Komentarz walutowy BossaFX 29 listopada 2013 r.
KNF: nie widzimy powodu do objęcia firm pożyczkowych swoim nadzorem

KNF mówi „nie” nadzorowi nad firmami pożyczkowymi. Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF podkreśla, że nadzorowanie działalności tych podmiotów nie należy do zadań Komisji, ale do UOKiK–u, ponieważ firmy te nie udzielają pożyczek z depozytów klientów, ale ze środków własnych.
Zmiany w prawie bankowym, nad którymi pracuje resort finansów przewidują m.in. możliwość żądania wyjaśnień przez KNF od firm, które podejrzewa się o zbieranie depozytów od klientów bez pozwolenia, jak niegdyś Amber Gold. Dziś może tylko złożyć doniesienie do prokuratury. Nadzór KNF nie dotyczyłby jednak firm pożyczkowych.
– Nie widzimy ku temu żadnego powodu, żeby Komisja miała się zajmować nadzorem nad firmami pożyczkowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Firmy pożyczkowe udzielają pożyczek ze środków własnych, czyli ryzykują własne pieniądze, natomiast zasadniczym zadaniem Komisji Nadzoru Finansowego jest nadzorowanie instytucji, które zarządzają środkami powierzanymi przez klientów.
Jego zdaniem nadzór, który sprawuje nad tymi podmiotami Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, już dziś jest wystarczający.
– Po pierwsze, tak jak zostało zapisane w projekcie, Urząd prowadziłby rejestr takich firm, a po drugie, przecież i dzisiaj to robi – jeżeli są klauzule abuzywne (niedozwolone). To przecież jest domena UOKiK–u i żadnego innego podmiotu – tłumaczy Andrzej Jakubiak.
Ministerstwo Finansów chce też wprowadzić limit całkowitych kosztów pożyczek, by uchronić kredytobiorców przed wpadaniem w spiralę zadłużenia. Zgodnie z propozycją resortu, koszt pożyczki nie będzie mógł przekroczyć 30 proc. kwoty udzielonej pożyczki.
Autorzy regulacji oczekują ustosunkowania się branży do tej propozycji.
– Nikt nie przedstawił, również ze strony przeciwnej, żadnej innej propozycji, która by w sposób udokumentowany wskazywała, że takie a nie inne koszty nie powodują nadmiernych obciążeń klienta – zauważa szef KNF.
Eksperci sektora finansowego uważają, że wprowadzenie takiego limitu może mieć odwrotny skutek – spowodować likwidację części firm pożyczkowych i skazać wielu Polaków na korzystanie tylko z lombardów lub banków, które pożyczają wyższe kwoty i na dłuższy okres.
Rząd chce pomóc małym i średnim firmom wchodzić na azjatyckie rynki
Chiński rząd deklaruje pomoc we wprowadzaniu polskich produktów eksportowych na swój rynek. Z kolei polski rząd pracuje nad programami finansowego wsparcia dla rodzimych firm, które chciałyby wejść na rynki spoza Europy. Jak zapewnia Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki, zasady tych programów powinny zostać stworzone w ciągu najbliższych dwóch lat.
– Wróciliśmy z premierem Tuskiem ze szczytu Europa Środkowo-Wschodnia – Chiny i jesteśmy po bardzo dobrych rozmowach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.
Najważniejszą kwestią we wzajemnych relacjach są działania, zmierzające do zrównoważenia bilansu handlowego Europy i Chin. Zdaniem polskiego premiera wciąż największą bolączką jest to, że Chińczycy bez porównania więcej sprzedają do nas niż od nas kupują.
– Premier uzyskał zapewnienia o wejściu naszych produktów na rynek, o pomocy rządu chińskiego w tych tematach. Myślę, że Azja jest pracą nieustającą na najbliższe 10 lat. Mieliśmy wizytę wicepremiera Piechocińskiego w Japonii, wizytę prezydenta w Korei i Mongolii – wymienia wiceminister.
Analitycy Oxford Economics uznali Azję za najbardziej perspektywiczny kierunek rozwoju polskiego eksportu. Szacują, że do końca drugiej dekady XXI wieku może rosnąć on w tempie 13–14 proc. rocznie. Wśród najbardziej obiecujących kierunków eksportowych obok Chin wskazali na Indie, Wietnam oraz Koreę Południową.
Ilona Antoniszyn-Klik zapewnia, że polska współpraca z Azją nie ucierpi z powodu rozpoczętej niedawno współpracy z Afryką.
– Nie można mówić „Afryka kosztem Azji”, ale w Azji działamy bezwzględnie na dużych obrotach, a w Afryce stawiamy pierwsze najmocniejsze kroki – zaznacza.
Wiceminister ujawnia również, że rząd pracuje obecnie nad programami wsparcia, które pomogłyby polskim firmom wchodzić na rynki pozaeuropejskie. Dotyczy to głównie sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
– Musimy mieć nie tylko politykę i marketing, ale najważniejsze, by firmy miały w ręku instrument, jakim jest finansowe wsparcie ich w strategii wchodzenia na rynek – podkreśla Antoniszyn-Klik. – Musimy stworzyć ogólnopolski system na najbliższe dwa lata i na razie system zaczyna się rozwijać. Są gwarancje, są kredyty, ale chcemy, by były to kredyty w całej Polsce dostępne – także lokalnie – deklaruje.
Proponowany przez rząd mechanizm wsparcia miałby być podobny do gwarancji de minimis dla przedsiębiorstw.
– Teraz to będzie kwestia opinii Ministerstwa Finansów, jak oni to widzą. Ale jest duża otwartość – dodaje Ilona Antoniszyn–Klik
Kwoty wsparcia mają być ustalane w późniejszej kolejności, czyli po określeniu zasad przyznawania pomocy. Projekty pilotażowe programu mają być finansowane ze środków unijnych.
Tegoroczny szczyt Chiny – Europa Środkowo-Wschodnia był kontynuacją warszawskiego szczytu z kwietnia 2012 roku, czyli tzw. „Inicjatywy Warszawskiej”, na której ustalono m.in. podstawę współpracy Chin z 16 państwami regionu (Polska, Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czarnogóra, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Macedonia, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia i Węgry). Było to również pierwsze spotkanie szefa polskiego rządu z nowym premierem Chin. Donald Tusk poinformował, że z kolejną wizytą do Państwa Środka uda się najprawdopodobniej w przyszłym roku. Nie wykluczył również, że Polskę odwiedzi w tym czasie prezydent Chin.
Po 27 latach marka BRE zniknęła z polskiego rynku. Wszystkie placówki zmienią nazwę na mBank

Nazwy BRE Bank i MultiBank zniknęły z polskiego rynku. Do końca I kwartału wszystkie placówki banku będą nosiły nazwę mBank. Przez kolejny rok stopniowo będą ujednolicane oferowane klientom rozwiązania. Zastąpienie kilku marek jedną ma umożliwić bankowi skuteczne budowanie rozpoznawalności, a w konsekwencji przyciągnąć większą liczbę klientów.
Po ponad 21 latach obecności na warszawskim parkiecie, BRE Bank został zastąpiony przez mBank. To efekt odejścia od trzech marek banków na rzecz jednej. Tym samym z rynku zniknęły tez marki BRE Private Banking & Wealth Management oraz MultiBank. Poza nazwą i logotypem docelowo ujednolicony zostanie również wygląd oddziałów i oferta produktowa. Strategia ta ma służyć m.in. zwiększeniu rozpoznawalności marki mBanku oraz umocnieniu pozycji banku na rynku.
– Jeden brand da nam lepszą rozpoznawalność marki, co jest bardzo istotne dla pozyskania klientów i rozwoju banku w przyszłości. Możemy osiągnąć dwa efekty: przy tych samych pieniądzach uzyskać znacznie większą rozpoznawalność brandu, a w dłuższej perspektywie zaoszczędzić znaczącą część środków, promując jedną markę, a nie trzy jednocześnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kocik, wiceprezes mBanku ds. bankowości detalicznej.
Wybór padł na tę z marek, która najmocniej zaistniała w świadomości klientów.
– Marka mBank jest najlepiej rozpoznawalna pośród trzech marek, które były w naszym portfolio, więc kiedy przyjęliśmy strategię jednego banku i dążenia do skupienia całej działalności pod jednym brandem, wybór był oczywisty – tłumaczy Cezary Kocik. – Dotychczas pod marką mBank obsługiwaliśmy ponad 3,6 mln klientów na trzech rynkach.
W Polsce główne działania związane z procesem zmiany marki zakończą się w I kwartale 2014 roku.
– W tym czasie będziemy stopniowo wymieniać oznakowanie naszych oddziałów. Marka banku zostanie odświeżona także w Czechach i na Słowacji – dodaje Kocik. – Rebranding w tych krajach przewidziany jest na luty przyszłego roku.
Do 2018 roku ujednolicona zostanie także sieć oddziałów mBanku w Polsce.
– Jak wszystkie banki, pracujemy stale nad usprawnieniem formatu i lokalizacji naszej sieci, prowadzimy również projekt połączenia placówek korporacyjnych z detalicznymi. Ma on na celu uniwersalizację sieci oddziałów i dostosowanie ich formatu do zmieniających się oczekiwań naszych klientów – podkreśla wiceprezes mBanku.
Koszty rebrandingu nie przekroczą 10 mln złotych. Przedstawiciele banku tłumaczą, że procesy postępują stopniowo, by nie zdezorientować klientów. Zmiany mają być dla nich jak najmniej odczuwalne.
– Bardziej istotne od tego, co się zmienia jest to, co się nie zmieni dla klientów. Mowa o produktach, doradcach, kanałach kontaktu, a więc także oddziałach – wyjaśnia wiceprezes banku. – Teraz brand mBanku będzie związany z obsługą wszystkich klientów, również korporacyjnych. Pod tym brandem będziemy świadczyli serwis, który przez wielu ekspertów i niezależne firmy jest oceniany jako najlepszy w Polsce.
Z końcem przyszłego roku rozpocznie się proces przenoszenia klientów dawnego MultiBanku do nowej platformy transakcyjnej mBanku. Zmiany nie ominą też oferty produktowej. Już teraz w poszczególnych bankach grupy jest wiele produktów takich samych lub bardzo zbliżonych. Pozostałe stopniowo będą ujednolicane w ciągu najbliższego roku – półtora. Mają to być zmiany ewolucyjne, nie rewolucyjne.
Od dziś depozyty w SKOK-ach są objęte gwarancjami BFG. To większe bezpieczeństwo dla klientów, ale i dodatkowe koszty dla kas

Od dzisiaj depozyty klientów, którzy ulokowali w SKOK-ach równowartość 100 tysięcy euro lub mniejszą kwotę, będą w 100 proc. chronione przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. To zwiększenie bezpieczeństwa klientów, ale także pewne koszty dla kas. Jednak nie powinny przełożyć się na wyższe ceny usług.
– Będziemy objęci dokładnie takim samym systemem bezpieczeństwa, jak wszystkie banki w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin. – Z punktu widzenia SKOK-u na pewno uspokoi to sen naszych depozytariuszy, gdyż jest to następny krok w systemie zabezpieczeń depozytów SKOK-owskich.
Objęcie gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego to jednak także koszty. Są one związane głównie ze sprawozdawczością do BFG i komunikacją z klientami.
– We wszystkich naszych placówkach znajdą się certyfikaty informujące klientów o objęciu gwarancjami BFG – mówi Gazda. – Zmiany trzeba również wprowadzić w formularzach, regulaminach i innych materiałach informacyjnych.
Na potrzeby BFG stworzono specjalny system informatyczny.
– BFG musi wiedzieć, co gwarantuje – zauważa Gazda. – Nie wiąże się to z utworzeniem nowych etatów, tylko ze zwiększonym obciążeniem dla już zatrudnionych pracowników. Jednak te koszty nie są aż tak wielkie, aby musiał je ponosić szeregowy klient.
Objęcie złożonych w SKOK-ach depozytów gwarancjami BFG to kolejna w ostatnim czasie zmiana dla spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Od 27 października 2012 r. SKOK-i są objęte nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego.
– Zmiana otoczenia prawnego i nadzorczego z tym związana, wiązała się z wysiłkiem mającym na celu dostosowanie się do nowych wymogów. Dlatego też ostatni rok nie należał do łatwych – mówi Mariusz Gazda. – Jednak patrzymy w przyszłość z optymizmem. W 2014 roku kończy się karencja, którą SKOK-i dostały na dostosowanie się do nowych warunków prawnych i nadzorczych. Jestem przekonany, że spełnimy wszystkie wymogi kapitałowe i proceduralne w terminie. Rok 2013 r. kończymy z bardzo dobrym wynikiem finansowym i wierzymy w dalszy rozwój – dodaje prezes SKOK Wołomin.
Rozwój SKOK-ów będzie dotyczył także współpracy z instytucjami trzeciego sektora, takimi jak parafie, spółdzielnie, fundacje i stowarzyszenia, które już mogą być obsługiwane przez SKOK-i.
Polska Marynarka Wojenna może utracić swoją zdolność bojową już za dwa lata
Polska Marynarka Wojenna może w ciągu następnych 2-7 lat utracić swoją zdolność bojową. Brakuje jednak spójnej strategii modernizacyjnej. Nadmiernie ambitne plany upadają z braku środków i nie są zastępowane bardziej realistycznymi.
– Problem z polską Marynarką Wojenną polega na tym, że od upadku komunizmu właściwie w ogóle nie była modernizowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Talaga redaktor naczelny Mediaroomu Gremi Media. – Pozyskaliśmy tylko stare, używane okręty, które z pewnością stracą zdolność bojową w 2015, maksimum 2020 roku. Trzeba je koniecznie wymienić na nowe, inaczej w ogóle nie będziemy mieli okrętów wojennych.
Według zaprezentowanej na wiosnę strategii Ministerstwa Obrony Narodowej, do 2030 r. polska flota ma uzyskać dziewięć nowych okrętów: trzy podwodne, trzy ochrony wybrzeża oraz trzy patrolowe. Program Orka, czyli zakup trzech okrętów podwodnych o wyporności ok. 2 tys. ton, to jeden z kluczowych elementów strategii modernizacji floty polskiej Marynarki Wojennej. Wartość programu Orka wynosi 7,5 mld zł, a całej modernizacji – 10 mld zł.
– Jednak Ministerstwo Obrony Narodowej i władze polskie mają bardzo rozchwiany program zakupów zbrojeniowych, jeśli chodzi o Marynarkę Wojenną. Jest on redukowany w miarę wyliczania możliwości finansowych Polski, które są skromne – twierdzi Andrzej Talaga.
Zdaniem Andrzeja Talagi, w działaniach tych brakuje myśli strategicznej – najpierw planuje się zakup siedmiu wielozadaniowych korwet, następnie ogranicza się plany do jednej korwety, którą się przerabia na prostszy okręt. Zamiast jednak uznać brak środków i skupić się na budowie okrętów, na które Polska może sobie pozwolić i które broniłyby polskiego wybrzeża, MON decyduje się na zakup drogich okrętów podwodnych.
– Największą kontrowersją w pomysłach rządowych jest zakup okrętów podwodnych – twierdzi redaktor naczelny Mediaroomu Gremi Media. – Pytanie brzmi, po co nam te okręty? Czy przy tak skromnym budżecie, jaki mamy na wojsko w ogóle, a na Marynarkę Wojenną w szczególności, trzeba akurat je kupować, zamiast skoncentrować się na mniejszych okrętach, broniących naszego wybrzeża?
Talaga dodaje, że rząd powinien również dążyć do tego, by na programie modernizacji armii, w tym również sprzętu Marynarki Wojennej, w jak największym stopniu skorzystały polskie firmy i przemysł zbrojeniowy. To wymaga wyboru odpowiedniej oferty zagranicznych producentów.
– Mamy jednak braki, jeśli chodzi o technologię i know-how niezbędny do budowy nowoczesnej floty wojennej. Stocznia Marynarki Wojennej i Stocznia Remontowa mogłyby podjąć się produkcji przynajmniej niektórych komponentów, jednak zagraniczni partnerzy musieliby zapewnić know-how – mówi Talaga.
Trybunał Sprawiedliwości UE zakazał równoczesnego odliczania podatku VAT i powoływania się na prawo do zwolnienia

