Sytuacja firm z branży gastronomicznej i eventowej jest dramatyczna. Prawie połowa została zlikwidowana lub zawiesiła działalność

Wystarczył rok od pierwszego lockdownu, aby gastronomia i szeroko pojęta branża HoReCa doznały nieodwracalnych negatywnych zmian. Prawie połowa lokali zawiesiła działalność lub została zlikwidowana. Pomoc publiczna w postaci tarcz antykryzysowych czy zwolnień z ZUS-u nie przyniosła oczekiwanych efektów, podobnie jak próby ratowania firm przez zbiórki i inne formy pomocy dla przedsiębiorców. Wiele restauracji uratowało się przed upadkiem, decydując się na wprowadzenie dostaw na wynos. W najtrudniejszej sytuacji są te obiekty, które utrzymywały się głównie z wynajmu przestrzeni na eventy i imprezy.

– Rok po wprowadzeniu pierwszego lockdownu sytuacja lokali z branży gastronomicznej i eventowej jest dramatyczna. Połowa z nich zawiesiła działalność lub została zlikwidowana. Dodatkowo jedynie 5 proc. lokali potrafiło zmienić całkowicie swój profil działalności, żeby odnaleźć się na rynku – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szczęśniak, prezes zarządu portalu Briefly. pomagającego w organizacji imprez okolicznościowych oraz wydarzeń firmowych.

Marcowy raport Briefly wykazał wyraźny podział branży HoReCa na trzy segmenty. Jednym z nich – który radzi sobie całkiem nieźle – są restauracje i kawiarnie. 60 proc. spośród nich działa na wynos. Również hotele, czyli drugi segment branży, w większości (84 proc.) utrzymują działalność, na jaką pozwala im reżim sanitarny.

– Natomiast nie możemy tego powiedzieć o branży eventowej – kluby, puby, przestrzenie eventowe w zdecydowanej większości są zamknięte [70 proc. zawiesiło działalność – red.] – mówi Tomasz Szczęśniak.

Jak wskazuje Licznik Strat Lockdownowych uruchomiony przez Warsaw Enterprise Institute, straty krajowych firm wynikające z lockdownów sięgają już prawie 34 mld zł. Branża gastronomiczna jest jedną z najbardziej poszkodowanych. Jej straty szacowane są na 2,2 mld zł, a branży hotelarskiej na bisko 1,3 mld zł. Każda kolejna odsłona lockdownu działa na ich niekorzyść.

Pierwszy lockdown był szokiem, wtedy branża została rozłożona na łopatki. Później stopniowo zaczęła się podnosić i maj był takim małym świętem, bo wtedy wrócili klienci, a właściciele i menedżerowie zyskali znowu energię do działania. Kiedy we wrześniu 2020 roku badaliśmy nastroje w branży gastronomicznej i eventowej, przeważali minimalnie pesymiści, natomiast dużo było też optymistów, którzy spodziewali się, że będzie już tylko lepiej. Natomiast drugi lockdown wprowadzony w październiku 2020 roku niestety doprowadził do takiej sytuacji, którą mamy obecnie, że połowa lokali z branży gastronomicznej i eventowej nie jest w stanie funkcjonować – wyjaśnia prezes Briefly.

We wrześniowej ankiecie 40 proc. przedsiębiorców spodziewało się pogorszenia sytuacji, a co trzeci – jej poprawy. Już wtedy 90 proc. firm deklarowało spadek obrotów w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii, a 57 proc. również spadek zatrudnienia. Wiele firm próbowało zmienić profil działalności, ale jak wynika z raportu Briefly, udało się to jedynie 5 proc. z nich.

– Profil działalności bardzo trudno zmienić. Skokowo wzrosła liczba lokali, które zaczęły więcej sprzedawać z dostawą i na wynos. Niektóre lokale z branży eventowej, jak np. sale, które organizowały wcześniej imprezy okolicznościowe, zaczęły oferować firmom swoją przestrzeń do pracy lub na szkolenia. Lecz to jest bardzo mała skala – mówi Tomasz Szczęśniak.

Wielu przedsiębiorców z branży gastronomicznej i eventowej liczy na efekt odroczonego popytu. Mimo że zainteresowanie klientów powinno po pandemii wrócić ze zdwojoną siłą, to może nie wystarczyć, by uratować branżę.

Sytuacja klubów, pubów, sal na imprezy okolicznościowe jest bardzo zła. Ich właściciele raczej poszli drogą przebranżowienia, powrotu do swoich starych zajęć, więc ta branża będzie miała bardzo duże trudności, żeby odbić się po pandemii. Mimo tego, że wielu właścicieli spodziewa się tzw. popytu odroczonego, to nie widziałbym dużych szans, aby w tym roku branża klubowo-pubowa wróciła do stanu przed pandemią – ocenia prezes Briefly.

Sytuacji nie ratuje także pomoc ze strony państwa. We wrześniowym badaniu serwisu 85 proc. ankietowanych firm deklarowało, że skorzystało z jakiejś formy pomocy publicznej: zwolnień z ZUS, tarczy antykryzysowych czy finansowych. Jak wynika z ostatnich danych resortu rozwoju, na pomoc dla firm w ciągu ostatniego roku trafiło ok. 200 mld zł. Wiele firm uruchomiło również internetowe zrzutki albo sprzedaż voucherów dla klientów, ale miały one raczej incydentalny charakter i stanowiły ratunek na kilka tygodni pierwszego zamknięcia.

Rosnące ceny prądu przekonują firmy do inwestowania w odnawialne źródła energii. Najpopularniejsza jest fotowoltaika

Firmy szukają możliwości obniżenia rachunków za prąd. Pierwszym krokiem często jest zmiana sprzedawcy energii. Tylko na takim działaniu mogą zaoszczędzić ponad 30 proc. Coraz więcej przedsiębiorstw skłania się też ku inwestycjom w odnawialne źródła energii i produkcję prądu na własne potrzeby. Małe i średnie firmy wysoko oceniają swoją wiedzę na temat OZE, ale w praktyce 95 proc. z nich nie korzysta na razie z energii odnawialnej – wynika z badań Europejskiego Funduszu Leasingowego. Co 10. jednak ma taki zamiar.

Ceny energii rzeczywiście mogą mieć pewne tendencje do wzrostu, aczkolwiek nie jest to związane z pandemią, tylko ze strukturą rynku energii. Konsumujemy nadal około 80 proc. energii, która pochodzi z węgla i jest coraz droższa w produkcji. Mamy także starzejące się elektrownie i w związku z tym brak modernizacji sprawia, że te ceny niestety są coraz wyższe – mówi agencji Newseria Biznes Emmanuel Lickel-Skiba, założyciel portalu DobryPrad.pl, który umożliwia porównywanie ofert sprzedawców prądu i instalacji fotowoltaicznych.

Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że w 2020 roku udział węgla w miksie energetycznym spadł do rekordowo niskiego poziomu 70 proc. To najmniej w ponad stuletniej historii polskiej elektroenergetyki. Rośnie natomiast energia pozyskiwana z gazu, wiatru i fotowoltaiki, przy czym elektrownie słoneczne dostarczyły o 176 proc. więcej energii r/r. Wciąż jednak zdecydowana większość energii w Polsce wytwarzana jest z węgla, a rosnące ceny surowca i wyższe ceny uprawnień do emisji CO2 powodują wzrost cen prądu. W tym roku – zgodnie z zatwierdzonymi przez URE taryfami – rachunki gospodarstw domowych są o 9–10 proc. wyższe niż w 2020 roku.

– Zgodnie z założeniami ekspertów polska energetyka wymaga nakładów w wysokości 100 mld euro na modernizację zakładów i sieci energetycznych. To też obrazuje skalę, w związku z tym nie możemy oczekiwać, że ta modernizacja zostanie przeprowadzona szybko. To długi proces i w związku z tym w najbliższym czasie raczej możemy oczekiwać dalszej podwyżki cen prądu – prognozuje ekspert serwisu DobryPrad.pl.

Ekonomiści Polskiego Instytutu Ekonomicznego podają, że prognozy dla Unii Europejskiej, według różnych źródeł, zakładają wzrost cen o 30–40 proc. do 2030 roku. W Polsce skala podwyżek może być jeszcze większa.

Jednym ze sposobów szukania oszczędności na rachunkach za prąd jest zmiana sprzedawcy energii. Z tego narzędzia korzystają zarówno klienci biznesowi, jak i odbiorcy indywidualni. Serwis DobryPrad.pl podaje, że w przypadku firm korzyść może wynieść ponad 30 proc., w przypadku klientów indywidualnych – o kilka procent niższe rachunki, co jednak przekłada się na oszczędności rzędu kilkudziesięciu złotych rocznie.

– Firmy mogą obniżyć sobie dosyć łatwym sposobem rachunki za prąd do 100 tys. zł w skali roku. Mamy przykład galerii handlowej w Warszawie, która się z nami skontaktowała, przeprowadziła zmianę sprzedawcy prądu. Była w stanie wygenerować 86 tys. zł oszczędności w skali roku – wylicza Emmanuel Lickel-Skiba.

Zgodnie z danymi Urzędu Regulacji Energetyki w ciągu 13 lat liberalizacji rynku sprzedawcę zmieniło 904 tys. odbiorców, z czego 688 tys. to odbiorcy indywidualni, a 216 tys. – odbiorcy przemysłowi i biznesowi. Pandemia wyraźnie zahamowała ten proces – w październiku 2020 roku zainteresowanie zmianą było o jedną trzecią mniejsze niż rok wcześniej (1534 vs. 4250). W listopadzie nieco wzrosło – sprzedawcę zmieniło 1,9 tys. klientów indywidualnych. Na taki krok zdecydowało się także 234 odbiorców biznesowych i przemysłowych wobec 354 w październiku.

– Niektóre firmy konsumują mniej energii w trakcie pandemii, chociażby dlatego że niektóre biura stoją puste. Coraz więcej osób pracuje z domu, więc korzysta z domowego sprzętu i prądu w godzinach pracy. W związku z tym część rachunku, która miałaby być płacona przez firmy, jest płacona przez osoby indywidualne. Widzimy na naszym portalu coraz więcej osób indywidualnych, które szukają sposobów, by zaoszczędzić pieniądze na rachunku za prąd. Robią to różnymi sposobami: zmianą sprzedawcy prądu albo też np. decydując się na instalację fotowoltaiczną – podkreśla założyciel portalu DobryPrad.pl.

Trend przechodzenia na energię odnawialną widać również wśród firm. Na razie jednak jest to głównie domena większych przedsiębiorstw. Mogą o tym świadczyć wyniki ubiegłorocznego badania EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą”. Siedmiu na 10 zarządzających takimi firmami deklaruje dużą lub bardzo dużą wiedzę na temat OZE. To jednak teoria, ponieważ z zielonej energii w praktyce korzysta tylko 5 proc. MSP. Z raportu wynika jednak, że jest to w obszarze planów przedsiębiorców. Co 10. firma z tego sektora planuje inwestycje w OZE, przede wszystkim w fotowoltaikę. W przypadku większych firm 30 proc. zamierza zainwestować w energię słoneczną, po 5 proc. w wiatrową i pompy ciepła.

Badani jako największą barierę wskazują koszty takiego przedsięwzięcia. Wraz ze spadającymi cenami samych instalacji oraz coraz większym wsparciem i dotacjami ze strony rządu zainteresowanie OZE wśród MŚP powinno jednak rosnąć.

– Widzimy rosnące zainteresowanie firm fotowoltaiką. Głównie to są firmy, które mają zużycie do 50 MWh w skali roku i które są zainteresowane inwestycją długoterminową w celu obniżenia rachunków za prąd – mówi Emmanuel Lickel-Skiba.

Według ARE na koniec stycznia br. łączna moc zainstalowana odnawialnych źródeł energii wyniosła 12,7 GW, co stanowi 24,5 proc. rynku energii. W porównaniu do stycznia 2020 roku nastąpił wzrost mocy o ponad 30 proc. Fotowoltaika odpowiada za ponad 4,1 GW.

Nowe technologie przyspieszają odkrycia w paleontologii. Dzięki modelowaniu i drukowi 3D udało się dokładnie zbadać żuchwę prassaka z Grenlandii

Nowe technologie zrewolucjonizowały paleontologię. Na podstawie żuchwy nowo odkrytego prassaka naukowcom udało się niedawno wyjaśnić, dlaczego u ssaków, w przeciwieństwie do innych zwierząt, zęby trzonowe mają więcej niż jeden korzeń. Tomografia komputerowa, modelowanie i druk 3D oraz analizy biomechaniczne pozwoliły sprawdzić, jak nasi przodkowie, przechodząc z owadożerności na wszystkożerność, zmodyfikowali swoje trzonowce. Nowe technologie pozwalają też zobaczyć, jak poszczególne kości reagują na naprężenia i jak zmiana kształtu kości wpływa na ich odporność.

W 2014 roku polscy badacze znaleźli na Grenlandii, w skałach sprzed 215 mln lat, szczątki najstarszego na świecie prassaka.

– Znaleźliśmy niekompletną żuchwę prassaka z Grenlandii zawierającą dwa zęby. Wydaje się, że to jest bardzo niewiele. Ale w czasie, z którego pochodzi ta skamieniałość, ponad 200 mln lat temu, nasi przodkowie przechodzili bardzo intensywną ewolucję uzębienia i żuchwy. Wtedy powstała charakterystyczna dla naszego organizmu budowa ucha wewnętrznego, wtedy też powstały korzenie w zębach policzkowych, rozdzielone na dwa lub trzy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Odnaleziona żuchwa, jak się niedawno okazało, stanowiła przełom w ewolucji. Prassak z Grenlandii to nowy gatunek, pierwsze poznane ogniwo przejściowe między drobnymi owadożernymi prassakami a większymi, wszystkożernymi potomkami. Ich zęby są bardzo odmienne, a na podstawie szczątków udało się zobaczyć, jak wyglądało przejście z morfologii jednych do drugich. Gatunek kalaallitkigun jenkinsi jest najstarszym znanym prassakiem, który ma trzonowce z dwoma korzeniami.

Polscy naukowcy na wirtualnych modelach 3D sprawdzili, jak podział korzenia na dwa osobne wpływa na wytrzymałość zęba podczas gryzienia.

– Stworzyliśmy model trójwymiarowy takiego zęba za pomocą tomografii komputerowej, a następnie za pomocą analiz biomechanicznych sprawdziliśmy, co się będzie z nim działo, gdy poddamy go charakterystycznym naprężeniom podczas gryzienia. Porównaliśmy to z identycznym modelem zęba, u którego sztucznie połączyliśmy te korzenie ze sobą w jeden, czyli stworzyliśmy ząb, który pokazywał stan przodka, stan wcześniejszy. Okazało się, że ząb z rozdzielonymi korzeniami reagował na naprężenia znacznie lepiej niż ząb z połączonymi korzeniami, co pokazuje, że ta zmiana miała bardzo ważne znaczenie adaptacyjne i zwiększyła odporność zębów na złamanie – tłumaczy dr Mateusz Tałanda.

To przełomowe odkrycie. Wcześniej nikt nie znał przyczyny, dlaczego u ssaków korzenie zębów policzkowych są rozdzielone. To tylko pokazuje, jak ogromne znaczenie w paleontologii ma zastosowanie nowoczesnych technologii. Rozwój dużych internetowych baz danych paleontologicznych, stosowanie coraz bardziej wyrafinowanych modeli numerycznych do określania relacji między organizmami żywymi a organizmami kopalnymi oraz dostępność coraz dokładniejszych metod obrazowania, nie tylko w odniesieniu do postaci organizmów, ale także ich składu chemicznego, całkowicie zmieniły tę gałąź nauki.

– Za pomocą tomografii komputerowej udało nam się zajrzeć w głąb skamieniałości i obejrzeć ją z każdej strony. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć budowę tego zęba ze wszystkich stron, we wszystkich trzech wymiarach. To było niezwykle istotne, by móc stworzyć realistyczne modele do analiz biomechanicznych – wskazuje ekspert. – Technika finite element analysis pozwoliła natomiast zobaczyć, jak poszczególne kości reagują na naprężenia i jak zmiana kształtu kości wpływa na ich odporność.

Wielu odkryć mogłoby nie być, gdyby nie wizualizacje i druk 3D. Wcześniejsze odlewy powstawały z gipsu, żywicy czy silikonu, nie pozwalały na odtworzenie całego kształtu skamieniałości i narażały je na uszkodzenia przy procesie tworzenia odlewów.

– Wydruk i modelowanie 3D pozwala na dokładne badanie bardzo delikatnych skamieniałości w o wiele precyzyjniejszy sposób. Do tej pory, gdy mieliśmy do czynienia z dużymi kośćmi, np. dinozaurów, mogliśmy je z łatwością oczyścić ze skały, obejrzeć z każdej strony. W przypadku bardzo małych skamieniałości, do których właśnie zaliczani są przodkowie ssaków, to nie było możliwe. W tej chwili możemy swobodnie to robić, możemy model takiej skamieniałości, która ma kilka milimetrów średnicy, wydrukować w kilkukrotnym czy kilkudziesięciokrotnym powiększeniu i oglądać równie łatwo jak kości dużych dinozaurów – tłumaczy dr Mateusz Tałanda.

Paleontologię zmienił także synchrotron, który wytwarza wiązki promieni rentgenowskich o wysokiej energii. Może  służyć do tworzenia szczegółowych map składu chemicznego skamieniałości i otaczających skał. Z kolei w badaniu śladów dinozaurów w Alpach pomagają drony.

– Za pomocą bardzo wielu zwykłych zdjęć możemy zrobić fotogrametrię, czyli tworzenie modeli trójwymiarowych. I w ten sposób możemy odtworzyć w trójwymiarowej przestrzeni całą ścieżkę zostawioną przez duże zwierzę w bardzo trudno dostępnym regionie ze wszystkimi szczegółami – wskazuje badacz z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Pandemia koronawirusa przyspieszyła rozwój szczepionek opartych na RNA. Naukowcy pracują już nad szczepionkami przeciwko malarii czy HIV

Szczepionki przyszłości mogą być oparte na RNA. Pandemia koronawirusa przyspieszyła rozwój technologii poświęconej analizie kwasów rybonukleinowych kodujących białka patogenów. Pomysł wykorzystania RNA w szczepionkach istnieje od prawie trzech dekad. Technologia genetyczna umożliwia naukowcom przyspieszenie wielu etapów badań i rozwoju szczepionek. Ogromne zainteresowanie może teraz doprowadzić do znalezienia rozwiązań dla takich chorób jak gruźlica, HIV czy malaria i ulepszyć te przeciw sezonowej grypie.

 – W zasadzie od początku XXI wieku rośnie zainteresowanie i rozwój technologii poświęconej analizie RNA jako takiej, jego roli w komórce i badaniu dokładnych struktur, które w tej komórce występują, za co odpowiadają, w przypadku jakich chorób, jakie formy są obecne. To rodzaj kwasu nukleinowego, odmiana, która cieszy się i tak olbrzymim zainteresowaniem, niezależnie od koronawirusa i pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Barski, dyrektor Działu Badań i Rozwoju w A&A Biotechnology.

Pomysł szczepień opartych na RNA sięga lat 90. XX wieku, kiedy naukowcy we Francji po raz pierwszy zastosowali u RNA myszy kodujący antygen grypy. Preparat wywołał odpowiedź, ale system dostarczania lipidów, którego użył zespół, okazał się zbyt toksyczny, aby można go było stosować u ludzi. Minęła kolejna dekada, zanim firmy odkryły technologie LNP.

W 2012 roku zespół naukowców w ośrodku badawczym Novartis spakował łańcuchy nukleotydów RNA wewnątrz nanocząsteczek lipidowych (LNP) i wykorzystał je do skutecznego szczepienia szczurów przeciwko wirusowi układu oddechowego. Rok później wykorzystał technologię do stworzenia szczepionki przeciwko ptasiej grypie. Praktycznie w ciągu miesiąca szczepionka była gotowa. To właśnie technologia LNP umożliwiła powstanie szczepionek przeciwko COVID-19.

– W zasadzie wszystkie do tej pory stosowane szczepionki były oparte na części mikroorganizmów, które wywołują chorobę, ale jednak głównie na części białkowej. Czyli to raczej białka były materiałem, który był wprowadzany do organizmu ludzkiego i rozpoznawany przez układ immunologiczny do produkcji własnych przeciwciał i do wytworzenia bariery immunologicznej obrony przed danym czynnikiem etiologicznym. Natomiast RNA to nowe podejście, które na szeroką skalę zostało dopiero zastosowane przy okazji pandemii koronawirusa – wskazuje Piotr Barski.

W 2012 roku Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności Stanów Zjednoczonych (DARPA) rozpoczęła finansowanie prac nad szczepionkami opartymi na RNA. Niemiecki CureVac dzięki temu rozpoczął testy szczepionki przeciw wściekliźnie na ludziach w 2013 roku, a obecnie ma również szczepionkę przeciwko COVID-19 na etapie testów.

Także Moderna, dzięki DARPA, pod koniec 2015 roku doprowadziła do badań klinicznych szczepionki RNA na ptasią grypę. Wywołała ona na tyle silne reakcje immunologiczne, że firma opracowała szczepionki RNA przeciwko wirusowi cytomegalii (częsta przyczyna wad wrodzonych), dwóm wirusom przenoszonym przez komary (chikungunya i Zika) oraz trzem wirusowym przyczynom chorób układu oddechowego u dzieci. Tylko jedna szczepionka jednak, dotycząca wirusa cytomegalii, trafiła do dalszych badań.

– Dzięki koronawirusowi na pewno został wykonany pierwszy duży krok, tzn. wprowadzenie cząsteczki RNA na szeroko rozumiany rynek komercyjny szczepionek i jako preparatu, który jest stosowany dla wszystkich. I to jest bardzo duży krok, ponieważ wcześniej takie szczepionki w ogóle nie były oficjalnie dopuszczane do obiegu. Mówmy może nie „szczepionka”, tylko faktycznie „preparat podobny do szczepionki”. Jak zwykle przy okazji pierwszego kroku będziemy musieli zaczekać na prawdziwe, bardzo solidne dane co do skuteczności tych szczepionek w skali populacyjnej i dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, jakie są perspektywy rozwoju – ocenia ekspert.

Postępy w technologii pomagają teraz naukowcom zbliżyć się do opracowania szczepionek na takie choroby jak gruźlica, HIV, malaria czy uniwersalna szczepionka przeciwko grypie, która działałaby przeciwko dowolnemu szczepowi wirusa. To jednak dopiero przyszłość. Szczepionki przeciwko koronawirusowi mogą jednak przyspieszyć pojawienie się kolejnych przeciwko innym chorobom.

– W ciągu najbliższego roku będzie już wiadomo, jak skuteczność tych szczepionek czy preparatów podobnych do szczepionek ma się względem szczepionek tradycyjnych. To porównanie będzie stricte wykładnią tego, jak dużo produktów i w którym kierunku technologia będzie się rozwijać odnośnie do szczepionek opartych na RNA – podkreśla Piotr Barski.

5 sposobów na przesilenie wiosenne

Po kilku zimnych, pochmurnych miesiącach nasz organizm jest wyczerpany. Zwłaszcza po ciężkiej i długiej zimie, która ostatnio nas nawiedziła. Początek wiosny, a dokładnie przełom marca i kwietnia to okres odczuwania wzmożonej senności, spadku motywacji i permanentnego zmęczenia. Pięć wskazówek na temat zadbania o siebie w tym czasie zdradza dr Magdalena Cubała-Kucharska, specjalistka medycyny integracyjnej.

Na dwór marsz!

Regularne spacery zapewnią przyzwyczajenie się naszego ciała do ekspozycji na świeże powietrze. Tutaj niezmiernie ważne jest zadbanie o odpowiedni strój. W szczególności należy chronić uszy i gardło. Wiosna jest pogodowo zmienna, nigdy nie wiadomo, kiedy zimno całkowicie ustąpi. Narażeni na zmienne temperatury, zwiększamy szansę na przeziębienie – nawet gdy sezon grypowy dobiega końca. Odpowiednie jest ubieranie się na „cebulkę”. Ten sposób znany naszym babciom jest wciąż aktualny.

Kąpiele słoneczne

Po zimie nasz organizm cierpi na zbyt niski poziom witaminy D. Jej niedobór może prowadzić do zmniejszonej odporności na wirusy. Ten ważny organiczny związek chemiczny reguluje odpowiedź immunologiczną naszych organizmów. Oznacza to, że zapewnia natychmiastową i pierwszą linię obrony przed niebezpiecznymi wirusami. Zgodnie z danymi National Institutes of Health, dzienna ilość potrzebnej witaminy D zależy od wieku. Ważne, by przyjmować odpowiednią dawkę. Co ciekawe, większość ludzi może uzyskać dzienną dawkę poprzez ekspozycję na słońce, ale inni mogą potrzebować więcej. Dobrze jest też wystawiać oczy na słońce! Oczywiście wyłącznie z zamkniętymi powiekami. Tzw. kąpiele słoneczne regulują nasze rytmy dobowe i związaną z nimi produkcję melatoniny, która wpływa na jakość snu.

Daj mi cynk!

Cynk ważny jest dla prawidłowego działania hormonu grasicy i wspiera układ odpornościowy. Najlepsze są tak zwane formy chelatowe cynku, czyli związane z aminokwasami. Gdzie znajdziemy ten mikroelement? Cynk występuje w produktach spożywczych takich jak ostrygi, mięso, wątróbka, kraby, sery żółte, kasza gryczana, jaja, ryż, ryby, pestki dyni, nasiona słonecznika. Jego niedobór nie wiąże się jedynie z obniżoną odpornością, ale również gorszą kondycją skóry, włosów i paznokci. Co z pewnością jest istotne dla pań, które dbają o swój wygląd.

Dieta na odporność

By układ odpornościowy działał prawidłowo, musi być odpowiednio zasilany. Usunięcie rafinowanych, przetworzonych produktów z diety i zastąpienie ich pożywnymi, naturalnymi produktami zapewni paliwo, którego potrzebuje organizm do prawidłowego przebudzenia po zimie. Wiosną modne jest oczyszczanie, czyli głodówki zdrowotne. Jeśli chcemy je prowadzić, powinniśmy jednak skonsultować się z lekarzem, zanim ich spróbujemy. Miesiąc bez mięsa, ze zwiększoną ilością świeżych i kiszonych warzyw może mieć dobre skutki zdrowotne, pod warunkiem jednak, że nie doprowadzimy do niedoborów białkowych. Niestety, okres przednówku to nie jest najlepszy czas dla świeżych warzyw – zatem tego typu pomysły należy przesunąć raczej na wczesne lato.

Ruch i sen to zdrowie

Bez wystarczającej ilości snu ciało nie ma szansy zregenerować się po całym dniu i nabrać sił na następny. A wiosną motywacji do ruchu zwykle nam nie brakuje. Regularne ćwiczenia wzmacniają układ krążenia, obniżają ciśnienie krwi oraz wzmacniają układ odpornościowy. Jednak brak odpowiedniej regeneracji może osłabić układ odpornościowy i ostatecznie zwiększyć ryzyko zachorowania. Aby być wypoczętym, The Sleep Foundation zaleca starszym dorosłym co najmniej siedem do ośmiu godzin snu każdej nocy.

