Stawki za dostęp do torów spadną średnio o 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Przewoźnicy kolejowi zapłacą w przyszłym roku średnio o 20 proc. mniej za dostęp do torów. PKP PLK deklaruje stabilizację stawek aż do 2017 r. Wzrosną wprawdzie opłaty za zapowiedzi głosowe na dworcach oraz dostęp do peronów, ale jak podkreślają przedstawiciele zarządcy infrastruktury to tylko 8 proc. z wszystkich kosztów dostępu do infrastruktury. Cennik PKP PLK musi jeszcze zatwierdzić Urząd Transportu Kolejowego.

Średnia stawka sieciowa spadnie o ponad 20 proc. Zarządca polskich torów zapowiedział również rezygnację z marży oraz niezmienność stawek od najbliższego rozkładu przez cztery kolejne lata.

Obniżka była konieczna, bo pierwszą propozycję cennika odrzucił wiosną Urząd Transportu Kolejowego, a unijny trybunał zakwestionował polskie przepisy, według których PLK naliczała stawki.

 – Nowy cennik na stawki dostępu na rozkład jazdy 2013/2014 to rewolucyjna zmiana. To są elementy, które mają i będą miały istotny wpływ na rozwój transportu kolejowego – przekonuje Andrzej Pawłowski, wiceprezes PKP Polskie Linie Kolejowe.

Niektórzy przewoźnicy jednak już zgłaszają uwagi do nowego cennika, a nawet apelują o jego odrzucenie przez Urząd Transportu Kolejowego. M.in. Koleje Mazowieckie oraz jeżdżąca w województwie kujawsko-pomorskim Arriva RP zwracają uwagę na to, że obniżka dotyczy głównie ciężkich pociągów uruchamianych na liniach zelektryfikowanych oraz na to, że znacznie zdrożeją zapowiedzi megafonowe (według przewoźników nawet o 80 proc.) oraz opłaty za dostęp do peronów (nawet dwukrotnie). Dla przewoźników korzystających z lekkich szynobusów oraz zespołów trakcyjnych obniżka może być mało lub wcale nieodczuwalna.

 – W ramach tych opłat gwarantujemy wyższą jakość utrzymania peronów, inna jakość zapowiedzi. Przejmujemy zapowiedzi głosowe, informację dynamiczną. Będziemy wygłaszali tę informacje w jednym standardzie ustalonym dla całej sieci kolejowej, będziemy też wygłaszali na większej ilości punktów, niż to w tej chwili miało miejsce – dodaje Pawłowski.

PKP PLK przejmie zadanie wygłaszania zapowiedzi od innych podmiotów, którym do tej pory przewoźnicy musieli płacić osobno. To oznacza nie tylko ujednolicenie opłat, ale także poprawę jakości i ustalenie wspólnego standardu, który ma zostać całkowicie wdrożony do wiosny 2015 r.
Wiceprezes PKP PLK dodaje, że stawki w Polsce dla przewoźników pasażerskich mają należeć do najniższych w Unii Europejskiej. Zauważa, że równocześnie dzięki wielomiliardowemu programowi inwestycyjnemu jakość polskiej sieci kolejowej jest coraz lepsza, a różnica w porównaniu do innych krajów coraz mniejsza. Co roku część przychodów z opłat za dostęp do sieci jest przeznaczana między innymi na nowe inwestycje PKP PLK.

 – Spółka przeznacza część środków na poprawę miejsc związanych z obsługą podróżnych, na poprawę stanu peronów, kładek, przejść podziemnych, tuneli. To są inwestycje mieszane, częściowo ze środków unijnych, częściowo z budżetu państwa, ale też częściowo ze środków własnych spółki PKP PLK – zaznacza Pawłowski.

Pięć województw ściany wschodniej nadal będzie otrzymywać gigantyczne wsparcie z UE. Nawet 2 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nowe miejsca pracy, poprawa infrastruktury transportowej i wsparcie przedsiębiorstw to cele programu Polska Wschodnia. Pięć wschodnich województw kraju dostanie w nowej perspektywie unijnej 2014-2020 około 2 mld euro. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego prowadzi konsultacje nad projektem tego programu.

Program jest dodatkowym instrumentem wsparcia finansowego dla pięciu województw Polski Wschodniej: lubelskiego, podlaskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego.

 – Podjęliśmy decyzję, że w nowej perspektywie będzie realizowany dodatkowy program dla Polski Wschodniej z alokacją 2 mld euro. Dodatkowy, ponieważ region będzie mógł korzystać z pozostałych wszystkich programów operacyjnych, zarówno z regionalnych programów operacyjnych, jak i ze wszystkich programów na poziomie krajowym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Iwona Wendel, wiceminister rozwoju regionalnego.

Polska Wschodnia ma niski poziom rozwoju gospodarczego w skali kraju, a jej regiony należą do grupy najsłabiej rozwiniętych gospodarczo regionów Unii  Europejskiej. W 2010 r. wartość PKB przypadająca na jednego mieszkańca w województwach  tego makroregionu stanowiła 42-47 proc. średniej dla 27 krajów UE. Pod względem przedsiębiorczości Polska Wschodnia odstaje od średniej krajowej. W 2011 r. na 1000 mieszkańców makroregionu przypadało jedynie 36,3 aktywnych firm. W tym samym czasie średnia krajowa wynosiła 46,3 firm.

Głównym celem programu ma być wzrost konkurencyjności i innowacyjności makroregionu Polski Wschodniej. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chce, aby w nowej perspektywie finansowej pieniądze dla regionu wschodniego były przeznaczone w większym stopniu na wsparcie przedsiębiorców.

Głównymi beneficjentami Programu Polska Wschodnia 2014-2020 – oprócz przedsiębiorców –  będą też inicjatywy klastrowe, ośrodki innowacji, samorządy oraz PKP PLK SA.

Działania w ramach programu będą koncentrować się m.in. na wsparciu w obszarze innowacyjności oraz badań i rozwoju.

 – Chcemy realizować projekty związane z wdrażaniem nowych technologii w gospodarce oraz z budowaniem przedsiębiorstw w Polsce Wschodniej, ponieważ ten region jest tradycyjnie rolniczy, z ukrytym bezrobociem w rolnictwie. Dlatego trzeba stworzyć nowe miejsca pracy, ale chcemy je tworzyć w innowacyjnych firmach – mówi wiceminister rozwoju regionalnego.

Dodaje, że zarówno nowe, jak i już działające na rynku firmy otrzymają pomoc ze strony instytucji otoczenia biznesu ze świadczeniem profesjonalnych usług, m.in. doradczych, szkoleniowych, informacyjnych.

 – Część środków będziemy dedykować na internacjonalizację przedsiębiorstw, ponieważ w obecnej perspektywie finansowej bardzo dobrze ten projekt nam wyszedł. Przedsiębiorcy z Polski Wschodniej, zwłaszcza w przetwórstwie spożywczo-rolnym stają się prawdziwą potęgą – podkreśla Wendel. 

Pieniądze z programu będą przeznaczane także na poprawę infrastruktury transportowej. Również pod tym względem region wschodni wypada gorzej niż reszta kraju. W 2011 roku na 100 km kw. przypadało niecałe 76 km dróg o twardej nawierzchni, podczas gdy średnia kraju to blisko 90 km. W przypadku sieci kolejowej było to 4,8 km na 100 km kw. (średnia krajowa to 6,5 km linii). 

 – Będziemy się skupiali przede wszystkim na systemach zarządzania komunikacją miejską w dużych miastach i kilku projektach kolejowych – reasumuje Iwona Wendel.

Obecnie trwają konferencje uzgodnieniowe w regionach. Ministerstwo do 25 października czeka na sugestie do projektu, z których powstanie ostateczny dokument.

Prywatyzacja Energi i PHN jeszcze w tym roku. W przyszłym MSP chce uzyskać blisko 4 mld zł z prywatyzacji

CEO Magazyn Polska

Niecałe 2 mld zł z planowanych 5 mld – tak na koniec września wyglądały przychody z prywatyzacji. Ministerstwo Skarbu Państwa liczy, że w tym roku uda się jeszcze sprywatyzować Energę oraz przeprowadzić drugi etap prywatyzacji Polskiego Holdingu Nieruchomości. Cel na przyszły rok to 3,7 mld zł, a ponad 4,6 mld MSP chce uzyskać dzięki dywidendom ze spółek Skarbu Państwa.

 – Jeśli chodzi o planowane przychody z prywatyzacji, po pierwsze, musimy uzyskać potwierdzenie, że te pieniądze faktycznie są potrzebne w przychodach budżetowych. Druga rzecz to transakcja Energi – mówi Paweł Tamborski, wiceminister skarbu państwa. – Jeżeli mielibyśmy jeszcze jakieś potrzeby, oczywiście dysponujemy pakietami, które – jeżeli będzie taka potrzeba – będziemy w stanie plasować na rynku.

W tegorocznym budżecie wpływy z prywatyzacji zaplanowano na poziomie 5 mld zł. Na koniec września było to ponad 1,9 mld zł.

 – Przygotowujemy dwie transakcje: IPO, czyli pierwszą ofertę publiczną Energi i drugi etap prywatyzacji Polskiego Holdingu Nieruchomości. Jeżeli chodzi o Energę, wszystkie prace idą zgodnie z harmonogramem, więc liczę na to, że będziemy mieli możliwość i szansę przeprowadzenia tej transakcji w tym roku. Jeżeli chodzi o Polski Holding Nieruchomości, tutaj pracujemy z doradcami nad harmonogramem – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Tamborski.

Energa ma szansę zadebiutować na giełdzie w listopadzie tego roku. Obecnie Skarb Państwa ma 85 proc. udziałów w spółce; po ofercie publicznej chce zachować połowę akcji. Powołany w 2011 r. PHN zadebiutował na giełdzie w lutym br. – Skarb Państwa sprzedał wtedy 25 proc. udziałów. Teraz resort szuka inwestora branżowego, który może wykupić cześć lub całość pozostałych akcji.

Tamborski zaznacza, że PHN posiada portfel aktywów, który musi zostać wyceniony przed sprzedażą. Rezultaty wyceny wpłyną na harmonogram prywatyzacji.

 – Istotnych zagrożeń nie ma. PHN będzie sprzedany w tym roku, być może na początku przyszłego roku. Chcielibyśmy to zrobić w tym roku, natomiast z punktu widzenia naszych planów i naszych potrzeb jeżeli chodzi o przychody prywatyzacyjne, ta transakcja nie ma istotnego znaczenia – podkreśla Tamborski.

W przyszłym roku MSP z prywatyzacji chce uzyskać nieco niższe przychody, wynoszące 3,7 mld zł. Wiceminister wyjaśnia jednak, że większe oczekiwania resort ma wobec dywidend ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

 – Jeżeli chodzi o plany na przyszły rok, to najważniejszy dla nas jest poziom dywidend. W tej chwili kwoty przyjęte w przyszłorocznym budżecie to jest ponad 4 mld złotych. Na tym celu się w tej chwili koncentrujemy – mówi Paweł Tamborski.

Przekonuje jednak, że nie ma mowy o „wyciskaniu” pieniędzy z dobrze prosperujących spółek.

 – To jest kwestia analizy sytuacji finansowej każdej poszczególnej spółki, kwestia oceny jej zdolności finansowania się i potrzeb inwestycyjnych. To jest zawsze racjonalna decyzja podjęta na bazie racjonalnych przesłanek pochodzących ze spółki i naszej oceny zdolności finansowej spółki – zapewnia wiceminister skarbu państwa.

Szwajcarska receptura pierwszy raz na polskich drogach

0

Innowacyjna w polskich warunkach technologia układania asfaltu lanego, zastosowana przy budowie nawierzchni nowego mostu przez Wisłę w Toruniu, przedłuży jej żywotność nawet do 20 lat. Jej upowszechnienie ma szansę obniżyć koszty utrzymania i remontów dróg.

Przy realizacji inwestycji drogowych, asfalt lany najczęściej stosowany jest w Niemczech i Francji. Receptura asfaltu zastosowana w Toruniu oparta jest na doświadczeniach szwajcarskich, gdzie dokonano dopracowania tej technologii niemal do perfekcji.

Do tej pory ten rodzaj materiału, ze względu na jego wodoszczelność, był stosowany jedynie w warstwach dolnych nawierzchni, w celu ochrony warstwy izolacji konstrukcji mostowej. W Toruniu został zastosowany również do warstwy ścieralnej, zwiększając tym samym bezpieczeństwo i trwałość całej konstrukcji. Podobna technologię zastosowano na m.in. moście łączącym Danię ze Szwecją.

  Asfalt lany jest jedyną technologią, która nie wymaga zastosowania walcowania. Rozkłada się go maszynowo, za pomocą rozkładarki poruszającej się po wyprofilowanym torowisku. To nowatorskie na rynku rozwiązanie pozwala na osiągnięcie maksymalnej równości jezdni – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria dr Igor Ruttmar, prezes TPA Instytutu Badań Technicznych, spółki z grupy STRABAG.  Mieszanka, dzięki swojemu składowi, nie pozostawia wolnych przestrzeni w strukturze i zapewnia absolutną szczelność nawierzchni. Jednocześnie, dzięki wtapianiu grysu w powierzchnię asfaltu, osiągamy zwiększenie szorstkości, co znacznie skraca drogę hamowania i zwiększa bezpieczeństwo ruchu.

Prace badawcze nad dostosowaniem receptury do polskich warunków prowadzone były w laboratorium TPA w Pruszkowie przez ponad dwa lata. Na podstawie wyników badan TPA, w Rafinerii Gdańskiej został zamówiony specjalny asfalt zastosowany do układania tej nawierzchni.

Toruński most jest szczególnym projektem również z uwagi na bardzo wysokie wymagania związane z równością nawierzchni. Dlatego wykorzystane do układania asfaltu maszyny sprowadzono z Niemiec a specjalistów ze Szwajcarii. Zastosowana przy budowie nawierzchni mostu technologia zaś w opinii specjalistów jest innowacyjna na skalę nie tylko polską, ale też i europejską.

 – Jest to jeden z ciekawszych, najbardziej nowoczesnych mostów w Europie. W związku z tym nie ma powodów, by stosować tradycyjne rozwiązania, także w dziedzinie nawierzchni – przekonuje Krzysztof Wąchalski z firmy Pont-Projekt Gdańsk, projektant toruńskiego mostu. – Ważnym elementem projektu było zapewnienie na nim m. in. wysokiego stopnia bezpieczeństwa w ruchu drogowym, co uzyskaliśmy właśnie poprzez zwiększenie szorstkości jezdni. Jest to szczególnie istotne z uwagi na większą wrażliwość nawierzchni mostowych na niskie temperatury i wiążące się z tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia oblodzeń – dodaje projektant.

Dla inwestora wybór tej technologii oznacza optymalizację kosztów utrzymania nawierzchni, rzadsze remonty, jakie powinny być okresowo wykonywane. Doświadczenia ze Szwajcarii pokazują, że podobne nawierzchnie na drogach mogą wytrzymać bez napraw, spękań, dziur czy kolein nawet ponad 30 lat.

Dzięki użyciu lepiszczy modyfikowanych polimerami, charakteryzującymi się szerokim zakresem lepkosprężystości, warstwy wykazują zwiększoną odporność na spękania w niskiej temperaturze i jednocześnie utrzymują odpowiednią sztywność w wysokiej temperaturze. Ma to szczególne znaczenie w przypadku nawierzchni mostowych, które są znacznie bardziej narażone na obciążenia termiczne niż nawierzchnie drogowe. Wynika to z tego, że wahania temperatury powietrza oddziałują zarówno od góry jak i od dołu.

 – Tradycyjnie stosowane nawierzchnie asfaltowe przeciętnie wymagają wymiany górnej warstwy po 10 latach eksploatacji. Natomiast rozwiązanie zastosowane na moście w Toruniu może dwukrotnie wydłużyć ten okres. Uniknięcie remontów to nie tylko oszczędności w budżecie inwestora, ale także ograniczenie dużych kosztów społecznych wynikających z konieczności zamykania mostu i związanych z tym korków, a nawet paraliżu drogowego – podkreśla Ruttmar.

Budowa mostu Wschodniego im. gen. Elżbiety Zawackiej w Toruniu wraz z drogami dojazdowymi to kluczowa inwestycja dla miasta. Jej całkowity koszt to ponad 753 milionów złotych. Zadanie jest współfinansowane przez Unię Europejską ze środków Funduszu Spójności w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na poziomie 327,01 mln zł. Nowy most wraz z drogami dojazdowymi poprawi płynność, przejezdność i bezpieczeństwo ruchu drogowego.

Apteki przegrywają konkurencję ze stacjami benzynowymi i sklepami przez zakaz reklamy leków bez recepty

Zakaz reklamy leków dostępnych bez recepty szkodzi nie tylko aptekom, ale także pacjentom. Nie tylko dlatego, że czasem przepłacają za te preparaty, ale również dlatego, że apteki przegrywające konkurencję z drogeriami i stacjami benzynowymi, będą zamykane, a dostęp do leków utrudniony. Sprzedaż leków bez recepty to połowa przychodów aptek.

 – Zakaz reklamy leków refundowanych jest uzasadniony i nikt tego nie kwestionuje. Natomiast trzeba pamiętać, że połowa sprzedaży w aptekach to nie są leki refundowane, tylko leki ogólnodostępne, np. środki opatrunkowe, ciśnieniomierze czy kosmetyki. W związku z tym jeżeli zakazujemy reklamy aptekom, to część sprzedaży przesunie się do stacji benzynowych i sklepów, tym samym apteki będą mniej rentowne – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

Farmaceuci, przedstawiciele aptek oraz Ministerstwa Zdrowia spotkali się w tym tygodniu podczas okrągłego stołu zorganizowanego przez BCC. Branża apelowała do resortu o jak najszybsze doprecyzowanie przepisów dotyczących zakazu reklamy aptek. Zgodnie z obecnie obowiązującymi, zakazana jest jakakolwiek forma reklamy, w tym także tzw. leków OTC („over the counter”), czyli dostępnych bez recepty.

Te środki, które stanowią połowę sprzedaży aptek, są coraz częściej kupowane przez Polaków. Jednak nie w aptekach, a przede wszystkim w supermarketach, drogeriach i na stacjach benzynowych. Co więcej, nieprecyzyjność zapisu o zakazie reklamy aptek w rzeczywistości umożliwia interpretowanie każdej informacji udzielanej przez apteki jako formy reklamy.

 – Mamy sytuację taką, że wszyscy pozostali uczestnicy tego rynku, czyli supermarkety, drogerie mogą reklamować ofertę, apteka jako jedna jedyna nie może dostarczyć pacjentowi informacji, że tego typu wyroby też ma w dobrej cenie. Powoduje to sytuację, że pacjenci odwracają się od aptek – podkreśla Marcin Piskorski, prezes PharmaNET. – Wydaje nam się, że ten zakaz w swoim obecnym brzmieniu nie chroni żadnego interesu, co więcej – szkodzi sektorowi farmaceutycznemu .

