Indeksy koniunktury kontrolują rynek

Wczorajszy dzień upłynął wyraźnie pod dyktando indeksów koniunktury. To, co było charakterystyczne w tych danych, to duży spadek optymizmu w branży usługowej zarówno na Wyspach, jak i w USA. Być może to nawrót strachu przed lockdownem.

Indeksy koniunktury z Unii

Opublikowane wczoraj indeksy koniunktury, w postaci wstępnych wyników indeksów PMI dla przemysłu i usług pokazują istniejący od kilku odczytów trend. Optymizm w przemyśle jest wciąż wysoki, gdyż firmy wierzą w odbicie popandemiczne, ale co ważniejsze coraz bliżej tego wskaźnika jest indeks dla usług. Te z kolei, po tym jak uderzyła w nie pandemia, miały bardzo słabe wyniki. Mówimy tutaj szczególnie o Europie, gdyż w wielu innych regionach optymizm w usługach nie spadł aż tak mocno. Dane te oprócz wpasowania się w korzystny trend miały jeszcze jedną cechę. Były delikatnie słabsze od oczekiwań. Co ciekawe, inwestorzy musieli spodziewać się większych spadków, bo publikacja przełożyła się na umocnienie się euro względem głównych walut w tym dolara.

Na Wyspach optymizm spada

Dużym zaskoczeniem były dane z Wielkiej Brytanii. O ile subindeks dla przemysłu był blisko oczekiwań, a nawet je przekroczył, o tyle subindeks dla usług zawiódł. Analitycy oczekiwali 59 pkt, wynik wyniósł zaledwie 55,5 pkt. Teoretycznie może się wydawać to niewielką różnicą, ale należy pamiętać, że w tym badaniu swoistym zerem, czyli poziomem rozdzielającym rozwój od recesji, jest poziom 50 pkt. Widać zatem wyraźnie, że w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z pewnym problemem, który prędzej, czy później może rozlać się na twarde dane.

Problemy za oceanem

Jeżeli ktoś malował już piękne obrazy rozwoju amerykańskiej gospodarki wychodzącej z kryzysu szybciej od oczekiwań, to powinien się chwilę zastanowić. Indeksy dla przemysłu i dla usług wypadły wyraźnie gorzej od oczekiwań. Obydwa indeksy są wciąż wyraźnie powyżej poziomu 50 pkt rozdzielającego przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych, ale dystans ten wyraźnie spada. To właśnie te słabsze dane były odpowiedzialne za wczorajszą słabość amerykańskiej waluty w godzinach popołudniowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja o zmianie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rynki oczekują na sympozjum w Jackson Hole

W poniedziałek NBP opublikował dane o inflacji bazowej w lipcu. Nie były one zaskakujące dla rynku, bowiem pokazały, że inflacja bazowa w Polce pozostaje podwyższona. Wskaźnik CPI po wyłączeniu cen żywności i energii wzrósł do 3,7% r/r wobec 3,5% r/r w czerwcu.

We wtorek miała miejsce aukcja odkupu obligacji, która jednak była wyraźnie niższa niż poprzednie. Mimo możliwości odkupu ze strony NBP obligacji o wartości 10 mld zł, popyt ze strony uczestników rynku był niewielki i aukcja zakończyła się odkupem w wysokości 1,05 mld zł. Wprawdzie NBP komunikuje, że program będzie prowadzony do odwołania i nie określa docelowej skali programu jednak można spodziewać się, że zostanie wygaszony w najbliższym czasie, w związku ze stabilizująca się sytuacją gospodarczą.

W strefie euro, według wstępnych wyliczeń indeks PMI dla sektora usługowego wyniósł w sierpniu 59,7 pkt wobec 59,8 pkt miesiąc wcześniej. Sierpniowy odczyt wskazuje na stabilną sytuację w tym sektorze pomimo nasilania się pandemii COVID-19. Z kolei indeks PMI w strefie euro dla sektora przemysłowego obniżył się do 61,5 pkt z 62,8 pkt miesiąc wcześniej. Produkcja nadal mierzy się z zatorami w łańcuchach dostaw materiałów i surowców.

W minionym tygodniu FED opublikował sprawozdanie z posiedzenia Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku, które odbyło się pod koniec lipca. Według dokumentu bankierzy centralni podzieleni są w sprawie rozpoczęcia redukcji programu skupu aktywów (taperingu). Cześć z nich uważa, że zmniejszanie tempa skupu aktywów może zostać rozpoczęte jeszcze w tym roku, pod warunkiem, że gospodarka będzie zachowywać się zgodnie z przewidywaniami. Inni są skłonni do natychmiastowej reakcji, ze względu na niepokojąco wysoką inflację. Jednak są też członkowie FEDu którzy wskazują na ryzyko związane z nasileniem pandemii, w związku z czym wskazują na odroczenie redukcji skupu. Termin rozpoczęcia taperingu może zostać przybliżony podczas sympozjum w Jackson Hole, które odbędzie się od czwartku do soboty – 26.08 i 28.08.

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia dla rynków będzie wspomniane wyżej sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole. Wypowiedzi przedstawicieli Fed, w tym również prezesa J. Powella, mogą wpłynąć na rynkowe oczekiwania co do perspektyw polityki pieniężnej w USA. W piątek zostaną przedstawione dane o dochodach i wydatkach Amerykanów oraz raport o oczekiwaniach inflacyjnych w USA. Rynek oczekuje również wystąpienia przewodniczącego Rezerwy Federalnej – Jerome Powella.

W czwartek zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia Rady Prezesów EBC, a także protokół z posiedzenia RPP.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dlaczego rosną ceny autogazu?

Jeżeli chodzi o ceny gazu skroplonego, to widzimy od kilku miesięcy na stacjach benzynowych radykalne podwyżki cen. Co więcej, tak wysokich cen gazu nie odnotowano od 2013 roku. Na początku 2021 roku można było dostać litr LPG w cenie około 2 złotych, a obecnie cena wynosi średnio 2,70 zł. I to nie jest koniec wzrostu cen autogazu. Tak samo odczuwają to konsumenci kupujący butle gazowe w celach kuchennych czy do ocieplania domów. Jest kilka głównych przyczyn wzrostu cen. Należy do nich ekonomiczny czynnik handlowy – czyli umowa pomiędzy państwami OPEKC Plus. Jest to umowa, która spowodowała, że na rynku ropy naftowej – która jest skorelowana z innymi źródłami energetycznymi i różnymi rodzajami paliw – nastąpiło obniżenie podaży przez głównych producentów tych surowców. LPG wytwarzane jest na dwa sposoby. Pierwszy z nich to możliwość produkcji w rafineriach w procesie obróbki ropy naftowej. Drugi proces przebiega bezpośrednio na polach naftowych – tam wytwarza się inne frakcje gazów. Gazy wydobywane podczas produkcji ropy naftowej to między innymi gazy ciekłe: propan, etan i wiele innych gazów. W przypadku ograniczenia podaży wydobycie ropy naftowej naturalnie maleje – co automatycznie sprawia, że zmniejsza się także wydobycie gazów towarzyszących, z których wytwarzany jest LPG. Już teraz pewne jest to, że w perspektywie następnych miesięcy ceny LPG nadal będą rosły. Natomiast eksperci przewidują stabilizację cen autogazu na początku następnego roku.

– W przypadku głównego partnera, od którego importujemy prawie 65% LPG, czyli Rosji produkcja gazu LPG od początku obecnego roku spadła o około 16% – to jest ponad milion ton w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Żeby porównać skalę, Rosja produkuje rocznie ok. 17 milionów ton LPG – z czego 11 milionów konsumowanych jest na rynku wewnętrznym. Pozostałe 6 milionów przeznaczone jest na eksport. Polska konsumuje około 2,4 milionów ton LPG rocznie, natomiast produkuje około 500 tysięcy ton rocznie – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlet. – Ceny gazu na pewno będą rosły z dwóch powodów. Po pierwsze pod koniec czerwca wprowadzono sankcje na produkty sektora petrochemicznego i rafineryjnego w wyniku działań reżimu Łukaszenki. Unia Europejska zakazała sprowadzania do państw europejskich produktów wytworzonych na Białorusi. Polska również sprowadzała LPG z dwóch białoruskich rafinerii. Drugim najbardziej niebezpiecznym dla rynku LPG w Polsce czynnikiem jest wydarzenie z 5 sierpnia, kiedy na półwyspie Jamalskim doszło do eksplozji i pożaru w zakładzie obróbki kondensatu gazu – Gazprom Pererabotka. Zakład ten jest jednym z trzech największych rosyjskich zakładów przerobu kondensatu gazowego i produkcji LPG. W związku z tym duża część rosyjskiej produkcji została zatrzymana. Należy również podkreślić, że Polska jest dużym partnerem handlowym dla Rosji. Około 28% eksportu rosyjskiego trafia właśnie do nas. Zatem perspektywy cenowe LPG są bardzo negatywne i prawdopodobnie w najbliższym czasie zobaczymy na stacjach benzynowych cenę nawet powyżej 3 złotych za litr tego paliwa. Przewidujemy, że ceny mogą ustabilizować się na początku 2022 roku – gdy wejdzie w życie kolejna korekta porozumienia naftowego, pozwalającego na zwiększenie wydobycia ropy naftowej. Będzie to także otwarcie nowych możliwości pozyskiwania kondensatu gazowego. Jednak ceny nie spadną radykalnie. Myślę, że będzie to spadek o kilkadziesiąt groszy. Uważam, że na koniec roku 2022 cena LPG będzie sięgać około 2,5 złotego – analizuje Marszałkowski.

5 pomysłów na biznes dla młodych przedsiębiorców

W II kwartale br. Polacy zarejestrowali ponad 92 tysiące nowych biznesów, o 43,5% więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych GUS. Zdecydowana większość tych firm – aż 84% – stanowiły jednoosobowe działalności gospodarcze. Eksperci EFL wskazują, że pandemia nie tylko nie zniechęciła Polaków do własnej działalności, wręcz przyspieszyła realizacje projektów, które zapewnią poczucie niezależności oraz satysfakcjonujące źródło dochodu. W szczególności dotyczy to młodych osób, którym leasingodawca podsuwa kilka ciekawych pomysłów na biznes.

Prowadzenie własnej firmy wymaga nie tylko zapału i odwagi, lecz także konkretnego planu opartego na chłodnej analizie. Zarejestrowanie działalności powinno być poprzedzone napisaniem biznesplanu oraz uzyskaniem choćby podstawowej wiedzy na temat księgowania transakcji, płacenia podatków oraz składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Osoba zainteresowana otwarciem biznesu powinna przede wszystkim znać branżę, w której chce działać. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest założenie firmy, której profil jest zgodny z wykształceniem, kwalifikacjami czy zainteresowaniami młodego przedsiębiorcy. EFL podpowiada, które pomysły mogą mieć obecnie największy potencjał.

Sklep internetowy

Pandemia zdecydowanie przekierowała Polaków w stronę zakupów online. Coraz chętniej kupujemy przez Internet, bo zajmuje to mniej czasu i często wybrany produkt mniej kosztuje. Stąd interesujący pomysł na biznes dla młodych to założenie sklepu internetowego. Jego potencjał jest nieograniczony. Można w nim sprzedawać różne produkty – od zyskującej na popularności ekożywności, przez naturalne kosmetyki czy urządzenia elektroniczne, po odzież i artykuły dziecięce. Sprzedaż odbywa za pośrednictwem oprogramowania online, którego stworzenie można przygotować we własnym zakresie lub wykupić dostęp do gotowej platformy. Należy się również liczyć z koniecznością zakupu domeny, hostingu czy certyfikatu SSL. Co ważne, prowadzenie sklepu internetowego wcale nie wymaga inwestycji w powierzchnię magazynową. Usługa dropshippingu pozwala na zlecenie magazynowania oraz obsługi przesyłek hurtowni.

Zdalne usługi

Kolejna lekcja wyciągnięta w czasie pandemii – praca z domu wcale nie jest mniej efektywna niż z biura. Młode osoby sprawnie poruszają się w świecie internetu i nowoczesnych technologii, dlatego pomysłem na pierwszy biznes mogą być zdalne usługi określane jako freelancing. Sposobów na zarabianie online jest wiele, m.in. copywriting, programowanie aplikacji, tworzenie stron internetowych, tłumaczenia, prowadzenie księgowości, grafika komputerowa, prowadzenie bloga czy pozycjonowanie. Do podstawowych wydatków inwestycyjnych można zaliczyć zakup komputera, oprogramowania czy mebli biurowych.

Aranżacja ogrodów

Jeszcze 10 czy 20 lat temu mało kto myślał o projekcie wnętrza domu, dziś to powoli staje się standardem, a do tego na znaczeniu zyskuje projektowanie i pielęgnacja ogrodu. Jest to działalność wymagająca kreatywności i poczucia estetyki. Jej prowadzenie wiąże się z posiadaniem sprzętu. Z jednej strony potrzebnego do przygotowywania projektów (m.in. komputer, oprogramowanie do projektowania), z drugiej zaś do realizacji prac ogrodowych. I tutaj konieczny będzie samochód dostawczy, kosiarki czy podstawowe narzędzia ogrodnicze. Co ważne, klientami takiej firmy mogą być nie tylko osoby prywatne, ale i deweloperzy, instytucje publiczne oraz inne firmy, które coraz bardziej dbają o otoczenie swoich placówek.

Renowacja mebli

Drugie życie mebli od kilku lat zyskuje w oczach Polaków. Dlatego innym pomysłem na własny biznes dla młodych przedsiębiorców może być świadczenie usług renowacji starych mebli. Drewniane meble są oczyszczane z uszkodzonych powłok oraz pokrywane nową warstwą ochronną. Nieraz wykonuje się również dodatkowe zdobienia, np. z użyciem techniki decoupage’u. Do prowadzenia firmy świadczącej usługi renowacji niezbędny jest m.in. zakup szlifierki, dłuta, papieru ściernego, pędzli, szpachlówki, farb, lakierów i rozpuszczalników.

Restauracja wege

Z raportu „Rozwój Kultury Kulinarnej w Polsce 2010-2020” wynika, że 4% Polaków jest wegetarianami, co oznacza że milion Polaków w wieku 18-65 lat nie je mięsa. Taka baza klientów i rosnący popyt na dania wegetariańskie i wegańskie sprawiają, że dobrym pomysłem na biznes dla młodych jest wegerestauracja. Otwarcie takiego biznesu, w porównaniu do powyższych pomysłów, wymaga jednak sporych nakładów finansowych potrzebnych do zakupu lub wynajęcia lokalu oraz jego odpowiedniej aranżacji i wyposażenia. Trzeba się również liczyć ze skompletowaniem wykwalifikowanej załogi – niezbędne jest zatrudnienie kucharzy, kelnerów i sprzątaczki.

Każdy pomysł można sfinansować leasingiem

Aby pomysł na pierwszy biznes mógł zostać zrealizowany, niezbędne jest sfinansowanie odpowiednich inwestycji. Dziś nie trzeba posiadać całej potrzebnej gotówki, ponieważ można skorzystać z zewnętrznych form finansowania. Młoda osoba może ubiegać się o bezzwrotną dotację z urzędu pracy, środków Unii Europejskiej czy PARP. Właściciel startupu może także podjąć współpracę z zewnętrznymi inwestorami, np. aniołem biznesu czy spółką venture – w takim przypadku może liczyć nie tylko na pieniądze, lecz także wsparcie w prowadzeniu firmy. W zamian jednak musi oddać część swoich udziałów.

– Właściwie każdą inwestycję można także sfinansować za pomocą leasingu. EFL, mimo pandemii, zdecydował się udostępnić leasing dla młodych przedsiębiorców, z szeroko rozumianej branży IT, którzy zakładają swoje pierwsze firmy. W ten sposób można kupić potrzebny sprzęt czy samochód. Co ważne, otrzymanie leasingu nie wymaga wysokiego wkładu własnego ani długotrwałych i skomplikowanych formalności. A po zakończeniu umowy, wzięte w leasing środki trwałe można wykupić na korzystnych warunkach – podpowiada Adam Linkiewicz, Market Product Manager w EFL.

Sztuczna inteligencja przeciwko cyberprzestępcom, czyli jak ogniem zwalczyć ogień

Sztuczna inteligencja (AI) znajduje coraz szersze zastosowanie. Jest obecna w wielu dziedzinach codziennego życia – od zakupów online po ochronę zdrowia. Niestety, wykorzystują ją także cyberprzestępcy, którzy dzięki tym mechanizmom wzmacniają skuteczność swoich ataków. Aby podjąć skuteczną walkę, zespoły ds. cyberbezpieczeństwa powinny zatem skupić się na zrozumieniu tych technik i na bazie tej wiedzy projektować strategię działania.

Już w 2018 r. organizacja Electronic Frontier Foundation przestrzegała przed możliwością złośliwego zastosowania sztucznej inteligencji[1]. I rzeczywiście, mechanizmy te coraz częściej stają się dużym zagrożeniem dla bezpieczeństwa cyfrowego, gdyż dzięki nim cyberprzestępcy potrzebują mniej czasu na włamanie się do sieci. Zwykle operacja ta trwała nawet kilka miesięcy, zaś obecnie – kilka dni. Z powodu tak dużej skuteczności wzrasta liczba ataków bazujących na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym. Skrócenie czasu potrzebnego na przeprowadzenie złośliwych działań przekłada się też na obniżenie związanych z nimi kosztów. W tym kontekście sytuację administratorów utrudnia możliwość dokonania przez cyberprzestępców automatyzacji całego procesu mapowania sieci, odkrywania potencjalnych celów, znajdowania w nich luk bezpieczeństwa, a nawet przeprowadzania niestandardowych ataków.

Sztuczna inteligencja w rękach atakujących stanowi coraz większe zagrożenie dla bezpieczeństwa sieci i danych. Sytuację pogarsza możliwość wykorzystania przez nich tzw. inteligentnych rojów oraz tworzenia zautomatyzowanych i bazujących na skryptach zagrożeń. To wszystko w zawrotnym tempie zwiększa szybkość i skalę cyberataków – ocenia Derek Manky z FortiGuard Labs firmy Fortinet.

Konieczność stosowania zintegrowanej architektury bezpieczeństwa

W wielu przedsiębiorstwach architektura ochronna nie jest dostosowana do obrony przed atakami bazującymi na sztucznej inteligencji. Głównym problemem jest stosowanie w jednym środowisku nawet kilkudziesięciu punktowych produktów zabezpieczających sieć, często pochodzących od różnych producentów. Utrudnia to uzyskanie pełnego obrazu poziomu ochrony, ponieważ wymagane jest ręczne integrowanie danych z wielu aplikacji. W takiej sytuacji niemożliwa jest skuteczna i skoordynowana reakcja na cyberatak obejmujący całą sieć.

Co więcej, zespoły ds. cyberbezpieczeństwa często nie nadążają z wykrywaniem zagrożenia, ponieważ przestępcy stają się coraz szybsi i minimalizują czas potrzebny na przeprowadzenie ataków. To z kolei powoduje powstawanie tzw. luki wykrywalności naruszenia bezpieczeństwa (Breach Detection Gap), określanej jako okres od momentu włamania do sieci, aż do wykrycia incydentu. Dane przedstawione w dokumencie Ponemon Cost of a Data Breach Report 2020[2] wskazują, że czas ten może wynieść średnio nawet 280 dni. Według tego raportu, przeciętny koszt naruszenia bezpieczeństwa danych na świecie wynosi 3,86 mln dolarów. Skala tego zjawiska pokazuje, jak ważne jest zintegrowanie posiadanych zabezpieczeń.

Czego zespoły ds. bezpieczeństwa IT mogą nauczyć się od cyberprzestępców?

W branży cyberbezpieczeństwa stale brakuje dużej liczby specjalistów. Pozyskanie odpowiednio wykwalifikowanych pracowników w tym obszarze jest dla firm poważnym problemem. Szczególnie trudno jest znaleźć osoby, które znają się na sztucznej inteligencji. Tymczasem, wraz z jej rozwojem, cyberprzestępcy opracowują coraz bardziej skuteczne, bazujące na tym mechanizmie techniki. Wykorzystywane w cyberatakach samouczące się rozwiązania pozwalają nie tylko na szybkie znalezienie luk w zabezpieczeniach. Umożliwiają także dobieranie na bieżąco najskuteczniejszego w danej sytuacji złośliwego kodu oraz aktywne neutralizowanie prób jego zablokowania.

Wykorzystując sztuczną inteligencję oraz łącząc ją z nowymi metodami ataków, np. rojami botów, cyberprzestępcy zyskują możliwość segmentacji ataku. Jego poszczególne elementy funkcjonalne mogą być przypisane do różnych członków roju, aby umożliwić interaktywną komunikację i przyspieszyć tempo ataku. Trzeba jednak zaznaczyć, że może być on też przeprowadzony przez pojedynczego przestępcę, więc nie zawsze jest potrzebne angażowanie większej grupy ludzi – opisuje Derek Manky.

Cyberprzestępcy posługują się coraz bardziej złożonymi i wyrafinowanymi technikami, co przekłada się na wzrost efektywności ich działania. Dlatego strategia bezpieczeństwa również powinna być wzmocniona o zastosowanie rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję. Zespoły ds. cyberbezpieczeństwa powinny zapomnieć o zasadzie, że ognia nie gasi się ogniem. W tym przypadku jest odwrotnie. Wyrównanie szans w walce z cyberprzestępcami będzie możliwe tylko wtedy, gdy metodyka ich działania zostanie zaadaptowana do celów działań ochronnych. Jest to istotne zwłaszcza w sytuacji niedoboru specjalistów na rynku. Wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji może usprawnić pracę zespołów ds. bezpieczeństwa i chociaż trochę zmniejszyć odczuwanie negatywnych skutków luki kompetencyjnej.

[1] https://www.eff.org/deeplinks/2018/02/malicious-use-artificial-intelligence-forecasting-prevention-and-mitigation

[2] https://www.ibm.com/security/data-breach

39% zarządzających nie ufa pracownikom podczas pracy zdalnej

Za nami kilkanaście miesięcy, podczas których praca zdana stała się standardem. Jak doświadczenia z tego okresu wpłynęły na zaufanie pracodawców do pracowników? Najnowsze badania przeprowadzone na zlecenie Ricoh pokazują, że aż 39% pracodawców uznaje, że podczas pracy zdalnej obowiązki służbowe nie są wykonywane równie efektywnie i  sumiennie jak w biurze. Natomiast 35% pracodawców deklaruje pełne zaufanie do zaangażowania swoich pracowników podczas pracy zdalnej. Badanie zrealizowano wśród 1500 osób zajmujących stanowiska decyzyjne w europejskich firmach.

Ograniczona wiara w zaangażowanie w pracę podczas home office jest jednym z najczęstszych powodów, dla których część firm nie wprowadzi elastycznego modelu pracy po ustaniu pandemii. Co interesujące, zaledwie 19% przyznało, że podczas pandemii i konieczności funkcjonowania w modelu zdalnym zauważyło spadek efektywności pracy. Ponad połowa (57%) uznaje, że wprowadzanie nowych technologii, które pozwolą na efektywną pracę zdalną, będzie miało duże znaczenie dla budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy, a tym samym zatrzymania czołowych pracowników i przyciągnięcia najlepszych specjalistów na rynku.

Dla wielu pracowników całkowity powrót do pracy stacjonarnej jest problematyczny. 42% pracodawców przyznało, że członkowie ich zespołów obawiają się powrotu do biura i przebywania w dużych skupiskach ludzi. Zarządzający powinni wziąć pod uwagę te obawy.

“Firmy muszą zaakceptować nowe potrzeby pracowników i przygotować się do nowego stylu pracy. Hybrydowy model nie może być utożsamiany z pracą w trybie zdalnym, a firmy, ze względu na komfort swoich pracowników, nie powinny się na niego zamykać. Biura pozostaną nadal ważnym elementem środowiska pracy – jako przestrzeń budowania społecznych interakcji i kreatywnej współpracy. Kluczowe dla zbudowania zaangażowanego zespołu jest wzajemne zaufanie – powiedział David Mills, CEO, Ricoh Europe.

Wymiana słabych ogniw

Optymalizacja i odporność – to dwa priorytety dla szefów logistyki. Tak przynajmniej wynika z odpowiedzi, jakich udzielili ankietowani przez Gartnera prezesi. Dlatego w popandemicznej rzeczywistości do skutecznej realizacji zadań managerowie odpowiedzialni za łańcuch dostaw wykorzystywać będą IT. Eksperci nie mają złudzeń; żeby logistyka była odporna, musi stać się bardziej cyfrowa.

Ankieta przeprowadzona przez instytut badawczy Gartner wśród kadry C-level przedsiębiorstw posiadających rozbudowane łańcuchy dostaw pokazuje, że dla co trzeciej firmy (33%) w najbliższym czasie priorytetem stanie się optymalizacja kosztów i uodpornienie łańcucha dostaw. – Wyzwaniem ostatnich miesięcy było zapewnienie ciągłości dostaw. Gros przedsiębiorstw nie mogło skutecznie planować produkcji, bo ich systemy logistyczne miały zakłócenia. Było to szczególnie dobrze widoczne w branży półprzewodników, gdzie musiano uporać się z wyzwaniami związanymi z przepływem towarów i rosnącymi kosztami dystrybucji. To wystarczające powody dla prezesów, którzy zdecydowali, że czas zacząć działać prewencyjnie. – tłumaczy Paweł Sitnik, Menadżer ds. Kluczowych Klientów z BPSC.

Jak zauważa Thomas O’Connor, starszy dyrektor analityki w zespole ds. strategii łańcucha dostaw w Gartnerze, każdy region stabilizować się będzie z różną dynamiką. Jego zdaniem biznes musi być gotowy na swego rodzaju dwutakt, a dyrektorzy logistyki muszą mieć na uwadze, że ożywienie nie będzie rozłożone równomiernie. Będzie to dotyczyło zarówno podaży, jak i popytu. Ekspert uważa, że rynki o wysokim wskaźniku szczepień odbijają się znacznie szybciej niż te, które z kwestią budowania odporności są na bakier.

Kluczowe miesiące

Na wymianę słabych ogniw, ale przede wszystkim na optymalizację i wzmocnienie łańcucha dostaw, przed którymi stają szefowie logistyki, nie ma zbyt wiele czasu. Dlaczego? Ponieważ kadra kierownicza chce by kluczowe zmiany, zakończyły się przed okresem stabilizacji gospodarczej. A ten, jak wynika z ankiety Gartnera, nastąpi najpóźniej do końca 2022 roku. Aż 60% pytanych dyrektorów generalnych wskazuję tę datę jako najbardziej prawdopodobny kres niepewności i powrót do znanej rutyny.