Unijny Trybunał Sprawiedliwości uznał, że firmy nie mogą równocześnie korzystać ze zwolnienia z podatku VAT na podstawie krajowych przepisów i odliczenia VAT-u przewidzianego przez unijną dyrektywę. Wątpliwości dotyczyły m.in. prywatnych firm szkoleniowych. W Polsce prawo zostało zmienione już trzy lata temu, ale wyrok ma duże znaczenie dla rozliczeń za lata wcześniejsze oraz dla innych państw członkowskich UE.
Trybunał Sprawiedliwości wydał wyrok w sprawie polskiej spółki MDDP, prywatnej firmy szkoleniowej, która prowadzi działalność komercyjną. Nie jest ona wpisana do rejestru szkół i placówek niepublicznych. Spółka stała na stanowisku, że zgodnie z dyrektywą 2006/112, a wbrew polskiej ustawie o VAT, jej usługi powinny być objęte opodatkowaniem podatkiem VAT. Dawało to podstawę do odliczenia tego podatku. Z taką interpretacją nie zgodził się minister finansów, a sprawa trafiła do sądu administracyjnego.
Według polskiego prawa aż do końca grudnia 2010 r. usługi edukacyjne, bez względu na ich cel i charakter, były zwolnione z podatku VAT. Sejm uchwalił zmianę tego prawa we wrześniu 2010 r., a nowe przepisy weszły w życie na początku 2011 r. Nowelizacja dostosowała polskie przepisy do unijnych.
W 2012 r. sprawę MDDP do unijnego trybunału skierował Naczelny Sąd Administracyjny.
– Trybunał w wyroku stwierdził, że Polska zbyt szeroko podeszła do zwolnienia, dlatego że objęła zwolnieniem de facto wszelkie usługi edukacyjne bez względu na to, czy podmioty je świadczące spełniają cele analogiczne do celów realizowanych przez podmioty publiczne. Ten aspekt nie był w ówczesnych przepisach doprecyzowany, dopiero od 2011 r. mieliśmy zmianę przepisów w tym zakresie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Szafarowska, doradca podatkowy i partner w MDDP.
Uchwalona w 2006 r. unijna dyrektywa o wspólnym systemie podatku od wartości dodanej, czyli podatku VAT, przewiduje prawo do odliczenia podatku VAT w odniesieniu do zakupów towarów i usług związanych z działalnością opodatkowaną podatnika. Opierając się na tej zasadzie Trybunał uznał, że nie jest możliwe zastosowanie przez firmę szkoleniową zwolnienia od podatku VAT w stosunku do świadczonych usług, zgodnie z krajową ustawą, a jednocześnie skorzystanie z prawa do odliczenia podatku VAT w oparciu o dyrektywę 2006/112, nawet jeśli ustawa krajowa niesłusznie i wbrew tej dyrektywie przewidywała szeroki zakres zwolnienia od VAT. Trybunał wskazał, że odliczenie takie byłoby możliwe wyłącznie w przypadku, gdyby podatnik zdecydował się opodatkować świadczone usługi podatkiem VAT. Jednak polskie prawo nie przewiduje możliwości wyboru opodatkowania, a następnie odliczenia podatku, działalności, która jest ustawowo zwolniona z VAT-u.
– W polskich przepisach nie istnieje opcja opodatkowania usług, które w świetle ustawy są zwolnione od podatku VAT. Nie pozwalają na to zasady wyrażone w Konstytucji. Zakres czynności opodatkowanych, podatników i zwolnień od podatku musi być określony w formie ustawy. Natomiast polska ustawa o VAT przewidywała w tym przypadku zwolnienie usług edukacyjnych. I nie przewidywała możliwości wyboru ich opodatkowania – podkreśla Marta Szafarowska.
Choć Polska zmieniła przepisy już w 2011 r., na wyrok Trybunału z niecierpliwością czekały inne państwa członkowskie UE. Sprawa trafiła do Luksemburga w trybie tzw. pytania prejudycjalnego, związanego z tym, że NSA miał wątpliwości co do interpretacji unijnych przepisów. Wyrok jest obowiązujący dla wszystkich 28 krajów członkowskich UE.
Brak możliwości wyboru opodatkowania usług ustawowo zwolnionych od VAT dotyczy nie tylko usług edukacyjnych. Szafarowska podkreśla, że podobne problemy dotyczą także innych branż, gdzie występują rozbieżności pomiędzy krajowymi przepisami o podatku VAT a unijną dyrektywą.
– W praktyce żaden kontrahent firmy szkoleniowej do końca 2010 roku nie zaakceptowałby faktury, która zawierałaby podatek VAT. Podatnik, otrzymując fakturę zawierającą podatek VAT, nie byłby uprawniony do odliczenia tego podatku w świetle polskiej ustawy o VAT. Wybór opodatkowania wskazywany przez Trybunał byłby zbyt ryzykowny dla kontrahentów firmy szkoleniowej i należałoby się liczyć z tym, że faktury takie nie byłyby akceptowane – wyjaśnia Szafarowska.
Trybunał Sprawiedliwości nie wspomniał jednak o możliwości ubiegania się o rekompensatę przez spółkę MDDP. Podkreślił, że nawet jeśli prawo krajowe jest niezgodne z unijną dyrektywą, nie uprawnia to podatników do skorzystania ze zwolnienia i równoczesnego powoływania się na prawo do odliczenia podatku VAT.
Inwestycje w elektrownie węglowe coraz bardziej ryzykowne

