Raport: Sytuacja bieżąca i prognozy dla rynku telekomunikacyjnego w Polsce

Rynek usług telekomunikacyjnych dla segmentu biznesowego i operatorskiego w 2013 r. wyceniono na 16,7 mld zł. Po stagnacji w 2011 r. przychody operatorów telekomunikacyjnych z rozliczeń hurtowych i segmentu biznesowego w latach 2012-2013 w Polsce powróciły do trendów spadkowych. Według raportu PMR „Usługi telekomunikacyjne dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2014-2017”, segment hurtowy oraz biznesowy odmiennie wpływają na cały rynek telekomunikacyjny.

Wartość rynku usług telekomunikacyjnych dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce w 2013 r. ukształtuje się na poziomie 16,7 mld zł. Na negatywną 8% dynamikę wpłynie przede wszystkim sytuacja na rynku hurtowym, gdzie erozja przychodów operatorów następuje już w tempie dwucyfrowym. Głównym powodem są obniżki stawek MTR w telefonii komórkowej. Pozytywne trendy w segmencie stacjonarnych usług operatorskich i hurtowej dzierżawy łączy nie zdołają powstrzymać wyraźnych spadków całkowitych przychodów z hurtu w bieżącym roku. Dla odmiany, wartość rynku rozwiązań telekomunikacyjnych dla firm jest bardziej stabilna, w tym sensie, że przychody operatorów topnieją stopniowo. W kontekście oddziaływania na cały rynek istotny jest również wyższy wolumen sprzedaży usług dla firm niż wpływów z rozliczeń międzyoperatorskich i hurtu.

W obliczu wysokiego nasycenia usługami telekomunikacyjnymi segment rozwiązań dla biznesu zyskuje na znaczeniu, zarówno w obrębie telefonii stacjonarnej, komórkowej, jak i usług dostępowych. Skala spadków liczby usług oraz przychodów na kurczącym się rynku telefonii stacjonarnej jest niższa w przypadku przedsiębiorstw niż na rynku masowym. W telefonii komórkowej firmy generują dla operatorów wyższe ARPU w przeliczeniu na jedną kartę SIM. Najważniejsza jednak przewaga segmentu biznesowego wynika z większej (w porównaniu do segmentu klientów indywidualnych) potrzeby korzystania z różnego rodzaju usług dodanych – czy to w segmencie DLISP (np. usługi oferowane w centrach danych czy cloud computing), czy telefonii stacjonarnej (np. centrale abonenckie, infolinie itp.) lub komórkowej (np. usługi komunikacji M2M, masowa wysyłka SMS-ów itp.). W 2012 r. rynek usług dla segmentu biznesowego w Polsce zanotował 4% obniżkę swojej wartości względem 2011 r. Po stabilizacji w 2011 r. oznacza to powrót bardziej wyraźnych trendów spadkowych. Chociaż o skali spadku zadecydował głównie segment telefonii komórkowej, należy podkreślić, że wszystkie trzy główne segmenty na rynku biznesowym zanotowały negatywne dynamiki. W bieżącym roku trend spadkowy pogłębi się. Nadal jednak będzie to wynik lepszy w porównaniu do całego rynku telekomunikacyjnego w Polsce, a w stosunku do spadku dynamiki rynku hurtowego w danym roku – nawet ponad dwukrotnie niższy.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Usługi telekomunikacyjne dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”.

GDDKiA pracuje nad stworzeniem systemu zarządzania ruchem

CEO Magazyn Polska

Na początku przyszłego roku GDDKiA chce rozpocząć wybór konsultanta wdrożenia Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem. Pierwsze projekty finansowe z instrumentu „Łącząc Europę” rozpoczną się w 2015 r. Na razie działa strona internetowa, na której GDDKiA prezentuje dokumenty i specyfikacje dla dostawców. Ma to ułatwić stworzenie spójnego systemu. 

 – Zapewne na początku 2014 roku rozpoczniemy procedurę wyboru konsultanta, inżyniera kontraktu, który będzie nas wspierał przy realizacji poszczególnych wdrożeń. Sądzę, że to, co mielibyśmy finansować z CEF (Connecting Europe Facility), to 2015 rok i wtedy pierwsze postępowania. Natomiast już teraz elementy teleinformatyki, telematyki drogowej są wkładane do projektów drogowych tak, żeby nie tracić czasu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Maciejewski, zastępca Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad.

Pierwszym krokiem GDDKiA jest uruchomienie strony internetowej, na której publikowane są dokumenty związane z przygotowaniem i wdrożeniem Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem. Podmioty zainteresowane współpracą będą mogły sprawdzić wymagania techniczne dotyczące sprzętu i oprogramowania.

Maciejewski dodaje, że GDDKiA chce stworzyć nowoczesny, zintegrowany system, więc wymagania muszą być na bieżąco dostosowywane do postępów techniki. Dzięki witrynie dyrekcja liczy na to, że dyskusja o KSZR będzie transparentna i publiczna. 

 – Chodzi o to, żeby pokazać architekturę, żeby wszyscy, którzy są potencjalnie zainteresowani współpracą przy tworzeniu tego typu systemów, jego różnych modułów, różnych elementów, wiedzieli, czego się należy spodziewać i w jakich latach – podkreśla Maciejewski.

W jego opinii dzięki stworzeniu jednolitych i przejrzystych standardów powstanie spójny krajowy system. KSZR ma być oparty o europejski standard do budowy systemów telematycznych FRAME. Dzięki temu łatwo będzie połączyć systemy miejskie z tymi stosowanymi na drogach krajowych i autostradach. 

 – Klientowi końcowemu, czyli kierowcy zależy na tym, żeby wiedział jak z A do B dojechać, a nie jak między zarządcami dróg się poruszać, bo to będzie dla niego tylko większy kłopot niż pożytek. Infrastruktura, którą dzisiaj mamy, w oczywisty sposób jest elementem tego wdrożenia. Byłoby nieracjonalne, gdyby nie korzystać z bramownic, chociażby tych wykorzystywanych do systemów viaTOLL, żeby pewne elementy Krajowego Systemu Zarządzania Ruchem na nich zawieszać. Już dziś zresztą trwa przetarg na system osłony meteorologicznej – mówi Maciejewski.

Cały KSZR będzie składał się z kilkudziesięciu modułów, czyli różnych urządzeń i systemów, a jego łączny koszt sięgnie kilkuset milionów złotych.

Po wyborze nowej szefowej FED dolar będzie jeszcze tańszy

CEO Magazyn Polska

Wybór Janet Yellen na nowego szefa FED oznacza kontynuację łagodnej polityki monetarnej jej poprzednika Bena Bernanke. Zmiana może polegać jedynie na jeszcze większym łagodzeniu  dotychczasowego, i tak mocno ekspansywnego, charakteru polityki monetarnej. Podaż pieniądza będzie więc ciągle zwiększana w celu pobudzenia popytu globalnego. By to osiągnąć, dolar ma być tani. 

 – To jest jasny sygnał dla rynku, że stopy procentowe nie wzrosną, dopóki nie pojawią się wyraźne objawy powracania gospodarki na tory wzrostu. Nie przewiduję więc większych zmian. Waluta USA powinna być w dłuższym terminie cały czas pod presją, jeżeli oczywiście nic się nie wydarzy – prognozuje dla agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Lipka, analityk z firmy Cinkciarz.pl.

Zmiana wartości dolara odbija się na złotym. Już samo opublikowanie wystąpienia nowej szefowej  Banku Centralnego Stanów Zjednoczonych przed komisją senacką doprowadziło do wzmocnienia złotego o 1-1,5 grosza w stosunku do dolara. 

 – Jeżeli okaże się, że polityka monetarna FED rzeczywiście będzie cały czas bardzo akomodacyjna, czyli bardzo luźna, to redukcja skupu aktywów nie nastąpi w grudniu, tylko zostanie przesunięta na marzec, wtedy złoty ma szansę zakończyć rok na poziomach 4,10 za euro – wyjaśnia Marcin Lipka.

Zdaniem analityka z firmy Cinkciarz.pl, złoty jest w bardzo dużym stopniu zależny właśnie od polityki monetarnej Rezerwy Federalnej. To jest główny element, który kształtuje sytuację nie tylko na polskim złotym, ale na wielu walutach rynków wschodzących. Dotyczy to również głównej pary, czyli eurodolara oraz franka, powiązanego ze wspólnym pieniądzem europejskim.

 – Jeżeli amerykańska waluta będzie słabła, to złoty będzie się wzmacniać zarówno do dolara, jak i do euro – prognozuje Marcin Lipka.

Oznacza to między innymi, że raczej nie ma powodów do obaw o podwyżki cen paliwa.

 – Oczywiście, ten najbardziej prawdopodobny scenariusz mogą odwrócić dobre dane z gospodarki USA, np. optymistyczny raport z rynku pracy. Wtedy oczekiwania na temat polityki monetarnej mogą się zmienić i dolar amerykański może zyskać. Umocnienie to natychmiast przekłada się na ceny, chociażby paliw i pewne wzrosty cen możemy obserwować. Natomiast nie będą to dramatyczne ruchy – uspokaja Lipka.

Prof. Jerzy Hausner: Urzędy pracy stały się urzędami rejestracji bezrobotnych, a nie ich aktywizacji

CEO Magazyn Polska

Działania Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w obszarze zwalczania bezrobocia idą w dobrym kierunku, ale są niewystarczające – uważa były minister pracy prof. Jerzy Hausner. Brakuje przede wszystkim długofalowych rozwiązań prawnych, a także działań łączących edukację z rynkiem pracy.

 Urzędy pracy w dużym stopniu stały się urzędami rejestracji bezrobotnych, a nie promowania zatrudnienia i aktywizacji bezrobotnych. Poszukiwanie nowych rozwiązań jest więc całkowicie uzasadnione, ja im kibicuję i wspieram. Uważam, że trzeba jeszcze poszerzyć tę gamę, pomyśleć na przykład o tym, w jaki sposób pobudzać aktywność studentów i absolwentów, czy nie poszukać innych instrumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jerzy Hausner, członek Rady Polityki Pieniężnej i były minister pracy.

W tym roku MPiPS przekaże Powiatowym Urzędom Pracy ponad 3 mld złotych na aktywizację bezrobotnych, w tym przede wszystkim osób młodych. Od stycznia 2014 r. budżet programu przeciwdziałania bezrobociu jeszcze się zwiększy – minister pracy i polityki społecznej zapowiedział przeznaczenie na ten cel 5 mld złotych.

Wśród nowych rozwiązań proponowanych przez MPiPS jest między innymi współpraca z prywatnymi agencjami zatrudnienia. W tym roku dzięki pilotażowi tego programu za 30 mln zł pracę miało znaleźć 3 tys. bezrobotnych. Od stycznia w życie mogą wejść w życie nowe przepisy, które wprowadzą dodatkowe mechanizmy dla młodych, m.in. gwarancję otrzymania oferty pracy w ciągu czterech miesięcy lub wsparcie aktywizacji. W latach 2014-2015 Polska otrzyma także ok. 2 mld zł unijnych środków na zmniejszenie bezrobocia – trafią one do 10 województw, gdzie na brak pracy narzeka ponad 25 proc. młodych.

Choć zgodnie z danymi resortu pracy stopa bezrobocia rejestrowanego od ośmiu miesięcy nie rośnie, wciąż jest bardzo wysoka. Według danych ministerstwa, w październiku wyniosła 13 proc. – dokładnie tyle samo, ile we wrześniu i w sierpniu. Oficjalne dane GUS poda o dziś 10:00. W lutym tego roku stopa bezrobocia była na rekordowo wysokim poziomie 14,4 proc. Przed tym momentem po raz ostatni poziom 14 proc. bezrobocie przekroczyło na początku 2007 roku.

 – Mam wrażenie, że to, co w obszarze rynku pracy jest przygotowywane przez ministra Jacka Męcinę, jest moim zdaniem rozsądne, to aktywne poszukiwanie wyjścia z impasu – ocenia prof. Hausner. Dodaje jednak: – A z drugiej strony trzeba by było jeszcze pytać o inne obszary, które mają bardzo istotne znaczenie dla rynku pracy i nie tylko w tej perspektywie spowolnienia gospodarczego, bo ona obchodzi, ale w perspektywie długotrwałego wzrostu gospodarczego.

Według prof. Hausnera dodatkowym impulsem dla obniżenia bezrobocia mogłoby być wprowadzenie instrumentów pożyczkowych lub poręczeniowych, szczególnie dla studentów i absolwentów pozostających bez pracy. Jeszcze ważniejsze są zmiany w obszarze prawa pracy, których obecnie brakuje. 

 – Nie sądzę żeby tutaj pojawiały się jakieś nowe, rozsądne inicjatywy, a zwłaszcza długofalowe, strategiczne. Tutaj widzę deficyt. Takim obszarem jest kwestia zbiorowych umów pracy, znowu nie widzę żadnych nowych inicjatyw, również styk edukacji z rynkiem pracy – wiele na ten temat mówimy, ale wydaje mi się, że potrzeba więcej nowych pomysłów – przekonuje prof. Hausner.

Dodaje, że walka z bezrobociem to nie tylko zadanie resortu pracy i polityki społecznej. Zaangażowane powinny być też Ministerstwa Edukacji Narodowej, Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Gospodarki oraz Finansów. Jak przekonuje prof. Hausner, tylko koordynacja działań resortów pozwoli na rozwiązaniem strukturalnych problemów polskiego rynku pracy.

KGHM modernizuje huty za 1,7 mld złotych

Coraz surowsze wymogi dotyczące emisji dwutlenku węgla i ochrony środowiska wymuszają zmiany na energochłonnym hutnictwie. KGHM, miedziowy gigant, unowocześnia swoje huty i obniża koszty produkcji. Łącznie wyda na 1,7 mld zł.

 – Rozwój hutnictwa to przede wszystkim przejście ze starej technologii w Hucie Miedzi „Głogów I” na technologię zawiesinową, identyczną jak w Hucie Miedzi „Głogów II”. Stanie się to poprzez eliminację starego rozwiązania technologicznego, jeszcze z lat 60-tych. Będziemy uruchamiać nową linię technologiczną i częściowo wygaszać starą. To jest technologia oparta na identycznych rozwiązaniach, jak „Głogów II” – mówi Piotr Kwapisiński, dyrektor techniczny Huty Miedzi Głogów.

Budowa pieca zawiesinowego w Hucie Miedzi „Głogów I” jest kolejnym elementem Programu Modernizacji Pirometalurgii w KGHM Polska Miedź. Jak zapowiada miedziowy koncern, będzie to najnowocześniejsza linia produkcyjna na świecie o zdolności produkcji 250 tysięcy ton miedzi blister rocznie. Pozwoli to na zmniejszenie kosztów produkcji i ograniczenie negatywnego wpływu huty na środowisko, a także zwiększenie bezpieczeństwa i higieny pracy, m.in. poprzez ograniczenie narażenia pracowników na szkodliwe dla zdrowia związki ołowiu. Zakończenie prac planowane jest na 2015 rok.

Podobne zmiany zostały już wprowadzone w Hucie Miedzi „Głogów II”, gdzie pod koniec ubiegłego miesiąca koncern ukończył kolejny z etapów programu modernizacji.

 – Teraz pracujemy nad możliwością przetopu koncentratów miedzi na poziomie średnio 105,8 ton na godzinę oraz maksymalnie 112 ton na godzinę, co daje 863 401 tysiące ton w skali roku. Sądzimy, że wyniki będą znakomite. Dotychczas, po niespełna miesiącu, wyniki są celujące – mówi Newserii Biznes Piotr Kwapisiński.

Modernizacja Huty Miedzi „Głogów II” ma przygotować ją do przetopu koncentratów o większej zawartości węgla, unowocześnić infrastrukturę pieca elektrycznego i fabryki kwasu siarkowego. Koszt tej inwestycji opiewa na ponad 300 milionów złotych.

 – Cała modernizacja, łącznie z remontami, włączając modernizację Huty Miedź „Głogów I”, to wydatek niespełna 2 mld złotych – mówi Piotr Kwapisiński.

Firmy szukają większych zysków. Lokaty przegrywają z funduszami inwestycyjnymi

CEO Magazyn Polska

Rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe, depozyty jednodniowe, czyli tzw. overnight’y oraz klasyczne lokaty bankowe to wciąż najpopularniejsze instrumenty do zarządzania bieżącymi środkami w polskich firmach. Przedsiębiorcy są dość ostrożnymi inwestorami, ale przy rekordowo niskich stopach procentowych coraz częściej szukają narzędzi, które pozwolą im na większe zyski. Fundusze inwestycyjne zmieniają swoje oferty, by przyciągnąć właśnie firmy.

