Gra Fortnite wykorzystywana jako pralnia pieniędzy

Światowa popularność sieciowej gry przyniosła jej producentom 3 mld dolarów rocznego zysku, ale nie uszła także uwadze przestępców. Przez wewnętrzną walutę gry oraz ciemną stronę internetu oszuści „piorą brudne” pieniądze, wykorzystując także kryptowaluty – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Dokładniej chodzi o niezwykle popularną wśród dzieci i nastolatków grę Fortnite i używaną w niej walutę nazwaną przez producentów v-bucks. Mechanizm polega na tym, że przestępcy kupują za skradzione karty kredytowe i debetowe walutę w grze, a później sprzedają ją przede wszystkim w dark webie, czyli tej części internetu, której nie widzą wyszukiwarki typu Google. Pochodzące z nielegalnych źródeł pieniądze są w ten sposób „RtyFgh54wyprane” z użyciem waluty w grze. O skali problemu doniosła firma Sixgill, badająca dark web, o sprawie pisał także dziennik „The Independent”, w artykule pt. „Jak dzieci grające w Fortnite pomagają napędzać przestępczość zorganizowaną”.

Popyt zwabił przestępców

Fortnite to obecnie jedna z najbardziej popularnych gier sieciowych. Dostępna za darmo do pobrania zyskała już ponad 200 milionów graczy na całym świecie. Na największej platformie streamingowej Twitch ustępuje pod względem popularności (liczby widzów) tylko jednej grze. Fortnite jest rozpowszechniany w modelu freemium, polegającym na udostępnieniu gry za darmo, ale jednocześnie umożliwiającym kupowanie przedmiotów czy rozszerzeń wewnątrz samej gry. Z punktu widzenia producentów gier to dużo bardziej opłacalny model biznesowy niż tradycyjna jednorazowa płatność z góry za grę. Przynosi bowiem stały strumień dochodów rozłożony w dłuższym okresie.

Taki model umożliwił producentowi gry osiągnięcie ok. 3 mld dolarów zysku w 2018 r. Z danych wspomnianej firmy badawczej wynika, że rosnąca popularność Fortnite w dark webie była bezpośrednio związana z miesięcznymi przychodami osiąganymi przez grę. To drugie nie umknęło bowiem oczom świata przestępczego, który wykorzystał słabe zabezpieczenia i ogromną popularność, a tym samym duży popyt na wewnętrzną walutę gry. Posłużyła ona do „wyprania” pieniędzy pochodzących z kradzieży. Znaczenie odegrał także fakt, że płatność skradzionymi kartami to nie jedyna opcja ich „wyprania” dostępna w Fortnite.

Tu pojawia się wątek kryptowalut

Przedmioty w grze Fortnite można kupować również za kryptowalutę monero, która bywa wykorzystywana do nielegalnych transakcji w internecie (m.in. ataki hakerskie, ransomware) ze względu na to, że zapewnia większy poziom prywatności w porównaniu np. bitcoinem. Wspomniany bitcoin ma jednak także udział w tym procederze. Kupowane za „brudne pieniądze” v-bucksy oferowane są później w dark webie właśnie bardzo często za bitcoiny. Przestępcy może tracą kilkanaście procent, ale pieniądze są już po całej operacji „czyste”.

Choć nie należy tu wietrzyć żadnego spisku ze strony producentów, wykorzystanie waluty monero w grze mogło być także nieco niefortunne. Co prawda jest to kryptowaluta używana także do legalnych transakcji, ale jej problemem już pod koniec ubiegłego roku zainteresował się amerykański Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Department of Homeland Security), który zlecił stworzenie systemu do śledzenia transakcji zawartych przy jej użyciu.

Producent Fortnite prawdopodobnie będzie próbował uszczelnić swoją wewnętrzną walutę, by ograniczyć cały nielegalny proceder. Sytuacja ta jednak pokazuje jeden z największych problemów, z jakimi borykają się obecnie wirtualne waluty. Zarówno v-bucks, jak i bitcoin czy monero praktycznie nie podlegają żadnym regulacjom, co w obliczu coraz większego zazębiania się świata rzeczywistego pieniądza z tym wirtualnym stanowi duży problem. Świadczyć może o tym fakt, że cały proceder miał miejsce na oczach milionów i był (prawdopodobnie nadal jest) napędzany przez popularność, jaką generują grze przede wszystkim dzieci.

Od stycznia 2019 r. zmiany zasad rozliczania kryptowalut w działalności gospodarczej

1 stycznia 2019 roku weszły w życie przepisy regulujące obrót kryptowalutami. Z jednej strony wprowadziły długo oczekiwane regulacje w zakresie rozliczania kryptowalut, co jest korzystne dla osób, które zakupiły bitcoiny czy litecoiny w 2019 r. Jednak ci, którzy kupili je przed 2019 i nie sprzedali, teraz muszą opodatkować cały przychód z ich obrotu wysoką stawką 19% – to tylko jedna z niekorzystnych zmian dla osób, które wcześniej handlowały kryptowalutami.

Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt
Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt

14 listopada 2018 roku Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw, które weszły w życie od Nowego Roku. Nowe przepisy wprowadza szereg zmian w zakresie rozliczania kryptowalut.

Rozliczenie kryptowalut na nowych zasadach

Do końca 2018 roku osoby zajmujące się handlem kryptowalutami mogły rozliczać przychody z nich w ramach działalności gospodarczej lub jako przychody z praw majątkowych. Zgodnie z wprowadzonymi zmianami w art. 17, od 2019 roku przychody z odpłatnego zbycia waluty wirtualnej uznaje się za przychody z kapitałów pieniężnych. Oznacza to, że od 2019 roku przedsiębiorcy nie mogą rozliczać transakcji związanych z kryptowalutami w działalności gospodarczej.

Bez względu na dotychczasowy sposób rozliczania od nowego roku traderzy[1] będą zobowiązani do wykazywania przychodu z kapitałów pieniężnych. Będą one rozliczane na formularzu PIT-38 i opodatkowane stałą stawką 19%. Pierwszy formularz PIT-38 za rok 2019 powinien być złożony do Urzędu Skarbowego w terminie do 30 kwietnia 2020 roku.

Długo oczekiwana definicja przychodu z walut wirtualnych

Doprecyzowanie definicji przychodu z odpłatnego zbycia waluty wirtualnej jednoznacznie rozstrzyga spór dotyczący wykazania przychodu od transakcji wymiany kryptowaluty na inną kryptowalutę. Zgodnie z nowym brzmieniem definicji przychodów, wymiana kryptowaluty na inną walutę wirtualną nie będzie stanowić przychodu i analogicznie nie będzie stanowić kosztu.

Definicja przychodu z walut wirtualnych została określona w art. 17 ust. 1f ustawy o PIT: „Przez odpłatne zbycie waluty wirtualnej rozumie się wymianę waluty wirtualnej na prawny środek płatniczy, towar, usługę lub prawo majątkowe inne niż waluta wirtualna lub regulowanie innych zobowiązań walutą wirtualną”.

Rozliczanie kosztów

Za koszty uzyskania przychodów z tytułu odpłatnego zbycia waluty wirtualnej uważa się udokumentowane wydatki bezpośrednio poniesione na nabycie waluty wirtualnej oraz koszty związane z jej zbyciem, w tym udokumentowane wydatki poniesione na rzecz podmiotów świadczących usługi w zakresie pośrednictwa i wymiany kryptowalut.

Oznacza to, że od przychodów uzyskanych z odpłatnego zbycia waluty wirtualnej będzie można rozliczyć jedynie wydatki bezpośrednio z nimi związane. Traderzy nie będą mogli więc zaliczyć do kosztów wydatków pośrednich m.in. takich jak odsetki od zaciągniętych kredytów na zakup kryptowalut, kosztów zużycia prądu, zakup usług informatycznych, koszt zakupu „koparek do kryptowalut”.

Aby wydatek był zaliczony do kosztów, musi być bezpośrednio powiązany z uzyskanym przychodem. Dodatkowo koszty uzyskania przychodów są potrącane w tym roku podatkowym, w którym zostały poniesione. Nadwyżka kosztów nad przychodami uzyskanymi ze sprzedaży kryptowalut zwiększa koszty z tytułu ich sprzedaży w kolejnym roku. Przykładowo: jeżeli koszty wyniosą 100 tysięcy złotych, a przychody 70 tysięcy złotych, to nadwyżka w wysokości 30 tysięcy złotych będzie rozliczana w kolejnym roku.

Dla wielu przedsiębiorców oznacza to, że przychody ze sprzedaży kryptowalut w 2019 roku, które zostały zakupione w 2018 roku, zostaną opodatkowane bez rozliczenia kosztów.

Rozliczenie straty podatkowej

Obecny kurs kryptowalut sprawia, że duża część traderów wykaże stratę w zeznaniu rocznym za rok 2018. Będzie to dla nich bardzo niekorzystne podatkowo, bowiem od nowego roku przychody ze zbycia waluty wirtualnej będą rozpoznawane w innym źródle przychodów. Strata poniesiona z działalności gospodarczej lub z praw majątkowych nie będzie pomniejszać przychodów uzyskanych z kapitałów pieniężnych.

Co to oznacza w praktyce?

Zagraniczne giełdy, w których zostanie wygenerowany przychód z handlu kryptowalutami, nie mają obowiązku przesyłać formularza PIT-8C, na którym wykazuje się przychody z kapitałów pieniężnych. Oznacza to, że traderzy będą musieli sami wykazać uzyskane przychody, co z uwagi na dużą liczbę transakcji może sprawiać problemy w prawidłowym wykazaniu przychodów oraz kosztów bezpośrednio związanych z sprzedanymi kryptowalutami.

Myślę, że od nowego roku możemy spodziewać się nowej fali interpretacji podatkowych w zakresie prawa do rozliczania kosztów uzyskania przychodu.

Moim zdaniem warto zadbać o prowadzenie własnej dokumentacji od 1 stycznia, z której jednoznacznie będzie wynikać przychód, powiązanie przychodu z poniesionymi kosztami oraz ew. nadwyżka kosztów uzyskania przychodu, którą będzie można rozliczyć w kolejnym roku podatkowym.

[1] Osoba, która dokonuje transakcji krótkoterminowych na giełdach

Transakcja trójstronna w UE a VAT

W obrocie gospodarczym z zagranicą firmy bardzo często biorą udział w tzw. transakcjach łańcuchowych. Co do zasady dotyczy to takich transakcji, gdy pomiędzy sprzedawcą towaru a jego ostatecznym odbiorcą pojawiają się kolejne podmioty występujące m.in. w roli pośrednika. Na tym tle szczególną uwagę należy poświęcić Procedurze uproszczonej w Wewnątrzwspólnotowych Transakcjach Trójstronnych (dalej: WTT), która w wielu przypadkach – choć po spełnieniu licznych warunków – może ułatwić życie przedsiębiorcom handlującym towarami w UE.

Transakcja trójstronna w UE a VAT – zasady ogólne

Istotą transakcji łańcuchowych jest to, że w wyniku danej transakcji dochodzi tylko do jednego fizycznego wydania towaru oraz do kilku dostaw w sensie prawnym. Oznacza to mniej więcej tyle, że taka transakcja musiałaby zostać właściwie rozliczona podatkowo przez każdego z jej uczestników, bez względu na to, czy występują w charakterze dostawcy, odbiorcy, czy pośrednika. Mają tu zastosowanie dość rozbudowane przepisy dotyczące tzw. miejsca świadczenia w VAT.

Przykładowo, przyjmując założenie, że towar jest sprzedawany przez podmiot A z Niemiec podmiotowi B z Polski, który następnie jest sprzedawany do podmiotu C w Czechach, a towar trafia bezpośrednio z Niemiec do Czech, możemy dojść do następujących rezultatów na gruncie VAT:

Wariant 1
• dostawa pomiędzy A i B – dostawa krajowa na rzecz B opodatkowana wg stawki krajowej VAT w Niemczech, oraz
• dostawa pomiędzy B i C – wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów (WDT) na rzecz C opodatkowana w Niemczech wg stawki 0% oraz wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów (WNT) opodatkowane wg stawki krajowej w Czechach.

Wariant 2
• dostawa pomiędzy A i B – WDT na rzecz B opodatkowana w Niemczech wg stawki 0% oraz WNT opodatkowane wg stawki krajowej w Czechach, oraz
• dostawa pomiędzy B i C – dostawa krajowa na rzecz C opodatkowana wg stawki krajowej VAT w Czechach.

O zastosowaniu wariantu 1 lub 2 będą decydowały m.in. warunki transportu zastosowane dla całej transakcji oraz określenie tzw. dostawy ruchomej. Niemniej w obu przypadkach drugi podmiot w kolejności (polski – B) będzie zmuszony do rejestracji do celów VAT w Niemczech (wariant 1) albo w Czechach (wariant 2) i rozliczenia VAT wedle przepisów krajowych obowiązujących w jednym z tych państw. Obowiązek rejestracji w innym państwie UE oznacza nie tylko konieczność zapłaty VAT z tytułu konkretnej transakcji (przy dostawie krajowej), ale również składanie deklaracji VAT, informacji podsumowujących VAT-UE, a w niektórych przypadkach nawet zgłoszeń INTRASTAT. Nic więc dziwnego, że masa obowiązków administracyjnych zmusza przedsiębiorców do szukania innych, bardziej optymalnych rozwiązań.

Procedura uproszczona, czyli sporo korzyści

Przepisy art. 135 ustawy VAT regulują mechanizm WTT w procedurze uproszczonej, w którym jedynym podatnikiem zobowiązanym do naliczenia podatku jest finalny odbiorca towarów rozliczający w swoim kraju VAT z tytułu WNT od drugiego w kolejności podmiotu w łańcuchu dostaw. Oznacza to brak obowiązków fiskalnych w postaci zapłaty podatku przez 1. lub 2. w kolejności podatnika, gdyż konieczność samoobliczenia VAT z tytułu nabycia towarów spoczywa wyłącznie na rzeczywistym (ostatecznym) nabywcy. Co więcej, uproszczenie zwalnia również 2. w kolejności uczestnika transakcji trójstronnej z rejestracji oraz obowiązków administracyjnych i sprawozdawczych w VAT w innym państwie UE.
Zastosowanie procedury uproszczonej będzie możliwe po spełnieniu ogólnych warunków transakcji, w której:

1. w dostawie towarów uczestniczą trzej podatnicy zidentyfikowani do celów VAT w trzech różnych państwach członkowskich, przy czym pierwszy z nich wydaje towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności, oraz

2. towary są wysyłane lub transportowane przez pierwszego lub też transportowane przez drugiego w kolejności podatnika VAT z terytorium jednego państwa członkowskiego na terytorium innego państwa członkowskiego.

Dodatkowo ustawodawca wymienił w art. 135 ust. 1 pkt 4 ustawy VAT szereg przesłanek o charakterze materialnym lub formalnym, których spełnienie jest niezbędne do zastosowania procedury uproszczonej. Przykładowo, w celu prawidłowej identyfikacji podatkowej WTT drugi w kolejności podmiot powinien wskazać na fakturze ostatecznego nabywcę, jako podmiot zobowiązany do rozliczenia VAT z tytułu WNT w państwie docelowym. Innym wymogiem, jaki przewidują przepisy VAT, jest warunek posiadania siedziby działalności gospodarczej przez drugiego w kolejności podatnika na terytorium innego państwa członkowskiego od tego, w którym kończy się transport lub wysyłka towarów.

Kluczowe warunki transportu

Zanim zaplanujemy sprzedaż towarów w ramach WTT warto przeanalizować okoliczności oraz warunki transportu. O ile bowiem wymogi dotyczące ważności numerów identyfikacyjnych VAT nie powinny powodować niejasności, o tyle już kwestie związane z organizacją transportu (reguły INCOTERMS) mają kluczowy wpływ dla klasyfikacji takiej dostawy na gruncie VAT. Trzeba mieć na uwadze, że warunki dla uznania transakcji trójstronnej w UE za WTT zgodnie z przepisami VAT nie zostaną spełnione, jeśli podmiotem odpowiedzialnym za ich transport będzie ich finalny nabywca, o czym wprost stanowi art. 135 ust. 1 pkt 2 lit. b) ustawy VAT. Między innymi właśnie dlatego wszelkie kwestie związane z szeroko rozumianą logistyką dostawy powinny być odpowiednio wcześniej skonsultowane ze specjalistami w taki sposób, aby odpowiednio zminimalizować ryzyko ewentualnych sporów z organami skarbowymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Blisko ćwierć biliona złotych obrotów polskich faktorów w 2018 r.

Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły w 2018 r. obroty o wartości 242,8 mld zł. Oznacza to wzrost o 26,7 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Z ich usług korzysta w Polsce obecnie już blisko 17 tys. przedsiębiorstw. W obrocie krajowym szybszy wzrost zanotował faktoring pełny, natomiast wśród eksporterów wzrosło znaczenie usługi w wersji niepełnej.

Infografika_PZF_wskaznikiPolski Związek Faktorów (PZF) skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących tego rodzaju usługi. Zrzesza 30 członków: 5 banków komercyjnych, 21 wyspecjalizowanych firm faktoringowych, dwa podmioty o statusie partnera oraz 2 członków honorowych.

Firmy należące do PZF osiągnęły w 2018 r. największy wzrost obrotów w ciągu ostatnich 8 lat. Sfinansowały działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 242,8 mld zł. Dzięki temu rynek zanotował wzrost o 26,7 proc.

Wykres 1. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów w 2018 r. (w mld zł)

Infografika_PZF_obroty

Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF
Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF

– Wzrost rynku faktoringowego w 2018 r. był imponujący. Cieszymy się, że klienci coraz powszechniej korzystają z naszych usług i doceniają je. Tak znaczący skok zawdzięczamy z jednej strony coraz lepszej znajomości oferty wśród przedsiębiorców, z drugiej – umiejętnemu dopasowaniu naszych usług do ich potrzeb. Wyniki polskich faktorów są też odzwierciedleniem ogólnego klimatu gospodarczego. Dobre nastroje wpływają na decyzje przedsiębiorców o inwestycjach i zatrudnieniu. Stabilna sytuacja polskich firm zachęca zarządzających do poszukiwania różnych form finansowania dalszego rozwoju, toteż częściej sięgają oni po faktoring.

– mówi Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

Najpopularniejszą formą faktoringu. podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, trwale stał się faktoring pełny. Zainteresowanie nim szczególnie dynamicznie rośnie w obrocie krajowym. Umożliwia szybki dostęp do środków na bieżącą działalność, połączony z ochroną przed brakiem zapłaty za dostarczone towary lub usługi ze strony kontrahentów. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w 2018 r. w jego ramach blisko 123,5 mld zł wierzytelności, co stanowi 51 proc. obrotów. Kolejne 33,4 proc., generuje faktoring niepełny. Pozostałe 15,6 proc. przypada natomiast na faktoring importowy, odwrócony oraz wymagalnościowy.

– Przewaga faktoringu pełnego nad pozostałymi jego formami świadczy o rosnącej świadomości ekonomicznej klientów korzystających z tego rodzaju finansowania. Chroni on przed ryzykiem utraty płynności oraz wpadnięcia w pułapkę zatorów płatniczych. Zabezpiecza przed nieprzewidzianymi trudnościami handlowymi. Oferta opiera się zarówno na finansowaniu działalności, jak i przejęciu przez faktora ryzyka niewypłacalności kontrahentów. Rosnące zainteresowanie tą formą faktoringu widać szczególnie wśród przedsiębiorców działających na rynku krajowym.

Także eksporterzy częściej stawiają na jego pełną opcję, jednak coraz większa ich grupa decyduje się na niepełny faktoring eksportowy. Są to przede wszystkim podmioty kierujące swoje towary i usługi na rynek europejski oraz w regiony, w których czują się pewnie. 

– wyjaśnia Sebastian Grabek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 16,9 tys. przedsiębiorców. Wystawili oni blisko 15 mln faktur, na podstawie których krajowi faktorzy udzielili finansowania.

– Liczba firm, które sięgają po faktoring stale rośnie. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nasza usługa jest prostsza od innych form finansowania. Przejmujemy zobowiązania jedynie na podstawie faktur. Dzięki temu klienci mogą szybko zaspokoić najpilniejsze potrzeby, związane z  termino-wym wypłacaniem pensji i wypełnianiem obowiązków wobec fiskusa czy ZUS.

Zauważalny silny wzrost liczby klientów obsługiwanych przez członków PZF wiąże się też z faktem, że do związku przystępują nowe podmioty, oferujące m. in. finansowanie dla mikroprzedsiębiorców

– mówi Sebastian Grabek.

Wykres 2. Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF w latach 2016 – 2018 (w tys.)Infografika_PZF_klienci

Dzięki rosnącemu uznaniu wśród przedsiębiorców, faktoring pozostaje najszybciej rozwijającą się usługą finansową. Rozwiązuje kluczowy problem, z jakim borykają się firmy: przeciwdziała skutkom opóźnień w płatnościach. Jak wynika z badań prowadzonych przez PZF, są one wciąż największą barierą, jaka zdaniem zarządzających stoi na drodze rozwoju firm w Polsce.

Z usług firm faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. Utrzymanie płynności finansowej w ich przypadku decyduje o przetrwaniu lub rozwoju. Faktoring umożliwia im zachowanie dobrej kondycji ekonomicznej, a przez to – stabilnej pozycji rynkowej i przewagi konkurencyjnej.

Wykres 3. Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF w 2018 r. w ujęciu sektorowymInfografika_PZF_sektory

Środowisko faktoringowe reprezentowane przez Polski Związek Faktorów angażuje się też w rozwój przedsiębiorczości w Polsce. Uczestniczy w pracach legislacyjnych nad poprawą warunków funkcjonowania firm na krajowym rynku.

PZF włączył się do prowadzonych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii konsultacji nad inicjatywami, zmierzającymi do wyeliminowania z obrotu gospodarczego zjawiska zatorów płatniczych oraz przyczyn ich powstawania. Przedstawił rozwiązanie prawne, likwidujące problem stosowania w umowach handlowych zakazu cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawianych przez dostawców towarów i usług swoim kontrahentom. Problem ten jest jedną z głównych przyczyn powstawania zatorów płatniczych.

– Proponowane przez PZF rozwiązanie opiera się na zmianach w Kodeksie Cywilnym, zmierzających do rozróżnienia wierzytelności pieniężnych od niepieniężnych. W przypadku wierzytelności niepieniężnych istniejące kodeksowe restrykcje powinny zostać utrzymane. Natomiast w odniesieniu do wierzytelności pieniężnych konieczne jest w opinii faktorów wprowadzenie zmian mających na celu osiągnięcie wyważonej ochrony zarówno dłużnika, jak i wierzyciela. Taki kształt prawa przywróci równowagę handlową w obrocie gospodarczym w Polsce. Nie będą to zmiany zbyt daleko idące, a jedynie służące wspólnemu interesowi wszystkich stron wymiany handlowej.

– mówi Sebastian Grabek.

Podobne rozwiązania przyjęło już kilka krajów, które podobnie jak Polska, dostrzegły negatywne dla gospodarek skutki zatorów płatniczych. Nie są one liczne, ale w opinii środowiska faktoringowego, warto brać z nich przykład. Uczyniły one zakaz cesji zapisem nieważnym, albo też – mimo możliwości jego stosowania – umożliwiły zachowanie skuteczności zbycia wierzytelności., usuwając w ten sposób bariery stojące na drodze do poprawy warunków funkcjonowania przedsiębiorczości. Krajami tymi są Francja, Wielka Brytania oraz Łotwa.

Rynek mieszkaniowy w 2018 r. na plusie, z perspektywą negatywną na 2019

Styczniowa informacja GUS, komunikująca wstępne dane budownictwa mieszkaniowego, jak zwykle zawiera już pełne podsumowanie statystyk inwestycyjnych pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w zakończonym 2018 roku. Był to rok kilkunastoprocentowego spadku sprzedaży  mieszkań deweloperskich, po czterech kolejnych latach rekordowych kontraktacji. Pytanie, jaki był pod względem inwestycyjnym.

Inwestycje rozpoczęte wciąż na fali wznoszącej

Statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto, ponownie osiągnęły historycznie rekordowe poziomy. W roku 2018 licząc ogółem ruszyła budowa 222 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych, poprawiając wynik z 2017 roku o 7,7 proc. Z tego sami deweloperzy uruchomili w ub. roku budowę blisko 132 tys. lokali, co nawet po uwzględnieniu zmiany przez GUS metodologii obliczeń, daje wynik najlepszy w historii.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl mocno wyśrubowane roczne statystyki nowych budów nie są tym razem pochodną rekordowego ruchu w deweloperskich biurach sprzedaży, a raczej pokłosiem siły rynkowej inercji. Innymi słowy, mocno rozpędzony pięcioletnim boomem pierwotny segment mieszkaniówki potrzebuje nieco czasu na wyhamowanie dynamiki statystyk inwestycyjnych do poziomów odpowiadających zwalniającej koniunkturze.

