Qumak: Zapowiada się rekordowy rok dla spółki

0

Marek Tiahnybok

Qumak w I półroczu zarobił 6,3 mln złotych. To wynik o 43 proc. wyższy niż rok wcześniej. Jak zapowiadają władze spółki, liczba i wartość zamówień powinny zapewnić rekordowy wynik na koniec roku.

– Wyniki tego półrocza są rekordowe w historii firmy, zarówno pod względem przychodów, jak i wyniku netto – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Tiahnybok, dyrektor finansowy firmy Qumak. – Wygląda na to, że cały rok będzie w ogóle historycznie najlepszy. Będziemy mieć największe przychody i prawdopodobnie największy zysk w całej historii firmy – dodaje.

W pierwszym półroczu Qumak odnotował 6,3 mln zysku netto. Rok wcześniej było to 4,41 mln zł. Natomiast skonsolidowane przychody ze sprzedaży wyniosły 370,2 mln zł w porównaniu z 296,12 mln zł w po pierwszym półroczu 2014 roku. Tylko w drugim kwartale obroty oscylowały wokół 270 mln zł, czyli o 65 proc. więcej niż przed rokiem.

Jak podaje dyrektor finansowy firmy Qumak, obecnie portfel jej zamówień wart jest ponad 500 mln zł. Większość z nich realizowana będzie jeszcze w 2015 roku.

– Największym elementem backlogu jest sektor lotniczy – twierdzi Marek Tiahnybok. – Mniej niż dotychczas jest zaś zleceń z zakresu systemów IT dla sektora publicznego – dodaje.

Rynek publiczny to także obszar, który będzie się dynamicznie rozwijał w związku z nową perspektywą 2014-2020.

– Nie możemy też zapominać o tym, że infrastruktura lotnicza po części jest finansowana ze środków publicznych. Nie dostrzegamy większego zagrożenia z powodu zakończenia perspektywy unijnej na lata 2007-2013 – przekonuje Marek Tiahnybok. – Raczej postrzegamy to jako szansę, że w momencie, kiedy pojawi się nowa perspektywa 2014-2020 i pierwsze przetargi, to spowoduje, że przyszły rok prawdopodobnie uda się również zakończyć z dobrymi przychodami i wynikiem.

Tylko w sierpniu firma pozyskała zamówienia na modernizację systemu dróg patrolowych na warszawskim lotnisku Chopina wart prawie 9 mln zł oraz na modernizację systemu bezpieczeństwa na pięciu warszawskich dworcach kolejowych wart 16 mln złotych. Qumak realizuje zamówień dla 12 z 15 największych polskich lotnisk, w tym na przykład na poznańskiej Ławicy czy na krakowskim lotnisku w Balicach.

Firma pracuje obecnie nad zwiększeniem rentowności i optymalizacją operacyjną.

– Posługując się nową definicją kosztów i rentowności sprzedaży, za I półrocze osiągnęliśmy marżę brutto na poziomie ponad 6 proc. i planujemy utrzymanie tego poziomu do końca roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się tę rentowność zwiększyć – twierdzi Marek Tiahnybok. – Pracujemy dość intensywnie nad produktami. Jednym z nich będzie symulator lokomotywy. Pozostałe produkty są w wyższym stopniu oparte na rozwiązaniach IT, natomiast nie chciałbym w chwili obecnej jeszcze zdradzać ich szczegółów. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy w stanie je zaprezentować.

A. Ruciński (BTFG Audit): Ustawa frankowa zahamuje aktywność sektora bankowego, ale wymusi także bardziej racjonalne podejście do klientów

Adam Ruciński

W przypadku wejścia w życie ustawy frankowej banki mogą stracić nawet 22 mld zł. Może to w istotny sposób zahamować aktywność sektora. Ograniczenie akcji kredytowej mogą odczuć nie tylko klienci indywidualni, lecz także przedsiębiorcy. Prezes BTFG Audit Adam Ruciński widzi jednak w tej sytuacji także dobre strony. Ustawa wymusi na bankach bardziej racjonalne podejście do klientów oraz urealni wartość zabezpieczeń hipotecznych.

– Cały proces związany z ułatwieniem życia kredytobiorcom jest tematem bardzo złożonym. Z jednej strony faktycznie możemy powiedzieć o tym, że część potencjalnych kredytobiorców będzie miała większą zdolność kredytową – mówi Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit

Analiza przygotowana przez KNF mówi, że w przypadku wejścia w życie ustawy o pomocy frankowiczom banki mogą stracić prawie 22 mld zł. Jest to kwota znacznie przekraczająca zysk netto całego sektora. Przyjęcie ustawy w brzmieniu przeforsowanym przez Sejm w znacznym stopniu ograniczy akcję kredytową prowadzoną przez banki. Nawet w przypadku przyjęcia przez Senat wersji rekomendowanej przez komisje senackie, w której banki i kredytobiorcy po połowie dzieliliby się kosztami przewalutowania kredytu, straty i tak wyniosłyby kilkanaście miliardów złotych.

– Czyli z jednej strony zobaczymy, że potencjalnie są osoby, które są gotowe wziąć kredyt kolejny, ale banki mówią: będziemy mieć mniej środków i ta akcja kredytowa będzie bardziej uboższa – wyjaśnia prezes zarządu BTFG Audit. – Ale podkreślmy jedno – część tych kredytobiorców jest w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ wycena ich nieruchomości jest znacznie niższa niż wartość kredytu. Nadal będzie to jednak bardzo wysokie zadłużenie.

Dlatego według niego krąg osób, którym przewalutowanie zwiększy zdolność kredytową może być mniejszy, niż mogłoby się wydawać. Ponadto nawet jeśli wzrośnie popyt na kredyt, niekoniecznie spotka się z dostateczną podażą.

– Banki jako takie w istotny sposób stracą część swoich środków, które mogłyby wydać na akcję kredytową – zauważa Adam Ruciński.

Zdaniem eksperta w wyniku restrukturyzacji zadłużenia we frankach sytuacja rynkowa ulegnie normalizacji. Bieżąca wartość rynkowa nieruchomości będzie w przybliżeniu odpowiadała wartości kredytu hipotecznego po przewalutowaniu. Prezes zarządu BTFG Audit wskazuje też na dwa negatywne zjawiska w stosunku do klientów, jakie zaistniały na polskim rynku. Uregulowanie sytuacji frankowiczów może – według niego – zapobiec podobnym zjawiskom w przyszłości i być dla banków przestrogą.

– Pierwszym zjawiskiem było udzielanie kredytów we franku szwajcarskim osobom, które nie miały zdolności kredytowej w złotym polskim, co już było pewnym nadużyciem z punktu widzenia finansistów – wyjaśnia.

Drugie to było masowe oferowanie tzw. polisolokat. Z racji skomplikowanych i tendencyjnych zapisów spora część klientów została pozbawiona części swoich środków lub na dłuższy czas straciła możliwość dysponowania posiadanym kapitałem.

– Jeżeli szukać dobrych stron wejścia tej ustawy, to może będzie właśnie ten element, który w przyszłości będzie niejako nakazywał instytucjom finansowym bardziej rozsądne podejście do klientów – ocenia prezes Ruciński.

Wejście w życie ustawy frankowej nie powinno natomiast  jego zdaniem – w drastyczny sposób wpłynąć na perspektywy polskiego PKB. Nawet suma szacowanych strat w wysokości 22 mld zł stanowi niespełna 1,4 proc. łącznej wartości gospodarki.

– Trzeba też uczciwie stwierdzić, że znaczna część tych pieniędzy często była wypłacana w formie dywidend, wiec i tak nie służyła akcji kredytowej – zwraca uwagę Adam Ruciński.

APS Energia odnosi sukcesy w Rosji i wchodzi na kolejne rynki. Firma buduje nową siedzibę i zwiększa zatrudnienie

Piotr Szewczyk

APS Energia nie narzeka na kryzys na Wschodzie. Mimo wojny na Ukrainie i napiętych stosunków politycznych z Rosją, która należy do najważniejszych rynków eksportowych tego producenta urządzeń elektrycznych, spółka osiągnęła tam w ostatnim okresie rekordowe wzrosty sprzedaży. Zamierza też ruszyć na podbój USA i Iranu, dlatego inwestuje w nową siedzibę, zwiększa moce produkcyjne i planuje potroić zatrudnienie.

Nowa siedziba zwiększy moce produkcyjne firmy o około 150 proc. Prezes spółki szacuje, że może tam pracować około 400 osób, podczas gdy w obecnej siedzibie w Zielonce pracuje około 190 osób.

– Te plany związane z rozwojem spółki dotyczą rozwoju w wielu obszarach podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szewczyk, prezes APS Energia SA. – Przede wszystkim dywersyfikacji geograficznej. Jak wszyscy wiedzą, sytuacja polityczna na rynkach wschodnich jest dosyć skomplikowana, ale my sobie tam doskonale radzimy i jak na ironię losu 2014 rok i obecny będą rekordowe.

Spółka ma w Rosji 5-proc. udział w rynku i chce go zwiększyć czterokrotnie. Nie zaniedbuje jednak innych kierunków eksportowych. Działa w Czechach, na Ukrainie, w Azerbejdżanie, Kazachstanie i Turcji, gdzie chce jeszcze w tym roku otworzyć własną spółkę handlową.

Spółka zaznacza, że niemal połowa jej przychodów pochodzi z kontraktów zagranicznych, głównie z państw WNP. Tam bowiem mimo kryzysu nakłady na modernizację i rozbudowę infrastruktury naftowo-gazowej oraz energetycznej pozostają wysokie. Przy tego typu inwestycjach przydatne są urządzenia oferowane przez APS Energia. Rosyjska spółka firmy ma się więc doskonale.

– Rynek rosyjski to będzie znów – mimo zawirowań politycznych – najlepszy rynek dla spółki rosyjskiej w historii – informuje Piotr Szewczyk.

Dodaje jednak, że trwają poszukiwania nowych kierunków sprzedaży. W najbliższym czasie spółka zamierza rozpocząć działalność w USA. Przygotowuje się też do działań na rynku irańskim.

Bardzo żałuję, że nie weszliśmy na rynek amerykański wcześniej, ale postaramy się nadrobić stracony czas, bo moim zdaniem to jest największy rynek, na którym możemy oferować urządzenia energoelektroniczne.

APS Energia jest w trakcie emisji akcji serii E. Dziś kończą się zapisy na akcje w transzy inwestorów indywidualnych, jutro – instytucjonalnych. Spółka szacuje, że z emisji pozyska około 7 mln zł. Po jej przeprowadzeniu chce się przenieść na parkiet główny warszawskiej giełdy.

– Rozwijamy też nowe produkty, zwiększamy inwestycje w dziedzinie R&D, m.in. w związku z tym budowana jest nowa siedziba spółki w Stanisławowie Pierwszym pod Warszawą, na którą chcemy przeznaczyć środki z emisji serii E.

Spółka informuje, że rozpoczęła produkcję urządzeń zasilania gwarantowanego dla energetyki atomowej, trakcji i transportu oraz wojska. Jej zespół R&D ulepsza i modyfikuje konstrukcje w dziedzinie zasilania przemysłowego i pracuje nad nowymi konstrukcjami dla trakcji jezdnej, czyli dla odbiorcy kolejowego, metra, trolejbusów i autobusów hybrydowych.

Na pewno będziemy zwiększać sprzedaż w dziedzinie trakcji jezdnej mówi prezes Szewczyk. W tej chwili w ciągu ostatnich lat struktura sprzedaży oscylowała wokół 40 proc. dla energetyki, 40 proc. dla nafty i gazu, a 20 proc. to były pozostałe dziedziny, takie jak duża chemia, energetyka odnawialna czy usługi. Natomiast chcemy sukcesywnie zwiększać w kierunku 30 proc. nasz udział w trakcji jezdnej.

W I półroczu APS Energia miała ponad 36 mln zł skonsolidowanego przychodu ze sprzedaży, co oznacza wzrost o 22 proc. Zysk EBITDA wzrósł o 28 proc. i wyniósł 1,4 mln zł. Wartość portfela zamówień na koniec II kwartału wynosiła 36 mln zł i była wyższa o 6 proc. w stosunku do 2014 roku. W samym II kwartale przychody wyniosły niemal 23 mln zł i były wyższe o 33 proc niż rok wcześniej. Zysk EBITDA wzrósł o 64 proc., sięgając 2,2 mln zł, a zysk netto wyniósł 1,1 mln zł wobec 0,6 mln w 2014 roku. W całym półroczu APS Energia odnotowała skonsolidowaną stratę w wysokości 58 tys. zł, niemal dziewięciokrotnie niższą niż rok wcześniej.

Według prognoz, które sami wykonujemy oraz tych, które ostatnio zostały wykonane przez Dom Maklerski Trigon, firma będzie spółką dywidendową deklaruje Piotr Szewczyk z APS Energia SA.  Wychodząc na rynek NewConnect, obiecaliśmy dywidendę na poziomie 10 do 30 proc. zysku netto skonsolidowanego. Ze względu na okres dużych inwestycji trzymamy się, jeśli chodzi o wypłaty dywidendy, na poziomie nieco większym niż 10 proc. zysku skonsolidowanego, w ubiegłym roku płaciliśmy 3 grosze za akcję dywidendy, w tym roku 4 grosze i absolutnie będziemy podtrzymywać te obietnice.

W grudniu na tory wjadą nowe Flirty wyprodukowane przez konsorcjum Stadler–NEWAG. PKP Intercity chce odzyskać pasażerów dzięki inwestycjom w nowoczesny tabor

Jacek Leonkiewicz

6 mld zł ma kosztować modernizacja taboru należącego do PKP. Na polskie tory wjedzie ponad 100 nowych składów, w tym 20 nowych pociągów Flirt, którymi pasażerowie pojadą w grudniu. Inwestycje w tabor już przynoszą efekty – w I półroczu PKP Intercity zanotował pierwszy od czterech lat wzrost liczby pasażerów.

Jeżeli mówimy poważnie o nowej roli kolei, o odnalezieniu się kolei w nowych okolicznościach, kiedy zmieniają się preferencje pasażerów i ich oczekiwania co do jakości podróży, to tabor jest absolutnym priorytetem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Wasiak, minister infrastruktury i rozwoju.

Do końca października PKP Intercity ma otrzymać od producenta, czyli konsorcjum Stadler-NEWAG, 20 nowoczesnych zespołów trakcyjnych typu Flirt. Mają one zapewnić pasażerom wysoki komfort podróży. Zostaną wyposażone w klimatyzację i ergonomiczne fotele, a każdy pasażer będzie miał do dyspozycji gniazdko elektryczne oraz indywidualne oświetlenie.

Jak podkreśla minister Maria Wasiak, zapewnienie pasażerom komfortu podróżowania, to najlepszy sposobu na odzyskanie klientów.

– Pasażerowie już dzisiaj odczuwają zmianę, bo część tego taboru już dzisiaj jeździ po polskich torach. My to widzimy przede wszystkim po liczbach – mówi Jacek Leonkiewicz, prezes PKP Intercity.

Przez ostatnie lata kolej traciła rynek na rzecz tanich linii lotniczych oraz transportu autobusowego. Rosnąca sieć nowoczesnych dróg zwiększyła też zainteresowanie transportem indywidualnym.

W I półroczu spółka PKP Intercity zanotował pierwszy od czterech lat wzrost liczby pasażerów. W czerwcu br. sięgnął on 26 proc. Największe wzrosty frekwencji zanotowano na liniach Warszawa – Trójmiasto ( 174 proc.), Kraków – Trójmiasto ( 146 proc.) oraz Warszawa – Wrocław ( 101 proc.).

Wszędzie tam, gdzie wprowadziliśmy nowy tabor, jest bardzo duża zmiana odbioru przez pasażerów – podkreśla Maria Wasiak. – Pasażerowie oczekują standardu przejazdu zdecydowanie innego niż ten, który oferował stary tabor. To jest kwestia głośności, możliwości rozmowy, klimatyzacji. Takie rzeczy stanowią o takiej czy innej uciążliwości podróży.

Ruszają unijne programy wspierające innowacje w polskich firmach. Duże zainteresowanie przedsiębiorców

0

Bogusława Mazurek

Polskie firmy ponownie mogą się ubiegać o unijne dofinansowanie prac nad innowacyjnymi produktami. 31 sierpnia i 1 września ruszyło pięć różnych konkursów w ramach programów UE. Na wsparcie szanse mają zarówno duże, jak i małe firmy, pod warunkiem że mają innowacyjny projekt o dużym potencjale wdrożeniowym. 

To, co istotne i na co muszą zwrócić uwagę przedsiębiorcy, to innowacyjność danego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusława Mazurek, senior manager Crido Taxand. – To jest najważniejsze i charakterystyczne dla wszystkich konkursów, które ruszają 31 sierpnia i 1 września.

31 sierpnia rozpoczął się nabór wniosków w działaniach „Badania na rynek” oraz poddziałaniach „Wdrażanie innowacji przez małe i średnie przedsiębiorstwa” oraz „Bony na innowacje”. Od 1 września można ubiegać się o dofinansowanie na tworzenie lub rozwój centrów badawczo-rozwojowych w firmach oraz na projekty B+R dotyczące innowacji medycznych, tzw. program INNOMED.

Przedsiębiorcy mogą liczyć na wsparcie w formie dotacji, będą to inwestycje przede wszystkim np. w rozpoczęcie produkcji nowego rozwiązania, produktu, na który znajdzie się zapotrzebowanie, który ma oparcie w rynku i wśród odbiorców. Ważny jest poziom innowacyjności, żeby dane rozwiązanie było opłacalne i wdrażalne. Musimy po prostu wyprodukować to, co będziemy mogli sprzedać w przyszłości – mówi Mazurek.

Jak podkreśla, ze względu na ograniczony budżet konkursów na wsparcie będą mogły liczyć głównie rozwiązania unikalne w skali międzynarodowej. Poprzednie nabory wniosków organizowane w maju pokazały, że zainteresowanie tymi programami wśród przedsiębiorców jest bardzo duże.

Oczekiwana jest przełomowa innowacyjność – mówi Bogusława Mazurek. – Nie tylko myślimy o innowacyjności w skali kraju, lecz także wychodzimy dalej. Nie zawsze rozwiązania są aż tak innowacyjne, gdyż nie wszyscy przedsiębiorcy tego potrzebują. Zainteresowanie jednak jest tak duże, że z pewnością będą rozwiązania innowacyjne w skali światowej i dla nich właśnie będzie ten budżet.

Beneficjentami programów uruchomionych 31 sierpnia mogą być mikro-, małe i średnie firmy.

Na działanie 3.2.1 „Badania na rynek” (PO IR) przewidziany jest budżet 0,5 mld zł. Ze środków z tego działania beneficjenci będą mogli finansować wdrożenie wyników prac badawczo-rozwojowych, których rezultatem powinno być wprowadzenie na rynek nowych bądź znacząco ulepszonych produktów lub usług. Do tego programu aplikować można tylko przez najbliższy miesiąc.

Na „Wdrażanie innowacji przez MŚP” przeznaczono 80 mln zł. Poddziałanie w ramach programu operacyjnego Polska Wschodnia wspiera innowacyjne projekty, które realizowane są na terenie co najmniej jednego województwa makroregionu Polski Wschodniej i które prowadzą do stworzenia innowacyjnych produktów poprzez wdrożenie (własnych lub nabytych) wyników prac B+R. Nabór trwa do 30 października.

Z kolei o dofinansowanie w ramach poddziałania „Bony na innowacje dla MŚP” firmy mogą starać się do końca grudnia. Wspierane będą m.in. zakupy usług polegających na opracowaniu nowego lub znacząco ulepszonego wyrobu, usługi, technologii produkcji lub nowego projektu wzorniczego.

Najważniejsze jest dobre przygotowanie dokumentacji projektowej, przygotowanie pod kątem koncepcji projektu i pod kątem techniczny, a także oparcie swojego pomysłu na badaniach rynkowych i zapotrzebowaniu na nowe produkty czy usługi – zwraca uwagę senior manager Crido Taxand.

Ogłoszony 1 września konkurs ma na celu wsparcie budowy centrów badawczo-rozwojowych. Czas na złożenie wniosków to dwa miesiące.

Jest to wsparcie skierowane do dużych firm i nadal będzie to wsparcie w formie dotacji. Jest to jedna z nielicznych propozycji, gdzie duże firmy mogą ubiegać się o wsparcie, o pomoc publiczną jeszcze w formie dotacji – informuje Bogusława Mazurek.

W drugim konkursie w programie INNOMED na projekty badawczo-rozwojowe w innowacyjnej medycynie przewidziano dla firm 95 mln zł. Jest on skierowany do przedsiębiorców lub konsorcjów przedsiębiorstw. Ma na celu wsparcie badań naukowych i prac rozwojowych w zakresie poszukiwania innowacyjnych leków, nowoczesnych metod terapeutycznych oraz nowych technologii produkcji leków generycznych. Nabór wniosków potrwa do 1 października.

