Polska nie uniknie uwolnienia taryf energii elektrycznej. Wprowadzenie dodatku energetycznego sposobem na ochronę odbiorców wrażliwych

Z analiz PKEE wynika, że możliwe jest przeprowadzenie procesu uwolnienia od taryfowania energii dla gospodarstw domowych w sposób, który nie doprowadzi do nieuzasadnionych podwyżek cen prądu dla tej grupy odbiorców końcowych energii elektrycznej.

Wzrost cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla (wynikający z zaostrzającej się polityki klimatycznej Unii Europejskiej) powoduje wzrost kosztów wytwarzania energii elektrycznej, a co za tym idzie – wzrost rachunków za energię w państwach członkowskich UE, w tym – w Polsce. Równolegle, ze względu na rosnące ceny gazu i węgla, rosną koszty ogrzewania, co łącznie może nieść za sobą wzrost skali ubóstwa energetycznego. Biorąc pod uwagę nowe deklaracje i plany Komisji Europejskiej w zakresie legislacji, należy spodziewać się dalszego wzrostu cen energii w UE. Analizy dowodzą, że uwolnienie taryf, powiązane z odpowiednimi narzędziami polityki socjalnej (np. dodatkiem energetycznym) może przyczynić się do bardziej sprawiedliwego i stabilnego rozłożenia kosztów energii, tak aby realną pomoc uzyskiwały osoby najbardziej potrzebujące.

Obecny system taryf energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wspiera finansowo wszystkich odbiorców energii elektrycznej, bez względu na ich dochody, także tych najbogatszych. Zmiana modelu taryfowania w Polsce poprzez zniesienie taryf dla gospodarstw domowych (tzw. grupa taryfowa G) powinna być powiązana z wprowadzeniem dodatku energetycznego dla najbardziej wrażliwych odbiorców energii, dla których pokrycie kosztów energii elektrycznej i ciepła stanowi wyzwanie i duży wysiłek finansowy. W ten sposób osoby najbardziej potrzebujące i najbardziej narażone na ubóstwo energetyczne otrzymałyby realną pomoc.

Ponadto, taryfowanie ogranicza konkurencyjność ofert na rynku energii. Im większa część odbiorców jest objęta regulowaniem cen energii, tym dla wszystkich spółek obrotu energią mniejsza jest możliwość przedstawienia atrakcyjnych ofert, konkurujących ze sobą cenowo. Niemal jednolite stawki dla odbiorców końcowych w regulowanych grupach taryfowych G1X, praktycznie eliminują zasadność zmiany sprzedawcy pomiędzy spółkami obrotu i hamują aktywność klientów w dobieraniu najlepszych dla siebie ofert.

Konieczność dokonania w Polsce zmiany sposobu ustalania taryf na energię elektryczną dla klientów indywidualnych jest nieunikniona. Wynika ona z obowiązującej już Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/944 z dnia 5 czerwca 2019 r. w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej. Termin transpozycji tej dyrektywy unijnej do prawa krajowego upłynął 31 grudnia 2020 r. Polska jest jednym z ostatnich krajów w UE, w którym zdecydowana większość gospodarstw domowych korzysta z taryfowanych cen energii elektrycznej. O ile dokument nakazuje wszystkim państwom członkowskim Unii Europejskiej zapewnienie sprzedawcom energii swobody w ustalaniu cen energii elektrycznej i jedocześnie wyklucza możliwość interwencji publicznych w ustalanie cen energii, o tyle pozostawia możliwość wprowadzania przez państwo członkowskie narzędzi polityki socjalnej dla tych odbiorców, którzy są dotknięci ubóstwem energetycznym lub dla gospodarstw domowych zaliczających się do odbiorców wrażliwych. W ocenie PKEE dokonanie w Polsce zmiany modelu taryfowania, zgodnie z wymogami prawa UE, powinno odbyć się właśnie z użyciem instrumentu chroniącego odbiorców wrażliwych, tj. m.in. osób najuboższych, emerytów, rencistów, osób niepełnosprawnych.

Zdecydowana większość państw UE wdrożyła już Dyrektywę. Zakończenie taryfowania nie powinno mieć negatywnego wpływu na sytuację gospodarstw domowych i nie musi wiązać się ze wzrostem cen energii czy też wzrostem skali ubóstwa energetycznego, m.in. ze względu na już wysoki poziom konkurencji na polskim rynku. Potwierdzają to też przykłady innych państw europejskich, które odeszły od taryfowania, takich jak choćby: Bułgaria, Cypr, Portugalia, Rumunia, Łotwa czy Wielka Brytania.

Warto zauważyć, że wraz z rozwojem rynku energii, popularyzacją energetyki rozproszonej czy wdrażania inteligentnego opomiarowania – coraz więcej państw w Europie odchodzi od modelu taryfowania energii. W niektórych spośród tych państw ochrona odbiorcy wrażliwego odbywa się poprzez instrumenty alternatywne, takie jak np. dodatki i subsydia energetyczne oraz środki pomocy społecznej. Doświadczenia tych państw wskazują, że w dłuższej perspektywie czasowej odejście od taryfowania nie prowadzi do stałego wzrostu cen energii elektrycznej, a wręcz przeciwnie – pozwala na osiągnięcie stabilizacji cen na skutek działania mechanizmów rynkowych i ma znaczący wpływ na spadek skali ubóstwa energetycznego.

Zauważmy, że w Polsce obowiązujące regulacje krajowe uwzględniają już narzędzia służące ochronie przez państwo najuboższych odbiorców. Aktualnie funkcjonuje w naszym kraju dodatek energetyczny, który otrzymują osoby potrzebujące środków na opłacenie rachunków za energię. W ocenie PKEE warto więc zastanowić się nad kwestią stosunkowo niewielkiej e nowelizacji, tak aby przepisy te lepiej odpowiadały aktualnym celom polityki socjalnej w zakresie zapewnienia dostępu do ogrzewania i energii elektrycznej wszystkim obywatelom. Uwolnienie taryf mogłoby więc dokonać się wraz ze wprowadzeniem w naszym kraju jeszcze bardziej realnych i ukierunkowanych środków pomocowych, przeznaczonych dla odbiorców najuboższych i najbardziej narażonych na ubóstwo energetyczne.

Ponadto, na problem ubóstwa energetycznego należy patrzeć z perspektywy wszystkich nośników energii. Analizy wskazują jednoznacznie, że brak działań w zakresie zniesienia obowiązującego w Polsce od wielu lat modelu taryfowania, już w 2022 roku przyczyni się do pogłębienia problemu ubóstwa energetycznego, m.in. ze względu na rosnące równolegle ceny gazu, węgla i ogrzewania. Taryfowanie ogranicza również konkurencyjności ofert na rynku energii. Wszystko wskazuje na to, że dalsze utrzymywanie taryfowania pomimo dynamicznych zmian zachodzących w sektorze energii wpłynie na degradację rynku sprzedaży energii elektrycznej w Polsce poprzez m.in. spadek atrakcyjności ofert sprzedażowych, zmniejszenie liczby klientów zmieniających sprzedawcę oraz brak bodźców do poprawy efektywności energetycznej. Z kolei stosowanie cen sprzedaży energii poniżej kosztów jej wytworzenia narazi na straty finansowe wszystkie przedsiębiorstwa energetyczne w Polsce, zmuszając je do wspierania finansowo działalności obrotowej, co ograniczy nakłady inwestycyjne firm energetycznych, ich wydatki na modernizację, rozwój oraz na utrzymanie infrastruktury, a to mogłoby w konsekwencji zagrozić stabilności dostaw energii elektrycznej dla odbiorców końcowych.

Pełna liberalizacja rynku energii elektrycznej poprzez ustawowe zwolnienie wszystkich przedsiębiorstw obrotu z obowiązku zatwierdzania taryf dla wszystkich odbiorców przyczyni się natomiast do zwiększenia konkurencyjności na rynku, uelastycznienia ofert, czy też stworzy szansę na pojawienie się nowych sprzedawców. Zwolnienie z taryfowania pozwala też na stopniowe przygotowanie odbiorców do przyszłych zmian na rynku energii (np. umożliwienia korzystania z taryf dynamicznych) oraz podejmowanie właściwych decyzji inwestycyjnych i zakupowych w oparciu o sygnały cenowe płynące ze sprawnie działającego rynku. Wspomniana zmiana mogłaby też wpłynąć na wzrost zainteresowania produkcją energii w mikroinstalacjach oraz zwiększenie liczby prosumentów.

Warto przypomnieć, że z końcem 2023 roku dojdzie do zwolnienia z taryfowania cen gazu w segmencie gospodarstw domowych. Termin ten wynika z postępowania, jakie toczyło się przed TSUE. Warto, aby w przypadku uwolnienia cen energii elektrycznej Polska jak najszybciej wdrożyła rozwiązania zgodne z unijną Dyrektywą (której termin transpozycji już minął), jednocześnie dokonując tej zmiany w sposób w pełni kontrolowany na poziomie krajowym, z uwzględnieniem krajowej specyfiki i z zagwarantowaniem odpowiednich narzędzi, które pomogą ochronić najuboższych i najbardziej wrażliwych odbiorców energii.

Dolar wciąż mocny

Dobra passa dolara wciąż trwa. Wczoraj amerykańska waluta była najsilniejsza względem euro od 9 miesięcy, a dzisiaj ponownie testuje kolejne maksima. Brak ważnych odczytów może jednak utrudnić ten ruch.

Dobre dane z USA

Poznaliśmy wczoraj dane z rynku pracy. Publikowana co tydzień liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych okazała się najniższa od początku pandemii i wyniosła 348 tysięcy. Weryfikacja zeszłotygodniowych danych również była dość łagodna. Pokazano wzrost raptem o 2 tysiące. Dane te pojawiły się na rynku akurat, gdy od początku dnia rozpoczynała się realizacja zysków na dolarze z ostatniego umocnienia na najwyższe poziomy dolara względem euro od listopada 2020 roku. Po tym odczycie inwestorzy znów zaczęli kupować amerykańską walutę. Zobaczymy dzisiaj, jak koniec tygodnia wpłynie na nastroje inwestorów, jeżeli pomysł realizacji zysków wróci, możemy być świadkami umocnienia się złotego. To właśnie zassanie kapitału za ocean jest jednym z powodów słabości złotówki w ostatnich dniach.

Produkcja przemysłowa poniżej oczekiwań

GUS zaprezentował wczoraj dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej. Wzrost o 9,8% w skali roku z jednej strony wygląda bardzo dobrze, z drugiej strony ma dwie wady. Po pierwsze to mniej niż oczekiwane 10,5%. Po drugie i ważniejsze rok temu mieliśmy symboliczny wzrost produkcji przemysłowej o 1,1%. W rezultacie średnia z dwóch lat to niecałe 5,5%. Ten wynik już nie budzi takiego entuzjazmu. Wczoraj złoty był w wyraźnym odwrocie, ale połączenie tego tylko z tymi danymi byłoby dużym nadużyciem. Głównym problemem polskiej waluty była zmiana nastrojów na rynkach globalnych, te dane tylko podkręciły trochę ten ruch. Tylko wczoraj euro podrożało o ponad 3 grosze, co pokazuje, że nie był to udany dzień dla osób zainteresowanych kupnem waluty na wyjazd wakacyjny.

Norwegia nie zmienia stóp procentowych

Norwedzy nie podnieśli wczoraj stóp procentowych. Pozostają one na poziomie 0%, do którego to poziomu obniżono je na początku pandemii. Rynki miały mieszane uczucia względem tej decyzji. Z jednej strony podwyżki są wciąż spodziewane we wrześniu, z drugiej strony część analityków liczyła na wzrost już na sierpniowym posiedzeniu. W rezultacie zawiedzionych oczekiwań część inwestorów wycofywała się z korony norweskiej, na której od decyzji trwa przecena względem głównych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dolar silny, złoty pod presją

Pomimo dobrych danych z rynku pracy można zauważyć, że gospodarka USA również łapie zadyszkę. W ubiegłym tygodniu wskaźnik nastrojów Uniwersytetu Michigan rozczarował, wczoraj regionalny indeks Fed z Filadelfii również pokazał wartość poniżej oczekiwań. Pomimo to dolar cały czas jest mocny. Siła przekazu Fed jest zatem olbrzymia.

Dolar silny, ale jak długo?

Rynki być może spoglądając na spowalniające wskaźniki koniunktury USA zaczynają interpretować je nie jako spowolnienie ale jako zjawisko normalizacji gospodarki po wcześniejszym silnym załamaniu (marzec 2020) i dynamicznym odbiciu w kolejnych miesiącach. Pomoc rządowa musi się jednak kiedyś skończyć. To również szansa na to, że inflacja się unormuje i wróci na niższe poziomy. Pomału jesteśmy i będziemy świadkami, kiedy to efekty specjalne związane z pandemią będą wygasać a presja inflacyjna w krótkim terminie zmaleje. To w pewnym sensie dobre dla dolara, ponieważ jego siła nabywcza wówczas rośnie. Do tej pory Fed nie reagował podwyżkami na wzrost CPI, co powodowało spadek wartości amerykańskiej waluty.

Oczywiście w długim terminie pozytywne dla dolara będzie to o czym mówią wszyscy, czyli zmierzanie Fed-u w kierunku wyjścia z ultra-ekspansywnej polityki monetarnej. Potwierdzeniem takiego scenariusza był protokół FOMC, który poznaliśmy w środę.

Inflacja w Japonii

Dziś poznaliśmy dane dotyczące inflacji w Japonii, która spadła w lipcu mniej gwałtownie( w ujęciu rok do roku -0,2 proc.) niż oczekiwano. Przyczyniły się do tego czynniki związane z pandemią, tzn. wzrosły ceny w sektorach wcześniej obciążonych restrykcjami. Inflacja bazowa (z wyłączeniem świeżej żywności), która bacznie analizuje Bank Japonii, zanotowała wzrost w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Jen nie wykazał dużej reakcji na dane. To efekt tego, że presja inflacyjna w kraju Kwitnącej Wiśni jest nadal na tyle słaba, że normalizacja polityki monetarnej jest bardzo mało prawdopodobna. W Japonii po latach niskich odczytów potrzeba serii dobrych danych, że BoJ zaczął w ogóle rozważać jakiekolwiek zmiany w parametrach prowadzonej przez siebie polityki.

Stopy procentowe w Norwegii

Normalizację polityki pieniężnej planuj za to Norges Bank. Instytucja podtrzymała plany podniesienia kluczowej stopy procentowej od jesieni. Pierwszy krok ma nastąpić w przyszłym miesiącu. Informacja to po części była już zdyskontowana przez rynek. Tak czy inaczej NOK może mieć wsparcie ze strony banku. Na razie waluta norweska osłabia się ze względu na globalny risk-off. Do końca kwietnia widzieliśmy dynamiczne umocnienie w relacji do euro. Od tamtego czasu kurs urósł, ale trend spadkowy, liczony od szczytu pandemicznego jest nadal aktualny. Wczoraj presja na NOK została wywołana dodatkowo komentarzem przedstawicieli Norges Banku. Rynek dowiedział się, że mimo, że gospodarka rozwija się zgodnie z prognozami a kampania szczepień postępuje, nie jest wykluczone ponowne wprowadzenie ograniczeń, co w konsekwencji może wpłynąć na aktywność gospodarczą. Rano dotarły dane na temat norweskiego PKB. Miesięczny wzrost gospodarczy wyniósł 0,8 proc w relacji miesiąc do miesiąca a w odniesieniu kwartał do kwartału zobaczyliśmy wartość 1,1 proc.

Złoty pod presją

PLN jest pod presją. Wycena polskiej waluty jest kreowana przez globalny sentyment rynkowy. Spadki wartości złotego to efekt coraz to niższych poziomów EUR/USD. Z technicznego punktu widzenia na głównej parze walutowej widać jeszcze potencjał do zniżek, co może w konsekwencji wywołać ruch EUR/PLN do 4,60. Dzisiejsze dane dotyczące produkcji budowlano – montażowej (3,3 proc r/r) oraz sprzedaży detalicznej(8,9 proc. r/r) są ignorowane przez FX.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Socjotechniczne ataki hakerów w postcovidowej rzeczywistości

Spowodowane pandemią nagłe przejście na telepracę zaskoczyło wiele przedsiębiorstw, a brak odpowiedniego przygotowania naraził ich sieci na zagrożenia. Działania manipulacyjne cyberprzestępców, obecne w licznych atakach phishingowych i spearphishingowych, zaczęły bowiem koncentrować się wokół obaw użytkowników komputerów związanych z COVID-19. Teraz, gdy wiele firm ponownie zmienia model pracy, konieczne jest rozważenie, jak wpłynie to na bezpieczeństwo ich infrastruktury IT.

Analitycy Derek Manky i Aamir Lakhani z FortiGuard Labs, działającego w strukturach firmy Fortinet, wyjaśniają, jak w czasie pandemii zmodyfikowane zostały techniki działań socjotechnicznych oraz wskazują, co firmy muszą zrobić, aby zabezpieczyć środowiska pracy hybrydowej.

Czym spotykane obecnie zagrożenia socjotechniczne różnią się od tych z początku pandemii?

Derek: Mamy za sobą już ponad 15 miesięcy pandemii. Zakładałem, że po takim czasie zabiegi socjotechniczne związane z COVID-19 będą coraz mniej popularne. Analiza naszych danych wskazuje jednak, że liczba ataków, szczególnie prowadzonych z wykorzystaniem wiadomości e-mail, pozostaje na podobnym poziomie. Różnica polega jedynie na wykorzystywanych do manipulacji tematach. Na początku dotyczyły one głównie pracy zdalnej. Obecnie koncentrują się na ponownym otwarciu biur i kwestiach związanych ze szczepieniami. Popularne jest podszywanie się pod pracowników działów bezpieczeństwa IT.

Aamir: Również oczekiwałem zmniejszenia liczby ataków wykorzystujących temat COVID-19. Biorąc jednak pod uwagę skuteczność, jaką miały niektóre z nich, trudno się dziwić, że kwestie związane z pandemią wciąż są popularne. Cyberprzestępcy po prostu dostosowują swoje przynęty do aktualnej sytuacji i wykorzystują nowe tematy. Niestety, ludzie często nie traktują tych ataków tak poważnie, jak powinni. Na przykład, powrót do pracy stacjonarnej przekłada się na większą liczbę wiadomości phishingowych od przestępców podszywających się pod korporacyjnych specjalistów IT. Należy się spodziewać, że te e-maile będą zgodne z korporacyjnymi wytycznymi dotyczącymi bezpieczeństwa. Przykładowo, będą nakazywać pracownikom ostrożność wobec podejrzanych wiadomości, a jednocześnie będą zachęcać do kliknięcia w znajdujące się w nich złośliwe łącza. Dlatego działy IT w każdej firmie muszą pamiętać o dzieleniu się z pracownikami wiedzą o cyberzagrożeniach i odpowiednio ich uczulać na zagrożenia.

W jaki sposób cyberprzestępcy zmieniają taktykę działania, gdy coraz więcej firm przechodzi na hybrydowe modele pracy?

Aamir: Chociaż coraz więcej osób jest zaszczepionych, a świat wraca do poczucia „normalności”, to o COVID-19 wciąż codziennie słyszymy w mediach. Cyberprzestępcy to wykorzystują, dostosowując jedynie przynęty do popularnych aktualnie tematów. Pojawiają się jednak również nowe taktyki, związane z powrotem do biur. Co zaskakujące, rośnie popularność modelu Ransomware-as-a-Service, w którym cyberprzestępcy dokonują włamania, a następnie oferują „usługi konsultingowe” – w zamian za okup deklarują ujawnienie firmowym specjalistom, w jaki sposób uzyskali dostęp do sieci. W niektórych przypadkach kampanie te przynoszą miliony dolarów zysku. To naprawdę interesująca zmiana w podejściu cyberprzestępców, ponieważ do tej pory próbowali wpłynąć na emocje atakowanego, a teraz oferują im pomoc, oczywiście z korzyścią dla siebie.

Derek: Warto zauważyć, że wiele informacji, których ujawnienie może mieć negatywne konsekwencje, przekazywanych jest przez ich posiadaczy dobrowolnie. Cyberprzestępcy mogą uzyskać dostęp do tych danych i wykorzystać je do przeprowadzenia ataków typu spear phishing. Niektóre informacje przesyłane między pracownikami również mogą zawierać poufne informacje korporacyjne i dane umożliwiające identyfikację konkretnej osoby. W takiej sytuacji cyberprzestępcy nie mają już wiele pracy – wystarczy pobranie dokumentów i informacji publicznie udostępnionych.

O czym zarządy przedsiębiorstw powinny pamiętać przy tworzeniu planów bezpieczeństwa dopasowanych do nowych modeli pracy?

Aamir: Jeżeli firma wysyła jakieś dane do usługodawcy lub dostawcy, trzeba zastanowić się w jaki sposób są one przetwarzane. Czy partnerzy dbają o ochronę poufnych informacji przed zagrożeniami? To są trudne pytania, które należy zadać już na samym początku współpracy. Kupując produkty IoT pytajmy o ich zabezpieczenia, możliwość dostania się do nich z innych sieci, sposób komunikowania z innymi urządzeniami – to wszystko jest bardzo ważne. Właściwie należy się zastanowić, czemu nie zadajemy tych pytań na co dzień, również sobie. Czy przekazując dalej otrzymaną wiadomość e-mail nie udostępniamy jakichś poufnych informacji?

Derek: Ważne jest, aby współpracować i reagować na zagrożenia. Kluczowa jest jednak kwestia zaufania. Jeśli nadawca złośliwych wiadomości e-mail jest sfalsyfikowany i rozsyłane są one rzekomo przez korporacyjny zespół, pracownicy muszą dysponować odpowiednią wiedzą, aby zidentyfikować je jako potencjalne zagrożenie i zweryfikować tożsamość nadawcy. Model zero trust jest tutaj bardzo ważny, bo zmniejsza przestrzeń, w ramach której mogą działać cyberprzestępcy. To rozwiązanie było kluczowe podczas przejścia na pracę zdalną i powinno zostać zastosowane również w przypadku pracy hybrydowej.

Uchwała NSA dotycząca kwalifikacji przychodów z najmu

Kwalifikacja transakcji najmu, podnajmu, dzierżawy nieruchomości do odpowiedniej kategorii przychodów była problematyczna i wiązała się z koniecznością analizy wielu przepisów, a finalna interpretacja organów podatkowych była nieznana. Z pomocą przychodzi ostatnie stanowisko Naczelnego Sądu Administracyjnego będące pewnym przełomem w sprawie kwalifikacji tego typu transakcji. Wcześniej organy podatkowe w większości przypadków, po spełnieniu minimalnych kryteriów, chciały zakwalifikować takie transakcje jako związane z prowadzoną działalnością gospodarczą. Na takie podejście nie zgadzały się jednak sądy administracyjne, co prowadziło do sporów pomiędzy fiskusem i podatnikami. Uchwała NSA rozwiązuje część wątpliwości i wskazuje, że to podatnik decyduje, jaki jest zamiar dokonywanych czynności związanych z najmem nieruchomości.

Tło sprawy

Zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 6) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych źródłami przychodów są najem, podnajem, dzierżawa, poddzierżawa oraz inne umowy o podobnym charakterze, w tym również dzierżawa i poddzierżawa działów specjalnych produkcji rolnej oraz gospodarstwa rolnego lub jego składników na cele nierolnicze albo na prowadzenie działów specjalnych produkcji rolnej, z wyjątkiem składników majątku związanych z działalnością gospodarczą.

Z kolei zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 3) ustawy o PIT źródłem przychodów są także przychody z pozarolniczej działalności gospodarczej.

Oznacza to, że podatnik, będący osobą fizyczną prowadzącą działalność gospodarczą, może co do zasady posiadane nieruchomości opodatkować na dwa różne sposoby, tj. jako przychody z najmu albo przychody z działalności gospodarczej.

Uchwała NSA

W uchwale z dnia 24 maja 2021 r., sygn. II FPS 1/21, Naczelny Sąd Administracyjny wskazał, że w przypadku przychodów z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy albo umów o podobnym charakterze, o ile nie dotyczą składników majątku związanych z wykonywaniem działalności gospodarczej, należy je kwalifikować do źródła przychodów określonego w art. 1 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT. Powyższa uchwała NSA oznacza, że to podatnik będzie sam decydował, czy wynajmowany składnik majątku zaliczany będzie do majątku firmowego, czy osobistego poprzez wprowadzenie tego składnika do ewidencji środków trwałych, co w praktyce miało decydujące znaczenie. Istotne znaczenie ma więc przeznaczenie posiadanych składników majątkowych podatnika i zamiar ich wykorzystywania w działalności gospodarczej.

W ustnym uzasadnieniu NSA zwrócił uwagę na różne źródła przychodów wymienione w ustawie o PIT i wskazał, że w pierwszej kolejności należy dokonywać klasyfikacji do źródła najbardziej odpowiadającego charakterowi przychodów. Innymi słowy, organy podatkowe nie mogą „z góry” przyjmować, że przychody osiągane z tytułu najmu, dzierżawy czy umów o podobnym charakterze są osiągane z działalności gospodarczej, jeżeli dodatkowo podatnik prowadził działalność gospodarczą. NSA zwrócił uwagę na – wydaje się – oczywistą kwestię, tj. fakt, że podatnik w toku prowadzonej działalności gospodarczej może wykorzystywać nieruchomości prywatne, niewprowadzone do środków trwałych i w takich sytuacjach najem tych składników nie musi być związany z działalnością gospodarczą.