Dodaje, że taka sytuacja jest niewłaściwa z dwóch powodów. Po pierwsze, według Piskorskiego pacjenci powinni kupować leki przede wszystkim w aptekach, gdzie mogą liczyć na pomoc wykwalifikowanego personelu, który doradzi rodzaj i sposób użycia leku. Ponadto apteki tracą możliwość konkurowania na rynku preparatów OTC, co szkodzi ich rentowności i może prowadzić do zamknięcia placówek.

 – Jeżeli zakazujemy reklamy aptekom, to część sprzedaży przesunie się do stacji benzynowych i sklepów, tym samym apteki będą mniej rentowne. Część z nich będzie musiała być zamknięta, a wtedy droga pacjenta do apteki się po prostu wydłuży. Będzie to więc niekorzystne dla pacjentów – prognozuje Mordasewicz.

Zarówno Mordasewicz, jak i Piskorski wyrażają nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia po trwających konsultacjach społecznych zdecyduje się na zmianę przepisów. Przedstawiciel Konfederacji Lewiatan dodaje, że na obecnym prawie tracą nie tylko konsumenci, ale dodatkowo narusza ono zasady uczciwej konkurencji.

Według Mordasewicza dobrym rozwiązaniem byłby powrót do poprzednich przepisów, które zabraniały wyłącznie reklamy leków refundowanych. Problemem jest jednak brak wsparcia ze strony Naczelnej Izby Aptekarskiej. Nikt z NIA nie pojawił się na okrągłym stole farmaceutów. Mordasewicz podkreśla, że może to wynikać z tego, że cześć aptekarzy nie uważa supermarketów oraz drogerii za konkurencję, co jest błędne w obecnej sytuacji związanej z rozwojem rynku leków OTC.

 – Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł wyliczyć, ile stracimy na zakazie reklamy aptek. Jak np. wyliczyć uszczerbek na zdrowiu pacjenta, który kupił i zażywa leki niezgodne z ich przeznaczeniem, w zbyt dużych dawkach, być może zbyt często. Jak wyliczyć straty pacjenta, który mógł np. uzyskać informację, że pewne produkty, nie mam na myśli leków refundowanych, ale inne produkty sprzedawane w aptekach, mogę kupić tutaj taniej – podsumowuje Mordasewicz.

Kompetencje matematyczne i informatyczne Polaków poniżej średniej OECD

0

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2013-10-10 9:46

Polacy wciąż mają mniejsze umiejętności matematyczne i informacyjno-komunikacyjne niż średnia państw OECD. Luka jednak się zmniejsza, a młodzi ludzie nie ustępują rówieśnikom z innych krajów. Najgorzej jest w rolnictwie i wśród osób starszych.

 – Niestety odstajemy jeszcze od średniej OECD pod względem umiejętności rozumienia tekstu, rozumowania matematycznego czy technologii informacyjno-komunikacyjnych, aczkolwiek ten dystans do średniej przez ostatnie 17 lat znacznie się zmniejszył. Na tle krajów, które były badane, stosunkowo dobrze wypada nasza młodzież – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Chłoń-Domińczak, ekonomistka z Instytutu Badań Edukacyjnych, była wiceminister pracy.

Międzynarodowe Badania Kompetencji Dorosłych przeprowadzono w latach 2011-2012 w 24 krajach. W Polsce przebadano niemal 10 tys. osób w wieku od 16 do 65 lat.

Chłoń-Domińczak zaznacza, że Polska jest jednym z krajów, które szybko nadrabiają dystans do średniej. Wynika to przede wszystkim z wysokich umiejętności młodych ludzi oraz osób zatrudnionych w sektorze nowoczesnych technologii, i dobrze wykształconych. Krajową średnią zaniżają jednak rolnicy oraz osoby starsze.

 – Badanie pokazuje, że np. bardzo niskie kompetencje mają rolnicy, których jest relatywnie dużo. Mamy jeszcze takie obszary i sektory w Polsce, gdzie umiejętności i kompetencje osób nie są najwyższe. Widzimy dużą lukę, jeżeli chodzi o umiejętności osób w najstarszych grupach wiekowych. Tutaj średnia umiejętności jest niższa niż w przypadku średniej OECD – zaznacza Chłoń-Domińczak.

Przekonuje jednak, że wyniki wskazują na pozytywny efekt zmian zachodzących w Polsce w ciągu ostatnich dwóch dekad. Choć wykształcenie wciąż liczy się bardziej na rynku pracy niż kompetencje, Chłoń-Domińczak przekonuje o konieczności nieustannej poprawy własnych umiejętności, także wśród osób w wieku średnim.

Polacy źle wypadają pod względem rozumienia tekstów. Choć w porównaniu do 1994 r. wynik jest lepszy o 35 pkt. (w skali 0-500), to gorsze od Polski spośród badanych krajów są jedynie Włochy i Hiszpania. Średni wynik w zakresie rozumowania matematycznego jest jeszcze niższy – 260 pkt. wobec 267 pkt. średniej w obszarze rozumienia tekstu.

 – Widzimy, że osoby, które pracują w sektorach bardziej rozwiniętych, są konkurencyjne z tym, jak wygląda średnia sytuacja międzynarodowo. W przeciwieństwie do takich sektorów, jak rolnictwo, gdzie widzimy nadal dosyć dużą lukę – ocenia Chłoń-Domińczak. – Widać także, że nasi studenci w niektórych obszarach są mniej więcej na poziomie średniej OECD. W niektórych, np. pedagogika, też od tej średniej odstają.

Była wiceminister pracy apeluje, by korzystać z licznych możliwości rozwijania kompetencji zarówno przez osoby młode, jak i starsze. Podkreśla, że takich narzędzi, które służą rozwijaniu umiejętności przez całe życie, jest w Polsce coraz więcej.

Pekao SA: Ponad 330 mln zł na kredyty dla innowacyjnych firm

0

Bank Pekao uruchomił program pod nazwą Instrument Podziału Ryzyka, który ma wspierać finansowanie działalności badawczo-rozwojowej lub innowacyjnej małych i średnich firm. Polscy przedsiębiorcy, którzy będą ubiegali się o kredyt w ramach tego programu, mogą liczyć na niższe od standardowego oprocentowanie i prostą procedurę udzielenia pożyczki. 

 Rozpoczęliśmy wdrażanie programu Risk Sharing Instrument, który jest w całości skierowany do innowacyjnych przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Kierzkowski, dyrektor Biura Funduszy Unii Europejskiej i Programów Publicznych w Banku Pekao SA. – Jest to projekt pilotażowy. Komisja Europejska mówi, że to jest testowanie na instytucjach finansowych, na ile one są w stanie takie innowacyjne projekty i przedsiębiorstwa finansować, więc sami jesteśmy ciekawi, jak to w praktyce będzie wyglądało.

Chodzi o umowę, podpisaną pomiędzy Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) i bankiem Pekao, która wspiera kredytowanie małych i średnich przedsiębiorstw w ramach Instrumentu Podziału Ryzyka (Risk Sharing Instrument – RSI). Bank w ciągu najbliższych dwóch lat udostępni innowacyjnym polskim firmom preferencyjne kredyty z 50 proc. gwarancją udzieloną przez Europejski Fundusz Inwestycyjny.

 – 50 proc. kapitału i odsetek kredytu jest poręczone przez EFI, firma musi spełnić określone kryteria, chodzi głownie o innowacyjność. Jesteśmy jedenastą instytucją, która podpisała umowę z EFI. 10 instytucji już rozpoczęło wdrażanie tego programu w innych krajach UE. Pierwsze efekty są bardzo obiecujące, ponieważ jest dużo ciekawych projektów, które w ramach tego programu są finansowane – stwierdza Tomasz Kierzkowski.

Program jest adresowany do małych i średnich przedsiębiorców oraz do dużych firm, które zatrudniają mniej niż 500 pracowników. Jednym z najważniejszych warunków jest wdrażanie przez przedsiębiorcę innowacyjnych produktów i technologii.

 – Podpisana przez nas umowa opiewa na 331 mln złotych, czyli możemy objąć finansowaniem kredyty o tej właśnie wartości. Myślę, że będzie duże zainteresowanie tym programem ze strony firm, np. mających siedziby w parkach technologicznych. Chodzi też o firmy, które w ostatnich dwóch latach uzyskały patent, czy takie, w których inwestorami są fundusze venture capital – wyjaśnia Tomasz Kierzkowski.

Dodatkową zaletą jest brak nadmiernych wymogów formalnych podczas ubiegania się o kredyt w ramach tego programu. Firma nie musi np. wypełniać dodatkowych wniosków unijnych.

 – Składa się standardową dokumentację bankową, czyli wniosek kredytowy wraz z biznesplanem. Cały proces decyzyjny odbywa się w banku i jest on zdecydowanie krótszy niż standardowy w grantowych procedurach, gdyż tutaj mówimy maksymalnie o tygodniach na podjęcie decyzji. To bank jako strona umowy z EFI jest odpowiedzialny za całość zarządzania tym programem od A do Z – dodaje Tomasz Kierzkowski.

Zachętą do zaciągnięcia kredytu ma być także jego niskie oprocentowanie, oraz to, że pieniądze mogą być przekazane nawet w dniu podpisania umowy kredytowej.

 – W tym programie oprocentowanie jest niższe w stosunku do standardowego, co najmniej o 40 punktów bazowych – podsumowuje Tomasz Kierzkowski. – Warto doradzić takiemu przedsiębiorcy, aby spotkał się z doradcą bankowym, żeby porozmawiał o pomyśle. Doradca bankowy przedstawi wniosek kredytowy, jakiego rodzaju dodatkowe dokumenty trzeba przygotować i przedstawić. Później rozpoczyna się proces oceny zdolności kredytowej i na końcu decyzja, czy kredyt może być udzielony, czy nie. Jeżeli będzie pozytywna decyzja, to kredyt z poręczeniem EFI jest udzielany automatycznie.

RSI to pilotażowy unijny program, wspierający finansowanie działalności badawczo-rozwojowej i innowacyjności małych i średnich firm. Jest to wspólna inicjatywa EFI, Europejskiego Banku Inwestycyjnego  i Komisji Europejskiej. W ramach tego programu, Europejski Fundusz Inwestycyjny zapewnia gwarancje dla banków i instytucji leasingowych udzielających kredytów firmom. W razie niewypłacalności, gwarancja taka pokrywa połowę niespłaconej części każdego kredytu.

Rośnie poziom inwestycji polskich firm w Afryce

CEO Magazyn Polska

Kraje afrykańskie są coraz atrakcyjniejsze dla polskich przedsiębiorców. Nie są już przez nich traktowane wyłącznie jako źródło surowców mineralnych, ale również jako duży rynek zbytu dla różnego typu usług. Ma to związek z szybkim tempem rozwoju gospodarczego w niektórych krajach, ale i rosnącą klasą średnią, której jeszcze kilkanaście lat temu nie było.

Według rankingów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w Afryce znajduje się połowa spośród dwudziestu najdynamiczniej rozwijających się gospodarek świata.

 – To głównie kraje z Afryki Wschodniej, czyli Tanzania, Etiopia, Ruanda, ponadto kraje Afryki Południowej, czyli RPA Zambia, Namibia oraz Nigeria z Afryki Zachodniej – wylicza Błażej Popławski, afrykanista, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego.

Dla przykładu, PKB Nigerii w 2012 roku urosło o 6,6 proc., Tanzanii – o 6,9 proc. To zdecydowanie większe tempo niż rozwój rynków Europy Zachodniej.

 – Oprócz wzrostu PKB przedsiębiorców powinno zachęcić również pojawienie się klasy średniej, której jeszcze dwie dekady temu w Afryce prawie nie było. Obecnie ta grupa rozwija się dynamicznie, napędza to gospodarkę, napędza popyt na towary luksusowe czy np. na usługi teleinformacyjne – tłumaczy Błażej Popławski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Starają się to wykorzystać polscy przedsiębiorcy. Rzeszowska firma telekomunikacyjna Asseco zdecydowała się, niedawno na przejęcie jednej z etiopskich spółek. Zamierza w tym kraju rozwijać sektor IT. Zakłady Chemiczne Police z kolei postanowiły zainwestować w senegalską branżę fosforytów.

 – To ciekawe inwestycje, pokazujące, iż polscy biznesmeni traktują Afrykę już nie tylko jako źródło surowców, ale także rynek zbytu usług, adresowanych właśnie do klasy średniej – mówi Popławski.

Jego zdaniem na uwagę zasługuje działalność Jana Kulczyka, który w Afryce prowadzi biznes związany z branżą wydobywczą.

 – Działalność Kulczyk Investments wypada na tle innych podmiotów polskich bardzo pozytywnie. Firma inwestuje w Tanzanii, w Gwinei Równikowej, także w Tunezji i Nigerii. To są inwestycje głównie w przemysł rafineryjny, petrochemiczny. Kulczyk próbuje zdobywać surowce, omijać pośredników, dzięki temu zwiększa swoje zyski, a także dywersyfikuje złoża tychże surowców – mówi afrykanista. – Coraz więcej polskich inwestorów decyduje się na rozwijanie samego przemysłu i branży przetwórczej w Afryce. To jest o wiele ważniejsze z punktów widzenia samych Afrykańczyków, ponieważ oni stają się bezpośrednimi beneficjentami tych inwestycji.

Błażej Popławski mówi, że mimo rozmachu podejmowanych działań, naszym firmom trudno będzie dogonić takie kraje, jak Chiny, Indie, Brazylia czy Rosja, które od dawna są aktywne w Afryce, wykorzystując jej potencjał gospodarczy.

Problemów nie brakuje

Zapóźnienie w stosunku do inwestorów z innych krajów nie jest jedynym problemem. O wiele poważniejszym są różnice polityczne i odmienne standardy w kulturze prowadzenia biznesu.

 –  Nie wszystkie standardy związane z naszym pojmowaniem wolnego rynku są realizowane w Afryce. To wiąże się z innym podejściem do sfery publicznej i prywatnej. Inwestycje w Afryce są obarczone większym ryzykiem: to wiąże się często z nieczytelną strukturą podatkową, z dużymi problemami w założeniu własnej, lokalnej firmy, a także z poziomem korupcji, która niszy instytucje społeczne – mówi Popławski.

Jak podkreśla ekspert, mimo różnych standardów polscy przedsiębiorcy inwestujący w Afryce muszą zaakceptować specyfikę danego rynku. Potrzebna jest ciągła obecność na miejscu inwestycji, dialog, respektowanie prawa lokalnej społeczności i poszanowanie środowiska.

 – Jeżeli Polacy tego nie przestrzegają, ich inwestycja jest narażona na coraz większe ryzyko – mówi Popławki. – Niestety, najczęściej te inwestycje organizowane są ad hoc przez przedsiębiorców polskich, którzy nie korzystają ze wsparcia instytucji państwowych.

Rozwojowi współpracy gospodarczej sprzyjają stosunki polityczne. W kwietniu br. z wizytą w Nigerii przebywał premier Donald Tusk. W przyszłym roku prawdopodobnie odbędzie się wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Afryce Subsaharyjskiej.

 – To są ważne symbole współpracy, przy czym realne zyski prywatnych inwestorów zależą głównie od ich kreatywności i zrozumienia odrębności tych gospodarek – mówi Popławski.

Kobiety coraz częściej na wysokich stanowiskach w branżach uznawanych dotąd za męskie

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej kobiet zajmuje kierownicze stanowiska w sektorach, które dotychczas uważane były za typowo męskie. Widać to również w nieruchomościach, szczególnie w sektorze nieruchomości handlowych. – Im bliżej do typowo „kobiecych” tematów w tej branży, tym więcej kobiet jest zatrudnionych i tym większa jest ich odpowiedzialność i wpływ na kształtowanie tych rynków – mówi Alexander Morari, partner zarządzający w firmie Property Talents.

Z raportu Property Talents wynika, że w branży nieruchomości tylko 29 proc. pracowników to kobiety. Jednak to one coraz częściej są poszukiwane do pracy w sektorze związanym z nieruchomościami handlowymi.

  W bardziej technicznych sektorach, jak nieruchomości magazynowe albo biurowe, stosunkowo mniej jest zaangażowanych kobiet na różnych poziomach odpowiedzialności – wyjaśnia Alexander Morari w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

W centrach handlowych, u deweloperów, zarządców budynków handlowych lub w firmach, które w nie inwestują, kobiety często zajmują wysokie stanowiska. Zdaniem przedstawiciela Property Talents, to nieprzypadkowa tendencja.

  Jeżeli patrzymy na piramidę hierarchiczną struktur w firmach na rynku nieruchomości handlowych, to bardzo duża część jest kierowanych właśnie przez kobiety – na stanowiskach CEO lub top management – mówi Alexander Morari. – Jest to związane z tym, że jest to branża blisko kształtowania całego procesu zakupów, formowania centrów handlowych i ich ofert. To są również odpowiednie relacje biznesowe, negocjacje z sieciami handlowymi z segmentów fashion, accessories lub dóbr luksusowych.

Liczba kobiet pracujących w branżach uznawanych za typowo męskie wzrosła przez ostatnich dziesięć lat od kilku do kilkunastu procent, w zależności od branży. Jak podkreśla Morari, w sektorze nieruchomości wciąż można zauważyć taką prawidłowość, że im więcej ryzyka i stresu wiąże się z danymi stanowiskami, tym mniej kobiet jest tam zaangażowanych.

Z raportu Property Talents wynika, że kobiety stanowią większość pracowników w grupach poniżej 23. roku życia oraz pomiędzy 31. a 35. rokiem życia (odpowiednio 70 i 60 proc.). Wraz z rosnącym wiekiem badanych zmniejsza się udział kobiet zatrudnionych w tej branży – we wszystkich grupach powyżej 36 lat to mężczyźni stanowią zdecydowaną większość.

Komentarz dzienny, 9 października 2013

Zamówienia w niemieckim przemyśle
sprawiły niemiłą niespodziankę, notując drugi z rzędu spadek – tym razem o 0,3%
m/m (oczekiwano wzrostu o ok. 1% m/m). Tym samym, przynajmniej dla głównej
kategorii nie spełniły się prognozy odreagowania załamania zamówień w lipcu,
wiązanego przez część analityków z wygasaniem jednorazowego efektu Air Show w
Paryżu.

KNF broni banków, które pożyczały we frankach przed pomysłami polityków

CEO Magazyn Polska

45-50 mld zł straciłyby banki, gdyby musiały przewalutować kredyty we frankach szwajcarskich po starym, niższym kursie, jak chcą niektórzy politycy i kredytobiorcy. Komisja Nadzoru Finansowego podkreśla, że stratę banków w konsekwencji odczuliby ich klienci oraz budżet państwa, a ostatecznie cała gospodarka.

Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego wierzy, że nie dojdzie do pozwów zbiorowych klientów banków, którzy chcą zmian umów zawartych przed laty na kredyty we frankach szwajcarskich. Jego zdaniem, nie ma żadnych podstaw do tego, żeby sądy przyznały rację akurat tym kredytobiorcom.

 – Zobowiązań należy dotrzymywać mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Jakubiak. – W 2006 roku obowiązywała rekomendacja Komisji Nadzoru Bankowego, która nakładała na banki obowiązek informowania każdego klienta o ryzyku kursowym przed zaciągnięciem kredytu. Z tego co wiem, wiele osób składało oświadczenia, że zdają sobie sprawę z ryzyka kursowego związanego z zaciągnięciem kredytu walutowego.

