Valkea ma nowego Stratega

Michał Leszczyński – Strategy & Business Development Director
Michał Leszczyński – Strategy & Business Development Director

Michał Leszczyński wzmocnił Dział Strategii Valkea na stanowisku Strategy & Business Development Director. Przez ostatnie lata Michał pracował w agencjach MSLGroup oraz San Markos.

W Valkea Michał będzie wspierał zespół w działaniach przetargowych i strategicznie pracował przy bieżących projektach.

Michał Leszczyński posiada 20-letnie doświadczenie w tworzeniu skutecznych strategii marek i strategii komunikacji dla wielu klientów w polskich, a także  międzynarodowych agencjach reklamowych (m.in. Red8, San Markos, MSLGroup, Polymus czy Testardo).

Zespoły kierowane przez Michała zdobyły m.in. dwie nagrody Effie za kampanię dla marki Fortuna (portfolio Agros Nova) czy tytuł Kampanii Społecznej Roku za projekt „Przytulenie ma znaczenie” dla marki Oilatum (GSK). Był też nominowany do SABRE Awards za projekt Klub Ballantines (Pernod Ricard) i Kuchni Dantego (Malma/Maspex Wadowice).

Michał jest absolwentem Marketingu i Zarządzania w Szkole Głównej Handlowej, a także Szkoły Strategii Marki SAR i Akademii Marki.

Koniec apatii. Kurs dolara znów szybuje

Kurs dolara znów szybuje, a wiatru dodaje mu skok rentowności obligacji skarbowych USA. Optymizm wokół włoskiego budżetu starczył na krótko, a dynamika waluty i długu USA rodzi niepokoje wśród gospodarek wschodzących. I jakby nie patrzeć, w dobie awersji do ryzyka, to dolar jest najbezpieczniejszą przystanią.

Rentowność 10-letnich obligacji skarpowych USA skoczyła wczoraj 12 pb do 3,18 proc., a dziś dorzuciła kolejne 5 pb. Tak wysoko oprocentowanie nie było od 2011 r. W przypadku 30-latek na 3,38 proc. zaliczone zostały 30-letnie szczyty. Bezprecedensowy ruch wziął się z przerwania letargu, w jakim rynek znajdował się od tygodni, nie reagując na falę pozytywnych informacji. Wygląda na to, że nie można bez końca zbywać silnych zaskoczeń w danych makro stwierdzeniem, że „to już jest w cenie”. Wczoraj był jednak specjalny dzień kombinacyjnego uderzenia. Mocne odczyty ADP i indeksu ISM dla usług podnoszą oczekiwania przed piątkowym raportem NFP. Prezes Fed Powell stwierdził, że jest „bardzo zadowolony” z rozwoju sytuacji w gospodarce i Fed może podnosić stopy procentowe nawet powyżej poziomu neutralnego. Wreszcie aspekty techniczne przyspieszyły wzrost rentowności. Łączny wpływ tych trzech czynników zadecydował o skali rajdu rentowności. Od strony fundamentów istotne jest jednak, że rynek zaczyna wreszcie wierzyć, że Fed jest gotów podnieść stopy więcej niż jeszcze trzy razy (w grudniu i dwa razy w 2019 r.). I to nie tylko dlatego, że Fed tak obiecuje. Gospodarka nie zwalnia tempa i realna staje się wyższa presja płacowa i inflacyjna. Pierwszą dodatkowo podbijają deklaracje Amazon o podwyższeniu płacy minimalnej, drugą – niesłabnące ceny ropy naftowej.

Przy „rozgrzebanym” temacie włoskiego budżetu, niepewnej przyszłości Brexitu i wojnach handlowych (tak, ten temat nie umarł) USD nie ma sobie równych i pozostaje najbezpieczniejszym kierunkiem dla kapitału. EUR/USD pod 1,15 to głównie „wina” dolara, ale pośrednio pomaga brak przekonania, na ile włoski rząd będzie w przyszłości wierny swoim ambitnym planom fiskalnym. Szybko nie znajdą się chętni do kupowania EUR i trzeba nastawiać się na niższe poziomy. Wyższe rentowności to zaproszenie do wzrostów USD/JPY, ale też sprzedaż AUD i NZD. Banki centralne Australii i Nowej Zelandii podkreślają swój brak chęci do podwyżek stóp procentowych, co dla walut jest jak trucizna. Już jest widoczna presja na rynki wschodzące (wyższe rentowności w USA oznaczają utrudnione rolowanie długu denominowanego w USD przez państwa i formy z emerging markets) i dla złotego niskim wymiarem kary będzie zatrzymanie przed 4,32 EUR. Tutaj także nie pomaga przypomnienie przez prezesa NBP Glapińskiego na środowej konferencji, że stopy procentowe w Polsce raczej nie ulegną zmianie do końca 2019 r.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Array Canada Inc. przejmuje warszawski Willson & Brown

Array Canada Inc. ogłosiła właśnie decyzję o zakupie Willson & Brown, producenta kompleksowych rozwiązań wyposażenia punktów sprzedaży i ekspozycji towarów z siedzibą w Warszawie. Przejęcie wzmocni globalne możliwości produkcyjne oraz umożliwi Array wejście na rynek prestiżowych europejskich produktów kosmetycznych.

Po sfinalizowaniu transakcji firma Willson & Brown będzie kontynuowała budowanie pozycji efektywnego i konkurencyjnego kosztowo partnera wiodących marek i sprzedawców w Europie, Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie.

Transakcja, podlegająca zwyczajowym warunkom oraz zatwierdzeniom regulacyjnym, powinna zostać zamknięta w czwartym kwartale 2018. Dalsze szczegóły umowy nie zostały ujawnione.

Array dostarcza usługi z zakresu wyposażenia przestrzeni ekspozycyjnych sklepów dla sprzedawców i producentów artykułów kosmetycznych na całym świecie. Willson & Brown jest działającą na terenie całej Europy firmą, która projektuje, produkuje, instaluje i serwisuje kompleksowe systemy ekspozycyjne do kosmetyków, napojów, elektroniki oraz szybko sprzedających się artykułów.

– Połączenie tych dwóch firm poszerzy utalentowany i doświadczony zespól o ponad 800 osób, wprowadzi wielu nowych klientów oraz dodatkowe zasoby, które pozwolą na zwiększenie zakresu naszych usług w Europie. Wzmocni również znacznie nasze możliwości w Europie i na Bliskim Wschodzie, dostarczając Array nie tylko skalowalny i efektywny kosztowo park maszynowy przystosowany do produkcji w metalu, drewnie, technologii wtryskowej oraz montażu elementów wykonanych z różnych materiałów, ale również dostęp do innowacyjnych rozwiązań opracowanych przez Willson & Brown. – powiedział Jeffrey K. Casselman, Prezydent i CEO w Array, oraz dodaje – Cieszymy się, że Wojtek Gackowski i Dariusz Rutczyński, dyrektorzy Willson & Brown, zgodzili się zostać ważnymi udziałowcami Array i współpracować z nami w budowaniu wartości w kontaktach z naszymi partnerami na całym świecie.

W grudniu 2015 Carlyle U.S. Equity Opportunity Fund II, amerykański średniej wielkości fundusz kupujący zarządzany przez The Carlyle Group, wykupił Array Canada Inc.
Array i Carlyle korzystali z doradztwa Goodwin Procter oraz EY.

Rekordowe inwestycje w fintechy w pierwszej połowie 2018 r.

W pierwszej połowie 2018 r. w fintechy na całym świecie zainwestowano blisko 60 mld USD. Branża fintechowa staje się coraz bardziej dojrzała, czego wynikiem są coraz wyższe wyceny spółek. Największe miliardowe transakcje były związane z konsolidacją w  segmencie płatności elektronicznych oraz dedykowanych rozwiązań dla klientów biznesowych. Inwestorzy interesują się również alternatywnymi bankami, startupami budującymi rozwiązania dla branży usług finansowych na bazie sztucznej inteligencji, regtechami, czy też coraz bardziej dojrzałą technologią blockchain. Europa jest w tej chwili kluczowym rynkiem fintechowym, na którym wydano w pierwszym półroczu br. blisko 45% pieniędzy zainwestowanych w fintechy na całym świecie.   

Rekordowe inwestycje w fintechy w pierwszej połowie 2018 r.

Jak pokazują analizy KPMG w pierwszej połowie 2018 r. łączna wartość inwestycji w 875 największych spółkach z branży fintech na świecie osiągnęła rekordową wartość 57,9 mld USD, czyli ponad 70% więcej, niż w całym 2017 r. Blisko połowa z tych pieniędzy została zainwestowana w dwie spółki koncentrujące się na usługach płatności cyfrowych: WorldPay, przejęty przez Vantif za 12,9 mld USA, oraz Ant Financial, w którą fundusze venture capital zainwestowały 14 mld USD. Fintechy są coraz bardziej dojrzałe, większe, stabilniejsze i osiągają wyższe przychody, czego wynikiem są coraz wyższe wyceny w kolejnych rundach finansowania.

Biorąc pod uwagę szybkość cyfryzacji konsumentów i biznesu oraz rolę jaką odgrywają w gospodarce usługi finansowe, nie powinno dziwić, że tak duże pieniądze są inwestowane w innowacyjne fintechy. Na globalnym rynku usług finansowych trwa w tej chwili wyścig nie tylko o to, kto najlepiej odpowie na potrzeby cyfrowych konsumentów i coraz bardziej cyfryzującego się biznesu, ale też kto najlepiej wykorzysta cyfrowe rozwiązania po to, żeby efektywniej i dużo taniej realizować złożone operacje, wywiązując się również z coraz bardziej wymagających regulacji nakładanych na sektor usług finansowych – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Fintechy to innowacyjne spółki, które oferują coraz bardziej wyrafinowane rozwiązania

Analiza inwestycji w fintechy w 2018 r. pokazuje, że banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, fundusze venture capital, czy też inwestorzy technologiczni, którzy szukają nowych możliwości wykorzystania ich kompetencji cyfrowych, wybierają coraz szerszą gamę rozwiązań. Większym zainteresowaniem cieszą się alternatywne banki cyfrowe – znany już w Polsce Revolut pozyskał w 2018 r. 250 mln USD. Także zupełnie nowy, cyfrowy niemiecki bank N26 pozyskał 160 mln USD. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się spółki oferujące rozwiązania oparte na zaawansowanej analityce danych, sztucznej inteligencji czy robotyzacji. Coraz więcej inwestuje się też w tzw. regtechy, czyli spółki, które budują rozwiązania umożliwiające sprawne wywiązywanie się z coraz bardziej złożonych wymagań regulacyjnych. KPMG prognozuje, że biorąc pod uwagę wzrastające wymogi regulacyjne ukierunkowane na ochronę konsumentów (np. RODO), wzrost konkurencji (PSD2), czy stabilność finansową sektora (Bazylea), w perspektywie najbliższych 2 lat nastąpi zdecydowany wzrost inwestycji w spółki budujące takie rozwiązania. W kontekście technologii blockchain inwestorzy interesują się w tej chwili przede wszystkim już dojrzałymi spółkami, których istniejące produkty i usługi są gotowe wykorzystać w branży. Analizy KPMG pokazują, że sektor ubezpieczeniowy, który w obszarze innowacji cyfrowych był do tej pory znacząco opóźniony w porównaniu z bankami, przywiązuje coraz większą uwagę do insurtechów, czego dobrą ilustracją są inwestycje, które przekroczyły 100 mln USD w przypadku takich spółek jak Oscar (cyfrowe rozwiązania w obszarze ubezpieczeń zdrowotnych) czy Lemonade (ubezpieczania nieruchomości).

Olbrzymi potencjał branży usług finansowych sprawia, że fintechy i insurtechy przyciągają nie tylko naturalnych inwestorów strategicznych jakimi są banki i towarzystwa ubezpieczeniowe. Bardzo chętnie inwestują w nie fundusze venture capital, które szukają startupów o największym potencjale wzrostu. Coraz śmielej wchodzą też w branżę firmy technologiczne, wykorzystując swoje cyfrowe kompetencje i  nowe możliwości rynkowe w zmieniającym się obecnie ekosystemie sektora usług finansowych – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Europa wiodącym rynkiem fintechowym

W pierwszej połowie 2018 r. Europa była bezsprzecznie kluczowym rynkiem transakcji fintechowych – całkowita wartość inwestycji w europejskie firmy wyniosła 26 mld USD, co stanowiło 44,9% środków zainwestowanych w fintechy na całym świecie. Wśród 10 największych transakcji na świecie w tym okresie, było aż 5 spółek europejskich: WorldPay i IRIS Software Group z Wielkiej Brytanii, Nets z  Danii oraz dwie szwedzkie spółki iZettle i Nordax Group. Trendy inwestycje w Europie są podobne jak na całym świecie: inwestorów zainteresowanych międzynarodową ekspansją znajdują alternatywne banki cyfrowe (np. Revolut czy N26), twórcy rozwiązań związanych z konsolidacją segmentu płatności i systemów transakcyjnych, startupy budujące rozwiązania dla sektora na bazie sztucznej inteligencji czy spółki posiadające już sprawdzoną technologię blockchain. Silny system regulacyjny branży finansowej w Europie, na którym wzorują się też regulatorzy z innych kontynentów, powoduje, że  europejskie startupy budujące rozwiązania umożliwiające efektywne spełnienie wymogów regulacyjnych, są w tej chwili w centrum zainteresowania całego świata. Jednak sektor regtechów nie jest jeszcze dojrzały i stąd wynikają dość niskie wartości transakcji (np. brytyjski CloudPay zebrał w  ramach rundy C tylko 25 mln USD).

Na naszym kontynencie głównymi inwestorami w fintechy i insurtechy są przede wszystkim banki, towarzystwa ubezpieczeniowe oraz ich korporacyjne fundusze venture capital. Znacznie mniejszą rolę odgrywają klasyczne fundusze venture capital.

Jeśli mamy ambicję zbudować w Polsce zagłębie fintechowe, to warto się wzorować na Szwecji, która jest w tej chwili jednym z kluczowych rynków fintechowych na całym świecie. Szwecja od wielu lat systematycznie stawia na innowacje – wydatki na prace badawczo-rozwojowe wyniosły w Szwecji w  2017 r. ponad 3.26% PKB, czyli trzy razy więcej niż w Polsce. Sztokholm jest w tej chwili jednym z  3 najważniejszych hubów startupowych w Europie. Szwedzki rynek jest bardzo zaawansowany cyfrowo, a  szwedzcy konsumenci bardzo chętnie adaptują innowacyjne rozwiązania. Tam też powstały fintechy, które pozyskały już miliardy dolarów, takie jak Klarna, Bamora, iZettle czy Nordax Group – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.  

„Cloud Computing & Digital Transformation” – spotkanie klubowe Executive Club

26 września w hotelu Bristol w Warszawie odbyło się pierwsze powakacyjne spotkanie klubowe – „Cloud Computing & Digital Transformation”. Patronat honorowy nad wydarzeniem objęło Ministerstwo Cyfryzacji a tematyka skupiała się wokół bezpieczeństwie w chmurze i innowacjach technologicznych.

Część merytoryczną rozpoczął Leszek Maśniak – Chief Data Officer z Ministerstwa Cyfryzacji. Doradca ministra przedstawił program Wspólna Infrastruktura Informatyczna Państwa (WIIP 2.0), którzy ma na celu poprawę bezpieczeństwa usług infrastrukturalnych w modelu gospodarki współdzielenia dla wszystkich instytucji rządowych i urzędów centralnych. Istotnym elementem pracy ministerstwa jest poszukiwanie racjonalnych metod wykorzystania istniejących serwerowni w instytucjach zarządzających. „Skonsolidowanie ich sieciami rządowymi i połączenie je wspólnymi procesami zarządzania pozwoli poprawić bezpieczeństwo przetwarzania danych i w końcu obniżyć koszty” – tłumaczył Leszek Maśniak.

Po tym wystąpieniu nadszedł czas na najważniejszy punkt wieczoru, czyli debatę „Efektywne wdrażanie nowych technologii w dobie cyfryzacji i digitalizacji”. Moderatorem dyskusji był Borys Stokalski, Prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Podczas debaty podjęto tematy takie jak: cyfryzacja, optymalizacja procesu zarządzania infrastrukturą oraz wizja przyszłości. Prelegenci zwrócili również uwagę na to, że aby zarządzać przedsiębiorstwem w dobie transformacji, trzeba umiejętnie zarządzać czterema kluczowymi elementami. Są to: ludzie, procesy i modele operacyjne, klienci i rynek, do którego trzeba się dostać i zrozumieć jego wymagania oraz technologię, którą trzeba zrozumieć. Sama zmiana technologiczna, poprzez dostosowywanie się do trendów np. migrowanie do chmury nie jest receptą na powodzenie transformacji przedsiębiorstwa.

„Fundamentalnym aspektem transformacji jest dostosowanie nowych modeli operacyjnych”- przekonywał Mariusz Chudy, Wiceprezes Zarządu Integrated Solutions, Dyrektor Dostarczania Rozwiązań dla Biznesu Orange Polska. Zdaniem prelegentów istnieją dwie ścieżki dochodzenia do cyfrowej transformacji. W pierwszej, inicjatywa wywodzi się z organizacji IT, gdzie digital leader proponuje konkretne rozwiązania dostosowane do organizacji. Druga ścieżka podyktowana jest pojawiającą się luką w strukturach organizacyjnych. Wówczas prym wiedzie CTO czy też CDO, który równolegle współpracuje z organizacją IT, jak i raportuje do swojego przedsiębiorstwa. Szymon Stępczak, Wiceprezes Zarządu ds. sprzedaży, Atende, stwierdził, że to nie biznes jest dla technologii, a technologia dla biznesu. Pomaga ona znaleźć drogę do konkurencyjności i może pomóc przejść zmiany rozszerzania modelu operacyjnego. Na zakończenie dyskutanci przywołali skuteczny model przywództwa w procesie transformacji. Aby cyfrowa transformacja się udała, ważne jest by cały zarząd i management spółki zaangażował się w pracę nad jej rozwojem. Istotna jest również spójna wizja zmian w przedsiębiorstwie.

Organizator: Executive Club

Patronat Honorowy: Ministerstwo Cyfryzacji, Instytut Łączności – Państwowy Instytut Badawczy, Instytut Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, Polish Data Center Association, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Polskie Towarzystwo Informatyczne

Partnerzy: Atende S.A., BDO Technology, Cigno Consulting, MicroStrategy Poland, Orange Polska, Raiffeisen Polbank

Patroni medialni: IT Reseller, Fundacja E-Państwo, CyfrowyUrząd.pl, Biznesnafali.pl, Business&Prestige, Law Business Quality, Polish Market, CEO.com.pl

Zbyt duży wzrost cen mieszkań ostudził rynek inwestycji w mieszkania na wynajem

Kupujący coraz mniej chętnie akceptują duże wzrosty cen mieszkań. Z 23 miast branych pod uwagę przy obliczaniu Indeksu Cen Transakcyjnych, przez ostatnich 12 miesięcy ceny mieszkań spadły w 5, a wzrosły w 18. Do największej obniżki doszło w Bydgoszczy, o 12,2 proc., a największy wzrost spośród dużych miast zanotowano w Białymstoku o 12,4 proc. O ponad 10 proc. ceny urosły jeszcze w Gdańsku, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie i Warszawie. W Krakowie i Wrocławiu poziom cen sprzed roku utrzymał się.

Siódmy miesiąc z rzędu notowanie Indeksu Cen Transakcyjnych jest wyższe od poprzedniego. Aktualne notowanie IDK wynosi 940,73 pkt i jest o 9,5 proc. wyższe niż rok temu. Aktualna wartość Indeksu jest najwyższa od września 2018 r., co oznacza, że mieszkania w największych miastach Polski są obecnie najdroższe od 10 lat. IDK jest wskaźnikiem wyliczanym na podstawie transakcji mieszkaniowych dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance obrazuje więc realne stawki, jakie płacone są za lokale mieszkalne w największych miastach Polski.

Sprzyjające warunki chcą wykorzystać deweloperzy, którzy budują na potęgę. Jak wynika z danych GUS, w ostatnich 12 miesiącach oddali do użytkowania 103,9 tys. mieszkań, co jest historycznym rekordem i nic nie wskazuje, by liczba ta miała szybko zacząć spadać, bo nowych budów rozpoczyna się też coraz więcej. W ostatnim roku działające w Polsce firmy rozpoczęły budowę 122,2 tys. lokali mieszkalnych, o 20,9 tys. (20,6 proc.) więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Najwięcej za mieszkanie trzeba płacić w Warszawie i nic tu się nie zmienia. Aktualna mediana ceny transakcyjnej metra kwadratowego w stolicy to 8155 zł, o 11,6 proc. więcej niż rok temu. W swoistym rankingu najdroższych miast drugie miejsce okupuje Kraków, ale na pozycjach 3-5 zachodzą zmiany. Zwykle kolejność była Wrocław-Poznań-Gdańsk, ale kilka kwartałów temu zaczęła się ona zmieniać i aktualnie to Gdańsk jest na trzecim miejscu, Poznań na czwartym, a Wrocław spadł na piąte.

Ceny w Gdańsku są windowane przez drogie mieszkania w atrakcyjnych dzielnicach nadmorskich. Inwestorzy kupują tam coraz więcej, licząc na zyski z wynajmu i odsprzedaży w przyszłości. W ciągu roku liczba dostępnych na rynku pierwotnym mieszkań w cenie ponad 10 tys. zł za mkw. wzrosła tam niemal sześciokrotnie (dane NBP), zaś liczba takich transakcji – ponad dwukrotnie. Na rynku wtórnym liczba tak drogich mieszkań też rośnie, acz nie tak dynamicznie.

Coraz więcej danych wskazuje na to, że rodzimy rynek mieszkaniowy wchodzi w kolejną, prawdopodobnie ostatnią, fazę hossy. Kupujących jest mniej, gdyż ceny mieszkań zaczęły bardzo szybko rosnąć. Spadek liczby chętnych na zakup własnego „M” może przede wszystkim wynikać z odpływu inwestorów. Ci widząc niemal 10-proc. wzrost cen mieszkań coraz częściej nie akceptują rentowności oferowanej obecnie przez mieszkania na wynajem. Co do zasady rentowność ta jest bowiem niższa, gdy wzrost stawek czynszu najmu nie nadąża za wzrostami cen mieszkań.

– Eldorado nie będzie trwało wiecznie, pierwsze raporty pokazują, że w II kw. 2018 r. było trochę mniej chętnych, aby kupić mieszkanie, nie każdy akceptuje tak duży wzrost cen – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker.

Wciąż bardzo silny popyt widoczny jest natomiast w gronie kupujących posiłkujących się kredytem hipotecznym. Banki wypłacają w ramach kredytów hipotecznych coraz wyższe kwoty, bo po pierwsze zgłasza się do nich coraz więcej chętnych, a po drugie pojedynczy kredyt opiewa na coraz wyższą kwotę. I tak sierpniowy odczyt indeksu tworzonego przez BIK sugeruje 28,5-proc. wzrost popytu na kredyty hipoteczne. Jest to bardzo duża dynamika, a ponadto już 20 z rzędu miesięczny odczyt sugerujący wzrost popytu na hipoteki.