Wiosna to pora przebudzenia. Warto zadbać o własne zdrowie fizyczne, ale również psychiczne. Budząca się do życia przyroda niech motywuje do obniżenia poziomu stresu i zapewnienia komfortu psychicznego. Czas z bliskimi, wiosenne porządki, sadzenie kwiatów – upiększysz nie tylko swoje życie ale i otoczenie.

Dr Magdalena Cubała-Kucharska – założycielka Instytutu Medycyny Integracyjnej Arcana. W jej pracy medycznej pacjent jest dla niej przede wszystkim całością, złożoną z oddziałujących na siebie wzajemnie układów. Dlatego niepodważalnym standardem jej praktyki lekarskiej jest właśnie szerokie, całościowe spojrzenie na pacjenta połączone z profesjonalizmem, innowacyjnością i terminowością.

Szczególnym tematem zainteresowań dr Cubały-Kucharskiej jest oś jelitowo-mózgowa, immunologiczno-mózgowa oraz medycyna środowiskowa. Oznacza to, że bada, w jaki sposób zespół przerostu bakteryjnego w jelicie (SIBO) i przewlekły zespół rozrostu grzybiczego w jelicie (SIFO) (czyli inaczej candida lub kandydoza układowa) mogą wpływać na zaburzenia funkcjonowania mózgu, w tym zaburzenia neurorozwojowe, takie jak autyzm. Szczególnie dużo uwagi poświęca encefalopatii wątrobowej. Ponadto bada związki pomiędzy infekcjami drobnoustrojami takimi jak paciorkowce, jersinia, campylobacter, borelioza, bartonelloza, Coxackie, wirus EBV (mononukleoza) ,a przewlekłymi stanami zapalnymi takimi jak PANDAS, PANS, ale także Hashimoto.

Dr Magdalena Cubała-Kucharska pacjenta zawsze rozpatruje w powiązaniu ze środowiskiem, uwzględniając takie czynniki jak przewlekły zespół odpowiedzi zapalnej (CIRS) wywołany przez mykotoksyny, zespół chorego budynku, wywołany przez Aspergillusa, czy narażenie na toksyny środowiskowe takie jak metale ciężkie, rtęć, arsen, glifosat, pestycydy. Na co dzień współpracuje z wykwalifikowanymi dietetykami, dobierając indywidualnie diety do potrzeb pacjenta. Oferuje oparte na badaniach diety FODMAP, SCD, bezglutenowe, bezmleczne, immunologiczne.

Rynek uodparnia się na wzrost rentowności obligacji

Na zeszłotygodniowym posiedzeniu decyzyjnym prezes Fedu podkreślił, że stopy pozostaną niezmienione, nawet jeśli inflacja przekroczy cel. Obligacje skarbowe w USA ponownie doświadczyły wyprzedaży, lecz większość klas aktywów zareagowała na wzrost ich rentowności w mniejszym stopniu niż na przełomie lutego i marca.

Wyprzedaż obligacji skarbowych była kontynuowana w zeszłym tygodniu, wspierana przez rosnące oczekiwania inflacyjne, które podbiły do najwyższego poziomu od ośmiu lat. Co ciekawe, aktywa ryzykowne, w szczególności waluty rynków wschodzących, stosunkowo dobrze poradziły sobie w obliczu wzrostu rentowności. Dobrym tego przykładem są waluty regionu Ameryki Łacińskiej, które zakończyły tydzień, umacniając się w parze z dolarem amerykańskim. Takie zachowanie rynku potwierdza naszą opinię zakładającą, że dolarowi amerykańskiemu trudno będzie się umocnić pomimo wyższych rentowności obligacji. Wyraźna zmiana w podejściu Rezerwy Federalnej do inflacji oznacza, że historyczne relacje między klasami aktywów są obecnie mniej użyteczne jako drogowskaz na przyszłość.

W tym tygodniu w centrum uwagi rynku, w tym walutowego, niezmiennie pozostaną zmiany sytuacji na amerykańskim rynku obligacji. Odczyty indeksów PMI dla strefy euro w środę przyniosą raczej niewiele pozytywnych informacji przez powolny postęp szczepień w regionie i kolejne obostrzenia w niektórych krajach. Ze względu na rosnące zaniepokojenie rynku presją inflacyjną piątkowy odczyt inflacji PCE w USA w lutym powinien skupić na sobie uwagę inwestorów.

PLN

Po krótkim okresie spokoju wyprzedaż polskiego złotego powróciła: w czwartek kurs EUR/PLN przebił poziom 4,62, osiągając najwyższy punkt od października ub.r. Skala słabości złotego w ujęciu procentowym była jednak umiarkowana w porównaniu z tym, co obserwowaliśmy na przełomie lutego i marca.  Złoty, podobnie jak inne waluty emerging markets, w ograniczonym stopniu reagował na silny wzrost rentowności amerykańskich obligacji skarbowych.

Wiele czynników działa obecnie na niekorzyść złotego, przytłaczająca większość z tych najistotniejszych wydaje się jednak tymczasowa (pogorszenie sytuacji epidemicznej w Polsce, powolne postępy w zakresie szczepień w UE i rynkowy niepokój związany ze wzrostem rentowności amerykańskich obligacji skarbowych). Nie widzimy potencjału dla dalszego silnego osłabienia złotego, równocześnie nie wykluczamy jednak, że marazm i pozostawanie w okolicy obecnych poziomów może trwać nawet tygodniami. Im dłużej kurs EUR/PLN będzie utrzymywał się na tak wysokich poziomach, tym bardziej w naszej ocenie prawdopodobny staje się jednak scenariusz skokowej aprecjacji waluty. Nie byłoby to nic specjalnie odbiegającego od normy, jeśli za normę uznać sytuację z roku poprzedniego, w którym kilkakrotnie obserwowaliśmy takie epizody.

Powolny postęp szczepień przeciwko COVID-19 w UE przybrał w zeszłym tygodniu nieoczekiwany obrót na gorsze. Większość najważniejszych krajów w Europie zdecydowała o wstrzymaniu szczepień preparatem AstraZeneca na podstawie wątpliwych przesłanek statystycznych, wbrew wyraźnej rekomendacji Europejskiej Agencji Leków. W przeważającej części państw to zamieszanie trwało tylko kilka dni, ale nie poprawi to perspektyw gospodarczych w krótkim terminie. Już teraz są one gorsze w związku z przywróceniem lockdownów we Francji i innych krajach. O ile liczba nowych przypadków zachorowań na COVID-19 w krajach strefy euro nie zwiększyła się istotnie, o tyle wskaźniki transmisji sugerują, że liczba zakażeń rośnie wykładniczo, a przed nami trzecia fala.

Poza indeksami PMI w tym tygodniu na szczególną uwagę zasługuje rozpoczynający się w czwartek szczyt UE, w którego kontekście istotna będzie kwestia postępu szczepień.

USD

Gołębie stanowisko FOMC zostało potwierdzone przy okazji posiedzenia decyzyjnego w ubiegłym tygodniu. Prezes Powell podkreślał, że stopy procentowe pozostaną na zerowym poziomie, dopóki nie zostanie osiągnięte pełne zatrudnienie, którego definicja jest dość nieuchwytna i obejmuje szeroką część rynku pracy. Wskazywał jednocześnie, że wszelkie skoki inflacji będą traktowane jako przejściowe i nie będą miały przełożenia na politykę pieniężną. Dwóch dodatkowych członków FOMC prognozuje podniesienie stóp procentowych przed końcem 2023 roku, jednak mediana prognoz w ramach „dot plotu” FOMC nadal pokazuje stabilne stopy procentowe na przestrzeni tego horyzontu czasowego. Co nie dziwne, obligacje skarbowe ponownie doświadczyły wyprzedaży, a oczekiwania inflacyjne zawarte w ich cenach są najwyższe od 2013 roku.

W kalendarzu na ten tydzień nie ma wielu publikacji ani wydarzeń, które mogłyby wpływać na rynek walutowy, aż do piątku, kiedy zostaną opublikowane dane o inflacji PCE. Uważamy, że dane o dynamice cen będą dla rynków coraz ważniejsze, więc jeśli tegotygodniowe zaskoczą in plus, reakcja rynku może być silna.

GBP

Funt brytyjski w parze z głównymi walutami pozostaje dość stabilny, wspierany przez wysokie tempo szczepień w Wielkiej Brytanii i perspektywy silnego wzrostu gospodarczego w tym i kolejnym roku po zniesieniu lockdownów.

Zgodnie z oczekiwaniami Bank Anglii w zeszłym tygodniu nie zmienił stóp procentowych ani tempa skupu obligacji. Podobnie jak Rezerwa Federalna zdaje się na razie nie przejmować wzrostami rentowności obligacji. Komitet decyzyjny zasugerował, że chcąc wspierać wzrost gospodarczy, w kolejnych miesiącach będzie ignorował wzrosty inflacji ponad cel inflacyjny, przeciwstawiając się rosnącym oczekiwaniom rynkowym dotyczącym wzrostu stóp procentowych przed końcem przyszłego roku. Spodziewamy się, że w krótkim terminie funt pozostanie w trendzie bocznym lub nieznacznie umocni się względem dolara i euro.

CHF

Frank szwajcarski w zeszłym tygodniu doświadczył lekkiego umocnienia, mimo trwającego niezmiennie wzrostu rentowności amerykańskich obligacji, co wcześniej szkodziło szwajcarskiej walucie. Uodpornienie się franka na wyższe rentowności jest interesujące, jednak nie nadzwyczajne na tle całego rynku. Ciekawe jest również, że pozycje netto w CHF ostatnio spadły do najniższego poziomu od lipca 2020 roku, co sugeruje, że mniej spekulantów jest przekonanych o umocnieniu waluty w przyszłości.

Poza nieustannym monitorowaniem sentymentu rynkowego i koronawirusowych danych ze Szwajcarii, które niestety w ostatnim czasie się pogorszyły, w tym tygodniu będziemy przyglądać się również pierwszemu w tym roku spotkaniu Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Czwartek raczej nie przyniesie istotnych zmian w polityce pieniężnej, jednak skupimy się na języku. Biorąc pod uwagę ostatnią słabość franka, SNB może w mniej silnych słowach wypowiadać się na temat waluty, a nawet wskazać na malejącą potrzebę interwencji na rynku walutowym. Dodatkowo możliwa jest rewizja prognozy inflacji w górę ze względu na wzrost cen kontraktów terminowych (futures) na ropę i osłabienie franka od ostatniej rewizji prognoz w grudniu.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Dwa razy więcej Polaków zainteresowanych emigracją zarobkową

Choć Polska jest w czołówce państw o najniższym bezrobociu w UE, blisko 18% niewykluczonych z rynku pracy Polaków powyżej 18 roku życia rozważa emigrację zarobkową w ciągu najbliższego roku. To dwa razy więcej niż lipcu 2020. O wyjeździe najczęściej myślą 25-36 latkowie, którzy jako kraje docelowe wybraliby w pierwszej kolejności Niemcy, Holandię i Wielką Brytanię, wynika z „Barometru Rynku Pracy” przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service.

– Znaczący wzrost liczby Polaków zainteresowanych emigracją zarobkową daje do myślenia. Niepewność przyszłości i ograniczenia wynikające z pandemii sprawiają, że chcą oni szukać źródeł dochodu za granicą, gdzie zapotrzebowanie na pracowników wybranych specjalności nadal jest wysokie, a zarobki dużo wyższe. Jednocześnie jednak, jak wynika z danych Eurostat, Polska od miesięcy znajduje się w czołówce państw UE o najniższej stopie bezrobocia. Wydaje się więc, że o pracę w naszym kraju powinno być łatwiej niż w wielu innych – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Dwukrotny wzrost zainteresowanych emigracją zarobkową od lipca 2020

Odsetek osób, które biorą pod uwagę podjęcie pracy poza granicami kraju pozostawał na przestrzeni ostatnich kilku lat na zbliżonym poziomie. Tymczasem, jak wynika z XV edycji „Barometru Rynku Pracy” przeprowadzonego w grudniu 2020 i styczniu 2021 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service, emigrację zarobkową w ciągu najbliższego roku rozważa 17,7% niewykluczonych z rynku pracy Polaków powyżej 18 roku życia. To najwięcej od pięciu lat. W lipcu 2020 roku było to 9,9%, w lutym ub. roku – 11,6%, we wrześniu 2019 – 8,6 %, w marcu 2018 – 11,8 %. Zdecydowanych na wyjazd jest ponad 6% badanych, dwa razy więcej niż pół roku wcześniej. Jednocześnie znacznie, gdyż o 17,6% zmalał w tym okresie odsetek osób, które nie zamierzają wyjechać. Obecnie to 69,7%. Aż czterokrotnie  wzrosła liczba niezdecydowanych.Dwa razy więcej Polaków zainteresowanych emigracją zarobkową

Kto chce wyjechać?

Osoby biorące pod uwagę wyjazd z kraju w celach zarobkowych, to najczęściej osoby w wieku 25-44 lat, z wykształceniem średnim i zawodowym. Częściej są to mężczyźni niż kobiety, osoby pracujące na pełny etat, mające dochody poniżej 3 000 zł. Przed pandemią zainteresowane wyjazdem były małżeństwa, obecnie jest to zauważalne w dużo mniejszym stopniu.

Nadal zdecydowanie najczęściej bierze pod uwagę emigrację zarobkową pokolenie Y (25-36 latkowie), które potrafi porozumiewać się, choćby w stopniu podstawowym w językach obcych, co ułatwia im odnalezienie się na zachodnich rynkach pracy. Pokolenie X (37-59) najczęściej deklaruje, że nie bierze wyjazdu pod uwagę, za to pokolenie Z (18-24) jest najbardziej niepewne decyzji.

Kto chce wyjechać
Rozważający emigrację mieszkają przede wszystkim w regionie centralnym, wschodnim i północnym, rzadziej na południu i zachodzie kraju.

emigracja zarobkowa

Dokąd?

Podobnie jak w poprzednich latach, rozważający emigrację zarobkową najczęściej wskazywali na Niemcy (40%) i Holandię (28%) i Wielką Brytanię (16 %), w dalszej kolejności to Norwegia, Francja, Szwecja i USA.

– Widzimy, że Niemcy stawiają na standaryzację warunków pracy zagranicznych opiekunek. Podejmują też walkę z nielegalnym zatrudnieniem. To dobra wiadomość legalnego rynku pracy, w tym pracowników, którzy współpracując z legalną agencją wiedzą na co w rzeczywistości mogą liczyć i w każdej chwili skorzystać z jej wsparcia – dodaje Iwona Szmitkowska.Dokąd chce wyjechać Dokąd chce wyjechać 2

Oferty pracy za granicą

Z danych Work Service wynika, że pracownicy są potrzebni m.in. w produkcji, logistyce, branży magazynowej, które działają pomimo pandemii. Duże zapotrzebowanie cały czas zgłasza sektor medyczny. Szacuje się, że tylko na rynku niemieckim nadal brakuje ok. 17 tys. pielęgniarek i 3,5 tys. lekarzy. Co roku na pracowników z Polski czekają też rolnicy i sadownicy – tylko niemieckie rolnictwo zgłasza zapotrzebowanie na około 300 tys. pracowników sezonowych. Jesienią dużymi zleceniodawcami są właściciele winnic.

– W wyniku pandemii rośnie zainteresowanie prywatną opieką dla osób starszych. Widzimy to po zgłoszeniach kandydatek do Support and Care, naszej linii biznesowej stworzonej dla opiekunek. Z jednej strony jest to związane z trudniejszym dostępem do służby zdrowia, z drugiej – mniejszym ryzykiem zachorowania w warunkach domowych. Co istotne – nie tylko pracownicy służby zdrowia w Niemczech, ale także osoby opiekujące się seniorami mogą liczyć na udogodnienia, związane np. z przekraczaniem granicy i pierwszeństwa w szczepieniach na COVID– komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Wynagrodzenie

Z danych Work Service wynika, że płace pozostają na tym samym poziomie. W Niemczech średnio to 10 Euro (44 zł) dla prostych prac produkcyjnych i logistycznych, więcej w przypadku zawodów specjalistycznych. W najbliższym czasie wynagrodzenia nie powinny rosnąć, co wynika z pogorszenia sytuacji ekonomicznej. Na wyższe uposażenia mogą liczyć pracownicy specjalności, których brakuje na rynku.

###

Metodologia badania – XV edycja badania Barometr Rynku Pracy została przeprowadzona przez ARC Rynek i Opinia sp. z o.o. na zlecenie Work Service. Zostało zrealizowane w dniach 21.12.2020-12.012021 metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) z przedstawicielami małych, dużych i średnich firm. Próbę 507 pracodawców dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po ok. 170 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Badanie pracowników zostało przeprowadzone w okresie 17 – 22.12.2020 roku metodą wywiadów online (CAWI) na panelu badawczym epanel.pl należącym do ARC Rynek i Opinia. Próba bazowa 524 pracowników odpowiada strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości miejscowości zamieszkania – dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. W pytaniach dotyczących emigracji zarobkowej próbę tę uzupełniono o bezrobotnych, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz uczących się – próba wraz z pracującymi – 708.

Zarząd ATAL przyjął program emisji obligacji

W dniu 19 marca br. Zarząd ATAL S.A. – ogólnopolskiego dewelopera – przyjął program emisji obligacji. Zakłada on emisję do końca roku jednej lub więcej serii obligacji do maksymalnej kwoty 200 mln zł. Planowany termin wykupu obligacji nowej emisji w ramach programu nie przekroczy dwóch lat. Emisje obligacji będą następowały w trybie oferty publicznej zwolnionej z obowiązku sporządzania prospektu i zostaną wprowadzone do alternatywnego systemu obrotu Catalyst. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na finansowanie wybranych przedsięwzięć deweloperskich oraz zakupy gruntów.

ATAL regularnie korzysta z finansowania pochodzącego z emisji obligacji. Nasz sprawdzony model biznesowy spotyka się z pozytywnymi reakcjami inwestorów – jesteśmy znanym na rynku kapitałowym podmiotem i preferowanym partnerem instytucji finansowych. Dlatego tym razem zdecydowaliśmy się na nowy program emisji obligacji na kwotę 200 mln zł. Środki pozyskane z emisji zostaną przeznaczone na dalszy wzrost – rozbudowę oferty i wzrost liczby realizowanych inwestycji – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu ATAL S.A.

ATAL w 2020 roku przekazał klientom 3 002 lokale mieszkaniowe i usługowe. To rekordowy wynik w historii spółki i jednocześnie wzrost o 70 proc. w stosunku do poziomu wydań wypracowanego w 2019 roku (1 769). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (685), Łodzi (598), Krakowie (479) oraz we Wrocławiu (438).

W 2020 roku ATAL zakontraktował 2 896 lokali. To wynik zgodny z założeniami dewelopera, które uwzględniły korektę związaną z nadzwyczajną pandemiczną sytuacją. W samym tylko czwartym kwartale minionego roku nabywców znalazły 824 lokale.

W minionym roku zgodnie z harmonogramem realizowaliśmy przedsięwzięcia inwestycyjne. W 2020 roku ATAL wprowadził do sprzedaży w sumie 13 projektów z blisko 2500 lokalami – w Trójmieście Przystań Letnica etap II i III, ATAL Bosmańska oraz Śląska 12, w Krakowie kolejne etapy ATAL Aleja Pokoju (IIIB), Apartamenty Przybyszewskiego (IV) oraz ATAL Residence Zabłocie (V), w Warszawie Bartycka 49 Apartamenty, w Łodzi Nowe Miasto Polesie II i Apartamenty Drewnowska IV, we Wrocławiu Nowe Miasto Jagodno etap III oraz ATAL City Square.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

ATAL jest spółką dywidendową. W tym roku Zarząd rekomenduję wypłatę dywidendy w wysokości 3,03 zł na akcję, co łącznie daje kwotę 117,3 mln zł. Natomiast pozostałą część wypracowanego zysku w kwocie blisko 28,4 mln zł planuje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Spokojny poniedziałek

Otwarcie rynków w poniedziałek przebiega na razie dosyć spokojnie. Pomimo lekkiej słabości złotego na otwarciu niemal od razu po otwarciu europejskich parkietów powrócił na poziomy z piątkowego zamknięcia, wciąż jednak znajduje się powyżej bariery 4,60 zł za euro.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

Chiński Bank Narodowy nie podjął po raz kolejny decyzji o zmianie stóp procentowych. W trakcie pandemii doszło zaledwie do symbolicznej obniżki stóp procentowych z 4,3% na 3,85%. Była to jedna z najniższych obniżek stóp procentowych wśród państw, które miały możliwość zareagowania poziomem stóp procentowych. Część, jak np. Szwajcaria, czy strefa euro, nie zdążyła bowiem podnieść stóp procentowych po kryzysie z 2008 roku. Warto natomiast zwrócić uwagę, że w Chinach inflacja od kilku miesięcy jest bliska zeru, co zwiększa szanse na dalsze luzowanie. Z drugiej strony w Państwie Środka realny jest problem baniek spekulacyjnych np. na rynku nieruchomości. Biorąc to pod uwagę, widać jakie cele realizuje bank centralny.

Lepsze dane z Kanady

Piątkowe odczyty sprzedaży detalicznej z Kanady okazały się lepsze od oczekiwań. Analitycy spodziewali się spadku o 3,0%, a faktycznie wynik wyniósł 1,1% spadku. Jest to zatem zły wynik, aczkolwiek biorąc pod uwagę pandemię i oczekiwania obserwatorów nie może dziwić, że inwestorzy przyjęli go jako dobrą informację. Po publikacji dolar kanadyjski drożał. Co ciekawe, do końca dnia oddał całe umocnienie i powrócił na poprzednie poziomy. Jak widać, inwestorzy uznali, że nie wiedząc, co wydarzy się w weekend, dolar kanadyjski nie jest dobrym miejscem do trzymania środków.

Mniej źle na południu

Słowacja opublikowała w piątek dane na temat bezrobocia. Poziom 7,9% jest lepszy od oczekiwanego poziomu 8%. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że miesiąc temu było to 7,8%, zatem bezrobocie rośnie, po prostu wolniej niż oczekiwali analitycy. Słowacja ze względu na rozmiar gospodarki nie ma istotnego wpływu na kurs euro. Pogarszająca się sytuacja u naszego południowego sąsiada może finalnie przełożyć się jednak na polską gospodarkę. Do tego trzeba jednakże większej ilości danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Usługi IT a limit 15e CIT

Wprowadzenie do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych ograniczenia w zaliczeniu do kosztów podatkowych, w przypadku nabycia niektórych usług od podmiotów powiązanych (art. 15e ustawy o CIT), spowodowało liczne wątpliwości podatników oraz bardzo dużą liczbę wniosków o wydanie interpretacji przepisów. Duża część tych wniosków dotyczyła bardzo szerokiej kategorii usług informatycznych. Pomimo iż usługi te nie zostały wymienione bezpośrednio w treści przepisu, to znaczna ich część podlega limitowaniu.

W ramach współpracy pomiędzy podmiotami powiązanymi dochodzić może do świadczenia różnego rodzaju usług IT – począwszy od prostych usług helpdesk, poprzez dostawę infrastruktury i oprogramowania, wsparcie techniczne, doradztwo, na zarządzaniu procesami kończąc. W wielu przypadkach łatwo jest zidentyfikować usługi limitowane podlegające pod regulacje art. 15e ustawy o CIT, ponieważ ich natura i charakter, a często także nazwa, jednoznacznie wskazują, że są to czynności doradcze, zarządcze czy przetwarzania danych, czyli czynności bezpośrednio wymienione w przepisach ustawy. Duża jednak część świadczonych usług IT nie ma takiego charakteru, a ich klasyfikacja powinna być dokonywana indywidualnie.

Poniżej zaprezentowano podsumowanie interpretacji wydanych w 2020 r. w zakresie różnego rodzaju innych usług IT.

Udostępnianie serwera/platformy

W ramach współpracy w grupie kapitałowej często jeden podmiot nabywa usługi dostępu do serwerów, różnego rodzaju platform, a następnie refakturuje część kosztów na rzecz pozostałych podmiotów z grupy. Zdaniem organów podatkowych zapewnienie dostępu do serwerów oraz platform różnego rodzaju nie powinno wiązać się z koniecznością limitowania tych kwot na podstawie art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 5 lutego 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.518.2019.1.JG).

Projektowanie i wdrażanie nowych aplikacji

W ramach grup kapitałowych jedne przedsiębiorstwa mogą świadczyć na rzecz innych podmiotów usługi w zakresie projektowania i wdrażania aplikacji. Są to aplikacje biznesowe, wspierające aktualne procesy biznesowe, systemy przetwarzania danych, testy sprawności oprogramowania, aktualizację oprogramowania. W ich ramach nie dochodzi do przekazania licencji. Tego rodzaju usługi jako bezpośrednio niewymienione w art. 15e ustawy o CIT oraz niestanowiące usług podobnych nie powinny podlegać limitowaniu w kosztach CIT (interpretacja z dnia 7 października 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.214.2020.2.JG). W przypadku tego rodzaju usług należy zwrócić uwagę na bardzo cienką granicę pomiędzy technicznymi czynnościami IT związanymi z projektowaniem a czynnościami o charakterze doradczym lub zarządzaniem projektami. W praktyce więc często dochodzi do podziału tego rodzaju świadczeń i odrębnego wykazywania na fakturach.

Usługi helpdesk oraz zapewnienie infrastruktury

Świadczenia na rzecz podmiotu powiązanego usługi typu helpdesk polegające na bieżącej obsłudze informatycznej problemów użytkowników podlegają wyłączeniu z limitowania na podstawie art. 15e ustawy o CIT. Usługi te polegają na udzielaniu pomocy technicznej w celu utrzymania funkcjonalności systemów informatycznych, które nie stanowią usług doradztwa ani zarządzania (interpretacja z dnia 5 lutego 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.523.2019.1.PP).

W ramach działalności helpdesków wiele firm dysponuje niezbędną infrastrukturą IT poprzez utrzymywanie serwerów, dostępów do aplikacji, programów, serwisu i konserwacji sprzętu IT, zapewnienie wydajności sprzętu IT oraz wszelkie aktualizacje takiej infrastruktury. Wyżej wymienione usługi nie stanowią w ocenie organów usług podobnych do katalogu usług wymienionego w art. 15 e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 21 maja 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.72.2020.1.AS/AM).

W przypadku administrowania infrastrukturą IT warto zwrócić uwagę na stanowisko przeciwne do zaprezentowanego powyżej, gdzie organ uznał czynności związane z dostarczaniem i wspieraniem wspólnej infrastruktury IT, w skład których wchodzi m.in. administrowanie infrastrukturą, projektami, pulą licencji, kontami dostawców oprogramowania itp., jako usługi o podobnym charakterze do usług zarządczych i w konsekwencji podlegające limitowaniu na podstawie art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 19 marca 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-2.4010.14.2020.2.RK).

Licencje

Przenoszenie w ramach świadczonych usług licencji do programów komputerowych, praw autorskich czy know how jest jednoznacznie określone w ustawie i podlega limitowaniu. Potwierdzają to także organy podatkowe, w ocenie których dostawa licencji na korzystanie z oprogramowania (np. Microsoft Office) dostarczonego od zewnętrznych dostawców spełnia warunki określone w przepisie art. 15e ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT, a tym samym podlega limitowaniu (interpretacja z 8 maja 2020 r., sygn. akt 0111-KDIB2-1.4010.32.2020.2.BKD).

