tego, że aplikacje klasy enterprise mają być dla zatrudnionych standardem de-facto, to firmy powinny uważniej przyjrzeć się własnym aplikacjom pracowników – dzięki temu możliwa będzie zasadnicza transformacja indywidualnego stylu pracy”.

*Tradycyjny sposób pracy odnosi się do tych firm, które (w opinii użytkowników końcowych) nie udostępniają swoim pracownikom technologii potrzebnych im do efektywnego wykonywania zadań.

[1] Raport “The Impact of the Digital Workforce: A New Equilibrium of the Digitally Transformed Enterprise”, październik 2017

[2] https://www.vmware.com/company/news/releases/vmw-newsfeed.VMware-Report-Links-Empowered-Employees-with-Measurable-Business-and-Individual-Performance-Gains.2192971.html

Jak rozliczać świąteczne wydatki? Porada księgowej

Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy inFakt
Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy inFakt

Wielu przedsiębiorców przed świętami otrzymuje prezenty od swoich kontrahentów bądź im je wręcza, organizuje firmowe spotkania świąteczne, czy daje upominki pracownikom. Eksperci z firmy inFakt wskazują, jak potraktować tego typu wydatki bądź przychody, tak aby uniknąć podatkowych problemów.

Aby odpowiedzieć na powyższe pytanie trzeba rozpatrzyć kilka przypadków i punktów widzenia. W pierwszej kolejności warto zastanowić się nad tym, jak przedsiębiorca powinien u siebie rozliczyć otrzymany prezent. Następnie warto zastanowić się nad tym, czy wydatki na prezenty, spotkania z pracownikami są kosztami przedsiębiorcy i jakie za sobą niosą konsekwencję dla obdarowanego.

Zatem proponujemy, aby na temat prezentów spojrzeć z punktu widzenia przedsiębiorcy – obdarowanego, przedsiębiorcy – obdarowującego, a także pracownika, który otrzymał prezent lub skorzystał z udziału w spotkaniu firmowym  – np. wigilijnym.

Jak rozliczyć otrzymane prezenty?

Przedsiębiorca otrzymuje od kontrahenta prezent świąteczny i zastanawia się, czy ten fakt rodzi dla niego jakieś konsekwencje. Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych określają, że w takiej sytuacji mamy do czynienia z nieodpłatnym świadczeniem. Obdarowany jest obowiązany do wyceny otrzymanego prezentu i wykazaniu go jako swój przychód.

Jeśli chodzi o temat VAT, to dla obdarowanego nie ma tutaj żadnych konsekwencji.

Świąteczne prezenty dla kontrahentów

Według przepisów podatkowych wydatki na prezenty można zaliczyć do kosztów prowadzenia działalności. Nie mogą one jednak mieścić się w kategorii kosztów reprezentacyjnych, zwłaszcza ponoszonych na usługi gastronomiczne, zakup napojów (w tym alkoholu) oraz żywności, co wynika z ustawy o PIT. – Warto przy tym pamiętać, że w przepisach podatkowych nie ma definicji reprezentacji. Jednak na podstawie orzecznictwa oraz stanowiska organów podatkowych, reprezentacją jest działanie, które zmierza do wykreowania i utrwalenia pozytywnego wizerunku podatnika wobec innych podmiotów – zwraca uwagę Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy z inFakt, firmy oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe. Przy czym działania te są kierowane do obecnych lub potencjalnych kontrahentów w celu ułatwienia zawarcia umowy, bądź też stworzenia warunków korzystnych dla jej zawarcia.

Aby zaliczyć wydatek poniesiony na prezent do kosztów, przekazywane prezenty muszą spełnić trzy warunki:

  1. być opatrzone logotypem firmy,
  2. mieć niewielką wartość,
  3. być przekazywane masowo – nie tylko wybranym podmiotom.

Wówczas prezenty mogą zostać zaliczone do kosztów poniesionych na reklamę. Mogą to być np. kalendarze, pendrive’y, kubki czy długopisy opatrzone firmowym logotypem. Z kolei kosze prezentowe z winem, kawą lub słodyczami mogą zostać uznane przez organy podatkowe za koszty reprezentacji.

VAT od przekazanych prezentów

Przedsiębiorca prowadzący działalność opodatkowaną co do zasady ma prawo do odliczenia VAT-u od kosztów związanych z działalnością opodatkowaną. I można powiedzieć, że ta definicja niemałe trudności.

– Jeśli w momencie dokonywania zakupu jego przeznaczenie jest z góry ustalone tj. prezent dla pracownika, to wydatek nie jest związany z działalnością opodatkowaną, czyli VAT-u nie odliczamy z faktury, a co za tym idzie też go nie naliczamy – zwraca uwagę Aneta Socha.

Mowa jest o naliczeniu, gdyż przepisy określają, że przekazanie prezent, dla darczyńcy rodzi konsekwencje w postaci naliczenia VAT. Wyjątek stanowią prezenty o małej wartości i próbki, jeżeli przekazanie to następuje na cele związane z działalnością gospodarczą podatnika.

Przez prezenty o małej wartości należy rozumieć przekazywane przez podatnika jednej osobie towary:

  1. O łącznej wartości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 100 zł, jeżeli podatnik prowadzi ewidencję pozwalającą na ustalenie tożsamości tych osób,
  1. Których przekazania nie ujęto w ewidencji, o której mowa wyżej, jeżeli jednostkowa cena nabycia towaru (bez podatku) lub gdy jej nie ma – jednostkowy koszt wytworzenia, określone w momencie przekazywania towaru, nie przekraczają 10 zł.

Prezent dla pracownika, a podatek dochodowy

Z przepisów podatkowych wynika, że przychodem pracownika jest nie tylko świadczenie pieniężne, ale także różnego rodzaju prezenty. Dlatego też otrzymany przez pracownika prezent świąteczny jest traktowany przez skarbówkę jako przychód. Tylko niektóre upominki są zwolnione z podatku dochodowego.

Właściwie jedyną sytuacją, kiedy podatek dochodowy nie będzie dotyczył świątecznego prezentu dla pracownika, to kiedy zostanie sfinansowany z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Zwolnione z podatku są te świadczenia, których wartość w ciągu roku nie przekracza 380 złotych.

W każdym innym przypadku powstaje obowiązek podatkowy, a pracodawca będzie miał obowiązek potrącenia pracownikom z wypłaty zaliczki na PIT z tytułu otrzymanych upominków. Oczywiście powoduje to, że od tej kwoty muszą być odprowadzane składki ZUS.

Wigilia firmowa, a rozliczenie pracownika

Zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 8 lipca 2014 (sygn. akt K 7/13) udział pracownika w imprezie firmowej nie stanowi dla niego przychodu. Podobne stanowisko zajął Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy w interpretacji indywidualnej z 10 sierpnia 2016 roku.

Organy podatkowe w większości uznają również, że przychodem nie jest udział członka rodziny w tego typu imprezie. Uznali tak w interpretacjach indywidualnych m.in. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie czy Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy.

Zatem w świetle powyższej analizy nie ma przychodu z tytułu udziału pracownika lub członków jego rodziny w wigilii firmowej, nie ma więc też podstawy do obliczenia zaliczki na podatek dochodowy i potrącenia jej. Sytuacja podobnie wygląda w przypadku składek ZUS: nie ma podstawy, aby naliczać składki społeczne i zdrowotne. Takie stanowisko zajął oddział ZUS w Gdańsku w interpretacji indywidualnej z 16 maja 2016 roku.

Prognoza kursu euro (EUR) do złotego (PLN) na 2018 r.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Prognozy walutowe stanowią doskonałą wskazówkę dla przedsiębiorców odnośnie tego, jaki kurs rozliczeniowy przyjąć na dany rok. Są one przy tym niezbędnym narzędziem, które pozwala ocenić czy dane zabezpieczenie ma sens, czy lepiej skupować walutę z rynku, oczekując jej ruchu w określoną stronę. Warto zatem poświęcić kilka minut rzetelnej analizie rynku walut, by zabezpieczyć swoje interesy zgodnie z przewidywaniami analityków.

W przypadku niższego kursu EUR lub prognozowanej tendencji spadkowej zyskują bez wątpienia importerzy, którzy mają szanse na tańsze zakupy za granicą. Tym samym eksporterzy, którzy w większości przypadków otrzymują płatności w EUR, muszą pomyśleć o zabezpieczeniu się przed spadkami, sprzedając terminowo walutę, uzyskując tym samym gwarantowany kurs w przyszłości (tzw. transakcje forward).

Jeżeli zatem prognozy walutowe wskazują na spadek kursu EUR, importerzy powinni kupować niezbędne ilości EUR, czekając na lokalne minimum z większą ilością. Z kolei eksporterzy powinni zabezpieczyć się przed spadkami lub – jeżeli jest to możliwe – od razu sprzedawać nadwyżki EUR, jeszcze przed spodziewanym spadkiem.

Co ważne – nawet mimo prognoz, trzeba być czujnym. Ocena rynku przed zakończeniem pełnego okresu posiada spore ryzyko błędu, gdyż w ostatnich dniach miesiąca rynek często dokonuje drastycznych posunięć, zmieniając znacząco obraz inwestycyjny. Dlatego rzetelny doradca finansowy czy biznesowy – tak, jak ma to miejsce w Aforti Exchange – powinien być w stałym kontakcie z klientem, zwłaszcza w momencie, w którym rynek wykona potwierdzony ruch w „drugą” stronę, a tym samym prognoza staje się zagrożona. Konieczny jest wówczas bieżący kontakt w celu aktualizacji i podjęcia odpowiednich decyzji biznesowych.

Relacja EUR/PLN w 2018 roku – ANALIZA TECHNICZNA

Od kryzysu z lat 2000-2001 notowania europejskiej waluty (EUR) względem złotego (PLN) przebywają w bardzo szerokim trendzie bocznym, zawierającym się w zakresie 3.53 – 3.70.

Po zdecydowanej próbie zanegowania dolnego ograniczenia wspomnianego zakresu w 2008 roku, kiedy kurs osiągnął poziom 3.1940, notowania EUR systematycznie rosną, osiągając w roku 2012 i 2016 poziomy wyższe niż bariera 4.50. Obserwowana dynamika wskazuje, że historyczne szczyty kursu EUR z przełomu 2003 i 2004 roku są obecnie poza zasięgiem, choć wyjątek stanowiło chwilowe wybicie notowań euro w 2009 roku.

Aforti Exchange wykres EUR PLN interwał rocznyAforti Exchange: wykres EUR/PLN, interwał roczny

Według analiz dokonanych przez Aforti Exchange, rok 2017 zakończy się najprawdopodobniej w okolicach poziomu 4.20, co oznacza formację objęcia bessy w stosunku do roku poprzedniego. Jeżeli do tego dołożymy silny opór w cenie 4.4650, który ogranicza kolejne próby wzrostowe wyceny euro od 2009 roku, rynek jest obecnie gotowy do cofnięcia do dolnego ograniczenia aktualnego zakresu, czyli co najmniej w rejon poziomu 3.80.

Biorąc jednak pod uwagę psychologiczną barierę 4.00, zapewne popyt nie pozwoli na jej trwałe zanegowanie. Jeżeli do końca 2017 roku nie dojdzie do powrotu rynku powyżej poziomu 4.30, w 2018 roku tendencja spadkowa kursu EUR będzie się rozwijać.

Analiza w ujęciu miesięcznym

W odniesieniu do notowań euro względem złotego w układzie miesięcznym mamy do czynienia z silną formacją prospadkową XABCD, która wywołała już jedną poważną przecenę od grudnia 2016 roku do maja 2017 roku, podczas której z okolic poziomu 4.50 doszło do spadków EUR w rejon 4.1750. Jest to obecnie dominująca fala, która została już skorygowana od czerwca do września 2017 roku do poziomu 4.30.

Aforti Exchange wykres EUR PLN wykres miesięcznyAforti Exchange: wykres EUR/PLN, wykres miesięczny

Co ważne, ostatni miesiąc 2017 roku może okazać się zaskakujący, gdyż obecna wycena EUR w okolicach 4.20 oznacza, że rynek utrzymuje się w szerokim kanale wzrostowym, bazującym na wspomnianej formacji XABCD.

Obrona poziomu 4.20 do końca 2017 roku będzie wstępnym sygnałem na odreagowanie, którego potencjałem jest ponowny ruch w kierunku poziomu 4.30 z możliwością jego nieznacznego naruszenia (do okolic 4.31 – 4.32). To pokrywałoby się z tendencją, jaka panuje na rynku złotego, czyli bardzo prawdopodobna wzrostowa tendencja na parze EUR/PLN w pierwszej połowie 2018 roku. Jeżeli ewentualna korekta zatrzymałaby się w okolicach 4.30 – 4.32, docelowo oczekiwany byłby ruch do głównej linii trendu wzrostowego, czyli okolic 4.15. Jeżeli wspomniany poziom nie utrzymałby się, droga wprost do psychologicznej bariery 4.00 będzie otwarta.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Daniel Daszkiewicz oraz Andrzej Dominiak wzmocnią zespół Alior Banku

Od stycznia 2018 r. Daniel Daszkiewicz oraz Andrzej Dominiak wzmocnią zespół Alior Banku w realizacji strategii „Cyfrowego buntownika” i budowie najbardziej innowacyjnego banku w Europie. Daniel Daszkiewicz, ekspert z międzynarodowym doświadczeniem we współpracy z FinTechami, zdobytym m.in. w grupie Citi w Nowym Jorku, pokieruje nowo utworzonym Departamentem FinTech. Andrzej Dominiak, który jest menedżerem z wieloletnim, międzynarodowym doświadczeniem w zakresie innowacyjnych rozwiązań dla sektora bankowego, obejmie funkcję Dyrektora Centrum Innowacji.

Daniel Daszkiewicz od 10 lat związany jest z bankowością. Posiada bogate doświadczenie zdobyte w grupie Citi w Nowym Jorku. Ostatnio zajmował tam stanowisko FinTech and Corporate Innovation Global Lead, zarządzając strategicznym programem, w ramach którego powstawały innowacyjne rozwiązania w zakresie technologii finansowych oraz projekty związane z cyfrową transformacją sektora bankowego. Był odpowiedzialny m.in. za wyszukiwanie, nawiązywanie partnerstw i współpracę z firmami z branży FinTech. Wcześniej, pracując również w grupie Citi w Nowym Jorku, zarządzał globalnym portfolio produktów mobilnych dla klientów korporacyjnych w ponad 100 krajach. Przez wiele lat związany był również z branżą start-upów.

Andrzej Dominiak
Andrzej Dominiak

Andrzej Dominiak to uznany menedżer z prawie 20-letnim, międzynarodowym doświadczeniem zawodowym. Ostatnio, jako Development Head w Citibank International, kierował działem rozwoju oprogramowania dla regionu Europy, Bliskiego Wschodu oraz Afryki, a także zarządzał operacjami technologicznymi. Stworzył i kierował Innovation Lab w Citibank International. Odpowiadał m.in. za opracowanie koncepcji jednostki, zbudowanie zespołu, funkcji badawczo-rozwojowej dla całej organizacji oraz zarządzanie innowacjami dla odpowiednich obszarów działalności banku. Jest wybitnym specjalistą w zakresie IT i technologii.

Daniel Daszkiewicz
Daniel Daszkiewicz

– Cieszę się, że mogę przekazać zarządzanie procesem innowacji oraz dokończenie obecnie realizowanych projektów Danielowi Daszkiewiczowi i Andrzejowi Dominiakowi. To uznani, międzynarodowi liderzy w świecie innowacji bankowych. Jestem pewien, że ich doświadczenie znacząco wzmocni pozycję Alior Banku jako jednego z najbardziej innowacyjnych banków w regionie – powiedział Tomasz Motyl, Dyrektor Centrum Innowacji.

– Bardzo dziękuję Tomaszowi Motylowi za niezwykle istotny wkład w budowę Alior Banku, za jego wizjonerstwo przejawiające się w przełomowych projektach na rynku, takich jak np. Alior Sync, za budowanie i promowanie marki Alior Banku na całym świecie, stworzenie od podstaw pionierskiej w sektorze bankowym jednostki Innovation Lab oraz za wielką pasję, ogromne poświęcenie i ponadprzeciętne zaangażowanie we wszystkie powierzane mu zadania – powiedział Michał Chyczewski, p.o. Prezesa Zarządu Alior Banku.

Alior Bank jest w trakcie wdrażania nowego modelu zarządzania innowacjami. Do 2020 roku zamierza corocznie zainwestować w rozwój IT i innowacje ok. 100 mln zł, w tym 10 mln zł rocznie w partnerstwa oraz w przedsięwzięcia z sektora FinTech i innowacji. Nowy system zarządzania opiera się na wewnętrznym ekosystemie innowacji, który wykorzystuje crowdsourcing i łączy się z kilkutysięczną społecznością pracowników oraz kilkumilionową grupą klientów. W ramach zewnętrznego ekosystemu innowacji start-upy mogą znaleźć w Alior Banku partnera, który umożliwia skalowanie innowacyjnych rozwiązań, dzieli się doświadczeniem swoich fachowców oraz ma zaplecze finansowe i technologiczne, aby maksymalizować efektywność współpracy.

