Marcin Zaleński z Image Power S.A. zwiększa zaangażowanie w Spółkę

Spółka Image Power S.A. poinformowała, że przewodniczący Rady Nadzorczej Marcin Zaleński, większościowy udziałowiec, zwiększa zaangażowanie w Spółce. Obecnie współzałożyciel studia deweloperskiego posiada ponad 39% akcji Image Power S.A.

Marcin Zaleński, będący przewodniczącym Rady Nadzorczej oraz dyrektorem kreatywnym, jest istotnym akcjonariuszem posiadającym po zakupie ponad 39% akcji Image Power. Warto dodać, że to kolejny skup akcji przez współzałożyciela Spółki.

Główny udziałowiec podkreśla, że decyzja podyktowana jest silną wiarą w Spółkę i jej duży potencjał do wzrostu wartości. W związku z dobrymi perspektywami oraz planami dalszego rozwoju Marcin Zaleński podjął decyzję o nabyciu akcji Spółki.

Chciałbym jeszcze bardziej zaangażować się w rozwój Spółki oraz rozbudować zespół produkcyjny o kolejnych zdolnych i ambitnych deweloperów, aby zintensyfikować prace nad nowymi tytułami. Mam zamiar zrewidować naszą strategię i zwiększyć wartość Spółki. Wierzę w potencjał gier, nad którymi pracujemy oraz w kreatywność naszych pracowników powiedział Marcin Zaleński, Creative Director Image Power.

Polski producent gier wideo z Grupy PlayWay – Spółka Image Power – obecnie rozwija portfolio wydawanych tytułów o kolejne symulatory. W najbliższym czasie podane zostaną daty premier długo wyczekiwanych produkcji Yacht Mechanic Simulator oraz Offroad Mechanic Simulator. W planach wydawniczych studia jest również gra będąca symulatorem karetki pogotowia – Ambulance Simulator oraz Creature Lab – pozycja pozwalająca graczom wcielić się w postać szalonego naukowca. Wkrótce spółka zamierza ujawnić kolejne produkcje, nad którymi aktualnie pracuje.

Fast reset skills, czyli szybkie resetowanie umiejętności

Świat zmienności to już nie tylko trend, o którym mówią wszyscy i o którym informują media. To już od wielu lat rzeczywistość, w której na co dzień funkcjonuje ludzkość. Zmienność ta, choć już dotychczas, charakteryzowała się określoną dynamiką, wraz z pandemią nabrała niewyobrażalnej prędkości. Nowe warunki funkcjonowania wymagają jednak nowych umiejętności, które niezbędne są nie tylko w życiu zawodowym, ale we wszystkich obszarach życia jednostki, czy społeczeństwa. Okazuje się jednak, że część wiedzy i kompetencji jest potrzebna tylko tymczasowo. Pozwala dostosować się do „tu i teraz”, ale po krótkim czasie jest już niemal bezużyteczna, natomiast w jej miejsce muszą stale pojawiać się nowe, potrzebne w danej chwili, umiejętności. Teoria uczenia się przez całe życie nie jest, a przynajmniej nie powinna być już, obca współczesnym pracownikom. Jednak szybkie resetowanie umiejętności (fast reset skills), choć znane od niedawna, i to tylko w wybranych branżach, w okresie pandemii pojawiło się w rzeczywistości wielu zatrudnionych, pokazując, że świat VUCA zagościł na dobre zarówno w biznesie, zawodowej codzienności, jak również w obszarze rozwoju każdego zatrudnionego. Czym dokładnie jest fast reset skills i kogo, oraz w jakim stopniu, dotyczy to zagadnienie?

Naucz się, wykorzystaj, zapomnij

Okres pandemii dla wielu organizacji okazał się czasem gwałtownego rozwoju kompetencji pracowników. Większość zatrudnionych, nawet jeśli nie w sposób oficjalny, czyli podczas zorganizowanego programu rozwojowego czy krótkiego szkolenia, musiała zdobyć nowe umiejętności. Były one bowiem potrzebne do szybkiej adaptacji do nowych warunków funkcjonowania lub niestety, w wielu przypadkach, również do błyskawicznego i niespodziewanego przekwalifikowania. Jednocześnie okazało się, iż tylko część z dotychczas posiadanych kompetencji jest przydatna w nowej rzeczywistości, a pozostałe muszą się zmieniać, i to w tempie dostosowanym, nie tylko do potrzeb jednostki, czy zatrudniającej ją organizacji, ale przede wszystkim do stale pojawiających się i zmiennych czynników zewnętrznych. Sytuacja ta stała się przyczyną uwypuklenia zapoczątkowanego już jakiś czas temu w niektórych branżach trendu szybkiego resetowania umiejętności. Jego początkiem nie była jednak pandemia, a automatyzacja, która pokazała jak wiele miejsc pracy może zniknąć w odpowiedzi na potrzeby dalszego rozwoju i globalizacji, a jednocześnie jak wiele nowych powstanie, jednak będzie wymagało kolejnych, nieznanych i często niepotrzebnych dotychczas umiejętności, które wraz z dalszym rozwojem technologii, sztucznej inteligencji oraz algorytmów, będą już stale ewoluowały.  Jak pokazują dane World Economic Forum, w związku z nową sytuacją oraz pojawieniem się fast reset skills, jeden na dwóch obecnie zatrudnionych będzie potrzebował przekwalifikowania, a aż 40% z obecnie posiadanych kompetencji już teraz wymaga wymiany, by zatrudnieni mogli przyjmować nowe role w organizacji czy też na rynku pracy.

Zasoby ludzkie i posiadane przez zatrudnionych kompetencje od zawsze były największą wartością organizacji. Wiele mówi się obecnie o kompetencjach przyszłości, mimo że gros firm już teraz doświadcza niedoborów odpowiedniej wiedzy i umiejętności, posiadanych przez pracowników, i to nie tylko tych, które są niezbędne teraz, ale będę też potrzebne w przyszłości. Do 2025 roku firmy będą musiały wzmocnić obecne lub dostarczyć nowych kompetencji u ponad 70% zatrudnionych. To rolą samych organizacji jest takie tworzenie programów rozwojowych, by podnoszenie kwalifikacji było nie tylko skuteczne w danym momencie, ale także pozwalało na potencjalne przekwalifikowanie i wykorzystywanie nowych umiejętności długoterminowo. Nie mogą jednak zapominać one o nowych trendach, które pojawiają się wraz ze zmianami zachodzącymi na rynku. Obecnie trendem takim jest fast reset skills. Coraz więcej firm przekonuje się bowiem, że w wielu przypadkach nowe kompetencje są potrzebne tymczasowo, a w szybko zmieniającym się świecie, ich stałe uzupełnianie lub konieczność zdobywania zupełnie nowych, powoli staje się wręcz normą. Sytuacja ta utwierdza nas, szczególnie osoby działające od lat na rynku usług rozwojowych, że każdy zatrudniony od kilku już lat, często nawet nieświadomie, jest uczestnikiem stałego procesu zdobywania wiedzy i nowych umiejętności, z których coraz więcej okazuje się przydatna tylko na chwilę. Obecnie zatem liczy się nie tylko budowanie efektywnych strategii rozwoju kompetencji, uwzględniających całe spektrum zmiennych, ale też samo edukowanie pracowników, jak ważny jest ich stały rozwój i szybka „wymiana” posiadanych przez nich kompetencji, które w przyszłości będą wpływać na ich pozycję, nie tylko w danej organizacji, ale ogólnie na rynku pracy mówi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Fast reset skills w praktyce

Szybkie resetowanie umiejętności wiąże się zarówno ze sprawnym zdobywaniem nowych kompetencji, natychmiastowym ich wdrażaniem w zawodową rzeczywistość, skutecznym wykorzystywaniem przez jakiś czas i równie szybkim procesem zapominania tego, co już zbędne, by miejsce to mogła zastąpić nowa wiedza. By proces ten mógł jednak przebiegać bez zakłóceń, konieczne jest przygotowywanie efektywnych programów rozwojowych, wykorzystujących skondensowane, choć zwykle nieduże dawki wiedzy, ale przyswajane w sposób najbardziej odpowiadający możliwościom i percepcji pracownika oraz w dogodnej i dostosowanej do jego potrzeb formie. Obecny kształt rynku usług rozwojowych, zmieniony przez czas pandemii, jest zatem odpowiednio przygotowany do tego coraz bardziej widocznego trendu. Wiele czynników wskazuje nawet na to, że fast reset skills mógł „rozgościć się” w szkoleniowej rzeczywistości, właśnie dzięki zmianom, wymuszonym przez panującą w ostatnich kilkunastu miesiącach sytuację. Zauważyć również można, że powoli zaczyna on dotyczyć coraz większej grupy pracowników w różnych branżach. Być może w okresie najbliższych kilku miesięcy obejmie swym zasięgiem większość zatrudnionych, rozpoczynając tym samy kolejny etap zmian na rynku usług rozwojowych. Nie sposób bowiem pozbyć się wrażenia, że już teraz część z umiejętności, które pracownicy nabyli w pierwszych miesiącach pandemii, nie będzie im potrzebna w systemie pracy hybrydowej lub po całkowitym powrocie do biur, ale zapewne bardzo szybko pojawią się nowe, których zdobycie i wykorzystywanie będzie konieczne jeszcze w niedalekiej przyszłości.

Polski Ład – czy minimalizacja strat jest możliwa?

Dokładnie 26 lipca br. rząd przedstawił projekt ustawy, która wprowadza zmiany zarówno w ustawach podatkowych, jak i ubezpieczeniowych. Do 30 sierpnia br. będą one przedmiotem konsultacji społecznych, jednak od momentu ogłoszenia Polskiego Ładu budzi ona niepokój wśród przedsiębiorców, których kieszenie ucierpią na tym najbardziej. Czy istnieją sposoby na zminimalizowanie ewentualnych obciążeń finansowych?

Ustawa, określana jako Polski Ład, była częściowo zapowiadana już w maju br. Od samego początku budziła ona skrajne emocje z uwagi na liczne, niekorzystne dla przedsiębiorców zmiany – między innymi dotyczących rozliczania składek społecznych i składki zdrowotnej.  Wielu z nich zaczęło szukać alternatywnych rozwiązań, pozwalających uniknąć konsekwencji finansowych wprowadzenia nowych przepisów lub pozwalających przynajmniej zminimalizować przyszłe obciążenia publiczno-prawne.

Kto najwięcej straci?

Nie da się ukryć, że najwięcej stracą ci przedsiębiorcy, którzy rozliczają PIT liniowo. Dlaczego? Wszystko przez nowe zasady rozliczania składki zdrowotnej oraz brak możliwości rozliczania kwoty wolnej od podatku. Po pierwsze, wysokość składki zdrowotnej będzie liczona od dochodu, a po drugie – nie będzie możliwe odliczenie jej części od podatku.

Obecnie wszyscy przedsiębiorcy płacą składkę w jednej, stałej ryczałtowej kwocie, bez względu na wysokość dochodu czy powstałą stratę.  Po wejściu w życie nowych przepisów, przedsiębiorca, który ma dla przykładu 16 tys. złotych dochodu miesięcznie, zapłaci już składkę zdrowotną w wysokości 1440 zł, ponieważ wyniesie ona 9 proc. jego dochodu. Proszę zauważyć, że wysokość składki zdrowotnej ma być zależna od dochodu przedsiębiorcy. Zatem pojawi się także problem wyliczenia dochodu do 10. dnia następnego miesiąca u przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność jednoosobowo bez zatrudniania pracowników i opłacają składki ZUS tylko za siebie. W wielu przypadkach będzie to nie lada wyzwanie, prawdopodobnie skutkujące sporządzaniem korekt – przekonuje Teresa Warska, ekspert od prawa podatkowego w Systim.pl.

Choć do 30 sierpnia zmiany będą przedmiotem konsultacji społecznych, już dziś przedsiębiorcy pytają, co mogą zrobić, by zminimalizować obciążenia wynikające  z wcielenia proponowanych zmian w życie.

Scenariusz przeniesienia

Widmo rosnących kosztów prowadzenia firmy oraz nie do końca zrozumiałe przepisy sprawiają, że część przedsiębiorców poważnie rozważa przeniesienie firmy do innych krajów. W ostatnim czasie znacząco wzrosło zainteresowanie takimi państwami jak Czechy,  Cypr bądź Estonia. Mimo wielu niezaprzeczalnych korzyści, wynikających z wdrożenia takiego rozwiązania, warto pamiętać o jednej, kluczowej kwestii – a mianowicie o rezydencji podatkowej.

Rzeczywiście, coraz większa liczba przedsiębiorców rozpatruje przeniesienie rezydencji podatkowej. Na pierwszy rzut oka taka optymalizacja kosztów może się wydawać ciekawym rozwiązaniem. W Czechach prowadzenie jednoosobowej firmy nie jest skomplikowane, jednak  sięgnięcie po taki wariant wiąże się de facto z koniecznością przeprowadzki do innego kraju – podkreśla Teresa Warska z Systim.pl.

Samo bowiem zarejestrowanie działalności w innym państwie nie zmienia automatycznie rezydencji podatkowej osoby fizycznej – o niej bowiem nie decyduje obywatelstwo czy kraj rejestracji działalności, ale ośrodek interesów życiowych danej osoby. A zatem przedsiębiorców, którzy przeniosą swoją działalność do Czech, a jednak pozostaną fizycznie w Polsce, nie ominie polski system podatkowy – dla Urzędu Skarbowego działa ona bowiem finalnie w Polsce.

Przez zmiany w przepisach, takich jak chociażby wprowadzenie tzw. exit tax (podatek od niezrealizowanych zysków, głównie dotyczący przeniesienia składników majątkowych zagranicę), organy podatkowe z większą uwagą pochylają się nad tymi deklaracjami podatników, które dotyczą zmiany rezydencji podatkowej. Jest to oczywiście związane z chęcią ograniczenia przez nie ryzyka zmniejszenia wpływów do budżetu. Warto mieć to na uwadze przy rozważaniu wszystkich „za i przeciw”  dla takiej decyzji – dodaje specjalistka.

Spółka z o.o. sposobem na Nowy Ład?

Po wprowadzeniu modyfikacji, jakie proponowane są w ramach Nowego Ładu, samozatrudnienie przestanie być dla wielu osób korzystną formą prowadzenia biznesu.

W ramach proponowanych tu zmian należy wymienić zarówno zlikwidowanie możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku, jak i konieczność opłacania składki zdrowotnej uzależnionej od wysokości dochodu. Rozwiązanie to ma być podobne jak w przypadku rozliczania wynagrodzeń i składek pracowników, z tą różnicą, że przedsiębiorca prowadzi działalność na własne (niemałe) ryzyko. Zatem proponowany nowy sposób rozliczania składek ZUS i składki zdrowotnej będzie większym obciążeniem dla przedsiębiorcy i co się z tym wiąże, większym ryzykiem w prowadzonej działalności, gdyż wszelkie koszty są coraz wyższe– wylicza Warska.

Rozwiązaniem na uniknięcie wyższych podatków może być przejście na ryczałtowe rozliczenie działalności. Więcej korzyści finansowych przyniesie zapewne przekształcenie jednoosobowej działalności w spółkę kapitałową, w tym chociażby spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. W odróżnieniu od jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie to właściciele odpowiadają swoim majątkiem prywatnym bez żadnej granicy górnej, za zobowiązania spółki co do zasady odpowiada sama spółka. W niektórych przypadkach odpowiedzialność mogą ponosić wspólnicy do wysokości wniesionego wkładu.

Co równie istotne, w spółkach kapitałowych – jednak co najmniej dwuosobowych – wspólnicy są zwolnieni z płacenia ZUS – w tym również i ubezpieczenia zdrowotnego. Lista korzyści jest oczywiście dłuższa i obejmuje m.in.: większe możliwości kredytowania, większą wiarygodność rynkową czy preferencyjną stawkę podatku CIT – 9%.

Warto również nadmienić, że przy zakładaniu spółki z o.o. konieczny jest odpowiedni wkład, który jednak nie musi być wnoszony wyłącznie w formie finansowej, ale na przykład w postaci aportu, np. nieruchomości czy maszyny.

Konkluzja

Wśród wymienionych alternatyw, które mogą potencjalnie zminimalizować straty wynikające  z wcielenia w życie nowych zasad w ramach Nowego Ładu, najbardziej optymalną wydaje się przekształcenie jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z o.o. – przemawia tu bowiem chociażby zwolnienie z płacenia ZUS. I choć warto już teraz rozważyć wszystkie dostępne warianty kalkulacyjne, z ostateczną decyzją należy jednak poczekać do pojawienia się finalnej wersji nowej ustawy.

Notoryczne nieobecności pracowników – czy i jak prowadzić rozmowy poabsencyjne?

Powtarzające się, nieplanowane i częste nieobecności pracowników, to problem niejednego zakładu pracy. Rekordziści w ciągu roku pracują często nawet mniej, niż połowę obowiązującego ich wymiaru czasu pracy. Działy HR decydują się na różne rozwiązania – wprowadzają premie za brak absencji albo uzależniają podwyżki od obecności w pracy. Co jednak w sytuacji, gdy podwładny winą za nieobecności chorobowe obarcza pracodawcę?

Zdarza się, że pracodawca chce rozstać się z pracownikiem, na którym nie może polegać. Linią obrony, jaką czasem przyjmują pracownicy jest twierdzenie, że przyczyny ich zwolnień chorobowych tkwią po stronie pracodawcy, który nie zapewnia właściwych warunków pracy.

Praktyka potwierdza częsty zarzut pracowników

Z naszych obserwacji wynika, że pracownicy często utożsamiają trudne warunki pracy z koniecznością silniejszej ochrony ich praw. Jest wiele zawodów, które wiążą się z wykonywaniem pracy w niekomfortowych warunkach – w hałasie, w podwyższonej temperaturze, w stresie, czy w otoczeniu nieprzyjemnych zapachów. Jeśli jednak pracodawca przestrzega norm, zapewnia pracownikom środki ochrony indywidulanej i zbiorowej, to trudno będzie mu postawić zarzut bezprawnego, zawinionego działania przeciwko prawom pracowników.

W firmach, w których pewna uciążliwość pracy, czy stopień jej skomplikowania może uzasadniać gorsze samopoczucie pracowników, warto dodatkowo zadbać o udokumentowaną komunikację z pracownikami. Dobrym pomysłem jest przeprowadzanie tzw. rozmów poabsencyjnych.

Jaki jest sens wprowadzania rozmów poabsencyjnych?

W rozmowach poabsencyjnych nie chodzi o wypytanie pracownika o przyczyny jego nieobecności (tego pracodawcy robić nie wolno), tylko o stworzenie przestrzeni, w której obie strony – pracownik i pracodawca, mogą zakomunikować swoje potrzeby i oczekiwania w świetle powtarzających się, kłopotliwych absencji. Przygotowany do rozmowy przełożony, powinien zwrócić pracownikowi uwagę na skalę jego nieobecności i ich konsekwencje dla zespołu. To trudna rola, bo wymaga nie tylko przedstawienia faktów, ale też empatii i otwartości na potrzeby pracownika. Rozmowa, z której powinna zostać spisana notatka, daje pracownikowi pole do przedstawienia ewentualnych uwag, co do warunków pracy, czy sposobu organizacji, jeśli mają wpływ na jego stan zdrowia. Z jednej strony daje pracodawcy możliwość zareagowania, z drugiej – przy braku uwag  – stanowi narzędzie do obrony przed zarzutami pracownika, że to właśnie warunki pracy spowodowały pogorszenie jego stanu zdrowia.

Potrzebne utrwalenie wiedzy o granicach prywatności

Ponieważ w takich rozmowach łatwo jest przekroczyć linię chronionej prywatności pracowników, pracodawca, który zdecyduje się na ich przeprowadzanie, powinien zadbać o dwa kluczowe elementy. Po pierwsze, powinien obowiązywać schemat takich rozmów, aby je w zasadniczych punktach ujednolić. Po drugie, osoby, które je przeprowadzają (na przykład z działu HR), powinny zostać przeszkolone przez prawnika, aby miały świadomość, gdzie przebiegają granice prywatności pracownika i co wiąże się z ich przekroczeniem.

Podsumowanie

Nieobecny pracownik to poważny kłopot dla pracodawcy, zwłaszcza że zwolnienie go też zwykle bywa problematyczne. Decydując się na włączenie rozmów poabsencyjnych na stałe do polityki zarządzania nieobecnościami, pracodawca stwarza sobie szansę na zminimalizowanie części ryzyk związanych z rozstaniem się z takim pracownikiem.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Innowacje produktowe podstawą rozwoju w sektorze ubezpieczeniowym

Firmy ubezpieczeniowe odgrywają kluczową rolę we wspieraniu zeroemisyjnych innowacji technologicznych – wynika z raportu „Climate product innovation within the insurance sector” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z Uniwersytetem Cambridge. Dzięki aktywnym działaniom branży wzrasta społeczna świadomość zagadnień środowiskowych, a produkty ubezpieczeniowe mogą wspierać ekologiczne projekty realizowane również w innych sektorach gospodarki.

Branża ubezpieczeniowa coraz uważniej przygląda się zagadnieniom ochrony środowiska oraz dążenia do neutralności klimatycznej. W zgodzie z deklaracjami rządów, niektóre z firm już zdecydowały, że chcą do zera zredukować swoją emisję.Oferta ubezpieczycieli ściśle związana ze zmianami klimatu

Branża zastanawia się, jak zmienić swoje strategie tak, by swoimi działaniami wspomóc zahamowanie zmian klimatycznych. Starania ubezpieczycieli już są widoczne, ale nadal potrzeba bardziej proaktywnego podejścia. Firmy z sektora mogą stać się liderami transformacji, ale konieczna jest modyfikacja istniejących już produktów, a także stworzenie nowych – bardziej innowacyjnych, zaawansowanych technologicznie i zielonych – mówi Marcin Piskorski, partner, lider sektora ubezpieczeniowego, Deloitte.

Autorzy raportu zidentyfikowali kluczowych interesariuszy, dzięki którym szybciej powstają innowacyjne produkty dla klimatu. Są to: instytucje państwowe, klienci, decydenci i regulatorzy, branża insurtech, sektory pokrewne i akcjonariusze. Wyłonienie tych grup pozwoliło na wyróżnienie dziewięciu kluczowych obszarów, w których innowacyjność produktów ubezpieczeniowych może łagodzić skutki zmian klimatu.

Ubezpieczenia na zielono

Po pierwsze jest to zachęcanie do niskoemisyjności i stwarzanie możliwości wyboru takiej ścieżki. Konsumenci stają się coraz bardziej świadomi i szukają świadomie działających firm. Dla ubezpieczycieli to szansa na promocję rozwiązań ekologicznych oraz możliwość trwałej zmiany podejścia konsumentów. W ten sposób branża może zwiększyć świadomość wśród swoich klientów i popyt na zielone produkty.

Drugi obszar to stałe zachęty do podejmowania działań mających na celu ograniczanie skutków zmian klimatu, czyli wpływu na ubezpieczonych tak, aby ich biznes był bardziej odporny na zmiany. Trzecie działanie zakłada obsługę szkód w sposób zrównoważony i ekologiczny. – Ubezpieczyciele mogą wspierać działania proekologiczne na przykład zachęcając do naprawy, a nie wymiany, uszkodzonych elementów. Mogą promować rozwiązania, w których części służące do naprawy pochodziły z recyklingu. W raporcie wskazane zostały konkretne przykłady działań, przyczyniających się do dekarbonizacji procesu obsługi szkód i reklamacji, które były podejmowane przez duże grupy ubezpieczeniowe w ostatnich latach. – mówi Adam Pasternak-Winiarski, starszy menadżer, dział usług aktuarialnych i ubezpieczeniowych, Deloitte.

Czwarty obszar to umożliwienie przepływów kapitałowych w kierunku zielonych rozwiązań. Jak wynika z danych International Finance Corporation, do 2030 roku na łagodzenie skutków zmian klimatycznych inwestorzy mogą przeznaczyć nawet 23 bln dol. Dzięki innowacjom produktowym branża ubezpieczeniowa odgrywa kluczową rolę w transformacji gospodarki – zmniejsza ryzyko, które wynika ze stosowania zielonych produktów i wspiera przepływ kapitału, co w innym przypadku mogłoby zostać uznane za ryzykowne. Piąty obszar to kompensacja emisji dwutlenku węgla.

Pomimo ambicji dążenia do zeroemisyjności, dla wielu sektorów zrealizowanie tego celu będzie zadaniem trudnym i długoterminowym. W tym kontekście raport wskazuje na wagę rozwiązań naturalnie kompensujących emisje dwutlenku węgla oraz potencjalną rolę ubezpieczycieli w tym zakresie. Ważne jest, aby branża ubezpieczeniowa zielonymi produktami np. wspierała startupy, które oferują tego typu rozwiązania i tym samym przyczyniała się do ich rozwoju. – mówi Adam Pasternak-Winiarski.

Do obszarów, które mogą być wspierane przez zielone produkty ubezpieczeniowe, zaliczyć można rozwijanie usług doradczych tak, by wspierać klientów w zrozumieniu zagadnień klimatycznych. Warto również opracowywać rozwiązania ograniczające odpowiedzialność prawną za klimat i ryzyko sporów środowiskowych.

Przeszkody na drodze do neutralnościOferta ubezpieczycieli ściśle związana ze zmianami klimatu 2

Eksperci zidentyfikowali bariery, które hamują rozwój produktów ubezpieczeniowych przyjaznych klimatowi. Po stronie popytu są to: sceptycyzm wobec zmian klimatycznych, niedoszacowanie ryzyka, wygórowane koszty ubezpieczenia, brak świadomości dostępnych produktów. Z kolei w obszarze podaży występuje brak koordynacji łańcucha wartości, krótkoterminowość, niewystarczająca liczba danych oraz braki w kompetencjach pracowników.

Pomimo przeszkód, branża ubezpieczeniowa może znacząco wesprzeć przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. Wyróżniliśmy trzy ważne typy działań, które powinni podjąć jej przedstawiciele w tym kierunku. Po pierwsze należy budować silne relacje z klientami tak, żeby poznać ich problemy i przeszkody w maksymalizacji wartości produktów. Trzeba ich również zachęcać do inicjatyw podejmowanych wewnątrz organizacji i współpracy rynkowej w celu wprowadzania innowacji w łańcuchu wartości. Ostatni krok to wzmacnianie kwalifikacji w firmie oraz podejmowanie decyzji biznesowych opartych na danych i dowodach naukowych, a nie domysłach – podsumowuje Marcin Piskorski.

O raporcie

Raport „Climate product innovation within the insurance sector” powstał we współpracy z Uniwersytetem Cambridge i członkami inicjatywy ClimateWise, czyli globalnej sieci wiodących organizacji z branży ubezpieczeniowej. Opracowanie stworzono na podstawie pogłębionych wywiadów z ekspertami przeprowadzonych między marcem a kwietniem 2021 r. Głównym tematem rozmów były innowacje produktowe, które są wsparciem w przechodzeniu na gospodarkę niskoemisyjną.