Natomiast niczym nadzwyczajnym nie jest ostry spadek nowych inwestycji w samym grudniu, do najniższego poziomu od trzech lat. Jest to typowy efekt końcówki roku, która tradycyjnie jest najsłabszym okresem dla rozpoczynania nowych budów, po którym przychodzi wiosenne odbicie.

Rekordowa liczba pozwoleń na budowę

Podobnie optymistycznie prezentuje się sytuacja w ramach statystyk uzyskanych w 2018 roku nowych pozwoleń na budowę. W tym przypadku ogólnie roczny wolumen pozyskanych pozwoleń wyniósł 257 tys., poprawiając wynik z roku 2017 o 2,7 proc. Podobnie jak w przypadku mieszkań rozpoczętych bezkonkurencyjni okazali się i tu deweloperzy, którzy zabezpieczyli na własne potrzeby 160 tys. takich decyzji administracyjnych, co ponownie oznacza wynik rekordowy.

Jak wiadomo, statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Zdaniem ekspertów portalu RynekPierwotny.pl wygląda więc na to, że optymizm branży deweloperskiej w kwestii perspektyw rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie nieprzerwanie pozostaje na stałym od miesięcy bardzo wysokim poziomie. Pytanie, czy i jak zmieni się w br. determinacja przedsiębiorców w przedmiotowej kwestii w obliczu oczekiwanego dalszego regresu statystyk sprzedażowych pierwotnego rynku mieszkaniowego.

Mieszkania oddane z rosnącym potencjałem

Kolejnym spektrum działalności inwestorów, w ramach którego także udało im się potwierdzić rosnącą rok do roku dynamikę, są statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W sumie w 2018 roku GUS doliczył się prawie 185 tys. takich lokali, czyli o 3,6 proc. więcej niż rok wcześniej. W tej kategorii rola lidera także przypadła deweloperom, którzy rezultatem 111,5 tys. poprawili wynik z 2017 roku o ponad 6 proc.

Wg portalu ekspertów portalu RynekPierwotny.pl statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a więc okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym z całą pewnością w kolejnych miesiącach i kwartałach, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach przy dodatniej dynamice zmian.

Negatywne perspektywy roku bieżącego

W ubiegłym roku deweloperski rynek mieszkaniowy poddany został pierwszej poważnej próbie od początku trwania pięcioletniej prosperity. Pojawiło się szereg czynników charakterystycznych dla okresów schyłkowych koniunktury rynkowej, występujących w czasie kształtowania szczytu cyklu koniunkturalnego.

Do najważniejszych z nich należą przyśpieszone wzrosty cen nowych mieszkań skorelowane z oczekiwanym, kilkunastoprocentowym spadkiem ich sprzedaży, czy choćby wyraźna przecena akcji deweloperów mieszkaniowych na giełdzie. W tej sytuacji za retoryczne należy uznać pytanie, czy tego typu cykliczne przesilenie wpłynie destrukcyjnie na statystyki inwestycyjne pierwotnego rynku mieszkaniowego w nowym roku. Ich regres wydaje się wyłącznie kwestią czasu oraz skali, zależnej od całego szeregu czynników okołorynkowych.

82% millenialsów wybiera pracę ze względu na technologię

Wolność wyboru, swoboda w sposobie realizacji zadań oraz możliwość pracy z wybranego miejsca zajmują bardzo wysoką pozycję w oczekiwaniach dzisiejszych pracowników. W badaniu US Future-Ready Workforce Study aż 82% millenialsów przyznaje, że to jakie technologie w miejscu pracy oferuje przedsiębiorca ma istotny wpływ na decyzję o podjęciu pracy. Dużą rolę odgrywa umożliwienie zatrudnionym pracy zdalnej z wybranego przez nich miejsca. Biuro na wyciągnięcie ręki to strategia, której realizacja jest łatwiejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wychodząc naprzeciw potrzebom przedsiębiorców Microsoft rozwija kategorię urządzeń Surface dla Biznesu.

Sami zainteresowani także przyznają, że biuro „dostępne wszędzie” sprzyja ich efektywności. Tego zdania jest 88% pracowników, którzy wzięli udział w badaniu Global Workplace Report[1]. Co więcej, 84% liderów biznesu przyznaje, że nowe technologie pomagają im być bardziej kreatywnymi[2]. Oczywiście kwestią nadrzędną jest cyberbezpieczeństwo wykorzystywanych urządzeń.

Bezpieczne narzędzia na cyfrowe czasy

Postępująca migracja biznesu do chmury powoduje sytuację, w której zarówno kadra menedżerska, jak i pracownicy oczekują nie tylko wygody i bezpieczeństwa „as a service”, ale także unifikacji rozwiązań i ergonomii pracy w jednym. Optymalne cyfrowe miejsce pracy jest wypadkową kultury działania, przestrzeni do pracy dostępnej na wyciągnięcie ręki oraz technologii, która wspiera kreatywność i współpracę.

Różnorodność urządzeń Surface skierowanych do biznesu odpowiada na potrzeby pracowników z różnych obszarów organizacji wykonujących swoje służbowe obowiązki często w zupełnie odmienny sposób. Lekkie urządzenia ultramobilne, w formacie 2w1 doceni każdy pracownik terenowy, podczas gdy pracownik biurowy może oczekiwać również mobilnego (ale niekoniecznie niewielkiego), stylowego i bardzo wydajnego narzędzia.

O ile wygoda i ergonomia pracy mają wiodące znaczenie dla pracownika, to przedsiębiorca jest przede wszystkim zainteresowany zagwarantowaniem cyfrowego bezpieczeństwa swojej organizacji. Tworząc ofertę Surface dla Biznesu, Microsoft wyposażył sprzęt w system operacyjny Windows 10 Pro, który zapewnia użytkownikom korporacyjny poziom ochrony, zarówno pracownikom MŚP, freelancerom jak i przedstawicielom dużych firm.

Według raportu Ponemon Institute[3], średni koszt naruszenia danych korporacyjnych w 2018 roku wyniósł aż 3,86 mln dolarów. To o 6,4 % więcej niż koszt szacowany zaledwie rok wcześniej. Dzięki możliwościom zarządzania urządzeniami, administratorzy bezpieczeństwa mają możliwość zarządzać jednostkami sprzętu na poziomie oprogramowania oraz zapobiegać naruszeniom danych w warstwie sprzętowej w całej organizacji.

Odpowiedzią na bezpieczeństwo przechowywanych na urządzeniu wrażliwych danych jest m.in. mechanizm szyfrowania dysków dzięki układowi TPM 2.0 (Trusted Platform Module) i funkcji BitLocker.

Co więcej, osoby odpowiadające za kwestie IT w ramach organizacji mają możliwość łatwego zarządzania flotą urządzeń Surface for Business – od uproszczonego wdrożenia (Windows AutoPilot), poprzez zarządzanie aktualizacjami i uprawnieniami, aż po warunki gwarancyjne w standardach korporacyjnych (Advanced Exchange).

W trosce nie tylko o użytkowników korporacyjnych, wszystkie urządzenia rodziny Surface są także wyposażone w Windows Hello, biometryczne rozwiązanie zapewniające ochronę i gwarancję tożsamości użytkowników z wykorzystaniem kamery znajdującej się w urządzeniu, chroniąc ich sprzęt przed próbami spoofingu, czyli podszywania się pod użytkowników np. z wykorzystaniem spreparowanych odcisków palców. Problem podejrzenia hasła, choćby w trakcie logowania w pociągu lub samolocie podczas służbowego wyjazdu, przestaje mieć znaczenie, a samo logowanie zajmuje 3-krotnie mniej czasu niż przy użyciu hasła.

Kultura cyfrowego wzrostu 365

Według Badania Forrester Consulting[4], 2018, użytkownicy biznesowi, którzy korzystają z platformy Microsoft 365 na urządzeniach Surface, oszczędzają tygodniowo do 9 godzin. Mobilna praca jest już faktem. Nadrzędną rolą dostawców urządzeń i technologii jest oferowanie klientom kompletnego i inteligentnego środowiska pracy, które umożliwia bezpieczną i skuteczną realizację obowiązków. Środowiskiem, które odpowiada na potrzeby współczesnych pracowników jest pakiet Office 365, który łączy w sobie swobodną komunikację, bezpieczeństwo i wygodny dostęp do najważniejszych aplikacji biznesowych, w tym poczty e-mail i narzędzia umożliwiającego sprawną komunikację Microsoft Teams.

[1] Steelcase Global Workplace Report, 2017

[2] Young Presidents’ Organization, 2017

[3] Ponemon Institute, Cost of the data breach, 2018

[4] Maximizing Your ROI From Microsoft 365 Enterprise With Microsoft Surface, Forrester Consulting, 2018

FedEx Express przejmuje biznes międzynarodowych przesyłek ekspresowych izraelskiej grupy Flying Cargo

FedEx Express i grupa Flying Cargo po blisko 30 latach współpracy w zakresie świadczenia usług międzynarodowych przesyłek ekspresowych do Izraela, podpisały warunkową umowę nabycia przez FedEx izraelskiej spółki w zakresie międzynarodowych usług ekspresowych. Porozumienie zawarto tuż przed wygaśnięciem wieloletniej umowy o współpracę pomiędzy organizacjami.

Izrael stanowi istotny rynek dla FedEx. W czasie blisko 30-letniej współpracy z naszym partnerem zbudowaliśmy silną pozycję na tym rynku – powiedział Bert Nappier, prezes FedEx Express Europe i CEO TNT. – Wraz z finalizacją transakcji, jeszcze bardziej zacieśnimy naszą współpracę, oferując klientom szersze portfolio usług i efektywne połączenie z naszą globalną siecią – dodał.

Wprowadzenie FedEx Express na izraelski rynek było dla nas przywilejem – skomentowali Avi oraz Dany Reik, właściciele Flying Cargo Group. – Niniejsza decyzja stanowi najlepsze podsumowanie naszej współpracy. Jesteśmy pewni, że Flying Cargo Group będzie nadal z sukcesami rozwijać pozostałe projekty z zakresu logistyki i dystrybucji, podczas gdy FedEx Express zyska możliwość jeszcze lepszego dopasowania oferty do oczekiwań klientów w Izraelu – dodali.

FedEx Express rozpoczął działalność na izraelskim rynku w 1990 r., poprzez międzynarodowy oddział Flying Cargo Express, oferując szeroką gamę międzynarodowych usług transportowych, w tym import i eksport dóbr do ponad 220 krajów i terytoriów na świecie. Od maja 2016 r. TNT Express (w tym TNT w Izraelu) stanowi cześć międzynarodowej grupy FedEx.

Grupa Flying Cargo jest liderem izraelskiego rynku usług logistycznych, magazynowych i dystrybucyjnych. Grupa świadczy m.in. usługi z zakresu e-commerce, obsługuje zwroty towarów oraz przesyłki krajowe na terenie Izraela. Ta część biznesu pozostanie w rękach Flying Cargo.

Finalizacja przejęcia spodziewana jest w pierwszej połowie roku 2019, po zatwierdzeniu przez organy regulacyjne. Wraz z dojściem transakcji do skutku, dotychczasowa umowa o współpracy pomiędzy FedEx Express, a Flying Cargo wygaśnie. Do czasu zatwierdzenia transakcji i finalizacji umowy, FedEx Express, poprzez swoją spółkę zależną TNT w Izraelu oraz biznes przesyłek międzynarodowych grupy Flying Cargo, będą działać jako niezależne jednostki.

Polska gospodarka zwalnia. Umowa graniczna Wielkiej Brytanii z Irlandią

Dane z polskiej gospodarki słabsze od oczekiwań, ale to wciąż wzrost. Donald Trump wyszedł z propozycją kompromisu względem demokratów, ale szanse na porozumienie są niewielkie. Theresa May dalej walczy o Brexit.

Polska gospodarka rośnie wolniej

Piątkowe dane pokazały, że wyniki makroekonomiczne z ostatnich lat będzie nam ciężko utrzymać. Produkcja przemysłowa rośnie o zaledwie 2,8%, przy oczekiwaniach analityków na 5,1%. Słabiej wypadł też wzrost wynagrodzeń. Płace w grudniu wzrosły o 6,1% w ujęciu rocznym. Spodziewano się wzrostu o 7,3%. Dane te były oczywiście słabsze od oczekiwań, co nie było dobrym sygnałem dla złotego. Z drugiej strony produkcja przemysłowa wciąż rośnie i to nie symbolicznie, a wzrost płac o 6,1% to w gospodarkach zachodnich niemal nieosiągalny pułap.

Trump łagodzi podejście

Z powodu impasu budżetowego spowodowanego niechęcią Demokratów do budowy muru na granicy z Meksykiem niepokój na rynkach rośnie. Wczoraj pojawiła się propozycja prezydenta USA mająca dać 3 lata ochrony dla osób, które wjechały do USA przed osiągnięciem pełnoletności na zalegalizowanie swojego statusu w zamian za środki na mur. Brzmi to z jednej strony jak kompromis, z drugiej komentatorzy zwracają uwagę, że bazując na wypowiedziach opozycji mającej większość w Izbie Reprezentantów, i tak nie zostanie przyjęta.

Umowa graniczna Wielkiej Brytanii z Irlandią

Theresa May stara się rozwiązać jeden z palących problemów umowy brexitowej, czyli granicę lądową pomiędzy Irlandią Północną a Irlandią. Problemem jest fakt, że obecny mechanizm de facto wymuszał pozostanie w unii celnej oraz wspólnym rynku. To właśnie ten mechanizm budzi sprzeciw części przedstawicieli Partii Konserwatywnej, która to głosowała przeciwko własnej premier w trakcie głosowania umowy brexitowej. Jest to również ukłon w stronę Partii Unionistów, która ma co prawda zaledwie 10 posłów, ale to oni pozwolili oddalić wotum nieufności dla premier po przegranym głosowaniu umowy brexitowej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów. Jest to po części spowodowane dniem wolnym w USA z okazji Dnia Martina Luthera Kinga. Z tego właśnie powodu można spodziewać się mniejszej aktywności inwestorów w godzinach popołudniowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Funt zyskuje, rynki spodziewają się łagodniejszego Brexitu

Ubiegły tydzień przyniósł znaczące umocnienie brytyjskiej waluty. Pomimo „zamknięcia rządu” w USA, dobrze radził sobie również dolar amerykański.

Funt w reakcji na ogromną porażkę jaką Theresa May odniosła w brytyjskim parlamencie, paradoksalnie doświadczył umocnienia. Tym samym szterling zakończył tydzień jako najlepiej radzącą sobie waluta G10. Napływ słabszych danych ekonomicznych z Chin i strefy euro okazał się korzystny dla dolara amerykańskiego – zwłaszcza, że ze względu na przedłużające się zamknięcie rządu (tzw. shutdown) w Stanach Zjednoczonych nie publikowano sporej części istotnych danych makroekonomicznych z USA.

W tym tygodniu uwaga rynku skupi się na Europejskim Banku Centralnym i w mniejszym stopniu na Banku Japonii. W przypadku spotkania EBC kluczowym będzie pytanie w jakim stopniu Rada Prezesów uzna ostatnie słabsze dane ekonomiczne za oznaki faktycznego spowolnienia gospodarczego.

PLN

Złoty nadal pozostaje względnie stabilny w relacji do euro. Nie oznacza to jednak, że informacje z Polski nic nie wnoszą, wręcz przeciwnie. Ubiegły tydzień potwierdził, że inflacja bazowa w Polsce nadal pozostaje niska – w grudniu nawet spadła w porównaniu z poprzednim miesiącem i wyniosła marne 0,6% w ujęciu rocznym. Co istotniejsze, wyraźnie rozczarowały dane o produkcji przemysłowej w ostatnim miesiącu roku sugerując, że ekspansja gospodarcza w Polsce wyhamowuje, skala spowolnienia nie powinna jednak być zbliżona do tej, z którą mamy do czynienia na zachodzie.

W końcówce tygodnia poznaliśmy też dane z rynku pracy, które również nie budzą zbyt wiele optymizmu – dynamika płac w końcówce roku wyhamowała – w istotnym stopniu jest to jednak prawdopodobnie związane z przesunięciem wypłat premii w górnictwie. Spadła jednak również dynamika zatrudnienia, która znalazła się na najniższym poziomie od dwóch i pół roku.

GBP

Rząd Wielkiej Brytanii podczas głosowania w Izbie Gmin doświadczył największej porażki w historii Zjednoczonego Królestwa – porozumienie wynegocjowane przez premier May zostało odrzucone przewagą 230 głosów. Rynek zareagował umocnieniem funta – ten ruch można wyjaśniać tym, że ryzyko tzw. Brexitu bez porozumienia oceniane jest obecnie jako niewielkie. Przewaga z jaką parlament odrzucił umowę wynegocjowaną przez May sugeruje, że jedynym rozwiązaniem jakie mogłaby poprzeć Izba Gmin byłby bardzo „łagodny” Brexit, za którym w części mogłaby opowiedzieć się również Partia Pracy. Nie odrzucamy tego stanowiska – nadal sądzimy, że w nadchodzących miesiącach istnieje szansa na aprecjację brytyjskiej waluty.

EUR

Wzrost PKB Niemiec w 2018 r. wyniósł 1,5%, co sugeruje, że w czwartym kwartale ubiegłego roku niemiecka gospodarka doświadczyła ekspansji, ale jedynie nieznacznej. Niemniej podczas niedawnej wypowiedzi prasowej przewodniczący EBC, Mario Draghi, potwierdził ostatnią słabość największej gospodarki strefy euro. Tym samym można oczekiwać, że podczas czwartkowego spotkania Europejskiego Banku Centralnego instytucja zdecyduje się obniżyć prognozę dla wzrostu w strefie euro, co naszym zdaniem zasadniczo wykluczyłoby szanse na jakichkolwiek podwyżki stóp procentowych w 2019 roku. Zważywszy na dość pesymistyczne informacje, można być zaskoczonym, że euro nadal broni kursu 1,13 względem dolara amerykańskiego.

USD

Z uwagi m.in. na zamknięcie rządu w Stanach Zjednoczonych, w zeszłym tygodniu publikowano jedynie mniej istotne dane makroekonomiczne. W nadchodzących dniach sytuacja najpewniej będzie wyglądać podobnie. Tym samym rynki wyczekują wszelkich wskazówek od Rezerwy Federalnej, której komunikaty wraz z nowym rokiem doświadczyły dość „gołębiego” zwrotu. Nagła zmiana tonu sugeruje, że opublikowane w grudniowym „dot plocie” oczekiwania decydentów o poziomie stóp procentowych obecnie są już nieistotne. Pod nieobecność nagłego wzrostu dynamiki cen uważamy za prawdopodobne, że w 2019 roku Rezerwa Federalna dokona co najwyżej jednej podwyżki stóp procentowych – lub nie podniesie stóp wcale. Taki obrót spraw powinien być korzystny dla walut gospodarek rozwijających się – większość najważniejszych walut krajów EM od początku roku radziła sobie dobrze.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Święto bankowe w USA. Nowy plan brexitu

Pod nieobecność inwestorów z USA (święto bankowe) handel w poniedziałek nie powinien nabrać tempa. Jedyny raport wart uwagi, dane o PKB z Chin, już za nami, a i one wypadając zgodnie z oczekiwaniami, nie dały impulsu do ożywienia handlu. Sentyment wobec ryzyka blednie przy braku świeżych informacji dotyczących negocjacji handlowych USA-Chiny i zakończenia government shutdown. Pozostaje brexit.

Premier Theresa May wraca dziś do parlamentu, gdzie ma zaprezentować nowy plan (lub plan B) warunków rozstania z UE. W weekend wyszło na jaw, że międzypartyjne poszukiwanie konsensusu nie przyniosło rezultatów. Udobruchanie Partii Pracy dążeniem do utrzymania unii celnej nie było warte większego rozsierdzenia twardych brexitowców z Partii Konserwatywnej. May wybrała drogę odzyskania poparcia mini-koalicjantów z północnoirlandzkiej partii DUP oraz toryskich probrexitowców z ERG, a chce to osiągnąć poprzez utrzymanie dotychczasowego projektu porozumienia, ale przy renegocjacji z Brukselą szczegółów backstopu, czyli planu awaryjnego dotyczącego granicy między Irlandią a Irlandią Północną. Wydaje się, że przez tydzień nic się nie ruszyło w sprawie wypracowania uporządkowanego brexitu. May decyduje się na niebezpieczną grę wywierania presji na UE. Niebezpieczną, gdyż stanowisko Brukseli jest jasne – żadnych zmian w negocjowanym 18 miesięcy dokumencie. Być może jednak May liczy na zmiękczenie prominentnych liderów – kanclerz Niemiec Angela Merkel stwierdziła w sobotę, że zamierza pracować „do ostatniego dnia” nad uporządkowanym brexitem, który jest dla UE historycznym testem zdolności radzenia sobie z kryzysami.

Co to wszystko oznacza dla funta? W krótkim terminie na pewno więcej pytań niż odpowiedzi. Obrady parlamentu brytyjskiego to oczywista szansa na więcej politycznych komentarzy i zwrotów akcji, czy to za sprawą debaty w Izbie Gmin, przecieków, czy zgłaszanych poprawek. Ogólnie jednak na powierzchnie przebija się dążenie każdej ze stron (rząd, opozycja, UE) od uniknięcia nieuzgodnionego rozwodu z Unią. Albo dojdzie do porozumienia, albo będzie potrzeba na niego więcej czasu, albo staniemy przed scenariuszem powtórzonego referendum.

Prawdopodobieństwo chaotycznego brexitu jest coraz mniejsze. Jest możliwe, że na dniach taka groźba zostanie formalnie zablokowana, gdyż w parlamencie jest już przygotowywana poprawka, według której przy braku szans na porozumienie rząd będzie zmuszony prosić UE o odroczenie terminu brexitu. W rezultacie fundamentalna wartość GBP powinna być większa. Na ten moment istnieją jednak dwa zastrzeżenia. Zeszłotygodniowy rajd funta opierał się o bardziej optymistyczne oczekiwania dotyczące międzypartyjnego szukania konsensusu, więc fiasko będzie podsycać chęć realizacji zysków. Po drugie, do wymazywania niedowartościowania inwestorzy podchodzą z większą rezerwą, kiedy w grę wchodzą nieobliczalne ryzyka polityczne. Może panować szeroki konsensus w opiniach, że 2019 r. będzie lepszy dla funta, ale jednocześnie to wcale nie oznacza, że każdy z optymistów jest gotowy już teraz stawiać na to swoje pieniądze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Smog – prawdy i mity wśród Polaków

„Smog…szkodzi tylko dzieciom i kobietom w ciąży; …występuje tylko wtedy, kiedy jest zła pogoda; …jest tylko w zimie.” To tylko niektóre z mitów na temat tego zjawiska – tak wynika z ogólnopolskiego badania „Smog – prawdy i mity wśród Polaków”[1] przeprowadzonego na zlecenie eurobanku przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia.

Zanieczyszczone powietrze w Polsce od lat jest dużym problemem. Walka ze smogiem stała się jednym z ważniejszych wyzwań, jakie stoi przed naszym społeczeństwem. Jednak czy wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje dla środowiska i naszego organizmu ma smog? Czy wiemy co jest prawdą, a co mitem, a w efekcie – jak skutecznie chronić się przed szkodliwym wpływem smogu?

Smog = niebezpieczeństwo

Polacy zostali zapytani o to, jakie skutki niesie ze sobą smog. Są zgodni co do tego, że smog jest niebezpieczny dla zdrowia i życia – takiej odpowiedzi udzieliło 97% Polaków. Jednocześnie 98% osób uważa, że oddychanie zanieczyszczonym powietrzem może powodować różnego rodzaju choroby. 96% badanych wie także, że smog powoduje zanieczyszczenie środowiska naturalnego. Badanie pokazało jednak, że w społeczeństwie funkcjonuje wiele mitów na temat smogu. I tak na przykład prawie 1/4 ankietowanych (23%) uważa, że ze zjawiskiem smogu spotykamy się tylko w dużych miastach. Co ciekawe – w większości uważają tak osoby mieszkające właśnie w nich. I choć rzeczywiście jest tam najwyższe stężenie szkodliwych pyłów, to jest to twierdzenie nieprawdziwe.