Koszty bezpośrednio związane ze świadczeniem

W zakresie zakupowanych licencji na oprogramowanie oraz know how wykorzystywanych bezpośrednio do świadczenia usług organy potwierdzają, że nie ma tu limitowania opisanego w art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z dnia 11 stycznia 2021 r., sygn. akt 0111-KDIB2-1.4010.432.2020.1.AP). Sprawa dotyczyła licencji zakupionych do świadczenia usług call center. Dokonując analizy stanowiska organów wyrażanego w różnych interpretacjach, warto zwrócić uwagę, że argumentację w powyższym zakresie wzmacniają następujące argumenty: (i) zakup takich licencji powinien być wliczony w cenę świadczonych usług dokonywanej dostawy; (ii) sposób kalkulacji wynagrodzenia powinien uzasadniać bezpośredni związek ze świadczonymi usługami (np. koszt wynagrodzenia z tytułu licencji może stanowić określony procent przychodów ze sprzedaży usług, do których ta licencja jest wykorzystywana); (iii) podatnik powinien być w stanie przyporządkować koszt licencji do konkretnego świadczenia usługi lub dostawy towarów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trzecia fala pandemii może zatopić najemców galerii handlowych

Tymczasowe odmrożenie funkcjonowania galerii handlowych nie pomogło w uzdrowieniu sytuacji finansowej najemców. Zdaniem ekspertów Kancelarii FKK i PMR Restrukturyzacje, wiele firm może nie przetrwać kolejnego lockdownu, dlatego już teraz powinny myśleć o ratowaniu swojego biznesu.

Gdy w styczniu bieżącego roku Polska Rada Centrów Handlowych poinformowała o 30 miliardowej stracie całego sektora, można było oczekiwać, że najgorsze branża ma już za sobą. Rozpędzająca się trzecia fala pandemii nie pozostawia jednak złudzeń – firmy działające w centrach handlowych czekają kolejne chude tygodnie, których wiele z nich, bez odpowiedniego wsparcia może już nie przetrwać. – Przedsiębiorcom kończy się już paliwo finansowe, które wyczerpali w trakcie wcześniejszych izolacji. Firmy już dawno musiały zrewidować swoje założenia i strategie biznesowe, a obecnie zastanawiają się jak w ogóle przetrwać do momentu odmrożenia gospodarki. Tutaj nie ma już marginesu błędu, a każda zła decyzja może grozić nawet bankructwem – mówi Aleksandra Pakuła, radca prawny w Kancelarii FKK.

Kryzys uderzył w rynkowych potentatów

Na rynku przybywa przedsiębiorstw, których sprzedaż mocno bazowała na obecności w galeriach, a które dziś, cierpią w wyniku problemów finansowych. Jedną z nich jest firma Ferax sp. z o.o., działająca w galeriach pod marką Gatta, wobec której toczy się właśnie postępowanie sanacyjne. Spółka walczy o przetrwanie, a w wyjściu z trudnej sytuacji pomóc ma głęboka restrukturyzacja. – Ferax znalazł się w trudnym położeniu, ale jest na dobrej drodze do uratowania biznesu. Aby tak się stało kluczowe jest jednak spełnienie kilku warunków, poczynając od dobrze ułożonego planu restrukturyzacyjnego i jego konsekwentnej realizacji, poprzez pozytywne nastawienie wierzycieli, aż po przemyślane propozycje układowe – tłumaczy Aleksandra Pakuła.

Sygnał alarmowy wysłała także sieć Kazar, specjalizująca się w sprzedaży obuwia i galanterii skórzanej. Marka wycofuje się obecnie się z jednej z warszawskich galerii, jednak niewykluczone, że to nie ostatnia tego typu decyzja. W niedawnych wywiadach przedstawiciele firmy określali sytuację branży jako katastrofalną. Podobne problemy przeżywają marki Gino Rossi i Monnari. Ostatnia z wymienionych spółek wskazała w komunikacie giełdowym,  że przyczyną wycofania się z centrów handlowych są kolejne lockdowny, drastyczny spadek odwiedzin klientów oraz coraz większy udział sprzedaży odzieży i obuwia on-line. Warto przy tym podkreślić, że popularne sieci to nie jedyny podmioty, w które mocno uderzyła kolejna fala pandemii. Na zamknięciu galerii równie mocno cierpią, firmy specjalizujące się m.in. w ochronie, marketingu czy utrzymaniu czystości i one również w wielu przypadkach znajdą się w obliczu podjęcia strategicznych decyzji, które mogą zaważyć o przyszłości firmy.

Uproszczone postępowania na ratunek firmom

Kolejny ogólnopolski lockdown z pewnością pogorszy niełatwą już sytuację przedsiębiorców. Strategia opierająca się na bierności i wyczekiwaniu nie pozwoli wielu firmom przetrwać do kolejnego „odmrożenia” gospodarki, dlatego każdy podmiot zmagający się z utratą płynności finansowej już teraz powinien rozważyć podjęcie działań restrukturyzacyjnych. – Niestety duża część polskich przedsiębiorców zbyt długo zwleka z decyzją o naprawie firmy. W konsekwencji problemy narastają, długi mnożą się, a zawarcie układu z wierzycielami staje się trudniejsze. Firmy czekają, ponieważ boją się, że proces naprawczy będzie skomplikowany i bardzo czasochłonny, ale dziś wcale nie musi taki być. Dzięki uproszczonemu postępowaniu restrukturyzacyjnemu,  wprowadzonemu w czerwcu ubiegłego roku wraz z tarczą 4.0, firmy same mogą rozpocząć naprawę swojego biznesu. Takie postępowanie trwa maksymalnie 4 miesiące i toczy się bez udziału sądu – podkreśla Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i dodaje, że przy bardziej zaawansowanych problemach przedsiębiorcy cały czas mogą skorzystać również z czterech pozostałych narzędzi tj. postępowania o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i sanacyjnego.

Pracuj Ventures wchodzi na Ukrainę. Do zespołu dołacza Mykola Mykhaylov

Do zespołu Pracuj Ventures – pierwszego w Polsce corporate innovation fund, który koncentruje się na inwestowaniu w firmy technologiczne z obszaru HR oraz corporate learning – dołącza Mykola Mykhaylov. Jako Dyrektor Inwestycyjny będzie odpowiedzialny za działania oraz rozbudowę portfolio funduszu na rynku ukraińskim. Partnerzy Zarządzający Pracuj Ventures postrzegają ukraiński rynek HR Tech, jako bardzo perspektywiczny i jeszcze w niewielkim stopniu odkryty przez inwestorów europejskich. Fundusz przygotowuje się do jego intensywnej eksploracji. 

Według danych prezentowanych przez Outsourcing Portal Ukraina może pochwalić się prężnym sektorem technologicznym i obiecującą sceną start-upów. Ukraiński rynek IT urósł dwukrotnie w ciągu ostatnich czterech lat, osiągając pułap 184 700 specjalistów IT, według badań przeprowadzonych przez N-iX w 2019 roku. W globalnym rankingu ekosystemu startupów “Startup Blink Raport 2020”, Ukraina zajęła 29 miejsce wśród 100 krajów najbardziej przyjaznym startupom. W porównaniu z rokiem 2019 Ukraina awansowała zatem o dwie pozycje, dzięki czemu znalazła się w pierwszej 30 ekosystemów świata[1].

Wiele powstających na Ukrainie startupów szuka od razu swojej szansy na rynku amerykańskim, ale jesteśmy przekonani, że jest dla nich miejsce również na rynku europejskim, w tym polskim. Mykola ma doskonałą znajomość potrzeb pracodawców i pracowników zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, więc ma też cenną dla startupów wiedzę, jakie innowacyjne rozwiązania HR Tech są potrzebne i mają szansę sprawdzić się na także w naszym regionie  – komentuje Paweł Leks, Partner Zarządzający Pracuj Ventures.

Mykola Mykhaylov od blisko 15 lat jest związany z obszarem HR-tech i – podobnie jak Partnerzy Zarządzający funduszu Pracuj Ventures Maciej Noga i Paweł Leks – także z Grupą Pracuj. Od 2007 do 2021 roku pełnił funkcję CEO należącego do Grupy Pracuj ukraińskiego serwisu rekrutacyjnego Rabota.ua, a w latach 2014 – 2020 również zasiadał w zarządzie Grupy. Był także Dyrektorem Zarządzającym eRecruiter – internetowej platformy do zarządzania rekrutacjami i bazą kandydatów w modelu SaaS (Software-as-a-Service).

Mykola przez kilka lat pełnił rolę Dyrektora Zarządzającego eRecruiter – najczęściej wykorzystywanego w Polsce systemu do rekrutacji należącego do Grupy Pracuj, który wyrósł ze środowiska startupowego. Zna bardzo dobrze perspektywę founderów startupów i wyzwania z jakimi się borykają. Co więcej, mamy już kilkuletnią historię współpracy i znamy Mykolę jako prężnego i efektywnego menadżera, który dobrze rozumie uwarunkowania rynku pracy – dodaje Maciej Noga, Partner Zarządzający Pracuj Ventures oraz Przewodniczący Rady Nadzorczej Grupy Pracuj.

Wśród spółek, które obecnie posiada w swoim portfelu Pracuj Ventures są: Gamfi, Gymsteer, Inhire.io, Kadromierz, Sherlock Waste, Wandlee oraz Worksmile. Ostatnio Pracuj Ventures zwiększył swoje udziały w Gamfi – rozwiązaniu zwiększającym motywację i zaangażowanie w całym cyklu życia pracownika dzięki grywalizacji – zapewniając drugą rundę finansowania związaną z dalszym rozwojem firmy.

[1] Źrodło http://www.outsourcingportal.eu/en/ukraine-on-the-path-to-becoming-the-european-go-to-tech-destination-the-tech-job-market-trends-in-ukraine-and-lviv

Handel z Chinami 2021. Co czeka polskich importerów?

Roczna wartość towarów sprowadzanych z Chin do Polski w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosła o ponad 50 proc. Styczniowe dane GUS pokazują, że pomimo gwałtownego wzrostu kosztów transportu z tego kraju, z którym zmagają się polskie firmy, ten trend jest kontynuowany i ma szansę się utrzymać. Jest jednak jeden warunek.

Chińskie służby celne (GACC) opublikowały 7 marca wstępne dane, według których eksport Chin w okresie styczeń-luty był wyższy o 60,6 proc. r/r, a import – o 22,2 proc. r/r. Wyniki były znacznie lepsze od prognoz ekonomistów. Przypomnijmy, że na początek 2020 roku przypadł szczyt pandemii koronawirusa w Chinach, ale doskonałych danych z początku tego roku z pewnością nie można tłumaczyć wyłącznie tzw. efektem niskiej bazy.

Dane te potwierdzają, że Państwo Środka wykorzystało szansę na umocnienie swojej pozycji w globalnym handlu i światowego lidera w obszarze produkcji. Można się także spodziewać, że eksport pozostanie jedną z podstaw dynamicznego wzrostu gospodarczego Chin, chociaż równolegle tamtejsze władze konsekwentnie starają się zbudować drugą nogę dla gospodarki poprzez zwiększenie konsumpcji i próby stworzenia prawdziwej klasy średniej, co jest z kolei szansą dla polskich eksporterów.

Publikacja GACC zbiegła się w czasie z zapowiedzią chińskiego premiera o tym, że PKB Chin wzrośnie w tym roku o ponad 6 proc. To i tak dość konserwatywna prognoza, zwłaszcza gdy porównamy ją do oczekiwań Międzynarodowego Funduszu Walutowego – ten prognozuje wzrost PKB Chin o 8,1 proc., czyli wciąż szybszy od krajów Europy czy USA.

Transport z Chin znacznie droższy niż przed rokiem

Najnowsze informacje o wzroście wartości chińskiego eksportu dotyczą okresu, w którym polscy importerzy produktów z Chin musieli zmierzyć się z rekordowymi cenami transportu morskiego. Tą drogą do Unii Europejskiej trafia ok. 90 proc. towarów z Chin. Tymczasem koszt frachtu morskiego na początku 2021 roku był nawet czterokrotnie (!) wyższe niż przed rokiem.

Przyznają to importerzy produktów z Chin, z którymi w Ebury jesteśmy w ciągłym kontakcie. Przykładem może być firma Deltim, która ze względu na niższe koszty przy zachowaniu wysokiej jakości towaru zleca produkcję wózków dziecięcych swoich chińskim partnerom. Jeszcze rok temu płaciła ona za transport kontenera ok. 2,5 tys. dolarów, a w styczniu br. za taki sam fracht musiała płacić już 10 tys. dol. To wpłynęło na jej marże.

Tak dynamiczny wzrost cen transportu to m.in. efekt „kryzysu kontenerowego”, który doprowadził do znacznego ograniczenia liczby kontenerów dostępnych na chińskim rynku. Pandemia spowodowała, że eksporterzy co prawda wysyłali towary z Chin, ale kontenery były rozładowywane wielokrotnie wolniej niż zazwyczaj (istotne zmniejszenie przepustowości portów), a po zamknięciu gospodarek w Europie i USA pozostawały w miejscach ich ostatniego rozładunku. A niewiele firm decydowało się na wysyłanie pustych kontenerów z powrotem do Chin.

Od końca lutego obserwujemy odwrócenie tego trendu i spadek cen frachtu morskiego. Obrazuje to m.in. zachowanie indeksu Shanghai Containerized Freight Index (SCFI). To w dużej mierze rezultat powrotu do pracy w portach po zakończeniu obchodów Chińskiego Nowego Roku. W obawie przed problemami eksporterów władze Chin informowały również o wzmożonej produkcji kontenerów, by ustabilizować sytuację.

Indeks SCFI od 2018 roku
Źródło: container-news.com

Import z Chin mocno rośnie. Mimo pandemii

Chociaż koszt transportu drogą morską wciąż jest kilkukrotnie wyższy niż przed rokiem, to nie spodziewamy się, by ten kryzys mógł wpłynąć na pogorszenie wyników importu z Chin z dłuższym okresie. Państwo Środka intensywnie walczy bowiem o utrzymanie pozycji „fabryki świata” i w długim terminie nie dopuści do tego, by przeszkodziły mu w tym problemy w transporcie. Wystarczy wspomnieć, że po latach chińsko-amerykańskiej wojny handlowej w 2020 roku to właśnie Chiny, po raz pierwszy w historii, stały się największym partnerem handlowym Unii Europejskiej. To pokazuje siłę chińskiego eksportu, który z roku na rok nabiera coraz większego znaczenia również dla polskich importerów.

Obecnie sprowadzamy rocznie z Chin towary o wartości aż ponad 50 proc. wyższej niż 5 lat temu. Tylko w 2020 roku wartość importu do Polski z Chin wzrosła, pomimo pandemii, o 15,7 proc. r/r do poziomu 145,5 mld zł. Daje to Chinom drugie miejsce wśród partnerów handlowych Polski (w imporcie). I wszystko wskazuje na to, że ten trend się utrzyma: według najnowszych danych GUS tylko w styczniu br. importerzy sprowadzili do Polski towary z Chin o wartości 13,1 mld zł, o 10,6 proc. więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku.Wymiana handlowa Polski z Chinami

Źródło: GUS

Stabilny juan sprzyja importerom i pozwala chronić marże

Rozwojowi importu do Polski towarów z Chin będzie sprzyjać ważne zjawisko: internacjonalizacja juana. Wojna z USA o dominację w globalnym handlu doprowadziła do tego, że Chiny od lat dążą do zwiększenia znaczenia swojej waluty w handlu międzynarodowym.

Polscy przedsiębiorcy obecnie rozliczają w juanach około 10 proc. transakcji z partnerami z Chin. Spodziewamy się jednak, że ten udział będzie rósł, tym bardziej że chińskie władze mają szereg zachęt dla swoich eksporterów rozliczających się w rodzimej walucie.

Z punktu widzenia polskich importerów juan jest walutą znacznie stabilniejszą niż dolar. Przejście na rozliczenia w juanach wsparte zabezpieczeniem kursu wymiany może okazać się dobrym rozwiązaniem dla wielu polskich przedsiębiorców z sektora MŚP. Eliminuje bowiem ryzyko kursowe, które w przypadku materializacji może pozbawić ich marży (i tak już mocno okrojonej w wyniku wzrostu kosztów frachtu) albo wręcz narazić na straty.

Dywersyfikacja krajów dostaw i środków transportu. To nie takie proste

Czy ostatni kryzys transportowy może zmienić postrzeganie Chin jako atrakcyjnego dostawcy wśród polskich importerów?

Zapewne część z nich wyciągnie wniosek, że warto dywersyfikować źródła dostaw i poszukać partnerów w innych krajach azjatyckich. Zamówienia realizowane obecnie przez chińskich partnerów chętnie przejęłyby fabryki m.in. w Wietnamie czy Indiach. Nie zmieni to jednak faktu, że robotyzacja i automatyzacja produkcji w połączeniu z niskimi kosztami – także na tle innych krajów azjatyckich – powoduje, że dla wielu polskich firm nie ma alternatywy dla dostawców z Chin.

Decyduje o tym m.in. fakt, że Chiny przeszły długą drogę do osiągnięcia obecnego poziomu rozwoju bazy produkcyjnej i technologii. A realizowany w ramach strategii „Made in China 2025” plan zakłada, że chińskie władze będą dalej intensywnie wspierać dalsze unowocześnianie produkcji.

Strategia ta działa, co widać chociażby wśród polskich importerów. Ci szukają w tym kraju dostawców produktów coraz wyższej jakości. Dodatkowo wielokrotnie w rozmowach z polskimi przedsiębiorącymi słyszeliśmy, że partnerzy biznesowi z Chin, zwłaszcza tamtejsze młode pokolenie przedsiębiorców, bardzo dobrze rozumie oczekiwania konsumentów w Europie.

Ceny transportu towarów z Chin drogą morską będą problemem jeszcze przez jakiś czas. Gdyby jednak miał on potrwać dłużej, polskie firmy zapewne skłoniłyby się ku szukaniu alternatywy, np. w postaci dostaw koleją. Polska ze względu na swoje położenie ma wszystkie atuty, by stać się kolejowym hubem dla transportu z Chin do UE. By jednak urzeczywistnić tę niewykorzystaną od lat szansę – i zmienić obecną strukturę transportu, w której kolej ma tylko ok. 2 proc. udziału – potrzeba lat i ogromnych nakładów na rozwój infrastruktury kolejowej.

W kolejnych miesiącach ceny frachtu morskiego mają szansę dalej spadać, co przywróci przewidywalność w kontaktach handlowych z chińskimi partnerami. Warunek jest jeden: ograniczenie albo wygaszenie pandemii COVID-19.

Czy to się uda? Mamy nadzieję, że tak. Wiele zależy od dalszego tempa produkcji szczepionek, a następnie gotowości większości z nas do zaszczepienia się. Największym zagrożeniem dla realizacji tego scenariusza byłoby wezbranie obecnej fali koronawirusa do poziomu skutkującego opóźnieniami dostaw i wzrostem cen transportu. Na ten moment wydaje się jednak, że w dłuższym horyzoncie perspektywy polskich importerów i eksporterów handlujących na chińskim rynku są optymistyczne.

Autorzy:

  • Jakub Łańcucki, Dyrektor Zarządzający ds. Sprzedaży Ebury Polska
  • Adam Stosio, Dyrektor Zarządzający ds. Transakcji Walutowych Ebury Polska

TSUE potwierdził sprzeczność ustawy o VAT z przepisami Unijnymi

W postępowaniu przed TSUE toczącym się przy udziale Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców Trybunał wyrokiem z dnia 18 marca 2021 roku potwierdził o sprzeczności z art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT z przepisami Unijnymi, w zakresie jaki przepisy ustawy o VAT wykonanie prawa do odliczenia podatku VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym VAT jest należny, uzależniały od wykazania należnego VAT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy.

Rzecznik MŚP wstąpił do postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości dotyczącego zgodności przepisu art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT z Artykuły 167 i 178 dyrektywy Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej w zakresie dotyczącym wewnątrzwspólnotowych nabyć towarów.

W swoim wystąpieniu skierowanym do TSUE Rzecznik wskazał, że zasada neutralności podatkowej wymaga aby prawo do odliczenia naliczonego podatku VAT zostało przyznane w razie spełnienia podstawowych wymagań, nawet jeśli podatnik nie spełnił niektórych wymagań formalnych. Podatek ten na żadnym etapie nie powinien obciążać podatnika.

Rzecznik podkreślił, że w przypadku wewnątrzwspólnotowych nabyć towarów mechanizm ich rozliczenia został skonstruowany w oparciu o równoważność podatku należnego oraz naliczonego. Mechanizm ten zakłada neutralność podatku, ponieważ kwocie podatku należnego odpowiada jednocześnie kwota podatku naliczonego wynikająca z tej samej czynności opodatkowanej. Innymi słowy ustawodawca zagwarantował realizację zasady neutralności opodatkowania poprzez rozliczenie podatku należnego oraz naliczonego wynikającego z jednej czynności opodatkowanej w ramach jednego okresu rozliczeniowego.

Zdaniem Rzecznika przepisy krajowe przedmiotową równowagę wypaczały. Powodowały, że podatnik jedynie ze względów formalnych (tj. daty/momentu ujęcia faktury w rejestrze) będzie musiał de facto ponieść dodatkowy wydatek w postaci odsetek. Ciężar ten będzie wynikał jedynie z faktu, że ze względu na wymogi formalne wprowadzone przez polskiego ustawodawcę nie będzie mógł rozliczyć podatku naliczonego oraz należnego w tym samym okresie rozliczeniowym. Przedmiotowe wymogi zdaniem Rzecznika pozostają w sprzeczności z zasadą neutralności podatku od towarów i usług. Skoro bowiem fakt dokonania dostawy wewnątrzwspólnotowej jest bezsporny to zasada neutralności podatkowej wymaga, by prawo do odliczenia podatku naliczonego zostało przyznane w razie spełnienia przesłanek merytorycznych, nawet jeśli podatnik nie był w stanie dochować pewnych wymogów formalnych.

W wyroku TSUE podzielił argumentację Rzecznika MŚP oraz Spółki i wskazał, że prawo do odliczenia jest wykonywane co do zasady w okresie, w którym podatek stał się wymagalny, może zagwarantować neutralność podatkową. Pozwala on bowiem zagwarantować, że zapłata VAT i jego odliczenie następują w tym samym okresie, tak aby podatnik został całkowicie uwolniony od ciężaru VAT należnego bądź lub zapłaconego w ramach całej prowadzonej przez niego działalności gospodarczej. Podkreślił, że sprzeczne z tą logiką byłoby czasowe obarczenie podatnika ciężarem VAT należnego z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego, tym bardziej że żadna kwota nie jest należna organom podatkowym z tytułu takiego nabycia.

W związku z tym, zdaniem TSUE stosowanie przepisów krajowych nie może uniemożliwiać w sposób automatyczny i z powodu naruszenia wymogu formalnego wykonania prawa do odliczenia VAT należnego z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego w tym samym okresie co rozliczenie tej samej kwoty VAT bez uwzględnienia wszystkich istotnych okoliczności, a w szczególności dobrej wiary podatnika.

Trybunał podkreślił, że uregulowanie krajowe, które zakazuje w sposób systematyczny wykonywania prawa do odliczenia VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie, w którym ta sama kwota VAT powinna zostać rozliczona, nie przewidując uwzględnienia wszystkich istotnych okoliczności, a w szczególności dobrej wiary podatnika, wykracza poza to, co jest konieczne, po pierwsze, do zapewnienia prawidłowego poboru VAT, w sytuacji gdy żadna kwota VAT nie jest należna na rzecz organu podatkowego, a po drugie – do zapobiegania oszustwom podatkowym.

Mając na względzie całość powyższych rozważań TSUE wskazał, że art. 167 i 178 dyrektywy VAT należy interpretować w ten sposób, że stoją one na przeszkodzie stosowaniu przepisów krajowych, zgodnie z którymi wykonanie prawa do odliczenia VAT związanego z nabyciem wewnątrzwspólnotowym w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym VAT jest należny, jest uzależnione od wykazania należnego VAT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy.

– To bardzo ważny wyrok dla polskich przedsiębiorców dokonujących nabyć wewnątrzwspólnotowych. Przepisy będące podstawa wyroku od początku budziły kontrowersje, co do ich zgodności z prawem Unii Europejskiej. Obowiązek zapłaty przez przedsiębiorcę odsetek będący skutkiem braku możliwości odliczenia podatku naliczonego w rozliczeniu za okres, w którym powstał obowiązek podatkowy pozostawał w sposób oczywisty w sprzeczności z zasadą proporcjonalności oraz neutralności podatku VAT – komentuje Paweł Chrupek, radca prawny doradca podatkowy pełnomocnik Rzecznika MŚP w postępowaniu przed TSUE.

Wyłączenia i zwolnienia

W poniedziałek rentowności obligacji USA obniżają się, ale po innych klasach aktywów nie widać oddechu ulgi. Jeszcze przed weekendem Fed ogłosił, że nie będzie przedłużał wyłączenia papierów skarbowych pod wyliczenia wymogów kapitałowych przez banki, co podnosi obawy o utrzymanie podaży obligacji. Tymczasem lira turecka nurkuje po zwolnieniu prezesa banku centralnego.

Niecałe pięć miesięcy trwała kariera Agbala na stanowiska prezesa banku centralnego Turcji. W sobotę prezydent kraju Erdogan zwolnił prezesa po tym, jak w ubiegłym tygodniu Agbal zdecydował o większej od oczekiwań podwyżce stóp procentowych (o 2 pkt proc.). Cała nadzieja w odbudowę stabilności finansowej w Turcji i naprawie wiarygodności banku centralnego została zaprzepaszczona. Kolejny raz przypomniane zostało, że polityka monetarna jest kierowana tylko przez jednego człowieka – Erdogana, który jest wyznawcą teorii, że to niskie stopy procentowe prowadzą do niskiej inflacji. Prezes Agbal miał inne zdanie i dlatego musiał odejść. Powołany na jego miejsce profesor Kavcioglu nie tylko był krytykiem podwyżki, ale także uważa, że podwyżki stóp procentowych pośrednio prowadzą do wyższej inflacji. Rynki nie zgadzają się z nową teorią i już sprowadzają lirę do poziomów sprzed nominacji Agbala na początku listopada. Wszystkie nadzieje stojące na ostatnim napływem kapitału do TRY teraz wyparowują. Zagrożeniem jest kolejny skok inflacji, wskutek którego tureckie aktywa utracą dodatnią realną stopę zwrotu. A przy mocno przetrzebionych rezerwach walutowych bank centralny może nie mieć wystarczająco amunicji, by bronić waluty. Turcji i lirze grozi kolejny kryzys walutowy. Jeśli nowy prezes w pierwszej kolejności zdecyduje się na odwrócenie ostatniej podwyżki stopy procentowej, chaos będzie jeszcze większy. Niekoniecznie musi do tego dojść, gdyż priorytetem teraz powinno być ponowne ustabilizowanie waluty. Jednak nagromadzenie długich pozycji w lirze od listopada 2020 r. wraz z oczekiwaniami stabilizacji będzie teraz dużą przeszkodą w zahamowaniu deprecjacji. Skok USD/TRY na otwarciu o ok. 15 proc. pokazuje skalę paniki.

