Kiedy doczekamy się obniżenia stawki podatku VAT?

Czy w Polsce od lat rządzi sekta wyznawców arkuszy kalkulacyjnych?Można tak powiedzieć, bo tylko w kalkulacjach wysokie stawki podatków sprawiają, że w budżecie są wystarczające środki. W tym samym czasie, kiedy w naszym kraju utrzymuje się jedną z najwyższych stawek VAT, rząd Rumunii doprowadził już wcześniej do jej obniżki, redukcji kilkaset tytułów podatkowych. Dzięki temu odnotowuje dwukrotnie wyższy wzrost gospodarczy niż rząd polski. Każdy sposób na zmianę systemu podatkowego powinien odbywać się na zasadzie jego radykalnego uproszczenia.

– Wiara w arkusze kalkulacyjne prowadzi do utrzymywania wysoki stawek. Chociaż doświadczenie – nawet polskie – pokazuje, że obniżka opodatkowania daje większe wpływy, nadal przywrócenie VAT przynajmniej do poprzedniej stawki pozostaje w sferze obietnic wyborczych – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – To potwierdza też, że z wpływami z VAT-u i uszczelnieniem podatku wcale nie jest tak dobrze, jak podaje rząd – jeżeli po trzech latach nie udało się tego dokonać. Dzisiaj w Polsce – zwłaszcza w kwestii VAT-u – system jest jednym z bardziej skomplikowanych, nawet w ramach Unii Europejskiej. Przepisy z aktami wykonawczymi i interpretacjami liczą ok. 1,5 miliona stron. Przy takim stanie rzeczy, nie da się go uszczelnić. Stąd nic dziwnego, że jedyną metodą pozostaje utrzymanie tej wysokiej na tle Europy stawki podatku VAT – podsumował Sadowski.

Czekając na przebłysk optymizmu

Rynki finansowe stanęły w miejscu, a inwestorzy zdają się czekać na rozwój wypadków w kluczowych kwestiach, jak rozmowy handlowe, government shutdown, brexit i inne. Jednak rośnie ryzyko, że jeśli prędko nie zobaczymy przebłysku optymizmu w którejś kwestii, cały entuzjazm z przełomu roku wyparuje na dobre.

Cierpliwość inwestorów się kiedyś kończy. Nawet jeśli uznamy, że wyprzedaż z grudnia była silnym przereagowaniem i co sprytniejszy inwestorzy zakupili przecenione aktywa, to jeśli pozycja przez długi czas nie pracuje, lepiej jest spieniężyć zyski. Government shutdown w USA trwa już 32-gi dzień bez oznak, aby prezydent Trump lub Demokraci gotowi byli na ustępstwa. Wall Street jak dotąd ignorował temat, licząc na międzyokresowe wygładzanie zatorów w wypłatach wynagrodzenia dla pracowników administracji, ale niedługo negatywne skutki dla gospodarki staną się trwałe. Nerwowość nie opuszcza tematu sporu handlowego USA-Chiny. Wczoraj nastroje zepsuły doniesienia prasowe, że administracja Trumpa odrzuciła ofertę przyjazdu delegacji chińskiej na rozmowy przygotowawcze przed przyszłotygodniową wizytą premiera Chin. Później doradca ekonomiczny Białego Domu Kudlow zdementował te pogłoski, ale rysa na sentymencie pozostała. Jeśli mamy liczyć na podtrzymanie proryzykownego klimatu, potrzeba albo mocnego rozstrzygnięcia kluczowych problemów politycznych, albo jasnego przebłysku w danych makro. Cisza panuje w tym pierwszym, a w drugim środowy kalendarz nie oferuje kluczowych publikacji. Ostatnia nadzieja w jutrzejszych odczytach PMI z Eurolandu. O ile pozytywnie zaskoczą.

Bank Japonii nie szykuje się do rychłej zmiany polityki monetarnej, a przynajmniej tak można sądzić po dzisiejszej decyzji. Główna stopa procentowa została na -0,1 proc., a cel dla rentowności obligacji 10-letnich podtrzymano na 0 proc. BoJ ściął prognozy wzrostu PKB na bieżący rok fiskalny 2018/19 do 0,9 proc. z 1,4 proc., a lekko podniósł prognozy na kolejne dwa lata. Obniżono też prognozy inflacji z najdalszym szacunkiem na 1,4 proc. na rok fiskalny 2020/21. Cel inflacyjny 2 proc. jest dalej poza zasięgiem banku centralnego, co by implikowało utrzymanie ultra-łagodnej polityki pieniężnej na lata. Ale czy to w ogóle jest możliwe? Pytanie to szczególnie staje się palące w obliczu oznak globalnego spowolnienia, gdyż BoJ ma teraz mocno ograniczony arsenał narzędzi, by wspierać gospodarkę. Dalsze obniżki stóp procentowych są wykluczone, gdyż zniszczyłyby sektora bankowy. Może dalej skupować obligacje skarbowe, przy czym już posiada połowę z wyemitowanych instrumentów, a do tego w jego rękach jest 75 proc. jednostek funduszy ETF opartych o japońskie indeksy akcji. Jeśli to nie pomogło rozpędzić inflacji w ostatnich latach, małe szanse, że teraz zadziała. BoJ musi porzuć gonienie celu inflacyjnego, co oznacza, że w długim terminie nie ma co oczekiwać napędzanej ekspansją monetarną deprecjacji JPY. Jednak w krótszym horyzoncie jen pozostanie barometrem nastrojów rynkowych, więc przy kolejnej fali apetytu na ryzyko podaż jena będzie się nasilać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek akcji na świecie w 2019 roku nadal pod presją – IPOPEMA TFI

2019 rok przyniesie zmienność na rynkach akcji a koniunktura na polskim rynku będzie determinowana przez czynniki globalne. Oczekiwane spowolnienie gospodarcze z ewentualną recesją w Stanach Zjednoczonych, którą większość analityków przewiduje na drugą połowę 2020 roku może negatywnie wpływać na nastroje polskich inwestorów. Głównym ryzykiem może stać się polityka monetarna FED w świetle wolniej rosnącej gospodarki amerykańskiej, eskalacja wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a w efekcie dalsze spowolnienie wzrostu gospodarki Państwa Środka, Brexit oraz zmniejszanie globalnej płynności banków centralnych. Polski rynek od kilku miesięcy zaskakuje jednak swoją siłą relatywną w stosunku do rynków emerging markets, a od listopada 2018 – również w stosunku do indeksów rynków rozwiniętych. To może stanowić o potencjale polskich firm.

Ostatni rok nie należał do udanych dla inwestorów na GPW. Podobnie jak na światowych rynkach, WIG spadł – o 9,5%, a małe i średnie spółki dosłownie „zapadły się” pod ciężarem odpływów z TFI (mWIG40 spadł o 19,3%, a sWIG80 o 27,6%). Ponadto, w polski rynek co chwila uderzały liczne afery: upadłość Getback S.A., potem problemy niektórych TFI, a na koniec tzw. afera taśmowa KNF, skutecznie odstraszając inwestorów. Nawet reklasyfikacja polskiego rynku z rynku rozwijającego się do rozwiniętego, przyniosła odwrotny skutek w postaci podaży akcji ze strony inwestorów inwestujących tylko na rynku Emerging Markets (EM).

Jednak pomimo spadku indeksu MSCI EM o 2,9% oraz S&P 500 o 9,2%, WIG20 spadł tylko 0,6%. Przyczyn można upatrywać m.in. wśród atrakcyjnych wskaźników wyceny polskiego rynku. Na zachowania polskich indeksów pozytywny wpływ miała również kompozycja sektorowa (niski udział spółek technologicznych, a wysoki rafinerii i defensywnych spółek energetycznych). Na tle swoich europejskich i amerykańskich odpowiedników, mocne były również polskie banki.

Siłą relatywną nie popisały się natomiast małe i średnie spółki. Pomimo coraz niższych wycen, problemy tego segmentu rynku pozostają albo nierozwiązane (odpływy z funduszy akcji polskich, problemy z przenoszeniem wzrostu kosztów pracy i surowców na klientów) albo wręcz rosną (coraz niższa płynność w tym segmencie). Niemniej, po ostatnich miesiącach spadków, dostrzegamy okazje inwestycyjne w tym segmencie, stąd zmieniamy nastawienie na neutralne do małych i średnich spółek i zamierzamy wykorzystywać ewentualne korekty do selektywnego przeważania tego segmentu rynku.

Rynek akcji na świecie nadal pod presją

Rok 2018 okazał się bardzo trudny dla inwestorów akcyjnych na świecie. Stopy zwrotu na największych światowych indeksach były ujemne (w przypadku amerykańskiej giełdy po raz pierwszy od 2008 roku), przy dużo wyższej zmienności.  O ile w 2017 roku SP500 zanotował jedynie 7 sesji, w których dzienna zmiana przekroczyła 1%, to w 2018 roku takich sesji było 64, z czego 28 w ostatnim kwartale. Ponadto, blisko 90% globalnych klas aktywów przyniosło ujemną stopę zwrotu wyrażoną w dolarze, co jest niespotykane.

Grudzień 2018 okazał się trudny miesiącem dla rynku akcji w USA. Kluczowym momentem miesiąca było posiedzenie FED z 19 grudnia, podczas którego bank centralny USA po raz kolejny w 2018 roku podniósł stopy procentowe, do poziomu 2,25%-2,5%. O ile sama decyzja była zgodna z oczekiwaniami, to liczba prognozowanych podwyżek w 2019 roku (spadła z trzech do dwóch) została odebrana negatywnie. Rynek spodziewał się bardziej gołębiego komunikatu i praktycznie braku podwyżek stóp procentowych w kolejnym roku. Nie pomógł także stanowczy ton wypowiedzi prezesa FED, Jerome Powella, w którym mówił o kontynuacji zmniejszania bilansu banku centralnego w trybie „autopilota”. W efekcie, kilka dni po posiedzeniu, zanotowaliśmy nowe roczne dołki na amerykańskich indeksach, a ostatni miesiąc minionego roku był najgorszym grudniem od 1931 roku.

W nowy rok wkraczamy z bardzo niskim sentymentem wśród zarządzających funduszami i oczekiwaniami rynku na brak podwyżek stóp procentowych (wyraźnie poniżej dwóch, zakładanych przez FED). Od swojego szczytu we wrześniu do dołka w Wigilię, indeks S&P 500 spadł w cenach zamknięcia o 19,78%, technicznie broniąc o 20% barierę spadku. Wiele innych amerykańskich (np. Nasdaq 100) jak i globalnych indeksów (np. DAX, WIG20) w 2018 roku tę barierę przekroczyło.

W 2019 roku najważniejszym zagadnieniem pod kątem rynków akcji będzie ocena sytuacji gospodarczej na świecie w dziesiątym roku ekspansji. Z obserwowanych przez nas na bieżąco „wskaźników bessy”, które w przeszłości z dużą dokładnością potrafiły wyznaczyć koniec ekspansji gospodarczej, żaden nie sygnalizuje nadejścia recesji w Stanach Zjednoczonych w horyzoncie najbliższych 12-15 miesięcy. Niepokojącym sygnałem może być znaczny wzrost rentowności obligacji korporacyjnych amerykańskich przedsiębiorstw (powodowany naszym zdaniem spadkami cen ropy, podobnie jak to miało miejsce w 2016 roku), natomiast w ujęciu absolutnym nie są to jeszcze alarmujące poziomy. Należy zwrócić uwagę, że marże operacyjne po opodatkowaniu, utrzymują się na bardzo wysokich poziomach i dopiero ich znaczne obniżenie może istotnie zwiększyć ryzyko finansowe sektora przedsiębiorstw.

Widząc perspektywy poprawy zysków na amerykańskiej giełdzie w tempie 6-7%, oczekujemy wysokich kilkuprocentowych stóp zwrotu z amerykańskich indeksów. Gospodarka chińska powinna osiągnąć dołek w pierwszym kwartale i (o ile nie dojdzie do dalszej eskalacji wojny handlowej) powinna w drugiej połowie roku zacząć delikatnie przyspieszać. To pozwala mieć nadzieję na lepsze stopy zwrotu z indeksów krajów rozwijających się w porównaniu do 2018 roku. Najsłabiej wygląda sytuacja w Europie, gdzie zarówno inwestycje, jak i zamówienia w przemyśle, pozostają pod presją Brexitu i słabej sytuacji gospodarczej Włoch.

Exit interview, czyli jak „ładnie” pożegnać się z pracownikiem i dlaczego warto

Wraz z dotarciem do Polski rynku pracownika, pracodawcy skupili się na narzędziach employer brandingowych wspierających proces rekrutacji, mających na celu znalezienie i zatrzymanie najlepszych. Firmę tworzą ludzie, którzy w niej pracują – im będą bardziej zadowoleni i zmotywowani, tym lepiej będą wykonywać swoje obowiązki. Tacy również budują wizerunek pracodawcy i są żywą reklamą marki, dla której działają. Przy tym wszystkim zapomina się jednak o pracowniku, który odchodzi z firmy. A to błąd. Jemu też warto poświęcić czas. To przecież źródło informacji o naszej firmie – pozwoli nam ocenić „na chłodno”, jakie są jej plusy i minusy oraz wyciągnąć odpowiednie wnioski. Opuszczając miejsce pracy, pracownik zabiera ze sobą opinię o nim, więc będąc pracodawcą, warto pozostawić po sobie ostatnie, miłe wrażenie.  Exit inteview daje ku temu okazję. 

Już nie tylko za Zachodzie, ale także i w Polsce mamy do czynienia ze znaczną rotacją pracowników. Szczególnie młodsze pokolenia nie mają obaw przed porzucaniem „ciepłych posadek” i nie boją się wyzwań, dlatego często wraz ze zdobyciem nowych kwalifikacji, zmieniają pracę. Inni szukają kolejnego zatrudnienia, które da im lepszą płacę. Współczesne tempo życia i wypalenie zawodowe, które dopada wielu, wymusza również częstą zmianę pracodawcy. Pracodawcy ledwo nadążają za tymi zmianami. Kończąc współpracę z członkiem swojego zespołu, niektórzy ograniczają się tylko do krótkiej rozmowy i wręczenia odpowiedniego dokumentu. Proces związany z „żegnaniem” pracownika jest skrócony do minimum, kiedy pracodawca postanawia nagle rozwiązać umowę o pracę. To sytuacja mało komfortowa dla obu stron, więc nic dziwnego. Gdy pracownik kończy pracę w danej firmie z własnej woli, warto dowiedzieć się, jakie są jego powody, (choć od razu należy zaznaczyć, że nie ma obowiązku nas o tym informować). Może sytuacja w dotychczasowym miejscu pracy zmusiła go do takiej decyzji? W sytuacji, gdy to my postanowiliśmy kogoś zwolnić, wtedy również porozmawiajmy ze zwalnianym pracownikiem. Wbrew pozorom, mogą skorzystać na tym obie strony. W obu przypadkach chodzi o exit interview. Co to takiego?

Czy exit interview jest potrzebne?

Exit Interview to rozmowa -„wywiad”, którą przeprowadza się z pracownikiem odchodzącym z firmy, niezależnie od tego, czy zapadła decyzja o jego zwolnieniu, czy osoba sama postanowiła zakończyć współpracę. Jeżeli zostanie poprowadzona w odpowiedni sposób, staje się efektywnym narzędziem employer brandingowym dla pracodawcy, czy dokładniej – dla działu HR w danej firmie lub osób odpowiedzialnych za zatrudnienie, ale nie tylko dla nich. Dlaczego?

Grupa pracowników to żywy organizm. „Dobry” szef nieustannie powinien dbać nie tylko o właściwe relacje pomiędzy członkami zespołu, a także o te na linii: pracodawca-pracownik. To przekłada się na dobre samopoczucie i zadowolenie pracowników, co jest kluczem do posiadania efektywnego i zgranego teamu. Mimo regularnego wdrażania odpowiednich rozwiązań, począwszy od tych związanych bezpośrednio z organizacją pracy, a kończąc na tych z obszaru HR, (np. wprowadzenie szeregu benefitów pozapłacowych), pracodawca nigdy nie ma zupełnej pewności, czy to działa. Nie może do końca wiedzieć, jak te działania oceniają pracownicy i czy przyniosły zamierzony efekt. Szczególnie jest to trudne w dużych firmach, w których zespół liczy 50, 100 i więcej osób. Prawda jest taka, że pracownicy nie są chętni do zwierzeń. Niepopularna opinia czy otwarta krytyka, przede wszystkim ta konstruktywna, która w tym przypadku jest potrzebna, wcale nie przychodzi nam tak łatwo. Wynika to także z faktu, że pracownicy wolą nie mówić o tym, co ich boli
i ich zdaniem nie działa w firmie, z obawy, że w ten sposób „narażą się” i zamkną sobie drogę do otrzymania premii czy awansu. Ale pracodawca nie jest w tym przypadku na straconej pozycji, bo z pomocą przychodzi mu exit interview
– komentuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Szczególnie osoba, która pracowała w danej firmie przez wiele lat i przeszła w niej przez kilka szczebli kariery, może być cennym źródłem informacji. Od takiego doświadczonego pracownika dowiemy się np., czy struktura organizacyjna naszej firmy jest przyjazna zespołowi i wspiera jego efektywność, jak oceniane są osoby na stanowiskach kierowniczych, które powinny nie tylko zarządzać wykonywaniem obowiązków, ale również dbać o dobre relacje i komfort pracowników. Przede wszystkim, możemy pozyskać informacje na temat tego, co nie działa i co należy zmienić.  – Z doświadczenia wielu ekspertów HR z różnych firm czy menedżerów odpowiedzialnych za sprawy kadrowe wynika, że podczas takich końcowych wywiadów, pracownicy chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, ponieważ „nie mają już nic do stracenia”. Nie są skrępowani reakcją szefa czy nawet bezpośredniego przełożonego. Przekazują cenne opinie, których pracodawca nie mógłby zdobyć w inny sposób, np. przeprowadzając ankietę pracowniczą – dodaje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Istnieje natomiast wątpliwość czy można liczyć na „obiektywny” i wyważony komentarz pracownika, który zostaje zwolniony z pracy i czy w takich okolicznościach przeprowadzanie exit interview w ogóle ma sens? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie TAK i to przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to okazja dla dwóch stron do ostatecznego wyjaśnienia sobie wszelkich wątpliwości i „zarzutów”. Warto rozstać się z pracownikiem w dobrych relacjach – to naprawdę jest doceniane. Jego ostatni dzień w pracy nie musi wyglądać, jak w amerykańskich firmach, kiedy to pakuje się swoje rzeczy osobiste w karton i opuszcza się biuro. Dobrze jest zapewnić takiej osobie komfort psychiczny i poświęcić czas na rozmowę. Skupmy się w niej na podkreśleniu zalet rozmówcy – każdy pracownik je ma, nawet ten, który w naszej opinii nie był „pracownikiem miesiąca” i dlatego kończymy z nim współpracę. Przeprowadźmy exit interview, a z dużym prawdopodobieństwem pracownik będzie mimo wszystko miło nas wspominał. Po drugie, od niego również możemy zyskać informację, które np. pomogą nam w usprawnieniu procesów występujących w naszej firmie, zarówno tych, które dotyczą np. obsługi klientów czy rozmów z kontrahentami, jak i samej organizacji pracy zespołu.

Korzyści z organizowania exit interview dla pracodawcy są oczywiste, a co z byłym pracownikiem? – Dla odchodzącego pracownika szansa na uczestniczenie w exit interview to jasny i klarowny sygnał, że efekty jego pracy i zaangażowanie zostały docenione, a zdanie ludzi zatrudnionych w danej firmie jest brane pod uwagę przez bezpośrednich przełożonych oraz kadrę kierowniczą. Pracodawca, który jest otwarty na sugestie i komentarze przedstawione przez osobę kończącą współpracę, na pewno zyska w oczach obecnych, ale i przyszłych pracowników. Wpisanie exit interview na stałe w kulturę organizacyjną danego przedsiębiorstwa sprawia bowiem, że firma zyskuje kolejne narzędzie employer brandingowe, które skutecznie wspiera budowanie marki pracodawcy i pozwala przekonać do siebie kolejnych pracowników. Przy tym wszystkim zawsze działa tzw. poczta pantoflowa. Nie zapominajmy o tym, że za chwilę już były pracownik, mając dobre wspomnienia i ostatnie dobre wrażenie, może polecić naszą firmę, chociażby wśród swoich znajomych. Patrząc również przez pryzmat dynamicznych zmian na dzisiejszym rynku pracy, nie ma potrzeby, by palić mosty i definitywnie zamykać drzwi za byłym pracownikiem. Być może kiedyś pojawi się perspektywa jego powrotu, jako osoby z większym doświadczeniem i nowymi kompetencjami – sugeruje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Exit interview: jak się przygotować do rozmowy?

W Polsce organizowanie takich rozmów nie jest jeszcze tak popularne, jak np. na zachodzie Europy, choć coraz więcej firm postanawia wdrażać to rozwiązanie. Warto jednak pamiętać o szeregu zasad, których powinno się przestrzegać, by rozmowa została przeprowadzona w odpowiedni sposób:

Kto powinien przeprowadzić exit interview? 

Prawdopodobnie pierwszy na myśl przychodzi bezpośredni przełożony, co jest błędnym przekonaniem – zwłaszcza, gdy to właśnie przez niego pracownik odchodzi z firmy. Exit interview powinna przeprowadzić osoba z odpowiednimi kompetencjami z obszaru HR, która będzie najlepiej wiedzieć, jak postępować w takiej sytuacji. Jeżeli w firmie nie ma takiej osoby, warto skorzystać z zewnętrznego, profesjonalnego wsparcia, np. korzystając z pomocy eksperta z firmy HR. Natomiast ważne jest, aby dodatkowo podczas exit interview obecna była osoba z kadry zarządzającej, wysoko postawiony menedżer. To jest istotne z dwóch powodów. To właśnie osoby znajdujące się na takich stanowiskach, powinny być zainteresowane tym, co dzieje się w firmie i jakie zdanie mają o niej nawet byli już pracownicy – uważa Agnieszka Surowiec, Intrum. Nie mniej, ważne jest także potraktowanie byłego pracownika z należnym mu szacunkiem – jeżeli pytamy o opinie, o to, co warto zmienić w danej firmie, aby była pozytywnie postrzegana przez obecnych i potencjalnych pracowników, to istotne, aby rozmówca miał pewność, że został wysłuchany przez osobę, która ma moc sprawczą i może dokonać realnych zmian na lepsze w organizacji.

Pytania otwarte czy zamknięte?

Czyli chodzi o pytania, na które pracownik może odpowiedzieć tylko TAK lub NIE. To jest wbrew pozorom ważne zagadnienie, nad którym trzeba się zastanowić. Pytania zamknięte dają odpowiedni, które są w formie łatwiejsze do przeanalizowania, ale mają również wady. Poprzez pytanie w takim przypadku możemy z góry zasugerować rozmówcy odpowiedź. Po drugie, istnieje szereg pytań, na które odpowiedź w stylu TAK, bądź NIE, będzie niewystarczająca, a pytający nie uzyska w ten sposób satysfakcjonujących informacji. Dlatego pytania otwarte dają możliwość zebrania pogłębionych wiadomości. Zdecydowanie zatem lepiej jest podczas exit interview zadawać więcej otwartych pytań niż zamkniętych.

Od czego zacząć rozmowę?

Podczas exit interview dobrze sprawdzi się zasada „od ogółu do szczegółu”. Warto zacząć od pytań dotyczących ogólnych odczuć rozmówcy, jego oceny poszczególnych aspektów związanych z pracą, np.: sposobu organizacji realizacji zadań, zarządzania przełożonych oraz kadry kierowniczej, wynagradzania pracowników, stosunków koleżeńskich, itp. Następnie, możemy skupić się na wybranych tematach. W każdym przypadku pytajmy o to, czy były pracownik dostrzega zarówno pozytywne, jak i negatywne aspekty omawianej kwestii.

Jak rozmawiać o powodach rezygnacji z pracy?

Zawsze jest to najbardziej newralgiczny punkt podczas exit interview, zwłaszcza jeżeli to pracownik podjął decyzję o zakończeniu współpracy. Pracodawca chciałby wiedzieć, czy została ona podjęta z powodów osobistych, np. przeprowadzka do innego miasta lub chęć rozpoczęcia pracy w innej branży, czy też do takiego kroku skłoniła pracownika bezpośrednia sytuacja związana z dotychczasowym miejscem pracy. Tu wymienić można np. negatywną atmosferę w firmie, niesprawiedliwe traktowanie pracowników, itp. Ten drugi przypadek jest jasnym sygnałem dla pracodawcy, że najwyższy czas, aby coś zmienić… Należy jednak pamiętać o tym, że były pracownik nie ma obowiązku nam się zwierzać i nie możemy tym bardziej „ciągnąć naszego rozmówcy za język”. Taki końcowy wywiad wymaga empatii i zrozumienia. Dobrym pomysłem jest zatem uważne słuchanie drugiej strony. Jeżeli były pracownik będzie chciał rozmawiać o kulisach swojej rezygnacji z pracy, dopiero wtedy możemy dopytywać o szczegóły.

Co dalej po rozmowie?

Exit interview, chociaż jest ważnym źródłem informacji dla pracodawcy, to do otrzymanych wiadomości powinno podchodzić się „na chłodno”. Przede wszystkim, każdy negatywny komentarz powinien być dokładnie przeanalizowany, aby sprawdzić, czy ma pokrycie w rzeczywistości. Jest to ważne, jeżeli będziemy chcieli później wyciągnąć konsekwencje
z powodu jakichś „braków”, które dostrzeżemy. Jeżeli taka rozmowa wyłoni jakieś realne problemy czy newralgiczne aspekty w działaniu firmy, następnym krokiem powinno być przejście od słów do czynów i szybkie (jeżeli to możliwe) wdrożenie odpowiednich rozwiązań, które doprowadzą do zmian na lepsze.

10 tygodni do brexitu. Polska mocno odczuje skutki braku umowy

10 tygodni do brexitu. Polska mocno odczuje skutki braku umowy 1

Brytyjczycy maja psychologiczną przewagę, ponieważ są bardziej skłonni do ponoszenia konsekwencji twardego brexitu, ale to Polska będzie jednym z państw, które najmocniej odczują skutki takiego scenariusza – ocenia ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Przemysław Biskup. Zasady, na jakich Wielka Brytania opuści Wspólnotę, będą mieć zasadnicze przełożenie na polski eksport żywności i kondycję firm transportowych.

Negatywne skutki braku porozumienia na linii Wielka Brytania – Unia Europejska bardziej dotkną te kraje, które mają silniejsze więzi z Brytyjczykami. W przypadku Polski są one dość duże – Wielka Brytania jest dla Polski trzecim największym rynkiem eksportowym, mamy kilkanaście miliardów zł nadwyżki w eksporcie towarów i usług.