O co ten krzyk?! Jeśli władza zechce, może sądy zaorać

Rządowe zmiany w KRS i SN, przejęcie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym, zamrożenie kilkuset etatów w sądach oraz czystki na kierowniczych stanowiskach mające na celu de facto przejęcie władzy nad wymiarem sprawiedliwości dzielą społeczeństwo i wzbudzają kontrowersje. Wśród licznej grupy uznanych autorytetów prawnych rodzą się obawy o zamach na niezawisłość sądów i chęć pogwałcenia konstytucyjnych praw obywateli. Krytyczne stanowisko wobec zmian oficjalnie zajęła także m.in. Komisja Europejska i unijny Trybunał Sprawiedliwości. Tymczasem przedstawiciele rządu, przytaczając wątpliwe prawnie argumenty, usiłują uzasadniać swój zamach na Konstytucję RP.

12 lipca 2017 r. p. Sebastian Kaleta, ówczesny rzecznik prasowy Ministra Sprawiedliwości – dziś w randze wiceministra, w odniesieniu do powszechnej krytyki zmian w środowisku prawniczym pozwolił sobie na taką oto konstatację problemu:

„widzę, że wielu ekscytuje się projektem ustawy o SN i podnosi krzyk. (…) należy mieć świadomość, że konstytucja pozostawiła ustawodawcy możliwość „zaorania” sądownictwa, o czym warto w tej dyskusji pamiętać :)”.

Za podstawę prawną swego twierdzenia przyszły wiceminister wskazał art. 180 ust. 5 Konstytucji RP, który stanowi, że: „W razie zmiany ustroju sądów lub zmiany granic okręgów sądowych wolno sędziego przenosić do innego sądu lub w stan spoczynku z pozostawieniem mu pełnego uposażenia”. Stosunek do problemu oraz towarzyszące dyskusji emocje zechciał wyrazić emotikonem „:)” symbolizującym uśmiech zadowolenia.

Dla przypomnienia warto wskazać, że w ramach prowadzonych i zapowiadanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmian w sądownictwie jego przedstawiciele – politycy, rządzący – mieliby realny, rzeczywisty wpływ na obsadę składów sędziowskich. Również rozstrzyganie spraw dyscyplinarnych sędziów zostałoby powierzone organom: Krajowej Radzie Sądownictwa, Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, których obsada, delikatnie mówiąc, rodzi obawy „upolitycznienia”.

Zaorywanie sądownictwa

Pozostawiając na boku i bez komentarza symbolikę wpisu, warto przede wszystkim skupić się na rażącej nadinterpretacji art. 180 ust. 5 Konstytucji RP. Celem tego przepisu nie jest bowiem dostarczanie władzy wykonawczej instrumentów do „zaorywania sądownictwa”. Przepis ten ma umożliwiać dokonywanie drobnych, technicznych zmian, będących następstwem utworzenia lub zniesienia sądu czy też zmian granic okręgów sądowych.

Trzymanie sędziów w szachu za pomocą gróźb o możliwości ich „zaorania” wprost godzi w ich niezależność. Sędziowie muszą czuć się wolni od nacisków władzy wykonawczej i ustawodawczej w wykonywaniu funkcji wymiaru sprawiedliwości. Co może być bardziej sprzeczne z tą zasadą, niż taka wykładania przepisów Konstytucji, która umożliwiałaby władzy ustawodawczej zaorywanie sądownictwa?

Usuwanie „niewygodnych” sędziów

Krajowa doktryna w sprawie niezawisłości sędziów nie pozostawia wątpliwości. W opracowaniu Jerzego Skorupki: „Rzetelny proces karny. Księga jubileuszowa Profesor Zofii Świdy” (Wolters Kluwer, Warszawa 2009) możemy przeczytać: „…zasada niezawisłości sędziowskiej jest jednym z warunków funkcjonowania państwa prawnego. Oznacza ona wyłączenie jakiejkolwiek zewnętrznej ingerencji w proces sędziowskiego orzekania, a podjęte w postępowaniu sądowym rozstrzygnięcia poddaje kontroli jedynie w formie i na zasadach wyraźnie określonych w ustawach”. Jest ona „gwarancją praw i wolności obywatelskich”.

W tym samym opracowaniu wskazano również, że w opinii ówczesnego składu Krajowej Rady Sądownictwa arbitralne uprawnienie Ministra Sprawiedliwości do delegowania sędziego, szczególnie gdy sędzia ten nie wyraził na to zgody, może w praktyce posłużyć do odsunięcia od czynności orzeczniczych „niewygodnego” w danej sprawie sędziego. Wówczas władza wykonawcza może uzyskać istotny wpływ na przebieg postępowań sądowych.

Władza wykonawcza nie ma kompetencji do usuwania sędziów

We wspólnym komentarzu profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były Prezes Trybunału Konstytucyjnego, a od 2009 r. sędzia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Marek Safjan oraz profesor Uniwersytetu Warszawskiego, sędzia Sądu Najwyższego w latach 2016–2018, prezes Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa i Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej Leszek Bosek stanęli na stanowisku, że zakaz usuwania sędziego, o którym mowa w art. 180 ust. 1 Konstytucji RP, dotyczy w pierwszej kolejności organów władzy wykonawczej, zamykając drogę do ustawowego czy podustawowego przekazania im kompetencji do usuwania sędziów. Ogranicza w tym przedmiocie również władzę ustawodawczą. „Przesądza bowiem, że ustawodawca nie może wprowadzać aktów prawnych przewidujących usunięcie sędziego z mocy samego prawa. Ustawodawca nie posiada też kompetencji do przekazania tego uprawnienia arbitralnej decyzji organów władzy wykonawczej” (Konstytucja RP. Tom II. Komentarz do art. 87–243, red. Safjan/Bosek 2016, C.H. Beck 2016).

Wyrokowanie zgodnie z życzeniami i poglądami władzy

Polski prawnik, karnista, przedwojenny sędzia Sądu Najwyższego Janusz Jamontt (zm. 1951) w klasycznej pozycji „Historia i krytyka rozporządzenia o ustroju sądów powszechnych” (Warszawa 1929) napisał, że reguła niezawisłości sędziowskiej pozostanie jedynie barwnym banałem, jeśli sędzia przy rozstrzyganiu spraw nie będzie mógł kierować się wyłącznie przepisami prawa i własnym sumieniem „bez narażenia się na usunięcie ze służby sędziowskiej, na przeniesienie do głuchej miejscowości, na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej bez żadnej podstawy (…) nieodzownym warunkiem tej niezawisłości jest: 1) nieusuwalność sędziów, 2) nieprzenoszalność sędziów, 3) nietykalność sędziów, 4) system administracyjno-nadzorczy, wykluczający możność wpływania na treść wyroków drogą upośledzenia sędziów, rachujących się przy wyrokowaniu jedynie z prawem i sumieniem, oraz faworyzowania tych, co wyrokują zgodnie z życzeniami i poglądami władzy”.

Każdy ma prawo do niezawisłego sądu

Prawo międzynarodowe również jasno i stanowczo podkreśla istotę stania na straży niezawisłości sędziowskiej. Zgodnie z art. 6 ust. 1 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły sąd. Art. 14 ust. 1 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych stanowi, iż każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia sprawy przez właściwy, niezależny i bezstronny sąd.

Do jakich celów Minister wykorzysta władzę nad sądami?

O możliwości „zaorywania” sądów bardzo jasno i dosadnie wypowiedziała się sędzia Trybunału Konstytucyjnego Teresa Liszcz. W zdaniu odrębnym do wyroku TK z dnia 27 marca 2013 r. (sygn. akt K 27/12), odnosząc się do posiadanego przez Ministra Sprawiedliwości upoważnienia do tworzenia i znoszenia sądów oraz do ustalania ich siedzib i obszarów właściwości w drodze rozporządzenia wydanego po zasięgnięciu opinii Krajowej Rady Sądownictwa, napisała: „…ze względu na masowy wręcz charakter likwidacji sądów rejonowych, którą sam Minister Sprawiedliwości określa mianem „reformy sądownictwa”, uświadomiło tylko potencjał władzy ministra nad sądami w Polsce, zawarty w zaskarżonym upoważnieniu ustawowym, oraz sposób, w jaki ta władza może zostać użyta. Okazało się, że jednoosobowy, stricte polityczny, organ władzy wykonawczej może „jednym podpisem” zlikwidować dowolną liczbę sądów, z nikim tej decyzji nie uzgadniając, jedynie po zasięgnięciu niewiążącej opinii KRS, bez prawnego obowiązku uzasadnienia tej decyzji i bez jakiejkolwiek kontroli. Jednocześnie decyzja ta przesądza o zmianie statusu kilkuset – niezawisłych – sędziów i wpływa na kształt prawa do sądu nieokreślonej liczby osób. Nie ma przy tym gwarancji, że władza ta nie zostanie wykorzystana instrumentalnie, dla celów sprzecznych z dobrem wymiaru sprawiedliwości” (Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 marca 2013 r. K 27/12).

Niezgodne z Konstytucją przenoszenie sędziów w stan spoczynku

Jednym z efektów reorganizacji systemu sądownictwa ma być umożliwienie Ministrowi Sprawiedliwości przeniesienia wspomnianym wyżej „jednym podpisem” nawet kilkuset sędziów w stan spoczynku. Wcześniej uchwalono przepisy obniżające wiek przejścia w stan spoczynku sędziów sądów powszechnych i prokuratorów oraz wiek wcześniejszego przejścia w stan spoczynku przez sędziów Sądu Najwyższego.

Piotr Tuleja, profesor nauk prawnych i kierownik Katedry Prawa Konstytucyjnego na Uniwersytecie Jagiellońskim, specjalista w zakresie prawa konstytucyjnego, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego, przywołując orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE C-192/18, C-619/18, napisał: „Mechanizm ustawowego określania granicy wieku, po osiągnięciu którego następuje przejście sędziów w stan spoczynku, nie może być jednak traktowany instrumentalnie jako forma realizacji swoistej „polityki personalnej” wobec kadry sędziowskiej. Za niezgodne z zasadami konstytucyjnymi uznane być musi w szczególności modyfikowanie (w kierunku obniżania) granicy wieku, skutkujące natychmiastową utratą stanowiska przez określoną grupę urzędujących sędziów” (Tuleja Piotr (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, wyd. II, LEX/el. 2021). Trybunał Sprawiedliwości UE w 2019 r. orzekł, że polskie przepisy dotyczące wieku przejścia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów, przyjęte w lipcu 2017 r., są niezgodne z prawem Unii Europejskiej (Wyrok w sprawie C-192/18, Komisja przeciwko Polsce).

Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, pisał o władzy sądowniczej, że jest ona w ciągłym niebezpieczeństwie bycia obezwładnioną, zaskoczoną lub znalezienia się pod wpływem współzależnych jej gałęzi. Nic nie może przyczynić się tak bardzo do jej stabilności i niezależności, jak stałość w sprawowaniu urzędu. Hamilton nazwał ten warunek „cytadelą publicznej sprawiedliwości i publicznego bezpieczeństwa”. Żaden akt ustawodawczy sprzeczny z konstytucją nie może być ważny. Zaprzeczenie temu byłoby równoznaczne z twierdzeniem, że zastępca jest większy od swego mocodawcy; że sługa jest wyższy od swego pana; że przedstawiciele ludu są lepsi od samego ludu; że ludzie działający na mocy uprawnień mogą czynić nie tylko to, na co ich uprawnienia nie zezwalają, lecz także to, czego zabraniają (Yale Law School, The Federalist Papers No. 78, The Judiciary Department From McLEAN’S Edition, Nowy Jork).

Władza sądownicza powinna zostać pozostawiona sędziom

Thomas E. Plank, amerykański profesor nadzwyczajny prawa, wykładający na University of Tennessee College of Law, Princeton University oraz University of Maryland, pisał, że niezawisłość sądów, która rozwinęła się po raz pierwszy w systemie anglo-amerykańskim, jest ceniona przez wiele krajów jako ważny warunek dla rządów prawa. Nie ma przecież najmniejszych wątpliwości co do tego, że niezawisłe sądownictwo jest niezbędne dla wolnego społeczeństwa i demokracji konstytucyjnej. Zapewnia rządy prawa i realizację praw człowieka, a także dobrobyt i stabilność społeczeństwa. Niezawisłość sądownictwa musi być także stale strzeżona przed nieprzewidzianymi zdarzeniami i zmieniającymi się warunkami społecznymi, politycznymi i ekonomicznymi. Najważniejszym aspektem niezależności sądownictwa jest jego pozycja konstytucyjna. Tak jak konstytucja określa skład i uprawnienia władzy wykonawczej i ustawodawczej, tak powinna również określać sądownictwo. Najlepiej, jeśli konstytucja powierza władzę sądowniczą sędziom.

Zatarcie granicy między wymiarem sprawiedliwości a pracą na rzecz władzy

Jeśli kontrowersyjna nowelizacja ustroju sądownictwa zostanie przepchnięta, nacisk na wszystkich sędziów będzie mógł wywierać jeden polityk – Minister Sprawiedliwości. Będzie mógł m.in. zgłaszać kandydatów na wolne stanowiska sędziowskie. A forsowana pod płaszczykiem usprawnienia postępowania dyscyplinarnego wobec sędziów ustawa tak naprawdę otworzy Ministrowi furtkę do usuwania z drogi niewygodnych dla rządzących sędziów.

„…łączenie przez sędziego funkcji orzeczniczych z wykonywaniem czynności administracyjnych, na podstawie delegowania do Ministerstwa Sprawiedliwości i jednostek organizacyjnych podległych Ministrowi Sprawiedliwości jest niezgodne z zasadą podziału i równowagi władzy. Narusza też niezależność sądów, gdyż powoduje zacieranie się różnicy między wykonywaniem wymiaru sprawiedliwości a pracą na rzecz władzy wykonawczej. Jest to zaś niezgodne ze standardami demokratycznego państwa prawnego” – orzekł 15 stycznia 2009 r. Trybunał Konstytucyjny (sygn. akt K 45/07).

Po co to wszystko?

Andrew Jackson, jeden z pierwszych prezydentów USA, słusznie stwierdził, że wszystkie prawa zagwarantowane obywatelom na mocy konstytucji są nic nie warte i są jedynie wydmuszką, jeśli na ich straży nie stoi niezależne i etyczne sądownictwo. O jakim więc stopniu niezależności i niezawisłości sędziów, a zatem i o jakich gwarancjach konstytucyjnych praw obywatelskich można mówić w świetle działań Ministerstwa Sprawiedliwości?

Zgodnie z uchwałą z 14 listopada 2007 r. Pełnego Składu Sądu Najwyższego: „Ustawowe uprawnienie Ministra Sprawiedliwości do delegowania sędziego do pełnienia obowiązków sędziego w innym sądzie (…) może być w jego zastępstwie (…) albo z jego upoważnienia (…) wykonywane przez sekretarza stanu lub podsekretarza stanu” (BSA I-4110-5/07). Tymczasem od 2019 r. sekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości jest Sebastian Kaleta, autor koncepcji „zaorywania” sądownictwa.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Na które sektory warto postawić na giełdzie? Eksperci: Na pewno nie na deweloperów i gaming

Jak przekonują znawcy tematu, na GPW obecnie możemy obserwować początek hossy lub nowy trend. Rynki są drogie, więc istnieje ryzyko, że w przyszłości przyjdą większe spadki. Otoczenie makroekonomiczne dla rynków akcji powinno być do końca roku bardzo korzystne. Ale widoczne są też zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne. Nie brakuje również opinii, że interesujące do inwestowania będą m.in. spółki finansowe oraz surowcowe. Natomiast uważać trzeba na te związane np. z deweloperką czy gamingiem.

W ostatnich tygodniach w przestrzeni publicznej pojawiają się pytania dotyczące sytuacji na GPW w drugim półroczu br. Pod koniec czerwca WIG osiągnął rekord wszech czasów. Takie prognozy były przedstawiane w mediach już jakiś czas temu, co podkreśla Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych. Zdaniem eksperta, GPW jest wyraźnie w niedoczasie i w niełasce, jeżeli spojrzeć na inne indeksy. Nie trzeba sięgać do S&P500. Wystarczy przeanalizować, co się dzieje na rynkach wschodzących, również europejskich. Ale sytuacja naszej giełdy powinna się poprawiać, bo parametry polskiej gospodarki są lepsze niż wielu innych państw.

– Nie jestem superoptymistą, jeżeli chodzi o perspektywy najbliższego okresu. Nie wiemy, czy dzisiaj na GPW obserwujemy początek hossy, która zaczyna się po tym spadku pandemicznym w kwietniu ubiegłego roku, czy mówimy o nowej tendencji. Jeżeli w 2020 roku mieliśmy tylko korektę długookresowego trendu, to on się musi skończyć. To nie jest kwestia dziesięciu lat, ale miesięcy, może kwartałów. W takiej sytuacji może się okazać, że obserwowane wzrosty nie będą imponujące – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Z kolei dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Broker, zaznacza, że nasz rynek nie wzrósł tak bardzo jak w USA, ale mimo wszystko skoki były spore. Ekspert dodaje, że właściwie brakuje alternatyw na szerszą skalę dla giełdy w lokowaniu kapitału. Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się ze zmianą zerowych stóp procentowych. Natomiast do tematu inwestowania należy podchodzić rozsądnie. Rynki są drogie i w związku z tym istnieje ryzyko, że w pewnym momencie przyjdą jakieś większe spadki.

– Otoczenie makroekonomiczne dla rynków akcji powinno być w drugim półroczu 2021 roku bardzo korzystne. Choć ostatnio pojawiły się wątpliwości odnośnie do siły fali popytu odroczonego przez pandemię, która rozleje się po światowej gospodarce, to dynamika PKB w Polsce zdecydowanie przekroczy 5%. Napływy kapitału na rynki wschodzące stanęły jednak ostatnio pod znakiem zapytania. Odpowiada za to zmiana nastawienia Rezerwy Federalnej. W FED nie tylko rozpoczyna się dyskusja o porzucaniu polityki kryzysowej, ale także zasugerowano wcześniejsze podwyżki stóp procentowych – podkreśla Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Natomiast Piotr Kuczyński podkreśla, że dla naszej giełdy widoczne są przeszkody zewnętrzne i wewnętrzne. Pierwsza z nich to zdecydowanie przewartościowane akcje w USA. Większa korekta powstrzyma marsz GPW w górę. Do tego dochodzą sprawy krajowe, tj. reforma OFE i wyrok Sądu Najwyższego ws. kredytów frankowych.

– Banki mogą mieć pozytywne perspektywy. Całkiem prawdopodobne jest, że liczna grupa tych podmiotów może zdecydować się na ugody z frankowiczami, zanim Sąd Najwyższy rozstrzygnie tę kwestię. Możliwe jest utrzymanie stanu rzeczy z pierwszej części 2021 roku, gdy mniej zależne od pojawienia się kapitału zagranicznego małe i średnie spółki radziły sobie zdecydowanie lepiej niż blue chips z indeksu WIG20. Wydaje się również, że otoczenie makroekonomiczne powinno sugerować inwestycje w akcje spółek procyklicznych – dodaje Bartosz Sawicki.

Z  kolei na podwyższoną inflację zwraca uwagę Konrad Ryczko, analityk z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. I dodaje, że w takim okresie interesującymi do inwestowania mogą być spółki finansowe oraz surowcowe. Jak podkreśla Piotr Kuczyński, nie ma sektorów, które gwarantują pewne zyski. Ale można się spodziewać, że ruszą inwestycje związane z infrastrukturą, informatyką oraz zieloną energią. Szybki rozwój gospodarczy wymaga kredytów, a to zdecydowanie napędza koniunkturę. Ekspert wyjaśnia, że gdyby inwestował, to kupowałby akcje banków. Zakładałby, że rentowność obligacji zacznie rosnąć.

– W pandemii zyskały spółki technologiczne, ale od pewnego czasu mamy powrót takich bardziej tradycyjnych. One sobie radzą lepiej. Ale to nie jest tak, że przez lata faworytami rynku będą podmioty paliwowe, energetyczne czy banki. Ta tendencja nie potrwa w nieskończoność – dodaje dr Kwiecień.

Rodzi się więc pytanie, jakich inwestycji unikać. Według Bartosza Sawickiego, w gorszej sytuacji mogą znaleźć się spółki, które były beneficjentami surowcowej hossy z pierwszej części roku. Towary skokowo podrożały. W wielu przypadkach ceny zostały wywindowane na pułapy, które będą trudne do utrzymania. Nie dotyczy to jednak spółek paliwowych. One powinny korzystać na silnym popycie wynikającym ze wzrostu mobilności.

– Uważałbym na spółki, które skorzystały na wzroście powiedzmy danego sektora, np. stalowego. Wydaje się, że jest dość mocny boom na rynku deweloperskim, ale też pojawiają się sygnały o bardzo dużym wzroście kosztów wykonawstwa i materiałów. Sądzę, że deweloperzy mają znaczną część wzrostu już za sobą. W gronie emitentów jest wiele podmiotów gamingowych. Ale sporo z nich ma znikome obroty, albo nie odnotowuje ich w ogóle. Wydaje się, że tu hossa przyhamowała – stwierdza analityk DM Banku Ochrony Środowiska.

Jak zaznacza Marek Zuber, trzeba uważać na spółki, które w największym stopniu uzależnione są od polityki w Polsce. A więc przede wszystkim są związane ze Skarbem Państwa. One mogą oczywiście fantastycznie iść w górę. Przykładowo, sektor energetyczny po decyzji o wydzieleniu aktywów węglowych bardzo ładnie wzrósł. Ale jednocześnie możemy sobie wyobrazić decyzję, która doprowadzi do spadku. Zdaniem eksperta, to największy element ryzyka związanego z działalnością na rynku.

– W ogóle nie jestem za podejściem polegającym na inwestowaniu w jeden rodzaj firm. Zawsze staram się zwrócić uwagę na to, czym się charakteryzowały spółki, które w przeszłości miały dobre wyniki. I na podstawie tego dokonuję selekcji, szukam podobnych podmiotów. One mogą być z różnych sektorów. Czy to będzie spółka informatyczna, z branży e-commerce czy farmaceutyczna, to już dla mnie ma znaczenie wtórne – podsumowuje główny ekonomista X-Trade Broker.

MLP Group mocno poprawiło wyniki w I półroczu br.

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za I półrocze 2021 r. W tym okresie Grupa osiągnęła przychody w wysokości 97,6 mln zł (+16% r./r.). Zysk netto wyniósł 166,5 mln zł, co oznacza poprawę o 38% w ujęciu r./r. Z kolei wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła przez pierwszych sześć miesięcy roku o 24% do poziomu 1,5 mld zł, a wartość nieruchomości inwestycyjnych brutto zwiększyła się o 16% do 2,7 mld zł.

MLP Group kontynuuje dynamiczny rozwój na wszystkich obsługiwanych rynkach. Strategicznym celem pozostaje rozwój w Polsce oraz na rynku niemieckim, austriackim oraz rumuńskim.  MLP Group oferuje powierzchnie magazynowe w formacie magazynów big box oraz obiektów typu City Logistics. Pierwszym projektem z zakresu logistyki miejskiej jest MLP Business Park Berlin i MLP Business Park Poznań. Koncept City Logistics będzie rozwijany również w innych lokalizacjach, m.in. w MLP Łódź i MLP Wrocław West.

Rynek magazynowy jest rozpędzony i bardzo dobrze sobie radzi w obecnych warunkach gospodarczych. Popyt, po chwilowemu wstrzymaniu w okresie pandemii, na nowo się odrodził i jest obecnie bardzo silny. Na rynku mamy rekordową wielkość powierzchni w budowie. Motorem napędowym najmu powierzchni magazynowych pozostaje sektor e-commerce, logistyki oraz lekkiej produkcji. Dodatkowo na generowany popyt wpływ mają również klienci przenoszących produkcję z krajów azjatyckich do Europy w celu skrócenia łańcucha dostaw. Pierwsza połowa roku była także dla nas bardzo udanym okresem. Znacznie poprawiliśmy wyniki finansowe na wszystkich poziomach rachunku wyników. Dzięki inwestycjom w rozbudowę parków oraz zwiększeniu banku ziemi mocno wzrosła również wartość posiadanych aktywów. W kolejnych latach spodziewamy się dalszego długofalowego i stabilnego rozwoju rynku magazynowego. Widzimy też rosnące zapotrzebowanie na powierzchnie ad hoc. Dlatego poza inwestycjami popartymi umowami pre let chcemy więcej budować także na zasadach spekulacyjnych – powiedziała Monika Dobosz, Dyrektor finansowa w  MLP Group S.A.

Grupa Kapitałowa MLP Group cały czas utrzymuje bardzo dobrą kondycję finansową. W pierwszym półroczu br. zwiększyła o 24% wartość aktywów netto (NAV) do poziomu 1,5 mld zł. Wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła z kolei o 16% do 2,7 mld zł. Przez pierwsze sześć miesięcy roku Grupa osiągnęła 97,6 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost w ujęciu r./r. o 16%. Wypracowała jednocześnie 205,5 mln zł zysku na działalności operacyjnej oraz 166,5 mln zł zysku netto. W analogicznym okresie poprzedniego roku było to odpowiednio: 194,7 mln zł oraz 121,1 mln zł.

W pierwszej połowie 2021 roku Grupa realizowała projekty o łącznej powierzchni blisko 200 tys. m2. Z tego zakończone zostały w tym okresie inwestycje o łącznej powierzchni ok 50 tys. m2 głównie w parkach: MLP Pruszków II, MLP Poznań i MLP Business Park Berlin I. Na koniec czerwca br. MLP Group oferowało 736,3 tys. m2 gotowej powierzchni najmu. Jednocześnie w trakcie budowy i przygotowaniu pozostawało 142 tys. m2. Docelowa powierzchnia posiadanych parków wynosi 1,38 mln m2. Dodatkowo MLP Group posiada rozbudowany bank ziemi, którego łączna wielkość na wszystkich rynkach działalności wynosi 109,4 ha. Grupa posiada również szereg umów rezerwacyjnych na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne w Polsce, Niemczech i Austrii.

