Oczekiwane umocnienie PLN, dywidendy, powrót kapitału na rynki wschodzące po kilkumiesięcznej korekcie, napływ funduszy do TFI powinny pomagać rynkowi akcji, pomimo słabszego niż oczekiwaliśmy tempa wychodzenia z recesji gospodarek w Strefie Euro i niepewności co do dalszych losów OFE.
Ekonomiści BRE Banku: Polska gospodarka w stanie hibernacji
Wiele wskazuje na to, że początek roku nie przyniósł poprawy sytuacji w polskiej gospodarce, a spadek koniunktury wręcz się pogłębił. Druga połowa roku powinna przynieść poprawę sytuacji ekonomicznej, jednak ta poprawa może mieć charakter wyłącznie statystyczny. Przesłanki wskazujące na gospodarczą stagnację są obecnie silniejsze niż możliwości ożywienia, podobnego do tego z 2009 roku – piszą analitycy BRE Banku w comiesięcznym przeglądzie makroekonomicznym.
Na kwietniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że stopa referencyjna wynosi 3,25 proc., stopa lombardowa 4,75 proc., depozytowa 1,75 proc., zaś redyskonta weksli 3,50 proc. Prezes NBP powiedział, że inflacja poniżej 1 proc. to poziom wyraźnie poniżej celu inflacyjnego NBP, wynoszącego 2,5 proc. Nie wykluczył jednak kolejnych obniżek. – Marcowa obniżka stop procentowych, zaskakująca jedynie co do skali, lecz w pełni uzasadniona, miała zakończyć cykl luzowania polityki pieniężnej. W świetle oczekiwanych przez nas odchyleń inflacji i PKB od centralnych ścieżek projekcji inflacyjnej NBP spodziewamy się jednak dalszych obniżek stóp w tym roku. – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.
Ekonomiści BRE w sowim raporcie zwracają uwagę, że początek roku, wbrew oczekiwaniom, przyniósł dalsze pogorszenie koniunktury. Później, według nich, możemy oczekiwać poprawy, ale będzie mieć ona charakter jedynie statystyczny i nie będzie ożywieniem na miarę lat 2009-10. Słabość gospodarki znalazła odzwierciedlenie w bardzo słabym wykonaniu dochodów podatkowych budżetu, po dwóch miesiącach spadły one o 8 proc. r/r. Z największym spadkiem w szczególności przypadku podatku VAT.
– Nasza najlepsza wiedza nie pozwala na nakreślenie wyraźnie pozytywnej wizji polskiej gospodarki w tym roku. Wprawdzie spadek popytu wewnętrznego rekompensuje, jak zawsze, eksport netto, ale ogólne tempo wzrostu będzie niezadowalające. Nawet w drugiej połowie roku trudno liczyć na dynamiczne przyspieszenie wzrostu gospodarczego – zaznacza Ernest Pytlarczyk – Wydaje się że gospodarka w pewnym sensie weszła w fazę hibernacji, w swoich rozmiarach znajdującą ratunek przed sytuacją, w jaką wpadli nasi sąsiedzi. Zewnętrzny impuls popytowy zapewne powróci wraz ze środkami unijnymi od 2014 roku. To jednak nie wesoła perspektywa. Być może stajemy przed szansą poznania autonomicznego tempa wzrostu polskiej gospodarki – dodaje.
Jak zaznaczają ekonomiści BRE, KNF złagodziła regulacje bankowe zawarte w Rekomendacji T, konsultowane są zmiany w Rekomendacji S, rząd wprowadza nowy program gwarancji na zabezpieczenie spłaty kredytów obrotowych udzielanych MSP. Wszystkie te działania są odpowiedzią na spowolnienie gospodarcze odzwierciedlone również w silnie osłabionej akcji kredytowej. Żeby odpowiedzieć na pytanie czy przyniosą one pożądany rezultat trzeba zrozumieć przyczyny leżące u podstaw załamania akcji kredytowej. – Program gwarancji BGK na kredyty obrotowe udzielane MSP powinien rozwiązać znaczna część problemów z zatorami płatniczymi. Chodź z opóźnieniem, to jednak przełoży się na lepszy sentyment przedsiębiorców, jednak jego wpływ na wolumen kredytowy pozostanie ograniczony. Podobnie niewielki wpływ będą miały zmiany w rekomendacjach KNF, których celu upatrujemy bardziej w stabilizacji sektora bankowego niż pobudzeniu akcji kredytowej. – wyjaśnia Paulina Ziembińska, ekonomistka BRE Banku. – Odbicia tej ostatniej oczekiwać należy wraz z odbiciem gospodarki, a zatem najniższych dynamik z rynku kredytowego spodziewamy się w połowie 2013 roku. – dodaje.
Komentarz poranny, 12 kwietnia 2013
Prezes BZ WBK, Mateusz Morawiecki, poinformował, że koszt ryzyka w 1Q 2013 ukształtował się bliżej dolnej granicy przedziału 120-135p.b. wskazanego jako punkt odniesienia na rok 2013. Nie mamy jeszcze dokładnych prognoz na 1Q 2013, ale w naszych prognozach na 2013 zakładamy koszt ryzyka na poziomie 118p.b.
Prezes PZU: w ciągu kilku dni jestem w stanie zgromadzić każdą kwotę potrzebną do wypłaty dywidendy
Zarząd PZU – podobnie jak przed rokiem – liczy się z inną decyzją Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w sprawie dywidendy niż rekomendacja zarządu. Ten chce, aby przekazać prawie 100 proc. zysku netto na wypłatę dywidendy dla udziałowców, co oznaczałoby prawie 30 zł premii, przypadającej na każdą z akcji spółki. Teraz decyzja należy do WZA. – W ciągu kilku dni mogę zgromadzić praktycznie każdą płynność, która jest mi potrzebna – deklaruje Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU.
Zarząd ubezpieczeniowego giganta poinformował rynek, że prawie cały zysk wypracowany w ubiegłym roku jest gotów podzielić pośród osoby, które posiadają w swoim portfelu inwestycyjnym akcję spółki.
– „Prawie” jest spowodowane dwoma rzeczami. Niewielką część zysków, około 10 mln zł, chcemy przeznaczyć na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, a pozostała część – 6 milionów – to jest tzw. błąd zaokrąglenia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Andrzej Klesyk, prezes PZU S.A. – Chcemy wypłacić w miarę okrągłą sumę 29,70 zł na akcję. Wypłacenie pozostałych 6 milionów spowodowałoby, że musielibyśmy teoretycznie wypłacać ułamki groszy.
Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadnie po posiedzeniu Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, do których należy w tej kwestii ostatnie słowo. W ubiegłym roku spółka wypłaciła za akcję ponad 22 zł.
– Rok temu akcjonariusze postanowili wypłacić o 200 milionów złotych dywidendy więcej niż rekomendował zarząd – przypomina Andrzej Klesyk. – Była to w miarę niewielka różnica, więc nie było z tym żadnego problemu.
I tym razem zarząd przygotowany jest na taką ewentualność. Tym bardziej, że jak stanowią przepisy, będzie miał trzy miesiące od daty zamknięcia Walnego Zgromadzenia na zebranie koniecznych środków. Dla PZU, jak zapewnia jego prezes, nie stanowi to większego problemu.
– W ciągu kilku dni mogę zgromadzić praktycznie każdą płynność, która jest mi potrzebna – zapewnia Andrzej Klesyk.
Przypomina sytuację sprzed czterech lat, gdy w tajemnicy przed rynkiem w ciągu kilku dni spółka „zorganizowała” płynność rzędu 12,7 mld złotych po to, by rozwiązać konflikt między akcjonariuszami.
– Udało się to zrobić bez żadnych zawirowań na rynku, bez paniki na złotówce, bez paniki na obligacjach Skarbu Państwa, bez wysysania rynku pieniężnego, więc akurat ta strona techniczna nie jest problemem dla naszej firmy – mówi prezes spółki ubezpieczeniowej.
PZU S.A. zamknęła ubiegły rok zyskiem przekraczającym 2 mld 570 mln zł. Spółka spełnia wszystkie wymogi nadzoru, by „oddać” zysk w całości swoim akcjonariuszom. Tzw. ocena BION, brana w takich sytuacjach pod uwagę przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest jedną z najlepszych w całym sektorze.
Komentarz dzienny, 12 kwietnia 2013
Niższa inflacja na Węgrzech to przede wszystkim efekt niższych cen żywności (wzrost o zaledwie 0,1% m/m, czyli co najmniej 0,5pp poniżej wzorca sezonowego). Podobnie jak w przypadku Czech (też niższe ceny żywności w marcu) korelacja z cenami w tej kategorii w Polsce jest istotna (obie zmienne stosujemy w naszym nowcastowym modelu inflacji w Polsce) i wspiera naszą rewizję w dół prognozy polskiej inflacji do 1,0% (z ryzykiem jeszcze niższego odczytu).
Polski rynek sztuki najsilniejszy w regionie. W ciągu roku urósł o 25 proc.
Polski rynek sztuki rośnie najszybciej w Europie Środkowo-Wschodniej. Wartość sprzedanych w ubiegłym roku dzieł była o jedną czwartą większa niż w 2011 roku. Całkowita wartość dzieł i obrazów sprzedanych na aukcjach w ciągu ostatnich 20 lat (1991-2011) wyniosła 500 mln zł. Centralną rolę w sprzedaży aukcyjnej odgrywa Warszawa, choć znaczące galerie istnieją także w Krakowie, Katowicach i Łodzi. Według raportu Instytutu Skate’s Art Market Research sporządzonego przy współpracy z analitykami Domu Aukcyjnego Abbey House w 2012 r. polskie domy aukcyjne zawarły rekordową liczbę 6,5 tys. transakcji.
Wartość wylicytowanych dzieł w Polsce w 2012 r. wyniosła 61 mln złotych, co stanowi wzrost o 13-14 mln zł, a więc ok. 25 proc. w porównaniu z 2011 rokiem.
– Takich wzrostów życzyłaby sobie większość sąsiednich krajów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prezes Domu Aukcyjnego Abbey House Jakub Kokoszka. – Tempo, w którym rośniemy jest bezprecedensowe w tym momencie. Oczy Czechów, Węgrów, nawet Niemców są zwrócone na nas. To jest rzeczywiście duże osiągnięcie.
Chociaż trudna sytuacja gospodarcza nie omija wielu polskich gospodarstw domowych, to rośnie też ilość osób zamożnych. Według raportu KPMG do 2020 roku będzie już milion takich osób. To może oznaczać, że rynek sztuki będzie się prężnie rozwijał również w kolejnych latach.
Nie bez znaczenia jest też wartość finansowa sztuki. Średnia roczna stopa zwrotu dzieł sprzedawanych powtórnie na aukcjach w Polsce między 1989 a 2012 rokiem to 25,7 proc. Dla porównania wskaźnik WIG 20 osiągnął w tym okresie wzrost 8,7 proc., a fundusze rynku pieniężnego i obligacje zanotowały stopę zwrotu w wysokości 7,3 proc.
– Im gorzej będzie na rynku kapitałowym, tym lepiej będzie na rynku sztuki – twierdzi prezes Abbey House S.A. – Kolejne decyzje RPP o obniżaniu stóp procentowych, a w konsekwencji oprocentowania depozytów, sprawiają, że ludzie decydują się na inne lokowanie aktywów. Więc mamy połączenie z jednej strony coraz niższych stóp zwrotu, które w przypadku rynku dzieł sztuki są stymulujące do rozwoju, a z drugiej strony z tendencją do poszukiwania dywersyfikacji i bezpieczeństwa inwestycji.
Współcześni artyści coraz chętniej kupowani
Według raportu Skate’s Art Market Research wartość pieniężna sprzedanych obrazów Starych Mistrzów stanowi dwie trzecie ogólnopolskiego rynku. Jednak w ilości sprzedawanych dzieł miejsce Starych Mistrzów zajmują młodzi twórcy. Przed 2000 rokiem obrazy starych twórców stanowiły 90 proc. ilości sprzedanych obiektów. W 2012 roku wysokość ta zmniejszyła się do 25 proc. To oznacza, że średnia cena sprzedanego dzieła znaczącą spadła, ale rośnie za to wolumen zakupów. W 2012 roku polskie domy aukcyjne dokonały 6 399 transakcji, a więc ponad tysiąc więcej niż w 2011 roku i aż o ponad trzy tysiące więcej przed pięcioma laty.
– Około 80 proc. rynku w tej chwili stanowią prace do 20 tys. złotych, jeśli patrzymy na sztukę współczesną i sztukę młodą. Natomiast, jeśli mówimy o sztuce dawnej, to około 60-70 proc. rynku to prace do 50 tysięcy złotych – wyjaśnia Jakub Kokoszka.
92 proc. skutecznie licytowanych obiektów to malarstwo i rysunek, a pozostałą część stanowią m.in. rzeźby, fotografie, rzemiosło artystyczne czy biżuteria.
Polski artyści zyskują popularność w świecie
Rynek polski mimo dynamicznego wzrostu nie może konkurować z najbogatszymi krajami świata. Choć liczba zamożnych osób rośnie, to brakuje potentatów finansowych, którzy mogliby np. otwierać prywatne muzea i galerie, a tym samym kupować masowo dzieła sztuki.
– Jest nam bardzo daleko do reszty natomiast tempo, w którym gonimy świat jest duże – mówi prezes Domu Aukcyjnego Abbey House.
Możemy być też dumni z polskich artystów, których prace są coraz chętniej kupowane. Zdaniem prezesa, wartość sprzedawanych polskich dzieł to kilkanaście milionów dolarów rocznie.
– Mowa tu choćby o Henryku Siemiradzkim, którego praca została sprzedana w 2000 roku za 2,14 mln złotych zagranicą. Prace Romana Opałki czy Tamary Łempickiej oscylują w okolicach miliona dolarów i więcej – mówi Jakub Kokoszka.
Rynek e-pożyczek zagrożony przez przygotowywane zmiany w prawie
To może być koniec e-pożyczek. Planowane zmiany w prawie nałożą na pożyczkodawcę obowiązek każdorazowego uzyskiwania pisemnej zgody na sprawdzenie wiarygodności kredytowej klienta. Według Instytutu Globalizacji nowe zapisy ograniczą rozwój rynku.
Wysokość pożyczek udzielanych za pośrednictwem portali internetowych nie przekracza 2 tys. zł, a pożyczkodawcy angażują w to środki własne. Wartość rynku szacowana jest dzisiaj na kilkaset milionów złotych i wciąż rośnie. Z pewnością rozwój rynku zatrzyma zapis, jaki znalazł się w propozycji nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Pomysłodawcy zmian chcą, aby pożyczkodawców każdorazowo uzyskiwali pisemną zgodę na sprawdzenie wiarygodności kredytowej klienta.
