PKN ORLEN przejmuje kontrolę nad RUCH i obejmuje 65 proc. akcji spółki. Jest to efekt decyzji Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy RUCHu o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki, co wiąże się z emisją nowych akcji. To ważny krok do dalszego intensywnego rozwoju obszaru detalicznego Koncernu opartego o lokalizacje poza stacjami paliw i kompleksowe usługi dla klientów, w tym kurierskie. Pozostałymi akcjonariuszami będą PZU i PZU Życie oraz Alior Bank.
– Jesteśmy poważnym inwestorem, otwieramy kolejny rozdział w historii spółki RUCH obejmując wyłącznie nowe akcje wyemitowane przez spółkę. Dzięki przejęciu kontroli możemy już wykorzystać pewne synergie, które wzmocnią spółkę i równolegle wprowadzą nasz biznes detaliczny na wyższy poziom. Na bazie spółki RUCH chcemy m.in. rozwijać segment usług kurierskich oraz nowe formaty gastronomiczno-sklepowe. Poprzez efektywne wykorzystanie aktywów RUCH i Grupy ORLEN znacząco wzbogacimy naszą ofertę, na czym niewątpliwie skorzystają klienci, a także nasi akcjonariusze – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Segment detaliczny w Polsce ma olbrzymi potencjał. Widać to na przykładzie wyników PKN ORLEN – tylko w trzecim kwartale br. ten obszar wypracował rekordowy zysk EBITDA na poziomie 1 mld zł. Jednocześnie plany rozwoju biznesu detalicznego wpisują się w trendy w Europie Środkowo-Wschodniej. Na tym rynku widoczne jest zwiększenie konkurencji w jakości obsługi, asortymencie, usługach oraz poprawie standardów operacyjnych. Analizy rynkowe przeprowadzone przez PKN ORLEN wskazały na potencjał rozwoju formatu poza stacjami paliw z wykorzystaniem aktywów spółki RUCH.
PKN ORLEN złożył spółce RUCH warunkową ofertę finansowania w związku z zamiarem przejęcia kontrolnego pakietu akcji spółki już 11 kwietnia 2019 r. Decyzję poprzedziło badanie due diligence spółki i wypracowanie kierunków działań restrukturyzacyjnych. Od tego czasu prowadzone były działania związane m.in. z przyjęciem i zatwierdzeniem układów restrukturyzacyjnych (co było jednym z warunków udzielenia spółce finansowania przez PKN ORLEN). W międzyczasie powstał szczegółowy Plan Restrukturyzacji spółki oraz wynegocjowano umowę inwestycyjną z pozostałymi partnerami w tym przedsięwzięciu. Zawarcie umowy inwestycyjnej w czerwcu br. oraz wydanie przez Prezesa UOKiK zgody na objęcie przez PKN ORLEN kontroli nad RUCH umożliwiło kontynuację procesu. Prawomocne stwierdzenie przez sąd wykonania układów RUCH z wierzycielami w listopadzie br. w ramach dwóch przyspieszonych postępowań układowych stanowiło ostatni warunek i otworzyło dla PKN ORLEN drogę do finalizacji transakcji.
Protokół sanitarny wypracowany wspólnie z branżą narciarską został dziś zaakceptowany przez Główny Inspektorat Sanitarny. Stoki narciarskie i turystyczne będą otwarte w sezonie zimowym 2020/21 przy ścisłym reżimie sanitarnym, aby zapewnić bezpieczeństwo użytkownikom.
Jako resort gospodarczy, musimy uwzględniać decyzje dotyczące ochrony zdrowia i życia Polaków. Będziemy w tej kwestii wykorzystywać doświadczenie innych europejskich krajów. – powiedział szef MRPiT Jarosław Gowin po konsultacjach z branżą.
I dodał:
Dziękuję partnerom: branży narciarskiej i GIS za owocną współpracę.
Celem wdrażanych procedur jest:
1. Zwiększenie bezpieczeństwa i ochrony zdrowia pracowników (obsługi), gości / klientów oraz osób przebywających na terenie stacji turystyczno-narciarskich, zorganizowanych terenów narciarskich oraz kolei linowych i wyciągów narciarskich.
2. Minimalizowanie ryzyka zakażenia pracowników / obsługi oraz gości / klientów.
3. Kompleksowe działanie przeciwepidemiczne dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemii.
Jak prognozują eksperci Unii Europejskiej wraz z Unią Owocową, chaos i brak harmonizacji uregulowań prawnych dotyczących opakowań i ich recyclingu może prowadzić do marnotrawstwa żywności oraz utrudniać handel pomiędzy krajami UE. Eksperci opublikowali swoje stanowisko w odpowiedzi na mapę drogową Komisji Europejskiej dotyczącą „Przeglądu wymagań dla opakowań i innych środków zapobiegających powstawaniu odpadów opakowaniowych”.
Opakowanie jest podstawowym elementem europejskiego łańcucha dostaw świeżych owoców i warzyw. Sektor świeżych produktów wykorzystuje opakowania w całym łańcuchu, począwszy od produkcji, poprzez sprzedaż hurtową, logistykę, handel i sprzedaż detaliczną, aby zapewnić konsumentom bezpieczne, wysokiej jakości i świeże produkty. Zarówno Unia Owocowa, jak i eksperci UE wspierają postulaty Green Deal, m. in. by zwiększyć zrównoważony charakter wykorzystania opakowań poprzez zwiększoną możliwość ponownego użycia i recyklingu opakowań, a także zobowiązanie do przeciwdziałania nadmiernemu pakowaniu i wytwarzaniu odpadów. Producenci owoców i warzyw wspierają także Komisję Europejską w kwestii inicjatywy przeglądu dyrektywy 94/62/WE w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych. Dla producentów najbardziej istotną kwestią jest brak zharmonizowanych przepisów dot. opakowań.
– Różne regionalne i krajowe przepisy dotyczące naklejek i opakowań w Europie są coraz trudniejsze do śledzenia przez producentów. Belgia rozwija koncepcję opakowań i naklejek kompostowanych. Włosi stosują etykiety nadające się do kompostowania przemysłowego, jednak nadal normą są tam konwencjonalne oznaczenia. Od kilku lat zabroniono tam stosowania plastikowych toreb na produkty, nie są również dostępne żadne kompostowalne lub nadające się do recyklingu wersje siatek lub toreb plastikowych. W belgijskich punktach sprzedaży plastikowe torby na zakupy nie są swobodnie dostępne, oferowane są natomiast zamienniki tekstylne lub papierowe. Niektóre rodzaje innowacyjnych materiałów opakowaniowych podlegają też wyższym kosztom recyklingu. Jak widać z powyższych przykładów, każdy kraj radzi sobie z problemami recyklingu w inny sposób, co utrudnia producentom dostosowanie się do wymogów poszczególnych rynków UE – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.
Producenci zwracają również uwagę, że materiały przeznaczone do kontaktu z żywnością stanowią nieodłączną barierę dla zrównoważonych opakowań i ograniczają stosowanie zrównoważonych opcji pakowania, gdyż uniemożliwiają recykling i ponowne użycie opakowań. W przyszłości alternatywą mogłyby stać się opakowania biodegradowalne, ale obecnie wytwarzane folie biodegradowalne są matowe i na produkcie wyglądają nieestetycznie, co może odstraszać potencjalnych klientów.
Według producentów owoców i warzyw z Unii Owocowej konieczne jest doprecyzowanie
i zharmonizowanie przepisów tak, by nie utrudniać przepływów handlowych w UE w związku z lokalnymi politykami dotyczącymi wymagań w kwestii opakowań i ich recyklingu. Bardzo istotny jest fakt, że świeże owoce i warzywa to produkty łatwopsujące się, z którymi należy się odpowiednio obchodzić na każdym etapie łańcucha dostaw.
– Wiele inicjatyw zmierzających do usunięcia opakowań z owoców i warzyw kończyło się klęską. W Wielkiej Brytanii rosnący asortyment nieopakowany doprowadził do wzrostu marnotrawstwa żywności w sklepach. W Niemczech handlowcy usunęli folię z ogórków, zwłaszcza ekologicznych, co doprowadziło do 70% strat produktów w marnowaniu żywności. W Holandii wzrosło natomiast wykorzystanie opakowań plastikowych ze względu na zapobieganie marnotrawieniu żywności. Te przykłady jasno pokazują, że zharmonizowane na poziomie UE przepisy powinny uwzględniać specyfikę owoców i warzyw w kwestii opakowań i wspierać zapobieganie marnotrawieniu żywności – dodaje Paulina Kopeć.
Przepisy powinny uwzględniać powody, z jakich opakowania są stosowane dla świeżych owoców i warzyw. Należą do nich m.in.:
Zamknięcie produktu dla celów logistyki: świeże owoce i warzywa to z natury małe, luźne produkty. Do efektywnych i wydajnych operacji transportowych oraz logistyki w całym łańcuchu wykorzystywane są produkty opakowaniowe, aby bardziej efektywnie wykorzystywać przestrzeń ładunkową. Dotyczy to na przykład standardowych palet plastikowych, jak i papierowych stosowanych do opakowań detalicznych, w tym pojemników na żywność do sprzedaży małych wieloelementowych owoców oraz sprzedawanych na wagę warzyw takich jak: jagody, małe jabłka i pomidorki koktajlowe.
Wydłużenie okresu przydatności do spożycia: świeże produkty przechodzą przez wiele etapów w łańcuchu dostaw, zanim dotrą do domów klientów lub punktów gastronomii. Świeże owoce i warzywa są produktami szybko psującymi się i podczas każdego etapu łańcucha dostaw muszą być chronione, aby dotarły do konsumenta w dobrym stanie, zgodnym z normami handlowymi. W ten sposób opakowanie wydłuża okres przydatności do spożycia produktów i ogranicza o drobne uszkodzenia produktów, które ostatecznie mogą przyspieszyć ich zepsucie. Ponadto, wiele rodzajów opakowań stosowanych w tym sektorze zawiera innowacje, które dodatkowo wydłużają okres przydatności do spożycia poszczególnych produktów, zachowując ich świeżość.
Zapobieganie psuciu się i marnotrawieniu żywności: Wydłużając okres przydatności do spożycia produktów przez opakowania stosowane w całym łańcuchu dostaw świeżych owoców i warzyw zapobiega się marnowaniu żywności poprzez ograniczanie uszkodzenia produktów i utrzymanie świeżości na każdym etapie łańcucha oraz w domu. Na przykład, jagody muszą być przechowywane
w pojemnikach do pakowania, ponieważ wskaźniki psucia się są bardzo wysokie w przypadku sprzedaży luzem.
Zapobieganie skażeniu mikrobiologicznemu: Opakowania świeżych produktów mogą być używane w całym łańcuchu dostaw, aby zapobiec skażeniu mikrobiologicznemu produktów. Opakowanie zapobiega stykaniu się świeżych owoców i produktów roślinnych z innymi powierzchniami
i wynikającymi z tego tytułu zanieczyszczeniom biologicznym.
Wyświetlanie informacji o produkcie: opakowania oferują sektorowi możliwości komunikowania się zarówno z uczestnikami łańcucha dostaw, jak i konsumentami wyposażając ich w obowiązkowe
i podstawowe informacje o produkcie. Obowiązkowe i istotne informacje obejmują, ale nie ograniczają się do odmiany, koloru, identyfikowalności, marki, kraju pochodzenia, kodu PLU, kodu kreskowego, komunikatów (na przykład „gotowe do spożycia”). Etykiety umożliwiają również wykrywanie oszustw.
Promocja konsumpcyjna: Opakowania ułatwiają promocję konsumpcji świeżych owoców i warzyw. W UE średnie dzienne spożycie owoców i warzyw na mieszkańca wynosi 348 g dziennie, czyli znacznie poniżej minimum 400 g zalecanego przez WHO dla dobrego zdrowia. Na rynku spożywczym, na którym występuje niezwykle duży wybór markowych produktów, opakowania dają możliwość promocji konsumpcyjnej poprzez tekst i grafikę.
Ułatwienia w konsumpcji: Komisja Europejska nie ustaje w wysiłkach zmierzających do zwiększenia spożycia owoców i warzyw. Obejmuje to zwiększenie dostępności różnorodnej gamy produktów i różnych wielkości porcji dla konsumentów oraz dostosowanie do ich zmieniającego się stylu życia. Opakowania zapewniają różne sposoby spożycia owoców i warzyw, dostosowane do stylu życia różnych grup demograficznych. Na przykład są to opakowania dla chcących jeść „na wynos” i zestawy posiłków z produktami owocowo-warzywnymi na 1-2 porcje dla osób mieszkających samotnie.
Zaufanie konsumentów: opakowanie daje konsumentom pewność bezpieczeństwa produktu i jego jakości. Szczególnie podczas obecnej pandemii COVID-19, opakowania zapewniają konsumentom bezpieczeństwo żywności, które ułatwia jej dalsze spożywanie na poziomie niezbędnym dla utrzymania odporności i zdrowia obywateli.
Producenci zwracają się z wnioskiem do Komisji Europejskiej, aby powyższe uwarunkowania zostały uwzględnione w planowaniu zmian w przepisach dotyczących opakowań. Naruszenie powyższych aspektów będzie szkodą dla jakości, bezpieczeństwa oraz negatywnie wpłynie na poziom konsumpcji. Według producentów przepisy powinny również uwzględniać dialog z branżą gospodarki odpadami. Jednocześnie powinny być uruchomione specjalne fundusze na badania, innowacje i rozwój zrównoważonych rozwiązań opakowaniowych. Zapewni to opłacalnie zrównoważone, alternatywne opakowania stale dostępne dla sektora warzywno-owocowego.
Utknięcie na poboczu drogi to coś, co zdarza się nieustannie wielu kierowcom. Toyota postanowiła rozwiązać ten problem i zgłosiła do urzędu patentowego projekt autonomicznego samochodu dostarczającego kierowcy w potrzasku paliwo lub energię. Co ciekawe, pojazd ten ma służyć pomocą posiadaczom samochodów o dowolnym napędzie – spalinowym, elektrycznym oraz wodorowym. Projekt to także odpowiedź na postępującą autonomizację – kiedy w samochodzie nie będzie kierowcy, problem tankowania lub ładowania trzeba będzie rozwiązać systemowo.
Jak to działa
Zgodnie z opisem ujętym we wniosku patentowym, system odbiera zgłoszenie o zapotrzebowaniu na usługę tankowania lub ładowania od samochodu-klienta. Informacja ma obejmować markę i model oraz miejsce, na które pojazd tankujący ma dotrzeć. Następnie system podejmuje decyzję, który pojazd tankujący ma odpowiedzieć na zgłoszenie, opierając się na aktualnym rozmieszczeniu pojazdów tankujących w terenie, ich wielkości, pojemności paliwa/energii oraz wielkości, marce i modelu samochodu-klienta. Po wybraniu pojazdu system wysyła mu zlecenie, a on dociera do samochodu klienta, opierając się na danych GPS oraz innych metodach nawigacyjnych przy użyciu systemu autonomicznej jazdy. Po dotarciu na miejsce pojazd ustawia się w odpowiedniej pozycji, korzystając m.in. z czujników odległości oraz automatycznie podłącza odpowiednią końcówkę do ładowania akumulatora lub tankowania paliwa albo wodoru. Aby zwiększyć wydajność, jeden autonomiczny pojazd wykonywałby kilka usług zanim powróciłby do bazy, by uzupełnić własne zbiorniki i baterię.
Z dokumentów wynika, że kierowca samochodu-klienta nie musiałby nic robić podczas całego procesu. Do tego potrzebna byłaby jednak standaryzacja wlewów paliwa i portów ładowania we wszystkich obsługiwanych przez system samochodach. Nie ma jednak powodu, żeby producenci nie porozumieli się w tej sprawie – przynajmniej jeśli chodzi o samochody autonomiczne.
Pomoc dla kierowców i autonomicznych samochodów
Rozwiązanie zgłoszone przez Toyotę w nowym wniosku patentowym ma znaczenie nie tylko dla zapominalskich kierowców, ale przede wszystkim dla pojazdów autonomicznych. Jeśli wziąć pod uwagę takie zastosowanie mobilnej ładowarki i stacji tankowania, to warto postawić pytanie, czy system ten będzie w stanie działać również podczas jazdy. Pomysł ten przypomina bowiem nieco tankowanie samolotów, a jak wiemy, uzupełnienie baku paliwa podczas lotu jest możliwe i praktykowane, choć trudne.
Jak będzie w tym przypadku? Żaden z rysunków ani opisów we wniosku patentowym nie odpowiada na to pytanie, choć tytuł patentu brzmi „On-the-fly autonomous vehicle refueling and recharging”, czyli pojazd autonomiczny do tankowania i ładowania w locie. Tak sformułowany tytuł może sugerować, że działanie w czasie jazdy jest brane pod uwagę.
Coraz więcej autonomii w samochodach seryjnych
Obecnie oferowane na rynku systemy bezpieczeństwa i wsparcia kierowcy reprezentują drugi poziom automatyzacji według klasyfikacji SAE. W Polsce we wrześniu zadebiutował Yaris nowej generacji z pakietem Toyota Safety Sense 2.5, który zawiera zupełnie nowe systemy, w tym układ zapobiegania kolizjom z pieszymi i samochodami na skrzyżowaniach. Wyższe poziomy SAE reprezentują systemy Toyota Guardian i Toyota Chauffeur, za których rozwój opowiada firma badawcza Toyota Research Institute w USA.
Na przestrzeni ostatnich lat rola prawników przedsiębiorstw przeszła ewolucję od roli wyłącznie wspierającej do roli istotnego partnera dla biznesu. Wiąże się to także z przejmowaniem odpowiedzialności za dodatkowe obszary działania firmy, takie jak compliance, raportowanie korporacyjne czy procesy regulacyjne. Prawnicy przedsiębiorstw wskazują na ogromną rolę nowych technologii w podnoszeniu efektywności ich pracy – za kluczowe rozwiązania uznają elektroniczny obieg dokumentów (84%) i podpis elektroniczny (71%) – wynika z raportu “Prawnicy przedsiębiorstw w centrum procesów biznesowych” przygotowanego przez kancelarię PwC Legal i Polskie Stowarzyszenie Prawników Przedsiębiorstw.
Raport z przeprowadzonego w tym roku badania pokazuje, że przez 10 lat działalności Stowarzyszenia z sukcesem dokonały się spodziewane zmiany. Myślę, że miejsce, w którym obecnie jesteśmy, pozwala nam z satysfakcją stwierdzić, że codzienna praca szefów działów prawnych przedsiębiorstw oznacza się wysokim poziomem profesjonalizmu nie tylko w charakterze doradcy prawnego, ale też w wielu pozaprawnych obszarach biznesu, takich jak zarządzanie zespołem, istotny udział w budowaniu strategii firmy czy wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji gospodarczych.
Waldemar Koper, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Prawników Przedsiębiorstw
Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu PwC i PSPP wynika, że rola prawnika w przedsiębiorstwie staje się bardziej strategiczna, a sami prawnicy skupiają wiele kompetencji, co pozwala im przejmować odpowiedzialność za kolejne obszary działania. 86% respondentów przyznaje, że praca prawnika przedsiębiorstw wymaga szerszych i bardziej zróżnicowanych kompetencji oraz wiedzy biznesowej niż prawnika kancelarii zewnętrznej, dla którego bardziej charakterystyczne są konkretne specjalizacje. Nie dziwi więc rosnący prestiż profesji prawnika przedsiębiorstwa – takiego zdania jest 67% badanych.
Autorzy raportu podkreślają, że rosnąca rola prawników przedsiębiorstw jest wynikiem co najmniej trzech czynników. Po pierwsze – pojawiło się wiele nowych ryzyk regulacyjnych. Dotychczas związane były one wyłącznie z określonymi branżami, takimi jak np. sektor finansowy czy farmaceutyczny, obecnie jest ich coraz więcej także w innych obszarach gospodarki. W tej sytuacji stabilne oraz efektywne zarządzanie przedsiębiorstwem stwarza konieczność ścisłej współpracy z prawnikami, a od samych prawników wymaga wiedzy znacznie wykraczającej poza kwalifikacje stricte prawnicze. Po drugie – duży wpływ na ewolucję zawodu prawnika przedsiębiorstwa ma również rosnąca odpowiedzialność społeczna i etyczna biznesu. Po trzecie zaś popularyzacja funkcji prawnika przedsiębiorstw oraz wysokie standardy samej pracy łączą się ze zmianami w polskiej gospodarce, jakie zaszły w ciągu ostatniej dekady.
Zawód prawnika przedsiębiorstwa zmaga się obecnie z nowymi wyzwaniami wywołanymi przez pandemię COVID-19. Dostosowanie się do nowych warunków – zwłaszcza konieczność transformacji cyfrowej i wzmacnianie kompetencji cyfrowych – to był i jest warunek zwiększenia konkurencyjności firm i ich działów prawnych. Rola prawników w ramach tego rodzaju reorganizacji jest niezwykle istotna, gdyż każda zmiana procesu poprzez jego rozbudowę o komponent technologiczny wymaga analizy pod kątem regulacji prawnych. W konsekwencji, rolą prawnika staje się wsparcie biznesu w określeniu procesów, które dzięki możliwościom, jakie daje rozwój technologiczny, staną się bardziej efektywne. Równie ważna jest rola prawnika w wyborze rozwiązań technologicznych, które będą odpowiadać na realne potrzeby organizacji, przy jednoczesnym zachowaniu zgodności z wymogami prawnymi. – Cezary Żelaźnicki, partner zarządzający kancelarią PwC Legal
Transformacja technologiczna działów prawnych
Zainteresowanie nowymi technologiami wśród prawników przedsiębiorstw wzrosło w porównaniu z 2016 rokiem. Obecnie 86% respondentów badania twierdzi, że widoczny jest wzrost znaczenia nowych technologii dla działów prawnych. Co ciekawe, prawnicy przedsiębiorstw deklarują dużą otwartość na nowe technologie pod warunkiem jednak, że narzędzia te pozwalają na współpracę z biznesem oraz usprawniają pracę i zwiększają efektywność w tym zakresie. Kluczowym czynnikiem jest tutaj integracja nowych rozwiązań technologicznych z działalnością całego przedsiębiorstwa. Szczególnie pożądana jest implementacja narzędzi, które usprawni pracę na styku dział prawnego i biznesu. Dodatkowo, ¾ badanych oczekuje od technologii efektywności.
W związku z tym, że podstawową rola działu prawnego jest zarządzanie portfolio umów, w tym obszarze należy spodziewać się największej gotowości na inwestycje technologiczne. Przekonanie to znajduje potwierdzenie w odpowiedziach uczestników naszego badania – aż 84% z nich wskazało elektroniczny obieg dokumentów oraz wdrożenie systemów z bazami dokumentów/projektów jako technologie ważne dla efektywnej pracy prawnika przedsiębiorstwa. Ponadto, następne miejsca w tej kategorii zajęło rozwiązanie ściśle związane z procesem wdrożenia elektronicznego obiegu dokumentów, tj. podpis elektroniczny (71% odpowiedzi).
Relacje prawników przedsiębiorstw z kancelariami zewnętrznymi
Z badania wynika, że prawnicy przedsiębiorstw mają coraz większą autonomię w wyborze kancelarii zewnętrznych i dysponują w tym zakresie oddzielnym budżetem. W ponad połowie badanych firm przy wyborze kancelarii zewnętrznych prawnicy nie są związani żadnymi odgórnie ustalonymi wytycznymi (jedynie 1/3 firm ma ściśle określone procedury przetargowe). Ma to szczególne znaczenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że aż 66% (o 6% więcej niż w badaniu z 2016 r.) badanych działów prawnych regularnie współpracuje z zewnętrznymi kancelariami, 31% czyni to sporadycznie, zaś jedynie 3% nie korzysta z tej pomocy.
Nadal najczęściej zlecanymi zadaniami kancelariom zewnętrznym są postępowania sądowe oraz podatki. Wewnętrzne działy prawne najrzadziej zlecają zadania z zakresu compliance, obsługi prawnej zarządu, negocjacji umów, czy e-commerce oraz IT.
W ocenie badanych największą wartością zewnętrznych kancelarii jest specjalizacja w konkretnej dziedzinie. Natomiast czynnikiem, który decyduje o zakończeniu współpracy z zewnętrzną kancelarią jest najczęściej brak efektywności.
Rynek akcji pnie się w górę na fali pozytywnych informacji w temacie szczepionek i politycznych rewelacji w USA, podczas gdy na FX znamiona awersji do ryzyka skrywają prosty fakt – czasami dobre nastroje nie muszą oznaczać słabości dolara.
Jeśli Amerykanie nie przejmują się wzrostem liczby zakażonych COVID-19 w swoim kraju, może i inwestorzy również powinny ignorować ten temat? Wczoraj zamieszanie wywołały zdumiewająco silne odczyty indeksów PMI z USA, które zarówno w sektorze przemysłowym, jak i usługowym wbrew oczekiwaniom wskazały przyspieszenie tempa ekspansji względem poprzedniego miesiąca. Zamiast przejmować się rozwojem pandemii teraz, firmy wyraziły większe zadowolenie z wyparowania niepewności wokół wyborów oraz pokładają duże nadzieje w szczepionkach i powrocie do normalności. Szokujący optymizm mocno kontrastował z opublikowanymi kilka godzin wcześniej słabymi odczytami z Europy i jakkolwiek dla Wall Street dane podsycały zakupy akcji, tak na rynku walutowym reakcja nie sugerowała wzrostu apetytu na ryzyko. Zyskiwał przede wszystkim dolar, ale jak najbardziej miał do tego prawo przy tak świetnych odczytach. Czasami nie można ignorować zaplecza makro, niezależnie jak bardzo kłóci się to z szerokim poglądem na ryzyko.