Jeśli cena uprawnień do emisji CO2 wzrośnie dwukrotnie, elektrowniom zacznie się opłacać inwestowanie w niskoemisyjne bloki. Wahania na rynku emisji CO2 i uzależnianie go od decyzji politycznych sprawiają, że inwestycje w bloki węglowe są ryzykowne. Problemem jest również trudność w prognozowaniu kosztów, jakie za kilka lat elektrownie będą ponosić za emitowanie dwutlenku węgla. A tym samym niepewne pozostają ceny prądu.
– Budowa Elektrowni Opole, która miała być opalana węglem, jest dziś ekonomicznie nieuzasadniona, bo nie ma pewności, jaka będzie cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wiśniewski, prezes Grupy Consus, doradzającej w obszarze ochrony klimatu i emisji CO2.
Grupa przygotowała raport „Podsumowanie 300 dni trzeciego okresu handlu uprawnieniami w ramach europejskiego systemu ETS (2013-2020)”, w którym wskazuje, że największym problemem systemu jest nadwyżka uprawnień na rynku. Dodatkowo jest to zmienny rynek, uzależniony od decyzji politycznych.
– To dla przedsiębiorców inwestujących w węgiel stwarza ogromny dyskomfort, bo dzisiaj taka inwestycja może być opłacalna, ale przecież będzie trwała pięć lat. Nie wiadomo, jakie będą wówczas ceny uprawnień. Choć jeszcze dziś można je kupić na ten okres, jednak już po 2020 roku jest tak duża niepewność, że nie wiem, czy będą kosztować 15 czy 50 euro za tonę. To jest ryzyko. I może okazać się, że mimo że węgiel jest najtańszym źródłem energii, ale przy tej niepewności jest on ekonomicznie nieuzasadniony – podkreśla Maciej Wiśniewski.
Eksperci z Grupy Consus zwracają uwagę, że jednostki EUA (European Union Allowances, czyli uprawnienia do emisji tony CO2) charakteryzują się dużym ryzykiem. Obecnie cena uprawnień waha się pomiędzy 4,50 a 5,50 euro, co stanowi niemal 40-procentowy spadek w stosunku do cen z listopada 2012 r. Jeszcze w styczniu uprawnienia kosztowały 6,50 euro, a najniższą wartość zanotowały w kwietniu, kiedy ich wartość spadła do poziomu ok. 2,50 euro. Tak niskie ceny powodują, że obecnie opłaca się je kupować, a nie modernizować zakłady.
– Nie ma dziś inwestycji, które byłyby bardziej opłacalne od zakupu uprawnień na rynku. Może jakieś drobne modernizacje. To jest sygnał dla przedsiębiorcy – kupuj uprawnienia na rynku, bo są tanie. Myślę jednak, że problem w energetyce węglowej zacząłby się wtedy, gdy pojawiłyby się ceny 7-8 euro za 1 EUA. Na pewno pojawienie się cen powyżej 15 euro mobilizowałoby do inwestowania, bo to byłyby bardziej opłacalne – uważa Maciej Wiśniewski. – Przedsiębiorca powinien sprawdzić, czy bardziej mu się opłaca kupić uprawnienia na rynku, czy zrealizować inwestycję. To jest tzw. liczenie kosztów krańcowych redukcji emisji dwutlenku węgla.
Rozstrzygnięcie międzynarodowego konkursu Changing The Face 2013 Rotunda Warsaw
Zespół architektoniczny Gowin-Siuta z Krakowa zwyciężył w siódmej edycji międzynarodowego konkursu architektonicznego CHANGING THE FACE, współorganizowanego przez PKO Bank Polski, firmę DuPont, Oddział Warszawski SARP oraz Polski Oddział Green Building Council. Tegoroczna edycja konkursu poświęcona była warszawskiej Rotundzie.
10 lat marki ENEA
Trzecia co do wielkości grupa energetyczna w kraju obchodzi rocznicę działalności pod marką ENEA. Grupa ENEA to nowoczesny sprzedawca, dystrybutor i wytwórca energii elektrycznej. W obszarze sprzedaży zaufało jej ponad 2,4 mln Klientów indywidualnych i biznesowych. Sieć dystrybucyjna firmy pokrywa 20 proc. powierzchni Polski, a prawie 8 proc. energii wytwarzanej w kraju pochodzi z elektrowni Grupy. ENEA zatrudnia w sumie ponad 10 tysięcy specjalistów.
Wybrano Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku
Inowrocławska Flandria została laureatem trzeciej edycji Konkursu na Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku. Nagroda w kategorii „Pomysł na Rozwój” trafiła do spółdzielni socjalnych z Wrocławia, Dzierżanin koło Tarnowa i Olsztyna.
Zakończyła się trzecia edycja Konkursu na Najlepsze Przedsiębiorstwo Społeczne Roku, organizowanego przez Fundację Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE). Celem inicjatywy jest wyróżnienie firm, które realizując misję społeczną potrafią odnaleźć się w rzeczywistości rynkowej, dbając o najwyższą jakość produktów i usług. Laureatem kategorii głównej i zdobywcą nagrody pieniężnej w wysokości 50 tys. zł zostało Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria”, wspólnie z SCE „Flandria” Spółdzielnią Europejską, które zajmują się działalnością społeczną w obszarze promocji zdrowia i ułatwieniem dostępu do wysokiej jakości usług medycznych.
– Rada Konkursu doceniła fakt, że w efekcie działań Flandrii mieszkańcy już kilku miast mogą łatwo zamówić tanią wizytę u lekarza specjalisty, skorzystać z bezpłatnej opieki pielęgniarskiej dla osób obłożnie chorych, niedrogo wypożyczyć sprzęt medyczny i rehabilitacyjny oraz kupić tańsze leki w aptekach społecznych otwieranych przez stowarzyszenie – mówi Julia Koczanowicz-Chondzyńska z FISE.
W kategorii „Pomysł na Rozwój” nagrodzono trzy firmy, spośród których pierwsze miejsce zajęła Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna PANATO, założona przez młodych absolwentów uczelni artystycznych. Jury przyznało wrocławskiej firmie nagrodę w wysokości 15 tys. zł, doceniając przede wszystkim innowacyjne podejście do prowadzonej działalności i zagospodarowanie ciekawej niszy, łączącej przemysły kreatywne z biznesem. Podobnego zdania byli internauci, którzy uhonorowali spółdzielnię prestiżową „Nagrodą Publiczności. Drugą ze zwycięskich firm jest Spółdzielnia Socjalna „Serce Pogórza” z Dzierżanin koło Tarnowa, która otrzymała 10 tys. zł. Dodatkowym wyróżnieniem i nagrodą w wysokości 3 tys. zł, ufundowaną przez Towarzystwo Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych, uhonorowano olsztyńską Spółdzielnię Socjalną „Marzenie”.
Z roku na rok konkurs aktywizuje coraz większą grupę przedsiębiorców nastawionych na dokonanie pozytywnej zmiany społecznej. W tym roku, na podstawie oceny zgłoszeń i wizyt studyjnych, eksperci zakwalifikowali do ścisłego finału aż 23 firmy, podzielone na dwie kategorie.
Konkurs, objęty patronatem Prezydenta RP, jest organizowany w ramach projektu „Zintegrowany system wsparcia ekonomii społecznej”, finansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Nagrody ufundowały Fundacja Crédit Coopératif i Fundacja BRE Banku. Wybrane firmy otrzymają także doradztwo biznesowe PwC, a finaliści kategorii głównej konkursu będą mogli dodatkowo korzystać przez rok ze „Znaku [eS]”, czyli certyfikatu oznaczającego sprawdzonych, rzetelnych partnerów biznesowych, którzy realizują ważne społecznie cele. Patronem merytorycznym konkursu jest Stała Konferencja Ekonomii Społecznej.
Jak opodatkować honorarium za występ gwiazdy zza granicy?
Honoraria wypłacane zagranicznym artystom (na przykład muzykom lub aktorom) za występy odbywające się w Polsce podlegają opodatkowaniu w Polsce. W każdym przypadku pod uwagę należy wziąć jednak przepisy właściwej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania podpisanej pomiędzy Polską a krajem, w którym swoje miejsce rezydencji podatkowej posiada artysta.
Należy pamiętać, iż powinien on potwierdzić status swojej rezydencji podatkowej, przedstawiając certyfikat (rezydencji) wydany przez właściwy organ administracji podatkowej państwa swojego miejsca zamieszkania.
Generalna zasada
W świetle art. 16 i art. 17 właściwych umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, generalnie bez względu na postanowienia tych umów dotyczące opodatkowania zysków z przedsiębiorstw, wolnych zawodów oraz pracy najemnej, przychody z tytułu działalności artystycznej (np. artystów scenicznych, filmowych, radiowych lub telewizyjnych, muzyków lub sportowców) osobiście wykonywanej w tym charakterze, podlegają opodatkowaniu w tym państwie, w którym wykonywana jest taka działalność – mówi Magdalena Zarudzka z Baker Tilly Poland Tax Advisers Sp. z o.o. – Takie zasady przewidują przykładowo umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania podpisane z Niemcami, Wielką Brytanią, Francją, Austrią, Włochami, Rosją, Ukrainą, Szwecją czy Holandią – dodaje ekspert. Tym samym, jeżeli artyści występują w Polsce, ich przychody podlegają opodatkowaniu w Polsce 20% zryczałtowanym podatkiem (na mocy art. 29 ust. 1 pkt 1 ustawy o PIT). Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania nie przewidują bowiem żadnych obniżonych stawek, odsyłają jedynie do właściwych przepisów krajowych.
Kiedy możliwe jest zwolnienie
W określonych sytuacjach, poszczególne umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania przewidują jednak możliwość zwolnienia honorarium artysty z opodatkowania w Polsce. -Tak jest na przykład w sytuacji, gdy pobyt artysty w Polsce jest całkowicie lub głównie opłacany ze środków publicznych (np. umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania z Niemcami) lub gdy występy są skutkiem wymiany kulturalnej pomiędzy państwami (np. umowa z Francją) albo na podstawie umowy międzyrządowej o współpracy kulturalnej zawartej między dwoma państwami (np. umowa z Japonią) – mówi Sebastian Stec z Baker Tilly Poland Tax Advisers Sp. z o.o.
Szczególne zasady opodatkowania przewiduje też umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania zawarta ze Stanami Zjednoczonymi. W świetle art. 15 przedmiotowej umowy, generalnie honoraria artystów z USA nie podlegają opodatkowaniu w Polsce, o ile artyści przebywają w Polsce krócej niż 183 dni w roku podatkowym.
Powyższe zasady opodatkowania będą miały zastosowanie również w sytuacji, gdy artyści będą otrzymywać swoje honoraria za pośrednictwem swoich agentów. Istotne jest bowiem, kto jest rzeczywistym beneficjentem wynagrodzenia wypłacanego przez polski podmiot.
PiS składa do prokuratury wniosek ws. przetargu na okręty podwodne. MON odpiera zarzuty
Posłowie Prawa i Sprawiedliwości zawiadomią Prokuraturę Generalną o nieprawidłowościach przy przetargu na zakup okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej. Ich zdaniem, zapowiedź wiceministra Waldemara Skrzypczaka o pracach nad zmianami warunków przetargu, tak by spełniał je również niemiecki okręt 212A, to „ustawianie przetargu”. Tym bardziej, że – w ich opinii – ten typ okrętu nie spełnia podstawowego zadania, jakim powinno być zwiększanie potencjału polskiej armii. MON tłumaczy, że żadne decyzje jeszcze nie zapadły.
– Wniosek dotyczy postępowania, jakie jest toczone w tej chwili w Ministerstwie Obrony Narodowej postępowania przetargowego na zakup okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej – podkreśla Jacek Sasin, poseł Prawa i Sprawiedliwości. – Chodzi tutaj o dwie nowe jednostki. To ogromne zamówienie, jedno z największych zamówień dla polskiej armii, bo koszt dwóch okrętów to jest około 5 mld złotych.
Wątpliwości posłów PiS budzi fakt, że w odpowiedzi na interpelację poselską Jacka Sasina wiceminister Waldemar Skrzypczak zapowiedział zmianę wymagań technicznych co do okrętów podwodnych i w ten sposób wytłumaczył opóźniający się proces przygotowań do ich zakupu.
– Minister Skrzypczak wyjaśnił mi, że kryteria wyboru takiego okrętu zostaną zweryfikowane, ponieważ nie spełnia ich niemiecki okręt podwodny typu 212, który od początku jest preferowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej – wyjaśnia Jacek Sasin. – Mamy tutaj rzecz ewidentną, ale jednak dosyć niesłychaną, że wysoki urzędnik państwowy, wiceminister obrony przyznaje otwarcie w odpowiedzi na interpelację, że dopuszcza się ustawiania przetargu, bo inaczej tego nazwać nie można.
PiS liczy, że Prokuratura Generalna wyjaśni, jakie są powody takich decyzji MON.
Resort odpiera zarzuty Prawa i Sprawiedliwości, tłumacząc, że prace nad zakupem sprzętu są w fazie dialogu technicznego. Do procedury zamówienia publicznego MON ma być gotowy w przyszłym roku, a umowa na zakup ma być przygotowana w ciągu kolejnego roku.
– Trwa etap prac analitycznych oraz studium wykonalności, których finałem będzie przygotowanie specyfikacji warunków zamówienia – powiedział podczas briefingu pierwszy zastępca szefa Sztabu Generalnego WP gen. dyw. A. Wojtan. – Zredefiniowano wymagania operacyjne, sformułowane po raz pierwszy w 2006 roku, pozostawiając zasadnicze elementy i wprowadzając możliwość uczestnictwa w postępowaniu wielu kontrahentów. Chodzi o to, by było jak najwięcej możliwych dostawców, by oferta była jak najszersza i tym samym był możliwy optymalny wybór – podkreślał.
Jednak, zdaniem Jacka Sasina, ewentualny wybór niemieckich okrętów typu 212A byłby sprzeczny z podstawowym celem modernizacji armii, jakim jest zwiększanie jej potencjału obronnego.
– To są okręty starej generacji, dzisiaj właściwie o małej przydatności w przypadku konfliktu zbrojnego – podkreśla poseł PiS w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – W dzisiejszych warunkach okręty podwodne, które nie mogą przenosić rakiet samosterujących i unieszkodliwić przeciwnika, są archaizmem, który naszego potencjału nie wzmocni. Więc to będą pieniądze wyrzucone w błoto.
NFZ zerwał umowę ze szpitalem za pobieranie dopłat za świadczenia ponadstandardowe
NFZ rozwiązał umowę z warszawską placówką Sensor Cliniq, zarzucając jej pobieranie dopłat za dodatkowe usługi medyczne poprawiające standard leczenia. Takie dopłaty są jednak wyborem pacjentów, a podobny system funkcjonuje w wielu krajach. Szpital odwołał się od decyzji oddziału do Prezesa NFZ. Wobec milczenia Centrali zwrócił się także z prośbą o interwencję do Ministerstwa Zdrowia. – Fundusz w ten sposób pozbawia pacjentów dostępu do nowoczesnej medycyny, a wypowiadając umowę szpitalowi wyrzucił pacjentów z kolejki do świadczeń gwarantowanych – przekonuje adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik z kancelarii Baker & McKenzie.
– NFZ stwierdził w swoich komunikatach, że ochronił pacjentów przed dopłatami do ponad standardowych soczewek. Z tego co wiem pacjenci nie godzą się z decyzją NFZ. Teraz nie dość, że nie dokupią lepszej soczewki to w ogóle stracili szanse na operację w ramach składki. Ludzie sami chcą decydować o swoim wzroku i pytają jakim prawem NFZ wypowiada się w ich imieniu? – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Kieszkowska-Knapik, adwokat z kancelarii Baker & McKenzie, reprezentująca Szpital.
Problem dotyczy zabiegów okulistycznych, leczących zaćmę. Polegają one na wszczepieniu pacjentom specjalnych soczewek, w ramach finansowanego przez NFZ zabiegu operacyjnego. Standardowo w ramach NFZ wszczepia się prostą soczewkę korygująca tylko zaćmę. Ale są też bardziej zaawansowane soczewki, które mogą równocześnie rozwiązać problemy z wadami wzroku, w tym z astygmatyzmem. Można za jednym zamachem pozbyć się wad wzroku i nie nosić okularów. Takie soczewki nie są one jednak w koszyku świadczeń gwarantowanych NFZ, pacjenci mogą z nich skorzystać za dodatkową opłatą.
NFZ uważa jednak, że szpitale nie mogą pobierać dopłat od pacjentów, którzy chcą zamiast podstawowego modelu soczewek wybrać bardziej zaawansowane. Adw. Kieszkowska-Knapik uważa, że to działanie ogranicza prawa człowieka – prawo do ochrony zdrowia.
– Każdemu przysługuje wsparcie NFZ w równym zakresie. Natomiast tam, gdzie pacjent decyduje się na leczenie lepsze niż to, co gwarantuje NFZ, jest swoboda decyzji pacjenta. Zgodnie z ustawą o prawa pacjenta pacjent ma prawo do aktualnej wiedzy medycznej nawet jeśli NFZ jej nie finansuje – zauważa Kieszkowska-Knapik.
Podkreśla, że w większości krajów europejskich istnieje dualny system, w którym z jednej strony jest publiczny płatnik, a z drugiej – współpłacenie lub ubezpieczenia dodatkowe.
– NFZ mówi: wszystko albo nic. Albo robisz to, co ja ci gwarantuję, ale jak chcesz mieć lepszy standard, to wypadasz systemu. To jest wywłaszczanie ze składki. Pacjent, który chce mieć lepszy standard ma zostawić swoją składkę i zapłacić drugi raz – za cały zabieg z własnej kieszeni. Uważam, że pacjent ma prawo dopłacił tylko różnicę, jak to jest wskazane w dyrektywie transgranicznej. Skoro ludzie mają pracować do 67. roku życia, to rząd powinien wspierać lepsze standardy okulistyczne, a nie je torpedować – podkreśla adwokat z kancelarii Baker & McKenzie.
Po rozwiązaniu we wrześniu umowy przez NFZ z Sensor Cliniq pacjenci oczekujący na zabieg wypadli z kolejki. Oznacza to dla nich dalsze wydłużenie czasu oczekiwania na leczenie. Część z nich zapisała się na zabieg już ponad rok temu. Ci, których terminy operacji zostały wyznaczone na dzień po 20 grudnia kiedy kończy się okres wypowiedzenia umowy będą musieli zapisać się na koniec kolejki w innej placówce.
Dlatego Szpital zwrócił się z prośbą o pilną interwencje do Ministerstwa Zdrowia. Tym bardziej, że NFZ ociąga się z rozpatrzeniem zażaleń ze strony szpitala. Zażalenie na rozwiązanie umowy Prezes Funduszu rozpatruje już 2 miesiące temu, choć prawny termin udzielenia odpowiedzi to 14 dni. Pierwsze zażalenie – na nałożoną karę umowną – szpital złożył w czerwcu – również nie otrzymał jeszcze odpowiedzi.
– NFZ reaguje, gdy szpitale biorą dopłaty, karząc je umownie. Znam kilka takich przypadków. Natomiast to pierwszy znany mi przypadek, kiedy rozwiązano umowę, czyli krótko mówiąc pacjenci w ogóle stracili szanse na operacje w ramach NFZ w tym szpitalu. Tak drastyczny środek, jakim jest rozwiązaniem kontraktu jest wylaniem dziecka z kąpielą – ocenia Kieszkowska-Knapik.
Szpital Sensor Cliniq podkreśla w komunikacie prasowym, że w ciągu 11 lat kontraktu z Funduszem wykonał ok. 50 tys. operacji leczenia zaćmy. Jeśli najpóźniej do 20 grudnia NFZ nie rozpatrzy zażalenia szpitala, prawne cofnięcie zerwania umowy nie będzie już możliwe, a pacjenci będą musieli przygotować się na dłuższe oczekiwanie na zabieg. Przeciwko działaniom NFZ w tej sprawie opowiedział się Polski Związek Niewidomych, który uznał je za szkodliwe dla pacjentów, opóźniające dostęp do leczenia i ograniczające możliwości korzystania do nowoczesnych metod leczenia.
Nowy minister środowiska może przyspieszyć prace nad regulacjami dotyczącymi łupków
Prace nad projektem ustawy dotyczącej poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego mają przyspieszyć. Szanse na to, zdaniem ekspertów, daje zmiana na stanowisku ministra środowiska. Liczą, że nowy minister załagodzi konflikt między resortami środowiska i skarbu, który od dłuższego czasu opóźniał prace nad nowymi regulacjami.
– Premier Donald Tusk, zmieniając ministra Marcina Korolca, daje sygnał, że oczekuje zmian – uważa Andrzej Sikora, prezes zarządu Instytutu Studiów Energetycznych. – Już nie możemy czekać, od 2009 roku mówimy ciągle „za trzy miesiące”, inwestorzy są zmęczeni takim oczekiwaniem, tym bardziej, że przychodzili do Polski w innych warunkach, a dziś zastają ciągłe zmiany i nie wiedzą, w którym kierunku one do końca zmierzają.
Nowym ministrem środowiska został dotychczasowy wiceminister finansów od podatków Maciej Grabowski. W poprzednim resorcie zajmował się projektem ustawy o specjalnym podatku węglowodorowymi oraz zmianą ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin. Propozycje zawarte w nowelizacji wzbudzały sprzeciw przedsiębiorców i od lutego tego roku opublikowano jej pięć wersji, a prace nad projektem nadal trwają. Sikorski przyznaje, że ceni sobie nowego ministra środowiska.
– Sądzę, że dzięki tej zmianie zostanie policzone to, w jaki sposób gaz z łupków może wpisać się w polską ekonomię. Ciągle mamy za mało danych, jesteśmy na wstępnym etapie. A konflikt między Ministerstwem Skarbu Państwa a Ministerstwem Środowiska nie był dobrze odbierany przez rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sikora.
Kością niezgody między szefami obu resortów była kwestia nadzoru nad Narodowym Operatorem Kopalin Energetycznych (NOKE). Od miesięcy nie mogli dojść do porozumienia w tej sprawie, każdy z nich miał inną koncepcję dotyczącą sposobu funkcjonowania operatora i nadzoru nad całym procesem, a to blokowało prace nad nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego.
– Według oceny naszego instytutu, nawet niewysoki podatek i NOKE z udziałami w koncesji, mogą zabić projekt. Trzeba się zastanowić, w jaki sposób zabezpieczyć w nim rolę państwa, jak ma wyglądać współpraca publiczno-prywatna, bo przecież państwo nie jest powołane po to, żeby wydobywać węglowodory, czy decydować o tym, jak firma ma zajmować się taką działalnością – podkreśla Andrzej Sikora. – Państwo ma na tyle otworzyć rynek, żeby firmy same chciały przyjść. Dla mnie cały czas podatki na tym etapie są przedwczesne. Oczekuję więc przyspieszenia prac i konstruktywnego podejścia administracji do prywatnych przedsięwzięć, łącznie z firmami państwowymi.
Zdaniem prezesa ISE, to jednak nie do końca zależy od decyzji jednego czy drugiego ministerstwa. Jest to raczej kwestia decyzji rządu, czy Polska chce postawić na gaz łupkowy.
– Gaz z łupków to jest projekt większy niż elektrownia jądrowa w Polsce. To jest projekt na 15-20 lat, chyba że w ciągu kolejnych 2-3 lat okaże się, że ten projekt nas zupełnie nie interesuje. To jest decyzja przełomowa, nie tylko jednego rządu, ale decyzja na co najmniej jedno pokolenie – podkreśla ekspert.
Bank Pekao SA chce pozyskiwać 34 tys. klientów biznesowych rocznie