Choć rynek kapitałowy w ciągu ostatnich dwóch dekad stworzył wiele możliwości inwestowania, firmy nie zmieniły w tym czasie swoich sposobów zarządzania płynnością finansową.

 – Głównym i podstawowym narzędziem do zarządzania bieżącymi środkami w firmach jest ciągle lokata średnio- bądź długoterminowa, a do zarządzania bieżącą gotówką – tzw. lokata nocna, czyli overnight – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Lipka–Bebeniec, ekspert z departamentu ds. klientów instytucjonalnych Union Investment TFI.

Spośród rozwiązań dostępnych na rynku lokata bankowa jest podstawowym i najbezpieczniejszym instrumentem finansowym. Jednak obok bezpieczeństwa kapitału, firmy coraz częściej patrzą też na efektywność, czyli na zwiększenie dochodowości pieniądza. Lokowanie środków wyłącznie na lokacie overnight przestaje im wystarczać, biorąc po uwagę najniższe w historii stopy procentowe.

Popularność zyskują płynne pieniężne fundusze inwestycyjne, czyli takie, które inwestują w papiery dłużne (obligacje skarbowe bądź korporacyjne). Tym bardziej, że dostosowują one swoją ofertę do potrzeb przedsiębiorców.

 – Firma to jest z reguły konserwatywny, bezpieczny inwestor, więc nie polecalibyśmy funduszy innych niż pieniężne czy gotówkowe. Spośród tej puli funduszy też warto wybierać te fundusze, które dają tę pewność, stabilność i jakość zarządzania – podkreśla  ekspert. – One przede wszystkim zabezpieczają środki, czyli nie wchodzą na rynek akcyjny, rynek papierów udziałowych, inwestują tylko na rynku dłużnym. Po drugie, myślą o tym, że środki, którymi dysponuje przedsiębiorca, często muszą być dostępne na teraz, na zaraz.

Dają więc przedsiębiorcy możliwość wypłacenia środków w dowolnym momencie. Rentowność funduszu pieniężnego zazwyczaj jest wyższa lub równa rocznemu oprocentowaniu depozytu, a płynność zbliżona do lokat overnight. Jednak przy obecnych warunkach rynkowych fundusz pieniężny jest w stanie zarobić nawet dwa razy więcej niż lokata overnight. Stopy zwrotu w funduszach są w granicach 3–5 procent, a zysk z lokaty overnight wynosi obecnie pomiędzy 1 a 2 procent w skali roku. 

 – Efektywność w funduszach pieniężnych, szczególnie w czasie niższych stóp procentowych w okresie kryzysu, jest na tyle satysfakcjonująca, że widzimy, że coraz więcej klientów instytucjonalnych pyta o  nasze płynne bezpieczne fundusze pieniężne – dodaje ekspert.

Union Investment TFI spodziewa się wzrostu zainteresowania płynnymi funduszami pieniężnymi  na przełomie pierwszego i drugiego półrocza 2014 roku. Wtedy wygaśnie spora część  lokat długoterminowych, zawiązanych kilka miesięcy temu przez firmy, które chciały uchronić się przed spodziewanym spadkiem stóp procentowych.

Usługi w chmurze coraz popularniejsze. Rynek rośnie w tempie 28 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Oszczędność, elastyczność i bezpieczeństwo danych – to przewagi usług chmury obliczeniowej dla firm. Cloud computing staje się coraz popularniejszym narzędziem wśród polskich przedsiębiorców. Z szacunków firmy PMR wynika, że na koniec roku rynek będzie wart 300 mln zł. To stwarza nowe możliwości dla dostawców tych usług, posiadających centra danych w Polsce lub w naszym regionie. 

 Zarządzanie serwisami infrastrukturalnymi to nie jest łatwy biznes. Tu nie ma wysokich marż, a one jeszcze będą spadać, bo – przynajmniej w wersji podstawowej – produkt nie jest aż tak trudny, więc dostawców będzie wielu. Pytanie, czy w naszym regionie powstanie dostawca infrastruktury, który wytrzyma presję cenową i kosztową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Dąbrowski, dyrektor ds. IT w Grupie Allegro.

Dla firm, korzystających z usług cloud computingu, kluczowe jest bezpieczeństwo, a te mogą zapewnić tylko najwięksi dostawcy, z siecią serwerowni rozmieszczonych na całym świecie. 

 – Co innego,  gdy firma ma cztery szafy w jednym data center w Polsce, a co innego, gdy posiada cztery tysiące szaf w sześciu lokalizacjach na całym świecie. Dla tej pierwszej awaria dwóch szaf oznacza, że połowa zasobów nie istnieje. Dla tej drugiej awaria nawet 10 szaf to „business as usual”, gdyż jest na takie przypadki przygotowana – wyjaśnia Dąbrowski.

Dla dostawców rynek związany z usługami w chmurze jest coraz bardziej perspektywiczny, mimo niewysokich marż. Przedsiębiorcy zaczynają dostrzegać ich zalety w porównaniu z tradycyjną infrastrukturą. Z informacji firmy PMR wynika, że dynamika rynku utrzymuje się na wysokim poziomie – 28 proc. rocznie. Na koniec roku rynek cloud computingu, obejmujący zarówno usługi wdrażane w modelu chmury prywatnej, jak i publicznej, osiągnie wartość 300 mln zł.

 – Cały problem z tradycyjną infrastrukturą polega na tym, że jest to po prostu środek trwały, który ma jakiś okres amortyzacji, który kupujemy i po jakimś czasie użytkowania wymieniamy – zauważa Dąbrowski. – W przypadku chmury, jeżeli korzystamy z zewnętrznego dostawcy,  nie ponosimy inwestycji na początku, tylko płacimy za zużycie. Oczywiście płacimy za nie więcej, niż płacilibyśmy za zużycie własnego środka trwałego, więc każdy użytkownik musi rozważyć co mu się bardziej opłaca – dodaje dyrektor ds. IT Grupy Allegro.

Przekonuje jednak, że chmura może przynieść oszczędności, ponieważ użytkownik płaci jedynie za wykorzystane mocy chmury obliczeniowej, a nie za jej dostępność. To szczególnie ważne w korporacjach, gdzie infrastruktura informatyczna nie jest wykorzystywana w pełni lub też przez cały czas. 

 – W typowej informatyce korporacyjnej, według wielu szacunków, istniejąca infrastruktura jest wykorzystywana np. tylko w 10 procentach. To nie są przypadki skrajne – o tym się słyszy w wielu firmach. W związku z czym przeniesienie do chmury, albo prosta wirtualizacja i konsolidacja, nawet wewnątrz tej firmy może przynieść im gigantyczne oszczędności z tego powodu, że przestają płacić za to, z czego nie korzystają – podkreśla Krzysztof Dąbrowski.

Dodatkowo, chmura daje taką przewagę, że w każdej chwili, w zależności od potrzeb, ale bez potrzeby kolejnych dużych nakładów inwestycyjnych, firma może uzyskać dostęp do większej mocy obliczeniowej. Dla wielu przedsiębiorców atutem jest też bezpieczeństwo, które gwarantują usługi cloud computing.

 – Za pomocą chmury można sobie stworzyć środowisko back-up’owe, czyli środowisko na wypadek awarii. Bez dublowania swojej infrastruktury, stosunkowo niskim kosztem można mieć taki bezpiecznik, że w razie poważnej awarii odtwarzamy się w chmurze i stamtąd działamy – podkreśla dyrektor ds. IT w Allegro.

Spada sprzedaż piwa. Statystyczny Polak wypije w tym roku 95 litrów

CEO Magazyn Polska

W tym roku rynek piwa skurczy się o ok. 2-3 proc. – prognozują przedstawiciele branży. Oczekują powrotu do poziomów sprzedaży z 2011 roku, czyli ok. 95 litrów na osobę. Największy udział w rynku wciąż mają piwa jasne pełne, ale nieznacznie tracą na rzecz piw smakowych i innowacji, których sprzedaż rośnie nawet 40 proc. rocznie.

 W Polsce konsumpcja piwa wynosiła już 97 litrów na głowę, co jest bardzo dobrym wynikiem, jednym z najlepszych w Europie. Niekoniecznie jest tutaj miejsce na dalszy wzrost – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Bławat, prezes Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie oraz prezes Carlsberg Polska. – Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będziemy mieli kilkuprocentowy spadek. Jest szansa na to, że ta kategoria będzie może minimalnie lepsza od poziomu z roku 2011, ale do poziomu roku 2012 powrotu raczej nie będzie.

Bławat podkreśla, że rekordowy poziom ponad 97 litrów piwa na osobę udało się osiągnąć w zeszłym roku między innymi dzięki udanej pogodzie i piłkarskim mistrzostwom Euro 2012. Z tej okazji wielu producentów zdecydowało się wypuścić nowe produkty oraz zaangażowało się w wydarzenia związane z rozgrywkami. Choć pełnych danych za ten rok jeszcze nie ma, wyniki będą zapewne gorsze.

W I półroczu sprzedaż spadła o 3,3 proc. W miesiącach letnich nieco odbiła, ale od września ponownie zaczęła spadać. Branża spodziewa się, że ten rok zakończy się na poziomie 95 litrów na osobę.

Zdaniem Tomasza Bławata, konsumenci w Polsce są coraz bardziej otwarci na nowości.. 77 proc. rynku to wciąż sprzedaż piw jasnych pełnych, ale ich udziały nieznacznie spadają  na rzecz piw smakowych i specjalnych. Ta kategoria w ubiegłym roku stanowiła 3 proc. rynku i rośnie rocznie o ok. 40 proc. Najszybciej rozwija się kategoria radlerów, czyli lżejsze piwa z dodatkiem np. lemoniady. W przypadku piw  pszenicznych i niepasteryzowanych wzrosty wynoszą ok. 20 proc.

Polacy coraz chętniej sięgają również po piwa z kategorii Premium, które są droższe niż tradycyjne marki.

 – Mamy w Polsce sporo marek Premium, które dotąd nie rozwinęły się bardzo silnie. Do tego potrzebny byłby bardziej energiczny wzrost gospodarczy i poprawa optymizmu konsumenckiego. W tym segmencie mamy wiele do zrobienia i to powinno zaowocować nowymi rodzajami piwa, nowymi gatunkami, ciągle wprowadzanymi nowościami, które dają klientowi powód, by płacić więcej – podkreśla prezes Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie .

Dodaje, że duża konkurencja na rynku (według danych GUS w 2012 roku były 132 podmioty warzące piwo) spowodowała, że średnia cena piwa w kraju od lat utrzymuje się na stałym poziomie. Choć koszty producentów rosną, do tej pory szukali oni raczej oszczędności we własnych firmach niż przerzucali koszty na konsumentów. Istnieje ryzyko, że może się to zmienić.

 – Presja kosztowa jest tak duża, że nie pozwala już na przekładanie wszystkich podwyżek cen surowców na finalną cenę produktu – podkreśla Bławat. – Piwo powinno drożeć, ale poprzez wprowadzanie nowych, koneserskich produktów. Jednocześnie konsumenci w Polsce są wrażliwi na cenę, zatem spodziewane wzrosty nie powinny być zbyt duże.

Święta bez stresu. Warto je planować z wyprzedzeniem

Święta bez <a title=stresu. Warto je planować z wyprzedzeniem" title="Święta bez stresu. Warto je planować z wyprzedzeniem" />

CEO Magazyn Polska

Przedświąteczna gorączka przygotowań, nadmierny perfekcjonizm czy nawet inny pomysł na spędzenie wolnego czasu niż ma reszta rodziny mogą spowodować, że kilka dni wolnego w czasie świąt będzie bardziej czasem stresu niż odpoczynku. Dlatego psychologowie przekonują, by już w listopadzie poświęcić trochę czasu na zaplanowanie świątecznego relaksu.

 Relaks jest umiejętnością, ogromnym zasobem – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwia Michalska-Pyszny, psycholog biznesu z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Żeby umieć się zrelaksować, trzeba dobrze siebie znać i wiedzieć, w jaki sposób się skutecznie odpoczywa, i czy jest to sposób, który zostanie zaakceptowany przez rodzinę.

Zdaniem ekspertki, warto z wyprzedzeniem zaplanować odpoczynek świąteczny. By uniknąć nieporozumień, w proces planowania dobrze włączyć pozostałych członków rodziny. Trzeba jednak liczyć się z tym, że każdy będzie mieć swój własny pomysł na święta. Tym bardziej, że coraz więcej osób decyduje się na spędzenie tego czasu poza domem, np. za granicą.

 – Jeśli młodsze pokolenie spędza święta inaczej, niż lubi, to powstaje pytanie, jak będzie wyglądała taka relacja przy świątecznym stole – mówi Sylwia Michalska-Pyszny. – Najczęściej jest to kolejny obowiązek do wykonania, co rodzi frustrację i nie sprzyja ani wypoczynkowi, ani budowaniu relacji.

Psycholog biznesu przestrzega przed uleganiem presji związanej z idealnym wizerunkiem świąt, który kreują media i społeczeństwo. Jeśli nie udaje się nam do tego ideału dostosować, to odczuwamy dyskomfort.

 – Pamiętajmy jednak, że mało jest takich rodzin, w których są idealne relacje i wszyscy zachowują się w sposób wzorcowy. Często przeżywamy kłótnie i starcia, wynikające z napięcia przedświątecznego. Warto dać sobie na nie przyzwolenie i pamiętać, że tak zachowują się również normalne rodziny – zauważa Michalska-Pyszny. – Przede wszystkim mamy wyobrażenie świąt i często gubi nas nadmierny perfekcjonizm. Wówczas wszystko, co dzieje się niezgodnie z misternym planem, jest powodem przeżywanej przez nas frustracji i dyskomfortu.

Capital Park: debiutujemy na giełdzie w najlepszym momencie. Spółka myśli o przejęciach

Kończą się zapisy na akcje inwestorów indywidualnych w publicznej ofercie spółki Capital Park. Firma z rynku nieruchomości chce zadebiutować na warszawskim parkiecie w połowie grudnia.  Blisko 200 mln zł środków pozyskanych z emisji ma zamiar przeznaczyć na dokończenie rozpoczętych inwestycji oraz na przejęcia.

Książka dla inwestorów indywidualnych zamyka się 27 listopada, a dla inwestorów instytucjonalnych dzień później. Pierwsze notowania na GPW przewidziane są na 13 grudnia. Z emisji akcji Capital Park chce pozyskać 210 mln zł brutto, co po potrąceniu wszystkich kosztów związanych z ofertą powinno dać ponad 198 mln zł na czysto. Spółka chce je przeznaczyć na rozwój istniejących projektów oraz nowe akwizycje.

 – Nasze projekty są w bardzo zaawansowanych stadiach, właściwie większość ryzyk związanych z procesem administracyjnym jest za nami i w tej chwili największe budowy idą pełną parą, trwa proces komercjalizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Nowakowska, dyrektor działów Asset Management oraz Sprzedaży i Marketingu w Capital Park. – Z punktu widzenia naszych inwestorów jest to bardzo dobry czas, dodatkowo jest sporo pieniędzy wśród inwestorów indywidualnych, którzy szukają atrakcyjnych inwestycji, więc wydaje nam  się, że jest to dobry moment na debiut.

Wśród najważniejszych projektów, które firma realizuje jest m.in. budowa biurowca Eurocentrum przy Dworcu Zachodnim oraz wielofunkcyjnego obiektu Royal Wilanów. Nieruchomościowa spółka stara się również o pozwolenie na budowę swojej kluczowej inwestycji Art–Norblin. Ma ona polegać na rewitalizacji dawnej fabryki cyny Norblin przy ul. Żelaznej w Warszawie z przeznaczeniem na obiekt biurowo-handlowy. Poza zakończeniem rozpoczętych inwestycji Capital Park zapowiada też o kolejnych zakupach.

 – Mamy bardzo ambitne plany akwizycyjne, chcemy kontynuować inwestycje w nasze high streets [główne ulice handlowe  red.] , czyli w małe lokale handlowe, które z sukcesem sprzedaliśmy do zamkniętego  funduszu inwestycyjnego, zachowując 15 proc. akcji. Mamy też plany zakupowe mniejszych centrów handlowych, convenience center  takie rzeczy nas interesują – ujawnia Kinga Nowakowska.