– Przepisy prawa nie nadążają za rozwijającą się szybko sferą stosunków społeczno-gospodarczych – ocenia Tomasz Moniuszko, radca prawny.
Według eksperta Instytutu Globalizacji, istnieje realne zagrożenie, że potencjalny pożyczkobiorca zrezygnuje z e-pożyczki, bo zmiany wydłużą procedurę jej uzyskania.
– Należy pamiętać, że beneficjent pożyczki jest jak najbardziej zainteresowany tym, żeby tę pożyczkę jak najszybciej uzyskać – przypomina radca prawny. – Utrzymywanie anachronicznych wciąż przepisów, związanych z udzielaniem pisemnej zgody, powoduje, że udzielanie pożyczek staje się utrudnione przez bardzo duże formalne wymogi.
Jego zdaniem dzisiejsze przepisy zapewniają ochronę prawną interesów każdej ze stron – zarówno pożyczkodawcy, jak i pożyczkobiorcy. Jakiekolwiek zaostrzanie prawa, wprowadzanie kolejnych barier formalnych, nie jest więc potrzebne. Moniuszko przywołuje tu przykład Szwecji i Estonii, które – w przypadku e-pożyczek – całkowicie odeszły już od papierowej formy obrotu dokumentami, zastępując ją formą elektroniczną. W tym samym kierunku zmierzają Francja, Wielka Brytania i Niemcy.
– Utrzymywanie przepisów, będących reliktem epoki kodeksu Napoleona jest przeżytkiem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Tomasz Moniuszko. – Nadal w Polsce obowiązuje dyspozycja artykułu 720 kodeksu cywilnego, który nakazuje zawieranie pożyczek w formie pisemnej, co do wartości czynności cywilno-prawnej przekraczającej 500 zł, co już jest anachronizmem.
Tomasz Moniuszko zwraca uwagę na konieczność głębszej dyskusji na temat odformalizowania niektórych umów cywilno-prawnych, w tym także umów o pożyczki.
MasterCard porozumiało się w sprawie opłat za transakcje kartą. Visa przedstawi swój harmonogram obniżek
Samoregulacja i wspólne ustalenie zasad i harmonogramu obniżania prowizji za transakcję kartami płatniczymi to najlepsza droga do kompromisu dla całej branży – uważają przedstawiciele MasterCard. Organizacja przystąpiła do porozumienia w sprawie opłat interchange przygotowanego przez Związek Banków Polskich. Zakłada ono stopniowe obniżanie prowizji przez kolejne 4 lata. Jednak warunkiem jego wdrożenia jest akceptacja Visy, drugiej organizacji płatniczej. Ta uważa, że najlepsze rozwiązanie zostało wypracowane w ubiegłym roku w ramach Zespołu Roboczego przy NBP.
W ubiegłym roku nad rozwiązaniami dla polskiego rynku pracował Narodowy Bank Polski razem ze Związkiem Banków Polskich i organizacją Visa. MasterCard z powodów prawnych nie uczestniczył w rozmowach i nie przystąpił do porozumienia. Kilka tygodni temu kompromisowe, według MasterCard, rozwiązanie przedstawił Związek Banków Polskich.
– Propozycja Związku Banków Polskich zakłada, że obniżka opłat interchange będzie bezwarunkowa tylko w 2014 r. W kolejnych latach skala redukcji będzie zależała od warunków zaproponowanych przez Narodowy Bank Polski – czytamy w oświadczeniu Mastercard.
Pomysł ZBP akceptują działające na polskim rynku banki.
– Uważamy, że krokiem w bardzo dobrym kierunku jest stopniowe, etapowe obniżanie opłaty interchange tak, żeby banki mogły się dostosować. Nie zapominajmy, że z opłaty interchange finansowane są różne procesy kartowe, rozwój kart i również to, że cena kart jest niska w Polsce. Więc ten proces rozłożony na etapy jest najlepszym rozwiązaniem dla całego rynku – mówi Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK.
Zdaniem przedstawicieli MasterCard ZBP udało się znaleźć rozwiązanie, które są w stanie zaakceptować przedstawiciele różnych banków, ale też takie, które zapewni konkurencję na rynku.
– Największą zmianą będzie podejście do prowadzenia biznesu kartowego po stronie banków, bo to będzie obniżanie ich przychodów z interchange fee. Natomiast jest to przez ZBP tak rozłożone w czasie, że daje to swego rodzaju bezpieczną poduszkę dla konsumentów, którzy nie będą obciążani w nagły sposób podwyższonymi opłatami za karty. Daje to gwarancję dla akceptantów obniżania rok do roku kosztów związanych z akceptowaniem kart – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Michał Skowronek, dyrektor generalny MasterCard Europe.
Jednak wejście w życie propozycji ZBP jest uzależnione od tego, czy zaakceptuje je także Visa. Na razie takiej akceptacji nie ma. Visa Europe natomiast zgłosiła gotowość do realizacji „Programu redukcji opłat kartowych” wypracowanego przez Zespół Roboczy przy NBP.
– Jakiekolwiek rozwiązanie samoregulacyjne wypracowane w ramach inicjatywy ZBP musi być porozumieniem uwzględniającym w równym stopniu interesy konsumentów, banków oraz detalistów, czyli powinno być oparte o kompromisowy „Program redukcji opłat kartowych” wypracowany pod auspicjami NBP, który w ubiegłym roku został zaakceptowany przez wszystkie strony poza MasterCard, w tym przez banki oraz detalistów – czytamy w oświadczeniu przesłanym przez Visa. – W najbliższym czasie, po finalnych konsultacjach z Komitetem Decyzyjnym, Visa Europe przedstawi harmonogram zmian stawek interchange w latach 2014-2017.
Zgodnie z założeniami tego programu opłata interchange miałaby zostać w Polsce obniżona z obecnego poziomu do 1,1 proc. już w tym roku. Kolejne obniżki byłyby uzależnione od rozwoju rynku obrotu bezgotówkowego i zwiększania sieci akceptacji kart. Docelowo do 2017 roku opłata interchange miałaby spaść do poziomu 0,7 proc. Instytucje nie mogłyby również przenosić opłat na osoby korzystające z kart.
Tzw. opłata interchange w Polsce należy do najwyższych w Europie. Waha się w zależności od punktu, w którym świadczona jest usługa. Średnio wynosi 1,4 proc., ale w niektórych punktach sprzedaży wynosi nawet 3 proc. wartości transakcji. W krajach Unii Europejskiej prowizje są znacznie niższe i nie przekraczają 1 proc. od transakcji.
– Spodziewamy się, że w sytuacji obniżania stawek interchange fee będzie poszerzała się grupa akceptantów przyjmujących płatności elektroniczne, kartowe, czyli że coraz więcej sklepów będzie akceptowało karty, w coraz większej liczbie punktów będziemy mogli kartami płacić, znikną karteczki „płatności kartą powyżej 10 czy 20 zł”. To jest nasze główne oczekiwanie – mówi dyrektor generalny MasterCard Europe, uczestnik V Banking Forum.
World Trends, 11 kwietnia 2013
Po wczorajszej sesji na GPW można mieć mieszane uczucia ze względu na słabe zachowanie się małych i średnich spółek oraz niewybicia przez WIG20 pułapu 2382. Otoczenie zewnętrzne w większości sprzyjało kupowaniu akcji nad Wisłą – mowa o zachowaniu się Xetry, która zakończyła dzień wysoko nad kreską wracając do strefy klina, który zaczął stanowić w ostatnich dniach ważny temat do dyskusji odnośnie dalszych losów DAX’a.
W ciągu najbliższych pięciu lat rynek leasingu w Polsce wzrośnie o 41 proc.
Po okresie stagnacji, wynikającej głównie ze spowolnienia gospodarczego, rynek leasingu w Polsce w latach 2013-2017 będzie rósł średnio o 9 proc. rocznie. Choć w strukturze portfela umów leasingowych nadal 90 proc. przychodów będą generować samochody oraz maszyny i urządzenia, to najszybciej rosnącym segmentem okaże się branża IT, w której w ciągu najbliższych pięciu lat skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie aż 17,75 proc. Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez ekspertów firmy doradczej Deloitte przychody netto całej branży leasingowej będą rosły rocznie średnio o 8 proc. Aby były one jednak jeszcze wyższe niezbędne jest stworzenie oferty dla klientów indywidulanych i rozwój leasingu konsumenckiego, w szczególności koncentrującej się na sprzedaży nowych samochodów.
Ostatnie kilkanaście miesięcy, z powodu pogorszenia się sytuacji gospodarczej i zahamowania wielu inwestycji, były dla branży leasingowej niełatwe. Jednak, jeżeli tylko nie dojdzie do głębszego tąpnięcia w polskiej gospodarce, firmy z tego sektora w kolejnych latach ponownie wejdą w fazę szybkiego wzrostu. Według analizy przeprowadzonej przez Deloitte wartość należności firm leasingowych brutto wyniesie w tym roku 52 mld zł, a w 2017 r. będzie to już ponad 70 mld zł. Przychody netto w tym samym okresie wzrosną o 700 mln zł, do kwoty 2,6 mld zł. Już w przyszłym roku aktywa przekazane w leasing przekroczą poziom sprzed kryzysu wynoszący 33 mld zł.
W Polsce z usług leasingowych korzystają przede wszystkim jednoosobowe firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą. Każda z tych prawie 340 tys. mikrofirm zapewnia jednak leasingodawcom jedynie 9 tys. zł średniego przychodu rocznie. Dla porównania niecały tysiąc dużych przedsiębiorstw korzystających z leasingu zostawia w tym samym okresie średnio około 280 tys. zł. „Przewidujemy, że w najbliższych latach to nadal głównie mikro i małe przedsiębiorstwa będą korzystać z finansowania w postaci leasingu. Według naszych prognoz wygenerują one aż 68 proc. przychodów netto branży. Same usługi będą zaś najszybciej się rozwijać głównie w obszarach, które banki uznają za zbyt ryzykowne, by je kredytować, np. w branży rolniczej czy budowlanej” – mówi Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.
Z rosnącej konkurencji w branży leasingowej korzystają przede wszystkim firmy zależne od producentów samochodów czy sprzętu, które proponując usługi dodatkowe odbierają klientów leasingodawcom funkcjonujących w ramach grup bankowych. Tym ostatnim udaje się jednak nadal zachować pozycję dominującą, choć ich udział w rynku sprzedaży spadł w ubiegłym roku do 66 proc. (w 2009 r. było to prawie 72 proc.).
Najbliższe pięć lat nie przyniesie znaczących zmian w strukturze rynku leasingowego. Nadal to finansowanie samochodów oraz maszyn i urządzeń będzie generować około 90 proc. przychodów całej branży. Jak szacują eksperci Deloitte, rynek pojazdów osobowych będzie rósł w tempie około 6 proc. w omawianym okresie, ale usługa CFM (Car Fleet Management, obsługa flot samochodowych) zacznie wypierać klasyczny leasing. „Rynek CFM rośnie o około 20 proc. rocznie i schodzi do coraz niższych segmentów. Najważniejsi gracze zostali zmuszeni do stworzenia produktu dla mikrofirm zainteresowanych wynajmem długookresowym nawet jednego samochodu, choć jeszcze kilka lat temu nie byli zainteresowani klientami chcącymi stworzyć flotę z kilku – kilkunastu aut. Trzeba jednak przyznać, że z drugiej strony ogromna konkurencyjność sprawia, że usługi CFM stają się coraz bardziej ryzykowne” – wyjaśnia Michał Dubno.
W segmencie leasingu maszyn i urządzeń nadal dominującą rolę będą odgrywać maszyny rolnicze, których wartość w 2017 r. wyniesie 5,12 mld zł. Impulsem do dalszego wzrostu rynku będą dotacje z budżetu Unii Europejskiej na lata 2014-2020 na realizację Wspólnej Polityki Rolnej, które wynoszą 28,6 mld zł. Jednak najszybciej rozwijającym się segmentem w branży maszyn i urządzeń będzie leasing sprzętu medycznego, którego wzrost sprzedaży na lata 2013-2017 prognozowany jest na 26 proc., a wzrost przychodów netto na 23 proc. „Leasingiem sprzętu medycznego coraz częściej interesują się przychodnie, centra medyczne, a nawet szpitale, a nie jak to było dotychczas jedynie małe gabinety lekarskie. Trend ten jest wspomagany przez rozwój prywatnej opieki medycznej oraz konieczność wymiany przez szpitale sprzętu medycznego na nowy, wymuszona przez rozporządzenie ministerstwa zdrowia z czerwca ubiegłego roku. Placówki medyczne mają na to czas do końca 2015 r.”- tłumaczy Joanna Jabłońska, Konsultant w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte. W 2017 r. przedsiębiorstwa przekażą w leasing sprzęt medyczny o wartości ponad 2,5-krotnie większej niż w 2012 r.
Równie optymistycznie rysuje się przyszłość segmentu leasingu sprzętu IT i wyposażenia biur. Według prognoz Deloitte sprzedaż leasingu w tej branży w latach 2013-2017 będzie rosła rocznie średnio o 19 proc. a przychody netto wzrosną o 17 proc. Mogłyby być one jeszcze większe ponieważ popyt na tego typu usługi jest duży, ale firmy leasingowe mają zbyt mało pomysłów na zagospodarowanie segmentu IT. Jeżeli sytuacja w gospodarce poprawi się, to leasing maszyn budowlanych również odnotuje wzrosty. Jego wartość ma szansę powrócić do poziomu sprzed 2008 r., a przychody netto wzrosnąć o 11 proc.
Zdaniem ekspertów firmy Deloitte wielką szansą dla firm leasingowych jest zupełnie niewykorzystany w Polsce leasing konsumencki, skupiający się głównie na sprzedaży samochodów. W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada jedynie osiem nowo kupowanych aut. Dla porównania w Czechach jest ich dwa razy więcej, w Słowenii 29, nie mówiąc już o Niemczech z 39 samochodami. Winą za ten stan rzeczy jest m.in. brak usług leasingowych dla indywidulanych klientów. Zupełnie inna sytuacja jest w pozostałych krajach naszego regionu, gdzie leasing w zakupie nowych aut przez osoby prywatne sięga 65 proc. (Słowenia), a nawet 72 proc. (Rumunia). „W Polsce oferta produktowa na finansowanie samochodów dla osób fizycznych znajduje się na poziomie epoki kamienia łupanego. Główną barierą jest brak doświadczenia firm leasingowych zarówno w obsłudze jak i w ocenie zdolności kredytowej klientów detalicznych, w czym pomocne mogą być banki. Niestety istnieją także przeszkody prawne, ustawa o kredycie konsumenckim stawia bowiem leasing na równi z kredytem. Branża leasingowa walczy o zmianę tego stanu rzeczy, jednak już dziś istnieją sposoby na to, aby w sposób bezpieczny dla leasingodawcy udostępniać ten produkt na skalę masową, brakuje jednak doświadczenia w branży” – podsumowuje Michał Dubno.