NSA zwrócił uwagę, że jeżeli podatnik nie podejmuje czynności zmierzających do wyodrębnienia składników majątkowych do prowadzenia działalności, nie buduje sieci organizacyjnej pozwalającej na zarządzanie wydzieloną częścią przedsiębiorstwa, brak jest strategii działania, a jedyny cel to lokowanie kapitału, to nie można uznawać, że składniki majątkowe są wykorzystywane w działalności gospodarczej.

Dla kogo istotna jest Uchwała?

Uchwała NSA ma szczególne znaczenie dla przepisów obowiązujących do końca 2020 r., gdzie najem składników majątkowych zaliczanych do majątku osobistego mógł korzystać z opodatkowania ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych wg stawek wynoszących 8% przychodu do osiągnięcia progu wynoszącego 100 tys. zł przychodu w ciągu roku oraz 12,5% przychodu powyżej tej kwoty. W przypadku, gdy podatnik dokonywał najmu w ramach działalności gospodarczej, pozostałe najmy, także składników z majątku osobistego, były przez organy podatkowe klasyfikowane jako najem z działalności gospodarczej, co w konsekwencji prowadziło do braku możliwości zastosowania wyżej wymienionych stawek podatku. Innymi słowy, jeżeli osoba fizyczna wynajmowała lokale użytkowe w ramach działalności gospodarczej oraz mieszkania należące do majątku osobistego niezwiązane z prowadzeniem działalności gospodarczej, to organy podatkowe nie pozwalały na zastosowanie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych do części dotyczącej składników majątku osobistego podatnika. Organy w takich przypadkach najczęściej wychodziły w pierwszej kolejności od definicji działalności gospodarczej, jej zorganizowanego, ciągłego i zarobkowego charakteru, aby następnie zaklasyfikować każdy wynajem jako działalność gospodarczą. Uchwala NSA ostatecznie kończy z taką praktyką. Od tej pory istotne będzie wpisanie nieruchomości do ewidencji środków trwałych. Oznacza to więc możliwość wznowienia zakończonych już postępowań w takich sprawach oraz możliwość szybszego zakończenia trwających postępowań.

Na zakończenie warto dodać, że zmiana przepisów od 1 stycznia 2021 r. w zakresie zryczałtowanego podatku od przychodów ewidencjonowanych doprowadziła do objęcia ryczałtem także przychodów z najmu w ramach działalności gospodarczej. Zmiana przepisów kończy więc finalnie kwestię różnego opodatkowania nieruchomości w zależności od sposobu jej wykorzystania przez osobę fizyczną.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jaka przyszłość czeka rynek biurowy?

Epidemia Covid-19 sprawiła, że rynek biurowy znalazł się w epicentrum zmian spowodowanych przejściem w tryb pracy zdalnej. Jednak w związku z poprawiającą się sytuacją epidemiczną organizacje rozpoczęły już proces planowania powrotu pracowników do biur. To, jak firmy przygotowują się do tej zmiany, można zaobserwować analizując wyniki badania przeprowadzonego wśród najemców budynków biurowych w portfelu nieruchomości zarządzanych przez Cushman & Wakefield w Polsce.

Eksperci Cushman & Wakefield w swoim badaniu realizowanym metodą CAWI w czerwcu 2021 roku na próbie 132 osób decyzyjnych w zakresie zarządzania przestrzenią biurową (CEO, Dyr. Administracyjny, Dyr. Operacyjny, Office Manager) zapytali badanych na ile dni docelowo pracownicy wrócą do biura po wygaszeniu pandemii.

Wiodącym modelem pracy pozostanie model hybrydowy

45% ankietowanych wskazało, że docelowo wdroży hybrydowy model pracy, który zakłada dzielenie pracy z biura z pracą z domu. Najpopularniejszą formą pracy hybrydowej jest model zakładający 3 dni pracy zdalnej (38%) oraz całkowita elastyczność (27%). Tradycyjny model pracy został wskazany przez blisko 25% ankietowanych, z czego 63% wszystkich respondentów dopuszcza pracę zdalną wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach. Ponad 30% wszystkich ankietowanych nie podjęło jeszcze decyzji w jakim modelu ich organizacja wróci do biura, co przekłada się na brak konkretnych działań w kontekście dalszego wykorzystania przestrzeni biurowej.

model pracy

Łączenie pracy z domu i z biura to bezpieczna alternatywa, która pozwala utrzymywać więzi i kontakty wewnątrz organizacji oraz czerpać to, co najlepsze z pracy zdalnej. Wiele osób nie wyobraża sobie już powrotu do biura 5 dni w tygodniu. 2-3 dni pracy z biura są optymalne, ponieważ pozwalają wszystkim pracownikom przynajmniej raz w tygodniu spotkać się z członkami swoich zespołów. Pozostały czas można spokojnie wykorzystać, by nadgonić pracę w skupieniu czy odbyć spotkania wirtualne – mówi Dominika Kowalska, Associate, Workplace Strategy, Office Department, Cushman & Wakefield.

Niepewność na rynku wstrzymuje firmy przed podjęciem decyzji dotyczących dostosowania powierzchni biurowej do nowej rzeczywistości

Blisko 1/3 wszystkich ankietowanych wprowadziła zmiany w funkcjonowaniu przestrzeni biurowej w trakcie pandemii (11%) lub planuje je wprowadzić w przeciągu najbliższych 12 miesięcy (20%). 30% wszystkich ankietowanych nie podjęło jeszcze decyzji odnośnie dostosowania powierzchni biurowej do nowej rzeczywistości. Brak jednoznacznej informacji o końcu pandemii skłania część firm do stosowania strategii „wait & see” w kontekście dalszego wykorzystania powierzchni biurowej. Niespełna 30% ankietowanych zadeklarowało, że nie wprowadzi żadnych zmian, co może wynikać z etapu trwania umowy najmu lub braku nakładów kapitałowych udzielanych zwyczajowo przez właściciela na wykończenie lub modernizację powierzchni.

Rozgęszczenie stanowisk pracy oraz aplikacja do zarządzania biurem planowanymi udogodnieniami w budynkach biurowych po pandemii

16% respondentów wskazało, że w zajmowanych biurach zdecydowano się na rozgęszczenie stanowisk pracy oraz zwiększenie liczby małych salek lub budek do spotkań. Wśród nowych elementów, które firmy planują wdrożyć w momencie powrotu pracowników do biura, blisko 25% respondentów wskazało aplikację wspierającą proces rezerwacji sal, biurek oraz miejsc parkingowych.

Wprowadzenie aplikacji do obsługi biur to jedna z najpopularniejszych zmian planowanych do wprowadzenia w obsłudze przestrzeni pracy. Jasno obrazuje to, że czasy rezerwowania sal poprzez zawieszenie kartki na drzwiach mamy już za sobą. Aplikacje mają ułatwiać nam funkcjonowanie, dlatego dobrze, że coraz więcej firm chce w nie inwestować. Osobiście uważam, że jedną z najlepszych możliwości, jakie daje aplikacja to współdzielenie miejsc parkingowych przez pracowników, którzy standardowo nie maja do nich dostępu. Wydaje się to być niewielkim udogodnieniem, jednak dla licznej grupy pracowników ma ogromne znaczenie – komentuje Dominika Kowalska, Associate, Workplace Strategy, Office Department, Cushman & Wakefield.

Musimy poczekać na wzrost popytu na zewnętrzne sale konferencyjne

Blisko 75% respondentów nie jest obecnie zainteresowana wynajmem przestrzeni konferencyjnych u zewnętrznych operatorów. Głównymi sposobami organizacji wydarzeń są obecnie wykorzystanie własnej powierzchni biurowej oraz podtrzymanie formy online. Niemniej, cały czas istnieje grupa najemców preferujących wynajęcie profesjonalnej przestrzeni konferencyjnej, która oferuje miejsce na spotkania branżowe, eventy, szkolenia i konferencje.

O ile widzimy już wzrost liczby spotkań i eventów biznesowych, powrót do aktywności sprzed pandemii będzie procesem rozciągniętym w czasie. W kolejnych miesiącach spodziewamy się stopniowego wzrostu popytu na tego typu powierzchnie – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Restauracja lub kantyna oraz infrastruktura rowerowa ważne dla najemców obiektów biurowych

Blisko 2/3 wszystkich ankietowanych wskazało restaurację lub kantynę jako najważniejszą usługę spośród wszystkich oferowanych w budynku. Drugie miejsce zajęła dostępność infrastruktury rowerowej.

Kolejne miejsca w rankingu usług przydatnych w biurowcach zajęły bankomat i sklep spożywczy. Te wybory to dowód na potrzebę wygody i optymalizacji czasu u pracowników. Brak tych udogodnień w budynku nie jest jednak tak dotkliwy, jak w przypadku dwóch pierwszych wskazań w ankiecie. Wśród pozostałych istotnych dla najemców usług wskazane zostały: kawiarnia, siłownia / fitness i biuro coworkingowe. Wszystkie powyższe wybory są wskazaniem kierunku, w jakim powinni podążać właściciele obiektów biurowych, aby uzyskać przewagę konkurencyjną i mieć tętniący życiem obiekt pełen najemców – podsumowuje Agnieszka Małysa-Bartos, Key Account Manager, Asset Services, Cushman & Wakefield.

Pandemia wpłynęła na zmianę zapotrzebowania na miejsca parkingowe wśród 40% najemców nieruchomości biurowych

Wśród ankietowanych 28% badanych wskazało, że obecnie potrzebuje więcej miejsc parkingowych niż przed pandemią. 12% respondentów wskazało odpowiedź, że potrzebuje ich mniej.

Brakuje skonkretyzowanego stanowiska dotyczącego powrotu do biur (łącznie 77% odpowiedzi), a połowa pracodawców nie opracowała jeszcze strategii powrotu.

Według badania przeprowadzonego przez Cushman & Wakefield, ponad 50% ankietowanych nie ma jeszcze planu motywacyjnego dla pracowników, a wśród najczęściej wskazywanych aktywności podejmowanych przez respondentów można wskazać zarządzanie zmianą i kampanię informacyjną (21%), nową aranżację biura (19%) oraz możliwość korzystania z dodatkowych miejsc parkingowych (11%).

Pomysłów, aby zachęcić do pracy z biura jest wiele, np. wspólne śniadania, czy projekty angażujące grupę osób, natomiast moim zdaniem, kluczowe jest wskazanie pracownikom korzyści i stworzenie odpowiedniej przestrzeni ułatwiającej wymianę wiedzy i współpracę. Jest to z pewnością dużo łatwiejsze i przynosi więcej satysfakcji w przypadku pracy z biura – mówi Aleksandra Tomaszewska, HR Manager, Cushman & Wakefield.

Blisko co trzeci Polak w czasie pandemii skarży się na pogorszenie zdrowia psychicznego

Według najnowszego badania opinii publicznej, w trakcie pandemii pogorszyło się zdrowie psychiczne blisko 40% Polaków. Podobnie wyglądały wyniki sondażu przeprowadzonego pół roku temu. Obecnie rodacy uważają, że głównie zaszkodziły im zmartwienia związane ze wzrostem cen i z ryzykiem wystąpienia choroby wśród bliskich. Najczęstsze objawy to stres, obniżenie nastroju i uczucie niepokoju. Zdecydowana większość respondentów nie odczuwała ich przed pandemią. Jednak ci, którym one doskwierają, przeważnie nie szukają specjalistycznej pomocy. I ta ostatnia kwestia najbardziej niepokoi psychologów komentujących wyniki raportu.

Z ogólnopolskiego sondażu, przeprowadzonego w I połowie sierpnia br. przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy ePsycholodzy.pl, wynika, że w całym okresie trwania pandemii pogorszyło się zdrowie psychiczne 37,6% społeczeństwa. Tylko 8,5% Polaków nie potrafi tego właściwie ocenić. Natomiast 53,9% badanych uważa, że nie ma ww. problemu.

– Wyniki badania są mocno alarmujące. Trzeba podkreślić, że prawie 40% rodaków zaczęło już odczuwać dolegliwości, które w przyszłości mogą prowadzić również do wielu chorób somatycznych oraz dalszego pogarszania się zdrowia psychicznego. Staną się też podłożem kłopotów osobistych, zawodowych i finansowych. Za kilka lat konsekwencje ww. zjawiska może odczuć już całe społeczeństwo – mówi psycholog Katarzyna Chotkowska z Fundacji Ef.Kropka.

Porównując wyniki najnowszego badania oraz przeprowadzonego w połowie lutego tego roku, można stwierdzić, że w tym okresie sytuacja właściwie się nie zmieniła. Podczas tzw. I i II fali pandemii 42,2% Polaków doznało uszczerbku na zdrowiu psychicznym. 50,4% nie zauważało tego, a 7,4% nie umiało tego ocenić.

– Trzeba naprawdę wielu lat, aby stan zdrowia psychicznego Polaków powrócił do okresu sprzed pandemii. W szybkiej poprawie przeszkadza niska świadomość społeczna. Szwankuje też profilaktyka. Ze wsparcia psychologów obecnie korzysta tylko 1,6 mln osób. Natomiast ww. badania pokazują, że potrzebujących może być nawet blisko 9 mln Polaków – alarmuje Michał Pajdak, współautor raportu i członek zarządu platformy ePsycholodzy.pl.

W ankiecie zapytano też Polaków o powody osłabienia ich zdrowia psychicznego. Badani mogli podać kilka najważniejszych czynników. Głównie wymieniali wzrost cen oraz obawę przed chorobą bliskich – po 23,3%. Ponadto często wskazywali izolację społeczną – 22,6%, ograniczenie kontaktów międzyludzkich – 22,6%, a także pogorszenie warunków finansowych – 20,5%.

– W związku z pandemią ludzie doświadczyli jednocześnie szeregu sytuacji, które oceniali jako zagrożenia. Jednocześnie z dnia na dzień utracili możliwość korzystania z wcześniejszych sposobów regulowania emocji, np. poprzez wizyty na siłowni. To u większości wywołało poczucie bezradności – zauważa psycholog Michał Murgrabia, prezes platformy ePsycholodzy.pl.

Ankietowani wskazali również trzy główne objawy pogorszenia się ich sytuacji zdrowotnej. Z tych deklaracji wynika, że Polakom najbardziej dokucza stres, obniżenie nastroju oraz częste uczucie niepokoju – odpowiednio 37,2%, 33,9% i 28,2%.

– Obecnie stres jest postrzegany jako jedna z przyczyn chorób psychicznych. Dlatego bezwzględnie należy zapewnić szybki dostęp do specjalistów osobom, które odczuwają pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. Ważne jest, aby zidentyfikować, czy występujące objawy wymagają np. farmakoterapii lub hospitalizacji – przekonuje ekspert z Fundacji Ef.Kropka.

Należy również zwrócić uwagę na to, że większość osób nie miała przed pandemią ww. objawów. Tak stwierdza aż 70,3% Polaków. 24,6% rodaków zauważało u siebie tego rodzaju symptomy, a 5,1% nie jest w stanie tego określić.

– Duża część społeczeństwa bezpośrednio została narażona na problemy ze zdrowiem fizycznym – zakażeniem wirusem, śmiercią lub chorobą najbliższych osób. Doświadczenie straty czy niepewności połączonej z bezradnością wywarło ogromny wpływ na kondycję psychiczną Polaków – komentuje Michał Murgrabia.

Wśród tych osób, którym pogorszyło się zdrowie psychiczne, aż 60,3% nie szukało profesjonalnego wsparcia. 36,5% badanych z tego typu objawami udało się po pomoc. Tylko 3,2% respondentów z tej grupy nie umiało tego stwierdzić.

– W mojej ocenie, ta informacja jest najbardziej niepokojąca ze wszystkich, choć niestety nie jest zaskakująca. W Polsce brakuje edukacji dot. zdrowia psychicznego i pomocy psychologicznej. Od dawna dysponujemy naukowo zbadanymi, skutecznymi metodami psychoterapii i farmakoterapią. Niestety mimo tego Polacy niechętnie zgłaszają się po pomoc. Do dobrego przejścia przez kryzys, jakim jest pandemia, niezbędna jest zmiana takiego nastawienia – uważa psycholog Anna Kossowska.

Badanie również pokazuje, że na pogorszenie zdrowia psychicznego w czasie trwania pandemii dużo częściej skarżą się kobiety niż mężczyźni. Dostrzega ten problem też blisko 47,3% osób w wieku 23-35 lat i 45,2% mających 18-22 lat. Najczęściej dotyka on ludzi z wyższym lub z podstawowym wykształceniem, zarabiających ponad  9 tys. zł  lub poniżej 1 tys. zł netto. Przeważnie zgłaszają go Polacy w woj. wielkopolskim i mazowieckim, w tym w miejscowościach liczących 20-49 tys. ludności oraz w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców.

– Szczególnie niepokojące jest to, że w największym stopniu pogarsza się zdrowie psychicznie młodych osób. Można przyjąć, że blisko połowa pokolenia Y, które stanowi największą grupę pracowników na rynku, boryka się z tym problemem. Odczujemy to niebawem w liczbie absencji w pracy i w pogorszeniu produktywności – ostrzega Michał Pajdak.

Warto też dodać, że pomocy nie szukają przede wszystkim osoby w wieku 18-22 lat oraz 56-80 lat. Najczęściej tak deklarują respondenci z woj. lubelskiego i śląskiego, w tym z miejscowości liczących 5-19 tys. ludności i z miast mających 200-499 tys. mieszkańców. W większości to Polacy ze średnim lub z wyższym wykształceniem, zarabiający od 7 do blisko 9 tys. zł na rękę.

– W tych grupach, a zwłaszcza wśród mieszkańców niedużych miejscowości, może występować spory lęk przed stygmatyzacją. Innym czynnikiem jest niewiedza dotycząca zdrowia psychicznego, a kolejnym – problem z dostaniem się do specjalisty. Ceny prywatnych usług mogą być zbyt wysokie dla wielu ludzi, a szczególnie dla emerytów. Natomiast w ramach NFZ często trzeba długo czekać na termin wizyty, a specjaliści niejednokrotnie się zmieniają, co może zaburzać ciągłość leczenia – podsumowuje psycholog Katarzyna Chotkowska.

Dane pochodzą z badania zrealizowanego metodą CAWI (wywiad internetowy) przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy ePsycholodzy.pl. Zostało ono przeprowadzone wśród 1037 dorosłych Polaków powyżej 18. roku życia. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Po ogłoszeniu upadłości konsumenckiej długi nie znikają

  • Nowelizacja przepisów w 2020 r. ułatwiła konsumentom ogłaszanie upadłości.
  • Jednakże tylko w wyjątkowych przypadkach długi mogą zostać całkowicie umorzone bez obowiązku dokonywania jakichkolwiek spłat.
  • Co do zasady po ogłoszeniu upadłości wierzyciele i tak są spłacani z majątku dłużnika, a o losie przejętych nieruchomości i ruchomości decyduje syndyk.

Do niedawna ogłoszenie upadłości konsumenckiej traktowano jako ostateczność, gdy konsument – nie ze swojej winy – tracił kontrolę nad finansami, długi zdecydowanie przewyższały możliwości spłaty, a trudna sytuacja życiowa uniemożliwiała znalezienie innego rozwiązania.

W 2020 r. przepisy zostały złagodzone, co ułatwiło rozpoczęcie procesu upadłościowego. Usunięto zapis o konieczności udowodnienia braku winy konsumenta w doprowadzeniu do jego niewypłacalności. Niektórzy dostrzegli w tym szansę na rozwiązanie wszelkich problemów z zadłużeniem. Czy słusznie?

Upadłość konsumencka nie jest remedium na wszystkie długi

Zmianę w podejściu Polaków do upadłości konsumenckich potwierdzają dane Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej. W 2019 r. odnotowano ich 7944, a zaledwie 12 miesięcy później, czyli po nowelizacji prawa upadłościowego, już 13 084.

Zadłużenie Polaków wciąż rośnie, pandemia dodatkowo pogorszyła naszą sytuację finansową. Z bezsilności lub braku wiedzy szukamy więc rozwiązań, które pozwolą nam szybko pozbyć się problemu. W sieci można znaleźć wiele poradników sugerujących, że ogłoszenie upadłości konsumenckiej oznacza automatyczne umorzenie długów. Nic bardziej mylnego. Sąd ustali plan spłaty wierzycieli, w którym określi w jakim zakresie oraz w jakim okresie będzie trzeba spłacać swoje zobowiązania. Za spieniężenie majątku dłużnika odpowiedzialny będzie syndyk. Sprzeda on zarówno majątek, który dłużnik posiadał w dniu ogłoszenia upadłości, jak i ten, który ewentualnie uzyskał już po tej dacie (np. w drodze darowizny). Umorzenie części zadłużenia ma charakter wyjątkowy, co oznacza, że w większości przypadków, długi i tak będą spłacane z kieszeni dłużnika, ale bez jego pełnej kontroli – mówi mec. Szymon Dejk, radca prawny Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji, która prowadzi kampanię Windykacja? Jasna sprawa!

Warto również pamiętać, że pewne kategorie długów nigdy nie będą podlegać umorzeniu – należą do nich m.in. zadłużenia z tytułu rent i odszkodowań, orzeczone przez sąd grzywny, czy wreszcie długi alimentacyjne. Nie można liczyć ani na ich umorzenie, ani nawet rozłożenie na raty. Poza tym, zmiany w przepisach z 2020 r. umożliwiły co prawda ogłoszenie upadłości większej liczbie konsumentów, ale nadal w kwestii spłaty wierzycieli kluczowe znaczenie ma wina dłużnika – ta znacząco bowiem wydłuża okres, przez który będzie trzeba ich spłacać.

Zalety i wady upadłości konsumenckiej

Powodem, dla którego konsumenci w trudnej sytuacji finansowej decydują się na ogłoszenie upadłości, jest możliwość zatrzymania wszystkich toczących się w sądzie spraw dotyczących ich długów, a także egzekucji komorniczych i naliczania karnych odsetek.

Upadłość konsumencka wiąże się jednak także z negatywnym skutkami. Przede wszystkim osoba zadłużona traci prawa do swojego majątku – jej nieruchomości i wartościowe przedmioty zostają sprzedane na poczet spłaty długów. Syndyk ma także możliwość zajęcia części wynagrodzenia osoby zadłużonej i przeznaczenia jej na uregulowanie należności wobec wierzycieli. Taki konsument nie może także zaciągać żadnych nowych zobowiązań, brać kredytów, pożyczek czy umów abonamentowych bez zgody sądu, a informacje na temat upadłości zostają upublicznione, wraz z imieniem, nazwiskiem, nr PESEL oraz adresem zamieszkania, co istotnie ingeruje w prawo do prywatności.

Co zamiast upadłości konsumenckiej?

Jeżeli zatem osoba zadłużona nie jest w ciężkiej sytuacji życiowej, spowodowanej np. poważną chorobą, to na pewno warto odłożyć decyzję o ogłoszeniu upadłości i spróbować porozumieć się z wierzycielami. Osoby zadłużone często nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą negocjować warunki spłaty długu np. z firmami windykacyjnymi. Nie odbierają od nich telefonów, co zamyka im drogę do negocjacji polubownych – ustalenia harmonogramu spłat i wysokości rat dopasowanych do ich możliwości finansowych.

Upadłość konsumencka jest rozwiązaniem ostatecznym, przeznaczonym dla osób, które wykorzystały już wszystkie możliwości, ale z różnych przyczyn losowych nie są w stanie spłacić zadłużenia nawet w niewielkich ratach. Jeżeli sytuacja życiowa i materialna, przy odrobinie determinacji i samokontroli, umożliwia spłatę długów, decyzję o wystąpieniu z wnioskiem o ogłoszenie upadłości konsumenckiej należy bardzo drobiazgowo przemyśleć, gdyż może się okazać, że w tym przypadku jej wady przewyższą korzyści, a samo zadłużenie i tak nie zniknie. Bardzo często efektywniejsze będzie porozumienie się z wierzycielami czy firmą windykacyjną i uregulowanie należności na własnych, uzgodnionych zasadach – dodaje Szymon Dejk.

Sytuacja na rynku pracy w Polsce – jakie mamy bezrobocie?

Pandemia COVID-19 znacząco zmieniła rynek pracy. Obecne dane pokazują, że najczarniejsze scenariusze okresu pandemicznego nie zrealizowały się. Prognozy przedstawiane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy zakładał, że rok 2020 zamkniemy z poziomem bezrobocia wynoszącym około 10%. Komisja Europejska również przewidywała wyraźny wzrost stopy bezrobocia. Oba scenariusze nigdy się nie sprawdziły. Ze wstępnych danych Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii wynika, że w żadnym województwie wskaźnik bezrobocia w marcu 2021 roku nie przekroczył 11 proc. Współczynnik bezrobocia mierzony metodologią Eurostatu w Polsce w najwyższym puncie od początku pandemii wynosił 4%. W dodatku są to dane z pierwszego kwartału tego roku. Natomiast przez większość okresu kryzysu stopa bezrobocia nie wzrastała w dramatyczny sposób, a nawet ustabilizowała się na jednym z najniższych poziomów w ramach Unii Europejskiej. Obecnie wynik naszego kraju to trzecie miejsce w Unii, jeżeli chodzi o najniższą stopę bezrobocia. Jest to wynik sięgający 3,6%. Jak wskazują eksperci, relatywnie dobra sytuacja na rynku pracy to efekt po części dobrego punktu startowego, a także struktury polskiej gospodarki. Większość firm nie poszła najprostszą ścieżką, jaką było zwalnianie pracowników żeby szukać oszczędności – ale raczej walczyła o utrzymanie poziomu zatrudnienia, tnąc plany rekrutacyjne oraz nowe etaty. W tym momencie wracamy powoli do wyników sprzed pandemii, a większość sygnałów świadczy o dobrych prognozach na najbliższe miesiące – przy założeniu, że pandemia będzie pod kontrolą.