Ocenia, że polski rynek nieruchomości znajduje się obecnie w przededniu nowego, korzystnego cyklu koniunkturalnego. W najbliższej przyszłości można oczekiwać korzystnych wycen nieruchomości komercyjnych w ujęciu rok do roku. W 2012 roku roku z powodu wahań kursowych Capital Park odnotował 115 mln zł straty netto wobec 121,1 mln zł zysku rok wcześniej.

 – Nasze straty wynikały tylko i wyłącznie z wycen. Nasze nieruchomości wyceniane są w euro, dlatego że czynsze i kredyty są w euro, natomiast my raportujemy sprawozdania finansowe w złotych. Wystarczy, że jest lekkie wahnięcie kursu euro w górę czy w dół, natychmiast ma to odzwierciedlenie w naszych wynikach finansowych, ale nie można nas porównać do spółki operacyjnej my nie mamy operacyjnej straty – tłumaczy dyrektor. – Natomiast wyceny naszych nieruchomości w euro od samego początku istnienia firmy rosną co roku.

W ramach działalności na rynku nieruchomości komercyjnych Capital Park stworzył również zamknięty fundusz inwestycyjny, mając na względzie fakt, że nie ma na tym polu konkurencji ze strony rodzimych funduszy. W polskie nieruchomości najczęściej inwestują bowiem fundusze zagraniczne, np. brytyjskie.

 – Większość polskiej infrastruktury, biurowców czy centrów handlowych rzeczywiście trafia do zagranicznych funduszy. My tego za bardzo nie rozumiemy, więc sami stworzyliśmy zamknięty fundusz inwestycyjny, znajdują się w nim nasze nieruchomości komercyjne – mówi Nowakowska. – Planujemy stworzyć taki fundusz w przyszłości dla naszych inwestycji biurowych, dla wszystkich naszych projektów, które generują już dochody, obsługują kredyty. Są to fundusze, które wypłacają dywidendy i są na czas nieokreślony. Mamy nadzieję, że polskie fundusze będą naszymi akcjonariuszami.

Capital Park funkcjonuje na polskim rynku nieruchomości od ponad dekady prowadząc działalność deweloperską i inwestycyjną. Spółka zarządza obecnie portfelem nieruchomości o łącznej powierzchni wynajmu brutto blisko 250 tys. m kw., zlokalizowanych w 39 miastach. Należą do nich m.in. projekty biurowe, handlowe oraz wielofunkcyjne.

Elektrociepłownia Białystok buduje instalację do odazotowania spalin

25 listopada została zawarta umowa na budowę instalacji katalitycznego odazotowania spalin na kotłach węglowych K7 i K8 w Elektrociepłowni Białystok.

Wykonawcą instalacji będzie konsorcjum firm Strabag Sp.z.o.o Polska (lider) & Strabag Energy Technology GmbH Austria. Wartość kontraktu wyniesie 47 mln zł netto. Inwestycja zmniejszy emisję tlenków azotu z obecnego poziomu 500-600 mg/Nm3 do poniżej 100 mg/Nm3. W ten sposób Elektrociepłownia Białystok wykona kolejny krok na drodze do dostosowania swoich instalacji do wymogów nowej dyrektywy o emisjach przemysłowych tzw. IED.

Everesty MCI Management rozdane po raz jedenasty

0

21 listopada 2013 roku odbyła się 11. edycja Gali organizowanej przez MCI Management SA – Everesty 2013. Fundusz w ramach tego wydarzenia przyznał nagrody za najlepsze wyniki swoim spółkom portfelowym: Morele.net oraz Travelata.ru.

Jak co roku MCI Management przyznał nagrody najbardziej efektywnie rozwijającym się spółkom z jego funduszy. W jedenastej edycji uhonorowano spółkę Travelata.ru, czołowego przedstawiciela rosyjskiego rynku turystycznego online oraz Morele.net, wiodącego internetowego sprzedawcę sprzętu IT w Polsce.

Ta odbywająca się corocznie Gala jest jednym z najważniejszych przedsięwzięć branży Private Equity w naszym kraju. W programie wydarzenia, oprócz rozdania nagród wyróżnionym spółkom, przewidziano cztery panele dyskusyjne.  W dyskusjach poprzedzających przyznanie statuetek wzięli udział najwybitniejsi przedstawiciele branży PE/VC, świata finansów, jak również reprezentanci czołowych europejskich i globalnych firm prowadzących działalność w Internecie.

W pierwszej dyskusji panelowej  pt.  „Going Global” zastanawiano się, jaka jest recepta na pokonanie barier ekspansji zagranicznej i stworzenie globalnego lidera. Moderatorem dyskusji był Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, obecnie rektor Vistula University. Uczestnicy panelu, do których należeli: Jens Hilgers­ ­- Geewa, Jose Marin –  IG Expansion, Piotr Pietrzak – IBM Polska oraz Nenad Marovac – DN Capital zgodnie doszli do wniosku, że kluczowe w budowaniu globalnej firmy są jakość kadr oraz mentalność właścicieli, która pozwala im myśleć na szerszą skalę niż w obrębie rynku lokalnego czy regionalnego. By skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej poszczególne firmy potrzebują też wyróżników rynkowych. Paneliści zgodnie podkreślili, że dana jednostka ma szansę stać się globalnym graczem, jeśli posiada unikalne cechy i jest konkurencyjna w danej branży.

Drugi panel poświęcony był rynkom wschodzącym. Tę dyskusję prowadził Tomasz Danis, Dyrektor Inwestycyjny MCI Management. Uczestnicy dokładnie przeanalizowali przyczyny atrakcyjności rynków wschodzących, debatowano również na temat tego, jak ułatwić młodym firmom ich indywidualny rozwój, zabezpieczając je jednocześnie przed sprzedażą ogólnoświatowym koncernom. Panelistami byli Erol Bilecik, założyciel Indeks Group, Alex Zaretsky, prezes Travelata.ru, Claire Scott Priestley, partner w londyńskim oddziale Squire & Sanders. Według gości kraje Emerging Markets, choć zaliczane do jednej grupy, prezentują różne ścieżki osiągania wzrostu. Turcja znajduje się w przedsionku boomu gospodarczego, który będzie pochodną czynników demograficznych – ponad połowa z liczącej powyżej 70 mln ludności tego kraju ma mniej niż 28 lat. Z kolei rosyjskie firmy preferują budowę wartości etapami, rozpoczynając od zdobycia pozycji wiodącej na rynku lokalnym, poprzez zapożyczanie najlepszych praktyk z Zachodu, po wzmacnianie globalnego modelu biznesowego silnym lokalnym zespołem.

Trzecia debata dotyczyła przedsiębiorczości. Zaproszeni do niej goście, jedni z najlepszych menadżerów na świecie, zastanawiali się nad tym, co determinuje sukces. Prowadzący –  Krzysztof Rybiński, pytał również o to, jakie cechy powinien mieć ambitny przedsiębiorca. W dyskusji udział wzięli: Luis Amaral, prezes  Eurocasch, Thor Bjorgolfsson, partner zarządzający Novator, Tomasz Czechowicz, partner zarządzający MCI Management, Marek Witkowski, prezes Copernicus Securities oraz Michał Hucał, wiceprezes Alior Banku. Według panelistów skuteczny przedsiębiorca powinien cechować się wizją, optymizmem, determinacją, odwagą, zdolnością do podejmowania decyzji i ryzyka, szybkością w działaniu i umiejętnością podejmowania rywalizacji. Goście podkreślili również, że każdy przedsiębiorca powinien znaleźć swój indywidualny model działania, który będzie idealną dla niego mieszanką własnej wizji i inspiracji sprawdzonymi już pomysłami i rozwiązaniami innych firm.

W czwartej, ostatniej dyskusji poświęconej innowacjom uczestniczyli: Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Bank, Marek Kapuściński, wiceprezydent Europa Centralna Procter & Gamble, Maciej Filipkowski, wiceprezes Samsung Electronics Polska i Paweł Graniewski, wiceprezes GPW. W toku debaty wyeksponowano fakt, że każda branża potrzebuje innowacji. Za nimi natomiast zawsze stoją ludzie, dlatego najważniejszym zadaniem dla spółek jest inwestowanie właśnie w ludzi i wiedzę oraz motywowanie pracowników do kreatywnego myślenia.

Tegoroczna Gala odbyła się w SOHO Factory w Warszawie. Postindustrialny charakter miejsca idealnie komponował się z tematami dyskusji, oscylującymi wokół nowych technologii i innowacji. Partnerami gali byli: ABC Data, Colorovo, IBM, Na Powiślu, Copernicus Securities, Squire & Sanders, Próchnik, Deloitte i Frisco. Patronat medialny nad wydarzeniem objęli: Forbes, Puls Biznesu, ISB News, Bankier.pl oraz PAP Biznes.

Raport New City Index wydany

Ericsson opublikował najnowszy Networked Society City Index. Indeks podaje ranking 31 miast i bada ich zaawansowanie w dziedzinie ICT pod względem przełożenia inwestycji ICT na rozwój gospodarczy, społeczny i środowiskowy; tzw. effektu 'triple bottom line’.

W omawianym raporcie, aspekt technologii zaktualizowano tak, by obejmował następujące wymiary: 4G, open data, e-transakcje i bardziej zaawansowane użytkowanie. Uzyskane wyniki ponownie potwierdzają i jeszcze bardziej wzmacniają korelację między ICT a rozwojem społecznym, gospodarczym i środowiskowym.

Najwyższa pozycja w rankingu szwedzkiej stolicy wynika z dobrze rozwiniętej infrastruktury ICT, z wysokim udziałem smartfonów i połączeń wysokiej prędkości, a także zaawansowanego użytkowania połączonego z innowacjami oraz inicjatywami rozwojowymi wykorzystującymi ICT jako główny element wspomagający.

Patrik Regårdh, szef Networked Society Lab w Ericsson mówi: – ICT znacząco przyspiesza interakcje między różnymi zainteresowanymi, czyniąc je bardziej intensywnymi i opłacalnymi. Zmniejszony koszt wymiany informacji i transakcji obniża próg dla nowych przedsięwzięć i wspólnych inicjatyw. W rezultacie, następuje ożywienie rozwoju gospodarczego miasta.

ICT tworzy platformę dla współpracy przy wymagających wiedzy działaniach między przedsiębiorstwami, sektorem publicznym a obywatelami, a także stymuluje specjalizację i dynamiczne usługi informatyczne. Pozwala to przedsiębiorstwom i instytucjom na efektywne gromadzenie zasobów oraz oferowanie takich rozwiązań i usług, jakich w innym przypadku żadna ze stron nie byłaby w stanie dostarczyć niezależnie.

Jako przykład, raport przytacza sposób, w jaki Urząd Ochrony Środowiska w Szanghaju przekazuje codzienne informacje dotyczące jakości powietrza poprzez swoją stronę internetową i serwis Weibo. Celem jest rozpowszechnianie wiedzy dotyczącej negatywnego wpływu na zdrowie miejskiej populacji Szanghaju wskutek niskiej jakości powietrza.

Regårdh stwierdza: – ICT udostępnia obywatelom całkowicie nowe sposoby interakcji z własnym miastem i jego środowiskiem. Staje się ona platformą dla współpracy, gdzie mogą oni wymieniać informacje i bardziej aktywnie angażować się w rozwiązywanie codziennych problemów.

Raport informuje, że miasta w rozwijających się gospodarkach oraz na wczesnych etapach zaawansowania ICT mogą poprawić swoje osiągnięcia skupiając się na rozwoju socjo-ekonomicznym i stworzyć wyraźną wizję tego, jak wykorzystać ICT do rozwijania sektora publicznego i prywatnego. Zdolność obywateli do korzystania z nowej technologii i uzyskiwania bezpośrednich korzyści powinna znajdować się na pierwszym planie pod względem uzyskania długofalowych efektów na dużą skalę.

Raport wskazuje również współpracę miedzy miastami jako element o coraz większym znaczeniu. Przykładowo, zharmonizowane struktury otwartych danych mogłyby przyspieszyć innowacje w większym stopniu, niż różne systemy czy protokoły.

Regårdh wyjaśnia: – Rozwiązanie otwartych danych mogłoby na przykład umożliwić funkcjonowanie takich samych usług informacyjnych dotyczących transportu publicznego nie tylko w Miami, ale również w Dżakarcie czy Mexico City. Ułatwiłoby to życie turystom i podróżnikom, ale także zmniejszyłoby koszty infrastruktury ponoszone przez miasta ze względu na możliwość stosowania rozwiązań skali.

Nawet miasta o zaawansowanej gospodarce muszą podejmować stosowne działania, aby mogły pozostać konkurencyjne i powiązane z przyszłymi generacjami technologii.

Networked Society City Index firmy Ericsson został opracowany w bliskiej współpracy ze Sweco, grupą zrównoważonej inżynierii i projektowania.

Niezależnie od trzech miast zajmujących najwyższe miejsca w rankingu: Sztokholmu, Londynu i Singapuru, w Indeksie wymienione są również następujące miasta: Pekin, Buenos Aires, Kair, Kopenhaga, Delhi, Dhaka, Helsinki, Hong Kong, Istambuł, Dżakarta, Johannesburg, Karaczi, Lagos, Los Angeles, Manila, Mexico City, Miami, Moskwa, Mumbaj, New York, Oslo, Paris, São Paolo, Seul, Szanghaj, Sydney, Tajpej, Tokio.

Zwycięzca 11. polskiej edycji konkursu Przedsiębiorca Roku

O wyróżnieniu Andrzeja Wiśniowskiego tytułem Przedsiębiorcy Roku 2013 zadecydowało niezależne Jury konkursowe pod przewodnictwem Jana Krzysztofa Bieleckiego. Andrzej Wiśniowski będzie reprezentował Polskę w międzynarodowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year wiosną przyszłego roku w Monte Carlo.

Jury nagrodziło zwycięzcę „w uznaniu za wyznaczanie od 20 lat trendów na rynku bram i ogrodzeń w kraju i za granicą.”

Założona przez Andrzeja Wiśniowskiego w 1989 roku firma jest w całości oparta na polskim kapitale. W swojej ofercie Wiśniowski posiada wysokiej klasy bramy garażowe i przemysłowe, systemy ogrodzeniowe, stolarkę stalową i aluminiową. Firma ma własną fabrykę, zatrudniającą ponad 1100 pracowników. Rodzinna firma z Nowosądecczyzny jest dziś przedsiębiorstwem, którego produkty z powodzeniem konkurują z europejskimi potentatami branży. Rozbudowana sieć dystrybucji działa zarówno w kraju jak i za granicą. Od lat firma uczestniczy w krajowych i międzynarodowych targach, dzięki którym umacnia swoją pozycję za granicą – m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, czy w krajach Beneluxu. Około 25% przychodów firmy pochodzi ze sprzedaży na zagranicznych rynkach. Wiśniowski swoją firmę zakładał od podstaw, przez lata efektywnie i skutecznie budował jej renomę, oferując wysokiej jakości produkty. Wciąż nieustannie je rozwija, udoskonala i poszerza różnorodność oferty, stosując przy tym innowacyjne rozwiązania i najnowocześniejszą technologię.

Jury konkursu EY Przedsiębiorca Roku przyznało Andrzejowi Wiśniowskiemu także zwycięstwo w kategorii Produkcja – „za konsekwentne budowanie przedsiębiorstwa oferującego światowej jakości produkt i za skuteczne konkurowanie z zagranicznymi producentami bram wjazdowych, garażowych, ogrodzeń przemysłowych, a także drzwi i okien m.in. na wymagających rynkach Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii.”

Andrzej Wiśniowski będzie reprezentował Polskę w międzynarodowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year w Monte Carlo w czerwcu 2014 roku, podczas którego rywalizować będą ze sobą wszyscy zwycięzcy lokalnych edycji konkursu – z ponad 50 krajów świata.

Miasta muszą zmienić podejście do projektowania swoich centrów

Centra miast powinny być ich wizytówką, a jednocześnie atrakcyjnym miejscem do życia i przebywania dla mieszkańców oraz gości. Tymczasem w Polsce nadal brak kompleksowego i perspektywicznego podejścia do ich rozwoju. Wciąż dominuje zarządzanie przez pryzmat pojedynczych działek inwestycyjnych. Eksperci firmy doradczej Deloitte przekonują, że należy skończyć z tego typu myśleniem i oprzeć się na najlepszych europejskich praktykach.