– Rozbudowany bank ziemi i szereg umów rezerwacyjnych zapewniają nam możliwość stabilnego rozwoju działalności w kolejnych latach na wszystkich obsługiwanych rynkach. Poza umacnianiem pozycji w Polsce konsekwentnie prowadzimy ekspansję w Niemczech i Austrii. Zakończyliśmy właśnie budowę parku magazynowego w Berlinie. Z kolei w Unna jesteśmy w trakcie budowy nowego obiektu magazynowego o powierzchni 56 tys. m2, która zakończy się w pierwszym półroczu 2022 roku. W trakcie realizacji są także projekty w Niederrhein i w Wiedniu. Kolejne inwestycje planujemy w Kolonii, Frankfurcie nad Menem, Lipsku oraz Gelsenkirchen. Wszystkie nasze nowe projekty realizujemy z uwzględnieniem rozwiązań chroniących środowisko. Nie zapominamy też o naszych starszych obiektach i systematycznie je modernizujemy dostosowując do najwyższych standardów. Chcemy, aby każdy z nich posiadał certyfikat BREEAM na poziomie co najmniej Good – dodała Monika Dobosz.

Zgodnie ze strategią „build & hold” MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu i samodzielnie nimi zarządza. Wszystkie projekty realizowane przez Grupę wyróżnia również bardzo atrakcyjna lokalizacja parków logistycznych, stosowanie rozwiązania typu built-to-suit oraz wsparcie najemcy w trakcie trwania umowy najmu.

„Jak pisać i mówić o uchodźcach? Instytut Zamenhofa przygotował poradnik dla mediów

Jak pisać i mówić o uchodźcach i kryzysie migracyjnym to problem, z którym dziennikarze/rki w Europie mierzą się co najmniej od dwóch dekad. Ostatnie dni pokazały, że ta kwestia dotyczyć będzie też polskich mediów, które opisują losy migrantów na granicy polsko-białoruskiej. Instytut Zamenhofa opracował poradnik, który wskazuje, jakie zasady stosować, by nie popełniać błędów.

Język nie tylko służy opisywaniu świata, ale także pokazuje kontekst wydarzeń. Może budzić emocje, łączyć lub dzielić. Nieprawidłowo użyty może być narzędziem manipulacji, a nawet dyskryminacji na którą szczególnie narażone są grupy mniejszościowe – w tym uchodźcy.

W związku z wydarzeniami ostatnich dni – kryzysem na granicy polsko-białoruskiej i przebywającymi tam migrantami – debata publiczna powinna być uwrażliwiona na poprawność w pisaniu i mówieniu o uchodźcach. Przed takim wyzwaniem stanęły również media, które – jak wskazujemy w poradniku – początkowo popełniały błędy, często występujące z niewiedzy. Relacjonowanie tematu migracji może być wyzwaniem, na które polskie kodeksy etyczne mediów nie mają gotowe odpowiedzi. Dlatego Instytut Zamenhofa przygotował poradnik, który pomoże dziennikarkom i dziennikarzom w relacjonowaniu tematyki migracji. W poradniku są zawarte kluczowe wnioski oraz rekomendacje, opis najczęściej pojawiających się błędów i propozycje ich poprawy, a także zarys kodeksów i regulacji na przykładzie zagranicznych mediów.

– Przekaz medialny odgrywa istotną rolę w kształtowaniu rzeczywistości. Używanie języka wykluczającego, dyskryminującego, czy dehumanizującego niesie ze sobą konsekwencje w postaci zmniejszenia społecznej wrażliwości, wzmocnienia uprzedzeń i szkodliwych stereotypów, a nawet – kształtowania wrogich postaw. Na skutki takich działań narażone są przede wszystkim grupy mniejszościowe, które nierzadko stawia się w roli „innego” i „obcego”. Dlatego pisząc o uchodźcach i uchodźczyniach, należy wykazać się dużą wrażliwością na słowo. Mamy nadzieję, że niniejszy poradnik okaże się w tym pomocny – komentuje Mateusz Adamczyk, doktorant na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu, członek Zespołu Retoryki i Komunikacji Publicznej Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN; współautor raportu.

Sytuacja w której znajdujemy się w mediach jest nie tylko trudna pod kątem kolejnego wyzwania związanego ze specjalistyczny dziennikarstwem ale także wymagająca warsztatowo. Poradnik Instytutu Zmanhofa jest tylko tak naprawdę propozycją dla kolegów i koleżanek dziennikarzy i dziennikarek. Warto by polskie redakcje zaczęły wypracowywać własne “style booki” poprawnego i rzetelnego komunikowania o skomplikowanych tematach. A tych mamy przecież coraz więcej  – mówi  Sylwia Czubkowska, szefowa rady Instytut Zamenhofa, redaktorka prowadząca Spider’sWeb+.

Kilka rekomendacji, jakie Instytut Zamenhofa wskazał w raporcie to: „Zadbaj o właściwe słownictwo”, „Chroń wizerunek”, „Zapanuj nad swoimi emocjami”, „Obserwuj innych. Korzystaj z cudzych doświadczeń”, „Starannie weryfikuj źródła”, „Zadbaj o standardy w swojej redakcji”. Wierzymy, że pozwolą one w sposób rzetelny i etyczny opisywać zagadnienie migracji w polskich mediach. Zachęcamy, aby ten zbiór wskazówek wydrukować i powiesić w redakcji/biurze/domu, co pozwoli na szybkie przyswojenie zasad i rzetelną debatę.

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW w pierwszej połowie 2021 r.

  • W I półroczu 2021 r. krajowi inwestorzy indywidualni wygenerowali 24 proc. obrotów
    na Głównym Rynku (GR) akcji GPW (+2 pp. rdr) – to rekordowy udział za pierwsze półrocze w ciągu ostatniej dekady. Inwestorzy zagraniczni odpowiadali za 55 proc. obrotów (-3 pp. rdr), a instytucjonalni – za 21 proc. (+1 pp. rdr)
  • Na rynku NewConnect prym nadal wiodą inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wyniósł 88 proc. (-5 pp. rdr). Wzrósł udział inwestorów instytucjonalnych
    do 6 proc. (+1 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych również wyniósł 6 proc. i zwiększył się o 4 pp. rdr
  • Na rynku kontraktów terminowych w I połowie 2021 r. udział inwestorów indywidualnych spadł o 8 pp. rdr do 34 proc. obrotów, a instytucjonalnych spadł o 1 pp. i wyniósł 37 proc. Udział inwestorów zagranicznych wzrósł o 9 pp. rdr do 29 proc. Był to historycznie najwyższy udział, zarówno w pierwszym półroczu, jak i całym roku w ciągu ostatnich 10 lat

Główny Rynek GPW

W I połowie 2021 r. na Głównym Rynku akcji GPW największy udział w obrocie mieli inwestorzy zagraniczni. Wyniósł on 55 proc., o 3 pp. mniej w porównaniu z poprzednim rokiem. Krajowi inwestorzy indywidualni wygenerowali 24 proc. obrotów, co stanowiło wzrost  o 2 pp. niż przed rokiem. Był to również najwyższy udział w pierwszym półroczu w ciągu ostatnich 10 lat. Krajowi inwestorzy instytucjonalni wygenerowali 21 proc. obrotów, o 1 pp. więcej niż w I połowie 2020 r.

Tabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)

Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji

Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

NewConnect

Na rynku NewConnect największą rolę odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni. W pierwszej połowie tego roku odpowiadali za 88 proc. obrotów, co stanowi spadek o 5 pp. rdr. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 6 proc. obrotów, o 4 pp. więcej rdr. Instytucje odpowiadały za 6 proc. obrotów  o 1 pp. więcej niż w tym okresie przed rokiem.

Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku NewConnect
Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

Rynek Instrumentów Pochodnych

W pierwszej połowie 2021 r. udział krajowych inwestorów indywidualnych w wolumenie obrotów kontraktami terminowymi kształtował się na poziomie 34 proc. (-8 pp. rdr), a opcjami 42 proc. (-7 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych wzrósł o 9 pp. rdr do 29 proc. w obrotach kontraktami i był historycznie rekordowym udziałem, zarówno w wynikach za pierwsze półrocze, jak i cały rok w ciągu ostatnich 10 lat. Udział inwestorów zagranicznych wzrósł również na opcjach i wyniósł 35 proc. (+ 5 pp. rdr). Stanowił również najwyższy odsetek w pierwszym półroczu w ciągu ostatnich 10 lat. Udział w obrotach kontraktami terminowymi inwestorów instytucjonalnych spadł w pierwszym półroczu tego roku do 37 proc. (-1 pp. rdr), a na rynku opcji zwiększył się do 23 proc. (+2 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych i indywidualnych na rynku produktów strukturyzowanych wyniósł odpowiednio: 49 proc. i 51 proc.

Tabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych
Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

Tabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku opcji
Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku produktów strukturyzowanych (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku produktów strukturyzowanych
Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

Catalyst

Udział krajowych inwestorów indywidualnych w obrocie obligacjami na rynku Catalyst spadł o 13 pp. rdr do 26 proc. w pierwszej połowie 2021 r. Udział inwestorów zagranicznych wzrósł do 1 proc. (+1 pp. rdr), natomiast inwestorów instytucjonalnych wzrósł o 12 pp. rdr do 73 proc., co stanowi rekord wyników
z ostatniej dekady.

Tabela 6. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku obligacji
Źródło: Dane GPW, na podstawie zleceń maklerskich Członków Giełdy

Szczegółowe wyniki badania dotyczącego udziału inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi zostały opublikowane na stronie internetowej GPW: https://www.gpw.pl/analizy.

Giełda zmieniła sposób pozyskiwania danych do wyliczenia udziału poszczególnych grup inwestorów w obrotach giełdowych. Obecnie informacje te pochodzą ze zleceń maklerskich przekazywanych do systemu transakcyjnego Giełdy. Informacje o liczbie rachunków internetowych pochodzą z ankiet wysyłanych przez GPW do krajowych domów maklerskich. Natomiast informacja o liczbie aktywnych rachunków inwestycyjnych pochodzi z systemu transakcyjnego Giełdy – jest to liczba rachunków, z których w badanym okresie złożono co najmniej jedno zlecenie na GPW.

Opodatkowanie nieużytkowanych budynków po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 24 lutego 2021 r., sygn. SK 39/19

Podatek od nieruchomości jest podatkiem majątkowym, płaconym w związku z posiadaniem nieruchomości. Dotychczasowe orzecznictwo sądów administracyjnych oraz stanowisko organów podatkowych nie dawały możliwości obniżenia zobowiązania w związku ze stanem technicznym budynku niepozwalającym na wykorzystanie go w prowadzonej działalności gospodarczej. Dochodziło więc do sytuacji, w której przedsiębiorca posiadający budynki musiał opodatkować je najwyższymi stawkami podatku od nieruchomości związanymi z wykorzystaniem ich w działalności gospodarczej, pomimo że stan techniczny tych budynków nie dawał możliwości ich wykorzystania (przykładowo WSA w Gliwicach w wyroku z dnia 11 czerwca 2019 r., sygn. I SA/Gl 196/19). Wydawało się, że temat jest już stracony, kiedy to pomocną dłoń do podatników wyciągnął Trybunał Konstytucyjny, którego stanowisko zaprezentowane w wyroku z 24 lutego 2021 r., sygn. SK 39/19, daje podatnikom nadzieję na zmianę dotychczasowego niekorzystnego podejścia.

Definicja budynku

Zgodnie z art. 1a ust. 1 pkt 1) ustawy o podatkach i opłatach lokalnych przez budynek należy rozumieć obiekt budowlany w rozumieniu prawa budowlanego spełniający cztery przesłanki:

  • trwale związany z gruntem,
  • wydzielony z przestrzeni za pomocą przegród budowlanych,
  • posiadający dach oraz

Sądy administracyjne słusznie wskazują, że przytoczona powyżej definicja nie uwzględnia stanu technicznego budynku. Zły stan techniczny budynku czy duży stopień zniszczenia albo przeznaczenie do rozbiórki nie wpływają na ustawową klasyfikację danego obiektu do budynków, w związku z czym nawet rozpadające się obiekty, tak długo, jak spełniają powyższą definicję, powinny być opodatkowane podatkiem od nieruchomości (przykładowo wyrok NSA z 16 października 2020 r. sygn. II FSK 1730/18). Warto wskazać, że NSA podkreślił, iż nawet słaby stan dachu lub jego częściowy brak nie wpływają na zmianę klasyfikacji budynku. Dopiero przy całkowitym zdjęciu dachu obiekt nie będzie stanowił budynku w rozumieniu ustawy o podatkach i opłatach lokalnych.

Stawki podatku od nieruchomości

Stawki podatku od nieruchomości ustala rada gminy, niemniej ustawa wskazuje najwyższe stawki, jakie rada gminy może określić na dany rok. Najwyższa stawka podatku od nieruchomości jest przypisana do budynków związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej (24,84 zł od 1 m2 powierzchni użytkowej). Z kolei stawka maksymalna dla pozostałych budynków, tj. niemieszkalnych i niewykorzystywanych w działalności gospodarczej, wynosi 8,37 zł, czyli jest prawie trzykrotnie niższa od stawki dla budynków wykorzystywanych w działalności gospodarczej.

Budynki związane z działalnością gospodarczą

W myśl art. 1a ust. 1 pkt 3 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, aby stwierdzić, że budynek jest związany z działalnością gospodarczą, wystarczy, że będzie w posiadaniu przedsiębiorcy. Oznacza to, że ustawodawca uzależnił zastosowanie najwyższej stawki podatku od faktu posiadania przez przedsiębiorcę budynku, niezależnie od faktycznego wykorzystania go w działalności gospodarczej. Jedyna możliwość zastosowania niższych stawek wynika z art. 1a ust. 2a pkt 3 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, zgodnie z którym nie uważa się za budynek i budowle związane z działalnością gospodarczą obiektów, w stosunku do których wydano decyzję administracyjną o rozbiórce.

Wpływ wyroku TK z 24 lutego 2021 r.

Podstawową tezą wynikającą z wyroku Trybunału jest niezgodność z Konstytucją przepisów zobowiązujących do zastosowania najwyższej stawki podatku od nieruchomości do budynków wykorzystywanych na cele działalności gospodarczej, bazując jedynie na samym fakcie posiadania tych budynków przez przedsiębiorcę, niezależnie od stanu technicznego tych budynków i możliwości wykorzystania ich do prowadzenia działalności. Zatem Trybunał otworzył dyskusję w zakresie uznania budynków znajdujących się w złym stanie technicznym, uniemożliwiającym użytkowanie, za związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Orzeczenie Trybunału można również odnieść do budowli, czyli budowle posiadane przez przedsiębiorcę, ale z uwagi na stan techniczny niewykorzystywane, również nie powinny być opodatkowane w ramach działalności gospodarczej.

Zaakceptowanie przez sądy administracyjne stanowiska Trybunału Konstytucyjnego daje szansę podatnikom na zmniejszenie zobowiązań podatkowych w podatku od nieruchomości. Warto zaznaczyć, że Naczelny Sąd Administracyjny już wydał pozytywne wyroki, powołując się na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego – wyrok NSA z dnia 19 maja 2021 r., sygn. III FSK 3422/21 oraz wyrok NSA z dnia 19 maja 2021 r., sygn. III FSK 3449/21.

Zatem przedsiębiorcy mogą przy spełnieniu pewnych warunków nie wykazywać w ogóle nieużywanych w działalności gospodarczej budynków i budowli, jednak powinni zadbać o to, aby zinwentaryzować majątek, zebrać uzasadnienie za brakiem wykorzystania obiektów w działalności gospodarczej, a także zapewnić brak użytkowania tych budynków i budowli. Pozwoli to z pewnością osiągnąć wymierne efekty podatkowe, jeżeli chodzi o wysokość podatku od nieruchomości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dziś rozpoczynają się zapisy w wezwaniu na sprzedaż 100% akcji PGS Software

Rozpoczyna się okres przyjmowania zapisów w wezwaniu ogłoszonym przez holenderską firmę technologiczną Xebia Group („Xebia”, „Wzywający”) na wszystkie akcje PGS Software („Spółka”). Zapisy na wezwanie potrwają od 26 sierpnia do 29 września. Cena akcji w wezwaniu została ustalona na 15,75 zł.

Zarząd PGS Software opublikował 23 sierpnia br. stanowisko zarządu dotyczące wezwania, w którym ocenił, że oferowana cena w wezwaniu odpowiada wartości godziwej Spółki. Analiza ceny zaproponowanej w wezwaniu przeprowadzona przez zarząd Spółki bazowała między innymi na opinii przygotowanej przez Grant Thornton Frąckowiak sp. z o.o. sp.k.

Wzywający zawarł umowę z większościowymi akcjonariuszami, kontrolującymi ponad 75 proc. głosów na Walnym Zgromadzeniu zgodnie z którą, zobowiązali się oni bezwarunkowo i nieodwołalnie do odpowiedzi na ogłoszone wezwanie, przy czym ustalona cena sprzedawanych przez nich akcji wyniesie 14,30 zł za jedną akcję, czyli niższej od oferowanej w wezwaniu o niemal 10%. Taka możliwość różnicowania ceny wynika z art. 79 ust. 4 Ustawy z dnia 29.07.2005 r. o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych, gdzie w odniesieniu do akcji stanowiących co najmniej 5% wszystkich akcji spółki można zaoferować cenę niższą niż cena wezwania dla akcjonariuszy mniejszościowych.

Zamiarem Wzywającego jest nabycie 100% Akcji PGS Software oraz ogólnej liczby głosów na Walnym Zgromadzeniu. Xebia podała, że w przypadku przekroczenia w wezwaniu progu 95% liczby głosów na WZA, zamierza ogłosić przymusowy wykupu Akcji należących do akcjonariuszy mniejszościowych Spółki. Dodatkowo, Wzywający zamierza podjąć działania w celu wycofania Akcji z obrotu na rynku regulowanym, zgodnie z art. 91 Ustawy. Wycofanie Akcji z obrotu na rynku regulowanym będzie wymagało decyzji Komisji Nadzoru Finansowego.  Naszym celem jest przejęcie 100% akcji PGS Software i dalszy rozwój działalności spółki na prywatnym rynku w ramach naszej grupy. Wezwanie może być zatem okazją dla mniejszościowych akcjonariuszy spółki do sprzedaży akcji i zrealizowania zysków z tej inwestycji – przekazał Anand Sahay, co-CEO Xebia.

Zapisy na wezwanie potrwają od 26 sierpnia do 29 września. Inwestor posiadający akcje PGS Software, może odpowiedzieć na wezwanie w biurze maklerskim, które prowadzi jego rachunek papierów wartościowych. Wezwanie dojdzie do skutku, jeśli inwestorzy złożą zapisy na akcje dające prawo do co najmniej 66 proc. ogólnej liczby głosów w PGS Software oraz zostaną spełnione inne, określone w wezwaniu, warunki o charakterze korporacyjnym.

Doradcą finansowym oraz firmą pośredniczącą w wezwaniu jest Santander Bank Polska S.A. – Santander Biuro Maklerskie. Doradcą prawnym Wzywającego jest kancelaria Clifford Chance Janicka, Krużewski, Namiotkiewicz i wspólnicy sp.k. Doradcą finansowo-podatkowym był Ernst & Young sp. z o.o. Corporate Finance sp. k.

Komornik przychodzi po psa/kota, czyli analiza granic egzekucji komorniczej

Jeśli zadłużonej osobie przysługuje zasiłek macierzyński, to nie musi obawiać się, że wszystko straci w wyniku egzekucji komorniczej. W przypadku dłużnika pobierającego zasiłek macierzyński możliwe jest zajęcie wyłącznie kwoty odpowiadającej 25% pobieranego zasiłku.

Czy komornik może zająć zwierzęta domowe, np. psa lub kota?

W świetle aktualnie obowiązujących przepisów ustawy „o ochronie praw zwierząt” zwierzęta są istotami żyjącymi, odczuwającymi cierpienie. Jednocześnie jednak w sprawach nieuregulowanych ustawą stosuje się do nich przepisy o rzeczach. W takim ujęciu psy lub koty – w szczególności rasowe i przedstawiające pewną wartość – mogą być przedmiotem zajęcia i egzekucji komorniczej. Nawet ustawodawca w treści przepisów kodeksu postępowania cywilnego wprost wskazuje, że do egzekucji zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy o egzekucji z ruchomości, z uwzględnieniem ochrony praw zwierząt oczywiście. Odpowiadając zatem na pytanie postawione w tytule: TAK, komornik może zająć zwierzęta domowe, w tym psa lub kota.

Inną sprawą jest, że egzekucje takie w praktyce trudne są do przeprowadzenia. Głównie ze względu na przeszkody i obostrzenia związane z przechowywaniem żywych zwierząt.

Masz problem z komornikiem? Szukaj rozwiązań, które są na wyciągnięcie ręki!

Osoby mające problemy komornicze bardzo często poddają się i nie szukają pomocy. Na przestrzeni ostatnich lat w Kancelarii Eurolege pomogliśmy w oddłużeniu kilku tysiącom osób. Nasze doświadczenie wyraźnie pokazuje, że taka negatywna postawa może być bardzo kosztownym błędem.

Jest pewien, niemały procent spraw, w których możliwe jest uchylenie tytułu egzekucyjnego, umorzenie egzekucji i nawet odzyskanie wszystkich zabranych pieniędzy!

Czy jest to możliwe w konkretnym przypadku, zawsze zależne jest od analizy sprawy. Jeśli osoba zadłużona nie pamięta żadnego postępowania sądowego, a ma postępowanie komornicze, to istnieje duża i realna szansa na skuteczną pomoc. Należy jednak w takiej sytuacji rozpocząć proces zmierzający do uchylenia wadliwego tytuły egzekucyjnego. Koniecznym staje się kontakt z sądem i komornikiem.

Proces oddłużania zawsze warto poprzedzić rozmową z doświadczonym prawnikiem, specjalistą w tym zakresie. Osoba niemająca doświadczenia procesowego może popełnić proste błędy, które w przyszłości mogą skutkować uniemożliwieniem przeprowadzenia skutecznego oddłużania z komornikiem.

Autor: Jacek Andrzejewski – kancelaria Eurolege

Komitet Obrony Branży Targowej: wciąż brak wytycznych do organizacji targów

Na wytyczne dotyczące organizacji imprez targowych czekają wciąż przedsiębiorcy zajmujący się projektowaniem i budową stoisk, a także wszyscy, którzy pracują dla branżowych targów. 1 września rozpocząć się powinien, jak zwykle, sezon targowy. – Decydenci ponownie pogrywają sobie z branżą targową w kotka i myszkę. Mamy się dowiedzieć, jak brzmią przepisy już w trakcie trwania imprez? – pytają właściciele firm zrzeszeni w Komitecie Obrony Branży Targowej. Wytyczne dotyczą bezpieczeństwa pandemicznego i obowiązywać mają zarówno organizatorów, jak i uczestników imprez targowych. Przedsiębiorcy, którzy szykują powierzchnie wystawiennicze, powinni znać te wytyczne wcześniej, aby się do nich dostosować.

Początek września miał wlać odrobinę nadziei w serca targowych przedsiębiorców, bowiem wtedy właśnie tradycyjnie zaczyna się sezon targowy. Zbliżająca się 4 fala pandemii coraz bardziej nastawia ich jednak sceptycznie wobec tego, co się wydarzy. Ich wątpliwości potęguje dodatkowo brak precyzyjnych wytycznych, jak w pandemicznych warunkach należy organizować imprezy targowe.

– Do sprawnej organizacji targów, eventów oraz konferencji potrzebny jest czas. Nikt nie zorganizuje imprezy targowej z dnia na dzień. Potrzeba miesięcy pracy całych zespołów ludzkich, żeby doprowadzić do otwarcia MSPO, POLAGRY, KRAKDENTU czy TRAKO – tłumaczy Krzysztof Szofer z Komitetu Obrony Branży Targowej, dodając, co dziś stanowi największy problem dla targowych przedsiębiorców. – Na domiar złego,  na tydzień przed upływem terminu obowiązujących obostrzeń sanitarnych, nikt nie opublikował nowych rozporządzeń w tym zakresie. I ponownie decydenci pogrywają sobie z branżą w kotka i myszkę – mówi Krzysztof Szofer, powołując się na obecne wytyczne, które 31 sierpnia przestaną być aktualne. Na razie jednak widnieją one na jednej z rządowych stron. – Organizujecie targi we wrześniu, a my Wam powiemy, jakie przepisy będą obowiązywały wystawców, zwiedzających i firmy pracujące przy obsłudze danej imprezy, najlepiej w trakcie jej trwania – stara się odgadnąć intencje rządzących Krzysztof Szofer.

Branża targowa to jedna z najbardziej dotkniętych pandemią gałęzi gospodarki, pomimo nawet teoretycznego jej „odmrożenia” od początku lata tego roku. Przypadło ono jednak bowiem na miesiące wakacyjne, a to tradycyjnie już dla targów martwy sezon. Zwykle ruszają one od września. Na kilka dni przed jego początkiem brak precyzyjnych informacji, czy w ogóle będzie można je organizować, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Powinny one precyzować np., ile osób mogłoby jednorazowo uczestniczyć w danej imprezie targowej, czy miałyby one deklarować, czy są zaszczepione, a także – jaka maksymalnie przestrzeń miałaby przysługiwać danym wystawcom, aby zachować niezbędne wymogi bezpieczeństwa epidemicznego. Takich właśnie informacji wciąż brakuje, co dezorientuje, a nawet niepokoi, przygotowujących się do urządzania przestrzeni wystawienniczych przedsiębiorców.

– Jak można poważnie myśleć o odbudowie polskiego przemysłu targowego, o odbudowie potencjału, jaki mają narodowe ośrodki wystawiennicze, czy też o możliwościach, jakimi dysponowały polskie firmy świadczące usługi okołotargowe w całej Europie, jeśli ze stronny decydentów oraz rządzących spotykamy się tylko z ignorancją – uważa Krzysztof Szofer. Dla zrzeszonych w Komitecie Obrony Branży Targowej przedsiębiorców jest sprawą oczywistą, że branża nie dysponuje kombajnami i ciągnikami i nie pojedzie blokować nimi dróg, ale powinno być też oczywistym, że za podniesieniem się z niebytu po 18 miesiącach faktycznego lockdownu stoi cała rzesza przedsiębiorstw, które chciałyby powrócić do promocji swoich produktów, urządzeń, maszyn i myśli technicznej właśnie podczas targów i wystaw gospodarczych. – Powtarzamy to wytrwale – targi są narzędziem i kołem zamachowym rozwoju małych i dużych firm, ale również całej gospodarki. Brak regularnych imprez targowych nasza gospodarka odczuje nie za miesiąc albo dwa, ale za rok, najdalej dwa. Wówczas przedsiębiorcy odczują, czym jest brak normalnych w gospodarce rynkowej kontaktów biznesowych – przewiduje Krzysztof Szofer. Przypomina też, że efekty ostatniego odblokowania branży, do jakich doszło na przełomie wiosny i lata tego roku, okazały się bardzo słabe.

– Mija już drugi miesiąc od daty odmrożenia branży targowej. Tak, jak można było się spodziewać, do dnia dzisiejszego nie odbyły się żadne większe targi. Przyczyną nie była niechęć wystawców, ale okres wakacyjny – tradycyjnie już stanowiący przerwę w sezonie wystawienniczym – zaznacza, porównując zachowanie rządzących w tej sprawie do „gestu Piłata” czyli „umycia rąk” od całego problemu.