– To, co widzieliśmy w okresie kryzysowym i bardzo uwidoczniło się na polskim rynku pracy – ale dominowało też w innych krajach rozwiniętych – to fakt, że osoby, które ucierpiały najmocniej na rynku pracy, to osoby młode. Było to spowodowane tym, że sektory, w których pracowali, były zamknięte w ramach restrykcji sanitarnych. Jest to specyfika, która dotknęła głównie sektor usługowy np.: gastronomia, hotelarstwo czy też branżę kultury – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Należy też podkreślić, że bezrobocie młodych było najwyższe w ostatnich latach – a co jeszcze bardziej niepokojące, część tych osób się dezaktywowała. Oznacza to, że nie wpadali oni w pulę osób bezrobotnych – czyli tych, którzy z definicji chcą szukać pracy – lecz do grona osób, które straciły pracę i nie chcą szukać nowej. Jeżeli chodzi o inne grupy wiekowe zauważyliśmy, że poziom zainteresowania pracą i zatrudnieniem wzrastał. Osoby w średnim wieku oraz osoby starsze częściej chciały pracować niż wynika z danych z czasów przedkryzysowych. Patrząc na najnowsze dane Eurostatu dotyczące zatrudnienia widzimy, że drugi kwartał 2021 roku był okresem bardzo dużego wzrostu. Obecnie wysokie zatrudnienie przy jednym z najniższych poziomów bezrobocia wyróżnia Polskę na tle innych krajów europejskich. Jest to spowodowane tym, że kryzys uderzył w kraje południowo-europejskie, ponieważ tam było duże nasycenie zatrudnienia w sektorach turystycznych, gastronomii oraz hotelarstwie. Trzeba zaznaczyć, że w Polsce udział tych branż w całej gospodarce jest relatywnie mały. Ponadto mieliśmy jedną z największych tarcz pomocowych w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej. Jednak same pieniądze nie rozwiązałyby problemów. Widzieliśmy duże zaangażowanie przedsiębiorców i właścicieli firm, ale także pracowników, aby próbować zmierzyć się z kryzysem. By mówić o wynikach sprzed kryzysu, musimy jeszcze poczekać. Przewidujemy, że w przyszłym roku wiele trendów będziemy mogli nazwać podobnymi do tych, z którymi wchodziliśmy w kryzys pandemiczny – ale pod warunkiem, że nie będziemy mieli dodatkowych restrykcji w najbliższych miesiącach – wyjaśnia Kubisiak.

Gamedust, producent i wydawca gier dedykowanych wirtualnej rzeczywistości (VR), stawia kolejny krok w drodze na NewConnect

Firma Gamedust, specjalizująca się w produkcji gier dedykowanych na platformy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, coraz bliżej połączenia z notowaną na NewConnect spółką – Inwestycje.pl. 13 sierpnia Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy dokonał wpisu w rejestrze przedsiębiorców KRS, zgodnie z którym nazwa „Inwestycje.pl S.A.” została zamieniona na „Gamedust S.A.”. Jest to kolejny krok prowadzący do fuzji, w wyniku której Gamedust stanie się spółką notowaną na NewConnect.

Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego 13 sierpnia dokonał wpisu w rejestrze przedsiębiorców KRS zmiany statutu spółki Inwestycje.pl S.A., zgodnie z którym nazwa „Inwestycje.pl S.A.” została zamieniona na „Gamedust S.A.”. W maju b.r., w ramach działań mających doprowadzić do połączenia spółek i rozpoczęcia wspólnej działalności biznesowej polegającej na tworzeniu gier opartych na technologii wirtualnej rzeczywistości (VR), przeprowadzona została emisja akcji serii G, której celem było rozliczenie transakcji wymiany udziałów. Sąd Rejestrowy dokonał również wpisu podwyższenia kapitału zakładowego spółki. Obecnie, w wyniku działań prowadzących do fuzji obu firm, kapitał zakładowy wynosi 23.444.859 zł i dzieli się na 234.448.590 akcji wszystkich emisji o nominalnej
wartości 0,10 zł każda.

– Wpis zmian statutu do rejestru KRS to kolejny krok prowadzący do połączenia Gamedust ze spółką Inwestycje.pl, w wyniku którego Gamedust stanie się spółką notowaną na NewConnect. Nasze plany zapowiedzieliśmy niemal rok temu w liście intencyjnym i jesteśmy na dobrej drodze prowadzącej do finalizacji tego procesu. Działamy zgodnie z założonym harmonogramem, a w najbliższym czasie opublikujemy Plan Połączenia. Rynek wirtualnej rzeczywistości nadal dojrzewa i ciągle się zmienia, jednak perspektywy jego rozwoju są ogromne. Wierzę, że obecność Gamedust na NewConnect przyspieszy realizację naszych założeń strategicznych i pozwoli wykorzystać nasz potencjał i posiadane doświadczenie zarówno w tworzeniu, jak i wydawaniu gier opartych na technologii VR – mówi Prezes Zarządu Gamedust, Paweł Flieger.

Gamedust został wydzielony jako osobna spółka pod koniec 2017 roku z poznańskiego software house’u specjalizującego się w świadczeniu usług opartych o najnowsze technologie dla klientów korporacyjnych z całego świata – Setapp Sp. z o.o. Firma od początku koncentruje swoją działalność na tworzeniu i wydawaniu gier opartych na technologii wirtualnej rzeczywistości (VR). Jej model biznesowy opiera się na tworzeniu własnych produkcji z segmentu indie premium charakteryzującego się:

  • oparciem rozgrywki o jedną, innowacyjną mechanikę,
  • tworzeniem unikalnego stylu graficznego/designu gry,
  • wydawaniem każdego tytułu na wiele platform docelowych.

 

Do tej pory w portfolio studia ukazały się cztery tytuły:

  • Neverout (platformy VR oraz tradycyjne),
  • Overflight (platformy VR),
  • Spuds Unearthed (platformy VR),
  • Yupitergrad (platformy VR).

Spółka ma również doświadczenie w segmencie wydawniczym, które zdobyła wydając wszystkie swoje tytuły samodzielnie. W ciągu 4 lat Gamedust dostarczyło swoje gry na 15 różnych platform, w tym praktycznie wszystkie VRowe. Aktualnie działalność wydawnicza jest dywersyfikowana o usługi dla projektów zewnętrznych.

Mała liczba wydawców i wcześniejsza konieczność przetarcia szlaków VRowych sprawiła,
że zdecydowaliśmy się na self-publishing. Wszystkie nasze gry wydawaliśmy sami, starając się dostarczyć je do jak największej liczby cyfrowych platform. Pozwoliło nam to zdobyć odpowiednie kompetencje produkcyjne i doświadczenie w segmencie wydawniczym, który chcemy rozwinąć – mówi Prezes Gamedust.

Dodatkowo, oprócz produkcji własnych i wydawnictwa, spółka prowadzi również działalność portingową, wykonując porty produkcji własnych na rynki azjatyckie.

Firma jest partnerem kluczowych producentów sprzętu VR, takich jak: Oculus, HTC, czy Xiaomi. Dobre relacje z vendorami platform sprzętowych przekładają się na regularne wsparcie z ich strony w postaci: pomocy technicznej, udostępnienia najnowszych urządzeń VR jeszcze przed ich premierą czy też współfinansowania projektów Gamedust. Spółka współpracuje również z platformami przeznaczonymi dla konsumentów z rynku chińskiego – Pico, Xiaomi czy Huawei, dostarczając na nie swoje tytuły.

Gamedust angażuje się też w przedsięwzięcia z innych segmentów – obecnie prowadzi prace badawczo-rozwojowe w zakresie sztucznej inteligencji.

Pod koniec 2019 roku zdobyliśmy dofinansowanie w wysokości niemal 3 mln złotych na projekt badawczo-rozwojowy, który obecnie jest w fazie realizacji. Naszym zadaniem jest stworzenie zaawansowanych narzędzi pozwalających wdrożyć wiarygodnie postrzeganą przez odbiorcę sztuczną inteligencję w projektach z zakresu wirtualnej rzeczywistości – wyjaśnia Paweł Flieger, Prezes Gamedust.

Celem Gamedust jest stworzenie grupy kapitałowej dostarczającej pełne immersji doświadczenia dla globalnych odbiorców cyfrowej rozrywki. Przedstawiony cel spółka będzie realizowała w oparciu o rozwój trzech linii biznesowych: produkcje własne – od VR po cały ekosystem rozrywkowy; usługi produkcyjne i wydawnicze VR, a także connected realities.

TopLevelTennis.com S.A. dokonała wyboru kierunku rozwoju

TopLevelTennis.com S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2008 r., po przeprowadzonej analizie wybrała dalszy kierunek swojego rozwoju. Emitent wydzieli dotychczasową działalność związaną z tenisem i wniesie ją do spółki zależnej oraz rozważy połączenie z innym podmiotem.

Zarząd Spółki po przystąpieniu do analizy możliwych kierunków związanych z jej rozwojem, o czym poinformował w lutym br., w wyniku przeprowadzonej analizy podjął decyzję o wyborze kierunku rozwoju TopLevelTennis.com S.A. Będzie on polegał na wydzieleniu obecnej działalności związanej z tenisem, której głównym narzędziem jest platforma szkoleniowa o charakterze sportowo-edukacyjnym – TopLevelTennis.com – do spółki w 100% zależnej od TopLevelTennis.com S.A. Emitent rozważy także sprzedaż tej spółki zależnej oraz poszukiwanie nowych obszarów działalności, w ramach których będzie przebiegać jego rozwój, w tym m.in. poprzez połączenie TopLevelTennis.com S.A. z innym podmiotem. Zarząd Spółki uważa, że wybrany kierunek rozwoju i jego realizacja pozwolą osiągnąć wzrost jej wartości.

„Po wielomiesięcznych analizach możliwych kierunków rozwoju Spółki udało nam się wybrać ten, który w naszej opinii przyczyni się do zwiększenia jej wartości. Pierwszym krokiem będzie teraz wydzielenie działalności w obszarze tenisa do spółki w 100% zależnej. Następnie rozważymy jej sprzedaż i połączenie TopLevelTennis.com S.A. z innym podmiotem. Pandemia COVID-19 istotnie wpłynęła w negatywny sposób na rozwój naszego podstawowego biznesu, dlatego chcemy możliwie szybko odbudować wartość Spółki poprzez znalezienie i uruchomienie nowego obszaru działalności. O kolejnych etapach będziemy na bieżąco informowali rynek.” – komentuje Artur Górski, V-ce Prezes Zarządu Spółki TopLevelTennis.com S.A.

TopLevelTennis.com S.A. (poprzednio Thunderbolt S.A. i Compress S.A.) zadebiutowała na rynku NewConnect w 2008 roku. Obecnie głównym przedmiotem działalności Spółki jest prowadzenie globalnej platformy edukacyjno-szkoleniowej TopLevelTennis.com, na której zamieszczane są materiały z udziałem gwiazd tenisa. W portfolio platformy można znaleźć m.in. Borisa Beckera – wielokrotnego zwycięzcę turniejów wielkoszlemowych i byłego lidera rankingu ATP, Wolfganga Thiema – ojca, trenera i managera jednego z najlepszych tenisistów na świecie Dominica Thiema, Marco Panichiego – trenera przygotowania motorycznego Novaka Djokovica, Dominikę Cibulkovą – mistrzynię turnieju Masters WTA 2016 i finalistkę wielkoszlemowego Australian Open, Ulę Radwańską – zwyciężczynię juniorskiego Wimbledonu oraz Alberto Castellaniego – jednego z najbardziej znanych trenerów tenisowych na świecie.

W maju br. Spółka zakończyła emisję akcji serii K, z której pozyskała 1 mln zł. Pozyskany kapitał został przeznaczony na rozwój platformy TopLevelTennis.com oraz na działania marketingowe. Emitent podpisał też z Beijing Road to Grand Slam Sports Co., Ltd. (RTGS) umowę, która dotyczy dystrybucji jego materiałów szkoleniowych na terenie Chińskiej Republiki Ludowej.

Przecena złotego. Frank najdroższy od listopada, dolar od marca

Lepsze perspektywy zza oceanu znów odbijają się czkawką polskiej walucie. To właśnie przepływ kapitału za ocean odpowiada za obecną słabość złotego. W przypadku franka mamy też dodatkowy problem związany ze wzrostem ryzyk na świecie.

Rynek pracy w Polsce

Wczoraj poznaliśmy dane z GUS w sprawie rynku pracy w Polsce. Okazały się one delikatnie słabsze od oczekiwań, ale w dalszym ciągu wynagrodzenia rosną o 8,9% w skali roku, a zatrudnienie rośnie o 1,8%. Tym samym przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5851,87 zł. Rynki nie reagowały specjalnie na te dane, złoty umacniał się, ale był to raczej ruch całodzienny niż powiązany z tymi odczytami.

Frank najdroższy od listopada

W nocy mieliśmy do czynienia z wyraźną przeceną złotego. Działo się to równolegle z umacnianiem się franka względem euro do najwyższych poziomów od końca zeszłego roku. W rezultacie kredytobiorcy frankowi otrzymali kolejny cios w swoje portfele. Frank szwajcarski przekroczył 4,27 zł i był najdroższy od listopada 2020 roku. Daleko na szczęście do tamtejszych poziomów, gdzie frank docierał w najgorszym momencie w okolice 4,35 zł.

Protokół z posiedzenia FED miesza na rynku

Wczoraj o 20:00 poznaliśmy stenogramy z posiedzenia lipcowego FED. Okazuje się, że rozważane są nawet ruchy w polityce monetarnej w tym roku. Frakcja ta nie ma na razie większości, ale możliwe jest, że program skupu aktywów, będący de facto drukiem pieniędzy, zostanie zredukowany. Na reakcję rynków finansowych nie trzeba było długo czekać. Kapitał płynął za ocean szerokim strumieniem, co przełożyło się nie tylko na słabość euro, ale również złotówki. Złotówka jest najsłabsza względem dolara od marca.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ile zdrożały mieszkania w pandemii? Deweloperzy odpowiadają

Do jakiego poziomu doszły ceny nowych mieszkań w największych miastach w Polsce? O ile wzrosły od początku pandemii? Czy nadal będą szły w górę? W których lokalizacjach najbardziej? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Ceny mieszkań na rynku pierwotnym od dłuższego czasu utrzymują się w trendzie rosnącym, co jest mocno determinowane wzrostami kosztów prowadzenia inwestycji. W minionych miesiącach mieliśmy do czynienia ze skokowymi podwyżkami cen niektórych surowców i materiałów. Spodziewamy się, że to spowoduje wzrost kosztów prowadzenia inwestycji o ok. 10-12 proc. Kolejnym istotnym aspektem są drożejące grunty i ograniczona dostępność działek, a także wyższe ceny usług podwykonawców. Wszystko to ma bezpośrednie przełożenie na finalnie wyższe poziomy cen mieszkań.

Co istotne, nie dostrzegamy perspektyw, aby w przyszłości projekty mieszkaniowe można było budować taniej niż obecnie. Szczególnie, że na horyzoncie widać kolejne kosztotwórcze czynniki m.in. nowe bardziej rygorystyczne standardy energetyczne budynków i Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Zatem jest jeszcze potencjał do wzrostu cen mieszkań. W skali roku spodziewam się, że ceny mogą urosnąć nawet o 10 proc. W długiej perspektywie czasu oczekiwać można stabilizacji cen mieszkań, muszą one bowiem być adekwatne do siły nabywczej Polaków.

Andrzej Oślizło, prezes zarządu, Develia S.A.

Ceny powyżej 10 tys. zł/mkw. mieszkania stają się powoli standardem na polskim rynku. W Warszawie średnia cena metra na rynku pierwotnym przekroczyła już 12 tys. zł, w Krakowie i Gdańsku jest to odpowiednio 10,8 tys. zł i 10,5 tys. zł. Niedługo ten próg przebije prawdopodobnie także Wrocław, gdzie nowe lokale kosztują średnio około 9,6 tys. zł za metr. Popyt zdecydowanie przewyższa podaż. W pierwszych dwóch kwartałach 2021 roku w 6 największych miastach Polski nabywców znalazło po 19,5 tys. mieszkań i były to wyniki rekordowe w historii naszego rynku mieszkaniowego.

Niestety, z powodu niskiej dostępności działek i przeciągających się procedur administracyjnych podaż nie nadąża za popytem. W drugim kwartale deweloperzy wprowadzili na 6 największych rynkach do sprzedaży „tylko” 15,8 tys. nowych lokali, a więc blisko 4 tys. mniej niż wyniosła sprzedaż.

Gdyby wszystkie nowe projekty zostałyby nagle wstrzymane, cała oferta wyprzedałaby się w zaledwie dwa kwartały, a w Warszawie w 5 miesięcy. Za poziom świadczący o równowadze popytu i podaży uważa się natomiast 4 kwartały. Przy tak dużej nadwyżce popytu, podsycanego przez niskie stopy procentowe i zakupy inwestycyjne, trudno spodziewać się scenariusza innego niż dalsze wzrosty cen. Najszybciej oczywiście sprzedają się lokale najmniejsze i najtańsze, ale klienci kupują w zasadzie wszystko. Większe mieszkania z tzw. segmentu podwyższonego, które jeszcze dwa lata temu czekałyby na nabywców kilka-kilkanaście miesięcy, dziś wyprzedają się praktycznie w ciągu jednego kwartału.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Dane, które płyną z analiz rynku, są czytelne: popyt rośnie, podaż maleje, a to wpływa na ceny mieszkań. Podam przykłady z lokalnych rynków: porównując dane rok do roku, w drugim kwartale 2021 we Wrocławiu i w Krakowie ogółem sprzedano ponad 1,5 razy tyle mieszkań, a w Gdańsku – aż 4 razy więcej. Wynika to zarówno ze zwiększonego zainteresowania klientów indywidualnych, którzy wolą lokować środki w nieruchomościach niż niskooprocentowanych lokatach, jak i bardzo aktywnego prywatnego sektora nieruchomości na wynajem. Wysoki popyt wpływa na zmniejszenie oferty we wszystkich dużych miastach. Podaż we Wrocławiu zmniejszyła się o 31 proc., a w Poznaniu o 25 proc. r/r. Na rynku warszawskim ogólna oferta na rynku pierwotnym spadła do 9700 mieszkań i jest najniższa od 2007 roku.

Uważnie obserwujemy ogólną sytuację na rynku i widzimy przestrzeń na nowe projekty. Lokujemy je nie tylko na znanych już nam rynkach, ale wchodzimy także na nowe. W tym roku debiutujemy w Trójmieście inwestycją Żeromskiego 7 w Gdyni.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Ostatnio rośnie popyt inwestycyjny na rynku nieruchomości mieszkaniowych, co jest efektem, zarówno zainteresowania dużych podmiotów zagranicznych, jak i zmiany aktywności inwestycyjnej Polaków, którzy przekierowują środki z lokat na inwestycje w nieruchomości. Sądzimy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych w ciągu najbliższych 2 lat będzie się stabilnie rozwijał, nadal popyt będzie lekko przewyższał podaż, że względu na wymogi proceduralne i administracyjne wprowadzania nowych inwestycji.

Przykładowo w Warszawie zwykle deweloperzy oferują mieszkania do wyprzedania na 3 kwartały do przodu, a obecnie oferta skurczyła się na ok. 1 kwartał. To jest bezpośrednia przyczyna wzrostu cen, poza drożejącymi gruntami i materiałami budowlanymi. Bardzo ważne jest zatem, aby samorządy maksymalnie przyspieszyły procedury administracyjne w tym zakresie.

Andrzej Gutowski, wiceprezes, dyrektor Działu Sprzedaży w Ronson Development

W porównaniu do I kwartału 2021 roku najbardziej, bo aż o 14 proc. ceny mieszkań wzrosły w Trójmieście, w Krakowie o 10 proc., a w Łodzi o 7 proc. Jeśli chodzi o cenę za metr kw. to oczywiście prym wiedzie Warszawa, gdzie średnia stawka osiągnęła już 12 tys. zł. Około 10,8 tys. zł/mkw. zapłacimy w Krakowie, a 10,5 tys. zł/mkw. w Trójmieście. W porównaniu z analogicznym kwartałem ubiegłego roku, wzrost średnich cen sprzedanych mieszkań wyniósł od 2 proc. w Poznaniu do ponad 12 proc. w Krakowie.

Na utrzymujący się wzrost cen mają wpływ takie czynniki, jak utrudnienia w zakresie pozyskania pozwoleń na budowę, a tym samym wprowadzenia do sprzedaży nowych inwestycji, ograniczenia w dostępności gruntów w obrębie największych aglomeracji, ale też rosnące koszty materiałów budowlanych i usług.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W prestiżowym Osiedlu Horizon w Gdańsku, gdzie z mieszkań na najwyższych piętrach i z dachów zaprojektowanych jako przestrzeń rekreacyjna, będzie można oglądać panoramę miasta, port i zatokę, średnia cena za metr kw. wynosi ok. 10 tys. zł. Przedsprzedaż lokali w tej inwestycji rozpoczęliśmy w styczniu tego roku. Od tego czasu podrożały o 10 proc. W pierwszym kwartale br. średnie stawki przekroczyły w Gdańsku próg 10 tys. zł za mkw. po raz pierwszy od dekady.

W nowoczesnym mieszkaniowo-biurowo-komercyjnym wieżowcu Hanza Tower w centrum Szczecina średnia cena za mkw. to aktualnie nieco ponad 13,7 tys. zł. Od marca 2020 roku ceny sprzedaży w tej inwestycji nie uległy zmianie. O około 5-8 proc. w porównaniu do cen sprzed marca 2020 roku zdrożały natomiast mieszkania w inwestycji Bliska Wola Tower w Warszawie. Teraz średnia cena za mkw. to ok. 14 tys. zł.

W pierwszej połowie 2021 roku deweloperzy rozpoczęli w Polsce budowę 87,7 tys. mieszkań, co stanowi rekordowy wynik. Chętnych na mieszkania wciąż jest jednak więcej niż dostępnych lokali, w szczególności w Gdyni i w Warszawie, gdzie prawdopodobnie ceny będą rosnąć najszybciej. Wpływ na to mają przede wszystkim drożejące materiały budowlane.

W podwarszawskiej inwestycji Villa Campina stawiamy gotowe do zamieszkania, energooszczędne eko-domy. W ubiegłym roku staraliśmy się utrzymywać atrakcyjne ceny, jednak z uwagi na stale rosnące koszty budowy zmuszeni jesteśmy je podnosić.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Średnie ceny mieszkań sprzedanych na rynku pierwotnym w Warszawie i Trójmieście przekroczyły już odpowiednio 11tys. zł/mkw. i 10 tys. zł/mkw. Mamy do czynienia ze znaczącym zachwianiem równowagi pomiędzy podażą a popytem. Po stronie popytu mamy dalszy wzrost inflacji, brak możliwości oszczędzania na lokatach bankowych czy wzmożoną aktywność funduszy inwestycyjnych budujących portfele przed wprowadzeniem ustawy o REITach. Po stronie podażowej mamy sygnalizowane przez wszystkich deweloperów trudności z uzyskaniem decyzji urzędowych czy znaczące wydłużenie procedur, drastyczny wzrost cen materiałów budowalnych oraz cen gruntów.

Średnia cena mieszkań w ofercie w ciągu ostatniego roku wzrosła w Warszawie o 10 proc., zaś w Trójmieście o 3 proc. Trudności w „produkcji” nowych mieszkań i wzmożony popyt przyczyniają się do znaczącego zmniejszenia oferty. Wszystko to sprawia, że dalszy wzrost cen jest nieuchronny.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Pomimo pandemii zauważalny jest dynamiczny wzrost cen nieruchomości. Jest to związane ze stałą przewagą popytu ponad podażą. Zainteresowanie kupujących przerasta liczbę budowanych i oferowanych lokali. Dane rynkowe wskazują, że trend rosnących cen nadal będzie się utrzymywał, a wzrosty będą następować właściwie w całym kraju. Na przykład, średnia cena mieszkań oferowanych w II kwartale 2021 roku w Trójmieście, na obszarze, gdzie prowadzimy najwięcej projektów deweloperskich wyniosła 10 500 zł/mkw. Najwyższe ceny mieszkań notowane są w Warszawie, gdzie średnia cena za metr kw. przekroczyła 12 000 zł za mkw.

Niezmiennie, najszybciej rosną ceny nieruchomości, które cieszą się największym zainteresowaniem na rynku i najszybciej znajdują swoich nabywców. Są to lokale o powierzchniach od 35 do 50 mkw., zlokalizowane w dzielnicach z dobrze rozwiniętą infrastrukturą. Jak również lokale usytuowane w prestiżowych dzielnicach z dodatkowymi atutami, jak bliskość parku, morza, wspólne przestrzenie do rekreacji.

Mariola Żak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Aurec Home

W pierwszym półroczu bieżącego roku w tych 6 największych miastach sprzedano o 7,2 proc. więcej mieszkań niż w najlepszym do tej pory pierwszym półroczu roku 2017. W większości miast Polski, z wyłączeniem Wrocławia, średnie ceny mieszkań nowo wprowadzanych na rynek wyraźnie wzrosły w porównaniu z poprzednim kwartałem. Od 7 proc. w Łodzi, 10 proc. w Krakowie, aż do 14 proc. w Trójmieście. We Wrocławiu z kolei średnia cena nowej podaży spadła o 9 proc. Przewidywane jest, że jeśli popyt utrzyma się na dotychczasowym poziomie, to w kolejnym kwartale ceny najprawdopodobniej znów wzrosną.

