Perspektywy rynku ropy do 2030 r. – narastające napięcia i potencjał wzrostu

  • IEA odchodzi od scenariuszy szybkiego szczytu popytu, co sugeruje, że w dłuższym horyzoncie rynek będzie bardziej napięty. Naturalny spadek wydobycia o 6–8 mb/d rocznie oznacza konieczność stałych inwestycji w nowe źródła ropy.
  • Prognozowana nadwyżka w 2026 r. najpewniej jest zawyżona – obecne ceny nie wskazują na duży ani trwały nadmiar podaży. Wygląda na to, że ewentualne osłabienie będzie przejściowe, a nie wynika ze strukturalnych zmian.
  • Wolne moce produkcyjne maleją, bo Arabia Saudyjska i ZEA działają bliżej swoich limitów, a wzrost wydobycia poza OPEC+, zwłaszcza w USA, wyhamowuje. To sprawia, że rynek staje się bardziej podatny na zmiany cen.
  • Duże koncerny naftowe oraz ETF-y z ekspozycją na sektor energetyczny pozostają atrakcyjnie wycenione dla inwestorów, którzy chcą skorzystać na utrzymujących się napiętych warunkach podażowych – łączą potencjał wzrostu z solidnymi wypłatami.

Rynek ropy wchodzi w rok 2026 z nietypową mieszanką krótkoterminowego spokoju i długoterminowych obaw, tłumaczy John J. Hardy, główny strateg makroekonomiczny w Saxo Banku. Na pierwszy rzut oka podaż wydaje się wystarczająca: zapasy wzrosły, dynamika popytu osłabła, a część krzywej cenowej jest wystarczająco miękka, by uspokajać inwestorów patrzących przez pryzmat makro. Jednak pod tą powierzchnią narasta wyraźne napięcie strukturalne – świat wciąż potrzebuje dużych wolumenów nowej podaży ropy przez kolejne dekady, a obecne poziomy cen prawdopodobnie nie wystarczają, by skłonić producentów do odpowiednich inwestycji.

To napięcie widać już teraz w sposobie, w jaki rynek wycenia rzekomą nadwyżkę na przyszły rok. Prognoza IEA mówiąca o możliwej nadpodaży rzędu 4 mb/d w 2026 r. wywołała dyskusje, ale trudno znaleźć potwierdzenie tak dużej nadwyżki w faktycznych cenach rynkowych. Gdy na rynku naprawdę jest za dużo ropy, ceny dostaw na późniejsze miesiące zwykle mocno spadają, przez co opłaca się ją magazynować, a zapasy rosną szybko. Teraz jednak układ cen jest w miarę równy i dopiero od października przyszłego roku widać wyraźniejsze spadki cen w dostawach na później. To sugeruje, że choć pierwszy kwartał może być odczuwalnie ciężki – gdy rynek będzie „trawił” zapasową podaż zgromadzoną pod koniec 2025 r. – nie wycenia on strukturalnej nadpodaży. Innymi słowy: czeka nas miękki okres, ale nie powtórka zaburzeń z lat 2020–21.

Znacznie istotniejsza jest jednak zmiana podejścia IEA do popytu. Jeszcze niedawno agencja podkreślała scenariusze, w których globalny popyt na ropę osiągałby szczyt przed 2030 r. Najnowsza długoterminowa prognoza to wyraźne odejście od tej narracji: jeśli nie zostaną wdrożone wyjątkowo agresywne działania polityczne, światowy popyt ma rosnąć dobrze po 2040 r., a potencjalnie nawet zbliżać się do 2050 r. Ta rewizja jest kluczowa, ponieważ zmusza rynek do pogodzenia dwóch faktów: świat nadal zużywa ok. 102–103 mb/d, a istniejące złoża kurczą się w tempie 6–8 mb/d rocznie.

To tempo wyczerpywania zasobów jest najsilniejszą siłą na rynku, a zarazem zdecydowanie najmniej docenianą. W praktyce oznacza ono, że globalny sektor musi co kilka lat zastępować „nową Arabię Saudyjską”, tylko po to, by utrzymać produkcję na stałym poziomie. Patrząc przez taki pryzmat, wizja przyszłej nadwyżki wydaje się coraz bardziej krucha. W istocie MAE przewiduje ogromny i szybki spadek podaży na początku lat 30., jeśli branża nie zainwestuje szacunkowo 500 miliardów dolarów rocznie jedynie po to, by utrzymać obecny poziom wydobycia. Ta luka jest sednem długoterminowej historii cen: jeśli rynek nie będzie dziś wynagradzał inwestycji, jutro będzie zmuszony zmierzyć się z niedoborami.Rezerwy mocy produkcyjnych

Rezerwy mocy produkcyjnych dają dziś jedynie ograniczone poczucie bezpieczeństwa. Arabia Saudyjska i ZEA pozostają jedynymi dużymi producentami zdolnymi szybko zwiększyć wydobycie, a i one działają już bliżej podniesionych pułapów swoich możliwości, co naturalnie uszczupla dostępny bufor. Prawdziwa wrażliwość rynku ujawnia się jednak wtedy, gdy spowalnia produkcja poza OPEC+, zwłaszcza w obu Amerykach. Brazylia i Gujana były w ostatnich latach kluczowymi motorami wzrostu, ale ich projekty w końcu wejdą w fazę dojrzałą, podczas gdy amerykańska ropa łupkowa – stabilna na poziomie ok. 10,6 mb/d – zaczyna wykazywać oznaki wypłaszczenia trendu.

To istotne, ponieważ przez ostatnią dekadę łupki pełniły rolę globalnego dostawcy „just-in-time”. Jeśli ta funkcja wygaśnie, cały system stanie się bardziej zależny od wąskiej grupy producentów, a tym samym bardziej podatny na sygnały cenowe. Wzrost produkcji o około 360 kb/d w ostatnim roku raczej się nie powtórzy. EIA oczekuje, że całkowite wydobycie w USA w 2026 r. się wypłaszczy, a w mojej ocenie może nawet zacząć spadać, jeśli WTI pozostanie przez kolejny rok na poziomie poniżej 60 USD.

Tzw. „dzikie karty” – Iran, Rosja i Wenezuela – niewiele wnoszą do poprawy bilansu. Rosję ograniczają sankcje, utrudniony dostęp do technologii oraz spadająca produktywność upstreamu. Wenezuela dysponuje ogromnymi zasobami, lecz brakuje jej infrastruktury, stabilności politycznej i kapitału, by w najbliższym czasie znacząco odbudować wydobycie. Iran jest jedynym producentem z realnym potencjałem wzrostu – w przeszłości osiągał poziomy bliskie 3,8 mb/d wobec ok. 3,4 mb/d obecnie. Nawet jeśli odzyskałby tę zdolność, dodatkowe wolumeny byłyby skromne względem rocznego tempa naturalnego spadku wydobycia, nie wspominając o średnioterminowych perspektywach popytu.

Wszystkie te czynniki sprawiają, że 2026 r. nie zapowiada się jako czas wygodnej nadwyżki, lecz raczej jako moment, w którym zaczynają się ujawniać sygnały przyszłego zacieśnienia rynku. Przejściowy spadek cen w I kwartale nie byłby zaskoczeniem, lecz stanowiłby raczej krótkoterminowy szum niż zapowiedź trwałej równowagi. Strukturalna rzeczywistość jest jasna: świat będzie potrzebował stałych inwestycji, by uniknąć deficytu podaży na początku lat 30., a te inwestycje pojawią się tylko wtedy, gdy ceny będą wystarczająco wysokie, by uzasadnić projekty o długim cyklu.

Rynek stoi więc przed wyborem jednej z dwóch dróg. Albo pozwoli cenom stopniowo się umacniać – wspierając odwierty, rozbudowę segmentu upstream i projekty długoterminowe niezbędne w nadchodzącej dekadzie – albo zaryzykuje znacznie gwałtowniejsze wzrosty cen później, gdy dominującą siłą stanie się niedobór. Nawet przy krótkotrwałej nadwyżce, odkładanie inwestycji tylko pogłębia przyszłe zacieśnienie. Kluczowa teza nie brzmi więc: „w 2026 r. grozi nam nadpodaż”, lecz: „by sprostać przyszłemu popytowi, potrzebne jest utrzymanie wyższych cen”. Im szybciej rynek wyśle taki sygnał cenowy, tym niższy będzie docelowy szczyt cen. Chaotyczny skok notowań ropy nie służy nikomu – nawet producentom, którzy polegają na niej jako głównym źródle przychodów – bo przyspiesza zwrot w stronę alternatyw, zaostrza warunki finansowe i zwiększa ryzyko powrotu presji inflacyjnej przy jednoczesnym spowolnieniu wzrostu.handel ropa

Handel w warunkach długoterminowego „ściśnięcia”: jak pozycjonować się pod wyższe ceny ropy

Dla inwestorów chcących zająć pozycję pod strukturalnie wyższe ceny ropy, zintegrowane koncerny naftowe pozostają najbardziej bezpośrednią i płynną ścieżką. Sektor wciąż notowany jest przy umiarkowanych wycenach względem szerokiego rynku akcji, a mnożniki zysków nadal odzwierciedlają scenariusz, w którym długoterminowy popyt na ropę stoi w miejscu. Odejście MAE od narracji o szybkim osiągnięciu szczytu popytu podważa tę tezę, a połączenie niskich wycen ze znacznymi wolnymi przepływami pieniężnymi sprawia, że koncerny te stają się naturalnymi beneficjentami środowiska wyższych cen.

Pięciu największych zintegrowanych producentów – ExxonMobil, Chevron, Shell, BP i TotalEnergies – oferuje zdywersyfikowaną ekspozycję na segment wydobywczy, przerobowy oraz aktywa niskoemisyjne. Ich działalność upstream zapewnia dźwignię na rosnących cenach surowca, podczas gdy segmenty rafineryjne i marketingowe stabilizują wyniki. Przy zdyscyplinowanych nakładach inwestycyjnych oraz nacisku na dywidendy i skup akcji własnych, spółki te są dobrze przygotowane na scenariusz umacniania się cen ropy zgodnie z długoterminowymi trendami strukturalnymi.

Dla szerszej ekspozycji warto rozważyć ETF-y z sektora energetycznego. XLE i IOGP dają dostęp do dużych zintegrowanych spółek i segmentu wydobywczego, a XOP stanowi bardziej dynamiczną alternatywę, obejmującą firmy zajmujące się poszukiwaniem i wydobyciem ropy. Instrumenty te oferują zdywersyfikowaną, płynną ekspozycję na sektor, który pozostaje atrakcyjnie wyceniony zarówno względem historycznych norm, jak i innych branż powiązanych z surowcami.

Jeżeli rynek przesunie się w kierunku wyższego i trwalszego reżimu cenowego – zgodnie z sygnałami płynącymi z fundamentów podaży i popytu – akcje z sektora energetycznego mogą stanowić zrównoważony sposób uczestnictwa w tym trendzie, łącząc dochód z ekspozycją na strukturalnie bardziej napięty rynek ropy.

Motoryzacja stoi u progu przełomu – nowe baterie mogą podwoić zasięg aut elektrycznych i skrócić ładowanie do 10 minut

Prace nad technologiami mającymi stanowić przełom na rynku motoryzacyjnym – jak np. napęd wodorowy czy ogniwa paliwowe – cały czas trwają, jednak rozwiązania te nadal zmagają się z wieloma ograniczeniami. Obecnie jednak stoimy u progu największej transformacji od dekad – technologii ogniw ze stałym elektrolitem (SSB), likwidującej bariery zasięgu i czasu ładowania. Wyposażone w nie samochody mogą trafić na drogi już za 2-3 lata. Wpływ nowej technologii na przyszłość rynku samochodów nowych i używanych komentuje Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska.

Polski rynek motoryzacyjny jest zdominowany przez auta używane, wśród których pojazdy z napędem elektrycznym i hybrydowym stanowią jedynie 4 proc., jak wskazuje analiza bazy danych CARFAX, obejmującej ponad 23 mln używanych samochodów w Polsce. Pod względem rejestracji nowych elektryków zajmujemy obecnie jedno z ostatnich miejsc w Europie. W ubiegłym roku sprzedaż nowych pojazdów z napędem elektrycznym w segmencie aut osobowych spadła o 3 proc. 

Kwadrans ładowania na 500 km jazdy – nadchodzi rewolucja w elektrykach
Wielu kierowców wciąż patrzy na elektromobilność przez pryzmat politycznych nakazów czy unijnych dyrektyw, a sceptycyzm wobec aut elektrycznych (BEV) wynika głównie z ograniczeń dzisiejszej technologii litowo-jonowej. Baterie z płynnym elektrolitem są ciężkie i mają ograniczenia termiczne. Jednak motoryzacja stoi u progu przełomu, który całkowicie zmieni zasady gry – największe koncerny są już w zaawansowanej fazie testów technologii Solid State Battery (SSB), czyli ogniw ze stałym elektrolitem. Podczas niedawnego Japan Mobility Show Toyota zapowiedziała, że w ciągu 2-3 lat wprowadzi takie akumulatory do swoich samochodów. 

Ogniwa ze stałym elektrolitem przyjmują energię znacznie szybciej, nie przegrzewając się tak, jak obecne konstrukcje, i oferują znacznie wyższą gęstość energii. Bateria o tych samych rozmiarach, co dzisiejsza, pozwoli przejechać dwa razy dłuższy dystans, będąc przy tym lżejszą i bezpieczniejszą (brak ryzyka wycieku i zapłonu), a uzupełnienie energii na kolejne 400-500 km zajmie 10-15 minut.

Nowe technologie wymuszą logiczną segmentację rynku, którą powoli zaczynamy dostrzegać już dziś: auta miejskie nie potrzebują akumulatora wystarczającego na 600 km, który niepotrzebnie winduje ich cenę i masę. Dzięki wydajnej infrastrukturze i szybkiemu ładowaniu małe auto z lekką baterią stanie się tanim środkiem transportu na co dzień. Z kolei najnowsze ogniwa o najwyższej gęstości, oferujące realne zasięgi rzędu 800-1000 km, trafią do segmentów krążowników autostradowych, pozwalając na pokonywanie tras między krajami. Nowa generacja baterii może sprawić też, że kilkuletnie auto elektryczne mogłoby nie być istotnie gorsze od nowego, co zatrzyma drastyczne spadki cen i przywróci opłacalność kupowania elektryków również na potrzeby flot, co z kolei może mieć wpływ na ich obecność na rynku wtórnym. 

Silnik przyszłości – cichy i tańszy w naprawie

Z perspektywy inżynieryjnej silnik elektryczny, w porównaniu do spalinowego, jest genialny w swojej prostocie. Ma mało części ruchomych, brak w nim rozrządu, turbin, filtrów DPF i brak w nim skomplikowanej skrzyni biegów. Dla użytkownika oznacza to rzadsze i tańsze wizyty w serwisie, a dla producenta – większą opłacalność produkcji i zwrot z inwestycji w rozwiązania elektromobilności. 

Warto też pamiętać o tym, że z biegiem lat konsumenci stają się też coraz bardziej wymagający w kwestii komfortu. Samochód elektryczny oferuje coś, co w świecie spalinowym jest zarezerwowane tylko dla topowych limuzyn – ciszę i brak wibracji. Kiedy użytkownik raz przyzwyczai się do „elektrycznej ciszy”, powrót do wibrującego diesla czy nawet nowoczesnej benzyny często jest odbierany jako drastyczny spadek komfortu. Tak jak nie chcemy wracać do telefonów z klawiaturą, tak nie będziemy chcieli wracać do hałasu.

Najprawdopodobniej przesiądziemy się więc do aut elektrycznych nie z przymusu, ale z pragmatyzmu. Gdy znikną bariery zasięgu i czasu ładowania (co jest kwestią najbliższych lat), przewagi elektryków w komforcie, kosztach eksploatacji i dynamice staną się miażdżące. Silnik spalinowy pozostanie rozwiązaniem dla pasjonatów i aut kolekcjonerskich, ale w codziennym transporcie przegra z fizyką i ekonomią, nawet gdy myślimy o transporcie ciężkim. 

Cały czas trwają prace również nad innymi nowymi technologiami z dziedziny motoryzacji – napędem wodorowym, ogniwami paliwowymi czy panelami słonecznymi. Jak na razie jednak żadne z tych rozwiązań nie znajduje się w fazie rozwoju pozwalającej na wdrożenie ich do powszechnego użytku, a każda z tych technologii boryka się z ograniczeniami takimi jak nadmierne skomplikowanie dystrybucji czy ekstremalnie wysokie koszty. Warto jednak śledzić postępy w tych dziedzinach, ponieważ mogą one doprowadzić do kolejnych przełomów na rynku. 

Decyzja Fed niemal pewna, ale dalsze luzowanie pod znakiem zapytania

Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych podejmie dziś decyzję o wysokości stóp procentowych. Choć decyzja o obniżce wydaje się przesądzona (ponad 87% prawdopodobieństwo), to jednak przyszłość dalszego luzowania polityki monetarnej pozostaje niepewna. Przyczyną są zarówno utrzymująca się inflacja, jak i podzielone stanowiska wewnątrz samego banku centralnego.

Po serii cięć, które łącznie wyniosły 1,5 punktu procentowego na przestrzeni ostatnich 15 miesięcy, obecny poziom stóp procentowych zbliża się do tzw. poziomu neutralnego – takiego, który nie stymuluje ani nie hamuje wzrostu gospodarczego. Część członków Fed twierdzi, że ten punkt został już osiągnięty, co rodzi obawy, że kolejne obniżki mogłyby nadmiernie pobudzić gospodarkę i utrudnić walkę z inflacją.

Sytuację dodatkowo komplikuje brak aktualnych danych makroekonomicznych, będący skutkiem październikowego zamknięcia administracji federalnej. Z tego powodu najnowsze informacje o sytuacji na rynku pracy pojawią się dopiero 16 grudnia, a dane o inflacji dwa dni później. W rezultacie prezes Fed Jerome Powell, podczas dzisiejszej konferencji prasowej, nie będzie w stanie jasno zarysować przyszłej ścieżki polityki pieniężnej. Rozbieżności w opiniach członków Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) są bowiem zbyt duże, by możliwe było wypracowanie spójnego przekazu.

Wśród członków komitetu najprawdopodobniej pojawią się głosy sprzeciwu wobec kolejnej obniżki. Jeff Schmid i Alberto Musalem mogą opowiedzieć się za utrzymaniem obecnego poziomu stóp, natomiast Stephen Miran rozważać będzie bardziej agresywne cięcie, sięgające 50 punktów bazowych.