Centra miast spełniają wiele zadań. Powinny być ich wizytówką, miejscem spotkań i rozrywki, skupiskiem kluczowych węzłów transportowych, obiektów architektonicznych i kulturalnych, ale też jak najlepiej służyć mieszkańcom do życia, pracy czy zakupów. „Nie ma jednej odpowiedzi jak powinno wyglądać idealne centrum, bo i miasta są bardzo różne. Należy jednak wykorzystywać doświadczenia innych metropolii i opinie różnych grup interesariuszy, aby stworzyć centrum otwarte, które jednocześnie nie zatraci dorobku historycznej zabudowy” – tłumaczy Radosław Kubaś, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Największe miasta starają się zachować przewagę konkurencyjną i przyciągnąć inwestorów. Dlatego nie do przecenienia w procesie kształtowania centrum jest rola planowania strategicznego. Daje ono bowiem możliwość wyboru przyszłego kierunku inwestycji oraz zapewnienia skutecznego zagospodarowania przestrzennego. Jak wynika z doświadczeń Deloitte, sukcesy na tym polu mają m.in. władze Birmingham, Sheffield oraz Manchesteru. Warto także zwrócić uwagę na aktualne trendy, które dominują w obszarze zagospodarowania obszarów miejskich. Są to m.in. zrównoważony rozwój, modernizacja przy jednoczesnej ochronie dziedzictwa architektonicznego, efektywne powiązanie przestrzeni publicznych, ułatwienie mobilności mieszkańcom czy ochrona środowiska.

Przed podjęciem decyzji jaką rolę ma odgrywać i jak ma wyglądać centrum miasta należy ocenić aktualne uwarunkowania rynkowe, sytuację społeczno – gospodarczą, prawną a także wziąć pod uwagę opinie różnych grup interesariuszy. Dobrze jest też przyjrzeć się innym miastom zarówno w kraju, jak i za granicą i wzorować się na najlepszych przykładach, co zarówno znacznie skraca proces podejmowania decyzji o kierunkach i sposobach jego rozwoju, jak i minimalizuje ryzyko błędu. Na końcu pozostaje określenie docelowej struktury funkcjonalnej a także wyznaczenie celów operacyjnych służących realizacji planu. Na jakich metropoliach należy się wzorować? „Trzeba brać pod uwagę różne kryteria i z różnego rodzajów rankingów wybrać te miasta, które są najwyżej ocenianie, a także te, które mając wysoką pozycję są jednocześnie podobne do naszego. Warto też przyglądać się miejscom, które z sukcesem zrealizowały projekt rewitalizacji centrum” – tłumaczy Radosław Kubaś.

W różnych miastach, centra odgrywają różnorakie funkcje. Są tam lokowane funkcje mieszkaniowe, komercyjne, biurowe, kulturalno-rozrywkowe, edukacyjne itp.. Są też takie, w których dominują tereny zielone, otwarte, infrastruktura drogowa, kolejowa czy parkingi. Oprócz struktury funkcjonalnej analizie poddać należy w miarę możliwości wysokość i charakter zabudowy (modernistyczna, historyczna itp.), fakt występowania stref zamkniętych dla ruchu, głównych ulic handlowych, kluczowych miejsc spotkań i zgromadzeń itp.

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, można wyróżnić następujące rodzaje dzielnic centralnych:

  1. ekskluzywna (dominacja funkcji mieszkaniowej oraz biurowej, niska, zabudowa w wysokim standardzie, znaczny udział terenów zielonych, otwartych oraz funkcji kulturalnych, np. Dusseldorf),
  2. komercyjna o historycznej zabudowie (dominacja funkcji biurowej i komercyjnej, zlokalizowanych w niskiej zabudowie o historycznym charakterze. Brak terenów zielonych oraz funkcji mieszkaniowej, np. Liverpool),
  3. mieszkaniowa o historycznej zabudowie (silna dominacja funkcji mieszkaniowej zlokalizowanej w historycznej lub odtworzonej na styl historyczny zabudowie, np. Lyon),
  4. mieszana (równowaga pomiędzy trzema dominującymi funkcjami – mieszkalną, biurową oraz komercyjną przy bardzo dużej dowolności w zakresie typu oraz formy zabudowań, np.: Sheffield),
  5. stylowa miejska (dominacja funkcji komercyjnej przy obecności funkcji mieszkaniowej oraz biurowej. Odrestaurowane kamienice lub nowe obiekty wybudowanych w stylu zgodnym z istniejącą architekturą, np. Lipsk),
  6. nowoczesna wielkomiejska (dominacja funkcji mieszkaniowej przy istotnej obecności funkcji biurowej oraz kulturalno-rozrywkowej. Zabudowa modernistyczna, dopuszczająca znaczne wysokości obiektów, w tym zwłaszcza biurowców, np. Nowy Jork).

Jak wskazują doświadczenia Deloitte, w niewielu polskich miastach podchodzi się kompleksowo do rozwoju dzielnicy centralnej. „Nadal w wielu przypadkach mamy do czynienia z zarządzaniem rozwojem miasta przez pryzmat krótkookresowy i pojedynczych działek inwestycyjnych. Tymczasem zarówno rzeczywistość, jak też obserwacja najlepiej zarządzanych miast pokazują, że jest to podejście błędne. Samorządowcy muszą czerpać z najlepszych praktyk europejskich i światowych oraz zacząć myśleć o centralnych dzielnicach swoich miast w perspektywie długofalowej” – mówi Radosław Kubaś.

Jednym z pionierów w nowoczesnym podejściu do planowania i zarządzania przestrzenią miejską jest Łódź. Prowadzony przez Zarząd Nowego Centrum Łodzi projekt obejmuje analizę zagospodarowania ok. 100 – hektarowego obszaru oraz ma na celu wykreowanie nowego obszaru funkcjonalnego – wokół przebudowywanej stacji Łódź Fabryczna – powiązanego z historycznym centrum, opartym na osi ulicy Piotrkowskiej poprzez stworzenie systemu atrakcyjnych przestrzeni publicznych; twórcze wykorzystanie zabytkowej tkanki urbanistycznej przełomu XIX i XX wieku; zmianę funkcji terenów poprzemysłowych i kolejowych, zachowanie istotnych elementów tkanki urbanistycznej stanowiących o tożsamości i historii tego obszaru a także rewitalizację obszarów poprzemysłowych i kolejowych oraz kwartałów zabudowy wielkomiejskie.

W swoich planach Łódź wzoruje się na wielu przykładach. Dziś program ten obejmuje ponad 50 projektów, realizowanych przez sektor publiczny. Warte są one ponad 4 mld zł. Pierwsze zakończą się już w 2014 r. „Nowe Centrum Łodzi to największy program urbanistyczno – inwestycyjny realizowany przez władze miasta. Zdecydowaliśmy się na kompleksowe podejście do realizacji tego przedsięwzięcia, obejmujące nie tylko zagadnienia związane z planowaniem urbanistycznym, ale także uwzględniające oczekiwania mieszkańców i inwestorów prywatnych. Naszym celem jest stworzenie przyjaznej i atrakcyjnej przestrzeni do mieszkania, pracy i spędzania wolnego czasu. Wierzymy, że nie ma silnego miasta bez silnego centrum. Chcemy, aby rewitalizacja obszaru poprzemysłowego była bodźcem do odnowy całego historycznego śródmieścia a nie tworzenia zamkniętej dzielnicy – miasta w mieście – mówi Błażej Moder, Dyrektor Zarządu Nowego Centrum Łodzi.

PGNiG zapewnia, że zimą gazu nie zabraknie

CEO Magazyn Polska

Nie ma zagrożenia ograniczenia dostaw gazu tej zimy. PGNiG ma pełne magazyny, a dodatkowo na początku przyszłego roku będzie dysponowało dodatkową powierzchnią do wypełnienia. Sezon grzewczy oraz zwiększona produkcja nawozów przed wiosną sprawiają, że zapotrzebowanie na gaz zimą wzrasta ponad czterokrotnie w stosunku do lata.

 W naszej opinii zima będzie bezpieczna pod względem ogrzewania. Zapasy w tej chwili mamy prawie wypełnione w 100 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Murawski, wiceprezes ds. finansowych Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa.

Zapewnia, że nie będzie powtórki z poprzednich sezonów, gdy zdarzały się ograniczenia w dostawach paliwa. Minionej, mroźnej zimy na wniosek Gaz-Systemu, PGNiG wprowadziło ograniczenia w dostawach gazu do Zakładów Chemicznych Police, PKN Orlen i Zakładów Azotowych Puławy. Wówczas na koniec stycznia w podziemnych magazynach gazu PGNiG zgromadzone było 1,177 mld m sześc. gazu.

Z kolei pod koniec 2009 roku magazyny koncernu były wypełnione gazem w ok. 70 procentach. To groziło tym, że mogło zabraknąć 0,4-0,5 miliarda metrów sześciennych paliwa. Problemy wynikały z przedłużających się negocjacji z Gazpromem dotyczących nowej umowy gazowej, która miała zwiększyć dostawy z Rosji. Z podobnymi problemami PGNiG borykał się od 2003 roku, kiedy w wyniku porozumienia między Moskwą a Warszawą zmniejszono dostawy w ramach „kontraktu jamalskiego”.

Tym razem w magazynach zgromadzono przed zimą  1,8 mld m sześc. Dodatkowo pojawią się nowe powierzchnie i ilość zapasów zostanie znacznie zwiększona. 

 – Mówimy o magazynie Kosakowo i Wierzchowice. W Wierzchowicach zamierzamy mieć w przyszłym roku prawie 1,2 mld m sześc. pojemności.  Jest to nowy magazyn,  a odbiór końcowy planowany jest na początku roku – zapowiada Jacek Murawski.

W wierzchowickim magazynie znajduje się już 600 mln m sześc. błękitnego paliwa,  a docelowo znaleźć może się w nim dwa razy więcej. To zwiększa bezpieczeństwo energetyczne kraju.

Z kolei Podziemny Magazyn Gazu Kosakowo, zlokalizowany w województwie pomorskim, docelowo będzie mógł pomieścić 250 mln m sześc. Inwestycja ma zostać zakończona w 2021 r.

 – Obecny poziom zapasów, biorąc pod uwagę, że nasza konsumpcja w czwartym czy pierwszym kwartale wynosi około 3 mld sześc., pozwala na to, by bilans gazu był zabezpieczony – informuje wiceprezes.

Całkowita pojemność polskich magazynów wynosi 1,8 mld m sześc. W ramach testowania budowanych nowych pojemności magazynowych, do kwietnia 2014 r. przybędzie dodatkowo 650 mln m sześc.  Rocznie Polska zużywa 14,8 mld m sześc. gazu.

UOKiK: za złe wykonanie usługi kupionej na portalu grupowym odpowiada wykonawca usługi, a nie portal

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi 58 postępowań dotyczących sprzedaży online, w tym cztery dotyczące zakupów grupowych. Skargi, które wpływają do Urzędu, najczęściej dotyczą nieterminowego wykonania usługi lub jej niska jakość. UOKiK rozpoczyna kampanię informacyjną, dotyczącą sprzedaży przez internet, co do której klienci wciąż mają wiele wątpliwości.

Z badań UOKiK wynika, że konsumenci nie znają swoich praw przy zakupach w sieci. Nie wiedzą też, jaka jest różnica w przysługujących im prawach w przypadku zakupów na aukcji czy w sklepie internetowym.

UOKiK prowadzi obecnie 58 postępowań dotyczących sprzedaży przez internet. Od początku roku wydano 29 decyzji. Najczęściej sprzedawcy nie przestrzegają 10-dniowego terminu zwrotu towaru, wymagają oryginalnego opakowania, nie zwracają klientom kosztów wysyłki w przypadku odstąpienia od umowy. Na stronach często też brakuje regulaminu sklepu czy informacji o prawach klientów.

Cztery postępowania UOKiK dotyczą zakupów grupowych.

 – Głównym  problemem jest mieszanie praw między tym, który jest portalem ogłaszającym, zbierającym chętnych do zakupów grupowych, a tym, który wystawia jakąś ofertę na tym portalu. Mówiąc najprościej, między portalem, który zrzesza konsumentów, chcących kupić grupowo, a tym, który tę ofertę proponuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Cieloch, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Ważne jest także, aby pamiętać, że gdy klient dokonuje zakupu grupowego, to zawiera dwie umowy. Pierwszą z portalem pośredniczącym, który zrzesza osoby chcące dokonać zakupu grupowego, a drugą z firmą, która świadczy dane usługi.

Wpływające do UOKiK skargi dotyczą często problemów z terminowym wykonaniem usługi. Często trudnością jest ustalenie dogodnego dla obydwu stron terminu niektórych usług np. kursów na prawo jazdy czy wizyt w salonach piękności. Zwłaszcza, gdy w wyniku ogłoszenia oferty na portalu grupowym, mała firma zalewana jest nadmiarem zgłoszeń, których nie jest w stanie obsłużyć.

 – Jeżeli mamy do czynienia z zakupami grupowymi, to nie portal świadczący usługę zakupu kuponu jest odpowiedzialny za wykonanie tej usługi, tylko ten, który ją de facto wykonuje i tam składamy reklamację, tam dochodzimy swego, jeśli termin czy jakość tej usługi lub cena nam nie odpowiada, albo jest niezgodna z umową, którą zawarliśmy, kupując kupon – wyjaśnia Cieloch. – Tam więc składamy reklamację i dochodzimy swoich praw, jeśli sprzedawca nie wywiązał się z umowy lub jeśli mamy inne istotne zastrzeżenia.

Przy zakupach przez internet od przedsiębiorcy, klient ma prawo do zwrotu towaru w przeciągu 10 dni (takiego prawa nie ma klient kupujący od innego konsumenta). Już niebawem termin ten wydłuży się do 14 dni – Polska do 13 grudnia ma obowiązek wdrożenia unijnej dyrektywy o prawach konsumenta. Firmy nie mają prawa domagać się, by osoba zwracająca produkt ponosiła koszty wysyłki, albo by odsyłała towar nierozpakowany. Przedsiębiorca prowadzący sprzedaż online powinien także informować konsumenta o możliwości dokonania zwrotu, podawać swoje dane i regulamin. Niestety często firmy nie stosują się do tych prawnych wymagań, a klienci nie są ich świadomi.

Do akcji UOKiK włączyli się m.in. Nokaut.pl, Skapiec.pl, Opineo.pl, Szafa.pl, Notanio.pl, SmartBay.pl, Ceneria.pl, Comperia.pl, Sklepy 24.pl, GoDealla.pl, Groupon.pl, Okazje.eholiday.pl, Frupi.pl, e-Commerce Polska Izba Gospodarki Elektronicznej, Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, Trustedshops.pl, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich i  Mensis.pl. Z informacjami dla przedsiębiorców i konsumentów np. z wykazem klauzul niedozwolonych i wzorów przydatnych pism można zapoznać się pod adresem e-zakupy.uokik.gov.pl.

Prof. J. Buzek: potrzebna natychmiastowa reforma górnictwa

CEO Magazyn Polska

Jeśli polska energetyka chce przez następne dwie lub trzy dekady korzystać z węgla, polskie górnictwo musi być rentowne, a opalane węglem elektrownie wydajne. Choć Unia Europejska dąży do ograniczenia emisji CO2, którego wielkim emitentem są właśnie elektrownie opalane czarnym surowcem, nie musi to oznaczać rezygnacji z węgla. Nowe, bardziej efektywne bloki węglowe w elektrowniach wyprodukują tę samą ilość energii przy znacznym ograniczeniu emisji.

 – 15 lat temu zrestrukturyzowaliśmy polskie górnictwo i przynosiło większe dochody niż nasz przemysł naftowy. To dziś wydaje się prawie niemożliwe, ale da się to zrobić. Nasze górnictwo może być nadal rentowne i konkurencyjne z górnictwem zamorskim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, europoseł, były premier i przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Czekam na to, żeby restrukturyzację natychmiast podjęto.

Unijne wymogi dotyczące ograniczania emisji CO2 wpływają na podniesienie i tak wysokich kosztów wydobycia i wykorzystania polskiego węgla. Rozwiązaniem ma być wymiana starych technologii na nowe, co musi nastąpić w ciągu najbliższych 3-4 lat, ponieważ Polsce grożą wyłączenia prądu z powodu przestarzałych elektrowni.

 – Musimy wymienić w najbliższym czasie około 30 proc. starych bloków energetycznych. Będziemy je zastępować nowymi, które mają sprawność nie 30 proc., ale prawie 46 proc. To pozwoli automatycznie obniżyć emisję CO2 aż o jedną trzecią, produkując taką samą ilość energii elektrycznej – mówi prof. Jerzy Buzek. – Jeśli natomiast zastosujemy bloki, które mają już powyżej 60 proc. sprawności, a są już takie, to ograniczymy emisję CO2 aż o 50 proc., nadal spalając węgiel.