Bank Pekao SA postanowił skuteczniej zawalczyć o klientów biznesowych. Przekonać chce ich szeregiem dedykowanych przedsiębiorcom rozwiązań. Partnerami banku zostali home.pl, Microsoft, Google, BIG InfoMonitor oraz Allianz Direct. – Chcielibyśmy dzięki temu osiągać cel, jakim jest 34-40 tysięcy nowych klientów rocznie – podkreślają przedstawiciele banku.
– Po raz pierwszy tak duże firmy jak Microsoft czy Google decydują się na partnerstwo z bankiem – podkreśla Dariusz Chrastina, dyrektor operacyjny Pekao SA. w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Chcemy świadczyć naszym klientom dodatkowe usługi, nie tylko finansowe. Chcemy, żeby nasi klienci postrzegali bank jako prawdziwego partnera.
Bank i jego partnerzy chcą ułatwić małym i średnim firmom stworzenie strony internetowej, zareklamowanie się w sieci, zbadanie kondycji finansowej kontrahenta czy zawarcie umowy ubezpieczeniowej z jednym z partnerów programu na preferencyjnych warunkach.
Pekao SA, konstruując najnowszą ofertę opierał się na ostatnim raporcie na temat e-gospodarki, z którego wynika, że jakiekolwiek działania reklamowe czy marketingowe w internecie podejmuje niespełna 50 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. Tyle samo ma swoją stronę internetową. Sześciu na dziesięciu przedsiębiorców zarządza firmą, wykorzystując przy tym specjalistyczne oprogramowanie.
– Chcemy wspierać naszych klientów w ramach innowacyjności. Jest to dla nas bardzo ważne i dlatego chcemy iść tą drogą – mówi Emanuele Cacciatore, dyrektor zarządzający Pekao SA. – Jest to projekt, który chcemy rozwijać.
Dlatego prowadzone są rozmowy z innymi podmiotami, które być może dołączą do programu. Bank ma nadzieję, że dzięki ofercie uda mu się pozyskać nowych klientów biznesowych.
– Chcielibyśmy dzięki tej nowej usłudze zrealizować nasz cel roczny, który wynosi 34 tys. nowych klientów – mówi Cacciatore.
Oferta Pekao SA skierowana jest głównie do mikro i małych przedsiębiorstw, zatrudniających do 49 osób, których przychody nie przekraczają 20 mln zł. Bank obsługuje ich dzisiaj około 200 tysięcy.
Prezes JSW: Kraje UE wywierają presję na redukcję CO2, bo szukają rynków zbytu na swoje technologie ekologiczne

– Węgiel ostatnio jest „chłopcem do bicia” i stał się elementem gry interesów rozwiniętych państw, które szukają rynków zbytu dla technologii atomowych lub źródeł odnawialnych – uważa prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Prognozuje, że węgiel będzie stopniowo zastępowany przez inne źródła energii, nim to jednak nastąpi trzeba zwiększyć efektywność rodzimego górnictwa, a sam proces redukcji emisji CO2 powinien przebiegać wolniej niż proponuje UE.
– Kraje bogate mają technologię atomową lub związaną z wiatrakami czy fotoogniwami. I jeśli mocno pod hasłem ekologii stawia się warunek przemodelowania systemu energetycznego, nie dając na to odpowiedniego czasu, to śmiem postawić tezę, że te kraje kreują sobie rynek zbytu na te technologie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Zagórowski, prezes zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej.
Dlatego, jego zdaniem, węgiel w ostatnich latach stał się „chłopcem do bicia”, a na kraje, których mix energetyczny opiera się głównie na tym surowcu, wywierana jest silna presja na zmiany. Podkreśla, że potrzeba więcej czasu, by zmienić model energetyki na bardziej przyjazny środowisku.
– Wywierana presja nie powinna być tak mocna, ponieważ trzeba wziąć pod uwagę historyczny rozwój systemów energetycznych w naszych państwach. W Polsce, w Niemczech są one oparte o węgiel, bo ten surowiec był w naszych zasobach. W Skandynawii mamy wodę, w Danii wiatr. Próba przykładania tej samej miary do wszystkich krajów jest nieuczciwe – uważa prezes węglowej spółki.
Podkreśla, że nie ma złudzeń, że węgiel będzie zastępowany, również w Polsce, innymi źródłami energii, ponieważ jego zasoby stopniowo będą się wyczerpywać.
– To nie jest zasób odnawialny, więc ja też jestem zainteresowany, żeby ten węgiel był zastępowany. Jestem przekonany, że jeszcze przez dziesiątki lat będzie miał główną pozycję. Nie eliminujmy tego surowca w sposób bezwzględny, natychmiastowy. Pod hasłem dekarbonizacja powinniśmy rozumieć eliminację CO2, a nie węgla z naszego otoczenia – mówi Jarosław Zagórowski. – Powinniśmy iść w kierunku wykorzystania węgla w gospodarce, ale przy wyższych sprawnościach.
Problemem jest jednak spadająca opłacalność wydobycia węgla z polskich kopalń. Z analizy Fundacji InE (Instytut na rzecz Ekorozwoju) wynika, że ceny tego surowca spadają na rynku międzynarodowym od września 2011 roku. W ostatnim sezonie zimowym cena 1 tony tce (tce to ekwiwalent węgla) wynosiła 85–86 dolarów, tj. około 9 zł za GJ energii. Polskie elektrownie płacą za krajowy węgiel 12,4 zł/GJ. Koszty wydobycia rosną, a rok 2013 ma być, według prognoz InE, szczególnie trudny dla Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego z powodu szybko rosnącego importu i dalszego spadku cen na świecie.
– Węgiel będzie nam jeszcze potrzebny, natomiast powstaje pytanie, czy to będzie węgiel polski. Będzie on rodzimy, jeżeli nasze górnictwo przejdzie odpowiedni proces zmian i zostanie zwiększona efektywność wydobycia. Jeśli nie wytrzymamy zagranicznej konkurencji, jeśli nie będziemy potrafili obniżyć kosztów, to obawiam się, że węgiel będzie jeszcze głównym nośnikiem energii przez najbliższe lata, ale może to nie być polski węgiel – przestrzega prezes JSW.
Szef resortu gospodarki Janusz Piechociński zapowiedział, że przeprowadzany w ostatnich miesiącach w spółkach węglowych audyt pozwoli na opracowanie działań naprawczych w kopalniach należących do Skarbu Państwa tak, by umożliwić osiągnięcie trwałej rentowności sektora węglowego.
– Mamy bardzo konkurencyjny rynek, jeśli chodzi o ceny węgla, musimy więc się do tego dostosować. Jest wiele obszarów w polskim górnictwie, gdzie możemy podnieść efektywność, wykorzystać maszyny, kompetencje naszych pracowników i ograniczyć koszty – zwraca uwagę Jarosław Zagórowski.
Rachunki za prąd w firmach mogą być niższe o 40 proc.

Renegocjowanie ceny energii z przedsiębiorstwem dostarczającym prąd nie jest jedyną możliwością obniżenia rachunku. Dzięki dostosowaniu warunków umowy do potrzeb i specyfiki przedsiębiorstwa, możliwe są oszczędności wynoszące nawet do 40 proc.
– Cena energii wcale nie jest pierwszą zmienną, na którą się patrzy. Oszczędności płyną z każdego elementu polityki energetycznej danej firmy – zapewnia Przemysław Książczyk, członek zarządu Energii dla firm. – Szacujemy, że oszczędności mogą sięgnąć około kilkudziesięciu procent . Czasami jest to 20, a czasem nawet 40 proc.
Od lipca 2007 roku wszyscy odbiorcy energii elektrycznej w Polsce mają prawo do zmiany sprzedawcy. Na rynek weszły nowe firmy, a większa konkurencja na liberalizującym się rynku sprawiła, że odbiorcy mogą obniżać wysokość swoich rachunków.
Energia dla firm w prawie 90 proc. bazuje na energii wytwarzanej z węgla. Mimo to Książczyk nie podziela obaw części polskiego przemysłu, że prace nad nowelizacją dyrektywy o Systemie Handlu Emisjami (ETS) – tzw. backloading, mający doprowadzić do wzrostu cen za emisję CO2 – przełoży się na wyższe stawki za energię. Podobnie jak wycofanie wsparcia dla biomasy przez polski rząd, które miało miejsce kilka miesięcy temu.
– Rynek już to zdyskontował i nie odnotowaliśmy znaczącego wpływu na wycenie energii czarnej. Było to widoczne w instrumentach pochodnych, jak zielone, żółte czy pomarańczowe certyfikaty – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Książczyk.
Energia dla firm jest sprzedaje energię elektryczną od 2010 roku. Z usług firmy korzysta ponad 25 tys. klientów. Firma wchodzi również na liberalizujący się rynek gazu. Chce przy wykorzystaniu dziś używanych kanałów sprzedawać gaz dla małych i średnich przedsiębiorstw.
– Bliżej jest nam do łączonej oferty na energię i gaz niż do jednoczesnego oferowania pakietów telekomunikacyjnych i energii. Nasza oferta dla klienta będzie pełniejsza, gdy będziemy posiadać energię i gaz. Łączenie sprzedaży energii i usług telekomunikacyjnych ma większe prawdopodobieństwo sukcesu w przypadku klienta indywidualnego niż biznesowego, gdzie oprócz ceny liczą się również jego potrzeby, profil działalności czy usługi doradztwa w zakresie polityki energetycznej – wyjaśnia Książczyk.
Obciążony długami spadek można odrzucić. Nie da się go zrzec na rzecz wybranej osoby.

Zaletą sporządzenia testamentu jest swoboda decydowania, komu chce się przekazać majątek, a także to, że spadkodawca może w każdej chwili odwołać zarówno cały testament, jak i jego poszczególne postanowienia. Bliscy spadkodawcy mogą uniknąć zapłacenia podatku od nabycia spadku, o ile zdążą w wymaganym terminie. Spadek z długami można odrzucić, ale nie w każdym wypadku jest to możliwe.
– Osoby zaliczone do tak zwanej grupy zerowej: dzieci, wnuki, rodzeństwo i rodzice w ogóle nie podlegają opodatkowaniu, czyli podatek jest według skali 0 proc., jeżeli w terminie 6 miesięcy od dnia stwierdzenia nabycia spadku zgłoszą się do urzędu skarbowego i zgłoszą spadek do opodatkowania – wyjaśnia notariusz Leszek Zabielski.
Osoba należąca do najbliższej rodziny, którą spadkodawca pominął w testamencie, ma prawo do zachowku. Zachowek polega na tym, że dzieciom, małżonkowi oraz rodzicom spadkodawcy, którzy mieliby ustawowe prawo do spadku, należy się dwie trzecie wartości udziału spadkowego, który by mu przypadał przy dziedziczeniu ustawowym, jeżeli uprawniony jest trwale niezdolny do pracy albo jeżeli uprawnione dziecko jest małoletnie; w innych zaś wypadkach – połowa wartości tego udziału.
– Taki zachowek w polskim prawie wynosi połowę tego, co bym dostał, gdybym dziedziczył. Na konkretnym przykładzie: Henio Malinowski ma piekarnię i tylko jednego syna, a całą piekarnię zapisał pięknej blondynie. Otóż syn Heńka Malinowskiego, gdyby nie ten testament, dziedziczyłby całą piekarnię. W konsekwencji może wystąpić do tej pani o zachowek odpowiadający wartości połowy piekarni – tłumaczy Leszek Zabielski.
Odrzucenie spadku z długami
Przepisy dopuszczają możliwość odrzucenia spadku, obarczonego długami spadkodawcy.
– Jeżeli stwierdzam, że pasywa spadku, czyli długi, przewyższają jego wartość, to oczywiście mogę spadek odrzucić. Odrzucenie może nastąpić tylko w okresie sześciu pierwszych miesięcy. Milczenie przez sześć miesięcy oznacza, że spadek przyjąłem i odrzucić go nie mogę. Natomiast polskie prawo zabrania przyjmowania aktywów spadku, a odrzucania pasywów. Mogę albo cały spadek przyjąć z aktywami i długami, albo cały spadek odrzucić – wyjaśnia Leszek Zabielski.
Nie można zrzec się spadku na rzecz innej osoby, ale jego odrzucenie ma swoje konsekwencje dla dalszych spadkobierców.
– Jeśli odrzucam spadek, to prawo uważa mnie za osobę, która nie dożyła otwarcia spadku. Na moje miejsce wchodzą moje dzieci; jeżeli dzieci odrzucą, to na ich miejsce wchodzą wnuki i tak dalej. Jeżeli wszyscy w linii prostej go odrzucą, to spadek przejdzie na tych z linii bocznej: rodzeństwo, dzieci rodzeństwa, wnuki rodzeństwa i tak dalej – tłumaczy Leszek Zabielski.
Jeśli wszyscy spadkobiercy odrzucą spadek, przejmuje go gmina. W niektórych wypadkach sąd może orzec o bezskuteczności odrzucenia spadku z długami. Chodzi o ochronę praw wierzycieli, którzy mają prawo dochodzić zaspokojenia wierzytelności z majątku spadkowego.
– Polskie prawo zabrania konstrukcji spadków nieobjętych – ktoś spadek musi objąć. Na końcu tym kimś jest gmina.. Gdyby zaś się okazało, że nasze odrzucenie spadku ma na celu tylko i wyłącznie pokrzywdzenie wierzycieli, to wierzyciel ma taką drogę prawną, która uznaje nasze odrzucenie spadku za bezskuteczne. I gdyby sąd uznał, że nasze odrzucanie spadku jest bezskuteczne, wtedy odpowiadalibyśmy za długi spadkowe mimo odrzucenia spadku – reasumuje Leszek Zabielski.
Formy testamentu
Kodeks cywilny przewiduje kilka form sporządzania testamentu zwykłego.
– Polskie prawo przewiduje, że testament można sporządzić u notariusza, ale także własnoręcznie. Przy tej drugiej formie spadkodawca sporządza testament pismem własnoręcznym, czyli sam pisze datę, kto, komu, co zapisuje i go podpisuje. Testament własnoręczny ma taką samą moc prawną jak testament notarialny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes notariusz Leszek Zabielski.
Pod względem mocy dowodowej testament własnoręczny ma mniejszą moc i łatwiej go podważyć niż ten zawarty przed notariuszem.
Jeszcze inną formą testamentu zwykłego jest testament tzw. allograficzny. Jego sporządzenie polega na tym, że spadkodawca w obecności dwóch świadków oświadcza swoją ostatnią wolę ustnie wobec wójta (burmistrza, prezydenta miasta), starosty, marszałka województwa, sekretarza powiatu albo gminy lub kierownika urzędu stanu cywilnego. To oświadczenie spadkodawcy spisuje się w protokole z podaniem daty jego sporządzenia. Protokół odczytuje się spadkodawcy w obecności świadków. Protokół powinien być podpisany przez spadkodawcę, przez osobę, wobec której wola została oświadczona oraz przez świadków. Jeżeli spadkodawca nie może podpisać protokołu, np. z powodu choroby, należy to zaznaczyć w protokole ze wskazaniem przyczyny braku podpisu.
Kodeks cywilny dopuszcza także możliwość sporządzenia testamentu szczególnego, jeżeli zachodzi obawa szybkiej śmierci spadkodawcy albo w sytuacji, gdy zachowanie zwykłej formy testamentu jest niemożliwe lub bardzo utrudnione. W takim wypadku spadkodawca może oświadczyć ostatnią wolę ustnie przy jednoczesnej obecności co najmniej trzech świadków.
Przedsiębiorcy z Mazowsza mają szansę na pół miliona preferencyjnej pożyczki na rozwój biznesu