Już w III kwartale 2020 roku średnie ceny za metr kw. w poszczególnych miastach Polski wynosiły następująco: 10.184 zł dla Warszawy, 8.838 zł dla Krakowa, 8.109 zł dla Wrocławia, 7.450 zł dla Poznania i 6.406 zł dla Łodzi.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Ceny oferowanych przez nas mieszkań od dłuższego czasu rosną stabilnie, podobnie jak na całym, poznańskim rynku. Na przełomie kwartałów do oferty wprowadziliśmy nową inwestycję – FIQUS Marcelin, gdzie średnia cena za metr kw. mieszkania to 9 600 zł. W przypadku naszej, drugiej inwestycji – ST_ART Piątkowo, średnia cena to 8300 zł/mkw. W Poznaniu średnia cena ofertowa to 8400 zł/mkw. Popyt nie spada i nic nie zapowiada, by miało to nastąpić. Ogromne zainteresowanie całą naszą ofertą nakazuje sądzić, że ceny w dalszym ciągu będą rosły, niezależnie od lokalizacji. Stabilność tego wzrostu będzie jednak zależała od kształtowania się cen materiałów budowlanych i robocizny oraz dostępności gruntów.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

Średnie ceny mieszkań w Warszawie przekroczyły 12 tys. za mkw. W naszym, nowym Osiedlu Natura 2 średnia cena za mkw. wynosi 5950 zł, zaś w Osiedlu Łomianki 6100 zł, ale w ofercie zostało wyłącznie kilka największych mieszkań z antresolami. Nasze lokale w obu lokalizacjach podrożały średnio 10 proc. r/r.

Wydaje się, że jest jeszcze miejsce na wzrost cen, ale będzie to zależało od sytuacji gospodarczej, stóp procentowych oraz inflacji, która w naszej opinii zmusi Radę Polityki Pieniężnej do powrotu na ścieżkę zacieśniania polityki pieniężnej. Największe wzrosty cen obserwujemy w dużych miastach, szczególnie w Warszawie.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Realizujemy inwestycje wyłącznie na terenie Warszawy. Ceny mieszkań w aktualnej ofercie różnią się w zależności od lokalizacji i dzielnicy. Najtańsze mieszkania za metr kwadratowy mamy obecnie w inwestycji na Białołęce, a najdroższe w projektach realizowanych na Bielanach. W ostatnich miesiącach cyklicznie podwyższaliśmy ceny mieszkań. W konsekwencji stawki są wyższe od kilku do kilkunastu procent w porównaniu z cenami sprzed marca 2020 roku.

Autor: Dompress.pl

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy umożliwiającego budowę domów do 70m2 na zgłoszenie

Przedstawiony przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo budowlane oraz ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym wprowadza do polskiego porządku prawnego rozwiązania pozwalające na budowę domów jednorodzinnych o powierzchni do 70 m2 w ramach procedury tzw. zgłoszenia.

Zdaniem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zaprojektowane rozwiązanie może stanowić odpowiedź na obecne problemy rynku nieruchomości, związane m.in. z ograniczoną podażą nowych mieszkań, rosnącymi cenami nieruchomości, czy też wynikającymi z przewlekłości procesów administracyjnych, które uniemożliwiają sprawną budowę domów.

Ponadto, liberalizacja przepisów dotyczących budowy na zgłoszenie będzie stanowić szansę dla rodzimych firm budowlanych, w tym przede wszystkich tych o lokalnym zasięgu działalności, czy też funkcjonujących w mniejszych miejscowościach.

Mając na uwadze istotne znaczenie projektowanej ustawy, pragniemy przedstawić poniżej uwagi i postulaty dotyczące kluczowych zagadnień, których uwzględnienie znacząco zwiększy jakość projektowanych przepisów i tym samym pozwoli to na ich efektywniejsze stosowanie w praktyce.

Należy wskazać, że zaprojektowane przepisy, które regulują dopuszczalność zabudowy w zależności od wielkości działki są niejednoznaczne i mogą powodować wątpliwości interpretacyjne.

Literalne brzmienie art. 1 ust. 1 lit. a sprawia wrażenie, że aby wybudować jeden dom mieszkalny w ramach projektowanej procedury, powierzchnia działki musi wynosić minimum 1000 m2.

Również uzasadnienie do projektu ustawy nie stanowi wystarczającego objaśnienia, gdyż z jednej strony wskazano w nim, iż przewiduje się wymóg, aby budowane domy do 70 m2 były budynkami wolnostojącymi oraz określa się dopuszczalną gęstość zabudowy wskazując, iż może powstać jeden taki budynek na działce o powierzchni co najmniej 1000 m2.

Dalsza treść uzasadnienia naszym zdaniem pozostaje w sprzeczności z powyższym, gdyż wskazuje ona, że nawet na działce o powierzchni 500 m2 będzie możliwe wybudowanie jednego takiego domu, zaś budowa dwóch takich domów wymaga posiadania działki o powierzchni zabudowy 2000 m2.

Należy mieć na uwadze, że projektowane przepisy mają upraszczać procedurę związaną ze wznoszeniem prostych budynków mieszkalnych, tym samym są one skierowane głównie do osób niezwiązanych z branżą budowlaną, które chciałyby w najprostszy możliwy sposób postawić dom, ograniczając przy tym koszty do minimum. Z tego też powodu, należy wyeliminować wszelkie nieścisłości interpretacyjne, które mogłyby powodować niepewność wśród adresatów konstruowanych przepisów.

ZPP opowiada się w tym zakresie za rozwiązaniem, pozwalającym na budowę pierwszego domu na działce o mniejszej powierzchni niż 1000 m2.

Jak wskazano wcześnie, ogólnie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców pozytywnie ocenia przedstawione regulacje, które umożliwią budowę prostych konstrukcji domów, pozwalając przy tym na minimalizację kosztów. Naszym zdaniem, podjęta inicjatywa będzie skutkowała jeszcze silniejszym wzrostem branży budowlanej, wyrównując przy tym potencjał przychodowy małych i średnich przedsiębiorstw do potencjału i możliwości, jakie mają największe podmioty na rynku, skupione na wielkoobiektowych inwestycjach deweloperskich.

Projektodawca podjął także słuszne kroki co do skrócenia terminu na wydanie decyzji o warunkach zabudowy. Nie sposób zauważyć, że uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy jest często niezbędnym elementem procesu inwestycyjnego i jednocześnie uważanym jest za jedną z najbardziej czasochłonnych procedur administracyjnych, związanych z przygotowaniem inwestycji budowlanej. Natomiast zgodnie z projektem ustawy, w przypadku braku miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, wydanie decyzji o warunkach zabudowy dla obiektów budowanych „na zgłoszenie” ma nastąpić w nieprzekraczalnym terminie 30 dni. Za odpowiednie rozwiązanie uważamy także wprowadzenie kary pieniężnej za przekroczenie ww. terminu, wymierzanej przez organ wyższego stopnia, gdyż może to doprowadzić do realnego skrócenia czasu trwania postępowań w tym zakresie.

Z uwagi na pozytywny wydźwięk przygotowanego projektu, ZPP apeluje do Ministerstwa Rozwoju i Technologii o sprawne procedowanie niniejszej inicjatywy oraz o jak najszybsze skierowanie jej do Sejmu celem dalszych prac legislacyjnych.

Intensywność zmian klimatycznych jest poza skalą

Zmiany klimatyczne szybko przybierają na intensywności i skali. Tylko w ostatnich tygodniach świat ogarnęła seria rekordowych klęsk żywiołowych. W Chinach i Europie Zachodniej miały miejsce poważne powodzie, w niektórych obszarach niespotykane od kilkuset lat, w Kalifornii trwa największy pożar w historii o powierzchni blisko 2 tys. km kw., czyli ponad dwa razy większy niż Nowy Jork, a w pobliżu Szanghaju uderzył tajfun In-fa, przez który ewakuowano 500 tys. osób.

Ekstremalne warunki pogodowe występują już na wszystkich kontynentach, a ich skala i dynamika przybiera dotąd niespotykany poziom. Niemcy, Belgia i Holandia są regionami najbardziej dotkniętymi nagłymi powodziami. Tylko u naszego zachodniego sąsiada największa od 300 lat powódź spustoszyła wiele regionów i pozbawiła życia blisko 180 osób powodując straty rzędu 4-5 mld Euro. Z drugiej strony panują susze, wywołujące trudne do opanowania pożary rozprzestrzeniające się na ogromnych obszarach. W samej Grecji płomienie strawiły obszar ok. 1500 km², czyli porównywalny do tego, który zajmuje Puszcza Białowieska. W czerwcu w Kanadzie, w Kolumbii Brytyjskiej pobity został rekord temperatury – słupki rtęci wskazały aż 49,6°C. Klimatolodzy uwzględniający globalne ocieplenie uważają, że intensywność tych zjawisk jest poza jakąkolwiek skalą.

Nie ma planety B, a od dawna zachowujemy się tak, jakby Ziemia miała niczym nieograniczone środki. To właśnie w efekcie działań człowieka, nasza planeta ogrzewa się w tempie niespotykanym od co najmniej 2000 lat. Nie możemy już mieć złudzeń, że są to zmiany wynikające z naturalnych czynników. Najnowszy raport Międzyrządowego Panelu do spraw Zmian Klimatu (IPCC) pokazuje, że jednoznacznie to ludzie odpowiadają za całe globalne ocieplenie, które wyzwala te często już nieodwracalne skutki.

Zaburzona równowaga energetyczna

Zmiany te są efektem zaburzenia równowagi energetycznej w systemie klimatycznym, ponieważ, jak pokazują badania, stężenie atmosferyczne CO2 było w 2019 r. wyższe niż kiedykolwiek w ciągu co najmniej 2 milionów lat. Stężenie dwóch kolejnych gazów cieplarnianych, czyli metanu i podtlenku azotu miało najwyższy poziom w ciągu ok. 800 000 ostatnich lat.

Autorzy raportu IPCC wskazują również, że bez podjęcia natychmiastowych globalnych działań, średnie temperatury na świecie wzrosną o 1,5 stopnia C w ciągu najbliższych 20 lat. Jeśli granicę tę przekroczymy, skutki będą katastrofalne i to w dosłownym tego znaczeniu.

Nadzieja w działaniu

W obliczu takiej skali zmian może się wydawać, że już nic od nas samych nie może zależeć, a jak stwierdził jeden ze współzałożycieli organizacji WWF, Sir Peter Scott „Nie ocalimy wszystkiego, co byśmy pragnęli. Ale uratujemy o wiele więcej niż mogłoby ocaleć, gdybyśmy w ogóle nie podjęli naszych starań”. Suma, z pozoru małych działań każdego z nas, z pewnością może pomóc w zwalnianiu tempa klimatycznych zmian. Musimy zdawać sobie sprawę, że każda nasza aktywność generuje ślad węglowy i poprzez odpowiednie wybory możemy go zmniejszać, choćby korzystając z komunikacji miejskiej, a nie z samochodu. Również wszystkie produkty wywierają swój wpływ na środowisko, a miernikiem tego jest LCA, czyli środowiskowa ocena cyklu życia — od procesu produkcji aż do pełnego ich zużycia, utylizacji czy recyklingu. Decydując, które produkty wybieramy lub których używanie minimalizujemy, mamy wpływ na poziom ingerencji w środowisko.

 

Nie możemy przechodzić obojętnie obok tego, co dzieje się wokół nas w kontekście środowiskowym. Powinniśmy każdego dnia wiedzieć o tym, że my również poprzez odpowiednie działania i mądre wybory mamy wpływ na stan środowiska naturalnego. Dlatego tak istotne jest prawidłowe segregowanie odpadów, oszczędzanie wody i energii, racjonalizowanie konsumpcji i niemarnowanie żywności – mówi Anna Urbańska, koordynatorka kampanii edukacyjnej #rePETujemy.

Zmiana podejścia

Narzędziem naprawczym dla postępujących zmian klimatycznych jest dążenie do „zeroemisyjności”, czyli równowagi między emisjami CO2 a jego pochłanianiem z atmosfery. Taka transformacja będzie możliwa przy gruntownym przebudowaniu naszego podejścia w wymiarze społecznym i gospodarczym. Niezbędne są zmiany w zakresie energetyki, całych systemów ekonomicznych i przemysłowych, technologii czy też transportu. Zegar tyka, nie pozostawiając nam wszystkim większego wyboru. 

Słabe hasła gubią Polaków – 10 najczęściej używanych haseł w Polsce

Nie wierzymy, że instytucje chronią nasze dane osobowe. Jednocześnie sami też nie wiemy, co należy zrobić, by utrudnić ich wyciek. Oto najważniejsze błędy, jakie Polacy popełniają w sieci.

W sprawie bezpieczeństwa naszych danych i tożsamości w sieci, nie ufamy prawie nikomu. Polacy nisko oceniają nie tylko kompetencje swoich rodaków, ale przede wszystkim instytucji. Według niedawnego badania Mediacom, tylko co drugi Polak (54%) ufa przynajmniej jednej instytucji (np. rząd, Unia Europejska, prywatne firmy czy dostawcy internetu). Paradoksalnie, to właśnie dostawcom usług wierzymy najbardziej (36%), władze krajowe i UE wypadają gorzej (33%).wykres-1-zaufanie-Polakow wykres-2-srodki-ochrony-prywatnosci

Czy należy się temu dziwić? Wycieki wrażliwych danych notują czołowe instytucje, w tym ministrowie czy nawet Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Trudno o tydzień bez informacji o włamaniach na konta lub wyciekach całych baz danych. Pandemia to prawdziwe żniwa dla hakerów, ponieważ przenieśliśmy do sieci więcej pracy i prywatności, w tym informacje medyczne.

W tej atmosferze nie dziwi, że ankietowani mają obawy, co dzieje się z ich danymi. Choć w ogromnej większości deklarujemy, że bezpieczeństwo w sieci jest dla nas ważne (86%), to niewiele ponad jedna czwarta uważa, że ma wystarczającą kontrolę nad swoimi danymi (28%). Prawie dwóch na pięciu ankietowanych (38%) bezradnie przyznaje, że nie ma odpowiedniej lub żadnej kontroli nad posiadanymi danymi. Co nas gubi w sieci?

Słabe hasło to początek problemów

Z roku na rok rośnie liczba miejsc, w których potrzebujemy hasła. To już nie tylko skrzynki e-mail, portale społecznościowe i zakupowe, ale również banki i urzędy. Niestety, chcąc ułatwić sobie zapamiętywanie kolejnych kont, stosujemy te same hasła i ignorujemy zalecenia, by regularnie je zmieniać.

Niepokojących dowodów dostarcza analiza haseł z bazy danych Surfshark Alert. Wśród 10 najczęściej używanych haseł w Polsce wszystkie są bardzo słabe:

  • 123456
  • 123456789
  • qwerty
  • 12345
  • Groupad2013
  • 1234
  • hasło
  • Bajaonel12
  • 111111
  • 12345678

Lista musi niepokoić, ponieważ hasła składające się z prostej sekwencji cyfr są masowo stosowane od lat, pomimo apeli o ich zmianę. Niestety, tylko co czwarty ankietowany (24%) był w stanie podać przykład silnego hasła, choć aż dwie trzecie (!) z nas uważa, że używamy wystarczająco silnych haseł. Tymczasem słabe hasło to najprostszy sposób, by stracić dostęp do konta, a stamtąd wpuścić hakera do innych sfer życia.

Nie stosujemy dodatkowych zabezpieczeń

Aż jedna na 20 pytanych osób nie wskazała żadnego zabezpieczenia, z jakiego korzysta podczas aktywności w internecie. Nawet najstarszy znany sposób, czyli program antywirusowy, jest stosowany tylko przez 71% ankietowanych Polaków.

Średnio dwóch na pięciu pytanych deklaruje czyszczenie historii w przeglądarce (41%), unikanie połączeń z publicznymi sieciami Wi-Fi (40%) oraz zwiększanie prywatności swoich kont w serwisach społecznościowych (40%). Co trzeci ankietowany usuwa lub blokuje pliki cookies lub korzysta z programów blokujących reklamy (po 32%).

Co piąty ankietowany podczas surfowania w sieci korzysta z trybu incognito w przeglądarce (22%), natomiast korzystanie z usług VPN deklaruje tylko 13% pytanych.

O danych przytoczonych w tekście: Badanie przeprowadzono z udziałem 1124 respondentów w wieku od 18 do 64 lat w formie ankiety internetowej (metodą CAWI). Celem badania było poznanie opinii polskich internautów z różnych grup (według miejsca zamieszkania, płci, wykształcenia, dochodów i wieku) na temat bezpieczeństwa i prywatności w sieci. Badanie przeprowadziła firma Mediacom na zlecenie Surfshark.

Pracowników sezonowych jest za mało, więc pracują do oporu. Niektórzy 18 godzin na dobę

Ten sezon wakacyjny nie przynosi – póki co – wielkiej ilości skarg na pracodawców, którzy nie płacą na czas lub zawierają z pracownikami nieuczciwe umowy. Pojawiają się jednak inne problemy, które są zgłaszane do stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. W tym sezonie bardzo poważnym problemem są konsekwencje niedoborów kadrowych, szczególnie w lokalach gastronomicznych, kawiarniach, pubach oraz obiektach handlowych ulokowanych w pasie nadmorskim i miejscowościach turystycznych. – Brakuje rąk do pracy, więc pracodawcy wyciskają jak cytrynę tych pracowników, którzy są na miejscu. Skarg jest sporo, bo niektórzy mówią wprost, że czują się wykorzystywani. Praca sezonowa nie powinna trwać 18 godzin na dobę, a takie historie są nam przytaczane – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

„Musisz pracować do oporu, bo nie ma rąk do pracy”

Sezon letni 2021 to czas bardzo specyficzny dla stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom – problemy z ubiegłych sezonów, czyli nieuczciwe umowy czy brak wypłat wynagrodzeń jakby zniknęły, stanowią zaledwie… ułamek procenta wszystkich wiadomości jakie otrzymujemy. Pojawiają się jednak zupełnie inne, czasem bardzo poważne problemy.

– W kurortach brakuje rąk do pracy. Szacunkowo gastronomia byłaby w stanie z miejsca zatrudnić kilkanaście tysięcy osób gotowych do podjęcia pracy. Podobnie jest w hotelarstwie czy w usługach. Niestety im mniej pracowników, tym więcej pracy dla tych, którzy są na miejscu. Otrzymujemy bardzo dużo sygnałów o przepracowanych kucharzach i kelnerkach. Pojawiają się skargi o to, że ilość nadgodzin jest tak wielka, że pracownicy rezygnują z zatrudnienia, bo nie są w stanie sprostać oczekiwaniom pracodawcy – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Przykładów jest niestety z każdym tygodniem coraz więcej: – Mieliśmy przykład skarg od kelnerki, która w umowie miała pracę do północy, a skarżyła się, że przez cztery noce pracowała do 3-4 nad ranem, a następnego dnia miała zaczynać pracę o godzinie 11:00. Takich sytuacji jest dużo, bo pracowników brakuje, a nie brakuje turystów. Więc klientów jest tak wielu, że pracownicy nie są w stanie wszystkich obsłużyć. Problem zgłaszają także często kucharze, którzy pracują po 5-6 dni bez przerwy po kilkanaście godzin. Sytuacja jest dramatyczna – mówi Prezes Marczulewska.

Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom przyznaje, że pracodawcy proponują pracownikom pieniądze za nadgodziny, często nawet wyższe niż standardowe uposażenie, ale to przy takim natłoku pracy za mało: – Zgłoszenia do nas nie dotyczą zwykle pieniędzy, a ogólnego poczucia presji, że musisz pracować do oporu, bo nie ma rąk do pracy – dodaje.

„Dyskontowy Armageddon”? W sklepach w kurortach turystycznych pracuje zbyt mało osób, by zapewnić dobrą obsługę klientów

Do stowarzyszenia dociera także dużo sygnałów na temat tego, że coraz więcej pracy jest również w marketach i dyskontach. Szczególnie tych ulokowanych w galeriach handlowych. Jak czytamy w jednej ze skarg, która trafiła do stowarzyszenia, nad morzem sytuacja w niektórych sklepach to prawdziwy armageddon: – Nie jest to zależne od tego, czy sklepy handlują w niedzielę czy nie. Turystów jest tak gigantyczna ilość, że w sklepach tworzą się gigantyczne kolejki. Co ciekawe, skarg mamy dużo zarówno znad morza jak i na przykład z miejscowości górskich. Pracownice popularnych sklepów mówią, że jest ich zbyt mało, by zapewnić płynną obsługę w sklepach. W niektórych skargach pojawiają się informacje o ogromnych kolejkach, braku czasu na wyładunek towaru, a nawet informacje o stłuczkach na parkingach. Jedna z Pań napisała, że nie jest nadzorcą ruchu, a stłuczki czy blokady na parkingach zdarzają się kilka razy dziennie – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Polacy pewni swojej przyszłości!

Dane ZUS dotyczące liczby zwolnień lekarskich w 2020 roku, pokazują, że pandemia w znacznym stopniu osłabiła kondycję psychiczną Polaków. Jak wynika z badania firmy ADP „People at Work 2021: A Global Workforce view”, nie odbiło się to jednak na ich poczuciu wartości zawodowej. Aż 88 proc. polskich pracowników uważa, że posiada umiejętności, które pomogą im odnieść sukces zawodowy. Ponadto aż 7 na 10 Polaków patrzy na swoją karierę optymistycznie w perspektywie następnych 5 lat!

W wyniku pandemii COVID-19 na całym świecie zmienił się stopień optymizmu wśród pracowników. Jednak mimo obaw działów HR, ich pozytywne nastawienie do przyszłości wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Firma ADP przeprowadziła badanie „People at Work 2021: A Global Workforce view” wśród blisko 33 tys. pracowników z 17 krajów, w tym Polski, sprawdzając, jak pracownicy postrzegają swoje możliwości zawodowe w perspektywie następnych kilku lat.

Optymiści prosto z Polski

Pandemia w znacznym stopniu zachwiała rynkiem pracy oraz była dla pracowników okresem bardzo wymagającym pod wieloma względami. Dla niektórych, okazała się jednak czasem rozwoju – zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Z badania ADP „People at Work 2021: A Global Workforce view” wynika, że 76 proc. Polaków jest optymistycznie nastawionych pod względem zawodowym w perspektywie kolejnych pięciu lat. Dla porównania wskaźnik ten w Europie wynosi o 4 proc. mniej (72 proc.). Nie dziwi jednak fakt, że w stosunku do danych sprzed pandemii optymizm odnotował spadek. Blisko rok temu wynosił on odpowiednio 82 proc. dla Polski i 84 proc. dla Europy. Popyt na usługi cyfrowe i przyspieszona digitalizacji sprawiły również, że w momencie przejścia firm na formę pracy zdalnej, najbardziej pożądanymi specjalistami stali się wykwalifikowani programiści. W badaniu widoczny jest ich duży optymizm (85 proc.), który związany jest z możliwymi zmianami w branży IT oraz kolejnymi szansami na rozwój i polepszeniem statusu zawodowego.

Według danych Eurostatu, poziom bezrobocia w maju 2021 r. wyniósł zaledwie 3,8 proc. oznacza to, że nasz kraj znalazł się wśród pięciu państw cechujących się najmniejszym odsetkiem osób bez pracy w całej Unii. Mimo początkowych obaw i spodziewanego drastycznego wzrostu liczby osób bezrobotnych, w czerwcu na polskim rynku pracy było tylko milion osób niezatrudnionych. Tak dobre wyniki opublikowane przez GUS napawają optymizmem nie tylko pracodawców, ale także pracowników, którzy nie martwią się
o stabilność swojego zatrudnienia. Ponadto można również zauważyć, że w niektórych zawodach toczy się prawdziwa walka o specjalistów
– twierdzi Anna Barbachowska, HR Business Partner ADP Polska

Pewność siebie to podstawa

Stosunkowo duży optymizm Polaków może wynikać z faktu, że stają się oni coraz bardziej pewni siebie. Według raportu ADP, ponad 8 na 10 ankietowanych (88 proc.) uważa, że posiada umiejętności zawodowe, które pomogą im odnieść sukces zawodowy. Prym w tej kategorii wiodą polscy Milenialsi (90 proc.), którzy o 4 proc. wyprzedzają w tej kwestii całą Europę (86 proc.). Ponadto prawie co druga (44 proc.) z zapytanych osób sądzi, że w przypadku utraty pracy znalazłaby inną, tak samo dobrze płatną. Optymizm widoczny jest również w 5 największych polskich miastach, gdzie prawie polowa ankietowanych twierdzi, że znalazłoby posadę, która będzie dawać im satysfakcję.

Mimo, że pandemia w istotny sposób wpłynęła na zmiany na rynku zawodowym, Polacy wciąż są przekonani o swoich wysokich kwalifikacjach i umiejętnościach. Początkowa reorganizacja trybu pracy stanowiła dla nich wyzwanie, jednak, gdy już oswoili się z takim systemem pełnienia obowiązków, szybko przystosowali się do nowych reguł i doskonale sobie poradzili w nowej rzeczywistości. Ekspresowa adaptacja sprawiła, że polscy pracownicy na nowo zaczęli wierzyć w swoje umiejętności – dodaje Barbachowska.

Polski Ład uderzy samorządy po kieszeni?

Ministerstwo Finansów promuje ryczałt ewidencjonowany jako najbardziej korzystną formę opodatkowania w Polskim Ładzie. Jednak jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo przechodzić na ryczałt, będzie to duży problem dla samorządów. Podatek ten trafia bowiem wyłącznie do budżetu państwa i jest rozliczany centralnie. Samorządy nie dostają z niego żadnych środków. Dla wielu z nich może to oznaczać problemy finansowe.

Kiedy podatnik rozlicza się z fiskusem za pomocą podatku liniowego lub skali podatkowej, około połowa tych środków trafia do samorządów: gmin, które otrzymują z puli ok. 40%, powiatów i województw. Przejście przedsiębiorców na ryczałt znacząco zmniejszy więc budżety samorządów. W dodatku w ramach Polskiego Ładu rząd planuje zawieszenie karty podatkowej, z której całość środków trafia do budżetu gminy.