Nic dziwnego, że zdecydowana większość respondentów chce skoncentrować się na technologii i planuje z roku na rok zwiększać inwestycje w możliwości cyfrowe (80%). – Wygląda na to, że biznes odchodzi od ogólnych, czasem nieokreślonych projektów w zakresie cyfrowej transformacji i skłania się ku dokładnie określonym i punktowym wdrożeniom, które są odpowiedzią na konkretne potrzeby. To świadectwo cyfrowej dojrzałości. – podkreśla Paweł Sitnik ze śląskiej spółki IT.

Dwie strony medalu

Jak zbadał Gartner, kadra C-level przewiduje, że pandemia będzie miała trwały wpływ na ich firmy. Co ciekawe, ponad dwie trzecie uczestników badania stwierdziło, że wykorzysta ją jako okazję do skupienia się na przeprojektowaniu biznesu. Co więcej, 79% prezesów spodziewa się, że wkrótce widoczne będą znaczące i trwałe zmiany w zachowaniu społeczeństwa, przedsiębiorstw, a także rynkowych trendów, które są bezpośrednim wynikiem pandemii. Co to oznacza dla logistyki? Paweł Sitnik z BPSC wyjaśnia: – Dla managerów zajmujących się łańcuchem dostaw to sygnał, że już teraz powinni przygotować się na to, że reprezentowane przez nich firmy, partnerzy, ale też konkurenci będą przechodzić zmiany. Ci, którzy przegapią dobry moment na wzmocnienie logistyki mogą się srogo rozczarować – kwituje ekspert.

Opinia zabezpieczająca w zakresie zmiany struktury właścicielskiej, sygn. akt DKP3.8011.31.2020

Restrukturyzacje, zmiany właścicielskie, przeniesienia majątku to transakcje związane ze szczególnym ryzykiem podatkowym i obarczone dużym zainteresowaniem organów podatkowych. W większości przypadków takie transakcje są bardzo dokładnie zabezpieczane przez zaangażowane strony pod kątem skutków podatkowych, ponieważ najmniejsza pomyłka jest bardzo kosztowna finansowo i może mieć negatywne konsekwencje, również karne. Jednym z instrumentów zabezpieczenia interesów podatnika jest postępowanie o wydanie tzw. opinii zabezpieczającej, czyli opinii Szefa Krajowej Administracji Skarbowej w zakresie zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania do danego rodzaju czynności.

Czym jest opinia zabezpieczająca?

Głównym celem uzyskania opinii zabezpieczającej jest ochrona przed zastosowaniem klauzuli o unikaniu opodatkowania. Art. 119a ust. 1 Ordynacji podatkowej zawiera skutki podatkowe wynikające z zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, jak również podstawowe przesłanki takich czynności. Zgodnie z tym przepisem czynność nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej w sytuacji, gdy:

  • osiągnięcie korzyści było w danych okolicznościach sprzeczne z przedmiotem i celem ustawy podatkowej;
  • głównym lub jednym z głównych celów jej dokonania było osiągnięcie korzyści podatkowej;
  • sposób działania był sztuczny.

Klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania może więc odwrócić skutki danej transakcji w sytuacji, gdy organy podatkowe zidentyfikują zaistnienie łącznie trzech wyżej wymienionych przesłanek. Jest to zatem bardzo ostre narzędzie do walki z unikaniem opodatkowania, które może mieć negatywne konsekwencje finansowe dla podatnika.

W związku z wprowadzeniem takiego narzędzia ustawodawca zdecydował, że podatnik może zabezpieczyć swoją pozycję podatkową poprzez procedurę wydawania opinii zabezpieczających. Opinia zabezpieczająca zawiera ocenę wskazanej we wniosku korzyści podatkowej pod kątem art. 119a Ordynacji podatkowej.

Przedmiot opinii zabezpieczającej

Opinia zabezpieczająca wydana przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej w dniu 25 maja 2021 r. nr DKP3.8011.31.2020 dotyczyła włoskich wspólników (osób fizycznych będących mieszkańcami Włoch) spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Ci sami wspólnicy posiadali udziały także we włoskim odpowiedniku polskiej spółki z o.o. Wspólnicy chcieli zmienić model funkcjonowania swoich biznesów poprzez stworzenie grupy kapitałowej, co pozwoli im na skonsolidowanie finansów, efektywniejsze zarządzanie aktywami, stabilny wzrost gospodarczy czy dostęp do lepszego finansowania. Dodatkowo grupy kapitałowe mają lepszą pozycję negocjacyjną z dostawcami oraz szerszy portfel klientów. Ponadto polska spółka z o.o. będzie dokonywała wypłat dywidendy na rzecz spółki włoskiej. Celem stworzenia grupy kapitałowej wspólnicy planowali w pierwszej kolejności podwyższenie kapitału zagranicznego spółki zagranicznej. Następnie przeniesione zostaną udziały w kapitale zakładowym spółki polskiej na rzecz spółki zagranicznej w formie aportu (wkładu niepieniężnego) w zamian za udziały.

Wnioskodawca we wniosku zdefiniował następujące kategorie korzyści podatkowych:

  • brak zobowiązania w PIT w stosunku do włoskich udziałowców oraz brak zobowiązania CIT po stronie włoskiej spółki w związku z wniesieniem aportem udziałów polskiej spółki do spółki włoskiej;
  • brak obowiązku rozliczenia PCC w związku z podwyższeniem kapitału spółki włoskiej w zamian za wkład niepieniężny;
  • brak zobowiązania CIT z tytułu wypłaty dywidendy.

Ocena Szefa KAS

W opinii zabezpieczającej Szef KAS potwierdził, że nowa struktura właścicielska – grupa kapitałowa pozwoli włoskim wspólnikom na przekazanie środków finansowych ze spółki polskiej do włoskiej, bez konieczności rozliczania podatku dochodowego. Ponadto organ zwrócił uwagę, że korzyść podatkowa jest jedną z głównych przyczyn takiego ukształtowania transakcji. Zatem jedno z powyższych trzech kryteriów (kryterium głównej korzyści podatkowej) jest spełnione.

Szef KAS zauważył jednak, że osiągnięcie korzyści podatkowej nie będzie sprzeczne z celem ustawy podatkowej lub jej przepisem. Innymi słowy, wspólnicy nie nadużywają/nadinterpretują przepisów do swoich korzyści.

Ponadto organ podatkowy nie doszukał się sztuczności w działaniach podatnika, uznając, że wybór spółki włoskiej jako spółki holdingowej był racjonalny i uzasadniony. Włochy to miejsce zamieszkania wspólników i naturalny kierunek podejmowanych działań zarządczych. Ponadto organ uznał samą zmianę struktury właścicielskiej jako kolejny krok w kierunku rozwoju biznesu i pomimo że głównym celem było osiąganie korzyści podatkowej, to jednak nie można uznać, że formowanie grup kapitałowych stanowi czynność o charakterze sztucznym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rekordowe półrocze na rynku magazynowym

Pierwsze półrocze 2021 r. na rynku magazynowym w Polsce minęło pod znakiem rekordowo wysokiej aktywności deweloperów i najemców. Do końca czerwca deweloperzy ukończyli inwestycje o łącznej powierzchni ok. 1,16 mln mkw., o 100 tys. mkw. więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. Z kolei popyt brutto na koniec czerwca wyniósł ponad 3,41 mln mkw. – to najwyższa półroczna wartość w historii polskiego rynku magazynowego.

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce na koniec I poł. 2021 r. osiągnęła poziom 21,85 mln mkw. Biorąc pod uwagę fakt, że w budowie znajduje się 3,35 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego część zostanie oddana do użytku jeszcze w tym roku, w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się przełamania granicy 22 mln mkw.

Liderzy wśród regionów

Pozycję rynków z największą podażą powierzchni magazynowej utrzymały Warszawa (trzy strefy), Górny Śląsk oraz Polska Centralna z wynikami: 5,05 mln mkw., 3,98 mln mkw. oraz 3,29 mln mkw.

– Pod względem nowej podaży w pierwszej połowie roku prym wiodły Górny Śląsk (258,8 tys. mkw.), trzy warszawskie strefy (214,6 tys. mkw.) oraz Trójmiasto (183,4 tys. mkw.). Górny Śląsk prowadzi także pod względem powierzchni w budowie z wynikiem prawie 590 tys. mkw., kolejne pozycje na podium zajmują Polska Zachodnia (522 tys. mkw.) oraz Poznań (478,2 tys. mkw.) – wymienia Dominika Jędrak, Dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

Do największych obiektów w budowie należą: Panattoni BTS Amazon Świebodzin (203,5 tys. mkw.), Hillwood Rokitno (112,5 tys. mkw.), Hillwood Bydgoszcz (111,7 tys. mkw.), GLP Lędziny Logistics Centre (111,5 tys. mkw.) oraz Panattoni Park Poznań XI (107,9 tys. mkw.).

– Ukończenie projektów będących w trakcie budowy sprawi, że w ciągu najbliższych kwartałów aż trzy z rynków rozwijających się przekroczą granicę 1 mln mkw. zasobów całkowitej powierzchni magazynowej. Będą to: Trójmiasto, Szczecin oraz Polska Zachodnia – mówi Dominika Jędrak.

Najlepszy półroczny popyt

Wzrost całkowitych zasobów rynku jest napędzany poprzez wzmożoną aktywność najemców. Całkowity wolumen transakcji zawartych w I poł. 2021 r. osiągnął poziom 3,41 mln mkw., niemal o 1 mln mkw. więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. To najwyższa półroczna wartość w historii polskiego rynku magazynowego. Rynkami, gdzie wynajęto najwięcej powierzchni były: Poznań (662,3 tys. mkw.), Górny Śląsk (643,4 tys. mkw.) oraz warszawska strefa II (456,6 tys. mkw.).

– Znaczące ożywienie najemców zaobserwowaliśmy na rynu poznańskim, gdzie doszło do podpisania dwóch największych umów w I poł. 2021 roku. Był to najem 109 tys. mkw. przez DHL w ramach magazynu BTS oraz najem prawie 82,5 tys. mkw. w P3 Poznań II przez firmę Westwing. W rezultacie półroczny popyt w tym regionie był o ponad 100 tys. mkw. wyższy niż wynik za cały 2020 r. – mówi Antoni Szwech, analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

Na uwagę zasługuje także otwarcie w I kw. tego roku centrum dystrybucyjnego firmy JD.com w Zachodniej Polsce. Chińska platforma e-commerce, największy konkurent platformy Alibaba, uruchomiła dwa wysoko zautomatyzowane magazyny w Europie (drugi obiekt powstał w Niemczech).

Pustostany w dół

Wysoka aktywność najemców przyczyniła się do spadku wskaźnika powierzchni niewynajętej o 1,1% w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku i zamknięcia I poł. roku na poziomie 5,6%. Współczynnik pustostanów zmniejszył się także o 0,9 p.p. w stosunku do I kw. br.

Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej na koniec czerwca 2021 r. odnotowano w warszawskiej strefie I (9,1%), na Górnym Śląsku (8,7%) oraz w warszawskiej strefie II (6,2%). Najniższy natomiast w warszawskiej strefie III (0,8%), Szczecinie (1,4%) oraz w Krakowie (2,7%).

Stabilny wzrost

Eksperci Colliers przewidują dalszy stabilny wzrost popytu na rynku magazynowym, co wiąże się z dynamicznym rozwojem branży e-commerce oraz spodziewanym zjawiskiem „nearshoringu”.

– Pandemia COVID-19 spowodowała znaczny rozwój branży e-commerce w Polsce. Aż cztery z pięciu największych podpisanych umów najmu w trakcie I poł. 2021 r. dotyczą najemców związanych właśnie z tym sektorem. W kolejnych kwartałach w związku z tzw. zjawiskiem „nearshoringu”, oczekuje się napływu najemców z branży produkcyjnej – mówi Maciej Chmielewski, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysowych w Colliers.

Boom na powierzchnie magazynowe przyciąga nowych graczy. Od początku 2020 r. na rynku pojawiło się kilku deweloperów, takich jak: Frontier Estates, LCube czy MDC2.

– Taka tendencja wzrostowa liczby graczy na rynku może się utrzymać w kolejnych kwartałach – przewiduje Maciej Chmielewski.

Rynek magazynowy w Polsce bije rekordy popytu i podaży

Popyt na magazyny na poziomie 3,15 miliona mkw. i nowa podaż sięgająca 1,14 mln mkw. to najlepsze wyniki dla I półrocza w historii rynku magazynowego. Polska rejestruje drugą co do wielkości aktywność deweloperów w Europie – w budowie są ponad 3 miliony mkw.

Firma doradcza JLL podsumowała I półrocze 2021 na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce.

Popyt – kolejne rekordy i prym Poznania

Polski rynek magazynowy utrzymuje wysokie tempo wzrostu bijąc kolejne rekordy popytu. W I półroczu 2021 firmy wynajęły 3,15 mln mkw. – o ponad 40% więcej w porównaniu z analogicznym okresem 2020. Popyt netto obejmujący nowe umowy i ekspansje sięgnął 2,3 mln mkw., co dało Polsce czwarte miejsce w Europie – po Niemczech, Wielkiej Brytanii i Holandii. Co ciekawe, średni wzrost nowego popytu w kraju wyniósł aż 77% w porównaniu z 5-letnią średnią dla pierwszego półrocza. W Europie wzrost ten osiągnął poziom 44%.” informuje Tomasz Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Magazynowych w Polsce, JLL.

Za 77% nowo wynajętej powierzchni w pierwszych sześciu miesiącach 2021 r. odpowiadały rynki Wielkiej Piątki, czyli Poznań, Górny Śląsk, Wrocław, Warszawa i Polska Centralna. Spektakularny rekord zainteresowania magazynami odnotował Poznań, gdzie wynajęto ponad 500 000 mkw. tylko w ramach nowych umów, a popyt brutto sięgnął aż 626 000 mkw. Aktywnością wyróżniały się także dojrzałe rynki regionalne spoza Wielkiej Piątki – Trójmiasto, Szczecin, Lubuskie, Kraków i Kujawy, a w mniejszym stopniu lokalizacje wschodzące – najlepszy wynik odnotowano w okolicach Rzeszowa (37 000 mkw.)

Dynamiczny rozwój sektora e-commerce przekłada się na zainteresowanie powierzchniami magazynowymi. Za ponad 70% popytu netto w pierwszym półroczu odpowiadali operatorzy logistyczni i kurierzy (38%) oraz sieci handlowe (33%). Na te sektory przypadło 14 największych tegorocznych nowych umów najmu na imponujące 840 000 mkw. Największy kontrakt zawarła firma DHL dla Zalando (109 000 mkw.). Dużą aktywnością wykazały się także firmy produkcyjne odpowiadając za 24% nowego najmu.

Podaż – rekordowe 1,14 mln mkw. wchodzi na rynek

Rekordowe I półrocze odnotowaliśmy również pod względem aktywności budowlanej. Od stycznia do końca czerwca do użytku oddano ponad 1,14 mln mkw. – najwięcej w historii rynku. W rezultacie całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce sięgnęły 21,8 miliona mkw., utrzymując szóste miejsce w Unii Europejskiej pod względem wielkości sektora.” wylicza Maciej Kotowski, Starszy Analityk Rynku, JLL

Najwięcej, bo łącznie prawie 500 000 mkw., nowej podaży zasiliło Górny Śląsk i Warszawę. Aktywność budowlana nadal utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie.

Podaż w budowie po raz pierwszy w historii polskiego rynku przekroczyła 3 miliony mkw. Daje nam to drugie miejsce w Europie, po Niemczech, pod względem aktywności deweloperskiej. Zaufanie i optymizm widoczny są także w udziale powierzchni budowanej spekulacyjnie – ok. 40% powstających magazynów nie jest zabezpieczonych umowami najmu.” tłumaczy Tomasz Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Magazynowych w Polsce, JLL

Na koniec czerwca najwięcej nowej powierzchni magazynowej powstawało w Poznaniu, na Górnym Śląsku, we Wrocławiu, w Lubuskim, w Warszawie i Centralnej Polsce – łącznie ponad 2,5 miliona mkw. Co ciekawe, aż 400 000 mkw. zostanie oddane do użytku w Trójmieście, Szczecinie i Bydgoszczy.

Stabilne czynsze i spadek wskaźnika pustostanów

Stawki najmu pozostają stabilne. Najdroższe nadal są lokalizacje miejskie – czynsze bazowe w Warszawie wahają się między 4,2 a 5,25 euro /mkw. /miesiąc. Najbardziej atrakcyjne warunki finansowe oferują obiekty typu big-box zlokalizowane w Polsce Centralnej (2,6 a 3,5 euro / mkw. / miesiąc).

Obecnie 6,7% istniejącej powierzchni magazynowej w Polsce pozostaje niewynajęte.

Druga najlepsza połowa roku w historii rynku inwestycyjnego

Zainteresowanie inwestorów rynkiem magazynowym w Polsce utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Od stycznia do końca czerwca właścicieli zmieniły obiekty o łącznej wartości 855 mln euro. To drugi w historii rynku najlepszy wynik dla I półrocza. Ciekawym zjawiskiem oraz dobrym prognostykiem dla dalszego rozwoju sektora jest pojawianie się kolejnych graczy, którzy do tej pory nie posiadali w swoich portfelach nieruchomości magazynowych.” komentuje Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Magazynowych, JLL

Największą transakcją magazynową w I półroczu był zakup od Panattoni portfela czterech parków logistycznych zlokalizowanych we Wrocławiu, Poznaniu, Trójmieście i na Śląsku przez Ares Management. Warto wymienić również sprzedaż portfela pięciu projektów przez AEW do funduszu stworzonego przez Reino Capital, IO Asset Management i Grosvenor Group.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych obiektów magazynowych typu multi-let o 5-letniej średniej długości najmu, sięgają 5,25% – 5,5%. Mimo tymczasowego braku konkretnych przykładów, zauważalna jest postępująca kompresja, nawet do około 4,5% w przypadku trwających negocjacji na rynku Warszawa Miasto. Parki z długimi umowami najmu (10 lat) osiągają stopy poniżej 4,5%, a wyjątkowe projekty wynajęte na ponad 15 lat nawet 4% z dalszą perspektywą kompresji.

Szczepionkowy optymizm w USA

Wraz z nowym tygodniem inwestorzy całkowicie zmienili swoje nastawienie do ryzykownych aktywów. W poniedziałek dolar został zepchnięty do defensywy, a siła kupujących przypisywana jest trybowi risk-on, który po południu został dodatkowo wsparty doniesieniami z frontu walki z epidemią.

W poniedziałek FDA w pełni zatwierdziła szczepionkę firmy Pfizer przeciwko COVID19. Dodatkowo badania wykazują relatywnie wysoką skuteczność szczepionek produkcji Astra Zeneca oraz Moderna w kolejnych miesiącach po podaniu, co poprawia nastroje wśród inwestorów. Należy przy tym pamiętać, że informacje napłynęły dopiero po południu, a rajd ryzyka rozpoczął się znacznie wcześniej. Na rynku nie milkną spekulacje o możliwym odłożeniu w czasie redukcji skali skupu aktywów. Jedną z przyczyn niepewności są słowa jastrzębiego przedstawiciela Fed Kaplana, który przyznał, że musi w swoich prognozach uwzględnić rozwój epidemii COVID19 w wariancie Delta. Wygląda na to, że panujący do niedawna konsensus o ogłoszeniu taperingu w trakcie sympozjum w Jackson Hole zaczyna się kruszyć. Bank centralny Nowej Zelandii może opóźnić swoje plany taperingu, podobnie jak bank centralny Kanady. A w przypadku Norges Banku nie jest wykluczone, że z pierwszą podwyżką stóp poczeka do grudnia, aby najpierw zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja, a nie podejmować działania we wrześniu. Znany z raczej gołębiego podejścia Powell zyskał kilka argumentów, aby ponownie odłożyć w czasie decyzję o zacieśnianiu warunków finansowych. Spodziewam się dużej zmienności w drugiej części tygodnia wraz z rozpoczęciem sympozjum w Górach Skalistych.

Podejście do polityki monetarnej to jedna z niewielu kwestii, która w ostatnich tygodniach łączy USA i Polskę. Podobnie jak w FOMC tak i RPP wysyła coraz bardziej jastrzębie sygnały, ale decydenci wstrzymują się z jasnymi deklaracjami i wyrażają raczej niechęć do rychłej normalizacji polityki pieniężnej. Złoty bez braku wsparcia ze strony banku centralnego wykazuje relatywnie dużą słabość, choć pozostaje dość stabilny w swojej słabości. EUR/PLN we wtorek oscyluje wokół 4,58, przy wycenie złotego względem dolara na poziomie 3,90.

Maciej Madej, Analityk Departament Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W pandemii znikają okoliczne sklepy. Głównie odzieżowe, ogólnospożywcze oraz warzywniaki

Jak wynika z najnowszego badania opinii publicznej, prawie co drugi rodak dostrzegł, że w okresie pandemii został zamknięty lub zlikwidowany okoliczny sklep. Natomiast 4 na 10 osób nie zauważyło takich zmian. O problemie znikających placówek informują przede wszystkim konsumenci z miast liczących 200-500 tys. ludności. Zdaniem ankietowanych, najczęściej z obrotu gospodarczego znikały sklepy odzieżowe, ogólnospożywcze oraz warzywniaki.

Z raportu UCE RESEARCH zrealizowanego dla Grupy BLIX wynika, że 46,8% Polaków zauważyło, że w ciągu trwania pandemii został zamknięty lub zlikwidowany okoliczny sklep. Natomiast 40% ankietowanych nie dostrzegło takiej zmiany. Z kolei 7,5% respondentów nie zwracało na to uwagi, a 5,7% – nie wie, czy taka sytuacja miała miejsce. Tak wynika z badania opinii społecznej, które zostało przeprowadzone w pierwszej połowie sierpnia br. metodą CAWI wśród ponad 1 tys. dorosłych Polaków.

– Fakt, że prawie połowa Polaków mówi o zamknięciu sklepów, jest dość znamienny. W mojej ocenie, świadczy to przede wszystkim o tym, że handel stacjonarny, szczególnie ten małoformatowy, sporo stracił na pandemii. Z kolei dobrym objawem jest to, że niewielu respondentów w ogóle nie zwraca na to uwagi. Zatem wygląda na to, że konsumentom nie jest wszystko jedno, gdzie dokonują zakupów i zauważają zachodzące zmiany na rynku – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX.

Niektóre branże w sektorze handlu ucierpiały w pandemii. Jak stwierdza Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej, dostrzegły to osoby, które częściej robią zakupy w sklepach różnych branż. Część placówek stacjonarnych zamknięto, zrównoważył to wzrost e-commerce. Natomiast ci, którzy nie zauważyli zmian, to najprawdopodobniej konsumenci głównie zaopatrujący się w sklepach FMCG. A te poradziły sobie z pandemią. I nie było licznych upadłości i zamknięć w tej branży, pomimo zwiększonych kosztów operacyjnych.

– Według różnych rynkowych szacunków, w Polsce w ostatnim roku zamknięto najmniej sklepów w ciągu dziesięciu lat. Jednak nie jest to dobra wiadomość, ani dla branży, ani też dla samych konsumentów. W handlu detalicznym nastąpił wzrost w zakresie nieuregulowanych zobowiązań, do tego występują znaczne opóźnienia w płaceniu bieżących faktur. W wielu przypadkach likwidacje zostały więc zwyczajnie przesunięte w czasie – dodaje dr Łuczak.

Uwzględniając wielkość miejscowości zamieszkania respondentów, o zamykanych lub zlikwidowanych sklepach informują głównie Polacy z miast liczących 200-499 tys. mieszkańców – 53,7%. Dalej w zestawieniu są miejscowości mające 50-99 tys. osób – 53,2% oraz miasta, w których mieszka przynajmniej 500 tys. ludzi – 52,2%. Natomiast na końcu zestawienia są wsie i miejscowości do 5 tys. ludności – 33,2%.

– Dane są porównywalne, w granicach błędu statystycznego. Generalnie im większa siła nabywcza danego rynku, tym mniej zamknięć. Ale ważne są też takie determinanty, jak atrakcyjność lokalizacji, konkurencja oraz poziom ekspansji sieci handlowych. Jeśli mówimy o średniej wielkości miastach, to tam występuje bardzo silne oddziaływanie konkurencji, mocniejsze niż w dużych aglomeracjach o głębszych rynkach popytowych. Do tego dochodzi niewielka siła nabywcza. A jeżeli występuje nadpodaż powierzchni w stosunku do popytu, to któryś z podmiotów musi odpaść. W dużych aglomeracjach to może być bardziej elastyczne, wielokryterialne – analizuje Wojciechowicz.

Z badania wynika też, że przeważnie zamykane lub likwidowane są sklepy odzieżowe – 34,8%. Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują placówki ogólnospożywcze – 26,5%, warzywniaki – 17,1%, butiki z używaną odzieżą – 15,6% oraz cukiernie i lodziarnie – 13,6%. Jak zaznacza dr Łuczak, jest różnica między wskazaniami konsumentów a szacunkami rynkowymi. Z tych ostatnich wynika, że najczęściej zamykane były sklepy z art. biurowymi i piśmienniczymi, towarami używanymi, obuwiem i galanterią, tytoniem oraz wyrobami mięsnymi.

– Sieci odzieżowe zamykały sklepy stacjonarne i przenosiły się do Internetu. Stąd taki widoczny aspekt likwidacji placówek. Część cukierni i lodziarni nie poradziła sobie z pandemią. Ale to można powiedzieć o całej gastronomii. Tu przetrwały podmioty, które wykazały elastyczność i stosowały sprzedaż na wynos. Nie powiem, że zarabiały, ale jednak utrzymały się na rynku. Natomiast w branży FMCG mamy naturalny trend zmiany struktury. Ludzie zauważyli, że zamknięto sklepy, jednak w pobliżu mogły otwierać się inne brandy. Nie mówimy tu tylko o dyskontach, ale np. o bardzo szybkiej ekspansji Żabki – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei według eksperta z Grupy BLIX, respondenci wskazywali sklepy, których im ewidentnie zabrakło. Ponadto w pandemii zmieniło się podejście do zakupów. Polacy najczęściej oszczędzali na odzieży, a skupili się na produktach pierwszej potrzeby, czyli artykułach spożywczych i chemii gospodarczej. Natomiast najmniej wskazań dot. zamkniętych lub zlikwidowanych sklepów mają punkty na stacjach paliw – 2,5%. Przed nimi w zestawieniu są sklepy z art. budowlanymi – 2,9%, a także hydrauliczne – 3,1%.

– Stacje paliw podniosły swoją sprzedaż w sklepach, nie tylko ze względu na ustawę o zakazie handlu w niedziele i święta. Śmiało możemy powiedzieć, że one są w sektorze FMCG małymi placówkami convenience. Zresztą paliwa nie były w żaden sposób dotknięte restrykcjami sprzedażowymi podczas pandemii. Jeżeliby nastąpiły jakieś redukcje czy zmiany, to byłyby tylko i wyłącznie czysto rynkowe – podsumowuje ekspert Komisji Europejskiej.