Gdyby jednak taki scenariusz się zrealizował i banki musiałyby przewalutować kredyty po kursie z dnia ich zaciągnięcia, to – według obliczeń KNF – straciłyby na tym ok 45-50 mld zł.

 – To byłby duży problem dla sektora – mówi Jakubiak. – Myślę, że kilka banków miałoby bardzo poważne potrzeby kapitałowe, gdyby to zostało zrealizowane. W konsekwencji zapłaciliby za to deponenci.

KNF ocenia, że destabilizacja sektora wiązałaby się z zagrożeniem depozytów, wzrostem opłat i prowizji oraz ograniczeniem akcji kredytowej, co w konsekwencji osłabiłoby gospodarkę. Koszty operacji natychmiastowego przewalutowania miliardowych kredytów, które spowodowałyby potężne straty banków, obniżyłyby też znacząco wpływy z podatku CIT.

Scenariusz ten jednak – zdaniem przewodniczącego KNF – jest mało prawdopodobny; tym bardziej, że „frankowi” kredytobiorcy wciąż w większości przypadków płacą ratę niższą niż płaciliby, gdyby zaciągnęli kredyt w złotych. Przeważnie spłacają też zobowiązania w terminie.

 – Nie ma żadnego powodu, nic takiego na rynku się nie dzieje, żeby szczególnie pochylać się nad sytuacją kredytobiorców frankowych, bo dlaczego nikt nie myślał o kredytobiorcach, którzy zaciągnęli kredyty w złotych i musieli płacić wysokie odsetki, bo nasze stopy procentowe były wysokie – pyta Jakubiak. – Kredyty są obsługiwane i spłacane w terminach, sami kredytobiorcy w większości przypadków nie podnoszą tego problemu.

Resort nauki: mniej studentów na uczelniach poprawi ich jakość i ofertę

CEO Magazyn Polska

Niż demograficzny to szansa na zmiany na lepsze w szkolnictwie wyższym – przekonuje minister Barbara Kudrycka. Potrzeba zawalczenia o studenta wymusi poprawę jakości kształcenia oraz organizacji polskich uczelni. Pojawią się nowe kierunki i programy studiów, lepiej dostosowane do potrzeb studentów i rynku pracy, a kadra będzie miała więcej czasu na działalność naukową.

 – To właśnie niż akademicki, a nie słowa ministra czy nawet przepisy ustawowe, może wymusić na uczelniach zmianę dotychczasowej metodologii pracy naukowej i dydaktycznej, ale przede wszystkim to, aby pochylono się nad programami studiów, zmodyfikowano je, odpowiadając na wyzwania współczesnego świata i rozwiniętych cywilizacji – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Prof. Kudrycka podkreśla, że dzięki niżowi demograficznemu polskie uczelnie mogą pokonać problem masowości kształcenia i skupić się na dostosowaniu programów nauczania. O tym, że jest taka potrzeba, świadczą – w jej ocenie – decyzje kandydatów na studia. Coraz więcej z nich decyduje się na kierunki specjalistyczne w obszarze nauk technicznych i ścisłych.

Niż szansą na dobre zmiany

Mniej studentów oznacza więcej czasu dla kadry akademickiej. Dzięki temu możliwe będzie nie tylko uzyskanie bardziej bezpośredniego kontaktu pomiędzy nauczycielami a studentami, ale także rozwój badań naukowych.

 – Kadra akademicka, mając mniej studentów, ma więcej czasu, który może poświęcić na badania naukowe, ale przede wszystkim na bezpośrednie kontakty ze studentami i starać się poprawiać jakość – podkreśla minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Moim zdaniem kandydaci na studia teraz wiedzą, co jest dla nich pewną szansą, którą mogą zrealizować podczas studiów.

Dla wielu uczelni niż może stanowić poważny problem, zwłaszcza pod względem finansowym. Zarówno uczelnie publiczne, jak i niepubliczne otrzymują niższe wpływy z czesnego. Jednak prof. Kudrycka zauważa, że wbrew pozorom niedobór kandydatów może być czynnikiem napędzającym restrukturyzację uczelni. Prywatne szkoły wyższe mogą łączyć się i wprowadzać nowe, lepiej dostosowane do potrzeb rynku kierunki, równocześnie rezygnując z tych najsłabszych.

 – Czas niżu demograficznego to jest przede wszystkim czas na wdrożenie zmian, które będą zgodne z misją danej uczelni, czy to akademickiej, kształcącej elity, czy to zawodowej, która będzie starała się kształcić bardzo praktycznie, przekazywać umiejętności, na które czekają pracodawcy – podkreśla prof. Kudrycka.

Dodaje, że mniejsza liczba studentów wymusi na uczelniach jasne określenie celów kształcenia. Poprawić się mogą kształcenie zawodowe oraz programy na publicznych i niepublicznych uczelniach akademickich nastawionych na studia doktoranckie.

Prof. S. Gomułka (BCC): budżet państwa na 2014 rok bardziej realistyczny, rząd odrobił lekcję

CEO Magazyn Polska

Podczas rozpoczynającego się dziś posiedzenia Sejm rozpatrzy w pierwszym czytaniu projekt ustawy budżetowej na 2014 r. Ekonomiści podkreślają, że jego założenia są dużo bardziej realne niż w tegorocznym budżecie, natomiast wielką niewiadomą pozostaje decyzja w sprawie zmian w systemie OFE. Rząd zakłada, że w przyszłym roku dochody wyniosą niespełna 277 mld zł, wydatki nie będą wyższe niż 324,64 mld zł, a deficyt ma lekko przekroczyć 47,7 mld zł.

 Wydaje mi się, że rząd wyciągnął wnioski z błędów przy konstruowaniu założeń budżetu na 2013 rok, bo chociaż założenia tu i ówdzie są dość optymistyczne, to generalnie budżet jest dużo bardziej realistyczny niż ten przyjęty na rok bieżący, ostatnio mocno znowelizowany – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club.

Rząd założył, że w 2014 r. deficyt budżetowy przekroczy nieznacznie 47,7 mld zł.  Dochody podatkowe mają wynieść blisko 248 mld zł. Prognozę dochodów na 2014 r. oparto na przewidywanej, wyższej niż w 2013 r., dynamice wzrostu PKB – 2,5 proc. w porównaniu do 1,5 proc.

 – 2,5-proc. tempo wzrostu PKB, chociaż wyższe niż przewidywane w tym roku, nie jest nadmiernie optymistyczne, ale co ważniejsze, dochody budżetu są założone na poziomie o 3 mld zł niższym, niż przewidywane wykonanie w roku bieżącym. To jest najbardziej ostrożna liczba w tym budżecie. Wzrost wydatków jest również bardzo niewielki – podkreśla prof. Gomułka.

Budżet na przyszły rok zakłada wzrost stawki podatku akcyzowego na wyroby spirytusowe o 15 proc. i na papierosy o 5 proc. Zdaniem ekonomisty, wcale nie musi to przynieść oczekiwanych przez rząd efektów w postaci większych wpływów do budżetu, ale nie powinno to zaważyć na jego wykonaniu.

 – Rząd zakłada, że dochody budżetowe będą nieco niższe niż przewidywane wykonanie w roku bieżącym, więc nawet jeżeli dochody z akcyzy na papierosy i alkohol będą niższe niż założone, to nie zaburzy to za bardzo całej konstrukcji budżetu. To mogą być odchylenia rzędu 1-2 mld zł w budżecie, którego wydatki są między 300-400 mld zł – stwierdza prof. Gomułka.

Podkreśla, że dużym znakiem zapytania w przyszłorocznym budżecie jest kwestia OFE. Rząd założył w ustawie, że proponowane „przejęcie” środków otwartych funduszy emerytalnych przez ZUS uzyska zgodę parlamentu i prezydenta, oraz że nie zakwestionuje tego Trybunał Konstytucyjny. W innym wypadku może pojawić się konieczność znowelizowania budżetu w przyszłym roku.

 – Prawdopodobnie rządowi się uda przejęcie tych środków i to mu pomoże na krótką metę. To zwiększa nasze problemy, zarówno jeśli chodzi o deficyt, jak i przede wszystkim dług publiczny w dłuższym okresie, ale w roku przyszłym i jeszcze w następnym, czyli przed następnymi wyborami parlamentarnymi, rząd ma sytuację komfortową – ocenia prof. Gomułka.

W budżecie na przyszły rok rząd przyjął także m.in. utrzymanie stawek VAT na aktualnym poziomie oraz włączenie spółek komandytowo-akcyjnych do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Likwidacji ulegnie ulga w VAT, która umożliwia zwrot osobom fizycznym części wydatków poniesionych na budownictwo mieszkaniowe. Przewidziano również opodatkowanie akcyzą gazu ziemnego do celów opałowych i napędowych (od listopada 2013 r.), ze zwolnieniami np. dla gospodarstw domowych.

Polacy nie oszczędzają na emeryturę. Brakuje na to pieniędzy, ale i świadomości

CEO Magazyn Polska

Polacy nie odkładają na emeryturę, bo nie mają na to pieniędzy – alarmuje dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. Jego zdaniem przyszli emeryci sami muszą zadbać o zabezpieczenie swojej przyszłości, przelewając pieniądze na prywatne konta. Problem w tym, że większość Polaków nie ma z czego odkładać.

 Zmniejszają nam się oszczędności na emerytury, bo Polacy nie oszczędzają tak, jak powinni. Powinni oszczędzać w trzecim filarze lub odkładać na konta prywatne, a tak się niestety nie dzieje – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Dodatkowo rząd proponując zmiany w otwartych funduszach emerytalnych utrudnia Polakom również oszczędzanie w drugim filarze. Przesunięcie części obligacyjnej do ZUS ograniczy oszczędności zgromadzone w OFE o prawie połowę.

 – Drugi filar, jak sami widzimy, jest już przeszłością, z tego względu, że 42 proc., czyli tyle, ile zajmowały obligacje w portfelu inwestycyjnym funduszy, zostanie wytransferowane do ZUS. W związku z tym zostaje mniejsza wartość, mniejsze wpływy. I nawet jeżeli połowa Polaków nie zrezygnuje z tego filara na rzecz ZUS, nawet jeśli odejdzie 20 proc., to już o tyle, o 20 proc. mamy znowu mniejsze wpłaty – wyjaśnia Parvi.

Rząd zaproponował, by środki obligacyjne przenieść z OFE do ZUS i uniemożliwić OFE inwestowanie w obligacje w przyszłości. Jednocześnie przyszli emeryci sami zdecydują, czy resztę swoich oszczędności chcą pozostawić w OFE, czy przenieść do ZUS. To nie koniec powodów, dla których środki inwestowane przez OFE będą coraz mniejsze.

 – W dodatku OFE muszą wypłacać na emerytury, czyli coraz mniejszy kapitał będą posiadały. Stąd też są jeszcze zależne od kapitału typu giełdowego, czyli automatycznie jak indeks będzie niżej, to wartości kapitałowe będą niższe – dodaje dr Rafał Parvi.

Z sondażu przeprowadzonego w lipcu przez Instytutu GfK Polonia dla Konfederacji Lewiatan wynika, że ponad połowa Polaków nie przekazałaby swoich składek z OFE do ZUS, gdyby rząd wprowadził taką możliwość. Większość ankietowanych (70 proc.) czułoby się bezpieczniej, gdyby ich emerytura pochodziła z dwóch źródeł. Oznacza to, że Polacy nie chcą radykalnych zmian w obecnym systemie emerytalnym, mimo że wypracowywane przez fundusze wyniki ich nie satysfakcjonują.

Jako kolejną przyczynę topnienia emerytalnych oszczędności Polaków ekspert wymienia sytuację na rynku pracy. Wskazuje przede wszystkim na coraz mniejsze zarobki przy jednoczesnej redukcji stanowisk i czasu pracy.

 – Nie ma co się łudzić: coraz mniej zarabiamy wbrew rosnącej średniej krajowej. W firmach, które kreują nasz budżet, czyli odpowiadają za 90-95 proc. wpływów do budżetu państwa z podatków, są oszczędności, są cięcia. Przedsiębiorstwa niestety oszczędzają, czyli redukują czas pracy, teraz jest cała batalia o czas pracy, zmniejszają ilość stanowisk i miejsc pracy – tłumaczy ekspert.

Pasażer ma prawo do odszkodowania także za opóźnienie pociągu spowodowane siłą wyższą

0

CEO Magazyn Polska

Śnieżyca czy huragan nie mogą wyłączyć odpowiedzialności przewoźnika za opóźnienie pociągu. Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że pasażerowie, których pociąg spóźnia się z powodu działania siły wyższej, mają prawo do odszkodowania w postaci częściowego zwrotu pieniędzy za bilet. Jeśli opóźnienie przekracza godzinę, pasażerowi należy się 25 proc. ceny, w przypadku ponad 120-minutowego – 50 proc. ceny biletu.

Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, odpowiedzialność przewoźnika za zaistniałe zdarzenia jest stała i zależy od jego działań i staranności w trosce o pasażera, a nie od tego, czy zaistniała siła wyższa.

 – Śnieżyca to sytuacja, którą można przeciwdziałać o tyle, że można tory sprzątać. Ale jeżeli mamy do czynienia z klęską żywiołową, to wtedy indywidualnie dana sytuacja może być oceniona jako taka, kiedy przewoźnik dochował należytej staranności, robił wszystko, co mógł, żeby przeciwdziałać opóźnieniu, ale fizycznie nie był w stanie – wyjaśnia na przykładzie Elżbieta Seredyńska z Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

W takim przypadku pasażerowi nie będzie przysługiwało odszkodowanie, ale – jak podkreśla – będą to wyjątkowe sytuacje.

 – Mamy płynną granicę między tym, kiedy przewoźnik może przeciwdziałać i jest w stanie to robić, ma takie fizyczne możliwości, a kiedy przestaje – mówi Seredyńska. –  Przewoźnik nie może jednak w swoim regulaminie wyłączyć odpowiedzialności z powodu siły wyższej, ponieważ w ogóle jest to niemożliwe.

Jeżeli opóźnienie pociągu wynosi minimum 60 minut, to pasażer musi mieć możliwość wyboru, czy chce zrezygnować podróży i uzyskać zwrot ceny bilety, czy kontynuuje podróż. Wtedy może starać się o odszkodowanie.

 – Zgodnie z unijnym rozporządzeniem, za to opóźnienie pasażerowi przysługuje prawo do odszkodowania w wysokości 25 proc. ceny biletu. W przypadku, kiedy mamy do czynienia z opóźnieniem 120 minut i więcej, wówczas 50 proc. ceny biletu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Elżbieta Seredyńska.

Państwa członkowskie nie stosują jednak przepisów tego rozporządzenia do wszystkich kategorii połączeń kolejowych.

 Każde państwo członkowskie uzyskało możliwość – na podstawie rozporządzenia o prawach pasażerów kolejowych – do wyłączenia pewnych kategorii połączeń, i robi to w zakresie przejazdów podmiejskich, miejskich i regionalnych. W związku z tym przepisy dotyczące opóźnień i odwołanych połączeń na terenie Polski stosuje się do połączeń: Intercity, Eurocity, Euronight – informuje przedstawicielka Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

Rozporządzenie unijne przewiduje, że prawa pasażerów reguluje międzynarodowa konwencja przewozu osób i bagażu kolejami. Zgodnie z nią przewoźnik kolejowy odpowiada za szkody, jakie poniósł podróżny, jeżeli na skutek opóźnienia pociągu podróż nie może być kontynuowana lub nie można wymagać jej kontynuowania tego samego dnia. Przewoźnik nie ponosi jednak odpowiedzialności za opóźnienie pociągu, jeżeli wynika ono z działania siły wyższej, czyli takich okoliczności zewnętrznych w stosunku do ruchu kolei, których przewoźnik nie mógł uniknąć.

Natomiast wspomniane rozporządzenie unijne stanowi, że pasażer, którego podróż opóźniła się o godzinę lub więcej, może zażądać od przedsiębiorstwa kolejowego częściowego zwrotu ceny biletu. Nie przewiduje ono żadnych wyjątków od prawa do uzyskania odszkodowania, jeżeli opóźnienie spowodowane jest działaniem siły wyższej.

Dlatego sąd administracyjny w Austrii miał wątpliwości, jakie przepisy – międzynarodowej konwencji czy rozporządzenia – mają zastosowanie do pasażerów. Zwrócił się z zapytaniem w tej sprawie do Trybunału Sprawiedliwości UE. W wyroku z 26 września br. (sygn. akt C-509/11) TSUE orzekł, że przepisy międzynarodowe, zwalniające przewoźnika z odpowiedzialności, dotyczą jedynie prawa pasażerów do uzyskania naprawienia szkody wynikłej z opóźnienia lub odwołania pociągu. Natomiast odszkodowanie, o którym mowa w rozporządzeniu, ma kompensować cenę zapłaconą przez pasażera w zamian za usługę, która nie została wykonana zgodnie z umową przewozu.

Trybunał Sprawiedliwości UE podkreślił, że pasażerowie mogą występować, obok odszkodowania ryczałtowego z rozporządzenia unijnego, z roszczeniami odszkodowawczymi od przewoźników za opóźnienia pociągów na podstawie przepisów międzynarodowych.

Pierwsza spółka z Chin debiutuje na warszawskim parkiecie

Działająca w branży przemysłu elektromaszynowego chińska spółka Peixin debiutuje dziś na równoległym rynku GPW. – To pierwsza jaskółka, ugruntowująca rolę warszawskiego parkietu jako centralnego parkietu Europy Środkowej i Wschodniej – uważa Jarosław Dąbrowski, członek rady nadzorczej Peixin oraz prezes domu maklerskiego DF Capital. W przyszłym roku spodziewa się kolejnych debiutów chińskich spółek.

Producent maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych jest pierwszym chińskim oraz 46. zagranicznym emitentem na warszawskim parkiecie.

 – To historyczna chwila. Pierwszy raz na warszawskiej giełdzie będzie debiutować chińska spółka. Długo na to czekaliśmy, bo były już różne próby, ale cieszymy się, że się udało – komentuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jarosław Dąbrowski, członek Rady Nadzorczej Peixin oraz prezes domu maklerskiego DF Capital.

Ocenia, że dla Giełdy Papierów Wartościowych debiut ten może stanowić wyróżnienie, biorąc pod uwagę spory wybór parkietów w Europie i na świecie.

 – Spółki chińskie notowane są m.in. w Londynie, we Frankfurcie, w Nowym Jorku – wymienia Dąbrowski. – Dla nich chińskie giełdy są naturalnym wyborem, ale tam w kolejce trzeba czekać nawet półtora roku, a pierwszeństwo mają wielkie spółki o kapitale państwowym, więc średniej wielkości prywatne spółki szukają perspektyw wzrostu na innych rynkach, również w Europie.

Choć Peixin nie należy do największych spółek giełdowych, może być atrakcyjnym celem dla inwestorów, m.in. ze względu na stabilne wyniki finansowe. W ubiegłym roku zarobił na czysto 11,4 mln euro wobec 8,2 mln euro rok wcześniej, a jego przychody wzrosły z 32,84 mln euro do 46,5 mln euro.