Nowe projekcje gospodarcze, które zostaną przedstawione wraz z decyzją Fed, mogą wskazywać na lekką korektę w górę prognoz wzrostu gospodarczego na 2025 rok oraz nieco niższą inflację na koniec roku. Oczekuje się także niewielkiego wzrostu bezrobocia w przyszłym roku, choć sytuacja na rynku pracy pozostaje względnie stabilna. W listopadzie liczba ogłoszonych zwolnień spadła, choć niektóre duże firmy, jak Amazon czy Verizon, nadal planują redukcję zatrudnienia. Konsumpcja, mierzona poziomem wydatków gospodarstw domowych, we wrześniu pozostała bez większych zmian. Jednocześnie inflacja, mierzona preferowaną przez Fed miarą, wzrosła do poziomu 2,8%, co wciąż przekracza cel inflacyjny wynoszący 2%.

Napięcia wokół decyzji Fed dodatkowo podgrzewa sytuacja polityczna. Inwestorzy z uwagą śledzą doniesienia z obozu Donalda Trumpa, który wkrótce ma ogłosić swojego kandydata na stanowisko prezesa Rezerwy Federalnej. Obecna kadencja Jerome’a Powella kończy się w maju, a wśród potencjalnych następców faworytem jest Kevin Hassett – doradca ekonomiczny Białego Domu. Wszystko to sprawia, że najbliższe miesiące będą kluczowe nie tylko dla dalszego kierunku polityki pieniężnej, ale i dla ogólnej oceny kondycji amerykańskiej gospodarki.

Polski rynek dóbr luksusowych odporny na spowolnienie

Globalny rynek dóbr luksusowych wyhamowuje po latach rekordowych wzrostów, jednak Polska pozostaje wyjątkiem. Według danych Euromonitor International rynek dóbr luksusowych w Polsce ma urosnąć o 7,7% w 2025 roku i kontynuować trend wzrostowy w kolejnych latach, podczas gdy globalnie zmaga się ze skutkami agresywnej polityki cenowej – od 2019 roku ceny dóbr luksusowych wzrosły średnio o 54%. Jednocześnie sektor charakteryzuje się silną polaryzacją – mniej niż 2% najbogatszych klientów odpowiada już za blisko 40% przychodów całej branży. Z raportu KPMG „Luxury in the Midst of Change 2025” wynika także, że 64% profesjonalistów z branży deklaruje korzystanie z AI do rozwoju biznesu, jednak tylko 31% czuje się z tą technologią w pełni komfortowo.

Rok 2024 przyniósł w ujęciu globalnym pierwsze od czasów pandemii spadki sprzedaży w większości kategorii rynku dóbr luksusowych. Z wyjątkiem ultra-luksusowych zegarków i biżuterii dla najbogatszych klientów, wszystkie segmenty odnotowały gorsze wyniki. Główną przyczyną jest strategia cenowa ostatnich lat, która doprowadziła do zjawiska określanego mianem „luxury fatigue” – zmęczenia luksusem. To efekt galopujących cen przy braku adekwatnej wartości dodanej, co zaczęło zniechęcać klientów, podważać relację między ceną a wartością oraz wzmacniać migrację konsumentów do rynku wtórnego i segmentu premium.

Raport wskazuje, że połączenie wysokich cen, wymagających oczekiwań klientów oraz zmian pokoleniowych powoduje większą niż dotąd polaryzację rynku. Najbardziej zamożna grupa klientów – stanowiąca mniej niż 2% ogółu – odpowiada za blisko 40% przychodów marek luksusowych i jednocześnie wykazuje się najmniejszą wrażliwością na zmiany koniunktury. Marki z kolei wzmacniają relacje z tą grupą klientów, rozwijając wysoko spersonalizowane salony, organizując prywatne pokazy oraz tworząc atelier dostępne wyłącznie na zaproszenie, a także ekskluzywne przestrzenie, takie jak Apartment Louis Vuitton w Singapurze.

Branża stoi dziś przed istotnymi wyzwaniami – czy obecne spowolnienie ma charakter cykliczny, czy strukturalny? Kluczowe jest to, jak marki wykorzystają ten okres przejściowy, by wzmocnić fundamenty działalności i przygotować się do kolejnej fazy wzrostu. W perspektywie krótkoterminowej marki muszą na nowo przemyśleć strategię cenową, która w ostatnich latach była jednym z głównych motorów wzrostu. Dane pokazują, że od 2019 roku ceny wiodących produktów wzrosły średnio o 54% (przy skumulowanej inflacji dwa razy niższej), a 80% wzrostu wartości rynku w latach 2019–2023 wynikało właśnie z podwyżek cen, nie ze wzrostu wolumenów sprzedaży. Ta strategia przestaje dziś przynosić oczekiwane efekty, co wymusza poszukiwanie nowych narzędzi budowania wartości i konkurencyjności, zarówno przez innowacje, jak i powrót do DNA marki – komentuje Tomasz Wiśniewski, Partner w Dziale Deal Advisory, Szef Zespołu Wycen w KPMG w Europie Środkowo-Wschodniej.

Polska odporna na globalne spowolnienie

Podczas gdy zachodnie rynki przeżywają wyraźne spowolnienie, Polska wyróżnia się ponadprzeciętną odpornością. Według danych Euromonitor International rynek dóbr luksusowych w Polsce ma urosnąć o 7,7% w 2025 roku oraz o 6,4% w 2026 roku, co plasuje nas wśród najszybciej rozwijających się rynków w Europie.

Polski rynek dóbr luksusowych utrzymuje stabilny wzrost, przyciąga nowe marki i inwestycje, a kategoria experiential luxury rozwija się w tempie przekraczającym 9% rocznie. Buduje się również społeczność świadomych i wymagających konsumentów. Ta dynamika wynika z relatywnie niższej niż na Zachodzie penetracji rynku przy jednoczesnym stabilnym wzroście populacji najzamożniejszych konsumentów oraz ekspansji klasy średniej, która coraz częściej może sobie pozwolić na dostęp do luksusu w segmencie affordable luxury – komentuje Andrzej Marczak, Partner, Szef Działu Doradztwa Podatkowego w Europie Środkowo-Wschodniej, Szef Zespołu ds. PIT w KPMG w Polsce.

Dodatkowo Polska korzysta na rosnącym ruchu turystycznym – m.in. ponad 6 mln przyjazdów z Niemiec w 2025 roku – co wzmacnia popyt na usługi hotelowe, gastronomiczne i segment premium beauty.

Powrót do korzeni – dziedzictwo, rzemiosło i doświadczenie

Jednym z najważniejszych trendów jest powrót do dziedzictwa, rzemiosła i kultowych produktów. Wiele marek skupia się na tym, co stanowiło podstawę ich pozycji. Burberry odświeża swoje butiki i eksponuje „scarf bars” z kultowymi szalikami. Louis Vuitton zwiększa udział małej galanterii skórzanej. Cartier odświeża kolekcję Juste un Clou z lat 70., a Bvlgari reinterpretował linię Serpenti, nadając jej współczesny charakter. Przykładem z polskiego rynku jest marka Zofia Chylak, która rozwija linię Heritage, czerpiąc z polskiego folkloru i współpracując z rzemieślnikami i muzeami, by odtworzyć tradycyjne techniki koronkarstwa.

Konsumenci – szczególnie młodsi – coraz częściej wolą wydać pieniądze na wyjątkowe doświadczenia niż na kolejne produkty. Dlatego marki inwestują w personal shopping, zamknięte pokazy, warsztaty i immersyjne koncepty.

LVMH rozwija hotele Belmond i Cheval Blanc, Bvlgari otwiera luksusowe obiekty w kluczowych metropoliach i kurortach, a Saint Laurent buduje obecność w świecie filmu otwierając pierwszą spółkę producencką należącą do domu mody.

W Polsce rośnie zainteresowanie eventami butikowymi, pre-openingami oraz usługami bespoke, które łączą zakupy z doświadczeniem premium.

Sztuczna inteligencja wchodzi na salony

Dla 57% firm z branży dóbr luksusowych innowacyjność odgrywa kluczową rolę w strategii. Na poziomie priorytetów strategicznych 53% firm wskazuje wzmacnianie lojalności poprzez spersonalizowane doświadczenia. 31% celuje w klientów Premium i VIC („Very Important Clients”) jako mniej wrażliwych na wahania ekonomiczne.

Jednym z najsilniej rozwijających się obszarów są technologie oparte na sztucznej inteligencji. Według badania przeprowadzonego na potrzeby raportu, 64% firm z branży korzysta z AI, choć większość ocenia wdrożenia jako wczesny etap. Niemal co trzecia (31%) czuje się z tą technologią w pełni komfortowo, ale już 9 na 10 jest przekonanych, że AI odegra kluczową rolę w przyszłości.

W praktyce AI wspiera już cały łańcuch wartości – od prognozowania popytu i optymalizacji zapasów, przez zwiększanie efektywności operacyjnej, po usprawnienie procesów kreatywnych i tworzenie wirtualnych prototypów, co skraca czas projektowania i ogranicza zużycie materiałów. 72% profesjonalistów z branży deklaruje pozytywny wpływ AI na sprzedaż i zaangażowanie klientów, a 22% zauważa jej znaczący wpływ na personalizację rekomendacji i wzrost konwersji.

W raporcie przywołano przykład marki Chanel, która w kampanii nowego zapachu wykorzystała algorytmy do przygotowania zindywidualizowanych treści – od immersyjnych wideo po personalizowany storytelling. Efektem był wzrost zaangażowania o 45% i sprzedaży online o 30%. W produkcji AI generuje warianty produktów na podstawie archiwów marki, a w logistyce Kering zmniejszył nadmierne zapasy o 30%.

Luksus i zrównoważony rozwój

Rośnie znaczenie zrównoważonego rozwoju, zwłaszcza dla pokolenia Gen Z, które oczekuje pełnej transparentności, certyfikacji materiałów, redukcji emisji i konsekwentnych działań, a nie tylko deklaracji. W konsekwencji dla wielu marek ESG nie jest już jedynie odpowiedzią na oczekiwania klientów, lecz narzędziem budowania przewagi konkurencyjnej oraz redukcji kosztów operacyjnych w długim terminie. Branża intensywnie rozwija rozwiązania oparte na projektowaniu cyrkularnym, alternatywnych materiałach, technologiach przyjaznych środowisku czy niskoemisyjnych modelach transportu, w tym wykorzystanie statków żaglowych do przewozu towarów pomiędzy Europą a USA (LVMH), co pozwala ograniczyć emisję CO₂ nawet o 80–90% w porównaniu z tradycyjną żeglugą.

Trendy na rynku wtórnym

Rynek vintage luxury stale rośnie i był wart 48 mld euro w 2023 roku, stanowiąc już około 10% wartości całego rynku dóbr luksusowych W sektorze zegarków liczba osób gotowych kupować modele pre-owned podwoiła się między 2020 a 2024 rokiem. Kultowa torebka Birkin od Hermès osiąga na rynku wtórnym średnio 250% pierwotnej ceny, co podtrzymuje, a nawet wzmacnia prestiż marki.

Mimo to jedynie 7% respondentów badania uważa ten segment za kluczowy dla przyszłego rozwoju swojej marki, a 51% nie uwzględnia go w swoich planach biznesowych. 42% deklaruje zainteresowanie, choć bez jasnych modeli wdrożenia.

O raporcie:

Raport KPMG „Luxury in the Midst of Change 2025” prezentuje pogłębioną analizę globalnego rynku dóbr luksusowych, obejmując zarówno dane ilościowe, jak i jakościowe perspektywy liderów branży. Publikacja powstała w oparciu o badanie przeprowadzone we współpracy z Instytutem Potloc, które objęło 180 specjalistów reprezentujących różne segmenty sektora – od mody i akcesoriów, przez biżuterię i zegarki, po alkohol luksusowy. Opracowanie łączy analizę danych rynkowych z oceną zmian zachodzących w zachowaniach konsumentów, strategiach marek oraz czynnikach makroekonomicznych wpływających na kondycję branży, dostarczając kompleksowego obrazu stojących przed nią wyzwań i kierunków rozwoju.

Amazon zainwestuje ponad 35 mld dolarów w Indiach do 2030 roku

0

Amazon zapowiedział, że do 2030 roku zainwestuje w Indiach ponad 35 miliardów dolarów.

Zapowiedź Amazona pojawia się w momencie wyraźnego przyspieszenia inwestycji największych firm technologicznych w Indiach. Dzień wcześniej Microsoft ogłosił plan zainwestowania 17,5 miliarda dolarów w ciągu czterech lat w rozwój infrastruktury chmurowej i AI, co stanowi największą inwestycję tej spółki w Azji. W październiku Google zapowiedział z kolei przeznaczenie 15 miliardów dolarów na budowę swojego pierwszego centrum sztucznej inteligencji w Indiach, w stanie Andhra Pradesh. Skala tych deklaracji potwierdza, że Indie stają się kluczowym rynkiem w globalnym wyścigu o dominację w obszarze AI i chmury obliczeniowej, zwłaszcza że do końca 2025 roku liczba użytkowników internetu w kraju ma przekroczyć 900 milionów.

Do 2030 roku firma zamierza stworzyć około miliona dodatkowych możliwości zatrudnienia – obejmujących miejsca pracy bezpośrednie, pośrednie, sezonowe i indukowane – oraz czterokrotnie zwiększyć skumulowaną wartość eksportu e-commerce realizowanego przez indyjskich sprzedawców, z 20 do 80 miliardów dolarów. Spółka planuje także dotrzeć z rozwiązaniami AI do 15 milionów małych firm oraz zapewnić edukację z zakresu sztucznej inteligencji czterem milionom uczniów szkół publicznych poprzez programy nauczania i praktyczne projekty.

Amazon jest obecnie największym zagranicznym inwestorem w Indiach.

Cena decyduje: 6 na 10 Polaków rozważy zakup chińskiego samochodu

  • W ostatnich miesiącach na polskich drogach coraz częściej pojawiają się auta z logiem chińskich producentów.
  • Według tegorocznej edycji raportu Santander Consumer Multirent „Za kółkiem chińskiego auta”, 3 proc. Polaków wskazało na samochód marki chińskiej, jako swój preferowany wybór w porównaniu do zaledwie 0,5 proc. rok wcześniej.
  • Natomiast gdyby pojazd pochodzący z Państwa Środka był o 25-30 proc. tańszy od wybranego przez nich modelu innego producenta, już sześciu na dziesięciu respondentów rozważyłoby jego zakup.
  • Wśród deklarowanych metod płatności za nowe auto wciąż dominuje gotówka. Z kolei zakup za kredyt stracił na popularności, przy jednoczesnym wzroście wskazań na wykorzystanie oszczędności oraz leasing.

Polski rynek samochodów przechodzi intensywną transformację. Rosnące ceny aut, rozwój technologii i większa świadomość konsumentów sprawiają, że kierowcy poszukują rozwiązań łączących niezawodność, atrakcyjną cenę i niskie koszty eksploatacji. W ofercie pojawia się coraz więcej modeli elektrycznych i hybrydowych, a producenci z Azji – w tym z Chin – stają się coraz bardziej widoczni. Przyciągają uwagę bogatym wyposażeniem i dynamicznym tempem rozwoju. Trendy te prowadzą do większej otwartości na testowanie nowych marek, choć wciąż kluczowe są kwestie praktyczne: dostęp do serwisu, jakość wykonania i pewność zakupu. To właśnie te czynniki mają największy wpływ na decyzje podejmowane przez kupujących.

Europejskie marki pozostają pierwszym wyborem

Wyniki raportu Santander Consumer Multirent „Za kółkiem chińskiego auta” jasno wskazują, że dominujący segment to samochody europejskie, wskazane przez 46 proc. Polaków jako preferowane. Jest to spadek o 3 p.p. względem wyników ubiegłorocznej edycji badania. Znaczną grupę stanowią także zwolennicy marek japońskich (26 proc.), co pokazuje, że zaufanie do producentów o ugruntowanej pozycji nadal odgrywa kluczową rolę. Auta koreańskie i amerykańskie jako deklarowane wybrało odpowiednio 4 proc. i 6 proc. respondentów. Z kolei aż 15 proc. badanych nie potrafi jednoznacznie określić swoich preferencji. W przypadku pojazdów z Chin, jeszcze w edycji badania z 2024 roku zdecydowałoby się na nie zaledwie 0,5 proc. Polaków. Tymczasem w tegorocznej ankiecie marki chińskie wskazało już 3 proc. respondentów – to sześciokrotny wzrost zainteresowania rok do roku.  Dane rynkowe pokazują jednak, że preferencje to jedno, a rzeczywisty wybór, na który wpływ ma wiele czynników, takich jak chociażby cena to odmienna kwestia. Zgodnie z danymi SAMAR za październik br. producenci z Chin sprzedali największą do tej pory liczbę samochodów i pod względem udziału w rynku osiągnęli rekordowy poziom 10 proc.

Co Polacy chcą sprawdzić w chińskich samochodach?

Jeśli kierowcy mieliby testować chiński samochód przez miesiąc, kluczowe byłyby najbardziej praktyczne kwestie. Serwis i dostępność części to priorytet dla niemal połowy (49 proc.) badanych. Odzwierciedla to największą obawę wobec nowych marek – ryzyko problemów eksploatacyjnych. Na kolejnych miejscach znalazły się jakość wykonania (39 proc.) oraz komfort jazdy (38 proc.). Zasięg i ekonomia jazdy wskazywane były przez blisko jedną trzecią (30 proc.), a dostępne technologie przez 13 proc. Polaków. Natomiast opinie znajomych miały minimalne znaczenie (4 proc.).

Kierowcy podchodzą do użytkowania chińskich pojazdów pragmatycznie. Nowe marki mogą zyskać ich zaufanie wtedy, gdy udowodnią, że są nie tylko atrakcyjne cenowo, ale również niezawodne i łatwe w serwisowaniu.

Finansowanie zakupu

Zakup samochodu Polacy najczęściej finansują ze środków własnych – w tegorocznej edycji badania, tak samo jak przed rokiem, gotówkę wskazało 33 proc. respondentów. Oszczędności wybrało 28 proc., w porównaniu do 24 proc. w 2024 r. co pokazuje wzrost o 4 p.p. Zewnętrzne finansowanie w postaci kredytu to wybór 17 proc. uczestników aktualnego badania, podczas gdy rok wcześniej było to 24 proc.  Leasing natomiast wybiera co dziesiąty ankietowany, czyli o 3 p.p. więcej niż rok temu, gdy ten odsetek wynosił 7 proc., co stanowi istotny wzrost. Dane z badania uwzględniają jednak szeroką perspektywę wszystkich użytkowników samochodów – zarówno posiadaczy aut nowych, jak i używanych oraz prywatnych i firmowych. Statystyki rynkowe jeszcze mocniej pokazują rosnącą popularność leasingu – aktualnie jego udział we wszystkich rejestracjach nowych pojazdów to ponad 30 proc.