6,2 mld zł długu JDG-ów – walka z zatorami płatniczymi trwa

Spadła liczba zadłużonych jednoosobowych działalności gospodarczych, wzrósł natomiast łączny dług najmniejszych firm. Obecnie w bazie danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wpisanych jest ponad 182 tys. takich przedsiębiorców, a suma ich zaległości finansowych przekracza już 6,2 mld zł.

Na początku zeszłego roku w bazie danych KRD wpisanych było ponad 190 tys. mikrofirm. Łączna kwota ich zadłużenia sięgała wówczas ponad 5,1 mld zł. Do czerwca 2020 r. przybywało dłużników i rosło zadłużenie. W czasie pierwszej fali pandemii do bazy danych KRD wpisanych było ponad 194 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych, a ich łączny dług sięgnął 5,8 mld zł.

Od czerwca zeszłego roku liczba zadłużonych JDG-ów spadła, ale ich zadłużenie cały czas rosło. To wyraźny sygnał, że część przedsiębiorców poradziła sobie z kryzysem i wyszła na prostą. Niestety w dużej mierze najmniejsze firmy, które miały problemy finansowe przed pandemią i w czasie jej trwania, nadal mają trudności z regulowaniem swoich zobowiązań i pogłębiają zadłużenie. W grudniu zeszłego roku wartość nieopłaconych przez najmniejsze firmy zobowiązań sięgnęła 6,36 mld zł. Zadłużonych na tę kwotę było wówczas 187 tys. mikrodziałalności – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Handel, transport i budownictwo z największymi problemami

Najbardziej zadłużone jednoosobowe działalności gospodarcze działają w branży handlowej. W sumie mają do spłacenia ponad 1,6 mld zł. Z tego 873 mln zł to dług ponad 20 tys. firm zajmujących się handlem hurtowym. Natomiast pozostałe 781 mln zł to zobowiązania 26 tys. firm zajmujących się sprzedażą detaliczną.

Właśnie w tej branży padł również rekord w zadłużeniu JDG-ów. Przedsiębiorca handlowy z Bydgoszczy ma do oddania prawie 11 mln zł – to głównie nieopłacone rachunki za prąd i zobowiązania wobec firmy faktoringowej.

Drugie w kolejności pod względem zadłużenia są firmy działające w transporcie. Ponad 20 tys. małych przewoźników musi spłacić zobowiązania na łączną kwotę 917 mln zł.

Największym problemem przewoźników są przede wszystkim długie terminy zapłaty w branży transportowej. Standardowo sięgają one 60 dni. To oznacza, że ci przedsiębiorcy otrzymują zapłatę za wykonaną usługę minimum po dwóch miesiącach. Minimum, ponieważ często zdarza się, że ich kontrahenci jeszcze przeciągają terminy. Dotyczy to w szczególności firm spedycyjnych, które pośredniczą w umowach przewozu. Tymczasem niezapłacone faktury i rachunki to nic innego jak zamrożone pieniądze – dla firm i dla całej gospodarki – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Niechlubne podium zamykają najmniejsze firmy z branży budowlanej. Ponad 33 tys. JDG-ów z tego sektora ma do spłacenia ponad 860 mln zł.

Największe regiony przodują w zadłużeniu

W podziale na województwa najwyższe zadłużenie notują mali przedsiębiorcy z Mazowsza, którzy mają do spłacenia 1,08 mld zł. Drugie pod względem wielkości zadłużenie notują firmy ze Śląska, które muszą oddać 805 mln zł. Trzecie miejsce zajmują 18 tys. firmy z Wielkopolski, z długiem sięgającym 638 mln zł.

Średni dług jednoosobowej działalności gospodarczej w Polsce wynosi 34 230 zł. Ale są regiony, w których to zadłużenie wynosi grubo powyżej średniej krajowej. Jak np. woj. małopolskie (37 315 zł), mazowieckie (36 939 zł) czy łódzkie (35 330 zł). Poniżej średniej są przedsiębiorcy z województw lubuskiego (29 312 zł), opolskiego (30 523 zł) i zachodnio-pomorskiego (30 687 zł).

815 mln zł zamrożone u kontrahentów

Obecnie JDG-i mają do oddania swoim wierzycielom 6,2 mld zł, ale same również są wierzycielami. Od swoich kontrahentów muszą odzyskać ponad 815 mln zł. Najwięcej od dużych firm oraz od przedsiębiorstw z branży budowlanej (125 mln zł) i handlowej (101 mln zł).

W naszej bazie danych wyraźnie widać, że duże firmy nie płacą na czas mniejszym podmiotom. Te przedsiębiorstwa i instytucje winne są najmniejszym działalnościom ponad 366 mln zł, co stanowi 45% łącznego zobowiązania wobec JDG-ów. Za nimi znajdują się jednoosobowe działalności gospodarcze, które mają do oddania mniejszym partnerom biznesowym ponad 250 mln zł. Podium zamykają konsumenci z długiem wartym ponad 194 mln zł – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Brak płatności na linii firma-firma nieuchronnie prowadzi do zatorów płatniczych, które są zmorą polskiej gospodarki. W przypadku relacji dużej firmy z małą, często ta pierwsza wykorzystuje swoją przewagę i przeciąga terminy zapłaty za produkty lub usługi. Jednak zobowiązania wobec JDG-ów mają również inne JDG-i. To też jest efekt właśnie braku płatności ze strony większych kontrahentów.

Jeśli mała firma nie otrzyma zapłaty od swojego kontrahenta, nie będzie w stanie regulować własnych zobowiązań także wobec pozostałych partnerów biznesowych. Nawet jeśli chce być fair wobec innej małej firmy, nie może, bo i z pustego nawet Salomon nie naleje. Dlatego zatory płatnicze stanowią ogromną barierę w prowadzeniu działalności, zwłaszcza dla mikrofirm – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Co ciekawe, w gronie dłużników najmniejszych firm są również konsumenci. Niestety często na własne życzenie przedsiębiorców, którzy nie zawsze dopełniają wszystkich formalności przy podpisywaniu umowy. Taki dokument jasno określa cenę i zakres prac do wykonania. Zdarza się, że w trakcie robót ustnie wprowadzane są dodatkowe zlecenia, o których w umowie nie ma śladu. To wykorzystują nieuczciwi klienci, dla których brak zapisów w umowie to pretekst, by nie zapłacić za wykonaną pracę.

Polski Ład – szanse czy zagrożenia?

Polski Ład to program gospodarczy zaproponowany przez PiS, który przewiduje działania i inwestycje w wiele obszarów – m.in. na zdrowie, rodzinę czy energetykę. Na pierwszy rzut oka większość postanowień wydaje się interesująca, ale program rządu posiada też wiele istotnych wad. Mimo, że kształt Polskiego Ładu jeszcze nie został uformowany, to eksperci już teraz oceniają szanse i zagrożenia. Polska gospodarka od dawna potrzebowała programu, który pozwoliłby na rozwój. W obecnej chwili nowy program gospodarczy jest niezbędny, aby podnieść gospodarkę z kryzysu – który wywołała pandemia, a także przedłużający się lockdown. Propozycje zmian w ramach Polskiego Ładu zgłaszają nie tylko partie polityczne, ale także eksperci – zaniepokojeni ilością potencjalnych zagrożeń, jakie może przynieść nowy program gospodarczy. Mówiąc o wadach i zaletach, należy zwrócić uwagę na szereg niekorzystnych zmian dla przedsiębiorców i osób należących do klasy średniej – co może przyczynić się do negatywnych zmian dla polskiej gospodarki. Patrząc z drugiej strony, Polski Ład wprowadza kilka niezbędnych zmian dla poprawy sytuacji społeczno-ekonomicznej w Polsce. Zaletą Polskiego Ładu jest wprowadzenie konkretnych rozwiązań dla biznesu np.: ulgi na innowacje. Są to bardzo pożądane działania, aby Polska gospodarka nie utknęła w pułapce średniego dochodu oraz by mogła się rozwijać.

– Polacy potrzebują dodatkowych zachęt w związku z niedoborami na rynku pracy, a także postępującą digitalizacją. W tym niewątpliwie pomogą różnego rodzaju ulgi – takie, jak ulga na rozwój firmy, na ekspansję konsolidacyjną lub polepszenie tzw. klimatu inwestycyjnego. Polska oczywiście przyciąga wiele inwestycji – ale uważam, że mogłaby przyciągać więcej, gdybyśmy mieli lepszą politykę inwestycyjną – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Kolejną zaletą programu jest deportacja kapitału, która  może być dobrym sposobem na przyciągnięcie emigrantów tak, aby wracali do kraju. Jednak Polski Ład niesie ze sobą także dość spore zagrożenia. Należą do nich chociażby zmiany w prawie podatkowym, które mogą okazać się co prawda korzystne dla osób zarabiających poniżej średniej krajowej, jednak gdy spojrzymy na osoby zarabiające średnią krajową oraz powyżej tej sumy, zmiany te będą dość niekorzystne. Jeżeli chodzi o osoby z klasy średniej może się okazać, że zmiany będą neutralne – lecz to właśnie ta grupa napędza gospodarki na świecie. Są to osoby, które nie tylko większą część swoich zarobków wydają na konsumpcję, ale także inwestują. W związku z tym, gdy rozwiązania te okażą się niekorzystne, może się to odbić na gospodarce. Jeżeli chodzi o zmiany w składkach zdrowotnych obserwujemy, że w tym przypadku zagrożeni są przedsiębiorcy. Należy tutaj wspomnieć, że to właśnie małe i średnie firmy stanowią większą część polskiej gospodarki i nie jest zaskakujące, że firmy te buntują się przeciwko wprowadzeniu zmian podatkowych. Według mnie należy się liczyć z tym, że postulaty zostaną uwzględnione i dojdzie do modyfikacji Polskiego Ładu. Na razie miejmy nadzieję, że w finalnym dokumencie będzie mniej zagrożeń, niż szans – ocenia Sielewicz.

Polacy chcą wspierać rodzime biznesy

Kryzys polskich firm nie skończył się w momencie zdjęcia obostrzeń i mniejszej liczby zachorowań. 74% Polaków uważa, że większość polskich firm nadal zmaga się z trudną sytuacją finansową związaną z pandemią COVID-19 – wynika z najnowszego badania przeprowadzonego w ramach inicjatywy Urodzeni Przedsiębiorcy. Polacy deklarują chęć pomocy i wierzą, że ich wsparcie może uratować wiele firm.  Dla blisko 78% badanych przy podejmowaniu decyzji zakupowych ważne jest wybieranie rodzimych produktów lub usług, aby zapewnić wsparcie polskich, lokalnych marek.grafika – obszary wsparcia

Różne działania systemowe, mające na celu pomoc finansową przedsiębiorców nie rozwiązały wszystkich problemów, z jakimi mierzą się polskie biznesy. Zgodnie z danymi CEIDG tylko w 2020 roku działalność zawiesiło ponad 280 000 polskich firm. Zaś o zamknięcie działalności wnioskowało ponad 142 000 podmiotów. Prognozy na ten rok również nie napawają optymizmem. Dlatego szczególnie ważne jest wsparcie biznesów, zarówno w relacji konsument – firma, jak i przedsiębiorca – przedsiębiorca. 83% Polaków uważa, że polskie, w tym szczególnie lokalne marki potrzebują wsparcia od konsumentów, aby poradzić sobie z trudną sytuacją finansową spowodowaną pandemią. Sposobów na wspieranie marek jest wiele – od kupowania produktów, poprzez polecanie firm znajomym, po udostępnianie treści promocyjnych w mediach społecznościowych.

Moc wzajemnego wsparcia

Jak wynika z badania, zrealizowanego dla BIG InfoMonitor, bankructwa w 2021 roku obawia się 36% przedsiębiorstw. Przyczyną jest trudna sytuacja, w której znaleźli się przedsiębiorcy. Klienci rodzimych marek coraz częściej angażują się we wsparcie w trudnej sytuacji. Konsument chętnie wspiera lokalne biznesy, a tym samym oczekuje od firm, aby podejmowały działania na rzecz lokalnych społeczności. Jak wynika z badania Zaangażowanie charytatywne przedsiębiorców, przeprowadzonego w ramach inicjatywy Urodzeni Przedsiębiorcy, 76% Polaków chciałoby, aby przedsiębiorcy, z których usług lub produktów korzystają, angażowali się w akcje wspierające lokalne potrzeby. Według 32% respondentów wsparcie lokalnych potrzeb i społeczności to obszar, jaki powinni wspierać przedsiębiorcy. 67% Polaków chętniej wybiera produkty lub usługi od przedsiębiorców, którzy udzielają się charytatywnie lub prospołecznie. Polacy chcą, aby lokalne biznesy świadczyły pomoc na wielu płaszczyznach. Według badania obszary jakie powinien wspierać przedsiębiorca to przede wszystkim pomoc dzieciom – blisko 46% wskazań respondentów. 39% wskazuje na pomoc chorym, a 38% na pomoc osobom starszym, ubogim i potrzebującym. Ponadto, dla 37% badanych ważne jest wsparcie działań ekologicznych i wsparcie zwierząt (35% wskazań).

Pandemia pokazała Polakom jak wielką moc mają ich decyzje. Uświadomiliśmy sobie, że to my, klienci rodzimych marek, mamy wpływ na istnienie i przetrwanie firm. Wybierając konkretny produkt lub usługę zaczęliśmy częściej kierować się aspektem udzielenia wsparcia poprzez nasze działanie. Jednak ta solidarność w trudnych sytuacjach nie jest jednostronna. Konsumenci chętnie pomagają przedsiębiorcom, ale w zamian oczekują tego samego. Chcą, aby firmy angażowały się w życie lokalnych społeczności i w akcje oraz inicjatywy, które pomagają. – komentuje prof. dr hab. Dariusz Doliński, Uniwersytet SWPS Wydział Psychologii.

Aby zapobiec negatywnym skutkom pandemii ważne jest nie tylko wsparcie przez konsumenta, ale również wzajemne wsparcie przedsiębiorców. W lokalnych społecznościach właściciele firm dobrze się znają, więc wzajemne wsparcie odbywa się na różne sposoby. Zjawisko wzajemnej pomocy B2B umocniło się podczas pandemii, gdy jeszcze ważniejszy stał się patriotyzm gospodarczy.

Aspekt lokalności od zawsze jest dla nas bardzo ważny. Nasza sieć jest oparta na lokalnych relacjach. Lokalne sklepy wraz z dostawcami często udzielają wzajemnego wsparcia, co przekłada się na wspieranie rodzimej gospodarki. Wsparcie zarówno b2b, jak i od klientów jest dowodem, że nas cenią i chcą pomagać. Nasi przedsiębiorcy często też angażują się w lokalne akcje charytatywne czy inicjatywy, aby pomóc, tym którzy tego potrzebują. Żyją w lokalnych społecznościach często od urodzenia, więc dobrze znają problemy ludzi i otoczenia. Jednocześnie są ludźmi przedsiębiorczymi, co pozwala na naturalne angażowanie się w rozwiązanie trudności. Urodzeni przedsiębiorcy pełnienie istotnej roli w kształtowaniu lokalnych ekostystemów mają we krwi. – mówi Robert Rękas, prezes zarządu Lewiatan Holding.

Skuteczne sposoby na zwiększanie wartości marki i firmy

Proces sprzedaży firmy niezależnie od branży, czy wielkości warto rozpocząć od oceny wartości podmiotu. Mamy do wyboru wiele metod – porównawczą, dochodową, czy majątkową. Bardzo ważny jest tutaj aspekt oceny przez potencjalnego inwestora tego, jaki osiągnie zwrot z inwestycji. Dlatego musimy udowodnić, że nasz firma ma duży potencjał zwrotu. Istnieje jednak kilka sposobów, które wpłyną na wartość sprzedanego podmiotu. Co zatem zrobić, aby uzyskać wyższą cenę podczas negocjacji? I w jaki sposób można wpłynąć na zwiększanie wartości marki?

Świadomi wartości

Wartość marki staje się coraz bardziej popularnym hasłem, z którym styka się nie tylko odbiorca nastawiony na sprzedaż lub kupno firmy. Duże redakcje lub podmioty gospodarcze regularnie publikują bowiem rankingi i wyceny marek. Wyceniane są przedsiębiorstwa państwowe, z polskim kapitałem, a także marki osobiste (np. piłkarzy). Wycena najczęściej oparta jest na tzw. metodzie royalty relief. Polega na określeniu opłaty licencyjnej, która mogłaby być pobierana przez właściciela marki, w momencie, w którym zdecydowałby się na oddanie praw do korzystania z danej marki. Po publikacji zauważyć można, jak szeroko komentowane są spadki, wzrosty, a także debiuty. I dotyczy to zarówno marek stacjonarnych, jak i marek funkcjonujących w Internecie. A wartość zwłaszcza tych ostatnich często staje się tematem licznych dyskusji.

Niech argumentem staną się liczby

Jak powiedział Bill Gates, słynny współzałożyciel Microsoft – „Biznes każdej firmy zaczyna się i kończy na dogłębnej analizie liczb”. O jakich liczbach możemy mówić w przypadku twojego biznesu? Poniżej lista twardych danych, które warto zawrzeć w prezentacji sprzedażowej – zarówno w kontekście aktualnej sytuacji, jak i potencjału w najbliższych latach:

  • Liczba publikacji medialnych na temat marki
  • Zasięgi publikacji medialnych
  • Unikatowi użytkownicy strony internetowej
  • Sezonowość wyszukiwań nazwy marki w Google (ile osób wpisuje jej nazwę w wyszukiwarkę)
  • Liczba odsłon strony internetowej
  • Pozycja domeny w wynikach wyszukiwania
  • Liczba kliknięć w zakładkę „kontakt” na stronie internetowej
  • Liczba zapytań ofertowych (i wartość)
  • Liczba klientów (trend wzrostu)
  • ROI kampanii reklamowych
  • Marka vs. Konkurencja (udział w rynku, wzrost, przewagi)
  • Dystrybucja (online/offline)
  • Liczba podpisanych umów
  • Kwoty, na jakie opiewały umowy / umowy długoterminowe
  • Własne, unikatowe rozwiązania

Dlaczego to tak istotne? Liczby nie kłamią. Nie tworzą iluzji sukcesu. Z liczbami trudno dyskutować. To fakty, które przemawiać mogą na korzyść Twojego biznesu. Jeśli jednak potrzebujesz wsparcia w tym obszarze – pomocne może być wsparcie doradców marketingowych, którzy pomogą wypracować jeszcze lepszy wynik.

Niech „Twoi ludzie” wpłyną na zwiększanie wartości marki

Mocnym argumentem podczas negocjacji ceny sprzedaży marki może być wartość zespołu tworzącego firmę. To on w dużej mierze decyduje, czy podmiot w przyszłości będzie w stanie budować przewagę konkurencyjną, realizować strategię sprzedaży i przyczyniać się do wzrostu udziału w rynku. Zatem jeśli zatrudniasz ekspertów, których wypowiedzi pojawiają się w mediach, a także którzy aktywnie budują swój wizerunek, przyczyniając się do budowy wizerunku firmy, automatycznie przyczynisz się do wzrostu wartości całej organizacji. Brak wykwalifikowanego zespołu powoduje również konieczność rekrutacji (obecnie jest to trudny i drogi proces). To z kolei generuje koszty i może wpłynąć na obniżenie ceny firmy. Warto odpowiednio zadbać o ten obszar. Wykorzystać do tego można, chociażby odpowiednie narzędzia PR, które wpływają na zwiększanie wartości marki i minimalizują problemy z pozyskaniem wykwalifikowanej kadry. Co zatem możemy zrobić?

– Prezentować specjalistyczną wiedzę, unikatowe doświadczenie, czy kreatywność ekspertów w komunikacji zewnętrznej – wyjaśnia Sebastian Kopiej z agencji Commplace. – Eksperckie komentarze, raporty branżowe, czy artykuły – to tylko niektóre z narzędzi, które mogą pozytywnie wpłynąć na wartość postrzeganą marki, tym samym stanowiąc mocny argument w negocjacjach z przyszłym właścicielem – dodaje specjalista z Commplace.

Zwiększanie wartości marki poprzez referencje

Istotą marketingu referencyjnego jest zmotywowanie konsumentów do dzielenia się swoim doświadczeniem. Wdrożenie nie wymaga znacznych nakładów finansowych, lecz czasu i energii – twojego, odbiorców twojej oferty lub partnerów biznesowych. Przy minimalnym wysiłku zyskać można mocne narzędzie, które podniesie wartość postrzeganą przedsiębiorstwa. Co więcej, rozwiązanie jest dostępne dla każdego rodzaju organizacji. Z marketingu referencyjnego może skorzystać tak naprawdę każda firma, niezależnie od branży. Wystarczy, że spełni jeden prosty warunek – posiada zadowolonych klientów/partnerów biznesowych. Duża liczba pozytywnych rekomendacji to jasny sygnał dla potencjalnych kupców świadczący o pozytywnym odbiorze marki na rynku.

Pojawiaj się na pierwszych stronach (ale nie tylko gazet!)

Wykorzystaj siłę największego medium – Internetu. Analizy Gemius wykazały, że ok. 97% polskich internautów korzysta z wyszukiwarki Google. Co to oznacza dla twojej marki? Twój potencjalny klient właśnie w Google wpisuje frazę związaną z twoją marką. Co więcej, prawie w 90% przejrzy jedynie wyniki wyszukiwania z pierwszej strony (z tzw. TOP 10). A 63% zadających zapytanie w wyszukiwarce Google kliknie w trzy pierwsze linki.

– Pojawienie się twojej strony internetowej, a więc twojej marki wysoko w wynikach wyszukiwania to potencjał rynkowy, prestiż i element rywalizacji z konkurencją. To właśnie wyszukiwarka „rozdaje najsilniejsze karty”. Dlaczego? To proste – większość decyzji zaczyna się właśnie od wyszukiwania. W jaki sposób można to zrealizować? Wykorzystując odpowiednie narzędzia SEO (np. Marketing Conversion), które łączą content marketing ze sprzedażą. Finalnie wzmacniając konwersje i wpływając na zwiększanie wartości marki – podsumowuje Sebastian Kopiej z Commplace.

Świadomość wartości marki rośnie z roku na rok. To szansa dla wszystkich, którzy myślą o sprzedaży zbudowanych dotychczas biznesów. Na samym początku warto jednak przeprowadzić kilka działań, które pozytywnie wpłyną na zwiększanie wartości marki. Ich pozytywny efekt z pewnością zobaczysz podczas negocjacji ceny z potencjalnym kupcem.

Rynek żywności ekologicznej wart 1,36 mld zlotych

Rynek produktów ekologicznych w Polsce przeżywa swój złoty okres. Systematycznie rośnie jego wartość – w 2020 r. odnotował wzrost o 10% w porównaniu do roku poprzedniego, a jego wartość sięgnęła 1,36 mld złotych (*). Świadomość ekologiczna społeczeństwa jest coraz większa i wszystko wskazuje na to, że ten trend pozostanie z nami na dłużej. W zmianie nawyków żywieniowych nieoczekiwanie pomogła pandemia. Zdaniem Prezesa Sylwestra Strużyny, Prezesa Bio Planet ten trend w kolejnych latach będzie wzmacniany przez stosowne regulacje prawne EU oraz programy wsparcia finansowego dla promowania upraw rolnictwa ekologicznego w ramach polityki zrównoważonego rozwoju oraz OZE.

Polacy coraz bardziej przekonują się do żywności ekologicznej. Potwierdzają to także najnowsze dane. Szacowana wartość polskiego rynku to 1,36 mld złotych. W 2019 roku Polska zajmowała 14 miejsce pod względem wielkości sprzedaży w Europie. Cały czas zauważamy również wzrost udziału procentowego produktów świeżych, warzyw, owoców, nabiału czy mięsa. Jest to odpowiedź na potrzeby klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na źródło produktów, które kupują – komentuje Sylwester Strużyna, prezes Bio Planet S.A i członek zarządu Polskiej Izby Żywności Ekologicznej.

Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej szacowana jest na 1,36 mld zł w cenach detalicznych (zaledwie 0,5% całego rynku spożywczego). Z końcem 2019 w Polsce działało 18 637 gospodarstw legitymujących się certyfikatem gospodarstwa ekologicznego. W czasie pandemii sprzedaż rosła zarówno w sieciach handlowych, jak i segmencie specjalistycznym (ok. 850 sklepów). Problemy dotknęły natomiast punkty działające na terenie galerii handlowych. Z kolei sklepy sprzedające w modelu internetowym odnotowywały dwucyfrowe wolumeny wzrostu sprzedaży.

Pandemia zwiększyła pobyt na produkty Bio, przyspieszyła rozwój tego rynku, co napawa nas optymizmem. Jesteśmy przekonani, że to długofalowy trend. Niezwykłą popularnością w pierwszych miesiącach pandemii cieszyły się mąki, drożdże oraz mieszanki do wypieku pieczywa. Polski rynek żywności ekologicznej rośnie w naszej ocenie około 10 % rocznie i jest to zgodne z ogólnoświatowymi trendami. Perspektywy rynku polskiego są bardzo dobre, ponieważ ciągle udział żywności ekologicznej w żywności ogółem pozostaje w Polsce na bardzo niskim poziomie (około 0,5 %) w stosunku do krajów Europy Zachodniej, w których udział ten wynosi z reguły kilka procent – wyjaśnia prezes Bio Planet S.A.  

Sklepy specjalistyczne jako ogół poradziły sobie dość dobrze w okresie pandemii. Przy czym należy zauważyć, że sklepy uliczne poradziły sobie z tym znacznie lepiej niż sklepy w centrach handlowych, które boleśnie odczuły skutki czterech lockdownów. Najistotniejsze zmiany, które pojawiły się to wprowadzenie rozwiązań umożliwiających klientom odbiór towaru bez konieczności wychodzenia z domu, lub odbiór gotowych zamówień ze sklepu lub innego punktu.