 Eksportujemy tam zarówno produkty wytwarzane na terenie Polski przez wielkie koncerny międzynarodowe, np. części samochodowe czy AGD, ale też wiele towarów wytwarzanych przez polski kapitał, zwłaszcza żywność. Z kolei w usługach dominuje transport. Podatność eksportu żywności i transportu na zakłócenia graniczne, które byłyby nieuchronnym skutkiem twardego brexitu, jest dosyć znaczna i poważnie wpłynie na koszty operacyjne przedsiębiorstw z tych branż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Podobnie eksponowane są m.in. Niemcy, Holandia i Francja. Państwem, które bezsprzecznie najbardziej dotknie twardy brexit – być może nawet bardziej niż samą Wielką Brytanię – będzie również Republika Irlandii.

 Jednym z istotnych skutków twardego brexitu będzie też zerwanie dotychczasowych ram prawnych i proceduralnych współpracy gospodarczej, co potencjalnie może bardzo drastycznie wpłynąć na koszty transakcyjne. Jeśli nie będzie porozumienia, ustanie np. automatyczna uznawalność towarów, zasad pochodzenia, swobodnego przepływu, etc. – mówi dr Przemysław Biskup.

Do tego dochodzi ewentualna rewizja przez Wielką Brytanię stawek celnych.

– Wówczas podstawą współpracy byłyby zasady WTO, które pozwalają na dosyć wysokie cła na towary rolno-spożywcze, a to jest dosyć znacząca część naszego pakietu eksportowego. Przy tym towary rolno-spożywcze są objęte najbardziej rozbudowanymi kontrolami granicznymi, ponieważ w grę wchodzą również kontrole fitosanitarne ­– wyjaśnia ekspert PISM.

Podkreśla też, że Wielka Brytania ma nadwyżkę w eksporcie usług na rynek europejski, ale Unia Europejska ma zdecydowaną nadwyżkę w zakresie eksportu towarów, rzędu 90 mld euro rocznie. W tej nadwyżce znaczącą część stanowią towary łatwo zamienialne, czyli np. żywność można eksportować do Wielkiej Brytanii nie tylko z UE, ale również z innych państw, które deklarują chęć współpracy.

– Wielka Brytania ma dość długą historię tego typu importu. Do lat 70., kiedy przystąpiła do UE, duża część masła, mleka i baraniny była importowana z Nowej Zelandii – mówi dr Przemysław Biskup – Druga część handlu opiera się na zintegrowanych łańcuchach logistycznych, gdzie w zasadzie nie ma możliwości zakłócenia handlu w sposób, który nie uderzy jednocześnie w drugą stronę. To dotyczy zwłaszcza przemysłu samochodowego czy lotniczego, czego przykładem jest koncern Airbus.

Ważna rzecz, którą należy uwzględnić, to kwestia gotowości społecznej. Po stronie europejskiej nie ma znaczących grup społecznych, które byłyby gotowe ponosić ofiary w imię twardego brexitu, po stronie brytyjskiej to jest – w zależności od sondaży – między 30 a 40 proc. społeczeństwa.

 To daje nieco inną siłę polityczną poszczególnym rządom. Są tu pewne analogie do sankcji nałożonych na Rosję. Każde zachodnie społeczeństwo, gdyby spotkały je takie sankcje, jakie dotknęły Rosję po inwazji na Krym, dosyć szybko zażądałoby rewizji polityki od swoich przywódców po to, żeby znieść te sankcje. W Rosji to nie działa, dlatego że jest wyższa gotowość społeczeństwa rosyjskiego do ponoszenia tego typu ofiar. Wydaje mi się, że w przypadku brexitu ta przewaga – nie materialna, a właśnie psychologiczna – leży raczej po stronie Brytyjczyków – mówi dr Przemysław Biskup.

Ekspert PISM ocenia, że jeśli chodzi o skutki twardego brexitu dla gospodarki i finansów publicznych – podstawową kwestią jest tzw. rachunek rozwodowy. Na mocy wypracowanego porozumienia Wielka Brytania zgodziła się wnieść kwotę rzędu 39 mld funtów, czyli około 50 mld euro, do budżetu unijnego. Jeżeli tego wkładu nie będzie, pozostałe państwa będą musiały zrzucić się na tę kwotę. Drugim rozwiązaniem są cięcia w świadczeniach. W takim scenariuszu Polska, jako największy beneficjent funduszy netto, byłaby jednym z państw najbardziej dotkniętych cięciami. Ewentualnie zostałaby poproszona o dodatkowe kontrybucje do budżetu UE, żeby załatać dziurę.

Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku. Okres przejściowy, w którym mają obowiązywać dotychczasowe zasady współpracy, w tym swoboda przepływu osób, potrwa do końca 2020 roku. Po tym czasie Wielka Brytania stanie się formalnie „państwem trzecim”. Wypracowane porozumienie warunków wyjścia zostało odrzucone przez brytyjski parlament.

J. Kurella: cenami energii na dłuższą metę nie da się sterować ręcznie. Możliwy znaczący wzrost rachunków za prąd w 2020 roku

J. Kurella: cenami energii na dłuższą metę nie da się sterować ręcznie. Możliwy znaczący wzrost rachunków za prąd w 2020 roku 2

Blokowanie wzrostu cen prądu w kolejnych latach jest niemożliwe. Rynek jest zliberalizowany, a wszystkie ruchy mające na celu zamrożenie rachunków za energię to działania wyłącznie doraźne – ocenia Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki z Instytutu Staszica. Ekspert przestrzega, że w 2020 roku podwyżki cen energii mogą być jeszcze dotkliwsze niż w obecnym. Jak podkreśla, wzrost cen to trend nie tylko na rynku polskim, ale i w całej Europie. Do tego, aby energia była tańsza, potrzebna jest zmiana miksu energetycznego, zwrot w kierunku odnawialnym źródłom energii oraz podjęcie decyzji o budowie elektrowni jądrowych.

– Polacy najprawdopodobniej zapłacą więcej za prąd w 2019 roku. Wynika to z co najmniej kilku przyczyn. Najistotniejszą jest fakt, iż ceny energii elektrycznej będą rosnąć. Już dzisiaj można stwierdzić, że w stosunku do początku 2018 roku ceny energii elektrycznej są wyższe o 50–60 proc. dla gospodarstw domowych. Sytuacja jest jeszcze mniej korzystna dla odbiorców przemysłowych, czyli małych, średnich i dużych przedsiębiorstw oraz spółek komunalnych, gdzie wzrost cen energii elektrycznej rok do roku jest szacowany na poziomie 60–70 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetycznych Instytutu Staszica.

Ekspert podkreśla, że skomplikowana jest odpowiedź na pytanie, czy rachunki gospodarstw domowych w 2019 roku będą wyższe. W zmianach do ustawy o podatku akcyzowym i innych ustawach zostały zapisane mechanizmy, które mają zapobiegać wzrostowi rachunków w 2019 roku. Problem polega na tym, że wciąż nie ma rozporządzeń wykonawczych do ustawy, a powołany do ich wypracowania specjalny Zespół, pomimo upływu 3 tygodni od wejścia w życie ustawy, nie wypracował jednolitego stanowiska. Sytuacja ta pokazuje, że bardzo trudno znaleźć rozwiązania prawne i techniczne, które nie generowałyby ponad standardowych ryzyk po stronie spółek energetycznych, budżetu państwa oraz odbiorców energii elektrycznej. Stąd trudno powiedzieć, jak będzie wyglądał mechanizm, który miałby spowodować, że większość gospodarstw domowych rzeczywiście nie zapłaci w tym roku wyższych rachunków.

– W budżecie państwa ma być wyasygnowane prawie 9 mld zł na rekompensaty dla spółek obrotu, które dostarczają energię elektryczną do klientów, głównie gospodarstw domowych, tak aby nie odczuły one podwyżek cen energii w 2019 roku. Większość ekspertów już szacuje, że koszty związane ze wzrostem cen energii będą wynosić co najmniej 13 mld zł. Ta luka wynika z tego, że w 2017 roku zużyto w Polsce ponad 128 TWh energii elektrycznej, a różnica w cenie za MWh między 2017 a 2018 to ponad 100 zł. Z tej prostej analizy widać, że żeby ją zrekompensować potrzeba ok. 13 mld zł – mówi Jerzy Kurella. – Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, bo z dostępnych już danych wynika, że w 2018 roku wszyscy klienci w Polsce zużyli energię elektryczną na poziomie prawie 170 TWh, czyli znacznie więcej niż rok wcześniej. To powoduje, że potencjalna różnica pomiędzy prognozowanymi kosztami rekompensat przewidzianymi w przedłożeniu rządowym a kosztami całkowitego zużycia energii w 2019 roku będzie jeszcze większa.

Z informacji „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że koszty ręcznego sterowania cenami energii w 2019 roku mają kosztować budżet państwa nie 9 mld zł, a 16 mld zł.

– Jeżeli zostaną zastosowane mechanizmy rekompensacyjne, o których obecnie jeszcze nie wiele możemy powiedzieć, możemy ostrożnie założyć, że gospodarstwa domowe nie zapłacą wyższych rachunków. Jednak te rachunki tak czy inaczej ktoś będzie musiał pokryć. Ta różnica zostanie pokryta z budżetu państwa. Pytanie, czy starczy tych środków dla wszystkich zainteresowanych. Jeśli nie, to całą gospodarkę czekają poważne zawirowania – mówi Jerzy Kurella.

Ekspert podkreśla, że wzrostowi cen nie można zapobiec, bo jest to tendencja obserwowana nie tylko na polskim rynku, ale w całej Europie. W Polsce ubiegłoroczny wzrost cen na Towarowej Giełdzie Energii wyniósł ponad 40 proc. rok do roku, natomiast w innych krajach europejskich 50–60 proc., a w Austrii sięgnął nawet 117 proc.

Wynikało to przede wszystkim ze wzrostu cen praw do emisji CO2, które w ciągu roku podrożały z 6 euro do ponad 25 euro w systemie rozliczeniowym. Polska energetyka w ponad 85 proc. jest oparta na węglu kamiennym i brunatnym, co powoduje, że wzrosty cen świadectw związanych z CO2 drastycznie windują ceny energii elektrycznej.

– Dopóki polska energetyka będzie oparta głównie na miksie węgla kamiennego i brunatnego, nie unikniemy takich sytuacji. W perspektywie 20–30 lat Polska musi dążyć do bardzo istotnej zmiany miksu energetycznego, czyli przejścia z energetyki pochodzącej z węgla na odnawialne źródła energii i inne sposoby jej pozyskiwania. Wtedy będziemy mogli mówić o czystszym powietrzu, walce ze smogiem, a z drugiej strony – polska gospodarka i energetyka nie będzie ponosiła coraz większych kosztów pozyskiwania praw do emisji CO2 – podkreśla Jerzy Kurella.

Były prezes Tauronu i PGNiG podkreśla także, że blokowanie wzrostu cen prądu w kolejnych latach jest niemożliwe. Rynek jest zliberalizowany, a wszystkie ruchy mające na celu zamrożenie rachunków za energię to działania wyłącznie doraźne i sprzeczne z podstawowymi zasadami wolnego rynku. Ponadto, takie działania nie wymuszają na sektorze energetycznym działań proefektywnościowych. Co więcej, istnieje duże ryzyko że w 2020 roku ceny energii wzrosną o wiele bardziej, bo nie będzie można skorzystać z nadzwyczajnych form dofinansowania z jakimi będziemy mieli do czynienia w 2019 roku

– Aby temu zapobiec, musimy funkcjonować w ramach zintegrowanego europejskiego rynku energetycznego. Ceny energii za MWh w takich państwach jak Norwegia, Szwecja czy Niemcy są niższe niż w Polsce – mówi Jerzy Kurella. – Przed polską energetyką stoją bardzo duże wyzwania inwestycyjne. Szacuje się, że do 2040 roku na inwestycje w energetyce będzie potrzebna kwota nawet 300 mld zł. Mówimy tu zarówno o budowie nowych bloków energetycznych, jak i poprawie jakości sieci dystrybucyjnej, której stan jest w wielu miejscach bardzo zły. Zaproponowane mechanizmy niewątpliwie utrudnią generowanie środków finansowych na tak niezbędne inwestycje. Jeśli chcemy żyć w zdrowszym środowisku i mieć w dłuższej perspektywie energię elektryczną, która nie jest za droga dla konsumentów, to pytanie brzmi: czy – a jeśli tak, to w jakim terminie – powinniśmy wybudować w Polsce elektrownię jądrową – mówi ekspert ds. energetycznych Instytutu Staszica.

Dramatyczne statystyki pod względem 5-letnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie

0

Dramatyczne statystyki pod względem 5-letnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie 3

Wielu Polaków z rakiem jelita grubego diagnozowanych jest w zaawansowanym, przerzutowym, stadium choroby. Przyczyną jest zbyt późne zgłaszanie się do lekarza, wynikające z poczucia wstydu lub obaw przed kolonoskopią – badaniem pozwalającym wykluczyć obecność niepokojących zmian, a w przypadku ich odnalezienia natychmiast je usunąć. Dziś polscy pacjenci mają dostęp do skutecznych terapii  w 1 i 2 linii leczenia. Niestety w momencie, kiedy dojdzie do dalszego rozwoju raka pomimo terapii lekami w 1 i 2 linii, polscy pacjenci nie mogą korzystać z dobrodziejstw postępu medycyny wzorem pacjentów z innych krajów UE.

Rak jelita grubego, zaliczany przez Światową Organizację Zdrowia do chorób cywilizacyjnych, występuje przede wszystkim u mieszkańców Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Według statystyk WHO na całym świecie co roku nowotwór ten zabija 600 tys. osób. W Europie to drugi, po raku płuca, najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy – rokrocznie pojawia się 400 tys. nowych chorych. W Polsce liczba zachorowań wynosi ok. 19 tys. osób rocznie, liczba zgonów natomiast 11 tys., co oznacza, że dziennie z powodu raka jelita grubego umiera 33 Polaków. Co więcej, liczba nowych zachorowań gwałtownie rośnie.

– W 2030 roku ma to być 27 tysięcy nowych zachorowań, czyli porównując do roku 2014, kiedy było 17,7 tysięcy, to na przestrzeni 15 lat mamy wzrost o 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marek Wojtukiewicz, kierownik Kliniki Onkologii w Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, ordynator Oddziału Onkologii Klinicznej z pododdziałem Chemioterapii Dziennej w Białostockim Centrum Onkologii.

Ryzyko zachorowania na raka jelita grubego zwiększa się wraz z wiekiem – chorobę tę najczęściej diagnozuje się u osób, które przekroczyły 50. rok życia. Do najczęstszych przyczyn powstawania nowotworu zalicza się trwające kilka lat wrzodziejące zapalenie okrężnicy oraz występowanie na ścianie jelita polipów – łagodnych zmian, z których może powstawać guz nowotworowy. Rak jelita grubego rozwija się bardzo wolno – proces zmiany z polipa w nowotwór zajmuje od 7 do 14 lat – oraz przez długi czas bezobjawowo. Chory nie odczuwa bólu, a niepokojące symptomy, takie jak krwawienie z odbytnicy, anemia, utrata wagi i zmiana rytmu wypróżnień, pojawiają się w zaawansowanym stadium nowotworu, gdy jest on trudny do leczenia.

Im wcześniejsza diagnoza, tym większe szanse na skuteczną walkę z chorobą. W tzw. zerowym stadium rozwoju nowotworu terapia daje 100 proc. szans na 5-letnie przeżycie po zakończeniu leczenia. W przypadku I stadium zaawansowania szanse te wynoszą 85–100 proc., w II stadium ok. 60–80 proc., zaś w IV stadium maksymalnie 5 proc. Według danych Concorde-3 Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie, przed Rumunią, Bułgarią, Słowacją i Chorwacją, pod względem pięcioletnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Jedną z podstawowych przyczyn jest brak świadomości znaczenia kolonoskopii i faktu, że badanie wykonane na czas może uratować nasze życie, a co najmniej znacząco je przedłużyć.

 Kolonoskopia służy wczesnemu wykryciu raka jelita grubego. To badanie samo w sobie może nam uratować życie, bo w  trakcie jego usuwane są polipy, które – co okazuje się po badaniu mikroskopowym – miały potencjał do zesłośliwienia. Eliminujemy w ten sposób przyczynę możliwości zachorowania – mówi Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Kolonoskopia to obecnie najbardziej wiarygodna metoda diagnostyki raka jelita grubego, polegająca na badaniu wnętrza odbytnicy i całej okrężnicy. Jednocześnie jest to rodzaj „wstępnej terapii”, daje bowiem możliwość usuwania polipów, tamowania krwawień oraz poszerzania zwężeń jelitowych. Badanie to powinny wykonywać osoby po 50. roku życia, a nawet młodsze, jeśli ktoś w ich rodzinie chorował na raka jelita grubego. W Polsce istnieje program profilaktycznych badań kolonoskopii, którym objęte są wszystkie osoby w wieku 50–65 lat. Rocznie wykonuje się ponad 500 tys. tego typu badań, które obecnie są przeprowadzane tak, aby maksymalnie ograniczyć dyskomfort pacjenta. 

 Nie trzeba bać się tego badania, ponieważ można je wykonywać w krótkiej narkozie. Więc nawet jeśli ktoś nie wytrzymuje nerwowo napięcia związanego z tym badaniem, to będzie ono przeprowadzone w sposób łagodny. Wszystko zależy od świadomości ludzi – rak to nie wyrok. Potrafimy być szybsi od niego, ale trzeba wychwycić zagrożenie jak najszybciej i równie szybko rozpocząć skuteczne leczenie – mówi Janusz Meder.

Chorzy z zaawansowanym nowotworem jelita grubego mogą liczyć na odpowiednie leczenie – w 1 i 2  linii  mając dostęp do dość szerokiego wachlarza leków, w tym do tzw. terapii spersonalizowanych w ramach programu lekowego. Problemy zaczynają się w przypadku pacjentów w 3.  i 4. stopniu zaawansowania choroby, w których możliwości terapeutyczne są mocno ograniczone. Dobre wyniki daje leczenie regorafenibem, który pozwala na wydłużenie kontroli choroby. Lek ten nie został jednak objęty refundacją. W Polsce nie jest również dostępne nowoczesne leczenie połączonymi substancjami czynnymi – triflurydyny z tipiracylem mimo iż terapię tę  rekomenduje Europejskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (ESMO) dla chorych w 3 i 4  stadium raka.

– W przypadku zastosowania triflurydyny i tipiracylu jest szansa wydłużenia przeżycia o kolejne miesiące. Są to leki  doustne, więc chory może normalnie funkcjonować w rodzinie, społeczeństwie, pracy. Wielu z prowadzonych tak pacjentów jest w dobrym stanie ogólnym,  nie muszą leżeć w szpitalu, mogą prowadzić  terapię w domu i żyć aktywnie – mówi prof. Marek Wojtukiewicz.

Terapia ta daje szansę na wydłużenie życia pacjentom, którzy wyczerpali już wszelkie możliwości leczenia – średnia mediana przeżycia to prawie 10 miesięcy. Są to bardzo często pacjenci w dobrej kondycji fizycznej, którzy mogliby być aktywni zawodowo, gdyby otrzymali kolejny lek. Terapia jest znacznie mniej toksyczna niż inne, jest więc dobrze tolerowana przez pacjentów i rzadko wymaga zmniejszenia dawki.

– Dochodzimy do ważnego momentu w rozważaniach o finansowaniu dostępu do takich leków – nawet jeśli są dziś wydatkiem, to powinniśmy brać  pod uwagę fakt, że większe koszty poniesiemy, jeżeli nie zainwestujemy w dostęp do tych terapii. Samo leczenie łagodzące stadia zaawansowane choroby nowotworowej kosztuje wielokrotnie więcej niż nowe leki – mówi Janusz Meder.

Rynek pracownika sprzyja poszukiwaniom lepszej posady. Powstają nowe, dotąd niespotykane stanowiska

Rynek pracownika sprzyja poszukiwaniom lepszej posady. Powstają nowe, dotąd niespotykane stanowiska 4

Od pięciu lat spada stopa bezrobocia, rośnie zatrudnienie, a pracodawcy narzekają na brak kandydatów do pracy. To szansa na ciekawą pracę nie tylko dla bezrobotnych czy niezadowolonych z obecnej posady, lecz także dla tych, którzy w innych warunkach o takim kroku by nie pomyśleli. Tworzą się bowiem nowe, niespotykane stanowiska, które są okazją do rozwoju zawodowego i wyższego wynagrodzenia.

– Uważam, że warto jest raz na jakiś czas zobaczyć, co słychać w tych ogłoszeniach, jakie kompetencje są poszukiwane, jakich pracowników się szuka. To nam daje obraz tego, co się aktualnie dzieje na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Giryn, country manager w Assessment Systems Polska, firmie doradczej w zarządzaniu zasobami ludzkimi w Europie Środkowo-Wschodniej. – Być może musimy uzupełnić swoją wiedzę w jakimś obszarze, może zafascynuje nas nowe stanowisko, o którym jeszcze 2 lata temu nie mieliśmy pojęcia, że będzie potrzebne.

Żeby znaleźć firmę i stanowisko, na którym będzie się dobrze czuł, przyszły pracownik najpierw powinien poznać swoje dobre i gorsze strony, rozpoznać swoją osobowość, a także sposób, w jaki jest postrzegany przez swoje otoczenie w środowisku pracy, bo może się on różnić od tego, co sam sobie wyobraża na własny temat. Magdalena Giryn radzi, by rozpocząć od zrozumienia, w jakiego typu organizacji dana osoba chciałaby się znaleźć.

– Są ludzie, którzy doskonale pasują do organizacji hierarchicznych, dobrze się czują, kiedy mają procedury i ramy, w których mogą działać. Z drugiej strony są ludzie, którzy są wolnymi duchami i nie będą się dobrze czuli w strukturze hierarchicznej, będą chcieli pracować z dużą dawką wolności, nastawieni na realizację zadań, gdzie będą pracowali w zespołach samoorganizujących się – wyjaśnia country manager w Assessment Systems Polska. – Osoba, która lubi pracować w strukturach zhierarchizowanych, powinna szukać pracy w organizacjach typu bank, ubezpieczalnie, a nie odnajdzie się w start-upie czy w kulturze nowoczesnych technologii.

Kolejnym etapem musi być poznanie swojej osobowości, dziedzin, w których dana osoba jest dobra, oraz predyspozycji wynikających z potencjału do osiągania sukcesu na danym stanowisku. Przykładowo osoby o wysokich ambicjach, stabilne, o dużej wrażliwość osobistej dobrze się spełnią na stanowiskach kierowniczych. Z kolei osoby, które mają w sobie wysoką dociekliwość czy które zwracają uwagę na detale, odnajdą się w zawodach wymagających bardzo dużej precyzji.

– Należy pamiętać, że każdy z nas ma również swoją ciemną stronę osobowości, czyli wszystko to, co przeszkadza mu w osiąganiu sukcesu, utrudnia mu awansowanie w organizacjach. Warto też jest to poznać, żeby wiedzieć, co powoduje wykolejenie kariery. Przykładowo, czy ktokolwiek chciałby pracować z szefem o wysokiej labilności [chwiejności emocjonalnej – red.] – to jest bardzo trudny człowiek, bo on w stresie będzie krzyczał, będzie bardzo nerwowy, trudno z nim się dogadać – tłumaczy Magdalena Giryn. – Charyzma to też jest jeden z „wykolejaczy” kariery, bo to jest inna nazwa dla narcyzmu. Zdarza się, że za bardzo charyzmatyczny szef będzie dbał wyłącznie o interesy własne, a nie będzie zarabiał pieniędzy dla organizacji.

Liczba bezrobotnych w listopadzie 2018 roku wynosiła 973,6 tys. osób. To o milion mniej niż siedem lat wcześniej. Stopa bezrobocia rejestrowanego od sierpnia 2018 roku utrzymuje się poniżej poziomu 6 proc. W końcu III kwartału 2018 roku liczba wolnych miejsc pracy w podmiotach zatrudniających co najmniej 1 osobę wynosiła 157,2 tys. i w porównaniu z końcem III kwartału 2017 roku była większa o 26,0 tys., tj. o 19,8 proc. Średnie wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej wzrosło w I–III kwartałach 2018 roku o 6,9 proc., a jego siła nabywcza – o 5,1 proc. Wszystko to daje dobry punkt wyjścia do starań o ciekawsze i lepiej płatne stanowisko.

– Ważne jest też, abyśmy pamiętali, że umiejętności twarde są również bardzo istotne, ponieważ działamy na bardzo zmiennym rynku, nasze otoczenie biznesowe bardzo często się zmienia, w związku z tym musimy się kształcić, uczyć, uzupełniać wiedzę, tak aby być ekspertem w swojej dziedzinie. To podstawa jeżeli chodzi o myślenie o  rozwoju kariery zawodowej – podsumowuje Magdalena Giryn.

Polscy konsumenci rzadko reklamują produkty spożywcze. Teraz rozwiązywanie takich sporów ma być łatwiejsze

Polscy konsumenci rzadko reklamują produkty spożywcze. Teraz rozwiązywanie takich sporów ma być łatwiejsze 5

Polacy wydają na żywność niemal co czwartą złotówkę ze swojego budżetu domowego. Rzadko jednak decydują się na reklamowanie produktu spożywczego, który nie spełnia ich oczekiwań. Do tej pory w wypadku odrzucenia reklamacji konsument miał już tylko możliwość uznania swojej porażki lub żmudną drogę sądową. Teraz może aplikować o rozstrzygnięcie sporu przez internet – szybko i bezpłatnie. Działalność rozpoczęło pierwsze w Polsce i jedyne w Europie Centrum Polubownego Rozwiązywania Sporów poświęcone wyłącznie żywności.

Pierwszym podstawowym prawem konsumenta jest prawo do złożenia reklamacji. Często konsumenci z tego nie skorzystają, albowiem uważają, że po odrzuceniu takiej reklamacji pójście z takim sporem do sądu jest ekonomicznie nieuzasadnione – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes UOKiK. – Jest nowy system pozasądowego rozwiązywania sporów konsumenckich, w którym takie postępowanie poreklamacyjne można toczyć i można dochodzić swoich roszczeń.

Centrum Polubownego Rozwiązywania Sporów dotyczących Żywności (CPRSZ) jest drogą pośrednią między procesem reklamacyjnym a sporem sądowym. Konsument może zareklamować każdy produkt spożywczy, kiedy np. jest on niedoskonały jakościowo czy zawiera niebezpieczne substancje. Czasami też przekaz reklamowy takiego produktu może nie iść w parze z tym, co konsument finalnie otrzymuje.

Jak tłumaczy Andrzej Gantner z Polskiej Federacji Producentów Żywności, przy której działa CPRSZ, do tej pory spory między konsumentami a producentami produktów spożywczych nie zdarzały się zbyt często – poprzez Państwową Inspekcję Handlową bywa ich kilkadziesiąt rocznie, choć zaznacza, że część konsumentów może się zwracać bezpośrednio do producenta.