 – Jest to spółka średniej wielkości, sprzedaż ma w granicach 200–250 mln złotych. To spółka zyskowna, mająca silny zysk brutto i EBITDA. Wydaje mi się, że może być interesującym aktywem wśród ponad 40 firm międzynarodowych, których akcje notowane są na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – tłumaczy członek rady nadzorczej Peixin. – Bardzo ważne jest, że w toku zapisów na akcje był bardzo duży popyt inwestorów indywidualnych na akcje tej spółki.

Oferta publiczna Peixin objęła 1 mln akcji, z czego 200 tys. papierów trafiło do  inwestorów indywidualnych. Cenę emisyjną ustalono na poziomie 16 zł. Pierwotnie jednak oferta tej spółki obejmowała 4 mln akcji, przy maksymalnej cenie emisyjnej na poziomie 25 zł.

Z uwagi na duże zainteresowanie ze strony inwestorów, zdaniem Jarosława Dąbrowskiego, w najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych chińskich spółek, które pójdą w ślady Peixin. Dom maklerski DF Capital ma swoim portfelu kilka podmiotów, które są tym zainteresowane.

 – Być może już wiosną przyszłego roku będzie kolejne notowanie spółki z innej branży, ale równie ciekawej – mówi Dąbrowski. – Peixin to pierwsza jaskółka, ale ugruntowująca rolę Warszawy jako centralnego parkietu Europy Środkowej i Wschodniej, a w dalszej perspektywie również być może jednej z kilku najważniejszych giełd europejskich – podkreśla.

Grupa Peixin jest producentem maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych, takich jak m.in. pieluchy, podpaski czy chusteczki higieniczne. Środki pozyskane z pierwszej oferty publicznej ma w całości przeznaczyć na częściową realizację planu inwestycyjnego na lata 2013–2015. Jego łączna wartość szacowana jest na 60 mln euro. Spółka zakłada w nim trzykrotne zwiększenie swych mocy produkcyjnych, poprzez zakup gruntu, maszyn oraz budowę dwóch fabryk. W ten sposób chce sprostać rosnącym wymaganiom rynku oraz utrzymać pozycję lidera jakościowego w swojej branży.

DM BOŚ: PKP Cargo może dać zarobić

CEO Magazyn Polska

Dziś ruszają zapisy na zakup akcji PKP Cargo. Największy w Polsce i drugi w UE przewoźnik towarowy zadebiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych 31 października. Zdaniem ekspertów, spodziewany rozwój gospodarczy i związany z tym wzrost zapotrzebowania na przewóz towarów oraz obniżenie stawek dostępu do infrastruktury pozwalają liczyć na zysk dla posiadaczy akcji.

Zapisy chętnych na zakup akcji trwać będą od 9 do 21 października dla inwestorów indywidualnych i od 23 do 25 października dla instytucjonalnych. Przydział akcji będzie miał miejsce 28 października. Największy w Polsce i drugi w UE przewoźnik towarowy planuje sprzedaż ponad 21 mln akcji na okaziciela.

 – Oferta PKP Cargo będzie unikalna na rynku UE, ponieważ będzie to pierwsza notowana giełdowa spółka trudniąca się przewozem towarów koleją. To również bardzo duża spółka, ponieważ jest drugim po Deutsche Bahn przewoźnikiem w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego BOŚ.

PKP Cargo zostało wycenione na 3,2 mld zł, a maksymalna cena jednej akcji to 74 złote. Osoba indywidualna będzie mogła zakupić maksymalnie 500 akcji. W przypadku maksymalnej ceny to inwestycja rzędu 37 tys. zł.

Te warunki, według analityka, sprawią, że zainteresowanie inwestorów będzie duże.

 – Wycena akcji wydaje się względnie atrakcyjna, ponieważ jest bliżej dolnych widełek pojawiających się szacunków analityków. Poza tym w przyszłości również będą benefity, gdyż PKP Cargo zapowiedziało, że chce być spółką dywidendową – mówi Łukasz Bugaj.

Zarząd spółki rekomendować będzie przeznaczanie na dywidendę 35-50 proc. rocznego zysku.

Szansą ożywienie w gospodarce

Zainteresowaniu emisją sprzyjać będzie także spodziewane ożywienie gospodarcze, skutkujące zwiększonym popytem na przewóz towarów.

 – Jeżeli produkujemy towary, to później ktoś musi je przewieźć, a tym kimś będzie właśnie PKP Cargo. Również ostatnia dyskusja, która skutkowała obniżeniem stawek dostępu do infrastruktury rzędu 20 proc. spowoduje, że zysk spółki w przyszłym roku powinien się poprawić – mówi analityk DM BOŚ.

Nie oznacza to, że nie istnieją żadne zagrożenia.

 – Jednym z nich są silne związki zawodowe, które wywalczyły sobie gwarancje zatrudnienia na minimum cztery lata oraz środki, które mają im być przekazane, m.in. w formie akcji – twierdzi Bugaj. – Wynegocjowane warunki obniżą znacznie wygenerowany w tym roku wynik spółki.

Jeśli cena emisyjna akcji pracowniczych będzie wynosić tyle, co cena nominalna, to uprawnieni pracownicy otrzymają 2 mln 171 tysięcy akcji. Będą one mogły zostać sprzedane dopiero dwa lata po debiucie spółki.

 – Kolejny problem to przestarzały tabor kolejowy PKP Cargo, którego średni wiek to aż 30 lat. Z tym także mogą wiązać się problemy finansowe – mówi Bugaj.

Akcje PKP Cargo oferuje Dom Maklerski PKO BP. Księgę popytu współprowadzić będą także Dom Inwestycyjny Investors, Mercurius Dom Maklerski. Z PKO BP jako globalni koordynatorzy i współzarządzający księgą popytu współpracować będą także firmy międzynarodowe, takie jak Goldman Sachs International oraz Morgan Stanley & Co.

W Polsce zaczyna brakować leków

CEO Magazyn Polska

Z powodu bezpośredniej dystrybucji leków od producentów do aptek brakuje leków dla pacjentów. Naczelna Izba Aptekarska apeluje o jak najszybszą zmianę prawa, by wymusić dystrybucję poprzez hurtownie. Niezbędna jest także walka z tzw. odwróconą dystrybucją, które polega na sprzedaży preparatów przez apteki do hurtowni, które następnie wywożą je poza Polskę.

 – Trzeba jak najszybciej znieść dostawy bezpośrednie, bo dzisiaj w Polsce są one nielegalne z punktu widzenia prawa farmaceutycznego. System dystrybucji powinien przebiegać od producenta, podmiotu odpowiedzialnego, do hurtowni, a dopiero później do apteki  dzisiaj często omija się hurtownie – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Kucharewicz, prezes Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Kucharewicz wyjaśnia, że obecnie niektóre apteki dostają od producentów zaledwie kilka opakowań danego leku na tydzień. Do innych placówek trafia za to nawet kilka tysięcy opakowań. To powoduje problemy dla pacjentów, którzy nie mogą zrealizować recept na niektóre leki. Według Kucharewicza, z uwagi na wadliwe prawo brakuje m.in. przeciwzakrzepowych heparyn drobnocząsteczkowych oraz niektórych typów insulin.

 – Jest to kuriozalna i niedopuszczalna sytuacja. Tutaj nadzór farmaceutyczny, Ministerstwo Zdrowia, powinno bezwzględnie jak najszybciej zadziałać. Trzeba przywrócić normalne zasady rynku aptecznego i dystrybuowania leków do pacjenta w naszym kraju. Dzisiaj pacjent musi biegać od apteki do apteki, bo w jednej aptece dostanie dwa opakowania, w innej jeszcze dwa, ale przecież recepty się nie rozerwie – przekonuje Kucharewicz.

Naczelna Izba Aptekarska uważa, że w tej chwili sytuacja jest już na tyle poważna, że niezbędne są jak najszybsze działania Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. Niezbędna jest nie tylko kontrola zakazu dystrybucji bezpośredniej do aptek, ale także walka z tzw. odwróconą dystrybucją.

To zjawisko, które dotyczy ok. 500 leków, polega na sprzedaży preparatów przez apteki do hurtowni, które następnie wywożą je poza Polskę.

 – Ten odcinek z apteki do hurtowni jest elementem nielegalnym. Apteka ma prawo tylko sprzedawać na zewnątrz, pacjentowi, i temu służą apteki, a nie temu, żeby zaopatrywać pacjentów z innych krajów – podkreśla Kucharewicz.

Podkreśla, że dla aptek odwrócona dystrybucja jest bardzo zyskowna, ale jest to działanie nielegalne. Do tego ten proceder może zaostrzać problem z niedostępnością niektórych leków na polskim rynku.

Kucharewicz przyznaje, że problemy związane z dystrybucją leków są najważniejsze dla branży. Aptekarze chcieliby także zmniejszenia częstotliwości aktualizacji listy refundacyjnej, ale na to nie pozwala prawo europejskie. Obecnie listy są zmieniane co dwa miesiące. W nowelizacji ustawy refundacyjnej rząd proponuje zmianę co trzy miesiące. NIA postulowałaby, by odbywało się to co pół roku, ale unijna dyrektywa zabrania rzadszej aktualizacji.

 – Dyrektywy unijne mówią wyraźnie  co trzy miesiące muszą być aktualizowane listy. Rząd zmienił swoją propozycję z dwóch miesięcy na trzy miesiące i to – w naszej ocenie – jest to, co mógł zrobić. To jest maksymalny okres wydłużenia – przyznaje Kucharewicz.

Inteligentne Systemy Transportowe mogą rozwiązać problemy zatłoczonych miast

Polskie regiony muszą opracowywać plany transportowe, by móc ubiegać się o unijne fundusze. Często są one jednak przygotowywane niedokładnie, co może odbić się na skuteczności projektów. Dlatego dużą rolę, zwłaszcza w zatłoczonych aglomeracjach, będą odgrywać inteligentne systemy transportowe.

Choć konieczność tworzenia planów rozwoju transportu została zapisana w ustawie o transporcie publicznym z 2010 r., dopiero teraz widać pierwsze efekty zmian. Plany zyskały znaczenie formalne, są także podstawą do ubiegania się o fundusze unijne.

Anna Dąbrowska, prezes Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych, podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że mimo to wiele regionów Polski popełnia błędy w ich przygotowaniu.

 – Niektóre regiony podeszły do tego bardzo odpowiedzialnie. Od początku robione są badania ogólnoregionalnego ruchu, potoków podróżnych, skąd, dokąd, jak jadą itd. Natomiast w innych regionach jest to robione po staremu. To znaczy, że jest zlecenie opracowania planu transportowego bez przeprowadzenia badań – podkreśla Anna Dąbrowska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Szefowa Fundacji CATI zaznacza, że opracowanie planu rozwoju transportu bez szczegółowych badań, może spowodować, że przygotowane na jego podstawie projekty będą po zrealizowaniu nieskuteczne.

Dla regionów konieczność opracowania takich planów może być nowością. Anna Dąbrowska dodaje, że choć w wielu miastach plany rozwoju transportu istnieją od wielu lat, dopiero po 2010 r. zyskały one moc jako podstawa realizacji długofalowej strategii. Od tego czasu zaplanowane projekty muszą zostać zrealizowane. Dlatego, jak przekonuje, niezbędne są dane oparte na wiarygodnych modelach i badaniach.

 – W planie transportowym mogą się np. znaleźć wnioski, wyniki czy propozycje projektów, które nie będą adekwatne do trendów rozwoju regionu, aglomeracji w sensie źródeł i celów podróży, miejsc skąd i dokąd ludzie będą chcieli podróżować, jakiej wielkości ten ruch będzie, jakie będzie rozmieszczenie przestrzenne – przestrzega Dąbrowska.

Błędne plany mogą doprowadzić do tego, że za 10-15 lat miasta będą prowadziły inwestycje inne niż te, które będą potrzebne pod względem celów miasta, kierunku jego rozwoju i potrzeb jego mieszkańców.

Dużą rolę w nowych planach transportowych muszą odgrywać inteligentne systemy transportowe. Anna Dąbrowska podkreśla, że pozwalają one przede wszystkim na zwiększenie efektywności projektów, co jest szczególnie cenne w miastach.

 – Infrastruktura ma określoną przepustowość, zwłaszcza w miastach, w aglomeracjach, gdzie nie ma już możliwości jej rozbudowy – zaznacza ekspertka. – W inwestycjach infrastrukturalnych będzie coraz trudniej wykazać odpowiedni poziom efektywności ekonomicznej. Poza tym wykonalność tych inwestycji w sytuacji zagęszczenia sieci drogowej w miastach i braku możliwości rozbudowy, wymusi niejako realizacje projektów ITS.

Dzięki uwzględnieniu efektywnych ITS-ów oraz dobrych danych o transporcie publicznym, Polska może lepiej wykorzystać dostępne fundusze unijne.

Niemiecki, francuski, angielski – w tych językach można składać zgłoszenia do Europejskiego Urzędu Patentowego

Sama idea jednolitego systemu patentowego w Europie nie jest zła, natomiast sposób, w jaki ona jest w tej chwili zrealizowana, wydaje się, że może nam przynieść więcej szkód i problemów niż korzyści. Uprzywilejowane są trzy języki: niemiecki, francuski, angielski, co oznacza, że łatwiej będzie trzem nacjom, które zgłaszają najwięcej patentów – mówi Maciej Gawroński, partner zarządzający kancelarii Bird & Bird w Polsce.

Podpisanie umowy międzynarodowej o Jednolitym Sądzie Patentowym (JSP) odbyło się 19 lutego br. Umowę podpisały 24 państwa członkowskie UE – bez Polski, Hiszpanii i Bułgarii.

Umowa o JSP to część pakietu patentowego, w skład którego wchodzą dwa unijne rozporządzenia w dziedzinie jednolitej ochrony patentowej, których przepisy mają być stosowane od 1 stycznia 2014 r. lub od dnia wejścia w życie Porozumienia w sprawie Jednolitego Sądu Patentowego. Umowa o JSP zacznie obowiązywać dopiero po jej ratyfikacji przez 13 państw.

Kłopoty z językiem procedury patentowej

Do systemu JSP wiele zarzutów zgłaszają organizacje biznesowe w Polsce. Podstawowy to ten, że w odróżnieniu od obecnie obowiązujących europejskich patentów, jednolite patenty nie będą wymagały tłumaczenia na język polski, lecz będą obowiązywały w języku, w którym zostały udzielone (angielskim, francuskim albo niemieckim). W tych trzech językach będzie można składać zgłoszenia patentowe.

– Sądy patentowe, które mają rozstrzygać sprawy, również będą w tych trzech krajach, co oznacza, że trzeba podróżować daleko w sprawach patentowych i sporów z tym związanych. Istnieje też obawa, że zostaniemy zalani patentami z zagranicy Z szacunków wynika, że co roku w Polsce obowiązywałoby 65 tysięcy patentów więcej, gdyby Polska przystąpiła do systemu jednolitej ochrony patentowej – uważa Maciej Gawroński.

Obecnie europejskie patenty wymagają tzw walidacji, która polega na dostarczeniu przez właściciela do polskiego Urzędu Patentowego tłumaczenia opisu patentowego na język polski. Tłumaczenia są następnie publikowane, dzięki czemu polskie firmy mogą zapoznać się z patentami i uniknąć odpowiedzialności za ich naruszenie. Jednolite patenty nie będą podlegały tej procedurze i będą obowiązywały automatycznie.

Zniesienie obowiązku tłumaczenia patentów oznacza przerzucenie kosztów tłumaczenia na przedsiębiorców w krajach, w których językiem urzędowym nie jest angielski, francuski czy niemiecki. Wiąże się to także z ryzykiem naruszenia cudzych praw patentowych w razie błędnego tłumaczenia opisu patentu.

– W związku z tym istnieje obawa, że nie będziemy na równych prawach jak te uprzywilejowane nacje, które będą miały bliżej sądy i postępowanie w swoim języku. Prawda jest też taka, że od 20 lat staramy się nadrobić nasze różnice gospodarcze, społeczne, więc startujemy z nieco gorszego miejsca, a i tak chyba idzie nam całkiem nieźle. Polska do porozumienia nie przystąpiła, ale to da nam czas na przyjrzenie się, jak ten system funkcjonuje – podsumowuje Maciej Gawroński.

Inne zarzuty wobec umowy o JSP

Polskie organizacje biznesowe i przemysłowe obawiają się także, że wejście w życie umowy o JSP może spowodować unieważnienie części dotychczasowych patentów europejskich, bo JSP zyska także kompetencję w tym zakresie. Ponadto uważają, że system ten doprowadzi do monopoli patentowych i ich dostępności tylko dla dużych firm. JSP ma być bowiem dostępny nie tylko dla firm z Europy, ale z całego świata.

Niepewność co do ochrony patentowej spowoduje także, ich zdaniem, pogorszenie warunków prowadzenia działalności gospodarczej i rozwoju badawczego – a to z kolei będzie miało wpływ na ceny towarów i usług. Ponadto polskie firmy obawiają się, że właściciele patentów będą wymuszali zawieranie umów licencyjnych, z wysokimi opłatami licencyjnymi, pod groźbą procesu za naruszenie patentu.

Podkreślany jest także fakt, że Jednolity Sąd Patentowy nie jest ani sądem, ani trybunałem, co oznacza sprzeczność przepisów o jego powołaniu z polską konstytucją, która stanowi, że wymiar sprawiedliwości sprawują jedynie sądy i trybunały.

Dokładne tłumaczenie zgłoszenia patentowego ma ogromne znaczenie. Więcej na temat tłumaczeń zgłoszeń patentowych znajdziesz tutaj .

Rynki BRIC będą motorem wzrostu światowej branży motoryzacyjnej

Gdy Europa Zachodnia i Ameryka Północna odrabiają straty po kryzysie, a Japonia i Korea Południowa pogrążone są w stagnacji, światowy rynek motoryzacyjny napędza wzrost sprzedaży w Brazylii, Rosji, Indiach i Chinach. W 2013 roku na świecie sprzeda się 83 mln samochodów osobowych i dostawczych, z czego 25% w Chinach. Do 2020 roku światowa sprzedaż sięgnie 118 mln pojazdów, przy znacznie większym udziale młodych rynków Azji, Ameryki Południowej i Europy Wschodniej – wynika z raportu KPMG „Global Automotive Retail Market”.

Pomimo niskiej sprzedaży na dojrzałych rynkach, światowa sprzedaż samochodów osobowych i dostawczych rośnie W 2013 roku sprzedaż nowych samochodów osobowych i dostawczych na świecie osiągnie poziom 83 mln sztuk. Najwięcej (21 mln) pojazdów zostanie sprzedanych w Chinach, które odpowiadają już za 25% światowego rynku. Rośnie także sprzedaż w regionie Ameryki Północnej, gdzie w skali całego 2013 roku nabywców znajdzie 18 mln pojazdów (22% sprzedaży światowej). Mimo spadków, trzecim co do wielkości rynkiem pozostaje Europa Zachodnia, w której sprzedaż sięgnie 12,6 mln sztuk (15% światowej sprzedaży). Na znaczeniu zyskują z kolei Indie i kraje ASEAN, odpowiedzialne za 9% światowej sprzedaży (7,1 mln pojazdów).