Od przyszłego roku zmienia się prawo upadłościowe. Zwiększy się odpowiedzialność prokurentów

0

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku zwiększy się odpowiedzialność prokurentów za zobowiązania reprezentowanej przez nich spółki. Nowelizacja prawa upadłościowego wprowadzi nowe warunki, dzięki którym członkowie zarządu nie będą musieli odpowiadać za długi spółki całym swoim majątkiem.

Część członków zarządu spółek z ograniczoną odpowiedzialnością nie zdaje sobie sprawy z tego, że w niektórych przypadkach będzie odpowiadać własnym majątkiem za długi tej spółki – i to zarówno za długi cywilno-prawne, jak i za długi publiczno-prawne, czyli za zaległości podatkowe i ZUS – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Miłosz, partner w Kancelarii GALT.

Obecnie warunkiem zwolnienia z odpowiedzialności członka zarządu jest złożenie w odpowiednim czasie wniosku o ogłoszenie upadłości. Termin ten jest bardzo rygorystyczny, przy surowej, jednak w pełni dopuszczalnej i najczęściej stosownej przez sądy interpretacji stanu niewypłacalności dłużnik ma na złożenie wniosku jedynie 14 dni od drugiej niezapłaconej na czas faktury. Jak tłumaczy Adam Miłosz, wchodząca w życie z początkiem 2016 roku nowelizacja prawa łagodzi te kryteria.

Po pierwsze, nowe prawo przewiduje, że termin na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości będzie wynosił miesiąc od dnia zaistnienia stanu niewypłacalności, a nie 14 dni. Po drugie, zmieni się również definicja stanu niewypłacalności. W nowych przepisach zawarte będzie domniemanie, że stan niewypłacalności istnieje, jeżeli zaległości w płatnościach wynoszą trzy miesiące lub zobowiązania dłużnika przekraczają wartość jego majątku przez okres dwóch lat – tłumaczy Miłosz.

Drugą metodą na uniknięcie odpowiedzialności całym majątkiem będzie złożenie do sądu wniosku o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Ta droga wiąże się jednak z większym ryzykiem, gdyż jej powodzenie zależy od tempa postępowania sądu, który musi otworzyć postępowanie restrukturyzacyjne lub zatwierdzić układ w postępowaniu o zatwierdzeniu układu w odpowiednim terminie.

Jak przewiduje Miłosz, z uwagi na ryzyko związane z powolnym działaniem sądów przedsiębiorcy prawdopodobnie będą się decydować na wykorzystanie obydwu dróg równocześnie.

Część członków zarządu, chcąc być bardzo ostrożnym, będzie składała wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, a na wszelki wypadek będzie też składała wniosek o ogłoszenie upadłości, równolegle wnosząc, żeby sąd najpierw zajął się wnioskiem o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego – uważa Miłosz.

Nowe prawo oznacza też duże zmiany dla prokurentów. To stanowisko do tej pory było uważane za bardzo bezpieczne, bo nie wiązało się z odpowiedzialnością własnym majątkiem. Od stycznia, jak wyjaśnia Miłosz, prokurenci również będą odpowiedzialni za długi spółki.

Wprawdzie w nowelizacji nie wymieniono stanowiska prokurenta, jednak odpowiedzialność została poszerzona na wszystkie osoby, które mają prawo do prowadzenia spraw spółki i reprezentowania jej. Ta definicja obejmuje członków zarządu i prokurentów. Dlatego ci drudzy będą musieli dokładniej niż do tej pory śledzić sytuację finansową spółki. Dotyczy to nie tylko spółek z ograniczoną odpowiedzialnością.

Jest jeszcze odpowiedzialność wynikająca z przepisów podatkowych, zusowskich i z samego prawa upadłościowego. To dotyczy wszystkich przedsiębiorców, również spółek osobowych i spółek akcyjnych. Prokurenci i osoby faktycznie zarządzające spółką po nowym roku będą musiały również być dużo ostrożniejsze – dodaje Miłosz.

Partner z Kancelarii GALT zwraca uwagę na to, że członkowie zarządu mogą się ubezpieczyć od tej odpowiedzialności. Na rynku jest coraz więcej polis D&O (Directors and Officers). Pomocne może być doradztwo analityków i konsultantów wyspecjalizowanych w prawie upadłościowym, ale podstawowym zabezpieczeniem pozostaje szczegółowa wiedza o finansach spółki. Tylko w ten sposób członkowie zarządu mogą mieć pewność, że nie przegapią odpowiedniego momentu na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości lub otwarcie restrukturyzacji.

Ostatnie dni na złożenie wniosku o dofinansowanie w programie „Wyprawka szkolna”. Rodzice niepełnosprawnych dzieci mogą liczyć nawet na 770 zł

Lidia Klaro-Celej

O wsparcie na zakup podręczników w ramach programu „Wyprawka szkolna” mogą starać się rodzice i opiekunowie dzieci z niepełnosprawnościami, w tym również uczniów z niepełnosprawnością intelektualną. W ich przypadku program nie zakłada progu dochodowego. Mogą oni liczyć nawet na 770 zł dofinansowania. Zakup takich pomocy przez szkoły jest też wspierany w ramach dotacji celowej.

To jest naprawdę duże wydarzenie, że uczniowie niepełnosprawni mogą otrzymać bezpłatnie podręczniki, materiały ćwiczeniowe czy materiały edukacyjne, korzystając z programu „Wyprawka szkolna” oraz środków z dotacji celowej na zakup pomocy edukacyjnych – mówi Lidia Klaro-Celej, doradca metodyczny m.st. Warszawy w zakresie kształcenia specjalnego.

Na realizację programu „Wyprawka szkolna” w roku szkolnym 2015/2016 zaplanowano łącznie 51 mln zł. Jedną z grup, które mogą z niego skorzystać, są rodzice i opiekunowie uczniów z niepełnosprawnościami.

Rodzice uczniów z niepełnosprawnościami mogą otrzymać dofinansowanie bez względu na wysokość dochodu – wyjaśnia Klaro-Celej.

W przypadku zakupu podręczników do kształcenia specjalnego wysokość wsparcia w ramach programu może wynieść do 770 zł.

Z programu „Wyprawka szkolna”  mogą skorzystać również rodziny innych uczniów, których dochód nie przekracza 574 zł na osobę – mówi ekspertka.

MEN zakłada, że w tym roku z programu skorzysta ponad 213 tys. uczniów, w tym ok. 92 tys. posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego.

O dofinansowanie z  programu „Wyprawka szkolna”  muszą zabiegać rodzice. Problem tylko polega na tym, że już teraz jest czas na to, żeby błyskawicznie załatwiać sprawy związane z pozyskaniem środków finansowych – mówi Lidia Klaro-Celej.

Dyrektorzy szkół, w których uczą się dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, mają możliwość otrzymania dotacji celowej na zakup podręczników, materiałów edukacyjnych oraz materiałów ćwiczeniowych.

Szkoły otrzymują dotację na zakup podręczników dla uczniów klasach pierwszych i drugich, klas czwartych szkoły podstawowej i pierwszej klasy gimnazjum.

Dotacja dotyczy szkół. To one zgłaszają do samorządu zapotrzebowanie na podręczniki czy pomoce edukacyjne i korzystają z dotacji celowej – tłumaczy Lidia Klaro-Celej.

Termin złożenia wniosków jest krótki i w przypadku większości gmin upływa w pierwszych dniach września. Napięty grafik wynika ze zobowiązania Ministerstwa Edukacji Narodowej, które jeszcze przed końcem miesiąca musi opracować kompletne listy z zapotrzebowaniem na podręczniki.

Według danych na 21 sierpnia państwowa dotacja na zakup podręczników szkolnych została wykorzystana w 96 proc. MEN przekazał samorządom łącznie już 221 milionów złotych. Programem bezpłatnych podręczników w bieżącym roku szkolnym zostaną objęci uczniowie I, II i IV klasy szkoły podstawowej oraz dzieci uczące się w I klasy gimnazjum.

Przy obu dofinansowaniach ważne jest dotrzymanie terminów, które w tej chwili są nieprzekraczalne dla szkół i rodziców – zwraca uwagę Lidia Klaro-Celej.

Hossa w branży ociepleń budowlanych. Obok Turcji i Niemiec polski rynek należy do największych w Europie

0

Jacek Michalak

Producenci systemów ociepleń deklarują największy od czterech lat optymizm w ocenie kondycji swojej branży. I to mimo dużej konkurencji na rynku, na którym działają wszyscy znaczący gracze europejscy oraz sporo firm krajowych. Dziś jednym z największych problemów jest przekonanie klientów do wymiany ociepleń wykonanych jeszcze według standardów z lat 90.

Budowlana branża ociepleń ma się dobrze – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Michalak, prezes zarządu Stowarzyszenia na rzecz Systemów Ociepleń. – Polski rynek materiałów budowlanych i producentów systemów ociepleń jest unikalny, m.in. przez to, że konkurencja jest ogromna. W naszym kraju działają praktycznie wszyscy duzi gracze europejscy i jest też sporo firm polskich, ale przy tej wielkości rynku powiedziałbym, że dla wszystkich starczy miejsca.

Jak wyjaśnia Michalak, wielkość krajowego rynku szacowana jest na ok. 40 mln mkw. ocieplanych elewacji rocznie. Obok niemieckiego i tureckiego jest on najważniejszym europejskim rynkiem systemów ociepleń.

Jak wynika z ostatniej edycji badania prowadzonego od 2011 roku przez TNS Polska pod patronatem Stowarzyszenia na rzecz Systemów Ociepleń „Rynek ociepleń ścian zewnętrznych w Polsce”, producenci tego rodzaju systemów deklarują największy od czterech lat optymizm w ocenie kondycji swojej branży. Wskaźnik bieżącej koniunktury jest na poziomie +50 proc., podczas gdy jesienią ubiegłego roku wynosił -13 proc., a dwa i trzy lata temu nawet -100 proc. Utrzymują się również pozytywne opinie na temat ogólnego stanu budownictwa. Wartość wskaźnika koniunktury także w tym przypadku wynosi +50 proc.

Na pozytywne nastroje w branży wpływa ożywienie w budownictwie mieszkaniowym.

Każde kolejne pozwolenie na budowę to siłą rzeczy więcej materiałów, więc to oczywiście wpływa pozytywnie na branżę. Ocieplenia mają różnorodne zastosowania, bo mówimy z jednej strony o ociepleniach dużych budynków spółdzielni mieszkaniowej, z drugiej strony o ociepleniach małych domów, a każde pozwolenie to dodatkowa konieczność wykorzystania materiałów budowlanych i to jest pozytywny trend – mówi Jacek Michalak.

Do końca czerwca deweloperzy, spółdzielnie mieszkaniowe i osoby fizyczne rozpoczęły budowę o 11,2 proc. większej liczby mieszkań niż w tym samym okresie rok wcześniej. Rośnie także liczba wydawanych pozwoleń na inwestycje. Według analityków rynku, kolejne sześć miesięcy może być jeszcze lepsze.

Jak podkreśla Michalak, zlecenia dla producentów systemów ociepleń to nie tylko nowe budownictwo, lecz także modernizacja istniejących obiektów. W Polsce brakuje jednak rozwiniętych programów dla inwestorów indywidualnych w zakresie wsparcia termomodernizacji. Przedstawiciele branży podkreślają, że uzyskanie kredytu na ten cel też nie jest łatwe. Michalak zaznacza, że trudno też przekonać właścicieli budynków do nierzadko koniecznej wymiany ocieplenia.

W latach 90. często ocieplenia wykonywane były w jak najlepszej wierze, ale nie najlepiej pod względem technicznym, dlatego dzisiaj wiele z nich nie spełnia obowiązujących wymagań. Bardzo często właściciele nie są w stanie przyjąć do wiadomości tego, że najlepszym rozwiązaniem jest usunięcie starego ocieplenia i wykonanie nowego, zgodnie ze współczesnymi standardami. To jest częsty problem – podkreśla prezes stowarzyszenia.

Inne problemy występujące na rynku wynikają z tego, że wykonawcy łączą materiały pochodzące od różnych producentów, mimo że takie połączenie jest nieprawidłowe pod względem technicznym oraz niezgodne z prawem budowlanym. Wciąż niska jest świadomość zalet stosowania kompletnego systemu ociepleń jednej firmy, co może negatywnie wpływać na jakość i trwałość inwestycji.

Wszyscy producenci oferują kompletne systemy ociepleń. Często jednak nie mamy wpływu na decyzje inwestorów czy wykonawców, jeśli kupują klej do styropianu od jednej firmy, klej do zatopienia siatki z włókna szklanego od innej, a tynk od jeszcze kogoś innego – tłumaczy Jacek Michalak. – Ogromna jest tu rola nadzoru budowlanego, który jako jedyny jest uprawniony do kontroli na budowach.

Polacy znają się na samochodach mniej, niż im się wydaje. Najczęstszym błędem są zaniedbania w kwestii serwisowania

Anna Wilczewska

Ponad połowa właścicieli aut w Polsce nie zna historii napraw i serwisowania pojazdów, które użytkują, ale 71 proc. uważa, że ich samochód jest zadbany i sprawny – tak wynika z badań przeprowadzonych przez agencję badawczą PBS. Polacy określają siebie jako ekspertów motoryzacyjnych, tymczasem niewiele wiedzą na temat właściwej eksploatacji auta, ochrony silnika i właściwego doboru olejów czy płynów chłodzących.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie firmy Castrol wśród właścicieli samochodów używanych oraz mechaników warsztatów nieautoryzowanych wynika, że Polacy nie mają zbyt dużej wiedzy na temat motoryzacji.

Mechanicy uważają, że co czwarty kierowca w ogóle nie zna się na samochodach, a ponad połowa ma bardzo niewielką wiedzę. Natomiast my sami lubimy się określać się jako eksperci motoryzacji. 3/4 kierowców wskazuje, że ma bardzo dobrą albo dobrą wiedzę – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Wilczewska, dyrektor ds. marketingu Castrol.

70 proc. ankietowanych twierdzi, że zna się na samochodach dobrze lub dostatecznie. 6 proc. określa siebie mianem motoryzacyjnych ekspertów, a zaledwie 4 proc. badanych przyznaje się do tego, że w ogóle nie zna się na autach. Dla porównania, o wysokim poziomie swojej wiedzy eksperckiej przekonanych jest zaledwie 1 proc. aktywnych zawodowo mechaników.

Anna Wilczewska przyznaje, że najczęstszym błędem popełnianym przez kierowców są zaniedbania w kwestii serwisowej. Wielu z nich bagatelizuje sprawę i nie dba o regularną wymianę części mechanicznych podlegających naturalnemu zużyciu.

Ponad połowa kierowców twierdzi, że nie zna historii serwisowania i napraw swojego samochodu, ale jednocześnie co piąty uważa, że ich samochód jest w stanie idealnym, a ponad połowa uważa, że jest w stanie dobrym. Jeszcze dużo czasu musi upłynąć, zanim kierowcy będą wiedzieli, w jaki sposób dbać o swój silnik i co jest najważniejsze, żeby ich samochód był w dobrym stanie przez jak najdłuższy czas – mówi Anna Wilczewska.

Eksperci z branży motoryzacyjnej podkreślają, że kierowcom wydaje się, że jazda miejska nie jest niczym forsownym dla silnika, tymczasem jest to najcięższy sposób eksploatacji pojazdu.

Kierowcy z jednej strony zdają sobie sprawę z tego, że silnik zużywa się najszybciej podczas rozruchu, wtedy, kiedy jest zimny, natomiast już nie wiedzą, jak długo taki silnik się rozgrzewa. Wydaje im się, że to trwa kilka minut, podczas gdy on osiąga swoją optymalną temperaturę dopiero po 15 minutach, kiedy kierowcy zazwyczaj docierają już do celu swojej podróży – tłumaczy ekspertka.

Z badań wynika, że o regularnej wymianie oleju pamięta 85 proc. kierowców, a filtru paliwa – 73 proc. Tymczasem najpopularniejszym sposobem pielęgnacji auta jest odkurzanie jego wnętrza – tak odpowiedziało 85 proc. ankietowanych.

Polacy starają się też dbać o auto w ten sposób, że mają zapasowe żarówki w samochodzie oraz regularnie wymieniają pióra wycieraczek – mówi Anna Wilczewska.

Komplet zapasowych żarówek ma przy sobie 60 proc. kierowców. 57 proc. wymienia pióra wycieraczek za każdym razem, gdy zaistnieje taka potrzeba. Tak samo jest w przypadku płynu do spryskiwaczy i płynu do chłodnicy. Są uzupełniane na bieżąco podczas samodzielnych, rutynowych kontroli. 26 proc. kierowców oddaje swoje auto częściej niż raz w roku na przegląd do serwisu.

Rekordowe przychody i dynamiczny rozwój na rynkach zagranicznych – Grupa Asseco po pierwszym półroczu 2015 r.

0

Grupa Asseco wypracowała 3,3 mld zł przychodów w pierwszych dwóch kwartałach 2015 r. Jest to 13% wzrost w stosunku do pierwszego półrocza 2014 r. Porównując do tego samego okresu ubiegłego roku, o 13% wzrósł zysk operacyjny, który wyniósł 334 mln zł. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 16%, osiągając poziom 2,7 mld zł. Wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł na koniec czerwca 138 mln zł.

W dniu 27 sierpnia Grupa Asseco opublikowała wyniki finansowe za pierwszą połowę 2015 r. Jej przychody wyniosły 3,3 mld zł i wzrosły o 13% w porównaniu do analogicznego okresu w 2014 r. Rynki zagraniczne odpowiadały za większość sprzedaży Grupy – ich udział stanowi obecnie 77% przychodów. Grupa Asseco posiada także dużą dywersyfikację sektorową przychodów i rozkłada się ona odpowiednio: 44% na przedsiębiorstwa, 35% na bankowość i finanse oraz 21% na administrację publiczną. Asseco konsekwentnie realizuje strategię rozwoju opartą na sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych, które w analizowanym okresie przyniosły 2,7 mld zł, co stanowi 82% przychodów ogółem.

W pierwszym półroczu Asseco kontynuowało współpracę z kluczowymi klientami oraz aktywnie działało na rzecz nowych projektów. W minionych 6 miesiącach Grupa podpisała 4 896 kontraktów i umów. W sierpniu 2015 r. portfel zamówień na ten rok wyniósł ponad 6 mld zł i był wyższy o 16% w porównaniu do sierpnia 2014 r.

Adam Goral CEO of Asserco
Warsaw 28.09.2012 Poland
Adam Goral CEO of Asserco
Photo: Adam Lach / Napo Images for Financial Times.
Source: asseco.com

Jesteśmy zadowoleni z rekordowych wyników naszej sprzedaży w pierwszym półroczu 2015 roku. Wynikają one w dużej mierze z naszych udanych inwestycji i działalności na rynkach zagranicznych. Kluczowa dla naszego dynamicznego rozwoju jest także dalsza integracja, nie tylko ta geograficzna, ale także sektorowa i kompetencyjna. Dlatego podjęliśmy kilka inicjatyw, mających na celu optymalizację struktury Grupy Asseco, czego wyrazem są zmiany właścicielskie w Insseco, a także powołanie Asseco Data Systems i Asseco Western Europe — powiedział Adam Góral, Prezes Zarządu Asseco Poland S.A.

W pierwszym półroczu Grupa dokonała dwóch kroków w celu optymalizacji struktury. Insseco, odpowiedzialne za polski rynek ubezpieczeń komercyjnych, zostało połączone z Sapiensem, spółką z Grupy, będącą czołowym światowym dostawcą rozwiązań dla sektora ubezpieczeniowego. Dzięki temu polski zespół otrzymał nowe perspektywy rozwoju, również w wymiarze międzynarodowym. Ponadto, na bazie 6 mniejszych firm w Polsce, należących do Asseco Poland, rozpoczęto budowę Asseco Data Systems (ADS). Tym samym powstaje jeden z większych graczy w polskiej branży IT. ADS będzie dostarczało produkty i usługi, bazujące na oprogramowaniu własnym oraz firm trzecich, jak również rozwiązania infrastruktury teleinformatycznej. Działalności spółki skoncentrowana zostanie na obsłudze przedsiębiorstw oraz instytucji administracji samorządowej na rynku lokalnym – w tym sensie będzie komplementarne do Asseco Poland, które koncentruje się na dużych projektach sektorowych o skali ogólnopolskiej.

Strategia rozwoju Asseco zakłada dalszą międzynarodową ekspansję, w szczególności w krajach Europy Wschodniej oraz w Afryce, a także budowanie przewagi konkurencyjnej Grupy w oparciu o umacnianie pozycji w poszczególnych sektorach. Obiecująca jest także nowa unijna perspektywa finansowa, która przełoży się na ożywienie w sektorze administracji publicznej. Jednocześnie Grupa koncentruje się na swoim głównym biznesie, jakim jest tworzenie innowacyjnego oprogramowania dla firm i instytucji.