Komentarz poranny, 11 kwietnia 2013
Prezes banku, Bogusław Kott, powiedział, że w ostatnich miesiącach sprzedaż kredytów gotówkowych wynosiła 140-150 mln PLN. Według niego jest to sprzedaż o dobrej jakości. Taki poziom średniej miesięcznej sprzedaży przekłada się na wysoki blisko 40% wzrost Q/Q oraz ponad 100% przyrost R/R.
Brak zachęt na nowe inwestycje po 2014 r? Duże przedsiębiorstwa nie będą mogły finansować nowych inwestycji z funduszy strukturalnych
Zgodnie z propozycjami Komisji Europejskiej, po 2014 r. duże przedsiębiorstwa nie będą mogły finansować nowych inwestycji z funduszy strukturalnych. Dodatkowo, na Mazowszu zostaną pozbawione dostępu do ulg podatkowych w Specjalnych Strefach Ekonomicznych czy dotacji z budżetu państwa. Eksperci firmy doradczej Deloitte uważają nowe przepisy proponowane przez Komisję Europejską za niekorzystne dla dalszego rozwoju gospodarczego w Polsce i rekomendują częściowe utrzymanie dotychczasowych zasad przyznawania pomocy publicznej.
Zmiany, o których mowa zawarto w dwóch dokumentach: rozporządzeniu w sprawie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR) oraz projekcie RAG, dotyczącym wytycznych w sprawie regionalnej pomocy państwa na lata 2014-2020. Najważniejsze dotkną przede wszystkim dużych przedsiębiorstw, które nie będą mogły starać się już o wsparcie z funduszy UE na tzw. inwestycje produkcyjne. „W praktyce oznaczać to będzie możliwość przyznawania dotacji UE na inwestycje związane z podniesieniem poziomu innowacyjności produkcji lub usług, w związku z utworzeniem nowego lub rozwojem istniejącego przedsiębiorstwa tylko firmom z sektora MŚP. To z kolei skutkuje brakiem możliwości dofinansowania wydatków kapitałowych związanych z rozbudową i wdrożeniem innowacyjnych rozwiązań w dużych przedsiębiorstwach” – tłumaczy Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte. „Planowane zmiany nie obejmują możliwości uzyskiwania dotacji przez duże firmy na działalność B+R i niskoemisyjną gospodarkę” – dodaje Magdalena Burnat–Mikosz.
Po 2014 r. największe zmiany czekają jednak przedsiębiorców z województwa mazowieckiego, w którym (według danych Eurostatu) w ostatnich latach dochód na jednego mieszkańca przekroczył 90 proc. średniego unijnego PKB. A to oznacza dostępność ograniczenie dostępności jakiegokolwiek wsparcia na nowe inwestycje. Duzi przedsiębiorcy (w tym spółki komunalne) działający, lub planujący podjęcie działalności na Mazowszu nie będą mieli więc już możliwości ubiegania się o wsparcie w ramach polityki regionalnej na inwestycje w jakiejkolwiek formie i z jakichkolwiek źródeł. „Tak wysoki poziom PKB Mazowsze zawdzięcza przede wszystkim Warszawie. Po wyłączeniu stolicy wskaźnik ten znalazłby się prawdopodobnie poniżej 75 proc., co oznaczałoby, że Mazowsze nadal znajduje się w grupie obszarów słabiej rozwiniętych” – mówi Michał Turczyk, Senior Manager w Zespole R&D and Government Incentives, Deloitte.
Nowe rozporządzenia wprowadzają dodatkowo kilka znaczących zmian. Rozpoczęcie prac nad projektem będzie możliwe dopiero po wydaniu decyzji o przyznaniu wsparcia, co znacząco wpłynie na terminy realizacji planowanych inwestycji, jak również na same decyzje o realizacji inwestycji w Polsce, z uwagi na długi okres oczekiwania na decyzje o dofinansowaniu (często nawet powyżej roku). Dotąd ich start był możliwy już po złożeniu przez beneficjenta wymaganej dokumentacji. Zgodnie z planowanymi zmianami, znaczącemu obniżeniu ulegnie również wartość kosztów kwalifikowanych. W przypadku pomocy podlegającej indywidulanej notyfikacji oraz pomocy inwestycyjnej w ramach zgłoszonego programu na rzecz dużych przedsiębiorstw mają one zostać ograniczone tylko do nadwyżki ponad wariant alternatywny zakładający brak pomocy. Ekspertów Deloitte niepokoją także propozycje zmian w kwestiach regionalnej pomocy państwa, jak choćby nowa definicja „pojedynczego projektu inwestycyjnego”. W świetle nowych przepisów za taką będzie można uznać każdą inwestycję rozpoczętą przez tego samego beneficjenta w okresie trzech lat od dnia rozpoczęcia prac nad inną inwestycją objętą pomocą w tym samym regionie NUTS 3. Ograniczeniom ulegnie także m.in. finansowanie na tzw. pomoc operacyjną (koszty zatrudnienia, usług, energii czy czynszu), ale też w branżach, które instytucje unijne uznają za upadające.
Zdaniem ekspertów Deloitte proponowane przez Komisję Europejską zmiany mogą skutkować negatywnymi konsekwencjami dla rozwoju przedsiębiorczości w Polsce i spowolnić proces dyfuzji innowacji w regionach, w tym wśród małych i średnich przedsiębiorców. Innowacyjność gospodarek i regionów jest zależna od dostępu do nowej wiedzy. „Proponowane zmiany są dyskryminujące przede wszystkim dla dużych przedsiębiorców. Mogą spowodować zahamowanie wielu planowanych inwestycji, a co za tym idzie nie powstaną nowe miejsca pracy, ale przede wszystkim osłabią transfer wiedzy i know–how do otoczenia” – wyjaśnia Michał Turczyk.
Kiedy nowe przepisy mogą zacząć obowiązywać? Ostateczna wersja wytycznych w sprawie regionalnej pomocy państwa zostanie uchwalona prawdopodobnie w maju br. Z kolei w Parlamencie Europejskim toczą się rozmowy nad projektem rozporządzenia w sprawie EFRR. Zgodnie z planem ma ono zostać przyjęte do końca czerwca br. w ramach prezydencji irlandzkiej, jednakże z uwagi na istotne rozbieżności pomiędzy stanowiskami instytucji europejskich oraz państw członkowskich istnieje możliwość niedotrzymania tego terminu.
„Opóźnienia w pracach legislacyjnych wpłyną na termin udostępnienia funduszy strukturalnych w Polsce. Dzisiaj, realnie, mówi się już o drugiej połowie 2014/2015 roku. Jednak kluczowa jest niepewność zasad dotyczących dostępności pomocy regionalnej. Te przepisy powinny zostać przyjęte jak najszybciej by firmy mogły uwzględniać nowe wymagania w swoich planach” – podsumowuje Magdalena Burnat–Mikosz.
Samowolne opuszczenie miejsca pracy – Sprawdź, jakie mogą być tego konsekwencje!
Oddalenie się z miejsca pracy przed jej zakończeniem nie zawsze musi skończyć się ukaraniem pracownika zwolnieniem dyscyplinarnym. Kiedy pracodawca ma prawo do zwolnienia dyscyplinarnego, a w jakich sytuacjach wystarczy kara porządkowa, wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.
Zwolnienie dyscyplinarne pracownika w trybie art. 52 kodeksu pracy jest środkiem wyjątkowym i należy je stosować z daleko posuniętą ostrożnością. Zastosowanie tego trybu rozwiązania umowy bez wypowiedzenia jest możliwe z następujących powodów:
1. Ciężkie naruszenie przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych,
2. Popełnienie w czasie trwania umowy przestępstwa, które uniemożliwia zatrudnianie pracownika na dotychczasowym stanowisku, przestępstwo to musi zostać stwierdzone prawomocnym wyrokiem bądź nie ma wątpliwości co do jego popełnienia,
3. Pracownik utraci uprawnienia niezbędne do wykonywania zawodu na skutek swoich zawinionych działań.
Samowolne opuszczenie miejsca pracy nie występuje w powyższym katalogu. Nie oznacza to jednak, iż w nieuzasadnionych przypadkach jest akceptowane przez ustawodawcę. W pewnych sytuacjach zasadne jest zakwalifikowanie samowolnego opuszczenia miejsca pracy jako ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych. Jednym z nich (określonych w art. 100 § 2) jest bowiem przestrzeganie czasu pracy ustalonego w zakładzie.
Mniej dotkliwe konsekwencje
Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem, w sytuacji gdy pracownik opuści stanowisko bez zgody przełożonego, przed podjęciem decyzji o zastosowaniu rozwiązania umowy w trybie art.52 kodeksu pracy, należy w pierwszej kolejności wziąć pod uwagę konkretne okoliczności zdarzenia, w szczególności stan świadomości i woli pracownika (sygn. akt I PKN 300/97). Ponadto, zgodnie z tezą zawartą w wyroku SN z dnia 24 lutego 2012 r. (sygn. akt II PK 143/11) samo opuszczenie przez pracownika pracy przed jej zakończeniem (a dokładnie przed końcem dniówki roboczej) nie jest wystarczające do zastosowania przez pracodawcę sankcji z art. 52 § 1 pkt 1 KP w przypadku stwierdzonego wykonania przez pracownika podstawowych zadań pracowniczych przewidzianych do wykonania na ten dzień oraz przy uwzględnieniu jego szczególnej sytuacji (np. związaną ze stanem zdrowia, samopoczuciem, koniecznością skorzystania z porady lub pomocy lekarza). Przy ocenie, czy opuszczenie miejsca pracy stanowiło ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych, trzeba wziąć pod rozwagę wszystkie towarzyszące temu okoliczności.
Wydaje się, że w sytuacji, gdy działanie niezdyscyplinowanego podwładnego nie cechowało się celowym zawinieniem, złą wolą, złośliwością lub chęcią wyrządzenia pracodawcy szkody, w pierwszej kolejności należy rozważyć zastosowanie wobec niego kary porządkowej – przewidzianej w art. 108 § 1 i 2 Kp tj. upomnienia, nagany bądź kary pieniężnej. Zresztą sam ustawodawca podkreślił, iż przesłankami zastosowania wobec pracownika kary pieniężnej mogą być jedynie szczególnie poważne naruszenia ustalonego porządku, wymienione w art. 108 § 2, tj. opuszczenie pracy bez usprawiedliwienia oraz stawienie się w stanie nietrzeźwości lub spożywanie alkoholu w czasie pracy.
Oddalenie się z miejsca pracy uzasadnione?
Gdy życie bądź zdrowie pracownika jest zagrożone, powinien on powstrzymać się od wykonywania obowiązków, a jeśli takie działania nie wystarczą, aby zapobiec wystąpieniu niebezpieczeństwa, pracownik ma prawo oddalić się z miejsca zagrożenia. Istotne jest jednak, iż w przypadku zastosowania powyższego rozwiązania zatrudniony niezwłocznie musi powiadomić pracodawcę. Co ważne, pracownik nadal pozostaje do dyspozycji pracodawcy, a oddalenie się w celu uniknięcia lub zapobieżenia zagrożeniu nie oznacza opuszczenia miejsca pracy.
Komentarz dzienny, 11 kwietnia 2013
Bez zaskoczenia. RPP pozostawiła stopy na dotychczasowym poziomie ze stopą interwencyjną na poziomie 3,25%. Pomimo pojawienia się w komunikacie bardziej optymistycznych ocen koniunktury globalnej (naszym zdaniem nie w tempo, bo właśnie weszliśmy w kolejny soft-patch w USA), uznano słabość koniunktury w Polsce i szansę na jedynie umiarkowane ożywienie w przyszłości.
Na rynku pracy coraz bardziej liczą się umiejętności, nie dyplomy
Z danych firmy Sedlak & Sedlak wynika, że najwięcej zarabiają menedżerowie i informatycy. Całkiem nieźle wyglądają też zarobki części handlowców. Spadek wynagrodzeń najmocniej odczuwa branża budowlana. Obecnie poziom zarobków coraz częściej jest powiązany z wynikami pracy, ale też z dodatkowymi kwalifikacjami pracownika.

– Wynagrodzenia menedżerów cechują się dużą rozpiętością i dużym zróżnicowaniem, ale oczywiście są największe. Inne branże, gdzie można zarobić najwięcej to IT, telekomunikacja, ubezpieczenia i bankowość – mówi AGencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak.
Największe zróżnicowanie zarobków dotyczy handlowców, ich wynagrodzenie zależy głównie od branży, w której działają.
– Handlowcy ze swoimi zarobkami są pośrodku zawodów, ale trzeba zaznaczyć, że są duże różnice w obrębie tej grupy zawodowej. Handlowcem jest zarówno osoba, która obsługuje telefon i przyjmuje zamówienia, ale także osoba sprzedająca całe fabryki czy skomplikowane urządzenia. Bardzo dobrzy handlowcy zarabiają nawet kilkanaście tysięcy złotych, bo jest to uzależnione od ich wyników pracy, czyli od obrotu bądź wielkości wygenerowanej sprzedaży – wyjaśnia ekspert.
Na rynku pracy widać obecnie zmiany w podejściu pracodawców do wykształcenia poszukiwanych pracowników. Z raportu Banku Światowego „Skills, not Just Diplomas” wynika, że w obecnych czasach wzrosło zapotrzebowanie na umiejętności komunikacyjne i poznawcze, przydatne przy wykonywaniu nierutynowych zadań, zmalało natomiast zapotrzebowanie na pracowników wykonujących rutynowe i manualne czynności. Wśród najczęściej wymienianych kompetencji, na które jest zapotrzebowanie, znajdują się takie jak umiejętność wykorzystania wiedzy w praktyce, umiejętność rozwiązywania problemów czy też pracy w grupie.