Zwiększenie kwoty wolnej od podatku wpłynie na samorządy

Istotnym problemem dla samorządów będzie też podniesienie drugiego progu podatkowego i kwoty wolnej od podatku. Są to zmiany bardzo potrzebne i wpisujące się w społeczne oczekiwania, zwłaszcza w kontekście rosnących z roku na rok pensji. Jednak dla jednostek samorządowych może oznaczać to niższe wpływy i dodatkowe osłabienie budżetu, nadszarpniętego już przejściem podatników na ryczałt. Według zapowiedzi rządu na tych zmianach skorzystać ma bowiem blisko 18 mln podatników, w tym przede wszystkim ci, którzy rozliczają się na zasadach ogólnych. A to oni głównie zasilają budżety gmin.

Polski Ład obniży dochody gmin

Przez pryzmat zapowiadanych zmian można powiedzieć, że rząd odbiera samorządom ogromne środki, a nie daje w zasadzie nic w zamian. Doprowadzi to do centralizacji budżetu i dopłat dla gmin. W związku z tym niektóre z nich będą miały mniejsze możliwości rozwoju. Po zmianach podatkowych dziury w budżetach samorządowych mogą się powiększać, co negatywnie wpłynie m.in. na prowadzone przez gminy inwestycje.

Sytuację pogarsza fakt, że bieżące wydatki samorządów rosną w zastraszającym tempie. Jest to spowodowane m.in. wysoką inflacją oraz gwałtownie rosnącymi cenami zleconych wcześniej usług budowlanych. Skala tego ubytku jest obecnie trudna do oszacowania, ale z pewnością będzie znacząca. Zmiany wydatnie ograniczą możliwości rozwoju samorządów, a brak pieniędzy najmocniej odczują mieszkańcy, do których przecież należą środki.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Czas SaaS

Małe i średnie firmy z Polski coraz chętniej korzystają z usług chmurowych. Z szacunków Grupy AB – rynkowego lidera – wynika, że firmy oferujące tego typu usługi w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły sprzedaż o ponad 50 procent. Według prognoz firmy badawczej Gartner wartość globalnego rynku usług chmurowych tylko w tym roku wzrośnie o 20 procent i przekroczy 300 mld dolarów.

Zainteresowanie usługami chmurowymi wśród małych i średnich firm zdecydowanie wzrosło w czasie pandemii. Dynamiczna sytuacja na rynku zaskoczyła również przedsiębiorców, którzy musieli w bardzo krótkim czasie przeorganizować system pracy w swoich firmach i sięgnąć po odpowiednie narzędzia. Część z nich zdecydowała się wdrożyć usługi chmurowe, pomimo wcześniejszych obaw o oferowany model licencyjny i złożony proces wdrożenia. Nowi klienci bardzo szybko przekonali się, że korzystanie z usług chmurowych, dzięki stosowanemu modelowi subskrypcyjnemu, jest elastyczne i komfortowe. Pozwala nie tylko obniżać koszty działalności, ale też bardzo szybko reagować na potrzeby rynkowe i zwiększać przewagę nad konkurencją.

– Dużo większa liczba klientów na polskim rynku zdała sobie sprawę, że może wykorzystać oprogramowanie chmurowe podczas pracy w trybie zdalnym. Rozwiązanie to pozwala pracownikom po otrzymaniu zgody pracodawcy na korzystanie z licencji firmowych na prywatnym sprzęcie. Dzięki temu zachowują oni bezpieczny, uwierzytelniony dostęp do firmowych danych poza biurem – mówi Sławomir Terlecki, Software Business Unit Manager z AB S.A, największego polskiego dystrybutora sprzętu IT.

W niektórych sektorach, takich jak handel i usługi, rozwiązania chmurowe w czasie pandemii pozwoliły przetrwać wielu firmom i tym samym ochronić miejsca pracy. Przedsiębiorcy, którzy prowadzili jedynie sprzedaż stacjonarną, w bardzo krótkim czasie musieli rozpocząć działalność w sieci. Z kolei firmy, które już świadczyły swoje usługi w modelu e-commerce, dzięki elastyczności narzędzi chmurowych, mogły z dnia na dzień zwiększać sprzedaż i precyzyjnie kontrolować swoje koszty. Usługi chmurowe pozwalają sklepom internetowym skalować moc swoich serwerów na czas wzmożonej aktywności konsumentów – np. podczas okresu świątecznego, czy choćby zwiększonego zainteresowania zakupami online podczas lockdownu. Między innymi dlatego rozwiązanie to jest korzystne dla małych i średnich przedsiębiorstw, które mogą elastycznie dostosować koszty prowadzenia działalności do przychodów i skalować rozwiązania w zależności od zapotrzebowania.

Według danych z raportu PRM Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2020. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2020-2025 w ostatnich 5 latach nastąpił ponad dwukrotny wzrost odsetka MŚP korzystających z przetwarzania danych w chmurze (z 10 proc. w 2015 r. do 23 proc. w 2020 r.). Głównym powodem wdrażania tego typu rozwiązań w małych i średnich przedsiębiorstwach jest zwiększenie skalowalności i dostępu mocy obliczeniowej (54 proc.). Firmy wskazują także na optymalizację kosztów (51 proc.) oraz swobodne zarządzanie dostępem do aplikacji i mocy obliczeniowej w chmurze (51 proc.).Subskrypcje jako model biznesowy

Z danych firmy badawczej Gartner wynika, że model SaaS (Software as a Service) to blisko 40 proc. wartości całego rynku usług chmurowych. Wśród tego typu rozwiązań są choćby popularne aplikacje biurowe jak Microsoft 365 oraz systemy CRM i ERP. Segmentem, który zwłaszcza w czasach pandemii COVID-19 zyskuje największą popularność, są komunikatory i aplikacje do koordynacji pracy grupowej m.in.  Microsoft Teams. Co istotne, rozwiązania te – przy zachowaniu odpowiednich zasad – nie tylko upraszczają pracę, ale także zwiększają bezpieczeństwo przedsiębiorstwa.

– W modelu chmurowym za bezpieczeństwo narzędzi odpowiada producent i dostawca rozwiązań, co istotnie wpływa na komfort pracy i obniża koszty. Zaletą rozwiązań chmurowych jest też to, że nie ma problemów z kompatybilnością usług wstecz, a dostawca dokonuje aktualizacji na bieżąco – dodaje Sławomir Terlecki, podkreślając, że za rozwój branży IT w dużej mierze będzie odpowiadać właśnie obszar rozwiązań chmurowych. – Wielu dużych producentów oprogramowania IT, jak choćby Microsoft, zaczynało od oferowania oprogramowania w formie licencji wieczystych. Dziś producenci odchodzą od tego modelu, inwestując duże nakłady finansowe i organizacyjne w opracowywanie rozwiązań opartych na chmurze, które to rozwiązania są łatwo dostępne zarówno dla użytkowników indywidualnych, jak i firm – podsumowuje ekspert AB S.A.

Darowizny na walkę ze skutkami pandemii COVID-19 a podatki

Pandemia COVID-19 zmieniła znacząco funkcjonowanie całego społeczeństwa. Na znaczeniu zyskały idee solidaryzowania się z osobami dotkniętymi skutkami COVID-19. Także Ministerstwo Finansów wyszło z inicjatywą, jaką jest umożliwienie przedsiębiorcom odliczenia kwot darowizn przekazanych w związku ze skutkami COVID-19. Polski ustawodawca wprowadził jednak szereg wyjątków i ograniczeń, zarówno przedmiotowych, dotyczących samego przedmiotu darowizny, jak i podmiotowych, czyli podmiotów obdarowanych. Istotne jest, aby przedsiębiorca decydujący się na dokonanie darowizny ze względów podatkowych znał konsekwencje dokonania darowizny, które dodatkowo uzależnione są od daty jej dokonania.

Darowizny na walkę ze skutkami pandemii COVID-19

Zgodnie z art. 52n ustawy o PIT od dochodu można odliczyć darowizny pieniężne oraz rzeczowe przekazane na rzecz podmiotów świadczących opiekę zdrowotną (znajdujących się w specjalnym wykazie opracowanym przez właściwego miejscowo dyrektora NFZ), Agencji Rezerw Materiałowych, na cele statutowe Centralnej Bazy Rezerw Sanitarno-Przeciwepidemicznych, na rzecz noclegowni, rodzinnych domów pomocy, domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży, schronisk dla osób bezdomnych, ośrodków wsparcia, domów pomocy społecznej oraz Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. W powyższym zakresie mamy do czynienia jedynie z ograniczeniem podmiotowym, tj. ustawodawca wskazał podmioty, które w jego ocenie wymagają szczególnego wsparcia, dlatego przedsiębiorcy mogą odliczyć wartość przekazanych darowizn.

Darowizny sprzętu komputerowego

Pandemia COVID-19 spowodowała także przejście w tryb zdalny szkolnictwa dzieci i młodzieży. System był nieprzygotowany technicznie. Występowały też duże braki w dostępie do sprzętu komputerowego. Stąd też ustawodawca zdecydował się wesprzeć ten obszar poprzez umożliwienie odliczenia darowizn sprzętu komputerowego określonych parametrów (ograniczenie przedmiotowe) oraz na rzecz określonych podmiotów (ograniczenie podmiotowe).

Odliczeniu od dochodu podlegają darowizny komputerów, laptopów oraz tabletów, które są zdatne do użytku, kompletne, a data ich produkcji nie jest starsza niż 3 lata od daty darowizny. Ponadto darowizna powinna zostać dokonana na rzecz organów prowadzących placówki oświatowe czy organizacji wykonujących działalność społecznie użyteczną, niedziałającą dla zysku.

Oznacza to, że przedsiębiorcy chcący przekazać sprzęt komputerowy celem walki ze skutkami pandemii COVID-19 powinni przeanalizować beneficjenta tego sprzętu pod kątem możliwości odliczenia takich darowizn.

Ograniczenia i dokumentacja

Należy pamiętać, że aby przedsiębiorcy mogli odliczyć od dochodu darowizny, nie mogą one zostać zwrócone w jakiejkolwiek formie oraz nie mogą być uprzednio zaliczone do kosztów uzyskania przychodów lub odliczone od przychodu na podstawie przepisów o zryczałtowanym podatku dochodowym czy uprzednio odliczone od dochodu w jakiejkolwiek formie.

Podobnie jak w przypadku tradycyjnych darowizn, podstawowym dokumentem przy darowiźnie pieniężnej jest dowód wpłaty na rachunek obdarowanego. W przypadku darowizny rzeczowej istotne jest posiadanie dokumentu poświadczającego dane darczyńcy, wysokość darowizny wraz z oświadczeniem o jej przyjęciu.

Wysokość ulgi

W przypadku darowizn dokonanych w związku z COVID-19 obowiązują szczególne zasady odliczenia takiej darowizny, które odbiegają od standardowego rozliczenia darowizny i są różne w zależności od daty dokonania darowizny. W przypadku darowizn przekazanych do końca kwietnia 2020 r. podatnik może odliczyć 200% wartości darowizny, a przy darowiznach przekazanych w maju 2020 r. – już 150% wartości darowizny. Z kolei w przypadku darowizn przekazanych od 1 czerwca 2020 r. do 30 września 2020 r. można odliczyć tylko wartość przekazanej darowizny. W przypadku darowizn przekazanych od 1 października 2020 r. do 31 grudnia 2020 r. można znowu odliczyć 200% wartości darowizny, za okres od 1 stycznia 2021 r. do 31 marca 2021 r. już tylko 150%, a od 1 kwietnia 2021 r. jedynie wysokość dokonanej darowizny. Jak więc widać, bardzo istotna jest data dokonania darowizny, która determinuje wysokość dokonanego odliczenia.

Darowiznę można odliczyć w trakcie roku podatkowego przy obliczaniu zaliczek na podatek czy obliczaniu miesięcznego ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Ponadto kwotę darowizn wykazuje się w odpowiednim zeznaniu rocznym wraz z danymi pozwalającymi na identyfikację obdarowanego.

Darowizna osocza

W przypadku darowizny osocza odliczenie przysługuje podatnikom, którzy przeszli COVID-19 w 2020 r. i zdecydowali się na honorowe przekazanie osocza. W przypadku darowizny osocza zastosowanie znajdują standardowe warunki odliczenia, czyli wysokość ulgi zależy od ilości przekazanego osocza oraz kwoty ustalonego ekwiwalentu pieniężnego, która to kwota w obecnej chwili wynosi 130 zł za litr osocza nie więcej niż 3 250 zł rocznie. Darowizna osocza wymaga potwierdzenia z jednostki dokonującej pobrania krwi lub osocza.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Victoria Abramova zastępuje Macieja Wysockiego na stanowisku Prezesa Zarządu Mars Polska

Victoria Abramova została nową Prezes Zarządu Mars Polska sp. z o.o. (odpowiedzialną za segment Mars Wrigley), zastępując na tym stanowisku Macieja Wysockiego, który pełnił tę funkcję przez ostatnie lata.

Victoria Abramova posiada ponad 19-letnie doświadczenie w obszarach sprzedaży, marketingu oraz zarządzania, zdobyte w sektorze FMCG na różnych rynkach. Swoją karierę rozpoczęła od pracy w L’Oréal, w którym po kilku latach została Dyrektorem Generalnym działu Active Cosmetics w Rosji. W 2014 roku dołączyła do Mars Central Eurasia & Belarus jako dyrektor kategorii czekolady i produktów dla zwierząt domowych, a następnie w 2017 roku została dyrektorem zarządzania kategorią i marketingu dla Mars Wrigley w Wielkiej Brytanii.

Z firmą Mars jestem związana od 2014 roku, a każda rola była dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Kultura firmy, jej cele oraz wartości zdefiniowane przez Pięć Zasad są podstawą wszystkich moich działań i dają mi niekończącą się motywację do osiągania jak najlepszych wyników. Wierzę w autentyczne przywództwo i wyjątkową moc bycia sobą w pracy. Nie mogę się doczekać, aby angażować, rozwijać oraz inspirować nasz zespół w Polsce. Chciałabym, abyśmy byli możliwie najlepszymi partnerami dla naszych kontrahentów  handlowych, a przede wszystkim sprawiali radość naszymi wspaniałymi produktami jak największej liczbie polskich konsumentów. Jestem pewna, że wspólnie będziemy wspierać Mars Wrigley w dalszym rozwoju – komentuje Victoria Abramova, nowa Prezes odpowiedzialna za Mars Wrigley w Polsce. Patrzę na polski rynek, jak na miejsce, gdzie czekolady, batony, lody, gumy i miętusy – a więc wszystko, co oferuje Mars Wrigley – mają fantastyczne persektywy wzrostu. Mamy już wiele wspaniałych osiągnięć, a przed nami wciąż ogrom szans dla rozwoju – dodaje.

Jestem niezwykle dumny z  drogi jaką Mars Wrigley przeszedł w Polsce w ciągu ostatniej dekady. Z optymizmem patrzę w przyszłość i nie mam wątpliwości, że tak wspaniały zespół ludzi będzie odnosił kolejne sukcesy. Wszystkie nasze działania zawsze cechowała  kreatywność, ambitne lecz realistyczne cele, a przede wszystkim niesamowita energia i zapał naszych Współpracowników. To oni zawsze byli i są inspiracją do działania – bez względu na to, gdzie wykonują swoją pracę: w Janaszówku, Poznaniu, Warszawie czy też w zespole sprzedaży terenowej w całej Polsce. Bardzo się cieszę, że ten fantastyczny biznes przejmie teraz Victoria, którą osobiście bardzo cenię i znam od wielu lat. Jestem przekonany, że pod jej przywództwem biznes Mars Wrigley, tak jak i obroty całej branży, w której operujemy, będą szybko rosnąć. Równocześnie – co jest charakerystyczne dla kultury Mars – nasi Współpracownicy będą ciągle  mieli  możliwości do doskonalenia się i rozwoju – mówi Maciej Wysocki, dotychczasowy Prezes Zarządu Mars Polska odpowiedzialny za segment Mars Wrigley.

Podczas swojej 18-letniej kariery w firmie, Maciej Wysocki był szeroko docenianym liderem biznesu Mars Wrigley w Polsce, Europie i na globalnych rynkach wschodzących, zajmując różne stanowiska w obszarach sprzedaży, rozwoju biznesu i zarządzania. Przez ostatnie kilka lat był również odpowiedzialny za koordynację działań wszystkich biznesów Mars Inc. w Polsce. Maciej i Victoria będą współpracowali, aby zapewnić płynne przekazanie polskiego biznesu Mars Wrigley nowej Prezes Zarządu w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

Jeździsz e-hulajnogą? Pamiętaj o przestrzeganiu nowych przepisów!

Od 20 maja obowiązują nowe przepisy dotyczące korzystania z hulajnóg elektrycznych i od tego czasu są one traktowane jako pojazdy. Ich użytkownicy muszą przestrzegać bardzo precyzyjnych zasad poruszania się, co bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo ich samych jak i innych uczestników ruchu drogowego, w tym oczywiście pieszych. Podsumujmy najważniejsze z nich.

Kto może jeździć e-hulajnogami?

E-hulajnogami na drogach publicznych poruszać może się każdy, kto ukończył 18 lat. Młodsi muszą legitymować się kartą rowerową lub prawem jazdy kategorii AM, A1, B1 lub T.

Jezdnia, ścieżka rowerowa, a może chodnik?

Przed wdrożeniem przepisów nie było oczywiste, po jakich drogach i trasach można poruszać się hulajnogami elektrycznymi, a ich użytkownicy w myśl kodeksu traktowani byli na równi z pieszymi. Teraz zobowiązani jesteśmy do jazdy w pierwszej kolejności po jezdni, ale wyłącznie takiej, na której obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h. Jeśli jej nie ma, wówczas kierujemy się na ścieżki rowerowe lub pas ruchu dla rowerów. Po chodnikach dla pieszych przemieszczamy się w ostateczności. W tym przypadku musimy pamiętać, że piesi zawsze mają pierwszeństwo, a prędkość jazdy należy dopasować do ich prędkości. Maksymalna prędkość, z jaką powinniśmy poruszać się, jadąc e-hulajnogą to 20 km/h.

I jeszcze jedno – po pasach, czyli „zebrach” hulajnogę elektryczną w każdym przypadku należy przeprowadzić.

Gdzie i jak zaparkować?

W pierwszej kolejności na specjalnych parkingach. Lokalizowane są one przy stojakach rowerowych lub na chodnikach, czy też na parkingach dla samochodów. Łatwo je odnaleźć, bo są wyraźnie oznaczone poziomo na nawierzchni symbolem hulajnogi.

Jeśli w okolicy ich nie ma, po skończonej jeździe pojazd odstawiamy na chodniku, równolegle do jego zewnętrznej krawędzi, jak najdalej od jezdni. Tu ważną zasadą jest to, aby zostawić pieszym minimum 1,5 metra szerokości chodnika, nie blokować przejść dla pieszych ani dojść na przystanki transportu publicznego.

Hulajnogi współdzielone stają się coraz popularniejsze, ich liczba z miesiąca na miesiąc rośnie i można je obecnie wypożyczać już w 60 polskich miastach. Są proste w obsłudze, ekologiczne i dają możliwość bardzo sprawnego przemieszczania się z pominięciem miejskich korków, stanowiąc tym samym alternatywę dla prywatnych samochodów i transportu publicznego. Każdy użytkownik tej nowoczesnej formy mikromobilności może przyczyniać się do tego, aby była ona przyjazna wszystkim, dlatego tak ważne jest przestrzeganie przepisów, tym bardziej że są one proste i oczywiste — mówi Borys Pawliczak, dyrektor generalny Dott w Polsce.

O czym jeszcze trzeba pamiętać?

Jest jeszcze kilka ważnych zasad: hulajnogą elektryczną można jeździć wyłącznie w pojedynkę, nie można przewozić nią bagażu ani zwierząt, zabronione jest korzystanie w trakcie jazdy z telefonu i – co oczywiste – korzystanie z niej po spożyciu alkoholu.

Jak najciekawsze start-upy trafiają do funduszy VC

Skuteczny fundusz analizuje tysiące spółek, z czego bliżej przygląda się kilkuset, by na koniec zainwestować w kilka. Statystycznie zatem przeciętna konwersja z dealflow to raptem 1-3% podmiotów, które wstępnie spełniły kryteria inwestycyjne. Jakimi kanałami start-upy trafiają do VC i które są najbardziej efektywne?

Na rynku VC panuje tradycyjna konkurencja i każdemu zależy, by to właśnie do niego trafiały najbardziej perspektywiczne spółki. Czasy funduszy z tzw. oportunistyczną strategią inwestycyjną, czyli takich, które inwestują we wszystko, co ma potencjał zwrotu, dawno się skończyły, ponieważ rynek się nasycił i podzielił na określone specjalizacje. Jest to korzystne dla każdej ze stron transakcji, ponieważ jeśli dany zespół ma wieloletnie doświadczenie np. w MedTechu, będzie stanowił znacznie bardziej wartościowe wsparcie dla spółki, a sam będzie efektywniej oceniał szanse na sukces. Biorąc pod uwagę różne formy finansowanie, które może wybrać start-up: od vc przez bootstrapping, a kończąc na equity crowd fundingu oraz szeroką gamę inwestorów, do których potencjalnie może się zgłosić, VC muszą dbać o to, by jak najwięcej spółek w pierwszej kolejności zgłaszało się właśnie do nich. Umiejętność zadbania o ten fakt świadczy o pewnej ekspertyzie, bowiem na etapie tzw. budowania potfela inwestycyjnego, czyli w czasie, gdy alokuje się zebrane środki, jest to klucz do sukcesu – im większe pole do wyboru, tym większa szansa na ciekawą spółkę.

Network to wciąż podstawa

Metod, za pośrednictwem których VC pozyskują spółki do dealflow jest cały szereg. Różnią się one efektywnością oraz nakładem pracy. Patrząc holistycznie na rynek, wciąż króluje szeroko rozumiany network, czyli rekomendacje z kręgu znajomych i najwięcej inwestycji trafia właśnie z tego kanału. Polecenia pochodzą od bardzo różnych osób z ekosystemu: są to bezpośrednio founderzy, w których fundusz już zainwestował lub był w trakcie procesu inwestycyjnego, aniołowie biznesu, którzy zdecydowali się zaangażować w spółkę na bardzo wczesnym etapie, fundusze mające inną specjalizację, inwestujące na innym etapie (wcześniejszym bądź późniejszym) lub też takie, które etap inwestycyjny mają już za sobą. W dalszej kolejności są różnego rodzaju doradcy: od prawników, przez spółki zajmujące się profesjonalnie pozyskiwaniem kapitału po mentorów z różnych programów akceleracyjnych. Grono to może być niezwykle pojemne, dlatego w branży VC tak bardzo ważne są kontakty, a jednocześnie renoma funduszu, bo inaczej nikt nie decydowałby się go polecać. W Polsce można zgłosić się do VC z marszu tj. po prostu napisać maila, natomiast w Stanach Zjednoczonych część inwestorów wymaga rekomendacji od kogoś z własnego środowiska – w  innym przypadku nie będzie nawet analizował danego przedsięwzięcia. Niezależnie od okoliczności, jeśli mamy możliwość, by ktoś zrobił nam intro do partnera VC – zawsze warto z tego skorzystać, bo podnosi to wiarygodność.

Systematyczny inbound

Drugim bardzo istotnym kanałem jest szeroko rozumiany inbound, czyli szereg aktywności podejmowanych przez funudsze, dzięki którym trafiają one do świadomości start-upów. Paleta jest tutaj bardzo bogata. Może być to publikowanie treści w różnej formie – od blogów, przez komentarze i artykuły w mediach tradycyjnych, raporty, infografiki czy badania, wystąpienia na różnego rodzaju eventach w roli speakera lub jurora w konkursach, angażowanie się w pracę mentorską w programach akceleracyjnych. Kolejne źródło to współpraca z funduszami, inkubatorami, stowarzyszeniami, by uczestniczyć w demo days i przyglądać się rozwijającym się start-upom już na wczesnym etapie. W większości przypadków jest to praca, która ma celu edukowanie rynku, budowanie dobrych praktyk i wspieranie founderów. Istotna w tym zakresie jest dobra strategia komunikacyjna, ponieważ poza ekspozycją marki funduszu i dystrybuowaniem proedukacyjnych treści, pozwala to zbudować wyobrażenie w zakresie tego jak dany fundusz działa i czym wyróżnia się spośród pozostałych. W efekcie spółki zgłaszają się do funduszy same, pisząc maile, wypełniając formularze czy trafiając różnymi metodami bezpośrednio do partnerów.

Własny scouting

Ostatnim z trzech kluczowych filarów jest własny scouting. Niesie on ze sobą dodatkową wartość dla funduszu, ponieważ pozwala trzymać rękę na pulsie w zakresie trendów technologicznych na rynku, transakcji, które się odbywają z udziałem innych VC czy standardów inwestycyjnych. W praktyce sprowadza się to do tego, że analitycy, mając określone wytyczne w zakresie kryteriów inwestycyjnych funduszu, weryfikują tysiące spółek, które mogą potencjalnie być przedmiotem inwestycji. Puntem wyjścia są tutaj różnego rodzaju bazy agregujące start-upy typu Dealroom, Crunchbase czy PitchBook oraz szereg mniejszych źródeł. Wartościowe jest również systematyczne analizowanie mediów społecznościowych oraz tradycyjnych pod kątem określonych słów kluczy związanych z ekosystemem start-upowym. Minusem scoutingu w porównaniu do inboundu jest to, że nie wiemy, czy dany start-up poszukuje obecnie inwestora, więc działanie to ma charakter znacznie bardziej długofalowy. Czasem potencjalna spółka wraca po kilku miesiącach, a w innych przypadkach okazuje się, że zamyka już daną rundę, więc pomimo niezwykle dużej liczby analizowanych spółek, konwersja z proaktywnego scoutingu na inwestycje jest statystycznie najmniejsza.