– Pozostawiono więc firmy z branży targowej samym sobie, nie zapewniając im żadnej pomocy w tym okresie. To tak, jakby postawić pływaków przed pustym basenem i powiedzieć im – ćwiczcie sobie pływanie, a my Wam napuścimy wody za dwa miesiące – objaśnia Krzysztof Szofer.

Mimo, że tzw. przemysł targowy to jedna z tych gałęzi gospodarki, które pozostają w przeważającej mierze właściwie cały czas zablokowane przez pandemię, skierowana do niego przez władze pomoc jest cały czas bardzo skromna. Wiele firm upadło lub zawiesiło swoją działalność, niektóre zmieniły branżę, zaś te, które pozostały, liczą dziś na pomoc i przejrzyste zasady funkcjonowania. Wytyczne dotyczące organizacji targów stanowią właśnie główną część tych zasad. Komitet Obrony Branży Targowej występuje cały czas do rządzących w tej sprawie. Dotychczasowe straty branży targowej w czasie pandemii wynoszą ponad 3 mld złotych. Najbliższe, planowane na wrzesień, imprezy targowe to m.in. ITM oraz DREMA w Poznaniu, MSPO w Kielcach, TRAKO w Gdańsku czy REHA INNOVATIONS w Krakowie.

Szybki rzut oka na EBC

Rynki finansowe od początku tygodnia żyją sympozjum w Jackson Hole, a precyzyjnie rzecz ujmując piątkowym wystąpieniem szefa Rezerwy Federalnej J. Powella. Wprawdzie historycznie wydarzenie nie wzbudzało wielkiej euforii wśród obserwatorów, ale odkąd były przewodniczący Fed Bernanke ogłosił tam program luzowania ilościowego (ku zaskoczeniu rynku) ranga wydarzenia urosła. Również w tym roku inwestorzy oczekują podania szczegółów zmian w polityce pieniężnej Fed. Rynki są podzielone co do tego, czy piątkowe wystąpienie prezesa Jerome’a Powella na dorocznym sympozjum będzie wyraźniejszym wskazaniem, kiedy i jak Fed będzie ograniczał QE. Na łamach środowego felietonu pisałem, że Powell (znany z gołębiego podejścia) zyskał argumenty ku wstrzymaniu się z publikacją szczegółów wychodzenia z programu skupu aktywów, niemniej z uwaga należy śledzić piątkowe wydarzenia.

Nie samym Jackson Hole człowiek żyje. W czwartek o 13:30 opublikowany zostanie protokół z ostatniego (lipcowego) posiedzenia EBC. Tzw. „minutki” nie powinny wpłynąć na rynki finansowe, gdyż cokolwiek by się w nich nie znalazło, nie zmienia ogólnego obrazu polityki EBC. W środę Lane (główny ekonomista) przyznał, że bank centralny nie ma no sobie presji czasu, jeśli chodzi o decyzje ws. programu PEPP. Wprawdzie w czwartek protokół zostanie skomentowany przez mniej gołębich przedstawicieli banku (Villeroy czy Schnabel), niemniej nie spodziewam się większych ruchów po stronie euro. Nawet ewentualne techniczne zmiany w programie PEPP nie zmieniają fundamentalnie gołębiego nastawienia do polityki pieniężnej ze strony EBC. Najlepszym tego dowodem jest niedawna zmiana w strategii celu inflacyjnego. W związku z brakiem czynników cenotwórczych po stronie euro, w dalszym ciągu mając na uwadze parę EUR/USD należy spoglądać w kierunku USD, a nie EUR.

Na rynku złotego sytuacja nieco się poprawia. Przede wszystkim ma to związek z ostatnia poprawą nastrojów na rynkach bazowych, niemniej w dalszym ciągu krajowa waluta pozostaje relatywnie słaba na tle lokalnych rywali. Główną przyczyną jest odmienne nastawienie banku centralnego do polityki pieniężnej. Pomimo, iż przedstawiciele RPP są nieco mniej gołębi niż dotychczas to dystans do MNB czy CNB narasta z każdym miesiącem. Z tego względu kapitał chcący posiadać ekspozycję na region wybierają waluty, gdzie proces normalizacji polityki już się rozpoczął.

Maciej Madej, Analityk, Departament Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers

Duży wzrost cen OC!

Eksperci porównywarki Ubea.pl ostrzegali niedawno, że średnie składki OC mogą niebawem znów wzrosnąć. Znacząca podwyżka cen ubezpieczenia w lipcu potwierdza te prognozy. Dlaczego ceny OC rosną? Czy jesienią czekają na kierowców kolejne podwyżki OC?

Analizując wzrost średniej wartości szkody likwidowanej z OC, eksperci Ubea.pl ostrzegali przed tym, że już niedługo ceny ubezpieczenia mogą zacząć ponownie rosnąć. I faktycznie: w lipcu spełnił się niekorzystny dla kierowców scenariusz. W siódmym miesiącu roku średni koszt OC wzrósł aż o 5% w porównaniu z czerwcem. Dodatkowych powodów do niepokoju dla właścicieli samochodów dostarczają doniesienia na temat inflacji oraz wypadkowości na drogach. Czy zatem kierowcy powinni obawiać się kolejnych wyraźnych podwyżek OC?

Poziom barometru cenowego z lipca 2021 r. = 100↑ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 95↗)

Jak powstaje barometr OC?

Barometr OC przygotowywany przez Ubea.pl powstaje co miesiąc na bazie ponad 100 000 rzeczywistych i anonimowych kalkulacji wykonywanych przez internautów. Z tych obliczeń wyciągana jest średnia składka OC oferowana online przez ubezpieczycieli współpracujących z porównywarką.

Następnie taka składka zostaje porównana do wyniku ze stycznia danego roku, który stanowi punkt odniesienia dla barometru (poziom 100).

Ceny OC wzrosły gwałtownie

Jeszcze w czerwcu składka OC wynosiła ok. 95% wyniku ze stycznia. Tymczasem w lipcu ceny ubezpieczeń poszybowały i osiągnęły poziom bardzo zbliżony do tego notowanego na początku roku.

Nagła lipcowa podwyżka była największą zmianą od dłuższego czasu – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Jakie są przyczyny aż tak znaczącej podwyżki? Ma ona najprawdopodobniej związek z inflacją oraz wzrostem wartości szkód likwidowanych z OC.

Prognozy na najbliższe miesiące nie są niestety zbyt optymistyczne dla kierowców.

W trakcie tegorocznych wakacji Polacy przemierzyli wiele kilometrów samochodami, co przełożyło się niestety na wypadkowość na krajowych drogach – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert Ubea.pl. – Większa liczba szkód może skłonić ubezpieczycieli do dalszych podwyżek OC.

barometr lipiec 2021

Jak Generacja Z zmieni handel? Pokolenie Z to już dwie piąte populacji świata i co piąty Polak

Ukończenie edukacji, pierwszy staż czy nawet stała praca… Konsumenci z Generacji Z właśnie wchodzą w dorosłość. W Polsce do tego pokolenia zalicza się już co piąta osoba, a na całym świecie jego przedstawiciele stanowią aż 40 proc. populacji[1]. Ich siła nabywcza będzie szybko rosła, świat stoi przed nimi otworem, a nowe technologie pomagają w jego odkrywaniu. Czy wiesz, w jaki sposób podejmują decyzje przedstawiciele pokolenia, od którego wyborów konsumenckich będzie coraz mocniej zależała przyszłość gospodarki i handlu? To już nie Millenialsi, to natywni tubylcy ery cyfrowej. Jeśli z racji Twojej działalności zawodowej musisz być bliżej Generacji Z, warto zapoznać się z kilkoma informacjami na temat ich zachowań, przygotowanymi przez ekspertów ZEN.COM.

Jeden z najczęściej powielanych mitów marketingowych ostatnich czasów mówi o tym, że dla pokolenia Z nie liczą się produkty same w sobie, a przede wszystkim emocje i relacje z marką. Poza kilkoma przykładami absolutnie wyjątkowych marek, prawda jest inna. Młodzi klienci oczekują dobrego produktu w rozsądnej cenie. Uwaga – nie w najniższej, tylko właśnie w rozsądnej, którą na podstawie wcześniej zdobytych doświadczeń i zebranych z wielu źródeł informacji uznają za wartą zapłaceniamówi Michał Bogusławski, Commercial Director z ZEN.COM oferującego wirtualny portfel zarządzany z aplikacji.

Potwierdzają to badania. Aż 8 na 10 konsumentów z Pokolenia Z zawsze przegląda oferty w różnych e-sklepach, m.in. w poszukiwaniu najlepszej ceny[2], co dowodzi, że ma ona duży wpływ na podjęcie decyzji zakupowej. Młodzi – obeznani z cyfrowym światem i zasypywani promocjami w różnych kanałach – nie tylko uznają atrakcyjną cenę za jeden z ważniejszych czynników, ale także sprawdzają, czy upatrzonego produktu nie będą mogli kupić taniej w innym miejscu[3]. Jeśli jednak przyjrzymy się kolejnym czynnikom wpływającym na decyzje zakupowe, okaże się, że rywalizacja stricte cenowa byłaby strategią bardzo krótkowzroczną.

Potężny wpływ influencerów

Powszechnie wiadomo, iż młodzi ludzie regularnie korzystają z mediów społecznościowych, pozostając w kontakcie ze znajomymi dzięki komunikatorom online oraz chętnie sięgając po dobrodziejstwa cyfrowej rozrywki. Śledzą zachowania i rekomendacje influencerów, co przekłada się na podejmowane przez nich życiowe decyzje. Zaskoczeniem może jednak być skala tego wpływu.

Okazuje się, że aż 73 proc. reprezentantów polskiego Pokolenia Z wykorzystuje social media jako główne źródło informacji czy inspiracji. Dla dziewięciu na dziesięciu przedstawicieli tej generacji słuchanie muzyki na platformach streamingowych to oczywistość, a 77 proc. zgłębia świat filmów czy seriali[4]. Co więcej, przeciętna osoba w wieku 16-24 lat obserwuje średnio 64 kont influencerów – głównie na Instagramie, a prawie 74 proc. podejmuje decyzje na bazie ich poleceń. Co trzecia z tych decyzji dotyczy zakupów[5].

Pieniądze to nie wszystko

Coraz większe znaczenie ma płynność i wygoda samej transakcji – w tym kontekście ogromne znaczenie mają decyzje i wybory sprzedawców dotyczące tego, w jaki sposób rozliczają e-zakupy w swoim sklepie. Reprezentanci pokolenia Z źle znoszą zbędne formalności czy procedury. W dużej mierze wiąże się to z ich ogólnym, mocno zaangażowanym stosunkiem do świata.

Widać, że pieniądze nie pełnią decydującej roli w życiu przedstawicieli Generacji Z. Prawie połowa Polaków z tej grupy zgadza się, że są rzeczy ważniejsze niż stan konta bankowego[6]. Rodzina, wolontariat czy globalne wyzwania: to wszystko jest równie istotne – dodaje Michał Bogusławski z ZEN.COM. Młodzi chcą być na bieżąco ze wszystkim, co jest dla nich ważne, zamiast tracić czas na błahostki czy wyzwania techniczne. Coraz większą rolę odgrywa wygoda i komfort, nie tylko podczas zakupów online czy offline, ale także płacenia za rachunki czy bilety komunikacyjne. Innymi słowy – codzienne czynności powinny zajmować jak najmniej czasu.

Między innymi z tego względu 76 proc. młodych konsumentów płaci częściej kartą niż gotówką, a prawie 80 proc. korzysta z płatności zbliżeniowych[7].

Odpowiedź sprzedawców, czyli jak Generacja Z zmieni handel?

Skuteczna sprzedaż wiąże się ze zrozumieniem potrzeb konsumenta i jego codzienności. A to znaczy, że handel nie może zignorować zmiany pokoleniowej. Sukces będą odnosić ci sprzedawcy, którzy w umiejętny sposób zareagują na oczekiwania wchodzącej na rynek rzeszy klientów.

Umiejętny, czyli jaki? Bitwę o serca i portfele Pokolenia Z wygrają najprawdopodobniej handlowcy, którzy zdecydują się na:

  • Zintegrowany marketing. Docieranie do konsumentów tam, gdzie bywają codziennie – w mediach społecznościowych, komunikatorach czy aplikacjach.
  • Uproszczenie płatności. Tracenie czasu na przechodzenie przez kolejne formularze i pola zwiększa prawdopodobieństwo opuszczenia koszyka. Aby tego uniknąć, pomóc może prosta i intuicyjna w obsłudze bramka płatnicza, jak np. ta, oferowana przez ZEN.COM.
  • Sprzedaż doświadczenia, a nie jedynie produktu. Jeśli rywalizacja cenowa przestaje wystarczać, warto się zastanowić nad innymi aspektami oferty. Jaki problem rozwiązuje to, co sprzedajesz? Dlaczego konsumenci powinni być zainteresowani Twoją marką, a nie produktem konkurencji?
  • Rosnąca rola zaufania. Jeśli dany e-sklep stanie się dostatecznie wiarygodny w oczach Pokolenia Z, istnieje o wiele większa szansa, że jego reprezentanci sięgną do swojego portfela. W podejmowanych przez markę działaniach ważna jest również autentyczność, a więc nie tylko „co robi”, ale „dlaczego” to robi.

Młodzi konsumenci cenią wygodę, komfort i rozsądną cenę za dobry produkt – o tym się już przekonaliśmy. Wkrótce dowiemy się, jak bardzo – poprzez swoje oczekiwania – zmienią oni styl działania biznesu i sposób oferowania przez niego produktów, które wszyscy później wybieramy i kupujemy.

[1] Facebook, Meet the Future, 2021

[2] Mastercard, Badanie dot. postaw i zachowań Pokolenia Z na 11 rynkach, 2021

[3] Mastercard, Badanie dot. postaw i zachowań Pokolenia Z na 11 rynkach, 2021

[4] Mastercard, Badanie dot. postaw i zachowań Pokolenia Z na 11 rynkach, 2021

[5] IQS, Badanie dot. influencerów, 2021

[6] Mastercard, Badanie dot. postaw i zachowań Pokolenia Z na 11 rynkach, 2021

[7] Mastercard, Badanie dot. postaw i zachowań Pokolenia Z na 11 rynkach, 2021

Złoty odrabia straty

Po kilku dniach straszenia przebiciem poziomu 4,60 na euro złoty znów daje odrobinę odpoczynku. Wspomagają go w tym lepsze dane na temat rynku pracy w Polsce i uspokajanie się sytuacji na świecie.

Bezrobocie w dół

Zgodnie z oczekiwaniami bezrobocie w Polsce kolejny miesiąc spadało w lipcu. Mamy tutaj do czynienia z elementami sezonowymi, gdzie zwiększona ilość prac w turystyce powoduje spadek bezrobocia oraz z odradzaniem się gospodarki po pandemii. Warto zwrócić uwagę, że 5,8% to wynik mocno zbliżony do poziomów sprzed pandemii. W lipcu 2019 roku bezrobocie wynosiło 5,2%, co pokazuje, że narracja o katastrofie na polskim rynku pracy jest mocno przesadzona. Polski złoty reagował wczoraj dobrze i rozpoczął delikatne umacnianie się, finalnie dochodząc pod koniec dnia w okolice 4,57 zł za euro.

Węgrzy nie zaskakują

Węgierski Bank Narodowy już trzecie posiedzenie z rzędu podnosi stopy procentowe o 0,3%. Co ciekawe, Węgrzy w przeciwieństwie do większości państw na świecie zmieniają stopy procentowe co wielokrotność 0,15%, a nie jak inni co 0,25%. Nie zmienia to faktu, że od maja do dzisiaj stopy procentowe wzrosły z 0,6% do 1,5%. Strategia Węgier przewiduje większy nacisk na portfelu swoich obywateli i walkę z bańkami spekulacyjnymi. Polski pogląd, prezentowany zresztą przez wiele innych państw na świecie znacznie większy nacisk kładzie na wyniki makroekonomiczne i napędzanie gospodarki tanim kredytem pomimo inflacji. W rezultacie Węgrzy podnoszą stopy procentowe a my nie. Nie jest to bez znaczenia dla wyceny forinta, który pomimo olbrzymich strat w trakcie pandemii sprawnie je odrabia i już jest wyraźny droższy względem złotego niż przed lockdownami.

Ropa znów rośnie

W ciągu dwóch dni baryłka ropy podrożała o imponujące 5 dolarów, przeskakując z 65 dolarów na 70 dolarów za baryłkę. Wzrost cen ropy spowodowany jest korzystniejszymi prognozami popytu na ten surowiec w przyszłości. Analitycy wskazują korzystniejsze od oczekiwań dane względem rozwoju pandemii koronawirusa na świecie. Wzrost cen ropy nie przekłada się od razu na ceny na stacjach benzynowych, ale osoby wróżące tanie paliwo i argumentujace to spadkami cen ropy muszą skorygować swoje prognozy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Poprawa wykorzystania narzędzi i technologii jest priorytetem dla polskich specjalistów ds. marketingu, a ograniczenia budżetowe są dla nich głównym wyzwaniem

Salesforce, światowy lider w dziedzinie zarządzania relacjami z klientem (CRM), opublikował dziś siódmą edycję raportu „State of Marketing”, opracowanego na podstawie badania przeprowadzonego wśród tysięcy dyrektorów ds. marketingu z całego świata. Z raportu wynika, że polscy specjaliści ds. marketingu pozostają optymistycznie nastawieni do przyszłości swoich organizacji, pomimo bezprecedensowych zmian i wyzwań, które pojawiły się w ostatnim czasie. Raport wskazuje również na znaczące inwestycje w narzędzia, technologie i kanały, które stały się niezbędne w erze sprzedaży wielokanałowej.

Jednym z widocznych wśród  specjalistów ds. marketingu z całego świata trendów jest fakt, że spodziewają się oni wzrostu przychodów w swoich organizacjach w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy, a spora część z nich twierdzi, że ich praca przynosi większą wartość niż rok temu. Wyzwania są jednak coraz większe – 56% polskich specjalistów ds. marketingu przyznaje, że oczekiwania klientów są trudniejsze do spełnienia niż rok temu. Aby się dostosować, sięgają oni po cyfrowe rozwiązania, których wdrażanie rozpoczęli jeszcze przed pandemią. W rzeczywistości 83% polskich specjalistów ds. marketingu twierdzi, że pandemia zmieniła ich strategię zaangażowania cyfrowego, a 84%, że zmieniła ich działania marketingowe.

Trzy najważniejsze zadania i wyzwania wśród polskich specjalistów ds. marketingu

Badani wskazali, że wśród zadań, przed którymi stają, pierwsze trzy miejsca zajmują: 1) Polepszenie wykorzystania narzędzi i technologii 2) Modernizacja narzędzi i technologii 3) Usprawnienie współpracy ORAZ polepszenie zwrotu z inwestycji w działania marketingowe / atrybucji. Z kolei do głównych wyzwań zaliczono odpowiednio: 1) Ograniczenia budżetowe, 2) Wprowadzanie innowacji, 3) Kontaktowanie się z klientami w czasie rzeczywistym.

„W ciągu nieco ponad roku specjaliści ds. marketingu w Polsce musieli zmierzyć się ze zmianami w zachowaniach klientów, które normalnie zachodzą latami” – powiedział Krzysztof Augustynowicz, Regional Sales Director CEE Commercial Business Unit. Spostrzeżenia zawarte w tegorocznym raporcie State of Marketing stanowią dobry punkt odniesienia dla tego, co się zmieniło, co jest stałe oraz w jakim kierunku podąża dziedzina, jaką jest marketing”.

Raport Salesforce wskazuje, że polscy marketerzy jako kanały o największym wzroście wartości wskazali: 1) Media społecznościowe, 2) Wideo, 3) Treści cyfrowe. Z kolei w przypadku użycia platform do przetwarzania danych klientów, to najczęściej wykorzystywano je do: 1) Obserwacji zachowań konsumentów, 2) Zarządzania zgodami oraz 3) Do personalizacji.

Jaki rodzaj pracy?

Ciekawie prezentują się poglądy dotyczące miejsca wykonywania obowiązków służbowych. Polscy specjaliści ds. marketingu spodziewają się pracować po pandemii w następujący sposób: 43% praca w biurze, 50% praca hybrydowa, 7% praca zdalna. Dodatkowo, 69% organizacji wyspecjalizowanych w marketingu wdrożyło z powodu pandemii nową technologię ułatwiającą współpracę, a 34% specjalistów ds. marketingu ocenia szkolenia, w których bierze udział, jako znakomite.

Podział budżetów

Dane płynące z regionu EMEA (w tym od polskich respondentów) wskazują na następującą alokację budżetów:

SEKTOR B2C

23% Personel

22% Reklama

18% Technologia

16% Treści (kontent)

15% Wydarzenia i sponsoring

6% Inne

SEKTOR B2B

20% Reklama

16% Technologia

16% Treści (kontent)

15% Marketing ukierunkowany

15% Personel

14% Wydarzenia i sponsoring

4% Inne

Trendy ujawnione w raporcie State of Marketing zostały zebrane na podstawie badania przeprowadzonego wśród ponad 8200 dyrektorów ds. marketingu z 37 krajów i sześciu kontynentów, w tym 287 z Polski. Wnioski z raportu:

  • Klienci przechodzą na rozwiązania cyfrowe, a marketing musi dotrzymać im kroku. Specjaliści ds. marketingu przyspieszają swoje cyfrowe transformacje. Media społecznościowe to kanał marketingowy, którego wartość w Polsce najbardziej wzrosła w czasie pandemii.
  • Współpraca napędza erę marketingu wielokanałowego. Rozproszeni pracownicy, którzy nie są już przywiązani do biur, zmieniają sposób, w jaki angażują nie tylko klientów, ale i siebie nawzajem. 72% działów marketingu w Polsce wprowadza nowe zasady dotyczące pracy zdalnej.
  • W marketingu chodzi o DANE. Zarządzanie danymi staje się coraz bardziej złożone w miarę mnożenia się ich źródeł. Polscy specjaliści ds. marketingu spodziewają się wzrostu liczby źródeł danych, z których korzystają w latach 2021-2022. O ile w roku 2020 było to średnio 8 źródeł, tak w 2021 już 10. W roku 2022 oczekuje się, że liczba źródeł danych wzrośnie do 15.
  • Wskaźniki wciąż ewoluują. W miarę jak praca działów marketingu staje się coraz bardziej strategiczna i wartościowa dla całego biznesu, specjaliści ds. marketingu redefiniują pojęcie sukcesu. Wskaźniki KPI są coraz bardziej dopasowane do wskaźników KPI kreowanych przez dyrektorów generalnych.

Apetyt na nieruchomości mieszkaniowe rośnie na całym świecie. Jedna na cztery osoby planuje przeprowadzkę w ciągu 12 miesięcy

Międzynarodowa firma doradcza Knight Frank opublikowała wyniki globalnego badania preferencji nabywców nieruchomości mieszkaniowych i tego jak się one zmieniły w wyniku pandemii. Badanie obejmowało odpowiedzi ponad 900 klientów Knight Frank w 49 krajach i regionach. Najważniejsze wnioski jakie z niego płyną to:  

  • W skali globalnej, 19% respondentów wskazało, że przeprowadziło się od początku pandemii. Jako główną przyczynę przeprowadzki 22% wskazało potrzebę posiadania większej przestrzeni na zewnątrz.
  • 20% potwierdziło, że planuje przeprowadzkę w 2021 roku właśnie z uwagi na trwająca pandemię.
  • 68% ankietowanych planujących przeprowadzkę wskazuje bliskość zieleni jako czynnik wpływający na wybór nieruchomości.
  • Miasta wracają do łask. Z grupy respondentów, którzy potwierdzili chęć przeprowadzki w 2021 roku, 38% woli zamieszkać w mieście, a 33% na obrzeżach.
  • 46% respondentów preferuje zakup domu wolnostojącego, ale popyt na mieszkania wzrósł do 19%, z 12% w 2020 roku. To odzwierciedla wzrost zapotrzebowania zarówno na nieruchomości większe i bardziej przestronne oraz na tzw. “pieds-a-terre” w centrach miast, czyli mieszkania tymczasowe, zajmowane okazjonalnie.
  • Apetyt na nieruchomości w kurortach narciarskich wzrósł z 11% w 2020 roku do 18% w 2021 z popytem ze strony kupujących z Ameryki Północnej i Azji powyżej średniej globalnej.
  • 84% respondentów stwierdziło, że ważna jest dla nich efektywność energetyczna przyszłego domu. Na zakup energooszczędnego zdecydowałoby się 28% badanych, gdyby przyszłe regulacje środowiskowe miały bezpośredni wpływ na jego wartość, a około 27% byłoby skłonnych zapłacić więcej za bardziej ekologiczny i energooszczędny dom.

Kate Everett-Allen, head of international residential research w Knight Frank powiedziała:Ponad dwie trzecie ankietowanych spodziewa się, że wartość ich obecnego domu wzrośnie w przyszłym roku, przy czym większość spodziewa się wzrostu od 1% do 9% w ciągu 12 miesięcy. Zbiega się to z badaniem firmy Knight Frank dotyczącym przyszłego kształtowania się cen nieruchomości Prime Global Forecast, która podkreśla, że ceny luksusowych nieruchomości mieszkaniowych na świecie wzrosną średnio o 4% w 2021 r.”

Dalsza analiza ankiety pokazuje, że pandemia wywołała falę popytu na drugi dom. Około 33% kupujących twierdzi, że są bardziej skłonni do zakupu drugiego domu w wyniku Covid-19, w porównaniu z 26% w zeszłym roku. Spośród tych, którzy chcą kupić drugi dom, 23% twierdzi, że pandemia wpłynęła na miejsce, w którym chcą go kupić, a 22% twierdzi, że opóźniła ich plany zakupu.

W badaniu ankietowani zostali również zapytani o czynniki przemawiające za zakupem nieruchomości. Kupujący wskazali przede wszystkim te związane ze zdrowiem i dobrym samopoczuciem, jako mające zdecydowany wpływ na wybór lokalizacji nowego domu. Bliskość zieleni (68%), jakość powietrza (65%) i dostęp do opieki zdrowotnej (57%) zostały uznane za najważniejsze. Możliwość chodzenia do pracy pieszo została z kolei uznana za mniej priorytetową dla 51% z respondentów. W pytaniu o najważniejsze funkcje jakie powinna spełniać nieruchomość, aż 71% ankietowanych wskazało dostęp do szybkiego Internetu, a 67% możliwość zaaranżowania domowego biura. Powyższe odzwierciedla jednoznacznie zmianę sposobu pracy w kierunku rozwiązań bardziej elastycznych.