„W latach 2008-2013, kiedy dojrzałe rynki motoryzacyjne przeżywały trudności, wiele z tzw. rynków wschodzących rosło w błyskawicznym tempie. Dziś trudno mówić o tych rynkach jako „rozwijających się” czy właśnie „wschodzących”. Teraz są to absolutnie kluczowe miejsca na mapie światowej motoryzacji, dlatego też bardziej trafne jest mówienie o nich jako o rynkach dojrzewających, stabilizujących się”
– mówi Mirosław Michna, Partner, Szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej KPMG w Polsce.

Popyt na rynkach stabilizujących się nabierze do 2020 roku bezprecedensowych rozmiarów
Najbliższe lata przyniosą wzrost światowego rynku samochodów osobowych i dostawczych średnio o 5,1% rocznie, do 118 mln sztuk w 2020 roku. Motorem wzrostu będą przede wszystkim rynki stabilizujące się: Chiny, Indie i kraje ASEAN, Ameryka Południowa oraz Europa Wschodnia.

„Uwaga światowej motoryzacji koncentruje się obecnie na Chinach – już w 2009 zyskały one status największego rynku samochodów na świecie, a w 2013 roku osiągnęły wolumen sprzedaży nienotowany nawet na rynku północnoamerykańskim przed kryzysem. Co istotne, potencjał rynkowy Chin jest daleki od wyczerpania i jeszcze długo kraj ten będzie główną siłą napędzającą wzrost globalnego przemysłu motoryzacyjnego”
– komentuje Mirosław Michna, Partner, Szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej KPMG w Polsce.

W ciągu najbliższych siedmiu lat chiński rynek samochodów osobowych i dostawczych będzie rósł w średnim tempie 7,4% rocznie. Do 2020 roku Chiny zwiększą swój udział w globalnym rynku do 29%, z wolumenem sprzedaży sięgającym 34,7 mln sztuk. Drugim najszybciej rozwijającym się regionem (średnio 11% w skali roku) będą Indie i kraje ASEAN. W 2020 roku sprzedaż na tych rynkach sięgnie łącznie 14,7 mln sztuk.

Dojrzałe rynki do 2020 ciągle będą odrabiać straty po kryzysie
W Europie Zachodniej rynek samochodów osobowych i dostawczych maleje od 2008 roku. Najbliższe lata powinny jednak przynieść stopniowy wzrost sprzedaży, średnio o 3,8% rocznie. Trudno mówić w tym przypadku o odbiciu – powrót do sprzedaży na poziomie porównywalnym do lat przed kryzysem (powyżej 16 mln sztuk) uda się osiągnąć prawdopodobnie dopiero około 2020 roku.

Lepsza jest sytuacja w Ameryce Północnej, gdzie udało się już odrobić większość strat wywołanych kryzysem. Powrót do pełnej równowagi potrwa jednak jeszcze 2-3 lata. W najbliższych 7 latach rynek ten będzie rósł średnio o 2% rocznie, a sprzedaż samochodów osobowych i dostawczych w 2020 roku może sięgnąć 20,7 mln sztuk.

Najsłabsze perspektywy mają Japonia i Korea Południowa – na tych rynkach nawet w dłuższym okresie trudno oczekiwać wzrostu. Najbardziej prawdopodobny scenariusz do 2020 roku to spadek sprzedaży średnio o 1,1% rocznie.

Jeżeli są Państwo związani z międzynarodowym sektorem produkcji, sprzedaży lub usług motoryzacyjnych, z całą pewnością potrzebują Państwo profesjonalnych usług tłumaczeniowych. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj: tłumaczenia motoryzacja.

Współpraca polskich firm z Chinami

Co polscy przedsiębiorcy myślą o współpracy z chińską potęgą gospodarczą? Cytując właśnie ukazujący się raport „Polska – Chiny. Ocena współpracy gospodarczej polskich przedsiębiorstw z Chinami” Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i KPMG, „blisko połowa już obecnych w Chinach firm planuje w najbliższych trzech latach rozszerzać zakres współpracy”. To między innymi jeden z wniosków wynikających z pierwszego tego typu badania przeprowadzonego w Polsce w tak dużej skali (500 średnich i dużych przedsiębiorstw), w którym nasi rodzimi przedsiębiorcy wypowiedzieli się, jak postrzegają współpracę gospodarczą z tym krajem. Okazuje się, że „27% polskich przedsiębiorstw prowadzi obecnie współpracę z Chinami”, jednak kooperacja ta skupia się głównie na imporcie towarów i usług (76%), nieco rzadziej zlecaniu produkcji w Chinach (32%) czy eksporcie do Chin (28%).

Wyniki przeprowadzonego badania zaprezentowane w raporcie wskazują również na rosnącą rolę Chin dla polskich firm. Przedsiębiorcy dostrzegają jednak szereg barier w prowadzeniu takiej współpracy, wśród których najważniejszą jest odległość Chin od Polski (77% odpowiedzi), trudności ze znalezieniem właściwego partnera biznesowego czy odmienna kultura biznesowa (odpowiednio: 56%, 50%). Firmy rzadko zwracają się o wsparcie w ekspansji na rynku chińskim do polskich instytucji, choć ich oczekiwania wobec państwa są wysokie. Jednocześnie ich głównym źródłem informacji o Chinach (dla 87% firm) jest Internet oraz doświadczenia innych polskich przedsiębiorstw (63%), natomiast znacznie rzadziej informacje przygotowywane przez instytucje państwowe.

Jak zauważa Andrzej Kaczmarek, szef działu China Practice w KPMG w Polsce i jeden ze współautorów raportu, „polskie przedsiębiorstwa z reguły dobrze oceniają dotychczasową współpracę z partnerami chińskimi i chcą ją rozwijać. Innym albo brakuje pomysłu na robienie biznesu w Chinach, albo cierpliwości do pokonania wielu przeszkód faktycznych lub domniemanych, niezbędnych do podpisania kontraktu i zarabiania pieniędzy na współpracy z Chińczykami”. Jednym z najważniejszych problemów, jakie wykazało badanie jest wsparcie państwa dla polskich firm we współpracy z partnerami chińskimi. Jak podkreśla Artur Gradziuk, koordynator programu w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, również jeden ze współautorów raportu, „istnieją duże rozbieżności między oczekiwaniami biznesu, a stopniem korzystania ze wsparcia ze strony państwa, co może świadczyć o braku wiedzy na temat pomocy oferowanej przez instytucje państwowe, trudnościach w wykorzystaniu dostępnych instrumentów przez polskie firmy lub rozbieżnościach między potrzebami przedsiębiorstw, a formami wsparcia proponowanymi przez instytucje państwowe”.

Przygotowany wspólnie przez PISM i KPMG raport pozwala zrozumieć, jakie są faktyczne możliwości rozwoju współpracy gospodarczej Polski z Chinami. Jest także ważnym źródłem informacji dla instytucji wspierających polskie firmy w ich ekspansji na rynek chiński oraz obserwatorów współczesnych trendów gospodarczych.

Kilka ciekawostek dla zainteresowanych wprowadzeniem produktów na rynek chiński więcej tutaj: Tłumaczenia i lokalizacja kluczem do rynku chińskiego

Do końca roku kolejne dwa projekty współfinansowane przez Polskie Inwestycje Rozwojowe. Na pierwszy ogień poszedł Lotos

CEO Magazyn Polska

Polskie Inwestycje Rozwojowe (PIR) realizują swój pierwszy projekt infrastrukturalny, który ma wzmocnić bezpieczeństwo energetyczne kraju. Państwowa spółka podpisała w tej sprawie porozumienie z Lotos Petrobaltic – spółką celową Lotosu. Warta ponad miliard złotych inwestycja będzie polegała na uruchomieniu i eksploatacji złoża ropy naftowej na Morzu Bałtyckim. Kolejne dwa projekty współfinansowane przez PIR zostaną ogłoszone w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

 – Otrzymaliśmy 36 projektów, które można merytorycznie rozpatrzyć. Pomysłów przejrzeliśmy pewnie setkę, ale od pomysłu do przemysłu jest daleka droga – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz, prezes PIR. – Z tych 36 nad 10 pracujemy dość intensywnie i z nich będą wywodzić się kolejne projekty, które będziemy przedstawiać światu.

Szacuje, że w ciągu 2-3 miesięcy będą znane kolejne dwa projekty, jednak o ich szczegółach za wcześnie jeszcze mówić.

 – Ja bym osobiście stawiał na jeden projekt związany z utylizacją odpadów i jeden energetyczny, ale na tym etapie to są  tylko i wyłącznie moje przewidywania – dodaje Grendowicz.

Przygotowanie całego procesu zajmuje dużo czasu, bo – jak wyjaśnia prezes PIR – to skomplikowane projekty, których przygotowanie często trwa latami.

 – PIR nie ma swoich własnych projektów. To są projekty naszych klientów i ich dynamika zależy od dynamiki nadanej im przez klientów. W związku z tym my często nie mamy wpływu na to, jak szybko pewne rzeczy postępują – wyjaśnia Grendowicz. – Poza tym weźmy pod uwagę, że mówimy o niezwykle skomplikowanych projektach, które realizowane będą w spółkach specjalnego przeznaczenia, co oznacza, że cała jakość tych projektów to jakość umów, którymi te spółki są obudowane. To czasochłonne procesy, często trwające latami.

Lotos Baltic na pierwszy ogień

Podpisane z Lotosem porozumienie zakłada, że finansowanie projektu przez PIR nie przekroczy kwoty 563 mln złotych. Pierwszą transzę finansowania PIR ma wypłacić w pierwszej połowie 2014 r.

 – Przewidujemy uruchomienie środków w okolicach pierwszego kwartału przyszłego roku, a więc generalnie zgodnie z harmonogramem, który przedstawiałem sześć miesięcy temu, przychodząc do PIR – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz. –  Kwota zależna będzie od właściwej alokacji ryzyka pomiędzy bankami a PIR.

Całkowite nakłady na inwestycje sięgną 1,6 mld złotych, z czego wartość rynkowa wkładu spółki zależnej (Lotos Petrobaltic) to ok. 700 mln zł oraz 900 mln zł od podmiotów zewnętrznych (banków komercyjnych i PIR).

W ramach podpisanego porozumienia PIR zainwestuje w dokończenie prac wiertniczych na złożu, przygotowanie infrastruktury podwodnej dla celów eksploatacji oraz przebudowę platformy wiertniczej Petrobaltic. Po zakończeniu tych prac spółka celowa Lotosu (Lotos Petrobaltic) rozpocznie eksploatację złoża oraz sprzedaż ropy naftowej i gazu ziemnego.

Potencjał wydobywczy złoża B8 jest szacowany na 3,5 mln ton ropy naftowej. Oznacza to, że rocznie będzie można pozyskać z niego około 220 tysięcy ton surowca.

Mariusz Grendowicz tłumaczy, że finansowanie tak perspektywicznych inwestycji jak ta, jest wpisane w strategię państwowej spółki.

 – Wydaje mi się, że rola dla PIR jest bardzo jasna. Ewidentna jest potrzeba funkcjonowania tego typu podmiotu na polskim rynku. Stąd nasze negocjacje nie były trudne – mówi prezes PIR.

Spółka jako inwestor formalnie będzie podporządkowany bankom jako wierzycielom nadrzędnym, albo spółce celowej jako inwestor mniejszościowy.

Misją PIR, która powstała w ramach programu „Inwestycje Polskie”, jest przyczynianie się do wzrostu PKB oraz tworzenie nowych miejsc pracy. W projektach infrastrukturalnych spółka pełni rolę inwestora kapitałowego i dostawcy finansowania. Inwestuje wyłącznie w rentowne projekty o niskim lub średnim poziomie ryzyka, czyli w takie, które mieszczą się w zakresie działalności funduszy infrastrukturalnych lub private equity. Nigdy natomiast nie wchodzi w projekty typowe dla działalności venture capital.

Komentarz dzienny, 8 października 2013

Dziś początek serii danych z niemieckiego sektora przemysłowego. Powszechnie oczekuje się, w ślad za wzrostami sierpniowych indeksów koniunktury, odreagowania zaskakujących spadków z poprzedniego miesiąca. Efekt powinien być szczególnie widoczny w odniesieniu do zamówień (wygaśnięcie jednorazowego efektu związanego najprawdopodobniej z Air Show w Paryżu). Potwierdzeniem tego jest wzrost eksportu zbliżony do oczekiwań.

70 wydziałów polskich uczelni i jednostek badawczych z najniższą oceną. Będą miały problem z finansowaniem badań

CEO Magazyn Polska

Jednostki naukowe i badawcze, które otrzymały najniższą kategorię C w ocenie Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych, otrzymają najmniej funduszy na działalność badawczą i w dodatku tylko przez 6 miesięcy. Wśród nich są również dopiero powstałe instytuty i wydziały oraz uczelnie niepubliczne, które po raz pierwszy poddały się badaniom. Na 963 zbadane jednostki 37 otrzymało najwyższą ocenę (A+), a najwięcej, bo 500, zostało ocenionych dobrze (kategoria B).

 – Oceniane były wszystkie instytuty naukowe, instytuty badawcze, i wszystkie wydziały, jednostki wewnętrzne uczelni wyższych, centra – jeśli prowadzą badania naukowe – również. W sumie było parametryzowanych ponad 900 jednostek – wyjaśnia prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wyróżniającą ocenę A+ otrzymało 37 jednostek, w których badania prowadzi się na światowym poziomie. To m.in. instytuty naukowe Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Warszawskiego, Jagiellońskiego, Wrocławskiego i SGH. To do nich trafi największe finansowanie.

 – Za kategoriami kryje się algorytm finansowania jednostek. Ponad 70 jednostek to kategoria C, wśród nich są nowe instytuty, wydziały, często uczelnie niepubliczne, które po raz pierwszy poddały się parametryzacji. Te będą miały najgorzej, otrzymają najmniej środków i tylko przez 6 miesięcy. W ciągu całego okresu obowiązywania oceny, czyli czterech lat, jednostki z kategorią C albo muszą bardzo mocno pracować, żeby poprawić jakość badań, albo szukać sposobów poprzez restrukturyzację, konsolidację, nawet likwidację w niektórych przypadkach – mówi prof. Kudrycka.

Przyznaje, że wcześniej środki na realizację badań nie były kierowane zgodnie z wynikami parametryzacji, a były uzależnione od uznania ministra

 – My wprowadziliśmy zasadę, że parametryzacja jest najistotniejszym składnikiem algorytmu i tutaj minister nie może wedle uznania powiedzieć: lubię jeden instytut, przekonali mnie jego pracownicy, to mu więcej dam, a drugiego nie lubię, bo mi podpadł z jakichś powodów, i w związku z tym dostaną mniej. Tutaj te wszystkie parametry, wskaźniki, mierniki i wagi określają bardzo szczegółowo, jaki jest potencjał naukowy i jakie osiągnięcia naukowe ma dana jednostka w ostatnich kilku latach – podkreśla minister.

Kategorię A i B, czyli ocenę bardzo dobrą i dobrą, otrzymało łącznie ok. 800 jednostek. Zdaniem minister nauki to dowód na to, że prowadzone tam badania oceniono jako bardzo rzetelne, w wielu przypadkach przełomowe.

Wyjaśnia, że KEJN oceniał działalność naukową instytutów i wydziałów, ale za tym idzie również jakość zajęć dydaktycznych. Jest to więc cenna informacja  punktu widzenia studentów, ale również przedsiębiorców, którzy coraz częściej szukają wśród naukowców partnerów do badań.

 – W danej jednostce naukowej, na danym wydziale pracują lepsi naukowcy, więc powinny tam docierać studenci, którzy chcą spotykać dobrych lub wybitnych naukowców. Naturalnie to jest też pewien sygnał dla przedsiębiorców,  zainteresowanych współpracą z nauką. To właśnie tam, gdzie są najlepsi, powinni znajdować partnerów, którzy by prowadzili badania na ich zlecenie, czy też pomagali im ekspercko w dalszej działalności – mówi prof. Kudrycka.

Ministerstwo liczy się z tym, że jednostki będą odwoływać się od wyników badania i zapewnia, że wszystkie uwagi zostaną wzięte pod uwagę, co może oznaczać konieczność weryfikacji ocen.

Analizą i porównywaniem dorobku naukowego wydziałów, instytutów naukowych i badawczych zajmował się Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych. Składał się on z naukowców pod przewodnictwem prof. Macieja Zabela z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Ocenie podlegały osiągnięcia o naukowe i twórcze, potencjał naukowy, a także efekty działalności naukowej. Jednostki podzielono na cztery grupy nauk: humanistyczne i społeczne, nauki o życiu, nauki ścisłe i inżynieryjne oraz nauki o sztuce i twórczości artystycznej.

Resort budownictwa: „Mieszkanie dla Młodych” rozwinie nowe zasoby mieszkaniowe, a nie będzie ponownie dotować starych

Dopłacanie do zakupu mieszkań z rynku wtórnego byłoby nieefektywne ekonomicznie – uważa Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Tłumaczy, że celem rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” jest rozwijanie nowych zasobów mieszkaniowych. Program ma wspierać nie tylko nabywców nowych mieszkań, ale pośrednio też inwestorów mieszkaniowych, bo za tym idą nowe miejsca pracy i impuls dla gospodarki.

Startujący od przyszłego roku program rządowych dopłat „Mieszkanie dla Młodych” będzie funkcjonował wyłącznie na rynku pierwotnym. Takie było pierwotne założenie rządu, taka wersja została również przyjęta przez Sejm. Oznacza to, że o dofinansowanie do własnego „M” będą mogli starać się głównie mieszkańcy dużych miast, bo tam powstaje najwięcej inwestycji.

Wiceminister Piotr Styczeń podkreśla, że rządowi chodzi przede wszystkim o to, by rozwijać nowe zasoby mieszkaniowe, zamiast ponownie dopłacać do starych, często zniszczonych już inwestycji.

 – Polski rynek pracy w budownictwie, w szczególności mieszkaniowym, wymaga podtrzymania tej zdolności produkcyjnej, która w ostatnich kilku latach w liczbie oddanych lokali mieszkalnych między 130 a 160 tys. pozwoliła osiągnąć sukces mieszkaniowy i przyrosnąć zasobom mieszkaniowym w ilości niedostępnej w ostatnim 20-leciu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Styczeń, wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej.

Podkreśla, że nowe inwestycje stwarzają dodatkowe miejsca pracy w budownictwie i dają możliwości wykorzystania do tego celu nowoczesnych maszyn i technologii. Oznacza to, że program z jednej strony wesprze rodziny w zakupie mieszkania, a z drugiej – pośrednio też inwestorów mieszkaniowych, czyli deweloperów, spółdzielnie mieszkaniowe czy Towarzystwa Budownictwa Społecznego.

Zdaniem wiceministra Stycznia, Polska powiatowa ma duży potencjał inwestycyjny, który dotychczas nie był wykorzystywany, ze względu na słaby popyt. Mieszkanie dla Młodych może natomiast stać się impulsem dla inwestorów do rozpoczęcia nowych projektów.