Nowym kanałem dystrybucji, który w ciągu ostatnich 2 lat bardzo dynamicznie się rozwinął jest sprzedaż internetowa. Jak wynika z raportu „Żywność ekologiczna w Polsce Raport 2021” w ciągu ostatnich 2 lat liczba sklepów internetowych specjalizujących się w sprzedaży żywności ekologicznej podwoiła się, obecnie 150 e-sklepów specjalizuje się w sprzedaży żywości ekologicznej. Jesteśmy przekonani, że w związku ze zwiększaniem się świadomości ekologicznej społeczeństwa, liczba sklepów oferujących ekologiczny asortyment będzie rosła. W naszej opinii i z naszych obserwacji ten model sprzedaży żywności jest wciąż bardzo rozwojowy. Kolejne lata to będą stabilne wzrosty w modelu e-commerce, ponieważ m.in. pandemia pokazała jak mało ryzyk dotyka ten model prowadzenia biznesu. To niewątpliwie przyszłość także i dla naszej branży, przy czym nie można odmówić wiodącej roli specjalistycznym sklepom stacjonarnym. Wciąż możliwość zapytania o szczegóły produktu sprzedawcy, czy uzyskanie pomocy w wyborze zamiennika są doceniane przez polskich konsumentów – przekonuje Sylwester Strużyna.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, czyli jak bronić się przed upadłością

Przedsiębiorcy, niezależnie od formy prawnej oraz rozmiarów biznesu, zyskali bardzo ważne narzędzie umożliwiające zapobieżenie ogłoszeniu upadłości. Firma w tarapatach finansowych może bowiem skorzystać z tzw. uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Na chwilę obecną postępowanie zostało uregulowane odrębnymi przepisami, aniżeli tymi które wynikają z Prawa restrukturyzacyjnego. Wiele jednak na to wskazuje, że postępowanie o zatwierdzenie układu zostanie zmodyfikowane w takim zakresie, aby odpowiadało tym rozwiązaniom, które proponuje ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu w związku z wystąpieniem COVID-19.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest postępowaniem, które w zdecydowanej mierze odbywa się poza sądem. Od dłużnika wymaga się podpisania umowy z doradcą restrukturyzacyjnym, przekazania mu propozycji układowych, spisu wierzytelności i spisu wierzytelności spornych. Doradca restrukturyzacyjny pełni następnie funkcję nadzorcy układu. Z kolei zadaniem dłużnika jest dojście do porozumienia z wierzycielami, przynajmniej z tą częścią, która zapewnia przyjęcie układu. W toku postępowania wierzyciele oddają głosy za lub przeciwko układowi na kartach do głosowania. Finalne oddanie głosu winno być jednak poprzedzone głęboką analizą przedsiębiorstwa dłużnika, a także jego kondycji finansowej i możliwości wykonania późniejszego układu.

Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest szczególnie korzystne z punktu widzenia samego dłużnika. Nie dość, że zyskuje 4 miesiące od dnia dokonania obwieszczenia w MSiG o rozpoczęciu postępowania na przekonanie wierzycieli do nowej wersji regulowania zobowiązań, to dodatkowo chroniony jest na wypadek egzekucji sądowej ze strony wierzycieli zabezpieczonych na majątku dłużnika, jak i tych niezabezpieczonych. Oznacza to zatem, że wobec dłużnika nie ma możliwości wszczęcia nowego postępowania egzekucyjnego, a te już prowadzone zostają zawieszone do momentu prawomocnego rozstrzygnięcia sprawy. W okresie prowadzenia uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego dłużnikowi nie mogą zostać wypowiedziane, bez zezwolenia nadzorcy układu, kluczowe umowy zawartych z dłużnikiem. Będą to m.in. umowy najmu, leasingu, czy kredytu.

Ustawodawca wprowadził również mechanizmy, które mają prowadzić do wykluczenia nadużyć w stosowaniu uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Po pierwsze, wierzycielowi przysługuje możliwość złożenia wniosku o uchylenie skutków dokonania obwieszczenia w MSiG. Po drugie, dłużnik może dokonywać jedynie czynności, które nie przekraczają tzw. „zwykłego zarządu”. Po trzecie, wierzycielom przysługuje roszczenie o naprawienie szkody, jeśli dłużnik dokonał obwieszczenia o otwarciu postępowania w złej wierze.

Autor: Doradca restrukturyzacyjny Filip Kozik z KL Law Polska Sp. z o.o.

Dolar w parze z euro najmocniejszy od listopada

W zeszłym tygodniu dolarowi sprzyjały zarówno pandemiczne niepokoje, jak i ostatnie minutki Fedu. Obecnie rynek czeka na sympozjum w Jackson Hole i dane o inflacji w USA.

Konsensus zdaje się zakładać, że wpływ na oczekiwania dot. wzrostu gospodarczego będzie w USA relatywnie mniejszy niż w innych krajach, co było korzystne dla dolara w ubiegłym tygodniu. Podobnie wpłynął na walutę jastrzębi ton minutek z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej, które sugerują, że rozpoczęcie ograniczania programu QE (tapering) jest możliwe już w tym roku. Ceny surowców i waluty surowcowe, takie jak dolary australijski i nowozelandzki, radziły sobie w zeszłym tygodniu najgorzej.

Uwaga rynku zwraca się teraz ku corocznemu zebraniu bankierów centralnych w Jackson Hole, które rozpoczyna się w czwartek, oraz serii publikacji z USA i strefy euro. Jeśli chodzi o sympozjum, spodziewamy się, że komunikacja Fedu dotycząca harmonogramu zacieśniania polityki pieniężnej będzie zgodna z taperingiem pod koniec 2021 r. Spośród danych obecnie czekamy przede wszystkim na czwartkowy raport o inflacji PCE w USA.

PLN

Złoty w ubiegłym tygodniu charakteryzował się słabością, ponieważ podobnie jak inne aktywa ryzykowne znalazł się pod presją z uwagi na niepokojące wieści z Azji, przede wszystkim dotyczące rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Zeszłotygodniowe dane z Polski opisujące sytuację w gospodarce na początku trzeciego kwartału w większości rozczarowały, jednak nie na tyle, by budzić obawy w kontekście gospodarczego odbicia w kraju. Dla rynku zdecydowanie większym problemem są sygnały z Azji, które mogą wskazywać na dłuższe utrzymanie ograniczeń podażowych, potencjalny niższy popyt w Państwie Środka i w konsekwencji niższą globalną ekspansję.

Na złotego w kolejnych dniach nadal prawdopodobnie będą wpływać głównie czynniki globalne, szczególnie biorąc pod uwagę obfity kalendarz w tym tygodniu. W kontekście wieści krajowych warto będzie zwrócić uwagę na czwartkowe minutki z lipcowego posiedzenia RPP.

EUR

W poniedziałek 23.08 odczyty PMI dla strefy euro okazały się zbliżone do oczekiwań, a ich wpływ na rynek był ograniczony. Istotniejsze będą minutki z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego w lipcu, które poznamy w czwartek. Wszelkie oznaki jastrzębiego charakteru w reakcji na poprawiające się perspektywy ekonomiczne i wzrost inflacji mogą wzmocnić euro, które może zyskać także biorąc pod uwagę obecnie korzystne pozycjonowanie spekulantów i stosunkową taniość waluty. Jednocześnie zwiększone obawy dotyczące rozprzestrzeniania się wariantu Delta w krajach strefy euro i na świecie mogłyby negatywnie wpływać na walutę w tym tygodniu.

Para EUR/USD w ubiegłym tygodniu spadła do najniższej pozycji od listopada 2020 r. i obecnie utrzymuje się w okolicy tego poziomu.

USD

Minutki z ostatniego posiedzenia Fedu były bardziej jastrzębie, niż spodziewały się rynki. Wydaje się prawdopodobne, że bank rozpocznie ograniczanie programu luzowania ilościowego przed końcem roku. W zasadzie obecnie spodziewamy się ogłoszenia taperingu na wrześniowym posiedzeniu i wskazówek odnośnie tego na sympozjum w Jackson Hole w tym tygodniu. W związku z tym odpowiednio zrewidowaliśmy nasze krótko- i średniookresowe prognozy dla dolara amerykańskiego. Silny odczyt inflacji PCE w tym tygodniu i raport non-farm payrolls w przyszłym (dotyczące sierpnia) powinny przypieczętować tę decyzję.

Prawdziwym pytaniem jest, czy wystarczy to, aby utrzymać dolara w pozycji waluty cieszącej się większym zainteresowaniem, biorąc pod uwagę dużą różnicę w inflacji, powstającą między USA a innymi głównymi rozwiniętymi krajami i obszarami gospodarczymi.

GBP

Lipcowe dane o inflacji pokazały, że dynamika cen okazała się znacznie niższa niż oczekiwano. To kolejna oznaka, że pomiędzy poszczególnymi obszarami gospodarczymi wystąpią spore różnice w skali skoków inflacji. Odczyt ten wspiera pozycję tych decydentów Banku Anglii, którzy są gołębio nastawieni, zaś funt doświadczył deprecjacji względem dolara i euro. Najważniejsze w tym tygodniu dane PMI mocno rozczarowały, pokazując spadek indeksu kompozytowego do najniższego poziomu od lutego. Jego odczyt nadal jest jednak zbieżny ze stosunkowo silną ekspansją gospodarki.

CHF

Obawy związane z szybkim rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Azji sprawiły, że inwestorzy porzucali aktywa ryzykowne na rzecz tych uznawanych za bezpieczne. Wspierało to franka i inne waluty safe haven i doprowadziło je w zeszłym tygodniu na szczyt rankingu walut G10. Podobnie jak dolar amerykański, frank w relacji do euro znalazł się najwyżej od początków listopada ubiegłego roku.

W ostatnim czasie nie poznaliśmy wielu danych ekonomicznych ze Szwajcarii. Tygodniowe dane CFTC dotyczące pozycjonowania pokazały, że długie pozycje spekulacyjne netto w CHF spadły do najniższego poziomu od początków czerwca, ale niedawny wzrost obaw dotyczących sytuacji w Azji może skłonić spekulantów do dłuższego utrzymywania pozycji we franku. Zakładamy, że frank powinien stopniowo się osłabiać, ale jeśli umocnienie waluty będzie trwać, skupimy naszą uwagę na banku centralnym, by wypatrywać oznak interwencji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Nie tylko gastronomia. Pandemia z rynku pracy zabrała także kierowców, taksówkarzy, fryzjerów, a nawet ochroniarzy

Pandemia koronawirusa niewątpliwie zmieniła rynek pracy. Lockdown spowodował, że wiele osób straciło pracę i zostało zmuszonych do przebranżowienia. Okazało się to prostsze niż można byłoby się spodziewać. Niektóre sektory zwalniały, ale inne zatrudniały i były tak chłonne, że nawet niedoświadczeni pracownicy byli w stanie bez problemu znaleźć pracę. Teraz jednak sektory zamknięte w czasie lockdownu próbują się odbudować i jest im trudno ze względu na braki kadrowe. Czy jest szansa, że to się zmieni w najbliższym czasie?

– Możemy mówić, że zmiany na rynku pracy są już w jakiś sposób utrwalone i będzie teraz bardzo ciężko odbudować rynek pracownika w takich sektorach jak gastronomia, hotelarstwo, usługi czy nawet transport. Pandemia „wygoniła” z tych branż pracowników, nie ma napływu nowych kadr, pozostaje więc polowanie na pracowników i próba przekonania ich do powrotu do pracy benefitami i wysokimi wynagrodzeniami. Póki co trudno tu mówić o sukcesie, bo tak naprawdę nikt nie wie jak silna będzie czwarta fala pandemii – mówi Anna Sudolska, ekspert ds. rynku pracy z firmy IDEA HR Group.

Największy problem jest w branży gastronomicznej i… transporcie

Jak mówią eksperci mówienie, że z rynku pracy zniknęły tylko osoby pracujące w hotelarstwie, gastronomii i turystyce to stereotyp. Pandemia dotknęła zdecydowanie większego spektrum zawodów, które do dzisiaj borykają się z problemem odbudowania swoich kadr. Co więcej w niektórych firmach nadal istnieje duża obawa przed tym, że pandemia wróci.

– Widzimy odpływ pracowników z wielu sektorów. Brakuje kierowców zawodowych, zarówno tych gotowych do pracy zarówno w transporcie krajowym jak i międzynarodowym. Są firmy, które musiały bardzo mocno odchudzać swoje kadry w czasie pandemii, a obecnie trwają poszukiwania osób, które gotowe są do pracy. Kierowcy przejmowani byli w dużej mierze przez takie sektory jak e-commerce. Kierowcy, podobnie jak młodzi pracownicy ochrony czy gastronomicy świetnie odnajdywali się jako kurierzy czy pracownicy magazynowi. Mało kto decyduje się na powrót do swoich wcześniejszych prac, bo e-commerce czy szerzej logistyka gwarantuje wyższe wynagrodzenia i stabilną prace – mówi Anna Sudolska, ekspert rynku pracy.

– Widzimy również, że trwa poszukiwanie osób gotowych do pracy w handlu, usługach czy na przykład w ochronie. Wśród ofert, które ostatnio analizowaliśmy znajdowały się oferty pracy dla fryzjerów, weterynarzy, listonoszy czy oczywiście pracowników o których była mowa wcześniej, czyli osób związanych z transportem i gastronomią – dodaje Sudolska.

Finansowe „wahadło” odbiło się w drugą stronę. Najpierw wielkie obniżki, a teraz rekordowe wzrosty. Dla kogo?

Eksperci przyznają, że obecnie mamy do czynienia z finansowym „wahadłem”, które kołysze się dość mocno, co jest odczuwalne zarówno dla pracowników jak i pracodawców. – Wspomniane wahadło polega na tym, że w czasie pandemii i lockdownu obserwowaliśmy dość wyraźne obniżki wynagrodzeń w branżach dotkniętych obostrzeniami. Mowa np. o gastronomii. Kelnerzy, kucharze, barmani, osoby sprzątające, z dnia na dzień traciły pracę lub proponowano im zmianę warunków pracy na zdecydowanie mniej korzystną. Niektórzy rezygnowali z pracy, inni godzili się na takie warunki. Obecnie? Wahadło odbiło się w drugą stronę i restauratorzy muszą mocno ponosić wynagrodzenia, by zatrzymać lub przyciągnąć pracowników. Spotkałam  się w tym roku z ofertami dla kucharzy i kelnerów powyżej 25 złotych za godzinę. Wcześniej takie stawki się zdarzały incydentalnie – mówi Anna Sudolska.

Kiedy nastąpi stabilizacja wynagrodzeń? – Nie zapowiada się na to, bo nie wiemy czy pandemia powiedziała już ostatnie słowo. Jeżeli tak to spodziewam się, że w przyszłym roku będziemy mogli mówić o pewnym porządku na rynku pracy. Jeżeli nie, to wraz z kolejnym lockdownem przyjdą kolejne utrudnienia. Najbardziej na zmiany podatne są branże bezpośrednio zagrożone lockdownem. Trudno jest prowadzić biznes będąc jednocześnie poddanym presji płacowej ze strony pracowników i zagrożeniem kolejnym zamknięciem – mówi ekspert Idea HR Group.

iTaxi przejmuje MPT

iTaxi.pl sp. z o.o. oraz Miejskie Zakłady Autobusowe (MZA) sp. z o.o. podpisały przedwstępną umowę sprzedaży aktywów jednej z najstarszych warszawskich korporacji taksówkarskich Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego sp. z o. o. (MPT), będących w strukturach MZA od stycznia br. To kolejny, po przejęciu krakowskiej Korporacji Barbakan i rozpoczętej w lipcu br. integracji z wrocławskim Wicar Taxi, krok w kierunku konsolidacji rynku taksówkowego pod ogólnopolską marką iTaxi.pl.

Zawarta umowa, będąca wynikiem wygranego przez iTaxi postępowania konkursowego przeprowadzonego przez MZA, oprócz przejęcia przez iTaxi.pl głównych aktywów MPT, uruchamia również proces cesji umów z taksówkarzami i wszystkimi kontrahentami współpracującymi dotychczas z MPT. Z końcem września br. planowane jest pełne włączenie aktywów MPT w systemy i strukturę iTaxi.

Warunki zawartej umowy przewidują utrzymanie dotychczasowych warunków współpracy z kierowcami MPT oraz możliwość ich rozszerzania w ramach aplikacji i systemów oferowanych przez iTaxi. Dzięki tej transakcji powstanie największa zrzeszająca licencjonowanych taksówkarzy sieć taxi w Warszawie. Zyskają także sami taksówkarze, którzy otrzymają możliwość obsługi ponad 4 000 klientów instytucjonalnych oraz dostęp do największej liczby miejsc postojowych zlokalizowanych przy głównych węzłach komunikacyjnych, centrach handlowych i biznesowych, szpitalach czy najważniejszych punktach Warszawy, gwarantując podróżującym szybkie i komfortowe korzystanie z usług taxi.

Procesem integracji marek MPT oraz iTaxi kontynuujemy na naszej platformie technologicznej konsolidację rynku warszawskiego, a w szerszej perspektywie – ogólnopolskiego. Zgodnie z przyjętą strategią rozwoju dążymy do uzyskania statusu wiodącego dostawcy usług związanych z podróżowaniem dla biznesu oraz klientów indywidualnych w skali nie tylko regionu, ale i całego kraju – komentuje Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Przejęcie aktywów MPT przez iTaxi prowadzi nie tylko do powstania floty o największej liczbie licencjonowanych kierowców taxi – to przede wszystkim udostępnienie klientom biznesowym i indywidualnym największej gamy funkcjonalnych możliwości związanych z przejazdami taksówkowymi.

Bitcoin znów powyżej 50 000 USD. Złoty kolejny raz w odwrocie

Klimat na rynkach globalnych nie pomaga złotemu. W piątek doszły do tego słabsze dane z kraju, co spowodowało, że przekroczyli ponownie poziom 4,59 zł na euro.

Sprzedaż detaliczna spowalnia

Jeszcze w piątek zobaczyliśmy dane GUS na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Wynik 8,9% to teoretycznie przyzwoity wzrost w ujęciu rocznym. Problem w tym, że rok temu w trakcie pandemii wzrost był w lipcu zaledwie symboliczny. W rezultacie wynik ten należy w pewnym sensie skorygować o tamten niski przyrost. Dodatkowo analitycy oczekiwali wyższego wzrostu. Nie bez znaczenia dla rynku były też niższe od oczekiwań dane o produkcji budowlano-montażowej. Nie można się było zatem dziwić, że dane te były odebrane jako powód do osłabienie się złotego. W piątek euro przez chwilę podrożało, znalazło się tuż pod 4,60 zł, ale odbiło się w dół.

Bitcoin znów powyżej 50 000 USD

Najpopularniejsza kryptowaluta świata znów idzie w górę. Bitcoin przekroczył właśnie próg 50 000 dolarów, co jest ważnym poziomem psychologicznym. Co pchnęło wycenę w górę? Analitycy wskazują na dwa zjawiska. Z jednej strony dokupienie dużych kwot przez jedną z giełd, z drugiej uruchomienie w Wielkiej Brytanii portfeli kryptowalutowych przez PayPala. Biorąc jednak pod uwagę to, co się dzieje na świecie, to tylko pretekst. Realnym problemem jest połączenie rekordowo niskich stóp procentowych z wysoką inflacją. To właśnie dlatego popularne są wszelkiej maści inwestycje, nawet te wysokiego ryzyka. Nie może zatem dziwić, że w walce z inflacją wiele osób zwraca się ku kryptowalutom. To, że ich nie rozumieją, nie zmienia faktu, że efekt stadny powoduje, że te rosną.

Korekta w Kanadzie

Piątkowe dane na temat sprzedaży detalicznej w Kanadzie pokazują problem tamtejszego rynku motoryzacyjnego. Sprzedaż detaliczna okazała się o 0,2% niższa od oczekiwań, ale ten sam parametr bez sprzedaży samochodów okazał się o 0,1% wyższy od oczekiwań. Oznacza to, że analitycy mocno przecenili sprzedaż aut. Rynki walutowe przyjęły te dane jako korzystne dla dolara kanadyjskiego. Z drugiej strony dolar kanadyjski od tygodnia każdy dzień zamykał stratą względem swojego amerykańskiego kolegi, więc odbicie to równie dobrze można interpretować jako moment do realizacji zysków.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Miliarderzy przecierają kosmiczne szlaki

Loty kosmiczne Richarda Bransona oraz Jeffa Bezosa to coś więcej niż tylko kaprys i spełnienie marzeń miliarderów. Pasja i konsekwencja w działaniu dwóch liderów daje nadzieję, że podróże w kosmos staną się w nieodległej przyszłości dostępne dla wielu ludzi.

Pierwszego stycznia 1914 r. amerykański przedsiębiorca i samorządowiec Abram Pheil wsiadł w mieście St. Petersburg na Florydzie na pokład dwupłatowego samolotu linii SPT Airboat Line. Odbył nim 23-minutową podróż, lądując w położonym na drugiej stronie Zatoki Tampa mieście o tej samej nazwie. Pheil był pierwszym człowiekiem, który odbył podróż lotniczą jako pasażer. Bilet wylicytował jako jeden z trzech tysięcy zainteresowanych. Zapłacił 400 ówczesnych dolarów, co w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze daje około 10,7 tys. dol., tj. ponad 41 tys. zł.

Latem 2021 r. rozpoczął się nowy rozdział w historii cywilnego lotnictwa – era komercyjnych lotów kosmicznych. Najpierw udało się to Brytyjczykowi sir Richardowi Bransonowi. Założyciel grupy Virgin wzniósł się na wysokość 80 km statkiem VSS Unity. Kilka dni później w kosmos udał się inny miliarder, twórca grupy Amazon Jeff Bezos. Opuścił on ziemską atmosferę rakietą New Shepard należącą do jego firmy Blue Orgin.

Istnieje pewien spór, czy Bransonowi udało się dolecieć w kosmos. W rzeczywistości nie przekroczył on bowiem tzw. linii Kármána, tj. umownej granicy między atmosferą
i kosmosem przebiegającej na wysokości 100 km nad Ziemią. Nikt jednak nie kwestionuje, że obydwa loty przecierają szlaki jeszcze niedawno niewyobrażalne.

Przesuwanie granic

– Widzimy, że granica tego, co do tej pory nie było możliwe przesuwa się. Bez względu na to, czy na wydarzenia patrzymy z zachwytem, czy uznajemy za kaprys bogatych, nie można odmówić skuteczności Bransonowi i Bezosowi. Obydwoje osiągają założone cele, nierealne dla innych – mówi Piotr Gąsiorowski, prezes Instytutu Przywództwa.

Podkreśla, że nie byłoby sukcesu, gdyby nie wizjonerstwo obydwu przedsiębiorców, ich upór oraz konsekwencja w działaniu. – Branson i Bezos są autentycznymi liderami i wizjonerami. Są tacy, co jedynie planują i tacy, którzy realizują plany. Liderzy
i wizjonerzy tacy, jak Branson i Bezos są krok do przodu przed wszystkimi –
dodaje Gąsiorowski.

Gwoli ścisłości ani Branson ani Bezos nie są pierwszymi niezawodowymi astronautami. Pierwszym kosmicznym turystą był amerykański inżynier Denis Tito.
28 kwietnia 2001 r. poleciał na Międzynarodową Stację Kosmiczną z Rosjanami.
Za podróż trwającą 7 dni 22 godziny i 4 minuty zapłacił 20 mln dol.

Loty miliarderów są jednak przełomem. Przede wszystkim dlatego, że zorganizowały je firmy prywatne. Różnica między lotami turystycznymi organizowanymi przez Rosjan oraz Bransona i Bezosa polega na tym, że miliarderzy dają szansę lotu pozaziemskiego większej liczbie śmiertelników. Państwowe agencje nie są tym zainteresowane, co pokazuje przykład Denisa Tito. Zanim zwrócił się on do Rosjan, bezskutecznie dobijał się do amerykańskiej NASA. Agencja nie była zainteresowana wysłaniem go w kosmos twierdząc, że Tito najzwyczajniej przeszkadzałby na pokładzie zawodowym astronautom.

Porażki budują sukces

Kosmiczny lot jest też zwieńczeniem kariery dla Bransona i Bezosa, choć nie jej końcem. Zanim obydwaj polecieli w kosmos odrobili wiele biznesowych lekcji.

Ich koncerny Virgin i Amazon powstały od przysłowiowego zera. Richard Branson zaczynał w pomieszczeniach krypt kościelnych, gdzie wydawał magazyn „Student”, zaś Bezos rozpoczął przygodę z handlem w garażu wynajętego domu.

– Obydwie firmy osiągnęły niesamowity sukces dlatego, że w głowach twórców nie było miejsca na słowo „niemożliwe”. Mieli pasję, która napędzała ich do działania
i odwagę, aby zaryzykować, niekiedy ponosząc przy tym porażki. Niezależnie czy chcemy osiągać mały czy duży sukces musimy zacząć działać tu gdzie jesteśmy, wykorzystując to, co mamy
– tłumaczy Gąsiorowski.

Dla obu biznesmenów tworzenie firm było nie tylko pracą, ale również pasją. Jeff Bezos wspominał w wywiadzie, że „życie prywatne i zawodowe nie tworzą przeciwwagi,
a wspólną sferę”. Obydwaj miliarderzy mają na swym koncie biznesowym porażki.
Nie powstrzymały ich one jednak przed kolejnymi próbami.

– Lider z pasją uczy się na porażkach. Chociaż są kosztowne, to w dłuższej perspektywie lekcje z porażek przynoszą zysk, gdyż pozwalają uniknąć kolejnych błędów i wskazują, jak działać. Porażka to nie koniec, ale nowy początek z większym doświadczeniem – mówi Gąsiorowski.

Kosmos w naszym zasięgu

– Mam naprawdę nadzieję, że miliony dzieci na świecie zostaną zauroczone
i zainspirowane możliwością lotu w kosmos pewnego dnia –
to motto Richarda Bransona zamieszczone na stronie internetowej VirginGalactic.com, jego spółki organizującej loty kosmiczne.

Znamienne, że słowa miliardera bardzo przypominają komentarz Thomasa Benoista, konstruktora samolotu, którym 107 lat temu przewiózł Abrama Pheila z St. Petersburga do Tampy: – Pewnego dnia ludzie będą przekraczać oceany samolotami tak samo, jak dziś statkami parowymi – stwierdził.

Choć w 1914 r. słowa Benoista wydawały się czystą fantazją, to pierwszy lot przez Atlantyk wykonano już 26 marca 1939 r. Trzy miesiące później uruchomiono natomiast komercyjne połączenie między Nowym Jorkiem, a Marsylią.

Czy historia ta powtórzy się wkrótce z lotami w kosmos? – Patrząc na wydarzenia
w ostatnich tygodniach pytanie powinno brzmieć inaczej: Nie czy, tylko kiedy?
– komentuje Piotr Gąsiorowski.

Przyznaje on, że Branson i Bezos są mistrzami odpowiadania na potrzeby rynku. Potrafią wyczuć moment, a następnie rozwijają na tym swój biznes. Działania biznesmenów wskazują, że na lotach kosmicznych będą chcieli wkrótce zarobić.

Nic dziwnego, ponieważ sporo w nie zainwestowali – Jeff Bezos wydał na to np. 5,5 mld dol.

Twórca Amazona sprzedał już podobno bilety dla kosmicznych turystów za kwotę 100 mln dol. Firma Richarda Bransona jeszcze w tym roku planuje dwie misje. Virgin podał cennik. Kosmiczny lot statkiem Bransona to wydatek 450 tys. dol. Około 600 zainteresowanych wpłaciło już 10 tys. dolarów depozytu, aby zarezerwować sobie miejsce. Wśród nich znalazł się twórca Tesli Elon Musk. Pomysł na biznes docenili także inwestorzy. Wartość akcji Virgin Galactic po locie w kosmos wzrosła o 841 mln dol. Tylko w 2021 r. kapitalizacja spółki zwiększyła się dwukrotnie do 11,8 mld dol.