Spożywamy około tony żywności w ciągu roku. Jeśli to przeliczymy na tysiące transakcji handlowych, jakie zawieramy codziennie, kupując żywność, to pewnie znalazłoby się kilka tysięcy produktów w ciągu roku, które mogłyby być zareklamowane i są reklamowane – szacuje Andrzej Gantner. – Być może część konsumentów powstrzymuje przed reklamowaniem produktów żywnościowych fakt, że większość z nich to produkty o niskich cenach. Jednak zdarzają się sytuacje, kiedy konsument może się czuć wyraźnie pokrzywdzony, kiedy uważa, że jego dobra zostały naruszone, poniósł straty materialne i chce to zareklamować.

Jeśli procedura reklamacyjna, do której rozpoczęcia niezbędny jest paragon, zakończy się nieuznaniem reklamacji, konsument nie tylko może teraz skorzystać z mediacji czy oceny Centrum, ale powinien również zostać poinformowany przez producenta, że po odrzuceniu reklamacji ma taką drogę. Działa to również wizerunkowo na korzyść wytwórcy. Procedura jest bezpłatna, prosta w użyciu i można z niej skorzystać z własnego domu przez internet. W każdej chwili może się też z niego wycofać, gdy np. zrezygnuje ze sporu lub postanowi pójść jednak do sądu.

Wystarczy tylko wpisać swoją skargę na stronę, właściwie ją udokumentować i cała procedura jest rozpatrywana. Jest duża szansa, że faktycznie jakieś rozwiązanie polubowne dla stron zostanie wypracowane, tak że jest to nowa jakość, coś pomiędzy bardzo żmudną ścieżką sądową a sytuacją, kiedy nasza reklamacja nie została rozpatrzona tak, jak byśmy oczekiwali – dodaje wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Inspekcja Handlowa w 2017 roku skontrolowała 125 tys. partii produktów spożywczych, z czego zakwestionowała 23 proc. Głównym niedociągnięciem ze strony producentów było nieprawidłowe oznakowanie, czyli brak na opakowaniu ważnych dla konsumenta informacji, np. o składzie czy pochodzeniu produktu.

– Jeżeli reklamacja zostaje odrzucona, konsument może skorzystać z polubownej formy rozwiązywania sporów przy pomocy podmiotu uprawnionego. Ze sprawozdania z działalności takich podmiotów za rok 2017 wynika, że takich sporów było ponad 18 tys. – tłumaczy Dorota Karczewska. – Teraz konsument ma wybór – jeżeli nie jest zadowolony z żywności, którą zakupił, może korzystać z pomocy Centrum albo nadal z pomocy Inspekcji Handlowej, która jest również podmiotem uprawnionym.

Inteligentnym oświetleniem można już sterować za pomocą głosu. Na rynek trafia też pierwszy, inteligentny zamiennik 100-watowej żarówki

Inteligentnym oświetleniem można już sterować za pomocą głosu. Na rynek trafia też pierwszy, inteligentny zamiennik 100-watowej żarówki 6

Na rynek trafia coraz więcej rodzajów urządzeń wchodzących w skład inteligentnego domu. Smart Home to już nie tylko telewizor, system nagłośnienia czy nawet pralka i lodówka sterowane za pomocą aplikacji mobilnej. Teraz to już także inteligentne oświetlenie, które kontrolować można za pomocą głosu. Na rynek trafi niebawem pierwsza inteligentna żarówka LED o mocy równoważnej 100 watom. Zaprezentowano także inteligentny reflektor, który poprawi bezpieczeństwo domu, chroniąc przed włamywaczami.

– Narzędzia inteligentnego oświetlenia pozwalają na sterowanie za pośrednictwem wielu urządzeń i z wykorzystaniem różnych metod, takich jak głos. Tegoroczną nagrodę CES za innowacyjność otrzymaliśmy za pierwszą na świecie żarówkę o mocy równoważnej 100 watom, dającą jasność 1500 lumenów. Jest ona jednocześnie inteligentną żarówką, którą można sterować za pośrednictwem asystenta Google lub Amazon – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alex Ruan z firmy Sengled.

Do rodziny systemów inteligentnego domu dołączają coraz to nowsze rodzaje urządzeń. Inteligentne oświetlenie to jednak wciąż jedno z najważniejszych punktów smart home, którym można sterować za pomocą głosu. Z drugiej strony trend energooszczędności powoduje, że w sklepach coraz rzadziej można spotkać żarówki o dużej mocy. Na półkach sklepowych znaleźć można zwykle LED-owe żarówki, których jasność ma odpowiadać jasności emitowanej przez żarówki o dużych mocach. W wielu przypadkach jasność jednak nie do końca odpowiada deklarowanej, stąd zapotrzebowanie na żarówki o wyższej mocy.

Żarówka zaproponowana przez amerykańską firmę Sengled cechuje się większą mocą niż dotychczas dostępne na rynku żarówki inteligentne. Te najczęściej cechowały się mocą o równowartości 60 watów.

– Jesteśmy obecnie jedyną firmą, która ma w swojej ofercie takie żarówki. Żarówka 100 W jest również inteligentnym rozwiązaniem, zatem nasi klienci otrzymują żarówkę emitująca najwięcej światła, która również jest żarówką inteligentną z funkcją sterowania głosem – zapewnia Alex Ruan.

Z badania opracowanego na podstawie ankiety konsumenckiej Accenture 2019 wynika, że 93 proc. osób korzystających z asystentów głosowych używa ich do obsługi urządzeń inteligentnego domu. Dlatego producenci decydują się na wprowadzanie na rynek coraz szerszej gamy urządzeń smart home, obsługiwanych za pomocą głosu.

Sengled na targach CES 2019 w Las Vegas zaprezentował również inteligentny reflektor, który ma czuwać nad bezpieczeństwem w domu.

– Reflektory te są urządzeniami zewnętrznymi, wykrywającymi ruch w momencie, gdy w pobliżu znajdują się ludzie, zwierzęta czy samochody. Po wykryciu ruchu, światło zostaje włączone. Lecz automatyczne uruchomienie nie jest jedyną opcją. Można ustawić funkcję „wewnątrz”, która pozwala na włączenie światła również wewnątrz budynku. Jeżeli do naszego domu zbliża się intruz, pomyśli, że ktoś jest wewnątrz – przekonuje ekspert.

Według prognoz MarketsandMarkets rynek inteligentnego oświetlenia w 2023 r. osiągnie wartość 21 mld dol.

Domowe badanie czynności serca dziecka w łonie matki dzięki specjalnej opasce. Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń baby tech

Domowe badanie czynności serca dziecka w łonie matki dzięki specjalnej opasce. Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń baby tech 7

Rynek baby tech, czyli technologii służących głównie dzieciom i ich rodzicom, rozwija się w coraz szybszym tempie. Pojawia się coraz więcej innowacyjnych urządzeń, które wspierają rozwój dziecka już od momentu poczęcia. Inteligentna skarpetka potrafi monitorować tętno i oddech dziecka, a specjalne głośniki sprawiają, że muzyka dotrze jeszcze do płodu. Zaprezentowana na targach CES 2019 inteligentna opaska do monitorowania tętna płodu sprawi, że badanie kardiotokografii będzie można wykonywać w domu.

– Owlet Band to pierwsze urządzenie do monitorowania tętna płodu w domu w oparciu o technologię pasywną. Dotychczas, aby sprawdzić, czy z płodem wszystko jest w porządku, przyszłe mamy musiały liczyć kopnięcia lub udać się na badanie USG do lekarza. Naszym założeniem było stworzenie produktu, który pozwoli mamom pozostającym w domu zachować wewnętrzny spokój. Urządzenie tworzy wykres obrazujący tętno dziecka, skurcze, liczba kopnięć oraz pozycję, w jakiej kobieta śpi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jordan Naylor z Owlet Baby Care.

Urządzenie Owlet Band jest miękką, cienką opaską otaczającą brzuch i dolną część pleców matki. Z przodu znajduje się mały plastikowy czujnik. Działanie urządzenia opiera się na wykorzystaniu technologii pasywnej, która w przeciwieństwie do USG czy badania dopplerowskiego pozwala uniknąć emitowania energii w kierunku płodu.

– Nasza opaska wykorzystuje zapis KTG, który polega na nasłuchiwaniu aktywności dziecka, co jest bezpieczniejsze dla mamy. Wystarczy założyć opaskę – nie trzeba stosować żadnego żelu, jak w przypadku standardowego USG dopplerowskiego. Nie jest także konieczna zmiana położenia czujników. Urządzenie automatycznie uzyskuje optymalny odczyt aktywności dziecka – twierdzi Jordan Naylor.

Taka technologia wykorzystywana jest w szpitalach położniczych. Najnowocześniejsze aparaty KTG dostępne na oddziałach dla przyszłych matek pozwalają na bezprzewodowe monitorowanie funkcji życiowych dziecka. Zakładane na brzuch czujniki są ponadto wodoodporne, dzięki czemu kobieta może również dbać o higienę. W starszych aparatach występowała konieczność podpinania ciężarnej do aparatury przewodowo, co znacznie obniżało komfort badania. Choć sam czujnik KTG jest nieduży i bezprzewodowy, to jego bazę stanowi w szpitalnym sprzęcie aparatura komputerowa wielkości szafki. W Owlet Band jej rolę przejmuje smartfon.

– Dane rejestruje urządzenie w kształcie medalionu w przedniej części opaski, które komunikuje się ze smartfonem za pomocą Bluetooth. Opaska pojawi się w wersji beta latem tego roku, a pod koniec roku będzie dostępna do kupienia w Stanach Zjednoczonych. Cena jeszcze jest ustalana – mówi przedstawiciel Owlet Baby Care.

Tymczasem rynek baby tech i pojawiające się na nim urządzenia są coraz bardziej zaawansowane. Inteligentna skarpetka Owlet Smart Sock śledzi częstość akcji serca, poziom tlenu i parametry snu za pomocą sprawdzonej klinicznie pulsoksymetrii. Zintegrowana stacja bazowa świeci na zielono, aby poinformować rodziców, że z dzieckiem wszystko jest w porządku i powiadamia światłem i dźwiękiem, gdy tętno lub poziom tlenu spadają poniżej bezpiecznej normy.

– Inteligentna skarpetka monitoruje tętno i oddech dziecka, a w ostatnim czasie wypuściliśmy na rynek kamerę, która umożliwia integrację z aplikacją Smart Sock, dzięki czemu mamy podgląd dziecka i jego głównych parametrów życiowych – tłumaczy ekspert.

Firma WavHello z kolei opracowała wyspecjalizowane głośniki BellyBuds przeznaczone do odtwarzania dźwięków, które odbiera płód. Głośniki przylepia się do brzucha matki, a następnie emituje dźwięki, podłączając je do smartfona. Odtwarzaną dziecku muzyką można zarządzać również poprzez specjalną aplikację mobilną VoiceShare.

Według raportu Technavio wartość rynku urządzeń do monitorowania prenatalnego w najbliższych trzech latach wzrośnie do 73 mln dol. Średnioroczne tempo wzrostu w tym okresie wyniesie 7 proc.

Sektor opakowań i recykling plastiku na celowniku Unii Europejskiej

Jedna trzecia z 3,5 mln ton tworzyw sztucznych zużywanych przez polski rynek, wykorzystywana jest do produkcji opakowań. Jednak poziom recyklingu opakowań wprowadzonych do gospodarstw domowych wynosi jedynie 40 proc1. Problem produkcji, konsumpcji i gospodarowania odpadem plastikowym jest problemem globalnym. Unia Europejska rozpoczęła wdrażanie przepisów, których celem jest zminimalizowanie negatywnych skutków oddziaływania odpadów powstałych z tworzyw sztucznych na środowisko. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte rozwiązaniem może być gospodarka o obiegu zamkniętym. Model GOZ zakładający w Polsce redukcje o 1 proc. zużycia materiałów i energii we wszystkich sektorach stwarza możliwość uzyskania dla gospodarki 19,5 miliarda złotych wartości dodanej rocznie.

Rynek tworzyw sztucznych jest istotnym elementem globalnej gospodarki. W Polsce zapotrzebowanie na tworzywa sztuczne wynosi 3,5 mln ton rocznie. W 8 tys. przedsiębiorstw związanych z tą branżą pracuje 160 tys. osób. Z kolei w Europie przemysł tworzyw sztucznych znajduje się na 7. miejscu pod względem wytwarzania wartości dodanej. W europejskim sektorze działa 60 tys. przedsiębiorstw, których obroty wynoszą 350 mld euro rocznie. Na starym kontynencie w ciągu roku wytwarza się 60 mln ton plastiku.

Plastik plastikowi nierówny

Największym odbiorcą tworzyw sztucznych w Polsce jest sektor opakowań. Konsumuje on 33 proc. wyprodukowanego plastiku. Z kolei 26 proc. wyprodukowanych tworzyw sztucznych trafia do budownictwa, a co dziesiąta tona wykorzystywana jest w branży motoryzacyjnej.

Zużycie tworzyw do produkcji opakowań w Polsce stale wzrasta. W latach 2013 – 2017 liczba ta zwiększyła się o 20 proc. i wyniosła 1,12 mln ton. Plastik kojarzy się nam przede wszystkim z plastikowymi butelkami PET (wykonane z politereftalanu etylenu). Ale ich produkcja ma jedynie 14 proc. udziału w sektorze opakowań. W Polsce najwięcej plastiku zużywamy do produkcji toreb na zakupy wielokrotnego użytku, folii oraz tacek do żywności.

Poszczególne wyroby z tworzyw znacznie różnią się długością okresu ich wykorzystywania . Niektórych używamy bardzo krótko, a innych nawet przez kilkadziesiąt lat. Problem jednak powstaje w momencie, kiedy dany produkt czy opakowanie plastikowe nie są nam już potrzebne.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Istnieją znaczne różnice w odzysku tworzyw sztucznych w krajach europejskich. W Polsce od 30 do 50 proc. wycofanych tworzyw jest składowanych. Na rynek trafia ponad 997 tys. ton opakowań z plastiku, z czego na gospodarstwa domowe przypada 678 tys. ton. Poziom recyklingu wynosi około 40 proc., co oznacza, że nie wiadomo, co dzieje się z ponad 406 tys. ton. – Często zdarza się, że najbardziej atrakcyjne dla nas opakowania, które przykuwają naszą uwagę na półkach sklepowych są bardzo trudne do poddania recyklingowi. Ponadto, wiele opakowań z tworzyw sztucznych trafia do odpadów zmieszanych lub co gorsza do pieców domowych. Jest więc to efekt braku wiedzy i nieświadomości konsumentów. Ale z drugiej strony można powiedzieć, że producenci również mogliby włożyć więcej wysiłku, by edukować klientów, co powinni zrobić z opakowaniem po wytworzonym przez nich produkcie – mówi Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte.

Plastik na celowniku Unii Europejskiej

Rok 2018 przyniósł znaczące zmiany w obszarze regulacji dotyczących gospodarowania odpadami oraz efektywnego wykorzystania surowców naturalnych. W styczniu 2018 roku opublikowana została unijna strategia dotycząca tworzyw sztucznych (tzw. Single Use Plastic), a 4 lipca zaimplementowano pakiet dyrektyw dotyczących gospodarki o obiegu zamkniętym. Dokumenty te stawiają ambitne cele, dążące do poprawy wykorzystania tworzyw sztucznych, m.in. poprzez usprawnienie działania systemu ROP, czyli rozszerzonej odpowiedzialności producenta, poprawę produktów już na etapie projektu, wykorzystywanie materiałów biodegradowalnych, tworzenie rynków do ponownego wykorzystania tworzyw sztucznych i surowców pochodzących z recyklingu oraz przede wszystkim ich znaczne ograniczenie, a w przypadku niektórych produktów nawet eliminację z rynku przedmiotów jednorazowych, wykonanych z tworzyw sztucznych. – Komisja Europejska uzasadnia te zmiany koniecznością ochrony w szczególności mórz i oceanów przed rosnącym zanieczyszczeniem tworzywami sztucznymi i licznymi konsekwencjami z tego wynikającymi. Plastik jest materiałem bardzo funkcjonalnym, jednak jego wykorzystanie stało się zdaniem KE nieodpowiedzialne – mówi Paulina Kaczmarek, Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju Deloitte. Przyjęcie ostatecznego kształtu dyrektywy Single Use Plastic spodziewane jest w pierwszym kwartale tego roku.

W ocenie ekspertów Deloitte główne konsekwencje nowych przepisów poniesie sektor FMCG. Zakaz wykorzystywania wielu jednorazowych produktów z plastiku, w tym: plastikowych sztućców i talerzy czy patyczków do uszu może okazać się dla nich bardzo dotkliwy. Do tego nowe przepisy nałożą na nich prawdopodobnie konieczność pokrycia kosztów zbiórki, transport i przetworzenia odpadów oraz kosztów usuwania odpadów z oceanów. Cele odnoszą się również do zawartości recyklatu w butelkach PET (co najmniej 25 proc. od 2025 oraz 30 proc. począwszy od 2030 r.) oraz konieczności zbiórki opakowań PET po napojach (77 proc. do 2025 oraz 90 proc. do 2030 roku).

Gospodarka o obiegu zamkniętym zmienia optykę biznesu

Zmiany w zakresie odpowiedzialnego wykorzystania plastiku wymagają zaangażowania wszystkich uczestników rynku. – Biznes rozpoczął już działania, które mają mu pomóc przystosować się do nowych warunków. Dzieje się to zarówno na poziomie organizacji branżowych, jak partnerstwa na co dzień konkurujących ze sobą firm oraz indywidualnych akcji pojedynczych przedsiębiorców – dodaje Paulina Kaczmarek.

Te działania to m.in. wycofywanie przedmiotów z tworzyw sztucznych jednorazowego użytku i wprowadzanie biodegradowalnych alternatyw. Na świecie, kolejne firmy ogłaszają zobowiązania do redukcji zużycia plastiku w opakowaniach czy wprowadzenia opakowań z recyklatów. Firmy pracują nad wprowadzeniem opakowań przydatnych do recyclingu, biodegradowalnych lub wielokrotnego użytku. W działania te angażują klientów. Ponadto, duże środki są inwestowanie w rozwój innowacji w obszarze nowych tworzyw sztucznych.

– Dążymy do tego by plastik mógł być wielokrotnie przetwarzany, tym samym wspierając ideę obiegu zamkniętego. Na grudniowym szczycie klimatycznym ogłosiliśmy zobowiązanie do działania na rzecz poprawy systemu selektywnej zbiórki odpadów w Polsce, tak by już w 2025 przekroczyć poziom 90 proc. odzysku opakowań PET w kraju. Zobowiązaliśmy się również, że już w 2020 taka sama ilość plastiku, jaką wprowadzimy na rynek, zostanie zebrana i przekazana do recyclingu. Deklarujemy także systematyczne zwiększanie udziału przetworzonego plastiku w naszych opakowaniach oraz edukację konsumentów w zakresie segregacji oraz recyklingu – mówi Edyta Krysiuk-Kowalczyk, Dyrektor ds. jakości i zrównoważonego rozwoju w Żywiec Zdrój S.A.

Przejście na model gospodarki o obiegu zamkniętym może okazać się rozwiązaniem dla wielu współczesnych wyzwań. Skutek ten jest osiągany poprzez ponowne wykorzystywanie materiałów, przedłużanie żywotności produktów oraz wykorzystanie potencjału, który obecnie w dużej części jest marnowany w strumieniu odpadów. – Są już firmy, które to rozumieją i rozpoczęły działania, które przybliżają je ku gospodarce o obiegu zamkniętym. Pozostali powinni podążyć tą drogą. By miało to jednak sens, w cały proces muszą być również zaangażowani również konsumenci i regulatorzy – podsumowuje Julia Patorska.

1) Zakładając, że wszystkie opakowania zebrane w ramach selektywnej zbiórki zostały poddane recyklingowi

Plany rozwojowe na 2019 – jaki kierunek, jaki rodzaj, jaki sens?

Wspieranie rozwoju i kształcenia to coraz bardziej doceniany przez pracowników aspekt relacji z firmą. Niestety, wśród szefów pokutuje wiele mitów na ten temat. Jeden z nich głosi, że tego typu działania są nieopłacalne dla przedsiębiorców i niosą za sobą więcej zagrożeń niż zysków. Inny z kolei mówi, że wyszkolony pracownik odejdzie po jakimś czasie do konkurencji, wspierając jej szeregi. Tymczasem ignorowanie naturalnej potrzeby rozwoju w Twoim zespole prowadzi wprost do stagnacji, frustracji i w konsekwencji rotacji. Niedoceniony, stojący w miejscu pracownik zaczyna szukać nowych wyzwań zawodowych i firmy, w której może rozwijać swoje kompetencje.

Jedne z kluczowych wniosków raportu Deloitte Human Capital Trends 2018 jest mówi, że 60 procent firm nie jest przygotowanych do wspierania pracowników w rozwoju ich własnej ścieżki kariery i poszukiwania nowych ról w organizacji. Obszar ten rozumiany może być jako zapewnienie środowiska, które sprzyja rozwojowi i pozwala na doskonalenie umiejętności w sposób, który odpowiada potrzebom pracowników. Czy rok 2019 ma szansę coś zmienić?

Nietrafiony plan lub jego brak

W sytuacji, kiedy firma nie ma opracowanego efektywnego planu rozwojowego lub jest on skonstruowany w sposób nietrafiony, właściciel czy menadżer musi się liczyć z szeregiem konsekwencji. Pierwszą z nich jest zwiększoną rotacja pracowników. Jeżeli praca w danej firmie nie będzie stanowiła wyzwania, ludzie zaczną odchodzić innych organizacji firm, w których ich chęć rozwoju będzie pobudzana i doceniana.

Kolejną konsekwencją może być utrata zaangażowania i kreatywności pracowników. Pracownicy, którzy będą odczuwali brak zainteresowania inwestycją w ich potencjał, stracą wewnętrzną motywację i nie będą wykazywali chęci do podejmowania nowych wyzwań. Brak możliwości rozwoju będzie przejawiał się np. brakiem zapału do pracy.

Inną konsekwencją jest konieczność rekrutowania i wdrażania nowych specjalistów. Otoczenie biznesowe i same firmy zmieniają się dziś wyjątkowo dynamicznie. Często konieczne jest poszerzanie działalności lub rozbudowa działów o kolejnych ekspertów. Muszą oni od podstaw uczyć się wszelkich informacji o firmie, jej specyfiki, kultury organizacji, obowiązujących norm. A przecież jednocześnie korzystną dla organizacji i atrakcyjną dla pracownika opcją, jest podniesienie kompetencji i wyposażenie w nowe narzędzia oraz wiedzę człowieka już zatrudnionego w danej firmie.

Pracownicy są najlepszą nawigacją

Niestety zdarza się, że osoby opracowujące nowy plan rozwojowy na dany rok, opierają się głównie na domysłach, przekonaniach kadry zarządzającej lub modnych hasłach. W firmach zapomina się często, że zarządzanie karierą i kształceniem się pracownika powinno być oparte nie tylko o potrzeby firmy, ale też jego osobiste cele i aspiracje.

W konstruowaniu planu rozwojowego warto jest wspierać się narzędziami, które pozwalają na poznanie perspektywy, pomysłów i oczekiwań pracowników. Przykładem takiego narzędzia jest Pulsometr iniJOB, online który analizuje zadowolenie pracowników z możliwości rozwojowych w organizacji. Określa wpływ tego poziomu na ogóle doświadczenia pracowników z firmą. Stwarza przestrzeń do zgłaszania pomysłów i inicjatyw, a eksperci iniJOB rekomendują działania, jakie należy podjąć, aby wzmocnić ten obszar.

Tylko wychodzenie od potrzeb pracowników pozwala stworzyć optymalne warunki by utrzymać ich zaangażowanie oraz chęć do pracy właśnie w tej organizacji. Ważne jest również, aby przy diagnozowaniu potrzeb rozwojowych skupić się nie tylko na kompetencjach, które oceniane są na niskim poziomie. Konieczne jest wzmacnianie i pielęgnowanie silnych stron pracowników.

Jaki powinien być plan rozwojowy na 2019 w waszej firmie?

  1. Budowany w oparciu o indywidualne potrzeby pracowników.
  2. Zgodny z celami biznesowymi firmy.
  3. Powinien obejmować obszary do rozwoju, a także wzmacnianie mocnych stron i zainteresowań pracowników.
  4. Pozytywnie wpływający na doświadczenia pracowników z firmą.
  5. Dostarczający pracownikom wszelkich niezbędnych narzędzi i kompetencji, do obejmowania nowych ról w organizacji.

Jaki jest sens skutecznego planu rozwojowego w firmie?

Wzrost kwalifikacji przekłada się na zwiększoną efektywność, a ta z kolei na większy zysk całej firmy. Organizacja zdobywa profesjonalną, wyszkoloną kadrę. Wzrasta dzięki temu jakość świadczonych usług, a co za tym idzie, zadowolenie klientów. Pracownicy stają się bardziej samodzielni i zaangażowani w swoją pracę wiedząc, że przełożeni dostarczają im niezbędnych narzędzi aby stali się ekspertami.

Dodatkowo pracownicy wiedząc, że istnieje możliwość podnoszenia ich kompetencji, będą znali i śledzili techniki, trendy i innowacyjne obszary w swojej branży, podnosząc tym samym jakość oferty przedsiębiorstwa. Będą chętniej podejmowali się nowych wyzwań w obszarze działalności firmy. Dzięki rozwojowi pracowników, firma będzie dysponowała nowoczesnymi metodami i sposobami pracy.

Innym pozytywnym skutkiem opracowania planu rozwojowego, który odpowiada na potrzeby pracowników, jest polepszenie współpracy i komunikacji w firmie. Pracownicy szkolący się z kompetencji miękkich, ale też Ci, którzy mają możliwość poznawania innych modeli pracy, będą potrafili w skuteczny sposób funkcjonować wewnątrz organizacji, w której pracują.

Autor: Joanna Tymczyj, ekspert zarządzania doświadczeniem pracownika, iniJOB.com

Cryptomining zagraża coraz większej ilości firm na świecie

Ponad 37% firm na świecie zostało dotkniętych problemem cryptominingu. Co tydzień co piąta firma pada ofiara ataku, a ponad 30% ataków hakerskich dokonywanych jest na urządzenia mobilne – alarmują analitycy firmy Check Point Software Technlogies.

Wykres pokazuje najczęściej występujące typy ataków na świecie oraz w poszczególnych regionach.
Wykres pokazuje najczęściej występujące typy ataków na świecie oraz w poszczególnych regionach.

Nowy Raport Bezpieczeństwa 2019 firmy Check Point, pokazuje, że aż 20% firm na całym świecie jest co tydzień atakowane za pomocą cryptominingu, 33% firm zostało dotkniętych mobilnym złośliwym oprogramowaniem i tylko 4% wirusem ransomware w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Raport Check Point prezentuje główne metody wykorzystywane przez cyberprzestępców do atakowania firm wszystkich branży na całym świecie. Dokument dostarcza specjalistom bezpieczeństwa i członkom zarządów firm informacje i wskazówki, jak chronić się przed atakami i zagrożeniami piątej generacji.