Rynek zdrowej żywności rośnie

Świadomość konsumencka w Polsce stale rośnie. Coraz częściej zwraca się uwagę na zdrowy tryb życia. Kampanie, które są temu poświęcone, trwają już od kilku lat. Temat ten był poruszany z producentami – sieci handlowe chcą umieszczać takie produkty w swoich sklepach oraz informować o właściwościach wyrobów organicznych i BIO. Niewątpliwie przez długi czas problem stanowiły ceny. Często w przypadku produktów BIO były one zaporowe – kilkukrotnie wyższe niż regularnych towarów tej samej kategorii. To dlatego, że gospodarstwa prowadzące ekologiczne uprawy były na ogół niewielkie.

– Jedną z trwających kampanii poświęconych produktom ekologicznym jest bezpośrednia współpraca z rolnikami produkującymi taki asortyment – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji – Dzięki temu mogą oni rozwijać się i dostarczać towary na rynek polski oraz rosnąć wraz z siecią. Pomaga im to także eksportować wyroby do wybranych zagranicznych placówek. Produkty wysokiej jakości na pewno docelowo będą zwiększać udział w  rynku. Warunkiem jest jednak poszerzenie możliwości ekologicznych gospodarstw. Ich rozwój musi wiązać się także z obniżeniem cen ich towarów. To najważniejsze kryterium, które póki co sprawia, że konsumenci sięgają po produkty EKO rzadziej – z przyzwyczajenia wybierając oferty tańsze. Duży potencjał ma rynek żywności dla dzieci. Przetwory dla najmłodszych to asortyment, na którym klienci – czyli rodzice – nie chcą oszczędzać i chętnie wydają pieniądze na produkty lepszej jakości. Można jednak powiedzieć, że cały rynek zdrowej żywności rośnie. Wspierają go firmy zainteresowane potencjalnym rozwojem danego gospodarstwa – wskazała Juszkiewicz.

Stopy pozostają bez zmian, ale niewykluczone, że w czasie kryzysu RPP będzie prowadziło skup aktywów

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w październiku utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes powtarza, że zarówno obecnie, jak i w przewidywalnej przyszłości (do końca 2019 r.) nie spodziewa się podwyżek stóp procentowych.

Stopy procentowe RPP i inflacja (2008-2018)

Stopy procentowe RPP i inflacja
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 03/10/2018

Najciekawszymi informacjami, jakie należy wynieść z dzisiejszego spotkania są:

  • słowa prezesa RPP w odpowiedzi na pytanie o zmianę stanowiska dotyczącego kształtowania stóp procentowych w dłuższym horyzoncie czasowym: „Nigdy nie zapowiadałem stabilności do końca 2020 roku. Odważnie wybiegałem w przód i powiedziałem, że z olbrzymim prawdopodobieństwem stabilne stopy mogą być do końca 2019 roku, a gdyby nic się nie zmieniło, to dalej. Ale na 2020 r. nie śmiem rozwijać żadnych przewidywań, bo to jest zbyt odległy okres. Na razie sytuacja jest bardzo stabilna i zakładam, że w 2019 r. też taka będzie”;
  • sugestie profesora Glapińskiego dotyczące rozumienia celu inflacyjnego RPP, który zgodnie ze słowami prezesa, zawiera się w przedziale (1,5%-3,5%), a niekoniecznie musi wynosić 2,5% z odchyleniami o 1 p.p. Tego typu informacja może sugerować, że RPP mogłaby tolerować inflację znajdującą się powyżej 2,5%, ale poniżej górnych widełek przedziału;
  • opinia przewodniczącego NBP zgodnie z którą kolejna projekcja inflacji nie będzie charakteryzowała się rewolucyjnymi zmianami;
  • informacje dotyczące dyskusji trwających w Radzie na temat możliwego stosowania niestandardowych instrumentów polityki monetarnej w przyszłości. Zgodnie z oceną prezesa Glapińskiego ich stosowanie jest możliwe w przypadku wystąpienia kryzysu. Niestandardowe instrumenty miałyby być oparte na rozwiązaniach które stosowały bardziej rozwinięte od Polski gospodarki, takie jak te wprowadzone przez Europejski Bank Centralny.

Wracając do stóp procentowych: obecnie wygląda na to, że kredytobiorcy nie mają się czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w bieżącym roku niemal na pewno pozostaną niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r, a być może nawet 2020 r.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

415 mld euro rocznie może przynieść unijnej gospodarce wdrożenie jednolitego rynku cyfrowego. Warunkiem jest m.in. nowe podejście do cyberbezpieczeństwa

415 mld euro rocznie może przynieść unijnej gospodarce wdrożenie jednolitego rynku cyfrowego. Warunkiem jest m.in. nowe podejście do cyberbezpieczeństwa 1

Wdrożenie jednolitego rynku cyfrowego w UE pomoże uzyskać dodatkowe 415 mld euro przepływu, a Polska może odgrywać istotną rolę w tym obszarze – podkreślają eksperci NASK. Nowe technologie i transformacja cyfrowa oznaczają więc ogromną szansę, ale wiążą się także z poważnymi zagrożeniami. Fake newsy, bezpieczeństwo dzieci w internecie, rozwój sztucznej inteligencji, bezpieczne zakupy online i bankowość elektroniczna to tylko niektóre z nowych wyzwań, które stoją przed europejskimi gospodarkami. Te zagadnienia będą poruszane w trakcie Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa, unijnej inicjatywy, która ma promować odpowiedzialne korzystanie z internetu.

– Pełna implementacja strategii jednolitego rynku cyfrowego pozwoli uzyskać w Europie przepływy na poziomie 415 mld euro. To ogromne pieniądze, o które warto walczyć. Polska jest jednym z większych państw europejskich, więc mamy szansę zaistnieć w tym obszarze. Zwłaszcza że kadrę inżynierską i kompetencje mamy bardzo wysokie. Istnieje jednak szereg wyzwań. Cyberbezpieczeństwo w najnowszym wydaniu wiąże się bardziej z fake newsami, dezinformacją czy rolą dużych platform internetowych, które są w stanie zmieniać postrzeganie konkretnych obszarów życia czy gospodarki. To są najważniejsze wyzwania w tym zakresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Szubert, doradca strategiczny NASK oraz Visiting Fellow Uniwersytetu Oxfordzkiego.

Jak podkreśla, nowoczesne technologie i transformacja cyfrowa stwarzają szereg ogromnych korzyści, ale stanowią dla Polski i państw europejskich duże wyzwanie.

– Z racji tego, że nowe technologie to kwestia komunikacji i przesyłania danych, siłą rzeczy musimy zapewnić odpowiedni poziom cyberbezpieczeństwa i niezawodności zarówno urządzeń, transmisji, jak też samoświadomości ludzi – mówi Karol Okoński, wiceminister cyfryzacji.

Dla państw członkowskich Unii Europejskiej okazją do zaprezentowania swoich inicjatyw w zakresie cyberbezpieczeństwa i nowych technologii jest Europejski Miesiąc Cyberbezpieczeństwa (European Cyber Security Month). Ogólnoeuropejska kampania ECSM organizowana jest przez Europejską Agencję ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA) z inicjatywy Komisji Europejskiej. W tym roku odbywa się już po raz szósty. W Polsce koordynatorem tej kampanii jest NASK.

 Chodzi o to, aby w czasie ECSM odczarować temat cyberbezpieczeństwa. Pokazać wszystkim, że to nie jest temat tylko dla wąskiego grona specjalistów, którzy siedzą przed komputerami i robią jakieś magiczne sztuczki. Cyberbezpieczeństwo dotyczy nas wszystkich. To nasza wspólna odpowiedzialność, ponieważ wszyscy na co dzień korzystamy z sieci, z nowoczesnych technologii. Także od nas zależy, jak ta sieć będzie wyglądać i co się w niej będzie działo. Stąd w październiku odbywa się kampania, która ma pokazać wszystkim, że cyberbezpieczeństwo dotyczy także ich – podkreśla Magdalena Górnisiewicz, kierownik Zespołu Analiz Strategicznych i Wpływu Nowoczesnych Technologii w NASK.

Celem Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa jest podnoszenie świadomości dotyczącej bezpieczeństwa w internecie i korzystania z nowoczesnych technologii. Każdy tydzień ECSM to inny temat, który ma zwrócić uwagę na najważniejsze wyzwania w zakresie cyberbezpieczeństwa. W tym roku są to: cyberhigiena, edukacja, cyber scams oraz nowoczesne technologie.

 Cyberhigiena to podstawowe działania związane z bezpieczeństwem sieci, np. systematyczna zmiana hasła. Temat drugiego tygodnia to edukacja. Zastanawiamy się na przykład nad tym, co zrobić, żeby prawnicy dobrze rozumieli nowoczesne technologie, bo to oni tworzą prawo, które będzie regulować ten obszar – mówi Magdalena Górnisiewicz.

Dodatkowym tematem poruszanym w trakcie drugiego tygodnia ECMS będzie edukacja cyfrowa najmłodszych, ponieważ – jak wynika z prognoz World Economic Forum – 65 proc. rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Przyszłością mogą się okazać zawody związane ze sztuczną inteligencją, programowaniem czy big data.

– Trzeci temat to tzw. scamy, związane z cyberprzestępczością i sektorem bankowym. Tutaj Europol działa bardzo czynnie i w trzecim tygodniu ECMS uruchamia kampanię – mówi Magdalena Górnisiewicz. – Ostatni temat to nowoczesne technologie, obejmujące internet rzeczy, sztuczną inteligencję i fake newsy, czyli wszystko to, co stanowi dziś wyzwanie dla rozwoju społeczeństwa.

Ekspertka NASK podkreśla, że celem Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa jest nie tylko przestrzeganie przed potencjalnymi zagrożeniami, lecz także promowanie odpowiedzialnego korzystania z sieci.

– Nie o to chodzi, żebyśmy wszyscy przestali robić zakupy online, tylko żeby wiedzieć, jak robić to w sposób bezpieczny. Druga kwestia to właśnie edukacja – co zrobić, żeby społeczeństwo było gotowe na tak wielką zmianę społeczną. Zwróćmy uwagę na to, że dotychczasowe rewolucje społeczne odbywały się dużo wolniej. Ta przebiega tak szybko, że właściwie sami nie nadążamy z systemem edukacji, systemem prawnym, które cały czas muszą gonić rozwój nowoczesnych technologii – podkreśla Magdalena Górnisiewicz.

W Polsce w tegoroczną kampanię zaangażowało się dwudziestu partnerów, którzy zgłosili swoje wydarzenia i projekty. Honorowy patronat objęli prezes Rady Ministrów, minister cyfryzacji, minister nauki i szkolnictwa wyższego, minister edukacji narodowej, minister przedsiębiorczości i technologii oraz minister zdrowia.

Polska przoduje w produkcji papryki. Większość pochodzi z paprykowego zagłębia na południu Mazowsza

Polska przoduje w produkcji papryki. Większość pochodzi z paprykowego zagłębia na południu Mazowsza 2

W okolicach Radomia, ze względu na sprzyjający mikroklimat, znajdują się jedne z największych w Europie Środkowo-Wschodniej uprawy papryki. Rocznie produkuje się ok. 100 tys. różnych odmian, różnych kolorów tego warzywa – od papryk słodkich po papryki bardzo ostre. Producenci rozpoczęli właśnie kampanię, która ma uświadomić polskich konsumentów w kwestii pochodzenia tego warzywa oraz jego walorów smakowych i zdrowotnych. Dietetycy podkreślają, że papryka jest bardzo bogatym źródłem witamin. Papryka z polskich upraw będzie dostępna jeszcze do połowy listopada. A w postaci przetworów na sklepowych półkach jest cały rok.

– Jesteśmy w tej chwili największym producentem papryki w Europie Środkowo-Wschodniej. W rejonie Radomia zbudowaliśmy bazę produkcyjną, którą możemy się szczycić zarówno pod względem wielkości produkcji, jak i jakości. Z roku na rok produkujemy coraz więcej różnych odmian, nie boimy się nowości, a produkcją zajmuje się coraz więcej młodych osób. Widzimy potencjał. W tym momencie jesteśmy już na końcówce produkcji, ale do połowy listopada papryka z Polski nadal będzie obecna w polskich sklepach – mówi Paweł Myziak, wiceprzewodniczący Zrzeszenia Producentów Papryki Rzeczpospolitej Polskiej.

Południowe Mazowsze często nazywane jest paprykowym zagłębiem. Z rejonów Radomia – obejmujących gminy Przytyk, Potworów, Klwów, Radzanów i Stara Błotnica – pochodzi ok. 85 proc. krajowej produkcji tego warzywa. Papryka uprawiana jest w ponad  2 tys. gospodarstw, w ponad 50 tys. tuneli foliowych i na powierzchni blisko 600 hektarów. Tamtejszym uprawom sprzyja wyjątkowy mikroklimat, idealny dla uprawy warzyw ciepłolubnych. Wyróżniają go wyższe w stosunku do sąsiednich obszarów temperatury.

– Produkujemy ponad 100 tys. ton papryki, z czego około 80 proc. to papryka konsumpcyjna trafiająca na rynek pierwotny, czyli do sieci handlowych i na rynki hurtowe. Natomiast 20 proc. to produkcja w celach przetwórstwa, czyli na wszelkiego rodzaju przetwory, mrożonki, do pizzy – mówi Paweł Myziak.

Zrzeszenie Producentów Papryki startuje właśnie z pierwszą kampanią promującą polską paprykę z radomskiego zagłębia. Głównym jej celem jest zbudowanie świadomości konsumentów dotyczącej pochodzenia tego warzywa oraz jego walorów smakowych i zdrowotnych.

– Polacy lubią paprykę coraz bardziej. Widzimy wzrost konsumpcji, rynek rośnie. Dlatego producenci z krajów południa Europy mają zakusy, aby przejąć jak największą jego część. Zauważyliśmy, że musimy zacząć bronić naszego rynku, żeby na sklepowych półkach w trakcie naszego sezonu, trwającego od początku czerwca do końca października, znajdowała się papryka produkowana w Polsce. Chcemy podkreślić, że umiemy produkować i produkujemy w Polsce warzywa ciepłolubne, produkujemy różne kolory i smaki papryki, różne rodzaje warzyw ciepłolubnych. Zachęcamy polskiego konsumenta, żeby bez obaw sięgał po te produkty, żeby je świadomie wybierał. Sezon paprykowy w Polsce trwa do połowy listopada i do tego czasu konsumenci mogą szukać w sklepach papryki z Polski – podkreśla Paweł Myziak.

Papryka jest jednym z najlepszych źródeł witaminy C – jedno warzywo zaspokaja całkowite, dziennie zapotrzebowanie dorosłej osoby na tę witaminę. Dzięki zawartości witaminy B6 (pirydoksyny) poprawia proces tworzenia się czerwonych krwinek, witamina K1 ma wpływ na krzepliwość i zdrowie kości, natomiast zawarty w papryce potas poprawia pracę układu krwionośnego. To warzywo jest również bogate przeciwutleniacze – w szczególności witaminę E oraz A, które zapobiegają chorobom serca i pomagają zachować dobry wzrok.

– Papryka zawiera w zasadzie wszystkie witaminy, oprócz tego dosyć dużo mikro- i makroskładników, takich jak magnez czy potas. Jest bogata w witaminę C i antyoksydanty, czyli witaminy A i E, które sprawiają, że skóra i włosy wyglądają ładniej, a paznokcie są mocniejsze. Papryka jest niskokaloryczna, czyli jest świetnym składnikiem zdrowej, zbilansowanej diety, jest też idealna dla osób odchudzających się. Badania wskazują, że może być także jednym ze składników diety zapobiegających wystąpieniu nowotworów. Ostra papryka jest z kolei bogata w kapsaicynę, która wspomaga odchudzanie, przyspiesza spalanie materii, a ponadto łagodzi migreny i bóle stawów – mówi psychodietetyk Laura Osęka.

Papryka z powodu swoich właściwości zdrowotnych, składników odżywczych i walorów smakowych idealnie wpisuje się w zbilansowaną dietę. Świeże warzywo składa się głównie z wody i niewielkich ilości węglowodanów, jest także dobrym źródłem błonnika. Wartość kulinarna i zdrowotna papryki jest niezależna od koloru, chociaż czerwone i pomarańczowe warzywa uchodzą za najsłodsze. Najlepiej spożywać ją w postaci surowej, żeby oszczędzić jak najwięcej cennych witamin i składników mineralnych. Chcąc ją podawać na ciepło, warto poddać ją jak najkrótszej obróbce termicznej.

– Paprykę, jak wszystkie warzywa, najlepiej spożywać na surowo, czyli bez obróbki termicznej, ale w połączeniu z tłuszczem i białkiem, żeby dostarczyć organizmowi wszystkie składniki odżywcze. Nie wszyscy mogą natomiast jeść paprykę na surowo ze względu na to, że jej skórka może być nieco ciężkostrawna. Wtedy warto paprykę podgrzać w piekarniku, potem wrzucić do worka foliowego, odczekać chwilę, aż zaparuje, i zdjąć skórę. Nie pozbędziemy się wartości odżywczych, natomiast papryka będzie znacznie lżej strawna – mówi psychodietetyk Laura Osęka.

W ramach kampanii „Wszystkie smaki i kolory papryki” przewidziano m.in. kampanię w mediach, eventy konsumenckie, działania edukacyjne w szkołach oraz wsparcie w internecie i social mediach. Wszystkie działania realizowane są dzięki wsparciu ze środków finansowych Funduszu Promocji Owoców i Warzyw, przy wykorzystaniu znaku graficznego „Polska Smakuje”.

– Zrzeszenie Producentów Papryki w tej chwili skupia ponad 200 producentów. Z roku na rok, nawet z miesiąca na miesiąc, grono się powiększa. Głównym celem zrzeszenia nie jest sama sprzedaż, ale promowanie regionu, promowanie papryki jako flagowego produktu. Produkujemy 80 proc. papryki w Polsce, natomiast są też inne warzywa ciepłolubne, które do tej pory były zarezerwowane dla południa Europy. My łamiemy stereotypy, produkujemy to, co do tej pory było zarezerwowane dla krajów południowej Europy i południowej półkuli – podkreśla Paweł Myziak, wiceprzewodniczący Zrzeszenia Producentów Papryki Rzeczpospolitej Polskiej.

Podwyżki płac dla części pracowników oznaczają wejście w drugi próg podatkowy. Można tego uniknąć dzięki oszczędzaniu na emeryturę

Podwyżki płac dla części pracowników oznaczają wejście w drugi próg podatkowy. Można tego uniknąć dzięki oszczędzaniu na emeryturę 3

Dynamika wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw – pomimo lekkiego spadku w sierpniu – już od 10 miesięcy utrzymuje się na stabilnym poziomie około 7 proc. rok do roku. To dobry sygnał przede wszystkim dla pracowników, ale dla części zatrudnionych rosnące płace mogą oznaczać wejście w II próg podatkowy, wynoszący 32 proc. Istnieje jednak kilka możliwości obniżenia podstawy opodatkowania. Jedną z nich jest oszczędzanie w ramach IKZE, ponieważ wpłaty na przyszłą emeryturę można odliczyć w zeznaniu podatkowym. 

– Według danych GUS w sierpniu wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw sięgnął prawie 7 proc. rok do roku. To bardzo dobra wiadomość dla pracowników, ale dla niektórych może ona oznaczać wejście w drugi próg podatkowy, wynoszący 32 proc. Wyższy próg podatkowy dotyczy pracowników zatrudnionych na umowę o pracę oraz przedsiębiorców, którzy rozliczają się według progresywnej skali podatku PIT. W tym roku od nadwyżki dochodu wynoszącego prawie 86 tys. zł brutto zapłacimy podatek w wysokości 32 proc. – mówi Łukasz Tymoszuk, manager ds. kluczowych klientów Union Investment.

Dane GUS za sierpień pokazują, że w skali roku średnie wynagrodzenia w firmach zatrudniających 9 i więcej osób wzrosły o 6,8 proc. (wobec 7,2 proc. w lipcu). Przeciętna płaca wyniosła 4798,3 zł brutto (czyli ok. 3,4 tys. zł na rękę), a największy wzrost miał miejsce w budownictwie i gastronomii. Z danych GUS wynika, że w sierpniu o 3,4 proc. rok do roku wzrosło także zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw.

Dynamika wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw – pomimo lekkiego spadku w sierpniu – już od 10 miesięcy utrzymuje się na stabilnym poziomie około 7 proc. rok do roku. Większość analityków jest zdania, że ten trend utrzyma się przynajmniej do końca roku. Z ostatniego Barometru Rynku Pracy, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że w nadchodzącym kwartale podwyżki planuje 15,6 procent firm. Oznacza to wzrost o 4,3 pkt proc. w ujęciu rocznym. Podniesienia płac oczekuje także 60 proc. pracowników, którzy zmieniając zatrudnienia, oczekują stawek wyższych o 25-30 proc.

Silna presja płacowa i wzrost płac wspierają siłę nabywczą gospodarstw domowych i konsumpcję prywatną. Ekspert Union Investment TFI Łukasz Tymoszuk podkreśla, że to dobry sygnał dla gospodarki i samych pracowników. Z drugiej strony rosnące płace dla części zatrudnionych mogą oznaczać wejście w II próg podatkowy, wynoszący 32 proc.

– Istnieje jednak kilka możliwości obniżenia podstawy opodatkowania. Jedną z nich jest Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego. Oszczędzając w ramach IKZE, wpłacone środki możemy odliczyć od dochodu w zeznaniu podatkowym. Dzięki temu zapłacimy niższy podatek. W tym roku na IKZE możemy wpłacić maksymalnie 5 331 zł, co oznacza, że ulga podatkowa wyniesie odpowiednio ok. 1 tys. zł w skali 18-procentowej oraz ponad 1,7 tys. zł dla osób, które znalazły się w drugim progu podatkowym wysokości 32 proc. – mówi Łukasz Tymoszuk.

IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenie emerytalnego, to jeden z dwóch instrumentów długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Można je założyć po ukończeniu 16 roku życia w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich czy towarzystw funduszy inwestycyjnych.

Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W tym roku wynosi 5 331,60 zł  (o 200 zł więcej niż w 2017 roku). Osoby uzyskujące dochód – osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci – mogą odliczyć wpłaty dokonane na IKZE od podstawy opodatkowania, przez co kwota należnego do zapłacenia podatku będzie niższa. Środki zgromadzone na IKZE nie są również obciążone podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych.

– Oszczędzanie w ramach IKZE jest dobrowolne. Możemy wpłacać, kiedy chcemy i ile chcemy, pamiętając o maksymalnym limicie rocznym. Od wysokości wpłacanych kwot zależy wysokość naszej ulgi podatkowej. Oszczędzając w IKZE przez 30 lat – wysokość ulg podatkowych może sięgnąć w sumie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dodatkowo, jeśli założymy IKZE w instytucji finansowej, gdzie środki są dalej inwestowane – możemy uzbierać znacznie więcej, niż wpłaciliśmy. Co najważniejsze, mając własne oszczędności, nie musimy się martwić państwowym systemem emerytalnym – podkreśla Łukasz Tymoszuk, manager ds. kluczowych klientów Union Investment.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że z końcem ubiegłego roku liczba IKZE wyniosła blisko 691 tys., a wartość zgromadzonych na nich środków przekroczyła 1,7 mld zł. Natomiast liczba prywatnych rachunków emerytalnych – zarówno IKE i IKZE – na koniec czerwca br. nie przekraczała dwóch milionów.

To oznacza, że na dodatkowe emerytury regularnie odkłada mniej niż 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Dane KNF pokazują też, że najwięcej prywatnych rachunków emerytalnych mają 50–60-latkowie. Osoby przed 40 rokiem życia, które powinny już odkładać na przyszłość, są w wyraźnej mniejszości. Według NBP ponad połowa (55 proc.) Polaków w ogóle nie ma żadnych oszczędności.

