Czwartkowy skok cen miedzi powyżej 11 tys. dolarów za tonę wywołał duży entuzjazm na rynku, jednak Goldman Sachs studzi nastroje. Analitycy banku ostrzegają, że obecny rajd cenowy może okazać się krótkotrwały, ponieważ zwyżka opiera się głównie na oczekiwaniach dotyczących przyszłych niedoborów, a nie na faktycznej sytuacji podażowo-popytowej.
„Ostatnie wzrosty cen wynikają przede wszystkim z prognoz przyszłego zacieśnienia rynku, a nie z bieżących fundamentów” — napisali analitycy pod kierownictwem Aurelii Waltham. „Nie zakładamy, że notowania powyżej 11 tys. dolarów za tonę będą trwałe”.
Według Goldman Sachs globalna podaż miedzi jest na razie wystarczająca, aby zaspokoić zapotrzebowanie. Bank szacuje, że w tym roku produkcja przewyższy konsumpcję o około 500 tys. ton. Realny deficyt miałby pojawić się dopiero w 2029 r., natomiast w 2026 r. rynek może odnotować nawet niewielką nadwyżkę rzędu 160 tys. ton.
Dodatkowym czynnikiem ograniczającym wzrost cen jest słabnąca aktywność gospodarcza w Chinach — największym na świecie konsumencie miedzi. Goldman Sachs prognozuje, że zużycie metalu w IV kwartale 2025 r. spadnie tam o blisko 8% rok do roku. W 2026 r. bank spodziewa się jednak odbicia w wysokości około 2,8%.
Nie wszyscy analitycy podzielają ostrożne podejście Goldmana.
J.P. Morgan Global Research prognozuje deficyt rafinowanej miedzi na poziomie około 330 tys. ton w 2026 r. i oczekuje, że ceny wzrosną do 12 500 dolarów za tonę w drugim kwartale.
Jeszcze wyższe prognozy przedstawia UBS, według którego do końca 2026 r. notowania miedzi mogą sięgnąć 13 000 dolarów za tonę.