– Coraz bardziej zaczyna się cenić wiedzę i kompetencje. Ludzie posiadający dodatkowe wykształcenie, dodatkowe certyfikaty zarabiają coraz więcej. Dotyczy to indywidualnych osób, ich wiedzy i kompetencji. W Polsce zaczynamy dostrzegać problem powiązania wyników pracy z osobą wykonującą tę pracę, co jest bardzo ważne wszędzie na świecie. Wynagrodzenie powinno być powiązane z wynikami pracy, a nie tylko z samym faktem chodzenia do pracy – podkreśla Kazimierz Sedlak.
Jak pokazują wyniki Bilansu Kapitału Ludzkiego, zrealizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński, aż 75 proc. pracodawców ma problemy ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Z badania wynika też, że w 2011 roku pracodawcy oczekiwali od kandydatów przede wszystkim kompetencji samoorganizacyjnych i zdolności interpersonalnych. Pracodawcy zatrudniający specjalistów wymagali też od osób ubiegających się o pracę odpowiedniego wykształcenia (90 proc.) oraz znajomości języka obcego (70 proc.).
Dodatkowe wykształcenie oraz zdobyte certyfikaty wpływają na wysokość zarobków, pozwalając je znacząco zwiększyć.
– Przyjmując, że średnia wynagrodzenia naszego badania wynosi 4 tys. złotych, to w przypadku osób cechujących się wysokimi kompetencjami wynagrodzenie może być nawet dwa razy wyższe przy tym samym stanowisku i tej samej branży. To pokazuje wartość wynagrodzenia. Przykładowo, informatycy zarabiają średnio powyżej 6 tys. złotych, czyli dobry informatyk może zarabiać 12 tys. złotych – mówi prezes Sedlak & Sedlak.
Z badania firmy wynika, że w 2012 roku najbardziej spadły wynagrodzenia w budownictwie, nie rosną wynagrodzenia w sektorze handlu i ubezpieczeń. Warszawa jest nadal liderem płacowym wśród polskich miast. Przeciętne wynagrodzenie w stolicy wyniosło 6 000 zł brutto.
Dla wielu podatników ulga internetowa w tym roku po raz ostatni
Rozliczenie za 2012 rok jest ostatnim, w którym każdy podatnik może skorzystać bez przeszkód z ulgi internetowej. Tak jak w ubiegłych latach można zmniejszyć swój dochód o wydatki poniesione w ciągu roku na internet, jednak maksymalnie może to być 760 zł. Nie ma już obowiązku dokumentowania wydatków fakturą VAT, w ramach ulgi można także odliczać wydatki na internet, z którego podatnik korzysta przez telefon komórkowy. W przyszłym roku możliwość skorzystania z ulgi zostanie mocno ograniczona – będą z niej mogli skorzystać tylko niektórzy podatnicy.
Ulgę internetową podatnicy odliczają od dochodu. Obowiązuje tu określony limit.
– Ulga internetowa jest przewidziana dla osób fizycznych, które wybrały jako formę opodatkowania skalę podatkową albo ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Pozwala ona odpowiednio zmniejszyć dochód lub też przychód o kwoty wydatków poniesionych na korzystanie z internetu, nie więcej jednak niż 760 zł w ciągu roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Rola-Stężycka, kierownik zespołu analiz podatkowych Tax Care.
Nawet jeżeli podatnik poniósł wyższe wydatki na internet w 2012 r., to można odliczyć tylko kwotę 760 zł.
Nie obowiązuje już dawny, dość uciążliwy dla podatników obowiązek, związany z dokumentowaniem tej ulgi jedynie fakturą VAT. Obecnie do skorzystania z ulgi wystarczy posiadać dokument, z którego wynika, że podatnik taki wydatek poniósł.
– Prawo do odliczenia nie jest już związane z koniecznością posiadania faktury. Poniesione wydatki mogą być również udokumentowane w inny sposób, na przykład w postaci imiennego rachunku, może to być także przelew bankowy określonych kwot na korzystanie z internetu – wymienia ekspertka.
Dokument, który dowodzi, że podatnik poniósł wydatki na internet powinien zawierać dane podatnika, dane dostawcy internetu, rodzaj usługi i kwotę zapłaty za nią.
– Dane te są szczególnie istotne w przypadku rachunków zbiorowych, kiedy poza częścią, która jest przeznaczona na korzystanie z sieci są też w nim ujęte inne usługi, np. korzystanie z telefonu. Dlatego podatnicy, jeżeli mają taką fakturę, mogą skorzystać z ulgi internetowej tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mają wyodrębnione, jaka część wydatków, jaka część kwoty wskazanej na fakturze jest związana z wydatkami na internet – wyjaśnia Katarzyna Rola-Stężycka.
W ramach ulgi internetowej można odliczyć zarówno wydatki na internet stacjonarny, jak również internet mobilny, z którego korzystamy w komórce. Możliwe jest też odliczenie wydatków na internet poniesionych w kawiarence internetowej.
Natomiast w rozliczeniu dochodów za 2013 r. nastąpi zmiana zasad korzystania z ulgi internetowej, prawo do niej zostanie znacznie ograniczone. Z ulgi będą mogli korzystać tylko podatnicy, którzy nigdy wcześniej z niej nie korzystali, przy czym limit wydatków wyniesie także 760 zł rocznie. Prawo do korzystania z ulgi będzie przysługiwało jedynie w dwóch kolejnych latach podatkowych.
Podatnik, który w zeznaniu składanym za 2012 r. po raz pierwszy skorzystał z odliczenia wydatków na internet, będzie miał prawo do odliczenia takich wydatków za 2013 r.
Wciąz nie wiadomo, jaka stawka VAT od nowego roku. Przedsiębiorcy czekają na konkretną deklarację rządu.
Brak konkretnych deklaracji dotyczących dalszych losów podwyższonych stawek VAT powoduje duże obawy zarówno wśród firm, jak i konsumentów. Eksperci mówią, że uchwalenie przepisów w tej kwestii jest niezbędne w najbliższym czasie po to, aby podatnicy nie zostali ponownie zaskoczeni ewentualną podwyżką stawek VAT. Według obecnie obowiązujących przepisów od stycznia 2014 r. stawki podatku wracają do poziomów sprzed podwyżki, czyli – 22 proc. i 7 proc.
Zgodnie z obecnymi przepisami w okresie od stycznia 2011 r. do końca grudnia 2013 r. 22-proc. oraz 7-proc. stawki VAT podniesiono do 23 proc. i 8 proc. Natomiast 5-proc. stawka VAT obejmuje podstawowe produkty żywnościowe.
– Obecnie w przepisach mamy automatyczny mechanizm powrotu do stawki podstawowej, która w tej chwili w ustawie się znajduje, czyli 22 proc. I podwyższenie do 23 proc. oraz potencjalnie podwyższanie stawki przy złych wskaźnikach makroekonomicznych jest mechanizmem wpisanym w ustawę o VAT. Czyli jeżeli nie byłyby spełnione negatywne kryteria makroekonomiczne, wtedy powinniśmy z końcem obecnego roku wrócić do stawki 22 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Joanna Rudzka, doradca podatkowy z Kancelarii Prawnej SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy S.K.A.
Nie wiadomo, jakie stawki VAT będą obowiązywały w 2014 r., bo wciąż brak konkretnych ustaleń w tej sprawie. W marcu br. wiceminister finansów Janusz Cichoń nie wykluczał, że jest szansa na powrót w 2014 r. do niższych stawek, ale premier Donald Tusk szybko te doniesienia zdementował mówiąc, że stan gospodarki na to nie pozwala. Z kolei wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski uważa, że powrót do 22-proc. stawki VAT będzie możliwy dopiero za dwa lata.
Zgodnie z obowiązującą ustawą od stycznia 2014 roku stawki podatku wrócą do poziomów sprzed obniżek, jeśli relacja długu publicznego do PKB nie przekroczyła na koniec 2012 r. 55 proc. Jeśli dług nie był większy, to utrzymanie podwyższonego VATu – lub ewentualne jego zwiększenie – wymaga nowelizacji ustawy.
Jeśli miałaby nastąpić kolejna podwyżka stawek VAT, to rząd powinien już przygotowywać stosowny projekt w tej sprawie, aby Sejm zdążył z jego uchwaleniem przed końcem roku i aby podatnicy mieli możliwość i czas się z tymi przepisami zapoznać oraz do nich przygotować. Jeśli podatek ma wrócić do poziomu sprzed 2011 r. – rząd także powinien to jasno zadeklarować.
– Do tej pory Ministerstwo Finansów wielokrotnie zapewniało, że ten powrót nastąpi, że nie będzie dalszego podwyższania stawek ani nawet utrzymania tej podwyższonej do 23-proc. stawki. Odpowiedź poznamy najpewniej w najbliższych tygodniach, miesiącach, bo nie wyobrażam sobie, aby podatnicy znowu byli zaskoczeni w drugiej połowie roku informacją, że za pół roku VAT zostaje podwyższony – mówi ekspertka.
Przepisy dotyczące stawek VAT w 2014 r. mogą być ukształtowane w różny sposób.
– Może to być dalsze przesunięcie czasowego podwyższenia, co oznacza, że nie wrócimy do stawek 22 proc. i analogicznych z końcem roku, a np. za rok, dwa lub trzy lata być może VAT zostanie już na trwałe zwiększony do 23 proc. Możliwy jest też scenariusz, że dojdzie do przesunięcia potencjalnego podwyższania stawek o kolejny rok, dwa, trzy i znowu będzie nad nami wisieć widmo potencjalnych 23-24 proc. stawek – prognozuje Joanna Rudzka.
Brak zdecydowanej deklaracji rządu dotyczącej stawek VAT to problem i dla firm w planowaniu inwestycji, i dla zwykłych podatników.
– Obawy przedsiębiorców są dość duże. Często VAT wyższy o 1-2 proc. oznacza, że zupełnie inaczej należy budżetować nasze wpływy na następne lata. Trzeba zupełnie inaczej kontraktować sprzedaż dla konsumentów. Przykładowo przy sprzedaży mieszkania nie może tak być, że dowiemy się kilka miesięcy wcześniej, że mieszkanie, które sprzedamy za dwa lata, będzie de facto opodatkowane 2 proc. wyżej, bo to oznacza, że dochód ze sprzedaży zostanie przez tę podwyżkę „zjedzony” – reasumuje Joanna Rudzka.
Zagrożenia dla Polski związane z przyjęciem euro większe niż korzyści
– Polska nie spełnia dziś kluczowych warunków, które pozwoliłyby jej realnie myśleć o wstąpieniu do strefy euro – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Chodzi nie tylko o kryteria z Maastricht, ale również o realne przystosowania gospodarki. W sytuacji, w jakiej dziś znajduje się Polska, korzyści związane z naszą akcesją mogłyby nie zrównoważyć poniesionych kosztów.
Zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej dyskusja na temat naszego rychłego wstąpienia do strefy euro jest dzisiaj nieuzasadniona. Polska nie byłaby w stanie spełnić kryteriów konwergencji, czyli czterech podstawowych warunków: stabilność cen, kryterium fiskalnego, kursowego oraz kryterium, odnoszącego się do stóp procentowych.
– Polska nie spełnia nie tylko tych czterech podstawowych kryteriów z Maastricht – zauważa w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Nie spełnia też warunków konwergencji realnej, spójności realnej, czyli takiej, która by zbliżałaby ją w poważnym stopniu do krajów wysokorozwiniętych.
Czego przykładem są na przykład nakłady na prace badawczo-rozwojowe. Ciągle pozostajemy daleko w tyle za znaczną częścią Europy. Podobnie wygląda sytuacja z wysokością płac, relatywnie niską w stosunku do krajów, których mieszkańcy posługują się wspólną, europejską walutą.
– To nie są w pełni porównywalne gospodarki, a to oznacza, że kraj słabszy w takim związku ponosi wysokie koszty wstąpienia do strefy euro – tłumaczy prof. Mączyńska.
W jej ocenie, myśląc realnie o przyjęciu euro trzeba zwiększać produktywność gospodarki, jej wydajność, co skutkowałoby zwiększaniem płac. Dzięki temu różnice między Polską a krajami należącymi do strefy systematycznie by malały. Z obecności w strefie euro korzystają właśnie kraje, które mają wyższy poziom rozwoju i spełniają warunki konwergencji realnej.
– W momencie, kiedy wejście do euro nie sprzyjałoby zmniejszeniu nierównowagi, mogłoby dojść do sytuacji podobnej jak w Grecji czy Hiszpanii – ostrzega prof. Elżbieta Mączyńska. – Nastąpiłoby mianowicie zachwianie w systemie finansów publicznych. Jeden z silnych argumentów za wejściem do strefy euro było to, że kraj, który jest w systemie euro, poddany jest większej dyscyplinie finansowej. Przykłady Grecji i Hiszpanii pokazały, że niekoniecznie tak musi być.
Nie wolno, co podkreśla ekonomistka, zapominać o korzyściach, jakie wiązałyby się z zastąpienia złotego przez euro. Zmniejszyłyby się na przykład koszty transakcyjne, bo nie byłoby konieczności wymiany jednej waluty na drugą.
– Jednak te różnice mogą sprawiać, że takie przyspieszone wstąpienie do strefy euro, nawet gdyby nam teraz pozwolili wejść, a nie pozwolą, bo nie spełniamy warunków, mogłoby spowodować, że ponieślibyśmy duże koszty i spowodowałoby to problemy większe, socjalne. W momencie gdyby wystąpiły te problemy, to budżet państwa musiałby się zaangażować – prognozuje prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Pośpiech tutaj, moim zdaniem, nie jest wskazany.
Jednak zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej czas, w jakim przygotowywać się będziemy do przyjęcia euro, należy poświęcić na rzeczową dyskusję społeczną, choć i ona, na pewno nie wyeliminuje obaw związanych z przyjęciem euro.
Nowe przepisy o ochronie danych osobowych. Za dwa lata ma być łatwiej usunąć swoje dane z internetu
Do czerwca mają zapaść decyzje dotyczące nowego unijnego prawa o ochronie danych osobowych. Rozporządzenie wejdzie w życie najprawdopodobniej w 2016 r. i może ułatwić usuwanie własnych danych z internetu. Nie wiadomo jednak, jak dokładnie będą wyglądać przepisy. Na razie Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych przygląda się plikom cookies.
Debata nad zmianami w unijnych przepisach dotyczących ochrony danych osobowych trwa zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w Radzie UE. Ich proponowany kształt ma zostać przedstawiony już w czerwcu, ale uchwalenie rozporządzenia raczej nie nastąpi przed przyszłym rokiem. Prawo wejdzie w życie najwcześniej w 2016 r.