– Błędne jest założenie, że smog występuje tylko w dużych aglomeracjach. Z tym problemem stykają się mieszkańcy zarówno dużych miast, jak i mniejszych miejscowości. Ważnym elementem walki ze smogiem jest poszerzanie ogólnopolskiej sieci czujników powietrza. Dlatego w ramach kampanii #BezSmogu włączyliśmy się w to działanie i zamontowaliśmy już 100 czujników smogu w naszych placówkach – także w małych miejscowościach. Chcemy, aby dostęp do bieżących pomiarów mieli wszyscy, gdyż dzięki świadomości zagrożenia możemy zabezpieczyć się przed jego skutkami. – mówi Magdalena Suchanek, Dyrektor Zarządzający, Euro Bank S.A.

Jednocześnie połowa Polaków uważa, że smog jest naturalnym elementem życia w dużym mieście. Takie dane pokazują, że Polacy już trochę przywykli to tego, że mieszkając w większym mieście mają do czynienia ze smogiem. Najczęściej uważają tak mieszkańcy województwa podlaskiego (57%) i lubuskiego (56%). Co ciekawe – w województwie małopolskim, które od lat jest na mapie miejsc o najwyższym zanieczyszczeniu powietrza, tylko 45% badanych jest tego zdania.

Kolejnym nieprawdziwym przekonaniem, na które wskazywała 1/4 badanych jest opinia, że smog i oddychanie zanieczyszczonym powietrzem jest niebezpieczne tylko dla dzieci, osób starszych i kobiet w ciąży. Faktem jest, że dzieci są bardziej narażone na negatywne skutki smogu, gdyż częściej biorą oddech niż dorośli i tym samym przyjmują do organizmu więcej szkodliwych substancji. Jednak musimy pamiętać, że smog szkodzi każdemu z nas. Jak alarmuje Europejska Agencja Środowiska – co roku w Polsce umiera z tego powodu 47 tys. osób. Dlatego lekarze zalecają, aby w dni, kiedy stężenie pyłów jest wysokie ograniczyć wychodzenie z domu i przebywanie na powietrzu.

Samochody winne?

Wyniki badania pokazują także, że Polacy nie są zgodni co do tego, czy duży ruch samochodowy jest główną przyczyną występowania smogu. 42% badanych uważa, że tak. Co ciekawe, częściej taką opinię mają kobiety (46%) niż mężczyźni (38%). Jednak w tym przypadku temat jest bardziej złożony. Według badań, w Polsce za największą emisję szkodliwych substancji odpowiedzialne są stare piece grzewcze i palenie nieodpowiednimi materiałami. Jednak w dużych miastach, gdzie palenie w piecach nie jest tak powszechne, za emisję szkodliwych pyłów odpowiedzialny jest głównie transport. Jak pokazały badania Najwyższej Izby Kontroli[2] jedną z głównych przyczyn zanieczyszczonego powietrza jest emisja toksycznych cząsteczek, która odpowiada w największych miastach za 60% zanieczyszczeń. Szczególny wpływ mają spaliny z silników diesla oraz nieprawidłowo zamontowane filtry cząsteczek stałych w samochodach.

PCO S.A. celuje w rynki azjatyckie

Cezary Piekarski szefem zespołu ds. zabezpieczeń przed złośliwym oprogramowaniem w Standard Chartered

Cezary Piekarski został powołany na stanowisko szefa zespołu ds. zabezpieczeń przed złośliwym oprogramowaniem w Standard Chartered, wiodącym banku międzynarodowym, który w ubiegłym roku otworzył w Warszawie swoje globalne centrum usług. Cezary odpowiada za zabezpieczenia przed złośliwym oprogramowaniem na skalę globalną i ma za zadanie zbudować zespół ekspertów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa. Dołączył tym samym do międzynarodowego kierownictwa ekspertów tego obszaru.

Cezary Piekarski – Standard Chartered
Cezary Piekarski – Standard Chartered

Cyberprzestępczość to zjawisko przybierające na sile. Jak wynika
z danych Światowego Forum Ekonomicznego, cyberataki oraz niezgodne z prawem wykorzystywanie i kradzież danych, należą do pięciu najpoważniejszych zagrożeń na świecie . Rośnie także koszt ekonomiczny cyberprzestępczości – z 500 mld USD w 2016 roku do 2,1 biliona USD w 2020 . Cyberprzestępczość staje się jednocześnie zjawiskiem coraz bardziej złożonym, a cyberprzestępcy atakują w coraz bardziej wyszukany sposób.

“W odpowiedzi na rosnące znaczenie cyberbezpieczeństwa, Polska rozwija związaną z tym obszarem infrastrukturę, instytucje i regulacje, zarówno w przestrzeni cywilnej, jak i wojskowej. Ta największa gospodarka Europy Środkowo-Wschodniej, z dobrze wykształconymi ekspertami o szerokich horyzontach i duchem innowacyjności, jest bardzo dobrą lokalizacją dla inwestycji realizowanych przez globalne korporacje w obszarze cyberbezpieczeństwa. Standard Chartered dostrzega duży potencjał tego rynku, dlatego kompletuje w Warszawie zespół doświadczonych ekspertów w tym obszarze, którym będzie kierował Cezary Piekarski”, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług biznesowych Standard Chartered w Polsce.

“Cezary będzie zarządzał globalnym zespołem ds. przeciwdziałania szkodliwemu oprogramowaniu, ale jego zadaniem będzie również wzmacnianie naszego centrum doskonałości w obszarze cyberbezpieczeństwa, m.in. poprzez rekrutacje wysokiej klasy lokalnych ekspertów, którzy pomogą chronić bank przed cyberzagrożeniami”, mówi Mark Strange, globalny szef ds. usług technologicznych w zakresie bezpieczeństwa w Standard Chartered.

Cyberbezpieczeństwo jest jednym z kluczowych obszarów rozwoju nowo powstałego globalnego centrum usług biznesowych banku Standard Chartered, które znajduje się
w Warszawie. Centrum to, zatrudniające obecnie ponad 190 doświadczonych ekspertów, zostało utworzone w 2018 roku z zadaniem wspierania klientów banku Standard Chartered
w Europie i Amerykach w zarządzaniu złożonymi procesami międzynarodowymi o dużej skali. Poza cyberbezpieczeństwem, warszawskie centrum usług banku koncentruje się na obszarach zapobiegania przestępczości finansowej, zarządzania zasobami ludzkimi, operacji bankowych, a także takich procesach, jak np. analizy statystyczne i modelowanie. Firma buduje również zespół prawników wyspecjalizowanych w negocjowaniu umów z rosnącym gronem klientów korporacyjnych i instytucjonalnych banku zlokalizowanych na zachodniej półkuli.

Cezary Piekarski jest menedżerem z kilkunastoletnim doświadczeniem, specjalizującym się
w takich obszarach, jak ryzyko technologii, innowacje technologiczne, zapewnienie zgodności, zapobieganie oszustwom i inwestygacje. Posiada dogłębną wiedzę z zakresu technologii i zarządzania ryzykiem oraz poparte sukcesami umiejętności tworzenia i wdrażania strategii, zarządzania ludźmi oraz kierowania jednostkami organizacyjnymi. Zanim dołączył do grona pracowników Standard Chartered, zdobywał wiedzę i doświadczenie w sektorze telekomunikacyjnym i finansowym. Jest absolwentem Uniwersytetu Oxford Brookes w Wielkiej Brytanii, posiada tez dyplom Executive MBA wydany przez Uniwersytet Quebec w Montrealu. Jest członkiem kilku krajowych i międzynarodowych komitetów sterujących oraz rad konsultacyjnych w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Pół roku split payment – jak sprawdziło się to rozwiązanie?

Rząd jeszcze przed wprowadzeniem ustawy w życie reklamował split payment, jako rewolucyjny system uszczelnienia wyłudzeń VAT-u w Polsce. Czy wprowadzenie nowego mechanizmu transakcji było strzałem w dziesiątkę? Oraz jak sprawdził się model podzielonej płatności komentuje Szymon Kwiatoń, koordynator procesu w Move On Finance.

Od 1 lipca 2018 r. obowiązują przepisy dotyczące mechanizmu podzielonej płatności podatku VAT, czyli tzw. split payment. Od dnia, w którym ustawa weszła w życie, wszystkie banki miały obowiązek otwarcia do każdego rachunku rozliczeniowego rachunku VAT. Na rachunek ten mogą wpływać tylko i wyłącznie środki związane bezpośrednio z podatkiem od towarów i usług. W Polsce to rozwiązanie zostało wprowadzone ze względu na powiększającą się z każdym dniem lukę podatkową w VAT. System ten jest kolejnym systemem wspierającym zwalczanie wyłudzeń z wyżej wspomnianego podatku. Na tę chwilę stosowanie metody podzielonej płatności jest dobrowolne, jednak rząd planuje pewne zmiany, o których napisze w dalszej części artykułu.

Czym jest split payment?

Split payment jest mechanizmem transakcji stosowanym tylko i wyłącznie pomiędzy  przedsiębiorstwami w przypadku kiedy obie strony są płatnikami VAT (B2B).  Na tę chwilę stosowanie metody podzielonej płatności jest dobrowolne. Nabywca usług lub towarów podejmuje decyzję, w jaki sposób rozliczy się ze sprzedawcą. Wraz z wejściem w życie split paymentu przedsiębiorca ma dwie możliwości:

  • Tradycyjna – wpłata całej kwoty brutto zgodnie z fakturą VAT na rachunek bankowy sprzedawcy,
  • Split payment – wpłata podatku na specjalny rachunek rozliczeniowy VAT dostawcy oraz wartość netto na rachunek sprzedawcy.

Wszyscy przedsiębiorcy korzystający z modelu podzielonej płatności, zwrot z tytułu podatku będą otrzymywać w terminie nieprzekraczającym 25 dni. Podstawowym celem wprowadzenia tego rozwiązania jest uszczelnienie podatku VAT.

Jak sprawdziło się to rozwiązanie?

Rząd jeszcze przed wprowadzeniem ustawy w życie reklamował split payment, jako rewolucyjny system uszczelnienia wyłudzeń VAT-u w Polsce. Co więcej – Ministerstwo Finansów prognozowało, że rozwiązanie to doprowadzi do wzrostu dochodu do budżetu związanego z VAT-em. W rzeczywistości, jednak rozwiązanie to nie sprawdziło się na tyle, żeby ktokolwiek mógł być z niego zadowolony. Z ostatnich informacji, które zostały opublikowane w prasie 22 października 2018 r. („Puls Biznesu”), wynika, że  na specjalne rachunki VAT wpłynęło tylko około 7% rozliczonych do tego okresu transakcji związanych z tymże podatkiem. Liczba transakcji zrealizowanych za pomocą split paymentu w ciągu trzech pierwszych miesięcy wyniosła 2,7 mln zł a wartość VAT 10,7 mld zł.

Podzielona płatność uderza w płynność finansową firm korzystających z niego przedsiębiorców. Dzieje się tak, ponieważ część środków zostaje zamrożona na koncie VAT-owskim i przedsiębiorcy nie mogą z nich skorzystać. Następstwem tego może być potrzeba finansowania zewnętrznego, a w wielu przypadkach nawet poważne problemy firm. W związku z tym Resort Finansów powinien wziąć pod uwagę poszerzenie możliwości korzystania z rachunku, na który spływa VAT o inne zobowiązania, których przecież przedsiębiorcom nie brakuje. Można do nich zaliczyć między innymi PIT, ZUS czy CIT. Gdyby tylko takie rozwiązanie weszło w życie stabilność finansowa firm korzystających ze split paymentu nie byłaby już tak zachwiana.

Z powyższych danych wynika, że rozwiązanie wprowadzone przez polski rząd w połowie 2018 roku nie cieszyło się takim powodzeniem, jakiego się spodziewano, dlatego też rząd na poważnie zastanawia się nad tym, żeby split payment był obligatoryjny. Pytanie brzmi, czy to aby na pewno dobry pomysł? Dyrektor departamentu VAT – Wojciech Śliz przekonywał w niedawnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że to jedyna droga na realne uszczelnienie systemu VAT w Polsce. Czy jednak z drugiej strony nie będzie to za duże utrudnienie dla płynności finansowej korzystających z niego firm? Jeżeli Ministerstwo Finansów tylko zda sobie sprawę z konsekwencji, które niesie za sobą wprowadzenie tego rozwiązania obligatoryjnie w obecnej formie i wprowadzi do niego parę drobnych poprawek to system ten może okazać się strzałem w dziesiątkę.

AccorHotels ogłasza wstępne wyniki wezwania do zapisywania się na sprzedaż akcji Orbis S.A.

W związku z zakończeniem przyjmowania zapisów w ramach ogłoszonego w dniu 26 listopada 2018 r. wezwania („Wezwanie”) AccorHotels do zapisywania się na sprzedaż 21.800.593 akcji Orbis S.A., stanowiących całość akcji Orbisu, których AccorHotels nie posiadał w dniu ogłoszenia Wezwania, w piątek, 18 stycznia AccorHotels otrzymał wstępne wyniki Wezwania.

Zgodnie ze wstępnymi wynikami Wezwania, inwestorzy złożyli zapisy na około 15,3 miliona akcji Orbisu po cenie 95,00 zł za jedną akcję i o łącznej wartości 1.450 milionów zł (tj. 337 milionów EUR), stanowiących około 33,1% ogólnej liczby akcji w kapitale zakładowym Orbisu.

Ostateczna liczba akcji Orbisu, na które złożono zapisy w Wezwaniu, zostanie potwierdzona w dniu zawarcia transakcji nabycia akcji przez AccorHotels, tj. w środę 23 stycznia 2019 r. Rozliczenie Wezwania nastąpi w poniedziałek 28 stycznia 2019 r.

Po rozliczeniu Wezwania, z zastrzeżeniem ostatecznego potwierdzenia liczby akcji objętych zapisami złożonymi przez inwestorów w odpowiedzi na Wezwanie, AccorHotels będzie posiadać bezpośrednio i pośrednio 85,8% akcji w kapitale zakładowym Orbisu.

AccorHotels umacnia swoją kontrolę nad Orbisem oraz konsoliduje swoje przywództwo w Europie Środkowej. Zgodnie z ogłoszeniem z 26 listopada, AccorHotels będzie rozważać sposoby na optymalizację wartości portfela aktywów Orbisu.

Monitoring na parkingach przysklepowych to źródło cennych informacji

Sieci handlowe coraz częściej zbierają dane z tablic rejestracyjnych. Takie wrażenie ma część konsumentów. Ich zdaniem, do kontrowersyjnych praktyk dochodzi zarówno na parkingach strzeżonych, jak i ogólnodostępnych. Według prawników, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy opisywane działanie jest dozwolone czy zakazane. Istotne pozostaje m.in. spełnienie obowiązku informacyjnego wobec posiadaczy pojazdów. Zarządcy sieci deklarują, że nie zbierają danych z tablic rejestracyjnych. Jednak często robią to zewnętrzne firmy, odpowiadające za zarządzanie miejscami postojowymi. Za złamanie przepisów przedsiębiorcom grożą m.in. wysokie kary finansowe. Na razie do Urzędu Ochrony Danych Osobowych nie wpłynęły żadne skargi od zaniepokojonych kierowców. Jednak z prognoz ekspertów wynika, że sklepy stacjonarne będą coraz dokładniej przyglądać się zachowaniom klientów ze względów marketingowych.

Dozwolone czy zakazane?

Monitoring na parkingach przysklepowych służy przede wszystkim poprawie bezpieczeństwa. Jednak klienci mają wrażenie, że urządzenia zbierają też dane z tablic rejestracyjnych ich pojazdów. Dr Krzysztof Łuczak, członek zarządu Proxi.cloud, uważa, że taka czynność wykonywana automatycznie nie stanowi problemu od strony technologicznej. Doskonały przykład stanowią kamery z odczytem obrazu, umieszczane przy wyjazdach z parkingów galerii handlowych. Urządzenia te są coraz dokładniejsze. Potrafią np. odczytywać tablice rejestracyjne nawet wieczorami, przy mniejszym świetle.

– W niektórych sytuacjach tablice rejestracyjne mogą być traktowane jako dane osobowe. Jest to zależne od tego, czy i z jakimi innymi informacjami o osobie numery tablic mogłyby być łączone. Same w sobie tablice nie są danymi wrażliwymi. Może się jednak zdarzyć, że ten ciąg liter i cyfr zostanie połączony z informacją o niepełnosprawności zidentyfikowanego kierowcy, który korzysta np. z dodatkowych przywilejów. To już jednak odrębna kwestia – mówi Weronika Kowalik, dyrektor Zespołu ds. Sektora Prywatnego w Urzędzie Ochrony Danych Osobowych.

Z kolei prawnicy przekonują, że trudno jednoznacznie stwierdzić, czy zbieranie danych z tablic rejestracyjnych jest dozwolone. Jak zauważa Witold Chomiczewski, radca prawny z Kancelarii Lubasz i Wspólnicy, poszczególne przypadki powinny być indywidualnie rozpatrywane. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, opisywane działanie musi służyć realizacji określonego celu i nie może być od niego oderwane. Jednym z takich przykładów jest monitoring służący zapewnieniu bezpieczeństwa czy identyfikacji sprawców tzw. szkód parkingowych, w tym zarysowań innych samochodów przy parkowaniu.

– Ocena sytuacji zależy od tego, czy administrator danych, czyli np. centrum handlowe, ma podstawę do ich przetwarzania i spełni, wynikający z RODO, obowiązek informacyjny w stosunku do posiadaczy aut. Sposób zbierania informacji nie jest istotny, natomiast miejsce może mieć znaczenie. W mojej ocenie, w przypadku parkingu strzeżonego, gdzie odpowiedzialność administratora i potrzeba kontroli jest większa, łatwiej znaleźć podstawę prawną i uzasadnienie dla takiego działania – podkreśla Zofia Babicka-Klecor, prawnik, ekspert w zakresie RODO i E-commerce z Kancelarii Legal Geek.

Jak wskazuje Maciej Jakubowski z Kancelarii Lubasz i Wspólnicy, parkingom strzeżonym często towarzyszą opłaty i regulamin. Wjazd oznacza zawarcie umowy o najem miejsca parkingowego na określonych warunkach. W takiej sytuacji podstawę przetwarzania danych może spełniać niezbędność tej czynności do wykonania umowy. Ten przepis będzie legalizował takie działanie na potrzeby ewentualnego postępowania dotyczącego nienależytego lub niewykonania umowy, w tym także wezwania dłużnika do zapłaty.

– Inaczej sytuacja prezentowałaby się w przypadku parkingów ogólnodostępnych. Wydaje się, że co do zasady zbieranie danych z tablic rejestracyjnych będzie w takiej sytuacji wątpliwe, gdyż trudności pojawią się już na etapie sformułowania celu, w jakim miałyby być przetwarzane. Nie można jednak jednoznacznie uznać takiego działania za zakazane, gdyż w pewnych sytuacjach właściciel parkingu uzasadni to np. względami bezpieczeństwa. Zatem każdy przypadek należy rozpatrywać osobno, a ostateczne rozwiązanie będzie wypadkową wielu czynników – tłumaczy Witold Chomiczewski.

Głos handlu

Serwis Agencyjny MondayNews postanowił sprawdzić sytuację w ponad trzydziestu sieciach handlowych działających w Polsce. W tej grupie znalazły się podmioty różnej wielkości, działające na rynku spożywczym, DiY, RTV i AGD, a także kosmetycznym. Część z nich w ogóle nie zareagowała na pytania. Inne stwierdziły, że nie są zainteresowane udzieleniem komentarza. Większość jednak zajęła stanowisko w tej sprawie.

– Nie zbieramy numerów rejestracyjnych pojazdów naszych klientów. Robią to zewnętrzne firmy zarządzające systemami parkingowymi przy wybranych placówkach handlowych. Odbywa się to wyłącznie w celu ewentualnej konieczności wystawienia wezwań w sytuacji długoterminowego lub uciążliwego blokowania miejsc parkingowych – informuje Aleksandra Robaszkiewicz z biura prasowego Lidl Polska.

Z kolei za obsługę parkingów przy sklepach ALDI także odpowiadają wyspecjalizowane zewnętrzne firmy. Jak wskazuje Agata Biernacka, specjalista ds. komunikacji i PR tej sieci, dają one gwarancję zgodnego z prawem przetwarzania danych osobowych. W regulaminie korzystania z tych miejsc klienci znajdą klauzulę informacyjną RODO. Wskazuje ona jednoznacznie administratora danych osobowych, tj. odpowiednią firmę parkingową. Jej pracownicy spisują numer rejestracyjny pojazdu wyłącznie na potrzeby przygotowania wezwania do uregulowania opłaty dodatkowej za ewentualny brak biletu parkingowego.

– Nasza sieć nie gromadzi danych z tablic rejestracyjnych pojazdów. Większość parkingów, których jesteśmy właścicielem, pozostaje bezpłatna dla klientów. Tam, gdzie mamy płatne parkingi, np. w Tomaszowie Mazowieckim czy Żyrardowie, opłaty dokonywane są na podstawie biletu. Odbywa się to bez konieczności zbierania numerów rejestracyjnych pojazdów – wyjaśnia Justyna Kolczyńska z biura prasowego Carrefour Polska.

Również większość parkingów przed sklepami Piotr i Paweł jest bezpłatna. Sieć nie zbiera takich danych, o czym informuje Aleksander Rosa, rzecznik firmy. I dodaje, że takie działania podejmują właściciele lub zarządcy wybranych obiektów, w których sieć wynajmuje powierzchnię. Decyzja ta nie należy do kompetencji Piotra i Pawła, a zebrane dane nie są przekazywane supermarketowi.

Klienci pod lupą

– Najprostszym sposobem wykorzystania danych z tablic rejestracyjnych jest analiza kilku metryk, w tym częstotliwości i długości wizyt klientów w danym centrum handlowym. Ponadto, można dowiedzieć się, skąd oni przyjeżdżają, co pozwala na ocenę skuteczności geolokalizowanych kampanii reklamowych – stwierdza ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Sklepy Topaz wyposażone są w monitoring zewnętrzny budynków, co podkreśla Mateusz Orzełowski, dyrektor marketingu tej sieci. Jednak firma nie znajduje potrzeby zbierania tak nietypowych danych celem dalszej analizy, np. obszarów, z których docierają potencjalni klienci. Według eksperta, w dobie coraz większej popularności aut służbowych czy leasingowych, informacje te byłby nie dość precyzyjne. Sprawdzanie skuteczności kolportażu oraz docelowego jego obszaru odbywa się w inny sposób.

– Nie zbieramy informacji o numerach rejestracyjnych samochodów naszych klientów. Na potrzeby rozwoju sieci sprzedaży badamy, skąd  są nasi klienci, ale robimy to na podstawie kodów pocztowych, o które pytamy przy kasach. Podanie tego typu danych jest całkowicie dobrowolne i nie podlega RODO w żadnym aspekcie – opisuje Maksymilian Pawłowski, menedżer ds. Komunikacji Korporacyjnej w Leroy Merlin Polska.

Natomiast Grupa PSB działa na rynkach powiatowych i gminnych. Marzena Syczuk podkreśla, że firma nie pozyskuje danych o klientach pochodzących z tablic rejestracyjnych. Netto również nie zbiera takich informacji z pojazdów, o czym informuje Mariola Skolimowska, PR & Communications Manager. Bazę wiedzy o klientach pozyskuje z Opinnelo, elektronicznego systemu badań satysfakcji zakupowej.

Mimo powyższych zapewnień, dr Krzysztof Łuczak stwierdza, że analityka sklepów stacjonarnych w przyszłości jednak będzie się rozwijać w tym kierunku, gdyż lepsza znajomość zachowań klientów umożliwia sprawniejsze zarządzanie i marketing. Technologie stają się coraz tańsze i dokładniejsze. Jednocześnie dodaje, że kamery będą stanowić raczej uzupełnienie szerszego systemu zbierającego i analizującego dane o klientach. Rynek sklepów stacjonarnych i galerii handlowych powinien szerzej patrzeć na połączenie danych z kamer z możliwościami analityki, jakie stwarzają np. smartfony.

Obowiązki i kary

– Zarządca budynku co do zasady ma prawo, np. w ramach umowy podstawowej zawartej z sieciami handlowymi, zobowiązać je do zbierania danych osobowych dotyczących klientów. Takie postanowienie nie stałoby w sprzeczności z ogólną zasadą swobody umów, a także z przepisami RODO. Zarządca obiektu uzyskiwałby status administratora, natomiast sklep występowałby w roli procesora, tj. podmiotu, który przetwarza dane w jego imieniu – analizuje radca prawny Witold Chomiczewski.