Były premier podkreśla, że podczas negocjacji w ramach UE na temat redukcji emisji dwutlenku węgla, należy zwracać uwagę nie tylko na kwestie ekologiczne, ale i związane z całą gospodarką.

 – Naszym celem jest ograniczenie emisji, a nie eliminacja węgla. Już ten błąd popełniliśmy, bo kiedyś powiedzieliśmy, że biopaliwa rozwiążą problem emisji CO2 w transporcie. Potem się okazało, że biopaliwa pierwszej generacji niosą ze sobą ogromne zagrożenie emisją CO2, a także przyczyniają się do wycinania lasów. Teraz trudno jest się z tego wycofać. Dobrze by było, żebyśmy się tak samo nie rozpędzali w eliminowaniu węgla – przestrzega prof. Jerzy Buzek.

Mikropożyczki mogą zniknąć z rynku. Resort finansów planuje wprowadzenie limitu ich kosztów

CEO Magazyn Polska

Odgórne wyznaczenie limitu kosztów mikropożyczek może spowodować, że znikną one z rynku – uważa Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. To z kolei może prowadzić do tego, że kredytobiorcy będą musieli pożyczać większe kwoty i w ten sposób będą łatwiej wpadali w spiralę zadłużenia.

Ministerstwo Finansów kończy prace nad regulacjami dotyczącymi rynku pożyczek pozabankowych. Chce w ten sposób uchronić klientów firm pożyczkowych m.in. przed nadmiernym zadłużaniem się. Proponuje w tym celu ustalenie maksymalnego limitu kosztów pożyczek na poziomie 30 proc. Przepis ten jednak wzbudza wiele wątpliwości i kontrowersji, nie tylko w branży pożyczkowej. 

 – Obawiam się, że jeżeli koszty kredytu tych mikropożyczek będą regulowane, to one przestaną funkcjonować na rynku, ich po prostu nie będzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jego zdaniem wyznaczenie górnej granicy kosztów pożyczek pozabankowych uderzyłoby głównie w pożyczkobiorców, bo po zniknięciu z rynku firm pożyczkowych zostaną im lombardy i banki. Te ostatnie pożyczają większe sumy na dłuższe okresy, dłużej też trwa załatwienie formalności.

 – Sektor bankowy tego typu produktów nie ma i nie będzie miał. To jest zupełnie inny rodzaj usługi, dedykowany innym potrzebom – przypomina Nowacki. – Jeżeli klient nie będzie mógł pożyczyć pięciuset złotych, albo tysiąca złotych, to pożyczy trzy bądź pięć tysięcy złotych i to może spowodować negatywną spiralę długów, to może być większym zagrożeniem dla klientów, dla konsumentów, aniżeli to, że koszt mikropożyczki dzisiaj jest relatywnie wyższy.

Szczególnie, że spłacalność krótkoterminowych, niewielkich pożyczek jest bardzo dobra.

 – Jeżeli to są „dobre” pożyczki, ludziom łatwo jest je spłacać, pomimo tego, że koszty są adekwatnie wyższe, to szkoda byłoby to likwidować i zmuszać klienta do pożyczania kwot, które są dla niego zbyt dużym obciążeniem – mówi Marcin Nowacki.

Tłumaczy, że im niższa jest kwota pożyczki, tym koszt musi być wyższy. W przeciwnym wypadku pożyczanie pieniędzy w drobnych kwotach byłoby dla firm pożyczkowych nieopłacalne. Dodatkowo, wysokość kosztów jest regulowana przez rynek.

 – Myślę, że w tej chwili  firm pożyczkowych jest na tyle dużo, że konsumenci mają wybór i na pewno będą wybierać te firmy, które koszty mają relatywnie niższe – dodaje Nowacki.

Argumentuje przy tym, że obecne koszty pożyczek, które rynek sam reguluje, nie stanowią dla klientów zagrożenia. Jak wynika z badań Homo Homini – prawie co drugi ankietowany (45,9  proc.) odrzuca ideę limitu kosztów pożyczki, gdyby miało to wpłynąć na ograniczenie możliwości wyboru źródeł finansowania. Jednocześnie badani są zdania, że każdy powinien mieć prawo do decydowania o tym, gdzie i za ile pożyczy pieniądze.

LW Bogdanka do 2015 r. chce podwoić wydobycie węgla

CEO Magazyn Polska

Spółka Lubelski Węgiel Bogdanka stara się utrzymać pozycję lidera jako najnowocześniejszej i najbardziej efektywnej kopalni węgla kamiennego w Polsce. Mimo trudności na jednej ze ścian, podtrzymuje cel zwiększenia wydobycia i wydłużenia żywotności kopalni. Jeszcze w tym miesiącu zamierza uruchomić drugi kompleks strugowy.

 – Bogdanka realizuje program inwestycyjny, który zmierza do podwojenia wydobycia. Rok 2013 jest kolejnym, w którym zwiększamy wydobycie skokowo – mówi Newserii Biznes Zbigniew Stopa prezes zarządu LW Bogdanka.

Zgodnie z przyjętym przez spółkę harmonogramem, kopalnia powinna wydobyć w tym roku od 8,6 do 9 mln ton surowca. Jednak podczas prac na jednej ze ścian natrafiono na utrudnienia, co może opóźnić realizację tego planu.

 – W jednej ze ścian pokładu 382, gdzie jest bardzo dobry jakościowo węgiel, są problemy. Warunki geotechniczne pogorszyły się, zaczęło zaciskać chodniki przyścianowe. W związku z tym ściana ma mniejszy rozstaw niż spodziewaliśmy się. Może to rzutować na końcowe wydobycie tego roku. I ten przedział wydobycia, który podawaliśmy, może się przesunąć na 8,4-8,6 ton węgla – zapowiada Zbigniew Stopa.

Jest jednak za wcześnie, by mówić o końcowych wynikach. W ciągu najbliższych dni Bogdanka zamierza uruchomić drugi kompleks strugowy, dzięki czemu  jednocześnie pracować będą oba strugi. A to ma znacząco zwiększyć tegoroczne wydobycie w porównaniu do ubiegłorocznego.

 – W listopadzie uruchamiany dwie ściany i o ostatecznym wyniku możemy porozmawiać w zależności od tego, jak nastąpi rozruch i jaki jakościowo węgiel z nich otrzymamy – wyjaśnia prezes. – Jedna ściana w pokładzie 380, czyli ściana niska strugowa w polu Stefanów. I druga, w pokładzie 382 w polu Nadrybie.

Inna inwestycja Bogdanki oczekuje na decyzję koncesyjną.

 – Chcemy pozyskać koncesję wydobywczą na K6, K7, czyli w okolicach Cycowa. Jesteśmy w procesie koncesyjnym, składamy odpowiednie dokumenty. Decyzje środowiskowe już otrzymaliśmy – informuje prezes. – Ale do budowy szybu, do inwestycji jest jeszcze droga daleka. Jednak nawet po uzyskaniu koncesji spółka jest w stanie wyrobiskami podziemnymi rozpocząć eksploatację w tych złożach, w tym nowym polu.

Podtrzymuje, że 2020 rok jest realny, aby uzyskać koncesję i rozpocząć budowę nowego szybu. Ta inwestycja wpisuje się w strategię Bogdanki, która zakłada, że pozyskanie nowych pól wydobywczych ma przyczyniać się do wydłużenia życia kopalni.

 – Ewentualne zwiększenie wydobycia mogłoby nastąpić po realizowaniu następnych inwestycji, ale to wszystko zależy od sytuacji rynkowej. W tej chwili realizujemy inwestycję rozbudowy zakładu przeróbki mechanicznej węgla, która ma się zakończyć w przyszłym roku. Natomiast następne inwestycje są w fazie projektowej, jeszcze żadnych umów nie podpisujemy – informuje prezes Stopa.

W czerwcu LW Bogdanka ogłosiła strategię rozwoju na lata 2013-2020. Najważniejszymi celami są finalizacja do 2015 roku programu inwestycyjnego, który ma podwoić wydobycia w stosunku do roku 2011, oraz przedłużenie żywotności kopalni do około 2050 roku.

Dobry moment na zakup nieruchomości. Utargować można nawet kilkanaście procent pierwotnej ceny

Ceny mieszkań w największych polskich miastach się stabilizują – wynika z raportu, opracowanego przez firmę Emmerson Evaluation, zajmującej się wyceną nieruchomości. W ciągu ostatniego roku mieszkania staniały m.in. w Warszawie, Łodzi i Opolu. Drożej za mieszkanie trzeba zapłacić w Poznaniu. Różnice między cenami ofertowymi a transakcyjnymi sięgały nawet jednej czwartej wartości nieruchomości.

Z badania firmy Emmerson Evaluation wynika, że najwięcej za mieszkanie trzeba zapłacić w Warszawie. Cena metra kwadratowego waha się w granicach 7,1 tys. zł. W Krakowie jest ona niższa o blisko 1,5 tys. Wysokie ceny mieszkań utrzymują się we Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. Ceny transakcyjne metra kwadratowego wahają się w tych miastach w granicach 4,7-5,2 tys. zł. Na drugim biegunie są Gorzów Wielkopolski, Katowice i Łódź. W Gorzowie metr mieszkania kosztuje ok. 2,7 tys. zł. W Katowicach i w Łodzi o ok. 500 zł więcej.

 – Ceny w ostatnim czasie mocno spadły – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation. – Sprzedający na rynku wtórnym coraz częściej dochodzą do wniosku, że nie mogą trzymać ofert w nieskończoność i stają się bardziej otwarci na negocjacje.

Różnice między cenami oferowanymi przez sprzedających a wynegocjowanymi ostatecznie przez nabywców sięgają od kilku do kilkudziesięciu procent. We Wrocławiu, Krakowie i w Poznaniu jest to odpowiednio 14 proc., 15,4 proc. i 16,1proc.

 – W niektórych miastach różnice sięgają nawet 20 proc. W Rzeszowie była największa różnica, rzędu 23 proc. pomiędzy ceną ofertową a transakcyjną – mówi Książak. – Sprzedający wciąż jeszcze żyją w okresie hossy, oczekując, że są w stanie wziąć za mieszkania kwoty, jakie sami zapłacili kilka lat temu. Kupujący natomiast szukają okazji i tylko wtedy kupują, kiedy te ceny są opuszczane.

Zdaniem Dariusza Książaka, teraz jest dobry moment na zakup mieszkania. Tym bardziej, że w styczniu uruchomiony zostanie nowy, rządowy program wsparcia budownictwa mieszkaniowego, czyli „Mieszkanie dla Młodych”. Adresowany będzie do osób, które nie ukończyły 35. roku życia, zainteresowanych zakupem lokalu mieszkaniowego na rynku pierwotnym. Państwo będzie partycypowało w sfinansowaniu wkładu własnego oraz spłacie części kredytu.

 – Program MdM powinien rozruszać rynek pierwotny, co zawsze znajduje oddźwięk na rynku wtórnym – ocenia szef Emmerson Evaluation.

Poprawić się powinien popyt na rynku. Należy spodziewać się większej liczby dokonanych transakcji. W niektórych miastach może to skutkować niewielkimi wzrostami cen.

 – Nastąpi to raczej w drugiej połowie roku i nie sądzę, żeby ten wzrost cen był jakiś istotny – uspokaja Dariusz Książak.

Handel zagraniczny napędza gospodarkę. Rośnie rola regionu i krajów rozwijających się

CEO Magazyn Polska

Dynamicznie rośnie polski eksport do państw Europy Środkowo-Wschodniej i krajów rozwijających się. W kolejnych miesiącach można się spodziewać powrotu do wyższej sprzedaży produktów na rynki Europy Zachodniej, które powoli wychodzą z kryzysu. 

Wzrost na poziomie 6-7 proc. rocznego eksportu na rynki Europy Zachodniej nie jest szczególnie dobrym wynikiem, ale wiąże się z problemami tej części świata. Na szczęście w Europie zaczyna być odczuwalna poprawa i rośnie popyt na polskie produkty.

 – Przebudzenie kontynentu powinno pozwolić na utrzymanie tendencji wzrostowej. Widać, że lepiej wiedzie się gospodarce niemieckiej, a Europejski Bank Centralny obniżając stopy procentowe wsparł koniunkturę w Europie Zachodniej. Na dobre wyniki polskiego eksportu wpływają kilkunasto-, nawet niemal 20-procentowe dynamiki eksportu do Europy Środkowo-Wschodniej i krajów rozwijających się – komentuje dla agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Wyniki poprawiły przede wszystkim tradycyjne branże eksportowe, np. meblarska i spożywcza. To ma odzwierciedlenie również w kondycji całej gospodarki.

 – Eksporterzy zwiększyli zapasy, zabezpieczyli surowce i półprodukty do dalszej produkcji. Dodatkowo, wypłacali większe premie i podnosili pensje, stymulując popyt na rynku konsumpcyjnym. Te czynniki w dalszym ciągu będą korzystnie wpływać na gospodarkę – uważa Piotr Soroczyński.

Kondycja eksportu jest coraz lepsza, mimo że na lepsze wyniki we wrześniu wpłynęły przede wszystkim czynniki sezonowe. W lipcu i sierpniu przemysł notuje przestoje, dokonuje przeglądów technologicznych, pracownicy idą na urlopy. We wrześniu rynek rusza, firmy sprzedają więcej, by zapełnić puste magazyny klientów. Poza tym w wynikach produkcji sprzedanej rośnie w tym czasie udział eksportu.

Eksporterom dodatkowo pomaga kurs złotego do euro.

 – Na początku tego roku prognozowalibyśmy kursy rzędu 4-4,05 zł za euro, a nie ok. 4,20, jakie właśnie obserwujemy – dodaje Piotr Soroczyński.

Konieczność wspierania eksportu uświadomił sobie także rząd, zwiększając intensywność misji zagranicznych, np. w Afryce. Zdaniem ekonomisty, kierunek działań jest dobry, ale na efekty trzeba będzie poczekać.

Cały nasz eksport do krajów Trzeciego Świata jest teraz porównywalny z eksportem do jednego czy dwóch krajów europejskich, bądź do eksportu do krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Trzeci Świat to dziesiątki państw i duży potencjał dla lokowania polskich towarów. Po umiejscowieniu się w takich krajach nasi eksporterzy będą mogli liczyć stale na dosyć duże wzrosty. Szybko rozwijające się gospodarki będą potrzebowały i towarów konsumpcyjnych, i towarów o charakterze inwestycyjnym – podkreśla ekspert KUKE.

Wciąż ważną rolę odgrywają dotychczasowi najwięksi partnerzy Polski, czyli Niemcy, które szybciej niż inne kraje wyszły ze spowolnienia. Jedna czwarta polskiego eksportu trafia właśnie do zachodniego sąsiada.

 – W sposób naturalny z pozostałymi krajami UE handlujemy już nieco mniej, cała Europa to jest ok. 75 proc. naszego eksportu. Ten udział Niemiec będzie się zmniejszał w miarę rozwoju handlu zagranicznego z pozostałymi krajami naszego regionu i krajami rozwijającymi się – uważa Piotr Soroczyński.

Od kilku kwartałów przewaga polskiego eksportu nad importem jest głównym motorem rozwoju polskiej gospodarki, bo wciąż kuleją inwestycje i konsumpcja wewnętrzna. O tym, jak te trzy czynniki wpłynęły na wzrost PKB w III kwartale, Główny Urząd Statystyczny poinformuje w najbliższy piątek. Cały PKB wzrósł w tym okresie mocniej od oczekiwań ekonomistów – o 1,9 proc.

Federacja Konsumentów: polisolokaty niezrozumiałe, a przez to ryzykowne dla klienta

CEO Magazyn Polska

Korzystanie z polisolokat, które z założenia miały być produktem wolnym od podatku Belki, naraża klientów na straty. Zdaniem Piotra Czepulonisa, prawnika Federacji Konsumentów polisolokaty są obarczone wysokim ryzykiem ze względu na zbyt skomplikowaną konstrukcję.

Polisolokaty zapewne stracą na popularności, gdy KNF spełni swoją zapowiedź i wprowadzi rekomendację ograniczającą ich sprzedaż, a rząd zgodnie z zapowiedzią opodatkuje zyski z nich od 2015 roku. Na razie jednak to wciąż niepewny scenariusz.