Wyjątkowość gospodarki USA nie pierwszy raz jest czynnikiem niepozwalającym ot tak zawiązać trendu wyprzedaży USD. Jednak jeden raport nie powinien od razu przekreślać trendu. Obecna fala pandemii nie odciska piętna na gospodarce USA, ale może to wynikać z tego, że pogorszenie sytuacji zdrowotnej dotyka USA z kilkutygodniowym opóźnieniem niż Europę. Ponadto w USA jeszcze nie zarządzono powszechnych lockdownów, oszczędzając sklepy i miejsca pracy. Z drugiej strony bez oznak szybkiego wprowadzenia pomocy fiskalnej, sytuacja w USA może się szybko zmienić na gorsze. Zanim znowu zmieni się na lepsze, gdyż ostatnie godziny przyniosły komunikaty, które pozwalają liczyć na większą aktywność władz fiskalnych w zwalczaniu pandemii. Prezydent Trump miał rzekomo polecić swojej administracji, by formalnie rozpocząć współpracę z obozem Bidena w sprawie przekazania władzy. Ponadto według innych źródeł, była przewodnicząca Fed Janet Yellen jest wskazywana na nowego sekretarza skarbu w administracji Bidena. To pozytywna zapowiedź, która powinna poprawić współpracę między Departamentem Skarbu i Fed, jak również zwiększa szanse, że administracja będzie forsować pakiet fiskalny w formie, na jakiej najbardziej zależałoby Fed.
Inwestorzy muszą meandrować między zaskakująco pozytywnymi fotografiami stanu z przeszłości (PMI), ponurą teraźniejszością (wzrost zachorowań) i nadziejami na poprawę w przyszłości (szczepionki, pakiet fiskalny). Ostatnio więcej jest dobrych wieści, co pozwala rozwijać się rajdowi ryzyka, zanim uderzy inwestycyjny pragmatyzm nakazujący redukować ryzyko przed długim, świątecznym weekendem.
Osobista forma kontaktu z użytkownikiem i reklamy odporne na Adblocka. To największe atuty przekazów marketingowych emitowanych w stacjach radiowych online, podcastach i innych treściach opartych na audio w Internecie. Firma AdTonos, wyspecjalizowana w obsłudze kampanii programatycznych, przez ostatnich dziesięć miesięcy wyemitowała aż 63 159 425 playoutów.
Kampanie programatyczne pozwalają lokalnym markom kształtować przekaz reklamowy w dobie wąsko sprofilowanych stacji internetowych. Podejmowane działania są efektem coraz większego zainteresowania podcastami i audycjami radiowymi emitowanymi w Internecie.
Jak dotrzeć do precyzyjnej grupy docelowej?
Specyfiką tego typu kampanii jest możliwość bardzo dokładnego określenia profilu odbiorcy. Programmatic audio pozwala ustawić reklamy na przykład według kryterium płci, wieku, lokalizacji czy zainteresowań. Dzięki temu, właściciel lokalnej kwiaciarni czy dealer samochodowy może reklamować się w ogólnopolskiej stacji radiowej, docierając do potencjalnych klientów, którzy znajdują się w okolicy jego firmy. Dla stacji radiowej jest to dodatkowe źródło dochodu, które może być właściwym sposobem na pokrycie kosztów inwestycji w rozwój radia w Internecie.
Jak to wszystko działa? Posłużmy się przykładem. Jeśli słuchacz korzysta z określonej stacji radiowej za pomocą tradycyjnego odbiornika w samochodzie lub ustawionego na komodzie w domu i jednocześnie będzie słuchać tych treści z aplikacji uruchomionej przez jego ulubioną stację radiową, to usłyszy różne bloki reklamowe. Reklamy w aplikacji będą dopasowane bezpośrednio do jego profilu i zainteresowań. System „podmienia” reklamy w sposób całkowicie niezauważalny dla słuchacza. Oprogramowanie rozpoznaje, kiedy rozpoczyna się blok reklamowy i układa reklamy zgodnie z „zadanym” wcześniej profilem użytkownika. Skuteczność sięga w tym przypadku 99,5%. Dedykowany algorytm uczy się, w jaki sposób poszczególne stacje radiowe miksują dżingle reklamowe, dlatego przejście bloków reklamowych jest płynne. Słuchacz nie ma świadomości, że reklamy zostały podmienione.
Jesteśmy jedną z trzech firm na świecie, które stworzyły technologię wymiany streamu audio w czasie rzeczywistym. Dzięki temu możemy realizować kampanie programatyczne audio w oparciu o własną technologię. Dziesięć pierwszych miesięcy 2020 roku pozwoliło nam wygenerować ponad 63 miliony playoutów. 16 milionów z nich zostało wyemitowanych w polskich stacjach online. Na zagranicznym, bardziej doświadczonym rynku, sprzedaż reklam odbywa się już w pełni automatycznie, a także na zasadzie bidowania stawki za emisję reklamy. O skuteczności takich działań świadczy fakt, że według światowych badań 80% słuchaczy podcastów akceptuje reklamy. Ponad 60% z nich kupuje po wysłuchaniu reklamy w trakcie podcastu. Gdy dodamy do tego „odporność” na systemy blokujące, otrzymujemy skuteczny sposób prezentowania swoich produktów i usług – powiedział Michał Marcinik, prezes AdTonos, platformy specjalizującej się w audiomarketingu.
Reklamy programatyczne w segmencie audio sprawdzają się w każdej branży, choć doświadczenie AdTonos pokazuje, że szczególnie dobre wyniki osiągane są przez kampanie przygotowywane dla klientów działających głównie w sektorach e-commerce, motoryzacyjnym, FMCG, branży finansowej czy usługowej. Powodem takiej skuteczności jest możliwość bardzo dokładnego określenia grupy docelowej. Jest to możliwe, ponieważ operatorzy audiomarketingu mają do dyspozycji ogromną bazę kategorii, do których przydzielany jest odbiorca reklamy.
W dobie pandemii przebranżowienie się do zupełnie innego zawodu stało się realne dla przedstawicieli wielu branż. Sprawdziliśmy więc, w jakich sektorach nadal jest praca i na jakie zarobki mogą liczyć osoby zmuszone przekwalifikować się do nowej profesji.
Jeszcze przed pandemią na przebranżowienie decydowały się przede wszystkim osoby niezadowolone z dotychczasowej pracy. Po nowe kwalifikacje sięgali pracownicy mający nadzieję na poprawę swojej sytuacji zawodowej i podniesienie zarobków. Dzisiejsza sytuacja powoduje, że do grona osób chcących zmienić swój zawód dołączają pracownicy zwyczajnie zmuszeni do szukania nowej profesji. Ponadto, jak wynika z badania „Monitor Rynku Pracy” Randstad, zmiany dotykają też mieszkańców mniejszych miast, kobiet i najmłodszych pracowników (do 29. roku życia).
Pytanie, w których sektorach nadal trwają rekrutacje? Odpowiedzi dostarczają eksperci ze szkoły programowania online Kodilla.com, którzy na bazie danych pozyskanych od agencji rekrutacyjnych Randstad i Devire przygotowali zestawienie zawodów, na które jest popyt na rynku pracy, wraz z prognozowanymi zarobkami. Analiza pokazała, że w wielu przypadkach rozpoczęcie kariery nie musi wymagać zaawansowanych umiejętności.
Pracownik magazynowy – od 3,5 tys. zł brutto
Rozwój e-commerce wraz z coraz częstszym przenoszeniem handlu do przestrzeni online, przyspieszonym przez pandemię, lockdown i zahamowanie działalności dużej części sklepów stacjonarnych, spowodował wzrost popytu na pracowników magazynowych. Czy to dobry zawód?
Plusem, jak wyjaśnia Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy w Randstad jest to, że od kandydatów, częściej niż doświadczenia, wymaga się po prostu skrupulatności w wykonywaniu zadań, czasem sprawności fizycznej i manualnej czy gotowości do pracy w systemie zmianowym.
Ile zarabia magazynier? Pracodawcy na start płacą przeciętnie3,5 tys. zł brutto, czyli ok. 2,5 tys. zł na rękę. Pracownikom przysługują też premie, m.in. za frekwencję, pracę w weekendy czy wyniki. W wielu przypadkach mają możliwość rozwoju, np. awansu na brygadzistę czy doszkolenia się w zakresie obsługi wózków widłowych (co pozwala na uzyskanie wyższych stawek godzinowych). Perspektywy rozwoju są nawet szersze i obejmują stanowisko logistyka, inżyniera procesów logistycznych czy managera.
Specjalista ds. aktywnego pozyskiwania klientów – od 4 tys. zł brutto
Obecnie wiele branż mierzy się ze spadkiem zamówień, dlatego wśród propozycji dla osób szukających nowej pracy, eksperci wymieniają oferty dotyczące aktywnych handlowców.
– Na propozycje pracy mogą liczyć osoby dobrze czujące się w sprzedaży, generowaniu leadów i pozyskiwaniu nowych klientów w obszarze szeroko pojętych usług dla biznesu. Poza tym takie stanowiska nie muszą być osadzone w centrum usług wspólnych. Często są po prostu częścią lokalnych zespołów sprzedażowych. Wynagrodzenia wahają się od 4 do 6 tys. zł brutto na start i są skorelowane z systemem premiowym, uzależnionym od osiąganych wyników – mówi Dorota Hechner, manager pionu rekrutacji stałych w Devire.
Pracownik telefonicznej obsługi klienta – od 4,5 tys. zł brutto
Przemiany w sposobie obsługi klienta obserwuje się już od kilku lat. Firmy coraz częściej decydują się na scentralizowane działy, wyspecjalizowane w komunikacji z konsumentami, dostępne telefonicznie lub internetowo, czasem wręcz całodobowo. – Ze względu na kwalifikacje pracowników, Polska jest wręcz światowym liderem takich usług – twierdzi Mateusz Żydek.
Sama praca w scentralizowanych działach obsługi klienta to dobry start w tej specjalizacji. Podjąć się jej mogą nawet studenci czy osoby ze średnim wykształceniem. Centra obsługi klienta skierowane na Polskę nie wymagają posługiwania się językami obcymi. Od pracowników wspierających klientów zagranicznych wymaga się jednak znajomości języka angielskiego i niemieckiego, ale często też francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego, rosyjskiego, niderlandzkiego czy portugalskiego. Zresztą znajomość języków jest premiowana wyższym wynagrodzeniem. Poza tym od pracowników raczej nie wymaga się znajomości branży. Pracodawcy sami organizują szkolenia i wprowadzają pracowników w zagadnienia związane z obsługą klienta.
W scentralizowanym dziale obsługi klienta osoba na stanowisku młodszego specjalisty zarabia ok. 4,5 tys. zł brutto, czyli 3,2 tys. zł na rękę. Pracownik na stanowisku specjalistycznym dostaje 3,7 tys. zł na rękę, a na stanowisku starszego specjalisty – 4,5 tys. zł. W ciągu zaledwie 3 ostatnich lat zarobki w tym zawodzie wzrosły przeciętnie o 25%.
Pracownik helpdesku IT – od 4,8 tys. zł brutto
Rozwijające się w Polsce firmy coraz częściej potrzebują bardziej scentralizowanego wsparcia informatycznego. Szczególnie dla dużych organizacji uzasadnione jest tworzenie zespołów helpdesku – pierwszej linii pomocy. Jej zadaniem jest rozwiązywanie najprostszych wyzwań, z którymi mierzą się użytkownicy rozwiązań informatycznych w firmie (od niedziałających drukarek, poprzez odzyskiwanie utraconych danych, aż po instalowanie potrzebnych aplikacji).
Problemy rozwiązywane przez pierwszą linię wsparcia IT na ogół nie należą do skomplikowanych. Dlatego od kandydatów często nie wymaga się zaawansowanej wiedzy informatycznej – zresztą wielu procedur można nauczyć się w trakcie wdrożenia stanowiskowego. Jednocześnie helpdesk to otwarte drzwi do rozwoju w innych dziedzinach informatycznych, a także przejścia np. do działów zajmujących się projektowaniem oprogramowania, administrowaniem sieciami informatycznymi czy bezpieczeństwem danych.
Początkujący pracownik helpdesku IT może liczyć w Polsce na 4,8 tys. zł brutto (3,5 tys. zł na rękę), by po kilku latach jego wynagrodzenie wzrosło do 4 tys. zł, a w przypadku starszych specjalistów czy liderów zespołów do 6-6,5 tys. zł netto. Na podstawowych stanowiska w ciągu zaledwie 3 ostatnich lat wynagrodzenia wzrosły o połowę.
Junior w IT – od 4,8 tys. zł brutto. A ile po 5 latach?
– Obserwując rozwój kariery Java Developera czy .NET Developera od stanowiska juniorskiego widzimy, że choć taki pracownik początkowo może liczyć na niewielką pensję, to po 5 latach ma szansę na kilkukrotnie wyższe wynagrodzenie. W zależności od stanowiska i formy współpracy to może być 14-16 tys. zł brutto na UoP, albo nawet 25 tys. zł przy B2B – mówi Dorota Hechner z Devire.
Nic dziwnego, że zainteresowanie branżą IT nie maleje, nawet wśród osób nietechnicznych. Zgodnie z danymi Kodilla.com za okres od marca 2020 do chwili obecnej, największą gotowość do przekwalifikowania się na stanowisko programisty wykazują przedstawiciele takich branż, jak: gastronomia, budownictwo, edukacja, logistyka, marketing, finanse i inżynieria. – Wystartować w branży chcą zarówno osoby techniczne, jak np. analitycy danych lub graficy, jak i pracownicy, którzy z IT wcześniej miały niewiele wspólnego. To np. specjaliści ds. marketingu czy HR-u, nauczyciele, pracownicy gastronomii, hotelarstwa czy turystyki – dodaje Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com.
Specjalista od contentu – od 5 tys. zł brutto
Marketingowcy czy webmasterzy mogą starać się o pracę jako E-commerce Content Specialist (lub: „E-merchandising Specialist”). To osoba czuwająca nad firmową stroną www, dbająca o dane i content (np. przypisywanie produktów do kategorii, podpisanie zdjęć, tworzenie opisów, tagów etc.).
Z ciekawostek, część sieci retailowych (nie mając obecnie co zrobić z pracownikami sklepów) już teraz tymczasowo angażuje ich właśnie do tego zadania.
– Rynkowo takie stanowisko możemy wycenić na ok. 5 tys. zł brutto dla osoby początkującej (juniora), z perspektywą rozwoju do ok. 7 tys. zł brutto przy bardziej samodzielnym stanowisku – mówi Dorota Hechner.
Junior Property Manager – od 9 tys. zł brutto
Ciekawie wypadają też dane dotyczące rynku nieruchomości pozyskane od agencji Devire. Ze względu na ustawę deregulacyjną z 2014 roku, od osób zajmujących się pośrednictwem nieruchomości nie wymaga się wyższego wykształcenia kierunkowego, odbycia praktyk ani zdania państwowego egzaminu zawodowego. Dlatego jest to jeden z nowych kierunków zawodowych dla osób bez doświadczenia w branży. Osoby przekwalifikowują się, bo liczą na wysokie zarobki związane z prowizjami, ale cenią sobie również elastyczny czas pracy.
Jeśli chodzi o wynagrodzenia, to Junior Property Manager może liczyć na 7-9 tys. zł brutto (5-6,4 tys. zł netto). Awans na Property Managera to już 10-12 tys. zł brutto, z kolei Senior Property Manager zarabia 13-16 tys. zł brutto (9,2-11,3 tys. zł na rękę).
Rozwój niejedno ma imię
Jak podkreśla Magdalena Rogóż z Kodilla.com, w poszukiwaniach nowego zawodu nie należy się ograniczać wyłącznie do analizowania zarobków.
– W każdej branży funkcjonują zarówno osoby bez doświadczenia, dopiero rozpoczynające swoją karierę, jak i doświadczeni seniorzy i eksperci. Aby móc liczyć na taki awans, przede wszystkim trzeba chcieć się rozwijać. To od nas samych zależy, jak szybko i czy w ogóle osiągniemy wyższy poziom umiejętności, zyskamy zaufanie szefa, otrzymamy poważniejsze, samodzielne zadania i zostaniemy za to odpowiednio wynagrodzeni. Im większe możliwości rozwoju w danej branży, tym większa możliwość awansu i lepszych zarobków. Branża IT jest jedną z tych, które już dawno to dostrzegły i jest to jeden z jej największych atutów sprawiających, że nawet w czasie kryzysu nadal się rozwija – podsumowuje.
Ekspertka ostrzega jednak, że nawet w tak rozwojowych sektorach pracownicy, którzy zapomną o samorozwoju i pozostaną w tyle, mogą zostać wykluczeni. Rzadko słyszy się jednak o programiście, który postanowił się przebranżowić.
W 2021 r. dochody budżetu państwa założono na 404,4 mld zł, a wydatki na 486,7 mld zł. Ile z tych pieniędzy trafia na konkretne obszary? Ile środków przeznaczanych jest na ochronę zdrowia, a ile na wsparcie publicznej telewizji czy kościoła? Portal ikalkulator.pl postanowił przyjrzeć się obszarom, które mają największy wpływ na komfort życia społeczeństwa, a także sprawdzić te, które może nie do końca potrzebują obecnie aż tak dużego wsparcia.
Wydatki na onkologię w dół
Wskaźnik zachorowalności na nowotwory w Polsce jest stosunkowo niski – średnio 254 osoby na 100 tys. mieszkańców choruje na nie w naszym kraju. Jednak jednocześnie wskaźnik umieralności z powodu raka należy do najwyższych wśród wszystkich państw objętych badaniem – wynika z raportu „Health at a Glance 2019”. Co roku na raka choruje blisko 160 tys. osób, a do 2029 r. zachorowań ma być 220 tys. rocznie.
Na walkę z tą chorobą średnio wydaje się u nas ponad 42 euro na osobę, dla przykładu u naszych sąsiadów Czechów jest to aż dwa razy więcej – 85 euro. Niskie nakłady na onkologię skutkują tym, że pomimo niższej zapadalności na nowotwory złośliwe niż w innych krajach OECD, śmiertelność z tego powodu jest u nas o wiele wyższa niż średnia dla tych krajów. Raport Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego pokazuje, że jeśli chodzi o przeżywalność pacjentek z rakiem piersi to Polska ma lepsze wyniki jedynie od Rosji, Rumunii i Słowacji. W innych krajach zagranicą przeżywalność jest o 6-7 p.p. wyższa niż u nas.
Dodatkowo, gorzej jest z dostępnością leków. Z powodów ekonomicznych jedynie ok. 50 proc. leków, które są w Unii Europejskiej, jest dostępnych w Polsce. Przez brak nowoczesnych leków, na które nie ma pieniędzy, w Polsce ratuje się mniej chorych na nowotwory niż w Unii Europejskiej.
Jak z perspektywy czasowej wyglądają dane dotyczące wydatków na onkologię? Dane Ministerstwa Zdrowia pokazują, że w 2009 r. Polska wydała na ten obszar 4,8 mld zł, a dziesięć lat później – w 2019 r. – było to już dwa razy więcej – 10,4 mld zł. Różnica wydaje się znaczna, jednak należy zauważyć, że z roku na rok przybywa chorych, a ceny leków i opieki zdrowotnej idą w górę.
Choć prewencja i leczenie nowotworów kuleją u nas przez brak pieniędzy, to i tak w budżecie na 2021 r. na chemioterapię, która jest kluczowa w onkologii, rząd przeznaczył o 200 mln zł mniej niż w roku 2020 r.
Zaniedbane zdrowie psychiczne
Jak wynika z przyjętego budżetu na 2021 r. – na psychiatrię i leczenie uzależnień w 2021 r. NFZ planuje przeznaczyć 3,17 mld zł. Według planu na ten rok, na cel ten ma trafić 3,28 mld zł. Wydatki na psychiatrię i leczenie uzależnień stanowią tylko 3 proc. wszystkich kosztów NFZ na świadczenia opieki zdrowotnej, a według szacunków powinno być to minimum 5 proc. (ok. 4,5 mld zł). Według raportu Upper Finance Med Consulting, taki poziom finansowania psychiatria w Polsce osiągnie za kilka lat i to z uwzględnieniem wydatków prywatnych. W krajach zachodnich wydatki na ten cel stanowią 6-8 proc.
Psychiatria w Polsce jest niedoinwestowana i niedoszacowana. Według szacunków, z zaburzeniami psychicznymi zmaga się blisko 8 mln dorosłych Polaków, a 1,5 mln z nich trafia co roku do szpitali psychiatrycznych. Skalę problemu obrazuje również duże zapotrzebowanie na porady psychologiczne w ramach NFZ. W zależności od województwa czeka się na nie od kilku tygodni do nawet pół roku. Dlatego też wiele osób korzysta z takiej pomocy prywatnie.
Te liczby rosną z roku na rok, a świadczy o tym także fakt, że najwięcej Polaków dostaje L4 właśnie z powodu zaburzeń psychicznych. Według ostatnich dostępnych danych ZUS (za 2018 r.) generują one najwyższe wydatki na świadczenia związane z niezdolnością do pracy (stanowiły one 15,8 proc. wszystkich L4 i wygenerowały koszty rzędu 233,8 mln zł).
Dodatkowo, należałoby doinwestować psychiatrię dziecięcą, gdzie brakuje personelu i ośrodków, które mogłyby pomóc w leczeniu coraz większej liczby młodych pacjentów. Według analiz NIK przeprowadzonych w latach 2017-2019, blisko 9 proc. dzieci i młodzieży wymaga pomocy profesjonalnej (ok. 630 tys. dzieci i młodzieży poniżej 18. roku życia), a dane Naczelnej Izby Lekarskiej mówią, że czynnych zawodowo jest jedynie 455 lekarzy psychiatrów dzieci i młodzieży.
Kosztowny Covid-19
Pandemia Covid-19 sieje spustoszenie nie tylko w społeczeństwie, ale także gospodarce. Chcąc zminimalizować skutki pandemii rząd powołał Fundusz Przeciwdziałania Covid-19. Jest on finansowany m.in. z budżetu państwa, w tym ze środków europejskich i ze sprzedaży państwowych obligacji. Jego wysokość w tym roku to 112,5 mld zł. Do października rozdysponowano już blisko 60 proc. tej kwoty – 66,6 mld zł. Na co przekazano te pieniądze? Przede wszystkim na wsparcie pracodawców i pracowników, którzy stracili dochody przez pandemię koronawirusa.
Jeśli mowa o wydatkach na Covid-19 nie sposób nie wspomnieć o „utopionych” pieniądzach na feralne maseczki, które nie spełniały norm FFP. Tym sposobem 5,5 mln zł z funduszy Ministerstwa Zdrowia zostało wyrzuconych w błoto.
Tajemniczy Fundusz Kościelny
Fundusz Kościelny wzbudza niemałe emocje wśród polskiego społeczeństwa, jednak ciężko ustalić całościową kwotę jaka jest przeznaczana na wsparcie kościoła. Fundusz Kościelny to pozostałość z lat 50. XX wieku. Powstał po to, aby zrekompensować Kościołowi utracone mienie. Tym samym obecnie cały czas mamy do czynienia z sytuacją, w której dawne straty Kościoła pokrywane są dwukrotnie. Ile wynosi Fundusz Kościelny i ile tak naprawdę państwo przeznacza na rzecz Kościoła katolickiego?
W projekcie ustawy budżetowej na rok 2021 na Fundusz Kościelny (jak co roku) zaplanowano 11 mln zł. Jednak często Fundusz był zasilany dodatkowo także z rezerw budżetowych. Ta kwota nie oddaje całości wydatków, jakie państwo polskie ponosi na rzecz Kościoła katolickiego. Ciężko ustalić dokładną sumę, ponieważ można odnieść wrażenie, że rząd niezbyt chętnie dzieli się informacjami na ten temat.
Według ostatnich szacunków, które podała „Rzeczpospolita”, rocznie z budżetu państwa na wsparcie Kościoła idzie od 1,6 do 1,8 mld zł! Skąd więc taka różnica, skoro według oficjalnych danych Fundusz Kościelny w 2021 r. ma być zasilony kwotą 11 mln zł? Wynika ona z faktu, że państwo nie wlicza tu wydatków na pensje katechetów i działalność edukacyjną kościoła. Same wynagrodzenia pochłaniają 1,1 mld zł, a działalność edukacyjna – ok. 0,5 mld zł. Jednak są też głosy mówiące o tym, że realne wsparcie kościoła przez polski rząd jest o wiele wyższe i może wynosić nawet 3 mld zł!
Należy wspomnieć, że w 2019 r. państwo na związki wyznaniowe, ale głównie Kościół katolicki, wydało 171 mln zł! Z ciekawostek warto dodać, że według szacunków portalu Oko.press, które bazują na transferach z resortów do fundacji Lux Veritatis, w latach 2015-2019 Tadeusz Rydzyk zainkasował z państwowej kasy ponad 214 mln zł.
Pompowane media publiczne
Na początku tego roku zrobiło się głośno o dofinansowaniu mediów narodowych kwotą blisko 2 mld zł. Pochodziły one ze spieniężenia papierów skarbowych – rząd musiał zadłużyć się, emitując obligacje. W efekcie Telewizja Polska dostała 1,75 mld zł, a Polskie Radio i PAP musiały podzielić między siebie niecałe 200 tys. zł.