Cryptominery zdominowały krajobraz złośliwego oprogramowania

Cryptominery były jednym z czterech najczęściej używanych rodzajów złośliwego oprogramowania i dotknęły 37% organizacji na całym świecie w 2018 roku. Pomimo spadku wartości kryptowalut, 20% firm jest nadal atakowanych cryptominerami każdego tygodnia. Co więcej, ten typ złośliwego oprogramowania ewoluował – wykorzystuje teraz najpopularniejsze podatności i potrafi omijać sandboxy oraz oprogramowanie zabezpieczające celem zwiększenia ilości zainfekowanych urządzeń.

Urządzenia mobilne to ruchome cele

Ponad 1/3 wszystkich organizacji na świecie zostało zaatakowane za pomocą mobilnego oprogramowania, a 3 najczęstsze typy złośliwego oprogramowania atakowały urządzenia z systemem Android. W 2018 roku mieliśmy do czynienia z kilkoma przypadkami instalowania złośliwego oprogramowania w aplikacjach dostępnymi w App-storach, które były tylko przykrywką dla działań hakerskich.

Trzecim, najpopularniejszym typem złośliwego oprogramowania były boty, które zaatakowały przeszło 18% firm. Wykorzystywano je do ataków DDoS oraz rozprzestrzeniania innych typów złośliwego oprogramowania. Zarażenia botami dotyczyły prawie połowy (49%) organizacji, które doświadczyły ataku DDoS w roku 2018.

Co ciekawe, w roku 2018 zanotowano ostry spadek ataków typu ransomware, które dotknęło jedynie 4% wszystkich firm.

Od olbrzymiego wzrostu cryptominingu do ogromnych wycieków danych i ataków DDoS w ubiegłym roku, cyberzagrożenia niemal bez przerwy wyrządzały firmom szkody. Cyberprzestępcy posiadają duży wachlarz możliwości atakowania i pozbawiania źródła dochodów firm z każdej branży, a pierwsza część Raportu Bezpieczeństwa 2019 dokładnie opisuje coraz bardziej złożone techniki, których używają – powiedział Peter Alexander, szef działu marketingu firmy Check Point Software Technologies.

– Wielowektorowe, szybko rozwijające się ataki piątej generacji o wielkiej skali występują coraz wcześniej, tak więc organizacje powinny wprowadzić wielowarstwowe strategie cyberbezpieczeństwa, które zapobiegną przejęciu swoich sieci i danych. Raport Bezpieczeństwa 2019 udostępnia wiedzę, przemyślenia i rekomendacje, w jaki sposób zapobiec tego typu atakom  – dodaje przedstawiciel Check Point.

Raport Bezpieczeństwa 2019 firmy Check Point opiera się na danych pochodzących z Check Point ThreatCloud, największej, kolaboracyjnej sieci powstałej w celu walki z cyberprzestępczością, która dostarcza danych o zagrożeniach i trendach ataków z globalnej sieci wykrywaczy zagrożeń, z badań Check Point w ostatnich 12 miesiącach oraz z nowej ankiety dla specjalistów IT i kadry zarządzającej, która bada gotowość na nowoczesne zagrożenia. Raport ten analizuje najnowsze zagrożenia w różnych sektorach gospodarki, a także zawiera kompleksowy przegląd trendów dotyczących złośliwego oprogramowania, nowopowstałych wektorów wycieków danych oraz ataków na struktury państwowe. Zawarto w nim również analizy ekspertów firmy Check Point, aby pomóc organizacjom zrozumieć i przygotować się na teraźniejsze i przyszłe cyberzagrożenia.

Polski Rynek Nieruchomości – Styczeń 2019 r. [RAPORT]

W Warszawie, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym ceny przestały rosnąć. Tak wynika z danych Metrohouse, Expandera i portalu RynekPierwotny.pl. Kontynuację wzrostów nadal obserwujemy we Wrocławiu i Krakowie. Wyższe ceny to nie jedyna niekorzystna informacja dla kupujących. Banki zaostrzają kryteria przyznawania kredytów, co jest to związane z przewidywanym pogorszeniem koniunktury gospodarczej.

Rejony centralne miast drożeją najszybciej

Analiza cen transakcyjnych pozwala na stwierdzenie, że najszybciej drożejącymi mieszkaniami są te położone w centralnych rejonach miast. Dodatkowym czynnikiem sprzyjającym wzrostom jest wiek budynku. Najszybciej drożeją mieszkania w budynkach oddanych do użytku w ostatniej dekadzie. – Zwiększa się też różnica pomiędzy cenami lokali w centrach miast i na obrzeżach. Różnice te widoczne są zwłaszcza na rynku pierwotnym, gdzie specyfika budownictwa w najlepszych lokalizacjach w mieście wymusza skupienie się na inwestycjach z najwyższej półki, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.

W Krakowie coraz drożej

Pomimo, iż w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku wzrosty cen przyhamowały, to są miasta, gdzie podwyżki są nadal widoczne. – Najwyższe wzrosty miały miejsce w Krakowie (4,1 proc.). W stolicy Małopolski za m kw. płacimy już średnio 7114 zł, a wśród klientów Metrohouse i Expandera ceny poniżej 6000 zł za metr dotyczyły zaledwie 20 proc. transakcji, komentuje Marcin Jańczuk z Metrohouse. Ponownie wzrosły ceny w Łodzi, gdzie średnia cena za m kw. wyniosła 4243 zł i jest o 13,9 proc. wyższa niż przed rokiem. Jeżeli spojrzymy na wzrosty w innych miastach – łódzkie są rekordowo wysokie. Nominalnie łodzianie kupują mieszkania droższe o ponad 500 zł za m kw. niż 12 miesięcy temu. Do prawie 6000 zł za m kw. dochodzą średnie ceny mieszkań we Wrocławiu – jest to o 10,8 proc. drożej niż przed rokiem.

Ceny nowych mieszkań najbardziej stabilne w Warszawie

Od października do grudnia ubiegłego roku warszawski rynek pierwotny był najbardziej stabilny cenowo spośród analizowanych sześciu największych miast. Jednoprocentowy wzrost średniej ofertowej ceny 1 mkw. dla Warszawy nastąpił po podwyżce z III kw. 2018 r. wynoszącej aż 4,5%. Największe wzrosty odnotowano dla Krakowa i Wrocławia. Tutaj podwyżki cenowe zbliżyły się do 6% licząc kwartał do kwartału. Na uwagę zasługuje dodatkowo jeszcze jedna kwestia. Jak tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl – Na przełomie 2018 r. oraz 2019 r. mieliśmy do czynienia z bardzo zbliżonym poziomem cen nowych mieszkań (ok. 7100 zł/mkw. – 7300 zł/mkw.) w trzech metropoliach. Mowa o Wrocławiu, Poznaniu oraz Gdańsku. Warto odnotować, że spośród wymienionych ośrodków miejskich to Gdańsk cechował się najbardziej rozbudowaną ofertą luksusowych „M”.

Najszybciej spadł udział tanich lokali od deweloperów

W czwartym kwartale 2018 r. bardzo uwidoczniły się zmiany udziału nowych lokali należących do poszczególnych grup cenowych. Jak tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl największy ubytek można było zaobserwować w przypadku tanich „M” – W Mieście Kraka udział lokali kosztujących 6000 zł/mkw. – 7000 zł/mkw. spadł aż o 7,8 punktu procentowego. Ubyło też wiele krakowskich „M” za 5000 zł/mkw. – 6000 zł/mkw. (-5,0 p.p.). Spory ubytek tańszych mieszkań odczuli również klienci firm deweloperskich z Wrocławia. Na terenie tego dolnośląskiego miasta, udział lokali kosztujących 5000 zł/mkw. – 6000 zł/mkw. spadł o prawie 7,0 punktów procentowych przez jeden kwartał. W 2019 roku można spodziewać się, że struktura oferowanych mieszkań w dalszym ciągu będzie przesuwać się w kierunku wyższych cen za 1 mkw.

Banki ograniczają dostępność kredytów

Jarosław Sadowski Główny Analityk Expander Advisor
Jarosław Sadowski
Główny Analityk Expander Advisor

Według GUS wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wzrosły w ubiegłym roku o ok. 7%. Niestety nie przełoży się to na istotny wzrost dostępnej kwoty kredytu, gdyż jednocześnie banki podwyższyły wymagania w zakresie dochodów kredytobiorców. Żeby otrzymać 300 000 zł kredytu czteroosobowa rodzina musi dysponować dochodem na poziomie 5 590 zł netto (wartość średnia dla 10 banków). W ciągu roku wymagania w tym zakresie wzrosły o 5%. – Banki postępują w ten sposób ponieważ obawiają się, że prognozowane pogorszenie koniunktury gospodarczej sprawi, że więcej kredytobiorców może mieć trudności z terminową spłatą rat. Zaostrzając kryteria ograniczają więc ryzyko. W okresach gorszej koniunktury zdarza się bowiem, że kredytobiorca jest zmuszony zmienić pracę na taką, w której zarobi mniej. Mimo to musi jednak poradzić sobie ze spłatą rat, komentuje Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Niska inflacja oddala ryzyko podwyżek stóp procentowych

Dobrą informacją, zarówno dla osób planujących zaciągnięcie kredytu hipotecznego, jak i tych, którzy już go spłacają jest niespodziewanie niska inflacja. W grudniu wyniosła ona jedynie 1,1% r/r. – Wolny wzrost cen w gospodarce powoduje, że oddala się perspektywa podwyżek stóp procentowych. Pod koniec ubiegłego roku część ekonomistów prognozowało, że cykl podwyżek stóp rozpocznie się już w 2019 r. To natomiast oznaczałoby wzrost wysokości rat i kolejne pogorszenie dostępności kredytów. Obecnie wydaje się, że w tym roku stopy pozostaną na dotychczasowym poziomie, dodaje Jarosław Sadowski z Expandera.

Jak szybko i skutecznie sprzedać samochód? Oto kilka wskazówek!

Samochód wraz z upływem czasu może się zużyć, znudzić lub też wymagać mniej lub bardziej kosztownych napraw, na które nie mamy czasu. Wtedy to często pada decyzja o sprzedaży samochodu. Niestety w wielu przypadkach proces ten przedłuża się w nieskończoność, a my tracimy nadzieję na to, że kiedykolwiek nasz samochód znajdzie innego właściciela. Jak skutecznie sprzedać samochód? O czym należy pamiętać, aby sprzedaż była szybka?jak skutecznie sprzedać auto

Jak szybko i skutecznie sprzedać samochód?

Odpowiedni wygląd samochodu

Najlepsza cena za samochód może zostać uzyskana wtedy, kiedy nabywca kupuje go dla siebie. Dla takich osób najistotniejsze jest pierwsze wrażenie, czyli wygląd karoserii, wnętrza pojazdu oraz ogólne wrażenie. Wystawiany samochód musi wyglądać na zadbany, gdyż wszelkie ubytki mogą świadczyć do dużej eksploatacji samochodu lub o niedbalstwie właściciela. Nie wystarczy skorzystanie z myjni samochodowej.

Odkurzanie wnętrza

Konieczne jest również odkurzenie wnętrza, wytrzepanie dywaników oraz dopracowanie ewentualnych ubytków, które szybko można zamaskować za pomocą wosków i past. Poplamiona tapicerka musi zostać dokładnie umyta, a zużyte odświeżacze powietrza wyrzucone.

Wymiana zużytych elementów wnętrza pojazdu

Wszelkie drobiazgi, które uległy zniszczeniu należy natychmiast wymienić! Po wymianie nowych elementów nie należy jednak od razu sprzedawać samochodu gdyż mogą się one nieco odróżniać od reszty i budzić wątpliwości potencjalnego nabywcy.

Porządki pod maską

Warto zadbać również o umycie silnika i wyczyszczenie widocznych elementów pod maską samochodu. Mycie silnika nie należy jednak do czynności prostych, gdyż użycie zbyt silnych detergentów może doprowadzić do szybszej korozji węży i podzespołów.

Lakier na 5

W celu zakrycia rys, konieczne jest woskowanie. Nawet niewielka polerka może dać fenomenalne efekty! Nie trzeba kupować drogich wosków, które dostępne są w sklepach. Wystarczy wizyta na myjni samochodowej, gdzie za niewielkie pieniądze może nałożyć wosk równomiernie na samochód. W przypadku, kiedy nasz samochód nie miał nigdy wypadku, nie trzeba nadmiernie tuszować ewentualnych niedociągnięć. Wszelkie wgniotki lub duże ryzy po próbach naprawy mogą stać się jeszcze bardziej widoczne.

Napraw tylko konieczne elementy

Sprzedaż samochodu spowodowana jest często wieloma awariami i koniecznością sporej inwestycji, aby samochód nadawał się w dalsze trasy. Przed sprzedażą warto jednak wymienić niektóre elementy, aby nie inwestować zbyt dużych pieniędzy w naprawę. Części w niezwykle korzystnych cenach dostępne są np. na EUautoczesci.pl . Grupa fachowców doradzi najlepsze warianty części, aby sprzedaż samochodu przyniosła jeszcze większy zysk. Na desce rozdzielczej nie mogą świecić się niepotrzebne kontrolki, gdyż to budziłoby wątpliwości wielu potencjalnych nabywców!

Nie kombinuj z przebiegiem!

Ryzykownym i oczywiście nielegalnym pomysłem jest ,,podkręcanie” licznika. Niestety robi tak wielu handlarzy, którzy za spore pieniądze chcą sprzedać samochody z dużym przebiegiem. W przypadku, kiedy przebieg jest duży, nie warto korzystać z pomocy nielegalnych źródeł, a w ogłoszeniu wspomnieć, że jest to jedna z niewielu uczciwych na rynku ofert oraz że nie warto kupować samochodu z niewielkim przebiegiem, gdyż może okazać się to oszustwem. Wiele osób przyznaje rację i jest zainteresowana kupnem. Rubrykę z przebiegiem w takim wypadku warto zostawić pustą, ponieważ osoby poszukujące, bardzo często zaznaczają maksymalny przebieg, dlatego nasza propozycja może zostać nieuwzględniona w wynikach wyszukiwania.

Sprzedawaj z rąk do rąk!

Niestety ostatnio zauważyć można niesłabnący trend, który ukazuje, że ofiarą coraz częściej padają osoby sprzedające samochód. Wiele osób dzwoni i mówi, iż kup samochód w ciemno, jednak obecnie nie może zrobić tego osobiście ze względu na przebywanie za granicą. W takiej sytuacji samochód miałaby zabrać firma transportowa, a pieniądze miałyby zostać przelane na konto. Następnie kierowcy przesyłają potwierdzenie przekazu i proszą o opłacenie cła lub transportu, przez co pieniądze przepadają! Umowę należy bezpośrednio spisać z nabywcą, natomiast pieniądze otrzymać w formie gotówki. Trzeba jednak uważać na autentyczność banknotów. Nie zapomnij również zgłosić sprzedaży samochodu, aby uniknąć problemów!

Odświeżaj często ogłoszenia

Warto pamiętać również o częstym odświeżaniu ogłoszeń. Dzięki temu potencjalny nabywca będzie myślał, że ogłoszenie jest nowe i zostało dodane niedawno. Oferty, które leżą od dłuższego czasu na tablicy, są dla niektórych podejrzane, dlatego poszukujący samochodu myślą, że z samochodem jest coś nie tak i nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Niestety zła wiadomość jest taka, że coraz więcej serwisów pośredniczących życzy sobie około 20-30 zł za wystawienie ogłoszenia. Dobra wiadomość jest taka, że odświeżanie kosztuje znacznie mniej. W celu wzmocnienia zasięgu warto dodawać ofertę również na bezpłatne portale. indie

Czy sprzedaż samochodu jest trudna?

Sprzedawanie samochodu nie musi wiązać się z żadnymi trudnościami. Należy jedynie przestrzegać powyższych rad, a nasz samochód w niedługim czasie zyska nowego właściciela. W tym przypadku liczy się dopracowanie szczegółów, uczciwość i odrobina sprytu. To prostsze, niż mogłoby się wydawać! Wystarczy odrobina chęci, czasu i cierpliwości, aby osiągnąć wymarzony cel.

Jeśli zainteresował cię artykuł odwiedź także: Warsztat online Autodoc – naprawa na własną rękę

W 2018 r. rynek nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce powiększył się o 434 tys. m kw.

Według danych zebranych przez ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w 2018 roku rynek nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce powiększył się o 434 tys. m kw. i na koniec grudnia osiągnął 14,6 mln m kw. Tempo przyrostu wolumenu powierzchni jednak systematycznie spada od trzech lat, a prognozy na lata kolejne mówią o dalszym spowolnieniu  wzrostu. W ostatnim czasie rośnie znaczenie małych i średnich obiektów, zwłaszcza parków handlowych, w miejscowościach  poniżej 100 tys. mieszkańców.  

Kluczowy dla  wyniku osiągniętego w całym 2018 roku był IV kwartał, który przyniósł ok. 204 tys. m kw. nowej powierzchni najmu. Obecnie 73% istniejącej powierzchni najmu przypada na tradycyjne centra handlowe, zaś relatywnie niski udział (8%), w porównaniu z bardziej dojrzałymi rynkami Europy Zachodniej, ma sektor parków  handlowych. Zgodnie z prognozami ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w kolejnych latach będziemy świadkami przyrostu powierzchni handlowej w skali ok. 350 000 m kw. rocznie. Spadek dynamiki wzrostu wynika m.in. z kurczącej się chłonności rynku oraz rosnących kosztów budowy i ich wpływu na efektywność planowanych inwestycji.

W 2018 dominowały duże miasta i duże obiekty…

W całym 2018 roku ok. 64% nowej podaży zostało zrealizowane w ośmiu głównych aglomeracjach, w których otwarto zarówno duże centra handlowe (Forum Gdańsk w Gdańsku, Galeria Libero w Katowicach, Gemini Park w Tychach, leżących w aglomeracji Górnego Śląska), dostarczono na rynek kilka mniejszych obiektów (m.in. Nowa Stacja w Pruszkowie leżącym w aglomeracji warszawskiej, Vendo Park w Dąbrowie Górniczej czy przebudowany Cedet w Warszawie), jak i zrealizowano rozbudowy wybranych obiektów (m.in. Atrium Targówek, Atrium Reduta i Atrium Promenada w Warszawie, Platan w Zabrzu i Centrum Janki w aglomeracji warszawskiej). Z kolei ¼ nowej podaży stanowiły małe parki i centra handlowe zlokalizowane w miastach o populacji do 100 tys. mieszkańców, m.in. Galeria Stela w Cieszynie, Bursztynowa Park w Ostrołęce, Galerie Hosso w Gubinie i Świebodzinie, Park Handlowy Saller w Oławie czy rozbudowa Dekady w Grójcu.

…, ale przyszłość należy do małych obiektów

W najbliższych latach wzrost rynku oparty będzie właśnie o ten format powierzchni handlowej. Na koniec zeszłego roku w budowie znajdowało się ok. 450 tys. m kw. powierzchni najmu, z czego około 350 tys. m kw. przewidziane jest do otwarcia w 2019 r. Większość projektów to obiekty małej skali, jak np. Color Park w Nowym Targu, Dekada w Nysie, Galeria Chełm w Chełmie, Multibox w Płońsku, Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu. Z dużych obiektów w 2019 r. planowane jest ukończenie i oddanie do użytku jedynie Galerii Młociny w Warszawie.
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Powolny zwrot deweloperów w kierunku mniejszych formatów handlowych to trend obserwowany na rynku od dłuższego czasu. Jeszcze dekadę temu obiekty handlowe usytuowane w miastach do 100 tys. mieszkańców stanowiły tylko ok. 9% całego rynku nowoczesnego handlu, natomiast na koniec zeszłego roku ich udział został podwojony i nadal będzie rósł. Z powierzchni będącej obecnie na etapie budowy ok. 30% zostanie dostarczone właśnie na te rynki.

Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Popyt najemców na stabilnym poziomie

W minionym roku wakaty w centrach handlowych działających na głównych rynkach (o populacji powyżej 150 tys. mieszkańców) utrzymywały się na stabilnym poziomie ok. 3%.  Duże powierzchnie opuszczone przez sieć Praktiker zostały niemal w całości zagospodarowane przez innego operatora z sektora DIY (firmę OBI). Również na lokale handlowe, z których wyprowadziła się przeżywająca problemy finansowe sieć supermarketów Piotr i Paweł stosunkowo szybko pojawiali się nowi chętni, np. Biedronka czy Stokrotka. Łącznie w ubiegłym roku na polskim rynku zadebiutowało ponad 30 nowych sieci i konceptów operatorów handlowych, gastronomicznych i rozrywkowych. Polska jest wciąż atrakcyjnym rynkiem dla nowych marek, co wynika m.in. z rosnącej siły nabywczej, wzrostu sprzedaży detalicznej oraz zamiłowania Polaków do spędzania czasu w centrach handlowych. Wśród nowych marek warto wymienić np. Bebe, Kocca, Hunkemoller, Brax, Fissmann, Hummel, Miniso, Daft Cafe. Bardzo dynamicznie rozwijają się debiutujące sieci dyskontowe TEDI, Dealz i Action, a na przyszły rok zapowiedziano wejście do Polski odzieżowego giganta Primark.
W najbliższych kwartałach możemy być natomiast świadkami pogłębiającej się różnicy w poziomie pustostanów pomiędzy wiodącymi obiektami handlowym, a tymi o mniej ugruntowanej pozycji na rynkach o wysokim poziomie konkurencji.

Co dalej ze stawkami czynszu?

Stawki czynszu za najlepiej usytuowane lokale w wiodących centrach handlowych są stabilne. W Warszawie osiągają one poziom ok. 130 euro / m kw. / m-c, a w pozostałych głównych aglomeracjach oscylują pomiędzy 45 euro a 60 euro / m kw. / m-c. Właściciele obiektów gorzej funkcjonujących, narażonych na silne wpływy konkurencji oraz tracących pozycję rynkową, coraz częściej doświadczają rosnącej presji najemców na obniżanie stawek czynszu i podnoszenie kwoty prze­znaczanej na wyposażenie lokali. W dłuższej perspektywie czasu dla dalszego kształtowania się stawek czynszu znaczący będzie wpływ zakazu handlu w niedziele. Z drugiej strony, w ciągu ostatnich dwóch lat znacząco wzrosły koszty budowy i wyposażenia obiektów komercyjnych, co przy wysokich wymaganiach najemców stawia realizację wielu nowych projektów pod znakiem zapytania.

Wyzwania i bariery rozwoju

Jednym z głównych wyzwań, przed którym stoi branża handlowa, jest niezmiennie zakaz handlu w niedziele, który od początku 2019 r. pozostawia już tylko jedną niedzielę handlową w miesiącu. Z dotychczasowych obserwacji wynika, że z narzuconymi ograniczeniami najlepiej poradzili sobie operatorzy dyskontowych sklepów spożywczych. Prowadzona przez nich intensywna kampania marketingowa przyciąga tłumy klientów w piątki i sobotę poprzedzające wolne niedziele.
Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland
Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Utrudnieniem dla dalszego intensywnego rozwoju rynku stacjonarnego handlu będzie również systematyczny wzrost wartości rynku e-commerce oraz zmieniające się nawyki zakupowe, zwłaszcza wśród młodszych generacji. Realizacja nowych obiektów handlowych staje się coraz trudniejszym zadaniem w otoczeniu nasilonej konkurencji. Obserwujemy natomiast wyraźny trend rozbudowy i przebudowy starszych obiektów handlowych, nawet tych o silnej pozycji na rynku. Dopasowanie oferty do zmieniających się oczekiwań konsumentów i poszerzenie zestawu najemców o nowe marki handlowe, elementy rozrywkowe, gastronomiczne czy usługowe, stanowią skuteczne narzędzia budowania przewagi konkurencyjnej

Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Nowe przepisy podatkowe od 2019r. – jak rozliczać auta służbowe w wynajmie długoterminowym?

Agnieszka Piasecka – Ekspert PZWLP
Agnieszka Piasecka, Ekspert PZWLP, Kierownik Działu Prawnego Alphabet Polska

Z początkiem 2019 roku zaczęły obowiązywać nowe przepisy podatkowe, dotyczące samochodów osobowych użytkowanych przez przedsiębiorców. Nowe regulacje wprowadziły istotne zmiany w zakresie wynajmu długoterminowego oraz leasingu. Zmodyfikowane przepisy mają wpływ nie tylko na przedsiębiorców, korzystających z aut służbowych, ale również cały rynek motoryzacyjny w kraju. Firmy są bowiem już od dłuższego czasu głównym filarem sprzedaży nowych aut w kraju. W 2018 r. były nabywcami już blisko 3/4 wszystkich samochodów sprzedanych w polskich salonach, z czego aż 2/3 spośród tych aut zostało sfinansowane leasingiem lub wynajmem długoterminowym.

Nowe regulacje zostały wprowadzone ustawą z dnia 23 października 2018 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz niektórych innych ustaw, która weszła w życie 1 stycznia bieżącego roku. Do najważniejszych zmian należą wprowadzenie limitu dotyczącego kosztów związanych z nabyciem samochodu osobowego, jaki przedsiębiorca może ująć w odpisach amortyzacyjnych oraz ograniczenie do 75% możliwych do zaliczenia w koszty uzyskania przychodu kosztów używania (np. paliwo, naprawy, myjnia), w przypadku samochodu osobowego używanego w sposób mieszany, czyli zarówno do działalności gospodarczej, jak i do celów prywatnych.

Zgodnie z danymi PZWLP, obecnie już ponad 1/5 wszystkich nowych aut osobowych sprzedawanych do firm w Polsce jest sprzedawana z przeznaczeniem na oddanie do używania w ramach tzw. wynajmu długoterminowego, czyli w istocie leasingu operacyjnego z obsługą pojazdów. Zgodnie z obowiązującymi do końca 2018 roku przepisami, raty leasingu operacyjnego za samochód osobowy stanowiły dla przedsiębiorcy w całości koszt uzyskania przychodu, niezależnie od wartości auta. Podobnie było w przypadku kosztów używania związanych z użytkowanym na podstawie umowy leasingu operacyjnego samochodem, czyli np. raty serwisowej, kosztów paliwa, myjni, czy też płynów eksploatacyjnych – one również mogły być w takim przypadku w całości zaliczane przez firmę do kosztów uzyskania przychodu. Koszty ubezpieczenia auta natomiast, co do zasady były możliwe do zaliczenia w całości do kosztów uzyskania przychodu jedynie w przypadku samochodów o wartości do 20 tys. Euro.

Samochody osobowe o wartości powyżej 150 tys. zł  dotknięte największymi zmianami podatkowymiPrzyklad – auto o wartosci 100 tys. zl – leasing operacyjny 36 miesPrzyklad – auto elektryczne o wartosci 160 tys. zl – leasing operacyjny 36 mies

Przyklad – auto o wartosci 200 tys. zl – leasing operacyjny 36 miesPrzyklad – auto elektryczne o wartosci 300 tys. zl – leasing operacyjny 36 mies Nowe przepisy wprowadziły istotne zmiany w zakresie rozliczania podatkowego samochodów osobowych, w tym oddanych do używania w ramach tzw. wynajmu długoterminowego (leasingu operacyjnego z obsługą). W przypadku samochodów osobowych o wartości nieprzekraczającej 150 tys. zł, raty leasingu nadal będą mogły być w całości zaliczane do kosztów uzyskania przychodów u leasingobiorcy. Inaczej, niż dotychczas przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o auta o wartości powyżej 150 tys. zł.

Raty leasingowe w ich przypadku mogą zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów jedynie w proporcji w jakiej wartość samochodu pozostaje do 150 tys. zł – mówi Agnieszka Piasecka, Ekspert PZWLP, Kierownik Działu Prawnego Alphabet Polska. – Stosując pewne uproszczenie można powiedzieć, że w przypadku auta o wartości na przykład 200 tys. zł, stosowana będzie zatem proporcja ¾.

Pomimo zmiany przepisów, wynajem długoterminowy wciąż pozostaje bardzo atrakcyjną dla przedsiębiorców formą finansowania samochodów osobowych o wartości powyżej 150 tys. zł. Wynika to ze specyfiki tej usługi. W wynajmie długoterminowym spłacana jest bowiem jedynie część ceny zakupu auta, w odróżnieniu od np. klasycznego leasingu finansowego, gdzie w ratach leasingowych pokrywamy całą cenę zakupu samochodu.

Zgodnie z nowymi przepisami, próg wartości dla samochodów elektrycznych będzie wyższy
i wyniesie 225 tys. zł.

Ograniczenie rozliczania podatkowego kosztów używania, większy limit wartości auta w przypadku kosztów ubezpieczenia

Znowelizowane przepisy wprowadziły również istotną zmianę, jeśli chodzi o możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodu kosztów używania samochodu. Dotychczas firmy mogły rozliczyć całość wydatków tego typu, od nowego roku ustanowiony został natomiast limit w wysokości 75% tych kosztów, który dotyczy zarówno aut z napędami spalinowymi, jak i elektrycznymi. Co prawda, możliwe będzie zaliczenie pełnej wysokości takich wydatków do kosztów uzyskania przychodów, ale tylko pod warunkiem prowadzenia ewidencji przebiegu pojazdu (ewidencji dla potrzeb VAT), która będzie potwierdzać wykorzystanie pojazdu wyłącznie w działalności gospodarczej.

Zmiany nastąpiły także w przypadku zasad zaliczania do kosztów uzyskania przychodu kosztów związanych z ubezpieczeniem samochodu. W tym przypadku limit został zwiększony z obowiązującej do tej pory kwoty 20 tys. euro do 150 tys. zł. W przypadku, gdy wartość samochodu przyjęta dla celów ubezpieczenia przekracza 150 tys. zł, kosztem uzyskania przychodu jest koszt ubezpieczenia w proporcji w jakiej wartość pojazdu przyjęta dla celów ubezpieczenia pozostaje do kwoty 150 tys. zł. Limit  będzie obowiązywał zarówno w odniesieniu do pojazdów z napędem tradycyjnym, jak i pojazdów elektrycznych.

Jeśli chodzi o umowy najmu samochodów, występujące przede wszystkim w coraz bardziej popularnych w Polsce usługach wynajmu krótkoterminowego i średnioterminowego, zasady rozliczania podatkowego miesięcznej raty są analogiczne do tych obowiązujących w leasingu. W przypadku umów tego typu, zawieranych na okres do 6 miesięcy, do obliczenia proporcji w jakich raty czynszu najmu mogą stanowić koszty uzyskania przychodów, należy zastosować wartość przyjętą dla celów ubezpieczenia pojazdu.

Nowe regulacje wprowadziły również przepisy przejściowe. Dotychczasowe zasady dotyczące rozliczania umów leasingu będzie można stosować w stosunku do umów leasingu zawartych przed dniem 1 stycznia 2019 r. Zmiana umowy leasingu lub jej odnowienie po dniu 31 grudnia 2018 r. będzie oznaczać konieczność stosowania do takiej umowy nowych zasad.

Nowe przepisy pozostawiają wciąż wiele pytań i niejasności interpretacyjnych

Eksperci zwracają uwagę, że wprowadzone od początku roku nowe regulacje, przede wszystkim w zakresie dotyczącym tzw. przepisów przejściowych, wciąż budzą wiele wątpliwości interpretacyjnych i pozostawiają wiele pytań bez jednoznacznej odpowiedzi.

Przedsiębiorcy stosujący w praktyce zmienione przepisy będą musieli zmierzyć się
z kilkoma niewiadomymi, wynikającymi między innymi z przepisów przejściowych
– mówi Agnieszka Piasecka, Ekspert PZWLP, Kierownik Działu Prawnego Alphabet Polska. – Konieczne będzie na przykład doprecyzowanie jaka zmiana umowy leasingu zawartej po 31 grudnia 2018r. będzie pociągała za sobą również zmianę zasad opodatkowania.

Polityka energetyczno-klimatyczna UE wpłynie na podwyżki ceny prądu w Polsce

Polityka energetyczno-klimatyczna Unii Europejskiej bardzo mocno wpływa na miks energetyczny oraz ceny energii elektrycznej i ciepła w Polsce. W ostatnich latach zreformowano system ETS, czyli handlu emisjami CO2 – który przez lata był przewymiarowany. Teraz został zawężony i co dwa lata będzie regularnie się kurczył. To stworzy silny impuls do wychodzenia ze źródeł wysokoemisyjnych. Do każdego z nich doliczany jest obecnie coraz wyższy tzw. podatek węglowy czy ekologiczny. Polski miks energetyczny w produkcji energii elektrycznej w 80 proc. opiera się na węglu, a w ciepłownictwie – w ponad 90 proc. Wzrost cen energii dotknie wszystkich. Zarówno w domach – gdzie taryfa G jest prostsza do ograniczania, ale też w sektorach, gdzie ceny mogą być uwolnione.

– Impuls do trwałego wzrostu energii z niskoemisyjnych źródeł będzie stały. Dyskusja w przestrzeni publicznej będzie miała miejsce przy kolejnych taryfach na następny rok – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego – Takie rozwiązanie jest działaniem doraźnym. W przypadku obecnych cen CO2 na poziomie 25 euro, debata na ten temat już trwa. Przestrzeń do wzrostów jest tymczasem otwarta. W projekcjach unijnych pojawiają się już wyższe poziomy. W rachunkach za prąd rząd ma ograniczony wpływ na część dotyczącą samej energii. Politycy mogą jedynie zmienić opłaty i koszty, które stanowią dodatkową część należnościModerowana – do pewnego stopnia – może być więc tylko część rachunku. Pozwala na to obniżenie akcyzy o kolejne 5 złotych czy zmniejszenie VAT-u, co dotknie gospodarstwa domowe. Istnieje jednak limit wywierania tego typu technicznego wpływu na rachunki – wyjaśnił Roszkowski.

Słabsze dane z Polski. Włosi zwiększają socjal

Po produkcji przemysłowej słabo wypadła również sprzedaż detaliczna w Polsce. Rzym realizuje postulat wyborczy wprowadzenia dochodu podstawowego. Dobre dane z brytyjskiego rynku pracy.

Sprzedaż detaliczna również zwalnia

Ostatnie dane z Polski wypadają wyraźnie poniżej oczekiwań. Po słabszych danych o produkcji przemysłowej poznaliśmy produkcję przemysłową. Rośnie ona o 4,7%, aczkolwiek analitycy spodziewali się 7,7%. Rynki walutowe przyjęły te informacje bez większej reakcji. Najprawdopodobniej czekają czy słabsze dane przełożą się na wzrost gospodarczy. Biorąc pod uwagę, że to wzrost sprzedaży detalicznej jest wolniejszy od wzrostu wynagrodzeń jest to korzystny sygnał dla stabilności gospodarki. Oznacza, że nie będziemy wpadać w pętle kredytową. Dane na temat wzrostu gospodarczego poznamy już za dwa dni i prawdopodobnie wtedy możemy zobaczyć jakieś większe zmiany na złotówce.

Dochód obywatelski we Włoszech

Rząd w Rzymie zrealizował jedną ze swoich obietnic. Mowa o tzw. dochodzie podstawowym. Warto zwrócić jednak uwagę, że w przeciwieństwie do koncepcji powszechnego dochodu podstawowego ten dotyczy tylko najsłabiej zarabiających obywateli. Będzie to wedle szacunków około 5 milionów osób. Konstrukcja samego świadczenia wskazuje, że znika zarówno po osiągnięciu określonych dochodów jak i po trzykrotnym odrzuceniu oferty pracy. W tym celu rząd zarezerwował kwotę 7 miliardów euro i to między innymi ta kwota była jednym z powodów problemów z nadmiernym deficytem Włoch.

Dobre dane z Wysp

Brytyjski rynek pracy pomimo problemów z niepokojem okołobrexitowym wygląda coraz lepiej. Bezrobocie właśnie spadło do 4%. Poziom ten był już obserwowany w miesiącach letnich tego roku. Poprzedni raz tak mało bezrobotnych notowano w połowie lat 70 XX wieku. Po tych dobrych danych funt delikatnie umocnił się względem innych walut. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że funt od głosowania brexitowego umocnił się o około 2%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs euro i dolara – prognoza długoterminowa analityków Ebury

Według ekspertów Ebury, sytuacja zewnętrzna nie będzie istotnie szkodzić złotemu, a wewnętrzna nadal powinna sprzyjać krajowej walucie. Prognozy na koniec roku? EUR/PLN 4,22; USD/PLN 3,67.

Polski złoty w 2018 r. radził sobie dość słabo, mimo, iż na początku roku waluta umocniła się w relacji do euro. Złotemu nie sprzyjały kwestie zewnętrzne, szczególnie umocnienie dolara amerykańskiego oraz słabość euro, jak i wzrost awersji do ryzyka na rynkach finansowych. Kwestie wewnętrzne miały mieszany wpływ na złotego, jednak ostatecznie jedna z nich, czyli odsunięcie w czasie podwyżek stóp procentowych, powstrzymała aprecjację złotego.

Kurs EUR/PLN & USD/PLN (styczeń ‘18-styczeń ‘19)

kurs złotego do euro prognozaŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/01/2019

Mimo, że polska waluta zakończyła ubiegły rok wyprzedażą, kraj gospodarczo radził sobie bardzo dobrze – znacząca część kluczowych wskaźników gospodarczych w 2018 r. pobiła wieloletnie rekordy. Z dość dużą dozą pewności można stwierdzić, że kraj zakończył 2018 r. ze wzrostem gospodarczym zbliżonym do 5%. Sytuacja na rynku pracy uległa poprawie – Polska notuje jeden z najniższych w Europie poziomów bezrobocia i względnie wysoki wzrost płac, który był szerszy niż w poprzednich latach. Jednocześnie w gospodarce nie widać znaczących nierównowag.

Poprawa wizerunku

Sytuacja fiskalna państwa jest dobra. Deficyt sektora finansów publicznych w 2018 r. powinien wynosić poniżej 1%, co w parze z wysokim wzrostem gospodarczym pozwoli na redukcję stosunku długu do PKB. Powinno to pozwolić na poprawę wizerunku w oczach kredytodawców. Kraj, z uwagi na dobrą sytuację i perspektywy gospodarcze, zgodnie z naszymi oczekiwaniami i wbrew oczekiwaniom rynku w październiku ubiegłego roku doświadczył podwyżki ratingu ze strony agencji S&P. Obok S&P, pozostałe agencje tzw. „Wielkiej Trójki” aktualizowały prognozy dotyczące wzrostu gospodarczego i wskaźników fiskalnych. Niewykluczone, że – uwzględniając dobre wyniki fiskalne i stabilne otoczenie ekonomiczne – retoryka agencji w kontekście Polski będzie nadal się poprawiać.

Mimo wysokiego wzrostu gospodarczego, który prawdopodobnie przewyższa poziom wzrostu potencjalnego kraju, wysokiej dynamiki płac i znaczących wydatków rządowych, dynamika cen w gospodarce pozostała relatywnie niska. Brak wyraźnej presji cenowej do pewnego stopnia związany jest z wysoką produktywnością oraz niską presją cenową w strefie euro – w istotnym stopniu jednak pozostaje zagadką, zwłaszcza w kontekście sytuacji innych krajów regionu takich jak Czechy czy Węgry. Inflacja CPI w ostatnim kwartale roku wyraźnie spadła, co wiązać należy przede wszystkim ze spadkiem cen ropy naftowej oraz żywności. W grudniu ceny konsumenckie w Polsce rosły o 1,1% w ujęciu rocznym, czyli najwolniej od dwóch lat.

Inflacja i stopy procentowe w Polsce (2009-2019)

inflacja w polsceŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 16/01/2019

W związku z niską, wewnętrzną presją cenową oraz czynnikami zewnętrznymi, które nie sprzyjały wzrostowi inflacji, Rada Polityki Pieniężnej utrzymywała stabilny poziom stóp procentowych. Inflacja (zarówno bazowa, jak i CPI) znajdująca się na koniec roku poniżej dolnego poziomu odchyleń widełek celu inflacyjnego (2,5% +/- 1p.p.) sprawiała, że bank centralny mógł uzasadnić decyzję o niedokonaniu istotnych zmian w parametrach polityki pieniężnej. Sprzyjał temu również brak istotnych nierównowag w gospodarce oraz ograniczone działania ze strony EBC w 2018 r.

Co czeka nas w 2019 roku?

Bieżący rok w naszej opinii powinien przynieść przede wszystkim kontynuację trendów z poprzedniego roku: spodziewamy się, że ekspansja gospodarcza nadal będzie wyraźna, jednak znajdzie się bliżej środka szacowanego na ok. 3-4% wzrostu potencjalnego kraju. Niekorzystnie na wzrost w bieżącym roku będą oddziaływały szczególnie czynniki zewnętrzne, niekoniecznie sprzyjać będzie jednak również m.in. sytuacja na rynku pracy oraz wysoka baza z poprzedniego roku.

Widać redukcję popytu zewnętrznego, co negatywnie oddziałuje na sytuację krajowego sektora przemysłowego i eksport kraju. Indeks PMI dla przemysłu, mimo, iż nie jest najlepszym miernikiem sytuacji w gospodarce takiego kraju jak Polska, w grudniu spadł do 47,6 punktów, czyli najniższego poziomu od 4 lat, sugerując, że sektor doświadcza problemów. Struktura subindeksów tworzących indeks dla Polski sugeruje, że spadek aktywności należy rozpatrywać w kontekście sytuacji globalnej (m.in. obaw związanych z wojną handlową USA i Chin), spowolnienia w strefie euro oraz ograniczeń krajowego rynku pracy.

Nie spodziewamy się, żeby negatywne tendencje w strefie euro miały się istotnie pogłębić, podobnie jak nie spodziewamy się eskalacji wojny handlowej, a raczej rozwiązania konfliktu. W związku z tym jesteśmy względnie optymistyczni względem perspektyw Polski.

Indeks PMI dla przemysłu Polski (2016-2018)

indeks pmi w polsceŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 16/01/2019

Co mamy na myśli mówiąc o ograniczeniach polskiego rynku pracy? Wygląda na to, że obecnie znajdujemy się w okolicy naturalnego poziomu bezrobocia. Stopa bezrobocia ma coraz większe problemy ze spadkiem, dynamika zatrudnienia spada, z kolei dynamika płac utrzymuje się na wysokim poziomie.

Obecna sytuacja sprzyja utrzymaniu względnie wysokiego poziomu konsumpcji (oraz importu), jednak niekorzystnie wpływa na inwestycje prywatne i krajowy eksport. Problemy sektora przemysłowego nie powinny automatycznie i radykalnie ściągać w dół całej gospodarki, jednak nie pozostaną bez wpływu na pozostałe sektory. Co istotniejsze, niektóre stojące za nimi powody sygnalizują, że ekspansja gospodarcza powinna być niższa niż rok temu. Oprócz tego, zostaje jeszcze kwestia efektu wysokiej bazy z poprzedniego roku, która powinna w naturalny sposób ograniczyć wzrost komponentów najistotniejszych dla wzrostu gospodarczego.

Mimo oczekiwanego spowolnienia ekspansji, nie oczekujemy spadku inflacji, a sytuacji zgoła przeciwnej. Sądzimy jednak, że wzrost dynamiki cen w bieżącym roku powinien być ograniczony. W naszej opinii dynamika cen konsumenckich wspierana przez zmiany na rynku pracy (oczekiwane również w sektorze publicznym), oczekiwane odbicie dynamiki cen w strefie euro oraz wyjątkowo niską bazę w ostatnim kwartale 2018 r. powinna znaleźć się w okolicy środka celu inflacyjnego w końcówce roku. W 2020 r. prawdopodobnie jeszcze przyspieszy, z uwagi na oczekiwany odpływ części pracowników z Ukrainy w konsekwencji otwarcia rynku w Niemczech.

W związku z tym, że naszym zdaniem sytuacja zewnętrzna nie będzie istotnie szkodzić złotemu, a wewnętrzna nadal powinna w naszej ocenie sprzyjać walucie, sądzimy, że złoty powinien w 2019 r. łagodnie umocnić się względem euro. Jeśli zgodnie z naszymi oczekiwaniami, w związku ze wzrostem inflacji oraz wzrostem perspektyw wyższej dynamiki cen w 2020 r., RPP zacznie rozważać, a później podejmie decyzję, o wzrostach kosztów kredytu – złoty powinien wyraźniej zyskiwać na początku 2020 r.

Eksperci Ebury – Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Grudzień bez konsumpcyjnego szaleństwa

W grudniu Polacy robili raczej skromne zakupy. Sprzedaż detaliczna była wyższa niż rok wcześniej jedynie o 4,7 proc. To wynik najsłabszy od kwietnia 2018 r.

W grudniu ubiegłego roku konsumenci nie byli zbyt rozrzutni. Jak wynika z danych GUS, sprzedaż detaliczna, liczona w cenach bieżących, była wyższa niż rok wcześniej jedynie o 4,7 proc., podczas gdy ekonomiści spodziewali się wzrostu o 7,7 proc. Tak słabą dynamikę poprzednio odnotowano w kwietniu 2018 r. (wówczas wyniosła ona 4,6 proc.), a wcześniej w październiku 2016 r. Trzeba jednak pamiętać, że w poprzednich miesiącach sprzedaż rosła bardzo mocno, w listopadzie o 8,2 proc., a w październiku o 9,7 proc., choć w całym roku jej dynamika wyniosła 7,5 proc., a więc była niższa niż w 2017 r., gdy sięgnęła 8,4 proc. Także w cenach stałych, czyli po wyeliminowaniu wpływu inflacji, ubiegły rok był pod względem zakupów nieco słabszy niż 2017 r. W grudniu 2018 r. sprzedaż detaliczna wzrosła w tym ujęciu o 3,9 proc. a w całym roku o 6,2 proc., podczas gdy w 2017 r. poszła w górę o 7,3 proc. W obecnym roku, mimo bardzo prawdopodobnego utrzymywania się korzystnych warunków na rynku pracy, a więc niskiego bezrobocia i wzrostu płac, można spodziewać się dalszego wyhamowania zakupowej dynamiki. Konsumenci mają świadomość, że wydatków nie można nadmiernie zwiększać, szczególnie wobec powszechnych prognoz osłabienia koniunktury w gospodarce. Wskazuje na to nieznaczne pogorszenie się wskaźników nastrojów konsumentów.

W grudniu najmocniej, bo o 10,4 proc. (w cenach stałych) zwiększyła się sprzedaż produktów określanych przez GUS jako „pozostałe”. Chętnie kupowano meble oraz sprzęt RTV i AGD, których sprzedaż wzrosła o 8,1 proc., a także tekstylia, odzież i obuwie, gdzie wzrost wyniósł 7 proc. Niewiele mniej, bo o 6,8 proc. wzrosła sprzedaż samochodów i części do nich. W całym 2018 r. najchętniej kupowaliśmy odzież i obuwie (wzrost o 12,1 proc.), farmaceutyki i kosmetyki (wzrost o 11,5 proc.) oraz artykuły „pozostałe” (wzrost o 11 proc.). Co ciekawe, w grudniu wyraźnie niższa niż rok wcześniej, bo o 2,4 proc., była sprzedaż żywności, napojów i wyrobów tytoniowych, a w całym ubiegłym roku zwiększyła się ona jedynie o 0,9 proc. w porównaniu do 2017 r. (licząc po wyeliminowaniu inflacji). Można z tego wyciągnąć wniosek, że najbardziej podstawowe potrzeby, związane głównie z żywnością, konsumenci zaspakajają już w wystarczającej skali, zwiększają zaś wydatki na artykuły bardziej „luksusowe”, takie jak odzież, kosmetyki, sprzęt RTV i AGD oraz „inne”, niekoniecznie pierwszej potrzeby. Pod tym względem tendencje są zresztą bardzo podobne, jak w 2017 r., gdy pod względem dynamiki dominowały identyczne grupy towarów.  Jak różne mogą być wnioski w zależności od sposobu liczenia, pokazuje przykład paliw. W cenach stałych ich sprzedaż zwiększyła się o 8 proc., ale biorąc pod uwagę ceny bieżące, poszła w górę aż o 15,8 proc. Wzrost kosztów nie ograniczył więc specjalnie popytu, ale mocniej odbił się na rachunkach płaconych na stacjach benzynowych.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Prawie trzy razy więcej wakatów niż bezrobotnych na czeskim rynku pracy

Bezrobocie w Czechach wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie. Jednak o wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada decydują również: olbrzymia liczba wakatów, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu za listopad. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków MFW na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.

Prawie trzy razy więcej wakatów niż bezrobotnych

Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.

Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.

Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.

Bez studiów też da się zarobić

Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.

Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach  jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).

Praca wszystkim się opłaca

Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.

Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem (próg 60 proc. mediany ekwiwalentnego dochodu do dyspozycji po transferach socjalnych). Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).

Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.

Sąsiedzi lgną do Czech

W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.

Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys.

Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy. Jeżeli sytuacja gospodarcza u naszego wschodniego sąsiada poprawi się lub inne unijne kraje zaczną z większym zaangażowaniem konkurować o zatrudnienie obcokrajowców spoza Wspólnoty, wtedy Polska straci znacznie więcej niż Czechy.

Nagłe ochłodzenie zamraża rynek mieszkaniowy w Wielkiej Brytanii

Według najnowszego badania RICS 2018 rok skończył się dla brytyjskiego rynku mieszkaniowego osłabieniem oraz dalszą niepewnością. Towarzyszył temu niedobór podaży mieszkań oraz problemy z ich ekonomiczną dostępnością.

W grudniu miał miejsce dalszy spadek kluczowych wskaźników rynkowej aktywności. Zmniejszył się wolumen sprzedaży, choć w niektórych rejonach Zjednoczonego Królestwa ten główny wskaźnik wskazywał na bardziej pozytywny trend (East Anglia, Walia, North East oraz Północna Irlandia).

Przewiduje się, że przez kolejne trzy miesiące w całej Wielkiej Brytanii sprzedaż nie ulegnie zmianie lub będzie spadać. Główne saldo netto sprzedaży wynoszące 28% to najniższa wartość od momentu, gdy zaczęto realizować badania w 1999 roku. Prognoza 12-miesięczna jest nieco bardziej optymistyczna, co sugeruje, że w pewnej mierze pesymizm dotyczący perspektywy krótkofalowej związany jest z tym, że nie do końca wiadomo, w jaki sposób Wielka Brytania opuści w marcu UE.

Jeśli chodzi o ceny, w grudniu główny wskaźnik odnotował nieco większy spadek (o -19%, w porównaniu do listopadowych -11%). Był to czwarty ujemny wynik z rzędu. Niemniej jednak wartość wskaźnika dla Wielkiej Brytanii nie pokazuje różnic regionalnych.

12-miesięczna prognoza cenowa jest zasadniczo płaska. Z wyjątkiem Londynu oraz regionu South East England, przewiduje się, że w 2019 roku ceny w innych regionach Wielkiej Brytanii będą wzrastać lub utrzymywać się na stałym poziomie.

Na rynek w dalszym ciągu wpływa niedobór podaży oraz przystępność cenowa mieszkań: w grudniu nastąpił dalszy spadek podaży oraz zainteresowania ze strony nabywców. Ilość nowych zapytań nabywców spadała przez piąty miesiąc z rzędu (saldo netto wyniosło -17%, w porównaniu do -20% w listopadzie). Spadkowi popytu po stronie nabywców towarzyszył spadek nowych ofert sprzedaży, których ilość spada od 6 miesięcy. Ich spadek miał miejsce przez 19 z ostatnich 24 miesięcy.

W związku z tym ilość mieszkań w ofercie agencji nieruchomości pozostawała na niemal rekordowo niskim poziomie. Obecnie na jeden oddział agencji przypadają średnio 42 nieruchomości.

Ponadto problemy z podażą są oczywistym faktem w przypadku rynku wynajmu – ilość ofert najmu wynajmujących ponownie spadła, co oznaczało spadek w każdym z 12 minionych miesięcy.

Kluczowe wyniki badania RICS:

  • W grudniu nastąpił spadek pod względem zapytań nabywców, zatwierdzonych transakcji zakupu, a także nowych ofert sprzedaży.
  • W dalszym ciągu mieliśmy do czynienia ze spadkowym trendem nowych ofert sprzedażowych – spadek miał miejsce również podczas 19 spośród 24 minionych miesięcy.
  • Przewiduje się, że osłabienie sprzedaży trwać będzie przez kilka kolejnych miesięcy.
  • Nieco większy spadek dotyczył wartości głównego salda netto cen.

Opinia eksperta RICS:

Simon Rubinsohn, główny analityk ekonomiczny RICS
Simon Rubinsohn, główny analityk ekonomiczny RICS

Simon Rubinsohn, główny analityk ekonomiczny RICS:

„W świetle trwającej niepewności w związku ze zdominowaniem mediów przez informacje dotyczące Brexitu, nie jest niczym zaskakującym, że w grudniu, nawet uwzględniając tradycyjne wzorce, mięliśmy do czynienia ze spadkiem zainteresowania zakupem nieruchomości. Powyższe znajduje również wyraźne odzwierciedlenie w pogarszającym się trendzie w zakresie krótkofalowych prognoz sprzedażowych. Patrząc dalej w przyszłość, dosyć pocieszająca jest sugestia, iż transakcje w skali krajowej zaczną się stabilizować, gdy już zniknie część obecnej mgły, jednak chwila ta jest dla wielu respondentów badań zbyt odległa.