Mikro, małe oraz średnie przedsiębiorstwa z woj. mazowieckiego mogą jeszcze skorzystać z unijnych pieniędzy z kończącej się perspektywy unijnej 2007-2013. Zasilane nimi są m.in. tanie pożyczki na rozwój biznesu z Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego (MRFP). Jego prezes podkreśla, że o pożyczkę może starać się każdy przedsiębiorca, bez względu na to, czy prowadzi już swoją działalność, czy dopiero ma zamiar ją rozpocząć.
Pod koniec października Mazowiecki Regionalny Fundusz Pożyczkowy podpisał umowę z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, stając się pośrednikiem finansowym w pilotażowym programie rozwoju przedsiębiorczości wśród studentów i absolwentów. Oznacza to, że będzie dysponował środkami na udzielanie pożyczek na rozpoczęcie działalności gospodarczej w kwocie do 60 tys zł . To jednak nie jedyny program z udziałem środków unijnych, który fundusz adresuje do przedsiębiorców.
– Udzielamy pożyczek dla wszystkich pozostałych, to nie dotyczy wyłącznie absolwentów, w ogóle wszystkich osób prowadzących działalność, bądź chcących rozpocząć działalność, bez względu na to, czy są studentami, czy nie, mogą o takie pożyczki się starać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Sypuła, prezes Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego.
O środki w kwocie od 20 tys zł do 500 tys. zł mogą wnioskować wszyscy przedsiębiorcy z Mazowsza w ramach projektu „Mazowiecki Program Pożyczkowy dla Mikro, Małych i Średnich Przedsiębiorstw” współfinansowanego przez UE. Warunkiem uzyskania pożyczki jest wkład własny w wysokości 5 proc. wnioskowanych środków.
– Oprocentowanie od 4,18 do 7,18 proc. na długi czas, bo do pięciu lat z sześciomiesięcznym okresem karencji – wymienia prezes funduszu. – Biorąc pod uwagę uwarunkowania rynkowe są to bardzo korzystne pożyczki.
Choć kryzys znacząco osłabił akcję kredytową przedsiębiorstw, preferencyjne warunki pożyczek z MRFP sprawiają, że cieszą się one wciąż sporą popularnością.
– Wszelkie przesłanki mówią, że wzrost gospodarczy powoli będzie się ożywiać. Myślę, że wrócimy do poziomu z poprzedniego roku, kiedy tych pożyczek było udzielanych zdecydowanie więcej – dodaje Sypuła.
Wśród branż, które najczęściej korzystają z preferencyjnego finansowania są m.in. handel, usługi, drobna wytwórczość i budownictwo. Tomasz Sypuła podkreśla, że na rynku bankowym przedsiębiorcy nie mają już szans pożyczyć pieniędzy na równie korzystnych warunkach jak te, które oferuje MRFP.
– Nie wydaje mi się, żeby to były warunki powszechne w bankach, szczególnie przy mniejszych pożyczkach. Sam okres udzielenia pożyczki – 5 lat – raczej w bankach przy pożyczkach obrotowych nie jest możliwy – tłumaczy.
Wnioskując o preferencyjną pożyczkę z Funduszu, nie można zalegać z należnościami wobec instytucji publiczno-prawnych, takich jak ZUS czy urząd skarbowy.
Na organizacji zimowych igrzysk przez Kraków skorzystałaby cała Polska

Starania Krakowa o organizację zimowych igrzysk w 2022 roku zaowocują wieloma korzyściami, takimi jak promocja polskiej turystyki, rozwój infrastruktury sportowej, a co za tym idzie również zimowych dyscyplin sportu – uważa Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Jego zdaniem, oprócz wielkich imprez trzeba się też skupić na propagowaniu sportu wśród młodych. To też oznacza inwestycje w infrastrukturę. Brakuje na przykład małych skoczni narciarskich dla początkujących sportowców.
O prawo do organizacji zimowych igrzysk i paraolimpiady w 2022 roku obok Krakowa ubiegają się również Pekin, Ałma–Ata, Lwów, Sztokholm i Oslo. Choć konkurencja jest spora, Polski Związek Narciarski w staraniach Krakowa pokłada bardzo duże nadzieje.
– Uważam, że te starania są celowe. Może to bardzo wypromować nasz kraj – to by dotyczyło całej Polski, ale również samego Krakowa i Małopolski i poprawiłoby stan infrastruktury sportowej i okołosportowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.
Uchwałę w sprawie ubiegania się o organizację igrzysk w Krakowie podjął rząd. Za projekt koncepcji imprezy oraz przygotowanie dokumentacji aplikacyjnej odpowiadają Polski Komitet Olimpijski i Słowacki Komitet Olimpijski, miasto Kraków oraz Komitet Konkursowy, powołany do tego celu we wrześniu.
Zdaniem Tajnera, atutem Polski jako gospodarza igrzysk może być współpraca ze Słowacją przy ich organizacji.
– Dwa kraje, których reprezentantem jest miasto Kraków – to jest główny atut, bo w tej chwili świat bardzo skłania się w kierunku integracji, współpracy pomiędzy krajami. Tutaj taka inicjatywa wystąpiłaby pierwszy raz w historii organizacji igrzysk olimpijskich – podkreśla Tajner.
Zdaniem szefa Polskiego Związku Narciarskiego, organizacja takiej imprezy przyczyniłaby się do dynamicznego wzrostu popularności zimowych dyscyplin sportu. Dodaje jednak, że ich rozwój w dużej mierze zależy od stanu infrastruktury do nich przeznaczonej.
– Tajemnica rozwoju sportu polega na tym, aby obiekty, służące do uprawiania poszczególnych dyscyplin były w każdej praktycznie miejscowości. Nie muszą być to obiekty wielkie, wystawne, ale obiekty technicznie przygotowane do tego, aby daną dyscyplinę sportu można było tam uprawiać, rozwijać w dobrych warunkach, i to jest ta podstawa – tłumaczy były trener polskich skoczków, m.in. Adama Małysza.
Podaje przykład skoków narciarskich – o ile w Polsce jest już dobrze rozwinięta infrastruktura dla zawodowców, przystosowana do międzynarodowych konkursów, o tyle nadal brakuje małych skoczni dla początkujących sportowców.
– W tej chwili trudno jest je uruchamiać tam, gdzie się uczy abecadła. Tak jest praktycznie w każdej wsi – podkreśla. – Tam, gdzie panują dobre warunki do uprawiania danej dziedziny sportu, gdzie jest dobry trener, dobra grupa młodzieży, tam powinna być infrastruktura podstawowa, skromna, ale odpowiadająca potrzebom.
Decyzja o wyborze gospodarza zimowych igrzysk oraz paraolimpiady w 2022 roku zapadnie podczas sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Kuala Lumpur 31 lipca 2015 roku.
Igrzyska miałyby być finansowane z budżetów jednostek samorządu terytorialnego, budżetów obu państw, a także ze środków przekazanych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski oraz od sponsorów.
Najbliższe zimowe igrzyska odbędą się natomiast w lutym 2014 r. w Soczi, a cztery lata później w południowokoreańskim Pyeongchang.
ENEA liderem w zakresie raportowania społecznej odpowiedzialności biznesu
Grupa Kapitałowa ENEA opublikowała raport CSR (społecznej odpowiedzialności biznesu) za rok 2012. Dokument powstał wg najnowszego, międzynarodowego standardu Global Reporting Initiative: GRI G4, na poziomie aplikacji „Core”. Proces raportowania został przeprowadzony w zgodzie z czterema zasadami standardu: uwzględniania Interesariuszy, istotności, kontekstu zrównoważonego rozwoju oraz kompletności. Dotąd tylko dwie firmy w Polsce przygotowały swoje raporty pozafinansowe zgodnie z tymi wytycznymi.
Na rynku mieszkaniowym niewielka poprawa, ale cały rok może być najsłabszy od początku kryzysu
Mimo kolejnego wzrostu zarówno liczby jak i wartości nowych kredytów hipotecznych o około 4% w III kwartale, rok 2013 prawdopodobnie będzie najgorszy dla rynku mieszkaniowego od początku kryzysu. Ostatni kwartał może poprawić te wyniki, bo będzie to ostatni okres przed wejściem kolejnej rekomendacji KNF, z drugiej strony wielu klientów może odłożyć decyzję o zakupie mieszkań do stycznia, kiedy startuje rządowy program „Mieszkanie dla Młodych” – takie wnioski płyną z najnowszej 17. edycji Raportu AMRON-SARFiN.
W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP, Jacek Furga, Prezes CPBiI, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości oraz Marcin Idzik z TNS Polska.
Początek 2013 roku nie był dla rynku mieszkaniowego powodem do optymizmu. Kolejne kwartały były coraz lepsze, ale te wzrosty prawdopodobnie okażą się zbyt małe, aby całoroczny wynik można uznać za pozytywny. W III kwartale wzrosła zarówno liczba jak i wartość nowych kredytów hipotecznych. Mimo to bieżące prognozy wskazują, że rok 2013 będzie gorszy niż nawet 2009, czyli do tej pory najsłabszy od początku kryzysu.
„Niewielka poprawa na rynku finansowania nieruchomości drugi kwartał z rzędu może oznaczać, że najgorsze jest już za nami. Tak, jak w poprzednim kwartale, zwiększeniu popytu sprzyjał niski poziom stóp procentowych, co pozwalało bankom na zaoferowanie tańszych kredytów hipotecznych. Część klientów odkłada jednak decyzję o zakupie mieszkania do stycznia 2014, kiedy rusza rządowy program Mieszkanie dla Młodych. Czas najwyższy na wprowadzenie w naszym kraju premiowanego systemu oszczędzania na cele mieszkaniowe. Wprowadzenie takiego rozwiązania oznacza zawarcie umowy społecznej stwarzającej realne szanse na uzyskanie upragnionego mieszkania w Polsce dla setek tysięcy naszych obywateli.”– mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich.
Trzeci kwartał 2013 roku zaowocował liczbą 45,8 tysięcy nowych kredytów o łącznej wartości 9,5 miliarda złotych, czyli odpowiednio o 3,84% kredytów hipotecznych więcej niż I kwartale na aż o 4,05% wyższej wartości.
Klienci starają się wykorzystać ostatnie miesiące przed wprowadzeniem kolejnej modyfikacji Rekomendacji S Komisji Nadzoru Finansowego. Zakłada ona, że od 1 stycznia 2014 roku nie będzie możliwe finansowanie 100% wartości mieszkania za pomocą kredytu, innymi słowy będzie wymagany wkład własny. Wyniki III kwartału pokazują wzrost wskaźnika LtV aż o 6 pkt. proc, do średniej wartości 80%.
„Przełom 2013 i 2014 roku będzie kolejnym okresem istotnych zmian na rynku mieszkaniowym. Wchodzi w życie nowa wersja rekomendacji S KNF oraz rusza rządowy program „Mieszkanie dla Młodych”. Oba te fakty będą miały istotne znaczenie dla kształtu rynku mieszkaniowego, ale stały i dynamiczny wymaga bardziej kompleksowych rozwiązań, jak stosowany w wielu krajach europejskich system kas oszczędnościowo-budowlanych. ”– dodaje Jacek Furga, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich, Prezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji.
Pengab: sezonowa stabilizacja
W listopadzie indeks Pengab osiągną podobną jak przed miesiącem wartość 25,7 pkt., wzrósł jednak r/r o 7,6 pkt. W środowisku bankowym dominują opinie o utrzymaniu dotychczasowej dynamiki wzrostu na podstawowych rynkach. Wskaźnik wyprzedzający wzrósł do 33,7 pkt. Na runku kredytów konsumpcyjnych r/r odnotowano poprawę jednak m/m, podobnie jak w przypadku kredytów mieszkaniowych nastąpiło sezonowe osłabienie dynamiki. Zdecydowanie poprawiła się sytuacja w przypadku depozytów zarówno osób indywidualnych jak i przedsiębiorstw. W półrocznym horyzoncie przewiduje się dalszą poprawę sytuacji na wszystkich monitorowanych rynkach. Systematycznie, lecz powoli poprawia się także ocena przyszłej sytuacji ekonomicznej kraju, przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych.
Dobre praktyki obsługi osób z niepełnosprawnościami
Sektor bankowy oraz Związek Banków Polskich prowadzi liczne działania, których celem jest poprawa jakości usług finansowych. Działania te mają doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy klienci banków będą cieszyć się wysokim, bezpiecznym i wygodnym poziomem obsługi.
Osoby z niepełnosprawnościami mają szczególne potrzeby jeśli chodzi o sposób oferowania usług bankowych, również w porównaniu do oczekiwań innych grup społecznych. Z powyżej wskazanych względów Zespół ds. obsługi osób z niepełnosprawnościami, działający w ramach Komitetu ds. Jakości Usług Finansowych przy Związku Banków Polskich podjął się wypracowania zasad dobrych praktyk w zakresie obsługi osób z niepełno sprawnościami.
Według wyników Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, prowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, liczba osób niepełnosprawnych powyżej 15 roku życia w 2012 r. roku wynosiła 3,46 mln. Oznacza to, że 10,84% ludności w wieku 15 lat i więcej, posiada prawne orzeczenie niepełnosprawności. Nieco ponad 2 mln osób niepełnosprawnych to grupa osób w wieku produkcyjnym. „Beneficjentami usług bankowych są osoby z niepełnosprawnościami, a więc nie tylko osoby posiadające prawne orzeczenie niepełnosprawności, ale także inne osoby z niepełnosprawnościami, które pomimo braku takiego orzeczenia zmagają się z problemami ze wzrokiem, słuchem czy też poruszaniem się. Do tej drugiej grupy autorzy projektu zaliczają przede wszystkim osoby starsze.” – wskazuje wiceprezes ZBP dr Mieczysław Groszek
Nowe przepisy dotyczące e-commerce od czerwca 2014 roku
Właściciele sklepów internetowych mają czas do czerwca 2014 roku, aby dostosować się do nowych przepisów dotyczących e-commerce. Zmiany wynikają z obowiązku implementacji w całej Unii Europejskiej dyrektywy regulującej między innymi sprzedaż w Internecie. Nowe prawo ma na celu zwiększenie ochrony konsumentów, czego skutkiem jest nałożenie na sklepy internetowe dodatkowych obowiązków, m. in. precyzyjnego informowania klientów o sposobach zapłaty, wszelkich dodatkowych kosztach i zasadach zwrotu towarów. Zdaniem ekspertów Kancelarii prawniczej Deloitte Legal zakres zmian jest na tyle szeroki, że już teraz właściciele sklepów internetowych, powinni rozpocząć dostosowywanie regulaminów e-sklepów do nowych przepisów.
Jak wynika z badań Deloitte, dynamizm wzrostu e-handlu w Polsce, podobnie zresztą jak w innych krajach europejskich, jest wyższy niż handlu w ogóle. Jednocześnie, konsumenci w dalszym ciągu mają problem z zaufaniem do robienia zakupów przez Internet. Z najnowszych danych Komisji Europejskiej wynika, że zaledwie 35 proc. Europejczyków kupujących przez Internet ma zaufanie do sprzedawców z innych krajów niż UE. Aż 41 proc. preferuje nabywanie towarów u sprzedawców ze swojego kraju, a tylko 11 proc. w e-sklepach mających siedzibę poza ich rodzimym państwem. „Dyrektywa 2011/83/UE z dnia 25 października 2011 r. w sprawie praw konsumentów ma ujednolicić przepisy we wszystkich krajach unijnych i zwiększyć zaufanie do e-handlu prowadzonego nie tylko w ojczystym kraju, ale także we wszystkich pozostałych w UE. Jednym słowem sklepy internetowe w Polsce, we Francji czy Wielkiej Brytanii będą miały podobne obowiązki wobec europejskiego konsumenta” – tłumaczy Anna Ostrowska-Tomańska, adwokat, Managing Associate w kancelarii Deloitte Legal.
Nowe przepisy muszą zostać uchwalone i ogłoszone do 13 grudnia 2013 r., a wejść w życie najpóźniej w czerwcu 2014 r. Rada Ministrów RP pracuje obecnie nad projektem nowej ustawy o prawach konsumenta. Polski prawodawca zdecydował się na wprowadzenie całej nowej regulacji i uchylenie dotychczasowych przepisów zawartych w ustawach o ochronie niektórych praw konsumentów oraz ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej. „Przy okazji wdrożenia dyrektywy, polski ustawodawca porządkuje system prawny w zakresie przepisów regulujących prawa konsumenta. Ułatwi to z jednej strony ustalenie praw konsumentów i obowiązków sprzedawców, które dotychczas rozproszone były po wielu aktach prawnych, ale z drugiej strony rodzi pytanie czy nowe przepisy będą interpretowane podobnie do poprzednio obowiązujących” – mówi Tomasz Rutkowski, Radca Prawny, Managing Associate w kancelarii Deloitte Legal.
Według nowych przepisów konsument musi uzyskać przejrzystą i wyczerpującą informację o cenie produktu i jej wszystkich składnikach, wszelkich dodatkowych kosztach oraz zasadach zwrotu towarów. Istotną zmianą będzie również wydłużenie czasu na odstąpienie od umowy zawartej na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa – będzie on wynosił 14 dni od dnia otrzymania towaru. W Polsce termin ten dotychczas wynosił 10 dni. Dodatkowo, w przypadku odstąpienia od umowy przez konsumenta, przedsiębiorca będzie zobligowany do zwrotu zapłaconej przez niego sumy w terminie 14 dni. Co ważne, zwrot kosztów będzie obejmował również koszty wysyłki.
Klienci dokonujący zakupów online nie będą musieli ponosić kosztów dodatkowych, jeżeli nie zostaną o nich poinformowani odpowiednio wcześniej przed złożeniem zamówienia. Przedsiębiorcy będą musieli dostarczyć towar „bez zbędnej zwłoki”, czyli nie później niż 30 dni od daty zawarcia umowy. To sprzedawca będzie musiał zadbać, aby konsument w momencie składania zamówienia wyraźnie przyjął do wiadomości, że zamówienie pociąga za sobą obowiązek zapłaty. W konsekwencji przycisk służący do składnia zamówienia musi być oznaczony w czytelny sposób np. przy użyciu słów „zamówienie z obowiązkiem zapłaty”. Dodatkowo dyrektywa nakazuje wprowadzenie jednolitego dla całej UE formularza odstąpienia od umowy, wyeliminowanie opłat za korzystanie z kart kredytowych i infolinii prowadzonych przez przedsiębiorców. W Polsce wydłużony zostanie również termin, w którym konsument będzie mógł skorzystać z domniemania istnienia wady w chwili zakupu. Domniemanie to będzie działać, jeżeli wada ujawni się w ciągu roku (a nie jak dotychczas w ciągu 6 miesięcy) od dnia wydania rzeczy kupującemu.
Polską specyfiką będzie również konieczność stosowania ochrony konsumentów na poziomie dyrektywy w transakcjach o wartości od 50 złotych, podczas gdy próg wyznaczony przez dyrektywę wynosi 50 euro.
Podobnie jak dotychczas, to sprzedawca a nie np. producent czy dystrybutor, będzie odpowiedzialny wobec konsumenta za wadę polegającą na niezgodności towaru z zapewnieniami składanymi w ramach reklamy czy promocji. „Zakres odpowiedzialności nałożonej na sprzedawcę wykracza niejednokrotnie poza konsekwencje jego własnych działań, a jednocześnie nie zostają mu przyznane skuteczne narzędzia dochodzenia roszczeń wobec podmiotów, od których sam nabył sprzedawane konsumentom produkty. Dodatkowo przepisy o regresie – jako regulacja polska, a nienarzucona ze strony dyrektywy unijnej – nie będą obowiązywały zagranicznych dostawców, więc przepis ten będzie miał znaczenie jedynie w Polsce. Sprawa będzie jeszcze trudniejsza, jeżeli nabyte towary pochodzą spoza Unii Europejskiej” – tłumaczy Anna Ostrowska-Tomańska. Celem dyrektywy z 2011 r. było zwiększenie sprzedaży transgranicznej i wzmocnienie zaufania konsumentów do handlu elektronicznego. Trudno ocenić, czy diagnoza potrzeb rynku e-commerce sprzed kilku lat była trafna i zachowuje aktualność do dziś, z pewnością jednak, dopóki konsumenci będą największymi beneficjentami zmian, dopóty sprzedawcy końcowi będą tymi zmianami najbardziej obciążeni.
”Sprzedawca, żeby ograniczyć swoje ryzyko musi przede wszystkim wiedzieć, jakie ciążą na nim obowiązki wobec konsumentów i zadbać o to, aby obowiązujące u niego zasady sprzedaży, a także sam sposób przekazywania informacji konsumentom, były zgodne z przepisami. W ten sposób może wykluczyć przynajmniej ryzyko grzywny za popełnienie wykroczenia polegającego na niespełnianiu obowiązków informacyjnych, czy kary za stosowanie niedozwolonych klauzul umownych nakładanej przez UOKiK. W miarę możliwości sprzedawca końcowy powinien także w odpowiedni sposób kształtować umowy ze swoimi dostawcami starając się przynajmniej część ryzyka sprzedaży konsumenckiej przerzucić na swoich poprzedników w łańcuchu dostaw” – podsumowuje Tomasz Rutkowski.
Zgoda KNF na powołanie Józefa Wancera na stanowisko prezesa Zarządu Banku BGŻ
Józef Wancer ukończył ekonomię w City College of New York (1971) oraz studia w dziedzinie zarządzania i stosunków interpersonalnych na Webster University w Wiedniu (1983). Z bankowością związany jest od ponad 40 lat. Przez blisko 25 lat pracował w Citibanku w Nowym Jorku na stanowisku wiceprezesa oraz stanowiskach kierowniczych, m.in. w filiach tego banku w Japonii, Austrii, Wielkiej Brytanii i Francji. Na początku lat 90. zajął się działalnością menedżerską w Polsce. Był niezależnym konsultantem współuczestniczącym w tworzeniu Citibanku w Warszawie. W 1992 roku organizował Bank Rolno-Przemysłowy, a w latach 1993–1994 był dyrektorem generalnym firmy Legler Polonia. W latach 1995–2000 był wiceprezesem, a potem prezesem zarządu Raiffeisen Centrobank w Warszawie. W latach 2000–2010 był prezesem Banku BPH, gdzie pod jego kierownictwem zrealizowane zostały liczne projekty w tym m.in. fuzja z PBK, podział Banku BPH oraz fuzja z GE Money Bank. Od 2010 roku do powołania w skład Zarządu Banku BGŻ pracował jako doradca zarządu Deloitte w Polsce oraz od 2011 roku zasiadał w radzie nadzorczej Alior Banku (do 5 września 2013 roku). Obecnie jest członkiem rady nadzorczej Gothaer Towarzystwo Ubezpieczeń SA oraz KRUK SA. Zasiada w kapitule Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP. Jest członkiem rady i przewodniczącym komisji finansowej Fundacji Auschwitz-Birkenau, przewodniczącym Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce oraz członkiem rady Business Centre Club.
Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie bankowości w okresie transformacji Józef Wancer został odznaczony w 2005 roku Złotym Krzyżem Zasługi oraz w 2011 roku Orderem Odrodzenia Polski Polonia Restituta.
Prezydent B. Komorowski leci w rejon Zatoki Perskiej