Model hybrydowy od nowa

Tydzień, miesiąc, rok, a końca skutków, które są wynikiem pandemii wciąż nie widać. Sinusoida zmian, które serwuje obecna sytuacja pokazuje, że społeczeństwo szybko zaadaptowało się do nowych warunków. Równolegle ze zmianami, ewoluują potrzeby najemców, a firmy wychodząc naprzeciw swoich pracowników planują nowe strategie miejsca pracy. Z badania przeprowadzonego wśród pracowników Knight Frank w Polsce zdecydowana większość (79%) wybrała możliwość świadczenia pracy w modelu hybrydowym.

Przyszłością dzisiejszego rynku pracy jest elastyczność, którą na tak dużą skalę wymusiły okoliczności ostatnich miesięcy.

„Decyzje pracodawców względem organizacji miejsca pracy, hybrydowy model pracy oraz mobilność pracowników są ze sobą ściśle powiązane i mogą przynieść wiele korzyści, ale stwarzają również zagrożenia, które w trybie stacjonarnym raczej nie występują. Z jednej strony przyzwyczailiśmy się do większej samodzielności i decydowania o porządku dnia pracując zdalnie, a z drugiej dał się nam odczuć brak interakcji z pozostałymi współpracownikami czy ograniczony dostęp do zasobów firmy. Rolą organizacji jest taki dobór narzędzi i rozwiązań, aby minimalizować ryzyka związane z mieszaną formą pracy,” – komentuje Jadwiga Małek, Konsultant z Działu Badań Rynku w Knight Frank.

Według badań Harvard University i New York University dotyczących komunikacji elektronicznej pracowników, uczestniczą oni w większej liczbie spotkań online przy jednoczesnym skróceniu ich trwania o około 12 minut. Jednocześnie wydłużył się czas pracy (rozumiejąc go jako okres od wysłania pierwszego do ostatniego maila w ciągu dnia) o 48,5 minuty. Zaobserwowano również wzrost intensywności wysyłania maili poza standardowymi godzinami pracy.

Istotne zmiany w funkcjonowaniu organizacji miały pośredni wpływ na inne sektory gospodarki. Ograniczone podróże służbowe, brak możliwości organizowania wydarzeń branżowych negatywnie odbiły się na branży hotelowej, eventowej czy incentive. Jednak zdarzyły się również sektory, które były beneficjentami tego kryzysu. Dotyczy to głównie firm dostarczających rozwiązania obsługi wydarzeń online, zajmujące się cyfryzacją dokumentów czy dostawcy usług związanych z rozwiązaniami chmurowymi i cyberbezpieczeństwem. Potrzeba zabezpieczenia danych oraz utrzymanie efektywności zespołów i ciągłości kontaktów z klientami spowodowała potrzebę większego nacisku na cyfryzację firm. Według Światowego Forum Ekonomicznego 84% pracodawców zamierza znacznie zdigitalizować działania swoich organizacji, a 30% deklaruje wszczęcie działań budujących i wzmacniających wspólnotę i poczucie przynależności do firm.

„Popularność pracy hybrydowej w trakcie trwania pandemii wpłynęło na rozwinięcie i lepsze zrozumienie samego jej pojęcia. Dla wielu, do tej pory praca hybrydowa utożsamiała się jedynie z możliwością wyboru miejsca wykonywania pracy, a to pojęcie jest znacznie szersze. Model ten zakłada wdrożenie całych systemów zarządzania w taki sposób, aby ułatwić komunikację pracownikom, zachowując ich efektywność, przy jednoczesnym zachowaniu ich komfortu i elastyczności zarówno miejsca, w którym wykonują swoją pracę, jak i ram czasowych, w jakich realizują swoje obowiązki,” – wyjaśnia Jadwiga Małek.

 

Biorąc pod uwagę skalę i tempo przejścia organizacji z dotychczas dominującego trybu stacjonarnego na znacznie różniący się model pracy hybrydowej, warto zaznaczyć, że pociąga ona również ryzyka. Początkowy zachwyt i entuzjazm ustąpił miejsca słabszej motywacji oraz trudnościom w organizacji czasu pracy. Z czasem pojawiły się również brak przynależności do zespołu i organizacji, spadek produktywności czy wyzwania stojące w rozdzieleniu czasu służbowego i życia prywatnego.

„Aby zniwelować te negatywne strony i pozwolić pracownikom odnaleźć się w nowym modelu pracy, warto zadbać o ich komfort. Każdorazowo taki proces powinien mieć formę szytą na miarę, ale jest kilka dobrych praktyk, które łączą wszystkie organizacje, m.in. transparentność zasad pracy, wybór narzędzi ułatwiających organizację pracy w zespole, regularne spotkania online czy aktywności budujące relacje między członkami zespołu,” – dodaje Jadwiga Małek.

Rynek handlowy po I poł. 2021 roku

Eksperci Colliers podsumowali I połowę 2021 roku na polskim rynku handlowym, wybierając najważniejsze, ich zdaniem, wydarzenia.

12,2 mln mkw. w centrach handlowych

W I poł. 2021 r. w Polsce oddano do użytku ok. 130 tys. mkw. powierzchni centrów handlowych (63% w drugim kwartale). 10% tego wolumenu stanowiły rozbudowy. Tym samym, całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej na koniec czerwca wyniosły ok. 12,2 mln mkw. Oprócz pełnowymiarowych centrów handlowych, w Polsce przybywa małych parków i centrów zakupów codziennych, o powierzchni 2-5 tys. mkw. Ich łączne zasoby szacowane są na ok. 1,98 mln mkw. w ponad 700 obiektach.

– Dynamiczny rozwój parków handlowych i centrów o profilu zakupów codziennych w miastach o wielkości 10-50 tys. mieszkańców, sprawia, że coraz więcej sieci handlowych, dotychczas nieobecnych w niewielkich obiektach, bierze pod uwagę ekspansję w tego typu lokalizacjach. Przykładem może być wejście marki Sinsay do parków handlowych w Augustowie i Bolesławcu czy sieci Empik do Augustowa i Pułtuska – mówi Dominika Jędrak, Dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

Mocna ekspansja sieci ekonomicznych

Popyt na powierzchnie handlowe w minionym półroczu zdominowany został przez sieci z sektora ekonomicznego, sklepy outletowe i dyskonty. Największym wydarzeniem na rynku było zamknięcie transakcji przejęcia 301 sklepów Tesco przez firmę Salling Group, właściciela sieci Netto. Na warszawskiej giełdzie zadebiutowała sieć sklepów dyskontowych Pepco – w ofercie publicznej inwestorzy kupili prawie 92,5 mln akcji za niemal 3,7 mld PLN.

– Polscy konsumenci od zawsze zwracają bardzo dużą uwagę na ceny kupowanych produktów. Obecna sytuacja ekonomiczna powoduje, że trend ten jeszcze bardziej przybiera na sile. Skutkuje to prężnym rozwojem marek ekonomicznych, takich jak: Tedi, Pepco, Dealz, Kik czy Action, które mogą pochwalić się bardzo szeroką ofertą produktową, dużą elastycznością co do struktury asortymentu i atrakcyjnymi cenami. Także znane marki otwierają nowe koncepty wpisujące się oczekiwania klientów. W I połowie 2021 roku pierwsze sklepy swojej nowej marki HalfPrice otworzyło CCC – mówi Katarzyna Nobis-Kamińska, Associate Director w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers.

Nowości w e-commerce

Z kolei sieci, takie jak Żabka czy Carrefour, jak również firmy spoza sektora dystrybucji i handlu artykułami żywnościowymi rozpoczynają na polskim rynku działalność tzw. „dark stores” (sklepów/magazynów wyłącznie do obsługi zamówień internetowych).

– W ostatnim czasie koncept dark stores, w sposób dynamiczny dołączył do sieci logistyki miejskiej, realizując funkcje mini dystrybucji. Podstawowym założeniem sieci włączających ten kanał do swojej działalności jest szybka dostawa zamówionych on-line artykułów codziennych (głównie spożywczych, ale także chemii gospodarczej i kosmetyków) w czasie nieprzekraczającym 15 min. Stąd parametr lokalizacji w gęstej zabudowie mieszkaniowej staje się nadrzędnym warunkiem dla funkcjonowania dark shopów. Ma to także wpływ na optymalizację kosztów dostaw, co jest ważne w całej strategii last mile delivery – mówi Marta Machus-Burek, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers.

Przymusowe obniżki czynszów

W maju Sejm RP uchwalił nowelizację „ustawy covidowej”, która zakłada obniżkę czynszu najmu w galeriach handlowych. Uchwalone przepisy przewidują, że w okresie obowiązywania zakazu działalności galerii handlowych o powierzchni powyżej 2 tys. mkw. czynsz dla najemców zostanie obniżony o 80%, natomiast przez trzy miesiące po zniesieniu zakazu prowadzenia działalności będzie to 50%.

Administracyjna decyzja o obowiązkowej obniżce czynszu najmu w galeriach handlowych wywołała liczne zakłócenia w kontaktach między właścicielami i najemcami. Zmiany dotyczące czynszów uwidoczniły również rozbieżne spojrzenie na zaproponowane rozwiązania prawne pomiędzy Polską Radę Centrów Handlowych (zrzeszającą głównie właścicieli i zarządców galerii) a Związkiem Polskich Pracodawców Handlu i Usług, reprezentujacym polskich najemców centrów handlowych. Nowelizację popiera szereg najemców, którzy, po kliku lockdownach, znaleźli się na skraju upadłości. Protestują z kolei właściciele galerii handlowych – wskazując, że rządowa decyzja jest niezgodna z konstytucją, a pomoc publiczna udzielana najemcom jest sprzeczna z unijnymi regułami traktatowymi.

Więcej niż w 2020 r.

Na koniec II kw. br. w budowie pozostawało ok. 385 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej, z czego 65% trafi na rynek prawdopodobnie w drugiej połowie roku. Obiekty handlowe budowane są przede wszystkim w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców (ponad 67% powierzchni). Większość powstającej powierzchni stanowią obiekty małe (5-10 tys. mkw.), o profilu „zakupów codziennych”. Biorąc pod uwagę projekty oddane do użytku oraz te w budowie z datą ukończenia w roku bieżącym, łączna nowa podaż w 2021 r. powinna wynieść ok. 350 tys. mkw., osiągając tym samym wyższy poziom niż w 2020 r. (ok. 270 tys. mkw.).

Srebro: najlepsze dopiero nadejdzie? – analiza Daniela Kosteckiego

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, aby srebro podrożało o blisko 150 proc. Prognozy na najbliższe lata mówią, że w związku z wykorzystaniem tego surowca w fotowoltaice i technologii 5G, popyt na srebro wzrośnie ponad dwukrotnie, co może przełożyć się na kolejne podwyżki cen kruszcu.

– Rynek srebra przyzwyczaił nas do tego, że co pewien czas przyciąga uwagę nadzwyczajnymi wydarzeniami. Ostatnio poruszenie wywołała grupa WallStreetBets, która przy pomocy akcji #silversqueeze chciała wyrzucić z rynku dużych graczy. Inicjatywa została jednak stłumiona w zarodku, ponieważ giełda CME, odpowiadająca za obrót kontraktami na srebro, podniosła wymagane depozyty zabezpieczające transakcje typu futures związane ze srebrem. W efekcie mniejszych graczy nie było już stać na ich pokrycie. To ostudziło nastroje i cena uncji srebra cofnęła się z ok. 30 do 23 dolarów – przypomina Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia Ltd., spółki świadczącej usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Cena uncji srebra wykresSześć lat daremnego oczekiwania na wzrost cen

Przez ostatni rok, czyli od sierpnia 2020 r., srebro utrzymuje w miarę stabilny poziom w zakresie 23-30 dolarów. Wcześniej dochodziło na tym rynku do dość dynamicznych zmian.

Dziesięć lat temu cena uncji srebra spadała ze szczytu w rejonie ok. 50 dolarów. Po 70-procentowym spadku, od końca 2014 r. oscylowała w rejonie 14-20 dolarów. W marcu 2020 r. przydarzył się kolejny krach – za uncję srebra płaciliśmy wtedy ok. 12 dolarów, później cena poszybowała w górę o ok. 150 proc.

– Wydaje się, że lata 2014-2020 były potencjalnym okresem akumulacji relatywnie taniego srebra, a marzec 2020 r. finalnym etapem „strząśnięcia” z rynku tych, którzy przez tamte lata czekali na wzrost cen, ale się tego nie doczekali – analizuje Daniel Kostecki.

Technologie jutra wymagają więcej srebra

Po 150-proc. wzroście cen oraz rocznej konsolidacji rosną szanse, by srebro powróciło do łask ze względu na coraz lepsze perspektywy popytu na metal. Według szacunków Silver Institute, zapotrzebowanie na srebro będzie się utrzymywało w nadchodzących latach ze względu na liczne zastosowania przemysłowe tego metalu, szczególnie te związane z zielonymi technologiami i 5G. Popyt na srebro w ogniwach fotowoltaicznych gwałtownie rośnie, ponieważ kraje zmierzają w kierunku przyjęcia odnawialnych źródeł energii. Jak wynika z analiz Silver Institute, do 2025 r. powodzenie srebra w związku z 5G może wzrosnąć ponad dwukrotnie, a do 2030 r. może wzrosnąć z obecnego poziomu o 206 proc.

– Światowy przemysł ma zmieniać sposób funkcjonowania w oparciu m.in. o srebro. Popyt może rosnąć szybciej niż podaż, co z kolei miałoby pozytywne przełożenie na cenę. Srebro jest też poniekąd odpowiednikiem twardej waluty, stąd może być traktowane w pewnej mierze niczym gotówkowa pozycja w portfelu inwestycyjnym w momencie, gdy prawdziwą gotówkę zżera inflacja. Możliwe więc, że w optymistycznym scenariuszu srebro powróci do swoich rekordowych poziomów, które zostały odnotowane w 2011 r., a wcześniej pod koniec lat 70., w rejonie 50 dolarów za uncję – komentuje analityk Conotoxia Ltd.

Fiskus nie może zakładać, że podatnik go oszukuje – wyrok o sygn. akt I FSK 666/18

Wprowadzając do polskiego porządku prawnego instytucję wniosku o wydanie indywidualnych interpretacji podatkowych, ustawodawca chciał zrealizować dwie podstawowe funkcje: informacyjną oraz gwarancyjną. Oznacza to, że organy podatkowe, wydając interpretacje indywidualne, powinny koncentrować się na przepisach prawa podatkowego mających zastosowanie do zastanego przez podatnika stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego. Przedstawiony poniżej przypadek podatnika, chcącego skorzystać z prawa do odliczenia pełnego VAT naliczonego w przypadku nabycia samochodu osobowego, pokazuje, że organy podatkowe często wykraczają poza swoje kompetencje, kreując własną rzeczywistość, a na końcu negatywne konsekwencje ponosi podatnik. Warto wskazać, że w omawianej sprawie interpretacja indywidualna została wydana w dniu 17 sierpnia 2017 r., a ostateczne rozstrzygnięcie przed NSA, korzystne dla podatnika, zapadło po prawie czterech latach, tj. 20 kwietnia 2021 r.

Czego dotyczyła sprawa?

Sprawa zawisła przed Naczelnym Sądem Administracyjnym dotyczyła podatnika, który wystąpił z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej w kwestii zastosowania prawa do pełnego odliczenia podatku naliczonego na podstawie art. 86 ust. 2 pkt 1, art. 86a ust. 1-15 ustawy o VAT w sytuacji, gdy planował nabycie samochodu osobowego, a następnie ponoszenie wydatków związanych z jego eksploatacją w sytuacji wykorzystania pojazdu wyłącznie w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Organ podatkowy wskazał, że wprawdzie podatnik prowadził ewidencję przebiegu pojazdu, ale po godzinach pracy samochód parkowany był pod siedzibą firmy, która była również miejscem zamieszkania podatnika. W ocenie organu podatkowego w przypadku braku zatrudniania pracowników polityka wykorzystania samochodu określona przez podatnika nie funkcjonuje w praktyce, ponieważ obowiązuje tylko podatnika, który także powinien ją kontrolować. W związku z powyższym organ stanął na stanowisku, że niemożliwe jest wykluczenie wykorzystania samochodu w tym przypadku do użytku mieszanego, tym samym uznając stanowisko podatnika za nieprawidłowe.

Polski ustawodawca, wprowadzając przepisy art. 86a do ustawy o VAT, zdecydował się na ograniczenie prawa do skorzystania z pełnego odliczenia VAT naliczonego w sytuacji wykorzystywania samochodu osobowego do celów mieszanych. W takich przypadkach podatnicy mają prawo do wykazania jedynie 50% wartości VAT naliczonego z faktury za zakup pojazdu lub jego eksploatację. Fiskus nie odmówił podatnikom całkowicie prawa do pełnego odliczenia podatku naliczonego, jednak prawo to uzależnił od spełnienia szeregu warunków formalnych. W art. 86a ust. 4 pkt 1) ustawy o VAT ustawodawca w jasny sposób wskazuje, że samochód jest wykorzystywany wyłącznie do działalności gospodarczej, jeżeli sposób jego wykorzystywania przez podatnika, zwłaszcza określony w ustalonych przez niego zasadach jego używania, dodatkowo potwierdzony prowadzoną przez podatnika dla tego pojazdu ewidencją przebiegu pojazdu, wyklucza jego użycie do celów niezwiązanych z działalnością gospodarczą. Pierwszym warunkiem jest określenie sposobu korzystania z pojazdu, co w niniejszej sprawie zostało przez podatnika dokonane. Określono miejsce postoju samochodu oraz sposób jego wykorzystania i użytkowania. Ponadto zgodnie z opisem stanu faktycznego podatnik prowadził ewidencję przebiegu pojazdu zgodną z art. 86a ust. 7 ustawy o VAT. Podatnik dokonał także stosownego poinformowania właściwego naczelnika urzędu skarbowego przed poniesieniem pierwszego wydatku o sposobie wykorzystania samochodu.

Podsumowując stanowisko organu, można przywołać konkluzję wyroku z 13 grudnia 2017 r. wydanego w tej sprawie w pierwszej instancji przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu (sygn. akt I SA/Op 422/17), gdzie WSA wskazał, że: „organ wskazując, że w opisanym przez skarżącego stanie faktycznym obiektywnie nie można wykluczyć wykorzystania pojazdu do celów prywatnych, nie podaje jakie inne – poza szczegółowo opisanymi przez skarżącego zasadami używania pojazdu – elementy bądź kryteria jego używania, byłyby w opisanym przez stronę skarżącą przypadku prawidłowe i umożliwiające odliczenie opłaty wstępnej w pełnej wysokości.” Innymi słowy, celem organu nie było wydanie interpretacji przepisów prawa podatkowego, lecz wykazanie użytkowania samochodu do celów mieszanych.

Wyrok NSA

Ostateczne stanowisko w sprawie musiał zająć Naczelny Sąd Administracyjny, który wyrokiem z dnia 20 kwietnia 2021 r., sygn. akt I FSK 666/18, uchylił interpretację Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej w niniejszej sprawie. NSA wskazał, że parkowanie pojazdu pod miejscem zamieszkania podatnika nie oznacza, że pojazd nie jest wykorzystywany wyłącznie do celów prowadzenia działalności gospodarczej. NSA wskazał na mechanizmy kontroli zapisane w polityce wykorzystania pojazdu, jak również na sam fakt konieczności prowadzenia ewidencji przebiegu pojazdu, jako wystarczające dokumenty do kontroli sposobu użytkowania samochodu. Ponadto NSA słusznie wskazał, że przepisy ustawy o VAT nie precyzują, w jaki sposób podatnik powinien zapewnić użytek pojazdu wyłącznie do działalności gospodarczej, dlatego organ w przypadku wydawania interpretacji indywidualnej nie powinien zakładać złej woli podatnika w przypadku wniosku o ocenę podatkową przedstawionego stanu faktycznego. Ostatecznie sposób wykorzystania pojazdu może być przedmiotem kontroli podatkowej lub czynności sprawdzających.

Powyższe stanowisko NSA, choć korzystne dla podatnika, sprowadza się do prostego stwierdzenia, że organ podatkowy w toku wydawania interpretacji podatkowych powinien koncentrować się na podatkowej ocenie przedstawionych przez wnioskodawcę okoliczności, bez dokonywania własnych przypuszczeń czy założeń. Niestety dojście do takiej tezy zajęło w tym przypadku prawie 4 lata.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Co czeka branżę hotelarską?

Pandemia niczym tsunami uderzyła w branżę hotelarską, która jest jedynie wierzchołkiem gigantycznego sektora gospodarki obejmującego nazywane fachowo sektory HORECA – hotele, restauracje, catering oraz MICE – spotkania, targi, konferencje i wystawy,  podzielone na  kategorie B2B dla firm np. podróże służbowe i B2C dla klientów prywatnych. Od nadchodzących jesiennych i zimowych miesięcy zależy prędkość i skala powrotu do dobrej formy sektora hotelarskiego. Tłumy turystów w wakacje są na pewno pozytywnym znakiem na przyszłość, a sektor hotelarski ma nadzieję, że ten dobry sygnał jest początkiem na długoterminowy proces ożywienia i powrotu do normalności. 

– Hotelarstwo jest jednym z gospodarczych „kół zamachowych”. Turystyka, która bez hoteli nie istnieje, odpowiada za ponad 6% polskiego PKB. Standard usług hoteli w Polsce jest na wysokim poziomie, a branża daje pracę setkom tysięcy osób bezpośrednio lub pośrednio zatrudnionych w hotelach. Trzy lock downy w naszej branży i groźba kolejnego powodują niepewność wśród pracowników, gości i przedsiębiorców hotelowych. Również nasi partnerzy, m.in. z segmentu MICE oraz dostawcy towarów i usług dla hoteli, ponoszą od początku pandemii duże straty z powodu znacznych ograniczeń działalności branży. Ta sytuacja powinna ulec zmianie. – Ireneusz Węgłowski, Prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

IGHP jest ważną organizacją tego sektora i rzecznikiem środowiska biznesu hotelowego oraz gastronomicznego w kontaktach z administracją państwową na szczeblu lokalnym, regionalnym, krajowym oraz Unii Europejskiej.

Powolny powrót do normalności

Covid zaburzył budowany od dekad cykl biznesowy związany z sezonowością  klientów biznesowych i prywatnych. A brak możliwości wcześniejszego zaplanowania urlopów czy wyjazdów lub imprez służbowych wpłynęły na drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych i powiązanych z nimi restauracji.

– W segmencie B2C (klient prywatny) proces powrotu do normalności jest szybszy.  Widzimy, że jeśli hotel oferuje elastyczne warunki anulacji goście dość szybko podejmują decyzję i dokonują bezpośredniej rezerwacji. Rezerwując dłuższe wakacje, goście korzystają z usług biur podróży, które organizują dla nich cały pobyt.  W segmencie MICE (eventy) obserwujemy sytuację „poczekamy i zobaczymy”. Chęć ponownego organizowania konferencji i spotkań jest bardzo duża. Jednak większość organizatorów nie ma pewności co do obecnego rozwoju sytuacji i czeka na to, co przyniosą jesienne miesiące. – informuje Britta Kutz, Regionalny Dyrektor Generalny, IHG Hotels & Resorts w Polsce, która posiada ponad 20 letnie globalne doświadczenie w zarządzaniu hotelami luksusowych marek premium. W hotelach i biurach IHG na całym świecie pracuje około 350 000 osób.

Niepewna przyszłość powoduje wiele trudności dla managerów, którzy muszą stale monitorować bieżący stan i szybko wdrażać alternatywne rozwiązania awaryjne. Na wyjątkowo trudne wyzwanie trafił otwarty w trakcie pandemii supernowoczesny kompleks hotelowo-eventowy w Sopocie. Ten rozległy obiekt oferuje aż 2 tys. m. kw. multifunkcjonalnej przestrzeni, ponad 30 wariantów aranżacyjnych sal, oryginalnie zaprojektowany pawilon o parametrach sali koncertowej, jak również otoczoną zielenią przestrzeń dla eventów plenerowych, pozwalającą na organizację  wydarzeń nawet do 2 tys. uczestników.

– Otwarcie nowego Hotelu to zawsze duże wyzwanie, jeszcze większe jeżeli umieścimy tą wymagającą operację w środku pandemii COVID-19. Radisson Blu Sopot to obiekt, który został otwarty w najbardziej wymagającym momencie dla branży w czerwcu 2020, a mimo tego jako jeden z nielicznych przeszedł względnie suchą stopą przez najtrudniejszy okres w historii branży Hotelarskiej i MICE. Sopocki Radisson to nowoczesny, 4-gwiazdkowy hotel dysponujący największym w Trójmieście centrum konferencyjnym zlokalizowanym w kameralnej części miasta. Umiejętne wykorzystanie uniwersalności obiektu pozwoliło Hotelowi na dostosowanie oferty do bieżących obostrzeń, dzięki czemu Radisson Blu Sopot to atrakcyjne i bezpieczne miejsce do organizacji nie tylko konferencji, ale również wspaniałego relaksu i wypoczynku. – mówi Małgorzata Winiarska, Dyrektor Hotelu Radisson Blu Sopot (Spółka Hossa.biz).

Kolejne obostrzenia, zamykanie i tymczasowe otwierane obiektów dla określonych grup, ograniczenia w przemieszczaniu się zarówno w kraju, jak i podróży międzynarodowych mają fatalny wpływ na cały sektor. Wszyscy jednak wierzą, że ten najgorszy czas już za nami i pragną szybkiego powrotu do normalności.

– Od kilku tygodni, można powiedzieć, że od wczesnej wiosny zły trend się zmienił. Prowadziliśmy przede wszystkim analizę ilości zapytań i porównywaliśmy je do lat ubiegłych, to pokazało nam pierwsze światełko w tunelu, a co za tym idzie potencjał na nadchodzącą jesień. Możemy otwarcie powiedzieć, że prognozy pokazują nam optymistyczny scenariusz. Klienci chętnie rezerwują, potwierdzają i podpisują umowy, ale dbają o zabezpieczenie w postaci nowych warunków anulacji dostosowanych do sytuacji „kowidowej” – potwierdza Marzena Celej, Dyrektor Generalna i wiceprezes DoubleTree by Hilton Hotel & Conference Centre Warsaw, jednego z najpopularniejszych obiektów MICE w stolicy, który posiada aż 5 tys. m. kw. przestrzeni konferencyjnej.