Garść statystyk dla zainteresowanych

Jak wyglądało powyższe z perspektywy Czysta3.VC? W 2020 roku przeanalizowaliśmy ok. 1500 start-upów. Do głębszej analizy wybraliśmy 323 spółki, z czego ostatecznie zdecydowaliśmy się zainwestować w 10. W efekcie daje to 3,09% konwersji spółek z głębszej analizy oraz zaledwie 0,66% z generalnej próby.

94% przedsiębiorców było w tym roku proszonych o wydłużenie terminu płatności

  • 47% przedsiębiorców przyznało w badaniu*, że w tym roku często spotyka się z prośbami swoich partnerów biznesowych o wydłużenie terminów płatności za faktury.
  • Razem z tymi, którzy takie prośby też słyszeli choć rzadko daje to 94% przedsiębiorców.
  • Gospodarka funkcjonuje sprawnie pomimo pandemii i lockdownu, ale nie udało się uniknąć pewnych negatywnych konsekwencji, jak dążenie firm do wydłużania terminów w jakich opłacają faktury. Z takim problemem w ogóle nie spotkało się tylko 6% z nich.
  • Niewiele firm może pozwolić sobie jednak na długie czekanie na przelew, więc w relacje z kontrahentami wpina trzeci podmiot.

Firmy trzymają pieniądze przy sobie

47% pytanych przedsiębiorców przyznało w badaniu przeprowadzonym wiosną przez ARC Rynek i Opinia dla Polskiego Związku Faktorów (PZF), że w tym roku często spotykało się z prośbami o wydłużenie terminów płatności. Bez mała druga połowa prowadzących biznes (też 47%) też słyszała w ostatnich miesiącach prośbę o odroczenie, ale rzadziej. Razem te dwie grupy to aż 94% badanych firm.

Oznacza to, że przedsiębiorcy produkują, prowadzą działalność usługową, sprzedają i fakturują wykonaną pracę. Problemem jest czas w jakim biznesowi odbiorcy ich usług i towarów chcieliby przelewać kwoty widniejące na fakturach. Chcieliby to robić jak najpóźniej, stąd prośby o wydłużanie terminów płatności. 

Można powiedzieć, że w lockdownie każdy przedsiębiorca trzyma pieniądze przy sobie i niechętnie się z nimi rozstaje. Oczywiście taki model gospodarki w Polsce funkcjonuje od wielu lat, a negocjacje często zaczynają się nie od „za ile”, ale „kiedy płatność”. W pandemii ma to trochę większe uzasadnienie: przedsiębiorcy nie są pewni co ich czeka, kiedy przyjdzie kolejna fala zakażeń, a przede wszystkim czy i kiedy ich biznesy zostaną zamrożone. Wtedy będą potrzebowali środków na przetrwanie. Odraczanie płatności powoduje jednak efekt kuli śniegowej i przenoszenie problemów z płynnością na inne firmy. To jedna strona medalu, drugą jest rosnący koszt usług, a także materiałów, co przy wydłużających się terminach płatności jeszcze bardziej potęguje potrzebę poszukiwania możliwości otrzymania pieniędzy tu i terazmówi Mateusz Skowronek z firmy eFaktor, jednego z liderów faktoringu dla MŚP.

Trzeci podmiot w rozliczeniach firm

Wg badania PZF tylko 6% przedsiębiorców nie spotkało się w tym roku z prośbami o wydłużenie terminu zapłaty. W ubiegłym roku, który też przecież ciężko doświadczył biznes, ta liczba była nieco większa – 8% firm nie słyszało takich próśb. Problemy z płynnością i opóźnienia w płatnościach mogą się nasilać i potęgować.

– Wielu przedsiębiorcom mocno we znaki dają się przerwy w prowadzeniu działalności. Dawno wyczerpali już rezerwowe środki, skończyły się też pieniądze z tarcz rządowych. Teraz wsparcia szukają w instytucjach finansowych – bankach lub u faktorów. W naszym przypadku liczba wniosków o finansowanie faktoringowe, które skraca oczekiwanie na gotówkę, w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 2021 roku było o 100% wyższa niż w podobnym okresie rok temu. Zainteresowanie usługami, rosło już w zeszłym roku, a teraz dynamika się zwiększa – mówi Mateusz Skowronek z eFaktor.

Przedsiębiorcy mają zamówienia i zbyt na swoje towary i usługi. Radzą sobie nawet z niedoborem pracowników, nie są jednak w stanie czekać w nieskończoność na zapłatę. 17% firm spotkało się z terminami dłuższymi niż 61 dni, a 6% z czasem przekraczającym 3 miesiące. Stąd rosnące zainteresowanie usługami faktoringowymi, które skracają oczekiwanie na przelew.

W cytowanym badaniu opóźnienia i problemy ze ściąganiem płatności od kontrahentów jest wymieniane jako jedno z największych ryzyk działalności biznesowej, zaraz po utrudnieniach związanych z pandemią i brakiem pracowników. 44% badanych przedsiębiorców przyznaje, że miewa problemy z płynnością.

* Postrzeganie faktoringu przez przedsiębiorców w Polsce, ARC Rynek i Opinia dla Polskiego Związku Faktorów, 06.07.2021

Korekta na Wall Street osłabia złotego

Rynek po raz kolejny przeanalizował protokół z posiedzenia Fed, które miało miejsce 27-28 lipca. Inwestorzy szukali jakichkolwiek wskazówek, jak daleko opinia wśród urzędników FOMC przesunęła się w kierunku podwyżek stóp procentowych. No i chyba udało się coś znaleźć, bo dolar uległ aprecjacji a indeksy giełdowe wykonały ruch w dół.

Z wczorajszych „minutek” FOMC wynika, że większość członków FOMC oceniła, że jeśli gospodarka będzie rozwijać się zgodnie z ich przewidywaniami to wówczas rozpoczęcie zmniejszenia tempa zakupów aktywów z rynku w tym roku będzie właściwą decyzją. Fed uznał kryterium dalszego istotnego postępu za spełnione w przypadku celu stabilności cen. Jeśli chodzi o drugi warunek, czyli rynek pracy, sytuacja jest bliska celu maksymalnego zatrudnienia. Protokół odzwierciedla ostatnie jastrzębie komentarze osób zasiadających w FOMC, gdzie było słychać głosy o rozpoczętej debacie oraz o tym, że do połowy 2022 roku QE ma zostać wygaszone. Protokół nie przyniósł tak naprawdę zbyt wielu nowych informacji a jedynie potwierdził wcześniejsze spekulacje rynkowe. Z pewnością więcej dowiemy się po wrześniowym posiedzeniu. Wówczas Fed pokaże swoje projekcje oraz będziemy mogli spojrzeć na wykres kropkowy (dot plots), pokazujący jak rozkładają się głosy członków FOMC w kwestii podwyżek stóp procentowych.

Oznacza to jedno, że rynek mimo wszystko będzie spoglądał na napływające na bieżąco dane z gospodarki USA i nie bez znaczenia będzie również miał rozwój sytuacji z wariantem Delta. Istnieje pewnego rodzaju ryzyko, że Fed może zmienić swoje dotychczasowe nastawienie, ale sytuacja musiałaby drastycznie ulec pogorszeniu. Sam Powell we wtorkowym wystąpieniu daje małe prawdopodobieństwo na to, żeby 4 fala wpłynęła znacząco na globalne ożywienie. Oby się nie mylił.

EUR/USD wykonał kolejną falę spadkową. W pierwszej reakcji widzieliśmy chwilowe wzrosty (chwilę po 20:00). Handel nocny przyniósł jednak aprecjację USD. Aktualnie EUR/USD jest na poziomie 1,1675. Złamanie poziomu 1,17 oznacza dość silny, techniczny sygnał sprzedaż. Kolejnym przystankiem jest poziom 1,16 – minima z września i listopada 2020.

Wall Street zareagowała w sposób w jaki można było się wcześniej spodziewać. „Tapering” to zła informacja dla rynku akcyjnego. SP500 zniżkował o 1,07 proc., Nasdaq stracił 0,97 proc., przemysłowy Dow Jones znalazł się niżej o 1,08 proc. Bliskość historycznych szczytów oczywiście potęgowało ryzyko korekty, która właśnie się materializuje. Kontrakt oparty o indeks Nasdaq przełamał trwale linię szyi potencjalnej formacji RGR, o której w ostatnim czasie pisałem na łamach serwisu TMS Nonstop. Barierą techniczną wydaje się być w tym momencie poziom 14 450 pkt. (dołek z 19 lipca). Spadki nie powinny dziwić. Tak naprawdę większej korekty nie widzieliśmy od maja. RGR to oczywiście pewnego rodzaju przesłanka, która raczej nie odwróci trendu. Formacja dała jedynie wcześniejszy sygnał rozpoczynającej się korekty.

Wydarzenia za oceanem osłabiły PLN. W relacji do euro złoty jest kwotowany po 4,5720 a do dolara po 3,9160. Para USD/PLN znajduje się na oporze technicznym. Trwałe przełamanie 9,92 otwiera drogę w kierunku 3,98. Nie spodziewam się jednak, że ten poziom zostanie szybko osiągnięty, bo działania Fed-u mogą wpłynąć na decyzje NBP, który również zacznie w końcu wysyłać sygnały normalizujące krajową politykę monetarną.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

URSUS: możliwy powrót do rentowności

Uratowanie polskiej spółki, mającej 128 lat historii, jest możliwe. URSUS to do niedawna największa w Polsce firma produkująca m.in. traktory i maszyny rolnicze. W wielu gospodarstwach, nie tylko krajowych, znajdują się urządzenia czy pojazdy z marką URSUS. Firma opracowała i produkuje szeroką gamę nowoczesnych i zarazem atrakcyjnych cenowo ciągników rolniczych oraz towarzyszący im w pracy w gospodarstwie niezbędny sprzęt. Zmniejszenie ograniczeń związanych z pandemią, poprawa sytuacji zakupowej dzięki odblokowaniu środków na wsparcie modernizacji rolnictwa (PROW), poprawa nastrojów w samym rolnictwie a także ograniczenie importu ciągników niespełniających norm emisji spalin, głównie z Białorusi, powodują, że URSUS postrzega przyszłość zakładu pozytywnie, dostrzegając możliwość poprawy wyników finansowych. – Cieszymy się z dużego popytu na nasze maszyny. To wynik wieloletniego zaufania. Mamy dobre i niedrogie produkty, pracujące latami w gospodarstwach, a zarazem spełniające wymagania współczesnego rolnictwa. – mówi Andrzej Zarajczyk, Prezes URSUS S.A. oddelegowany do pełnienia tej funkcji z rady nadzorczej spółki.

Decyzją sądu, zaskarżoną przez spółkę, ma nastąpić jej upadłość. To najgorszy możliwy scenariusz w zasadzie dla wszystkich. Pracowników, wierzycieli, akcjonariuszy. Będziemy walczyli o możliwość kontynuacji działalności, tym bardziej, że sytuacja rynkowa w ostatnich miesiącach odwróciła się na naszą korzyść – deklaruje A. Zarajczyk. Także z perspektywy polskiej motoryzacji korzystniejsze jest utrzymanie producenta, który konkurował na rynku z największymi branżowymi graczami, niż oddanie również tego obszaru zagranicznej konkurencji. Prezes zaznacza także, że w opinii eksperckiej załączonej do zażalenia złożonego przez Spółkę jednoznacznie wskazano, że sanacja jest korzystniejsza dla wierzycieli i samego przedsiębiorstwa, niż jego upadłość. Tego zdania był również wyznaczony przez sąd Tymczasowy Nadzorca Sądowy, który po kilkumiesięcznej analizie, przychylał się do przeprowadzenia restrukturyzacji URSUS S.A. w drodze postępowania sanacyjnego uznając ją za realną i optymalną dla zaspokojenia wierzycieli. Z prawnej perspektywy cały czas są możliwości na postępowanie sanacyjne – mówi Marcin Nowicki, Adwokat. Zaistniałe w ostatnim czasie nowe okoliczności biznesowe dodatkowo zwiększają potencjał spółki i jej możliwości restrukturyzacyjne – podkreśla A. Zarajczyk.

W celu wsparcia działań, dzięki którym sąd mógłby dostrzec istniejącą możliwość wydostania się spółki z problemów, jest decyzja o podjęciu współpracy z najbardziej renomowaną w Polsce firmą zajmująca się wsparciem działań restrukturyzacyjnych.

Zrobiony już został przegląd dokumentacji, zapoznaliśmy się z sytuacją URSUS S.A. Jestem przekonany, że można przeprowadzić postępowanie sanacyjne odstępując jednocześnie od upadłości i to z korzyścią dla wierzycieli – mówi Bartosz Sierakowski, wiceprezes Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja S.A. – Po przeprowadzonej analizie dokumentów, pragniemy wskazać, iż wizja przeprowadzenia skutecznej restrukturyzacji URSUS w ramach postępowania sanacyjnego jest w naszej ocenie możliwa. Gdyby na skutek podjętych przez URSUS działań doszło do oddalenia wniosku upadłościowego i otwarcia postępowania sanacyjnego, deklarujemy pełną wolę wsparcia procesu restrukturyzacji poprzez pełnienie funkcji zarządcy w tymże postępowaniu. ZFR bez żadnych wątpliwości może pełnić funkcję w postępowaniu sanacyjnym podmiotu o rozmiarach Spółki, bowiem wszyscy członkowie zarządu ZFR posiadają licencję kwalifikowanego doradcy restrukturyzacyjnego – dodaje B. Sierakowski.

Mimo spadku wolumenu transakcji nastroje inwestorów w Europie Środkowo-Wschodniej pozostają dobre

Jak wynika z ostatniego raportu międzynarodowej firmy doradczej Colliers, w I połowie 2021 roku wartość transakcji dokonanych w Europie Środkowo-Wschodniej wyniosła 4,9 miliarda euro, o ok. 22% mniej niż w analogicznym okresie 2020 roku. Największy udział w wolumenie miała Polska z wynikiem prawie 2,5 mld euro. Wg szacunków ekspertów Colliers, wolumen transakcji na koniec roku będzie oscylował w przedziale 10,0 – 11,0 mld euro.

– Wszystkie kraje w regionie CEE, z wyjątkiem Węgier i Słowacji, odnotowały spadki wolumenów rok do roku w porównaniu do analogicznych okresów w latach 2020 i 2019. Pomimo powolnego startu nastroje inwestorów pozostają dobre i sugerują wzrost aktywności w drugiej połowie roku, w zależności od dostępności produktu i poprawy możliwości podróżowania – mówi Kevin Turpin, Dyrektor ds. badań rynku na region Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers.

Stopy w dół

Od początku roku nastąpiła kompresja stóp kapitalizacji dla najlepszych obiektów magazynowych na poziomie od 25 do 200 punktów bazowych, gdyż sektor ten nieprzerwanie cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów. Stopy zwrotu za najlepsze powierzchnie biurowe poza Warszawą i Pragą również nieznaczne się przesunęły – o 25 punktów bazowych. Z kolei na niektórych rynkach w sektorze centrów handlowych nastąpiła dalsza dekompresja, jako że sektor ten stara się odbudować swoją pozycję po zniesieniu ograniczeń działalności nałożonych w ciągu ostatnich 16 miesięcy.

Najatrakcyjniejsze aktywa

W pierwszej połowie 2021 r. ponownie dominował sektor biurowy. Dużym zainteresowaniem inwestorów nadal cieszą się także sektory magazynowy i mieszkaniowy, jednak ich rozwój jest hamowany przez niedobór podaży w stosunku do popytu. Wolumen wypracowany w sektorze handlowym to w dużej mierze wynik transakcji, których przedmiotem były parki handlowe i supermarkety. Wolumen transakcji hotelowych pozostaje ograniczony.

Aktywna Europa

W pierwszej połowie 2021 r. największą aktywność w regionie Europy Środkowo-Wschodniej wykazywał kapitał europejski z 46-proc. udziałem w całkowitym wolumenie, a zwłaszcza inwestorzy ze Skandynawii, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Również inwestorzy krajowi z Europy Środkowo-Wschodniej nie pozostali bierni w zakresie zakupu aktywów na własnych rynkach, ale także w całym regionie. Swoją passę kontynuują kapitały czeski i węgierski z odpowiednio 20-proc. i 10-proc. udziałem w całkowitym wolumenie regionalnym. Jak dotąd mało aktywne były kapitały północnoamerykański, azjatycki, bliskowschodni i afrykański, jednak oczekuje się, że ich aktywność powróci w drugiej połowie roku.

Pustostany w górę

Na wielu rynkach w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej wskaźnik pustostanów od 2020 r. wzrósł do wartości dwucyfrowych i wciąż rośnie. To wynik oddawania do użytku kolejnych budynków, których budowa rozpoczęła się jeszcze przed pandemią oraz powolnej absorbcji dostępnych powierzchni. W rezultacie mamy do czynienia z pewną presją na obniżenie czynszów oraz na zwiększenie zachęt dla najemców.

Sektorem, w którym wskaźniki pustostanów w większości krajów spadły, jest sektor magazynowy – średnio kształtują się na poziomie 5-6%. To efekt utrzymującego się dużego popytu ze strony najemców oraz niewystarczającej podaży powierzchni, szczególnie w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach. Na dość stabilnym poziomie utrzymują się czynsze w tym sektorze – średnie miesięczne stawki w całym regionie wynoszą 4,3 euro za mkw. To daje deweloperom i wynajmującym silną pozycję negocjacyjną. Tam, gdzie to możliwe preferują oni budowę obiektów pod klucz (ang. build-to-suit) zamiast budowy spekulacyjnej.

Jacy są europejscy specjaliści IT…?

Obecnie łatwiej jest wskazać obszary, których jeszcze nie zrewolucjonizowały nowe technologie. Przetwarzanie danych w chmurze, analityka potężnych zbiorów danych oraz przemysłowy Internet Rzeczy, to tylko przykłady, gdzie znajdują zastosowanie. Optymalizując, dynamizując i umożliwiając wiele procesów, technologie informacyjno-telekomunikacyjne pobudzają innowacyjność wielu branż, stąd ich rozwój ma tak znaczący wpływ na przewagę konkurencyjną danego kraju. Chociaż obecnie jest to jeszcze stosunkowo niewielki sektor w ujęciu bezwzględnym całkowitego rynku pracy (w 2020 r. stanowił około 4,3 proc. całkowitej siły roboczej w całej Unii Europejskiej[i]) liczba osób zatrudnionych, jako specjaliści w dziedzinie ICT, wzrosła aż o 50 proc. w ostatnim dziesięcioleciu. Silna progresja jest bez wątpienia powiązana z transformacją cyfrową mającą wpływ na całą gospodarkę, dlatego nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie rozwój nowych technologii miał zwolnić.

9 marca 2021 r. Komisja Europejska przedstawiła wizję i kierunek transformacji cyfrowej w Europie do 2030 r. Cztery obszary rozwoju, tworzące cyfrowy kompas, określają ambicje UE na najbliższe lata. Wśród wyróżnionych działań wymieniono między innymi transformację cyfrową przedsiębiorstw, cyfryzację usług publicznych oraz bezpieczną i zrównoważoną infrastrukturę cyfrową. Szczególny nacisk położono na podniesienie kompetencji cyfrowych obywateli oraz zwiększenie liczby specjalistów w dziedzinie ICT, w tym parytet płci w branży. Jak więc wygląda obecny rozkład sił w zawodzie oraz jak Polska plasuje się na tle Unii Europejskiej?

Europa (nie)daleko od ideału?

Wykwalifikowani specjaliści cyfrowi stanowią jeden z filarów kompasu cyfrowego. Do 2030 r. KE pragnie zwiększyć ich liczbę z 8,4 mln aż do 20 mln. Kapitał cyfrowych talentów ma wzmacniać konkurencyjną pozycję UE w świecie, a jest o co walczyć, gdyż badanie KPMG we Francji na zlecenie OVHcloud wykazało, że do 2027 roku na Starym Kontynencie powstanie ponad 500 000 miejsc pracy, a skumulowane inwestycje wyniosą około 200 mld euro.

Jak pokazują badania Eurostatu, obecnie niemal jedna czwarta pracowników sektora nowych technologii pracuje w Niemczech (23,1 proc., czyli 1,9 mln osób). Na drugim miejscu znajduje się Francja (z wynikiem 14,5 proc., 1,2 mln), lecz to Skandynawia przoduje pod względem całkowitej siły roboczej zatrudnionej w dziedzinie ICT. Najwięcej w skali kraju pracuje w branży ICT kolejno w Finlandii (7,6 proc., 191,5 tys.) i Szwecji (7,5 proc., 379,7 tys.). Z dwudziestu siedmiu państw członkowskich Unii Europejskiej Polska znajduje się, niestety, bliżej końca zajmując dwudzieste drugie miejsce, z wynikiem równym około 4,4 proc. (553,9 tys.).

Wykształcenie i płeć…

Obecnie, średnio w całej Unii Europejskiej dyplomem szkoły wyższej może się pochwalić aż 63,9 proc. ekspertów pracujących w ICT. Polska znajduje się tu już w europejskiej pierwszej dziesiątce.

Jestem zdania, że w branży nowych technologii nieodzowne są otwarta głowa, entuzjazm i gotowość nauki. Kompetencje można nabyć, ale samo ukończenie studiów to dziś za mało – chęć poszerzania wiedzy należy w sobie pielęgnować. Jest wielu absolwentów z dyplomem uczelni w szufladzie i brakiem pomysłu na siebie oraz masa świetnych fachowców, którzy branży uczyli się „w boju,” realizując projekty w praktyce i ucząc się na błędach mówi Robert Paszkiewicz, szef regionu CEE w OVHcloud.

Chociaż sektor nowych technologii jest zdominowany przez mężczyzn (w 2020 r. stanowili oni aż 81,5 proc. zatrudnionych osób), kobiet jest o 1,5 pkt. procentowego więcej w porównaniu do 2011 r. Na usprawiedliwienie tej dynamiki warto podkreślić, że wyrównywanie rozkładu względem płci nie następuje w każdym z europejskich krajów równie dynamicznie, a w takich krajach jak Bułgaria, Czechy, Słowacja, Estonia, Łotwa, Malta czy Irlandia można zaobserwować wręcz przeciwne zjawisko – tam odsetek mężczyzn wśród pracowników ICT zwiększył się na przestrzeni dekady. Wzrost odsetku ekspertek ICT zaobserwowano w ostatnim dziesięcioleciu dokładnie w osiemnastu państwach członkowskich UE. Polska znajduje się na jedenastym miejscu tego zestawienia – liczba kobiet zatrudnionych w sektorze ICT w naszym kraju wzrosła nieznacznie, bo o 6,0 proc. do obecnych 15 proc. Odsetek ten umiejscawia jednak Polskę dopiero na 4. pozycji od końca wśród krajów EU, przed Węgrami, Maltą i Czechami.

Liczba specjalistów zajmujących się technologiami informacyjno-telekomunikacyjnymi w Polsce wzrosła do prawie 555 tys. w 2020 r. To imponujący wynik, choć wciąż niewystarczający względem potrzeb biznesu, które napędza m.in. przyśpieszona przez pandemię digitalizacja gospodarki. Ów popyt sprawia, że zatrzymanie talentów IT jest wyzwaniem – zauważa Robert Paszkiewicz. – Pracownicy podczas rozmów podkreślają, że poza wynagrodzeniem priorytetami są możliwość realizacji własnych projektów w sprzyjającym środowisku i rzeczywista równowaga między praca, a czasem wolnym. Dodatkowe, płatne dni urlopu smakują bardziej niż choćby owocowa środa.

[i] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=ICT_specialists_in_employment

Gdzie w Europie kierowcy płacą najwięcej za wykroczenia drogowe?

Utrata samochodu wartego 2,4 mln euro, albo 650 tys. euro mandatu za przekroczenie prędkości. Niektóre europejskie kraje surowo traktują piratów drogowych. Polska jest jednym z najłagodniejszych krajów w Europie, jeśli chodzi o kary za drogowe ekscesy. 

Eksperci rankomat.pl przeanalizowali zestawienie przygotowane przez Zutobi Drivers Ed, wg którego Polska znajduje się w czołowej piątce najłagodniejszych krajów w Europie, jeśli chodzi o kary za wykroczenia drogowe. Na terenie RP mamy stosunkowo niskie kary za przekroczenie prędkości, najwyższy w Europie limit prędkości na autostradach i umiarkowaną liczbę fotoradarów. Jedynie jazda pod wpływem alkoholu i brak OC mogą słono kosztować kierowców.