Załamanie liry wysyła negatywne wibracje na rynki finansowe, co widać w odejściu kapitału w stronę bezpiecznych USD i JPY oraz przewadze czerwonego koloru na rynku akcji. Interesująco, rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadają dziś o ponad 4 pb poniżej 1,68 proc. Wygląda na to, że jest źle, gdy rentowności rosną, ale jeśli już spadają, to nie oznacza to od razu euforii i szału zakupów ryzykownych aktywów. Komplikacji może dostarczać piątkowy komunikat Fed, że ustanowione w ubiegłym roku wyłączenie papierów skarbowych pod wyliczenia wymogów kapitałowych dla banków komercyjnych przestanie obowiązywać po 31 marca. Innymi słowy banki będą musiały zwiększyć kapitały, albo zdecydują się pozbyć nadwyżkowego wolumenu obligacji. Obawy o wygaśnięcie wyłączenia pośrednio stały za wzrostem rentowności obligacji. Teraz strach został potwierdzony, choć równie dobrze decyzja Fed może być potraktowana jako usunięcie niepewności i pretekst do sprzedaży faktów. Kluczowe jest to, że nie był to główny powód windowania rentowności, gdyż tym są oczekiwania przyspieszenia wzrostu gospodarczego i inflacji. Tutaj silne wyniki PMI (środa) będą podsycać te oczekiwania.

EUR/PLN bez większych zmian dryfuje blisko 4,62. Dzisiejszy odczyt podaży pieniądza nie będzie miał przełożenia na rynek FX. Złoty, jak inne waluty rynków wschodzących, jest pod presją z tytułu rosnących rentowości obligacji skarbowych i silnego dolara. Tematy lokalne są na drugim planie, choć przedłużenie niepewności w sprawie kredytów frankowych (przełożenie rozprawy SN z 25 marca na 13 kwietnia) oraz trzecia fala zachorowań nie budują pozytywnego tła, by przerywać wyprzedaż. Bez ustania presji z tytułu wzrostu rentowności USA, EUR/PLN pozostanie na podwyższonych poziomach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska Rada Centrów Handlowych podsumowuje 2020 rok

  • Trend wzrostowy w odwiedzalności centrów handlowych skończył się wraz z wprowadzeniem pierwszego lockdownu wiosną 2020 roku. Od marca do końca ubiegłego roku ruch klientów w centrach handlowych nie osiągnął poziomu z 2019 roku i był niższy średnio o 32 proc. w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, natomiast średnio w całym 2020 roku był niższy o 28 proc.
  • Straty w obrotach sklepów i punktów usługowych spowodowane ograniczeniami w funkcjonowaniu centrów handlowych w 2020 roku przekroczyły 33 mld zł. Obroty spadły łącznie we wszystkich kategoriach zakupowych w branży centrów handlowych o około jedną czwartą – 26 proc. – w porównaniu do 2019 roku i wyniosły około 96 mld zł.
  • Konsekwencją lockdownów jest luka w budżetach właścicieli centrów handlowych w wysokości ok. 5 mld zł, co stanowi 45 proc. ich rocznych przychodów.
  • Największy spadek obrotów wśród wszystkich analizowanych kategorii zakupowych odnotowały Usługi i Rozrywka. W 2020 roku były one niższe odpowiednio o 66 proc. i 59 proc. Najmniejsze spadki dotknęły kategorię Żywność – 5 proc. oraz Dom i Wnętrze – 7 proc., w porównaniu do 2019 roku.
  • Centra handlowe funkcjonowały i funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym, a analizy liczby zakażeń nie pokazują związku pomiędzy otwarciami galerii, a liczbą zachorowań na koronawirusa. Nieprzerwane i stabilne funkcjonowanie sklepów umożliwia klientom zaplanowanie zakupów i znaczące ograniczenie niekontrolowanych skoków odwiedzalności, które generowane są przy wprowadzaniu i znoszeniu ograniczeń.

Początek 2020 roku w styczniu i lutym przyniósł kilkuprocentowe wzrosty obrotów – odpowiednio o 3 proc. i 6 proc. oraz odwiedzalności o 2 proc. i 1 proc. w porównaniu do pierwszych dwóch miesięcy 2019 roku Tendencje wzrostowa skończyła się wraz z wprowadzeniem pierwszego lockdownu.

Obroty w centrach handlowych niższe o 26 proc. r/r

Lockdown i ograniczenia w działalności centrów handlowych przełożyły się na niższy poziom obrotów. Miesiącem o najniższych wynikach był kwiecień, w którym centra handlowe działały w mocno ograniczonym zakresie, czego konsekwencją był spadek obrotów o 80 proc. Od maja do września obroty zaczęły się odbudowywać i w sierpniu były niższe zaledwie o 9 proc. w porównaniu do tego samego miesiąca w 2019 roku. Statystyki zdecydowanie poprawiło grudniowe odbicie- obroty w ostatnim miesiącu roku były o 64 proc. wyższe od średniej miesięcznej z 2020 roku, a w porównaniu rok do roku były jedynie o 17 proc. niższe, a przecież centra handlowe funkcjonowały w grudniu ze znaczenie ograniczoną ofertą rozrywkową i gastronomiczną. Skumulowany spadek obrotów w 2020 roku osiągnął finalnie 74 proc. poziomu z roku 2019.

Zdecydowanie w najtrudniejszej sytuacji znaleźli się najemcy z kategorii Usługi i Rozrywka, którzy skumulowaną zmianę w 2020 roku zanotowali odpowiednio na poziomie – 66 proc. i – 59 proc. – to największe spadki obrotów wśród wszystkich analizowanych kategorii handlowych. Najmniejsze spadki odnotowały kategorie Żywność – zmiana skumulowana 5 proc., oraz Dom i Wnętrze – 7 proc. Spadek skumulowany Gastronomii to 34 proc., Mody – 31 proc., Artykułów specjalistycznych 28 proc., Zdrowie i Uroda zanotowało spadek na poziomie 21 proc. Spadki w obrotach prezentują się dość podobnie, jeśli chodzi poszczególne regiony Polski (od -24 proc. do -30 proc.), a także wielkość obiektu. Nieco wyższe obroty, z różnicą na poziomie 4 pp. powyżej średniej, odnotowały centra małe i średnie o powierzchni od 5 000 do 40 000 mkw. GLA.

W pandemii zmieniły się nawyki zakupowe klientów – odwiedzają centra rzadziej, ale w bardzo konkretnych celach zakupowych, szybko realizując swoje potrzeby i spędzając na zakupach mniej czasu. Takie wizyty częściej skutkują decyzją o zakupie oraz wyższym paragonem, dzięki czemu rośnie konwersja. Zmienił się też profil klienta galerii handlowych – w czasach pandemii zakupy robią pojedyncze osoby, a nie całe rodziny, czy grupy młodzieży. Niższa liczba klientów robiących większe zakupy to pożądane zachowanie w czasach pandemii.

Odwiedzalność w centrach handlowych niższa o 28 proc. r/r

Zanim pojawił się kryzys związany z pandemią, podobnie jak w przypadku obrotów wskaźnik odwiedzalności w centrach handlowych notował delikatne wzrosty w styczniu i lutym w porównaniu do pierwszych dwóch miesięcy poprzedniego roku. Od marca do końca 2020 roku ruch klientów w centrach handlowych nie osiągnął poziomu z 2019 roku i był niższy średnio o 32 proc. w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, natomiast średnio w całym 2020 r. był niższy o 28 proc.

W marcu nastąpił spadek odwiedzalności o 50 proc., a w kwietniu o około 75 proc. Po ponownym otwarciu obiektów handlowych 4 maja 2020 roku odwiedzalność powoli zaczęła się odbudowywać, osiągając średnio w maju 62 proc. poziomu z poprzedniego roku. W czerwcu wskaźnik ten wyniósł średnio ponad 77 proc., osiągając najwyższy poziom 88 proc. we wrześniu w porównaniu do 2019 roku. W październiku w związku z drugą falą epidemii odwiedzalność w centrach handlowych spadła do poziomu 78 proc. wartości z 2019 roku, a w listopadzie (miesiąc analogiczny do marca 2020 w związku z częściowym ograniczeniem działalności obiektów handlowych) do 52 proc., w grudniu otwarto centra handlowe i wizyty klientów były o jedną czwartą niższe niż w 2019 r.

Niedziele handlowe w 2020 roku cieszyły się zainteresowaniem klientów

Niedziele handlowe w 2020 roku cieszyły się zainteresowaniem klientów, którzy chętnie korzystali z dodatkowego dnia zakupów przyczyniając się do wzrostu obrotów w handlu. W tygodniach z niedzielą handlową w 2020 roku,  tygodniowa odwiedzalność w centrach handlowych była wyższa o około 20 proc. w porównaniu do tygodni bez niedzieli handlowej. Niedziela była także drugim po sobocie najpopularniejszym dniem na zakupy.

Stabilność i przewidywalność dostępu do pełnej oferty obiektów handlowych gwarantuje brak nagłych wzrostów odwiedzalności i pozwala na równomierne rozłożenie ruchu klientów.

Analiza wskaźników pokazuje, że otwarcia i zamknięcia centrów handlowych przyczyniają się do skoków odwiedzalności, po których następuje stabilizacja wizyt klientów. Nieprzerwane działanie handlu ułatwia klientom realizację najpotrzebniejszych zakupów z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Centra handlowe były i są bezpieczne, standardy sanitarne są zgodne z krajowymi zaleceniami Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznymi organizacji międzynarodowych np. WHO. W przestrzeniach handlowych stale przypomina się o konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk i zachowywania bezpiecznego dystansu. O przestrzeganie zasad DDM dbają pracownicy sklepów i obsługa galerii handlowych.

Komentarz Jana Dębskiego, Prezesa Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych

Jako branża jesteśmy w dramatycznej sytuacji – ostatnie decyzje rządu o wprowadzeniu kolejnych ograniczeń na skalę ogólnopolską postawiły wielu przedsiębiorców pod ścianą. Niezrozumiałe jest nierówne traktowanie podmiotów zajmujących się handlem – te same sklepy działające poza centrami handlowymi mogą prowadzić nieograniczoną działalność, a te w centrach już nie. Trudno tłumaczyć takie decyzje względami epidemicznymi, bo przecież zakupy odbywają się w sklepach, a nie poza nimi. Na jakiej podstawie  uznano, że niektóre sklepy w zależności od branży są bardziej bezpieczne od innych?  Nie otrzymujemy odpowiedzi na te pytania. Dramatyczne efekty wszystkich obostrzeń będą widoczne w najbliższych tygodniach i miesiącach. Branża centrów handlowych nie ma już środków na finansowanie kosztów kolejnych lockdownów.

Po podsumowaniu wyników za 2020 rok patrzyliśmy w przyszłość z niepewnością, ale także z umiarkowanym optymizmem. Rozpoczął się program szczepień, a nasi klienci pokazali nam, że możliwość zakupów stacjonarnych jest dla nich ważna – dane GUS dotyczące udziału e-commerce w handlu detalicznym w 2020 r. zmieniały się w zależności od wprowadzanych obostrzeń. Podczas lockdownów handel internetowy zyskiwał na popularności i stanowił około 11 proc. handlu detalicznego ogółem, by wraz z otwarciem centrów handlowych szybko powracać do wielkości zbliżonych do tych sprzed pandemii, czyli poziomu 6-9 proc. Znacząco poprawiła się  konwersja, ponieważ klienci zjawiali się w centrach handlowych w określonym celu zakupowym i mimo niższej odwiedzalności, wydawali więcej na swoje potrzeby. Potwierdzają to dane od operatorów kart płatniczych.

Liczyliśmy, że w 2021 roku mając na względzie nowe zachowania klientów przekładające się na obroty, rozpoczniemy proces ratowania branży, przedsiębiorstw i miejsc pracy. Dzisiaj trudno na to liczyć – najemcy po raz kolejny zostali z niesprzedanymi kolekcjami, tym razem wiosennymi i produktami przygotowanymi z myślą o Wielkanocy, a konsumenci zostali pozbawieni możliwości spokojnego i bezpiecznego zrobienia zakupów. Trudno jest zrozumieć i przewidzieć kolejne decyzje rządu, od których zależy przyszłość ponad  400 tysięcy pracowników sektora. Nieustanne działania sektora – wynajmujących i najemców – mające na celu zapewnienie bezpiecznych warunków zaspokojenia podstawowych potrzeb zakupowych wydają się niewystarczające, aby przekonać rządzących, że centra były i są bezpieczne.

Koronawirus nie wystraszył Ukraińców. Wkrótce może być ich w Polsce nawet 2 razy więcej

W ciągu roku o niecały 1% zmniejszyła się liczba obywateli Ukrainy, którzy otrzymali zezwolenia na pobyt w Polsce. Jak wynika z analiz Urzędu do Spraw Cudzoziemców, do przedłużania tego stanu zachęcały ich obostrzenia i pandemia. Natomiast wcześniej w większym stopniu korzystali oni z możliwości migracji tymczasowych. Zdaniem ekonomistów, różnica w statystykach jest dość niewielka. Sytuacja epidemiczna za wschodnią granicą była gorsza. Natomiast wszystkich Ukraińców, również tych, którzy nie dokonują rejestracji, może być około miliona. Nie brakuje opinii, że za 5 lat będzie ich nawet 2 razy więcej.

Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, 113,8 tys. obywateli Ukrainy otrzymało zezwolenia na pobyt (wszystkie rodzaje) w Polsce. Dotyczy to okresu od 1 marca 2020 do 28 lutego 2021 roku. Natomiast rok wcześniej było ich nieznacznie więcej – 114,5 tys.

– Analiza danych statystycznych z ubiegłego roku pokazuje, że sytuacja epidemiologiczna i związane z nią ograniczenia w podróżowaniu zachęcały obcokrajowców do przedłużania pobytu. Dotyczyło to zwłaszcza obywateli Ukrainy, którzy wcześniej w większym stopniu korzystali z możliwości migracji tymczasowych – komentuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Patrząc tylko na ww. statystyki, zmiana jest dość niewielka, co podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. Ekspert zaznacza, że to jest interesujące, ale jednocześnie trudne do interpretacji. I dodaje, że efekty pandemii nie są zbyt precyzyjnie rozpoznane. Ukraińcy mogli pozostać tutaj, ponieważ obawiali się, że będą mieć problemy z powrotem do Polski. Ale równie dobrze czynnikiem decydującym mogły być obostrzenia wprowadzone na Ukrainie dla wszystkich przyjeżdżających.

– Krótko mówiąc, koronawirus nie wystraszył Ukraińców. I to jest dość zrozumiałe, ponieważ za wschodnią granicą było jeszcze gorzej pod tym względem. Wobec tego nie mieli się gdzie schronić przed pandemią. A jeśli cudzoziemcy utrwalają pobyt w naszym kraju, to mają ku temu warunki. To oznacza, że dysponują oszczędnościami lub nie utracili swoich możliwości zarobkowania – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Prof. Gomułka uważa, że liczba wszystkich Ukraińców w Polsce może oscylować wokół miliona. Wśród nich są również tacy, którzy pracują chwilowo lub w ogóle się nie rejestrują. Zdaniem eksperta, ogólnie to dość liczna grupa, co ma związek z brakami siły roboczej na naszym rynku pracy. W ciągu ostatnich 2-3 lat przedsiębiorcy musieli zabiegać o pracowników spoza naszego kraju. Powstawały specjalne biura, które zajmowały się rekrutacją obcokrajowców, głównie Ukraińców. Na drugim planie byli Białorusini. Natomiast pandemia spowodowała duże zaburzenie, zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie.

– Jeżeli w ostatnich miesiącach Ukraińcy stracili pracę, np. polegającą na sprzątaniu firm, to mogli  przenieść się do opieki nad starszymi osobami. W dobie pandemii seniorzy są bardziej zagrożeni, więc potrzebują ludzi, którzy pomogą im w zwykłym codziennym życiu, np. w zrobieniu zakupów. Są też inne dziedziny, w których mogą teraz zarabiać. To m.in. gospodarka magazynowa czy dostarczanie produktów zamawianych online – informuje prof. Mączyńska.

Natomiast ekonomista Marek Zuber zaznacza, że pracownicy ze wschodnich państw są w zasadzie jedyną alternatywą, na którą dzisiaj zgadzają się Polacy. Ukraina jest największym z nich, co przekłada się na liczbę wydawanych zezwoleń na pobyt. Jak podkreśla ekspert, tam systematycznie rośnie poziom życia, ale proces ten pozostaje ograniczony. I realne dochody wciąż są niższe niż w Polsce.

– Przed pandemią były takie obawy, że duża część Ukraińców wybierze wyjazdy do Niemiec. Tam zarobki są mniej więcej 3 razy wyższe niż w Polsce, ale pracodawcy oczekują znajomości niemieckiego. To jednak okazało się sporą barierą. U nas tego problemu nie ma ze względu na podobieństwo języków i łatwość przyswajania polskiego przez Ukraińców – dodaje ekspert z PTE.

Jak stwierdza prof. Gomułka, jeżeli w Polsce wszystkich Ukraińców jest ok. 1 mln, to w ciągu kolejnych pięciu lat ta liczba może wzrosnąć nawet do 2 mln. Tak się może stać, szczególnie jeżeli rzeczywiście za rok rozpocznie się silniejsze odbicie gospodarcze w Polsce. Z przewidywań NBP wynika, że w latach 2022-2023 tempo wzrostu może być powyżej 4%.

– W tym roku spodziewamy się wzrostu bezrobocia, bo skończą się tarcze antykryzysowe, a gospodarka nie wejdzie na poziom sprzed pandemii. Ale taka sytuacja na rynku będzie przejściowa. Tak naprawdę w perspektywie 2-3 lat powróci problem z obsadzaniem wolnych stanowisk. Pojawia się pytanie o to, ilu jeszcze Ukraińców i Białorusinów będzie chciało u nas pracować. Jeśli niewielu, to powstanie poważny problem, w jaki sposób niwelować te braki w zatrudnieniu – podkreśla Marek Zuber.

Według prof. Mączyńskiej, zainteresowanie przyjazdami Ukraińców do Polski nie spadnie. Ich przyciąga m.in. rosnąca u nas płaca minimalna. A każdy, kto jest legalnie zatrudniony, ma ją zagwarantowaną, również obcokrajowcy. Jak podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, napływ pracowników z Ukrainy czy innych państw nie może spowolniać procesów robotyzacji, cyfryzacji oraz aktywizacji krajowych zasobów pracy. A w tych obszarach wciąż jest wiele do poprawienia.

Urlop ojcowski, dłuższe urlopy i równość płac – zmiany w Kodeksie pracy

Zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w naszym sejmie, trwają prace nad nowelizacją Kodeksu pracy. Unia Europejska pracuje nad projektem ujednoliconego urlopu ojcowskiego. Ma on trwać dwa miesiące, a wszystkie państwa członkowskie powinny go respektować w swoim ustawodawstwie. Zobaczymy, kiedy i w jakim stopniu wejdzie on w życie. Na razie Polski sejm pracuje się nad równie odważnymi zmianami. Jednym z nich jest wydłużenie urlopów.

– Szykuje się nowelizacja Kodeksu pracy dotycząca wydłużenia urlopów wypoczynkowych do 31 dni. Dotyczyłyby one osób, które pracują na pełen etat. Na razie trwają rozmowy partnerów – czyli związków zawodowych, strony rządzącej i przedsiębiorców. Projekt ten budzi bowiem dużo kontrowersji – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Do Kodeksu pracy ma być również wprowadzona na stałe praca zdalna. Do tego kroku przymusza ustawodawców sytuacja pandemiczna i zmiana kultury pracy w przedsiębiorstwach, które coraz chętniej komunikują się ze swoimi pracownikami zdalnie. Planowane są również regulacje dotyczące równości płciowej w pracy. Nowa ustawa wprowadzi obowiązek równej płacy – bez względu na płeć, rasę i orientację. Jeżeli na przykład kobieta będzie zarabiała mniej od kolegi z pracy, wykonując te same zdania, będzie mogła żądać od pracodawcy wyrównania. Plany zmian w Kodeksie pracy są przedmiotem dyskusji trwającej już od wielu miesięcy. Zobaczymy, na ile będą przez ustawodawcę zrealizowane i które z nich wejdą w życie – wskazuje Bocianowski.

Finansowe YOLO, czyli „zetki” i „igreki” na minusie

Młode pokolenie, choć dopiero wkracza w dorosłe życie, często już na starcie miewa finansowe zaległości. Osoby poniżej 36. roku życia mają na swoim koncie łącznie 5,8 mld zł długów, a średnie zadłużenie młodego człowieka to prawie 5 tys. zł – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Co czwarty dłużnik notowany w Krajowym Rejestrze Długów ma mniej niż 36 lat. Grupę tę stanowią przedstawiciele pokolenia Z, czyli osoby w wieku 18-25 lat i młodsze oraz część pokolenia Y, czyli tzw. milenialsów, w wieku 26-35 lat. To łącznie ponad 639,5 tys. osób.

Młodzi zadłużają się coraz szybciej

Zadłużenie wszystkich konsumentów notowanych w KRD wynosi ponad 48 mld zł. Zobowiązania osób poniżej 36 r.ż. stanowią 12 proc. tej kwoty. Najliczniejszą grupę wśród zadłużonych młodych stanowią osoby między 26 a 35 r.ż. Na początku lutego 2021 r. do oddania miały prawie 5,28 mld zł. Z kolei dług młodych w wieku 18-25 lat sięga 508,6 mln zł. Nieuregulowane zobowiązania mają też niepełnoletni, na których ciąży dług w wysokości 421 tys. zł. Średnie zadłużenie osoby młodej w KRD to niespełna 5 tys. zł.

Wysoki odsetek osób poniżej 36. roku życia wśród dłużników może być niepokojącym sygnałem. Pokazuje, że wielu Polaków wchodzi w dorosłe życie z obciążeniem finansowym. W dodatku, jak obserwujemy w naszym rejestrze, najszybciej przybywa dłużników z najmłodszego pokolenia. Podczas gdy w innych grupach wiekowych liczba dłużników w 2020 roku praktycznie się nie zmieniła lub nieznacznie spadła, to w przypadku osób w wieku 18-25 lat przybyło ich o 18 proc. Jednocześnie kwota ich zadłużenia w tym czasie wzrosła ponad 30-krotnie. Nadal jest niższa w porównaniu do zaległości starszych grup wiekowych, ale przyrasta w najszybszym tempie – zaznacza Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Ile kosztuje młodość

Rosnące zadłużenie osób z młodego pokolenia można tłumaczyć ich dużymi potrzebami przy niewielkim budżecie. Na pokolenie Z ogromny wpływ ma moda i styl życia. Ciągle pojawiają się nowe gadżety, trendy, a nadążanie za nimi kosztuje. Jeśli dodać do tego łatwy dostęp do finansowania – poprzez zakupy na raty, kredyt konsumpcyjny czy szybką pożyczkę oraz małe doświadczenie w kwestii samodzielnego zarządzania finansami, to zwiększa się prawdopodobieństwo zaciągania impulsywnych i nieprzemyślanych zobowiązań. Te natomiast, jeśli nie zostaną spłacone, przeradzają się w długi.

Młodzi ludzie, choć nierzadko mają już rodziny i wydaje się, że powinni odpowiedzialnie zarządzać budżetem, nie zawsze sobie z tym radzą. Bywa, że zagalopują się w wydatkach ze względu na presję otoczenia. Na przykład co dwa lata wymieniają telefon, choć najnowszy model nie jest im wcale niezbędny, natomiast rata kredytu już przekracza ich możliwości finansowe – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Ale młodzi to nie tylko rozrzutni konsumenci. Wielu z nich inwestuje w swoją edukację i przyszłą karierę, nie zawsze jednak kończy się to powodzeniem: 4,2 mln zł wynoszą długi młodych wobec uczelni wyższych i ośrodków szkoleniowych.

Pożyczki, alimenty, jazda na gapę

Najwyższy dług jednak młodzi mają wobec firm zarządzających wierzytelnościami – ponad 2,6 mld zł. Ponad 1 mld zł wynoszą niezapłacone alimenty. Trzecie miejsce na liście wierzycieli zajmują banki, którym młode osoby muszą oddać ponad 557 mln zł. Spory dług mają także w firmach pożyczkowych – prawie 418 mln zł. Tu trzeba dodać jeszcze charakterystyczne dla tej kategorii wiekowej grzechy młodości, takie jak mandaty za jazdę bez biletu – 205 mln zł czy długi u operatorów telekomunikacyjnych – ponad 360 mln zł, za Internet, TV i komórki.

Pod względem geograficznym młodzi nie odbiegają poziomem zadłużenia od starszych grup wiekowych. Podobnie jak w przypadku pozostałych dłużników, najwięcej zobowiązań mają kolejno mieszkańcy województw: śląskiego, mazowieckiego i dolnośląskiego. Na Śląsku suma, którą zwrócić muszą osoby w wieku poniżej 36 lat, to ponad 850 mln zł, a na Mazowszu – prawie 762 mln zł. Trzecie miejsce wypracowali mieszkańcy Dolnego Śląska, którzy w sumie do oddania mają 576 mln zł. Podobną, sporą sumę niespłaconych zobowiązań mają też młodzi z Wielkopolski – ponad 527 mln zł.

Z kolei rekordzista wśród zadłużonych młodych pochodzi z Mazowsza. To 34-letni mężczyzna, którego dług wynosi 25,5 mln zł. Wierzycielem zdecydowanej większości jego zobowiązań jest administracja państwowa i samorządowa, ale mniejsze kwoty musi oddać również towarzystwu ubezpieczeniowemu, spółkom transportowym oraz firmie zarządzającej wierzytelnościami.

Co ciekawe, mężczyźni w wieku poniżej 36 lat mają łącznie ponad dwa razy wyższy dług niż ich rówieśniczki. W sumie oddać muszą ponad 4 mld zł. Kobiety w tym wieku są zadłużone na łącznie 1,7 mld zł.

Skutki pandemii

Eksperci zwracają również uwagę, że na finanse młodych duży wpływ miała pandemia, która spowodowała likwidację części miejsc pracy. Osoby młode częściej zatrudniane są na umowy cywilnoprawne. Według Eurostatu, umowy o dzieło bądź zlecenie stanowią 60 proc. podstawy zatrudnienia pracowników do 24 r.ż. Jak zauważają eksperci Towarzystwa Ekonomistów Polskich, osoby zatrudnione na umowy cywilnoprawne znacznie poważniej odczuły skutki koronakryzysu niż zatrudnieni na umowę o pracę. Są często zwalniane z dnia na dzień. Ich stanowisk pracy nie objęły także programy pomocowe, które miały zapobiegać zwolnieniom w firmach.

Według statystyk Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii w ciągu 2020 r. liczba bezrobotnych osób poniżej 35 r.ż. wzrosła o 21 proc. rok do roku i wyniosła prawie 415 tys. To o prawie 72 tys. więcej niż na koniec 2019 r. Najwięcej rejestracji jako bezrobotni młodzi dokonali w drugim kwartale ubiegłego roku. W IV kwartale 2020 r. pozostali najliczniejszą (40 proc.) grupą osób bezrobotnych w czasie pandemii. Faktyczna liczba młodych Polaków bez pracy może być jednak wyższa. Nieznany jest odsetek osób w tym wieku, które straciły zatrudnienie, ale nie zarejestrowały się jako bezrobotne.