Do tego dochodzą wpływy z abonamentu. Ze Sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z działalności w 2019 roku wynika, że było to 650 mln zł. Środki otrzymała: Telewizja Polska (331,4 mln zł), Polskie Radio (159,3 mln zł) i spółki radiofonii regionalnej – (159,3 mln zł). W efekcie Telewizja Polska została zasilona niemałą kwotą.
Na co można było przeznaczyć 2 mld zł? Czysto teoretycznie założyliśmy, że ta kwota mogłaby zostać przekazana w formie wynagrodzenia rodzicom dzieci niepełnosprawnych, które wymagają całodobowej opieki i sfinansować dodatek w wysokości średniej pensji przez rok dla ponad 31 tys. osób. 2 mld zł pomogłoby także m.in. sfinansować najdroższy lek świata – Zolgensma dla ok. 200 dzieci chorych na SMA.
„Doinwestowana” kultura
Kultura odgrywa ważną rolę w budowaniu tożsamości narodowej i nasz kraj zdaje się o tym nie zapominać. Jak wynika z zestawienia Eurostatu, Polska przeznaczając 1,9 proc. środków publicznych w 2018 r. była jednym z wydających najwięcej na kulturę krajów UE (zajęliśmy szóste miejsce w UE). Najwięcej na ten sektor przeznacza Łotwa (2,8 proc.), Węgry (2,7 proc.) oraz Estonia (2,4 proc.).
W projekcie budżetu na 2021 r. środki na kulturę wyniosą przeszło 5,1 mld zł, co stanowi 1,09 proc. środków publicznych. Dodatkowo w tym roku na sferę kultury z powodu pandemii w instytucjach kultury rząd wyda prawie drugie tyle pieniędzy – ponad 4 mld zł.
Nie sposób nie wspomnieć o programie pomocy socjalnej z Funduszu Promocji Kultury. Rządowe wsparcie miało być pomocą dla filharmonii, teatrów, oper i ich pracowników, a także artystów prowadzących działalność gospodarczą. Rząd miał zwrócić od 40 do 50 proc. przychodów utraconych od 12 marca do 31 grudnia 2020 r. Pomoc przygotowywana przez resort miała wynieść 400 mln zł.
Na liście znalazło się ponad dwa tysiące podmiotów oraz artystów. Jednak oburzenie w społeczeństwie wywołało zwłaszcza pojawienie się wysokiego wsparcia dla znanych gwiazd, które często posiadają również inne źródła dochodu, np. z reklam lub udziału w programach rozrywkowych. I tak np. do Radosława Liszewskiego z grupy Weekend miało trafić 520 tys. zł, do Kamila Bednarka 0,5 mln zł, Bayer Full łącznie miał zgarnąć 550 tys. zł (150 tys. zł dla Sławomira Świerzyńskiego i 400 tys. zł dla jego żony odpowiedzialnej za impresariat zespołu), a także blisko 1,9 mln zł dla Golec uOrkiestra.
Według szacunków portalu Bezprawnik, „8,33 proc. wszystkich wnioskujących otrzymałoby 45,97 proc. całej puli do podziału”.
Obecnie wypłata środków została wstrzymana, a lista beneficjentów pomocy poddana ponownej pilnej weryfikacji.
Obciążające 500+
Rodzina 500+ to flagowy program socjalny rządu. Jak wynika z raportu MRPiPS za 2019 r., od początku trwania programu 500+ wydano na niego 87,4 mld zł, a po jego rozszerzeniu wsparciem objęto łącznie 6,8 mln dzieci w Polsce. W ustawie budżetowej na rok 2021 na finansowanie Programu „Rodzina 500+” zapewniono 41 mld zł – czyli tyle, ile wynosi połowa budżetowej dziury Polski. Jest to mocno obciążający program, którego okrojenie mogłoby choć trochę wspomóc gospodarkę. Pojawiały się już głosy o zmianach w programie, ale póki co nie padła żadna oficjalna deklaracja i raczej będzie o nią trudno.
Na co można by przeznaczyć 41 mld zł? Jak podliczyło Forum Obywatelskiego Rozwoju, kwota przeznaczana na 500+ pozwoliłaby na wzrost wydatków na zdrowie do 6,2% PKB, a także starczyłaby np. na zwolnienie 30% najmniej zarabiających osób z PIT i NFZ.
Bez tłoku w centrum handlowym i bez kolejki przed otwarciem sklepu, za to przed monitorem komputera lub ze smartfonem w dłoni, przeglądając witryny internetowych sprzedawców z całego świata. Tak może wyglądać tegoroczne święto wyprzedaży. Analitycy Cinkciarz.pl zastanawiają się, czy będzie bezpieczniej i taniej, ale też dają kilka wskazówek.
Black Friday, dzień tradycyjnych wyprzedaży i obniżek cen, wypada w tym roku 27 listopada. Z kolei Cyber Monday, czyli odpowiedź branży e-commerce na przeceny w sklepach stacjonarnych – 30 listopada.
Można się spodziewać, że w tym okresie – jak co roku – sprzedawcy będą nas zachęcać do zakupów, oferując wyjątkowe okazje i duże cięcia cen towarów. Ponieważ rabaty rzędu 20-30 proc. na nikim nie robią już dziś większego wrażenia, zobaczymy i usłyszymy reklamy mówiące o obniżkach o połowę, a nawet o 70-80 proc, wobec pierwotnej ceny detalicznej.
Towar znacznie poniżej wartości?
Czy to możliwe, że sklep zdecyduje się sprzedać pełnowartościowy towar znacznie poniżej jego wartości? – Możliwe, ale jednocześnie mało prawdopodobne, że uda się nam kupić coś, czego naprawdę potrzebujemy, w tak korzystnej cenie – odpowiadają analitycy portalu Cinkciarz.pl. – Slogany reklamowe o gigantycznych zniżkach są obliczone na przyciągnięcie uwagi. Aby miały pokrycie w faktach, sprzedawca rzeczywiście może na przykład znacznie przecenić towar, na który i tak nie ma popytu, albo wcześniej podnieść ceny, by później skala obniżki prezentowała się okazalej – tłumaczą analitycy Cinkciarz.pl.
Oczywiście, nie wszystkie wyprzedaże są pozorowane. W Black Friday i Cyber Monday można upolować produkty znacznie taniej niż np. w grudniowym szale przedświątecznych zakupów prezentowych. Tylko jak odróżnić prawdziwe okazje od pułapek zastawianych na klientów?
– Nie powinniśmy się sugerować procentową skalą przeceny, tylko po prostu sprawdzić, ile ten sam produkt kosztuje w innych sklepach. Skoro tegoroczne polowanie na zniżki z uwagi na pandemię koronawirusa przeniesie się do internetu, tym łatwiej będzie skorzystać z porównywarek cenowych i dokonać szybkiej weryfikacji – podpowiadają analitycy Cinkciarz.pl. – Zakupy w sieci mogą okazać się dla nas nie tylko bezpieczniejsze, ale i korzystniejsze. Możemy przecież przebierać w ofertach z całego świata, a nie tylko w sklepach czy platformach z kraju, w którym mieszkamy. To duża szansa na większy wybór produktów i niższe ceny. Zakupy za granicą wydają się tym bardziej godne uwagi, że za dolara czy euro płacimy dziś blisko 20 groszy mniej niż ledwie trzy tygodnie temu – podsumowują.
Grupa INPRO podsumowała wyniki finansowe po trzech kwartałach 2020 roku. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wyniosły 184,4 mln zł netto, czyli o 40% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Natomiast zysk netto po dziewięciu miesiącach br. wyniósł 18,1 mln zł wobec 12,8 mln zł rok wcześniej, co stanowi wzrost o blisko 42%.
Po trzech kwartałach 2020 roku Grupa INPRO zanotowała przychody ze sprzedaży na poziomie 184,4 mln zł, czyli o 40% więcej w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Zysk brutto ze sprzedaży wzrósł do 45,3 mln zł, w porównaniu do 40,9 mln zł osiągniętych rok wcześniej. Natomiast zysk netto wyniósł 18,1 mln zł wobec 12,8 mln zł wypracowanych w trzech kwartałach 2019 roku.
Wzrost poziomu przychodów to zasługa zwiększonej liczby przekazanych lokali. Narastająco za dziewięć miesięcy bieżącego roku Grupa wydała łącznie 417 lokali w porównaniu z 256 lokalami w analogicznym okresie roku ubiegłego (wzrost o 63%).
W okresie sprawozdawczym INPRO SA oddała do użytkowania 5 budynków na osiedlu Azymut (193 lokale) i 5 budynków na osiedlu Optima etap II (200 lokali), a także 4 domy jednorodzinne na osiedlu Wróbla Staw etap E oraz 7 domów jednorodzinnych na osiedlu Golf Park. Natomiast Domesta zakończyła prace przy czterech budynkach na osiedlu Havlove (łącznie 142 lokale), jednym budynku na osiedlu Nowa Niepołomicka II (48 lokali) oraz przy budynku biurowym Matarnia Office Park.
W całym 2020 roku Grupa planuje oddać do użytkowania łącznie ponad 900 lokali. Dla porównania w 2019 roku Grupa w całym roku oddała do użytkowania 538 lokali.
„Wyniki osiągnięte zarówno w trzecim kwartale, jak również narastająco po dziewięciu miesiącach oceniamy jako zadowalające. Popyt w ostatnim czasie się ustabilizował, liczba rezygnacji spadła. Realizujemy nasze inwestycje zgodnie z harmonogramem, wprowadzamy też do oferty nowe inwestycje. Jednoczenie na bieżąco monitorujemy bieżącą sytuację. Posiadamy znaczny bank gruntów z gotowymi pozwoleniami na budowę, z uwagi na stan epidemii decyzje o wprowadzeniu kolejnych projektów uzależnione będą od sytuacji gospodarczej i możliwości popytowych potencjalnych nabywców” – powiedział Krzysztof Maraszek, Prezes Zarządu INPRO S.A.
W ciągu trzech kwartałów 2020 roku Grupa Kapitałowa INPRO sprzedała łącznie 474 lokale (w rozumieniu umów przedwstępnych netto), to jest o 19% mniej niż w tym samym okresie 2019 roku.
Grupa INPRO sukcesywnie powiększa swoją ofertę, od początku roku wprowadziła do sprzedaży 590 nowych lokali. Na początku 2020 r. INPRO SA rozpoczęła sprzedaż III etapu osiedla Optima (88 lokali), a w październiku Spółka wprowadziła do sprzedaży trzy przedsięwzięcia: Optima etap IV (124 lokale), Start etap II (162 lokale) oraz Debiut etap IV (62 lokale). DOMESTA Sp. z o.o. wprowadziła do oferty budynek nr 3 na osiedlu Nowa Niepołomicka II (24 lokale), budynek nr 7 na osiedlu Havlove (46 lokali), a także budynki nr A, B, D na osiedlu Traffic (łącznie 84 lokali).
Terapiabezsennosci.pl to jedyna w Polsce aplikacja medyczna zawierająca niefarmakologiczny program terapeutyczny skierowany na bezsenność. Oparta jest o techniki terapii poznawczo – behawioralnej, które zgodnie z Wytycznymi Europejskiego Towarzystwa Badań nad Snem zalecane są jako pierwszoplanowa metoda pracy nad poprawą snu[i]. W październiku 2020 aplikacja otrzymała status wyrobu medycznego.
Jak skutecznie leczyć bezsenność
Jak pokazują badania blisko 30 proc. osób dorosłych ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność przewlekłą[ii]. To zaburzenie, które pogarsza jakość codziennego życia, ale może być również czynnikiem wywołującym inne schorzenia. Wydawać się może, że najlepszym rozwiązaniem problemu jest farmakoterapia. Tymczasem najbardziej skuteczną, zdrowszą i nie wiążącą się z ryzykiem uzależnienia, metodą leczenia bezsenności jest terapia poznawczo-behawioralna (ang. cognitive – behavioral therapy for insomnia). Jej wysoką skuteczność potwierdzają badania – 70 – 80% pacjentów z bezsennością, którzy korzystają z terapii poznawczo – behawioralnej uzyskuje trwałą poprawę w zakresie snu, a 1/3 wszystkich badanych nie zgłasza po terapii objawów bezsenności[iii]. Niestety w Polsce stosuje ją zaledwie kilkunastu, przeszkolonych, terapeutów, a to oznacza, że dostęp do niej jest utrudniony. Rozwiązaniem tego problemu jest pierwsza w Polsce aplikacja medyczna do terapii bezsenności.
Rewolucja w leczeniu bezsenności
Terapiabezsennosci.pl – jedyna w Polsce aplikacja medyczna do poprawy snu to rewolucyjne narzędzie w walce z bezsennością. Opracowana została na podstawie wieloletnich doświadczeń wybitnych specjalistów z zakresu medycyny snu – dr n. med. Małgorzaty Fornal – Pawłowskiej – psychologa klinicznego i psychoterapeutki poznawczo-behawioralnej oraz psychiatry dr n. med. Michała Skalskiego. Leczenie z wykorzystaniem aplikacji trwa 6 tygodni. W tym czasie użytkownik otrzymuje dostęp do licznych materiałów edukacyjnych i opracowanych przez specjalistów ćwiczeń oraz zaleceń. Przez cały czas trwania programu użytkownik może również monitorować efekty terapii i analizować wpływ stosowanych metod na sen. Zaletą aplikacji jest fakt, że korzystać z niej może każda osoba borykająca się z objawami bezsenności, niezależnie od wieku. Co zaś szczególnie istotne w obecnej rzeczywistości – przejście programu nie wymaga osobistej wizyty u specjalisty. Może być on stosowany samodzielnie albo jako rozszerzenie standardowego leczenia.
Na światowym rynku aplikacje wspierające codzienną aktywność pacjentów oraz lekarzy rozwijane są od wielu lat. W Polsce natomiast wyroby medyczne w formie oprogramowania są stosunkowo nowym rozwiązaniem, a tym samym mało popularnym wśród pacjentów i lekarzy. Spodziewać się jednak można, że doświadczenia ostatnich miesięcy, zdynamizują ten proces, a telemedycyna oraz diagnozowanie i leczenie przy wykorzystaniu aplikacji, będzie znajdowało coraz częstsze zastosowanie. My uchylamy drzwi do tego świata – mówi Jan Potworowski CEO Good Sleeper sp. z o.o. (właściciel aplikacji terapiabezsennosci.pl). Mamy jednak świadomość, że popularyzacja tego typu rozwiązań wymaga czasu, a i sama aplikacja jest stale udoskonalana. Dlatego też w najbliższych miesiącach będziemy rozwijali nasz produkt, a równocześnie budowali świadomość na jego temat wśród ekspertów oraz pacjentów – dodaje Potworowski.
Aplikacja medyczna terapiabezsennosci.pl wpisuje się w szerszy i zyskujący coraz większą popularność trend digital therapeutics, który polega na cyfryzacji i skalowaniu na liczną populację pacjentów sprawdzonych metod terapeutycznych. Rynek ten (wyroby medyczne w formie oprogramowania) już teraz rozwija się bardzo dynamicznie. Zgodnie z raportem opublikowanym przez The Insight Partners w Europie wart jest obecnie około 5,5 mld dolarów, a prognozuje się, że w ciągu najbliższych 7 lat urośnie o 21,6 proc.[iv]
[i] Riemann D, Baglioni C, Bassetti C i wsp. European guideline for the diagnosis and treatment of insomnia. J Sleep Res. 2017; 26(6): 675-700.
[ii] Baglioni C, Altena E, Bjorvatn B, Blom K, Bothelius K, Devoto A, Espie CA, Frase L, Gavriloff D, Tuuliki H, Hoflehner A, et al. The European Academy for Cognitive Behavioural Therapy for Insomnia: An initiative of the European Insomnia Network to promote implementation and dissemination of treatment. J Sleep Res. 2019; e12967. Nowicki Z, Grabowski K, Cubała WJ, Nowicka-Sauer K, Zdrojewski T, Rutkowski M, Bandosz P. Rozpowszechnienie subiektywnej bezsenności w populacji polskiej. Psychiatr. Pol. 2016; 50(1): 165–173.
[iii] Schutte-Rodin S, Broch L, Buysse D, Dorsey C, Sateia M.Clinical guideline for the evaluation and management of chronic insomnia in adults. J Clin Sleep Med. 2008; 4(5):487-504
W III kwartale br. Grupa Kapitałowa RAFAMET wypracowała przychody netto ze sprzedaży w wysokości 30,8 mln zł. Przychody ze sprzedaży za okres od stycznia do września br., w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wzrosły niemal o 8 mln zł.
Grupa Kapitałowa RAFAMET za trzeci kwartał 2020 r. uzyskała dodatni wynik finansowy netto w wysokości 1,4 mln zł.
W omawianym okresie 2020 roku GK RAFAMET osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 30,8 mln zł zaś za okres trzech kwartałów kwota ta wynosi 81,9 mln zł, w tym ze sprzedaży eksportowej ponad 75%. Przychody Grupy od stycznia do września tego roku, w porównaniu do analogicznego czasu 2019 roku były wyższe o niemal 8 mln zł.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało się odrobić straty z pierwszych niełatwych miesięcy br. Uwzględniając stan posiadanych i przygotowywanych kontraktów na końcówkę roku 2020 oraz rok 2021 z coraz większym optymizmem patrzymy na możliwość oceny tego roku, jako roku … bardzo dobrego – mówi Prezes Zarządu firmy RAFAMET S.A. E. Longin Wons. – Oczywiście na wyniki GK RAFAMET miał wpływ COVID – 19. Skala oddziaływania tego zjawiska w okresie trzech kwartałów br. w odniesieniu do RAFAMET S.A. była umiarkowana jednak bardzo negatywnie znacząca w odniesieniu do Odlewni Rafamet Spółka z o.o. (podmiot ten zatrudnia 180 osób i realizuje roczną sprzedaż odlewów za około 40 mln. zł). W tym trudnym dla wszystkich firm okresie pracy i unikania ryzyka zachorowań spółki Grupy realizowały zawarte kontrakty produkcyjno – handlowe starając się jednocześnie minimalizować zakłócenia i odchylenia w stosunku do zawartych wcześniej harmonogramów. Utrzymujemy bezpieczną płynność finansową, która jest silniejsza od tej z roku poprzedniego, co oczywiście bardzo nas cieszy. Poszukujemy wykwalifikowanych pracowników zarówno do biur konstrukcyjnych jak również do wydziałów bezpośrednio produkcyjnych. Finalizujemy, co szczególnie warto podkreślić, wybór dostawców obrabiarek produkcyjnych na potrzeby modernizacji własnego parku maszynowego w 2021 roku. Chodzi o wielomilionowe inwestycje więc staranność wyboru musi być najwyższa – dodaje Prezes firmy RAFAMET S.A.
Pandemia koronawirusa wpłynie na zjawisko emigracji. Może nie na jej wielkość, ale na różnorodność i… racjonalność. By jednak zauważyć niuanse obecnie zachodzących procesów, warto spojrzeć na poprzednie lata, kiedy cykl polskiej emigracji tymczasowej był dosyć jednorodny i w miarę przewidywalny. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2004 roku, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, poza granicami kraju przebywało ok. miliona osób. W ciągu sześciu lat ta liczba się podwoiła z uwagi na nowe możliwości, ale kolejna dekada przyniosła już pewną stabilizację. Zmienność z roku na rok wynikała głównie z jednej przyczyny – Polacy emigrowali częściej, gdy krajowa gospodarka radziła sobie gorzej i wracali, gdy koniunktura w Polsce się poprawiała.
Choć emigracji czasowej nie można utożsamiać z emigracją zarobkową, to właśnie chęć dorobienia jest zdecydowanie najważniejszą motywacją do wyjazdu. Dlatego polscy emigranci niezmiennie wyjeżdżali tam, gdzie praca jest dobrze płatna. Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w 2019 roku w Niemczech – 704 tys., Wielkiej Brytanii – 678 tys., Holandii – 125 tys. oraz w Irlandii – 112 tys. W sumie 2,4 mln Polaków mieszkało poza granicami Polski pod koniec zeszłego roku. To o 40 tys. mniej niż w 2018 roku. Największy odpływ zanotowała Wielka Brytania, skąd od 2017 roku wyjechało ok. 115 tys. Polaków. Jest to oczywiście spowodowane niepewnością związaną ze skutkami Brexitu na tamtejszym rynku zatrudnienia, ale także obniżeniem bezrobocia w Polsce i wyższymi zarobkami, dzięki czemu mniej osób było zmuszonych do emigrowania.
Ten rok zmienił „emigracyjne zasady gry”. Początek pandemii wyhamował emigrację. Polacy obawiający się trudności na granicach i chcący przeżyć trudny czas blisko rodziny, rezygnowali z prac sezonowych w Niemczech czy Niderlandach. Wyjazdy zaczęły się dopiero w lipcu, a nie jak zazwyczaj w okolicach kwietnia. Niewiele się jednak zmieniło jeżeli chodzi o kierunki prac sezonowych Polaków. W kolejnych miesiącach ten wybór będzie się pewnie komplikował. Kryterium wyboru kraju docelowego będą nie tylko najwyższe zarobki, ale również bezpieczeństwo, brak obostrzeń na granicach, unormowana sytuacja epidemiczna, otwarta gospodarka i wakaty na interesujących stanowiskach. Dodatkowo, to czy w kolejnych miesiącach będziemy mieli do czynienia z masową emigracją zależy od tego, czy kryzys gospodarczy w poszczególnych branżach będzie się przedłużał. Jeżeli tak, niektórzy będą zmuszeni do podjęcia ryzyka i wyjazdu. Można zatem powiedzieć, że w pewnym sensie nadchodzące wybory emigracyjne Polaków będą oceną tego, w jaki sposób – pozytywny czy negatywny – patrzą oni na działania antykryzysowe w Polsce, ale też w innych krajach. To ciekawe zjawisko do analizy gospodarczej, a może także i socjologicznej.
Według mnie rozmiar polskiej emigracji znacząco się nie zmieni. Po pierwsze, warto pamiętać, że główną jej część stanowią osoby, które mieszkają za granicą przez wiele lat i nie zamierzają tego zmieniać. O ile dekadę temu w emigracji czasowej najliczniej była reprezentowana grupa w wieku 20-29 lat, obecnie jest to grupa w wieku 30-39 lat. Zatem znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała tam do chwili obecnej. Po drugie, z danych Eurostatu wynika, że Polska w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2020 roku, które stały pod znakiem walki z pierwszą falą koronawirusa, straciła gospodarczo mniej niż jej sąsiedzi i największe kraje Unii Europejskiej. Jeżeli ta dobra passa się utrzyma w kolejnych miesiącach, motywacja do wyjazdu będzie mniejsza.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service S.A.
Red Hat, Inc poinformował o nawiązaniu współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO), wyspecjalizowaną agencją Organizacji Narodów Zjednoczonych odpowiedzialną za międzynarodowe zdrowie publiczne. Celem współpracy było utworzenie infrastruktury programistycznej opartej na technologiach open source, która pomoże zbudować platformę nauczania (ang. Learning Experience Platform ― LXP) na potrzeby Akademii WHO, nowoczesnego centrum szkoleniowego tej organizacji.
W przedsięwzięciu tym wykorzystano nowoczesne praktyki programistyczne udostępnione przez ośrodek Red Hat Open Innovation Labs i bibliotekę Open Practice Library oraz technologie open source pochodzące z projektów realizowanych przez społeczność Red Hat. W efekcie Światowa Organizacja Zdrowia zbudowała skalowalną, elastyczną platformę DevOps w celu wsparcia takich działań jak zarządzanie, testowanie nowych produktów, analizowanie kodu i wizualizacja danych. Zapewni to szybszy dostęp do wartościowej wiedzy medycznej i pomoże w walce z dezinformacją.
Globalne zapotrzebowanie na informacje
Nowe dane dotyczące pandemii COVID-19 pojawiają się praktycznie każdego dnia. Pracownicy służby zdrowia muszą zawsze znać najnowsze, dokładne informacje na ten temat. Szybkość przekazywania takich informacji nabiera więc znaczenia krytycznego. Światowa Organizacja Zdrowia uświadomiła sobie, że musi zwiększyć swoje możliwości w zakresie technologii cyfrowych, aby sprostać coraz większym oczekiwaniom w tym zakresie. Chcąc szybciej przekazywać najnowszą wiedzę i informacje dotyczące zdrowia lekarzom, decydentom i własnym pracownikom, nawiązała ścisłą współpracę z firmą Red Hat w celu wdrożenia nowych praktyk.
Szybkość i dokładność dzięki otwartym technologiom
Nowa platforma DevOps pomaga Światowej Organizacji Zdrowia w sprostaniu bieżącym wyzwaniom, takim jak walka z dezinformacją, oraz zdobywaniu dodatkowych umiejętności dzięki nowym metodom nauczania. Ponadto celem WHO było stworzenie podstaw otwartego modelu danych, który dostosuje się do potrzeb pracowników służby zdrowia również w przyszłości m.in. poprzez zapewnienie im bardziej spersonalizowanych szkoleń.
Podczas ośmiotygodniowego wirtualnego pobytu w ośrodku Red Hat Open Innovation Labs zespół WHO współpracował ze specjalistami Red Hat. Celem tego ośrodka jest pomoc przedsiębiorstwom w łączeniu ludzi, procedur i technologii w sposób, który umożliwia elastyczne tworzenie oprogramowania i produktów, wspiera innowacje i przyspiesza rozwiązywanie wewnętrznych problemów.