Zmiany na chwilę i na stałe

Pandemia przyspieszyła wile procesów, np. cyfryzację firm. Wpłynęła także na zmianę naszego stylu podróżowania i preferowanych destynacji zagranicą. Spragnieni wakacji, po długim okresie pandemicznych ograniczeń i zamknięciu hoteli, Polacy tłumnie wracają do wojaży. Firmy turystyczne przeżywają prawdziwe oblężenie, ruszyliśmy na zagraniczne wakacje, gdzie częściej wybieramy droższe, wyższej klasy kurorty oraz oferty all inclusive, najchętniej z pełnym ubezpieczeniem i bliskim terminem wylotu. Determinacja turystów jest tak duża, że nie odstraszają ich obostrzenia i dodatkowe formalności. Obecnie większość klientów kupuje wyjazdy w ostatniej chwili.

– W tym roku wygrywają hotele wysokiej klasy, które mają przeważający udział w sprzedaży. To efekt „odłożonych” wakacji, chęć odreagowania lockdownu. Polski Klient  docenia standard, profesjonalną obsługę, dobrą kuchnię i rozrywkę. – mówi Piotr Henicz, wiceprezes Biura Podróży ITAKA oraz wiceprezes Polskiej Izby Turystyki i Polskiego Związku Organizatorów Turystyki.

PIT jest największą ogólnopolską organizacją samorządu gospodarczego przemysłu turystycznego, a PZOT jest organizacją pracodawców, którego podstawowym celem i zadaniem jest ochrona, obrona praw, dóbr osobistych oraz reprezentowanie interesów, w tym gospodarczych, organizatorów i pośredników turystycznych.

Natomiast podróże służbowe, to od dawna kluczowa siła napędowa przychodów sektora hotelarsko-gastronomicznego. Będą wymagały czasu, aby odzyskać pełnię siły. Wielu ekspertów wskazuje, że zajmie to okres od dwóch do trzech lat i ocenia,  iż pewna część podróży biznesowych (od 5 do 10 procent) może w ogóle nie wrócić, ponieważ firmy, które kiedyś za nie zapłaciły, mogą zniknąć z rynku.

 

– W związku z poluzowaniem obostrzeń w połowie maja 2021 r. zanotowaliśmy  istotny wzrost obrotów, zarówno w przypadku podróży służbowych, jak i imprez MICE – w szczególności dotyczy to rynku krajowego. Natomiast w zagranicznych podróżach służbowych i imprezach MICE eTravel dynamika wzrostu obrotów w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r. była zdecydowanie mniejsza. Taka sytuacja wynika z trwających w wielu krajach restrykcjach przy przekraczaniu granic, jak również zakazów przekraczania granic, potrzeby wykonania testów zarówno przed przyjazdem jak i po przyjeździe, czy potrzeby przejścia kwarantanny po przyjeździe do kraju docelowego, czy powrocie do Polski. Ograniczenie ilości zagranicznych podróży służbowych jest również związane z polityką zakazu podróżowania wprowadzoną przez duże globalne korporacje. Obecne odbicie w krajowych podróżach służbowych wynosi powyżej 60%, a w krajowych MICE powyżej 40% w stosunku do analogicznego okresu roku 2019. Natomiast w zagranicznych podróżach służbowych wynosi poniżej 30%.  W przypadku krajowych podróży służbowych oraz MICE zakładamy, że nastąpi dalsze systematyczne odbicie biznesu w drugiej połowie 2021 r. oraz w kolejnych okresach pod warunkiem, że nie będzie nowych, istotnych restrykcji w podróżowaniu. W przypadku zagranicznych podróży służbowych odbicie będzie wolniejsze i zależeć będzie w dużym stopniu od tempa zmniejszania się nowych przypadków zakażeń wirusem Covid-19 na świecie. – analizuje Andrzej Wierzba, prezes zarządu eTravel.

eTravel to największe w Polsce biuro podróży obsługujące klienta korporacyjnego oraz instytucje publiczne. Firma w 2019 roku obsłużyła ponad 1 milion rezerwacji oraz zorganizowała ponad 5 tys. imprez MICE. Od 2006 roku eTravel rozwija własny system rezerwacji online przeznaczony dla klienta korporacyjnego. Na stałe współpracuje z kilkoma tysiącami klientów.

Długoterminowe prognozy na przyszłość są podzielone. Z jednej strony dyrektor naczelny United Airlines Scott Kirby przewiduje, że straty biznesowe spowodowane brakiem fizycznej obecności i wideorozmowy spowodują wkrótce powrót do spotkań.  Z drugiej zaś strony Bill Gates uważa, że na stałe ​​zniknie więcej niż połowa podróży służbowych.

Według wskaźnika MasterCard Destinations Index, podróże służbowe stanowiły około jednej piątej wszystkich wizyt w Londynie i jednej czwartej w Mediolanie. Także negatywny wpływ ograniczeń w podróżowaniu na europejskie hotele biznesowe był gigantyczny. Jak informuje Global Business Travel Association wydatki na podróże służbowe w Europie spadły w ub. roku o 58 procent, do 140 miliardów dolarów.

HG Hotels & Resorts to globalna firma z branży hotelarskiej, posiadająca w swoim portfolio 16 marek hoteli i zarządzająca również niemal 6 tys. obiektów w ponad 100 krajach. Założona w 1946 roku przez amerykańskiego pioniera transportu lotniczego i założyciela linii Pan Am, Juana Trippe’a. Pierwszy obiekt tej sieci otwarto w Belém w Brazylii.

– Wraz ze zmianą na wyższy odsetek gości rekreacyjnych niż biznesowych zmieniły się oczywiście również nasze wzorce obłożenia i teraz bardzo często nawet w hotelach biznesowych w weekendy mamy zdecydowanie wyższe obłożenie niż w dni powszednie. Dzięki temu naturalnie doświadczamy też zmiany w zachowaniu i nawykach gości, a my dostosowaliśmy się do nich, np. wydłużając godziny serwowania śniadania. Duże obiekty rekreacyjne, a także hotele z basenami cieszą się wielką popularnością, a takie atrakcje stają się silnym motorem napędowym biznesu. – mówi Britta Kutz, Regionalny Dyrektor Generalny, IHG Hotels & Resorts w Polsce.

Rozwój pracy hybrydowej, ewolucja oprogramowania do wideokonferencji i rosnąca koncentracja korporacji na zrównoważonym rozwoju podważyły ​​utrwalone od dawna normy dotyczące podróży służbowych. Podczas. gdy hybrydowe konferencje i wydarzenia stają się coraz bardziej powszechne. Rozwijają się również spotkania klastrowe. To coraz bardziej powszechny rodzaj grupy przedsiębiorstw lub instytucji powiązanych ze sobą profilem działalności, skupiających się na danym obszarze geograficznym lub wyznaczają regionalne punkty, w których ludzie mogą gromadzić i łączyć się w grupy wirtualnie. Przykładem może być Dolina Krzemowa, skupiająca  amerykański sektor zaawansowanych technologii. Wiadomo jednak, że nie wszystko można przeprowadzić zdalnie, a brak możliwości organizacji wielu wydarzeń, np. targów, koncertów czy konferencji generuje gigantyczne stary.

– Formuła konferencji on-line dla niektórych branż się sprawdziła, ale trendy pokazują potrzebę bezpośrednich spotkań B2B i chociażby podsumowania wyników sprzedażowych. Namacalność w postaci prezentacji produktu dla większości jest niezmiernie ważna. Ważna jest również dbałość o kontakty interpersonalne, dlatego widzimy, że Klienci wracają, organizują i chcą się spotykać. – mówi Marzena Celej, Dyrektor Generalna i wiceprezes DoubleTree by Hilton Hotel & Conference Centre Warsaw, jednej z największych przestrzeni konferencyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej posiadającej 20 sal konferencyjnych oraz Salę Balową o powierzchni 2 tys. mkw., mieszczącą aż dwa tysiące gości.

Duży popyt wstrzymuje niepewna podaż

Według badań McKinsey sektory, takie jak farmaceutyczny i wytwórczy nadal będą musiały podróżować, podczas gdy Marriott odnotowuje silny popyt na podróże służbowe w sektorze energetycznym- zwłaszcza w Rosji, gdzie rezerwacje zbliżają się do poziomów sprzed pandemii.

– Faktem jest, że można pracować zdalnie, „spotykać się” z kontrahentami za pomocą wideokonferencji, a nawet uczestniczyć w wirtualnych imprezach MICE, ale w większości przypadków praca ta nie jest tak efektywna, jak praca w biurze czy fizyczne spotkania. Poprzez wideokonferencje i wirtualne spotkanie o wiele trudniejsze jest zbudowanie relacji biznesowych, które przyczyniają się do rozwoju współpracy. Spotkania osobiste umożliwiają poznanie drugiego człowieka i zdobycie jego zaufania czy zbudowania więzi emocjonalnych, co jest bardzo ważne w prowadzeniu biznesu. Ponadto podróżowanie zarówno służbowe, jak i prywatne oraz wynikająca z tego zmiana otoczenia jest czymś przyjemnym i pożądanym dla większości ludzi.  W związku z tym uważam, że ograniczenie podróży służbowych i MICE jest czymś przejściowym. Wierzę w to, iż w perspektywie kolejnych kilku lat wrócimy do poziomów sprzed pandemii lub je nawet przekroczymy. – dodaje Andrzej Wierzba, prezes eTravel.

W 2019 roku grupa eTravel zatrudniała ok. 400 pracowników. Jest także członkiem założycielem na naszym rynku, sieci biur podróży działających w ramach franczyzy Lufthansa City Center oraz wyłącznym przedstawicielem w Polsce, jednego z największych na świecie globalnego TMC (Travel Management Company) Egencia (firma  zależna od Expedia). Spółka w swojej działalności kładzie bardzo mocny nacisk na nowoczesną technologię i bardzo wysoką jakość obsługi klienta.

W międzyczasie niektóre hotele miejskie, dzięki proponowanym pakietom starają się przyciągnąć osoby podróżujące służbowo, aby mogły mieszkać blisko firm, co eliminuje wiele ograniczeń związanych z przemieszczaniem. Marki Accor oferują sypialnie jako prowizoryczne biura, podczas gdy hotele CitizenM i londyńskie Point A świadczą miesięczne abonamenty na noclegi z dostępem do miejsc pracy. Również w naszym kraju hotele przygotowały ciekawe oferty, np. “kawalerek w hotelu” od Arche. Firma ta posiada obecnie 15 hoteli w całym kraju, a powstała w 1991 roku dzięki firmie deweloperskiej, która łącznie wybudowała ponad 6 500 domów i mieszkań.

– Pandemia przyspieszyła zmiany, które ja nazywam nowym hotelarstwem. Już 3 lata temu wprowadziliśmy sprawdzony na Zachodzie sposób wynajmu pokoi w hotelu na dłużej. Potocznie nazywamy taki wynajem „kawalerkami w hotelu”, ponieważ są wyposażone jak mieszkania, posiadają aneks kuchenny, zmywarki czy pralki. Okazało się, że w trudnych czasach ten model biznesowy sprawdził się szczególnie dobrze w Warszawie, między innymi w Arche Hotelu Poloneza. Elastyczne podejście daje możliwość wynajęcia kawalerki na miesiąc lub dłużej,  bez płacenia kaucji i opłat za media. Dodatkowo w cenie jest sprzątanie. Obecnie widzimy ogromne zainteresowanie takim wynajmem. – informuje Władysław Grochowski, Prezes Arche SA.

Kolejne wyzwanie, czyli zwiększona dbałość o ekologię

Rosnące znaczenie ekologi i zrównoważonego rozwoju dotyczy też branży hotelarskiej, wpisującej się w naszą przestrzeń poprzez chociażby architekturę oraz design krajobrazu. Choć przez pandemię ten ważny temat zszedł na pewien czas na drugi plan, to w konsekwencji presji mediów, rządu, organizacji ekologicznych i konsumentów wywierających nacisk na coraz większą aktywność biznesu w tej dziedzinie – na pewno powróci. Masowa turystyka, której rozwój zawdzięczamy nowoczesnym rozwiązaniom komunikacyjnym, np. powszechnemu dostępowi do lotnictwa pasażerskiego z impetem rozwija się globalnie od lat 70 XX w.  Zmusza tym samym coraz więcej firm do wdrażania polityki przyjaznej środowisku, w której podejmowane są ważne kroki rozwojowe dla natury, jak  i człowieka.

W konsekwencji niesie to za sobą liczne wyzwania dla ekologii. Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO) oceniła, że tylko w 2016 r. sam transport, w tym również morski, związany z turystyką łącznie stanowił 5 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Według ekspertyz zaprezentowanych podczas Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu w Madrycie, emisja CO2 przez branżę turystyczną do 2030 r. zwiększy się o co najmniej 25 proc.

Konferencja COP25 wywołała jednak fale krytki związaną z brakiem porozumienia i emisją dwutlenku węgla związaną z samą organizacją tego wydarzenia. Wynikiem jej prac było jedynie podkreślenie „pilnej potrzeby” przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Rozczarowanie madryckim szczytem wyraził nawet sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres.

– Wiele proekologicznych rozwiązań jest już od dawna szeroko stosowanych w turystyce. Są to zarówno relatywnie proste zabiegi, często realizowane także we współpracy z Gośćmi hotelowymi (np. zwracanie uwagi na oszczędność wody, w tym wymiana pościeli i ręczników na życzenie) czy korzystanie z własnych ekologicznych upraw w hotelowej kuchni oraz wyposażenie pokoi w  energooszczędne minibary, oświetlenie, jak i zaawansowane technologie grzewcze czy systemy klimatyzacji. Coraz więcej Klientów zwraca uwagę na certyfikaty ekologiczne hoteli, które chętnie informują o stosowanych rozwiązaniach proekologicznych. Jest to z pewnością pozytywny trend w hotelarstwie dotyczący nie tylko turystyki masowej, ale wszelkiego rodzaju podróży. Czy ekologia w przyszłości stanie się wiodącym trendem w hotelarstwie, zależeć będzie od wielu czynników, jak np. popytu ukierunkowanego na certyfikowane proekologicznie usługi hotelarskie czy administracyjne/podatkowe zachęty dla hoteli stosujących tego typu rozwiązania. Niestety, okres pandemii, kiedy hotelarstwo było jedną z branż najmocniej dotkniętych skutkiem wprowadzonych restrykcji nie sprzyja wprowadzaniu innowacji, szczególnie tych generujących dodatkowe koszty. – mówi Piotr Henicz, wiceprezes Biura Podróży ITAKA, wiceprezes PIT i PZOT. Podczas 32-letniej działalności ITAKA zabrała na wakacje ok. 8 mln klientów.

Pamiętajmy, że z drugiej strony nowe ekologiczne normy i “zielone” certyfikaty obiektów – na terenie Europy BREEAM, a na terenie Stanów Zjednoczonych w postaci systemu certyfikacji LEED – zmuszają do znacznego ograniczenia emisji CO2 przez firmy budowlane. Wiele z nich jako strategiczne cele najbliższych lat stawia budowanie wyłącznie zero emisyjnych nieruchomości. Te wielofunkcyjne nowoczesne, ekologiczne kompleksy najczęściej są też wykorzystywane na hotele i centra konferencyjne. Z pomocą przychodzą także wielorakie rozwiązania eco od prefabrykacji i modułów, po proptech-owe innowacje, które pozwalają na znaczne oszczędzanie energii czy też powrót do zastosowania przyjaznych środowisku materiałów (np. drewna, które staje się coraz popularniejsze nawet w budowie wysokościowców).

 

Jednym z przykładów działań proekologicznych jest kampania ICHP dla hotelarzy „Hotel bez plastiku” wskazująca 30 sposobów na ograniczenie użycia plastiku w hotelach.

Coraz więcej klientów jako ważne kryterium przy wyborze hotelu uwzględnia właśnie ekologię, a na rynku pojawia się coraz większa oferta i wybór miejsc. Potwierdza to duży sukces rynkowy wyjątkowej ekologicznej oferty Grupy Arche. Ta polska sieć hoteli słynie z niekonwencjonalnych inwestycji w całym kraju. Głównie stawia na łączenie nowoczesności z zabytkowymi obiektami, w których mocno podkreśla historyczny charakter, nawiązując przy tym do tradycji i kultury regionów. Grupa kładzie duży nacisk na działania CSR i innowacyjne rozwiązania ekologiczne.

– Ekologia przybiera różne formy i jest rozmaicie odbierana. Najczęściej jest rozumiana jako szeroko pojęta ochrona i troska o przyrodę, naturalne środowisko człowieka. Moda na ekologię trwa w najlepsze i to bardzo dobrze. W naszej ofercie pojawiły się ecoboxy, zaadaptowane kontenery morskie, na bazie których w formule hoteli rozproszonych tworzymy Arche Siedliska. Zainteresowanie projektem jest tak duże, że już dzień po uruchomieniu sprzedaży brakowało miejsc dla wszystkich chętnych. Nasze hotele rozproszone są jednak elementem ekologii rozumianej znacznie szerzej. Ekologia zajmuje się również wzajemnym oddziaływaniem organizmów i ekosystemów. Warto zauważyć, że hotele rozproszone Arche Siedlisko nie są celem samym w sobie, nie są kolejnym komercyjnym przedsięwzięciem. Są elementem społecznego projektu, którego celem jest zbliżenie do siebie ludzi z różnych środowisk, miejsc i regionów, zniesienie barier, które się między nami pojawiły, stworzenie warunków do wzajemnego poznawania się. Wszystko w ciekawym i nie zawsze typowym otoczeniu, często bez dostępu do Internetu i nachalnej technologii. To holistyczne rozumienie ekologii oraz społeczny wymiar Arche Siedliska sprawia, że nasz pomysł jest unikatowy w skali Polski. – mówi Władysław Grochowski, Prezes Arche SA.

Jesień z optymizmem i niepokojem…

Hotele czekają z niepokojem na to, jak rozegra się druga połowa roku. Branża hotelarska przechodzi bardzo trudny czas. Wielu przedsiębiorców z powodu pandemii wpadło w problemy finansowe. Sporo doświadczonych fachowców postanowiło przebranżowić się lub została do tego zmuszona przez sytuację. Jednak pamiętajmy też, że nawet w tak trudnym epidemicznym czasie, dużo hoteli i ich pracowników prowadziło wiele akcji pomocowych, np. dla służb medycznych. Dla tych sektorów, które znalazły się po “dobrej stronie” pandemii osiągając gigantyczne zyski, jak np. IT, e-commerce, gamingowy czy deweloperski, to dobry moment na wzmożone działania z obszaru chociażby budowania silnej marki pracodawcy przy jednoczesnym wzmożonym wykorzystaniu usług branży HoReCA i MICE – co na pewno przyspieszy ich rekonwalescencję z korzyścią dla wszystkich stron.

– Hotele, co wykazały badania, nie są ogniskami koronawirusa. Świadczymy usługi hotelowe w bezpiecznych i higienicznych warunkach. Apelujemy o zniesienie zakłócających działalność hoteli ograniczeń, nie tylko dla zaszczepionych, ale również dla ozdrowieńców i osób posiadających negatywny wynik testu. Należy już tworzyć warunki do odbudowania powakacyjnego popytu w segmencie MICE, który bardzo wspomagał hotele w okresie jesiennym. IGHP jest gotowa wspólnie z Ministerstwem Zdrowia opracować normy i warunki funkcjonowania hoteli na wypadek kolejnej fali zachorowań, jednak dotychczas nie nadeszło ze strony MZ zaproszenie na takie spotkanie. – apeluje Ireneusz Węgłowski, Prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

Autor: Adam Białas – ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, dyr. BIALAS Consulting & Solutions. 

Jak szybciej zakończyć postępowanie upadłościowe?

W zeszłym roku znacznie uproszczono zasady upadłości konsumenckiej. Jednak procedura sądowa zajmuje wciąż dużo czasu – nawet 6 miesięcy lub dłużej. Zwłaszcza jeśli dłużnik posiada jakiś majątek. Okazuje się, że jest w polskim prawie mało znana opcja, która pozwala dłużnikom dużo szybciej zakończyć postępowanie upadłościowe.

Mowa o „przygotowanej likwidacji” (tzw. pre-pack) dla osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Instytucja pre-pack’u znana jest w polskim prawie od 5 lat. – Na początku dotyczyła w zasadzie tylko firm, które miały poważne problemy finansowe. W dużym skrócie, dzięki „przygotowanej likwidacji” przedsiębiorstwa mogły szybciej zakończyć postępowanie upadłościowe i w pełni zaspokoić swoich wierzycieli. Wystarczyło, że dłużnik wskazał sądowi nabywcę majątku zadłużonej firmy. – wyjaśnia Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Niemal identycznie wygląda działanie pre-pack’u konsumenckiego. Obecnie majątek niewypłacalnego konsumenta o znacznej wartości może zostać zbyty na rzecz konkretnego podmiotu. Przeprowadzenie tej procedury wymaga sporządzenia wyceny przez biegłego sądowego oraz znalezienia inwestora, który wykupi dane składniki majątku.

–  Z punktu widzenia dłużnika takie rozwiązanie może być atrakcyjne przede wszystkim w wypadku posiadania nieruchomości. Mogłaby ona zostać odkupiona np. przez członka rodziny lub inną bliską osobę, co nie jest pewne w wypadku standardowej procedury likwidacyjnej. – tłumaczy Adam Pasternak z serwisu Upadanie.pl.

„Przygotowana likwidacja” jest korzystna także z punktu widzenia osoby kupującej majątek dłużnika. Standardowe nabycie nieruchomości obciążonej hipotecznie, która należy do zadłużonego konsumenta, niesie pewne ryzyka. Dzięki pre-pack’owi nabywca dostaje sądową gwarancję przekazania własności bez obciążeń, unikając procedur przetargowych w klasycznym postępowaniu upadłościowym.

Pre-pack w upadłości konsumenckiej nie zyskał dotychczas wielkiej popularności. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki postępowań konsumenckich, ale również z braku powszechnej wiedzy na ten temat. Niezależnie od tego każdy konsument posiadający wartościowy majątek powinien przynajmniej rozważyć tę opcję przed złożeniem wniosku o upadłość do sądu.przekonuje Adam Pasternak z serwisu Upadanie.pl.

Sprzedaż Green Hell na konsolach lepsza niż oczekiwania. Creepy Jar bije kolejne rekordy

Creepy Jar zaliczył drugi w historii rekordowy okres sprzedaży swojej kultowej gry Green Hell, wynika ze wstępnych wyników finansowych za pierwsze półrocze 2021 r. opublikowanych przez developera. Zysk netto spółki na koniec czerwca wzrósł do 11,5 mln zł. Creepy Jar sprzedał już ponad 200 000 kopii Green Hell na konsolach PlayStation i Microsoft Xbox.

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 21 mln zł, Creepy Jar wypracował w pierwszej połowie bieżącego roku 11,5 mln zł zysku netto. Zysk operacyjny na koniec półrocza wzrósł do 13,2 mln zł. Stan gotówki w kasie zwiększył do 38,1 mln zł wobec 27,98 mln zł na 31 grudnia 2020 r.

Osiągnięte przez spółkę wyniki finansowe to efekt wciąż wysokiej sprzedaży gry Green Hell na platformie STEAM oraz lepszego niż zakładano debiutu gry na konsolach Sony PlayStation i Microsoft Xbox. – Green Hell jest na rynku już 3 lata, a mimo to wciąż cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem i bije kolejne rekordy sprzedaży. Dzięki dwóm dodatkom Spirits of Amazonia udało nam się skutecznie podtrzymać zainteresowane grą i utrzymać wysoką sprzedaż na STEAM – podkreśla Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W pierwszym półroczu 2021 r. łączna sprzedaż brutto gry Green Hell na platformy STEAM, Sony PlayStation i Microsoft Xbox, wyniosła 638 tys. kopii, z czego 116 tys. kopii na konsolach PlayStation i Xbox. – Sprawiło to, że zanotowaliśmy drugi najlepszy kwartał w historii. Zabrakło naprawdę niewiele by pobić rekordowy okres ubiegłego obejmujący premierę trybu COOP. Pierwsze dane sprzedażowe z konsol sprawiają, że liczymy iż również na tych platformach Green Hell będzie longsellerem – zapowiada Krzysztof Kwiatek. Potwierdzeniem tego mogą być wstępne dane sprzedażowe dostępne na dzień publikacji raportu. Sprzedaż brutto Green Hell na wszystkie trzy ww. platformy od początku 2021 roku szacowana jest na 832 tys. kopii, z czego 209 tys. kopii na konsolach PlayStation i Xbox.

– Choć rentowność operacyjna i netto są niższe niż w I półroczu ubiegłego roku, należy zauważyć, że w tamtym okresie spółka nie ujmowała jeszcze w wynikach kosztów związanych z programem motywacyjnym. Gdyby skorygować bieżące dane o tę pozycję rentowność byłaby zbliżona do osiągniętej po 6 miesiącach ubiegłego roku. Potwierdza to, że pomimo zwiększania zespołu oraz presji na wzrost wynagrodzeń udaje nam się utrzymać odpowiednią dyscyplinę kosztową – dodaje prezes Kwiatek.

Influencerzy w kryzysie. Muszą zmienić strategię

Najprostsze lokowanie produktów nie jest już wystarczającą formą promocji, a często bywa bardzo kłopotliwe dla samego reklamodawcy. Influencerzy nie zawsze bowiem mają wystarczająca wiedzę dotyczącą technik sprzedażowych. Często nie muszą się w tym kierunku rozwijać — przecież dostali już swoją zapłatę i nie odpowiadają za ostateczny rezultat kampanii. Konsumenci — szczególnie w czasie pandemii — baczniejszą uwagę zaczęli zwracać na tematy społeczne i takiej aktywności oczekują od marki, zanim sięgną po ich produkt.

Pandemia, obowiązek utrzymania dystansu społecznego, a czasami wręcz izolacja wywołała wiele efektów ubocznych. Jednym z nich było ogromne poczucie samotności. Ostatnie badania Uniwersytetu Harvarda pokazują, że wskaźnik samotności jest szczególnie wysoki wśród młodych ludzi, którzy czują, że nikt nie przejmuje się ich potrzebami. Choćby dlatego, że nie są w grupie najbardziej narażonych na zachorowanie na Covid-19. Pozostawieni sami sobie jeszcze więcej czasu zaczęli spędzać w internecie.

Liczby mówią bowiem same za siebie — podczas lockdownów globalne korzystanie z Internetu wzrosło o prawie 70%, a ruch w serwisach społecznościowych wzrósł o 61%. Oprócz zwiększonego wykorzystania narzędzi cyfrowych zmieniły się również zachowania użytkowników, a marki i influencerzy musieli dość szybko dostosować się do innych oczekiwań.