Jak wskazuje Zofia Babicka-Klecor, punktem wyjścia dla legalnego przetwarzania danych osobowych jest znalezienie, w oparciu o RODO, podstawy prawnej dla takiego działania. Jednak nie każdy interes administratora będzie legalizował zbieranie danych. Ponadto sieć handlowa powinna poinformować kierowców o takim postępowaniu, np. poprzez odpowiednią tablicę informacyjną. Należałoby również dodać informacje o sposobie przetwarzania danych, a także o prawach osoby, której one dotyczą.

– Nie znam podstaw prawnych ewidencjonowania numerów rejestracyjnych przez sieci handlowe. Wyjątkiem mógłby być karnet wjazdu i stałego korzystania z konkretnego miejsca parkingowego. Taką zwykłą umowę o parkowanie trudno połączyć z innymi celami niż jedynie postój pojazdu. Nie widzę bezpośredniego powiązania strzeżenia pojazdu w danym miejscu z działaniami marketingowymi. Jednak musiałabym poznać skonkretyzowane cele, okoliczności faktyczne czy np. postanowienia dokumentu, który pochodziłby od danego podmiotu, by móc precyzyjnie ocenić czy z gromadzeniem numerów rejestracyjnych nie są związane również dodatkowe intencje sieci handlowej – zaznacza dyrektor Zespołu ds. Sektora Prywatnego w UODO.

Jak podkreśla Maciej Jakubowski z Kancelarii Lubasz i Wspólnicy, działanie wbrew obowiązującym regulacjom może wiązać się z wysokimi sankcjami administracyjnymi oraz z odpowiedzialnością cywilnoprawną. W myśl z art. 83 RODO, kary mogą sięgać, w zależności od rodzaju zawinienia, nawet 10 lub 20 mln euro. W przypadku przedsiębiorstw dochodzą jeszcze stawki procentowe, odpowiednio 2% i 4% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku.

– Do tej pory nie spotkaliśmy się w UODO z tego typu sygnałami od zaniepokojonych kierowców lub klientów sieci handlowych. Każda osoba, której dane dotyczą, może jednak korzystać ze swoich praw do ochrony danych osobowych w procesie ich przetwarzania. Na przykład jeżeli z parkowaniem jest związane zawarcie jakiejś umowy, to można odmówić przetwarzania informacji w celach marketingowych albo złożyć sprzeciw wobec takiego przetwarzania danych – dodaje Weronika Kowalik.

Polski GIVT działa na rynkach europejskich

Potencjał biznesu odszkodowawczego odpowiada potencjałowi branży lotniczej, a ten od kilkudziesięciu lat nieustannie rośnie. Rozwój sektora jest stabilny – niezależnie od kryzysów na rynkach finansowych czy nieprzewidzianych wydarzeń, jak np. ataki terrorystyczne – które mają na niego jedynie chwilowy wpływ. Biznes ten rośnie na całym w świecie, a w Polsce szczególnie mocno. 

Wyraźnie widoczny jest stały wzrost i rozwój technologii, która pozwala latać coraz nowszymi samolotami – wybierając coraz więcej połączeń. Coraz więcej pasażerów wybiera transport lotniczy, ale trzeba pamiętać, że ten odnotowuje stały procent spóźnionych czy odwołanych rejsów. Polski GIVT istnieje na rynku zaledwie półtora roku, ale w tym krótkim czasie firmie udało się rozpocząć działalność nie tylko na rodzimym rynku. Wprowadzono obsługę klientów w języku angielskim, bułgarskim, rumuńskim w połowie 2018 roku, a w grudniu w kolejnych pięciu językach: hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim i francuskim. Tym samym GIVT rozpoczął 2019 rok od bardzo szerokiej ekspansji – obsługi klientów w dziewięciu językach na ponad 30 rynkach całej Unii Europejskiej.

– naszym zespole pracują już osoby dwunastu narodowości obsługując pasażerów zakłóconych lotów z całej Unii EuropejskiejTo ogromne wyzwanie technologiczne, organizacyjne, proceduralne, ale i jakościowe – z uwagi na różne lokalne przyzwyczajenia klientów. Dla przykładu: Polacy lubią rozmawiać przez telefon, ale obywatele innych państw wolą wysyłać maile. Takie czynniki muszą być uwzględniane przy obsłudze klienta. Ten rok będzie dla GIVT-u doskonaleniem organizacyjnym i operacyjnym. Dotychczas z usług GIVT-u skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy klientów– powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Podoba, prezes GIVT –W 2019 roku przewidujemy czterokrotny wzrost skali prowadzenia biznesu pod względem liczby pozyskiwanych klientów oraz wielokrotnie wyższe przychody i podobny wzrost wypłaconych odszkodowań – podkreślił Podoba.

Platforma technologiczna GIVT – givt.com – działa od 2017 roku. Od początku swojej działalności stawia na innowacyjność, stale inwestując w rozwój oprogramowania wspieranego przez sztuczną inteligencję, machine learning i wykorzystanie big data. Jak wynika z danych Eurostat, Eurocontrol i FlightStats, rynek, na którym działa GIVT to około 15 milionów pasażerów w skali roku borykających się z opóźnionymi lub odwołanymi lotami. Szacuje się, że suma należnych rekompensat dla tej grupy wynosi około 5 miliardów euro rocznie.

FPP: Ministerstwo Finansów powinno sprawdzać legalność kapitału bukmacherów

W 2017 roku przeprowadzono zmiany w ustawie o grach hazardowych. Było to korzystne posunięcie z perspektywy budżetu państwa i samych przedsiębiorców legalnie działających na polskim rynku. Przed nowelizacją ustawy hazardowej szara strefa w branży bukmacherskiej stanowiła ok. 95 proc. To zdecydowanie jeden z najwyższych wyników biorąc pod uwagę inne sektory. W ostatnim czasie Ministerstwo Finansów wydaje zezwolenia na urządzanie zakładów wzajemnych podmiotom, które identyfikują się tymi samymi znakami towarowymi, czy są powiązane kapitałowo z firmami, które przez wiele lat działały w Polsce nielegalnie i tym samym drenowały budżet państwa.

– Patrząc na wprowadzone wtedy zmiany, warto zastanowić się nad kolejnymi działaniami legislacyjnymi – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Ministerstwo Finansów jest wyposażone w odpowiednie instrumenty prawne, które dają możliwość prawidłowej i kompleksowej weryfikacji pochodzenia kapitału danego podmiotu. W przypadku firm rejestrujących swoją działalność i starających się o uzyskanie zezwolenia na urządzanie zakładów wzajemnych, należy sprawdzić czy ich środki pochodzą z legalnego źródła. Resort powinien zwracać szczególną uwagę na ten element podczas wydawania uprawnień – wskazał Korzeb.

2019 rok domeną badaczy danych

  • Globalny rynek rozwiązań z dziedziny Data Science będzie charakteryzował się 36-procentowym wzrostem przez najbliższe 3 lata.
  • Zapotrzebowanie na wdrożenie systemów Data Science w Polsce może do 2021 roku wzrosnąć nawet o 40 proc.
  • Zawód badacza danych będzie jednym z najbardziej pożądanych i najlepiej opłacanych w 2019 roku.

Według raportu firmy badawczej ResearchandMarkets.com, wartość globalnego rynku rozwiązań Big Data wyceniana jest obecnie na 40,6 mld dolarów, natomiast roczny wskaźnik wzrostu do roku 2023 szacowany jest na 29,7 proc. Zdaniem ekspertów firmy TogetherData głównym czynnikiem wzrostu będą rozwiązania z dziedziny Data Science – nauki danych, których wartość rynkowa już dziś wyceniana jest na blisko 20 mld. dolarów. Szacuję się, iż w 2022 osiągnie poziom prawie 130 mld dolarów.

Data Science w natarciu

Data Science to dziedzina analityki szerokich strumieni danych, którą zaczyna się określać mianem nauki o danych. Jest to proces pozyskiwania, analizowania, wizualizacji i wnioskowania z zarówno ustrukturyzowanych jak i nieustrukturyzowanych danych, z użyciem m.in. takich technologii jak uczenie maszynowe i analiza predykcyjna. Z danych firmy badawczej MRC, wynika iż globalny rynek rozwiązań z dziedziny nauki danych będzie charakteryzował się 36-procentowych wzrostem przez najbliższe 3 lata. W 2022 jego wartość będzie wynosiła 128,2 mld dolarów.

Michał Grams, Współzałożyciel i Prezes Zarządu TogetherData
Michał Grams, Współzałożyciel i Prezes Zarządu TogetherData

Big Data, czyli szeroko pojęte gromadzenie i analiza dużych strumieni danych stało się domeną ostatnich lat. Firmy nie mają już problemu z dostępem i wykorzystaniem swoich danych. W sektorach, w których danych jest najwięcej, występują również największe trudności z ich wykorzystaniem i monetyzacją – mówi Michał Grams, Prezes Zarządu TogheterData. Powszechnie używane w tym przypadku gotowe rozwiązania analityczne są niewystarczające. Wraz z rozwojem Big Data coraz większe znaczenie zaczyna odgrywać Data Science oraz eksperci w tej dziedzinie, czyli tzw. badacze danych.

Badacz danych – wymarzony zawód w 2019?

Badacze danych to specjaliści od pozyskiwania, analizowania, segmentowania i interpretowania informacji. Ich zadaniem jest sprawić, aby dane, które firmy mają pod ręką, stały się nowym motorem napędowym przychodów w przedsiębiorstwach. Przyszłościowy charakter tej profesji potwierdza raport serwisu społecznościowego LinkedIn, z którego wynika, iż badacz danych będzie najbardziej pożądanym zawodem w USA w 2019 roku.

Z zestawienia przeprowadzonego przez firmę BiG Cloud wynika, iż najwyższe wynagrodzenia czekają na badaczy danych w Szwajcarii, gdzie średnia roczna pensja może wynieść 91 tys. dolarów. Na drugim miejscu plasuje się Holandia, gdzie specjaliści ds. Data Science mogą liczyć na roczne uposażenie rzędu 68 tys. euro. Firmy z Wielkiej Brytanii oferują 59 tys. funtów rocznie. Według różnych źródeł, nad Wisłą badacze danych mogą liczyć na wynagrodzenie w wysokości od 15 do nawet 25 tys. zł miesięcznie.

Kompetencje badacza danych są dość unikatowe, ciężkie do zdobycia na rynku. Badacz danych to swoiste połączenie matematyka i specjalisty ds. statystyki, który na dodatek posiada umiejętności programowania systemów opartych na uczeniu maszynowym i wizualizacji danych. Oczywiście mamy świetne uczelnie i specjalistów, więc bardzo ważne jest to, żeby wyłapywać takie jednostki i starać się zatrzymać u nas, lokalnie w Polsce. – dodaje Michał Grams.

Data Science – jak działa w praktyce?

Z usług tzw. „badaczy” danych, korzystają dziś banki czy sektor fintech, w tym instytucje finansowe czy firmy windykacyjne. Mogą one wykorzystywać dane np. w sytuacjach zarządzania ryzykiem. Na bazie tzw. predyktywnej analizy systemy Data Science są w stanie przyporządkować danemu dłużnikowi wzorzec zachowania, który jest zbudowany na bazie doświadczeń i historii setek innych mniej lub bardziej podobnych przypadków. Pozwala to już na wejściu ocenić jaką procedurę w konkretnym przypadku zastosować, windykację polubowną czy obrać wariant bardziej formalny. Dzięki zastosowaniu tego typu narzędzi firmy windykacyjne są w stanie realnie zwiększyć swoją efektywność o 20 do 30 proc. wynika z danych TogetherData.

Nie tylko branża finansowa jest realnym tego przykładem. „Datyzacja” standardowych procedur zgłaszania szkód w branży ubezpieczeniowej jest w stanie zredukować koszty związane z procesem likwidacji szkód nawet o 30 proc. System sam kontaktuje się z poszkodowanym z prośbą o przesłanie np. brakujących dokumentów czy w sprawie dodatkowych pytań związanych z danym zdarzeniem. Czynnik ludzki w tym przypadku zostałby ograniczony jedynie do roli koordynującej i nadzorującej.

Polskie firmy od lat z wielkim trudem przekonują się do analityki danych, w tym także do wykorzystania technologii Data Science. Raptem co dziesiąte polskie przedsiębiorstwo wykorzystuje narzędzia z zakresu Data Science. Pod tym względem zostajemy daleko w tyle w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. – zauważa Michał Grams. Obecna sytuacja nie jest jednak dramatyczna, tworzy bowiem olbrzymią szansę na dynamiczną implementację tego typu usług w polskich firmach. W ciągu najbliższych dwóch lat zapotrzebowanie na wdrożenie systemów Data Science w Polsce może wzrosnąć nawet o 40 proc. Największy popyt będzie panował wśród firm z takich branż, jak przemysł, finanse czy ubezpieczenia.

Nowe technologie mocno zmienią w tym roku handel detaliczny

Według części specjalistów, w 2019 roku kluczowym trendem będzie transformacja cyfrowa stacjonarnych placówek. Aplikacje staną się wręcz podstawą procesów zakupowych. Sieci, które jeszcze ich nie wprowadziły, nadrobią te zaległości. Pojawią się też sklepy z bramkami RFID, które same będą identyfikowały ceny towarów. Ponadto kolejni gracze rynkowi zaoferują konsumentom bezobsługowe kasy. Automatyzacji zakupów będą sprzyjały zwłaszcza niedziele niehandlowe. Rozwiązania geofencingowe również się rozwiną i zyskają na popularności. Tymczasem Big Data zoptymalizuje asortyment, a IoT – procesy logistyczne. Absolutną rewolucją może okazać się to, że asystenci głosowi zaczną mówić po polsku i zastąpią ludziom rozmowy ze sprzedawcami.

Jak zapewnia Mirosław Krzanik, Dyrektor ds. Inteligentnych Rozwiązań Sklepowych z Żabki, w tym roku należy spodziewać się dynamicznego rozwoju wielu technologii w handlu detalicznym. Firmy technologiczne i sieci będą mocno zaangażowane w testowanie nowych rozwiązań podnoszących wygodę robienia zakupów. Klienci będą wyrażać na ich temat swoje opinie, np. w pilotażowych placówkach. I tym samym odegrają ważną rolę w ww. procesach.

– Ten rok będzie przełomowy pod względem uruchamiania aplikacji przez kolejne sieci. Sklepy, które jeszcze ich nie oferowały, już zapowiedziały prezentacje swoich rozwiązań mobilnych. Przykład Rossmanna pokazał im, że to jest potężne narzędzie identyfikujące klientów i budujące ich lojalność. Wkrótce stanie się ono podstawą procesów zakupowych w tradycyjnych placówkach – mówi dr Krzysztof Łuczak, członek zarządu firmy technologicznej Proxi.cloud.

Zdaniem Andrzeja Wojciechowicza, eksperta Komisji Europejskiej i założyciela FMCG Business Consulting, mamy przed sobą rok prób, czyli testowania różnych nowych technologii. Sprawdzanie ich efektywności, praktyczności oraz zyskowności to bardzo kosztowne i długotrwałe procesy. Trudno jeszcze przewidzieć, jakie rozwiązanie opanuje konkretny rynek, np. spożywczy czy modowy. Ale niemal pewne wydają się radyklane zmiany przestarzałych systemów lojalnościowych, w tym aplikacji mobilnych. Większość jest zbyt skomplikowana i nieintuicyjna, co zniechęca klientów do korzystania z nich.

– W 2019 roku wielu konsumentów przestanie sobie wyobrażać robienie zakupów bez aplikacji. Coraz więcej narzędzi mobilnych będzie łączyło w sobie wiele funkcji, w tym informacyjnych, płatniczych i archiwizacyjnych. To przyniesie konsumentom wiele wygód. Natomiast sieci wciąż będą uczyły się efektywnego wykorzystania aplikacji do zwiększania swoich obrotów – prognozuje dr Krzysztof Łuczak.

Tymczasem Mirosław Krzanik przewiduje na ten rok rozwój technologii przyspieszających proces zakupowy w trzech modelach sprzedaży – dostawach produktów spożywczych, click&collect, czyli zamówieniach składanych w domu i odbieranych w sklepach, a także w różnego rodzaju systemach kas bezobsługowych. Zwiększy się automatyzacja wielu procesów sprzedażowych. Na rynku pojawi się więcej kas samoobsługowych, które nie tylko przyspieszą nabywanie towarów, ale też ułatwią właścicielom placówek prowadzenie ich biznesów.

– W sklepach stacjonarnych będą wdrażane, testowane i udoskonalane stanowiska samoobsługowe. A w Internecie powstanie wiele nowych platform sprzedaży, które już od trzech lat cieszą się dużym powodzeniem w USA jako tzw. Marketplace. To m.in. szansa na prezentowanie niszowych produktów bez szerokiego i kosztownego promowania ich. Na nowych platformach możliwy będzie też handel detaliczny bez posiadania sklepu internetowego, co wiele ułatwi małym sprzedawcom – podkreśla Andrzej Wojciechowicz.

Placówki, w których nie ma ani jednego sprzedawcy, zyskają na popularności w niedziele niehandlowe. Tak działa np. Bio Family w Poznaniu – pierwszy bezobsługowy i całodobowy supermarket w Europie. Dr Łuczak zapowiada, że jego tropem pójdą inni gracze na rynku. Kolejnym przełomem będzie wkrótce otwarcie sklepu bez kas. Będzie działać podobnie do sieci Bingo Box, istniejącej w Chinach. W tego typu obiektach towary mogą być skanowane przez bramki RFID. Po ich przekroczeniu identyfikowane są wszystkie artykuły, które zabrał ze sobą konsument.

– W zasięgu ręki jest też produkcja chipów z nośnikami danych, bo ich koszt znacząco zmalał, tj. do ok. 1 eurocenta. Możemy powrócić do nieco zapomnianego już pomysłu, który kilka lat temu był zbyt drogi i trudny do realizacji. Współczesna technologia pozwala na to, żeby ten przedmiot występował np. w odzieży w postaci włókien. A informowałby o wszystkim, m.in. o cechach szczególnych, składzie i oczywiście o cenie produktu. Ponadto mógłby on przeciwdziałać kradzieżom w nowych, niewidocznych systemach ochrony. Trzeba tylko napisać do tego odpowiednie oprogramowanie i mamy w Polsce gotowy, stosunkowo prosty biznes – przekonuje Andrzej Wojciechowicz.

Natomiast dr Krzysztof Łuczak uważa, że wzrost popularności rozwiązań geofencingowych, czyli opartych o kontekst lokalizacji, jest niemal pewny. Nastąpi wraz z rozwojem aplikacji mobilnych. Powinny one zacząć odbierać informacje o obecności klientów w danych sklepach i same decydować o tym, jakie promocje komu zaoferować. Prezes firmy technologicznej dodaje, że taka praktyka upowszechni się na rynku już w tym roku. A pozwolą na to zaawansowane algorytmy analizy danych.

– Big Data będzie coraz szerzej wykorzystywana w handlu. W placówkach detalicznych posłuży głównie do efektywnego zarządzania asortymentem. Dynamiczny rozwój na rynku będzie notował także Internet Rzeczy, który jest jedną z podstawowych technologii w procesie optymalizacji procesów logistycznych. Umożliwia obserwowanie ciągłego obiegu towarów. Dzięki IoT zaczną być też obniżane koszty energii elektrycznej zużywanej m.in. przez sklepowe lodówki – zapowiada Dyrektor ds. Inteligentnych Rozwiązań Sklepowych z Żabki.

Ekspert z Proxi.cloud twierdzi ponadto, że w tym roku asystenci głosowi zaczną mówić po polsku. Dla klientów będzie to sposób na bycie obsługiwanym w sklepie pozbawionym ekspedientów. Dzięki temu np. nie będzie trzeba samodzielnie czytać etykiet. I dodaje, że w tym roku można spodziewać się pierwszych tego typu wdrożeń w najbardziej nowoczesnych placówkach w kraju.

Przegląd wydarzeń tygodnia

Na rynkach zauważalna jest chęć podtrzymania rajdu apetytu na ryzyko, jednak wiara w trwałość odbicia nie jest duża i potrzebuje systematycznego dostarczania świeżego paliwa. Pomocne mogą się okazać dane opisujące tempo globalnego ożywienia, więc PKB z Chin i indeksy PMI z Eurolandu będą na pierwszym planie. Interesujące będą też komentarze z Banku Japonii i EBC. Poza tym czekamy na nowe informacje dotyczące brexitu i government shutdown.

Przyszły tydzień: PMI z USA/Eurolandu, EBC, ZEW/Ifo z Niemiec, brexit, Norges Bank, BoJ, PKB z Chin, rynek pracy z Australii, CPI z NZ

Nowy tydzień zaczynamy od święta w USA w poniedziałek (Dzień Martina Luthera Kinga), a dalej kalendarz jest przetrzebiony przez trwający government shutdown. Sprzedaż domów na rynku wtórnym (wt), PMI dla przemysłu i usług (czw) i zamówienia na dobra trwałe (pt) to najważniejsze z zaplanowanych publikacji, przy czym te ostatnie mogą zostać odroczone. Dane z rynku nieruchomości powinny być słabe, częściowo przez pogorszenie warunków kredytowych (pdowyżki Fed), po części przez ograniczoną dostępność domów (wysokie ceny). Indeksy PMI dostarczą informacji o koedycji firm na przełomie roku. Czynniki krajowe mają ograniczony wpływ na USD, ale zakończenie government shutdown będzie zastrzykiem dla rajdu ryzyka, co będzie też oznaczać redukcję bezpiecznych pozycji w dolarze.

W strefie euro najciekawiej zapowiada się przegląd wskaźników aktywności gospodarczej PMI (czw) z uzupełnieniem w postaci ZEW (wt) i Ifo (pt). Jakiekolwiek oznaki stabilizacji lub odbicia po ponurych danych grudniowych będą odebrane za dobrą monetę dla kształtowania oczekiwań na dalszą część roku. Szanse na to nie są jednak duże. Europejski Bank Centralny (czw) utrzyma politykę bez zmian, ale komunikat i konferencja będą raczej miały gołębie zabarwienie. Na tej podstawie obecnie nie można budować argumentów za powrotem umocnienia EUR.

W Wielkiej Brytanii w poniedziałek premier May przedstawi w parlamencie plan B, który w ostatnich dniach miał być uzgadniany międzypartyjnie. Rynek GBP w ostatnich dniach zaczął wyceniać mniejsze ryzyko brexitu bez porozumienia, więc wiele będzie zależeć teraz od tego, czy plan May zostanie uznany za sensowny i mający szansę być zatwierdzonym przez parlament. Dane z rynku pracy (wt) będą drugorzędne.

W Norwegii bank centralny odbędzie posiedzenie (czw), gdzie stopa procentowa pozostanie bez zmian. Styczniowe posiedzenie jest bez aktualizacji ścieżki stopy procentowej, więc pozostajemy z forward guidance sprzed miesiąca, który sygnalizował kolejny ruch prawdopodobny w marcu. Dane z gospodarki krajowej były zbliżone do oczekiwań, a jedynie może martwić sytuacja zewnętrzna. Jednak przy niedowartościowaniu NOK ryzyka powinny się równoważyć, choć ostatni powrót siły korony podnosi ryzyko korekty.
Z polskich danych otrzymamy sprzedaż detaliczną (wt) i stopę bezrobocia (czw). Większość danych za grudzień wypadała gorzej do prognoz, więc oczekiwania przed odczytem sprzedaży ustawią się poniżej konsensusu (8,1 proc. r/r). Staramy się jednak nie przeceniać słabości ożywienia w końcówce 2018 r., licząc na odbicie w kolejnych miesiącach. Złoty kontynuuje senny handel w konsolidacji 4,28-4,3050 za EUR.

W Japonii mamy decyzję BoJ (śr), choć nikt nie oczekuje zmian. To oznacza utrzymanie głównej stopy na -0,1 proc. i celu dla rentowności 10-letnich obligacji na 0 proc. Bank przedstawi nowe prognozy, gdzie prawdopodobna jest rewizja w dół ścieżki inflacji. Jen byłby bardziej wrażliwy na jastrzębie zmiany w przekazie prezesa Kurody na konferencji, jednak nie sądzimy, aby byłby ku takim powód.

W Chinach ważne będą dane o PKB za IV kw. (pon), które prawdopodobnie wskażą na spowolnienie na koniec 2018 r. Gorszy odczyt (prog. 6,4 proc.) może ostudzić proryzykowne nastroje, ale raczej w umiarkowany sposób. Trend pogorszenia w danych jest już w większości zdyskontowany, jak również słabość odbierana jest jako sygnał do aktywnej polityki lokalnych władz. Postępy w rozmowach handlowych USA-Chiny także pozwalają z optymizmem patrzeć na perspektywy i umniejszają znaczenie danych z przeszłości.

W Australii raport z rynku pracy jest na pierwszym planie (czw). Po mocnym skoku zatrudnienia listopadzie, zwyżki w grudniu powinny być wyrównujące. Interesujący będzie odczyt stopy bezrobocia po niespodziewanym wzroście w listopadzie. Dane proszą się o rewizję, bez tego odbiór raportu może być negatywny. W Nowej Zelandii inflacja CPI za IV kw. (wt) powinna pozostać bez zmian, co będzie wysyłać sygnał o utrzymaniu gołębiego nastawienia przez RBNZ. Poza tym AUD i NZD będą najbardziej wrażliwy na kształtowanie sentymentu wokół Chin.

W Kanadzie sprzedaż detaliczna (śr) będzie główną pozycją w kalendarzu. Po wzroście o 0,3 proc. m/m interesującym będzie, czy przedświąteczne wyprzedaże utrzymały się także w grudniu. Dobre dane ucieszą decydentów z Banku Kanady, jednak po tym, jak BoC zasygnalizował pauzę na 4-5 miesięcy, by ocenić sytuację w gospodarce, reakcja na dane może być stłumiona. Od strony fundamentalnej rynek jest już dobrze spozycjonowany w CAD, więc przyszły kierunek oprze się o zachowanie cen ropy i ogólnorynkowego sentymentu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Słabnąca koniunktura w Europie odbije się w 2019 roku także na polskiej gospodarce. Na 5-proc. wzrost PKB nie ma co liczyć

Słabnąca koniunktura w Europie odbije się w 2019 roku także na polskiej gospodarce. Na 5-proc. wzrost PKB nie ma co liczyć 1

Wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami wywiera negatywny wpływ na globalne gospodarki. Spadają zamówienia w przemyśle, przez co pogarszają się nastroje zarówno przedsiębiorców, jak i inwestorów. Zdaniem Rafała Sadocha z DM mBanku także polska gospodarka, która zanotowała szybki rozwój w 2018 roku, odczuje skutki tego procesu. Jak duże, zależeć będzie od wyniku negocjacji między dwoma mocarstwami.

Wskaźnik Sentix kolejny miesiąc z rzędu spada i osiąga coraz niższe poziomy, w styczniu obniżył się po raz piąty. Minimum optymizmu jest w tym, że ten spadek okazał się mniejszy od oczekiwań rynkowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Rynek obawiał się, że zamieszanie związane z wojną handlową jeszcze bardziej pogorszy nastroje przedstawicieli sektora finansowego. Oni dość szybko mogą zmieniać swoje nastawienie i z tego powodu ten wskaźnik jest może nieco mniej wiarygodny niż dane dotyczące koniunktury wśród sektora przedsiębiorstw.

Indeksy Sentix to grupa wskaźników obrazujących oczekiwania inwestorów finansowych, publikowanych przez niemiecką grupę badawczą Sentix. Prowadzone są wśród inwestorów – osobno indywidualnych i instytucjonalnych – dwunastu różnych rynków akcji, obligacji i surowcowych. W styczniu wskaźnik ten dla strefy euro spadł do -1,5 pkt z -0,3 pkt w grudniu 2018 roku. Rynek spodziewał się jeszcze większego spadku – do 2,8 pkt.

– Co ważne, dane dotyczące koniunktury wśród sektora przedsiębiorstw wcześniej wskazywały na to, że w 2019 rok europejska gospodarka wchodzi z najwolniejszym tempem wzrostu od dwóch lat i to jest niepokojące – zastrzega Rafał Sadoch. – To z pewnością będzie rzutowało na cały rok i wskazuje na to, że to, co najlepsze w koniunkturze gospodarczej, mamy już za sobą. To też będzie rodziło implikacje dla wzrostu gospodarczego w Polsce.

Na początku stycznia IHS Markit opublikował dane na temat indeksu PMI dla strefy euro, który oddaje nastroje menadżerów logistyki w firmach przemysłowych i usługowych. Odczyt okazał się najsłabszy od ponad czterech lat, choć wciąż jeszcze przekracza poziom 50 pkt, co wskazuje na rozwój sektora. Jest on jednak coraz wolniejszy: za listopad odczyt dla przemysłu wyniósł 51,8 pkt, a w grudniu 51,4. Natomiast w sektorze usług spadek był jeszcze większy – z 53,4 pkt w listopadzie do 51,2 w grudniu. To o 0,2 pkt mniej niż spodziewali się ekonomiści. Głównym powodem osłabienia koniunktury był spadek liczby zamówień w przemyśle.

 Jeśli wojna handlowa będzie eskalowana, jeśli Donald Trump nie dogada się z Chinami, to spowolnienie gospodarcze będzie jeszcze głębsze. Rynki nie wiedzą na dobrą sprawę, jak silna będzie ta wojna handlowa i jak bardzo negatywne będą jej skutki dla aktywności gospodarczej. Ta niepewność w jeszcze większym stopniu może napędzać spowolnienie – przewiduje Rafał Sadoch. – Ale jeśli nastąpi zbliżenie stanowisk, na co liczą rynki, bowiem sygnały, jakie płyną ze strony amerykańskiej administracji, wskazują na chęć uzyskania porozumienia, to spowolnienie gospodarcze może mieć relatywnie płytki przebieg.

Polska gospodarka jest mocno uzależniona od wymiany handlowej z Unią Europejską, zwłaszcza od eksportu. Od stycznia do listopada 2018 roku polski eksport wzrósł łącznie o 7,1 proc. (licząc w euro), zaś import o 9,7 proc. Same Niemcy odpowiadały w tym czasie za 28,1 proc. polskiego eksportu oraz 22,4 proc. importu. Strefa euro odbiera 57,7 proc. polskich towarów, a cała Unia 80,4 proc. Wszystkie trzy wskaźniki eksportu są wyższe niż w analogicznym okresie 2017 roku. Maleją natomiast udziały tych obszarów w imporcie; w wypadku strefy euro jest to 46,7 proc., zaś całej Wspólnoty 58,4 proc. Spadek zamówień musi się odbić na polskim PKB.

Z ankiety Narodowego Banku Polskiego, przeprowadzonej między 17 grudnia 2018 roku a 3 stycznia 2019 roku wśród 18 ekspertów reprezentujących instytucje finansowe, ośrodki analityczno-badawcze, związek zawodowy oraz organizację przedsiębiorców wynika, że o ile za 2018 rok można spodziewać się wzrostu PKB o 5 proc., to w 2019 roku będzie to tempo zbliżone do 3,8 proc., a w przyszłym roku spadnie ono do 3,4 proc. Dla porównania w III kwartale 2018 roku polska gospodarka wzrosła o 5,1 proc. rok do roku, unijna o 1,8 proc., a strefy euro o 1,6 proc. Stany Zjednoczone odnotowały w tym czasie wzrost o 3,0 proc.

– Zapewne już nie zobaczymy wzrostu gospodarczego w okolicy 5 proc., pewnie będzie to bliżej 4 proc. Polska gospodarka nie pozostaje w odosobnieniu, globalna i europejska gospodarka to system naczyń połączonych. Spowolnienie gospodarcze obserwujemy w strefie euro, Niemczech, USA i to wszystko automatycznie przekłada się również na sytuację w kraju – wyjaśnia analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Popyt krajowy będzie już nie tak mocny jak w 2018 roku. Największa poprawa na rynku pracy jest już za nami, również inwestycje nie powinny wyglądać tak dobrze, jak wyglądały w 2018 roku. Pewnie będziemy obserwowali nieznaczne wyhamowanie dynamiki wzrostu, ale w dalszym ciągu na tle innych krajów będą to satysfakcjonujące poziomy.

Budownictwu dokucza wzrost kosztów pracy i materiałów. Nie ma jednak dużego zagrożenia dla realizacji projektów infrastrukturalnych

Budownictwu dokucza wzrost kosztów pracy i materiałów. Nie ma jednak dużego zagrożenia dla realizacji projektów infrastrukturalnych 2

Aspekty formalno-prawne związane z urzędniczą biurokracją i zmianami w przepisach pozostają jedną z największych bolączek przy realizacji projektów drogowych. Kolejną są problemy typowe dla tzw. górki inwestycyjnej, czyli wzrost cen materiałów i kosztów pracy. Jednak przyjęcie formuły waloryzacji przyszłych kontraktów – na co od dawna naciskała branża budowlana – pozwoli firmom ofertować i budować bez obaw o wzrost kosztów – ocenia Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska. Budownictwo jest jedną z branż, które najdotkliwiej odczuwają brak siły roboczej – brakuje zarówno inżynierów, jak i robotników.

– Nie widzę dużego zagrożenia dla wykonania budżetu, który został zaplanowany na drogi. Przypomnę, że za 135 mld zł, które rząd zamierza przeznaczyć na budowę dróg i autostrad, około 40 mld zł to środki unijne. Jestem przekonany, że nie będzie problemu z wydatkowaniem tych pieniędzy. Oczywiście, nie wszystkie budowy zostaną zakończone, natomiast nie sądzę, żeby to dotyczyło znaczącego procenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska.

Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025 roku) przewiduje realizację ok. 3,9 tys. kilometrów autostrad i dróg ekspresowych. W 2017 roku zostało oddanych do użytku zostało 275,1 km dróg ekspresowych. Natomiast pod koniec 2018 roku do użytku miało trafić prawie 369 kilometrów nowych dróg szybkiego ruchu, w tym prawie 20 kilometrów autostrad. Te plany udało się zrealizować tylko częściowo – nie udało się m.in. oddać do użytku dwóch fragmentów autostrady A1: Blachownia – Zawodzie (4,7 km) i Woźniki – Pyrzowice (15,150 km).

 Po zakończeniu obecnej perspektywy unijnej sytuacja na pewno będzie trochę inna, bo środków z UE będzie mniej. Już w obecnej perspektywie ok. 40 mld zł pochodzi z Unii, a reszta z budżetu państwa. Myślę, że tę tendencję będziemy kontynuować – nadal duże środki będą pochodziły zarówno z budżetu państwa, jak i z partnerstwa publiczno-prywatnego. Takie przykłady mamy już zrealizowane w postaci autostrady A2 czy autostrady A1, odcinek północny –mówi Jarosław Wielopolski.

Jak ocenia, jedną z największych bolączek przy realizacji projektów drogowych pozostają aspekty formalno-prawne, związane z urzędniczą biurokracją i zmianami w przepisach. Brak kompletu aktualnych decyzji niezbędnych do realizacji wszystkich elementów inwestycji, zwłaszcza wobec wielokrotnie poprawianego już prawa wodnego, nierozpoznane dostatecznie warunki geologiczne i archeologiczne, utrudnienia związane z przekazaniem placu budowy – to tylko niektóre z nich.

– Chociażby ustawa związana z Wodami Polskimi zmienia się kilkakrotnie w ciągu roku. To utrudnia wydawanie zgód i pozwoleń wodnoprawnych. Do tego dochodzą wzajemne trudności między inwestorami oraz interesariuszami, którzy są zaangażowani w dany projekt. To są potężne problemy, które musimy przełamywać, przez co wszystko dłużej trwa – mówi Jarosław Wielopolski.

W tej chwili inwestorzy i wykonawcy borykają się też z typowymi problemami tzw. górki inwestycyjnej, czyli wzrostem cen materiałów i kosztów pracy. Budownictwo jest również jedną z branż, które najdotkliwiej odczuwają brak siły roboczej.

– W związku z wysokimi kosztami robocizny, a także materiałów budowlanych i ogólnego wzrostu cen firmy wykonawcze borykają się z problemem rentowności. Najlepiej widać to po ich wynikach giełdowych. Branża od dłuższego czasu naciska na rząd, żeby zastosowano formułę waloryzacyjną kontraktów. Udało się wreszcie dopracować wstępną propozycję waloryzacji przyszłych kontraktów. Niestety, ta metoda nie dotyczy już bieżących kontraktów. Formuła waloryzacyjna została oparta o wzory FIDIC, czyli najbardziej sprawdzone na świecie – mówi Jarosław Wielopolski.

Formuła waloryzacji przyszłych kontraktów będzie opierała się na czynniku wzrostu cen cementu, asfaltu, robocizny i podobnych aspektów kosztotwórczych. Zdaniem branży pozwoli to w sposób obiektywny i w miarę uczciwy dla obu stron waloryzować przyszłe kontrakty, tak żeby firmy mogły ofertować i budować bez obaw o wzrost kosztów.

– W związku z tym, że inwestycje, zarówno kolejowe, jak i drogowe, prowadzone są równolegle, to mamy też problem z logistyką, czyli z dostawami materiałów – dodaje prezes Multiconsult Polska.

Lotniska i dworce coraz mocniej stawiają na działalność niezwiązaną z transportem. To już ponad połowa ich przychodów

0

Lotniska i dworce coraz mocniej stawiają na działalność niezwiązaną z transportem. To już ponad połowa ich przychodów 3

Maksymalne wykorzystanie komercyjnej przestrzeni to dla portów lotniczych i dworców ważna część modelu finansowania. W przypadku lotnisk dochody z najmu powierzchni, wyniki sprzedażowe z reklam czy stref wolnocłowych odpowiadają nawet za 40–60 proc. całości przychodów. Tą drogą podążają też koleje, planując modernizację dworców. Komercjalizacja takich obiektów i odpowiednia oferta handlowo-usługowa pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby podróżnych. Nowo budowane obiekty są też coraz częściej bezpośrednio połączone z dużymi galeriami handlowymi, stanowiąc jeden z centralnych punktów miasta. 

Polskie dworce mają już duże doświadczenie w komercjalizacji i wykorzystywaniu swojej przestrzeni tak, aby na tym zarobić. Dla portów lotniczych to duży ułamek biznesu, zarabiają na działalności pozalotniczej średnio 50–60 proc. swoich przychodów. W zależności od lotniska i tego, jak wykorzystywana jest przestrzeń, te przychody są nawet większe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Midera, prezes Łódzkiego Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta.

W Polsce jest 18 portów lotniczych oraz 2 117 dworców kolejowych zarządzanych przez PKP SA (z których tylko niespełna 1/3, czyli 613 obiektów, obsługuje ruch pasażerski). Obok funkcji transportowej takie obiekty w coraz większym stopniu zarabiają także na działalności handlowo-usługowej. Zwłaszcza lotniska, często określane mianem „galerii handlowych z pasem startowym”. Ich przychody pochodzą z dwóch źródeł – opłat lotniskowych, uzależnionych od liczby operacji (startów i lądowań) oraz sklepów i restauracji, które znajdują się na ich terenie, reklam czy opłat parkingowych. Ta pozalotnicza gałąź działalności portów generuje średnio 40-60 proc. ich przychodów.

W przypadku Łodzi stanowi ona ok. 67 proc. przychodów. Wliczam w to również inną działalność pozalotniczą, np. cargo, niemniej jednak nawet 40 proc. to jest już bardzo dużo. Pozwala nam to utrzymać przestrzeń lotniczą, sprawniej negocjować z przewoźnikami i proponować im lepszą ofertę. To potem przekłada się również na większą liczbę pasażerów, którzy z kolei dają nam zarobić – mówi Anna Midera.

W ślad za portami lotniczymi, które osiągają bardzo dobre wyniki sprzedażowe z reklam czy stref wolnocłowych, podążają dworce kolejowe. W ostatnich latach spółka PKP postawiła na gruntowną modernizację i komercjalizację takich obiektów (do 2023 roku blisko 200 dworców w całym kraju ma przejść gruntowny remont za sumaryczną kwotę ok. 1,5 mld zł). Na wielu dworcach pojawili się najemcy z branży restauracyjno-gastronomicznej czy handlowej. Wyremontowane albo nowo budowane obiekty są często połączone bezpośrednio z galerią handlową (czego przykładem jest np. Avenida Poznań) i w ten sposób odpowiadają na potrzeby podróżnych, którzy w oczekiwaniu na transport chcą zrobić zakupy, zjeść obiad w restauracji albo napić się dobrej kawy.

Przykłady polskich dworców pokazują, że przestrzeń komercyjna jest zapełniona, w tej przestrzeni porusza się nie tylko wielu pasażerów, ale i klientów. Jednak wiele jest jeszcze do zrobienia. Przykładem jest przepiękny dworzec Łódź Fabryczna, który już w tej chwili – mimo że jest to stacja czołowa – powinnien żyć, a przestrzeń komercyjna powinna być zagospodarowana. Tak się niestety nie stało, bo nie zostało to przemyślane i przygotowane wcześniej – mówi prezes Łódzkiego Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta.

W branży e-commerce trwa wyścig zbrojeń. Sklepy i dostawcy inwestują na potęgę

W branży e-commerce trwa wyścig zbrojeń. Sklepy i dostawcy inwestują na potęgę 4

Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W tym roku wartość internetowego handlu ma sięgnąć 50 mld zł, a zakupy w internecie robi 15 mln konsumentów. Dynamiczny wzrost powoduje, że działające w tej branży podmioty muszą odpowiadać na coraz bardziej wyśrubowane wymogi klientów – inwestować w wygląd witryny, aplikacje mobilne, jakość obsługi, marketing i logistykę, która przekłada się na szybkość dostaw i końcową satysfakcję konsumentów. W branży e-commerce trwa wyścig zbrojeń, w którym najciężej jest poradzić sobie średnim podmiotom.

– Nie ulega wątpliwości, że rynek e-commerce będzie rosnąć przez najbliższe lata. Pytanie: kto na tym wzroście skorzysta? Myślę, że z jednej strony będą to gracze, którzy dotychczas działali w tzw. offline, czyli sprzedaży tradycyjnej i traktują e-commerce jako nowy kanał sprzedaży. Oni coraz większy udział sprzedaży będą przenosić do internetu. Z drugiej strony, skorzystają marketplace’y, czyli platformy, które pozwalają innym sprzedawcom, często małym podmiotom, oferować swoje produkty klientom – mówi agencji Newseria Biznes Tomek Kasperski, prezes Omnipack.

Jak podkreśla, w Polsce e-commerce rozwija się szybko, ale w porównaniu do zagranicznych rynków jest opóźniony o 3–5 lat. Trendy, które są już dziś rozpowszechnione na bardziej rozwiniętych rynkach, do Polski docierają dopiero po pewnym czasie. Takim przykładem są np. dostawy w opcji tego samego dnia.

 Ten trend jest coraz bardziej popularny na Zachodzie, u nas ciągle raczkuje, ponieważ wiąże się z dodatkowymi kosztami dla klientów. Tymczasem większość z nich nie jest jeszcze gotowa ponosić tych kosztów, chociaż obserwujemy, że z roku na rok to się zmienia – mówi Tomek Kasperski.

Według najnowszych danych z raportu Statista Digital Market Outlook Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W latach 2018–2022 wartość polskiego e-commerce ma się zwiększyć o 6 mld dol. W 2019 roku wzrośnie ona do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. Szybki rozwój e-commerce w Polsce oznacza walkę o 15 mln klientów, którzy robią zakupy w internecie, oraz miliony złotych dla firm kurierskich, logistycznych czy agencji interaktywnych.

 Wbrew pozorom dynamicznie rosnący rynek oznacza dla e-sklepów jeszcze gorętszą konkurencję. Przyciąga tradycyjne marki, które dotychczas sprzedawały w offline, i zachęca je do tego, żeby coraz więcej uwagi i budżetów marketingowych kierowały właśnie w stronę kanału internetowego. Z drugiej strony wspiera te mocne marki, które 5–10 lat temu pojawiły się na rynku, takie jak Amazon czy Zalando. Daje im środki do tego, żeby jeszcze mocniej inwestować w dalszy wzrost. Średniej wielkości firmy są pod presją dużych graczy – mówi Tomek Kasperski.

Prezes Omnipack ocenia, że w tej chwili na rynku e-commerce trwa wyścig zbrojeń – każdy sklep i podmiot działający w tej branży musi doskonalić swoje operacje i podnosić konkurencyjność. Dotyczy to wszystkich sfer działania – od inwestycji w wygląd witryny, aplikacje mobilne, jakość obsługi, po inwestycje w marketing automation i logistykę, która przekłada się na szybkość dostaw i końcową satysfakcję klientów.

– Logistyka dla firm e-commerce jest bardzo wymagająca z kilku powodów. Pierwszy element to ogromna atencja w stosunku do szczegółów. Każde zamówienie jest inne, każdy klient wkłada do koszyka inne produkty. Z drugiej strony, jakikolwiek błąd przekłada się na konkretną osobę, która jeżeli jest niezadowolona, to zostawia wyraz swojego niezadowolenia w kanałach social media czy w kontakcie ze sklepem – podkreśla Tomek Kasperski.

Trudnością jest też fakt, że logistyka dla e-commerce wymaga ogromnej elastyczności chociażby ze względu na sezonowość. Wydarzenia takie jak Black Friday, Cyber Monday czy poświąteczne wyprzedaże powodują, że wolumeny przesyłek rosną o kilkadziesiąt procent.

– Nie bez znaczenia jest fakt, że cała branża e-commerce jest bardzo młoda, więc jeżeli chodzi o przygotowanie sklepów internetowych do obsługi dużych wolumenów jest dosyć duży nieporządek po stronie systemów i integracji procesów. Współpraca z partnerami wymaga tego, żeby taki porządek wprowadzić, pewne procesy usystematyzować i unormować – ocenia Tomek Kasperski.

Jak podkreśla, klienci są też coraz bardziej wymagający i przykładają coraz większą uwagę do szczegółów, które jeszcze 5 lat temu zdawały się nieistotne. Właściciele sklepów internetowych stają przed wyzwaniem nie tylko pozyskiwania nowych klientów, lecz także budowania lojalności już obecnych. Kluczowa jest nie tylko cena, lecz także wygoda, terminowość i jakość obsługi.

– W ciągu ostatnich kilku lat obserwujemy cały czas rosnące wymagania klientów co do jakości serwisu, jakości obsługi świadczonej przez sklepy internetowe. Cena cały czas jest istotna, ale dużo większą rolę gra to, czy produkt zostanie doręczony szybko, czy dostępnych jest wiele form dostawy i czy zwrot będzie bezproblemowy, a pieniądze trafią bardzo szybko z powrotem na konto klienta – mówi prezes Omnipack.

Według danych Statista Digital Market Outlook całkowita wartość rynku e-commerce na świecie wzrosła w ciągu ostatniego roku o 16 proc., a w 2017 roku całkowite roczne wydatki w internacie wyniosły 1,5 bln dolarów. Łącznie kupuje w nim już 1,8 mld klientów.

Dr Robert Śmigielski: zmiana kilku codziennych nawyków może znacznie poprawić jakość życia i uchronić przed groźnymi chorobami cywilizacyjnymi

Dr Robert Śmigielski: zmiana kilku codziennych nawyków może znacznie poprawić jakość życia i uchronić przed groźnymi chorobami cywilizacyjnymi 5

Dłuższy sen zapewnia niezbędną organizmowi regenerację, regularna aktywność fizyczna, niekoniecznie równoznaczna z dużym wysiłkiem, zapewnia utrzymanie stałej masy ciała. Dieta powinna być zbilansowana, ale nie restrykcyjna, wystarczy zmienić słone przekąski na owoce, a białe pieczywo na razowe oraz wprowadzić nawyk jedzenia śniadania, by ograniczyć ryzyko wystąpienia takich chorób jak miażdżyca i cukrzyca. 

Na powstawanie i rozwój wielu chorób człowiek nie ma wpływu, mają one bowiem podłoże genetyczne, zdecydowanej większości schorzeń można jednak skutecznie zapobiegać. Należą do nich m.in. cukrzyca, niektóre nowotwory, miażdżyca, zmiany zwyrodnieniowe oraz zaburzenia metaboliczne – są to choroby cywilizacyjne wynikające z zanieczyszczenia środowiska, zbyt szybkiego tempa współczesnego życia, złego odżywiania i siedzącego trybu życia. Kluczem do dobrego zdrowia jest zachowanie równowagi między prawidłowym sposobem odżywiania, odpowiednią dawką aktywności fizycznej a wypoczynkiem, czyli czasem regeneracji organizmu.

– Dopiero zachowanie harmonii pomiędzy tymi poszczególnymi elementami daje nam gwarancję tego, że możemy oczekiwać od nas dłuższego i lepszego życia – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Robert Śmigielski, specjalista ortopedii i traumatologii.

Aktywność fizyczna powinna być dobrana do możliwości organizmu. Wysiłek nie musi być bardzo intensywny, ważne jednak, by był regularny. Zdrowa dieta nie musi oznaczać dużych wyrzeczeń, czasami wystarczy zmienić kilka nawyków, aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia chorób cywilizacyjnych. Codzienny jadłospis powinien być zbilansowany w takim stopniu, by dostarczać organizmowi wszystkich niezbędnych składników odżywczych, a jednocześnie nie szkodzić. Podstawą jest ograniczenie spożywania tłuszczów nasyconych obecnych w mięsie oraz nabiale.