ITS-y zmniejszają ślad węglowy o pół tony tlenku węgla dziennie

  • Wprowadzenie ITS skraca czas przejazdu komunikacji miejskiej średnio o 40%, a samochodów prywatnych o ok. 20%.
  • Dzięki lepszej organizacji transportu w Polsce dziennie do atmosfery może trafiać co najmniej 500 kg CO mniej. W skali rocznej to tyle, co emituje 730 domów jednorodzinnych w okresie grzewczym.
  • Ważnym elementem ITS są też inteligentne parkingi, które pozwalają zmniejszyć udział pojazdów poszukujących miejsca parkingowego w ogólnym ruchu aż o 40%, co jeszcze bardziej zmniejsza emisję spalin.

Uruchomienie tzw. Inteligentnych Systemów Transportowych, w skrócie ITS, w polskich miastach spełniło przede wszystkim dwa zadania – usprawniło komunikację publiczną i zachęciło mieszkańców do zrezygnowania z własnych pojazdów na rzecz transportu zbiorowego. Warto zwrócić też uwagę, że realizując te dwa cele, samorządu poprawiły też komfort życia mieszkańców w jeszcze jednym aspekcie – poprawie jakości powietrza w mieście.

Podstawowym miernikiem skuteczności ITS jest lepsza organizacja przejazdów środków komunikacji miejskiej i skrócenie czasu podróży. Z naszych obserwacji wynika, że po uruchomieniu inteligentnego zarządzania ruchem, czas przejazdu zmniejsza się średnio o ok. 40%, a na niektórych trasach nawet o 70%. W wielu przypadkach dzięki temu mieszkańcy, korzystając z transportu publicznego, mogą dotrzeć do celu szybciej niż własnym pojazdem, więc przesiadają się na autobus czy tramwaj. To istotnie zmniejsza emisję spalin, a także hałas w mieście. W końcu po ulicach jeździ przez to mniej pojazdów prywatnych – mówi Waldemar Matukiewicz, Wiceprezes Zarządu Sprint S.A.

Jak ITS zmniejsza ślad węglowy?

Przyjrzyjmy się zatem, jak to wygląda w liczbach. W Polsce zarejestrowanych jest 12,1 tys. autobusów. Oznacza to, że dzięki lepszej organizacji ruchu, dziennie trafia do atmosfery co najmniej 500 kg CO mniej. To tyle, ile powstaje przy spalaniu 10 ton węgla. Dla porównania – w skali rocznej to tyle, co emituje 730 domów jednorodzinnych w okresie grzewczym. A tlenek węgla to tylko jedna szkodliwa substancja emitowana przez autobusy. Jak to wygląda w szczegółach? W poniższej kalkulacji analizujemy wydzielanie PM 2.5, PM 10 oraz CO, czyli zanieczyszczeń tworzących m.in. smog.

Według danych amerykańskich ekspertów (agencja EPA) 1 autobus miejski wydziela w ciągu minuty na samym tylko biegu jałowym:

  • 0,018 g PM 2.5,
  • 0,019 g PM 10,
  • 0,624 g CO.

Zatem przy założeniu, że wykonuje on 10 kursów dziennie, które zostały skrócone przez ITS o średnio 1:41 min. (analiza Politechniki Wrocławskiej po wprowadzeniu ITS przez Sprint S.A. w Bielsku-Białej), ilość emitowanych przez jeden pojazd substancji w ciągu dnia zmniejsza się co najmniej o:

  • 1,212 g PM 2.5
  • 1,279 g PM 10
  • 42,02 g CO

Nawet przy założeniu, że tylko 75% zarejestrowanych w Polsce autobusów kursuje każdego dnia, to jest to i tak spory „oddech” dla naszego otoczenia.

Proszę też zwrócić uwagę na jeszcze dwa czynniki. Powyższe analizy dotyczą pracy silnika na biegu jałowym, a w czasie jazdy wydziela się o wiele więcej szkodliwych substancji. Zatem skrócenie przejazdu ma tym większy wpływ na jakość powietrza, którym oddychamy. Co więcej, zauważyliśmy, że we wspomnianej w przykładzie Bielsku-Białej, ITS miał nie tylko pozytywny wpływ na czas przejazdu autobusów, ale też samochodów prywatnych. Także on zmniejszył się o ok. 20%, więc i ich emisja spadła – dodaje Waldemar Matukiewicz ze Sprint S.A.

Częścią ITS są też inteligentne parkingi

W wielu przypadkach wraz z wprowadzeniem nowej organizacji przejazdów komunikacji miejskiej, miasta decydują się w ramach szeroko pojętego ITS, usprawnić także system parkowania w mieście, wprowadzając monitoring zajętości miejsc. Jego zadaniem jest bieżące zliczanie wolnych i zajętych miejsc na ulicach, parkingach przy centrach przesiadkowych i innych zarządzanych przez samorząd lokalizacjach. W praktyce wygląda to zazwyczaj tak, że na parkingach montowane są czujniki wykrywające pojazdy lub kamery sprawdzające zajętość każdego miejsca. Oprócz tablic informacyjnych wyświetlających dostępność miejsc na ulicach i parkingach samorządy mogą też uruchomić aplikację, dzięki której jeszcze przed wyjściem z domu można sprawdzić, gdzie najszybciej znajdziemy wolny postój. W ten sposób mieszkańcy mogą szybko i łatwo sprawdzić, dostępność wolnych miejsc parkingowych.

Także ten element ITS ma pozytywny wpływ na środowisko. Kierowcy nie muszą krążyć w poszukiwaniu miejsc, więc czas pracy ich pojazdów automatycznie się skraca. Zauważyliśmy, że inteligentne parkingi pozwalają zmniejszyć udział pojazdów poszukujących miejsca na postój w ogólnym ruchu aż o 40% – mówi Waldemar Matukiewicz ze Sprint S.A.

Źródło: Sprint S.A.

Wydatki na centra danych rosną i osiągną 192 mld dolarów w 2021

Globalne wydatki na centra danych osiągną wartość 192 mld dolarów w 2021 roku, co oznacza wzrost o 7,4% rok do roku — wynika z prognoz Gartnera.

Wydatki będą rosły z każdym rokiem

W zeszłym roku wydatki wyniosły około 178 mld dolarów — to ponad 13% spadek w porównaniu z 205 mld w 2019. Co więcej, COVID-19 zablokował ponad 60% planowanej budowy nowych obiektów. Pomimo ograniczonych wydatków na infrastrukturę centrów danych, wynikających z cięć budżetowych, dochodzi do silnego odbicia w 2021 roku, gdzie prognozowane nakłady przekroczą wartość 192 mld dolarów.

  • Pandemia z jednej strony spowodowała, że zarządzający firmami wstrzymali wiele decyzji i czekali na rozwój sytuacji, z drugiej zmusiła firmy do inwestycji w technologie. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ złożoność środowisk IT jest coraz większa, a dostęp do kompetentnych specjalistów umiejących je obsługiwać jest utrudniony. Gdy dodamy do tego zakłócenia w łańcuchach dostaw i braki sprzętu, który trudno teraz kupić “od ręki”, to centra danych stają się dla firm naturalnym wyborem w cyfryzacji — komentuje Tomasz Mrozowski, prezes Grupy 3S.

Nowe technologie

Zdaniem analityków, technologiami, które wpłyną na wzrost wydatków w branży centrów danych, będą przede wszystkim przetwarzanie brzegowe, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Swoją cegiełkę dołoży również adaptacja rozwiązań takich jak 5G i IoT, a zmniejszenie opóźnień w sieci i ulepszona orkiestracja usług będzie wspierać postępującą automatyzację.

Rok 2021 będzie przełomowy dla budowy centrów danych, ponieważ nastąpił boom w nabywaniu lokalizacji pod nowe inwestycje. W miarę jak rynek osiąga nowy etap dojrzałości, będziemy świadkami kontynuacji inwestycji na tradycyjnych rynkach FLAP (Frankfurt-Londyn-Amsterdam-Paryż), ale także dalszego wzrostu i inwestycji na wschodzących rynkach centrów danych, takich jak Warszawa, Berlin, Mediolan, Madryt i Wiedeń – donosi badanie Turner & Townsend.

  • Wymuszona pandemią rynkowa niepewność, a jednocześnie szybki wzrost płac i kosztów zachęca firmy do poszukiwania alternatywnych modeli wdrażania i utrzymywania zasobów IT. Coraz częściej okazuje się, że stopniowe przekazywanie zarządzania infrastrukturą IT w ręce profesjonalnych dostawców gwarantuje większą przewidywalność i kontrolę nad kosztami. Brak konieczności ponoszenia istotnych, jednorazowych inwestycji na sprzęt, czy cyklicznych opłat za licencje oprogramowania oraz energię elektryczną stanowiącą coraz większą pozycję w budżetach IT, to czynniki sprzyjające rozwojowi rynku centrów danych — sugeruje Tomasz Mrozowski z Grupy 3S.

Przy niezmniejszającym się zapotrzebowaniu na informacje, a także rosnącym popycie na kolokację i możliwości chmury, rynek data center jest nastawiony na dalszy wzrost w ciągu najbliższych kilku lat. Według Gartnera, w 2022 wydatki w tym sektorze przekroczą 200 mld $.

Strategiczne partnerstwo PKN ORLEN z amerykańskim producentem turbin wiatrowych

PKN ORLEN aktywnie angażuje się w realizację polityki energetycznej Polski. Koncern podjął strategiczne partnerstwo z amerykańską firmą GE Renewable Energy, jednym z wiodących na świecie producentów turbin dla morskich elektrowni wiatrowych. Podpisane porozumienie wzmocni konkurencyjność PKN ORLEN w staraniach o nowe koncesje na farmy wiatrowe w polskiej strefie ekonomicznej na Bałtyku. Współpraca firm stanowi kolejny etap realizacji strategii ORLEN2030, zakładającej osiągniecie przez koncern neutralności emisyjnej do 2050 roku. 

Morska energetyka wiatrowa jest jednym z filarów zielonej transformacji PKN ORLEN. Do 2030 roku koncern, zgodnie ze strategią, planuje zainwestować w nisko- i zeroemisyjne projekty energetyczne, w tym w offshore, 47 mld zł.

– Realizując strategię ORLEN2030, która zakłada znaczny wzrost mocy z odnawialnych źródeł energii umocnimy pozycję lidera transformacji energetycznej w Europie Środkowej. Możliwe będzie to w dużej mierze za sprawą inwestycji w morską energetykę wiatrową i równoległą rozbudowuję portfela OZE o dodatkowe moce zainstalowane m.in. w elektrowniach wiatrowych na lądzie. Wsparciem w realizacji tych ambitnych celów jest porozumienie, które podpisaliśmy z firmą GE Renewable Energy. Jesteśmy przekonani, że współpraca i wspólne zaangażowanie w rozwój polskiego sektora morskiej energetyki wiatrowej sprawi, że w zbliżającym się postępowaniu koncesyjnym na nowe farmy znaczna część rozwijającego się rynku morskiej energetyki wiatrowej stanie się udziałem polskiego kapitału – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zgodnie z założeniami PEP2040, do 2030 roku na wodach Bałtyku, w ramach tzw. pierwszej fazy, powstaną farmy o łącznej mocy 5,9 GW. Dokument przewiduje, że do 2040 roku moce wytwórcze farm zlokalizowanych w polskiej części Morza Bałtyckiego osiągną od 9 do 11 GW mocy. Będzie to możliwe m.in. dzięki zbliżającemu się postępowaniu koncesyjnemu, w ramach którego do rozdysponowania jest 11 lokalizacji dla farm, o łącznej powierzchni 2342 km2, wskazanych w planie zagospodarowania polskich obszarów morskich. PKN ORLEN obecnie dysponuje jedną koncesją o mocy do 1,2 GW, na której realizowany jest projekt Baltic Power. W nadchodzącym postępowaniu koncesyjnym koncern planuje pozyskać kolejne lokalizacje, wykorzystując do tego wiedzę i doświadczenie własne oraz GE Renewable Energy.

Strategiczne partnerstwo między PKN ORLEN a GE Renewable Energy wesprze rozwój polskiego sektora morskiej energetyki wiatrowej. Poprzez jego realizację GE Renewable Energy będzie dążyć do tworzenia w Polsce miejsc pracy, wspierając tym samym rozwój lokalnego łańcucha dostaw dla całego przemysłu morskiej energetyki wiatrowej. Poprzez współpracę z PKN ORLEN, GE Renewable Energy będzie rozbudowywało swoje możliwości produkcyjne w Polsce oraz wesprze Koncern w staraniach o nowe koncesje dla morskich farm wiatrowych.

– Polska jest dobrze przygotowana do tego, aby efektywnie wykorzystać zasoby morskiej energii wiatrowej przyspieszając tym samym swoją transformację energetyczną. Umowa, którą dziś podpisujemy, wyznacza drogę, która pozwoli w pełni wykorzystać potencjał morskiej energetyki wiatrowej w Polsce i przyniesie korzystne dla obu stron rezultaty w zakresie ochrony środowiska i rozwoju gospodarczego – powiedział Jérôme Pécresse, Senior Vice President, GE & CEO, GE Renewable Energy.

Rozbudowa potencjału morskiej energetyki wiatrowej jest jednym z kluczowych projektów rozwojowych PKN ORLEN wpisującym się w strategię ORLEN2030. Swoje kompetencje i doświadczenie w obszarze morskiej energetyki wiatrowej Koncern rozbudowuje m.in. poprzez realizację projektu Baltic Power – morskiej farmy wiatrowej o mocy do 1,2 GW, powstającej w partnerstwie z kanadyjską spółką Northland Power. Obszar inwestycji, o łącznej powierzchni ok. 131 km2, zlokalizowany jest ok. 23 km na północ od linii brzegowej Morza Bałtyckiego, na wysokości Choczewa i Łeby. Rozpoczęcie jej budowy planowane jest w 2023 roku, a zakończenie w 2026 roku.

PKN ORLEN inwestuje także w farmy wiatrowe na lądzie. W lutym tego roku nabył od dwóch zagranicznych funduszy inwestycyjnych farmę Kanin o mocy 20 MW, zlokalizowaną w województwie zachodniopomorskim. Z kolei w marcu koncern zakupił od hiszpańskiego funduszu inwestycyjnego trzy kolejne lądowe farmy wiatrowe zlokalizowane w województwie pomorskim. Są to projekty Kobylnica (41,4 MW), Subkowy (8 MW) i Nowotna (40 MW).

Inwestycyjny portret Polaka – niski poziom wiedzy i duża ostrożność w działaniu

  • Jak wynika z badania „ASSAY INDEX”, przeprowadzonego na zlecenie Grupy Assay przez Maison&Partners, 44% Polaków nie posiada żadnych oszczędności. Pozostali odłożyli średnio 29688 zł. Tylko 6% – z grupy 56% posiadających oszczędności Polaków – zgromadziło powyżej 100 tys. zł.
  • Większość oszczędzających trzyma wolne środki w banku – na koncie bieżącym (39%), oszczędnościowym (34%) lub lokacie terminowej (19%), mimo że przynoszą one realne straty w obecnej sytuacji niskich stóp procentowych i wysokiej inflacji. Co czwarty Polak przechowuje pieniądze w domu.
  • Jednocześnie tylko 16 proc. osób przyznaje, że aktywnie inwestuje posiadane oszczędności, zaś 61 proc. nigdy nie inwestowało i nie posiada żadnych produktów inwestycyjnych.
  • Najbardziej popularnymi instrumentami aktywnego inwestowania są akcje – kiedykolwiek skorzystało z nich 13 proc. Polaków.
  • Zdaniem 58 proc. badanych, najlepsze są inwestycje w nieruchomości. Zaledwie 4 proc. respondentów uważa, że najkorzystniejsze jest inwestowanie w startupy.
  • „Wskaźnik gotowości inwestycyjnej Polaków” badający doświadczenie, potencjał i przekonanie Polaków w obszarze lokowania środków wyniósł 33 w skali od 0 do 100, co oznacza, że jesteśmy dokładnie w jednej trzeciej drogi. Podobny wskaźnik w krajach Europy Zachodniej kształtuje się na poziomie 50-60, a w Skandynawii nawet 70.

Grupa Assay, spółka zajmująca się inwestycjami w przyszłość polskich start-upów, postanowiła przyjrzeć się zachowaniom Polaków związanym z oszczędzaniem i inwestowaniem. Z badania wyłonił się aktualny i szczegółowy obraz inwestycyjnych zwyczajów mieszkańców Polski.

Oszczędności nie idą na inwestycje

W dalszym ciągu jesteśmy narodem na dorobku – tylko nieco ponad połowa z nas stara się trzymać swój budżet w ryzach – 56 proc. badanych przyznaje, że posiada jakiekolwiek odłożone środki, które w razie potrzeby będą mogły stanowić dla nich „poduszkę finansową”. Średnia grubość tej poduszki to prawie 30 tys. zł, ale aż 65% oszczędzających posiada mniej. Połowie z nich zgromadzone środki pozwoliłyby na utrzymanie się przez pół roku. Osoby o najwyższym poziomie zabezpieczenia finansowego, którym oszczędności pozwalają przeżyć ponad rok, stanowią 17% osób oszczędzających, czyli około 8% ogółu Polaków.

W zdecydowanie lepszej sytuacji są aktywni i potencjalni inwestorzy – w tej grupie aż 78 proc. respondentów deklaruje, że posiada oszczędności, a wskazywane kwoty są wyraźnie wyższe niż wśród wszystkich Polaków – kwotą oszczędności powyżej 30 tys. zł dysponuje blisko połowa inwestorów, a powyżej 100 tys. zł – niemal 15 proc.

Z badania Assay Index wyłania się obraz statystycznego Polaka, który ciężko pracując stara się zaoszczędzić jakieś kwoty, ale – gdy mu się to uda – niewiele z tymi oszczędnościami robi. Działają bowiem dwie zasadnicze blokady: świadomościowa – przekonanie, że aby inwestować trzeba mieć dużo pieniędzy i edukacyjna – brak wiedzy na temat możliwości aktywnego inwestowania i skutecznego zarządzania ryzykiem  – mówi Łukasz Blichewicz, Prezes Grupy Assay.

Oszczędzanie w Polsce nie idzie w parze z inwestowaniem – jedynie 16 proc. naszych rodaków przyznaje, że zaoszczędzone środki inwestuje aktywnie, a więc poza nierentownymi obecnie lokatami bankowymi. Najczęściej inwestują oni w jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych, akcje spółek na GPW, w obligacje skarbowe i korporacyjne, czasem również w alternatywne spółki inwestycyjne.

Polacy nie grzeszą inwestycyjnym doświadczeniem

O pomnażaniu środków Polacy wiedzą niewiele – aż 61 proc. nigdy nie miało doświadczeń z inwestowaniem. W tej grupie przeważają osoby z najniższymi dochodami lub bez dochodów (81 proc.) oraz mieszkańcy wsi (67 proc.). Często są to również najmłodsi respondenci, z grupy wiekowej 18-24 lata. Co czwarty Polak deklaruje niewielkie doświadczenie – posiada lub posiadał głównie produkty pasywne typu lokaty, obligacje lub oszczędności na koncie. Jedynie 16 proc. posiadających oszczędności (czyli 8% ogółu Polaków) aktywnie inwestuje bądź inwestowało środki – samodzielnie lub z pomocą doradcy. Tylko połowa tej grupy ma poczucie, że dobrze się zna na dostępnych inwestycyjnych instrumentach finansowych.

Na pierwszym miejscu – akcje i fundusze inwestycyjne

13 proc. Polaków wskazało, że zdarzyło im się zainwestować w akcje, 12 proc. zaś, że w fundusze inwestycyjne. Obligacje skarbowe zakupiło niespełna 10 proc. inwestujących, a polisy inwestycyjne 7 proc. Z większości wymienionych wcześniej produktów częściej korzystają mężczyźni niż kobiety.

Aż 58% Polaków jest przekonanych, że najkorzystniejszą formą lokaty kapitału są nieruchomości. Na kolejnych miejscach są metale szlachetne (33%) i dzieła sztuki (18%). Korzystne zdaniem Polaków są zatem te inwestycje, które mają charakter fizycznych obiektów – są one namacalne, a więc wydają się bezpieczne (bo nie znikną tak łatwo) oraz wydają się proste i zrozumiałe. W kontrze do wartości namacalnych bardzo wysokie miejsce zajmują kryptowaluty. Ten rodzaj inwestycji aż 13% Polaków uznało za jedną z najkorzystniejszych form inwestowania.

Jak pokazuje badanie Assay Index, większość Polaków nie jest skora do inwestowania i najchętniej trzyma swoje pieniądze na koncie lub lokuje je jedynie w bardzo bezpiecznych instrumentach finansowych, realnie na tym tracąc z powodu zbyt niskiego oprocentowania. Tak zachowawcze podejście do zarządzania pieniędzmi wynika przede wszystkim z lęku przed utratą posiadanych środków, ale też z poczucia braku wystarczających kompetencji do skorzystania z dostępnych instrumentów finansowych – wskazuje Dominika Maison z firmy badawczej Maison&Partners.

Polacy, zapytani o to, czy w przyszłości mogliby zainwestować swoje pieniądze w konkretne produkty inwestycyjne, najczęściej wymieniali obligacje i akcje (29 proc.), fundusze inwestycyjne (27 proc.), obligacje korporacyjne (16 proc.) oraz alternatywne spółki inwestycyjne (15 proc.).

Pandemia szansą dla inwestorów? Zdania są podzielone

Pandemia Covid-19 stanowi doskonałą sposobność do przyjrzenia się własnym finansom. W ostatnich kilkunastu miesiącach blisko połowa Polaków zdała sobie sprawę, że regularne odkładanie pieniędzy ma sens, ale tylko 16 proc. badanych uważa, że pandemia to dobry moment na rozpoczęcie inwestowania. Finalnie niewielu osobom (15 proc.) udało się podczas samej pandemii rzeczywiście odłożyć lub zainwestować więcej środków finansowych. Równocześnie ponad 1/3 Polaków przeznacza obecnie mniej pieniędzy na bieżące wydatki, co może oznaczać, że dysponują większymi nadwyżkami finansowymi.

– Wydaje się, iż pandemia zwiększyła zainteresowanie produktami inwestycyjnymi. W czasie lockdownu blisko połowa Polaków zdała sobie sprawę, że regularne odkładanie pieniędzy ma sens, ale jednocześnie tylko 16 proc. badanych uważa, że pandemia to dobry moment na rozpoczęcie inwestowania  – mówi Łukasz Blichewicz, Prezes Grupy Assay.

Bez wiedzy nie ma zysków

Badanie przeprowadzone na zlecenie Grupy Assay posłużyło do opracowania nowego, kompleksowego „wskaźnika gotowości inwestycyjnej Polaków”. Składa się on z trzech komponentów: Doświadczenie, Potencjał i Przekonania. W 2021 roku ustalony w oparciu o szereg zmiennych Assay Index wyniósł w Polsce 33, w skali od 0 do 100 (gdzie 100 uzyskuje osoba, którą można nazwać „najbardziej gotową inwestycyjnie”). Podobny wskaźnik w krajach Europy Zachodniej kształtuje się na dużo wyższym poziomie, wynoszącym ok. 50-60, a w Skandynawii nawet 70.

Najniższą wartość osiąga wśród Polaków komponent Doświadczenie, związany z zachowaniem w obszarze oszczędzania i inwestowania (zaledwie 22 na 100). Następnie plasuje się wskaźnik Potencjału, rozumianego jako otwartość wobec inwestowania (28 na 100). Z pewną dozą optymizmu pozwala na sprawę spoglądać zdecydowanie wyższy poziom komponentu Przekonanie, a więc nastawienia do instrumentów inwestycyjnych oraz inwestowania w ogóle (49 na 100).

Taki wynik oznacza, że Polacy, mimo relatywnie niewielkiego doświadczenia z inwestowaniem, charakteryzują się dość dużą otwartością i pozytywnymi przekonaniami na temat tego sposobu zarządzania nadwyżką finansową. Jednocześnie co piąty Polak uważa, że inwestycje są dla ryzykantów.

Jak pokazuje Assay Index, chęć inwestowania wśród Polaków jest na poziomie dwukrotnie wyższym niż poczucie realnych możliwości. Jednocześnie aż 58 proc. Polaków jest przekonanych, że aby inwestować, trzeba mieć dużą wiedzę na temat finansów i ekonomii. Drugą potencjalną barierą jest przekonanie, że aby inwestować, trzeba mieć duże pieniądze. 38 proc. respondentów jest natomiast zdania, że nawet nie mając dużych kwot, można zacząć inwestować. Optymizmem napawa fakt, że takie przekonanie mają przede wszystkim młodzi Polacy.

Badanie Assay Index zrealizowano przez ogólnopolski panel badawczy Ariadna na reprezentatywnej ogólnopolskiej kwotowo-losowej próbie 1124 Polaków. Próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała strukturę populacji dorosłych Polaków według płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania, co umożliwia ekstrapolację wyników badania na całą populację Polaków. Dodatkowo zostało zrealizowane osobne badanie na grupie 678 inwestorów (aktualnie inwestujących i potencjalnych). 

OC w górę, szczególnie dla młodych i mieszkańców największych miast. Czy to koniec niskich cen?

Ceny OC ruszyły w górę – wynika z półroczonego raportu Punkty, popularnej porównywarki cen ubezpieczeń, analizującego ceny polis. Uśredniona składka w II kwartale br. wyniosła 600 złotych i była o ponad 4 proc. wyższa niż trzy miesiące wcześniej. Mimo to, na koniec pierwszej połowy tego roku nadal za obowiązkową polisę płaciliśmy o 33 złotych mniej niż przed rokiem – 602 złotych wobec ubiegłorocznych 635 złotych.

Ostatnie dwa lata przyzwyczaiły kierowców do systematycznych spadków cen OC w Polsce. W 2020 roku, mocny pandemiczny akcent można było dostrzec zwłaszcza w czasie pierwszej i drugiej fali – wówczas ceny obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych wyraźnie spadły. Dopiero II kwartał 2021 roku przyniósł nieznaczne wzrosty, zarówno na poziomie uśrednionej składki w całym kraju, jak i w przypadku stawek w poszczególnych województwach.

– Rosnące ceny OC to efekt m.in. zniesienia ograniczeń pandemicznych, częstszych podróży i coraz częstszego korzystania przez zmotoryzowanych z własnych samochodów. W drugim kwartale składki poszły w górę  przeciętnie o 25 złotych. Jak pokazują dane Polskiej Izby Ubezpieczeń, o 5 proc. wzrósł też średni koszt jednej szkody. Rosną także inflacja i koszty pracy. Presji cenowej przygląda się również Komisja Nadzoru Finansowego. Niewykluczone więc, że II kwartał tego roku to dopiero początek  wzrostu cen tych ubezpieczeń – mówi Michał Daniluk, członek zarządu Punkta.