Trzydziesto- i pięćdziesięciolatkowie są wyraźnie bardziej zainteresowani nowymi, chińskimi markami – odpowiednio 7 proc. oraz 6 proc. wskazań. Z kolei najmłodsi kierowcy najczęściej wskazują samochody europejskie (51 proc.) – komentuje Maciej Wytwicki Dyrektor ds. Kluczowych Klientów z Santander Consumer Multirent. – W kwestii wybieranych metod płatności za pojazd, aż 45 proc. najmłodszych respondentów wskazało oszczędności, podczas gdy trzydziestolatkowie i seniorzy powyżej 60 r.ż. częściej sięgają po kredyt (po 19 proc.), osoby w wieku 50-59 lat decydują się na zakup za gotówkę (40 proc.), natomiast czterdziestolatkowie korzystają z leasingu (17 proc.). W tej grupie wiekowej tyle samo osób wskazało kredyt. Warto jednak pamiętać, że jak wynika z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów to pojazdy z rynku wtórnego wciąż są najczęstszym wyborem Polaków – dodaje.

Cena może zmienić układ sił

Trzy piąte (60 proc.) badanych rozważyłoby zakup chińskiego samochodu, jeśli jego cena byłaby niższa o 25-30 proc. od porównywalnego modelu produkowanego w innym kraju. Największe poparcie – 41 proc. – uzyskała odpowiedź „raczej tak”, a „zdecydowanie tak” zadeklarowało 19 proc. Nie zdecydowałaby się na to jedna czwarta Polaków, a 16 proc. nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat.

Ostatnie 12 miesięcy pokazuje wśród polskich kierowców wzrost zainteresowania chińskimi samochodami. Dla osób, które są otwarte na testowanie nowych marek pojazdów, leasing może okazać się dobrą opcją, aby uniknąć angażowania znaczących nakładów finansowych na start.  Z niskimi kosztami początkowymi i możliwością wyboru stałej raty przez cały okres finansowania oraz szeroki pakiet ubezpieczenia OC/AC/NNW, Assistance, a także GAP i LIFE. Opcja leasingowania pojazdów jest dobrym rozwiązaniem nie tylko dla osób, które są otwarte na nowinki motoryzacyjne, ale również dla tych, którzy nie są do końca przekonani i zapewnia możliwość częstszej wymiany aut na nowe modele – podkreśla Maciej Wytwicki Dyrektor ds. Kluczowych Klientów  z Santander Consumer Multirent.

Badanie zostało zrealizowane na zlecenie Santander Consumer Multirent metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI), przeprowadzonych przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS) w dniach 16 – 28 października 2025 r. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa dorosłych Polaków posiadających prawo jazdy. Próba n = 1000.

Rosnące koszty danych zmuszają firmy do zwrotu w stronę open source

Niespotykane w dotychczasowej historii tempo rozwoju technologii otworzyło przed organizacjami zupełnie nowe możliwości, jednocześnie przynosząc wyzwania, na które nie każda firma była gotowa. Cyfrowa ewolucja, która jest efektem krajowych i unijnych strategii rozwoju oraz oczekiwań konsumentów, sukcesywnie zmienia sposób funkcjonowania biznesu, również w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych. Według szacunków Statisty ilość utworzonych i zebranych danych jest aktualnie niemal 3 razy większa niż w 2020 roku. Co więcej, wartość ta od kilku lat systematycznie rośnie o 22-23 proc. rocznie.[1] Rozwiązania stosowane przez organizacje muszą być zatem coraz bardziej wydajne i elastyczne, co z kolei przekłada się na wzrost kosztów. To jeden z powodów, dla których firmy inwestują środki i zasoby w otwarte bazy i technologie danych.

Open source sposobem na koszty przetwarzania danych?

Open source otwiera organizacjom zupełnie nowe możliwości w zakresie różnych technologii, jednak część z nich cieszy się dużo większym zainteresowaniem od pozostałych. Według badań z 2025 roku co trzecia firma inwestuje najwięcej swoich środków i zasobów w bazy i technologie danych[2]. To więcej niż w przypadku technologii DevOps (21 proc.), systemów operacyjnych (20 proc.) czy narzędzi z obszaru cyberbezpieczeństwa (12 proc.). Jedyną opcją, którą wskazało więcej osób, były technologie chmurowe i kontenerowe (niemal 40 proc. odpowiedzi), jednak jeszcze rok temu w rozwiązania te inwestowano mniej zasobów i pieniędzy niż w technologie i bazy danych.

Jak wskazuje Tomasz Dziedzic, CTO Linux Polska, wzrost zainteresowania otwartymi bazami i technologiami danych wynika przede wszystkim ze zmian, które od kilku lat zachodzą na świecie.

Ilość gromadzonych danych stale rośnie, a trend ten został dodatkowo przyspieszony wskutek rozwoju sztucznej inteligencji, a wcześniej – transformacji cyfrowej spowodowanej lockdownem. Organizacje potrzebują danych, by rozwijać swoje usługi, ulepszać procesy oraz podejmować właściwe decyzje biznesowe. Do osiągnięcia tych celów nie wystarczy sam fakt posiadania zasobów – konieczne jest ich efektywne wykorzystanie. Mowa między innymi o wydajnych mechanizmach wyszukiwania i analizy, przetwarzania czy udostępniania danych przy jednoczesnym zapewnieniu ich bezpieczeństwa. Właśnie do tego służą bazy danych. Coraz więcej organizacji widzi potrzebę ich wdrożenia, jednak pewnym hamulcem okazują się koszty i niewielka elastyczność rozwiązań dostępnych na rynku. Wyzwania te są zdecydowanie mniejsze w przypadku baz i technologii danych open source, stąd ich rosnąca popularnośćwyjaśnia Tomasz Dziedzic, CTO Linux Polska.

Organizacje wdrażają wiele technologii i baz danych

Spośród wszystkich open source’owych technologii danych od lat najchętniej wybierane są dwa: PostgreSQL (51 proc. wskazań) oraz MySQL (niemal 37 proc.). Co jednak istotne, aż 90 proc. firm nie ogranicza się do jednej opcji i korzysta z wielu otwartych rozwiązań[3]. Jak tłumaczy Maciej Wawrzyniak, Dyrektor obszaru baz danych i inżynierii danych w Linux Polska, wynika to z różnych powodów.

Ważną przyczyną jest chęć uniknięcia sytuacji vendor lock-in, czyli uzależnienia się od jednego dostawcy technologii. Często zdarza się również, że nowe technologie i bazy danych pojawiają się wraz z rozwojem organizacji, na przykład w wyniku przejęcia jednej firmy przez drugą. Taka sytuacja generuje jednak nowe wyzwania, dotyczące między innymi dostępu do danych, ich kompatybilności, czy też wiedzy zespołu na temat stosowanych technologii. Jeśli organizacja korzysta z wielu różnych systemów i modeli danych, konieczne jest zapewnienie efektywnego przetwarzania i transformacji danych między nimi. Służą do tego procesy ETL/ELT (Extract, Transform, Load), które polegają na ekstrakcji danych z różnych źródeł, ich standaryzacji oraz załadowania do docelowego systemu, na przykład hurtowni danych czy jeziora danychmówi Maciej Wawrzyniak, Dyrektor obszaru baz danych i inżynierii danych w Linux Polska.

Brak doświadczenia barierą na drodze do oszczędności

Choć perspektywa zmniejszenia kosztów operacyjnych i licencyjnych jest atrakcyjna, nie wszystkie organizacje z takiej opcji korzystają. Bariery na drodze do wdrożenia baz i technologii danych open source są podobne jak w przypadku innych rozwiązań IT. Organizacje wskazują przede wszystkim na brak doświadczenia zespołów (niemal 51 proc. odpowiedzi), wyzwania związane z aktualizacjami i poprawkami (34 proc.) oraz kwestie techniczne dotyczące instalacji i konfiguracji rozwiązań (30 proc.)[4]. Zaledwie co czwarty specjalista przyznaje, że jest pewny swoich umiejętności w zakresie zarządzania i administracji technologiami big data[5].

W takiej sytuacji warto postawić na wsparcie zewnętrznych ekspertów, którzy przeprowadzą organizację przez cały proces zmian i zbudują w zespole wymagane kompetencje.     Wszystko wskazuje na dalszy wzrost znaczenia danych, więc transformacja w tym kierunku stanie się w zasadzie niezbędnym etapem rozwoju. Jesteśmy aktualnie w tym okresie, w którym jest to doskonale widoczne – koniec roku oznacza w większości firm czas wzmożonych analiz biznesowych i finansowych oraz szczyt sezonu sprzedażowego. Równolegle tworzone są nowe plany i strategie, które wymagają przetwarzania dużej ilości danych. Wdrożenie odpowiednich rozwiązań usprawni i przyspieszy te działania, co przełoży się na większą      efektywność operacyjną – dodaje Maciej Wawrzyniak, Linux Polska.

Przechowywanie, organizowanie i udostępnianie danych w nowoczesnym ekosystemie IT wymaga wdrożenia baz danych. Biorąc pod uwagę tempo rozwoju technologii, zmiany zachodzące w biznesie oraz rosnącą ilość danych, warto zwrócić uwagę przede wszystkim na elastyczność, wydajność i skalowalność wybranych technologii. Współczesny rynek open source oferuje wiele opcji spełniających te wymogi. Wybór konkretnych powinien być uzależniony od indywidualnych potrzeb i możliwości organizacji.

[1] Statista, Volume of data/information created, captured, copied, and consumed worldwide from 2010 to 2023, with forecasts from 2024 to 2028

[2] Perforce OpenLogic, 2025, 2025 State of Open Source Report

[3] Perforce OpenLogic, 2025, 2025 State of Open Source Report

[4] Jak wyżej.

[5] Jak wyżej.

BCC: polityka demograficzna wymaga koordynacji międzyresortowej

Podczas wczorajszego posiedzenia Zespołu ds. Demografii i Rynku Pracy Rady Dialogu Społecznego omówiono kluczowe wyzwania demograficzne stojące przed Polską oraz konieczność usprawnienia polityki demograficznej na poziomie rządowym. Dyskusja koncentrowała się na malejących zasobach pracy, starzeniu się społeczeństwa oraz pilnej potrzebie skoordynowanych działań obejmujących wiele resortów. Business Centre Club reprezentował Witold Michałek – wiceprezes BCC, ekspert ds. gospodarki, legislacji i lobbingu.

W posiedzeniu uczestniczyli przedstawiciele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej: Inga Domagała, dyrektor Departamentu Demografii i Marcin Wiatrów, wicedyrektor Departamentu Rynku Pracy.

Strona rządowa poinformowała, że trwają prace nad nowym dokumentem określającym politykę demograficzną państwa, obejmującym zarówno kwestie dzietności, jak i starzenia się społeczeństwa. Podkreślono, że podniesienie współczynnika dzietności do poziomu 2,0 nie jest obecnie osiągalne w przewidywalnej perspektywie. Ministerstwo prowadzi działania wspierające dzietność oraz kampanie edukacyjne zachęcające do rodzicielstwa.

Omówiono również sytuację na rynku pracy — liczba osób w wieku produkcyjnym od 15 lat maleje. Aktualnie nieznacznie wzrosła – dzięki imigracji. W ostatniej dekadzie aktywność zawodowa wzrosła z 55 do 69 procent, jednocześnie utrzymują się trudności w pozyskiwaniu pracowników, także w administracji publicznej. Ministerstwo realizuje pilotaż projektu OECD dotyczącego aktywizacji zawodowej, a potencjał aktywizacji osób nieaktywnych, w tym seniorów, szacowany jest na około milion osób. Trwają również przygotowania programów integracyjnych dla imigrantów, obejmujących m.in. szkolenia językowe i branżowe.

W dyskusji przedstawiciel Pracodawców RP zwrócił uwagę, że według prognoz Polska ma najgorszą na świecie perspektywę demograficzną do 2060 roku, co jego zdaniem wymaga strategii adekwatnej do skali wyzwań.

  • Tak złożony problem nie może być rozwiązywany jedynie w ramach jednego resortu i konieczne jest podniesienie rangi polityki demograficznej na poziomie rządowym, między innymi poprzez powołanie międzyresortowego zespołu o charakterze zarządczo-koordynującym. – mówił Witold Michałek.
  • Aby działania rządu ukonkretnić i przybliżyć do realiów i potrzeb gospodarki, należy klasyczną definicję polityki demograficznej, która przyjmuje, że: „Polityka demograficzna to wszelkie działania państwa mające na celu ukształtowanie liczby i struktury ludności (np. wieku, płci, rozmieszczenia) w celu osiągnięcia pożądanych celów społeczno-gospodarczych, głównie poprzez wpływ na dzietność, migrację, starzenie się społeczeństwa), rozszerzyć co najmniej o dodatkowy komponent – „ To wszelkie działania państwa minimalizujące negatywne społeczne i gospodarcze skutki dot. bieżącego i prognozowanego stanu liczbowego i struktury ludnościowej, w tym przestrzennej”. – dodał ekspert.

W toku dyskusji omówiono konieczność zwiększania liczby osób wchodzących na rynek pracy m.in. poprzez rozwój usług opiekuńczych, aktywizację osób starszych oraz właściwie zaprojektowaną politykę migracyjną i integracyjną. Poruszono także kwestię spowolnionego wzrostu wydajności pracy oraz potrzebę inwestycji w automatyzację, digitalizację i rozwój kompetencji pracowników, zwłaszcza starszych. Wskazano również na rosnące koszty systemów społecznych i zdrowotnych, konieczność ich reformy oraz potrzebę racjonalnego podejścia do wieku emerytalnego i systemu świadczeń. Zwrócono także uwagę na narastające różnice przestrzenne w rozmieszczeniu ludności i potrzebę prowadzenia polityki wspierającej rozwój regionów wyludniających się, zarówno poprzez inwestycje, jak i lepszą dostępność usług publicznych.

W podsumowaniu ustalono, że na kolejne posiedzenia Zespołu zaplanowane na styczeń 2026 zostaną zaproszeni przedstawiciele rządu o wyższym, politycznym umocowaniu. Spotkanie będzie poświęcone strategii wspierania inwestycji, w oparciu o materiał przygotowany przez Pracodawców RP.

Wyzwania dla gospodarki:

  1. Zbyt mała liczba nowych osób wchodzących na rynek pracy w stosunku do potencjału.

Proponowane, przykładowe kierunki działań państwa:

  1. a) wieloczynnikowe działania pronatalne, w tym poprzez politykę dostępnych mieszkań dla młodych, poprawę infrastruktury opieki nad niemowlętami i dziećmi, a także wyrównanie poziomu wykształcenia kobiet i mężczyzn, aby zmniejszyć problem niedopasowania partnerów tworzących trwałe związki,
  2. b) „uwolnienie” rodziców dla rynku pracy, dzięki wsparciu finansowemu w kierunku stworzenia rynku dla usług opiekuńczych nad dziećmi,
  3. c) aktywizacja zawodowa osób starszych i biernych zawodowo, m.in. system zatrudniania na część etatu,
  4. d) stworzenie zbilansowanej polityki migracyjnej (liczbowo i zgodnie z popytem na określone zawody), w tym narzędzia integracji lub asymilacji imigrantów i ich rodzin,
  5. e) przeciwdziałanie emigracji pracowników z Polski, np. poprzez utworzenie systemu kredytowania atrakcyjnych, płatnych kierunków studiów w Polsce.
  6. Spadek lub zbyt powolny wzrost wydajności siły roboczej.

Przykładowe kierunki działań państwa:

  1. wspieranie automatyzacji i digitalizacji miejsc pracy,
  2. umożliwienie dopływu zagranicznych pracowników, którzy mogą sprostać wymaganiom danego stanowiska pracy,
  3. wspieranie pozyskiwania nowych umiejętności zawodowych przez starszych pracowników,
  4. Rosnące koszty opieki społecznej i medycznej oraz niewydolność systemu zabezpieczenia społecznego

Przykładowe kierunki działań państwa:

  1. Reforma systemu opieki zdrowotnej, w tym – zwiększenie liczby i zakresu programów profilaktyki zdrowotnej,
  2. reforma i unifikacja systemu emerytalnego,
  3. racjonalizacja wieku emerytalnego,
  4. racjonalizacji systemu transferów społecznych.
  5. Rosnące zróżnicowanie przestrzenne rozmieszczenia ludności w kraju. Wyludnianie się części regionów oraz napływ wewnętrznych migrantów do dużych ośrodków miejskich.

Przykładowe kierunki działań państwa:

  1. Polityka inwestycyjna wspierająca rozwój miejsc pracy w regionach wyludniających się,
  2. Polityka mieszkaniowa wspierająca budowę i wynajem mieszkań w wyludniających się regionach,
  3. Programy wzrostu jakości opieki zdrowotnej i edukacji w tych regionach,
  4. Zróżnicowanie regionalne płacy minimalnej w celu ochrony miejsc pracy w MSP w regionach słabo rozwiniętych gospodarczo.

Deweloperzy szykują się na sprzedażowe żniwa w 2026 r. Na celowniku głównie klienci kredytowi

Listopad przyniósł wzrost sprzedaży nowych mieszkań w największych metropoliach. Nie jest to zaskoczeniem, bo popyt napędzają taniejące kredyty. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl wskazują jednak, że na rynku wydarzyło się coś istotniejszego: deweloperzy po kilku miesiącach ostrożności znów zwiększyli aktywność inwestycyjną. Co ciekawe, lokalne rynki zasilili przede wszystkim mieszkaniami tańszymi od średniej w aktualnej ofercie.