Prezydent Bronisław Komorowski planuje w grudniu wizytę w Arabii Saudyjskiej, Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Dzięki niej ma wzrosnąć wymiana handlowa pomiędzy tymi krajami a Polską. To szansa dla przemysłu spożywczego, zbrojeniowego, farmaceutycznego, a także sektora budowlanego. Za kilka miesięcy w Dubaju otwarte zostanie polskie przedstawicielstwo handlowe, którym pokieruje osoba z otoczenia PAIiIZ.
– Wyjazd prezydenta Bronisława Komorowskiego do Arabii Saudyjskiej, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest kontynuacją otwarcia na obszary nowych rynków działalności ekonomicznej. Polska już jest bardzo istotnym partnerem dla tych krajów, szczególnie na rynku żywnościowym. Jest również potencjalnie zainteresowana eksportem do niektórych z tych krajów w zakresie techniki i technologii uzbrojenia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.
Obecnie wymiana handlowa pomiędzy Polską a krajami arabskimi jest stosunkowo niewielka, choć szybko rośnie. Zgodnie z danymi GUS, w pierwszym półroczu tego roku w handlu z Arabią Saudyjską Polska odnotowała nadwyżkę handlową w wysokości 102 mln euro, z Katarem – blisko 5 mln euro, a ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi – 225 mln euro. Szczególnie szybko rośnie eksport do ZEA – w porównaniu z pierwszym półroczem 2012 r. wzrósł o prawie 72 proc.
Dziekoński podkreśla jednak, że chodzi nie tylko o handel, ale również o przyciągnięcie inwestycji do Polski. Spółki z Bliskiego Wschodu mogą być zainteresowane długoterminowymi kontraktami w obszarach energetyki czy wysokich technologii, ale także w przemyśle. Minister ocenia, że połączenie bliskowschodniego kapitału z polskimi możliwościami produkcyjnymi stworzyłoby szansę na eksport towarów na inne rynki, m.in. do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki.
– Obecność przedstawicieli polskiego biznesu będzie swoistym znakiem aktywności, jednocześnie przewidywane są trzy fora gospodarcze – dodaje Dziekoński. – Z prezydentem lecą m.in. przedstawiciel polskiego przemysłu farmaceutycznego, cieszącego się dużym zainteresowaniem w tych krajach szeroko rozumianego przemysłu żywnościowego i budownictwa – z racji planowanych przedsięwzięć takich jak Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Katarze w 2022 r.
Dodaje, że po wizycie prezydenta można spodziewać się organizacji kolejnych spotkań gospodarczych, a także wzrostu aktywności polskich firm w regionie. Poza firmami z sektora energetycznego i żywnościowego zainteresowane Bliskim Wschodem są także przedsiębiorstwa sprzedające produkty luksusowe, meble, a także jachty.
Efektem wizyty ma być też otwarcie w Dubaju w perspektywie kilku miesięcy przedstawicielstwa Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Ministerstwa Gospodarki.
– Będzie to z pewnością silny ośrodek wsparcia dla polskich przedsiębiorców w tym regionie i możliwości rozwoju polskiej gospodarki – zapowiada Dziekoński.
Z usług WPHI będą mogły korzystać wszystkie zainteresowane przedsiębiorstwa. Przedstawicielstwo będzie oferowało m.in. pomoc w organizowaniu wydarzeń promocyjnych, a także przy kontaktach z potencjalnymi kontrahentami w Dubaju.
Polskie Inwestycje Rozwojowe: Do końca roku chcielibyśmy mieć podpisane 3-4 umowy z firmami
Polskie Inwestycje Rozwojowe zapowiadają, że jeszcze w tym roku zostaną zawarte dwa lub trzy kolejne porozumienia dotyczące inwestycji infrastrukturalnych. Jedna z nich ma szansę zakończyć się umową inwestycyjną w pierwszym kwartale 2014 roku, podobnie jak domknięcie projektu z Lotosem. Na razie wiadomo jedynie, że nowe inwestycje, w które zamierza zaangażować się PIR, będą spoza z branży paliwowo-gazowej.
– Liczymy bardzo, że dwa, a może nawet trzy projekty uda nam się w takim samym stadium zaprezentować rynkowi, jak mieliśmy możliwość z robić to w przypadku złoża B8 Lotosu półtora miesiąca temu, czyli na stosunkowo wczesnym etapie, ale już jednak wystarczająco solidnym, by sądzić że transakcja taka ma szansę się zrealizować – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Grendowicz, prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych.
Porozumienia miałyby zostać zawarte jeszcze w tym roku.
– Myślę że zakończymy ten rok z trzema, może czterema transakcjami, które zaprezentowaliśmy i zaprezentujemy rynkowi – zaznacza prezes PIR. – Są to branże inne niż ta, z którą mamy do czynienia w przypadku złoża B8, czyli nie będzie to ropa ani gaz.
Polskie Inwestycje Rozwojowe (PIR) dążą obecnie do podpisania umowy inwestycyjnej z Lotosem na współfinansowanie energetycznego projektu złoża B8. Porozumienie w tej sprawie państwowa spółka podpisała w październiku.
– Mówimy cały czas o bardzo wstępnych etapach przygotowań, bo umowa z Lotosem podpisana półtora miesiąca temu była porozumieniem zmierzającym ku inwestycji, lecz nie była to jeszcze umowa inwestycyjna – tłumaczy Mariusz Grendowicz.
Chodzi o inwestycję polegającą na uruchomieniu i eksploatacji złoża ropy naftowej na Morzu Bałtyckim, która ma wzmocnić bezpieczeństwo energetyczne kraju. To pierwszy projekt infrastrukturalny, w który zaangażował się PIR. Harmonogram inwestycji zakłada, że umowa inwestycyjna zostanie podpisana w pierwszym kwartale 2014 roku, a uruchomienie produkcji ropy naftowej nastąpi na koniec 2015 roku.
– Mamy nadzieję, że podpiszemy z Lotosem umowę inwestycyjną w okolicach pierwszego kwartału przyszłego roku. Kawał pracy został już wykonany – dodaje prezes PIR.
Z założeń państwowej półki wynika, że na mocy wszystkich porozumień zawartych w tym roku, umowy inwestycyjne zostaną podpisane w przyszłym roku. Ich wartość ma wynieść około miliarda złotych. W przypadku najlepiej przygotowanych projektów, istnieje możliwość zrealizowania ich jeszcze w tym samym roku.
– Jeden z nich jest realizowany przez podmiot prywatny, a zatem nie mamy wymogów ustawy o zamówieniach publicznych. W tego typu przypadkach będziemy mieli możliwość szybszej realizacji projektów, bo nie będą wymagać bardzo długotrwałych procesów przetargowych – wyjaśnia Mariusz Grendowicz.
Ambitne plany PIR zakładają realizację nawet pięciu inwestycji rocznie. Mariusz Grendowicz ocenia je jako optymistyczne, ale również realne.
Powołana do pobudzania słabnącej gospodarki spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe docelowo ma zarządzać 10 mld zł, które pozyska ze sprzedaży akcji państwowych spółek.
Dariusz Seliga (PiS): Polski rząd nie ma strategii rozwoju polskiej armii
Dariusz Seliga, poseł PiS, członek Komisji Obrony Narodowej zarzuca rządowi brak koncepcji modernizacji armii i podkreśla słabość pozycji ministra obrony. Jego zdaniem świadczy o tym znaczące obniżenie budżetu MON, jak i zamieszanie związane z warunkami przetargu na nowe okręty podwodne dla polskiej Marynarki Wojennej.
– Premier polskiego rządu nie mówi na temat polskiego bezpieczeństwa, na temat filozofii polskiej armii, na temat tego, jak to bezpieczeństwo miałoby wyglądać za 5, 10 czy 20 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Seliga, poseł PiS, członek Komisji Obrony Narodowej. – To pokazuje, że zainteresowanie rządu polską armią jest słabe.
Seliga zarzuca rządowi brak strategii dotyczącej przyszłości polskiej armii. Jego zdaniem jednym z dowodów na to jest zamieszanie z przetargiem na trzy nowe okręty podwodne dla Polski. Pierwotne kryteria wykluczyły z postępowania niemiecką ofertę, teraz MON zasygnalizował, że analizuje ich zmianę.
– Możemy sobie tylko wyobrazić, jakie musiały być naciski, żeby te postanowienia i uwarunkowania zmienić. Jeżeli zostaną zmienione, to będzie to potwierdzenie i dowód na to, że tej strategii nie ma. Jeżeli byłaby spójna, twarda strategia i byśmy wiedzieli, czego chcemy, to nie możemy zmienić przetargów i nie możemy zmienić całkowicie filozofii zakupowej – mówi poseł PiS.
Jego zdaniem problemem są nie tylko okręty, a cała modernizacja armii oraz jej finansowanie. Seliga krytykuje ministra obrony za to, że budżet ministerstwa po nowelizacji w tym roku został zmniejszony o 3,1 mld zł. Zdaniem posła, pozycja ministra Tomasza Siemoniaka jest słaba.
– To są pieniądze, którą będą czymś skutkowały. Boję się myśleć czym, bo to mogą być pieniądze zabrane z projektów rozwojowych polskiej armii – mówi Seliga. – To, że minister obrony zgodził się na to, żeby pieniądze z budżetu, za który on odpowiada, zabrać, świadczy dla mnie, mimo sympatii do pana ministra, o tym, że jego pozycja polityczna jest słaba. Nie ma drugiego ministerstwa, któremu by zabrano tyle pieniędzy.
Zdaniem rozmówcy Newserii Biznes, ograniczenie wydatków na armię w połączeniu z wycofywaniem polskich żołnierzy z misji pokojowych będzie oznaczało znaczące pogorszenie się stanu armii.
– Te misje dawały polskim żołnierzom pewne doświadczenie. Chociaż minister Koziej, szef BBN, będzie zapewniał, że strategia dla armii jest, ale proszę mi wierzyć, że strategia NATO a strategia polskiego rządu, jeśli chodzi o obronność, mimo pewnej spójności, to są dwie różne rzeczy – uważa Seliga. – Musimy wiedzieć, że są takie momenty w działaniach w polityce, że państwo jest zdane samo na siebie. I wszystkie te działania związane z bezpieczeństwem powinny dążyć do tego, żebyśmy byli w stanie sami sobie dawać radę.
Prezes Gaz-System: Za cztery lata Polska może być w 100 procentach uniezależniona od Rosji pod względem dostaw gazu