90 mln zł na COVID-owe dopłaty do czynszu w pierwszym półroczu 2021 r. Czy najemcy potrzebują tego wsparcia?

Tylko do końca marca najemcy mogą złożyć w swojej gminie wniosek o dodatek mieszkaniowy ze specjalną dopłatą z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Sprawdziliśmy, jak wielu było chętnych na tego typu dopłatę do czynszu.

Dodatek mieszkaniowy z taką COVID-ową dopłatą to nawet 1500 zł miesięcznie. Od 5 stycznia do 31 marca 2021 r. mogą się o nią ubiegać wyłącznie najemcy, także wolnorynkowi, których dochód spadł drastycznie z powodu pandemii koronawirusa.

– Żeby uzyskać sam dodatek mieszkaniowy trzeba spełnić dość surowe kryteria dotyczące dochodu oraz powierzchni mieszkania. Np. średni dochód z ostatnich trzech miesięcy nie może zbytnio przekraczać 1564 zł na osobę, a w przypadku jednoosobowych gospodarstw domowych – 2189 zł – przypomina ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.Liczba dodatków mieszkaniowych

Ekspert dodaje, że w kwestii rządowej dopłaty do dodatku mieszkaniowego dochodzą dodatkowe wymagania. M.in. należy wykazać, że było się najemcą lub podnajemcą przed 14 marca 2020 r. (ewentualnie po tej dacie zamieniło na inny lokal), a dochód nie tylko uprawnia do dodatku mieszkaniowego, ale jest też co najmniej o 25% niższy od osiągniętego w 2019 r.

Przygotowując ustawę w tej sprawie rząd zakładał, że wskutek pandemii COVID-19 spadną dochody wielu najemców, a część z nich straci pracę. Na podstawie ankiety wśród najemców w prywatnych mieszkaniach oszacowano, że z tej formy wsparcia może skorzystać nawet 147 tys. gospodarstw domowych. Dopłaty do dodatków mieszkaniowych miałyby pochłonąć nawet 580 mln zł. W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii dowiedzieliśmy się, że w pierwszym kwartale 2021 r. wojewodowie wystąpili o dofinansowanie dla gmin w wysokości prawie 37,5 mln zł. Z kolei na dopłaty do dodatków mieszkaniowych w drugim kwartale, resort planuje przeznaczyć nieco ponad 53 mln zł.Udział województw w dopłatach do czynszu

Ministerstwo podkreśla, że do tej pory nie otrzymało informacji, ile z tych pieniędzy zostało już wykorzystanych przez gminy. Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak duże jest zainteresowanie dodatkami mieszkaniowymi z COVID-ową dopłatą w największych miastach.

 

Okazuje się, że pandemia aż tak bardzo nie uderzyła w budżety domowe najemców. Może o tym świadczyć zarówno niewielka liczba składanych wniosków o dodatek mieszkaniowy powiększony o dopłatę, jak i wysoki udział odmów. Np. w Warszawie wnioski złożyło tylko 80 najemców. 15 z nich zostało odprawionych z kwitkiem, bo najczęściej nie spełniali kryterium dochodowego. 17 najemców dostanie dodatek mieszkaniowy z dopłatą pod koniec tego miesiąca. Pozostali – 48 najemców – czeka jeszcze na decyzję o przyznaniu tego typu świadczenia, które wypłacane jest przez sześć miesięcy.

 

Z kolei w Gdańsku o dodatek mieszkaniowy powiększony o dopłatę do czynszu wystąpiło do tej pory 73 najemców. Urzędnicy rozpatrzyli dotychczas 28 wniosków. W 10 przypadkach ich decyzja była odmowna lub umarzająca postępowanie. Sześciu najemców dostanie sam dodatek mieszkaniowy, bo nie wykazali, że ich dochody spadły z powodu pandemii. Natomiast 12 najemców może się cieszyć z uzyskania dodatku z COVID-ową dopłatą, średnio 922 zł miesięcznie, w tym 605 zł to dopłata.

W Poznaniu przyznane dotychczas 20 najemcom dopłaty wynoszą średnio 342 zł. Przy czym najwyższa sięga 881 zł, zaś najniższa nie przekracza 6,5 zł. Najniższe są dopłaty w Łodzi – 23 najemcom z 27, którzy złożyli wniosek, przyznano od 5,3 zł do 171,4 zł.

– Kilkuzłotowe dopłaty mogą dziwić. Chodzi jednak o to, że dodatek mieszkaniowego z dopłatą może pokrywać maksymalnie 75% miesięcznego czynszu. Zdarza się, że sam dodatek jest wystarczającym wsparciem, a dopłata jest tylko uzupełnieniem – wyjaśnia Marek Wielgo.Wysokość dodatku mieszkaniowego

Dodajmy, że w Krakowie o dodatek mieszkaniowy z dopłatą wystąpiło 53 najemców. Jednak ich wnioski są jeszcze rozpatrywane. Dowiedzieliśmy się, że wypłaty świadczeń rozpoczną się najpóźniej w kwietniu.

– Na szczęście czarny COVID-owy scenariusz na rynku najmu do tej pory się nie sprawdził. Pandemia nie daje jednak za wygraną. Dlatego rząd powinien utrzymać, np. jeszcze przez pół roku, możliwość sięgania po dodatek mieszkaniowy z dopłatą – komentuje ekspert GetHome.pl.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Największe polskie firmy sceptyczne wobec unijnego Funduszu Odbudowy

W Polsce trwa obecnie dyskusja o ratyfikacji unijnego Planu Odbudowy dla Europy. Duże firmy, które będą jednym z jego największych beneficjentów, póki co nie biorą pod uwagę dodatkowych środków, które mogłyby otrzymać z Unii Europejskiej. Aż 80 proc. dużych firm ma zamiar sfinansować inwestycje ze środków własnych. Jak wynika z raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19.” przygotowanego przez DNB Bank Polska we współpracy z Deloitte tylko 30 proc. dużych przedsiębiorstw ma doświadczenie z pozyskiwaniem funduszy unijnych, a to właśnie dzięki nim mogą rozwijać się w obszarach technologii i ekologii, wspieranych w Planie Odbudowy dla Europy.

Na potrzeby raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19.” przeprowadzone zostało badanie wśród klientów DNB Bank Polska. To głównie duże przedsiębiorstwa z różnych branż gospodarki: energii odnawialnej, FMCG, handlowej, usługowej, motoryzacyjnej i przemysłu przetwórczego, TMT (telekomunikacja, media, technologie). Ankietowanych zapytano o wpływ pandemii COVID-19 na warunki prowadzenia biznesu.

Aż 62 proc. firm odczuło nieznaczne negatywne skutki sytuacji epidemiologicznej, zdaniem 26 proc. pandemia poważnie zagroziła funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, 7 proc. nie odczuło żadnych skutków, a 5 proc. doświadczyło takich, które zagrażały stabilności firmy. Warto jednak zaznaczyć, że nasi klienci to duże firmy, często z branż, które dzięki swojemu profilowi działalności stały się beneficjentami pandemii. COVID-19 w większym stopniu wpłynął na mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa – mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu DNB Bank Polska S.A.

Różnią się również obszary funkcjonowania, które najbardziej ucierpiały w wyniku pandemii. Te z firm, które odczuły nieznaczne negatywne skutki najczęściej wskazywały na bardzo silny negatywny wpływ na możliwość prowadzenia działalności w czasie lockdownu (47 proc.), popyt na produkty i usługi (39 proc.) i współpracę z dostawcami (37 proc.). W ich przypadku najmniejszy problem stanowiła dostępność pracowników (5 proc.).

Sytuacja wygląda zupełnie inaczej wśród przedsiębiorstw, które odczuły poważne skutki. Połowa z nich zauważyła silny negatywny wpływ na współpracę z dostawcami (50 proc.), dostępność pracowników i możliwość prowadzenia firmy w czasie lockdownu (po 44 proc.). Z kolei w grupie przedsiębiorstw, które odczuły negatywne skutki pandemii zagrażające stabilności firmy, najsilniejszy negatywny wpływ dotyczył możliwości prowadzenia działalności w trakcie lockdownu (67 proc.). Równie często silny negatywny wpływ był wskazywany w przypadku współpracy z dostawcami oraz dostępności pracowników.

Niewielka wiedza o funduszach UE

Wśród wszystkich ankietowanych przedsiębiorstw najczęściej wskazywanymi priorytetami strategicznymi na najbliższe lata są rozwój firmy poprzez wejście na nowe rynki, digitalizacja oraz wdrażanie nowych inwestycji. Najrzadziej wskazywane były redukcja kosztów pracowniczych, znalezienie nowych dostawców oraz inne priorytety strategiczne.

W przypadku pytania dotyczącego źródeł finansowania nowych inwestycji zdecydowanie najczęściej wskazywane były środki własne, zarówno jako sposób finansowania głównych inwestycji, jak i dodatkowych (80 proc.). Na drugim miejscu pod tym względem znalazły się produkty bankowe (43 proc.). Jedynie niespełna jedna czwarta ankietowanych chce skorzystać z funduszy unijnych przy finansowaniu swoich podstawowych inwestycji. Zdecydowanie najrzadziej wybieraną formę stanowią emisja akcji i obligacji. Takie instrumenty planuje wykorzystać od 3 do 13 proc. przedsiębiorstw.

Chcieliśmy również sprawdzić, czy przedsiębiorstwa miały już doświadczenia w pozyskiwaniu funduszy UE i jedna trzecia z nich zadeklarowała, że ma na ten temat obszerną wiedzę i aktywnie korzysta z niej w praktyce. Z kolei 23 proc. firm ma niewielkie doświadczenie ze środkami unijnymi, ale jednocześnie nie odczuwają potrzeby doskonalenia się w tym obszarze. Oznacza to, że przedsiębiorstwa mogą nie być świadome, jakie korzyści niesie ze sobą Plan Odbudowy dla Europy  – mówi Marcin Prusak, członek zarządu ds. bankowości korporacyjnej, DNB Bank Polska.

Nacisk na klimat i technologię

Plan Odbudowy dla Europy, często określany jako Nowy Plan Marshalla, ma pomóc państwom członkowskim UE przywrócić konkurencyjność po okresie pandemii i restrykcji, jednocześnie kładąc nacisk na przyspieszenie transformacji cyfrowej i ekologicznej. Co istotne, oba te obszary transformacje są bezpośrednio wbudowane w proces uruchamiania środków: co najmniej 37 proc. wydatków w planie odbudowy każdego kraju ma być związane z klimatem, a 20 proc. z transformacją cyfrową.

Wśród ankietowanych przedsiębiorstw wyraźny jest sceptycyzm dotyczący Planu Odbudowy dla Europy. Jedynie w przypadku inicjatywy „Zwiększenie mocy“ więcej niż połowa ankietowanych przedsiębiorstw wskazała, że może się ona przyczynić do rozwoju firmy. Priorytet ten zakłada rozwój czystych technologii, a więc wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, w tym promowany przez Unię Europejską wodór. Z kolei 43 proc. przychylnie patrzy na łączność, czyli dostęp do usług szerokopasmowych, w tym 5G. Niewiele mniej, bo 41 proc., uważa, że dzięki unijnym środkom uda się zmodernizować usługi publiczne.

Przynajmniej na razie w Polsce zbyt mało mówi się o szczegółach Planu Odbudowy, co z niego wynika i jakie korzyści środki te mogą przynieść poszczególnym branżom. Skoro tak niewielki procent dużych przedsiębiorstw wie cokolwiek na ten temat, to zapewne w sektorze MŚP wiedza ta jest jeszcze mniejsza. W Polsce potrzebna jest kampania informacyjna, która mówiłaby o korzyściach płynących ze środków zaproponowanych przez UE. Mamy nadzieję, że Raport Kierunki 2021 zainicjował dyskusję w tym temacie. Jednak to szczegółowe lokalne programy wsparcia oraz klarowne kryteria przyznawania środków to punkt wyjścia do zwiększenia świadomości w tym obszarze – tłumaczy Artur Tomaszewski.

Przedsiębiorstwa zdają sobie sprawę z konieczności nieustannego rozwoju we wspomnianych obszarach. Ankietowani wskazali, że w najbliższym czasie planują wdrożyć rozwiązania z zakresu robotyzacji i automatyzacji procesów biznesowych (48 proc.), big data (28 proc.), a także przejście do chmury (18 proc.).

Natomiast najczęściej planowanymi nowymi działaniami w obszarze środowiska są zmiana w kierunku korzystania z odnawialnych źródeł energii oraz rozwój nowych produktów i usług, przyjaznych dla środowiska. O takich zamiarach opowiedziało 50 proc. firm.

Zamiast obrotów rosną zaległości

Wprowadzenie od 20 marca ponownego lockdownu na terenie całej Polski jeszcze bardziej uderzy w gospodarkę. Przedsiębiorcy doświadczeni przez COVID-19 jak i pozostali, w dłuższej perspektywie czasowej są jednak optymistami. Liczą, że gdy tylko zniesione zostaną obostrzenia, ich obroty wzrosną. Uważa tak 39 proc. MŚP, spadku spodziewa się jedynie 4 proc. firm. Najważniejsze jednak, by przetrwać przedłużającą się pandemię, bo prognozy poprawy opierają się m.in. na założeniu, że części konkurencji się to nie uda – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na razie zamiast obrotów rosną zaległości wobec dostawców i banków. Od kwietnia ub.r. do stycznia br. podwyższyły się one o ponad 0,5 mld zł, głównie w turystyce, gastronomii, handlu, transporcie, wynajmie maszyn i pojazdów, kulturze oraz sporcie.

W związku z rosnącą falą zachorowań na COVID-19, od soboty 20 marca na razie do 9 kwietnia, znów w całym kraju obowiązują ograniczenia działania dla wielu branż. Zamknięte są m.in. hotele (z wyjątkiem hoteli robotniczych i podróży służbowych), instytucje kultury, obiekty sportowe, w tym stoki narciarskie. Przywrócone zostały ograniczenia dla galerii handlowych: czynne są tam jedynie sklepy spożywcze, apteki, drogerie, salony prasowe, księgarnie, sklepy zoologiczne i z artykułami budowlanymi. W galeriach działać mogą też usługi fryzjerskie, optyczne, bankowe i pralnie. Gastronomia w dalszym ciągu może oferować posiłki jedynie na wynos.

Pod koniec stycznia cztery na dziesięć mikro, małych i średnich firm dotkniętych pandemią spodziewało się, że w tym roku kondycja ich biznesów powróci do stanu sprzed COVID-19. Przedsiębiorcy wchodzili w 2021 r. z nastawieniem umiarkowanie optymistycznym, sytuacja jednak szybko się zmienia. – Ogłoszenie kolejnego pełnego lockdownu oddala perspektywę poprawy wyników finansowych, a dla niektórych przedłużające się miesiące ograniczeń mogą definitywnie przełożyć się na zakończenie działalności – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Firmy, którym uda się przetrwać, w dużej mierze liczą jednak, że odbiją sobie gorsze czasy. 39 proc. spodziewa się, że gdy tylko zniesione zostaną wszelkiego rodzaju obostrzenia ich sprzedaż pójdzie w górę, 45 proc. zakłada, że utrzyma obroty, a tylko 4 proc. przewiduje, że im się pogorszy. Więcej pesymistycznych odpowiedzi – ok. 7 proc. – udzielają przedstawiciele transportu i usług – dodaje.

Przyczyn poprawy przedsiębiorcy upatrują głównie w ponownie składanych zamówieniach przesuniętych i zawieszonych wcześniej przez odbiorców, we wzroście liczby zamówień wynikających z odreagowania spowolnienia i zastoju w czasie pandemii, a także w nowych inwestycjach.

Obroty po pandemii

Wśród wymienianych powodów są też dwa mniej optymistyczne – wzrost cen towarów i usług (17 proc.) oraz spadek konkurencji, bo zdaniem ponad 9 proc. respondentów, słabsi nie przetrwają na rynku.

Nieliczni pesymiści spodziewający się ograniczenia popytu po pandemii, prognozują tak głównie ze względu na kryzys jaki wywoła w ich odczuciu przedłużająca się epidemia. Zakładają, że w związku z tym klienci będą ograniczać wydatki.

– Rozbieżność opinii co do tego, czy po pandemii będzie lepiej, czy też gorzej, jest nie mniejsza wśród prognozujących przedsiębiorstw niż spodziewane przez nie różnice w konsekwencjach jakie niosą dla poszczególnych gałęzi gospodarki kolejne lockdowny. O ile w przypadku zarażania ludzi COVID-19 działa losowo, to blokady uderzają w konkretne branże, dosięgając rykoszetem też firmy je wspierające – mówi Sławomir Grzelczak.

Dobrze uświadamiają to widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie BIK zaległości firm wobec dostawców i banków. Na koniec stycznia sięgnęły one 33,69 mld zł. Kwota ta przez 10 miesięcy, licząc od kwietnia zeszłego roku, wzrosła o ponad 0,5 mld zł, czyli 1,6 proc., ale już wśród firm zajmujących się działalnością kulturalną było to 16 proc. (4,7 mln zł), w przypadku firm zaangażowanych w sport i rekreację 18 proc. (17 mln zł), wśród wynajmujących i dzierżawiących maszyny oraz pojazdy 36 proc. (55 mln zł). Biznesy turystyczne zwiększyły zaległość o prawie jedną czwartą, do 100 mln zł, a gastronomia o 9 proc., do 707 mln zł.

W przypadku transportu było to o ponad 5 proc. więcej zaległości, ale przy skali sektora przełożyło się to na prawie 111 mln zł dodatkowych przeterminowanych zobowiązań. Podobnie w handlu, który zwiększył zadłużenie o niecałe 2 proc., co w przeliczeniu na kwotę oznacza 140 mln zł nieopłaconych faktur i rat kredytów na które czekają dostawcy i banki. Natomiast w takich sektorach jak przemysł i budownictwo kwota zaległości się nie zmieniła.

Z danych BIG InfoMonitor wynika, że łączna liczba przedsiębiorstw z problemami w spłacie bieżących zobowiązań przekroczyła na koniec stycznia 322,1 tys. Przez 10 miesięcy w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK przybyło 7883 firm opóźniających o co najmniej 30 dni płatności faktur i rat kredytowych na minimum 500 zł wobec jednego wierzyciela. Tylko w styczniu doszło 1558 takich przedsiębiorstw.

Badanie Instytutu Keralla Research, realizowane co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm, głównie prowadzących wymianę towarów i usług z innymi przedsiębiorstwami. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: styczeń – luty 2021 r.

Przegląd wydarzeń tygodnia 22.03 – 26.03.2020

Apetyt na ryzyko związany z silniejszym ożywieniem nie może przebić się na pierwszy plan, kiedy nastroje są dyktowane przez rosnące rentowności obligacji skarbowych USA. Ponieważ decyzja Fed nie przyniosła uspokojenia, presja może szybko nie zniknąć, wprowadzając zamęt wśród ryzykownych aktywów. Dane makro są drugorzędne, choć chwilową uwagę przyciągną indeksy PMI z Europy i USA.

Wydarzenia tygodnia: PMI z USA/Europy, Powell w Kongresie, Ifo, rynek pracy/sprzedaż z Wlk. Brytanii, SNB

USA

W USA lepsze od oczekiwań odczyty regionalnych wskaźników koniunktury dobrze rokują przed publikacją ogólnokrajowych PMI (śr). Silne wyniki będą podnosić oczekiwania dla wzrostu i inflacji, prawdopodobnie napędzając wzrost rentowności obligacji skarbowych. Trzeci odczyt PKB za IV kw. (czw) ma znaczenie trzeciorzędne. Trudne warunki pogodowe w lutym mogą wpłynąć na sprzedaż nieruchomości (pon, wt). Prezes Fed Powell razem z sekretarz skarbu Yellen będą przemawiać w Kongresie (wt, śr). Po Powellu spodziewamy się podtrzymania dotychczasowego przekazu – konieczne utrzymanie wysoce akomodacyjnych warunków finansowych z podkreśleniem ryzyk zbyt wczesnego wycofania wsparcia monetarnego. Nie spodziewamy się reakcji dolara na wystąpienia.

Strefa euro

W strefie euro oczekuje się kolejnego silnego odczytu PMI dla przemysłu (śr) za silnym odbiciem popytu globalnego. Ale sektor usługowy pozostaje w kontrakcji przy trudnościach z odbudową aktywności. Powracające restrykcje (w Hiszpanii i Francji) będą hamować powrót ożywienia. Niemiecki indeks Ifo (pt) powinien potwierdzać wskazania z badania ZEW – lekka poprawa zarówno oceny bieżącej, jak i perspektyw. Pomimo przedłużenia obostrzeń, sektor przemysłowy trzyma się mocno, korzystając z przyspieszenia globalnego. Dopóki dane nie będą sugerować odbicia gospodarczego w kolejnych kwartałach, ich wpływ na EUR pozostaje znikomy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii zapowiada się bogaty w publikacje tydzień. Rynek pracy w lutym (wt) będzie odczuwał skutki lockdownu z poprzednich tygodni, stąd spodziewany jest spadek zatrudnienia. Dynamika płac przyspieszy, prawdopodobnie odzwierciedlając redukcję niskopłatnych etatów. Inflacja CPI (śr) ma wzrosnąć nieznacznie, ale wyższe ceny energii podtrzymają trend w kolejnych miesiącach. Po sprzedaży detalicznej (pt) oczekuje się lekkiego odbicia po styczniowym zahamowaniu aktywności. Marcowe wznowienie działalności po lockdownie powinno przynieść odbicie indeksu PMI dla usług (śr). Dla GBP dane rzutujące na przyszłość (jak PMI) powinny mieć większe znaczenie, a tutaj ryzyka przeważają po stronie pozytywnych zaskoczeń.

Szwajcaria

To ten moment w kwartale, kiedy Szwajcarski Bank Narodowy podejmuje decyzję w sprawie stopy procentowej (czw). Nie spodziewamy się żadnych zmian w polityce z utrzymaniem gołębiego języka w stosunku do franka („wysoko wyceniany”) z gotowością do interwencji, jeśli będzie to konieczne. Jednak gdy EUR/CHF istotnie odbił ponad 1,10, SNB ma przestrzeń do spokojnego obserwowania rynku walutowego. Ale na rezygnacje z gołębiego forward guidance już miejsca nie ma, gdyż zimowa fala zachorowań uderzyła w gospodarkę mocniej niż bank zakładał w grudniowych prognozach.

Polska

W Polsce podaż pieniądza (pon) i stopa bezrobocia (wt) nie będą miały przełożenia na rynek FX. Złoty, jak inne waluty rynków wschodzących, jest pod presją z tytułu rosnących rentowości obligacji skarbowych i silnego dolara. Tematy lokalne są na drugim planie, choć przedłużenie niepewności w sprawie kredytów frankowych (przełożenie rozprawy SN z 25 marca na 13 kwietnia) oraz trzecia fala zachorowań nie budują pozytywnego tła, by przerywać wyprzedaż. Bez korekty na rynku długu USA, EUR/PLN pozostanie na podwyższonych poziomach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cyfrowa transformacja polskich firm przyspiesza w czasie pandemii. Koszty inwestycji w nową infrastrukturę można ograniczyć średnio o 50 proc.

Proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw przebiega w Polsce na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie – wynika z raportu Deloitte’​a. Dla 70 proc. polskich firm pandemia była głównym motorem napędowym cyfrowych zmian, co wynika m.in. z konieczności przestawienia się na model pracy zdalnej. Jednak potrzeba dokonania transformacji cyfrowej oznacza też konieczność inwestycji i poniesienia związanych z nimi kosztów. Te można znacząco ograniczyć, wybierając odpowiednią infrastrukturę.

– Cyfrowa transformacja w czasach pandemii to już nie tylko możliwość zbudowania przewagi rynkowej, lecz absolutna konieczność dla wszystkich polskich firm chcących utrzymać się w nowej rzeczywistości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.

Proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług oraz wprowadzanie nowych modeli biznesowych, przebiega w Polsce na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie – wynika z opublikowanego w ubiegłym roku raportu Deloitte’a („Przemysł 4.0 w Polsce”). W badaniu 58 proc. menedżerów wyższego szczebla wskazało, że cyfrowa transformacja to priorytet w ich organizacji.

Pandemię jako przyczynę przyspieszonej digitalizacji wskazało aż 70 proc. przedsiębiorstw w najnowszej odsłonie raportu „Smart Industry Polska”. Większość polskich firm podjęła w ciągu ostatniego roku intensywne działania w zakresie cyfrowej transformacji biznesu, skupiając się m.in. na wdrożeniu pracy zdalnej i przeniesieniu procesów wewnętrznych do sieci internet – pokazał wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją” opracowany przez Deloitte’a.

– Pandemia okazała się dodatkowym bodźcem, który skłonił polskie firmy do przyspieszenia procesu technologicznej transformacji – mówi Aleksander Jagodzki. – To głównie konieczność przeniesienia pracy do kanału online’owego stymulowała ten proces. W tej chwili większość z nas swoje obowiązki służbowe wykonuje właśnie online, co z kolei zmienia wymogi odnośnie do wykorzystywanych narzędzi oraz  infrastruktury. 

Potrzeba dokonania transformacji cyfrowej oznacza konieczność inwestycji i poniesienia związanych z nimi kosztów, które mogą się okazać barierą dla wielu polskich firm. Koszty można jednak znacząco ograniczyć, wybierając odpowiednią infrastrukturę.

– Bardzo istotna dla transformacji cyfrowej w firmach jest nowoczesna infrastruktura. Ona powinna być nie tylko wydajna, ale również skalowalna i elastyczna, bo obecnie w takich dynamicznych czasach żyjemy – mówi Andrzej Syta, Presales Manager Goldenore. – Potrzebne jest więc połączenie sprzętu i oprogramowania, które stworzą nowoczesną, dynamiczną platformę, doskonałą do budowy cyfrowej organizacji.

Jak wskazuje, takim właśnie rozwiązaniem jest platforma IBM LinuxONE, która łączy innowacje Linuksa i środowiska open source na platformie serwerowej IBM Z, oferując m.in. niezawodność, konsolidację obciążeń, najwyższy poziom bezpieczeństwa czy narzędzia do zarządzania infrastrukturą. Co najistotniejsze, platforma pozwala też ograniczyć koszty ze względu na wykorzystanie mniejszej liczby rdzeni przy zachowaniu lub nawet zwiększeniu mocy przetwarzania. Według analizy IDC Polska na zlecenie IBM pozwala to znacząco ograniczyć koszty ponoszone przez firmy na zakup i utrzymanie licencji.

– Chodzi o liczbę zadań, jakie maszyna jest w stanie wykonać w przeliczeniu na jedną licencję. Mamy tu do czynienia z procesorami IFL, które mogą pracować pod średnim obciążeniem nawet 90 proc., a wyższa przepustowość kanałów transmisji danych pozwala skrócić czas odpowiedzi na zapytania. Dodatkowo operacje zapis/odczyt, które zwykle stanowią ok. 1/3 wszystkich zadań wykonywanych przez procesory, tu przejmowane są przez dedykowane i specjalizowane jednostki, które nie wymagają licencjonowania – tłumaczy Andrzej Syta.