W ramach tej inicjatywy zespół WHO ds. technologii i zarządzania informacjami zapoznał się z nową metodyką Agile, tworzeniem produktów metodą lean oraz praktykami DevOps, i połączył je z dotychczas stosowanym, bardziej tradycyjnym modelem zarządzania projektami. W efekcie może lepiej dostosowywać się do zmieniających się potrzeb oraz efektywnie skalować platformę DevOps Światowej Organizacji Zdrowia zgodnie z bieżącymi i przyszłymi potrzebami. Dzięki umiejętnościom i narzędziom zdobytym we współpracy z ośrodkiem Red Hat Open Innovation Labs zespół WHO mógł zbudować rozwiązanie szkoleniowe, które nie jest powiązane z jedną osobą lub technologią. Zyskał całościową wiedzę oraz biegłość w zarządzaniu swoją nową platformą i procesami wewnętrznymi.
Walka z wykluczeniem cyfrowym
Światowa Organizacja Zdrowia od początku chciała utworzyć platformę opartą na technologii open source. Technologia ta, zgodnie ze swoimi zasadami, umożliwia współpracę między różnymi podmiotami, jest łatwo dostępna i nie wymaga dużych nakładów. Można ją więc z powodzeniem wykorzystać w krajach o niskich i średnich dochodach.
Nowa platforma LXP będzie oparta w całości na otwartych, hybrydowych technologiach chmurowych Red Hat, które zwiększą jej skalowalność, elastyczność i bezpieczeństwo. Red Hat OpenShift jest chmurowym, uproszczonym środowiskiem tworzenia i wdrażania aplikacji kontenerowych oraz oceny parametrów tych aplikacji, z kolei technologia Red Hat CodeReady Workspaces zapewnia programistom tworzącym LXP infrastrukturę, która umożliwia szybkie i niezawodne budowanie kontenerów Kubernetes. Platforma LXP jest oparta na otwartej strukturze technicznej, dzięki czemu Światowa Organizacja Zdrowia będzie mogła lepiej wykorzystać nowe architektury i aplikacje w sposób iteracyjny i przyrostowy, co przyniesie pracownikom służby zdrowia na całym świecie natychmiastowe korzyści. Ponadto Red Hat OpenShift jest platformą Kubernetes, która może działać w każdej chmurze. WHO może więc skalować platformę LXP stosownie do potrzeb bez uzależniania się od konkretnego dostawcy chmury.
Hans Roth, wiceprezes i dyrektor generalny działu usług globalnych, Red Hat: „Światowa Organizacja Zdrowia od dawna przoduje w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań przeznaczonych dla publicznej służby zdrowia. To dla nas zaszczyt, że mogliśmy pracować z WHO nad utworzeniem platformy open source, która może pomóc światu nie tyko w walce z pandemią COVID, lecz również w pokonywaniu innych kryzysów zdrowotnych w przyszłości. Z pomocą ośrodka Red Hat Open Innovation Labs Światowa Organizacja Zdrowia przełamała bariery związane z tradycyjnymi technologiami informatycznymi, zastępując je metodyką DevOps. Dzięki ciężkiej pracy, współdziałaniu i innowacyjnemu podejściu udało się rozwiązać wiele problemów. WHO z pomocą Red Hat utworzyło solidną platformę DevOps, która może efektywniej dostarczać wiedzę specjalistom z sektora zdrowotnego na całym świecie”.
Bernardo Mariano, dyrektor ds. informatycznych i dyrektor działu cyfrowych usług zdrowotnych (Digital Health), Światowa Organizacja Zdrowia
„Współpraca z ośrodkiem Red Hat Open Innovation Labs umożliwiła nam tworzenie rozwiązań opartych na technologiach open source w sposób bardziej elastyczny, z możliwością szybszego reagowania. Zbudowaliśmy platformę DevOps, która może dostarczać pracownikom służby zdrowia na całym świecie wiarygodne i aktualne informacje związane z pandemią COVID, a w razie potrzeby może być skalowana i dostosowywana do nowych potrzeb”.
Premier Mateusz Morawiecki podpisał zarządzenie ustanawiające pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów do spraw rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych.
Kim jest nowy pełnomocnik?
Pełnomocnikiem ds. rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych został dr n. med. Radosław Sierpiński – p.o. Prezes Agencji Badań Medycznych.
Sierpiński z wykształcenia jest lekarzem kardiologiem i menedżerem, specjalizującym się w zarządzaniu w sektorze medycznym, badaniach klinicznych, HTA i managemencie nauki. Posiada rozległe doświadczenie w zakresie badań i rozwoju w biotechnologii oraz szerokie kontakty z międzynarodowymi instytucjami naukowymi i instytucjami zarządzającymi ochroną zdrowia. W latach 2018-2019 był doradcą Ministra Zdrowia, a od 2019 roku kieruje Agencją Badań Medycznych.
Czym zajmie się pełnomocnik?
Do zadań Pełnomocnika należeć będzie przede wszystkim monitowanie działań w zakresie realizacji projektu utworzenia polskiego hub-u biotechnologicznego oraz utworzenia Narodowego Frakcjonatora Osocza.
Ponadto, dr Radosław Sierpiński będzie odpowiedzialny za przeprowadzanie analiz i proponowanie rozwiązań w zakresie wspierania rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych, przygotowywanie propozycji zmian przepisów w tym zakresie oraz wypracowanie rozwiązań mających na celu kształtowanie wzajemnych relacji między podmiotami gospodarczymi, publicznymi i naukowymi.
Strategiczne projekty w zadaniach pełnomocnika
Powstanie polskiego hub-u biotechnologicznego Warsaw Health Innovation Hub jest inicjatywą wypracowaną we współpracy z Agencją Badań Medycznych, której ideą jest ścisłe partnerstwo publiczno-prywatne, pozwalające na identyfikację najpilniejszych problemów w systemie opieki zdrowotnej oraz ich szybkie i skuteczne rozwiązanie. Powstanie Warsaw Health Innovation Hub ma być wielopodmiotową platformą pragmatycznie wykorzystującą innowacyjne rozwiązania do pomocy pacjentom i poprawy systemu opieki zdrowotnej w Polsce, a w kolejnych etapach ma stanowić podwaliny pod budowę w Warszawie HUBu biotechnologicznego.
Powstanie Polskiego Frakcjonatora Osocza stanowi zaś odpowiedź na brak krajowego zabezpieczenia potrzeb pacjentów w zakresie pozyskiwaniu osocza dla produkcji preparatów krwiopochodnych oraz ich przetwarzaniu i produkcji. Każdego roku Polska sprzedaje rocznie ponad 200 tys. litrów osocza pozyskanych od polskich dawców zagranicznym producentom preparatów krwiopochodnych. Polska nie posiada własnej fabryki osocza, co uzależnia nasz kraj od polityki zagranicznych wytwórców i importerów. Rola preparatów krwiopochodnych i ich zastosowanie systematycznie się zwiększa, co wykazała również panująca pandemia. Przetwarzanie surowca we własnym zakresie i produkcja preparatów krwiopochodnych w kraju ma zapewnić Polsce bezpieczeństwo medyczne i ekonomiczne.
Nauka w szkołach i na uczelniach znów przez pandemię koronawirusa, prowadzona jest zdalnie. Między innymi dlatego w tym trudnym czasie platformy do wideokonferencji i webinarów odnotowują duży wzrost popularności. W przypadku polskiego narzędzia ClickMeeting, jeśli chodzi o liczbę spotkań edukacyjnych, osiągnął on poziom 345 proc. w porównaniu do 2019 roku i 586 proc. w porównaniu do 2018 roku. Z najnowszych danych firmy można też wywnioskować, jak wyglądają typowe zajęcia w szkole, na uczelni, czy też kursie online.
Systematyczny wzrost popularności edukacji zdalnej
Jeszcze w 2018 roku większość osób nie wyobrażała sobie, że wiedzę będzie zdobywała z domu. Rzeczywistość zmieniła się i edukacja online stała się faktem prawie dla wszystkich. Popularność nauki online z roku na rok rosła jeszcze przed pandemią. Na przykład porównując liczbę spotkań edukacyjnych z 2018 do 2019 roku, które odbyły się na platformie ClickMeeting, widać 54 proc. wzrost. Zwiększyła się też liczba aktywnych użytkowników uczących się lub nauczających o 15 proc..
Jednak bez porównania większy wzrost miał miejsce w 2020 r.. W tym momencie liczba spotkań online jest o 345 proc. większa niż w 2019 roku i aż o 586 proc. większa niż w 2018 r. W przypadku liczby aktywnych użytkowników obecnie jest ich o 351 proc.w stosunku do 2019 r. i aż 427 proc. więcej w odniesieniu do danych z 2018 r.. Biorąc pod uwagę, że do końca tego roku pozostało jeszcze kilka tygodni, wyniki końcowe będą jeszcze wyższe.
Te dane najlepiej pokazują, jak ważna w codziennym życiu stała się technologia. Platformy do wideokonferencji i webinarów pozwalają na efektywną komunikację i naukę, dlatego notują kilkusetprocentowe wzrosty popularności. Warto jednak w tym zakresie zwrócić szczególną uwagę na bezpieczeństwo wykorzystywanego rozwiązania – mówi Magdalena Ciszewska, Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży ClickMeeting.
Dwugodzinne wykłady i dwa razy więcej uczestników
Dane dotyczące wykorzystania platformy ClickMeeting pozwalają też określić, jak wyglądają i ile trwają typowe zajęcia: lekcje w szkole, wykłady na uczelni lub kursy. Okazuje się, że w 2020 roku średnia długość spotkania edukacyjnego wynosi 128 minut, czyli trochę ponad dwie godziny zegarowe. Jest to wzrost o 113 proc. w porównaniu do 2018 r. i 120 proc. w odniesieniu do 2019 r. Co więcej, obecnie w zajęciach bierze udział dwanaście osób, podczas gdy rok temu było to sześć, a dwa lata temu dziewięciu uczestników.
Najbardziej pomocne narzędzia w branży edukacyjnej
Popularność nauki online widać też w najczęściej wykorzystywanych funkcjach. Przede wszystkim związane są one z automatyzacją powtarzalnych czynności, czyli na przykład przypomnieniach o spotkaniu wysyłanych mailem. Poza tym zainteresowaniem cieszą się funkcje: prezentacji czy tablicy. Druga z nich to dedykowane dla edukacji usprawnienie umożliwiające notowanie na ekranie, zupełnie jak na tablicy szkolnej. Chętnie stosowane są również: udostępnianie pulpitu czy materiału na Youtube. Warto wspomnieć też o opcji wydania certyfikatu po ukończeniu spotkania. To funkcja, która pozwala na wydanie uczestnikom dokumentu potwierdzającego ich udział w wydarzeniu.
Duża część naszych użytkowników wykorzystuje ClickMeeting właśnie do edukacji. Dlatego stale rozwijamy kolejne funkcjonalności, które pozwolą na efektywne nauczanie online – Magdalena Ciszewska, Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży ClickMeeting.
Sunday Energy S.A., dostawca rozwiązań z rynku fotowoltaiki, w październiku osiągnął 1,4 mln zł przychodów ze sprzedaży, wobec 0,6 i 0,5 mln zł odpowiednio we wrześniu i sierpniu 2020 roku. Spółka nie posiada zadłużenia bankowego i leasingowego. Celem Zarządu Sunday Energy jest dalsze przyspieszenie dynamiki wzrostu dzięki planowanej do końca br. ofercie publicznej akcji, dedykowanej rozwojowi skali sprzedaży paneli i urządzeń PV oraz budowie innowacyjnych usług dla uczestników rynku fotowoltaicznego. Jednocześnie spółka rozwija własne projekty farm PV oraz kontynuuje prace ukierunkowane na wzrost biznesu na Węgrzech.
Sprzedaż Sunday Energy w minionym miesiącu (1,4 mln zł) stanowi 32 proc. przychodów wypracowanych od początku roku. Sunday Energy w III kwartale 2020 roku wypracował 1,7 mln zł przychodów, wobec 1,1 mln zł w II kwartale i 0,1 mln zł w okresie styczeń- marzec. Spółka oczekuje kontynuacji wzrostu skali działalności w kolejnych miesiącach/2021 roku.
– W naszej ocenie systematyczne wysokie dynamiki sprzedaży z ostatnich miesięcy wynikają z kilku czynników. Pierwszym jest atrakcyjny model partnerski, który oferujemy naszym klientom – firmom instalatorskim. Zachowują one swoją tożsamość, pracując autonomicznie pod własnym brandem. Drugi to jakość naszej oferty, zawierającej niezawodne panele i urządzenia wiodących producentów z branży OZE, jak Leapton Solar, Kehua Tech, czy DAH Solar. Sprzyjają nam także nastroje na rynku i rosnąca efektywność fotowoltaiki, która będzie odgrywać coraz wyższą rolę w bilansie energetycznym kraju
– mówi Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.
Działalność Sunday Energy opiera się na podstawowym filarze fotowoltaicznym, bazującym na imporcie i sprzedaży paneli PV oraz innych komponentów (m.in. inwertery, pompy ciepła). Spółka rozwija także projekty deweloperskie własnych farm fotowoltaicznych (aktualnie trwają prace nad projektami farma o mocy 10 MW, w planach projekty farm o mocy 100 MW).
W drugim rozwijanym segmencie new business celem Sunday Energy jest budowa inowacyjnych usługowych linii biznesowych, oferujących klientom wartość dodaną. Pierwszą z nich stanowią rozwiązania ukierunkowane na usprawnienie komunikacji oraz rozwój narzędzi do zarządzania ofertami i usługami w relacji między firmami instalatorskimi a klientami detalicznymi. Druga grupa usług bazuje na oferowaniu wsparcia dla instytucji finansujących rynek OZE w zakresie demontażu, testowania, serwisu, magazynowania i dalszej sprzedaży paneli i urządzeń PV.
– Koncepcja budownictwa zeroemisyjnego to nie tylko produkcja czystej energii np. poprzez panele fotowoltaiczne. Kluczowym elementem będzie jej magazynowanie i w tym kierunku chcemy także rozwijać ofertę Sunday Energy. W 2021 roku wprowadzimy do niej kolejne urządzenia firmy Kehua Tech, rywalizującej na rynku magazynowania energii z amerykańską Teslą – uzupełnia Michał Sochacki.
Sunday Energy S.A., jesienią br. rozpoczął działania operacyjne i sprzedażowe na Węgrzech. Ekspansja spółki na rynkach zagranicznych będzie opierać się na współpracy z partnerami z rynków lokalnych, oferującymi urządzenia PV pod marką Sunday Energy. Wybór Węgier do programu pilotażowego wynika z relacji handlowych spółki oraz dynamicznego rozwoju segmentu OZE w tym kraju. Węgry zakładają do 2030 roku osiągnięcie 90-proc. poziomu neutralności klimatycznej. Węgierscy kooperanci Sunday Energy już odbierają pierwsze zapytania o produkty z asortymentu polskiej spółki.
Sunday Energy zakłada przeprowadzenie do końca 2020 roku emisji akcji na platformie Crowdconnect.pl, prowadzonej przez Dom Maklerski INC. Spółka planuje pozyskać środki do 1 mln EUR, dedykowane wzrostowi skali sprzedaży paneli i inwerterów, rozwojowi projektów farm fotowoltaicznych oraz nowych innowacyjnych linii biznesowych, takich jak zarządzanie komponentami PV na rynku wtórnym i budowa narzędzi poprawiających współpracę między instalatorami i klientami detalicznymi. W 2021 roku spółka zamierza zadebiutować na NewConnect.
Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych, 1 października br. moc zainstalowana wynosiła 2,68 GW (+166,3 proc. r/r i +6,1 proc. m/m). Z kolei według Instytutu Energetyki Odnawialnej, w 2030 roku moce fotowoltaiczne w Polsce wyniosą 12,9 GW, z czego 7,5 GW może generować fotowoltaika wielkoskalowa, dotychczas dysponująca mniejszą skalą wobec inwestycji prosumenckich.
Listopad 2020 – W październiku 2020 roku opublikowano informacje o 144 niewypłacalnościach, tj. o 75% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie – wynika z analizy Euler Hermes na podstawie Monitorów Sądowych i Gospodarczych. W ciągu 10 miesięcy br. opublikowano informacje o 993 niewypłacalnościach, tj. o 18% więcej r/r, co jest również najwyższą liczbą obecnej dekady.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.
Z nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego skorzystało w październiku 70 firm wg. oficjalnych źródeł w MSiG (zaś od początku wejścia w życie nowych przepisów – 187)
Od początku roku liczba niewypłacalnych firm usługowych wzrosła o ponad 50% r/r, ale w ostatnich miesiącach jest ona nierzadko dużo wyższa (w październiku aż o 86%: 52 firmy wobec odpowiednio 28 przed rokiem)
Produkcja i przetwórstwo żywności – aż 23 niewypłacalności w październiku
Pomimo dobrej dotychczas koniunktury w budownictwie w skali miesiąca niewypłacalne było 30 firm związanych z branżą (11 produkcyjnych, 16 wykonawczych i 3 usługowe – inżynieryjne)
Widoczne zwiększenie w skali miesiąca problemów w transporcie – 15 niewypłacalności i w HORECA (hotelarstwie i gastronomii) – 9 niewypłacalności
Ryzyko w podziale na województwa:
– w październiku wzrost r/r ryzyka mierzonego skalą niewypłacalności w praktycznie wszystkich województwach z wyjątkiem północno-wschodnich – wyraźny, równomierny wzrost liczby niewypłacalności w województwach Polski południowej
– od początku roku – wzrost ryzyka we wszystkich regionach poza podlaskim, lubelskim i łódzkim. Najwyższy wzrost r/r – w woj. zachodniopomorskimZ analizy Euler Hermes wynika, że nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z taką skalą wzrostu liczby niewypłacalności jak w październiku, tj. 75% w porównaniu do października 2019 roku. Istotny jest wpływ nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego, nie umniejsza to jednak faktu bezprecedensowego wzrostu.
Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Postępowania wg. nowego rodzaju procedury restrukturyzacyjnej są takim samym elementem obecnej sytuacji, reakcją na bezprecedensowy kryzys jak publiczna pomoc publiczna finansowa dla przedsiębiorców. W jednym i w drugim przypadku jest to odpowiedź na potrzeby polskich firm wynikające z ich niskiej płynności finansowej. Pomoc niewątpliwie potrzebna, chociaż tak jak pomoc publiczna uratowała wiele firm zwiększając zadłużenie skarbu Państwa, tak samo prostsza restrukturyzacja pozwala szybciej i skuteczniej ratować firmy przed wierzycielami ale za cenę przenoszenia na nich, na kolejnych przedsiębiorców problemów finansowych.
Z nowej, jeszcze bardziej odformalizowanej ścieżki restrukturyzacji i ochrony przed wierzycielami skorzystało do końca października wg. oficjalnych źródeł już 187 firm. Dużo jest w tej grupie firm małych, w formie działalności osób fizycznych – z sektora produkcji spożywczej, usług, gastronomii, transportu i handlu. Są też jednak duże firmy, które kryzys dotknął bezprecedensowo szybko i pomimo obrotów rzędu 200 mln złotych skorzystać musiały z przyspieszonej formy restrukturyzacji.
Sektor spożywczy: niska rentowność, a transport i gastronomia – także mniejsze obroty
Problemy sektora spożywczego są ewidentne od dłuższego czasu – co miesiąc widzimy w statystyce publikowanych niewypłacalności wielu producentów i przetwórców żywności, ale także firmy zaopatrujące sektor w sprzęt i świadczące jego obsługę (łącznie 23 firmy w listopadzie). Nowa jest tak duża skala niewypłacalności w transporcie i w sektorze gastronomiczno-hotelarskim.
– Niewypłacalności w sektorze HORECA można było się spodziewać, lecz zaskakiwać może co najwyżej szybkość tego wzrostu – dopiero co ogłoszono ponowny lockdown dla gastronomii i hotelarstwa, ale widocznie efekty pierwszego zamknięcia a przede wszystkim odbudowa popytu konsumenckiego w międzyczasie były niewystarczające dla zachowania równowagi finansowej – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. Świadczyć o tym może podawany przez GUS wskaźnik rentowności obrotu netto gastronomi i zakwaterowania za pierwsze półrocze na poziomie -11,7% (wobec +7% przed rokiem). Transport wraz z eksportem miał radzić sobie stosunkowo dobrze, tym niemniej spadek produkcji sprzedanej przemysłu (-3,4% r/r w okresie I-IX za GUS) przełożył się na mniejszy volumen przewozów towarowych – w ciągu 3 kwartałów zrealizowano jedynie 91,3% przewozów tonażowo w porównaniu do analogicznego okresu ub. roku (za GUS, spadków nie było jedynie w transporcie rurociągami).
Polskę dotyka w tym momencie potrójny kryzys. Składa się z nawzajem się napędzających elementów – kryzysu epidemiologicznego, który mocno dotyka zdrowie publiczne i przeciąża system opieki zdrowotnej; kryzysu gospodarczego, który jest bezpośrednim wynikiem epidemii; a także kryzysu politycznego. Ten ostatni nie jest spowodowany tylko epidemią – gdyż jego korzenie sięgają innych, nabrzmiałych problemów społecznych. Jednak stan epidemiczny i widmo recesji gospodarczej bardzo wzmaga niezadowolenie i niepokoje społeczne – co prowadzi do wybuchania sprzeciwów i protestów obywatelskich. Taki potrójny kryzys obserwujemy nie tylko w Polsce. Większość państw na świecie przeżywa tego typu problemy. Na rynku jest dużo pieniędzy, które państwa pompują do gospodarki – co powoduje inflację. Do tego mamy kryzys społeczny i zdrowotny.
– Tego typu trzy kryzysy funkcjonują tak naprawdę we wszystkich państwach, które dotyka pandemia. A pandemia dotyka cały świat. Wszędzie obserwujemy więc połączenie wielu, często bardzo nabrzmiałych i nierozwiązanych problemów – które wybuchają, a elementem zapalnym jest pandemia – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Sytuację recesyjną pogłębia nawrót choroby. Nawet jeśli rząd nie ogłosi bezpośrednio lockdownu, to zachowania konsumenckie najpewniej doprowadzą do samoistnego zamrożenia gospodarki. Konsumenci wybierają odosobnienie, ograniczają swoją działalność, rezygnują z usług i spontanicznych zakupów. Coraz więcej pracowników jest na pracy zdalnej. Do tego dochodzi wzrastająca liczba zachorowań i społeczne protesty – paraliżujące większość dużych miast. Warto jednak pamiętać o tym, że nie tylko Polska jest w takiej sytuacji. Jedyna przewaga Polski jest taka, że nie dotarła do nas fala morderczych szerszeni, które pojawiła się w USA – podsumowuje Roszkowski.
Z danych udostępnionych przez Komendę Główną Policji wynika, że o niemal 2% zmniejszyła się liczba zamachów samobójczych w pierwszej połowie br. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Według ww. statystyk na ten krok decyduje się prawie 3 razy więcej mężczyzn niż kobiet. Dodatkowo z danych wychodzi, że blisko 60% takich prób nie skończyło się zgonem. Najwięcej zamachów dotyczyło osób w wieku 35-39 lat, a najmniej – dzieci mających 7-12 lat.
Spadek w pandemii
Jak wynika z danych udostępnionych przez Komendę Główną Policji, w pierwszej połowie 2020 roku było 5945 zamachów samobójczych (kobiety – 1583, mężczyźni – 4361, nieznane – 1). To nieznacznie mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy takich prób odnotowano 6039 (kobiety – 1649, mężczyźni – 4390).
– Nie należy porównywać tak krótkich okresów statystycznych odnośnie dynamiki. Mogą mieć znaczenie zupełnie przypadkowe okoliczności, które później się nie powtórzą. Ale pewne jest, że w sytuacjach kryzysowych, np. podczas wojen, rewolucji, chorób czy pandemii, ludzie koncentrują się na zagadnieniach ogólniejszej natury. Natomiast pomijają swoje przeżycia i trudności życiowe, uważając je za mniej istotne – komentuje prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.
Z kolei prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny, zaznacza, że różnica w liczbie zamachów jest niewielka. Ta wielkość nie świadczy o tym, że polskie społeczeństwo w dobie pandemii straciło skłonności samobójcze lub one rzadziej występowały. Ekspert podkreśla, że co roku w wyniku tego typu prób umiera 4,5-5,5 tys. osób. I tak sytuacja w Polsce wygląda od trzydziestu lat. Trudno jest przypisywać różnice w obrębie tego przedziału jakimś szczególnym ogólnospołecznym zjawiskom, np. bezrobociu, biedzie, zmianom rozpoznania chorób psychicznych czy alkoholowi.
– Należy też zauważyć, że większość osób podejmujących próby samobójcze nie chce umrzeć. Zamachy dokonywane są w specyficznym stanie umysłu, który tymczasowo obezwładnia człowieka. I jest to bodajże najtragiczniejszy element samobójstw, bo ginie wiele osób, które w rzeczywistości nie chciały się zabić. Często sam zamach, gdy jeszcze żyją, uświadamia im to – wyjaśnia Jarosław Stukan, prezes Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom.
Potwierdzają to statystyki policyjne. W pierwszej połowie br. 3417 z 5945 zamachów samobójczych nie skończyło się zgonem. W analogicznym okresie ub.r. było to 3406 z 6039. Jak podkreśla Damian Markowski z aplikacji Therapify, mężczyźni sięgają zdecydowanie częściej do tzw. twardych metod, tj. powieszenie lub postrzelenie. W takich przypadkach ryzyko zgonu jest niemal pewne w porównaniu z tzw. miękkimi, jak przedawkowanie leków czy podcięcie żył. Do tych ostatnich częściej sięgają kobiety. W takich sytuacjach jest zdecydowanie większa szansa na to, że nadejdzie pomoc dla danej osoby.