– Dieta, która może nas uchronić przed różnego rodzaju problemami, może być przyjemna, ale pamiętajmy o tym, że czasami trzeba będzie zmienić pewne nawyki, dlatego że najprostsze nawyki, które mamy, to są takie, które często też najbardziej nam szkodzą – mówi dr Robert Śmigielski.

Dobierając odpowiednie składniki, możemy wpłynąć na prawidłowe funkcjonowanie organizmu, nie tracąc przy tym smaku dania. Czasami wystarczy zamiana pewnych produktów spożywczych na inne, aby odczuć pozytywny wpływ na zdrowie. Warto zmienić np. słone lub słodkie przekąski na chipsy przygotowywane z suszonych owoców, białe pieczywo można zastąpić żytnim, zamiast tłustego mleka stosować wersję odchudzoną. W ten sposób można nie tylko wydłużyć sobie życie, lecz także poprawić jego jakość.Wdrożenie odpowiednich nawyków żywieniowych może pomóc także po zdiagnozowaniu zmian chorobowych.

– Jeżeli przestrzegalibyśmy pewnych zasad dietetycznych, to te zmiany, które powstają, czy złogi kwasu moczowego, czy zmiany cholesterolowe, czy wysoki poziom cukru, powodują, że mamy lepsze ukrwienie tkanek, tym samym lepszą regenerację i przez to możemy sobie poprawić jakość funkcjonowania – mówi dr Robert Śmigielski.

Stan zdrowia należy kontrolować u lekarza, choć każdy człowiek jest w stanie sam zauważyć sygnały świadczące o tym, że w organizmie zachodzą niepokojące zmiany. Do objawów tych należy m.in. szybsze uleganie zmęczeniu, gdy zadyszka pojawia się po przejściu znacznie krótszego dystansu niż zwykle, a także zmniejszenie ruchomości stawów, zawroty głowy, marznięcie dłoni.

– Takich objawów jest bardzo wiele i wtedy trzeba się udać do lekarza, to raczej powinien być sygnał, który sprawi, że pomyślimy o tym, że trzeba zrobić badania, udać się do lekarza, poddać się ocenie – mówi dr Robert Śmigielski.

Opracowano inteligentnego asystenta aparatu słuchowego. Nasłuchując i rozpoznając otoczenie, pomoże użytkownikowi usłyszeć to, co ważne

Opracowano inteligentnego asystenta aparatu słuchowego. Nasłuchując i rozpoznając otoczenie, pomoże użytkownikowi usłyszeć to, co ważne 6

Sztuczna inteligencja odmieni sposób, w jaki działają aparaty słuchowe. Nowoczesne urządzenia będzie można w pełni skonfigurować do potrzeb i przyzwyczajeń konkretnego pacjenta. Aparaty pozwolą automatycznie dopasować parametry pracy a także odfiltrować dźwięki, których nie chcemy usłyszeć. Pierwszy asystent aparatu słuchowego ze sztuczną inteligencją nauczy się tego, co użytkownik w konkretnym otoczeniu, np. głośnej restauracji, chce usłyszeć.

– Kaizn jest pierwszym na świecie asystentem dla aparatu słuchowego, wyposażonym w sztuczną inteligencję. Urządzenie skupia się na codziennych nawykach osoby noszącej aparat słuchowy. Będzie nasłuchiwało i rozpoznawało otoczenie w celu automatycznego dostosowania parametrów aparatu. Urządzenie nauczy się tego, co lub kogo w danym środowisku użytkownik chce usłyszeć – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Annette Mazevski z firmy Oticon.

Współczesne aparaty słuchowe potrafią przejąć pełną kontrolę nad tym, jakie dźwięki docierają do ucha pacjenta. Inżynierowie wykorzystują w tym celu technologię stosowaną m.in. przez producentów słuchawek z aktywną redukcją szumów, wyposażonych w algorytmy analizy fal dźwiękowych. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji można odfiltrować niechciane dźwięki i usłyszeć wyłącznie to, co w konkretnej chwili chcemy usłyszeć.

Widex wykorzystuje w tym celu aplikację mobilną, która komunikuje się bezprzewodowo z aparatami z serii BEYOND. Takie rozwiązanie pozwala precyzyjnie skonfigurować zakres pracy urządzenia i wybrać, jakie dźwięki powinny być wzmacniane, a jakie tłumione. Firma Oticon z kolei stworzyła aparat, który nie tylko pozwoli dostosowywać parametry przechwytywania dźwięków, ale także automatycznie pozna nasze preferencje i wykorzysta sztuczną inteligencję do przewidzenia tego, co chcemy usłyszeć.

Asystent słuchowy Kaizn opiera się na technologii działającej podobnie do algorytmów wykorzystywanych przez Spotify do przewidywania, które piosenki mogą nam się spodobać.

– Zebrane dane przechowywane w chmurze będą służyły do przewidywania tego, co w przyszłości użytkownik urządzenia zrobi w konkretnym środowisku, np. w głośnej restauracji. Kaizn automatycznie dostosuje parametry aparatu słuchowego w oparciu o wcześniejsze preferencje użytkownika – tłumaczy ekspertka.

Podobne rozwiązanie wykorzystuje również firma Starkey Hearing Technologies, która zaprojektowała inteligentne aparaty słuchowe Livio AI. Wystarczy sparować urządzenie z telefonem, aby odbierać rozmowy telefoniczne, korzystać z inteligentnego asystenta głosowego czy otrzymywać powiadomienia. W przyszłości aparat zostanie wyposażony także w funkcję wykrywania upadku, która poinformuje bliskich pacjenta, jeśli ten np. straci przytomność.

W przypadku inteligentnego asystenta Kaizn największą zaletą może okazać się system dystrybucji. Oprogramowanie zostanie udostępnione za darmo wszystkim użytkownikom aparatów słuchowych Oticon Opn.

– Tylko w Stanach Zjednoczonych 48 mln osób cierpi na jakiś stopień utraty słuchu. To trzecia najbardziej powszechna dolegliwość, zaraz po chorobach serca. To bardzo powszechny problem – twierdzi Annette Mazevski.

Według analityków z firmy badawczej Credence Research globalny rynek aparatów słuchowych będzie rozwijał się w najbliższych latach w tempie 6,4 proc. w skali roku. W 2023 roku wartość branży ma przekroczyć 8,3 mld dol.

Kamery termowizyjne usprawnią autonomiczne samochody. Dzięki nim pojazd zobaczy przeszkody z odległości nawet 200 metrów

Kamery termowizyjne usprawnią autonomiczne samochody. Dzięki nim pojazd zobaczy przeszkody z odległości nawet 200 metrów 7

Kamery termowizyjne montowane obecnie w luksusowych samochodach pozwalają wychwycić obecność obiektu na drodze z odległości nawet 200 metrów, zapewniając kierowcy niemal trzykrotnie więcej czasu na reakcję niż zwykłe reflektory. Wkrótce kamery takie mogą się stać podstawowym wyposażeniem inteligentnych samochodów autonomicznych. Pozwolą dostrzec pieszych z dużej odległości, pozwalając maszynie szybciej zareagować na zdarzenia drogowe i zwiększyć szansę na uniknięcie wypadku. Zaprezentowano już pierwszy autonomiczny pojazd wyposażony w kamery termowizyjne.

– Termowizja dodaje coś, czego nie ma żaden z dotychczasowych systemów – zdolność do wykrywania ludzi i zwierząt z odległości 200 metrów. To obecnie brakujący element układanki, jaką jest realne wdrożenie samochodów autonomicznych. Aspekt bezpieczeństwa jest tu ważny. Kamera termowizyjna znacznie poprawia zdolność do wykrywania ludzi, ponieważ ciało ludzkie emituje rejestrowane przez nią promieniowanie cieplne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jay James z firmy Flir Systems.

Obecnie projektowane samochody autonomiczne do wykrywania przeszkód na drodze wykorzystują kamery światła widzialnego, radary oraz lidary, czyli technologię pomiaru odległości za pośrednictwem lasera. Taki zestaw zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa i możliwość wykrywania obiektów na drogach. Eksperci zwracają jednak uwagę na to, że do pełni bezpieczeństwa brakuje zwiększenia widoczności w nocy. Problem mogą rozwiązać kamery termowizyjne.

Zaprezentowany na targach CES 2019 prototypowy samochód od Flir Systems jest pierwszym autem autonomicznym, w którym obok radarów, lidarów i kamer światła widzialnego wykorzystuje się także czujniki podczerwieni do mapowania otoczenia pojazdu. W przyszłości po takie rozwiązanie mogą sięgnąć także inni producenci zainteresowani rozwojem branży autonomicznych samochodów.

– Systemy te dotąd służyły zwykle do wglądu kierowcom, pozwalając na pięciokrotne zwiększenie odległości widzenia niż w przypadku przednich świateł. Przy jeździe z prędkością, z jaką poruszamy się po autostradzie, reflektory zapewniają około 3 sekund czasu na reakcję. Kamera termowizyjna daje 15 sekund, co ma niebagatelne znaczenie dla bezpieczeństwa – twierdzi ekspert.

Flir Systems produkuje kamery termowizyjne dla firmy Autoliv, największego producenta systemów bezpieczeństwa dla branży motoryzacyjnej. Dotychczas wykorzystywano je w tradycyjnych samochodach klasy premium od BMW i Audi, ale coraz więcej firm planuje wdrożyć je do swoich pojazdów.

Jednym z pionierów wykorzystania tej technologii w pojazdach autonomicznych może się okazać firma AdaSky, która podczas targów CES 2019 zaprezentowała system termowizyjny VIPER. Wysokiej jakości kamera termowizyjna współpracuje ze sztuczną inteligencją, która pomaga analizować obrazy przechwycone przez matrycę. Rozwiązanie charakteryzuje się zauważalnie wyższą rozdzielczością pracy niż lidary i radary, ponadto znacznie lepiej radzi sobie w słabych warunkach pogodowych, np. podczas deszczu czy we mgle.

– Kamery termowizyjne reagują na długość fali pomiędzy 8 a 12 mikronów. Nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć, ale nasze ciała cały czas emitują to promieniowanie. Wyobrażam sobie, że każdy z nas jest jak 60-watowa żarówka – to właśnie widzą nasze kamery, o taki rodzaj „światła” tu chodzi – tłumaczy Jay James.

Nad wykorzystaniem termowizji w pojazdach inteligentnych pracują także wielkie koncerny motoryzacyjne, które widzą w tej technologii narzędzie do wprowadzenia w pełni autonomicznych samochodów. Inżynierowie z Toyota Research Institute przerobili hybrydowego Lexusa LS 500h na auto przyszłości, w którym termowizja jest jednym z kluczowych elementów systemu wczesnego ostrzegania.

Uber zakłada, że pierwsze autonomiczne pojazdy w jego flocie wyruszą na ulice do 2021 roku. Z kolei władze Tokio chciałyby uruchomić flotę autonomicznych samochodów już w przyszłym roku, z okazji Zimowych Igrzysk Olimpijskich organizowanych przez to miasto.

– Mamy nadzieję, że do końca roku wszyscy producenci projektujący autonomiczne samochody będą świadomi, że potrzebują kamer termowizyjnych. Potem pozostaje kwestia, kiedy samochody autonomiczne poziomu 4 i 5 trafią do produkcji. Myślę, że do końca roku kamery termowizyjne staną się nieodzownym elementem zestawu czujników w tego rodzaju pojazdach – przewiduje przedstawiciel Flir Systems.

Firma Absolute Reports oszacowała, że wartość globalnego rynku systemów obrazowania termicznego wzrośnie z 2,58 mld dol. w 2017 roku do 4,46 mld dol. w 2023 roku. W tym czasie branża będzie się rozwijać w tempie średnio 7,8 proc. w skali roku.

Apel polskiej i brytyjskiej branży IT ws. swobodnego przekazywania danych po Brexicie

Organizacje – Związek Cyfrowa Polska oraz techUK – które zrzeszają największe firmy z branży nowoczesnych technologii w Polsce oraz Wielkiej Brytanii wspólnie zaapelowały do polskiego i brytyjskiego rządu, by po wyjściu Brytyjczyków z Unii Europejskiej, nawet w przypadku tzw. twardego Brexitu, nadal możliwy był swobodny przepływ danych pomiędzy tymi krajami.  

Wielka Brytania i Polska są ważnymi i bliskimi partnerami. Możliwość przekazywania danych osobowych między oboma krajami ma kluczowe znaczenie dla pojedynczych obywateli i przedsiębiorstw. Wielka Brytania jest trzecim co do wielkości nabywcą usług w Polsce, a obywatele polscy są największą grupą obywateli UE w Wielkiej Brytanii  – argumentuje Antony Walker, wiceprezes techUK, organizacji skupiającej największe firmy technologiczne w Wielkiej Brytanii. I zaznacza, że gdyby nie doszło do porozumienia między Londynem a Brukselą w sprawie warunków wyjścia ze Wspólnoty, to brytyjski
i polski rząd powinny już teraz zadbać o inne rozwiązania prawne, które gwarantowałyby kontynuację swobodnego przepływu danych między oboma krajami.

Ograniczenie przepływu danych zaszkodzi polskiej i brytyjskiej gospodarce cyfrowej

Wielka Brytania wychodząc z Unii Europejskiej, opuści również europejskie struktury ochrony danych. Regulacje unijne decydują, jak powinno obchodzić się z danymi osobowymi oraz w jakich okolicznościach mogą być one przesyłane pomiędzy granicami państw. Ze względu na fakt, że kraje członkowskie Unii oraz Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) korzystają z tych samych struktur ochrony danych, takie informacje mogą swobodnie przepływać pomiędzy granicami wszystkich państw EOG. Jako członek UE, Wielka Brytania czerpała korzyści z przepisów pozwalających na swobodny przepływ danych z tego państwa do UE bez ograniczeń. Z chwilą opuszczenia Unii i EOG przez Wielką Brytanię, przestanie ona automatycznie korzystać z tego przywileju i jako „kraj trzeci” zmuszona będzie stosować się do warunków prawa o ochronie danych Unii Europejskiej dotyczącego transferu danych poza granice EOG.

 To może być spory problem dla dalszej współpracy brytyjskiej i polskiej branży nowoczesnych technologii oraz innych krajów członkowskich – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I wyjaśnia, że znaczna liczba przedsiębiorstw z Wielkiej Brytanii, Unii Europejskiej oraz krajów spoza Unii opiera swoją działalność o możliwość swobodnej wymiany danych pomiędzy Wielką Brytanią i resztą UE.

Wiele z nich korzysta z wieloletnich zwyczajów biznesowych polegających na takim właśnie transferze danych. Zmiana w prawnym związku Wielkiej Brytanii z regulacjami EOG dotyczącymi ochrony danych prawdopodobnie spowoduje znaczne wątpliwości i dodatkowe koszty dla wszystkich firm przechowujących dane osobowe – ocenia prezes Związku.

TechUK i Związek Cyfrowa Polska dostrzegają korzyści płynące z kontynuacji bliskiej relacji Wielkiej Brytanii i UE w zakresie ochrony danych. – Niezakłócony i stabilny przepływ danych jest we wspólnym interesie zarówno Wielkiej Brytanii, jak i Unii Europejskiej. To ważne dla wszystkich sektorów gospodarki opartych o codzienny transfer informacji. Zacieśniona współpraca zapewniłaby również konsumentom w całej Europie, że ich dane osobowe wciąż podlegać będą ścisłej ochronie – wyjaśnia Michał Kanownik.

Rozwiązaniem – zastosowanie porozumień o adekwatności

Obie organizacje postulują, że najdogodniejszą metodą utrzymania przepływu danych pomiędzy Wielką Brytanią i UE jest zastosowanie obustronnych porozumień o adekwatności. Pozwoli to na swobodny przepływ danych z UE do „państwa trzeciego”, którym Wielka Brytania będzie po wyjściu ze Wspólnoty, bez konieczności wprowadzania dodatkowych zabezpieczeń przez przedsiębiorców.

Chcemy zachęcić brytyjski rząd i Komisję Europejską do dalszej pracy nad ważką kwestią stałego przepływu danych na linii Wielka Brytania-UE oraz do bezzwłocznego przystąpienia do negocjacji dotyczących decyzji o adekwatności – mówi Antony Walker z techUK.

Jak podają Cyfrowa Polska i techUK, europejska gospodarka danych osiągnie do 2020 roku wartość 739 miliardów euro, co stanowi 4 proc. PKB gospodarki UE. Transfer danych osobowych stanowi część codziennej aktywności niemalże każdej firmy bez względu na branżę. Wielka Brytania to drugi co do wielkości rynek eksportowy Polski, który jest wart nawet 10,5 miliarda euro rocznie.

Senior podejmuje decyzję w oparciu o zaufanie

Osoby, które dopuszczają się nadużyć względem seniorów najpierw wzbudzają zaufanie. Poświęcają im uwagę i czas. Odwiedzają i słuchają. Często wykorzystują to, że seniorzy potrzebują kogoś bliskiego, doskwiera im samotność. Z jednej strony dobrze ufać komuś w życiu, móc liczyć na pomoc i opiekę chociażby sąsiadki. Z drugiej strony warto stawiać granicę np. gdy sąsiadka chce pożyczyć pieniądze lub podpisać umowę renty dożywotniej, a my czujemy że jakieś rozwiązanie nie chroni naszych interesów. Tymczasem w odmowie najtrudniejsza jest utrata. Jeśli się nie zgodzę – nie będzie już przychodził (utrata osoby). Jeśli powiem „nie” – pomyśli, że jestem sknerą (strata w obrębie samooceny). Z Hanną Sokolnicką, psycholożką, rozmawiamy nie tylko o starości i szukaniu nowej roli w życiu, ale również stawianiu zdrowych granic. Każdy z nas żyje w biegu i funkcjonuje dopóki starcza mu sił. Czy jesteśmy gotowi na starość?

Komu bywa trudniej? Kobietom, czy mężczyznom?

W pokoleniu wojennym czy zaraz powojennym podział ról był bardzo określony. Dla mężczyzn koniec aktywności zawodowej to bardzo często koniec jakiejkolwiek aktywności. Wcześniej zwykle spotykali się z kolegami z pracy i to o niej rozmawiali. Często też spędzali czas w sposób aktywny, a w pewnym momencie zdrowie już nie pozwala umówić się z kolegami na mecz. Obniżająca się sprawność fizyczna blokuje dużą część ich ekspresji. To nie tylko różnica pokoleniowa, ale i płciowa. Mężczyźni socjalizują się wokół wspólnych zadań, rozmawiają raczej o rozwiązaniach i działaniach. Kobiety są dużo bardziej skoncentrowane na emocjonalnych aspektach relacji oraz osadzone w rodzinie czy społeczności lokalnej. Jest im dużo łatwiej przejść z systemu codziennej pracy na inne aktywności: uniwersytety trzeciego wieku, działania wolontaryjne, pracę w ogrodzie czy pomoc koleżance z chorym biodrem.

Na czyje wsparcie mogą liczyć starsi?

W wielu innych krajach zachodnich, a zwłaszcza w USA system pomocy osobom starszym jest bardzo rozbudowany. Dzieci stają się tam „menedżerami” starości swoich rodziców. Popularne jest korzystanie z domów opieki czy przeprowadzka na osiedla dedykowane seniorom gdzie mogą mieszkać samodzielnie, ale w razie potrzeby bardzo szybko otrzymują pomoc lekarską czy wsparcie w załatwieniu bieżących spraw. W Polsce takie rozwiązania to rzadkość.

Po pierwsze nasi seniorzy wychowali się w rodzinach wielopokoleniowych, często sami jako dzieci opiekowali się dziadkami, których zdrowie już niedomagało. Mniej lub bardziej świadomie liczyli na to, że ich starość będzie wyglądała tak samo. Ale model rodziny się zmienił, młodsi często kończą szkołę w innym mieście, szukając pracy wyjeżdżają za granicę. Jednocześnie nie ma społecznej zgody, żeby delegować tę odpowiedzialność z rodziny na zewnątrz. Dla osamotnionej, starszej osoby, oddelegowanie obowiązków rodzinnych na organ zewnętrzny lub kogoś „obcego” często, kojarzona jest z  odrzuceniem i przeżywane jako osobista porażka życiowa.

Po drugie „starych drzew się nie przesadza” i w tym powiedzeniu jest wiele mądrości. Strategie adaptacyjne, o których wspominałam są często mocno związane z przestrzenią fizyczną w której osoba funkcjonuje. To, że znamy Panią z mięsnego i jak nikt potrafimy zagadać z Panią z „naszego” bazarku o najlepsze jabłka(w sprawie najlepszych jabłek). Wiemy gdzie jest biblioteka i znamy każdy autobus, stanowi nieoceniony zasób w sytuacji osoby, której codzienność sprawia coraz więcej trudności i potrzeba ogromnych zasobów uwagi, żeby radzić sobie z postępującymi deficytami i słabnącymi siłami. W pozytywnym starzeniu się możliwie długa aktywność w życiu codziennym (samoobsługa) i poczucie sprawstwa jest nie do przecenienia. I po trzecie, trudno jest wpuścić „osobę trzecią” w nasz intymny świat choroby, która na pewnym etapie staje się nieodłącznym elementem starości.

Z jednej strony to wspaniałe, z drugiej jednak często słyszymy o oszustwach w wykonaniu takich „dobrych sąsiadów”.

Seniorzy mają świetne strategie radzenia sobie z pojawiającymi się deficytami, wiedzą co im się sprawdza, co lubią, do czego są przyzwyczajeni. Potrzebują dużo czasu do oswojenia się z każdą zmianą czy nową propozycją. Wydaje mi się, że osoby, które dopuszczają się nadużyć wobec seniorów, muszą wykazać się determinacją i talentem do tego żeby poświęcić im uwagę i czas, tak aby osoba poczuła się zauważona i zrozumiana. Oferując im pomoc w zamian za poświęcony czas mogą liczyć na dobra materialne.

W mojej pracy zawodowej spotkałam się kilkukrotnie z poszkodowanymi seniorami i to jest zawsze taka sama historia. Ktoś był z nimi w dłuższym kontakcie, przychodził, opowiadał i słuchał. To jest bazowanie na deficycie rodziny, potrzebie bycia w centrum czyjejś uwagi, wrażeniu, że ktoś cię zauważa, a wszystko jest dostosowane do twojego poziomu rozumienia, wytłumaczone zwykłym, nieprawniczym językiem. Podejrzewam, że tej warstwy emocjonalnej może brakować instytucjom finansowym.

Z czego wynikają nadużycia względem seniorów? Jaki jest zazwyczaj scenariusz?

Myślę, że lepiej by się tu wypowiedział jakiś stróż prawa. O motywach chyba mogę mówić jedynie snując przypuszczenia z pozycji szarego obywatela. Podejrzewam, że taka osoba wydaje się dość bezpiecznym obiektem. Zredukowana sieć społeczna sprawia, że gdy wzbudzi się jej zaufanie, dość szybko możemy się stać istotnym elementem jej życia. Starsze osoby często mówią o samotności i o pragnieniu odnalezienia kogoś bliskiego, przyjaciela. Jednocześnie ich codzienność, kondycja, oczekiwania wynikające z przeszłych doświadczeń utrudniają znalezienie takiej osoby. Jeśli na stare lata udaje im się stworzyć taką więź w której czują się ważni, rozumiani, akceptowani, stanowi to ogromne źródło wsparcia, ulgi i przekłada się na wdzięczność. Tak działamy jako ludzie. Domyślam się, że osoby takie mają też specyficzne strategie finansowe – raczej gotówka, jeden wybrany lata temu bank – bo już wiedzą, (znają jak tam działać. Być może większą umiejętność oszczędzania i posiadają zebrane majątki z całego życia.

Czyli jak podejmowana jest decyzja o tym komu powierzyć swoje dobra?