– Wielu twórców nie zorientowało się na czas, że trwa pandemia i choć ludzie szukają wytchnienia w internecie, to jednak nie potrzebują już np. inspiracji do zagranicznych podróży, bo granice były zamknięte. Co więcej, posty ludzi, którzy mieszkali w ciekawych miejscach, mogły wzbudzać w obserwatorach poczucie straty i nie było w nich marketingowych korzyści. Część ludzi straciło też pracę lub z dnia na dzień musieli przeorganizować swoje życie i łączyć pracę zdalną z opieką nad dziećmi. Kolejni czuli po prostu strach o zdrowie swoje i bliskich. Po prostu ostatnie kilkanaście miesięcy to nie był dobry czas, żeby iść utartymi influencerskimi ścieżkami — tłumaczy Marcin Michalski, ekspert strategii digital marketingowych i reklamy online, a także publicysta oraz autor bloga Marketing Hacker.

Marki mają zmieniać świat

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez IMPIC (portugalski ośrodek badawczy) ludzie decydują się podążać za tym, kto wniesie coś lub doda wartości do ich życia. W tym konkretnym momencie związek staje się jeszcze silniejszy. Jednak młodzi ludzie coraz częściej unikają sponsorowanych treści.

– Zamiast wykorzystywać influencerów do prezentowania wprost oferty produktów, marki powinny współpracować z tymi, którzy są nastawieni na konkretny cel i robią to z przekonaniem i są w tym co robią wiarygodni.  Sam “lans” to dziś za mało, coraz bardziej liczy się wartościowa treść o charakterze edukacyjnym. Również w branży kosmetycznej czy modowej nie liczą się dziś tylko ciekawe ujęcia czy stylizacje. Marki lepiej mogą się zaprezentować, gdy zaczną współpracę z aktywistami, którzy promują np. zachowania pro-ekologiczne — zaznacza Marcin Michalski.

Marki muszą też pamiętać o odpowiedzialności, bo coroczne, globalne badanie „Barometr zaufania Edelmana” wskazuje, że to ogólnie rozumiany biznes – zdaniem konsumentów –  jest obecnie najbardziej zaufaną instytucją informacyjną, ponad rządem, mediami i organizacjami pozarządowymi. Aż 86% badanych uważa, że szefowie firm powinni wypowiadać się na tematy społeczne, a 68% oczekuje od nich pomocy w rozwiązywaniu problemów z tej sfery. To prosty znak, że odbiorcy, a zarazem klienci poszukują marek zaangażowanych.

– Należy też jednak pamiętać, że prawie nic się nie zmienia w podstawowych zasadach marketingu, czyli marka musi opowiadać konkretną historię, a influencer jest tylko i wyłącznie narratorem tej historii. Nieważne czy mówimy o największych światowych markach, czy lokalnych, które dopiero zaczynają walkę o klienta w sieci. Influencerzy nie są magicznym sposobem na wygenerowanie sprzedaży – chyba że mówimy o tych, którzy zbudowali ogromne zaufanie do siebie dzięki własnej wiedzy, umiejętnościom czy realnych sukcesach zawodowych — zaznacza Marcin Michalski.

Nie wystawiaj swojej reputacji na szwank

Dlatego, jak podkreśla autor bloga Marketing Hacker, marki powinny mieć zawczasu przygotowaną strategię marketingową i komunikacyjna, jeszcze zanim wejdą we współpracę z jakimkolwiek internautą — nawet najbardziej znanym. Największy problemem w influencer marketingu jest bowiem współdziałanie z twórcami, którzy nie budują wartości, czyli nie edukują, nie odkrywają, a tylko -wręcz bezmyślnie- wrzucają na swoje kanały posty z oznaczeniami marek. Przykładami takich działań była np. próba promocji rajstop w drodze na… pogrzeb ojca lub „szpilek” na grobie matki.

– Nie można powierzać reputacji swojej marki osobie, której nie zależy na wyniku sprzedażowym firmy. Przecież ona już swoje wynagrodzenie dostała i niemal nigdy nie jest rozliczana za wynik akcji promocyjnej. Te osoby znają swoją publiczność, wiedzą co się im podoba, ale niekoniecznie już mają dostateczną wiedzę na temat działań marketingowych. Status influencera nie jest tego rękojmią. Bowiem czym innym jest budowanie marki osobistej, a czym innym budowanie brandu dużej firmy — komentuje Marcin Michalski.

W sytuacji, gdy mleko już się rozlało, najważniejsze jest szybkie przeciwdziałanie szkodom. Prośba o natychmiastowe zdjęcie materiału, który nie jest zgodny ze standardami firmy, a często i zakończenie współpracy, jak to miało miejsce z Instagramerką, która promowała „fit batoniki”, używając przy tym kontekstu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Kiedy współpraca oparta na większym zaufaniu, a przez to mniejsza kontrola codziennych działań ma sens? Tylko wtedy kiedy marka i influencer tworzą wspólny produkt i otrzymują oni konkretny procent od sprzedaży. – Jednak stworzenie takiej nowej marki nie jest łatwe. Kluczem jest dopasowanie produktu do grupy docelowej influencerów, szeroka dystrybucja i niska cena — przekonuje Marcin Michalski.

Przykładem najlepszej tego typu współpracy jest wyprodukowanie lodów “Ekipa” przez firmę Koral. Firma z Nowego Sącza przeżył ogromny szok po pierwszych tygodniach sprzedaży, ale szybko uruchomiła dodatkowe linie produkcyjne, żeby zaspokoić popyt na ten produkt.

Sprawdzaj, ale nie zawsze ufaj temu co widzisz

Biorąc pod uwagę to, że najprostsze lokowanie produktów nie jest już wystarczające, a konsumenci szukają bardziej zaangażowanych treści, marketingowcy firm powinni pamiętać o abecadle w tworzeniu dojrzałych współprac.

Już dziś dysponujemy narzędziami analitycznymi, które pozwalają na podstawie statystyk wskazać, z kim firma powinna rozpocząć akcje promocyjne. Dokładne zbadanie grupy docelowej, a także odbiorców influencera jest ważne, bo często może się okazać, że ktoś, kto ma zasięg np. 1,5 mln, jest dla firmy mniej warty, niż ten, czyje zasięgi oscylują w granicach 100 tysięcy.

Z drugiej jednak strony marki muszą mieć… ograniczone zaufanie do analityki. – To jest największe wyzwanie tej formy promocji w internecie. Influencer nie generuje sprzedaży poprzez kliknięcia — on to robi poprzez wzrost świadomości lub zaufania do promowanej przez siebie marki. Bardzo trudno jest to zamknąć w cyferkach i patrzeć na jednorazowy wpływ – zauważa Marcin Michalski.

Reklamodawcy i influencerzy muszą też kreatywnie dostarczać treści o coraz wyższej wartości merytorycznej. Lekcje gotowania, zabiegi pielęgnacyjne, sesje jogi, a nawet warsztaty filozoficzne, to tylko przykłady tego jak marki wychodzą poza dotychczasowe ramy i oferują nowy rodzaj komunikatów promocyjnych.

Rynek kosmetyków dla mężczyzn rośnie na fali pokoleniowych zmian i produkcji w duchu eko

Rynek kosmetyków dla mężczyzn z roku na roku osiąga coraz większe wartości sprzedaży, choć nadal stanowi jedynie 10 proc. całego, branżowego tortu. Biorąc jednak pod uwagę rosnącą świadomość odnośnie męskiej pielęgnacji, zmieniające się trendy i pomyślne prognozy, produkty dla mężczyzn to nisza o ogromnym potencjale wzrostu.

Szukasz kosmetyków dla mężczyzn? Znajdziesz je tutaj: https://gemini.pl/kategoria/dla-niego/kosmetyki/pielegnacja-twarzy/przeciwzmarszczkowe

O rynku kosmetyków dla mężczyzn, a także o najważniejszych, branżowych trendach mówi Maciej Adamaszek, twórca polskiej, męskiej marki True men skin care i prezes FerrumLabs.

Według raportu Euromonitor International, światowy rynek męskiej pielęgnacji miał osiągnąć w 2020 roku wartość ponad 60 mld dol. oraz potroić swoje przychody od 2015 roku[1]. Z kolei Research and Market podaje, że rynek kosmetyków dla mężczyzn był wart z końcem ubiegłego roku niemal 70 mld. dol.[2] Rosnącą popularność kosmetyków dla mężczyzn potwierdzają chociażby dane Google Trends, gdzie zainteresowanie frazą „man skincare” wzrosło czterokrotnie od 2016 roku (w globalnych wynikach wyszukiwarki). Jednocześnie, rynek kosmetyków dla mężczyzn stanowi jedynie 10 proc. światowego rynku kosmetycznego[3].

Jeśli chodzi o nasze rodzime podwórko, według raportu PMR, w Polsce rynek kosmetyków rośnie nieprzerwanie od 2006 roku w średnim rocznym tempie 4 proc[4]. Tendencji wzrostowej nie zaszkodziła pandemia, choć wzrost ten był w 2020 roku nieco mniejszy (1,6 proc.). Jak podają eksperci z PMR , już w bieżącym roku tempo wzrostu rynku kosmetyków ma ponownie wynieść ponad 4 proc., a wartość rynku szacowana jest na 26,1 mld złotych.[5] Według raportu KPMG mężczyźni wydają rocznie na kosmetyki i akcesoria do golenia prawie 850 mln zł[6]. Potwierdza to, że rynek kosmetyków dla mężczyzn to wciąż nisza o ogromnym potencjale wzrostu, biorąc chociażby pod uwagę wartość i trendy w męskiej pielęgnacji na rynkach zagranicznych.  O jakich trendach mowa?

Czas na Silver generation

Z rynkowych obserwacji wynika, że mężczyźni zaczynają zwracać uwagę na pielęgnację twarzy od ok. 30-35 roku życia, a to obecnie, według danych GUS, najliczniejsza grupa wiekowa w Polsce[7]. Producenci dostrzegają też coraz większy potencjał tzw. „silver generation”, czyli osób w wieku 50+. To najszybciej rosnąca grupa wiekowa w Polsce, stanowiąca prawie 40 proc. naszej populacji[8]. To właśnie z myślą o tej grupie rozwija się trend „silver economy”, ukierunkowany na wykorzystanie potencjału nabywczego osób starszych i starzejących się. Coraz więcej dojrzałych mężczyzn będzie sięgać po produkty, które pomogą im zachować na dłużej atrakcyjny wygląd, będący ważnym elementem tzw. wellbeing, zdrowego stylu życia i dbania o kondycję fizyczną oraz psychiczną. Coraz więcej kampanii marketingowych stawia też w głównym świetle osoby dojrzałe, walcząc jednocześnie ze stereotypami dotyczącymi tej grupy konsumenckiej i budując pozytywne narracje wokół Silversów. To ważny trend – miło jest w końcu obserwować różnorodność odbiorców i dostrzeganie przez marki, że odbiorcy produktów kosmetycznych to nie tylko przedstawiciele młodszych pokoleń.

Naturalnie i ekologicznie

Z danych panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia wynika, że w okresie od maja 2020 do kwietnia 2021 roku, podczas gdy sprzedaż kosmetyków w Polsce borykała się z niewielkimi spadkami spowodowanymi pandemią, dobrze radziły sobie kosmetyki ekologiczne, oznaczone jako bio, eko czy vege. Wspomniana kategoria odnotowała wzrosty sprzedaży na poziomie 76 proc.![9] Coraz większą świadomość konsumentów dostrzegamy także na samym rynku kosmetyków dla mężczyzn. Konsumenci zwracają coraz większą uwagę na skład produktów, ich pochodzenie, a także na opakowania. To pokłosie rosnącej, społecznej edukacji i wrażliwości odnośnie ochrony środowiska, która przekłada się na zwiększającą się grupę eko-aktywnych konsumentów. Stąd też „w cenie” są produkty bazujące na składnikach pochodzenia naturalnego, od sprawdzonych dostawców, najlepiej lokalnych. Widzimy też, i bardzo nas to cieszy, że coraz więcej producentów stawia na produkty wegańskie, nietestowane na zwierzętach. Równie istotna jest też kwestia opakowań i ekologicznych dostaw.

Rośnie segment kosmetyków kolorowych

W ostatnich latach mocno zmienia się kwestia spojrzenia mężczyzn, ale i całego społeczeństwa, na temat dbania o siebie. Ewoluuje też wizerunek męskości. Jeszcze do niedawna „prawdziwy mężczyzna” kojarzył nam się z przysłowiowym drwalem – lekko zaniedbanym, z surowym zarostem, korzystającym na co dzień jedynie z dezodorantu i żel pod prysznic oraz szamponu. Dzisiaj jesteśmy coraz bardziej świadomi i coraz bardziej odważni w kwestiach pielęgnacji. Choć nadal ograniczamy codzienne rytuały pielęgnacyjne do minimum, to wprowadzamy do nich coraz więcej kosmetyków. Segmentem o największej dynamice wzrostu w ciągu ostatnich 10 lat są np. kremy do twarzy, których obecnie używa regularnie niemal 30 proc. mężczyzn w Polsce[10]. Naturalnej brodzie nadajemy bardziej zdyscyplinowanej formy, stworzonej u barbera – pielęgnujemy ją też coraz bardziej specjalistycznymi kosmetykami. Wciąż ciekawostką, ale coraz bardziej istotną są produkty przeznaczone do męskiego makijażu. Jakiś czas temu głośno było np. o linii kosmetyków kolorowych dla mężczyzn wprowadzonej przez Chanel. Szczególny wzrost i różnorodność oferty makijażowej dla mężczyzn jest widoczny w krajach azjatyckich, np. w Korei czy w Japonii.

[1] https://www.wiadomoscikosmetyczne.pl/artykuly/meska-obecnosc-w-swiecie-beauty,55407

[2] https://www.wiadomoscikosmetyczne.pl/artykuly/rynek-pielegnacji-meskiej-rosnie-duzi-gracze-stawi,67524

[3] https://www.wiadomoscikosmetyczne.pl/artykuly/meska-obecnosc-w-swiecie-beauty,55407

[4] Raport PMR „Handel detaliczny artykułami kosmetycznymi w Polsce 2021. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2021-2026

[5] Raport PMR „Handel detaliczny artykułami kosmetycznymi w Polsce 2021. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2021-2026

[6] Raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2018”.

[7] GUS, „Stan i struktura ludności według wieku 1970-2050”

[8] Raport „Power of SilverGeneration”, Ringier Axel Springer Polska, 2021

[9] http://nowymarketing.pl/a/33496,gfk-blekitny-ocean-w-branzy-kosmetycznej-polacy-coraz-czesciej-siegaja-po-produkty-ekologiczne

[10] Badanie TGI, Kantar Polska, 2020

Wynagrodzenia pracowników szeregowych. W tych branżach dostają ponad 5.000,00 zł

Pracownicy szeregowi to najsłabiej opłacana grupa zawodowa w Polsce. Według badań mediana ich wynagrodzeń to zaledwie 3.693,00 zł brutto. Jak sprawdzili eksperci z Kodilla.com, są jednak branże, w których mogą zarobić nawet dwa razy więcej!

Mimo że ogólnopolska mediana zarobków wynosi 5.100,00 zł brutto, pracownicy szeregowi zarabiają o 1.407,00 zł brutto mniej (3.693,00 zł brutto) – tak wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń Sedlak&Sedlak za 2020 rok (grupa 19 tys. pracowników szeregowych z różnych branż). Aż 25% najniżej wynagradzanych otrzymuje mniej niż 3.056,00 zł, a 10% – mniej niż 2.700,00 zł. Jednocześnie są osoby, które zarabiają zdecydowanie więcej – 25% otrzymuje pensję wyższą niż 4.585,00 zł, a 10% – ponad 5.985,00 zł. Kim są ci, którzy zarabiają najlepiej? To sprawdzili eksperci z Kodilla.com.

Ile zarabia pracownik szeregowy i w którym województwie sytuacja wygląda najlepiej?

Z badania Sedlak&Sedlak wynika, że najniżej wynagradzane kobiety, zatrudnione na poziomie pracownika szeregowego, zarabiają mniej niż 2.900,00 zł. W lepszej sytuacji są mężczyźni, którzy otrzymują 3.286,00 zł. Dodajmy jednak, że najwyżej opłacane pracownice szeregowe zarabiają więcej niż 4.090,00 zł, choć przypadku mężczyzn to 4.967,00 zł.

Oprócz płci, znaczenie ma także lokalizacja. Największe wypłaty otrzymują pracownicy szeregowi zatrudnieni w województwie mazowieckim. Różnica pomiędzy najwyżej a najniżej zarabiającymi wynosi tu 1.788,00 zł (5.053,00 w stosunku do 3.264,00 zł brutto). Najmniej zarabiają pracownicy szeregowi w województwie świętokrzyskim, podkarpackim i lubelskim – mowa o kwotach nawet poniżej 3.000,00 zł.

Wynagrodzenia najwyżej i najniżej wynagradzanych pracowników szeregowych w różnych województwach w 2020 roku (brutto w PLN)grafika1

W tych branżach pracownicy szeregowi zarabiają najlepiej!

Eksperci z Kodilla.com sprawdzili, w jakich branżach pracownicy szeregowi mają szansę zarobić najwięcej. Prym wiodą nowe technologie, czyli sektor IT, gdzie takie osoby mogą otrzymać pensję nawet na poziomie 6.500,00 zł brutto. Tuż obok jest bankowość – 5.200,00 zł brutto i energetyka – 5.086,00 zł brutto. Dobre pensje są także w takich branżach, jak telekomunikacja, przemysł ciężki oraz transport i logistyka.

Najsłabiej pod tym względem mają się kultura i sztuka (dolna granica widełek to 2.850,00 zł), handel, usługi dla ludności oraz szkolnictwo.

Wynagrodzenia najwyżej i najniżej wynagradzanych pracowników szeregowych w różnych branżach w 2020 roku (brutto w PLN)grafika2

Kim jest najlepiej zarabiający pracownik szeregowy w Polsce?

Pracownik szeregowy w branży IT to tak naprawdę “junior”, czyli osoba z najmniejszym doświadczeniem, która dopiero rozpoczyna swoją karierę w tym zawodzie, np. jako programista – mówi Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com. Jak podkreśla, z badań wynika, że to właśnie w IT pracownicy szeregowi zarabiają najwięcej, zarówno w grupie najwyżej – 6.500,00 zł brutto, jak i najniżej wynagradzanych – 3.720,00 zł brutto (różnica 2.780,00 zł).

Co więcej, wśród osób, które interesują się nauką programowania, pojawia się wielu specjalistów z innych branż, którzy podejmują decyzję o przekwalifikowaniu.

I to nawet kosztem pewnej degradacji, jeśli chodzi o stanowisko. W poprzednich firmach mieli już ugruntowaną pozycję, ale bez możliwości dalszego rozwoju. Wybierają więc IT z pełną świadomością, że na początku będą tam juniorami, czyli właśnie pracownikami szeregowymi, ale zarazem zyskają szansę na szybki awans i podwyżkę – wyjaśnia Magdalena Rogóż.

Z badań Kodilla.com wynika ponadto, że czas potrzebny do uzyskania awansu w branży IT w ostatnich latach bardzo mocno się skrócił. Analiza 1919 profili zawodowych programistów na LinkedIn pokazała, że programiści, którzy zaczynali w latach 90., potrzebowali aż 11 lat na to, by zostać seniorem. Dziś wystarczy średnio 5 lat, a niektórym awansowanie zajmuje nawet mniej niż 2 lata.

Oprac.: Kodilla.com

Złoty cały czas ma szanse na umocnienie – prognoza długoterminowa kursu złotego

Od czasu ubiegłorocznej paniki na rynkach finansowych związanej z pandemią polski złoty pozostaje stosunkowo słaby. Większość czasu od początku obecnego roku para EUR/PLN utrzymywała się w przedziale 4,45–4,65. Słabość złotego nie jest ewenementem – spora część walut rynków wschodzących również jej doświadczyła lub doświadcza.

Zachowanie złotego w ostatnich miesiącach negatywnie odstawało jednak od innych walut regionu, również tych emitowanych przez kraje o gorszych fundamentach makroekonomicznych. Co stało za takim obrotem spraw i czy sytuacja ma szansę ulec zmianie?

Jak dotąd w 2021 r. na złotego istotnie oddziaływały zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne czynniki. Wśród tych pierwszych kluczowe były dwie kwestie:

  • zmiany sytuacji w USA: silny wzrost rentowności na długim końcu krzywej dochodowości i umocnienie USD w I kwartale br. oraz obserwowany od kilku miesięcy wzrost oczekiwań dotyczących zacieśniania polityki pieniężnej przez Fed,
  • zmiany globalnego sentymentu do ryzyka: czynnik związany głównie z rozwojem sytuacji pandemicznej na świecie.

Silniejszy dolar amerykański i rosnące prawdopodobieństwo szybszego wygaszania programu QE oraz podwyżek stóp procentowych w USA nie są pozytywnymi wieściami dla walut rynków wschodzących, do których zaliczany jest złoty. Sugerują one inwestorom, że Stany Zjednoczone mogą być atrakcyjniejszym miejscem do lokowania kapitału. Czynniki te generują również dodatkowe ryzyko, szczególnie dla krajów posiadających istotne zewnętrzne zobowiązania w USD. Polska nie należy jednak do krajów o napiętej sytuacji zewnętrznej, dlatego uznajemy, że pierwszy czynnik ma większe znaczenie.

Z kolei wśród czynników krajowych wyróżnić można również dwie kwestie:

  • polityka Narodowego Banku Polskiego: wzrost inflacji przy jednoczesnym utrzymywaniu wyjątkowo gołębiej polityki pieniężnej owocuje głęboko ujemnymi realnymi stopami procentowymi,
  • trudna sytuacja epidemiczna pod koniec I kwartału.

Poprawa sytuacji gospodarczej (po dużym szoku) i presja inflacyjna często są czynnikami, które wzmacniają walutę – generują bowiem oczekiwania dotyczące zacieśnienia polityki pieniężnej banku centralnego, będąc w pewnym sensie samospełniającą się przepowiednią (bank, który w takiej sytuacji nie zacieśnia polityki, naraża walutę na osłabienie, co może być istotnym czynnikiem proinflacyjnym). Takie umocnienie obserwowaliśmy w przypadku dwóch walut regionu: korony czeskiej i forinta węgierskiego. W obu przypadkach tamtejsze banki centralne wyraźnie sugerowały nadchodzący początek cyklu zacieśniania polityki pieniężnej, a w czerwcu rozpoczęły podwyżki stóp procentowych. Do tej pory banki podniosły stopy dwukrotnie i sugerują dalszy ich wzrost w kolejnych miesiącach. W przypadku Polski analogiczne ruchy nie wystąpiły. Polityka NBP pozostaje zatem wyjątkowo łagodna na tle pozostałych banków regionu – nie tylko Czech i Węgier, ale nawet Rumunii, która wprawdzie stóp, najwyższych w regionie, jeszcze nie podniosła, ale zaczęła zacieśniać politykę, m.in. przestając kupować papiery skarbowe na rynku wtórnym.

Wracając do sytuacji zewnętrznej, wydaje się, że potencjał aprecjacji USD z obecnego miejsca nie jest duży. Rynek spodziewa się szybszego niż wcześniej zacieśnienia polityki pieniężnej przez Fed, co zdaje się już zawarte w cenie waluty. Pewnym ryzykiem dla złotego pozostaje potencjalny wzrost amerykańskich rentowności na długim końcu krzywej dochodowości, które pozostają na stosunkowo niskich poziomach.

Co z kolei tyczy się Narodowego Banku Polskiego, można odnieść wrażenie, że w ostatnim czasie doszło do przełamania gołębiego konsensusu w Radzie Polityki Pieniężnej. Temat podwyżek stóp procentowych pojawia się częściej w komunikacji poszczególnych decydentów z mediami: ci najbardziej jastrzębi (Zubelewicz, Hard, Gatnar) sugerują potrzebę podniesienia stóp, a w czerwcu głosowali za podniesieniem stopy referencyjnej o 15 pb., z kolei ci bardziej gołębi (m.in. Łon, Ancyparowicz) zaczynają podchodzić do tej kwestii jako do coraz bardziej realnego scenariusza, choć może w nieco dalszej perspektywie. Zakładamy, że Rada Polityki Pieniężnej niedługo rozpocznie istotniejsze dyskusje nad podwyżkami stóp procentowych, które w naszej opinii powinny rozpocząć się jeszcze w tym roku albo na początku kolejnego. Rynek oczekuje rozpoczęcia cyklu jeszcze przed końcem roku, jednak jego oczekiwania są znacznie łagodniejsze niż w przypadku już podnoszących stopy regionalnych banków centralnych, co daje pole do zaskoczeń w górę.

Co zaś tyczy się pandemii: zakładamy, że postęp szczepień na świecie, szczególnie w rozwiniętych gospodarkach, i w Polsce znacząco redukuje ryzyko wystąpienia silnych obostrzeń i istotnych strat dla gospodarki. Warto zaznaczyć, że każda kolejna fala zachorowań miała coraz mniejszy wpływ na gospodarkę Polski, więc zakładamy, że nadejście kolejnej również nie wpłynie mocno na sytuację.

Zestawiając te czynniki, zakładamy, że:

  • polska waluta umocni się zarówno w dalszej części tego roku, jak i w 2022 r.;
  • RPP w niedalekiej przyszłości rozpocznie cykl zacieśniania polityki pieniężnej, co umożliwia coraz lepsza sytuacja gospodarcza kraju. W tym kontekście szczególnie na znaczeniu zyskuje listopadowa projekcja NBP, która – przy braku silnego wpływu kolejnej fali epidemii w Polsce na krajową gospodarkę – może stanowić przyczynek do rozpoczęcia podwyżek stóp procentowych pod koniec tego lub na początku przyszłego roku;
  • dolar amerykański przestanie się umacniać i doświadczy łagodnej deprecjacji w parze z euro.

Fakt, iż zakładamy wzrost kursu EUR/USD do niższych poziomów niż wcześniej, jest jednym z głównych powodów naszej rewizji w górę prognozy EUR/PLN.

  EUR/PLN USD/PLN
Q3-2021 4,45 3,77
E-2021 4,40 3,70
Q1-2022 4,37 3,61
Q2-2022 4,33 3,55
E-2022 4,25 3,43

 

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Inflacja uderza w zdrowie psychiczne Polaków

Niemal 40% rodaków twierdzi, że ich zdrowie psychiczne ucierpiało w czasie trwania pandemii. Prawie co czwarta osoba z tej grupy wskazuje, że głównym powodem tego stanu był wzrost cen w sklepach. Im starsze grono respondentów, tym problem jest bardziej widoczny. Szczególnie trapi on Polaków zarabiających 7-9 tys. zł na rękę. Z kwestii materialnych wiele osób dręczy też obawa o utratę pracy. Mówią o tym najczęściej mieszkańcy woj. świętokrzyskiego, a najrzadziej – podlaskiego.  