To istotne o tyle, że  – jak wynika z prognoz ZUS – większość Polaków będzie otrzymywać na emeryturze równowartość 40–50 proc. swojej ostatniej pensji. Głodowe świadczenia emerytalne to skutek demografii – starzejącego się społeczeństwa i niskiej dzietności. Według grudniowego raportu OECD („Pensions at a Glance 2017”) pokolenie obecnych 20-latków, którzy rozpoczynają dopiero kariery zawodowe, może liczyć na emerytury w maksymalnej wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji, i to pod warunkiem ciągłego zatrudnienia, począwszy od ukończenia 20 lat aż do momentu osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego.

W Polsce potrzeba refundacji leków dla pacjentów z przewlekłym zapaleniem jelit. Chorzy są zmuszeni wycofywać się z życia zawodowego

W Polsce potrzeba refundacji leków dla pacjentów z przewlekłym zapaleniem jelit. Chorzy są zmuszeni wycofywać się z życia zawodowego 4

Choroba Leśniowskiego-Crohna, czyli przewlekły stan zapalny przewodu pokarmowego, dotyka głównie ludzi młodych i aktywnych zawodowo. Pacjenci mają dostęp do nowoczesnych leków, jednak dziś priorytetem staje się zabezpieczanie pacjentów w zaawansowanym stadium choroby. Nieprawidłowo leczeni chorzy zmuszeni są wycofać się z życia zawodowego, generując zbędne koszty dla gospodarki. Niezbędna jest refundacja nowoczesnych terapii oraz wprowadzenie modelu koordynowanej opieki medycznej – podkreślają lekarze i pacjenci.

Choroba Leśniowskiego-Crohna to przewlekły, nieswoisty stan zapalny przewodu pokarmowego, powstający odcinkowo na całej jego długości. Jej efektem są zmiany w błonie śluzowej oraz zwężenie jelit utrudniające przechodzenie przez nie treści pokarmowej, a także powstawanie przetok w obrębie jelit, ropni oraz zapalenia otrzewnej. Choroba dotyczy głównie ludzi młodych – 70 proc. zdiagnozowanych pacjentów to osoby, które nie ukończyły 35 roku życia. Podstawą terapii jest oszczędzający tryb życia oraz leczenie farmakologiczne.

– Jako członek Unii Europejskiej natychmiast, kiedy Europejska Agencja Leków zaakceptuje dany lek, mamy teoretyczną dostępność do niego, ponieważ jest on możliwy do sprowadzenia i zastosowania. Natomiast czym innym jest refundacja. To, o co my się ubiegamy, to dostępność rzeczywista, czyli refundacja tych terapii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Grażyna Rydzewska, kierownik Kliniki Gastroenterologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA.

U zdecydowanej większości pacjentów choroba Leśniowskiego-Crohna przebiega z okresowymi zaostrzeniami i remisją. Możliwe jest także wystąpienie agresywnej postaci schorzenia, wymagającej nie tylko leczenia farmakologicznego, lecz także zabiegów operacyjnych. Celem terapii jest łagodzenie przebiegu choroby, nie istnieje bowiem lek prowadzący do jej całkowitej remisji, a także zahamowanie progresji schorzenia oraz optymalizacja funkcjonowania chorych w życiu zawodowym i społecznym. Podstawą leczenia jest stosowanie leków z grupy glikokortykosteroidów oraz immunosupresyjnych. W przypadku zaawansowanej postaci choroby możliwe jest wdrożenie leczenia chorych, u których nie powiodło się leczenie wcześniejszymi lekami. Ustekinumab to terapia biologiczna o nowym mechanizmie działania, znacznie poprawiająca jakość życia pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna. Podawana w postaci podskórnych iniekcji co 12 tygodni (4 razy do roku) to terapia wygodna dla pacjenta i efektywna kosztowo dla systemu.

– Dostęp jest dosyć ograniczony, ale jednak to się bardzo poprawiło w ostatnich dwóch latach, natomiast nowe terapie dla pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna są na razie niedostępne. Te nowe terapie to lek wedolizumab oraz inhibitor cytokiny 23 i 12, czyli ustekinumab. Te leki są skuteczne, co wykazano w badaniach klinicznych, o wysokim bezpieczeństwie – mówi prof. Grażyna Rydzewska.

Eksperci nie mają wątpliwości, że zapewnienie chorym właściwej opieki powinno być traktowane jako inwestycja obniżająca koszty społeczne ponoszone przez państwo. Nieprawidłowo leczeni pacjenci generują absencje chorobowe – według danych ZUS w pierwszym półroczu 2017 roku zarejestrowanych zostało w sumie ponad 10 tys. zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy z tytułu choroby, co dało łączną liczbę 126 tys. dni absencji chorobowej. Połowa świadczeń wypłacanych przez ZUS to renty. W przypadku pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna na rentę przechodzą ludzie młodzi, którzy przy odpowiednim leczeniu nie musieliby się wycofywać z życia zawodowego.

– Według najnowszego raportu PEX PharmaSequence chorzy w stadium zaawansowanym również ponoszą bezpośrednie koszty około 2,5 tys. zł miesięcznie, a także koszty utraty produktywności w wysokości 3,5 tys. zł. W skali roku skutkuje to kwotą 140 mln zł utraty przychodów polskiej gospodarki – mówi dr n. med. Jakub Gierczyński, MBA, ekspert Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Prawidłowa kontrola przebiegu choroby Leśniowskiego-Crohna jest możliwa przy poprawie dostępności do nowoczesnych leków oraz wprowadzeniu systemu opieki koordynowanej. Zgodnie z założeniami takiego modelu leczenie odbywałoby się w ramach wybranych ośrodków medycznych zapewniających dostęp do lekarzy specjalistów, rehabilitantów, psychologów i dietetyków. Zdiagnozowanie choroby Leśniowskiego-Crohna oznacza dla pacjenta konieczność wprowadzenia znaczących zmian w trybie życia, z którymi nie zawsze są sobie w stanie poradzić samodzielnie.

– To są często zmiany na poziomie relacji międzyludzkich, w zakresie wsparcia, jakie mogą otrzymać, ale też zmiany w zakresie dbania o siebie – radzenie sobie ze stresem, z dietą, bycie pod kontrolą dietetyka i lekarzy. To kompleks różnych umiejętności w strategii dbania o siebie – mówi Martyna Głuszek-Osuch, psycholog.

Nastawienie psychiczne odgrywa niezwykle istotną rolę w funkcjonowaniu pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna. Zdarzają się chorzy, którzy mimo zaawansowanej postaci schorzenia dobrze radzą sobie w codziennym życiu. Inni popadają w depresję i stany lękowe oraz całkowicie wycofują się z życia zawodowego i społecznego. Dużym wyzwaniem dla chorych jest organizacja codziennego życia, w tym zawodowego, zdarzają się bowiem dni w okresach zaostrzenia choroby, gdy nie mogą się ruszyć z łóżka. Wyzwanie stanowi także udźwignięcie kosztów leczenia, które mimo refundacji są bardzo wysokie.

– Nie zawsze szpital jest gotowy na refundację, co oznacza rozpaczliwe poszukiwanie sposobu, żeby znaleźć możliwość dostępu do leczenia biologicznego. Potem jest praca z otoczeniem, które musi zrozumieć, że chory będziesz już zawsze i że możesz wszystko robić, tylko na innych zasadach. Najważniejsze wyzwanie, które stoi przed chorym, to pogodzenie się z tym, że choroba będzie mu towarzyszyć już do końca życia i tylko od niego zależy to, jak będzie traktował tego pasażera, z którym jedzie – mówi Agata Młynarska, dziennikarka, przedstawicielka pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna.

Podróbki i skażenie oceanów największymi globalnymi wyzwaniami. W walce z nimi pomogą nowe technologie

Podróbki i skażenie oceanów największymi globalnymi wyzwaniami. W walce z nimi pomogą nowe technologie 5

Walka z procederem podrabiania produktów otwiera listę największych globalnych wyzwań, w których znajdą zastosowanie nowe technologie. Wśród innych obszarów znalazły się także skażenie oceanów i ochrona przed cyberatakami. 5-in-5 to publikowana co roku przez IBM lista innowacji, które przez kolejne 5 lat mają znacząco wpłynąć na codzienne życie czy na sposób prowadzenia biznesu.

Jak podaje IBM, fałszowanie produktów to proceder, który rocznie kosztuje światową gospodarkę ponad 600 mld dol. Problem dotyczy nie tylko produktów konsumenckich, lecz także na przykład ratujących życie leków, których podróbki mogą nawet prowadzić do śmierci pacjentów. W niektórych krajach świata nawet 70 proc. leków obecnych na rynku to podróbki. IBM chce wprowadzić technologię walki z takimi podróbkami, nazywaną „kotwicami kryptograficznymi”, które mają być niczym odcisk palca na każdym z produktów.

 Kotwice kryptograficzne razem z rozwiązaniami blockchain odpowiadają na problem fałszowania produktów, jak również na zagadnienie tego, czy produkty, np. żywnościowe, nie zostały wyprodukowane w obszarze skażonym czy np. leki nie są przeterminowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Szymczuk, dyrektor generalny IBM Polska.

IBM przekonuje, że jednym ze źródeł problemu podróbek jest skomplikowany proces logistyczny powiązany z wieloma produktami. Na wielu etapach pomiędzy ich produkcją a dostawą występuje możliwość podmienienia czy sfałszowania produktu. Kotwice kryptograficzne mogą mieć postać na przykład kodu zapisanego za pomocą magnetycznej, jadalnej farby na tabletkach. Kotwica może być też komputerem – wielkości ziarna soli, który za pomocą przystawki do smartfona będzie mógł zidentyfikować fałszywe produkty. Wszystkie kotwice będą połączone z bazą danych produktów stworzoną w technologii blockchain. Takie połączenie ma zapewnić, że sfałszowanie nowoczesnych cyfrowych certyfikatów będzie praktycznie niemożliwe.

Jako drugi najważniejszy obszar zastosowania innowacji w kolejnych 5 latach IBM podaje walkę z atakami hakerskimi. Ich skala z roku na rok jest coraz większa, rosną też stawki, o jakie toczy się gra z hakerami. Zdaniem ekspertów IBM szybki postęp technologiczny, większe moce obliczeniowe komputerów i pojawienie się komputerów kwantowych spowodują, że obecne dzisiaj zabezpieczenia już za kilka lat będą przestarzałe.

– Mówimy tu o kryptografii postkwantowej, rozwiązaniach, które mają odpowiedzieć na zwiększające się moce obliczeniowe komputerów, a w szczególności na pojawienie się superkomputerów kwantowych i ich wielkie moce obliczeniowe – wyjaśnia Jarosław Szymczuk.

IBM rozwija nowe zabezpieczenia, oparte o tak zwaną kryptografię krat – które w efekcie mają umożliwić przetwarzanie wrażliwych danych bez narażania ich na nieautoryzowany dostęp – nawet w sytuacji, w której cyberprzestępcy będą korzystali z komputerów kwantowych. A te – w opinii ekspertów IBM – mają się w ciągu 5 kolejnych lat stać wszechobecne. Mogą trafić m.in. do szkolnych sal, gdzie będą wspomagać np. studentów ekonomii czy chemii.

– Mamy w tej chwili komputer kwantowy o mocy 50 kubitów, którego moc udostępniana jest w tej chwili przez IBM Cloud. Mamy około 90 tys. użytkowników na całym świecie. Mamy również pewną liczbę uczelni i środowisk akademickich, które realizują badania, a także firmy komercyjne, które badają, czy można zastosować komputery kwantowe do analiz finansowych, fizycznych czy biznesowych. Ten obszar również ulega przyspieszeniu i rozwija się – ocenia Jarosław Szymczuk.

Klasyczne komputery nie są w stanie rozwiązywać niektórych problemów, które z kolei mogą rozwiązać urządzenia kwantowe. Jak podaje IBM, jednym z wyzwań związanych z komputerami kwantowymi jest brak szerokiego zrozumienia zasady ich działania. Dlatego edukacja w tym zakresie będzie konieczna dla osób chcących się zajmować nauką czy inżynierią.

 Kolejne zagrożenie na naszej liście związane jest ze skażeniem oceanów i zastosowaniem mikroskopów poruszających się w przestrzeni oceanicznej i obserwujących stan zachowania planktonu, zbierających dane do centralnych zestawów sztucznej inteligencji po to, żeby proaktywnie i w czasie rzeczywistym analizować to, czy woda oceaniczna nie jest skażona – wyjaśnia Jarosław Szymczuk.

IBM chce, aby mikroskopijne, autonomiczne mikroskopy znalazły się w oceanach najpóźniej za 5 lat. Urządzenia mają być ze sobą połączone i wspólnie przekazywać informacje do chmury. Pozwolą one na bieżąco, bez opóźnień, analizować stan zanieczyszczenia wód oceanicznych. Mikroskopy będą badały plankton, który – jak mówią naukowcy z IBM – jest papierkiem lakmusowym stanu wody. W przyszłości wyposażenie mikroskopów w sztuczną inteligencję pozwoli im na bieżąco analizować dane i wykrywać anomalie, a co za tym idzie – alarmować o potencjalnych lokalnych zagrożeniach.

Na kolejnym miejscu IBM wymienia innowacje związane ze sztuczną inteligencją.

– Mówimy, że sztuczna inteligencja będzie człowieka wspierać pod warunkiem, że będzie podawała prawdziwe informacje, nie będzie obarczona uprzedzeniami czy jakimiś zaburzeniami związanymi z nieprawidłowym, niekompletnym zestawem danych czy np. uprzedzeniami programistów, którzy taką sztuczną inteligencję budowali – mówi dyrektor generalny IBM Polska.

IBM tłumaczy, że sztuczna inteligencja będzie bardzo podatna na uprzedzenia tworzących ją ludzi. Dotychczas naukowcom udało się zidentyfikować i sklasyfikować ponad 180 takich uprzedzeń. Te z kolei mogą wpływać na decyzje podejmowane przez systemy sztucznej inteligencji, a te mogą być wykorzystywane przez agencje rządowe czy przedsiębiorstwa, mające wpływ na życie wielu ludzi. IBM razem z uczelnią MIT pracują nad mechanizmami mającymi złagodzić wszelkie uprzedzenia, jakimi może zostać obarczona sztuczna inteligencja. Zdaniem specjalistów takie działania będą sprzyjać wzrostowi zaufania do systemów AI.

Wirtualne gogle pozwolą na powrót technologii 3D znanej z telewizorów. Wyświetlą także filmy w jakości obrazu i dźwięku z płyty Blu-ray

Wirtualne gogle pozwolą na powrót technologii 3D znanej z telewizorów. Wyświetlą także filmy w jakości obrazu i dźwięku z płyty Blu-ray 6

Na rynku coraz częściej pojawiają się gogle kinowe, które mają zastąpić telewizory podczas oglądania filmów. To niezależne urządzenia, które pozwolą wyświetlić materiały wideo bezpośrednio z internetu, nośników fizycznych bądź pamięci wewnętrznej. W przeciwieństwie do klasycznych gogli wirtualnej rzeczywistości do ich obsługi nie jest wymagane posiadanie konsoli albo wydajnego komputera. Wirtualne, mobilne kino 3D zastąpiło na rynku telewizory 3D, które okazały się jedynie chwilową modą.

Telewizory 3D miały zrewolucjonizować kino domowe, ale nie przyjęły się na rynku. Funkcja wyświetlania trójwymiarowego obrazu nie przypadła klientom do gustu ze względu na zbyt małą głębię trójwymiarowego efektu. Miejsce technologii 3D w telewizorach zajęły gogle VR. Sprzęt wymaga jednak posiadania wydajnego komputera, smartfona albo konsoli do gier.

– Moon to osobiste, mobilne kino. Umożliwiamy użytkownikowi zagłębienie się w fabułę oglądanego filmu, na co pozwalają dwa ekrany AMOLED o rozdzielczości 1080p – po jednym na oko. Nasz produkt jest również wyposażony w aktywny system redukcji szumu, dzięki czemu eliminujemy wszystko, co mogłoby zakłócić rozrywkę. Filmy można odtwarzać, korzystając z wejścia HDMI, wgrywać na pamięć wewnętrzną urządzenia lub połączyć się z dostawcą mediów strumieniowych za pomocą sieci Wi-Fi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje William Strand z firmy Royole.

Gogle Moon to niezależny, zintegrowany system domowej rozrywki, w którym możemy przechować do 32 GB materiałów filmowych. Najważniejszym elementem urządzenia są dwa panele AMOLED, które pracują przy kontraście na poziomie 10000:1 i wyświetlają 3000 pikseli na cal. Dzięki takim parametrom mogą zapewnić wysoką jakość obrazu i zasymulować wrażenie oglądania filmów na kinowym ekranie. Gogle wyposażono także w system audio oraz układ regulowanych soczewek, który umożliwi oglądanie materiałów wideo bez zakładania okularów korekcyjnych.

– Nasze urządzenie można porównać z obserwowaniem Ziemi z powierzchni Księżyca, stąd jego nazwa. Moon nie opiera się na technologii wirtualnej rzeczywistości, więc nie ma funkcji dostosowania obrazu do zmian pozycji głowy. Służy do dostarczania ekskluzywnej rozrywki – jest przeznaczony dla użytkowników, którzy chcą wygodnie usiąść i odprężyć się, a nie chodzić czy wykonywać jakieś ruchy – tłumaczy ekspert.

Firma Avegant z kolei zaprojektowała słuchawki Video Headset ze zintegrowanym systemem projekcyjnym. Sprzęt oferuje nietypowy sposób wyświetlania obrazu – zamiast klasycznego ekranu zastosowano tu energooszczędny projektor LED, który rzuca obraz na sieć luster, które odbijają obraz wprost na powierzchnię siatkówki. Dzięki takiemu rozwiązaniu oczy mają się mniej męczyć niż podczas korzystania z klasycznych gogli VR.

Projektanci z firmy Cinera postawili na znacznie bardziej zachowawczy projekt, który łączy w sobie zalety kinowych gogli oraz inteligentnego telewizora. Mimo że Cinera przypominają klasyczne gogle VR, stworzono je przede wszystkim z myślą o oglądaniu filmów. Zastosowano tu dwa wyświetlacze o rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli każdy, które przystosowano do wyświetlania stereoskopowych filmów 3D. Sprzęt pracuje pod kontrolą systemu Android, dlatego można zainstalować na nim najpopularniejsze aplikacje do strumieniowania wideo.

Gogle Cinera są jednak bardzo masywne, dlatego dystrybuowane są ze specjalnym uchwytem, który umożliwi przymocowanie ich np. do blatu stołu, aby nie obciążały karku podczas wielogodzinnego seansu. Rozwiązanie Royole jest w pełni mobilne – dzięki opatentowanej technologii gogle można złożyć. Gogle kosztują ok. 3000 zł, czyli obecnie równowartość 60-calowego telewizora 4K Ultra HD.

– W Royole interesujemy się głównie elastycznymi wyświetlaczami oraz czujnikami, które umożliwiają produkcję elastycznych ekranów dotykowych. W naszym urządzeniu, a dokładniej w panelu sterującym, który zakładany jest na uszy, zainstalowane są elastyczne czujniki, pozwalające łatwiej kontrolować funkcję gogli – przekonuje William Strand.

Według analiz Research and Markets wartość globalnego rynku gogli rzeczywistości wirtualnej i rozszerzonej wyniesie w 2023 roku niemal 34 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu w najbliższych latach równym 34 proc.

Domowe urządzenie zamieni kranówkę w wodę mineralną. Rozwiąże problemy niedoboru czystej wody oraz rozpuszczonego w niej plastiku

Domowe urządzenie zamieni kranówkę w wodę mineralną. Rozwiąże problemy niedoboru czystej wody oraz rozpuszczonego w niej plastiku 7

Woda pokrywa ponad 70 proc. powierzchni planety, ale tylko 0,6 proc. to woda zdatna do picia. Na świecie co roku ponad 3,5 mln osób umiera w wyniku chorób związanych z użyciem zanieczyszczonej wody. Nawet 83 proc. wody z kranu, także w USA czy krajach europejskich, zawiera ślady mikroplastiku. Dlatego pojawia się coraz więcej urządzeń, które oczyszczają wodę. Nowością są filtry nie tylko oczyszczające kranówkę, lecz także ją mineralizujące.

– Pracujemy nad inteligentnym systemem, który umożliwia wytwarzanie wody mineralnej w domu. Najpierw oczyszczamy wodę metodą destylacji, a potem ją mineralizujemy. Nie ma potrzeby stosowania żadnych filtrów lub procesu odwróconej osmozy czy podobnych metod. Destylacja lepiej sprawdza się przy usuwaniu zanieczyszczeń. Polega na odparowaniu wody i odprowadzeniu powstałej pary z dala od zanieczyszczeń, które zostają po odparowaniu wody. Następnie para wodna jest skraplana i powstaje w ten sposób woda destylowana – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paula Montaldi z Mitte.

Według prognoz Światowego Forum Ekonomicznego najbardziej prawdopodobnym problemem, z którym będziemy się borykać za 10–15 lat, będzie niedobór czystej wody. Obecnie, choć woda z kranu coraz częściej nadaje się do picia, to nie jest wolna od zanieczyszczeń. Pomagają to zmienić pojawiające się na rynku filtry do wody. Skutecznie ją oczyszczają, jednak przy okazji pozbawiają cennych minerałów.

System opracowany przez Mitte idzie o krok dalej. Oczyszcza poprzez destylację – w ten sposób woda jest nawet 60-krotnie czystsza niż ta przefiltrowana, ale także ją mineralizuje – działa podobnie jak w naturze, gdzie woda, płynąc przez skały, ulega mineralizacji.

 – Mineralizacja następuje dzięki użyciu filtra mineralizującego. Filtr ten zawiera różne warstwy minerałów, które przedostają się do wody i wzbogacają ją, gdy ta przepływa przez filtr. Otrzymana woda jest zdrowa, ale jej otrzymanie wiąże się z zastosowaniem licznych procesów chemicznych. W naszym zespole mamy specjalistów od wody i żywienia, którzy dbają o to, żeby nasza woda była zarówno czysta, jak i zdrowa oraz zawierała właściwe kombinacje i proporcje składników mineralnych – przekonuje Paula Montaldi.

Przygotowana przez Mitte woda jest w pełni bezpieczna. Dostarcza też łatwo przyswajalne minerały. Przykładowo, dostarczany w wodzie magnez jest 30-krotnie łatwiej przyswajalny niż ten pochodzący z żywności. Urządzenie, z racji na maksymalną ilość oczyszczanej wody, jest przeznaczone do użytku domowego. W przyszłości może jednak trafić do biur czy placówek publicznych.

– Pierwsze dostawy planujemy na początek przyszłego roku. Nie ustaliliśmy jeszcze ceny naszego produktu, ponieważ nadal znajdujemy się w fazie jego produkcji, ale szacujemy, że cena będzie oscylować w okolicy 400–500 euro  – zapowiada Paula Montaldi.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że każdego dnia do światowych zasobów wody trafiają 2 mln ton zanieczyszczeń. Jeden litr ścieków zanieczyszcza około ośmiu litrów czystej wody. Szacuje się, że ilość zanieczyszczonej wody na świecie jest większa niż łączna ilość wody z dziesięciu największych dorzeczy świata. Zanieczyszczona jest także woda w kranach. Badanie Orb Media wskazuje, że nawet 83 proc. wody z kranu zawiera włókna mikroplastiku.

– Skala zanieczyszczenia wody ciągle rośnie, m.in. w związku z działalnością związaną z przemysłem i rolnictwem. Wynika z tego wiele dalszych komplikacji, ponieważ zakłady uzdatniania wody czasem nie są w stanie usunąć wszystkich zanieczyszczeń lub oczyszcząją wodę, ale ta jest ponownie zanieczyszczona po dostaniu się do zanieczyszczonych rur w naszych domach – tłumaczy ekspertka.

Według Transparency Market Research rynek oczyszczaczy wody będzie warty ponad 110 mld dol. do 2025 r.

27 proc. Polaków planuje zakupy świąteczne z kategorii FMCG przynajmniej miesiąc przed Świętami

Z raportu GfK poświęconego identyfikacji zwyczajów związanych z obchodzeniem Świąt Bożego Narodzenia wynika, iż 27 proc. Polaków planuje zakupy świąteczne z kategorii FMCG przynajmniej miesiąc przed Świętami lub nawet wcześniej. Odsetek ten wzrasta do blisko 40 proc. w przypadku kupowania konkretnych prezentów pod choinkę.

¾ polskich gospodarstw domowych planuje oszczędności w związku ze Świętami Bożego Narodzenia. Ponadto, co czwarte gospodarstwo domowe dysponuje również dodatkowymi środkami np. w postaci bonów czy kart podarunkowych, które przeznaczane są głównie na zakup artykułów spożywczych oraz prezentów.

Mimo wcześniejszego planowania zakupów świątecznych niemal w każdej kategorii produktowej co piąty nabywca decyduje się na inny, niż wcześniej planowany, zakup pod wpływem promocji. Najbardziej popularne źródła informacji o promocjach w okresie świątecznym to gazetki promocyjne.

Biorąc pod uwagę częstotliwość zakupów, można zauważyć, że z roku na rok polskie gospodarstwa domowe rzadziej odwiedzają sklepy przed Świętami, jednak wydają więcej podczas pojedynczych zakupów.

Krzysztof Jarocki, analityk w Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „Im bliżej Świąt, tym częściej robimy zakupy, jednak tuż po nich częstotliwość zakupów wyraźnie spada. W grudniu hipermarkety zyskują nabywców, którzy wydają na świąteczne zakupy więcej niż w pozostałych miesiącach. Kanał ten jest także jednym z bardziej popularnych miejsc zakupów prezentów. Stąd też przy okazji Świąt Bożego Narodzenia zarówno hipermarkety, jak i pozostałe kanały sprzedaży, powinny dbać nie tylko o bogatą ofertę artykułów spożywczych, ale i prezentów, w tym np. kosmetycznych zestawów prezentowych, które wielu konsumentów chętnie na tę okazję kupuje.”

O badaniu
Raport Misja „Święta” bazuje na informacjach pozyskanych z trzech komplementarnych źródeł danych:
• Badanie online dotyczące zwyczajów i zakupów świątecznych przeprowadzone na próbie N=800 z osobami odpowiedzialnymi lub współodpowiedzialnymi za zakupy dla gospodarstwa domowego.
• Badanie online dotyczące prezentów świątecznych przeprowadzone na próbie N=500.
• Panel Gospodarstw Domowych GfK, czyli monitoring zachowań zakupowych gospodarstw domowych na stałej próbie 8000 gospodarstw domowych

Polak łowcą okazji

Najbardziej pożądane przez Polaków akcje promocyjne to wyprzedaże i obniżki cen, a także możliwość zbierania punktów w programach lojalnościowych – tak wskazało odpowiednio 58% i 57% respondentów badania PAYBACK Opinion Poll. Loterie i konkursy nie są jeszcze aż tak popularne – bierzemy w nich udział 1-2 razy do roku, z reguły wtedy, kiedy do wygrania jest dużo nagród.

Chcemy mieć dużą szansę na łatwą wygraną

Uczestnictwo w loteriach i konkursach zadeklarowało kilkanaście procent ankietowanych. Co najbardziej zniechęca nas do tego typu akcji promocyjnych? Dla ponad połowy respondentów jest to konieczność podawania dużej ilości danych osobowych. Kolejne powody to skomplikowany mechanizm uczestnictwa (46%), a także niejasny regulamin i konieczność realizacji czasochłonnego zadania (po 41%).

Do uczestnictwa w loteriach skłania nas przede wszystkim duża liczba nagród, ponieważ dzięki temu mamy większe szanse na wygraną (44%), a także prosty mechanizm zabawy (40%). Co ciekawe, wysoka wartość nagrody jest istotna jedynie dla co piątego badanego. Więcej osób (36%) jest skłonnych wziąć udział w loterii, jeśli mogą wygrać produkt lub usługę dopasowaną do ich indywidualnych potrzeb.

Lubimy technologię i samochody

Jakie nagrody są dla Polaków najbardziej atrakcyjne? Przede wszystkim pieniężne (63%) oraz rzeczowe, a także bony rabatowe (po 50%). Ponad 30% respondentów wskazała na możliwość zrobienia darmowych zakupów w wybranym sklepie. Wśród nagród rzeczowych preferujemy laptopy, tablety i smartfony (63%), sprzęt RTV (51%), samochody (44%) i sprzęt AGD (41%).

Marcin Pilarski, CCO PAYBACK Polska
Marcin Pilarski, CCO PAYBACK Polska

Patrząc na wyniki naszego badania, widzimy, że Polacy najchętniej biorą udział w akcjach promocyjnych, dzięki którym mogą regularnie otrzymywać konkretne benefity i które nie wymagają od nich dużego zaangażowania. Już teraz Program PAYBACK świetnie się w to wpisuje, chcemy jednak sukcesywnie go rozwijać, aby jeszcze lepiej odpowiadał na potrzeby konsumentów. W tym roku zdecydowaliśmy się na zorganizowanie loterii z udziałem wielu naszych partnerów. Postawiliśmy na dużą liczbę atrakcyjnych nagród i niezwykle prosty mechanizm uczestnictwa, a więc główne czynniki zachęcające Polaków do udziału w tego typu akcjach – komentuje Marcin Pilarski, dyrektor zarządzający PAYBACK Polska.

Loteria PAYBACK trwa do 16 października. Do wygrania jest jeszcze jeden samochód marki BMW 318i Limousine oraz liczne bony do wykorzystania na stacjach BP, w sklepach sieci Kaufland oraz na PizzaPortal.pl. Aby zawalczyć o nagrody wystarczy potwierdzić chęć uczestnictwa w loterii na stronie payback.pl/loteria oraz zebrać lub wykorzystać punkty przy pomocy zarejestrowanej karty PAYBACK, podczas zakupów u partnerów biorących udział w akcji promocyjnej.

Nagroda za lojalność

W badaniu PAYBACK Opinion Poll zapytaliśmy też Polaków, jakie benefity chcieliby otrzymywać za uczestnictwo w programie lojalnościowym. To dla nas bardzo ważne, ponieważ wiemy, że konsumenci lubią być nagradzani za swoje wybory zakupowe, a nasi partnerzy chcą jak najlepiej dopasowywać swoją ofertę do ich potrzeb. Okazuje się, że najbardziej zależy im na kuponach rabatowych i stałych rabatach – tak odpowiedziało odpowiednio 59% i 54% respondentów. Połowa ankietowanych chciałaby też otrzymywać od firm prezenty z okazji urodzin, imienin czy różnych świąt – mówi Marcin Pilarski, dyrektor zarządzający PAYBACK Polska.

PAYBACK Opinion Poll

To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 19-24 września 2018 r. metodą ankiety online na grupie 422 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Kurs euro do dolara spadł do najniższego poziomu od końcówki sierpnia

Polska waluta w ostatnim czasie reaguje na zmiany postrzegania ryzyka na południu Europy. Oprócz monitorowania sytuacji we Włoszech warto dziś zwrócić uwagę również na konferencję prasową po spotkaniu RPP oraz dane makroekonomiczne z globalnych gospodarek.

Wczorajszy dzień – w szczególności jego pierwsza część – charakteryzował się wzrostem ryzyka na rynku, co przełożyło się na wzmocnienie walut uznawanych za bezpieczne, na czele z dolarem amerykańskim i frankiem szwajcarskim oraz umiarkowaną wyprzedażą tych, uznawanych za bardziej ryzykowne. W konsekwencji kurs EUR/USD spadł do najniższego poziomu od końcówki sierpnia, a para EUR/PLN powróciła w okolice poziomu 4,30.

Bezpośrednią przyczyną niekorzystnych dla złotego zmian były starcia słowne włoskich populistów z oficjelami UE wokół propozycji budżetu Włoch zakładającego dość wysoki – jak na kraj z drugim najwyższym poziomem długu do PKB w strefie euro – deficyt rzędu 2,4% rocznie w kolejnych trzech latach. Ze strony włoskiej słychać było głosy o tym, że kraj radziłby sobie lepiej bez euro oraz iż negatywna retoryka UE negatywnie wpływa na postrzeganie inwestorów i przyczynia się do wzrostów kosztów obsługi włoskiego zadłużenia. Większe postrzegane ryzyko bowiem przełożyło się na wzrost rentowności włoskich obligacji – wczoraj wspomniane rentowności 10-letnich papierów dłużnych wzrosły do najwyższego poziomu od 2014 r.

Dziś rano sytuacja uległa pewnej poprawie, a na rynek na pewien czas powrócił spokój, po tym, jak włoski dziennik „Corriere dela Serra” zasugerował, że włoski deficyt zgodnie z projektem budżetu ma zostać obniżany z poziomu 2,4% w 2019, poprzez 2,2% w 2020, do 2% w 2021 r. Ostatecznie jednak uspokojenie nie trwało długo – rentowności włoskich papierów dłużnych, w momencie pisania, ponownie rosną, a złoty i euro osłabiają się.

Oprócz sytuacji we Włoszech, w kontekście złotego warto wspomnieć również o dzisiejszym spotkaniu RPP. Oczywiście, nikt nie spodziewa się zmiany stóp procentowych ani dziś ani w kolejnych miesiącach, jednak niemniej, warto będzie obserwować konferencję prasową po spotkaniu Rady – co bardziej interesujące komentarze prezesa NBP i członków RPP w przeszłości wielokrotnie wpływały na kurs polskiej waluty.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

Kurs euro EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Wczorajsze dane o inflacji PPI w strefie euro pokazały, że dynamika cen producentów w sierpniu wyniosła 4,2% w ujęciu rocznym wobec (zrewidowanego w górę) odczytu na poziomie 4,3% zanotowanego miesiąc wcześniej. Informacje nie miały jednak większego wpływu na handel – inwestorzy obecnie skupiają się na kwestii tarć UE z Włochami i nie przywiązują większej wagi do danych makroekonomicznych. Dzisiejsza rewizja indeksów PMI dla sektora usług strefy euro we wrześniu i nowe dane o sprzedaży detalicznej również przeszły bez echa, oba odczyty były zbliżone do oczekiwań.

Kurs funta GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,81-4,84. Brytyjskiej walucie cały czas nie sprzyjają obawy dotyczące negocjacji ws. Brexitu. Wczoraj funtowi szkodziła również siła dolara amerykańskiego, nie pomagały również słabsze dane. Wczorajszy odczyt PMI dla brytyjskiego sektora budowlanego pokazał spadek z poziomu 52,9 w sierpniu do 52,1 we wrześniu, podczas gdy konsensus oczekiwał, że wskaźnik znajdzie się na poziomie zbliżonym do tego z poprzedniego miesiąca. Dzisiejsze, dużo istotniejsze dane o aktywności w sektorze usług były z kolei niemal w pełni zgodny z oczekiwaniami, indeks we wrześniu znalazł się na poziomie 53,9 i nie odbiegał istotnie od odczytów z ostatnich miesięcy.

Kurs dolara USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,70-3,73. Wczorajszy dzień nie obfitował w istotne informacje z USA, inwestorzy skupiali się raczej na wszelkich wieściach napływających z Włoch. Warto wspomnieć jedynie o wczorajszym przemówieniu prezesa Rezerwy Federalnej, w którym Jerome Powell pozytywnie wypowiadał się w kwestii perspektyw amerykańskiej gospodarki, zastanawiając się jednak, czy – zgodnie z sugestią reportera – perspektywy mogą być „zbyt dobre, żeby były prawdziwe”.

Dzisiaj będziemy mieć serię danych z USA. Poznamy zarówno dane ADP z amerykańskiego rynku pracy, jak i odpowiadające odczytom z Europy wskaźniki aktywności amerykańskiego sektora usług we wrześniu. W międzyczasie przemawiać będą członkowie FOMC: Thomas Barkin, Lael Brainard i Loretta Mester.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:10 – decyzja RPP
  • 14:05 – przemawia Thomas Barkin z FOMC
  • 16:00 – konferencja prasowa po spotkaniu RPP
  • 20:00 – przemawia Lael Brainard z FOMC
  • 20:15 – przemawia Loretta Mester z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Pracownicze Plany Kapitałowe – 3 rzeczy, które Twoja firma może zrobić już dziś

Wejście w życie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych oznacza obowiązek wprowadzenia takich programów w większości dużych firm. Wiąże się ono z wyborem podmiotu, który będzie zarządzać zgromadzonymi składkami pracowników. Na osobach decyzyjnych spocznie obowiązek wyboru najlepszej instytucji finansowej. 

„PPK to system dobrowolnego oszczędzania na przyszłą emeryturę. Zaczną obowiązywać od połowy 2019 roku. W pierwszej kolejności do utworzenia PPK będą zobowiązane przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 250 osób. Składka do PPK będzie finansowana z kilku stron, zarówno bezpośrednio od pracownika w wysokości 2% wynagrodzenia, jak i od pracodawcy w wysokości 1,5%. Będą również dotacje ze strony budżetu państwa, będzie do dotacja powitalna w wysokości 250 zł i coroczna dopłata w wysokości 240 zł.” informuje Piotr Żak Dyrektor ds. Instytucjonalnych, PKO TFI

Warto przygotować informacje o proponowanych funduszach, zanim zaczniemy konsultacje z pracownikami.

„Firmy, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, już teraz powinny podjąć decyzje o analizie biznesowej rozwiązań, wpływu na budżet. Na pewno te firmy powinny za budżetować co najmniej 3–miesięczną składkę do PPK w przyszłym roku i już teraz analizować wybór instytucji finansowych, z która będą te programy prowadziły w przyszłym roku.” radzi Piotr Żak Dyrektor ds. Instytucjonalnych, PKO TFI

Wobec mnogości ofert na rynku, eksperci PKO TFI wskazują na kilka kluczowych kryteriów, którymi warto kierować się przy wyborze firmy, z którą podpisze się umowę. Między innymi dotychczasowe doświadczenie firmy w prowadzeniu podobnych rozwiązań, wsparcie oferowane przez instytucję finansową przy wdrażaniu i prowadzeniu programu, a także dopasowanie oferowanego rozwiązania do potrzeb pracowników.

PPK będzie miało również bardzo istotny wpływ na rozwój giełdy papierów wartościowych. W pierwszej kolejności zależności od wskaźnika partycypacji, w systemie będziemy mogli rozmawiać o napływach corocznych do pracowniczych planów kapitałowych rzędu od kilku do nawet kilkunastu miliardów rocznie.

Dlaczego warto aplikować do programu SME Instrument?

Michał Gzyl, dyrektor zarządzający Zafiro Solutions
Michał Gzyl, dyrektor zarządzający Zafiro Solutions

3.2 miliarda euro. Tyle wynosi budżet SME Instrumentu (Horyzont 2020), który finansuje  innowacyjne projekty. Od początku programu, Komisja Europejska dofinansowała już 3 840 małych i średnich przedsiębiorstw. Celem SME Instrumentu jest wzmocnienie europejskiej innowacyjności i pomoc w szybszym wprowadzaniu innowacji na rynek. O dotacje z programu mogą starać się tylko i wyłącznie małe i średnie firmy. Wymagania? Przełomowy projekt i działający prototyp.

Ostra konkurencja i stosunkowa mała ilość sfinansowanych projektów (na poziomie 4%) nie studzą zapału europejskich firm. Wręcz przeciwnie – w każdym rozdaniu tysiące wniosków napływają z całej Europy. Co sprawia, że SME Instrument jest tak atrakcyjny?

  1. Do 2,5 mln euro bezwrotnego grantu

Nie ma co ukrywać, to właśnie wysokie dofinansowanie do 2,5 mln euro na projekt przyciąga większość firm. Komisja Europejska poszła o krok dalej i jeszcze bardziej zwiększyła atrakcyjność programu dzięki temu, że grantu nie trzeba zwracać. Dostajesz zastrzyk pieniędzy jak od inwestora, ale przy zachowaniu udziałów w firmie oraz kontroli nad nią.

  1. Szybkie decyzje i proste procedury

W SME Instrumencie proces aplikacji i zarządzanie projektem są stosunkowo proste w porównaniu z innymi programami. Firmy cenią sobie jasne kryteria, uproszczony proces składania wniosków i ekspresowe wyniki (często publikowane nawet w ciągu miesiąca). Dla obu stron ważny jest czas- szybszy dostęp do finansowania oznacza rozwój projektu i w konsekwencji także przyspieszone wejście innowacji na rynek oraz zwiększenie innowacyjności Europy.

  1. Zainteresowanie inwestorów

Zdobycie grantu z SME Instrumentu oznacza awans do  czołówki najbardziej innowacyjnych firm w Euopie. Prestiż programu przyciąga także inwestorów krajowych i zagranicznych, dla których dofinanowanie z programu to wyraźny sygnał, że projekt ma realne szanse na komercyjny sukces. Dla wielu startupów zdobycie dotacji jest punktem zwrotnym w ich rozwoju. Grant z SME Instrumentu przyciąga uwagę coraz większych graczy, co przekłada się na inwestycje.

  1. Zapewniona wiarygodność

SME Instrument zapewnia Twojej firmie coś czego nie można kupić: wiarygodność. Prestiż programu, regorystyczny proces weryfikacji firmy i oceny projektu, wsparcie finansowe i coachingowe..To wszystko sprawia, że beneficjenci programu są bardziej wiarygodni w oczach potencjalnych partnerów, pracowników i klientów.

  1. Bezpłatny coaching i networking

Program oferuje wsparcie na wielu poziomach, pomagając Twojej firmie rozwinąć się również poprzez coaching i networking. SME Instrument zapewnia bezpłatne sesje z doświadczonymi trenerami, uczestnictwo w eventach, targach i konferencjach oraz interaktywnych szkoleniach.

Korzyści jakie oferuje SME Instrument znacznie wykraczają poza pomoc finansową. Program zapewnia duże wsparcie, zarówno wizerunkowe jak i merytoryczne, przez co przyciaga coraz więcej startupów, które miały okazję przekonać się, że same pieniądze często nie wystarczają, żeby osiągnąć sukces.

Nie jest łatwo zdobyć dofinansowanie z SME Instrumentu. Konkurencja jest duża, ale istnieje również wiele firm, które zdobyły ten grant. Warto przyjrzeć się naszym polskim przedsiębiorstwom, których pomysły przekonały Komisję Europejską. Innowacyjne projekty takich firm jak Harimata (wykrywanie wczesnych objawów autyzmu u dzieci), Torqway (hybrydowa wersja pojazdu nordic riding), BCAST (platforma do cyfrowej transmisji radiowej w oparciu o usługi w chmurze i urządzenia nadawcze) czy Billon (system natychmiastowych mikropłatności) to tylko kilka przykładów. Przełomowy projekt, dobry plan, ciężka praca i wygrana jest możliwa. Warto skorzystać  z tej szansy.

Michał Gzyl, CEO w Zafiro Solutions

Laureaci konkursu Dyrektor Finansowy Roku 2018

Dyrektor Finansowy Roku 2018Wybitni CFO już po raz trzynasty otrzymali prestiżowe nagrody branży finansowej – tytuł Dyrektor Finansowy Roku. Laureatką Konkursu w kategorii dużych przedsiębiorstw została Katarzyna Ostap-Tomann – Członkini Zarządu ds. finansowych w Cyfrowym Polsacie. W kategorii małych i średnich firm, zwyciężyła natomiast Beata Tomaszewska – Dyrektor Finansowa Parker Poland. W obu kategoriach Kapituła przyznała również wyróżnienia.

2 października 2018 roku, podczas gali Kongresu Dyrektorów Finansowych w warszawskim hotelu InterContinental, odbył się finał XIII edycji Konkursu Dyrektor Finansowy Roku. W trakcie uroczystej ceremonii ogłoszono Laureatów plebiscytu promującego i wyróżniającego osoby zarządzające finansami przedsiębiorstw, które cechują się profesjonalizmem, etyką, skutecznością w działaniu oraz stają się biznesowymi wizjonerami budującymi wymierną wartość firmy.

Kapituła Konkursu analizowała nadesłane przez finansistów zgłoszenia tradycyjnie w dwóch kategoriach: Dyrektor Finansowy Małych i Średnich Firm oraz Dyrektor Finansowy Dużych Przedsiębiorstw. Udział w plebiscycie był całkowicie bezpłatny i nie wiązał się z żadnymi zobowiązaniami ze strony osób zgłaszających swoje dokonania.

W kategorii Dużych Przedsiębiorstw, tytuł Dyrektora Finansowego Roku otrzymała Katarzyna Ostap-Tomann – Członkini Zarządu ds. finansowych w Cyfrowym Polsacie. Została doceniona za najwyższe standardy zarządzania finansami w dużej grupie medialnej. Za konsekwentną, wieloletnią postawę życiową i wybór ścieżki kariery w obszarze finansów, której zwieńczeniem jest samodzielność w podejmowaniu decyzji dotyczących wielomiliardowych kwot, determinujących możliwość rozwoju firmy, z którą jest związana od 10 lat.

W kategorii Małych i Średnich Firm, tytuł Dyrektora Finansowego Roku zdobyła Beata Tomaszewska – Dyrektor Finansowa w firmie Parker Poland. Kapituła przyznała tę nagrodę za doskonałe rozumienie roli CFO w średniej wielkości firmie, profesjonalne zarządzanie obszarem finansów oraz zbudowanie zespołu, którego efektywność wynika z wzajemnego zaufania. Za zdolność do wspierania zarządu firmy w podejmowaniu działań służących dynamicznemu wzrostowi wartości firmy i przekraczaniu kolejnych granic.

W tegorocznej edycji plebiscytu, przyznano również dwa wyróżnienia. W kategorii Małych i Średnich Firm, wyróżnienie otrzymał Zbigniew Dróżdż, Prezes Zarządu i Dyrektor Finansowy spółki Franklin. Kapituła doceniła go za ludzką mądrość i odpowiedzialność w tworzeniu i budowaniu wartości firmy. Za niezwykle ważną i potrzebną umiejętność utrzymywania równowagi między życiem zawodowym i rodzinnym bez uszczerbku dla wyniku finansowego firmy i dynamiki jej rozwoju, za oddanie rodzinie i pracownikom. Z kolei wyróżnienie w kategorii Dużych Przedsiębiorstw otrzymał Adam Pawlak, Dyrektor Finansowy w Moto-Profil. Został doceniony za nowatorskie podejście do finansów, łączące budowanie długofalowych relacji z klientami poprzez inwestycję w ich przedsiębiorstwa, z zapewnieniem rynków zbytu dla produktów i usług firmy i służących jej stabilności finansowej.

Wyboru laureatów dokonała Kapituła Konkursu, składająca się z niezależnych ekspertów:

  • Jakub Wojnarowski Przewodniczący Kapituły – Dyrektor Zarządzający, ACCA Polska i Kraje Bałtyckie
  • Jan Letkiewicz Audytor Konkursu – Partner Zarządzający, Grant Thornton
  • Iwona D. Bartczak – Partner w Business Dialog, Szefowa Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”
  • Paweł Cymcyk – Prezes Związku Maklerów i Doradców
  • Krzysztof Gerlach – Dyrektor Departamentu Zarządzania Makroregionem Centralnym Bankowości Korporacyjnej, mBank
  • Dorota Goliszewska – Redaktor Naczelna, MyCompany Polska
  • Katarzyna Grabowska – Partner w Business Partner, Laureatka Konkursu Dyrektor

Finansowy Roku w kategorii Duże Przedsiębiorstwa – edycja za rok 2012

  • Magdalena Hernandez – Dyrektor Zarządzająca, ACCA Emerging Europe
  • Janusz Jankowiak – Główny Ekonomista, Polska Rada Biznesu
  • Beata Ewa Janowska – Dyrektor Finansowa, Conbelts Bytom, Laureatka Konkursu

Dyrektor Finansowy Roku w kategorii Małe i Średnie Przedsiębiorstwa – edycja za rok 2014

  • Agnieszka Łakoma – Dyrektor Programowa, Centrum Idei Gospodarczo Ekonomicznych
  • Piotr Rybicki – Wiceprezes Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, NadzórKorporacyjny.pl
  • Ewa Sowińska – Zastępca Prezesa Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, Polska Izba Biegłych Rewidentów
  • Tomasz Starus – Członek Zarządu, Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes
  • Tomasz Szeląg – Członek Rady Nadzorczej Grupy Kapitałowej Cyfrowy Polsat, Laureat Konkursu Dyrektor Finansowy Roku w kategorii Duże Przedsiębiorstwa – edycja za rok 2011

W poprzednich edycjach Konkursu statuetka i tytuł Dyrektora Finansowego Roku trafiły do: Adama Pieniackiego – York International (2005), Karen Burgess – TVN (2006), Krzysztofa Zoły – Złomrex (2007), Tadeusza Piotra Kozaczyńskiego – Trakcja Polska (2008), Mariusza Machajewskiego – Grupa Lotos (2009), Sławomira Kubickiego – Grupa Allegro i Grzegorza Grabowicza – Magellan (2010), Tomasza Szeląga – Cyfrowy Polsat i Damiana Bijowskiego – Górnośląskie Towarzystwo Lotnicze (2011), Katarzyny Grabowskiej – Bać-Pol (2012) i Arkadiusza Dorynka – Platige Image (2012), Grzegorza Dzika – Neuca (2013), Bogusława Galusika – Polfurnitur (2013), Marka Gruszeckiego – Quad/Graphics Europe i Beaty Ewy Janowskiej – Conbelts Bytom (2014), Izabela Plewnia – Wawrzaszek Inżynieria Samochodów Specjalnych (2015). Podczas ubiegłorocznej edycji za dokonania w 2016 roku, nagrodę otrzymała: Barbara Baran – Spektrum, Olga Danuta Panek – Famur.

ORGANIZATORZY I PARTNERZY PROJEKTU Dyrektor Finansowy Roku

Organizatorami są: Association of Chartered Certified Accountants (ACCA), Centrum Idei Gospodarczo Ekonomicznych oraz Euler Hermes.

Partnerem strategicznym projektu jest: mBank.

Tegoroczna edycja odbywa się dzięki wsparciu: Canon, Grant Thornton oraz Union Investment TFI.

Partnerami medialnymi są: Dziennik Gazeta Prawna, inwestorzy.tv, MyCompany, money.pl oraz Wirtualna Polska.

Konkurs oraz cykl Kongresów wspierają także: Klub Dyrektorów Finansowych „Dialog”, Fundacja Małych i Średnich Przedsiębiorstw, Krajowa Izba Gospodarcza, Krakowski Klub Biznesowy, Nadzorkorporacyjny.pl, Podkarpacki Klub Biznesu, Polska Izba Biegłych Rewidentów, Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej, Stowarzyszenie Polskich Skarbników Korporacyjnych (PCTA), Regionalna Izba Gospodarcza Pomorza, Regionalna Izba Gospodarcza w Katowicach, Stowarzyszenie Interim Managers oraz Wielkopolska Izba Przemysłowo-Handlowa.

Projekt patronatem medialnym został objęty przez: biznes2biznes.com, Controling i Zarządzanie, Gazetę Małych i Średnich Przedsiębiorstw, Polską Agencję Prasową oraz Polish Market.

Tauron negocjuje kupno pięciu farm wiatrowych należących do grupy in.ventus

TAURON Polska Energia otrzymał 2 października 2018 roku zaproszenie do rozpoczęcia negocjacji w sprawie nabycia pięciu farm wiatrowych należących do grupy in.ventus. Farmy wiatrowe, będące przedmiotem negocjacji, zlokalizowane są w północnej części Polski, a ich łączna moc zainstalowana wynosi około 200 MW.

Celem negocjacji będzie określenie parametrów finansowych i warunków transakcji zakupu. Jej finalizacja będzie uzależniona od uzyskania satysfakcjonujących wszystkie strony wyników negocjacji.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Grupa TAURON dąży do dywersyfikacji segmentu odnawialnych źródeł energii. W przypadku zakupu przedmiotowych farm podwoimy nasze moce wytwórcze w technologii wiatrowej. Jestem przekonany, że powiększenie portfela o tego typu aktywa przyniesie korzyści Grupie TAURON i jej interesariuszom – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. – Zainteresowanie tymi aktywami wpisuje się bezpośrednio w Strategię Grupy TAURON i w globalny trend rozwoju odnawialnych źródeł energii – dodaje.

Farmy wiatrowe, objęte przedmiotem transakcji, zlokalizowane są na północy Polski w województwach kujawsko-pomorskim, zachodniopomorskim oraz warmińsko-mazurskim i obejmują 82 turbiny.

O podpisaniu prawnie wiążącej dokumentacji dotyczącej transakcji lub o zakończeniu negocjacji dotyczących transakcji w inny sposób, TAURON poinformuje w najbliższych miesiącach.

Proekologiczna aktywność

Grupa TAURON posiada już wśród swoich aktywów wytwórczych 34 elektrownie wodne, cztery farmy wiatrowe i trzy bloki biomasowe. Obecnie łączna moc zainstalowana w odnawialnych źródłach energii należących do Grupy TAURON to 439 MW.

Wydatki na inwestycje proekologiczne Grupy TAURON w latach 2016-2017 wyniosły ponad 650 milionów zł. Większość z nich przyczyniła się do poprawy efektywności wysokosprawnych i niskoemisyjnych aktywów wytwórczych, minimalizacji strat sieciowych, promowania ciepła systemowego, rozwoju gospodarki obiegu zamkniętego, wspierania e-mobilności i przechodzenia klientów na coraz bardziej przyjazne środowisku źródła ciepła.

W zależności od kształtu rynku mocy i ustawy kogeneracyjnej, jak i nowelizacji ustawy o OZE, Grupa rozważy różne scenariusze inwestycyjne m.in. akwizycje w segmencie OZE i ciepłownictwie oraz własny projekt morskiej farmy wiatrowej.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – wrzesień 2018 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 20,0% rdr do 21,9 mld zł we wrześniu 2018 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 1,7% rdr
    do poziomu 720,3 tys. szt. we wrześniu 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 145,7% do poziomu
    30,8 TWh we wrześniu 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym r. o 39,6% rdr do 19,4 TWh we wrześniu 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 9,3% do 4,1 TWh we wrześniu 2018 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 25,2 mld zł we wrześniu 2018 r., czyli o 28,7% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła we wrześniu 2018 r. o 20,0% rdr do poziomu 21,9 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła we wrześniu 2018 r. poziom 1,1 mld zł o 26,0% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec września 2018 r. wyniosła 58 974,76 pkt i była o 8,3% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect we wrześniu 2018 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 6,1% rdr do poziomu 114,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect we wrześniu spadła o 6,5% rdr i wyniosła 102,6 mln zł.

We wrześniu 2018 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 720,3 tys. szt., o 1,7% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na waluty wzrósł o 3,6% do poziomu 135,8 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 83,1 mld zł na koniec września 2018 r. wobec 68,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku[3]. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła we wrześniu 2018 r. o 32,8% rdr do poziomu 154,5 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w sierpniu tego roku 40,5 mld zł i była o 36,5% niższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym we wrześniu 2018 r. wyniósł 30,8 TWh, co oznacza wzrost o 145,7% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 167,4% rdr do poziomu 28,6 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł we wrześniu 2018 r. 19,4 TWh, o 39,6% więcej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 39,2% do poziomu 0,9 TWh. Na rynku terminowym odnotowano natomiast wzrost o 48,5% do poziomu 18,6 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[4], na rynku spot wyniósł we wrześniu 2018 r. 4,1 TWh, co oznacza wzrost o 9,3% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 71,0% rdr osiągając we wrześniu 2018 r. poziom 17,5 ktoe[5].

We wrześniu 2018 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, w porównaniu do 21 sesji rok wcześniej.

Kapitalizacja 421 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec września 2018 r. 624,62 mld zł (146,23 mld EUR). Łączna kapitalizacja 470 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec września tego roku 1 235,93 mld zł (289,35 mld EUR).

Na NewConnect we wrześniu 2018 r. zadebiutowała spółka Medinice o wartości oferty 4,88 mln zł.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)

[3] Od 3 stycznia 2018 r. w związku z wejściem MiFID 2 obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) są kwalifikowane jako obligacje skarbowe, a obligacje EBI jako obligacje komunalne. W związku z tym dane o wartości emisji obligacji nieskarbowych z poprzednich komunikatów obrotowych są nieporównywalne z danymi prezentowanymi w tym komunikacie.

[4] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[5] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Jak skutecznie umawiać spotkania przez telefon z klientami ubezpieczeniowymi

Jak skutecznie umawiać spotkania przez telefon z klientami ubezpieczeniowymiJak mówi Marcin Kowalik – organizator jedynej w Polsce internetowej konferencji dla profesjonalistów ubezpieczeniowych Szczytu Ubezpieczeniowego – umawianie spotkań z klientami jest dla agentów ubezpieczeniowych największym wyzwaniem.

Wskazują na to wyniki kilku niezależnych ankiet które przeprowadzałem wśród agentów ubezpieczeniowych czytających moje publikacje. Wielu doradców mówi to też wprost na szkoleniach które prowadzę.

Umawianie spotkań przez telefon oraz zimne telefony ubezpieczeniowe są dla nich największym problemem.

– tłumaczy Kowalik.

Doświadczony trener sprzedaży – prelegentem Szczytu Ubezpieczeniowego

Warto więc wsłuchać się w potrzeby agentów ubezpieczeniowych. Dlatego też kolejną prelegentką Szczytu Ubezpieczeniowego 2018 będzie Izabela Krejca-Pawski, doświadczony trener sprzedaży.

Autorka książek „Elastyczne Zarządzanie Czasem” i „Sprzedaż. Tylko sprawdzone techniki” oraz licznych artykułów w czołowych magazynach dedykowanych sprzedaży i obsłudze klienta.

Jako trener od 6 lat zajmuje się zwiększaniem wyników i poprawianiem jakości pracy szkolonych osób.

Jak skutecznie umawiać spotkania w branży ubezpieczeniowej

Podczas Szczytu Ubezpieczeniowego 22.11.2018 prelegentka przedstawi prelekcję na temat „Jak skutecznie umawiać spotkania. Jak unikać 3 najczęstszych błędów w branży ubezpieczeniowej.”

Szczyt Ubezpieczeniowy to jedyna w Polsce internetowa konferencja dla profesjonalistów ubezpieczeniowych. Rok temu udział w niej wzięło ponad 500 profesjonalistów ubezpieczeniowych. 

Każdy może zdobyć darmowy bilet pozwalający obejrzeć bezpłatnie wszystkie prelekcje video 22.11.2018 przez 24 godziny.

VIP VIDEO 2018 natomiast gwarantuje dożywotni dostęp do wszystkich prelekcji video z edycji 2018.

Ceny VIP VIDEO 2018 będą się zmieniały z czasem:

do 22.11:          97 zł
22.11 – 29.11: 147 zł
30.11 – 10.12: 197 zł
od 11.12:         297 zł

Uczestnicy Szczytu mogą zdobyć wiedzę na tematy:

  • jak zdobywać więcej leadów ubezpieczeniowych
  • jak skutecznie domykać sprzedaż
  • jak zdobywać klientów z polecenia
  • jak stworzyć markę osobistą agenta i stać się autorytetem
  • jak pracować mądrze i znaleźć balans między pracą a rodziną

Obecnie swój udział w Szczycie Ubezpieczeniowym 2018 potwierdzili prelegenci:
Dr Filip Przydróżny, Michał Hładki, Izabela Krejca–Pawski, Waldemar Poberejko,  Marcin Rzetecki, Marcin Konopka.

Darmowe bilety na Szczyt Ubezpieczeniowy 2018 można zdobyć pod tym linkiem opisującym prelekcję Izabeli Krejca-Pawski o umawianiu spotkań przez telefon.

Liczba biletów jest ograniczona.

Kurs euro zyskuje po doniesieniach prasowych. Dziś decyzja RPP

Startuje nowy dzień, ale temat pozostaje ten sam: Włochy. Tym razem jednak rynki za dobrą monetę przyjmują deklarację Rzymu, że deficyt budżetowy będzie się kurczył, co daje nadzieję na wczesne zażegnanie sporu z Brukselą. EUR odbija, poprawia się apetyt na ryzyko. Na jak długo?

Rano EUR skoczyło po doniesieniach z włoskiej prasy, według której włoski rząd jest gotowy na ustępstwa wobec krytyki UE i zobowiąże się do obniżenia deficytu do 2 proc. PKB do 2021 r., zamiast podtrzymać deficyt na 2,4 proc. Projekt budżetu ma teraz zakładać 2,4 proc. w 2019 r. i 2,2 proc. w 2020 r. Co na pierwszy rzut oka wygląda na krok w dobrą stronę, jeszcze niczego nie gwarantuje. Poznaliśmy zaledwie zarys planu, nie znamy szczegółów, a co najważniejsze, nie wiemy jakie wzbudzi to komentarze z włoskiej sceny politycznej. Wszak dopiero co wczoraj mogliśmy usłyszeć, że Włochom lepiej byłoby bez UE. Poza tym deficyt na poziomie 2 proc. wciąż jest duży, szczególnie dla kraju z długiem publicznym prawie 140 proc. PKB. I na ile Bruksela uwierzy w zapewnienia Rzymu, albo jaką ma gwarancję, że draft budżetu na lata 2020-2021 nie będzie ponownie przepisany z wyższym deficytem? Ostateczny projekt budżetu ma być przesłany 15 października, a parlament włoski będzie nad nim głosował dopiero w grudniu. Stąd, choć dzisiejsza poprawa nastrojów jest uzasadniona, nie do wykluczenia są nowe, nagłe zwroty akcji. Z perspektywy EUR ważne jest, że EUR/USD nie złamał wczoraj 1,15 i dziś jesteśmy prawie figurę wyżej. Kolejny raz sprzedający dali się „wrobić” w zwiększanie pozycji na niskich poziomach z nadzieją na wyłamanie. Przy braku powrotu spadków, poziom frustracji będzie wzrastać i pokrywanie krótkich pozycji może być prostą siłą do odbicia. Ale nic nie jest pewne, kiedy ryzyko polityczne jest głównym motorem zmienności.

Po polu minowym posianym nagłówkami prasowymi porusza się też GBP. Dziś kończy się doroczny zjazd Partii Konserwatywnej, gdzie premier May będzie bronić tzw. plan Chequers, tj. projekt ustaleń dla opuszczenia UE. Jej zadanie nie będzie proste, gdyż May znajduje się pod presją czasu oraz krytyką, także z własnej partii. Wczoraj były minister spraw zagranicznych Boris Johnson wprawdzie wezwał do poparcia premier May, ale z drugiej otwarcie skrytykował Chequers. Boris wychodzi na osobę chcącą jednoczyć Torysów, co jest sprytną zagrywką w obliczu potencjalnych zamiarów przejęcia przywództwa w partii w niedalekiej przyszłości. Jednocześnie postawił premier May w trudnej sytuacji przed jej jutrzejszym wystąpieniem – May będzie musiała jasno się określić, gdzie stoi w temacie formy Brexitu? May musiałaby znaleźć złoty środek, który zadowoli wszystkich. Problem w tym, że w przeszłości nigdy niczym takim nie zaskoczyła.

Dziś w kalendarzu z Polski mamy decyzję RPP, po której zapewne kolejny raz usłyszymy, że poziom stóp procentowych nie zmieni się do 2020 r. Prawdopodobnie w obliczu słabego PMI i niższego odczyt CPI na początku tygodnia pojawiają się pytania, jak dane zmieniają perspektywy polityki pieniężnej. Wątpimy jednak, aby Rada miała diametralnie zmieniać strategię na podstawie danych z jednego miesiąca, więc status quo jest pozostaje bazowym scenariuszem. Złoty w dalszym ciągu podlega pod nastroje na rynkach zewnętrznych i uspokojenie wokół Włoch daje moment oddechu i przystanek przy 4,29. Ryzyka są jednak asymetryczne z większymi szansami na powrót ponad 4,30.

Poza tym pod lupą będą PMI dla usług z Wielkiej Brytanii, raport ADP o zmianie zatrudnienia i ISM dla usług z USA. Ropa naftowa czeka na raport DoE o zapasach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aktualne stawki wynagrodzeń w sektorach farmaceutycznym oraz sprzętu medycznego

Dynamika i konkurencyjność branży farmaceutycznej oraz technologii medycznych powoduje, że rekrutacja zaangażowanych i wysoce wykwalifikowanych pracowników jeszcze bardziej zyskała na znaczeniu. Monika Kaźmierczak, manager w zespole Healthcare & Life Sciences w firmie rekrutacyjnej Michael Page, analizuje potrzeby firm z tych obszarów oraz omawia możliwe wynagrodzenia.    

Potrzeba potencjału przywódczego

Zgodnie z raportem firmy IQVIA w 2017 r. rynek farmaceutyczny w Polsce wart jest ponad 38 mld zł, co oznacza 4,9 proc. wzrost rok do roku. Z kolei wg danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju (MIiR) szacunkowa wartość polskiego rynku sprzętu medycznego to ok. 9,1 mld złotych.

Z uwagi na wartość tych rynków nie dziwi fakt, że MIiR uwzględniło producentów leków i wyrobów medycznych w Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, jako ważne obszary dla krajowej gospodarki. Branże te nieustannie stoją przed wymogiem zwiększonej efektywności z naciskiem na badania i rozwój, a przy tym muszą być elastyczne pod kątem pojawiających się regulacji oraz zmian wynikających z nowoczesnych technologii – mówi Monika Kaźmierczak manager w zespole Healthcare & Life Sciences w Michael Page. – Wszystko to wpływa na fakt, że oprócz potencjału kompetencyjnego i eksperckiego rozumianego jako umiejętność wykonania danej pracy tu i teraz, firmy coraz większą uwagę zwracają na zdolności przywódcze oraz zaangażowanie i zbieżność aspiracji kandydata z wizją firmy. Umiejętność wyłonienia takiej osoby z pasywnego rynku pracownika oraz profesjonalnie i sprawnie poprowadzony proces rekrutacji wpływa na to, czy kandydaci finalnie decydują się na zmianę zawodową– wskazuje ekspertka.

Atrakcyjne wynagrodzenia i benefity

Wśród kandydatów poszukiwanych na rynku farmaceutycznym są m.in. doradcy medyczni z naciskiem na osoby w terenie współpracujące ściśle z działami komercyjnymi oraz managerowie ds. medycznych, a także eksperci ds. refundacji i kontaktów instytucjonalnych, co wynika z coraz bardziej nasyconego nowoczesnymi terapiami rynku, dużego wzrostu rejestracji w amerykańskiej Agencji Żywności i Leków oraz Europejskiej Agencji Leków, a także ograniczonego budżetu ochrony zdrowia i zawiłości przepisów regulacyjnych w Polsce.

Opracowany przez ekspertów Michael Page przegląd płac wskazuje, że zarobki doradcy medycznego zaczynają się na poziomie 12 tys. zł brutto, a mogą wynieść 20 tys., co uzależnione jest od posiadanego doświadczenia. Do miesięcznego wynagrodzenia należy także doliczyć bonusy wynoszące między 20-30 proc. oraz samochód służbowy lub ekwiwalent. Pensja osoby na stanowisku Medical Sciences Liaison to natomiast przedział między 10-15 tys. zł brutto oraz bonusy na poziomie 10-20 proc. Wynagrodzenie kierownika ds. medycznych to z kolei 15-22 tys. zł plus premia w wysokości 20-25 proc., auto oraz dodatkowe benefity – wymienia Monika Kaźmierczak. – Tymczasem osoba pełniąca funkcję managera w dziale refundacji może liczyć na wynagrodzenie w przedziale 18-25 tys. zł brutto oraz bonusy wynoszące 20-25 proc. i służbowy samochód czy też ekwiwalent. Należy także zaznaczyć, że coraz więcej pracowników z doświadczeniem w tym dziale obejmuje role w zarządach. Warto też wspomnieć, że w kwestii dodatków do wynagrodzenia na rynku farmaceutycznym w mniejszych organizacjach, pracownicy mogą także otrzymać pakiet firmowych akcji – dodaje ekspertka Michael Page.

Otwarcie na osoby spoza branży w sektorze sprzętu medycznego  

Na rynku sprzętu medycznego, który do niedawna charakteryzował się wysokim poziomem hermetyczności w przepływie pracowników, a niska rotacja i wieloletni staż pracy były siłą firm z uwagi na bardzo relacyjny i regulowany rynek, nastąpiła widoczna zmiana. W obliczu konieczności poszukiwania przez firmy nowych rozwiązań, zwłaszcza w sposobie sprzedaży ich produktów, sektor urządzeń medycznych otworzył się na rekrutację pracowników z takich branż jak farmacja, biotechnologia czy też innych obszarów, w których ważne jest doświadczenie w sprzedaży przetargowej oraz znajomość prawa zamówień publicznych.

Jednymi z najbardziej poszukiwanych ekspertów w tym obszarze są Kierownicy Produktu, których zarobki w zależności od doświadczenia mogą wynieść od 10 do 18 tys. zł brutto. Wynagrodzenie Kierowników Regionalnych w sprzedaży waha się z kolei między 8 a 14 tys. zł brutto miesięcznie. W firmach widoczne jest także zapotrzebowanie na specjalistów ds. produktu z wiedzą techniczną, wspierających często dział serwisu , których pensja zaczyna się od 6,5 tys. zł brutto, a może wynieść 10 tys. zł brutto. W przypadku Kierowników Produktu i Kierowników Regionalnych należy doliczyć bonusy wynoszące 15-25 proc. oraz samochód służbowy lub ekwiwalent.

Ewolucja w podejściu firm z sektora urządzeń medycznych do zarządzania talentami wymaga przełamania dotychczasowych schematów i mentalności, ale zarządzający tymi spółkami w Polsce potwierdzają skuteczność wprowadzania „świeżego” spojrzenia do zespołów, co dodatkowo wspiera procesy zmiany w organizacji i przyczynia się do większej skuteczności  – zauważa Monika Kaźmierczak.

Czyja to wina? Kiedy sprawca wypadku jest jednocześnie jego ofiarą

W Polsce doszło do ponad 32,8 tys. wypadków drogowych w 2017 r. (dane za Komendą Główną Policji). Statystyki są bezwzględne, mimo że z roku na rok wypadków jest coraz mniej (w ostatnim dziesięcioleciu ich liczba spadła o ponad 16 tys. rocznie), to liczba ofiar jest i tak wysoka. W 2017 r. w wyniku takich zdarzeń zmarło 2,8 tys. osób, a rannych zostało 39,5 tys.

Wypadek drogowy może zmienić życie o 180 stopni, jednak osoby poszkodowane mogą starać się o odszkodowanie za takie zdarzenie. Warunek jest jeden – nie można być sprawcą wypadku! Z przyczyn oczywistych sprawca nie ma szans na odszkodowanie. Jednak życie pisze różne scenariusze. Co wtedy, kiedy wina jednej strony nie jest oczywista?

Wymieniał koło na autostradzie i… zginął

Pan Andrzej* złapał gumę na autostradzie, nie miał wyjścia – musiał zatrzymać się w miejscu niedozwolonym. Wymiana dotyczyła koła lewego, więc strony bliżej pasa ruchu. Doszło do wypadku i to śmiertelnego – potrąciła go ciężarówka. Całą winą za wypadek obarczono Pana Andrzeja, a prokuratura umorzyła śledztwo. Jednak żona zmarłego przekazała sprawę do kancelarii odszkodowawczej Auxilia.

Kierowca samochodu dostawczego jechał pojazdem przeładowanym o ponad tonę. Poza tym we krwi kierowcy pojazdu ciężarowego została wykryta obecność dopalaczy. – mówi Kamila Barszczewska, Wiceprezes Zarządu spółki Auxilia – Dlatego współpracująca z nami kancelaria prawna zgłosiła zarzuty do opinii biegłych i złożyła zażalenie na umorzenie śledztwa. Kolejne ekspertyzy  wykazały, że obecność substancji odurzającej we organizmie kierowcy miała znaczny wpływ na jego czas reakcji i stan psychofizyczny. – dodaje.

Ostatecznie bliscy zmarłego doczekali się sprawiedliwego wyroku, bo proces wykazał, że winnym  spowodowania wypadku jest również kierowca ciężarówki, który został skazany prawomocnym wyrokiem.

Jazda na podwójnym gazie

Jeśli kierowca prowadzi auto na podwójnym gazie, to wina wydaje się oczywista. Ale co wtedy, kiedy obaj kierowcy znajdują się pod wpływem alkoholu? Po czyjej wówczas stronie leży odpowiedzialność?

Do takiej sytuacji doszło w centralnej Polsce, gdzie zderzyły się dwa samochody osobowe. W wyniku wypadku jeden z kierowców zmarł. Po fakcie okazało się, że obaj prowadzący byli nietrzeźwi. Jednak prokuratura obarczyła winą tylko jednego, twierdząc że zjechał na przeciwny pas ruchu.

Dopiero interwencja pełnomocnika rodziny zmarłego spowodowała ponowne ekspertyzy biegłych. Biegli ustalili, że obaj kierowcy znajdowali się za blisko osi jezdni. Ostatecznie sąd orzekł, że winę ponoszą obie strony zdarzenia, a nie tylko zmarły kierowca.

Trudno jest usprawiedliwiać zmarłego kierowcę. Zasiadł za kółkiem z promilami we krwi. I to jest fakt. Jednak dzięki sprawiedliwemu rozstrzygnięciu sprawy karnej, jego bliscy mogą starać się o zadośćuczynienie za śmiertelny wypadek.

Nie zapiął pasów i jechał z pijanym kierowcą – czy to jego wina?

17-letni Piotrek wracał z imprezy zakrapianej alkoholem jako pasażer samochodu osobowego. Sam również znajdował się pod wpływem. Być może dlatego nie zapiął pasów bezpieczeństwa. Kiedy doszło do wypadku i auto uderzyło w przydrożne drzewo, wypadł z pojazdu. Zmarł w wyniku doznanych obrażeń. Jak się okazało, kierowca posiadał 2 promile alkoholu we krwi.

W sprawach o określenie przyczyn wypadku i określenie odpowiedzialność za wypadek ustala się swego rodzaju proporcje odpowiedzialności. Kto, w jakim stopniu przyczynił się do wypadku bądź doznanych w jego efekcie obrażeń. W tym przypadku zakład ubezpieczeń likwidując szkodę, uznał aż 80% przyczynienia do wypadku po stronie zmarłego.

Podczas rozprawy sądowej o zadośćuczynienie dla rodziców, sąd obniżył przyczynienie do 65%, uznając winę Piotrka za niezapięcie pasów oraz świadomą jazdę z pijanym kierowcą. Jednak prowadzący sprawę adwokat nie poprzestał na tym i złożył apelację od wyroku.

Kolejne opinie biegłych wykazały, że nawet zapięte pasy nie uchroniłyby przed śmiertelnym skutkiem uderzenia w drzewo. Sąd przychylił się ostatecznie do argumentacji, że Piotrek niekoniecznie wiedział, iż jego kolega znajduje się pod wpływem alkoholu, zaś niezapięcie pasów nie miało żadnego wpływu na zakres obrażeń pasażera.

Ostatecznie sąd uznał odpowiedzialność zmarłego w zaledwie 30% a nie w 80 %, jak  przyjął zakład ubezpieczeń. Dzięki takiemu rozstrzygnięciu rodzice otrzymali 140 tys. zadośćuczynienia zamiast uznanych pierwotnie przez ubezpieczyciela 8000 zł.

Istotne jest ustalenie odpowiedzialności za wypadek

Dlaczego tak istotne jest określenie winy czy współwiny uczestników wypadku? Szczególnie wtedy, kiedy jeden z uczestników zmarł. Przecież i tak nie jesteśmy w stanie pomóc mu w żaden sposób.

Możemy jednak pomóc rodzinie zmarłej w wypadku osoby. Przede wszystkim chodzi o poczucie sprawiedliwości. Poza tym określenie winnego ma znaczenie dla prowadzonych procesów sądowych dotyczących uzyskania odszkodowań czy zadośćuczynienia dla bliskich osób zmarłych. Sprawca oraz jego rodzina nie ma prawa do uzyskania takich roszczeń. – wyjaśnia Kamila Barszczewska, Wiceprezes Zarządu Auxilia S.A.

Nie zawsze jednoznaczne określenie sprawcy wypadku jest łatwe, ani oczywiste. Bywają i takie sytuacje, w których sprawca jest jednocześnie ofiarą, a wina rozkłada się na wszystkich uczestników wypadku. Dlatego sprawy karne prowadzone po wypadkach samochodowym rozgrywają się w oparciu o opinie biegłych, obie strony postępowania szukają dowodów i przedstawiają swoje racje.

Warto wówczas zwrócić się do wyspecjalizowanej kancelarii odszkodowawczej, która rozpozna sprawę i podejmie decyzję o prowadzeniu lub nie sprawy karnej. Należy pamiętać, że wygrana sprawa karna otwiera drogę do postępowania mającego na celu uzyskanie często bardzo wysokiego odszkodowania bądź zadośćuczynienia za straty poniesione  w wyniku wypadku drogowego.

Auxilia już od 15 lat wspiera osoby poszkodowane w wypadkach oraz pomaga ich bliskim uzyskać zadośćuczynienie i rekompensatę za poniesione krzywdy. W tym okresie jej pracownicy obsłużyli 6 tys. spraw, a łączna kwota wypłaconych z tego tytułu odszkodowań wynosi 280 mln zł. Od 2016 roku Auxilia jest notowana na rynku New Connect prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych S.A.

* Dane osobowe wymienionych w tekście uczestników wypadków zostały zmienione.

Co daje PPK w porównaniu do OFE?

Pracownicze Plany Kapitałowe to zupełnie inny system niż Otwarte Fundusze Emerytalne. W ustawie o OFE było zapisane, że jest to część powszechnego, publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. Sposób ich finansowania pochodził z podziału składek płaconych z tego właśnie tytułu.

– PPK są systemem w pełni dobrowolnym i prywatnym. Gwarancja prywatności środków wpisana jest jasno w ustawie. Najlepszym tego potwierdzeniem ich bezpieczeństwa jest możliwość wypłacenia ich w dowolnym momencie – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju – To, co wpłacamy oraz część, którą dokłada pracodawca – po potrąceniu dopłat ze strony budżetu państwa (ich przeznaczeniem są świadczenia emerytalne), można w każdej chwili wypłacić. Możliwe jest także pobranie ich po ukończeniu 60-tego roku życia. OFE nie oferowało takich rozwiązań. Pracownicze Plany Kapitałowe są naszym prywatnym systemem dodatkowego oszczędzania długoterminowego. Możemy robić to w depozytach, PPK czy w IKE. Sądzę, że dzięki PPK wzrośnie oferta różnych form gromadzenia środków na przyszłość dla osób pracujących – dodał Borys.

RPP bez zmian? Ceny w Turcji wystrzeliły

Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie powinno zmienić stóp procentowych. Włosi idą powoli na ustępstwa w sprawie polityki budżetowej. Turecka inflacja wśród 10 najwyższych na świecie.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce

Dzisiaj odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Decyzja w sprawie stóp procentowych zdaniem niemal wszystkich analityków powinna okazać się formalnością. Są oni zgodni, że stopy nie zmienią się, nie tylko na dzisiejszym spotkaniu ale również na kilku kolejnych. Inflacja wciąż pozostaje poniżej celu inflacyjnego co powoduje, że nie ma presji na zwiększanie kosztu pieniądza. Taki ruch mógłby zdusić bardzo dobry wzrost gospodarczy. Wiele osób wskazuje, że stopy zaczną rosnąć dopiero gdy podobny ruch rozpoczną w Unii Europejskiej. Z kolei patrząc na beztroskę budżetową Włochów dzień kiedy to się zacznie znów się oddala.

Włosi niby uginają się pod naciskiem Unii

Rząd w Rzymie po krytyce spowodowanej podwyższeniem deficytu budżetowego na 2019 rok trzykrotnie zobowiązał się na lata 2020 i 2021 obniżyć go. Zmiana ma wynieść odpowiednio 0,2% i 0,4%. W rezultacie zamiast jak wcześniej niecałego procenta zobaczymy odpowiednio 2,2% i 2,0%. Nawet jeżeli politycy odnotowują to jako sukces inwestorzy wiedzą swoje. Miernikiem ich zaufania jest koszt na jaki pożyczają Włochom kapitał. Na początku tygodnia okazało się, że jest to już droższe niż w przypadku Polski pomimo niższych stóp procentowych. W ciagu tygodnia zresztą koszt ten wzrósł o 0,5%. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to biorąc pod uwagę zadłużenie Włoch na ponad 130% PKB łatwo można oszacować ile dodatkowo będzie ich kosztować obsługa długu.

Turcja znów straszy

Po tym jak lira turecka gwałtownie straciła na wartości stało się to czego spodziewała się większość analityków. Gwałtownie w górę skoczyła inflacja. Powód jest prosty. Słaba waluta, to drogie towary importowane i wsparcie dla eksportu. W rezultacie wielu przedsiębiorców podniosło ceny na rynek krajowy mogąc korzystnie sprzedać za granicę. Wzrost cen wynosi już niemal 25% w skali roku. Jest to 8 najgorszy wynik na świecie, co nie brzmi tak źle, jak nie spojrzy się jakie państwa są powyżej. W rezultacie tych danych doszło zresztą do dalszego osłabienia liry.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 16:00 – Polska – konferencja po posiedzeniu RPP.

Do tego warto zwrócić uwagę, że dzisiaj Rumunia również zadecyduje o zmianie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rolnicy dostają zbyt mało za warzywa i owoce. Jednocześnie w sklepach jest za drogo

Blisko 80% konsumentów uważa, że producenci warzyw i owoców otrzymują w skupie zbyt mało za swoje plony. Jednocześnie klienci oczekują niższych cen w sklepach. Dodatkowo, ponad 60% ankietowanych stwierdza, że sieci handlowe za dużo zarabiają na sprzedaży tego typu produktów względem tego, ile płaci się za nie rolnikom. Zdaniem ekspertów, łatwo jest uznać, że ktoś na nich „żeruje”. Ludziom zwyczajnie brakuje wiedzy na temat nowoczesnego handlu. Nabywcy towarów nie zdają sobie sprawy z tego, że niewielkie dochody wytwórców są efektem rozdrobnienia produkcji, jej obsługi, logistyki, a także niskiej siły negocjacyjnej tej grupy zawodowej. Takie wnioski przynosi badanie Hiper-com Poland oraz zarządcy aplikacji mobilnej Blix.  

Niskie ceny w skupach

– Opinia o krzywdzie rolników jest wyrazem pewnego stanu świadomości społecznej, która ma mniejszy związek z byciem konsumentem, niż z faktem odbierania komunikatów politycznych i medialnego funkcjonowania tej grupy zawodowej. Ukryty postulat, by więcej płacić producentowi, uderza więc hipotetycznie w portfel klienta, co ma swoją przyczynę w moralizatorskim, a nie w ekonomicznym przekazie publicznym. Nabywca towaru nie może samodzielnie zweryfikować jego treści – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Z kolei według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy Mobilnej Qpony-Blix, postrzeganie przez konsumentów faktu, iż rolnicy otrzymują zbyt małe kwoty za płody rolne, wynika z dwóch zasadniczych przesłanek. Po pierwsze klienci uważają polskie warzywa i owoce za produkty wysokiej jakości, a po drugie cenią ich ciężką pracę i podejmowane ryzyko biznesowe, m.in. związane z pogodą.

– Wygląda na to, że prasa i telewizja, a także rodzinne opowieści przekonują konsumentów o zaniżaniu cen w skupach. Gdy porównujemy je z kosztami zakupu produktów w sklepach, rzeczywiście różnice są bardzo duże. Niedawne protesty rolników oraz dodatkowe kontrole UOKiK tym bardziej zwracają uwagę na całą sprawę – tłumaczy Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Polska.

Nabywcy użalają się nad losem rolników otrzymujących groszowe kwoty za warzywa i owoce, ale z drugiej strony oczekują niższych cen w sklepach. Według dr. Marii Andrzeja Falińskiego, decyduje o tym potoczna świadomość, oparta o stereotypy i uproszczenia, odwołujące się zwyczajnie do emocji. A komentarz ekonomiczny jest przez tzw. przeciętnego odbiorcę odrzucany, ponieważ powoduje dyskomfort emocjonalny.

– Warto też zauważyć, że solidarność z rolnikami często kończy się wtedy, kiedy polski konsument ma finalnie zapłacić więcej za warzywa i owoce. Oczekiwania co do jeszcze niższych cen tego typu asortymentu tworzą narastającą presję wśród sieci handlowych. A to bezpośrednio i w sposób konsekwentny odbija się na zarobku producentów – uważa Marcin Lenkiewicz.

W sklepach za drogo

Zdaniem Huberta Majkowskiego, poczucie społecznej więzi z rolnikami wynika z faktu, że przez dziesiątki lat klienci kupowali warzywa i owoce na lokalnych targowiskach i bazarach lub w inny sposób, np. bezpośrednio od producentów. Jednak obecnie to się mocno zmieniło, pojawili się pośrednicy, uznawani za kombinatorów, chętnych do maksymalizacji zysków kosztem rolników i konsumentów. I rzeczywiście, takie praktyki na rynku się zdarzają. Gdy klient porównuje cenę w skupie z wielokrotnie droższymi ofertami w sklepach, obwinia za to m.in. wielkie sieci handlowe.

– Aż 61% ankietowanych uważa, że sieci handlowe zbyt dużo zarabiają na sprzedaży owoców i warzyw w stosunku do stawek w skupach. Tylko 13% respondentów ma odmienne zdanie na ten temat. Pozostali nie potrafią tego osądzić lub nie interesują się tą sprawą. Polacy tak samo troszczą się o rolników, jak i o zasobność własnych portfeli. Z jednej strony nie chcą wydawać więcej na ich produkty, a z drugiej – chcieliby, aby duży biznes stawiał na odpowiedzialność społeczną – twierdzi Marcin Lenkiewicz.

Natomiast ekspert z Hiper-com Poland wskazuje, że w związku z bliskim kontaktem konsumentów ze sklepami są one bezpośrednio obciążane złym wizerunkiem za ceny warzyw i owoców. Jednak należy zauważyć także to, że 22% badanych nie potrafi stwierdzić, czy sprzedawcy detaliczni rzeczywiście zarabiają za dużo. Wiadomo jaka jest cena na wejściu w skupie i jaka na wyjściu, ale nie znamy zysków kolejnych ogniw, tj. wszelkiego rodzaju pośredników. A to powoduje realny problem rzetelnej oceny tej sytuacji.

– Nowoczesny handel stał się medialnym chłopcem do bicia. Zrozumienie kosztów w łańcuchu dostaw u producenta, pośrednika, logistyka, handlowca i konieczności uwzględnienia strat w świeżych produktach nie jest proste. Łatwiej uznać, że ktoś się obłowił albo żeruje. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że niskie stawki dla rolników to skutek rozdrobnienia produkcji, jej obsługi, logistyki, a także niskiej siły negocjacyjnej i braku efektywnej organizacji producenckiej – informuje dr Faliński.

Powinno być taniej?

Kolejny wynik pokazuje, że 80% ankietowanych oczekuje obniżenia cen przez sieci handlowe, skoro rolnicy otrzymują zbyt niskie stawki za plony. W opinii Huberta Majkowskiego, takie wnioski są prawidłowe. Wytwórcy powinni zarabiać na swojej produkcji, a nie sprzedawać po tzw. kosztach, gdy w tym samym czasie pośrednicy na tym zarabiają. Ekspert podkreśla, że powinno się wprowadzić kontraktację przed sezonem, zamiast określania cen w danym dniu, co wymusza sprzedaż po narzuconych wartościach. Dotyczy to przede wszystkim trudnych w przechowywaniu warzyw i owoców. Country Manager Hiper-com Polska uważa również, że sieci handlowe mają swój udział w dyktacie cen, ale ważniejsze jest zrozumienie, co się dzieje z towarem pomiędzy producentem a detalistą. A o tym już mało kto wspomina.

– Opinia badanych potwierdza absurdalność potocznego myślenia. Rozproszony rynek producentów, w zderzeniu ze skoncentrowanym rynkiem odbiorców, głównie przetwórców, reaguje niską ceną, szczególnie w warunkach nadprodukcji. Polityka rolna, zamiast planować wolumen produkcji, komponować ją z koniecznym importem i kreować skonsolidowane jednostki produkcyjne, brnie w dopłaty, odszkodowania i inne instrumenty – szczególnie w okresach przedwyborczych. Niestety trend polityczny i stan prawny rozwija się w odwrotnym kierunku, a problemy propagandowo przykrywane są agrarystycznym, plebejskim moralizatorstwem – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński.

Łącznie tylko 9% ankietowanych stwierdza, że sieci handlowe nie powinny obniżać swoich cen. W sumie 11% nie ma zdania na ten temat lub nie interesuje się sprawą. Jednak, jak podsumowuje Marcin Lenkiewicz, dla większości Polaków koszty zakupów mają ogromne znaczenie. Dominuje oczekiwanie, żeby zawsze były jak najmniejsze. To po części wynika z oszczędności, ale także z braku powszechnej wiedzy o prawach rządzących rynkiem. Ekspert nie przewiduje, aby pod wpływem opinii klientów sieci mogły jeszcze taniej sprzedawać warzywa i owoce. Już i tak często wprowadzają na nie promocje. I dodaje – że takie rabaty są zwykle widoczne na pierwszych stronach gazetek. Zatem krytykowanie sklepów za ich oferty może tylko doprowadzić do tego, że rzadziej będą zaopatrywały się u rodzimych producentów. A oni na tym z pewnością nie zyskają.

Badanie zostało przeprowadzone przez Hiper-com Poland oraz zarządcę aplikacji mobilnej Blix na przełomie sierpnia i września br. na terenie 6 dużych miast (Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań i Łódź). Próba obejmowała 514 osób bezpośrednio robiących zakupy w sieciach handlowych. Ankietowano tylko tych, którzy na początku zadeklarowali, że regularnie sami robią zakupy (przynajmniej raz w tygodniu), a także czytają lub szukają promocji w papierowych bądź elektronicznych gazetkach reklamowych.

Rząd ma plan na zatory płatnicze. Eksperci: Nie termin jest problemem, ale niepłacący kontrahenci

Długie terminy płatności mogą doprowadzić do poważnych problemów finansowych wielu przedsiębiorstw. A dla małych firm – podwykonawców w dużych kontraktach – często bywają wyrokiem śmierci. Remedium ma być narzucenie odgórnych terminów płatności. Pytanie, czy będzie ono skuteczne. Eksperci są w tej sprawie podzieleni. Jedni uważają, że to krok w dobrym kierunku, a inni mają poważne wątpliwości i wskazują raczej na konieczność poprawy praw wierzycieli w postępowaniach sądowych. Brak środków za wykonane prace ogranicza ich płynność finansową. Utrudnia też prowadzenie inwestycji niezbędnych dla rozwoju gospodarki.

Rząd walczy z zatorami

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii proponuje nowe rozwiązania, które mają ukrócić praktyki przedłużania w nieskończoność spłaty zaległości. Przede wszystkim podmioty publiczne miałyby 30 dni na płatności, a duże firmy – 60. Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, informuje, że projekt ustawy skierowano do konsultacji. Udostępniono też Białą Księgę, stanowiącą zbiór praktyk stosowanych w państwach członkowskich UE. Mają one rozmaity charakter i w znacznym stopniu różnią się od siebie zakresem ingerencji w prawo przedsiębiorców do swobodnego kontraktowania, w tym również określania terminów zapłaty.

– Rządowy pomysł nie przyniesie skutków zakładanych przez ustawodawcę. Głównym problemem nie są długie terminy, ale ich niedotrzymywanie. Zwykle lepszy jest dłuższy okres zagwarantowanej zapłaty od krótszego bez takich zobowiązań. Planowane regulacje mogą też ingerować w swobodę zawierania umów. Lepiej skupić się na przyspieszeniu spraw windykacyjnych i zapewnieniu realnej możliwości zabezpieczenia majątku dłużnika na wczesnym etapie postępowania – uważa adwokat Radosław Płonka, ekspert z Business Centre Club.

Odmienny pogląd wyraża Arkadiusz Pączka, szef centrum monitoringu legislacji Pracodawców RP, przekonując, że skrócenie terminów płatności, zwłaszcza w sektorze publicznym, powinno doprowadzić do ograniczenia zatorów płatniczych. Będzie też wzorcem postępowania dla sektora prywatnego, gdzie płatności także są odsuwane w odległą przyszłość. Często sięgają nawet 180 dni, czyli niemal pół roku. To niebezpieczne zjawiska. Bez kapitału nie da się przeprowadzić inwestycji, a opóźnienia ograniczają płynność finansową i możliwość odłożenia środków na nowe przedsięwzięcia.

– Problemy z zatorami przejawiają się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to długie terminy zapłaty przewidziane w umowach. W niektórych przypadkach wiążą się z faktycznym wykorzystywaniem lepszej pozycji negocjacyjnej większych podmiotów względem mniejszych kontrahentów. Drugi aspekt to przedłużanie czasu zapłaty poza przewidziane możliwości w przepisach lub umowie. Z tymi dwoma zjawiskami należy postępować w różny sposób, dlatego też ważne jest, by je dostrzegać – wskazuje Jakub Bińkowski, sekretarz departamentu prawa i legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Trudna windykacja

Na razie wierzycielom pozostaje prowadzenie windykacji. Radosław Płonka podkreśla jednak, że choć w ciągu kilku tygodni można uzyskać nakaz zapłaty, później pojawiają się problemy. Dłużnik może złożyć sprzeciw i przedłużać postępowanie o miesiące, a nawet lata. Zdaniem eksperta z BCC, państwo koncentruje się na relacjach między przedsiębiorcami, a nie na naprawie opieszale działającego systemu wymiaru sprawiedliwości. Adwokat uważa też, że jeśli duże podmioty narzucają odległe terminy płatności, to nie ma obowiązku zawierania z nimi umów. Co więcej, większość z nich płaci na czas. Jednak planowane regulacje mają zmusić do regulowania należności w umówionym czasie.

– Zgodnie z projektem limity czasowe obejmą podmioty publiczne i duże przedsiębiorstwa. Sektor MŚP jest od ich zleceń uzależniony i zwykle ponosi konsekwencje przedłużających się terminów płatności. Ale i w tej grupie dochodzi do nieprawidłowości i opóźniania spłaty należności. Poczekajmy jednak rok, by móc ocenić skutki działania ustawy. Wtedy będzie można myśleć o jej ewentualnym rozszerzeniu na mniejsze firmy. A na razie należy wzmocnić ochronę właśnie tej grupy przedsiębiorstw przede wszystkim w umowach z dużymi klientami i koncernami – stwierdza Arkadiusz Pączka.

Największe problemy z zatorami płatniczymi ma branża budowlana. Pojawia się więc pytanie, czy planowane regulacje mają dotyczyć wszystkich, czy tylko tych, którzy najczęściej zwlekają z zapłatą. Jakub Bińkowski uważa, że potrzebujemy po prostu dobrych i przejrzystych przepisów, a podział branżowy to droga donikąd.

– Jestem przeciwnikiem wyjątków. Jeśli wprowadzamy zmiany, to powinny one dotyczyć wszystkich. Wyłączenia zawsze prowadzą do problemów. Teraz mówimy głównie o budowlance, ale wkrótce problemy z zatorami mogą dotknąć branży chemicznej, spożywczej czy energetycznej. Powinniśmy stosować jednakową miarę dla każdego – przekonuje szef centrum monitoringu legislacji Pracodawców RP.

Głos przedsiębiorców

Proponowane przepisy podlegają konsultacjom, jednak niektórzy reprezentanci przedsiębiorców są nastawieni pesymistycznie. Radosław Płonka przypomina, że BCC wielokrotnie proponowało rozwiązania rządowi w przypadku pokrewnych ustaw, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Nie było zainteresowania po drugiej stronie. Ekspert uważa, że przedstawicieli rządu trudno jest skłonić nawet do dyskusji, choć dialog dotyczy spraw gospodarczych, odległych od polityki. Narzuca się odgórne rozwiązania, czasem przygotowane przez osoby o innych specjalnościach. Nie dyskutuje się też z zainteresowanymi stronami. A przecież to od władz powinien iść przykład dobrego postępowania.

– Wzorcem rzetelności powinny być podmioty z sektora państwowego. Ale właśnie one często przedłużały płatności i kredytowały działalność środkami sektora prywatnego. Brak terminowej zapłaty za towary czy usługi generuje szereg negatywnych konsekwencji, zwłaszcza wobec mikrofirm i małych przedsiębiorców. Mam nadzieję, że planowana ustawa ułatwi im egzekucję należnych pieniędzy za wykonaną pracę od dużych spółek i podmiotów publicznych – mówi Arkadiusz Pączka.

Według części przedstawicieli biznesu, np. Pracodawców RP, propozycje rządowe zasługują na uwagę. Wyznaczenie sztywnych terminów płatności powinno w pewnym stopniu poprawić sytuację przedsiębiorstw dotkniętych zatorami płatniczymi, szczególnie kiedy dłużnikiem jest podmiot publiczny. Jednak, jak wiadomo, często nawet najlepsze rozwiązania prawne pozostają martwe.

– Nie termin jest głównym problemem, ale niepłacący kontrahenci. Tym bardziej, że wierzyciel musi wystawić fakturę, zapłacić VAT i inne podatki, zatrudnić prawnika, długo czekać w sądzie, wyjaśniać, że dane wynagrodzenie mu się należy itd. Większość tych niedogodności należy przerzucić na dłużnika – w końcu to on nie dopełnił warunków umowy. Na razie jest odwrotnie – poszkodowany ma problemy. Sam musi zorganizować działania, poczekać np. kilka lat i dopiero wtedy oczekiwać wymierzenia sprawiedliwości. Czasem wcześniej będzie zmuszony ogłosić upadłość – podsumowuje adwokat Radosław Płonka.

FPP: Czy potrzebny nam jest Rzecznik Praw Podatnika

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że – choć intencje w odniesieniu do instytucji Rzecznika Praw Podatnika są bardzo dobre – to jednak powołanie kolejnej dużej struktury administracyjnej może rodzić znaczące koszty bez oczekiwanych efektów. Powołano już bowiem Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw – którego kompetencje częściowo pokrywają się z tymi planowanymi dla Rzecznika Praw Podatnika. Ponadto instytucja Rzecznika w każdym przypadku powinna być maksymalnie niezależna od polityków – nie może być zatem powoływany przez Ministra. Warto zaś szczegółowo określić wymagania dla kandydatów na takie stanowisko – w tym całkowitą odrębność i brak powiązań z polityką.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorstw w procesie legislacyjnym został pozbawiony kluczowych, ważnych dla przedsiębiorców kompetencji, takich jak: reprezentacja przed organami państwowymi czy wstrzymywanie kontroli w uzasadnionych przypadkach, obniżono także wymagania dla kandydatów.

„Powołanie Rzecznika Praw Podatnika, jeśli ograniczy się jego kompetencje i kwalifikacje – tak, jak miało to miejsce w przypadku Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw – może oznaczać, że taka instytucja nie spełni swojej roli, a zatem będzie zupełnie niepotrzebna. Takie analizy należy prowadzić, decydując się na powołanie kolejnej – zwłaszcza terenowej – struktury, która obciąży budżet państwa wielomilionowymi kosztami. Ponadto należy rozważyć, by kompetencje poszczególnych rzeczników nie dublowały się – a uprawnienia Rzecznika Praw Podatnika są częściowo wyczerpane w obszarach przypisanych Rzecznikowi Małych i Średnich Przedsiębiorstw, jak i Rzecznikowi Praw Obywatelskich. Instytucja każdego rzecznika powinna być wreszcie całkowicie apolityczna – powinien być powoływany przez większość parlamentarną na określoną kadencję. Jak bowiem rzecznik ma identyfikować się z obywatelem, jeśli jego przełożonym jest Minister?” – mówi Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Rzecznik Praw Podatnika ma pełnić funkcję „ingerencyjną”. W jego kompetencjach będzie:

  • udział w toczących się postępowaniach
  • możliwość wglądu do akt
  • przedstawianie wniosków do władz skarbowych w trakcie toczącego się postępowania
  • wniesienia odwołania i skargi do sądu
  • wnioski o interpretację podatkową
  • prowadzenie przewidzianej w projekcie nowej Ordynacji podatkowej procedury mediacyjnej

W celu zapewnienia profesjonalizmu pomocy udzielanej przez Rzecznika, jednym z kryteriów zapisanych w przepisach będzie wymaganie, by miał on doświadczenie w stosowaniu prawa. Rzecznik będzie musiał mieć 10-letnie doświadczenie w praktyce stosowania prawa podatkowego, a jego zastępcy – 5-letnie.

Giuseppe Conte: Euro jest włoską walutą nieodwracalnie

Premier Włoch Giuseppe Conte zapewnił, że euro jest włoską walutą i jest to nieodwracalne. Zapewnił też, że wszystkie inne komentarze należy traktować jako subiektywną opinię, która nie jest częścią polityki obecnego rządu. Premier próbował odwrócić skutki (utrata zaufania inwestorów) wypowiedzi Claudio Borghiego, szefa komisji budżetowej w niższej izbie włoskiego parlamentu, który ocenił, że własna waluta rozwiązałaby większość problemów gospodarczych Włoch. Jednocześnie trwa spór pomiędzy rządem Włoch a Komisją Europejską w sprawie przyszłorocznego budżetu, którego projekt musi być przedłożony KE do 15 października. J. C. Juncker wezwał, by Włochy nie przyjmowały budżetu w proponowanym kształcie (2,4% deficytu w relacji do PKB) oraz ostrzegł, że nieodpowiedzialna polityka fiskalna może doprowadzić do powtórki kryzysu greckiego.

MON planuje modernizację Sokołów. Śmigłowce mają być przystosowane do wsparcia pola walki

MON planuje modernizację Sokołów. Śmigłowce mają być przystosowane do wsparcia pola walki 8

Na wyposażeniu polskiej armii znajduje się około 70 wielozadaniowych śmigłowców Sokół, wykorzystywanych od lat 90. Ministerstwo Obrony Narodowej planuje zmodernizować część floty tych wiropłatów i przystosować je do standardu wsparcia pola walki. Inspektorat Uzbrojenia ogłosił już zamiar przeprowadzenia dialogu technicznego, który ma się rozpocząć w październiku. Najpoważniejszym kandydatem do rozmów z MON jest producent śmigłowców Sokół, czyli PZL-Świdnik. Przedstawiciele firmy potwierdzają, że możliwe jest m.in. uzbrojenie śmigłowców w kierowane pociski przeciwpancerne, wyposażenie maszyn w tzw. glass cockpit i łopaty wykonane w nowoczesnej technologii kompozytowej.

– Sokół jest najpopularniejszym śmigłowcem służącym obecnie w polskiej armii, która dysponuje około 70 takimi maszynami. Sokoły wykorzystywane są do szerokiego spektrum zadań, służą m.in. w wojskach lądowych, ale również występują w wersji morskiego poszukiwania i ratownictwa, czyli tzw. Anakonda. Najbardziej zaawansowaną technologicznie wersją Sokoła jest śmigłowiec Głuszec. Sądzimy, że mniej więcej w tym kierunku będą zmierzać oczekiwania MON dotyczące modernizacji Sokołów do standardu wsparcia pola walki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Na początku września Inspektorat Uzbrojenia MON ogłosił zamiar rozpoczęcia dialogu technicznego dotyczącego modernizacji śmigłowców W-3 Wojsk Lądowych do wersji W-3WA WPW (Wsparcia Pola Walki). Rozmowy z zainteresowanymi firmami rozpoczną się w październiku, a dialog techniczny ma potrwać do lutego 2019 roku.

– PZL-Świdnik odpowiedział na zaproszenie do przystąpienia do dialogu technicznego na modernizację śmigłowców W-3 Sokół do wersji śmigłowca wsparcia pola walki. Mamy odpowiednią wiedzę, jesteśmy w końcu wynalazcą i producentem tych śmigłowców i mamy wszelkie prawa intelektualne do tego, aby rozwijać te maszyny. Wojsko potrzebuje maszyn o lepszych parametrach, ale także silnych, uzbrojonych. Dość powszechnie mówi się, że nasze śmigłowce powinny zostać uzbrojone w przeciwpancerne pociski kierowane, służące do zwalczania pojazdów pancernych – mówi Krzysztof Krystowski.

Śmigłowce Sokół to flagowy produkt zakładów lotniczych PZL-Świdnik, należących do włoskiej grupy zbrojeniowej Leonardo. W Polsce Sokoły są powszechnie wykorzystywane od lat 90., służąc zarówno w wojsku, policji, ratownictwie górskim, jak i w straży granicznej. Najnowocześniejsza, bojowa wersja Sokoła to śmigłowiec W-3PL Głuszec, który powstał w wyniku współpracy świdnickich zakładów lotniczych, polskiego wojska i sektora B+R.

Generał brygady rezerwy pilot Dariusz Wroński, ekspert Warszawskiego Instytutu Inicjatyw Strategicznych, podkreśla, że nowoczesne, cyfrowe wyposażenie Sokołów jest koniecznością, bo bez wsparcia informatycznego żaden sprzęt bojowy nie przedstawia dziś większej wartości.

– Jeżeli ta modernizacja dostanie akceptację decydentów – wszyscy wokół będą bili brawo. Sokoły potrzebują świetnego, nowego uzbrojenia, wyposażenia, systemów awionicznych, systemów łączności i przede wszystkim systemów celowania, bo takie są dziś wymogi pola walki. Nowy, zmodernizowany Sokół potrzebuje rakiet przeciwpancernych, to jest numer jeden. Świdnik ma w zanadrzu doskonały, nowoczesny wirnik do śmigłowca Sokół, nad którym pracowali również polscy konstruktorzy. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że po jego zastosowaniu moc udźwigowa wzrośnie o co najmniej 200 kg. To pozwoli dalej polecieć, zabrać więcej uzbrojenia – podkreśla generał Dariusz Wroński.

– Technologie, nad którymi obecnie pracujemy, są w naturalny sposób związane z modernizacją Sokoła. Pracujemy nad nowymi łopatami, które będą wykonywane w nowocześniejszej technologii kompozytowej, dzięki czemu śmigłowiec osiągnie lepsze parametry lotu i będzie miał większy udźwig. W efekcie będziemy mogli m.in. zintegrować z nim pociski przeciwpancerne – dodaje Krzysztof Krystowski.

Jak podkreśla, PZL-Świdnik przystępuje do dialogu technicznego z Inspektoratem Uzbrojenia MON wspólnie z Polską Grupą Zbrojeniową, której spółki będą mogły uczestniczyć w modernizacji śmigłowców Sokół. Firma chce też współpracować z Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych, który był już wcześniej zaangażowany w modernizację Sokoła do wersji W-3PL Głuszec.

– Chcemy wspólnie rozmawiać z wojskiem na temat oczekiwań i wspólnie nad tym projektem pracować. W ten sposób nasze partnerstwo z PGZ, które ma w przyszłości dotyczyć też budowy nowego europejskiego śmigłowca bojowego, może zacząć się tu i teraz, w oparciu o te produkty, do których mamy pełne prawa własności przemysłowej – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej, podkreśla, że włoski koncern już od kilku lat współpracuje z Polską Grupą Zbrojeniową, rozwijając dzięki temu możliwości polskiego przemysłu obronnego. Począwszy od 2016 roku firmy zawarły szereg porozumień. Ostatnie dotyczy partnerstwa w zakresie projektowania, produkcji, montażu i  sprzedaży nowego europejskiego śmigłowca uderzeniowego AW249.

– PGZ to z przemysłowego punktu widzenia nasz naturalny partner w Polsce. W lipcu podpisaliśmy list intencyjny, który dotyczy współpracy przemysłowej w zakresie nowego programu śmigłowca szturmowego AW249. Ten list określa ramy współpracy w różnych obszarach, począwszy od projektowania, przez produkcję, po wsparcie logistyczne i kwestię eksportu. (…) Jeśli chodzi o modernizację floty śmigłowców Sokół, uważamy, że PGZ będzie naszym naturalnym partnerem. Działania, które będziemy realizować i nad którymi włoscy inżynierowie z Leonardo już pracują wspólnie z Polakami, nie wiążą się z żadnym ryzykiem, gdyż wykonywaliśmy już tego rodzaju prace w dziedzinie systemów awionicznych, systemów misji oraz systemów uzbrojenia dla nowych modeli helikopterów – podkreśla Marco Lupo.

Od zakupu PZL-Świdnik w 2010 roku grupa Leonardo zainwestowała w firmę łącznie około 900 mln zł. Polskie zakłady zyskały status centrum doskonałości w zakresie produkcji kompozytowych struktur lotniczych dla całego koncernu i pracują nad wszystkimi programami śmigłowcowymi Leonardo.

– PZL-Świdnik to klejnot w globalnej sieci Leonardo. Firma została całkowicie zintegrowana z siecią technologiczną i produkcyjną śmigłowcowej dywizji Leonardo i produkuje co roku 140–150 kadłubów oraz innych struktur. Poza tymi działaniami PZL-Świdnik utrzymał, a wręcz rozwinął, swoje zdolności jako oryginalny producent śmigłowców rodziny W-3 Sokół i SW-4. Leonardo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Sokoły i maszyny SW-4 są i będą stanowić podstawę śmigłowcowej floty polskich Sił Zbrojnych. Dlatego zamierzamy wspierać je w możliwie najlepszy sposób – podkreśla Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.

– Świdnik jest w tej chwili jedynym kompletnym producentem śmigłowców nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Środkowo-Wschodniej oraz jedną z nielicznych firm w całej Europie, które produkują i rozwijają śmigłowce. Od ponad 60 lat dostarczamy śmigłowce dla polskiej armii, policji, straży granicznej i nie tylko. Sprzedajemy również nasze śmigłowce poza granice Polski, w tym także do zastosowań cywilnych, np. gaszenia pożarów – dodaje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Rolnicy będą mogli łatwiej sprzedawać swoje produkty. Sejm kończy prace nad zmianami przepisów

0

Rolnicy będą mogli łatwiej sprzedawać swoje produkty. Sejm kończy prace nad zmianami przepisów 9

Rolnicy będą mogli sprzedawać swoje produkty nie tylko klientom detalicznym, lecz również lokalnym restauracjom czy stołówkom. Zostaną też zwolnieni z obowiązków administracyjnych na starcie takiej działalności i będą mogli skorzystać z zachęt podatkowych – to główne zmiany w ustawie dotyczącej małych producentów żywności, nad którą pracuje Sejm.

– Bardzo ważne, żeby małe gospodarstwa, które mają kilka czy kilkanaście hektarów, mogły sprzedawać swoje produkty nie tylko pośrednikom, bo wtedy ktoś inny na nich zarobi, gdyż marże i dochody powstają dopiero w przetwórstwie i sprzedaży. Dla rolników będzie korzystna, atrakcyjna zachęta – możliwość bezpośredniej sprzedaży produktów z gospodarstwa – surowych, nieprzetworzonych czy przetworzonych – bez konieczności budowania fabryki. Produkcja może się odbywać w kuchni. Wszystkie przetwory z gospodarstwa będzie można sprzedawać legalnie – nie tylko konsumentom końcowym, lecz również sklepom, restauracjom, jadłodajniom czy gospodarstwom agroturystycznym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Ustawa ma ułatwić im produkcję i sprzedaż żywności na małą skalę m.in. dzięki zniesieniu obowiązku zatwierdzenia tego rodzaju działalności przez właściwy organ Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Dotyczy to produkcji odbywającej się w pomieszczeniach używanych głównie jako prywatne domy mieszkalne, gdzie regularnie przygotowuje się żywność, aby wprowadzić ją do handlu.

Drugim ułatwieniem w nowej ustawie będzie zniesienie obowiązku przygotowania i zatwierdzenia projektu technologicznego zakładu przez powiatowego lekarza weterynarii. Zamiast tego konieczne będzie jedynie złożenie pisemnego wniosku o wpis do rejestru zakładów produkcyjnych z 30-dniowym wyprzedzeniem. Ma to ułatwić rozpoczęcie działalności m.in. rolnikom, którzy prowadzą rolniczy handel detaliczny i chcieliby rozszerzyć sprzedaż swoich produktów o lokalne sklepy czy restauracje.

Nowa ustawa przewiduje również zachęty podatkowe dla gospodarstw, które uzyskują dodatkowe przychody z przetwarzania produktów rolnych domowym sposobem i zwiększa z 20 do 40 tys. zł kwotę wolną od podatku. Dopiero powyżej tej sumy rolnik będzie zobowiązany płacić zryczałtowany, 2-proc. podatek.

– Ten podatek nie jest wysoki. Jeżeli rolnik sprzeda swoje produkty za 100 zł, zapłaci tylko 2 zł podatku, więc jest to korzystne dla małych gospodarstw i jak najwięcej z nich powinno z tej możliwości skorzystać – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

1 października odbyło się pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy, która ma ułatwić produkcję żywności na małą skalę. Projekt został przyjęty bez poprawek przez wszystkie kluby i skierowany do drugiego czytania w Sejmie. Minister rolnictwa i rozwoju wsi spodziewa się, że zostanie on przyjęty na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Do 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać dwa razy więcej pasażerów niż dziś. Sektor ma ogromny deficyt mechaników, pilotów i personelu pokładowego

Do 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać dwa razy więcej pasażerów niż dziś. Sektor ma ogromny deficyt mechaników, pilotów i personelu pokładowego 10

W 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać średnio 94 mln pasażerów rocznie, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie – szacuje Urząd Lotnictwa Cywilnego. Szybki rozwój transportu lotniczego pociąga za sobą popyt na nowe kadry dla całego sektora. Tych niestety brakuje – szacuje się, że w kolejnych latach w Europie potrzebnych będzie nawet 100 tys. mechaników lotniczych, a duże deficyty dotyczą także pilotów, personelu pokładowego i pracowników obsługi naziemnej. Konieczne są zmiany w systemie szkolenia kadr dla lotnictwa, ale również podniesienie prestiżu lotniska jako miejsca pracy.

Niedobór pracowników to w tej chwili największy problem. Dynamika rozwoju branży w sektorze usług, które realizujemy, wykracza poza aktualne możliwości rynku pracy. Największe braki dotyczą podstawowego personelu płytowego, który realizuje usługi związane z rozładunkiem i załadunkiem samolotu. To tak naprawdę podstawowa grupa. Natomiast w całym sektorze usług związanych z obsługą naziemną, jak również w zakresie usług związanych z obsługą techniczną samolotów obserwujemy deficyt mechaników lotniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Opaliński, prezes zarządu LS Airport Services.

Dane Rady ds. Edukacji Techników Lotniczych (ATEC) z początku tego roku pokazują, że na rynku brakuje przedstawicieli tego zawodu. Ok. 30 proc. mechaników lotniczych jest lub zbliża się do wieku emerytalnego, podczas gdy nowi przedstawiciele tego zawodu, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, stanowią ok. 2 proc. kadr. Szacuje się, że tylko w Europie w kolejnych latach będzie potrzebnych nawet 100 tys. mechaników lotniczych. Duże deficyty dotyczą także pilotów, personelu pokładowego i pracowników obsługi naziemnej.

– Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że od 1,5 roku wprowadzamy zintensyfikowane działania employer brandingowe. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby pozyskać odpowiednią grupę personelu. Nie jest na tyle źle, że jesteśmy zmuszani do rezygnowania z kontraktów, które mamy już zawiązane, jednak od dwóch lat nie podejmujemy żadnych nowych kontraktów – mówi Marcin Opaliński.

Dzięki kampanii employer brandingowej i stronie poświęconej rekrutacji w tym roku do firmy napłynęło w sumie 9 tys. CV. Zatrudnionych zostało 800 nowych pracowników, co stanowi 18-proc. wzrost zatrudnienia rok do roku. LS Airport Services łata braki kadrowe, rekrutując także pracowników z innych krajów. Obecnie firma zatrudnia 46 obywateli Indii. Jej prezes podkreśla, że zmian wymaga również system szkolenia kadr dla lotnictwa.

W kwestii kształcenia kadr jesteśmy gotowi, aby zostać partnerem w odbudowie szkolnictwa zawodowego i budowania szkół branżowych. W tym celu powołaliśmy projekt edukacyjny LS Academy. Jest poświęcony nie tylko pracownikom już zatrudnionym w spółce, obejmując m.in. akademię menadżerów czy szkolenia i dokształcanie personelu, lecz przede wszystkim zakłada formy szkół patronackich, tworzenie patronackich klas w celu pozyskania nowych kadr – mówi Marcin Opaliński.

Jak ocenia, odbudowa kadr dla sektora lotniczego wymaga także podniesienia prestiżu lotniska jako miejsca pracy. Upowszechnienie się transportu lotniczego i pojawienie tanich przewoźników spowodowało, że praca personelu lotniskowego straciła na znaczeniu i z tą problematyką również w tej chwili boryka się LS Airport Services.

W kontekście szukania odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie ze spadkiem atrakcyjności lotniska jako miejsca pracy, zachęcamy całe środowisko i otoczenie biznesowe do określonej retoryki. To jest również element naszej kampanii employer brandingowej. Wszystkie materiały filmowe, które przygotowujemy, mają przede wszystkim za zadanie ponownie uatrakcyjnić lotnisko jako miejsce pracy – podkreśla Marcin Opaliński.

Ekspert zaznacza, że praca w branży jest perspektywiczna, bo tylko w ubiegłym roku polskie lotniska obsłużyły w sumie blisko 40 mln pasażerów, co stanowiło 18-proc. wzrost rok do roku. Urząd Lotnictwa Cywilnego szacuje, że już w 2035 roku polskie lotniska będą obsługiwać średnio 94 mln pasażerów rocznie, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie.

LS Airport Services zapewnia profesjonalną obsługę naziemną samolotów. Współpracuje z ponad 80 przewoźnikami z całego świata, w tym największymi liniami lotniczymi. Jest jednym z największych pracodawców w polskiej branży lotniczej. Spółka jest obecna na pięciu lotniskach (Gdańsk, Modlin, Warszawa, Katowice, Kraków).

Kryptowaluty wymagają regulacji. Z czasem mogą się stać pełnoprawnym środkiem płatniczym

Kryptowaluty wymagają regulacji. Z czasem mogą się stać pełnoprawnym środkiem płatniczym 11

Wartość bitcoina w ciągu kolejnych pięciu lat może sięgnąć 100 tys. dol., natomiast całkowita kapitalizacja rynku kryptowalut ma szansę osiągnąć 3,6 bln dol. na przestrzeni nadchodzącej dekady – szacują eksperci Satis Group w opublikowanym miesiąc temu raporcie „Crypto Asset Market Coverage”. Na razie inwestorzy nie mają jednak dobrej passy, bo od początku flagowe kryptowaluty znacząco straciły na wartości, a kapitalizacja rynku zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Prezes Merlin Group Łukasz Szczepański ocenia, że pozytywne są za to dążenia do uregulowania tego rynku.

– Trudno na tym etapie przewidzieć przyszłość kryptowalut i technologii blockchain. Porównujemy ten rynek do internetu połowy lat 90. Wtedy trudno było sobie wyobrazić, że największe biznesy świata – typu Google, Facebook czy Amazon – powstaną dzięki internetowi. Myślę, że jest to dobra analogia do obecnego etapu rozwoju technologii blockchain i kryptowalut. Na pewno odegrają one istotną rolę w rozwoju fintechów i bankowości. Bez wątpienia wymagają jednak regulacji i jako rynek bardzo się cieszymy, że te regulacje się pojawiają – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szczepański, prezes zarządu Merlin Group SA.

Kryptowaluty, nazywane gorączką złota XXI wieku, biły w ostatnim czasie rekordy popularności. Duża część inwestorów postrzega je jako szansę na łatwy zarobek – dużo większy w porównaniu z tym, co oferuje rynek regulowany. Według badań opublikowanych w lipcu br. przez brytyjską firmę GetLiving, 27 proc. milenialsów uważa bitcoina za lepszą inwestycję niż zakup nieruchomości.

Część ekspertów uważa jednak kryptowaluty za bańkę spekulacyjną, porównując je do gorączki spekulacyjnej wokół cebulek tulipanów w XVII wieku w Holandii, która doprowadziła do ekonomicznego kryzysu. W gronie sceptyków są m.in. legendarny inwestor Warren Buffet, „Wilk z Wall Street”, czyli Jordan Belfort, oraz Robert Shiller – laureat Nagrody Nobla za pracę dotyczącą baniek spekulacyjnych. Ze względu na niestabilność tego rynku i ogromne wahania przed inwestowaniem w kryptowaluty przestrzegały również NBP i Komisja Nadzoru Finansowego.

Te obawy potwierdzają ostatnie spadki notowań. Obecna kapitalizacja rynku kryptowalut wynosi nieco ponad 199 mld dol., podczas gdy jeszcze na początku stycznia sięgała 830 mld dol. To oznacza, że z rynku w przeciągu pół roku „wyparowało” około 630 mld dol.

Z drugiej strony w opublikowanym w zeszłym miesiącu raporcie „Crypto asset Market Coverage” Satis Group analitycy przewidują dalszy stopniowy wzrost rynku kryptowalut, choć zaznaczają, że niektóre z projektów całkiem stracą na wartości. Natomiast bitcoin – flagowa kryptowaluta – może według nich osiągnąć wartość nawet 100 tys. dol. w przeciągu kolejnych pięciu lat. Natomiast całkowita kapitalizacja rynku kryptowalut ma sięgnąć 500 mld dol. do końca 2019 roku – co nie jest abstrakcyjne, wziąwszy pod uwagę styczniowe szczyty dochodzące do 830 mld dol. – a do 2028 roku może sięgnąć już 3,6 bln dol. Część ekspertów nie wyklucza, że w przyszłości na bazie kryptowalut może powstać całkowicie nowy, globalny system monetarny.

 Kryptowaluty absolutnie nie stanowią zagrożenia dla systemów pieniężnych. Są czymś zgoła innym, nowym, na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Musimy pamiętać, że kryptowaluty są coraz bardziej regulowane, są z nami od niedawna i z czasem pewnie staną się regulowanym środkiem płatniczym. Będzie wiadomo, do kogo należą i w jaki sposób można je wykorzystywać – uważa Łukasz Szczepański.

Prezes Merlin Group przestrzega jednocześnie przed wrzucaniem do jednego worka kryptowalut i technologii blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze. Różnica polega na tym, że technologia łańcucha bloków – uważana na najbezpieczniejszą obecnie metodę zapisu i przechowywania danych – znajduje coraz więcej zastosowań, na przykład w branży finansowej i ubezpieczeniowej. Przykładem może być PKO Bank Polski, który stosuje ją przy wysyłce regulaminów produktowych do klientów, jako wymagany prawem tzw. trwały nośnik. Dzięki temu obie strony mają gwarancję niezmienialności danego dokumentu

Łukasz Szczepański pozytywnie ocenia również prace zmierzające do uregulowania rynku kryptowalut, tak aby wykluczyć uniknięcie opodatkowania takich transakcji.

 Istnieje szereg regulacji, które są już wdrażane i które zmierzają do uregulowania rynku kryptowalut. Rzecz sprowadza się do kontroli tego, kto jest ich właścicielem, oraz kontroli ich przepływu. Większość giełd jest zobligowana do wdrożenia polityki AML, polityki „know your client”. Problem nie leży w naturze kryptowalut, tylko w tym, na ile anonimowe są konta, na których są one przechowywane. W sytuacji, kiedy będzie wiadomo, do kogo należy konkretne konto, nie będzie już różnicy, czy są tam dolary czy bitcoiny, pozostanie tylko ryzyko zmienności kursu, ale ono dotyczy każdej waluty – mówi Łukasz Szczepański.

Ministerstwo Finansów w kwietniu br. poinformowało, że odstępuje na razie od opodatkowania kryptowalut podatkiem od czynności cywilno-prawnych (PCC), a jednocześnie pracuje nad docelowymi regulacjami dotyczącymi opodatkowania takich instrumentów. W ostatnim projekcie nowelizacji ustaw podatkowych pojawiła się propozycja, aby w podatku PIT zaliczyć przychody z tytułu obrotu kryptowalutami do przychodów z kapitałów pieniężnych.

Na świecie ponad połowa internautów robi zakupy online. Niewielu kupuje w polskich sklepach

Na świecie ponad połowa internautów robi zakupy online. Niewielu kupuje w polskich sklepach 12

55 proc. internetowych konsumentów z 31 państw zadeklarowało, że robi zakupy online – wynika z badania przeprowadzonego przez PayPal i Ipsos. W pierwszej dwudziestce krajów najczęściej wybieranych przez zagranicznych klientów nie ma jednak Polski. Powodem może być to, że polskie e-sklepy rzadko otwierają się na klientów zagranicznych. Sposobem na ich przyciągniecie są strony tłumaczone na języki obce, różnorodne opcje płatności, które będą gwarantować bezpieczeństwo transakcji, czy konkurencyjne ceny.

 Polska nie jest, nawet jeżeli patrzymy na skalę europejską, w topowej dwudziestce krajów, z których klienci kupują, oczywiście poza drobnymi wyjątkami. Wśród klientów z Niemiec Polska jest na miejscu 9., a wśród czeskich – na pozycji 5. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Glogowski, dyrektor generalny PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Wysoko znajdujemy się także wśród klientów z Irlandii i Węgier (9. miejsce). Jak pokazało badanie PayPal i Ipsos, wciąż wiele polskich sklepów ma obawy przed otworzeniem się na e-sprzedaż za granicą. Brakuje im wiedzy nie tylko o tym, w jaki sposób rozpocząć, lecz także na temat tego, czy w ogóle warto walczyć o konsumentów zagranicznych.

 Żeby przyciągnąć klientów z zagranicy, nie trzeba robić dużo. Po pierwsze, wystawiać stronę skierowaną do klientów z jakiegoś konkretnego kraju w ich lokalnym języku. Po drugie, dać im możliwość płatności w ich walucie. Po trzecie, zapewnić taką metodę płatności, z którą kupujący będzie się czuł bezpiecznie ze względu na ryzyka związane z niedostarczeniem produktu bądź z procesem zwrotu – mówi Marcin Glogowski.

Dla 72 proc. kupujących za granicą konsumentów kluczowa jest konkurencyjna cena. Sprzedawcy, którzy oferują rabaty, a także darmowe dostawy, mają większe szanse na pozyskanie klientów. Kupujący doceniają także wypunktowanie poszczególnych kosztów związanych z zakupem.

Podczas wybierania metody płatności jej bezpieczeństwo jest ważne dla 44 proc. międzynarodowych konsumentów. Ankietowani klienci zaznaczyli, że główną obawą, która powstrzymuje ich przed zakupami z zagranicznych sklepów, jest obawa, czy przesyłka do nich dotrze (24 proc.), oraz kłopoty związane z ewentualnymi zwrotami (22 proc.).

– Klient zadaje sobie pytanie, czy płacąc w sklepie zagranicznym, często nieznanej marki, czuje się bezpiecznie. W związku z tym sklepy powinny zwrócić uwagę na to, czy metoda płatności, którą dostarczają klientowi, zaspokaja jego potrzeby związane z poczuciem bezpieczeństwa. Ponad 20 proc. klientów na świecie podejmuje decyzje o zakupie, jeżeli kwestia bezpieczeństwa jest odpowiednio zaadresowana. Dla 20 proc. klientów nawet samo poczucie bezpieczeństwa, nie tylko wygoda w płatności, są kluczowe – mówi Marcin Glogowski.

Inne najczęściej wymieniane przyczyny kupowania za granicą to dostępność towarów, które trudno znaleźć w kraju klienta (48 proc.), lub możliwość odkrywania nowych i interesujących produktów (34 proc.). Ponad połowa konsumentów robiących zakupy w Norwegii, Meksyku, Irlandii czy Kanadzie szuka tam produktów, które nie są dostępne w ich państwach.

Według danych PayPal, od polskich sprzedawców najwięcej kupują klienci w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii. Zagraniczni klienci najczęściej zainteresowani są częściami samochodowymi, muzyką, filmami, modą, grami oraz ekwipunkiem sportowym.

Samochody będziemy kontrolować za pomocą poleceń głosowych. W przyszłości także za pomocą gestów czy mimiki twarzy

Samochody będziemy kontrolować za pomocą poleceń głosowych. W przyszłości także za pomocą gestów czy mimiki twarzy 13

Postępująca automatyzacja branży motoryzacyjnej przyczyniła się do rozwoju zaawansowanych systemów rozrywki. Współczesne samochody coraz częściej wyposaża się w ekrany dotykowe i asystentów głosowych, które pozwalają już nie tylko zdalnie odbierać i prowadzić rozmowy telefoniczne, lecz także kontrolować niektóre funkcje samochodu za pomocą głosu. W przyszłości klasyczne deski rozdzielcze zostaną zastąpione wyświetlaczami holograficznymi, a różnymi funkcjami aut będzie można sterować za pomocą gestów rąk. Opracowywany jest także samochód bezgłośnikowy, który zamiast tradycyjnych głośników wyposażony będzie w system przekazywania dźwięków za pomocą wibracji.

– Przyszłość systemów rozrywkowych w samochodach należy do systemów zintegrowanych. Wszystkie urządzenia będą kontrolowane za pomocą iPada, dotykowych lub głosowych systemów sterowania czy przy użyciu ekranów lub innego rodzaju materiałów lub komponentów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ton van Bodegraven z JVCKenwood.

Pod koniec września największy na świecie sojusz motoryzacyjny Renault–Nissan–Mitsubishi Alliance zawiązał strategiczną współpracę z firmą Google, której celem będzie wdrożenie na masową skalę systemów infotainment bazujących na Androidzie. Dzięki temu kierowcy aut powyższych marek otrzymają dostęp do Map Google oraz sklepu Play z aplikacjami dla inteligentnych samochodów. Oprócz tego będą mogli prowadzić rozmowy i odbierać SMS-y bez wyjmowania smartfona z kieszeni. Auta sparują się z urządzeniami mobilnymi, dzięki czemu kierowcy otrzymają do nich zdalny dostęp.

Upowszechnienie systemu Android w samochodach pozwoli kierowcom przejąć pełną kontrolę nad systemem infotainment, który obsłużą za pośrednictwem Asystenta Google. Oprogramowanie pozwoli za pomocą komend głosowych m.in. sterować nawigacją czy systemem audio. System operacyjny od Google nie przejmie jednak w pełni kontroli nad samym pojazdem.

– Kierowca nie powinien być bezczynny. Systemy, nad którymi pracujemy, wymagają, żeby kierowcy pełnili aktywną rolę – nie tworzymy rozwiązań, które przewidują, że kierowca może sobie siedzieć i czytać gazetę. Kierowca musi w dalszym ciągu brać udział w kierowaniu pojazdem. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia ze sterowaniem autonomicznym, ale my uważamy, że kierowca powinien dalej za coś odpowiadać – przekonuje ekspert.

W samochodach Tesli już dziś stosuje się duże wyświetlacze multimedialne, które pozwalają kontrolować wszystkie parametry jazdy, wyświetlać nawigację czy sterować odtwarzaczem muzyki. Z kolei BMW planuje porzucić klasyczne deski rozdzielcze na rzecz systemów holograficznych HoloActive Touch. Hologramy byłyby wyświetlane na przedniej szybie, aby kierowca mógł śledzić najważniejsze informacje o stanie pojazdu bez odrywania wzroku od drogi. Taki wirtualny interfejs umożliwiłby także sterowanie samochodem za pomocą gestów. Według wstępnych założeń koncernu system ten miałby działać tak, jak technologia rozpoznawania ruchów w goglach VR czy urządzenia pokroju Microsoft Kinect.

Pierwszy na świecie system śledzenia oka szwedzkiej firmy Tobii Tech może wykrywać zamknięcie oczu u kierowcy i aktywować systemy bezpieczeństwa. Czujnik wykrywa też rozproszenie uwagi. W przyszłości system mógłby też posłużyć do kontrolowania funkcji pojazdu za pomocą wzroku.

– Za pięć lat spodziewamy się, że pojazdy będą kontrolowane za pomocą gestów. Będzie można kierować nimi przy pomocy rąk lub samym wzrokiem. Potrzebne będą dodatkowe systemy sterujące, np. kamery, które śledzą mimikę twarzy człowieka, aby stwierdzić, czy ktoś jest smutny lub szczęśliwy i zapewnić właściwą reakcję – przewiduje Ton van Bodegraven.

Inteligentna rewolucja nie ominie także znacznie starszych pojazdów, powstałych na wiele lat przed pojawieniem się rozwiązań autonomicznych. Koncern Jaguar zapowiedział, że zamierza wprowadzić klasyczne auta do XXI wieku, wyposażając je w system infotainment Jaguar Classic, który będzie montowany w miejscu przeznaczonym na radio samochodowe. To hybrydowe rozwiązanie, które łączy fizyczne pokrętła i przyciski z nowoczesnym ekranem dotykowym.

Firma JVCKenwood opracowuje obecnie bezgłośnikowy system audio do samochodów, który może zrewolucjonizować sposób, w jaki kierowcy słuchają muzyki czy rozmawiają przez telefon. Technologia na razie owiana jest tajemnicą, ale niedawno podobne rozwiązanie zaprezentowała firma Continental. Tradycyjne głośniki zamieni w system przekazywania dźwięku za pomocą powierzchniowych wibracji.

– W przyszłości tradycyjne głośniki zostaną zastąpione innymi urządzeniami, nad którymi obecnie pracujemy. Nowy typ samochodu określamy mianem samochodu bezgłośnikowego, ale oczywiście nie będzie on pozbawiony dźwięków. Jego produkcja rozpocznie się w okolicy roku 2024 lub 2025 – podsumowuje ekspert.

Według raportu opublikowanego przez firmę badawczą Research and Markets wartość rynku samochodowych systemów infotainment w latach 2018–2022 będzie wykazywać średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 14 proc., a na koniec 2022 roku osiągnie wartość 58 mld dol.

Do 2030 roku roboty będą już obecne w każdej dziedzinie życia. Coraz częściej znajdują zastosowanie w kulturze i sztuce

Do 2030 roku roboty będą już obecne w każdej dziedzinie życia. Coraz częściej znajdują zastosowanie w kulturze i sztuce 14

Dell Technologies prognozuje, że do 2030 roku nowe technologie i roboty będą obecne już prawie w każdej dziedzinie życia. Zapoczątkuje to nową erę relacji ludzi i maszyn. Spersonalizowani, zintegrowani asystenci oparci na mechanizmach sztucznej inteligencji będą dbać o nas w sposób predykcyjny i zautomatyzowany. Z kolei ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów. Maszyny i programy komputerowe już w tej chwili znajdują zastosowanie w telemedycynie czy wielu gałęziach przemysłu. Powoli wkraczają także do świata kultury i sztuki.

– Relacje ludzi z maszynami to temat, o którym ciągle jeszcze myślimy jak o czymś bardzo futurystycznym, z XXII wieku, a tymczasem to dotyczy nas tu i teraz. Roboty i maszyny, o których myślimy, to nie są te roboty z filmów, pięknie wypolerowany plastik i błyszczące na niebiesko oczy. Te roboty to m.in. programy komputerowe, które się pojawiają we wszystkich sferach życia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes Fundacji Centrum Cyfrowe.

Robotyzacja i maszyny znajdują coraz szersze zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia – od IT, poprzez usługi, bankowość, medycynę, działy HR aż po przemysł produkcyjny. W grudniowym raporcie „The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce” eksperci firmy doradczej Deloitte wskazują, że już ponad połowa największych firm na świecie rozpoczęła wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Kolejne 19 proc. zamierza to zrobić w ciągu najbliższych dwóch lat. Globalne przedsiębiorstwa wydały na ten cel już w sumie 3,5 mln dol., a 78 proc. zakłada, że w ciągu najbliższych trzech lat istotnie zwiększy nakłady na ten cel. Eksperci podkreślają, że w tym tempie automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów osiągnie niemal powszechne zastosowanie w ciągu kolejnych pięciu lat.

Roboty znajdują też coraz szersze zastosowanie w medycynie – od profilaktyki i diagnostyki po leczenie. Zabiegi wykonuje się już dziś przy pomocy robotów medycznych, a telemedycyna, która umożliwia m.in. zdalne konsultacje lekarskie, rozwija się w oparciu o chatboty bazujące na sztucznej inteligencji – takie, jakie wykorzystuje się coraz powszechniej w bankowości.

Z tegorocznego raportu PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” wynika, że 55 proc. pacjentów jest już gotowych na zastąpienie lekarzy przez zaawansowane technologie oraz roboty wyposażone w narzędzia sztucznej inteligencji. Taki odsetek (w zależności od kraju sięgający nawet 73 proc.) pacjentów preferuje wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy.

Prezes Fundacji Centrum Cyfrowe ocenia, że roboty z czasem znajdą także szerokie zastosowanie w kulturze, nie tylko w filmach science fiction.

– Roboty będą się pojawiać w naszej kulturze, będą się prawdopodobnie pojawiać w systemach bibliotecznych, pośredniczyć w naszym kontakcie z muzeami, np. w postaci inteligentnych chatbotów, które opowiedzą nam o wystawie. Generalnie wyrosną wokół nich pewnie nowe formy kultury, nowe formy opowiadania historii – mówi Alek Tarkowski.

Google już od kilku lat pracuje nad stworzeniem robota wykorzystującego SI i uczenie maszynowe, który będzie tworzyć sztukę (program Magenta). Treści audiowizualne mają powstawać w oparciu o specjalne algorytmy. Już w 2016 roku maszyna stworzyła pierwsze dzieło: 90-sekundową melodię na pianinie.

Dwa lata temu bardzo głośno było również o innym projekcie – „nowym Rembrandcie”. Nowy obraz holenderskiego mistrza powstał 347 lat po jego śmierci i został stworzony przez specjalny program oparty na sztucznej inteligencji, który poddał dokładnej analizie wszystkie znane prace artysty i stworzył całkiem nowe dzieło, składające się ze 148 mln pikseli. Obraz został wydrukowany w drukarce 3D, która nałożyła na płótno 13 warstw tuszu opartego na farbie UV, i zaprezentowany przez muzeum w Amsterdamie.

– Wielu badaczy twierdzi, że najlepsze rzeczy będą powstawać nie w konflikcie ludzi z maszynami – czyli w sytuacji, kiedy ludzie będą bronić się przed korzystaniem robotów albo kiedy oddamy robotom całą twórczość – ale w wyniku współpracy. Bardzo ciekawe projekty artystyczne powstają, gdy ludzie inspirują się tym, co niejako podrzucą im maszyny. Podobno w szachy najlepiej grają dziś tandemy, w których człowiek gra z komputerem siedzącym obok, który mu podpowiada. Jestem absolutnie przekonany, że przyszłość to współpraca ludzi z maszynami – mówi prezes fundacji Centrum Cyfrowe.

W ubiegłorocznym raporcie Dell Technologies „The Next Era of Human-Machine Partnerships” eksperci prognozują, że do końca przyszłej dekady nowe technologie i roboty będą obecne już niemal w każdej dziedzinie życia. Zapoczątkuje to nową erę relacji ludzi i maszyn, które staną się wszechobecne. Spersonalizowani, zintegrowani asystenci oparci na mechanizmach sztucznej inteligencji będą dbać o nas w sposób predykcyjny i zautomatyzowany. Z kolei ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów, zarządzających pracą maszyn.

Według analityków MarketsandMarkets globalny rynek robotów wykorzystujących sztuczną inteligencję osiągnie w 2023 r. wartość blisko 12,5 mld dol.