Sygnity z nowym Wiceprezesem Zarządu ds. Finansowych

Rada Nadzorcza Sygnity na wniosek Prezesa Zarządu powołała na stanowisko Wiceprezesa Zarządu ds. Finansowych Jakuba Leśniewskiego. Nowy Członek Zarządu podejmie obowiązki od 1 października br.

Jakub Leśniewski to doświadczony menedżer z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem
w zarządzaniu finansami wiodących międzynarodowych firm. Do Sygnity przechodzi z polskiego oddziału Atos SE, globalnego lidera usług informatycznych, gdzie pełnił rolę Dyrektora ds. Finansowych. Karierę zawodową rozpoczął w 1993 roku w GlaxoSmithKline, od 1996 do 1999 roku kontynuował rozwój zawodowy w strukturach funduszu Eastbridge Group. W 1999 roku objął stanowisko CFO w Multikino & M-Investments. Sprawował je do 2003 roku, przez rok łącząc funkcję CFO z pozycją p.o. Dyrektora Generalnego. W latach 2003-2008 związany z Grupą LVMH w funkcji CFO dla Europy Centralnej Grupy Sephora.

Prezes Zarządu Sygnity SA Janusz R. Guy
Prezes Zarządu Sygnity SA Janusz R. Guy

Stanowisko Wiceprezesa Zarządu ds. Finansowych, co zawsze podkreślam, jest dla spółki giełdowej szczególnie istotne. Osoba CFO to umiejętność łączenia doświadczenia zarządzania finansami, planowania strategicznego, zarządzania dużymi organizacjami oraz rozumienia oczekiwań rynku kapitałowego. Co do branży – CFO powinien znać charakterystykę rynku i złożoność projektów IT. Ostatnie trzy lata skupialiśmy się na uporządkowaniu i usprawnieniu procesów wewnętrznych spółki oraz utrzymaniu pozytywnych rezultatów finansowych – dowodem na to jest rekordowe 11 kolejnych kwartałów rzędu z pozytywnym wynikiem. powiedział Janusz R. Guy, Prezes Zarządu Sygnity S.A. – Jesteśmy gotowi do realizacji nowej ambitnej strategii budowania wartości dla akcjonariuszy i umocnienia pozycji spółki w branży IT. Do tego zadania potrzebuję doświadczonych, wykwalifikowanych specjalistów i liderów, takich właśnie jak Jakub Leśniewski. – powiedział Janusz R. Guy, Prezes Zarządu Sygnity.

Jednocześnie Spółka informuje, że stanowisko Wiceprezesa Zarządu ds. Finansowych w Sygnity Jakub Leśniewski obejmie z dniem 1 października 2015 r.

Ile kosztuje wykształcenie Polaków?

Pierwszego września do szkół pójdzie około pół miliona pierwszoklasistów. Jeśli nasza pociecha połknie edukacyjnego bakcyla i – jak robi dziś ponad połowa młodych ludzi – po szkole średniej pójdzie na studia, jego edukacja będzie kosztowała około 360 tysięcy złotych.

To wyliczenia money.pl uzyskane na podstawie danych europejskiego urzędu statystycznego Eurostat. Tamtejsi statystycy podsumowali, ile lat uczą się średnio młodzi ludzie w poszczególnych krajach. Przy czym koniec nauki nie oznacza dla nich momentu otrzymania dyplomu, a po prostu chwilę, w której dana osoba decyduje się zakończyć edukację. Oczywiście często oznacza to datę ukończenia studiów, ale uwzględnia też sytuacje, w których studia zostają przerwane albo takie, gdy młoda osoba w ogóle nie decyduje się pójść do szkoły wyższej.

Dodatkowo Eurostat wyliczył, ile średnio kosztuje rok nauki. Kwoty uwzględniają bezpośrednie wydatki opiekunów na uczące się dzieci i nakłady na całą machinę edukacyjną – z utrzymaniem szkół i pensjami dla nauczycieli na czele. Choć te ostatnie to w teorii wydatek z budżetu państwa, to tak naprawdę zrzucamy się na niego wszyscy płacąc podatki.

Nasze 360 tysięcy złotych to w Europie jeden z najniższych kosztów wyedukowania młodego obywatela. Taniej jest już tylko na Litwie, Słowacji, w Chorwacji i Bułgarii – wylicza portal money.pl. Jeśli zaś chodzi o przeciwległy biegun, to rekordzistami są kraje północne. W Norwegii edukacja jest dwa i pół raz droższa niż w Polsce i wynosi aż 233 tysięcy euro. Tylko nieco taniej jest na Islandii i w Danii. Pod znakiem zapytania stoją kwoty w Turcji, Rumunii, Austrii, Luksemburgu i Grecji, bo dla nich Eurostat danych nie zebrał.

Ile kosztuje wykształcenie obywatela w Europie - dane w tysiącach euro
źródło: OECD/Money.pl

W większości europejskich krajów koszty edukacji drenują państwowe budżety na kwoty nie mniejsze niż równowartość 5 proc. PKB. To znacznie więcej niż kosztuje utrzymanie armii – na ubiegłorocznym szczycie NATO kraje członkowskie zobowiązały się, by wydawać na wojsko raptem 2 proc. PKB.

Najwięcej publicznych pieniędzy idzie na edukację w Skandynawii i w niewielkich krajach wyspiarskich: na Islandii, Malcie i Cyprze. W rekordowej pod tym względem Danii stanowią równowartość aż 8,8 proc. rocznego PKB. Z kolei najmniej hojne wobec szkolnictwa są rządy słabiej rozwiniętych krajów Unii Europejskiej – Rumunii, Bułgarii, Słowacji, Chorwacji, Czech i Węgier, które wydają od 3,1 do 4,7 proc. PKB). Co ciekawe, w tym towarzystwie znalazły się też gospodarczo rozwinięte Włochy (4,3 proc. PKB). Nawet Polska wypada na tym tle sporo lepiej. Rząd przeznacza na szkolnictwo prawie 5 proc. PKB, co plasuje nas w bliskim sąsiedztwie Niemiec, Szwajcarii i Hiszpanii.

Co do zasady im wyższy szczebel edukacji, tym więcej pieniędzy jest wydawanych na jednego ucznia. I tak w przypadku szkolnictwa podstawowego rok nauki każdego dziecka kosztuje w UE średnio około 5,5 tysiąca euro. Kiedy uczeń idzie do gimnazjum i szkoły średniej, kwota ta wzrasta do 6,6 tys. euro.

Jednak aż 89 proc. Polaków w wieku 24-64 lata skończyło przynajmniej szkołę średnią. Lepiej niż u nas jest tylko w Estonii, Słowacji, Japonii i… Rosji, która jest pod tym względem światowym liderem – wynika z danych OECD.

Procent ludzi z wykształceniem co najmniej średnim w Europie
źródło: OECD/Money.pl

Na rok nauki studenta trzeba w Polsce wydać równowartość 5,5 tys. euro. To bardzo niewiele, jeśli porówna się tę kwotę z krajami skandynawskimi (w Norwegii i Szwecji to odpowiednio około 15 tys. euro). I mimo że pod względem nakładów finansowych jesteśmy w ogonie Europy, to chwalimy sobie jakość nauczania na studiach – w badaniu CBOS z 2013 roku aż 73 proc. Polaków oceniało ją pozytywnie, 39 proc. twierdziło, że jest na podobnym poziomie, co w innych krajach UE, a 23 proc. – że jest wręcz wyższa.

Z drugiej jednak strony, jak przypomina money.pl, młodzi ludzie są świadomi, że studia to dziś nic elitarnego. O tym, że studiować może każdy, było przekonanych 78 proc. tego samego badania. Dodatkowo 57 proc. Polaków żyje w przekonaniu, że dyplom wyższej uczelni ma niską wartość na rynku pracy.

Czy pracodawcy powinni obawiać się tzw. odroczonego urlopu rodzicielskiego?

Wśród wielu zmian, którym w ostatnim czasie poddawany jest Kodeks pracy, jedną z istotniejszych jest nowelizacja z dnia 24 lipca 2015 r. wprowadzająca nowe rozwiązania w zakresie urlopów związanych z urodzeniem i wychowaniem dziecka. Z punktu widzenia pracodawcy na uwagę zasługuję zwłaszcza możliwość wykorzystania części urlopu rodzicielskiego (maksymalnie do 16 tygodni) w terminie do zakończenia roku kalendarzowego, w którym dziecko kończy 6 lat.  Co za tym idzie, zmianie ulegną aktualnie obowiązujące zasady, według których urlop ten musiał być wykorzystywany bezpośrednio po dodatkowym urlopie macierzyńskim.

Rafał Wyziński, kancelaria Rączkowski, Kwieciński Adwokaci
Rafał Wyziński, kancelaria Rączkowski, Kwieciński Adwokaci

Od 2 stycznia 2016 r. według nowo dodanego przepisu art. 182[1b] k.p. urlop rodzicielski będzie mógł być udzielony w dowolnym terminie do ukończenia przez dziecko 6 lat. W swoim założeniu rozwiązanie to ma zapewnić większą elastyczność pracownikom-rodzicom, aby część urlopu rodzicielskiego mogli wykorzystać w dogodnym dla siebie i dziecka momencie. Co jednak oznacza to dla pracodawców?

W praktyce takie uregulowanie sprawy przez ustawodawcę może powodować sytuacje szczególnie trudne dla pracodawców, zwłaszcza tych prowadzących małe i średnie firmy. To na nich bowiem spoczywa całkowita dbałość o zapewnienie prawidłowej organizacji pracy w zakładzie pracy.  Na takie działania pracodawca będzie miał od nowego roku 3 tygodnie – tyle wynosi bowiem minimalny czas, w jakim rodzic musi przedłożyć odpowiedni wniosek.

Trudności z prawidłową organizacją pracy

Zgodnie z dotychczasowymi przepisami, pracodawcy nie byli urlopami rodzicielskimi „zaskakiwani”. Pracownicy korzystali z nich bezpośrednio po wykorzystaniu dodatkowego urlopu macierzyńskiego. Zatrudniający mogli zatem przygotować się odpowiednio na dłuższą nieobecność  pracownika i jego powrót. Nowe rozwiązania, choć w swojej istocie słuszne i potrzebne, mogą znacząco komplikować prawidłowe planowanie i organizację pracy. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, iż pracodawca nie spodziewając się 4 miesięcznej nieobecności pracownika – rodzica np. 4 lub 5 letniego dziecka, nie będzie w stanie zorganizować właściwego zastępstwa i zapewnić prawidłowej organizacji pracy w ciągu 21 dni.

Dodatkowa ochrona przed zwolnieniem

Wydaje się, że nowe regulacje mogą też – mimowolnie – dawać pewnym pracownikom narzędzie do nadużyć, w razie obawy przed zwolnieniem. Zachowana bowiem zostanie zasada, iż ochrona przed rozwiązaniem stosunku pracy będzie przysługiwała od chwili złożenia stosownego wniosku. Jeśli zatem pracownik, świadomy ryzyka zwolnienia, złoży wniosek o wykorzystanie części urlopu rodzicielskiego, zablokuje tym samym pracodawcy możliwość zwolnienia go nawet przez 4 miesiące. Ryzyko powyższe jest realne, mając na uwadze jak często inne konstrukcje przewidziane przez prawo pracy i prawo ubezpieczeń społecznych, są nadużywane przez pracowników, starających się w sposób „sztuczny” przedłużyć trwanie swojego stosunku pracy.

Ochrona przy zwolnieniach grupowych

Obawa ta jest szczególnie uzasadniona w świetle innej zmiany  wprowadzanej omawianą ustawą, która jest pomijana w głównym nurcie dyskusji nad nowymi przepisami. Artykuł 13 ustawy z 24 lipca 2015 r. zmienia także ustawę o tzw. zwolnieniach grupowych (tj. ustawę o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników, dalej zwaną „ustawą o zwolnieniach grupowych”). Ustawodawca zdecydował się na zmianę m.in. art. 5 ust. 5 pkt 1 ww., który aktualnie stanowi, że w okresie objęcia szczególną ochroną przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy pracodawca może jedynie wypowiedzieć dotychczasowe warunki pracy i płacy pracownikowi, o którym mowa w art. 177 Kodeksu pracy – tj. kobiecie w ciąży i korzystającej z urlopu macierzyńskiego. Tym samym nie może ww. osób zwolnić definitywnie z pracy.

Powyższa regulacja budziła do tej pory szereg wątpliwości. Odnosiła się bowiem bezpośrednio jedynie do kobiet w ciąży oraz korzystających z urlopu macierzyńskiego. Nie uwzględniała jednak pracowników korzystających z innych urlopów przysługujących rodzicom, m.in. urlopów rodzicielskich, ojcowskich czy wychowawczych. Tak ustanowione prawo budziło kontrowersje i wątpliwości w praktyce, które w części wyjaśniło orzecznictwo sądów – jednak na niekorzyść pracowników. Orzecznictwo (uchwała SN, II PZP 13/05) potwierdziło, że zgodnie z brzmieniem ustawy o zwolnieniach grupowych osoby przebywające na urlopach wychowawczych lub korzystające z dobrodziejstwa pracy w obniżonym wymiarze czasu pracy, nie podlegają ochronie zagwarantowanej w ustawie, w art. 5 ust. 2-5.  W konsekwencji pracodawcy mogli (przy spełnieniu określonych warunków) rozwiązywać umowy z pracownikami, przebywającymi na urlopach wychowawczych.

Podobne wątpliwości budziły urlopy zbliżone w swojej istocie do urlopu macierzyńskiego, ale nie będące ściśle urlopem macierzyńskim, a więc m.in.: dodatkowy urlop macierzyński, urlop ojcowski, urlop rodzicielski. Tymczasem nowelizacja zmieniła brzmienie art. 5 w ust. 5 pkt 1 , wprowadzając expressis verbis ochronę przed definitywnym zwolnieniem dla „pracownicy w ciąży, pracownika w okresie urlopu macierzyńskiego, urlopu na warunkach urlopu macierzyńskiego, urlopu rodzicielskiego oraz urlopu ojcowskiego”. Ustawodawca wyjaśnił więc bezsprzecznie wszelkie wątpliwości precyzując, że pracownikom korzystającym z ww. urlopów należy się szczególna ochrona przed rozwiązaniem umowy także w ramach zwolnień grupowych. Uszczelnił tym samym realną ochronę przed zwolnieniem dla ww. grup pracowników. Tak jak pracownikom w czasie urlopu macierzyńskiego, od nowego roku będzie można dokonać im jedynie wypowiedzenia zmieniającego warunki pracy. Należy także pamiętać, że ochrona ta analogicznie obowiązuje w przypadku zwolnień tzw. indywidualnych (na podstawie art. 10 ustawy o zwolnieniach grupowych), dokonywanych
z przyczyn wyłącznie niezależnych od pracownika.

Rozwiązanie to powinno zwiększyć gwarancje zatrudnienia dla osób korzystających z szeroko pojętych urlopów rodzicielskich. Niemniej jednak może stworzyć ryzyko nadużywania tych instytucji w sposób niezgodny z ich założeniem. Nawet bowiem realne i prawdziwe zmiany organizacyjne w zakładzie pracy nie pozwolą pracodawcy na rozstanie się z pracownikiem, jeśli ten np. dzień przed planowanym zwolnieniem, złoży stosowny wniosek w zakresie urlopu rodzicielskiego. Oczywiście, aby to zrobić pracownik musi wcześniej „oszczędzić” część urlopu rodzicielskiego. Mimo że początkowo skróci to jego okres przebywania z dzieckiem, to może okazać się atrakcyjnym sposobem na ochronę etatu.

Co ciekawe, nowe regulacje nie wprowadzają takiej ochrony dla pracowników korzystających
z urlopu wychowawczego. W tym zatem zakresie wydaje się, że dalej będzie możliwe rozstanie się z takimi pracownikami na podstawie ustawy o zwolnieniach grupowych.

W ilu częściach

Nowa ustawa zmienia też liczbę części, w jakich można wykorzystywać urlop rodzicielski. Aktualnie będzie go można podzielić maksymalnie na 4 (a nie jak dotychczas 3) części. Nowe przepisy nie wprowadzają ograniczeń w zakresie części urlopu, które mogą być wykorzystywane w późniejszym terminie. Ograniczają jedynie wymiar takiego urlopu – maksymalnie do 16 tygodni. W połączeniu z zasadą, że jedna część urlopu rodzicielskiego nie powinna być co do zasady krótsza niż 8 tygodni, oznacza to, że w późniejszym czasie będzie można wykorzystać urlop rodzicielski zasadniczo w 2 częściach. Trzeba przy tym pamiętać, że według nowych zasad liczba części udzielonego w taki sposób urlopu rodzicielskiego będzie pomniejszała liczbę części przysługującego urlopu wychowawczego. W praktyce oznacza to, że decydując się na wykorzystanie w późniejszym terminie, np. drugiej części urlopu rodzicielskiego udzielonego na dziecko, w przypadku korzystania w przyszłości również z urlopu wychowawczego na to samo dziecko będzie można wykorzystać go już nie w 5, a maksymalnie w 3 częściach.

Trendy na rynku zarządzania nieruchomościami

Nowe inwestycje, a tym samym rozwój rynku nieruchomości sprawił, że usługi związane z zarządzaniem i administrowaniem nieruchomościami zyskały na popularności. Zauważalnym trendem jest zmiana zarządów właścicielskich na zarząd powierzony. Jest to przede wszystkim bardziej praktyczne rozwiązanie dla wspólnot mieszkaniowych. Pozwala przenieść obowiązki, ale i odpowiedzialność na podmiot zewnętrzny, a wspólnocie zająć się funkcjami nadzorczymi, a nie operacyjnymi.

Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus
Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

Niewątpliwie wpływ na zwiększenie popularności zawodu zarządcy miało również wejście w życie w styczniu 2014 roku przepisów o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów. Zawód zarządcy stał się zdecydowanie bardziej dostępny, a rosnące zainteresowanie usługami zarządzania sprawiło, że na rynku pojawiło się wiele nowych firm czy samodzielnych zarządców. – Rosnąca konkurencja spowodowała jednak nieznaczny spadek cen usług związanych z zarządzaniem i administrowaniem nieruchomościami – podkreśla Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus. Niestety wraz ze spadkiem cen można również w wielu przypadkach zaobserwować spadek jakości oferowanych usług. Jest to bezpośrednio związane z faktem, że administrator czy zarządca, aby w ogólnym rozrachunku nie ponosić strat, musi zwiększyć swoje obowiązki czy też liczbę obsługiwanych wspólnot. Nie wpływa to niestety korzystnie na bieżącą obsługę – dodaje.

Można jednak przypuszczać, że kolejne lata przyniosą poprawę na rynku zarządzania nieruchomościami, a tym samym wzrost cen usług związanych z zarządzaniem i administrowaniem. Już od pewnego czasu można także obserwować konsolidację rynku. Wiele firm powstałych po wprowadzeniu deregulacji zawodu zarządcy nie przetrwało próby czasu. Trzeba bowiem pamiętać, że zawód zarządcy wymaga dużego doświadczenia, pełnego zaangażowania, ale też szerokiej wiedzy czy to społecznej, czy prawnej. Stąd też część firm nie poradziła sobie z wymaganiami stawianymi przez wspólnoty mieszkaniowe. A wymagania te z roku na rok rosną, co jest w dużym stopniu efektem rosnącej świadomości mieszkańców. Zwiększa się także zakres potrzeb, jakie mają wspólnoty. Obecnie pomoc techniczna, prawna czy księgowa, a także opieka nad osiedlem to zbyt mało, aby sprostać oczekiwaniom zarządzanych podmiotów.

Rosnąca świadomość zarządzanych podmiotów ma zdecydowany wpływ na wybór firmy zarządzającej. Wspólnoty coraz częściej wybierają sprawdzonego zarządcę, nawet w przypadku, gdy oferty innych firm są bardziej konkurencyjne. – To bardzo ważne, aby wybierając firmę zarządzającą kierować się jej doświadczeniem czy renomą – zaznacza Mariusz Łubiński. Równie ważna jest właśnie polisa ubezpieczeniowa – w naszym przypadku jest to polisa OC na kwotę 11 mln zł, jaką posiada firma zarządzająca. Taka polisa to gwarancja bezpieczeństwa finansowego wspólnoty w przypadku jakichkolwiek problemów – dodaje.