 – Spółdzielnie mieszkaniowe i Towarzystwa Budownictwa Społecznego, szczególnie w powiatach, tych mniejszych miejscowościach mają potencjał, który jest niewykorzystany, jest uśpiony. Należy go uruchomić – podkreśla.

Dopłaty do nowych mieszkań mają przyczynić się również do urealnienia cen rynkowych. Oznacza to, że staną się one bardziej adekwatne do wieku, jakości i standardu sprzedawanych nieruchomości.

 – Powinna powstać myśl o obniżeniu ceny po to, żeby konkurować z rynkiem pierwotnym, a nie utrzymaniu ceny, jak na rynku pierwotnym, gdyby taka dotacja na rynku wtórnym się pojawiła – wyjaśnia Piotr Styczeń.

Rząd liczy również na to, że bardziej przyjazne kieszeni kupującego staną się ceny mieszkań z rynku pierwotnego. Po wygaśnięciu programu „Rodzina na Swoim” ceny transakcyjne poszły w górę. Przede wszystkim dlatego, że deweloperzy nie musieli już dopasowywać swoich ofert do limitów narzuconych przez program.

 – Nadal będziemy prosić inwestorów mieszkaniowych, aby zechcieli dostosować ceny do tego programu. Liczę na to, że takie oddziaływanie potwierdzone rokiem 2012 przez RnS, spotka się z reakcją popyt-podaż, odpowiednią do środków budżetowych zaprojektowanych do tego programu – dodaje wiceminister.

Choć Sejm uchwalił ustawę o MdM, nie kończy to prac nad programem, tym bardziej, że opozycja jest za włączeniem do niego rynku wtórnego. W kolejnym etapie prac ustawą zajmie się Senat.

PKP Cargo ma szanse na silną pozycję w Europie

CEO Magazyn Polska

3 proc. rocznie – w takim tempie przez następne siedem lat ma rozwijać się rynek kolejowych przewozów towarowych w Polsce. O ile znikną bariery, które na razie hamują jego rozwój – twierdzą eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Tymi barierami są przede wszystkim zły stan infrastruktury i regulacje prawne, które ograniczają ekspansję spółek, takich jak PKP Cargo, w tym niewłaściwe definiowanie rynku przez urząd antymonopolowy.

Rynek towarowych przewozów kolejowych wciąż rozwija się wolniej niż przed kryzysem, czyli przed 2008 rokiem. Dodatkowo wciąż traci na korzyść transportu drogowego, który w ostatnich latach rósł w tempie 8,4 proc. rocznie.

Eksperci Instytutu Jagiellońskiego wyliczają, że szybszy rozwój utrudniają takie bariery, jak słaba infrastruktura i wysokie opłaty za korzystanie z niej, które stanowią ok. 30 procent kosztów ponoszonych przez przewoźników. Problemem są także roszczenia związków zawodowych i kondycja całej grupy PKP.

 – W przypadku PKP Cargo barierą rozwoju spółki są decyzje UOKiK, który traktuje przewoźnika jako firmę działającą tylko na rynku krajowym i tak rozpatruje jej działania, podejmując decyzje antymonopolowe – uważa Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, autor raportu „Co hamuje i napędza polską kolej?”

PKP Cargo ma 48 proc. udział w polskim rynku. Jednocześnie jest drugim największym przewoźnikiem w Europie (8 proc. udziału). Zdaniem Roszkowskiego z tego powodu właściwym urzędem antymonopolowym powinien być urząd w Brukseli, który szerzej patrzy na rynek kolejowych przewozów towarowych i konkurencję z liderem, Deutsche Bahn. Jego zdaniem UOKiK zawęża się jedynie do rynku polskiego i nie widzi, że rynek transportu kolejowego jest de facto rynkiem europejskim, a nie krajowym.

 – W zasadzie chodzi o traktowanie PKP Cargo i rynku kolejowego w Polsce szerzej, jako rynku europejskiego. Na naszym zliberalizowanym rynku przewozów towarowych mamy 55 różnych przewoźników. PKP Cargo jest największym. Następny jest Deutsche Bahn i spółki córki francuskich kolei. Mamy przestrzeń, w której sami się ograniczamy – podkreśla prezes Instytutu Jagiellońskiego.

Nie tylko problemy

Jego zdaniem, PKP Cargo ma szanse, by wzmacniać swoją pozycję na wspólnotowym rynku przewozów.

 – Do tego potrzeba odpowiedniego otoczenia prawnego, stabilnej sytuacji na giełdzie, czyli np. żeby rząd nie majstrował przy OFE, do tego potrzeba położenia większego nacisku na kolej przy wydatkowaniu środków unijnych oraz niskich stawek za przewozy kolejowe – wymienia Roszkowski.

To ostatnie już powoli się zmienia. We wrześniu spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zatwierdziła projekt zakładający zmniejszenie stawek za korzystanie z przestrzeni kolejowej o średnio 20,4 proc. Ponadto do 2015 r. mają się zakończyć inwestycje na torach służących do ruchu towarowego w okolicy Wrocławia, Katowic i Kielc.

PKP PLK planują także przeznaczenie znacznej części funduszy unijnych przeznaczonych na lata 2014-2020 właśnie na modernizację linii towarowych. Planowana jest także modernizacja głównych szlaków towarowych – m.in. magistrali z Górnego Śląska do portów w Gdańsku i Gdyni, jak również linii kolejowej łączącej południe Polski z portami leżącymi na zachodnim wybrzeżu.

Szanse PKP Cargo rosną, szczególnie w kontekście prywatyzacji spółki. W piątek 4 października Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny przewoźnika. Giełdowy debiut planowany jest jeszcze przed końcem roku.

Eksperci z Instytutu Jagiellońskiego zwracają także uwagę na korzystne czynniki dla polskiego transportu kolejowego, do których należą korzystne położenie Polski w centralnej Europie, czy stykanie się na polskiej granicy torów o szerokości standardowej z torami szerokimi typu wschodniego. Nie bez znaczenia jest także dochodzenie szerokich torów do terminalu przeładunkowego w śląskim Sławkowie, co może ułatwiać transport tranzytowy z Rosji i Chin do zachodniej Europy.

IBM: Polskie młode firmy mają szansę na zdobycie globalnej pozycji

0

CEO Magazyn Polska

Początkujące firmy na rynku technologii informacyjnych i komunikacyjnych (ICT) najczęściej rozwijają znane już rozwiązania, rzadko realizują zupełnie nowe pomysły. Według IBM, który organizuje programy wspierające takie firmy, zgłaszane pomysły dotyczą różnych dziedzin życia, a łączy je możliwość działania w dowolnym miejscu globu i na światową skalę.

 – Wiele z naszych firm, które współpracują na rynku polskim, jest rozpoznawalna wszędzie. Nowe technologie są nośnikiem rozwiązań, które pomagają im rozwinąć biznes – mówi Marek Majewski, dyrektor Działu Oprogramowania IBM Polska. – Firmy te starają się wymyślać jakieś nowe pomysły, rzeczy, których do tej pory duże firmy nie robiły i na tym budować swoją przewagę rynkową. Wiele z tych firm, które możemy widzieć w Polsce, rozpoczynało swój biznes od razu zakładając, że będzie to firma globalna.

Jak tłumaczy, obecnie firmy zaczynające działalność specjalizują się zwykle w jednym z czterech obszarów – rozwiązania chmurowe (cloud computing), rozwiązania mobilne, big data oraz business analytics.

 – To nie są firmy, które koncentrują się tylko na bankowości, na zarządzaniu miastami, na rynku telekomunikacyjnym czy energetycznym. Pomysły, które firmy mają, dotykają wszystkich możliwych dziedzin życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Majewski. – Zarządzanie flotą transportową, analiza danych, wspomaganie firmy w zarządzaniu biznesem, czy pomoc we wdrażaniu wirtualnych rozwiązań, które wspomagają pracę urzędników w urzędach publicznych – to są tego typu rozwiązania.

IBM organizuje program SmartCamp, który jest częścią IBM Global Entrepreneur. W jego ramach młode przedsiębiorstwa uzyskują wsparcie przy wprowadzaniu produktu na rynek. Wszyscy uczestnicy programu otrzymują bezpłatny dostęp do oprogramowania IBM, jak również możliwość spotkania z ekspertami reprezentującymi fundusze venture capital.

 – Firmy, które tutaj się prezentują, mają możliwość rozwinąć swoje pomysły – wyjaśnia Majewski. – Dostają też od nas porady, jak prowadzić biznes, jakie technologie na dzień dzisiejszy na rynku światowym są rozpoznawalne. Dzięki współpracy z naszym działem IBM Venture Capital Group mają też możliwość zaprezentowania się szerszej grupie inwestorów, którzy potencjalnie mogą zainwestować w ich biznes.

W tym roku po raz pierwszy zorganizowano polską edycję konkursu. Zwyciężyła w niej firma Lab4motion z Poznania, która zajmuje się badaniami behawioralnymi w przestrzeniach komercyjnych. W ofercie firmy są m.in. narzędzia analityczne oraz systemy pomiarowe, które dostarczają danych i zwiększają wiedzę na temat klientów.

 – Nisze, które firmy wybierają, to uzupełnianie gotowych rozwiązań , które na rynku występują. Czyli nie wymyślanie nowych rozwiązań od początku, tylko raczej uzupełnianie technologii, które pozwolą, żeby były one jeszcze lepiej, jeszcze mądrzej używane przez przedsiębiorców – mówi dyrektor działu oprogramowania IBM Polska.

Finał konkursu SmartCamp na region Azji, Europy Centralnej i Wschodniej, Bliski Wschód i Afrykę odbędzie się 30 i 31 października w Stambule. Globalny finał – na początku lutego 2014 roku w San Francisco.

Google ma sposób na cookies. Tworzy własny system śledzenia użytkowników

CEO Magazyn Polska

Google tworzy alternatywę dla plików cookies. Nowy system „śledzenia” internautów ma podlegać większej kontroli użytkowników, ale będzie w całości kontrolowany przez tę firmę.

 – Google postanowiło stworzyć własne rozwiązanie, które mogłoby zastąpić pliki cookie i równocześnie lepiej chronić prywatność internautów – mówi agencji informacyjnej Newseria Arkadiusz Cywiński, niezależny specjalista RTB. – Pomysłem Google, który obecnie jest w fazie testów i spekulacji, jest AdID, czyli indywidualny anonimowy identyfikator użytkownika ustawiany na poziomie przeglądarki.

AdID miałby zastąpić pliki cookies, które zostały stworzone po to, żeby poprawić funkcjonalność przeglądarek internetowych i ułatwić korzystanie z sieci przez użytkowników. Ich późniejsze wykorzystywanie przez reklamodawców przyniosło im jednak złą opinię. W niektórych krajach – jak w Polsce – przyczyniły się do tego uciążliwe dla użytkowników obowiązkowe ostrzeżenia publikowane na stronach, które używają cookies.

 – Mają one obecnie bardzo zły wizerunek, w związku z tym, że są uznawane za głównego winowajcę śledzenia użytkowników w internecie. Według mnie jest to stwierdzenie nie do końca prawdziwe, gdyż każdy użytkownik z poziomu przeglądarki może te pliki bardzo łatwo skasować, przez co również ustaje śledzenie użytkownika przez wszystkich reklamodawców – mówi Cywiński.

Nowe rozwiązanie prawdopodobnie najpierw zostanie użyte w Chrome, przeglądarce stworzonej przez Google. Dopiero po tym, jak zyska uznanie użytkowników, może być wykorzystane w konkurencyjnych przeglądarkach.

 – To ma działać na takiej zasadzie, iż użytkownik może określić już z poziomu przeglądarki, czy w ogóle chce być śledzony, tzn. czy chce by anonimowe dane o jego zainteresowaniach, historii przeglądania, historii wyszukiwania mogły być wykorzystywane przez reklamodawców. Dodatkowo może określić, którzy reklamodawcy będą mieć do tego systemu dostęp – wyjaśnia rozmówca Newserii.

Według eksperta, koszty wdrożenia nowego systemu będą niewielkie, szczególnie przy ogromnym potencjale Google. Problemem może być jednak to, że w przeciwieństwie do obecnie stosowanych cookies, AdID będzie zarządzany przez jedną firmę, a więc inni będą musieli dostosować się do wymagań narzuconych przez Google.

Sama firma nie chce komentować doniesień na temat nowego systemu.

Dziś dyrektywa tytoniowa w Parlamencie Europejskim. Organizacje pozarządowe: czas na skuteczniejszą politykę antytytoniową

Dziś Parlament Europejski ma się zająć dyrektywą tytoniową, zgodnie z którą wprowadzony zostanie zakaz sprzedaży papierosów z dodatkami smakowymi, w tym mentolowych oraz papierosów typu slim. Przedstawiciele organizacji promujących zdrowy tryb życia popierają inicjatywę Komisji Europejskiej, którą polski rząd próbuje złagodzić.

Zdaniem Stworzyszenia MANKO, Ministerstwo Zdrowia nie wykorzystuje dostępnych mu narzędzi w celu zwalczania nałogu palenia, a papierosy są nadal zbyt tanie. Rząd od przyszłego roku chce podnieść akcyzę na tytoń.

 Przez ostatnie lata apelujemy do ministra zdrowia, aby podjął skutecznie działania, oraz aby przygotował prace nad programem antynikotynowym wykorzystując potencjał, który został już stworzony – mówi agencji informacyjnej Newseria Magda Petryniak ze Stowarzyszenia MANKO. – Niestety, program od kilku lat nie jest realizowany, ponieważ minister zdrowia nie przeznacza na niego budżetu.

Według opublikowanego we wrześniu raportu Najwyższej Izby Kontroli, na Program Ograniczenia Zdrowotnych Następstw Palenia Tytoniu przeznaczono w 2011 r. jedynie 1 proc. ustawowej sumy. To o 90 mln zł mniej niż przewidywała ustawa, wymagająca przeznaczenia na profilaktykę 0,5 proc. wpływów z akcyzy na towary tytoniowe. Według NIK, Ministerstwo Zdrowia praktycznie nie sprawowało przewidzianego w ustawie antynikotynowej nadzoru nad przedsiębiorstwami tytoniowymi.

Jak podkreśla Magda Petryniak, nadal niemal co trzeci Polak pali tytoń, a koszty leczenia chorób tym wywołanych przewyższają wpływy budżetowe z akcyzy.

Potrzeba skuteczniejszej walki z tytoniem

 Skuteczna polityka antytytoniowa jest możliwa. Istnieje tu skuteczne prawodawstwo wypracowane na szczeblu światowym, np. konwencja WHO, tzw. FCTC, którą Polska ratyfikowała w 2006 roku – mówi Petryniak.

Framework Convention of Tobacco Control (Ramowa Konwencja Światowej Organizacji Zdrowia o Ograniczeniu Użycia Tytoniu) przyjęta przez WHO w 2003 r. wskazuje na pięć najważniejszych elementów polityki antytytoniowej, w tym na takie działania jak monitoring, podnoszenie podatków, ograniczanie palenia w miejscach publicznych, a także skuteczne wsparcie osób uzależnionych.

Zdaniem Magdy Petryniak, przy realizacji polityki antynikotynowej nie należy stronić od zakazów i podnoszenia podatków.

 – Dobrym rozwiązaniem jest znowelizowana w 2010 r. ustawa wprowadzająca zakaz palenia w lokalach gastronomicznych, a także systematyczne zwiększanie akcyzy. Ceny papierosów w Polsce nadal należą do najniższych w Europie – twierdzi przedstawicielka Stowarzyszenia MANKO. – Wiek inicjacji tytoniowej w Polsce obniżył się drastycznie. W tym momencie 13-15-latkowie palą tytoń. Szacuje się, że nawet 20 proc. młodych ludzi jest uzależnionych od codziennego palenia tytoniu, a 95 proc. palaczy to osoby, które rozpoczęły palenie przed 25. rokiem życia. Różnica kilku złotych w cenie może skutecznie zniechęcić nastolatków do rozpoczęcia palenia.

Dodaje, że równie ważne są kampanie społeczne, mające na celu zmianę postrzegania palenia jako czynności atrakcyjnej, kojarzącej się z wolnością, niezależnością i dorosłością oraz uświadomienie rzeczywistych skutków używania tytoniu.

Fornetti zwiększa liczbę piekarni. Nie wyklucza rozbudowy fabryki we Wrocławiu

0

CEO Magazyn Polska

Sieć małych piekarni Fornetti chce w ciągu dwóch lat zwiększyć liczbę placówek w Polsce o ponad 100. Nowe będą powstawać zarówno w większych, jak i mniejszych miastach. Cel jest taki, by punktów sprzedaży było więcej niż McDonaldów.

Liczba lokalizacji, w których nasz koncept się sprawdza, jest znacznie większa, niż sprawdzi się koncept hamburgerowy. W związku z tym potencjał rozwoju mini-piekarni Fornetti jest olbrzymi. To są setki, a może i powyżej tysiąca lokalizacji – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Panasiewicz, prezes Fornetti Polska.

W tej chwili spółka ma w Polsce ponad 200 piekarni, w tym 56 własnych oraz ponad 150 franczyzowych. Jest największą siecią na tym rynku. Planuje dalszy rozwój w tempie 4-5 punktów miesięcznie, co za dwa lata umożliwi przekroczenie liczby 300 placówek i pozwoli na wyprzedzenie najpopularniejszej sieci fast-food z hamburgerami.

Główny zakład Fornetti w Polsce zatrudnia ok. 70 osób, a w całym kraju dla spółki pracuje 211 osób. Liczba ta nie uwzględnia osób zatrudnionych w punktach franczyzowych.

 – Chcemy rozwijać się zarówno w jednej, jak i w drugiej formule. Będziemy budować placówki własne, ale jednak zdecydowanie największy rozwój upatrujemy w kanale partnerskim, franczyzowym – zapowiada Panasiewicz.

Koszt otwarcia placówki franczyzowej Fornetti to ok. 60-80 tys. zł w zależności od tego, jak mocno musi zostać przystosowany lokal. Panasiewicz przyznaje, że własne placówki umożliwiają lepszy zysk, bo cała marża trafia do Fornetti, ale z drugiej strony możliwość wzrostu jest ograniczona dostępnością kapitału. Rozwój poprzez sieć franczyzową za cenę podziału marży między spółką a franczyzobiorcą jest zdecydowanie szybszy.

Panasiewicz prognozuje, że jeśli uda się zrealizować ambitne plany rozwojowe, to już wkrótce konieczna może być rozbudowa zakładu we Wrocławiu oraz zwiększenie zatrudnienia.

 – W tym roku prawdopodobnie przekroczymy 20 mln złotych przychodów, a w kolejnych latach, jeśli ten dynamiczny wzrost będzie kontynuowany, to będzie oznaczało konieczność zatrudnienia większej liczby osób w naszej fabryce – podkreśla Panasiewicz. – Te moce, których dzisiaj na razie nie brakuje i których mamy jeszcze dużo do zagospodarowania, przy tak dynamicznym rozwoju, za 2-3 lata mogą okazać się niewystarczające. Wtedy kolejnym krokiem będzie rozbudowa naszej fabryki.