W 2018 roku Polska będzie miała infrastrukturę pozwalającą na sprowadzenie całości potrzebnego importu gazu z innych kierunków niż rosyjski. Dzięki inwestycjom w sieć przesyłową już dziś prawie połowę surowca możemy sprowadzać z innych krajów.
– Ostatnie trzy lata były dla Polski przełomowe. Jeszcze w 2011 roku mogliśmy kupić tylko 9 proc. całego importu z kierunku innego niż wschodni, czyli innego niż Gazprom. I to nie wiązało się z długoterminowymi umowami, tylko po prostu z fizyczną możliwością dostarczenia gazu do Polski – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Chadam, prezes Gaz-Systemu.
Dziś 45 proc. importu gazu Polska może realizować spoza Rosji, w 2015 r. – zdaniem prezesa Gaz-Systemu – może to być 80 proc., a w 2018 r. – nawet 100 proc. Zwiększenie możliwości przesyłu gazu z różnych kierunków jest możliwe dzięki inwestycjom operatora, m.in. w rozbudowę połączenia z Niemcami, wybudowanie nowego połączenia z Czechami i uruchomienie tzw. rewersu wirtualnego na gazociągu Jamał.
– Gospodarka polska jest już w miarę zdywersyfikowana pod względem dostaw gazu, zmierzamy do tego, by to zróżnicowanie było pełne – zapowiada Jan Chadam. – Będzie to możliwe poprzez terminal LNG w Świnoujściu oraz po uruchomieniu dodatkowych połączeń, nad którymi pracujemy.
Budowa korytarza Północ-Południe ma zostać ukończona w 2018 roku. To zwiększy szanse Polski na wykorzystanie dobrego położenia geograficznego na trasie tranzytu gazu.
– Zakładam, że po wybudowaniu tej infrastruktury znaczna część pieniędzy, która będzie płynęła do spółki, do Polski, będzie pochodziła również z tranzytu gazu przez Polskę do innych krajów europejskich z wykorzystaniem również terminala LNG – podkreślał Chadam podczas Konferencji Energetycznej EuroPOWER, zorganizowanej przez MM Conferences.
Operator Gazociągów Przesyłowych Gaz-System jest firmą strategiczną dla polskiej gospodarki oraz bezpieczeństwa energetycznego kraju. Jej kluczowym zadaniem jest transport paliw gazowych siecią przesyłową na terenie całego kraju.
W przyszłym roku KGHM rozpocznie budowę kopalni Victoria w Kanadzie
Drugi najważniejszy projekt dla KGHM, budowa kopalni miedzi, niklu i platynowców w Kanadzie, ruszy w przyszłym roku. Dzięki projektowi Victoria znacząco spadną koszty wydobycia metali.
– Projekt Victoria jest na etapie studium wykonalności. Mamy już określone decyzje, np. środowiskowe, jest już wycięty las na obszarze planowanym pod lokalizację szybu. Mam nadzieję, że pod koniec przyszłego roku rozpoczniemy głębienie szybu dla Victorii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes zarządu, KGHM Polska Miedź.
To drugi, po chilijskim Sierra Gorda najważniejszy projekt KGHM International. W sierpniu tego roku, KGHM International zawarł porozumienie z globalnym potentatem górniczym, firmą Vale, dotyczące rozwoju projektu Victoria oraz sprzedaży rudy zakładom Vale w Sudbury w Kanadzie.
– Dzięki temu, że będziemy mogli budować szyb, lepiej rozpoznamy to złoże. Oczekujemy, że surowców będzie zdecydowanie więcej, głównie tych, na których nam szczególnie zależy, czyli platyny i palladu – wyjaśnia Herbert Wirth.
Rozpoczęcie produkcji na tym złożu planowane jest na przełomie lat 2018-2019. Bardziej zaawansowane są prace związane z budową kopalni w Sierra Gorda.
– To już ponad 70 proc. wszystkich robót budowlanych. Na przełomie marca i kwietnia w sensie fizycznym ta inwestycja zostanie wykonana. Rozruch będzie następował sukcesywnie, czy to pompowanie wody czy dostawy prądu – zapowiada Herbert Wirth.
Kopalnia ma zostać uruchomiona w drugim kwartale 2014 roku.
Jeśli plan zostanie zrealizowany i zgromadzone zostaną wystarczające środki, KGHM zacznie myśleć o kolejnych inwestycjach za granicą.
– Taka firma górnicza jak KGHM musi poszukiwać, musi nabywać, więc rozglądamy się – mówi Wirth. – Taką decyzję podejmiemy wtedy, gdy pokażemy, że Sierra Gorda jest rzeczywiście dobrze zrealizowanym projektem – dla uwiarygodnienia siebie i źródeł finansowania w przyszłości.
W grę wchodzą zarówno potencjalne akwizycje w Ameryce Południowej, jak i w Afryce.
– Mamy klucz krajów stabilnych politycznie. Na pewno nie będziemy wchodzili do państw o wysokim ryzyku politycznym. Mamy już partnera, który sam się zadeklarował, że chętnie z nami wejdzie w inne kraje ze względu na ich potencjał złożowy i to niekoniecznie w Ameryce Łacińskiej – zdradza Wirth.
Elektroniczna kostka DICE+ pierwszym polskim produktem w amerykańskich sklepach Apple

Elektroniczna kostka do gry DICE+ jako pierwszy polski produkt trafi do amerykańskiej sieci sklepów Apple Store. Urządzenie współpracuje z tabletami i umożliwia interaktywną zabawę dzięki kilkunastu aplikacjom z grami planszowymi. Jego twórcy liczą, że popularnością dorówna tradycyjnym kostkom do gier planszowych i sprzeda się w milionach sztuk.
– Jeśli rzucimy kostką obok tabletu, ona automatycznie przekaże wynik do urządzenia. Dzięki temu rozgrywka jest bardziej interaktywna i ciekawsza niż w przypadku gier, które skupiają się tylko i wyłącznie na tablecie. A co najważniejsze – pozwala dwóm osobom swobodnie grać na tablecie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Patryk Strzelewicz, jeden z pomysłodawców kostki DICE+.
Kostka DICE+ („dice” to po angielsku właśnie kostka do gry) to niewielkie urządzenie, przypominające dużą tradycyjną kostkę do gier. Ma wbudowanych sześć diod, akcelerometr, procesor, magnetometr oraz system komunikacji Bluetooth 4.0. Jak podkreślają producenci, dzięki licznym podzespołom obsługa kostki jest bardzo intuicyjna.
Urządzenie zostało po raz pierwszy zaprezentowane w 2012 r. Trzy miesiące temu kostka została wprowadzona do sprzedaży. Kluczowym momentem była przedpremierowa prezentacja na marcowych targach CeBIT w Hanowerze, gdzie kostką DICE+ zagrali premier Donald Tusk razem z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Wprowadzenie kostki do oferty Apple Store to przełomowe wydarzenie dla polskiego rynku IT.
– Po dwóch latach intensywnych prac nad technologią, ale też nad całą konstrukcją i nad aplikacjami, udało nam się przekonać Apple Store do tego, żeby wstawić ten produkt do ich sklepu jako pierwszy produkt z Polski z branży game’ingowej – mówi Strzelewicz.
Dodaje, że pomysł na kostkę to tylko dostosowanie znanej od tysięcy lat tradycyjnej kostki do możliwości tworzonych przez technologię. DICE+ jest sprzedawana w pakiecie z kilkunastoma aplikacjami, a Apple Store mają wyłączność na handel tym urządzeniem.
Strzelewicz liczy, że elektroniczna kostka okaże się równie popularna jak ta tradycyjna. Przewiduje sprzedaż liczoną w milionach sztuk na całym świecie. Podkreśla, że wraz ze wzrostem liczby tabletów zwiększy się zapotrzebowanie na urządzenia dodatkowe, takie jak DICE+. Choć DICE+ będzie dostępna w Apple Store, kostka współpracuje z tabletami zarówno z systemem operacyjnym iOS, jak i z Androidem.
Game Technologies, która produkuje kostkę DICE+ zatrudnia 80 osób. Firma, oprócz biura w Poznaniu posiada przedstawicielstwa w Korei oraz Stanach Zjednoczonych. Kostka produkowana jest w piotrkowskim Centrum Logistycznym Logistic City. Spółka pracuje już nad kolejnymi aplikacjami, które poszerzą ofertę gier współpracujących z DICE+.
BTFG: debiut Energi nie będzie tak spektakularny jak PKP Cargo