Najwyższy mandat w Polsce to obecnie 500 zł. Za wyjątkowo niebezpieczne lub tragiczne w skutkach zdarzenie sąd może dodatkowo ukarać pirata drogowego wysoką grzywną, odebraniem uprawnień do kierowania pojazdem lub nawet więzieniem. Nie zmienia to jednak faktu, że mandat o równowartości 110 euro nie jest nawet blisko rekordu Europy.Najostrzejsze przepisy drogowe w europejskich krajach

W niektórych krajach mandaty są proporcjonalne do zarobków, w innych możemy stracić auto. Największą karę zapłacił Michel Perridon, prezes Perridon Holdings, który jako pierwszy sprowadził do Holandii nowe Bugatti Veyron warte wówczas 2,4 mln euro. Stracił je, gdy jego syn przekroczył prędkość, pędząc ulicami Rotterdamu. Najwyższy mandat kwotowy zapłacił pewien szwedzki biznesmen, który postanowił sprawdzić swojego Mercedesa SLR AMG na Szwajcarskich drogach. Udało mu się osiągnąć prędkość 290 km/h, co kosztowało go 650 000 euro, czyli prawie 3 miliony złotych. Przekroczenie prędkości tłumaczył w sądzie wadliwym prędkościomierzem. Głośno było również o mandacie z Finlandii, który zapłacił Jussi Salonoja, najbogatszy wówczas Fin. Za przekroczenie prędkości o 40 km/h przyszło mu zapłacić 217 000 euro. Najdotkliwsze kary za wykroczenia drogowe w historii Europy

Najbardziej restrykcyjne kraje pod względem przepisów drogowych

Najsurowszym krajem wobec piratów drogowych jest Norwegia. Za przekroczenie prędkości na autostradzie grozi minimalna kara 711 euro, za przejazd na czerwonym świetle 756 euro, a za jazdę po pijaku – 5783 euro. Do 0,5‰ zawartości alkoholu we krwi skończy się grzywną. Powyżej tej wartości do 1‰ oprócz wysokiej grzywny dostaniemy karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. Zawartość alkoholu we krwi ponad 1‰ to gwarantowana kara więzienia.

Najwyższy mandat zapłacimy Finlandii i Szwajcarii. Te dwa kraje wprowadziły taryfikator mandatów uzależniony od zarobków. W Szwajcarii zapłacimy mandat proporcjonalny do zarobków i rozmiarów wykroczenia. W Finlandii możemy mieć nieco więcej szczęścia – jeśli nie przekroczymy prędkości o więcej niż 20 km/h, urząd nie weźmie naszych zarobków pod uwagę.Najbardziej restrykcyjne kraje pod względem kar

Kary pieniężne na bazie zarobków występują także w Wielkiej Brytanii i Norwegii. Brytyjskie służby drogowe mogą wyliczyć nam karę na podstawie od 25% do 175% tygodniówki. Za wyjątkowo wysokie przekroczenie prędkości trafimy do więzienia, tak jak kierowca Nissana GT-R schwytany w okolicach Northamptonshire, który za jazdę z prędkością 305 km/k dostał 28 miesięcy odsiadki. Najbogatsza kobieta w Norwegii za przekroczenie prędkości otrzymała mandat w wysokości 250 000 koron norweskich, czyli ok. 110 000 zł.

Są jeszcze kraje, z których za wykroczenia na drodze wraca się do domu autobusem. W Europie można stracić samochód za szaleństwa na drodze w Szwajcarii, Danii, Francji, w Holandii oraz na Słowacji.

Przekroczenie prędkości i jazda po alkoholu to nie jedyne wykroczenia, które mogą słono kosztować kierowców. W Rosji kamerka samochodowa to obowiązek, ale już w Austrii za jej posiadanie dostaniemy 10 000 euro mandatu. Jest to zakazane także w Szwajcarii, Słowacji, Norwegii i we Francji. Za picie przed jazdą najsurowiej karzą Hiszpanie. Jazda na podwójnym gazie może nas tam kosztować nawet 70 000 euro!

Kraje z najłagodniejszymi przepisami ruchu drogowego

Najmniej dotkliwe kary za drogowe ekscesy spotyka się w Albanii. Ten kraj ma jedne z najniższych mandatów za przekroczenie prędkości i najniższe kary za przejechanie na czerwonym świetle oraz używanie telefonu podczas jazdy. Na drugim miejscu uplasowała się Łotwa z równie niskimi karami. Trzeba jednak mieć na uwadze, że na łotewskich autostradach możemy jechać maksymalnie 90 km/h.

O fotoradary nie musimy się martwić u naszych południowych sąsiadów. Na Słowacji jest tylko 13 fotoradarów. Dla porównania u nas tylko w województwie opolskim jest ich 12, a w świętokrzyskim – 15. Najmniej restrykcyjne kraje pod względem kar

Czesi najbardziej liberalnie podchodzą do kwestii prowadzenia pojazdu po alkoholu. Za taki wybryk grozi nam mandat w wysokości 19 euro, czyli ok. 85 zł. Tyle samo zapłacimy za przekroczenie prędkości. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że podobnie jak na Słowacji, obowiązuje tam zerowy limit alkoholu we krwi za kółkiem.

Wśród krajów z najłagodniejszymi przepisami znalazła się również Polska. Nie wiemy jednak, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma.

Jak to się ma do polskich realiów?

Obecnie taryfikator mandatów w Polsce jest ustalony z góry i kara za przekroczenie prędkości, nie jest uzależniona od zarobków. Trwają prace nad nowelizacją przepisów, gdzie maksymalna grzywna za wykroczenia drogowe wyniesie 30 000 zł. Przekroczenie dozwolonego limitu o 30 km/h będzie skutkować karą do 5 000 zł.

Wkrótce w Polsce zmieni się taryfikator mandatów. Kary, szczególnie za przekroczenie dopuszczalnego limitu prędkości i recydywę, wzrosną. Zmiany przybliżą Polskę do Europy, która od lat walczy z piratami drogowymi. Ubezpieczyciele zyskają dostęp do danych z CEPIK oraz historii mandatów i punktów karnych. Dzięki temu piraci drogowi zapłacą wyższe składki za OC – komentuje Daniel Bartosiewicz, ekspert rankomat.pl.

Na świecie co roku 1,25 mln osób ginie w wypadkach drogowych. W Polsce w 2020 roku miało miejsce 23 540 wypadków, w których zginęło 2 491 osób, a 26 643 odniosło obrażenia. W 90% winnym jest kierujący pojazdem, a niedostosowanie prędkości ruchu do warunków to przyczyna wypadku w 26% zdarzeń. Za 67% wypadków ze skutkiem śmiertelnym odpowiada prędkość.

Przez pandemię z rynku znikają jednoosobowe firmy. Wzrost rok do roku jest o blisko 20%

W I połowie br. do CEIDG złożono 82,9 tys. wniosków dot. likwidacji jednoosobowych działalności gospodarczych. W analogicznym okresie ub.r. było ich dużo mniej, bo 70,3 tys. Natomiast w I półroczu 2019 r. zamknięto 84,1 tys. takich podmiotów. Od 2020 r. nastąpił więc wzrost o 18%, a w ciągu dwóch lat – spadek o 1,4%. Z kolei w zeszłym roku było o 16,5% mniej takich przypadków niż w 2019 r. W sumie w analizowanych półrocznych okresach zlikwidowano 237,2 tys. tego typu działalności.

W I półroczu br. do rejestru Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej wpłynęło 82,9 tys. wniosków dotyczących zakończenia jednoosobowych działalności gospodarczych (JDG). To o 18% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 70,3 tys. Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, uważa, że te wyniki jednoznacznie wskazują na pogorszenie się sytuacji przedsiębiorców. Zdaniem eksperta, obostrzenia z ubiegłego i tego roku miały na to wpływ.

– Zwiększona liczba wniosków w tym roku wynika z zakończenia ograniczeń związanych z tarczami antykryzysowymi. Zaprzestanie działalności w ciągu roku od otrzymania środków pomocowych wiązało się z obowiązkiem zwrócenia ich w całości. Po tym okresie wielu przedsiębiorców mogło zdecydować o zamknięciu swoich firm – komentuje Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Z kolei ekonomista Marek Zuber zauważa, że w ub.r. wielu samozatrudnionych wykonywało usługi dla dużych podmiotów, które korzystały z finansowej pomocy rządu. Gdy zabrakło tego wsparcia, znaczna część jednoosobowych firm straciła klientów. To mogły być np. pralnie w 95% obsługujące hotele lub restauracje. W pierwszych miesiącach pandemii przedsiębiorcy mogli też korzystać z własnych rezerw finansowych. Po wyczerpaniu wszystkich zapasów musieli podjąć decyzje o likwidacji swoich biznesów.

– Dane wcale nie wyglądają katastrofalnie. Potwierdzają raczej fakt, że udało się uchronić ogromną część firm przed wycofaniem się z rynku. Natomiast wiadomo było, że nie da się uratować wszystkich, którzy znaleźli się na skraju bankructwa, nie ze swojej winy, lecz z powodu rządowych decyzji dot. lockdownów – mówi prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Natomiast Marek Zuber dodaje, że trzeba mieć na uwadze różnorodność firm i złożoność problemów, które je dotknęły. Z obserwacji eksperta wynika, że tego typu podmioty w praktyce zatrudniają nawet po kilkaset osób, oczywiście nie na umowę o pracę, lecz korzystając z innych dozwolonych w ich przypadku form współpracy. Dlatego skutki wzrostu likwidacji tego typu podmiotów mogą mieć większą skalę niż wynika to z ww. statystyk.

– W czasie pandemii, tak jak w każdym kryzysie, dokonują się duże przetasowania w biznesie. Pojawiają się impulsy do tego, żeby przenosić się do innych branż. Zatem 18% wzrost likwidacji jednoosobowych firm może oznaczać, że duża cześć przedsiębiorców po zamknięciu swoich przedsiębiorstw wprowadzi na rynek inne podmioty. Należy zebrać dane dot. rejestracji nowych przedsiębiorstw, aby rzetelnie ocenić sytuację – stwierdza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

W I połowie 2019 roku sytuacja gospodarcza była lepsza niż w analogicznym okresie ubiegłego i tego roku. Jednak dwa lata temu odnotowano aż 84,1 tys. wniosków dotyczących zakończenia działalności, czyli więcej niż od stycznia do czerwca 2020 roku (70,3 tys.) i w I półroczu 2021 roku (82,9 tys.). W porównaniu z zeszłym rokiem nastąpił spadek o 16,5%, a w stosunku do br. – tylko o 1,4%. W trzech analizowanych okresach zamknięto łącznie blisko 237,3 tys. firm.

– Dwa lata temu nie mieliśmy jeszcze pandemii. Sytuacja na rynku pracy była bardzo dobra. Wyjątkowo niskie bezrobocie skłaniało pracodawców do oferowania pracownikom umów o pracę. Wówczas wiele osób mogło likwidować jednoosobowe działalności, aby przechodzić na ww. warunki zatrudnienia – wyjaśnia Marek Zuber.

W opinii Adriana Parola, fakt, że przed pandemią likwidowano mniej firm, może być zaskakujący, ale tylko na pozór. Powody takiej sytuacji są dość prozaiczne. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, iż nie opłaca się prowadzić działalności przy ciągłym wzroście kosztów i obciążeń fiskalnych. Dodatkowo po uwzględnieniu czasu poświęcanego na tworzenie biznesu, okazuje się, że bardziej dochodowa jest praca na etacie, zwłaszcza gdy mamy rynek pracownika. W szczególności dotyczy to dużych ośrodków miejskich.

– Rewolucyjnych zmian spodziewam się najwcześniej na koniec tego roku, bo rozwiązania przewidywane w ramach Nowego Ładu dotkną przede wszystkim samozatrudnionych. Przewiduję, że część z nich przekształci jednoosobowe firmy w spółki. Niektórzy zmienią formę opodatkowania na ryczałt – prognozuje Andrzej Głowacki, prezes zarządu DGA S.A.

Jak podkreśla prof. Mączyńska, rozwiązania proponowane w Nowym Ładzie są ukierunkowane przede wszystkim na to, żeby zmniejszyć stopień optymalizacji podatkowej, jaka występuje w przypadku JDG. W związku z tym wielu samozatrudnionych może się wyrejestrować. Z  kolei według prof. Orłowskiego, jeśli rząd rzeczywiście przeprowadzi zmiany zmniejszające atrakcyjność jednoosobowej działalności gospodarczej, to tego typu firmy będą lawinowo likwidowane. Polacy zaczną szukać bardziej opłacalnych form biznesu, bez względu na sytuację gospodarczą.

Saly pozyskał 3 mln zł od Dawida Zielińskiego, Prezesa Columbusa

Saly S.A., dostawca oprogramowania oraz właściciel platformy dla e-commerce B2B, pozyskał 3 mln zł od Dawida Zielińskiego, znanego polskiego przedsiębiorcy oraz Prezesa i współzałożyciela Columbus Energy S.A. Środki zostaną przeznaczone na dalszą rozbudowę produktu i zwiększenie sprzedaży.

Saly jest dostawcą oprogramowania dla e-commerce, które wspiera digitalizację procesów sprzedaży i obsługi klientów na rynku B2B. To nowoczesne oprogramowanie klasy enterprise, dostępne w chmurze w modelu SaaS, pozwala na wysoki poziom integracji z systemami klasy ERP czy WMS. Dla użytkowników końcowych Saly jest intuicyjnym narzędziem do składania zamówień online, a dla użytkowników administracyjnych (handlowców) narzędziem analitycznym. Dzięki rozbudowanemu modułowi Business Intelligence, dostarcza szczegółowych danych i predykcji odnośnie zachowań sprzedażowych klientów.

Założyciele firmy zdecydowali się na partnerstwo z doświadczonym przedsiębiorcą, aby w pełni móc wykorzystać błyskawiczny rozwój, widoczny aktualnie w branży e-commerce.

Od początku wiedzieliśmy, że nie potrzebujemy tylko kapitału. Przed nami setki wyzwań i decyzji, które muszą zostać podjęte w najlepszy możliwy sposób, aby stworzyć nie tylko rewelacyjny produkt, ale i fantastyczną organizację, która za nim stoi. Dawid Zieliński, budując Columbus Energy, przeszedł tę drogę. To, że możemy liczyć na jago wiedzę i wsparcie praktycznie w każdym zakresie, jest dla nas równie cenna jak inwestycja kapitałowa – mówi Sebastian Religa, CEO Saly S.A.

Inwestycja, w wysokości 3 mln zł, odbyła się przez spółkę Gemstone S.A., w całości zarządzaną przez Dawida Zielińskiego, Prezesa Columbus Energy S.A. Tym samym Dawid Zieliński objął 36,6% udziałów w spółce Saly S.A. Środki z inwestycji zostaną przeznaczone głównie na rozwój sprzedaży oraz produktu. Planowane jest bardzo dynamiczne zwiększenie zatrudnienia – tak, aby jeszcze szybciej rozwijać nie tylko sam produkt, ale też wsparcie i obsługę klientów.

Zdecydowałem się doinwestować firmę Saly S.A., bo widzę w niej wielki potencjał. Jako że sam prowadziłem kilka start-upów, z których ostatni, czyli Columbus, przerodził się w największą firmę na polskim rynku fotowoltaicznym, wiem jak ważne jest dokapitalizowanie firmy w odpowiednim momencie. Czuję, że w takim momencie jest właśnie Saly, czyli dostawca nowoczesnych rozwiązań e-commercowych dla biznesu, który dzięki małemu zastrzykowi finansowemu może odpowiednio ukierunkować swój dalszy rozwój – komentuje Dawid Zieliński.

Współpraca z Dawidem Zielińskim to pierwsza zewnętrzna inwestycja kapitałowa Saly S.A. Przez ostatnie 2 lata firma samodzielnie inwestowała w budowę i rozwój oprogramowania, pozyskując dużych klientów: m.in. polski ecommerce z elektroniką użytkową – Morele.net, francuskiego producenta rozwiązań smart home – Somfy, dostawcę oprogramowania i ładowarek do samochodów elektrycznych – Nexity czy czołowego producenta ochrony urządzeń mobilnych w Polsce – 3mk Protection.

Oprócz tak oczywistych trendów jak globalizacja i cyfryzacja, niebagatelną rolę odgrywają obecni decydenci procesów zakupowych B2B. Nasze pokolenie, zwane potocznie Millenialsami, odpowiada już za ponad 73% wszystkich decyzji. Jesteśmy przyzwyczajeni do UX i customer experience, które znamy ze swoich codziennych e-zakupów i tego samego oczekujemy od systemów B2B, na których pracujemy – dodaje Anna Arak-Stachacz, Członek Rady Nadzorczej Saly S.A.

Rozwiązanie Saly tworzy dla firm nowy kanał sprzedaży online oraz zapewnia niezbędne dane i analizy w celu maksymalizacji efektywności procesu sprzedaży B2B.

Zmiany na stanowisku prezesa i dyrektora generalnego marki Salomon

Korporacja Amer Sports ogłosiła niedawno nominację dyrektora ds. artykułów sportowych i odzieży sportowej oraz doświadczonego globalnego operatora Franco Fogliato na stanowisko prezesa i dyrektora generalnego firmy Salomon, globalnej marki outdoorowej specjalizującej się w obuwiu, odzieży i sprzęcie do sportów zimowych. Nominacja wejdzie w życie nie później niż 15 marca 2022 r. W tej nowej roli Fogliato poprowadzi globalną ekspansję Salomona, tak aby brand mógł stać się wiodącą marką outdoorową, inspirowaną górami.

Wkraczając w kolejną fazę rozwoju firmy Salomon, cieszymy się, że możemy powitać Franco w zespole Amer Sports. Franco wnosi świetną mieszankę doświadczeń związanych z globalnym kierowaniem marką w branży odzieży sportowej i wielokanałową wiedzę, która będzie nieoceniona, gdy będziemy przyspieszać. Z przywództwem Franco i głębokim doświadczeniem w inżynierii rentownego wzrostu dla liderów marki odzieży sportowej, jestem przekonany, że Salomon może osiągnąć wyższy poziom – powiedział James Zheng, dyrektor wykonawczy zarządu i dyrektor generalny Amer Sports.

Franco wnosi do Salomona ponad dwie dekady doświadczenia w branży artykułów sportowych i odzieży sportowej oraz doświadczenie w kierownictwie wykonawczym. Ma udokumentowane doświadczenie w innowacyjnym budowaniu marki i transformacji wielokanałowej w wiodących światowych markach, m.in. VF The North Face, Billabong Group i Columbia Sportswear Company. Mieszkał w Europie i Ameryce Północnej. Ostatnio pełnił funkcję wiceprezesa wykonawczego Global Omni-Channel w Columbia Sportwear z siedzibą w Portland, USA.

Salomon to inspirująca marka, która reprezentuje szczyt wzornictwa i innowacji. Jestem
zachwycony dołączeniem do tego utalentowanego zespołu, aby poszerzyć historię sukcesów i zbudować nowe możliwości, aby wprowadzić markę w nową fazę rozwoju
– powiedział Franco Fogliato

Fogliato zastępuje Jean-Marca Pameta, który powrócił z emerytury jako tymczasowy lider Salomona w styczniu 2021 roku.

Marketingowe ramię Kool2Play z coraz lepszymi wynikami

Kool Things, spółka zależna giełdowego Kool2Play, zalicza kolejny udany rok. W pierwszym półroczu wypracowała blisko ponad 1,4 mln zł przychodów ze sprzedaży i ponad 0,4 mln zł zysku netto. To dwa razy więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Z kwartału na kwartał poprawiamy wyniki. Naszym celem jest utrzymanie tego trendu również w kolejnych okresach. Widzimy rosnące zapotrzebowanie na nasze usługi firm z branży gier wideo. W najbliższych miesiącach spodziewamy się nowych ciekawych zleceń. Liczymy na rekordowy rok – komentuje Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play, właściciela Kool Things. Oprócz usług marketingowych, Kool Things pracuje nad autorskim oprogramowaniem Buffmaker, do automatyzacji, przetwarzania i analityki danych usług marketingowych. – Jest to oprogramowanie typu SaaS (software as a service), które będzie w przyszłości jednym z dwóch głównych strumieni przychodów w Kool Things. Chcielibyśmy uruchomić usługę w wersji komercyjnej w 2022 roku, zaś jej testy rozpoczną się jeszcze w 2021 – zapowiada prezes.

Przyśpiesza również notowany na NewConnect Kool2Play. – Zaczynamy ostatni etap pracy na Uraganem przed startem Early Access. Gra wygląda naprawdę świetnie. Potwierdzają to zewnętrzne testy i opinie graczy oraz środowiska gamingowego. Liczymy na dobre wyniki sprzedaży po premierze. Kool2Play, to unikalna spółka na New Connect w sektorze gamingu. Przychody w niedalekiej przyszłości będą oparte nie tylko na sprzedaży stworzonych przez nią gier, ale również – poprzez spółkę zależną – usług marketingowych oraz software Buffmaker. Stawiamy więc na dywersyfikację źródeł przychodów, chcemy żeby wartość spółki była oparta o fundamenty: przychody i zyski. Jednocześnie warto zauważyć, że Kool2Play jest obecnie jedną z najtańszych spółek branży notowanych na giełdzie, co daje inwestorom perspektywę dobrego zwrotu z inwestycji – podkreśla Marcin Marzęcki.

O tym jak prezentuje się Uragun na kilka miesięcy przed premierą wersji Early Access, będzie można przekonać się już w najbliższym tygodniu. Wtedy też zaczyna się wirtualna edycja największych europejskich targów gamingowych – Gamescom, na którym Kool2Play zaprezentuje grę Uragun w ramach Indie Arena Booth. W trakcie trzydniowego wydarzenia (25. – 27.08) transmitowana będzie rozgrywka z nadchodzącej gry, w tym po raz pierwszy z gameplay z biomu „Barcelona”.

Równolegle Spółka pracuje nad dwoma planowanymi na kolejne lata produkcjami o kodowych nazwach Project X (dawniej Restoration) oraz Project Y (dawniej City of Minds). Spółka planuje wykorzystanie w nich silnika, który jest tworzony w ramach dotacji ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020 działanie 1.2 „GameInn”, projekt pt.: „Rozgałęzienia w Narracji Reaktywnej: projektowanie, zasady oraz narzędzia”. Project X i Project Y znajdują się obecnie w różnych etapach prototypowania i testowania mechanik gier, a decyzje o wyborze kierunku rozwoju obu tych gier zostaną podjęte po zakończeniu fazy prototypowania.

Far From Home z zastrzykiem gotówki. Pierwsza gra coraz bliżej

W drugim kwartale 2021 Far From Home przeprowadził Emisję akcji serii F o wartości ponad 3 mln zł, dzięki której zapewnił sobie fundusze na rozwój i promocję nadchodzącego tytułu. Jednocześnie był to okres znaczących wzmocnień w zakresie kompetencji biznesowych spółki. Do Rady Nadzorczej dołączyli Paulina Kwiecińska – Business Development & Investments w Tencent i Head of Business Development w spółce Untold Tales oraz ekspert giełdowy i inwestor Konrad Ryczko.

W minionym kwartale zespół Far From Home zakończył pracę nad wersją demo “Project Oxygen” – gry, której oficjalny tytuł nie został jeszcze zapowiedziany. Produkcja została udostępniona przez platformę Steam dla partnerów biznesowych oraz wydawców. Przedstawione demo składało się z blisko 7-godzinnego fragmentu rozgrywki oraz materiałów ukazujących docelową oprawę graficzną.

W ostatnich miesiącach naszym celem było przygotowanie grywalnego dema, pozwalającego na zbieranie feedbacku od specjalistów branżowych. Wersja pokazowa prezentowała strukturę rozgrywki, w tym kluczowe elementy i mechaniki gry. Częścią dema były m.in. dwa levele ukazujące docelową jakość oprawy graficznej. Jesteśmy zadowoleni z feedbacku, który zebraliśmy od zewnętrznych firm oraz ekspertów branżowych – ich głosy potwierdziły potencjał naszej wizji gry – komentuje Andrzej Blumenfeld, prezes Far From Home

Project Oxygen, którego premiera Early Access planowana jest na 2022 rok, jest produkcją Premium Indie (AA+) na komputery osobiste oraz konsole PlayStation oraz Xbox. Obecnie nad tytułem pracuje 13 specjalistów, a Far From Home planuje kolejne wzmocnienia zespołu oraz prowadzi rozmowy w kwestii potencjalnego wydawcy.

Wraz z przygotowaniem wspomnianego wcześniej dema przystąpiliśmy do kolejnego etapu rozmów z wydawcami. Mamy zabezpieczone środki na rozwój i promocję tytułu, dlatego wpływ na końcową decyzję będą miały przede wszystkim know-how i prestiż potencjalnych wydawców gry. W międzyczasie konsultujemy się z doradcami w celu wybrania najlepszej możliwej ścieżki rozwoju projektu i przygotowujemy się do oficjalnej zapowiedzi naszej produkcji. W ostatnich miesiącach podpisaliśmy umowę z zagraniczną agencją PR w zakresie trailera i przygotowania planów marketingowych. Już niedługo powinniśmy zaprezentować logo oraz docelowy tytuł Projektu Oxygen – kontynuuje Andrzej Blumenfeld

Wspomniane fundusze na rozwój i promocję gry spółka posiada dzięki zamkniętej w kwietniu emisji akcji serii F, w której Far From Home pozyskał ponad 3 mln zł. Spółka kontynuuje też kolejne wzmocnienia w zakresie kompetencji biznesowych. W minionym kwartale do Rady Nadzorczej Far From Home dołączyła Paulina Kwiecińska, Business Development & Investments w firmie Tencent i Head of Business Development w spółce Untold Tales oraz Konrad Ryczko, ekspert giełdowy i inwestor z ponad 10 letnim doświadczeniem

Paulina od 15 lat związana jest z polskim gamedevem – w tym czasie odpowiadała za sukcesy największych polskich spółek gamingowych – m.in. Techlandu i GOG.com. Jej ogromne doświadczenie w dziedzinach marketingu i biznesu stanowi znaczące wsparcie w rozwoju Projektu Oxygen. Konrad natomiast od ponad 10 lat jest specjalistą w zakresie rynków kapitałowych i jego niezrównana wiedza z pewnością wspomoże nas m.in w trakcie przygotowań do debiutu na rynku publicznym – kończy prezes Far From Home

Perspektywy na rynku mieszkaniowym

Sytuacja na rynku deweloperskim jest bardzo obiecująca. Obserwujemy rosnący  popyt inwestycyjny. Łączna liczba mieszkań sprzedanych przez deweloperów w największych miastach Polski utrzymuje się w 2021 roku na rekordowym poziomie. Oferta deweloperów maleje kolejny kwartał z rzędu. Jest to efektem zarówno zainteresowania inwestorów zagranicznych, jak i zwiększonej aktywności inwestycyjnej Polaków – którzy przekierowują środki z lokat na inwestycje w nieruchomości mieszkaniowe.