Jedną z najważniejszych zmian będzie wprowadzenie do przepisów tzw. prawa do bycia zapomnianym, czyli ułatwień w usuwaniu własnych danych osobowych z internetu. Wojciech Wiewiórowski podkreśla jednak, że zmiany nie będą daleko idące.
– Troszkę cynicznie mógłbym powiedzieć, że prawo do bycia zapomnianym będzie wpisane do rozporządzenia z 2014 roku, ale nie wiemy jeszcze do końca, na czym będzie polegało – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Wojciech Rafał Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Raczej nie będzie to ta procedura, którą zaproponowała Komisja Europejska, jako że jest ona za bardzo skomplikowana i nie daje efektu lepszego niż prawo, które istnieje w tej chwili. Być może będzie to polegało na zebraniu w jednym przepisie zasad, które faktycznie obowiązują już dzisiaj.
Wiewiórowski podkreśla, że już teraz istnieją przepisy, które ułatwiają usuwanie własnych danych osobowych z sieci. W szczególności dotyczy to danych, które są nieprawdziwe lub które znalazły się w internecie w sposób nieuprawniony. Komisja Europejska proponuje szczególną procedurę usuwania takich danych. Według Wiewiórowskiego ważną zmianą będzie podkreślenie roli GIODO w tym procesie.
Obowiązki w sprawie plików cookies w Polsce dość łagodne
Już w 2009 r. Unia Europejska uchwaliła prawo, które nakłada na właścicieli stron internetowych obowiązek informowania o stosowanych plikach cookies, czyli tzw. „ciasteczkach”. Są to niewielkie pliki tekstowe wysyłane przez serwer i zapisywane najczęściej na twardym dysku użytkownika, które przechowują informacje i umożliwiają ich odzyskanie przez witrynę.
W Polsce unijne prawo GIODO wdrożył dopiero w grudniu 2012 r. Jego efektem jest m.in. to, że od kilkunastu dni na stronach internetowych pojawiają się ostrzeżenia o stosowanych „ciasteczkach”.
– Słyszę od kilku dni narzekania na temat tego, jak bardzo przeszkadza to rozwiązanie. Z drugiej strony, przyznam, że jako użytkownik internetu i to dość częsty, ja tego problemu samego w sobie nie dostrzegam. Natomiast cenię sobie informację, którą rzeczywiście instytucje muszą umieszczać na swoich stronach na temat tego, jakimi ciasteczkami „sieją” – mówi Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.
Unijne przepisy z 2009 r. nie wprowadzają rozróżnienia pomiędzy typami ciasteczek, ale teraz Bruksela skłania się do zmiany tego elementu. Prawo ma przede wszystkim chronić przed tzw. stalking cookies, czyli ciasteczkami, które wyciągają od użytkowników informacje wbrew ich woli.
Według Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych nawet takie łagodne prawo ma jednak pozytywne skutki, również dla samego Biura Inspektoratu.
– Przejrzeliśmy, czy aby na pewno musimy wysyłać te pliki cookies. I okazało się, że z większości sytuacji, w których pliki cookies są używane możemy zrezygnować, bo one nie są do niczego potrzebne, a ingerują w prywatność – mówi Wojciech Wiewiórowski.
Przyznaje jednak równocześnie, że obowiązek informowania o stosowaniu „ciasteczek” jest bardziej uciążliwy dla interaktywnych serwisów internetowych.
Spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe będzie zarządzał miliardami państwowych złotych
Spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, której zadaniem jest pobudzenie słabnącej gospodarki, pierwszymi projektami zajmie się dopiero za około trzy miesiące. Spółka nie została jeszcze formalnie powołana. Nie ma NIP-u, REGON-u ani siedziby. Znane jest za to logo i adres mailowy. Spółka docelowo ma zarządzać 10 mld zł, które pozyskane zostaną ze sprzedaży akcji państwowych spółek.
– Chciałbym, abyśmy mieli możność pochylenia się nad pierwszymi projektami, aby nastąpiło to za jakieś 3 miesiące – deklaruje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Mariusz Grendowicz, prezes spółki Polskie Inwestycje Rozwojowe, który został wyłoniony na początku marca na to stanowisko w drodze konkursu.
Polskie Inwestycje Rozwojowe zatrudniać będą docelowo ok. 20-30 osób. Trzon kadry stanowić będą osoby, wywodzące się z sektora bankowego, doradczego i private equity. Jak mówi Grendowicz, ilość zgłoszeń do pracy jest olbrzymia.
– Będziemy budować organizacje od góry. W związku z tym jak najszybciej mam nadzieje powołany zostanie zarząd. Jedna lub dwie osoby powinny pojawić się niebawem. Te nazwiska znam, nie mogę ich niestety ujawnić – mówi Mariusz Grendowicz.
Polityka inwestycyjna na razie tylko w zarysie
Trwają również prace nad planami inwestycyjnymi i priorytetami działań na najbliższy czas. Dziś znany jest jedynie zarys polityki inwestycyjnej, który w swoim expose zawarł premier Donald Tusk. Mają być to przede wszystkim inwestycje związane z infrastrukturą, czyli drogi, koleje, porty i lotniska, energetyką – jednostki wytwarzania energii elektrycznej, magazynowania i przesyłu ropy oraz gazu, jak i infrastrukturą telekomunikacyjną oraz przemysłową.
Prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych wyjaśnia, że pierwsze spotkania z przedstawicielami zainteresowanych spółek ma już za sobą.
– W tej chwili, nawet jeśli się spotykam, to nie ma możliwego ciągu dalszego, bo nie mam komu tego projektu przekazać. W związku z tym swoje spotkania w tej chwili ograniczam do minimum, aby jak najszybciej dojść do momentu, w którym będą osoby, które będą mogły spotykać się z prezesami i rozmawiać o konkretnych inwestycjach – powiedział Mariusz Grendowicz podczas V Banking Forum.
Polskie Inwestycje Rozwojowe mają bezpośrednio angażować się w program Inwestycje Polskie. Kapitał zakładowy spółki wynosi 300 tys. zł. Docelowo urosnąć ma nawet do 10 mld zł. Resort Skarbu, który jest jedynym udziałowcem PIR chce pozyskać tę kwotę ze sprzedaży akcji innych państwowych spółek. Poprzez swoją działalność i zaangażowanie w projekty z programu Inwestycje Polskie spółka ma przede wszystkim pobudzić do działania słabnącą gospodarkę.
LW BOGDANKA S.A wydobywa 2,03 mln ton węgla w I kwartale 2013 roku
Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zanotowała w I kwartale 2013 roku wydobycie w wysokości 2,03 mln ton, czyli na poziomie porównywalnym do osiągniętego rok wcześniej. Wydobycie po I kwartale 2013 roku jest zgodnie z założeniami Spółki.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Platformy Mediowej Point Group S.A. na decyzję KNF
Wprawdzie sąd rozumie nadzwyczajne okoliczności transakcji, ale należy je wpisać w ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej – z taką argumentacją Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Platformy Mediowej Point Group S.A. (GPW: POINTGROUP, PGM) na decyzję Komisji Nadzoru Finansowego.
Decyzja KNF z sierpnia 2010 r. dotyczyła naruszenia przez PMPG obowiązków informacyjnych spółki giełdowej przez podanie w raporcie bieżącym nr 52/2009 z dn. 29 grudnia 2009 r., a dotyczącym nabycia udziałów w AWR „WPROST” Sp. z o.o. danych dotyczących cennikowych przychodów z reklam tygodnika WPROST jako jednego ze wskaźników sytuacji ekonomicznej nabywanej spółki. W ocenie Komisji, zdanie z raportu w brzmieniu: „Według danych cennikowych Expert Monitora (bez uwzględnienia rabatów i autopromocji) w ub. r. WPROST zarobiło 98,7 mln zł” bez podania informacji, że nie jest to wynik finansowy Agencji Wydawniczo-Reklamowej „WPROST” Sp. z o.o. mogło wprowadzać w błąd inwestorów.
Odwołując się od decyzji KNF, PMPG podnosiła, że wspomniane zdanie odnosiło się do opisu pozycji tygodnika WPROST na rynku tygodników społeczno–ekonomicznych i było elementem logicznego ciągu, w którym spółka podawała informacje o czytelnictwie oraz informacje o cennikowych przychodach innych podmiotów w tym segmencie. W ocenie spółki, informacja ta, podana w raporcie bieżącym, nie miała wpływu na decyzje inwestorów, a zarówno pochodzenie, jak i odniesienie podanej informacji zostało jasno opisane w raporcie.
„Respektując orzeczenie NSA, nie podzielam jego argumentacji i uważam, że – biorąc pod uwagę okoliczności transakcji – z obowiązków informacyjnych wywiązaliśmy się rzetelnie” – podsumowuje Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu PMPG S.A.
Jak zostać milionerem? Zostań przedsiębiorcą. Jak? To proste!
Ponad 56 proc. Polaków uważa, że strach przed porażką może ich powstrzymać przed założeniem działalności gospodarczej. – Jak zostać milionerem? – Zostań przedsiębiorcą. Jak? To proste, jeśli będziesz przestrzegał kilku zasad.– mówi Anna Hejka, prezes Heyka Capitals Markets Group, ekspert kampanii Narodowy Program Przedsiębiorczości.
W Polsce występuje niski wskaźnik osób dostrzegających szanse biznesowe (33,1 proc.). Istotnym czynnikiem, który może wstrzymywać przedsiębiorczość jest strach przed porażką.Wskazuje to na wysoki stopień niepewności związany z prowadzeniem biznesu. Wyniki innych badań pokazują, że może być to związane ze skomplikowanym i często zmieniającym się prawem oraz procedurami administracyjnymi. Spowolnienie gospodarcze dostrzegalne w większości krajów również przekłada się na decyzje o prowadzeniu własnej działalności gospodarczej.
To proste, jeśli będziesz przestrzegał następujących 7 przykazań:
Bądź wizjonerem lub eliminuj bolączki jak Steve Jobs czy Richard Branson. Jednak dopóki nie zdobędziesz autorytetu, nie wyprzedzaj swojej epoki, bo „ewangelizacja” rynku jest niemożliwa bez charyzmy.
Stań się przedsiębiorcą wcześnie, bo osiągnięcie równowagi w życiu zawodowym i osobistym jest początkowo bardzo trudne. Każdy najlepiej uczy się na błędach, a młodym łatwiej się wybacza. Uwierz w siebie i pamiętaj, że lojalność rodzi się, kiedy rozwiązujesz problemy z klasą.
Otaczaj się nieprzeciętnymi pasjonatami dumnymi z tego co robicie, a sam bądź szalonym perfekcjonistą. Inspiruj, szanuj (pracowników, klientów, media) i deleguj. Ale słuchaj też swojej intuicji, wykorzystując Wasze silne strony i dostosowując model biznesowy do zmieniających się lub zmienianych przez Was potrzeb klientów.
Nigdy się nie poddawaj w dążeniu do celu, ale ustalaj łatwe do osiągnięcia kamienie milowe. Nie odrzucaj żadnej szansy, bo często przypadek decyduje o naszym losie. Bądź w odpowiednim miejscu i czasie uzbrojony w odpowiednie narzędzia, otwarty na wszelkie kontakty.
Szukaj globalnej skali, oferuj klientom prawdziwą i możliwie pełną, nieuzależnioną od innych wartość. Wykorzystuj wszystkie kanały dystrybucji oraz dąż do szybkiego wzrostu. Walka w „błękitnym oceanie”, gdzie macie przewagę konkurencyjną, jest łatwiejsza niż w czerwonym stawie.
Zaakceptuj ryzyko i dbaj nie tylko o pierwsze wrażenie. Jak Warren Buffett przekraczaj oczekiwania i nigdy nie spoczywaj na laurach.
Zbuduj silną bazę opartą na księgowości zarządczej i nie zapominaj o płynności, od której zależy przetrwanie i sukces firmy. Znajdź mądrego i wpływowego inwestora i zdobądź jego zaufanie.
Reszta będzie zależała od przypadku. Ale Twoje odpowiednie przygotowanie sprawi, że nie umknie Ci żadna szansa, którą los postawi na Twojej drodze.
Miesięczny Przegląd Makroekonomiczny, kwiecień 2013
Po absolutnie fatalnym grudniu (przypomnijmy: spadek produkcji przemysłowej o ponad 9% i produkcji budowlano-montażowej o przeszło 25%, spadek sprzedaży detalicznej o 2,5% w ujęciu nominalnym) kuszącym było w tym miesiącu upatrywać punktu zwrotnego w polskim cyklu koniunkturalnym. Dane za styczeń przyniosły pozorne odbicie (z produkcją przemysłową na niewielkim plusie i przyzwoitym wzrostem sprzedaży detalicznej), które należy wiązać raczej ze specyficznym układem kalendarza na przełomie roku. W istocie, aktywność ekonomiczna w lutym okazała się w dalszym ciągu słaba. W świetle dostępnych danych możemy stwierdzić, że pierwszy kwartał przyniósł kontynuację pogorszenia koniunktury. Dostępne informacje, jak również wiedza na temat relacji ekonomicznych, pozwala oczekiwać w drugiej połowie roku pewnej poprawy. Będzie ona jednak uwarunkowana głównie czynnikami statystycznymi, a nie rzeczywistym przyspieszeniem wzrostu gospodarczego.
World Trends, 10 kwietnia 2013
Coraz więcej popytowych sygnałów dociera z otoczenia zewnętrznego na Książęcą 4, jednakże tak naprawdę nie wiadomo, czy inwestorzy znad Wisły zechcą to zauważyć. Abstrahując od tego, co się dzieje na Wall Street, czyli dalszej podróży jankeskich indeksów na północ, na szczególną uwagę zasługują indeksy Emerging Markets. Od kilku dni widoczna obrona średnioterminowych wsparć na brazylijskim benchmarku Bovespa zaczyna przynosi popytowe skutki, czego przykładem jest wczorajsze zachowanie się tego indeksu.
Komentarz poranny, 10 kwietnia 2013
Koncern Shell złożył rządowi czeskiemu i pozostałym udziałowcom Ceska Rafinerska (CR) ofertę odkupienia 16,33 proc. udziałów w spółce. Statut spółki przewiduje, że w przypadku woli sprzedaży udziałów przez jednego z udziałowców, prawo pierwokupu przysługuje pozostałym współwłaścicielom (51,22% udziałów ma Unipetrol a 32,45% włoski ENI). Czeski rząd wcześniej deklarował chęć zakupu aktywów rafineryjnych więc zapewne złoży ofertę.