Z analizy IDC Polska wynika, że wdrożenie platformy LinuxONE III w przedsiębiorstwach pozwoli m.in. na zmniejszenie o 85 proc. zajętej powierzchni serwerowni, ograniczenie kosztów zużycia energii elektrycznej do 80 proc., ograniczenie liczby administratorów o co najmniej 60 proc., a także zmniejszenie inwestycji w infrastrukturę sieciową.

Dla przykładu całkowity koszt zastosowania (TCO) platformy w systemie bankowym Temenos T24 wykazał oszczędności od 15 do 49 proc. w porównaniu z tradycyjną platformą x86.

– LinuxONE III to w tej chwili jedna z najstabilniejszych platform serwerowych. Zapewnia wysoką dostępność, a poprzez konsolidację baz danych znaczące optymalizacje w zakresie licencyjnym. Dzięki wydajnemu systemowi I/O oraz procesorom IFL możemy ograniczyć liczbę rdzeni i tym samym ograniczyć koszt zakupu i utrzymania licencji – wskazuje Aleksander Jagodzki.

Szybkie tempo technologicznych zmian to jednak także wyzwania dla firm w zakresie cyberbezpieczeństwa. Z raportu „Cyberbezpieczeństwo w polskich firmach 2021” przygotowanego przez Vecto wynika, że już ponad 64 proc. polskich firm miało do czynienia z cyberincydentem zagrażającym bezpieczeństwu danych i systemów IT. To o 19 proc. więcej niż w ubiegłorocznym badaniu. Pandemia i zmiany m.in. w modelu pracy generują zupełnie nowe zagrożenia, co potwierdza 82 proc. badanych firm. Jednocześnie tylko 12 proc. ankietowanych firm wprowadziło dodatkowe zabezpieczenia dla pracowników w trybie home office.

– Wraz z cyfrową transformacją biznesu można zadbać także o cyberodporność – wskazuje Andrzej Syta. – Wdrażając platformę LinuxONE III, dostajemy w pakiecie kompleksowe szyfrowanie, za które odpowiadają procesory kryptograficzne, nie obciążając głównych jednostek, i pełną ochronę danych. Nowe rozwiązanie Data Privacy Passports pozwala na szyfrowanie danych, przyznawanie i odbieranie uprawnień dostępu do nich oraz utrzymanie nad nimi pełnej kontroli – nawet kiedy trafiają poza przedsiębiorstwo, np. w przypadku stosowania hybrydowych środowisk wielochmurowych. Mechanizmy kontroli DPP są zachowane nawet dla sporządzonych kopii danych, co jest rewolucyjnym rozwiązaniem.

Z październikowych prognoz IDC wynika, że do 2023 roku już 75 proc. wszystkich organizacji na świecie będzie dysponować konkretnymi planami wdrożenia cyfrowej transformacji. Jeszcze pół roku temu takie cele miało 27 proc. przedsiębiorstw.

Trafiające do Bałtyku zanieczyszczenia zostają w nim nawet 30 lat. Największy wpływ na jego zasoby mają konsumenci

Morze Bałtyckie jest wyjątkowe w skali całego świata, ponieważ jest dość słodkie, a wymiana wody trwa w nim nawet 30 lat. To oznacza, że zanieczyszczenia, które trafiają do niego z niemal całego obszaru Polski, pozostają w nim na długo i wpływają na populację ryb bałtyckich. Z okazji obchodzonego 22 marca Światowego Dnia Ochrony Morza Bałtyckiego organizacje ekologiczne i rybacy apelują do konsumentów o pomoc w ochronie zasobów. – Nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo wystarczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

– Bałtyk jest bardzo specyficznym morzem, nawet w skali całego świata. Jest zbiornikiem wód brachicznych, dodatkowo jest dość słodkim morzem, a wymiana wody – przez to, że jest na wpół zamknięty – zajmuje mu około 30 lat. Dlatego wszystkie zanieczyszczenia i wszystko, co przedostanie się do Bałtyku, zostanie w nim minimum przez tyle czasu. Stąd tak ważne jest, żebyśmy zajęli się Bałtykiem i jego ochroną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olga Sarna, prezes zarządu Fundacji MARE.

22 marca w krajach położonych nad Bałtykiem co roku obchodzony jest Światowy Dzień Ochrony Morza Bałtyckiego, ustanowiony przez Komisję Helsińską w 1997 roku. Ma on zwrócić uwagę na konieczność podjęcia działań w celu ochrony wód tego morza i jego zasobów.

– Do najważniejszych problemów, z jakimi boryka się Bałtyk, należą odpady morskie: wszelkiego rodzaju plastik, zagubione, stare sieci rybackie czy np. niedopałki papierosów. Widzimy też bardzo postępujące zmiany klimatyczne, a konkretnie zmiany temperatury wody, które mają bardzo duży wpływ na organizmy żyjące w morzu. Ten akwen jest też mocno zanieczyszczony – spływają do niego zanieczyszczenia z przemysłu i rolnictwa, a pod wodą znajdują się wraki z paliwem i broń chemiczna z czasów I i II wojny światowej, które także zagrażają Bałtykowi. Tym tematem trzeba się zająć, zanim w nadchodzących latach to wszystko zacznie przedostawać się do wody – podkreśla Olga Sarna.

Jedną z najskuteczniejszych metod ochrony środowiska Morza Bałtyckiego jest zmniejszenie emisji zanieczyszczeń oraz eksploatacji jego zasobów, np. poprzez ograniczenie zużycia sztucznych nawozów w rolnictwie oraz skuteczniejsze oczyszczanie ścieków. Niemal cały obszar Polski (99,7 proc.) znajduje się w zlewni Bałtyku, więc każdy konsument ma wpływ na to, co ostatecznie trafia do morza.

– Tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy: w Gdańsku, w Warszawie, Krakowie czy we Wrocławiu – i tak mamy wpływ na Bałtyk. Wszystko to, co wylejemy czy wyrzucimy na ziemię, docelowo może spłynąć do Bałtyku i go zanieczyścić – wskazuje prezes zarządu Fundacji MARE.

– W naszym najnowszym programie edukacyjnym Naturalnie Bałtyckie chcemy pokazać Polakom, że nawet najmniejsza zmiana naszych codziennych przyzwyczajeń może wpłynąć na to, jak wygląda Bałtyk i na jak długo starczą nam jego zasoby – podkreśla Marcin Radkowski, prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Marka Naturalnie Bałtyckie informuje konsumenta, że ma on do czynienia z rybą bałtycką najwyższej jakości. Program ma na celu promowanie racjonalnego wykorzystywania zasobów morza i świadomej konsumpcji lokalnych ryb, których połów generuje najmniejszy ślad węglowy. Znakiem Naturalnie Bałtyckie oznaczane są produkty rybne wytwarzane z ryb pozyskanych z Bałtyku, zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi, a także bez szkody dla środowiska. Takim standardem jest też certyfikat MSC, który aktualnie polskie organizacje połowowe starają się uzyskać.

– Standard Zrównoważonego Rybołówstwa MSC to trzon naszego programu i wyznacza zasady, jakimi powinny kierować się rybołówstwa, które chcą poławiać w sposób zrównoważony, czyli taki, żeby nie zagrażać ekosystemom morskim, żeby chronić zwierzęta, które żyją w morzach i oceanach, a przy okazji eksploatować stada i gatunki ryb, które konsumują ludzie na całym świecie – mówi dr Marta Potocka, menedżer ds. kontaktów z klientami biznesowymi i rybakami w MSC Polska i Europa Centralna.

Polskie organizacje rybackie, które prowadzą połowy na Północnym Atlantyku czy Południowym Pacyfiku, są członkami  programu MSC już od ponad 10 lat. Od ubiegłego roku w procesie certyfikacji MCS uczestniczą też organizacje rybaków, którzy poławiają na rodzimym Bałtyku.

– Wyniki audytów, którym poddawani są polscy rybacy na Bałtyku, poznamy za kilka miesięcy – wskazuje dr Marta Potocka. – Przystąpienie polskich rybaków do programu MSC będzie dowodem, że faktycznie wszyscy poławiający ryby na Bałtyku robią to w sposób zrównoważony, bezpieczny dla naszego akwenu.

– Od jakiegoś czasu polscy rybacy są właściwie największą organizacją ekologiczną, której najbardziej zależy na tym, żeby dbać o zasoby Bałtyku. Realizowaliśmy projekty z wieloma organizacjami ekologicznymi, dotyczące np. usuwania z dna Bałtyku utraconych narzędzi połowowych, czyli tzw. sieci widm. Teraz jesteśmy w trakcie projektu, który ma ograniczyć emisję spalin emitowanych przez kutry rybackie. Staramy się też o certyfikat zrównoważonego rybołówstwa MSC dla naszych ryb bałtyckich – podkreśla Marcin Radkowski.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku w zakresie Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Co istotne, rzadko też sięgamy po ryby z Bałtyku. Rodzime gatunki, takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz, częściej trafiają na stoły w Skandynawii czy Europie Zachodniej, gdzie są cenione przez konsumentów ze względu na swoje prozdrowotne właściwości. Badania jednoznacznie udowadniają, że ryby i przetwory rybne z Bałtyku zawierają śladowe zawartości zanieczyszczeń i nie zagrażają konsumentom.

– Badania Morskiego Instytutu Rybackiego wskazują, że poziom zanieczyszczeń w rybach bałtyckich jest zdecydowanie niższy niż jeszcze 2030 lat temu. Zresztą ryby bałtyckie nigdy nie przekraczały jakichkolwiek norm, nawet się do nich nie zbliżamy. Ryby bałtyckie są pełne wielonasyconych kwasów omega-3, mają łatwo przyswajalne białko, mikroelementy i witaminy, dlatego gorąco je polecam. Powinniśmy wszyscy dbać o Bałtyk i o rzeki, które do niego wpadają, żeby tych zasobów starczyło nam na jak najdłużej – podsumowuje prezes zarządu Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb.

Środki z PPK mogą posłużyć za wkład własny na mieszkanie albo zabezpieczenie na wypadek choroby. Polacy nie chcą jednak w nich oszczędzać, obawiając się powtórki z OFE

– Niska partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wynika zapewne z braku zaufania m.in. przez to, co się stało z OFE. Natomiast porównywanie tych dwóch programów jest bardzo błędne – mówi Łukasz Bugaj, ekspert AXA TFI. Jak wskazuje, wielu Polaków wciąż nie wie także, że środki zgromadzone w PPK mogą stanowić poduszkę finansową na wypadek choroby albo posłużyć za wkład własny przy zaciąganiu kredytu na mieszkanie. Instytut Emerytalny w analizie za poprzedni rok wskazał, że na rynku nie ma obecnie drugiego bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który zapewniałby tak dobry zysk. W najbliższych tygodniach do programu muszą przystąpić najmniejsze firmy oraz administracja.

– Po trzech pierwszych etapach programu PPK partycypacja wynosi średnio około 30 proc. i jest na zaskakująco niskim poziomie. Ona różni się pomiędzy firmami, bo jest sporo przedsiębiorstw – choć głównie z kapitałem zagranicznym, w sektorze finansowym i IT – gdzie partycypacja jest zdecydowanie wyższa. Natomiast jest też ponad 30 tys. firm, w których do programu PPK nie zapisał się ani jeden pracownik i to jest bardzo smutny obraz – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Bugaj, menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI (wkrótce zmieni nazwę na UNIQA TFI).

Według danych Polskiego Funduszu Rozwoju pod koniec grudnia, po wdrożeniu pierwszych trzech etapów PPK, partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych wyniosła 30,4 proc., co oznacza uczestnictwo prawie 1,7 mln pracowników na blisko 7,4 mln uprawnionych. Z danych PFR wynika, że ok. 32 tys. firm nie wdrożyło efektywnie programu i nie zawarło żadnej umowy o prowadzenie PPK. Są to głównie firmy z III etapu, czyli zatrudniające między 20 a 50 pracowników.

PFR zakłada, że po IV etapie programu liczba uczestników wzrośnie do minimum 3,5 mln. Docelowo ma ich być ok. 6–8 mln, z partycypacją na poziomie ok. 50–75 proc.

– Wydaje się, że uczestnictwo w PPK jest na tak niskim poziomie ze względu na brak zaufania Polaków i nieznajomość tego programu. Natomiast gdyby dobrze się z nim zaznajomić, to on jest tak korzystny z punktu widzenia pracownika, że grzech z niego nie skorzystać – przekonuje ekspert AXA TFI. – Warto przynajmniej przez chwilę, na próbę skorzystać z programu PPK i zobaczyć, jak to wygląda. Jeśli ktoś już raz skorzysta z tych dopłat, to nie będzie chciał rezygnować.

Łukasz Bugaj ocenia, że niski poziom uczestnictwa w PPK to głównie efekt wielu mitów, które narosły wokół tego programu, i częstego porównywania go z otwartymi funduszami emerytalnymi.

– Porównywanie tych dwóch programów jest błędne i to z trzech powodów. Po pierwsze, środki zgromadzone w PPK są prywatne i to jest zapisane w ustawie. Tego nie było w przypadku OFE. Po drugie, środki z PPK w każdej chwili można wypłacić, natomiast w OFE takiej możliwości nie było. Wydaje się, że Polacy po prostu o tym nie wiedzą. Trzecia kwestia to atrakcyjność programu PPK, która jest zdecydowanie większa niż OFE, ponieważ wpłaty są dokonywane nie tylko ze strony pracownika, ale również pracodawcy i Skarbu Państwa. To znaczy, że środki na nasze konto w programie PPK płyną z trzech różnych źródeł – wyjaśnia.

Polski Fundusz Rozwoju podaje, że – mimo pandemicznego kryzysu i zawirowań na rynkach finansowych – średnia stopa zwrotu z funduszy PPK od powstania wyniosła 10,1 proc., a całkowita stopa zwrotu z inwestycji w PPK dla pracowników przekroczyła 122 proc. Według wyliczeń Instytutu Emerytalnego uczestnicy PPK uzyskali po pierwszym roku przeciętny zwrot na poziomie 95 proc. Tym, którzy po roku zrezygnowali i wypłacili wszystkie środki, pozostało w kieszeni 50 proc. więcej, niż sami przekazali do PPK plus 23 proc. zapisane dodatkowo na koncie emerytalnym w FUS. Inwestycje na własną rękę przyniosłyby tymczasem tylko ok. 10,5 proc.

– Pracownik w wieku 35 lat, który zarabia 4,5 tys. zł brutto, wpłaca do programu 90 zł miesięcznie. Mniej więcej drugie tyle dopłaca pracodawca i Skarb Państwa. Taka osoba do momentu osiągnięcia wieku emerytalnego, czyli 60 lat, wpłaci do PPK łącznie ok. 20 tys. zł. Natomiast – uwzględniając zyski z inwestycji oraz dopłaty ze strony pracodawcy i Skarbu Państwa – docelowo może zgromadzić ponad 112 tys. zł, czyli gigantyczną kwotę versus to, co sam wpłacił – wylicza ekspert AXA TFI.

W raporcie podsumowującym wyniki PPK na koniec 2020 roku eksperci Instytutu Emerytalnego wprost wskazują, że obecnie nie ma lepszego i bardziej pewnego sposobu oszczędzania, który gwarantowałby tak dobry zwrot. Z perspektywy uczestnika PPK ważne jest też to, że środki zgromadzone w programie są prywatną własnością, a w razie śmierci – podlegają dziedziczeniu.

– Konstrukcja tego programu, która polega na systematycznym wpłacaniu co miesiąc niewielkich kwot, jest bardzo korzystna. Te kwoty sumują się z biegiem lat, dzięki czemu zwłaszcza osoby młode mogą w ten sposób zgromadzić bardzo duży kapitał. Ponadto tutaj wszystko dzieje się automatycznie. Nie musimy o niczym pamiętać, składki są odprowadzane za nas, po pewnym czasie nawet przestajemy to dostrzegać. Ten automatyzm i systematyczność powodują, że środki się gromadzą i po pewnym czasie możemy się zdziwić, ile byliśmy w stanie ich odłożyć – mówi Łukasz Bugaj.

Środki zgromadzone w PPK można wycofać w każdej chwili, nie czekając do emerytury, chociaż nie będzie to bezkosztowe.

– Przy rezygnacji trzeba odprowadzić podatek od zysków kapitałowych tak jak w każdym innym programie. W takim przypadku stracimy też dopłaty Skarbu Państwa, ale zatrzymamy praktycznie całość dopłat ze strony pracodawcy. Gros, czyli 70 proc., zostanie nam wypłacone w formie bezpośredniej, natomiast 30 proc. trafi do ZUS-u na poczet przyszłej emerytury – precyzuje menedżer komunikacji inwestycyjnej w AXA TFI.

Co istotne, środki z PPK można też wypłacić przed 60. rokiem życia bez żadnych potrąceń. Jednorazowo do 25 proc. w sytuacji poważnego zachorowania uczestnika PPK lub jego najbliższych (małżonek, dziecko) albo 100 proc. na cele mieszkaniowe, aby pokryć wkład własny przy zaciągnięciu kredytu na zakup mieszkania czy budowy domu.

– Ciężko w tej chwili znaleźć drugi program inwestycyjny, który jest tak korzystny jak PPK – podkreśla Łukasz Bugaj.

Pracownicy mający od 18 do 55 lat zostają zapisani do PPK automatycznie. Pracownicy w wieku 55–70 lat muszą złożyć w tym celu wniosek do pracodawcy. Firma zawiera w imieniu pracowników umowę o prowadzenie PPK i finansuje za niego wpłatę podstawową wynoszącą 1,5 proc. wynagrodzenia. Może też sfinansować wpłatę dodatkową – do 2,5 proc. wynagrodzenia. Na rachunek PPK trafiają też wpłaty finansowane przez samego uczestnika PPK, pobierane z jego pensji. To zasadniczo 2 proc. wynagrodzenia, ale w przypadku osób o niskich zarobkach można obniżyć je do 0,5 proc. Uczestnik PPK otrzymuje też od Skarbu Państwa jednorazową wpłatę powitalną 250 zł oraz dopłaty roczne w wysokości 240 zł.

Pracownicy, którzy nie chcą uczestniczyć w programie, mogą się z niego wypisać. Co istotne, mogą także do niego wrócić, nawet jeśli wypłacili wcześniej zgromadzone środki. Deklarację ponownego przystąpienia do programu można złożyć w każdym momencie.

Problem niedoboru wody pitnej może się pojawić w Polsce w ciągu kilkunastu lat. Rusza właśnie największa ogólnopolska akcja sprzątania rzek

Na jednego Polaka przypada statystycznie ok. 1,8 tys. m³ wody rocznie, podczas gdy średnia w Europie sięga 5 tys. m³. Polska jest jednym z państw najuboższych w wodę i problem jej niedoboru może się pojawić w ciągu kilkunastu lat. Dlatego konieczne staje się oszczędzanie wody i dbanie o jej zasoby. W przypadającym 22 marca Światowym Dniu Wody rusza największa ogólnopolska akcja społecznego sprzątania rzek w Polsce. Do końca sierpnia kilka tysięcy wolontariuszy z całego kraju będzie sprzątać rzeki, ich dopływy i okolice ze śmieci i zanieczyszczeń, a do akcji masowo włączyły się też samorządy i biznes.

Jak wynika z raportu „Woda w rolnictwie”, opracowanego przez Koalicję Żywa Ziemia we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla i WWF Polska, na jednego mieszkańca Polski przypada rocznie około 1,8 tys. m³ wody (średnia w Europie jest prawie trzykrotnie wyższa i wynosi ok. 5 tys. m³), ale w okresach suszy jej ilość spada nawet do 1,1 tys. m³. Przez ograniczone zasoby wody pitnej Polska jest jednym z państw najbardziej zagrożonych kryzysem wodnym, który postępuje wraz ze zmianami klimatycznymi.

– Polska ma zasoby słodkiej wody zbliżone do Egiptu i – choć trudno w to uwierzyć – perspektywa niedoborów wody pitnej jest w dłuższej perspektywie całkiem realna. Nie można określić, czy stanie się to za rok, czy za 10 lat, ale przyspieszające zmiany klimatu pokazują nam już dziś, że powinniśmy zrobić wszystko, żeby ten scenariusz się nie ziścił – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Oleg Stasiewicz, prezes zarządu Aquaphor Poland Sp. z o.o.

Jak wynika z danych opracowanych przez Fundację Aeris Futuro i Rankomat.pl, statystyczny Polak bezpośrednio zużywa ok. 92 l wody dziennie, ale po uwzględnieniu wody potrzebnej do wyprodukowania żywności i towarów, które kupujemy, ślad wodny każdego z nas sięga prawie 3,9 tys. l. To pokazuje, że oszczędzanie wody jest koniecznością, bez której problem jej niedoboru może się pojawić już za kilkanaście lat.

– Choć wydaje się, że problem dostępu do wody pitnej nie dotyczy Polaków, sytuacja Polski wcale nie jest wesoła. Jesteśmy dumni z naszych rzek, mokradeł i jezior, jednak polskie zasoby naturalne są skromne. Mamy najmniej wody spośród wszystkich krajów europejskich i amerykańskich, a także w porównaniu z wieloma krajami środkowej Afryki czy południowej i środkowej Azji – mówi cytowany w komunikacie prasowym Daniel Parol, pomysłodawca i organizator Operacji Czysta Rzeka.

Operacja Czysta Rzeka to największa zorganizowana akcja społecznego sprzątania rzek w Polsce. W tym roku odbędzie się już po raz trzeci. Pierwsza edycja miała miejsce w 2019 roku, kiedy ponad 2 tys. wolontariuszy z całego kraju zebrało prawie 55 ton śmieci. W zeszłym roku – ze względu na sytuację epidemiczną – odbyła się tylko częściowo. Tegoroczna edycja startuje 22 marca, czyli w ustanowiony przez ONZ Światowy Dzień Wody.

– Zanieczyszczanie wód powierzchniowych jest niczemu niesłużącą, samolubną bezmyślnością. Rzeki są nie tylko elementem krajobrazu, ale i miejscem występowania bezcennej fauny i flory. To nasze wspólne dobro, o które trzeba dbać – podkreśla Oleg Stasiewicz.

Rejestracja lokalnych sztabów, które chcą wziąć udział w ogólnopolskim sprzątaniu rzek, potrwa do 6 kwietnia. Wolontariusze natomiast mogą się zgłaszać do 10 kwietnia, dopisując się do już zarejestrowanych sztabów (na stronie internetowej akcji www.operacjarzeka.pl). Akcja sprzątania rzek w całej Polsce zakończy się 29 sierpnia. Będzie powiązana z szeregiem akcji edukacyjnych skierowanych do dorosłych i dzieci, których celem jest kształtowanie proekologicznych postaw. Jak co roku wsparły ją również samorządy, NGO-sy, firmy oraz media, a także przedstawiciele życia publicznego, w tym m.in. Urszula Dudziak, Kayah, Marek Kamiński czy Justyna Steczkowska. W tym roku do grona sponsorów i partnerów strategicznych Operacji Czysta Rzeka dołączył też Aquaphor, którego działalność biznesowa jest ściśle związana z tematyką oszczędzania i uzdatniania wody.

– To akcja, w której wzięliśmy udział po raz pierwszy, ale na pewno zostaniemy z nią na dłużej. Cel jest bowiem szczytny i bardzo potrzebny naszym rodzimym akwenom. Profesjonalnie zajmujemy się uzdatnianiem wody, więc najlepiej wiemy, jak ważna jest czysta woda dla kraju i świata. Wybieramy się więc całą załogą na aktywne sprzątanie, żeby mocniej zaznaczyć swój udział w akcji – wskazuje Oleg Stasiewicz.

Międzynarodowy koncern jest jednym z największych na świecie producentów materiałów filtrujących i domowych filtrów do oczyszczania wody. Eksperci Aquaphora stworzyli m.in. dzbanek filtrujący wyposażony w innowacyjną membranę, która radzi sobie nie tylko z filtrowaniem domowej kranówki, lecz nawet wody z rzeki. Potrafi ją oczyścić z bakterii, związków organicznych i metali ciężkich.

Dzięki własnym badaniom i ponad 130 patentom Aquaphor jest też producentem zaawansowanych technologicznie systemów filtrujących, które pomagają obniżyć zużycie wody m.in. w przemyśle spożywczym, farmaceutycznym czy kosmetycznym. Tymczasem w Polsce – jak pokazują dane Global Compact Network Poland i GUS – największy udział w zużyciu wody pitnej (ponad 70 proc.) ma właśnie przemysł, mocno wyprzedzając pod tym względem sektor komunalny i rolnictwo.

Fala ataków cyberprzestępców w pandemii przybiera na sile. W 2020 roku tylko w USA straty sięgnęły 4,1 mld dol.

Coroczny raport FBI o przestępstwach internetowych wskazuje, że w 2020 roku łączna liczba otrzymanych skarg wzrosła o 69 proc. w ciągu roku, a zgłoszone straty sięgają rekordowych 4,2 mld dol. Ponad 28 tys. skarg dotyczyło ataków związanych z COVID-19. Cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, ransomware czy włamują się do poczty elektronicznej. – Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

Ubiegły rok okazał się rekordowy pod względem liczby cyberprzestępstw. Coroczny raport Internet Crime Complaint Center (IC3) FBI wskazuje, że w 2020 roku ofiary cyberprzestępczości w USA straciły łącznie 4,1 mld dol. w ciągu roku. To o 700 mln dol. więcej niż w 2019 roku. Znacząco wzrosła także liczba skarg otrzymanych przez IC3.

– IC3 (Internet Crime Complaint Center – przyp. red.) otrzymało rekordową liczbę blisko 792 tys. skarg od Amerykanów w 2020 roku. Oznacza to 69-proc. wzrost liczby skarg w stosunku do 2019 roku. Straty wynikające z cyberprzestępstw przekroczyły zaś 4,1 mld dol. – wylicza Paul Abbate, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego.

W dużej mierze to efekt pandemii, pracy zdalnej czy coraz popularniejszych platform do komunikacji. Aplikacja Zoom, miejsce spotkań wirtualnych, była nieustannie celem różnych cyberataków. W kwietniu 2020 roku doszło do ogromnego naruszenia danych. Ponad 500 tys. haseł Zoom zostało skradzionych, sprzedanych, a nawet rozdanych za darmo na forach dark web. Udostępniono dane logowania ofiar, adresy URL osobistych spotkań i klucze hostów.

– Cyberprzestępcy w czasie pandemii korzystają z naszego uzależnienia od technologii, aby rzucić się w wir przestępczości internetowej – podkreśla Paul Abbate.

Najbardziej nowatorskimi formami przestępczości, jakie pojawiły się w zeszłym roku, było wykorzystywanie w Internecie ustawy CARES, federalnego pakietu pomocy gospodarczej dla małych firm w czasie pandemii. Zorganizowane grupy oszustów często składały masowo fałszywe wnioski, wykorzystując skradzione dane osobowe. Przestępcy podszywali się pod urzędników państwowych, kontaktowali się z ofiarami za pośrednictwem poczty elektronicznej, telefonów i mediów społecznościowych w celu zebrania ich danych osobowych. Do IC3 wpłynęły tysiące skarg dotyczących pojawiających się przestępstw finansowych związanych z funduszami CARES, w szczególności dotyczących ubezpieczeń na wypadek bezrobocia, pożyczek w ramach programu ochrony pensji i pożyczek na wypadek szkód ekonomicznych dla małych firm.