Według sondażu, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy ePsycholodzy.pl, 37,6% Polaków uważa, że ich zdrowie psychiczne uległo pogorszeniu w czasie pandemii. Aż 23,3% z tej grupy twierdzi, że głównym powodem tego stanu jest wzrost cen. Jak zaznacza psycholog Marta Bańkowska, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w Polsce rosną najszybciej w UE. Mamy też najwyższą od wielu lat inflację. I to w zasadzie najbardziej obniżyło poczucie bezpieczeństwa rodaków.

– Ludzie nie przejmowali się specjalnie wzrostem cen, kiedy czuli się pewnie w kwestii dochodów i pracy. Natomiast w czasie pandemii zaczęli mocniej niepokoić się o zatrudnienie, a jednocześnie bardziej do nich dotarły podwyżki cen towarów i usług. Nałożył się na to jeszcze jeden czynnik. Wiosną ub.r. inflacja była na poziomie ok. 3%, a teraz mamy 5% z tendencją raczej rosnącą – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wielu Polaków nie pamięta już, czym jest inflacja, co podkreśla Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl i ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Dla osób, które posiadają majątek, a w szczególności gotówkę, to czas nerwowych decyzji. Niskie stopy procentowe odstraszają klientów od bezpiecznych lokat bankowych. Z badania wiemy, że im starsza grupa respondentów, tym częściej wskazuje problem wzrostu cen. Przeważnie mówią o tym rodacy mający 56-80 lat – 30,4%. Dalej w zestawieniu są ankietowani w wieku 36-55 lat – 25%, 23-35 lat – 20,1% oraz 18-22 lata – 10,5%.

– Osoby starsze gorzej znoszą inflację. Są mniej konkurencyjne na rynku pracy. Trudniej jest im wywalczyć podwyżkę lub dodatki do pensji. Niepracujący emeryci i renciści zdani są na rewaloryzację i tzw. dodatkowe emerytury. Wzrosty cen generują takie produkty, jak żywność i napoje bezalkoholowe, a także koszty utrzymania gospodarstwa domowego. Na budżet seniorów wpływają też coraz droższe farmaceutyki – podkreśla Michał Pajdak.

Uwzględniając wielkość miejscowości zamieszkania, problem wzrostu cen w kontekście zdrowia  psychicznego najczęściej pojawia się wśród osób z miast liczących 100-199 tys. mieszkańców – 25,6%. Najrzadziej wskazują go badani ze wsi i z miejscowości mających do 5 tys. osób – 20,6%. Jak zaznacza ekspert z WSB, latem na terenach wiejskich wzrosty cen są mniej dotkliwe. Wielu mieszkańców korzysta z własnych płodów rolnych, obfitujących w tym okresie i nie zważa na sytuację w sklepach. Natomiast patrząc na miesięczne dochody netto, o wzroście cen najczęściej mówią respondenci uzyskujące 7000-8999 zł – 41,7%.

– Atmosfera rosnącej niepewności materialnej może oddziaływać bardzo silnie na tę grupę stanowiącą wyższą klasę średnią. Dla niej dotychczasowe dochody były wystarczające na pokrycie wydatków i zobowiązań. Dawały też poczucie spokoju i komfortu życia na spodziewanym poziomie, do którego się przyzwyczaiła. Zmiany cen drastycznie zmniejszają poziom bezpieczeństwa i stabilizacji finansowej. Pojawia się obawa przed tym, że wydatki przewyższą przychody – tłumaczy psycholog Bańkowska.

Wśród wymienianych przyczyn jest również obawa o utratę pracy lub zajęcia zawodowego – 14,4%. Jak zaznacza prof. Orłowski, w Polsce póki co udało się uniknąć nadmiernego wzrostu bezrobocia w okresie pandemii. Pod tym względem jest lepiej niż na wielu zagranicznych rynkach pracy, ale to cena ogromnego wzrostu zadłużenia państwa.

– Sądzę, że choć można się było spodziewać większego wyniku niż 14,4%, to różne czynniki korzystnie wpłynęły na odczucia Polaków związane ze zdrowiem psychicznym w kontekście ryzyka utraty pracy. Od maja br. trwa luzowanie obostrzeń i stopniowe odmrażanie gospodarki. Ponadto na rynku jest więcej ofert zatrudnienia niż przed pandemią – analizuje Marta Bańkowska.

O obawach dot. utraty pracy lub zajęcia zawodowego najczęściej mówią mieszkańcy woj. świętokrzyskiego – 30%, a także lubuskiego – 20%. Na drugim końcu mamy respondentów z województwa podlaskiego – 7,7%, a także warmińsko-mazurskiego i zachodniopomorskiego – po 8,3%.

– Badanie zostało przeprowadzone w okresie letnim. Województwa zachodniopomorskie i warmińsko-mazurskie są beneficjentami wzrostu wydatków na turystykę krajową, w szczególności, kiedy większość z nas decyduje się na spędzenie urlopu w kraju. Większe obawy mają mniej industrialne, słabiej skomunikowane ośrodki, również mało konkurencyjne w obszarze pracy – województwa świętokrzyskie i lubuskie – podsumowuje Michał Pajdak z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Badanie zostało przeprowadzone w pierwszej połowie sierpnia br. metodą CAWI (wywiad internetowy) przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy ePsycholodzy.pl wśród 1037 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia i regionu.

W oczekiwaniu na Jackson Hole

Ostatnia publikacja protokołu po posiedzeniu FOMC (po lipcowym posiedzeniu) spowodowała, że narosły oczekiwania co do formalnego ogłoszenia przez prezesa Fed „taperingu” na posiedzeniu bankierów w Górach Skalistych. Oczywiście nie jest wykluczone, że oczekiwania rynku są przesadzone. Odreagowanie na rynku akcji może sugerować, że rynek skłania się ku tezie, iż Powell wspomni o terminie ograniczenia skupu, ale na dokładną deklaracje poczekamy do września. Rynki finansowe w minionym tygodniu wyceniały ogłoszenie redukcji skali skupu aktywów, jednak spoglądając na zachowanie azjatyckiego rynku akcji po weekendzie (wcześniej również Wall Street), można przypuszczać, iż pogląd rynku jest nieco mniej jastrzębi niż mogło się wcześniej wydawać. Inwestorów z krótkim horyzontem czasowym z pewnością cieszy zmienność, a ta może być podwyższona wraz ze zbliżającym się początkiem dwudniowego posiedzenia.

W poniedziałek kalendarz publikacji makroekonomicznych wypełniają publikacje PMI. Wstępne szacunki wskaźników koniunktury przybliżą inwestorom nastroje w biznesie. Oczekiwania rynkowe są zbliżone do poprzednich odczytów, jednak doniesienia z frontu walki z epidemią COVID19, mogą ciążyć na wynikach ankiet przeprowadzanych wśród menedżerów. Bazując na konstrukcji badania (oczekiwania odnośnie przyszłości) można również przypuszczać, że zbliżająca się jesień i dobiegający końca sezon wakacyjny sprawia, że część branż dotkniętych epidemią (głównie turystyka i sektory z nią powiązane) może liczyć się ze spadkiem aktywności w kolejnych okresach. Niewiadomą pozostaje również sytuacji w rozgrzanym sektorze przemysłowym. Zmiany cen surowców, czy wciąż występujące wąskie gardła w globalnym łańcuchu dostaw to czynnik ryzyka, który kładzie się cieniem na rezultatach wskaźników koniunktury. Wyżej wspomniane czynniki sprawiają również, że nastroje menedżerów z branży mogą zostać zachwiane, pomimo oczekiwanej kontynuacji przyrostu nowych zamówień.

Maciej Madej, Analityk Departament Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers

ZPP: Ad vocem do raportu PIE „Pułapka małej skali – o produktywności polskich firm”

W swoim najnowszym raporcie Polski Instytut Ekonomiczny (PIE) przypuszcza frontalny atak na polskie małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP). Instytut opisuje małe polskie firmy jako mało produktywne, nieposiadające potencjału eksportowego, zatrudniające niewiele osób, oraz niestabilne. Już na pierwszej stronie czytamy, że „produktywność pracy jednego zatrudnionego po przejściu z mikroprzedsiębiorstwa do dużej firmy” zwiększyłaby się średnio o 300 proc. Stawianie tego rodzaju tez świadczy o całkowitym nierozumieniu procesów zachodzących w realnej gospodarce. Małe firmy mają produktywność wystarczającą do tego, by utrzymać ich właściciela i jego rodzinę – bo temu służą. Być może niektóre z nich odważniej skalowałyby swoją działalność, jeśli tylko regulator zapewniłby im podstawową stabilność przepisów. Wątek ten nie został tymczasem poruszony w raporcie Instytutu. Zamiast tego, proponuje się skrupulatniejsze kontrolowanie jednoosobowych działalności gospodarczych pod kątem optymalizacji podatkowej (sic!), tak jakby skomplikowane mechanizmy optymalizacyjne stosowały nie międzynarodowe koncerny, a fryzjerzy i kosmetyczki. Przedstawione w raporcie tezy stanowią niestety kolejny etap operacji budowania negatywnego wizerunku polskich małych przedsiębiorców.

Naszkicowany przez PIE obraz polskich MŚP jest wyjątkowo ponury, jeśli wziąć pod uwagę, że to właśnie te firmy, mimo swojej rzekomej niskiej produktywności, wytwarzają prawie połowę całego polskiego PKB. Największy udział w tworzeniu PKB z tej grupy mają właśnie mikroprzedsiębiorstwa – aż 30 proc.[1] Jednocześnie, firmy z sektora MŚP dają zatrudnienie prawie 70 proc. osób ogółem zatrudnionych w przedsiębiorstwach.[2]

Źródła niskiej produktywności polskiej gospodarki PIE upatruje w niewielkim stopniu konsolidacji przedsiębiorstw i efektu skalowania przedsiębiorstw. Autorzy raportu nie zapominają również o korelacji pomiędzy produktywnością, a udziałem w eksporcie i zauważają, że polskie mikroprzedsiębiorstwa trudniej poddają się internacjonalizacji.

Na możliwości eksportowe sektora MŚP (ani żadnego innego sektora) nie można jednak patrzeć w oderwaniu od jego struktury. Z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wynika, że ponad połowa MŚP w Polsce zajmuje się świadczeniem usług, co czwarta firma działa w handlu, co ósma w budownictwie, a jedynie co dziesiąta w przemyśle. Odwrotną tendencję zauważamy w przypadku dużych przedsiębiorstw, spośród których 52 proc. prowadzi działalność przemysłową, 30 proc. usługową, 13 proc. handlową, a jedynie 3 proc. działa w budownictwie. Pomijając kwestię ograniczonych zasobów MŚP, już z samej struktury tego sektora wynika więc, że duże przedsiębiorstwa charakteryzują się większym potencjałem eksportowym.

Należy jednak pamiętać, że w gospodarce jest miejsce zarówno dla duże, innowacyjne podmioty, jak również jednoosobowe firmy, prowadzone przez specjalistów, i lokalne zakłady, zaspakajające codzienne potrzeby mieszkańców oraz służące utrzymaniu właściciela i jego rodziny. Tezy o niskiej produktywności polskich firm, sformułowane przez PIE, są skrajnie niesprawiedliwe w stosunku do polskich firm, których właściciele zapewniają konsumentom cały szereg usług i ciężko pracują na swoje utrzymanie, nierzadko walcząc z konkurencją zagranicznych, dużych podmiotów. Innowacje i ekspansja są jak najbardziej pożądanymi zjawiskami – nie może to jednak oznaczać, że podmiot, który nie wdraża nowych rozwiązań technologicznych i nie rozwija się na zagraniczne rynki (choćby dlatego, że fizycznie nie jest to możliwe) jest oceniany jako w zasadzie bezużyteczny i niejako przymuszany do zwiększania skali prowadzonej działalności.

Ostatecznie, raport PIE wielokrotnie podnosi, że wsparcie dla MŚP było priorytetem wielu rządów, a „legislacja koncentrowała się na tworzeniu warunków sprzyjających rozwojowi przedsiębiorczości”. Autorzy raportu zapominają jednak nadmienić, że wysiłki te pozostały w znacznej większości daremne. Polska systematyczne osiąga złe wyniki w badaniach dotyczących warunków prowadzenia działalności gospodarczej oraz stabilności prawa, a niedawno opublikowany Global Business Complexity Indext 2021 pokazał, że Polska jest jedną z najbardziej skomplikowanych jurysdykcji świata. Być może więc polskie MŚP byłyby bardziej skłonne do myślenia do rozwoju, gdyby tylko nie musiały się mierzyć z jednym z najgorszych systemów podatkowych w OECD i nieprzewidywalnym otoczeniem regulacyjnym.

Reasumując, sprzeciwiamy się budowaniu krzywdzącego wizerunku najmniejszych firm, których istnienie zapewnia byt setkom tysięcy polskich rodzin. Przedstawione w raporcie tezy sprawiają wrażenie, jakby były pisane z punktu widzenia życzeniowego myślenia, w ramach którego każdy podmiot powinien stosować automatyzację, generować innowacje i dążyć do ekspansji. Nie tak jest jednak zbudowana realna gospodarka.

[1] https://alebank.pl/raport-parp-male-i-srednie-p…
[2] https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pd…

Inflacja – co ją może powstrzymać?

Według Eurostatu inflacja w Polsce w lipcu wyniosła 4,7 proc., a według GUS 5 proc. Dlaczego inflacja jest tak ważna dla rynków i jaki ma wpływ na zwykłych obywateli? Są instrumenty, by z nią walczyć, ale też sama w sobie nie jest zjawiskiem czysto negatywnym. 

Zachwiana świadomość

Większość Polaków pamięta skutki wysokich poziomów inflacji z początku lat 90’,  ale nie zdaje sobie często sprawy z przyczyny tego zjawiska, z roli państwa, banku centralnego, przepływów pieniężnych. Warto jednak mieć świadomość, jak mocno inflacja wpływa na nasze życie. To nie tylko kwestia ceny marchewki w warzywniaku, dynamika cen ma wpływ na wiele innych sfer naszego życia. Choćby na dostępność i cenę kredytu, na stan finansów państwa, więc pośrednio również na wysokość danin, na wartość naszych oszczędności, poziom życia, czy na kursy walut.

Dlaczego teraz?

W tym roku obserwujemy dynamiczny wzrost wskaźnika inflacji, co spowodowało, że znajduje się on na tak naprawdę nieakceptowalnych poziomach. I choć ta kwestia szerszej publiczności zaprezentowała się nagle, to wielu analityków już od dawna przestrzegało, że problem ten się pojawi. Po tym, gdy koronawirus wraz z działaniami rządów spowodował ogromną wyrwę w realnej gospodarce, większość świata postanowiła ją zasypać świeżo wykreowanym pieniądzem.

Głównym narzędziem banków centralnych przestały być stopy procentowe, gdyż te spadły do najniższych możliwych poziomów, a zaczęły być programy luzowania ilościowego (QE). Wbrew panującej opinii, nie oznaczały one faktycznego dodruku banknotów. Jest to pewien skrót myślowy, gdyż żyjemy w świecie, w którym przeważająca większość pieniądza jest w formie zdematerializowanej. To tylko zapis cyfrowy, który zdecydowanie zbyt łatwo można powiększać. Efekt jednak jest dokładnie ten sam, w systemie krąży znacznie więcej środka płatniczego, co w prostym przełożeniu musiało wpłynąć na jego wartość.

Strach na rynku

Dlaczego inwestorzy tak panicznie boją się wysokiej inflacji? Obecnie globalny system finansowy jest sztucznie podtrzymywany kroplówką z banków centralnych. Te, rozkręcając programy QE, zapobiegły potężnemu kryzysowi finansowemu, który w momencie załamania się realnej gospodarki, mógłby być fatalny w skutkach i znacznie wydłużyć proces odbudowy pandemicznych zniszczeń.

Niestety lekarstwo okazało się narkotykiem, który drastycznie uzależnił od siebie rynki, jednocześnie doprowadzając do systemowych wypaczeń i trudnych do zrozumienia zjawisk. Jak odbierać sytuację, w której realna gospodarka krwawi, a giełdy wychodzą na nowe szczyty? Ostatnie miesiące to okres niewyobrażalnej prosperity na parkietach akcyjnych, przynosząc kolosalne zyski finansjerze. Rzecz w tym, że wzrost inflacji w teorii powinien zmusić banki centralne do działania, do obrony wartości pieniądza, a to oznacza zakręcenie kroplówki z narkotykiem. W ostatnim czasie praktycznie wszystkie wypowiedzi członków FED są zestawiane z procesem taperingu, czyli właśnie zmniejszania skali skupywania aktywów. Bankierzy centralni zdają sobie sprawę z tego, że stali się zakładnikami własnych decyzji sprzed kilkunastu miesięcy. Zakręcenie kurka najprawdopodobniej doprowadzi do krachu i ucieczki kapitału z giełd.

Dziurawa kieszeń Kowalskiego

Zarządzanie inflacją nie odbywa się za pomocą prostego przełącznika. Jest to skomplikowany proces, który zajmuje sporo czasu. Kluczową kwestią pozostaje odpowiedni moment rozpoczęcia działań, który wydaje się, że jest już za nami, oraz ich tempo. W zeszłym roku byliśmy świadkami specjalnie zwoływanych posiedzeń komitetów decyzyjnych, na których stopy procentowe były ścinane po kilka stopni naraz. Dodatkowo równolegle ogłaszane były programy QE. Już teraz wiemy, że normalizacja polityki pieniężnej będzie odbywać się zupełnie inaczej.

Będzie to długi i żmudny proces, ostrożnego wychodzenia do poziomów sprzed pandemii. Chyba że kula śnieżna inflacji zdecyduje inaczej, zmuszając bankierów centralnych do odwrotu w popłochu. Ten scenariusz jest jednak skrajnie pesymistyczny (co nie oznacza, że nierealny).

Przed nami okres podwyższonej inflacji, która odbije się na wartości naszej wypłaty. Co ciekawe głównym sposobem obronienia się przed tym zjawiskiem jest presja płacowa, czyli zwiększenie płac, która stanie się kolejnym czynnikiem nakręcającym… inflację. W ten sposób wpada się w błędne koło. Ucierpią również oszczędności Polaków, ponieważ znajdujemy się w momencie, gdy realna stopa procentowa jest głęboko ujemna.

Skąd ta bierność?

Patrząc na to wszystko, nasuwa się pytanie, czemu banki centralne w ogóle na to pozwalają? Nie jest do końca tak, że pozostają one bez argumentów. Przede wszystkim, jak już wspominałem, stały się one zakładnikami wcześniejszych decyzji. Nie mogą pozwolić, by w momencie tak kruchego ożywienia gospodarczego, nad którym wisi widmo kolejnych lockdownów, wywoływać kryzys finansowy. Po drugie FED nie może działać zbyt szybko również ze względu na dobro… obywateli. Amerykański sposób kumulowania oszczędności mocno różni się od naszego i w znacznie większym stopniu opiera się na rynku kapitałowym. No i pozostaje koronny argument zwłaszcza naszego NBP, o przejściowym charakterze inflacji. Ten “chwilowy” wzrost w komunikatach RPP pojawia się już od wielu wielu miesięcy i faktycznie pewna część inflacji jest pompowana zewnętrznymi czynnikami. Z jednej strony ropa (która ma ogromny wpływ na inflację) obecnie jest droga, w porównaniu do poziomów sprzed 3 lat, jednak wciąż pozostaje relatywnie tania w perspektywie dekady czy dwóch. Wydaje się, że RPP woli spróbować przeczekać ostatnie wzrosty inflacji niż podejmować decyzje już teraz.

Nie samo zło

Warto jednak w tym wszystkim pamiętać, że inflacja sama w sobie nie jest zjawiskiem czysto negatywnym. W obecnym ładzie gospodarczym, pod warunkiem pozostawania na niskim, lecz dodatnim poziomie, umożliwia szybszy wzrost gospodarczy. Zachęca do inwestowania i powoduje, że projekty ekonomiczne łatwiej stają się opłacalne. Dlatego większość banków centralnych nie tylko toleruje, ale również dąży do utrzymania jej w granicach przeważnie 2%.

Wyższa dynamika cen wspiera również dłużników, a należy pamiętać, że większość naszego społeczeństwa należy do tej grupy. No i największym beneficjentem wysokiej inflacji ostatecznie pozostaje państwo. Wyższe ceny oznaczają wyższe przychody z tytułu danin, ale przede wszystkim ich wzrost jest kluczowy w zarządzaniu zadłużeniem skarbu państwa. Po pierwsze powoduje, że spada realna wartość długu, po drugie pompuje nominalne PKB, a to relacja wobec niego jest głównym wyznacznikiem poziomu zadłużenia państwa. Funkcjonowanie w warunkach podwyższonej inflacji prowadzi do tak zwanego wyrastania z długu, a przy obecnych poziomach deficytów, jest to jedyna realna ścieżka zarządzania należnościami.

Krzysztof Adamczak, ekspert walutowy Currency One, operatora InterentowyKantor.pl i Walutomat.

Płace w polskiej gospodarce wciąż dynamicznie rosną

W tym tygodniu opublikowano kilka statystyk dla polskiej gospodarki. Wśród nich znalazły się dane z rynku pracy, które pokazały, że wzrost płac rok do roku wyniósł w lipcu 8,7%. To mniej niż oczekiwał rynek, ale nadal jest to bardzo dobry wynik dla polskich pracowników. Jednak warto podkreślić, że tak wysokie tempo podwyżek trudno będzie utrzymać w przyszłości,  a ponadto wiąże się ono z wysoką inflacją, która podnosi zarówno ceny towarów i usług, jak i koszty pracy. Inne dane z polskiego rynku pracy pokazują rosnące zatrudnienie, które w lipcu było wyższe o 1,8%. Zwiększa to szanse, że stopa bezrobocia, którą poznamy w przyszłym tygodniu, spadnie.

W tym tygodniu na uwagę zasługują również wyniki produkcji przemysłowej, której ceny w Polsce wzrosły o 1,2% miesiąc do miesiąca. Nastąpił wzrost produkcji rok do roku o 9,8%, a po korekcie sezonowej wzrost ten osiągnął poziom 12,6%. Tu jednak również nie należy pomijać wpływu rosnących cen w przemyśle, które wykazują wzrosty w skali roku o 8,2%.

W tym tygodniu złoty się osłabił i w piątek rano wobec euro oscylował w granicach 4,58 PLN/EUR. Kurs eurodolara spadł natomiast do poziomu 1,168 USD/EUR. W umocnieniu dolara pomógł FED, który ponownie rozważa możliwość ograniczania programu luzowania ilościowego, co powinno nastąpić do końca roku.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Dane GUS budownictwa mieszkaniowego – stabilizacja na wysokich poziomach.

Najnowsze statystyki GUS, będące podsumowaniem wyników budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do lipca bieżącego roku, wskazują na stabilizację aktywności inwestycyjnej rynku pierwotnego na zdecydowanie ponadprzeciętnych poziomach. Pytanie, czy tego typu przyśpieszenie ma trwały czy może tylko przejściowy charakter.

Silne wybicie wolumenów nowych budów oraz pozwolenie na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, zakomunikowane w gusowskich danych budownictwa mieszkaniowego z początkiem br., do dziś nie poddało się istotnej korekcie. W efekcie przedmiotowe dane uległy stabilizacji na ponadprzeciętnych poziomach. Z kolei odwrotnie wygląda sytuacja z mieszkaniami oddanymi do użytkowania, których statystyki łagodnie zniżkują już od ponad roku.  Te ostatnie jednak nie mają większego znaczenia dla stanu bieżącej koniunktury.

Najbardziej spektakularnym i namacalnym dowodem trwania inwestycyjnej prosperity w pierwotnym segmencie mieszkaniówki, jest ewolucja statystyk mieszkań, których budowę rozpoczęto. Wynik ogółem za   7 miesięcy br. osiągnął tu poziom grubo ponad 140 tys. lokali, co oznacza poprawę rok do roku, bagatela, o 40 proc. Z kolei wypracowany wspólnie przez wszystkie formy budownictwa rezultat lipcowy na poziomie blisko 26 tys. lokali, jest o blisko jedną piątą wyższy rok do roku, zaliczając się do jednego z zaledwie kilku najlepszych historycznie wyników miesięcznych.

Tej miary dane i wynikający z nich progres to zasługa przede wszystkim deweloperów, którzy w okresie siedmiu miesięcy br. ruszyli z budową prawie 103 tys. lokali, co oznacza wzrost rok do roku aż o 56 proc. Taki stan rzeczy jak najlepiej rokuje rynkowym perspektywom, oddalając widmo groźnej nierównowagi popytowo-podażowej w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki.

Nie mniej optymistycznie prezentują się dane dotyczące nowych pozwoleń lub zgłoszeń z projektem budowlanym. Od początku roku nie spadają one w skali miesiąca poniżej 25 tys. jednostek ogółem, czyli poziomu osiąganego w poprzednich okresach tylko sporadycznie. W lipcu starości wydali prawie 28 tys. przedmiotowych decyzji administracyjnych, a od początku roku już z górą 200 tys., co oznacza wzrost rdr o imponujące 36 proc.

Tu również pierwsze skrzypce wciąż grają deweloperzy, którzy od początku roku uzyskali blisko 126 tys. nowych pozwoleń, co oznacza progres względem analogicznego okresu 2020 r. o 41,6 proc.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są naturalnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Rekordowy dotąd wynik za 7 pierwszych miesięcy roku mówi sam za siebie o wciąż niesłabnącym optymizmie inwestycyjnym deweloperów mieszkaniowych.

Z kolei nieco słabszego okresu już od kilku miesięcy doświadczają dane dotyczące mieszkań oddanych do użytkowania. Co ciekawe, także i w tym przypadku decydujący wpływ na pewne osłabienie statystyk mają deweloperzy, którzy od początku roku oddali o blisko jedna dziesiątą mniej lokali w relacji rok do roku. Z jednej strony ta kategoria danych nie ma wiele wspólnego z bieżącą sytuacją rynkową, z drugiej zaś widoczny spadek wolumenów jest zjawiskiem przejściowym, korekcyjnym, po którym należy oczekiwać kolejnych wzrostów.

W sumie mamy więc obraz nadzwyczaj silnej koniunktury inwestycyjnej pierwotnego rynku mieszkaniowego, który nie przewiduje już jakichkolwiek komplikacji czy zagrożeń w przewidywalnej przyszłości. Rekordowy poziom stabilizacji danych GUS budownictwa mieszkaniowego zdaje się mieć względnie trwały charakter, przynajmniej w tegorocznej perspektywie. Za optymalnymi wynikami budownictwa mieszkaniowego muszą jednak iść analogiczne osiągniecia sprzedażowe mieszkań deweloperskich, a tu może być różnie. Nieubłagane windowanie cen nowych mieszkań w połączeniu z rosnącym z tygodnia na tydzień prawdopodobieństwem podniesienia stóp procentowych NBP, zdają się nieco zakłócać radość z rosnących słupków statystyk GUS budownictwa mieszkaniowego.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl