Czechy i Rumunia liderami rentowności, Polska wśród najsilniejszych kapitałowo rynków ubezpieczeniowych CEE

Międzynarodowa firma Forvis Mazars opublikowała najnowszą edycję swojego cyklicznego raportu „Strategiczna odporność sektora ubezpieczeń w Europie Środkowo-Wschodniej: prognozy na 2025 rok”, z którego wynika, że ubezpieczyciele w regionie zwiększyli składki z tytułu ubezpieczeń innych niż na życie z 18 mld euro w 2018 roku do 28,5 mld euro w 2024 roku, co stanowi wzrost o 58% i przewyższa wyniki wielu dojrzałych rynków zachodnich. Pomimo inflacji i niekorzystnych warunków regulacyjnych Europa Środkowa i Wschodnia (CEE) szybko staje się fundamentem odporności finansowej Europy.

„Raport ten potwierdza, że Europa Środkowa i Wschodnia (CEE) stała się siłą napędową europejskiego rynku ubezpieczeń. Silne fundamenty finansowe i zdyscyplinowana polityka ubezpieczeniowa pozwoliły ubezpieczycielom wytrzymać presję gospodarczą, a transformacja cyfrowa i zdolność dostosowywania się do zmian regulacyjnych sprawiają, że sektor ten staje się coraz bardziej odporny. Tym, co wyróżnia region CEE, jest skuteczne budowanie własnej przewagi konkurencyjnej poprzez efektywność, innowacyjność i zrównoważony rozwój.” – zauważa Małgorzata Pek, liderka sektora finansowego w Forvis Mazars w regionie CEE, partnerka Forvis Mazars w Polsce.

Wzrost składek i odporność rentowności

W badaniu przeanalizowano sześć kluczowych rynków ubezpieczeniowych w Europie Środkowo-Wschodniej (Chorwacja, Czechy, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja), podkreślając, w jaki sposób region ten staje się kluczowym elementem europejskiego krajobrazu finansowego. Raport podkreśla, że wskaźniki mieszane (combined ratio) pozostają poniżej jednego na większości rynków ubezpieczeń majątkowych, co świadczy o dobrej rentowności sektora ubezpieczeń i dyscyplinie operacyjnej. Czechy i Rumunia utrzymują najsilniejsze wyniki w regionie, z poprawą wskaźników mieszanych odpowiednio do 0,86 i 0,95 w porównaniu z rokiem poprzednim.

Chociaż penetracja rynku ubezpieczeń w Europie Środkowo-Wschodniej wynosi średnio 2,2% PKB w porównaniu z 6–9,5% w Europie Zachodniej, różnica ta stanowi raczej znaczny niewykorzystany potencjał niż jego słabość. Wraz z postępującą konwergencją gospodarczą oczekuje się, że rosnąca świadomość konsumentów i ewoluująca wiedza na temat ryzyka będą napędzać wzrost popularności zarówno segmentu ubezpieczeń na życie, jak i ubezpieczeń majątkowych.

Sztuczna inteligencja, innowacje i zgodność z przepisami zmieniają rynek

Ubezpieczyciele z Europy Środkowo-Wschodniej inwestują znaczne środki na wdrożenia rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji (AI), rozwój technologii chmury obliczeniowej i innowacje zorientowane na klienta, aby przekształcić proces obsługi roszczeń, oceny ryzyka i projektowania produktów.

Od asystentów opartych na sztucznej inteligencji po ubezpieczenia oparte na wykorzystaniu i prognozowanie ryzyka – ubezpieczyciele wykorzystują technologie, aby wzmocnić odporność i zaangażowanie klientów. Jednak, jak pokazuje raport, unijna ustawa o sztucznej inteligencji i regulacje DORA wprowadzają nowe wyzwania w zakresie zgodności z przepisami, które wymagają zrównoważenia wydajności z przejrzystością i ładem korporacyjnym.

Regulacje zwiększające odporność

Sektor ubezpieczeniowy w Europie Środkowo-Wschodniej dostosowuje się do jednej z największych fal zmian regulacyjnych od dziesięcioleci. Zmieniona dyrektywa Solvency II, która wejdzie w życie w 2027 roku, wzmacnia zarządzanie kapitałem i integrację ryzyka klimatycznego. Dyrektywa w sprawie naprawy i restrukturyzacji ubezpieczycieli (IRRD) harmonizuje transgraniczne plany naprawcze, a dyrektywa w sprawie sprawozdawczości przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju (CSRD) rozszerza wymogi dotyczące ujawniania informacji ESG. Obowiązujące obecnie rozporządzenie o cyfrowej odporności operacyjnej (DORA) wyznacza nowy standard w zakresie zarządzania ICT i ryzykiem cybernetycznym. W połączeniu z dalszym wdrażaniem MSSF 17 reformy te zmieniają przejrzystość, odpowiedzialność i stabilność rynku w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Nasza analiza pokazuje, że ubezpieczyciele z regionu Europy Środkowo-Wschodniej wkraczają w dekadę charakteryzującą się strategiczną odpornością. Połączenie stabilności finansowej, innowacji cyfrowych i dyscypliny regulacyjnej sprawia, że region ten staje się laboratorium dla nowej generacji europejskich modeli zarządzania ryzykiem i zgodności z przepisami. Zgodność z przepisami stała się strategiczną funkcją łączącą technologię, zarządzanie i zaufanie. Ubezpieczyciele, którzy włączą odporność do swojego modelu operacyjnego, nie tylko spełnią oczekiwania regulacyjne, ale także wzmocnią swoją pozycję w całej Europie.” – podkreśla Amal Aouam, dyrektorka Centrum Regulacji Ubezpieczeń Grupowych w Forvis Mazars.

Ryzyko klimatyczne a siła kapitałowa

W następstwie regionalnych powodzi w 2024 roku ubezpieczyciele w całej Europie Środkowo-Wschodniej priorytetowo traktują modelowanie ryzyka klimatycznego, testowanie scenariuszy i planowanie wypłacalności. Wszystkie sześć analizowanych rynków utrzymuje bufory kapitałowe znacznie powyżej wymogów regulacyjnych, a Chorwacja i Polska przodują tutaj pod względem wskaźników wypłacalności. Obecnie organy regulacyjne włączają ryzyko klimatyczne do ram wypłacalności i własnych ocen ryzyka, podczas gdy ubezpieczyciele inwestują w modele oparte na danych, aby lepiej przewidywać i zarządzać ekspozycją, czyli ewentualnym poziomem narażenia ubezpieczyciela na określone ryzyka.

O raporcie

Raport „Strategiczna odporność sektora ubezpieczeń w Europie Środkowo-Wschodniej: perspektywy na 2025 rok” został przygotowany wspólnie przez Forvis Mazars i EMIS, łącząc niezależne informacje rynkowe z spostrzeżeniami praktyków ubezpieczeniowych z całej Europy Środkowo-Wschodniej. Raport zawiera opartą na danych analizę wzrostu składek, rentowności, transformacji cyfrowej, zgodności z przepisami i odporności na zmiany klimatu.

Wydamy więcej, choć Święta będą tańsze. Przeciętny Polak przeznaczy na Boże Narodzenie 1787 zł

Przeciętny Kowalski planuje wydać na tegoroczne Święta 1 787 zł, czyli o 13 proc. więcej niż przed rokiem. Tymczasem z danych wynika, że po raz pierwszy od kilku lat Boże Narodzenie może okazać się tańsze niż w roku poprzednim. Szacunkowa wartość świątecznego koszyka dla czteroosobowej rodziny będzie o blisko 150 zł niższa niż w 2024 r. i wyniesie 3 655,30 zł. Przyczynią się do tego m.in. tańsze paliwo i niższe ceny przygotowań do rodzinnych spotkań – wynika z najnowszego raportu Związku Banków Polskich „Świąteczny Portfel Polaków 2025”.

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia zapowiadają się łagodniej dla domowych budżetów. Inflacja jest niższa niż w poprzednich latach, co sprawia, że wzrost cen – choć nadal obecny – jest zdecydowanie mniej dotkliwy. Z danych GUS wynika, że inflacja w październiku wyniosła 2,8 proc. r/r, a zgodnie z szybkim szacunkiem, w listopadzie spadła do 2,4 proc. W efekcie, mimo że nie wszystkie koszty maleją, łagodniejsza dynamika cen pozwala z większym spokojem planować świąteczne wydatki i przygotowania.

Polacy planują wydać więcej

Związek Banków Polskich, we współpracy z firmą badawczą Minds&Roses, zapytał Polaków o ich plany dotyczące świątecznych wydatków. Polacy przewidują, że wydadzą na Święta więcej niż rok temu. Średnia deklarowana kwota na osobę wyniesie 1 787 zł, czyli o ponad 200 zł i 13 proc. proc. więcej niż w 2024 r. Największą część stanowią zakupy spożywcze i organizacja Świąt (średnio 671 zł), podczas gdy na prezenty planujemy wydać 677 zł, a na podróże i dojazdy około 439 zł.

Respondenci przewidują, że na żywność będą nieco wyższe niż przed rokiem. W ich przypadku 41 proc. badanych planuje zmieścić się w przedziale do 500 zł, a większość, bo 22 proc., wskazuje, że chce wydać pomiędzy 301 a 500 zł. Jedynie 6 proc. deklaruje wydatki powyżej 1500 zł, a dla 13 proc. respondentów poziom planowanych kosztów zakupów spożywczych wciąż pozostaje niewiadomą, co pokazuje, że wielu Polaków decyzje zakupowe podejmie dopiero bliżej Świąt.

W raporcie „Świąteczny Portfel Polaków 2025” po raz kolejny przyglądamy się temu, jak zmieniają się świąteczne zwyczaje zakupowe oraz ile realnie kosztuje dziś organizacja Świąt. Analiza pokazuje, że sytuacja finansowa wielu gospodarstw domowych jest stabilniejsza niż przed rokiem, choć część Polaków nadal deklaruje konieczność kontrolowania wydatków – komentuje dr Przemysław Barbrich, dyrektor Zespołu Komunikacji i PR, Związek Banków Polskich.

Bankowcy zaś spodziewają się wyraźnego wzrostu zainteresowania kredytami konsumenckimi w okresie przedświątecznym – wskazuje na to 55 proc. respondentów. Jednocześnie coraz mniej klientów finansuje prezenty kredytem: taki cel deklaruje 10 proc. badanych bankowców, podczas gdy rok temu było to 19 proc. W raporcie zapytano również Polaków o źródła finansowania Bożego Narodzenia. Aż 82 proc. deklaruje, że pokryje wydatki z bieżących dochodów, 30 proc. zamierza wspomóc się oszczędnościami, a jedynie 4 proc. chce skorzystać z kredytu konsumenckiego w banku.

Ile realnie będą kosztowały Święta?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie, autorzy raportu przyjrzeli się szacunkowym kosztom dla czteroosobowej rodziny. Pod uwagę wzięto m.in. najpopularniejsze produkty spożywcze, żywe i sztuczne choinki, ozdoby świąteczne, catering, czy wydatki związane z podróżami – zarówno w kraju, jak i zagranicą. I tak, szacunkowo, czteroosobowa rodzina wyda 3 655,30 zł, czyli o prawie 150 zł mniej niż rok temu.

Na ogólny koszt Bożego Narodzenia wpływają przede wszystkim tańsze paliwo oraz niższe ceny części usług i przygotowań. W tym roku ubrania i usługi fryzjerskie pochłoną średnio 1147 zł – o 148 zł mniej niż w 2024 r. Pełen bak paliwa kosztuje za to około 348 zł, wobec 394 zł w ubiegłym roku. Korzystne zmiany widać również w wigilijnym menu. Karp, jeden z kluczowych elementów świątecznego menu, kosztuje obecnie 117 zł za 2 kg, czyli o ponad 20 zł mniej niż rok temu. Stabilne pozostają ceny wielu podstawowych produktów – masła, jaj czy pieczywa – choć w niektórych kategoriach odnotowano wzrosty. W górę poszły ceny mięsa i wędlin, a także serów i części dekoracji świątecznych. Wyraźnie droższe są również słodycze – cena czekolady mlecznej wzrosła z 5 zł do 7,50 zł za 100 g. Więcej zapłacimy także za choinki. Ceny żywych drzewek – w zależności od rozmiaru i gatunki – wahają się między 75 a 250 zł, natomiast sztucznych od 205 do 608 zł.

Tańsze paliwo sprawia natomiast, że podróże do bliskich będą mniej obciążające finansowo. Benzyna PB 95 kosztuje średnio 5,81 zł/l, a olej napędowy 5,92 zł/l, co oznacza wyraźny spadek w porównaniu z poprzednim rokiem. Coraz większa grupa Polaków decyduje się również spędzić święta poza domem. Zimowe wyjazdy w góry – m.in. do Zakopanego czy Wisły – zaczynają się od ok. 253 zł za dobę za osobę, natomiast wypoczynek nad morzem, m.in. w Gdańsku czy Kołobrzegu, od około 407 zł za dobę. Popularnością cieszą się również zagraniczne wyjazdy sylwestrowe. W rankingach rezerwacji prowadzą kierunki zapewniające słoneczną pogodę w okresie zimowym – Egipt, Turcja, Kenia i Teneryfa, które pozostają chętnie wybierane przez Polaków szukających odpoczynku od chłodniejszej aury.

Polacy nie ufają AI: tylko 7% wierzy jej bezkrytycznie, 73% widzi zagrożenie dezinformacją

Blisko ¾ Polaków uważa, że powszechna dostępność sztucznej inteligencji zwiększa ryzyko dezinformacji i cyberzagrożeń, a zaledwie 7 proc. ufa jej bezkrytycznie, jak wynika z badania ClickMeeting. Jednocześnie jedynie 30 proc. zawsze weryfikuje źródła treści w Internecie, a 40 proc. wskazuje media społecznościowe jako jedno z głównych źródeł wiedzy o świecie. Tylko 20 proc. brało kiedyś udział w szkoleniu lub webinarze poświęconym kwestiom cyberbezpieczeństwa i dezinformacji. Brakuje również wiedzy na temat szukania wiarygodnych źródeł informacji w sytuacjach kryzysowych, jak cyberatak, katastrofa albo konflikt zbrojny. 

Tylko 30 proc. Polaków zawsze sprawdza źródła informacji w Internecie przed ich udostępnieniem lub skomentowaniem. Czasami robi to 51 proc., rzadko – 14 proc., a 5 proc. twierdzi, że nie robi tego nigdy. Informacje o bieżących wydarzeniach w Polsce i na świecie Polacy najczęściej czerpią z portali internetowych (62 proc.), a w drugiej kolejności z mediów tradycyjnych, jak prasa drukowana, radio i telewizja (52 proc.). Niemal 40 proc. jako jedno ze swoich głównych źródeł informacji wskazuje media społecznościowe, a blisko ¼ – rozmowy ze znajomymi i rodziną. To dane z najnowszego badania przeprowadzonego na zlecenie platformy ClickMeeting

Niestety jedynie 37 proc. Polaków wie, gdzie szukać oficjalnych, wiarygodnych informacji rządowych w sytuacji kryzysu (np. cyberataku, katastrofy czy konfliktu zbrojnego). Niewiele większy odsetek (43 proc.) nie ma pewności, a aż 21 proc. nie wie, dokąd skierować się po godne zaufania komunikaty w takiej sytuacji. 

Dane jasno pokazują, jak ważna jest edukacja w zakresie cyberbezpieczeństwa i rozpoznawania dezinformacji. Tylko 20 proc. badanych uczestniczyło kiedykolwiek w szkoleniu lub webinarze poświęconym tym kwestiom, 8 proc. nie pamięta, a aż 72 proc. nigdy nie brało udziału w tego typu wydarzeniu mówi Martyna Grzegorczyk, Marketing Manager ClickMeeting. – Tymczasem umiejętność odróżniania treści wiarygodnych od fałszywych oraz weryfikacji źródeł informacji to dziś fundament bezpieczeństwa – zarówno dla każdego z nas, jak i całych organizacji. W tym obszarze edukacja online jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi, ponieważ daje możliwość szybkiego dotarcia do szerokiego grona odbiorców.

Prawie 60 proc. Polaków ma ograniczone zaufanie do informacji od AI

Aż 73 proc. respondentów jest zdania, że powszechna dostępność sztucznej inteligencji zwiększa ryzyko dezinformacji i cyberzagrożeń. Przeciwnego zdania jest 11 proc., a aż 17 proc. nie ma zdania na ten temat. Zaledwie 7 proc. badanych deklaruje, że ma pełne zaufanie do informacji podawanych przez systemy wykorzystujące tę technologię (np. rekomendacji, faktów, analiz). Najwięcej badanych – 57 proc. – twierdzi, że darzy sztuczną inteligencję ograniczonym zaufaniem, weryfikuje podawane przez nią informacje i sprawdza ich źródła. Co 5. respondent nie ufa jej wcale, 8 proc. nie ma zdania na ten temat, a 5 proc. twierdzi, że nie korzysta z narzędzi wykorzystujących AI. 

Cieszy fakt, że tylko niewielki odsetek badanych ufa sztucznej inteligencji bezgranicznie. Jednak warto pamiętać, że bezpieczeństwo nie kończy się na ostrożnym korzystaniu z narzędzi AI. Równie istotne jest zwracanie uwagi np. na pochodzenie oprogramowania i usług online, z których korzystamy na co dzień – mówi Martyna Grzegorczyk, Marketing Manager ClickMeeting. – To dostawcy technologii odpowiadają za standardy ochrony danych i zgodność z regulacjami, które mają realny wpływ na naszą prywatność i odporność na cyberzagrożenia. Właśnie dlatego warto stawiać na partnerów takich jak ClickMeeting, działających w ramach restrykcyjnych europejskich regulacji – tutaj warto przywołać, chociażby, RODO – oraz współpracujących z certyfikowanymi centrami danych. To znacząco zwiększa poziom bezpieczeństwa użytkowników.

Co 4. badany twierdzi, że, ze względu na kwestie bezpieczeństwa przekazywanych danych, kraj pochodzenia jest dla niego kluczowym kryterium przy zakupie oprogramowania i usług online, ale tyle samo osób nie przywiązuje wagi do tej kwestii. Większość (45 proc.) zwraca uwagę na kraj pochodzenia danej usługi tylko czasami, jeśli budzi ona ich wątpliwości, a 8 proc. nie umie odpowiedzieć na to pytanie. 

O badaniu:

Badanie przeprowadzono w listopadzie 2025 roku na reprezentatywnej grupie 1000 dorosłych Polaków.

Paczki jadą, pieniądze stoją. Zadłużenie kurierów wynosi 45,5 mln zł

Liczba przesyłek kurierskich w Polsce cały czas rośnie, a mimo to firmy kurierskie mają coraz większe problemy finansowe. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że ich łączne zadłużenie sięga już 45,5 mln zł i tylko w ostatnim miesiącu wzrosło o 1,2 mln zł. Większość zadłużonych to jednoosobowe działalności gospodarcze. Ale dostawcy paczek mają też swoich dłużników, którzy są im winni podobną kwotę.

Łączne zadłużenie firm kurierskich i dostawczych (KEP) w Polsce wynosi obecnie 45,5 mln zł. W 2024 r. wynosiło niecałe 40,5 mln zł, a w 2023 – 35 mln. W sierpniu wydawało się, że zła passa się skończyła, bo dług zaczął maleć. Ale tylko kilka miesięcy. W listopadzie wzrósł znowu o 1,2 mln zł w ciągu jednego miesiąca. W Krajowym Rejestrze Długów figuruje ponad 1370 zadłużonych kurierów. Na każdego z nich przypada średnio 33 tys. zł nieuregulowanych zobowiązań. W porównaniu z latami ubiegłymi jest to wyraźny wzrost – w 2023 było to 28,6 tys., a w 2024 – 31 tys. zł. Pokazuje to, że nie tylko coraz więcej kurierów ma trudności finansowe, ale ich kłopoty są coraz poważniejsze.

JDG-i dominują

Większość wpisów w Krajowym Rejestrze Długów dotyczy jednoosobowych firm świadczących usługi dla większych operatorów. W praktyce często są to kierowcy prowadzący działalność gospodarczą i wykonujący dostawy na zlecenie. W bazie danych KRD znajduje się 1017 jednoosobowych działalności gospodarczych, na które przypada 30,6 mln zł zadłużenia. Pozostała część, czyli 14,9 mln zł musi spłacić 361 spółek prawa handlowego. Średnie zadłużenie przypadające na jedną mikrofirmę to 30,1 tys. zł, a na spółkę 41,3 tys. zł.

Choć rynek dostaw rozwija się dzięki popularności e-commerce, a liczba dostarczanych paczek według UKE rośnie o 15 proc. rocznie (1,2 mld sztuk w 2024 roku), to firmy kurierskie nie mogą mówić o finansowym eldorado. Ich wynagrodzenie pada ofiarą „syndromu darmowej paczki”. Polacy oczekują, że przesyłki z zakupami dotrą do nich za darmo. Biorąc pod uwagę, że liczba e-sklepów cały czas rośnie, a jednocześnie handel internetowy złapał zadyszkę, to sprzedawcy starają się ciąć koszty i oczekują niższej ceny usługi od kurierów. Tymczasem koszty prowadzenia działalności cały czas rosną. Kurierzy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą samodzielnie ponoszą koszty paliwa, leasingu, napraw oraz ubezpieczeń. W takich warunkach wielu z nich traci płynność finansową, co znajduje odzwierciedlenie w rosnącej liczbie wpisów do rejestru dłużników.

Na początku 2026 roku wejdą w życie przepisy rozszerzające uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy wobec firm. PIP będzie mógł wydać decyzję administracyjną nakazującą zawarcie umowy o pracę, jeśli uzna, że współpraca z zewnętrznym kurierem w praktyce spełnia cechy zatrudnienia etatowego.

Zmiana ta dotyczy przede wszystkim operatorów logistycznych i firm, które zlecają doręczenia zewnętrznym przewoźnikom. Wejście w życie tych przepisów będzie oznaczało dla nich większe koszty, co może się przełożyć na ich sytuację finansową.

Obecnie 67 procent zadłużenia w branży przesyłek kurierskich należy do jednoosobowych działalności gospodarczych. Ewentualne zmiany regulacyjne mogą wpłynąć na sposób funkcjonowania firm w tym obszarze. Jeśli część współpracowników zostałaby objęta obowiązkiem zatrudnienia na podstawie umowy o pracę, to większa część kosztów – wynagrodzeń, składek czy zabezpieczenia socjalnego – mogłaby zostać przeniesiona z mikroprzedsiębiorców na zleceniodawców. To oznaczałoby istotne zwiększenie kosztów operacyjnych. To może być widoczne w strukturze zadłużenia – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Dostawcy na mapie

Dług kurierów nie jest równomierny w skali kraju. Najwięcej firm działa na Mazowszu, gdzie suma zaległości wynosi 11 mln zł, co stanowi prawie 1/4 całkowitego zadłużenia. Na kolejnych miejscach znajdują się województwa śląskie z 6 mln zł, dolnośląskie z 5,1 mln zł oraz łódzkie z 3,7 mln zł. Najmniejsze problemy mają firmy z województw podlaskiego, lubelskiego i świętokrzyskiego, gdzie łączna kwota zaległości działających tam firm nie przekracza miliona złotych. Takie zróżnicowanie regionalne wynika przede wszystkim z koncentracji działalności kurierskiej w dużych miastach i aglomeracjach. Rekordzista z Dolnego Śląska winien jest 983 tys. zł głównie firmie leasingowej i ubezpieczeniowej.

Kurierzy nie dowożą

Z 45,5 mln zł zadłużenia największą część – 35,1 mln zł – stanowią zaległości wobec instytucji finansowych: banków, firm leasingowych i ubezpieczeniowych oraz funduszy sekurytyzacyjnych. Kolejne 3 mln zł kurierzy są winni firmom transportowym, 2,3 mln zł – operatorom telekomunikacyjnym, a 1,5 mln zł – firmom paliwowym.

Po drugiej stronie również nie brakuje problemów. Firmy kurierskie czekają na spłatę zaległych faktur o łącznej wartości aż 44,9 mln zł. To niemal tyle, ile wynoszą ich własne długi. Większość od firm handlowych, które są im winne 25,3 mln zł. Dłużnikami kurierów są również firmy transportowe i przemysłowe (po5,2 mln zł). Te opóźnienia ze strony kontrahentów często powodują efekt domina, bo utrudniają kurierom terminowe regulowanie własnych zobowiązań – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Analiza wiarygodności płatniczej KRD dla branży KEP pokazuje, że współpraca z aż 36 proc. firm w Polsce wiąże się z ryzykiem. Przy czym 12 proc. przedsiębiorstw działających na rynku otrzymało najniższą ocenę wiarygodności (F-H), a kolejne 24 proc. firm to podmioty, w stosunku do których trzeba zachować ostrożność.

Rekomendowany limit kupiecki pokazuje, że zarówno jednoosobowe działalności gospodarcze, jak i spółki dysponują małymi możliwościami zakupowymi. Średni limit dla JDG wynosi jedynie 8368 zł, a w przypadku spółek 137 535 zł. Widać więc, że w branży kurierskiej poziom zaufania finansowego jest niski niezależnie od formy prawnej, a ryzyko współpracy z wieloma firmami pozostaje podwyższone. Warto pamiętać, że jest to również część wizerunku – bo sposób, w jaki firma jest oceniana pod względem zdolności do regulowania zobowiązań, bezpośrednio wpływa na to, czy będzie postrzegana jako solidny i godny zaufania partner biznesowy. W czasach, gdy decyzje zakupowe i współpraca coraz częściej opierają się na danych finansowych, wiarygodność płatnicza staje się równie ważna, co jakość oferowanych produktów czy usług – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

WEI: planowane zmiany w PIP wyrządzą więcej szkody niż pożytku

Rząd finalizuje prace nad projektem nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy, który – według Warsaw Enterprise Institute – może doprowadzić do chaosu na rynku pracy, ograniczenia elastyczności zatrudnienia i wzrostu szarej strefy. Organizacja alarmuje, że planowane zmiany uderzą przede wszystkim w osoby korzystające z umów cywilnoprawnych, których w Polsce jest ponad 2,4 mln.

Inspektorzy PIP z prawem do zmiany umów na etat

Zgodnie z projektem od 2026 roku inspektorzy PIP mają otrzymać uprawnienie do jednostronnego przekształcania umów cywilnoprawnych – zleceń, umów o dzieło czy kontraktów B2B – w klasyczny etat. Firmom, które – zdaniem urzędników – nadużywają elastycznych form współpracy, grozić będą kary sięgające nawet 60 tys. zł, a kontrola obejmie okres ostatnich trzech lat.

To oznacza wprowadzenie przepisów z mocą wsteczną, co – jak podkreśla WEI – stoi w sprzeczności z podstawowymi zasadami tworzenia prawa.

„Śmieciówki” w debacie publicznej a rzeczywistość

Rząd uzasadnia reformę walką z „umowami śmieciowymi”. WEI zwraca jednak uwagę, że nadużycia w zakresie nieprawidłowego stosowania umów cywilnoprawnych są marginalne. Z danych PIP wynika, że w 2024 roku inspektorzy przeanalizowali 38,9 tys. takich kontraktów, z czego zakwestionowali jedynie ok. 1,4 tys. przypadków. Co więcej, skala naruszeń maleje z roku na rok.

Według Instytutu demonizowanie umów cywilnoprawnych jest nieuzasadnione – w wielu branżach, jak IT czy sektor kreatywny, to świadomy wybór specjalistów, którzy wolą wyższe wynagrodzenie netto i elastyczne godziny pracy zamiast etatowych przywilejów.

Groźba wzrostu kosztów pracy i spadku zatrudnienia

Warsaw Enterprise Institute ostrzega, że proponowane zmiany zamiast poprawić sytuację pracowników, mogą przynieść odwrotny skutek. Ryzyko wysokich kar oraz obowiązek dopłaty składek i świadczeń za okres trzech lat wstecz mogą – zdaniem ekspertów – skłonić przedsiębiorców do ograniczenia zatrudnienia, zwłaszcza w sektorach opartych na elastycznych formach współpracy.

Instytut podkreśla, że głównym celem reformy może być w rzeczywistości zwiększenie wpływów do systemu ubezpieczeń społecznych poprzez zmuszenie osób pracujących na umowach kontraktowych do opłacania wyższych składek.

WEI: „Reforma przyniesie więcej szkody niż pożytku”

W swoim stanowisku think-tank wskazuje cztery kluczowe zagrożenia wynikające z reformy:

  • Ryzyko spadku zatrudnienia – wzrost kosztów i sankcji odstraszy firmy od elastycznych form współpracy.
  • Utrata elastyczności na rynku pracy – pracownicy stracą możliwość wyboru formy zatrudnienia zgodnej z ich potrzebami i stylem pracy.
  • Arbitralność decyzji PIP – inspektorzy będą oceniać poprawność rodzaju umowy według własnej interpretacji, bez znajomości specyfiki firmy i uzgodnień stron.
  • Odejście od zasady „prawo nie działa wstecz” – kontrola obejmująca trzy poprzednie lata może prowadzić do nieprzewidywalnych i nieproporcjonalnych konsekwencji finansowych.

WEI podkreśla, że dyskusja o nadużyciach na rynku pracy jest potrzebna, ale reformy powinny opierać się na rzetelnych danych, a nie na publicystycznych hasłach o „śmieciówkach”. Instytut apeluje o wycofanie kontrowersyjnych zapisów i rozpoczęcie merytorycznego dialogu, który pozwoli wypracować rozwiązania korzystne zarówno dla pracowników, jak i przedsiębiorców.

Cloudflare odpiera największy w historii atak DDoS

Jak podaje Cloudflare, udało się zneutralizować największy w historii atak DDoS, którego moc sięgnęła rekordowych 29,7 terabita na sekundę.

Z raportu Cloudflare wynika, że atak został przeprowadzony przez ogromny botnet Aisuru. Trwał zaledwie 69 sekund, jednak w tym czasie wykorzystano technikę tzw. UDP carpet-bombing, zasypując systemy docelowe ruchem kierowanym średnio na 15 tys. portów na sekundę. Według szacunków firmy botnet obejmuje od 1 do 4 mln przejętych urządzeń — od domowych routerów po różnego rodzaju sprzęt IoT.

Skala incydentu oznacza wzrost przepustowości tego typu ataków aż o 707% rok do roku. Cloudflare odnotował również ogólne nasilenie aktywności hyper-wolumetrycznych: tylko w trzecim kwartale zneutralizowano 8,3 mln prób DDoS — o 40% więcej niż rok wcześniej i o 15% więcej niż w poprzednim kwartale. Do końca trzeciego kwartału firma zdołała już odeprzeć 36,2 mln ataków, co stanowi 170% wszystkich incydentów z całego 2024 roku.

Znacząco wzrosła także liczba najbardziej ekstremalnych ataków: incydenty przekraczające przepustowość 1 Tb/s zwiększyły się o 227% kwartał do kwartału, a te mierzone w ponad 100 mln pakietów na sekundę — o 189%. Od początku 2025 roku Cloudflare zarejestrował 2 867 ataków przypisywanych Aisuru. W samym trzecim kwartale doszło do 1 304 takich incydentów, co oznacza wzrost o 54% i średnio 14 tzw. mega-ataków dziennie.

Botnet Aisuru uderzał w wiele sektorów gospodarki: operatorów telekomunikacyjnych, branżę gier, platformy hostingowe czy instytucje finansowe. Jak podał serwis Krebs on Security, nawet gdy dostawcy internetu nie byli bezpośrednim celem, ogromny wolumen ruchu generowany przez botnet powodował zakłócenia działania sieci w całych Stanach Zjednoczonych. Brian Krebs ustalił wcześniej, że Aisuru zainfekował co najmniej 700 tys. urządzeń IoT, a ostatnio został również dostosowany do świadczenia usług proxy rezydencyjnych wykorzystywanych m.in. do masowego scrapingu treści.

Gwałtowny spadek akcji Trustpilot. Grizzly Research oskarża platformę o nieuczciwy model biznesowy

Notowania Grupy Trustpilot gwałtownie spadły po tym, jak Grizzly Research ujawniło krótką pozycję i opublikowało obszerny raport podważający fundamenty działalności platformy. Według autorów dokumentu model biznesowy Trustpilot ma rzekomo opierać się na „mechanizmie szantażu”, który poddaje w wątpliwość wiarygodność serwisu jako narzędzia do oceny firm przez konsumentów.

W liczącym 43 strony raporcie Grizzly Research twierdzi, że Trustpilot sam zakłada profile recenzenckie firmom, które nie wyraziły chęci obecności na platformie. Tak utworzone strony mają następnie przyciągać wyjątkowo negatywne opinie, co — jak sugeruje raport — skłania przedsiębiorców do wykupienia płatnych abonamentów pozwalających lepiej kontrolować wizerunek online.

Według autorów dokumentu, po aktywowaniu subskrypcji oceny firm mają „cudownie” wzrastać z poziomu poniżej dwóch gwiazdek do ponad czterech. Grizzly oskarża również Trustpilota o częstsze usuwanie niekorzystnych opinii dotyczących klientów płacących za usługi, podczas gdy pozytywne, choć potencjalnie fałszywe recenzje, mają pozostawać bez reakcji.

Goldman Sachs studzi emocje wokół rekordowych cen miedzi. Bank spodziewa się, że rajd nie potrwa długo

Czwartkowy skok cen miedzi powyżej 11 tys. dolarów za tonę wywołał duży entuzjazm na rynku, jednak Goldman Sachs studzi nastroje. Analitycy banku ostrzegają, że obecny rajd cenowy może okazać się krótkotrwały, ponieważ zwyżka opiera się głównie na oczekiwaniach dotyczących przyszłych niedoborów, a nie na faktycznej sytuacji podażowo-popytowej.

„Ostatnie wzrosty cen wynikają przede wszystkim z prognoz przyszłego zacieśnienia rynku, a nie z bieżących fundamentów” — napisali analitycy pod kierownictwem Aurelii Waltham. „Nie zakładamy, że notowania powyżej 11 tys. dolarów za tonę będą trwałe”.

Według Goldman Sachs globalna podaż miedzi jest na razie wystarczająca, aby zaspokoić zapotrzebowanie. Bank szacuje, że w tym roku produkcja przewyższy konsumpcję o około 500 tys. ton. Realny deficyt miałby pojawić się dopiero w 2029 r., natomiast w 2026 r. rynek może odnotować nawet niewielką nadwyżkę rzędu 160 tys. ton.

Dodatkowym czynnikiem ograniczającym wzrost cen jest słabnąca aktywność gospodarcza w Chinach — największym na świecie konsumencie miedzi. Goldman Sachs prognozuje, że zużycie metalu w IV kwartale 2025 r. spadnie tam o blisko 8% rok do roku. W 2026 r. bank spodziewa się jednak odbicia w wysokości około 2,8%.

Nie wszyscy analitycy podzielają ostrożne podejście Goldmana.

J.P. Morgan Global Research prognozuje deficyt rafinowanej miedzi na poziomie około 330 tys. ton w 2026 r. i oczekuje, że ceny wzrosną do 12 500 dolarów za tonę w drugim kwartale.

Jeszcze wyższe prognozy przedstawia UBS, według którego do końca 2026 r. notowania miedzi mogą sięgnąć 13 000 dolarów za tonę.

Rosja adaptuje się do długiej wojny. Ekspert: Nie będzie zapaści, ale presja finansowa rośnie

Mimo że oficjalnie wojny nie ma, a ona nigdy nie została wypowiedziana, rosyjska gospodarka już dawno przestawiła się na tryb wojenny. Obserwujemy, jak przemysł cywilny został dostosowany do potrzeb przemysłu wojskowego. To naturalny proces w kraju zaangażowanym w konflikt zbrojny, który dysponuje praktycznie nieograniczonymi zasobami naturalnymi, umożliwiającymi mu adaptację do tego nowego modelu gospodarczego. W trakcie wybuchu konfliktu w Ukrainie przewidywano, że przemysł zbrojeniowy będzie nadal rozwijał rosyjską gospodarkę, a negatywne skutki dla PKB nie będą zauważalne.

– Widzimy, że rosyjskie PKB zmaga się z poważnymi problemami, a kraj stoi przed rosnącymi trudnościami finansowymi i deficytem. Długotrwała wojna rodzi też poważne kwestie społeczne, związane z koniecznością utrzymywania przemysłu zbrojeniowego – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Mariusz Zielonka, ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan. – Pytanie, jak długo rosyjscy obywatele są w stanie to wytrzymać, nasuwa się samo. Historycznie, wydaje się, że mogą to znieść znacznie dłużej, niż by się spodziewano. Obecnie nie ma obaw o to, że rosyjska gospodarka nagle się załamie czy wpadnie w wielką zapaść. Wygląda na to, że władze obliczyły, iż utrzymanie tego konfliktu zbrojnego będzie korzystne, a ich priorytetem staje się dalsze zajmowanie terytoriów ukraińskich. Rosja prawdopodobnie będzie kontynuowała ten kurs, nawet jeśli społeczne koszty będą rosły. Kluczowy dla dalszego rozwoju sytuacji będzie wpływ na morale obywateli oraz długoterminowe konsekwencje ekonomiczne tego konfliktu. Z perspektywy międzynarodowej, ważne będzie również, jak na działania Rosji zareagują inne kraje i jak będzie wyglądać dalsza izolacja gospodarcza Moskwy – podkreśla Mariusz Zielonka.

Świadectwo charakterystyki energetycznej – kompendium wiedzy dla zarządców, deweloperów i spółdzielni

Transformacja energetyczna to nie tylko hasło z pierwszych stron gazet, ale realny proces, który w wyniku nowelizacji przepisów coraz mocniej wpływa na rynek nieruchomości w Polsce. Z perspektywy eksperta obserwuję, jak zmienia się świadomość inwestorów oraz zarządców budynków. Dokument, który jeszcze kilka lat temu był traktowany jako zbędna biurokracja, dziś staje się kluczowym elementem wyceny nieruchomości i strategii zarządzania. Mowa oczywiście o świadectwie charakterystyki energetycznej. Dla spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot oraz deweloperów zrozumienie niuansów związanych z tym dokumentem jest niezbędne, aby uniknąć kar finansowych i podnieść atrakcyjność oferowanych lokali. W niniejszym artykule, pisanym z myślą o czytelnikach naszego portalu przeanalizujemy, czym dokładnie jest ten dokument, kiedy występuje bezwzględny obowiązek jego posiadania oraz jakie pułapki kryją się w procesie jego sporządzania. Skupimy się na aspektach praktycznych, pomijając ogólniki, a koncentrując się na tym, co dla profesjonalistów z branży budowlanej i zarządczej jest najistotniejsze.Badanie termowizyjne bloku, gdzie zapotrzebowanie na ciepło dla danej części budynku wynika ze stanu izolacji termicznej ścian.

Czym jest świadectwo i co z niego wynika?

Świadectwo charakterystyki energetycznej to oficjalny dokument, który określa wielkość zapotrzebowania na energię niezbędną do zaspokojenia potrzeb energetycznych związanych z użytkowaniem budynku lub części budynku. Obejmuje ono energię zużywaną na potrzeby ogrzewania, wentylacji, chłodzenia, a także przygotowania ciepłej wody użytkowej. W przypadku budynków niemieszkalnych oraz użyteczności publicznej dochodzi do tego również oświetlenie wbudowane. Dokument ten jest zbiorem danych i wskaźników, które pozwalają określić orientacyjne roczne zapotrzebowanie na energię, a tym samym szacunkowy koszt utrzymania związany z eksploatacją.Oficjalne świadectwo charakterystyki energetycznej opatrzone numerem nadanym w centralnym rejestrze ministerstwa.

Kluczowym parametrem, na który należy zwrócić uwagę, jest zapotrzebowanie na nieodnawialną energię pierwotną (EP). To wskaźnik, który informuje nas, jak bardzo budynek obciąża środowisko naturalne. Jednak z punktu widzenia najemcy czy nabywcy lokalu, istotniejsza często bywa energia końcowa (EK), która przekłada się bezpośrednio na wskazania liczników i rachunki. Profesjonalne podejście do sporządzenia świadectwa charakterystyki energetycznej wymaga precyzyjnych obliczeń, uwzględniających zastosowane materiały, izolację oraz instalacje zużywające energię. Jeśli szukają Państwo rzetelnych partnerów w tym zakresie, warto zapoznać się z ofertą dostępną tutaj: https://www.efektywniej.pl/swiadectwa-charakterystyki-energetycznej-i-certyfikaty-energetyczne, gdzie specjaliści z Efektywniej.pl pomagają w terminowym i zgodnym z prawem dopełnieniu wszelkich formalności.

Kiedy powstaje obowiązek sporządzenia świadectwa?

Wejście w życie nowych przepisów (nowelizacja ustawy o charakterystyce energetycznej budynków) znacznie rozszerzyło katalog sytuacji, w których wymagane jest posiadanie tego dokumentu. Przede wszystkim, obowiązek ten pojawia się przy zakończeniu budowy obiektu budowlanego. Inwestor jest zobowiązany dołączyć świadectwo charakterystyki do zawiadomienia o zakończeniu budowy lub do wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie. Jest to warunek konieczny, by legalnie oddać budynek do eksploatacji. Dotyczy to zarówno domów jednorodzinnych, jak i wielorodzinnych oraz obiektów komercyjnych.

Drugim kluczowym momentem jest obrót na rynku wtórnym lub pierwotnym. W przypadku sprzedaży prawa własności do nieruchomości lub przy wynajmie nieruchomości, zbywca lub wynajmujący musi przekazać nabywcy (lub najemcy) odpowiedni dokument. Należy pamiętać, że świadectwo sporządza się nie tylko dla całego budynku, ale również dla jego części – np. pojedynczego lokalu mieszkalnego czy usługowego. W przypadku najmu budynku lub jego części, brak przekazania świadectwa może skutkować nałożeniem grzywny, a fakt przekazania dokumentu musi zostać odnotowany w akcie notarialnym.Analiza opłacalności termomodernizacji pokazująca, jak samym koszt utrzymania związany jest ze wskaźnikiem energii końcowej.

Rola zarządców i audyty energetyczne

Dla zarządców nieruchomości i spółdzielni mieszkaniowych świadectwa energetycznego nie należy traktować wyłącznie jako przykrego obowiązku. Jest to potężne narzędzie diagnostyczne. Analiza wskaźników zawartych w świadectwie pozwala zidentyfikować słabe punkty w infrastrukturze obiektu. Często okazuje się, że termomodernizacja jest niezbędna, aby obniżyć koszty eksploatacyjne i spełnić wymogi prawa europejskiego w zakresie dekarbonizacji. W takich sytuacjach samo świadectwo to za mało – warto rozważyć przeprowadzenie pełnego audytu. Więcej na ten temat można przeczytać pod adresem: https://www.efektywniej.pl/audyt-remontowy-budynku/, co stanowi doskonałe uzupełnienie wiedzy o planowaniu inwestycji termomodernizacyjnych.

Audyt remontowy, o którym mowa wyżej, często bazuje na danych zbliżonych do tych wykorzystywanych przy sporządzaniu świadectw charakterystyki energetycznej, ale idzie o krok dalej, proponując konkretne rozwiązania inżynieryjne i wyliczając stopę zwrotu z inwestycji (ROI). Dla budynków używanych, szczególnie tych wybudowanych w starych technologiach (wielka płyta, kamienice), jest to jedyna droga do realnych oszczędności.

Forma dokumentu i proces weryfikacji

Współczesne świadectwo charakterystyki energetycznej budynku może funkcjonować w dwóch formach: tradycyjnej formie papierowej oraz elektronicznej. Wersja elektroniczna musi być opatrzona kwalifikowanym podpisem elektronicznym, podpisem zaufanym lub podpisem osobistym osoby uprawnionej. Co istotne, każdy dokument musi zostać zarejestrowany w centralnym rejestrze charakterystyki energetycznej (prowadzonym przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii). Dokument bez numeru nadanego w rejestrze charakterystyki energetycznej budynków jest w świetle prawa nieważny.

Dla deweloperów i zarządców kluczowe jest to, by dokumenty były przygotowywane przez osoby posiadające odpowiednie uprawnienia budowlane lub wpisane do wykazu osób uprawnionych do sporządzania świadectw. Nazwisko osoby uprawnionej widnieje na dokumencie i to ona ponosi odpowiedzialność karną za składanie fałszywych oświadczeń. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że firmy takie jak Efektywniej.pl, dzięki swojemu doświadczeniu, gwarantują nie tylko poprawność formalną, ale także merytoryczną rzetelność, co chroni zleceniodawcę przed ryzykiem podważenia dokumentu w przyszłości. Eksperckie podejście do efektywności energetycznej to ich znak rozpoznawczy na rynku.

Wyłączenia z obowiązku i specyficzne przypadki

Czy każdy budynek musi posiadać świadectwo? Ustawodawca przewidział pewne wyjątki. Z obowiązku sporządzania świadectw charakterystyki energetycznej zwolnione są m.in. budynki podlegające ochronie na podstawie przepisów o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (choć tu interpretacje bywają różne w przypadku sprzedaży), budynki używane jako miejsca kultu i do działalności religijnej, a także budynków przemysłowych oraz gospodarczych niewyposażonych w instalacje zużywające energię (z wyłączeniem oświetlenia wbudowanego).

Kolejnym wyłączeniem są budynki mieszkalne przeznaczone do użytkowania nie dłużej niż 4 miesiące w roku (domki letniskowe) oraz budynków wolnostojących o powierzchni użytkowej poniżej 50 m². Jednak w przypadku deweloperów budujących osiedla domów jednorodzinnych czy duże kompleksy mieszkaniowe, te wyłączenia rzadko mają zastosowanie. Przy złożeniem zawiadomienia o zakończeniu budowy dużego kompleksu, dokument ten jest obligatoryjny dla każdego oddzielnego budynku.

Konsekwencje braku świadectwa przy sprzedaży i wynajmie

W przypadku braku świadectwa przy transakcji sprzedaży lub wynajmu, notariusz ma obowiązek pouczyć zobowiązanego o grożącej karze grzywny i odnotować ten fakt w akcie. Nabywca lub najemca nie może zrzec się prawa do otrzymania świadectwa. Co więcej, jeśli zarządca budynku nie przekaże właścicielowi lokalu kopii świadectwa lub dokumentacji technicznej niezbędnej do jego sporządzenia (w terminie 14 dni od złożenia wniosku), również naraża się na konsekwencje.

Warto zauważyć, że w ogłoszeniach o sprzedaży lub wynajmie (na portalach internetowych) należy podawać wskaźniki rocznego zapotrzebowania na energię, które wynikają ze świadectwa. Brak tych informacji w ogłoszeniu może skutkować nałożeniem mandatu. To pokazuje, jak głęboko przepisy te ingerują w proces marketingowy nieruchomości. Celem ministerstwa rozwoju było wymuszenie transparentności energetycznej, by kupujący mieli świadomość, jakie będą dodatkowych opłat związanych z mediami.Nowoczesny dom energooszczędny, dla którego świadectwo musi zostać sporządzone przed oddaniem do eksploatacji.

Metodologia obliczeń a rzeczywistość

Należy pamiętać, że świadectwo charakterystyki opiera się na metodologii obliczeniowej, a nie pomiarowej. Oznacza to, że inżynier modeluje budynek w oparciu o jego dokumentację techniczną, a nie o historyczne zużycie mediów. Dlatego orientacyjne roczne zapotrzebowanie na energię wyliczone w świadectwie może różnić się od faktycznych rachunków, które zależą od stylu życia mieszkańców. Niemniej jednak, dla budynków niemieszkalnych i mieszkalnych, jest to jedyny obiektywny sposób porównania jakości energetycznej dwóch różnych nieruchomości.

Parametry takie jak sprawność instalacji grzewczej, izolacyjność przegród czy rodzaj wentylacji są wprowadzane do modelu. Błędy na tym etapie mogą sfałszować wynik końcowy. Dlatego tak ważne jest, aby dokumentacja techniczna przekazywana audytorowi była kompletna i aktualna. W celu przekazania rzetelnego świadectwa, audytor często musi dokonać wizji lokalnej, aby zweryfikować stan faktyczny z projektem, co jest szczególnie istotne w budynkach starszych.

Podsumowanie

Świadectwa charakterystyki energetycznej stały się integralną częścią procesu inwestycyjnego i zarządczego w nieruchomościach. Od momentu uzyskania pozwolenia na budowę, przez zakończeniu budowy obiektu budowlanego, aż po jego sprzedaż czy wynajem – dokument ten towarzyszy cyklowi życia budynku. Dla spółdzielni i deweloperów kluczowe jest traktowanie tego obowiązku nie jako biurokratycznej przeszkody, ale jako szansy na wykazanie jakości oferowanych mieszkań i lokali. Prawidłowo sporządzone świadectwo, opatrzone podpisem elektronicznym i zarejestrowane w centralnym rejestrze, to dowód na transparentność i profesjonalizm zarządcy. W dobie rosnących cen energii, efektywność energetyczna staje się nową walutą, a świadectwo jest jej banknotem.

FAQ – Najczęściej zadawane pytania

Jak długo ważne jest świadectwo charakterystyki energetycznej?

Świadectwo jest ważne przez 10 lat od dnia jego wystawienia. Jednakże, straci ono ważność wcześniej, jeśli w budynku zostaną przeprowadzone roboty budowlano-instalacyjne, które wpłyną na zmianę charakterystyki energetycznej (np. wymiana okien, ocieplenie elewacji, wymiana źródła ciepła). W takim przypadku świadectwo musi zostać sporządzone ponownie.

Czy świadectwo trzeba sporządzić dla każdego mieszkania w bloku osobno?

W przypadku sprzedaży lub wynajmu konkretnego lokalu – tak, świadectwo sporządza się dla tego konkretnego lokalu (części budynku). Jeśli jednak inwestor dopiero oddaje do użytku cały budynek wielorodzinny, sporządza świadectwo dla całego budynku. W praktyce, przy transakcjach rynkowych dotyczących pojedynczych mieszkań, konieczne jest wyodrębnienie obliczeń dla danej powierzchni użytkowej.

Czy w przypadku darowizny nieruchomości wymagane jest przekazania świadectwa?

Przepisy ustawy mówią o obowiązku przekazania świadectwa przy sprzedaży lub wynajmie. W przypadku przeniesienia własności na podstawie umowy darowizny (np. w rodzinie) nie ma bezwzględnego wymogu przekazywania tego dokumentu, chyba że strony postanowią inaczej, ale ustawa nie nakłada wprost takiego obowiązku pod rygorem kary w tym konkretnym scenariuszu.

Kto ponosi koszt sporządzenia świadectwa?

Koszt sporządzenia dokumentu ponosi właściciel lub zarządca budynku (bądź osoby, której przysługuje spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu), który jest zobowiązany do jego przekazania przy sprzedaży, wynajmie lub przy złożeniem zawiadomienia o zakończeniu budowy. Nabywca lub najemca nie może być obciążony tym kosztem przez zbywcę.

Źródła:
https://is.waw.pl/efektywnosc-energetyczna-budynkow-od-obowiazku-prawnego-do-strategicznej-inwestycji-w-przyszlosc/
https://budynkowo.pl/news/efektywnosc-energetyczna-przewodnik-dla-zarzadcow-i-przedsiebiorcow/

Księgowość dla transportu jako fundament stabilności finansowej firm TSL

Branża TSL jest wyjątkowo wrażliwa na wzrost kosztów prowadzenia działalności, problemy płatnicze kontrahentów i zmiany w prawie. Stąd tak istotna jest księgowość dla transportu, która znacząco wykracza poza ewidencjonowanie faktur i rozliczanie podatków. Jak profesjonalna księgowość dla transportu pomaga w codziennym zarządzaniu firmą?

Prawidłowo prowadzona księgowość zapewnia wgląd w finanse firmy

W skali miesiąca przewoźnicy drogowi muszą liczyć się z wysokimi kosztami – mowa m.in. o zakupie paliwa i opłatach drogowych. Do tego dochodzi konieczność uwzględnienia dodatkowych wydatków, które pojawiają się w przypadku tras międzynarodowych. Prawidłowo prowadzona księgowość dla transportu zapewnia stały wgląd w finanse firmy. Dzięki temu właścicielowi czy kadrze zarządzającej dużo łatwiej jest podejmować decyzje biznesowe, np. o wzięciu kolejnego pojazdu w leasing.

Jak można przeczytać na stronie internetowej firmy Evotax, która oferuje kompleksowe usługi księgowe dla firm transportowych, księgowość transportowa może obejmować również optymalizację procesów księgowych. Dzięki analizie struktury kosztów czy wykorzystaniu dostępnych ulg sytuacja finansowa przewoźnika może ulec zauważalnej poprawie. Więcej środków na inwestycje przekłada się z kolei na wzrost konkurencyjności lub ugruntowanie swojej pozycji na rynku przewoźników drogowych.

Profesjonalna księgowość to niższe ryzyko kar finansowych

Jeżeli spojrzeć na ostatnie lata, to firmy transportowe musiały zmierzyć się z wieloma zmianami w prawie. Przekazanie księgowości w ręce ekspertów oznacza terminowe i prawidłowe rozliczenia z urzędem skarbowym czy ZUS-em. Przedsiębiorca nie musi też monitorować zmian przepisów – takie informacje są mu przekazywane z odpowiednim wyprzedzeniem i w przystępny sposób.

Z perspektywy przewoźnika drogowego profesjonalna księgowość to szereg korzyści. Wymienić wystarczy:

  • ograniczenie ryzyka kar finansowych – finanse firmy nie zostaną naruszone z powodu konieczności zapłaty kar nałożonych w związku z wykrytymi nieprawidłowościami;
  • zdalny dostęp do dokumentów i raportów finansowych – wspomniana firma Evotax korzysta z zaawansowanych systemów IT;
  • wsparcie ekspertów – w razie pytań przedsiębiorca szybko uzyskuje rzetelne, sprawdzone odpowiedzi bez konieczności ich poszukiwania.

H2: Księgowość transportowa zapewnia poprawne rozliczenia z kierowcami

Księgowość transportowa wiąże się też z obsługą kadrową – przedsiębiorca musi cyklicznie rozliczać się z zatrudnionymi kierowcami. Zagadnienie to jest złożone, a to z uwagi na występowanie m.in. takich elementów, jak diety, koszty podróży czy nadgodziny. Wszelkie nieprawidłowości w tym zakresie mogą poskutkować utratą zaufania kierowców do pracodawcy i finalnie zakończyć się tym, że nie będzie on w stanie wywiązać się z umów z kontrahentami ze względu na braki kadrowe.

Współpraca z zaufanym partnerem, który specjalizuje się w księgowości i kadrach firm TSL, pozwala przewoźnikowi drogowemu zarówno zachować finansową stabilność, jak i uniknąć problemów wizerunkowych. Wszystko to wpływa też pozytywnie na możliwości dalszego rozwoju firmy transportowej.

Zakaz dla Nvidii w chińskich centrach danych TikToka. Huawei głównym beneficjentem

Chińskie władze zakazały ByteDance — właścicielowi TikToka — wykorzystywania procesorów graficznych Nvidii w nowych centrach danych — podaje The Information, powołując się na dwóch pracowników firmy. Decyzja zapadła w roku, w którym ByteDance stał się największym nabywcą chipów Nvidii w Chinach, kupując ich więcej niż jakakolwiek inna firma w kraju. Spółka przez ostatnie dwa lata agresywnie gromadziła zapasy układów A100, H100 oraz modeli dostosowanych do chińskich ograniczeń (H800, A800), obawiając się coraz twardszych restrykcji eksportowych ze strony USA i chcąc zabezpieczyć moce obliczeniowe dla ponad miliarda użytkowników swoich usług.

Zakaz wpisuje się w długofalową strategię Pekinu, której celem jest uniezależnienie kraju od amerykańskich technologii w sytuacji, gdy Waszyngton stopniowo zaostrza zasady sprzedaży zaawansowanych półprzewodników. Rzecznik Nvidii w komentarzu dla Reutersa podkreślił, że obecne regulacje „uniemożliwiają firmie dostarczanie konkurencyjnych układów GPU do chińskich centrów danych”, co w praktyce oddaje ogromny, szybko rosnący rynek w ręce zagranicznych konkurentów Nvidii.

Narastające napięcia handlowe przyspieszają działania Chin na rzecz budowy własnego, niezależnego ekosystemu AI. Krajowi producenci — szczególnie Huawei — zyskują na znaczeniu. Huawei niedawno zaprezentował klaster obliczeniowy „supernode”, określany jako „najpotężniejszy na świecie”, w pełni oparty na chińskich komponentach i całkowicie pozbawiony chipów Nvidii.

Hugo Boss przewiduje spadek przychodów i zysków

Notowania Hugo Boss mocno ucierpiały po tym, jak niemiecki dom mody zapowiedział, że w przyszłym roku zarówno sprzedaż, jak i zysk operacyjny spadną w wyniku strategicznej restrukturyzacji. Kurs tąpnął o 11% — to największy jednodniowy zjazd od ponad roku — pogłębiając tegoroczną przecenę akcji do niemal 22%.

Podczas prezentacji strategii „Claim 5 Touchdown” zarząd ostrzegł, że w 2026 r. przychody skorygowane o wahania kursów walut mogą obniżyć się o średni lub wysoki jednocyfrowy procent. Ma to być efekt uporządkowania portfela marek oraz zmian w kanałach dystrybucji. Spółka prognozuje, że EBIT w przyszłym roku sięgnie 300–350 mln euro — wyraźnie poniżej oczekiwań analityków, którzy liczyli na ok. 406 mln euro.

CEO Daniel Grieder, który objął stanowisko w 2021 r., określił decyzję jako „celową pauzę” w dynamicznym dotychczas rozwoju firmy. „Po świetnych latach dokonujemy świadomego kroku wstecz, aby przygotować mocniejszą bazę pod dalszy wzrost” — podkreślił. Firma zamierza m.in. wzmocnić segment Boss Womenswear, wyraźniej pozycjonować markę Hugo w stronę nowoczesnego krawiectwa oraz dalej inwestować w prężnie rosnącą linię Boss Menswear.

Branża premium traci impet

Zapowiedzi Hugo Boss wpisują się w szersze zawirowania dotykające cały sektor dóbr luksusowych. Bain & Company prognozuje, że globalny rynek może w 2025 r. skurczyć się o 2–5%, a kluczowe rynki, w tym Chiny, wyraźnie hamują. Hugo Boss szczególnie odczuwa słabość popytu właśnie w Chinach oraz w Wielkiej Brytanii.

Rosja blokuje FaceTime i Roblox

0

Rosja w tym tygodniu zablokowała dostęp do aplikacji FaceTime od Apple oraz popularnej platformy gamingowej Roblox. To kolejny etap ofensywy Kremla wymierzonej w zachodnie technologie i swobodę komunikacji online. Równolegle władze promują państwową aplikację do przesyłania wiadomości, którą eksperci uznają za narzędzie potencjalnie zwiększające kontrolę nad obywatelami.

W czwartek Roskomnadzor — urząd nadzorujący media i łączność — ogłosił zakaz korzystania z FaceTime. Regulator twierdzi, że wideorozmowy Apple miały być wykorzystywane „do organizowania i przeprowadzania działań terrorystycznych” oraz oszustw, choć nie przedstawiono żadnych dowodów na poparcie tych zarzutów.

Dzień wcześniej ten sam organ zablokował Roblox. Według rosyjskich władz platforma miała promować „treści ekstremistyczne” i „propagandę LGBT”.

Rewolucja AI kosztem konsumentów. Micron likwiduje markę Crucial

Gwałtowny rozwój technologii AI doprowadził do poważnego niedoboru pamięci komputerowej, co przełożyło się na szybkie i dotkliwe wzrosty cen RAM-u. Deficyt ten jest tak głęboki, że jeden z największych globalnych producentów – Micron Technology – ogłosił wycofanie się z rynku konsumenckiego.

W środę firma poinformowała, że do lutego 2026 roku zakończy działalność swojej marki Crucial, która przez blisko 30 lat dostarczała użytkownikom PC pamięci RAM i dyski SSD. Decyzja ta pokazuje, jak rewolucja związana z centrami danych AI przestawia cały rynek półprzewodników, spychając zwykłych konsumentów na dalszy plan w rywalizacji z gigantami technologicznymi o ograniczone zasoby produkcyjne.

Coraz bardziej dotkliwy niedobór wynika z faktu, że producenci przekierowują moce produkcyjne na pamięci HBM (High Bandwidth Memory), które są niezbędne do działania akceleratorów AI, zamiast wytwarzać tradycyjne kości DRAM przeznaczone dla komputerów osobistych.

Skala zapotrzebowania jest bezprecedensowa. Jak szacuje prezes SK Hynix, Chey Tae-won, sam projekt Stargate rozwijany przez OpenAI może wymagać do 2029 roku nawet 900 tys. waferów miesięcznie. To mniej więcej dwa razy więcej niż cała obecna światowa produkcja HBM — i około 40% globalnej produkcji DRAM.

USA przedłużają możliwość działania zagranicznych stacji Lukoila do kwietnia 2026 roku

0

Administracja Donalda Trumpa ogłosiła w czwartek czasowe złagodzenie części sankcji wobec rosyjskiego koncernu Lukoil. Decyzja pozwala zagranicznym stacjom paliw należącym do spółki funkcjonować aż do 29 kwietnia 2026 roku. Jak podkreślają amerykańskie władze, chodzi o ograniczenie negatywnego wpływu sankcji na klientów oraz tysiące pracowników, przy jednoczesnym utrzymaniu blokady przepływu jakichkolwiek środków finansowych do Rosji.

Decyzja zapadła krótko po wizycie wysłanników prezydenta Trumpa w Moskwie, gdzie omawiano amerykańskie propozycje dotyczące zakończenia wojny w Ukrainie.

Pierwszy pakiet sankcji uderzających w Lukoil i Rosnieft wszedł w życie 21 listopada, po ogłoszeniu ograniczeń w październiku 2025 roku. Był to pierwszy tak szeroki krok Waszyngtonu wobec rosyjskich firm energetycznych w trakcie drugiej kadencji Trumpa.

Skutki obostrzeń są szczególnie widoczne w Europie Północnej. Fińska spółka Teboil, należąca do Lukoila i zarządzająca siecią około 430 stacji paliw, poinformowała niedawno o stopniowym wygaszaniu działalności w miarę kończenia się zapasów paliwa. Firma wszczęła już procedurę restrukturyzacyjną.

Równocześnie węgierski koncern MOL sygnalizuje zainteresowanie przejęciem części aktywów Lukoila w Europie, w tym stacji benzynowych i rafinerii zlokalizowanych m.in. w Rumunii i Azerbejdżanie.

Deweloperzy muszą stać się architektami wspólnot

Wymarzony dom? To nie są wyłącznie cztery ściany w określonym metrażu i lokalizacji. Polacy, jak nigdy dotąd, świadomie stawiają relacje sąsiedzkie i klimat społeczny danego osiedla wysoko w kryteriach wyboru miejsca zamieszkania. Jak wynika z badania Otodom przeprowadzka dla blisko połowy (49%) respondentów podyktowana jest chęcią nawiązania nowych znajomości. Co ciekawe, aż 40% badanych przyznaje, że oczekują od deweloperów czegoś więcej niż postawienia murów. Potrzebni są architekci wspólnoty.

Raport „Szczęśliwy Dom. Zróbmy sobie szczęśliwe sąsiedztwo”, który powstał na bazie badania, jakie przeprowadził Otodom na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej ponad 4000 osób, pokazuje, że Polacy oczekują od deweloperów aktywnego wsparcia w budowaniu relacji sąsiedzkich, jednocześnie darząc ich niskim zaufaniem. Jak w takim otoczeniu branża może zdefiniować swoją kluczową rolę w budownictwie odpowiedzialnym społecznie, integrującym lokalne społeczności, odpornym na kryzysy? ​

Bezpieczeństwo ponad wszystko

Kontakt z ludźmi, emocje oraz przestrzeń. To może być przepis na szczęśliwe sąsiedztwo. Dlaczego? Okazuje się, że relacje sąsiedzkie stanowią fundament poczucia bezpieczeństwa. Aż 43% osób zbadanych przez Otodom uważa poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do sąsiadów za bardzo ważny element wspólnoty. W obecnych czasach, napięć geopolitycznych i niepokojów społecznych, mieszkańcy cenią sąsiedzki monitoring i gotowość współmieszkańców tego samego osiedla do interwencji w razie potrzeby lub zagrożenia (41%) bardziej niż najlepsze systemy nadzoru.

Szczęście nie musi być mierzone metrażem

Dobry sąsiad to szczęście. Badanie Otodom udowodniło, że osoby zadowolone ze wsparcia sąsiadów oceniają swój ogólny poziom szczęścia średnio na 8 punktów w 10-stopniowej skali, podczas gdy u tych, którzy są z tego wsparcia niezadowoleni, wynik spada do lekko ponad 6 punktów. Co składa się na szczęście sąsiedzkie? Relacje między mieszkańcami buduje się na małych gestach, na przykład uśmiech przy mijaniu się (63% respondentów) i krótkie rozmowy (53%) są najważniejszymi formami kontaktu. Ciekawe jest także zjawisko, że wzajemna pomoc w drobnych sprawach, jak odbiór paczki czy podlanie kwiatów, jest deklarowana przez 35% ogółu badanych, ale aż przez 51% „szczęśliwych sąsiadów”, czyli osób zadowolonych z relacji. Zatem siła wspólnoty tkwi w drobnych gestach realizowanych regularnie i na co dzień.

Oczekiwania vs rzeczywistość

Mimo deklarowanego niskiego zaufania do deweloperów aż 40% mieszkańców Polski oczekuje, że powinni oni nie tylko budować, ale także aktywizować i wspierać wzmacnianie relacji sąsiedzkich. Istotne jest przekonanie, że nawet aktywni społecznicy, którzy na co dzień mierzą się z brakiem formalnego wsparcia (21%), potrzebują deweloperów jako partnerów do sprawnego i sprawczego działania, zwłaszcza w zakresie infrastruktury i finansowania. Jest to wyraźny sygnał, że to właśnie deweloperzy dysponują kapitałem i potencjałem, by aktywnie wspierać tworzenie wspólnot sąsiedzkich, ale muszą pokonać barierę transparentności i zaufania. Sukces w tym obszarze zależy od otwartej komunikacji, oddania realnej przestrzeni decyzyjnej mieszkańcom i traktowania inwestycji mieszkaniowych przede wszystkim jako miejsca do życia, bezpiecznego i podnoszącego poziom dobrostanu mieszkańców.

„Deweloperzy, do niedawna skupieni wyłącznie na metrażu i lokalizacji, muszą przyjąć nową, szerszą rolę. Nie są już tylko budowniczymi ścian, ale architektami społecznych ekosystemów. Ich odpowiedzialność wykracza poza projektowanie placów zabaw czy miejsc współdzielonych. Dziś sukces inwestycji zależy od umiejętności stworzenia warunków dla codziennych, drobnych interakcji, to zaś wymaga mądrego planowania urbanistycznego, a także wsparcia finansowego i infrastrukturalnego dla lokalnych liderów i inicjatyw”, przekonuje Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego z Otodom.

Wspólna przyszłość

Jeżeli aż 48% Polaków odczuwa brak liderów animujących lokalne społeczności, to właśnie deweloperzy mogą, poprzez mądre projektowanie i transparentne działania, stworzyć przestrzenie, gdzie aktywiści, animatorzy, lokalni liderzy będą mogli integrować mieszkańców osiedli we wspólnych pasjach czy podejmowaniu wyzwań, przed którymi stanie wspólnota. ​ Oczekiwanie społeczeństwa jest jasne. Teraz czas na deweloperów, którzy rozumieją, że ich celem jest tworzenie miejsc do życia, a nie tylko sprzedawanie metrażu. Sukces takich inwestorów będzie zależał od tego, czy zdołają przekształcić powszechny sceptycyzm w realne zaufanie, traktując wspólnotę jako ciągły, organiczny proces, a nie projekt do wybudowania.

„Dla deweloperów nowa rola to nie tylko obowiązek, ale i szansa na przewagę konkurencyjną. Inwestycje, w których buduje się silna wspólnota, są postrzegane jako prestiżowe, stabilniejsze, a ich wartość rynkowa jest bardziej odporna na wahania. Sami deweloperzy są gotowi na ten kierunek i już tworzą przestrzenie sprzyjające kreowaniu wspólnot mieszkaniowych. Potwierdza to choćby plebiscyt na szczęśliwe sąsiedztwa, w którym wyróżnione zostały między innymi osiedla Urzeka czy Atrium Oliva zlokalizowane w Gdańsku lub Osiedle Fi w Krakowie”, podsumowuje Agata Stachowiak, Otodom.

EXPO KATOWICE z nową nazwą i koncepcją. PTWP przejmuje organizację targów

Grupa PTWP przejęła organizację Międzynarodowych Targów EXPO KATOWICE, imprezy o wieloletniej tradycji i kluczowym znaczeniu dla górnictwa i przemysłu ciężkiego. Wydarzenie zostanie zaprezentowane w rozbudowanej formule i pod nową nazwą, odpowiadającymi kierunkom transformacji sektora wydobywczego i surowcowego. Nowa koncepcja połączy pogłębioną debatę sektorową — panele, rozmowy z kluczowymi ekspertami i liderami rynku — z utrzymaniem mocnego charakteru targowego. Kolejna edycja odbędzie się we wrześniu 2026 r. w zarządzanym przez PTWP Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.

Przejmowane przez PTWP wydarzenie, uchodzące za jedną z bardziej znaczących i cenionych imprez o charakterze przemysłowym, z ponad 40-letnią tradycją, wywodzi się z historycznych Międzynarodowych Targów Górnictwa, Energetyki i Hutnictwa (dawniej SIMMEX). W 2024 r. w targach uczestniczyło 170 wystawców z 17 krajów, prezentując technologie, rozwiązania i innowacje przede wszystkim dla branży górniczej, ale też hutniczej, metalurgicznej i przemysłów pokrewnych. Grupa PTWP podkreśla swoją intencję zmiany charakteru wydarzenia i wzmocnienia jego znaczenia dla całego sektora wydobywczego.

Zdecydowanie nie chcemy, aby tak ważne wydarzenie zniknęło z mapy branżowych eventów w regionie i widzimy duże możliwości rozwoju w imprezie o tym profilu. Mamy wieloletnie doświadczenie w organizacji wydarzeń gospodarczych czy przemysłowych, i bazując na nim planujemy zarówno zachować charakter targów, jak i nadać im nową energię. Chcemy zaprezentować je w nowej odsłonie, pod atrakcyjną nazwą i w formule, które lepiej odpowiadają realiom współczesnej gospodarki oraz kierunkom transformacji sektora. Włączymy do programu obszary kluczowe dla przyszłości branży, w tym tematykę surowców krytycznych, szeroko rozumianego wydobycia czy nowych złóż rud miedzi, a także szeroki kontekst debat eksperckich i rozmów z liderami rynku. Zamierzamy wykorzystać również nasz potencjał promocyjny i medialny, zwłaszcza portalu WNP.pl, który jako lider w swojej kategorii dociera do kluczowych grup związanych z przemysłem i górnictwem. Naszą ambicją jest rozwinięcie wydarzenia w taki sposób, aby jeszcze mocniej odpowiadało na aktualne potrzeby branży i wyzwania współczesnej gospodarki – podkreśla Wojciech Kuśpik, prezes Grupy PTWP.

Wydarzenie w części merytorycznej obejmie szerokie spektrum tematyczne: od globalnych trendów w sektorze wydobywczym, przez surowce krytyczne, rynek kruszyw, po obecną i przyszłą rolę energetyki węglowej w bezpieczeństwie państwa, potencjał inżynieryjny, a także technologiczny zaplecza górniczego, szanse z tym związane w zakresie eksportu i ekspansji zagranicznej oraz transformację regionów górniczych w Polsce, Europie i przyciąganie inwestycji do regionów pogórniczych. Nie zabraknie spojrzenia na rynek miedzi i nowe złoża, jej rolę w energetyce i elektromobilności. Z kolei w części ekspozycyjnej znajdzie się miejsce między innymi dla maszyn, robotów, autonomicznych pojazdów, dronów, systemów sensorycznych, magazynów energii, systemów odzysku energii, hybryd energetycznych czy startupów mining-tech, battery-tech, clean tech i materiałów przyszłości.

Grupa PTWP zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami konsekwentnie rozwija segment wydarzeń własnych, który jest jednym z trzech głównych filarów biznesu spółki. Autorskie projekty PTWP, takie jak Europejski Kongres Gospodarczy, Forum Rynku Spożywczego i Handlu, Energy Days, Property Forum czy Forum Rynku Zdrowia stały się najważniejszymi platformami dialogu gospodarczego w Polsce i regionie. Grupa PTWP w 2025 r. uruchomiła łącznie trzy nowe projekty eventowe: Forum Zdrowia Kobiet (9-10 czerwca), Przemysł dla Obronności (15 października) i Forum Zdrowia Dzieci (10 grudnia). W ciągu roku Grupa PTWP organizuje ponad 20 dużych wydarzeń własnych, które gromadzą łącznie około 80 tys. uczestników.

Ekonomiści TEP: nowelizacja PIP grozi paraliżem rynku pracy i narusza zasady konstytucyjne

Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich bardzo krytycznie ocenia projekt nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy (PIP). Według Rządowego Centrum Legislacji (RCL) przepisy opracowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) są niezgodne z Konstytucją RP, a ich wdrożenie spowoduje chaos wśród przedsiębiorstw i ich kontrahentów oraz trudne do oszacowania koszty. Co więcej, ani tzw. kamienie milowe powiązane z Krajowym Planem Odbudowy (KPO), ani skala nadużyć związanych ze stosowaniem umów cywilnoprawnych nie wymagają wprowadzenia tak radykalnych regulacji. W ocenie Rady TEP rząd powinien pilnie podjąć negocjacje na forum UE, tak aby uzyskać więcej czasu na przeprowadzenie reformy rynku pracy, która będzie zgodna z Konstytucją RP i jednocześnie będzie stanowić niezbędne i efektywne rozwiązanie zidentyfikowanych problemów.

Projekt nowelizacji ustawy o PIP (UD283)1 zakłada przyznanie okręgowym inspektorom pracy uprawnienia do wydawania decyzji administracyjnych przekształcających umowy cywilnoprawne (w tym tzw. umowy B2B) w umowy o pracę pod rygorem natychmiastowej wykonalności decyzji. Jedynie w przypadku skutków do 3 lat wstecz sprzed wydania decyzji wykonanie miałoby być wstrzymywane odwołaniem do sądu. To radykalne rozwiązanie, które wydaje się pochodzić z krajów, których prawo przewiduje tzw. domniemanie pracy na etacie. W Polsce jest inaczej, co widać po danych przytaczanych w Ocenie Skutków Regulacji (OSR) przez samo MRPiPS. Wynika z nich, że spośród powództw PIP z lat 2022-2024 sądy ustaliły stosunek pracy jedynie w 30% spraw (32 z 94), a w pierwszej połowie 2025 roku jedynie w 11% (1 z 9). Co więcej, również w OSR resort pracy przedstawił dane PIP, z których wynika, że problem nadużyć w odniesieniu do umów cywilnoprawnych jest bardzo ograniczony i jego skala maleje w ostatnich latach:

W 2024 r. inspektorzy pracy skontrolowali 38,9 tys. umów cywilnoprawnych – zakwestionowali 1,4 tys. umów zawartych w warunkach wskazujących na istnienie stosunku pracy (3,6%). Dla porównania, w 2023 r. inspektorzy pracy skontrolowali 42,2 tys. umów cywilnoprawnych – zakwestionowali 1,9 tys. umów (4,5%), a w 2022 r. na skontrolowanych 46 tys. umów zakwestionowali 2,2 tys. umów (4,8%). Jak wskazują powyższe dane, z roku na rok zmniejsza się odsetek kwestionowanych przez inspektorów pracy umów cywilnoprawnych w stosunku do liczby umów poddanych kontroli.”2

Powyższe fakty każą postawić pytanie, czy MRPiPS zmierza jedynie do ominięcia czasochłonnej procedury sądowej, czy raczej polskiego stanu prawnego. Wskazuje na to samo Rządowe Centrum Legislacji (RCL), które stwierdza, że nowelizacja narusza konstytucyjne zasady swobody prowadzenia działalności gospodarczej oraz wolności wyboru i wykonywania zawodu i wywołuje „niemożliwe do przewidzenia i oszacowania skutki zarówno po stronie podmiotu zatrudniającego, jak i pracobiorcy (w szczególności w obszarze uprawnień pracowniczych, ubezpieczeń społecznych, zobowiązań podatkowych czy pomocy publicznej)”.3 Należy podkreślić, że decyzja administracyjna wydana przez urzędnika bez uprzedniego rozstrzygnięcia sądowego stanowi bezprecedensową ingerencję w dobrowolny stosunek prawny między dwiema stronami. Jednocześnie jeżeli problemem jest czasochłonność postępowań przed sądami pracy, to właściwą drogą jest reforma sądownictwa w Polsce, a nie rezygnacja z niej na rzecz urzędowych nakazów.

Kolejnym problemem jest fakt, że resort kierowany przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk nie przedstawił w OSR żadnych oszacowań dotyczących skutków finansowych wprowadzenia tej nowelizacji na sektor przedsiębiorstw i osoby fizyczne, których będą dotyczyć administracyjne przekształcenia umów.

W ostatnim czasie szefowa MRPiPS zaproponowała, że Skarb Państwa mógłby pokrywać koszty zapłaty zaległych podatków i składek, wynikające z przekształcenia umów.4 Jest to również złe rozwiązanie, z wielu powodów. Po pierwsze, przeniesienie kosztu z konkretnych firm na budżet państwa tego kosztu nie eliminuje, w dalszym ciągu będzie obciążał on polską gospodarkę niezależnie od sposobu jego sfinansowania. Po drugie, w obecnej sytuacji finansów publicznych należy unikać zwiększania wydatków budżetowych, a po trzecie – przerzucenie całej odpowiedzialności na podatników może skutkować zjawiskiem tzw. moral hazard, polegającym na nadużywaniu nowych uprawnień przez urzędników PIP. Czwartą kwestią jest to, że i tak nie zapobiegnie to chaosowi i zakłóceniu działalności wielu firm i ich kontrahentów, a zawieranie jakiejkolwiek umowy cywilnoprawnej stanie się działaniem o wysokim ryzyku. W efekcie, może obniżyć się elastyczność rynku pracy, co pogorszy perspektywy rozwoju sektorów gospodarki, gdzie stosowanie umów cywilnoprawnych jest uzasadnione z perspektywy prawnej i biznesowej. Wreszcie, koszty zakłóceń związanych z przekształceniem umów mogą być podstawą do roszczeń przeciwko Skarbowi Państwa, zwłaszcza w sytuacji błędnych decyzji urzędników. To spowoduje, że sądy – już teraz niewydolne i rozpatrujące sprawy w bardzo odległych terminach – otrzymają kolejne z powodu tej nowelizacji.

Należy podkreślić, że z treści uzgodnionego tzw. kamienia milowego w ramach KPO nie wynika konieczność wprowadzenia tak radykalnych rozwiązań, a zwłaszcza niezgodnych z Konstytucją RP i szkodliwych dla polskiej gospodarki. Fałszywa jest zatem alternatywa, że albo zostanie uchwalona ustawa w kształcie zaproponowanym przez MRPiPS, albo Polsce grozi wstrzymanie wypłat z KPO.

Istnieje jednak obiektywny problem, polegający na braku możliwości pogodzenia procesu stanowienia prawa o wysokiej jakości z terminami uzgodnionymi w KPO. Tego typu zobowiązania powodują, że rząd chcąc przeprowadzić trudne, strukturalne reformy (którym powinny towarzyszyć staranne, czyli też czasochłonne analizy i konsultacje społeczne) mierzy się z presją czasu, tj. terminów uzgodnionych z instytucjami UE, których naruszenie może skutkować wstrzymaniem wypłat środków z KPO dla Polski. Istnienie takich zobowiązań w ramach KPO może też zachęcać część polityków i związane z nimi grupy interesów do forsowania kontrowersyjnych regulacji, bo koszt polityczny wstrzymania wypłat z KPO jest wysoki. Jakość stanowionego prawa, w tym odpowiednio długie vacatio legis nie może być jednak przedmiotem kompromisu, wymuszonego przez terminy i zobowiązania w ramach KPO. Nie byłoby więc właściwym rozwiązaniem proponowanie przez rząd alternatywnego kształtu reformy PIP w bardzo krótkim czasie, bez analiz i konsultacji, tylko po to by dotrzymać zobowiązań w ramach KPO. Przeprowadzenie „minimalistycznej” reformy PIP z kolei tworzy ryzyko, że kamień milowy nie zostanie zrealizowany.

W związku z powyższym, w ocenie Rady TEP rząd powinien pilnie podjąć negocjacje na forum UE, tak aby uzyskać więcej czasu na przeprowadzenie reformy rynku pracy, która będzie zgodna z Konstytucją RP i jednocześnie będzie stanowić niezbędne i efektywne rozwiązanie zidentyfikowanych problemów. Właściwą odpowiedzią na nadużywanie umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia jest eliminacja systemowych bodźców, które są jego przyczyną, a nie kary i nakazy. Kierunkiem reform powinno być zwiększenie neutralności systemu podatkowo-składkowego pomiędzy rodzajami umów, likwidacja przywilejów dla wybranych grup zawodowych, a także liberalizacja kodeksu pracy tak, aby regulacje nie wypychały z rynku jego najsłabszych uczestników. Jednocześnie podtrzymujemy nasze stanowisko z 2024 r., którym napisaliśmy, że „należy odrzucić kosztowną, utopijną wizję rynku pracy, na którym docelowo wszyscy mają pracować na podstawie umowy o pracę, niezależnie od obiektywnych kosztów, korzyści, charakteru pracy jak i osobistych preferencji”.5 Z tego też powodu nie zgadzamy się z pojawiającymi się postulatami w przestrzeni publicznej, by przy okazji reformy PIP wprowadzić tzw. domniemanie umowy o pracę.

Wynagrodzenia w Polsce wzrosły o 8,2%, ale dysproporcje międzybranżowe pogłębiają się

Polski rynek pracy w 2025 roku utrzymuje trend wzrostowy, jednak coraz wyraźniej widoczne jest zróżnicowanie dynamiki płac między sektorami. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w Polsce wzrosło o 8,2% rok do roku, osiągając we wrześniu poziom 8750 zł. Firmy technologiczne, produkcyjne i spożywcze przyciągają wykwalifikowanych specjalistów rosnącymi wynagrodzeniami, podczas gdy branże usługowe, mimo większej liczby ofert, wykazują stabilizację płac.

Takie wnioski płyną z badań Centrum Analitycznego międzynarodowej agencji zatrudnienia Gremi Personal, opartej na danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). Eksperci podkreślają, że to etap dojrzewania rynku, w którym inwestycje w kompetencje techniczne stają się kluczowym czynnikiem utrzymania konkurencyjności.

Przemysł i technologie liderami wzrostu

Najlepiej radzą sobie sektory przemysłowe i technologiczne. Wzrost wynagrodzeń odnotowano u producentów komputerów i elektroniki (+10,9%), produktów spożywczych (+9,8%), sprzętu transportowego, w tym wojskowego (+9,2%), przemysłu maszynowego (+9,1%), w tym przemysłu motoryzacyjnego (+8,8%), a także u producentów mebli (+8,9%).

Według szacunków analityków wzrost wynagrodzeń w tych branżach następuje na tle stopniowego spadku zatrudnienia w przemyśle, z wyjątkiem produkcji spożywczej.

Obserwowany wzrost wynagrodzeń w tych sektorach przy jednoczesnym ograniczaniu zatrudnienia wskazuje, że pracodawcy koncentrują się na utrzymaniu kluczowych pracowników, nawet kosztem optymalizacji liczby etatów – zauważa Oleg Rudenko, analityk Centrum Analitycznego Gremi Personal.

Nieco niższe tempo wzrostu wynagrodzeń odnotowano w branżach, w których zatrudnionych jest wielu Ukraińców, a mianowicie w logistyce (+7,8%), HoReCa (+7,8%), budownictwie (+7,6%) i handlu detalicznym (+7,6%).

W handlu detalicznym i HoReCa (Hotel, Restaurant, Catering) w ujęciu miesięcznym (porównując wrzesień do sierpnia br.) odnotowano spadek wynagrodzeń o 0,4%.

Po zakończeniu sezonu wakacyjnego presja na wzrost płac w sektorach usługowych słabnie, co ma wpływ na wysokość premii i dodatków, które stanowią znaczną część zarobków pracowników. Dodatkowo na rynek wpływa zwiększona podaż pracowników, w tym osób przechodzących z przemysłu do logistyki czy HoReCa, co zwiększa konkurencję o miejsca pracy i stabilizuje poziom wynagrodzeń – wyjaśnia analityk.

Logistyka wciąż dobrze płatna mimo korekty

Warto zauważyć, że w logistyce, która wykazała wysoki wzrost wynagrodzeń w ciągu dziewięciu miesięcy 2025 r., we wrześniu w porównaniu z sierpniem odnotowano również spadek średniego wynagrodzenia – o 1,2%. Jest to najwyższy wskaźnik spośród analizowanych branż. Mimo to logistyka pozostaje jedną z najlepiej opłacanych branż w Polsce. Średnia płaca we wrześniu 2025 r. wyniosła 9029 zł, co jest wynikiem niemal równym wynikowi przemysłu maszynowego (9195 zł).

Dla porównania: w handlu detalicznym średnia pensja wynosiła 6766 zł, a w HoReCa – 6548 zł. Nawet umiarkowany procentowo wzrost w logistyce przekłada się na realny przyrost o około 455 zł, co wciąż stanowi atrakcyjną różnicę względem sektorów handlu czy gastronomii. To utrzymuje zainteresowanie tą branżą wśród pracowników zagranicznych, szczególnie z Ukrainy – dodaje Oleg Rudenko.

Rynek pracy w fazie odbudowy

Dane dotyczące polskiego rynku pracy wskazują na utrzymującą się tendencję odbudowy po okresie spowolnienia gospodarczego. Jednocześnie tempo wzrostu wynagrodzeń pozostaje w dużej mierze uzależnione od zdolności przedsiębiorstw do utrzymania kluczowych i wysokoefektywnych pracowników.

– Dla Ukraińców Polska pozostaje atrakcyjnym rynkiem pracy, zwłaszcza w branżach o mniejszych wymaganiach kwalifikacyjnych i wysokim udziale pracy fizycznej, przede wszystkim w logistyce, gdzie odnotowano wzrost zatrudnienia o 4,7% w ciągu dziewięciu miesięcy 2025 roku. Jednocześnie w produkcji i budownictwie konkurencja rośnie, co ogranicza tempo wzrostu płac i podnosi wymagania wobec kandydatów. Najatrakcyjniejsza perspektywa to gotowość przejścia do zawodów produkcyjnych i technicznych: właśnie w tych obszarach polskie firmy inwestują w personel, oferując większą stabilność, wyższe wynagrodzenia i więcej możliwości rozwoju zawodowego – podkreślają analitycy Centrum Analitycznego Gremi Personal.

Glapiński tonuje oczekiwania. Cykl cięć spowolni, ale łagodzenie polityki w 2026 r. pewne

W dzisiejszej konferencji prasowej prezesa Glapińskiego dało się wyczuć świąteczny nastrój i wyraźne poczucie zwycięstwa nad inflacją. Glapiński zasugerował to, co od dawna było jasne dla obserwatorów rynku – 2026 r. przyniesie dalsze łagodzenie polityki pieniężnej. Ton prezesa był jednak zrównoważony i sądząc po wzroście stawek FRA i lekkim umocnieniu złotego, rynki przygotowywały się na nieco bardziej gołębie sygnały.

Jego uwaga, że Rada może wejść w tryb wait-and-see, zanim dalej będzie obniżać stopy, mogła zaskoczyć część inwestorów. Trudno to jednak uznać za większy szok. Większość tego „procesu dostosowania” mamy już za sobą i wydaje się, że wchodzimy w fazę dostrajania, w której RPP postępuje ze zwiększoną ostrożnością, a dane stają się jeszcze bardziej istotne.

Uważamy, że w przyszłym roku stopa referencyjna obniży się do ok. 3,5%, a kolejną obniżkę widzimy w lutym lub marcu, o ile dane nie staną na przeszkodzie.

Słaby raport ADP pogrąża dolara, NBP zaskakuje jastrzębim tonem. Złoty gubi wczorajsze zyski

Czwartkowy handel odbywa się w rytm wczorajszych doniesień. W Polsce rozgrywana jest środowa decyzja w sprawie stóp procentowych. A na szerokim rynku echem odbił się raport ADP, który pokazał, że amerykański rynek pracy przechodzi poważne turbulencje. 

Wzięli i ścieli

Teoretycznie wczorajsza decyzja o ścięciu stóp procentowych o 25 punktów bazowych do 4% (stopa depozytowa) była zgodna z oczekiwaniami rynku. Te oczekiwania jednak pomału się rozjeżdżają. Analitycy największego banku w Polsce są przekonani, że kolejne dwa cięcia będą miały miejsce jeszcze w pierwszym kwartale przyszłego roku, a ekonomiści Fitcha zakładają, że na taki ruch przyjdzie nam poczekać łącznie dwa lata. Tych wątpliwości nie wyjaśnia komunikat po posiedzeniu, choć ten wydaje się delikatnie jastrzębi, zwłaszcza w zestawieniu z samą decyzją. Standardowo wymieniono w nim szereg ryzyk grożących podwyższeniem inflacji w nadchodzących miesiącach. Mowa tu przede wszystkim o polityce fiskalnej, która potencjalnie może być jeszcze bardziej rozrzutna. Zagrożeniem dla dynamiki cen jest także rozpędzająca się gospodarka, napędzana wewnętrznym popytem. No i otoczenie cenowe także może ciągnąć inflację ku górze, zarówno w strefie euro, jak i w USA dynamika cen przekracza założone cele.

Ile powie prezes?

Zakładając, że są to całkiem rozsądne obawy, jeszcze ciekawiej zapowiada się dzisiejsza konferencja prasowa prezesa Adama Glapińskiego. Ten jeszcze nie tak dawno uważał, że na grudniowym posiedzeniu nie będzie potrzeby zmiany stóp, dlatego warto wsłuchać się w jego dzisiejsze wyjaśnienia. Szef Narodowego Banku Polskiego rzadko daje jasne wskazówki co do przyszłych decyzji i trudno zakładać, by dziś było inaczej. Jednak analitycy i tak będą starali się wychwycić jakiekolwiek sugestie. Ich uwaga na pewno skupi się na ewentualnej zmianie podejścia do ostatniej serii obniżek. Prezes NBP do tej pory mocno bronił się przed słowem „cykl”, nazywając te posunięcia tylko „dostosowaniem” do obecnej sytuacji makroekonomicznej. Warto pamiętać, że było to już piąte „dostosowanie” z rzędu i istnieje ryzyko, że „skończą” nam się stopy, zanim rozpocznie się właściwy cykl.

Rocket eurodolar

Na szerokim rynku ciekawe rzeczy dzieją się na głównej parze walutowej globu. Euro względem amerykańskiej waluty nieprzerwanie drożeje od 24 listopada, tworząc jeden z najdłuższych takich cykli (a tfu, paskudne słowo) ostatnich lat. Dolarowi ewidentnie nie pomógł wczorajszy raport ADP, który wypadł skrajnie słabo i jeszcze bardziej uwiarygodnił kolejną obniżkę stóp jeszcze w tym roku. Amerykańskiej walucie ciążą również spekulacje odnośnie nowego szefa FED-u, który zastąpi Powella po wygasającej w przyszłym roku kadencji. Zarówno Waller, jak i Hassett, którzy są medialnymi faworytami do objęcia tego stanowiska, prawdopodobnie zadbają o to, by FOMC pod ich rządami był jeszcze bardziej gołębi. EURUSD wybija dzisiaj opór przy 1,167 $, kontynuując rajd w górę. Słaby dolar powinien pomagać złotemu, ten jednak odreagowuje wczorajsze umocnienie, przez co główne waluty dziś drożeją. Euro kosztuje 4,23 zł, a dolar – 3,62 zł.

„Chiny nam uciekają”. Szef Nvidii i doradca ds. bezpieczeństwa alarmują w Waszyngtonie

Prezes Nvidii Jensen Huang oraz ekspert ds. bezpieczeństwa narodowego Gregory Allen ostrzegli w tym tygodniu, że przewaga technologiczna USA w dziedzinie sztucznej inteligencji szybko się kurczy. Podczas dwóch wystąpień w Waszyngtonie podkreślili, że Chiny rozwijają AI znacznie szybciej, niż przewidywano, a amerykańskie narzędzia kontroli eksportu nie przynoszą oczekiwanych efektów.

„Dziewięć z dziesięciu najlepszych szkół technicznych jest w Chinach”

Huang, przemawiając 3 grudnia w Center for Strategic and International Studies (CSIS), zakwestionował powszechne założenia o trwałej dominacji USA w AI. W rozmowie z prezesem CSIS Johnem Hamre ujawnił, że:

  • 9 z 10 najlepszych szkół naukowych i technicznych świata znajduje się w Chinach,
  • 50% globalnych badaczy AI to Chińczycy,
  • 70% patentów związanych ze sztuczną inteligencją opublikowano w 2024 r. w Chinach.

To — jak podkreślił — fundamentalnie zmienia układ sił. „Oddaliśmy, w zasadzie, drugi co do wielkości rynek AI — drugi co do wielkości rynek technologiczny na świecie” — powiedział Huang, ostrzegając, że Pekin wciąż dynamicznie rozwija własne możliwości.

Chiński ekosystem AI rośnie mimo kontroli eksportowych

Huang przyznał, że strategiczne ograniczenia USA w dostępie do chipów nie spowolniły rozwoju technologicznego Chin. Wręcz przeciwnie — według niego chiński sektor półprzewodników „podwoił się, podwoił, podwoił”, podczas gdy zachodnie firmy rosną w tempie 20–30% rocznie.

Te słowa wpisują się w szerszą debatę o skuteczności sankcji, w ramach której Waszyngton próbuje ograniczyć chiński dostęp do zaawansowanych procesorów, licząc na zahamowanie rozwoju AI klasy militarnej.

Eksperci: sprzęt to wąskie gardło Pekinu

Podobny ton wybrzmiał dzień wcześniej w Senacie USA. Gregory Allen, starszy doradca w Wadhwani AI Center przy CSIS, zeznając 2 grudnia przed Komisją Spraw Zagranicznych, podkreślił, że kluczowa walka toczy się o dostęp do zaawansowanych narzędzi produkcyjnych.

Największym wyzwaniem jest sprzęt, ponieważ Chiny są w stanie projektować przyzwoite chipy. Czego nie potrafią, to produkować przyzwoitych chipów, a to całkowicie zależy od naszej zdolności do niedopuszczenia sprzętu” — mówił Allen, odnosząc się do gorącej w Kongresie dyskusji nad ustawą kodyfikującą kontrole eksportowe.

Chińska odpowiedź: modele DeepSeek rywalizują z OpenAI i Google

Ostrzeżenia Huanga i Allena zyskały dodatkowy ciężar po wydarzeniach z 1 grudnia. Chiński startup DeepSeek ogłosił premierę dwóch nowych modeli — V3.2 i V3.2-Speciale — które, jak twierdzi firma, osiągają wydajność porównywalną z GPT-5 od OpenAI, wymagając przy tym mniejszej mocy obliczeniowej.

Najbardziej imponujące było dokonanie wariantu Speciale, który zdobył złoty medal w benchmarku opartym na Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej — poziom dotąd osiągany jedynie przez nieopublikowane modele OpenAI i Google DeepMind.

Dochody Rosji z ropy i gazu spadły o 34% w listopadzie. Sankcje USA i silny rubel pogłębiają presję na budżet Kremla

Dochody Rosji z sektora naftowo-gazowego gwałtownie skurczyły się w listopadzie, spadając o 34% rok do roku — poinformowało rosyjskie Ministerstwo Finansów. Moskwa zebrała w zeszłym miesiącu 530,9 mld rubli (ok. 6,8 mld dolarów) z podatków od zasobów naturalnych, co oznacza jeden z najgłębszych miesięcznych spadków w czasie trwającej już czwarty rok wojny przeciwko Ukrainie.

Sankcje USA uderzają w Rosnieft i Łukoil

Tąpnięcie dochodów nastąpiło zaledwie kilka dni po wejściu w życie amerykańskich sankcji na dwóch największych rosyjskich eksporterów ropy — Rosnieft i Łukoil. Restrykcje nałożone w październiku zaczęły obowiązywać 21 listopada, znacząco ograniczając możliwości sprzedaży rosyjskiej ropy na globalnym rynku.

Według Departamentu Skarbu USA środki te — w połączeniu ze spadającymi światowymi cenami ropy i umacniającym się rublem — osiągają zamierzony efekt: odcinają kluczowe źródła finansowania rosyjskiej machiny wojennej.

Trend spadkowy przyspiesza

W ciągu pierwszych 11 miesięcy 2025 r. rosyjskie dochody z ropy i gazu wyniosły 8 bln rubli (103 mld dolarów), co oznacza spadek o 21,4% r/r. Dynamika pogorszenia rośnie z każdym kwartałem:

  • do końca maja: spadek o 14%,
  • do sierpnia: spadek o 20%,
  • na początku grudnia: spadek o 22%.

Rosja dodatkowo traci na rosnącym dyskoncie cenowym. Kluczowy gatunek eksportowy Urals kosztował średnio 44,87 USD za baryłkę — najmniej od marca 2023 r. Po objęciu Rosnieftu i Łukoila sankcjami różnica między ceną Urals a Brentem rozszerzyła się do 20 USD.

Dochody budżetowe ogranicza również kurs walutowy. Cena baryłki w rublach spadła do poziomu ok. 3250 rubli, najniższego od 2,5 roku.

Budżet pęka w szwach

Malejące wpływy z eksportu energii uderzają w finanse państwa. Deficyt budżetowy w okresie styczeń–październik wyniósł 4,2 bln rubli, czyli 1,9% PKB — wielokrotnie więcej niż 0,2 bln rubli rok wcześniej.

Niezależni analitycy prognozują, że deficyt za cały 2025 r. może sięgnąć 3,5% PKB, znacznie przekraczając oficjalny cel rządu (2,6%).

Rosja pod rosnącą presją

Spadek dochodów z ropy i gazu — fundamentu rosyjskich finansów publicznych — stawia Kreml w trudnym położeniu, zwłaszcza w obliczu kosztów przedłużającej się wojny, konieczności zwiększania wydatków socjalnych i rosnącej zależności od rynku azjatyckiego.

Jensen Huang porównuje wyścig AI do Projektu Manhattan i chwali podejście Trumpa do technologii

Dyrektor generalny Nvidii Jensen Huang ocenił, że globalny wyścig o dominację w sztucznej inteligencji przypomina historyczne programy zbrojeniowe, takie jak Projekt Manhattan czy zimną wojnę. W rozmowie z Joe Roganem podkreślił, że technologia staje się dziś źródłem „supermocy” – informacyjnych, energetycznych i militarnych – co znacząco podnosi stawkę rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Huang zaznaczył, że rosnąca rola AI w bezpieczeństwie narodowym powinna skłaniać decydentów do większej czujności. „Technologia obdarza cię supermocami, czy to informacyjnymi, energetycznymi, czy militarnymi” – mówił, wskazując, że przewaga w AI może zdefiniować globalną równowagę sił na dekady.

Pochwała dla polityki technologicznej Donalda Trumpa

W wywiadzie Huang nie krył uznania dla podejścia prezydenta Donalda Trumpa do rozwoju kluczowych technologii. Jak stwierdził, w działaniach prezydenta dostrzega „pasję do Ameryki oraz praktyczne, zdroworozsądkowe procesy myślowe”.

Według szefa Nvidii, Trump konsekwentnie stara się, by przełomowe technologie – w tym AI i zaawansowane chipy – były rozwijane w USA, a kraj odzyskał swoje zdolności produkcyjne. To właśnie te założenia, zdaniem Huanga, mają wspierać bezpieczeństwo i konkurencyjność Stanów Zjednoczonych.

Nvidia jako unikalna firma na tle Big Tech

Wywiad ukazał się w szczególnym momencie – podcast Rogana został ogłoszony najpopularniejszym na świecie już szósty rok z rzędu. Huang wykorzystał tę platformę, by podkreślić wyjątkową pozycję Nvidii w globalnym sektorze technologicznym.

Zwrócił uwagę, że większość największych firm technologicznych opiera swoje biznesy na reklamie, mediach społecznościowych lub dystrybucji treści. Nvidia – jego zdaniem – jest jedyną dużą korporacją, której działalność koncentruje się wyłącznie na tworzeniu zaawansowanych technologii.

„Nvidia jest jedyną znaczącą firmą na świecie, której jedynym celem jest technologia. Wyłącznie tworzymy; nie reklamujemy” – podkreślił.

Podczas gdy giganci tacy jak Meta czy Google generują ogromne zyski z reklam (Meta w trzecim kwartale 2025 r. osiągnęła z tego tytułu 50 mld dolarów), Nvidia opiera swój rekordowy wynik finansowy wyłącznie na sprzedaży chipów i technologii komputerowej. W roku fiskalnym 2025 przychody firmy wyniosły 130 mld dolarów, a jej kapitalizacja w październiku sięgnęła historycznych 5 bln dolarów – około 1% całego globalnego rynku i aż 8% rynku amerykańskiego.

Wyścig o AI przyspiesza

Komentarze Huanga wpisują się w coraz bardziej napiętą dyskusję o globalnej dominacji w obszarze sztucznej inteligencji. Rozwój AI staje się nie tylko kwestią gospodarczą, lecz również elementem strategicznym – porównywalnym do największych projektów technologiczno-militarnych XX wieku.

Jeżeli chcesz, mogę dopisać lead, tytuł alternatywny, skróconą wersję do social media albo podlinkować do wcześniejszych wypowiedzi Huanga – daj znać.

Powtórka „Big Short”? Michael Burry ostrzega przed „bańką AI większą niż dotcomy”. Inwestor ujawnia pozycje przeciwko Nvidii i Palantirowi

Michael Burry – inwestor, który zdobył światową sławę dzięki trafnemu przewidzeniu krachu na amerykańskim rynku nieruchomości w 2008 roku – ponownie ostrzega przed narastającym zagrożeniem. W najnowszym odcinku podcastu Michaela Lewisa „Against the Rules: Big Short Companion”, opublikowanym we wtorek, Burry stwierdził, że Nvidia i Palantir znajdują się w centrum „najbardziej niebezpiecznej bańki inwestycyjnej XXI wieku”. Według niego nadchodzące załamanie w sektorze sztucznej inteligencji może być bardziej dotkliwe niż pęknięcie bańki internetowej z 2000 roku, które pogrążyło takie spółki jak Nortel czy Cisco.

Zakład Burry’ego: niewielki kapitał, ogromna ekspozycja

Burry ujawnił, że zajął długoterminowe pozycje poprzez bardzo odległe opcje sprzedaży na Nvidię i Palantira, z dwuletnim terminem zapadalności. Podkreślił, że wbrew medialnym nagłówkom o nominalnej ekspozycji przekraczającej miliard dolarów, jego realne zaangażowanie wyniosło około 10 mln dolarów na każdą pozycję. „To niewiele w porównaniu z wartością kontraktów, ale wystarczająco, by oddać skalę mojego sceptycyzmu wobec tej hossy” – wyjaśnił.

„Refleksyjny rynek, który nie może trwać”

Inwestor ostro skrytykował obecną dynamikę inwestycji w AI, twierdząc, że rynek wpadł w sprzężenie zwrotne, które samonapędza wyceny spółek. „Jeśli ogłosisz dolara nakładów inwestycyjnych na AI, twoja kapitalizacja rynkowa wzrośnie o trzy dolary” – powiedział. Jego zdaniem to klasyczny sygnał przesadnej spekulacji i irracjonalnych oczekiwań.

Burry porównał obecny boom AI do telekomunikacyjnej gorączki z końca lat 90., która zakończyła się masową nadpodażą infrastruktury i bolesną korektą. W jego ocenie „zachłanność podażowa” w branży AI jest jeszcze bardziej ekstremalna. „Nakłady inwestycyjne osiągają szczyt przed tym, jak rynek w ogóle będzie w stanie je uzasadnić” – ocenił.

Manipulacja księgowa? Burry krytykuje amortyzację GPU

Centralną częścią tezy Burry’ego jest przekonanie, że prawdziwa ekonomika projektów AI jest maskowana poprzez „agresywne manipulacje księgowe”. Najmocniej uderzył w hyperscalerów – globalnych operatorów infrastruktury chmurowej – którym zarzucił wydłużanie okresu amortyzacji procesorów graficznych do pięciu lub sześciu lat.

Jak argumentował, tempo rozwoju technologii sprawia, że GPU stają się przestarzałe po dwóch–trzech latach. Wydłużanie okresów amortyzacji, zdaniem Burry’ego, sztucznie zawyża raportowane zyski i ukrywa realne koszty. „Zaniżanie amortyzacji poprzez wydłużanie okresu użytkowania aktywów sztucznie podnosi zyski — jeden z bardziej powszechnych trików współczesnej epoki” – pisał w swoim newsletterze na Substacku.

Palantir „bez realnych zysków” po uwzględnieniu wynagrodzenia akcjami

Palantir znalazł się w centrum drugiej części krytyki inwestora. Burry stwierdził, że rentowność spółki jest „iluzoryczna”, jeżeli w kalkulacji uwzględnić wynagrodzenia w formie akcji (stock-based compensation).

Według jego analizy:

  • około 4,6% wszystkich akcji Palantira jest rozwadnianych rocznie, mimo prowadzonego skupu akcji własnych,
  • z przychodów na poziomie ok. 4 mld dolarów „wyszło pięciu miliarderów” – co określił jako „proporcję, której nigdy wcześniej nie widział”,
  • po uwzględnieniu wynagrodzeń akcjami „firma nie generuje żadnych realnych zysków”.

„Kupujący te akcje patrzą na zyski, które w praktyce nie istnieją. To czysta księgowość, a nie fundamenty” – powiedział.

Ostrzeżenie, którego inwestorzy nie powinni ignorować

Choć Burry wielokrotnie ostrzegał przed bańkami, nie wszystkie jego prognozy się spełniały. Jednak to właśnie on jako jeden z niewielu precyzyjnie przewidział załamanie rynku hipotecznego przed 2008 rokiem. Jego obecne tezy – wymierzone w najbardziej rozgrzane segmenty rynku AI – mogą więc zyskać szczególne znaczenie.

Ekonomiści wskazują, że choć rynek AI rośnie w zawrotnym tempie, a inwestycje w infrastrukturę obliczeniową osiągają rekordowe poziomy, fundamenty finansowe wielu projektów pozostają nieprzejrzyste. Dlatego ostrzeżenia Burry’ego mogą stać się kolejnym sygnałem, że hossa w sektorze sztucznej inteligencji może być bardziej krucha, niż się wydaje.

Były właściciel Pornhub, zgłasza zainteresowanie aktywami Łukoilu. W grze Exxon, Chevron i fundusze private equity

Austriacki inwestor Bernd Bergmair, który wcześniej kontrolował globalny konglomerat branży rozrywki dla dorosłych stojący m.in. za Pornhubem, zwrócił się do Departamentu Skarbu USA w sprawie potencjalnego przejęcia części międzynarodowych aktywów rosyjskiego giganta naftowego – Łukoilu. Informacje o jego działaniach przekazały agencji Reuters dwa niezależne źródła zaznajomione z przebiegiem rozmów.

Ruch Bergmaira, określany przez analityków jako „niecodzienny”, stawia go w jednym szeregu z największymi graczami branży energetycznej oraz funduszami inwestycyjnymi, które od miesięcy sondują możliwość przejęcia aktywów Łukoilu. Według źródeł agencji chodzi o pakiet zagranicznych operacji o łącznej wartości szacowanej na około 22 miliardy dolarów.

Wśród zainteresowanych mają znajdować się amerykańskie koncerny Exxon Mobil i Chevron, globalna firma private equity Carlyle Group oraz miliarder Todd Boehly, znany z inwestycji w sport i media. Konkurencja jest więc wyjątkowo silna, a proces – ze względu na sankcje – wymaga zgody władz USA.

W rozmowie z Reutersem, przekazanej przez swojego prawnika, Bergmair potwierdził, że postrzega międzynarodowe aktywa Łukoilu jako potencjalnie atrakcyjną okazję inwestycyjną. „Lukoil International GmbH byłby świetną inwestycją i każdy miałby szczęście mieć przywilej posiadania tych aktywów” – stwierdził. Jednocześnie odmówił ujawnienia, które konkretnie aktywa go interesują oraz czy nawiązał już kontakt z przedstawicielami rosyjskiej spółki. Podkreślił jedynie, że „z zasady nie komentuje potencjalnych inwestycji”.

Źródła zaznaczają, że proces ewentualnej sprzedaży aktywów objętych sankcjami będzie wymagał szczegółowej weryfikacji oraz zatwierdzenia przez władze USA, a potencjalni nabywcy muszą wykazać się pełną zgodnością z amerykańskimi przepisami dotyczącymi ograniczeń wobec rosyjskich firm energetycznych.

Jeśli transakcja doszłaby do skutku, byłaby jedną z największych operacji przejęć aktywów rosyjskich firm energetycznych od czasu rozpoczęcia sankcji po inwazji Rosji na Ukrainę.

Polska wśród światowych gospodarczych liderów G20

Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że polski produkt krajowy brutto osiągnie w 2025 roku poziom 1,04 biliona dolarów. Taki wynik umieści Polskę na 20. miejscu wśród największych gospodarek globu, co – zdaniem analityków Funduszu – jest symbolicznym wejściem kraju do światowej elity ekonomicznej. Mimo tych danych, obraz zamożności Polski w oczach obywateli pozostaje zdecydowanie mniej optymistyczny.

Z najnowszego badania ARC Rynek i Opinia wynika, że jedynie 16 procent Polaków uważa kraj za na tyle zamożny, by mieścił się w gronie najbogatszych państw świata. Aż 43 procent respondentów umieszcza Polskę dopiero w przedziale od 51. do 100. miejsca pod względem zamożności, a 11 procent postrzega ją wręcz jako kraj biedny. Eksperci podkreślają, że rozbieżność między realnymi wskaźnikami gospodarczymi a społeczną percepcją wynika m.in. z presji inflacyjnej ostatnich lat, różnic dochodowych oraz niskiego zaufania do danych makroekonomicznych.

Zaproszenie do G20: historyczny krok

Do pozytywnych ocen polskiej gospodarki dołączyły także Stany Zjednoczone. W środę sekretarz stanu USA Marco Rubio poinformował, że Polska zostanie formalnie zaproszona na szczyt G20, który odbędzie się w Miami w grudniu 2026 roku. Jak zaznaczył, „Polska, kraj, który dawniej tkwił w pułapce za Żelazną Kurtyną, a dziś znajduje się w gronie 20 największych gospodarek świata, dołączy do nas, aby zająć należne jej miejsce w G20”.

To pierwsze w historii zaproszenie Polski na obrady grupy zrzeszającej najważniejsze gospodarki świata i jeden z najbardziej rozpoznawalnych formatów współpracy ekonomiczno-finansowej na świecie.

Od transformacji po globalny awans

Obecna pozycja Polski jest szczególnie znacząca w kontekście jej ekonomicznej historii. W 1989 roku PKB kraju wynosił zaledwie 67 miliardów dolarów, a Polska zajmowała 35. miejsce na świecie. Według danych MFW dzisiejszy awans oznacza wyprzedzenie Szwajcarii i zbliżenie się do takich gospodarek jak Arabia Saudyjska czy Holandia.

Równocześnie utrzymuje się korzystne tempo wzrostu gospodarczego. Minister finansów Andrzej Domański przypomniał w październiku, że według projekcji MFW do 2030 roku dynamika polskiego PKB ma być dwukrotnie wyższa od średniej w Unii Europejskiej. Jego zdaniem świadczy to o solidnych fundamentach krajowej gospodarki oraz o rosnącej odporności na globalne wstrząsy.

Ekonomiści zauważają, że osiągnięcie przez Polskę statusu gospodarki z pierwszej dwudziestki świata nie oznacza końca wyzwań. Wskazują na konieczność dalszego zwiększania produktywności, inwestycji w innowacje i modernizacji infrastruktury. Podkreślają też znaczenie poprawy jakości usług publicznych i wzrostu wynagrodzeń realnych, aby sukces gospodarczy był także odczuwalny społecznie.

Jedno jest pewne: Polska stoi dziś w miejscu, o którym trzy dekady temu nie śnił nawet najbardziej optymistyczny ekonomista. Jednak aby „globalny sukces” stał się także sukcesem odczuwanym w portfelach Polaków, konieczne będzie równie dynamiczne tempo rozwoju społecznego, co gospodarczego.

Internet przejmuje święta. Ponad połowa Polaków kupuje prezenty głównie online

0

Z najnowszego badania PayPo wynika, że większość Polaków zamierza utrzymać lub nawet zmniejszyć swój budżet na prezenty świąteczne. Aż 42% wyda tyle samo co rok temu, 18% – mniej, a tylko 18% planuje przeznaczyć na upominki większą kwotę. Niewiele ponad co piąty badany jeszcze nie wie, ile ostatecznie wyniosą te wydatki. Wśród tych, którzy zwiększają budżet, dominują osoby deklarujące wzrost od 10 do 500 zł. Jednocześnie Polacy kupują prezenty coraz wcześniej i coraz częściej online, kierując się przede wszystkim preferencjami bliskich oraz opłacalnością zakupów.Internet przejmuje święta. Ponad połowa Polaków kupuje prezenty głównie online 1 Internet przejmuje święta. Ponad połowa Polaków kupuje prezenty głównie online 2 Internet przejmuje święta. Ponad połowa Polaków kupuje prezenty głównie online 3 Internet przejmuje święta. Ponad połowa Polaków kupuje prezenty głównie online 4

Dane PayPo pokazują, że Polacy nie odkładają kupowania prezentów na ostatnią chwilę. Największa grupa (37% badanych) zaczyna kompletować upominki w pierwszej połowie grudnia, traktując ten okres jako naturalny początek świątecznej gorączki. Niewiele mniej, bo 35%, robi zakupy już w listopadzie, korzystając z promocji i rozkładając wydatki na dłuższy czas. Co ciekawe, 11% deklaruje, że o prezentach myśli nawet kilka miesięcy wcześniej, co potwierdza rosnącą potrzebę kontrolowania budżetu i unikania kosztów „na ostatnią chwilę”. 14% przyznaje, że zostawia kupowanie prezentów na sam koniec i wybiera je dosłownie na chwilę przed świętami, a 3% badanych wskazało, że robi zakupy w jeszcze innym okresie.

Internet przejmuje święta. Zakupy online stają się pierwszym wyborem Polaków

Świąteczne zakupy wywołują w Polakach przede wszystkim pozytywne emocje. Aż 63% ankietowanych deklaruje, że lubi wybierać upominki i sprawia im to przyjemność. Jedynie 20% przyznaje, że co roku odczuwa zmęczenie związane z poszukiwaniem prezentów, 15% traktuje ten zwyczaj jako coś zupełnie naturalnego, nad czym nawet się nie zastanawia, a 2% nie ma zdania na ten temat.

Polacy podchodzą do wyboru prezentów bardzo pragmatycznie. Najważniejszym kryterium okazują się preferencje bliskich – wskazuje na nie aż 58%. Na drugim miejscu znajduje się cena produktów (54%). Dużą rolę odgrywają także promocje i okazje zakupowe, które śledzi 47% respondentów, oraz jakość i marka prezentu, istotna dla 44% kupujących. Dodatkowo 7% wskazuje na możliwość zapłacenia później, a 4% zwraca uwagę na jeszcze inne kwestie.

Choć klimat dekorowanych galerii handlowych wciąż ma swoich zwolenników, w praktyce to właśnie internet stał się głównym miejscem kupowania prezentów. Aż 53% Polaków wybiera zakupy online, doceniając ich wygodę, szybkość i możliwość łatwego porównania cen. Kupowanie w sieci oznacza także większy dostęp do różnorodnych marek, promocji i opcji dostawy. 43% badanych pozostaje wiernych zakupom stacjonarnym, a 4% wskazuje jeszcze inne miejsce.

Kosmetyki, ubrania i słodycze najpopularniejsze wśród dorosłych

Badanie PayPo pokazuje, że świąteczne prezenty dla dorosłych pozostają przede wszystkim praktyczne i dobrze znane. Zdecydowanym liderem zestawienia są kosmetyki i perfumy, które wybiera aż 62% Polaków. Na drugim miejscu znajdują się zestawy prezentowe, które cieszą się rosnącą popularnością wśród osób poszukujących „pewniaka” pod choinkę (38%), a także słodycze (również 38%). Bardzo popularne są upominki z kategorii kultury i rozrywki – książki, gry, filmy lub płyty wskazało 33% badanych. Na liście nie brakuje także bonów i kart prezentowych (30%). Polacy chętnie kupują też akcesoria domowe takie jak kubki czy filiżanki (33%) oraz akcesoria dekoracyjne – na przykład koce i świece, po które sięga 28%.

Wśród prezentów modowych najczęściej wybierane są ubrania (27%), a także biżuteria i zegarki (26%) oraz dodatki, takie jak torebki czy akcesoria (19%). Sprzęt elektroniczny znajduje się w koszykach 23% kupujących, a bilety na wydarzenia planuje kupić 16% Polaków.

Co kupujemy dzieciom? Zabawki, gry i słodycze niezmiennie królują pod choinką

W przypadku prezentów dla dzieci Polacy stawiają przede wszystkim na klasyczne i sprawdzone upominki, które łączą zabawę, rozwój i radość. Zdecydowanie najpopularniejszą kategorią są klocki, zestawy konstrukcyjne oraz LEGO, wskazywane przez 54% badanych. Niewiele mniej osób (51%) wybiera gry i puzzle. Wysoką pozycję utrzymują również słodycze (50%), natomiast lalki, maskotki i figurki wybiera 36% kupujących. Popularnością cieszą się także książki i kolorowanki (34%) oraz zestawy edukacyjne (34%). Samochody, pojazdy i kolejki kupuje 27% Polaków, a sprzęt elektroniczny, taki jak konsole czy telefony, trafia do 14% dzieci. W koszykach świątecznych pojawia się również sprzęt sportowy – rowery, hulajnogi czy inne akcesoria, które wybiera 13% ankietowanych, a kolejne 13% pozostawi pod choinką inne niż w/w prezenty.

Budżety na prezenty rosną

Tegoroczne budżety świąteczne Polaków są mocno zróżnicowane. Największa grupa (28%) planuje przeznaczyć na prezenty od 251 do 500 zł. Kolejne 15% zamierza zmieścić się w granicach do 250 zł, a 13% przeznaczy na upominki między 501 a 750 zł. Wyższe kwoty również pojawiają się w planach zakupowych. 12% Polaków chce wydać od 751 do 1000 zł, natomiast 8% przewiduje budżet rzędu 1001–1500 zł. Najbardziej kosztowne prezenty planuje 4% osób, które deklarują wydatki między 1501 a 2000 zł. 16% badanych jeszcze nie wie, jak duże będą ich świąteczne wydatki.

Polacy ostrożnie podchodzą do zwiększania świątecznych wydatków. 18% ankietowanych deklaruje, że w tym roku wyda na prezenty więcej niż w poprzednich latach, jednak zdecydowana większość (42%) planuje utrzymać budżet na tym samym poziomie co ostatnio. Warto też podkreślić, że 18% badanych zamierza wydać mniej niż rok temu, co może wynikać z bardziej świadomego podejścia do zakupów. 21% kupujących prezenty świąteczne jeszcze nie wie, czy tegoroczne wydatki będą inne niż te ubiegłoroczne.

O ile więcej?

Wśród osób, które deklarują wzrost wydatków na świąteczne prezenty, największa część (30%) planuje wydać od 10 do 250 zł więcej niż w poprzednim roku. Bardzo duża grupa (28%) przewiduje zwiększenie budżetu o 251 do 500 zł.  16% planuje przeznaczyć na ten cel o 501 do 750 zł więcej. Niewiele ponad co dziesiąty zamierza podnieść wydatki o 751 do 1000 zł. Wyższe kwoty pojawiają się zdecydowanie rzadziej: 6% badanych deklaruje wzrost wydatków o 1001–1500 zł, a tylko 2% przewiduje zwiększenie budżetu o 1501–2000 zł. 4% jeszcze nie wie, jak duży będzie to wzrost.

Wśród osób, które deklarują wyższe wydatki na świąteczne prezenty, najczęściej wskazywanym powodem są wyższe ceny niż w poprzednich latach (56%). Na drugim miejscu znajduje się grupa osób, które po prostu mogą sobie pozwolić na więcej, bo mają większy budżet (32%). 27% deklaruje, że ma więcej wydatków niż w ubiegłych latach, a dla 16% badanych wzrost wynika z większej niż w roku ubiegłym liczby osób do obdarowania. Tylko 1% nie wie i nie ma zdania na ten temat.

Self-gifting. Lubimy też kupić prezent…sobie

W okresie świątecznych zakupów Polacy coraz częściej myślą także o sobie, choć w różnym stopniu i z różną regularnością. Dane z badania PayPo pokazują, że 31% respondentów deklaruje, że zdarza im się kupić prezent dla siebie, jeśli trafią na dobrą okazję. Tyle samo osób (31%) przyznaje jednak, że nigdy nie praktykuje self-giftingu. Blisko co czwarty badany (26%) twierdzi, że kupuje sobie świąteczne upominki rzadko, najczęściej w wyjątkowych sytuacjach. Z kolei 12% Polaków otwarcie przyznaje, że co roku obdarowuje również siebie.

Badanie DIY na platformie Omnisurv by IQS przeprowadzono w dniach 24–27 listopada 2025 r. Próba ogólnopolska, N = 500.

Już 54% organizacji wykorzystuje dziś systemy monitoringu IT oparte na sztucznej inteligencji

Stale rosnąca złożoność ekosystemów cyfrowych w organizacjach przekłada się na ryzyko wystąpienia problemów związanych z wydajnością i jakością oprogramowania. Odpowiedzią na te wyzwania jest zwiększenie zakresu wykorzystania obserwowalności i monitoringu IT. Badania z 2025 roku pokazują, że dla 45 proc. liderów wyższego szczebla główną siłą napędową do zmian w tym zakresie jest właśnie rozwój narzędzi AI[1]. Czynnik ten okazuje się bardziej znaczący nawet od takich opcji jak większy nacisk na bezpieczeństwo (34 proc. odpowiedzi) czy zarządzanie kosztami (26 proc.). W jakim zakresie sztuczna inteligencja przyczynia się do wzrostu zainteresowania rozwiązaniami z zakresu obserwowalności i monitoringu IT?

Liderzy: AI usprawni reakcję na incydenty

W 2025 roku 54 proc. organizacji wykorzystywało monitoring IT oparty na AI – to wzrost o 12 punktów procentowych względem roku poprzedniego[2]. Liderzy wyższego szczebla są zdania, że sztuczna inteligencja poprawia reagowanie na incydenty i wzmacnia praktyki obserwacyjne w ich organizacji. Najwięcej osób widzi potencjał w rozwiązywaniu problemów i awarii przy pomocy AI – taką odpowiedź wskazało 38 proc. badanych. Wielu liderów zwraca również uwagę na możliwości w zakresie automatycznej analizy przyczyn źródłowych (33 proc. odpowiedzi) oraz wspomagania działań naprawczych (31 proc.)[3]. Sztuczna inteligencja może ponadto okazać się pomocna w przypadku generowania przeglądów po incydentach czy instrukcji działania.

Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solution Architect w Linux Polska, wszystkie te działania zwiększają odporność organizacji i przyczyniają się do obniżenia kosztów związanych z wystąpieniem incydentów.

Złożoność współczesnych systemów IT w zasadzie uniemożliwia człowiekowi sprawne wykrycie usterek i ich szybką naprawę. Tymczasem nawet drobny, trudny do wychwycenia błąd w oprogramowaniu może doprowadzić do degradacji usługi, a w konsekwencji do strat finansowych i wizerunkowych. Właśnie dlatego organizacje powinny wdrożyć narzędzia do obserwacji i monitoringu. Wykorzystanie AI w tym obszarze może skrócić czas potrzebny do analizy dużej ilości danych w czasie rzeczywistym, a w razie wystąpienia awarii – przyspieszyć jej identyfikację i naprawę. I faktycznie to się dzieje – według szacunków, rozwiązania obserwowalności wspierane AI mogą przetwarzać i analizować ponad 100 tys. zdarzeń na sekundę, czyli 10 razy więcej niż standardowe narzędzia monitoringu[4]. To ułatwia powrót do sprawnego funkcjonowania systemów, minimalizując ryzyko przestojów – mówi Piotr Piętka, Linux Polska.

Przewidzieć obciążenia systemu

Usprawnienie dotychczasowych możliwości obserwowalności i monitoringu nie jest jedyną zmianą, którą przyniosły rozwiązania AI. Firmy mogą bowiem ponadto prognozować potencjalne problemy w systemach IT. Z analityki predykcyjnej korzysta już 32 proc. organizacji[5], a dokładność wykonywanych przez nie prognoz anomalii systemowych do 30 minut przed wystąpieniem sięga nawet 85 proc.[6]

Rozwiązania AI umożliwiają modelowanie wykorzystania zasobów i prognozowanie obciążenia systemu, dzięki czemu zespoły mogą przygotować się do związanych z tym wyzwań. Identyfikacja błędów z wyprzedzeniem jest możliwa dzięki analizie danych historycznych przy pomocy zaawansowanych algorytmów uczenia maszynowego. Badania pokazują, że w efekcie tych działań organizacjom udało się zredukować nieplanowane przestoje o 60 proc., co oczywiście przekłada się na spore oszczędności i wzrost zadowolenia klientów[7]dodaje Piotr Piętka, Linux Polska.

Organizacje planują dalej inwestować w AI

Korzyści wynikające z zastosowania sztucznej inteligencji w obserwacji i monitoringu IT nie umykają uwadze liderów na całym świecie. Aż 96 proc. organizacji wskazuje, że albo już wdrożyła takie rozwiązania, albo wdroży je w najbliższej przyszłości[8]. Zainteresowanie to nie jest efektem wyłącznie mody na sztuczną inteligencję – specjaliści widzą w niej realną szansę na usprawnienie działań i budowanie przewagi konkurencyjnej. Świadczy o tym fakt, że funkcje AI/ML do analizy danych i automatyzacji są jednym z głównych kryteriów wyboru dostawców rozwiązań do monitoringu IT. Bierze je pod uwagę aż 55 proc. firm[9]. Jak zauważa Tomasz Dziedzic, CTO Linux Polska, wynika to z chęci osiągnięcia większych korzyści biznesowych i organizacyjnych.

Przyspieszenie wykrywania anomalii, natychmiastowa naprawa błędów, możliwość przewidywania przyszłych obciążeń systemu – wszystkie aspekty, które dzięki AI zwiększają skuteczność obserwowalności i monitoringu, oznaczają w praktyce ograniczenie kosztów ponoszonych przez organizację. Dużą zaletą jest także zmniejszenie obciążenia zespołów, które zaoszczędzony czas mogą efektywnie wykorzystać w innych obszarach. Choć korzyści są znaczące, badania wskazują, że organizacje z różnych sektorów wdrażają rozwiązania observability oparte na AI w różnym tempie. Jeszcze w 2024 roku na krok ten zdecydowało się zaledwie 22 proc. jednostek z sektora publicznego i 38 proc. z finansowego[10], podczas gdy w usługach IT, handlu detalicznym i opiece zdrowotnej odsetek ten wynosił już co najmniej 50 proc. – wyjaśnia Tomasz Dziedzic, Linux Polska.

Intensywny rozwój sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego wprowadził obserwowalność i monitoring IT w nową erę. Tempo wdrożeń rozwiązań wspieranych AI i ML pokazuje, jak bardzo była ona potrzebna – zwłaszcza organizacjom z bardzo złożonymi, rozproszonymi systemami IT

[1] New Relic, 2025, Observability Forecast

[2] Jw.

[3] Jw.

[4] Sharma A., 2025, The Evolution of Observability: From Monitoring to AI-Driven Insights

[5] New Relic, 2025, Observability Forecast

[6] Sharma A., 2025, The Evolution of Observability: From Monitoring to AI-Driven Insights

[7] Jw.

[8] New Relic, 2025, Observability Forecast

[9] Jw.

[10] New Relic, 2024, AI and observability

3,5 mld zł poza budżetem, a efektów prawie brak. NIK: RFRM budował struktury, nie mieszkania

W latach 2021–2024 z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa (RFRM) poza ustawą budżetową wydano blisko 3,5 mld zł. Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że sposób dystrybucji tych środków był nieprzejrzysty, ograniczał kontrolę parlamentu i opinii publicznej, a w praktyce sprzyjał budowaniu struktur spółek zamiast mieszkań. Zamiast tysięcy lokali na wynajem powstały głównie nowe Społeczne Inicjatywy Mieszkaniowe (SIM), w których stanowiska obsadzano w nietransparentny sposób, a realne efekty inwestycyjne pozostają znikome.

Fundusz miał budować mieszkania, a nie spółki

RFRM powstał w styczniu 2021 r. jako instrument wsparcia inwestycji mieszkaniowych realizowanych przez SIM-y i Towarzystwa Budownictwa Społecznego (TBS). Fundusz zasilany był środkami z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 oraz emisji skarbowych papierów wartościowych, a pieniądze trafiały do gmin w formie bezzwrotnego wsparcia na objęcie udziałów w SIM i TBS.

Założenie było ambitne: do 2031 r. dzięki Funduszowi miało powstać ok. 48,5 tys. mieszkań na wynajem z umiarkowanym czynszem, dostępnych dla osób, które nie stać na kredyt hipoteczny, ale są w stanie regularnie płacić czynsz. Tymczasem – jak ustaliła NIK – do końca lipca 2024 r. wybudowano zaledwie 2143 mieszkania, czyli 4,4% planu.

Szczególnie słabo wypadły nowe SIM-y. Przy wsparciu z Funduszu sięgającym łącznie ok. 2,31 mld zł zdołały oddać do użytku… 23 mieszkania (0,07% planu). Zdecydowaną większość lokali (2120 mieszkań, 12,8% planu) zbudowały funkcjonujące wcześniej TBS, przy wsparciu na poziomie ok. 0,65 mld zł.

Zmiana ministra „po cichu” i marginalizacja ustawowych kompetencji

NIK zwraca uwagę, że przepisy regulujące funkcjonowanie RFRM były kilkukrotnie zmieniane i od początku nie spełniały standardów dobrej legislacji. Szczególnie krytycznie oceniono zmianę z sierpnia 2022 r., gdy zarządzanie Funduszem przeniesiono z ministra właściwego ds. budownictwa i mieszkalnictwa do ministra ds. rozwoju regionalnego.

Zmiana ta została wprowadzona w trakcie drugiego czytania ustawy o zmianie Kodeksu spółek handlowych i – zdaniem NIK – nie miała merytorycznego uzasadnienia ani nie korespondowała z podziałem zadań między ministrami. Była przede wszystkim konsekwencją objęcia nadzoru nad Krajowym Zasobem Nieruchomości (KZN) przez ministra odpowiedzialnego za rozwój regionalny.

Choć ustawa przyznaje ministrowi zarządzającemu Funduszem wyłączne kompetencje do udzielania gminom wsparcia, w praktyce cały proces – od przyjmowania i oceny wniosków po dyspozycję wypłaty – został scedowany na Prezesa KZN. NIK uznaje, że wsparcie w wysokości 2,9 mld zł przyznano gminom z naruszeniem przepisów, bo minister faktycznie nie brał w tym udziału i nie sprawował bieżącej kontroli nad wydatkowaniem środków.

Dowolność, opóźnienia i brak egzekwowania roszczeń

Kontrola pokazała, że Prezes KZN rozpatrywał wnioski gmin w sposób naruszający prawo (co dziesiąty wniosek) oraz stosował praktyki świadczące o daleko idącej dowolności – dotyczyło to aż 41% spraw. Chodziło m.in. o rozpatrywanie wniosków poza kolejnością i przekazywanie dyspozycji wypłaty do BGK z nieuzasadnioną zwłoką, sięgającą nawet 209 dni.

Jednocześnie minister zarządzający Funduszem nie dochodził od gmin roszczeń za niezrealizowane zadania czy naruszenie warunków udzielonego wsparcia, choć – według szacunków NIK – kwota potencjalnych roszczeń mogła sięgać nawet 203,4 mln zł.

Pieniądze na wynagrodzenia i marketing, nie na budowy

Analiza 14 skontrolowanych SIM pokazuje, że pieniądze z Funduszu w niewielkim stopniu trafiały na realne inwestycje. Do 31 marca 2024 r. na przedsięwzięcia inwestycyjno-budowlane wydano łącznie 58,3 mln zł, czyli zaledwie 6,5% z przekazanych tym spółkom 891,3 mln zł.

Znacznie więcej energii pochłaniała obsługa samych spółek. Ponad 51% kosztów działalności SIM stanowiły wynagrodzenia pracowników (26,1 mln zł), z czego połowę – płace członków zarządów i rad nadzorczych. Mimo niskiego stopnia zaawansowania inwestycji w 10 z 14 spółek podwyższano stałe wynagrodzenie prezesów, a uzasadnienia tych decyzji opublikowały tylko dwie z zobowiązanych do tego gmin.

Spółki zatrudniały od 2 do 15 pracowników, ale jednocześnie zlecały na zewnątrz obsługę księgową, prawną, techniczną i marketingową. Skala wydatków na promocję znacząco się różniła – od 8 tys. zł w SIM Łódzkie po aż 3 mln zł w SIM Opolskie, z czego co najmniej 2 mln zł wydano na informację, promocję i reklamę.

NIK zakwestionowała m.in. finansowanie z Funduszu usług marketingowych w formie współorganizacji zajęć sportowych dla dzieci, wypraw górskich, turniejów siatkówki plażowej, wsparcia lokalnego klubu sportowego czy zakupu 3 tys. biletów do lunaparku. Kontrolerzy uznali, że wydatki te nie miały związku z realizacją celu spółek, jakim jest budowa mieszkań.

Łącznie w niemal połowie SIM stwierdzono niegospodarne i sprzeczne z prawem wydatkowanie 8,1 mln zł – m.in. na dokumentacje projektowe z naruszeniem przepisów o zamówieniach publicznych, nadmierne wynagrodzenia władz spółek, usługi doradcze i marketingowe oraz samochody osobowe.

Niewykorzystana szansa i zarabianie na odsetkach

Z 48,5 tys. mieszkań planowanych w latach 2024–2031 aż 31 983 (65,8%) miały powstać w inwestycjach SIM, a 16 602 (34,2%) w projektach TBS. Tymczasem w praktyce efekt był odwrotny do zamierzonego – to istniejące TBS-y budowały, a nowo powołane SIM-y głównie kumulowały środki.

Do końca 2023 r. skontrolowane SIM uzyskały z lokowania środków z Funduszu w bankach przychody finansowe w wysokości 59,7 mln zł – więcej niż wydały w tym czasie na realizację inwestycji (58,3 mln zł). NIK wskazuje, że wysokie kwoty wsparcia przekazywano spółkom przed realnym startem budów, co pozwalało czerpać korzyści finansowe przy braku gwarancji, że środki zostaną wykorzystane na cele mieszkaniowe.

Jednocześnie w pięciu spółkach skala opóźnień w realizacji inwestycji spełniała przesłanki do umorzenia udziałów gmin w SIM i zwrotu do Funduszu nawet 120,7 mln zł. Żadna z gmin nie podjęła jednak działań w tym kierunku.

Nadmierne uprawnienia KZN i nietransparentne nominacje

Krajowy Zasób Nieruchomości brał udział w tworzeniu 47 nowych SIM. W 19 przypadkach NIK uznała ich powołanie za przedwczesne i niecelowe, bo do spółek nie wniesiono nieruchomości Skarbu Państwa.

We wszystkich SIM z udziałem KZN zabezpieczył sobie on osobiste uprawnienia do powoływania od jednego do trzech członków rad nadzorczych, wskazywania przewodniczących tych rad oraz kandydatów na prezesów zarządów. W 19 spółkach, do których KZN wniósł jedynie znikome wkłady pieniężne (od 100 do 1000 zł – łącznie 9,2 tys. zł, udział od 0,0002% do 0,004% kapitału), NIK uznała te uprawnienia za rażąco nieproporcjonalne.

Prezes KZN wskazał łącznie 58 kandydatów na prezesów i powołał 147 przedstawicieli do rad nadzorczych 36 SIM i dwóch TBS. Proces doboru kandydatów nie był oparty na żadnych formalnych procedurach ani otwartych naborach – nie publikowano ogłoszeń, nie opracowano kryteriów wyboru. Kandydatury zgłaszano „z polecenia” – z KZN, gmin, lokalnych środowisk czy resortów.

KZN wydał na wynagrodzenia swoich przedstawicieli w radach nadzorczych 3,7 mln zł, z czego blisko 0,5 mln zł dotyczyło spółek, w których jego zaangażowanie kapitałowe było marginalne. NIK ocenia te wydatki jako niecelowe i niegospodarne. Dodatkowo zatrudniono 18 ekspertów, doradców i koordynatorów ds. SIM, którym wypłacono łącznie 2,7 mln zł – często bez pisemnego określenia zadań i bez dowodów ich rzeczywistej pracy, poza rozliczeniami delegacji.

Braki w prawie i luka finansowa

NIK podkreśla, że sama konstrukcja prawna Funduszu była wadliwa. Ustawa o społecznych formach rozwoju mieszkalnictwa nie określała jasno celu działania RFRM ani oczekiwanych efektów, nie nakładała też na ministra zarządzającego obowiązku monitorowania rezultatów. Przepisy nie zapewniały równego dostępu gmin do środków, adekwatnego do rzeczywistego zapotrzebowania na mieszkania społeczne.

Co więcej, nikt – ani w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, ani w Ministerstwie Rozwoju i Technologii, ani w BGK – nie policzył, jakich dodatkowych środków będą potrzebować SIM-y poza pieniędzmi z Funduszu. Szacunki NIK pokazują, że luka finansowa może sięgać prawie 8 mld zł w ciągu najbliższych pięciu lat, a dostępne instrumenty – Fundusz Dopłat i preferencyjne kredyty BGK – nie wystarczą do jej pokrycia.

Wnioski NIK: potrzebne nowe prawo i realny nadzór

Najwyższa Izba Kontroli konkluduje, że środki z RFRM zostały w przeważającej mierze wykorzystane do tworzenia i utrzymywania struktur 47 nowych SIM, z silnym i nieadekwatnym wpływem KZN na ich władze, przy jednoczesnym braku proporcjonalnych efektów inwestycyjnych.

NIK skierowała wnioski do Prezesa Rady Ministrów m.in. o:

  • przygotowanie spójnych, kompleksowych przepisów dotyczących polityki mieszkaniowej i finansowania budownictwa społecznego w ramach budżetu państwa;
  • doprecyzowanie zasad funkcjonowania Funduszu tak, by umożliwić SIM kontynuowanie inwestycji bez automatycznej utraty wsparcia w razie błędów w umowach powierzenia lub opóźnień;
  • wyposażenie ministra zarządzającego Funduszem w narzędzia do pozyskiwania informacji o wykorzystaniu środków oraz nałożenie na niego obowiązku monitorowania i okresowej oceny efektów.

Do ministra zarządzającego RFRM skierowano wnioski o ograniczenie osobistych uprawnień KZN w spółkach do poziomu adekwatnego do zaangażowania kapitałowego, zapewnienie transparentnych zasad obsady władz SIM oraz przegląd realizowanych inwestycji pod kątem ich realności i zasadności dalszego wsparcia.

Łączne finansowe skutki stwierdzonych nieprawidłowości NIK szacuje na ponad 2,1 mld zł, z czego ponad 1,27 mld zł to kwoty wydane z naruszeniem prawa, a kolejne setki milionów to środki uszczuplone, nienależnie uzyskane lub zagrożone utratą.

Wyhamowanie obniżek OC. Ekspert: „Wysokie koszty szkód blokują dalsze spadki cen”

Po kilku miesiącach wyraźnych spadków tempo obniżek cen OC wyhamowuje. W listopadzie średnia cena obowiązkowego ubezpieczenia spadła zaledwie o 4 zł – do poziomu 656 zł. To niewielka zmiana, która nie rekompensuje wcześniejszych podwyżek. W efekcie, mimo letnich promocji, średnia roczna jest wciąż wyższa niż w 2024 roku. Tylko w 3 miastach wojewódzkich polisy są tańsze od średniej krajowej – w Rzeszowie (644 zł), Kielcach (643 zł) i Opolu (628 zł).

Według danych UFG, w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2025 roku ubezpieczyciele odnotowali 767,2 tys. szkód z OC – o 1,7% więcej niż rok wcześniej. Wartość wypłaconych odszkodowań wzrosła aż o 8,7% i wyniosła 8,79 mld zł. Pomimo walki o zmianę układu sił na rynku ubezpieczeniowym, która od maja wpływa na niższe ceny OC, taka sytuacja blokuje ubezpieczycieli przed mocniejszymi obniżkami. W efekcie, w skali roku, kierowcy za OC płacą 30 zł więcej niż w roku ubiegłym. – komentuje Stefania Stuglik, ekspertka ds. ubezpieczeń komunikacyjnych rankomat.pl.

Miesięczne zmiany: niewielki spadek w listopadzie

Listopadowa cena OC (656 zł) była o 4 zł niższa niż miesiąc wcześniej. Od maja średni koszt polisy spadł o 55 zł, co oznacza 7,7% obniżki. Takie spadki były ostatni raz notowane w 2021 roku. Jednak wcześniejsze podwyżki, szczególnie na początku 2023 roku, sprawiły, że obecna średnia roczna wynosi już 680 zł – to o 30 zł więcej niż rok temu.Cena OC listopad 25

W województwach średnia poniżej krajowej

Tylko cztery województwa przekraczają średnią krajową cenę OC: pomorskie (725 zł), dolnośląskie (707 zł), mazowieckie (697 zł) i zachodniopomorskie (681 zł). W tych regionach polisy są od 3,8% do nawet 10,5% droższe niż średnia.

Z kolei najtaniej jest w woj. opolskim (572 zł), świętokrzyskim (560 zł) i podkarpackim (557 zł), gdzie różnice względem średniej sięgają nawet -15,1%.Ceny OC województwa

W miastach najdrożej

W dużych miastach ceny polis tradycyjnie są wyższe. Najwięcej za OC płacą kierowcy w Gdańsku (846 zł), Wrocławiu (845 zł) i Szczecinie (823 zł). To od 24,5% do 28,8% więcej niż wynosi średnia krajowa. Niższe ceny zanotowano jedynie w Rzeszowie (644 zł), Kielcach (642 zł) i Opolu (628 zł), gdzie OC jest od 1,8% do 4,3% tańsze niż średnio w Polsce.OC w miastach listopad 25

Dopłaty do „NaszEauto” mogą skończyć się już w lutym 2026. Eksperci: z decyzją nie ma na co czekać

  • Dane programu dopłat do samochodów elektrycznych „NaszEauto” pokazują stabilizację liczby składanych wniosków. Listopad zakończył się na zbliżonym poziomie do października, osiągając poziom niemal 3900 złożonych wniosków do NFOŚiGW.
  • Eksperci przewidują, że grudzień może przynieść rekordowe wyniki rejestracji pojazdów elektrycznych, a styczeń 2026 r. – rekordową liczbę wniosków o dotacje.
  • Obserwujemy naturalną bezwładność systemu – między rejestracją pojazdu a złożeniem wniosku o dotację mija zazwyczaj od 3 do nawet 6 tygodni” – wyjaśnia Łukasz Lewandowski, Prezes Fundacji EV Klub Polska.

Liczba złożonych wniosków w listopadzie utrzymała się praktycznie na tym samym poziomie co w październiku. Jest to głównie wynik wyczerpania dostępnych stocków pojazdów u dealerów oraz wydłużających się terminów dostaw pod koniec roku. Ten pozorny zastój jest jednak mylący – październikowe dane pokazują znaczący wzrost liczby zarejestrowanych pojazdów elektrycznych, z ponad 5100 nowymi rejestracjami samochodów osobowych i dostawczych BEV.

Obserwujemy naturalną bezwładność systemu – między rejestracją pojazdu a złożeniem wniosku o dotację mija zazwyczaj od 3 do nawet 6 tygodni” – wyjaśnia Łukasz Lewandowski, CEO EV Klub Polska. „Nabywcy muszą skompletować wszystkie wymagane dokumenty, m.in. otrzymać tzw. twardy dowód, zrobić cesję ubezpieczenia i dopełnić formalności z instytucją finansującą.„.

Grudzień zapowiada rekord

Przedstawiciele EV Klub Polska przewidują, że grudzień 2025 r. przyniesie rekordowe wyniki sprzedaży samochodów elektrycznych. Ostatni miesiąc kwartału tradycyjnie charakteryzuje się największymi dostawami, wyprzedażami rocznika oraz atrakcyjnymi rabatami oferowanymi przez dealerów realizujących cele sprzedażowe. Dodatkowo, importerzy intensyfikują działania sprzedażowe, aby w obecnie obowiązującym okresie trzyletnim, uniknąć kar za przekroczenie limitów emisji dwutlenku węgla (CO2). W rezultacie, część importerów w ostatnim miesiącu roku np. nawiązuje współpracę z firmami CFM oferując świetne promocje, co właśnie obserwujemy na polskim rynku.

Grudzień to idealny miesiąc dla rynku elektromobilności – łączą się w nim czynniki biznesowe, regulacyjne i promocyjne” – komentuje Maciej Gis, dyrektor komunikacji i PR PSNM. „Dealerzy chcą zamknąć rok z dobrymi wynikami, klienci szukają okazji cenowych, a producenci muszą spełnić normy emisji. To wszystko sprawia, że spodziewamy się znaczącego wzrostu zainteresowania zakupowego, którego efekty w postaci wniosków o dotacje zobaczymy w styczniu 2026 roku„.

Prognoza: program wyczerpie się prawdopodobnie w lutym 2026

Biorąc pod uwagę obecne tempo składania wniosków oraz prognozowany wzrost w nadchodzących miesiącach, a także wzrost średniej kwoty wypłacanej per wniosek, eksperci szacują, że budżet programu „NaszEauto” wyczerpie się prawdopodobnie w lutym 2026 r. Dokładny termin – czy będzie to połowa czy koniec miesiąca – zależeć będzie od liczby rejestracji pojazdów BEV w grudniu i styczniu oraz tempa składania wniosków.

„Jedynym czynnikiem, który ewentualnie może wydłużyć program jest obecny bardzo niski stan samochodów dostępnych od ręki, a na nowy trzeba czekać minimum kilka miesięcy. W przypadku niewielkiej liczby pojazdów do kupienia na początku roku 2026 roku, będziemy mieli mniej rejestracji, co może wydłużyć czas trwania programu maksymalnie o miesiąc, tj. do marca 2026 r.”  – dodaje Łukasz Lewandowski.

Z dostępnego budżetu 1,18 mld zł, ponad 730 mln zł zostało już zaalokowane. Przy obecnej średniej wartości dopłaty wynoszącej ponad 31 tys. zł oraz rozszerzonej grupie beneficjentów obejmującej m.in. organizacje pozarządowe, instytucje edukacyjne i medyczne, pozostałe środki mogą zostać wykorzystane szybciej niż pierwotnie zakładano. Dodatkowo od 20 października 2025 r. program został rozszerzony o samochody dostawcze i małe busy, których maksymalna wartość dopłat wynosi odpowiednio 70 tys. zł i 600 tys. zł.

Kiedy Fundusz wypłaci środki?

Aktualnie NFOŚiGW rozpatruje wnioski złożone na początku czerwca br. Spośród ponad 23 000 wniosków, zatwierdzonych zostało 3180, a wypłaty na swoich kontakt odnotowały 1674 osoby. Fundusz musi zamknąć i rozliczyć program do końca sierpnia 2026 roku, w związku z czym wszystkie osoby, które będą posiadały zatwierdzony wniosek, do tej daty otrzymają środki na konto.

Rekomendacje dla zainteresowanych

Osoby rozważające zakup samochodu elektrycznego z wykorzystaniem dopłaty powinny podjąć decyzję jak najszybciej. Czas oczekiwania na dostawę pojazdu oraz konieczność dopełnienia formalności sprawiają, że odkładanie decyzji zakupowej może oznaczać utratę szansy na otrzymanie dofinansowania.

Zgodnie z harmonogramem programu „NaszEauto” przyjmowanie wniosków odbywa się do 30 kwietnia 2026 r., jednak wszystko wskazuje na to, że budżet wyczerpie się znacznie wcześniej. NFOŚiGW zwiększa zasoby przeznaczone na obsługę wniosków, aby nadążyć za rosnącym zainteresowaniem programem.

Firmy wdrażają GenAI na dużą skalę, ale nie mierzą kosztu ekologicznego

Rosnące tempo wdrażania generatywnej sztucznej inteligencji otwiera przed firmami nowe możliwości, ale także wyzwania związane z monitorowaniem wpływu tej technologii na środowisko. Jak wynika z raportu Capgemini Developing Sustainable Gen AI, aż 80% organizacji zwiększyło swoje inwestycje w Gen AI w ciągu ostatniego roku, jednak jedynie 12% mierzy jej ślad środowiskowy. Brak odpowiedniego monitoringu może w efekcie zagrozić realizacji celów ESG.

Raport jednoznacznie wskazuje, że Gen AI szybko staje się elementem codziennego funkcjonowania firm. Wśród ankietowanych aż 62% osób zarządzających deklaruje, że ich organizacje prowadzą już pilotaże rozwiązań opartych na Gen AI. Kolejne 32% przedsiębiorstw udostępniło jej możliwości wybranym zespołom, a 6% wdrożyło GenAI w większości obszarów swojej działalności. Mimo rosnącej skali wykorzystania, ślad środowiskowy nie jest jeszcze powszechnie uwzględniany przy wyborze technologii – jedynie 27% liderów i liderek porównuje zużycie energii poszczególnych modeli, a tylko 20% zalicza ten czynnik do pięciu kluczowych kryteriów przy wyborze lub budowie rozwiązań Gen AI.

– Organizacje dopiero zaczynają włączać aspekty zrównoważonego rozwoju do pełnego cyklu życia Gen AI: dziś 31% firm deklaruje, że podjęło pierwsze kroki w tym kierunku. W miarę jak modele stają się coraz bardziej złożone i powszechnie stosowane, umiejętne zarządzanie zarówno kosztami finansowymi, jak i środowiskowymi będzie kluczowe dla ich skalowania – podkreśla Maciej Małecki, Programmer Architect w Capgemini Polska.

Nie możesz zarządzać czymś, czego nie mierzysz

Choć świadomość rosnącego wpływu Gen AI na środowisko jest wysoka, jedynie 12% organizacji monitoruje go w sposób aktywny.

– Pozytywny jest fakt, że większość organizacji, które nie prowadzą w tej chwili pomiarów, planuje rozpocząć je w ciągu najbliższych 12–24 miesięcy. Warto jednak pamiętać, że taki monitoring to dopiero pierwszy krok. Powinien on prowadzić do transparentnego ujawniania danych i wyznaczania realnych celów redukcji emisji. Tymczasem spośród firm, które już mierzą ślad Gen AI, tylko 28% publikuje dane dotyczące zużycia energii i emisji, a zaledwie 24% wyznaczyło konkretne cele redukcyjne – zauważa Maciej Małecki z Capgemini Polska.

Zdaniem badanych największą przeszkodą w dokładnym pomiarze i raportowaniu wpływu Gen AI pozostaje niewystarczający dostęp do danych – aż 74% liderów uważa, że brak informacji ze strony dostawców modeli Gen AI utrudnia dokładny pomiar emisji i zużycia energii. Firmy oczekują, że sektor technologiczny zaangażuje się w stworzenie standardów i narzędzi ułatwiających rzetelne raportowanie środowiskowego wpływu Gen AI.

Co można zrobić już dziś

Ograniczenie rosnącego śladu ekologicznego generatywnej sztucznej inteligencji wymaga kompleksowego podejścia i konkretnych działań. Według raportu skuteczne strategie opierają się na kompleksowych działaniach – od racjonalnego wyboru technologii po wykorzystanie odnawialnych źródeł energii w infrastrukturze IT. Ważnym elementem jest stosowanie tzw. hybrydowej inteligencji – połączenia różnych technologii, takich jak tradycyjna AI, Gen AI, automatyzacja czy robotyka. Dzięki temu możliwe jest ograniczenie zużycia mocy obliczeniowej i zastosowanie Gen AI tylko tam, gdzie naprawdę przynosi przewagę.

Firmy coraz częściej też optymalizują swoje działania, wybierając mniejsze modele językowe (tzw. SLMs), które są tańsze, szybsze i bardziej zasobooszczędne. Popularność zyskują również techniki takie jak prompt caching, która, dzięki optymalizacji zapytań, pozwala zredukować zużycie energii i koszty operacyjne. Nie mniej istotne jest korzystanie z zielonej infrastruktury – centrów danych zasilanych energią odnawialną i zoptymalizowanych pod kątem efektywności energetycznej.

Raport Developing Sustainable Gen AI jasno wskazuje, że choć generatywna sztuczna inteligencja rewolucjonizuje sposób działania firm, jej ślad środowiskowy rośnie szybciej, niż większość organizacji jest w stanie go monitorować. Odpowiedzialne wykorzystanie tej technologii oznacza świadome decyzje – od wyboru energooszczędnych modeli po transparentne raportowanie ich wpływu, dzięki czemu rozwój sztucznej inteligencji może stać się bardziej zrównoważony.

Fala pozwów o WIBOR coraz bliżej? Adwokat: „Skala może przewyższyć sprawy frankowe”

Setki tysięcy kredytobiorców mogą dziś pozwać banki z powodu nieprecyzyjnych zapisów dotyczących wskaźnika WIBOR. Skala problemu jest jeszcze większa niż w przypadku kredytów frankowych, w których Polacy masowo odzyskiwali swoje pieniądze. Jak sprawdzić, czy Twoja umowa zawiera klauzule niedozwolone i czy możesz wygrać z bankiem? Sprawdź poniżej.

Obecnie w Polsce ponad 3,3 mln osób posiada ok. 2 mln czynnych kredytów hipotecznych. Konsumenci, którzy zaciągnęli zobowiązania wiedzę, w jaki sposób zmieniała się rata ich kredytu wraz ze wzrostem wskaźnika WIBOR. We wrześniu rzecznik TSUE wydał opinię, z której wynika, że banki mają obowiązek należycie i przejrzyście informować klientów o jego mechanizmie, ryzyku i wpływie na koszt kredytu. Teraz miliony osób czekają na wyrok, który może spowodować falę pozwów przeciwko bankom. Co to oznacza dla posiadaczy kredytów hipotecznych? Odzyskanie nadpłaconych pieniędzy i tym samym odciążenie domowego budżetu.

Czym jest wskaźnik WIBOR?

WIBOR (Warsaw Interbank Offered Rate) to wskaźnik określający wysokość oprocentowania pożyczek udzielanych sobie nawzajem przez banki komercyjne.

W praktyce jest on podstawą do wyliczania oprocentowania kredytów hipotecznych
i gotówkowych w Polsce. Składa się na niego marża banku oraz właśnie wskaźnik WIBOR – który zmienia się w zależności od sytuacji rynkowej i decyzji Rady Polityki Pieniężnej.

Problem w tym, że większość klientów nie była w pełni świadoma, w jaki sposób WIBOR wpływa na ich raty kredytowe, ani jak jest ustalany. Zastrzeżenia budzi brak transparentności – wielu ekspertów wskazuje, że wskaźnik ten nie odzwierciedla realnych transakcji między bankami, lecz jest ustalany na podstawie deklaracji.

Obserwujemy znaczące zainteresowanie tego typu pozwami. Już teraz, gdy nie ma jeszcze wyroku, liczba zapytań wzrosła o ok. 30 procent. Oznacza to, że Polacy są coraz bardziej świadomi swoich praw, a rosnące raty kredytów stanowią istotne obciążenie dla ich budżetów domowych – wyjaśnia Robert Piskor z Kancelarii Adwokackiej Hantke&Piskor.

Jakie zapisy w umowie kredytowej mogą budzić niepokój?

Zdaniem prawników, największe wątpliwości pojawiają się w sytuacjach, gdy umowa kredytowa nie precyzuje sposobu ustalania wysokości oprocentowania opartego
o WIBOR lub gdy bank nie przekazał kredytobiorcy pełnej informacji o ryzyku zmiennego oprocentowania.

W wielu analizowanych przez nas przypadkach kredytobiorcy podpisywali umowy, nie mając świadomości, że WIBOR nie jest stawką wynikającą z faktycznych transakcji międzybankowych, lecz z deklaracji banków o tym, po jakim procencie mogłyby pożyczyć sobie środki. To zasadnicza różnica – mówi adwokat Robert Piskor z kancelarii Hantke & Piskor. – Jeżeli bank nie wyjaśnił tego w sposób zrozumiały i nie przedstawił symulacji pokazującej, jak zmiana wskaźnika wpłynie na ratę, istnieje duże prawdopodobieństwo, że umowa zawiera klauzule niedozwolone – dodaje.

Do nieprawidłowości może dojść również wtedy, gdy:

  • w umowie nie wskazano, w jaki sposób i przez kogo ustalana jest wartość WIBOR-u,
  • bank nie poinformował o możliwości znaczących wahań wskaźnika w czasie trwania umowy,
  • klient nie otrzymał rzetelnych informacji o alternatywnych produktach kredytowych (np. ze stałym oprocentowaniem),
  • w umowie znalazły się niejasne sformułowania dotyczące kosztów całkowitych kredytu.

O jakiej skali pozwów mówimy?

Jak podaje mecenas Piskor możemy mówić o trzech scenariuszach:

  • ostrożny (5%) – ok. 100 tys. pozwów, wartość roszczeń: dziesiątki miliardów zł,
  • realistyczny (10–15%) – 200–300 tys. pozwów, roszczenia rzędu setek miliardów,
  • agresywny (20–25%) – 400–500 tys. spraw, lawina większa niż w przypadku spraw frankowych.

Co teraz mogą zrobić osoby, które w swoich umowach znalazły niedozwolone zapisy? Kluczowy będzie wyrok TSUE. Ten może zapaść na początku 2026 roku. Jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika TUSE – przez Polskę przetoczy się nowa fala pozwów wobec banków i to na szeroką skalę – ponad dwa razy większą niż w przypadku spraw frankowych.

Zaangażowanie pracowników spada. 45% specjalistów i 35% firm widzi pogorszenie nastrojów

Sytuacja na rynku pracy stwarza wyzwania zarówno dla pracowników, jak i pracodawców. Niepewność środowiska biznesowego, zmiany strukturalne w firmach oraz presja na osiąganie często wyśrubowanych wyników przekładają się na gorsze samopoczucie i niższe zaangażowanie specjalistów. W pierwszym półroczu 2025 r. trend spadkowy dostrzegło 35 proc. pracodawców i aż 45 proc. profesjonalistów.

  • Firmy i pracownicy są zgodni – obecne zaangażowanie pracowników jest umiarkowane. Taki poziom nie jest jednak satysfakcjonujący w kontekście aktualnych potrzeb firm.
  • Niskie zaangażowanie to nie tylko zagrożenie dla efektywności i retencji pracowników, ale też osłabienie kultury organizacyjnej i realne koszty dla przedsiębiorstw.
  • Pracownicy jako najbardziej skuteczny sposób na zwiększenie ich zaangażowania wskazują podwyżkę wynagrodzenia (40 proc.). Jednak jak zauważają eksperci, to często nie wystarczy, aby realnie rozwiązać problem.

Poziom zaangażowania kadr pozostaje jednym z kluczowych wyzwań dla pracodawców, ponieważ stanowi podstawę stabilności i konkurencyjności firm. Wysokie zaangażowanie przekłada się na wysoką efektywność, a ta – na wyniki organizacji i perspektywy jej rozwoju. Niskie zaangażowanie to z kolei spadek wydajności i satysfakcji pracowników, które może prowadzić do pogorszenia wyników finansowych i zwiększonej rotacji. Ponadto jest to potencjalna blokada dla skutecznego przeprowadzenia transformacji czy wdrożenia innowacji w firmie.

Zaangażowanie częściej maleje niż rośnie

Tymczasem obecne nastroje się napawają optymizmem. Jak wynika z raportu Hays Poland „Rynek pracy 2025. Półroczny przegląd trendów”, co trzeci pracodawca dostrzega spadek zaangażowania zatrudnionych. Z tym twierdzeniem zgadza się prawie połowa pracowników.

Jak na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy zmieniło się zaangażowanie pracowników?

  Perspektywa firm Perspektywa pracowników
Zdecydowanie wzrosło 4% 8%
Raczej wzrosło 20% 15%
Pozostało bez zmian 41% 32%
Raczej zmalało 30% 27%
Zdecydowanie zmalało 5% 18%

Źródło: raport Hays Poland „Rynek pracy 2025. Półroczny przegląd trendów”

Choć pracodawcy najczęściej są zdania, że poziom zaangażowania w pracę nie uległ zmianie w tym roku, to odsetek tych dostrzegających spadek (35 proc.) jest więcej niż tych deklarujących wzrost (24 proc.). Podobny trend występuje w odpowiedziach udzielanych przez pracowników. Jednocześnie obie grupy oceniają zaangażowanie na nie do końca satysfakcjonującym, umiarkowanym poziomie. W skali od 1 do 10 firmy przypisały mu notę 6,07, a pracownicy nieznacznie więcej – 6,70.

Pracodawcy, zapytani o powody spadku zaangażowania, najczęściej wskazywali na brak podwyżek oraz poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Jest to uzasadnione w kontekście obowiązującej w wielu firmach, większej dyscypliny budżetowej oraz zmian strukturalnych, które niejednokrotnie prowadzą do ewolucji struktury zatrudnienia i zamrożenia awansów. Duże znaczenie mają też niedobory kadrowe, które zamiast do utworzenia wakatów, prowadzą do zwiększenia nakładu pracy obecnych pracowników.

Pracownicy dostrzegają, że ich motywacja i satysfakcja z pracy są mniejsze, niż jeszcze parę lat temu. Czują się przepracowani i niedocenieni, często nie mając też pewności, jak będzie wyglądać ich zawodowa przyszłość. Dodatkowo liczne zmiany, które zachodzą wokół nich – w pracy, w branży czy ogólnie na świecie – negatywnie wpływają na ich poczucie stabilności. Zmianę pracy częściej traktują jako pewne ryzyko i w pierwszej kolejności liczą na poprawę sytuacji w obecnej firmie – nie zawsze tylko pod kątem finansowym – zauważa Agnieszka Czarnecka, Head of HR Consultancy na Europę Środkowo-Wschodnią w Hays.

Podwyżki nie rozwiążą problemu niskiego zaangażowania pracowników

Choć poziom wynagrodzenia ma ogromny wpływ na satysfakcję i motywację pracowników, to sam wzrost płac bardzo często nie jest w stanie skutecznie rozwiązać problemu niskiego zaangażowania. Jak wynika z najnowszego badania Hays Poland, przeprowadzonego na przełomie listopada i grudnia 2025 roku wśród prawie 700 specjalistów i menedżerów, remedium na niewystarczające zaangażowanie byłoby zwiększenie poczucia sensu w pracy – ciekawsze projekty i wyzwania oraz wsparcie i docenienie ze strony szefa lub zespołu (po 31 proc. wskazań).

Co byłoby w stanie zwiększyć obecnie Twoje zaangażowanie w pracę?

Perspektywa pracowników

40% Podwyżka wynagrodzenia
31% Ciekawsze projekty i wyzwania
31% Wsparcie i docenienie
29% Więcej możliwości awansu
26% Poczucie większej stabilności zatrudnienia
25% Większy work-life balance
23% Lepsza komunikacja
18% Poprawa atmosfery w zespole
16% Większa autonomia
16% Benefity dopasowane do moich potrzeb
14% Zmiana modelu pracy
7% Zmiana bezpośredniego przełożonego
4% Inne

Możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi. Wśród innych najczęściej wymieniano więcej szkoleń, zmianę kultury organizacyjnej, poczucie większego wpływu, poprawienie jakości procesów

Źródło: badanie Hays Poland, listopad-grudzień 2025

Zdaniem blisko co trzeciego profesjonalisty, najskuteczniejsze w zwiększaniu zaangażowania są też lepsze możliwości uzyskania awansu, poczucie większej stabilności zatrudnienia i równowaga pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Jako najmniej skuteczne rozwiązanie respondenci wskazali zmianę modelu pracy lub bezpośredniego przełożonego.

Chociaż wysokość wynagrodzenia jest i zawsze będzie niekwestionowanym liderem na liście priorytetów pracowników, to znaczenie pozafinansowych czynników pracy cały czas rośnie. W obliczu presji i większej niepewności, pracownicy są bardziej skłonni dopasować swoje oczekiwania do obecnych możliwości firm. Dzisiaj, wielu z nich wiele uwagi poświęca możliwościom rozwoju lub przetestowania swojej wiedzy i umiejętności w bardziej angażujących projektach.

– Pracownicy chcą działać w sposób spójny z wyznawanymi wartościami, mieć poczucie, że ich praca ma znaczenie, a oni są szanowani i doceniani za swój wkład w rozwój firmy. Tylko tyle i aż tyle. Podwyżka wynagrodzenia będzie miała krótkotrwały efekt, jeśli źródłem niskiego zaangażowania danego pracownika jest konflikt w zespole lub brak poczucia celowości wykonywanych zadań. Rozwiązanie problemu niskiego zaangażowania nigdy nie jest proste i zawsze wymaga indywidualnego podejścia – tłumaczy Agnieszka Czarnecka z Hays.

Szansa czy zagrożenie?

Niskie zaangażowanie pracowników to wyzwanie, na które należy reagować szybko – nie tylko z uwagi na priorytety biznesowe, ale przede wszystkim z myślą o satysfakcji zatrudnionych, od której zależy ich przyszłość w organizacji. W rzeczywistości to dobra okazja do otwartego dialogu o wzajemnych potrzebach i oczekiwaniach, a także ustaleniu strategii rozwojowej, która będzie wspierać pracowników teraz i w przyszłości. W rezultacie wzmocni to nie tylko efektywność zatrudnionych, ale też dobre, partnerskie relacje i kulturę organizacyjną firm.

Bio Planet z 5-proc. wzrostem sprzedaży w listopadzie. 2025 rok już o 11% lepszy niż poprzedni

0

Firma Bio Planet S.A. zakończyła listopad 2025 roku kolejnym wzrostem sprzedaży. Przychody Spółki wyniosły 27,3 mln zł, co oznacza 5% wzrostu w porównaniu z listopadem ubiegłego roku, kiedy sprzedaż sięgnęła 26,0 mln zł.

Po 11 miesiącach 2025 roku Bio Planet osiągnęło sprzedaż na poziomie 283,9 mln zł – o 11% więcej niż w analogicznym okresie w 2024 roku (255,9 mln zł). Utrzymująca się, stabilna dynamika wzrostu podkreśla systematyczne umacnianie pozycji Spółki na rynku oraz skuteczność działań prowadzonych w obszarze oferty produktowej, sprzedaży i logistyki.

„Listopadowy wynik dobrze wpisuje się w tegoroczne tempo wzrostu Bio Planet. Obserwujemy konsekwentnie rosnące zainteresowanie produktami ekologicznymi, zarówno ze strony klientów detalicznych, jak i partnerów handlowych. Wciąż intensywnie rozwijamy naszą obecność poza Polską, szczególnie na rynkach azjatyckich, które otwierają przed nami nowe perspektywy. Stabilny poziom sprzedaży daje nam środki na kontynuację kluczowych inwestycji, w tym przygotowań do budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania” – mówi Sylwester Strużyna, Prezes Zarządu Bio Planet S.A.

Spółka kontynuuje działania umacniające jej pozycję w segmencie żywności ekologicznej, m.in. poprzez poszerzenie oferty świeżych produktów, inwestycje w automatyzację procesów oraz udoskonalanie procesów logistycznych. Jednym z priorytetów na kolejne miesiące pozostaje wznowienie budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania. Kolejny etap inwestycji planowany jest na wrzesień 2026 roku, a pełne uruchomienie na trzeci kwartał 2027 roku. Nowe zakłady pozwolą znacząco zwiększyć moce przerobowe Spółki i obniżyć jednostkowe koszty paczkowania.

Jedno stanowisko, różne pensje. Kontroler finansowy może zarabiać od 10 do 25 tys. zł

Rynek pracy obejmujący specjalistów finansowych w Polsce przestaje być kojarzony z prostym outsourcingiem, a staje się miejscem zaawansowanych struktur eksperckich. Dlatego, od specjalistów oczekuje się obecnie przekrojowego doświadczenia i umiejętności. W takich niszowych rolach kandydaci mogą dyktować warunki, podczas gdy w pozostałych segmentach rynku to pracodawcy mają większy wybór spośród dużej liczby aplikacji.

Rynek pracy związany ze stanowiskami finansowymi uległ zmianie i dojrzał. Obecnie, Polska nie jest już wybierana jako lokalizacja prostych procesów, w celu redukcji kosztów. Coraz więcej międzynarodowych instytucji – w tym banków i centrów usług wspólnych – lokuje tu swoje zaawansowane struktury właśnie ze względu na dostęp do specjalistów wysokiej klasy. Największą wartość mają eksperci potrafiący poruszać się w złożonym środowisku regulacyjnym, efektywnie zarządzać ryzykiem i tworzyć przewagi dzięki analityce danych.

Na stanowiskach związanych z finansami, znajomość Excela to dziś tylko podstawa. Od specjalistów oczekuje się znacznie szerszych kompetencji, obejmujących biegłość w narzędziach BI, systemach ERP i automatyzacji procesów. To właśnie te umiejętności decydują zarówno o efektywności działań, jak i przewadze konkurencyjnej na rynku pracy. Dlatego, trudno dziś mówić o jednolitym rynku pracownika czy pracodawcy. Doświadczeni kontrolerzy finansowi czy menedżerowie z obszaru księgowości, tacy jak główna księgowa, mogą wybierać w ofertach. Z drugiej strony, na stanowiskach specjalistycznych czy dyrektorskich to pracodawcy mają swobodę decyzji, ponieważ otrzymują setki aplikacji – wyjaśnia Michał Kłak, director w Michael Page.

Od 2026 roku w Polsce zacznie obowiązywać unijna Dyrektywa o Jawności Wynagrodzeń, która znacząco wpłynie na rynek pracy na stanowiskach finansowych. Obowiązek raportowania różnic płacowych i większa przejrzystość wynagrodzeń zmuszą firmy do weryfikacji polityki płacowej i ujednolicenia widełek. Jak zauważa ekspert Michael Page – w obszarze finansów wiele stanowisk otrzymało obecnie ujednoliconą nazwę, aby zwiększyć atrakcyjność stanowiska. Ten brak gradacji sprawił, że Młodszy Analityk Finansowy, Analityk Finansowy, Starszy Analityk Finansowy, Młodszy Kontroler Finansowy czy Kontroler Finansowy są dziś określani po prostu jako kontrolerzy finansowi, choć nie zawsze oddaje istotę funkcji, co prowadzi do rozwarstwienia stawek. Te różnice mogą oznaczać pensje od 10 do nawet 25 tysięcy złotych.

Najbardziej poszukiwane kompetencje i stanowiska finansowe

Na rynku pracy w obszarze stanowisk związanych z finansami widoczna jest kontynuacja trendów z ostatnich 2–3 lat, choć pojawiają się też nowe zjawiska. Z jednej strony utrzymuje się systematyczny wzrost liczby aplikacji, z drugiej, odsetek kandydatów w pełni spełniających wymagania wynosi jedynie 5-10%. Odnotowujemy też, wzrost liczby zgłoszeń na stanowiska dyrektorskie, co może wynikać z ambicji zawodowych lub potrzeby zmiany. Jednocześnie coraz trudniej pozyskać doświadczonych specjalistów i menedżerów średniego szczebla, co wydłuża proces rekrutacji i zaostrza konkurencję o doświadczonych ekspertów finansowych.

Choć automatyzacja eliminuje część zadań, to na rynku pojawiają się nowe role wymagające kompetencji, o których jeszcze niedawno nikt nie mówił. Jednocześnie, na stanowiskach z wynagrodzeniem w wysokości 15 tys. zł brutto lub więcej, kandydaci coraz częściej pytają o możliwość współpracy w modelu B2B. Zmienia się także kultura pracy w finansach. Nadgodziny, które kiedyś były codziennością, są dziś znacznie rzadziej akceptowane przez potencjalnych pracowników. Kandydaci oczekują realnego work-life balance. O atrakcyjności ofert coraz częściej decyduje elastyczność i możliwość pracy hybrydowej – tłumaczy Michał Kłak

Wśród stanowisk, na które obecnie notuje się największe zapotrzebowanie, dominują Chief Accountant ze średnim wynagrodzeniem sięgającym około 25 000 zł brutto oraz Finance Manager, który przeciętnie może liczyć na 28 000 zł. Poszukiwani są również Financial Controllerzy, otrzymujący zazwyczaj około 17 000 zł miesięcznie. Niesłabnącym zainteresowaniem cieszą się także Samodzielni Księgowi, dla których przeciętne wynagrodzenie wynosi około 14 000 zł brutto.

TSL patrzy z niepokojem na grudzień. Kontrole na granicy z Niemcami mogą dać się we znaki

Kontrole po polskiej stronie na granicy polsko-niemieckiej potrwają przynajmniej do 6 kwietnia. Choć nie są na ten moment bardzo uciążliwe to eksperci sektora TSL i przewoźnicy drogowi nie mają wątpliwości, że testem będzie grudzień. – Podczas spotkania premiera Tuska i kanclerza Merza w Berlinie relatywnie mało czasu poświęcono sytuacji na granicy. Podkreślono priorytet bezpieczeństwa, ale pod kątem gospodarczym nie zwrócono uwagi na to, że kontrole graniczne są trudnością, która może być z czasem trudna do zignorowania. Jako samorząd gospodarczy zwracamy uwagę, że choć bezpieczeństwo zawsze jest priorytetem to o przedsiębiorcach także nie należy zapominać – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Kontrole na granicy pozostaną. Czy będą problematyczne w grudniu? Są obawy przedsiębiorców

W opinii przedsiębiorców zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie, sytuacja na granicy jest stabilna, ale grudzień, czyli czas wzmożonego ruchu handlowego na granicy polsko-niemieckiej może przynieść weryfikację tez o tym, że kontrole graniczne nie mają wpływu na gospodarkę.

– Spodziewaliśmy się, że podczas spotkania premiera Tuska z kanclerzem Niemiec temat kontroli na granicy polsko-niemieckiej będzie mocniej wyartykułowany i naznaczone zostaną chociaż ramowe terminy potencjalnego zniesienia kontroli. Należy zaznaczyć, że polska strona naprawdę stara się, by ich uciążliwość była dla kierowców i przewoźników drogowych jak najmniejsza, ale nie zawsze się to udaje. Nie należy zapominać, że fakt kontroli może mieć również negatywne, długofalowe konsekwencje dla przedsiębiorców z regionów przygranicznych. Mowa zarówno o spadku inwestycji transgranicznych, jak i o ograniczeniu ruchu transportowego – mówi prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych Dariusz Matulewicz.

– Testem sprawności kontroli granicznych będzie na pewno grudzień. Od ponad dwóch tygodni obserwujemy rozpoczęcie szczytu przedświątecznego, wzrost ilości transportów międzynarodowych i wzrost obsługi podmiotów handlowych. Należy spodziewać się, że ruch również na pograniczu będzie większy – dodaje Matulewicz.

– Długofalowe konsekwencje kontroli na granicach są jeszcze trudne do oceny dla sektora TSL. Drugie półrocze roku 2025 oceniane jest przez transport korzystniej ze względu na większą ilość przewozów, mimo nadal trudnej sytuacji geopolitycznej. Kontrole nie są uciążliwe, ale nie znaczy to, że niebawem nie będą. Na pewno należy ten temat traktować jako element dyskusji na pograniczu polsko-niemieckim również z gospodarczego punktu widzenia – dodaje dyrektor ds. rozwoju biznesu Grupy CSL Przemysław Hołowacz.

Spotkanie na szczycie z akcentem społecznym, a nie gospodarczym

Czy spotkanie premiera Tuska i kanclerza Merza, które miało miejsce w poniedziałek w Berlinie przyniosło znaczące zmiany w relacjach polsko-niemieckich pod kątem gospodarczym? Eksperci nie mają wątpliwości, że akcenty położone były w innych miejscach.

– Jak na tak wysokopoziomowe spotkanie, wiele miejsca poświęcono sprawom bardzo przyziemnym, aczkolwiek bardzo istotnym z perspektywy społeczno – gospodarczej, tj. rozbudowie transgranicznych linii kolejowych czy dróg. W tym kontekście, cieszy to, iż w dziedzinie „sieci i infrastruktury” kanclerz federalny Merz wymienił modernizację transgranicznych linii kolejowych, takich jak Angermünde-Szczecin jako istotnych elementów. Dla Szczecina będzie to oznaczało dużo szybsze i pewniejsze połączenia z Berlinem. Wprost politycy nie odnieśli się do kontroli granicznych, jednak można podejrzewać, że i tutaj w kontekście powyższe panuje swoiste porozumienie – ze względu na to, że jest to temat wrażliwy społecznie, to kontrole graniczne pozostaną, jednak świadomość istotności połączeń drogowych i kolejowych powoduje, że kontrole te nie będą nadal uciążliwe – mówi mecenas Rafał Malujda, radca prawny i ekspert ds. polsko-niemieckich.

Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk dodaje, że oczekiwania przedsiębiorców względem niemieckiego spotkania były duże.

– Pod kątem społecznym to było na pewno bardzo głośne i ważne spotkanie. Pod kątem gospodarczym na pewno oczekujemy, że tematy związane z granicą polsko-niemiecką będą jeszcze obiektem dyskusji – mówi prezes Mojsiuk.

Polacy w Black Friday stawiają na elektronikę i motoryzację, w Cyber Monday na książki i edukację

Elektronika, artykuły motoryzacyjne i biżuteria – te kategorie produktów dominowały w koszykach zakupowych Polaków podczas Black Friday. Jak wynika z analizy PolCard from Fiserv liczba transakcji w tych kategoriach w ostatni piątek listopada wzrosła odpowiednio o ponad 64 proc. w artykułach motoryzacyjnych, o blisko 41 proc. w biżuterii oraz o prawie 36 proc. w elektronice w porównaniu do zwykłego piątku tydzień wcześniej.

W szczycie sezonu zakupowego więcej było nie tylko transakcji, ale znacznie urosły też ich wartości. Największy wzrost odnotowano w kategorii „elektronika” – 88 proc. Na drugim miejscu są artykuły motoryzacyjne ze wzrostem 72 proc., a na trzecim sportowe – tutaj wzrost jest na poziomie 57 proc. w porównaniu do zwykłego piątku w poprzednim tygodniu.

Black Friday – czas dużych i przemyślanych zakupów

– Nasze dane dotyczące płatności w Black Friday pokazują pewien obraz preferencji konsumentów. Traktują oni ten dzień jako okazję do realizacji większych, bardziej przemyślanych zakupów. Wzrost liczby i wartości transakcji w kategoriach elektroniki czy artykułów motoryzacyjnych wskazuje, że Polacy wykorzystują promocje do nabywania produktów, których zakup często odkładali w czasie – komentuje Krzysztof Polończyk, prezes zarządu Fiserv Polska, właściciela marki PolCard. – Cyber Monday z kolei ma zupełnie inny charakter – to czas mniejszych zakupów. Widzimy wyraźny zwrot ku kategoriom takim jak książki, artykuły papiernicze czy produkty związane z edukacją i rozwojem osobistym – dodaje.

Największy wzrost liczby transakcji w porównaniu do zwykłego poniedziałku tydzień wcześniej, według danych Fiserv Polska odnotowano w kategorii książek i artykułów papierniczych (39,5 proc.). Podobnie jak w Black Friday, Polacy też chętnie kupowali biżuterię, ale wzrost liczby transakcji w tej kategorii w Cyber Monday jest mniejszy – 34,5 proc.

– Co ciekawe, pierwszy poniedziałek grudnia to nie tylko zakupy materialne i zaspokojenie drobniejszych potrzeb. To także okazja do zainwestowania we własne kompetencje i rozwój. Analiza naszych danych wskazuje, że na trzecim miejscu pod kątem wzrostu liczby transakcji były zakupy właśnie w kategorii edukacja – zauważa Krzysztof Polończyk, prezes zarządu Fiserv Polska, właściciela marki PolCard.

W Cyber Monday Polacy angażują się charytatywnie

Jeśli chodzi o to, na jakie produkty Polacy wydali najwięcej pieniędzy podczas cyfrowego poniedziałku, to tutaj dane Fiserv Polska pokazują ciekawą zależność. Choć powszechnie Black Friday i Cyber Monday są uznawane za święto konsumpcjonizmu, to okazuje się, że Polacy są bardziej skłonni przeznaczyć w tym okresie większe kwoty na wsparcie charytatywne.

W porównaniu do zwykłego poniedziałku wartość transakcji w kategorii organizacje i stowarzyszenia wzrosła o 81 proc. i jest to największa różnica spośród wszystkich analizowanych kategorii.

Różnice w podejściu do zakupów pokazują, jak różne dni wyprzedażowe napędzają odmienne style zakupowe i zaspokajają różne potrzeby. Black Friday staje się dla Polaków momentem na realizację większych, długo odkładanych zakupów – widać tu racjonalne podejście i koncentrację na produktach o wysokiej wartości. Cyber Monday natomiast odsłania inną motywację – zaspokojenie mniejszych potrzeb, ale też inwestycję w siebie i w wartości społeczne. Wzrost wydatków na edukację czy wsparcie organizacji charytatywnych sugeruje, że coraz częściej traktujemy ten dzień nie tylko jako polowanie na okazje, lecz jako moment podejmowania bardziej świadomych decyzji. W rezultacie oba dni wyprzedażowe nie tyle konkurują, ile uzupełniają się, odzwierciedlając dojrzalsze i bardziej zróżnicowane podejście Polaków do konsumpcji.