Wciąż jednak, jak wynika z raportu IC3, cyberprzestępcy najczęściej wykorzystują phishing, vishing (phishing wideo), smishing (phishing tekstowy) i pharming (przekierowanie ruchu internetowego na stronę kontrolowaną przez cyberprzestępców).

Częste są również włamania na biznesową pocztę e-mail. Haker uzyskuje dostęp do firmowego konta e-mail lub fałszywego konta, a następnie podszywa się pod wiadomości e-mail dyrektorów firmy, żądając przesłania płatności przelewem. W 2020 roku do IC3 wpłynęło 19 369 skarg dotyczących tego rodzaju ataków, z których straty finansowe wyniosły ok. 1,8 mld dol.

– Przestępcy wykorzystują phishing, spoofing, wymuszenia i różne rodzaje oszustw internetowych, aby dotrzeć do najbardziej narażonych osób w naszym społeczeństwie – pracowników medycznych poszukujących środków ochrony osobistej, rodzin szukających informacji o czekach stymulacyjnych pomocnych w opłaceniu rachunków i wielu innych – wymienia Paul Abbate.

Przedstawicielka WHO w Polsce: Szczepionka Johnson & Johnson może się okazać przełomem w walce z COVID-19. Jednak wirus jest inteligentny, musimy pozostać czujni i gotowi

Od grudnia 2020 roku opracowywanych jest ponad 200 kandydatów na szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Szczepionka Johnson & Johnson, która niedawno została dopuszczona do obrotu, może stanowić przełom w walce z koronawirusem. Wystarczy podanie tylko jednej dawki, a sam preparat może być przechowywany w temperaturze, jaka panuje w zwykłej lodówce. W przyszłości będzie jednak więcej epidemii koronawirusa. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy wirusów, a niektóre z tych patogenów nieuchronnie przedostaną się przez barierę gatunkową i spowodują nowe pandemie. Dlatego kluczowe jest opracowanie szczepionki przeciwko pankoronawirusowi.

– Preparat firmy Johnson & Johnson będzie prawdopodobnie przełomowy, ponieważ znacznie łatwiej jest szczepić pacjentów jedną dawką. Nie trzeba umawiać kolejnej wizyty, upewniać się, że pacjent przyjdzie ponownie, zapewniać dostępności preparatu na pierwszą i drugą dawkę. Im prostsze procedury, tym łatwiej można realizować program – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Niedawno do obrotu została dopuszczona szczepionka Johnson & Johnson. Zdaniem wielu ekspertów może się okazać przełomowa w walce z koronawirusem. Chociaż ma niższy ogólny wskaźnik skuteczności w Stanach Zjednoczonych (72 proc. przy nawet 95 proc. innych szczepionek), to badania firm były przeprowadzane w różnych miejscach, w różnym czasie. Niższa wartość niż w przypadku już wcześniej dopuszczonych preparatów wiąże się prawdopodobnie z występowaniem mutacji koronawirusa, które podczas badań prowadzonych latem ubiegłego roku nie odgrywały jeszcze tak znaczącej roli.

Badania wykazały też, że nowa szczepionka chroni przed brazylijskim i południowoafrykańskim wariantem koronawirusa. Co istotne, w przeciwieństwie do pozostałych preparatów wystarczy jedna dawka zamiast dwóch, łatwiej też jest ją przechowywać.

– Preparat ten nie ma tak restrykcyjnych wymagań dotyczących temperatury przechowywania. Odchodzi więc sprawa posiadania dużej lodówki, a więc mniejsze są także nakłady. W rzeczywistości będziemy mieli jednak do czynienia z połączeniem różnych szczepionek i koniecznością dalszego stosowania znanych nam już środków, takich jak maski czy dezynfekcja dłoni. Sama szczepionka nie rozwiąże całego problemu niezależnie od tego, czy potrzebna będzie jedna, czy dwie dawki  – wskazuje dr Paloma Cuchi. – Dopiero połączenie wszystkich środków bezpieczeństwa pozwoli nam osiągnąć przełom w walce z COVID-19.

Każdy podtyp koronawirusa może wielokrotnie mutować, tym samym skuteczność szczepionek może być z biegiem czasu i pojawianiem się kolejnych mutacji mniej skuteczna.

– Koronawirusów nie powinniśmy traktować odrębnie. Jest rodzina koronawirusów i wyróżniamy w jej ramach podtypy. To samo dotyczy grypy. W miarę zachorowań wirus grypy zmienia się w niewielkim stopniu. Należy pamiętać, że jest system, w ramach którego kraje obserwują różne szczepy tej samej rodziny, czyli podtypy koronawirusa. Bardzo ważne jest więc alarmowanie i monitorowanie sytuacji – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy i gatunki tej licznej rodziny wirusów. Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową. Dlatego obecnie naukowcy zaczynają opracowywać prototypy szczepionki przeciwko pankoronawirusowi, czyli przeciwko wszystkim koronawirusom. Pierwsze wyniki eksperymentów na zwierzętach są obiecujące.

Po pierwszej identyfikacji koronawirusów w latach 60. XX wieku nie stały się one priorytetem dla twórców szczepionek. Wydawało się, że powodują jedynie łagodne przeziębienia. Jednak w 2002 roku pojawił się nowy koronawirus, SARS-CoV, powodujący śmiertelne zapalenie płuc, zwane zespołem ostrego układu oddechowego. Niebezpieczeństwo koronawirusów stało się jeszcze wyraźniejsze w 2012 roku, kiedy drugi gatunek pochodzący od nietoperzy spowodował kolejną śmiertelną chorobę układu oddechowego, MERS. Naukowcy rozpoczęli prace nad szczepionkami, jednak niektórzy badacze zastanawiali się, czy stworzenie nowej szczepionki dla każdego nowego koronawirusa jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

W 2019 roku pojawił się SARS-CoV-2, który choć ma znacznie niższy wskaźnik śmiertelności niż jego poprzednicy, to szybciej przenosi się z człowieka na człowieka. Wszystko wskazuje na to, że tylko szczepionka przeciwko pankoronawirusowi może pomóc w walce z kolejnymi pandemiami. Obecnie jednak, w przypadku COVID-19, szczepionki okazują się niemal całkowicie skuteczne, niezależnie od wariantów i mutacji koronawirusa. To zaś daje nadzieję, że wkrótce pandemia zacznie wygasać.

– Istotne, że mamy system, który zapewnia bieżącą obserwację sytuacji, aby społeczność międzynarodowa mogła wdrażać konieczne działania. Kolejną dobrą informacją jest to, że w wielu z dostępnych szczepionek możliwe jest dostosowanie cząsteczek neutralizujących, aby szczepionka działała na nowe szczepy koronawirusa. Mogą pojawiać się zmiany, wirus jest inteligentny i zmienia się z czasem, musimy więc pozostać czujni i gotowi – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Handel internetowy łagodzi skutki lockdownów

W lutym sprzedaż detaliczna spadła w horyzoncie roku o 3,1%, natomiast w horyzoncie miesiąca wzrosła o 3,5%. Luty jest piątym miesiącem z rzędu kiedy sprzedaż spada, co niewątpliwie wynika z sekwencji lockdownów – podał dzisiaj GUS.

Nie ma wątpliwości, że dane za marzec będą słabe, chociaż zapaść, jaką widzieliśmy między marcem a majem 2020 r., tworzy bardzo niski punkt odniesienia – dlatego dynamika roczna w marcu powinna być dodatnia.

Z komunikatu GUS trudno wyciągnąć spójną narrację, co wynika z charakterystyki wydarzeń 2020 roku. Chomikowanie dóbr pierwszej potrzeby sprzed roku znajduje odzwierciedlenie w rocznej dynamice na minusie – stąd dynamika farmaceutyków i kosmetyków (-13,5% r/r) oraz żywności (-5,2% r/r). W przypadku żywności warto zauważyć efekt wynikający z obecności podatku handlowego i opłaty cukrowej – spadki sprzedaży są widoczne także w horyzoncie miesięcznym (-3,7% m/m w wartościach stałych, -3,2% w bieżących).

Na fali wznoszącej są wciąż meble i sprzęt RTV-AGD (9% r/r, 3,7% m/m), na których produkty popyt nie wygasa w miarę jak nasze domy muszą w coraz większym stopniu pełnić funkcje miejsca pracy i nauki. Podobnie, w lutym wyższa była sprzedaż aut i ich części (1% r/r, 6,1% m/m), co należy przypisać realizacji indywidualnej mobilności. W przypadku tej branży szczególnie problematyczne są opóźnienia w dostawach surowców. Na minusie paliwa (-14,2% r/r, -1,5 m/m), a ich ceny wracają do przedpandemicznych poziomów. Fatalna sytuacja tekstyliów czyni je wrażliwymi na nawet niewielką poprawę (12,9% r/r, 72,8% m/m) – wahania danych miesięcznych pozwalają niemal w ciemno wskazać, kiedy sklepy odzieżowe w galeriach handlowych są zamknięte.

Niezmiennie ciekawe wnioski płyną z analizy e-commerce. Po raz kolejny potwierdza się, że dla wielu konsumentów jest to naturalny kanał handlu, gdy fizyczne możliwości nabywania są ograniczone – stąd wahania udziału zakupów przez internet odzieży (44% w styczniu, 23,8% w lutym), mebli (odpowiednio 19,3% oraz 15,9%) czy książek i dóbr w sklepach wyspecjalizowanych (34,1% oraz 22,8%). Dobra pierwszej potrzeby, takie jak żywność czy farmaceutyki i kosmetyki wahają się w znacznie mniejszym stopniu (dla pierwszych 0,8%, dla drugich ok. 6%). W tym kontekście warto zauważyć, że e-commerce ma znaczny wkład do ograniczania wpływu lockdownów na skalę spadków PKB oraz na poprawę jakości życia konsumentów.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Zarząd ATAL rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 3,03 zł na akcje

Zarząd ATAL S.A., ogólnopolskiego dewelopera, podjął decyzję o rekomendacji dotyczącej przeznaczenia 117,3 mln zł, z wypracowanego zysku na dywidendę. Akcjonariusze otrzymają 3,03 zł dywidendy na jedną akcję. Pozostałą część wypracowanego zysku – 28,4 mln zł – Zarząd rekomenduje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

W tym roku Zarząd ATAL S.A. rekomenduje Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 80 proc. osiągniętego zysku. Akcjonariusze otrzymają 3,03 zł na jedną akcję, co oznacza przeznaczenie łącznie na dywidendę 117,3 mln zł. Pozostałą część wypracowanego zysku w kwocie blisko 28,4 mln zł Zarząd planuje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

2020 rok zakończyliśmy z bardzo dobrymi wynikami i doskonałą kondycją finansową. Zgodnie z zapowiedziami chcemy się dzielić zyskiem z akcjonariuszami, co od początku naszej giełdowej historii było jednym z istotnych elementów naszej strategii. Podtrzymujemy też politykę dywidendy – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu ATAL S.A.

Spółka w 2020 roku wygenerowała bardzo dobre wyniki finansowe. Po rekordowym wydaniu 3 002 lokali ATAL wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% proc. wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48 proc. rdr. W tym samym okresie ATAL osiągnął 113 mln zł zysku netto. W 2020 roku marża brutto ze sprzedaży wyniosła 20,3 proc, a marża netto 14,3 proc.

ATAL jest spółką dywidendową. W ubiegłym roku spółka jednorazowo zmieniła politykę dywidendy, a wypracowany a wynik został przekazany na kapitał zapasowy. W poprzednich latach deweloper systematycznie wypłacał akcjonariuszom dywidendę: w 2017 roku 1,68 zł na akcję, co łącznie dało kwotę 65 mln zł, w 2018 roku 3,54 zł na akcję, czyli ok. 137 mln zł a w 2019 roku spółka wypłaciła akcjonariuszom rekordowe 182 mln zł, czyli 4,70 zł na akcję.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Polska gospodarka na razie odporna

W tym tygodniu opublikowano kilka ważnych danych makroekonomicznych dotyczących polskiej gospodarki. Choć w większości okazały się być nieco poniżej oczekiwań rynkowych, to ogólny ich wydźwięk miał charakter stosunkowo pozytywny. Według tych danych, w lutym nastąpił wzrost produkcji przemysłowej o 2,4% r/r (przy uwzględnieniu korekty sezonowej nawet o 4,5%), a płace wzrosły o 4,5% r/r. Jedynie zatrudnienie, zgodnie z oczekiwaniami, spadło o 1,7%. Takich wskaźników może pozazdrościć Polsce większość Europy.

Warto również wspomnieć o wzroście inflacji, która według wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrosła w lutym o 2,4% r/r. W najbliższych miesiącach można oczekiwać, że coroczny negatywny wpływ pierwszego kwartału na rynek pracy powinien być mniejszy, a zatem sytuacja na nim może się nieznacznie poprawić. Według prognoz tempo wzrostu inflacji powinno nieznacznie przyspieszyć. Pozostaje jednak pytanie, w jakim stopniu pogarszająca się sytuacja pandemiczna odbije się na produkcji przemysłowej. Jednak mimo wszystko nie należy się też spodziewać poważnych problemów w tym sektorze.

Relatywnie dobre dane z polskiej gospodarki nie pomogły jednak w umocnieniu złotego. W tym tygodniu polska waluta osłabiła się i osiągnęła w piątek rano poziom 4,62 PLN/EUR. Eurodolar lekko spadł i na koniec tygodnia do poziomu 1,193 USD / EUR. W kontekście kursu dolara, spodziewano się, że w tym tygodniu wpłynąć na niego mogą zmiany w polityce pieniężnej FED, do których jednak ostatecznie nie doszło.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Trzecia fala pandemii ma już bardzo silny wpływ na rynki finansowe

Nadchodząca wielkimi krokami trzecia fala pandemii ma już bardzo silny wpływ na rynki. W dół idą nie tylko waluty krajów rozwijających się, ale przede wszystkim ropa naftowa.

Korekta na rynku ropy

Podczas wczorajszej sesji ropa notowana na giełdzie w Londynie staniała z 68 dolarów za baryłkę do poniżej 62 dolarów w najgorszym momencie. Co spowodowało ponad 10% przecenę? Na rynku pojawiły się informacje o spodziewanej dużej nadwyżce produkcji nad popytem. Trzecia fala covidu staje się faktem w wielu krajach, lockdowny są coraz powszechniejsze, a pomimo szczepień koniec pandemii wciąż się oddala. W rezultacie ropa będąca surowcem mocno powiązanym z koniunkturą gospodarczą była wczoraj wyraźnie w odwrocie. Dzisiaj mamy co prawda korektę, ale po tak silnym ruchu można się było tego spodziewać. Należy również pamiętać, że od początku roku ropa drożała około 20 dolarów za baryłkę, tego typu korekta nie powinna być zatem niczym nadzwyczajnym.

Funt znów mocny

Wczorajsze posiedzenie Banku Anglii nie przyniosło zmian stóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami wszyscy członkowie dziewięcioosobowego gremium decyzyjnego głosowali za pozostawieniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Patrząc na reakcję rynków walutowych, inwestorzy mieli jednak gdzieś z tyłu głowy nadzieję na dalszą obniżkę lub chociaż zapowiedź obniżki stóp procentowych. To jednak się nie pojawiło, w związku z czym funt zyskiwał na wartości po publikacji. Po raz kolejny ustanawia najwyższe poziomy od czasu opuszczenia Unii Europejskiej.

Złoty w odwrocie

Tak jak ropa źle znosi informacje o nawrocie zakażeń koronawirusem, tak również polski złoty nie przyjmuje ich obojętnie. Polska waluta przekroczyła wyraźnie 4,60 zł i nie wiadomo, gdzie kończy się ten ruch. Dzisiaj nie pomaga z kolei słabszy od oczekiwań odczyt sprzedaży detalicznej. Na niekorzyść złotego oprócz pandemii i danych makro działa też stanowisko RPP i gotowość NBP do interwencji na rynku walutowym w celu osłabianie złotego. Ruch ten jest korzystny dla rozwoju gospodarczego, jednakże nigdy nie jest tak, że ta sama zmiana jest dobra dla wszystkich. Słaby złoty to problemy kredytobiorców walutowych oraz importerów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dynamika sprzedaży detalicznej w lutym 2021 roku

Dziś GUS opublikował dane dotyczące dynamiki sprzedaży detalicznej w lutym 2021 roku. Poniżej zamieszczamy komentarz Magdaleny Szlezyngier, Menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Luty to ostatni miesiąc, kiedy wyniki sprzedaży detalicznej są porównywane z wysoką bazą sprzed wybuchu pandemii koronowirusa. Dlatego nie dziwi, że po słabym styczniu jest to kolejny miesiąc, kiedy utrzymuje się spadek konsumpcji z dynamiką na poziomie 3,1 proc. w ujęciu rocznym. Warto jednak podkreślić, że zniesienie restrykcji administracyjnych, które obowiązywały w styczniu oraz efekt „odroczonego popytu” znalazły swoje odzwierciedlenie w najnowszych danych o konsumpcji przekładając się na dodatnią dynamikę w ujęciu miesięcznym. Opublikowany w dniu dzisiejszym przez GUS odczyt za miesiąc luty wskazuje na jej spadek o 3,1 proc. w ujęciu rocznym oraz 3,5 proc. wzrost w stosunku do stycznia 2020. W obliczu nowych restrykcji wprowadzanych w marcu br. oraz ryzyka wprowadzenia ograniczeń w przemieszczaniu się w okresie Wielkanocy należy się spodziewać, że luty będzie miesiącem z najlepszy odczytem jaki zobaczymy w I kwartale br.

Największy wzrost sprzedaży dotyczył kategorii odzież i obuwie. Dynamika w ujęciu rocznym w tej kategorii wyniosła aż 12,9 proc. Ograniczenia w funkcjonowaniu galerii handlowych w grudniu i styczniu, odraczanie zakupów przez ten okres, jak również liczne wyprzedaże przyciągnęły konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży. Powrót klientów, szczególnie do sklepów z odzieżą, spowodował, że udział e-handlu w całej sprzedaży detalicznej w lutym tego roku wyniósł 8,6 proc., podczas gdy w styczniu było to 9,8 proc. a w grudniu 9,1 proc. Prognozujemy jednak, iż kolejne miesiące przyniosą dalszy rozwój e-handlu jako efekt zachęt dla konsumentów w obszarze jakości dostawy, rozwoju sieci paczkomatów, punktów odbioru oraz skrócenia terminów dostaw. Największe spadki na poziomie 14,8 proc. odnotowała kategoria sprzedaży paliw jako konsekwencja ograniczania mobilności i braku ferii zimowych oraz farmaceutki i kosmetyki – 13,5 proc. jako efekt chwilowego optymizmu związanego z brakiem restrykcji, spadkiem zachorowań oraz rozpoczętą akcją szczepień.

Pomimo braku restrykcji administracyjnych oraz działania galerii handlowych przez okres pełnego miesiąca sprzedaż detaliczna w lutym nie wraca do poziomów odnotowywanych przed wybuchem epidemii koronowirusa. Niestety nowa rzeczywistość i efekt pandemii zmieniły na dobre zwyczaje finansowe polskich konsumentów. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność klientów w galeriach handlowych w lutym 2021 roku była o blisko 21 proc. niższa niż przed rokiem, a w marcu nawet o 30 proc. Odczyty sprzedaży detalicznej za dwa pierwsze miesiące 2021 roku wskazują, iż cały I kwartał będzie obarczony dużą niepewnością konsumentów co do rozwoju sytuacji pandemicznej, co przełoży się na niską mobilność społeczną oraz dalsze ograniczanie wydatków. Konsumenci przeszli na tryb zdalny w obawie przed wybuchem trzeciej fali zachorowań oraz oczekując na namacalne efekty akcji szczepień. Miejmy nadzieję, że tylko pierwszy kwartał, a nie cały rok, pozostanie pod znakiem wychodzenia konsumentów z kryzysu koronowirusa.

Pandemia wpłynęła na rynek alkoholi. Sklepy ograniczyły liczbę promocji. Spadek jest dwucyfrowy

Podczas pandemii sieci handlowe ograniczyły promowanie alkoholu. W ciągu roku ogólny spadek wyniósł ponad 11%. W dyskontach ubyło przeszło 23% promocji, w hipermarketach – prawie 23%, a w hurtowniach – ok. 16%. Z kolei największy wzrost wykazały sieci convenience – o blisko 21%. Na plusie były też supermarkety – 4,5%. Za nimi znalazły się sieci cash & carry – ponad 1%. Biorąc pod uwagę poszczególne trunki, największy spadek promocji, przekraczający 44%, odnotował cydr. Na minusie były także wina – przeszło 21%, likiery i kremy – prawie 16%, a także alkohole mocne – ok. 13%. Tylko piwo poszło do góry – o niespełna 2%.

Z analizy wynika, że w czasie pandemii sieci handlowe zmniejszyły liczbę promocji alkoholu. Spadek w relacji rocznej wyniósł 11,2%. Zdaniem Michała Majszczyka z Hiper-Com Poland, mógł on wynikać z promowania innych kategorii produktowych, których sprzedaż została bardziej zagrożona przez pandemię. Alkohol, szczególnie wysokoprocentowy, jest produktem, który się nie psuje. Sklepy nie muszą zatem promować tego artykułu, aby szybciej się go pozbyć.

– Retailerzy bardziej skoncentrowali się na promowaniu towarów pierwszej potrzeby, a alkohol do nich nie należy. Spadek był jednak nieduży. Można więc wnioskować, że po zakończeniu pandemii wyniki wrócą do normy. Pierwsze tego przejawy będzie można zauważyć przed tegoroczną majówką, o ile sytuacja epidemiologiczna w kraju nie pogorszy się – przewiduje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Patrząc na poszczególne formaty, widać, że największy spadek zaliczyły dyskonty – o 23,2%. Za nimi były hipermarkety z wynikiem 22,8%, a także hurtownie – 16,3%. Jak informuje ekspert z Hiper-Com Poland, ogólna liczba rabatów w sieciach dyskontowych wzrosła, ale zaczęły one pokazywać szerszą ofertę. Inne kategorie mogły być więc mocniej promowane kosztem alkoholu. Klientów częściej przyciągały do sklepów tzw. zdrowe produkty.

– Pandemia sprawiła, że w sieciach detalicznych zmieniły się priorytety działania w walce o klienta. Promocje alkoholu znalazły się poza nimi. W sklepach dyskontowych bardzo wyraźne było to, że głównym celem stało się zaspokojenie bezpieczeństwa sanitarnego i zdrowotnego przebywających tam osób. Do tego doszła optymalizacja oferty asortymentowej i logistyki. Przy tym istotne okazało się też zapewnienie wygody zakupów. I na tych kwestiach dyskonty skoncentrowały swoje działania promocyjne – komentuje dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z kolei więcej promocji alkoholi wprowadziły sieci convenience – o 20,9%, supermarkety – o 4,5%, a także sieci typu cash & carry – o 1,1%. W opinii Michała Majszczyka, sklepy typu convenience pełnią często taką samą funkcję jak monopolowe. Zatem alkohol jest jednym z najchętniej kupowanych tam produktów. Sieci starały się dodatkowo podnieść sprzedaż, często promując alkohole z wyższej półki w celu zachęcenia szerszego grona klientów.

– Sieci convenience mają inną strategię działania niż sklepy dyskontowe czy hipermarkety. Oferują produkty, które konsumenci kupują w sytuacji nagłego braku lub pod wpływem impulsu. Wydłużony czas pracy tego typu sklepów sprzyja rozwijaniu promocji na alkohol. Z kolei hurtownie typu cash & carry próbują intensyfikować sprzedaż mocnych trunków do punktów handlu detalicznego wobec czasowego wyłączenia restauracji i hoteli – tłumaczy dr Kłosiewicz-Górecka.

Ponadto z analizy wynika, że najwięcej promocji w sklepach stracił cydr – 44,3%. Potem w zestawieniu są wina – 21,3%. Następne likiery i kremy – 15,9%, a po nich – alkohole mocne – 13,1%. Tylko piwo było na plusie, czyli zyskało 1,6% promocji. Jak wyjaśnia Bartłomiej Domański z Hiper-Com Poland, piwo w stosunku do cydru jest produktem uprzywilejowanym pod względem reklamy. Cydr, pomimo ogromnego potencjału w naszym kraju, wciąż z nim przegrywa, ponieważ jest objęty zakazem reklamowania.

– Piwo jest wciąż dominującym alkoholem w naszych sklepach i jednym z najczęściej promowanych, co ma swój wpływ na jego spożycie i zakup. Zapotrzebowanie na ten artykuł zawsze utrzymuje się na dość wysokim poziomie. Zatem liczba promocji piwa na tle innych trunków nie powinna zbytnio dziwić – podsumowuje Karol Kamiński.

Dane pochodzą z raportu międzynarodowej agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Centrum Analiz Grupy AdRetail. Porównano ponad 255 tys. akcji promocyjnych, w tym cen oferowanych od 1.03.2020 roku do 28.02.2021 roku, a także w analogicznym okresie lat 2019-2020. Pod uwagę wzięto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry oraz hurtownie.

Medicover inwestuje w sieć centrów medycznych Dom Lekarski w Szczecinie

Medicover pozyskał w wyniku akwizycji znaną sieć centrów medycznych Dom Lekarski w Szczecinie. Istotą działalności Domu Lekarskiego jest zapewnienie pacjentom szerokiego dostępu do wysoko wykwalifikowanego personelu medycznego w nowoczesnych i komfortowo wyposażonych ośrodkach ambulatoryjnych oraz szpitalnych.

Centrum Medyczne Dom Lekarski powstało w 2001 r. w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi zdrowotne. Obecnie prowadzi 5 ośrodków w Szczecinie, w których odbywają się konsultacje specjalistyczne: Przychodnia Turzyn, Outlet Park, Piastów Office Center z oddziałem szpitalnym i nowoczesną salą operacyjną, Przychodnia Rydla oraz Oddział Szpitalny Gombrowicza, będący niezależnym centrum zabiegowym.

Misją Domu Lekarskiego jest świadczenie w sposób innowacyjny i kompleksowy najwyższej jakości usług medycznych, zarówno z zakresu porad medycznych, diagnostyki, leczenia operacyjnego, jak i rehabilitacji w rozumieniu całkowitego powrotu pacjentów do zdrowia i pełnej sprawności.

Fundamentem działalności Domu Lekarskiego jest przeprowadzanie wysokospecjalistycznych zabiegów (z zakresu 40 specjalizacji) z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć medycyny oraz nowoczesnego sprzętu. Większość oferowanych zabiegów to procedury jednego dnia. Kluczowymi specjalizacjami pozostają: okulistyka, ortopedia i ginekologia. Kadra medyczna skupia ponad 150 lekarzy.
Obecnie 85 proc. przychodów pochodzi z prywatnych usług medycznych, natomiast 15 proc. ze współpracy w ramach NFZ. Spółka Dom Lekarski notowana jest na giełdzie NewConnect od 2011 r.