– Istnieje pojęcie, które nazywam recydywą suicydologiczną. Znane są przecież przypadki, że dana osoba próbowała sześć razy, a za siódmym razem zrobiła to skutecznie. Należy się liczyć z tym, że człowiek powtarza zamachy, jeżeli jest zdeterminowany do odebrania sobie życia – dodaje prof. Hołyst.
Od dzieci do seniorów
Policyjne statystyki wskazują, że w pierwszej połowie tego roku najwięcej zamachów samobójczych dotyczyło osób w wieku 35-39 lat (670), 40-44 lata (638) oraz 25-29 lat (626). Natomiast w analogicznym okresie ub.r. wyglądało to inaczej, tj. 30-34 lata (696), 35-39 lat (672) i 19-24 lata (642).
– Już od lat 70. ubiegłego wieku wskazuje się, że próby samobójcze podejmowane są najczęściej przez osoby w przedziale wiekowym 20-29 lat. Różnica między ludźmi młodymi a starszymi polega głównie na tym, iż wśród tych drugich tego typu próby częściej kończą się śmiercią. Dlatego też za najbardziej zagrożoną samobójstwem grupę uznaje się mężczyzn w przedziale 35-44 lata – analizuje Stukan.
W pierwszej połowie tego roku najmniej zamachów samobójczych popełniły osoby w wieku 7-12 lat (10), 80-84 lata (79) oraz 75-79 lat (90). W ubiegłym roku było podobnie, tzn. 7-12 lat (25), 80-84 lata (72), 85+ (90).
– Wśród czynników ryzyka próby samobójczej u dzieci wymienia się zaburzenia psychiczne, ich wrażliwość, ale także trudności rówieśnicze, które mają charakter wyśmiewania czy prześladowania. Te ostatnie powody mogły zostać osłabione w wyniku lockdownu. Najmłodsi nie uczęszczając do szkół, pozostawali w większości przypadków pod bezpośrednią opieką rodziców – mówi Damian Markowski.
Według Jarosława Stukana, uwagę zwraca bardzo duża różnica w zamachach samobójczych u dzieci. Jak podkreśla ekspert PTZS, jednak nie są to liczby, na podstawie których można wyciągać rzetelne wnioski. Możliwe jest, że lockdown w pewnym stopniu na to wpłynął. Została bowiem ograniczona liczba stresorów, które na co dzień dotykają dzieci, a stanowią czasem czynnik spustowy próby samobójczej, lecz nie jej przyczynę.
Wicepremier Jarosław Gowin spotkał się w poniedziałek z przedstawicielami branży narciarskiej. Uzgodnione wspólnie rozwiązania, jeśli zostaną zaakceptowane przez GIS, zakładają, że w tym sezonie stoki i wyciągi narciarskie będą dostępne przy zachowaniu określonego reżimu sanitarnego. Wciąż jednak nie wiadomo, czy i kiedy zostaną otwarte hotele i obiekty turystyczne. Według sobotnich zapowiedzi premiera nie nastąpi to przed 27 grudnia, a ferie zimowe – zaplanowane w całym kraju w dniach 4–17 stycznia – odbędą się w tym roku bez zorganizowanych wyjazdów.
– Przewidywania najbliższych tygodni czy miesięcy co do rozwoju sytuacji epidemiologicznej i turystycznej są obarczone dużym ryzykiem. Ostatnie dni przynoszą nutkę nadziei, że sytuacja się co najmniej stabilizuje. Dlatego mamy nadzieję, że koniec grudnia, styczeń i luty to już będzie okres, kiedy można będzie korzystać i z obiektów hotelowych, ze stacji narciarskich, oczywiście z zachowaniem pełnych rygorów sanitarnych, abyśmy podróżowali bezpiecznie – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Gut-Mostowy, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.
W minioną sobotę rząd przedstawił plan obostrzeń na nadchodzące tygodnie. Zakłada on, że od 28 listopada zostaną ponownie otwarte, przy zachowaniu najwyższych reżimów sanitarnych, galerie handlowe, sklepy meblowe i cały sektor handlu. Pozostałe restrykcje, w tym m.in. zamknięcie hoteli i gastronomii oraz nauka zdalna w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych, zostają jednak utrzymane do 27 grudnia. Ma to odsunąć negatywny scenariusz całkowitego lockdownu i konieczność wprowadzenia narodowej kwarantanny.
Zgodnie z rządowym planem w tym roku między 4 a 17 stycznia jednocześnie we wszystkich województwach odbędą się też ferie zimowe. Premier Mateusz Morawiecki zaznaczył jednak, że nie będą możliwe zimowe wyjazdy na narty, a rząd planuje ograniczyć możliwość przemieszczania się. Zgodnie z komunikatem na rządowej stronie dzieci i młodzież pozostaną w domach ze względu na zakaz organizacji wyjazdów na ferie zimowe. Rząd zapewnił jednak, że branża turystyczna i podmioty działające w turystyce zimowej otrzymają rekompensaty, które pomogą złagodzić skutki kryzysu.
Nie uspokoiło to jednak przedsiębiorców ani samorządów w górskich miejscowościach turystycznych, które od kilku dni alarmują, że zakaz wyjazdów na ferie zimowe i nieczynne wyciągi narciarskie będą oznaczać dla nich bankructwo. Dlatego też wczoraj wicepremier Jarosław Gowin oraz wiceminister Andrzej Gut-Mostowy spotkali się z przedstawicielami branży narciarskiej. Uzgodnione przez nich rozwiązania zakładają, że stoki i wyciągi narciarskie będą jednak dostępne przy zachowaniu określonego reżimu sanitarnego. Teraz warunki te muszą zostać zaakceptowane przez GIS.
– Wypoczynek na świeżym powietrzu i rekreacja są w tej chwili ważnym elementem życia społecznego. Obserwujemy w ostatnich dniach oblegane parki narodowe, w niektórych regionach liczba wejść była nawet kilkukrotnie wyższa niż w szczycie sezonu w sierpniu. To pokazuje, jak bardzo polskie rodziny są spragnione kontaktu z przyrodą i ruchu na świeżym powietrzu – mówi Andrzej Gut-Mostowy.
Turystyka to jedna z branż najbardziej poszkodowanych przez pandemię i lockdown. Światowa Organizacja Turystyki szacuje, że liczba podróży turystycznych w tym roku spadnie na świecie o ok. 70 proc. W Polsce – według danych GUS – do lipca liczba turystów spadła o 50 proc. w porównaniu z analogicznym okresem przed rokiem. W pierwszych siedmiu miesiącach br. z hoteli skorzystało też o 46 proc. mniej turystów.
Przedsiębiorcy liczyli, że latem dzięki urlopom i bonom turystycznym uda im się odrobić choć część strat spowodowanych zastojem. W ciągu pierwszego miesiąca trwania programu Polski Bon Turystyczny Polacy pobrali prawie 890 tys. bonów na kwotę 759 mln zł. Do końca sierpnia zrealizowane płatności wyniosły 172 mln zł. Do programu zapisało się ok. 20 tys. podmiotów turystycznych.
– Statystyki z lipca i sierpnia pokazały, że bon turystyczny był bardzo często wykorzystywany przez polskie rodziny. Mamy sygnały od branży turystycznej, że wiele rodzin czekało na bon turystyczny, aby zarezerwować pobyty hotelowe. Natomiast okres jesienny pokazał spadek wyjazdów turystycznych. To normalna sezonowość. Jednak zamknięcie hoteli i restauracji spowodowało, że wykorzystanie bonów turystycznych drastycznie spadło w okresie październik–listopad – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.
Branży miała pomóc obowiązująca od połowy października tarcza antykryzysowa 5.0, skierowana m.in. do firm turystycznych, która wprowadziła dodatkowe świadczenie postojowe i zwolnienia z obowiązku opłacania składek za lipiec, sierpień i wrzesień.
– Zwolnienie z ZUS i postojowe były długo oczekiwane przez branżę turystyczną. To są największe koszty ponoszone przez hotelarzy, agentów turystycznych i biura podróży w czasie, kiedy obrotów nie ma albo bardzo spadły, a jednak trzeba utrzymać rynek pracy na poziomie sprzed pandemii. Bez tej pomocy, czyli zwolnień z ZUS i postojowego, na pewno wiele firm z branży szeroko rozumianej turystyki już miałoby duże problemy finansowe związane z płynnością – mówi wiceminister.
Na etapie prac parlamentarnych są zaś kolejne rozwiązania dotyczące turystyki. Sejm przyjął 20 listopada kolejną, tzw. antykryzysową tarczę branżową, której główne założenia to m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy, dotacje w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.
– Uchwalona właśnie ustawa, mam nadzieję, w najbliższych dniach znajdzie się w Senacie i szybko zyska podpis prezydenta. Mamy w niej ważne formy wsparcia dla turystyki, np. możliwość uzyskania pożyczek krótkoterminowych. Co istotne, w tej ustawie wprowadziliśmy też możliwość projektowania w drodze rozporządzenia Rady Ministrów kolejnych form pomocy w postaci postojowego i zwolnienia z ZUS. Rada Ministrów będzie mogła w ten sposób szybko wesprzeć następne sektory branży turystycznej, nie potrzeba będzie tworzyć nowej ustawy i cały, wielotygodniowy proces legislacyjny zostanie pominięty. To jest chyba najważniejsza informacja dla branży turystycznej na najbliższe miesiące, że pomoc przyjdzie szybko i sprawnie – wyjaśnia Andrzej Gut-Mostowy.
Jak wskazuje, resort wspólnie z Komisją Nadzoru Finansowego oraz Związkiem Banków Polskich pracuje też nad rozwiązaniami, które mają zapewnić hotelom i podmiotom z branży turystyki łatwiejszy dostęp do finansowania zewnętrznego.
– Obecny kryzys spowodował, że banki wyjątkowo restrykcyjnie podchodzą do branży hotelowej w kwestii możliwości przedłużania kredytów lub pozyskania nowych. Dlatego chcemy wspólnie wypracować nowy model współpracy w tej dziedzinie, aby płynność finansowa hoteli była zagwarantowana – zapowiada Andrzej Gut-Mostowy. – Mając na uwadze to, że w najbliższych tygodniach nastąpi pewien powrót do korzystania z hoteli, planujemy również wspólnie z Polską Organizacją Turystyczną dużą akcję promocyjną. Chcemy zachęcić Polaków do wykorzystywania bonu turystycznego i podróżowania po kraju. Możliwe, że branża przygotuje dodatkowe usługi towarzyszące do każdego noclegu, aby ten bon turystyczny był jeszcze bardziej atrakcyjny. Jednak na razie musimy poczekać na złagodzenie obostrzeń w branży hotelowej.
Przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się w ostatnich kilku latach popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków. Rozbudowanie jej o dodatkowe funkcje i urządzenia – własny magazyn energii i pompę ciepła, która umożliwia podgrzanie wody i dostarczenie ciepła do grzejników – zapewnia gospodarstwu domowemu niezależność energetyczną i pozwala uodpornić się na przerwy w dostawach prądu. Taki pakiet, który wprowadziła na rynek należąca do innogy spółka Foton Technik, można obecnie dofinansować środkami z rządowych programów Mój Prąd i Czyste Powietrze.
– Rynek magazynów energii, patrząc z perspektywy całej Europy, rozwija się równie dynamicznie i jest równie obiecujący, co rynek fotowoltaiki, pomp ciepła czy też relatywnie młody rynek związany ze stacjami do ładowania i szeroko rozumianą elektromobilnością. Widzimy, jak wzrasta świadomość użytkowników końcowych nie tylko w aspekcie obniżania swoich rachunków za energię i proekologii, ale także niezależności energetycznej – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skorupa, prezes spółki Foton Technik z Grupy innogy.
Zapotrzebowanie na technologie magazynowania energii będzie rosnąć wraz z popularnością OZE. Na dużą skalę magazynowanie energii utrzymuje nadwyżkę, gdy produkcja energii wiatrowej i słonecznej przekracza popyt, a następnie uwalnia ją do sieci, kiedy warunki pogodowe są niekorzystne, a zasoby energii odnawialnej nie wystarczają do zaspokojenia konsumpcji. Dlatego też magazyny energii są kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego i bilansowania sieci elektroenergetycznej.
Polska Izba Magazynowania Energii podkreśla, że dodanie funkcji magazynowania do instalacji fotowoltaicznych pozwoliłoby na przechowywanie nadwyżek energii i zużywanie ich np. w nocy, dzięki czemu gospodarstwa domowe mogłyby osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność.
– Łączenie produktów takich jak fotowoltaika, pompy ciepła i magazyn energii oraz możliwość centralnego zarządzania nimi, np. za pomocą aplikacji, niewątpliwie zapewnia niezależność energetyczną i cieplną. W ten sposób gospodarstwo domowe przyczynia się do ochrony środowiska, a jednocześnie poprawia warunki socjalno-bytowe, warunki życia właściciela – mówi prezes Foton Technik. – To właśnie magazyn energii daje tę niezależność, bo nadwyżka energii, która nie została spożytkowana na potrzeby własne, jest przechowywana przez klienta.
Należąca do Grupy innogy spółka Foton Technik wprowadziła na rynek pakiet usług Comfort Home, składający się właśnie z instalacji fotowoltaicznej, magazynu energii i pompy ciepła. Wszystkie trzy są ze sobą kompatybilne W przyszłości spółka zamierza rozbudować system o kolejne opcje, takie jak stacje ładowania dla samochodów elektrycznych czy urządzenia z zakresu inteligentnego domu (smart home).
– Fotowoltaika jest bazą, która pokrywa bieżące zapotrzebowanie na energię i zapewnia zasilanie pompy ciepła. Uzupełniamy ją o magazyn energii, dzięki czemu klientowi niestraszne będą przerwy w dostawach prądu. Niedługo wszystko to zepniemy jedną aplikacją, dzięki czemu będzie możliwość zarządzania tymi urządzeniami, np. podglądu, czy instalacja PV pracuje optymalnie, i sprawdzenia, w jakiej kondycji są pozostałe urządzenia – zapowiada Michał Skorupa
Gospodarstwa domowe, które chcą skorzystać z pakietu, mogą wystąpić o dotację w kwocie 5 tys. zł z programu Mój Prąd na sfinansowanie budowy instalacji fotowoltaicznej. Z kolei nowa edycja programu Czyste Powietrze, która ruszyła w maju tego roku, daje możliwość otrzymania dotacji na mikroinstalację fotowoltaiczną oraz pompę ciepła w wysokości maksymalnie 30 tys. zł.
Korzyścią jest nie tylko ograniczenie smogu i ekologiczny, zeroemisyjny dom. Gospodarstwa domowe mogą też odczuć realne, finansowe profity w postaci oszczędności na rachunkach za energię, zwłaszcza w obliczu rosnących cen. Dane Komisji Europejskiej przytaczane przez portal Gramwzielone.pl pokazują, że w pierwszym kwartale br. średnia cena energii dla odbiorcy końcowego w UE wzrosła o 1 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej, a największy wzrost cen (o 14 proc.) miał miejsce właśnie w Polsce i na Litwie.
– To rozwiązanie jest przeznaczone dla każdego budynku – nie tylko dla nowo budowanych domów, ale także dla tych już istniejących, zwłaszcza dla właścicieli domów wybudowanych po roku 1990, którzy dzisiaj myślą o wymianie źródła ciepła, pieców na bardziej przyjazne środowisku urządzenia, z jednej strony wysokosprawne, a z drugiej niskoemisyjne – wskazuje Michał Skorupa.
Fotowoltaika stała się w ostatnich kilku latach najpopularniejszym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków. W tej chwili to najszybciej rosnący w Polsce segment OZE. Jak wynika z danych PSE, na początku października br. moc zainstalowana instalacji fotowoltaicznych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 2682,7 MW. Oznacza to wzrost o 166,3 proc. rok do roku i o 6,1 proc. w skali miesiąca. Według prognoz Instytutu Energetyki Odnawialnej („Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”) ta branża ma przed sobą świetlaną przyszłość i w 2025 roku moc zainstalowana PV w KSE ma sięgnąć już 7800 MW.
Z danych NFOŚiGW wynika, że do 9 listopada br. w ramach programu Mój Prąd złożono ponad 200 tys. wniosków, przyznano dotację na niemal 500 tys. zł, a moc wygenerowana w przydomowych instalacjach fotowoltaicznych, np. na dachach domów, wyniosła 540 MW.
Co roku w sezonie przedświątecznym liczba nadawanych przesyłek rośnie średnio o 40–60 proc., a w szczytowym momencie wzrost sięga nawet 100 proc. Branża spodziewa się, że mimo spowolnienia gospodarki tegoroczny szczyt może być rekordowy, ponieważ przez pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Dlatego też przygotowania do tego gorącego okresu firmy kurierskie zaczęły już latem. DHL od września rekrutuje dodatkowych pracowników. Prace w przedświątecznym szczycie wesprze także uruchomiony pod Gdańskiem nowy terminal G2, który może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.
Szczyt przedświąteczny to gorący okres dla całego e-commerce. Ruch na stronach e-sklepów rośnie w tym okresie nawet o kilkaset procent. Szczyt paczkowy rozpoczyna się zwykle w Black Friday pod koniec listopada, kiedy sklepy stacjonarne i internetowe kuszą klientów dużymi obniżkami, i trwa aż do świąt Bożego Narodzenia, bo wielu Polaków zamawia świąteczne prezenty online tuż przed Gwiazdką. W tym roku wzrosty rozpoczęły się szybciej ze względu na zamknięcie galerii handlowych i wielu kategorii sklepów stacjonarnych. Zamówienia złożone w e-sklepach generują z kolei większą liczbę przesyłek.
– Świąteczny szczyt to duże wyzwanie dla całej branży logistycznej, która przygotowuje się do niego już kilka miesięcy wcześniej. My zaczynamy już w lipcu. Pracuje nad tym zespół crossfunkcyjny złożony z kilkudziesięciu osób, m.in. przedstawicieli operacji, sprzedaży i funkcji wsparcia. Skupiają się oni na zapewnieniu odpowiedniej obsady kurierów i pracowników magazynów, na przeglądzie procesów pod kątem potencjalnych usprawnień, również tych wymagających wsparcia informatycznego, a przede wszystkim na bardzo dokładnym planowaniu i prognozowaniu wolumenów na dni szczytowe – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.
Kiedy święta Bożego Narodzenia wydają się jeszcze odległą perspektywą, firmy kurierskie już pracują nad tym, aby być w pełnej gotowości operacyjnej. To często oznacza dodatkowe rekrutacje.
– Zatrudnianie dodatkowych pracowników w związku ze szczytem paczkowym zaczynamy już we wrześniu. Szacunkowy plan to około 30-proc. wzrost zatrudnienia, a do zapewnienia prawidłowej obsługi potrzebni są nie tylko kurierzy, ale również pracownicy magazynów i operatorzy wózków widłowych – wskazuje Patryk Kęska, kierownik terminala G2 w Tuchomiu pod Gdańskiem, DHL Parcel Polska.
DHL prognozuje, że tegoroczny szczyt przedświąteczny może być rekordowy, ponieważ ze względu na pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Tym bardziej że wciąż nie wiadomo, kiedy rząd zdecyduje się na ich ponowne otwarcie.
– Ten rok jest szczególny, ponieważ upływa pod znakiem pandemii, więc jest jeszcze bardziej dynamiczny i nieprzewidywalny. Natomiast jesteśmy na to przygotowani i nawet klienci, którzy przegapią moment i zdecydują się zamówić prezenty tuż przed samymi świętami, będą z naszych usług zadowoleni – przekonuje Bartłomiej Wnęk.
Aby sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na dostawy, DHL zainwestował w odpowiednią infrastrukturę. Operator logistyczny wybudował w Tuchomiu pod Gdańskiem nowy terminal G2, który dzięki nowoczesnym sorterom i infrastrukturze operacyjnej może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.
– Nowa inwestycja w Gdańsku znacznie wesprze nasze moce przerobowe w okresie świątecznego szczytu – mówi wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska. – Terminal w Tuchomiu to jednak przede wszystkim odpowiedź na dynamiczny wzrost wolumenów w rejonie Trójmiasta. Nasz biznes rozwija się w bardzo szybkim tempie, obserwujemy wciąż rosnące zapotrzebowanie na usługi kurierskie.
Jak wskazuje, terminal G2 już przejął ok. 40 proc. przesyłek obsługiwanych do tej pory w jednostce Kowale, również zlokalizowanej pod Gdańskiem.
– Nowoczesny obiekt w Tuchomiu liczy 4 tys. mkw. hali magazynowej, 600 mkw. powierzchni biurowej, 20 bram dla transportów liniowych, 9 bram dla transportów paletowych i 60 standardowych bram kurierskich. Tą inwestycją zdecydowanie poprawiamy warunki pracy dla pracowników magazynu i biura oraz kurierów – mówi Bartłomiej Wnęk.
– Załoga obiektu liczy w tej chwili ponad 200 kurierów i pracowników – dodaje kierownik terminala Patryk Kęska.
Jak podkreśla, zlokalizowany pod Gdańskiem terminal G2 jest jednym z najbardziej proekologicznych tego typu obiektów w Polsce, wyposażonym w cały szereg rozwiązań służących ochronie środowiska oraz oszczędzaniu energii potrzebnej do ogrzewania i zasilania urządzeń elektrycznych.
– Ten obiekt ma system do zawracania wody opadowej, którą wykorzystujemy m.in. do podlewania terenów zielonych. Zastosowano w nim specjalną izolację ścian, która chroni przed nadmiernym wychłodzeniem w okresie zimowym, oraz szyby odbijające promienie słoneczne, dzięki czemu budynek nie nagrzewa się w okresie letnim. Zastosowaliśmy też rekuperację, czyli proces odzyskiwania ciepła. Równie ważny jest proekologiczny system strefowego oświetlania LED, dzięki któremu oszczędności energii sięgają 50 proc. W budynku zamontowano również specjalny dach, który przepuszcza światło, oraz fotowoltaikę, która zasila go w energię elektryczną – wymienia.
Budynek nowego terminala został zaprojektowany zgodnie z przyjętą przez DHL strategią GoGreen, której celem jest minimalizowanie wpływu firmy na środowisko i osiągnięcie zerowej emisji CO2 powstającej na skutek operacji logistycznych do 2050 roku.
– W ramach tej strategii realizujemy w Polsce i innych krajach projekty, których efekty mierzymy właśnie redukcją emisji CO2. Koncentrujemy się na wykorzystaniu alternatywnych źródeł energii, redukcji zużycia paliw oraz zmniejszeniu emisji spalin – mówi Patryk Kęska.
Nowy terminal G2 to niejedyna w tym roku inwestycja w infrastrukturę, która ma wzmocnić sieć operacyjną DHL Parcel Polska. Wcześniej do użytku oddane zostały również nowe jednostki we Włocławku i Jeleniej Górze. Operator logistyczny analizuje rynek, dostosowując sieć krajowej infrastruktury do sytuacji i prognoz na przyszłość.
– Rozwój infrastruktury operacyjnej w DHL zapowiada się ciekawie w kolejnych latach. Przed nami inwestycja w Siedlcach. W ciągu najbliższych dwóch lat czeka nas bardzo duży projekt w Wielkopolsce – najnowocześniejszy, jeśli chodzi o zastosowane w nim urządzenia sortujące – zapowiada Bartłomiej Wnęk.
Statystyczny warszawiak zużywa prawie 4 m3 wody miesięcznie, a mógłby znacznie mniej. – Sposobów na mniejsze zużycie wody jest wiele. Oszczędzać wodę można każdego dnia, zarówno podczas codziennej toalety, jak i gotowania – mówi Anna Auksel-Sekutowicz, radna miasta z ramienia Nowoczesnej. Impulsem do zachowania umiaru w wykorzystaniu wody pitnej będzie uzależnienie opłat za wywóz śmieci od jej zużycia. Rada Warszawy postanowiła, że taki sposób naliczania opłaty będzie obowiązywał w stolicy od grudnia.
Zgodnie z przepisami gminy mają do wyboru cztery różne metody naliczania stawek za śmieci: od powierzchni mieszkania, od zużycia wody, od osoby i od gospodarstwa domowego. Dziś warszawiacy płacą ryczałt uzależniony od wielkości mieszkania, co nie uwzględnia np. tego, ile osób zamieszkuje dany lokal.
– Otrzymaliśmy bardzo dużo informacji od mieszkańców, że obecnie obowiązujący system jest niesprawiedliwy, bo rodziny wieloosobowe wytwarzają dużo więcej odpadów niż osoby, które mieszkają same. Po długich konsultacjach, również ze społeczeństwem, przyjęliśmy rozwiązanie, które uzależnia wysokość opłaty za śmieci od ilości zużytej wody – kontynuuje Anna Auksel-Sekutowicz. – To jedna z najlepszych opcji, jaką przewiduje ustawodawca.
Miasto przekonuje, że ta metoda jest zdecydowanie bardziej sprawiedliwa, bo najlepiej odzwierciedla liczbę osób zamieszkujących lokal. Od grudnia mieszkańcy Warszawy będą płacić za śmieci 12,73 zł za każdy m³ wykorzystanej wody pitnej. Podstawą naliczenia miesięcznej opłaty będzie średnie zużycie wody z sześciu kolejnych miesięcy. Nie będzie jednak brana pod uwagę woda bezpowrotnie zużyta, czyli np. do podlewania ogródka (zmierzona przez dodatkowy wodomierz), a jedynie woda wykorzystywana na tzw. cele bytowe, która trafia do kanalizacji. Nowe zasady naliczania opłat dotyczą domów jednorodzinnych, budynków wielorodzinnych i lokali.