– W naszej ocenie rynek deweloperski w Polsce w ciągu najbliższych kilku lat będzie się stabilnie rozwijał. Zakładamy kontynuację trendu wzrostowego w odniesieniu do popytu na nieruchomości mieszkaniowe – powiedziała serwisowi eNewsroom Marta Hejak, dyrektor finansowy w ROBYG. – Spodziewamy się, że wzrost popytu będzie stymulowany przez nabywców lokujących swój kapitał, jednak nadal kupujący mieszkanie na własne potrzeby będą stanowić istotną część nabywców, ponieważ w Polsce wciąż brakuje kilku milionów mieszkań. Obserwujemy bardzo duże zainteresowanie klientów ofertą Grupy ROBYG, co nas bardzo cieszy. Klienci doceniają atrakcyjność naszych inwestycji. W tym roku uruchomiliśmy już 14 nowych projektów i wprowadziliśmy do oferty 1100 lokali w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Przygotowujemy się także do rozpoczęcia sprzedaży w Poznaniu – potwierdza Hejak.

Relatywny spokój na rynku powierzchni biurowych w Polsce

Kondycja i nastroje rynku powierzchni biurowych w Warszawie i ośmiu głównych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź, Katowice, Lublin i Szczecin) po pierwszej połowie 2021 r. rejestrują widoczne spowolnienie w podaży i umiarkowany popyt. Sytuacja rynkowa sprzyja rosnącemu od kilku miesięcy poziom powierzchni dostępnej od ręki, który wynosi już ponad 1,5 mln mkw. i oznacza ok. 13% całkowitych zasobów. Niemniej deweloperzy, jak i najemcy pozostają aktywni, co pozwala z umiarkowanym optymizmem patrzeć na zbliżające się miesiące i oczekiwać kolejnych oznak spodziewanej hossy związanej z powrotem pracowników do biur. Firma AXI IMMO podsumowuje pierwsze sześć miesięcy na polskim rynku powierzchni biurowych w 2021 r.

W pierwszej połowie 2021 roku na polskim rynku biurowym deweloperzy dostarczyli 21 inwestycji o łącznej powierzchni ok. 352 500 mkw. (Warszawa – 226 000 mkw. w 10 projektach, rynki regionalne – 126 500 mkw. w 11 projektach) które, pozwoliły na wzrost całkowitych zasobów do poziomu blisko 12,1 mln mkw. Niekwestionowanym liderem pozostaje Warszawa (blisko 6 100 000 mkw.) przed Krakowem (1 599 200 mkw.), Wrocławiem (1 242 600 mkw.) i Trójmiastem (924 000 mkw.). Największymi oddanymi projektami do końca czerwca br. w Warszawie były Warsaw UNIT (57 000 mkw., Ghelamco Poland) oraz ukończone do marca br. – Skyliner (48 500 mkw., Karimpol) i Generation Park Y (44 300 mkw., Skanska). Wymienione budynki biurowe powstały przy Rondzie Daszyńskiego, które przejęło po Mokotowie-Służewcu miano największej dzielnicy biurowej stolicy. Z kolei wśród największych oddanych budynków biurowych w analogicznym okresie czasu na rynkach regionalnych znalazły się Nowy Rynek D (35 800 m kw., Skanska) w Poznaniu Palio Office Park A (16 500 mkw., Cavatina) w Gdańsku oraz Tertium Business Park III B (13 400 mkw., Buma) i Equal Business Park D (11 650 mkw., Cavatina) oddane w Krakowie.

Spodziewamy się, że w najbliższych kilku miesiącach zarówno w Warszawie, jak i regionach liczba nowych biurowców na jakiś czas zatrzyma się. Z kolei dla części z obecnie realizowanych projektów, w których nie podpisano umów przednajmu zostanie maksymalnie wydłużony czas oddania obiektu do użytkowania. Przyczyny należy doszukiwać się m.in. w dużych obciążeniach finansowych związanych z utrzymaniem wybudowanych już budynków biurowych oraz z rosnącym poziomem pustostanów. Niemniej doniesienia o spowolnieniu w podaży należy przyjmować bardzo zachowawczo. Po ustabilizowaniu się sytuacji na rynku możemy być świadkami bardzo szybkiej absorpcji powierzchni – mówi Jakub Potocki, Starszy Negocjator, Dział Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

Na zakończenie czerwca 2021 r. wskaźnik pustostanów dla polskiego rynku nieruchomości biurowych wyniósł 13% co odzwierciedla ponad 1,5 mln mkw. dostępnych do wynajęcia od zaraz. W Warszawie współczynnik ten osiągnął wartość 12,5% (+1,1 pp. kw./kw. i +4,6 pp. r/r) i stanowi ok. 760 000 mkw. wolnej powierzchni. Z kolei na ośmiu głównych rynkach regionalnych łącznie do wynajęcia znajduje się 792 500 mkw. powierzchni biurowej. Wskaźnik pustostanów kształtował się na poziomie 13,4% (+0,8 pp. kw./kw. i 3,2 pp. r/r), przy czym najwyższy współczynnik pozostaje w Łodzi (18,3%), a najniższy w Szczecinie (7,8%).

Rosnący od kilku miesięcy wolumen powierzchni dostępnej od zaraz może spowodować, że właściciele nieco starszych czy mniej atrakcyjnych budynków biurowych zastanowią się nad modernizacją powierzchni i dostosowaniem jej do wyższego standardu. Spodziewamy się bardziej zindywidualizowanych rozwiązań, zachęt do dołączenia do społeczności czy wskazania na pewnego rodzaju unikalności i historię samego budynku lub jego otoczenia, jako sposobu na odświeżenie swojej oferty – komentuje Bartosz Oleksak, Starszy Negocjator, Dział Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

Całkowity wolumen aktywności najemców na rynku powierzchni biurowych w Polsce w pierwszej połowie 2021 r. wyniósł ponad 514 200 mkw., przy czym to popyt na regionalnych rynkach biurowych był wyższy na koniec czerwca br. (264 200 mkw.) niż w Warszawie (blisko 250 000 mkw.). W strukturze najmu w II kw. br. renegocjacje (47%) wyprzedziły nowe umowy (45%) i ekspansje (8%).

– Wysoki odsetek renegocjacji i nowych umów wskazuje, że na polskim rynku biurowym zarówno w Warszawie, jak i regionach nadal toczy się zacięta rywalizacja o podpisy nad umowami najmu. To bardzo dobry sygnał dla całego sektora, ponieważ pozwala wierzyć, że po odpowiednim poziomie zaszczepienia społeczeństwa, zachowaniu odpowiednich środków bezpieczeństwa i nieco zmienionym modelu pracy, rynek najmu otworzy się jeszcze mocniej – dodaje Bartosz Oleksak.

Najciekawsze i największe transakcje na rynku powierzchni biurowych w Polsce podpisano w większości między kwietniem, a czerwcem 2021 r. Po stronie popytu w Warszawie znalazły się m.in. renegocjacja umowy najmu blisko 21 000 mkw. przez poufnego najemcę w budynku Senator oraz dwie umowy przednajmu tj. Urząd Miasta st. Warszawy zajmie 11 300 mkw. w budynku Widok Towers, z kolei Zarządu Transportu Miejskiego (9 800 mkw.) wybrał na swoją kolejną stołeczną lokalizację Fabrykę PZO po prawej stronie Warszawy. Natomiast w regionach największymi zarejestrowanymi transakcjami były renegocjacja umowy i ekspansja Rockwell Automation (19 500 mkw.) w A4 Business Park III w Katowicach oraz dwie umowy zawarte przez poufnych najemców w Krakowie. Pierwszy reprezentujący sektor bankowy odnowił umowę 15 600 mkw. w budynku Kapelanka 42a, z kolei drugi z sektora usług biznesowych renegocjował 12 800 mkw. w budynku Kazimierz Office Center.

Możemy przypuszczać, że wypadkową zmian na rynku powierzchni biurowych będzie wprowadzenie nowelizacji w Kodeksie Pracy regulujących pracę zdalną. Szczególnie interesujące są zapisy dotyczące instalacji narzędzi do pracy i ich napraw, energii elektrycznej czy dostępu do sieci i sposobu rozliczenia tych kosztów. Duże znaczenie dla rynku powierzchni biurowych będą miały także ruchy największych korporacji, które niejako wskażą kierunek dla nieco mniejszych podmiotów. Spodziewamy się, że dla wielu pracodawców może to być test, w którym praca zdalna będzie na nowo oferowana jako przywilej czy pewnego rodzaju benefit, a nie stałe świadczenie. Z tego względu należy spokojnie obserwować zmiany i dotychczasowe roszady najemców – ocenia Jakub Potocki.

* Dane na podstawie Axi Immo Group i PINK.

Rynek biurowy z oznakami zmiany trendów

W pierwszym półroczu bieżącego roku w Trójmieście i Poznaniu wynajętych zostało więcej powierzchni biurowych niż w tym samym okresie w latach poprzednich.

– W pierwszej połowie roku największym powodzeniem wśród najemców, poza Warszawą, cieszył się rynek krakowski, gdzie podpisane zostały umowy na 74 tys. mkw. biur. Dobre 6 miesięcy miało też Trójmiasto, w którym zakontraktowane zostało 72 tys. mkw. powierzchni, jest to blisko dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie na przestrzeni ostatnich czterech lat. Generalnie, rynki regionalne zamknęły półrocze z wynikiem o 20 proc. niższym w porównaniu do roku ubiegłego, ale na uwagę, poza Trójmiastem, zasługuje także popyt zarejestrowany w Poznaniu. Transakcje zawarte w stolicy Wielkopolski przyniosły wyższy wolumen najmu niż odnotowany w tym samym czasie w ciągu ostatnich dwóch lat – informuje Krzysztof Foks, Senior Analyst w Walter Herz.

W pierwszym półroczu br. do najemców trafiło około 510 tys. mkw. powierzchni biurowych. W Warszawie wynajęte zostało 250 tys. mkw. biur, o jedną trzecią mniej niż wynosi średnia z ostatnich 5 lat. Na główne rynki regionalne przypadło łącznie ponad 260 tys. mkw. zakontraktowanej powierzchni biurowej, wynika z raportu Walter Herz.

– Spowolnienie procesów decyzyjnych, jakie wywołała pandemia dotyczy, zarówno najmu powierzchni, jak i budowy nowych projektów. W drugim kwartale tego roku mieliśmy jednak do czynienia z dużo większą aktywnością najemców niż w pierwszych miesiącach br., szczególnie na rynkach regionalnych. Firmy wyraźnie szerzej podejmują już rozmowy na temat swojego, ostatecznego zapotrzebowania na powierzchnię. Właściciele budynków liczą się natomiast z czasowym spadkiem popytu, ale w dłuższej perspektywie zakładają jego wzrost z uwagi na oczekiwane przenoszenie biznesu do Polski z innych lokalizacji – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

Warszawa z dużą, nową podażą

W Warszawie w pierwszym półroczu 2021 mieliśmy do czynienia ze sporym wzrostem podaży. Z danych Walter Herz wynika, że zakończona została budowa 10 budynków oferujących łącznie 226 tys. mkw. powierzchni biurowych. Dzięki temu zasoby biurowe stolicy wzrosły do poziomu 6,1 mln mkw.

Ukończona została realizacja trzech projektów wieżowych – Warsaw Unit, Skyliner i Generation Park Y, usytuowanych w rejonie ronda Daszyńskiego. Wysokościowce wkomponowały się w coraz bardziej okazały skyline centralnej części Warszawy. Wśród oddanych biurowców znalazły się również Moje Miejsce II, Forest podium, X20, Centrum Praskie Koneser M i N, EQ2 oraz Baletowa Business Park.

W budowie pozostaje w Warszawie 360 tys. mkw. powierzchni biurowych, z czego blisko jedna trzecia ma trafić na rynek jeszcze w tym roku. Z zapowiedzi inwestorów wynika, że zakończy się budowa kolejnych 6 budynków. Dzięki temu, nowa podaż roczna, jak podaje Walter Herz, może osiągnąć w Warszawie najwyższy wynik od 2016 roku. Drastycznie spadła natomiast ilość nowych realizacji biurowych. Na stołecznym rynku powstaje teraz najmniej biur od lat. W tym roku rozpoczęta została wyłącznie budowa projektu The Bridge.

W regionach budowa wre

Pod względem rozbudowy zasobów prym wiodą regiony. Na rynkach regionalnych powstaje przeszło dwa razy więcej powierzchni biurowych niż w Warszawie, co świadczy o odbudowie pozytywnych nastrojów. Najwięcej nowych biur realizowanych jest w Katowicach (180 tys. mkw.), we Wrocławiu (140 tys. mkw.) i Krakowie (115 tys. mkw.) oraz Trójmieście (115 tys. mkw.), oblicza Walter Herz. Dla trójmiejskiego rynku zakończenie budowy prowadzonych projektów zbiegnie się z przekroczeniem progu 1 mln mkw. podaży biurowej.

Wśród realizowanych w regionach inwestycji znajduje się m.in. High5ive, Podium Park, Wadowicka 3 oraz The Park w Krakowie, Nowy Rynek budynek E i Andersia Silver w Poznaniu, Global Office Park, .KTW II i Craft w Katowicach, a także Quorum, Wielka 27 czy Centrum Południe we Wrocławiu.

W pierwszym półroczu br. w regionach ukończonych zostało 11 biurowców. Oferta biurowa w największych miastach regionalnych zwiększyła się łącznie o około 126 tys. mkw. Najwyższy poziom nowej podaży odnotowany został w Krakowie (42,4 tys. mkw.), Poznaniu (35,9 tys. mkw.) oraz Trójmieście (35 tys. mkw.).

Rynki regionalne dysponują łącznie zapleczem liczącym około 5,95 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Wśród oddanych w pierwszych sześciu miesiącach br. budynków znalazł się m.in. poznański Nowy Rynek D, gdański  Palio Office Park A, wrocławski biurowiec Krakowska 35 oraz krakowskie budynki biurowe Tertium Business Park B, Equal Business Park D, Ocean Office Park A, czy Aleja Pokoju 81.

Nowa oferta przyniosła wzrost współczynnika pustostanów na wszystkich rynkach regionalnych do średniego poziomu 13,4 proc. Największy współczynnik pustostanów pozostaje w Łodzi – 18,3 proc., a najniższym poziomem pustostanów w skali kraju odznacza się Trójmiasto i Katowice – 9,2 proc.  W Warszawie wejście na rynek dużych obiektów podbiło współczynnik powierzchni niewynajętej o 2,6 pp. do wysokości 12,5 proc.

Czynsze

Czynsze wywoławcze w najwyższej klasy budynkach usytuowanych w centrum Warszawy kształtują się w przedziale 18-25 EUR/mkw./m-c. W pozostałych częściach aglomeracji wynoszą od 10 do 15 EUR/mkw./m-c.  Najwyższe stawki wśród głównych rynków regionalnych rejestrowane są we Wrocławiu 12,50 – 16,00 euro/mkw./m-c., a najniższe w Łodzi 9,50 – 14,00 euro/mkw./m-c.

Nowa trasa kolejowa z Wrocławia do granicy z Czechami. Umowa na studium wykonalności podpisana

To będzie ponad 60-kilometrowy odcinek łączący Żarów, leżący na południowy zachód od Wrocławia, ze Świdnicą, Wałbrzychem i Lubawką na granicy polsko-czeskiej. Spółka Centralny Port Komunikacyjny podpisała kontrakt na studium wykonalności na ten końcowy fragment tzw. szprychy nr 9.

W skład kolejowej inwestycji wejdą linie nr 267 i 268: Żarów–Świdnica–Wałbrzych–granica państwa. Podczas konferencji na dworcu PKP w Wałbrzychu przedstawiciele CPK złożyli podpisy pod wartą 15,1 mln zł netto umową z firmą BBF, która wygrała postępowanie przetargowe. Kontrakt dotyczy przygotowania studium wykonalności, czyli kluczowej dokumentacji przedprojektowej.

– Od dzisiaj prace rozpoczyna wykonawca dokumentacji dla przygranicznego odcinka tzw. szprychy nr 9, czyli linii dużych prędkości przez m.in. Lubawkę, Wałbrzych, Wrocław, Sieradz, Łódź, CPK i Warszawę. Cała ta kolejowa trasa to swoisty kręgosłup systemu kolejowego CPK. Będzie łączyła południowo-zachodnią Polskę z jej centrum, dzięki czemu skutecznie przysłuży się do walki z wykluczeniem komunikacyjnym w tej części kraju – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

– Odcinek z Żarowa do Lubawki to przykład współpracy kolejowych inwestorów z sąsiednich krajów w ramach międzynarodowego korytarza europejskiej sieci TEN-T. Docelowo połączymy się z inwestycją przygotowywaną przez Czechów, tworząc połączenie kolejowe Warszawy i Wrocławia z Pragą. W tym celu swoje działania koordynują spółka CPK i przedsiębiorstwo Správa železnic, czyli zarządca infrastruktury kolejowej w Czechach – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Na przygotowanie studium wykonawca ma rok. Całkowita realizacja i rozliczenie umowy może potrwać dłużej, ponieważ w zakres przedmiotu zamówienia wchodzą także m.in. dokumentacja geologiczna i mapy do celów projektowych.

Celem studium wykonalności jest m.in. wskazanie rekomendowanego przebiegu linii kolejowej. W ramach tego samego zlecenia wykonawca dostarczy spółce CPK m.in. prognozy ruchu, a także analizy – np. techniczne, środowiskowe i wielokryterialne – oraz przygotuje dokumentację geologiczno-inżynierską i mapy do celów projektowych. Dla tego odcinka od ubiegłego roku trwają też wymagane prawem inwentaryzacje przyrodnicze.

Kolejowa inwestycja CPK będzie oznaczała liczne korzyści dla pasażerów m.in. z Dolnego Śląska. Np. skróci się czas przejazdu z Wałbrzycha: do Wrocławia do 40 min (dziś jedziemy ok. godziny), a do Warszawy – po wybudowaniu całej trasy – do 2 godz. 35 min, czyli ponad dwa razy krócej niż obecnie. Świdnica uzyska bezpośrednie połączenia dalekobieżne z czasem dojazdu do Warszawy w 2 godz. 25 min.

Do Pragi dojedziemy z Wrocławia – po zrealizowaniu inwestycji także przez Czechów – w 2 godz. 30 min (dziś potrzeba na to dwa razy więcej czasu). Znacząco skróci się czas przejazdu z Warszawy do Pragi: z obecnych 8 godz. 30 min do 4 godz. 30 min.

Według harmonogramu pierwsze roboty budowlane po polskiej stronie mają ruszyć w 2023 r. Spółka zakłada, że odcinek zostanie uruchomiony jednocześnie z lotniskiem.

Boty i sztuczna inteligencja na usługach cyberprzestępców

Rosnące koszty utrzymania infrastruktury związane ze wzrostem natężenia ruchu, przejęcia kont, nieuprawnione wykorzystanie kart podarunkowych, usuwanie własności intelektualnej – to powszechne kłopoty biznesu wynikające ze stosowania botów przez świat cyberprzestępczy. Przypomnijmy też, że w ostatnim czasie sam wzrost ataków DDoS wyniósł 55%[1], z czego ponad 50% stanowią ataki wykorzystujące wiele wektorów. 

Firmy próbują zaradzić tym problemom, ograniczając szybkość, blokując szkodliwe adresy IP i lokalizacje. Wykorzystują także przestarzałą i nieskuteczną technologię CAPTCHA czy utrudniające klientom korzystanie z aplikacji uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA). Powyższym celom służy wiele rozwiązań, które mają za zadanie uprzedzić ruchy atakujących i zaradzić rosnącej frustracji klientów próbującym finalizować zakupy czy transakcje. Główne wyzwania połączonych sił biznesu i IT wiążą się z trendami kreowanymi przez atakujących.  

Atakujący zmieniają narzędzia

Jeśli wartość kont klientów firmy czy organizacji jest wysoka, napastnicy będą nieustannie próbować się do niej dostać, zmieniając metody i narzędzia aż do skutku. Wprowadzający środki zaradcze biznes jest narażony na zmieniające się stale formy ataku, które mają na celu ominięcie zabezpieczeń – włącznie z wykorzystaniem Sztucznej Inteligencji.

Najpopularniejsze metody hakerów i poprawne wykrywanie anomalii

Atakujący stale wykorzystują boty, automatyzację i zhakowane dane uwierzytelniające, aby osiągnąć przychód. Podstawowe środki łagodzące nie są wystarczające[2]. Atakujący zazwyczaj wykorzystują cztery metody dla ukrycia się i pozyskania dostępu:

  • Spoofing – fałszowanie usług i protokołów ruchu sieciowego
  • Emulowanie – duplikacja prawidłowych urządzeń i przeglądarek
  • Wykorzystywanie skradzionych danych oraz syntetycznych tożsamości
  • Naśladowanie i prezentowanie rzeczywistych ludzkich zachowań

Dobre rozwiązania mitygujące wykorzystują różnorodne sygnały i Sztuczną Inteligencję, aby dostarczać praktycznej wiedzy i wykrywać nietypowe zachowania wskazujące na oszustwo — w tym czynności kopiowania i wklejania, przełączanie ekranu, dziwne wykorzystanie zawartości ekranu, powinowactwo urządzeń, fałszowanie środowiska i próby anonimizacji tożsamości.

Tradycyjne rozwiązania zabezpieczające utrudniają życie klientom

Tymczasem powszechne CAPTCHA są przestarzałe i nieskuteczne ze względu na działalność ludzkich farm kliknięć, które je rozwiązują. Często stosowane żądania realizacji uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA) także są łamane przez podszywanie się hakerów pod właścicieli kont z wykorzystaniem wykradzionych danych osobowych. Obie technologie utrudniają korzystanie klientom z aplikacji. Wskaźnik niepowodzenia transakcji u ludzi waha się w przypadku zastosowania powyższych od 15% do 50%. Prowadzi to do porzucania koszyków zakupowych i zmniejszenia zadowolenia użytkowników.

Kłopot z fałszywymi alarmami – pozytywne identyfikacje ludzi jako botów są faktem

Człowiek może być rozpoznany przez rozwiązania mitygujące jako bot i odwrotnie. Rozwiązania łagodzące kłopoty z botami mogą się mylić – warto przyjrzeć się rozmiarom podobnych pomyłek i szybko reagować na fałszywe alarmy i niwelować podobne alerty w przyszłości.

Przestępcy omijają wykrywanie botów – konieczność dostosowania rozwiązań

Faktem jest, że przestępcy omijają zabezpieczenia. Skuteczna strategia dostosowania rozwiązań musi opierać się na założeniu, że napastnik bezproblemowo omija wszystkie środki zaradcze. Kluczowa staje się błyskawiczna reakcja na jego działania i wpisanie jej w strategię ochrony przed botami. Firmy powinny mieć świadomość, w jakim czasie są w stanie zareagować na zmianę ich rozwiązań zabezpieczających oraz jak szybko są mogą wprowadzić do nich odpowiednie zmiany.

Śledzenie ataku wymaga analizy ciągłej – widoczność anomalii jest kluczowa

Gdy zabezpieczenia zostaną ominięte, rozwiązanie czy usługa mitygująca powinny mieć ciągły wgląd w przebieg ataku. Najskuteczniejsze rozwiązania stale gromadzą i analizują różne sygnały telemetryczne urządzeń, sieci, środowiska i behawioralne, aby zmaksymalizować widoczność i dokładnie zidentyfikować anomalie. Poprawia to skuteczność modeli Sztucznej Inteligencji w pętli zamkniętej, zapewniając kluczowe informacje dla operacji bezpieczeństwa.

„Sprawdzam” – pytania IT

Analizując odporność organizacji na zautomatyzowane ataki, konieczne staje się przyjrzenie się także kosztom wdrożenia i utrzymania rozwiązań. W tym rozpatrzenie, czy możliwe jest wykorzystanie chmury oraz modelu kosztów zabezpieczeń (czysty ruch lub opłata godzinowa). Warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Np. jeśli użytkownik lub administrator musi zainstalować niestandardowe oprogramowanie punktu końcowego, czy ochrona będzie automatyczna? Jeśli nie ma punktu końcowego, w jaki sposób rozwiązanie wykrywa zrotowane urządzenia mobilne? Jak wykrywane są ataki przy użyciu najnowszych narzędzi bezpieczeństwa i danych z Dark Web? A co z API?

Trzeba pamiętać o oszustwach manualych – kierowanych przez ludzi

Celem ominięcia zabezpieczeń przed botami zdeterminowani przestępcy wprowadzają w przeglądarkach dane uwierzytelniające także ręcznie. Może to prowadzić do przejęcia kont (ATO) i oszustw. Zabezpieczenia powinny też uwzględniać ocenę, czy mamy do czynienia z klientem czy przestępcą, aby na tej podstawie podjąć kroki dla manualnych działań ludzi lub przeciw nim.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] https://www.f5.com/labs/articles/threat-intelligence/ddos-attack-trends-for-2020 dane z okresu styczeń 2020 – marzec 2021: analiza F5 Silverline Security Operations Center (SOC) i F5 Security Incident Response Team (SIRT)

[2] Dla przykładu spójrzmy na metodę blokowania IP. Atakujący ponownie wykorzystują adresy IP (średnio tylko 2,2 raza). Często w interwałach raz dziennie lub raz w tygodniu. To sprawia, że ​​blokowanie adresów IP jest w dużej mierze nieskuteczne.