 – Dla mnie to brzmi zbyt optymistycznie na tę chwilę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czepulonis, prawnik Federacji Konsumentów. – Polisolokaty jeszcze się mocno trzymają.

Polisolokata to produkt, który powstał w wyniku połączenia polisy ubezpieczeniowej z lokatą bankową. Oznacza to, że oprocentowanie z lokat wypłacane jest w ramach świadczeń ubezpieczeniowch, od których nie płaci się podatku. Rozwiązanie to miało służyć legalnemu uniknięciu podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki) w wysokości 19 proc., czyli pozwolić klientom zarobić więcej niż na zwykłej lokacie.

 – Miały na celu zapakowanie lokat w formie ubezpieczenia, choć z ubezpieczeniem często to nie miało zupełnie nic wspólnego – przypomina prawnik. – Jednak wydaje mi się, że branża z tego wprowadzania w błąd, z przedstawiania produktów w sposób nieodpowiadający jego rzeczywistym cechom, uczyniła dodatkowe źródło zarobku.

Jego zdaniem, polisolokaty oferowane jako jedna z form bezpiecznej lokaty kapitału to produkt obarczony wysokim ryzkiem. Potwierdzają to napływające do Federacji Konsumentów skargi klientów. Najczęściej skarżą się na to, że zostali wprowadzeni w błąd przez agenta, który pominął bądź przekazał im nieprawdziwe informacje na temat czasu trwania umowy czy opłat związanych z jej zerwaniem.

 – Konsumenci często są przekonani, że zawierają umowę na pół roku, na rok, a okazuje się, że zawierają umowę na dziesięć lat. Drugim problemem są opłaty likwidacyjne, które musi ponieść konsument, jeśli zdecyduje się na przedwczesne zerwanie umowy – wymienia Piotr Czepulonis.

Opłata likwidacyjna w skrajnych przypadkach wiąże się z utratą całego ulokowanego kapitału. Poza parametrami polisolokat klienci skarżą się również na sam charakter produktu, który niesłusznie oferowany jest przez agentów jako bezpieczna forma lokaty.

 – Często wiąże się on z bardzo dużym ryzykiem inwestycyjnym i z możliwością poniesienia dużych strat – tłumaczy ekspert.

Samodzielne udowodnienie w sądzie, że padło się ofiarą oszustwa, zazwyczaj jest bardzo trudne. Dużo większe są szanse na wygraną w przypadku pozwów zbiorowych.

 – Jeśli jest więcej osób, to z pewnością zwiększają się szanse konsumentów. Jest kilka osób, które twierdzi to samo, że ten agent, czy pracownik danej firmy powiedział to i to. Jeśli powie trzydzieści osób to samo, to wskazuje, że jednak coś było nie tak w momencie promocji czy też reklamy tego produktu – wyjaśnia Piotr Czepulonis.

Pomimo wielu poszkodowanych, jest również spora grupa przedsiębiorców, którzy korzystają z polisolokat i na nich zarabiają.

 – Jedno jest pewne, polisolokaty nie muszą być koniecznie złym produktem – tłumaczy Czepulonis. – Jednak ze względu na swoje skomplikowanie, ze względu na swoją złożoną hybrydową strukturę, są często bardzo niezrozumiałe. Tym bardziej zwiększa się więc ryzyko poniesienia straty przez klienta.

Już w ubiegłym roku KNF zapowiedział zmiany w segmencie bancassurance, bo widzi konflikt interesów na linii bank-klient-ubezpieczyciel. Chodzi o to, żeby bank nie łączył funkcji ubezpieczyciela i pośrednika ubezpieczeniowego, bo działa to na niekorzyść klienta. Choć branża nie oczekuje rewolucji po zapowiadanych przez nadzór rekomendacjach, pozytywnym sygnałem może być fakt, że na rynku ubezpieczeniowym powoli ogranicza się sprzedaż polisolokat na rzecz ubezpieczeń ochronnych.

Nie wiadomo, jak rozliczać podatek od dywidend po umowie między Polską z Luksemburgiem

CEO Magazyn Polska

Są wątpliwości dotyczące terminu wejścia w życia zmienionych przepisów Konwencji między Polską a Luksemburgiem o unikaniu podwójnego opodatkowania. Przepisy są w tej kwestii nieprecyzyjne, co utrudnia podatnikom rozliczenie podatku. Chodzi m.in. o dywidendy, co do których zmieniają się częściowo zasady wymiaru podatku u źródła. Doradcy podatkowi radzą wystąpić w tej sprawie o interpretację podatkową. 

Chodzi o zmienioną umowę pomiędzy Polską a Luksemburgiem w sprawie unikania podwójnego opodatkowania podatkiem od dochodu i majątku. Protokół zmieniający tę umowę wszedł w życie 25 lipca br.

 – Problem dotyczy zmiany metody unikania podwójnego opodatkowania, jaka została zawarta w przepisach wprowadzających Protokół – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Głowacki, doradca podatkowy z MDDP Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy. – Po zmianach dywidenda  będzie opodatkowana podatkiem u źródła w Luksemburgu, ale jednocześnie będzie opodatkowana podatkiem w Polsce, z zaliczeniem tych kwot podatku, które zostały w Luksemburgi zapłacone.

We wcześniejszym brzmieniu Konwencji pomiędzy Polską z Luksemburgiem dywidendy wypłacane pomiędzy spółkami mogły podlegać opodatkowaniu 5-proc. podatkiem od źródła, czyli w Luksemburgu, jeżeli pomiędzy spółkami istniało 25-proc. powiązanie kapitałowe. Po zmianach, dywidendy będą zwolnione z podatku u źródła w przypadku, gdy ich właścicielem jest spółka (inna niż spółka osobowa), która w momencie wypłaty dywidendy posiada lub będzie posiadać bezpośrednio nie mniej niż 10 proc. udziałów w kapitale spółki wypłacającej dywidendy przez nieprzerwany 24-miesięczny okres.

Problemy z terminem wejścia nowych rozwiązań

Nie wiadomo jednak, kiedy zmiany w tej kwestii wejdą w życie, Protokół jest w tej materii nieprecyzyjny. W myśl jego przepisów stosuje się go do podatków potrącanych u źródła, do dochodu osiąganego w pierwszym dniu lub po tym dniu, drugiego miesiąca następującego po dacie, w której Protokół wejdzie w życie, czyli od 1 września 2013 r. Protokół stosuje się także w odniesieniu do pozostałych podatków od dochodu oraz podatków od majątku, do podatków pobieranych za jakikolwiek rok podatkowy rozpoczynający się w dniu 1 stycznia lub po tym dniu, w roku kalendarzowym następującym po roku, w którym Protokół wejdzie w życie, tj. od 1 stycznia 2014 r. 

 – Przepisy nie są sformułowane w jasny sposób na tyle, żeby móc kategorycznie stwierdzić, że od 1 września 2013 r., tak jak pojawiają się niektóre opinie, stosujemy również poza zmienionymi stawkami podatku u źródła metody unikania podwójnego opodatkowania do dochodów objętych opodatkowaniem podatkami u źródła –  podkreśla doradca podatkowy.

Według  interpretacji ministra finansów dotyczącej tej kwestii, podatnicy powinni już teraz stosować zasady zmienionej umowy. 

 – Minister finansów stwierdził w tej interpretacji, że takie dywidendy podlegają opodatkowaniu już dzisiaj w Polsce, przy zaliczeniu luksemburskiego podatku na poczet polskiego podatku dochodowego – mówi Bartosz Głowacki.

Brak precyzyjnych przepisów w tej sprawie to duża trudność dla podatników, którzy będą mieli problem ze złożeniem prawidłowego zeznania podatkowego i rozliczeniem podatku od dywidendy. W tym celu warto wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej.

 – Mamy więc czas do końca kwietnia 2014 r., kiedy osoby fizyczne będą miały obowiązek złożyć zeznanie roczne za 2013 rok w podatku dochodowym od osób fizycznych. Wówczas będą musiały sobie odpowiedzieć na pytanie – co z tą dywidendą z Luksemburga, którą otrzymały w okresie od września do grudnia 2013 roku? Czy wykazać ją w zeznaniu do opodatkowania i zaliczyć ewentualnie luksemburski podatek, czy jednak tego nie robić, bo stare zasady będą jeszcze do końca 2013 roku obowiązywały – podkreśla ekspert.

Nowa stawka podatku dla odsetek i należności licencyjnych

Protokół przewiduje również, że opodatkowanie dochodów z odsetek w państwie, w którym powstają, wyniesie 5 proc. kwoty odsetek brutto. Natomiast w przypadku należności licencyjnych, ich opodatkowanie nie może przekroczyć 5 proc. kwoty brutto w państwie, w którym powstają, jeżeli ich właściciel ma miejsce zamieszkania lub siedzibę firmy w drugim państwie. Dotychczas stawka podatku u źródła w obu wypadkach wynosiła 10 proc.

 – Z punktu widzenia polskiego podatnika kwestia należności licencyjnych i odsetek nie ma tak naprawdę dużego znaczenia, ponieważ podatnik i tak deklarował w Polsce uzyskiwane z Luksemburga odsetki czy należności licencyjne do opodatkowania z 19 proc. podatkiem i odliczy następnie na poczet tego podatku podatek, który został pobrany w Luksemburgu. Dlatego to, czy Luksemburg pobrał 10 czy 5 proc., to matematycznie nie powinno mieć większego znaczenia dla podatnika – podsumowuje Bartosz Głowacki.

Bankomania.pkobp.pl – portal edukacyjno-poradnikowy PKO Banku Polskiego

W nowoczesnym, mobilnym świecie treść podąża za czytelnikiem, gdziekolwiek on znajduje się. PKO Bank Polski, prekursor innowacyjnych rozwiązań produktowych, takich jak płatności mobilne IKO czy PKO Junior, wyznacza również trendy w komunikacji z klientami. Po udostępnieniu „Poradnika Bankowego” i „Brawo Banku” na tablety, wraz z jesiennym wydaniem obu magazynów, Bank uruchomił właśnie portal www.bankomania.pkobp.pl.

Polish Weekly Review, 22 listopada 2013

Last week the data on labor market and industry saw the light. Despite working day toing and froing wage growth is forming an upward trend – notably visible in both manufacturing and total economy excl. mining. Employment is also taking off, albeit gradually and from low growth levels. Despite all arguments raised against the sustainability of labor market upswing, we believe that employment in support and administrative services is increasing not accidentally but because there is demand for such services connected with rising business activity (this labor market segment has leading properties). Therefore we believe that there is a possibility of upward wage pressure to build gradually in the following quarters; the more so since industry and construction has been lately on steady revival. 

Komentarz dzienny, 22 listopada 2013

Produkcja przemysłowa wzrosła o 4,4% r/r (wyrównana sezonowo +3,8% r/r), zgodnie z konsensusem i nieco powyżej naszej prognozy. Spadek dynamiki rocznej jest, podobnie jak w poprzednich miesiącach, odzwierciedleniem efektów kalendarzowych (0 r/r wobec +1 r/r odnotowanych we wrześniu) i łagodnego trendu wzrostowego, który co miesiąc powinien dodawać ok. 1 p. proc. do dynamiki rocznej. W ujęciu r/r produkcja wzrosła w 26 działach (z 34) i choć lista sekcji, których produkcja wzrosła w październiku obejmuje zarówno branże eksportowe, jak i produkujące na rynek wewnętrzny, to należy odnotować, że te ostatnie wkroczyły na ścieżkę wzrostową dopiero w ostatnich miesiącach. ”Włączenie” popytu wewnętrznego w III kwartale przyniosło nie tylko istotne przyspieszenie wzrostu gospodarczego, ale również wystromienie trendu produkcji przemysłowej. Wkroczenie przez gospodarkę polską w IV kwartał zgodnie z dotychczasowymi tendencjami stanowi pierwsze potwierdzenie faktu, że utrzyma ona wysokie (ok. 2,5% r/r) tempo wzrostu również pod koniec roku.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 listopada 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 listopada 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

ZUS wyda 15 mln zł na promocję i rozbudowę Platformy Usług Elektronicznych

CEO Magazyn Polska

ZUS otrzymał z Unii Europejskiej dodatkowe pieniądze na promocję i rozbudowę Platformy Usług Elektronicznych. To zasługa sprawnego zarządzania realizacją budowy pierwszego polskiego e-urzędu i oszczędnościami poczynionymi przez ZUS. Do tej pory uruchomienie i promocja PUE kosztowały ponad 200 mln zł, w większości pochodzących z środków unijnych. 

 – Platforma Usług Elektronicznych ZUS jest jednym z najlepiej ocenianych projektów realizowanych w ramach 7. osi Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w tej perspektywie finansowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Siejda, dyrektor Władzy Wdrażającej Programy Europejskie.

Celem projektu była informatyzacja usług Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i – w efekcie – poprawa jakości i dywersyfikacja kanałów obsługi klientów. W ramach PUE powstał portal internetowy, Centrum Obsługi Telefonicznej, system kierowania ruchem na salach obsługi klienta, zakupiono też urzędomaty, służące kontaktom klientów z urzędem poza godzinami pracy.

Do tej pory stworzenie platformy kosztowało 110 mln zł, kolejne ponad 100 mln zł przeznaczono na wybudowanie infrastruktury informatyczno-systemowej. W sumie koszt PUE to ponad 200 mln złotych, z czego 85 proc. dała Unia Europejska a 15 proc. budżet państwa. Dzięki dobrze ocenianemu wdrożeniu Platformy Usług Elektronicznych, ZUS otrzymał dodatkowe 15 mln zł na rozbudowę i promocję PUE.

 – Beneficjent wystąpił z propozycją ich zagospodarowania na kolejne usługi i promocję, związane z realizowanym projektem. Była to na tyle ciekawa propozycja, że została przyjęte przez wszystkie decyzyjne instytucje – wyjaśnia Anna Siejda. – To sprawia, że projekt zostanie zakończony nie w tym, a w następnym roku.

Dzięki pozyskanym z UE dodatkowym środkom zwiększono np. liczbę stanowisk w Centrum Obsługi Telefonicznej. Sfinansowana zostanie również akcja informacyjno-promocyjna PUE, która ruszy na początku stycznia. Jak wyjaśnia prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, kampania edukacyjna jest jednym z wymogów wykorzystania funduszy unijnych.

Dzięki PUE klienci mogą na bieżąco kontrolować swoje konto w ZUS, płatnicy rozliczać się z zakładem i dokonywać płatności, wszyscy klienci wyliczyć sobie potencjalną emeryturę. Celem kampanii w prasie, internecie, radiu i telewizji jest poinformowanie Polaków o tym narzędziu i zachęcenie do korzystania z niego.

 – To jest wartość dla naszych klientów i chcemy zrobić szeroką akcję informacyjną i edukacyjną, bo ZUS ma zadanie ustawowe, żeby edukować Polaków o systemie emerytalnym. A jak lepiej to wytłumaczyć niż przez pokazanie klientowi, ile zapłacił składek, jaka jest jego emerytura – przekonuje Zbigniew Derdziuk. – Chcemy, by klienci korzystali z PUE, bo dziś nie wszyscy wiedzą, że można przy komputerze załatwić swoje sprawy z ZUS, nie trzeba chodzić do oddziału.

Zbigniew Derdziuk dodaje, że ZUS już promował PUE. Duża rolę odegrało m.in. uczestnictwo w cyklu wydarzeń „Lato z radiem”. W ciągu 20 spotkań w różnych miastach ZUS zachęcał Polaków do korzystania z e-usług. Prezes ZUS-u przyznaje jednak, że wiele osób wciąż nie zna korzyści płynących z PUE.

Prezes ZUS-u podkreśla, że platforma to nie tylko wygoda dla klientów, ale także wymierne oszczędności dla Zakładu.

 – Gdybym wysłał 20 milionów listów, bo tyle mamy kont w ZUS, to bym zapłacił bardzo dużo za znaczki. Sam portal kosztował nas 18 mln zł i będziemy z niego korzystać przez długi czas, bo przecież klient nie czeka na jeden list. Teraz może w dowolnej porze wejść, sprawdzić, wysłać do ZUS zapytanie, co jest bezpieczne, chronione i spersonalizowane tylko dla niego – przekonuje Zbigniew Derdziuk.

Zapowiada, że Platforma będzie stawała się coraz bardziej funkcjonalna i pojawią się nowe możliwości. Zostały one wybrane w oparciu o badania opinii użytkowników PUE.

 – Przez portal wszyscy klienci będą mogli dokonać wyboru, czy chcą być w ZUS, czy w OFE. Taką mamy intencję. Po drugie chcemy, żeby kolejne grupy zawodowe, czyli np. lekarze, komornicy czy inne specjalistyczne jednostki mogły sobie z tego portalu wydrukować różne dokumenty, zaświadczenia, itp. Już dzisiaj wszyscy pracodawcy mogą sobie wydrukować zaświadczenie o niezaleganiu, więc nie wymaga to już wizyty w ZUS – zapowiada Derdziuk

W grudniu decyzja ws. podwyżek cen gazu i prądu. Dużo drożej być nie powinno.

CEO Magazyn Polska

Nie zakładam złych informacji ani dla odbiorców gazu, ani odbiorców prądu. Nie będzie dotkliwie drożej – zapowiada prezes Urzędu Regulacji Energetyki Marek Woszczyk. Postępowania w sprawie taryf gazowych i energii elektrycznej są już finalizowane. Prezes URE liczy na to, że ostateczna decyzja zapadnie jeszcze przed 17 grudnia, czyli ostatecznym terminem, jaki ma Urząd, by nowe stawki zaczęły obowiązywać od nowego roku.

 Nie powinno być w sposób wyraźny czy dotkliwie drożej. Nie zakładam takich scenariuszy. W przypadku gazu mamy taką sytuację, że rabat udzielony spółce PGNiG przez głównego wschodniego dostawcę, czyli spółkę Gazprom Export, na dostawy gazu w tym roku się wyczerpał. Musimy więc powrócić do standardowego poziomu kosztów ponoszonych przez tę spółkę na zakup gazu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Po ubiegłorocznych negocjacjach PGNiG z Gazpromem w sprawie zmiany formuły cenowej w kontrakcie, polska spółka uzyskała rabat na bieżące ceny i częściowy zwrot kwot zapłaconych za okres od 1 kwietnia 2011 do 30 września 2012.

 – Większość gazu, który konsumujemy w Polsce, wciąż pochodzi od naszego wschodniego partnera handlowego i trzeba to respektować, ale mimo to nie zakładam niedobrych wiadomości dla konsumentów. Przynajmniej proces taryfowy na to wskazuje – mówi Woszczyk. – Staramy się bardzo, żeby cena była dobra dla klienta.

Zgodnie z prawem, nowe taryfy wchodzą w życie nie wcześniej niż dwa tygodnie od zatwierdzenia. Oznacza to, że aby zmienione stawki zaczęły obowiązywać od początku stycznia 2014 r., powinny zostać zatwierdzone do 17 grudnia. Woszczyk zapowiada jednak, że może to nastąpić nawet przed tym terminem.

 – Jeśli wszystko potoczy się dobrze, a wszystko na to wskazuje, może przed tym terminem uda nam się zakończyć postępowania i opublikować taryfy. Naprawdę nie spodziewam się tutaj jakichś złych wiadomości, ani dla odbiorców energii elektrycznej, ani w kategoriach realnych dla odbiorców gazu. Tym bardziej, że płatności najmniejszych odbiorców gazu są relatywnie mniejsze, być może nawet w niektórych grupach odbiorców przemysłowych dojdzie do spadku obciążeń za gaz – podkreśla Woszczyk. – Za wcześnie, by o tym przesądzać.

W 2012 r. PGNiG sprowadziło do Polski niemal 11 mld m sześc. gazu. Ponad 9 mld pochodziło ze Wschodu. Resztę dostarczyły Czechy i Niemcy.

Ukraińskie „nie” dla UE. Zaważyły kwestie polityczne, ale i gospodarcze

CEO Magazyn Polska

Wczoraj ukraiński rząd oświadczył, że wstrzymuje podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, które miało nastąpić w przyszłym tygodniu. Wśród przyczyn wymienia się obawy o pogorszenie politycznych i gospodarczych relacji z Rosją, jak również koszty dostosowania się do wymogów unijnych. Nie bez znaczenia jest też konflikt między Janukowyczem a politykami krajów zachodnich, sprzeciwiającymi się trzymaniu w więzieniu chorej byłej premier Julii Tymoszenko.

 Dla osób, które śledziły ostatnie wydarzenia, ta sytuacja była do przewidzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Henryk Borko, rektor Warszawskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej.

W czwartek parlament Ukrainy odrzucił wszystkie 6 projektów ustaw, które zezwalałyby na leczenie skazanych – w tym cierpiącej na przepuklinę kręgosłupa Julii Tymoszenko – za granicą. Była premier w październiku 2011 r. została skazana na 7 lat więzienia. Oficjalnym powodem aresztowania były nadużycia przy zawieraniu umów gazowych z Rosją.

Zdaniem przedstawicieli państw zachodnich, prawdziwe motywy są czysto polityczne – Tymoszenko jest konkurentką do władzy obecnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Sam Janukowycz ma możliwość wprowadzenia ustawy, która umożliwi leczenie skazanym poza granicami kraju.

 – Wcale bym się nie zdziwił, gdyby za 2-3 dni dekretem prezydenta Janukowycza była pani premier została uwolniona. Ale nie zdziwiłbym się również, gdyby stało się to na koniec 2014 roku, tuż przed kampanią wyborczą – podkreśla ekspert.

Zwolnienie byłej premier z więzienia było dla UE głównym warunkiem podpisania z Ukrainą umowy stowarzyszeniowej na przyszłotygodniowym szczycie Partnerstwa Wschodniego.

 – Trudno dziś określić jednoznacznie, co będzie się działo w ciągu najbliższego tygodnia. Moim zdaniem w tak krótkim czasie nic się nie zmieni. Osobiście stawiam na scenariusz, zgodnie z którym umowa stowarzyszeniowa zostanie podpisana w 2014 r. – mówi dr Borko.

Ekspert wskazuje, że oprócz kwestii politycznych powodem ukraińskiego „nie” dla umowy stowarzyszeniowej są relacje z Rosją oraz kwestie gospodarcze.

 – Ukraińscy politycy, m.in. premier Mykoła Azarow, twierdzą, że dzisiaj najważniejszym zadaniem Ukrainy jest łagodzenie wszelkich konfliktów z Rosją – mówi Borko. – Znaczna część ukraińskiego eksportu, będącego produktem przemysłu ciężkiego, idzie na rynek rosyjski. Z kolei na rynku unijnym po wprowadzeniu strefy wolnego handlu produkty ukraińskie nie byłyby już tak konkurencyjne.

Umowa stowarzyszeniowa z UE wiąże się także z koniecznością podniesienia VAT z 3 do 15 proc., a także dostosowania do wielu innych unijnych wymogów. Zdaniem ukraińskiego premiera dostosowanie się do nich będzie kosztowało przemysł nawet 165 mld euro.

Tymczasem Ukraina już boryka się z poważnymi trudnościami gospodarczymi, związanymi choćby z zadłużeniem.

 – Ukraina już w tej chwili potrzebuje 20 mld dolarów [zadłużenie zagraniczne red.]. Pytanie brzmi, co zaoferuje Unia Europejska – zastanawia się dr Borko. – Na razie nie podała konkretnej kwoty. Podobnie Stany Zjednoczone, które popierają umowę stowarzyszeniową, nie mówią o żadnej konkretnej pomocy.

Zdaniem eksperta, kluczowe zdanie w tej sprawie ma kanclerz Niemiec, Angela Merkel. Jeśli zaproponuje ona korzystne dla Ukrainy rozwiązanie, to może dojść do nagłego zwrotu sytuacji i podpisania umowy jeszcze w tym miesiącu.

Collegium Civitas: Bezpieczeństwo energetyczne Polski możliwe tylko dzięki krajowym zasobom węgla, gazu i ropy

CEO Magazyn Polska

Rządowa strategia energetyczna określająca rozwój sektora energetycznego do 2030 roku jest bardzo kosztowna. Zdaniem Dominika Smyrgały, eksperta z Collegium Civitas, Polska powinna skoncentrować się na rozwoju technologii przyjaznych środowisku, a jednocześnie opartych o krajowe zasoby naturalne. Tym bardziej, że mamy ich wystarczające ilości. 

 – Mówienie o dywersyfikacji źródeł energii jako leku na całe zło ma sens w przypadku krajów, które nie mają dostępu do tanich źródeł. W związku z tym ich zależność jest na tyle duża, że muszą pozyskiwać surowce z różnych miejsc, a także importować z kilku kierunków. Polska jest w zupełnie innej sytuacji niż większość krajów Europy Zachodniej. W pewnym sensie jest nawet bardziej podobna do krajów naftowych, bo większość swoich potrzeb energetycznych jest w stanie zapewnić korzystając z krajowych surowców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała z Collegium Civitas.

Dlatego zdaniem Smyrgały, Polska nie powinna stawiać na miks energetyczny i nadmiernie dywersyfikować źródeł energii. Tym bardziej jego obawy budzi rządowy dokument „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku”. Zakłada on m.in. wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w całkowitym zużyciu w Polsce do 15 proc. w 2020 roku i 20 proc. w roku 2030. Rząd zakłada też m.in. wybudowanie elektrowni atomowej po 2020 roku; data jej uruchomienia była już kilkukrotnie przesuwana.

 – Wchodzimy w tej strategii we wszystko: energetykę atomową, węgiel, gaz, odnawialne źródła energii. Kiedy policzymy, jakie kwoty są potrzebne, aby wszystkie te projekty jednocześnie zrealizować, to trzeba się zastanowić, czy zwyczajnie nas na to stać. Na wszystko nas nie stać, trzeba wybrać coś, co przyniesie najlepsze efekty i będzie stosunkowo najprostsze – uważa Dominik Smyrgała.

Polska powinna więc szukać rozwiązań technologicznych, przyjaznych środowisku i które polskie firmy mogłyby sprzedawać za granicę. Dodatkowo, jak przekonuje Smyrgała, powinny być oparte o te zasoby, którymi kraj dysponuje.

 – Mamy duże zasoby węgla kamiennego, gigantyczne węgla brunatnego oraz prawdopodobnie pokaźne zasobu gazu łupkowego i pewnie ropy łupkowej oraz geotermii. Dużo większy sens, z punktu widzenia rozwoju gospodarki kraju, ma rozwijanie technologii opartych na tych surowcach – tłumaczy Dominik Smyrgała.

Presja idealnych świąt napędza gorączkę przedświątecznych zakupów

CEO Magazyn Polska

Pośpiech i presja idealnych świąt powodują,  że Polacy dają się nabrać na chwyty marketingowe i wydają więcej pieniędzy niż na co dzień – twierdzi Sylwia Michalska-Pyszny, psycholog biznesu z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Jak podkreśla, jednak prezenty kupowane w ostatniej chwili zwykle są najmniej trafione. Dlatego Polacy najczęściej chcą otrzymać gotówkę.

Polacy są w święta bardziej hojni i spontaniczni w kupowaniu, choć i na co dzień ponad połowa z nich w ogóle nie planuje swoich wydatków.

 – Na co dzień żyjemy bardzo szybko i gorączka przedświąteczna głównie jest związana z naszym indywidualnym stylem funkcjonowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwia Michalska-Pyszny, psycholog biznesu z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Są ludzie, którzy na co dzień działają w sposób bardzo uporządkowany, systematyczny, zgodny z planem i tak też sobie planują święta. One też są w takim stylu bardzo uporządkowanym i bardzo przewidywalnym.

Spontaniczne podejście do świątecznych zakupów, czyli zostawienie ich na ostatnią chwilę, może spowodować, że zapłacimy za nie więcej niż normalnie.

 – Warto zwracać uwagę na pozorne promocje, które często wcale promocjami nie są. Jeżeli nie mamy czasu na porównywanie cen i działamy przedświątecznej gorączce, wówczas mamy skłonność do popełniania błędów, kupujemy droższe rzeczy, droższe prezenty – tłumaczy Michalska-Pyszny.

W okresie przedświątecznym wiele osób jest skłonnych zaakceptować wyższe ceny. Częściej też dają się nabrać na chwyty marketingowe, które napędzają koniunkturę zakupów. Wynika to nie tylko z presji czasu, ale i z polskiej tradycji. 

 – Statystyczny Polak wydaje średnio około 10 procent mniej niż Europejczyk. Gdyby spojrzeć na nasze wydatki z budżetu rodzinnego, jesteśmy skłonni wydać więcej, głównie dlatego, że odczuwamy presję idealnych świąt. Chcemy, żeby te święta były idealne, w związku z tym dajemy sobie przyzwolenie na to, aby wydawać więcej pieniędzy – wyjaśnia psycholog.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że nawet najdroższy prezent kupiony w przedświątecznej gorączce może okazać się rozczarowaniem dla obdarowanego. Prezenty kupowane pod presją czasu należą bowiem do najmniej użytecznych zakupów. 

 – Dokonujemy wówczas, bezpiecznych wyborów, takich jak kosmetyk, piąta koszula czy krawat. Bywa, że wpadamy na pomysł zakupu np. żelazka – to może być udany prezent, pod warunkiem, że wiemy, że sprawi on danej osobie przyjemność – mówi psycholog. – Negatywne doświadczenia związane z nietrafionymi prezentami spowodowały, że zamiast nich Polacy wolą na święta otrzymać gotówkę.  

Z badania Deloitte wynika jednak, że Polacy nie zamierzają zostawiać zakupu prezentów na ostatnią chwilę. Prawie co czwarty badany chce kupić prezenty w listopadzie, a blisko połowa – w pierwszej połowie grudnia. 23 proc. zamierza to zrobić tuż przed świętami.

W tym roku na święta Bożego Narodzenia statystyczna polska rodzina chce przeznaczyć średnio 1126 zł, o 5 proc. więcej niż w ubiegłym roku – wynika z tegorocznych badań Deloitte. Z tego 30 proc. wyda na prezenty. Wydatki na żywność pochłoną natomiast 33 proc. tej kwoty. Pozostałe 20 proc. przeznaczone zostanie na spędzenie czasu ze znajomymi i rodziną, a 17 proc. – na podróże.

Polacy coraz częściej jedzą posiłki w restauracjach. Rynek gastronomiczny rozrasta się

CEO Magazyn Polska

Gotowanie jest dla Polaków coraz ważniejsze. Częściej jedzą poza domem, a dzięki temu rynek hotelarsko-gastronomiczny – tzw. HoReCa rozwija się. Za sprawą programów telewizyjnych i konkursów kulinarnych coraz więcej osób, także młodych, nie tylko interesuje się gotowaniem, lecz również wiąże z nim swoją zawodową przyszłość.

 – Polacy lubią chodzić do restauracji i bardzo mocno wspierają ten biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kazubski, szef kuchni z MAKRO Centrum Rozwoju Firm HoReCa. 

Na rozwój lokali gastronomicznych w Polsce wpływa coraz szybsze tempo życia, a także moda na zdrowe jedzenie i chęć upodobnienia się do zachodniego stylu życia. Z tego wynika wzrost liczby takich lokali jak bary sałatkowo-kanapkowe i kawiarnie, a także miejsc oferujących menu śniadaniowe. Impulsem do rozwoju rynku gastronomicznego było też Euro 2012. W ubiegłym roku według danych GUS w Polsce przybyło niemal półtora tysiąca restauracji, barów i innych lokali gastronomicznych, a wartość całego rynku zbliżyła się do 24 mld złotych.

 – Myślę, że efekt po Euro zaczyna działać – mówi szef kuchni z MAKRO Centrum Rozwoju Firm HoReCa. – Przyjeżdża spora grupa turystów, którym Polska się pokazała z dobrej strony, także tej kulinarnej. Więc ten rynek na pewno ma bardzo duże szanse i perspektywy na to, żeby się szybko rozwijać.

Popularności gastronomii sprzyjają także programy telewizyjne i konkursy kulinarne, takie jak np. „Zgotuj sobie sukces” organizowany przez MAKRO Cash & Carry wraz z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Szefów Kuchni i Cukierników. 15 listopada odbył się finał konkursu, w którym rywalizowało 12 zespołów złożonych z młodych kucharzy. Uczestnicy mieli ugotować w ciągu 1,5 godziny 6 porcji dania głównego oraz przystawki z otrzymanych składników. Zwycięzcami zostali Karolina Węgrzyn i Karol Karpiak, uczniowie Zespołu Szkół Ekonomiczno-Usługowych w Rybniku. 

 – Piąta edycja konkursu „Zgotuj sobie sukces” pozwala nam stwierdzić, że jego zwycięzcy mają szansę na zrobienie kariery zawodowej. Tak było w przypadku poprzednich edycji – mówi Grzegorz Kazubski. – Naszym zadaniem jest im w tym pomóc.