– W tym rozwiązaniu do głosu dochodzi również ekologia. Polska wysycha, mamy bardzo małe ilości wody, w związku z tym opłata uzależniona od ilości zużytej wody będzie wspierała jej oszczędzanie. Mam nadzieję, że dzięki temu mieszkańcy Warszawy będą zakręcać kran zawsze wtedy, kiedy zużycie nie będzie potrzebne. Chciałabym także, żeby ten nawyk oszczędzania wody wprowadzać nie tylko w mieszkaniach, ale również i w domach. Przecież możemy zbierać deszczówkę i podlewać nią kwiaty. Niekoniecznie musimy to robić wodą pitną, która leci z kranu – zaznacza warszawska radna.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2018 roku warszawiak zużywał średnio 47,5 m³ wody rocznie, co daje prawie 4 m³ wody miesięcznie. Przy takim zużyciu jedna osoba mieszkająca w lokalu zapłaci niecałe 51 zł.
Uzależnienie opłaty za śmieci od wykorzystania wody jest jedyną metodą, która daje mieszkańcom możliwość wpływania na swoje rachunki. Może bowiem zachęcać ich do nawyków oszczędzania.
– Jeśli zaczęlibyśmy oszczędzać wodę, jesteśmy w stanie zredukować już zużycie do 3, a może nawet do 2,5 m3. Wodę można oszczędzać podczas wielu czynności, zarówno przy codziennej toalecie, jak i podczas gotowania. Przykładowo woda po gotowaniu jajek albo złapana podczas mycia warzyw może być wykorzystywana chociażby do podlewania kwiatów. Sposobów na oszczędzanie wody jest mnóstwo – zapewnia Anna Auksel-Sekutowicz, która jest pomysłodawczynią akcji #bezLANIAwody mającej uświadomić, że każdego dnia można oszczędzać wodę, nie wkładając w to wielkiego wysiłku.
Jak podkreśla, kolejny problem związany z gospodarką odpadami to właściwa segregacja śmieci. Stołeczny urząd miasta uruchomił specjalną stronę internetową, na której można sprawdzić, do jakiego pojemnika wyrzucać poszczególne odpady.
– Kłopot w tym, że przepisy dotyczące segregacji odpadów na pięć frakcji zostały wprowadzone bardzo szybko i nie było wiele czasu na to, aby edukować mieszkańców. Dlatego zanim nauczymy się zasad segregacji i wszystkim nam wejdzie to w krew, potrzeba czasu. Myślę, że akcje proekologiczne prowadzone w szkołach podstawowych i średnich, zaangażowanie młodzieży w ochronę klimatu, ekologię oraz zrozumienie, że segregacja śmieci jest bardzo ważna, sprawią w przyszłości, że dla kolejnych pokoleń będzie to bardzo naturalna czynność – dodaje radna.
Jej zdaniem podobnie było w innych krajach europejskich, a dziś ich mieszkańcy nie mają problemów z odpowiednią segregacją odpadów.
Stawki za śmieci rosną ze względu na to, że zwiększają się również koszty samorządów związane z utrzymaniem tego systemu. Zgodnie z przepisami nałożonymi przez ustawodawcę samorząd nie może dopłacać do systemu zagospodarowania odpadów komunalnych z innych źródeł niż opłaty od mieszkańców i firm. W przypadku Warszawy system kosztuje ok. 1,2 mld zł rocznie, podczas gdy w 2016 roku było to 325 mln zł.
Poprawia się jakość powietrza w Europie. Spada też liczba zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza – wynika z danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA). Z powodu zanieczyszczenia pyłem w 2018 roku zmarło ok. 417 tys. Europejczyków, o ponad 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Komisja Europejska opublikowała niedawno plan działania na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”. Nie brakuje też innowacyjnych rozwiązań opracowywanych przez start-upy, które mają pomóc w walce ze smogiem.
Najnowsze sprawozdanie Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) „Jakość powietrza w Europie – 2020” wskazuje, że jakość powietrza na Starym Kontynencie systematycznie się poprawia. Z powodu narażenia na drobny pył w 2018 roku zmarło przedwcześnie ok. 417 tys. osób – o ok. 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Zmniejsza się też liczba zgonów spowodowanych dwutlenkiem azotu (54 tys., co oznacza spadek o 54 proc. w ciągu dekady). W dużej mierze to efekt polityki w zakresie środowiska i klimatu w całej Europie. Dane z 2020 roku mogą być jeszcze lepsze – ze względu na pandemię koronawirusa i wprowadzony lockdown emisja niektórych zanieczyszczeń spadła o ok. 60 proc.
– Jakość powietrza poprawia się dzięki wdrażanej polityce w zakresie środowiska i klimatu. Nie możemy jednak ignorować negatywnych aspektów tej sytuacji – liczba przedwczesnych zgonów w Europie z powodu zanieczyszczenia powietrza jest nadal o wiele za wysoka – podkreśla Virginijus Sinkevičius, komisarz KE ds. środowiska, oceanów i rybołówstwa.
Komisja Europejska opublikowała też plan działania UE na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”, części Europejskiego Zielonego Ładu. Zgodnie z założeniami programu Europa do 2050 roku ma być kontynentem neutralnym dla klimatu. Europejski Zielony Ład zawiera plan działań umożliwiających bardziej efektywne wykorzystanie zasobów dzięki przejściu na czystą gospodarkę o obiegu zamkniętym oraz przeciwdziałanie utracie różnorodności biologicznej i zmniejszenie poziomu zanieczyszczeń. Ma to być możliwe dzięki m.in. zapewnieniu większej efektywności energetycznej budynków, wprowadzeniu ekologicznych form transportu czy wspieraniu innowacyjnych, proekologicznych rozwiązań.
– W Europejskim Zielonym Ładzie postawiliśmy sobie za cel ograniczenie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń do zera. Aby odnieść sukces i w pełni chronić zdrowie ludzi i środowisko, musimy jeszcze bardziej ograniczyć zanieczyszczenie powietrza i ściślej dostosować nasze normy jakości powietrza do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia. Zostanie to uwzględnione w przyszłym planie działania – zapowiada Virginijus Sinkevičius.
W walkę ze smogiem i zanieczyszczeniem powietrza zaangażowało się wiele firm i start-upów. Na rynku jest już dostępna farba, która oczyszcza zanieczyszczone powietrze w procesie podobnym do fotosyntezy. Gdy farba jest wystawiona na działanie promieni słonecznych, otaczające powietrze jest natleniane w wyniku reakcji chemicznej. Pierwsze wyniki pokazują, że farba faktycznie działa – w Meksyku powstały trzy murale, które neutralizują równowartość zanieczyszczenia wytwarzanego przez około 60 tys. pojazdów rocznie. Naukowcy z Imperial College w Londynie współpracują z kolei ze start-upem Arborea nad BioSolar Leaf. To duże panele pokryte drobnymi roślinami, które usuwają dwutlenek węgla i uwalniają tlen w tempie odpowiadającym 100 drzewom z powierzchni pojedynczego drzewa.
W Londynie, Paryżu i Berlinie stanęły zaś pierwsze na świecie inteligentne biotechnologiczne filtry powietrza – drewniane ławy pokryte różnymi rodzajami mchu. Twórcy Green City Solutions twierdzą, że mech może wykonać pracę równoważną 275 drzewom. Z kolei holenderska firma opracowała Smog Free Tower, czyli wieżę oczyszczającą powietrze, która zasysa zanieczyszczenia i usuwa czyste powietrze. Wydobyte zanieczyszczenia są zamieniane w biżuterię. Pierwsza wieża została zainstalowana w Rotterdamie, a projektanci twierdzą, że może oczyścić 3,5 mln m3 powietrza dziennie.
– Z danych EEA wynika, że inwestowanie w lepszą jakość powietrza jest inwestycją na rzecz poprawy zdrowia i wydajności dla wszystkich Europejczyków. Strategie polityczne i działania, które są spójne z europejskimi ambicjami w zakresie zerowych emisji zanieczyszczeń, prowadzą do dłuższego i zdrowszego życia i bardziej odpornych społeczeństw – przekonuje dyrektor wykonawczy EEA, Hans Bruyninckx.
Najprawdopodobniej na początku przyszłego roku pojawią się w Polsce nowe programy dopłat do zakupu aut elektrycznych – przewidują przedstawiciele branży motoryzacyjnej. Apelują o to, by twórcy udoskonalili system: zwiększyli stawki dofinansowań, odbiurokratyzowali wnioski i znieśli limity cenowe. Pilotażowe projekty, realizowane na przełomie czerwca i lipca tego roku, zakończyły się realizacją zaledwie 7,5 proc. zakładanego celu. Na dopłaty do auta elektrycznego zdecydowało się do tej pory zaledwie 344 kierowców.
– Na początku przyszłego roku, z pewnością w pierwszym kwartale, pojawią się nowe programy dotyczące dopłat do zakupu samochodów elektrycznych, które będą zbudowane zupełnie inaczej niż te testowe programy, których byliśmy świadkami w wakacje roku 2020. Doświadczenia z tego nieudanego programu pilotażowego są dzisiaj opracowywane i mamy nadzieję, że Ministerstwo Klimatu i Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zbudują nowy program dopłat w taki sposób, żeby zlikwidować wszystkie błędy i wszystkie niedopatrzenia, które w nim były – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marek Konieczny ze Związku Dealerów Samochodów.
W ramach programów Zielony Samochód, Koliber i e-Van realizowanych przez Narodowy Fundusz Środowiska i Gospodarki Wodnej osoby prywatne i przedsiębiorcy mogli liczyć na dopłaty do zakupu samochodów elektrycznych. W przypadku pierwszego z programów to dofinansowanie maksymalnie 18 650 zł, przy czym auto nie mogło być droższe niż 125 tys. zł. Program Koliber to z kolei szansa na dofinansowanie w wysokości do 25 tys. zł, a e-VAN pozwalał na dotację do 70 tys. zł. Kwota niemal 150 mln zł przeznaczona na te programy miała pozwolić na zakup 2 tys. samochodów osobowych dla osób prywatnych, tysiąca taksówek elektrycznych i tysiąca elektrycznych aut dostawczych. Efektem zakończonego pilotażu były jednak zaledwie 344 dotacje o wartości 11,2 mln zł.
– Pierwszą rzeczą, którą powinniśmy zauważyć, jest kwestia wysokości dopłat i limitów wysokości ceny samochodu elektrycznego. Limit 125 tys. zł, który do tej pory był stosowany, jest straszni niski i powoduje, że większość samochodów elektrycznych była wyłączona z tychże dopłat – ocenia Marek Konieczny.
Zdaniem ekspertów nowa edycja programów zachęt do zakupu aut elektrycznych powinna być skonstruowana z wyłączeniem górnego limitu ceny katalogowej auta. Zarzuty branży motoryzacyjnej wobec pilotażu dopłat dotyczą również kwestii związanych z wysokością zachęt, dostępnością dla przedsiębiorców oraz formalności, jakich należało dopełnić przy wnioskowaniu.
– Pomimo że wnioski o dotację w pierwszym pilotażowym programie były stosunkowo proste, to jednak wymagały ze strony klienta przechodzenia przez kolejne arkusze. Oczekiwalibyśmy od NFOŚiGW, żeby system dopłat był dużo łatwiejszy i żeby klient mógł te dopłaty uzyskać w sposób jak najprostszy, który nie wymagałby od niego wielkiego wysiłku. Nie chodzi przecież o to, żeby klienta zmuszać do siedzenia kilkanaście czy kilkadziesiąt minut nad wnioskiem, tylko o to, żeby zachęcić go prostym systemem do tego, żeby się tym samochodem elektrycznym zainteresował – sugeruje prezes Związku Dealerów Samochodów.
Funkcjonujący np. we Francji system zachęt do zakupu aut elektrycznych pozwala na uzyskanie do 12 tys. euro dotacji. W Wielkiej Brytanii jest to do 3 tys. funtów dla aut o wartości nieprzekraczającej 50 tys. funtów. Tymczasem Narodowa Agencja Środowiska Singapuru ogłosiła niedawno, że od 1 stycznia przyszłego roku do końca 2022 roku będą obowiązywały zwiększone stawki dopłat do zakupu aut elektrycznych. W przypadku aut osobowych dla osób prywatnych stawka zostanie zwiększona o 5 tys. dol. – do kwoty 25 tys. dol. Z kolei ekologiczni taksówkarze dostaną o 7,5 tys. dol. więcej niż dotychczas. Co ciekawe, obok systemu zachęt dla osób inwestujących w zakup aut ekologicznych w Singapurze funkcjonuje też system kar dla tych, którzy decydują się na pojazdy wysokoemisyjne. Te najbardziej zanieczyszczające środowisko obarczane są karą 25 tys. dol.
Jak podkreśla prezes Związku Dealerów Samochodów, programy dopłat w Polsce powinny przede wszystkim być skierowane do przedsiębiorców, którzy chętniej sięgają po auta elektryczne.
– Dopłaty i programy powinny być dostępne nie tylko dla klientów indywidualnych, ale także dla przedsiębiorców, bo z doświadczenia wynika, że to oni kupują ponad 70 proc. wszystkich samochodów, a w przypadku samochodów elektrycznych ta skala będzie jeszcze większa – ocenia Marek Konieczny.
Po dzisiejszych pozytywnych wieściach z Wielkiej Brytanii świat dysponuje już trzema szczepionkami na koronawirusa, które są wysoce efektywne. Pandemia jednak nie ustaje, a efekty wprowadzenia jesiennych obostrzeń już widać w danych gospodarczych.
Od dłuższego czasu wskazywaliśmy, że wycena wielu walut emerging markets nie odpowiada ich wartości fundamentalnej. W tym kontekście zachęcająca jest zeszłotygodniowa aprecjacja tych walut, która nastąpiła pomimo braku równie jednoznacznie pozytywnego zachowania szerokiego spektrum aktywów ryzykownych. Najważniejsze twarde waluty, takie jak euro, dolar amerykański, funt brytyjski i frank szwajcarski w minionym tygodniu pozostawały w wąskich widełkach.
W krótkim terminie handel na rynku walutowym prawdopodobnie zostanie zdominowany z jednej strony przez pozytywne wieści dotyczące szczepionki na COVID-19, a z drugiej strony przez informacje dotyczące negatywnego wpływu koronawirusowych obostrzeń na sytuację gospodarczą. Wstępne dane PMI dla strefy euro i Wielkiej Brytanii, które poznaliśmy dziś rano, pokazały wyraźny spadek aktywności w sektorze usług w listopadzie. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że w okolicy amerykańskiego Święta Dziękczynienia, które wypada w czwartek, aktywność inwestorów na rynku zwykle jest ograniczona. Stąd też nie spodziewamy się istotnych ruchów do grudnia.
PLN
Ostatni tydzień przyniósł lekkie umocnienie polskiego złotego. Przez większość ostatnich dni zmienność na parze EUR/PLN pozostawała bardzo niewielka. Niską zmiennością charakteryzuje się też początek obecnego tygodnia.
Miniony tydzień przyniósł dalszy spadek liczby nowych zakażeń koronawirusem w Polsce, na tym etapie trudno jednak mówić o optymistycznym wydźwięku tych danych. Odsetek pozytywnych testów pozostaje jednym z najwyższych na świecie, a liczba zgonów wysoka.
Wydźwięk najnowszych danych makroekonomicznych dla Polski jest mieszany: dość dobre dane z rynku pracy i przemysłu z poprzedniego tygodnia kontrastują z dzisiejszym, rozczarowującym odczytem sprzedaży detalicznej, która po trzech miesiącach wzrostów, w październiku ponownie pokazała ujemną dynamikę. W ostatnich dniach uwaga inwestorów skupiła się na Polsce z powodu konfliktu polskiego rządu z UE w związku z powiązaniem unijnych funduszy z kwestią praworządności. Ostatecznie jednak brak reakcji złotego na powyższe doniesienia sugeruje, że nie budzą one specjalnych obaw wśród inwestorów.
EUR
Impas polityczny między Polską i Węgrami oraz UE ws. unijnego budżetu może opóźnić uwolnienie dodatkowych środków na wsparcie gospodarek w czasie pandemii, jednak nie sądzimy, żeby czekało nas istotne wydłużenie całego procesu. O ile jest to pewnego rodzaju ryzyko dla euro, nieco wsparcia wspólnej walucie zapewnia spadek liczby nowych zakażeń w wielu najważniejszych gospodarkach strefy euro.
Nieco pesymizmu przynoszą z kolei listopadowe dane PMI dla sektora usług strefy euro. Wyraźne, głębsze od oczekiwań pogorszenie sytuacji w tym obszarze ma związek z lockdownami i innymi ograniczeniami wprowadzonymi w celu walki z pandemią. Na tym tle nieźle trzyma się jednak przemysł. Rynki powinny zestawić te informacje z wieściami z frontu opracowania szczepionki oraz znakami, że kluczowe kraje strefy euro być może mają za sobą szczyt zakażeń koronawirusem w ramach drugiej fali.
Sądzimy, że w najbliższym czasie euro pozostanie dość stabilne, w oczekiwaniu na grudniowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. W tym tygodniu, w czwartek, opublikowany zostanie opis dyskusji z poprzedniego spotkania decyzyjnego. Ostatnia retoryka banku centralnego jednoznacznie wskazuje, że w grudniu czeka nas dalsze łagodzenie polityki pieniężnej.
USD
Wysiłki Trumpa mające na celu unieważnienie wyborów w USA z biegiem czasu wydają się coraz mniej skuteczne. Pozytywny wpływ powyższego impulsu był jednak w ostatnim czasie balansowany przez pogarszanie się sytuacji pandemicznej w większości stanów. Wczorajsze wieści o planowanym rozpoczęciu szczepień w USA za mniej niż trzy tygodnie na krótko i nieznacznie wsparły aktywa ryzykowne, jednak nie miały one istotnego wpływu na rynek walutowy.
W tym tygodniu, w środę, uwagę inwestorów może przykuć publikacja „minutek” z ostatniego posiedzenia decyzyjnego Rezerwy Federalnej, jednak czwartkowe Święto Dziękczynienia ogranicza szanse na istotną reakcję rynku w tym tradycyjnie jednym z najspokojniejszych dla rynków finansowych okresów w ciągu roku.
GBP
Negocjacje brexitowe postępują w iście żółwim tempie, jednak póki co ogólny optymizm dotyczący szczepionki na COVID-19 chroni brytyjską walutę przed deprecjacją. Wieści z dzisiejszego poranka dotyczące skuteczności szczepionki opracowanej przez naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego wsparły funta w związku z tym, że Wielka Brytania byłaby na czele kolejki do otrzymania szczepionki, która jest zarówno znacznie tańsza, jak i łatwiejsza w transporcie od innych dotychczas opracowanych.
Podobnie jak w strefie euro, najważniejszą publikacją tego tygodnia były dane PMI opisujące sytuację w przemyśle i usługach w listopadzie. Pokazały one wyraźny spadek kluczowego indeksu dla usług. Nie stanowi to zaskoczenia w kontekście powrotu koronawirusowych ograniczeń. Niemniej, indeks dla przemysłu wzrósł, a odczyty dla obu sektorów okazały się lepsze od oczekiwań.
CHF
Frank szwajcarski radził sobie gorzej od niemal wszystkich głównych walut, choć zakończył tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro. Zmienność na parze jest niemal nieobecna. Kurs EUR/CHF nadal oscyluje w okolicy poziomu 1,08.
Ostatnie wieści ze Szwajcarii były mieszane. Liczba zgonów związanych z COVID-19 rośnie, jednak wydaje się, że jest to opóźniony efekt poprzedniego wzrostu liczby przypadków. Liczba wykrywanych przypadków i przeprowadzanych testów spada, aczkolwiek ta pierwsza w szybszym tempie. To dość pozytywna wiadomość, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Szwajcaria wdrożyła jedynie ograniczone środki w celu zmniejszenia rozprzestrzeniania się koronawirusa w porównaniu z wieloma sąsiadującymi krajami.
Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w ostatnim czasie nie obfitował w zbyt wiele publikacji. Produkcja przemysłowa w trzecim kwartale pokazała mniejszy spadek niż w drugim, jednak dane te nie skupiły na sobie uwagi. Mimo, że czwartkowe dane o zatrudnieniu są uznawane za istotniejsze, to jednak w tym tygodniu skupimy się głównie na bardziej aktualnym, środowym odczycie indeksu ZEW, który opisuje oczekiwania dotyczące przyszłej koniunktury gospodarczej.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Jak wynika z danych firm należących do Polskiego Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, trzeci kwartał tego roku przyniósł wyraźne ożywienie na rynku pracy. Popyt na usługi HR, w szczególności na pracę tymczasową i rekrutację stałą, wzrósł znacznie w porównaniu do poprzedniego okresu.
Więcej rekrutacji stałych
W trzecim kwartale 2020 roku (3Q2020) firmy członkowskie Polskiego Forum HR (PFHR) zwiększyły swoje obroty w zakresie realizacji usług rekrutacji stałych na rzecz polskich pracodawców aż o 23% w porównaniu do poprzedniego kwartału i o 6% w odniesieniu do tego samego okresu poprzedniego roku, osiągając poziom 33,3 mln PLN.
„Ożywienie wynika w dużej mierze z faktu, iż w trzecim kwartale realizowano skumulowane z poprzedniego okresu procesy rekrutacyjne. Drugi kwartał był bardzo trudny, wszelkie decyzje dotyczące zatrudnienia były odwlekane w czasie. Ta dynamika z pewnością wyhamuje w ostatnim kwartale roku, szacujemy że wzrost wyniesie wtedy ok. 7%. Obserwując branże widzimy, że oprócz e-commerce, który nie zmniejsza zainteresowania zatrudnianiem nowych pracowników, obserwujemy odwilż w centrach usług wspólnych, również dzięki kilku nowym inwestycjom”- mówi Piotr Dziedzic, członek zarządu Polskiego Forum HR.
Rosnącym zapotrzebowaniem cieszą się również rekrutacje na rzecz zagranicznych pracodawców, wzrost rok do roku wyniósł 5%, kwartał do kwartału 33%. Firmy członkowskie PFHR osiągnęły obroty w tym zakresie na poziomie ponad 5 mln PLN.
Rośnie zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych
O 13% wzrosła liczba pracowników tymczasowych zatrudnionych przez firmy członkowskie PFHR w 3Q2020, w tym samym czasie liczba pełnych etatów (FTE – liczba przepracowanych godzin w przeliczeniu na pełne etaty) wzrosła aż o 33%. Średni okres zatrudnienia jednego pracownika wydłużył się. Firmy członkowskie zatrudniały w analizowanym okresie 75 tys. osób, szacujemy że w całej Polsce zatrudniano ok. 250 tys. pracowników tymczasowych. Poziom ten nadal odbiega od poprzedniego roku, w takim odniesieniu odnotowujemy 11%-owy spadek, ale sytuacja wyraźnie się poprawia.
„Na rynku obserwujemy zachowania jak w każdym kryzysie czy okresie przestoju gospodarczego. Pracownicy tymczasowi są pierwszymi, z którymi pracodawcy rozstają się w sytuacji spowolnienia i pierwszymi, którzy są zatrudniani kiedy sytuacja się stabilizuje. Czwarty kwartał będzie trudniejszy. Wzrost zachorowań będzie miał spore przełożenie na rynek pracy. Zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych będzie rosło, ale już nie tak gwałtownie ” – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.
W trzecim kwartale 2020 o 27% w porównaniu do poprzedniego kwartału wzrosła też wartość tego rynku. Firmy członkowskie PFHR osiągnęły poziom obrotów w wysokości 680 mln PLN, nadal o ok. 21% niższy niż w tym samym okresie poprzedniego roku.
Polska Straż Graniczna zaopatruje się w nową flotę pojazdów. Wybór padł na ikonę marki Jeep, model Wrangler w wersji Sahara z 2-drzwiowym nadwoziem, niekwestionowanego mistrza jazdy terenowej.
Do końca 2020 roku 60 nowych, specjalnie wyposażonych Wranglerów trafi do lokalnych oddziałów Straży Granicznej prowadzących działania w różnych częściach Polski.
Samochody dla Straży Granicznej wyposażone są w mocny i dynamiczny, 2-litrowy, turbodoładowany silnik benzynowy o moc 272 KM i momencie obrotowym 400 Nm, który współpracuje z 8-biegową, automatyczną przekładnią specjalnie skalibrowaną do możliwości Wranglera. Układ napędowy zapewnia przyspieszenie 0-100 km/h w 7,3 sekundy, zaś prędkość maksymalna jest elektronicznie ograniczona do 177 km/h. Układ współpracuje z systemem napędu 4×4 Full-Time Command-Trac™. Dodatkowo samochody dla Straży Granicznej są wyposażone w tylny mechanizm różnicowy o ograniczonym poślizgu Trac-Lok, który zwiększa trakcję na tylnych kołach podczas pojazdy po śliskich, trudnych nawierzchniach, jak piasek, żwir, błoto, śnieg czy lód.
Każdy Wrangler ma certyfikat Trail Rated®, co oznacza wzorcowe parametry terenowe: prześwit 26 cm, kąt najazdu 37,4°, kąt zjazdu 30,5°, kąt rampowy 26,2° oraz fabryczną głębokość brodzenia prawie 76 cm, dodatkowo zwiększoną w przypadku samochodów Straży Granicznej poprzez montaż snorkela. Wersja Sahara ma ponadto bogate wyposażenie z zakresu bezpieczeństwa, m.in. elektroniczny system stabilizacji toru jazdy ESC ze wspomaganiem hamowania awaryjnego BAS oraz systemem przeciwdziałającym wywróceniu się pojazdu ERM czy kamerę podglądu drogi cofania ParkView™ z dynamicznymi liniami siatki. Zastosowane w nich innowacyjne rozwiązania techniczne wspomagają oraz informują kierowcę o aktualnych parametrach pojazdu i pokonywanego terenu. Zestaw wskaźników terenowych Off-Road Pages monitoruje w trakcie jazdy m.in. kąty wychyleń i parametry podzespołów. Samochody są też wyposażone w zaawansowane technologie, m.in. wszystkie światła i reflektory wykonane w technologii LED, system multimedialny Uconnect z 8,4-calowym ekranem dotykowym kompatybilny z Apple Car Play i Android Auto oraz gniazda USB i 12V z przodu i z tyłu pojazdu.