W podejmowaniu takiej decyzji, dużą rolę odgrywa aspekt emocjonalny oraz historia kontaktu z instytucją / osobą której chcemy przekazać swoje dobra. Na ogół jest to po prostu rodzina. Jeśli mówimy o innych rozwiązaniach typu odwrócona hipoteka, czy a to nie to samo? renta dożywotnia w zamian za mieszkanie to zaryzykowałabym twierdzenie, że taka oferta zwykle przychodzi z zewnątrz. Że niewielu jest seniorów, którzy mimo pogarszającej się sytuacji ekonomicznej decydują się na takie  rewolucyjne rozwiązania. Bardziej spodziewam się, że pomyśleliby o krótkoterminowych rozwiązaniach; zaciągnęli by pożyczkę by uratować sytuację w tym konkretnym momencie. Z psychologicznego punktu widzenia etap starości jest bardzo trudnym zadaniem rozwojowym konfrontacji z własną śmiertelnością. Co się dzieje w psychice człowieka kiedy ma taki duży temat do ugryzienia? Na ogół stara się tego nie widzieć. Zamiast reorganizować sytuację będzie starał się ją łatać, szukać oszczędności. Kiedy człowiek ma problemy zdrowotne i rosnące trudności z zaopiekowaniem się swoją codziennością – lekarz, zakupy, jedzenie trudniej jest znaleźć czas, siły i przestrzeń by spojrzeć z dystansu i zaplanować najlepsze rozwiązanie. Bardzo trudno jest wtedy usiąść rano przy herbacie i rozważyć wszystkie możliwości. To raczej właśnie ktoś zaufany podpowiada takie rozwiązanie. Jeśli pomysłodawca ma dobre intencje to pomoże znaleźć odpowiednie, bezpieczne pod względem prawnym, rozwiązanie i pomoże je przeprowadzić. Nie zwalnia to nas jednak z odpowiedzialności rzetelnego sprawdzenia proponowanej oferty.

To komu senior może ufać, gdzie ma postawić granicę?

Osobę chcącą podjąć taką decyzję skierowałabym do kogoś obiektywnego. Może opieki społecznej czy punktu pomocy prawnej, żeby zorientował się czy otrzymana propozycja jest dla niego bezpieczna. W wielu miastach organizowane są również programy aktywizujące dla seniorów, w ramach których zapewne można by znaleźć takie wsparcie. Czy jest zgodna z prawem, wiarygodna i realna do przeprowadzenia. Chodzi przecież o nasze finansowe bezpieczeństwo do końca życia. Nie można kierować się tylko poczuciem, że ktoś chce dobrze. Nie mówiąc już o tym, że „dobrymi chęciami piekło wybrukowane”.

Komuś w życiu codziennym trzeba ufać. Jeśli sympatyczny sąsiad czy daleka krewna oferuje nam pomoc w codziennych czynnościach, zakupach czy załatwianiu formalności to oczywiście korzystajmy z tej pomocy. Ale jeśli chodzi o tak poważne decyzje jak oddanie własności mieszkania w zamian za dożywotnie utrzymanie to zwróćmy się do specjalistów. To jest zresztą dość uniwersalne podejście dla wszystkich, nie tylko seniorów. Jeśli mówimy o zależnościach finansowych to trzeba je bardzo skrupulatnie sformalizować. Rozumiem, że trudność tej grupy społecznej polega na tym, że trzeba mieć naprawdę sporo siły i zasobów żeby przekopać się przez różnego rodzaju formalności. Żyjemy w świecie gdzie język urzędowy średnio przystaje do naszych siatek poznawczych. Nawet mi jest słabo na myśl o czytaniu ofert kredytowych, jak się ma więc czuć z tą perspektywą 90letni schorowany wdowiec, który np. niedowidzi i niedosłyszy. Dla niego rozmowa o dniu dzisiejszym może być wysiłkiem, co dopiero przyswojenie zupełnie obcych tematów. Nic więc dziwnego, że głównym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji będzie zaufanie – do osoby lub instytucji. I chyba większość z nas przy podejmowaniu dużych decyzji finansowych woli, żeby spojrzał na to ktoś trzeci.

W jaki sposób powiedzieć „nie”? Jeżeli senior powierza swoje dobra materialne np. sąsiadowi (który – według tego co wcześniej powiedzieliśmy – jest dobrym znajomym, przychodził, słuchał, wzbudził w seniorze zaufanie) w jaki sposób mu odmówić? Seniorzy mogą się tego bać. Mogą się wstydzić, czuć się zobowiązani.

To co jest trudne w odmowie, to utrata. Np. nie zgodzę się – nie będzie przychodził. (utrata relacji) Powiem nie, pomyśli, że jestem sknera. (strata w obrębie samoceny)

Zacznijmy od tego, żeby poznać powód dla którego odmawiamy i powód dla którego jest nam trudno tej osobie to przekazać. Czy w ogóle jest mi trudno mówić nie? Czy to w relacji z tą osobą nie mogę się na to zdobyć? A może podjąłem próby sprzeciwu i nie zostały one przyjęte? Jak się z tym czuję? Następnie odbyć dialog samemu ze sobą, że  to jest ok i mam prawo do autonomii a ta osoba ma prawo zareagować w zgodzie ze sobą. I że życie będzie się toczyć dalej, a co przyniesie – zobaczymy.

Nadzieje na brak Brexitu. Polska z dala od euro

Inwestorzy coraz bardziej wierzą w korzystne rozwiązanie impasu w Wielkiej Brytanii. Amerykański rynek pracy wciąż silny. Polska nie planuje wchodzenia do strefy euro.

Jaki Brexit?

Wczorajszy dzień funt domknął wyraźnym wzrostem. Brytyjska waluta zyskuje dzięki dobrym nastrojom na rynkach. Inwestorzy wierzą, że po ostatniej porażce premier Theresy May wzrosły szanse na kolejne negocjacje z Unią Europejską lub chociaż opóźnienie Brexitu. Część bardziej optymistycznie nastawionych analityków wskazuje, że być może nawet po stronie brytyjskiej nie uda się znaleźć zgody co do warunków wyjścia. To by de facto odkładało wyjście w nieokreślony czas w przyszłość lub w ogóle je odwoływało. Obecne ruchy pozwalają funtowi odzyskać część tych strat, które poniósł w wyniku strachu przed Brexitem.

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy dane o liczbie nowo zarejestrowanych bezrobotnych. Wniosków zgłoszono zaledwie 213 tysięcy, przy oczekiwanych 220 tysiącach. Jest to sygnał, że amerykański rynek pracy jest wciąż mocny. W tym samym czasie prezentowany był indeks FED z Filadelfii. Nie jest to tak ważny wskaźnik jak wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Wypadł jednak wyraźnie powyżej oczekiwań. Po tych danych było widać wyraźny ruch umacniający dolara względem głównych walut.

Polska wciąż daleko od strefy euro

Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju wypowiedział się na temat wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty. Zwrócił on słusznie uwagę na fakt, że własna waluta może nam pomóc przebrnąć przez ewentualne spowolnienie, o którym ostatnio się coraz więcej mówi. Wspomniane zależność pomiędzy tempem doganiania Unii, a posiadaniem wspólnej waluty budzi obiekcje wielu analityków. Podobnie jak wniosek jakoby wprowadzenie euro spowodowałoby, że różnice między biedniejszymi, a bogatszymi regionami Polski byłoby trudniej zmniejszać. Patrząc na to jak dużo argumentów pojawia się w dyskusji, jest to raczej uzasadnianie obecnej wizji, a nie realna debata.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Pierwsze Fundusze Zdefiniowanej Daty w ramach PPK zarejestrowane

Sąd zarejestrował 8 Funduszy Zdefiniowanej Daty utworzonych przez Nationale-Nederlanden PTE. Będą one funkcjonowały w ramach oferty Pracowniczych Planów Kapitałowych tworzonej przez firmę zarządzającą dziś największym pod względem aktywów Otwartym Funduszem Emerytalnym na polskim rynku, jak również Dobrowolnym Funduszem Emerytalnym.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

– Cieszymy się, że przygotowania do wprowadzenia PPK idą sprawnie, to bardzo ważny program, który jest szansą dla pracowników na dodatkowe odkładanie na emeryturę. Zarejestrowanie przez Sąd w tak szybkim czasie naszych Funduszy Zdefiniowanej Daty to oczywiście początek drogi. Kolejnym krokiem będzie przesłanie zgłoszenia instytucji prowadzącej PPK do Polskiego Funduszu Rozwoju – czyli podmiotu, który prowadzi ewidencję instytucji oferujących PPK – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE.

Pracownicze Plany Kapitałowe to najnowsze rozwiązanie, które ma pomóc Polakom w budowaniu bezpieczeństwa finansowego na emeryturze. Jego głównym założeniem jest współuczestniczenie w oszczędzaniu pracownika, pracodawcy oraz państwa. System obejmie blisko 11 milionów pracowników.

Do programu zapisani zostaną wszyscy pracownicy pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, za których odprowadzane są składki na ubezpieczenia społeczne. Jednocześnie każdy zatrudniony może w dowolnym momencie zdecydować o rezygnacji lub ponownym uczestniczeniu w PPK. Wejście w życie systemu Pracowniczych Planów Kapitałowych odbywa się według zapisanego w ustawie harmonogramu, uzależnionego od liczby pracowników. Oznacza to, że najpierw (od czerwca br.) będą one obowiązywać w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 250 osób, a kolejne mniejsze firmy oraz jednostki sektora publicznego obejmą aż do połowy 2020 r.

Każdy z pracowników będzie oszczędzał na indywidualnym koncie. A wpłaty oprócz samych zatrudnionych będą odprowadzane również przez pracodawcę oraz państwo. Wpłata podstawowa pracownika wynosi 2 proc. jego miesięcznego wynagrodzenia brutto, podczas gdy pracodawca wpłaci 1,5 proc. pensji zatrudnionego. Każdy uczestnik otrzyma od państwa również 250 zł wpłaty powitalnej. Następnie, co roku, ze Skarbu Państwa konto zasilane będzie o kolejne 240 zł.

Oprócz obowiązkowych wpłat zarówno pracownik, jak i pracodawca mogą dobrowolnie zwiększyć odprowadzane kwoty – każdy z nich do maksymalnie 4 proc. Oznacza to, że na koncie uczestnika może być lokowane do 8 proc. jego wynagrodzenia. PPK dają więc Polakom możliwość odłożenia znacznie większych kwot niż poprzez samodzielne oszczędzanie.

Każda z instytucji dopuszczonych do prowadzenia PPK będzie odpowiedzialna za inwestowanie wpłacanych na konto pieniędzy w Funduszach Zdefiniowanej Daty. Ich celem będzie dopasowanie potencjalnego zysku oraz ryzyka do wieku uczestnika. To znaczy, że wraz ze zbliżaniem się uczestnika do osiągnięcia 60 roku życia pieniądze lokowane są w coraz bezpieczniejsze produkty finansowe, takie jak obligacje Skarbu Państwa czy depozyty bankowe.

Fundacje prywatne potrzebne także w Polsce

Fundacje prywatne to w wielu przypadkach najlepszy sposób zabezpieczenia interesów rodziny w przypadku sukcesji biznesu lub dziedziczenia. Rozwiązanie to, doceniane w wielu państwach Europy, coraz częściej staje się także sposobem na ochronę majątku przez zamożnych Polaków. Pozwala ono uchronić majątek przed rozproszeniem, podziałem między wielu spadkobierców lub jego marnotrawieniem przez następców. To także sposób na zapewnienie ciągłości biznesu i stały rozwój działalności firmy przy zachowaniu jej rodzinnego charakteru – nawet gdy brakuje następców skłonnych do jej prowadzenia. Rozwiązanie to mimo licznych zalet w Polsce wciąż jest niedostępne.

Wsparcie dla firm rodzinnych

Często wskazuje się, że firmy rodzinne mogą i powinny być jednym z podstawowych filarów rozwoju gospodarczego. To one, oparte wyłącznie na rodzimym kapitale, pozwalają w większym stopniu niż międzynarodowe koncerny budować polską przewagę konkurencyjną i przyczyniać się do zrównoważonego rozwoju. Dzięki działalności prowadzonej wyłącznie w kraju, pozostają tutaj najistotniejsze funkcje i aktywa związane z całym zakresem działalności przedsiębiorstwa. To znaczna różnica w porównaniu z międzynarodowymi korporacjami lokującymi w Polsce jedynie centra produkcyjne, opierające swoją działalność na know-how wypracowanym za granicą. Polskie władze stale podkreślają znaczenie lokalnego biznesu, jednak wciąż nie stworzyły dla niego przyjaznych warunków rozwoju. Polskie firmy nie są stawiane w uprzywilejowanej sytuacji, a co gorsza przepisy prawa wciąż utrudniają przetrwanie tego biznesu. Barierą zwykle staje się sukcesja, która jest nieodłącznym elementem funkcjonowania tego typu przedsiębiorstw. Podejmowane przez ustawodawcę działania w tym zakresie są ważne i potrzebne (zwłaszcza ustawa o zarządzie sukcesyjnym), jednak wciąż niewystarczające. Nadal brakuje wielu mechanizmów sprawdzonych na świecie, które mogłyby znacznie ułatwić dalszy rozwój przedsiębiorstw w Polsce. Jednym z nich są fundacje prywatne.

Czym są fundacje prywatne?

W Polsce prawo przewiduje możliwość tworzenia jedynie fundacji publicznych. Tymczasem rozwój przedsiębiorczości potrzebuje fundacji prywatnych, skupiających się przede wszystkim na rozwijaniu i ochronie biznesu fundatora. Takie fundacje pozwalają na zachowanie jednolitego charakteru działalności oraz utrzymanie decyzyjności w sprawach dotyczących przedsiębiorstwa w jednych rękach, także po śmierci lub wycofaniu się z prowadzenia biznesu osoby dotychczas za to odpowiedzialnej.

Sukcesja firm rodzinnych to jednak nie jedyne uzasadnienie istnienia fundacji prywatnych. Z tego mechanizmu korzystają także osoby, które zgromadziły znaczny majątek i chcą go zabezpieczyć przed nadmiernym podziałem przez spadkobierców.

Niezależnie od tego, co jest jej powierzane, fundacja prywatna pozwala na ochronę majątku zgodnie z wolą fundatora. Jest ona osobą prawną, która może być zupełnie niezależna od osób, na których rzecz została zawiązana. Jako odrębny podmiot, posiada swoje organy odpowiedzialne za prowadzenie jej spraw – zwłaszcza za zarządzanie przekazanym jej majątkiem. Dokładne jej funkcjonowanie uzależnione jest od woli fundatora – to on może zdecydować o zasadach zarządzania oraz o dostępie do majątku przez beneficjentów. Dzięki temu możliwe jest zachowanie i przeznaczenie majątku zgodnie z wolą założyciela fundacji.

Skutki braku regulacji w Polsce

Brak odpowiednich możliwości zabezpieczenia majątku w oparciu o polskie rozwiązania prawne zmusza wielu przedsiębiorców do zwracania się w stronę zagranicznych fundacji prywatnych, czasem także zagranicznych trustów. Takie działanie nie musi być kosztowne i trudne do przeprowadzenia. Często jednak przekazanie za granicę majątku wypracowanego przez wiele lat lub wręcz wiele pokoleń, jest rozwiązaniem, na które trudno się zdecydować. Jednak nie to jest największym problemem – transfer majątku to często także wiele problemów natury podatkowej.

Brak stosownych regulacji o fundacjach prywatnych w Polsce wcale nie służy budżetowi państwa. Fundacja prywatna jako osoba prawna także byłaby podatnikiem podatku CIT. W przypadku fundacji publicznych przewidziane są zwolnienia pozwalające na uniknięcie konieczności zapłaty podatku, jednak w przypadku fundacji prywatnych nikt na nie nie liczy – byłyby one opodatkowane jak każdy inny podmiot. Jednocześnie środki wypłacane beneficjentom także podlegałyby opodatkowaniu. Tym samym opodatkowanie związane z funkcjonowaniem fundacji w całości następowałoby w Polsce. Tymczasem wniesienie majątku do fundacji zagranicznej oznacza podatek do zapłaty w państwie jurysdykcji, czyli poza krajem.

Czas na zmiany

Ustawa o zarządzie sukcesyjnym pokazuje, że polski ustawodawca zdaje sobie sprawę z problemów związanych z sukcesją. Należy jednak pójść jeszcze dalej. Przyjęcie regulacji dotyczących fundacji prywatnych może rozwiązać wiele problemów związanych z dziedziczeniem i przekazywaniem majątku. Takie rozwiązanie w wielu przypadkach pozwoliłoby na zatrzymanie majątku w Polsce, dalsze jego opodatkowanie w kraju, ale przede wszystkim właściwe zabezpieczenie interesu rodzin dysponujących dużym kapitałem. Tym samym stworzenie warunków dla powstawania fundacji prywatnych wydaje się koniecznością – zwłaszcza w kontekście kolejnych zmian w podatkach dochodowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

IPOPEMA poszerza skład zarządzających o specjalistów rynków akcji i obligacji

IPOPEMA TFI poszerza skład grupy zarządzających. Do zespołu fixed income, prowadzonego przez Bogusława Stefaniaka, zarządzającego funduszami obligacji dołączył od stycznia 2019 Jakub Krawczyk, wcześniej przez wiele lat związany z Skarbiec TFI jako zarządzający funduszy dłużnych. 

W zeszłym roku fundusze IPOPEMA Dłużny i IPOPEMA Obligacji Korporacyjnych należały w 2018 roku do grona najlepszych w swoich kategoriach. W 2018 roku IPOPEMA TFI miała blisko 300 mln napływów netto.

IPOPEMA TFI wzmocni zespół rynków akcji….

Skład zarządzających rynku akcji wzmocnił od listopada ubiegłego roku Piotr Stopiński – specjalista rynku akcji, który przez 8 lat zarządzał funduszami szwajcarskiego banku Pictet Asset Management, będąc współodpowiedzialnym za aktywa od 6 do 12 mld euro. W IPOPEMA TFI będzie odpowiedzialny za inwestycje w akcje zagraniczne.

….i obligacji zagranicznych

Daniel Krzanicki, który wcześniej pracował w Londynie w ABN AMRO, Lehman Brother czy Morgan Stanley na stanowisku Executive Director, Head of Emerging Markets, Local Markets rates trading w Londynie.

W IPOPEMA TFI zajmie się od stycznia 2019 inwestycjami w obligacje skarbowe rynków wschodzących, w ramach funduszu Emerging Markets Global Makro.

Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.
Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI S.A.

 – Od ponad 7 lat skupiamy się na zagranicznych aktywach, ze względu na płynność. Nowi zarządzający doskonale wpisują się w naszą strategię – podkreśla Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI.

Nowy dyrektor inwestycyjny

Stanowisko dyrektora inwestycyjnego, obejmie Marcin Winnicki, posiadający blisko 20-letnie doświadczenie na rynku. Wcześniej przez wiele lat był związany z Pioneer Pekao TFI jako zarządzający funduszami oraz portfelami klientów indywidualnych, a od początku 2007 roku z BPH TFI (po zmianie właściciela kilka miesięcy w Rockbridge TFI), gdzie przez blisko 10 lat odpowiadał m.in. za zarządzanie portfelem polskich akcji dla jednego z największych instytucjonalnych inwestorów na świecie, kierując również w tej firmie przez kilka lat częścią akcyjną. W 2008 roku uczestnik Global Investors Workshop organizowanych przez INSEAD oraz CFA Institute.

Cyberbezpieczeństwo w firmach produkcyjnych

Dla firm produkcyjnych przestoje w pracy wiążą się z wymiernymi stratami. Zagwarantowanie ciągłości funkcjonowania przedsiębiorstwa to wyzwanie także dla działów IT. Obecnie już 75% firm łączy środowiska technologii operacyjnych oraz informatycznych.

Cyberprzestępcy zagrażają przemysłowi

Według badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Forrester Consulting, aż 88% ankietowanych przedsiębiorstw doświadczyło cyberataku na systemy sterujące produkcją. Był to najczęściej efekt działania złośliwego oprogramowania, hakerów, nieostrożności ze strony własnego personelu oraz braku odpowiedniego uwierzytelniania urządzeń.

Ataki tego rodzaju niosą za sobą konsekwencje nie tylko dla działalności firmy, ale zakłócają również ciągłość produkcji. W 63% przypadków zagrożone było także bezpieczeństwo pracowników.

Jak chronić najważniejsze zasoby?

Firmy zdają sobie sprawę, że ochrona systemów przemysłowych jest koniecznością. Coraz więcej z nich planuje zwiększenie nakładów finansowych na ten cel i w konsekwencji wdrożenie nowych rozwiązań zabezpieczających. – Z naszego punktu widzenia kluczowe jest zabezpieczenie ciągłości produkcji oraz całościowe zapewnienie bezpieczeństwa informatycznego w firmie – mówi Hubert Kozdęba, IT manager w firmie Felgenhauer, produkującej elementy stalowe. – Patrząc z tej perspektywy, potrzebujemy rozwiązań, które pozwalają na szybką migrację do wyższych modeli urządzeń oraz na błyskawiczną integrację z obecnymi.

Firma Felgenhauer zdecydowała się na wdrożenie rozwiązań od Fortinet w dwóch kluczowych obszarach: administracji i produkcji, która do tej pory nie była postrzegana jako potencjalna przestrzeń do ataku. Dla podniesienia bezpieczeństwa szczególnie istotnych danych wprowadzono dodatkowe mechanizmy zabezpieczające, w tym transmisję danych przy wykorzystaniu połączeń prywatnych, co pozwoliło ujednolicić politykę bezpieczeństwa. Mechanizmy te służą przede wszystkim kadrze zarządzającej, która potrzebuje stałego dostępu do wrażliwych informacji finansowych i organizacyjnych.

Firma jest zabezpieczona za pomocą wszystkich funkcji bezpieczeństwa oferowanych przez zapory sieciowe, które chronią dostęp do sieci oraz połączenia wewnętrzne, w tym komunikację z serwerami. Ponadto Felgenhauer korzysta z subskrypcji wszystkich usług a także z raportów o cyberzagrożeniach.

Automatyzacja usprawnia ochronę

Najnowsze systemy zabezpieczeń mogą być obsługiwane nawet przez niewielkie zespoły IT. Dzięki automatyzacji możliwe jest sprawne monitorowanie oraz zarządzanie siecią, uzyskiwanie informacji na temat cyberzagrożeń, a także szybkie wdrażanie zmian i nowych projektów. Takie rozwiązania pozwalają również uzyskać lepszą widoczność sieci oraz elastyczne możliwości jej monitorowania i dostarczania wiedzy o atakach.

– Oczywiście równie ważne, jak nowe rozwiązania sprzętowe i oprogramowanie, są inwestycje w specjalistów oraz zdefiniowanie w firmie produkcyjnej spójnej polityki bezpieczeństwa – wskazuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce. – Dzięki temu firma będzie w stanie zneutralizować skutki ataku oraz sprawnie przywrócić działanie infrastruktury sieciowej.

W oczekiwaniu na nowy Kodeks Pracy. Nowe przepisy w 2019 roku

Wciąż obowiązujący Kodeks Pracy opiera się na ustawie z 1974 roku, a więc z okresu, kiedy w Polsce nie tylko panował inny ustrój, ale też nie istniało chociażby pojęcie elastycznych form zatrudnienia. Zmieniły się czasy, zmieniła się technologia, ale rok 2019 nie przyniósł nam rewolucji w przepisach.

Nowy Kodeks Pracy jest wyczekiwany od wielu lat. Obecna ustawa była dotychczas nowelizowana setki razy. Corocznie wchodzi w życie od kilkunastu do kilkudziesięciu nowych przepisów.

– Brakuje kompleksowych i dobrze przemyślanych zmian. Dzisiejszy Kodeks Pracy nie jest w swych rozwiązaniach „elastyczny”. Nadmierny formalizm oraz złe rozwiązania nie dają poczucia bezpieczeństwa po stronie pracownika, ale również po stronie pracodawcy. Ustawodawca powinien skupić się na jakości zmian, a nie na ich ilości – uważa Krzysztof Stucke, trener w firmie szkoleniowej Effect Group.

Nowe przepisy w 2019 roku

Na przełomie 2018 i 2019 r. w polskim prawie wprowadzono szereg zmian, które nie są zapewne rewolucyjne, ale jednak mają istotny wpływ na szeroko rozumiane stosunki związane z zatrudnieniem.

Jedną z ważniejszych zmian jest zupełnie nowa Ustawa o zarządzie sukcesyjnym. Zgodnie z nią przedsiębiorca może ustanowić zarządcę sukcesyjnego na wypadek swojej śmierci. Jednym ze skutków będzie wówczas kontynuacja umów o pracę zawartych z pracownikami na czas nieokreślony także po śmierci przedsiębiorcy. Umowy na czas określony będą natomiast kontynuowane do czasu ustalonego w umowie. Jeśli przedsiębiorca nie ustanowi zarządcy sukcesyjnego, umowy o pracę także mogą być kontynuowane, o ile jego następca prawny postanowi kontynuować działalność. W innym przypadku umowy wygasną w ciągu 30 dni od dnia śmierci przedsiębiorcy.