Mazowieckie i pomorskie – tam kierowcy najbardziej dostali po kieszeni

Analizując kwartał do kwartału, średnia cena OC najmocniej poszybowała w górę w województwie mazowieckim, notując wzrost aż o blisko 8 proc. Tuż za nim było województwo pomorskie, w którym wzrost sięgnął niemal 7 proc. Podium na liście podwyżek zamyka dolnośląskie, z wynikiem bliskim 5 proc. Z kolei najniższy wzrost cen składek, bo nieprzekraczającym 1 proc., mogli odnotować mieszkańcy województwa opolskiego. Dla tego regionu dobra była zresztą cała I połowa roku, w trakcie której zmotoryzowani płacili jedne z najtańszych składek w całej Polsce (514 złotych). Tuż za nimi byli kierowcy z podlaskiego (533 złotych), a na pierwszym miejscu, z kwotą 508 złotych, uplasowało się województwo podkarpackie.

W pierwszym półroczu największe wahania cen dotyczyły także ośrodków miejskich i przypadły kierowcom z Gdańska (741 złotych), Warszawy (731 złotych) i Wrocławia (717 złotych), co oznacza, że płacili oni odpowiednio o 26, 24i 22 proc., więcej niż wynosi przeciętne OC w Polsce. Wśród miast wojewódzkich na najniższe średnie stawki za podstawową polisę mogli liczyć mieszkańcy Opola (527 złotych), Białegostoku (549 złotych) i Lublina (554 złote). Różnica między najdroższym a najtańszym miastem wojewódzkim wyniosła aż 214 złotych.

Dla kogo koniec niskich cen?

Największe wzrosty przeciętnego OC kwartał do kwartału w pierwszej połowie tego roku zanotowali mieszkańcy Gorzowa Wielkopolskiego (15 proc.) i Kielc (11 proc.). Sporo pieniędzy zniknęło również z portfeli młodych kierowców, którzy w I półroczu 2021 roku płacili za OC średnio 430 złotych więcej od starszych kolegów z wypracowaną historią ubezpieczeniową i niemal o 90 proc. więcej, niż wynosi przeciętna stawka za obowiązkową polisę. Po kieszeni dostają też szkodowi kierowcy. Ci z co najmniej pięcioma szkodami na koncie, na OC wydawali aż o 53 proc. (329 złotych) powyżej średniej składki. To właśnie im w ciągu ostatnich 6 miesięcy, jako jedynym z grupy szkodowej, składki za obowiązkowe ubezpieczenie urosły (o ponad 5 proc.).

Wzrost cen OC jest nieunikniony, bowiem utrzymując niskie składki ubezpieczyciele musieliby nieustannie dopłacać do likwidowania szkód spowodowanych przez polskich kierowców. Zupełnie naturalnym jest zatem, że firmy ubezpieczeniowe windują ceny polis dla kierowców z krótką historią ubezpieczeniową czy wyższą liczbą szkód na koncie. Szczególnie ta ostatnia grupa nie może liczyć na taryfę ulgową, ponieważ w razie wypadku, OC musi chronić poszkodowanego i zrekompensować mu straty – mówi Małgorzata Adamczyk, członkini zarządu Punkta.pl.

Dysproporcje pomiędzy cenami OC zależą też od… wielkości miejscowości. Z analizy Punkty wynika, że składka OC w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców jest średnio o niemal 4 proc. niższa niż przeciętna składka w danym województwie. Średnio mieszkańcy mniejszych miejscowości za OC płacili mniej o 16 zł (561 zł) od przeciętnej składki ogólnopolskiej. Największe różnice w cenie pomiędzy dużym miastem a mniejszą miejscowością występują w województwie łódzkim i mazowieckim (w obu to ok. 8 proc.).

Źródło danych: dane własne Punkty na podstawie sprzedanych polis w okresie 01.01.2021-30.06.2021

Dlaczego w Polsce nie doczekaliśmy się „jednorożca”

Brak w Polsce typowego „jednorożca” powinien nas martwić bowiem zarówno rozmiar rodzimego rynku, jak i zauważalna dynamika w obszarze startupów nie jako predestynują Polską do przynajmniej kilku takich podmiotów. Zwłaszcza, że jednorożcem mogą się pochwalić kraje zdecydowanie mniejsze niż Polska np. zaledwie 4 mln Chorwacja, gdzie np. ostatnio wycena firmy Infobip, zajmująca się komunikacją w chmurze i CPaas, przekroczyła 1 mld dolarów*. Dodatkowo Polska powinna przecież korzystać na zawirowaniach na Ukrainie czy Białorusi, gdzie jest mnóstwo innowacyjnych firm IT i fintechów, które teoretycznie powinny znaleźć tu doskonałe miejsce do rozwoju. Jak się okazuje wiele z tych firm wybrało państwa bałtyckie, mimo że Polska jest przecież największym krajem regionu, co powinno przyciągać.

Przede wszystkim w przypadku Polski istnieje problem efektywnej komercjalizacji innowacyjnych projektów. To złożona kwestia, obejmująca zarówno niedostateczne poziomy finansowania jak i szereg barier natury proceduralno-administracyjnej czy nawet mentalnej. Zachęty ze strony Państwa to jednak tylko jedna strona medalu, ponieważ duży potencjał, determinacja i często również zasoby do skutecznej komercjalizacji projektu tkwią również w prywatnym sektorze, i kluczowa wydaje się tutaj jego stan oraz kondycja, o czym się często zapomina, skupiając się czasami przesadnie na stworzeniu inspirującego środowiska dla pomysłów, na których brak w rzeczywistości nie możemy narzekać, czego przykładem jest chociażby przypadek grafenu.

Szwankuje jednak podłoże biznesowe, umiejętność stworzenia środowiska do funkcjonowania nowych branż. Innowacyjne firmy na pierwszych etapach działalności borykają się z masą problemów natury proceduralno-administracyjnej, co nierzadko sprowadza się w przypadku np. startupów do tego, że osoby teoretycznie przypisane do planowania ekspansji biznesowej de facto koncentrują się na zmaganiach czysto administracyjnych czy proceduralnych, gdy tymczasem konkurencja z innych krajów ma dostatecznie dużo czasu na nadrobienie ewentualnych zaległości i budowę biznesu.

Problem finansowania to również kwestia, do której można podejść lepiej. Z pewnością opcją, której warto się przyglądać i wzmacniać jest w tym kontekście giełda, to środowisko bowiem wręcz wymaga nakierowania organizacji na efektywną komercjalizację rozwiązań i wzrost wartości biznesu. Może warto pomyśleć o preferencjach np. dla inwestorów spółek innowacyjnych, a także dla firm, które z innowacjami chcą wyjść na rynek kapitałowy? Zwłaszcza, że status spółki publicznej zobowiązuje podmioty do większej transparencji biznesowej, szczegółowego raportowania rozwoju i niejako automatycznie pozwala uzyskać bieżącą wycenę rynkową danego przedsięwzięcia. Wydaje się, że ta jawność związana z obecnością na rynku kapitałowym mogłaby też pozytywnie wpłynąć na klasyfikację najbardziej perspektywicznych podmiotów do miana pierwszego polskiego jednorożca.

* https://www.bloomberg.com/news/articles/2020-10-12/u-s-expansion-could-be-next-step-for-croatian-unicorn-infobip

Autorem komentarza jest Valeria Jeleńska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm

Milenialsi, obecni trzydziestolatkowie, nadal oczekują od pracy więcej niż ich starsi koledzy

Sondaż przeprowadzony przez Great Place to Work® wśród pracowników z pokolenia Y dowodzi, że w całym USA jedynie 44% milenialsów jest zadowolona ze swojej pracy. To najniższy odsetek w porównaniu z pozostałymi pokoleniami. Czego więc milenialsi oczekują po idealnym miejscu pracy? Przygotowując listę 2021 Fortune Best Workplaces for Millenials, Great Place to Work® przeanalizował ankiety pracowników z pokolenia Y, zatrudnionych w amerykańskich firmach, które aspirują do tytułu Najlepszego Miejsca Pracy dla Milenialsów. W porównaniu z innymi generacjami zdecydowanie bardziej liczy się dla nich równe i sprawiedliwe traktowanie, przejrzystość, elastyczność oraz poczucie, że ich praca ma znaczenie. A co najważniejsze, nie zawahają się odejść z pracy, jeśli pracodawca nie sprosta ich oczekiwaniom.

Milenialsi, inaczej nazywani Pokoleniem Y, to generacja, o której powstało więcej opracowań i analiz niż o wszystkich poprzednich razem wziętych. To osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem, czyli mające obecnie średnio około trzydziestki. Stanowią więc dzisiaj trzon zatrudnienia w wielu firmach. Kiedy wchodzili na rynek pracy, zbulwersowali pracodawców swoim systemem wartości: przywiązaniem do życia prywatnego, potrzebą swobody i pracą, która nie może ich ograniczać. W 2021 r. posiadają już wieloletnie doświadczenie zawodowe, a często są też po pierwszych awansach. Doświadczenie i lata pracy nie zmieniły jednak ich oczekiwań wobec pracodawcy.

Great Place to Work® udało się wyodrębnić 5 obszarów, które są dla milenialsów szczególnie ważne i mają wpływ na ich motywację do pracy i satysfakcję, jaką z niej czerpią:

Uczciwa płaca i poczucie znaczenia własnej pracy

Milenialsi o wiele częściej niż przedstawiciele innych pokoleń nie są zadowoleni z wysokości swojego wynagrodzenia, ani nie mają poczucia, że ich praca ma szczególne znaczenie. Odsetek przebadanych milenialsów, którzy przyznają, że są uczciwie wynagradzani za swoją pracę, a także, że ta praca ma ich zdaniem sens i znaczenie jest o 7 do 10 punktów procentowych niższy niż w przypadku generacji baby boomers (powojenny wyż demograficzny) czy pokolenia X (poprzednicy milenialsów).

Milenialsi to pokolenie na dorobku, ale już z doświadczeniem zawodowym, które pozwala im śmiało patrzeć w przyszłość. Jeśli płaca i charakter wykonywanej pracy ich nie zadowalają, nie będą deliberować nad złożeniem wymówienia. Zrobią to.

Specjalne benefity nie tylko dla rodziców

Wiele osób z pokolenia milenialsów nie jest jeszcze obciążona obowiązkami związanymi z wychowaniem dzieci czy opieką nad starszymi członkami rodziny. Mogą więc sobie pozwolić na kierowanie się w życiu własnymi zasadami: jeśli praca nie daje satysfakcji, można ją zmienić. Jest to więc grupa bardziej podatna na rotację, którą pracodawcy muszą mieć pod kontrolą.

W wielu amerykańskich firmach – zwłaszcza tych, które zasłużyły na tytuł Great Place to Work® – pracownikom, którzy nie mają obowiązków związanych z opieką nad dziećmi oferowany jest tzw. „Pawternity Leave”. To specjalny urlop dla miłośników i opiekunów zwierząt (od paw, co znaczy łapa). Najlepsi pracodawcy dostrzegli tym samym rosnącą rolę – zwłaszcza obecnie podczas pandemii – jaką zwierzęta domowe odgrywają w życiu pracowników, dając im czas wolny specjalnie na opiekę nad pupilami.

#MeToo: równe traktowanie bez względu na płeć

Milenialsi o wiele bardziej od starszych pokoleń są wyczuleni na wszelkie kwestie, które dotyczą równości płci. Sprawiedliwe traktowanie wszystkich pracowników to dla nich ważny wymiar oceny miejsca pracy. Dlatego firmy z list Great Place to Work® dokładają starań, aby kobiety nie były pomijane przy awansach i żeby w ich organizacjach funkcjonowały przejrzyste siatki płac. W tym celu przeprowadzane są m.in. regularne kontrole wynagrodzeń, aby utrzymać parytet płac między płciami wykonującymi tę samą pracę.

Hybrydowy model pracy

Po ponad roku pracy w domu milenialsi nie chcą powrotu do biura i sztywnych ram pracy od 9 do 17. Mimo że pandemia zmieniła podejście do pracy stacjonarnej wszystkich pracowników, w przypadku milenialsów niechęć do powrotu do normalności sprzed pandemii jest szczególnie zauważalna. W swoich komentarzach do ankiety, prowadzonej przez Great Place to Work® w ramach badania kultury organizacyjnej firmy, częściej niż przedstawiciele innych pokoleń, umieszczali prośby o kontynuowanie elastycznych zasad organizacji pracy.

Firmy, które przychyliły się do postulatów pracowników i utrzymały możliwość pracy zdalnej twierdzą, że ta zmiana umożliwiła im zatrudnienie talentów, których wcześniej nie byliby w stanie znaleźć ani przyciągnąć.millenialsi

Partnerstwo i współodpowiedzialność za firmę

Milenialsi cenią sobie pracę w przyjaznej i partnerskiej atmosferze. Mają poczucie współodpowiedzialności za firmę, w związku z czym chcą przyzwolenia na stawianie pytań i bycie wysłuchanymi. Dyrektor jednej z firm z listy Great Place to Work® tak mówi o obecnych trzydziestolatkach: „Chcą tworzyć, chcą wnosić nowe pomysły, przesuwać granice, szczerze się nie zgadzać.”.

Najlepsze miejsca pracy starają się więc tworzyć atmosferę wzajemnego szacunku i zaufania. Nie wahają się także dzielić władzą z pracownikami, dzięki czemu zyskują ich zaangażowanie.

W materiale wykorzystano Blog Claire Hastwell „Top 5 Things Millennials Want In the Workplace in 2021”, https://www.greatplacetowork.com/resources/blog/top-5-things-millennials-want-in-the-workplace-in-2021-as-told-by-millennials

Ładowanie samochodu elektrycznego w Polsce – gdzie, jak długo i za ile?

Wbrew powszechnie panującym mitom, ładowanie samochodu elektrycznego w Polsce nie stanowi większego problemu. W polskich miastach, wzdłuż autostrad i dróg szybkiego ruchu powstaje coraz więcej stacji ładowania. Pojazdy zeroemisyjne są przystosowywane do uzupełniania energii z coraz większa mocą, a operatorzy usług ładowania oferują abonamenty pozwalające optymalnie dostosować opłaty do potrzeb każdego kierowcy. Pamiętajmy także, że samochód elektryczny możemy także w wygodny sposób ładować ze zwykłego, domowego gniazdka, podobnie jak smartfona.

Jak długo będzie ładował się mój samochód?” To podstawowe pytanie, które – zgodnie z powszechnym przekonaniem – zadają potencjalni nabywcy pojazdów z napędem elektrycznym. Ale to mit! Badanie przeprowadzone przez EV Klub Polska we współpracy z marką Volkswagen oraz InsightOut Lab wykazało, że dla zdecydowanej większości posiadaczy BEV, czas potrzebny na naładowanie akumulatora od poziomu 0 do 100 proc. nie jest kluczową wartością. Powód? Zdecydowana większość z nich uzupełnia energię w domu lub w pracy. Dla wielu posiadaczy pojazdów bateryjnych to o wiele wygodniejsze rozwiązanie niż klasyczne tankowanie, ponieważ nie jest tak absorbujące, zazwyczaj odbywa się w czasie, gdy samochód stoi nieużywany i pozwala równolegle na podejmowanie innych czynności, takich jak praca, odpoczynek, oglądanie filmu w kinie czy robienie zakupów.

Zgodnie z wynikami badnia „EV Klub Polska” aż 83% kierowców samochodów z napędem elektrycznym w naszym kraju preferuje ładowanie swoich pojazdów z prywatnych źródeł energii. Powód jest prosty – to  bardzo komfortowe rozwiązanie, w praktyce nie różniące się od ładowania smartfona. A ponadto jest najbardziej opłacalne pod względem finansowym. Dzięki możliwości skorzystania z taryfy nocnej G12 przejechanie 100 km samochodem elektrycznym klasy kompaktowej może kosztować tylko  ok. 9 zł. Biorąc pod uwagę obecne ceny paliwa, na pokonanie tego samego dystansu porównywalnym samochodem spalinowym musielibyśmy wydać ok. 30 zł –– wyjaśnia Albert Kania z Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

Kolejnym mitem jest także twierdzenie, że posiadanie pojazdu elektrycznego, wiąże się z koniecznością mieszkania w domu. Faktycznie jego ładowanie w miejscu zamieszkania niezaprzeczalnie jest najwygodniejszą formą uzupełniania braku energii w akumulatorach. Dla wielu nie jest to jednak warunek, od którego uzależniona jest decyzja zakupowa dotycząca zeroemisyjnego pojazdu.

Aż 38 proc. właścicieli samochodów elektrycznych, którzy wzięli udział w badaniu EV Klubu Polska oraz marki Volkswagen i InsightOut Lab, mieszka w budynkach wielorodzinnych. Co równie istotne, co czwarty ankietowany (24 proc.) nie ma możliwości ładowania w miejscu zamieszkania.

Kilka lat temu wkroczyliśmy na drogę ewolucji w dziedzinie napędów, dzięki temu możemy zaoferować naszym klientom gamę modelową dostosowaną nie tylko do indywidualnych potrzeb, ale także wymagań co do rodzaju napędu. Zapraszamy klientów, by wraz z nami weszli do drogę do neutralnej węglowo mobilności.  W naszym portfolio są zarówno wysokowydajne modele hybrydowe typu plug-in, jak i modele elektryczne z rodziny ID. Ich nabywcy to nie tylko klienci instytucjonalni, doceniający walory ekologiczne i ekonomiczną eksploatację, to także osoby prywatne, dla których ładowanie samochodu w domu, w bloku mieszkalnym, czy w miejscu pracy nie stanowi większego problemu – tłumaczy Hubert Niedzielski, Kierownik PR marki Volkswagen Volkswagen Group Polska Sp. z o.o.

Jak długo ładują się samochody elektryczne?

Czas uzupełniania energii zależy przede wszystkim od pojemności akumulatora trakcyjnego, od mocy punktu ładowania, możliwości technicznych danego modelu BEV lub PHEV, a nawet od temperatury powietrza. Samochód z napędem elektrycznym można ładować w domu lub miejscu pracy ze zwykłego domowego gniazdka sieciowego z mocą do ok. 2,3 kW, z gniazda siłowego lub z naściennej stacji typu wallbox o mocy do 22 kW, która zdecydowanie przyspiesza ten proces. Gdy wyruszamy w dłuższą trasę lub nie posiadamy możliwości ładowania EV z prywatnego źródła energii najlepszą opcją jest skorzystanie z ładowarek ogólnodostępnych, instalowanych m.in. w galeriach handlowych, na publicznych parkingach, stacjach paliw, przy hotelach, restrauracjach i wielu innych lokalizacjach.   Przykładowy czas uzupełniania energii w akumulatorze trakcyjnym jednego z najbardziej popularnych na polskich rynku modeli BEV dysponującego baterią 58 kWh wynosi ok. 28 godzin z domowego gniazdka i ok. 6 godzin z wallboxa o mocy 11 kW. Gdy podłączymy go do stacji ogólnodostęnej DC o mocy 50 kW czas ładowania ulegnie skróceniu do godziny, a przy wykorzystaniu urządzenia o mocy 100 kW – do zaledwie 35 minut.

Ile kosztuje ładowanie na mieście?

Rozpiętość cenowa – zależnie od rodzaju zasilania i wybranego pakietu u największych operatorów stacji – w publicznych punktach ładowania wynosi od 0,99 zł do 2,99 zł/kWh. Szybkie ładowanie prądem stałym (DC) jest droższe, ponieważ kosztuje od 1,29 -2,99 zł za 1 kWh. Dla prądu przemiennego (AC) jest to koszt od 0,99 zł do 1,59 zł za 1 kWh. Zatem rachunek za naładowanie od 0 do 100% pojazdu, o zasięgu ok 500 km (wyposażonego w akumulator o pojemności 73 kWh) wyniesie od 72 zł do ok. 116 zł w przypadku ładowarki AC lub od 94 zł do ok 218 zł, gdy korzystamy z szybkiej stacji DC. W przypadku pojazdów typowo miejskich o zasięgu 200-250 km, (akumulator o pojemności 26,8 kWh) uzupełnienie 100% energii będzie wiązało się z kosztem od ok. 26,5 zł do 42,6 zł (AC) lub od 34,5 zł do ok 80 zł (DC) W celu ułatwienia kierowcom samochodów elektrycznych wyboru najbardziej opłacalnej opcji ładowania na stacjach publicznych, na stronie kampanii elektromobilni.pl dostępny jest Kalkulator kosztów ładowania.

Dzięki Kalkulatorowi kosztów ładowania w jednym miejscu można zweryfikować i porównać koszt ładowania konkretnego modelu EV na stacjach GreenWay, LOTOS, innogy, ORLEN, PGE Nowa Energia, TAURON, EV+, Go+EAuto czy REVNET. Kalkulator uwzględnia zarówno stan naładowania baterii w samochodzie, jak i typ ładowania (AC lub DC). Kierowca otrzymuje informacje o szacowanym czasie uzupełniania energii do wybranego poziomu naładowania baterii, łącznym koszcie sesji oraz o koszcie przejechania 100 km przy wykorzystaniu wybranej taryfy – mówi Albert Kania z Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Jak znaleźć stację ładowania?

Na podstawie prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika elektromobilności”, pod koniec lipca 2021 r. w Polsce funkcjonowało 1557 ogólnodostępnych stacji ładowania. W ciągu dwóch lat sieć publicznej  infrastruktury powiększyła się niemal dwurotnie. Jak zlokalizować najbliższą ładowarkę? Również i w tym aspekcie pomoże strona elektromobilni.pl, na której dostępna jest jedyna w Polsce, aktualizowana na bieżąco mapa wszystkich ogólnodostępnych stacji ładowania w Polsce.

Dzięki naszej mapie każdy kierowca samochodu elektrycznego może zlokalizować najbliższy punkt ładowania, zweryfikować, kto jest jego operatorem i jakie typy złączy są dostepne, jaka jest moc ładowania, w jakich godzinach stacja jest czynna oraz czy energia do jej zasilania pochodzi ze źródeł odnawialnych – wyjaśnia Magda Furmanek z kampanii elektromobilni.pl.

Zmiany w ustawie OZE okiem branży i klientów

Rząd szykuje zmiany w sposobie rozliczania energii z fotowoltaiki. Prosumenci będą mogli odzyskać już nie 80 czy 70% produkowanej energii, lecz w najgorszym wypadku zaledwie 40%. Analizujemy przedstawione propozycje i sprawdzamy, co sądzi o nich branża oraz klienci indywidualni.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska w projekcie nowelizacji ustawy o OZE zaproponowało likwidację obecnego systemu opustowego i zastąpienie go systemem sprzedażowym. Przedstawiona propozycja wywołała gorące dyskusje w branży oraz spotkała się z licznymi uwagami.

Swoją rekomendację przygotowało także Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, proponując zmiany w dotychczasowym systemie opustowym, zamiast jego likwidacji. Nadal miałby być stosowany tzw. net-metering, który pozwala rozliczać ilość energii elektrycznej pobranej z sieci, w stosunku do ilości energii wprowadzonej, przy zakładanej relacji “1:1”. Dodatkowo propozycja zakłada również zmiany w sposobie rozliczania dystrybucji energii. Aktualnie koszt dystrybucji ponosi w praktyce spółka obrotu energii, po zmianach koszt ten miałby ponieść prosument (ten nie będący przedsiębiorcą, mógłby skorzystać z 15% rabatu na opłacie dystrybucyjnej).

  • Zmiany, które proponuje Wiceminister MRPiT, w naszej ocenie są zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż propozycje przedstawione na początku czerwca przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Przede wszystkim poprzednia propozycja bardzo mocno uderzała w przyszłych prosumentów i opłacalność podejmowanych przez nich inwestycji. Oczywiście nowa propozycja dalej jest gorszym rozwiązaniem niż obecny system bilansowania, ale traktujemy ją jako taki konsensus i odpowiedź na apele branży PV, jak i samych prosumentów. – mówi Paweł Bartosik – Dyrektor ds. operacyjnych, Członek Zarządu Vosti Energy.

Niewątpliwie największym problemem systemu opustów w obecnym kształcie jest to, że tracą na nim spółki obrotu. Dzieje się tak, ponieważ bilansując energię z instalacji fotowoltaicznych, faktycznie dopłacają do kosztów dystrybucji tej energii. Tracą również spółki dystrybucyjne, które są zmuszone do ponoszenia nakładów inwestycyjnych na modernizację sieci i wymianę systemów pomiarowych, nie dostając z tego tytułu żadnych benefitów ze strony prosumentów.

Należy podkreślić, że obecna propozycja mówi o zmianie systemu opustów, a nie jego całkowitym zniesieniu czy likwidacji. Przy obecnym bilansowaniu, po wyprodukowaniu 1kWh, odbieramy 0,8 albo 0,7 kWh w zależności od mocy instalacji, ale łącznie kosztów samej energii, jak i jej dystrybucji. Prosument nie ponosi dodatkowych opłat np.  dystrybucyjnej, OZE czy kogeneracyjnej.

 

  • Dużo mówi się o zmianach w rozliczaniu, obecna propozycja jest korzystna
    i daje gwarancję rozliczania w ten sposób przez najbliższe 15 lat. Moja inwestycja
    w fotowoltaikę według wyliczeń powinna zwrócić się już po 7-8 latach. Oszczędzone w ten sposób pieniądze będę mogła przeznaczyć na kolejne modernizacje domu
    . – mówi Pani Monika z Lublina, która zamontowała w tym roku instalację fotowoltaiczną na swoim domu.

 

W nowym systemie wg propozycji – produkujemy 1 kWh i odbieramy 1 kWh, jednak płacimy za koszty jej przesyłu w momencie odbioru. Co oznacza bilansowanie na samej energii, ale już nie na dystrybucji.  Jest to równoznaczne z bilansowaniem na poziomie 60-70% całkowitych kosztów energii zakupionej w całości z sieci dystrybucyjnej, a nie ok. 40% jak wychodziło z propozycji MKiŚ.

 

  • Jeśli chcemy odebrać wyprodukowaną energię w nocy czy w zimie, płacimy za dystrybucję, czyli dostarczenie energii. To rozwiązanie pozytywnie wpłynęłoby na dobieranie właściwych wielkości instalacji, nie byłyby przewymiarowane i sztucznie zawyżone, żeby maksymalnie wyzerować rachunki, a zmuszały do poszukiwania sposobów większej autokonsumpcji lub magazynowania ener – dodaje ekspert Vosti.

 

 

Prosument zbiorowy i wirtualny

 

Dodatkowo w nowej propozycji pojawiają się dwa niezwykle korzystne rozwiązania. Pierwszym jest wprowadzenie instytucji tzw. prosumenta zbiorowego. Pod tym terminem rozumie się instalację współużytkowaną przez większą liczbę użytkowników, niekoniecznie jednak podłączonych do niej fizycznie; takie rozwiązanie świetnie sprawdziłoby się np. we wspólnotach mieszkaniowych – obecnie, jeśli pojawiają się instalacje dla takiej wspólnoty, dotyczą tylko zużycia energii w częściach wspólnych np. na klatce schodowej, garażach.
W nowej propozycji, wszyscy, którzy weszliby do systemu prosumenta zbiorowego, mogliby z tego korzystać we własnych mieszkaniach. Podobnie byłby w biurowcach, w systemie byłby uwzględnione poszczególne firmy, a nie tylko części wspólne budynku.