Ośrodek Dom Lekarski posiada Certyfikat ISO 9001:2008 nadany przez Germanischer Lloyd Industrial Services Polska Sp. z o.o. oraz certyfikat Polskiego Stowarzyszenia Turystyki Medycznej. Sieć placówek należy także do HOPE – Europejskiej Federacji Szpitali.

Jedną z kluczowych dróg rozwoju w naszej firmie są także inwestycje w znane i renomowane podmioty medyczne, zarówno obejmujące opiekę ambulatoryjną, jak i szpitalną. W ostatnim czasie w wyniku akwizycji pozyskaliśmy szczeciński Dom Lekarski. Nasze know-how i przywiązanie do najwyższych standardów medycznych pozwoli nam stymulować rozwój centrów medycznych i poprawiać jakość życia pacjentów z województwa zachodniopomorskiego, a także pacjentów zagranicznych – komentuje Marcin Łukasiewicz, Dyrektor Zarządzający ds. Usług Szpitalnych w Medicover.

Od początku istnienia Domu Lekarskiego naszą ambicją było podnoszenie standardu sektora medycznego w regionie. Inwestycja Medicover pozwala nam wierzyć w dalszy, pomyślny rozwój naszych centrów i jest przez nas odczytywana jako wyraz uznania do kapitału, który zgromadziliśmy przez ostatnie 20 lat – dodaje Dariusz Piotrowski, jeden z założycieli Domu Lekarskiego S.A.

Na mocy przedwstępnej warunkowej umowy sprzedaży akcji z dnia 2 lutego 2021 r. Medicover staje się właścicielem pakietu kontrolnego (73%) Dom Lekarski S.A.

Akwizycja Domu Lekarskiego pozwoli na umocnienie pozycji inwestora w województwie zachodniopomorskim i wzmocni zasięg sieci szpitali, placówek ambulatoryjnych i specjalistycznych oraz laboratoriów, które Medicover rozwija w całej Polsce. Wszystkie pięć placówek, których dotyczy transakcja, będzie kontynuować działalność pod marką „Dom Lekarski”. Oferta medyczna tych ośrodków nie wlicza się do świadczeń gwarantowanych w ramach pakietów medycznych Medicover.

Polacy coraz więcej inwestują za granicą. A to nie koniec hossy

Minął rok od wybuchu pandemii oraz jednej z największych i najszybszych wyprzedaży na giełdach w historii. Po krótkoterminowym załamaniu rynków przyszła kontynuacja hossy, a inwestorzy mieli przez ten czas szansę skorzystania z wielu okazji inwestycyjnych i uzyskania wysokich stóp zwrotu niemal na wszystkich światowych giełdach. W styczniu Polacy wydali 2,4 mld zł na akcje spoza GPW. Szczególne zainteresowanie dotyczy spółek biotechnologicznych i tzw. covidowych.

Pandemia sprzyja inwestowaniu. Do trzymania pieniędzy na lokatach bankowych nie zachęcają niskie stopy procentowe. Na rynku akcyjnym zaś trwa długoterminowy trend wzrostowy. Indeksy ustanawiają co chwila nowe, historyczne maksima. Według opublikowanych 16 marca 2021 danych NBP o bilansie płatniczym Polski w styczniu 2021 r. polscy rezydenci zainwestowali w udziałowe papiery wartościowe za granicą 2,4 mld zł. To duży wzrost, zwłaszcza, że w czerwcu na akcje spoza GPW wydali prawie 2 mld zł i to był największy miesięczny przyrost od ponad czterech lat.

– Dywersyfikacja portfeli inwestorów indywidualnych o akcje spółek zagranicznych to naturalny trend, zwłaszcza w bezprecedensowych okolicznościach paniki i kryzysu. Ogólnopolskie Badanie Inwestorów Indywidualnych 2020 wskazuje, że inwestowaniem interesują się coraz młodsze osoby, które poświęcają temu zajęciu coraz więcej czasu (dane porównywane r/r). Ten trend więc nie dziwi, bo można go zaobserwować nie tylko w Polsce, ale na wszystkich rynkach rozwiniętych. Widzimy to też  w TMS Brokers, dlatego ciągle rozszerzamy ofertę, np. o bardzo popularne spółki amerykańskie (tj. Novavax) oraz o kolejne CFD na akcje, a m.in. rodzime giełdowe gwiazdy – Mercator i Huuuge Games – mówi Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Wzrost wartości inwestycji zbiegła się w czasie ze wzrostem zainteresowania inwestowaniem.

– Zmienność i niepewna sytuacja zachęciła do inwestowania, szczególnie mobilnego. I jest to trend globalny. Jak podaje raport Adjust – w 2020 aktywność w aplikacjach inwestycyjnych, które pozwalają użytkownikom bezpośrednio handlować akcjami z ich telefonu, kwitnie – widać 88% wzrost średniej liczby dziennych sesji od stycznia do czerwca 2020 r. Widać to szczególnie po rosnącej liczbie użytkowników naszej autorskiej aplikacji do mobilnego tradingu TMS Brokers – mówi Piotr Kardasz, dyrektor departamentu marketingu i kierownik ds. rozwoju produktu mobile w TMS Brokers.

 

Wzrost wartości inwestycji
Źródło: Adjust + Appatopia „The Mobile Finance Report 2020. A Global Benchmark of Banking, Payment and Investment Apps”

Pandemia Covid-19 spowodowała zwiększenie globalnego popytu na szczepionki oraz środki ochrony tj. maseczki, rękawiczki, co dało możliwość przyspieszonego wzrostu spółek biotechnologicznych (tj. Pfizer, AstraZeneca, BioNTech, czy Novavax) oraz producentów rękawic medycznych tj. Mercator Medical.  Duże zapotrzebowanie i nadzieje na opanowanie pandemii wywindowały ceny akcji tych spółek. Na GPW np. zyskiwały tzw. spółki covidowe, ale ich potencjał stoi pod znakiem zapytania – nie wszystkie bowiem będą w stanie spełnić oczekiwania inwestorów względem cen akcji.

Interesujący jest dalszy los najjaśniejszej gwiazdy covidowej hossy – spółki Mercator Medical.  Wycena giełdowa spółki wzrosła w 2020 roku ponad 40-krotnie.

2021 rok może być również bardzo udany dla największego beneficjenta pandemii, biorąc pod uwagę prognozowany całoroczny zysk netto w wysokości 1,1 mld zł (wzrost o 14 proc. rok do roku), co przy planowanej wypłacie dywidendy powinno przekładać się na premię w wycenie w perspektywie kolejnych kilku kwartałów. Zwłaszcza, że przed spółką perspektywa wejścia do WIG20 po sesji 19 marca.

Które więc spółki mogą zarobić na kryzysie?

– Postęp szczepień wpłynie na zmniejszenie popytu na jednorazowe środki ochrony produkowane przez spółkę, więc spodziewamy się  trendu spadkowego średnich cen, co może ciążyć na wycenie spółki w nadchodzących miesiącach. Widzimy duże zainteresowanie kontraktami na akcje Mercatora w sentymencie aplikacji TMS, dlatego przestrzegamy, że inwestorzy powinni brać pod uwagę prawdopodobny spadek kwartalnych wyników finansowych Mercatora od II kwartału br. Warto jednak zaznaczyć, że spółka zapowiedziała inwestycje w obszarze produkcji i dystrybucji oraz przeznaczenie ok. 35% skonsolidowanego zysku netto na wypłatę albo skup akcji własnych – wskazuje Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Sytuacja na rynkach przez następne miesiące będzie zależała od przebiegu pandemii, tempa odmrażania gospodarek oraz polityki banków centralnych.

Zachowanie inwestorów zależne będzie od decydentów oraz spływających komunikatów, a te – po podaniu przez Fed decyzji odnośnie poziomu kosztu pieniądza (0-0,25 proc.) – wywołało ożywienie zmienności. Instytucja nie zmieniła stóp procentowych oraz podniosła swoje prognozy PKB na ten rok o 2,3 proc. do poziomu 6,5 proc.

– Z jednej strony Fed stara się odebrać uczestnikom rynku argumenty za sprzedażą obligacji pod oczekiwania normalizacji polityki monetarnej. Z drugiej, jest przestrzeń do wyceny wyższych rentowności na oczekiwaniach szybszego wzrostu inflacji. Niezależnie co mówią prognozy Fed, rynek stara się mieć swoje własne zdanie – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers i dodaje: „rynek staje się trudniejszy niż zwykle, a handel jest zdany na chimeryczność rynku długu, który tak jak wczoraj, może obserwować ruch zrodzony z niczego. W dalekim tle pozostają dane makro i analiza bieżących wydarzeń”.

Czy to więc koniec hossy?

– Na bessę jeszcze nie pora, a gdy przyjdzie za 2-3 lata wcale nie musi być spektakularna. Patrząc na przyspieszenie szczepień zbliżamy się do momentu, w którym nastawienie Fedu i innych banków centralnych będzie musiało ulec zmianie i przejść z trybu rozdawnictwa na tryb spłaty długów. Rynek akcji oczywiście wyprzedzi ten moment, a inwestorzy najpewniej zechcą go wykorzystać. To więc nie koniec wzmożonego zainteresowania rynkami. Być może czeka nas przełom i odejście w jakimś stopniu od spółek technologicznych w stronę fundamentalnie niedowartościowanych spółek value – ocenia Zembik i dodaje: „interesujące są spółki biotechnologiczne. Po początkowym boomie i ogromie zapotrzebowania nastąpiło „przesianie” firm, które nie sprostały wyzwaniom i nie spełniły oczekiwań inwestorów. Warto przyjrzeć się np. notowaniom J&J, czy Novavax”. – Akcje Novavax urosły już w tym roku o ponad 100 proc. Od 12 miesięcy wycena powiększyła się aż o przeszło 2270 proc. Zwyżki są imponujące. Ciężko będzie jednak utrzymać podobną dynamikę wzrostów, co nie oznacza, że nie warto zainteresować się papierami tej spółki. Pamiętajmy również o silnej konkurencji na rynku (Pfizer czy Moderna). Od strony technicznej notowania cen Novavax po lutowej korekcie, budują kolejny impuls wzrostowy. Dołek lokalnych spadków wypadł w okolicach szczytu z 2020 roku. To solidne, techniczne wsparcie dla ceny – ocenia Zembik.

Warto podkreślić, że w ostatnim czasie Novavax pokazała wyniki 3 fazy badań szczepionki na COVID-19. W badaniach klinicznych lek wykazał wysoką skuteczność. Należy podkreślić, że Novavax zbudował rozległą sieć produkcyjną. Na początku marca polski Mabion zawarł umowę z amerykańskim przedsiębiorstwem, która dotyczy transferu technologii oraz prób technicznych dotyczących produkcji antygenu.

Póki trwa pandemia – można więc zachęcać do przyglądania się spółkom, które dzięki niej zyskały.

GUS o detalu i e-handlu w lutym – eksperci komentują

Udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej spadł w lutym do 8,6% z 9,8% w styczniu – podał GUS.

Poniżej komentarze eksperckie do tych danych autorstwa Unity Group oraz PayPo:

  1. Unity Group (specjalizuje się w cyfrowej transformacji handlu (tzw. commerce transformation) )

– Lutowy spadek udziału e-commerce w obrotach handlu detalicznego to konsekwencja otwarcia sklepów w galeriach handlowych z początkiem miesiąca. Nie zmienia to faktu, że mamy za sobą kolejny okres potwierdzający bardzo dobrą kondycję polskiego e-handlu, a widoczny wzrostowy trend w ujęciu rocznym to znak, że w wyniku pandemii doszło do przełomu w zwyczajach zakupowych Polaków. E-handel waży dziś w całym handlu detalicznym znacznie więcej niż przed rokiem (wg GUS w lutym 2020 r. udział e-commerce wyniósł 5,6% wobec 8,6% teraz), mimo to wiele wskazuje na to, że najlepsze lata sprzedaż internetowa ma wciąż przed sobą. Dziś już nie nikt nie pyta o to, czy będziemy obserwować kontynuację wzrostowego trendu tego sektora, dyskusja dotyczy raczej dynamiki tego wzrostu. Ponieważ kolejne relacje z frontu walki z koronawirusem przynoszą nowe zwroty akcji, w tym w gospodarce, Unity Group zakłada dwa skrajne scenariusze rozwoju sytuacji. Pierwszy, optymistyczny, to dość szybki powrót do normalności przedcovidowej po marcowo‑kwietniowym lockdownie, czyli m.in. stałe otwarcie galerii handlowych. W takim przypadku przyjmujemy, że tempo rozwoju e-commerce ustabilizuje się na poziomie ok. 10 proc. w tym roku. Jeśli natomiast obostrzenia nie zostaną poluzowane lub wręcz dojdzie do ich zaostrzenia, będzie to dla rynku sygnał, że mamy do czynienia ze stanem docelowym, przynajmniej w średnim horyzoncie. Wtedy należy spodziewać się wzrostów w przedziale 20-25 proc. Biorąc pod uwagę wprowadzenie ogólnopolskich obostrzeń 17 marca, i to, jak drastycznie rozlewa się pandemia w ramach trzeciej fali, bardziej prawdopodobny na teraz wydaje się być scenariusz drugi. To jednak analiza dotycząca tylko sprzedaży detalicznej w modelu B2C.

W przypadku firm sprzedających w kanale B2B wciąż jest wiele niewiadomych, co do ich strategicznych planów w obszarze cyfryzacji. Wyniki przeprowadzonego przez nas niedawno badania pokazują wyraźnie – aż 54 proc. badanych firm nie posiada strategii transformacji cyfrowej. Ta liczba może dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w dobie pandemii przekonaliśmy się dobitnie, jak bardzo niezbędne są narzędzia cyfrowej komunikacji – zarówno dla konsumentów, jak i partnerów czy pracowników. Zakupy online oraz praca zdalna zmieniły niemal każdą branżę. Tymczasem, mimo pandemicznych doświadczeń, aż 37% respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz BI, co może odbić się negatywnie na tych biznesach, bowiem dla wielu przedsiębiorców będzie to warunek konieczny do spełnienia dla dalszego funkcjonowania firmy i możliwości konkurowania. To ostatni moment na inwestycje w kompetencje cyfrowe, aby nadążyć za rynkiem i przygotować się na walkę, która teraz stanie się jeszcze bardziej zacięta.

Zrozumienie tego, jak dalece transformacja cyfrowa i wykorzystanie danych mogą zmienić biznes, to klucz to sukcesu w świecie jutra, które z pewnością będzie wirtualne. Z przeprowadzonego przez Unity Group badania wynika, że nie wszyscy, a nawet nie większość przedsiębiorców jest na to jutro gotowa. – powiedział Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

  1. PayPo (fintech, dostawca płatności odroczonych do finansowania zakupów w internecie)

– Udział e-handlu w sprzedaży detalicznej spadł w lutym do 8,6%, ale i tak jest to poziom znacznie wyższy niż przed rokiem, kiedy na koniec lutego wynosił 5,6%. Dane GUS potwierdzają zatem, że e-commerce nadal jest w długoterminowym trendzie wzrostowym, a Polacy na stałe przenieśli dużą część zakupów do internetu. Otwarcie 1 lutego sklepów w galeriach handlowych tylko lekko skorygowało tę tendencję. Zatem siła e-commerce nie jest już tylko kwestią strachu przed potencjalnym zakażeniem, to bardziej świadomość i zbudowane na pandemicznych doświadczeniach przekonanie, że coraz więcej niezbędnych rzeczy można już kupić online. Widzimy to w przypadku naszych płatności odroczonych, których używa się do zakupów już nie tylko w przypadku asortymentu fashion czy RTV/AGD, ale coraz częściej również innych kategorii produktowych, jak cateringi dietetyczne i artykuły spożywcze. Dodatkowo, wg naszych danych odroczone płatności to forma płacenia za zakupy online, do której nasi klienci chętnie wracają. Wniosek? Doszliśmy do etapu rozwoju tego rynku, że testowanie nowości technologicznych w czasie pandemii zostało zastąpione regularnym używaniem i rekomendowaniem innym użytkownikom, a to oznacza przestawienie się na nowe, wygodne i bezpieczne płatności już na stałe. Powyższe czynniki dały imponujący efekt – transakcji z użyciem odroczonych płatności było w lutym w przeliczeniu na jeden dzień jeszcze więcej niż w bardzo udanym pod tym względem styczniu, wbrew raportowanemu przez GUS wyraźnemu spadkowi wartości sprzedaży internetowej w lutym w odniesieniu do poprzedniego miesiąca. W sumie było ich też ponad czterokrotnie więcej niż w lutym przed rokiem. Coraz więcej dostępnych prognoz mówi, że w tym roku e-commerce w Polsce urośnie o ponad 20 proc. Ten wzrost w naturalny sposób będzie też dotyczyć rynku odroczonych płatności. Tym bardziej, że ciągła niepewność wynikająca ze zmiany obostrzeń, które od 20 marca do 9 kwietnia przybiorą formę narodowego lockdownu, coraz bardziej popycha ludzi w stronę bezpiecznych i wygodnych zakupów, a takie są właśnie zakupy online z wykorzystaniem tej innowacyjnej formy płatności – powiedział Piotr Szymczak, Dyrektor Operacyjny PayPo, spółki będącej liderem rynku odroczonych płatności w Polsce, z której płatności skorzystało już blisko 400 tys. osób, realizując ponad 3 mln transakcji w 2020 r.

Wyniki finansowe Grupy Agora w 2020 r.

W 2020 r. Grupa Agora mierzyła się z poważnymi skutkami wybuchu pandemii COVID-19, mocno odczuwanymi zwłaszcza przez jej biznesy reklamowe i kinowy. W obliczu pandemii zarząd Agory zdecydował o wdrożeniu planu kryzysowego, obejmującego szereg działań zabezpieczających długoterminową płynność finansową firmy i oszczędności kosztowe, a także rezygnację z biznesów pozbawionych w obecnej sytuacji szans na rozwój. Z drugiej strony jeszcze bardziej przyspieszyły konsekwetnie realizowane od kilku lat procesy cyfryzacyjne w Grupie – w efekcie m.in. wzrosły liczba subskrypcji i poziom przychodów cyfrowych „Gazety Wyborczej” i TOK FM, a także wpływy cyfrowe Wydawnictwa Agora. Ostatecznie Grupa Agora zakończyła 2020 r. z zyskiem na poziomie EBITDA.

– Pandemia praktycznie na rok zamknęła kina – największe źródło wpływów Agory. Boleśnie uderzyła w biznesy reklamowe, szczególnie w reklamę zewnętrzną. W efekcie nasze przychody spadły o ponad 400 mln zł. W odpowiedzi podjęliśmy zdecydowane działania oszczędnościowe, zawiesiliśmy większość planów inwestycyjnych i natychmiast zamknęliśmy te projekty, które miały ograniczone szanse na szybką odbudowę po pandemii. Dzięki redukcji kosztów operacyjnych Grupy o prawie 280 mln zł zamknęliśmy rok pozytywnym wynikiem EBITDA i bardzo bezpiecznym poziomem płynności – mówi Bartosz Hojka, prezes zarządu Agory. – Cyfrowa transformacja jest od lat priorytetem Agory. Ubiegły rok wykorzystaliśmy do przyspieszenia tego procesu, czego efekty widać m.in. w wynikach „Gazety Wyborczej”, segmentu Internet oraz Wydawnictwa Agora. W 2021 r. będziemy dalej inwestować w technologię i rozwój cyfrowej sprzedaży, pracując jednocześnie nad przywróceniem pełnej mocy AMS i odbudową Heliosa.

W 2020 r. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 836,5 mln zł i były niższe o 33,1% niż w 2019 r. O takim poziomie wpływów zdecydował przede wszystkim wybuch pandemii COVID-19 i jej skutki odczuwane przez Grupę Agora od wiosny ub.r. – zwłaszcza w obszarze działalności reklamowej i kinowej. Najistotniejszy spadek wpływów odnotował największy biznes Agory – sieć kin Helios, która ze względu na administracyjne zamknięcie obiektów przez cały 2. kwartał 2020 r. oraz większą część 4. kwartału nie generowała przychodów, a w 3. kwartale mierzyła się z ograniczoną ofertą repertuarową oraz limitami sprzedaży miejsc dostępnych w każdej sali kinowej. Warto jednak zwrócić uwagę na wzrost cyfrowych wpływów Grupy – zarówno ze sprzedaży dostępów do treści premium, jak i reklam digital OOH i online. Takie efekty zapewniło mocne postawienie na cyfryzację już przed kilkoma laty, a w czasie pandemii – intensyfikacja działań, dodatkowa promocja oferty cyfrowej, zwłaszcza w ramach Agory, a także inwestycje w podniesienie efektywności reklamowej.

Przychody Grupy Agora ze sprzedaży usług reklamowych wyniosły w 2020 r. 452,2 mln zł i zmniejszyły się o 22,0%. Ich spadek nastąpił we wszystkich segmentach operacyjnych poza Internetem. W największym stopniu zmniejszenie wpływów reklamowych odczuł segment Reklama Zewnętrzna, w którym były one niższe o 38,8%, głównie w efekcie obostrzeń pandemicznych skutkujących ograniczeniem liczby osób w przestrzeni publicznej. Wzrost wpływów reklamowych segmentu Internet zapewniły wyższe przychody spółki Yieldbird i Gazeta.pl.

Wpływy ze sprzedaży biletów do kin oraz ze sprzedaży barowej w sieci Helios, która przez dużą część roku – 168 dni pozostawała zamknięta, znacząco się zmniejszyły. Rynkowo w całym ub.r. liczba biletów do kin sprzedanych w Polsce wyniosła prawie 17,1 mln i zmniejszyła się o 71,9%*.

Wartość przychodów Grupy ze sprzedaży wydawnictw wyniosła w 2020 r. 133,8 mln zł – to spadek o 3,9% w porównaniu z 2019 r. Zdecydowało o tym przede wszystkim ograniczenie sieci sprzedaży zarówno wydawnictw książkowych, jak i prasowych, przyczyniające się do niższych wpływów ze sprzedaży publikacji w stacjonarnych punktach. Wyższe były natomiast wpływy ze sprzedaży subskrypcji treści Wyborcza.pl. Na koniec grudnia 2020 r. liczba prenumerat cyfrowych „Gazety Wyborczej” sięgnęła blisko 260 tys., co oznacza wzrost o 19,2% w stosunku do grudnia 2019 r. Udział wszystkich przychodów cyfrowych dziennika sięgnął już około 36,0% – to efekt konsekwentnych inwestycji w cyfryzację flagowego tytułu prasowego Agory, która prowadzona jest już od ponad 7 lat. Zwiększenie o ponad 60,0% cyfrowych wpływów ze sprzedaży swoich publikacji osiągnęło też Wydawnictwo Agora, coraz mocniej zaznaczające swoją obecność w e-księgarniach.
Jednocześnie w ub.r. Agora odnotowała też niższe przychody w pozostałych kategoriach.

Dzięki szybkim działaniom oszczędnościowym i licznym inicjatywom wewnętrznym podjętym przez zarząd w obliczu pandemii Grupa Agora ograniczyła w 2020 r. koszty operacyjne o blisko 280 mln zł – do 948,2 mln zł. Były one niższe we wszystkich segmentach Grupy, a ich największy spadek nastąpił w obszarach Film i Książka, Prasa, Radio oraz Reklama Zewnętrzna.

Istotny wpływ na poziom wydatków operacyjnych Agory w ub.r. miały projekty oszczędnościowe, jak np. renegocjowanie wysokości czynszów z właścicielami galerii handlowych współpracującymi z kinami i restauracjami oraz rezygnacja z wielu projektów marketingowych w Grupie. Część obniżek kosztów wynikała też z przepisów prawa (zawieszenie odpłatności za czynsze kin i restauracji w galeriach handlowych) lub z wpływu pandemii COVID-19 na wybrane formy działalności (m.in. koszty związane z realizacją kampanii reklamowych).

Tuż po wybuchu pandemii zarząd Agory zdecydował też o rezygnacji z biznesów lub ograniczeniu skali przedsięwzięć, którym nowa sytuacja zabrała szanse rozwoju. W związku z tymi działaniami Agora zanotowała jednorazowo dodatkowe koszty i dokonała niezbędnych odpisów aktualizujących wartość aktywów. Odpisy zostały też odnotowane w grupie AMS S.A., Helios S.A. oraz w Agorze. Jednocześnie na poziom kosztów pozytywnie wpłynął zysk ze sprzedaży nieruchomości oraz części przedsiębiorstwa Plan D. Łącznie koszt tych wszystkich zdarzeń obciążył wyniki Grupy Agora kwotą 28,7 mln zł w 2020 r.

Dzięki obniżeniu wydatków, dyscyplinie kosztowej i konsekwentnym inwestycjom w cyfryzację biznesów Grupa Agora osiągnęła w 2020 r. zysk na poziomie EBITDA w wysokości 89,2 mln zł. Strata na poziomie EBIT stanowiła 111,7 mln zł, a strata netto 130,2 mln zł**.

Na podstawie dostępnych danych rynkowych zarząd Agory szacuje, że wartość polskiego rynku reklamy w 2021 r. zwiększy się w porównaniu z 2020 r., choć 1. kwartał br. przyniesie jeszcze spadek wydatków reklamowych. Wzrosty wartości rynku reklamy powinny być natomiast widoczne od 2. kwartału 2021 r. Jedynym segmentem, w którym wartość wydatków reklamowych skurczy się w 2021 r., będzie prasa wydawana w formie tradycyjnej, zaś pozostałe rozpoczną odbudowę swojej wartości.

Biorąc pod uwagę tempo odradzania się rynku reklamy oraz niepewność odnośnie terminu powrotu do działalności poszczególnych branż gospodarki, w szczególności kin, zarząd spółki szacuje, że w całym 2021 r. przychody Grupy Agora mogą być nieznacznie wyższe niż w 2020 r., a odnotowana przez nią strata operacyjna będzie niższa niż w 2020 r.

Źródło danych: skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 4. kw. 2020 r.

Przypisy:

* Dane dotyczące frekwencji w kinach sieci Helios raportowane są zgodnie z okresami kalendarzowymi, zaś dane dotyczące frekwencji rynkowej – zgodnie z Boxoffice.pl. W tym drugim ujęciu sprzedaż biletów do kin raportowana jest w okresach, które nie są tożsame z kalendarzowym miesiącem, kwartałem czy rokiem. Liczba sprzedanych biletów w danym okresie mierzona jest począwszy od pierwszego piątku danego miesiąca, kwartału czy roku do pierwszego czwartku przypadającego w następnym miesiącu, kwartale czy roku raportowym.

Dane dotyczące sprzedaży biletów są szacunkami grupy Helios sporządzanymi częściowo w oparciu o dane Boxoffice.pl na podstawie danych przekazywanych od dystrybutorów kopii filmowych oraz w czwartym kwartale 2019 r. przez sieci kinowe ze względu na fakt, iż jeden z dystrybutorów zaprzestał podawania danych.

** W ujęciu bez MSSF 16 w 2020 r. Grupa odnotowała zysk na poziomie EBITDA w wysokości 38,2 mln zł, a strata na poziomie EBIT wyniosła 93,1 mln zł. Jednocześnie strata netto Grupy w ujęciu bez MSSF 16 wyniosła 73,4 mln zł.