Choć publiczna oferta akcji Energi cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem, małe są szanse, by jej debiut był tak spektakularny, jak w przypadku PKP Cargo – uważa Adam Ruciński, prezes firmy doradczej BTFG. Jego zdaniem inwestorzy mogą oczekiwać zysku na poziomie 10–15 proc. Jeśli zatrzymają akcje dłużej, mogą liczyć też na dywidendę.
Energa ma zadebiutować na warszawskim parkiecie 11 grudnia. Ministerstwo Skarbu Państwa sprzedaje w ofercie publicznej do 34,18 proc. kapitału spółki, za co może uzyskać ponad 2,8 mld zł.
– Jeżeli ktoś ma podejście długoterminowe, to powinien na pewno rozpatrzyć tę ofertę. Inwestorzy krótkoterminowi również, choć nie będzie to tak spektakularny debiut jak np. PKP Cargo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Ruciński, prezes firmy doradczej BTFG.
Kurs akcji przewoźnika na otwarciu wzrósł o 18 proc. do 80,20 zł za akcję (cena w ofercie publicznej wyniosła 68 zł za papier). Zainteresowanie ofertą Energi jest duże, bo wielu inwestorów liczy na równie udany debiut jak w przypadku PKP Cargo.
– Inwestorzy oczekują przebicia już na pierwszych sesjach. Wydaje się, że ich cel inwestycyjny jest taki, by kupić te akcje teraz i na najbliższych sesjach, w ciągu pierwszego tygodnia, dwóch, może miesiąca sprzedać i rozstać się ze spółką – tłumaczy Adam Ruciński.
Inwestorzy indywidualni, dla których przewidziano 20–25 proc. sprzedawanych papierów Energi, mogą zapisywać się na nie do 2 grudnia po cenie maksymalnej 20 zł za akcję. Przyjęto, że każdy może zapisać się na 1,5 tys. akcji, czyli wydać do 30 tys zł. Zapisy dla dużych inwestorów indywidualnych, którzy mogli zapisać się na maksymalnie 6 tys. akcji, ze względu na ogromne zainteresowanie, zostały zakończone już w pierwszym dniu zapisów. Cena sprzedaży akcji oraz ich ostateczna liczba z podziałem na transze, zostanie podana 3 grudnia. Przydział zaplanowano na 9 grudnia.
Adam Ruciński podkreśla, że wycena spółki zostanie faktycznie wyznaczona przez dużych inwestorów instytucjonalnych. Będą oni mogli zapisywać się na akcje między 4 a 6 grudnia.
– Oni z reguły mają takie podejście, że obserwują to, co się dzieje na rynkach europejskich przede wszystkim i obliczają dyskonto w stosunku do bieżących notowań – dodaje prezes BTFG. – Myślę, że pomiędzy czasem decyzji o cenie, jakakolwiek ta cena będzie, a debiutem spółki to będzie można oczekiwać zysku 10–15 proc. Przy czym trzeba mieć też na uwadze, że drobni inwestorzy będą chyba stroną podażową w ciągu pierwszych sesji.
Ruciński podkreśla, że ze względu na stabilną i przewidywalną działalność energetycznej spółki nie należy oczekiwać spektakularnych zmian kursu jej akcji.
– O ile spółka zajmująca się przewozem towarów, jak PKP Cargo, może dalej się rozwijać i to nawet dynamicznie, choć jest to spółka bardzo duża, o tyle w przypadku Energi nie oczekuje się spektakularnych wzrostów – tłumaczy prezes.
Działająca na regulowanym rynku Energa kusi natomiast atrakcyjną dywidendą. Z deklaracji zarządu spółki wynika, że do kieszeni akcjonariuszy w najbliższych latach ma trafiać ponad 90 proc. zysku jednostkowego.
– Myślę, że inwestorzy mają lub powinni mieć tego świadomość, że nie należy oczekiwać na regulowanym bądź co bądź rynku, albo przynajmniej istotnej części przychodów, tego, że zysk wzrośnie dwu-, trzykrotnie, albo przychody istotnie wzrosną. To jest raczej spółka dywidendowa. Dla jednych jest to plus, dla innych minus i na tym chyba polega piękno giełdy, że każdy znajdzie tu spółkę dla siebie – dodaje Adam Ruciński.
Analitycy biur maklerskich zaangażowanych w ofertę Energi szacują, że do 2015 roku będzie ona przeznaczać na dywidendę 400-500 mln zł rocznie. Oznacza to, że przy założeniu maksymalnej ceny akcji w ofercie (na poziomie 20 zł) stopa dywidendy wyniesie powyżej 5 proc., czyli powyżej rynkowych oczekiwań wobec innych spółek giełdowych z branży energetycznej.
Doceniany pracownik bardziej przykłada się do obowiązków. Polscy szefowie wolą kary i kontrole
Polscy pracodawcy łatwiej dostrzegają błędy pracowników niż ich zasługi. Nie mają problemu z wytykaniem podwładnym niedociągnięć, ale nie zawsze potrafią docenić i nagrodzić ich osiągnięcia. Pracownik, który jest tylko krytykowany i kontrolowany wcale nie pracuje lepiej. Regularne pochwały budują za to jego motywację.
– W Polsce szefowie mają problem z docenianiem pracy swoich podwładnych. Wolimy karać pracowników i mówić, czego oni nie zrobili, niż dostrzegać to, co zrobili. Wielu szefów przypisuje sobie nawet sukcesy pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Kielczyk, psycholog biznesu.
Zdaniem ekspertki, błędem jest myślenie, że karcony i ciągle kontrolowany pracownik pracuje lepiej. Z drugiej strony, wielu pracodawców nie umie nagradzać dobrych pracowników, a część wręcz boi się to robić. Zarządzanie doceniające wymaga po stronie pracodawcy czasu i uwagi na pracy poszczególnych osób i ich wkładzie w osiągane rezultaty.
– Przełożony musi się zastanowić, jakie osoby miały wkład w to, że odnieśliśmy sukces. Nie może powiedzieć „dobra robota”. Bo co to znaczy? Dla mnie to jest żadna informacja zwrotna. Muszą to być konkretne informacje, np. jeden z pracowników umie rozmawiać z trudnymi klientami, inny jest bardzo odporny na stres – podkreśla Izabela Kielczyk. – Ważne w zarządzaniu doceniającym jest to, żeby to robić cyklicznie. Niech to nie będzie nagroda tylko i wyłącznie na Boże Narodzenie czy na koniec roku, tylko niech ona będzie za np. wykonany projekt czy zadanie – mówi psycholog biznesu.
Poza samym docenieniem wkładu poszczególnych pracowników liczy się więc też systematyczność w pozytywnym ich motywowaniu. Trzeba tu jednak zachować równowagę. Zbyt częste, a zwłaszcza nie do końca zasłużone, pochwały mogą skutkować postawą roszczeniową pracowników.
W opinii ekspertki w każdej firmie powinny istnieć wewnętrzne regulacje w tym zakresie, w postaci np. regulaminu nagród. Taka transparentność zasad nagradzania jest bardzo przydatna zarówno szefowi, jak i pracownikom.
– Jeżeli takie wewnętrzne uregulowania w firmie są, to szef wie, za co nagradzać, a pracownicy mają jasną informację zwrotną. I wbrew pozorom, ludziom, którzy są doceniani i chwaleni bardziej się chce pracować niż tym, którym jest ciągle wytykany każdy, nawet drobny błąd. Tacy ludzie bardziej destrukcyjnie podchodzą do pracy – podkreśla Izabela Kielczyk.
Zarządzanie doceniające nie zawsze oznacza przyznania gratyfikacji finansowej w postaci nagrody pieniężnej czy też premii.
– Pochwałą może być jedno zdanie, mogą być trzy słowa, ale żeby pracownik naprawdę czuł się doceniony – reasumuje Izabela Kielczyk.
Kupujący przez internet mają więcej praw niż klienci tradycyjnych sklepów
Przed świętami wielu Polaków – chcąc zaoszczędzić czas i pieniądze – decyduje się na zakupy prezentów przez internet. UOKiK przypomina, że konsumenci kupujący w sieci są lepiej chronieni niż w tradycyjnych sklepach. Wciąż jednak niewiele wiedzą o przysługujących im prawach.
– Powinniśmy pamiętać, że kupując wirtualnie jesteśmy lepiej chronieni niż w przypadku zakupów tradycyjnych. Wynika to ze specyficznego charakteru kontraktów zawieranych przez internet, w których nie ma jednoczesności zawarcia przez strony umowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Większość badanych przez UOKiK konsumentów uważa, że ich prawa w sieci są takie same jak podczas zakupów tradycyjnych. Część z nich nie wie, że kupując w sklepie internetowym mają 10 dni na odstąpienie od umowy, czyli odesłanie towaru bez podawania przyczyny (według nowej unijnej dyrektywy termin ten zostanie wydłużony do 14 dni). Nie dotyczy to jednak towaru kupionego od osoby prywatnej, np. na aukcji. W tradycyjnym sklepie możliwość zwrotu towaru zależy od woli sprzedającego.
Zgodnie z przepisami sprzedawca musi zwrócić pieniądze za oddany towar w ciągu 14 dni. Wątpliwości konsumentów budzi to, kto pokrywa koszty wysyłki.
– Konsument, który rezygnuje z umowy, odsyła towar na własny koszt, ale ma wówczas prawo do zwrotu pieniędzy, które zapłacił za dany towar i zwrotu kosztów za dostarczenie nabytku do niego – mówi Cieloch. – Konsument zwracający produkt płaci więc wyłącznie za wysyłkę zwrotną.
Zarówno towar kupiony w sieci, jak i w tradycyjnym sklepie, podlega reklamacji. Klient ma dwa lata na zwrot wadliwego towaru – o ile przedstawi dowód zakupu.
– W przypadku zakupu przez internet ważne jest, by zwrócić uwagę na odległość siedziby przedsiębiorcy. Jeśli jest ona za granicą, to wysyłka wiązać się będzie ze znacznymi kosztami – mówi Cieloch.
Z badania UOKiK wynika, że prawie wszyscy konsumenci sprawdzają opis towarów, cenę, warunki płatności oraz koszty związane z dostawą. 82 proc. deklaruje, że czyta warunki umowy i regulamin sklepu. Chętniej też kupujemy w sklepach, które nam polecono lub które mają dobrą opinię wśród internautów.
UOKiK przypomina, że szczególnie w okresie przedświątecznych zakupów w sieci klienci są narażeni na fałszywe oferty.
– Klienci powinni zwracać uwagę na to, kto jest po drugiej stronie, czy rzeczywiście prowadzi działalność gospodarczą, czy założono ją tuż przed świętami, a także gdzie ma siedzibę i czy podaje wszystkie informacje dotyczące swojej firmy – przestrzega Cieloch. – Należy także brać pod uwagę cenę kupowanego towaru. Jeśli jest ona wyjątkowo niska, to warto zastanowić się, czy nie jest to oszustwo.
UOKiK w poniedziałek rozpoczął kampanię informacyjną dotyczącą zakupów przez internet. Pod adresem e-zakupy.uokik.gov.pl można zapoznać się z informacjami dla przedsiębiorców i konsumentów, takimi jak np. wykaz klauzul niedozwolonych i wzory przydatnych pism.
90 tysięcy użytkowników i transakcja IKO co minutę
Aplikację IKO aktywowało już 90 tysięcy użytkowników, którzy płacą lub wypłacają za pomocą telefonu średnio co minutę. Dzięki IKO możliwe jest już kupienie najważniejszych produktów codziennego użytku – żywności, paliwa czy też kosmetyków.
Sukces Centrum Bankowości Prywatnej PKO Banku Polskiego
W ciągu dwóch lat od uruchomienia Centrum Bankowości Prywatnej PKO Banku Polskiego wartość aktywów najzamożniejszych klientów zarządzanych przez CBP osiągnęła poziom blisko 5 miliardów złotych.
Z czym to się je? Teraz już wiadomo dzięki Karcie Piw!
Czy wypada zamówić piwo do owoców morza? Jaki gatunek psuje do deseru? Na te i inne pytania odpowiada Karta Piw, czyli przewodnik po świecie piwa i rozmaitych piwnych ciekawostkach, przygotowany przez Kompanię Piwowarską specjalnie z myślą o gastronomii. Do końca roku do 9 tys. lokali w całej Polsce trafi 60 tysięcy eleganckich kompendiów, które mają zmienić sposób postrzegania piwa przez konsumentów i sprawić, by chmielowy napój zyskał status podobny do wina i był chętniej wybierany do posiłku.
Producenci wina z pasją opowiadają o pochodzeniu oraz sposobach degustacji tego trunku. Natomiast o piwie konsumenci nadal wiedzą niewiele, nie zdają sobie sprawy z bogactwa i różnorodności tej kategorii. Piwo wydaje im się nudne i pospolite, nie dość wyrafinowane, by wybierać je do posiłku. W dodatku pracownicy lokali gastronomicznych – mimo edukacji prowadzonej przez producentów – raczej nie rekomendują złocistego trunku jako dopełnienia dań.
– Piwo nie ustępuje winu pod żadnym względem, te dwie kategorie różnią się jedynie sposobem opowiadania o nich. Chcemy przywrócić piwu jego atrakcyjność, „odczarować” je, zaciekawić konsumentów – tłumaczy Krzysztof Kaczmarek, dyrektor ds. rozwoju gastronomii w Kompanii Piwowarskiej. – Kanał gastronomiczny idealnie się do tego nadaje, bowiem właśnie tutaj konsumenci chętnie próbują nowości i korzystają z rekomendacji.
Ciekawa treść w atrakcyjnej formie
Narzędziem mającym zainspirować konsumentów do traktowania piwa jako napoju idealnie komponującego się z daniami jest Karta Piw, która do końca roku pojawi się w 9 tysiącach lokali gastronomicznych w całej Polsce. Jej celem jest zachęcenie gości lokali do degustacji poprzez edukowanie ich na temat różnorodności kategorii piwa i cydru, a docelowo – zmiana nawyków konsumenckich. W poręcznej, estetycznej Karcie Piw Kompania Piwowarska zebrała wszystkie potrzebne informacje: kroki perfekcyjnego serwowania piwa, sposób degustacji, prezentację marek z portfolio KP, opis procesu produkcji, propozycje łączenia kategorii piwa z wybranymi daniami oraz kilka ciekawych faktów na temat chmielowego napoju.
– Karta Piw prezentuje się bardzo okazale. Elegancka, przyciągająca wzrok szata graficzna idzie w parze z ciekawą treścią. Liczymy na to, że goście lokalu przy pomocy Karty nie tylko wybiorą odpowiedni gatunek piwa albo cydr do potrawy, ale także z zainteresowaniem przejrzą ją w oczekiwaniu na zamówienie – mówi Tomasz Honkisz z lokalu Tawerna Żeglarska – Gniazdo Piratów w Warszawie.
60 tysięcy piwnych przewodników w 9 tysiącach lokali
Kartę Piw przygotowano w dwóch wariantach, Premium i Standard. Różnica między nimi polega głównie na proporcjach treści. Wersja Premium prezentuje szeroki opis marek Premium (Pilsner Urquell, Grolsch), a informacje o markach mainstream (Dębowe Mocne, Żubr, Wojak) są skondensowane; natomiast w wersji Standard jest odwrotnie. Oba warianty zawierają wyjmowaną wkładkę z możliwością uzupełnienia cen marek dostępnych w ofercie. Karta Piw będzie dystrybuowana w ilości 60 tys. sztuk do lokali w całej Polsce.
– Karta Piw stanowi dla nas niezwykle ważne narzędzie do komunikacji z obsługą i klientami lokali, dlatego postawiliśmy sobie za cel, aby jej wprowadzenie nie ograniczyło się do logistyki, czyli jej rozwiezienia. Zamiast tego postanowiliśmy inspirować i wprowadzać obsługę w świat naszych marek. Wierzymy, że przyczyni się ona do zmiany nawyków konsumentów, a w efekcie do zwiększenia sprzedaży piwa w gastronomii – szczególnie jeśli informacje z karty zostaną poparte rekomendacją kelnera czy barmana – podkreśla Krzysztof Kaczmarek. – Oczywiście zdajemy sobie sprawę z faktu, że te zmiany nie nastąpią błyskawicznie. Dlatego wydanie ponad 60 tysięcy Kart Piw i rozdystrybuowanie ich w lokalach gastronomicznych traktujemy jako długofalową inwestycję – dodaje.
Karta Piw została zaprezentowana na 11. edycji konferencji Food Business Forum, która jest najważniejszym spotkaniem branży gastronomicznej i co roku gromadzi coraz więcej uczestników.
– W tegorocznej edycji przedstawiliśmy 200 uczestnikom forum, jak istotne w gastronomii jest piwo, jakie są trendy rynkowe, a także pokazaliśmy nowości, jakie wprowadziliśmy w celu wsparcia gastronomów – między innymi naszą Kartę Piw – mówi Anna Pietrzak, junior channel manager w Kompanii Piwowarskiej.
Prawo: Jakie informacje może udostępniać nadzór budowlany?
Gdy sąsiad złoży wniosek o udostępnienie informacji dotyczącej pozwolenia na budowę twojego domu, nadzór budowlany jest zobowiązany mu jej udzielić. Na szczęście wszelkie dane osobowe musi uprzednio zanonimizować. Nie ma jednak obowiązku powiadamiania inwestora o tym, iż taką informację udostępnił. Dlaczego tak jest, tłumaczy ekspert, Wojciech Popławski, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych Kowalski, Popławski i Wspólnicy w Legnicy.
Jakie informacje można udostępniać?
Zgodnie z prawem, udostępnieniu podlega informacja publiczna o danych publicznych, w tym: „treść i postać dokumentów urzędowych. W szczególności są to:
– treść aktów administracyjnych i innych rozstrzygnięć,
– dokumentacja przebiegu i efektów kontroli oraz wystąpienia, stanowiska, wnioski i opinie podmiotów ją przeprowadzających”.
Stanowi to podstawę do udzielenia informacji o fakcie wydania decyzji w postępowaniu, którego przedmiotem jest udzielenie pozwolenia na budowę, jak i treści tego rozstrzygnięcia.
WAŻNE! W przypadku, gdy wnioskodawca (np. sąsiad) jest zainteresowany otrzymaniem dokumentów z akt sprawy administracyjnej, organ ma obowiązek wydać mu ich kopie po uprzedniej ich anonimizacji, tj. przetworzeniu treści w sposób, który uniemożliwi zapoznanie się z podlegającymi ochronie danymi osobowymi (następuje to zazwyczaj poprzez zamazanie nazwisk, adresów, daty i miejsca urodzin, numerów PESEL, itp.).
Nie musisz wiedzieć, że ktoś pyta
O fakcie udzielenia informacji publicznej podmiot jej udzielający nie zawiadamia z urzędu osoby, której one dotyczą. W sprawach tych bowiem nie stosuje się przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego, nakładających obowiązek informowania stron (nie ma zastosowania zasada udzielania informacji określona w art. 9 Kpa). Ustawa o dostępie do informacji publicznej zawiera własny tryb postępowania, który jest odrębny i niezależny względem przepisów Kpa. Regulacje kodeksowe stosuje się jedynie do decyzji (patrz art. 16 i art. 23g).
Prawo nie nakłada więc na organ udzielający informacji publicznej obowiązku zawiadamiania o tym osób, których ta informacja dotyczy. Obowiązku takiego próżno szukać także w Prawie budowlanym. Udzielenie informacji nie jest bowiem elementem postępowania administracyjnego, w ramach którego na organie spoczywa obowiązek należytego i wyczerpującego informowania stron o okolicznościach faktycznych i prawnych, które mogą mieć wpływ na ustalenie ich praw i obowiązków, jak również czuwania nad tym, aby strony i inne osoby uczestniczące w postępowaniu nie poniosły szkody z powodu nieznajomości prawa (i w tym celu udzielają im niezbędnych wyjaśnień i wskazówek).
Inwestor nie dowie się zatem o tym, że sąsiad zasięgał informacji o jego procesie budowlanym, chyba że sam złoży do organu stosowne zapytanie. Odpowiedź bywa udzielana bardzo szybko, ponieważ organy często prowadzą specjalną ewidencję informacji udzielanych w trybie ustawy. Formułując wniosek, można też zażądać podania imienia i nazwiska lub nazwy podmiotu, któremu została udzielona informacja publiczna.