Co więcej trudno się spodziewać, by w obecnym klimacie deweloperzy chcieli zwiększać popyt. Nigdy nie zakładano, iż osiągnięcie docelowego rządowego poziomu 300 tys. mieszkań będzie łatwym zadaniem, jednak zbliżenie się do tej ilości będzie wymagało dużo większych starań po stronie innych podmiotów, w tym władz lokalnych, korzystających ze swej nowo zyskanej wolności”.

Coraz mniej osób popiera zakaz handlu

Liczba osób popierających zakaz handlu w niedzielę spadła w grudniu o 3 punkty procentowe w stosunku do wyników badań z listopada i obecnie wynosi 28%. Aż 71% Polaków nie chce, żeby politycy urządzali im weekendy. Odsetek zupełnych przeciwników ograniczania handlu w niedzielę w fali grudniowej jest identyczny jak w pomiarze listopadowym – 39% Polaków nie akceptuje tej zmiany w żadnej postaci –komentuje prof. Dominika Maison. Zagregowane dane z obydwu fal pokazują, że ustawa ma więcej przeciwników wśród mieszkańców małych oraz największych miast.

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że wprowadzona zmiana miała wpływ na zachowania konsumenckie bardzo ograniczonej grupy osób. Przed wprowadzeniem ograniczeń 85% respondentów deklarowało robienie zakupów w niedzielę, przy bieżących ograniczeniach zakupu w niedzielę dalej robi 78% badanych. Można zatem stwierdzić, że zmiana dotknęła tylko 1 na 14 Polaków. Wynika to także z charakteru najczęściej dokonywanych w niedzielę zakupów – 78% osób deklaruje, że obejmują one artykuły spożywcze/jedzenie, podczas gdy żadna z innych kategorii nie osiągnęła poziomu 50%.

Wyniki badań pokazują, że po wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę, ponad 60% Polaków nadal robi zakupy w te dni. Zmianie uległy wyłącznie miejsca dokonywania zakupów – w tzw. “niedziele wolne od handlu” będą to najczęściej małe sklepy (78% respondentów) i stacje benzynowe (44% badanych), rzadziej cukiernie i piekarnie (16 %) oraz kioski ( 3%).

  • Im większe ograniczenia, tym więcej przeciwników zakazu – szczególnie w przypadku oceny rozwiązania planowanego na 2020 r. obserwuje się, że grupa „na nie” jest znacznie większa niż grupa „na tak” (54% vs. 32%).
  • Grupa zupełnych przeciwników (osób, które nie akceptują ograniczeń w żadnej postaci) jest tak samo duża jak w pierwszej fali badania i wynosi 39%. Więcej przeciwników wprowadzanych zmian w handlu w niedziele obserwuje się wśród:
    • Mieszkańców małych miast (do 20 tys. mieszkańców) – możliwe, że w mniejszych lokalizacjach mieszkańcy mają mniej alternatyw wobec atrakcji oferowanych przez duże sklepy i centra handlowe.
    • Mieszkańców wielkich miast (powyżej 500 tys. mieszkańców) – prawdopodobnie duże odległości oraz duży ruch uliczny powodują więcej utrudnień w robieniu zakupów w ciągu tygodnia lub w soboty.
    • Osób obecnie pracujących w handlu niż Polaków, którzy nigdy nie pracowali w tym sektorze – możliwe, że dla części pracowników handlu zmiany oznaczają ograniczenie możliwości zarobkowych.

Myślę, że liczba przeciwników zakazu handlu będzie rosła. Miesiące zimowe nie są tak przyjazne do spędzania czasu poza domem jak letnie. – podsumowuje Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i PracodawcówBędziemy apelowali do rządu o zniesienie zakazu i wprowadzenia w Kodeksie Pracy dwóch wolnych niedziel dla pracowników wszystkich branż, nie tylko handlu. Obecne rozwiązanie ma charakter dyskryminacyjny. Ponadto dorzynany jest polski handel – który nie jest w stanie poradzić sobie z agresywnymi promocjami cenowymi dyskontów.

5 prognoz dla rynku data center w 2019 roku

Przełom roku to tradycyjnie czas stawiania prognoz dotyczących rozwoju technologii. Nie powinniśmy jednak liczyć na rewolucję. Rozpoczynający się rok będzie czasem dojrzewania już istniejących technologii i ich szerszej popularyzacji. Co to oznacza dla biznesu i branży data center, komentują eksperci polskiego rynku.

  1. Czeka nas życie na krawędzi

Wdrożenia technologii 5G i coraz częstsze wykorzystanie urządzeń IoT będą najważniejszymi czynnikami stojącymi za popularyzacją tw. edge computing. Business Insider Intelligence szacuje, że do 2020 r. 5,6 miliardów urządzeń będących własnością przedsiębiorstw będzie wykorzystywać obliczenia brzegowe do gromadzenia i przetwarzania danych.

– Rozwiązania brzegowe są znane od lat, ale dopiero teraz mają szansę na masowe zastosowanie. Oczywiście nie zastąpią one chmury ani tradycyjnych centrów danych. Z jednej strony wzbogacą je, z drugiej potrzebować będą ich wsparcia. Najlepszym przykładem tej swoistej synergii są czujniki IoT w fabrykach. Część danych niezbędnych do podjęcia działań jest przetwarzana u brzegu sieci, czyli w samym czujniku, zaś mniej krytyczne dane, wymagające dalszej analizy, są przetwarzane w chmurze lub na serwerach zlokalizowanych w DC. Zapotrzebowanie na swoistą mieszankę rozwiązań brzegowych i typowo centrodanowych może w nadchodzącym roku mocno zwiększyć poziom inwestycji w kolokację czy usługi chmurowe – komentuje Adam Dzielnicki z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

  1. SD-WAN szybko rośnie

Gartner spodziewa się, że do końca 2019 r. 30 proc. przedsiębiorstw wdroży technologię SD-WAN w swoich oddziałach. Trend ten oznacza nie tylko dobry czas dla wirtualizatorów sieci, ale także dla operatorów data center.

– Rozwiązania SD-WAN umożliwiają administratorom IT wdrażanie sieci prywatnych w Internecie poprzez oddzielenie warstwy oprogramowania od sprzętu. Przy swojej naturalnej elastyczności taka technologia potrzebuje jednak stabilnego i doświadczonego partnera technologicznego, który zapewni niezbędny know-how. Operatorzy data center, niejednokrotnie doświadczeni w telekomunikacji, rozwijają swoje portfolio, czyniąc z data center wielopłaszczyznową platformę usługową, gotową sprostać różnorodnym potrzebom, a rozwiązania SD-WAN staną się jednym z takich naturalnych kierunków budowy potencjału kompetencyjnego prognozuje Robert Mikołajski z Atmana.

  1. Blockchain zyska większe zaufanie

Do niedawna technologia blockchain była jednym z popularnych słów wytrychów. Mało kto wiedział, czym blockchain de facto jest, co nie przeszkadzało wróżyć „łańcuchowi bloków” świetlanej przyszłości i traktować go jako rozwiązania wszelkich problemów. Z powodu swojego związku z kryptowalutami nieco inaczej do tej technologii podchodziła branża finansowa. Wiele firm już „udomowiło” blockchain, czego najlepszym przykładem może być PKO Bank Polski. I trend ten będzie teraz zyskiwał na znaczeniu.

– Według badań PwC do 2020 r. niemal 77% przedsiębiorstw z sektora finansowego wdroży technologię blockchain jako część swoich systemów lub procesów. Będziemy również świadkami coraz większej liczby przypadków współpracy między bankami a firmami dysponującymi odpowiednim technologicznym know-how, tak jak to miało miejsce w przypadku PKO BP i Coinfirm – podkreśla Adam Dzielnicki.

To wszystko będzie miało także nie lada znaczenie dla dostawców infrastruktury IT. Ze względu na ciągły rozwój produktów finansowych i stały przyrost danych zarówno instytucje finansowe, jak i dostawcy blockchain będą pracować nad zwiększeniem wydajności systemów, do czego niezbędna będzie rozwinięta i elastyczna infrastruktura centrodanowa i telekomunikacyjna – dodaje Dzielnicki.

  1. Śmierć firmowych centrów danych

– Biznes będzie dojrzewał do tej zmiany, a najważniejsze decyzje prawdopodobnie zapadną do końca 2020 r. Kolejne etapy rozwoju nowych technologii po prostu wymuszą zmianę myślenia. O strategii IT będą decydować potrzeby danego przedsiębiorstwa, nie: posiadanie infrastruktury na własność. Część prac obliczeniowych już teraz jest wykonywana w chmurze, ale nie należy spodziewać się całkowitej rezygnacji z korzystania z fizycznych serwerów w centrach przetwarzania danych nawet w dalszej przyszłości. Przykładem mogą być systemy automatyki przemysłowej, które pewnie nigdy nie zostaną przeniesione się do chmury – zaznacza Robert Mikołajski z Atmana.

  1. Król jest jeden: multicloud

Bez wątpienia najbliższy rok ponownie będzie należał do chmury obliczeniowej. To technologia obecna od lat i przez co najmniej dekadę eksperci spierali się, która chmura jest lepsza: publiczna czy prywatna? Rzecz w tym, że obawy o bezpieczeństwo danych czy kwestie prawno-regulacyjne sprawiają, że w naszym najbliższym europejskim otoczeniu adaptacja cloud computingu bez względu na wariant i tak nie zachwyca. Eurostat podaje, że tylko 27 proc. firm w UE i 11,5 proc. w Polsce zdecydowało się na ten model przechowywania i przetwarzania danych. W roku 2019 sytuacja może się jednak zmienić.

Bez wątpienia najbliższy rok ponownie będzie należał do chmury obliczeniowej. To technologia obecna od lat i przez co najmniej dekadę eksperci próbują przekonać o jej korzyściach. Rzecz w tym, że obawy o bezpieczeństwo danych, kwestie prawno-regulacyjne czy zwykłe przywiązanie do własnej serwerowni sprawiają, że w naszym najbliższym europejskim otoczeniu przyswojenie cloud computingu nie zachwyca. Eurostat podaje, że tylko 27 proc. firm w UE i 11,5 proc. w Polsce zdecydowało się na ten model przechowywania i przetwarzania danych. W roku 2019 sytuacja może się jednak zmienić.

– Remedium na ten chmurowy zastój stać się może hybrydowe podejście do zagadnienia, czyli łączenie chmur od wielu dostawców, a także łączenie swoich prywatnych środowisk wirtualnych z chmurami firm trzecich. Takie podejście pozwala skorzystać z zalet różnych chmur, prowadzić swoje działania IT – przetwarzanie i składowanie danych – w oparciu o wirtualne rozproszone zasoby różnych dostawców: globalnych, lokalnych a jednocześnie wykorzystywać swoje własne zasoby. Wydawać by się mogło że hybrydowe podejście pociąga za sobą ogromną komplikację w zarządzaniu i użytkowaniu, jednakże już dzisiaj mamy do dyspozycji wiele narzędzi pozwalających sprawnie, spójnie i relatywnie prosto działać na hybrydach. Strategie obejmujące korzystanie z wielu chmur mogą stać się w 2019 r. standardem firmowego środowiska IT ze względu na koszty, wydajność, niezawodność, elastyczność, skalowalność i redukcję ryzyka – tłumaczy Jakub Bryła z Atmana. Inwestycje chmurowych graczy w rozwój swojego portfolio nie pozostaną także bez wpływu na rynek data center. Chmura bowiem, przy całej swojej pozornej eteryczności, pozostaje technologią wymagającą wyjątkowo solidnego, fizycznego fundamentu – dodaje.

Trendy technologiczne 2019 według SAS

Rok 2018 upłynął pod znakiem rozwoju współpracy ludzi i inteligentnych maszyn wykorzystujących mechanizmy sztucznej inteligencji. Eksperci Deloitte nazwali ten trend „No-collar workforce”, wskazując potrzebę zmiany podejścia do rozdzielania zadań, gdzie część obowiązków będą wykonywali pracownicy, a część komputery. W 2019 będziemy obserwowali dalszy rozwój inteligentnych technologii, które coraz bardziej będą wpływały na naszą pracę i życie codzienne, ale także sprawią, że stawimy czoła nowym wyzwaniom.

Nikogo nie trzeba przekonywać, jak ogromny wpływ na nasze życie ma technologia. W 2019 roku kluczowe będzie efektywne jej wykorzystanie, jednocześnie pamiętając o bezpieczeństwie i etyce. Dzięki temu możemy mieć pewność, że posłuży ona dobru ludzkości i nie zacznie działać na jej zgubę. Oczywiście wizja „buntu maszyn” jest mało realna i pozostaje domeną filmów science fiction, ale obserwujemy przypadki, kiedy boty były wykorzystywane do generowania fake newsów, które wprowadzały w błąd rzesze ludzi. Inny przykład stanowią nadużycia, z którymi zmagają się m.in. sektor bankowy, ubezpieczeniowy, publiczny czy medyczny. Dzięki automatyzacji procesów analitycznych i sztucznej inteligencji, możemy identyfikować oraz skutecznie przeciwdziałać tym negatywnym zjawiskomtłumaczy Patryk Choroś, Business Development Director w SAS.

Trendy technologiczne 2019 według SAS:

  1. Nowe źródła danych

Korzystając z Internetu, każdego dnia zostawiamy cyfrowe ślady, które są uważnie analizowane i uwzględniane w procesie tworzenia strategii marketingowych. Na ich podstawie powstają sugestie zakupowe oraz ustalane są najlepsze sposoby kontaktu z klientem. Informacje te pochodzą z komputerów, smartfonów, inteligentnych zegarków i opasek, ale także np. samochodów. W przyszłości możemy spodziewać się, że pojazd będzie w stanie zaplanować trasę podróży, biorąc pod uwagę nasze nawyki i zadania, które mamy do wykonania. Przykładowo system podpowie nam, aby w drodze do apteki po odbiór zamówionego lekarstwa wstąpić do sklepu, gdzie kupimy ulubione produkty, które akurat są przecenione.

  1. Etyka AI

Jak wynika z badania SAS, Accenture Applied Intelligence, Intela i Forbes Insights, 70% firm wdrażających projekty z zakresu sztucznej inteligencji szkoli pracowników z etycznego aspektu wykorzystania tej technologii. Dynamiczny rozwój AI napędzany przez coraz większą ilość danych i wzrost mocy obliczeniowej sprawił, że technologia ta staje się nieodłącznym elementem naszego życia. Sugestie filmów i seriali na platformie Netflix, asystenci głosowi, tacy jak Siri, Cortana czy Alexa, określenie ryzyka danego problemu zdrowotnego na podstawie analizy danych medycznych lub wykrywanie podejrzanych operacji finansowych to tylko kilka przykładów wykorzystania sztucznej inteligencji. Zapewnienie odpowiedniego nadzoru będzie jednym z głównych wyzwań, z którym musi zmierzy się biznes w 2019 roku, gdyż błędne działanie AI może mieć negatywne skutki biznesowe. 60% organizacji, które wdrożyły projekty z zakresu sztucznej inteligencji lub planuje to zrobić wskazało, że obawia się wpływu decyzji podejmowanych przez maszyny na zaangażowanie klientów. Przykładowo mogą one nie wykazać się dostateczną empatią w kontaktach z kupującymi, działać w sposób dyskryminujący lub poprzez błędną konfigurację wykorzystywać prywatne i osobiste informacje o kliencie np. w procesie oceny ryzyka kredytowego.

  1. Poufność danych

Wejście w życie 28 maja 2018 roku Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na zawsze zmieniło rzeczywistość biznesową niemal każdej organizacji. Konsumenci zyskali niespotykane dotąd możliwości kontroli tego, w jaki sposób firmy wykorzystują ich dane osobowe. Mogą oni wymagać od przedsiębiorstw m.in. informacji o tym, gdzie i w jaki sposób są przechowywane ich dane, a także poprosić o ich usunięcie z zasobów firmowych. O tym, że RODO nie jest martwym przepisem świadczy fakt, że w trakcie pierwszych miesięcy obowiązywania rozporządzenia do Urzędu Ochrony Danych Osobowych wpłynęło ponad 2000 skarg. Jeżeli dana organizacja nie wdrożyła jeszcze odpowiednich procedur, w 2019 roku musi zadbać o zabezpieczenie informacji dotyczących klientów. Inaczej narazi się na straty finansowe i wizerunkowe.

  1. Wydobycie wartości z danych

Biznes doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że dane stanowią jeden z najważniejszych zasobów. Dostępne rozwiązania sprawiają, że przetwarzanie zbiorów big data nie stanowi obecnie wyzwania, o wiele trudniejsza jest ich interpretacja i umiejętne odczytywanie zawartych w nich wzorców. Niedobór specjalistów na stanowiskach data scientist to dla biznesu wciąż poważny problem. Wpłynie to na coraz większą demokratyzację analityki, polegającą na szerszym i łatwiejszym dostępie do narzędzi analitycznych wewnątrz organizacji, a także postęp automatyzacji pozwalającej na elastyczne zarządzanie informacjami bez konieczności posiadania unikatowych kompetencji. Systemy prezentujące wyniki analiz w sposób przejrzysty i zrozumiały będą niezwykle istotne w rozwiązywaniu złożonych problemów biznesowych, wykrywaniu zagrożeń czy identyfikowaniu potencjalnych szans.

Raport Meetrics: widoczność reklam online – Polska poprawia się na europejskim tle,

Firma Meetrics opublikowała kwartalny raport „Viewability Benchmark Report”, dotyczący widoczności reklam na poszczególnych rynkach europejskich, w tym w Polsce. Wskaźnik Viewability reklam online w Polsce wzrósł już drugi kwartał z rzędu. Dzięki temu polski rynek awansował o jedną pozycję, z przedostatniego miejsca europejskiej stawki, z wynikiem Viewability na poziomie 54 proc. wyprzedzając Szwajcarię (53 proc.) i Włochy (45 proc.). Średnia wartość Viewability dla wszystkich badanych rynków w Europie jest nadal wyższa niż w Polsce, jednak spadła kwartał do kwartału o 3 punkty procentowe, do 58 proc. (wobec 61 proc. kwartał wcześniej). 

Meetrics jest dostawcą rozwiązań do weryfikacji i poprawy widoczności, jakości oraz skuteczności kampanii reklamowych. Firma publikuje swoje raporty dotyczące wybranych krajów europejskich od 2016 roku. Polski rynek jest w nich uwzględniany od II kwartału 2017 r., kiedy to firma zadebiutowała w Polsce.

Jak wynika z raportu “Meetrics Benchmark Report Q4/2018” w czwartym kwartale br. w Polsce odsetek wyświetlonych banerów reklamowych spełniających minimalne wytyczne dotyczące widoczności wzrósł na polskim rynku do 54 proc. (wobec 53 proc. w III kwartale i 50 proc. w II kwartale), co plasuje nasz kraj nadal na dole tabeli jeśli chodzi o porównania międzynarodowe, jednak pozwoliło przesunąć się naszemu rynkowi o kolejną pozycję w górę (i poza rynkiem włoskim wyprzedzić także szwajcarski).

Średni czas kontaktu z reklamą display (Viewable Viewtime) także minimalnie w Polsce wzrósł, do poziomu 19 sekund w IV kwartale, wobec 18,7 sekundy w III kwartale 2018 r.

Nieznacznie spadło w Polsce natomiast Viewability reklam wideo – do 49 proc. w IV kwartale (wobec 50 proc. w III kwartale); jednocześnie jednak średni czas kontaktu z reklamą wideo wzrósł bardzo wyraźnie, do 18,1 sekund (wobec 15,4 sekund w III kwartale).

Najlepsze wskaźniki wśród formatów reklamowych jeśli chodzi o średnią widoczność osiągnęły na polskim rynku w IV kwartale br.: Halfpage (68 proc. Viewability i 41,2 sek. czasu kontaktu z reklamą) oraz Skyscraper (64 proc. i 17,5 sek.).

W podsumowaniu europejskim najlepszy wynik wśród formatów odnotowuje Sitebar (Viewability – 80 proc., Viewtime – 31,5 sek.), a za nim plasuje się Skyscraper (70 proc. i 17,7 sek.).

Pod względem czasu kontaktu z reklamą (Viewable Viewtime) przoduje format Medium Rectangle, który co prawda miał Viewability na poziomie 50 proc., jednak czas kontaktu z reklamą wyniósł aż 39,9 sek.

Ogólnie Polska, z wynikiem na poziomie 54 proc., poprawiła swoją pozycję, jednak wciąż plasuje się na dość dalekim miejscu w europejskiej stawce jeśli chodzi o wskaźnik Viewability dla reklam display, wyprzedzając tylko Szwajcarię i Włochy. Europejskim liderem pozostaje – tradycyjnie już – Austria, z wynikiem 69 proc. Na drugie miejsce, z wynikiem 63 proc., awansowała Francja. W Szwecji wskaźnik ten wyniósł 61 proc., w Wielkiej Brytanii 57 proc., w Niemczech 55 proc., w Szwajcarii 53 proc., we Włoszech 45 proc.

Średnia europejska dla wskaźnika Viewability wyniosła w IV kwartale 58 proc., co oznacza spadek kwartał do kwartału o 3 punkty procentowe (w III kwartale było to 61 proc.). Czas kontaktu z reklamą minimalnie spadł kwartał do kwartału, do 20 sekund w IV kwartale (wobec 20,7 sek. w III kwartale).

Wzrost Viewability w Polsce w IV kwartale br., nawet jeśli nie jest to wzrost bardzo spektakularny, cieszy tym bardziej, że ostatni kwartał roku charakteryzuje się zawsze znacznie większym od przeciętnego obłożeniem powierzchni reklamowych, co teoretycznie może wpływać negatywnie na poziomy Viewability. Co więcej, jest to drugi kwartał z rzędu, w którym na naszym rynku sytuacja się poprawia. Można mieć zatem powody do zadowolenia tym bardziej, że dobrze wypada również porównanie roku do roku; w IV kwartale 2017 r. Viewability w Polsce wynosiło 50 proc., a w IV kwartale 2018 osiągnęło poziom 54 proc., co jest już wzrostem dość wyraźnym. Czwarty kwartał to tradycyjnie najgorętszy okres e-commerce i reklamy digital, może będzie to zatem dobry prognostyk dla sytuacji w całym 2019 roku – komentuje Tomasz Piątkowski, Country Manager, Meetrics Polska – Trzeba jednak pamiętać, że wskaźniki nadal dalekie są od poziomów, które reklamodawcy mogliby uznawać za satysfakcjonujące. Wciąż potrzebna jest praca u podstaw, nad wydajnością wszystkich formatów reklamowych i wszystkim poważnym uczestnikom rynku powinno zależeć na tych zmianach, by podnosić Viewability do bardziej przekonujących poziomów, a co za tym idzie podnosić ROI związany z kampaniami internetowymi.

Pełny raport za IV kwartał 2018 r. można ściągnąć stąd: https://www.meetrics.com/en/benchmark-reports/

Meetrics w swoich badaniach opiera się na definicji Viewability rekomendowanej przez IAB i Media Rating Council. Reklama jest uważana za widoczną jeśli co najmniej 50 proc. jej powierzchni jest widoczna na ekranie przez co najmniej sekundę (dla reklam wideo – przez co najmniej 2 sekundy).

Wirtualna sala sądowa? Czy to możliwe w Polsce?

Nadmierny formalizm i brak informacji zwrotnej o stanie sprawy to jedne z największych problemów polskiego wymiaru sprawiedliwości. Po wniesieniu pozwu do sądu powszechnego sprawa trafia na półkę. Z sekretariatem trudno się skontaktować. Aby pismo sądowe dotarło do strony, najpierw zleca się asystentowi jego przygotowanie, następnie pismo czeka na podpis sędziego by w końcu trafić do osób zajmujących się wysyłką listów poleconych. Często już sama taka operacja trwa ponad tydzień.

Robert Szczepanek, współtwórca elektronicznego sądu polubownego Ultima Ratio
Robert Szczepanek, współtwórca elektronicznego sądu polubownego Ultima Ratio

W polskich tradycyjnych sądach nie skontaktujesz się z sędzią czy sekretariatem sądu przez Internet. Czy istnieje jednak w Polsce system umożliwiający kontakt on-line z arbitrem w trakcie procesu gospodarczego? Na te pytanie stara się odpowiedź Robert Szczepanek, współtwórca pierwszego w Polsce, w pełni elektronicznego sądu polubownego Ultima Ratio.

Poczatuj z sędzią

Komunikacja on-line z sądem powszechnym nie jest prawnie zakazana. Ma jednak w dzisiejszych realiach charakter marginalny. Patrząc z drugiej strony na rozwój mediów społecznościowych, rożnego rodzaju internetowych platform czy nowe możliwości telefonii komórkowej, prędzej czy później będzie to konieczne. Ta forma kontaktów między ludźmi staje się po prostu codziennością. Taka filozofia przyświecała twórcom pierwszego w Polsce w pełni elektronicznego sądu polubownego „Ultima Ratio”.

Koncepcja procesu w naszym sądzie oparta jest na pomyśle wirtualnej sali sądowej, a w komunikacji w danej sprawie zdecydowaliśmy się na zastosowanie dobrze dziś znanego i ogromnie wygodnego rozwiązania – czatu internetowego dla sprawy. Czat jest narzędziem prostego kontaktu arbitra ze stronami oraz stron między sobą. Po wniesieniu sprawy arbiter wita na nim strony a po zapoznaniu się z pozwem albo odpowiedzią na pozew ma możliwość poprosić je o dodatkowe wyjaśnienia. Za pośrednictwem czatu arbiter dostarcza stronom informacji zwrotnej, odpowiada na ich pytania, ustala termin ewentualnej telekonferencji by przesłuchać świadka albo uzgadnia szczegóły dotyczące dowodu z opinii biegłego. Do czatu mają też dostęp biegli sądowi powołani w sprawie. To właśnie za jego pośrednictwem odpowiadają na pytania i zarzuty co do prezentowanych opinii”. – komentuje Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.

Szybkość i jakość wyroków na wirtualnej sali sądowej

Czat jest powszechnie znanym rozwiązaniem ułatwiającym interakcję. Używanym w różnych sytuacjach dnia codziennego, przez przedstawicieli różnych profesji, ale co ważne także pokoleń. W Ultima Ratio strony „rozmawiają” więc na czacie tak, jak to ma miejsce podczas posiedzenia w rzeczywistej sali sądowej.

Oczywiście czat jest zabezpieczony odpowiednią technologią podobnie jak np. bankowość elektroniczna, a dostęp do niego można mieć w zasadzie z każdego urządzenia, które ma dostęp do Internetu. I co ważne, z dowolnego miejsca o dowolnej porze. Można więc zapomnieć o dojazdach do odległych sądów, kosztach taksówek, pociągów etc” – dodaje Robert Szczepanek z Ultima Ratio.