Innym nowym aktem prawnym jest Ustawa o pracowniczych planach kapitałowych, która zobowiązuje pracodawców do proponowania pracownikom planów oszczędnościowych. W przeciwieństwie do składek emerytalnych, środki zgromadzone w ramach PPK będą inwestowane, a pracownik po przekroczeniu 60. roku życia będzie miał dostęp do całości zgromadzonych środków. Realizacja obowiązku tworzenia i prowadzenia PPK będzie kontrolowana przez Państwową Inspekcję Pracy. W pierwszym etapie, do 1 lipca 2019 roku, do PPK muszą przystąpić pracodawcy zatrudniający powyżej 250 pracowników.

Wraz z wejściem w życie RODO, w maju 2018 roku weszła w życie nowa Ustawa o ochronie danych osobowych, która ma wpływ także na stosunki pracownicze. Zgodnie z nowymi przepisami monitoring wizyjny można założyć wyłącznie wtedy, gdy jest on niezbędny do zapewnienia: bezpieczeństwa pracowników, ochrony mienia, kontroli produkcji lub zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę. Jednak niektóre miejsca (np. szatnie, palarnie i stołówki) w ogóle nie mogą być monitorowane. Zasady funkcjonowania monitoringu w przedsiębiorstwie powinny być ogłoszone w akcie zakładowego prawa pracy, a pracownicy muszą być poinformowani o tym, że są poddawani monitoringowi.

Nowe przepisy mają również wpływ na zasady monitorowania poczty elektronicznej pracowników. Śledzenie maili jest dopuszczalne, o ile działanie to jest uzasadnione, a pracownicy są o nim odpowiednio poinformowani. Pracodawca, który wprowadza monitoring poczty elektronicznej, również w tym obszarze staje się administratorem danych osobowych, a więc powinien pamiętać o związanych z tym obowiązkach.

Warto także wspomnieć, że od 2019 roku skrócony został okres, przez jaki pracodawcy muszą przechowywać dokumentację kadrowo-płacową – z 50 do 10 lat, licząc od dnia zakończenia umowy o pracy z danym pracownikiem.

W grudniu 2019 roku obowiązkowa stała się elektroniczna forma zwolnień lekarskich. Oznacza to, że obecnie lekarze muszą przesyłać do ZUS informacje o zwolnieniu pacjenta za pomocą druku e-ZLA.

Co z nowym Kodeksem Pracy?

Do dnia dzisiejszego nie powstała żadna oficjalna lista zmian, które miałyby stanowić nowy Kodeks Pracy. W internecie co pewien czas pojawiają się nowe pomysły i przecieki, ale trudno ustalić, co tak naprawdę wypracowała Komisja Kodyfikacyjna, a co jest efektem zwykłych plotek, życzeniowych opisów, czy też stanowi „fake news”. Z całą pewnością możemy więc mówić jedynie o tym, co zdaniem ekspertów powinno zostać uregulowane w nowej ustawie, ale bez gwarancji, czy i kiedy takie zmiany zostaną wprowadzone.

– To, co na pewno powinno zostać uregulowane na nowo, to obszar czasu pracy, ze specjalnym podejściem do takich zagadnień jak: podróże służbowe, dyżur pracowniczy, czy też nadgodziny z uwzględnieniem możliwości stosowania tzw. „banków czasu pracy” – mówi Krzysztof Stucke.

O „bankach czasu pracy” mówiono już w 2009 roku. Chodzi o rozwiązanie, zgodnie z którym rozpoczęcie pracy w tej samej dobie pracowniczej, w której zakończono pracę, nie będzie oznaczało pracy w godzinach nadliczbowych, pod warunkiem że zachowany zostanie 11-godzinny okres wypoczynku. Okresy bardziej intensywnej pracy mają być rekompensowane dodatkowymi dniami wolnymi rozliczanymi w systemie 12-miesięcznym. Dzięki temu pracownik mógłby w niektórych okresach roku pracować bardziej intensywnie, ale za to w innych miałby możliwość odebrania sobie dni wolnych.

– Zmiany muszą na pewno dotknąć zagadnień urlopu wypoczynkowego ze szczególnym uwzględnieniem urlopu na żądanie. Przepisy powinny „wymusić” i na pracodawcy, i na pracowniku obowiązkowe wykorzystywanie urlopu w trakcie roku kalendarzowego. To konieczność, ponieważ stosowanie aktualnych przepisów pozwala pracownikom na gromadzenie bardzo dużej liczby dni urlopu. Nowe przepisy powinny jednak pozwalać na transfer niewykorzystanego urlopu w razie zmiany pracodawcy – podkreśla trener Effect Group.

Jedną z propozycji dotyczących nowego Kodeksu Pracy jest uczynienie urlopu na żądanie, urlopem bezpłatnym. Wyjątkiem od tej zasady byłaby sytuacja, gdy pracodawca i pracownik wspólnie zgadzają się na odliczenie takiego urlopu od przysługującego pracownikowi urlopu wypoczynkowego. Kontrowersyjna jest natomiast propozycja zgłaszania urlopu na żądanie z 24-godzinnym wyprzedzeniem, co stanowi zaprzeczenie idei takiego urlopu.

W nowym Kodeksie Pracy mogą też pojawić się nowe typy umów o pracę.  Jeśli faktycznie zostaną uwzględnione, pozwolą na lepsze organizowanie np. pracy zdalnej, pracy w terenie, prac sezonowych, czy też zajęć uzależnionych od warunków atmosferycznych. Takie rozwiązania będą uzasadnione, o ile zapewnią pracodawcom i pracownikom odpowiednią elastyczność. Czy to jednak znaczy, że cywilno-prawne formy zatrudnienia ustąpią miejsca nowym typom umowy o pracę? Raczej nie.

– Cywilnoprawne formy zatrudnienia takie jak umowa zlecenie, czy umowa o dzieło muszą zachować swoją odrębność i autonomię. Nie ma potrzeby negowanie tego typu umów jako podstawy prawnej wykonywania pracy. W wielu zawodach jest to jedyna forma, która pozwala na elastyczność w podejściu do czasu, miejsca i sposobu wykonywania swoich obowiązków – przekonuje Krzysztof Stucke.

Trudno dzisiaj wyrokować czy nowy Kodeks będzie lepszy od aktualnego z bardzo prostej przyczyny – wciąż nie powstała żadna oficjalna propozycja, która mogłaby zostać poddana publicznym dyskusjom. A aktualny rok, ze względu na terminarz wyborczy, raczej nie przyniesie tej wyczekiwanej zmiany.

Tata na pełen etat. Jak wyglądają urlopy ojcowskie w praktyce?

Podczas gdy płatny urlop rodzicielski ojców jest coraz częściej promowany i istnieje obecnie w 23 z 34 krajów OECD, bardzo niewielu ojców nadal z niego korzysta. W Polsce stanowią oni jedynie 4% rodziców, którzy korzystają z tej możliwości*. Jak pokazują badania, wynika to z obawy ojców przed wpływem urlopu na ich karierę zawodową i kwestie finansowe. Ogromną rolę w zmianie takich zachowań odgrywają firmy i ich filozofia organizacji.

Z badań OECD* wynika, że, mężczyźni zazwyczaj biorą kilka dni urlopu ojcowskiego tuż po urodzeniu dziecka, a tylko najbardziej zmotywowani i odważni korzystają ze swojego prawa do dłuższego urlopu rodzicielskiego. To oznacza, że w wielu krajach ojcowie reprezentują mniej niż jednego na pięciu beneficjentów urlopu rodzicielskiego. Ich udział może sięgać 40% lub więcej, jak to ma miejsce w niektórych krajach nordyckich i Portugalii. W Finlandii ich udział w latach 2006-2016 podwoił się, podczas gdy w Belgii wzrósł o prawie dziesięć procent w tym samym okresie. Z drugiej strony, niektóre kraje wciąż stoją w miejscu. W przypadku Australii, Francji, Czech oraz Polski, statystycznie jest to tylko jeden na pięćdziesięciu ojców (dane OECD dla Polski). Mniej więcej tyle samo, co dziesięć lat temu.

Urlopy rodzicielskie w Polsce

Ten trend potwierdzają badania Pracuj.pl przeprowadzone na polskim rynku w 2018 r. Najczęściej wybieranym przez ojców i matki urlopem, związanym z wychowaniem dziecka, jest urlop rodzicielski, trwający od 6 do 12 miesięcy. Wybiera go 47% przebadanych rodziców. Według raportu Pracuj.pl „Rodzice w pracy”**, najczęściej decydują się na niego kobiety – to opcja wykorzystywana przez 67% badanych Polek.
Co interesujące, 1 na 10 matek nie korzysta z żadnej formy urlopu po narodzinach dziecka. Natomiast wśród mężczyzn preferowane są dwutygodniowe urlopy ojcowskie – wybiera je 64% badanych ojców. Co więcej, blisko 1 na 3 ojców (29%) nie wykorzystał żadnych przysługujących mu dni wolnych, związanych z pojawieniem się na świecie potomka.

Czy zaangażowanie pracodawców ma wpływ na zmianę postaw?

Są jednak firmy w Polsce, gdzie odsetek wykorzystania urlopów przez ojców rośnie.

W krakowskim biurze Shell pracuje ponad 3.600 osób, a rocznie z urlopów rodzicielskich korzysta średnio ok. 250 pracowników, w tym ponad 80 ojców skorzystało z urlopu ojcowskiego w 2018 roku. Z własnego doświadczenia wiem, jak ważne są pierwsze miesiące życia nowego członka rodziny, dlatego sam skorzystałem z tej możliwości, aby uczestniczyć w tych tak ważnych chwilach. W Shell przykładamy ogromną wagę do tego, aby pracownicy mogli wykorzystywać w pełni możliwości, jakie mają zagwarantowane w przepisach.

Maciej Wituszyński, menedżer ds. rekrutacji Shell w Krakowie, który sam wziął urlop rodzicielski na okres ponad dwóch miesięcy

Shell daje swoim pracownikom możliwość elastycznych godzin pracy czy pracy z domu, jeśli projekt lub zadania pracownika na to pozwalają. To ułatwia rodzicom organizację życia rodzinnego oraz zachowanie równowagi pomiędzy praca a życiem prywatnym. Dodatkową korzyścią są również karty sportowe dedykowane dla dzieci czy pakiety rodzinne firm medycznych, a także ubezpieczenia na korzystnych warunkach. W ramach dodatkowych benefitów, rodzice mogą również korzystać z bonów do sklepów dla dzieci czy biletów do kina lub zoo. Każdy nowy członek rodziny pracownika Shell w Krakowie w prezencie dostaje misia, który ułatwia zasypianie.
Skoro firmy podejmują działania, aby zachęcać ojców do skorzystania z urlopów rodzicielskich to, dlaczego ojcowie jednak są tak ostrożni w korzystaniu z takiej możliwości? Badania wskazują przede wszystkim na obawy związane z ich karierą zawodową – ale to nie jedyny powód. Z analiz OECD wynika, że może być to również kwestia finansowa. Jeśli matka zarabia mniej niż ojciec – a średnia różnica w wynagrodzeniu wg. OECD wynosi około 15% na niekorzyść kobiet – to drugi rodzic ma silniejszą motywację do kontynuowania pracy.

Godziny dla rodziny

Jak można zwiększyć wykorzystanie urlopów rodzicielskich przez ojców? Rodzice badani przez Pracuj.pl wskazują na wiele pozapłacowych działań, które są istotne. Wśród najczęściej otrzymywanych od pracodawców benefitów wyliczają m.in. elastyczny czas pracy (36% rodziców), prawo do dodatkowego urlopu (31%), możliwość pracy zdalnej (30%), okazjonalne paczki z prezentami (30%) oraz opiekę medyczną dla dzieci (29%).

Wartością firmy są jej pracownicy, dlatego dla nas również ważne jest, aby tworzyć pozytywne podejście do rodzica w pracy. Ma to silny związek z budowaniem organizacji opartej o szacunek, docenianie i różnorodność w miejscu pracy. Widzimy, że takie podejście do pracownika przyciąga do firmy utalentowane osoby, dla których takie aspekty pracodawcy są również ważne.

– Maciej Wituszyński, menedżer ds. rekrutacji Shell w Krakowie.

Rozczarowujące dane z przemysłu i budownictwa

Grudniowe dane o produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej okazały się rozczarowujące, wskazując na spowolnienie. Jednocześnie utrzymała się dość wysoka dynamika płac.

Tylko o 2,8 proc. zwiększyła się w grudniu produkcja przemysłowa. To wynik dużo słabszy niż oczekiwano. Rynkowi analitycy, podobnie jak eksperci z Ministerstwa Przedsiębiorczości, spodziewali się wzrostu o ponad 5 proc., a tymczasem mamy jeden z najsłabszych wyników w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. W 2018 r. gorszy pod tym względem był wrzesień, gdy produkcja zwiększyła się o 2,7 proc. Równie słaby jak ubiegłoroczny, był też grudzień 2017 r. Wszystko więc wskazuje na to, że tempo wzrostu gospodarczego w czwartym kwartale było już wyraźnie słabsze niż wcześniej, rozpoczynając cykl spowolnienia koniunktury. Dynamika produkcji w listopadzie i grudniu była zdecydowanie niższa niż wynosząca 5,8 proc. ubiegłoroczna średnia. Grudniowy słaby wynik podciągnęła rosnąca o 13,4 proc. produkcja w sektorze energetycznym i ciepłownictwie oraz sięgająca 5,1 proc. zwyżka w firmach zajmujących się dostawą wody i gospodarką komunalną. W przetwórstwie przemysłowym produkcja zwiększyła się o zaledwie 2,1 proc. Wzrost zanotowano jedynie w 17 spośród 34 działów przemysłu. Najsilniejszy był on w przypadku produkcji sprzętu transportowego (33,6 proc.) oraz w naprawie, konserwacji i instalowaniu maszyn i urządzeń (16,1 proc.). O rozczarowaniu można mówić także w przypadku budownictwa. W tym sektorze spodziewano się wzrostu produkcji o 15-16 proc., tymczasem wyniósł on jedynie 12,2 proc. To dynamika najniższa od czerwca 2017 r., niemal tak samo słaba jak w grudniu ubiegłego roku, gdy wyniosła 12,8 proc.

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było w grudniu 2018 r. o 2,8 proc. wyższe niż rok wcześniej. W tej dziedzinie mamy więc do czynienia z wyraźnym wyhamowaniem, mającym związek prawdopodobnie zarówno z napiętą sytuacją na rynku pracy, jak i perspektywą spowolnienia gospodarczego. Firmy już wcześniej sygnalizowały znaczący spadek zamówień, głownie eksportowych. Na tle tych niekorzystnych zjawisk, wciąż notowana jest dość wysoka dynamika płac. Średnie wynagrodzenie w firmach było w grudniu wyższe o 6,1 proc. To co prawda wzrost najsłabszy od września 2017 r., ale pocieszeniem może być bardzo niska w ostatnich miesiącach ubiegłego roku inflacja, powodująca utrzymanie się na dobrym poziomie realnej dynamiki średniej płacy.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Wystarczą pogłoski

Nadzieje na postęp w negocjacjach handlowych USA-Chiny zostały w czwartek ponownie rozbudzone, co przekłada się na poprawę sentymentu na rynkach globalnych. Choć opieramy się na plotkach i nieoficjalnych doniesieniach, to istotna jest zmiana ładunku emocjonalnego wokół tematu na optymistyczną. A w każdej plotce jest ziarno prawdy, prawda?

W czwartek wieczorem katalizatorem dla mini-rajdu ryzyka stał się artykuł Wall Street Journal, według którego sekretarz skarbu USA Mnuchin zaproponował „zniesienie części lub wszystkich ceł” nałożonych na Chiny w celu przyspieszenia negocjacji i nakłonienia Pekinu dla długoterminowych reform. Artykuł sugeruje też, że pomysł nie spodobał przedstawicielowi ds. handlu Lighthizerowi, który „obawia się, że jakiekolwiek ustępstwa będą oznaką słabości”, choć Lighthizer nie powiedział nie. Później rzecznik Departamentu Skarbu wydał oświadczenie, według którego ani Mnuchin ani Lighthizer nie wydawali zaleceń w kwestii ceł, co trochę przytłumiło entuzjazm rynkowy, ale wyższe poziomy się utrzymały. WSJ napisał też, że propozycja jeszcze nie trafiła do Trumpa, który w przeszłości częściej stawał po stronie Lighthizera, ale tym razem może być inaczej, gdyż Trumpowi bardzo zależy na zawarciu porozumienia. Byłoby to spójne z moimi wnioskami z wczorajszego komentarza, że Trump szuka tematu, w którym chce pokazać swój sukces (choć osobiście liczyłem na postępy w zakończeniu government shutdown). Niezależnie, co by to było, sprzyja podtrzymaniu apetytu na ryzyko i każdy takie pogłoski, jak wczorajsza, są dodatkowym paliwem dla wzrostu ryzykownych aktywów. I choć plotce do oficjalnego stanowiska daleko, to jednak zwraca uwagę fakt, że administracja Białego Domu diametralnie zmieniła swój język w opisywaniu sporu handlowego z Chinami. W zeszłym roku więcej było odgrażania się podwajaniem ceł, oskarżania o drapieżne techniki i kradzież własności intelektualnej. Teraz zdaje się, że nikt nikogo nie chce już obrażać i komplikować negocjacji. Nic więc dziwnego, że rynek z każdej plotki wyciąga ziarno prawdy i widzi w niej mały (ale zawsze) krok ku pozytywnym rozstrzygnięciom.

Funt brytyjski był w czwartek silny ze swoich własnych powodów. Rzecznik brytyjskiego rządu przekazał, że gabinet May dostarczył parlamentarzystom analizy dotyczące przeprowadzenia drugiego referendum, co będzie jednym z tematów w trakcie weekendowych międzypartyjnych rozmów. Nie znamy jednak szczegółów i wniosków z analizy, która równie dobrze może zniechęcać do referendum. A skoro premier May szuka szerokiego poparcia dla nowego planu B dla brexitu, w jej interesie jest osłabić alternatywę. Wiemy też, że głosowanie w Izbie Gmin nad nowym planem postepowania odbędzie się we wtorek 29 stycznia po tym, jak w najbliższy poniedziałek projekt trafi pod obrady. Zanosi się na kolejny gorący tydzień z potencjalną krytyką w wykonaniu przeciwników May. Sporo optymizmu wlano w funta w ostatnich dniach, ale weekend (i weekendowa prasa) zawsze jest zmorą kupujących GBP, więc dziś uwaga na asekuracyjną redukcję pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Choroby serca wciąż najgroźniejszym zabójcą Polaków. Kardiolodzy dysponują coraz skuteczniejszą bronią

Choroby serca wciąż najgroźniejszym zabójcą Polaków. Kardiolodzy dysponują coraz skuteczniejszą bronią 8

Rok 2018 był bardzo udany dla polskiej kardiologii. Rozpoczęliśmy na poziomie systemowym skoordynowane działania, których celem jest poprawa jakości leczenia pacjentów kardiologicznych i zmniejszenie śmiertelności spowodowanej chorobami układu sercowo-naczyniowego – mówi prof. Piotr Ponikowski, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Wśród wyzwań współczesnej kardiologii nadal priorytetem pozostaje profilaktyka i wdrażanie innowacyjnych procedur i technologii.

 Choroby układu krążenia są w Polsce główną przyczyną zgonów. Wśród kobiet odpowiadają za co drugi zgon, wśród mężczyzn za ponad 40 proc. Nie ma wątpliwości, że choroby układu krążenia to największe zagrożenie dla zdrowia Polaków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Piotr Jankowski, sekretarz Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co roku z przyczyn kardiologicznych umiera 175 tys. Polaków. Natomiast w Europie rokrocznie stwierdza się ponad 11 mln nowych przypadków chorób układu sercowo-naczyniowego i 3,9 mln zgonów z ich powodu.  Zdaniem ekspertów co najmniej 80 proc. przypadków chorób układu krążenia – takich jak zawał serca, udar mózgu czy niewydolność serca – można by zapobiec poprzez modyfikację czynników ryzyka sercowo-naczyniowego (np. unikanie dymu papierosowego, zmiana diety, rozpoczęcie aktywności fizycznej) oraz kontrolę już występujących zaburzeń i chorób, w tym wysokiego poziomu cholesterolu, nadwagi, nadciśnienia tętniczego czy cukrzycy.

Aby zapewnić pacjentom po zawale ciągłość diagnostyki, rehabilitacji i leczenia kardiologicznego po wypisaniu ze szpitala, PTK – we współpracy z resortem zdrowia i NFZ – wdrożyło program KOS-Zawał. Uruchomiony pod koniec 2017 roku program jest w tej chwili realizowany w ok. 50 ośrodkach w 12 województwach, a 90 proc. ankietowanych pacjentów, uczestniczących w tym programie, pozytywnie ocenia jakość opieki.

– Pacjenci uczestniczący w programie mają zapewnioną kompleksową opiekę lekarza, rehabilitację, a potem odpowiednie monitorowanie i prowadzenie w warunkach ambulatoryjnych przez 12 miesięcy – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Ponikowski, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego – Drugi, kompleksowy program – KONS − unikalny w skali świata, dotyczy opieki nad pacjentami z niewydolnością serca, która jest epidemią XXI wieku.

Pilotaż programu Kompleksowej Opieki nad Pacjentem z Niewydolnością Serca (KONS) ogłoszony został w listopadzie 2018 roku, potrwa 2 lata i obejmie 5 tys. pacjentów leczonych w 6 ośrodkach w Polsce. Program uwzględnia elementy profilaktyki, diagnostyki, kardiologii interwencyjnej, elektroterapii, opieki ambulatoryjnej, farmakoterapii i rehabilitacji.

 Chcemy, żeby polscy pacjenci z niewydolnością serca byli leczeni ambulatoryjnie, a nie tak jak dotychczas w szpitalu. Niestety, wśród takich pacjentów jest wysoka śmiertelność, duży odsetek hospitalizacji. Ten program zakłada systemowe zmiany polegające na tym, że będziemy zarządzać chorobą, czyli niewydolnością serca, przy współudziale podstawowej opieki zdrowotnej. Zaangażowani w nią będą nie tylko lekarze, lecz także wykształcone pielęgniarki, które będą uczyć pacjentów samoopieki i monitorowania choroby – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Jadwiga Nessler, pełnomocnik Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego ds. niewydolności serca.

Jak podkreśla prof. Piotr Ponikowski, celem na najbliższe lata jest włączenie do programów KONS i KOS-Zawał jak najszerszego grona pacjentów i możliwie jak największej liczby ośrodków w całej Polsce.

– Chcielibyśmy, żeby nasze działania przełożyły się wydatnie na ograniczenie śmiertelności z przyczyn kardiologicznych i zmniejszenie liczby Polaków zmagających się z chorobami układu krążenia. Stawiamy na edukację, promocję zdrowego trybu życia, właściwej diety i ruchu, które mają fundamentalne znaczenie w profilaktyce chorób serca – mówi prof. Piotr Ponikowski. – Dziś polscy pacjenci mają dobry dostęp do nowych form leczenia, ale chcielibyśmy, żeby był jeszcze lepszy, stąd nasza koncepcja powołania Centrów Doskonałości, w których innowacyjne technologie byłyby tworzone i testowane, a następnie szeroko wprowadzane w Polsce.

Tworzenie i wspieranie zaawansowanych technologicznie rozwiązań dla kardiologii jest jednym z głównych celów Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Centra Doskonałości – jako ośrodki o charakterze edukacyjnym, referencyjnym i doradczym – miałyby pomóc w utrzymaniu leczenia chorób serca na wysokim poziomie oraz wprowadzeniu innowacyjnych procedur i technologii medycznych.

Zdaniem ekspertów Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego działalność Centrów mogłaby stanowić zaplecze merytoryczne dla wdrażania projektów naukowych realizowanych przez powstającą z inicjatywy Ministerstwa Zdrowia Agencję Badań Medycznych.

 Jesteśmy przekonani, że tak doskonałe rozwiązanie, jakim jest Agencja Badań Medycznych, pozwoli − w oparciu o duże polskie badania systemowe, jak np. KONS − podjąć optymalne decyzje dotyczące finansowania określonych rozwiązań oraz przyczyni się do rozwoju tak potrzebnych w Polsce niekomercyjnych badań klinicznych, a w przyszłości do wdrażania oryginalnych, innowacyjnych polskich technologii medycznych, służących m.in. pacjentom kardiologicznym – przekonuje prof. Piotr Ponikowski.

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne podkreśla potrzebę rozwoju telemedycyny i teleopieki, które będą wspierać kardiologię w obliczu wyzwania, jakim jest starzejące się społeczeństwo, a także znaczenie wysokospecjalistycznych rejestrów medycznych. Ich prowadzenie daje szansę na stworzenie jednolitego systemu danych, który znacząco usprawni prowadzone projekty medyczne, pozwoli ocenić ich efekty i opracować kolejne skuteczne rozwiązania dla systemu ochrony zdrowia.