Jak podkreśla Panasiewicz, koncept małych piekarni Fornetti sprawdza się we wszystkich miastach, nie tylko tych największych. By inwestycja w punkt franczyzowy zwróciła się w okresie krótszym niż rok, wystarczy średnio 10 klientów na godzinę. Dlatego rozwój będzie następował w całej Polsce. Jedynym kryterium wyboru miejsca jest duży ruch przechodzących osób.

W Polsce brakuje wsparcia dla dużych inwestorów, którzy realizują wiele projektów

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce brakuje wsparcia dla zagranicznych firm, które są już obecne na naszym rynku i dokonują kolejnych inwestycji. Aż 50 proc. z nich przypada na firmy z branży spożywczej, które rzadko otrzymują wsparcie od władz lokalnych i centralnych. Reinwestycje to 40-60 proc. wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

 – Dużo więcej uwagi poświęca się firmom, które dopiero się zastanawiają nad inwestycją, nawet jeżeli to są małe inwestycje, które mają tworzyć 20-25 miejsc pracy. Często duzi inwestorzy, cały czas podejmujący nowe decyzje o rozbudowie i modernizacji istniejących zakładów produkcyjnych, które wiążą się z nowymi miejscami pracy, albo nie są w ogóle brani pod uwagę, albo się o nich nie wspomina – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Joanna Bensz, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce (AmCham).

Z badań AmCham wynika, że od 40 do nawet 60 proc. środków inwestowanych w Polsce to reinwestycje, czyli inwestycje firm, które już są obecne na naszym rynku. Powstają nowe obiekty przemysłowe, ale także centra badawczo-rozwojowe lub usług outsourcingowych. Połowę tych reinwestycji generuje branża spożywcza, która rzadko kwalifikuje się do otrzymania wsparcia np. w postaci grantów rządowych.

Bensz podkreśla, że niezbędne jest szeroko zakrojone działanie na rzecz wsparcia reinwestycji. To m.in. zacieśnienie współpracy biznesu z uczelniami i szkołami, by dostosować program nauczania do oczekiwań rynku.

 – Na pewno konieczna jest otwartość naszych władz, głównie centralnych, i też to, żeby spotykać się i wspierać lokalnych inwestorów, zwłaszcza na etapie przed podjęciem decyzji inwestycyjnych. Pomoże wsparcie jednostek rządowych, jednostek lokalnych, i współpraca z uniwersytetami – przekonuje Bensz.

Zauważa, że reinwestycje zagranicznych firm oznaczają nie tylko rozwój produkcji, ale również poszerzanie działalności, np. dzięki pojawieniu się innych działów międzynarodowych grup. Przykładami są amerykański koncern 3M, produkujący m.in. materiały biurowe oraz produkty czyszczące, a także Mondelez International, działający w obszarze produktów żywnościowych i napojów.

 – Firma 3M ma w Polsce dziewięć fabryk, z czego sześć to są inwestycje od zera, czyli typu „green field”. Każda z tych fabryk to jest inny rodzaj produktu, inna dywizja i osobny zakład, najczęściej w tym samym regionie, czyli w okolicach Wrocławia. Natomiast firma Mondelez posiada sześć zakładów produkcyjnych i część z nich to były nowe inwestycje, a część to było kupno istniejących zakładów. Firma ma także różne dywizje, bo to jest i czekolada, i guma do żucia – wylicza Bensz.

Bezrobocie spadło, ale tylko o 900 osób

Stopa bezrobocia we wrześniu wyniosła 13 procent i nie zmieniła się w stosunku do sierpnia. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła tylko o 900 osób. To zbyt mały spadek, by popadać w optymizm. To prawdopodobnie ostatni miesiąc obniżki stopy bezrobocia.

To kolejny, już siódmy miesiąc spadku bezrobocia. W ciągu siedmiu miesięcy liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła o 253 tys. osób. Dla porównania w zeszłym roku było to 189 tys. Jednak w analogicznym okresie rok temu stopa bezrobocia wynosiła 12,4%, czyli była niższa o blisko 100 tysięcy osób.

Liczba zarejestrowanych osób bezrobotnych zmniejszyła się w dziewięciu województwach. Najsilniejszy spadek bezrobocia był w województwie małopolskim (o 1,4 tys. osób), łódzkim (1,3 tys. osób) oraz lubuskim (o 0,3 tys. osób). Bezrobocie spadało także w województwie dolnośląskim, lubelskim, mazowieckim, podkarpackim, podlaskim i wielkopolskim.

900 szczęśliwców

Chociaż odnotowaliśmy spadek bezrobocia to dane są raczej kiepskie. Tyle warte są aktywne formy walki z bezrobociem. To bardzo zła wiadomość, bo pokazuje, że pomimo całkiem dobrych wyników napływających z gospodarki wciąż nie mają one przełożenia na rynek pracy. Na aktywne formy walki z bezrobociem wydamy w tym roku ponad 3 mld zł. Do tego dochodzą słynne wahania sezonowe, którymi zwykle tłumaczy się wzrosty bezrobocia. We wrześniu liczba zarejestrowanych ludzi bez pracy powinna się mocnej obniżać. 900 zarejestrowanych mniej to wynik na granicy błędu statystycznego.

Liczba bezrobotnych zwykle zaczyna znacznie rosnąć dopiero w październiku. Biorąc pod uwagę słaby wrześniowy wynik niewykluczone, że w październiku odnotujemy pierwszy wzrost, co oznacza, że na koniec roku prawdopodobnie stopa bezrobocia zbliży się do 14%. I to pomimo całkiem dobrych danych, np. wskaźnika PMI czy wynikach eksportu.

Niepokojące są zapowiedzi resortu pracy dotyczące oskładkowania umów cywilnoprawnych, co może spowodować przeniesienie części pracowników do szarej strefy, a co za tym idzie – wzrostu zarejestrowanej liczby bezrobotnych. ZUS z kolei proponuje, aby nie kombinować i obligatoryjnie obciążyć składkami wszystkie umowy śmieciowe. W praktyce jest to prosty sposób do aktywnej i efektywnej „walki”, ale nie z bezrobociem tylko z rynkiem pracy.

Łukasz Piechowiak
Główny ekonomista Bankier.pl

Polityka ma decydujący wpływ na funkcjonowanie bankowości

Zdrowe i sprawnie funkcjonujące systemy bankowe to domena państw demokratycznych, których rządy nie wykorzystują instrumentalnie regulacji do realizacji własnych partykularnych celów – wynika z wypowiedzi Charlesa Calomirisa, światowej sławy eksperta od bankowości i polityki monetarnej, który był gościem specjalnym 128 seminarium BRE – CASE.

Charles W. Calomiris jest Profesorem Columbia UniversityGraduate School of Business, wybitnym teoretykiem i historykiem finansów, bankowości i polityki monetarnej. Po raz pierwszy odwiedził Polskę, aby wystąpić na seminarium organizowanym w siedzibie BRE Banku.

– Nie można stworzyć sektora bankowego bez aktywnego udziału władz państwowych, które regulują cały ten system. To zadanie rządów, jednak realizując cele polityczne często tworzą systemy podatne na kryzysy. W większości przypadków główne problemy bankowości wynikają właśnie z tego faktu, gdyż reguły ustanawiane przez państwo zmieniają się, w zależności od bieżących potrzeb politycznych –powiedział Calomiris.

Według gościa seminarium BRE – CASE, mimo, że bankowość została wynaleziona już w VII wieku, to do dziś do końca nie wiemy jak ją rozwijać, a ostatnie 30 lat to okres szczególnych zawirowań na rynku. Przez tak długi czas rządy i społeczeństwa wciąż nie nauczyły się, w jaki sposób unikać poważniejszych kryzysów finansowych. Najlepiej dziś funkcjonują systemy bankowe w małych, stabilnych demokracjach. Ze 150 krajów ujętych w badaniu przeprowadzonym przez prof. Calomirisa, tylko 6 państw ma wysoki poziom stosunku akcji kredytowej do PKB i jednocześnie uniknęło kryzysów – w każdym przypadku są to kraje demokratyczne.

Głównym powodem kruchości systemów bankowych jest fakt, że tak zostały wymyślone przez rządy – to działanie celowe. Celem rządów jest bowiem utrzymanie władzy oraz zaspokajanie interesów społeczno – politycznych swoich kluczowych sprzymierzeńców. Nie zawsze jest to zbieżne z potrzebą budowania stabilnych systemów bankowych. Rządy mogą być uzależnione od wsparcia politycznego elektoratu, który jest jednocześnie kredytobiorcom, stąd na przykład przypadki umarzania części kredytów udzielonych przez banki określonym grupom społecznym.

Podobnie interes państwa przeważa w przypadku problemów z jego możliwościami zadłużania się. Kiedy istnieją kłopoty z długiem publicznym, może ono zapewnić sobie finansowanie niejako siłą, poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji czy obciążeń na sektor bankowy czy chociażby spowodowanie wzrostu inflacji. Zasady gry mogą się więc zmieniać, bo wynikają głównie z czynników politycznych – twierdzi prof. Calomiris.

Podczas swojego wykładu ekspert omówił szczegółowo historię kształtowania się współczesnych systemów bankowych w wybranych krajach, między innymi w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, USA, Brazylii oraz Meksyku, przedstawiając przykłady wpływu polityki na bankowość. Jego zdaniem, każda dyskusja ekonomistów na temat regulacji sektora finansowego powinna rozpoczynać się od pytania, w czyim interesie politycznym jest dana regulacja. Tylko to pozwoli zrozumieć zasady tej gry. Niestety, mało który przypadek na świecie pokazuje, że te zasady nie zmienią się w sytuacji kryzysu politycznego czy gospodarczego, który we własnym interesie muszą rozwiązać rządzący.

***

BRE Bank współpracuje z Fundacją Naukową CASE (Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych) od wielu lat, współorganizując cykliczne seminaria oraz wydając towarzyszące im publikacje. CASE jest międzynarodowym, niezależnym centrum badawczym i doradczym, prowadzącym działalność non-profit w zakresie transformacji w Europie Środkowej i Wschodniej, na Zakaukaziu i w Azji Środkowej, integracji europejskiej oraz gospodarki światowej. Seminaria i zeszyty koncentrują się na kluczowych zagadnieniach sektora finansowego, finansów publicznych, unii monetarnej i innych bieżących, ważnych zagadnieniach polityki gospodarczej w Polsce i na świecie.

Reklama wideo w Internecie

Coraz większy dostęp do szerokopasmowego Internetu i mobilnych urządzeń sprawił, że w sieci pojawia się ogromna ilość treści wideo. Dużym zainteresowaniem cieszą się nie tylko materiały rozrywkowe, ale – jak pokazują badania – chętnie oglądane są również reklamy wideo.

Czy rozwój rynku internetowego i związana z nim interaktywność sprawią, że reklamodawcy będą przeznaczać jeszcze większe budżety na reklamę wideo w sieci?

„Reklamy telewizyjne sprawdzają się w sieci, ponieważ reklama wideo generalnie się sprawdza – bez względu na to, czy jest emitowana w telewizji, czy w Internecie. Faktem jest, że do Internetu warto jest dostosowywać przekaz, ponieważ w tym przypadku widz potrzebuje szybszego i bardziej dynamicznego kontaktu – korzysta z wideo w inny sposób. Internet daje o wiele więcej możliwości niż klasyczna telewizja i – jak widać – reklamodawcy z tego korzystają, co bardzo cieszy” – mówi Wojciech Kowalczyk, Dyrektor Marketingu Atmedia.

„Dzisiaj reklamę w Internecie możemy profilować na wiele bardzo różnych sposobów, wykorzystując różnego rodzaju technologie, które od niedawna redefiniują już nie tylko rynek reklamy internetowej, ale rynek reklamowy w ogóle. Możemy przykładowo próbować tworzyć profile związane z zainteresowaniami użytkowników odwiedzających serwisy www, wykorzystując pliki „cookie”. Przestajemy wysyłać komunikat osobom, które po prostu są w Internecie, ale wysyłamy go w zależności od tego, kim ta osoba jest” – mówi Michał Daniluk, Członek Zarządu ds. Nowych Mediów, OMD Sp. z o.o.

Tablet i smartfon w firmie problemem dla bezpieczeństwa danych

Aż 96 proc. ankietowanych Amerykanów, którzy korzystają z publicznego transportu, wykonuje swoje czynności służbowe za pośrednictwem ogólnodostępnego w nich Wi-Fi. Jednocześnie, aż jedna piąta respondentów przyznaje, że na swoim tablecie lub smarfonie nie ma hasła zabezpieczającego lub nawet PIN-u – to wnioski z badania firmy GFI Software. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte te dane powinny być niepokojące dla firm, które nie mają sposobów na odpowiednią ochronę swoich danych i systemów IT biorąc pod uwagę wskazane nawyki użytkowników w korzystaniu z urządzeń mobilnych. Edukacja pracowników, którzy muszą nauczyć się jak bezpiecznie korzystać z urządzeń mobilnych w celach zawodowych powinna stać się dla firm priorytetem.

Szybkie tempo życia, ostra konkurencja w biznesie oraz era Internetu i technologii zmuszają pracowników do zajmowania się obowiązkami zawodowymi także poza miejscem pracy. Coraz częściej wykorzystują oni w tym celu nowoczesne urządzenia mobilne, smartfony i tablety, a koncepcja BYOD (Bring Your Own Device), umożliwiająca elastyczność i mobilność, stała się popularna w wielu przedsiębiorstwach.

„Z jednej strony smartfony i tablety stały się dużym ułatwieniem w sprawach służbowych (pracownik jest non stop on-line), z drugiej jednak strony ich stale zwiększająca się liczba w użyciu powoduje brak jakiejkolwiek kontroli nad ich wykorzystaniem do celów zawodowych. Przez urządzenia mobilne przepływają setki ważnych i często poufnych danych, a tymczasem nie chronimy tego typu urządzeń tak, jak choćby laptopów czy komputerów” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Pokazuje to również badanie firmy Coalfire „BYOD Survey 2013: Employees and Companies Remain Lax with BYOD Security” . Wynika z niego, że 86 proc. użytkowników smartfonów i tabletów w USA używa ich zarówno do celów prywatnych, jak i zawodowych. A 47 proc. respondentów korzystających z urządzań mobilnych w miejscu pracy, nie używa hasła zabezpieczającego, oraz że aż 30 proc. ma jedno hasło do wszystkich urządzeń. Dodatkowo aż 61 proc. ankietowanych przyznało, że zapisuje hasło na kartce papieru. Przyczyną tego stanu rzeczy jest brak świadomości istnienia cyberzagrożeń. Z badania wynika, że prawie połowa osób nie miała szkolenia IT w swoich firmach, które przygotowywałoby ich do odpowiedzialnego użytkowania smartfonów i tabletów w celach zawodowych. Jedna trzecia respondentów przyznała, że ich firmy nie mają możliwości zdalnego wymazania danych w przypadku zablokowania, zagubienia czy kradzieży urządzania. Co prawda w ciągu roku ich odsetek spadł o 17 pp., ale wciąż wydaje się to być dużym problemem.

Z kolei połowa firm badanych przez Deloitte w ramach „2013 TMT Global Security Survey” stwierdziła, że posiada uregulowania dotyczące BYOD, a trzy czwarte badanych widzi w wykorzystaniu technologii mobilnych poważne zagrożenie. Stosowanie tradycyjnych mechanizmów ochronnych nie wystarczy, gdy pracownicy korzystają ze sprzętu znajdującego się poza kontrolą pracodawców.

„W celu zapewnienia bezpiecznego funkcjonowania sprzętu pracownika większość firm stosuje niestety tylko najprostsze metody, tj. politykę dozwolonego użytku, programy security awareness, czy środki techniczne np. hasło lub PIN, rzadziej szyfrowanie czy „czyszczenie” urządzenia w przypadku jego oddania lub kilkukrotnego podania błędnego hasła. Jest to podyktowane najprawdopodobniej obawami związanymi z kwestiami regulacyjnymi, gdyż telefon należy do pracownika i przechowuje on w nim także swoje prywatne dane” – mówi Cezary Piekarski.

Jeszcze bardziej niepokojący obraz wyłania się z badania firmy GFI Software. Przebadano tysiąc pracowników z USA, którzy korzystają z transportu publicznego. Niemal wszyscy przyznali się, że korzystają z darmowego Wi-Fi do czynności związanych z pracą przynajmniej raz w tygodniu. Ponad jedna trzecia zadeklarowała, że zdarza się to nawet 20 razy w ciągu tygodnia, a niektórzy mówili nawet o 70 razach. Chodziło najczęściej o wysyłanie wiadomości e-mail, ściąganie danych potrzebnych do wykonania jakiejś pracy itd. Sześciu na dziesięciu ankietowanych przyznało, że jeżeli ma dostęp do free spot Wi-Fi to z niego korzysta. A ten sam odsetek respondentów jest niezadowolonych, jeżeli w jakimś publicznym miejscu nie ma darmowego Internetu. W tym samym badaniu 20 proc. osób odpowiedziało, że nie ma hasła ani nawet numeru PIN na swoim tablecie czy smartfonie. Prawie 27 proc. martwi się co prawda, że dane i poufne informacje mogą zostać przechwycone, ale nie powstrzymuje to ich przed korzystaniem z darmowego Wi-Fi.

„Tylko niespełna jedna czwarta osób przyznała, że na swoich osobistych urządzeniach mają niezbędne zabezpieczenia wynikające z polityki korporacyjnej swoich firm. To oznacza, że przedsiębiorstwa nie mają sposobu na ochronę swoich systemów IT, a to powinno stać się dla nich priorytetem. I nie chodzi tutaj o nadmierną kontrolę pracowników i ich urządzeń mobilnych, a raczej o edukację i uświadamianie oraz ustanowienie jasnych zasad korzystania ze smartfonów i tabletów w miejscu pracy. Bez właściwych regulacji i skutecznego zakomunikowania zainteresowanym pracownikom celowości ich wprowadzania, żadna technologia nie rozwiąże problemów” – podsumowuje ekspert.

Umorzenie zaległości w składkach ZUS tylko na określonych zasadach

O ogólnych zasadach dotyczących obowiązującej od 15 stycznia abolicji składek ZUS mówiło się sporo. Są jednak kwestie, które budzą pewne wątpliwości wśród samych zainteresowanych. Jakiego rodzaju składki mogą zostać umorzone? Co z nieuregulowanymi składkami pracowniczymi, których co prawda abolicja nie obejmuje, ale za to ulegają one przedawnieniu? Wszelkie wątpliwości wyjaśnia ekspert, Wojciech Popławski, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych Kowalski, Popławski i Wspólnicy w Legnicy

Kto i jak może ubiegać się o umorzenie zaległych składek?

O umorzenie należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek ubezpieczeniowych może ubiegać się osoba prowadząca pozarolniczą działalność w rozumieniu art. 8 ust. 6 ustawy z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych (t.j. Dz.U. z 2009 r. Nr 205, poz. 1585 ze zm.), tj.:

– osoba prowadząca pozarolniczą działalność gospodarczą na podstawie przepisów o działalności gospodarczej lub innych przepisów szczególnych,
– twórca i artysta,
– osoba prowadząca działalność w zakresie wolnego zawodu,
– wspólnik jednoosobowej spółki z o.o. oraz wspólnicy spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej.