W drugiej połowie roku wielu deweloperów ogarnęła frustracja. Oczekiwali wyraźnego ożywienia popytu, tymczasem ten rósł bardzo wolno. Dopiero seria obniżek stóp procentowych przywróciła im wiarę, że w biurach sprzedaży znów pojawią się tłumy kupujących – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Marek Wielgo przypomina, że bardzo duża na początku roku aktywność inwestycyjna firm deweloperskich, w drugim kwartale zaczęła wyhamowywać.  W trzecim kwartale na rynki siedmiu największych miast trafiło zaledwie ok. 10,1 tys. mieszkań., co było najniższym wynikiem od trzeciego kwartału 2023 r. Był to okres spowolnienia związanego z ograniczoną dostępnością kredytów. Tym razem tło makroekonomiczne jest jednak zupełnie inne: Rada Polityki Pieniężnej już sześciokrotnie obniżyła w tym roku stopy procentowe, inflacja maleje, a gospodarka przyspiesza. Deweloperzy najwyraźniej uznali, że w tej sytuacji popyt na mieszkania może już tylko rosnąć. W listopadzie wprowadzili więc do sprzedaży ok. 4,7 tys. mieszkań, co oznacza powrót do wysokiej aktywności inwestycyjnej z początku roku.Ceny mieszkań_listopad 2025-wprowadzone do sprzedaży

W najnowszych danych BIG DATA RynekPierwotny.pl widoczne są sygnały odbicia nowej podaży zwłaszcza w Warszawie. Zarówno październik, jak i listopad przyniosły tu wyraźnie większą liczbę nowych mieszkań niż średnia miesięczna z trzeciego kwartału. Objawy ożywienia pojawiły się również we Wrocławiu, Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii oraz w Trójmieście, a listopad zaskoczył mocnym wzrostem podaży w Łodzi i Krakowie.

Wyjątkiem pozostaje Poznań, gdzie po dobrym październiku listopad wypadł bardzo słabo, przez co średnia z dwóch miesięcy jest znacznie niższa od tej z trzeciego kwartału. Może to wynikać z ostrożności deweloperów, ale równie dobrze może być efektem przesunięć harmonogramów inwestycyjnych.

Jednocześnie sprzedaż w większości metropolii wzrosła w ujęciu miesięcznym. Jedynie Trójmiasto – dotąd jeden z liderów – zanotowało spadek.

Sezon promocji kumulujących się w Black Friday bez wątpienia odcisnął piętno na listopadowych wynikach sprzedażowych deweloperów. Jednak nawet mimo tańszych kredytów popyt wciąż ogranicza niepewność dotyczącą rynku pracy i sytuacji geopolitycznej – ocenia Jan Dziekoński, dyrektor działu analiz rynkowych w portalu RynekPierwotny.pl.

Ekspert zwraca też uwagę, że w Warszawie – rynku będącym „papierkiem lakmusowym” całej branży – w listopadzie na rynek trafiło więcej mieszkań, niż sprzedano. To sprawiło, że oferta w stolicy osiągnęła kolejny historyczny rekord, podobnie jak w Łodzi i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Również we wszystkich pozostałych metropoliach zasób dostępnych mieszkań jest obecnie większy niż pod koniec ubiegłego roku.Ceny mieszkań_listopad 2025-oferta

Warszawa wyróżniła się w listopadzie jako jedyne miasto, w którym średnia cena metra kwadratowego faktycznie spadła – o 1% do ok. 18,3 tys. zł/m kw. Stabilizacja cen miała miejsce w Krakowie (ok. 16,7 tys. zł/m kw.), Trójmieście (ok. 17 tys.), Wrocławiu (ok. 15,3 tys.) oraz w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (ok. 11,2 tys.). Natomiast Łódź zaskoczyła 1-proc. wzrostem (do ok. 11,4 tys.), podobnie jak Poznań, gdzie średnia cena wzrosła już drugi miesiąc z rzędu – również o 1% (do ok. 13,7 tys. zł/m kw.).

To nie oznacza, że deweloperzy podnoszą ceny. Wprost przeciwnie – trwa „wojna cenowa”. Wyższa sprzedaż w listopadzie była możliwa dzięki szerokim akcjom promocyjnym, które wymusiły na firmach ustępstwa cenowe – podkreśla Jan Dziekoński.

Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl dodaje, że za zmianami średnich stały głównie przesunięcia w strukturze ofertowej. W Warszawie pojawiła się duża pula mieszkań znacznie tańszych od rynkowej średniej, co automatycznie obniżyło wskaźnik. W innych metropoliach stabilizacja wynikała z rosnącej podaży lokali dedykowanych klientom kredytowym – zwykle tańszych. Z kolei w Łodzi i zwłaszcza w Poznaniu wzrost średnich cen był efektem jednoczesnego wprowadzenia droższych lokali i wyprzedaży tych najtańszych.Ceny mieszkań_listopad 2025-cena m kw-wprowadzone-sprzedane-w ofercie

Interesująco prezentują się także dane roczne. W Trójmieście różnica między średnią ceną z listopada 2024 i listopada 2025 r. stopniała do 5%. Jeszcze we wrześniu wynosiła 11% rok do roku. Jednak to Łódź pozostaje kandydatem nr 1 do tytułu najbardziej stabilnej cenowo metropolii w 2025 r. Średnia cena metra kwadratowego była tu w listopadzie o 1% niższa niż rok wcześniej. Tuż za nią plasuje się Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, gdzie ceny utrzymały się na poziomie sprzed roku (0%). Na trzecie miejsce spadł Kraków z rocznym wzrostem na poziomie 2%. Wrocław zanotował w tym okresie zmianę o 4%, natomiast Warszawa i Poznań – po 3%.Ceny mieszkań_listopad 2025-cena m kw-R

Rynki grają pod deeskalację? Rubel i rosyjska giełda w górę. Cena ropy spada

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy poprawiają nastroje. Rynki przychylniej patrzą na rubla i rosyjską giełdę, co sugeruje oczekiwania na porozumienie pokojowe. Ropa naftowa znów szuka dna.

Rynek pracy a stopy procentowe

Wczoraj poznaliśmy dane na temat liczby wakatów z badania JOLTS. Jest to ankieta sprawdzająca liczbę wolnych miejsc pracy, na które trwa aktywna rekrutacja i gdzie możliwe jest rozpoczęcie zatrudnienia w ciągu miesiąca. Tym razem opublikowano odczyty zarówno za wrzesień, jak i październik, ponieważ po zamknięciu rządu trzeba nadrabiać statystyki, które wcześniej nie zostały podane. Co to oznacza dla rynków? Więcej otwartych rekrutacji, na które nie ma chętnych, pokazuje, że gospodarka ma problemy ze specjalistami. Dla samej gospodarki dodatkowe etaty są jednak dobrym sygnałem. W rezultacie jeden z argumentów za obniżkami stóp procentowych, czyli słabsza kondycja rynku pracy, staje pod większym znakiem zapytania. Nie zmienia to faktu, że na dzisiejszym posiedzeniu nie powinno to wpłynąć na obniżkę. Może to mieć jednak wpływ na konferencję prasową i oczekiwania budowane na kolejne posiedzenia.

Co z rublem?

Waluta Rosji jest (słusznie) odcięta od rynków światowych po ataku na terytorium Ukrainy. Pomimo tego jednak na rynku międzybankowym dostępne są notowania rosyjskiego rubla. Ostatnie doniesienia o planie pokojowym, którego okoliczności powstawania budzą spore wątpliwości, nie pozostają bez wpływu na notowania waluty. Jeszcze we wrześniu za 1 dolara trzeba było płacić 85 rubli. Dzisiaj jest to już tylko 77 rubli, mimo lekkiego odbicia w górę. Pokazuje to, że rynek powoli przygotowuje się do znormalizowania stosunków gospodarczych z Rosją. Giełda reaguje z pewnym opóźnieniem, ale w ciągu ostatniego miesiąca główny indeks rosyjskiej giełdy urósł o ponad 12%. Mowa tutaj o indeksie wyrażonym w dolarze. Potwierdza to, że zdaniem inwestorów porozumienie może być bliżej, niż wiele osób sądzi. Patrząc na reakcję rynków, można odnieść wrażenie, że liczą one na scenariusz korzystny dla Moskwy, mimo że to ona jest agresorem.

Korekta na ropie

Jeszcze w piątek ropa naftowa wyznaczała najwyższe poziomy od dwóch tygodni. Od początku tygodnia inwestorzy doszli jednak do wniosku, że fundamenty tych wzrostów są co najmniej dyskusyjne. Na rynku nadal mamy nadwyżkę surowca, a kupowany towar w coraz większej części ląduje w magazynach. Jeżeli dodamy do tego fakt, że OPEC nie zamierza rezygnować z walki o udział w rynku z krajami niezrzeszonymi w kartelu, maluje nam się obraz uzasadniający spadki cen. Od początku tygodnia cena baryłki ropy Brent notowanej w Londynie spadła z 64 USD na 62 USD. W październiku przez chwilę widzieliśmy cenę 60 USD, więc do tamtych minimów jeszcze trochę nam brakuje. Jeżeli tempo spadków się utrzyma, możemy je zobaczyć jeszcze w tym tygodniu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 20:30 – USA – konferencja prasowa po decyzji.

Polska na pierwszym miejscu na świecie pod względem wykrytych ataków ransomware

0
  • Połowa firm w Polsce zauważa wzrost cyberataków w ostatnim roku.
  • Co więcej, w pierwszej połowie 2025 roku Polska znalazła się na 1. miejscu na świecie pod względem liczby wykrytych ataków ransomware[1].
  • Reakcja w firmach nie zawsze jest prawidłowa, a aż 17% pracowników nikogo o cyberataku nie poinformowało.

Polska w centrum ataków, zagrożenie rośnie

W ciągu ostatniego roku polskie firmy doświadczyły zauważalnej eskalacji zagrożeń cybernetycznych, zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym – wynika z raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2025” przygotowanego przez ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT.  48%  firm deklaruje wzrost liczby cyberataków, z jakimi musieli się mierzyć w ostatnim roku. Jednocześnie niemal równie liczna grupa badanych ekspertów cyberbezpieczeństwa (46%) dostrzega znaczący wzrost różnorodności metod wykorzystywanych przez cyberprzestępców.

Szczególnie alarmujący jest problem ataków typu ransomware – dziś ponad połowa ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa w firmach (54%) przyznaje, że obawia się zwiększenia częstotliwości tego rodzaju incydentów w najbliższej przyszłości. Co więcej, dane ESET pokazują, że w tym zakresie znajdujemy się w trudnej sytuacji – w pierwszej połowie br. Polska była najczęściej atakowanym za pomocą ransomware krajem na świecie.

Reakcja pracowników – obnaża luki

Rosnąca liczba i różnorodność działań cyberprzestępców budzi uzasadnione pytania o reakcję ze strony pracowników znajdujących się na pierwszej linii frontu cyberataków na firmy. Analiza reakcji pracowników po incydentach ujawnia niepokojące luki.

Jak wynika z raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2025” niemal połowa osób, które doświadczyły naruszeń cyberbezpieczeństwa, poinformowała o zdarzeniu odpowiednie osoby odpowiedzialne za ochronę cyfrową w firmie. Znacząca grupa, bo aż 4 na 10 pracowników zdecydowała się zgłosić incydent swojemu przełożonemu, natomiast niemal co trzeci badany podzielił się tą informacją z kolegami i koleżankami z pracy, co z kolei sugeruje brak klarownej ścieżki reagowania.

Alarmujące jest jednak to, że aż 17% pracowników nie poinformowało nikogo o wystąpieniu niebezpiecznego zdarzenia w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Z perspektywy zarządzania ryzykiem oznacza to poważne ograniczenie możliwości reakcji oraz zapobiegania kolejnym zagrożeniom. Warto zastanowić się nie tylko nad tym, czy procedury zgłaszania są znane, ale również, czy pracownicy mają do nich zaufanie i czy wiedzą, kiedy należy z nich skorzystać. To prowadzi do kolejnego istotnego wniosku: skuteczna reakcja na zagrożenia wymaga nie tylko formalnych ram działania, ale również odpowiedniego poziomu wiedzy i kompetencji. Jeżeli pracownik nie rozumie, że ma do czynienia z incydentem – nie zgłosi go, nawet jeśli procedura istnieje. Ten problem jest szczególnie widoczny w kontekście nowych form zagrożeń, takich jak manipulacje z  wykorzystaniem sztucznej inteligencji – zaznacza Beniamin Szczepankiewicz, analityk cyberzagrożeń z ESET.

Niepokoić może również, że zauważalna jest grupa pracowników, którzy zdecydowaliby się w przypadku cyberataku samodzielnie szukać rozwiązania w internecie (6%), natomiast 5% badanych uznałoby komunikat o zagrożeniu za fałszywy alarm i kontynuowałoby pracę bez podejmowania żadnych działań. To potwierdza stałą potrzebę edukacji o cyberzagrożeniach.

Niezgłoszony incydent – co dalej?

Brak odpowiedniej reakcji, czyli zatajenie incydentu cyberbezpieczeństwa może być efektem strachu przed konsekwencjami ze strony przełożonych, braku zaufania do nich, słabości komunikacji wewnętrznej lub braku czytelnych procedur. Jakie mogą być konsekwencje niezgłoszonych incydentów? Przede wszystkim w firmie znacząco wzrasta ryzyko powtórzenia incydentu i powstawania dalszych szkód.

– Ważne jest, by działania w zakresie cyberbezpieczeństwa nie ograniczały się wyłącznie do szkoleniowej wiedzy teoretycznej. Kluczowe jest np. wprowadzanie różnego rodzaju praktycznych symulacji ataków z wykorzystaniem

nowych technik aby zwiększać odporność pracowników na ataki. Duże znaczenie ma budowanie kultury organizacyjnej, która sprzyja otwartości, umożliwia zadawanie pytań i wzmacnia nawyk zgłaszania wszelkich niepokojących sygnałów – podsumowuje Beniamin Szczepankiewicz.

Jak wynika z badania „Cyberportret polskiego biznesu 2025” 70% pracowników, którzy nie zajmują się zawodowo cyberbezpieczeństwem twierdzi, że wie, do kogo powinni zgłosić ewentualny cyberatak w swojej organizacji. To z kolei potwierdza, że w polskich firmach wciąż tkwią spore rezerwy w zakresie budowania procedur.

[1] https://www.eset.com/pl/about/newsroom/press-releases/news/polska-najczesciej-na-swiecie-atakowana-ransomware-w-2025-roku/

55 proc. inwestorów w Polsce spodziewa się kontynuacji hossy w 2026 roku

  • Ponad połowa (55 proc.) inwestorów w Polsce przewiduje, że hossa na rynku będzie trwała również w nowym roku.
  • Znacząca większość z nich, bo aż 79 proc., jest pewna swoich inwestycji.
  • Za największe zagrożenie dla swoich aktywów polscy inwestorzy uważają niepewną sytuację polityczną i niestabilność geopolityczną.
  • Ponad połowa inwestorów indywidualnych w 2026 roku przewiduje spadek stóp procentowych,   30 proc. planuje zwiększyć inwestycje w związku ze spadkiem stóp procentowych.

Według najnowszego kwartalnego raportu Puls Inwestora Indywidualnego platformy handlowo-inwestycyjnej eToro, większość (55 proc.) polskich inwestorów indywidualnych uważa, że hossa utrzyma się w 2026 r.

Badanie przeprowadzone wśród 600 polskich inwestorów indywidualnych pokazuje, że ich optymistyczne nastawienie na 2026 rok idzie w parze z zaufaniem do własnych portfeli – aż 78 proc. badanych ufa swoim inwestycjom, utrzymując poziom z III kwartału i z listopada ubiegłego roku.

Na pytanie, czy są na dobrej drodze do osiągnięcia swoich celów inwestycyjnych, większość (55 proc.) badanych odpowiedziała twierdząco, a 39 proc. stwierdziło, że jest jeszcze za wcześnie, aby to ocenić.

Komentując te wyniki, analityk eToro, Paweł Majtkowski powiedział: Optymizm polskich inwestorów wobec kontynuacji hossy w 2026 roku jest nieco niższy niż na świecie. Taki scenariusz przewiduje 55 proc. respondentów z Polski, wobec 57 proc. w badaniu globalnym. Różnice między krajami są wyraźne. W Niemczech kontynuację wzrostów zakłada 62 proc. inwestorów. W Czechach tylko 37 proc., co jest najniższym wynikiem w zestawieniu. 

Polacy częściej są też „raczej pewni” kontynuacji hossy. Odpowiedź „bardzo pewni” zaznaczyło zaledwie 4 proc. To najniższy odsetek spośród wszystkich krajów. Taka postawa pokazuje większą ostrożność i dystans w ocenie przyszłości rynku. Może to wynikać z większej niepewności geopolitycznej jaką odczuwają inwestorzy w Polsce i regionie.

Najnowszy raport Puls Inwestora Indywidualnego dowodzi , że polscy inwestorzy uważają niestabilność geopolityczną lub konflikt zbrojny (46 proc.), niepewną sytuację polityczną (43 proc.) oraz utrzymującą się lub powracającą wysoką inflację (28 proc.) za główne zewnętrzne zagrożenia dla hossy w 2026 roku.

Największe zewnętrzne zagrożenia dla hossy

Niestabilność geopolityczna lub konflikt zbrojny 46 proc.
Niepewna sytuacja polityczna 43 proc.
Utrzymująca się lub nawracająca wysoka inflacja 28 proc.
Spowolnienie wzrostu gospodarczego lub recesja 26 proc.
Wysokie wyceny rynkowe / bańki spekulacyjne 24 proc.
Zakłócenia w globalnym łańcuchu dostaw lub szoki na rynku surowców 23 proc.
Słabe wyniki finansowe korporacji 18 proc.
Podwyżki stóp procentowych lub zaostrzenie kursu polityki pieniężnej 16 proc.

 

Paweł Majtkowski dodał: Polscy inwestorzy, choć generalnie wierzą w kontynuację hossy, dostrzegają wiele zagrożeń, które mogą ten scenariusz zakłócić. Największe obawy budzi sytuacja geopolityczna i polityczna, ale również inflacja i spowolnienie gospodarcze. Takie ryzyka mogą wpłynąć na decyzje rządów, relacje handlowe i ogólną kondycję globalnej gospodarki, często w sposób trudny do przewidzenia.

Coraz więcej inwestorów rozumie, że wydarzenia polityczne mają realny wpływ na giełdę, na wyniki spółek, wyceny aktywów i przepływ kapitału. Rynek wciąż szuka odpowiedzi na pytanie, czy obecne wzrosty są trwałe. W takim otoczeniu nawet niewielki wzrost ryzyka może skłonić inwestorów do większej ostrożności i dystansu w ocenie przyszłości.

Inwestorzy przewidują zmiany stóp procentowych w 2026 r.

Większość inwestorów przewiduje zmiany stóp procentowych w 2026 r., przy czym 54 proc. spodziewa się spadku, a 20 proc. wzrostu. Spośród tych przewidujących spadek, 20 proc prognozuje niewielką redukcję do 0,25 proc., a 27 proc. spodziewa się umiarkowanego spadku między 0,25 proc. a 0,75 proc.

Paweł Majtkowski skomentował: Polscy inwestorzy zdążyli już przyzwyczaić się do środowiska spadających stóp procentowych. W 2025 roku stopy były obniżane sześciokrotnie, w sumie o 175 punktów bazowych. Wymusiło to zmianę strategii i przebudowę portfeli, szczególnie w obszarze krajowych akcji, które reagowały na nowe otoczenie rynkowe. Teraz podobny mechanizm zaczyna działać również w Stanach Zjednoczonych.