Jak podkreślali uczestnicy konkursu, dla nich sukces oznaczałby otworzenie własnej restauracji, choć zdają sobie sprawę, że do tego jeszcze daleka droga. 

 – Pomarzyć zawsze można – mówi Karol Mikołaj Karpiak, laureat konkursu „Zgotuj Sobie Sukces”. – Własna restauracja to byłoby to, ale nie można otwierać restauracji będąc laikiem. Na razie muszę jeszcze się szkolić, bo kuchnia cały czas się zmienia. A praca w restauracji to co innego niż gotowanie dla rodziny. Tu jest presja, ponieważ podajemy jedzenie ludziom, którzy za nie płacą i powinniśmy je wykonywać jak najbardziej starannie. 

Polacy najczęściej decydują się na polskie potrawy. Popularnością cieszy się też jedzenie włoskie, chińskie i fast foody. Stopniowo zwiększa się liczba osób lubiących dania orientalne. Według raportu INSE Research opublikowanego w I kwartale 2013 r., Polacy wydają na usługi hotelarsko-gastronomiczne 3,5 proc. domowego budżetu. To nadal mniej niż przeciętny mieszkaniec UE, który na te cele przeznacza średnio 9,5 proc.

Fundusze inwestycyjne dają średnio zarobić 10 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy, którzy zdecydują się na długoterminowe inwestycje, mogą średnio spodziewać się zysków rzędu 10 proc. rocznie, ale muszą liczyć się również z okresowymi stratami przekonuje Marek Przybylski, prezes Aviva Investors TFI. Jego zdaniem warto inwestować na rynku polskim i innych krajów wschodzących i ostrożnie podchodzić do egzotycznych instrumentów. Początkującym najłatwiej inwestować poprzez fundusze.

Zdaniem analityków, gospodarka powoli odbija się od dna, a długoterminowe prognozy są dla Polski korzystne, więc akcje spółek powinny drożeć. 

 – Kiedy będzie już mocny wzrost gospodarczy, to ceny akcji będą wysoko, więc trzeba uwierzyć, że to okienko dla inwestorów już w tej chwili się otworzyło – mówi Marek Przybylski agencji informacyjnej Neweria Biznes. 

Zdaniem szefa Aviva Investors TFI, początkujący inwestorzy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z rynkiem akcji czy obligacji, powinni zainteresować się w pierwszej kolejności funduszami inwestycyjnymi, gdyż działanie „na własną rękę”, bez znajomości zasad i mechanizmów, panujących na giełdzie może okazać się zgubne. 

 – W pewnym sensie trzeba zaufać firmie, rynkowi i zainwestować w odpowiednio długim horyzoncie czasowym – dodaje Przybylski.

Odradza przeznaczanie znaczącej części oszczędności na inwestycje egzotyczne. Akcje spółek afrykańskich czy azjatyckich powinny stanowić nie więcej niż dziesiątą część portfela. Zdaniem Przybylskiego, warto choć trochę znać rynek, na którym zamierza się ulokować swoje pieniądze i nie łudzić się, że istnieją aktywa, na których zarabia się bez względu na sytuację na rynku, jak złoto czy nieruchomości. Dobrze jest też budować swój portfel z kilku funduszy.

Długoletnie obserwacje amerykańskiego rynku giełdowego pozwalają stwierdzić, że przeciętna roczna stopa zwrotu waha się granicach 10-15 proc. Realne oczekiwania, zdaniem Marka Przybylskiego, to zwrot z inwestycji w akcje na poziomie średnio 10 proc. rocznie przy długoterminowym inwestowaniu. Podkreśla jednak, że na rynku przydałyby się produkty, zachęcające do oszczędzania na konkretny cel, których na razie jeszcze nie ma. 

 – Stary pomysł na inwestowanie, czyli że trzeba długoterminowo odkładać pieniądze po to, żeby mieć więcej pieniędzy w przyszłości, w tej chwili się nie broni. Trzeba mieć jakiś konkretny cel, na który chcemy odkładać i inwestować pieniądze. Firmy póki co słabo sobie radzą z podsuwaniem klientom takich pomysłów – mówi Przybylski. – Takim celem może być zbudowanie kapitału dla dziecka albo zbieranie na wkład początkowy do zakupu własnego mieszkania przez ludzi młodych. Z kolei dla starszych przydałby się mechanizm inwestycyjny, przenoszący majątek z pokolenia na pokolenie.

Fundusze inwestycyjne są jedną z form wspólnego inwestowania zgromadzonych środków przez określone grono inwestorów. W ubiegłym roku TFI zarobiły w Polsce ponad 325 mln zł netto.

Za granicę na Boże Narodzenie i Nowy Rok wyjedzie o 40 proc. więcej Polaków niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

W tym roku wyjazd w okresie świąteczno-noworocznym planuje o 40 proc. więcej osób niż w ubiegłym roku. Wynika to ze stosunkowo przystępnych cen i korzystnego układu kalendarza  biorąc 6 dni urlopu można wypoczywać przez 16 dni. Coraz więcej osób planuje wyjazd w egzotyczne miejsca.

 – Polacy wydają średnio 3400 zł na osobę na pobyt świąteczno-noworoczny za granicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Kałucki z Travelplanet.pl.

W zeszłym roku średnia wynosiła 3000 zł. Wzrost to efekt większego odsetka osób wyjeżdżających do egzotycznych miejsc. O ile w ubiegłym roku było to 9 proc., to w tym będzie to ok. 17 proc. Znacznie większa – bo aż o 40 proc. – jest liczba turystów, którzy w ogóle planują wyjazd zagraniczny w okresie świąteczno-noworocznym.

 – To można wytłumaczyć układem kalendarza – mówi Kałucki. – 6 dni urlopu daje nam 16 dni wolnego. Popularności wyjazdów sprzyjają też stosunkowo niskie ceny wyjazdów.

Najtańszymi kierunkami są Tunezja i Malta, gdzie wyjazd świąteczny czy sylwestrowy kosztuje przeciętnie 1600 zł. Najdroższe są zaś hotele wyższej klasy na Mauritiusie – rekordowa oferta sięgała 23 tys. złotych. Jednak hotel trzygwiazdkowy w podobnej lokalizacji kosztuje ok. 6200 zł.

 – Co trzeci turysta, który decyduje się na spędzenie okresu bożonarodzeniowo-noworocznego za granicą wybiera Wyspy Kanaryjskie. To jest taki synonim egzotyki za bardzo przyzwoite pieniądze, bo hotel czterogwiazdkowy z wyżywieniem możemy mieć już za 2800 zł – mówi Kałucki.

Jak na narty, to do Włoch

Najpopularniejszym kierunkiem wyjazdów narciarskich dla Polaków pozostają tradycyjnie Włochy, a na drugim miejscu jest Austria. Wyjazd na narty za granicę nie musi być droższy niż w Polsce.

 – Jeśli porównamy ceny pobytu np. w Czechach, Zakopanem czy innych polskich ośrodkach, z cenami w Alpach, to okazuje się, że są one porównywalne, a różnicę powoduje tylko cena karnetu – zauważa Kałucki. – We włoskich ośrodkach karnety są w cenie wyjazdu w grudniu, często także w styczniu oraz w drugiej połowie marca.

Koszt tygodniowego pobytu na jedną osobę we włoskich Alpach to średnio 1200 złotych, w Austrii – 1900 złotych. We Włoszech Polacy najczęściej wybierają apartamenty z własną kuchnią, w Austrii – hotel z wliczonymi dwoma posiłkami dziennie.

We wszystkich przypadkach Polacy najchętniej podejmują decyzje o wyjazdach w ostatniej chwili. Jednak zdaniem Kałuckiego, last minute jest uzasadnione w przypadku wyjazdów narciarskich, gdy oczekujemy na śnieg. W przypadku wyjazdów do ciepłych krajów ceny last minute są porównywalne do cen first minute, za to wybór ofert jest zdecydowanie mniejszy.

Popularność płatności zbliżeniowych rośnie. Polacy otwarci na nowinki technologiczne

CEO Magazyn Polska

Polacy chętnie korzystają z nowości technologicznych w  dziedzinie  płatności bezgotówkowych. Najczęściej nowoczesne instrumenty płatnicze, takie jak m.in. płatności zbliżeniowe, wykorzystują ludzie do 40. roku życia, z wyższym wykształceniem. Przekonanie starszych osób do codziennego korzystania z tej formy płatności jest również możliwe, ale wymaga czasu – uważa prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego.

Od przyszłego roku wszystkie terminale płatnicze zostaną wyposażone w czytniki paypassowe, umożliwiające dokonywanie płatności zbliżeniowych. Polacy nie powinni mieć problemów z zaakceptowaniem tej zmiany, podobnie jak i wcześniejszych.

 – Polacy akceptują wszystko, co nowego się pojawi na rynku. To nie znaczy, że bezmyślnie. Wcześniej sprawdzają, czy jest to rzeczywiście bezpieczne. Ale jeżeli są zapewnienia, że jest to bezpieczne, akceptują bez żadnego problemu. Przykładem tego są płatności zbliżeniowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z badania organizacji płatniczej Mastercard, obecnie 26 proc. Polaków korzysta z kart zbliżeniowych. Płatności zbliżeniowych przy użyciu telefonu dokonuje natomiast 5 proc. badanych. Taka możliwość pojawiła się dopiero w zeszłym roku. Użytkownicy nowoczesnych instrumentów płatniczych to przeważnie młodzi ludzie.

 – Na pewno lokomotywą nowoczesnych płatności, nowoczesnych rozwiązań w zakresie finansów są po pierwsze ludzie młodzi. Po drugie osoby z wyższym wykształceniem, czyli ogólnie z większą otwartością na zmiany, na nowości – wyjaśnia Dominika Maison. – Jednak to nie jest tak, że nowości w Polsce akceptują tylko nastolatkowie. Połowa społeczeństwa poniżej 40. roku życia pokazuje niebywałą otwartość na wszelkie te rozwiązania – dodaje.

Z drugiej strony wciąż spory odsetek Polaków preferuje tradycyjne formy płatności. 80 proc. transakcji dokonywanych jest za pomocą gotówki. Z badania wynika, że są to osoby przywiązane do tradycyjnych postaw i wartości. W dużej mierze segment ten stanowią osoby w wieku 60 lat i powyżej, w tym emeryci i renciści.

 – Jest duża grupa Polaków, którzy boją się nowoczesnych rozwiązań finansowych, cały czas uwielbiają gotówkę, uwielbiają obrót gotówkowy, nie są przekonani do kont i kart – dodaje profesor. – W kontekście płatności zbliżeniowych ludzie najbardziej obawiają się tego, że tam nie ma PIN-u, który nauczył ludzi pewnego poczucia bezpieczeństwa. I boją się tego, co jest z tym związane, że ktoś może im ściągnąć te płatności – wyjaśnia Maison.

Przekonanie ich do codziennego korzystania z nowoczesnych instrumentów płatniczych powinno być jednak kwestią czasu, podobnie jak było w przypadku wcześniejszych zmian technologicznych.

Komentarz dzienny, 21 listopada 2013

Przesłuchanie nominowanej na szefa Fed Yellen przyniosło pewne przewartościowanie poglądów wśród uczestników rynku, stwarzając iluzję łagodniejszego nastawienia w polityce pieniężnej (rentowności spadły, giełdy oszalały). Poglądy te przypieczętował nieco później sam Bernanke potwierdzając, że kandydatura Yellen będzie stanowiła kontynuację bieżącej linii polityki pieniężnej. Tymczasem linia ta, jak pokazują najnowsze ,,Minutes’’, nie jest wcale taka łagodna. 

Nominacja nowego ministra finansów może wpłynąć korzystnie na rynki

CEO Magazyn Polska

Odpowiednia komunikacja z rynkiem i budowanie jasnej strategii finansowej kraju – to najważniejsze zadania, jakie stoją przed nowym ministrem finansów. Słabą stroną Mateusza Szczurka, który zastąpi Jacka Rostowskiego, może być to, że nigdy nie był urzędnikiem – uważa ekonomista, prof. Krzysztof Opolski. Mocną – jego wykształcenie i doświadczenie w bankowości.

W moim przekonaniu może mu się udać, dlatego że ma jasną perspektywę, jest to człowiek kompetentny, który nie musi za wszelką cenę trzymać się stołka, nie boi się tych układów politycznych. Może mieć wizję, a jako młody człowiek na pewno ją ma, poprawienia sytuacji w finansach i relacji między rozmaitymi podmiotami finansowymi – uważa prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Nowy minister finansów Mateusz Szczurek, który zastąpił Jacka Rostowskiego, nie będzie miał możliwości dokonania znaczących zmian w polityce budżetowej. Jest ona w znacznej mierze uzależniona od graczy zagranicznych, zwłaszcza od UE.

 – Musi kontynuować to, co robił jego poprzednik, uwzględniając różnego rodzaju rozwiązania na poziomie UE, takie jak chociażby redukcja deficytu finansów publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Krzysztof Opolski.

Mateusz Szczurek jest doktorem ekonomii, który uzyskał stopień naukowy na University of Sussex w Wielkiej Brytanii. W okresie 1997-2011 pracował jako główny ekonomista ING Barings, a następnie główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Ostatnio był głównym ekonomistą grupy na Europę Środkową i Wschodnią. Pracuje także jako wykładowca uniwersytecki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, University of Sussex oraz Goethe Business School we Frankfurcie. Zdaniem prof. Opolskiego, jego wykształcenie będzie atutem.

 – Na pewno słabszą stroną Szczurka może być to, że nigdy nie był urzędnikiem, a jednak minister to jest urzędnik, który musi wykonywać bardzo wiele mozolnej pracy urzędniczej, podpisywać dziesiątki dokumentów i budować zaufanie do swojego olbrzymiego zespołu – podkreśla prof. Opolski.

Jako najważniejsze, pierwsze zadanie nowego ministra ekonomista wymienia odpowiedni dobór kadr. W kolejnych miesiącach Szczurek powinien natomiast się skupić na umiejętnej komunikacji z rynkiem i budowaniu jasnej strategii finansowej Polski.

 – Minister w dużej mierze jest wykonawcą strategii, która jest zbudowana poprzez całe gremium ludzi rządzących naszym krajem, ale może wymuszać na ministrach, czy może nawet na premierze, zbudowanie takiej strategii rozwoju kraju, gdzie strategia finansowa będzie jedną z substrategii. Jeśli uda mu się to zrobić, będziemy mieli jasną wizję, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć – twierdzi ekonomista.

Finansiści są zadowoleni

Nominacja związanego z bankowością Szczurka to dobra wiadomość dla sektora finansowego.

 – Ta nominacja jest o tyle cenna, że jest to człowiek rynków i taki też będzie jego sposób komunikowania się z rynkami, patrzenia na świat finansów i ekonomii – mówi Newserii Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital.

Co za tym idzie, wybór Szczurka na stanowisko ministra finansów powinien poprawić komunikację między rządem a rynkami finansowymi. 

 – W dobie globalizacji nawet najlepsze chęci, jeśli nie będą zakomunikowane w formie oczekiwanej przez rynki, mogą mieć krótkoterminowo bardzo silne negatywne wpływy na indeksy giełdowe i wartość złotego. Dlatego uważam, że wybór człowieka, który rozumie rynki i mówi ich językiem, jest bardzo dobry – zauważa Dąbrowski. 

Jak ważna jest umiejętność komunikacji z rynkami, pokazały wydarzenia związane z reformą systemu emerytalnego. W tygodniu, w którym rząd ogłosił szczegóły zmian w OFE, giełda notowała spadki, a złoty tracił na wartości.

 – Można zrozumieć argumenty rządu, jednak styl komunikacji wpłynął na rynki niekorzystnie – mówi Dąbrowski. – Minister Szczurek musi je uspokoić i rozwiązać sprawę OFE.

Zmiana na stanowisku ministra finansów nie jest jedyną roszadą personalną w rządzie Donalda Tuska. Ministrem nauki i szkolnictwa wyższego została Lena Kolarska-Bobińska; ministrem edukacji – Joanna Kluzik-Rostkowska; ministrem środowiska – Maciej Grabowski; ministrem sportu – Andrzej Biernat, a tekę ministra administracji i cyfryzacji objął Rafał Trzaskowski. Elżbieta Bieńkowska została mianowana wicepremierem odpowiedzialnym za rozwój regionalny i transport, budownictwo i gospodarkę morską. Po raz pierwszy rząd zbierze się w zmienionym składzie 4 grudnia.