Polskie firmy nie współpracują ze sobą w walce z cyberprzestępczością
Ponad 80% zagrożeń w sieci Internet nosi znamiona działań o charakterze zorganizowanym. Tymczasem ani prawo, ani narzędzia dotychczas wykorzystywane przez firmy w walce z cyberprzestępczością nie nadążają za nowymi sposobami ataków. Autorzy raportu „Cyberodporność w świecie ewoluujących zagrożeń” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte zwracają uwagę, że każda polska firma oraz organizacja musi zakładać, że jest potencjalnym obiektem ataku w sieci. Tylko działania prewencyjne mogą skutecznie przygotować ją na takie zagrożenie.
Dynamiczne zmiany technologiczne poza wieloma zaletami niosą za sobą także wiele zagrożeń. Zorganizowane grupy przestępcze zachęcone pozorną anonimowością w sieci, nieskutecznością działań organów ścigania oraz łatwością uzyskania korzyści finansowych, atakują organizacje rządowe i firmy na całym świecie. Wbrew pozorom nie jest to tylko problem amerykańskich gigantów czy tamtejszej administracji publicznej. W erze globalizacji granice pomiędzy poszczególnymi krajami zacierają się, a Polska i polskie firmy są członkami licznych organizacji o zasięgu międzynarodowym.
Tymczasem w ostatnich latach nastąpił gwałtowny proces profesjonalizacji grup przestępczych działających w cyberprzestrzeni. Obecnie cyberprzestępczość jest kolejną generacją rozwoju zorganizowanych grup przestępczych i potencjalnie może okazać się realnym następcą choćby mafii narkotykowej, a przez to atrakcyjną alternatywą dla tradycyjnych źródeł działań przestępców. „Atrakcyjność cyberrzeczywistości, jako platformy przeznaczonej do nielegalnych działań, wynika z kilku czynników. Przestępcy mogą liczyć na brak gotowości organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości do sprawnego reagowania, a co za tym idzie do ograniczonego ryzyka sankcji. Zachęcającym czynnikiem jest także fakt, że koszt rozpoczęcia działań przestępczych w sieci jest mniejszy niż w wypadku tradycyjnych metod działania przestępczości zorganizowanej. Istotnym czynnikiem wpływającym na atrakcyjność cyberprzestęczości jest również ograniczona konkurencja, która w tradycyjnie pojmowanych obszarach działań przestępców jest znaczna. To wszystko sprawia, że rynek handlu informacjami rośnie w ogromnym tempie.” – tłumaczy Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.
Działalność przestępców to jednak tylko jedno z wielu źródeł współczesnych zagrożeń dla organizacji działających w cyberrzeczywistości. Organizacje uczestniczące w globalnym badaniu Deloitte TMT Security Survey 2013* wskazały, że dostrzegają istotne zagrożenia związane:
z ilością oraz rodzajem danych przekazywanych stronom trzecim (78% respondentów),
coraz szerszym wykorzystaniem urządzeń mobilnych (74%) oraz
brakiem odpowiedniej świadomości wśród użytkowników (70%)
powodują sytuację, w której organizacje stoją przed wyzwaniami związanymi z cyberprzestępczością z jednej strony, a trendami w dziedzinie wykorzystania technologii z drugiej.
Skuteczna odpowiedź na nowe lub rozwijające się zagrożenia związane z działaniem w cyberrzeczywistości wymaga zastosowania nowego podejścia. Stosowana od lat ochrona polegająca na wykrywaniu i neutralizowaniu cyberzagrożeń oraz doskonaleniu procesów ochrony w oparciu o wnioski wynikłe z analizy zdarzeń, przestała być skuteczna. Skala potencjalnych strat w organizacjach silnie uzależnionych od technologii może być tak znaczna, że nie będą one miały szans na naukę – przestaną istnieć w wyniku skutecznego cyberataku. „W obliczu zagrożeń typu APT – Advanced Persistent Threats („zaawansowane, ciągłe zagrożenia”) najważniejszym czynnikiem, który minimalizuje skutki ataku jest natychmiastowa reakcja. Tradycyjne metody oparte na kontroli dostępu okazują się nieadekwatne do stopnia złożoności i szkodliwości aktualnych zagrożeń” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.
Zdaniem ekspertów Deloitte w takich przypadkach dobrym pomysłem jest ciągła analiza zachowań infrastruktury informatycznej oraz informacji pochodzących z zewnątrz organizacji (ang. threat intelligence). „Mechanizmy obrony muszą mieć charakter wyprzedzający i działać niczym sprawny wywiad, który dostarcza informacji na czas. W gotowości powinny czekać narzędzia do zbierania materiału (mogącego stanowić dowód w postępowaniu), środki komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej firmy oraz grupa ekspertów, która niezwłocznie podejmie działania eliminujące słabości wykorzystane przez atakujących oraz ograniczy wpływ zagrożenia” – tłumaczy Cezary Piekarski.
Tymczasem mimo rosnącej skali zagrożeń budżety przeznaczane przez organizacje na ochronę kluczowych informacji oraz obronę przed cyberzagrożeniami pozostają niemal bez zmian na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wynika to przede wszystkim z trwającego kryzysu ekonomicznego i konieczności redukcji kosztów. Jest jednak szansa na zmianę postrzegania wydatków na ochronę informacji jako zbędnego balastu w budżecie. Blisko połowa firm z sektora bankowego i technologicznego zdaje sobie sprawę, że ograniczenia budżetowe stanowią poważną przeszkodę na drodze do budowania efektywnego programu bezpieczeństwa IT.
Jak Polska i polskie firmy są przygotowane do walki z cyberprzestępczością? W ocenie Deloitte, propozycje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RP zawarte w dokumencie „Rządowy Program Ochrony Cyberprzestrzeni RP na lata 2011-2016” oraz „Polityce Ochrony Cyberprzestrzeni” są krokiem w dobrą stronę, ale niezbędne są również zmiany legislacyjne, których celem byłoby stworzenie lepszych warunków do współpracy pomiędzy administracją publiczną a sektorem prywatnym. „Niepokoi również brak współpracy i wymiany doświadczeń w zakresie bezpieczeństwa w sieci pomiędzy firmami w wielu branżach, także tych kluczowych dla gospodarki, jak energetyka czy transport. Dużo lepiej jest za to w sektorze telekomunikacyjnym czy bankowym, gdzie dochodzi do regularnych kontaktów pomiędzy osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo informacji w danej spółce. Działania koordynowane z innymi firmami z tego samego sektora gospodarki lub posiadającymi podobny profil ryzyka powinny być podstawą skutecznego programu zwalczania cyberzagrożeń” – podsumowuje Jakub Bojanowski.
Polacy kupują coraz mniej aut, zarówno tych nowych, jak i używanych
Z danych Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar wynika, że w marcu zarejestrowano około 25 tys. samochodów osobowych. To oznacza spadek o 13,91 proc. w stosunku rocznym. – Problemem nie jest zapewne sama oferta, lecz ograniczona liczba klientów – mówi Wojciech Drzewiecki, prezes Samaru. Najpopularniejszym nowym autem okazała się Toyota Auris.

– Bardzo szybko straciliśmy te wzrosty, które jeszcze notowaliśmy na początku roku. Widać wyraźnie, że wyprzedaże straciły już na znaczeniu. Chociaż są w ofercie auta z rocznika 2012, to nie sprzedają się one już tak dobrze, jak sprzedawały się w styczniu czy w lutym – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Wojciech Drzewiecki.
Z danych Centralnej Ewidencji Pojazdów wynika, że Polacy w marcu zarejestrowali 25 367 samochodów osobowych, czyli o 4 098 sztuk mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W sumie od początku roku zarejestrowano 75 723 auta. Według szefa Samaru spadek związany jest z kończącą się ofertą promocyjną na modele z 2012 roku oraz coraz dotkliwiej odczuwalnym przez klientów kryzysem finansowym. Zdaniem Drzewieckiego to początek długotrwałej tendencji.
– Aby rynek mógł się odrodzić, potencjalni klienci muszą czuć się pewnie. Bezrobocie nie może rosnąć, zatrudnienie jest tym czynnikiem, który odpowiada między innymi za nasze samopoczucie, jeżeli bezrobocie nie będzie rosło, będą rosły nasze zarobki to chętniej będziemy wydawali pieniądze. Chętniej będziemy się zadłużać. Na razie jednak takich chęci nie widać – twierdzi szef Samaru.
Zmiany na podium
W marcu najpopularniejszymi modelami były Toyota Auris (797 sprzedanych aut), Ford Focus (796) i Toyota Yaris (771). Do drugiej piątki spadły popularne do tej pory Skoda Fabia i Octavia.
Zdaniem Wojciecha Drzewieckiego Toyota zbudowała bardzo pozytywny wizerunek Aurisa, co umacnia jej pozycję na rynku. Ten model skutecznie zastąpił kultową Toyotę Corollę.
– Dziś Auris jest modelem już dojrzałym. Pojawiła się nowa wersja, który ma coraz więcej wersji nadwoziowych, co z punktu widzenia klientów ma olbrzymie znaczenie – wyjaśnia szef Instytutu. – Dobre dostosowanie cen i jakości do wymagań klientów powoduje, że zawsze producent zyskuje na listach rankingowych, a nie traci.
Klienci kupują Toyotę coraz chętniej także dlatego, że ta jako jedyna oferuje technologię napędu hybrydowego w samochodach miejskich w przystępnych cenach. Do niedawna była to technologia osiągalna tylko w klasie premium.
– Toyota wprowadziła niedawno do oferty model Yaris z napędem hybrydowym, którego cena była zbliżona do wersji z silnikiem wysokoprężnym, to spowodowało, że część klientów zainteresowanych ekologią chętniej spojrzało na model hybrydowy i dlatego też Toyota ten model sprzedała bardzo szybko – twierdzi rozmówca Newserii.
Sprowadzone wciąż najpopularniejsze
Wciąż nie maleje zainteresowanie Polaków samochodami sprowadzanymi zza naszej zachodniej granicy. Według Wojciecha Drzewieckiego do końca roku na naszych drogach pojawi się nawet 650 tys. takich pojazdów.
– Volkswagen jest tu zdecydowanym królem na liście. Chociaż patrząc na wyniki miesięczne, czasami zdarza się, że preferujemy inne marki. Taką marką jest między innymi Opel, który jak wynika z badań prowadzonych od wielu lat zajmuje pozycję drugą, ale potrafi czasem w wynikach miesięcznych wyjść na pozycję pierwszą – mówi szef Samaru.
Polski rynek motoryzacyjny kształtowany jest głównie przez obrót wtórny. Według prezesa Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar ta sytuacja nie zmieni się dopóki rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie zmian w przepisach podatkowych.
– Ponieważ dzisiaj największą grupą są klienci instytucjonalni, więc zmiany, o których myślimy, to są zmiany dotyczące odliczenia podatku VAT – wyjaśnia Drzewiecki. – Te zmiany, które chcielibyśmy wprowadzić nie są do końca zgodne z tym, co zaproponował rząd. Mam nadzieje, że finalnie uzyskamy takie warunki, które przyczynią się do poprawy sytuacji na rynku i do uzyskania wzrostu, bo ten wzrost jest niezwykle istotny.
Wkrótce ruszy największa kampania promocyjna Polski w Azji. POT liczy przede wszystkim na turystów z Chin
Przede wszystkim w Chinach, ale także w Japonii i Indiach ruszy wkrótce kampania Polskiej Organizacji Turystycznej. To największa jak dotychczas akcja promocyjna w Azji z budżetem 50 mln zł. POT liczy na przyciągnięcie zamożnych turystów indywidualnych z Pekinu, Szanghaju i Kantonu. Akcja ruszy w drugiej połowie tego roku.
– To jest działanie precyzyjnie zaplanowane we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Ministerstwem Gospodarki tak, aby nasze działania przynosiły efekt synergii, bo aktywność tych ministerstw na tym rynku jest bardzo duża – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Rafał Szmytke, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej.
Turyści z Chin to bardzo dobrzy klienci, bo jak wynika z badań Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) wydają oni za granicą najwięcej na świecie. Do Europy przyjeżdża już rocznie ponad 4 mln turystów z Chin. Na razie omijają oni Polskę – do naszego kraju dociera jedynie 30 tys. Chińczyków.
Rafał Szmytke zaznacza, że Polska Organizacja Turystyczna będzie koncentrował się na trzech dużych miastach – Pekinie, Szanghaju i Kantonie.
– Pod względem ludności one generują większą ilość niż niejeden kraj europejski. Zdecydowaliśmy się na te trzy miejsca na podstawie badań, analizy rynku, że są to potencjalne najlepsze miejsca, z których możemy uzyskać ten optymalny dla nas efekt, a więc zwiększoną ilość zainteresowania i przyjazdów turystów do Polski – mówi prezes Polskiej Organizacji Turystycznej.
Dodaje, że po raz pierwszy POT zaadresuje kampanię nie do przedstawicieli branży, lecz do turystów indywidualnych. Do tej pory promocja była skoncentrowana na touroperatorach, którzy wprowadzali Polskę do swojej oferty. Teraz, jak zaznacza Szmytke, celem jest skłonienie samych chińskich turystów do wyboru naszego kraju.
– Będziemy zarówno pracowali nad wizerunkiem Polski, jak również dostarczymy informacji czysto produktowych, a więc będziemy pokazywali Polskę przez pryzmat konkretnych produktów, konkretnych rzeczy, które można w Polsce zrobić – wylicza Szmytke. – Będzie to kampania zarówno w internecie, będzie kampania outdoorowa, prasowa, będą narzędzia w postaci działań ambientowych i imprez studyjnych.
Choć przekaz kampanii będzie jednolity na rynkach chińskim, japońskim i indyjskim, jednak na promocję w Japonii i Indiach przeznaczone zostaną mniejsze środki. POT chce tam organizować m.in. imprezy studyjne oraz warsztaty dla touroperatorów.
Kampania rozpocznie się w drugiej połowie tego roku. Największe uderzenie promocyjne POT planuje na początek przyszłego roku, przed rozpoczęciem sezonu turystycznego w Polsce.
Polska gospodarka powoli się odbija. Może ją zahamować słaba konsumpcja i spadek inwestycji publicznych
PKB w pierwszym kwartale wyniesie 0,8 proc., a w całym roku 1,3 proc. – prognozuje Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. W związku z tym nie ma, co liczyć na poprawę na rynku pracy – bezrobocie na koniec roku wyniesie 14 proc. Za to konsumpcja powinna odbić się od dna. Największym ryzykiem pozostaje wciąż sytuacja w strefie euro.
– Wydaje mi się, że dołek jest teraz, w pierwszym kwartale ze wzrostem rzędu 0,8 proc., natomiast później ta dynamika PKB będzie rosła z kwartału na kwartał – przewiduje Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości, dodając jednocześnie, że wyraźnego ożywienia w tym roku raczej spodziewać się nie należy, co najwyżej powolnego pięcia się w górę. – W ostatnim kwartale PKB ma szansę osiągnąć 2 proc., co średnio w roku daje około 1,3 proc.
Pobudzająco na naszą gospodarkę zadziałać może kilka czynników. Po pierwsze sytuacja polskich firm eksportowych i konkurencyjność przemysłu.
– Ostatnie kwartały pokazały, że pomimo recesji w strefie euro polski eksport rośnie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Morawski, oceniając, że 2-3 procent na plusie może okazać się pomocne dla naszej gospodarki. Podobnie jak bardzo prawdopodobny jest dalszy spadek inflacji do poziomu ok. 1 proc. przy jednoczesnym utrzymaniu nominalnego wzrostu płac w granicach 2-3 proc. Pozwoliłoby to na wzrost płac realnych, a w konsekwencji może się przełożyć na pobudzenie konsumpcji.
– Nie mówimy tutaj o powrocie boomu konsumpcyjnego, a raczej o odbiciu od dołka – zastrzega ekonomista przypominając, że dzisiaj jesteśmy świadkiem wyjątkowego zjawiska, bo po raz pierwszy od czasów transformacji spada realna konsumpcja w skali rocznej.
Po trzecie – czynnikiem, który wpływa i wpływać będzie stymulująco na rozwój gospodarczy jest aktywność inwestycyjna wśród przedsiębiorców, mimo kryzysu wciąż umiarkowanie wysoka. Obawy sprzed kilku miesięcy, że może być inaczej, okazały się być nieuzasadnione. Ekonomiści oczekują teraz, że w drugiej połowie tego roku firmy będą odbudowywać swój potencjał produkcyjny.
– Natomiast wiadomo, że w tym samym czasie jest kilka ryzyk dla wzrostu gospodarczego, przede wszystkim to, co się dzieje w strefie euro – mówi Ignacy Morawski. – Ta tkwi w recesji, nie tak głębokiej nawet jak w 2009 roku, ale dość długiej i uporczywej, z której nie do końca wiadomo, kiedy wyjdzie.
Jako duże ryzyko dla tempa wzrostu gospodarczego postrzegać można dalsze cięcia inwestycji publicznych, które w tym roku mogą sięgnąć nawet 10 proc. W rezultacie może to także odbić się na poziomie bezrobocia, które według Ignacego Morawskiego, nadal będzie wysokie. Szanse na wyraźny spadek są niewielkie.
– Zmiany na rynku pracy występują zwykle wolniej niż w gospodarce, bo jak firmy zaczną zwalniać pracowników, to zanim się dostosują do nowej sytuacji, zanim wpadną na pomysł, żeby zatrudnić nowych pracowników, to mija wiele kwartałów – wyjaśnia Morawski. – Nie oczekiwałbym wyraźnego ożywienia na rynku pracy w tym roku, a i przyszły rok jest wątpliwy.
Dlatego oczekiwać można – według ekonomisty – 13-proc. poziomu bezrobocia latem, 14-proc. pod koniec roku i nieco wyższego na początku roku 2014.
Komentarz dzienny, 10 kwietnia 2013
Decyzja RPP ws. stóp procentowych zostanie ogłoszona po południu. Naszym zdaniem RPP nie zmieni stóp na kwietniowym posiedzeniu i utrzyma nastawienie „wait and see”. W komunikacie pojawi się zatem stwierdzenie o monitorowaniu danych i uzależnieniu decyzji właśnie od nadchodzących publikacji. Na kwietniowym posiedzeniu prawdopodobnie nie zostanie nawet poddany pod głosowanie wniosek o obniżkę stóp procentowych. Gołębi członkowie na chwilę wstrzymają się z forsowaniem dalszych obniżek. Jak długo ta powściągliwość będzie trwać? Na konferencji prawdopodobnie prezes NBP złagodzi wymowę komunikatu, a wypowiedzi poszczególnych członków w kolejnych dniach jeszcze szerzej uchylą drzwi do dalszych obniżek. Z perspektywy oczekiwań rynkowych dzisiejsza decyzja RPP i komunikat mogą okazać się jednak nieco rozczarowujące.
Kluczowa rola zarządu w stymulowaniu innowacji w firmach
– Kluczem do sukcesu w zakresie innowacji w polskich firmach jest wdrożenie rozwiązań systemowych w zarządzaniu projektami badawczo-rozwojowymi oraz bezpośrednie zaangażowanie zarządu. Aby zwiększać innowacyjność firmy powinny również aktywnie współpracować z podmiotami zewnętrznymi oraz odpowiednio motywować pracowników. Istotne jest także podjęcie skutecznych działań służących pozyskiwaniu finansowej pomocy publicznej na innowacje – to główne wnioski z raportu „Najlepsze praktyki działalności innowacyjnej firm w Polsce” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.
Badane przez firmę doradczą PwC spółki w roku 2012 na działalność badawczo-rozwojową przeznaczyły 8% swoich przychodów, a aż 32% z nich wydało na nią więcej niż 10% przychodów. Tym samym pozytywnie wypadają one na tle ogółu przedsiębiorstw innowacyjnych w Polsce. Ich wydatki na badania i rozwój, według cyklicznego badania EUROSTATU Community Innovation Survey (CIS), nie przekraczały 3% ich przychodów.
Z raportu PwC wynika, że dla prawie połowy firm (47%) nowe produkty stanowią ponad 20% całkowitej sprzedaży. Polskie firmy objęte badaniem charakteryzują się również wysokim odsetkiem wdrożonych projektów rozwoju nowych produktów, technologii, badań i rozwoju oraz innowacji. Aż 38% z nich doprowadza do końca i wdraża rezultaty ponad połowy projektów badawczo-rozwojowych.
„Mimo, że ogólnie wydatki na badania i rozwój należą w naszym kraju do jednych z najniższych w Europie, badanie zrealizowane przez nas pokazuje, że działalność innowacyjna nie jest obca dla wybranych największych polskich firm. Część firm objętych naszym badaniem może poszczycić się najlepszymi praktykami światowymi w zakresie prowadzonych projektów badawczo-rozwojowych”– mówi Michał Mazur, dyrektor w zespole doradztwa strategiczno-operacyjnego PwC.
Sformalizowany system zarządzania projektami badawczo-rozwojowi, z podkreśleniem roli zarządu w tym względzie, zwiększa szansę na powodzenie działalności innowacyjnej firm. W 94% badanych firm zarząd jest silnie zaangażowany w tworzenie strategii innowacyjnej, i w dokładnie takim samym odsetku przedsiębiorstw to zarząd ma decydujący głos w zakresie wdrożenia konkretnego pomysłu innowacyjnego.
Innowacyjna firma powinna również odpowiednio motywować swoich pracowników. 67% ankietowanych przez PwC przedsiębiorstw prowadzi wewnętrzne akcje promujące innowacyjność. Zazwyczaj związane są one z obietnicami dodatkowego wynagrodzenia dla najbardziej innowacyjnych osób, sporadycznie z możliwością awansu.
„W motywacji autora projektu innowacyjnego istotny jest moment wynagrodzenia. Firmy najczęściej robią to na etapie wdrożenia, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Doświadczenie polskich i zagranicznych przedsiębiorstw pokazują, iż wynagradzanie za zgłoszenie prowadzi do generowania nadmiernej liczby pomysłów, których jedynie nieznaczny odsetek odpowiada na realne potrzeby biznesowe firmy i nadaje się do wdrożenia” – komentuje Michał Mazur, dyrektor w zespole doradztwa strategiczno-operacyjnego PwC.
Aby osiągnąć sukces w zakresie innowacyjności firmy powinny podejmować także współpracę z podmiotami zewnętrznymi w zakresie badań i rozwoju oraz tworzenia innowacji – deklaruje ją aż 88% przebadanych przez PwC przedsiębiorstw.
Pomoc publiczna może być znacznym motorem rozwojowym dla projektów badawczo-rozwojowych polskich firm. Niestety prawie połowa z przedsiębiorstw badanych przez PwC (45%) nie korzysta z finansowania publicznego wcale lub w stopniu minimalnym.
„W różnych schematach dostępnych dla polskich przedsiębiorców w 2013 roku na projekty R&D zaplanowano budżet wynoszący ponad 2 mld zł. Dotacje te warto wykorzystać na finansowanie najbardziej perspektywicznych, a więc często i najbardziej ryzykownych projektów. Dodatkowo prawo przewiduje możliwość uzyskania oszczędności podatkowej w przypadku dokonywania przez firmy inwestycji w nowoczesne technologie. Aby sięgnąć po dotacje z sukcesem niezbędne jest stworzenie strategii pozyskiwania i rozliczania pomocy publicznej” – mówi Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC.
W latach 2007-2013 przedsiębiorcy mogli pozyskiwać na projekty R&D zarówno dotacje europejskie w ramach programów operacyjnych lub programów bezpośrednio zarządzanych z poziomu Unii Europejskiej (np. LIFE+), jak również z dotacji krajowych (np. INNOTECH). Zgodnie z przeprowadzoną przez PwC analizą projekty badawcze trwają średnio 2 lata i 50% wszystkich przyznanych dotacji mieści się w przedziale między 0,3 mln a 3,2 mln zł.
Metodologia
Raport PwC „Najlepsze praktyki działalności innowacyjnej firm w Polsce” powstał na podstawie wywiadów zakończonych w połowie pierwszego kwartału 2013 r. z przedstawicielami 51 firm, które można uznać za wyróżniające się pod względem ich zaangażowania w badania i rozwój. 44% firm objętych badaniami reprezentowały przede wszystkim sektor tradycyjny – m.in. energetykę, przemysł ciężki. W wywiadach pytano o doświadczenia firm dotyczących: zarządzania działalnością badawczo-rozwojową, współpracy z innymi instytucjami (open innovation), stymulowania własnych pracowników do proponowania nowych rozwiązań, finansowania działalności badawczo-rozwojowej oraz zagadnień prawnych dotyczących ochrony własności intelektualnej. Celem badania było skupienie się na praktykach dotyczących działań badawczo-rozwojowych i innowacyjnych w przedsiębiorstwach, które można uznać za wyróżniające się pod tym względem.
World Trends, 9 kwietnia 2013
Walka na ważnych średnioterminowych wsparciach wciąż trwa na poszczególnych parkietach Emerging Markets. W Ameryce Południowej Bovespa zakończyła kolejny dzień na plusie ponownie wyrysowując formację wyczerpania podaży, co w połączeniu z innymi sygnałami kupna pozwala technicznie spekulować, że niedźwiedzie są już zmęczone postępującą podażą akcji. Spadać dalej nie chce także BUX i chociaż wczorajszy dzień nie zakończył się okazałymi wzrostami to jednak bronienie ważnych wsparć jest pro popytowym argumentem.
Ile jest sklepów internetowych w Polsce? Jaka jest wartość sprzedaży? Czy grają fair?
Wraz z rozpowszechnieniem się dostępu do Internetu w Polsce wielu przedsiębiorców z tradycyjnych witryn sklepowych przeniosło się na witryny WWW. Z roku na rok przybywa wiele nowych sklepów internetowych, a wartość branży e-commerce w Polsce szacowana jest na ponad 26 mld złotych. Obecnie ilość sklepów internetowych przekracza nieco liczbę 12 tysięcy, co oznacza, że na każdy sklep może przypaść ponad 2 mln złotych zysku. Wszystko wygląda obiecująco, jednak czy sprzedaż w Internecie wciąż jest bezpieczna?
Jeszcze 20 lat temu, kiedy stacjonarna sprzedaż w niewielkich punktach handlowych przeżywała swój rozkwit, ataki wandalizmu, czy też nieczystych ruchów firm konkurencyjnych kończyły się na wybitej szybie, czy też barwnych malunkach na elewacji sklepu. Dziś próby zaszkodzenia konkurencji są bardziej wyrafinowane i trudniejsze do wychwycenia. Duża konkurencja w Internecie sprzyja nieczystym zagrywkom innych firm, które nie mogą pogodzić się z wysoką pozycją sprzedaży swoich głównych konkurentów.
Duża konkurencja w Internecie sprzyja nieczystym zagrywkom innych firm, które nie mogą pogodzić się z wysoką pozycją sprzedaży swoich głównych konkurentów. Wraz z wstąpieniem na drogę e-handlu nowy przedsiębiorca, który do tej pory sprzedawał swoje usługi lub produkty stacjonarnie, musi liczyć się z tym, że wraz z łatwością dotarcia do potencjalnych odbiorców za pomocą przekazu internetowego, może również łatwo stać się celem ataku hakera, czy też mieć zwykłe problemy techniczne, które bardzo często utrudniają poprawne funkcjonowanie sklepu internetowego.
Niestety, internetowi przestępcy do perfekcji opanowali łamanie haseł, czy też podpinanie różnego rodzaju „robaków” do kodu strony WWW. W tym miejscu należy podkreślić, że właściciel sklepu internetowego odpowiada za bezpieczeństwo danych swoich klientów, gdyż jego firma jest administratorem danych osobowych, a więc podlega odpowiednim regulacjom prawnym. Tutaj dowiesz się więcej na temat odpowiedzialności właścicieli sklepów internetowych.
Zachowanie ostrożności i czujności w środowisku internetowym, to z punku widzenia właściciela sklepu internetowego, jedyna możliwość do zachowania ciągłości działania własnej witryny WWW. Dobra wiadomość to taka, że coraz więcej osób jest świadomych zagrożenia ze strony ataków przestępców internetowych, ale także występowania zwykłych problemów technicznych, a dostępność nowoczesnych usług technologicznych pomaga im zachować kontrolę – mówi Tomasz Kuźniar, prezes firmy Monit24.pl.
Morizon S.A. przejął serwis nportal.pl za kwotę 2,8 mln
Morizon S.A., twórca wyszukiwarki nieruchomości Morizon.pl podpisał finalną umowę inwestycyjną i przejął 100% akcji Media Nieruchomości S.A., tym samym stał się właścicielem kolejnego znaczącego na rynku ogłoszeń nieruchomości serwisu nportal.pl.
Przejęcie serwisu nportal.pl jest, jak do tej pory, największym jednorazowym działaniem inwestycyjnym spółki Morizon. Wartość zawartej transakcji to 2,8 mln zł, a akwizycja sfinansowana została tak jak planowano, z emisji nowych akcji Morizon S.A. Dodatkowo Morizon zainwestował w przejmowaną Spółkę środki własne z przeznaczeniem na jej dalszy rozwój.
Jak informuje Zarząd Morizon S.A., głównym celem akwizycji jest wzrost przychodów oraz umocnienie pozycji Spółki na rynku, w tym przypadku poprzez powiększenie bazy klientów Grupy Morizon, a tym samym liczby prezentowanych ofert nieruchomości, jak i wzrostu zasięgu prezentowanych ogłoszeń. Na tym etapie szacuje się, że dzięki podjętym działaniom, przychody Grupy Morizon wzrosną o nie mniej niż 60%.
„Jednym z pierwszych kroków po przejęciu serwisu nportal.pl jest udostępnienie atrakcyjnej oferty dla klientów obu serwisów, która pozwoli zmaksymalizować korzyści wynikające z obecności w obydwu portalach, przede wszystkim poprzez szersze dotarcie do klientów wsparte modelem efektywnościowym. Wierzymy, że połączenie sił obu serwisów przełoży się na sukces transakcyjny współpracujących z nami firm, a to z kolei umocni pozycję spółki Morizon na rynku.” – komentuje Bolesław Drapella, Prezes Zarządu Morizon S.A.
Nportal.pl, to wyszukiwarka ogłoszeń z branży nieruchomości istniejąca na rynku od 2008 roku. Serwis odwiedzany jest miesięcznie przez ćwierć miliona unikalnych użytkowników. Przyłączenie portalu do Morizon S.A. spowodowało wzrost realnego zasięgu ofert publikowanych i pozycjonowanych na Morizon.pl, nportal.pl oraz pozostałych serwisach partnerskich Grupy Morizon do ponad 1,5 mln użytkowników poszukujących nieruchomości miesięcznie.
Morizon.pl działa w unikalny na rynku nieruchomości sposób, który cechuje się wysoką efektywnością i zwrotem z inwestycji. Dzięki modelowi analogicznemu do produktu Google AdWords, klienci Morizon.pl efektywniej wydają pieniądze przeznaczone na promocję nieruchomości w sieci oraz realizują wyraźnie więcej transakcji w porównaniu do tradycyjnego modelu reklamowego, w oparciu o który funkcjonuje konkurencja na rynku serwisów ogłoszeniowych.
Nawet 200 tys. kary za naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych w sieci
Do 200 tysięcy złotych – taka kara czeka przedsiębiorców, nieprzestrzegających przepisów o ochronie danych osobowych w internecie. Obawa przed konsekwencjami finansowymi to jedno, natomiast utrata wizerunku w razie wycieku danych – to druga, nie mniej dotkliwa konsekwencja. – Nic dziwnego, że klienci coraz częściej zwracają uwagę na te firmy hostingowe, które wspierają ich w zakresie prawnych regulacji przetwarzania danych – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes spółki Ogicom.
Obawiasz się kontroli Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych? I słusznie. GIODO to instytucja stojąca na staży danych osobowych, kontrolująca czy informacje są prawidłowo gromadzone, przetwarzane i wykorzystywane. Jeżeli prowadzisz serwis internetowy, stronę www czy blog, a twoim celem jest zbieranie danych o odwiedzających cię osobach i wykorzystywanie ich np. w celach marketingowych, powinieneś uważnie śledzić wszelkie aspekty prawne obejmujące kwestie ochrony danych osobowych. Pamiętaj, że nawet mając na stronie formularz kontaktowy czy też formularz zapisania na newsletter – już przetwarzasz dane, które zapisywane są w zbiorze przechowywanym na serwerze operatora twojego hostingu.
Każdy taki zbiór należy rejestrować u Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Gromadzone informacje musisz odpowiednio zabezpieczyć, np. przed wyciekiem, zniszczeniem lub manipulacją. Osoby, których dane wykorzystujesz, muszą w sposób niebudzący wątpliwości wyrazić na to zgodę i wiedzieć, w jakim celu, w jakim zakresie i przez kogo będą przetwarzane. Jednym słowem – wyrażający zgodę musi mieć pełną świadomość tego, na co się zgadza. W przeciwnym razie narażasz się na „tryb roszczeniowy” ze strony osoby, która np. zapisała się do newslettera – sankcje administracyjne, a w skrajnych wypadkach – nawet karne.
PAMIĘTAJ! Zgoda na przetwarzanie danych osobowych jest wyrazem zaufania ze strony osoby, której te dane dotyczą. Jeżeli nie zadbasz o ich bezpieczeństwo, możesz liczyć się nie tylko z ogromnymi stratami wizerunkowymi, ale także karami finansowymi. Twój błąd będzie cię kosztował utratę tego zaufania oraz konieczność poniesienia grzywny nałożonej przez GIODO – w wypadku przedsiębiorców może to być nawet 200 tysięcy złotych. Ale to nie wszystko, bo Komisja Europejska prowadzi prace nad reformą przepisów o ochronie danych i planuje się rozszerzenie zakresu kar nawet do miliona euro!
W nadchodzącej sytuacji, tym większego znaczenia nabierają firmy hostingowe oferujące tzw. umowę powierzenia przetwarzania danych osobowych, czyli dokument za pośrednictwem którego przenosi się część obowiązków na hostera. Wtedy to zadaniem operatora jest czuwanie nad bezpieczeństwem zgromadzonych danych.
Należy podkreślić, że dobrze sformułowana umowa powierzenia wyraźnie określa zakres i cel przetwarzania danych, często stanowiąc załącznik do umowy hostingu na serwerach współdzielonych czy dedykowanych. Zgodnie z art. 31 Ustawy o ochronie danych osobowych, dokument ten musi mieć formę pisemną. Na stronach internetowych większości operatorów hostingu próżno szukać informacji o możliwości spisania takiej umowy. Na tym tle wyróżniają się np. blink.pl czy ogicom.pl, które wprost piszą o możliwości zawarcia stosownej umowy w formie pisemnej.
Zarządzanie danymi, zgodnie z wymogami Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i przepisami, chroni przed karą w razie kontroli. Chociaż przestrzeganie przepisów w tym zakresie stanowi obowiązek każdego przedsiębiorcy prowadzącego biznes w internecie, rola tego obszaru wciąż jest niedoceniana. Być może powodem jest fakt, iż tak mało polskich firm hostingowych oferuje umowę powierzenia na piśmie, edukując tym samym właścicieli firm o konieczności tworzenia odpowiedniej dokumentacji, rejestracji zbiorów i przetwarzania danych w sposób sprawny, wydajny, a zarazem – zgodny z obowiązującymi regulacjami prawnymi.
Cyberataki hakerów na instytucje rządowe w Polsce
Media informują o kolejnych atakach ukierunkowanych czy wyciekach cennych danych, do których dochodzi w różnych krajach. Niedawno celem cyberprzestępców stały się duże banki i stacje telewizyjne w Korei Południowej, redakcje popularnych gazet oraz Departament Energii USA. Tymczasem polskie firmy i instytucje często nie są świadome tego, że także im grozi niebezpieczeństwo ze strony cyberprzestępców. Wiele z nich ignoruje zagrożenia. Zdają się zapominać, że celem może stać się każda firma czy instytucja, której zaatakowanie może przynieść korzyści cyberprzestępcom.
Jak podaje serwis niebiezpiecznik.pl, niedawno doszło do cyberataku na instytucje rządowe w Polsce. Na początku marca dokonano włamania do sieci między innymi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Informacja o ataku, oparta na anonimowym zgłoszeniu jednego z pracowników, została kilka dni później potwierdzona przez rzecznika prasowego Kancelarii. Haker o pseudonimie Alladyn2 jest odpowiedzialny również za późniejsze włamania do Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jak i Kancelarii Prezydenta.
Incydent rozpoczął się od przejęcia kontroli nad skrzynką mailową Tomasza Arabskiego. Następnie, podszywając się pod tożsamość właściciela przejętej skrzynki, haker rozesłał wiadomość z zainfekowanym załącznikiem. Odbiorcami fałszywego e-maila byli pracownicy Kancelarii, a także innych instytucji rządowych. Haker w treści maila powoływał się na Tomasza Arabskiego, aby w ten sposób wzbudzić zaufanie potencjalnych odbiorców. Otwarcie załącznika powodowało uruchomienie złośliwego oprogramowania i przejęcie kontroli nad stacją roboczą. Kolejnymi ofiarami cyberprzestępcy stały się MON, MSZ i Kancelaria Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
Atak opierał się głównie na metodach socjotechnicznych. Haker wykorzystując lukę w zabezpieczeniach dokonał penetracji systemu i poprzez zainfekowaną wiadomość przejął kontrolę nad siecią.
„W celu ochrony przed podobnymi zdarzeniami w przyszłości należy zainstalować odpowiednie rozwiązanie zabezpieczające, a także uważnie monitorować wszystkie podejrzane zachowania w obrębie sieci. Do kontrolowania prostych elementów powinno się używać kont o niskim poziomie dostępu, aby w razie ich przejęcia włamywacz nie mógł uzyskać dostępu do wrażliwych systemów. W żadnym wypadku nie należy zezwalać pracownikom na zapisywanie haseł i loginów w pliku tekstowym na pulpicie czy na kartce znajdującej się obok komputera. Administratorzy nie powinni ulegać presji ze strony przełożonych, próbujących niekiedy wymusić działania mogące zmniejszyć poziom zabezpieczeń w sieci” – mówi Aleksander Łapiński, Sales Engineer z firmy Trend Micro. „Ochrona przed podobnymi zagrożeniami nie musi być trudna. Należy jednak przede wszystkim pamiętać, że celem ataku może być każda firma lub instytucja. Cyberprzestępcy wybierają ofiary pod kątem przyszłych zysków, najczęściej finansowych” – dodaje Aleksander Łapiński.
Komentarz poranny, 9 kwietnia 2013
Budimex podpisał ze spółką Pro-Urba Invest umowę na budowę dwóch budynków wielorodzinnych w Warszawie (II etap inwestycji 19. Dzielnica). Wartość kontraktu to 88,93 mln PLN netto. Termin zakończenia robót to 31.10.2014. Wiadomość neutralna. Kontrakt stanowi 2,0% prognozowanych przychodów na 2013 r.
Szybki internet mocno spóźniony. Nad Polską wisi groźba zwrotu unijnych pieniędzy
– Do końca tego roku powinny zostać podpisane wszystkie kontrakty, byśmy mogli do 2015 roku rozliczyć unijne pieniądze na budowę sieci szerokopasmowej – podkreśla Anna Streżyńska, przewodnicząca rady nadzorczej Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej i była prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Jeżeli nam się nie uda, będziemy musieli zwrócić Unii niewykorzystane pieniądze.
W przyjętej w 2010 r. Europejskiej Agendzie Cyfrowej napisano, że 10 lat później każdy mieszkaniec Unii ma mieć możliwość korzystania z internetu o prędkości minimum 30 Mb/s, zaś połowa – o prędkości 100 Mb/s. Natomiast do 2015 roku wszystkie gospodarstwa domowe powinny mieć możliwość korzystania z sieci o szybkości co najmniej 30 Mb/s.
– To jest mało osiągalne, ponieważ do tej pory skupialiśmy się w całej perspektywie budżetowej 2007-2013 nie na budowaniu 30 Mb/s, tylko co najmniej 2 Mb/s – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Streżyńska. – Ja bym się w ogóle tymi terminami nie przejmowała z Agendy, gdyby nie wymagania Regionalnych Programów Operacyjnych. O agendzie w ogóle zapomnijmy – założono w niej, że już w 2013 roku osiągniemy stuprocentowy poziom internetyzacji kraju na dowolnym poziomie szybkości, czego nie udało się zrealizować.
W ramach Regionalnych Programów Operacyjnych w każdym województwie budowane są kilometry sieci światłowodowej. Zaawansowanie projektów jest różne w zależności od regionu, jednak przedstawiciele samorządów oraz resortu administracji i cyfryzacji zapewniają, że znaczące opóźnienia są teraz sukcesywnie nadrabiane.
– Rok 2015 jest o tyle terminem trudnym, że musimy rozliczyć unijne fundusze do tej daty. I jeżeli nie zbudujemy tych sieci, to niestety będziemy musieli te pieniądze zwracać. Cały czas mam nadzieję, że więcej niż 50 proc. tych środków zostanie jednak zagospodarowanych – mówi Anna Streżyńska. – Żeby tak się stało, do końca tego roku muszą zostać podpisane wszystkie kontrakty. I to powinno przyświecać wszystkim uczestnikom tej gry.
Była prezes UKE przypomina, że ambitniejsze regiony, jak np. Małopolska postawiły przed sobą cel wybudowania szybszych sieci – 8 Mb/s lub 6 Mb/s.
– Zostały jednak jakiś czas temu przez Komisję Europejską przywołane do porządku, a cele mocno ścięte, bo program służy do tego, żeby budować 2 Mb/s. A zatem programy unijne nie są kompatybilne ze sobą, dlatego też realizujmy Europejską Agendę Cyfrową dla własnego dobra, ale nie przejmujmy się nią tak, jak gdyby było to Pismo Święte – uważa Anna Streżyńska.
I dodaje, że Komisja Europejska zapowiedziała ostatnio, że w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych nie będzie rozliczać tylko w 100 proc. wybudowanych sieci, ale rozliczy również sieci fragmentaryczne, o ile będą zdolne do samodzielnego funkcjonowania.
Zgodnie z Narodowym Planem Szerokopasmowym, przygotowanym przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, w Polsce 7,5 mln linii jest gotowych lub świadczy szybkie usługi internetowe. Brakuje więc jeszcze kolejnych 7 mln, z czego mniej niż połowa to będą nowe linie, a pozostałe – linie zmodernizowane.
Europejska Agenda Cyfrowa (EAC, ang. Digital Agenda for Europe) jest jednym z 7 flagowych programów w ramach strategii reform gospodarczych Europa 2020. Jej celem jest wyznaczenie kierunków rozwoju i wskazanie działań, które pozwalają na maksymalne wykorzystanie potencjału nowoczesnych technologii informacyjnych i komunikacyjnych, w szczególności internetu. Według Komisji Europejskiej, zrealizowanie zapisów agendy przyczyni się do zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstw, wzrostu gospodarczego oraz poprawy życia codziennego mieszkańców UE. W sektorze teleinformatycznym powstaje 5 proc. PKB państw Unii Europejskiej, a jego produkty – komputery, oprogramowanie, usługi itp. – przyczyniają się do wzrostu efektywności wszystkich sektorów.