 

Natomiast proponowany system prosumenta wirtualnego, pozytywnie wpłynąłby na rozwój farm. Opłacalne będzie budowanie swoich farm i sprzedawanie energii wybranym osobom, czy nawet współudziałowcom farmy.

  • Na przykład w tym momencie w Grecji, stawia się mało mikroinstalacji na domkach, częściej stosowane jest rozwiązanie małych farm dla kilku-kilkunastu domków, które rozliczają się wspólnie. Plusem jest, że farma nie musi być położona bezpośrednio przy nieruchomości, może być oddalona od prosumenta nawet kilkaset kilometrów.
    – dodaj Paweł Bartosik.

Obecnie farmy często stawiane są przy dużych zakładach pracy. Stanowi to ograniczenie dla niektórych firm, w szczególności położonych w mniej rozwiniętych regionach, gdzie sieć energetyczna nie jest dostosowana do obsługi farm fotowoltaicznych.

W przedstawionym systemie prosumenta wirtualnego skorzystałyby także przedsiębiorstwa z zakładami rozlokowanymi na terenie całego kraju – w tym rozwiązaniu mogłyby postawić farmę w dowolnym miejscu i korzystać odpowiednio z energii we wszystkich swoich filiach.

Na który bank centralny spoglądać?

Inwestorzy z uwagą śledzą informacje wokół sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole. Pomimo, iż wydarzenie ma wysoką rangę (przede wszystkim z uwagi na oczekiwania wobec wystąpienia szefa Fed), to Rezerwa Federalna nie jest jedynym bankiem na który należy spoglądać. Być może nawet spojrzenie na inne kraje rzuci nieco więcej światła przed na piątkowe wystąpienie J.Powell’a.

Relatywny brak istotnych publikacji makroekonomicznych w bieżącym tygodniu podsyca oczekiwania przed piątkowym wystąpieniem szefa Rezerwy Federalnej w trakcie sympozjum w Jackson Hole. Rynek będzie uważnie analizował wystąpienie Powella w związku z niepewną sytuacją epidemiczną w USA (dynamiczne wzrosty zachorowań na COVID19) i kryjącym się za tym ryzykiem dla odbicia gospodarczego. Wokół tego, czy prezes rzeczywiście dostarczy szczegółów na temat taperingu narasta wiele niepewności. Coraz częściej na rynku mówi się o możliwym wstrzymaniu się z decyzjami do wrześniowego posiedzenia FOMC, a więc przyjęcie znanej skądinąd strategii „wait and see”.

Pewnym wzorem (choć przy zachowaniu skali) dla Fed może być RBNZ. Bank centralny Nowej Zelandii wstrzymał się z zapowiadaną podwyżką stóp procentowych w trakcie ostatniego posiedzenia. Konsensus zakładał ruch w górę o 25 punktów bazowych, ale RBNZ powołał się na niepewną sytuację gospodarczą i takiej decyzji nie podjął. Zdaniem przedstawiciela banku Hawkesby’ego niefortunna dla takiej decyzji była by również data. W dniu posiedzenia rząd wprowadził bowiem znaczące restrykcji epidemiczne. Nie oznacza to zatem, że RBNZ rezygnuje z podwyżek, ale odsuwa je w czasie. Być może nawet przy okazji kolejnej podwyżki zwiększy krok, żeby zrekompensować brak podwyżki w sierpniu, niemniej zdaniem władz monetarnych obecnie moment nie był komfortowy dla takich decyzji.

Rosnąca liczba zachorowań na COVID19 w USA również może być swego rodzaju hamulcem dla śmielszych decyzji Fed ws. ograniczania skali skupu aktywów. We wtorek w USA odnotowane 150 tys. nowych przypadków zachorowań, a ścieżka 7-dniowej średniej wyraźnie się wyostrza. Znany z gołębiego podejścia do polityki pieniężnej Powell może wykorzystać tą sytuację do odłożenia w czasie publikacji szczegółów taperingu.

Bankiem centralnym, który przyjął strategię obserwacji wydarzeń jest również NBP. Na krajową instytucję nie oglądają się jednak lokalni rywale. We wtorek MNB podjął decyzję o podniesieniu głównej stopy procentowej do 1,5 proc., co z zadowoleniem przyjęli inwestorzy. Widzimy, że rynek pozytywne spogląda na waluty krajów, gdzie normalizacja polityki pieniężnej już się rozpoczęła, co skutkuje słabością złotego (kapitał chcący utrzymać ekspozycję na region płynie na inne waluty). Złoty pozostaje jednak stabilny w swojej słabości i w środę utrzymuje się w okolicy poziomów odniesienia, kwotowany następująco: 4,57 za euro, 3,8920 za dolara oraz 5.34 w relacji do funta.

Maciej Madej, Analityk, Departament Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers

Deloitte: Branża budowlana odegra jedną z kluczowych ról w osiąganiu neutralności klimatycznej

100 największych firm budowlanych na świecie wygenerowało w roku obrotowym 2020 r. przychody przekraczające 1,511 bln USD, co stanowi wzrost o 3,7 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Jak wynika z corocznego raportu „Global Powers of Construction 2020”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, firmą generującą najwyższe przychody jest chińskie przedsiębiorstwo China State Construction Engineering Corporation. Największym wyzwaniem dla branży budowlanej w najbliższej przyszłości będzie cyfryzacja oraz prowadzenie działalności w duchu zrównoważonego rozwoju.

„Global Powers of Construction 2020” to analiza i ranking największych na świecie firm działających w sektorze budowlanym. Uwzględnia m.in. ich pozycje rynkowe, wysokość przychodów, kapitalizację giełdową, stopień umiędzynarodowienia oraz rentowność. Łączne przychody uzyskane przez firmy z rankingu Deloitte Top 100 wzrosły w 2020 roku o 3,7 proc., a 18 firm w zestawieniu może pochwalić się dwucyfrowym wzrostem. W poprzedniej edycji badania taki wynik osiągnęło tylko 10 przedsiębiorstw. Z drugiej strony 25 firm odnotowało spadek przychodów o ponad 10 proc.

W ujęciu geograficznym największe pod względem przychodów firmy znajdują się w Chinach i odpowiadają za 48 proc. całkowitej sprzedaży. Kolejno są to firmy z Europy (szczególnie we Francji i Hiszpanii – 22 proc.), Japonii (13 proc.), Stanów Zjednoczonych (8 proc.) i Korei Południowej (5 proc.). W zestawieniu nie znalazła się żadna firma z Polski.

Niezmiennie w rankingu prowadzi China State Construction Engineering Corporation, która odnotowała przychód w wysokości ponad 234 mld dolarów. Na podium uplasowały się również spółki z Państwa Środka – China Railway Group (141 mld dol.) i China Railway Construction (131 mld dol.). Na te trzy koncerny przypada 34 proc. całkowitych przychodów przedsiębiorstw ujętych w rankingu.

Pandemia COVID-19 miała ogromny wpływ na gospodarkę w roku obrotowym 2020. Sektor budowlany został dotknięty skutkami wywołanymi przez COVID-19 w mniejszym stopniu niż inne branże, nie ominęło go to jednak całkowicie. Pandemia wywarła krótko i długoterminowy wpływ na rozwój sektora w nadchodzących latach, gdyż wzrost wydatków publicznych wymagany do złagodzenia kryzysu wpłynie na wysokość zadłużenia poszczególnych krajów. Może to zagrozić stabilności finansów publicznych w niektórych państwach, a w konsekwencji inwestycjom infrastrukturalnym, od których zależy kondycja branży budowlanej mówi Maciej Krasoń, partner w dziale Audit & Assurance, lider sektora nieruchomości i budownictwa w Europie Środkowej, Deloitte.

Pozytywne perspektywy długoterminowe

Spowolnienie gospodarcze spowodowane pandemią powinno mieć jednak ograniczony wpływ na długoterminowe megatrendy, które będą napędzać sektor w nadchodzących latach:

  • Wzrost populacji. Chociaż pandemia COVID-19 nie wpłynęła znacząco na główne trendy demograficzne, praca zdalna może potencjalnie ograniczać tendencję do większej urbanizacji i koncentracji populacji. Wpływ ten jednak będzie ograniczony i skupiony głównie na krajach bardziej rozwiniętych. W związku z tym nie powinno to mieć istotnego znaczenia dla wysokiego poziomu inwestycji w infrastrukturę transportową i usługową.
  • Zmiana klimatu. Pandemia przyspiesza proces dekarbonizacji gospodarki. Kolejne kraje i korporacje ogłaszają ambitne cele w zakresie zeroemisyjności. Unia Europejska chce stać się neutralna klimatycznie do 2050 roku. Inwestorzy coraz częściej koncentrują się na zrównoważonym rozwoju, co ma pozytywny wpływ na inwestycje w energię odnawialną i efektywność energetyczną infrastruktury.
  • Technologia i transformacja cyfrowa. Postęp dokonany w cyfrowej transformacji firm i społeczeństw w minionym roku jest pięciokrotnie szybszy, niż z czasów sprzed pandemii. Oczekuje się, że proces ten przyspieszy w nadchodzących latach i stworzy duże możliwości dla sektora budowlanego w związku z inwestycjami w infrastrukturę.

– Właśnie te megatrendy będą głównymi motorami wzrostu dla branży w nadchodzących dziesięcioleciach, ponieważ wymagają znacznych inwestycji w transport, wodę, gospodarkę odpadami, infrastrukturę społeczną, odnawialne źródła energii, telekomunikację i dostosowanie do nowych technologii – mówi Łukasz Michorowski, partner w dziale Audit & Assurance, ekspert usług doradczych dla sektora nieruchomości i budownictwa Deloitte. – Unia Europejska podejmuje daleko idące działania na rzecz dekarbonizacji gospodarki. Budownictwo a także nieruchomości znalazły się w centrum uwagi, ponieważ budynki odpowiadają za 36 proc. emisji gazów cieplarnianych w Europie. Unijny Zielony Ład ma strategiczne znaczenie dla firm z tego sektora, bo wpływa na modele biznesowe, popyt rynkowy i warunki finansowania – dodaje.

Innowacje przyszłością branży

Branża budowlana jest na ogół uznawana za sektor o małym zapotrzebowaniu na innowacje. Tymczasem zaawansowane technologie np. takie jak sztuczna inteligencja, mogą pozytywnie wpłynąć na jakość świadczonej pracy na każdym z etapów cyklu życia projektu: od projektowania, przez składanie ofert i prace budowlane po przekształcenie modelu biznesowego.

Wiodące firmy w branży walczą z niską rentownością dokonując znaczących inwestycji w nowe technologie, techniki analizy danych, robotyzację, wykorzystanie dronów i sztucznej inteligencji. Industrializacja procesów budowlanych i zwiększenie kontroli ryzyka w procesach przetargowych, może mieć głęboki wpływ na branżę. Również tradycyjne, zdecentralizowane podejście do zarządzania, może ulec zmianie, jeśli nastąpi utrwalenie trendów w kierunku industrializacji procesów, standaryzacji, modularyzacji i odpowiedniego podziału ryzyka pomiędzy klientów i firmy budowlane. Jeśli firmy budowlane chcą uzyskać większe marże, muszą być proaktywne w zarządzaniu projektami, poprawić zarządzanie łańcuchem dostaw, uprosić i unowocześnić procesy budowy i wsparcia.

Rok 2020 był dla branży budowlanej lepszym niż dla wielu innych sektorów dotkniętych pandemią. Spodziewamy się, że w dłuższej perspektywie światowy rynek budowlany będzie rósł szybciej niż cała gospodarka, a firmy z branży skoncentrują się na innowacjach, nowych technologiach i efektywności operacyjnej, co w połączeniu z usprawnieniem procesów zawierania umów i przetargów umożliwiłyby firmom budowlanym osiągnięcie trwałej rentowności – podsumowuje Maciej Krasoń.

W sądach widać większy ruch w kwestii restrukturyzacji. Wzrost składanych wniosków jest o blisko 100% rdr

Resort sprawiedliwości informuje, że od stycznia do czerwca br. do sądów w całej Polsce wpłynęło łącznie aż 1,3 tys. spraw restrukturyzacyjnych. W analogicznym okresie ub.r. było ich 654, a dwa lata wcześniej – 773. Z danych wynika również, że w tym roku samych uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych było 814. To więcej niż wszystkich spraw o restrukturyzację w poprzednich analizowanych półroczach. Z ww. spraw załatwiono 346. Prawnicy komentujący dane wysoko oceniają ten wynik, biorąc pod uwagę liczbę sądów upadłościowych, ich obłożenie oraz pandemię. I zauważają, że prawie połowa uproszczonych postępowań kończy się przyjęciem układu przez wierzycieli. Do tego przewidują, że jeszcze w tym roku nastąpią kolejne wzrosty.

Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w I połowie br. do sądów złożono 1,3 tys. spraw restrukturyzacyjnych (w tym 814 uproszczonych postępowań). To więcej o prawie 100% niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 654.

– Pogorszenie się sytuacji niektórych branż w czasie pandemii zmusiło przedsiębiorców do szukania nowych rozwiązań. Jednym z nich jest uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, którego popularność wynika z odformalizowanej formy i elastyczności. Jest dużo tańsze od konkurencyjnych postępowań. Ponadto jest finalizowane gotowym wnioskiem w celu zatwierdzenia układu. Do tego widać, że wierzyciele coraz przychylniej traktują dłużnika w toku takiego postępowania z uwagi na szybkość, z jaką się toczy, a także realną szansę zaspokojenia swoich wierzytelności – tłumaczy Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Od stycznia do czerwca 2019 roku, czyli jeszcze przed pandemią, do sądów wpłynęły 773 sprawy restrukturyzacyjne. Ostatnio było ich 1,3 tysięcy, czyli o 68% więcej niż 2 lata temu. Zdaniem Adriana Parola, radcy prawnego i doradcy restrukturyzacyjnego, wysoki wzrost ma związek z wprowadzeniem uproszonego postępowania restrukturyzacyjnego, będącego odpowiedzią na zapotrzebowanie w czasie pandemii. Znaczenie ma też upowszechnienie wiedzy o możliwościach, jakie daje prawo restukturyzacyjne. W opinii eksperta, należy się spodziewać dalszego wzrostu w tym zakresie.

– Zgadzam się z tym, że trend wzrostowy będzie się utrzymywał. Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest najchętniej wybierane przez przedsiębiorców z kilku względów. Po pierwsze, nie dochodzi do badania wniosku przez sąd, lecz już sam fakt dokonania obwieszczenia w MSiG jest równoznaczny z otwarciem postępowania. Po drugie, to rozwiązanie daje szeroki zakres ochrony przed egzekucją, także ze strony wierzycieli rzeczowych. Po trzecie, istnieje możliwość przymusowego objęcia w tej procedurze układem wierzycieli zabezpieczonych na majątku dłużnika, co dotychczas nie było możliwe – zauważa Norbert Frosztęga, adwokat z Kancelarii Zimmerman Sierakowski Partnerzy.

Z danych resortu można też wyczytać, że w tym roku uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych było więcej niż wszystkich spraw o restrukturyzację w I połowie 2019 roku. Podobnie sytuacja wyglądała w I półroczu 2020 roku. Według mec. Parola, jest to oczywiście efektem uproszczeń zastosowanych przez ustawodawcę w tej procedurze. Przedsiębiorca nie musi oczekiwać na wydanie postanowienia o otwarciu postępowania. Może je szybko otworzyć, uzyskać ochronę i podjąć rozmowy z wierzycielami.

– O ile zamysł stworzenia uproszczonej restrukturyzacji, jak i zasady nią rządzące wpisują się w postulat szybkości i sprawności postępowań, o tyle mankamentem pozostaje sądowy etap zatwierdzania układu przyjętego w tej procedurze. Nierzadko zdarza się, że postanowienie jest wydawane po wielu miesiącach od wpływu wniosku do sądu. Jest to niekorzystne zarówno dla dłużnika, wierzycieli, jak i całego obrotu gospodarczego. Utrzymuje stan niepewności co do dalszych losów restrukturyzowanego przedsiębiorcy i utrudnia mu normalne funkcjonowanie – alarmuje mec. Frosztęga.

W I półroczu do sądów wpłynęło 814 uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych. Natomiast załatwiono 346 takich spraw. W ocenie Adriana Parola, powyższe liczby świadczą o tym, iż prawie połowa uproszczonych postępowań kończy się pozytywnym efektem, a więc przyjęciem układu przez wierzycieli. Jak podkreśla ekspert, to bardzo duży sukces tego postępowania, które też jest korzystne dla wierzycieli.

– Przy ocenie ww. wyników należy wziąć pod uwagę liczbę sądów upadłościowych i ich obłożenie sprawami oraz wszystkie utrudnienia związane z epidemią. W tych okolicznościach liczba załatwionych spraw nie jest niska. W mojej opinii, w II połowie roku będzie ona rosła, gdyż sądy zdążyły już się zaznajomić z nowym postępowaniem i są przygotowane do pracy w reżimie sanitarnym – zaznacza mec. Goszczyński.

Z kolei Norbert Frosztęga uważa, że zapowiadana na jesień IV fala i ewentualny lockdown niewątpliwie zmuszą kolejnych przedsiębiorców do wdrożenia restrukturyzacji. Z pewnością ich wybór będzie padał przede wszystkim na uproszczoną formę. Od grudnia 2021 roku, z pewnymi zmianami, na stałe zagości ona w polskim porządku prawnym, modyfikując dotychczasowe postępowanie o zatwierdzenie układu. Spowoduje to, że po zakończeniu pandemii nadal będzie dominowała wśród innych tego typu postępowań.

– Na dalszy wzrost spraw restrukturyzacyjnych w kolejnych miesiącach wpłynie pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Dzięki temu, że uproszczone postępowanie jest stosunkowo tanie w realizacji, będą z niego korzystały m.in. mikropodmioty i małe firmy – podsumowuje Adrian Parol.

Kongres Nowej Mobilności

Już za 7 tygodni, w dniach 6-8 października br. w Centrum Nauki i Techniki EC1 w Łodzi, odbędzie się Kongres Nowej Mobilności. To kolejna edycja najważniejszej w Polsce konferencji w całości poświęconej elektromobilności. W tym roku organizatorzy, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych i Miasto Łódź, rozszerzają formułę kongresu o wyjątkowe wydarzenie towarzyszące – Manufakturę Elektromobilności.

Dwie sceny, sześć sal warsztatowych i okrągłych stołów, ponad czterdzieści spotkań merytorycznych, dziesięć premier, pięćdziesięciu wystawców i dwustu ekspertów oraz praktyków rynku – KNM 2021 to najlepsza okazja do dyskusji w gronie ekspertów branży zeroemisyjnego transportu, liderów tego rynku w Polsce. Tegoroczna edycja wydarzenia odbędzie się w fenomenalnej przestrzeni Centrum Nauki i Techniki EC1 w Łodzi.

– Mamy świadomość, że elektromobilność to nie tylko globalny trend. To szansa, aby poprawić jakość życia mieszkańców polskich miast. W Łodzi w pełni dostrzegamy korzyści wynikające z rozwoju zeroemisyjnego transportu, dlatego chętnie przystąpiliśmy do współorganizacji Kongresu Nowej Mobilności. Serce zrównoważonego transportu w Polsce będzie w październiku biło w Łodzi – mówi Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi i przypomina, że Łódź, jako pierwsze w Polsce miasto, wprowadziło specjalne oznaczenia dla samochodów elektrycznych poruszających się po buspasach. Elektryfikuje również publiczny transport zbiorowy i wspiera rozbudowę sieci ładowania.

Kongres Nowej Mobilności 2021 kierowany jest głównie do osób zawodowo związanych z rynkiem e-mobility. Organizatorzy podkreślają, że największą zaletą wydarzenia jest jego otwarta formuła, gwarantująca dostęp do wiedzy eksperckiej oraz integrację pomiędzy uczestnikami. Program jest niezwykle merytoryczny, ponadto zaplanowano wiele wydarzeń specjalnych, takich jak np. Polish Battery Day, który w całości poświęcony zostanie roli Polski w światowym i europejskim łańcuchu dostaw baterii do pojazdów elektrycznych. W Łodzi odbędzie się też specjalna sesja Pre-COP26, czyli wstęp do nadchodzącego szczytu klimatycznego w Glasgow (Wielka Brytania) oraz panele eksperckie związane z unijnym pakietem „Fit for 55” i Inicjatywą na rzecz Zielonego Transportu CEE GTI (z ang.  Green Transport Initiative) powołaną przez PSPA i słowacką organizację SEVA.

– Kongres Nowej Mobilności powraca w wielkim stylu. Już w październiku ponownie zgromadzimy kluczowych interesariuszy całego łańcucha wartości zeroemisyjnego transportu. Producenci pojazdów elektrycznych, operatorzy transportowi, firmy technologiczne, infrastrukturalne i energetyczne, rozwijające się startupy i decydenci spotkają się, aby omawiać wprowadzane na rynek technologie nowej generacji, a także identyfikować modele biznesowe, wymagania infrastrukturalne oraz partnerstwa, gwarantujące finansowanie projektów mobilnościowych. Wszystko po to, aby zmniejszyć emisje oraz umożliwić bezpieczny i zrównoważony przepływ ludzi, towarów i usług w Polsce – zapowiada Maciej Mazur, Dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

Kongres odbędzie się w dniach 6-8 października br. Tuż po jego zakończeniu, rozpocznie się specjalne wydarzenie towarzyszące – Manufaktura Elektromobilności, która odbędzie się w dniach 8-9 października. Rynek łódzkiej Manufaktury zamieni się w wyjątkową strefę zeroemisyjnych technologii w transporcie, otwartą dla wszystkich zwiedzających (wcześniej strefa ekspozycyjna będzie zorganizowana przed Centrum Nauki i Techniki EC1 w Łodzi).

– W ramach wydarzenia w łódzkiej Manufakturze odbędą się prelekcje i debaty edukacyjne oraz warsztaty poświęcone ekologii, ochronie klimatu i oczywiście elektromobilności. Na rynku Manufaktury odbędzie się także prezentacja aktualnie dostępnych modeli samochodów elektrycznych, a także infrastruktury ładowania. Uczestnicy tego wydarzenia będą również świadkami pierwszego zlotu członków EV Klubu Polska, który z rynku Manufaktury przemieści się na ul. Piotrkowską. Tam też zostanie wydzielona specjalna strefa dla klubowiczów i gości – mówi Łukasz Lewandowski, Koordynator EV Klub Polska.

Więcej informacji o Kongresie Nowej Mobilności 2021 dostępne jest na stronie internetowej www.kongresnowejmobilnosci.pl,  która umożliwia również rejestrację na wydarzenie.

Co Polacy sądzą o kobietach na stanowiskach kierowniczych?

67% Polaków popiera zatrudnianie kobiet na stanowiskach kierowniczych. Jednak kobiety-menedżerki wciąż stanowią mniejszość — wyniki badania serwisu LiveCareer.

Aż 78% Polaków uważa, że płeć nie powinna mieć znaczenia przy obsadzaniu stanowisk kierowniczych w firmach. A ponad 82% badanych, których przełożoną jest kobieta, dobrze ocenia jej skuteczność zarządzania zespołem. Co jeszcze Polacy myślą o kobietach na wysokich stanowiskach?

Serwis kariery LiveCareer Polska przeprowadził badanie, w którym zapytano 747 respondentów o ich opinie na temat kobiet-liderek. Wyniki ankiety wskazują, że — mimo wciąż obecnych stereotypów — jesteśmy otwarci na kierownictwo kobiet.

Ze stwierdzeniem, że płeć danej osoby nie powinna decydować o objęciu najwyższych stanowisk w firmach, zgadza się 3 na 4 Polaków. Pozostali, którzy mają inne zdanie, najczęściej uważają, że w pewnych branżach lepszymi szefami są mężczyźni, a w innych — kobiety (blisko 37% odpowiedzi w tej grupie).

Co ciekawe, osoby, które obecnie mają szefową, a nie szefa, oceniają swoje relacje z przełożonym nieco lepiej niż ogół badanych — ponad 78% kobiet i aż 92% mężczyzn w tej grupie uważa je za pozytywne (wśród ogółu badanych jest to kolejno 70% i 74%).

Poza tym aż 67% z nas ma pozytywne nastawienie do zatrudniania kobiet na stanowiskach menedżerskich w firmach, w których pracujemy. 

Cieszą mnie takie wyniki. Bo jeśli wykorzystujemy talenty tylko połowy populacji, to sami podcinamy sobie skrzydła — komentuje Żaneta Spadło, ekspertka kariery serwisu LiveCareer Polska i autorka badania. — Większa różnorodność kadry zarządzającej to większa kreatywność i innowacyjność, co z kolei przekłada się na sukces całej firmy. Nie możemy sobie pozwolić na pomijanie ambitnych i utalentowanych osób tylko z uwagi na ich płeć — ten aspekt nie powinien mieć znaczenia.

Niestety — aż 42% naszych respondentów przyznaje, że kobiety stanowią mniejszość (od 0 do 40%) kadry zarządzającej w ich firmach (a 23% nie ma wiedzy na ten temat). Kobiety, rzadziej niż mężczyźni, zasiadają też w zarządach i dyrekcjach ich firm. A prawie 46% Polaków uważa, że liczba kobiet-menedżerek powinna być większa.

Niższe stanowiska oznaczają też niższe zarobki, a to potęguje ekonomiczne i społeczne nierówności. Ale w wieku, w którym mężczyźni intensywnie pracują na swój awans zawodowy, kobiety często rodzą i wychowują dzieci, bo sądzą, że potem może być na to za późno — mówi Małgorzata Sury, ekspertka ds. kariery w LiveCareer. — Sytuację młodych mam mogłaby poprawić np. większa liczba miejsc w żłobkach i przedszkolach, równe zaangażowanie rodziców w opiekę nad dzieckiem, bardziej elastyczny czas pracy i praca zdalna. Dzięki temu kobiety mogłyby szybciej wrócić do aktywności zawodowej. 

Badanie opinii o kobietach na stanowiskach kierowniczych wykazało również, że:

  • około 23% badanych przyznaje, że gdyby prowadziło firmę i szukało wspólnika, to bardziej zaufałoby kobiecie, a tylko 17% — mężczyźnie
  • aż 51% Polaków wymienia stanowiska menedżerskie wśród najbardziej odpowiednich dla kobiet
  • co czwarta ankietowana Polka wolałaby mieć szefową, a tylko co piąta — szefa
  • ponad 39% respondentów uważa, że mężczyźni na stanowiskach kierowniczych mają większą szansę na sukces niż kobiety.