Wraz ze spadkiem stóp inwestorzy szukają równowagi między szansą na wzrost a ochroną kapitału. Z jednej strony zwiększa się zainteresowanie spółkami wzrostowymi, które lepiej radzą sobie w łagodniejszym otoczeniu monetarnym. Z drugiej strony wciąż obecna jest ostrożność, dlatego kapitał płynie także do aktywów defensywnych. To podejście pokazuje pragmatyzm inwestorów, którzy próbują łączyć krótkoterminową ostrożność z dążeniem do długoterminowych zysków.

Prognozy stóp procentowych na rok 2026

Stopy procentowe wzrosną znacznie (> +0,75 proc.) 2 proc.
Stopy procentowe wzrosną umiarkowanie (+0,25 proc. do +0,75 proc.) 7 proc.
Stopy procentowe nieznacznie wzrosną (< +0,25 proc.) 11 proc.
Stopy procentowe pozostaną na mniej więcej tym samym poziomie 14 proc.
Stopy procentowe nieznacznie spadną (< -0,25 proc.) 20 proc.
Stopy procentowe umiarkowanie spadną (od -0,25 proc. do -0,75 proc.) 27 proc.
Stopy procentowe znacznie spadną (> -0,75 proc.) 6 proc.

 

Obecny spadek stóp procentowych skłonił 49 proc. badanych  do dostosowania swoich portfeli. Spośród osób planujących dalsze zmiany, 30 proc. zamierza zainwestować więcej. Wyniki różnią się nieco w zależności od grupy wiekowej. Najwyższy odsetek planujących zwiększyć inwestycje odnotowano wśród przedstawicieli pokolenia Z i baby boomers – po 33 proc. W przypadku millenialsów 30 proc. respondentów deklaruje taki zamiar, a najmniejszy odsetek, 25 proc., odnotowano w grupie pokolenia X.

Wraz ze spadkiem stóp procentowych inwestorzy indywidualni w ciągu najbliższych 12 miesięcy planują większe inwestycje przede wszystkim w kryptowaluty (29 proc.), surowce, takie jak złoto i ropa naftowa (24 proc.), akcje dywidendowe (23 proc.) oraz gotówkę i krótkoterminowe oszczędności (21 proc.). W podobnym stopniu chcą też lokować środki w zwykłych akcjach (23 proc.) i funduszach nieruchomościowych (18 proc.).

Cyberprzestępcy używają ChatGPT do dystrybucji złośliwego oprogramowania

Badacze ds. cyberbezpieczeństwa z firmy Kaspersky ostrzegają przed nową kampanią złośliwego oprogramowania, w której do infekowania komputerów z systemem macOS wykorzystywana jest funkcja udostępniania czatów ChatGPT. Z raportu opublikowanego 8 grudnia wynika, że cyberprzestępcy rozpowszechniają infostealera AMOS (Atomic macOS Stealer), publikując fałszywe instrukcje instalacyjne bezpośrednio w domenie chatgpt.com.

Mechanizm ataku opiera się na płatnych reklamach Google. Po wpisaniu haseł takich jak „chatgpt atlas” użytkownicy są przekierowywani na adresy URL w formacie chatgpt.com/share/, prowadzące do publicznie udostępnionych rozmów ChatGPT. Zawierają one szczegółowe, profesjonalnie sformułowane instrukcje instalacji rzekomej „przeglądarki Atlas”, która w rzeczywistości nie istnieje.

Instrukcje nakłaniają ofiary do skopiowania i uruchomienia polecenia w terminalu macOS. Polecenie to pobiera skrypt z domeny atlas-extension.com. Po uruchomieniu skrypt wielokrotnie prosi użytkownika o podanie hasła systemowego, aż do skutku. Następnie, wykorzystując podwyższone uprawnienia, instaluje złośliwe oprogramowanie AMOS.

Według Kaspersky, malware wykrada hasła, pliki cookie i dane z przeglądarek Chrome oraz Firefox, informacje z portfeli kryptowalut (m.in. Electrum, Coinomi i Exodus), a także dokumenty w formatach TXT, PDF i DOCX z folderów Pulpit, Dokumenty i Pobrane. Dodatkowo instalowany jest trwały backdoor, który zapewnia atakującym długoterminowy, zdalny dostęp do systemu nawet po jego ponownym uruchomieniu.

Atak wykorzystuje rozwiniętą wersję techniki ClickFix, której popularność – według danych ESET – wzrosła o 517% w pierwszej połowie 2025 roku. Kluczową rolę odgrywa tu tzw. prompt engineering – cyberprzestępcy wykorzystują ChatGPT do generowania wiarygodnych instrukcji, a następnie publikują je jako autentycznie wyglądające rozmowy w oficjalnej domenie OpenAI.

Z analiz firmy Moonlock wynika, że kampanie AMOS dotarły już do ponad 120 krajów, a najbardziej dotknięte są Stany Zjednoczone, Francja, Włochy, Wielka Brytania i Kanada. CrowdStrike poinformował z kolei o zablokowaniu ponad 300 prób ataków AMOS między czerwcem a sierpniem 2025 roku.

Eksperci podkreślają, że kampania żeruje na zainteresowaniu legalną przeglądarką ChatGPT Atlas, uruchomioną przez OpenAI 21 października 2025 roku dla macOS. Ostrzegają, by nigdy nie uruchamiać poleceń terminala pochodzących z niezweryfikowanych źródeł, nawet jeśli są hostowane w pozornie zaufanej domenie. Kaspersky rekomenduje stosowanie oprogramowania antymalware również na komputerach Mac oraz – jako dodatkową ostrożność – analizowanie podejrzanych poleceń, np. poprzez zapytanie narzędzi AI o ich działanie, zanim zostaną wykonane.

Nowa technologia Nvidii ma utrudnić nielegalny handel chipami AI

Nvidia opracowała technologię weryfikacji lokalizacji, która może umożliwić ustalenie, w jakim kraju faktycznie pracują jej układy. Jak podają źródła zaznajomione ze sprawą, rozwiązanie ma pomóc w ograniczaniu nielegalnego obrotu chipami AI do państw objętych amerykańskimi restrykcjami eksportowymi.

Funkcja była w ostatnich miesiącach prezentowana wybranym partnerom, ale nie została jeszcze oficjalnie wprowadzona na rynek. Ma formę opcjonalnej aktualizacji oprogramowania instalowanej przez klientów. Technologia wykorzystuje wbudowane w układy Nvidia mechanizmy tzw. przetwarzania poufnego oraz atestacji, a lokalizacja chipa jest szacowana pośrednio – poprzez analizę opóźnień w komunikacji z serwerami obsługiwanymi przez Nvidię.

Pierwszymi układami, które mają obsługiwać weryfikację lokalizacji, będą najnowsze chipy z architektury Blackwell. Zawierają one rozszerzone funkcje bezpieczeństwa przewyższające możliwości wcześniejszych generacji Hopper i Ampere. Firma analizuje również możliwość wdrożenia podobnych rozwiązań w starszych modelach procesorów.

W oficjalnym stanowisku Nvidia wyjaśnia, że pracuje nad nową usługą programową umożliwiającą operatorom centrów danych monitorowanie stanu, integralności i zasobów układów GPU wykorzystywanych do AI. Oprogramowanie instalowane po stronie klienta korzysta z telemetrii chipów, aby zapewnić lepszą kontrolę nad środowiskiem sprzętowym.

Rozwój tej technologii wpisuje się w rosnącą presję ze strony władz USA. Biały Dom oraz politycy obu amerykańskich partii od miesięcy wzywają producentów chipów do wdrażania mechanizmów utrudniających omijanie sankcji eksportowych, zwłaszcza w kontekście Chin. Apelom tym towarzyszą działania organów ścigania – Departament Sprawiedliwości prowadzi postępowania wobec siatek przemytniczych, które miały próbować nielegalnie wywieźć do Chin procesory Nvidia o wartości przekraczającej 160 milionów dolarów.

Google łata lukę zero-click w Gemini i Vertex AI

Firma Noma Security poinformowała 9 grudnia o wykryciu poważnej luki bezpieczeństwa typu zero-click w narzędziach Gemini Enterprise oraz Vertex AI Search firmy Google. Podatność umożliwiała przejęcie wrażliwych danych firmowych bez jakiejkolwiek interakcji ze strony użytkownika – wystarczyło, że sztuczna inteligencja przetwarzała zainfekowane treści.

Luka, nazwana GeminiJack, wykorzystywała mechanizm tzw. pośredniego prompt injection. Atak polegał na ukryciu instrukcji w pozornie nieszkodliwych dokumentach, zaproszeniach kalendarzowych lub e-mailach. Gdy pracownik korzystał z Gemini Enterprise do rutynowego wyszukiwania informacji, system AI automatycznie pobierał takie treści i wykonywał ukryte polecenia w połączonych usługach Google Workspace, takich jak Gmail, Dokumenty czy Kalendarz.

Jak podkreślili badacze, atak nie wymagał instalowania złośliwego oprogramowania ani klasycznego phishingu i nie generował alertów systemów zapobiegania wyciekom danych. Instrukcje mogły skłaniać AI do wyszukiwania poufnych informacji, np. dotyczących przejęć, wynagrodzeń czy kluczy API, a następnie do ich wyprowadzania na zewnętrzne serwery przy użyciu zamaskowanych zapytań.

Noma Security odkryła podatność 5 czerwca 2025 roku, wcześniej identyfikując podobne problemy w samym Vertex AI Search. Zdaniem ekspertów luka pokazuje nową klasę zagrożeń charakterystycznych dla systemów opartych na sztucznej inteligencji, wynikających z szerokiego dostępu do wielu źródeł danych jednocześnie.

Google potwierdziło ustalenia badaczy i wprowadziło zmiany w działaniu swoich narzędzi. Vertex AI Search został całkowicie oddzielony od Gemini Enterprise i nie korzysta już z tych samych mechanizmów wyszukiwania wspomaganego generowaniem treści. Według firmy wdrożone poprawki mają zapobiec podobnym atakom w przyszłości.

Intel zapłaci niższą karę. Grzywna obniżona z 376 mln do 237 mln euro

0

Luksemburski Sąd Powszechny obniżył grzywnę nałożoną na Intela przez Komisję Europejską w 2023 roku z 376 mln euro do 237,1 mln euro. Sąd uznał, że niższa kara lepiej odzwierciedla wagę oraz czas trwania naruszeń, jednocześnie odrzucając wniosek producenta chipów o całkowite uchylenie sankcji. Tym samym zakończono kolejny etap trwającego od 16 lat sporu prawnego.

Sprawa dotyczy działań Intela z lat 2002–2006, kiedy firma – według ustaleń Komisji Europejskiej – wypłacała środki producentom komputerów, by opóźniali lub ograniczali wprowadzanie na rynek urządzeń z procesorami konkurencyjnego AMD. Chodziło m.in. o płatności na rzecz HP, Acer i Lenovo.

Komisja ustaliła, że Intel zapłacił HP za opóźnienie premiery pierwszego biznesowego komputera stacjonarnego z procesorem AMD w Europie oraz za ograniczenie jego dystrybucji. Acer miał otrzymać środki za przesunięcie debiutu notebooka z AMD z września 2003 r. na styczeń 2004 r., a Lenovo – za opóźnienie premier notebooków z tymi procesorami z połowy 2006 r. na koniec roku.

Sąd potwierdził, że tego typu płatności stanowiły nadużycie dominującej pozycji rynkowej i były elementem szerszej strategii mającej na celu wykluczenie AMD z rynku procesorów x86. Jednocześnie uznał, że pierwotnie nałożona kara była zbyt wysoka, dlatego zdecydował się na jej obniżenie, nie kwestionując jednak samej winy Intela.

Banki notują skok produktywności dzięki AI, redukcje etatów nieuniknione

Najwięksi amerykańscy bankierzy otwarcie przyznają, że sztuczna inteligencja znacząco podnosi produktywność ich instytucji, ale jednocześnie będzie prowadzić do ograniczania zatrudnienia. Deklaracje te padły 9 grudnia podczas konferencji usług finansowych Goldman Sachs, z udziałem menedżerów m.in. JPMorgan Chase, Wells Fargo i Citigroup.

Przedstawiciele banków wskazali, że wdrażanie narzędzi AI już dziś przynosi wyraźne efekty. JPMorgan Chase podwoił tempo wzrostu produktywności – z około 3 proc. do 6 proc. rocznie. Według Marianne Lake z zarządu banku, w ciągu pięciu lat efektywność w obszarach operacyjnych może wzrosnąć nawet o 40–50 proc., głównie dzięki automatyzacji oraz wykorzystaniu AI w obsłudze dokumentów, danych i komunikacji.

Wells Fargo również notuje szybkie korzyści. Dyrektor generalny Charlie Scharf poinformował, że generatywna AI zwiększyła wydajność zespołów inżynieryjnych o 30–35 proc., szczególnie w zakresie tworzenia oprogramowania. Podobne doświadczenia przedstawił przyszły dyrektor finansowy Citigroup Gonzalo Luchetti, wskazując na około 9-procentowy wzrost produktywności w zadaniach związanych z kodowaniem oraz wsparcie pracowników podczas rozmów z klientami w czasie rzeczywistym. Z kolei PNC Financial utrzymuje niemal niezmienione zatrudnienie od dekady, mimo wyraźnego rozwoju działalności, co zarząd wiąże z automatyzacją i wykorzystaniem AI.

Jednocześnie banki nie ukrywają, że dalsze postępy technologiczne oznaczają mniejszą potrzebę pracy ludzkiej. Jamie Dimon, dyrektor generalny JPMorgan Chase, powiedział wprost, że sztuczna inteligencja „zlikwiduje miejsca pracy”, choć – jego zdaniem – nie musi to oznaczać trwałego bezrobocia. Ostrzegł jednak, że problemem może być tempo zmian, szybsze niż możliwość przekwalifikowania pracowników.

Jeszcze bardziej jednoznacznie wypowiedział się szef Wells Fargo, który stwierdził, że twierdzenia o braku wpływu AI na zatrudnienie są nieszczere. Bank już wcześniej znacząco ograniczył liczbę pracowników – z około 275 tys. w 2019 roku do nieco ponad 210 tys. jesienią 2025 roku.

Mimo krótkoterminowych obaw, Dimon roztoczył długofalową, bardziej optymistyczną wizję. Jego zdaniem w perspektywie kilkudziesięciu lat rozwój AI może umożliwić skrócenie tygodnia pracy w krajach rozwiniętych, przy zachowaniu wysokiego poziomu życia. W ocenie bankierów kluczowym wyzwaniem pozostaje jednak zarządzanie zmianą tak, aby wzrost produktywności nie doprowadził do gwałtownych i społecznie kosztownych redukcji miejsc pracy.

Lula prosi Trumpa o pomoc w aresztowaniu brazylijskiego magnata paliwowego

Prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva ujawnił we wtorek, że zwrócił się do prezydenta USA Donalda Trumpa z prośbą o pomoc w zatrzymaniu biznesmena mieszkającego na Florydzie, podejrzewanego o kierowanie największym w historii Brazylii oszustwem podatkowym. Lula określił tę osobę jako jednego z głównych bossów brazylijskiej przestępczości zorganizowanej.

Podczas wystąpienia w pałacu prezydenckim Lula powiedział, że największy dłużnik podatkowy Brazylii, działający w sektorze paliwowym, od lat mieszka w Miami. Jak relacjonował, temat ten poruszył w rozmowie telefonicznej z Donaldem Trumpem w ubiegłym tygodniu, apelując o współpracę przy jego aresztowaniu.

Choć Lula nie wymienił nazwiska, brazylijskie media wskazują na Ricardo Magro – prawnika i przedsiębiorcę kontrolującego Grupo Refit, operatora dawnej rafinerii Manguinhos w Rio de Janeiro. Magro mieszka w USA od 2016 roku i według brazylijskich władz jest winien państwu ponad 26 mld reali niezapłaconych podatków.

Pod koniec listopada brazylijskie służby przeprowadziły szeroko zakrojoną operację wymierzoną w sieć firm powiązanych z Magro. W kilku stanach wykonano ponad sto nakazów przeszukań i zajęć majątku. Śledczy twierdzą, że grupa wykorzystywała skomplikowaną strukturę spółek, funduszy i podmiotów zagranicznych – w tym firmy zarejestrowane w USA – do prania pieniędzy i ukrywania dochodów przed fiskusem.

Według administracji skarbowej w latach 2024–2025 przez ten schemat mogło zostać przepuszczonych ponad 70 mld reali, przy jednoczesnym uniknięciu zapłaty podatków na kwotę około 26 mld reali. Władze łączą proceder z przestępczością zorganizowaną w sektorze paliwowym.

Fundusze z Zatoki Perskiej oraz zięć Donalda Trumpa za ofertą Paramount Skydance na Warner Bros. Discovery

0

Paramount Skydance przedstawiła ofertę przejęcia Warner Bros. Discovery, wspartą finansowaniem w wysokości 24 miliardów dolarów zapewnionym przez trzy państwowe fundusze majątkowe z krajów Zatoki Perskiej. Propozycja, ogłoszona 8 grudnia, zakłada wypłatę gotówkową w wysokości 30 dolarów za akcję i pojawia się zaledwie kilka dni po zawarciu przez Netflix porozumienia z Warner Bros., wycenianego na 72 miliardy dolarów.

Finansowanie zapewniają Public Investment Fund Arabii Saudyjskiej, L’imad Holding Company z Abu Zabi oraz Qatar Investment Authority. W projekt zaangażowana jest także firma private equity Affinity Partners, zarządzana przez Jareda Kushnera. Aby uniknąć procedur związanych z amerykańskim przeglądem bezpieczeństwa narodowego, inwestorzy z Zatoki zgodzili się na formę pasywnego udziału kapitałowego, bez prawa głosu, reprezentacji w radzie dyrektorów ani wpływu na zarządzanie spółką. Paramount poinformował, że w takiej strukturze transakcja nie będzie podlegać jurysdykcji komisji CFIUS.

Oferta wpisuje się w szerszą strategię ekspansji kapitałowej państw Zatoki Perskiej w globalnym sektorze rozrywki. W ostatnich latach Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie znacząco zwiększyły inwestycje w media, film oraz rozrywkę, a Abu Zabi już dziś jest gospodarzem parku tematycznego Warner Bros. World. Równolegle Walt Disney zapowiedział budowę swojego pierwszego parku rozrywki na Bliskim Wschodzie właśnie w tym emiracie.

Transakcja pojawia się również w kontekście zacieśnienia relacji gospodarczych krajów Zatoki z USA. Arabia Saudyjska, ZEA i Katar zadeklarowały łącznie ponad 2 bln dolarów inwestycji w amerykańską gospodarkę w perspektywie dekady. Prezydent Donald Trump zapowiedział, że będzie osobiście zaangażowany w ocenę umowy Netflix–Warner Bros., zwracając uwagę na możliwe ryzyka koncentracji rynku.

Zarząd Warner Bros. Discovery potwierdził otrzymanie oferty Paramount Skydance i zapowiedział jej analizę w najbliższych dniach. Propozycja pozostaje ważna do 8 stycznia 2026 roku, o ile termin nie zostanie przedłużony. David Ellison, stojący za Paramount Skydance, ocenił ją jako rozwiązanie oferujące akcjonariuszom „wyższą wartość i bardziej przewidywalną ścieżkę finalizacji transakcji”.

Nowe sankcje Wielkiej Brytanii wobec Rosji i Chin za działania hybrydowe

Wielka Brytania ogłosiła we wtorek nowe sankcje wymierzone w rosyjskie media propagandowe oraz chińskie firmy działające w obszarze cyberprzestrzeni. Minister spraw zagranicznych Yvette Cooper ostrzegła, że państwa zachodnie muszą zdecydowanie wzmocnić działania przeciwko „rosyjskiej wojnie informacyjnej”, której celem jest podważanie demokracji i osłabianie poparcia dla Ukrainy.

Sankcje zostały zaprezentowane podczas przemówienia w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, wygłoszonego przy okazji 100. rocznicy Traktatów z Locarno. Cooper podkreśliła, że Wielka Brytania i jej sojusznicy mierzą się z narastającymi zagrożeniami hybrydowymi, obejmującymi ataki na infrastrukturę krytyczną, destabilizację instytucji państwowych oraz ingerencję w procesy demokratyczne.

Na listę sankcyjną trafiły trzy rosyjskie podmioty. Obejmuje ona kanał Telegram Rybar, mający około 1,3 mln subskrybentów, oraz jego założyciela Michaiła Zwinczuka. Sankcjami objęto także Fundację Wsparcia i Ochrony Praw Rodaków Mieszkających za Granicą, którą estońskie służby wywiadowcze wskazują jako przykrywkę dla rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, a także Centrum Ekspertyz Geopolitycznych, think tank związany z Aleksandrem Duginem.

Równocześnie Wielka Brytania nałożyła sankcje na dwie chińskie firmy: Sichuan Anxun Information Technology Co. Ltd (znaną jako i-Soon) oraz Integrity Technology Group. Według rządu w Londynie przedsiębiorstwa te prowadziły szeroko zakrojone działania cybernetyczne przeciwko Wielkiej Brytanii i jej sojusznikom. Wskazano, że i-Soon miała atakować dziesiątki systemów informatycznych administracji publicznej i sektora prywatnego na całym świecie, natomiast Integrity Technology miała zarządzać ukrytą siecią złożoną z setek tysięcy przejętych urządzeń, wykorzystywanych do cyberataków.

Pekin szykuje silniejsze wsparcie gospodarki na 2026 rok

Kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) zapowiedziało, że w 2026 roku kraj będzie prowadził „bardziej proaktywną” politykę fiskalną oraz „umiarkowanie luźną” politykę pieniężną. Deklaracja padła podczas poniedziałkowego posiedzenia Biura Politycznego pod przewodnictwem prezydenta Xi Jinpinga i sygnalizuje gotowość Pekinu do silniejszego wsparcia gospodarki na początku nowego pięcioletniego cyklu planowania.

W komunikacie podkreślono, że kluczowym celem będzie pobudzenie popytu krajowego przy jednoczesnym uwzględnieniu napięć w handlu międzynarodowym. Władze zaznaczyły potrzebę „stabilizowania zatrudnienia, przedsiębiorstw, rynków i oczekiwań”, aby zapewnić dobry start dla 15. Planu Pięcioletniego na lata 2026–2030.

Ekonomiści oceniają, że utrzymanie ekspansywnej polityki oznacza deficyt budżetowy na poziomie około 4 proc. PKB lub wyższym, a nowa emisja długu może przekroczyć 12 bilionów juanów. Ma to pomóc w realizacji celu wzrostu gospodarczego, który prawdopodobnie ponownie zostanie ustalony w okolicach 5 proc.

Decyzje zapowiedziane przez Biuro Polityczne są odpowiedzią na utrzymujące się problemy strukturalne chińskiej gospodarki. Choć PKB wzrósł o 5,2 proc. w pierwszych trzech kwartałach 2025 roku, kraj nadal zmaga się ze słabą konsumpcją, kryzysem na rynku nieruchomości i niższymi inwestycjami infrastrukturalnymi.

Tłem dla zapowiedzi są również najnowsze dane handlowe. Roczna nadwyżka handlowa Chin po raz pierwszy przekroczyła 1 bilion dolarów, głównie dzięki silnemu eksportowi. W listopadzie eksport wzrósł o 5,9 proc. rok do roku, podczas gdy import zwiększył się jedynie o 1,9 proc., co zdaniem analityków pokazuje słabość popytu wewnętrznego.

Posiedzenie tradycyjnie poprzedza Centralną Konferencję Pracy Gospodarczej, zaplanowaną na grudzień. To właśnie wtedy mają zostać określone szczegółowe priorytety polityki gospodarczej na 2026 rok. Konkretne cele, w tym oficjalny cel wzrostu PKB i poziom deficytu, zostaną ogłoszone dopiero podczas dorocznej sesji parlamentu w marcu.

Exxon Mobil aktualizuje strategię. Dodatkowe 5 mld USD zysków

Exxon Mobil zaprezentował zaktualizowany plan rozwoju do 2030 roku, zakładający wyraźnie wyższe wyniki finansowe niż wcześniej przewidywano. Koncern oczekuje, że w latach 2024–2030 zwiększy zyski łącznie o 25 mld dolarów oraz przepływy pieniężne o 35 mld dolarów. To o 5 mld dolarów więcej w obu przypadkach względem poprzedniej prognozy.

Spółka podkreśla, że poprawa wyników ma zostać osiągnięta bez zwiększania nakładów inwestycyjnych. Według zarządu kluczowe znaczenie mają efektywna realizacja projektów oraz bardziej zdyscyplinowana alokacja kapitału. Do 2030 roku Exxon Mobil zakłada skumulowane nadwyżki wolnych przepływów pieniężnych na poziomie ok. 145 mld dolarów, przy założeniu ceny ropy Brent na poziomie 65 dolarów za baryłkę. Zwrot z zaangażowanego kapitału ma przekroczyć 17 proc.

Koncern podniósł również cel trwałych oszczędności kosztowych. Do 2030 r. mają one sięgnąć 20 mld dolarów w porównaniu z poziomem z 2019 r., czyli o 2 mld dolarów więcej niż zakładano wcześniej.

Istotnym elementem strategii jest wzrost wydobycia. Exxon Mobil planuje zwiększyć produkcję do 5,5 mln baryłek ekwiwalentu ropy dziennie do końca dekady, wobec wcześniejszego celu 5,4 mln. Szczególne znaczenie ma basen permski w USA, gdzie produkcja ma się podwoić do ok. 2,5 mln baryłek dziennie w porównaniu z 2024 r. To wynik wyższy o 200 tys. baryłek od wcześniejszych prognoz.

Lepsze perspektywy w basenie permskim są efektem postępów technologicznych oraz przejęcia Pioneer Natural Resources, sfinalizowanego w maju 2024 r. za 59,5 mld dolarów. Dzięki temu Exxon Mobil spodziewa się, że zyski z działalności wydobywczej wzrosną o ponad 14 mld dolarów przy niezmienionych cenach, czyli o 5 mld dolarów więcej niż zakładano wcześniej.

Według prognoz firmy do 2030 r. około 65 proc. całkowitej produkcji będzie pochodziło z tzw. aktywów uprzywilejowanych, w tym z basenu permskiego, Gujany oraz projektów LNG. Zarząd podkreśla, że to one mają być głównym źródłem wzrostu wyników i stabilnych przepływów pieniężnych w kolejnych latach.

Chińskie rafinerie zwiększają zakupy ropy z Arabii Saudyjskiej po obniżce cen

0

Chińskie rafinerie wyraźnie zwiększyły zakupy ropy z Arabii Saudyjskiej po ostatniej obniżce cen. Na styczeń zakontraktowano około 49,5 mln baryłek saudyjskiej ropy, czyli blisko 1,6 mln baryłki dziennie. To najwyższy poziom od trzech miesięcy i wzrost o ponad 10 mln baryłek w porównaniu z dwoma poprzednimi miesiącami.

Impulsem do większych zakupów była decyzja Saudi Aramco z 4 grudnia o obniżeniu oficjalnych cen sprzedaży. Cena referencyjnej ropy Arab Light została ustalona na poziomie 0,60 dolara za baryłkę powyżej benchmarku Oman/Dubai, wobec 1,00 dolara miesiąc wcześniej. To najniższa premia od stycznia 2021 r. i element walki o utrzymanie udziałów w rynku przy rosnącej globalnej podaży.

Z obniżek skorzystały m.in. PetroChina, Rongsheng Petrochemical i Shenghong Petrochemical, które zwiększyły odbiory ropy na styczeń. Łącznie Arabia Saudyjska obniżyła ceny wszystkich gatunków kierowanych do Azji o 20–60 centów za baryłkę, przy czym najmocniej potaniały cięższe odmiany. W efekcie saudyjska ropa stała się bardziej konkurencyjna nie tylko względem innych dostawców, ale także wobec rynku spot.

Wzrost popytu z Chin wpisuje się w szerszą zmianę sytuacji na rynku. OPEC+ w grudniu zwiększył wydobycie o 137 tys. baryłek dziennie w ramach stopniowego wycofywania wcześniejszych cięć, choć dalsze podwyżki zostały wstrzymane co najmniej do marca 2026 r. ze względu na obawy o popyt sezonowy.

Dodatkowym czynnikiem są decyzje administracyjne w Chinach. Pod koniec listopada rafinerie otrzymały pierwsze limity importowe na 2026 r. – 21 niezależnym zakładom przydzielono łącznie ok. 8 mln ton, więcej niż rok wcześniej. Całkowity limit importu dla prywatnych firm pozostał jednak na niezmienionym poziomie 257 mln ton.

Na rynek wpływają także sankcje USA wobec Rosnieftu i Łukoilu z października, które skłoniły odbiorców z Chin i Indii do szukania alternatywnych dostaw. W efekcie ropa z Bliskiego Wschodu zyskuje na znaczeniu.

Analitycy prognozują, że w 2026 r. może pojawić się globalna nadwyżka ropy rzędu 2–4 mln baryłek dziennie. To zwiększa presję na producentów, zwłaszcza OPEC+, by ostrożnie zarządzać podażą, podczas gdy ceny ropy Brent utrzymują się w okolicach 63 dolarów za baryłkę.

Microsoft zainwestuje 7,5 mld CAD w infrastrukturę chmurową i AI w Kanadzie

Microsoft ogłosił, że w ciągu najbliższych dwóch lat zainwestuje w Kanadzie ponad 7,5 mld dolarów kanadyjskich (ok. 5,4 mld USD) w rozwój infrastruktury chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji. Inwestycja jest częścią szerszego planu o wartości 19 mld CAD na lata 2023–2027 i należy do największych w ponad 40-letniej historii firmy w Kanadzie.

Środki zostaną przeznaczone głównie na rozbudowę centrów danych Azure w regionach Canada Central i Canada East. Microsoft zakłada, że nowa moc obliczeniowa zostanie uruchomiona w drugiej połowie 2026 r. Celem inwestycji jest zabezpieczenie rosnącego zapotrzebowania na usługi AI oraz przetwarzanie danych w kraju.

Firma zaprezentowała także pięciopunktowy plan wzmacniania cyfrowej suwerenności Kanady. Jego elementem będzie utworzenie Centrum Wywiadu Zagrożeń w Ottawie, które ma wspierać rząd i służby w walce z cyberprzestępczością i zagrożeniami cybernetycznymi. Microsoft zapowiedział również lokalne przetwarzanie danych związanych z użyciem Copilota oraz rozwój usług Azure Local.

Częścią strategii jest współpraca z kanadyjskim startupem AI Cohere, którego modele językowe mają zostać zintegrowane z platformą Azure. Microsoft zatrudnia obecnie ponad 5300 osób w 11 miastach Kanady i współpracuje z siecią ok. 17 tys. firm partnerskich, generujących dziesiątki miliardów dolarów kanadyjskich rocznych przychodów.

Inwestycja wpisuje się w globalny wyścig o infrastrukturę AI. W tym samym tygodniu Microsoft ogłosił plan wydania 17,5 mld USD w Indiach, a wcześniej zapowiadał wielomiliardowe projekty m.in. w Portugalii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Łączne nowe zobowiązania firmy dotyczące AI sięgają ok. 23 mld USD.

Microsoft poinformował także, że do 2026 r. przeszkoli 250 tys. Kanadyjczyków w zakresie kompetencji związanych ze sztuczną inteligencją. Spółka wskazuje na wyraźną lukę kompetencyjną – szkolenie z AI przeszło dotąd tylko 24 proc. mieszkańców Kanady, wobec średniej globalnej na poziomie 39 proc.

Stellantis i Bolt połączą siły. Autonomiczne taksówki w Europie od 2029 roku

Stellantis oraz estońska platforma przewozowa Bolt ogłosiły partnerstwo, którego celem jest wdrożenie autonomicznych pojazdów poziomu 4 w Europie. Testy drogowe mają ruszyć w 2026 r., a uruchomienie produkcji seryjnej zaplanowano na 2029 r. Docelowo w pełni bezzałogowe taksówki mają zostać zintegrowane z aplikacją Bolt, z której korzysta ponad 200 mln użytkowników w 50 krajach, w tym w 23 państwach UE.

Dla Stellantis to istotna zmiana strategii. Koncern w sierpniu wstrzymał rozwój systemów autonomii poziomu 3, wskazując na wysokie koszty, bariery technologiczne i niepewny popyt. Nowa współpraca stawia na autonomię poziomu 4, czyli pojazdy zdolne do samodzielnej jazdy bez kierowcy w określonych warunkach i strefach operacyjnych.

W ramach umowy Stellantis dostarczy platformy AV-Ready, w tym elektrycznego vana eK0 oraz architekturę STLA Small. Rozwiązania te zostały zaprojektowane specjalnie pod kątem jazdy autonomicznej. Autonomia poziomu 4 oznacza, że pasażerowie nie muszą nadzorować jazdy ani przejmować kontroli nad pojazdem.

Wdrożenie ma mieć charakter stopniowy – od prototypów i flot pilotażowych, przez ograniczone serie, aż po skalowanie produkcji. Firmy zapowiadają ścisłą współpracę z europejskimi regulatorami, aby spełnić wymogi dotyczące bezpieczeństwa, cyberbezpieczeństwa i ochrony danych.

Bolt zakłada, że do 2035 r. na jego platformie będzie działać 100 tys. autonomicznych pojazdów. Dla firmy to kolejny krok w kierunku całkowicie bezzałogowych usług przewozowych w europejskich miastach.

Obie firmy podkreślają, że floty autonomiczne mogą zmniejszyć liczbę samochodów na drogach, ograniczyć korki i obniżyć emisje, promując współdzielony transport w dużych miastach.

UNCTAD: światowy handel pobije rekord 35 bln dolarów w 2025 roku

Światowy handel pobije w 2025 r. rekord 35 bln dol. – wynika z najnowszej aktualizacji UNCTAD. Wartość wymiany ma wzrosnąć o ok. 7 proc., czyli o 2,2 bln dol., mimo napięć geopolitycznych, wysokich kosztów i nierównego popytu w największych gospodarkach.

Między lipcem a wrześniem 2025 r. wartość wymiany towarów i usług na świecie wzrosła o 2,5 proc. wobec poprzedniego kwartału. Towary podskoczyły o blisko 2 proc., usługi o 4 proc. W ostatnich trzech miesiącach roku wzrost ma być wolniejszy – szacunki mówią o ok. 0,5 proc. dla towarów i 2 proc. dla usług, ale wystarczający, by ustanowić nowy rekord.

Coraz ważniejszą rolę odgrywa wolumen, a nie ceny. Po dwóch kwartałach, gdy wartość handlu rosła głównie przez drożejące towary, UNCTAD oczekuje spadku cen w końcówce roku. Oznacza to, że większa wartość obrotów wynika z większej liczby faktycznie przewożonych towarów, przy jednoczesnym łagodzeniu presji inflacyjnej.

Najmocniej do wzrostu handlu przyczyniają się kraje Azji Wschodniej, Afryka oraz wymiana między państwami rozwijającymi się (handel Południe–Południe). Eksport z Azji Wschodniej wzrósł w ostatnim roku o 9 proc., a handel wewnątrz regionu o 10 proc. W Afryce import zwiększył się o 10 proc., eksport o 6 proc., co odzwierciedla rosnącą integrację regionalną i poprawę logistyki.

Sercem światowego handlu pozostaje przemysł przetwórczy, szczególnie elektronika. Wartość wymiany w tym sektorze wzrosła o 14 proc. w skali roku, napędzana ogromnym popytem na podzespoły związane ze sztuczną inteligencją. Cały przemysł wytwórczy urósł o ok. 10 proc. Wyraźnie słabsza jest motoryzacja – handel samochodami spadł o 4 proc., a część segmentów, jak auta spalinowe, notuje dwucyfrowe spadki.

UNCTAD zwraca uwagę, że światowy handel wyraźnie odbił po stagnacji lat 2023–2024 i rośnie szybciej niż gospodarka jako całość. Jednocześnie utrzymują się duże nierównowagi i zmiana kierunków przepływów. Wzmacnia się zjawisko „friendshoringu” i „nearshoringu” – przenoszenia wymiany w stronę partnerów politycznie bliższych lub położonych bliżej geograficznie.

Perspektywy na 2026 r. są ostrożniejsze. UNCTAD spodziewa się słabszego tempa wzrostu światowego handlu z powodu wolniejszej aktywności gospodarczej, wyższego zadłużenia, rosnących kosztów wymiany i utrzymującej się niepewności. Rekord z 2025 r. nie oznacza więc końca wyzwań, lecz raczej dowód, że handel potrafi rosnąć nawet w trudnych warunkach – choć nie wszędzie i nie w każdym sektorze w równym stopniu.

Po wecie prezydenta rząd ponawia próbę. Identyczna ustawa o kryptoaktywach przyjęta przez RM

Rada Ministrów przyjęła we wtorek identyczny projekt ustawy o rynku kryptoaktywów, zaledwie trzy dni po tym, jak Sejmowi nie udało się odrzucić prezydenckiego weta. Projekt jest tożsamy z ustawą uchwaloną przez Sejm 7 listopada, którą prezydent Karol Nawrocki zawetował 1 grudnia. Rząd potwierdził, że w przepisach nie zmieniono „nawet przecinka”.

Premier Donald Tusk zaapelował do prezydenta o „nieprzeszkadzanie” w przyjęciu ustawy. Jak podkreślił, celem regulacji jest zwiększenie bezpieczeństwa inwestorów oraz ochrona interesów państwa w obszarze rynku kryptowalut, który – jego zdaniem – wymaga pilnych działań.

Szef rządu zwrócił uwagę, że w Rejestrze działalności w zakresie walut wirtualnych prowadzonym przez Izbę Administracji Skarbowej w Katowicach znajduje się ponad 100 podmiotów powiązanych z Rosją, Białorusią i innymi państwami byłego ZSRR. Ocenił to jako poważny sygnał ostrzegawczy i argument za wprowadzeniem podstawowych mechanizmów kontroli, bez uderzania w legalnie działających uczestników rynku.

W piątkowym głosowaniu Sejm nie zdołał odrzucić weta prezydenta – za było 243 posłów, przy wymaganych 261. Przeciwko odrzuceniu weta opowiedziały się kluby PiS i Konfederacji. Rząd zdecydował się więc ponownie skierować identyczny projekt do Sejmu.

Ustawa ma umożliwić pełne wdrożenie unijnego rozporządzenia MiCA, które wprowadza wspólne ramy prawne dla rynku kryptoaktywów w UE. Komisja Nadzoru Finansowego ma zostać wskazana jako organ nadzoru, zyskując uprawnienia do licencjonowania podmiotów oraz nakładania sankcji. Projekt przewiduje także odpowiedzialność karną za naruszenia przepisów, w tym grzywny do 10 mln zł lub karę pozbawienia wolności do dwóch lat.

Premier zaznaczył, że prezydent ma pełny dostęp do informacji dotyczących projektu ustawy. Według Donalda Tuska stawką jest realne bezpieczeństwo obywateli oraz państwa.

EBC i Komisja Europejska apelują o przyspieszenie prac nad cyfrowym euro

Europejski Bank Centralny oraz Komisja Europejska zaapelowały 9 grudnia o przyspieszenie prac nad wprowadzeniem cyfrowego euro. Według obu instytucji projekt ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa finansowego i niezależności Europy, zwłaszcza w sytuacji, gdy coraz mniej transakcji odbywa się gotówką, a rynek płatności cyfrowych jest zdominowany przez firmy spoza Unii Europejskiej.

Członek zarządu EBC Piero Cipollone oraz unijny komisarz ds. gospodarki Valdis Dombrovskis wskazali, że silne uzależnienie od zagranicznych operatorów płatności stanowi realne ryzyko dla stabilności gospodarczej UE. Podkreślili, że przełomowy będzie rok 2026, ponieważ wtedy planowane jest przyjęcie przepisów, które umożliwią emisję cyfrowego euro. Zgodnie z harmonogramem faktyczne uruchomienie nowej formy pieniądza ma nastąpić w 2029 roku.

Apel EBC i Komisji wpisuje się w decyzję Rady Prezesów EBC z października 2025 roku o przejściu do kolejnego etapu prac nad projektem. Wcześniej także przywódcy państw strefy euro wzywali do szybszego tempa przygotowań. Jeśli regulacje zostaną uchwalone w 2026 roku, EBC planuje rozpoczęcie programu pilotażowego z udziałem banków i firm płatniczych w połowie 2027 roku.

Instytucje unijne zwracają uwagę, że europejski rynek płatności cyfrowych jest obecnie zdominowany przez globalnych graczy, przede wszystkim Visa i Mastercard, które obsługują większość transakcji kartowych w Europie. Jednocześnie europejskie systemy płatności są rozdrobnione i najczęściej działają tylko w obrębie poszczególnych państw, bez pełnej obsługi transgranicznej.

EBC i Komisja Europejska podkreślają, że euro cyfrowe nie ma zastępować istniejących rozwiązań rynkowych, lecz je uzupełniać. Nowy instrument miałby stanowić europejską alternatywę dla płatności cyfrowych, umożliwiając transakcje zarówno online, jak i offline, przy zachowaniu wysokiego poziomu ochrony prywatności użytkowników.

Ostateczna decyzja o wprowadzeniu cyfrowego euro ma zostać podjęta po zakończeniu procesu legislacyjnego. Projekt ma być gotowy na moment planowanego rozszerzenia strefy euro w 2026 roku, gdy do unii walutowej ma dołączyć Bułgaria, zwiększając liczbę jej członków do 21 państw.

Rekordowe przychody i wzrost liczby pasażerów – branża lotnicza na rekordowym kursie

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Lotniczych (IATA) prognozuje rekordowe wyniki branży lotniczej w 2026 roku. Według szacunków zysk netto sektora ma wynieść 41 mld dolarów, wobec 39,5 mld w 2025 r., mimo utrzymujących się problemów w globalnych łańcuchach dostaw.

Marża zysku netto ma pozostać na poziomie 3,9 proc. Zysk przypadający na jednego pasażera wyniesie średnio 7,90 dolara, mniej niż rekordowe 8,50 dolara odnotowane w 2023 r. IATA przewiduje, że całkowite przychody branży sięgną 1,053 bln dolarów, co oznacza wzrost o 4,5 proc. rok do roku. Liczba pasażerów ma wzrosnąć do 5,2 mld, czyli o 4,4 proc.

Szef IATA Willie Walsh zwrócił uwagę na zmianę sytuacji u największych producentów samolotów. Jego zdaniem poprawiła się realizacja planów przez Boeinga, natomiast narasta niepewność wokół Airbusa. Europejski producent obniżył cel dostaw na 2025 r. do ok. 790 maszyn z powodu problemów jakościowych u dostawców, które dotykają setki samolotów z rodziny A320.

IATA podkreśla, że problemy w łańcuchach dostaw będą się utrzymywać jeszcze przez wiele lat. Deficyt dostaw szacowany jest na co najmniej 5,3 tys. samolotów, co zmusza linie lotnicze do dłuższego użytkowania starszych maszyn, podnosząc koszty paliwa i serwisu. W efekcie współczynnik wypełnienia samolotów ma osiągnąć w 2026 r. rekordowe 83,8 proc.

Największym źródłem wzrostu ruchu lotniczego pozostanie region Azji i Pacyfiku, zwłaszcza Indie i Chiny. IATA prognozuje, że linie z tego regionu wypracują w 2026 r. zysk netto na poziomie 6,6 mld dolarów.

Zaostrza się konflikt w NBP. Spór o kompetencje prezesa

Konflikt w Narodowym Banku Polskim wyraźnie się zaostrza. Trzech członków zarządu zaproponowało zmiany, które ograniczałyby uprawnienia prezesa Adama Glapińskiego. Odpowiedź była natychmiastowa – prezes odebrał im nadzór nad kluczowymi departamentami banku.

Na początku grudnia Piotr Pogonowski, Artur Soboń i Rafał Sura złożyli projekt uchwały zmieniającej regulamin NBP. Dokument przewidywał m.in. większą kontrolę zarządu nad nagrodami i premiami dla prezesa oraz jego dwóch najbliższych zastępców. Decyzje w tych sprawach nie zapadałyby już jednoosobowo.

Projekt zakładał też ograniczenie udziału dyrektorów w stałych posiedzeniach zarządu, wprowadzenie szczegółowych protokołów z obrad oraz możliwość zgłaszania zdań odrębnych. W praktyce oznaczałoby to osłabienie pozycji prezesa i jego najbliższego otoczenia.

Autorzy projektu chcieli szybkiego rozpatrzenia sprawy, jednak Adam Glapiński wyznaczył termin dyskusji dopiero na 20 stycznia 2026 r. Podczas posiedzenia zarządu 2 grudnia nie zgodził się na zmianę porządku obrad i przerwał posiedzenie, przesuwając je na 18 grudnia.

Spór w NBP dotyczy nie tylko procedur, ale realnego układu sił w banku centralnym. Jego dalszy rozwój może mieć wpływ na funkcjonowanie zarządu oraz relacje z Radą Polityki Pieniężnej w nadchodzących miesiącach.

Eurocash tnie koszty i zmienia model biznesowy. Redukcja 3 tys. etatów i zamknięcie 150 sklepów

0

Eurocash zaprezentował 9 grudnia nową strategię rozwoju na lata 2026–2027. Zakłada ona dużą przebudowę całej grupy, której kluczowymi elementami będą redukcja zatrudnienia, zamykanie części sklepów własnych oraz silniejsze postawienie na model franczyzowy.

Spółka planuje zakończyć działalność około 150 sklepów własnych Delikatesy Centrum i stopniowo odchodzić od prowadzenia placówek na własny rachunek. W ich miejsce Eurocash chce rozwijać zintegrowaną sieć franczyzową pod wspólnym szyldem Sieć Sklepów STĄD. Celem jest wzmocnienie pozycji lokalnych sklepów w konkurencji z dyskontami oraz poprawa rentowności całej grupy.

Restrukturyzacja wiąże się także z istotnymi zmianami po stronie kosztów. Eurocash szacuje, że w latach 2026–2027 poprawa efektywności sięgnie łącznie około 400 mln zł na poziomie EBIT. Osiągnięcie tych oszczędności ma być możliwe dzięki uproszczeniu procesów, zmianom w logistyce i łańcuchu dostaw oraz reorganizacji działalności sklepów własnych. Docelowo spółka zakłada osiągnięcie EBIT na poziomie 600 mln zł w 2027 roku.

Elementem planu są również redukcje zatrudnienia. Grupa zamierza zmniejszyć liczbę etatów o około 3 tys., w tym blisko 1 tys. w obszarach administracyjnych i biurowych. Zarząd podkreśla, że zmiany będą wspierane przez automatyzację oraz przegląd rentowności poszczególnych placówek.

Zamykanie sklepów Delikatesy Centrum oznacza jednorazowe koszty. Eurocash zapowiada utworzenie odpisów i rezerw restrukturyzacyjnych w wysokości 200–300 mln zł, które obciążą wynik EBITDA za 2025 rok.

Centralnym punktem nowej strategii ma być Sieć Sklepów STĄD. Obecnie zrzesza ona około 15 tys. placówek, a w ciągu dwóch lat liczba ta ma wzrosnąć o kolejne 1 tys. sklepów. Sieć ma objąć wszystkie stacjonarne formaty spożywcze działające w ramach grupy.

Równolegle Eurocash chce rozwijać inne segmenty działalności. Spółka planuje dalszy dynamiczny wzrost e-grocery Frisco, na poziomie 20–30 proc. rocznie, oraz rozbudowę sieci Duży Ben, która w modelu franczyzowym ma docelowo liczyć nawet 3 tys. sklepów.

Grupa podtrzymuje ambicję utrzymania do końca 2027 roku pozycji trzeciego największego operatora handlu detalicznego w Polsce, z udziałem sięgającym około 10 proc. rynku FMCG.

Indie chcą wprowadzić tantiemy za trenowanie AI na treściach chronionych prawem autorskim

Indyjski rząd zaproponował nowe przepisy dotyczące trenowania modeli sztucznej inteligencji na treściach chronionych prawem autorskim. Zgodnie z projektem firmy AI musiałyby płacić tantiemy za wykorzystywanie artykułów, muzyki, filmów i innych utworów. Indie mogłyby stać się pierwszym krajem, który wprowadzi ustawowo określone stawki wynagrodzeń dla twórców w tym obszarze.

Ministerialny Departament ds. Promocji Przemysłu i Handlu Wewnętrznego opublikował dokument roboczy liczący 125 stron. Zakłada on wprowadzenie tzw. obowiązkowej licencji zbiorczej. Oznaczałoby to, że firmy AI miałyby automatyczny dostęp do legalnie pozyskanych treści, ale w zamian byłyby zobowiązane do opłat na rzecz jednej centralnej organizacji.

Proponowany model nosi nazwę „Jeden naród, jedna licencja, jedna płatność” i ma łączyć rozwój AI z ochroną praw autorskich. Rząd wskazuje, że to odpowiedź na narastające spory prawne na całym świecie dotyczące wykorzystywania cudzych treści do trenowania sztucznej inteligencji.

Wysokość tantiem miałaby być ustalana przez specjalny komitet powołany przez rząd. Opłaty byłyby liczone jako procent globalnych przychodów brutto firm z komercyjnie wykorzystywanych modeli AI, a nie na etapie ich trenowania. Co istotne, nowe zasady miałyby działać także wstecz — obejmowałyby firmy, które już wdrożyły swoje systemy AI na rynku.

Projekt odrzuca rozwiązania stosowane w innych krajach. W przeciwieństwie do Japonii, gdzie szkolenie AI jest w dużej mierze zwolnione z opłat, oraz UE, gdzie twórcy mogą zastrzec swoje treści, Indie proponują model bez prawa sprzeciwu, ale z gwarantowanym wynagrodzeniem. Środki miałyby trafiać do nowej organizacji zbiorowego zarządzania – Copyright Royalties Collective for AI Training.

Propozycja pojawia się w czasie, gdy Indie stają się jednym z kluczowych rynków dla branży AI. Szef OpenAI Sam Altman ocenił niedawno, że Indie są już drugim największym rynkiem firmy po USA. Według autorów projektu to wystarczający powód, by zapewnić twórcom realny udział w wartości generowanej przez sztuczną inteligencję.

PepsiCo przygotowuje się do zwolnień. Pracownicy biur odsyłani do domów

0

PepsiCo poleciło w tym tygodniu pracownikom swoich głównych biur w Ameryce Północnej przejście na pracę zdalną. Decyzja jest postrzegana jako sygnał przygotowań do planowanych zwolnień.

W wewnętrznej wiadomości do załogi dyrektor ds. personalnych na region Ameryki Północnej, Jennifer Wells, zapowiedziała zmiany organizacyjne, które obejmą część stanowisk. Tego typu działania są często stosowane przez duże korporacje tuż przed ogłoszeniem redukcji etatów.

Kroki te wpisują się w szeroką restrukturyzację ogłoszoną w poniedziałek. PepsiCo porozumiało się z funduszem Elliott Investment Management, który od września posiada akcje spółki warte około 4 mld dolarów. W ramach ustaleń firma planuje ograniczyć amerykańskie portfolio produktów o 20 proc. oraz wdrożyć program oszczędnościowy, obejmujący m.in. zamykanie zakładów i redukcję zatrudnienia.

Fundusz Elliott od dłuższego czasu naciskał na uproszczenie struktury marek i obniżenie kosztów, wskazując na spadek udziałów PepsiCo na rynku napojów. Zarząd spółki podkreśla, że celem zmian jest przyspieszenie wzrostu przychodów, poprawa rentowności oraz osiągnięcie wysokich oszczędności od 2026 roku. Firma prognozuje organiczny wzrost przychodów w 2026 r. na poziomie 2–4 proc.

Nie są to pierwsze cięcia w tym roku. W listopadzie PepsiCo zlikwidowało ponad 500 miejsc pracy po zamknięciu zakładów produkcyjnych, a wcześniej w 2025 roku doszło do kolejnych zamknięć fabryk, które dotknęły setki pracowników.

Restrukturyzacja PepsiCo wpisuje się w szerszy trend w sektorze dóbr konsumpcyjnych. W 2025 roku duże redukcje zatrudnienia ogłosiły także inne globalne koncerny, a liczba zapowiedzianych zwolnień w USA przekroczyła 1,1 mln — najwięcej od 2020 roku.

Operator gazociągu TurkStream przenosi siedzibę na Węgry

Siedziba operatora gazociągu TurkStream zostanie przeniesiona z Holandii na Węgry. Poinformował o tym we wtorek w Moskwie węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó. Decyzja zapada w czasie rosnącej presji ze strony UE i Ukrainy na Budapeszt w sprawie dalszej współpracy energetycznej z Rosją.

Chodzi o spółkę South Stream Transport B.V., dotychczas zarejestrowaną w Holandii, która odpowiada za przesył rosyjskiego gazu do Europy przez Turcję. Relokacja jest konsekwencją lipcowej decyzji holenderskiego sądu o zamrożeniu aktywów firmy. Stało się to po pozwie ukraińskiej spółki energetycznej DTEK Krymenergo, należącej do Rinata Achmetowa, który domaga się odszkodowania za majątek przejęty przez Rosję na Krymie w 2014 r.

Szijjártó przekazał, że Węgry uzyskały porozumienie z USA, które ma zapewnić, że operacje finansowe związane z TurkStreamem nie będą objęte amerykańskimi sankcjami. Jak zaznaczył, pozwoli to operatorowi funkcjonować mimo presji prawnej i finansowej.

Zapowiedź padła dzień po wizycie premiera Viktora Orbána w Stambule. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan potwierdził tam, że Ankara zagwarantuje dalszy tranzyt rosyjskiego gazu na Węgry przez TurkStream. Orbán poinformował, że tylko w tym roku Węgry odebrały tą trasą 7,5 mld m³ gazu. Cała instalacja, działająca od 2020 r., ma przepustowość 31,5 mld m³ rocznie.

Szef węgierskiej dyplomacji podkreślił, że jego kraj musi jednocześnie zmagać się z presją Brukseli i Kijowa, aby utrzymać bezpieczeństwo energetyczne. Wskazał m.in. na działania prawne UE oraz ataki na infrastrukturę, w tym na ropociąg Przyjaźń. W zeszłym tygodniu Węgry zapowiedziały zaskarżenie unijnego planu RepowerEU do Trybunału Sprawiedliwości UE. Projekt przewiduje całkowity zakaz importu rosyjskiego gazu rurociągowego do września 2027 r.

Chiny mogą zablokować dostęp do chipów AI H200 Nvidii mimo zgody USA

Chiny mogą zablokować dostęp do chipów AI H200 firmy Nvidia, mimo że prezydent USA Donald Trump zgodził się na ich eksport. Takie plany opisuje „Financial Times”, powołując się na źródła zaznajomione ze sprawą. Dla Nvidii oznaczałoby to kolejne ryzyko strat na kluczowym rynku.

Według doniesień chińskie władze rozważają wprowadzenie procedury zatwierdzania, która zmusiłaby firmy do udowodnienia, że krajowe procesory nie są w stanie zastąpić chipów H200. Dopiero po takim uzasadnieniu możliwy byłby zakup produktów Nvidii.