Jaka jest największa zaleta używana czatu na wirtualnej sali? Oczywiście, daje on stronom komfort wiedzy co do aktualnego stanu sprawy, ale można także skonfrontować stanowiska stron w sądzie. Oczywiście skraca się także czas prowadzenia całej sprawy, bo wszystko odbywa się on-line. Czas wydania wyroku jest ważny, ale taki czat może także wpłynąć na jakość wydawanych wyroków. Arbiter, sędzia może bardzo szybko poznać stanowiska stron, ale co ważne w razie jakichkolwiek wątpliwości szybko je rozwiać. Na czacie można również nakłaniać strony do ugodowego zakończenia sprawy bez potrzeby czekania na fizyczne posiedzenie z ich udziałem. Na podobne rozwiązania w tradycyjnych sądach zapewne jeszcze chwile poczekamy. Jednak od kwietnia przedsiębiorcy będą mogli skorzystać z rozwiązań on-line przy prowadzeniu sprawy sądowej w Ultima Ratio.

20-lecie Esaliens TFI w Polsce

Esaliens TFI aktywnie uczestniczy w kształtowaniu rynku finansowego w Polsce już od 20 lat. W tym czasie suma zarządzanych aktywów osiągnęła niemal 4 mld zł. Towarzystwo może się również poszczycić ponad 80 tys. klientów. Obecnie jest największym w Polsce niepaństwowym dostawcą Pracowniczych Programów Emerytalnych (PPE) z funduszami inwestycyjnymi z 16 proc. udziałem w rynku prywatnych emerytur oraz intensywnie przygotowuje się do wdrożenia Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK).

Towarzystwo jest obecne na polskim rynku od 1998 roku, początkowo jako Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Banku Handlowego SA, następnie jako Legg Mason TFI SA, aż po markę Esaliens TFI SA.

Dwie dekady działania i intensywnego rozwoju to ogromny kapitał doświadczeń oraz przewaga konkurencyjna, ceniona zarówno przez klientów indywidualnych, jak i instytucjonalnych. W 2019 r. nowym celem dla naszego zespołu jest uruchomienie Pracowniczych Planów Kapitałowych, nad którymi już prowadzimy zaawansowane prace. Wiedzą na temat PPK od samego początku chętnie dzielimy się z rynkiem i zainteresowanymi firmami poprzez otwarte działania komunikacyjne i edukacyjne – mówi Tomasz Jędrzejczak, prezes zarządu w Esaliens TFI.

Esaliens TFI zarządza 17 funduszami i subfunduszami inwestycyjnymi, wykorzystującymi różnorodne klasy aktywów na wielu krajowych i międzynarodowych rynkach. Nierzadko były to pionierskie rozwiązania w skali polskiego rynku, a kilka z nich należy do dziś do największych krajowych funduszy pod względem zarządzanego kapitału.

Tomasz Jędrzejczak
Tomasz Jędrzejczak, prezes zarządu Esaliens TFI

Niewątpliwym naszym atutem jest oferta, systematycznie rozszerzana z ambitnym celem tworzenia wartości dodanej dla klientów. Tym bardziej doceniam fakt, że po 20 latach możemy cieszyć się ich szacunkiem i zaufaniem, co skutkuje mocną pozycją wśród TFI w Polsce – dodaje Tomasz Jędrzejczak.

Jednocześnie Esaliens TFI jest jednym z liderów rynku rozwiązań emerytalnych, od lat zaangażowanym w edukację i szerzenie wiedzy na temat prywatnego oszczędzania z przeznaczeniem emerytalnym. W ofercie TFI, od początku funkcjonowania na krajowym rynku, jest Indywidualne Konto Emerytalne (IKE) oraz Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Towarzystwo jest również od lat znane z prowadzenia Pracowniczych Programów Emerytalnych (PPE) dla cenionych marek polskich i zagranicznych. Esaliens zarejestrował najstarsze w Polsce PPE, które nieprzerwanie funkcjonuje do dziś. Ponad 40% wszystkich zarządzanych przez TFI środków ma charakter emerytalny.

Spółka zachowa prawo do odliczenia VAT, nawet jeśli transakcja nie doszła do skutku

Prawo do odliczenia podatku jest fundamentalną zasadą systemu VAT w całej Unii Europejskiej. Prawo to może być ograniczone tylko w wyjątkowych sytuacjach, a podstawą takiego ograniczenia nie może być nawet fakt, iż planowana działalność, w związku z którą podatnik nabył usługi opodatkowane, w ogóle nie doszła do skutku. Ważniejszy jest bowiem zamiar rozpoczęcia działalności będącej źródłem transakcji podlegających opodatkowaniu – tak wynika z wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 17 października 2018 r., C-249/17.

Okoliczności sprawy

Wyrok dotyczy Ryanair, który planując nabycie akcji innego przewoźnika lotniczego, poniósł wydatki na usługi doradcze i inne usługi dotyczące planowanej transakcji. Ta ostatecznie nie doszła do skutku, mimo to podatnik wniósł o odliczenie naliczonego podatku. Jako argument wskazał, że jego zamiarem było świadczenie usług zarządczych na rzecz przejmowanej spółki, co stanowi czynność opodatkowaną VAT. Irlandzkie organy podatkowe odmówiły spółce tego prawa, wskazując, że ostatecznie żadne usługi w tym zakresie nie były świadczone. Sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Odliczenie a sprzedaż opodatkowana

Trybunał zwrócił uwagę, że prawo do odliczenia przysługuje podatnikowi jedynie w sytuacji, gdy nabywane towary lub usługi służą mu do wykonywania działalności opodatkowanej VAT. W każdym innym przypadku, a więc także w sytuacji, gdy nabycie określonych dóbr służy do działalności zwolnionej, prawo to nie powstaje. A zatem samo nabywanie i posiadanie udziałów lub akcji spółek nie stanowi działalności gospodarczej na potrzeby VAT. Tym samym wszelkie wydatki poniesione w związku z planowanym ich nabyciem zasadniczo nie dają prawa do odliczenia.

Dla Trybunału kluczowa okazała się jednak inna okoliczność. Celem planowanego przez Ryanair przejęcia innej spółki miało być bowiem świadczenie na jej rzecz usług z zakresu zarządzania. Te natomiast są opodatkowane VAT. To pozwoliło stwierdzić, że podatek naliczony podlega odliczeniu.

Czynności przygotowawcze to także działalność gospodarcza

Zdaniem TSUE na działalność gospodarczą podlegającą VAT może składać się kilka następujących czynności, a tym samym zaliczyć do niej można także działalność przygotowawczą. Zostało przy tym podkreślone, że każdy, kto ma zamiar rozpocząć działalność opodatkowaną, co znajduje potwierdzenie w okolicznościach obiektywnych, a także dokonał na ten cel pierwszych wydatków inwestycyjnych, powinien być traktowany jak podatnik VAT. Wobec tego w badanej sprawie zdaniem TSUE Ryanair nabył usługi w celu prowadzenia działalności opodatkowanej, w związku z czym przysługiwało mu prawo do odliczenia podatku.

Trybunał zwrócił uwagę, że prawo do odliczenia podatku przesądzające o jego neutralności co do zasady nie podlega ograniczeniom i musi być zagwarantowane niezależnie od rezultatu planowanej działalności. Nie ma tym samym podstaw do wprowadzania odrębnego warunku – faktycznego powstania dochodu podlegającego opodatkowaniu. Prawo do odliczenia powstaje bowiem wcześniej – już w momencie nabycia danych towarów i usług, a więc trwa również później – nawet jeżeli planowana działalność nie została zrealizowana, a w konsekwencji nie przyniosła żadnych transakcji podlegających opodatkowaniu.

Co więcej, prawo do odliczenia zostaje przyznane podatnikowi nawet wówczas, gdy brakuje bezpośredniego i ścisłego związku pomiędzy konkretną transakcją powodującą naliczenie podatku a transakcją objętą podatkiem należnym, która daje prawo do odliczenia. Konieczne jest jedynie, aby koszty zakupionych usług należały do kosztów ogólnych podatnika, które zachowują bezpośredni i ścisły związek z całą jego działalnością gospodarczą. Tym samym zakupione towary i usługi powiązać należy nie z konkretną transakcją opodatkowaną, ale z całą działalnością podatnika.

Znaczenie dla polskiego podatnika

Zanim omawiana sprawa trafiła do TSUE, toczyła się przed irlandzkimi sądami i organami podatkowymi. TSUE badał ją jednak na gruncie dyrektywy VAT – wspólnej dla wszystkich państw należących do UE.

Omawiane orzeczenie ma duże znaczenie także dla polskich podatników, gdyż to prawo unijne, którego wiążącej wykładni dokonuje TSUE, ma rozstrzygające znaczenie. Trybunał kolejny raz podkreślił, że prawo do odliczenia podatku ma kluczowe znaczenie dla całego systemu VAT. Wskazał, że nie zawsze konieczny jest ścisły związek między zakupami a sprzedażą, gdyż przesądzający jest cel podatnika. W związku z tym samo niepodjęcie planowanej działalności nie powinno prowadzić do negatywnych konsekwencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Firmy mają problem z rozliczaniem podatku od nieruchomości. 65 proc. odprowadza go w nieprawidłowej wysokości

Firmy mają problem z rozliczaniem podatku od nieruchomości. 65 proc. odprowadza go w nieprawidłowej wysokości 8

Dwie na trzy firmy w Polsce odprowadzają za niski bądź za wysoki podatek od nieruchomości. Prawie połowa przedsiębiorstw ma nadpłaty z tego tytułu – wynika z analiz Ayming Polska. Eksperci podkreślają, że złożenie korekty pozwala jednak odzyskać nadpłaty z tytułu podatku od nieruchomości do 5 lat wstecz. Z końcem stycznia upływa termin składania deklaracji o wysokości podatku od nieruchomości, więc jest to dobry moment, żeby zweryfikować poprawność rozliczeń.

Podatek od nieruchomości to dla przedsiębiorstw istotna pozycja w kosztach, ale jego prawidłowe rozliczenie pozostaje dużym wyzwaniem dla firm. Z raportu Ayming Polska „Podatek od nieruchomości. Grunt to… rozliczyć go prawidłowo” wynika, że 65 proc. przedsiębiorców w Polsce odprowadza za niski lub za wysoki podatek od nieruchomości, gubiąc się w gąszczu przepisów prawno-podatkowych.

Analizy Ayming pokazują też zależności pomiędzy wysokością obciążenia podatkowego a prawidłowością rozliczenia. Im wyższy podatek od nieruchomości płaci firma, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że rozlicza go we właściwy sposób. Niemal co drugie przedsiębiorstwo (44 proc.), którego obciążenie z tytułu podatku od nieruchomości w skali roku wynosi powyżej 200 tys. zł, odprowadza daninę w zawyżonej wysokości. Wśród największych płatników, odprowadzających ponad 3 mln zł rocznego podatku, ten odsetek sięga już 71 proc.

– Szansa na znalezienie nadpłaty jest tym większa, im wyższy podatek płaci przedsiębiorca. Dobra informacja jest taka, że przepisy pozwalają na skorygowanie zeznań podatkowych do pięciu lat wstecz, tak więc istnieje możliwość odzyskania nadpłat od 2014 roku – podkreśla Przemysław Smoczyński, starszy konsultant w Dziale Podatków i Opłat w Ayming Polska.

Weryfikacja rozliczenia i złożenie korekty pozwala nie tylko odzyskać nadpłaty z tytułu podatku od nieruchomości do 5 lat wstecz, lecz także zmniejszyć obciążenia podatkowe w przyszłości. Główną przyczyną nieprawidłowych rozliczeń są kwestie administracyjne. W Polsce jest prawie 2,5 tys. gmin, które tworzą lokalne systemy podatkowe. Każdy z nich może się różnić wysokościami stawek, zwolnieniami podatkowymi, formularzami deklaracji czy interpretacjami przepisów prawa podatkowego. To problem zwłaszcza dla tych firm, które mają nieruchomości w kilku lokalizacjach i muszą się liczyć z odmiennym podejściem do rozliczania podatku w każdej gminie.

– Inna ważna kwestia to konstrukcja ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, która zawiera liczne odesłania do innych ustaw, przede wszystkim do Prawa budowlanego, w którym znajdują się niejasne i nieprecyzyjne definicje. To budzi liczne spory pomiędzy podatnikami a organami podatkowymi – zauważa Przemysław Smoczyński.

Nadpłaty podatku biorą się również z nieznajomości aktualnych przepisów prawa i zmian w ustawodawstwie, zakwalifikowania składników majątku do nieodpowiedniej kategorii podatkowej lub bazowania na nieprawidłowych pomiarach budynków i budowli. Z danych Ayming wynika, że najwięcej nadpłat przedsiębiorstw (44 proc.) dotyczy budowli, co ma związek z mało przejrzystą definicją budowli, zawartą w ustawie o podatkach i opłatach lokalnych. 25 proc. nadpłat to konsekwencja problemów z prawidłowym określeniem powierzchni użytkowej budynków, a 31 proc. wynika z niewłaściwego zakwalifikowania gruntów do odpowiedniego podatku.

– Aby prawidłowo rozliczyć podatek od nieruchomości, konieczne jest kompleksowe i zarazem indywidualne podejście. Po pierwsze, należy łączyć wiedzę prawno-podatkową z wiedzą techniczną. Po drugie, należy stale monitorować zmiany zachodzące na majątku przedsiębiorcy, np. dotyczące powierzchni użytkowej budynków czy aktualnego sposobu wykorzystywania gruntów – mówi Kamila Kęsicka, manager Działu Podatków i Opłat w Ayming Polska.

Prawidłowe rozliczenie podatku od nieruchomości jest dość trudne, ponieważ wymaga od firm znajomości specjalistycznych ustaw i odnalezienia się w gąszczu niejednoznacznych przepisów. Co więcej, na podatek od nieruchomości często wpływają zmiany w przepisach niepodatkowych.

– Sama ustawa o podatkach i opłatach lokalnych powoduje trudności interpretacyjne dla przedsiębiorców. Dlaczego? Ponieważ zawiera odesłanie bezpośrednio do ustawy Prawo budowlane oraz odesłanie pośrednie do ustawy Kodeks cywilny czy choćby ustawy o portach i przystaniach morskich. Takie połączenia przepisów powodują, że przedsiębiorcy mają problemy w ich prawidłowym zastosowaniu. Zróżnicowana struktura nieruchomości w każdej branży wymaga indywidualnego podejścia. Dlatego nie ma jednego, uniwersalnego sposobu, który mógłby się stać receptą na sukces przy rozliczaniu podatku od nieruchomości – mówi Kamila Kęsicka.

Prawidłowe naliczanie podatku od nieruchomości jest jednak bardzo ważne, szczególnie na etapie planowania przyszłych inwestycji. Dzięki temu przedsiębiorcy mogą oszacować przyszłe wydatki i uniknąć nadpłat. Natomiast zwrot ewentualnych nadpłat firmy mogą wykorzystać na rozwój swojej działalności.

Ubezpieczyciele szukają nowych dróg rozwoju. Nie uciekną od współpracy z młodymi, innowacyjnymi firmami

Ubezpieczyciele szukają nowych dróg rozwoju. Nie uciekną od współpracy z młodymi, innowacyjnymi firmami 9

Innowacje w ubezpieczeniach nabierają tempa. Technologie takie jak uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja, big data i zaawansowana analiza danych mają coraz większy wpływ na branżę. Liderami w ich wykorzystaniu są szybko rozwijające się insurtechy. Współpraca z takimi podmiotami jest nieunikniona i może przynieść ubezpieczycielom ogromne korzyści – podkreślali eksperci podczas konferencji „Innovation in Insurance”, która jest jednym z największych w Polsce wydarzeń poświęconych ubezpieczeniom. O przyszłości sektora w Warszawie dyskutowali przedstawiciele branży z 14 krajów świata. 

W raporcie Deloitte „A catalyst for change: How fintech has sparked a revolution in insurance” eksperci podkreślają, że firmy ubezpieczeniowe szukają dziś nowych możliwości wzrostu, ale z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze. Chcąc utrzymać dotychczasowych klientów i pozyskać nowych, branża musi przejść rewolucję, uprościć i uelastycznić swoje produkty oraz inwestować w nowe technologie.

– Żyjemy w niepewnych politycznie czasach. Druga kwestia to nacisk ze strony rynków rozwijających się. Pojawiają się nowe podmioty, a partnerstwo jest jednym z najlepszych sposobów osiągnięcia sukcesu. Tacy gracze, jak Airbnb czy Uber, z których usług korzystamy codziennie, bazują na technologiach swoich partnerów. Firmy ubezpieczeniowe powinny robić to samo, np. łącząc się z platformami gromadzącymi dane pojazdów uszkodzonych lub uzyskując dostęp do nowych źródeł danych. Nie poradzimy sobie sami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Podleśny, Partner w Sollers Consulting.

Eksperci oceniają, że w przyszłości coraz ważniejsza będzie współpraca partnerska w ramach strategii dystrybucji. Ubezpieczyciele powinni oferować swoje produkty poprzez międzybranżowe łańcuchy wartości, współpracując m.in. z bankami, rynkiem nieruchomości, liniami lotniczymi czy producentami samochodów.

Podczas konferencji „Innovation in Insurance” w warszawskim Centrum Nauki Kopernik Michał Trochimczuk, partner zarządzający w Sollers Consulting, podkreślił, że branża ubezpieczeń jest dziś mocno skoncentrowana na problemach związanych z cyfryzacją. Ubezpieczyciele mają dziś do wyboru dwa modele rozwijania działalności biznesowej: transformację cyfrową organizacji albo inicjowanie nowych przedsięwzięć, które pozwolą jak najszybciej wykorzystać zalety cyfryzacji. Grzegorz Podleśny ocenia, że przygotowania do transformacji powinno poprzedzić zdefiniowanie docelowego modelu działalności, zidentyfikowanie plusów i mocnych stron obecnych procesów oraz ich wad. Dopiero w oparciu o takie dane można nakreślić przyszły model firmy i zarządzania prowadzeniem klienta.

– Należy się skupić na wysokiej jakości i wyznaczyć sobie krótkie terminy, ponieważ tylko w ten sposób można się zabezpieczyć przed próbą zrealizowania wszystkiego jednocześnie. Powinniśmy się koncentrować przede wszystkim na aspektach kluczowych z punktu widzenia wartości i dopiero po ich osiągnięciu omawiać te aspekty, które mają mniejsze znaczenie dla organizacji – mówi Grzegorz Podleśny.

W obliczu cyfrowej transformacji nowoczesne systemy centralne stają się czynnikiem decydującym o sukcesie w branży ubezpieczeniowej. Ubezpieczycielowi, który ma przestarzały system, trudno jest modyfikować procesy i udoskonalać produkty i obsługę klientów. Dlatego w 2018 roku wiele firm ubezpieczeniowych rozpoczęło przekształcanie swoich podstawowych systemów IT.

Partner w Sollers Consulting podkreśla, że przygotowując się do zmian w organizacji, warto skorzystać z doradztwa i pomocy podmiotów zewnętrznych.

– Firmy mogą oczywiście korzystać z własnej wiedzy, ale także z zasobów innych firm konsultingowych bądź skupionych wokół rynku ubezpieczeń i finansów. Następnie należy dokonać wstępnej selekcji. Kiedy już uda się znaleźć 2–3 najlepszych partnerów, należy przygotować tzw. proof of concept, czyli model koncepcyjny. To pozwala zobaczyć, czy rzeczywiście możliwe jest osiągnięcie oferowanych celów. Dopiero w oparciu o te wyniki należy podjąć ostateczną decyzję o wyborze partnera – mówi Grzegorz Podleśny.

Eksperci są zgodni, że innowacyjność w instytucjach finansowych nabiera tempa. Liderami w wykorzystaniu nowych technologii są start-upy i szybko rozwijające się insurtechy. Dlatego współpraca z takimi podmiotami może przynieść ubezpieczycielom ogrom korzyści.

– Dużą zaletą insurtechów jest wprowadzanie nowych pomysłów i rozwiązań, które mogą stanowić źródło nowych produktów dla firm ubezpieczeniowych. Po drugie, insurtechy zwykle są w stanie pracować szybciej niż firmy ubezpieczeniowe. To małe podmioty, gdzie czas od decyzji do realizacji jest bardzo krótki i zupełnie nie przypomina długotrwałego procesu decyzyjnego typowego dla dużej spółki. Po trzecie, insurtechy wspierają firmy ubezpieczeniowe poprzez pobudzenie ich przedsiębiorczości i wskazywanie nowych form działania. Ubezpieczyciele uczą się więc nowych rzeczy i korzystają nie tylko na samych rozwiązaniach, lecz także mogą zmieniać swoją strukturę wewnętrzną – podkreśla Grzegorz Podleśny.

Podczas konferencji „Innovation in Insurance” w warszawskim Centrum Nauki Kopernik swoje rozwiązania technologiczne prezentowały cztery insurtechy, bazujące na sztucznej inteligencji i przetwarzaniu danych. Smabbler pokazał, w jaki sposób używa AI do interpretacji tekstów. SpaceKnow wykorzystuje sztuczną inteligencję do rozpoznawania obrazów w oparciu o zdjęcia satelitarne. Runvido zaprezentował rozwiązanie w zakresie zdjęć interaktywnych, oparte na rzeczywistości rozszerzonej, natomiast Boomerun – narzędzie do zbierania danych przez urządzenia typu wearables, które można wykorzystać do obliczania stawek ubezpieczeniowych oraz rabatów na zakupy.

Większość przedstawicieli branży jest zgodna, że współpraca tradycyjnych ubezpieczycieli i insurtechów jest nieunikniona, a skala inwestycji w takie podmioty rośnie. Według danych Deloitte w 2017 roku sięgnęła 1,8 mld dol., a w pierwszej połowie 2018 roku – 869 mln dol.

Siódma edycja konferencji „Innovation in Insurance”, która zgromadziła w Warszawie ponad 300 ekspertów z branży ubezpieczeniowej z Polski, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Danii, Szwajcarii, Rosji i wielu innych krajów, odbyła 14 stycznia br. Jest to obecnie jedna z największych w Polsce, międzynarodowa konferencja, poświęcona ubezpieczeniom. Celem wydarzenia było omówienie największych wyzwań związanych z cyfryzacją, przed którymi stoi sektor ubezpieczeń.

Podwyżka stóp procentowych w Polsce wciąż odsuwa się w czasie. Inflacja będzie niższa od spodziewanej jeszcze dwa miesiące temu

Podwyżka stóp procentowych w Polsce wciąż odsuwa się w czasie. Inflacja będzie niższa od spodziewanej jeszcze dwa miesiące temu 10

Rynek jest przekonany, że stopy procentowe w Polsce w tym roku nie wzrosną, a to oznacza, że nie powinno podrożeć oprocentowanie kredytów ani wzrosnąć oprocentowanie lokat. Prezes Narodowego Banku Polskiego sugeruje nawet, że mogą zostać na obecnym poziomie jeszcze przez trzy lata. Wszystko jednak zależeć będzie od cen energii w kolejnych latach.

– Ten rok, w świetle tego, co komunikuje RPP, będzie zapewne okresem stabilnych stóp procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Tarnawa, główny ekonomista BOŚ. – Pod koniec minionego roku projekcja inflacyjna NBP pokazała prognozę wyraźnego wzrostu inflacji w trakcie 2019 roku, niemniej wprowadzenie ustawy mitygującej wzrost cen energii dla gospodarstw domowych i przedsiębiorców pod koniec minionego roku skutkuje tym, że nie należy oczekiwać drastycznych podwyżek cen energii, które były przyjęte w projekcji inflacyjnej NBP. W komunikacie po ostatnim posiedzeniu Rada przyznała, że perspektywy inflacyjne poprawiły się na ten rok, czyli spadło ryzyko przekroczenia przez inflację celu inflacyjnego NBP.

W opublikowanym w listopadzie 2018 roku „Raporcie o inflacji” Narodowy Bank Polski przewidział średnioroczną inflację w 2019 roku na poziomie 3,2 proc., przekraczającym cel inflacyjny (2,5 proc.) i bliskim górnej granicy dopuszczalnego pasma wahań tempa wzrostu cen (3,5 proc.). Byłby to najwyższy poziom od 2012 roku. Jednak już w przeprowadzonej w drugiej połowie grudnia przez bank centralny Ankiecie Makroekonomicznej pytani – 18 ekspertów reprezentujących instytucje finansowe, ośrodki analityczno-badawcze, związek zawodowy oraz organizację przedsiębiorców – wytypowali na br. inflację w wysokości 2,2 proc., czyli poniżej celu inflacyjnego.

Może się ona okazać jeszcze niższa: w listopadzie NBP prognozował, że inflacja CPI za 2018 rok wyniesie 1,8 proc., ankietowani w grudniu eksperci opowiedzieli się za poziomem 1,7 proc., a z opublikowanych w styczniu danych Głównego Urzędu Statystycznego wynikło, że ostatecznie ukształtowała się ona na poziomie 1,6 proc.

– Połączenie sprzyjającego scenariusza inflacyjnego i bardzo silnego przekonania RPP, że nie należy podwyższać stóp procentowych, skutkuje tym, że przeciętny Kowalski w Polsce nie odczuje istotnie nowych warunków wynikających z poziomu stóp procentowych – mówi Łukasz Tarnawa. – Czyli z jednej strony ci, którzy mają kredyty w złotych nie odczują podwyższenia kosztu kredytu. Z drugiej strony te z gospodarstw domowych, które mają nadwyżki oszczędności, które lokują w bankach, nie powinny oczekiwać znaczącego wzrostu oprocentowania depozytów w tym roku.

Stopy procentowe w Polsce pozostają na rekordowo niskim poziomie od marca 2015 roku, czyli już od niemal czterech lat. To najdłuższy okres niezmiennych stóp procentowych w najnowszej historii Polski – przed 2015 rokiem Rada Polityki Pieniężnej zmieniała ich wysokość co najmniej raz w roku, a były i takie lata, gdy do zmian dochodziło nawet osiem razy, jak w 2002 roku.

Tymczasem wiele wskazuje na to, że czas, gdy stopa referencyjna pozostanie na poziomie 1,5 proc., jeszcze się przedłuży. Po ostatnim posiedzeniu RPP prezes Adam Glapiński powiedział, że poziom stóp procentowych może pozostać stabilny do końca kadencji obecnej Rady Polityki Pieniężnej, czyli do 2022 roku.

– Biorąc pod uwagę dotychczasowy ton wypowiedzi prezesa NBP i członków RPP, sądzę, że do podwyżki stóp procentowych doszłoby wtedy, gdyby inflacja wyraźnie wzrosła. Mówimy o wzroście powyżej 2,5 proc., a nawet powyżej 3,5 proc. W tym roku prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest bardzo niskie, tym samym nie należy oczekiwać podwyżki stóp procentowych w tym roku – mówi główny ekonomista BOŚ.

Scenariusz na kolejne lata w dużej mierze uzależniony jest od cen energii.

– Bardzo wiele będzie zależało od tego, czy działanie ustawy będzie kontynuowane w kolejnych latach, czy ten wpływ wyższych cen energii notowanych na rynku hurtowym przełoży się na wzrost taryf dla odbiorców indywidualnych. Jeżeli to by nastąpiło, to można by się spodziewać, że koszty pieniądza wzrosną, natomiast ta cena pieniądza, oprocentowanie i stopy procentowe NBP z dużym prawdopodobieństwem nie wzrosną w 2019 roku ­– uważa główny ekonomista BOŚ.

Obecność psów i terapia śmiechem przyspieszają powrót dzieci do zdrowia. Na takie rozwiązania decyduje się coraz więcej szpitali

Obecność psów i terapia śmiechem przyspieszają powrót dzieci do zdrowia. Na takie rozwiązania decyduje się coraz więcej szpitali 11

Każda z metod, która wspiera medycynę konwencjonalną, przyspiesza zdrowienie pacjentów w szpitalach – przekonuje Katarzyna Dera z Fundacji „Dr Clown”. Taki jest cel terapii śmiechem połączonej z dogoterapią – projektu, który w polskich szpitalach od dwóch lat prowadzi fundacja wraz z firmą Mars Polska. Relacja ze zwierzętami niesie ze sobą korzyści dla zdrowia i samopoczucia, wspomaga proces leczenia, pomaga lepiej radzić sobie ze stresem i bólem. W 2017 roku z pozytywnego wpływu dogoterapii skorzystało 781 małych pacjentów, a do końca listopada 2018  – już blisko 2 tysiące.

– Zarówno obecność zwierzęcia na oddziale szpitalnym czy w ogóle w naszym życiu, jak i śmiech i inne metody, które wykorzystują doktorzy clowni w swojej pracy niosą bardzo podobne skutki. To lepsze radzenie sobie z sytuacją stresową, podniesienie efektywności funkcjonowania, kreatywność, lepsze radzie sobie z bólem, dystans, którego nabieramy do rzeczywistości – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Dera, koordynatorka projektów CSR Fundacji „Dr Clown”.

Badania naukowców z Centrum Żywienia Zwierząt WALTHAM, należącego do firmy Mars, wskazują, że pozytywny kontakt z psem wpływa na zwiększenie wydzielania oksytocyny (hormonu szczęścia) przy równoczesnym obniżeniu poziomu kortyzolu (hormonu stresu).

 Dzięki zwierzętom dużo lepiej radzimy sobie w trudnych sytuacjach, mamy wyższą samoocenę, wyższą pewność siebie, ale również wyższą odporność. Rzadziej chorujemy, rzadziej występuje u nas alergia – mówi Małgorzata Głowacka, lekarka weterynarii, ekspertka naukowa firmy Mars Polska. – Co więcej, dzieci, które przeszły poważną operację chirurgiczną, a które w ciągu kilku dni po tym zabiegu miały możliwość interakcji ze zwierzęciem, dużo niżej oceniały swój ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny.

Relacja ze zwierzętami może więc korzystnie wpływać na zdrowie i dobre samopoczucie małych pacjentów, a także wspomagać ich szybszą rekonwalescencję po chorobach i operacjach.

– Chcieliśmy tę wiedzę dobrze wykorzystać – dobrze, czyli pomagając małym pacjentom. Tę inicjatywę udało się zrealizować dzięki współpracy z Fundacją „Dr Clown”. Dzięki niej udało się wprowadzić dogoterapię do polskich szpitali i ośrodków terapeutycznych w całej Polsce – mówi Małgorzata Głowacka.

– Leczyć można za pomocą śmiechu i przy obecności zwierząt. Te dwa elementy połączyliśmy w zajęciach dogoterapii, w czasie których doktorzy clowni odwiedzają dzieci, wykorzystując dobroczynne efekty śmiechu. Dodatkowo jest z nimi dogoterapeuta i pies, który pozwala się dzieciom poczuć bezpiecznie. Efekty tej terapii, które obserwujemy na przestrzeni ostatnich dwóch lat, stuprocentowo przyczyniają się do intensyfikacji procesu zdrowienia. Wielu rzeczy, których nie udaje się osiągnąć na pewnych polach tylko dzięki samej obecności naszych wolontariuszy z Fundacji „Dr Clown”, udaje się dzięki obecności psa, i odwrotnie – podkreśla Katarzyna Dera.

Zwierzęta pomagają się dzieciom oderwać od codziennej rutyny i poczuć się dzieckiem, nie tylko pacjentem. Psy są traktowane jako najlepsi przyjaciele, to do nich dzieci zwracają się w momentach stresu. Niekiedy kontakt ze zwierzęciem może być bardziej satysfakcjonujący niż kontakt z rodzeństwem. Pies pomaga radzić sobie w trudnych sytuacjach, zaspokaja potrzebę miłości i akceptacji.

 Dzięki obecności psa dzieją się cuda. Dzieci, które nie wchodziły dotąd w relacje, stały z boku na zajęciach, zaczynają nagle mówić. Na oddziale psychiatrii był bardzo wycofany chłopczyk, który po kolejnych zajęciach podszedł do psa i się z nim przywitał. W jednym ze szpitali chłopiec, który był już 2 tygodnie na oddziale, przytulił się do psa i powiedział: „Skoro wytrzymałeś te wszystkie zabawy z nami, to ja wytrzymam w tym szpitalu”. Mama powiedziała, że jej syn nie uśmiechnął się przez te 2 tygodnie ani razu i pierwszy raz stało się to dzięki obecności psa – przekonuje ekspertka Fundacji „Dr Clown”.

Fundacja Dr Clown już od 19 lat prowadzi program „Terapii śmiechem” w polskich szpitalach. Od blisko dwóch lat w ramach współpracy z firmą Mars doktorom clownom towarzyszą psy. W 2017 roku z pozytywnego wpływu dogoterapii skorzystało blisko 800 małych pacjentów w pięciu szpitalach dziecięcych. Od tego roku do programu dołączają kolejne szpitale i placówki terapeutyczne.

 Mamy w tej chwili regularne zajęcia dogoterapeutyczne w 16 polskich szpitalach i ośrodkach terapeutycznych, gdzie zajęcia odbywają się przy udziale dogoterapeuty i wyszkolonego psa. W 2018 roku od stycznia do końca listopada takich wizyt odbyło się 198 i skorzystało z nich prawie 2 tys. dzieci – podkreśla Małgorzata Głowacka. – To jest fantastyczna inicjatywa i chcemy się rozwijać, bo wiemy, że zwierzęta czynią nasz świat lepszym, natomiast my, jako firma Mars, tworzymy lepszy świat dla zwierząt, dbamy o to, by były zdrowe, szczęśliwe i mile widziane, również w szpitalach. 

– Mamy nadzieję, że szpitali będzie więcej. Głównie chodzi nam o to, żeby funkcjonować w szpitalach, bo tam jest to bardzo potrzebne. To, co cały czas podkreślamy: terapia śmiechem, dogoterapia, każda z metod, która wspiera medycynę konwencjonalną, tak naprawdę przyspiesza zdrowienie pacjentów na oddziałach – mówi Katarzyna Dera.

Tradycyjna reklama w odwrocie. Marki coraz chętniej korzystają z influencer marketingu

Tradycyjna reklama w odwrocie. Marki coraz chętniej korzystają z influencer marketingu 12

Influencer marketing to forma promocji, z której marki korzystają coraz chętniej. Platformy, które łączą influencerów i marki notują co roku kilkudziesięcioprocentowy wzrost przychodów. Influencer marketing jest narzędziem, które sprawdza się w każdej branży, pozwala szybko zdobywać nowych klientów i dociera do bardzo szerokiej grupy odbiorców, począwszy od nastolatków, kończąc na grupie 35-40-latków. Warunkiem skutecznej promocji w tym kanale jest jednak odpowiedni dobór influencerów i zaufanie do nich.

– Rynek influencer marketingu w Polsce ma się naprawdę bardzo dobrze i rośnie w tempie dwucyfrowym. W 2018 roku zwiększyliśmy przychody samego LifeTube o 38 proc. w porównaniu do 2017 roku. W podobnym tempie rozwija się cały rynek, więc perspektywy są obiecujące. W ubiegłym roku twórcom zrzeszonym w naszej sieci wypłaciliśmy 23 mln zł i to czasem robi na ludziach wrażenie. Z drugiej strony, porównując to z całym rynkiem reklamowym, wciąż jest jeszcze całkiem sporo do ugrania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Bolek, dyrektor ds. marketingu LifeTube, platformy łączącej influencerów i firm zainteresowane tą formą promocji.

Wypłacona w ubiegłym roku twórcom kwota jest o 8 mln zł wyższa niż ta z 2017 roku. Rośnie także liczba zrzeszonych w sieci LifeTube twórców – o 60 proc. rok do roku (do 500 twórców). Youtuberzy opublikowali na swoich kanałach ponad 46,5 tys. filmów, które osiągnęły łącznie 7 mld wyświetleń.

Influencer marketing to wciąż jeden z najszybciej rosnących obszarów digital marketingu. Sprawdza się w zasadzie w każdej branży – od samochodów premium po branżę spożywczą, kosmetyczną czy usługi. Mogą z niego korzystać zarówno duże korporacje, jak i małe podmioty. Współpraca z influencerami jest narzędziem, które pozwala szybko zdobywać nowych klientów. Najczęściej dociera do osób w granicach do 35-40 roku życia – powyżej tej granicy wiekowej dotarcie do potencjalnego odbiorcy z tą formą promocji jest już trudniejsze, ale także możliwe.

– Influencer marketing daje naprawdę realne efekty, zarówno biznesowe, jak i marketingowe, w każdej z tych branż – mówi Kamil Bolek.

Jak wynika z raportu „6 kategorii, 11 000 różnic” przygotowanego przez LifeTube, analizującego wykorzystanie influencer marketing w 6 różnych branżach, każda kategoria na YouTube rządzi się zupełnie innymi prawami. Przykładowo trzeba uwzględnić to, że vlogi lifestyle’owe są najdłużej oglądane (ponad 7 minut). Kategoria beauty & fashion ma wprawdzie najniższy wskaźnik zaangażowania widzów, ale za to najwyższy wskaźnik zwrotu z inwestycji w taką współpracę z influencerem. Twórcy z poszczególnych branż z inną częstotliwością publikują swoje filmy – przykładowo w kategorii gamingowej średnio co dwa dni ukazuje się nowy odcinek, a w popularnonaukowej – średnio co 10 dni.

Tego typu różnice muszą być uwzględniane przez marketerów i osoby odpowiedzialne za współpracę z influencerami.

Dyrektor ds. marketingu LifeTube podkreśla, że podstawowym warunkiem skutecznego influencer marketingu i realizacji założonych celów marketingowych jest odpowiedni dobór twórców do kampanii. Wbrew pozorom nie jest to proste, bo pod uwagę trzeba wziąć nie tylko liczby, tzn. zasięg influencera, kto go ogląda, jak długo, itp., lecz także to, jaki wizerunek ma dany twórca i jak bardzo zaangażowana jest jego widownia.

– Niestety, reklamodawcy zwykli się skupiać wyłącznie na liczbach, ale na tym dobór influencera do współpracy się nie kończy. Odpowiedni wybór to jest rzeczą kluczową. Druga to zaufanie temu twórcy, że on wie, co robi. Jeżeli chcemy z nim współpracować, musimy wiedzieć, z jakiego powodu: bo stoi za nim milion osób, które na co dzień go śledzą, bo jest zabawny, bo potrafi o czymś ciekawie opowiadać. My – jako reklamodawca, marka, klient – jesteśmy odpowiedzialni za to, co chcemy osiągnąć, a sposób realizacji tego celu powinniśmy oddać influencerom, bo oni to robią najlepiej. Więc zaufanie jest kluczowe – mówi Kamil Bolek.

Dane przytaczane w raporcie Whitepress („Influencer marketing – praktycznie”) pokazują, że blogerzy w Polsce docierają ze swoim przekazem do 11 mln internautów, a 53 proc. odbiorców blogów i vlogów kupiło produkt pod ich wpływem. Blisko dwie trzecie (60 proc.) stałych odbiorców korzysta z nich, żeby robić świadome zakupy. Dla 72 proc. odbiorców blogów i vlogów są one pierwszym źródłem informacji o produktach (ważniejszym niż opinie rodziny i znajomych). Z drugiej strony już blisko jedna trzecia Polaków przyznaje, że nie kieruje się klasyczną reklamą. Zdecydowana większość przed podjęciem decyzji zakupowej szuka informacji o produkcie bądź usłudze w internecie.

Inteligentne kaski z wyświetlaczem HUD poprawią bezpieczeństwo motocyklistów. Słaba widoczność jedną z głównych przyczyn śmiertelnych wypadków na drodze

Inteligentne kaski z wyświetlaczem HUD poprawią bezpieczeństwo motocyklistów. Słaba widoczność jedną z głównych przyczyn śmiertelnych wypadków na drodze 13

350 osób dziennie ginie na świecie w wypadkach spowodowanych niewystarczającym polem widzenia podczas jazdy – wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia. Znaczną część ofiar stanowią motocykliści. Dzięki inteligentnym kaskom wyposażonym w rozwiązania technologii rozszerzonej rzeczywistości i zapewniających 360-stopniowy widok ich poziom bezpieczeństwa może się znacząco poprawić.

– Prezentujemy kask motocyklowy z prawdziwym wyświetlaczem przeziernym HUD, który przede wszystkim przyczynia się do zapewnienia bezpieczeństwa motocykliście. Szybka kasku ma specjalne właściwości optyczne. Następuje rzutowanie obrazu cyfrowego wyświetlacza na wewnętrzną powierzchnię, a szybka przetwarza fale świetlne w taki sposób, że obraz z nawigacją lub danymi z motocykla widoczny jest w odległości 20 metrów przed motocyklistą, czyli w obszarze, który powinien on monitorować podczas jazdy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Larry Tank z Livemap.

Inteligentny kask ma przede wszystkim zwiększyć bezpieczeństwo motocyklistów. Motocyklista dostaje na wyświetlaczu wskazania nawigacji GPS, prędkość i parametry jazdy oraz różnego rodzaju alerty i komunikaty, ale informacje widoczne są w polu obserwowanym przez kierowcę, a nie na małym szkiełku w pobliżu oczu. Choć poprawa bezpieczeństwa jazdy na motocyklu jest najważniejszym zadaniem kasku, to pełni on również inne funkcje.

– Kask ma również przednią kamerę nagrywającą w jakości 4K i wbudowaną pamięć o pojemności 64 GB. W pakiecie dostajemy komunikator Bluetooth, który z powodzeniem zastąpi zestawy nabywane oddzielnie. Użytkownik dostaje GPS na wyświetlaczu przeziernym, komunikator Bluetooth i kamerkę 4K porównywalną do GoPro, wszystko sterowane głosem. Wystarczy powiedzieć „Włącz kamerę” albo „Wyłącz kamerę” i nie trzeba szukać żadnego przycisku – przekonuje ekspert.

Wyświetlacze przezierne HUD coraz częściej stosowane są w motoryzacji, ale do tej pory wyposażane w nie były głównie samochody. Coraz częściej twórcy zaczynają jednak dostrzegać potrzeby motocyklistów. W przedsprzedaży dostępny jest już kask Cross Helmet X1 wyposażony w wyświetlacz HUD. Komunikaty wyświetlane są na nim jednak w formie widoku podobnego do lusterka wstecznego. Sprawia to, że motocyklista musi przenosić podczas jazdy wzrok na pole informacyjne znajdujące się w innym miejscu niż obserwowany fragment drogi. Dzięki tylnej kamerze kierowca uzyskuje natomiast 360-stopniowy widok. Udaje się dzięki temu wyeliminować problem martwych pól.

– W naszym kasku czytane przeze mnie informacje znajdują się 20 metrów przede mną, a nie na małym szkiełku bardzo blisko oczu, zasłaniającym moje pole widzenia w odległości 2–3 metrów, na którym muszę specjalnie skupiać wzrok. Dane wyświetlają się tam, gdzie ze względów bezpieczeństwa powinienem patrzeć – mówi Larry Tank.

Kask Livemap trafi do sprzedaży w grudniu. Jego cena wyniesie 1999 dol. Według Technavio globalny rynek inteligentnych kasków będzie rósł do 2022 roku w średniorocznym tempie na poziomie 24 proc.

Uczące się słuchawki dostosują poziom dźwięku do użytkownika. Budują jego profil w sposób podobny do badania audiologicznego

Uczące się słuchawki dostosują poziom dźwięku do użytkownika. Budują jego profil w sposób podobny do badania audiologicznego 14

Słuchawki pozwalają już nie tylko słuchać muzykę, lecz także ją poczuć. Inteligentne, uczące się słuchawki potrafią przetestować słuch i dostosować wszystkie ustawienia do unikalnego słuchu użytkownika. W ten sposób uzyskiwany jest wysoki poziom immersyjności, a użytkownik ma wrażenie zanurzenia się w dźwięku. W przyszłości do słuchawek trafią także asystenci głosowi.

– Nura jest jedną z pierwszych na świecie firm, która zaprojektowała słuchawki uczące się i dostosowujące się do słuchu użytkownika. Zaprezentowaliśmy właśnie nowe słuchawki nuraloop, wyposażone w technologię personalizacji dźwięku. Wszyscy słyszymy na swój własny sposób, młodzi i starsi ludzie, mężczyźni i kobiety – słuch jest powiązany ze sposobem, w jaki mówimy. Nura wykorzystuje tę różnorodność w słyszeniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Luke Rattigan z firmy Nura.

Słuchawki nuraloop są douszną wersją nausznych słuchawek nuraphone. Słuchawki automatycznie uczą się i dostosowują do unikalnych cech użytkownika związanych ze sposobem słyszenia. W słuchawkach nuraphone zastosowana została opatentowana architektura łącząca w sobie funkcjonalność słuchawek nausznych i dokanałowych. Za wysyłanie czystych dźwięków odpowiedzialna jest część douszna. Miseczki nauszne zapewniają natomiast dźwięk basu. Zarówno słuchawki nuraphone, jak i nuraloop działają natomiast w oparciu o pracę algorytmów analizujących cechy słuchu odbiorcy.

– Po założeniu słuchawek, przeprowadzany jest test słuchu, który dostarcza informacje na temat unikalności słuchu użytkownika. Dzięki temu możemy tak skonfigurować częstotliwości, żeby były jak najlepiej dopasowane do unikalnego profilu słuchowego użytkownika. Te słuchawki dla uszu są jak okulary dla oczu – twierdzi Luke Rattigan.

Słuchawki odtwarzają szereg tonów w uchu, a następnie mierzą natężenie bardzo słabych dźwięków, które ucho generuje w odpowiedzi na odbierane tony. Wykorzystywane jest więc tu zjawisko otoemisji akustycznej. Dźwięki są wychwytywane przez bardzo czuły mikrofon, a algorytmy uczenia maszynowego tworzą profil odbiorcy. Wszystko to dzieje się automatycznie i trwa około 60 sekund. Po utworzeniu profilu słyszenia można już słuchać muzyki przy spersonalizowanych ustawieniach.

– Jeśli dźwięk jest tak spersonalizowany jak w przypadku słuchawek nuraphone, to jak słuchanie muzyki w pełnej gamie kolorów. Dźwięk charakteryzuje się dużą immersyjnością, a w specjalnym trybie można niemal poczuć uderzenia basów przez słuchawki – zapewnia ekspert.

Twórcy słuchawek MEE Audio EarBoost EB1 z kolei budowanie profilu słyszenia również rozpoczynają testem, który bardziej przypomina badanie audiologiczne. Specjalna aplikacja przeprowadza użytkownika przez kolejne plansze, przy których emitowane są serie dźwięków o różnych natężeniach. Słuchacz zaznacza, ile pojedynczych dźwięków usłyszał. Na koniec wyświetla się wykres z badania, a dalsza obróbka informacji leży już po stronie algorytmów.

Słuchawki nuraphone są od początku roku dostępne w sprzedaży w 32 krajach na całym świecie. Ich cena to 399 euro, słuchawki nuraloop do sprzedaży trafią najprawdopodobniej w drugim kwartale 2019 roku i mają mieć niższą cenę.

Z raportu Futuresource Consulting wynika, że rynek słuchawek wygeneruje w 2022 roku przychód na poziomie blisko 32 mld dol. Dla porównania w 2018 roku było to 21 mld dol. Twórcy raportu przewidują, że jednym z największych trendów tego rynku w najbliższych latach będzie rosnący udział w sprzedaży słuchawek z asystentami głosowymi.

Deficyt w handlu zagranicznym USA – Chiny wzrósł do 323 mld dolarów

Po kilku latach nadwyżki mamy deficyt w handlu zagranicznym. I ten deficyt wzrasta. Jednak daleko nam do problemów jakie mają inne kraje. Zwłaszcza USA, a wojna handlowa sytuacji nie poprawiła.

Obroty towarowe handlu zagranicznego w styczniu – listopadzie 2018 roku wyniosły w cenach bieżących 868,3 mld zł w eksporcie oraz 881,4 mld zł w imporcie. Ujemne saldo ukształtowało się na poziomie 13,1 mld zł, podczas gdy w analogicznym okresie roku ubiegłego było dodatnie i wyniosło 8,1 mld zł. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku eksport wzrósł o 6,4%, a import o 9,1%.

Dodatnie saldo uzyskaliśmy w obrotach z krajami rozwiniętymi 177,9 mld zł (49,7 mld USD, 41,9 mld EUR), w tym z krajami UE saldo osiągnęło poziom 183,2 mld zł (51,2 mld USD, 43,1 mld EUR).

– To jeszcze nie jest problem dla polskiej gospodarki – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Bardzo daleko nam do kłopotów, jakie mają Stany Zjednoczone, których deficyt handlowy z Chinami przekroczył 323 mld zł.

Wojny handlowe prowadzone przez USA nie ograniczyły deficytu. – Nie oznacza to jednak, że Chiny zyskały na wonach handlowych – komentuje ekspert XTB.

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Maleje liczba rachunków kredytowych w walucie szwajcarskiej, zaciągniętych na zakup mieszkań – w grudniu 2018 r., w porównaniu do grudnia 2017 r. w ujęciu liczbowym, ubyło ok. 25,65 tys. rachunków. Obecnie pozostaje w spłacie już tylko 469,96 tys. kredytów frankowych. Według danych BIK wartość portfela kredytów frankowych na 31.12.2018 r. wynosiła 107,1 mld zł., i pomimo osłabienia się kursu złotówki wobec franka o 25 gr. (3,56 na 29 grudnia 2017 do 3,81 na 31 grudnia 2018), dzięki spłatom zobowiązań przez kredytobiorców jego wartość w ciągu roku obniżyła się o 2,48 mld zł. Na koniec 2017 r. zadłużenie wynosiło 109,58 mld zł.

Ważne liczby

  • systematycznie maleje liczba rachunków kredytowych we franku szwajcarskim: na koniec grudnia 2018 r. było ich mniej o 50,85 tys. w stosunku do grudnia 2016 r. oraz mniej o 25,65 tys. w stosunku do grudnia 2017 r.
  • o 2,48 mld zł zmniejszyło się zadłużenie na koniec grudnia 2018 r., w porównaniu do grudnia 2017 r.
  • 162,03 mld zł to najwyższe zadłużenie w przeliczeniu na PLN w kredytach frankowych w 2011 r.
  • 107,1 mld zł – tyle obecnie wynosi zadłużenie w przeliczeniu na PLN w kredytach frankowych (XII 2018 r.)
  • prawie co piąty (19,6%) obecnie czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we franku
  • co czwarta (25,4%) złotówka zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych (po przeliczeniu walut na złote po kursie z dnia 31.12.2018) pochodzi z kredytów frankowych.

Liczba zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach szwajcarskich stale zmniejsza się, w 2016 r. banki obsługiwały 520,81 tys. kredytów, a obecnie o 10% mniej. W grudniu 2018 r., w porównaniu do grudnia 2017 r. w ujęciu liczbowym, ubyło o kolejne 5% rachunków mieszkaniowych zaciągniętych w CHF.

Portfel kredytowy Polaków

Bazy BIK, zawierające informacje o 15,24 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,5% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 623,1 mld zł, z czego 135,17 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych.

Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,7 mln szt., co stanowi 6,2% spośród 27,56 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.kredytobiorcy franki szwajcarskie

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF, na koniec grudnia 2018 r., to 107,1 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 135,17 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych na kwotę 125,04 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,43 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,5 mld zł, a także posiadane limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,15 mld zł.

– Spadek wartości zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych frankowych w okresie ostatnich 12 miesięcy w kwocie ok. 2,5 mld zł, przy wzroście kursu franka w tym okresie w stosunku do złotówki o ok. 25 gr wynika przede wszystkim z terminowych spłat, dokonywanych przez kredytobiorców. Sprzyja temu niewątpliwie dobra sytuacja polskiej gospodarki, która przekłada się na spadek bezrobocia i wzrost wynagrodzeń, a tym samym na wzrost dochodów gospodarstw domowych. Należy również wspomnieć o wzroście cen nieruchomości na rynku wtórnym w aglomeracjach, a tam właśnie mieszkają frankowicze,  co pozytywnie wpływa na wartość wskaźnika LtV (jego spadek) – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura informacji Kredytowej. – Mieszkaniowe kredyty frankowe podobnie jak kredyty złotowe charakteryzują się bardzo dobrą jakością, na co oprócz aspektu dochodowego (wzrostu dochodów gospodarstw domowych) maja niewątpliwie nadal ujemne stopy procentowe w Szwajcarii (LIBOR CHF), oraz aspekt kulturowy – w piramidzie spłacalności kredyty mieszkaniowe są na pierwszym miejscu, a w przypadku trudności ze spłatą zobowiązań kredyty mieszkaniowe przestają być terminowo obsługiwane na samym końcu uzupełnia prof. Waldemar Rogowski

 Jakość kredytów frankowych

Niski poziom szkodowości to cecha walutowych kredytów hipotecznych, a jakość zobowiązań  zaciągniętych we frankach szwajcarskich okazała się być lepsza od złotowych.

– Obecnie – na koniec 2018 r., tylko 1,27% czynnych mieszkaniowych kredytów frankowych pozostaje w portfelach bankowych jako opóźnione powyżej 90 dni. W przypadku kredytów mieszkaniowych złotowych odsetek ten jest wyższy i wynosi 1,30%. Analizując kredyty złotowe i frankowe udzielone do 2011 r. na dzień 31 grudnia 2018 r. 2,41% kredytów udzielonych we frankach okazało się straconymi, czyli zostało przekazane do windykacji, sprzedane bądź pozostaje w portfelach jako opóźnione powyżej 90 dni. W przypadku kredytów mieszkaniowych udzielonych w złotych do 2011 r. odsetek ten jest wyższy i wynosi 2,95% – podsumowuje główny analityk BIK.

Należy zwrócić uwagę, że poziom jakości spłaty zobowiązań determinowany jest także liczbą równocześnie spłacanych kredytów. Dotyczy to zarówno osób posiadających kredyty mieszkaniowe w złotówce, jak i w walucie. Ma to bezpośrednie przełożenie na jakość obsługi portfela frankowego.