Do służby w Straży Granicznej samochody dodatkowo otrzymały matowe, zielone malowanie z jasnozielonym pasem i napisem „Straż Graniczna”, sygnalizację świetlną oraz dźwiękową pojazdu uprzywilejowanego, snorkel, wyciągarkę, kompletne osłony podwozia, hak holowniczy, ogrzewanie postojowe, łączność (antenę i radiotelefon) oraz dwa komplety kół (terenowe Goodyear Wrangler Duratrac i letnie typu All Terrain Goodyear Wrangler Adventure) wraz z pełnym kołem zapasowym. Adaptacją Wranglerów zajmuje się spółka Fix Forum Lider Sp. działająca przy Salonie AutomobileTorino Lublin, przy udziale firmy Transmed, wyłącznego przedstawiciela Federal Signal Vama na Polskę.
Tak wyposażone Jeepy Wranglery idealnie sprawdzą się podczas patrolowania trudno dostępnych terenów przygranicznych. Auta gwarantują wyjątkową stabilność i precyzję podczas szybkiego pokonywania nierównych zakrętów na najtrudniejszych bezdrożach, przeszkód terenowych czy wjeżdżania na strome wzniesienia.
Zakup samochodów został sfinansowany z „Programu Modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Ochrony Państwa w latach 2017-2020”. Pierwsza partia 28 egzemplarzy została wydana i po zarejestrowaniu zostanie rozdysponowana między cztery oddziały Straży Granicznej – 13 Jeepów otrzyma oddział Podlaski, 10 – oddział Warmińsko-Mazurski, Nadbużański – 4, a Karpacki – 1. Pozostałe 32 pojazdy trafią do funkcjonariuszy Straży Granicznej w grudniu.
Większość Polaków jest bardzo nieufna wobec źródeł wiedzy naukowej, zwłaszcza jeśli pochodzi ona od koncernów farmaceutycznych. W przypadku medycyny alternatywnej i szczepionek dzielą się na dwa obozy: zwolenników i przeciwników – wynika z analiz wykonanych przez badaczki z UŁ.
Polacy mają ograniczone zaufanie do treści o charakterze naukowym – twierdzą badaczki z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego po przeprowadzeniu wśród Polaków badania (w formie konsultacji społecznych projektu Concise) na tematy związane z nauką, dotyczące np. zmian klimatu, szczepionek, żywności GMO i medycyny alternatywnej. W badaniach, które odbyły się w 2019 roku, wzięło udział 100 osób w różnym wieku, poziomie wykształcenia czy pochodzeniu.
Jeśli chodzi o treści o charakterze naukowym – uczestnicy konsultacji częściej wyrażali do nich nieufność, niż zaufanie – wynika z raportu udostępnionego PAP przez autorki badania.
Według liderki projektu, prof. UŁ dr hab. Izabeli Warwas, Polacy są szczególnie nieufni wobec koncernów farmaceutycznych i ich działalności, bo – jak zwracali uwagę respondenci – „w pierwszej kolejności w ich działalności liczą się pieniądze, a nie zdrowie”.
Wśród badanych przeważała grupa osób nie ufających doniesieniom naukowym nt. zmian klimatu. Stosunkowo liczna była również grupa uczestników dyskusji, która nie potrafiła zająć jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.
W przypadku kwestii GMO badani zwracali uwagę, że temat ten jest im mało znany, a sam termin kojarzy im się raczej z etykietami kupowanych produktów spożywczych, niż z systematycznie prowadzonymi badaniami lub opracowaniami naukowymi.
Jeśli zaś chodzi o temat szczepionek i medycyny alternatywnej, wśród uczestników badania wyodrębniły się dwie przeciwstawne grupy: zagorzałych zwolenników i krytyków. „Nie było nikogo, kto nie potrafiłby zając stanowiska w sprawie zaufania przekazom na temat szczepionek. W przypadku debaty dotyczącej szczepionek nie ma miejsca na wahania, wątpliwości czy negocjowanie opinii” – zaznaczono w raporcie.
Autorki badania zauważyły, że Polacy przede wszystkim ufają takim wiadomościom zawierającym treści naukowe, które pochodzącą z ich najbliższego otoczenia: od członków rodziny i specjalistów, z którymi mają kontakt osobisty, w tym lekarzy rodzinnych.
Zespół dr hab. Izabeli Warwas identyfikował też kanały wiedzy dostępne dla obywateli, stopień zaufania obywateli do treści naukowych oraz oczekiwania dotyczące komunikowania nauki. Badaczki przedstawiły też rekomendacje skierowane do decydentów, naukowców i innych osób zajmujących się komunikowaniem i popularyzowaniem nauki.
Badani – pytani o kanały i źródła docierającej do nich wiedzy naukowej – wskazywali przede wszystkim internet, w tym medium społecznościowe (serwis Facebook), a wśród mediów tradycyjnych – na telewizję, kanały komercyjne, wśród których wymieniano przede wszystkim TVN, TVN24, National Geographic, Discovery World, BBC Earth, Planete, Dicovery Life.
„Respondenci nie traktują organizacji czy instytucji jako kluczowego źródła informacji w kształtowaniu swojej wiedzy naukowej – najczęściej wymieniana jest Światowa Organizacja Zdrowia (WHO)” – wskazano. Dr hab. Warwas zwraca uwagę, że rzadko pojawiały się w tym kontekście polskie organizacje.
Z raportu wynika również, że rola pośredników w propagowaniu wiedzy naukowej, takich jak np. dziennikarze naukowi, nie jest w Polsce „zakotwiczona”.
„Nie funkcjonuje jeszcze szeroka rozpoznawalność roli osób zawodowo zajmujących się komunikowaniem osiągnięć naukowych. Liderami opinii w kwestach naukowych są najczęściej aktywiści, aktorzy i celebryci” – czytamy. Dr hab. Warwas dodaje, że naukowcy są ciągle słabo widoczni w społeczeństwie i że znajdują się „w swoich bańkach komunikacyjnych”. W jej ocenie należy rozważyć wprowadzenie systemów zachęt dla badaczy na uniwersytetach, które promowałyby postawy bardziej otwarte, np. w postaci minigrantów czy innych benefitów powiązanych z oceną okresową.
Naukowcy zauważyli również, że dla odbiorców treści naukowych ważniejsza jest jakość materiałów poświęconych tej problematyce, niż ich ilość. Jak podkreślono, zdecydowanie wolą oni dotrzeć do kilku wartościowych przekazów niż analizować wiele powierzchownych komunikatów.
Autorki projektu proponują szereg rekomendacji. Ich zdaniem telewizja publiczna – otrzymująca dotację z budżetu państwa – powinna w większym stopniu wypełniać swoją misję komunikatora naukowego (zwłaszcza, że respondenci wskazują, że właśnie z telewizji często czerpią wiedzę o nauce). Należy też wspierać dostęp do międzynarodowych źródeł i kanałów zawierających wiadomości naukowe.
„Ku naszemu zaskoczeniu respondenci w ogóle nie wskazywali na radio jako źródło wiedzy o pracy naukowców” – zauważa Warwas.
Badaczki sugerują, by w proces popularyzacji nauki włączyli się akademicy. Zwracają uwagę, że w mediach społecznościowych uczelni warto jest udostępniać krótkie notatki badawcze, napisane potocznym, przyjaznym dla przeciętnego czytelnika językiem.
Naukowczynie diagnozują, że w Polsce panuje kultura nieufności, a zjawisko to dotyczy również postrzegania nauki. Sugerują, jak można postawę tę zmienić: publikowane informacje trzeba wspierać odpowiednimi raportami naukowymi. Zaufanie do treści wzrośnie, gdy przekazywane treści zostaną potwierdzone przez kilka niezależnych organizacji, instytucji i grup naukowców. Zaufanie wzbudzają też informacje podpisane imieniem, nazwiskiem i afiliacją. Wówczas uważane są za bardziej rzetelne i wiarygodne.
„Zaleca się wdrożenie mechanizmów zachęcających i wspierających popularyzującą rolę naukowców i instytucji w rozpowszechnianiu odkryć naukowych poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji i finansowania” – podkreślają.
Pomocne także może być opracowanie programów akademickich w zakresie komunikacji naukowej – takich, aby zapewnić szkolenia popularyzatorom nauki, dziennikarzom i innym osobom, które podejmują się roli propagowania wiedzy naukowej. Wszystko po to, aby byli przygotowani do profesjonalnego przekazywania wyników naukowych różnym grupom odbiorców – zauważono w raporcie.
„W Hiszpanii, Portugali czy we Włoszech istnieje kultura komunikacji naukowej. Komunikacja naukowa jest wykładana na uczelniach, a osoby z takim wykształceniem są zatrudniane w różnych instytucjach. U nas tego typu kursy mają miejsce tylko niestety sporadycznie” – kończy dr hab. Warwas.
Oprócz dr hab. Warwas w zespole znajdują się prof. UŁ dr hab. Aneta Krzewińska i dr Małgorzata Dzimińska. Ich wstępny raport nt. podejścia społeczeństwa do treści o charakterze naukowym jest efektem międzynarodowego projektu Concise – Communication role on perception and beliefs of EU Citizens about Science (Rola komunikacji w postrzegania i przekonań obywateli UE na temat nauki). Środki na projekt pochodzą z budżetu programu Horyzont 2020. Podobne badania w ramach projektu Concise przeprowadzono w czterech innych krajach: we Włoszech, Portugalii, Hiszpanii i na Słowacji.
Najnowsze dane GUS, prezentujące statystyki budownictwa mieszkaniowego od stycznia do października bieżącego roku, tym razem nie zaowocowały większymi niespodziankami. Wciąż jednak przeważają optymistyczne akcenty, potwierdzające pozytywne nastawienie inwestorów w kwestii perspektyw pierwotnego rynku mieszkaniowego.
Pozwolenia bliskie rekordom
W ubiegłorocznym październiku obie fundamentalne dla bieżącej koniunktury inwestycyjnej pozycje gusowskich statystyk, czyli te dotyczące lokali, których budowę rozpoczęto, oraz odnoszące się do mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia, okazały się rekordowe w wymiarze miesięcznym. Warto na ten fakt wyjątkowo wysokiej bazy zwrócić uwagę, analizując bieżące osiągnięcia inwestorów mieszkaniowych, które wciąż sygnalizują optymalny stan koniunktury inwestycyjnej rodzimej mieszkaniówki.
Tym samym październikowy wynik deweloperów na poziomie 17,3 tys. nowych pozwoleń, jest gorszy rdr o prawie 8 proc., mimo to jednak pozostaje w strefie najlepszych historycznie osiągnięć przedsiębiorców budujących na sprzedaż lub wynajem.
Świadczy to o niesłabnącym optymizmie deweloperów, którzy pomimo przewidywanego w tym roku kilkunastoprocentowego spadku sprzedaży nowych mieszkań zdają się oczekiwać powrotu boomu sprzedażowego już w nowym roku. Z jednej strony może to wydawać się dość ryzykowne założenie w obliczu wciąż niesłabnącego zagrożenia COVID-19, z drugiej jednak rosnące statystyki pozwoleń na budowę niemal od samego początku sprzedażowego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym, okazywały się być niezawodną gwarancją kontynuacji rynkowej prosperity.
Z drugiej strony ponadprzeciętne wolumeny deweloperskich pozwoleń utrzymują się już od tegorocznej wiosny i mogą być w jakimś stopniu implikowane zmianą przepisów o warunkach technicznych w 2021 dotyczących energooszczędności budynków. Bardzo trudno jest jednak ocenić skalę tego wpływu. Wydaje się jednak, że przy założeniu braku przedmiotowych zmian różnica w statystykach pozwoleń nie miała by raczej radykalnego charakteru.
W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego w pierwszych dziesięciu miesiącach tego roku nowych pozwoleń oraz zgłoszeń było już blisko 219 tys., czyli zaledwie o 4,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku.
Korekta nowych inwestycji po rekordowym wrześniu
W październiku dość wyraźnie zniżkował wolumenem mieszkań, których budowę rozpoczęto. Jest to nie tylko naturalny impuls korekcyjny po rekordowym historycznie wyniku miesięcznym we wrześniu, ale także odreagowanie trwającej od wiosny dynamicznej tendencji wzrostowej nowych budów.
Październikowe tąpniecie zawdzięczamy głównie deweloperom, których wynik na poziomie 11,5 tys. jest gorszy miesiąc do miesiąca o jedną trzecią i rok do roku o jedną czwartą. W sumie od początku roku ruszyli oni z budową ponad 105 tys. lokali, czyli o 10 proc. mniej niż w pierwszych 10 miesiącach ub. roku. I taki wynik, uwzględniając wysoką bazę oraz tegoroczne otoczenie rynkowe, należy uznać za w pełni godny uznania.
Tym samym widać wyraźnie, że koniunktura inwestycyjna na pierwotnym rynku mieszkaniowym ma się wciąż bardzo dobrze. Deweloperzy nie spowalniają produkcji mieszkań, jakby nie dopuszczając ewentualności nadejścia cyklicznego spowolnienia czy wręcz kryzysu w mieszkaniówce za sprawą dewastacji europejskiej i krajowej gospodarki przez COVID-19.
Sytuację tę potwierdzają ogólne wyniki w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego. Od początku roku uruchomiono już w sumie 187 tys. budów nowych lokali mieszkalnych, czyli o nieco ponad 7 proc. mniej licząc rok do roku. Również tego typu regres jest potwierdzeniem wciąż niesłabnącej siły pierwotnego rynku mieszkaniowego w warunkach destrukcyjnego oddziaływania zagrożenia pandemicznego.
Statystyki mieszkań oddanych wciąż zgodnie z trendem
Tradycyjnie najbardziej przewidywalnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddanych do użytkowania. W tym przypadku tendencja wzrostowa coraz wyraźniej przechodzi w stabilizację na rekordowo wysokim poziomie. Deweloperzy oddali od początku roku ponad 114 tys. lokali, co oznacza z górą 9-procentowy progres rok do roku. Ogółem w okresie styczeń – październik br. oddano bez mała 176,5 tys. mieszkań, czyli o 6,1 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku.
W sumie gusowskie statystyki komunikujące osiągnięcia budownictwa mieszkaniowego wciąż utrzymują się na wysokich, korespondujących z rekordowymi poziomach, a październik okazał się kolejnym miesiącem potwierdzającym póki co budzącą respekt odporność inwestycyjnego segmentu mieszkaniówki na COVID-19. Nie jest to na chwilę obecną sytuacja w pełni korespondująca z perspektywami szeroko pojętej koniunktury gospodarczej, która pozostaje pod silną presją pandemii. W tym stanie rzeczy nie pozostaje nic innego jak tylko nadzieja, że zdecydowanie pozytywne sygnały nieprzerwanie płynące z pierwotnego rynku mieszkaniowego, to dobry omen dla wszystkich innych segmentów krajowej gospodarki.
Dane z indeksów PMI pokazują, że branża przemysłowa patrzy znacznie bardziej optymistycznie na przyszłość niż usługowa. Co ciekawe, ostatnio wyraźnie rośnie optymizm w Wielkiej Brytanii pomimo nadchodzącego brexitu.
Dane z Polski
Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z naszego kraju na temat sprzedaży detalicznej oraz produkcji budowlano-montażowej. Sprzedaż detaliczna w ciągu roku spada o 2,1%, jest to wynik słabszy od oczekiwań wynoszących zaledwie 0,3% spadku. Wynik może nie jest tak dobry, jak oczekiwania, ale to obiektywnie przyzwoity rezultat w dzisiejszych czasach. Lepiej od oczekiwań z kolei wypadła produkcja budowlano-montażowa. Tutaj jednak pomimo tego ile czasu przychodzi nam spędzać w domu i tak jest spadek. Rynki po tych danych początkowo spojrzały przychylniej na złotego, jednakże szybko wrócił on do poprzednich poziomów.
Indeksy koniunktury w Europie
Poznaliśmy dzisiaj wstępne wyniki indeksów PMI dla strefy euro oraz Wielkiej Brytanii. W przypadku kontynentalnej Europy pogłębia się różnica pomiędzy optymizmem części przemysłowej, gdzie wynik wyniósł 53,6 pkt i był lepszy od oczekiwań, a części usługowej, gdzie rezultat 41,3 pkt był wyraźnie gorszy od oczekiwań. Interpretując te dane, warto pamiętać, że 50 pkt to wartość rozdzielająca równą ilość odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Optymizmem z kolei powiało z Wielkiej Brytanii. Tam również słabiej wypadł subindeks dla usług, ale zarówno usługi, jak i przemysł wypadły wyraźnie powyżej oczekiwań. Jak widać, brexit nie powoduje spadku optymizmu, nie dziwi zatem umacnianie się funta.
Dobre dane z Kanady
Piątkowe dane na temat sprzedaży detalicznej u północnego sąsiada Stanów Zjednoczonych wypadły wyraźnie lepiej od oczekiwań. Analitycy spodziewali się we wrześniu symbolicznego wzrostu w okolicach 0,2%. Faktyczny rezultat wyniósł jednak 1,1%, co powodowało umacnianie się dolara kanadyjskiego względem innych walut po publikacji danych.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – wstępne dane z indeksu PMI dla usług,
15:45 – USA – wstępne dane z indeksu PMI dla przemysłu.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Dla wielu osób praca zdalna to żadna nowość, jednak spora część z nas miała duże problemy, by skutecznie przestawić się na tryb pracy w domu lub w mieszkaniu. I chociaż firmy coraz chętniej, przynajmniej w pewnym wymiarze, sprowadzają swoich pracowników znów do biur, to przynajmniej częściowa praca zdalna dla wielu będzie trwała jeszcze przynajmniej przez kolejne miesiące. Z tego powodu warto zadbać o to, by komfort oraz jej jakość były jak najwyższe.
Oto kilka rad i pomysłów na to, by komfort i efektywność pracy zdalnej były jak najwyższy. Wiele z nich sprawdzi się również w biurach, jednak to przestrzeń, gdzie nasze możliwości m.in. integracji w nią – jako pracowników – stają się bardziej ograniczone. Gdy jednak pracujemy z domu lub mieszkania, wszystko możemy zmienić i ustawić tak, jak chcemy.
1. Odpowiedni fotel oraz biurko – wiele osób liczyło na to, że praca zdalna to jedynie krótki epizod. Niestety, nie jest tak, a kręgosłupy i mięśnie czekających coraz bardziej odczuwają prowizoryczne warunki pracy. Z tego powodu warto zainwestować w odpowiednie biurko oraz fotel biurowy. Praca przy kuchennym stole, w krześle, na którym jemy śniadania, to nie jest dobre rozwiązanie. Odpowiednia wielkość i wysokość biurka w połączeniu z możliwościami regulacji i ergonomią, jakie dają fotele biurowe, sprawią, że praca będzie bardziej komfortowa.
Wiele firm albo instytucji umożliwia zabranie ze sobą foteli biurowych, albo umożliwia (lub rozważa taką opcję) dopłat do zakupu swoich przez pracowników – z obu opcji po prostu skorzystajmy.
2. Odpowiednie narzędzia – działająca kamera internetowa, mikrofon, słuchawki – to podstawa w trakcie naszej zdalnej pracy, w końcu spotkania na Skype, Zoom czy Teams dla wielu będą niemal codziennością. Upewnijmy się, że wszystkie z nich działają i oferują nam zadowalającą jakość połączeń. To świadczyć będzie o naszym profesjonalizmie, jednak zapewni również sprawną komunikację oraz dalszą pracę – ciężko o nią, gdy kamera cały czas traci połączenie, nas ledwo słychać a słuchawki lub głośniki trzeszczą, lub są tak ciche, że słyszymy raptem co drugie słowo naszego przełożonego.
3. Odpowiednie oświetlenie oraz tło – wideokonferencję dla wielu będą codziennością podczas pracy zdalnej. Warto się na nie przygotować – kluczem do tego będzie nie tylko odpowiednie oświetlenie, ale również tło podczas spotkań wideo, Zadbajmy, by światło wpadające przez okno nie prześwietlało naszej twarzy, a gdy spotkanie odbywa się po zmroku – by nasza twarz była odpowiednio oświetlona przez lampę. Nie zapominajmy też o tym, by nie siadać, mając za swoimi plecami okno – może to sprawić, że zupełnie nie będzie nas widać. Spójrzmy też, co będzie znajdowało się za nami podczas wideokonferencji – pusta ściana jest lepsza, niż otoczenie pełne bałaganu, jednak zawsze idealnie sprawdzi się np. biblioteczka. Jeżeli nie mamy jednak takich opcji, wybierzmy tło, które wstawi za nas samo narzędzie, z którego korzystamy do wideokonferencji – wtedy jednak pamiętajmy, by nie ruszać się zbyt gwałtownie.
4. Zaufanie i samodzielność – obie te cechy zdecydowanie nam pomogą, gdy pracujemy zdalnie. Zaufanie dotyczyć będzie zwłaszcza osób na stanowiskach menadżerskich – to oni muszą kontrolować swoich pracowników, lecz nie powinny robić tego za bardzo i zakładać, że w przypadku pracy zdalnej każdy z nich będzie dawał z siebie jedynie absolutne minimum. Samodzielność przyda się za to każdemu z pracowników firmy – każdy z nas bardziej odpowiedzialny jest za swoją pracę, jej przebieg oraz efekty. Dlatego tak ważne jest, aby samodzielnie dobrze ją planować i realizować, przy odpowiednim wsparciu naszych przełożonych.
5. Wykorzystywanie dawnych nawyków i zarządzanie sobą w czasie – to, że pracujemy z domu, nie znaczy, że w trakcie służbowych obowiązków powinniśmy skupiać się również na tych domowych. To dekoncentruje oraz sprawia, że nasza praca staje się znacznie mniej efektywna. Wykorzystujemy nawyki, przyzwyczajenia i schematy działania, które wykorzystywaliśmy podczas stacjonarnej pracy w biurze – przygotowanie śniadania czy obiadku dzień wcześniej, wykonywanie prania po pracy czy zakupy w określonych dniach tygodnia. To pomoże nam pracować nie tylko efektywnie, ale wprowadzi również life-work balance, o który wielu jest po prostu znacznie trudniej.
6. Unikanie rozpraszaczy – to klucz do tego, by pracowało nam się dobrze. Unikanie rozpraszaczy nie jest łatwe, ale na pewno możliwe do realizacji. Przede wszystkim, przed rozpoczęciem pracy musimy być na bieżąco z domowymi obowiązkami i nie realizować ich w godzinach realizacji obowiązków służbowych, nie róbmy więc przerw na pranie czy gotowanie. Jeżeli nie narzuca tego na nas nasz pracodawca, sami możemy zdecydować się na blokowanie stron, które kuszą nas najbardziej, takich jak Facebook czy YouTube, by nie spędzać na nich czasu w pracy. Posprzątajmy również miejsce, w którym pracujemy, a jeżeli mamy taką możliwość, zdecydujmy się również na wyciszenie telefony prywatnego. Miejmy przy sobie jakąś przekąskę oraz coś do picia, dzięki czemu nie będziemy po nie chodzić w trakcie pracy. Jeżeli mamy taką możliwość, warto również poprosić rodzinę czy domowników o to, żeby nie przeszkadzali nam w pracy, jeżeli nie jest to naprawdę konieczne. Takie zasady, jeżeli uda nam się je wprowadzić, pomogą nam nie rozpraszać się w trakcie wykonywania obowiązków zawodowych.
7. Odpowiedni ubiór, czyli poczuj się jak w pracy – gdy pracujemy z domu, możemy robić to nawet w dresie, o ile nie mamy spotkań czy wideokonferencji. Zachęcamy jednak, by tego nie robić, a do pracy odpowiednio się przygotować, podobnie jak sam strój, niemal tak, jakbyśmy mieli do niej wyjść. Nie zachęcamy do spodni w kant czy eleganckich butów, warto jednak przebrać się z piżamy w coś, w czym normalnie wyszlibyśmy do naszych znajomych. Z jednej strony wygodne dresy sprawiają, że potrafimy się rozleniwiać, z drugiej strony sam fakt przebrania będzie informował nas o tym, że coś się zmienia – ze snu czy odpoczynku przechodzimy w czas pracy, co wiąże się również ze zmianą odzieży – tak, jak robimy to zawsze, gdy wychodzimy do pracy lub z niej wracamy.
Materiał powstał we współpracy z firmą Veracomp, dystrybutorem marki Polyna rynku polskim. Poly oferuje profesjonalne rozwiązania audiokonferencyjne oraz wideokonferencyjne, które sprawią, że jakoś komunikacji podczas nich zawsze będzie na najwyższym poziomie. Więcej o produktach Poly, takich jak telefony konferencyjne, narzędzia do obsługi konferencji czy zestawy głośnomówiące, dowiesz się na ich stronie internetowej.
Sprzedaż detaliczna (w cenach stałych) w październiku spadła o 2,3% w ujęciu rocznym oraz wzrosła o 2,1% w skali miesiąca – podał GUS.
