Klasyczny risk-off uderza w rynki finansowe, gdyż odnowione obawy o rozwój pandemii COVID-19 i potencjalną eskalację nacjonalizmu szczepionkowego poddają w wątpliwość dotychczasowe strategie reflacyjne. Indeksy są niżej, zyskuje dolar, a obawy o perspektywy globalnego ożywienia najlepiej obrazuje przecena ropy naftowej.
W poprzednich dniach awersja do ryzyka była powiązana z obawami o ucieczkę inflacji spod kontroli banków centralnych, co przeradzało się w rajd rentowności obligacji skarbowych (głównie w USA) i umocnienie USD. Teraz jednak rentowności spadają, a na rynki wracają tradycyjne oznaki risk-off wynikające z obaw o niepowodzenia w opanowaniu pandemii. Niemcy, Francja i Włochy rozszerzyły ograniczenia związane z COVID-19, a w innym częściach świata dochodzi do gwałtownego wzrostu liczby infekcji. Szef Światowej Organizacji Zdrowia nazwał ostatni wzrost liczby zakażeń i zgonów „naprawdę niepokojącymi trendami”. Do tego wzmacnia się nacjonalizm szczepionkowy, gdzie kraje walczą o dostęp do zapasów szczepionek, posuwając się do blokady realizacji umów z producentami. Jeszcze dziś UE może podjąć kroki w celu ograniczenia eksportu szczepionek do krajów o wysokim wskaźniku szczepień, co w praktyce oznacza zakaz eksportu szczepionek do Wielkiej Brytanii z fabryk AstraZeneca mieszczących się na terenie strefy euro. Napięcia dyplomatyczne dodają kolejny poziom nerwowości na rynki finansowe. Nie bez znaczenia ma też fakt, że zbliżamy się do końca kwartału i równoważenie portfeli inwestycyjnych będzie potęgować wszelkie zmiany cen aktywów.
Waluty surowcowe i rynków wschodzących zostały najmocniej doświadczone skokiem awersji do ryzyka obok silnej przeceny ropy naftowej. Gdziekolwiek temat wyraźnego przyspieszenia ożywienia gospodarczego i odbudowy popytu inwestycyjnego był głównym motorem napędowym, teraz te aktywa znajdują się pod presją. Popularność tych pozycji w poprzednich miesiącach podnosi ryzyko potencjalnego przedłużania się korekty, dopóki nie pojawią się jasne przesłanki, że wirus znowu jest pod kontrolą. To oznacza dalsze okresowe umocnienie dolara nie tylko do walut ryzykownych. EUR/USD zbliża się do 1,18 – poziomu, który nie był notowany od listopada. Szybko gaśnie też optymizm wobec funta z GBP/USD nurkującym pod 1,37.
Nasilenie ucieczki od ryzyka stanowi poważne zagrożenie dla pozycji złotego. EUR/PLN jeszcze trzyma się w granicach ostatnich szczytów na 4,62 i jedyne, co chroni złotego przed szybszą deprecjacją, to świadomość, że zrównane zostały maksima z ubiegłego roku (marzec, październik, grudzień). Ktokolwiek kupował złotego traktując wcześniej okolice 4,60 za dołek, najprawdopodobniej już z rynku złotego wyszedł. Teraz świeża presja celowej sprzedaży PLN może dalej windować kurs. Na ten moment rynki są jeszcze w trybie ucieczki od ryzyka, ale zaraz może zacząć się aktywne szukanie okazji w trendach risk-off i w takim scenariuszu pozycja złotego nie wygląda dobrze. Trzecia fala zachorowań w Polsce i nowe obostrzenia pogarszają perspektywy wzrostu w tym roku, a przynajmniej odsuwają start odbicia z drugiego na trzeci kwartał. Polska waluta musi się także liczyć z premią za ryzyko z tyłu nierozważnej kwestii kredytów frankowych. W tym czasie NBP pozostaje gołębi, a inwestorzy są zdania, że bankowi centralnemu zależy na słabej walucie. Nawet jeśli od strony fundamentalnej złoty jest niedowartościowany o ok. 20 groszy względem euro, w obecnej sytuacji rynkowej wcale nie przeszkadza to w tym, aby przejściowo był jeszcze tańszy.
W ostatnich latach rynek pozabankowych usług finansowych w Polsce przeżywał prawdziwy boom. Wydawało się, że nic nie jest mu w stanie zagrozić. Tymczasem pandemia COVID 19 rozregulowała go tak jak wiele innych branż w Polsce. Do tego ich stabilność została zachwiana przez wprowadzenie nowych regulacji prawnych. Jakie to będzie miało konsekwencje na przyszłość dla instytucji finansowych w Polsce i ich klientów? Jakie już poczyniły one kroki w celu poprawy sytuacji? Czy pożyczki online zrewolucjonizują sektor finansowy w naszym kraju? Na te i inne pytania postaramy się odpowiedzieć w tym artykule.
Początek kryzysu i jego konsekwencje
Początkowo wraz z wybuchem pandemii w 2020 rynek pożyczek pozabankowych w Polsce, podobnie jak wiele innych branż w Polsce przeżywał kryzys. Wiązało się to głównie z niepewną sytuacją gospodarczą oraz tym, że ludzie bardziej troszczyli się o swoje zdrowie aniżeli dobra materialne. Z czasem jednak społeczeństwo nauczyło się żyć w tych trudnych warunkach. Sytuacja ta przełożyła się pozytywnie na rynki finansowe w tym i pożyczki. Zmiany w prawie spowodowały, że nie odbudował się on do poziomu, w którym prosperował w poprzednich latach. Wciąż, jednak systematycznie on odrabia straty.
Na rynku pozostały tylko mocne podmioty finansowe
Już 2020 roku pandemia mocno zweryfikowała wiele firm, które zawiesiły działalność bądź zniknęły z rynku. Pozostawiły one pole do gry tylko tym najmocniejszym podmiotom finansowym, dla których i tak nie będzie to najłatwiejszy czas. Lepszy natomiast dla klientów, rząd bowiem w ramach tarczy antykryzysowej wprowadził kilka ważnych przepisów, które są korzystne dla pożyczkobiorców. Jakie to przepisy? Przede wszystkim koszt pożyczki do 30 dni nie może być wyższy niż 5%. Podobnie jest z pożyczkami ratalnymi, gdzie opłaty w pierwszym roku spłaty nie mogą być wyższe niż 15%, natomiast w kolejnych miesiącach 6%. Całość kosztów pożyczki ratalnej nie może zaś przekroczyć 45%.
Innowacje pozabankowych instytucji finansowych pozwoliły wyprzedzić banki
Pozabankowe instytucje finansowe specjalizujące się w udzielaniu pożyczek w okresie pandemii najszybciej odpowiedziały na potrzeby klientów. Otwierając bowiem ofertę pożyczki online, prześcignęły w walce o klienta banki, które bardzo długo zwlekały z uruchomieniem podobnej oferty w sieci. Tym samym to one nadają ton na tym rynku. Dodatkowo wprowadzone regulacje prawne związane z tarczą antykryzysową spowodowały, że są one najtańsze od lat. Dzięki temu rozwiązaniu możemy szybciej uzyskać decyzje o przyznaniu pożyczki, nie musimy wychodzić domu, a z pozycji naszego laptopa czy telefonu mamy możliwość porównania ofert na stronie: https://pozyczko.pl/pozyczki/finbo/.
Jaka rysuje się przyszłość pożyczek?
Rynek pożyczek online w ostatnim czasie przeżywa prawdziwe prosperity. Wszystko za sprawą pandemii, która wymusza na nas wiele ograniczeń. Związane są one m.in. z wychodzeniem z domu czy fizycznym zamykaniem placówek pożyczkowych. Stąd często klienci zmuszeni są do korzystania z usług finansowych w ten właśnie sposób. Wydaje się, że w najbliższych latach niewiele się zmieni. Podobnie jak w innych branżach: handlu, ubezpieczeniach czy edukacji, korzystanie z usług online będzie standardem.
Zalety i wady pożyczki online
Pożyczki online mają zdecydowanie więcej zalet aniżeli wad. O wielu z nich powiedzieliśmy już wyżej m.im szybka decyzja o przyznaniu czy możliwość zaciągnięcia jej w domu. Do tego dochodzą uproszczone procedury i możliwość odstąpienia od umowy do 14 dni. Klient nie musi także posiadać wysokiej zdolności kredytowej. Jednak posiada ona również kilka wad. Jedną z nich jest brak bezpośredniego kontaktu z pracownikiem firmy. Wyższe koszty pożyczki aniżeli kredytu konsumpcyjnego w banku.
Pożyczaj mądrze
II kwartale 2021 roku zapewne nie ominie kolejny lock down. Wzorem ubiegłego roku wiemy, że jest to dobry okres, by przeprowadzić w naszych domach remont, zakupić nowy sprzęty RTV AGD czy rozwijać swoje hobby. Często na to brakuje nam gotówki. Możemy wówczas zaciągnąć na ten cel pożyczkę. Warto jednak wcześniej zapoznać się z tym co poszczególni pożyczkodawcy, mają nam do zaoferowania. Pomóc nam w tym może porównywarka pożyczek. W sieci mamy wiele takich narzędzi. Dzięki nim nie tylko przeanalizujemy poszczególne pożyczki online, ale również możemy, od razu złożyć wniosek klikając w odpowiedni odnośnik.
Zagrożenia dla pożyczek online
Okres pandemii dla tego rynku niesie za sobą nie tylko rozwój, ale i zagrożenia. O ile społeczeństwo pozbawione możliwości wychodzenia z domu chętniej będzie sięgała po pożyczki online, o tyle niesie to za sobą spory kryzys gospodarczy. W tym stanie rzeczy sporo ludzi może stracić pracę, przez co mogą być niewypłacalni. To automatycznie spowoduje mniejszą ściągalność należności. Wiele firm może wówczas ponownie popaść w tarapaty finansowe. Póki co raczej nie wygląda by ten czarny scenariusz, był realny. Choć wielu specjalistów twierdzi, że już w okresie wakacyjnym powinna nastąpić poprawa. Jednak najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, że będzie raczej on podobny do ubiegłorocznego. Wówczas po wakacjach firmy pożyczkowe zaczęły odrabiać straty z wcześniej wprowadzonego lock downu.
W okresie, w którym rządy dążą do wprowadzenia coraz bardziej rygorystycznych środków w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się nowych, bardziej zaraźliwych wariantów Covid-19, „przepustki podróżne” lub „paszporty potwierdzające szczepienie” nie wystarczą, aby ożywić turystykę. Ożywienie, zdaniem ekspertów z Allianz Research i Euler Hermes, nastąpi dopiero w 2024 roku.
Aby określić tempo ożywienia przyjrzymy się dwóm kwestiom: 1) czasowi potrzebnemu poszczególnym krajom by osiągnąć odporność stadną oraz 2) wnioskom z poprzednich kryzysów gospodarczych. Podczas gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania są na dobrej drodze do osiągnięcia odporności stadnej do końca pierwszej połowy 2021 r., to zdaniem Allianz Research i Euler Hermes, UE osiągnie ją dopiero w drugiej połowie 2021 r., a Japonia w pierwszej połowie 2022 r. (Rysunek 1). Może to uniemożliwić osobom z tych krajów wyjazd do Stanów Zjednoczonych lub Wielkiej Brytanii bez dokumentów potwierdzających ich stan zdrowia. Jednocześnie należy zauważyć, że większość dostępnych szczepionek nie zapobiega zakażaniu innych osób zaszczepionych, a zwłaszcza osób, które jeszcze nie zostały zaszczepione. To również może utrudnić ożywienie turystyki.
W przypadku Chin i Republiki Południowej Afryki, odporność stadna powinna zostać osiągnięta w drugiej połowie 2022 r. Obok Indii, szczególne opóźnienia w zakresie szczepień mają miejsce w regionie Ameryki Południowej. Opóźnienie w osiągnięciu odporności stadnej jest spowodowane w szczególności trudnościami w zakresie wprowadzenia na rynki wschodzące bardziej konwencjonalnych i tańszych szczepionek, takich jak chiński CoronaVac oraz problemami dotyczącymi dostaw szczepionek, w szczególności w Brazylii. Ameryka Południowa musi także radzić sobie z niechęcią swojej populacji do szczepień oraz z pewnymi zakłóceniami w zarządzaniu łańcuchem dostaw od miejsca, w którym produkowane są szczepionki, do miejsc, w których są podawane.
Rysunek 1: Harmonogram szczepień w poszczególnych regionach
Źródła: IFPMA, Oxford Economics, Euler Hermes
Następnie przyjrzymy się, jak długo trwał powrót do wcześniejszego poziomu wydatków na cele turystyczne po przeszłych kryzysach gospodarczych. Po dwóch ostatnich poważnych kryzysach (spowodowanych atakami terrorystycznymi z 11 września i światowym kryzysem finansowym w 2009 r.), wydatki na podróże (turystyczne i biznesowe) powróciły do poziomu sprzed kryzysu mniej więcej po upływie dwóch lub trzech lat od jego rozpoczęcia (Rysunek 2). W pierwszym przypadku, czas powrotu do sytuacji sprzed kryzysu determinowała słabość popytu, biorąc pod uwagę obawy dotyczące bezpieczeństwa. W przypadku światowego kryzysu finansowego, przeszkody w okresie wychodzenia z kryzysu wynikały bardziej z nagłej potrzeby sfinansowania ogromnych deficytów i przeznaczenia środków na ożywienie gospodarcze.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że obecne załamanie gospodarcze rozpoczęło się w pierwszym kwartale 2020 r., oznacza to, że sektor globalnych usług turystycznych i dotyczących podróży może powrócić do poziomu sprzed kryzysu w drugiej połowie 2022 r. Jednak obecna pandemia wywołała bezprecedensowy kryzys gospodarczy, pociągając za sobą wprowadzenie poważnych ograniczeń, takich jak zakazy przemieszczania się i bardzo surowe przepisy dotyczące ograniczeń w podróżowaniu, a także godziny policyjne, które nadal mają wpływ na życie wielu osób w bogatych krajach o dojrzałej gospodarce. W konsekwencji, prawdopodobieństwo powrotu szybkiego rozwoju w branży turystycznej w przyszłym roku jest bardzo mało prawdopodobne.
Rysunek 2: Konsekwencje wcześniejszych spadków koniunktury na turystykę międzynarodową i podróże
W przypadku Europy, ożywienie w branży turystyki powinno nastąpić szybciej, niż w regionach USA oraz Azji i Pacyfiku – prognozy na rok 2024 mówią o 771 mln turystów, co stanowi ponad trzykrotność rekordowego najniższego poziomu odnotowanego w skali całego świata w roku 2020 r. Na podstawie analizy danych dotyczących liczby turystów w okresie od roku 1980 do 2018 oraz PKB odpowiednich krajów, Allianz Research i Euler Hermes opracowało prognozy dotyczące liczby turystów w okresie do 2024 roku, które zostały przedstawione na Rysunku 3.
Rysunek 3: Liczba turystów w poszczególnych regionach świata
W milionach
2017
2018
2019
2020 – szac.
2021 – prog.
2022 – prog.
2023 – prog.
2024 – prog.
Cały świat
1 333
1 408
1 459
400
550
800
1 200
1 400
Europa
677
716
744
227
281
406
655
771
Azja i Pacyfik
323
347
361
64
119
178
267
326
Ameryka Pn.
137
142
146
47
71
94
112
136
Afryka
63
68
70
22
27
38
51
63
Środkowy Wschód
58
60
65
17
24
37
49
58
Źródła: UNWTO, prognozy Euler Hermes
W powyższej tabeli po lewej stronie przedstawiono szacunki UNWTO (Światowa Organizacja Turystyki ONZ) dotyczące liczby wizyt turystów zagranicznych w latach 2017-2019. Na okres od 2020 roku eksperci Allianz Research i Euler Hermes opracowali prognozy na podstawie współczynników określonych poprzez analizy przeprowadzone w ujęciu historycznym na podstawie regresji – odpowiednie wyniki zostały przedstawione poniżej:
Współczynniki wg regresji liniowej, dotyczące liczby turystów (w milionach w odniesieniu do PKB (w miliardach)
Współczynnik PKB
Europa
54,56 ***
(2 143)
Azja i Pacyfik
16,26 ***
(0,24)
Ameryka Północna
10,7182 ***
(0,433)
Afryka
44,35 ***
(1,483)
Środkowy Wschód
51,84 ***
(1,509)
*** = „wartość p < 0,001”, dane za okres 1980-2018, wartość R-kwadrat zawsze >0,9”
We wszystkich tych pięciu analizach przeprowadzonych metodą regresji, współczynniki PKB i wartości stałe znajdowały się zawsze na najwyższym poziomie. Na podstawie tych współczynników opracowano pięć zależności liniowych łączących liczbę turystów przyjeżdżających i odpowiadającą jej wartość PKB, przyjmując współczynniki przedstawione powyżej. Założenie jest takie, że współczynniki te nie zmieniły się zbytnio w czasie kryzysu, więc korzystając z prognoz dotyczących PKB możemy określić nowe wartości dotyczące sektora turystyki.
Wyniki potwierdzają analizę mówiącą, że powrót do normalnej działalności w branży turystycznej nie nastąpi przed upływem następnych dwóch lat. Niedawne badanie przeprowadzone przez Światową Organizację Turystyki ONZ wśród profesjonalistów z branży turystycznej potwierdza te wyniki – większość z nich stwierdziła, że nie spodziewa się powrotu do poziomu sprzed pandemii wcześniej, niż w najlepszym przypadku w roku 2023. 41% respondentów stwierdziło, że spodziewa się powrotu do normy dopiero w roku 2024 lub później (patrz Rysunek 4).
Rysunek 4: Kiedy spodziewany jest powrót sektora turystyki międzynarodowej do poziomu sprzed kryzysu w 2019 roku w Państwa regionie?
Źródła: UNWTO, Euler Hermes
Opracowany przez Allianz Research i Euler Hermes podział liczby turystów według poszczególnych regionów wskazuje, że Europa będzie wyprzedzać pozostałe regiony, jednak oczekuje się, że pozostanie w tyle za Stanami Zjednoczonymi oraz regionami Azji i Pacyfiku pod względem ogólnego ożywienia gospodarczego. Z naszych obliczeń wynika, że liczba przyjazdów turystów zagranicznych do Europy może osiągnąć 771 mln już w 2024 r., co oznacza wartość ponad trzykrotnie wyższą, niż 227 mln wizyt odnotowanych w 2020 r.
Europa prawdopodobnie odnotuje większą liczbę wizyt turystów, niż inne regiony, ponieważ w 2020 roku odnotowała największy spadek w wartościach bezwzględnych, wynoszący ponad 500 milionów turystów międzynarodowych. Ponadto oczekuje się, że kraje UE będą współpracować w celu lepszego dostosowania się do zniesienia ograniczeń w podróżowaniu – Europa może najwięcej zyskać pod względem ożywienia w turystyce, jeśli uda jej się opracować skuteczne rozwiązanie w zakresie paszportu / kart szczepień.
Rysunek 5: Wskaźnik rygorystyczności według regionu
Rysunek 5 przedstawia aktualny poziom restrykcyjności ograniczeń na całym świecie. Europa jest nadal regionem najbardziej restrykcyjnym, wyprzedzając o prawie 10 punktów Amerykę Północną i o 20 punktów region Azji i Pacyfiku. Obecny poziom turystyki zależy w dużym stopniu od tego wskaźnika, a fakt, że przepisy europejskie są najbardziej rygorystyczne wyjaśnia, dlaczego sektor turystyki w tym regionie ucierpiał najbardziej. W tej sytuacji, gdyby paszporty szczepień zostały wprowadzone w tym samym czasie w różnych regionach, wzrost sektora turystyki byłby najwyższy w Europie. W rzeczywistości, Komisja Europejska pracuje nad pomysłem paszportów zdrowotnych, aby złagodzić ograniczenia w podróżowaniu już przed nadchodzącym okresem letnim. Decydujące będą jednak dwa czynniki: 1) skuteczność szczepionek Covid-19 w zakresie zapobiegania przenoszeniu choroby oraz 2) wdrażane polityki. Kraje UE prawdopodobnie znajdą się w sytuacji najbardziej korzystnej, ponieważ będą mogły korzystać z tego samego systemu informacyjnego, z jednolitymi i prawidłowymi danymi wejściowymi (w taki sam sposób, jak dzielą się na przykład danymi gospodarczymi za pośrednictwem bazy danych Eurostat).
Jednak nawet zakładając, że system paszportów szczepień będzie działać, mogą pojawić się nowe trudności. Niezależnie od polityki certyfikatów, konsekwencje mogą wynikać ze sposobu wykorzystania paszportów w gospodarce. Wprowadzenie zakazów dotyczących swobody przemieszczania się osób niezaszczepionych, zarówno w kraju, jak i za granicą, może okazać się bardzo skomplikowane.
Ożywienie światowego sektora turystyki może również okazać się trudne z powodu przedłużających się ograniczeń podróżowania w krajach Azji i Pacyfiku oraz obu Ameryk, ze względu na pojawienie się nowych wariantów, w odniesieniu do których dostępne szczepionki wydają się być mniej skuteczne, a być może nawet całkowicie nieskuteczne, jeśli chodzi o nowe mutacje, które istnieją już obecnie lub pojawią się dopiero w przyszłości. Prognozuje się, że liczba przyjazdów turystów do tych regionów w 2024 r. osiągnie odpowiednio 326 mln i 136 mln. Podział na regiony wskazuje, że udział w rynku europejskim pod względem liczby przyjazdów turystów ma wzrosnąć do 55% w 2024 r. w porównaniu z 51% w 2019 roku, podczas gdy w Ameryce Północnej pozostanie niezmieniony (około 10%), a w regionie Azji i Pacyfiku zmniejszy się z 25% do 23%.
Przyglądając się poszczególnym podsektorom, okazuje się, że do 2022 r. tylko krajowy sektor turystyki może powrócić na drogę rozwoju. Nie zrekompensuje to jednak strat związanych z bardziej dochodowymi podróżami międzynarodowymi i biznesowymi, które mogą występować aż do 2023 r. Turyści krajowi zwykle nie wydają tak dużo pieniędzy, jak zagraniczni, przewidujemy jednak, że nawet jeszcze w 2023 r. obroty w segmencie podróży międzynarodowych będą nadal o -8% niższe, niż poziom sprzed kryzysu (patrz Rysunek 6). Wzrost liczby osób bezrobotnych również potęguje ten problem, ponieważ konsumenci prawdopodobnie ograniczą wydatki na wyjazdy turystyczne.
Podsumowując, pandemia Covid-19 może położyć kres „zglobalizowanej” turystyce i podróżom na długi czas, zmuszając firmy działające w branży turystycznej oraz związanej z podróżami do zmiany ich modeli biznesowych.
Rysunek 6: Szacowany harmonogram ożywienia globalnych wydatków na podróże w poszczególnych segmentach turystyki
71 proc. firm wysoko ocenia skuteczność firm windykacyjnych, z którymi współpracowały w ciągu ostatnich 2 lat – wynika z badania „Jak MŚP korzysta z windykacji” na zlecenie Kaczmarski Inkasso. Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy intensywnie szukają dopływu gotówki z różnych źródeł. Przebranżawiają się, wchodzą w nisze rynkowe, przenoszą działalność do Internetu. Wielu skrupulatniej dochodzi też pieniędzy zamrożonych w niezapłaconych fakturach u kontrahentów, korzystając z windykacji polubownej.
Windykacja jest ważną częścią zarządzania firmowymi finansami, zwłaszcza w dobie pandemii, kiedy o wpływy na konto nie jest łatwo. Według najnowszej edycji badania „KoronaBilans MŚP”, prowadzonego cyklicznie od początku epidemii przez Krajowy Rejestr Długów, aż 79 proc. przedsiębiorców nie planuje inwestycji w najbliższym czasie. Nie chcą ryzykować w obawie przed niepewnością, jaka panuje w gospodarce. Nierzadko także świadomie wstrzymują płatności wobec kontrahentów, gromadząc pieniądze „na czarną godzinę”.
Badanie Kaczmarski Inkasso „Jak MŚP korzysta z windykacji” pokazuje, że negatywny wpływ na działalność małych i średnich firm ma płatność opóźniona już o 21-30 dni. Ocenia tak 43 proc. z nich. Dla 1/3 poziom wrażliwości finansowej jest niższy i wynosi maksymalnie 20 dni. Ankietowani przedsiębiorcy deklarowali, że w ciągu ostatnich 2 lat skierowali do profesjonalnej windykacji od 1 do 500 faktur.
Dobra windykacja procentuje
Aż 71% przedsiębiorstw z sektora MŚP wysoko ocenia skuteczność firm windykacyjnych, z usług których korzystały w ostatnich 2 latach. Wybierają je głównie na podstawie wcześniejszych doświadczeń, jakie z nimi mieli (53 proc.), ale także bazując na własnej analizie rynku i ofert (45 proc.). Ponad 1/3 decyduje się na współpracę dzięki rekomendacjom innego przedsiębiorcy, a 15 proc. bierze pod uwagę opinie znajomych i rodziny. Po kontakcie ze strony handlowca firmy windykacyjnej na profesjonalne odzyskanie należności stawia co 10. przedsiębiorstwo. Z kolei po 9 proc. korzysta z takich usług pod wpływem reklamy i wskazówek firm doradczych.
– Odzyskiwanie pieniędzy w pandemii to istotny element dbałości o płynność finansową. Samodzielne próby odzyskania należności bywają niewygodne i nieskuteczne, bo niezbędne są tu kompetencje negocjacyjne oraz znajomość prawa i różnych branż gospodarki. Dlatego znalezienie odpowiedniej firmy, której powierzymy zaległe faktury, niesie dużą odpowiedzialność. Nasze badanie pokazuje, że kluczowy wpływ na decyzję o wyborze firmy windykacyjnej mają wcześniejsze pozytywne doświadczenia w obsłudze wierzytelności. Jak widać, zaufanie procentuje – ocenia Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.
Samodzielna windykacja – trudna i niekomfortowa
Przedsiębiorcy pytani o najważniejsze korzyści ze współpracy z firmą windykacyjną wskazywali przede wszystkim na skuteczność działania (50 proc. wskazań), dostęp do profesjonalnych narzędzi windykacyjnych – prawie 1/3 odpowiedzi, a także znajomość prawa i jego stosowania (29 proc.). 27 proc. uważa, że to dobra alternatywa, aby odciążyć swoich pracowników w dochodzeniu należności. Duże znaczenie ma także to, że dzięki powierzeniu sprawy profesjonalistom wierzyciel unikają krępującego kontaktu z dłużnikiem (27 proc.). Ponadto korzyść stanowią umiejętności negocjatorów w docieraniu do niesolidnych płatników i identyfikowaniu ich majątku (23 proc.), jak również przejrzysty system rozliczeń (11 proc.). Co 5. przedsiębiorca docenia możliwość obciążenia dłużnika kosztami windykacji za pośrednictwem zewnętrznej firmy, a 7 proc. uważa, że ważne jest zachowanie dobrych relacji z kontrahentami.
Windykacja na koszt dłużnika bez oporów
Z kolei przedsiębiorcy poproszeni o wymienienie negatywnych doświadczeń ze współpracy z firmami windykacyjnymi najczęściej odpowiadali „nie mamy”. Taką odpowiedź wybrało aż 37 proc. badanych przedstawicieli firm. Ci, którzy mają zastrzeżenia, zwracają uwagę na wysokie koszty współpracy (30 proc.), długi czas odzyskiwania należności (24 proc.) oraz brak skuteczności (23 proc.). 16 proc. podkreślało brak informacji o prowadzonych działaniach windykacyjnych. Najmniej, bo 2 proc. firm, było niezadowolonych z konieczności zawarcia długoterminowej umowy.
Najwyraźniej przedsiębiorcy, którzy wskazują na wysokie koszty usług, nie mają świadomości, że mogą skorzystać z obciążenia niesolidnego kontrahenta kosztami windykacji. Niestety wiedza o tym nie jest powszechna. Wprawdzie 59 proc. firm korzysta z tej opcji, ale aż 29 proc. tego nie robi. Powód? Niemal 60 proc. z nich nie wie, że jest taka możliwość, a prawie co 4. obawia się obarczać klienta dodatkową płatnością, bo zamierza kontynuować z nim współpracę.
– Z naszej praktyki wynika, że jeśli kontrahent ma pieniądze na spłatę długu, to znajduje je też na pokrycie kosztów dochodzenia należności. Co ważne, negocjatorzy potrafią tak poprowadzić cały proces, że nie ucierpią na tym kontakty pomiędzy partnerami. Zlecając windykację polubowną firma wysyła do innych sygnał, że nie chce kredytować cudzej działalności, dba o zapłatę za swoją pracę i chce być traktowana uczciwie – wyjaśnia Jakub Kostecki.
Windykacja polubowna prowadzona przez zewnętrzną firmę skupia się na działaniach, które mają przekonać dłużnika – przedsiębiorcę do szybkiej spłaty zobowiązań lub zaproponowanie takiego rozwiązania, które zaakceptuje wierzyciel, np. spłaty należności w ratach. Wierzyciel ponosi koszt windykacji jedynie w przypadku, gdy uda się odzyskać jego pieniądze. Nie obciąża to jego konta, co w czasie pandemii, gdy przedsiębiorcy liczą każdą złotówkę, ma duże znaczenie.
Badanie „Jak MŚP korzysta z windykacji” zostało przeprowadzone przez Instytut Badawczy Mands na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso w grudniu 2020 r. na reprezentatywnej grupie 300 małych i średnich przedsiębiorstw, które w ostatnich dwóch latach korzystały z usług firm windykacyjnych. Ankietę zrealizowano metodą CAWI/CATI.
Za nieopłacone czynsze do bazy dłużników trafiają nie tylko osoby prywatne, ale i firmy. Jak pokazują dane zgromadzone w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, zaległości z tego tytułu wyniosły na koniec stycznia ponad 175 mln zł. I choć w ciągu roku ubyło dłużników, to długi wzrosły o ponad 20 mln zł. To najlepiej pokazuje, że przy przekładaniu na później wysokich kwot opat czynszowych łatwo wpaść w spiralę zadłużenia. Średni czynszowy dług osoby prywatnej dochodzi do 20 tys. zł, a firmy przekracza 37 tys. zł. Rekordowe kwoty zaległości należą do mieszkanki Mazowsza – blisko 1,8 mln zł i przedsiębiorstwa działającego na Pomorzu – ponad 2,2 mln zł.
Co piąty respondent badania, wykonanego dla BIG InfoMonitor przez Maison&Partners, wskazał pod koniec ubiegłego roku, że miał problem z terminowym regulowaniem bieżących rachunków w 2020 r. Nieopłacone na czas rachunki za telefon, Internet, telewizję kablową, prąd, gaz i wodę, a także właśnie za czynsz spowodowały wzrost kwot zadłużenia widocznych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor o ponad 2 mld zł do 44,3 mld zł.
Między styczniem 2020 a styczniem bieżącego roku, same zaległości czynszowe widoczne w rejestrze zwiększyły się o 20 mln zł do 175,6 mln zł. 15,7 mln zł z tej kwoty należy do wynajmujących lokale firm. Choć dług wzrósł, liczba dłużników spadła z ponad 9,1 do 8,5 tys. osób i firm.
– Mniejsza liczba czynszowych dłużników to efekt ich coraz częstszej mobilizacji przez zarządzających lokalami mieszkaniowymi i użytkowymi. Wykorzystywane są w tym celu dwa rozwiązania: wysyłka wezwań do zapłaty, a jeśli to nie zadziała, to również wpis dłużnika do rejestru BIG – zwraca uwagę Łukasz Rączkowski z BIG InfoMonitor. – Umieszczenie w bazie dłużników może być konsekwencją już 30-dniowych opóźnień na co najmniej 200 zł w przypadku osób prywatnych i 500 zł, jeśli dłużnikiem jest firma – tłumaczy.
Tylko Administracja Domów Miejskich w Bydgoszczy w minionym roku wysłała do 1975 dłużników, podmiotów gospodarczych oraz gospodarstw domowych, 3708 wezwań do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze przekazania ich danych do rejestru. Efekt? Co jedenasty dłużnik spłacił całe swoje zadłużenie.
1908 niesolidnych lokatorów i najemców (1853 osób fizycznych i 55 przedsiębiorców) w minionym roku zostało jednak wpisanych przez bydgoski ADM do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Łączny dług zgłoszonych wynosił 17,4 mln zł. Do 24 lutego 2021 r. 187 wpisów dotyczących tych dłużników usunięto z rejestru z uwagi na spłatę niemal 1 mln zł zaległości, w przypadku firm było to 29 proc. całkowitego zadłużenia.
Im wyższa kwota do spłaty, tym trudniej ją odzyskać
Według danych zgromadzonych w BIG InfoMonitor średnia wartość zaległego czynszu przypadająca na osobę to 19 768 zł, a na firmę prawie dwukrotnie więcej – 37 511 zł.
Regulowanie opłat czynszowych często jest uzależnione od bieżącej sytuacji finansowej użytkowników lokalu, jak również od czynników makroekonomicznych, takich jak koniunktura gospodarcza czy stopa bezrobocia. Jak pokazuje przykład Bydgoszczy, blisko 70 proc. aktualnych użytkowników mieszkań komunalnych reguluje swoje opłaty terminowo. Około 10 proc. ma drobne przejściowe problemy (zadłużenie do 1 tys. zł), tyle samo stanowią ci, których dług nie przekracza 10 tys. zł. Co dziesiąty dłużnik boryka się jednak z notorycznymi problemami finansowymi, przez co zazwyczaj piętrzące się latami zobowiązania przekraczają 10 tys. zł i to właśnie ta grupa odpowiada za ponad 90 proc. całkowitego zadłużenia aktualnych użytkowników lokali komunalnych tego miasta.
– Choć liczba wszystkich dłużników wykazuje lekką tendencję spadkową, to jednak, tych z największymi zaległościami z roku na rok przybywa. W przypadku użytkowników lokali, również socjalnych, pandemia nie wpłynęła znacząco na regulowanie zobowiązań. Nasze kwartalne wskaźniki ściągalności bieżących należności i zaległości nie uległy większym zmianom. Sytuacja epidemiologiczna miała natomiast duży wpływ na możliwość regulowania zobowiązań za wynajem lokali użytkowych przez firmy – wskazuje Magdalena Marszałek, rzecznik ADM w Bydgoszczy.
Kobiety częściej trafiają do rejestru za nieopłacenie czynszu
Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, w skali kraju rekordowe długi za czynsz i wynajem należą do firmy z Pomorza – ponad 2,2 mln zł oraz mieszkanki województwa mazowieckiego – prawie 1,8 mln zł. Fakt, że kobieta jest rekordzistką to nie przypadek. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że to właśnie panie przeważają wśród dłużników czynszowych (53 proc. vs. 47 proc. mężczyzn). Również w badaniach więcej pań niż panów (23 proc. vs. 20 proc.) deklarowało, że miało w minionym roku kłopoty z terminowym regulowaniem bieżących rachunków. Według badania z płatnościami słabiej radzą sobie również osoby w wieku między 55. a 64. rokiem życia, mówiło o tym 28 proc. respondentów. Znajduje to potwierdzenie w danych BIG InfoMonitor, dłużnicy czynszowi z tej grupy wiekowej stanowią bowiem największą grupę – 1940 osób (24 proc.), znaczący udział mają też osoby między 45. a 54. rokiem życia – 1776 osób (22 proc.). Najmniej wśród niepłacących czynszu jest natomiast 18-24 latków (niecałe 5 proc.) oraz 25-34 latków (12 proc.).
O tym jak wyglądają dane dotyczące zaległości czynszowych w ujęciu geograficznym, w ogromnej mierze decyduje aktywność podmiotów zgłaszających dłużników z danego regionu do Rejestru BIG InfoMonitor. Dominuje województwo kujawsko-pomorskie z kwotą przeterminowanych zobowiązań przekraczającą 78,7 mln zł, drugie jest woj. mazowieckie z sumą 34,4 mln zł, a trzecie warmińsko-mazurskie – 17,7 mln zł.
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.
Dane Ministerstwa Sprawiedliwości z 2020 r. mówią o gwałtownym spadku liczby transakcji dotyczących spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. Tymczasem pośrednicy zapewniają, że takie mieszkania są wręcz rozchwytywane na rynku. Kto ma rację?
Nie wiadomo dokładnie, ile jest jeszcze spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. GUS informuje, że w zasobach spółdzielni było w 2018 r. nieco ponad 2 mln lokali. Problem w tym, że jakaś część z nich (zdecydowanie mniejsza) ma status lokatorski, co oznacza, że są one wyłączone z obrotu rynkowego. Dowiedzieliśmy się, że w 250 spółdzielniach będących członkami Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych RP jest łącznie ponad 500 tys. mieszkań własnościowych. Najwięcej – blisko 20 tys. – jest ich w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (WSM) oraz poznańskiej SM Osiedle Młodych.
Spółdzielcze własnościowe, co to takiego?
Tym, którzy nie pamiętają czasów PRL wyjaśniamy, że mieszkania budowane przez spółdzielnie, formalnie były ich własnością. Członkom spółdzielni przysługiwało spółdzielcze lokatorskie lub własnościowe prawo do lokalu. W tym drugim przypadku trzeba było pokryć pełne koszty budowy, żeby móc taki lokal sprzedać, zamienić czy podarować dzieciom. Dziś brzmi to nieprawdopodobnie, ale żeby sprzedać lub wynająć takie mieszkania, trzeba było uzyskać zgodę spółdzielni. Ba, trzeba się było liczyć z tym, że, np. pod pretekstem działania na jej szkodę, pozbawi ona niepokornego członka prawa do lokalu. Wypłacano mu wtedy wkład budowlany, który często miał się nijak do wartości rynkowej mieszkania.
Na szczęście to już historia. Przede wszystkim od kilkunastu lat można przekształcić swoje własnościowe prawo do lokalu w prawo odrębnej własności (kosztuje to tyle, co akt notarialny). Ale jak widać wciąż wielu spółdzielców nie zrobiło tego. Pod względem praktycznym spółdzielcze własnościowe i odrębna własność niczym się bowiem nie różnią. Oczywiście są różnice, np. odrębna własność obejmuje także określony udział w nieruchomości wspólnej, czyli części gruntu oraz budynku, w którym to mieszkanie się znajduje. Dla wielu spółdzielców nie ma to jednak znaczenia. Jak się okazuje, także i dla kupujących od nich mieszkania.
Popyt na spółdzielcze własnościowe nie maleje
– W 2020 roku nie zauważyliśmy spadku zainteresowania mieszkaniami spółdzielczymi ze strony kupujących. Dotyczyła ich niemal jedna trzecia transakcji mieszkaniowych zrealizowanych za pośrednictwem naszej firmy – mówi Jan Czajkowski, dyrektor zarządzający agencją Alfa Home Nieruchomości.
Podobnie wypowiadają się także inni pytani przez nas pośrednicy.
– Wręcz przeciwnie. Ze względu na zwiększony popyt ze strony obcokrajowców spoza Unii Europejskiej, takie mieszkania są wręcz pożądane – dodaje Anna Wojtiuk, ekspert ds. sprzedaży nieruchomości w agencji Partnerzy Nieruchomości.
Wyjaśnijmy, że aby kupić nieruchomość (mieszkanie z prawem odrębnej własności, dom lub działkę) cudzoziemiec spoza UE musi mieć zgodę Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ponieważ spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu nie jest nieruchomością, więc taka zgoda nie jest wymagana, co znacznie skraca procedurę zakupu. Dodajmy, że w strefie przygranicznej są m.in. Trójmiasto, Szczecin, Wałbrzych i Przemyśl.
Katarzyna Ciosińska z agencji Partnerzy Nieruchomości podkreśla, że osiedla spółdzielcze są położone w bardzo dobrych i obecnie preferowanych gdańskich lokalizacjach, takich jak Przymorze, Zaspa, Żabianka czy Chełm.
– Prawdę mówiąc dla osoby, która poszukuje nieruchomości głównie ze względu na lokalizację, status własności nie ma aż tak wielkiego znaczenia – uważa Katarzyna Ciosińska. Przyznaje jednak, że znaczenie może mieć dla banków. Zdarza się, że bank stosuje wyższą marżę dla kredytów na zakup spółdzielczego mieszkania własnościowego.
Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości mówią co innego
Tymczasem dane Ministerstwa Sprawiedliwości o liczbie aktów notarialnych nie potwierdzają opinii pośredników. Co prawda w drugiej połowie poprzedniej dekady systematycznie rosła liczba transakcji dotyczących spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. Jednak w 2020 r. ministerstwo odnotowało 15% spadek liczby aktów notarialnych.
Czym to można tłumaczyć? Prezes Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych RP Jerzy Jankowski zwraca uwagę, że obecnie spółdzielnie budują już wyłącznie mieszkania z prawem odrębnej własności. Ponadto spółdzielczych własnościowych praw do lokali ubywa w wyniku ich przekształcenia w odrębną własność. Jednak główną przyczyną spadku sprzedaży mieszkań spółdzielczych – zdaniem Jankowskiego – była mniejsza podaż tego typu lokali na rynku.
– To dlatego, że w ubiegłym roku ludzie wstrzymywali się ze sprzedażą, bo uznali, że lepiej mieć mieszkanie, którego wartość może jeszcze wzrosnąć, niż trzymać pieniądze w banku – uważa Jerzy Jankowski.
Jakie mieszkania spółdzielcze są kupowane najchętniej?
– Klienci nabywający mieszkania o statusie spółdzielczym zwracają uwagę przede wszystkim na to, czy budynek stoi na gruncie należącym do spółdzielni. Na zakup takich mieszkań można bowiem zaciągnąć kredyt. Tylko 3% naszych transakcji dotyczyło mieszkań w budynkach stojących na gruntach z nieuregulowanym stanem prawnym. Śmiało mogę powiedzieć, że klienci mniej przychylnym okiem patrzą na tego typu lokale – opowiada Jan Czajkowski.
Według niego kolejne czynniki, na które kupujący zwracają uwagę, to stan techniczny budynku, piętro, wysokość opłat oraz fakt, czy jest balkon. Co ciekawe, zdaniem naszych ekspertów, w przypadku mieszkań spółdzielczych miejsce parkingowe przynależne do lokalu jest zwykle na końcu listy preferencji zakupowych.
– Na osiedlach spółdzielczych są ogólnodostępne miejsca postojowe dla mieszkańców. Poza tym bliskość środków komunikacji miejskiej umożliwia sprawne przemieszczanie się bez konieczności posiadania auta – wyjaśnia Anna Wojtiuk.
Jej zdaniem problematyczne jest najczęściej 4 piętro w budynku bez windy. Oczywiście na takie mieszkania też znajdą się chętni, jednak ich znalezienie trwa zwykle dłużej.
Znamy finalistów i finalistki jubileuszowej 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu. Kapituła konkursu wyłoniła finałową dziesiątkę spośród kilkuset nominacji nadesłanych z całej Polski. Zwycięzców poznamy 24 maja 2021 roku.
Polska Rada Biznesu, organizacja zrzeszająca właścicieli i liderów największych firm działających w Polsce, ogłosiła finalistów i finalistki w trzech kategoriach konkursowych:
Nagroda PRB im. Jana Kulczyka w kategorii SUKCES – za zrealizowanie spektakularnego projektu biznesowego, który wywarł trwały wpływ na polski rynek:
Dr Irena Eris i Henryk Orfinger – założyciele firmy DR IRENA ERIS
Irena Eris, doktor farmacji, jest Dyrektorem ds. Badań i Rozwoju firmy. Od początku istnienia marki zajmuje się kreacją nowych produktów i zarządza procesem ich powstawania. Laureatka ponad 150 prestiżowych nagród, zajmuje wysoką pozycję na liście najbardziej wpływowych kobiet w dziejach Polski, które odwróciły bieg wydarzeń, przełamały stereotypy, zainicjowały nowy sposób myślenia. Została też odznaczona m.in. medalem Stella Della Solidarieta’ Italiana – Gwiazdą Solidarności Włoskiej, przyznawanym w imieniu prezydenta Włoch.
Henryk Orfinger jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Dr Irena Eris S.A. – spółki „matki” zarządzającej trzema podmiotami: Laboratorium Kosmetycznym Dr Irena Eris, Hotelami SPA Dr Irena Eris i Kosmetycznymi Instytutami Dr Irena Eris. Twórca i wieloletni Prezes Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego. W latach 1999–2019 Przewodniczący Rady Głównej Konfederacji Lewiatan, obecnie Pierwszy Wiceprezydent organizacji i Przewodniczący jej Prezydium Rady Firm Rodzinnych. Członek Rady Fundacji „Jesteśmy Razem. Pomagamy!” i Rady Gospodarczej – Zespołu Doradców ds. Gospodarczych przy Marszałku Senatu Rzeczypospolitej X kadencji. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2004).
Dariusz Topolewski – prezes OPONEO.PL
Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A. od września 2003 roku. Jest jednym z jej głównych akcjonariuszy od momentu wprowadzenia Spółki na giełdę. Był pomysłodawcą i współzałożycielem spółki CityNet Media s.c., z której rozwinęły się dzisiejsze firmy: OPONEO.PL S.A. i ROTOPINO.PL S.A. W latach 2004–2007 był Wiceprezesem Zarządu Drewno.pl Sp. z o.o. Obecnie jest też Członkiem Rady Nadzorczej w Dadelo S.A. i Członkiem Zarządu Oponeo.co.uk Ltd. Wcześniej zasiadał w radach nadzorczych spółek Rotopino.pl S.A. i Autocentrum.pl S.A.
Wiesław Żyznowski – prezes MERCATOR MEDICAL
Prezes Zarządu Mercator Medical S.A. W latach 90. wraz z Piotrem Żyznowskim współtworzył firmy grupy Mercator. Od 2010 r. jest wspólnikiem Anabaza Ltd. z siedzibą w Nikozji będącej akcjonariuszem Mercator Medical S.A. Od 2006 r. jest wspólnikiem Mercator Medical (Thailand) Ltd. Jest także doktorem filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalizuje się w filozofii przedsiębiorczości. Wydawca i autorem książek o regionie wielickim, właściciel firmy Baza Wiesław Żyznowski zajmującej się administrowaniem nieruchomościami w Sierczy koło Wieliczki i miniwydawnictwa Żyznowski.
Nagroda PRB pod patronatem Zarządu Polskiej Rady Biznesu w kategorii WIZJA I INNOWACJE – za zastosowanie nowej, odważnej, niestandardowej i niekonwencjonalnej koncepcji lub nowej idei biznesowej:
Stefan Batory – prezes BOOKSY
Matematyk, przedsiębiorca, twórca aplikacji iTaxi i Booksy. Zapalony biegacz ultramaratończyk. Absolwent Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Warszawskiej. Laureat wielu nagród i wyróżnień biznesowych, m.in. Ambasador Polskich Innowacji 2019.
Dr Michał Mikulski – prezes EGZOTech
Założyciel i Prezes Zarządu EGZOTech Sp. z o.o., powstałej w 2013 r. firmy zajmującej się badaniami oraz opracowaniem innowacyjnych robotów rehabilitacyjnych i urządzeń elektrodiagnostycznych dla fizjoterapii, neurorehabilitacji i terapii zajęciowej. Członek europejskiej komisji oceniającej projekty B+R i wykładowca na Politechnice Śląskiej.
Mariusz Targowski – prezes ENPROM
Prezes Zarządu, założyciel i główny udziałowiec ENPROM. W 2011 r. wraz z Tomaszem Soplem założył firmę, która po zaledwie dziesięciu latach stała się jedną z największych polskich spółek budownictwa elektroenergetycznego w kraju, z powodzeniem realizując projekty także w Niemczech, Danii, Irlandii czy Holandii. Kierował strategicznymi dla bezpieczeństwa energetycznego kraju projektami, m.in. wyprowadzeniem mocy z elektrowni Pątnów czy budową mostu energetycznego łączącego systemy przesyłowe Polski i Litwy.
Nagroda PRB im. Andrzeja Czerneckiego w kategorii DZIAŁALNOŚĆ SPOŁECZNA – za działalność społeczną i filantropijną, której celem jest pomoc osobom i środowiskom szczególnie potrzebującym:
Aleksandra Cieślak – artystka, członkini Kolektywu Aurora
Autorka tekstów, ilustratorka, reżyserka i dramaturżka. Inicjatorka i producentka kreatywna artystycznych pokojowych manifestacji przy ul. Mickiewicza w Warszawie: pomysłodawczyni „Dziadów na Mickiewicza”, koncertu „Pokój na Mickiewicza” i „Królowej Śniegu – Rytuału rozmrażania serc na Mickiewicza”. Twórczyni książek autorskich. Za „Książkę do zrobienia” wydaną przez wydawnictwo Dwie Siostry otrzymała wyróżnienie w kategorii Childrens’ Book on Art na targach książki Bolonia Ragazzi.
Marta Lempart – inicjatorka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet
Aktywistka w obszarze praw kobiet i demokracji, z wykształcenia prawniczka. Zainicjowała Ogólnopolski Strajk Kobiet 3 października 2016 (Czarny Poniedziałek) i do dziś przewodzi ogólnopolskiemu komitetowi wsparcia OSK. Polskie protesty stały się inspiracją do powstania sieci Międzynarodowego Strajku Kobiet, organizującego akcje w 60 krajach świata na 8 marca każdego roku. Wcześniej przez kilkanaście lat pracowała na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnościami: jest współautorką ustawy o języku migowym, pracowała również przy innych przepisach dostosowujących polski system prawny do ratyfikacji Konwencji o Prawach Osób Niepełnosprawnych, była członkinią Komisji Ekspertów ds. Praw Osób z Niepełnosprawnościami przy Rzeczniku Praw Obywatelskich.
Urszula Nowakowska – założycielka i szefowa Centrum Praw Kobiet
Prawniczka i feministka, autorka lub współautorka raportów z badań, artykułów do „Prawa i Płci” oraz poradników dla kobiet i służb. Aktywnie działa na rzecz zmian legislacyjnych w obszarze praw kobiet. Przygotowała m.in. propozycje zapisów równościowych do Konstytucji, projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w bliskich związkach, pracowała w zespole powołanym przez Izabelę Jarugę-Nowacką nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jest autorką poprawek do ww. ustawy oraz zmian w przepisach dotyczących gwałtu. Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działania na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego, Srebrnym Medalem Ministra Sprawiedliwości za osiągnięcia w pracy penitencjarne oraz Brązowym Medalem na wniosek KSP za długoletnią współpracę i wybitne zasługi w dziedzinie realizacji ustawowych zadań Policji i Odznaką Honorową RPO.
Piotr Pacewicz – współtwórca OKO.press
Dziennikarz, aktywista, dr psychologii. W czerwcu 2016 r. współtworzył portal śledczo-analityczny OKO.press, od początku jego naczelny. W latach 1982–89 redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. W 1989 r. współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”, „Media bez kobiet”. Autor książek „Psychologiczna analiza rewolucji społecznej”, „Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu” (z Martą Konarzewską); „Pociąg osobowy”. Feminista, laureat Nagrody Różnorodności Kongresu Kobiet (2014). Broni praw osób LGBTQ. Odznaczony Tęczowym Laurem (2000), nagrodą Hiacynt w kategorii media (2008), europejską nagrodą „Tolerancja″ (2007). Laureat nagrody Grand Press za wywiad (2015).
Wynik pierwszej fazy konkursu skomentował Wojciech Kostrzewa, Przewodniczący Kapituły Nagrody Polskiej Rady Biznesu i Prezes Zarządu PRB:
– Jak zwykle, mamy bardzo mocne kandydatury. W kategorii „Sukces” to twórcy silnych i konsekwentnie budowanych polskich marek w trzech różnych branżach – kosmetycznej, samochodowej i medycznej. W kategorii „Wizja i Innowacje” to twórcy rozwiązań przyszłości – w obszarze usług online, rehabilitacji medycznej i energetyki. W kategorii „Działalność Społeczna” Kapituła wyjątkowo wskazała cztery osoby, z których każda, na różne sposoby, angażuje się w obronę podstawowych praw i walkę o jakość polskiej demokracji. W żadnej kategorii wybór nie będzie więc łatwy.
Kapituła Nagrody, w skład której wchodzą autorytety życia gospodarczego, naukowego, kulturalnego, a także członkowie rodzin Patronów Nagrody, przyzna również własną Nagrodę specjalną PRB im. Jana Wejcherta – za całokształt działalności lub szczególne osiągnięcia, które wywarły znaczący wpływ na rozwój polskiego życia gospodarczego i społecznego. Wyróżnienie to otrzymało wielu wybitnych Polaków, w ostatnich latach byli to ks. Adam Boniecki, Jurek Owsiak i prof. Adam Strzembosz.
Wszystkie spółki i organizacje pozarządowe reprezentowane przez finalistów pozytywnie przeszły weryfikację firmy PwC, która jest partnerem merytorycznym 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu.
Finał 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu odbędzie się 24 maja 2021 roku i będzie transmitowany w telewizji TVN24.
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ogłasza nowy konkurs, w którym maksymalna kwota grantu to równowartość 800 tys. zł. Pilotaż „Przemysłu 4.0” jest adresowany do małych i średnich przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność produkcyjną na terytorium Polski. Podstawą wzięcia udziału w konkursie jest posiadanie „mapy drogowej”, czyli planu wdrożenia zmian w przedsiębiorstwie w zakresie cyfryzacji, automatyzacji i robotyzacji. Wnioski będzie można składać od 28 kwietnia do 30 czerwca 2021 r. Program jest finansowany ze środków unijnych z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.
Celem pilotażu jest przygotowanie małych i średnich przedsiębiorstw produkcyjnych do wdrożenia kompleksowej transformacji w kierunku Przemysłu 4.0 oraz wprowadzenie w życie wybranych obszarów działań w zakresie integracji inteligentnych maszyn, systemów oraz wprowadzania zmian w procesach produkcyjnych mających na celu zwiększanie wydajności wytwarzania i możliwości elastycznych zmian asortymentu.
Otrzymane dofinansowanie można przeznaczyć na: usługę polegającą na opracowaniu „mapy drogowej” (refundacja kosztów), usługi doradcze związane z jej wdrożeniem, zakup maszyn i urządzeń koniecznych do wprowadzenia w życie wybranego obszaru transformacji, a także nabycie wartości niematerialnych i prawnych w formie patentów, licencji, know-how oraz innych praw własności intelektualnej.
Kluczowe dla realizacji projektu jest opracowanie „mapy drogowej”, która ma być całościowym planem transformacji firmy. Tylko odpowiednio zaplanowany, z udziałem specjalistów od technologii Przemysłu 4.0, proces zmian może przynieść oczekiwane rezultaty. Zakres minimalny dokumentu został określony w dokumentacji do naboru. Koszty „mapy drogowej”, pomimo tego, że będą musiały być przez przedsiębiorcę poniesione przed złożeniem wniosku, będą mogły być zrefundowane do wysokości 100 tys. zł z środków grantu.
– Fundusze unijne oraz środki krajowe przeznaczamy na inwestycje, które odpowiadają na bieżące wyzwania gospodarki. Jednym z głównych wyzwań przedsiębiorców jest dziś dostosowanie się do funkcjonowania w warunkach pandemii oraz uodpornienie się na podobne kryzysy w przyszłości. Konkurs Przemysł 4.0 to ogromna szansa na zrewolucjonizowanie dotychczasowego sposobu funkcjonowania przedsiębiorstw – stwierdza Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.
Aby skorzystać z dofinansowania firma musi m.in. prowadzić działalność produkcyjną na terytorium Polski, a także przynajmniej w jednym zamkniętym roku obrotowym (w terminie 3 lat poprzedzających złożenie wniosku) osiągnąć przychody ze sprzedaży nie niższe niż 2 mln zł.
Technologie, które mogą otrzymać dofinansowanie to: Big Data oraz działania związane z analizą danych, roboty przemysłowe, przemysłowy internet rzeczy, integracja technologii informatycznych i operacyjnych (IT/OT) i tworzenie systemów cyber-fizycznych (CPS), cyberbezpieczeństwo, chmura obliczeniowa, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, blockchain oraz druk addytywny (druk 3D).
– Automatyzacja i robotyzacja są niekwestionowanymi trendami, które w najbliższych latach będą coraz bardziej dominujące. Z doświadczenia Agencji wynika, że działania związane z wprowadzaniem do firm innowacji, nowych technologii, czy zwiększeniem poziomu cyfryzacji cieszą się ogromnym zainteresowaniem ze strony przedsiębiorców. Nasi beneficjenci wykorzystują szanse, które dają im możliwość wprowadzenia zmian w ich firmach w kierunku nowoczesnego rozwoju. Spodziewamy się dużego zainteresowania pilotażem Przemysł 4.0 i mamy nadzieję, że doczeka się on wielu kontynuacji – dodaje Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP.
Maksymalna wartość dofinansowania projektu wynosi 800 tys. zł. Całkowity budżet przewidziany w konkursie to 20 mln zł. Obligatoryjny wkład własny wynosi min. 15 proc. Wnioski będzie można składać online od 28 kwietnia 2021 roku do 30 czerwca 2021 roku.
W darknecie pojawiły się fałszywe świadectwa szczepień Covid-19. To nowy trend, obok fałszywych, negatywnych wyników testów covidowych czy szczepionek takich firm jak Johnson&Johnson, AstraZeneca, Sputnik i SinoPharm – ostrzegają analitycy firmy Check Point.
Darknet to miejsce, w którym można znaleźć i zakupić praktycznie wszystko – od kradzionych urządzeń elektronicznych, przez narkotyki i broń po zlecenie zabójstwa. Zdaniem ekspertów z Check Point Research w ostatnich tygodniach coraz większą popularnością cieszą się fałszywe świadectwa szczepień oraz negatywne wyniki testów na COVID-10.
W marcu aktywność przestępcza w darknecie rozszerzyła się o sprzedaż certyfikatów szczepień sygnowanych przez Centers for Disease Control and Prevention (CDC). Cena dokumentu wynosi 200 dolarów za sztukę. Innymi zaobserwowanymi ofertami są fałszywe testy COVID-19 z wynikiem ujemnym, kosztujące jedynie 25 dolarów. Co ciekawe, część sprzedawców oferuje promocję „3 w cenie 2”, zachęcającą do zakupu większej ilości tego typu zaświadczeń. Niektóre z nich można wygenerować automatycznie w mniej niż 30 minut, co z pewnością będzie kuszącą propozycją dla osób chcących sprawnie (choć nielegalnie) podróżować w dobie pandemii.
Aby uzyskać jak najwięcej szczegółów dotyczących dostawy, ceny i autentyczności zaświadczeń, analitycy Check Pointa skontaktowali się z jednym z dostawców fałszywych dokumentów. Sprzedawca zapewnił badaczy, że dokonał już wielu transakcji i żaden z jego klientów nie miał najmniejszych kłopotów podczas okazywania certyfikatów. Aby uzyskać podrobiony certyfikat szczepienia, kupujący musi jedynie podać dokładne dane personalne, oczekiwane daty wydania zaświadczeń oraz zapłacić 200 dolarów.
Pełna oferta szczepionek w cenie od 500 do 1000 dolarów!
W styczniu analitycy Check Point Research po raz pierwszy poinformowali opinię publiczną o obserwacji reklam oraz ogłoszeń sprzedających szczepionkę w kwocie od 300 do 500 dolarów. Eksperci wskazują, że w ostatnim kwartale liczba reklam tego typu produktów wzrosła do 1200 (ponad 300% więcej niż w styczniu). Co więcej, pod koniec marca oferta darknetowych sklepów poszerzyła się o kolejne produkty medyczne. Do szczepionek Pfizera dołączyły: AstraZeneca w cenie 500 dolarów za dawkę, Johnson&Johnson w cenie od 600 dolarów, Sputnik, którego cena również zaczyna się od 600 dolarów, a także chiński SinoPharm z ceną sięgającą 500 dolarów.
W związku z sytuacją pandemiczną w całym kraju wprowadzone zostały dodatkowe obostrzenia, co oznacza między innymi zamknięcie kin i teatrów. Częściej będziemy zatem sięgać po rozrywkę w domu. Współczesne telewizory to prawdziwe centra rozrywki. Jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie TP Vision, właściciela marki Philips TV & Sounds, korzystając z nich, wciąż najczęściej sięgamy po tradycyjną telewizję. Popularne stają się jednak również serwisy streamingowe online, słuchanie muzyki czy gaming.
Wiele możliwości w smart TV
Współczesne telewizory z technologią smart i dostępem do internetu pozwalają korzystać z szerokiej gamy rozrywki. Wśród Polaków wciąż najpopularniejsza jest tradycyjna telewizja. Warto jednak podkreślić, że najczęściej wybiera ją mniej niż połowa ankietowanych – 47%. Za nią uplasowały się inne sposoby korzystania z telewizora, w tym platformy streamingowe. Filmy, seriale czy programy dokumentalne ogląda za ich pośrednictwem 15% ankietowanych, Z serwisów video, takich jak YouTube, korzysta na telewizorze 12%. Blisko 8% wykorzystuje telewizor do słuchania muzyki, a prawie 6% do gamingu.
– Współczesny telewizor to domowe centrum rozrywki. Dzięki możliwości połączenia z internetem i szerokiej gamie aplikacji, daje wiele możliwości. Wciąż pojawiają się na rynku nowe rozwiązania, które ułatwiają wykorzystanie potencjału nowoczesnych telewizorów. W gamingu jest to choćby aplikacja eForce NOW umożliwiająca grę w chmurze, bezpośrednio na telewizorze. W telewizorach Philips gwarantujemy też wysoką jakość dźwięku – zarówno poprzez soundbary, jak i wbudowane głośniki, rozwijane wspólnie z Bowers & Wilkins, firmą doskonale zananą melomanom. Dźwięk jest ważny podczas oglądania filmu, serialu, wydarzeń sportowych, a szczególności dla tych użytkowników, którzy wykorzystują telewizor do słuchania muzyki – stwierdza Marcin Habzda, dyrektor generalny TP Vision w Polsce.
Rozrywka i informacje
Zarówno rozrywka, jak i chęć zdobycia najnowszych informacji to dwa główne powody, dla których korzystamy z telewizora. Każdą z tych dwóch opcji wskazało 79% ankietowanych. Dla ponad 23% telewizor to źródło inspiracji – zarówno telewizja, jak i serwisy streamingowe oraz video oferują szeroką gamę programów poradnikowych, związanych z kuchnią, aranżacją wnętrz czy modą. 18% stwierdziło natomiast, że włączony telewizor to remedium na uczucie samotności. 14% wskazało, że urządzenie pomaga im zająć dzieci – odsetek ten wzrasta do 41% wśród osób, które mają pociechy w wieku do 13 lat.
– Zapewnienie dostępu do informacji i rozrywki to dwa cele, które od początku przyświecały producentom telewizorów. W związku z rozwojem nowoczesnych technologii zmienił się jednak sposób, w jaki możemy dostarczać je kupującym nasze urządzenia – podsumowuje Marcin Habzda z TP Vision.
O badaniu
Badanie online przeprowadzone przez PanelWizard Direct na reprezentatywnej grupie 1027 osób w wieku od 18 do 75 roku życia w dniach 24-29 września 2020 roku.
Haitong Bank opublikował wyniki finansowe za 2020 r. W ujęciu globalnym bank inwestycyjny odnotował zysk netto na poziomie 1,6 mln EUR, przy przychodach z działalności bankowej wynoszących 82 mln EUR. Instytucja w okresie dynamicznych zmian na rynkach finansowych wzmocniła swoją pozycję kapitałową i płynnościową. Na koniec ubiegłego roku wskaźnik CET1 wynosił 22,7 proc., a TCR 28,5 proc.
Bank inwestycyjny odnotował w 2020 r. zysk netto na poziomie 1,6 mln EUR. Istotnym elementem, który przyczynił się do utrzymania korzystnych wyników finansowych była optymalizacja kosztów działalności. Koszty operacyjne wyniosły 58 mln EUR (spadek o prawie 20 proc. r/r). Przełożyło się to na zysk operacyjny na poziomie 24 mln EUR.
Pomimo wyjątkowej sytuacji na rynkach, przychody z działalności bankowej wyniosły w ubiegłym roku 82 mln EUR. Taki wynik jest efektem otwarcia się rynku w drugiej połowie roku, gdyż w pierwszych 6-ciu miesiącach Haitong Bank odnotował przychody z tego segmentu na poziomie 24 mln EUR.
Wzmocnienie fundamentów
W 2020 r. Haitong Bank zwiększył jakość swoich aktywów – wskaźnik kredytów zagrożonych spadł do 1,9 proc. z 3,6 proc. w 2019 r. W ubiegłym roku bank inwestycyjny skupił się również na wzmacnianiu pozycji kapitałowej i płynnościowej. Na koniec 2020 r. wskaźnik CET1 wynosił 22,7 proc., a łączny współczynnik kapitałowy (TCR) 28,5 proc. Natomiast wskaźnik staiblnego finansowania netto (NSFR) osiągnał poziom 157 proc. Dzięki wzmocnieniu bilansu Haitong Bank może rozwijać ofertę kredytową, gwarancji na emisje obligacji czy zabezpieczeń.
– Haitong Bank dzięki obecności na rynkach w Azji, Europie i Ameryce Łacińskiej może dywersyfikować swoje źródła przychodów i efektywnie realizować przyjętą strategię, minimalizując wpływ zmienności na światowych rynkach finansowych. Rok 2020 okazał się dla naszej instytucji ważnym testem. Okazało się, że obrany kilka lat temu kierunek rozwoju i solidne fundamenty finansowe, pozwalają nam stale rozwijać biznes pomimo wyzwań panujących zarówno na rynkach kapitałowych, jak i w branżach, w których działają nasi klienci – mówi Ryszard Hermanowski, Head of Investment Banking w Haitong Bank w Polsce.
Haitong Bank konsekwentnie realizuje przyjętą 3 lata temu strategię umacniania swojej pozycji na rynkach w Europie, Ameryce Łacińskiej i Chinach. Instytucja pozostała odporna na negatywne skutki gospodarcze pandemii COVID-19 dzięki współpracy z klientami korporacjami i instytucjonalnymi. Ten unikalny model biznesowy sprawia, że Haitong Bank odgrywa kluczową rolę w ekspansji grupy HAITONG na świecie.
Skutki zmiany klimatu będą mieć dla produkcji rolnej w Polsce poważne konsekwencje. Zmienia się rozkład opadów i rośnie temperatura, co sprawia, że część roślin przestanie być uprawiana. Jednocześnie rolnictwo odpowiada za największe zużycie wody. W większości wykorzystuje wody powierzchniowe, jednak częstsze susze i brak opadów sprawiają, że coraz częściej rolnicy sięgają po sztuczne nawadnianie. – Konieczna jest zmiana sposobu gospodarowania wodą, w przeciwnym wypadku możemy spodziewać się daleko idących zmian w produkcji rolnej, wzrostu cen i ograniczenia spożycia mięsa – prognozuje profesor SGGW Mateusz Grygoruk.
– W zasadzie nie da się powiedzieć, jak dużo wody konsumuje rolnictwo w Polsce. W jednych obszarach rolnictwo wymaga nawodnień, w innych obszarach – osuszania terenów. Natomiast należy pamiętać, że dostępność wody w krajobrazie będzie mniej stabilna, przez co, jak wszystkie prognozy mówią, będziemy przechodzić w coraz większym stopniu na techniczne, sztuczne nawodnienia użytków rolnych, co jeszcze niedawno nie było rozważane – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Mateusz Grygoruk z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska, Katedry Inżynierii Wodnej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
Jak wynika z ekspertyzy „Woda w rolnictwie”, rolnictwo wykorzystuje ok. 70 proc. odnawialnych zasobów wodnych. Na kolejnych miejscach jest przemysł (20 proc.) i cele komunalne (10 proc.). W przypadku wód pobieranych przemysł jest liderem (70 proc.), a rolnictwo i leśnictwo wykorzystują ok. 10 proc. Jeżeli jednak trend w produkcji żywności zostanie utrzymany i jednocześnie będą postępowały zmiany klimatu skutkujące suszami, zapotrzebowanie na wodę będzie rosło. Przy szacowanym wzroście popytu na żywność o 60 proc. do 2050 roku powierzchnia upraw nawadnianych ma się zwiększyć o więcej niż 50 proc. W Polsce areał upraw wymagających nawadniania może wzrosnąć nawet o 300 proc.
– Rolnictwo potrzebuje coraz więcej wody ze względu na jego towarowość, czyli przejście z gospodarowania ekstensywnego, gdzie dominowały niewielkie gospodarstwa, na wielkie gospodarstwa obszarowe zorientowane na biznes, które muszą dostarczać stabilne produkty w przewidywalnym okresie. Z tego względu na pewno nawodnienia w rolnictwie będą wymagane, przez co potrzeby wodne rolnictwa będą rosły – ocenia ekspert z SGGW.
W naszym kraju woda pobierana na potrzeby gospodarki i ludności w ok. 80 proc. pochodzi z zasobów wód powierzchniowych. Pozostałe 20 proc. to woda podziemna przeznaczona głównie na zaopatrzenie ludności lub przemysłu spożywczego czy farmaceutycznego.
Polska należy do europejskich krajów zagrożonych deficytem wody. Poziom wód gruntowych w naszym kraju obniżył się w ostatnich kilku latach o 2 m. W latach 1946–2016 średnia roczna zasobów wodnych przypadająca na jednego mieszkańca wynosi w Polsce ok. 1,8 tys. m3 (w Europie – 5 tys. m3), a w latach o mniejszych opadach – 1,1 tys. m3. Próg 1,7 tys. m3 na osobę jest już granicą „stresu wodnego”.
Eksperci podkreślają, ze ryzykowne jest wykorzystywanie do nawodnień w rolnictwie wód głębinowych ze względu na to, że ich zasoby oraz tempo odnawiania nie są w pełni rozpoznane, a stanowią one główne źródło wody pitnej.
– Nawodnienia w przypadku Polski najczęściej są planowane jako korzystanie z wód podziemnych, czyli budowy studni. Jest to sięganie po oszczędności, które tworzą się bardzo długo, równocześnie wymagają długiego czasu na ich odtworzenie. Czyli to nie jest tak, że mamy gdzieś pod ziemią rezerwuar wody, który jest nieskończenie duży. Korzystanie z tej wody i prognozowanie zwiększenia intensywności rolnictwa w przyszłości na pewno za 20–50 lat odbije się tym, że wód podziemnych również zacznie nam brakować – ostrzega ekspert SGGW.
Jak oceniają autorzy ekspertyzy „Woda w rolnictwie”, pomóc mogłoby wprowadzenie pakietów retencyjnych w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2021–2027. Ich celem byłoby wspieranie rolników – użytkowników terenów nadrzecznych i mokradłowych – w zatrzymaniu wody lub ograniczania jej odpływu na zarządzanym przez nich terenie. Skutecznie pomóc w walce z suszą mogłaby jednak przede wszystkim naturalna retencja i renaturyzacja ścieków wodnych. W przeciwnym wypadku mogą nas czekać trwałe zmiany w produkcji rolnej, nie tylko w Polsce, ale też całej Europie.
– Od rolników będzie wymagana większa elastyczność, co jest bardzo trudne, bo w wielu przypadkach próby gospodarowania w pewnym sektorze rolnictwa wymagają dużych nakładów. Zmiana tych nakładów z dnia na dzień czy zmiana orientacji produkcji na zupełnie inną gałąź rolnictwa pociągnie za sobą rosnące koszty, co przełoży się na fundusze przeznaczane na rolnictwo przez Unię Europejską. Natomiast na pewno już teraz możemy zapomnieć o wieloletniej stabilności pewnych upraw – mówi Mateusz Grygoruk.
Częstsze susze i związany z tym niższy poziom wody sprawiają, że rolnictwo w Polsce mogą czekać spore zmiany. Dużo wskazuje na to, że już niedługo niemożliwa stanie się np. uprawa ziemniaka czy zbóż ozimych, bo będzie dla nich po prostu za ciepło.
– Dla konsumentów oznacza to najprawdopodobniej wzrost cen, poza tym również zmianę pewnych rozwiązań prawnych w kraju i najprawdopodobniej stopniowe przechodzenie na ograniczanie konsumpcji mięsa, co jest również dobre dla zasobów wodnych – ocenia ekspert.
Fundacja Nasza Ziemia podaje, że do wyprodukowania 1 kg wołowiny potrzeba 14 500 litrów wody, 1 kg wieprzowiny – prawie 6000 litrów, a 1 kg mięsa drobiowego – 4300. Jednocześnie rosnące zapotrzebowanie na mięso sprawia, że potrzebna jest większa powierzchnia rolna pod uprawę roślin na pasze dla zwierząt oraz do ich wypasania.
– Rolnictwo zorientowane na produkcję mięsną produkuje również bardzo dużo nawozów, które są w Europie wylewane na pola. Koncentracja tej produkcji, np. trzody chlewnej, powoduje zwiększoną obecność nawozów – azotanów i fosforanów, które są wylewane na pola, skąd trafiają bezpośrednio do rzek i następnie do Bałtyku. Patrząc na jedzenie produkowane przez rolników, musimy patrzeć na to, że jest to pewien element wielkiego cyklu wodnego, który zamyka się w Bałtyku – podkreśla dr hab. Mateusz Grygoruk.
Zarówno w Polsce, jak i na poziomie UE trwają dyskusje o możliwości zawieszenia ochrony patentowej i uruchomienia produkcji szczepionek przeciw COVID-19 na bazie tzw. licencji przymusowych. Podczas zeszłotygodniowego spotkania w Paryżu prezydent Emmanuel Macron i premier Mateusz Morawiecki zgodzili się, że istnieje konieczność produkcji szczepionek na terenie Unii Europejskiej. Dyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej Monika Constant wskazuje, że przemysł polski i francuski mają w tym obszarze duże pole do współpracy. – Wydaje się, że właśnie tutaj Polska i Francja mogłyby współpracować, żeby zaproponować rozwiązanie, którego wszystkie kraje potrzebują jak najszybciej – ocenia.
Szczepionki przeciw COVID-19 były jednym z głównych tematów poruszanych przez prezydenta Emmanuela Macrona i premiera Mateusza Morawieckiego podczas ubiegłotygodniowego spotkania w Paryżu. Politycy rozmawiali także o sytuacji związanej z pandemią i wezwali Komisję Europejską do tego, aby maksymalnie skutecznie egzekwowała pozyskiwanie szczepionek na podstawie umów, które zostały zawarte kilka miesięcy temu. Jak podaje KPRM, obaj politycy zgodzili się też co do konieczności produkcji szczepionek na terenie UE, uznając, że rozszerzenie możliwości produkcyjnych w Europie jest kluczowe dla jej bezpieczeństwa.
– Potrzebujemy wspólnego działania dotyczącego produkcji szczepionek. Wydaje się, że właśnie tutaj Polska i Francja mogłyby współpracować, żeby zaproponować rozwiązanie, którego wszystkie kraje – nie tylko te europejskie – potrzebują jak najszybciej – mówi agencji Newseria Biznes Monika Constant, dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP).
Polsko-francuskie rozmowy o szczepionkach na COVID-19 to pokłosie chaosu szczepionkowego, który trwa w Europie od kilku miesięcy. Wszystkie kraje zmagają się ze zbyt dużym zapotrzebowaniem na szczepionki w porównaniu do ich obecnej dostępności, podczas gdy koncerny farmaceutyczne spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. W teorii do końca II kwartału do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek, ale formalne deklaracje producentów wciąż się zmieniają. Jak dotąd nasz kraj otrzymał ok. 6,5 mln dawek, a do punktów trafiło nieco ponad 5,4 mln. Liczba wykonanych szczepień to prawie 5,1 mln.
Dlatego w Polsce od lutego trwa dyskusja dotycząca możliwości produkcji szczepionek na COVID-19 przez krajowe firmy na bazie tzw. licencji przymusowej (specjalnego zezwolenia na korzystanie z opatentowanego wynalazku innego podmiotu). Część krajowych polityków zaapelowała już do premiera Morawieckiego, aby zwrócił się w tym celu do Urzędu Patentowego RP i wyłonił krajowego producenta, który będzie w stanie uruchomić taką produkcję. Jak wskazuje Monika Constant, francuski przemysł mógłby wesprzeć w tym obszarze polskie firmy.
– Współpraca pomiędzy firmami z Francji i Polski w zakresie produkcji szczepionek na COVID-19 może być różnoraka. Francja dysponuje bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturą przemysłową. Z kolei w Polsce mamy kilkadziesiąt firm i producentów w ramach szeroko rozumianego przemysłu farmaceutycznego. Wydaje się więc, że tutaj mogłaby nastąpić wymiana know-how i kompetencji. Trzeba też pamiętać, że na terenie Unii Europejskiej znajdują się firmy proponujące np. dostarczenie substancji czynnych, które są niezbędne do tego, żeby szczepionki mogły powstać – wymienia dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Jako CCIFP organizujemy misję handlową, która ma zbliżyć firmy polskie i francuskie w obszarze szeroko rozumianej produkcji farmaceutycznej, z ukierunkowaniem właśnie na produkcję szczepionek.
Dyskusje o zawieszeniu ochrony patentowej, wprowadzeniu przymusowych licencji i uruchomieniu produkcji szczepionek na terenie UE toczą się też na poziomie unijnym. Już w końcówce stycznia taką opcję w liście do przywódców UE zasugerował przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel. Wskazał on, że Unia powinna zastosować pilne środki oraz zbadać wszystkie środki prawne i egzekucyjne w celu zapewnienia dostaw szczepionek przeciwko COVID-19, jeśli negocjacje z firmami dotyczące opóźnionych dostaw zakończą się niepowodzeniem.
Podobne głosy płyną też ze strony Komitetu ONZ, który 12 marca przyjął oświadczenie w sprawie powszechnych, przystępnych cenowo szczepień przeciwko COVID-19 oraz współpracy międzynarodowej i własności intelektualnej. Wskazał w nim, że należy rozważyć obowiązkowe licencje na produkcję szczepionek przeciw COVID-19, jeżeli to zwiększy ich dostępność.
Dyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej wskazuje, że niedobór szczepionek na COVID-19 to niejedyne wyzwanie, w obszarze którego Polska i Francja mogłyby podjąć współpracę. Kolejnym jest niedostatek kadr medycznych i starzenie się społeczeństwa, które są w tej chwili jednymi z najpilniejszych problemów w obszarze zdrowia dla całej Europy.
– Polska jest jednym z tych krajów, które mają najbardziej starzejące się społeczeństwa. Francja ma z kolei bardzo rozbudowany sektor ochrony, opieki nad osobami starszymi. Możemy się wspólnie uczyć, wykorzystując doświadczenia francuskich firm i wprowadzać rozwiązania, które będą jednym z głównych punktów Nowego Ładu zapowiadanego przez polskie władze – mówi Monika Constant.
Lockdown w czasie sezonu zimowego 2020/2021 negatywnie odbił się na branży turystycznej, w tym na stacjach narciarskich rozlokowanych w całej Polsce. Przez zamknięcie stoków niemal przez całą zimę obiekty zarobiły jedynie 30 proc. tego, co przed rokiem. Dodatkowo wiele z nich nie dostało wsparcia z tarcz finansowych, przez co dziś są zagrożone upadłością. Dlatego branża domaga się od rządu specjalnej pomocy i wypłaty odszkodowań. Bez tego wiele firm może nie dotrwać do przyszłego sezonu.
Każdy dzień zamknięcia stoków narciarskich w tym sezonie to ok. 5 mln zł strat dziennie dla całej branży. Samo przygotowanie do sezonu pochłonęło 32 mln zł, a koszty przygotowania do działania w reżimie sanitarnym to kolejne 600 tys. zł. Do tego dochodzą raty leasingowe i kredytowe oraz podatki. Zamknięcie stoków w sezonie 2020/2021 oraz brak uregulowanych zasad dotyczących dofinansowywania z tarczy finansowej może spowodować bankructwo branży narciarskiej, której przychody spadły nawet do 80 proc. Jak wylicza Stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne, realne przychody, na jakie może liczyć branża, to ok. 90 mln zł z szacowanych przed lockdownem 450 mln zł.
– Kondycja branży jest słaba, ponieważ sytuacja, w której polskie stacje narciarskie były zamknięte, kiedy nie mogły funkcjonować przy tak pięknej zimie, doprowadziła do tego, że wszystkie ośrodki straciły pieniądze. Okresem, w którym zarabia się pieniądze i kiedy turyści korzystają z tych ośrodków, są święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok i ferie. W tym roku cały ten okres, do którego stacje się przygotowują cały rok, był zamknięty. To spowodowało, że stacje uzyskały może 30 proc. dochodu, który uzyskują normalnie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Rzetelski, wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne, skupiające prawie 90 proc. stacji narciarskich w kraju.
Kolejne tarcze antykryzysowe i finansowe nie trafiały do wszystkich firm ze względu na profil prowadzonej działalności. Pomoc ta była przewidziana głównie na ochronę miejsc pracy, więc mogły na nią liczyć stacje, które zatrudniają pracowników przez cały rok. Małe stacje, które są bardzo często firmami rodzinnymi, niezatrudniającymi pracowników, nie mogły z tego wsparcia skorzystać. Efektem tego pomoc od państwa z pierwszej tarczy objęła tylko 65 proc., a z drugiej już tylko niecałe 36 proc. stacji zrzeszonych w PSNiT. W sumie opiewała ona na ok. 70 mln zł. Jak podkreślają przedstawiciele stowarzyszenia, ci, którzy otrzymali dofinansowanie, byliby w stanie wygenerować kwotę otrzymanej pomocy w ciągu jednego dobrego weekendu – jeśli mówimy o dużym ośrodku, lub pracując ok. 10–15 dni w sezonie w przypadku mniejszych stacji.
– Nikt na stacji narciarskiej nie zatrudnia ludzi we wrześniu, tylko w październiku lub listopadzie, i zatrudnia te osoby na sezon, czyli do kwietnia. Jesteśmy więc specyficzną branżą, która działa innymi schematami. Dlatego apelujemy, domagamy się, żeby stworzono pomoc dedykowaną dla stacji narciarskich, która będzie dla nas dostępna – tłumaczy Piotr Rzetelski.
Przedstawiciele PSNiT domagają się odszkodowania za utracone zyski w czasie sezonu 2020/2021 w granicach 60 proc. przychodu, jaki uzyskiwano w poprzednich sezonach. W przeciwnym razie wiele stacji i powiązanych z nimi biznesów może w najbliższym czasie upaść. Pojawiają się już pierwsze oferty sprzedaży stacji przez przedsiębiorców, którzy nie wytrzymali presji. Pieniądze, które udało im się zarobić, wystarczyły wyłącznie na pokrycie kosztów związanych z przygotowaniem do sezonu.
– W naszym odczuciu byliśmy narzędziem polskiego rządu – zamknięto stacje, więc ludzie nie pojechali w góry w czasie świat czy ferii. W związku z tym – jako narzędzie, które służyło do pewnego celu – uważamy, że należy nam się rekompensata i te 60 proc. przychodu z poprzednich sezonów powinniśmy otrzymać i o to do rządu apelujemy – podkreśla wiceprezes PSNiT.
Stowarzyszenie apeluje również o ustawowe ulgi lub zwolnienia z podatku od nieruchomości i od budowli, dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników, umorzenie ZUS i postojowe aż do następnego sezonu narciarskiego. Piotr Rzetelski podkreśla, że rozważane są różne opcje, również kroki prawne, ale branża liczy na negocjacje z rządem.
– Chcielibyśmy się spotkać, pokazać te niuanse prawne, które nas wyeliminowały z pomocy, pokazać, co nas boli. Mamy nadzieję, że jest to możliwe, że przyjdzie czas na rozmowę, stworzenie jakiegoś programu dla nas, który doprowadzi do tego, że przeżyjemy do przyszłego sezonu – mówi. – W 2022 roku mamy nadzieję, że będzie już normalna zima, że uporamy się z tym wielkim problemem, jakim jest COVID, że zaczniemy normalnie funkcjonować.
Branża liczy także na zastrzyk pieniędzy z unijnych programów pomocowych.
– Ośrodki narciarskie to nie jest tylko sama stacja, ale też tysiące biznesów wokół: wypożyczalnie sprzętu, serwisy, kwatery agroturystyczne, wynajem pokoi, hotele i pensjonaty i wszystko, co wokół ośrodków narciarskich się kręci. Nie wyobrażamy sobie, że turysta będzie skazany na wyjazd za granicę, bo polskie stacje narciarskie nie doczekają zimy, nie dadzą rady finansowo – podkreśla wiceprezes PSNiT.
Jak podaje stowarzyszenie, widać to było już w styczniu tego roku. Na zamkniętych stokach w Polsce skorzystała m.in. Szwajcaria, która zaliczyła wzrost liczby turystów z Polski o ponad 60 proc. r/r.
Grupa naukowców z wrocławskiej firmy Bioceltix pracuje nad innowacyjnymi rozwiązaniami w terapii powszechnie występujących chorób u zwierząt towarzyszących. Obecnie koncentruje się na lekach biologicznych na schorzenia o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u psów, tj. na zmiany zwyrodnieniowe stawów oraz atopowe zapalenie skóry. – Leki biologiczne bazują na substancjach aktywnych występujących naturalnie w organizmach ssaków, np. przeciwciałach. Są skuteczne i bezpieczniejsze w terapii – wyjaśnia Łukasz Bzdzion, prezes zarządu Bioceltix. Rynek weterynaryjnych leków biologicznych wciąż jest jednak na początkowym etapie rozwoju.
– Weterynaria staje się coraz bardziej innowacyjna dzięki poszukiwaniu nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych metod leczenia. Zwierzęta towarzyszące człowiekowi traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i podobnie jak ludzie cierpią z powodu chorób. Najczęściej są to choroby o podłożu zapalnym, autoimmunologicznym, jak również nowotwory – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Bzdzion.
Jak podkreśla, leki te bazują na substancjach biologicznie aktywnych, naturalnie występujących w organizmach ssaków. Dlatego są bezpieczniejsze niż leki chemiczne, oparte zwykle na związkach chemicznych niewystępujących naturalnie w ich organizmach. Ponadto leki chemiczne działają głównie objawowo, a nie przyczynowo, dlatego muszą być stosowane długoterminowo. To z kolei może się wiązać z ryzykiem wystąpienie skutków ubocznych. Leki biologiczne, oprócz klasycznego działania objawowego, wykazują również działanie przyczynowe.
Przykładem schorzeń, na które Bioceltix poszukuje leków biologicznych, jest atopowe zapalenie skóry. Cierpi na nie ok. 15 proc. populacji psów i skala problemu staje się coraz większa. Innym przykładem są zmiany zwyrodnieniowe stawów, na które choruje co piąty pies i które są główną przyczyną przewlekłego bólu.
– Dla przykładu w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów, którym towarzyszy przewlekły stan zapalny, dzięki podaniu leku biologicznego na bazie komórek macierzystych modulujemy środowisko zapalne. Możemy je w sposób selektywny wyciszyć, dzięki czemu uruchamiają się naturalne procesy regeneracji zniszczonej chorobą tkanki. To jest zasadnicza różnica pomiędzy lekami chemicznymi a biologicznymi – te ostatnie są skuteczniejsze i bezpieczniejsze w terapii – podkreśla prezes zarządu Bioceltix.
Według szacunków przytaczanych przez spółkę rynek leków biologicznych jest wart ok. 390 mld dol. i odpowiada za 28 proc. całego rynku farmaceutycznego. Rozwój rynku weterynaryjnych leków biologicznych jest dopiero na początkowym etapie. W 2017 roku w Europejskiej Agencji Leków (EMA) został zarejestrowany pierwszy lek wykorzystujący przeciwciało monoklonalne w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Bioceltix, jako jedna z pierwszych spółek w Europie, planuje przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w EMA dla produktu leczniczego wykorzystującego jako substancję czynną mezenchymalne komórki macierzyste (MSC).
– Kandydaci na leki w weterynarii muszą przejść podobną ścieżkę rejestracyjną, co produkty lecznicze stosowane u ludzi. Nie jest to łatwiejszy proces, może być jedynie nieco szybszy ze względu na to, że w przypadku leków weterynaryjnych faza badań klinicznych jest krótsza w porównaniu do ścieżki klinicznej dla leków stosowanych u ludzi. Każda spółka wchodząca w rozwój kliniczny produktu leczniczego jest zobligowana, by wytworzyć ten produkt w standardzie farmaceutycznym. Jest on taki sam dla leków stosowanych u ludzi, jak i u zwierząt – uściśla Łukasz Bzdzion.
W ubiegłym roku spółka Bioceltix uzyskała zezwolenie od Głównego Inspektora Farmaceutycznego na wytwarzanie badanego produktu leczniczego, a w tym roku rozpoczęła kolejny etap badań. Chodzi o fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo w zakresie badania tumorogenności. W kolejnym etapie będzie prowadzone badanie bezpieczeństwa TAS (Target Animal Safety), zgodnie z wymaganiami regulatora rynku.
– Jeżeli ta faza skończy się pozytywnie, czyli wykażemy w badaniu, że produkt jest bezpieczny, możemy przejść do kolejnej fazy, czyli terenowego badania klinicznego na gatunku docelowym już w klinice, na pacjentach klinicznych. To jest odpowiednik trzeciej fazy badań klinicznych nad lekami dla ludzi – wyjaśnia ekspert.
Bioceltix opracowuje weterynaryjne leki biologiczne na bazie komórek macierzystych Obecnie firma prowadzi prace nad rozwojem kilku leków biologicznych na bazie MSC. Dwa z nich, BCX-CM‑J oraz BCX-CM-S, są w fazie klinicznej rozwoju leku. Kolejni kandydaci na lek – BCX-EM stosowany w leczeniu zapalenia stawów u koni i BCX-FM na stany zapalne jamy ustnej u kotów – są na etapie badań przedklinicznych.
Wirus SARS-CoV-2 prawdopodobnie krążył niewykryty przez około dwa miesiące przed opisaniem pierwszych przypadków COVID-19 u ludzi pod koniec grudnia 2019 roku. Symulacje naukowców sugerują, że mutujący wirus ginie w sposób naturalny przez ponad trzy czwarte czasu, nie powodując epidemii. – Gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i powtórzyć rok 2019 stukrotnie, to dwa na każde trzy razy COVID-19 sam wygasłby bez wywołania pandemii. To odkrycie potwierdza pogląd, że ludzie są nieustannie bombardowani odzwierzęcymi patogenami – podkreśla dr Joel Wertheim ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego.
Korzystając z narzędzi do datowania molekularnego i symulacji epidemiologicznych, naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego oraz Uniwersytetu Arizońskiego szacują, że wirus SARS-CoV-2 prawdopodobnie krążył niewykryty przez ponad dwa miesiące, zanim pod koniec grudnia 2019 roku opisano pierwsze przypadki COVID-19 u ludzi.
– Nasze badanie miało odpowiedzieć na pytanie, jak długo SARS-CoV-2 mógł krążyć w Chinach, zanim został odkryty – mówi dr Joel O. Wertheim, profesor nadzwyczajny na Wydziale Chorób Zakaźnych i Globalnego Zdrowia Publicznego w Szkole Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. – Połączyliśmy trzy ważne informacje: szczegóły na temat sposobu, w jaki SARS-CoV-2 rozprzestrzenił się w Wuhanie przed lockdownem, różnorodność genetyczną wirusa w Chinach oraz raporty o najwcześniejszych przypadkach COVID-19. Dzięki temu byliśmy w stanie ustalić, że SARS-CoV-2 zaczął krążyć w prowincji Hubei co najmniej od połowy października 2019 roku.
Przypadki COVID-19 po raz pierwszy zgłoszono pod koniec grudnia 2019 roku w Wuhanie, położonym w prowincji Hubei w środkowych Chinach. Raporty gazet regionalnych sugerują jednak, że diagnozy COVID-19 w Hubei sięgają co najmniej 17 listopada 2019 roku. To oznacza, że wirus już aktywnie krążył i zdążył się przedostać poza prowincję, nawet gdy chińskie władze otoczyły region i wdrożyły środki zapobiegawcze w całym kraju.
W nowym badaniu naukowcy wykorzystali analizy ewolucyjne zegara molekularnego, aby spróbować ustalić, kiedy wystąpił pierwszy faktyczny przypadek SARS-CoV-2. „Zegar molekularny” to termin określający technikę, która wykorzystuje współczynnik mutacji genów do wnioskowania, kiedy istniał wspólny przodek wszystkich wariantów wirusa. Datowanie molekularne ostatniego wspólnego przodka jest zazwyczaj uważane za synonim przypadku indeksu pojawiającej się choroby, ale zdaniem naukowców przypadek indeksowy może poprzedzać wspólnego przodka.
– Faktycznie pierwszy przypadek tej epidemii mógł mieć miejsce kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy przed szacowanym dotąd pacjentem zero. Chcieliśmy konkretnie ustalić długość tego „filogenetycznego lontu” – mówi dr Michael Worobey, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Uniwersytecie Arizony.
W ten sposób naukowcy oszacowali, że mediana liczby osób zakażonych SARS-CoV-2 w Chinach do 4 listopada 2019 roku była mniejsza niż 1. Trzynaście dni później były to cztery osoby, a 1 grudnia 2019 roku – dziewięć osób.
– Zazwyczaj naukowcy wykorzystują różnorodność genetyczną wirusów, aby określić moment, w którym wirus zaczął się rozprzestrzeniać – wskazuje dr Joel Wertheim. – Nasze badanie dodało kluczową warstwę do tego podejścia, która pozwala określić, jak długo wirus mógł krążyć, zanim wywołał obserwowaną różnorodność genetyczną.
Autorzy badania wykorzystali różnorodne narzędzia analityczne do modelowania, w jaki sposób wirus SARS-CoV-2 mógł się zachowywać podczas początkowej epidemii i wczesnych dni pandemii, kiedy był jeszcze niemal zupełnie nieznany. Narzędzia te obejmowały symulacje epidemii oparte m.in. na zdolności przenoszenia się. Zaledwie w 29,7 proc. symulacji wirus był w stanie wywołać samopodtrzymujące się epidemie. W pozostałych 70,3 proc. zainfekował stosunkowo niewiele osób, a następnie wygasł.
– Nasze podejście przyniosło zaskakujące rezultaty. Ponad dwie trzecie epidemii, którą próbowaliśmy symulować, wygasło. Oznacza to, że gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i powtórzyć rok 2019 stukrotnie, to dwa na każde trzy razy COVID-19 sam wygasłby bez wywołania pandemii. To odkrycie potwierdza pogląd, że ludzie są nieustannie bombardowani odzwierzęcymi patogenami – podkreśla badacz. – Jest raczej mało prawdopodobne, by wirus w tamtym czasie mógł pojawić się poza Chinami, w Europie czy Stanach Zjednoczonych.
Już wcześniejsze badania (naukowców z Uniwersytetu Glasgow) potwierdzały, że SARS-CoV-2 przeskoczył z nietoperzy na ludzi bez większych zmian genetycznych. Zwykle wirusy, które przeskakują do nowego gatunku żywiciela, potrzebują trochę czasu, aby uzyskać taką adaptację, aby były tak samo zdolne do rozprzestrzeniania się jak SARS-CoV-2. Większość z nich nigdy nie przekracza tego etapu, co prowadzi do miejscowych wybuchów epidemii lub wygaśnięcia wirusa. W przypadku SARS-CoV-2 było inaczej, choć przez pierwsze 11 miesięcy pandemii wirus praktycznie nie mutował.
Według naukowców pierwotny szczep SARS-CoV-2 stał się epidemią, ponieważ był szeroko rozproszony, rozwijał się też na obszarach miejskich, gdzie transmisja jest łatwiejsza. W symulowanych epidemiach obejmujących mniej gęste społeczności wiejskie epidemie wyginęły w 94,5 do 99,6 proc. przypadków.
– Nadzór pandemiczny nie był przygotowany na wirusa takiego jak SARS-CoV-2 – podkreśla Joel Wertheim. – Szukaliśmy kolejnego SARS lub MERS, czegoś, co zabija ludzi w wysokim tempie, ale z perspektywy czasu widzimy, jak wysoce zaraźliwy wirus o niewielkim współczynniku śmiertelności może również rozłożyć cały świat na łopatki.
Blisko 70 proc. przedsiębiorców deklaruje, że nawet kiedy pandemia się skończy, pozwoli pracownikom na pracę zdalną. W związku z transformacją rynku pracy na znaczeniu zyskują platformy, które pozwalają na prowadzenie wideokonferencji. Polska firma RTCLab opracowała zaawansowany system ArchieBot, który ułatwia pracę zdalną i usuwa bariery komunikacji między komponentami sieciowymi. System pozwala stworzyć dowolne rozwiązanie w zależności od zapotrzebowania – od platform spotkań i webinariów po przesyłanie strumieniowe na żywo, przy użyciu kamer 360.
– ArchieBot jest engine’em, na bazie którego jesteśmy w stanie budować rozwiązania do komunikacji. Przy czym jest to bardzo szeroko rozumiana komunikacja, nie tylko spotkania online, ale również przedstawienie prezentacji, rozmowa tylko na czacie. ArchieBot daje możliwość zbudowania z komponentów tego, czego potrzebujemy. Nasz model i nasza budowa platformy opiera się na tzw. puzzlach i to my dobieramy komponenty, które odpowiadają naszym potrzebom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Filip Rau, dyrektor ds. sprzedaży w RTCLab.
Polska firma RTCLab opracowała zawansowany system ArchieBot, który usuwa bariery komunikacji między komponentami sieciowymi i pozwala stworzyć dowolne rozwiązanie w zależności od zapotrzebowania – od narzędzi do współpracy, jak platforma spotkań i webinariów, po przesyłanie strumieniowe na żywo do Facebooka i YouTube’a oraz przy użyciu kamer 360. Zapewnia też m.in. czat na żywo z klientami, menedżera głosowania i rozwiązania e-learningowe. Cały system wykonany jest z komponentów, więc użytkownik sam decyduje, z czego skorzysta. Rozwiązanie bazuje na technologii WebRTC (Real Time Communications), czyli komunikacji w czasie rzeczywistym i live streamingu.
Silnik ArchieBot wykorzystuje np. platforma LiveWebinar pozwalająca na szybkie wdrożenie komunikacji zdalnej do firm. Żeby dołączyć do spotkania, nie potrzeba instalacji dodatkowego oprogramowania, wystarczy kliknąć w link.
– Obecnie wdrażamy dla naszych klientów rozwiązania stricte korporacyjne, które budujemy na silniku ArchieBota. To powoduje, że po chwili rozmowy, jeśli potrzebujemy czatu, screen sharingu czy audio-wideo, każdy z tych komponentów możemy odpowiednio dobrać do naszego użytkownika. Pomagamy budować dużym, światowym markom ich narzędzia komunikacyjne, żeby mogli zastąpić rozwiązania dużych dostawców rozwiązaniem idealnie dopasowanym do ich potrzeb – podkreśla Filip Rau.
Zalety wideokonferencji doceniły branże konferencyjna i eventowa, które szczególnie mocno ucierpiały w czasie pandemii. Integracja VR z wideokonferencjami zapewniła innowacyjne, interaktywne i angażujące rozwiązanie do prowadzenia wydarzeń w 3D.
Na implementację rozwiązania do wideokonferencji decydują się też coraz częściej działy HR, a rekrutacja przeniosła się do świata online.
– Dostarczamy technologię webinarową dla takich firm jak Andox, Check Point, a na naszym podwórku to np. Grupa Pracuj. Jesteśmy w stanie zbudować z nimi naprawdę ogromne, ciekawe projekty, żeby dostarczyć audio-wideo, poprowadzić procesy rekrutacyjne czy np. poprowadzić na naszej platformie lekcje online w projekcie, który prowadzimy z ORPEG, czyli projektem Ministerstwa Edukacji dla dzieci uczących się zdalnie za granicą – wymienia ekspert.
Global Market Insights szacuje, że wielkość rynku wideokonferencji w latach 2020–2026 wzrośnie o ponad 19 proc. Były to jednak wyliczenia sprzed pandemii. Obecnie wydaje się, że wzrost może być znacznie szybszy, zwłaszcza że na rozwiązania bazujące na wideokonferencjach decyduje się coraz więcej firm z różnych branż. Zakaz podróżowania zmusił przedsiębiorstwa na rynkach zagranicznych do przyjęcia oprogramowania do wideokonferencji w celu utrzymania ciągłości biznesowej. Kilka firm wdraża innowacyjne procesy szkolenia i rekrutacji pracowników poprzez rozmowy wideo. Ponadto władze rządowe korzystają z usług wideokonferencji do łączenia się z pracownikami służby zdrowia i organami administracyjnymi z innych krajów.
– Każdy może z tego korzystać: branża bankowa, finansowa, małe firmy doradcze, szkoły, pojedyncze podmioty, ogromne korporacje, jak również dostawcy usług telekomunikacyjnych, którzy także muszą się w jakiś sposób kontaktować ze swoimi odbiorcami – przekonuje Filip Rau.
– Światowy lider w dziedzinie usług obrotu instrumentami finansowymi, usług walutowych i analitycznych, OANDA Global Corporation, uzyskał akceptację organu regulacyjnego na nabycie czołowego polskiego brokera, Domu Maklerskiego TMS Brokers SA (TMS). Komisja Nadzoru Finansowego nie wyraziła zastrzeżeń co do transakcji.
Gavin Bambury prezes OANDA, stwierdził: „Cieszymy się, że uzyskaliśmy zielone światło od regulatora na transakcję nabycia TMS Brokers. Z niecierpliwością czekamy na finalizację już zatwierdzonej transakcji i na rozpoczęcie działań ukierunkowanych na integrację naszej infrastruktury technologicznej, kluczowych narzędzi i platform do handlu w celu zapewnienia możliwie najlepszych usług zarówno klientom OANDA jak i TMS”.
Spółka OANDA zawarła umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów w TMS Brokers we wrześniu 2020 roku. Transakcja jest pierwszą z serii strategicznych przejęć, które OANDA planuje zrealizować na przestrzeni najbliższych lat.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że niezbędne jest jak najszybsze uruchomienie programu transformacji regionu śląskiego. Rząd za pośrednictwem dedykowanych podmiotów powinien zapewnić pożyczki na rozpoczęcie działalności z możliwością umorzenia, wsparcie szkoleniowe i doradcze. Program dedykowany dla 35 tys. górników i osób odchodzącym z górnictwa może pomóc w stworzeniu 30 tys. nowych podmiotów gospodarczych. Kluczowe jest zwiększenie zainteresowania i motywacji do założenia działalności gospodarczej oraz wzrost poziomu innowacyjności mikroprzedsiębiorstw.
Niezbędne wsparcie
Pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej bez opłat i prowizji oraz z możliwością umorzenia nawet do 100%
Wsparcie szkoleniowo-doradcze:
analiza potrzeb – wykorzystanie naturalnych predyspozycji i umiejętności przez weryfikację kompetencji zawodowych
szkolenia dotyczące zakładania działalności gospodarczej (ABC Przedsiębiorczości, przygotowanie biznesplanu i finanse, prawo i podatki w małej firmie, szkolenia IT – podstawy informatyczne, m.in. własna strona, media społecznościowe, marketing, obsługa klienta)
Wsparcie doradcze – doradztwo w zakresie przygotowania wniosku o pożyczkę oraz rozpoczynania działalności, a także rozliczenia wydatków sfinansowanych ze środków pożyczki.
Finansowanie kosztów ZUS w okresie 6 miesięcy, z możliwością przedłużenia do 12 miesięcy
„Ryzyko utraty pracy oraz konieczność zmiany sektora dotyczą w szczególności młodszych pracowników – poniżej 40 roku życia, którzy dzisiaj stanowią około połowę całkowitej liczby pracowników w górnictwie. Górnicy odchodzący do innych sektorów gospodarki powinni mieć możliwość zmiany kwalifikacji. Aby była ona efektywna, powinna być poprzedzona identyfikacją braków w umiejętnościach oraz atutów pracowników. Szansą dla regionu śląskiego jest duże uprzemysłowienie, w szczególności wykorzystanie kompetencji i kwalifikacji osób zatrudnionych w górnictwie, do zakładania działalności w gałęziach, które w naturalny sposób mogą wykorzystać ich kompetencje i kwalifikacje czyli przemysł motoryzacyjny, transport, budownictwo, sektor energetyczny. Realizacja zaproponowanych działań i powstanie nowych firm to większa podaż pieniądza, większe obroty firm współpracujących, większe wpływy gmin i nakłady na rozwój lokalnej społeczności. To także pojawienie się konkurencji, atrakcyjniejszych ofert na rynku, korzyści dla potencjalnych odbiorców” – podkreśla Marek Kowalski,przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Przejście do gospodarki niskoemisyjnej w ciągu najbliższych kilku dziesięcioleci stanowić będzie wyzwanie dla regionu śląskiego – największego regionu górniczego w Polsce i w Europie. Dekarbonizacja polskiej gospodarki, w dalszym ciągu w dużym stopniu zależnej od paliw kopalnych, pociągnie za sobą daleko idące zmiany gospodarcze i społeczne. W szczególności transformacja węglowa przekształci rynek pracy, co będzie się wiązało z powstaniem zarówno nowych możliwości, jak i zagrożeń dla pracowników.[1]
W scenariuszu realizacji ambitnej polityki klimatycznej liczba miejsc pracy w górnictwie w latach 2015-2040 zmniejszy się o 50 tys. Nie oznacza to, że tyle osób straci pracę. Do 2040 roku 53 tys. górników odejdzie z sektora w sposób naturalny na emeryturę. Jednak część pracowników, których kopalnie zostaną zamknięte zanim osiągną wiek emerytalny, będzie zmuszona do zmiany miejsca pracy.
[1] Sprawiedliwa Transformacja Węglowa w Regionie Śląskim , Implikacje dla Rynku Pracy, D.Kiewra, A.Szpor, J.Witajewski-Baltvilks, IBS RESEARCH REPORT 02/2019, MAJ 2019 (https://ibs.org.pl/publications/sprawiedliwa-transformacja-weglowa-w-regionie-slaskim-implikacje-dla-rynku-pracy/
Jak co roku, Ministerstwo Sprawiedliwości opublikowało informację na temat liczby zawartych umów deweloperskich. W 2020 roku ich liczba, po raz trzeci z rzędu przekroczyła 100 000!
Dane RynekPierwotny.pl wskazują, że z punktu widzenia deweloperów miniony rok zakończył się o wiele lepiej, niż można było sądzić na przykład w kwietniu. Ministerstwo Sprawiedliwości niedawno zaprezentowało statystyki, które potwierdzają wcześniejsze wnioski analityków RynekPierwotny.pl. Mowa o danych na temat liczby zawartych umów deweloperskich.
Dane Ministerstwa Sprawiedliwości odnośnie liczby umów deweloperskich są dokładne, ponieważ pochodzą od notariuszy. Warto przypomnieć, że każda umowa deweloperska musi zostać zawarta w formie notarialnej. Od 29 kwietnia 2012 r. wspomniana umowa stanowi jedyny sposób ustalenia z deweloperem warunków zakupu budowanego mieszkania lub domu. Dotyczy to również wieloetapowych inwestycji, które były oferowane przed wejściem w życie ustawy deweloperskiej.
W związku z powyższym, statystyki resortu sprawiedliwości dobrze odzwierciedlają zmiany koniunktury na rynku pierwotnym. Jak wskazuje powyższa tabela, deweloperzy w 2020 roku zawarli ponad 104 tysiące umów deweloperskich. To wynik o 9% gorszy od tego uzyskanego rok wcześniej. Warto jednak zauważyć, że pomimo trwającej pandemii był to drugi najlepszy wynik odnotowany od początku tworzenia ministerialnego zestawienia.
Jak tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl: „wzrost analizowanych wyników z lat 2014 – 2019 był nie tylko efektem dobrej koniunktury rynkowej. Znaczenie miał również malejący udział gotowych lokali i domów w ofercie deweloperów. Jeżeli natomiast chodzi o dane z 2020 roku, to tylko dziewięcioprocentowy spadek liczby zawartych umów deweloperskich wydaje się dobrym wynikiem w realiach pandemii”. Warto podkreślić, że w minionym roku zawarto nieco więcej umów deweloperskich niż od stycznia do grudnia 2018 r.
Wczoraj niespodziewanie byliśmy świadkami umacniania się rodzimej waluty. Nie wiadomo, co poza brakiem złych informacji pchało inwestorów ku polskiemu złotemu. Dzisiaj pomimo lepszych danych z rynku pracy jesteśmy świadkami korekty.
Niespodziewana siła złotego
Inwestorzy często obawiają się trzymać ryzykownych aktywów przez weekend. Widać to np. na polskiej walucie, która relatywnie często na zamknięcie tygodnia traci, szczególnie podczas niepokoi, czy to na rynku, czy politycznych. Powodem jest prawidłowość, że pojawiające się w weekend dane znacznie częściej mogą nagle zaszkodzić złotemu niż mu pomóc. Z drugiej strony po spokojnym weekendzie, przed którym rynki uciekały od złotego, często mamy gwałtowne umocnienie waluty. Tak właśnie było wczoraj. Bez większego powodu złoty umocnił się wczoraj o 3 grosze względem euro, spadając nawet poniżej 4,60 zł za euro.
Dane z Wysp
Odczyty z Wielkiej Brytanii nie zachwyciły dzisiaj rynków. Co prawda, bezrobocie spadło do 5,0%, ale gwałtownie wzrosła liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Jak to możliwe jednocześnie? Dane o bezrobociu są dłużej przeliczane, więc to odczyt za styczeń, wnioski o zasiłek dla bezrobotnych pochodzą natomiast z lutego. Sugeruje to, że dane styczniowe powinny ulec wyraźnemu pogorszeniu w lutym. Równocześnie pojawiły się również dane o wynagrodzeniach. Te, co prawda, rosną, ale delikatnie wolniej od oczekiwań. W rezultacie od rana widzimy odwrót inwestorów od funta brytyjskiego.
Niższe bezrobocie w Polsce
Wbrew oczekiwaniom analityków bezrobocie w Polsce nie wzrosło do 6,6% w lutym, a pozostało na niezmienionym poziomie 6,5%. Jest to oczywiście pozytywny sygnał, wpisujący się w dobre wyniki polskiej gospodarki. Po publikacji mieliśmy krótki moment umacniania się złotego, kiedy to inwestorzy uwierzyli w lepsze perspektywy dla złotego. Szybko jednak ruch się odwrócił i rozpoczęła się korekta wczorajszego umocnienia.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Wypełnione po brzegi stadiony w dniu meczu, kolejki na treningi drużynowe i wycieczki śladami klubowych legend – wszystko to jednoczy społeczności fanów klubów sportowych na całym świecie. Kiedy natomiast emocje po strzelonym golu słabną i sportowcy opuszczają murawę, a kibice wracają do swoich domów, to technologia może dalej nieprzerwanie podtrzymywać unikalną więź pomiędzy sportowcami i ich fanami.
Każdy oddany fan piłki nożnej to istne kompendium wiedzy na temat swojego ulubionego klubu. Śledząc najświeższe informacje ze świata futbolu, oczekuje łatwego i szybkiego dostępu do tych nowinek na wyciągnięcie ręki. Wyzwaniem dla drużyn jest natomiast pozyskanie szerokiej wiedzy na temat swoich odbiorców, aby dostarczać im przeżyć piłkarskich również poza murawą. Pandemia COVID-19, która zmusiła ligi do całkowitego przerwania sezonów lub rozgrywania meczów za zamkniętymi drzwiami, sprawia, że kluby coraz pilniej potrzebują cyfrowej transformacji jako sposobu utrzymywania kontaktu z kibicami przy jednoczesnym zachowaniu stałych przychodów.
Kryzys zmienia również sposób, w jaki wszystkie organizacje sportowe wykorzystują technologię do budowania poczucia wspólnoty i lojalności wobec marki. W ostatnich tygodniach kluby piłkarskie komunikowały się z fanami online, np. oferując zdalne treningi, prenumerowały magazyny, aby zapewnić rozrywkę młodszym fanom, a także oferowały obiekty stadionowe lokalnej służbie zdrowia. Wykorzystując technologię w dobrym celu i przekładając swoje wartości na realne działania, budowały relacje poza boiskiem, które będą służyć światu futbolu, gdy piłka znów wróci do gry.
Zdalne doświadczenia fanów
Jeszcze przed pandemią technologie cyfrowe pomagały klubom przekształcać doświadczenia kibiców w dowolnym miejscu na świecie i wzmacniać ich markę w krajach, w których zainteresowanie piłką nożną wzrastało. Dziś, w kontekście dystansu społecznego, te wyzwania stały się priorytetowe. Kluby muszą odpowiednio skalować swoje funkcje biznesowe, jednocześnie tworząc wydajne kanały komunikacji i pozwalające na spersonalizowaną obsługę kibiców oraz umożliwiającą interakcję z klubem.
Transformacja cyfrowa zmienia strategie zaangażowania fanów i rozwój komunikacji klubów na całym świecie. Przykładem może być włoska drużyna Inter Mediolan FC, która na podstawie historii interakcji każdego fana, była w stanie zbudować centrum kontaktowe klubu oparte na 360-stopniowym profilu każdej osoby. Dzięki temu obsługa klienta mogła zostać dopasowana indywidualnie do oczekiwań każdego z nich.
Natomiast pochodzący z Niemiec klub FC Schalke 04 rozwinął zaawansowany system kanałów cyfrowych i społecznościowych do angażowania i inspirowania swoich fanów. Poczynając od udostępniania wiadomości w czasie rzeczywistym na Twitterze, poprzez relacje na Snapchacie i transmisji na żywo przez Periscope, aż po własną aplikację Schalke, dzięki której tysiące fanów mogło otrzymywać natychmiastowe informacje o klubie i powiadomienia o konkursach. Całość działań jest integralną częścią szerszej kampanii, mającej na celu zwiększenie liczby rejestracji członków.
– W przypadku braku meczów i imprez firmowych, elastyczność, jaką platformy oparte na chmurze oferują klubom piłkarskim, na przykład w zakresie prowadzenia kampanii cyfrowych, monitorowania i analizy informacji ma zasadnicze znaczenie dla maksymalizacji działań marki i doświadczeń klientów oraz kibiców. Dane to nie tylko automatyzacja wysyłania e-maili i powiadomień push, to także zapewnienie trafności i spójności w komunikacji. Takie spersonalizowane narzędzia będą rewolucjonizować doświadczenia kibiców, jak również zwiększać potencjał klubów do pozyskiwania przychodów – komentuje Krzysztof Augustynowicz, dyrektor regionalny w Salesforce.
Działania na rzecz społeczności
Tak jak zwyczaje klubowe są unowocześniane za pomocą technologii, tak samo zmienia się sposób, w jaki kluby działają na rzecz swoich społeczności w czasie pandemii. W Anglii, Everton Football Club korzystając z narzędzi CRM, zidentyfikował wszystkich posiadaczy biletów sezonowych w wieku powyżej 70 lat, a następnie skontaktował się z nimi bezpośrednio w celu zaoferowania pomocy w zakupach spożywczych, wykupieniu recept, jak i innych, codziennych potrzebach. Jeden z fanów otrzymał nawet telefon od menedżera klubu – Carlo Ancelottiego.
Relacje mają znaczenie
Nic nie może się równać z wrzawą wypełnionego po brzegi stadionu w dniu meczu – celebrowania zdobytej bramki czy wspólnego śpiewania piosenek klubowych. W przypadku braku możliwości spotkania się na żywo, podczas meczu, technologia ma moc zbliżania ludzi do siebie zdalnie.
Sposób, w jaki ligi piłkarskie na całym świecie kończą swoje sezony, będzie się różnił, ale pragnienie fanów, by pozostać w kontakcie i gotowości do okazania wsparcia – by założyć nową koszulkę i kupić karnet na cały sezon – będzie tylko rosło.
– W piłce nożnej, od zarządu po szatnię, relacje mają znaczenie, a sukces rodzi sukces. Przekształcenie sposobu, w jaki kluby angażują się w relacje z kibicami, innowacje w zakresie marketingu marki oraz cyfryzacje stadionów będą miały kluczowe znaczenie dla losów klubu zarówno na boisku, jak i poza nim – dodaje Krzysztof Augustynowicz z Salesforce.
Właściciele przedsiębiorstw odczuwają satysfakcję z prowadzenia biznesu, pomimo że warunki do jego prowadzenia w 2020 roku znacznie się pogorszyły – wynika z „Badania Polskiej Przedsiębiorczości” zleconego przez firmę inFakt agencji ARC Rynek i Opinia. To już trzecia edycja badania, a pierwsza przeprowadzona po kryzysowym 2020 roku.
Indeks inFakt po raz pierwszy na minusie
Indeks inFakt to wskaźnik opracowany na bazie odpowiedzi udzielonych przez respondentów w „Badaniu Polskiej Przedsiębiorczości”. Zostali oni poproszeni m.in. o skomentowanie poziomu ich satysfakcji z prowadzonego biznesu, łatwości prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce oraz bieżącej i prognozowanej sytuacji finansowej. Indeks może przyjmować wartości od -100 pkt. do 100 pkt., przy czym -100 pkt. oznacza skrajny pesymizm, 0 pkt. – równowagę, a 100 pkt. – skrajny optymizm.
Według „Badania Polskiej Przedsiębiorczości”, które jako pierwsze kompleksowo ilustruje kondycję polskiego biznesu po 2020 roku, wartość Indeksu inFakt wyniosła -10,6 pkt. Jest to pierwszy raz w ciągu trzech lat, kiedy Indeks przyjął wartość ujemną i znacznie obniżył się w stosunku do poziomu z 2019 roku, kiedy wyniósł 2,7 pkt. W porównaniu do 2019 roku pogorszyły się warunki do prowadzenia biznesu w Polsce, na gorsze zmieniła się sytuacja finansowa przedsiębiorstw, które również raczej pesymistycznie oceniają szanse na poprawę finansów w 2021 roku.
Coraz większa satysfakcja
Jednocześnie wyraźnie wzrósł poziom satysfakcji z prowadzenia własnego biznesu. Wskazało tak niemal trzy czwarte uczestników ostatniego badania (73%). Dla porównania w ubiegłych latach ten odsetek wyniósł 64% w 2019 oraz 56% w 2018 roku.
Największy wpływ na poczucie satysfakcji miała niezależność, którą daje prowadzenie biznesu oraz bycie swoim własnym szefem. Wskazało tak 74% badanych. W dalszej kolejności wymieniane były: możliwość wykonywania na co dzień tego, co sprawia radość (47%), samorealizacja (39%) czy osiąganie wyższych zarobków niż na podstawie innych form zatrudnienia (25%).
Czas na stabilne prawo
Coraz trudniejsze w ocenie polskich przedsiębiorców są warunki zewnętrzne, w jakich na co dzień funkcjonują. Najbardziej dokuczliwe w 2020 roku były dla nich: brak stabilnego prawa, wywołujący niepewność co do prowadzenia biznesu (59%), uciążliwe formalności (46%), a w efekcie niepewność co do zarobków oraz stres wywołany poczuciem odpowiedzialności za biznes i pracowników (po 39% wskazań).
Pomimo tego, nawet w czasie pandemii, Polacy zakładali nowe działalności gospodarcze, chociaż było ich znacznie mniej niż w 2019 roku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2020 roku w Polsce powstało 311,8 tys. nowych firm, o 44% mniej niż rok wcześniej. Z danych GUS wyraźnie wynika, że największe spowolnienie nastąpiło w pierwszych miesiącach pandemii, a więc w II kwartale. Później sytuacja zaczęła się stabilizować i spadki w III i IV kwartale rok do roku były już nieznaczne.
– Postulat uproszczenia przepisów pojawia się w naszym badaniu co roku i dzięki temu widać, jak ważna jest to potrzeba polskich przedsiębiorców – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. Co warte podkreślenia, nawet w roku naznaczonym kryzysem wywołanym przez pandemię, wielu przedsiębiorców potrafiło się odnaleźć i nadal czerpać satysfakcję z prowadzenia biznesu, mimo tego, że często musieli ponieść ogromny wysiłek, aby ten czas przetrwać.
Metodologia opracowania Indeksu inFakt
W celu pozyskania informacji do Indeksu przeprowadzono badanie ankietowe wśród mikroprzedsiębiorców na przełomie 2020 i 2021. Badanie zrealizowała agencja ARC Rynek i Opinia metodą mix-mode na grupie 304 osób (przedstawiciele mikro i małych firm). Udzielając odpowiedzi na pytania będące komponentami Indeksu, respondenci w swoich ocenach posługiwali się skalą pięciostopniową. Poszczególnym wariantom odpowiedzi przypisane zostały odpowiednie wagi – waga 1,0 dla wariantu bardzo pozytywnego, waga 0,5 dla wariantu umiarkowanie pozytywnego, waga 0 dla wariantu neutralnego, waga -0,5 dla wariantu umiarkowanie negatywnego oraz waga -1,0 dla wariantu bardzo negatywnego). Dla pytań tych obliczano następnie statystyki bilansowe (salda), które, po przeliczeniu, dały wynik tegorocznego Indeksu inFakt.
W ciągu ostatnich miesięcy świat spojrzał na Tel Awiw i Jerozolimę szczególnie za sprawą ogromnych postępów w szczepieniu mieszkańców przeciw COVID-19. Sprawne zarządzanie w czasach pandemii nie jest jednak wypadkową skrajnie niesprzyjających warunków, które funduje gospodarce pandemia, ale wcześniejszego know-how napędzającego m.in. miejscowy rynek start-upowy. Jak wygląda tamtejsza scena innowacyjnych debiutantów?
Wsparcie zza Atlantyku i American Dream
Izrael jest jednym z najbardziej dynamicznych hubów start-upowych świata, jednak region nie zawsze był Mekką dla przedsiębiorców. Konflikty lokalne, które nadszarpywały miejscową gospodarkę, były po II wojnie światowej znaczącym ciosem, którego efekty niejako łagodziły Stany Zjednoczone. To właśnie z Waszyngtonu między rokiem 1962 a 2007 do Izraela spłynęło łącznie 100 mld dolarów, czym Tel Awiw i Jerozolima zaskarbiły sobie miano największego sojusznika Amerykanów na Bliskim Wschodzie (a nieoficjalne miano “51. stanu”).
Bliskie stosunki z USA przełożyły się nie tylko na poprawę obronności i ogólnej kondycji izraelskiej gospodarki, ale również kulturę biznesową, która z czasem wywindowała kraj do czołówki najbardziej kuszących kierunków startupowej emigracji. Tylko w latach 2014-2015 ranking “Innovation Top 10” usytuował Izrael na 3. miejscu, zaraz po Finlandii i Szwajcarii. W tym samym czasie autorzy “Startup Genome Raport 2015” uznali kraj za 5. najważniejszy hub startupowy świata, który ustępował wyłącznie Dolinie Krzemowej, aglomeracji Nowego Jorku, Los Angeles i Bostonu. Tym samym spełnił się autorski American Dream Izraela — od państwa borykającego się z wojnami lokalnymi, do absolutnego lidera Azji i Bliskiego Wschodu.
W kraju start-upów i hebrajskiej “hucpy”
Jeszcze 3 lata temu analitycy z IVC Reseach Center szacowali, że rokrocznie na izraelskiej scenie pojawia się co najmniej 400 nowych start-upów. Według Deloitte z kolei obecnie na powierzchni utrzymuje się 6 tys. aktywnych spółek, co w przypadku Tel Awiwu — największego centrum biznesowego kraju — przekłada się na najwyższy wynik świata w kategorii koncentracji spółek w jednej metropolii. Wyjątkowo prężnym czynnikiem, który wspiera tak duże zainteresowanie Izraelem, jest przede wszystkim rozbudowany system badań rozwojowych.
Na tzw. R&D (ang. Research and Development) rząd Izraela przeznacza 4,1 proc. swojego PKB. Jest to współczynnik ponad dwukrotnie wyższy od średniej krajów skupionych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która wynosi niespełna 2 proc. Inwestycje w badania idą w parze z popularyzacją wydziałów technicznych, ponieważ Izrael cieszy się jednym z najwyższych współczynników zdawalności egzaminów inżynierskich per capita na świecie. Czy tylko nauka i akademicy przyczyniają się do startupowego sukcesu kraju? Swój udział w budowaniu wyjątkowo prężnej sceny ma także system inkubatorów przedsiębiorczości, których w prawie 9-mln Izraelu funkcjonuje ponad 25. Pomimo iż tego typu podmioty są całkowicie sprywatyzowane, swoim podopiecznym oferują nie tylko własne know-how, ale i pieniądze publiczne — do 85 proc. finansowania w okresie 2 lat od założenia spółki. Wszystko to, w duchu typowo izraelskiej wiary w sukces projektu (od hebrajskiego “ḥuṣpāh”, czyli “śmiałość).
Międzynarodowy, jak Izrael
Krajowe VC obejmuje 70 funduszy, z czego 14 to kapitał zagraniczny, wyłącznie z oddziałem w Izraelu. Stopień internacjonalizacji miejscowej sceny startupowej nie ogranicza się jednak wyłącznie do inwestycji, ale również współpracy na polu rozwoju technologicznego. Wcześniej wspomniane projekty R&D realizowane są nie tylko w ramach lokalnych instytutów, ale też w porozumieniu z ośrodkami w USA, Kanadzie czy Chinach. To właśnie zespoły międzynarodowe odpowiadają za około połowę wszystkich projektów badawczych Izraela. Za ich sprawą, na miejscowej scenie pojawia się coraz więcej innowacyjnych spółek.
A takich jest w Izraelu naprawdę sporo — dynamicznych, gotowych do podbijania rynków, a przede wszystkim — wychwytujących globalne trendy. Spośród czołowych reprezentantów miejscowego rynku należy w pierwszej kolejności wymienić unicorna Monday.com (dostawcę oprogramowania do zarządzania czasem pracy i projektami), Gett Business Solutions (gracza z branży transportowej B2B) czy Cybereason (jednorożca zajmującego się cyberbezpieczeństwem). Wszystkie te spółki wpisują się w ogólną charakterystykę preferencji inwestycyjnych lokalnego rynku, ponieważ tylko w 2019 roku wszystkie start-upy dobiły do poziomu 8,3 mld dolarów, co najbardziej napędzała nisza AI (3,7 mld dolarów) oraz cyberbezpieczeństwo (1,88 mld dolarów). Względem roku 2018, był to wzrost o okrągłe 30 proc. — a na horyzoncie pojawia się szansa na kolejne awanse pomimo covidu.
Bliskie relacje ze Stanami, dynamiczne inwestycje w badania, naturalna pewność siebie i głęboka internacjonalizacja rynku. Wszystkie te czynniki przełożyły się na sukces Izraela, jako największego hubu regionu, a w niedalekiej przyszłości — absolutnego lidera Azji, Afryki i Europy. Czego Polacy mogą nauczyć się z lekcji zaserwowanej przez rokroczne awanse Tel Awiwu? Głównie wiary we własne możliwości oraz istoty czerpania z doświadczeń większych rynków.
Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay; ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.
Rozwój projektów wielofunkcyjnych jest bez wątpienia jednym z kluczowych elementów kształtujących polski sektor nieruchomości. Szybkie tempo życia Polaków, nasze rosnące potrzeby zakupowe, a także poszukiwanie wygody wpływają na decyzje inwestycyjne deweloperów aktywnych na największych biurowych, mieszkaniowych i handlowych rynkach w Polsce. Według danych JLL, podaż powierzchni komercyjnej w nowoczesnych obiektach wielofunkcyjnych (tzw. mixed-use) w Polsce przekroczyła 1 mln mkw., z czego ponad połowa została oddana do użytkowania w ciągu ostatnich 5 lat.
Rosnąca popularność inwestycji mixed-use została dodatkowo wzmocnione przez pandemię. Większa koncentracja na zdrowiu, czy zyskujący na sile trend lokalności sprawiają, że wszystkie najważniejsze funkcje, jakie oferuje nam miasto, chcemy mieć na wyciągnięcie ręki. Jednak tego typu projekty to nie tylko odpowiedź na zmieniający się styl życia Polaków, ale też ważny element strategii biznesowych deweloperów i inwestorów, które są nacelowane na osiągnięcie odporności biznesowej w długim horyzoncie czasowym. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w segmencie mixed-use jednymi z najbardziej aktywnych inwestorów są polskie firmy lub ze znaczącym udziałem polskiego kapitału, tacy jak Capital Park, Cavatina czy Echo Investment.
Odchodzenie od monofunkcyjnych dzielnic miast na rzecz zróżnicowanych, wielofunkcyjnych kwartałów oraz projektów miastotwórczych było widoczne jeszcze przed pojawieniem się COVID-19 i tak jak w przypadku innych trendów, również on przybrał na sile w miarę rozprzestrzeniania się pandemii. Kurczące się zasoby atrakcyjnych gruntów inwestycyjnych pod praktycznie każdy typ nieruchomości, skłania deweloperów, a zwłaszcza tych działających w kilku segmentach jednocześnie, do realizacji złożonych inwestycji zaspokajających popyt ze strony różnych grup najemców. Co więcej, projekty wielofunkcyjne pozwalają na dywersyfikację ryzyka i dość płynne nawigowanie w czasach niepewności rynkowej, z którą mierzymy się aktualnie. Nieruchomości mixed-use przekładają się na szybszą komercjalizację części biurowych projektów i zapewniają stały poziom przychodów z tytułu czynszów bez względu na koniunkturę. Znajduje to odzwierciedlenie w planach deweloperów. Według prognoz JLL, w ciągu najbliższych 5 lat podaż powierzchni w projektach wielofunkcyjnych w Polsce może ulec podwojeniu, tłumaczy Agnieszka Jachowicz, Członek Zarządu, Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK).
Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych PINK zapytała swoich członków o perspektywy rozwoju dla projektów mixed-use w Polsce:
Marcin Juszczyk, Członek Zarządu, CFO/CIO w Grupie Capital Park
W naszej strategii inwestycyjnej stawiamy na projekty wielofunkcyjne i miastotwórcze, a doświadczenia, które zbieramy w związku z pandemią tylko nas w tym utwierdzają. Royal Wilanów to typowy przykład projektu mixed-use, który świetnie poradził sobie w tym trudnym czasie. Po pierwszej fali szybko się podniósł, a do drugiej był już dobrze przygotowany. Mocno zróżnicowany mix funkcji i silna dywersyfikacja wynajmowanej powierzchni to najmocniejsze strony takiego obiektu. Żaden najemca nie przekracza więcej niż 7% przychodów, a poziom komercjalizacji utrzymuje się na poziomie 97%. Nawet w trakcie pandemii podpisujemy nowe umowy najmu i zwiększamy przychody z czynszów. W tym przypadku duże znaczenie ma lokalizacja budynku na granicy miasta, poza ścisłym centrum oraz w otoczeniu tzw. sypialni, która zyskała na znaczeniu ze względu na konieczność pozostawania w swoim miejscu zamieszkania. Między innymi z tego powodu po zniesieniu obostrzeń dla branży gastronomicznej i otwarciu restauracji ich ogródki w Royal Wilanów szybko się zapełniły, a niektórzy najemcy notowali rekordowe obroty, podczas gdy w tradycyjnych obiektach w dzielnicach biurowych lokale gastronomiczne jeszcze długo pozostaną puste.
Drugim przykładem w naszym portfolio jest Fabryka Norblina. Poziom komercjalizacji w części biurowej przekroczył 70%, a w części retailowej 55%. Dbamy o optymalne zróżnicowanie funkcji tego miejsca pod kątem jego przyszłych pracowników, ale też lokalnej społeczności dynamicznie zmieniającej się dzielnicy Wola. Na atrakcyjność projektu wśród najemców ma wpływ jego niebywała historia i połączenie tkanki historycznej z nową architekturą, a także właśnie wszechstronna oferta, w której znajdą się m.in. butikowe kino, pierwsza w Polsce digitalowa galeria sztuki, kultowy eko-targ BioBazar, foodhall z ponad 30 konceptami gastronomicznymi czy otwarte muzeum, upamiętniające dzieje Fabryki i jej terenu. To właśnie dzięki temu udało nam się m.in. zachęcić lidera rynku e-commerce – firmę Allegro, do przeniesienia tutaj swojej warszawskiej siedziby.
Wszystkie te czynniki – lokalizacja, wielofunkcyjność, dywersyfikacja najemców, bliskość osiedli mieszkaniowych, a także kreowanie przestrzeni miejskich dla lokalnych społeczności – powodują, że takie obiekty niezależnie od czasu i sytuacji na rynku mają stabilne przychody. Być może są większym wyzwaniem analitycznym dla potencjalnych inwestorów, ale w naszej ocenie znacznie mniej ryzykowne od obiektów monofunkcyjnych, co jest szczególnie zauważalne, analizując wpływ obecnej pandemii na ich funkcjonowanie.
Rafał Malarz, Prezes Zarządu, Cavatina Holding
Przyszłością̨ polskich miast oraz sektora nieruchomości są wielofunkcyjne inwestycje. W portfolio Grupy Cavatina już teraz są trzy takie projekty: Quorum we Wrocławiu, Global Office Park w Katowicach oraz Widzewska Manufaktura w Łodzi, które dostarczą na rynek ok. 175 tys. mkw. GLA i przeszło 1,5 tys. mieszkań na wynajem, a w 2021 roku będziemy realizować kolejne, o zróżnicowanych funkcjach, dostosowane do potrzeb użytkowników – najemców oraz lokalnych społeczności.
Tego typu miastotwórcze projekty, biorące pod uwagę specyfikę miejsca i otoczenia, najlepiej odpowiadają dziś na zmieniające się oczekiwania mieszkańców polskich miast. A elastyczność to ważny atut w dzisiejszym świecie. Szczególnie w dużych miastach coraz bardziej liczy się możliwość organizacji życia tak, aby uniknąć marnowania czasu na przejazdy – popularna staje się idea 15-minute city, zgodnie z którą większość swoich codziennych potrzeb można zaspokoić w niewielkim zasięgu od domu. Dlatego nie chodzi jedynie o łączenie funkcji mieszkaniowych i biurowych, ale stworzenie także przestrzeni do spędzania wolnego czasu, ośrodków kultury, usług i innych, oczywiście w zależności od lokalnych uwarunkowań. W efekcie, w dobrze zbalansowanych obiektach, bliskość biur i, jak w naszym przypadku, mieszkań na wynajem podnosi ich wartość.Warto też zauważyć, że segment mieszkań na wynajem, którym zajmuje się Resi Capital, spółka w ramach grupy kapitałowej, pomoże realizować inwestycje zróżnicowane w funkcjach oraz w źródłach dochodu. Dodatkowo miniony rok pokazał duże zainteresowanie inwestowaniem w ten dopiero rozwijający się u nas segment. W Polsce najem instytucjonalny to zaledwie ok. 4–5 proc. rynku. Globalnie jest to ponad 25 proc. Tylko do końca 2022 r. w ramach grupy kapitałowej będziemy mieć bazę 2200 takich lokali.
W Cavatina Holding myślimy też szerzej, wychodząc poza koncentrację tylko na biznesie – staramy się także pozytywnie wpływać na zachodzące zmiany społeczne i wspierać wielopłaszczyznowy rozwój miast. Przykładem jest tu nasza inicjatywa stworzenia w ramach Cavatina Hall w Bielsku-Białej we współpracy pierwszej w regionie sali koncertowej światowej klasy, która pomieści blisko 1000 gości. W obiekcie tworzymy także profesjonalne studio realizacyjno-nagraniowe. Naszym celem jest zapewnienie lokalnej społeczności możliwości obcowania z najlepszą muzyką wykonywaną na żywo przez uznanych artystów z całego świata, czym zajmie się fundacja Fiducia.
Nicklas Lindberg, Prezes Echo Investment
Jednym z głównych założeń naszej strategii jest tworzenie dużych, wielofunkcyjnych, miejskich projektów – tzw. „destinations”. Realizujemy całe kwartały, jak np. Browary Warszawskie czy łódzka Fuzja, gdzie łączy się powierzchnia biurowa, mieszkalna i handlowo-usługowa z otwartymi, zielonymi przestrzeniami publicznymi. Ponieważ cykle koniunkturalne dla różnych sektorów są zwykle inne, kiedy jeden przechodzi przez turbulencje, to inne radzą sobie lepiej. Dzięki temu projekty „destination” są najbardziej odporne na zmiany rynkowe i jako całość pozostają stabilne. Przewidując zmienne tendencje na rynku nieruchomości, wykorzystujemy nasze kompetencje w głównych sektorach oraz inwestujemy w nowe, perspektywiczne biznesy, jak np. mieszkania na wynajem czy biura serwisowane, które dopełniają nasze wielofunkcyjne projekty. Potencjał „destinations” dostrzegają także inni, czego dowodem jest decyzja Fujitsu o konsolidacji łódzkich biur i przeniesieniu się do Fuzji czy wybór Browarów Warszawskich na debiut restauratorski Roberta Lewandowskiego. Pandemia zwiększyła naszą koncentrację na dywersyfikacji strategii z naciskiem na rozwój naszego biznesu mieszkaniowego, a miastotwórcze projekty Echo Investment odpowiadają na wyzwania jakie stworzyła. Są to miejsca, gdzie przez cały dzień obecność ludzi jest równomiernie rozłożona, nie ma momentów kumulacji, a układ budynków jest tak zaprojektowany, by pozostawić jak najwięcej otwartych, zielonych przestrzeni, które gwarantują dostęp do naturalnego światła i swobodny przepływ użytkowników i odwiedzających.
Popyt na zakupy internetowe na raty systematycznie rośnie – wynika z danych PayU. W 2020 roku łączna wartość zakupów opłacanych tą metodą płatności wzrosła o 45%. Najczęściej na raty kupowany jest sprzęt elektroniczny oraz dobra luksusowe, w tym biżuteria i zegarki. Coraz większy udział płatności ratalnych w całościowej sprzedaży odnotowują jednak także sklepy oferujące e-usługi, w szczególności te związane z edukacją i zdrowiem.
Z roku na rok przybywa w Polsce konsumentów zainteresowanych finansowaniem zakupów online na raty oraz odpowiadających na ten trend sklepów internetowych. Liczba e-sklepów, które oferują klientom rozłożenie płatności w czasie wzrosła w ciągu ostatnich 2 lat o 15 p.p., wynika z danych PayU.
– Analizując dane za rok 2020, zaobserwowaliśmy wzrost łącznej wartości zakupów opłaconych na raty przekraczający 45%, w porównaniu do roku 2019. Wynika to zarówno z coraz większego popytu na taką metodę płatności wśród konsumentów, jak i z przyrostu liczby sklepów, które oferują raty PayU. Nasze dane potwierdzają także, że aż 2/3 zakupów na raty w 2020 roku dokonały osoby, które wcześniej już skorzystały z tej formy płatności, co świadczy o tym, że konsumenci pozostają wierni sprawdzonym rozwiązaniom – mówi Martyna Szczepaniak, Head of Consumer Credit w PayU.
Potencjał drzemie w e-usługach
Z danych PayU wynika, że najwięcej sprzedaży online niezmiennie generują kategorie zakupowe takie jak elektronika, dobra luksusowe (w tym szczególnie biżuteria i zegarki) oraz wyposażenie domu (meble). W ubiegłym roku, w wyniku pandemii oraz związanym z nią zamknięciem obiektów sportowych i ograniczeniem możliwości korzystania z siłowni, zauważalny był również znaczny wzrost zainteresowania sprzętem sportowym i turystycznym do domowego użytku kupowanym na raty.
Internauci coraz chętniej inwestują też w rozwój osobisty i dbają o zdrowie. To właśnie e-sklepy oferujące usługi medyczne i dentystyczne oraz związane z edukacją odnotowały najwyższą średnią kwotę pożyczki, czyli powyżej 3 tys. złotych.
– Kategorią zakupową, w której cały czas dostrzegamy duży potencjał, są e–usługi – w szczególności te związane z samokształceniem i zdrowiem. Rozłożenie płatności na raty może pomóc konsumentom w podjęciu decyzji o skorzystaniu z droższego świadczenia oraz ułatwić regularne korzystanie z profesjonalnych szkoleń czy kursów udoskonalających – dodaje Martyna Szczepaniak.
Niezależnie od kategorii zakupowej, wnioski o raty online składane są coraz częściej za pośrednictwem urządzeń mobilnych – niemal 60% z nich konsumenci składają przy użyciu smartfona lub phableta.
Zakupy na raty domeną mężczyzn
Z danych PayU wynika, że w 2020 roku z rat online najczęściej korzystali konsumenci w wieku 25-34 lata (40%). Natomiast najmniejszy odsetek użytkowników finansujących zakupy w ten sposób stanowiły osoby w przedziale wiekowym 18-24 lata (11%).
62% wszystkich transakcji ratalnych w 2020 roku wykonali mężczyźni. Dokładnie połowa kupujących na raty to osoby pozostające w związkach małżeńskich. Z rozłożenia płatności za zakupy w czasie najczęściej korzystały osoby z wykształceniem średnim (44%).
Finansowaniem zakupów online na raty zainteresowani są również beneficjenci rządowego programu wsparcia dla rodzin „Rodzina 500 plus”. Świadczenie pobierane w ramach programu zostało wskazane jako jedno z dwóch głównych źródeł dochodu (dodatkowe lub główne) przez 17% konsumentów korzystających z rat PayU w 2020 r.
JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., zakończyła 2020 rok zyskiem netto w wysokości ponad 482 mln zł. Wartość portfela inwestycyjnego Spółki na koniec minionego roku przekroczyła poziom 839 mln zł.
Zakończony 2020 rok był najlepszym w wieloletniej historii JR HOLDING ASI S.A. Osiągnięcie tak dobrych wyników było możliwe dzięki realizacji opublikowanej pod koniec 2019 r. nowej strategii rozwoju na lata 2020-2022. W styczniu br. została ona zaktualizowana i przyjęte zostały nowe, ambitniejsze cele. Spółka do końca 2022 r. planuje osiągnąć wartość aktywów portfela inwestycyjnego na poziomie 3 mld zł i rozpocząć pierwsze inwestycje w spółki zagraniczne oraz o zasięgu globalnym, a także zainwestować w latach 2021-2022 środki w wysokości od 200 mln zł do 500 mln zł m.in. w projekty z obszaru Digital Business. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. bardzo dobrze ocenia zakończony rok i dąży do utrzymania dobrych wyników finansowych w kolejnych latach.
„Nasze wyniki finansowe uznajemy za bardzo dobre. Zakładany w strategii rozwoju poziom aktywów na poziomie 1 mld zł został zrealizowany w zaledwie dziewięć miesięcy. Obecnie będziemy się koncentrowali na nowych inwestycjach w projekty z obszaru nowych mediów, energii odnawialnej, digital business, gier komputerowych oraz biotechnologii. Planujemy też dokonać częściowych lub całkowitych wyjść z niektórych projektów i reinwestować te środki w spółki o ponadprzeciętnym potencjalne wzrostu.” – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.
W ramach nowych inwestycji w spółki z zakresu Digital Business JR HOLDING ASI S.A. chce inwestować w podmioty dostarczające rozwiązania w technologiach m.in. 5G, sztucznej inteligencji, usług chmurowych, SaaS, analizy predykcyjnej, Internetu rzeczy czy Blockchain. Obecnie Spółka posiada niezwykle szerokie portfolio projektów inwestycyjnych z obszaru odnawialnych źródeł energii, rynku gier, nowych technologii oraz biotechnologii. Plany zakładają także sprzedaż wszystkich nieruchomości, co pozwoli na uwolnienie zamrożonej gotówki oraz zniwelowanie poziomu zadłużenia do zera.
Na przełomie roku 2021/2022 JR HOLDING ASI S.A. chce dokonać zmiany rynku notowań na rynek regulowany GPW. Prowadzone są też prace nad prospektem emisyjnym związanym z emisją akcji z prawem poboru, które zostało przydzielone akcjonariuszom w listopadzie 2020 r.
Jak małe i średnie firmy logistyczne mogą zrewolucjonizować działalność magazynową w roku 2021. Analiza Marka Wheelera, Director of Supply Chain Solutions, Zebra Technologies.
Rok 2020 pokazał firmom logistycznym, że konkurowanie w obecnym, błyskawicznie zmieniającym się świecie wysokiego popytu wymaga elastyczności. Dziś bardziej niż kiedykolwiek ważne jest, by produkty opuściły magazyn szybciej, z zachowaniem większej dokładności oraz przy udziale mniejszej liczby pracowników.
Mimo, że aż 80 proc. decydentów z działów IT i operacji firm działających w sektorze produkcji, logistyki, handlu detalicznego oraz dystrybucji jest przekonanych, że kluczową przewagę konkurencyjną w obecnej gospodarce stanowią nowoczesne technologie, jedynie 35 proc. z nich przyznaje, że w pełni rozumie jak należy rozpocząć proces zmian technologicznych.
Wyzwanie to jest szczególnie wymagające dla małych i średnich firm logistycznych, które wciąż w dużym stopniu bazują na procesach manualnych. Jednak dobre wieści są takie, że postęp technologiczny znacząco ułatwił takim firmom wdrażanie nowoczesnych technologii magazynowych. Innowacyjne rozwiązania technologiczne wprowadza się dziś łatwiej, są one bardziej intuicyjne, a zwrot wydanych na nie nakładów następuje szybciej.
Nie dziwi więc fakt, że pierwszym krokiem do osiągnięcia solidnego wskaźnika zwrotu na inwestycji (ROI) jest zidentyfikowanie obszarów, w których technologia jest w stanie szybko usprawnić działalność firmy. Najpierw należy zwrócić uwagę na codzienne zadania wykonywane przez pracowników. Choć może wydawać się to oczywiste, firmy często nie potrafią zdobyć się na dokonanie rzetelnej oceny codziennych, powtarzalnych czynności. Gdy jednak ocena taka zostanie przygotowana, odkrywa ona nowe sposoby usprawnienia działalności i zwiększenia wydajności.
Poprawa wydajności personelu pierwszej linii
Wyobraźmy sobie, że twoi pracownicy przez wiele godzin każdego dnia skanują kody paskowe, wykorzystując do tego zawodne skanery, co znacząco obniża wydajność ich pracy. Samo wprowadzenie do firmy inteligentnych skanerów, które są w stanie dokładnie odczytywać uszkodzone, przetarte lub niedokładnie nadrukowane kody paskowe pod każdym kątem eliminuje potrzebę wielokrotnego sczytywania kodów, oszczędzając tym samym czas i pieniądze.
A może twoi pracownicy powinni zostać wyposażeni w skanery o wzmocnionej konstrukcji, które są w stanie odczytywać kody z bliskiej jak i dalekiej odległości lub skanować wiele kodów za jednym razem? Taki sprzęt umożliwia m.in. operatorom wózków magazynowych szybkie skanowanie wielu produktów bez opuszczania pojazdu – oszczędzając wiele godzin ich pracy każdego dnia.
Do oszczędzania czasu pracy personelu może także przyczynić się zainwestowanie w skanery zakładane na ciało. Wprowadzenie mobilnych drukarek termicznych w pobliżu punktów przyjmowania i wydawania towarów może również zwiększyć wydajność pracy, eliminując konieczność przemieszczania się pracowników między ich stanowiskiem pracy a drukarką etykiet. Co więcej, nowsze modele drukarek termicznych łatwiej się obsługuje i bezproblemowo uzupełnia się w nich materiały eksploatacyjne, co również oszczędza czas potrzebny na szkolenie pracowników oraz obsługę sprzętu.
Większa wydajność i bezpieczeństwo pracowników
Po dokonaniu analizy poszczególnych procesów, należy rozważyć sposoby usprawnienia działań poszczególnych zespołów. Przykładowo, mobilne urządzenia do komunikacji grupowej ułatwiają współpracę pracowników i pomagają w zachowaniu bezpieczeństwa, umożliwiając „wirtualne spotkania”.
Rozwiazania ubieralne, takie jak smart okulary zintegrowane z systemem magazynowym WMS to niezbędny element usprawnień pracy w zespołach. Oto przykład: pracownicy wyposażeni w zakładane na głowę wyświetlacze, wykonując wyświetlane przez system instrukcje krok po kroku, są w stanie wykonywać wiele czynności jednocześnie. Kierownicy zespołów mogą na bieżąco wydawać instrukcje dotyczące poszczególnych zamówień, w zależności od miejsca pracy danego pracownika, jego dostępności, a nawet stopnia pilności konkretnego zamówienia.
Drobne modyfikacje w pracy wielu pracowników mogą również przynieść znaczącą poprawę wydajności przy minimalnych nakładach. Na przykład, tablety o wzmocnionej konstrukcji montowane na wózkach magazynowych lub widłowych mogą przyczynić się do szybszego i wydajniejszego transportowania towarów.
W ten sam sposób technologia jest w stanie zapewnić pracownikom bezpieczeństwo w sytuacji pandemii, wysyłając im alerty z ostrzeżeniem o zbyt małym dystansie między osobami i zapisując dane o zmniejszaniu dystansu między pracownikami w konkretnym czasie. W ten sposób łatwo jest prześledzić kontakty między pracownikami w przypadku pozytywnego testu na COVID-19 jednego z nich oraz określić miejsca zwiększonego zagęszczenia ludzi w obiekcie, po czym podjąć odpowiednie kroki ograniczające możliwość zakażeń. W odniesieniu do punktów obsługi dużych ilości towarów, operator magazynu może w takiej sytuacji podjąć decyzję o przeorganizowaniu procesu kompletacji zamówień w taki sposób, aby ograniczyć skupiska pracowników lub rozważyć wprowadzenie transporterów taśmowych lub kobotów, ograniczając w ten sposób fizyczny kontakt pracowników.
Lepsza widoczność towarów
Po usprawnieniu wydajności pracy poszczególnych pracowników oraz całych zespołów, kolejnym logicznym krokiem w poprawie procesów magazynowych jest uzyskanie większej widoczności towarów. Systemy typu RFID rejestrują odpowiednio otagowane towary tuż po wyładunku z naczepy i przekroczeniu bramy magazynu. Czytniki RFID rozmieszczone w magazynie umożliwiają pozyskiwanie precyzyjnych danych o aktualnych stanach towarów i ich rozmieszczeniu.
Ma to szczególne znaczenie w przypadku magazynów obsługujących sieci detaliczne, ponieważ, według IHLD Group, w samych Stanach Zjednoczonych sklepy co roku odnotowują straty blisko 145 mld dolarów wyłącznie z powodu braku dostępności towaru. Dokładniejszy wgląd w każdą część stanów magazynowych może znacząco ograniczyć braki towaru i generowane tym samym straty.
77 proc. respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że konieczne jest dokonanie modernizacji operacji ich magazynów, jednak przyznają, że ich firmy nowe technologie wdrażają powoli. Niestety, w dzisiejszej rzeczywistości „transakcji na żądanie”, powolne wdrażanie nowych technologii może oznaczać utratę przychodów na rzecz sprawniej działających konkurentów. Na szczęście, rozpoczęcie tego procesu jest obecnie łatwiejsze niż wielu firmom się wydaje. Mogą one rozpocząć modernizację swoich magazynów od dokonania dokładnej, surowej oceny codziennych czynności i zidentyfikowania obszarów do poprawy. Co więcej, firmy nie są skazane na samodzielne dokonywanie takich ocen. Wybierając technologicznego partnera, należy wybrać takiego, który jest przygotowany do przeprowadzenia dokładnego przeglądu operacji jeszcze przed podjęciem decyzji zakupowych.
Rzetelna ocena procesów wskazuje na obszary, w których technologia może pomóc w usprawnieniu działalności oraz dostarczyć informacji o tym, w jakim czasie zwrócą się nakłady na tę technologię. Dysponując takimi danymi, firma jest w stanie wdrożyć nowe technologie z pełnym przekonaniem, że przyniosą one znaczące korzyści dla jej biznesu.
Więcej informacji o tym jak technologie są w stanie usprawnić działalność magazynów i przygotować je na zmiany w przyszłości można przeczytać na stronie Zebra Technologies (www.zebra.com/content/dam/zebra_new_ia/en-us/solutions-verticals/vertical-solutions/warehouse-management/vision-study/2024/..)
Według danych z końca lutego 2021 r., w Polsce były zarejestrowane łącznie 20 504 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Przez pierwsze dwa miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 1 793 sztuki – o 51% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.
Pod koniec lutego 2021 r. po polskich drogach jeździły 20 504 elektryczne samochody osobowe, z których 51% stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 10 471 szt., a pozostałą część hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 10 033 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 851 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec lutego składała się z 9 134 pojazdów.
Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 450 szt. W styczniu i lutym flota elektrobusów powiększyła się o 20 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z początkiem 2020 r., kiedy zarejestrowano 8 takich autobusów, oznacza to wzrost o 150% r/r.
Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec stycznia w Polsce funkcjonowało 1 410 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 744 punkty). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W lutym uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).
„Branża motoryzacyjna oraz klienci z niecierpliwością oczekują na wejście w życie dwóch programów, które mogą znacząco wpłynąć na rozwój rynku pojazdów niskoemisyjnych w Polsce. Pierwszym z nich jest program wsparcia pojazdów elektrycznych kupowanych przez firmy. Już w najbliższym czasie powinny zostać wyjaśnione ostatnie wątpliwości dotyczące sposobu dofinansowania do elektrycznych samochodów firmowych. To szczególnie ważny program ze względu na fakt, że rejestracje samochodów osobowych przez firmy stanowią niemal ¾ rynku. Takie zainteresowanie jest także efektem wewnętrznych polityk wielu firm, które poprzez ekologiczną i niskoemisyjną flotę podkreślają swój wkład w ochronę środowiska. Drugim wyczekiwanym programem jest Krajowy Plan Odbudowy, w którym zostaną określone zasady, na jakich będą wykorzystane fundusze unijne przeznaczone na odbudowę gospodarki po pandemii. Wiadomo, że o ile w rządowych propozycjach nie przyznano dofinansowania na zakup i promocję samochodów elektrycznych, to zaplanowano środki na dofinansowanie zakupu autobusów niskoemisyjnych i rozbudowę infrastruktury. Ponieważ jednak te propozycje są jeszcze na etapie konsultacji, pozostaje mieć nadzieję, że wnioski i postulaty sektora motoryzacyjnego zostaną uwzględnione w ostatecznej wersji dokumentu” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.
„Jedną z priorytetowych kwestii z perspektywy przyspieszenia rozwoju zeroemisyjnego transportu w Polsce stanowi obecnie konieczność uwzględnienia programów wsparcia elektromobilności w powstającym Krajowym Planie Odbudowy, który ma stanowić podstawę do otrzymania przez Polskę środków unijnych w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Wzmocnienia Odporności. W pierwotnym wariancie KPO przewiduje przeznaczenie 27,4 mld zł na zieloną i inteligentną mobilność, jednak w porównaniu do podobnych dokumentów, przygotowanych przez pozostałe państwa członkowskie UE, rządowe propozycje zostały sformułowane bardzo ogólnikowo. W toku konsultacji społecznych dokumentu PSPA przedstawi swoje rekomendacje w tym właśnie obszarze, liczymy na to, że zostaną uwzględnione przez przedstawicieli administracji. Czasu na optymalizację KPO pozostało niewiele – ostateczna wersja dokumentu musi zostać przedstawiona Komisji Europejskiej do końca kwietnia” – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.
Zastosowanie elastycznego modelu pracy będzie miało wpływ na pozyskiwanie i utrzymywanie talentów – wynika z najnowszej edycji badania Work Trend Index. Microsoft zaprezentował również 7 trendów pracy hybrydowej, które każdy menedżer powinien znać, wraz z wejściem w nową erę pracy. Eksperci przekonują, że zdalny model pracy zapewni dostęp do szerszego grona talentów, które były dotychczas niedostępne ze względu na przywiązanie do miejsce wykonywania obowiązków.
Mając na uwadze wsparcie przedsiębiorstw w procesie zmian, Microsoft zaprezentował wnioski z nowej edycji badania Work Trend Index pt. “The Next Great Disruption is Hybrid Work – Are We Ready?” („Nowa wielka przemiana to praca hybrydowa – czy jesteśmy na nią gotowi?”). Raport przedstawia wyniki badania 30 tys. pracowników z 31 krajów oraz analizę bilionów zagregowanych danych dotyczących produktywności i pracy osób korzystających z Microsoft 365 i LinkedIn. Obejmują one również perspektywę ekspertów, którzy od lat studiowali zagadnienia współpracy, kapitału społecznego oraz projektów przestrzeni.
Raport wyraźnie pokazuje, że liderzy biznesowi nie mogą postrzegać pracy hybrydowej według starych zasad. Wymaga ona ponownego przemyślenia wcześniej przyjętych założeń.
„Wybory, których dokonujemy dzisiaj wpłyną na przedsiębiorstwa i instytucje w kolejnych latach. To moment, który wymaga jasnej wizji i podejścia nastawionego na wzrost” – mówi Jared Spataro, Corporate Vice President for Microsoft 365. “Te decyzje wpłyną na wszystko, począwszy od tego, jak kształtujemy kulturę organizacyjną, jak przyciągamy i utrzymujemy talenty, po sposób, w jaki możemy lepiej wspierać współpracę i innowacje”.
Wyniki badania pokazują, że ostatni rok fundamentalnie zmienił naturę naszej pracy:
Trendy dotyczące współpracy na podstawie analizy Microsoft Teams i Outlook sugerują, że nasze sieci kontaktów zmniejszyły się, ale praca hybrydowa jest w stanie je ożywić.
Czas spędzony na spotkaniach podwoił się w skali globalnej, a liczba przesyłanych e-maili w lutym br. wzrosła o 40 miliardów w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej.
Praca stała się bardziej ludzka. Prawie 40 proc. respondentów przyznało, że czuje się bardziej komfortowo w całości angażując się w wykonywane obowiązki niż przed pandemią, a jedna na sześć osób doświadczyła momentów wzruszeń w towarzystwie kolegi lub koleżanki z pracy.
Badania wskazują, że jesteśmy na progu transformacji zachodzącej w miejscu pracy:
73 proc. ankietowanych pracowników chce kontynuować pracę w elastycznym modelu.
Liczba ogłoszeń na LinkedIn uwzględniających pracę zdalną wzrosła pięciokrotnie podczas pandemii.
Ponad 40 proc. globalnej liczby pracowników rozważa odejście z pracy w tym roku, a 46 proc. planuje zmienić miejsce zamieszkania, ze względu na możliwość wykonywania obowiązków w sposób zdalny.
Krótko mówiąc, adopcja elastycznego modelu pracy będzie miała wpływ na to, kto zostaje, kto odchodzi i kto dołącza do firmy.
Raport prezentuje również 7 trendów pracy hybrydowej, które każdy lider powinien znać wchodząc w nową erę pracy:
Elastyczna praca pozostanie z nami na dłużej.
Liderzy biznesowi nie maja kontaktu z pracownikami i wymaga to pilnej zmiany.
Pod wysoką wydajnością kryją się wyczerpani pracownicy.
Przedstawiciele generacji Zet mają poczucie zagrożenia i potrzebują zaktywizowania.
Kurczące się sieci kontaktów są zagrożeniem dla innowacyjności.
Autentyczność zwiększy produktywność i dobre samopoczucie.
W świecie pracy hybrydowej utalentowani pracownicy są wszędzie.
Oprócz wskazania trendów dotyczących przyszłości pracy, Work Trend Index identyfikuje pięć strategii przydatnych dla liderów biznesowych, którzy zaczynają dokonywać niezbędnych zmian:
Stwórz plan wspierający i przygotowujący ludzi do ekstremalnej elastyczności.
Inwestuj w przestrzeń i technologię do łączenia świata fizycznego i cyfrowego.
Walcz z wypaleniem cyfrowym od samej góry struktury organizacyjnej.
Odbudowa kapitału społecznego i dostosowanie kultury organizacyjnej powinny być priorytetem.
Przeanalizuj doświadczenia swoich pracowników, po to by lepiej konkurować o najlepsze i najbardziej różnorodne talenty.
„W ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy przyspieszenie trendów, które pojawiły się przed pandemią. Prawdopodobnie najbardziej ekscytującym trendem jest wzrost znaczenia pracy zdalnej. W miarę demokratyzacji możliwości, dzięki pracy zdalnej i przepływowi talentów, będziemy świadkami rozprzestrzeniania się umiejętności w całym kraju. To czas dla liderów biznesu, aby wykorzystać okazję do pozyskania różnych umiejętności i talentów, które wcześniej nie były dla nich dostępne” – mówi Karin Kimbrough, Główna Ekonomistka LinkedIn.
Przez ostatnie 10 lat co roku pojawiało się w polskiej branży TSL średnio tysiąc nowych przewoźników. Rok 2020 był zupełnie inny – z raportu GITD wynika, że nie tylko liczba aktualnych licencji nie wzrosła, ale nawet minimalnie zmalała. Za to na drogach przybyło ciężarówek i wykonują więcej przewozów, co potwierdzają też dane z 30 tysięcy pojazdów monitorowanych przez systemy telematyczne GBox. – Skoro ciężarówek stale przybywa, a liczba firm się nie zmienia, oznacza to, że przewoźnicy obecni na rynku zwiększają tabor. Pomimo pandemii w 2020 roku nie brakuje przedsiębiorstw transportowych, które się rozwijają – uważa Mateusz Włoch, ekspert OCRK, Grupa INELO.
Jak rozwijały się firmy transportowe na przestrzeni lat?
Z raportów Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego wynika, że w latach 2010-2020 liczba przewoźników na rynku wzrosła o 12 tysięcy. Średnio co rok przybywało ich około tysiąca. Pierwszy raz to się zmieniło – na koniec 2020 roku są dwie aktywne licencje mniej niż rok wcześniej.
Z drugiej strony, według danych systemów telematycznych GBox w 4 kwartale 2020 roku ciężarówki polskich przewoźników pokonały 190 milionów kilometrów więcej, niż w tym samym okresie roku poprzedniego.
– Z danych GITD i systemów telematycznych GBox możemy wywnioskować, że na rynku przewozów międzynarodowych zostają przedsiębiorstwa z ugruntowaną pozycją oraz nabytym przez lata doświadczeniem. W czasach pandemii koronawirusa ostrożnie inwestujemy w nowe obszary i szukamy sprawdzonych rozwiązań. To samo dotyczy sytuacji w branży TSL – komentuje Mateusz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, Grupa INELO.
Branża TSL – więcej pojazdów w firmach
Nie przybywa przewoźników, jednak firmy, które już działają w tym sektorze gospodarki powiększają flotę. – W 2020 roku było ważnych 256 362 wypisów z licencji międzynarodowej, czyli dokumentu niezbędnego dla każdego pojazdu wykonującego przewóz zarobkowy rzeczy poza granicami Polski. Jest ich o 9 607 więcej niż rok wcześniej. Skoro pojazdów w transporcie międzynarodowym stale przybywa, a liczba firm się nie zmienia, oznacza to, że przewoźnicy obecni na rynku zwiększają tabor. Co ważne, dane o aktualnych wypisach i licencjach są podawane według stanu na ostatni dzień roku. To oznacza, że pandemia w 2020 roku nie zahamowała rozwoju tej gałęzi transportu, jeśli wziąć pod uwagę rosnącą liczbę wypisów – komentuje Mateusz Włoch.
Dane: GITD Opracowanie: INELO
Najlepiej radzą sobie przedsiębiorstwa z dużym taborem
W Polsce mamy 36 511 przedsiębiorstw transportowych posiadających licencje na międzynarodowy przewóz rzeczy, które dysponują łącznie 256 352 ciężarówkami. Największy odsetek – ponad 60 proc. stanowią małe przedsiębiorstwa, które posiadają od 1 do 4 pojazdów. Tyle że należy do nich tylko 15 proc. ciężarówek spośród licencjonowanych przewoźników.
W ostatnich trzech latach najszybciej procentowo rośnie liczba przedsiębiorstw, które zarządzają flotą powyżej stu pojazdów. Jest ich 33 proc. więcej niż w 2017 roku. Liczba przewoźników posiadających między 51 a 100 pojazdów zwiększyła się o prawie 30 proc.. Podobny wzrost widać u przewoźników z mniejszą flotą. Działa coraz więcej firm, które mają od 5 do 50 pojazdów. Liczba najmniejszych przewoźników (1 – 4 pojazdów) jest podobna do lat poprzednich.
Dane: GITD Opracowanie: INELO
Dynamika zmian sektora transportu drogowego w 2020 roku była bardzo duża. Przedsiębiorcy musieli stawić czoła zmianom wprowadzonym przez pakiet mobilności, problemy na wschodnich granicach z Białorusią, sytuacja z wydawaniem zezwoleń w Rosji i wreszcie, sama pandemia koronawirusa, obostrzenia w wielu krajach, obowiązkowe testy dla kierowców – to tylko wybrane przeszkody dla firm prowadzących działalność związaną z międzynarodowym TSL w zeszłym roku. Nic więc dziwnego, że coraz więcej przewoźników decyduje się na inwestycję w nowoczesne rozwiązania cyfrowe dla transportu i modernizację przedsiębiorstwa. W tej chwili bez zabezpieczenia odpowiedniego, zdrowego rozwoju dla transportowych działalności gospodarczych może być zwyczajnie ciężko utrzymać się na rynku.
– Oprócz zwiększania liczby ciężarówek we flocie przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po nowoczesne rozwiązania zwiększające rentowność i pozwalające na bieżąco analizować sytuację w firmie. Same systemy telematyczne przestają wystarczać, kiedy monitorujemy 100 różnych samochodów. Coraz większą popularnością cieszą się więc systemy TMS, pozwalające w szybki sposób zebrać dane ze wszystkich pojazdów i przedstawić w jasny, przejrzysty sposób obecną sytuację, co pozwala szybko podejmować decyzje, dzięki czemu możemy zadbać o rozwój w ekspresowym tempie – komentuje Marta Staniszewska, ekspert GBox, Grupa INELO.
Oczywiście, nowoczesna flota to nie wszystko. Bardzo ważne jest, by zadbać o zrównoważony rozwój biznesu z możliwością kontroli wszystkich jego aspektów: księgowości, rentowności i wydajności. Dlatego coraz więcej przewoźników decyduje się na proces cyfryzacji swoich firm.
– Z powyższych danych wyraźnie widzimy, że przedsiębiorcy, którzy nie inwestują w nowoczesne rozwiązania i nie rozwijają taboru, w najlepszym przypadku stoją w miejscu. Rok 2021, który jest „buforem” przed wejściem w życie kolejnych punktów pakietu mobilności to ostatni moment na wprowadzenie innowacji, które pomogą firmie być konkurencyjną i zadba o jej rozwój. Odkładanie takich inwestycji na dalsze lata może mieć negatywne skutki. Rynek zdominują firmy z rozbudowanym taborem, które korzystają z cyfrowych rozwiązań, a mniejsi przewoźnicy się na nim nie utrzymają – uważa Marta Staniszewska.
Uchwalony przez Unię Europejską cel redukcji emisji gazów cieplarnianych o 55 proc. do 2030 r. i osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej przez kraje Unii Europejskiej do 2050 r. oznacza konieczność dynamicznego rozwoju rynku alternatywnych źródeł energii. Według raportu „Investing in hydrogen. Ready, set, net zero”, opracowanego przez firmę doradczą Deloitte, dotyczy to także wodoru, który jest paliwem czystym, coraz tańszym w pozyskiwaniu oraz składowaniu i jednocześnie mającym znaczący potencjał inwestycyjny.
– Ambitnych celów neutralności klimatycznej nie uda się osiągnąć bez alternatywnych, nisko lub zeroemisyjnych, odnawialnych źródeł energii. Dotyczy to także fotowoltaiki i energii wiatrowej. Wzrost zapotrzebowania na wodór będzie w dużym stopniu zależał od tempa rozwoju tego rynku i gałęzi gospodarki, w których będzie wykorzystywany – mówi Irena Pichola, partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.
W samej Wielkiej Brytanii popyt na wodór może wzrosnąć do 2050 r. z obecnych 27 TWh do 43 TWh, przy założeniu, że zostanie zachowane dotychczasowe tempo rozwoju tego rynku. Jeżeli zmianie ulegną preferencje konsumentów, popyt na wodór może wynieść 179 TWh. Natomiast w przypadku wprowadzenia zmian systemowych, ta wartość może wzrosnąć aż do 618 TWh.
Potencjał wodoru
Zakres potencjału dla wykorzystania wodoru nie rozkłada się równomiernie w poszczególnych branżach i z pewnością w przyszłości będzie się rozwijał w różnym tempie. Podstawowym obszarem, gdzie już teraz używane są znaczne ilości tego surowca jest przemysł. Działająca w rafineriach infrastruktura do wychwytywania i składowania dwutlenku węgla jest przystosowana do przetwarzania zanieczyszczeń także z innych obszarów przemysłu. Dzięki temu możliwe będzie rozłożenie kosztów inwestycyjnych i potencjalnych ryzyk na więcej podmiotów.
Jak wynika z raportu Deloitte, zastosowanie wodoru w transporcie jest nadal w znacznym stopniu ograniczone przez słabo rozwiniętą infrastrukturę, percepcję ryzyka dla łańcucha dostaw i stosowania paliwa wodorowego oraz koszty przesyłu i składowania tego surowca, a także niewielką podaż pojazdów wykorzystujących wodór jako paliwo. Znacznie popularniejsze są obecnie samochody osobowe zasilane elektrycznie lub w sposób hybrydowy. Zakłada się, że w początkowej fazie wdrażania technologii, większe prawdopodobieństwo upowszechnienia się paliwa wodorowego istnieje w przypadku cięższych środków transportu, takich jak ciężarówki, autobusy i transport szynowy. Ta sytuacja może się jednak zmienić, a możliwą skalę i tempo rozwoju rynku wodoru pokazuje np. przyjęty w Japonii plan zakładający do 2030 r. dynamiczny wzrost liczby pojazdów napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi na tamtejszych drogach do 800 tys., przy zaledwie 3 tys. obecnie.
Chociaż mało prawdopodobne jest, że wodór odegra w energetyce dominującą rolę jako paliwo pierwotne, może on jednocześnie w znacznym stopniu przyczynić się do zapewnienia stabilności i elastyczności systemu energetycznego. Z kolei wykorzystanie wodoru w ciepłownictwie będzie wymagało znacznych inwestycji kapitałowych, co może skutkować okresowo wyższymi cenami dla konsumentów podczas potencjalnej niezbędnej modernizacji infrastruktury i urządzeń końcowych.
– Wiele wskazuje na to, że potencjał wodoru odegra ważną rolę w transformacji energetycznej. Mówi się o nim od paru dziesięcioleci, ale teraz wydaje się, że sytuacja wreszcie nabiera tempa. Inwestycje i wsparcie rządowe rosną, a technologie pozyskiwania i składowania tego paliwa są gotowe do dalszego rozwoju, doskonalenia efektywności technologii oraz definiowania modeli możliwych zastosowań na skalę przemysłową. Może się więc okazać, że wodór będzie zaskoczeniem obecnej dekady, takim jak energia słoneczna i wiatrowa były w latach ubiegłych – mówi Tomasz Gasiński, dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.
Opłacalność przejścia na wodór
Według ekspertów Deloitte budowa gospodarki w szeroki sposób wykorzystującej wodór będzie wymagała znacznych nakładów finansowych. Tylko w Wielkiej Brytanii rozwój samej technologii produkcji tego surowca oznacza konieczność inwestycji od 3,5 mld do 11,4 mld funtów do 2035 roku. Koszty produkcji wodoru niskoemisyjnego lub zeroemisyjnego są obecnie nie tylko wyższe niż w przypadku innych źródeł ekologicznej energii, ale także nie ma pewności co do przyszłych poziomów popytu i jego zastosowań. Co więcej, jeśli ten surowiec nie może być używany w stanie gazowym blisko miejsca wytworzenia, ale jest przetwarzany, przechowywany i transportowany, koszty dla użytkownika końcowego szybko wzrosną.
– Obniżenie kosztów wodoru w najbliższym czasie będzie możliwe pod warunkiem, że na świecie przyjęte zostaną programy stymulujące dalsze innowacje i badania. Konieczne będzie też opracowanie wydajnych procesów produkcyjnych i łańcuchów dostaw, aby pomóc obniżyć koszty konwersji, transportu i przechowywania tego paliwa. Taką drogę z sukcesem przeszedł sektor odnawialnych źródeł energii, w którym koszty zostały znacząco zredukowane właśnie dzięki znaczącemu rozwojowi technologii, a także dzięki skutecznemu wsparciu na szczeblu rządowym – mówi Irena Pichola.
Inwestorzy oczekują większej pewności
Jak wynika z raportu Deloitte, wyzwania związane z postępującymi zmianami klimatu i dochodzeniem do gospodarki zeroemisyjnej wymagają bardziej skoordynowanego podejścia ze strony rządów i przedsiębiorstw. Choć inwestorzy są przyzwyczajeni do pewnego podwyższonego stopnia ryzyka związanego z inwestycjami w nowe technologie, to jednak oczekują większej pewności co do tego, jaki będzie popyt na wodór w przyszłości oraz na jaki zwrot z inwestycji mogą potencjalnie liczyć.
Uzyskanie tej pewności będzie więc wymagało określenia skali inwestycji potrzebnych w ciągu najbliższych 20-30 lat. Niezbędne będą działania zmierzające do stymulowania innowacji i badań w celu obniżenia kosztów produkcji wodoru. Cechą charakterystyczną tego paliwa jest możliwość wykorzystania w wielu gałęziach gospodarki (energetyka, ciepłownictwo, przemysł i transport), co oznacza jeszcze większą potrzebę integracji i koordynacji kierunków działań.
– Obowiązujące do tej pory założenia w zakresie dekarbonizacji nie preferują żadnej z dostępnych technologii wodorowych, pozwalając rynkowi decydować, która z nich najlepiej odpowiada potrzebom danego sposobu wykorzystania oraz wykazuje się największą efektywnością finansową. Jednak biorąc pod uwagę skalę wyzwania, jakim jest osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej, prawdopodobnie potrzebny jest bardziej ukierunkowany i konkretny zestaw wytycznych, aby wodór stał się bardziej atrakcyjny dla potencjalnych inwestorów – mówi Kamil Janczyk, wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.
Pomimo generalnie pozytywnego przebiegu poniedziałkowego handlu (z wyłączeniem Turcji), dziś na rynkach widać negatywne napięcie, za co może odpowiadać przerzucenie uwagi na nowe restrykcje covidowe w Europie. Inwestorzy nie zapominają też o śledzeniu rentowności obligacji USA przed wystąpieniem prezesa Fed Powella i sekretarz skarbu Yellen w Kongresie.
Można zaryzykować stwierdzenie, że wstrząsy na lirze i tureckich aktywach pozwoliły wczoraj na chwilę zapomnieć o innych problemach rynków i na tym udało się zbudować umiarkowanie pozytywne nastroje. Ale dziś Turcja jest już czerstwym tematem i dyskusje rynkowe krążą między przedłużeniem lockdownu w Niemczech do 18 kwietnia a sankcjami USA i innych państw wobec chińskich urzędników powiązanych z łamaniem praw człowieka. Nie są to silne tematy (przedłużenie restrykcji w Europie było spodziewane, a restrykcje mają mały ciężar gospodarczy), ale zawsze to pretekst dla poddania ryzykownych aktywów presji.
Nie zapominamy o rynku długu USA, nawet jeśli rentowności 10-letnich obligacji USA spadają do 1,66 proc. Potrzeba by było zejścia co najmniej pod 1,55 proc., by ruch był doczytany jako odwołanie alarmu i impuls do silniejszego apetytu na ryzyko. Inwestorzy pasywnie czekają na kolejne wydarzenia, wśród których dziś wyróżnia się wystąpienie prezesa Fed Powella i sekretarz skarbu Yellen w Kongresie. Politycy mają odpowiadać w związku z ustawą pomocową CARES, a opublikowane już mowy otwierające wskazują na pozytywną ocenę perspektyw gospodarczych oraz powtórzenie deklaracji o podtrzymaniu wspierającej polityki Fed. Nie zanosi się na nic przełomowego, szczególnie zaledwie kilka dni po posiedzeniu FOMC. Stąd reakcja dolara i obligacji powinna być minimalna, o ile nie pojawią się niespodzianki.
EUR/USD jest względnie stabilny blisko 1,19 bez oznak wzmożonej negatywnej presji na euro z tytułu trzeciej fali zachorowań na COVID-19 w Europie. Od kilku dni rynki były przygotowane na zaostrzanie restrykcji w obliczu wzrostu liczby odnotowywanych zakażeń, podczas gdy w ocenie skutków gospodarczych dominuje przeświadczenie, że jakkolwiek w drugim kwartale ożywienie może kuleć, tak druga połowa roku będzie pod znakiem przyspieszenia. Poza tym lockdowny nie zamykają całej gospodarki, co w dalszej części tygodnia potwierdzą wciąż wysokie odczyty indeksów PMI dla przemysłu. O ile perspektywy dla strefy euro nie zmienią się i nie wskażą na wyraźne odstawanie ścieżki ożywienia od trajektorii np. USA czy Wielkiej Brytanii, nie ma powodu, by w wycenie euro ujmować agresywniejsze luzowanie EBC (i kolejnej obniżki stóp procentowych).
Wczorajsza poprawa nastrojów i umiarkowane osłabienie dolara dały walutom rynków wschodzących przestrzeń do częściowego odreagowania ostatniej słabości. EUR/PLN obniżył się do 4,59, ale dziś rano już widać powrót ponad 4,60. Zbliżając się do końca miesiąca (i kwartału) nie można wykluczyć podwyższonej zmienności na korzyść złotego, co jednak nie będzie mówić nic o poprawie postrzegania waluty, a bardziej o potencjalnym domykaniu krótkich pozycji, które były budowane przed wyrokiem Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych. Przesunięcie terminu posiedzenia z 25 marca na 13 kwietnia podnosi ryzyko z tytułu utrzymywania pozycji, skłaniając do odkupienia złotego, ale prawdopodobnie z zamiarem odnowienia pozycji po lepszej cenie. Innymi słowy ostrożnie podchodziłbym do spadków EUR/PLN w rejon 4,57-4,59, gdyż może to być chwilowy epizod przed kolejnymi wzrostami kursu.
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie kolejny raz apeluje do Premiera Mateusza Morawieckiego i Rządu RP o wycofanie się z krzywdzącego przedsiębiorców kryterium kodów PKD jako czynnika uzależniającego wsparcie. Postulujemy, by to spadek przychodów – jako najbardziej obiektywny czynnik – był wyznacznikiem, które firmy potrzebują wsparcia. Sygnatariuszami listu są instytucje gospodarcze, które podobnie jak Izba uważają, że przedsiębiorcom w obliczu TRZECIEGO lockdownu należy się pomoc i wsparcie.
Poniżej list podpisany przez Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hannę Mojsiuk:
Szanowny Panie Premierze,
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie jako największy samorząd gospodarczy w Polsce, będąc bardzo blisko przedsiębiorców i ich problemów, przygląda się panującej w Polsce sytuacji związanej z epidemią COVID-19, a co za tym idzie, skutkom gospodarczym będących efektem wprowadzanych obostrzeń. Z niepokojem wsłuchujemy się w głos przedsiębiorców, bo jest to głos rozpaczy.
Trzecia fala koronawirusa stała się faktem i absolutnie nie kwestionujemy zasadności wprowadzanych obostrzeń w obliczu rosnącej liczby dobowych zakażeń, jednakże kolejny pełny lockdown, zamrożenie gospodarki na kolejne trzy długie tygodnie, z możliwością przedłużenia tego okresu, oznacza dla wielu przedsiębiorców bankructwo, upadłość, a co za tym idzie dramatyczną sytuację wielu rodzin pozbawionych źródła dochodu i ogólny wysoki wzrost bezrobocia. Pandemia nie opuszcza nas od ponad roku, wiele branż, w tym gastronomia, hotele, eventy czy fitness, od ponad pięciu miesięcy nie funkcjonuje. Przedsiębiorcy są pozbawieni możliwości działania, firmy generują ogromne straty, nie przynosząc dochodu. W wielu przypadkach sytuacja jest już nie tylko dramatyczna, jest krytyczna.
W związku z tym, wnosimy o jak najszybszą rezygnację z kryterium kodu PKD w dostępie do pomocy z Tarczy Antykryzysowej i powrót, wzorem zeszłego roku, do kryterium progu spadku przychodów umożliwiającego uzyskanie pomocy wielu przedsiębiorcom, w tym momencie pozbawionym takiej szansy. Wniosek nasz w pełni popiera wiele organizacji i instytucji otoczenia biznesu, w tym także Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, albowiem według naszej wspólnej opinii jest to rozwiązanie najbardziej słuszne w tym trudnym
gospodarczo czasie. Polski przedsiębiorca potrzebuje pomocy natychmiastowej, a polska gospodarka natychmiastowego programu ratowania. Od wielu miesięcy postulat odejścia od zasady udzielania pomocy jedynie przedsiębiorcom ze ściśle określonym kodem PKD podnosi także w swych działaniach Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, Pan Adam Abramowicz.
Sygnatariusze listu – Instytucje Gospodarcze:
Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie,
Zachodniopomorski Związek Przedsiębiorców i Pracodawców,
Columbus Energy, wiodący dostawca usług na rynku nowoczesnej energetyki, zakończył rok 2020 skonsolidowanymi przychodami na poziomie 670 mln zł i wynikiem EBIDTA 99 mln zł, notując rekordową dynamikę wzrostu tych wartości.
Jak wynika z raportu rocznego Columbus, w 2020 r. Grupa osiągnęła przychody z działalności na poziomie 670 mln zł, co stanowi wzrost o prawie 220% r/r. Skonsolidowany zysk brutto wzrósł o 480% w perspektywie rocznej – 87 mln zł, a skonsolidowana EBITDA wyniosła 99 mln zł, czyli o 350% więcej niż rok wcześniej. W ciągu ostatnich 3 lat przychody Grupy wzrosły ponad dwudziestokrotnie, a EBIDTA prawie czterdziestokrotnie.
– To był wyjątkowy rok, trudny, wymagający przez męczącą pandemię. Jednak zaangażowanie i motywacja naszego zespołu pokazały, jak można zagrożenia zamieniać w szanse, a wyzwania niepewnych czasów – w walkę o lepszą przyszłość – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Columbus Energy S.A.
Wśród licznych sukcesów minionego roku Zarząd Columbus wymienia przede wszystkim inwestycje na rynku farm fotowoltaicznych. Grupa pozyskała 1500 MW projektów farm lub praw do nich oraz przeszła do negocjacji umów o potencjale kolejnych prawie 4500 MW projektów. Łącznie daje to prawie 6000 MW mocy w farmach, gdzie zakładając że zostanie wybudowanych około połowa, wartość po wybudowaniu przekroczy 6 mld zł.
Finansowanie budowy farm Grupy odbywa się przez emisję pierwszych na polskim rynku energetycznym Zielonych Obligacji, których wartość w pierwszym programie wynosi 500 mln zł, a partnerem biznesowym jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska. Obecnie Columbus jest na etapie plasowania Zielonych Obligacji na dodatkowe 200 mln zł, które przeznaczy w 100% na zakup nowych projektów farm fotowoltaicznych lub wiatrowych. Wszystkie te działania prowadzą do akumulacji w aktywach Grupy gigawatów zielonej, czystej energii.
Do perspektywicznych inwestycji roku 2020 Zarząd Columbus zalicza także objęcie udziałów w Nexity Global – spółce z branży elektromobilności i wytwarzania technologii IT, oraz przeznaczenie 10 mln euro na rozwój przełomowej technologii perowskitów, należącej do spółki Saule. Columbus ma ambicje być strategicznym partnerem tej Spółki w dystrybucji licencji na wdrożenia produktowe oraz dystrybucji samych produktów, opartych o perowskity.
W minionym roku Columbus zamontował też pilotażowo kilkadziesiąt pomp ciepła, a zdobywając kompetencje i doświadczenie, planuje montaż znaczącej ilości tych urządzeń w najbliższych latach – tak, aby i w tym obszarze osiągnąć pozycję lidera.
W najbliższych miesiącach Grupa chce się skoncentrować na większej optymalizacji operacyjnej i wytworzeniu usług, które pozwolą zdywersyfikować przychody w przyszłości. W tym celu Columbus uruchomił niedawno usługę Prąd jak Powietrze, polegającą na bilansowaniu energii elektrycznej 1:1 oraz magazynowaniu jej bez strat. Po finalizacji przejęcia spółki obrotu energią, Columbus będzie mógł także poszerzyć tę usługę o tokenizację energii, czyli przesyłanie jej innym odbiorcom.
– Wraz z wdrożeniem prawa opartego o unijną dyrektywę RED II, czas domowych i biznesowych magazynów energii nastanie szybciej niż nam się wydaje – komentuje Dawid Zieliński. – Zielona rewolucja i czysta ekonomia dają nam przestrzeń, w której już od lat zdobywamy doświadczenie. Zeroemisyjna energetyka, termomodernizacja, elektromobilność i zielone technologie to nowe fundamenty gospodarki, a Columbus jest w samym w środku tej zmiany.
Jak podkreśla Zarząd w podsumowaniu rocznym, Columbus zamierza wykorzystać szansę przeistoczenia się z instalatora fotowoltaiki w solidną i nowoczesną firmę energetyczną.
Zintensyfikowana współpraca między CIMA i ABSL ma na celu zwiększenie konkurencyjności sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.
– The Chartered Institute of Management Accountants (CIMA) i Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) podpisały 18 marca 2021 r. porozumienie o współpracy. Ma ona na celu zwiększenie znaczenia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej na globalnej mapie nowoczesnych usług biznesowych oraz rozwoju pracowników i firm z sektora.
W ramach nowego projektu Akademia Kompetencji Przyszłości: 2021 – 2026 (ang. Skills of the Future Academy 2021-2026) CIMA i ABSL zidentyfikują luki kompetencyjne w sektorze nowoczesnych usług biznesowych i będą pracować nad wdrożeniem światowej klasy rozwiązań, które je zaadresują.
W początkowej fazie projekt będzie polegał na zidentyfikowaniu aktualnych i przyszłych luk kompetencyjnych, a następnie rozpoczęciu prac nad wykorzystaniem i zaadaptowaniem tej wiedzy do dalszej współpracy.
„W ramach głębszej współpracy między CIMA i ABSL chcemy zaproponować rozwiązania dla sektora, które pomogą jego pracownikom rozwijać kluczowe kompetencje z korzyścią dla nich samych, ich firm, a w dłuższej perspektywie także społeczeństw i gospodarek krajów z regionu” – mówi Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, CIMA.
„Mając na uwadze nowe wyzwania, jakie stawia przed nami świat po pandemii koronawirusa, chcemy razem ściśle współpracować m.in. nad projektem Skills of the Future Academy, który został zainicjowany, by wspierać pracowników naszego sektora w rozwijaniu umiejętności potrzebnych im w nowej rzeczywistości” – powiedział Paweł Panczyj, Managing Director Strategy & Partnerships, ABSL.
Główną częścią nowego budżetu Unii Europejskiej są środki przeznaczone na realizację projektu Zielony Ład. Obejmuje on finansowanie inwestycji, które zmienią naszą gospodarkę energetyczną w nisko i zeroemisyjną, ekologiczną oraz odpowiedzialną środowiskowo. Nie jest jednak jeszcze pewne, czy założenia Zielonego Ładu się sprawdzą. O ile bowiem technologia odnawialnych źródeł energii, takich jak fotowoltaika i turbiny wiatrowe, jest udoskonalona i rozpowszechniona – o tyle nie posiadamy jeszcze technologii wodorowej, która mogłaby uzupełnić potrzeby nowych sieci energetycznych. Na samym wietrze i słońcu daleko nie zajedziemy – potrzebujemy stabilizatora, który zapewni nam prąd wtedy, gdy nie świeci i nie wieje.
– Bilansowanie mocy musi się odbywać przy pomocy albo gazu ziemnego, który w dużej części płynie z Federacji Rosyjskiej – albo wodoru, który musi być wytwarzany w sposób zielony. Wodór byłby rozwiązaniem idealnym, ale technologie jego pozyskiwania nie są jeszcze komercyjnie rozpowszechnione. Dlatego Zielony Ład musi przede wszystkim dofinansować i mocno dotować sektor, który jeszcze tak naprawdę nie istnieje – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Wprowadzenie na dużą skalę odnawialnych źródeł energii doprowadziło do upowszechnienia się tych technologii i spadku cen. Czy tak będzie z wodorem? Zobaczymy. Polityki unijne zakładają jednak, że zeroemisyjna gospodarka ma się realizować właśnie przez wodór, wiatr i słońce. Wśród projektów zgłoszonych w ramach planu odbudowy, a jest ich już ładnych parę tysięcy, widać bardzo duży nacisk na zielone technologie, elektryfikację ciepłownictwa, elektromobilność oraz zmiany źródeł wytwarzania energii. Zielony Ład przyczyni się więc także do cyfryzacji energetyki i połączenia sektorów. Co to oznacza dla Polski? W budowaniu nowej gospodarki energetycznej nie ma jednego dobrego rozwiązania. Widać jednak, że polski biznes i samorządy nie wyłamują się z kierunku nadanego przez Unię. Nie chcemy iść pod prąd rozwiązaniom, które są implementowane w innych krajach sojuszu. Szczególnie, że ten kierunek jest dosyć jasno wyznaczony – zauważa Roszkowski.
W 2019 r. 80 proc. polskiego eksportu trafiło na rynek unijny. Jednocześnie, aż 42 proc. importowanych do kraju towarów pochodziło spoza UE. Aby zrównoważyć bilans handlowy, polscy eksporterzy powinni w większym stopniu wykorzystywać szanse ekspansji kreowane przez strefy wolnego handlu. W latach 2015-2019 udział Ukrainy w polskim eksporcie towarów wzrósł o 0,6 pkt. proc., zaś w pierwszym roku obowiązywania umowy o wolnym handlu między UE a Japonią polski eksport do tego kraju wzrósł o 18,3 proc. Do rynków szczególnie atrakcyjnych z perspektywy wzrostu eksportu polskich produktów zaliczają się również Korea Południowa oraz Kanada. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polska a strefy wolnego handlu. Powolne wykorzystanie liberalizacji”.
80 proc. polskiego eksportu jest kierowana do krajów UE w ramach jednolitego rynku. Pozostała część wymiany przypada na państwa, z którymi UE zawarła umowy o wolnym handlu, udzieliła jednostronnie preferencji w dostępie do swojego rynku lub z którymi handel odbywa się na zasadach ogólnych WTO. Spośród analizowanych szczegółowo krajów, największe korzyści polscy eksporterzy odnieśli w wyniku umowy z Ukrainą, relatywnie najmniejsze dzięki porozumieniu z Kanadą. W przypadku Japonii mieliśmy do czynienia z wyraźnym skokiem eksportu polskich towarów w 2019 r., będącym pierwszym rokiem obowiązywania umowy (o ponad 18 proc.).
Z naszych analiz wynika, że aż 41 proc. polskiej wartości dodanej konsumowanej w Japonii oraz 37 proc. w Korei Płd. i 30 proc. w Kanadzie trafiało tam przez inne kraje. Największym eksporterem polskiej wartości dodanej były Niemcy, zaś w dalszej kolejności Chiny, USA, Wielka Brytania, Francja, Włochy oraz Czechy. Polscy przedsiębiorcy mogli zatem odnieść pośrednie korzyści z utworzenia stref wolnego handlu poprzez uczestnictwo w globalnych łańcuchach wartości oraz współpracę z rozpoznawalnymi markami zagranicznymi. Poprawa warunków dostępu do rynków pozaunijnych to dla polskich eksporterów szansa, szczególnie jeśli dopasują swoją ofertę do specyfiki poszczególnych krajów. W przypadku rozwiniętych państw azjatyckich poprawa polskiej pozycji eksportowej może nastąpić dzięki oferowaniu produktów wysokiej techniki, co przysłuży się procesowi transformacji polskiego eksportu w kierunku zwiększenia wolumenu sprzedaży dóbr o dużej wartości dodanej – mówi Łukasz Ambroziak, analityk zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego, autor raportu.
Korzyści ze stref wolnego handlu widoczne, ale może być lepiej
Wprawdzie z preferencyjnego dostępu skorzystało w 2019 r. 77 proc. towarów do tego uprawnionych, to jednak polscy eksporterzy wciąż nie w pełni korzystają z przyznanych państwom UE na mocy umów o wolnym handlu możliwości. W największym stopniu polscy eksporterzy korzystali z przyznanych preferencji w eksporcie do Ukrainy, gdzie aż 81 proc. objętych preferencjami towarów rzeczywiście z nich skorzystało. W przywozie do Japonii ten wskaźnik wyniósł już zauważalnie mniej, bo 66 proc., w przypadku Korei Płd. 57 proc., zaś w przypadku Kanady tylko 40 proc. Należy pamiętać, że rola rynku ukraińskiego rosła już w okresie przed wejściem umowy w życie, a po 2016 r. dodatkowo się zwiększyła, co sprawiło, że udział Ukrainy w polskim eksporcie towarów w latach 2015-2019 wzrósł o 0,43 pkt. proc. Podobnie wyglądała sytuacja, jeżeli chodzi o eksport usług. Udział Ukrainy w polskim eksporcie usług w 2019 r. wyniósł 4,9 proc. i był o 0,6 pkt. proc. wyższy niż przed wejściem w życie porozumienia DCFTA.
Umowy o wolnym handlu to także szansa na pogłębienie współpracy inwestycyjnej. Obecnie polskie inwestycje bezpośrednie na Ukrainie koncentrują się w sektorze finansowym, budowlanym, a także w przemyśle motoryzacyjnym, meblowym, odzieżowym, spożywczym oraz w branży kosmetycznej i wyposażenia wnętrz. W przypadku Korei Płd. kluczowe obszary aktywności inwestycyjnej polskich firm to branża budowlana, okrętowa oraz biofarmaceutyki. Z kolei aktywność inwestycyjna polskich przedsiębiorstw w Kanadzie była skoncentrowana głównie w sektorze poszukiwawczo-wydobywczym.
Perspektywy rozwoju współpracy handlowej z rynkami pozaunijnymi
Wśród najbardziej perspektywicznych grup produktów w kontekście eksportu do Korei Płd. znajdują się artykuły rolno-spożywcze, kosmetyki, wyroby przemysłu stoczniowego oraz maszynowego, a także gry komputerowe, produkty medyczne oraz usługi technologiczne w obszarze ochrony środowiska. Z kolei Polska jest atrakcyjnym rynkiem dla koreańskich firm inwestujących w produkcję sprzętu elektronicznego, AGD, zaawansowanych technologii informacyjnych, a także dla przedsiębiorstw z branży motoryzacyjnej. Jeżeli chodzi o eksport do Ukrainy, w gronie najbardziej perspektywicznych produktów znajdują się maszyny i urządzenia do produkcji, produkty rolno-spożywcze, kosmetyki, artykuły drogeryjno-higieniczne oraz środki czystości. Polscy inwestorzy mają także szansę zaangażować się w budowę ukraińskiej infrastruktury drogowej i kolejowej. Czynnikiem dodatkowo wzmacniającym pozycję polskich produktów na rynku ukraińskim jest duża skala emigracji zarobkowej z Ukrainy do Polski. Jeżeli chodzi o rynek kanadyjski, to atrakcyjnymi obszarami dla polskich eksporterów są wyroby przemysłu lotniczego, materiały budowlane, technologie energetyczne i cyfrowe, rozwiązania IT, żywność oraz meble. W przypadku Japonii, największe szanse na eksport mają wysokiej jakości produkty żywnościowe o długim okresie przydatności, ceramika, kosmetyki, a także oprogramowanie dla branży finansowej i technologicznej oraz gry komputerowe.
W kryzysowej rzeczywistości nie ma raczej szans na spadek kursu franka do złotego, a przez pandemię wielu kredytobiorców dodatkowo straciło zdolność do spłaty rat. Wyjściem z sytuacji jest proces sądowy przeciw bankowi. Na ten krok decyduje się coraz więcej frankowiczów, licząc na korzystne rozstrzygnięcie przed sądem. Dziś linia orzecznicza nie jest jednolita, ale kredytobiorcy liczą, że zmieni to orzeczenie Sądu Najwyższego. Zostało ono jednak przesunięte z 25 marca na 13 kwietnia.
– Część frankowiczów w czasie pandemii straciła możliwość spłaty długu, mowa o tych, którzy wcześniej obawiali się wejść na drogę sporu sądowego z bankiem i spłacali, a w tej chwili przez pandemię nie są w stanie tego robić. Powyższa sytuacja na pewno wymusi na dużej grupie frankowiczów to, żeby wejść w proces sądowy z bankiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Oppenheim, ekspert Kancelarii Doradztwa Finansowego. Upadłość Konsumencka i Antywindykacja. – Można powiedzieć, że pandemia pomoże im w podjęciu tej trudnej decyzji.
13 kwietnia 2021 roku (termin przełożony z 25 marca) Sąd Najwyższy wypowie się na temat umów o kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich zawieranych w 2008 roku, gdy kurs szwajcarskiej waluty był najniższy do złotego w historii i wynosił poniżej 2 zł. Było to w drugiej połowie lipca i pierwszym tygodniu sierpnia 2008 roku, tuż przed upadkiem banku Lehman Brothers, który wstrząsnął zaufaniem inwestorów do rynku finansowego i spowodował odpływ pieniędzy z rynków wschodzących do tzw. bezpiecznych przystani – jedną z nich jest właśnie frank szwajcarski.
Pół roku później kurs wyraźnie przekraczał 3 zł, a w kolejnych latach frank tylko się umacniał do złotego, choć nie bez okresów korekt. Przełomowym punktem w historii tej waluty okazał się 15 stycznia 2015 roku, gdy Szwajcarski Bank Narodowy uwolnił kurs franka. Wcześniej waluta ta była „przywiązana” do euro, tak by za jedno euro trzeba było płacić minimum 1,2 franka. Po uwolnieniu szwajcarska waluta umocniła się o 20–30 proc., a w Polsce kosztowała już powyżej 4 złotych.
Także pandemia podbiła franka: w marcu 2020 roku podskoczył do 4,35 zł. Obecnie trzeba płacić za niego niemal 4,20 zł.
– W okresie zawirowań gospodarczych niemal pewne jest, że złoty będzie się osłabiać wobec franka w dłuższej perspektywie, więc nawet jeżeli są chwilowe obniżenia kursu, nie możemy zakładać, że będzie to trwało długo. Nie jest wcale wykluczone, że frank będzie kosztował 5 czy 6 zł, szczególnie właśnie w okresie popandemicznym, kiedy nasza gospodarka będzie w opłakanym stanie – ocenia Krzysztof Oppenheim.
Sąd Najwyższy ma wskazać, w jaki sposób sądy powinny orzekać w sprawach frankowiczów przeciwko bankom. Wielu z nich mimo wieloletniego spłacania rat wciąż ma do spłacenia więcej niż w chwili zaciągnięcia pożyczki. Głośne zwycięstwa klientów w sporze z bankami dają nadzieję frankowiczom na pozytywne dla nich rozstrzygnięcie SN, czyli unieważnienia umów lub przewalutowania po korzystnym dla nich kursie. Z kolei banki, obawiając się tego wyroku, zaczęły proponować klientom ugody.
Wysyp spraw sądowych nastąpił w ciągu ostatniego półtora roku. W październiku 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że choć unieważnienie umowy we frankach nie jest sprzeczne z unijnym prawem, to do tego unieważnienia nie można stosować przepisów ogólnych prawa cywilnego, czyli każdy musi walczyć o swoje pieniądze sam.
– Od kiedy pod koniec 2019 roku zapadł wyrok TSUE, frankowicze w zdecydowanej większości przypadków wygrywają. Statystyki pokazują, że jest to już na poziomie 80 proc., co nie znaczy, że idziemy do sądu jak po swoje – zastrzega prawnik. – Po pierwsze, umowy kredytowe różnych banków mocno się różnią między sobą, po drugie, także orzecznictwa sądów nie są jednoznaczne. Przykładowo bardzo korzystne dla frankowiczów wyroki wydaje sąd w Warszawie czy Białymstoku, natomiast dużo gorzej jest we Wrocławiu czy w Gdańsku.
Jak wynika z raportu AMRON-SARFiN, w IV kwartale 2020 roku udział kredytów zagrożonych w portfelu kredytów mieszkaniowych ogółem wyniósł 2,46 proc., co oznaczało wzrost o 0,04 pkt proc. w stosunku do poziomu notowanego w poprzednim kwartale. Przy tym o ile złotowe kredyty mieszkaniowe z zaległościami w spłacie na koniec grudnia br. stanowiły 2,04 proc. portfela kredytów złotówkowych, co oznaczało wzrost o 0,03 p.p., o tyle odsetek zagrożonych kredytów we franku szwajcarskim wyniósł 4,08 proc. portfela (więcej o 0,16 p.p.). Wzrósł również udział kredytów zagrożonych w pozostałych walutach – na koniec IV kwartału wyniósł on 2,19 proc. (więcej o 0,07 p.p.).
– Jeżeli frankowicz ma problemy z płynnością finansową lub ją utracił, nie ma wyboru: musi wejść w spór z bankiem. Wybór strategii działania jest dla niego bardzo ważny. Możemy mówić o trzech różnych, które są zależne od sytuacji frankowicza. Pokrótce to jest „spłacaj i pozwij bank”, „nie spłacam i czekam na pozew banku” i trzecia możliwość: „pozywam bank i nie spłacam” – wyjaśnia Krzysztof Oppenheim. – Musimy też pamiętać, że pojawiło się na rynku bardzo dużo prawników i kancelarii, które się deklarują podjęcia sprawy frankowej, natomiast wielu z nich nie ma dostatecznej wiedzy. To może się bardzo źle skończyć dla frankowicza. Pamiętajmy, że mamy tylko jedno podejście. Nie idźmy więc do przypadkowej kancelarii, sprawdzajmy w internecie opinie na temat danego prawnika czy kancelarii.
Ubiegłotygodniowe pozytywne rekomendacje Europejskiej Agencji Leków i Światowej Organizacji Zdrowia sprawiły, że większość państw zdecydowała się wznowić szczepienia AstraZenecą, ale efekty paniki są nadal widoczne m.in. w zmniejszonej o kilkadziesiąt procent liczbie osób, które zapisują się na szczepienia oksfordzkim preparatem. – Nie zmusimy nikogo, żeby się zaszczepić, ale gorąco zachęcamy, żeby to zrobić. Sama otrzymam najprawdopodobniej szczepionkę AstraZeneca i nie mam w związku z tym żadnych obaw – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. Dotychczasowe analizy nie wskazują, aby jednostkowe przypadki zakrzepicy były związane z podaniem tej szczepionki.
– Dotychczasowe analizy nie wykazały żadnej korelacji nietypowych przypadków ze szczepieniami preparatem AstraZeneca. Wszystkie szczepionki mają pewne efekty uboczne, może wystąpić np. ból ręki, ale nie odnotowaliśmy żadnych skutków, które kazałyby nam wycofać ten preparat. Wręcz przeciwnie. WHO zachęca do dalszego szczepienia preparatem firmy AstraZeneca. Otrzymało go już 5 mln ludzi i z naszych analiz wynika, że jest bezpieczny i skuteczny – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.
W ostatnich tygodniach kilkanaście krajów – w tym kilka europejskich, m.in. Francja, Włochy, Holandia, Austria, Litwa i Hiszpania – czasowo wstrzymało szczepienia preparatem AstraZeneca w związku z doniesieniami o jednostkowych przypadkach wystąpienia zakrzepicy i zgonów wśród osób zaszczepionych. Do 10 marca do Europejskiej Agencji Leków (EMA) zgłoszono 30 takich przypadków na 5 mln osób zaszczepionych w Europie preparatem brytyjsko-szwedzkiej firmy.
– Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że system działa. Wykryto kilka nietypowych przypadków i system je odnotował, więc mamy działający mechanizm, który daje nam ogląd całej sytuacji. Pytanie, czy te przypadki były powiązane z przyjęciem preparatu, czy też nie. Dotychczas zebrany przez nas materiał świadczy o tym, że zdarzenia te nie były powiązane ze szczepionką AstraZeneca. Jak dotąd więc nasze stanowisko pozostaje niezmienne – powinniśmy nadal korzystać z tych szczepionek – mówi przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.
WHO w ubiegłotygodniowym komunikacie wskazała, że korzyści z podawania szczepionki firmy AstraZeneca przewyższają związane z nią ryzyka. Dlatego na razie zaleca kontynuowanie szczepień preparatem brytyjsko-szwedzkiej firmy. W ubiegłym tygodniu również EMA w oficjalnym stanowisku poinformowała, że jak dotąd nie znaleziono dowodów, aby przypadki zakrzepów miały związek z preparatem AstraZeneca, wskazując, że liczba takich incydentów wśród osób zaszczepionych wydaje się być nie wyższa niż w populacji w ogóle. EMA nadal zaleca szczepienia tym preparatem, podkreślając, że szczepionki stanowią najbardziej skuteczną ochronę przeciw COVID-19.
– Oczywiście przyjęcie szczepionki jest dobrowolne, ale zachęcamy wszystkich, żeby skorzystali z tej możliwości. Nie będziemy bezpieczni, dopóki nie zabezpieczymy wszystkich przed COVID-19 – mówi Paloma Cuchi. – Ja sama otrzymam najprawdopodobniej szczepionkę firmy AstraZeneca i nie mam w związku z tym żadnych obaw. Ważne jest to, żeby nie doszło do poważnego przebiegu choroby, a AstraZeneca – podobnie jak inne zatwierdzone do tej pory szczepionki – stwarza to bezpieczeństwo, dlatego zalecamy dalsze szczepienia.
Zgodnie z opublikowaną w poniedziałek analizą okresową badań III fazy prowadzonych w USA przez AstraZeneca skuteczność tej szczepionki wynosi 79 proc. w zapobieganiu objawowemu COVID-19 i 100 proc. w ochronie przed ciężkim przebiegiem choroby i hospitalizacją. Dane te były podobne we wszystkich grupach etnicznych i wiekowych. Producent poinformował także, że podczas analizy nie stwierdzono zwiększonego ryzyka zakrzepicy ani zdarzeń związanych z zakrzepicą wśród ponad 21,5 tys. uczestników badania, którzy otrzymali co najmniej jedną dawkę szczepionki. Nie stwierdzono żadnych zdarzeń związanych z zakrzepicą zatok żylnych naczyń mózgowych.
Zamieszanie wokół preparatu AstraZeneca wpłynęło także na podejście Polaków do szczepień przeciw COVID-19. Pełnomocnik rządu ds. szczepień Michał Dworczyk poinformował podczas sobotniej konferencji, że w punktach szczepień zalega nawet kilkaset tysięcy szczepionek tej firmy, które nie zostały wykorzystane, bo pacjenci się po nie nie zjawili.
– Najlepiej podjąć decyzję o przyjęciu szczepionki AstraZeneca po zapoznaniu się z dostępnymi informacjami. Można np. wejść na stronę internetową Światowej Organizacji Zdrowia czy Europejskiej Agencji Leków i zapoznać się z realnymi liczbami i dowodami, zamiast polegać na tym, co zasłyszeliśmy od kogoś, czy słuchać informacji, które nie są rzetelne. W ten sposób będziemy mogli dokładnie ocenić, jakie jest bezpieczeństwo danej szczepionki. Jeśli ktoś nie chce się zaszczepić, to go do tego nie zmusimy, ale gorąco zachęcamy, żeby to zrobić – podkreśla przedstawicielka WHO.
Pozytywna rekomendacja EMA sprawiła co prawda, że większość państw zdecydowała się wznowić szczepienia AstraZenecą, ale skutki paniki są nadal widoczne m.in. w zmniejszonej o kilkadziesiąt procent liczbie osób, które zapisują się na szczepienia tym preparatem. Michał Dworczyk poinformował też, że te osoby, które nie zgłoszą się na umówiony termin szczepienia preparatem AstraZeneca, spadną na koniec kolejki i będą musiały czekać na uruchomienie już pełnych, populacyjnych szczepień.
– Polski program szczepień przebiega zgodnie z planem, podobnie jak w innych krajach. Chcemy, by szczepionki trafiły do najbardziej potrzebujących, począwszy od grup priorytetowych, a potem – w miarę jak programy szczepień będą kontynuowane – aby wszyscy zostali zaszczepieni jak najwcześniej – podkreśla Paloma Cuchi. – Pozostawienie pacjentom wyboru szczepionki skomplikuje tylko sytuację i utrudni dystrybucję. To nieistotne, czy przyjmiemy tę, czy inną szczepionkę. Najważniejsze jest to, że każda z nich wzmocni nasz układ odpornościowy, który będzie mógł odpowiednio zareagować na obecność wirusa. Dzięki temu nie trafimy do szpitala.
Zgodnie z informacjami Ministerstwa Zdrowia w Polsce wykonano ponad 5 mln szczepień: 3,2 mln pierwszą dawką i prawie 1,8 mln drugą dawką. 23 marca ruszyła rejestracja na szczepienia kolejnych pięciu roczników.