Mówiąc o trendach w branży nie można zapomnieć o zmianie podejścia w komunikacji na linii zarządca – wspólnota. Do niedawna najpopularniejszą formą przekazywania informacji była tablica najczęściej znajdująca się w holu budynku. Dziś to tylko rozwiązanie jedno z wielu. Popularną formą kontaktów pomiędzy mieszkańcami, a administratorem czy zarządcą są fora internetowe. Inną, coraz bardziej docenianą formą komunikacji, są newslettery czyli krótkie, wysyłane mailowo biuletyny zawierające najważniejsze informacje z życia wspólnoty. Zresztą sama komunikacja mailowa zyskała na znaczeniu. Mieszkańcy coraz częściej wybierają tę formę kontaktu. Oczywiście wciąż dużą popularnością cieszą się dyżury telefoniczne administratora.

Warto także wspomnieć o atrakcjach dla mieszkańców, jakie coraz częściej oferują zarządcy. Mogą to być konkursy albo różnego rodzaju akcje aktywizujące mieszkańców. Działania takie sprawdzają się świetnie zwłaszcza na nowych osiedlach. Mieszkańcy zyskują możliwość bliższego poznania zarządcy czy administratora, ale także siebie nawzajem.

Innym trendem, który obserwujemy od pewnego czasu jest stawianie na rozwój i podnoszenie kwalifikacji pracowników. Coraz częściej można spotkać się z ofertami profesjonalnych szkoleń dla branży zarządzania nieruchomościami. Wbrew pozorom nie dotyczą one jedynie spraw merytorycznych, ale także umiejętności prowadzenia relacji ze wspólnotą czy podstawowy kwestii związanych z obsługą klienta.

Warto podkreślić, że w przypadku wielu wspólnot mieszkaniowych na znaczeniu zyskują takie kwestie jak estetyka części wspólnych czy bezpieczeństwo. Wynika to z faktu, że nieruchomość coraz częściej jest postrzegana jako inwestycja, która w przyszłości może przynosić zyski. Stąd też dobry zarządca powinien w taki sposób zarządzać nieruchomością, aby realizować cele, jakie stawia wspólnota.

Oświadczenia o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Szansa czy zagrożenie dla polskiego rynku pracy?

W ciągu ostatnich kilku lat w Europie można zaobserwować wzmożony ruch migracyjny, wynikający nie tylko z sytuacji politycznej na Wschodzie, ale również kryzysu demograficznego. Czynniki te przekładają się na znaczący wzrost liczby obcokrajowców zatrudnianych w Polsce.

Jak wynika z danych przedstawionych przez  urzędy wojewódzkie, w pierwszym półroczu 2015 roku wydano 27193 zezwoleń na pracę, co stanowi rekordową liczbę w porównaniu z latami ubiegłymi. Przykładowo, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2014 roku zezwolenie na pracę otrzymało 21335 cudzoziemców. Niezmiennie największy odsetek imigrantów zatrudnionych w naszym kraju stanowią mieszkańcy Ukrainy (20092). Tuż za nimi plasują się obywatele Białorusi (800) i Uzbekistanu (799).

Rosnące zainteresowanie siłą roboczą spoza granic naszego kraju rodzi potrzebę uproszczenia procesów związanych z zatrudnieniem obcokrajowców. O tym jak istotną rolę odgrywają takie usprawnienia stanowi liczba wydanych oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, na podstawie których obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą wykonywać pracę na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej w okresie do 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę.

Według danych MPiPS w pierwszym półroczu bieżącego roku liczba wydanych oświadczeń wyniosła 410808, co stanowi wzrost do analogicznego okresu w zeszłym roku o 115% (190997). Warto podkreślić, że ilość oświadczeń, którą w ciągu ostatnich sześciu miesięcy otrzymali obcokrajowcy, przekroczyła liczbę wszystkich oświadczeń wydanych w roku 2014 (387398). Podobnie jak w przypadku zezwoleń na pracę najliczniejszą grupą, która w tym roku skorzystała z możliwości zatrudnienia na zasadach uproszczonych byli mieszkańcy Ukrainy (402674). Ich udział wyniósł 98,01% i był największy od momentu wprowadzenia procedury uproszczonej w 2007r. Polscy pracownicy nie powinni czuć się jednak zagrożeni. Obywatele państw trzecich w głównej mierze zainteresowani są pracą sezonową w sektorach cieszących się niewielką popularnością wśród rodzimych pracobiorców.

W pierwszej połowie 2015 roku najwięcej oświadczeń – podobnie jak w roku ubiegłym – zarejestrowano w sektorze rolniczym (181411). Dużym powodzeniem cieszyła się także praca na rynku budowlanym (58226) oraz w przetwórstwie przemysłowym (41422). Dla porównania w pierwszym półroczu 2014 roku w wymienionych sektorach złożono odpowiednio 111177, 22769 oraz 16256 wniosków. Jednocześnie rośnie zainteresowanie polskich pracodawców zatrudnieniem obcokrajowców posiadających wysokie kwalifikacje. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy opierając się o uproszczoną procedurę zatrudnienia  zarejestrowano 1352 przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i przedstawicieli szczebla kierowniczego a także 5863 specjalistów. W 2013 roku wydano 333 zezwoleń na pracę w sektorze IT. Rok później ich liczba wzrosła do 469. Dla porównania tylko w pierwszym półroczu bieżącego roku wydano 640 zezwoleń. Ponadto możemy zaobserwować znaczący wzrost liczby oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy wydanych dla sektora informacji i komunikacji. Tylko w ciągu pierwszego półrocza br. ich liczba wyniosła 3471. Dla porównania w roku 2014 złożono 3227 wniosków. Rok wcześniej było ich zaledwie 686.

Ciemna strona oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy

Wzrost zainteresowania polskich pracodawców zatrudnianiem obcokrajowców na zasadach uproszczonych skutkuje zwiększoną liczbą występujących nieprawidłowości. O sposobach przeciwdziałania tym negatywnym zjawiskom dyskutowano podczas konferencji 'Bezpieczeństwo pracy a atrakcyjność polskiego rynku dla cudzoziemców”, zorganizowanej w czerwcu br. przez Agencję Pracy EWL we współpracy z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych oraz Fundacją „Nasz Wybór”.

Według jednego z prelegentów – Jarosława Cichonia z Departamentu Legalności Zatrudnienia Głównego Inspektoratu Pracy do najczęstszych nadużyć zaliczyć można podejmowanie pracy u pracodawcy innego niż ten, który zarejestrował oświadczenie. W 2014 roku stwierdzono 266 takich przypadków, co stanowi kilkakrotny wzrost z porównaniu z rokiem poprzednim (45 przypadków w 2013 roku).

„Tak zwana procedura oświadczeniowa jest coraz częściej wykorzystywana do negatywnych praktyk, obejmujących podejmowanie przez cudzoziemców pracy u pracodawców, którzy nie zarejestrowali oświadczenia o zamiarze powierzenia wykonywania pracy lub rejestrację oświadczeń przez nieuczciwych pośredników w celu innym niż powierzenie pracy cudzoziemcowi.” – twierdzi Magdalena Sweklej, zastępca dyrektora Departamentu Rynku Pracy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Na kwestie utrudnień wynikających z zatrudnienia obcokrajowców na podstawie oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy zwraca uwagę również Agata Marszałek z Agencji Pracy EWL, według której znacznym problemem dla pracodawców i migrantów jest brak możliwości wykonywania pracy przez cudzoziemca ubiegającego się o kartę pobytu, jeśli wcześniej był zatrudniony na podstawie oświadczenia o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, po zakończeniu ważności danego oświadczenia.

Jak walczyć z nadużyciami?

W związku z rosnącą falą nieprawidłowości, Magdalena Sweklej zapowiada pogłębienie współpracy pomiędzy powiatowymi urzędami pracy i dokładniejszą weryfikację podmiotów rejestrujących oświadczenia w celu przeciwdziałania temu zjawisku. Pracownicy urzędów nie mają obecnie obowiązku przyjmowania oświadczeń rejestrowanych dla pozoru, lub gdy podmiot rejestrujący oświadczenie nie reprezentuje podmiotu podanego w oświadczeniu.

Duży nacisk należy także położyć na skuteczne informowanie obcokrajowców o ich prawach i obowiązkach wynikających z podjęcia pracy na terenie naszego kraju. Jedną z takich inicjatyw jest podjęta w 2012 roku przez Międzynarodową Organizację ds. Migracji akcja mająca na celu stworzenie prostego i przejrzystego mechanizmu umożliwiającego uzyskanie lub weryfikację informacji skierowanych do migrantów, czego efektem było otwarcie, w ramach projektu „Prawa migrantów w praktyce”, infolinii dla migrantów i portalu informacyjnego Migrant.info.pl.

– „Rekordowy wzrost zapotrzebowania na pracę cudzoziemców stanowi duże wyzwanie dla administracji publicznej. Należy pamiętać o tym, aby wprowadzać nowe rozwiązania systemowe, które obniżając liczbę nieprawidłowości pozwolą polskim pracodawcom dalej korzystać z jednej z najbardziej liberalnych procedur legalizacji zatrudnienia w Unii Europejskiej.” – podsumowuje Zbigniew Wafflard z Fundacji Wspierania Migrantów na Rynku Pracy „EWL”, organizator projektu „Bezpieczna praca w Polsce”.

Źródło: MPiPS, EWL

Casus Finanse SA częścią międzynarodowej Grupy Lindorff

Zarząd Casus Finanse SA poinformował o transakcji nabycia 100% akcji Casus Finanse SA przez Grupę Lindoff. Dzięki tej transakcji Casus Finanse dołączyła do międzynarodowej Grupy Lindorff, europejskiego lidera w zakresie zarządzania wierzytelnościami.

Transakcja została zawarta 18 sierpnia 2015 r. Dołączenie przez Casus Finanse do Grupy Lindorff jest świadomą  decyzją biznesową wynikającą ze strategii rozwoju Casus Finanse i realizacją najkorzystniejszej drogi rozwoju dla firmy. Skład personalny zarządu Casus Finanse SA pozostaje bez zmian, natomiast w związku ze zmianą składu rady nadzorczej Casus Finanse SA stanowiska w niej obejmą członkowie zarządu Grupy Lindorff.

Grupa Lindorff jest europejskim liderem branży zarządzania należnościami z wynikiem przychodów na poziomie 475 mln euro netto na koniec  2014 r. Zatrudnia 2800 pracowników w 12 europejskich krajach: Szwecji, Norwegii, Finlandii, Estonii, Litwie, Łotwie, Rosji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii oraz Danii i Holandii. Obszarem, w którym się specjalizuje, jest obsługa klientów z branży finansowej.

W obliczu sytuacji makroekonomicznej  szukaliśmy strategii, która Grupie Kapitałowej Casus Finanse zagwarantuje najbardziej korzystną biznesowo drogę rozwoju – powiedział Sławomir Szarek, prezes Casus Finanse SA –  Dołączenie do międzynarodowego lidera oznacza dla nas możliwość otwarcia się na nową skalę rozwoju. Grupa Lindorff doceniła nasze know-how i skuteczność strategii biznesowej, a międzynarodowe zaplecze Grupy umożliwi nam obecnie osiągnięcie pozycji w ścisłej czołówce rynku w Polsce.

Praca w domu czy dom w pracy?

Wzrost znaczenia mobilności w codziennym życiu wywiera znaczący wpływ na portret pracowników małych i średnich firm. Coraz szersze wykorzystanie smartfonów i tabletów, a także usług w chmurze, które dają bezpieczny dostęp do firmowych zasobów i danych, zaciera wyraźną dotychczas granicę pomiędzy czasem przeznaczonym na sprawy prywatne i obowiązki służbowe. Tradycyjnie utarty model pracy zza biurka między 9 a 17 odchodzi bezpowrotnie do lamusa. Coraz chętniej wybieramy elastyczne rozwiązania, które pozwalają nam swobodnie łączyć obowiązki służbowe z prywatnymi. W rezultacie zdalny styl pracy pomaga nam zwiększać produktywność, zapewniając dodatkowy czas na sprawy prywatne.

Główne wyniki badań:

  • 26 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że ich najlepsze pomysły dotyczące kwestii zawodowych pojawiły się, kiedy przebywali w domu.
  • 49 proc. respondentów przyznaje się otwarcie do korzystania z bankowości on-line wczasie pracy, a 26 proc. osób robi w tym czasie zakupy przez Internet.
  • 63 proc. menedżerów aprobuje załatwianie prywatnych spraw w pracy, o ile nie koliduje to w żaden sposób z realizacją ich zadań służbowych.
  • 55 proc. otwarcie przyznaje, że technologie mobilne pozwalają nie tylko oszczędzać czas, ale także wpływają na ich produktywność.

Rewolucja w kalendarzu

Ponad jedna czwarta polskich pracowników z sektora MŚP (26 proc.) biorących udział w badaniu „Nowoczesne IT w MŚP 2015” przeprowadzonym przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft, przyznała, że na najlepsze pomysły dotyczące kwestii zawodowych wpadli, kiedy przebywali w domu. Tylko 14 proc. stwierdziło, że stało się to podczas obecności w biurze. Tyle samo doznało „olśnienia” w drodze do pracy. W przypadku 10 proc. respondentów najlepsze pomysły pojawiły się podczas snu.

Coraz wyższy poziom adopcji urządzeń przenośnych (urządzeń 2 w 1, tabletów czy smartfonów) a także wprowadzanie do firm polityki BYOD (Bring Your Own Device), zakładającej możliwość wykorzystania prywatnych urządzeń do realizacji zadań zawodowych, wprowadzają stopniowo istotne zmiany w podejściu do standardu dnia pracy. Czas przeznaczony na realizację obowiązków służbowych przeplata się z tym, który poświęcany jest na załatwianie spraw prywatnych.

W myśl zasady, że najlepsze pomysły przychodzą nam do głowy, kiedy jesteśmy zrelaksowani, pracownicy coraz chętniej wykorzystują wolne chwile na sprawy zawodowe. Jak wynika z badania, pracownicy zdecydowanie częściej deklarują chęć realizowania obowiązków służbowych poza biurem. 22 proc. respondentów przyznaje, że zajmuje się sprawami zawodowymi tuż przed snem, a 16% respondentów robi to z samego rana, jeszcze przed wyjściem do pracy. Co dziesiąty uczestnik badania oddaje się pracy podczas podróży środkami transportu publicznego.

„Prywata” w pracy… za zgodą przełożonych

Przyzwolenie na pracę poza godzinami ma jednak swoje drugie oblicze, bo analogicznie w godzinach pracy często oddajemy się sprawom prywatnym. Granica między tymi dwiema sferami ulega dalszemu zatarciu. Wspomniane wcześniej badanie pokazuje, że pracownicy z małych i średnich firm w wielu przypadkach wykonują niektóre zadania prywatne w trakcie godzin pracy. 49 proc. respondentów przyznaje się otwarcie do korzystania z bankowości elektronicznej w czasie pracy, 42 proc. odwiedza strony internetowe niezwiązane z ich obowiązkami. Dodatkowo, 26 proc. osób biorących udział w badaniu przyznaje się do robienia w tym czasie zakupów przez Internet. Wyniki te jasno pokazują zmianę podejścia do klasycznego dnia roboczego, która towarzyszy upowszechnieniu się technologii mobilnych i łatwości dostępu do naszych zasobów, nie tylko w komputerze, ale także z poziomu smartfona czy tabletu.

Co istotne, ankietowani przyznali, że 63 proc. ich menedżerów aprobuje taki model zachowania, o ile nie koliduje on w żaden sposób z realizacją ich zadań służbowych. Zaledwie 15 procent ankietowanych zadeklarowało, że w ich firmach takie zachowanie nie jest akceptowane. Co ciekawe, tylko jeden na dziesięciu (9 proc.) menedżerów nie zdaje sobie sprawy, że jego pracownicy załatwiają prywatne sprawy w godzinach pracy.

„Rozwój technologii opartych o chmurę obliczeniową powoduje, że pracownicy mają bezpieczny dostęp do służbowych plików w zasadzie z dowolnego miejsca i o dowolnym czasie. Dzięki temu mogą oni realizować powierzone zadania nie tylko w czasie fizycznej obecności w biurze. Wystarczy, że mają przy sobie urządzenie mobilne, na przykład Windows tablet z usługą Office 365 albo CRM Online i mogą w pełni wydajnie zrealizować swoje zadania służbowe, niezależnie od tego czy są właśnie w podróży pociągiem czy też wyszli z biura na wywiadówkę dziecka” – mówi Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w Microsoft.

Technologiczna świadomość rośnie

Ankietowani przedstawiciele sektora średnich i małych przedsiębiorstw zgodnie przyznają, że rozwój technologii wyraźnie sprzyja ich pracy. 55 proc. otwarcie przyznaje, że technologie mobilne pozwalają nie tylko oszczędzać czas, ale także wpływają na ich produktywność. 22 proc. przyznaje także, że inwestycje firm w nowoczesne rozwiązania IT zwiększyłoby satysfakcję pracowników.

Posiadanie oraz wykorzystywanie urządzenia mobilnego nie tylko w celach prywatnych staje się codziennością. Firmy zapewniają swoim pracownikom odpowiednie oprogramowanie, dbając o kwestie bezpieczeństwa floty urządzeń, na których wyświetlane są służbowe dane. Jednym z takich przedsiębiorstw jest Grecos Holiday, które plasuje się w gronie najbardziej rozpoznawalnych marek w polskiej branży turystycznej. Firma musi szczególnie dbać o bezpieczeństwo zgromadzonych danych. Dzięki pracy w oparciu o chmurowe rozwiązanie Office 365, Grecos Holiday pozostaje właścicielem zgromadzonych danych, które są chronione przy użyciu najnowszych technologii i międzynarodowych norm, a ponadto nie są skanowane w celach reklamowych. Nie bez znaczenia pozostaje też zagwarantowana wysoka dostępność usługi na poziomie 99,9% i wykonywanie kopii zapasowych w trybie ciągłym.

„W przypadku pożaru lub innego nagłego zdarzenia losowego nie ma ryzyka przerwania ciągłości biznesowej. Dokonujemy zakupu nowych komputerów i otrzymujemy natychmiastowy dostęp do naszych danych, bez potrzeby czasochłonnych instalacji. Dla działalności usługowej, w której przewagę uzyskuje się często właśnie dzięki sprawnej i szybkiej komunikacji i obsłudze klienta ma to kluczowe znaczenie” – powiedział Wojciech Skoczyński, prezes Grecos Holiday.

Usługa Office 365 daje nie tylko możliwość w pełni efektywnej pracy zdalnej – dostępu do poczty elektronicznej, aplikacji Office, nawet na smartfonie, ale przede wszystkim gwarantuje bezpieczeństwo pracy. Office 365 uzyskało liczne certyfikaty zawiązane z bezpieczeństwem oraz ochroną prywatności np. ISO 27001 i ISO 27018, które potwierdzają spełnienie najbardziej wymagających standardów ochrony.

„Polskie MŚP odkrywają korzyści płynące z pracy zdalnej. Warto pamiętać, że urządzenia mobilne to zaledwie pierwszy krok, najważniejszy jest dostęp do istotnych z punktu widzenia biznesu danych, systemów, aplikacji, dzięki rozwiązaniom chmurowym. Usługa Office 365 jest odpowiedzią na tę potrzebę i sprawia, że użytkownik ma przy sobie na stałe przenośne biuro. Dzięki temu ma swobodny dostęp nie tylko do firmowej poczty, ale także wszystkich dokumentów, arkuszy czy prezentacji. Umożliwia mu to pracę z dowolnego miejsca, także wtedy, kiedy ma najlepsze pomysły, a niekoniecznie siedzi przy biurku” – mówi Przemysław Szuder z Microsoft.

Popołudniowy komentarz walutowy z 31.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 31.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Mobile, omnichannel i… jak będziemy płacić online?

0

Płatności mobilne, omnichannel, optymalizacja konwersji i współpraca z sieciami handlowymi. Te wyzwania stoją przed wiodącymi spółkami obsługującymi płatności online. Z czego wynikają takie kierunki rozwoju branży płatności online?

Branża e-Commerce nadal rozwija się wyjątkowo szybko, a ważnymi graczami narzucającymi kolejne przyjazne dla klientów zmiany są operatorzy płatności online. Jakich nowości możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach?

Badania, badania i jeszcze raz badania

Niewidocznym na pierwszy rzut oka, ale niebywale istotnym trendem jest skupienie operatorów płatności na badaniach potrzeb klientów. Najważniejsi gracze poświęcają na to znaczne środki, stale reagując na bieżące zapotrzebowanie płynące z rynku. Wszystkie trendy, takie jak wprowadzenie płatności mobilnych czy rozwiązań wspierających omnichannel, są po prostu odpowiedzią na te potrzeby.

Jedno jest pewne – dla kupującego liczy się szybkość, wygoda i bezpieczeństwo. Natomiast dla sklepu ważne jest płynne przejście klienta przez proces zakupowy, tak aby nie napotkał po drodze żadnych przeszkód. To dlatego kładziemy tak duży nacisk na optymalizację ścieżki płatności, jednocześnie gwarantując kupującemu wysoki poziom bezpieczeństwa przy realizacji transakcji – mówi Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego Dotpay SA, najstarszego operatora płatności.

Większe zyski z płatności mobilnych

Słuszność tego kierunku potwierdzają badania. Np. klienci odpowiadający na pytanie, dlaczego wybierają płatność przez Dotpay, zwracają uwagę przede wszystkim na prostotę obsługi (78%) oraz szybkość i komfort (64%).

Jak udaje się poprawić wygodę zakupów? Standardem w ofercie stały się płatności mobilne. Z perspektywy platform e-Commerce, wdrożenie dodatkowego kanału przeznaczonego dla urządzeń mobilnych może podnieść zyski nawet z dnia na dzień. Według raportu interaktywnie.com „e-commerce” w 2015 r. ponad połowa Polaków (54%) będzie dokonywać płatności online, a 34% będzie płacić poprzez urządzenia mobilne. Coraz częściej konsumenci też stosują tzw. multichanneling, czyli zaczynają proces zakupowy na jednym urządzeniu mobilnym, np. smartfonie, a kończą na innym, np. tablecie lub komputerze stacjonarnym.

Jak podaje Gemius, już ponad 20% ruchu na polskich stronach jest generowanych ze smartfonów i tabletów. E-sklepy i e-serwisy powinny więc przede wszystkim dbać o obsługę klientów mobilnych. Odpowiednie rozwiązania wprowadzają też operatorzy płatności online. Przykład? Wysyłka e-maili z przypomnieniem o niedokończonej płatności wprowadzona przez Dotpay. Wielu klientów w ciągu dnia przegląda produkty i rozpoczyna zakupy na smartfonie, a kończy je dopiero wieczorem po odczytaniu przypominającego e-maila np. na tablecie.

Wyjść poza Internet?

Osiągając tak wiele ważne jest, aby nie osiąść na laurach. Co planują operatorzy na najbliższą przyszłość? Oprócz udogodnień usprawniających płatności mobilne, istotnym trendem jest wspieranie sklepów prowadzących sprzedaż w przestrzeni omnichannel (czyli tzw. sprzedaż wielokanałową).

Taki model sprzedaży już kilka lat temu zadomowił się w USA i na rynkach zachodnich, a polscy sprzedawcy powoli zaczynają się nim interesować. Jak to działa? Platformy i sieci handlowe wdrażają systemy, które integrują wiele kanałów sprzedaży, np. sklepy stacjonarne, aplikacje mobilne i strony internetowe. Umożliwia to nie tylko sprzedaż przez sklep internetowy czy aplikację mobilną w salonie, w asyście konsultanta, ale również sprawne zarządzanie zwrotami i monitorowanie transakcji ze wszystkich kanałów.

Duże znaczenie w tworzeniu prawdziwego omnichannel mają systemy płatności, szczególnie mobilne. – Rola operatorów płatności jest bardzo istotna w obszarze omnichannel. Dzięki temu, że umożliwiają integrację przez API, sklepy mogą otrzymywać informacje o transakcjach bezpośrednio do swojego systemu, skąd obsługują i monitorują sprzedaż wszystkimi kanałami. Stamtąd też mogą zlecać zwroty. Takie rozwiązanie to dla sklepu oszczędność zasobów i wsparcie w automatyzacji wewnętrznych procesów – wyjaśnia Bernadetta Madej.

Klienci sklepów prowadzących sprzedaż różnymi kanałami mogą przechodzić proces zakupowy w różnych wymiarach. Przedstawienie produktu w salonie, zakup przez aplikację mobilną, płatność telefonem i obsługa posprzedażowa przez Internet – to wszystko może być spójne i zintegrowane ze sobą. Płatności online i mobilne doskonale wpisują się w ten schemat.

Źródło: http://www.dotpay.pl

Ile zapłacisz za ubezpieczenie dla „anglika”?

Od 15 sierpnia bieżącego roku posiadacze samochodów z kierownicą po prawej stronie nie muszą już dokonywać kosztownych przeróbek. Do tej pory właściciele aut sprowadzonych z Wielkiej Brytanii lub Irlandii, wydawali nawet kilkanaście tysięcy złotych za przełożenie kierownicy oraz inne modyfikacje. Teraz potrzebne będą znacznie mniejsze zmiany (m.in. dotyczące reflektorów i lusterek). Nowelizacja polskich przepisów powinna zwiększyć popularność samochodów sprowadzonych z Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. Osoby zastanawiające się nad zakupem takich aut, najpierw powinny sprawdzić koszt obowiązkowego ubezpieczenia OC. 

Tylko jedna z analizowanych firm przewiduje sporą podwyżkę 

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zwraca uwagę, że relację między kosztem ubezpieczenia auta kupionego w Polsce oraz tzw. „anglika” można przeanalizować na konkretnym przykładzie (patrz poniżej). Dotyczy on trzydziestopięcioletniego kierowcy, który ubezpiecza niedawno zakupionego Volkswagena Passata z 2008 r. Różnica pomiędzy dwoma wariantami analizy jest związana tylko z miejscem pierwszej rejestracji pojazdu (Wielka Brytania lub Polska). Samochód z Wysp Brytyjskich ma kierownicę po prawej stronie, ale został przystosowany do użytkowania w Polsce zgodnie z przepisami obowiązującymi od 15 sierpnia 2015 r. (patrz poniżej).

Wariant 1 (auto z kierownicą po lewej stronie): klient ubezpiecza czerwonego Volkswagena Passata B6 sedan Comfortline 1.6 8V (102 KM) z 2008 r. Auto zostało zakupione w polskim salonie VW. Data jego pierwszej rejestracji to 17 sierpień 2008 r. Samochód do tej pory nie miał uszkodzeń, a jego przebieg wynosi 90 000 km. Przykładowy VW Passat posiada sprawny i fabryczny immobilizer, sprawny fabryczny autoalarm oraz sprawny i fabryczny GPS.

Wariant 2 (auto z kierownicą po prawej stronie): klient ubezpiecza czerwonego Volkswagena Passata B6 sedan Comfortline 1.6 8V (102 KM) z 2008 r. Auto zostało zakupione w brytyjskim salonie VW i sprowadzone do Polski w lipcu 2015 r. Data jego pierwszej rejestracji w Wielkiej Brytanii to 17 sierpień 2008 r. Data pierwszej rejestracji w Polsce to 24 sierpień 2015 r. Samochód do tej pory nie miał uszkodzeń, a jego przebieg wynosi 90 000 km. Przykładowy VW Passat posiada sprawny i fabryczny immobilizer, sprawny fabryczny autoalarm oraz sprawny i fabryczny GPS. Samochód został przystosowany do użytkowania w Polsce poprzez modyfikację świateł zewnętrznych, prędkościomierza oraz lusterek wstecznych.

Kalkulacje przeprowadzone na podstawie danych porównywarki Ubea.pl z 18 sierpnia 2015 r. wskazują, że tylko w jednym towarzystwie ubezpieczenie samochodu sprowadzonego z Wielkiej Brytanii będzie znacznie droższe. Firma Uniqa dla kierowców takich aut, nalicza składkę wyższą o prawie 200% (patrz poniższe zestawienie). Minimalne różnice są widoczne po sprawdzeniu składek ustalanych przez Liberty Ubezpieczenia oraz Link4. „Właściciel przykładowego samochodu z kierownicą po prawej stronie nie zapłaci więcej za obowiązkową polisę w firmach Aviva Direct, Gothaer, Generali Direct oraz MTU” – informuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.   

Prezentacja dodatkowych kosztów ubezpieczenia samochodu posiadającego kierownicę po prawej stronie
Nazwa ubezpieczyciela Wariant 1: roczny koszt ubezpieczenia VW     Passata z kierownicą po                    lewej stronie Wariant 2: roczny koszt ubezpieczenia VW Passata z kierownicą po prawej stronie Różnica w wysokości rocznej składki (względem tańszego wariantu)

Kwotowa/Procentowa

Aviva Direct 575 zł 575 zł 0 zł/0,00%
Generali Direct 480 zł 480 zł 0 zł/0,00%
Gothaer 573 zł 573 zł 0 zł/0,00%
Liberty Ubezpieczenia 643 zł 650 zł 7 zł/1,09%
Link4 538 zł 544 zł 6 zł/1,12%
MTU (Ergo Hestia) 583 zł 583 zł 0 zł/0,00%
Uniqa 626 zł 1 877 zł 1 251 zł/199,84%
Średnia dla analizowanych towarzystw  574 zł  755 zł 181 zł/31,46%

*- Pozostałe założenia: trzydziestopięcioletni klient ubezpieczyciela otrzymał prawo jazdy 1 lutego 1999 r. Właściciel VW Passata pracuje w banku, jest żonaty i ma jedno dziecko (6 lat). Posiadacz auta mieszka w Warszawie (kod pocztowy: 01-001) i posiada garaż indywidualny. Przykładowy kierowca do tej pory użytkował trzy samochody, a najdłuższy okres użytkowania jednego auta wynosił 5 lat. Wcześniej przykładowy klient miał dziesięć rocznych ubezpieczeń OC. Zniżka z ostatniej polisy w Allianz to 40%. Kierowca spowodował jedną szkodę cztery lata wcześniej. Samochód nie będzie wykorzystywany na potrzeby działalności gospodarczej. Klient ubezpiecza go po raz pierwszy. Ochrona ubezpieczeniowa ma obowiązywać od 25 sierpnia 2015 r. Ubezpieczony zakupi polisę i opłaci składkę przez Internet. Posiadacz VW Passata akceptuje wszystkie domyślne warianty ochrony, jakie oferują mu ubezpieczyciele.                            

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych porównywarki Ubea.pl

Koszty ubezpieczenia aut z Anglii mogą niebawem wzrosnąć …

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl podkreśla, że powyższe wyniki obliczono zaraz po wprowadzeniu możliwości rejestrowania aut z kierownicą po prawej stronie. Dlatego nie można wykluczyć, że już wkrótce właścicieli „lewostronnych” samochodów będzie czekała niemiła niespodzianka. W tym kontekście wiele zależy od polityki ubezpieczycieli. Część z nich tak jak Uniqa, może zastosować ogromne zwyżki, które zniechęcą posiadaczy „anglików”. Wydaje się jednak, że większość firm ubezpieczeniowych najpierw oceni faktyczne ryzyko. „Jeśli statystyki szkodowości wskażą, że osoby prowadzące auta z kierownicą po prawej stronie i polską rejestracją spowodowały więcej szkód, to składka dla takich klientów szybko wzrośnie. Odpowiednia reakcja ubezpieczyciela ochroni znacznie większą liczbę kierowców przed podwyżką kosztów polisy OC” – przewiduje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Perspektywa stopniowego podwyższenia składek za ubezpieczenie „anglików” wydaje się bardzo prawdopodobna. Wyniki badań z innych krajów wskazują bowiem, że osoby prowadzące auto z kierownicą po odwrotnej stronie, stanowią większe zagrożenie dla innych użytkowników dróg. „Według analizy Korporacji Ubezpieczeniowej z Kolumbii Brytyjskiej (2007 r.), samochody posiadające kierownicę po prawej stronie o 40% częściej uczestniczą w wypadkach drogowych. Warto pamiętać, że na bardzo dobrych, kanadyjskich drogach już od lat 20-tych ubiegłego wieku, obowiązuje ruch prawostronny” – mówi  Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Korzyści i wyzwania pracy zdalnej

Praca zdalna w swojej pełnowymiarowej formie jest rozpowszechniona głównie w ramach tzw. wolnych zawodów, w przypadku których najistotniejsze jest dostarczenie efektu końcowego na czas. Dotyczy to np. tłumaczenia tekstu, napisania oprogramowania, wykonania projektu domu czy też materiału marketingowego. Sama organizacja pracy, czy też poszczególne jej etapy nie są w tym wypadku tak istotne jak finalny wynik. Również w wielu aspektach funkcjonowania firmy, gdzie nie jest koniecznym tworzenie dodatkowego etatu a jedynie okresowego wsparcia, jak np. przy usługach księgowych, praca zdalna znajduje uzasadnienie w realnych potrzebach biznesowych. Wykonywanie pracy zdalnej może wiązać się z różnymi formami zatrudnienia, do których może należeć zarówno umowa zlecenie, umowa o dzieło jak i umowa o pracę zdalną, która poza faktem, iż praca nie musi być świadczona w siedzibie pracodawcy, ma wszelkie pozostałe znamiona umowy o pracę.

– To, czy praca zdalna będzie wiązać się z korzyściami w dużej mierze zależy od profilu stanowiska, gdyż nie w każdej branży taka forma zatrudnienia może znaleźć konstruktywne zastosowanie, – komentuje Agnieszka Jędrejek, ekspert firmy doradztwa personalnego ManpowerGroup. – Zdalna praca, bez fizycznej obecności przełożonego, to właściwie praca na dwóch stanowiskach, gdzie tzw. szef zarządzający efektywnością, motywacją, potencjałem i pracownik skupiony na realizacji postawionych celów to jedna i ta sama osoba. Jeśli jednak dobrze dopasujemy tę formę wykonywania obowiązków do danej profesji, korzyści z pracy zdalnej może być wiele. Po stronie pracodawcy na pewno na pierwszy plan wysuwa się redukcja kosztów związanych np. z utrzymaniem biura. Dodatkowo oferta pracy zdalnej, nie będąc związana z żadnym obszarem terytorialnym, może być skierowana do szerszego grona odbiorców i tym samym przyczynić się do większego sukcesu rekrutacji. Pracownik zatrudniony w domu w elastycznych godzinach pracy ma też większą możliwość dopasowania warunków pracy do własnych potrzeb, co może znacząco przyczynić się do jego efektywności, – dodaje przedstawiciel ManpowerGroup.

W częściowym wymiarze, czyli jako forma tzw. „home office”, bywa też wymieniana jako jeden z benefitów pozapłacowych, gdzie pracodawca obok opieki medycznej, czy karty multisport, oferuje możliwość pracy z domu w określonych dniach czy okresach pracy. Jak wynika z obserwacji rynku, to istotny czynnik motywujący.

Jak każde rozwiązanie tak i to ma swoje minusy. Jest nim min. mniejsza możliwość wglądu przez pracodawcę w działania podległego mu pracownika na poszczególnych etapach trwania projektu. Znacznie słabsza, czasem wręcz znikoma, jest również identyfikacja pracownika z firmą, co może przełożyć się na krótkotrwałość zatrudnienia. Trudniej jest tu bowiem budować lojalność pracownika wobec zatrudniającej go organizacji. Praca w pewnym odosobnieniu, z którym wiąże się często praca zdalna, ogranicza pracownikowi dostęp do wymiany doświadczeń oraz spontanicznego transferu wiedzy ze współpracownikami. To z kolei może wiązać się z mniejszym stopniem motywacji i kreatywności. Bardzo ważną więc kwestią jest odpowiednia organizacja pracy zdalnej, zarówno przez pracodawcę jak i podwładnego.

Regionalne zróżnicowanie bezrobocia w krajach OECD

Różnice w rozwoju poszczególnych regionów są w Polsce faktem. Według danych OECD za 2013 rok, stopa bezrobocia w województwach wahała się od 8,0% na Mazowszu do 13,4% na Podkarpaciu. Wydaje się, że to spora różnica. Są jednak państwa, w których dysproporcje regionalne są dużo większe niż w Polsce.

Zdecydowanie największy problem z różnicami w poziomie bezrobocia w ujęciu regionalnym mają Hiszpanie – w kraju Basków stopa wyniosła 14,2%, a w Ceucie aż 34,5%. Z dużymi dysproporcjami zmagają się również Włosi – w Kampanii stopa bezrobocia osiągnęła poziom 18,8%, a w Prowincji Bolzano już tylko 3,9%. Co ciekawe Belgia także należy do krajów, w których poziom bezrobocia nie jest wyrównany. We Flandrii wynosiło ono 4,6%, w Regionie Walońskim 10,3%, a w Regionie Stołecznym Brukseli 17,8%.

Najmniejsze dysproporcje w stopie bezrobocia widoczne były w krajach, takich jak Dania, Holandia czy Norwegia.

Zróżnicowanie poziomu stopy bezrobocia w ujęciu regionalnym w państwach OECD w 2013 roku

Zróżnicowanie poziomu stopy bezrobocia
Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie OECD Regional Well-Being

Marta Kowalówka
Sedlak & Sedlak

 

Grupa TelForceOne po I półroczu 2015

0

Giełdowa spółka TelForceOne – największy w Polsce dystrybutor akcesoriów mobilnych i elektroniki konsumenckiej oraz producent telefonów i smartfonów myPhone, opublikował wyniki za I półrocze 2015 roku. Grupa wypracowała w tym okresie przychody na poziomie 116,1 mln zł oraz zysk netto w wysokości 1,23 mln zł. Zgodnie z zapowiedziami, przez ostatnie miesiące Grupa pracowała przede wszystkim nad poprawą marży brutto ze sprzedaży, która w 1H2015 wyniosła 24,8% – o 3 p.p. więcej niż w 1H2014. Dodatkowo, Grupa rozszerzyła swoje portfolio produktowe o segment elektronarzędzi po własną marką.

W pierwszym półroczu 2015 r. Grupa wygenerowała przychody ze sprzedaży w wysokości 116,1 mln zł, a zysk brutto ze sprzedaży wyniósł 28,8 mln zł. Zgodnie z założeniami Zarządu na rok 2015, Grupa systematycznie poprawia marżę brutto ze sprzedaży – w 1H2015 wyniosła ona 24,8%. – Konsekwentnie realizujemy nasze założenia strategiczne. Wykorzystujemy pozycję rynkową zbudowaną w poprzednich kwartałach do zwiększania w strukturze sprzedaży akcesoriów marek własnych, które naturalnie są dla nas wyżej marżowe. Poprawę było widać już w 1Q2015, kiedy to odnotowaliśmy wzrost marży brutto na sprzedaży o 1,1 p.p. q/q. W 2Q2015 było to 6,4 p.p. q/q – mówi Wiesław Żywicki, Wiceprezes Zarządu TelForceOne.

Zysk operacyjny wypracowany przez Grupę wyniósł 3,9 mln zł, EBITDA 5,1 mln zł, a zysk netto 1,2 mln zł. Grupa wypracowała marżę EBITDA w wysokości 4,4%, marża EBIT wyniosła 3,4%, a marża netto 1,1%.

Niższy niż przed rokiem poziom zysku operacyjnego oraz zysku netto spowodowany był wzrostem kosztów sprzedaży oraz kosztów ogólnego zarządu. – Były to głównie koszty wygenerowane w związku wejściem w nowy segment działalności oraz koszty związane z rozbudową struktur organizacyjnych – wyjaśnia Wiesław Żywicki.

W połowie I półrocza br. jedna ze spółek z Grupy (Red Dog) wprowadziła do oferty nową kategorię produktową – narzędzia i elektronarzędzia pod własną marką Haka Tools. Równolegle spółka została dystrybutorem elektronarzędzi marki MaxPro na rynku polskim. Realizowane są obecnie pierwsze dostawy, których sprzedaż rozpocznie się jeszcze w tym kwartale.

Rozbudowa portfolio produktowego jest procesem kosztochłonnym, który poza promocją i marketingiem wymaga budowy odpowiedniego zaplecza handlowo-organizacyjnego. Z kolei rosnąca skala prowadzonej przez nas działalności wymagała dostosowania wewnętrznych struktur organizacyjnych zarówno pod kątem funkcjonalnym, jak również w zakresie wsparcia doradców zewnętrznych  – dodaje Wiesław Żywicki.  

Na wyniki Grupy w I półroczu br. wpływ miał również wzrost kursu dolara odnotowany w 1Q2015 oraz aktywny udział w głównych światowych  targach branżowych GSM  m.in. w Las Vegas, Monako i Barcelonie.

Z kolei w czerwcu spółka zdecydowała o wypłacie drugiej z rzędu dywidendy w wysokości 819,6 tys. zł, co stanowi 0,10 zł na jedną akcję.

Podstawowe pozycje skonsolidowanego rachunku wyników

[w tys. zł] 1H2014 1H2015 Zmiana
Przychody 126 902 116 127 -8,5%
Zysk brutto na sprzedaży 27 649 28 754 +4,0%
marża brutto na sprzedaży 21,8% 24,8% +3,0 p.p.
EBITDA 7 244 5 140 -29,0%
marża EBITDA 5,7% 4,4% -1,3 p.p
EBIT 6 071 3 904 -35,7%
marża EBIT 4,8% 3,4% -1,4 p.p.
Zysk netto 3 369 1 232 -63,4%
marża netto 2,7% 1,1% -1,6 p.p.

Wzrost niższy, ale będzie przyspieszał

W II kwartale 2015 roku wzrost gospodarczy w Polsce, zgodnie z tym o czym już wcześniej informował GUS, wyhamował do 3,3% w relacji rocznej z poziomu 3,6% w pierwszych trzech miesiącach roku.

Spadek dynamiki wzrostu to w głównej mierze wpływ słabszych inwestycji. Wzrosły one o 6,4% R/R wobec 11,4% w I kwartale br. i wobec prognozowanego wzrostu o 9,6%. Jednak pomimo słabszych inwestycji struktura polskiego PKB jest bardzo solidna, co z optymizmem każe spojrzeć w przyszłość i oczekiwać przyspieszenia wzrostu w kolejnych kwartałach. Dlatego też podtrzymujemy naszą prognozę, że w całym 2015 roku wzrost gospodarczy może sięgnąć 3,8%. Obecnie największym zagrożeniem dla tej prognozy pozostają obawy i niepewność związane z kondycją chińskiej gospodarki.

Opublikowane dane o PKB w żaden sposób nie wpływają na zmianę oczekiwań co do polityki monetarnej. Zadyszka obserwowana w II kwartale ma jedynie przejściowy charakter, dlatego nie ma podstaw, żeby RPP wróciła do obniżek stóp procentowych. Stąd też kolejną decyzją będzie ich podwyżka. Oczekujemy, że z uwagi na dłuższy okres deflacji, utrzymującą się niepewność związaną z Chinami oraz przyszłoroczną zmianę składu Rady, podwyżka ta będzie miała miejsce dopiero w 2017 roku. To później niż zakłada rynek, który prognozuje podwyżki jeszcze w III kwartale 2016 roku.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas

Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Stopy procentowe w Polsce nie wzrosną szybko

Ostatnimi czasy na rynek trafiają dobre wiadomości dla posiadaczy kredytów. O ile tym posiadającym zobowiązania w złotych nikt nie chce ich korzystnie przewalutować, to dobre dane nadeszły z prognoz banków. Spodziewany termin podwyżki stóp oddala się na bliżej nieokreśloną przyszłość, a niektórzy analitycy mówią wręcz o obniżeniu stóp.

Wraz ze zbliżającymi się w Polsce wyborami, ekonomiści modyfikują pewne istotne prognozy gospodarcze. W tym kontekście na najwięcej uwagi zasługuje RPP, gdyż w 2016 roku w pierwszych miesiącach kończy się kadencja aż 8 członków tego gremium. Dwóch wskaże prezydent, po trzech sejm i senat. W rezultacie jeżeli spełnią się obecne prognozy co do wyniku wyborów PiS oraz prezydent kojarzony z tym ugrupowaniem będą mieć dominujący wpływ na kierunek działań Rady poprzez swoje decyzje personalne. Wsłuchując się w zapowiedzi gospodarcze tej formacji, można spodziewać się zwiększenia roli instytucji państwowych w gospodarce. W rezultacie wielu ekonomistów oddala swoje prognozy wzrostu stóp procentowych, a niektórzy nawet prognozują ich obniżkę.

Rosnące stopy procentowe przeciwdziałają wzrostowi inflacji oraz tworzeniu się baniek spekulacyjnych na rynku. Wzrost cen przy obecnych spadkach na rynkach surowcowych jest co najmniej wątpliwy. Oczywiście jest to słuszna operacja. To na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że obecne ceny ropy znajdują się znacznie poniżej wieloletnich średnich. Skoro ich spadek spowodował masową deflację należy wziąć pod uwagę, że ich wzrost powinien spowodować nagły wzrost inflacji. Jaki wpływ na walutę mają stopy procentowe? Wyższe stopy to droższe kredyty, ale i lepiej oprocentowane instrumenty pozbawione (o bardzo niskim stopniu) ryzyka. W rezultacie wyższe stopy zwiększają popyt na walutę co zwiększa jej wartość, gdyż można środki w danej walucie korzystniej zainwestować. Odwrotna sytuacja jest z niskimi stopami procentowymi. W takim scenariuszu popyt na walutę spada, co przekłada się na spadki jej wartości. W rezultacie oddalenie perspektyw podwyżki stóp w długim okresie powinno delikatnie osłabiać złotego względem głównych walut.

W Chinach wrócono do sprawdzonych metod. W jaki sposób poradzić sobie ze spekulantami rozsiewającymi niewygodne plotki o giełdzie? W krajach zachodnich jest to trudniejsze, w Chinach się ich po prostu aresztuje. 197 osób robi wrażenie, aczkolwiek na osobach znających tamtejsze realia liczba ta nie budzi zdziwienia. To co jest istotne dla rynków to fakt, że władza w dalszym ciągu walczy wszelkimi dostępnymi metodami o uspokojenie sytuacji. Jaki to ma w ogóle wpływ na złotego? Spadki w Chinach przyczyniają się do spadków na surowcach. Dolar jest znacznie silniej powiązany z juanem i surowcami niż euro. W rezultacie słabsze dane z Chin przenoszą zainteresowanie inwestorów na naszą stronę oceanu, na czym złoty zyskuje. Z drugiej strony nadmierny strach powoduje ucieczkę inwestorów z krajów rozwijających się.

EUR/PLNKomentarz walutowy 31.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 31.05.2015 do 31.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega w okolicach 4,1900. Ruch w górę przebił ostatnie maksimum na 4,2400 podnosząc je niemal do 4,2600. Poziom ten jest nowym oporem.

CHF/PLNKomentarz walutowy 31.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 31.05.2015 do 31.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy, który po osiągnięciu minimów na 3,8350 przeszedł w boczny. Dla ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9000, a następnie wspomniane minimum na 3,8350. Dla ruchu w górę ważnym oporem są maksima na 3,9250.

USD/PLNKomentarz walutowy 31.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 31.05.2015 do 31.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w trendzie bocznym. Opór stanowić będzie linia łącząca maksima lokalne na 3,7300 a następnie maksimum na poziomie 3,8500. Wsparciem jest minimum lokalne na 3,6600.

GBP/PLNKomentarz walutowy 31.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 31.05.2015 do 31.08.2015

Kurs GBP/PLN wybił się z szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest linia łącząca maksima lokalne na 5,8600. W przypadku dalszych spadków najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum na 5,7600.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ile mogą kosztować kłamstwa w CV?

Jak wynika z badań, blisko 50 proc. CV zawiera informacje niezgodne z rzeczywistością. Zanim zaprosimy kandydata na rozmowę kwalifikacyjną, warto zweryfikować informacje zawarte w jego dokumentach aplikacyjnych. Nieprawdziwe dane mogą skutkować dodatkowymi kosztami, jak np. konieczność rozpoczęcia ponownej rekrutacji.

Wiele osób poszukujących pracy mija się z prawdą w swoich dokumentach aplikacyjnych. Często są to „drobne korekty”, ale zdarzają się także poważniejsze kłamstwa, które mogą być kluczowe w pracy na danym stanowisku. Część informacji rekruterzy mogą zweryfikować już na samym początku procesu rekrutacyjnego. Eksperci z GoldeLine podpowiadają jak sprawdzić, czy kandydat nie kłamie w swoim CV.

Do you speak English?

Fałszowanie informacji w CV bardzo często dotyczy znajomości języków obcych. Język angielski, który jest najczęściej wymaganym językiem przez polskich pracodawców, kandydaci określają często jako komunikatywny. W praktyce oznacza to zazwyczaj brak znajomości tego języka. Jeśli stanowisko, na które szukamy pracownika wymaga sprawnego posługiwania się nim, można zadzwonić do kandydata i poprosić go o krótką konwersację w tym języku. Albo nie będzie to stanowiło problemu, albo kandydat od razu się wycofa.

Praca to tu, to tam

Częstą praktyką kandydatów z niewielkim doświadczeniem zawodowym, często zmieniających zatrudnienie, pracujących krótko i w wielu miejscach, jest zatajanie lub podawanie informacji niezgodnych ze stanem faktycznym. Dodają oni miejsca zatrudnienia lub wydłużają okresy pracy. Jeśli te kwestie budzą wątpliwości, takie informacje można zweryfikować w serwisach, w których kandydaci posiadają profile zawodowe oraz  wirtualne CV. Można też znaleźć tam opinie byłych współpracowników czy pracodawców, co także jest potwierdzeniem zatrudnienia w danym miejscu. Poświadczeniem pracy są również referencje uzyskane od pracodawców, o których przesłanie można od razu poprosić kandydata.

Alfa i Omega

Niezwykle często ubarwiana jest w życiorysie informacja o zajmowanych wcześniej stanowiskach oraz zakresie obowiązków wykonywanych przez kandydata w poprzednich miejscach zatrudnienia. Działania i zrealizowane projekty opisywane w dokumentach są niekiedy nieadekwatne do stanowisk pracy. Informacje na temat realizowanych przez kandydatów zadań i projektów także warto poszukać w internecie lub poprosić kandydata o jego portfolio jeszcze przed zaproszeniem na rozmowę.

Specjalista z wykształceniem

Jak sprawdzić, czy kandydat rzeczywiście ukończył uczelnię lub studia podyplomowe, które wypisał w życiorysie? W pierwszej kolejności możemy poszukać takich informacji na portalach rekrutacyjnych oraz serwisach społecznościowych, gdzie kandydaci zazwyczaj chwalą się takimi informacjami. Łatwo też sprawdzić, np. na uczelni, czy kandydat jest jeszcze w trakcie zdobywania wykształcenia. Niektóre osoby szukające zatrudniania działają wręcz odwrotnie – nie podają swojego pełnego wykształcenia. Robią tak np. osoby z doktoratem, które ubiegają się o pracę na stanowisku, na którym takie wykształcenie nie jest konieczne. Pracodawcy zazwyczaj nie chcą zatrudniać osób wykształconych lepiej od nich lub uznają, że taki kandydat może nie chcieć wykonywać niektórych obowiązków związanych ze stanowiskiem albo oczekiwać wyższego, niż przewidziane na to stanowisko, wynagrodzenia.

Ogólnie dostępne informacje umieszczane w sieci przez samych kandydatów są cennym źródłem wiedzy na temat nie tylko byłego czy obecnego zatrudnienia, ale także wykształcenia, charakteru osoby, jej aktywności czy stylu życia. Jeśli nie uda się nam zweryfikować wszystkich istotnych dla nas danych jeszcze przed zaproszeniem kandydata na rozmowę, poprośmy go o przyniesienie na spotkanie dokumentów potwierdzających informacje zawarte w życiorysie, jak np. dyplomy ukończenia studiów, świadectwa pracy, umowy współpracy, referencje jak również materiały, którymi chcieliby się dodatkowo pochwalić, a tym samym potwierdzić efekty swoich wcześniejszych działań. Jeśli na początku procesu rekrutacyjnego nie zostały zweryfikowane kluczowe dla rekrutera informacje o pracowniku, warto to zrobić przed podpisaniem z nim umowy o pracę. Jeśli po rozpoczęciu pracy okaże się jednak, że pracownik zataił istotne dla nas fakty albo podał nieprawdziwe informacje uniemożliwiające należyte wykonywanie przez niego obowiązków pracowniczych, może zostać nawet zwolniony dyscyplinarnie. Nie zmieni to jednak faktu, że okaże się to dopiero po pewnym czasie, w którym inni kandydaci najprawdopodobniej znajdą już zatrudnienie. Całą rekrutację będziemy musieli rozpocząć od nowa, co będzie wiązało się z poniesieniem ponownych jej kosztów.

Toyota opatentowała w 2014 roku najwięcej innowacji w dziedzinie napędów

85% patentów dotyczących układów napędowych to projekty udoskonalające napędy alternatywne. W tej grupie największy udział mają technologie hybrydowe.

Patenty związane z alternatywnymi napędami stanowiły w 2014 roku 85% wszystkich patentów dotyczących napędów samochodowych. Prace rozwojowe nad technologią hybrydową przyniosły największą liczbę zastrzeżonych wynalazków. Toyota jest największym innowatorem w dziedzinie technologii napędzania pojazdów.

Naukowcy z Center of Automotive Management (CAM) na Uniwersytecie Nauk Stosowanych (FHDW) w Niemczech ustalili, że badania nad konwencjonalnymi silnikami spalinowymi od lat są w stagnacji, podczas gdy wiodącą rolę pełnią prace rozwojowe nad napędami hybrydowymi i elektrycznymi. Badania przeprowadzone przez instytut ujawniły, że 85% wniosków patentowych ma związek z technologiami alternatywnych napędów, wśród których dominują technologie hybrydowe.

„Patenty są zapowiedzią kierunków rozwoju technologii i dają informację o długofalowych strategiach producentów samochodów” – powiedział profesor Stefan Bratzel, szef CAM.

18 największych koncernów motoryzacyjnych zarejestrowało w 2014 roku 57 tys. patentów, o 7% więcej niż rok wcześniej. Z tego najwięcej, bo 26% zostało zgłoszonych przez Toyotę.

W 2014 roku Toyota zarejestrowała o 11% więcej patentów niż rok wcześniej. 5680 z nich dotyczyło technologii ogniw paliwowych, które Toyota udostępniła do powszechnego wykorzystania innym producentom. Dotyczy to m.in. kluczowych rozwiązań zastosowanych we wprowadzanej właśnie na kolejne rynki Toyocie Mirai, pierwszym seryjnie produkowanym aucie na wodór. Celem Toyoty było zachęcenie pozostałych producentów do współpracy w dziedzinie rozwoju samochodów na wodorowe ogniwa paliwowe. Wspólna praca nad nową technologią ma przyczynić się popularyzacji pojazdów napędzanych wodorem, aby w przyszłości mogły stać się realną konkurencją dla samochodów spalinowych.

500 największych firm z Europy Środkowo-Wschodniej wg Coface

Coface już po raz dziesiąty przygotował zestawienie największych firm operujących na rynkach Europy Środkowo-Wschodnie. Miniony rok był okresem ożywienia dla większości przedsiębiorstw, które znalazły się w rankingu TOP 500 CEE.

zestawienie 500 największych firm z Europy Środkowo-WschodniejWyniki przedsiębiorstw, które znalazły się w tegorocznym, jubileuszowym – bo już dziesiątym zestawieniu największych firm z Europy Środkowo-Wschodniej – są odbiciem poprawy sytuacji regionu i rysują optymistyczny obraz środkowoeuropejskiego biznesu. Miniony rok był okresem ożywienia dla większości gigantów listy TOP 500 CEE. Poprawa sytuacji makroekonomicznej spowodowała wzrost gospodarczy w regionie z 1,3 proc. w 2013 r. do 2,5 proc. w 2014 r. Największe firmy w Europie Środkowo-Wschodniej wygenerowały w 2014 r. obroty w wysokości 572 mld EUR, co stanowiło ponad połowę łącznego nominalnego PKB gospodarek CEE. Tak dobre wyniki potwierdzają, jak silnym motorem napędowym regionu są przedsiębiorstwa z pięćsetki. Największym firmom udało się zwiększyć zarówno obroty, jak i siłę roboczą – powiedział Jarosław Jaworski, prezes Coface w Polsce.

500 wiodących graczy: ożywienie wzrostu, spadek stopy bezrobocia

Średni wzrost PKB wyniósł w 2014 r. 2,5 proc., czyli niemal dwa razy więcej niż w 2013 r. (1,3 proc.). Wzrost obrotów wśród 500 wiodących firm w regionie CEE (Central Eastern Europe) wykazał podobną tendencję. Niższe stopy bezrobocia, wzrost wynagrodzeń, wsparcie niskiej inflacji i spadek cen ropy miały pozytywne skutki i sprawiły, że konsumpcja gospodarstw domowych stała się głównym czynnikiem przyspieszającym wzrost u większości gospodarek regionu.

Spadek stóp bezrobocia widoczny jest także w pięćsetce topowych przedsiębiorstw CEE, które zwiększyły swój personel o 1,7 proc. Ogółem – firmy z listy TOP 500 CEE zatrudniają 4,2 proc. siły roboczej w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

Tradycyjnie już w regionie CEE dominują duże firmy z sektora ropy naftowej i gazu. W 2014 r. musiały one stawić czoła bardzo trudnym warunkom gospodarczym. Ceny ropy gwałtownie spadły, co spowodowało zmniejszenie cen produktów rafineryjnych. Nie sposób nie wspomnieć także o znacznie mniejszej wymianie handlowej powodowanym rosyjskim embargiem. Mimo to, dzięki wyraźnym oznakom poprawy sytuacji w strefie euro pod koniec 2014 r. oraz poszukiwaniom alternatywnych rynków zbytu, przedsiębiorstwom z pięćsetki udało się zniwelować wpływ tych czynników wyjaśnia Katarzyna Kompowska, Prezes Coface na Europę Środkowo-Wschodnią.

Wiodąca pozycja Polski, najwyższa stopa wzrostu na Węgrzech i ożywienie w Czechach

Z trzech wiodących krajów pochodziło ponad 61 proc. firm, które znalazły się w rankingu.
Już kolejny rok z rzędu przewodzimy w zestawieniu TOP 500 CEE pod względem ilości firm. W 2014 r. na liście znalazło się 176 polskich przedsiębiorstw. Warto zwrócić uwagę na fakt, że polskie firmy znajdujące się na liście stanowią bardzo ważną grupę pracodawców w regionie – zatrudnienie w największych polskich przedsiębiorstwach wzrosło w 2014 r. stosunku do 2013 r. o 2,5 proc..

Na drugim miejscu uplasowały się Węgry, z 73 firmami w rankingu (+4,3 proc.). Firmom tym udało się zwiększyć przychody o +5,6 proc., czyli niemal trzy razy więcej od łącznej stopy wzrostu wśród 500 wiodących firm w regionie CEE (+2,1 proc.). Gospodarka węgierska w 2014 r. rozwinęła się o +3,6 proc. – była to najwyższa stopa wzrostu w całym regionie.

Ostatnie miejsce na podium zajęły Czechy, skąd pochodziło 65 graczy. Stanowi to imponujący wzrost o +10,2 proc. Gospodarka wreszcie uległa ożywieniu po recesji spowodowanej konsolidacją budżetową. Czeskie przedsiębiorstwa odnotowały wzrost obrotów o +7,8 proc. – najwyższy spośród wszystkich krajów.

Sektory: wzrost w budownictwie i motoryzacji, spadek w sektorze ropy naftowej i gazu

Dziewięć spośród 13 sektorów zwiększyło obroty w porównaniu z rokiem poprzednim. Sektor motoryzacyjny i transportowy kontynuował wzrost z 2013 r. i wykazał niezwykle dynamiczny rozwój w 2014 r. Światowa produkcja pojazdów wzrosła o 2,6 proc. i doprowadziła do zwiększonej produkcji w motoryzacji w regionie CEE. Przychody 86 największych firm wzrosły o +10,6 proc (101 mld EUR), a ich zyski w 2014. poszybowały w górę (+76,2 proc.). Z tego sektora pochodziło także najwięcej nowych firm w rankingu 500 wiodących przedsiębiorstw (15).

Choć miniony rok dał się szczególnie we znaki przedsiębiorstwom działającym w branży paliwowej, nadal stanowiły one jednak największą grupą firm w zestawieniu – należy do niej 105 firm i niemal 30 proc. całkowitych obrotów. W drugiej połowie 2014 r. obroty przedsiębiorstw paliwowych drastycznie spadły (-3,9 proc.), co szybko przełożyło się także na zwolnienia pracowników o -2,1 proc.

Lepsze perspektywy dla regionu CEE w 2015 roku

Rok 2015 przynosi kontynuację dobrych perspektyw dla firm regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Otoczenie makroekonomiczne, ze średnim wzrostem gospodarczym w regionie 2,8 proc. (według prognoz Coface) nadal będzie sprzyjać działalności biznesowej, zwłaszcza w przypadku największych firm. Jednak poprawa sytuacji wewnętrznej nie niweluje negatywnego wpływu zawirowań światowych rynków na gospodarki regionu. Z bieżących czynników ryzyka należy z pewnością uwzględnić spowolnienie w gospodarce Chin, które wpływa na globalne ceny surowców, ale także na sytuację w strefie euro. Tym samym już teraz możemy założyć, że zmieniające się warunki rynkowe w 2015 r. i skuteczna umiejętność dostosowania działalności biznesowej, będą skutkować wieloma przetasowaniami w przyszłorocznym rankingu – mówi główny ekonomista Coface w
Europie Środkowo-Wschodniej.

Ranking Coface TOP 500 CEE 2015

Coface, międzynarodowy ubezpieczyciel należności, już po raz dziesiąty przygotował badanie 500 największych firm w Europie Środkowej i Wschodniej. W rankingu uwzględniono wyniki przedsiębiorstw i grup kapitałowych, które zanotowały największe obroty. Analizie poddano także liczbę pracowników, strukturę firm, sektorów i rynków.

Dane na temat przedsiębiorstw pozyskują i weryfikują eksperci Coface bezpośrednio w 12 krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Prace koordynuje centrala Coface na ten region w Wiedniu, a ostatecznego scalenia listy dokonuje Coface w Polsce, jako prekursor tego projektu i najsilniejszy oddział w regionie.

W rankingu nie są uwzględniane banki i ubezpieczyciele oraz inne firmy z sektora finansowego ze względu na odmienny sposób raportowania wyników spółek, co utrudnia zestawienie ich na jednej liście z przedsiębiorstwami produkcyjnymi lub handlowymi. W przypadku grup kapitałowych prezentowane są skonsolidowane wyniki spółek z grupy, co umożliwia pokazanie rzeczywistego znaczenia i siły największych koncernów z tego regionu.

Grupa Kęty chce zwiększyć udział eksportu w przychodach do 50 proc. Liczy też na rynek krajowy, który może wzrosnąć dwucyfrowo

CEO Magazyn Polska

Strategia Grupy Kęty zakłada osiąganie połowy przychodów ze sprzedaży eksportowej. Już dziś stanowi ona 43 proc. Producent profili aluminiowych, opakowań do produktów wyciskanych liczy też na nawet 10-proc. wzrost rynku krajowego, który napędzany będzie przez nowe fundusze unijne.

– Mamy zamiar w przyszłości dojść do poziomu 50/50, czyli 50 proc. sprzedaży krajowej, 50 proc. eksportowej, z tym wiążemy duże nadzieje – mówi o planach Grupy Kęty jej prezes Dariusz Mańko.

Już dziś z zagranicy trafia do spółki 43 proc. przychodów. Dobra koniunktura w minionym półroczu dotyczyła wszystkich trzech segmentów rynku, w których działalność eksportową prowadzi spółka. Dotyczy to wyrobów wyciskanych, systemów aluminiowych oraz opakowań giętkich. Silny pozostał także rynek krajowy.

W II kwartale 2015 roku spółka Aluprof, wchodząca w skład GK Kęty, powołała w Belgii nową spółkę.

– Dla nas jest to element realizowania strategii dla segmentu systemów aluminiowych, żeby w każdym kraju, który jest dla nas interesujący, mieć swój punkt, swoje miejsce – informuje prezes Mańko.

Kapitał zakładowy nowej firmy wynosi 2,5 mln euro, a podmiot ma być odpowiedzialny głównie za rozwój sprzedaży systemów roletowych i aluminiowych w krajach Beneluksu. Strategię fizycznej obecności Grupa Kęty ma zamiar realizować również w przypadku innych rynków zagranicznych.

– Każdy z tych rynków ma pewną specyfikę. Systemy aluminiowe to systemy do okien, drzwi i rolet. Trafiają one na rynek Europy Zachodniej i każdy z tych rynków się w jakiś sposób broni – wyjaśnia ekspert.

W ubiegłym roku spółka przejęła kontrolę nad duńską firmą zajmującą się produkcją i montażem stolarki aluminiowej na terenie całej Skandynawii. Inwestycja ma stanowić zagraniczny przyczółek grupy i umożliwić wykorzystanie okazji biznesowych, które mogą pojawić się w przyszłości.

– W Wielkiej Brytanii otworzyliśmy spółkę ponad 10 lat temu, osiągnięcie tam jakichś sukcesów wymagało ogromnej cierpliwości i sumienności. Dzisiaj mamy już w Wielkiej Brytanii siedzibę, jesteśmy rozpoznawalni, marka Aluprof zaczyna coś znaczyć, to samo powinno wydarzyć się w Skandynawii – tłumaczy prezes giełdowej spółki.

Pytany o motory wzrostu spółki w najbliższych kwartałach Dariusz Mańko wskazuje przede wszystkim na segment systemów aluminiowych. Prezes GK Kęty swój optymizm uzasadnia głównie wydatkami ze środków unijnych w ramach nowej perspektywy finansowej. Liczy, że dynamika sprzedaży w tym segmencie na rynku krajowym przekroczy nawet 10 procent.

–Natomiast ciągle możemy liczyć na opakowania giętkie, bo przychody w tym segmencie systematycznie wzrastają. I oczywiście segment wyrobów wyciskanych, w którym kończymy inwestycję w nową prasę, bo to zwiększą się trochę moce produkcyjne – wyjaśnia.

Grupa Kęty działa na rynkach wymagających znacznych nakładów na badania i rozwój. Szczególne widoczne jest to w przypadku segmentu opakowań giętkich.

– Opakowania cały czas fluktuują, cały czas następuje zmiana trendu, cały czas jest nacisk na ekologię – mówi prezes Mańko.

Jak tłumaczy, z powodu presji ze strony dużych koncernów, brak nakładów na badania i rozwój uniemożliwiałby funkcjonowanie na tym rynku. Podobna sytuacja dotyczy także systemów profili aluminiowych oraz wyrobów wyciskanych.

– Wszystko idzie w kierunku ekologii, czyli, jeżeli nie wymyślimy nowego systemu okien, drzwi i fasad, które będą bezpieczne, ekologiczne i neutralne dla środowiska, to też nie ma szans bycia w biznesie – Dariusz Mańko informuje o tendencjach aktualnie występujących w branży.

Grupa Kapitałowa Kęty w I półroczu 2015 roku wypracowała 960,6 mln zł skonsolidowanych przychodów i 92,7 mln zł skonsolidowanego zysku netto. To odpowiednio o 12 i 11 proc. więcej niż rok wcześniej.

Vivid Games inwestuje w kolejne gry i nowe rozwiązania technologiczne. Firma chce, by klienci mieli łatwiejszy i szybszy dostęp do jej produktów

0

CEO Magazyn Polska

Vivid Games planuje intensywne inwestycje w rozwój technologiczny. Największa polska firma produkującą gry na urządzenia mobilne zamierza m.in. stworzyć system, który pozwoli jej dostosowywać przekaz reklamowy do oczekiwań graczy z konkretnych części świata. Chce też ułatwić grę klientom korzystającym z różnych technologicznie urządzeń. Po sukcesie gry „Real Boxing” szykuje jej nową wersję i zapowiada kolejne premiery.

Firma podkreśla, że już dziś jest w stanie prześledzić działania każdego gracza od początku jego wejścia i pobrania gry, każdy poszczególny etap.

Spółka realizuje od 2014 roku inwestycje związane z platformą dla rozgrywek międzyplatformowych, które mają na celu wiązanie ze sobą graczy na różnych platformach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roy Huppert, członek zarządu i dyrektor finansowy Vivid Games. – To oznacza, że gracze na platformie Apple mogą współgrać z graczami na platformie Android, co przekłada się na większe zaangażowanie. Oprócz elementów związanych z PvP [player versus player], czyli tym, że mniej będzie sztucznej inteligencji, więcej będzie zaangażowania bezpośredniego z graczem.

Vivid Games podaje, że jej największym sukcesem jest gra „Real Boxing”, która trafiła do ponad 25 mln odbiorców. Spółka prowadzi też prace nad grą „Real Boxing 2”, która ma się ukazać jeszcze w tym roku, zaś premiery kolejnych tytułów „Metal Fist” oraz „Real Casino” planowane są na 2016 rok.

Oprócz tego tworzymy technologie na przesył danych w czasie rzeczywistym informuje Roy Huppert. To jest technologia, która dziś umożliwia nam przekazanie zmian treści w grze na bieżąco. W obecnej, żeby dokonać zmian w grze, musimy przystąpić do pewnego usztywnionego procesu w sieci sklepów. Na przykład Apple ma procedurę przyjmowania zmian do gry, ten proces trwa czasem 2-3 tygodnie. My w tym czasie tracimy korzyści. Mając naszą nową technologię przesyłu danych w czasie rzeczywistym, zaoszczędzimy czas i na bieżąco będziemy mogli dostosować gry.

Zysk netto Vivid Games wzrósł w pierwszym półroczu o 144 proc., przekraczając 2,1 mln zł. Przychody firmy z końcem czerwca wyniosły 8,05 mln zł, co oznacza wzrost o 45 proc. Jak tłumaczy spółka w komunikacie, dobre wyniki to efekt coraz lepszej sprzedaży gry „Real Boxing”, co dobrze wróży drugiej części, której premiera planowana jest na przełom III i IV kwartału bieżącego roku. Vivid Games podkreśla, że liczy na jeszcze lepsze wyniki, dzięki zaoferowaniu gry tak dopasowanej do graczy, że będą mogli optymalizować przychody. W przypadku bezpłatnych gier, jakie oferuje spółka, kluczowe jest skuteczne dotarcie do odbiorcy z przekazem reklamowym.

Dla przykładu, jeżeli dzisiaj możemy przesłać ulotkę o promocji, to ta ulotka musi być w języku angielskim tłumaczy Roy Huppert z Vivid Games.  W takiej formie trafia do całego świata. Natomiast w naszej nowej technologii będziemy mogli te ulotki doprecyzować i dostosować do rynków indywidualnych, np. będziemy mogli robić ulotkę w języku chińskim, w dialekcie mandaryńskim, która będzie dystrybuowana tylko w tym regionie, gdzie ten dialekt jest obecny. Znacznie lepiej będziemy w stanie trafić do tych użytkowników, którzy są zainteresowani grą i którzy są płatnymi użytkownikami. Te technologie w sposób automatyczny są związane z możliwościami monetyzacji naszych gier.

Vivid Games notowana jest na rynku alternatywnym NewConnect od sierpnia 2012 roku. Trzy lata po debiucie zapowiedziała przeniesienie na rynek główny GPW.

Medicalgorithmics szuka nowych rynków. Najbliższych kontraktów można się spodziewać w krajach Azji Środkowo-Wschodniej

0

Medicalgorithmics

Medicalgorithmics chce zwiększyć swoją obecność na rynkach Europy, Ameryki Południowej i Azji Środkowo-Wschodniej. To z tego ostatniego regionu można się spodziewać kolejnych kontraktów firmy, która podpisuje średnio kilka umów w ciągu roku. Głównym jej rynkiem są wciąż Stany Zjednoczone, coraz więcej przychodów pochodzi jednak z nowych rynków. W tym roku podpisano umowę w Brazylii, rozszerzamy też współpracę z Wipro Limited na terenie Azji.

Zdobywamy nowych partnerów, podpisaliśmy niedawno umowę w Meksyku, jesteśmy obecni w Kanadzie, więc już w całej Ameryce Północnej. Wciąż bardzo interesuje nas Azja Wschodnia i Środkowa, a także Europa. Co roku staramy się podpisywać przynajmniej trzy nowe umowy dystrybucyjne. Myślę, że to tempo uda nam się zachować – mówi agencji Newseria Inwestor Piotr Żółkiewicz, członek rady nadzorczej Medicalgorithmics.

Spółki działa w obszarze nieinwazyjnych urządzeń medycznych i a jej flagowym produktem jest system do analizy pracy serca PocketECG. Stany Zjednoczone pozostają dla Medicalgorithmics najważniejszym rynkiem, spółka chce jednak uzyskać znaczącą pozycję w innych krajach, przede wszystkim w Azji, Ameryce Południowej i Europie. W 2014 roku firma podpisała umowy dystrybucyjne z partnerami z Indii, Hiszpanii, Nowej Zelandii, Australii i Meksyku. Pierwsze dostawy ruszyły w lipcu, z wyjątkiem Meksyku, z którym kontrakt został podpisany w listopadzie. W Indiach spółka współpracuje z Wipro Limited, dużym koncernem notowanym na NASDAQ. W tym roku, po ponad 2 latach negocjacji, podpisała umowę na dystrybucję PocketECG III w Brazylii. To rynek atrakcyjny przede wszystkim ze względu na wspieranie przez rządzących telemedycyny.

W Ameryce Południowej jeszcze nie wszędzie jesteśmy. Podpisaliśmy kilka miesięcy temu umowę w Brazylii, to jest ogromny rynek. Liczymy na spore przychody z niego, ale dopiero za parę lat, ponieważ komercjalizacja produktu od zera w danym regionie wymaga czasu i wiele pracy – przyznaje Piotr Żółkiewicz.

W tym roku firma chce podpisać kolejne umowy dystrybucyjne, prawdopodobnie w krajach Azji Środkowo-Wschodniej. Na celowniku Medicalgorithmics jest również Japonia. Jak przekonuje Żółkiewicz, firma stara się dostosować model biznesowy do określonych rynków.

Każdy kraj jest zupełnie innym rynkiem, ponieważ służba zdrowia zorganizowana jest w inny sposób, więc musimy dopasować nie tylko ceny, lecz także modele biznesowe. Na jednym rynku sprzedajemy sprzęt, a na innym go leasingujemy czy wydzierżawiamy, na jeszcze innym staramy się świadczyć usługę –mówi członek rady nadzorczej Medicalgorithmics.

Obecność na nowych rynkach przełożyła się na wyniki spółki. W pierwszym kwartale Medicalgorithmics odnotowało 5,07 mln zł zysku netto wobec 3,77 mln zł zysku w analogicznym okresie ubiegłego roku. Zysk operacyjny wyniósł 4,67 mln zł wobec 3,77 mln zł zysku rok wcześniej, a przychody ze sprzedaży sięgnęły 10,93 mln zł (5,94 mln zł w 2014 roku).

W ostatnich latach udawało nam się prawie podwajać przychody. Dynamika, która pokazaliśmy w raporcie za pierwszy kwartał, sięga 80 proc. i mam nadzieję, że w najbliższych latach utrzymamy to tempo. Oczywiście, im jesteśmy więksi, im baza jest większa, tym trudniej o zachowanie procentowo takiej samej dynamiki, ale będziemy się starać – zaznacza Piotr Żółkiewicz.

Globtrex.com: Ropa po dojściu do tegorocznych minimów ma szansę na odbicie do ok. 60 dol. Miedź mimo chwilowej poprawy może dalej tanieć

CEO Magazyn Polska

Rynek ropy, gdzie spadki trwają przeszło rok, a ceny zbliżyły się do minimów sprzed lat, powinien się lekko odbić. W perspektywie kilku kwartałów cena może powrócić do poziomów z połowy roku, czyli ok. 60 dolarów. Natomiast miedź mimo chwilowej poprawy raczej pozostanie w trendzie spadkowym.

– Ceny ropy spadły już do poziomu około 37 dol.  podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sławomir Dębowski, główny analityk globtrex.com. Jeśli popatrzymy na długoterminowy wykres, to na dnie kryzysu, który mieliśmy pod koniec 2008 roku, ceny ropy dotarły do poziomu około 33,5 dolara. Wydaje się, że w perspektywie najbliższych kilku tygodni może dojść do przesilenia na cenach ropy. Myślę, że poziom 33,5 nie zostanie na trwałe przebity i w efekcie potem można będzie szukać jakiejś okazji do tego, żeby rozpocząć grę na wzrosty na ropie.

Ropa WTI w ubiegłym tygodniu zyskała 5,5 dol. na baryłce, rosnąc z poziomu niespełna 38 dol. za baryłkę do przeszło 42 dol. Cena sprzed tygodnia była najniższa od przełomu 2008 i 2009 roku.

– Jeśli popatrzymy na wykres długoterminowy, to zobaczymy, że spadki trwają już od roku 2013, więc nawet gdybyśmy mieli mieć tylko korektę na wykresie cen ropy, to z powrotem możemy wrócić do poziomu nawet 60 dol., ale to jest perspektywa na najbliższe kilka kwartałów – mówi ekspert.

Ropa z krótkimi przerwami tanieje już od ponad dwóch lat. Spadki rozpoczęły się w połowie 2013 roku, jednak w tamtym czasie cena baryłki tego surowca utrzymywała się na poziomie ok. 100 dolarów. Dopiero gdy jesienią zeszłego roku w regionie ługańskim i regionie donieckim trwały najbardziej dramatyczne walki, baryłka ropy potaniała z ponad 90 dolarów do niespełna 50. Ponieważ Rosja swój program zbrojeniowy finansuje dzięki dochodom ze sprzedaży surowców, to Stany Zjednoczone, odcinając Kreml od źródła pieniędzy, na bezprecedensową skalę zwiększyły wydobycie i eksport ropy. Zażegnały też konflikt z Iranem, który zapowiada, że i jego ropa wkrótce trafi na rynek.

Inaczej sytuacja wygląda na rynku miedzi. Tu też pod koniec ubiegłego tygodnia nastąpiło umocnienie, jednak zdaniem analityków surowiec ten nie ma szans na zwyżkę w dłuższym terminie. Tutaj decydujące znaczenie mają informacje o stanie chińskiej gospodarki i popycie w Państwie Środka, a te są pesymistyczne już od kilku kwartałów.

To jest odpowiedź rynku surowcowego na to, co się dzieje w Chinach. Wydaje się, że po przełamaniu ważnych długoterminowych wsparć ceny miedzi będą dalej spadały przewiduje Sławomir Dębowski.  To jest oczywiście problem dla polskiej spółki, dla KGHM-u. Być może w perspektywie najbliższych kilku miesięcy, gdy sytuacja dalej się będzie pogarszała, a ceny miedzi będą na jeszcze niższych poziomach, zostanie np. cofnięty podatek od wydobycia kopalin dla tej spółki. To jest jednak bardzo duża spółka i jeden z większych pracodawców, jeśli chodzi o tamten region.

Spadną ceny gazu. Jutro wchodzą w życie nowe taryfy dla klientów indywidualnych i firm

CEO Magazyn Polska

Od 1 września gaz będzie tańszy. Spadające ceny surowców i niższe kursy na Towarowej Giełdzie Energii pozwoliły obniżyć taryfy spółki PGNiG Obrót Detaliczny dla klientów indywidualnych i biznesowych,] o 6,5 proc dla gazu ziemnego wysokometanowego oraz o 2,5 proc. dla gazu zaazotowanego.

– W związku z decyzją prezesa Urzędu Regulacji Energetyki nowa taryfa wejdzie w życie 1 września. Analiza portfela zakupu gazu i niskie ceny na Towarowej Giełdzie Energii pozwoliły nam na obniżenie taryf, zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prezes Tomasz Bukowski z PGNiG Obrót Detaliczny. –  Zgodnie z decyzją prezesa Urzędu Regulacji Energetyki nowa taryfa będzie obowiązywała do końca roku.

Nowe stawki za gaz mają obowiązywać przez najbliższe 4 miesiące.

– Poziom obniżek cen gazu będzie wynosił około 6,5 proc. dla gospodarstw domowych oraz klientów biznesowych, natomiast sama zmiana na rachunkach to około 4 proc. w związku z tym, że pozostałe składniki nie ulegną zmianom informuje Tomasz Bukowski.

Pozostałe składniki to opłata abonamentowa oraz opłata za dostarczenie gazu. Uwzględniając zróżnicowanie cen i stawek opłat w różnych grupach taryfowych, spadek całkowitych płatności z tytułu dostarczenia paliwa gazowego (obejmującej cenę gazu, opłaty dystrybucyjne oraz abonament) widoczny na rachunkach wyniesie średnio 4,5 proc. dla gazu ziemnego wysokometanowego oraz 1,9 proc. dla gazu zaazotowanego.

Wrześniowa obniżka cen gazu ma nadzwyczajny charakter. PGNiG Obrót Detaliczny miał już taryfę na ten rok zatwierdzoną przez Urząd Regulacji Energetyki i miała ona obowiązywać do końca grudnia. Wobec systematycznych i – jak wiele wskazuje – trwałych spadków cen, w połowie roku rozpoczęły się przygotowania do wprowadzenia nowych stawek.

–  Nasze decyzje taryfowe podążają za zmieniającym się rynkiem – tłumaczy prezes zarządu PGNiG Obrót Detaliczny. – Od jakiegoś czasu obserwujemy spadek cen gazu na Towarowej Giełdzie Energii, dlatego aby zachować właściwą pozycję konkurencyjną i bronić rynku, nasza spółka stara się w taki sposób kształtować swoje taryfy, aby odpowiadały sytuacji rynkowej. Wydaje nam się, że obecna oferta, którą kierujemy do odbiorców, dodatkowo wzbogacana o programy rabatowe, które prowadzimy od I kwartału tego roku, pozwoli spółce utrzymać właściwą pozycję na rynku.

Ceny gazu na światowych rynkach powiązane są z cenami ropy naftowej, a ta od ponad roku systematycznie tanieje. Rok temu baryłka tego surowca kosztowała ponad 100 dolarów, a dziś ok. 44 dolary. To, ile się płaci za gaz, nie jest aż tak silnie powiązane z rynkiem. Ceny w taryfach wynikają na ogół z długoterminowych umów z dostawcami, ale i one wraz ze spadkiem notowań ropy są coraz niższe.

Projekt ustawy frankowej nie jest przejrzysty. O tym, kto będzie mógł przewalutować kredyt, będą decydowały sądy

CEO Magazyn Polska

Przyjęte przez Sejm propozycje zasad restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych mają sporo wad – przestrzegają prawnicy. Wątpliwości budzą m.in. kryteria mówiące o tym, kto będzie mógł skorzystać z nowej ustawy, kwestia wyceny nieruchomości czy interpretacji pewnych niejasnych pojęć. W rezultacie w wielu przypadkach będą musiało tym decydować sądy. Eksperci spodziewają się wysypu spraw.