Analiza poszczególnych kategorii produktów wskazuje na spadki w przypadku sprzedaży wielu artykułów. W perspektywie rocznej wzrost dotyczył wyłącznie mebli i sprzętu rtv-agd (11,9% r/r, 6,5% m/m) oraz farmaceutyków (1,3% r/r, 5,3% m/m). W perspektywie miesięcznej oprócz mebli i leków wzrosła sprzedaż żywności, napojów i wyrobów tytoniowych (4,9% m/m) oraz pojazdów samochodowych i ich części (2,4% m/m). Pozostałe kategorie, w tym odzież, prasa i książki czy paliwa, notują spadki sięgające 4-5% m/m. W przypadku paliw dostrzegamy efekt związany ze spadkiem popytu konsumentów oraz obniżeniem cen paliw na rynkach światowych.
Październikowe wyniki sprzedaży wiążemy z pogorszeniem nastrojów konsumentów w związku z trudną sytuacją epidemiczną, spodziewanymi negatywnymi skutkami gospodarczymi pandemii oraz koniecznością przygotowania się do drugiego lockdownu. Polacy dostosowują się do pracy i nauki zdalnej czy indywidualnej mobilności, gromadzą zapasy żywności i leków. Ich skala jest jednak nieporównanie mniejsza od tej obserwowanej w marcu i kwietniu.
Do trudnej sytuacji epidemicznej dostosowują się konsumenci. Świadczy o tym nie tylko to, że znów kupujemy dobra pierwszej potrzeby, ale również to, że kupujemy jednostkowo więcej, a zainteresowanie ponownie zyskują zakupy przez internet – zarówno artykułów, w których e-commerce rozgościł się już dawno (książki i dobra kultury), ale również tych mniej rozpowszechnionych (odzież, meble i rtv-agd).
Przed świętem 11 listopada Polacy tłumnie ruszyli do sklepów. Stojąc w kolejkach do kas można było odnieść wrażenie, że limity dozwolonej liczby klientów w sklepach istnieją czysto teoretycznie. Wśród klientów słychać było głosy „proszę się odsunąć”, „proszę zachować dystans”, „proszę się nie pchać”. Czasami atmosfera stawała się wręcz nerwowa. Tylko nieliczne placówki handlowe zadbały o to, aby przy wejściu postawić dedykowanego pracownika, który zliczał aktualną liczbę osób w sklepie i w ten sposób zezwalał kolejnym klientom na wejście do środka. W czasach, w których zachowanie społecznego dystansu ma kluczowe znaczenie dla powstrzymania pandemii, takie zachowanie placówek handlowych wydaje się skrajnie niefrasobliwe. Naraża się zarówno klientów, jak i własnych pracowników, a w konsekwencji nas wszystkich. Biorąc pod uwagę, że Polacy już niedługo tłumnie ruszą na zakupy świąteczne ma to szczególne znaczenie. Jak zatem poradzić sobie ze sprawnym zliczaniem klientów będących wewnątrz sklepu i jednoczesnym zachowaniem bezpieczeństwa?
Mam duży sklep, mogę pomieścić nawet 600 klientów
Jednym z argumentów, które podnoszą placówki handlowe jest fakt, że mają one ogromną powierzchnię i nawet w okresach świątecznych spełniłyby wymogi nałożone przez rząd. To co jest jednak zgodne z prawem, nie zawsze jest zgodne z bezpieczeństwem. Hipermarket, z potężnym działem „Dom i ogród” rzeczywiście spełni takie wymogi, tylko że w dziale „Dom i ogród” będzie przebywało jednocześnie kilku klientów, a na dziale „Wędliny” czy „Pieczywo” nastąpi koncentracja kilkudziesięciu osób. Kumulacja klientów nastąpi jednak zawsze przy linii kas, gdzie w jednym miejscu stłoczeni na niewielkiej przestrzeni czekają oni na swoją kolej. Zatem niby limity się zgadzają, a jednak o bezpieczeństwie nie ma tu mowy.
– Każdy konsument ma prawo oczekiwać, że placówka handlowa zapewni mu bezpieczeństwo robienia zakupów. Konsumenci dbają o swoje zdrowie i widać to w przypadku najmniejszych placówek handlowych. Nikogo nie dziwi fakt, że przed małymi sklepami ustawiają się kolejki, a do środka może wejść tyle osób, ile jest kas. Konsumenci chcą się czuć bezpiecznie, a nie tłoczyć się w ścisku jeden na drugim. Niestety wiele placówek handlowych tylko informuje kupujących o dozwolonej liczbie jednocześnie przebywających w obiekcie osób na kartce na drzwiach wejściowych, przerzucając odpowiedzialność na swoich klientów – komentuje Ewa Pytkowska, dyrektor ds. sprzedaży w Checkpoint Systems Polska.
Europa z tym samym problemem
Ten problem nie dotyczy jednak tylko Polski. Wiele krajów w Europie zdecydowało się na wprowadzenie limitów liczby klientów, a to oznacza, że sprzedawcy stają przed tym samym obowiązkiem zapewnienia odpowiedniego dystansu. Jedna z dużych europejskich sieci spożywczych borykała się z tym samym problemem, który obserwujemy w Polsce – klienci gromadzący się przy linii kas stawali się nerwowi, kiedy ktoś za bardzo zmniejszał dystans, dochodziło do kłótni, także często na miejsce wzywana była policja. Po analizach zdecydowano się wprowadzić nowoczesny system „Smart Occupancy”, który w całkowicie automatyczny sposób zarządza ruchem klientów w placówkach i komunikuje się z nimi. Dzięki zaawansowanym rozwiązaniom zapewnia się nie tylko bezpieczeństwo klientów i pracowników, ale zyskuje się dostęp do wielu przydatnych danych.
Sklepowa analityka danych
Dane o ruchu i przepływie klientów w placówkach detalicznych są bardzo przydatne. Wiedza o tym, w których godzinach pojawia się najwięcej klientów, w jakie dni tygodnia, pozwala sprzedawcom detalicznym precyzyjnie planować obsadzenie kas, personelu potrzebnego do dokładania towaru czy tworzenie harmonogramu dostaw. Wiele sklepów w prosty sposób zlicza ruch klientów wykorzystując przestarzałe już nieco czujniki podczerwieni. W obecnych czasach wiedza ta musi być znacznie bardziej precyzyjna. Obok oczywistych benefitów płynących z analityki danych placówki handlowe są zobowiązane do zapewnienia bezpieczeństwa klientom i pracownikom poprzez bezwzględne przestrzeganie limitów osób. Konieczne są zatem rozwiązania nowej generacji.
– System Smart Occupancy opiera się na zestawie kamer 3D oraz zaawansowanym oprogramowaniu. W połączeniu z ekranami zamontowanymi przed wejściem do sklepu pozwala on informować konsumentów o tym czy można wejść do sklepu, czy też obecnie jest na jego terenie maksymalna liczba klientów. Mogą to być dowolnie spersonalizowane komunikaty – graficzne, tekstowe, animacje etc. Co więcej, system można połączyć z drzwiami lub bramkami, które nie otworzą się i nie wpuszczą do sklepu kolejnych osób, dopóki nie zwolni się limit osób – dodaje Ewa Pytkowska z Checkpoint Systems Polska.
Systemy typu Smart Occupancy są łatwe w rozbudowaniu i dopasowaniu do potrzeb konkretnej placówki. Na terenie największych sklepów można wydzielić odrębne strefy jak właśnie newralgiczna linia kas czy popularne stoiska i w ten sposób regulować dostęp klientów do poszczególnych stref. Możliwości jest naprawdę sporo, a dodatkową korzyścią jest szczegółowa analityka przepływów klientów. Jednak najważniejszą korzyścią jest zbudowanie wśród klientów zaufania do marki, która dba o ich bezpieczeństwo i umożliwia komfortowe zakupy. To wartość, która procentuje na długie lata.
Systemy Sales Force Automation, wspierające działy handlowe, zyskują coraz większą popularność. Zgodnie z najnowszym raportem Allied Market Research, globalny rynek oprogramowania SFA w 2016 roku wyceniany był na 3,87 bln dolarów. Po 6 latach, w 2023 roku, według analityków ma się on podwoić, do wartości 7,77 bln dolarów. Średni roczny wzrost w tym okresie ma wynieść 10,6 proc.
Autorzy raportu przewidują, że prognozowanie sprzedaży i innych danych biznesowych będzie wiodącym składnikiem przychodów na globalnym rynku oprogramowania do automatyzacji sprzedaży. Głównym powodem ma być wzrost inwestycji w cyfryzację procesów biznesowych, a także rosnąca popularność mechanizmów monitorowania stanu zapasów.
Oprogramowanie wspierające sprzedaż z coraz większym zaufaniem wdrażają różne sektory rynku: opieka zdrowotna, bankowość, usługi ubezpieczeniowe i finansowe, handel detaliczny, FMCG czy logistyka. Wszyscy stawiają na podnoszenie efektywności w zarządzaniu relacjami z klientami, zapasami, ofertami oraz fakturami.
Według Gartnera, wzrost tego segmentu w ciągu ostatniego roku wyniósł 11,1 proc. To, co docenił handel w systemach SFA, to ich wszechstronna użyteczność, możliwość prognozowania czy wspierania sprzedawców w realizacji sprzedaży (guided selling).
Zwiększenie sprzedaży, obniżenie kosztów
Wyniki raportu nie dziwią Bogumiły Hoszowski, Marketing Director z firmy Sagra Technology, jednego z wiodących producentów systemów automatyzujących procesy biznesowe w Polsce: –Najważniejsze korzyści, jakie zyskują nasi klienci dzięki systemom CRM, SFA i BI, to m.in. zwiększenie rozpoznawalności marki czy obniżenie kosztów personelu. Analityka danych z sieci dystrybucji i placówek sprzedażowych dostarcza sprzedawcom aktualnych informacji o stanach magazynowych czy realizacji zamówień. Zakres obowiązków pozostaje taki sam, natomiast zwiększa się produktywność i efektywność działań sprzedażowych, wg naszych danych, nawet o 20 proc. – wyjaśnia i dodaje: – System umożliwia także odbycie większej liczby spotkań zdalnych, automatyczne generowanie sugerowanych zamówień, monitorowanie braków magazynowych oraz zaawansowaną analitykę danych sprzedażowych pochodzących od zewnętrznych partnerów. Czyli eliminuje czasochłonne i kosztowne czynności przedstawicieli handlowych, kierowników ds. kluczowych klientów odpowiedzialnych za dystrybucję, kierowników regionalnych czy analityków biznesowych.
Z danych Sagra Technology wynika ponadto, że ich klienci zauważają nawet 10-proc. wzrost sprzedaży oraz podobny wzrost rozpoznawalności swoich marek i produktów. A to, co wpływa na decyzje zakupowe, to m.in. odpowiednie zaopatrzenie, dostępność promocji oraz właściwa ekspozycja produktów. Według analiz Nielsena, nawet 50 proc. braków w asortymencie jest wynikiem złych praktyk w punkcie sprzedaży, a właściwa ekspozycja aż w 85 proc. decyduje o sukcesie nowego produktu. – Informacja o poziomie zatowarowania w hurcie pojawia się w systemie automatycznie i jest odświeżana kilka razy dziennie, w niektórych przypadkach nawet co godzinę. System generuje także automatyczne zamówienia dla samych sklepów, wystarczy kliknąć, aby je potwierdzić. Takie rozwiązanie gwarantuje utrzymanie przynajmniej minimalnego stanu w punkcie sprzedaży. Integrowanie danych odsprzedażowych z hurtu, pozwala oceniać skuteczność sprzedawców. Bo dziś najważniejsza jest informacja o tym co klient faktycznie kupił i odebrał, a rozliczanie handlowców z samych zamówień odchodzi właśnie do lamusa – podkreśla Bogumiła Hoszowski.
COVID-19 i konsekwencje dla handlu
Globalna pandemia spowodowała szereg ograniczeń związanych z kontaktami bezpośrednimi, które utrudniają nie tylko zakupy w punktach sprzedaży, ale także realizację zaopatrzenia i dostaw. Jednym z większych wyzwań, przed jakimi stanęły zespoły sprzedaży, była realizacja ich planów w zupełnie innej rzeczywistości. Systemy automatyzujące sprzedaż umożliwiają m.in. odbywanie zdalnych wizyt handlowych, nawet w większej liczbie, niż wcześniej. W czasie pandemii, kiedy kontakty bezpośrednie są znacznie utrudnione, posiadanie takiego systemu może być kluczowe.
– Nieustannie rozwijamy nasz system Emigo, aby odpowiadać na potrzeby klientów w zmieniających się warunkach, szczególnie ostatnio, kiedy praca przedstawicieli handlowych, farmaceutycznych czy medycznych jest utrudniona. Jednym z niedawno wprowadzonych udogodnień jest możliwość planowania i realizacji zdalnych wizyt, podczas których handlowcy mogą realizować właściwie wszystkie swoje zadania. Aplikacja umożliwia im zaplanowanie spotkania bezpośrednio z telefonu czy tabletu. Dodatkowo, dzięki analityce Biqsens, szef zespołu sprzedaży może monitorować kontakty przedstawicieli, zarówno rozmowy telefoniczne, jak i spotkania on-line. Przedstawiciele handlowi z pewnością zyskują czas, a przełożeni utrzymują pieczę nad zachowaniem wysokiej efektywności zespołu podczas pracy zdalnej. Nie bez znaczenia pozostaje ocena skuteczności takich wizyt zdalnych. Dzięki łączeniu danych z różnych źródeł, przełożony ocenia działania sprzedażowe prowadzone w wersji online zestawione z faktycznymi zakupami kontrahentów – wyjaśnia Bogumiła Hoszowski.
Globalny wzrost wydatków przedsiębiorstw na IT, w tym na wdrożenia chmury obliczeniowej w wielu branżach, takich jak telekomunikacja, bankowość i usługi finansowe, handel i usługi zdrowotne, z pewnością przyczyni się do jeszcze większej penetracji systemów SFA. Czołowe na świecie rynki, czyli Azja i Europa, z rozwiniętą infrastrukturą chmury obliczeniowej, IoT i rosnącym zapotrzebowaniem na efektywne wykorzystanie ograniczonych zasobów w najbliższej przyszłości również będą napędzać wzrost rynku oprogramowania do automatyzacji sił sprzedaży.
„Bitcoin może osiągnąć cenę 20 000 dolarów, >jednak tym razem jest trochę inaczej<”. Tak twierdzi Simon Peters z eToro. „Jest cała masa czynników wpływających na teraźniejszy wzrost cen z perspektywy ostatnich trzech lat, między innymi ogromny napływ inwestorów z wielkich instytucji takich jak notowane fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne oraz uniwersyteckie fundusze kapitałowe, co pokazuje, jak daleko bitcoin zaszedł. Zbiory danych, które analizują siłę bitcoina, patrząc na dane z blockchainu, technologii u podstawy krypto, również dają mocne sygnały, tłumaczące ostatnie wzrosty cen.”
„Od lipca, kiedy cena bitcoina przekroczyła 10 000 dolarów, co zostało ocenione jako ważny moment przez społeczność krypto, bitcoin dalej gromadzi inwestorów indywidualnych, którzy chcą się przekonać co bitcoin ma do zaoferowania. Rzeczywiście, coraz więcej ludzi dołącza do eToro, żeby kupić bitcoin. Patrząc na pierwsze ruchy nowych kont na eToro globalnie, listopad jest na dobrej drodze do osiągnięcia największej liczby inwestycji w bitcoin od grudnia 2017”.
Poziom 20 000 dolarów jest ewidentnie następną barierą do przełamania dla bitcoina. Jeżeli przejdzie na ten poziom jeszcze w tym roku, co uważam za możliwe, to będziemy na niezbadanych wcześniej terytoriach, jako że wrażenia pozostają pozytywne. Dojrzałość bitcoina, dowiedziona różnorodnością jej inwestorów oraz wyczerpującymi i daleko sięgającymi zbiorami danych, sprawia, że możemy powiedzieć z pewną obawą, „ten raz jest inny”.
Uruchomiono pierwszą w Polsce platformę do testowania produktów i usług opartych na technologii blockchain. Powstała ona dzięki współpracy Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR), IBM, Operatora Chmury Krajowej, PKO Banku Polskiego, Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) oraz fundacji Fintech Poland.
Nowy projekt o nazwie Sandbox Blockchain to tzw. piaskownica, czyli środowisko testowe, w którym firmy i startupy pracujące nad produktami i usługami z wykorzystaniem technologii blockchain mogą przetestować swoje pomysły w bezpiecznym środowisku programistycznym.
„Wypracowanie kolejnych użytecznych i powszechnie stosowanych rozwiązań opartych o blockchain jest jedynie kwestią czasu. Głęboko wierzę, że nowe technologie są podstawą współczesnego i nowoczesnego biznesu” – podkreśla wiceprezes PKO BP Adam Marciniak.
Podstawową zaletą „piaskownicy” technologicznej jest możliwość obniżenia kosztów technicznych i operacyjnych jeszcze przed wdrożeniem danego rozwiązania na rynek. Dodatkowo autorzy platformy zapewniają zainteresowanym podmiotom dostęp do konsultacji z zakresu regulacji prawnych.
Projekt Sandbox Blockchain oferuje użytkownikom możliwość testowania rozwiązań bazujących na modularnej technologii blockchain o nazwie Hyperledger Fabric (HLF). Wybór technologii jest podyktowany rygorystycznymi wymogami w zakresie weryfikacji użytkowników oraz terytorialności danych, co pozwala tworzyć usługi w szerokim zakresie.
„W ramach naszej platformy blockchain uczestnicy będą mogli nie tylko przetestować swoje rozwiązania w przyjaznym i bezpiecznym środowisku programistycznym, ale również uzyskać bezcenne wsparcie praktyków z każdego kluczowego obszaru” – zaznaczył prezes IBM Polska Jarosław Szymczuk.
Krajowa Izba Rozliczeniowa pełni rolę lidera projektu, zaś partnerem technologicznym przedsięwzięcia jest IBM, odpowiadający za technologię Hyperledger Fabric. Operator Chmury Krajowej zapewnia z kolei w pełni zautomatyzowaną platformę na własnej infrastrukturze, która oferowana jest w modelu Platform as a Service.
„Blockchain ma ogromny potencjał – już teraz jest wykorzystywany komercyjnie przez banki w formie tzw. trwałego nośnika. Uruchomienie piaskownicy blockchain jest ważnym krokiem do stworzenia standardu, który pozwoli przyspieszyć wdrażanie innowacji na naszym rynku” – stwierdził prezes KIR Piotr Alicki.
Za nabór startupów do projektu, merytoryczną ocenę pomysłów oraz wsparcie uczestników w zakresie konsultingu biznesowego odpowiada PKO Bank Polski. UKNF i fundacja Fintech Poland zajmą się kwestiami regulacji i otoczenia prawnego. Fundacja KIR na Rzecz Rozwoju Cyfryzacji Cyberium, jako partner społeczny, pełni w projekcie funkcje koordynacyjne.
Dla uczestników zakwalifikowanych do udziału w projekcie Sandbox Blockchain użytkowanie platformy nie będzie się wiązało z żadnymi dodatkowymi kosztami. Więcej informacji o projekcie i jego partnerach oraz zasadach aplikowania i akceptacji uczestników „piaskownicy” blockchain można znaleźć na stronie www.sandboxblockchain.pl.
Prowadzenie zagranicznej działalności gospodarczej może prowadzić do powstania zakładu. Regulacje dotyczące zakładów zawarte są w krajowych porządkach prawnych, jak i w umowach bilateralnych w sprawie unikania podwójnego opodatkowania. Przedsiębiorcy mogą także zdecydować się na prowadzenie działalności w formie spółki zależnej, jednak muszą liczyć się wtedy z określonymi konsekwencjami.
Zakład zagraniczny
Prowadząc działalność gospodarczą za pośrednictwem zagranicznego zakładu, co do zasady należy opodatkować zyski tego zakładu w państwie źródła tj. w państwie położenia zakładu.
Zgodnie z treścią umów o unikaniu podwójnego opodatkowania przez zagraniczny zakład tzw. zakład typu podstawowego rozumie się stałą placówkę, za pomocą której przedsiębiorca wykonuje całkowicie lub częściowo działalność na terytorium innego państwa. Są to w szczególności takie struktury organizacyjne jak warsztat, fabryka, biuro, oddział, przedstawicielstwo albo miejsce wydobywania bogactw naturalnych. W takich sytuacjach do powstania zakładu dochodzi, jeżeli podatnik posiada za granicą stałą placówkę (każde pomieszczenie lub urządzenie) o stałym charakterze, za pomocą której prowadzi działalność.
Ponadto przez zakład tzw. zakład typu budowlanego rozumie się także określony teren, na którym wykonywane są czynności (budowę, plac budowy, instalację lub montaż). Dodatkowo zakład tzw. zakład typu agencyjnego powstaje także w sytuacji, gdy na terytorium kraju pracuje osoba posiadająca pełnomocnictwo do zawierania umów w imieniu i na rzecz podmiotu zagranicznego, która faktycznie korzysta z tego pełnomocnictwa.
Zagraniczny zakład związany jest z powstaniem szeregu konsekwencji podatkowych, takich jak np. konieczność rejestracji na cele podatkowe, odpowiednie przypisanie kosztów i przychodów czy zapłata zaliczek na podatek dochodowy. Zasadniczo umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania przewidują różne metody unikania podwójnego opodatkowania: wyłączenia lub zaliczenia.
Obowiązki przedsiębiorcy prowadzącego w Polsce zakład
Pierwszym obowiązkiem zagranicznego przedsiębiorcy jest rejestracja w polskim urzędzie skarbowym i złożenie zgłoszenia identyfikacyjnego celem uzyskania numeru NIP. Ponadto przedsiębiorca jest zobligowany do składania rocznej deklaracji podatkowej w podatku dochodowym zgodnie z zasadami ogólnymi. Przedsiębiorca będzie też zobowiązany do prowadzenia ewidencji rachunkowej w sposób umożliwiający ustalenie podstawy opodatkowania oraz poprawnego wyliczenia podatku. W takich przypadkach występuje także obowiązek miesięcznego odprowadzania zaliczek. W przypadku tzw. zakładu budowlanego powyżej wymienione obowiązki powstają z upływem 12 miesięcy od rozpoczęcia pierwszych prac.
Działalność agentów zależnych
Samo pojawienie się pracowników zagranicznego podmiotu nie powoduje jeszcze powstania zakładu. Przykładowo pracownicy mogą pojawiać się w celu wykonania usług. Niemniej, jak wskazują sądy administracyjne, przekazanie tym pracownikom uprawnień do negocjowania i zawierania umów z klientami powoduje, że czynności decyzyjne są przenoszone do innego kraju, co w konsekwencji prowadzi do powstania zakładu (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 28 września 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 3593/17). Powyższa koncepcja, określana także jako koncepcja zależnego przedstawiciela, wynika z powszechnej zasady, że przedsiębiorstwo osiągające dochody w innym państwie, posiadające pełnomocnictwo do zawierania umów, lecz nieposiadające stałej placówki, powinno być w tym państwie opodatkowane. Należy jednak zaznaczyć, że działalność maklerów, komisantów czy innych podobnych profesjonalistów nie prowadzi do powstania zakładu.
Spółka zależna
W ramach grup kapitałowych mogą funkcjonować spółki zależne, czyli podmioty, w których podatnik posiada bezpośrednio lub pośrednio udziały w kapitale lub prawa głosu, lub prawa do uczestnictwa w zysku. Spółki zależne tworzone są w różnych celach, przykładowo jako spółki produkcyjne, handlowe lub spółki celowe powołane do wykonywania określonych zadań. Spółki zależne mogą wykonywać zadania zlecone przez spółkę matkę, pod pełną kontrolą i z pełnymi wytycznymi. Spółki zależne funkcjonują jako osobne podmioty i są opodatkowane w państwie siedziby. Należy jednak uważać, aby funkcjonowanie spółki zależnej nie doprowadziło do powstania zakładu dla spółki matki.
Powstanie zakładu przez udostępnienie pomieszczeń
Do powstania zakładu nie dojdzie w sytuacji, gdy jedna spółka sprawuje kontrolę nad działalnością podmiotu w innym kraju, nawet jeżeli spółka matka kontroluje całkowicie działalność w drugim państwie. Nie są wystarczające także powiązania kapitałowe, nawet 100%. Jednak do powstania zakładu może dojść, jeżeli spółka zależna udostępnia stałą placówkę, za pomocą której możliwe jest prowadzenie stałej działalności gospodarczej spółki matki. Istotne jest pozostawanie spółki matki w faktycznej dyspozycji takiego pomieszczenia/terenu. Nie dojdzie do powstania zakładu w sytuacji, gdy spółka córka wydzieli określony teren na potrzeby świadczenia usługi dla pomiotu powiązanego, ponieważ w takim przypadku nie dochodzi do faktycznego dysponowania danym terenem.
Powyższe jest szczególnie istotne w przypadku międzynarodowych grup kapitałowych, gdzie często zatarte są granice między działalnością zagranicznej spółki zależnej a spółki matki. Z uwagi na potrzeby biznesowe często zdarza się, że spółka zależna udostępnia lokale spółce matce. Spółka matka w wielu sytuacjach prowadzi także działalność gospodarczą na terytorium kraju spółki zależnej. Takie sytuacje mogą skutkować powstaniem zakładu, a brak analizy podatkowej podejmowanych działań może prowadzić do nieświadomości i pojawienia się negatywnych skutków dla spółki matki w postaci konieczności zapłaty podatku i należnych odsetek, a także odpowiedzialności z kodeksu karno-skarbowego dla członków zarządu.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.