Informacje pojawiły się dzień po tym, jak Donald Trump ogłosił, że USA dopuszczą eksport H200 do „zatwierdzonych klientów” w Chinach. Zgodnie z tym porozumieniem rząd amerykański ma otrzymywać 25 proc. przychodów z tej sprzedaży.

Podobny scenariusz miał już miejsce w przypadku chipów H20. Choć administracja USA zezwoliła na ich eksport w połowie 2025 r., Pekin zalecił największym firmom technologicznym, takim jak Alibaba, Tencent czy ByteDance, korzystanie z krajowych procesorów. Nvidia wstrzymała wtedy produkcję H20 i poniosła jednorazowy koszt w wysokości 5,5 mld dolarów.

Prezes Nvidii Jensen Huang przyznał niedawno, że nie ma pewności, czy Chiny zaakceptują H200. Układ jest znacznie mocniejszy od H20, ale wciąż słabszy od najnowszych chipów Blackwell, które nadal są objęte amerykańskimi ograniczeniami eksportowymi.

Chiny od lat stawiają na uniezależnienie się od zagranicznych półprzewodników. Od 2014 r. przeznaczyły na rozwój krajowego sektora chipów ponad 140 mld dolarów. Władze wymagają też, aby publiczne centra danych kupowały co najmniej połowę procesorów od lokalnych producentów. Do 2026 r. Pekin chce potroić własną produkcję chipów AI.

Nvidia szacuje potencjał chińskiego rynku AI na około 50 mld dolarów, ale obecnie wyklucza przychody z tamtejszych centrów danych ze swoich prognoz finansowych. Podobnym zasadom eksportu, według planu administracji Trumpa, mogą podlegać także firmy AMD i Intel.

Microsoft zainwestuje 17,5 mld dolarów w AI i chmurę w Indiach

0

Microsoft zapowiedział rekordową inwestycję w Indiach. Koncern przeznaczy 17,5 mld dolarów na rozwój infrastruktury chmurowej i sztucznej inteligencji w latach 2026–2029. Informację przekazał dyrektor generalny firmy Satya Nadella po spotkaniu z premierem Narendrą Modim w New Delhi. To największe dotychczasowe zaangażowanie Microsoftu w Azji i uzupełnienie wcześniej ogłoszonych 3 mld dolarów z początku 2025 r.

Jak podkreślił Nadella, celem inwestycji jest wsparcie budowy „suwerennej infrastruktury” oraz kompetencji koniecznych do rozwoju indyjskiej gospodarki opartej na AI. Projekt ma wzmocnić pozycję Indii jako jednego z kluczowych globalnych centrów technologicznych.

Znaczna część środków trafi na budowę największego w kraju centrum chmurowego typu hyperscale. Obiekt powstanie w Hyderabadzie i obejmie trzy strefy dostępności. Jego uruchomienie zaplanowano na połowę 2026 r. Równolegle Microsoft zwiększa skalę programów edukacyjnych – do 2030 r. chce przeszkolić łącznie 20 mln Hindusów w zakresie AI, dwukrotnie więcej niż zakładano wcześniej.

Firma zapowiedziała także integrację zaawansowanych narzędzi AI z rządowymi platformami e-Shram oraz National Career Service. Ma to objąć ponad 310 mln pracowników sektora nieformalnego i ułatwić im dostęp do usług rynku pracy.

Decyzja Microsoftu wpisuje się w szerszy trend. Indie przyciągają coraz większe inwestycje technologiczne – Google ogłosił niedawno plan wydania 15 mld dolarów na centrum danych i hub AI, a OpenAI oraz Anthropic zapowiedziały otwarcie biur w kraju. Rząd Indii podkreśla, że rosnąca liczba użytkowników internetu i skala gospodarki sprzyjają rozwojowi sztucznej inteligencji.

Polska nauka chce większej roli w strategii państwa. Akademicy apelują o 2% PKB na sektor

Podczas wtorkowego spotkania z premierem Donaldem Tuskiem, marszałek Senatu Małgorzatą Kidawą-Błońską oraz ministrem nauki i szkolnictwa wyższego Marcinem Kulaskiem przedstawiciele Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich zaapelowali o stworzenie rządowej strategii rozwoju państwa w oparciu o polską naukę. Podnieśli też potrzebę odwrócenia trendu zmniejszania wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe.

We wtorkowym spotkaniu z władzami – poza członkami Prezydium KRASP – uczestniczyli też przedstawiciele: Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Polskiej Akademii Nauk oraz Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Wszyscy mówili jednym głosem: sektor jest niedofinansowany, a traci na tym cała gospodarka.

Apel o strategię rozwoju państwa w oparciu o naukę

Podczas spotkania z władzami rektorzy zaapelowali o stworzenie strategii rozwoju państwa
w oparciu o polską naukę. Miałoby ją opracować wspólne gremium, w skład którego weszliby przedstawiciele różnych resortów oraz świata nauki i szkolnictwa wyższego.

Strategia ta powinna wyznaczać ramy i kierunki dla polityki naukowej państwa oraz strategii rozwoju szkolnictwa wyższego – wyjaśnia prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Jak podnoszą rektorzy, istotnym elementem tej strategii powinno być stworzenie mechanizmów ulg dla przedsiębiorców wspierających sektor nauki i szkolnictwa wyższego. To z kolei wymaga zmian w systemie podatkowym. Sektor akademicki postuluje też możliwość pozyskiwania kapitału żelaznego.

Niezwykle ważne są również uelastycznienie przepisów dotyczących zamówień publicznych oraz umożliwienie sięgania przez uczelnie po środki również z innych resortów, w tym obrony i cyfryzacji.

Strategia miałaby dotyczyć również kształcenia kadr dla potrzeb państwa.

Sektor nauki i szkolnictwa wyższego jest w pełnej gotowości do współpracy z władzami publicznymi w zakresie wykorzystania potencjału naszego sektora w polityce rozwoju państwa. Polska nauka ma znaczące osiągnięcia. Jesteśmy dobrze postrzegani za granicą. Chcemy, by ten potencjał został wykorzystany dla dobra gospodarki – dodaje przewodnicząca KRASP.

Pakiet inspiracji

Pewnym drogowskazem dla rządowego, międzyresortowego gremium, które miałoby opracować strategię rozwoju państwa w oparciu o polską naukę, może być ostatnie stanowisko Zgromadzenia Plenarnego KRASP. Zostały w nim określone priorytety, od których zależy sukces gospodarczy. Chodzi tu o: tworzenie lepszych warunków dla rozwoju naukowców i innowatorów, a także skoncentrowanie na przełomowych badaniach i innowacjach w wybranych strategicznych dziedzinach oraz na mechanizmach komercjalizacji i zapewnienia doskonałości naukowej.

W praktyce oznacza to m.in. powiązanie wynagrodzeń pracowników sektora akademickiego
ze wskaźnikami makroekonomicznymi, systematyczne zwiększanie wydatków do poziomu określonego w strategiach rozwoju państwa, wprowadzenie minimalnego udziału wydatków dedykowanych bezpośrednio badaniom naukowym, modernizację infrastruktury czy przyjęcie spójnej, wieloletniej polityki publicznej w obszarze nauki i szkolnictwa wyższego. Systematyczny spadek finansowania – nadzieja na zmianę

Przypomnijmy, w budżecie państwa na 2026 rok wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe zostały zaplanowane na poziomie nieco ponad 1% PKB. To najniższy wskaźnik od początku reformy zapoczątkowanej ustawą z 2018 roku. Co więcej, zaprojektowane nakłady są kilkakrotnie niższe od średnich wydatków w państwach należących do OECD.

Wpływa to na spadek konkurencyjności nie tylko samych uczelni, ale i całej gospodarki. Tak niskie nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe grożą utratą przewag konkurencyjnych Polski. Uczelnie odgrywają kluczową rolę we wczesnych etapach tworzenia innowacji, a ich potencjał badawczy bezpośrednio oddziałuje na bezpieczeństwo technologiczne i gospodarcze. Cieszymy się, że mieliśmy możliwość przedstawienia tych kwestii na spotkaniu u premiera – mówi prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Mamy nadzieję, że podniesione przez nas kwestie podczas spotkania u premiera wpłyną na zmianę w planach budżetowych i przyczynią się do rozwoju długofalowej polityki państwa w zakresie rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego – dodaje przewodnicząca KRASP.

Już 2% PKB poprawiłyby sytuację sektora nauki i szkolnictwa wyższego

W praktyce środowisko akademickie postuluje stopniowe zwiększanie finansowania nauki i szkolnictwa wyższego do poziomu 2% PKB. To wciąż o wiele mniej niż wynikałoby z wcześniejszych deklaracji władz publicznych w tym zakresie. Jeszcze nie tak dawno ­padały zapowiedzi finansowania sektora na poziomie 3% PKB.

Spotkaliśmy się, by porozmawiać o problemach nauki i szkolnictwa wyższego, ale przede wszystkim o tym, co nauka może zaoferować rozwojowi naszego państwa. To było bardzo owocne spotkanie. Mam ogromną nadzieję, że przyniesie ono mnóstwo rezultatów, pożytecznych dla wszystkich – relacjonowała bezpośrednio po wizycie u premiera prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Komisja Europejska bada, czy Google nadużywa treści wydawców do trenowania AI

Komisja Europejska wszczęła we wtorek postępowanie antymonopolowe przeciwko Google. Sprawa dotyczy wykorzystywania treści wydawców internetowych oraz materiałów z YouTube do trenowania i rozwoju modeli sztucznej inteligencji. To kolejny spór między amerykańskim gigantem technologicznym a unijnymi regulatorami.

Śledztwo ma sprawdzić, czy Google nadużywa swojej pozycji rynkowej, narzucając nieuczciwe warunki wydawcom i twórcom treści. Komisja bada również, czy firma zapewniła sobie uprzywilejowany dostęp do cudzych materiałów, utrudniając konkurencję innym twórcom modeli AI.

Zastrzeżenia KE dotyczą m.in. usług takich jak AI Overviews i AI Mode. Według Komisji Google mógł wykorzystywać treści wydawców do generowania automatycznych podsumowań i odpowiedzi opartych na AI bez zapłaty oraz bez realnej możliwości sprzeciwu ze strony właścicieli treści.

Osobny wątek dotyczy YouTube’a. Dochodzenie ma ustalić, czy nagrania wideo przesyłane przez użytkowników były używane do trenowania generatywnych modeli AI Google’a bez wynagradzania twórców. Komisja analizuje też, czy jednocześnie regulaminy platformy nie blokowały dostępu do tych samych danych konkurencyjnym firmom.

Komisarz UE ds. konkurencji Teresa Ribera podkreśliła, że rozwój sztucznej inteligencji nie może odbywać się kosztem zasad uczciwej konkurencji. Google nie zgadza się z zarzutami i ostrzega, że postępowanie może hamować innowacje na bardzo konkurencyjnym rynku. Firma deklaruje dalszą współpracę z wydawcami i sektorem kreatywnym.

Postępowanie wpisuje się w szerszy kontekst działań UE wobec firm technologicznych. Kilka dni wcześniej Komisja nałożyła karę 120 mln euro na platformę X, a we wrześniu 2025 r. Google został ukarany blisko 3 mld euro za nadużycia w obszarze reklamy cyfrowej.

Jeśli zarzuty się potwierdzą, Google grozi kara do 10 proc. globalnych rocznych przychodów. Komisja nie podała terminu zakończenia postępowania i zaznaczyła, że jego wszczęcie nie przesądza o ostatecznym wyniku.

Ponad 1 mln cudzoziemców pracuje dziś w Polsce

Liczba cudzoziemców pracujących w Polsce po raz pierwszy przekroczyła milion. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na koniec czerwca 2025 roku w Polsce pracowało 1,099 mln osób z zagranicy. Oznacza to wzrost o 6,5 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i najszybsze tempo przyrostu zatrudnienia imigrantów od ponad dwóch lat.

Tylko w czerwcu polski rynek pracy zasiliło około 31 tys. nowych pracowników z innych krajów. W ujęciu miesięcznym liczba pracujących cudzoziemców zwiększyła się o 2,9 proc. Obecnie osoby z zagranicy stanowią już około 6,6 proc. wszystkich pracujących w Polsce.

Największą grupę wśród zagranicznych pracowników nadal tworzą obywatele Ukrainy. W czerwcu było ich 735,1 tys., co oznacza, że odpowiadają za niemal dwie trzecie całego zatrudnienia cudzoziemców. Ich liczba wzrosła zarówno rok do roku, jak i w porównaniu z majem, co potwierdza utrzymującą się silną obecność Ukraińców na polskim rynku pracy.

Zatrudnienie imigrantów jest wyraźnie skoncentrowane regionalnie. Najwięcej pracuje ich w regionie warszawskim, gdzie liczba ta sięga 219 tys. Kolejne miejsca zajmują województwa dolnośląskie i wielkopolskie. Z kolei najmniejszy udział cudzoziemców wśród pracujących odnotowano w województwie świętokrzyskim. Co piąta osoba z zagranicy pracująca w Polsce mieszka w aglomeracji warszawskiej.

Struktura zatrudnienia cudzoziemców nie ulega większym zmianom. Mężczyźni stanowią niespełna 60 proc. tej grupy, podobnie jak rok wcześniej. Warto jednak zwrócić uwagę, że w ostatnich miesiącach szybciej przybywa pracujących kobiet niż mężczyzn, co może wskazywać na stopniowe zmiany w różnych sektorach rynku pracy.

Znaczna część cudzoziemców pracuje na podstawie umów cywilnoprawnych. Według danych GUS ponad 422 tys. osób było zatrudnionych wyłącznie na umowach zlecenia lub podobnych formach, co oznacza wyraźny wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem. To pokazuje, że elastyczne formy pracy wciąż odgrywają istotną rolę w zatrudnianiu pracowników z zagranicy w Polsce.

Polacy coraz częściej leczą się prywatnie. Średnio 14 świadczeń rocznie

  • Średnia liczba świadczeń realizowanych w ramach dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła w ciągu roku o 10%. W 2025 r. skorzystaliśmy średnio z 13,7 prywatnych świadczeń medycznych.
  • Najczęściej wykonywanymi badaniami były te profilaktyczne, jak morfologia, badania tarczycy czy USG ginekologiczne.
  • Prywatnie najczęściej zasięgaliśmy porady internisty, ginekologa i ortopedy.
  • W 2025 r. kobiety prawie dwukrotnie częściej korzystały z niepublicznych usług medycznych niż mężczyźni – 64% świadczeń.

Popularność prywatnego leczenia w Polsce wciąż rośnie. W 2025 r. skorzystaliśmy średnio z 13,7 prywatnych świadczeń medycznych w ramach dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, wynika z danych SALTUS Ubezpieczenia. Dla porównania: w 2024 r. było to 12,5 świadczeń, o 10% mniej.

W tym roku odbyliśmy średnio 4,5 konsultacji lekarskich i wykonaliśmy 9,2 badania.

Rosnąca popularność prywatnych świadczeń to trend, który utrzymuje się od lat i nic nie zapowiada jego odwrócenia. Według Polskiej Izby Ubezpieczeń pod koniec zeszłego roku z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych korzystało 5,39 mln osób. Dynamika wzrostu w tym roku jest podobna, co spowoduje, że zakończymy rok z ponad 6 mln ubezpieczonych. Zazwyczaj po pomoc w prywatnych przychodniach sięgamy, gdy potrzebujemy skorzystać z porady lekarza specjalisty. Według ostatniego Barometru WHC czas oczekiwania na konsultację specjalistyczną w ramach NFZ wynosi średnio 4,3 miesiąca, a u większości prywatnych ubezpieczycieli to kilka dni. Nasze dane pokazują, że również z profilaktyki chętnie korzystamy w ramach usług niepublicznych. Szczególnie w przypadku badań obrazowych, np. USG. Na USG jamy brzusznej czekamy w ramach NFZ ponad 2 miesiące, a prywatnie do tygodnia. Nieustanny wzrost popularności świadczeń prywatnych to wyzwanie, któremu sektor niepublicznych usług medycznych będzie musiał stawić czoła w nadchodzących latach – zauważa Monika Witkowska, Zastępca Dyrektora ds. Rozwoju Ubezpieczeń Zdrowotnych i Pracowniczych w SALTUS Ubezpieczenia.

Jak leczyliśmy się prywatnie w 2025 r.?

Jak wynika ze statystyk SALTUS Ubezpieczenia w 2025 r. 46,9% zrealizowanych przez ubezpieczonych świadczeń stanowiły badania laboratoryjne. Konsultacje medyczne znalazły się dopiero na drugim miejscu – 32,8% zamawianych świadczeń. Diagnostyka obrazowa i zabiegi rehabilitacyjne stanowiły zaś odpowiednio 8,8% i 8,1% ogółu.

Najczęściej wykonywanymi za naszym pośrednictwem badaniami laboratoryjnymi są morfologia krwi, badania tarczycy, badanie poziomu glukozy, czy próby wątrobowe. To podstawy. Podobnie prezentuje się lista najczęściej realizowanych badań obrazowych, gdzie pierwsze miejsca zajmują badania USG: ginekologiczne, jamy brzusznej, piersi i tarczycy, a także echo serca – wskazuje Monika Witkowska z SALTUS Ubezpieczenia.

Do najczęściej odwiedzanych lekarzy w ramach wizyt prywatnych należą z kolei: internista, ginekolog, ortopeda, dermatolog i okulista.

TOP 5 prywatnych świadczeń medycznych w 2025 r.
Konsultacje lekarskie Badania laboratoryjne Badania diagnostyczne
Internista Morfologia pełna USG transvaginalne miednicy mniejszej
Ginekolog Hormon tyreotropowy – TSH USG jamy brzusznej
Ortopeda/Traumatolog Glukoza na czczo we krwi żylnej USG piersi
Dermatolog i Wenerolog Aminotransferaza alaninowa – ALAT (GPT) USG tarczycy
Okulista Kreatynina – surowica Echo serca dorośli

 

Kto leczy się prywatnie?

Ze wsparcia medycznego zapewnianego przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne korzystają przede wszystkim kobiety – 64% ogółu świadczeń zrealizowanych za pośrednictwem SALTUS Ubezpieczenia. Kiedy spojrzymy na rozkład wieku ubezpieczonych, korzystających ze świadczeń medycznych w ramach dodatkowego ubezpieczenia, to widzimy, że w prywatnych przychodniach najczęściej możemy spotkać osoby w wieku 30-39 lat (32% zrealizowanych świadczeń). Na drugim miejscu pod względem korzystania z ubezpieczeń znajdują się osoby pomiędzy 40. a 49. rokiem życia (28%), a na trzecim osoby w przedziale 20-29 lat (14%).