Po umocnieniu kursu franka szwajcarskiego Polakom,  którzy wzięli kredyty w tej walucie, wzrosły odsetki oraz suma zadłużenia. Problem w tym, że na takie rozwiązanie sami się zgodzili, podpisując umowę kredytową. Jeżeli zaś po wejściu w życie nowych przepisów zdecydują się na skorzystanie z zapisów ustawy, podejmą kolejne ryzyko.

To są produkty 25-30-letnie, zatem nie ma pewności, jaki będzie kurs franka za 10, 15 czy 20 lat, a nawet za rok. Nie ma też pewności, jak się będzie zachowywała stopa procentowa na złotówkach czy na franku szwajcarskim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Merczyński, szef działu procesowego w kancelarii Allen & Overy. – Pojawia się więc pytanie: jeżeli kredytobiorca podejmie złą decyzję, bo za kilka czy kilkanaście lat kurs franka się zupełnie odwróci, czy będziemy wprowadzali odwrotność, czyli ustawę, która da możliwość cofnięcia się kredytobiorcy do pierwotnego rozstrzygnięcia.

Jak podkreśla ekspert, w Polsce 99 proc. frankowiczów spłaca terminowo raty kredytu. Nie jest to więc taki problem społeczny jak na Węgrzech, gdzie co piąty zadłużony w tej walucie miał problem ze spłatami.

Autorzy ustawy twierdzą, że rozwiązuje ona istotny problem społeczny. Mam co do tego bardzo poważne wątpliwości. Ustawa nie wprowadza żadnego kryterium dochodowości, czyli każdy w zależności tylko od tego, jaka jest powierzchnia użytkowa jego lokalu, będzie mógł z niej skorzystać. Czyli np. osoba samotna z bardzo wysokimi dochodami z dużego miasta, która z powodzeniem spłaca swój kredyt i ma nadwyżki finansowe, również dostanie prezent w postaci umorzenia 90 proc. tego nawisu walutowego na kredycie – wyjaśnia Bartosz Merczyński.

Jego zdaniem w ustawie brakuje również wyjaśnienia, dlaczego zostały przyjęte takie, a nie inne kryteria, na podstawie których kredytobiorcy będą mogli skorzystać z tej ustawy.

Dlaczego istotne są kryterium wielkości mieszkania czy domu, kryterium liczby dzieci, a nie np. osób, które pozostają we wspólnym gospodarstwie domowym? Dlaczego osoba, która ma trójkę dzieci i mieszka w 500-metrowym pałacu, może skorzystać z ustawy, a dlaczego rodzina, która ma dwa mieszkania 40-metrowe i jedno z nich wynajmuje, żeby spłacić kredyt, już nie może z tej ustawy skorzystać – mówi szef działu procesowego w kancelarii Allen & Overy.

Problemy praktyczne wiążą się również z kwestią wyceny nieruchomości czy interpretacją niektórych nieostrych pojęć.

Jeżeli ta ustawa wejdzie w życie, to należy liczyć się z tym, że banki będą albo odmawiały, albo kierowały sprawę na drogę postępowań sądowych, żeby to sądy rozstrzygały wątpliwości związane z interpretacją tej ustawy. Dlatego nie będzie to tak kolorowe dla kredytobiorców. Wydaje mi się, że będą potrzebne procesy cywilne, na podstawie których sądy będą dopiero ustalały, czy dany przypadek kwalifikuje się do restrukturyzacji – ocenia Bartosz Merczyński.

Projektem przyjętym przez Sejm na początku września zajmie się Senat. Ustawa zakłada, że w ciągu pięciu lat część posiadaczy kredytów walutowych będzie mogła je zamienić na złotowe. 90 proc. kosztów tej transakcji poniosą banki.

UOKiK mocniej stawia na ochronę praw konsumentów. Nie oznacza to, że zaniecha tropienia zmów cenowych

0

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów chce mocniej postawić na ochronę konsumentów. W dalszym ciągu będzie też szukał śladów zmów cenowych i niedozwolonych porozumień handlowych. Przedsiębiorcy często nie wiedzą, że za zmowę jest uznawane również nawet nieformalne porozumienie, np. zawarte drogą mailową nawet kilkanaście lat wcześniej. 

W styczniu tego roku weszły w życie przepisy, które nakładają surowsze kary na przedsiębiorców zaangażowanych w zmowę. Teraz UOKiK chce mocniej zdefiniować kwestie konsumenckie. Sejm w sierpniu przyjął projekt ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który zwiększa ochronę konsumentów.

– W tej chwili UOKiK bardzo mocno zdefiniował w zasadach swojej polityki kwestie konsumenckie. Jest to właściwie podkreślane na każdym spotkaniu – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Kozak, radca prawny w Kancelarii Affre i Wspólnicy. – Urząd wyraźnie będzie dążył do tego, żeby objąć swoją kognicją i w szerszym zakresie próbować ścigać zachowania, które godzą w szerokie interesy konsumentów. Nie oznacza to jednak, że nie będzie się teraz zajmował ochroną konkurencji, bo np. w ostatnim czasie poszukuje osób do prowadzenia przeszukań z umiejętnościami informatycznymi. Myślę, że UOKiK będzie nadal aktywny w tym zakresie.

Prawniczka podkreśla, że zmowa cenowa nie dotyczy wyłącznie porozumienia producentów danej branży co do poziomu cen oferowanych dystrybutorom, lecz także porozumień o tym charakterze zawartych w umowach handlowych, na przykład między producentem a dystrybutorem, które mogą być nielegalne.

Niezależnie od tego, czy porozumienie ma charakter horyzontalny (między przedsiębiorcami) czy wertykalny (producent z dystrybutorami), a dotyczy ustalania poziomu cen odsprzedaży, to w oczach prawa każde z nich jest zmową cenową. Co więcej, nie jest nawet istotne to, czy dana cena została faktycznie ustalona, ważne że był taki zamiar.

– Należy pamiętać o tym, że pojęcie zmowy nie dotyczy tylko umowy, lecz także każdej formy porozumienia, również tego, które ma charakter nieformalny. Czasami wystarczy wymienić e-maile: „sprzedajecie nasz produkt za tanio, prosimy, żeby ceny były na takim poziomie”. To również jest objęte zakresem karania przez prezesa UOKiK – przypomina ekspertka.

Trudno jest określić, jakiego typu zmowy zawierane są częściej. Łatwiej wykrywalne są te zawarte miedzy przedsiębiorcą a dystrybutorami jego produktów. Wystarczy wówczas wejść w posiadanie e-maila, także nieformalnego.

– Może to być umowa, która funkcjonuje kilkanaście lat i nie została zmieniona w tym zakresie. To wystarczający środek dowodowy, żeby wykazać, że do takiego porozumienia doszło – podkreśla Kozak.

W ubiegłych latach UOKiK mógł się pochwalić spektakularnymi wykryciem zmów cenowych. Jedna z nich dotyczyła zmowy największych cementowni w Polsce, które co najmniej od 1998 roku dzieliły rynek.

– Każdemu przedsiębiorcy przysługuje prawo wniesienia odwołania od decyzji prezesa UOKiK, sądem właściwym jest Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie – mówi ekspertka i przypomina, że następnie apelację rozpatruje sąd apelacyjny, a ostatecznie Sąd Najwyższy. – Zmiany decyzji dotyczą głównie kwestii proceduralnych, wysokości kary, natomiast co do meritum, to z reguły decyzje prezesa są podtrzymywane.

Urząd notuje różne przykłady naruszania przepisów, wszystko zależy od pomysłowości samych przedsiębiorców. Rocznie UOKiK prowadzi do dwustu spraw związanych ze zmowami cenowymi, często dochodzi również do uzgodnień związanych z przetargami, gdzie przedsiębiorcy ustalają między sobą jego warunki.

– To bardzo często są wysublimowane systemy, szyfry. Przykładem mogą być Stany Zjednoczone, gdzie właściciele stacji benzynowych porozumieli się i sygnalizowali, jakie mają być ceny galonu benzyny. Wywieszali je na słupach z cennikami, które stoją przed każdą stacją benzynową, i w ten sposób sygnalizowali, jakie ceny będą stosowane – tłumaczy Kozak.

Zmowa cenowa o charakterze horyzontalnym częściej występuje w branżach mało transparentnych, gdzie dużo szczegółów ustala się na nieformalnych spotkaniach. Producenci często jednak zapominają, że nielegalne jest również ustalanie w ramach jednej firmy ceny minimalnej, a w przypadku firm działających na unijnych rynkach – uzależnianie cen od rynku. Zmowy cenowe stanowią ponad 50 proc. nadużyć w Polsce w obszarze przetargów publicznych ( dane z raportu „Public Procurement: costs we pay for corruption” przygotowanego na zlecenie Komisji Europejskiej).

Udany sezon dla polskich hotelarzy. Ceny nad polskim morzem podobne do tych na południu Europy

0

Jacek Piasta

Ze względu na pogodę wielu Polaków tegoroczny urlop spędziło w kraju. Szczególną popularnością cieszyły się kurorty nadmorskie. W większości tamtejszych hoteli już na początku sierpnia brakowało wolnych pokoi. Zainteresowanie turystów przełożyło się na wzrost cen – za wakacje nad polskim morzem trzeba było często zapłacić więcej niż w krajach południowej Europy.

Z raportu firmy Mondial Assistance wynika, że 2/3 Polaków planowało w tym roku wakacje w kraju. Dane serwisu Booking.com pokazują, że już w połowie lipca średnie obłożenie hoteli wyniosło 76 proc. Największą popularnością cieszyły się kurorty nadmorskie, głównie Sopot, Władysławowo, Kołobrzeg, Świnoujście i Międzyzdroje. Tam już w połowie wakacji trudno było znaleźć miejsce na nocleg, zarówno w hotelach, jak i na kempingach. O udanym sezonie w dużej mierze zdecydowała wyjątkowo piękna pogoda oraz sytuacja polityczna na świecie.

Polacy w tym roku nie pojechali do Chorwacji tak gremialnie jak w latach ubiegłych, dlatego że do Chorwacji pojechali Niemcy, którzy z kolei nie polecieli do  Afryki Północnej z uwagi na niepokoje w Tunezji i do Europy Południowej. W efekcie dla Polaków tych miejsc zabrakło i stąd m.in. taka popularność polskich kurortów nadmorskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Piasta, ekspert Instytutu Hotelarstwa.

Zainteresowanie turystów przełożyło się na wzrost cen. Z raportu firmy Trivago wynika, że ceny wynajmu pokoju w hotelach wzrosły nawet o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Za dobę hotelową w Kołobrzegu, Sopocie lub Międzyzdrojach trzeba było zapłacić średnio ponad 500 zł. Jest to kwota porównywalna z cenami pokoi hotelowych w kurortach na południu Europy. Największy wzrost cen w stosunku do poprzedniego sezonu nastąpił w Ustce (30 proc.) i Międzyzdrojach (20 proc.).

– Była pogoda, przyjechali goście, ceny z automatu zaczęły dramatycznie wzrastać. Gości jest mniej, pogoda się załamuje, ceny spadają. Hotelarstwo nie ma sztywnych cen, hotelarstwo jest bardzo wrażliwe na wszelkiego rodzaju zmiany w gospodarce i preferencjach klientów – mówi Jacek Piasta.

Zdaniem ekspertów, aby właściciele hoteli mogli mówić o rentowności, frekwencja powinna wynieść minimum 30 proc., choć nieco inaczej wygląda to w przypadku dużych hoteli, a inaczej w przypadku małych. Przyjmuje się jednak, że hotel 50-60-pokojowym przy 30 proc. obłożenia powinien już obsługiwać wszystkie swoje koszty operacyjne, czyli bieżące, wynikające z codziennej pracy hotelu. W tym roku komplet gości miały nie tylko duże hotele. Wolne miejsca szybko skończyły się także na kempingach, w motelach i apartamentach.

– W miejscowościach wypoczynkowych oraz w centrach administracyjnych oferta apartamentów i aparthoteli staje się coraz poważniejsza. Wielu klientów korzystając na nieco niższych cenach, decyduje się zrezygnować z recepcji, ze śniadania i wynająć apartament zamiast typowego pokoju. Hotelarze muszą się z tym liczyć, na pewno będą sobie z tym radzili – mówi Jacek Piasta.

Na wynajęcie apartamentu szczególnie chętnie decydują się rodziny z dziećmi. Wykupują one najczęściej apartamenty dwupokojowe. Cena wynajmu liczy się od rodzaju apartamentu, a nie od liczby gości w sezonie letnim za dwupokojowy apartament w kurorcie nadmorskim trzeba zapłacić od 200 do 400 zł.

Dziennie rejestrowanych jest ponad 3 tys. domen. Zainteresowanie od kilku miesięcy rośnie

Łukasz Gawior

Polska zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem przyrostu rejestracji nowych domen internetowych. Jeszcze w 2008 roku było to mniej niż 400 tys., w ubiegłym roku już ponad milion. Ten rok może zakończyć się jeszcze lepszym wynikiem, tylko w I półroczu zarejestrowano 600 tys. nowych domen. To efekt dobrej koniunktury gospodarczej i rosnącej świadomości przedsiębiorców. Jeszcze kilka lat temu co druga firma zatrudniająca powyżej 10 pracowników nie miała strony internetowej, na koniec 2014 roku już co trzecia.

W ubiegłym roku zarejestrowano ponad milion domen. Na koniec grudnia rynek liczył 2,5 mln domen polskich. Rejestracja odbywa się przede wszystkim poprzez rejestratorów domen. Liderami rynku jest Home.pl [udział w obsłudze domen .pl to 23,8 proc. – red], Nazwa.pl [21,12 proc.] i Consulting Service [9,77 proc.]. W większości to polskie firmy – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Gawior z firmy hostingowej Zenbox.pl.

Na koniec I półrocza 2015 roku stan rejestru domeny .pl wynosił blisko 2,6 mln aktywnych nazw utrzymywanych na rzecz ponad 976 tys. abonentów – wynika z raportu NASK.

Marzec był trzecim najlepszym miesiącem w historii – liczba rejestracji przekroczyła 105 tys. Lepsze wyniki zanotowano tylko w 2010 i 2012 roku. Od kwietnia średnio rejestruje się ok. 90 tys. domen. To wszystko sprawia, że Polska jest w czołówce pod względem przyrostu nowych rejestracji (3. miejsce) i choć pod względem liczby domen do światowych liderów jeszcze sporo nam brakuje, to rynek szybko się rozwija.

Największą liczbę nowych rejestracji zanotowały Niemcy, Wielka Brytania i Holandia. Polska zajmuje pod tym względem 8. miejsce w Europie i 12. na świecie (dane Centre Domain Wire).

Po pierwsze wynika to z lepszej koniunktury gospodarczej. Klienci chętniej wydają pieniądze na marketing, a to łączy się też z domenami. Drugim elementem jest większa świadomość rynku – klienci dostrzegają potrzebę reklamowania się poprzez domeny i tworzenie stron internetowych. Trzecim elementem jest agresywna polityka sprzedażowa podmiotów, które przez pierwszy rok rozdają domeny za darmo, a dopiero później klient płaci za jej utrzymanie normalne stawki – tłumaczy Gawior.

Lepsza koniunktura na rynku to więcej nowych firm zakładanych przez młodych ludzi. Dla nich strona internetowa jest rzeczą oczywistą. Na domeny coraz częściej decydują się też firmy, które na rynku działają już jakiś czas. Dane GUS-u wskazują, że na koniec 2014 roku strony internetowej nie miała co trzecia firma zatrudniająca powyżej 10 pracowników.

Statystyki z roku na rok są coraz lepsze. Jeszcze niedawno połowa firm w Polsce nie miała strony internetowej. Wyniki sprzedażowe pokazują, że świadomość jest coraz wyższa, więcej nowych firm tworzy strony internetowe i przywiązuje do tego większą wagę – ocenia Gawior.

Liderem rejestracji nowych domen są firmy, które w ten sposób chcą dotrzeć do jak najszerszej grupy klientów. Rośnie też grupa osób indywidualnych, które decydują się na zakup domeny. Co trzeci klient firm hostingowych to przeciętny Kowalski.

Osoby fizyczne rejestrują domeny w celu tworzenia blogów, forów, społeczności bądź promowania siebie – wskazuje ekspert Zenbox.pl.

Najpopularniejszą domeną wciąż jest ta z rozszerzeniem .pl, ale rosnący popyt sprawił, że wprowadzona została możliwość rejestracji z rozszerzeniem .hotel, .bar czy .fitness. Pozwala to właścicielom firm zwiększyć swoją pozycję w wyszukiwarkach. Eksperci oceniają, że nowa oferta i coraz większe zainteresowanie domenami sprawiają, że rynek powinien wciąż się rozwijać.

Wycena Home.pl., czyli lidera, wyniosła 640 mln zł, więc prawdopodobnie w Polsce wartość rynku przekracza już 1 mld zł. Na świecie zajmuje się tym tysiące firm, liczba rejestracji to kilkaset milionów, więc światowy rynek wart jest prawdopodobnie kilka miliardów dolarów – ocenia Łukasz Gawior.

Internet coraz częściej zastępuje Polakom lekarza. Tracą w ten sposób czas i pieniądze

Piotr Niedziałkowski

Zdecydowana większość Polaków kupuje leki oraz decyduje się na badania bez konsultacji ze specjalistą. W dużej mierze wynika to ze zbyt długiego czasu oczekiwania na wizytę u lekarza oraz z tego, że duża część społeczeństwa myśli, że medycyna jest prosta i przewidywalna. Samodzielne decydowanie o terapii i wykonywanych badaniach może być jednak niebezpieczne dla zdrowia, często jest też równoznaczne ze stratą czasu i pieniędzy.

Z danych GUS wynika, że 90 proc. polskich gospodarstw domowych kupuje leki z własnej inicjatywy, bez konsultacji z lekarzem. Raport GUS pokazuje również, że 1,5 mln polskich internautów właśnie w sieci szuka informacji o chorobach. Zdaniem ekspertów w dużej mierze wynika to ze zbyt długich kolejek do lekarzy specjalistów średni czas oczekiwania na wizytę wynosi trzy miesiące. Lekarze ostrzegają jednak, że niewłaściwe stosowanie leków może skutkować wystąpieniem poważnych problemów zdrowotnych. Wykupywanie badań na podstawie diagnozy internetowej oznacza natomiast najczęściej stratę czasu i pieniędzy.

– Proces leczenia w ciągu ostatnich lat został odwrócony. Wygląda on tak, że najpierw pacjenci zaczynają się badać, później idą do lekarza, lekarz zbiera wywiad, kieruje na kolejne badania, pacjent idzie znowu na badania, wraca do lekarza, lekarz zleca kolejne badania i kolejnych specjalistów, a pacjent wpada w medyczny matrix. Traci pieniądze, nie ma diagnostyki, nie ma leczenia lub dostaje jakieś tabletki, które leczą objawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr n. med. Piotr Niedziałkowski, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii.

Aby terapia była efektywna i nie przynosiła szkody, pacjent najpierw musi udać się do lekarza. Ten powinien zebrać wywiad z chorym, dokładnie zbadać stan organizmu i zlecić wykonanie badań. Następnym krokiem powinna być analiza wyników badań przez lekarza. Na ich podstawie lekarz może określić przebieg terapii i przepisać odpowiednie leki. Pacjenci zaburzają tę kolejność działań, np. w przypadku podejrzenia alergii. Najczęściej najpierw wykonują testy, a dopiero później idą do alergologa. W większości przypadków część testów wykonują niepotrzebnie. Testy powinny bowiem utwierdzać lekarza w uściśleniu rozpoznania.

Często na podstawie wywiadu już wiemy, na co pacjent jest uczulony, i badanie diagnostyczne jest tylko potwierdzeniem tego, co wykrył lekarz. Często wykonanie testów alergicznych może wykazać alergię na większość alergenów, co zupełnie nie przekłada się na nasze życie, czyli realia łączymy z wynikiem badania i dopiero analizujemy ten wynik – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski.

Wizyta u lekarza nie musi wynikać z podejrzenia choroby, może, a nawet powinna być częścią profilaktyki zdrowotnej. Jest to istotne zwłaszcza wtedy, gdy w rodzinie występowały choroby przewlekłe lub nowotwory. Do wizyty takiej warto się przygotować, czyli zebrać wywiad rodzinny w zakresie występujących chorób, sprecyzować, czego się pacjent obawia i co chciałby zmienić w zakresie ochrony zdrowia, a przede wszystkim czego oczekuje od swojego lekarza. Powoli społeczeństwo dojrzewa do tego, żeby zapobiegać występowaniu chorób lub oddalać ich ujawnienie w czasie. Dlatego wzrasta liczba świadomych pacjentów, którzy korzystają z porad lekarskich w pełni zdrowia. Już dziś mogę Państwa zaprosić do korzystania z takich porad polegających na szczegółowej ocenie stanu zdrowia i działaniach profilaktycznych.