W grudniu br. Alior Bank ogłosił powstanie unikalnego programu akceleracyjnego dla startupów technologicznych. Do programu bank zamierza przyjmować m.in. projekty znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju. W ramach tworzonego akceleratora zewnętrznym podmiotom zostanie udostępniona platforma do rozwoju ich rozwiązań, oparta o środowisko OpenAPI.

Celem Alior Banku jest zbudowanie 20 partnerstw z FinTechami do 2020 roku, czyli w horyzoncie realizacji strategii „Cyfrowego buntownika” Ambicją banku jest stanie się bankiem pierwszego wyboru dla FinTechów w Europie.

Wynagrodzenie, prezenty i karp – na co stać przeciętnego Polaka w 2017 roku

Święta Bożego Narodzenia wiążą się ze świątecznym szałem zakupów. Według raportu firmy Deloitte „Zakupy świąteczne”, okres od 1 do 15 grudnia to najgorętszy czas dla sklepów zarówno stacjonarnych jak i internetowych. W tym roku połowa Polaków kupi prezenty online. Dokładniej – 62% ankietowanych zrobi zakupy w sklepach stacjonarnych, 49% osób kupi prezenty świąteczne przy pomocy komputera, a 20% skorzysta z urządzeń mobilnych. Jakie prezenty są popularne w tym roku, ile na nie wydamy oraz czy przeciętna pensja wystarczy na tegoroczne zakupy przed Bożym Narodzeniem?

Najbardziej spodziewane i najchętniej kupowane prezenty świąteczne

Według Deloitte przeciętny Kowalski wydaje coraz więcej pieniędzy w okresie świątecznym. Jak wykazują dane tej firmy, w roku 2017 wydatki na zakupy świąteczne wzrosną o 2% w porównaniu do roku 2016. Ponadto co roku zmieniają się świąteczne trendy, chociażby ze względu na nowsze technologie czy zmieniającą się modę. Tabela poniżej przedstawia świąteczne trendy na przestrzeni lat 2015 – 2017.

Tabela 1. Najbardziej spodziewane prezenty w PolsceNajbardziej spodziewane prezenty w Polsce

W Polsce w 2017 roku wśród dorosłych najbardziej oczekiwanym prezentem, tak jak w poprzednich latach, pozostają kosmetyki. Książki ponownie zyskują na popularności, wyprzedzając słodycze.

Podobnie sytuacja wygląda w kwestii najczęściej kupowanych prezentów wśród dorosłych – książki także i tutaj odzyskują pozycję lidera,  a za nimi uplasowały się kosmetyki i perfumy. Nastolatkowie w tym roku najczęściej znajdą pod choinką słodycze oraz gry komputerowe. Wśród najmłodszych hitem okazują się kreatywne i artystyczne zabawki, następnie książki i klocki.

Tabela 2. Najczęściej kupowane prezenty w PolsceNajczęściej kupowane prezenty w Polsce

Rozkład wydatków w świątecznym budżecie

W tym roku przeciętne polskie gospodarstwo domowe wyda na święta 882 PLN, co oznacza, iż średni planowany całkowity budżet świąteczny jest większy o 2% w porównaniu do kwoty wydanej w roku ubiegłym. Co więcej, zmianie ulegnie także struktura polskich wydatków, gdyż wydamy w roku bieżącym o 38 PLN mniej na prezenty, 170 PLN mniej na artykuły spożywcze i 31 PLN mniej w stosunku do łącznych, planowanych wydatków w świątecznym budżecie w 2016 roku.

Tabela 3. Rozkład wydatków w świątecznym budżecie

Rozkład wydatków w świątecznym budżecie

Średnie ceny detaliczne wybranych produktów

Ceny produktów w okresie Świąt Bożego Narodzenia, podobnie jak preferencje w wyborze prezentów czy zmiany w świątecznym budżecie, uległy modyfikacjom. Analizując dane GUS i własne badania dla wybranych produktów zauważamy, że ceny niektórych z nich w 2017 r. wzrosły w porównaniu do roku 2015 –  co przedstawia poniższa tabela.

tabela4i5

Przeciętne wynagrodzenie, a świąteczny karp

Średnie miesięczne wynagrodzenie w 3 kwartale od 2015 roku wzrosło o ok. 356 PLN. Przyjmijmy, że chcemy dowiedzieć się ile przeciętny Kowalski może kupić karpi za swoje wynagrodzenie i jak zmieniało się to od 2015 roku. Poniższa tabela przedstawia zmiany w średniej miesięcznej pensji, cenę karpia o wadze 1,5kg oraz ilość ryby, którą może kupić Polak za średnie wynagrodzenie.

Tabela 6. Ile karpi może kupić Polak zarabiający średnią krajową?

Ile karpi może kupić Polak zarabiający średnią krajową?

Szacuje się, iż cena karpia w 2017 roku wyniesie 14,92 PLN za 1,5kg i najprawdopodobniej będzie to kwota najwyższa w przeciągu omawianych trzech lat. W roku 2016 cena karpia osiągnęła kwotę 14,80 PLN i była to najniższa cena w badanym okresie. Oznacza to, że w tym roku za średnie wynagrodzenia kupimy ok. 190 sztuk karpia, tym samym kupimy go najwięcej od 2015 roku.

W której grupie stanowisk możemy zrobić największą ilość świątecznych zakupów biorąc pod uwagę, że przeciętny Kowalski wyda na nie 882 PLN?

Kierownik projektu IT będzie mógł pozwolić sobie na zakup ok. 435 kg karpia w cenie 14,92 PLN/kg przy wynagrodzeniu 6 484 PLN netto (OBW, 2016). Najmniej z wybranych stanowisk, bo tylko 114 kg kupi pracownik administracyjny, którego przeciętne miesięczne wynagrodzenie opiewa na wartość 1 703 PLN netto. Pracownik ze średnią miesięczną pensją w Polsce zakupi 203 kg karpia.

Tabela 7. Przeciętne wynagrodzenia brutto i netto na wybranych stanowiskach, ilość możliwych zakupów świątecznych oraz ilość karpia w kg, którą kupimy za dane wynagrodzenie nettoPrzeciętne wynagrodzenia brutto i netto na wybranych stanowiskach, ilość możliwych zakupów świątecznych oraz ilość karpia w kg, którą kupimy za dane wynagrodzenie nettoSedlak & Sedlak – Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń

Polska do Trybunału Sprawiedliwości. Ropa w górę

Zgodnie z oczekiwaniami Unia Europejska wchodzi na wojenną ścieżkę w sprawie niezależności polskiego sądownictwa. Spadają zapasy ropy naftowej w USA. Reforma podatków przeszła przez amerykański Kongres.

Konflikt Warszawy z Brukselą

To, że zmiany w polskim systemie sądowniczym nie podobają się Unii Europejskiej, nie jest nową informacją. Założenie, że proces ten przejdzie bez większego echa było odważne, aczkolwiek przez długi czas słuszne. Wczoraj sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości. Odrzucono również wyjaśnienia polskiego rządu. Postępowanie w ramach naruszeń niezależności sądownictwa trwa już niemal pół roku i zdaniem ekspertów, szybko się nie skończy. Teoretycznie można teraz nałożyć sankcje na Polskę. Teoretycznie, gdyż Węgrzy i tak zawetują działania przeciwko Polsce. W mediach zamieszanie jest bardzo duże, a jak reagują rynki? Patrząc na EUR/PLN reakcji nie widać wcale. Inwestorzy wolą konkrety niż emocje, a tych jeszcze długo w tej sprawie nie będzie, o ile w ogóle się pojawią.

Gwałtowne spadki zapasów ropy

Wczorajsze dane na temat tygodniowej zmiany zapasów w USA pokazują gwałtowny spadek. Analitycy spodziewali się redukcji o 3,5 miliona baryłek, okazało się, że ubyło aż 6,5 miliona. W rezultacie ostatniej serii spadków zapasy są najniższe od dwóch lat. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że tak wysokie zapasy utrzymywano w Stanach w ciagu ostatniej dekady tylko przez ostatnie trzy lata. Dane spowodowały wzrost cen ropy, ale nie tak duży jak możnaby się spodziewać. Czarne złoto zyskało na wartości około pół dolara za baryłkę.

Reforma podatków przeszła ponownie przez Kongres

Przez drobne zmiany amerykańska reforma podatków musiała wrócić ponownie do Kongresu. Na szczęście dla Republikanów głosowanie okazało się formalnością. Warto zwrócić uwagę, że w pakiecie ze zmiana podatków zniesiono obowiązek ubezpieczenia medycznego. Był to cios w Obamacare, system ubezpieczeń medycznych, którego nie udało się Donaldowi Trumpowi usunąć pomimo wygranych wyborów. Pomimo tego sukcesu dolar pozostaje od kilku dni w niełasce inwestorów. W ciągu dwóch dni stracił około 1% względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym,
  • 22:45 – Nowa Zelandia – PKB.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przybywa zamożnych Polaków. Czym kierują się robiąc zakupy?

Za wzrost wynagrodzeń zapłacimy wyższą inflacją

Stajniak: W 2018 roku zapłacimy więcej za paliwo

Bank Pekao S.A. finansuje startupy

Bank Pekao S.A. podpisał umowę z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym dotyczącą kredytów dla startupów z gwarancjami EFI w ramach Programu „EaSI”. Dzięki temu, startupy – firmy działające nie dłużej niż dwa lata, otrzymają 80% zabezpieczenia kapitału i odsetek. Bank jako niekwestionowany lider w finansowaniu ze wsparciem, otrzymał od Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Unii Europejskiej przy Związku Banków Polskich i Ministerstwie Rozwoju wyróżnienie „Lidera Rynku Instrumentów Finansowych UE w Polsce” w kategorii banków komercyjnych, a także za wynik X-lecia.

W ramach linii portfelowych będą realizowane dwie umowy: na kredyty inwestycyjne do kwoty 100 tys. PLN oraz na kredyty w rachunku bieżącym do 20 tys. PLN. Obydwa produkty przeznaczone są dla startupów i są zabezpieczane przez EFI do wysokości 80% kapitału i odsetek.

– Dzięki umowie z EFI, otwiera się w Banku Pekao S.A. zupełnie nowa jakościowo era w finansowaniu dla startupów. Teraz, młode firmy, które nie zdążyły jeszcze zbudować kapitałów, a jednocześnie potrzebują wsparcia w początkach działalności, mogą uzyskać kredyty, a o gwarancję zatroszczy się bank we współpracy z UE Dla banku, to też ogromna korzyść, bo dzięki gwarancjom zmniejsza się ryzyko finansowania startupów i możemy otworzyć się na młode firmy – powiedział Tomasz Styczyński, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Przyznany limit portfela to 60 mln PLN w podziale na 25 mln na kredyty inwestycyjne oraz 35 mln kredyty w rachunku bieżącym do zbudowania w okresie 5 lat.

Równocześnie Bank Pekao S.A. otrzymał od Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Unii Europejskiej wyróżnienie „Lidera Rynku Instrumentów Finansowych UE w Polsce” za najlepszy wynik sprzedażowy w kategorii banków komercyjnych, a także za wynik X-lecia zaangażowania Banku w dystrybucję i promocję instrumentów finansowych UE dla MŚP.  Bank Pekao SA wdrażał bowiem wsparcie dla polskich firm w aż trzech programach ramowych UE (MAP, CIP i COSME), a od 11 grudnia dołączył EaSI. Łącznie w efekcie udziału banku w tych programach do ponad 13 tys. polskich MŚP trafiło ponad 2,6 mld zł. Wyróżnienie KPK,  obok statuetki „Lidera Jakości Sprzedaży” w zakresie kredytów z gwarancjami de minimis, którą bank został wyróżniony w ub. tygodniu przez Bank Gospodarstwa Krajowego, potwierdza jego wysoką pozycję wśród banków udzielających kredytów ze wsparciem publicznym. Bank współpracuje z KPK od 2007 roku w zakresie pozyskiwania i wspierania polskich firm. Aktualnie prowadzone są prace na rzecz pozyskania kolejnych środków europejskich dla klientów banku.

EaSI (Europejski program na rzecz zatrudnienia i innowacji społecznych) to zarządzany przez Komisję Europejską program wsparcia, którego jednym z elementów są unijne gwarancje portfelowe Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego dla instytucji finansowych udzielających mikrofinansowania  na zakładanie lub rozwijanie działalności mikroprzedsiębiorstw.

Więcej o Programie EaSI i o instrumentach finansowych UE na www.InstrumentyFinansoweUE.gov.pl

Po pierwsze: nie chwalić, czyli dlaczego pochwała szkodzi motywacji pracownika

Nikt nie lubi być zwiastunem złych wieści. Przekazywanie pozytywnych informacji wydaje się dużo prostszym zadaniem. Najlepsi menedżerowie wiedzą jednak, że to tylko pozory. Możesz dołączyć do tego grona dzięki wskazówkom Jarosława Pudełka, specjalisty zarządzania doświadczeniem pracowników z firmy CzteryP.

Jedna z pracownic uzyskała w tym miesiącu świetne rezultaty. Uważasz, że jej wysiłek zasługuje na docenienie i postanawiasz pochwalić ją podczas spotkania zespołu. Kiedy już wszyscy gromadzą się w salce konferencyjnej, zabierasz głos i mówisz:

„Pani Aniu, widzę, że się pani rozwija. Bardzo to doceniam. Pracuje pani rzetelnie, zazwyczaj wywiązuje się pani z obowiązków. Podoba mi się też pani zachowanie wobec kolegów i koleżanek. Mówiłem im, że powinni brać z pani przykład. Brawo, tak trzymać!”

Po skończeniu wypowiedzi rozglądasz się po sali – pracownicy się uśmiechają, rozlegają się nawet brawa. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Widzisz, że pani Ania – choć sili się na uśmiech – jest wyraźnie niezadowolona. Spróbujmy wczuć się w jej sytuację i sprawdzić, jak zrozumiała Twój komunikat:

„Mój szef to idiota. Docenia, że się rozwijam. Jakbym była jakimś niedorozwojem. Pracowałam cały tydzień po godzinach, zrezygnowałam z wyjazdu z synem. A on – mówi mi, że pracuję rzetelnie. No tak! Najlepiej, żeby pracowała 24h/dobę w firmie. Na dodatek zrobił ze mnie przykład dla innych. Świetnie, teraz to będą mówić jaka ze mnie frajerka.”

Twoje słowa wywołały odwrotny efekt od zamierzonego. Zamiast wzbudzić pozytywne emocje i zmotywować do dalszego wysiłku, udało Ci się zniechęcić pracownika do podejmowania dodatkowych zadań. I – jak podkreśla Jarosław Pudełek z CzteryP – potencjalnie również rozbudzić konflikt w zespole.

Diagnoza

Czy takie były Twoje intencje? Z pewnością nie. „Kiedy udzielamy informacji zwrotnej, trzeba liczyć się z tym, że komunikat może zostać odebrany inaczej niż zaplanowano” – zauważa ekspert CzteryP. „Dlatego na prowadzonych przez nas symulacjach biznesowych pokazujemy menedżerom, jak uniknąć takiej sytuacji. Konieczna jest przede wszystkim zmiana przekonań” – dodaje. Nie należy chwalić pracowników. Znacznie lepiej wyrażać uznanie – za konkretne efekty, sposób wykonania pracy, wynik. Jak to osiągnąć?

  1. Uznanie dotyczy tego, co robi dana osoba (a nie jej samej). Lepiej powiedzieć „Przygotowujesz bardzo precyzyjne raporty” niż „Jesteś świetnym pracownikiem”. Takie podejście buduje poczucie, że wykonana praca jest przez Ciebie doceniana. I wzmacnia pracownika w dobrych praktykach.
  2. Uznanie dotyczy konkretnych działań – wzrasta wtedy siła oddziaływania Twojej wypowiedzi i wartość dodana dla pracownika. Zamiast powiedzieć: „Dobrze przeprowadziłeś ten projekt”, lepiej wyjaśnić, które działania pracownika były kluczowe dla osiągnięcia celu.
  3. Wyrażając uznanie, należy unikać teatralnego, patetycznego tonu, gdyż wypowiedź traci wtedy na autentyczności. „Zamiast patrzeć na pracownika z góry, wyobraź sobie, że mówisz do osoby, która jest Twoim zwierzchnikiem. Dzięki takiemu postawieniu sytuacji dobierzesz słowa, które będą odebrane dużo lepiej niż zwykłe klepanie po ramieniu” – radzi Jarosław Pudełek.
  4. Należy także unikać wyrażania uznania w szerszym gronie. Może to wywoływać negatywne reakcje pozostałych osób. Znacznie lepiej przeprowadzić taką rozmowę na osobności, w cztery oczy z pracownikiem. Stwarza to też lepsze warunki do doprecyzowania poruszonych kwestii.

Rozwiązanie

Jeśli podczas symulacji biznesowej poznasz te zasady, opisana na początku sytuacja będzie mogła wyglądać zupełnie inaczej. Dialog w cztery oczy z pracownicą może wówczas przebiegać tak:

„Pani Aniu, jestem bardzo zadowolony z zestawienia, które Pani dla mnie przygotowała (konkretna informacja). Podsumowanie jest szczególnie trafne (uszczegółowienie). Musiała Pani włożyć bardzo dużo wysiłku i czasu i to teraz, gdy zbliżają się Święta (docenienie wysiłku). Zestawienie, które Pani przygotowała bardzo przyda się mnie i całej firmie, ponieważ na jutrzejszym spotkaniu zarządu przedstawię Pani interpretację i rekomendacje dalszych działań (wpływ). Jestem zadowolony również z tego, że coraz lepiej koordynuje Pani działania we własnym zespole. Wiem, że jest to trudne wyzwanie.”

Jak podkreśla Jarosław Pudełek z CzteryP, taka wypowiedź zbuduje w pracowniku przekonanie, że Twoje wyrazy uznania są szczere i przemyślane. Pani Ania wyjdzie ze spotkania z przeświadczeniem, że doceniasz jej pracę.

Jeśli dobrze przygotujesz się do rozmowy, wyrazisz swoją opinię w naturalny sposób i przekażesz ją osobiście pracownikowi, możesz liczyć na to, że przyjmie Twoje słowa z radością. Wzmocnieniu ulegnie także jego motywacja. Ponadto będzie miał szansę odwdzięczyć Ci się swoją opinią na temat podjętych działań. A wyrazy uznania to coś, co doceni każdy – zarówno pracownik, jak i szef.

Trudny dzień dla bitcoina

Środa była trudnym dniem dla bitcoina. Po tym jak w niedzielę osiągnął rekordową wartość niemal 20 tys. USD, nastąpił spadek. W środę rano kryptowaluta była notowana na poziomie ok. 16,3 tys. USD, co oznacza załamanie kursu o 18,5%. To była najniższa wartość od tygodnia. Potem bitcoin wzrósł do 17,4 tys. USD, by jeszcze głębszy spadek doświadczyć tego samego dnia późnym wieczorem (ok. 16,2 tys. USD). W czwartek rano bitcoin odrobił nieco te straty i jest wyceniany na 17,2 tys. USD.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do brytyjskiego funta (+0,25%) i japońskiego jena (+0,42%), a traci do euro (-0,32%), dolara kanadyjskiego (-0,31%) oraz dolara australijskiego (-0,02%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,187, GBP/USD – 1,336, USD/CAD – 1,282, AUD/USD – 0,766 i USD/JPY – 113,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,72%) i kurs EUR/JPY wynosi 134,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,889. Złotówka zyskuje do większości walut, poza euro, wobec którego nie zmienia kursu. W czwartek rano dolar kosztuje 3,54 zł, euro – 4,2 zł, funt – poniżej 4,73 zł, a frank szwajcarski – 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,25%, frankfurcki indeks DAX – o 1,11%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,56%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,08%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,03%, a brazylijski indeks Bovespa wzrósł o 0,94%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,11%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,38%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,49%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej drugi dzień w rzędu idą w górę. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 64,56 USD (+1,18%), a ropy WTI – 58,09 USD (+0,91%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 66 USD. Rośnie także cena złota. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1265 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 3:46 – Japonia – Decyzja Banku Japonii ws. stóp procentowych, grudzień – bez zmian
  • 7:30 – Japonia – Konferencja prasowa po posiedzeniu Banku Japonii, grudzień
  • 13:00 – Czechy – Decyzja CNB ws. stóp procentowych, grudzień
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki koniunktury gospodarczej, grudzień
  • 14:00 – Polska – Protokół z posiedzenia RPP, grudzień
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień (prognoza 231 tys.)
  • 14:30 – USA – Indeks Fed z Filadelfii, grudzień (prognoza 21,5 pkt.)
  • 14:30 – USA – PKB, III kw. (prognoza 3,3%)
  • 14:30 – Kanada – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2%)
  • 16:00 – USA – Indeks wskaźników wyprzedzających Conference Board, listopad (prognoza 0,4%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Zniesienie limitu 30-krotności zmieni sposób zatrudniania w firmach

Batalia o zniesienie limitu opłacania składek emerytalno-rentowych po przekroczeniu progu tzw. 30-krotności nadal trwa. Po nowelizacji znacząco zwiększą się koszty pracodawców, a lepiej zarabiający pracownicy będą zmuszeni oddawać na daniny publiczne nawet ponad połowę swojego wynagrodzenia. W konsekwencji część z nich może przejść na samozatrudnienie lub wybrać inne mniej kosztowne formy zatrudnienia.

W październiku br. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zaproponowało nowelizację ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, której celem jest zniesienie limitu opłacania składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe po przekroczeniu kwoty odpowiadającej 30-krotności prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce na dany rok. Projekt przyjęty w listopadzie przez Sejm zakładał wdrożenie zmian już od 1 stycznia 2018 r. Przedsiębiorstwa dowiedziały się o tym w momencie, w którym miały już zaplanowane budżety płacowe na kolejny rok. W dniu 7 grudnia Senat wprowadził więc poprawkę do projektu, przesuwającą termin wejścia w życie nowelizacji na 1 stycznia 2019 r., która następnie została przyjęta przez Sejm w dniu 15 grudnia 2017 r. Obecnie ustawa czeka na podpis Prezydenta.

Propozycja zmian negatywnie wpłynie na budżety firm i wynagrodzenia netto lepiej zarabiających pracowników. Nic więc dziwnego, że coraz więcej przedstawicieli pracodawców i związkowców apeluje do Prezydenta o zawetowanie ustawy w całości. Taki apel wystosowały już m.in. Konfederacja Lewiatan i NSZZ „Solidarność”. Mimo że projekt nowelizacji jest już na zaawansowanym etapie procesu legislacyjnego, nadal prawdopodobne jest, że ulegnie zmianom.

Limit przeciw dużym rozbieżnościom w wysokości emerytur

Limit 30-krotności funkcjonuje w systemie emerytalnym od 1999 r., ograniczając pobór składek od osób lepiej zarabiających, a tym samym przeciwdziałając powstawaniu dużych rozbieżności w wysokości świadczeń emerytalnych w  przyszłości. W 2017 r. górny limit podstawy wymiaru składek emerytalnych i rentowych wynosi 127  890 zł. Osiągnięcie tzw. 30-krotności zawsze wiąże się z wejściem w drugi próg podatkowy. Gdy pracownik przekracza kwotę 85 528 zł rocznego dochodu, nadwyżka jego dochodów zostaje opodatkowana stawką 32 proc. Pracownik płaci więc wyższy podatek, ale dzięki limitowi tzw. 30-krotności nie opłaca składki emerytalnej (9,76 proc.) i rentowej (1,5 proc.). Również pracodawca / płatnik składek jest zwolniony z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenia emerytalno-rentowe (odpowiednio 9,76 proc. i 6,5 proc.). Obecnie więc, po przekroczeniu drugiego progu podatkowego wynagrodzenie netto, nie ulega drastycznej obniżce. Po nowelizacji przepisów ta sytuacja diametralnie się zmieni.

Po nowelizacji nawet ponad 50 proc. pensji na daniny publiczne

Zniesienie limitu 30-krotności spowoduje zwiększenie świadczeń dla ZUS z tytułu wynagrodzenia o ok. 27,5 proc. łącznie dla pracownika i pracodawcy. Po nowelizacji przepisów, osoba zarabiająca 15 tys. zł miesięcznie, po przekroczeniu drugiego progu, będzie odprowadzała podatek dochodowy w wysokości 32 proc. oraz wszystkie składki na ubezpieczenia emerytalno-rentowe. W konsekwencji, wpadając w drugi próg podatkowy, pracownik w ramach danin publicznych będzie zmuszony odprowadzać nawet ponad połowę swojego wynagrodzenia. Według szacunków rządu, w wyniku zmian do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) ma wpływać rocznie ponad 5 mld zł więcej. O tę kwotę zmniejszą się wynagrodzenia netto pracowników i wzrosną koszty zatrudniających ich przedsiębiorstw.

Należy pamiętać, że od 2019 r. planowane jest wprowadzenie Pracowniczych Programów Kapitałowych (PPK), które dodatkowo zwiększą obciążenia składkowe zarówno po stronie pracowników, jak i pracodawców. Zgodnie z założeniami, wszyscy pracownicy będą automatycznie zgłaszani do PPK, a część ich wynagrodzenia (od 2 do 4 proc.) będzie odkładana na przyszłą emeryturę. Złożą się na nią także ich pracodawcy, odprowadzając minimum 1,5 proc. pensji. Obecnie obciążenie składkowe po stronie pracodawcy już wynosi ok. 20 proc. wynagrodzenia pracownika. Po zniesieniu limitu 30-krotności i wprowadzeniu PPK będzie ono jeszcze wyższe – komentuje Robert Adamczyk, Project Manager w Dziale Ubezpieczeń Społecznych i Środowiska Pracy w Ayming Polska.

Z etatu na samozatrudnienie

Jeśli od 2019 r. będzie obowiązywać zniesienie tzw. 30-krotności, a dodatkowo zaczną funkcjonować Pracownicze Programy Kapitałowe, łączna kwota podatków i składek na ubezpieczenia społeczne, tylko po stronie pracownika może przekroczyć 50 proc. wynagrodzenia. Dla porównania, kara wymierzana przestępcom podatkowym za nieujawnianie dochodów to 75 proc. Można spodziewać się, że tak duże obciążenie osób pracujących np. na umowach o pracę spowoduje, że zaczną one poszukiwać innych form zatrudnienia, co z kolei przełoży się na niższe wpływy z PIT. Szacuje się, że zmiany dotkną ok. 350 tys. osób najlepiej zarabiających, przede wszystkim wysoko wykwalifikowanych specjalistów i ekspertów, m.in. z branży nowych technologii.

Alternatywą dla osób dotkniętych zmianą może być samozatrudnienie. Należy jednak pamiętać, że nie w każdym wypadku będzie można je zastosować. Może się zdarzyć, że takie przejście zostanie zakwestionowane przez uprawnione do tego organy administracji państwowej. Decyzja o zmianie formy zatrudnienia powinna być starannie przemyślana, a jej wdrożenie odpowiednio przeprowadzone. W przypadku zakwestionowania zmiany formy zatrudnienia przez ZUS, odpowiedzialność leży po stronie pracodawcy/ płatnika składek – dodaje Robert Adamczyk, Project Manager w Dziale Ubezpieczeń Społecznych i Środowiska Pracy w Ayming Polska.

Odroczenie obowiązywania przepisów o rok

Jeśli nowe przepisy wejdą w życie od 2019 r., to w 2018 r. będzie miało zastosowanie przedmiotowe ograniczenie, wyznaczające górny limit podstawy wymiaru składek emerytalnych i rentowych do kwoty 133 290 zł. W praktyce oznacza to, że osoba, która przekroczy w 2018 r. wskazany poziom rocznego wynagrodzenia, nie odprowadzi składek emerytalno-rentowych od nadwyżki ponad wskazaną kwotę. Ograniczenie to będzie dotyczyło również podstawy wymiaru składek na Fundusz Emerytur Pomostowych. Składek tych nie będzie odprowadzał także pracodawca lub zleceniodawca.

Zgodnie z poprawką wniesioną przez Senat, nowelizacja zacznie obowiązywać rok później niż pierwotnie przewidywano. Biorąc jednak pod uwagę jej negatywny wpływ zarówno na pracowników, jak i na biznes, nie jest to zadowalający kompromis. Ponad 5 mld dodatkowego wpływu do FUS pokryją ze swojej pensji netto pracownicy oraz przedsiębiorstwa.

Ukraińcy wydadzą na święta 154 zł. Polacy pięć razy więcej

Na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia Polacy wydadzą na zakupy spożywcze i prezenty średnio 882 zł[1]. W tym samym czasie Ukraińcy przeznaczą na ten cel 154 zł (1196 hrywien) – wynika z danych Research & Branding Group. Porównując planowane wydatki świąteczne do średniego wynagrodzenia okazuje się, że Polacy są bardziej rozrzutni. Na święta wydajemy jedną czwartą pensji, podczas gdy Ukraińcy jedną piątą. Co ciekawe, Ukrainiec na świąteczne wydatki musi pracować 4 dni, a Polak jeden dzień dłużej.

Kiedy spojrzymy na świąteczne wydatki Polaków i Ukraińców widać wyraźną różnicę. My wydajemy prawie 900 zł, oni niewiele ponad 150 zł. Warto jednak pamiętać, że jest to efekt różnic w wynagrodzeniach. Za wschodnią granicą zarabia się kilkukrotnie mniej niż u nas, co też uzasadnia obecność Ukraińców pracujących w Polsce. Kiedy jednak zestawimy planowane wydatki ze średnim wynagrodzeniem w danym kraju, okazuje się, że Polacy są  bardziej rozrzutni, co też powoduje, że na świąteczne wydatki muszą pracować o dzień dłużej niż Ukraińcy – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Ukraińskie święta za jedną piątą miesięcznego budżetu

Z analizy Deloitte wynika, że z myślą o tegorocznych świętach Polacy planują wydać na zakupy spożywcze i prezenty 882 zł. Jeżeli zestawimy to ze średnim wynagrodzeniem, które według Głównego Urzędu Statystycznego w październiku 2017 roku wyniosło 3295 zł netto, okazuje się, że świąteczne szaleństwo pochłonie mniej więcej 26% naszego miesięcznego budżetu. Całkiem podobnie sytuacja przedstawia się na Ukrainie. Z danych Research & Branding Group wynika, że na święta Ukraińcy wydają mniej więcej 154 zł (1196 hrywien), zatem pięć razy mniej niż w Polsce. Jednak zestawienie ze średnim wynagrodzeniem sprawia, że różnica ta się niweluje. Ukraiński Urząd Statystyczny podaje, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosi 767 zł netto (5938 hrywien). A to oznacza, że na świąteczne wydatki Ukraińcy przeznaczają ok. 20% miesięcznego budżetu, zatem podobnie jak w Polsce.

Polak na święta pracuje pięć dni, Ukrainiec cztery

Mniejsza kwota wydawana na święta w porównaniu do średniego wynagrodzenia, oznacza krótszy czas pracy na pokrycie wydatków. I tak Polak musi pracować pięć dni, żeby zarobić na świąteczne szaleństwo zakupowe, natomiast Ukrainiec nieco krócej, bo cztery dni.

Porównanie nakładów czasu pracy niezbędnych do pokrycia świątecznych wydatków pokazuje, że Polacy i Ukraińcy znacząco się od siebie nie różnią. Na zakupy związane ze świętami Bożego Narodzenia, czyli prezenty i artykuły spożywcze, przeznaczamy zbliżony odsetek wynagrodzeń. Nadal jednak wyraźna jest różnica w kwotach. Ukraińcy po prostu zarabiają sporo mniej od Polaków. Zatem możemy się spodziewać, że również w przyszłym roku osoby zza wschodniej granicy będą chętnie do nas przyjeżdżać za pracą, bo mogą liczyć na kilkukrotnie wyższe wynagrodzenie niż u siebie – podsumowuje Krzysztof Inglot.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/consumer-business/articles/raport-zakupy-swiateczne-2017.html

Rynek telekomunikacyjny i telewizji kablowej w Polsce czeka intensywny rok zmian

Ponieważ powoli wchodzimy w rok 2018, analitycy Haitong Bank przejrzeli się operatorom telekomunikacyjnym w Polsce i wyróżnili najważniejsze – według nich – tematy, które mogą napędzać rynek. Zdaniem analityków, duże znaczenie dla sektora w nadchodzącym roku będzie miało przejęcie Netii przez Cyfrowy Polsat, które może spowodować dalsze fuzje i przejęcia, szczególnie wśród operatorów infrastrukturalnych i telewizji kablowej. Ponadto, wśród kluczowych tematów dla telekomów analitycy wymieniają możliwą intensyfikację konkurencji na rynku oraz zakup przez Cyfrowy Polsat praw telewizyjnych do UEFA Champions League.

Gorący okres konsolidacji

Przejęcie Netii to kolejny krok pozwalający Cyfrowemu Polsatowi wejść na obecnie bardzo słabo spenetrowany przez niego rynek dużych i średnich miast. Jest on aktualnie zdominowany przez telewizję kablową w segmencie płatnej telewizji, w telefonii stacjonarnej przez Orange Polska, a w telefonii komórkowej przez T-Mobile, Orange i Play.

Wezwanie do wykupu do 66 proc. akcji Netii (a w przyszłości zapewne na 100 proc.) musi uzyskać zgodę organów antymonopolowych. Prezentując transakcję z Netią, Cyfrowy Polsat poinformował, że planuje przedstawić aktualizację celów średnioterminowych w pierwszym kwartale 2018 r., a wezwanie obowiązuje do 5 marca 2018 r. Oznacza to, że firma spodziewa się bardzo szybkiej decyzji ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (UOKiK). Zdaniem Konrada Księżopolskiego, Szefa Działu Analiz Haitong Bank, to podejście jest nieco zbyt optymistyczne, biorąc pod uwagę sprawy, które są i będą rozpatrywane przez UOKiK. W październiku 2016 r. UPC podpisało warunkową umowę o przejęciu 100-procentowego pakietu w Multimedia Polska (MMP). Do dziś UOKiK wciąż nie wydał decyzji w tej sprawie. Transakcja pomiędzy UPC i MMP dotyczyła operatorów kablowych, którzy działają w tej samej technologii, a ich sieci nakładają się na siebie w wielu obszarach. Oprócz transakcji UPC/MMP, UOKiK pracuje obecnie nad przejęciem Mili przez Eurocash, niebawem zajmie się transakcją Cyfrowy Polsat/Netia i będzie się również musiał wypowiedzieć w kwestii transakcji Macquarie/INEA.

Analitycy zdają sobie sprawę, że przejęcie Netii przez Cyfrowy Polsat jest dla urzędu antymonopolowego łatwiejsze do przeanalizowania niż UPC/MMP. Głównie dlatego, że działalność Cyfrowego Polsatu i Netii nie zazębia się. – Jedynym punktem budzącym wątpliwości może być rynek płatnej telewizji, w którym Cyfrowy Polsat już ma blisko 34-procentowy udział. Netia ze swoimi około 180 tys. klientów telewizji IP ma około dwuprocentowy udział w rynku. Razem daje to prawie 36-procentowy udział w rynku płatnej telewizji, a to oznacza koncentrację na rynku. Może to skłonić UOKiK do uważniejszego przeanalizowania tej transakcji i odłożenia w czasie ostatecznej decyzji – mówi Konrad Księżopolski.

Czego się spodziewać na rynku po zakupie Netii?

Po przejęciu Netii przez Cyfrowy Polsat, Play wraz z T-Mobile pozostaną w 100 proc. mobilnymi i nie w pełni konwergętnymi operatorami telekomunikacyjnymi w Polsce. Ważne pytanie brzmi, jak może to wpłynąć na nich, na cały rynek i jakie inne ruchy może wywołać. Jeżeli chodzi o Play i T-Mobile, to analitycy Haitong Bank uważają, że pierwszy operator był i najprawdopodobniej będzie znacznie bardziej wydajny niż T-Mobile. Dodatkowo transakcja Cyfrowego Polsatu i Netii z definicji jest obliczona na rynek stacjonarny w gęsto zamieszkałych regionach, zdominowanych dotąd przez operatorów kablowych, które teraz próbuje odzyskać Orange. Zdaniem analityków, na rynku telewizji kablowej może zatem dojść do dalszych transakcji i zmian. Play ostatnio podpisał umowę o współpracy z UPC, której celem jest wspólna sprzedaż usług. Przejęcie Netii może jedynie przyspieszyć ten proces. Jak zaznacza Konrad Księżopolski, biorąc pod uwagę, że UPC jest skupiony na transakcji z Multimedia Polska, przejęcie Play przez UPC jest mało prawdopodobne. Inni operatorzy kablowi, tacy jak Vectra i Toya są w gorszej pozycji konkurencyjnej, bo nie mają podpisanego strategicznego partnerstwa z żadnym operatorem komórkowym.

Konkurencja nadal mocna

Ostra konkurencja przez wiele lat była kluczowym powodem, dla którego wartość polskiego rynku telekomunikacyjnego spadała. Mimo rosnącej bazy klientów i nasycenia, wartość rynku obniżyła się do około 39,5 mld złotych w 2016 r. z 43 mld złotych w roku 2008. Za ostrą konkurencję odpowiadał przede wszystkim Play, który startował od zera w 2007 r., by stać się drugim graczem na rynku z 15 mln klientów.

Od kilku kwartałów operatorzy telekomunikacyjni sygnalizują, że konkurencja na rynku komórkowym ustabilizowała się i złagodniała, co było również widoczne w niewielkim wzroście liczby klientów abonamentowych Orange Polska i Plus (Cyfrowy Polsat). Wcześniej na ich bazę numerów wpływ miała agresywna oferta handlowa Play. Te stopniowo stabilizujące się warunki konkurencyjne w segmencie mobilnym były również widoczne w statystykach MNP (Mobile Number Portability). W nich Play stopniowo wyhamowywał tempo wzrostu netto i brutto na rzecz innych graczy rynkowych, w tym zarówno operatorów infrastrukturalnych (Orange Polska, Plus, T-Mobile), jak i wirtualnych (takich jak Virgin czy Premium Mobile).

Czynnikiem, który według analityków Haitong Bank złagodził konkurencję rynkową, mogła być bardzo kosztowna aukcja LTE, warta łącznie 9,4 mld złotych. To znacząco wpłynęło na przepływy finansowe niemal wszystkich operatorów komórkowych (poza Plusem) i ich wskaźniki zadłużenia. Analitycy uważają również, że złagodzenie konkurencji rynkowej było spowodowane zmianą w podejściu biznesowym Play. Firma przestała się koncentrować na zdobywaniu udziału w rynku na rzecz czerpania wartości i gotówki z istniejącej bazy klientów.

Co ważne, wzrost liczby abonamentowych subskrybentów usług głosowych Orange Polska i Plusa odbywał się w ostatnich dwóch latach kosztem dosyć słabej strategii komercyjnej T-Mobile. T-Mobile dokonał jednak zmian w zarządzie i wprowadził bardziej agresywne podejście komercyjne, ukierunkowane na mobilne usługi szerokopasmowe. – Może to stanowić zagrożenie dla bazy ADSL Orange Polska. Ta odnowiona strategia komercyjna zaczyna być również widoczna w MNP, gdzie T-Mobile poprawił zarówno wynik brutto, jak i wskaźnik rezygnacji, co skutkuje wyraźnie lepszym wynikiem netto, który przez trzy ostatnie lata był negatywny – zaznacza Konrad Księżopolski.

Analitycy Haitong Banku nie spodziewają się wojny cenowej w segmencie dostępu do szerokopasmowych usług mobilnych na polskim rynku telekomunikacyjnym. Nie oczekują jednak też, by konkurencja rynkowa całkowicie osłabła. Ich zdaniem, z uwagi na to, że T-Mobile mierzy w segment szerokopasmowych usług mobilnych, najbardziej podatni na jego ofertę mogą być abonenci ADSL. Dla nich LTE jest rozsądną alternatywą jeżeli chodzi o lepszy i szybszy dostęp do internetu.

Znaczenie UEFA Champions League na rynku płatnej telewizji

Jak zaznacza Konrad Księżopolski, przy wysokim stopniu nasycenia rynku płatnej telewizji, konkurencja o nie-linearny i wysokiej jakości kontent video posiadany na wyłączność, będzie zyskiwała na znaczeniu jako kluczowy czynnik wyróżniający. Analityk podkreśla, że mimo wysokiej ceny (potencjalnie około 110 mln euro), jaką Cyfrowy Polsat zapłacił za prawa do transmitowania ponad tysiąca meczów UEFA Champions League i UEFA Europa League (Ligi Mistrzów i Ligi Europy) przez trzy kolejne lata (do 2021 roku), jest to decyzja słuszna. Jego zdaniem może to przynajmniej nieznacznie zmienić kształt rynku płatnej telewizji, a Cyfrowy Polsat może okazać się zwycięzcą w tej grze.

Przez wiele lat NC+ budował swoją przewagę konkurencyjną na rynku jako dostawca kontentu sportowego klasy premium. Zdaniem analityków Haitong Bank, niektórzy abonenci NC+ mogą poważnie rozważyć rezygnację z obecnie używanych planów taryfowych płatnej telewizji i przerzucić się na Cyfrowy Polsat. Dzięki skonsolidowanej ofercie może on również zmniejszyć ich miesięczne rachunki za telewizję.

Według Konrada Księżopolskiego, istnieje kilka sposobów, w jakie Cyfrowy Polsat może i prawdopodobnie wykorzysta umowę z UEFA. Po pierwsze, posiadanie praw telewizyjnych na  najważniejsze rozgrywki w piłce nożnej przyciągnie obecnych klientów Cyfrowego Polsatu, co może podnieść ARPU. Po drugie, klienci NC+ mogą rezygnować z dotychczasowych umów i wybierać Cyfrowy Polsat, ponieważ zdaniem analityka duża ich część wybiera tę platformę z powodu jej oferty sportowej. Dodatkowo prawa UEFA może zapobiec odpływowi klientów Cyfrowego Polsatu, szczególnie z segmentu premium i przyniesie wzrost przychodów z reklam telewizyjnych kanałów Polsatu. Należy pamiętać również o fakcie, że Cyfrowy Polsat może odsprzedać kontent UEFA innym operatorom płatnej telewizji, pobierając od nich marżę hurtową.

Rośnie rola HR-owców w firmach: specjaliści z tej branży zarabiają coraz więcej

Oferowane wynagrodzenia specjalistom i menedżerom z obszaru HR w 2017 roku wyniosły średnio 9857 zł brutto, czyli aż o 1707 zł więcej niż rok wcześniej. Co ciekawe, ich pensja była wyższa niż wynagrodzenie oferowane marketingowcom i sprzedawcom. Pracownicy z marketingu i sprzedaży w 2017 roku zarabiali średnio 9630 zł. Eksperci Antal podkreślają, że takie wyniki wyraźnie wskazują na rosnącą rolę działów HR w firmach, ze względu na rynek pracownika, konieczność intensywnych działań rekrutacyjnych i employer brandingowych.

Obecnie firmy na niespotykaną dotąd skalę inwestują w swoje działy HR oraz aktywności związane z budowaniem wizerunku pracodawcy. Oczywiście bezpośrednim powodem takiego stanu rzeczy jest deficyt kadr na rynku pracy. To wymusiło na firmach skupienie się na własnej polityce rekrutacyjnej, zainwestowanie w specjalistów ds. HR, którzy będą w stanie ściągnąć najbardziej wartościowych pracowników i zadbają o wizerunek firmy jako miejsca, gdzie warto pracować. Nie można oczywiście wyciągnąć prostego wniosku, że HR jest teraz ważniejszy niż działy marketingu czy sprzedaży. Jednak tak duży wzrost wynagrodzeń wyraźnie wskazuje na rosnące znaczenie ekspertów ds. zatrudnienia, polityki płacowej i wizerunku pracodawcy w firmach – mówi Artur Skiba, Prezes Zarządu Antal.

Lawina podwyżek w HR, nie dotyczy jednak szefów działów personalnych

Z „Raportu Płacowego Antal 2017” wynika, że średnie wynagrodzenie miesięczne oferowane specjalistom i menedżerom z branży HR w 2017 roku wyniosło 9857 zł brutto. Tym samym było wyższe aż o 21% w porównaniu do 2016 roku. Warto odnotować, że jest to najwyższy wzrost pensji ze wszystkich analizowanych branż. Przedstawiciele Antal zwracają jednak uwagę, że zmiany poziomu wynagrodzeń w HR nie dotyczą wszystkich pracowników.

W największym stopniu obserwujemy wzrost wynagrodzeń dla doświadczonych specjalistów ds. rekrutacji, szczególnie w sektorze IT i SSC/BPO. Nie obserwujemy natomiast zmiany poziomu wynagrodzeń, jeśli chodzi o stanowiska szefów działów personalnych. Te w dużym stopniu pozostają na tym samym poziomie w ostatnich latach – mówi Agnieszka Pastuła, Team Manager, Antal HR&Legal.

Kluczowa wielkość organizacji       

Szukając kandydatów do działu HR, firmy zwracają uwagę na to, w jakiego typu organizacji specjalista zdobywał doświadczenie. Im większe i bardziej międzynarodowe przedsiębiorstwo, tym lepiej, bo stanowi dla firmy gwarancję, że przyszły pracownik będzie znał zaawansowane narzędzia HR-owe. Będzie też potrafił zarządzać budżetem na realizację dodatkowych aktywności dotyczących np. rozwoju pracowników. Co równie istotne, praca w dużej międzynarodowej korporacji to gwarancja, że bez względu na miejsce zamieszkania, specjalista czy menadżer otrzyma wynagrodzenie na podobnym poziomie w różnych częściach Polski.

Marketingowcy powinni obawiać się o swoje pensje?

Średnie wynagrodzenie miesięczne oferowane specjalistom i menedżerom z marketingu i sprzedaży w 2017 roku wyniosło 9630 zł brutto i było niższe o 20% w porównaniu do 2016 roku. Przedstawiciele Antal zwracają jednak uwagę, że osoby o wyspecjalizowanym w danym obszarze doświadczeniu nie powinny obawiać się o swoją zawodową przyszłość.

– Eksperci ze sprzedaży lub marketingu, zdecydowanie mogą czuć się komfortowo na rynku pracy. Pracodawcy, którzy chcą rozwijać swoje organizacje, mając świadomość tego, jak ważny jest skuteczny sprzedawca czy kreatywny marketingowiec niejednokrotnie proponują ofertę tailor made, czyli skrojoną na miarę kandydata i dostosowaną do jego potrzeb – mówi Katarzyna Sołtysiak, consultant FMCG, Antal Sales&Marketing.

Online marketing na topie

Joanna Kuzioła z Antal Sales&Marketing wskazuje, że osoby odpowiedzialne za online marketing czy e-commerce praktycznie w każdej branży mogą przebierać w ofertach pracy. – Te są coraz bardziej atrakcyjne, gdyż nadal brakuje tych kompetencji na szybko rozwijającym się rynku. Prognozuje się, że w 2017 roku globalne wydatki na reklamę w Internecie będą większe niż wydatki na reklamę w telewizji – mówi Joanna Kuzioła, Team Manager, Antal Sales&Marketing.

Z danych firmy Zenith wynika, że w 2017 roku światowy rynek reklamy internetowej urośnie o 13%, a jego wartość na koniec roku wyniesie 205 mld USD. Tym samym udział Internetu w globalnych wydatkach na reklamę sięgnie 36,9% (wobec 34% w 2016), a specjaliści z tego zakresu będą jeszcze bardziej rozchwytywani.

***

Raport Płacowy Antal 2017 prezentuje wynagrodzenia oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce, którzy mają minimum 2-letnie doświadczenie oraz pracują w średnich i dużych firmach polskich lub międzynarodowych. Opracowanie zostało przygotowane na podstawie 3 źródeł wiedzy. Pierwsze to badanie ankietowe przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie 24.07-16.08 2017 roku na próbie 1040 specjalistów i menedżerów z całego kraju, reprezentujących różne dyscypliny i branże. Dane te zostały zweryfikowane i poszerzone o informacje z procesów rekrutacyjnych przeprowadzonych przez konsultantów Antal w 2017 roku, a także wywiady telefoniczne z pracodawcami i kandydatami. Wynagrodzenia przedstawione w raporcie są wynagrodzeniami całkowitymi, średnimi, brutto miesięcznie.

Rynki dopada świąteczny marazm

Brak istotniejszych wydarzeń sprzyja stabilizacji rentowności krajowych obligacji, z kolei średnioterminowe czynniki fundamentalne ich wzrostowi. Nic nie może wyrwać złotego ze świątecznego marazmu.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę złoty po porannym teście okolic 4,195 na EURPLN pod koniec dnia notował poziomy bliskie 4,2050. Wczorajszy kalendarz publikacji gospodarczych był praktycznie pusty (zarówno w kraju jak i na świecie) natomiast uwaga krajowych graczy skierowana była na Brukselę, gdzie unijni komisarze po debacie, zadecydowali o uruchomieniu wobec Polski artykułu 7. punkt pierwszy traktatu unijnego, który w ostateczności oznaczać może nałożenie na nasz kraj sankcji. Uznając, że zmiany prawa w polskim systemie sądownictwa stwarzają „wyraźne ryzyko poważnego naruszenia” wartości europejskich (szczególnie w zakresie praworządności) Polska dostała trzy miesiące na „zaradzenie sytuacji”.  W reakcji na decyzję KE kurs EURPLN chwilowo wzrósł do blisko 4,2085. PLN szybko jednak zawrócił, co pokazało, że ze świątecznego marazmu nic nie jest w stanie go obecnie wyrwać.

Tymczasem ostatnie dni na krajowym rynku walutowym upływały pod znakiem lekkiego umocnienia złotego, który na EURPLN powrócił do wsparcia na poziomie 4,20 po tym jak w połowie grudnia para zbliżała się do 4,225. Teraz walutę naszą wspierały przede wszystkim lepsze nastroje na rynkach globalnych, co m.in. widać było po notowanych na Wall Street rekordach. Wysokie wyceny PLN podtrzymywały też publikowane mocne dane dot. polskiej gospodarki, które po listopadowych wynikach pokazały że dynamika PKB w IV kw. 2017 roku powinna zdecydowanie przekroczyć 4% (ekonomiści PKO szacują wzrost zbliżony do odnotowanego w III kw. na poziomie 4,9%). Nie zmieniło to jednak faktu, że dopóki dane nie zaczną zaostrzać tonu wypowiedzi członków RPP, nie będą kluczowym czynnikiem umacniającym złotego.

Złoty wsparcie znajdował też w utrzymujących się na świecie niskich notowaniach dolara. Kurs EURUSD od półtora miesiąca nie może bowiem poradzić sobie ze wsparciem na poziomie 1,17. Przez większą część środowej sesji EURUSD stabilizował się wokół 1,185 po południu rosnąc do 1,19. Nie można więc wykluczyć, że na ostateczną reakcję inwestorów na uchwalenie największych od 30-lat zmian w amerykańskiej ordynacji podatkowej będziemy musieli poczekać do nowego roku.

Na rynku stopy procentowej środowa sesja przyniosła dalszy wzrost rentowności obligacji skarbowych. Powodem przeceny były przede wszystkim czynniki globalne. Rentowności US Treasuries rosły z powodu zbliżającego się końca prac nad reformą systemu podatkowego w USA. Z kolei w strefie euro wpływ na notowania mógł mieć fakt, że EBC tylko do czwartku będzie skupował aktywa finansowe. W efekcie, w pierwszej części miesiąca zakupy musiały być wyższe, a tym samym presja na spadek rentowności obligacji, natomiast w dalszej części grudnia brak protekcji ze strony banku centralnego będzie sprzyjał już wzrostowi rentowności obligacji skarbowych w Europie. Za przeceną krajowych aktywów przemawiała w środę również informacja, że Komisja Europejska zdecydowała się na uruchomienie wobec Polski art. 7.1 traktatu unijnego.

Chociaż wszystkie wymienione czynniki w najbliższych dniach będą oddziaływały w kierunku wzrostu rentowności obligacji skarbowych, to dodatkowo zmiany rynkowe wzmocnić może ostatecznie ogłoszenie zmian podatkowych w USA. Chociaż oczekiwane jest pozytywne rozstrzygnięcie, to jednak w związku z małą przewagą głosów Republikanów w Kongresie część uczestników rynku miała wątpliwości, czy na pewno plan zyska wystarczającą akceptację. Dlatego prawdopodobna pozytywna decyzja może rozbudzać oczekiwania inwestorów na mocniejsze podwyżki stóp procentowych przez Fed w 2018 r. W kraju cały czas istnieje też obawa, że inwestorzy będą z wyprzedzeniem wyceniać zbliżający się wzrost podaży papierów skarbowych w I kw. 2018 r.rynki

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki – PKO Bank Polski

Jak kończy się 2017 w inwestycjach infrastrukturalnych?

W 2017 roku mieliśmy niedosyt podpisywania nowych umów na budowę kolejnych odcinków dróg. Ta sytuacja musi zmienić się w kolejnych miesiącach 2018 roku. Póki co w budowie było ok. 1200 kilometrów dróg ekspresowych i autostrad, a ponad 700 kilometrów – w przetargach. Największym sprawdzianem będzie to, jak teraz firmy poradzą sobie na budowach i jak będą rozwiązywane spory. Ważną decyzją finansową było zwiększenie wartości programu budowy dróg krajowych ze 107 mld do 135 mld złotych oraz podpisanie umów na kilka dodatkowych odcinków dróg.

– Wykonawcy i podwykonawcy zwracają uwagę na coraz większy brak ludzi do pracy. Z tego powodu część podmiotów rezygnuje ze współpracy z dużymi firmami. Posiłkowanie się pracownikami z Ukrainy już nie pomaga. To największy problem 2017 roku, który w kolejnych miesiącach się utrzyma. Zaczął natomiast rozkręcać się inwestycyjny Krajowy Program Kolejowy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski wiceprezes ZDG TOR – Pochłonie prawie 66 mld złotych, z czego połowa jest już w podpisanych umowach albo w otwieranych ofertach. Część, która ma zostać zrealizowana przez państwo – a dokładnie Polskie Linie Kolejowe, została dobrze wykonana. Jedną z większych porażek rządu w 2017 roku było nieprzeprowadzenie przez Sejm ustawy, która miała wprowadzić opłatę drogową. Wpływy te miały zostać przeznaczone przede wszystkim na drogi samorządowe. Do poprawy ich stanu potrzeba dodatkowych ponad 100 mld złotych. To problem, z jakim będzie trzeba zmierzyć się w kolejnych latach. Został on poruszony w exposé nowego premiera, który zapowiedział, że będzie szukał rozwiązań – podkreślił Furgalski.

Odrodzenie światowego handlu może być krótkotrwałe, ponieważ nasila się protekcjonizm

  • Protekcjonizm handlowy, finansowa „bałkanizacja” (rozdrobnienie) i geopolityka stopniowo dokonują regionalizacji przepływów kapitału, a tym samym zwiększają koszty finansowania handlu
  • Koniec interwencji banków centralnych wkrótce ujawni ten rosnący protekcjonizm finansowy

Wzrost światowej wymiany handlowej w 2017 i 2018 r będzie prawdopodobnie o połowę mniejszy niż przed kryzysem: rosnący protekcjonizm finansowy i handlowy w połączeniu ze wzrostem stóp procentowych oraz niepokojącym kierunkiem rozwoju geopolityki prowadzą do wzrostu kosztów handlu.  Jest to jedno z głównych ustaleń Działu Badań Ekonomicznych Euler Hermes w trzecim wydaniu Globalnej Prognozy dla Handlu – Global Trade Outlook, zatytułowanej „Gra o Handel: Niepokonany, Nieugięty, Niezłamany” (oryg. „Game of Trade: Unbowed, Unbent, Unbroken”). Położono w niej nacisk zwłaszcza na 8 kluczowych obecnie rynków – USA, Meksyk, Chiny, Japonię, Niemcy, Francję, Wielką Brytanię i Włochy.

W latach 2003-2007 wzrost wolumenu światowego handlu wynosił średnio +8%, a wzrost jego wartości wynosił średnio +16%. Euler Hermes spodziewa się wzrostu wolumenu światowej wymiany handlowej w 2017 roku o +4,3% i o +3,9% w 2018 roku. Pod względem wartości przewidujemy jego wzrost o odpowiednio + 7,5% w 2017 r. i + 6,3% w 2018 r.

Protekcjonizm, finansowanie handlu i geopolityka hamują wzrost światowego handlu

Po pierwsze, liczba środków protekcjonistycznych jest wysoka i stale rośnie: oczekujemy wprowadzenia w tym roku łącznie ponad 400 nowych środków o tym charakterze (nieco tylko mniej niż w 2016 r.). Niektóre kraje, takie jak USA, zaczęły szybko zwiększać liczbę barier: do listopada 2017 r. odnotowaliśmy 87 nowych takich regulacji, więcej niż w całym 2016 r. (84) i 2015 r. (86). Działania te były silnie ukierunkowane na dwie gospodarki: Chiny (20%) i Kanadę (18%), co oznacza wzrost odpowiednio z 10% i 12% w 2016 roku. Taka tendencja jest szczególnie ważna w kontekście znaczenia Stanów Zjednoczonych jako końcowego konsumenta towarów: kraj ten odpowiada za 30% światowej konsumpcji prywatnej.

Druga przeszkoda w dalszym rozwoju światowej wymiany handlowej wiąże się z wciąż trudnym dostępem do finansowania wynikającym z utrzymującej się „bałkanizacji” (rozdrobnienia i spolaryzowania) przepływów finansowych. Zaciągnięte na świecie transgraniczne kredyty bankowe zmniejszyły się w II kw. 2017 r. o -0,2% r/r z powodu asymetryczności regulacji. Nietolerancja i wyodrębnienie ryzyka przez duże banki w USA, w połączeniu z asymetrycznymi, niejednolitymi regulacjami finansowymi (wymogi kapitałowe) i kontrolami kapitału (na rynkach wschodzących) składają się na wyjaśnienie podstaw naszej prognozy rozczarowującego wzrostu wolumenu wymiany handlowej. Euler Hermes znalazł lukę w finansowaniu handlu w wysokości około 1,5 bln. USD w tym roku, zgodnie także z ostatnimi szacunkami Azjatyckiego Banku Rozwoju ( ADB – Asian Development Bank), a nastawiona na stymulowanie rozwoju polityka w rozwiniętych gospodarkach (i w efekcie tzw. wojny podatkowe) może również dodatkowo ściągnąć kapitał z rynków wschodzących.

Po trzecie, kwestie geopolityczne pozostają kluczowym czynnikiem determinującym zmiany w strukturze handlu. Panujące w Europie napięcie w relacjach z Rosją i trudne do osiągnięcia porozumienie w sprawie umowy przejściowej poprzedzającej Brexit stanowią poważne zagrożenie dla perspektyw handlowych. Na Bliskim Wschodzie wspomniane narastające napięcia globalne uzupełniają i tak już trudną sytuację w regionie. Wreszcie, podwyższone ryzyko na półwyspie koreańskim angażuje kluczowych czempionów światowej wymiany handlowej (Chiny, Korea Południowa, Japonia i Stany Zjednoczone).

Protekcjonizm finansowy jest największym zagrożeniem dla handlu światowego„, stwierdza Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. Ostrzega on dalej : „Zdyscyplinowane wsparcie ze strony rządów dla inwestycji długoterminowych i dla rewolucji cyfrowej, a także duża ilość widocznych w bilansach firm środków pieniężnych może nie wystarczyć, aby zrównoważyć ten niepokojący trend„.

W tym kontekście oczekiwana normalizacja polityki pieniężnej przez banki centralne może wpłynąć na dostępność twardej waluty, a tym samym podnieść koszty finansowania handlu na całym świecie.

Globalny handel stracił w latach 2014-2016 blisko 3 bln USD. Przewidujemy, że trend ten uległ odwróceniu już w 2017 roku, a w 2018 r. powinniśmy odzyskać utracone wspomniane 3 bln USD, ale tylko pod warunkiem, gdy narastający protekcjonizm spotka się z odpowiednio zdecydowaną reakcją„- wyjaśnia Mahamoud Islam, starszy ekonomista w Euler Hermes i główny autor raportu.

Uważasz, że sklep Cię oszukał? Zanim ten fakt skomentujesz, dobrze się zastanów

W gorączce przedświątecznych zakupów bywa tak, że zamówiony prezent nie dociera na czas, mimo zapewnień sprzedawcy. Klient może też być poważnie niezadowolony z jakości nabytej rzeczy, np. gdy zamiast oryginału otrzyma podróbkę. W takich sytuacjach częstą praktyką konsumentów jest zamieszczanie komentarzy w Internecie. Niektórzy wyrażają swoje opinie na stronach sklepów, inni używają do tego mediów społecznościowych. Dla przykładu, w emocjach ogłaszają, żeby nie ufać konkretnej osobie, marce czy też placówce handlowej, a nawet nazywają kogoś naciągaczem lub złodziejem. Adwokat Katarzyna Topczewska ostrzega, że autorzy tego typu wpisów narażają się na odpowiedzialność cywilną z tytułu naruszenia dóbr osobistych opisywanych osób lub firm. Grozi im jednocześnie proces karny za zniesławienie. Nie znaczy to oczywiście, że nie można wystawić krytycznej opinii na temat usług sprzedawcy. Ale trzeba to zrobić w sposób bardzo wyważony. Dopóki wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, nie wolno nikogo oskarżać o popełnienie przestępstwa, np. kradzieży czy oszustwa.

Przestępstwo zniesławienia za pomocą środków masowego komunikowania definiuje art. 212 § 2 k.k. Jest to pomówienie o takie postępowanie lub właściwości, które mogą kogoś publicznie poniżyć, narazić na utratę zaufania niezbędnego do wykonywania zawodu lub prowadzenia określonej działalności. Tyle w tej kwestii mówi kodeks. Pokrzywdzonym może być zarówno pojedynczy człowiek, jak również grupa ludzi, instytucja, osoba prawna czy jednostka organizacyjna niemająca osobowości prawnej.

– Ofiara może wejść na drogę postępowania karnego, wnosząc prywatny akt oskarżenia do sądu. Jeśli oskarżonemu zostanie udowodnione przestępstwo zniesławienia, grozi mu grzywna, ograniczenie lub pozbawienie wolności do roku. Sędzia ma prawo orzec również nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego albo na wskazany cel społeczny, o czym mówi art. 212 § 3 k.k. Jej maksymalna wysokość wynosi obecnie do 100 tys. zł. W praktyce wymiar kary zależy od różnych czynników. Nie jest to tylko kwestia większej lub mniejszej obraźliwości komentarza internetowego. Sędzia bierze pod uwagę m.in. to, czy oskarżony był już karany i jak zachowywał się po popełnieniu czynu – wyjaśnia adwokat Katarzyna Topczewska.

Jak dodaje ekspert, największe znaczenie dla sądu może mieć rozmiar wyrządzonej szkody. Załóżmy, że w wyniku kilku wyjątkowo złośliwych komentarzy, opublikowanych przez ważną dla butiku klientkę, pomówiona sprzedawczyni traci pracę. Sprawa dzieje się w małym miasteczku, gdzie takie wiadomości szybko się rozchodzą. Jeżeli żaden sklep nie będzie chciał zatrudnić zniesławionej osoby, to skutki czynu będą naprawdę poważne. Zdaniem mec. Topczewskiej, w takiej sytuacji kara powinna być surowa. Natomiast złagodzić ją może skrucha oskarżonej, pojednanie się z pokrzywdzoną czy też dobrowolna zapłata na jej rzecz określonej kwoty tytułem naprawienia szkody lub zadośćuczynienia.

– Człowiek dotknięty nierzetelnymi komentarzami w Internecie ma możliwość dochodzenia ochrony swoich praw również w postępowaniu cywilnym. Wówczas musi złożyć do sądu pozew o ochronę dóbr osobistych oraz o usunięcie skutków tych naruszeń. Może w nim zażądać zaprzestania publikowania negatywnych komentarzy oraz opublikowania przeprosin. Ma także prawo oczekiwać zapłaty zadośćuczynienia na swoją rzecz lub na wskazany cel społeczny. Jeżeli wskutek pojawienia się nierzetelnych wpisów w sieci ich ofiara poniosła szkodę majątkową, to może także żądać zapłaty odszkodowania. Jego wysokość jest obliczana na podstawie rozmiaru straty, np. związanej z utratą pracy – stwierdza mec. Topczewska.

Adwokat zapewnia, że wybór drogi postępowania zawsze należy do pokrzywdzonego. A tak de facto nie musi on rezygnować z żadnej z możliwości. Ofiara negatywnego komentarza w Internecie ma prawo zastosować oba rozwiązania, tzn. złożyć do sądu prywatny akt oskarżenia za zniesławienie i jednocześnie pozew o ochronę dóbr osobistych. W praktyce zazwyczaj skutki tego samego czynu, jakim jest nierzetelny post na temat usług sprzedawcy, są ze sobą ściśle związane. Jednak zarówno poszkodowani, jak i winowajcy rzadko mają pełną wiedzę prawną na ten temat. Dlatego tak wiele pomówień o nieuczciwość pojawia się w sieci.

– Trzeba mieć świadomość konsekwencji, na jakie narażamy się, publikując konkretną opinię w Internecie. Przede wszystkim nie wolno nam nikogo nazwać złodziejem, dopóki sąd nie stwierdzi winy sprawcy w prawomocnym wyroku. Musimy ściśle trzymać się faktów i dokładnie opisać całą sytuację, bez obrażania wskazanej osoby lub firmy. Dla przykładu, zrobiliśmy przelew i mamy na to dowód. Ale w ciągu trzech miesięcy nie otrzymaliśmy towaru. Sprzedawca nie odpowiada na nasze wiadomości. Taka krótka informacja wystarczy, aby wyrazić swoją opinię. Mamy prawo także napisać, że jesteśmy niezadowoleni i negatywnie oceniamy podejście danej firmy do klienta – stwierdza mecenas Katarzyna Topczewska.

Zdarzają się też sytuacje, że dotknięty wpisem przedsiębiorca wysyła pismo do kupującego z żądaniem zadośćuczynienia. Jak zapewnia adwokat, nie mamy obowiązku prawnego odpowiadać sprzedawcy, gdy wzywa nas do usunięcia wpisu internetowego, zapłaty jakiejś kwoty tytułem zadośćuczynienia lub opublikowania przeprosin. Jednak zawsze warto przedstawić drugiej stronie swoje argumenty. Nasza odpowiedź może być później użyta jako dowód w sądzie.

– Jeżeli uważamy, że nasz komentarz jest obiektywny, to w odpowiedzi sprzedawcy warto wskazać, że nie mamy podstaw do jego usunięcia, bo opieramy się na faktach lub nasza ocena nie przekracza granic dozwolonej krytyki. Jeśli jednak wiemy już, że przesadziliśmy, to wtedy należy usunąć wpis i podjąć postępowanie polubowne w celu wypracowania takiego rozwiązania, które nie doprowadziłoby do wejścia na drogę sądową. Najprostszym rozwiązaniem może być usunięcie negatywnego komentarza i opublikowanie przeprosin. Jeżeli mimo tego pokrzywdzony nie będzie skory do pojednania, to wówczas wystąpi do sądu. Wciąż będzie miał takie prawo – podsumowuje Katarzyna Topczewska.

Blisko 98% akcjonariuszy Emperia Holding poparło zmianę statutu Spółki

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Emperia Holding zdecydowaną większością przegłosowało uchwałę dotyczącą zmiany statutu spółki. Przyjęcie uchwały poparli akcjonariusze reprezentujący aż 97,7% głosów uczestniczących w walnym zgromadzeniu. Spełniony został w ten sposób jeden z warunków wezwania do sprzedaży 100% akcji Emperii Holding ogłoszonego przez MAXIMA GRUPĖ, na podstawie zawartej umowy inwestycyjnej.

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Emperia Holding w dniu 20 grudnia 2017 r. przyjęło uchwałę dotyczącą zmiany statutu spółki. Za przyjęciem uchwały zagłosowało 97,7% akcjonariuszy uczestniczących w walnym zgromadzeniu, czyli jego znacząca większość. Na NWZA reprezentowane było blisko 74% kapitału zakładowego Spółki.

Przyjęcie uchwały przez akcjonariuszy jest spełnieniem jednego z warunków wezwania ogłoszonego przez MAXIMA GRUPĖ, UAB, które zostały określone w umowie inwestycyjnej zawartej 23 listopada br.

Na podstawie umowy inwestycyjnej litewski inwestor ogłosił wezwanie do sprzedaży akcji Emperii po cenie 100 zł za akcję. Wezwanie obejmuje 12.342.027 akcji Emperia Holding stanowiących 100% kapitału zakładowego spółki. Cena oferowana w wezwaniu stanowi odpowiednio, 9,4% i 14,4% premii powyżej średniej ceny rynkowej z okresu odpowiednio 3 i 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania. Przyjmowanie zapisów rozpoczęło się 14 grudnia br. i będą one prowadzone do 21 lutego 2018 r. Przewidywany dzień transakcji na GPW to 26 lutego 2018 r., a rozliczenie transakcji przed KDPW powinno nastąpić 27 lutego 2018 r.

Pozostałe warunki ogłoszonego wezwania obejmują, m.in. uzyskanie zgody na koncentrację ze strony UOKiK oraz osiągnięcie progu minimalnej liczby akcji objętych zapisami w wezwaniu uprawniających do 66% ogólnej liczby głosów w Spółce.

Ogniwa fotowoltaiczne z polskim grafenem wyprodukują do 50 proc. więcej energii elektrycznej. Na rynku pojawią się w przyszłym roku

Ogniwa fotowoltaiczne z polskim grafenem wyprodukują do 50 proc. więcej energii elektrycznej. Na rynku pojawią się w przyszłym roku 3

Polska firma FreeVolt prowadzi prace nad ulepszonym ogniwem fotowoltaicznym. Warstwę srebra stosowaną w klasycznych rozwiązaniach zastąpiła grafenem wytwarzanym opatentowaną przez Polaków metodą. To przekłada się na duży wzrost wydajności urządzenia. Produkt ma zostać skomercjalizowany w drugiej połowie 2018 roku. Nowe ogniwa mają kosztować tyle, ile obecne, a ich wydajność przy zachmurzonym niebie ma być wyższa nawet o 50 proc.

– Ogniwa grafenowe działają przede wszystkim kilkanaście razy bardziej wydajnie z uwagi na to, że są bardzo wrażliwe na światło, które jest światłem rozproszonym, czyli tak jak w Polsce: nie mamy pełnego słońca, a słońce zachmurzone. Wtedy fotowoltaika oparta na elektrodach srebrzanych ma około 20 proc. wydajności, a z elektrodami grafenowymi dostarcza od 30 do 50 proc. więcej konwersji światła na prąd elektryczny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Nowiński, współzałożyciel firmy FreeVolt.

W swoim rozwiązaniu twórcy korzystają z opatentowanej przez Polaków technologii wytwarzania grafenu, dzięki czemu nie będą mieli konkurencji zagranicznej przede wszystkim z Chin. Grafen jest jedną z odmian węgla. Składa się z ciasno upakowanych atomów tego pierwiastka, tworzących strukturę przypominającą plaster miodu. Ten materiał jest sto razy wytrzymalszy od stali.

Wersja testowa nowych ogniw ma być dostępna jeszcze w pierwszej połowie przyszłego roku. Wtedy zostaną przeprowadzone badania. Komercjalizacja produktu będzie miała miejsce w drugiej połowie 2018 roku. Twórcy chcą, aby nowe rozwiązanie nie odbiegało cenowo od urządzeń aktualnie dostępnych na rynku.

– Grafen nie jest droższy od srebra. Oczywiście jest to nowa technologia, dlatego komercjalizacja być może spowoduje delikatny wzrost ceny, być może o 5–7 proc. Natomiast przy wzroście wydajności od 30 do 50 proc., to relatywnie cena będzie o te 30 proc. niższa, bo będziemy mieli więcej energii za podobnie zainwestowane środki – podkreśla ekspert.

Jak czytamy w raporcie Markets and Markets, w 2020 roku rynek fotowoltaiki na świecie osiągnie wartość ponad 345 mld dol., notując w najbliższych latach średnioroczny wzrost o 18,3 proc. GTM Research prognozuje, że w 2017 roku instalacje solarne osiągną globalnie moc 85 GW. To dwa razy więcej niż w 2014 roku.

Z danych zawartych w ostatnim raporcie Instytutu Energii Odnawialnej wynika, że na koniec ubiegłego roku łączna moc systemów fotowoltaicznych w Polsce wyniosła ok. 199 MW. Głównymi wytwórcami energii w ten sposób są osoby fizyczne. U 90 proc. z nich zainstalowane są mikroinstalacje wytwarzające do 10 kW.

– Założenie modułów fotowoltaicznych w Polsce ma sens dzisiaj, miało sens w 2012 roku i pewnie też w 2008 roku, z prostej przyczyny – dzisiaj koszt elektryczności od operatora wynosi od 40 do 60 groszy za kWh. Natomiast własne moduły oparte nawet na starej technologii generowały koszt w wysokości 26 groszy. Zakupienie własnej elektrowni spowodowało, że wydawaliśmy o połowę mniej – podsumowuje Łukasz Nowiński.

Polska firma wykonała aplikację dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Pomoże w zachowaniu zdrowia i poprawi długość życia o około 15–20 lat

Polska firma wykonała aplikację dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Pomoże w zachowaniu zdrowia i poprawi długość życia o około 15–20 lat 4

Postępująca miniaturyzacja elektroniki napędza wiele różnych rynków, w tym konsumencki rynek ubieralnych urządzeń do monitorowania funkcji organizmu. Tanie, osobiste czujniki zmierzą temperaturę ciała, ciśnienie krwi czy tętno. Pomogą zarówno osobom chorym, jak i zdrowym monitorować pracę organizmu. Czujniki są często bogato oprogramowane i współpracują z aplikacjami, które zbierają i analizują dane. Jedną z takich aplikacji stworzyli Polacy na zlecenie szwedzkiego Ministerstwa Zdrowia.

– MovereX to aplikacja mobilna, która jest spięta z opaską odczytującą tętno użytkownika. Powstała dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Istnieje tam coś takiego jak FaR, czyli recepta na aktywność fizyczną, razem z taką receptą pacjent dostaje aplikację MovereX i opaskę, która mierzy tętno. Dzięki temu lekarz jest w stanie obserwować aktywność fizyczną pacjenta, sprawdzać, czy wypełnia on założony plan aktywności fizycznej, sprawdzać jego postępy i jak sobie radzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Walędziak, lider zespołu aplikacji mobilnych firmy Cybercom.

Aplikacje i urządzenia tego typu stanowią dodatkową motywację. Pozwalają bowiem śledzić codzienną aktywność, porównywać swoje osiągnięcia z danego dnia, tygodnia czy miesiąca z aktywnością z przeszłości. Często umożliwiają też porównywanie swoich osiągnięć z innymi osobami. Łatwy i atrakcyjny graficznie sposób prezentacji danych powoduje, że nie musimy być ekspertami w obsłudze oprogramowania czy mieć wiedzę na temat fizjologii człowieka, by móc wyciągnąć wiele interesujących wniosków. Zwykle jednak tego typu aplikacje trzeba na początku pracy skonfigurować, podając podstawowe informacje na swój temat.

– Użytkownik, czyli pacjent, wprowadza wszelkie informacje na temat swojego wieku, wagi, aktywności fizycznej. Na tej podstawie wyliczane są poziomy aktywności fizycznej. Ustalone jest tętno – jeśli aktywność fizyczna w granicach tego tętna jest utrzymywana nieprzerwanie, uznawane jest to za tzw. aktywne minuty, 10 aktywnych minut dziennie może poprawić długość życia o około 15–20 lat – przekonuje Michał Walędziak

Urządzenia monitorujące zdrowie nie tylko poprawiają komfort życia i ułatwiają leczenie, lecz także mogą znacząco obniżyć koszty opieki zdrowotnej. Obecnie w Polsce na cukrzycę choruje około 3,5 mln osób, z czego około 1,2 mln nie jest zdiagnozowanych. Roczne koszty leczenia samej tylko cukrzycy sięgają 4 mld zł. Jednak najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce są choroby krążenia, na które każdego roku umiera około 170 tys. osób, a z powodów samej tylko absencji w pracy ZUS wypłacił 4,5 mld zł.

– Aplikacja monitoruje i przypomina, ale za większą motywację do uprawiania sportu odpowiedzialny jest lekarz, który kontroluje wyniki pacjenta i konsultuje z pacjentem poprzez funkcję chatu w aplikacji. To jest też ważne dla cukrzyków, dla osób z problemami krążenia, osób z chorobami serca. Właśnie poprzez aktywne minuty, poprzez codzienną aktywność fizyczną – twierdzi ekspert.

Aplikacja powstała na zamówienie szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Jest ona obecnie testowana, ale producent deklaruje, że jeśli będzie zainteresowanie ze strony polskiego ministerstwa, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wdrożyć ją i w naszym kraju.

Według raportu „Sensor Market in Consumer Healthcare – Analysis & Forecast 2013 – 2020” rynek ten w latach 2014–2020 będzie rósł w tempie 5,6 proc., by osiągnąć wartość 47,4 mld dol.

Rodzinnej awantury przy świątecznym stole można uniknąć. Wystarczy kilka zasady skutecznej komunikacji

Rodzinnej awantury przy świątecznym stole można uniknąć. Wystarczy kilka zasady skutecznej komunikacji 5

Boże Narodzenie to święta spędzane zwykle w gronie najbliższych i rodziny. Przy tej okazji może się zdarzyć, że na jaw wyjdą napięcia, konflikty czy chowane przez lata urazy. Eksperci radzą, że dobrze jest stosować kilka zasad skutecznej komunikacji międzyludzkiej, aby tego uniknąć: nie poruszać tematów politycznych, wyłączyć telefony i telewizję, a przede wszystkim uważnie słuchać innych. – To jest czas bliskości, cieszenia się sobą, naprawiania relacji, słuchania i rozmawiania o uczuciach – podkreśla ekspert komunikacji społecznej Wyższej Szkoły Bankowej.

– Przy świątecznym stole wszystko zależy od wzajemnych relacji. Albo nie mamy ze sobą o czym rozmawiać, jest cisza i strach przed odezwaniem się, bo każda rozmowa może się skończyć kłótnią, albo wręcz przeciwnie, celebrujemy święta, cieszymy się swoją obecnością, rozmawiamy na tematy ważne. Wszystko zależy od tego, jak układała się dotychczasowa komunikacja i relacje. Jeżeli są dobre, jest też prawdziwa, autentyczna rozmowa. Jeśli coś poszło nie tak, trzeba spróbować to naprawić, a pierwszym krokiem jest dobra komunikacja właśnie przy świątecznym stole – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Kosowska-Korniak, ekspert do spraw komunikacji społecznej, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Nierzadko w czasie świątecznych dni zamiast pozytywnych, świątecznych emocji pojawiają się chowane przez lata urazy, kłótnie i problemy z wzajemną komunikacją pomiędzy członkami rodziny.

– Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że wszystko zależy od nas samych. Nie jesteśmy w stanie zmienić drugiej osoby, nie możemy wpłynąć na jej słowa, zachowania i postawy, ale za to można zmienić siebie w relacji z tą osobą. Komunikować się w taki sposób, żeby jakość rozmowy się poprawiła –podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Ekspertka podkreśla, że przy świątecznym stole przede wszystkim należy unikać polityki. To uniwersalny temat, na który każdy ma zazwyczaj coś do powiedzenia, ale z drugiej strony to też punkt zapalny i szybko może się stać zarzewiem konfliktu.

– Dużo trudniej jest rozmawiać o tym, co w życiu najważniejsze, czyli o wartościach, rodzinie i swoich uczuciach, o tym, co jest dla nas ważne, jak się czujemy i na czym naprawdę nam zależy. Gdybyśmy komunikowali się w taki sposób, wtedy druga strona dużo lepiej by nas rozumiała. Jeżeli rozmowa przy świątecznym stole pójdzie w tym kierunku, będzie bezpieczna, spokojna, niepowtarzalna, a może będzie okazją do tego, żeby powiedzieć sobie coś bardzo ważnego, na co wcześniej nigdy nie było czasu – zauważa Ewa Kosowska-Korniak.

Kolejna rzecz, której trzeba bezwzględnie unikać, to komunikacja w drugiej osobie. Hasła „Ty zawsze robisz coś nie tak”, „Ty nigdy nie dotrzymujesz słowa” i podobne przekazy w tym stylu prawie na pewno zostaną odebrane jako personalny atak, który skończy się kłótnią.

– Mówmy o sobie, używajmy komunikatu „ja”. Zdanie „czuję się źle, kiedy nie dotrzymujesz danego mi słowa” brzmi zupełnie inaczej, to nie jest już atak na drugą osobę. Najczęstsze punkty zapalne w każdej rodzinie to hasła w rodzaju: „jesteś taki sam jak twój ojciec” albo „zachowujesz się tak jak twoja matka” – takich zdań nigdy w komunikacji rodzinnej nie używajmy – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Nierzadko zdarza się, że używamy komunikatów nacechowanych negatywnie, podszytych dozą krytyki czy złośliwości. Dlatego zanim otworzymy usta, warto dwa razy się zastanowić, jaką intencję ma wypowiedź i jak może zostać odebrana przez drugą stronę.

– Może się nam wydawać, że na przykład jesteśmy dowcipni, elokwentni i inteligencja przebija z naszych słów, podczas gdy jest to złośliwość podszyta zamiarem dokuczenia drugiej osobie i sprawia jej przykrość. Bądźmy świadomi tego, co chcemy przekazać i jaka intencja się za tym kryje – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Nawet lekko przypalona potrawa, spóźnienie czy jedna niefortunna uwaga mogą się stać w święta zarzewiem konfliktu, dlatego bezwzględnie trzeba unikać krytykowania i oceny zachowania innych osób, drobnych złośliwości i nerwowej atmosfery.

– Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy nie plotkujemy, nie bawimy się telefonami komórkowymi, wyłączamy inne przeszkadzacze typu telewizor, bo to są zagłuszacze naszej wzajemnej komunikacji. Jesteśmy całym sobą z drugą osobą, rozmawiamy o uczuciach, o tym, co ważne, cieszymy się swoją obecnością i bliskością – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Ekspertka podkreśla, że chęć mówienia tylko i wyłącznie o sobie jest jedną z głównych barier skutecznej komunikacji. Równie ważne jest, aby okazać swoje zainteresowanie i uwagę rozmówcy.

– Jeżeli ktoś potrafi dobrze słuchać, jest dobry w komunikacji rodzinnej i potrafi rozwiązywać pojawiające się problemy. Nauczmy się słuchać, ponieważ komunikacja musi być dwustronna – jedna osoba mówi, a druga słucha. Utrzymujemy kontakt wzrokowy, pochylamy się w stronę rozmówcy, słuchamy całym sobą, dopytujemy i podążamy za tokiem wypowiedzi – wtedy ta osoba ma pełną świadomość, że jest słuchana i czuje się ważna. Najgorsze, co można zrobić, to układać sobie już w głowie swoją własną odpowiedź czy historię i tylko czekać na chwilę przerwy, żeby wejść ze swoim wątkiem i przerzucić rozmowę na siebie. To jest bariera komunikacyjna – mówi ekspert do spraw komunikacji społecznej z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Branża transportowa obawia się nowych unijnych regulacji. Przewoźnicy liczą na zdecydowane działania polskiego rządu

Branża transportowa obawia się nowych unijnych regulacji. Przewoźnicy liczą na zdecydowane działania polskiego rządu 6

Pakiet Mobilności, zaproponowany w maju przez Komisję Europejską, będzie oznaczać rewolucyjne zmiany dla polskich przewoźników i całej branży transportowej. Ta obawia się wzrostu kosztów i spadku konkurencyjności wobec zachodnich firm w efekcie nowych regulacji. Polska jest obecnie jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych. Krajowi przewoźnicy podkreślają, że obrona ich interesów na unijnym rynku wymaga zdecydowanych działań rządu.

Sytuacja na rynku transportowym jest doskonała, zapotrzebowanie na usługi rośnie, wzrastają stawki frachtowe, polskie firmy rosną i zdobywają lukratywne rynki Europy Zachodniej. Z drugiej strony wraz z forsowaniem przez UE ustaw socjalnych, które spowodują zwiększenie kosztów transportu pojawiła się ogromna obawa o przyszłość. Są na rynku naprawdę duże firmy, którym zajrzało w oczy widmo upadku, ich przyszłość będzie zależała od ostatecznego brzmienia pakietów socjalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Loos, redaktor naczelny magazynu „Transport Manager”.

Komisja Europejska w maju br. zaprezentowała tzw. pakiet mobilności, czyli propozycje zmian w przepisach dotyczących transportu drogowego w UE. Unijna inicjatywa będzie oznaczać rewolucyjne zmiany, szczególnie dla przewoźników międzynarodowych. Zakłada m.in., że kierowcy będą traktowani jak pracownicy delegowani, powinni mieć zapewnioną płacę minimalną zgodną z przepisami kraju, w którym w danym momencie pracują. To znaczy, że za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie, jak lokalny pracownik na podobnym stanowisku.

Polski, estoński czy słowacki kierowca wożący ciężarówką towary na zachód Europy, gdzie płace są zupełnie inne, będzie musiał otrzymywać taką samą płacę, jaką ma kierowca francuski przebywający we Francji czy niemiecki przebywający w Niemczech. W zależności od tego, ile czasu przebywa podczas podróży na terytorium Niemiec, Belgii, Francji czy Hiszpanii, będzie mu naliczana tamtejsza płaca – wyjaśnia Marek Loos.

Branża obawia się wzrostu kosztów działalności. Doprowadziłoby to do osłabienia na unijnym rynku pozycji polskich firm, które w efekcie przestaną być konkurencyjne wobec zachodnich. Dla przewoźników z Polski zmiany będą także wiązały się z nowymi obowiązkami administracyjnymi. Te dwa czynniki mogą spowodować, że dla międzynarodowych transport stanie się dla nich nieopłacalny.

– Koszty transportu zdecydowanie wzrosną, ponieważ koszt kierowcy jest jednym z najwyższych w działalności transportowej, szczególnie w transporcie międzynarodowym. Na dodatek jest to gigantyczna praca administracyjna dla właścicieli firm i działów finansowych, polegająca na naliczaniu innych płac za każdy odcinek trasy. Nie będą to stawki minimalne, ale płace średnie kierowców, wynikające z umów zbiorowych na poszczególnych obszarach Europy. Co więcej, będą obciążone tamtejszymi obciążeniami socjalnymi, emerytalnymi i zdrowotnymi – wyjaśnia Marek Loos.

Według Komisji Europejskiej tzw. pakiet mobilności ma uregulować wewnętrzny rynek, przepisy socjalne oraz opłaty za korzystanie z infrastruktury drogowej. Chodzi m.in. o wprowadzenie wspólnych rozwiązań na terenie państw Wspólnoty. Podobne przepisy dotyczące płac, które miały na celu ochronę wewnętrznego rynku, wprowadziły już wcześniej Niemcy czy Francja.

– Oficjalnie przyczyną jest chęć zabezpieczenia interesów pracowniczych kierowców, aby zarabiali tyle samo, ile ich koledzy na Zachodzie. Analizując to dokładniej, były to decyzje polityczne. Chodzi po prostu o obronę własnych rynków transportowych, ponieważ Polska jest potęgą – opanowała 33 proc. drogowych przewozów towarowych w Europie. Wystarczy się przejechać autostradą w kierunku Berlina czy Amsterdamu – jeżdżą tam prawie wyłącznie polskie ciężarówki. Przewoźnicy z Zachodu boją się nas, bo zabieramy im rynek – mówi Marek Loos.

Polska jest jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych, a rodzime firmy mają w nim już prawie jedną trzecią udziałów. Krajowa flota liczy ponad 200 tys. pojazdów, a cały sektor zatrudnia prawie milion pracowników. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrósł z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku).

Tamtejsi zleceniodawcy wolą wybrać polską firmę transportową. Bynajmniej nie dlatego, że jest najtańsza. Jesteśmy najbardziej elastyczni i otwarci na niewygody. Polski kierowca pojedzie w trasę na tydzień lub dwa, natomiast kierowca z Francji tego nie zrobi, ponieważ woli być z rodziną albo prostu mu się nie chce. Częste rozłąki z rodziną to także powód, dla którego ten zawód jest bardzo niepopularny, niezależnie od relatywnie dobrych zarobków – mówi Marek Loos.

Redaktor naczelny branżowego magazynu „Transport Manager” ocenia, że obrona interesów polskich przewoźników na unijnym rynku wymaga zaangażowania rządu. Pod koniec lipca tzw. pakiet mobilności, zaproponowany przez Komisję Europejską, negatywnie zaopiniował Senat. Według wyższej izby parlamentu jest on niezgodny z unijną zasadą pomocniczości. Resort infrastruktury i budownictwa zapewnia, że aktywnie zajmuje się sprawą na forum międzynarodowym.

– Tylko na szczeblu politycznym – jako państwo polskie – możemy rozwiązać sprawę. Kraje zachodnie bronią swoich rynków, stosując protekcjonistyczne metody pod płaszczykiem obrony interesów praw socjalnych kierowców. Nie ma innego rozwiązania tego problemu i zlikwidowania niebezpieczeństwa jak na drodze politycznej. Rząd angażuje w sprawę storpedowania tych działań, które mogą doprowadzić do opłakanych skutków – mówi Marek Loos.

Sceptyczne stanowisko wobec propozycji Komisji Europejskiej ma wiele państw członkowskich, nie tylko państw z Europy Środkowo-Wschodniej. Największe wątpliwości dotyczą właśnie objęcia wszystkich operacji międzynarodowego transportu drogowego przepisami o delegowaniu pracowników.

– Stowarzyszenia przewoźników z dwudziestu krajów podpisały wspólną deklarację, która ma polegać na wspólnym sprzymierzeniu się przeciwko wprowadzeniu pakietu mobilności. Wszystko w UE opiera się na negocjacjach, wszystko jest polityką – mówi Marek Loos.

Redaktor naczelny magazynu „Transport Manager” zauważa również, że coraz więcej firm transportowych z Polski zakłada swoje oddziały lub spółki na zachodzie Europy, dzięki czemu funkcjonują w tamtejszym systemie prawnym, finansowym i socjalnym. Tam też odprowadzają podatki, ale do Polski trafia wartość dodana od wykonanej pracy, ponieważ polskie firmy tutaj kupują samochody, inwestują czy serwisują flotę.

– Regulacje socjalne w UE mogą mieć – w opinii przewoźników drogowych – bardzo zły wpływ na funkcjonowanie polskiego transportu, ale są i pewne pozytywne strony, których się dopatrują. Z moich informacji wynika, że pakiet mobilności otwiera większe, nieograniczone możliwości świadczenia kabotażu, czyli transportu wewnątrz poszczególnych krajów UE, co dotychczas było ściśle limitowane. W tej chwili jedna ciężarówka może wykonać trzy przewozy transportu kabotażowego w ciągu tygodnia, potem musi wrócić do Polski. Ten wymóg ma zniknąć, co stwarza możliwość obrócenia Pakietu Mobilności na naszą korzyść – zauważa redaktor naczelny magazynu „Transport Manager”.

Debata: Ból nowotworowy – czy jest skutecznie leczony w Polsce?

Debata : Ból nowotworowy – czy jest skutecznie leczony w Polsce? odbyła się 1 grudnia 2017 r.

Na pytania redaktor Agnieszki Rosłoniak odpowiadali: dr n. med. Jadwiga Pyszkowska (SP Centralny Szpital Kliniczny, Poradnia Medycyny Paliatywnej, Polskie Towarzystwo Medycyny Paliatywnej), Marzanna Bieńkowska (dyrektor Wydziału Interwencyjno-Poradniczego, Biuro Rzecznika Praw Pacjenta), Szymon Chrostowski (założyciel i lider Koalicji Walki z Bólem „Wygrajmy z Bólem”) i Beata Ambroziewicz (wiceprezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych)

Celem spotkania było przedstawienie sytuacji w zakresie leczenia bólu nowotworowego w Polsce, omówienie zmian jakie następują w prawodawstwie, świadomości społecznej, barier i trudności, ale również rekomendacji i dobrych praktyk stosowanych w naszym kraju.

Prawo do ulgi w bólu jest zaliczane do podstawowych praw człowieka. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Ocenia się, że w naszym kraju żyje około 200 000 osób wymagających leczenia z powodu bólów nowotworowych, które mogą pojawić się na każdym etapie choroby.

Nieleczony ból może skutkować stratami zarówno dla samych pacjentów jak i całego społeczeństwa w postaci: obniżenia skuteczności leczenia podstawowego choroby, depresji, niezdolności do pracy, zaangażowania opiekunów oraz ogromnego cierpienia chorych z powodu nieleczonego lub nieprawidłowo leczonego bólu. Aktualny stan wiedzy medycznej oraz dostęp do refundowanych terapii w Polsce pozwala w znaczącym stopniu złagodzić lub zupełnie zniwelować ból pacjentów. W związku z tym, zapewnienie chorym warunków do życia bez bólu, powinno być priorytetem zdrowia publicznego. Obowiązek ten ma uzasadnienie zarówno prawne jak i moralne.

 – Bardzo wielu pacjentów nie znajduje tak potrzebnej ulgi w bólu, pomocy od swoich lekarzy prowadzących, a niewielka ilość poradni leczenia bólu nie pozwala na zabezpieczenie potrzeb w tym zakresie. Cały czas pokutują utarte mity i tabu dotyczące uzależnienia od silnych leków przeciwbólowych, powielane zarówno przez pacjentów i lekarzy. Tym bardziej ważne jest, abyśmy wszyscy głośno mówili, że rak nie musi boleć, że żadna choroba nie musi boleć, a każdy pacjent ma prawo do leczenia bólu u każdego świadczeniodawcy, niezależnie czy jest to POZ, poradnia specjalistyczna czy szpital  podkreśla Beata Ambroziewicz z Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Debata: Usługi finansowe dla rynku AGRO

Debata „Usługi finansowe dla rynku AGRO” odbyła się 1 grudnia 2017 r. Na trudne pytania dotyczące: wypłacalności, poziomu świadomości ubezpieczeń i usług finansowych, znaczenia sukcesji odpowiadali: Anna Kaczyńska-Zielińska, kierownik Zespołu Produktowego z PZU, Karolina Załuska, ekspert ds. wsparcia sprzedaży sektora agro w mBank, Joanna Karpińska-Klukowska, ekspert w Departamencie Klientów Małych i Średnich Przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim oraz Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa, organizator konferencji gospodarczej Welconomy Forum w Toruniu.

Podczas debaty dyskutowano, czy 160 tys. ubezpieczonych rolników to dużo czy mało, na co rolnicy biorą kredyty i dlaczego 90 procent producentów rzepaku ubezpiecza zbiory, a rolnicy uprawiający zboża tego nie robią.

 

Najwięksi światowi producenci korzystają z polskich opakowań. Branża rośnie w tempie 7 proc. rocznie

Najwięksi światowi producenci korzystają z polskich opakowań. Branża rośnie w tempie 7 proc. rocznie 7

Rynek opakowań w Polsce jest wart 33,5 mld zł. Do 2020 roku ma on rosnąć w tempie ok. 7 proc. rocznie, do poziomu 46 mld zł – wynika z raportu Equity Advisors. Nowoczesne parki maszynowe, wykwalifikowana i stosunkowa tania kadra sprawiają, że wielu producentów zagranicznych lokuje swoje fabryki na terenie naszego kraju. Najszybszy wzrost będzie charakteryzował segment opakowań z papieru, który napędzany jest przez branżę kosmetyczną, spożywczą czy farmaceutyczną, a także przez proekologiczne nastawienie klientów.

  Wielu producentów zagranicznych lokuje swoje fabryki na terenie Polski, co związane jest następnie z poszukiwaniem lokalnego dostawcy opakowań. Dodatkowo polskie drukarnie są świetnie przygotowane technologicznie do produkcji nowoczesnych opakowań. Dotacje z UE spowodowały, że mamy bardzo nowoczesny park maszynowy w Polsce, wykwalifikowaną i wciąż tańszą niż na Zachodzie kadrę. Nasze opakowania są bardzo dobrej jakości, a dodatkowo tańsze – to główny motor napędowy rynku opakowań kartonowych w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Baranowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w firmie BSC Drukarnia Opakowań.

Według raportu Equity Advisors „Branża opakowań w Polsce 2010–2016 i prognozy 2017–2020” rynek opakowań w Polsce będzie rósł o blisko 7 proc. rocznie, by w 2020 roku osiągnąć wartość 46 mld zł (o 37 proc. więcej niż w ubiegłym roku). Taka dynamika wzrostu byłaby dwa razy wyższa niż na świecie. Zdaniem specjalistów międzynarodowej firmy doradczej Smithers Pira do 2020 roku wartość światowego sektora opakowań będzie rosnąć o 3,5 proc. rocznie do poziomu 1 bln dol. Rynek opakowań o największej wartości stanowią opakowania kartonowe – z tektury falistej, kartony składane i kartony do płynów (ponad 260 mld dol. w 2015 roku).

– Dziś modna jest kwestia recyklingu opakowań: skąd pochodzi karton, czy ma odpowiednie certyfikaty FSC – kiedyś zdarzało się, że nasi odbiorcy to sprawdzali, dziś to jest codziennością. Podobnie jest z technologią druku opakowań spożywczych – gdy zaczynaliśmy współpracę z jednym z naszych głównych klientów, były wymagania stosowania specjalnych farb, tzw. MGA, do opakowań spożywczych, później zaczęto wymagać, żeby cała linia była przeznaczona tylko dla takich farb – wskazuje Andrzej Baranowski.

Na polskim rynku dominują segmenty opakowań plastikowych i z tworzyw sztucznych. Ich produkcja odpowiada za prawie połowę przychodów rynku (16,5 mld zł). Na kolejnych miejscach jest papier (25 proc.), metal (13 proc.) i szkło (10 proc.).

Popyt na opakowania zależy od wielu czynników, do istotnych eksperci zaliczają bogacenie się społeczeństwa oraz coraz większe wymagania klientów dotyczące designu i ekologii.

– Klienci, zwłaszcza z branży kosmetycznej czy alkoholowej, mają coraz wyższe wymagania. Żeby przyciągnąć wzrok klienta na swoje opakowania, trzeba stosować nowe technologie, a żeby było to jak najtańsze, trzeba kupować maszyny, które są w stanie zrobić to w jednym przelocie – tłumaczy ekspert.

Zgodnie z danymi Polskiej Izby Opakowań (PIO) przeciętny konsument z krajów wysokorozwiniętych zużywa rocznie opakowania o wartości 300–340 euro. W Polsce ta wartość jest o prawie 100 euro niższa. To pokazuje potencjał krajowego rynku.

 Nasza firma mocno stawia na rozwój w segmencie opakowań kartonowych z tektury litej. Jesteśmy zainteresowani przede wszystkim dostawą opakowań wysoko przetworzonych, ponieważ są one wyżej marżowe, wymagają specyficznego podejścia do opakowania, co nie tylko daje wyższą marżę, lecz także wyższą satysfakcję dla nas. Chcemy także dalej się rozwijać w segmencie opakowań dla branży spożywczej, która jest największym odbiorcą. Jednocześnie rozwijamy się w opakowaniach farmaceutycznych – wymienia Baranowski.

Firma BSC Drukarnia Opakowań należy do czołówki wśród dostawców opakowań z tektury i papieru na polskim rynku, a poprzez międzynarodową grupę poligraficzną rlc Packaging Group jest jedną z ważniejszych drukarni na rynku europejskim.

 Trzeci kwartał był dla nas satysfakcjonujący. Cieszymy się, że mimo wzrostu kosztów, zwłaszcza pracowniczych oraz surowcowych na początku roku, marża grupy nie spadła. Spowodowane jest to miksem produktów: wymieniamy niżej marżowe produkty na wyżej marżowe, co powoduje, że marża jest utrzymana. Przychody firmy są co prawda niższe niż w zeszłym roku, ale na początku roku przewidywaliśmy spadek rzędu około 10 proc., dziś widzimy, że jest to bliżej 5 proc. – ocenia wiceprezes BSC Drukarnia Opakowań.

W ciągu trzech kwartałów 2017 roku firma wypracowała 165,9 mln zł przychodów ze sprzedaży oraz 19,2 mln zł zysku netto, przy odpowiednio 172,8 mln zł i 20,8 mln zł w analogicznym okresie 2016 roku.

Jednocześnie spółka zatwierdziła program inwestycyjny na 2018 rok na kwotę niemal 46 mln zł. Jego najważniejszym punktem jest nowy zakład produkcyjno-magazynowy w Poznaniu, który pozwoli na zwiększenie mocy produkcyjnych. Ma być gotowy w IV kwartale 2018 roku, a w 2019 roku ma ruszyć produkcja.

 22 mln zł trafią na nowoczesny park maszynowy, 15 mln zł na budowę zakładu i ok. 8 mln zł to środki produkcji do obecnych zakładów. Głównym wyzwaniem jest odpowiedni wybór parku technologicznego. Widzimy zmiany w zapotrzebowaniu naszych klientów, czyli systematyczne rozdrabnianie zleceń, które są coraz niżej nakładowe. Takie kwestie musimy brać pod uwagę przy wyborze kolejnej maszyny drukującej – mówi Andrzej Baranowski.

Tylko 9 proc. kierowców regularnie bada swój wzrok. Co czwarty badany kierowca przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek

Tylko 9 proc. kierowców regularnie bada swój wzrok. Co czwarty badany kierowca przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek 8Ponad 66 proc. kierowców po 40 roku życia nie wie, że ma wadę wzroku lub nosi okulary o nieodpowiedniej korekcji – wynika z badań przeprowadzonych przez GfK Polonia na zlecenie Vision Express. Takie osoby stanowią realne zagrożenie nie tylko dla siebie, lecz także dla innych uczestników ruchu drogowego. Statystki pokazują, że co czwarty badany przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek lub stłuczkę. Zgodnie z rekomendacją ekspertów badania okulistyczne należy przeprowadzać raz w roku.

Okres jesienno-zimowy to czas, w którym pogoda nie sprzyja prowadzeniu samochodu. Poruszanie się po drogach wymaga wtedy zwiększonej czujności od kierowców. W czasie każdego przejechanego kilometra każdy z nich podejmuje statystycznie od 8 do 12 decyzji, mając na każdą mniej niż pół sekundy. Podstawą do oceny sytuacji na drodze jest wzrok. Szacuje się, że kierujący pojazdami odbierają dzięki niemu 90 proc. informacji z otoczenia. Z badań wynika, że 40 proc. kierowców nie wie, czy ich widzenie jest prawidłowe.

– Wielu kierowców powyżej 40. roku życia już deklaruje problemy ze wzrokiem. A jest to przecież bardzo istotny element w kontekście bezpiecznego funkcjonowania w ruchu drogowym. To podstawa koordynacji wzrokowo-ruchowej. Deficyty związane z widzeniem istotnie wpływają na bezpieczeństwo, a kierowca niezauważający jakiejś przeszkody może stanowić zagrożenie nie tylko dla siebie, lecz także dla innych uczestników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Odachowska, psycholog transportu z Instytut Transportu Samochodowego, który objął patronatem badanie GfK Polonia dla Vision Express.

Ponad połowa Polaków w wieku 40+ przyznaje, że prowadzenie auta jest dla nich teraz mniej komfortowe niż jeszcze kilka lat temu. Po długiej podróży kierowcy często narzekają na ból oczu. Zjawisko dodatkowo może nasilać się u osób, które mają źle dobraną korekcję wzroku bądź mimo wskazań nie mają jej wcale. Za słabe lub za mocne szkła w okularach stanowią dla oczu ogromną przeszkodę, bo utrudniają zapewnienie ostrości widzenia. Pogarsza się więc komfort widzenia, a to negatywnie wpływa na bezpieczeństwo.

– W badaniu wzroku jest też badane widzenie kontrastu, bo okazuje się, że wada widzeniu kontrastu uniemożliwia wyodrębnienie jakiegoś obiektu ze środowiska, które jest ubogie w kontrast, np. w czasie deszczu, mgły albo ograniczonego oświetlenia kierowca ma kłopot z zauważeniem znaku drogowego – mówi Ewa Odachowska.

Słaby wzrok w przeciwieństwie do niektórych chorób i innych dysfunkcji nie dyskwalifikuje przyszłych kierowców. Zgodnie z obowiązującym prawem to kierujący pojazdem odpowiada za swój stan zdrowia – dana osoba może kierować pojazdem, jeżeli jest sprawna pod względem fizycznym i psychicznym. Poza tym zapisem ustawa nie nakłada jednak na osoby prowadzące samochód obowiązku cyklicznego poddawania się badaniom lekarskim mającym na celu sprawdzenie wzroku, co ma miejsce w przypadku niektórych państw europejskich.

– Polskie prawo przewiduje obowiązek badania wzroku u kandydatów na kierowców, natomiast potem kierowca flotowy przechodzi badania związane z medycyną pracy i wtedy lekarz kieruje go na badania. Wśród nich są też badania okulistyczne. Natomiast kierowcy amatorzy sami powinni dbać o wzrok – mówi Ewa Odachowska.

Kierowcy deklarują, że dobrym rozwiązaniem byłyby obowiązkowe, cykliczne badania wzroku – domaga się tego 85 proc. ankietowanych – najlepiej co rok, maksymalnie dwa lata. Co trzeci kierowca uważa, że badania powinny obejmować wszystkich prowadzących pojazdy, bez względu na wiek. Tyle samo sądzi, że obligatoryjne badania powinny dotyczyć kierowców 50-letnich i starszych.

– Nie ma szczegółowych wytycznych co do częstotliwości badania wzroku, natomiast są pewne daty graniczne, tak jak wspomniany wcześniej wiek 40 lat, w którym kierowcy sami zauważają pewne deficyty. Każda sytuacja, kiedy takie deficyty zauważamy, to sygnał, że powinniśmy ten wzrok sprawdzić – mówi Ewa Odachowska.

Autokarem po całej Europie. Nowy przewoźnik rozbuduje siatkę połączeń międzynarodowych Polskiego Busa

Autokarem po całej Europie. Nowy przewoźnik rozbuduje siatkę połączeń międzynarodowych Polskiego Busa 9

Niemiecki przewoźnik FlixBus, jeden z największych na europejskim rynku, przejmuje Polskiego Busa. Do połowy 2018 roku czerwone autobusy zostaną przemalowane na zielone barwy. Rozszerzy się też siatka połączeń, szczególnie po krajach europejskich. Dla pasażerów zmiany mają być odczuwalne w jak najmniejszym stopniu – dotychczasowe bilety zachowują ważność, a system rezerwacyjny Polskiego Busa nadal będzie działać. Przewoźnik zapowiada, że nie znikną też bilety, których ceny zaczynają się od złotówki.

 Będziemy przebrandowywać autokary Polskiego Busa, dodawać szereg połączeń europejskich FlixBusa i integrować te dwie siatki. Polacy zyskają połączenia do całej Europy Centralnej, Wschodniej oraz Zachodniej. Z Polski będzie można przejechać na południe Chorwacji, do Paryża, Amsterdamu czy jeszcze dalej na zachód. Nie chcemy jeszcze zdradzać konkretnych kierunków – to wymaga szeregu kroków administracyjnych, uzyskania pozwoleń oraz ustaleń z partnerami autokarowymi dokładnych tras – mówi agencji Newseria Biznes Michał Leman, dyrektor zarządzający FlixBus Polska.

Niemiecki FlixBus i Polski Bus ogłosiły w tym tygodniu zacieśnienie współpracy i nawiązanie strategicznego partnerstwa w Polsce. W praktyce oznacza to, że właściciel Polskiego Busa – spółka Souter Holdings Poland – będzie świadczyć usługi przewozowe dla FlixBusa, który jest jednym z liderów rynku europejskiego.

 Weszliśmy w kolejny etap współpracy z Polskim Busem, do tej pory największym przewoźnikiem autokarowym w przewozach międzyregionalnych w Polsce. Wcześniej sprzedawaliśmy sobie bilety nawzajem w swoich systemach rezerwacyjnych – teraz marka wchodzi pod parasol FlixBusa. Do połowy 2018 roku wszystkie autokary Polskiego Busa zostaną przemalowane na barwy FlixBusa. Zostanie z nich wymontowana część foteli, żeby zwiększyć odstępy, a tym samym komfort pasażerów – zapowiada Michał Leman.

Do końca kwietnia przyszłego roku siatka połączeń i oferta biletów nie zmienią się. Pozostaną też działające domeny, strony internetowe i adresy Polskiego Busa – pasażerowie przyzwyczajeni do tej marki i zakupu biletów za jej pośrednictwem cały czas będą mieć taką możliwość. Jednak docelowo strona internetowa marki FlixBus ma zostać głównym kanałem sprzedażowym.

 Inni partnerzy autokarowi, których FlixBus ma ponad 230 w całej Europie, także rezygnują ze swojego brandu i wchodzą pod nasz wspólny. Ma to na celu ułatwienie komunikacji z pasażerami i klientami. Dzięki temu pasażerowie wiedzą, jakiego standardu oczekiwać, co spotkają na pokładzie i z jaką ofertą będą mieli do czynienia. Gdybyśmy pozostawili wszystkie 230 brandów, byłoby to niezarządzalne i trudne komunikacyjnie dla pasażerów, a chodzi o to, żeby wszystko było jak najbardziej jasne i przejrzyste – tłumaczy Michał Leman.

FlixBus nie podaje, jakie wyniki sprzedaży zamierza osiągnąć na polskim rynku. W przyszłym roku w barwach tego przewoźnika ma już jeździć 160 autokarów i ta liczba będzie stopniowo rosnąć. Marka zapowiedziała też, że z oferty nie znikną bilety, których ceny zaczynają się od złotówki.

– Mogłoby się wydawać, że połączenia autokarowe odchodzą do lamusa, ale na rynku jest wręcz przeciwnie. Tanie linie lotnicze wykreowały nowy popyt – nie tylko wyjazdy w celach zarobkowych z Polski do Holandii czy Wielkiej Brytanii, lecz także na coraz więcej wyjazdów turystycznych. Poprawa infrastruktury drogowej w Polsce powoduje, że wszystkie miejscowości przybliżyły się czasowo, dzięki czemu Polacy częściej decydują się na wyjazdy weekendowe czy przedłużone weekendy w celach wypoczynkowych. Cały czas obserwujemy wzrosty na rynku przewozów autokarowych, stąd wejście FlixBusa do Polski – wyjaśnia Michał Leman.

Dyrektor zarządzający FlixBus Polska ocenia, że przewozy autokarowe mogą stanowić konkurencję dla transportu lotniczego czy pociągów, ale z drugiej strony każdy z tych środków ma swoją specyfikę. Połączenia autokarowe zwykle mają dużą częstotliwość, pozwalają dobrze dostosować plan podróży, z reguły są też najtańsze, chociaż czasy przejazdów są dłuższe niż w przypadku przelotów i pociągów.

Na trasach krajowych, gdzie ceny biletów autokarowych i na samolot są porównywalne, przewoźnicy autokarowi konkurują wygodą, oferując przewozy do centrów miast. Większość dworców autokarowych jest zlokalizowana w centrach lub przy węzłach przesiadkowych, w przeciwieństwie do lotnisk – z reguły lokalizowanych w sporym oddaleniu od miasta, co wydłuża całą podróż. Na plus działa też dostęp do internetu na pokładach autokarów na całej trasie, co w przypadku linii lotniczych jest rzadkością.

FlixBus to jeden z największych w Europie przewoźników, który powstał jako start-up w 2013 roku. Od tego czasu przewiózł już ponad 30 mln pasażerów. Zatrudnia około tysiąca pracowników i ok. 6 tys. kierowców w firmach partnerskich. Autokary FlixBusa kursują do 1,4 tys. miast w 26 krajach europejskich.

Rośnie eksport żywności z Polski. Wspiera go coraz lepsze postrzeganie polskich produktów za granicą

Rośnie eksport żywności z Polski. Wspiera go coraz lepsze postrzeganie polskich produktów za granicą 10

Tylko w trzech pierwszych kwartałach 2017 roku polskie firmy sprzedały za granicę produkty spożywcze za niemal 20 mld euro, a według resortu rolnictwa do końca roku wartość ta ma wzrosnąć o kolejnych 5 mld euro. Eksport jest szansą także dla firm rodzinnych na zbyt nadwyżek produkcji i dalszy rozwój.

 Firma, która chce się rozwijać, musi prędzej czy później pomyśleć o zaistnieniu na rynkach zagranicznych. Eksport jest prostą drogą do wykorzystania mocy produkcyjnych, które czasami są w nadmiarze. Jeżeli nie ma już miejsca na ekspansję na rynku krajowym, naturalne jest wyjście za granicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Kołodziej, członek zespołu zarządzającego w firmie Roleski.

Tym bardziej że polskie produkty cieszą się coraz większą popularnością za granicą.

– Dostrzegamy sporą zmianę w postrzeganiu produktów „made in Poland” i to przeciwstawienie, które było kiedyś: German quality i Polnische wirtschaft, które miało pejoratywne znaczenie, teraz trochę się odwróciło – mówi Kołodziej.

Dodaje, że w branży, w której działa Roleski, czyli musztard, keczupów, majonezów, dressingów i innych zimnych sosów, produkty z Polski są już postrzegane bardzo pozytywnie jako wyroby wysokiej jakości, i to pomimo zawirowań politycznych. Popyt na wyroby znad Wisły widać zwłaszcza w Unii Europejskiej: od stycznia do września polskie firmy wyeksportowały na unijne rynki produkty rolno-spożywcze za 19,9 mld euro, czyli o 12,3 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Stanowiło to 13,3 proc. całego polskiego eksportu. Głównymi odbiorcami polskiej żywności są Niemcy (23 proc.), Wielka Brytania (8,8 proc.) i Holandia (6,3 proc.). To główne rynki eksportowe także dla Roleskiego.

Nasza ekspansja eksportowa rozpoczęła się naturalnie w skupiskach Polaków mieszkających za granicą, Niemcy, Anglia, USA, kraje Beneluksu. Dzięki temu, że przez lata byliśmy tam obecni z naszymi produktami, one zaczęły być poznawane i postrzegane przez rdzennych mieszkańców tych krajów jako coś dobrego i zaczęli po nie sięgać poniekąd naturalnie. W naszym przypadku pójście szlakiem emigrantów zaowocowało – wyjaśnia Kołodziej. – Są na pewno branże, w których polska nazwa marki lub firmy może być przeszkodą, dla nas tak na szczęście nie było.

Firmy rodzinne na zagranicznych rynkach muszą wprawdzie konkurować z wielkimi koncernami, jednak zdaniem członka zespołu zarządzającego firmy Roleski najtrudniejszym zadaniem dla przedsiębiorstw, których skala działalności dawno przekroczyła możliwości obsadzenia stanowisk przez członków rodziny, jest zachowanie rodzinnego charakteru relacji z pracownikami. Roleski zatrudnia dziś 350 osób, a ponad 90 proc. awansów w przedsiębiorstwie to awanse wewnętrzne.

– Największym wyzwaniem jest to, żeby dalej traktować ludzi nie jak roboty i może nawet nie tyle jak pracowników, ile jak osoby, które świadczą usługę pracy na rzecz firmy w zamian za wynagrodzenie finansowe, satysfakcję, którą mają ze współtworzenia czegoś, co my nazywamy wspólnotą firmy rodzinnej – deklaruje Jakub Kołodziej. – Nie chcemy przymuszać członków rodziny do tego, żeby byli na zawsze związani z firmą – będą jako właściciele, ale nie muszą nią zarządzać, mają po prostu nakreślić strategię i rozliczać zespół zarządzający z wykonania celów strategicznych.