Zgodnie z art. 1 ustawy z dnia 9 listopada 2012 r. o umorzeniu należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek przez osoby prowadzące pozarolniczą działalność (Dz. U. z 2012 r., poz. 1551), wniosek o umorzenie może złożyć osoba podlegająca w okresie od dnia 1 stycznia 1999 r. do dnia 28 lutego 2009 r. obowiązkowym ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym oraz wypadkowemu z tytułu prowadzenia pozarolniczej działalności:

1) która przed dniem 1 września 2012 r. zakończyła prowadzenie pozarolniczej działalności i nie prowadzi jej w dniu wydania decyzji określającej warunki umorzenia,
2) inna niż wymieniona w punkcie 1.
Z kolei w przypadku osób prowadzących pozarolniczą działalność w formie jednoosobowej spółki z o.o. oraz wspólników spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej, wniosek o umorzenie składa płatnik składek (tak samo jest, gdy we wnioskowanym okresie płatnikiem składek za wspólnika była spółka – wtedy to również spółka składa wniosek).

Wniosek o umorzenie składek mogą złożyć również osoby trzecie oraz spadkobiercy, co do których Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał decyzję o odpowiedzialności za zobowiązania płatnika z tytułu nieopłaconych przez niego składek.

Aby ubiegać się o umorzenie, należy złożyć stosowny wniosek, którego druk znajduje się na stronie internetowej www.zus.pl. Sam wniosek składa osoba, która nie prowadziła pozarolniczej działalności w dniu 1 września 2012 r. oraz w dniu złożenia wniosku o umorzenie. Natomiast osoba, która prowadziła taką działalność w dniu 1 września 2012 r. oraz/lub w dniu złożenia wniosku o umorzenie do musi dodatkowo przedłożyć:
– wszystkie zaświadczenia (lub oświadczenie) o pomocy de minimis, którą wnioskodawca otrzymał w roku, w którym ubiega się o pomoc oraz w ciągu dwóch poprzedzających go lat albo oświadczenie, że takiej pomocy nie otrzymał w tym okresie,
– wypełniony „Formularz informacji przedstawianych przy ubieganiu się o pomoc de minimis”,
– wypełniony „Formularz informacji przedstawianych przez wnioskodawcę” – w przypadku ubiegania się o pomoc de minimis w rolnictwie lub rybołówstwie,
– oświadczenie zawierające informacje niezbędne do ustalenia kategorii ratingowej.

Składek pracowniczych abolicja nie dotyczy

Umorzeniu podlegają nieopłacone składki na ubezpieczenia społeczne, tj. emerytalne, rentowe i wypadkowe, ale tylko za osoby podlegające obowiązkowo tym ubezpieczeniom z racji prowadzonej pozarolniczej działalności. Umorzeniu podlegają też odsetki za zwłokę, opłaty prolongacyjne, koszty upomnienia, opłaty dodatkowe, a także koszty egzekucyjne.
Co ważne, umorzenie należności, o których mowa powyżej, skutkuje umorzeniem nieopłaconych składek na ubezpieczenie zdrowotne i na Fundusz Pracy za ten sam okres. Ponadto umorzeniem objęte są należności, które do dnia wejścia w życie ustawy zostały rozłożone na raty i nie zostały opłacone do dnia złożenia wniosku o umorzenie (podlegają wyłączeniu z umowy o rozłożeniu należności z tytułu składek na raty).
Umorzeniu nie podlegają natomiast składki ubezpieczeniowe należne w związku z zatrudnieniem innych osób np. pracowników czy zleceniobiorców.

Umorzenie tylko dla spełniających wymagania

Aby ZUS mógł wydać decyzję o umorzeniu, należy spełnić określone warunki. Wnioskodawca nie może mieć zaległości w niepodlegających umorzeniu składkach na ubezpieczenia społeczne, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz na Fundusz Emerytur Pomostowych, za okres od dnia 1 stycznia 1999 r. oraz należnych od tych składek odsetek za zwłokę, opłat prolongacyjnych, kosztów upomnienia, opłat dodatkowych, a także kosztów egzekucyjnych naliczonych przez dyrektora oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, naczelnika urzędu skarbowego lub komornika sądowego. Niedopuszczalna jest również zaległość w składkach na własne ubezpieczenia należne za okres po dniu 28 lutego 2009 r.

Przedawnione czy nie?

Do końca 2011 roku obowiązywał czas przedawnienia składek ZUS wynoszący 10 lat. Tak długi okres został wprowadzony w roku 2003 (przed tą datą okres przedawnienia składek wynosił 5 lat). Od 1 stycznia 2012 r., tak jak do końca 2002 r., okres przedawnienia to ponownie 5 lat, licząc od dnia, w którym składki stały się wymagalne. W nowych przepisach przewidziano jednak wyjątki. I tak, jeśli składki stały się wymagalne przed dniem 1 stycznia 2012 r., to nowy 5-letni bieg przedawnienia zaczyna się dopiero od dnia 1 stycznia 2012 r. Nie dotyczy to sytuacji, w której składki wymagalne przed dniem 1 stycznia 2012 r., zgodnie ze starym 10-letnim biegiem przedawnienia, wcześniej ulegają „przeterminowaniu”. Następuje ono bowiem z upływem tego wcześniejszego terminu, a nie zgodnie z nowymi przepisami, ponieważ jest to korzystniejsze dla dłużnika.

Oznacza to, że przedawnieniu uległy składki, które stały się wymagalne do końca 2002 r. Jeśli chodzi na przykład o składki wymagalne w latach 2003 i 2004 – przedawnią się one odpowiednio w 2013 i 2014 r. W takim przypadku zasadne wydaje się wstrzymanie się ze złożeniem wniosku o umorzenie, bowiem można złożyć go w terminie 24 miesięcy od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy, tj. do 14.01.2015 r. (art. 1 ust. 4 ustawy o umorzeniu należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek przez osoby prowadzące pozarolniczą działalność). Należy jednak pamiętać, że do złożenia wniosku możemy zostać przymuszeni, w sytuacji, gdy po dniu 15 stycznia 2013 r. ZUS wyda decyzję o podleganiu obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym lub o wysokości zadłużenia z tytułu składek na nie. Wówczas termin na złożenie wniosku wynosić będzie 12 miesięcy od dnia uprawomocnienia się tej decyzji, przy czym termin na złożenie wniosku nie będzie mógł się skończyć przed 15 stycznia 2015 r.

Debiuty giełdowe na rynkach europejskich

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, w okresie od lipca do września 2013 roku na rynkach europejskich odnotowano 52 IPO o łącznej wartości 3 mld euro, co stanowi poziom ponad ośmiokrotnie wyższy niż w trzecim kwartale 2012 roku. Warto podkreślić, że coraz więcej debiutów ma miejsce w wyniku ofert przeprowadzanych przez spółki średniej wielkości, co wskazuje na trwałe ożywienie na rynku pierwotnym w Europie.

W wyniku poprawy sytuacji na rynkach europejskich należy oczekiwać, że czwarty kwartał będzie cechował się dalszym wzrostem liczby spółek decydujących się na IPO. Już na początku października odnotowano debiut spółki Royal Mail, której oferta będzie najprawdopodobniej największym IPO w Europie w całym 2013 roku. Eksperci PwC odnotowują również, że wiele spółek, które w ciągu ostatnich trzech lat odłożyły decyzję o debiucie giełdowym ze względu na niekorzystną sytuację rynkową, obecnie powraca do planów przeprowadzenia IPO. Lepsze perspektywy wynikają ze stosunkowo wysokich wycen rynkowych oraz z korzystnych zmian cen akcji po debiucie w przypadku znacznej części spółek.

Spółki z portfeli funduszy private equity w dalszym ciągu odpowiadały za znaczną część aktywności na rynku pierwszych ofert publicznych – przeprowadziły one dwa z pięciu największych IPO o łącznej wartości 1 mld euro. Od początku roku tego typu transakcje stanowiły ponad połowę wszystkich ofert w Europie. Eksperci PwC oczekują, że w najbliższej przyszłości spółki z portfeli funduszy będą w dalszym ciągu stanowić znaczną część rynku IPO.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, powiedział:
„Po ogromnych zawirowaniach na europejskim rynku IPO w ostatnich latach, perspektywy jego rozwoju w czwartym kwartale 2013 roku rysują się bardzo optymistycznie. Lista planowanych w najbliższych miesiącach ofert zapowiada się bardzo ciekawie. Dużą część wszystkich ofert stanowią IPO spółek należących do funduszy private equity, przy czym ich potencjał nie został jeszcze w pełni wykorzystany.

Ponadto w ostatnich miesiącach obserwowaliśmy wzrost indeksów na giełdach w Europie przy jednoczesnym ustabilizowaniu się indeksu zmienności rynkowej na poziomie sprzed kryzysu. Jest to szansa na wzrost aktywności na rynku IPO nie tylko w ostatnim kwartale bieżącego roku, ale również w roku 2014. Rynki wydają się być bardziej odporne na niekorzystne czynniki, które wcześniej powodowały, że liczne oferty były zawieszane”.

Pomimo tego, że łączna wartość IPO była niższa niż w trzecim kwartale 2011 roku, kiedy to odnotowano trzy duże oferty w Hiszpanii i Polsce (Jastrzębska Spółka Węglowa), w minionym kwartale odnotowano więcej ofert o wartości powyżej 250 mln euro.

W trzecim kwartale bieżącego roku dominowała giełda w Londynie – odnotowano tam ponad połowę łącznej wartości wszystkich ofert (1,7 mld euro). Pozostałe giełdy charakteryzujące się dużą aktywnością to Frankfurt (dwie oferty o łącznej wartości 500 mln euro), Oslo (oferty o łącznej wartości 409 mln euro) oraz giełda w Irlandii (jedna oferta o wartości 310 mln euro).

Oczekuje się, że sytuacja na rynkach w ostatnim kwartale 2013 roku nadal będzie korzystna – od początku roku do końca września odnotowano już 173 oferty o łącznej wartości 11,7 mld euro, co stanowi poziom trzykrotnie wyższy niż w analogicznym okresie 2012 roku.

Rosnąca atrakcyjność pierwszych ofert publicznych znajduje swoje odzwierciedlenie w wycenach debiutujących spółek – cztery spośród pięciu największych IPO w Londynie oraz dwa spośród pięciu największych IPO w Europie kontynentalnej zostało wycenionych na najwyższym poziomie z ustalonego przedziału cenowego, co wskazuje zarówno na rosnący popyt ze strony inwestorów, jak i bardziej realistyczne oczekiwania cenowe ze strony emitentów.

Notowania akcji po dniu debiutu również kształtowały się pozytywnie – ceny akcji spółek Crest Nicholson oraz Al Noor Hospital na koniec trzeciego kwartału wzrosły, względem dnia debiutu, o 50,1% i 42,1%.

Na giełdzie w Londynie spółka Foxton (sektor nieruchomości) pozyskała 462 mln euro, a wycena jej akcji w dniu debiutu była dwukrotnie wyższa niż w roku 2007, kiedy to jeden z funduszy private equity zdecydował się zainwestować w spółkę. Kolejną transakcją z sektora nieruchomości okazała się przeprowadzona w lipcu oferta Deutsche Annington Immobilien SE (500 mln euro) – największej niemieckiej spółki z sektora nieruchomości mieszkaniowych. Obydwie transakcje jasno wskazują na poprawę sytuacji w sektorze nieruchomości, który pozostawał poza kręgiem zainteresowania inwestorów od początku kryzysu finansowego.

Najbardziej aktywnymi sektorami okazały się działalność inwestycyjna oraz nieruchomości – łączna wartość ofert z tych sektorów wyniosła 2,1 mld euro (z 3 mld euro łącznej wartości wszystkich ofert w minionym kwartale). Oferty spółek z tych dwóch sektorów stanowiły również blisko połowę wartości wszystkich IPO od początku 2013 roku.

Bardzo dużych IPO należy oczekiwać również w Stanach Zjednoczonych. Przygotowywane są oferty spółek Twitter oraz Ali Baba (nieoficjalnie zwaną „azjatyckim Amazonem”), aczkolwiek jeszcze nie ustalono, czy wybiorą one giełdę NYSE czy też Nasdaq.

KOMENTARZ DO RYNKU POLSKIEGO

W trzecim kwartale 2013 roku GPW w Warszawie z 10 IPO (2 na rynku głównym i 8 na NewConnect) była drugim rynkiem w Europie pod względem liczby debiutów. Łączna wartość IPO wyniosła jednak zaledwie 15 mln euro, co plasuje polską giełdę na dalekim siódmym miejscu w Europie. Największą ofertą w Warszawie było IPO spółki OT Logistics o wartości 7 mln euro. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się IPO spółek Imagis (New Connect, 3,3 mln euro) i Global Cosmed (rynek główny, 2,6 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„Sytuacja na rynku pierwotnym w Warszawie, wbrew trendom panującym na innych rynkach europejskich, niestety pozostaje trudna. Główną przyczyną tej niekorzystnej tendencji jest utrzymująca się od wielu miesięcy niepewność związana z planowanymi zmianami w systemie emerytalnym. Rynek obawia się, że zapowiedzi rządu zmierzające do wycofania części środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych mogą doprowadzić do marginalizacji OFE i negatywnie wpłynąć na wielkość kapitału dostępnego na rynku pierwotnym. Do kiedy nie zostanie przesądzone, jaki dokładnie będzie kształt wprowadzonych w życie zmian, warszawska giełda będzie najpewniej dalej wykazywać niską aktywność w porównaniu z wiodącymi rynkami w Europie.

Prawdziwym testem dla GPW będą zapowiadane na czwarty kwartał 2013 roku duże oferty publiczne, w tym przede wszystkim planowane przez skarb państwa IPO spółek Energa i PKP Cargo. Jeśli zakończą się pomyślnie, okażą się zapewne największymi ofertami pierwotnymi na warszawskiej giełdzie w całym 2013 roku. Warto jednak zaznaczyć, że również ze strony sektora prywatnego planowanych jest w nadchodzących miesiącach kilka IPO o rozmiarach dużych jak na nasz rynek. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że polskiemu rynkowi kapitałowemu w końcu uda się wyjść z marazmu jaki trwa nieprzerwanie od początku bieżącego roku.”

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011 i 2012.

IPO Watch Europe

Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 lipca do 30 września 2013 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

O współtworzących ankietę

Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

Komentarz dzienny, 7 października 2013

W piątek NBP podał informację o rezygnacji Zyty Gilowskiej z funkcji członka RPP (została przyjęta przez Prezydenta RP). Rezygnacja głosującej spójnie z jastrzębim skrzydłem RPP członkini i prawdopodobna nominacja nowego, bardziej gołębiego członka Rady (na takie rozwiązanie wskazywały komentarze polityków już przy poprzednim zawirowaniu w RPP związanym z procesem sądowym J. Winieckiego) może istotnie zmienić układ sił w podejmującej wiele decyzji stosunkiem głosów 5:5 Radzie. Może się okazać, że skrzydło opowiadające się za łagodniejszą polityką uzyska trwałą przewagę i głos (jednak jastrzębiego) J. Hausnera przestanie być de facto decydujący.

URE odeśle wniosek taryfowy PGNiG do korekty

Dzisiaj prezes URE skieruje do PGNiG wezwanie do korekty wniosku taryfowego. Zdaniem Marka Woszczyka, mimo wejścia w życie akcyzy na gaz, ceny w niektórych przypadkach powinny nawet spaść – np. dla odbiorców przemysłowych. Ostatecznie nowa taryfa musi zostać ogłoszona do 17 grudnia, żeby mogła zacząć obowiązywać 1 stycznia przyszłego roku.

 W poniedziałek skieruję wezwanie do spółki, już nie do wyjaśnień, ale do korekty oczekiwań co do tego, jak miałaby wyglądać nowa taryfa – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prezes URE Marek Woszczyk. – Na tym etapie postępowania nie potrafię jeszcze przesądzić, jaki będzie finał, natomiast zależy mi na tym, żeby skutki, jeśli miałyby być wzrostowe, były jak najmniejsze, natomiast będę upierał się przy tym, żeby ceny dla przemysłu były niższe niż dotychczasowe.

Równolegle toczy się postępowanie o zmianę dotychczasowej taryfy PGNiG. Prezes URE wprawdzie przedłużył okres jej obowiązywania do końca roku, ale problemem są zmiany w podatku akcyzowym.

 – Od 1 listopada kończy się okres zwolnienia z podatku akcyzowego i będą musiały zostać wdrożone przepisy ustawy o akcyzie, a mówiąc wprost, odpowiednio skalkulowane ceny gazu tak, żeby podmioty zobowiązane do płacenia podatku akcyzowego, musiały płacić wyższą cenę gazu. Do połowy października muszę to rozstrzygnąć – mówi Marek Woszczyk.

Na razie kwestię tę utrudnia fakt, że parlament wciąż się nie uporał z przygotowaniem zmian w przepisach, więc prezes URE musi czekać na ostateczne rozwiązania.

 – Mam nadzieję, że do połowy października parlament skończy z procedowaniem tej ustawy, co ułatwi mi podjęcie decyzji o tym, jak zmienić dotychczasową taryfę PGNiG oraz innych sprzedawców gazu – mówi Woszczyk.

Prezes URE nie chce jeszcze przesądzać, w jaki sposób wprowadzenie akcyzy na gaz wpłynie na wysokość rachunków klientów PGNiG. Woszczyk tłumaczy, że w pewnych grupach odbiorców ceny mogą wzrosnąć, w innych – w szczególności u odbiorców przemysłowych – powinny spaść. Ale jak podkreśla – za wcześnie na ostateczne decyzje.

 – Taki będzie cel mojego wezwania, żeby trochę powstrzymać apetyty spółki, co do tego, w jakim stopniu poszczególne grupy odbiorców powinny być obciążane rachunkami za gaz – mówi Woszczyk.

Zdaniem prezesa Instytutu Jagiellońskiego, Marcina Roszkowskiego, oczekiwanie URE, by ceny dla odbiorców przemysłowych spadały, jest nieuzasadnione.

 – Zapowiedź prezesa URE wpisuje się w niedobrą tradycję lekceważenia faktu, że dostawca surowca nie działa w próżni i nie może sprzedawać gazu ze stratą. O ile indywidualni odbiorcy gazu powinni mieć zapewnioną pewną ochronę przed dużymi wahaniami cen, to nie ma żadnego uzasadnienia dla preferencji wobec odbiorców przemysłowych. Ceny gazu powinny być związane z rzeczywistymi kosztami importu surowca – mówi Marcin Roszkowski.

Według Marka Woszczyka, pod wpływem zmian na światowym rynku gazu, ceny tego surowca w dłuższym terminie powinny spadać.

 – To jest presja ogólnoświatowa wywołana m.in. przez tzw. rewolucję łupkową w USA. Dzisiaj cały świat szuka łupków, co pozwala mieć nadzieję, że podaż gazu na rynku światowym będzie rosła, a wtedy będą spadać jego ceny – mówi prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Świadczą o tym również obniżki, na które po negocjacjach z europejskimi firmami zgodził się rosyjski Gazprom.