Apple, Jobs i trend przekazywania przez założycieli firm technologicznych obowiązków dyrektorów generalnych

APPLE I JOBS

Steve Jobs ustąpił z funkcji dyrektora generalnego Apple (AAPL) dziesięć lat temu, 26 sierpnia 2011 r., po przebiciu NASDAQu o 3 100 proc. w poprzedniej dekadzie. Istniały obawy, że jego następca, Tim Cook, nie będzie umiał zbliżyć się do takiego wyniku. Cook jednak tego dokonał, a nasza analiza kolejnych przypadków przekazania przed założycieli firm technologicznych pozycji dyrektorów generalnych pokazuje, że w innych przypadkach rezultaty były podobne. Jest to istotne zagadnienie także dziś, gdyż założyciele gigantycznych firm technologicznych, takich jak Alphabet, Amazon, Netflix, Alibaba i Pinduoduo opuszczają swoje stanowiska kierownicze. To, co rzuca się w oczy, to skala sukcesu Cooka. Przewyższenie NASDAQu o 2 600 proc. w trakcie minionej dekady zapewniło Apple kapitalizację rynkową o wartości 2,4 biliona dolarów, rekordową wśród przedsiębiorstw notowanych na giełdach.

ZMIANY PREZESÓW

Każdego roku, ponad 10 proc. firm notowanych na S&P 500 zmienia dyrektorów generalnych, w jednej piątej przypadków w wyniku czynników zewnętrznych. Średni wiek nowego dyrektora generalnego to 54 lata, a 70 proc. awansuje wewnątrz danej firmy. Taka zmiana jest wyjątkowym wyzwaniem dla założycieli firm technologicznych, którzy operują w dynamicznie zmieniających się sektorach, z którymi firmy te są nieodzownie związane. Wielu dziś przez nią przechodzi. W zeszłym miesiącu Jeff Bezos z firmy Amazon (AMZN) zrezygnował z funkcji dyrektora generalnego, Netflix (NFLX) od roku ma współ-dyrektorów generalnych, a pod koniec 2019 r., Larry Page i Sergey Brin wycofali się z pełnionych w Alphabet (GOOG) funkcji. W minionych latach w Chinach byliśmy świadkami rezygnacji z pozycji dyrektora generalnego założycieli Alibaby (BABA) oraz Pinduoduo (PDD).

INDEKS ZAŁOŻYCIELI

Apple, Jobs i trend przekazywania przez założycieli firm technologicznych obowiązków dyrektorów generalnych
Source: Refinitiv, kalkulacje eToro, przebazowane do 100 Wszystkie dane, liczby i wykresy są ważne na dzień 23.08.2021.

Przeanalizowaliśmy trend przekazywania przez założycieli firm technologicznych stanowisk dyrektorskich na osoby trzecie oraz wyniki firm w trakcie 10 lat poprzedzających moment zmiany, oraz po niej następujących. Nasz Indeks Założycieli, zawierający Adobe, AMD, Logitech, Microsoft, SAP, Sony i Qualcomm, wykorzystuje prostą średnią ważoną i zestawiony jest z NASDAQiem. Pobił go o 240 proc. w dekadzie przez przekazaniem przez założyciela funkcji dyrektora generalnego oraz o zbliżone 250 proc. w kolejnej dekadzie. Jak można zauważyć na wykresie poniżej (strzałka w tabeli, należy zwrócić uwagę na różnicę między lewą i prawą skalą wykresu), pokazuje to dziesięciokrotną skalę sukcesu Tima Cooka w porównaniu do Indeksu Założycieli, ale również niższe ryzyko związane ze zmianami na fotelu prezesa w innych spółkach.

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Premiera instalacji łamaczy światła z ogniwami perowskitowymi Saule Technologies

24 sierpnia w Lublinie odbyła się premiera instalacji lameli – łamaczy światła z ogniwami perowskitowymi Saule Technologies. Jest to pierwsze komercyjne wdrożenie technologii perowskitowych ogniw słonecznych na świecie. Za system automatyki do sterowania położeniem lameli względem pozycji Słońca odpowiada marka Somfy. Pierwszym klientem Saule został Aliplast.

W niespełna trzy miesiące po otwarciu we Wrocławiu pierwszej na świecie fabryki ogniw perowskitowych Saule Technologies oraz w niecały rok po prezentacji łamaczy światła z elementami ogniw perowskitowych, jako efektu współpracy Saule Technologies, Somfy oraz Aliplast, nastąpił kolejny milowy krok w rozwoju spółki – światowa premiera instalacji łamaczy światła na fasadzie fabryki Aliplast w Lublinie.

Instalacja lameli na bazie perowskitów_ foto 1

Nowy komercyjny produkt Saule Technologies – automatyczne lamele – łamacze światła z perowskitowymi ogniwami słonecznymi, został po raz pierwszy zaprezentowany w październiku 2020 roku. Lamele, wykonane na konstrukcji aluminiowej dostarczonej przez Aliplast, wyposażone zostały w system automatycznej zmiany położenia względem pozycji Słońca, opracowany przez Somfy.

Po majowym otwarciu pierwszej na świecie fabryki ogniw perowskitowych we Wrocławiu, dziś, niespełna trzy miesiące później, ponownie dokonujemy rewolucji w globalnej branży fotowoltaiki i energii odnawialnej. Rozpoczynamy nowy etap w rozwoju Saule Technologies – erę komercjalizacji naszych ogniw perowskitowych. Z dumą prezentujemy nasz kompletny produkt – lamele – łamacze światła, działające na fasadzie budynku naszego pierwszego klienta – Aliplast. To dla nas wyjątkowy moment, wieńczący osiem lat ciężkiej pracy całego zespołu Saule Technologies powiedziała Olga Malinkiewicz, CTO i współzałożycielka Saule Technologies.

Zaprezentowane podczas premiery w Lublinie lamele – łamacze światła,  nie tylko chronią budynek przed przegrzaniem czy wychłodzeniem, znacząco redukując koszt eksploatacji klimatyzacji i ogrzewania. Produkują jednocześnie czystą energię z promieniowania słonecznego.

Dzięki systemowi automatyki Animeo marki Somfy, lamele z ogniwami perowskitowymi współpracują z instalowaną na dachach stacją pogodową. Wykorzystując aktualizowane na bieżąco dane meteorologiczne oraz funkcję „śledzenia słońca” (suntracking), automatycznie zmieniają swoje ustawienie względem pozycji Słońca. Wszystko po to, aby zapewnić efektywność energetyczną obiektu oraz zagwarantować komfort cieplny i ochronę przed zbyt ostrym światłem użytkownikom budynku – niezależnie od pory roku.

– Idea zastosowania lameli – łamaczy światła Sun Protection z perowskitowymi ogniwami słonecznymi otwiera szerokie możliwości w wykorzystaniu istniejących struktur budowalnych do instalacji podobnych urządzeń, a więc nie potrzebuje nowo wznoszonych obiektów. Implementacja systemu możliwa jest na każdym rodzaju budynku. Dlatego uważam, że jest to początek rewolucji w świecie fotowoltaiki. – stwierdził Jan Kidaj Prezes Zarządu Aliplast Sp. z o.o.

Łamacze światła są elementem systemów Building Applied Photovoltaics (BAPV), czyli instalacji fotowoltaicznych montowanych na budynkach biurowych, centrach handlowych, magazynach czy fabrykach. Lamele z ogniwami perowskitowymi Saule Technologies mogą być dostosowane do preferencji klientów, począwszy od użytego materiału, jak aluminium, drewno, szkło czy tworzywa sztuczne, przez kształt i szerokość, po kolor. Ale nie tylko z tych powodów są rozwiązaniem przełomowym. Dla fotowoltaiki lamele otwierają nowy rynek o ogromnym potencjale wzrostu: fasady budynków, gdzie tradycyjne ogniwa krzemowe, ciężkie i nieefektywne w nieoptymalnym oświetleniu, nie mają racji bytu. Rozwiązanie Saule Technologies to pierwszy tego typu komercyjny produkt na świecie.

– W Polsce budynki generują około 38 procent emisji gazów cieplarnianych. Standard energetyczny większości z nich pozostawia wiele do życzenia. Perowskitowe ogniwa słoneczne z zapewniającą im efektywność automatyką Somfy spełniają wszystkie kluczowe kryteria uniwersalnego źródła energii, a wyposażone w nie łamacze światła  to kolejny krok w kierunku budownictwa zrównoważonego, tak ważnego w obliczu coraz bardziej dostrzegalnych zmian klimatycznych – powiedział Radosław Borkowski, dyrektor zarządzający i członek zarządu Somfy Polska.

Kolejnym ważnym elementem wydarzenia w Lublinie było podpisanie trójstronnego listu intencyjnego o współpracy pomiędzy Columbus Energy, Saule Technologies i Somfy. Firmy ustaliły wspólny kierunek rozwoju i przedstawiły plan kolejnych komercyjnych wdrożeń lameli Saule Technologies.

– Dzisiaj, zaraz po premierze produktu, został podpisany trójstronny list intencyjny o współpracy strategicznej pomiędzy Saule S.A. i Columbus Energy S.A. a Somfy Sp. z o.o. z wykorzystaniem prezentowanego dziś produktu – aluminiowych łamaczy światła z elementami ogniw perowskitowych i systemem zaawansowanej automatyki budynkowej w dążeniu do neutralności energetycznej. Cieszymy się, że jako Columbus i Saule będziemy mogli zapewnić kompleksową realizację, finansowanie inwestycji oraz najnowocześniejszy mix energetyczny na świecie – podsumował Dawid Zieliński, CEO Columbus Energy, członek Rady Nadzorczej Saule S.A.

Perowskity a tradycyjne ogniwa krzemowe

W przeciwieństwie do tradycyjnych ogniw krzemowych, ogniwa perowskitowe są elastyczne, lekkie, ultracienkie i półprzezroczyste. Ich wytwarzanie nie wymaga wysokich temperatur, co przekłada się na znacząco mniejsze zużycie energii, niższe koszty produkcji i możliwość wykorzystywania jako podłoża rozmaitych powierzchni, nawet folii lub tekstyliów. Ogniwa perowskitowe mogą generować energię ze sztucznego światła  i – w odróżnieniu od paneli krzemowych – są wydajne nawet wtedy, gdy promienie słoneczne padają pod innym kątem niż 90 stopni. Dzięki tej przewadze nad ogniwami krzemowymi, a także wspomnianej bardzo małej wadze, można je montować nawet na pionowych elementach elewacji i w kolorach dopasowanych do fasady budynków.

Kolej dużych prędkości dojedzie do Wrocławia. Umowa na prace przygotowawcze podpisana

Do 350 km/h będą mogły rozpędzić się pociągi na nowej linii kolejowej Łódź-Sieradz-Wrocław. Ponad 200-kilometrowy odcinek będzie częścią tzw. „igreka”, który realizuje Centralny Port Komunikacyjny. Dzisiaj spółka podpisała umowę na studium wykonalności, czyli najważniejszy etap prac przygotowawczych.

Odcinek Łódź – Sieradz – Wrocław to już kolejny, dla którego rozpoczęły się prace przygotowawcze. W całej Polsce jest to już osiem kolejowych odcinków o łącznej długości ok. 1 000 km. W przypadku tzw. szprychy nr 9 (biegnącej przez województwa: mazowieckie, łódzkie i dolnośląskie), i biorąc pod uwagę dwie umowy zawarte wcześniej, przygotowania trwają już łącznie na ok. 400 km: z Warszawy przez Łódź i Wrocław do granicy z Czechami.

Najnowsza umowa jest warta 38,1 mln zł netto. Dotyczy odcinka: Łódź – Sieradz Północny – Kępno – Czernica Wrocławska – Wrocław Główny. Prędkość projektowa (czyli maksymalna prędkość, którą będzie można osiągnąć na nowych torach) wyniesie 350 km/h, zaś eksploatacyjna (taką pociągi osiągną w pierwszym etapie) to 250 km/h.

Umowa została podpisana z konsorcjum firm Multiconsult Polska, Arcadis, Transprojekt Gdański i IDOM Inżynieria podczas dzisiejszej konferencji prasowej na stacji Wrocław Główny. Przedmiotem zamówienia jest studium wykonalności, czyli dokumentacja przedprojektowa.

– Aż trudno w to uwierzyć, ale między Wrocławiem a Łodzią i Warszawą nie ma obecnie bezpośredniej, szybkiej trasy kolejowej. To właśnie z tego powodu czasy przejazdu są dla pasażerów nietrakcyjne i rozczarowujące. Szansą na poprawę tej sytuacji są inwestycje przygotowywane konsekwentnie przez CPK. Dzięki nim podróż z Wrocławia do Łodzi skróci się do 1 godz. 10 min, a do Warszawy do 1 godz. 55 min – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Aby dotrzeć szybko z Warszawy do Wrocławia pasażerowie są dziś zmuszeni podróżować samolotem albo, ostatnio – dzięki rozbudowie dróg ekspresowych – samochodem. Dlatego odcinek między Wrocławiem, Sieradzem i Łodzią, który razem z przygotowywaną do realizacji trasą Łódź-Warszawa połączy stolice: Polski i Dolnego Śląska w czasie krótszym niż dwie godziny, to jedna z najważniejszych inwestycji kolejowych w całym kraju – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK. – Ten projekt jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia pasażerów, ale także dla ograniczania śladu węglowego generowanego przez transport – dodaje.

Na przygotowanie studium wykonawca ma ok. 10 miesięcy. Całkowita realizacja i rozliczenie umowy może potrwać 15 miesięcy, ponieważ w zakres przedmiotu zamówienia wchodzą także m.in. dokumentacja geologiczna i mapy do celów projektowych. W ramach tego samego zlecenia wykonawca dostarczy spółce CPK m.in. prognozy ruchu, a także specjalistyczne analizy: techniczne, środowiskowe i przestrzenne. Dzięki temu możliwe będzie wybranie tzw. wariantu inwestorskiego, czyli preferowanego przebiegu trasy.

Umowa stanowi uzupełnienie kontraktu na studium wykonalności dla 140-kilometrowego odcinka linii dużych prędkości z Warszawy przez CPK do Łodzi, dla którego na początku czerwca spółka CPK popisała umowę na prace przygotowawcze. Te dwie linie stanowią – razem z odnogą do Poznania – tzw. “igrek”, czyli pierwszy i najważniejszy element systemu kolei dużych prędkości w Polsce.

Kolejnym elementem tej układanki jest 60-kilometrowy odcinek łączący Żarów (leżący na południowy zachód od Wrocławia), ze Świdnicą, Wałbrzychem i Lubawką na granicy polsko-czeskiej, w przypadku którego spółka CPK podpisała umowę w ubiegłym tygodniu.

Po zsumowaniu trzech odcinków w ramach szprychy nr 9 wychodzi w sumie ok. 400 km zakontraktowanych linii dużych prędkości między Warszawą a granicą z Czechami (przez Port Solidarność, Łódź i Wrocław).

Inwestycje CPK będą oznaczały liczne korzyści dla pasażerów. Po wybudowaniu szprychy nr 9 skróci się czas podróży z Łodzi: do Sieradza do 25 min (zamiast około godziny – jak obecnie), a do Wrocławia do 1 godz. 10 min (dziś jeździmy tą trasą ok. 3 godz.). Trasa z Warszawy do Wrocławia – po wybudowaniu całej „szprychy” – skróci się do 1 godz. 55 min (dzisiaj dwa razy dłużej).

Według harmonogramu pierwsze roboty budowlane mają ruszyć w 2023 r. Spółka zakłada, że linia dużych prędkości zostanie uruchomiona jednocześnie z Lotniskiem Solidarność.

Program inwestycji kolejowych CPK #KolejNaPolske oznacza budowę na terenie województwa dolnośląskiego ok. 119 km nowych linii kolejowych i modernizację ok. 126 km tych istniejących. W Łódzkiem powstanie ok. 219 km nowych linii kolejowych, a kolejnych ok. 305 km zostanie zmodernizowanych.

Program Kolejowy CPK zakłada budowę na terenie całej Polski łącznie prawie 1800 km nowych linii, które mają powstać do końca 2034 r. Na te inwestycje składa się w sumie 12 tras kolejowych, w tym 10 „szprych” prowadzących z różnych regionów Polski do Warszawy i CPK.

PKN ORLEN rozważa przetwarzanie odpadów z tworzyw sztucznych na produkty petrochemiczne i rafineryjne

PKN ORLEN, zgodnie ze strategią do 2030 roku, chce rozwijać nowy obszar swojej działalności, który umożliwi efektywne ekonomicznie i środowiskowo zagospodarowanie odpadów z tworzyw sztucznych. Koncern podpisał list intencyjny oraz umowę na realizację studium wykonalności z wiodącym dostawcą technologii i usług inżynieryjnych, z którym analizuje możliwość wykorzystania innowacyjnej technologii Hydro-PRTSM przy wdrażaniu projektów recyklingu chemicznego tworzyw sztucznych. Pozwolą one realizować założenia gospodarki obiegu zamkniętego i spełnić cel neutralności emisyjnej koncernu do 2050 roku.

– Jesteśmy odpowiedzialną firmą, która ma realny wpływ na ochronę środowiska naturalnego, dlatego angażujemy się w realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju. Podejmując współpracę ze spółką KBR stawiamy kolejny ważny krok w tym kierunku. Technologia, którą analizujemy, ma umożliwić recykling odpadów z tworzyw sztucznych i wykorzystywanie pozyskanych w ten sposób surowców do wytwarzania produktów petrochemicznych i rafineryjnych. Będzie to nasza odpowiedź na globalne trendy związane z ochroną środowiska, która jednocześnie przyczyni się do budowy wartości koncernu w długiej perspektywie – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Współpraca PKN ORLEN z firmą KBR będzie opierać się na wykorzystaniu technologii Hydro-PRTSM licencjonowanej przez KBR. Polega ona na przetwórstwie odpadowych tworzyw sztucznych w produkty ciekłe i gazowe, które następnie można przetwarzać i wykorzystywać w produkcji chemikaliów, monomerów i polimerów. Podpisany list intencyjny oraz umowa na realizację studium wykonalności zakłada, że firma KBR weźmie aktywny udział we wdrożeniu projektu dostosowanego do potrzeb Grupy ORLEN oraz zapewni wymagane wsparcie techniczne oraz wiedzę ekspercką.

Przetwarzane tworzywa sztuczne będą pochodziły z kraju, a odzyskane w procesie recyklingu związki chemiczne zostaną przerobione przy wykorzystaniu własnych aktywów rafineryjno-petrochemicznych w wyżej wartościowe produkty petrochemiczne, które trafią na rynek polski i europejski.

– Współpraca, którą podejmujemy z PKN ORLEN, to ważny krok w ocenie długoterminowego potencjału tej przełomowej technologii. Jesteśmy pewni, że Hydro-PRTSM umożliwi PKN ORLEN osiągnięcie korporacyjnych celów zrównoważonego rozwoju oraz dekarbonizacji – mówi Doug Kelly, Prezes KBR ds. Technologii.

PKN ORLEN, jako pierwszy koncern paliwowy z Europy Środkowej, zadeklarował cel osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 roku. W ramach dochodzenia do niego, do 2030 roku zredukuje o 20 proc. emisję CO2 z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33 proc. CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Do końca tej dekady koncern zainwestuje ponad 25 mld zł w projekty, które umożliwią redukcję oddziaływania na środowisko i otwarcie na nowe modele biznesowe.

W Europie rocznie powstaje 24,5 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych. Ponad jedna trzecia trafia do recyklingu, natomiast 42% jest spalane, a 24% składowane, co jest sprzeczne z modelem gospodarki obiegu zamkniętego. Jednocześnie szacuje się, że ilość odpadów z tworzyw sztucznych wzrośnie w 2035 roku do 31 mln ton, co powinno wpłynąć na intensyfikację projektów recyklingowych.

Atak na Monnari Trade S.A. – komentarz ekspercki

W poniedziałek 23 sierpnia Monnari Trade S.A. poinformował o ataku hakerskim, w wyniku którego zawieszona została praca systemów sprzedażowych i finansowych, co utrudniało bieżące funkcjonowanie spółki. Incydent bezpieczeństwa komentują specjaliści z Check Point Software.

Z informacji uzyskanych w komunikacie spółki Monnari Trade wynika, że atak hakerski wycelowany został w łańcuch dostaw, uniemożliwiając sprzedaż oraz rozliczenia finansowe bieżących operacji. Zdaniem firmy Check Point Software tego typu incydenty nasiliły się w 2021 roku, a najgłośniejszym atakiem był ten wycelowany w SolarWinds, który wyróżnił się ze względu na swoją skalę i wpływ. Podobne wyrafinowane ataki miały miejsce w kwietniu w przypadku Codecov, natomiast na początku lipca rosyjskojęzyczna grupa REvil shakowała Kaseya, co przyczyniło się do zaatakowania około 1000 przedsiębiorstw, głownie w Stanach Zjednoczonych.

W pierwszej połowie 2021 r. cyberprzestępcy nadal dostosowywali swoje praktyki, aby wykorzystywać przejście do pracy hybrydowej, celując w łańcuchy dostaw organizacji czy połączenia sieciowe z partnerami, aby osiągnąć maksymalne zakłócenia ciągłości operacyjnej przedsiębiorstw. Cyberataki nadal biją rekordy, ze szczególnym uwzględnieniem ransomware, czyli ataków dla okupu. – komentuje Wojciech Głażewski, Country Manager firmy Check Point Software w Polsce.

– Nie posiadamy szczegółowych informacji co do ataku na polską spółkę Monnari Trade, jednak z pierwszych relacji wynika, że atak wpisywał się w bieżące trendy cyberzestępcze, uniemożliwiając realizację dostaw i części rozliczeń finansowych. Organizacje powinny być świadome zagrożeń i upewnić się, że mają odpowiednie rozwiązania, zapobiegające większości ataków, w tym tych najbardziej zaawansowanym. – dodaje ekspert Check Point Research.

Czy można się uchronić przed rosnącym zagrożeniem?

Jak wskazują specjaliści Check Point Software, istnieje lista dobrych praktyk ograniczających szansę na skuteczny atak. Przede wszystkim należy regularnie instalować uaktualnienia oraz łatki bezpieczeństwa. Najlepiej zezwolić programom na ich automatyczną aktualizację. Posiadając wartościowe dla nas dane, należy zainstalować oprogramowanie antywirusowe i antyransomware. Ochrona przed oprogramowaniem ransomware zwraca uwagę na wszelkie nietypowe działania, takie jak otwieranie i szyfrowanie dużej liczby plików, a w przypadku wykrycia podejrzanego zachowania może natychmiast zareagować i zapobiec ogromnym uszkodzeniom. Tego typu ataki nie zaczynają się jednak od samego ransomware. Uważaj na inne złośliwe kody, takie jak Trickbot lub Dridex, które infiltrują sieci i przygotowują grunt pod kolejny atak ransomware.

Firmy i administracja publiczna powinny przyjąć strategię nastawioną na zapobieganie. Jeśli atak w jakikolwiek sposób przeniknie do urządzenia lub sieci firmowej, jest już za późno. Dlatego niezbędne jest korzystanie z zaawansowanych rozwiązań zapobiegania zagrożeniom, które powstrzymują nawet najbardziej zaawansowane ataki, a także zapobiegają zagrożeniom typu zero-day i nieznanym. W przypadku udanego ataku warto postawić na współpracę: skontaktuj się z organami ścigania i krajowymi organami ds. cyberbezpieczeństwa; nie wahaj się skontaktować z dedykowanym zespołem reagowania na incydenty firmy zajmującej się cyberbezpieczeństwem. Poinformuj pracowników o incydencie, w tym instrukcje postępowania w przypadku podejrzanego zachowania.

Zasadniczą kwestią ochrony – niezależnie czy w przypadku użytkowników indywidualnych, firm czy agencji rządowych – jest zawsze edukacja. Wiele cyberataków zaczyna się od ukierunkowanej wiadomości e-mail, która nie zawiera złośliwego oprogramowania, ale wykorzystuje socjotechnikę, aby nakłonić użytkownika do kliknięcia niebezpiecznego łącza. Umiejętność rozpoznawania sztuczek hakerów przez poszczególnych użytkowników jest zatem jednym z najważniejszych elementów zapobiegania zagrożeniom.

Indeksy koniunktury kontrolują rynek

Wczorajszy dzień upłynął wyraźnie pod dyktando indeksów koniunktury. To, co było charakterystyczne w tych danych, to duży spadek optymizmu w branży usługowej zarówno na Wyspach, jak i w USA. Być może to nawrót strachu przed lockdownem.

Indeksy koniunktury z Unii

Opublikowane wczoraj indeksy koniunktury, w postaci wstępnych wyników indeksów PMI dla przemysłu i usług pokazują istniejący od kilku odczytów trend. Optymizm w przemyśle jest wciąż wysoki, gdyż firmy wierzą w odbicie popandemiczne, ale co ważniejsze coraz bliżej tego wskaźnika jest indeks dla usług. Te z kolei, po tym jak uderzyła w nie pandemia, miały bardzo słabe wyniki. Mówimy tutaj szczególnie o Europie, gdyż w wielu innych regionach optymizm w usługach nie spadł aż tak mocno. Dane te oprócz wpasowania się w korzystny trend miały jeszcze jedną cechę. Były delikatnie słabsze od oczekiwań. Co ciekawe, inwestorzy musieli spodziewać się większych spadków, bo publikacja przełożyła się na umocnienie się euro względem głównych walut w tym dolara.

Na Wyspach optymizm spada

Dużym zaskoczeniem były dane z Wielkiej Brytanii. O ile subindeks dla przemysłu był blisko oczekiwań, a nawet je przekroczył, o tyle subindeks dla usług zawiódł. Analitycy oczekiwali 59 pkt, wynik wyniósł zaledwie 55,5 pkt. Teoretycznie może się wydawać to niewielką różnicą, ale należy pamiętać, że w tym badaniu swoistym zerem, czyli poziomem rozdzielającym rozwój od recesji, jest poziom 50 pkt. Widać zatem wyraźnie, że w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z pewnym problemem, który prędzej, czy później może rozlać się na twarde dane.

Problemy za oceanem

Jeżeli ktoś malował już piękne obrazy rozwoju amerykańskiej gospodarki wychodzącej z kryzysu szybciej od oczekiwań, to powinien się chwilę zastanowić. Indeksy dla przemysłu i dla usług wypadły wyraźnie gorzej od oczekiwań. Obydwa indeksy są wciąż wyraźnie powyżej poziomu 50 pkt rozdzielającego przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych, ale dystans ten wyraźnie spada. To właśnie te słabsze dane były odpowiedzialne za wczorajszą słabość amerykańskiej waluty w godzinach popołudniowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja o zmianie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl