Koniec deflacji w Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania ma znów inflację. Na razie symboliczną, ale zawsze. Jest to ten rzadki moment na rynkach, gdy inwestorów cieszy rosnąca inflacja. Poznaliśmy dobre dane na temat wynagrodzeń i zatrudnienia w Polsce. Wymiana handlowa Japonii pozytywnie zaskoczyła rynki. Dzisiaj kończy się ostatni etap formalności w sprawie Grecji – decyzje dwóch ostatnich parlamentów.

Wczorajsze dane na temat inflacji w Wielkiej Brytanii pozytywnie zaskoczyły rynki. Okazała się ona wyższa od oczekiwań o zaledwie 0,1%, ale już to wystarczyło, by funt się umocnił. W skali roku inflacja wynosi właśnie wspomniane 0,1% i jest dodatnia. W przypadku niskich poziomów zmian cen ich wzrost działa pozytywnie na rynki. Powodem jest fakt, że interpretowane jest to jako zapowiedź wzrostów w gospodarce, a pewien niski poziom wzrostu cen uważany jest za pożądane zjawisko. Oczywiście, gdy ceny rosną za szybko, przestaje być to korzystne dla ekonomii. W wyniku tych danych funt umocnił się do złotego o 5 groszy, czyli niemal 1%.

Wczoraj poznaliśmy również dane na temat zmian wynagrodzeń i zatrudnienia w Polsce. Zatrudnienie rośnie o 0,9% w skali roku, natomiast pensje rosną o 3,3%. Rynki zareagowały na te dane delikatnym umocnieniem. Reakcja była słaba, gdyż mniej więcej takich rezultatów się spodziewano. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że dzisiejsze dane na temat produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej są znacznie ważniejsze dla analityków. To na nie złoty powinien mocniej reagować.

W nocy opublikowano lepsze od oczekiwań dane z Japonii. Import spada o zaledwie 3,2% podczas, gdy analitycy oczekiwali 7,9%. Eksport rośnie o 7,6% przy oczekiwaniach 5,5%. Nie może dziwić zatem umacniający się jen.

Dzisiaj ostatnia seria głosowań w sprawie pożyczki dla Greków. Jako ostatni głosują Holendrzy i Niemcy. Jeśli parlamenty zgodzą się na wsparcie, a wszystko na to wskazuje, już jutro pierwsza transza pożyczki trafi do Aten. Ciekawe jak wpłynie to na działania tamtejszego rządu. Obecnie zatwierdzono pierwszą prywatyzację w wykonaniu ekipy Syrizy. Sprzedano pakiet 14 regionalnych lotnisk. Kupującymi są Niemcy. Wczoraj agencja ratingowa Fitch zachęcona pozytywnym przejściem głosowań nad programem pomocowym oraz akceptacją reform podniosła rating Grecji z CC na CCC. Jest to nadal poziom niski, ale coraz bardziej zbliżający ten kraj do standardu papierów inwestycyjnych.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
14:00 – Polska – produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna,
14:30 – USA – inflacja konsumencka.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 19.08.2015
Komentarz walutowy 19.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015

Kurs EUR/PLN jeszcze w zeszłym poruszał się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiegało w okolicach 4,1800, a kolejnego wsparcia należy teraz oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji. Dla ruchu w górę oporem jest ostatnie maksimum na 4,2400.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 19.08.2015
Komentarz walutowy 19.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest testowane obecnie 3,8350. Oporem dal ruchu w górę jest górne ograniczenie formacji spadkowej na 3,8800.

USD/PLN

Komentarz walutowy 19.08.2015
Komentarz walutowy 19.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem dolne ograniczenie trendu na 3,7450.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 19.08.2015
Komentarz walutowy 19.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 19.05.2015 do 19.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.

Polestar oficjalnie częścią Volvo

Polestar stał się oficjalnie częścią Volvo – ogłosiła szwedzka centrala firmy. Od tej pory nazwa Polestar oprócz wyczynowych wersji Volvo na tor, będzie oznaczać specjalne, najszybsze wersje samochodów cywilnych Volvo. Co ważne obok wersji sportowych Polestar może także zagościć po maską wielu cywilnych aut marki Volvo w formie pakietu oprogramowania optymalizującego działanie silnika, bez utraty fabrycznej gwarancji producenta.

Współpraca firm Volvo oraz Polestar sięga 1996 r., gdy firmy rozpoczęły wspólnie opracowywany program samochodów wyczynowych przygotowywanych do rozmaitych serii wyścigowych. Niemal 20 lat temu, firma założona przez szwedzkiego kierowcę wyścigowego Jana „Flasha” Nilssona skupiała się wokół serii STCC, czyli szwedzkiego cyklu wyścigów samochodów turystycznych oraz Volvo 860 Super Touring modyfikowanego do tych zawodów. Co ciekawe, jeszcze nie pod marką Polestar, lecz jako Flash Engineering (nazwa pochodząca od pseudonimu Nilssona) już w pierwszym roku funkcjonowania zgarnęła tytuł mistrzowski w szwedzkiej serii. Sukces ten udało się powtórzyć w kolejnym roku, pomimo silnej konkurencji ze strony marek niemieckich.

W późniejszych latach firma skupiała się na modyfikowaniu Volvo S40, S60 oraz C30 do zawodów wyścigowych ze znakomitymi efektami – odnosząc liczne sukcesy na arenie międzynarodowej. W 2001 r. do firmy dołączył Christian Dahl, który początkowo pełnił rolę głównego inżyniera wyścigowego, zaś 3 lata później odkupił udziały od Jana Nilssona i rok później przejął firmę. Wraz z przejęciem zmieniła się nazwa – Flash Engineering zastąpiła marka Polestar, nawiązująca do gwiazdy polarnej oraz pierwszego miejsca startowego w wyścigach (pole position). W późniejszych latach współpraca z Volvo zacieśniała się coraz mocniej. Siedziba firmy została przeniesiona do Goeteborga, w pobliże centrali Volvo Car Corporation. Owocem ścisłej współpracy był pierwszy opracowany całkowicie od podstaw do wyścigów model C30, za kierownicą którego Robert Dahlgren i Tommy Rustad osiągnęli rekordowy, do tej pory niepobity wynik – pole position we wszystkich zawodach cyklu STCC w 2009 r., zgarniając jednocześnie indywidualny oraz zespołowy tytuł mistrzowski.

Pierwsza koncepcja auta drogowego

Na bazie tego modelu w 2010 r. powstał drogowy prototyp Volvo C30 Polestar Concept, znany choćby z entuzjastycznego przyjęcia w brytyjskim programie „Top Gear”. Concept był samochodem czerpiącym pełnymi garściami z wyścigowych doświadczeń marki. Samochód powstał aby uczcić historyczne pasmo zwycięstw w STCC pokazując na drodze najlepsze rozwiązania sportowe w wydaniu codziennym. Auto przebudowano od podstaw – za moc odpowiadał silnik Volvo T5 o pojemności 2,5l, który po przeróbkach Polestara i zamontowaniu potężnej turbiny KKK K26 oferował przemawiające do wyobraźni 451 KM oraz 510 Nm momentu obrotowego, co pozwalało na rozpędzenie się do 100 km/h w zaledwie 4.2 sekundy oraz osiągnięcie prędkości maksymalnej przekraczającej 290 km/h. Elementy aerodynamiczne auta opracowano w tunelu powietrznym Volvo. Za przeniesienie napędu odpowiadał napęd BorgWarner 4. generacji, który w połączeniu z mechanizmami różnicowymi o ograniczonym poślizgu firmy Quaife oraz sześciobiegową manualna skrzynią biegów zapewniał niepotykany poziom dynamiki.  Również wyczynowe zawieszenie stałego partnera wyścigowego firmy Polestar – szwedzkiego Öhlinsa w zestawie z potężnymi 6-cio tłoczkowymi hamulcami Brembo nie pozostawiały wątpliwości – to prawdziwa wyścigówka na ulice.

Na jej podstawie rozpoczęto prace nad kolejnym modelem – S60 Polestar. W 2011r. po raz pierwszy zaproponowano oficjalny program optymalizujący działanie silnika oraz podnoszący moc silnika T6 do 329 KM. Rok później S60 oficjalnego zespołu wyścigowego Volvo pobiło kolejne rekordy – zespół, w skład którego weszli: Tommy Rustad, Robert Dahlgren, Fredrik Ekblom oraz Thed Björk dowieźli potrójne zwycięstwo w serii TTA – Racing Elite League w Szwecji, zwyciężając jednocześnie w klasyfikacji zespołowej, producenckiej oraz indywidualnej (mistrzem został Fredrik Ekblom).  We wrześniu tego samego roku świat ujrzał kolejny model koncepcyjny celebrujący to wspaniałe zwycięstwo – 508-konny S60 Polestar Concept.

Z torów na drogi

Był to drugi samochód drogowy stworzony od podstaw przez Polestara. Tym razem zdecydowano się zachować więcej komfortu właściwego cywilnym autom Volvo, łącząc go z wyścigową dynamiką. Samochód zbudowano wokół sześciocylindrowego silnika T6 o kodzie B6304T4, który legitymował się mocą 508 KM oraz 575 Nm momentu obrotowego. Seryjny silnik poddano przeróbkom, wymieniona została m.in. turbina na większą Garret 3171 oraz układ wydechowy Ferrita o średnicy 3.5”. Napęd BorgWarner czwartej generacji uzupełniono szperą na tylnej osi E-LSD oraz manualną skrzynią M66C o sześciu przełożeniach.

Podobnie jak w przypadku pierwszego koncepcyjnego modelu na bazie C30 auto gruntowanie przebadano w tunelu aerodynamicznym Volvo, gdzie dobrano odpowiednie dodatki poprawiające współczynnik oporu powietrza auta oraz zwiększające jego docisk. Zastosowano także regulowane zawieszenie Öhlins oraz imponujący skutecznością układ hamulcowy oparty o 6-cio tłoczkowe zaciski Brembo, oraz wentylowane tarcze o średnicy 380 mm na przodzie) chłodzone specjalnie zaprojektowanymi wlotami powietrza) oraz 302 mm na tyle auta. Dla wygody kierowcy obniżono także centralną konsolę oraz obszyto wnętrze Alcantarą. Środek uzupełniły zaprojektowane przez Polestar fotele kubełkowe. Tak przygotowane auto osiągało „setkę” w 3.9 sek, zaś jego maksymalna prędkość przekraczała 300 km/h.

Nowa seria

Kolejnym kamieniem milowym dla firmy Polestar był rok 2014, kiedy to w szwedzkiej fabryce Torslanda wyprodukowano 750 sztuk produkcyjnych modeli S60 oraz V60 Polestar oferowanych w sprzedaży detalicznej na ośmiu rynkach. W ten sposób Polestar stał się pierwszym niezależnym kooperantem biorącym aktywny udział w procesie produkcji seryjnego modelu. Powodem do radości dla fanów Volvo były kolejne zwycięstwa w cyklu STCC, gdzie Szwedzi znów zgarnęli całą pulę. 2014 r. był także rokiem debiutu marki w australijskiej serii wyścigów V8 Supercars. Specjalnie przygotowany silnik V8 do zmodyfikowanego S60 okazał się być jednym z najlepszych w serii, generując 650 KM, co przełożyło się na świetne 5. miejsce w klasyfikacji generalnej debiutanckiego roku zawodów.

Seryjny Polestar

Pierwszym modelem oferowanym w otwartej sprzedaży w Europie jest obecne S60 oraz V60 Polestar. To samochód będący wynikiem wieloletniego procesu rozwoju bazującego na doświadczeniach marki w motorsporcie. Cywilny model, który może służyć, jako bezpieczny środek transportu zarazem oferując osiągi mogące sprostać najbardziej wymagającym. Potrzebujący niecałych 5-sekund, aby przyspieszyć do „setki” model posiada 3-litrowy silnik o mocy 350 KM oraz 500 Nm momentu obrotowego. Zastosowano nową turbosprężarkę typu twin scroll firmy Borg –Warner, przeprojektowano intercooler oraz układ wydechowy, który teraz posiada 2.5” calowy przekrój, z wyjątkiem o cal szerszego odcinka końcowego. Za specjalnie zaprojektowanymi dla tego modelu felgami o rozmiarze 20×8” wprawne oko ujrzy 6-tłoczkowe zaciski Brembo oraz tarcze o średnicy 371 mm na przedniej osi. Zawieszenie to oczywiście szwedzki Öhlins, który wspierają spręzyny o 80% sztywniejsze w stosunku do wersji R-Design. Auta dostępne są w czterech wersjach kolorystycznych: czarnej, białej, srebrnej oraz charakterystycznej dla Polestara jasnoniebieskiej Rebel Blue. Model ten nie jest oferowany w sprzedaży na rynku polskim, jednak już w przyszłym roku planowane jest wprowadzenie do sprzedaży jego następcy, wyposażonego w dwulitrowy silnik z rodziny Drive-E oferujący identyczne osiągi oraz moc znamionową.

Optymalizacja bez utraty gwarancji

W ciągłej sprzedaży znajdują się natomiast pakiety Optymalizacji osiągów Polestar nowej generacji. Stosowane do nowych silników Drive-E pakiety zapewniają zupełnie nowe wrażenia podczas jazdy Volvo. Inżynierowie Polestar zastosowali tę samą koncepcję rozwoju, co podczas rozwoju samochodów wyścigowych do nowych optymalizacji silników Drive-E, najnowszego i najbardziej zaawansowanego w historii układu napędowego firmy Volvo.

Co najmniej pięć ważnych obszarów osiągów zostało zoptymalizowanych w celu zapewnienia lepszego, bardziej zrównoważonego i dynamicznego prowadzenia. Dzięki szybszym i dokładniejszym reakcjom na polecenia kierowcy zachowanie samochodu staje się zrozumiałe i przewidywalne. Te cechy są ważne dla wszystkich sposobów dynamicznej jazdy, niezależnie od tego, czy odbywa się ona na torze wyścigowym, czy na zwykłych drogach. Pakiet optymalizacji Polestar poprawia m.in. reakcje przepustnicy, szybkość zmiany biegów automatycznej skrzyni, reakcję na zdjęcie nogi z przepustnicy, utrzymywanie biegu podczas pokonywania zakrętów, czy same osiągi silnika. Wszystkie optymalizacje silników Drive-E są opracowywane w taki sposób, aby zapewniały lepsze osiągi w średnim zakresie obrotów silnika, w którym kierowca maksymalnie je wykorzystuje podczas dynamicznej jazdy, na przykład podczas wyprzedzania lub wjeżdżania na zatłoczoną autostradę. Wyższe osiągi w średnim zakresie obrotów w połączeniu z lepsza reakcją skrzyni biegów i przepustnicy sprawiają, że samochód jest bardziej dynamiczny i szybciej reaguje na zmiany podczas jazdy. Co ważne taka optymalizacja nie ma wpływu na fabryczną gwarancję auta.

 

Obligacje czekają na decyzję Fedu

W II kwartale 2015 r. PKB w Polsce wzrósł o 3,3% r/r. Pomimo że oczekiwania analityków były większe, wzrost gospodarczy w Polsce w dalszym ciągu można uznać za wysoki. Dlatego odczyt ten nie stanowi argumentu za choćby delikatnym cięciem stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Tym bardziej że brakuje także innych przesłanek do obniżenia kosztu pieniądza w Polsce. Inflacja w Polsce (lipcowy odczyt na poziomie -0,7% r/r) może w najbliższym czasie zacząć rosnąć. Dodatkowo jesteśmy w przededniu podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych.

Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

Lepiej, żeby Fed podniósł stopy we wrześniu

Na rynku pojawiły się spekulacje na temat tego, czy dewaluacja chińskiej waluty nie opóźni zacieśniania polityki monetarnej przez amerykański bank centralny. Na razie jednak nie ma żadnych sygnałów, jakoby Fed odroczył swoją decyzję z uwagi na Chiny. Dla stabilności rynków finansowych lepiej by było, gdyby podwyżka stóp w USA nastąpiła we wrześniu, ponieważ rynek jest na nią przygotowany.

Z kolei na polskim rynku długu obserwujemy czasowe uspokojenie. Zmienność jest znacznie niższa niż jeszcze miesiąc temu, gdy inwestorzy obawiali się rozwoju sytuacji w Grecji. Niestety negocjacje pomiędzy Grecją a wierzycielami trwają dalej. Nie można więc wykluczyć, że w kolejnych miesiącach rynki będą się jeszcze musiały zmierzyć z ich rezultatami.

MCI Management planuje inwestycje w firmy o zasięgu międzynarodowym. Na celowniku e-commerce, usługi finansowe oraz internet rzeczy

Tomasz Czechowicz, prezes zarządu MCI Management

Inwestycje w internetowe usługi finansowe oraz w e-commerce planuje w tym roku MCI Management. Jeden z największych polskich funduszy private equity przymierza się także do kupna firmy zajmującej się internetem rzeczy. W portfelu inwestycyjnym MCI Management ma się pojawiać coraz więcej firm o zasięgu paneuropejskim, a nawet globalnym.

– W Polsce widzimy jedno podstawowe ryzyko, że za mało jest projektów, które są dla nas atrakcyjne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Czechowicz, prezes zarządu MCI Management. Inwestujemy w trend digitalizacji, a tutaj zdarza się jedna duża transakcja rocznie. Stąd od samego początku w bardzo dużym stopniu jesteśmy obecni jeszcze regionalnie, a w tej chwili już na rynku europejskim. Jeżeli patrzymy z perspektywy europejskiej, to oczywiście to ryzyko związane z nowymi miejscami jest znacząco mniejsze, bo mamy bardzo szeroki przegląd tego rynku, bardzo dużo możliwości inwestycyjnych i je selektywnie wybieramy.

W pierwszym półroczu zysk netto z inwestycji MCI Management był bliski 103 mln zł, przy ponad 301 mln zł rok wcześniej. Tomasz Czechowicz jest jednak zadowolony z wyniku i podkreśla, że jest on zgodny z planami.

– Mieliśmy bardzo dobre półrocze, jeżeli chodzi o wyjście z inwestycji, 6 transakcji wyjścia, m.in. sprzedaliśmy Netię – 160 mln zł, debiut Wirtualnej Polski na giełdzie, częściowe wyjście, debiut Private Equity Managers na giełdzie – częściowe wyjście, debiut Windelna na giełdzie we Frankfurcie – częściowe wyjście, sprzedaż eBrokera, sprzedaż Feedo, gdzie zanotowaliśmy blisko 500 proc. stopy zwrotu, więc bardzo dużo takich historycznie bardzo wysokich, bardzo udanych transakcji wyjścia. Dwie rekordowe dywidendy: ABC Data i Index, które otrzymaliśmy w I półroczu, więc mamy na pewno historyczny rekord, jeżeli chodzi o wartość wyjść. Dużo nowych inwestycji, oczekujemy też, że będziemy w planie, jeżeli chodzi o nowe inwestycje. Ogólnie było to dla nas bardzo dobre półrocze – podsumowuje prezes MCI Management.

Spółka zapowiada, że ma ambitny program inwestycyjny. W Polsce fundusz dostrzega m.in. bardzo dynamiczny rozwój e-commerce i liczy na zyski z już posiadanych spółek, takich jak Answear czy Morele. Ocenia też, że branża FinTech (internetowe usługi finansowe) będzie się dynamicznie w Polsce rozwijała.

– W tej chwili interesuje nas przede wszystkim FinTech – deklaruje prezes zarządu MCI Management. Ciągle inwestujemy w e-commerce i myślę, że bardzo dobrze rozumiemy tę branżę. To też są market places. Myślę jednak, że w tej chwili najciekawszym dla nas segmentem jest jednak FinTech i tutaj widzimy największe szanse. Internetu rzeczy się dopiero uczymy. W drugiej połowie roku pojawi się prawdopodobnie jedna inwestycja w tym obszarze, taka o szansach globalnych, nad którą pracujemy już od dłuższego czasu.

MCI Management ocenia, że obecnie bardzo dynamicznie rozwijają się jego trzy podstawowe fundusze: EuroVentures, TechVentures i CreditVentures. Prezes Tomasz Czechowicz zakłada, że EuroVentures i TechVentures mogą w perspektywie roku, dwóch mięć ponad miliard złotych aktywów każdy.

– W tej chwili mamy dużo pootwieranych projektów, sądzimy, że pojawi się także dużo nowych inwestycji, poza tym I półrocze było bardzo dobre, jeżeli chodzi o nowe inwestycje. Oczekujemy zatem raczej przekroczenia naszych celów, jeżeli chodzi o realizację rocznych inwestycji i realizujemy inwestycje zgodnie z naszą strategią, czyli tutaj w regionie Europy Centralnej i Wschodniej, w coraz większym stopniu również w Europie Zachodniej. Myślimy, że to też będzie bardzo udane półrocze pod względem nowych inwestycji.

BGŻ BNP Paribas: tempo wzrostu gospodarczego do końca 2016 roku na poziomie 3,5 proc.

Michał Dybuła

Dynamika polskiego PKB do końca przyszłego roku powinna się utrzymać na poziomie zbliżonym do 3,5 proc. – prognozuje Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas. Polską gospodarkę wspierać będzie przede wszystkim wzrost poziomu konsumpcji. Silny pozostanie także rynek pracy, a stopa bezrobocia trwale spadnie poniżej 10 proc. Zagrożeniem dla naszego kraju jest jednak kierunek polityki fiskalnej, jaki zostanie obrany po wyborach parlamentarnych.

– Spodziewamy się, że tempo wzrostu gospodarczego utrzyma się w okolicach 3,5 proc., zarówno w tym, jak i w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas.

Analityk BGŻ BNP Paribas zwraca uwagę na niepewność co do kierunku prowadzonej polityki fiskalnej, który obierze rząd po jesiennych wyborach parlamentarnych. Jego zdaniem będzie to istotny czynnik wpływający na stan polskiej gospodarki nie tylko w tym, lecz także w przyszłym roku.

Jednym z motorów napędowych polskiej gospodarski w najbliższym czasie będzie wzrost konsumpcji. Zwiększone wydatki gospodarstw domowych to efekt między innymi poprawy sytuacji na rynku pracy.

– W przypadku konsumpcji spodziewamy się wzrostu w okolicach 4 proc. w najbliższych kwartałach. Również inwestycje, przynajmniej krótkoterminowe, powinny dość mocno dokładać do wzrostu gospodarczego – prognozuje główny ekonomista BGŻ BNP Paribas.

Ekonomista zastrzega jednak, że przyszły rok może przynieść pewne spowolnienie w zakresie inwestycji. Odnosi się to zarówno do sektora prywatnego, jak i do inwestycji w sektorze publicznym. Silny pozostanie natomiast eksport.

– Dobre tempo wzrostu gospodarczego generuje niewątpliwie popyt na pracę, widzimy to zarówno w tych twardych danych o zatrudnieniu, jak i we wszystkich badaniach wśród przedsiębiorców – tłumaczy Dybuła.

Według lipcowych danych GUS-u wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 0,9 proc. rok do roku. W firmach zatrudniających powyżej 9 osób pracowało w tym okresie łącznie 5,58 mln osób. W kolejnych okresach dynamika wzrostu zatrudnienia prawdopodobnie ulegnie stopniowemu zahamowaniu. Powodem jest nasycanie się rynku. Wzrost liczby pracujących przełoży się jednak na niższą stopę bezrobocia.

– Naszym zdaniem spadnie ona poniżej 10 proc. w najbliższych miesiącach i tak się utrzyma. Ten trwały spadek stopy bezrobocia będzie postępował – informuje Michał Dybuła.

Na koniec I półrocza stopa bezrobocia w naszym kraju według metodologii GUS wynosiła 10,3 proc. Według danych ministerstwa pracy w lipcu bezrobocie spadło jednak do 10,1 proc. i jak zapowiada minister Władysław Kosiniak-Kamysz, w sierpniu powinno spaść do wartości jednocyfrowej. Prognozowany spadek będzie efektem zarówno większego popytu na pracę, jak i mniejszego tempa wchodzenia ludzi na rynek pracy.

– Wydaje mi się, że analizując dane, trudno ten efekt wpływu reformy urzędów pracy na stan rynku precyzyjnie skwantyfikować. Widzimy na pewno popyt na pracę i on utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie – mówi ekonomista BGŻ BNP Paribas.

Rozmówca główną przyczynę spadku bezrobocia dostrzega w stopniowym wzrośnie produkcji krajowych przedsiębiorstw. Wraz ze wzrostem liczby realizowanych zamówień pojawia się popyt na pracowników, zarówno tych prostych, jak i tych wykwalifikowanych.

– Ramy regulacyjne czy instytucjonalne, w jakich nasz rynek pracy się znajduje, być może również mają jakiś pozytywny wpływ, nie jest on jednak najważniejszy – podsumowuje ekspert.

Trade Credit: Rynki prognozują wielki kryzys. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie nastąpi i jaką przybierze formę

Eckhard Horst, prezes firmy Trade Credit

Rynki finansowe spodziewają się dużego kryzysu, ale nikt nie wie, kiedy on nastąpi i jakie zdarzenie go zapoczątkuje. Zdaniem Eckharda Horsta, prezesa firmy Trade Credit, nie wystąpi on raczej w tym roku, ale być może w przyszłym. Niebezpieczeństwo związane jest głównie z tym, że obecnie trudno przewidzieć zdarzenia ekonomiczne, bo zmieniły się mechanizmy.

Wszyscy spodziewają się wielkiego krachu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Eckhard Horst, prezes firmy Trade Credit z międzynarodowej grupy Credendo, czwartej pod względem wielkości grupy ubezpieczycieli należności w Europie. – Po prostu nikt nie wie dokładnie, co Fed robi w Stanach, czy luzowanie ilościowe działa, czy nie działa. De facto nikt nie wie, co nastąpi i jaki będzie tego końcowy efekt.

Luzowanie ilościowe (quantitative easing, w skrócie QE) było głównym instrumentem polityki monetarnej Stanów Zjednoczonych po kryzysie z 2008 roku. Był to niestandardowy sposób zachęcania instytucji finansowych do wprowadzania większej ilości pieniędzy do obrotu gospodarczego.

Podczas takiej operacji bank centralny kupuje papiery wartościowe (obligacje rządowe, korporacyjne, zabezpieczone hipotekami itp.), płacąc za nie elektronicznym pieniądzem, którego wcześniej nie było.

Nowe, wypłacane przez bank centralny środki powiększają rezerwy banków. Większa ilość pieniędzy będących do ich dyspozycji powinna teoretycznie skłaniać do rozwinięcia akcji kredytowej. Skutkiem tego byłby wzrost inwestycji, a więc i ożywienie gospodarcze.

Nie ma teorii, która tłumaczyłaby, co w tej chwili dzieje się na rynkach międzynarodowych, i myślę, że jest to duży problem – uważa Eckhard Horst. – Może pojawić się coś, czego nikt nie będzie mógł wytłumaczyć i oczywiście nikt tego nie oczekuje. Wiemy tylko, że będzie duży krach, ale nie mamy pojęcia kiedy.

Rozpoczęte w br. przez Europejski Bank Centralny luzowanie polityki monetarnej w strefie euro może być – zdaniem Eckharda Horsta – potencjalnym źródłem kryzysu, ale mogą nim być także inne zdarzenia.

Kilka lat temu rynki obawiały się wyjścia Grecji ze strefy euro i tego co po grexicie mogłoby nastąpić. Obecnie nie jest to już takie zagrożenie, bo instytucje i inny uczestnicy obrotu finansowego przygotowali się do potencjalnej realizacji takiego scenariusza.

Problemem jest to, że nie wiemy, co będzie, bo w tej chwili ekonomia wygląda inaczej niż 20 czy nawet 10 lat temu – przekonuje Eckhard Horst. – To bardzo niepokojące. Niebezpieczeństwo związane z tym, że nie ma nikogo, kto potrafiłby przewidzieć zdarzenia ekonomiczne, jest bardzo duże.

Szef firmy Trade Credit nie spodziewa się jednak, by ewentualny kryzys mógł się rozpocząć już w br. Jego zdaniem przyszły rok też jest mniej prawdopodobny.

Nikt nie umie tego umiejscowić w czasie, są różne opinie – zauważa Eckhard Horst. – Jeżeli popatrzymy tylko na ostatnie wydarzenia, to dwa miesiące temu mieliśmy już nieomal grexit i wszyscy mówili, że będzie krach. Teraz mamy sierpień i bankructwa nie ma, wszyscy jedziemy na urlop do Grecji. Moim zdaniem tak będzie dalej, ale jak długo to potrwa, tego, niestety, ja także nie wiem.

Ministerstwo Obrony Narodowej planuje kolejne zakupy. Polski przemysł liczy na nowe zamówienia

Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics

Polski przemysł obronny wiążą duże nadzieje z planowanymi przez MON zakupami. Resort obrony uruchomił procedury zmierzające do zakupu systemów bezzałogowych czy systemu zarządzania walką, które kierowane są do krajowych podmiotów. W planach są kolejne zakupy, m.in. związane z systemami informatycznymi, w tym węzłów teleinformatycznych czy mobilnych stanowisk dowodzenia.

Na rynku zbrojeniowym dużo się dzieje. Jeżeli spojrzymy na zakres tych postępowań, to zobaczymy, że one bardzo szerokie, bo obejmują całą gamę różnych firm i mają dosyć duże oddziaływanie zarówno na całą polską gospodarkę, jak i na rynek światowy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics.

Według Wojciechowskiego Ministerstwo Obrony Narodowej w najbliższym czasie rozpocznie postępowania przetargowe dotyczące zakupu lekkich pojazdów opancerzonych czy systemów informatycznych, w tym węzłów teleinformatycznych i mobilnych stanowisk dowodzenia.

W ostatnim czasie resort uruchomił kilka postępowań, poza systemami bezzałogowymi mamy także postępowania w zakresie oprogramowania BMS – mówi Wojciechowski.

Na początku roku resort obrony rozpoczął postępowanie przetargowe na zakup systemów rozpoznawczych bezzałogowych samolotów klasy mini o nazwie Wizjer oraz klasy taktycznej krótkiego zasięgu o nazwie Orlik. Jak poinformował MON, biorą w nim udziały tylko polskie firmy, głównie z powodu „podstawowego interesu bezpieczeństwa państwa”. Ministerstwo Obrony Narodowej rozpoczęło także prace nad pozyskaniem systemów większych bezzałogowców średniego zasięgu oznaczonych kryptonimem Gryf. Resort obrony zapowiadał, że zostaną one zakupione za granicą, ale tę decyzję zmienił.

Zakres oferty WB Electronics obejmuje przede wszystkim bezzałogowce, poczynając od mikro (program Ważka), poprzez samoloty klasy mini, ważące około 11 kg (Wizjer), po Orliki, czyli taktyczne systemy bezzałogowe krótkiego zasięgu. We współpracy z firmą Thales firma realizuje także program Gryf, czyli budowę polskiego bezzałogowego statku powietrznego taktycznej klasy średniego zasięgu, który może przenosić uzbrojenie.

WB Electronics liczy także na zamówienia zagraniczne.

Możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie także w innych państwach zostaną uruchomione podobne programy – mówi Piotr Wojciechowski.

Eksport już dziś odpowiada za ok. 80 proc. przychodów spółki. Co więcej, w ubiegłym roku sprzedaż zagraniczna WB Electronics stanowiła ok. 60-70 proc. wartości całego eksportu polskiego przemysłu obronnego.

Na zamówienia z zewnątrz liczą także inne polskie firmy. Według Ministerstwa Gospodarki krajowy przemysł obronny jest jedną z najbardziej konkurencyjnych i zaawansowanych technologicznie gałęzi.

Konsolidacja Polskiej Grupy Zbrojeniowej i firm prywatnych prowadzona przez polskie Ministerstwo Skarbu Państwa postępuje. Pojawiła się wspólnota interesów. Z jednej strony bardzo dobrze i skutecznie współpracujemy z grupą PGZ przy wielu programach, np. artyleryjskich, które też w tej chwili się toczą, czy np. przy BMS-ie. Z drugiej strony w pewien sposób konkurujemy ze sobą o prymat na rynku systemów bezzałogowych – mówi prezes WB Electronics.

KNF: w przypadku wejścia w życie ustawy frankowej straty banków wyniosą prawie 22 mld zł

W przypadku wejścia w życia ustawy frankowej w wersji proponowanej przez Sejm straty banków mogą wynieść 21,9 mld zł – wynika z opinii wydanej przez KNF. Jeszcze większe będzie zapotrzebowanie na płynność w sektorze. Według wyliczeń Komisji tylko w ciągu roku banki mogą potrzebować dodatkowych 34 mld zł. Analiza przygotowana na zlecenie szefa senackiej Komisji Budżetu i Finansów zakłada, że restrukturyzacja kredytów może objąć aż 159 tys. osób.

Z naszych wyliczeń wynika, że w ciągu roku zapotrzebowanie na płynność sięgnęłoby 34 mld zł. Ustawa ta wchodzi jednorazowo i cały efekt, wszystkie skutki, które odnoszą się do sytuacji finansowej banków, skumulują się w jednym roku, czyli w bardzo krótkim czasu z punktu widzenia banków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Komisja Nadzoru Finansowego, na zlecenie szefa Komisji Budżetu i Finansów Publicznych senatora Kazimierza Kleina, przeprowadziła analizę wpływu ustawy frankowej na funkcjonowanie banków. Z wyliczeń Komisji wynika, że łączna strata z tytułu umorzenia części kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich może wynieść blisko 22 mld zł. Na tę sumę składa się sam koszt umorzenia kredytów hipotecznych (18,7 mld zł) oraz koszty dodatkowe związane z tą operacją (3,2 mld zł).

– Tu w grę wchodzi stabilność sektora bankowego, ale przede wszystkim, co z całą mocą pragnę powiedzieć, bezpieczeństwo depozytów złożonych w bankach – zaznacza Andrzej Jakubiak.

Ustawa o pomocy osobom zadłużonym w frankach szwajcarskich została uchwalona przez Sejm 8 sierpnia. Do jej zatwierdzenia potrzebna jest jeszcze jednak zgoda Senatu, który zajmie się nią na początku września, a następnie podpis prezydenta.

– KNF służy wiedzą ekspercką. Jesteśmy instytucją, która ma najwięcej informacji na temat banków, ich sytuacji finansowej i portfeli kredytowych, w tym portfela frankowego – podkreśla przewodniczący KNF.

Po wejściu ustawy w życie w najgorszej sytuacji znajdą się instytucje bankowe z największymi portfelami kredytów hipotecznych we frankach. Ustawa zakłada bowiem, że aż 90 proc. kosztów restrukturyzacji wezmą na siebie banki.

Konsekwencje ustawy mogą być również widoczne w ratingach instytucji finansowych.

– To oczywiście jest pytanie do agencji ratingowych, ale myślę, że wielkość portfeli frankowych i skala potencjalnych umorzeń, które wynikają z przyjętej ustawy, pewnie będą miały wpływ na ratingi – mówi Jakubiak.

Według danych Domu Maklerskiego BPS największy portfel kredytów hipotecznych w walucie obcej ma Bank Millennium (39 proc. ogólnej liczby kredytów). Niewiele mniejszy jest odsetek w przypadku Getin Noble Banku oraz mBanku. W ujęciu kwotowym najwięcej kredytów walutowych udzielił PKO BP (29,5 mld złotych), jednak w całkowitej strukturze portfela jest to tylko 16 proc.

Projekt ustawy Prawo wodne szkodliwy dla branży energetyki wodnej

Mieczysław Koch

Nowe prawo wodne może znacznie podwyższyć koszty działalności polskiego przemysłu, rolnictwa i energetyki wodnej. Branża ostrzega, że jego uchwalenie w proponowanym kształcie mogłoby doprowadzić do likwidacji aż 400 obiektów hydroenergetycznych. Prawo jest implementacją unijnych przepisów, ale Niemcy pokazali, że można je wdrożyć bez szkody dla gospodarki.

Polska została zobowiązana do implementacji Ramowej Dyrektywy Wodnej do naszego Prawa wodnego. W tej chwili Ministerstwo Środowiska przygotowało projekt prawa wodnego, który jest w naszym przekonaniu bardzo niekorzystny dla naszego kraju – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mieczysław Koch, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. – Projekt ten wywołuje niepokój wśród użytkowników wód, w tym przedsiębiorców związanych z hydroenergetyką. Minister środowiska chce wprowadzić nową opłatę dotyczącą użytkowania wód podpowierzchniowych i napowierzchniowych. Uderzy to bardzo mocno w polskie rolnictwo, w polski przemysł, również w hydroenergetykę.

Projekt ustawy wniesiony przez Ministerstwo Środowiska znajduje się obecnie na etapie prac w Komitecie Stałym Rady Ministrów.

Jak wyjaśnia Koch, sprzeciw branży budzi nacisk na osiągnięcie celów środowiskowych kosztem polityki gospodarowania wodami oraz fakt, że reforma nie uwzględnia żadnych planów rozwoju w obszarze gospodarczego wykorzystania wód.

Sektorowi hydroenergetycznemu już dzisiaj grozi bankructwo, co wynika z likwidacji wsparcia wynikającego z ustawy OZE. Jednocześnie ponosi znaczące koszty związane zarówno z opłatami za użytkowanie gruntów pokrytych wodami płynącymi oraz opłatami za użytkowanie urządzeń hydrotechnicznych będących własnością Skarbu Państwa, jak i pośrednio poprzez ponoszenie kosztów usług świadczonych na rzecz Skarbu Państwa, a obejmujących np. usługi związane z utrzymaniem koryt rzek w obrębie oddziaływania elektrowni oraz utrzymywaniem państwowych urządzeń hydrotechnicznych, przy których elektrownie zazwyczaj funkcjonują – mówi Koch. – Wprowadzenie nowej opłaty zakończy się na pewno podwyżką cen energii i wyłączeniem obiektów hydroenergetycznych. To zagrożenie dla ok. 400 obiektów hydroenergetycznych

Koch podkreśla, że choć prawo wodne wdraża w Polsce unijną dyrektywę ramową, to nie niesie to obowiązku wprowadzenia dodatkowych opłat za pobór wód na potrzeby energetyki wodnej. W projekcie założeń ustawy Prawo wodne zawarta została zapowiedź, że propozycje zmian w zakresie opłat za wodę w Polsce będą uzależnione od rozstrzygnięcia Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie skargi Komisji Europejskiej przeciwko Niemcom (sprawa C-525/12). W uzasadnieniu projektu ustawy nie zaktualizowano informacji na temat wyroku Trybunału w tej sprawie z dnia 11 września 2014 r. Trybunał oddalił skargę Komisji, tym samym pozostawiając państwom członkowskim decyzję co do zasadności wprowadzania opłat za wodę wykorzystywaną do produkcji energii w elektrowniach wodnych.

To daje nam przykład, że nie powinniśmy tego prawa procedować w kierunku, który dzisiaj proponuje Ministerstwo Środowiska – przekonuje Koch. – Debata jest potrzebna, żeby pokazać przede wszystkim zagrożenia, jakie niesie nowa ustawa, i przekonać autorów projektu do tego, abyśmy poszli ścieżką niemiecką. Nie wszystkich te opłaty dodatkowe muszą obowiązywać, szczególnie, jeżeli chodzi o sektor hydroenergetyczny.

Z wynajmu długoterminowego samochodów coraz częściej korzystają małe firmy i klienci indywidualni

Frederic Lustig, prezes zarządu spółki Carefleet

Rynek długoterminowego wynajmu samochodów w I półroczu wzrósł o 12,4 proc. Już co piąty samochód firmowy jest wynajmowany. Klientami firm z branży coraz częściej są małe przedsiębiorstwa, które potrzebują jednego lub kilku aut. Ofertą interesują się także klienci indywidualni. I w tym kierunku – w opinii przedstawicieli branży – będzie rozwijać się rynek.

Coraz więcej małych klientów jest zainteresowanych wynajmem długoterminowym aut. Są nawet tacy, którzy mają jeden samochód. To jest taki produkt, który zaczyna wchodzić w segment klientów indywidualnych, podobnie jak w innych krajach. We Francji czy w Niemczech już się nie mówi, że samochód kosztuje 20 tys. euro, ale 300 euro miesięcznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Frederic Lustig, prezes zarządu spółki Carefleet.

Jak podkreśla, będzie to jeden z kierunków rozwoju polskiego rynku wynajmu długoterminowego. A ten – według ostatnich danych – wciąż dynamicznie rośnie. Z raportu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów wynika, że rynek CFM (Car Fleet Management, wynajmu długoterminowego) w II kwartale br. zwiększył się o 12,4 proc. w ujęciu rocznym. Pod koniec czerwca przedsiębiorstwa należące do PZWLP (stanowiące 80 proc. rynku) miały łącznie 134 635 aut, co oznacza, że ich flota w ciągu roku zwiększyła się o prawie 15 tys. pojazdów.

Jest to dość znaczny progres – przekonuje Frederic Lustig. – Można dzisiaj powiedzieć, że co piąty samochód firmowy jest już wynajmowany. Jeżeli bierzemy pod uwagę wszystkie auta, które mają finansowanie, to już co trzeci pojazd korzysta z wynajmu, czyli branża bardzo ładnie się rozwija.

Rozwój rynku determinowany jest przez zmieniające się potrzeby klientów. Firmy zwracają uwagę nie tylko na koszty wynajmu, lecz także towarzyszące mu usług.

Klienci nie chcą tracić czasu, szukają wygody, komfortu i sprawnej obsługi. Firmy korzystające z wynajmu długoterminowego aut chcą mieć numer telefonu, pod który mogą zadzwonić w razie problemów z samochodem, nie chcą martwić się sprzedażą pojazdu po okresie jego użytkowania, nie chcą rozliczać serwisów, napraw z zakładem ubezpieczeniowym. Wolą mieć jednego partnera, który tym wszystkim się zajmie – twierdzi Frederick Lustig.

Klienci potrzebują także informacji o tym, jak ich flota jest wykorzystywana przez pracowników. Dlatego coraz więcej firm CFM instaluje w autach GPS-y, które monitorują na bieżąco przebieg, trasę i zużycie paliwa.

Na koniec I półrocza baza Carefleet liczyła ponad 12,1 tys. samochodów. Z tego ponad 10,3 tys. znajdowało się w usłudze pełnego wynajmu długoterminowego, a reszta – w usłudze wyłącznego zarządzania flotą.

Pracownik nie ma obowiązku odbierania służbowych SMS-ów i e-maili podczas urlopu

Alicja Biernat

Pracodawca nie powinien wymagać, aby jego podwładny był dostępny podczas urlopu wypoczynkowego. W praktyce wielu pracodawców oczekuje jednak, że pracownik pozostanie w kontakcie telefonicznym czy e-mailowym, a pracownicy z różnych powodów akceptują ten stan rzeczy.

Zgodnie z polskim prawem pracodawca nie może nakładać na swojego podwładnego obowiązku bycia w stałym kontakcie z firmą w czasie urlopu. Oznacza to, że pracownik nie musi zabierać na wakacyjny wyjazd telefonu służbowego ani odpowiadać na SMS-y czy e-maile od pracodawcy.

Co więcej, pracodawca nie ma prawa karać pracownika za to, że wyłączy na urlopie telefon służbowy bądź że nie odbiera służbowym e-maili. Podwładny ma do tego prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Alicja Biernat, adwokat z Kancelarii EIR Legal.

Polskie prawo zezwala pracodawcy na niepokojenie pracownika podczas wypoczynku tylko w szczególnym przypadku, gdy musi on odwołać podwładnego z urlopu.

Jeśli pracodawca chce odwołać pracownika z urlopu, a ten ma wyłączoną komórkę służbową, to ma również inne możliwości, żeby się z nim skontaktować, bo zazwyczaj przy przyjmowaniu do pracy pracownik wypełnia kwestionariusz osobowy i tam podaje swój numer prywatny, kontakt do osoby najbliższej, do rodziny czy swój e-mail – mówi Alicja Biernat.

Mimo tych regulacji prawnych z raportu Monitor Rynku Pracy sporządzonego przez Instytut Badawczy Randstad wynika, że w tym roku aż 60 proc. polskich pracowników otrzymało polecenie, by byli dostępni telefonicznie podczas urlopu, a 36 proc. zostało zobligowanych przez szefów do natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile.

Są pracownicy, którzy nawet jeśli pracodawca zadzwoni do nich 15 razy, to nie odbiorą i nie będą się tym przejmować. Ale są też tacy pracownicy, którzy widząc nieodebrane połączenie, będą się tak tym przejmować, że de facto zepsuje im to urlop – mówi ekspert.

Aby uniknąć kłopotliwych sytuacji, warto wcześniej wdrożyć dobre praktyki w firmie.

Można na przykład zawrzeć w regulaminie pracy pewne procedury na wypadek urlopu. Na przykład wprowadzić konieczność wyznaczenia zastępcy i przekazania mu zadań na czas urlopu czy przesłania do zespołu tzw. holiday memo, czyli wykazu projektów wraz z ich statusem i osobami wyznaczonymi do ich prowadzenia podczas urlopu – radzi mec. Biernat.

Spersonalizowana reklama mobilna napędza rynek marketingu online

Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu firmy SARE

Firmy coraz więcej wydają na marketing w internecie. Taka reklama jest coraz bardziej profesjonalna i zindywidualizowana. To już nie jest masowy spam, ale wysyłanie e-maili z treścią dobrze dopasowaną do potrzeb i zainteresowań konkretnych odbiorców. Coraz większe znaczenie mają reklamy na urządzeniach mobilnych. Firmy doceniają też to, że nowoczesne narzędzia pozwalają precyzyjnie oszacować zyski z prowadzonych w internecie kampanii.

Ten rynek się profesjonalizuje, a budżety marketingowe i reklamowe przechodzą z mediów tradycyjnych do internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu firmy SARE, zajmującej się marketingiem e-mailowym. – Dzisiaj jesteśmy w stanie precyzyjnie powiedzieć klientowi: „zainwestujesz tyle i tyle złotych, będziesz miał z tego tyle i tyle zysku”. Te rzeczy, które są policzalne, to dzisiaj przyszłość internetu.

Jak podkreśla Pruszczyński, samo SARE wysyła miesięcznie 1,5 mln wiadomości e-mail. Nie jest to jednak spamowanie przypadkowych użytkowników. Prezes zaznacza, że jest wręcz przeciwnie – samo SARE walczy ze spamem, a e-maile wysyła do użytkowników wybranych na podstawie precyzyjnej analizy. Dzięki temu do odbiorców trafiają takie reklamy, które mogą ich rzeczywiście zainteresować.

To właśnie precyzyjne kierowanie reklam jest dużą szansą dla marketingu internetowego. Dzięki zastosowaniu technik Big Data analitycy mogą się dowiedzieć coraz więcej o użytkownikach internetu, a to może być wykorzystane do lepszego dopasowania rozsyłanych treści promocyjnych.

Innym trendem jest popularyzacja urządzeń mobilnych i reklam na nie tworzonych.

Widzimy, że coraz większa rzesza ludzi sprawdza pocztę i otwiera e-maile na smartfonach czy tabletach. To daje też dużą wiedzę i nowy sposób dojścia do ludzi, którzy są mobilni. To jest kierunek, w którym będziemy szli, podobnie będzie rozwijać się rynek, który już dzisiaj jest bardzo mobilny – mówi Pruszczyński.

Zwraca uwagę na to, że wielu odbiorców marketingu internetowego potrzebuje szybkiej, dopasowanej informacji. Dlatego kampanie reklamowe, które nie są spersonalizowane i precyzyjnie kierowane, nie są skuteczne.

Pruszczyński dodaje, że dzięki coraz tańszemu internetowi mobilnemu oraz coraz bardziej zaawansowanym urządzeniom przenośnym rosną możliwości reklamowe.

Oczywiście pomagają tu też media społecznościowe. Staramy się to wszystko ogarnąć tak, żeby jak najbardziej precyzyjnie śledzić zainteresowania użytkownika i tworzyć jego profil behawioralny. To i Big Data, czyli dane, z których analitycy mogą wyciągnąć bardzo dużo ciekawych informacji, jest przyszłością i w tym kierunku chcemy się rozwijać – tłumaczy Pruszczyński.

Płace rosną, ale stabilnie

W lipcu przeciętne wynagrodzenie w polskich przedsiębiorstwach było o 3,3% wyższe niż przed rokiem i sięgnęło prawie 4100 zł. Pomimo systematycznie spadającego bezrobocia dynamika płac pozostaje na średnich poziomach i póki co nie będzie to przekładać się na większą konsumpcję.

Lipiec przyniósł przyspieszenie rocznej dynamiki płac w polskich firmach, po tym jak dość niespodziewanie ich wzrost załamał się miesiąc wcześniej. Wynagrodzenia były o 3,3% wyższe niż przed rokiem, podczas gdy w czerwcu ich dynamika obniżyła się do 2,5% z 3,2% w relacji rocznej. Przeciętne wynagrodzenie wzrosło w lipcu do prawie 4100 zł.

Tempo wzrostu płac wróciło obecnie do średniego poziomu z ostatnich miesięcy. To pokazuje, że póki co obserwowany od dłuższego czasu systematyczny spadek bezrobocia w Polsce oraz najwyższe przynajmniej od 2005 roku zatrudnienie w polskich przedsiębiorstwach, nie przekłada się na istotny wzrost płac. Tym samy nie przełoży się on też na mocniejszy wzrost konsumpcji. Niemniej jednak powoli ten rynek staje się rynkiem pracownika i w pewnym momencie płace będą musiały dynamiczniej ruszyć do góry. A wraz z nimi przyspieszy też konsumpcja, inflacja i wzrost gospodarczy.

Marcin Kiepas

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Poczta głosowa nowej generacji dla abonentów Orange Polska

Spółka Wind Mobile podpisała umowę na wdrożenie poczty głosowej nowej generacji w Orange Polska. Zastosowanie najnowszych technologii względem tych wykorzystywanych w tradycyjnej formie poczty głosowej, pozwala na znaczące zwiększanie ruchu komunikacyjnego, co u operatora przekłada się na zwiększenie przychodów. Jest to  również szansa na redukcję kosztów za sprawą przeniesienia systemu do modelu cloud computing. „Ożywianie” poczt głosowych jest zauważalnym trendem wśród operatorów na całym świecie, w który idealnie wpisuje się Wind Mobile.

Współpraca krakowskiej firmy z Orange Polska – jednym z największych na polskim rynku operatorem telekomunikacyjnym – obejmuje zarówno wdrażanie systemów teleinformatycznych, takich jak węzeł MRF (Media Resource Function) sieci IMS, a także stałą obsługę technologiczną i marketingowo-zarządczą usługi Halo Granie, czyli popularnych halodzwonków. Na podstawie podpisanej umowy, do wdrożonych systemów dołączy poczta głosowa nowej generacji – VoiceMail.

To kolejny po operatorze Play kontrakt na wdrożenie tego systemu, który umacnia pozycję firmy jako zaufanego i skutecznego dostawcę usług telekomunikacyjnych oraz potwierdza skutecznie realizowaną strategię spółki.

Wdrażanie wydajnych i dochodowych systemów jest rosnącym trendem wśród operatorów telekomunikacyjnych. W przypadku Orange Polska nowa poczta głosowa będzie pierwszą usługą głosową uruchomioną wirtualnie w chmurze Orange. Dla operatora to milowy krok w kierunku unowocześnienia infrastruktury telekomunikacyjnej, który pozwoli na znaczną redukcję kosztów. Dzięki instalacji nasz produkt może trafić nawet do 4,5 miliona abonentów telefonii stacjonarnej w Polsce. Wdrożenie jest potwierdzeniem naszej strategii sprzedaży produktów powtarzalnych, które umożliwiają generowanie przychodów zarówno dla nas, jak i operatorów. Patrzymy w przyszłość z nadzieją, że wdrożenie w części stacjonarnej Orange Polska umocni nas jako dostawcę rozwiązania poczty głosowej dla  abonentów komórkowych – mówi Tomasz Kiser, Wiceprezes Zarządu Grupy Wind Mobile.

Poczta głosowa nowej generacji to innowacyjna platforma, będąca odpowiedzią na trendy na globalnym rynku telekomunikacji. Jest to system pozwalający operatorowi skonfigurować w intuicyjny i nieskomplikowany sposób wiele systemów głosowo-tekstowych, a w przyszłości również wideo. Oznacza to możliwość ingerencji w kształt i „wygląd” systemu pocztowego przy jednoczesnym polepszeniu jakości usługi i zwiększania ruchu. Dotychczas wprowadzanie zmian w poczcie głosowej po stronie operatora, ze względu na przestarzałą technologię, oznaczała szereg długotrwałych i pracochłonnych czynności. Dzięki nowoczesnej poczcie operatorzy sami mogą zmieniać oferowane usługi i dokonać tego w czasie rzeczywistym.

Abonenci z poziomu aplikacji mobilnej Visual VoiceMail mają dostęp do nagranych wiadomości oraz ustawień poczty. Jest to przyjazna i intuicyjna obsługa, która w przeciwieństwie do tradycyjnej formy dzwonienia do systemu pocztowego, znacząco wpływa na łatwość użytkowania. Niezwykle użyteczną funkcją nowoczesnej poczty jest również otrzymywanie wiadomości MMS z nagranym komunikatem, dzięki czemu użytkownicy tylko jednym kliknięciem odsłuchują i kasują wiadomości głosowe.

Co trzeci polski przedsiębiorca nie słyszał o polityce bezpieczeństwa informacji

Z raportu „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015” opracowanego przez HSM Polska wynika, że blisko 60 proc. przedsiębiorców deklaruje, iż dokumentacja jest niszczona wewnątrz firmy. Ponad 90 proc. jest świadomych, że wyciek wrażliwych informacji może doprowadzić do poważnych strat, a jednak w dalszym ciągu co trzeci nie ma pojęcia o podstawowych normach bezpieczeństwa informacji. Według ekspertów w ostatnich 9 latach liczba wycieków poufnych danych, czyli tzw. leaków wzrosła już blisko 6-krotnie[1]. Tylko w ostatnim roku odnotowano aż o 22 proc. wycieków poufnych danych więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej[2]. Do ponad 75 proc. przypadków wszystkich wycieków danych na świecie dochodzi w firmach z sektora MŚP, a- co istotne, blisko 92 proc. z nich zawiera dane osobowe[3].

Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska
Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska

Od lat obserwujemy systematycznie rosnącą liczbę wycieków poufnych danych. Pomimo tego, że polscy przedsiębiorcy powoli zaczęli zdawać sobie sprawę z zagrożeń jakie niosą za sobą tzw. leaki, to w dalszym ciągu w mało której firmie wdrożona została polityka bezpieczeństwa informacji. Z raportu – Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015 –  wynika, że w blisko co drugim przedsiębiorstwie nie ma profesjonalnego urządzenia do niszczenia nośników danych. Podmioty z sektora MŚP są jednym z najważniejszych motorów napędowych polskiej gospodarki. Niestety to właśnie one są dużo bardziej narażone na wycieki poufnych danych niż duże korporacje ze względów dość prozaicznych – mniejsze nakłady finansowe na szkolenia dla pracowników oraz brak podstawowych norm i standardów bezpieczeństwa informacji skutkuje niską świadomością problemu wśród załogi i kierownictwa firm” – komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Z raportu „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015” wynika, że w 40 proc. przypadków niszczarka do utylizacji nośników poufnych danych znajduje się w ogólnodostępnym pomieszczeniu. Jedynie 20 proc. przedsiębiorców deklaruje, że w firmie jest tzw. zamknięty copyroom dedykowany do tego procesu.

„W polityce bezpieczeństwa informacji nadrzędna sprawą jest to, aby w proces przechowywania oraz utylizacji dokumentów zaangażowanych było jak najmniej osób. Najważniejszy jest to, aby proces w całości przeprowadzany był wewnątrz organizacji. Pozwala to znacznie zredukować możliwość wycieku danych na zewnątrz. Outsourcing usług w tym przypadku tylko zwiększa ryzyko wycieku poufnych danych. Z mediów co jakiś czas dowiadujemy się o dokumentach zawierających dane osobowe, które znalazły się na śmietniku. Aby uniknąć tego typu sytuacji najlepiej jeżeli w danym przedsiębiorstwie znajdzie się dopasowane do potrzeb firmy centralne urządzenie do niszczenia dokumentów zgodne z normą DIN 66399 służące utylizacji zbędnej dokumentacji firmowej lub osobiste niszczarki przyporządkowane do każdego stanowiska pracy. Istnieje kilka rozwiązań – można zainstalować małą, specjalistyczną niszczarkę przy każdym stanowisku pracy lub po prostu duże i wydajne urządzenie do utylizacji cyfrowych i papierowych nośników danych w pomieszczeniu do tego dedykowanych, czyli tzw. copyroomie. Drugie rozwiązanie sprawdza się zwłaszcza w archiwach, gdzie dokumentacji jest bardzo dużo. Z raportu – Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015 – wynika, że jedynie 60 proc. firm likwiduje dokumentacje wewnątrz swojej organizacji. Co dzieję się zatem z pozostałymi 40 proc. i czy poufne dane są w tym przypadku bezpieczne?” – dodaje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Raport „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015” przeprowadzony przez HSM Polska kompleksowo przedstawia proces utylizacji papierowych i cyfrowych nośników poufnych danych oraz poziom zastosowania norm bezpieczeństwa informacji przez polskich przedsiębiorców i urzędników. Wyniki badania pozwalają przedstawić nie tylko aktualną sytuację w tym temacie, ale także wysnuć prognozy na przyszłość. Niniejszy raport to przede wszystkim wielowymiarowe przedstawienie zgromadzonych liczb, danych i staty­styk, obrazujących budowanie świadomości o tym jakie ryzyko niesie za sobą nieprzestrzeganie podstawowych założeń polityki bezpieczeństwa informacji. Jednym z głównym obiektów naszych badań stał się proces utylizacji nośników zawierających poufne dane.

[1] InfoWatch
[2] InfoWatch
[3] InfoWatch

Komentarz walutowy z 18.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl_prim

Komentarz walutowy z 18.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl_prim

Największe połączenie firm na polskim rynku nawozów i nasion

Grupa Kazgod i Dalgety Agra Polska zdecydowały o połączeniu w jedną silną i bardziej konkurencyjną organizację. Tym samym Dalgety, jako firma kupująca, przejmuje odpowiedzialność za Agro Bakałarzewo, Kazgod i Agro-Plus – od dziś firm partnerskich Dalgety. Transakcja warta 92,5 miliona złotych czyni z Dalgety wicelidera na rynku agrochemicznym i siewnym.

Dalgety Agra Polska jest pionierem konsolidacji w Polsce, gdzie rynek agrochemiczny zintegrowany jest w 10%. Połączenie sił Kazgodu i Dalgety wyprzedza trendy znane choćby z rynku brytyjskiego czy niemieckiego, gdzie konsolidacja wynosi 25-30%. Dalgety po transakcji z powodzeniem będzie mogła odpowiedzieć na wyzwania rynku w następnych latach i przygotować się do kolejnych przejęć.

Nie ma dwóch takich podmiotów na polskim rynku, które pasują do siebie równie dobrze jak Grupa Kazgod i Dalgety. Nasze firmy prawie nigdzie ze sobą nie konkurowały, 95% naszych klientów nie pokrywa się. Połączenie żadnych innych firm w branży na polskim rynku nie dawałoby tak silnej pozycji i tak dobrych perspektyw na przyszłość, powiedział Rafał Prendke, dyrektor zarządzający Dalgety Agra Polska.

Po połączeniu biznes zostanie uporządkowany w ramach dwóch kluczowych dywizji. Dalgety i Agro Bakałarzewo zajmą się sprzedażą do gospodarstw a Kazgod zaopatrzeniem sklepów. Firma będzie mogła poszczycić się większą siłę zakupową, szerszą gamę produktów, największą ofertę na wyłączność i lepszym dotarciem do klientów.

Połączenie Grupy Kazgod z Dalgety przełoży się na kilka ważnych, biznesowych przewag:

  • największa w branży sieć sprzedaży, działająca na terenie całej Polski oraz największy w Polsce, profesjonalny zespół agronomów,
  • największa oferta agrochemicznych produktów na wyłączność oraz szeroka oferta nasion, nawozów i nowoczesnych rozwiązań niepestycydowych, w tym rynkowe bestsellery: nasiona Dalgety i nawozy dolistne FoliQ,
  • największy gracz wśród dystrybutorów zboża, który będzie skupował ponad 1 milion (1,2 mln) ton zboża rocznie.
  • 5 razy większy zasięg na rynku ogrodniczym, jednym z najbardziej obiecujących segmentów (urósł o 40% w ostatnich kilku latach).
  • dwa razy więcej centrów logistycznych niż dotychczas (8 lokalizacji),
  • podwojenie liczby sklepów partnerskich

Po połączeniu staniemy się wiceliderem rynku z doskonałą pozycją do negocjowania lepszych cen i kreowania marży, sprzedawania nowych produktów i produktów na wyłączność oraz rozbudowy sieci sprzedaży, powiedział Rafał Prendke, dyrektor zarządzający Dalgety Agra Polska.

Dalgety po transakcji trafi na listę 100 największych przedsiębiorstw w Polsce. Same wpływy Kazgodu w 2014 roku wyniosły 837 milionów złotych, z czego 4,5 miliona złotych stanowił zysk brutto. Przychody Dalgety w 2014 roku to 958 milionów złotych i 23,2 miliony złotych zysku brutto. Kolejne 3-5 lat mają przynieść dynamiczny rozwój firmie w nowej strukturze. Dalgety zamierza zainwestować w następnych 3 latach ponad 20 mln zł w rozwój produkcji nawozów dolistnych i rozwój infrastruktury do produkcji nasion.

Zgodnie z polskim prawem transakcja zakupu ma charakter warunkowy. Zgodę na połączenie firm musi wydać UOKiK, który na decyzję ma 90 dni. Przy niskiej, 10% konsolidacji polskiego rynku agrochemicznego i siewnego, ryzyko odmowy ze strony regulatora przez ekspertów branży uznawane jest za marginalne.

 

135% wzrost liczby płatności kartami Visa w ciągu dwóch tygodni od wprowadzenia ograniczeń wypłat gotówki w Grecji

W przywiązanej do gotówki Grecji kryzys, w tym zamknięcie banków i wprowadzenie dziennego limitu wypłat w bankomatach w wysokości 60 euro, spowodował ogromną zmianę zwyczajów płatniczych, co ilustruje ponad stuprocentowy wzrost płatności kartami Visa. Ekstremalny przykład Grecji pokazuje, że przejścia od płatności gotówkowych do elektronicznych, które w normalnych warunkach zajmuje poszczególnym krajom wiele lat, można dokonać na przestrzeni 10 tygodni. Obrót bezgotówkowy niesie za sobą ogromne korzyści dla konsumentów i gospodarki, a jak wykazało badanie wykonane na zlecenie Visa Europe, rozwój płatności elektronicznych może o 10% zmniejszyć szarą strefę w całej Europie, zwiększając wpływy do budżetów państw i wyrównując warunki konkurencji pomiędzy firmami odprowadzającymi podatki a tymi, które tego nie robią.

W Grecji od zawsze dominującą formą płatności była gotówka. W 2014 r. kartami Visa opłacane było w tym kraju jedynie 1 na każde 37 euro wydawane na konsumpcję, przy średniej w całej Europie wynoszącej 1 na 6 euro. Jednak w okresie dwóch tygodni od ograniczenia w Grecji wypłat gotówki, Visa Europe odnotowała wzrost liczby płatności kartami o 135% w porównaniu z dwutygodniowym okresem przed wprowadzenia tego limitu. Dodatkowo, ważną zmianą w zachowaniach Greków było to, że zaczęli używać kart – zamiast gotówki – do zakupu artykułów pierwszej potrzeby: artykułów spożywczych, lekarstw czy paliwa. Zgodnie z danymi organizacji Visa Europe, która przetwarza dane prawie 60% dokonywanych w Grecji płatności bezgotówkowych, największe wzrosty odnotowano w liczbie płatności za artykuły spożywcze (206%), lekarstwa i ochronę zdrowia (206%) oraz paliwo (193%).

„W normalnych warunkach przejście od płatności gotówkowych do elektronicznych zajmuje całe lata. Tymczasem Grecja pokazała, że taka transformacja jest możliwa w naprawdę krótkim czasie” – komentuje Jakub Kiwior, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Visa Europe. „Dzięki płatnościom elektronicznym konsument może kupić to, czego potrzebuje, w chwili, którą uzna za stosowną, zaś firmy i banki mogą zwiększyć obroty przy jednoczesnym obniżeniu kosztów. Z kolei korzyści dla państwa to mniejszy zakres unikania podatków, wyższe wpływy do budżetu oraz ograniczenie szarej strefy” – dodaje Jakub Kiwior.

Tak ogromny wzrost liczby płatności kartami w Grecji jest wynikiem zarówno zwiększenia skali płatności przez posiadaczy już wydanych kart, jak i rozpoczęcia używania kart przez osoby, które do tej pory ich nie posiadały. Liczba aktywnych kart debetowych Visa w tym kraju podwoiła się w lipcu br. w porównaniu ze średnią za poprzednie trzy miesiące.

Według danych zebranych w bankach i zacytowanych przez dziennik Kathimerini1, tylko w ciągu lipca br. wydano w Grecji ponad 1,1 mln kart płatniczych, a doniesienia z poszczególnych banków mówią o dużym wzroście liczby wniosków o wydanie karty m.in. ze strony emerytów, którzy tradycyjnie odbierali pieniądze w gotówce w oddziale banku.
Na zmianę zachowań płatniczych konsumentów w Grecji i dynamiczny rozwój obrotu bezgotówkowego reagują również detaliści, którzy planują instalowanie terminali obsługujących płatności bezgotówkowe. Deklarują to m.in. sieci restauracji fast food czy korporacje taksówkowe, które do tej pory nie przyjmowały takich płatności.

Zainteresowanie rośnie także ze strony sektora ubezpieczeń, w którym m.in. zawarto umowę na wyposażenie 500 agentów w mobilne terminale płatnicze (mPOS).
„Wraz ze zwrotem konsumentów w kierunku kart płatniczych, odpowiednie działania podejmują również detaliści oraz banki, co w rezultacie daje „efekt kuli śniegowej”. Jesteśmy świadkami upadku mitu o tym, że gotówka jest niezbędna konsumentom, biznesowi i społeczeństwu” – podsumowuje Jakub Kiwior, Visa Europe.

Znaczące korzyści z rozwoju płatności bezgotówkowych kartami odniosą nie tylko konsumenci i przedsiębiorcy, ale także cała gospodarka i państwo greckie. Upowszechnienie kart płatniczych wspomoże walkę z szarą strefą i z oszustwami podatkowymi. Według obliczeń globalnej firmy doradczej A.T. Kearney i prof. Friedricha Schneidera, światowego eksperta w zakresie szarej strefy, jej skala przekracza w Grecji wartość 43 mld euro, co stanowi 24% PKB kraju2. Z szacunków przytaczanych przez greckie media wynika, że płatności kartami mogłyby zwiększyć wpływy skarbu państwa o kwotę 5 mld euro.

Visa Europe od lat wspiera analizy i badania podejmujące tematykę szarej strefy, zmniejszającej wpływy do budżetów państw, i sposobów jej ograniczania. Ich wyniki dowodzą, że ważnym środkiem walki z tym zjawiskiem jest wspieranie rozwoju płatności elektronicznych – istnieje bowiem ścisły związek pomiędzy rozmiarem szarej strefy a liczbą dokonywanych płatności bezgotówkowych. W krajach o szerokim zakresie płatności elektronicznych, jak np. w Wielkiej Brytanii, ukryty obieg gospodarczy jest kilkukrotnie mniejszy niż w krajach takich jak Bułgaria, gdzie płatności elektroniczne nie są jeszcze rozpowszechnione.

Badania pokazują również, że na świecie z powodzeniem stosowane są różne metody promowania płatności elektronicznych. Dla przykładu Kolumbia i Argentyna wprowadziły ulgi w podatku od sprzedaży w stosunku do płatności detalicznych dokonywanych przy użyciu kart płatniczych. W kilku krajach, np. w Wielkiej Brytanii i Singapurze, instytucje państwowe same zaczęły dokonywać płatności elektronicznych i przyjmować je, np. w stosunku do wynagrodzeń pracowników, płatności podatkowych czy też kar i grzywien. W Korei Południowej, która przeprowadziła wiele działań zachęcających do płatności bezgotówkowych, udział płatności kartami w konsumpcji indywidualnej zwiększył się z niecałych 5% na początku lat 90-tych do ponad 50% w 2009 r.

W 2011 r. we Włoszech wprowadzono obowiązek dokonywania płatności o wartości powyżej 1 tys. euro drogą elektroniczną. Wprowadzono również ulgi podatkowe dla płatności bezgotówkowych w punktach handlowo-usługowych, połączone z karami dla detalistów, którym udowodniono trzykrotne niewydanie klientom potwierdzenia zakupu w okresie pięciu lat. Badania wykazały, że dodatkowe wpływy podatkowe z tego tytułu wyniosły 9,1 mld euro.

  1. Źródło: grecki dziennik Kathimerini, artykuł Plastic money everywhere, from cafeteria to Rio-Antirrio bridge, 8 sierpnia, 2015.
  2. The Shadow Economy in Europe, 2013. Badanie firmy doradczej A.T. Kearney, prof. Friedricha Schneidera z Uniwersytetu im. Jana Keplera w Linzu oraz Visa Europe.

Giełdy w Szanghaju i Shenzhen zniżkują po ponad 5 proc

Kurs juana na razie przestał straszyć, jednak niepokój wraca na giełdy w Szanghaju i Shenzen, gdzie indeksy zniżkują po ponad 5 proc. Shanghai Composite runął w dół po 10 proc. zwyżce, wypracowanej od początku sierpnia. Poziom 4000 punktów okazał się dla wskaźnika nie do przejścia. To właśnie w jego okolicach nastąpiło pamiętne 8,5 proc. tąpnięcie pod koniec lipca. Obawy związane z chińską gospodarką mocno odczuwa indeks giełdy niemieckiej, który od pierwszych dni sierpnia stracił 6 proc.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Nadal fatalnie wygląda sytuacja na rynku ropy naftowej, a zapowiedzi utrzymania obecnych poziomów wydobycia przez kraje zrzeszone w OPEC wskazują, że spadkowa tendencja notowań surowca może się pogłębiać. Wśród walut najmocniej tracących na wartości znajdują się rubel, norweska korona i dolar kanadyjski. Dziś warto obserwować reakcje brytyjskiego funta na dane o inflacji, których publikacja może ożywić dyskusję na temat kierunku polityki pieniężnej Banku Anglii.

Czwarty dzień z rzędu na wartości zyskuje dolar, mimo że po ostatnich danych makroekonomicznych oraz wydarzeniach w Chinach maleje przekonanie o tym, że Fed podniesie stopy procentowe już we wrześniu. Na razie spadek kursu euro w kierunku 1,1 dolara można uznać za korektę wcześniejszego ruchu i testowania poziomu 1,12 dolara.

Polskie „growing pains”, czyli co hamuje rozwój firm?

0

Okazuje się, że wcale nie koniunktura czy otoczenie rynkowe hamują rozwój polskich firm. Najnowszy raport PARP „Bariery wzrostu” z pierwszej połowy 2015 roku pokazuje, że to głównie wewnętrze problemy, związane z kulturą organizacyjną i zarządzaniem takie jak brak odpowiednio przygotowanej kadry menadżerskiej (27%) czy marnowanie czasu na „gaszenie pożarów” (15,7%).

Badania „Bariery wzrost” realizowano w pierwszej połowie tego roku. Objęły 685 firm (od mikro do dużych), z różnych branż. Wniosek? Raport pokazuje, że pozycja konkurencyjna przedsiębiorstwa w większym stopniu zależy od jej wewnętrznej organizacji i modelu zarządzania niż od sytuacji na rynku.

Świetnie widać to na przykładzie deficytu innowacyjności w polskich firmach. Brak produktów innowacyjnych jest jednym ze skutków kultury organizacyjnej otoczonej barierami wzrostu.

„Przy bardzo silnej konkurencji prowadzi to do presji cenowej i rywalizacji na rynku kosztem spadających marż. Ewidentnym efektem tej sytuacji jest bardzo silnie odczuwane zjawisko spadających zysków przy równoczesnym wzroście przychodów” – pisze w komentarzu prof. Teresa Taranko ze Szkoły Głównej Handlowej.

Jak poważny jest to problem? Aż co piąta firma ujęta w badaniu zgłosiła, że rosną jej przychody, ale nie jej zyski.

Gaszą pożary, marnują czas i energię

Jakie jeszcze bariery wzrostu odnotowuje raport? Blisko 27% firm wskazuje na brak odpowiednio przygotowanej kadry menadżerskiej.

Mogę powiedzieć, że często oczekuje się od ludzi niemożliwego. Wytycza im się cele, których oni nie mogą spełnić, a w konsekwencji  dążą do ich spełnienia jakimś kosztem, np. obniżenie jakości, nadgodzinami itp. To rzutuje to na ogólną kondycję firmy, pracownicy są zdemotywowani, jest duża rotacja, pogarsza się jakość obsługi klientów. Kluczem jest wykształcenie „liderów partnerstwa”, wspierających  swoich pracowników, zamiast „liderów przemocy” – mówi Aneta Lech ze Staufen Polska, firmy specjalizującej się  w innowacjach organizacyjnych i procesowych.

Co czwarta badana firma wskazała problemy związane z pracą zespołową. Raport przedstawia to dobitnie: wśród pracowników panuje pogląd, że „jeśli chcesz, żeby praca była wykonana dobrze, zrób ją sam”. Dodatkowe problemy są tu związane z tym, że pracownicy nie są zorientowani w tym, co robią inni, brakuje im czasu na wykonanie zadań, nie znają też strategicznych celów firmy, a część z nich zaczyna się czuć niepewnie.

– Jeżeli pracownik pracuje źle, to w 95% przypadków przyczyna jego złej pracy leży po stronie firmy: złych narzędzi, wadliwych surowców, niewłaściwej organizacji i atmosfery w pracy – dodaje Aneta Lech.

Poza tym firmy wskazywały jako istotne bariery wzrostu również niewłaściwe zarządzanie czasem pracy (16%), zbyt dużo czasu marnowanego na tzw. „gaszenie pożarów” (15,7%), jak również na firmowych spotkaniach (10,2%).

Czym wyróżniają się liderzy?

Z raportu wynika, że blisko 12% firm nie posiada większych barier rozwoju, prawie 42% powinno podjąć działania naprawcze lub napotyka poważne problemy w funkcjonowaniu, a 9,5% to „firmy w kłopotach” (co druga z nich to firma mikro).

Ważnym elementem budowania przewagi konkurencyjnej jest wdrażanie efektywnych systemów zarządzania. Ale nie chodzi tylko o kwestie techniczne, same narzędzia czy metody. Najważniejsze jest ich zakorzenienie ich w kulturze organizacji. Warto pamiętać, że tego rodzaju zmiany wymagają budowy nowych nawyków organizacyjnych. Jak wskazują doświadczenia polskich i międzynarodowych przedsiębiorstw, przebudowa kultury organizacyjnej jest najtrudniejszą częścią zmian. Mediana sukcesu takich projektów jest na poziomie 20 procent – mówi dr Jarosław Rubin, współzałożyciel Szkoły Zarządzania Zmianą.

Czym wyróżniają się firmy-liderzy raportu? Nastawieniem na klienta, rozwojem produktów (posiadają i rozwijają to, co je wyróżnia na rynku), efektywnością i otwartością na zmiany,
a także włączają pracowników w działanie firmy i proces zmian.

– Firma, w której pracownicy są odpowiednio dobrani do stanowisk, wyposażeni w dobre i odpowiednie narzędzia pracy, czują się w pracy dobrze, mają wpływ na to, co dzieje się w firmie i zaspokajają potrzebę rozwoju osobistego, chcą pracować jak najlepiej. Taka organizacja ma szanse stworzyć dobry innowacyjny produkt lub usługę, rozwijać nowoczesne technologie, dobry marketing, profesjonalną sprzedaż, ale przede wszystkim eliminuje systematycznie bariery wzrostu, o których mowa w raporcie – mówi ekspertka Staufen Polska.

Co ciekawe, polskie firmy mają raczej dobre zdanie na temat własnej kultury organizacyjnej (3,71 w skali 1-5). „Praktyka w zachowaniach polskich przedsiębiorstw wobec klientów, pracowników czy kontrahentów nie wskazuje na tak pozytywny obraz kultury organizacyjnej polskich przedsiębiorstw, jaki został odnotowany w omawianych badaniach” – zaznacza jednak w swoim komentarzu prof. Teresa Taranko.

Różne badania pokazują, że bariery wzrostu („growing pains”) statystycznie są skorelowane ze słabymi wynikami finansowymi. Co ciekawe, wszystkie firmy, zarówno liderzy, jak i firmy w kłopotach, podobnie oceniały siłę konkurencji i jej wpływ na działalność. To tylko potwierdza, że w kulturze organizacyjnej polskich firm tkwi duży potencjał.

Więcej o innowacjach procesowych: www.staufen.pl

Walka z bezrobociem kosztuje nas tyle, co wartość 400 km autostrad

16 mld zł – tyle w ciągu roku Polska wydaje na ratowanie i stymulowanie rynku pracy. Jednak, jak pisze portal Money.pl, na tle innych rozwiniętych gospodarek walczących z bezrobociem wypadamy blado, a europejski rekordzista – Hiszpania – przeznacza na ten cel dziesięć razy tyle. Jednak skutki tych działań nadal są trudne do zauważenia.

Wczoraj minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że w sierpniu stopa bezrobocia może spaść nawet poniżej 10 proc. (około 7-8 proc. według metod mierzenia bezrobocia BAEL, stosowanych w Unii). Mimo to bezrobocie pozostaje plagą krajów rozwiniętych – alarmuje lipcowy raport OECD. Mimo że w ciągu ostatniego roku sytuacja delikatnie się poprawiła (pracę znalazło trzy miliony dotychczas niezatrudnionych), to nadal jest znacznie gorzej niż było przed wybuchem kryzysu ekonomicznego. Bez pracy pozostaje o 10 milionów osób więcej niż w 2007 roku.

Najgorzej jest na południu Europy – w Hiszpanii stopa bezrobocia na koniec 2016 r. ma sięgnąć 22 proc. Wskaźnik ten nie zejdzie też poniżej poziomu 20 proc. w pogrążonej w kryzysie Grecji. W jej przypadku ekonomiści OECD nie chcą nawet szacować konkretnej wartości, bo to dziś jak wróżenie z fusów. Zwłaszcza że nie mają nawet danych o tym, ile pieniędzy idzie tam na stymulowanie rynku pracy.

Twardymi liczbami chwali się za to rząd Hiszpanii, który pod względem nakładów na walkę z bezrobociem jest w Europie rekordzistą, a wśród innych krajów rozwiniętych wyprzedzają go tylko Amerykanie.

Jaki procent PKB wydają na politykę rynku pracy
źródło: OECD/Money.pl, brak danych dla Islandii, Turcji i Grecji

Jak na tym tle wypada Polska?

Dajemy około 16 mld zł, czyli odpowiednik 0,8 rocznego PKB. To ponad dwa razy mniej niż nasze wydatki na armię, ale i tak wystarczająca, by zbudować 400 kilometrów autostrad (przy założeniu, że jeden kilometr kosztuje 40 mln zł).

Bezrobocie w naszym kraju faktycznie spada, ale komentatorzy nie są przekonani, na ile jest to zasługa działań rządu. A minister pracy Włodzimierz Kosiniak-Kamysz chwali się między innymi ograniczeniem umów czasowych i pomocą finansową dla firm, które ucierpiały wskutek rosyjskiego embarga.

– O obiektywną ocenę działań resortu jest bardzo trudno – mówił w rozmowie z portalem Money.pl były wiceminister finansów Stanisław Gomułka w kwietniu tego roku. – Nie można zapominać, że statystyki poprawiają nam między innymi ci Polacy, którzy wyjeżdżają do pracy za granicę.

W Unii jesteśmy na samym końcu, jeśli chodzi o liczbę nieobsadzonych etatów. Do wzięcia jest tylko 0,5 proc. wszystkich dostępnych w naszym kraju miejsc pracy – wynika z danych Eurostatu za pierwszy kwartał tego roku. Tak samo źle jest tylko na Łotwie, lepiej jest nawet w kryzysowych Hiszpanii, Portugalii i Grecji.

Wskaźnik wolnych miejsc pracy
źródło: Money.pl/Eurostat, dane za I kwartał 2015 roku

Najwięcej wolnych miejsc pracy jest w gospodarkach tradycyjnie uznawanych za najlepiej poukładane – w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Tylko nieco gorzej wygląda sytuacja w Belgii, Szwecji i Finlandii – we wszystkich tych krajach wolnych jest co najmniej 2 proc. ogółu miejsc pracy.

Niemcy, Wielka Brytania i Skandynawia to wciąż najbardziej popularne kierunki emigracji zarobkowej Polaków. – Co piąty rodak rozważa poszukiwanie pracy za granicą. Przewiduje się, że do końca tego roku z kraju może wyjechać ponad milion obywateli – mówił kilka dni temu w rozmowie z Money.pl Artur Skiba z agencji pracy Antal, powołując się na badanie „Migracje zarobkowe Polaków” Work Service.

MŚP w Polsce i Europie: różnice w podejściu do pracy, produktywności i technologii

0

Ponad 40 proc. pracowników polskich firm z sektora małych i średnich firm deklaruje, że spędza w pracy od 40 do 50 godzin tygodniowo. Podobny odsetek ich kolegów z innych krajów europejskich przyznaje, że pracy poświęca o 10 godzin mniej. Wyniki można interpretować wyższym stopniem zaangażowania rodzimych pracowników, ale również niższym poziomem produktywności wynikającym z mniejszego wykorzystania technologii informatycznych, które pomagają podnosić wydajność pracy.

Polska vs. Europa – najważniejsze wnioski z badania:

  • Polacy są zbyt „przywiązani” do tradycyjnego miejsca pracy: konieczność wykonywania obowiązków z biura deklaruje 76 proc. rodzimych firm. W Europie odsetek ten jest niższy o 15 punktów procentowych.
  • Europejskie MŚP na wyższym poziomie cyfryzacji procesów: niemal w 1/3 polskich firm dominuje obieg papierowy, podczas gdy w europejskich firmach wynik ten kształtuje się na poziomie 23 proc. Dla przykładu, w Holandii deklarowana skala cyfryzacji firm jest ponad dwukrotnie wyższa niż w Polsce (42% w porównaniu do 20%).
  • Europejczycy za najskuteczniejszą formę komunikacji uważają email (67 proc. deklaracji), podczas gdy Polacy jako najbardziej efektywne wskazują spotkania bezpośrednie.

Badanie „Nowoczesne IT w MŚP 2015” przeprowadzone wśród polskich firm z sektora małych i średnich firm pokazuje wyraźnie, że poziom wykorzystania nowych technologii dla poprawy wydajności organizacji wciąż jest niewystarczający. Co ciekawe, polscy pracownicy deklarują, że pracują dłużej niż wynosi średnia dla Europy. Wciąż jednak ich praca ma charakter mocno „analogowy”. Nawet jeśli dysponują mobilnymi urządzeniami to albo nie wykorzystują ich do pracy, albo nie mają dostępu do kluczowych zasobów firmy. Dostrzegają wprawdzie potrzebę sprawniejszej i szybszej obsługi klienta, którą wskazują jako kluczowy priorytet (38 proc.), ale nie mają narzędzi, które umożliwiałyby im jego wykonanie. Czas to zmienić. Takie rozwiązania, jak zdalny dostęp do dokumentów i kluczowych aplikacji w chmurze, korespondencja elektroniczna z urządzeń mobilnych czy zdalna komunikacja wideo znacząco przyspieszają proces obsługi klientów, dostępu do ofert, specyfikacji i innych kluczowych zasobów informacyjnych, czyli po prostu realizacji zadań” – mówi Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w polskim oddziale Microsoft.

Mocno przywiązani do biurek

Badania przeprowadzone przez Ipsos MORI w marcu 2015 roku na zlecenie Microsoft wyraźnie pokazują, że 76 proc. rodzimych respondentów podkreśla konieczność wykonywania swoich obowiązków z biura. Średni europejski wynik to 61 proc. Jako jedną z głównych przyczyn takiej sytuacji Polacy wskazują problemem z realizacją pracy w sposób zdalny (45 proc. respondentów). Okazuje się również, że skala wykorzystania narzędzi mobilnych, takich jak smartfon i tablet jest w firmach wciąż niska, ale wyniki dla Polski i Europy są w tym przypadku zbliżone (w Polsce odpowiednio 40 i 15 proc., natomiast w Europie 44 proc. używa smartfonów, a 22 proc. tabletów). Pokazuje to, że przyczyna niższej wydajności pracy leży gdzie indziej, nie tyle w braku dostępu do mobilnych urządzeń, ale raczej sposobie ich wykorzystania. Kluczem do szybkiej i sprawnej obsługi klienta i efektywniejszej realizacji zadań jest bowiem dostęp do zasobów firmy i możliwość ich wykonania z poziomu urządzenia przenośnego, a nie samo jego posiadanie.

Ciężka praca, ale mniej efektywna

Polscy przedstawiciele SMB pracują dłużej od swoich europejskich kolegów. Jednocześnie są bardziej skłonni do odbierania telefonów poza tradycyjnymi godzinami pracy. W przypadku polskich pracowników przyznało tak 94 proc. osób, natomiast wśród europejskich pracowników było to 83 proc. Respondenci przyznają, że technologie mogłyby im pomóc w zyskaniu dodatkowego czasu i poprawie produktywności. Niemal 2/3 uczestników badania twierdzi, że rozwiązania mobilne pomagają zaoszczędzić czas. Dodatkowo połowa respondentów przyznaje, że zapewniają one większą produktywność poza biurem.

Wciąż niska adaptacja inteligentnych technologii

Badanie pokazuje sporą różnicę w stopniu zastosowania usług i rozwiązań mobilnych w firmach polskich i europejskich. W przypadku 31 proc. polskich przedsiębiorstw z sektora MŚP wciąż dominuje praca oparta na dokumentach papierowych. W Europie odsetek ten jest mniejszy, aż o 8 punktów procentowych. Aktualnie 36 proc. polskich firm uczestniczących w badaniu deklaruje przejście na tryb online. Średnia europejska jest wyższa, bo sięga 40 proc. Dla przykładu, w Wielkiej Brytanii jedynie 19% firm opiera swoją działalność na obiegu papierowym, zaś 36% przyznaje się do pełnej cyfryzacji procesów. W Holandii wyniki te są jeszcze wyższe, bo „cyfrowych” organizacji jest aż 42%.

Chmura sprzyja produktywności

Różnice są dostrzegalne również w sposobie dostępu do danych przez pracowników polskich przedsiębiorstw i ich europejskich kolegów. Polacy wskazują, że najczęściej korzystają z zasobów informacyjnych poza biurem transferując je przez e-mail (47 proc. wskazań) oraz poprzez zdalny desktop (33 proc.). Z dostępu do zasobów i danych firmowych za pośrednictwem usług w chmurze – najpopularniejszej formy zdalnego dostępu wśród respondentów europejskich (40 proc.), w Polsce korzysta 33 proc. respondentów a z chmurowego transferu danych 18 proc.

W Europie e-mail, w Polsce wciąż bezpośrednie rozmowy

Polscy respondenci zupełnie inaczej postrzegają skuteczność różnych form komunikacji. Polacy zdecydowanie eksponują znaczenie bezpośrednich spotkań (66 proc. deklaracji) oraz rozmów telefonicznych (60 proc. wskazań). Niższy procent wskazań uzyskał e-mail, który w przypadku respondentów z innych krajów jest traktowany jako najefektywniejsza forma komunikacji. Przyznało tak 67 proc. respondentów z wszystkich badanych krajów europejskich, którzy najniżej ocenili skuteczność bezpośrednich spotkań.

Rekord branży lotniczej: w 2014 roku zamówiono 2888 nowych samolotów

Przychody przemysłu lotniczego i zbrojeniowego w ujęciu globalnym wyniosły w 2014 roku 682,2 mld dolarów i były o prawie 2 proc. wyższe niż rok wcześniej. Sektor wzrost ten zawdzięcza rozwojowi lotnictwa cywilnego, w którym przychody wzrosły o ok. 8 proc. Jak wynika z corocznego raportu „Global Aerospace & Defense sector financial performance study”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, maleje za to udział sektora wojskowego, którego przychody uszczupliły się o ok. 2 proc. W ubiegłym roku przemysł lotniczy zanotował rekord zamówionych samolotów, który wyniósł 2888 maszyn. Biorąc pod uwagę duże zainteresowanie linii lotniczych, portfel zamówień sięga już ponad 12 tys. samolotów.

Najwieksi producenci z sektora lotniczego i zbrojeniowego na świecie
Najwieksi producenci z sektora lotniczego i zbrojeniowego na świecie

Raport Deloitte powstał na podstawie analizy wyników stu największych firm z branży lotniczej i obronnej z USA i Europy. W 2014 roku globalnie sektor aerospace & defense odnotował wzrost przychodów o 12,7 mld dolarów, czyli 1,9 proc. Warto jednak zaznaczyć, że w 2013 roku wzrost ten sięgał 3,2 proc., a rok wcześniej 5,8 proc. „Wyhamowanie tej dynamiki nastąpiło głównie za sprawą przemysłu obronnego, który w 2014 roku zanotował spadek przychodów o 2,2 proc. Do takiego stanu rzeczy przyczyniło się przede wszystkim ograniczenie budżetu na wojsko w USA. Tylko sześć firm spośród dwudziestu największych producentów sprzętu wojskowego w Stanach Zjednoczonych odnotowało wzrost przychodów w 2014 roku. Według szacunków w tym roku wzrost przychodów branży lotniczej i wojskowej wyniesie 1,5 proc.” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte, ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte.

Nie dziwi więc fakt, że wzrost przychodów całego sektora lotniczego i obronnego to zasługa producentów cywilnych samolotów i sprzętu lotniczego. W 2014 roku branża ta zwiększyła swoje przychody o ok 8 proc. do sumy 314,9 mld dolarów. Na ten dobry wynik wpłynęły przede wszystkim rosnący popyt na lotniczy transport pasażerski, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, Indiach oraz Chinach, a także konieczność wymiany przestarzałych maszyn na nowe, zużywające mniej paliwa.

W ubiegłym roku w sektorze lotnictwa cywilnego ustanowiono nowy rekord zamówień sięgający 2888 samolotów (w 2013 roku – 2858). Producenci w tym czasie dostarczyli swoim klientom 1352 maszyn (wzrost ilości dostarczonych maszyn o 6,1 proc. wobec 2013 roku). Niemniej portfel zamówień wzrósł o 14,4 proc. W związku z tym sukcesywnie z roku na rok rośnie liczba zamówień czekających w kolejce do realizacji – na koniec 2014 roku skumulowana liczba zamówionych samolotów wyniosła 12175. Oznacza to, że utrzymując obecne tempo produkcji, portfel zamówień sięga dziewięciu lat. W tym roku ma zostać wyprodukowanych 1393 samolotów, a w 2016 roku 1422.

W ubiegłym roku zysk operacyjny całej światowej branży lotniczej wyniósł 66,7 mld dolarów. Zatrudnienie w całym analizowanym sektorze sięga około 2 mln osób, a wydajność pracowników wzrosła o 4,5 proc. do 33,3 tys. dolarów zysku operacyjnego na osobę.

„Jeszcze kilka lat temu przychody branży obronnej stanowiły dwie trzecie całego sektora. W tej chwili jest to 54 proc. Przy obecnej stopie wzrostu w ciągu dwóch lat proporcje pomiędzy sektorem sprzętu wojskowego, a samolotów cywilnych powinny się wyrównać” – mówi Piotr Świętochowski.

Z analizy Deloitte wynika, że w ujęciu regionalnym w roku 2014 firmy produkujące sprzęt dla lotnictwa cywilnego i przemysłu wojskowego z siedzibą w USA wygenerowały 408,5 mld dolarów przychodów, zaś firmy europejskie – 222,8 mld dolarów.

W ubiegłym roku nie zmienił się znacząco układ sił wśród producentów samolotów i sprzętu wojskowego. Nadal palma pierwszeństwa należy do koncernu The Boeing Company (90,8 mld dolarów w 2014 roku, wzrost o 4,8 proc.). Na podium pod względem wielkości przychodów znalazły się także Airbus Group (80,7 mld dolarów, wzrost o 2,5 proc.) oraz Lockheed Martin (45,6 mld dolarów, wzrost o 0,5 proc.). Boeing i Airbus odpowiadają za połowę wzrostu całego sektora, który w ub. roku wyniósł 12,7 mld dolarów. Z kolei największy wzrost przychodów należał w ub. roku do firmy Wesco Aircraft i sięgnął 50,4 proc. Spośród 100 analizowanych firm 36 zanotowało spadek przychodów. Większość z nich to producenci sprzętu wojskowego.

Czy to powrót recesji w USA?

Wczoraj poznaliśmy znacznie gorsze od oczekiwań dane z USA. Indeks NY Empire State nie jest najważniejszym parametrem, ale zapala ostrzegawczą lampkę w sprawie potencjalnej podwyżki stóp we wrześniu. W Polsce trwają spekulacje na temat ustawy pomagającej kredytobiorcom frankowym.

Z wczorajszych danych najważniejszy okazał się indeks NY Empire State. Jest to jeden z indeksów powstających na bazie ankiet do menadżerów. Tego typu badania pozwalają trafniej przewidywać przyszłe trendy w gospodarce. To zarządzający wiedzą lepiej jaka jest kondycja ich przedsiębiorstw i jakie dane będą publikować w przyszłości. Rynki spodziewały się wzrostu z niecałych 4 pkt na 5 pkt. Odczyt okazał się znacznie słabszy i osiągnął niemalże -15 pkt. Świadczy to o gorszych perspektywach największych amerykańskich przedsiębiorstw. To czy te oczekiwania przełożą się na całą gospodarkę zobaczymy w przyszłości. Reakcją rynków na publikację, jak nietrudno się domyślić, było osłabianie się dolara wobec głównych walut. Jak to często bywa, gdy dolar słabnie wobec euro, umacniał się złoty. Najsilniej oczywiście wobec dolara, ale również wobec innych głównych walut.

Trwa ofensywa bankowa w sprawie uchwalonej ustawy mającej pomóc kredytobiorcom frankowym. Powodem jest przerzucenie niemal całego ciężaru kosztów na banki. Ustawa nie przeszła jeszcze poprawek senackich, a stanie się to dopiero na przełomie sierpnia i września. Nie zmienia to faktu, że już teraz wyliczenia KNF budzą poważne wątpliwości co do przyjętych parametrów. Powodem jest oczekiwany koszt. Nadzór oczekuje, że może to być nawet 22 mld zł. W celu oddania skali tego problemu najlepiej skonfrontować tę liczbę z rocznym zyskiem sektora bankowego. Wynosi on w przybliżeniu 16 mld zł. Jak nie trudno się domyślić rozłożenie zysków jest różne od rozłożenia kredytów. W efekcie niektóre banki pożegnają się ze znacznie mniejszą częścią zysków niż inne.

Jaki wpływ będzie mieć ta sytuacja na rynki?

Po pierwsze dojdzie do redukcji popytu na CHF w Polsce, to akurat nikogo nie martwi. Z drugiej strony słabszy system bankowy, a takim będzie polski po obłożeniu go takim kosztem, powinien osłabić złotego. Przed oceną finalnych efektów ustawy należy poczekać na poprawki senackie. Nie tylko procent dopłat może się zmienić, również klasyfikacja mieszkań mogących skorzystać z umorzeń. W obecnym projekcie są to mieszkania do 100 metrów i domy do 150 metrów. Są to parametry wyraźnie powyżej średniej, zatem jeżeli ktoś się pochyli tylko nad “najbardziej potrzebującymi” to można się spodziewać zaostrzenia tych kryteriów.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
10:30 – Wielka Brytania – inflacja konsumencka,
14:00 – Polska – przeciętne wynagrodzenie i zatrudnienie,
14:30 – liczba pozwoleń na budowę domów w USA.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 18.08.2015
Komentarz walutowy 18.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 18.05.2015 do 18.08.2015

Kurs EUR/PLN do wczoraj poruszał się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiegało jeszcze wczoraj w okolicach 4,1800, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji. Dla ruchu w górę oporem jest ostatnie maksimum na 4,2400.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 18.08.2015
Komentarz walutowy 18.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 18.05.2015 do 18.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest testowane obecnie 3,8350. Oporem dal ruchu w górę jest górne ograniczenie formacji spadkowej na 3,8800.

USD/PLN

Komentarz walutowy 18.08.2015
Komentarz walutowy 18.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 18.05.2015 do 18.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem dolne ograniczenie trendu na 3,7450.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 18.08.2015
Komentarz walutowy 18.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 18.05.2015 do 18.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.

Inwestycje w badania i rozwój polskich firm IT to konieczność

0

W Polsce stopniowo wzrasta konieczność inwestycji w prace badawczo-rozwojowe. Takie dane płyną z raportu „Opłacalność inwestowania w badania i rozwój” firmy PwC i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Większe zaangażowanie firm w badania i rozwój to środek na tworzenie innowacyjnej gospodarki – twierdzą eksperci.

prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki oraz prezes zarządu Transition Technologies
prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki oraz prezes zarządu Transition Technologies

Według danych zawartych w raporcie, największy odsetek przychodów z wyników prac B+R w przychodach operacyjnych widoczny jest w sektorach: chemicznym i farmaceutycznym (47,33%), produkcji pojazdów i maszyn (45,66%) oraz IT (25,24%). Obecnie, aby gospodarka danego kraju mogła być konkurencyjna na tle pozostałych państw oraz bezpieczna przed cyberatakami szczególny nacisk powinien zostać położony właśnie na rozwój innowacji w sektorze IT – mówi Prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Transition Technologies – polskiej Spółki IT, która posiada status Centrum Badawczo – Rozwojowego. W 2014 roku udział przychodów wygenerowanych w wyniku działań badawczo-rozwojowych wyniósł średnio 16,62%. W porównaniu z rokiem 2008 jest to wzrost o 7 punktów procentowych, co świadczy o wzroście inwestycji w tym obszarze, aczkolwiek bardzo powolnym.

B+R w Polsce

Polska pod względem inwestycji w badania i rozwój w porównaniu z innymi państwami nie jest liderem. W rankingu Bloomberg’a z 2014 roku „Most innovative in the World: Countries” Polska znalazła się na 24 miejscu na 50 krajów zbadanych pod względem innowacyjności. Niemniej w ostatnim czasie pojawił się jednak wyraźny trend zainteresowania biznesu działaniami badawczo-rozwojowymi o czym świadczy wzrost inwestycji w tym obszarze. Według danych pochodzących z raportu „Opłacalność inwestowania w badania i rozwój” w 2014 roku, wzrost ten osiągnął poziom 41%. – Dla polskich przedsiębiorców prace badawczo -rozwojowe stają się podłożem do zainicjowania prac nad nowym produktem. Jednakże z drugiej strony nadal wiele przedsiębiorstw nie rozwija tego obszaru aktywności. Za główną przyczynę możemy uznać koszty, jakie wiążą się z tego typu działaniami – mówiąc wprost nie każdą firmę na to stać. Pojawiają się również problemy natury prawnej. Należy jednak wspomnieć, że w 2013 roku wydatki firm na działalność badawczo-rozwojową wzrosły o 17,8% w porównaniu z rokiem 2012. Z drugiej strony, jeżeli polskie firmy chcą się rozwijać, muszą inwestować w badania. Nasza firma od 5 lat posiada status Centrum Badawczo-Rozwojowego. Prowadzimy badania w obszarze m.in. przemysłu, energetyki, czy biomedycyny. Tworzymy innowacyjne rozwiązania w zakresie diagnostyki chorych na nowotwory, osób niewidomych i słabowidzących oraz zaawansowane technologie usprawniające przemysł wytwórczy. Tworzymy technologie jutra. – mówi prof. Konrad Świrski z firmy Transition Technologies. Co więcej, z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu PwC i NCBR, wynika, że najwięcej na badania i rozwój wydają przedsiębiorstwa działające od 10-15 lat. Ich wydatki stanowiły 47% wydatków poniesionych w 2014 roku.

Korzyści dla gospodarki

– Wspomniany wzrost inwestycji wśród firm z obszaru IT wiąże się ze wzrostem świadomości wśród właścicieli firm oraz potrzebie konkurencyjności na rynku. Wiemy o tym, gdyż nasza firma w 2014 według rankingu TOP 200 Computerworld wydała najwięcej na badania i rozwój z pośród polskich firm IT. Aktualnie, innowacyjność rozwiązań i produktów jest elementem wyróżniającym i znakiem rozpoznawczym wielu firm – dodaje prof. Świrski. Ponadto, pomiędzy rokiem 2011 a 2013 łączne wydatki wewnętrzne przedsiębiorców z sektora przetwórstwa przemysłowego na B+R wzrosły aż o 68%. Ma to swoje realne odzwierciedlenie również w zatrudnieniu, co korzystanie wpływa na koniunkturę gospodarczą, przyczyniając się tym samym do obniżenia poziomu bezrobocia i wzrostu atrakcyjności krajowej gospodarki dla przyszłych inwestorów. O powyższych trendach świadczy fakt, że coraz więcej młodych ludzi z południa Europy (Włochy, Hiszpania) podejmuje w Polsce stałą pracę. Ponadto, wzrost inwestycji w B+R wiąże się z pracą nad nowymi produktami i rozwiązaniami, a następnie ich komercjalizacją. Oprócz wzrostu inwestycji w prace badawczo-rozwojowe istotne jest także zdobywanie doświadczenia oraz wypracowanie skutecznych metod i sposobów urynkowienia efektów swoich działań.

Bodźce do działania

W celu skutecznego pobudzenia inwestycji w badania i rozwój konieczne jest podjęcie szeregu działań zarówno systemowych z zakresu prawa krajowego jak również odpowiedniej edukacji przedsiębiorców w zakresie korzyści, jakie można osiągnąć dzięki inwestowaniu w działalność badawczo-rozwojową. Według raportu „Opłacalność inwestowania w badania i rozwój” do czynników motywujących przedsiębiorstwa do podjęcia działań w zakresie B+R można zaliczyć: korzystniejsze przepisy prawne, szczególnie posiadanie ulg podatkowych z tytułu prowadzenia prac B+R, zwiększenie możliwości pozyskania bezzwrotnych dotacji na projekty badawczo-rozwojowe. Kolejną zachętą do prac w zakresie B+R jest większa elastyczność i dynamika w działaniu jednostek naukowych i badawczych oraz możliwość współpracy z odpowiednio wykwalifikowaną kadrą ekspertów i specjalistów. Istotnym motywatorem może być także szybki zwrot zainwestowanych środków.

Przy aktualnym światowym tempie wzrostu gospodarczego oraz podwyższonym ryzyku ataków cybernetycznych, inwestycje w badania i rozwój firm z zakresu IT są koniecznością. Większe zainteresowanie przedsiębiorstw pracami B+R przyczynia się do wzrostu konkurencyjności na rynku wewnętrznym oraz zagranicznym. Ponadto, ma swoje korzystne przełożenie na poziom zatrudnienia. Ograniczenia w postaci przepisów prawa rachunkowego i podatkowego (ulgi podatkowych) oraz brak dotacji powinny w sposób szybki i sprawny zostać rozwiązane przez rząd.

Czym kierują się turyści przy wyborze noclegu na wakacje?

Wybierając miejsce noclegowe na czas wyjazdu, Polacy zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację (72%). I choć cena także odgrywa ważną rolę (49%), to z kempingu korzysta zaledwie 20% z nas. Zwykle stawiamy na podwyższony standard noclegu.

Lubimy zatrzymywać się w hotelach (51%) lub pensjonatach (47%). „Atrakcyjną opcją jest również wynajęcie prywatnego domu. Chętnie decydują się na to rodzice z małymi dziećmi oraz większe grupy znajomych. Odpowiada im możliwość zindywidualizowania oferty” – mówi serwisowi infoWire.pl Paulina Sikorska z Interhome.pl.

Osoby wyjeżdżające z pociechami, szukając noclegu, kierują się bliskością do morza lub jeziora. Liczy się też dla nich dostęp do rozbudowanej infrastruktury sportowo-rekreacyjnej wokół miejsca zakwaterowania. Baseny, boiska, korty tenisowe czy sale z grami (takimi jak np. piłkarzyki) dostarczają najmłodszym rozrywki.

Dla zamożnych Polaków ważny jest luksus. Zapewniają go między innymi prywatny basen i piękny ogród. Z kolei fani zwiedzania chcą poczuć autentyczną atmosferę miejsca, w którym wypoczywają, dlatego stawiają na domowy klimat. Wielu z nich wynajmuje prywatne domy w malowniczych okolicach i z ciekawymi widokami, np. na pola lawendy czy winnice. Apartamenty dla większej liczby gości cieszą się sporą popularnością w długie weekendy i święta.

Pamiętajmy, by podczas wyboru oferty czytać uważnie ogłoszenia, zwracać uwagę na koszty dodatkowe i wyjaśniać wszystkie niejasności. Warto sugerować się zdjęciami. Jeśli opublikowano ich zbyt mało, możemy poprosić o przesłanie kolejnych.

Małe centra handlowe typu convenience to obiekty pierwszego wyboru poza dużymi miastami. Dekada Reality planuje więc kolejne inwestycje

Aleksander Walczak, prezes spółki Dekada SA

Dekada, właściciel sieci małych centrów handlowych w miastach średniej wielkości, szykuje nowe obiekty. Powstaną w Ciechanowie, Koninie, Mińsku Mazowieckim i Nysie. Pierwszy powinien rozpocząć działalność za rok, w 2016 r. ruszy budowa pozostałych. Galerie spółki w mniejszych miejscowościach odwiedzane są przez około 150 tys. konsumentów miesięcznie. Dla większości to sklep pierwszego wyboru.

W tej chwili mamy dziewięć obiektów, dziesiąty, galeria handlowa w Malborku, jest w trakcie realizacji, której zakończenie przewidujemy na koniec br. – mówi agencję informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Walczak, prezes spółki Dekada SA.

W trakcie przygotowania są kolejne inwestycje, m.in. centrum handlowo-komunikacyjne w Ciechanowie, którego budowa ma się rozpocząć po wakacjach.

Następne obiekty przygotowujemy w Koninie, Mińsku Mazowieckim i Nysie – zapowiada Aleksander Walczak. – Ich budowa powinna rozpocząć się już w przyszłym roku.

Dekada specjalizuje się w budowie małych centrów handlowych z tzw. segmentu convenience shopping center. To miejsca przede wszystkim popularnych, codziennych, szybkich i wygodnych zakupów.

W ubiegłym roku spółka uruchomiła obiekty w Nowym Targu i Brodnicy, oba połączone są z dworcami autobusowymi. Budowa zintegrowanych centrów komunikacyjno-handlowych w mniejszych miejscowościach to kierunek, który będzie przez spółkę kontynuowany. Przeciętne koszty związane z budową takiego obiektu wynoszą od 20 do 50 mln zł.

Wydaje się, że tego rodzaju centra handlowe dobrze wpisują się w krajobraz polskiego handlu i usług, dlatego że są uzupełnieniem dużych, wielkomiejskich galerii handlowych – zauważa prezes Aleksander Walczak. – To miejsca, w których ludzie robią codzienne, może cotygodniowe zakupy, dlatego mają też dobre wyniki.

Spółka zakłada, że z takiej placówki powinno korzystać około 100 tys. mieszkańców. Wówczas jest to centrum handlowe pierwszego wyboru, do którego konsumenci jeżdżą na zakupy najczęściej. Rzadziej, raz na jakiś czas, odwiedzają wielkie centra handlowe w najbliższym, ale oddalonym od kilkadziesiąt kilometrów, dużym mieście, takim jak Łódź, Kraków czy Warszawa.

Próbujemy również tak optymalizować koszty, żeby nasza działalność była opłacalna także dla najemców – zapewnia Aleksander Walczak. – Centra spółki wyróżniają się tym, że możemy proponować niezbyt wysokie czynsze. Dzięki temu najemcy mogą sprzedawać towar, być bliżej klienta, a jednocześnie funkcjonują na powierzchni, która nie jest ani droga w budowie, ani w utrzymaniu.

Centra handlowe Dekada, jak przypomina prezes tej spółki, są także rozbudowywane. Taka modernizacja ostatnio miała miejsce w Skierniewicach. Pierwszy obiekt w tej miejscowości miał około 4 tys. mkw. i wynajmowany był przez kilkunastu najemców. Obecnie jego powierzchnia zwiększana jest do 10 tys. mkw., czyli ponaddwukrotnie.

Jeśli placówka dobrze funkcjonuje, a potencjał danego miasta powoduje, że mogą powstać w nim kolejne sklepy, to wówczas taka modernizacja ma sens – przekonuje prezes Walczak. – Na pewno kilka naszych obiektów w najbliższej przyszłości będzie w ten sposób rozbudowywanych.

Obiekty spółki odwiedzane są przeciętnie przez 150 tys. mieszkańców miesięcznie, czyli między 1,5 a 2 mln konsumentów rocznie.

A więc są to obiekty popularne – zapewnia Aleksander Walczak. – W związku z tym wydaje nam się, że perspektywy rozwoju firmy są bardzo dobre. Nie  konkurujemy z dużymi obiektami, dlatego że jesteśmy bliżej klienta mieszkającego w mniejszej miejscowości.

Strategia spółki przewiduje posiadanie w portfelu 20 tego rodzaju obiektów. Na razie firma inwestuje dzięki środkom pozyskanym od założycieli. Z czasem nie wyklucza wejścia na giełdę, ale nie nastąpi to wcześniej niż za trzy lata.

Outsourcingowa oferta dla pokolenia Y

Wejście generacji Y na rynek pracy to ogromne wyzwanie dla przedsiębiorców i managerów. Przedstawiciele nowego pokolenia postrzegani są jako utalentowani, ale wymagający pracownicy, których niełatwo pozyskać, a jeszcze trudniej utrzymać. Co „igrekom” może zoferować branża outsourcingu? Czym sektor BPO/SSC chce przyciągać „młodych, zdolnych – niepokornych”?

Branża szybkiego wzrostu

Sektor BPO/SSC notuje kilkunastoprocentowy wzrost zatrudnienia rok do roku. Szacuje się, że pod koniec dekady w centrach usług wspólnych będzie pracowało nawet 250 tysięcy osób. Według ostatnich badań przeprowadzonych przez Fundację Pro Progressio podaż kadry jest kluczowym czynnikiem przy wyborze lokalizacji biznesowej dla 92% inwestorów. Przed firmami konkurującymi o najlepszych pracowników stoi niemałe wyzwanie sprostania oczekiwaniom nowego pokolenia, wchodzącego właśnie na rynek pracy.

Zrozumieć „millenialsa

Generacja Y to osoby urodzone w przedziale lat 1980 – 1994. Otoczenie i czasy, w jakich dorastali, sprawiły, że „millenialsi” są ambitni i pewni swojej wartości na rynku pracy. Kluczową rolę w kształtowaniu ich umiejętności i wymagań odegrała technologia, co wykształciło w nich zdolności dynamicznego działania i szybkiej adaptacji. Przedstawiciele pokolenia Y szybko się nudzą i potrzebują wciąż nowych wyzwań by rozwijać się nie tylko zawodowo, ale także osobiście. Są znacznie bardziej otwarci na zmiany niż ich rodzice czy dziadkowie, co sprawia, że bywają postrzegani jako pracownicy niestali w swoich zawodowych wyborach.

Uwieść „igerka”

„Milennialsi” potrafią być lojalni pod warunkiem, że są odpowiednio zmotywowani. Oczekują oni przede wszystkim możliwości uczestniczenia w różnych, innych od siebie projektach. Praca w firmie outsourcingowej świadczącej usługi dla wielu podmiotów umożliwia przemieszczanie się w strukturze organizacji zarówno pionowo, jak i poziomo – pomiędzy działami obsługującymi różnych klientów. Umiejętność szybkiej adaptacji i chęć podejmowania nowych wyzwań, charakteryzujące pokolenie Y, są tutaj niezwykle pożądane – mówi Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio.

Większość z firm BPO/SSC, to podmioty z zagranicznym kapitałem zatrudniające Polaków i obcokrajowców, co daje szansę współpracy z osobami różnych narodowości i kultur. W branży tej awansuje się zarówno wewnątrz jednego podmiotu, w grupie firm lub między organizacjami. W wielu przypadkach firmy umożliwiają podjęcie pracy w swoich międzynarodowych oddziałach, co stanowi dobre rozwiązanie dla młodych ludzi, którzy chcą rozwijać się zawodowo nie rezygnując przy tym z podróży, poznawania nowych kultur i gromadzenia życiowych doświadczeń. Przedstawiciele pokolenia Y urodzili się i wychowali w „globalnej wiosce” – nie chcą, aby wieloletnia praca w jednej organizacji ograniczała ich horyzonty.

Ze względu ma różnorodność procesów, jakie są obsługiwane przez branżę BPO/SSC, pracę mogą w niej znaleźć zarówno osoby po kierunkach filologicznych, finansowych, bankowych, zarządzania, jak również informatycznych, prawnych czy humanistycznych. Sektor BPO/SSC dzieli się na wiele mniejszych branż mocno specjalizujących się w konkretnych procesach. I tak np. prawnicy mogą znaleźć pracę w obszarze LPO – Legal Proces Outsourcing, informatycy, w obszarze ITO – IT Outsourcing, a osoby zajmujące się rekrutacją lub wsparciem procesów HR w takich branżach jak HRO – Human Resources Outsourcing lub RPO – Recruitment Process Outsourcing. Obszar sektora BPO/SSC jest znacznie szerszy i cały czas się rozwija.

Szansa dla najaktywniejszych

Myślę, że wielu młodych ludzi może nie zdawać sobie sprawy z mnogości narzędzi jakie są oferowane przez sektor nowoczesnych usług dla biznesu. Zdobywanie doświadczenia w tej branży sprzyja szybkiemu nabywaniu wielu umiejętności, które mogą być przydatne również w innych miejscach pracy. Osoby aktywne, dobrze zorganizowane i chętnie uczące się mają szansę na naprawdę szybką karierę, a „millenialsi” tacy właśnie są. Stale podnoszą swoje kwalifikacje poprzez udział w szkoleniach, stażach czy wolontariatach. Specjalny program ambasadorski Fundacji Pro Progressio dedykowany osobom zainteresowanym przyszłą pracą w outsourcingu cieszy się coraz większą popularnością. Świadczy to o perspektywicznym i proaktywnym nastawieniu młodych ludzi – mówi Wiktor Doktór.

E-handel kluczowym czynnikiem rozwoju rynku sektora magazynowego i handlowego w Polsce

E-handel, jeden z najszybciej rozwijających się sektorów rynku, w coraz większym stopniu wpływa na dynamikę i kierunki rozwoju krajowego rynku magazynowego i handlowego. Rodzimy Kowalski przeprowadza rocznie dwie transakcje w sieci, prawie 10 razy mniej niz statystyczny Smith, ale jak przewidują analitycy z BNP Paribas Real Estate Poland w raporcie E-handel a rynek magazynowy w Polsce, trend wzrostowy utrzyma się w kolejnych latach i znacząco wpłynie na sektor powierzchni handlowych jak i magazynowych.

Polska ma ogromny potencjał rozwoju rynku w e-handlu plasując się w europejskiej czołówce pod względem dynamiki wzrostu wartości rynku sprzedaży internetowej, która w latach 2009–2014 wzrastała między 15 a 30% rocznie. O potencjale świadczy także dystans do nadrobienia w odniesieniu do innych krajów. W zależności od źródła informacji obroty handlu elektronicznego w Polsce szacowane są na 2,5-4% procent całkowitej sprzedaży. To nadal daleko za krajami takimi jak np. Wielka Brytania – 13,2%, Niemcy – 10% czy Norwegia – 9,1%. Ministerstwo Gospodarki szacuje, że do 2018 udział ten wzrośnie w Polsce do 9,0%.

Z danych Ecommerce Europe wynika, że średni koszyk zakupów internetowych w Polsce równa się €539, co stanowi jedynie 43% średniej unijnej, która wynosi €1 243. Ta różnica także wskazuje na szansę wzrostu sektora, gdyż zwiększa się dostęp do szerokopasmowego internetu, ilość użytkowników rośnie oraz polepsza się sytuacja ekonomiczna społeczeństwa.

Dynamiczny rozwój e-handlu stanowi jednocześnie szansę, ale i wyzwanie dla sektora powierzchni magazynowych i logistycznych. W związku z rozwojem e-handlu zmieniają się modele dystrybucji, skraca się czas dotarcia jak również rozszerza się paleta usług dodatkowych. Według szacunków, e-handel generuje łącznie 10-15% całkowitego popytu na nowoczesne powierzchnie magazynowe rocznie. BNP Paribas Real Estate Poland przewiduje, iż w średnioterminowej perspektywie udział tego sektora wzrośnie do 20%.

Anna Staniszewska Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

„E-handel, oprócz zaawansowanych technologicznie usług, wymaga też odpowiedniej lokalizacji, umożliwiającej szybkie dotarcie do klienta, jak i specyfikacji technicznej magazynu. Optymalnym rozwiązaniem do obsługi sklepów internetowych są magazyny typu „cross-dock”, które bardziej niż funkcję składową pełnią funkcję przeładunkową. W magazynie tego rodzaju duże dostawy obsługiwane są przez doki dostosowane do TIR-ów, a wysyłka towarów odbywa się przez mniejsze doki dla małych samochodów dostawczych.” – mówi Anna Staniszewska Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

W odróżnieniu od tradycyjnych sklepów, których popyt na powierzchnie magazynowe jest dość przewidywalny, branża e-handlu wymaga dużo większej elastyczności. Asortyment, liczba klientów oraz miejsce dostaw sklepu internetowego są różnorodne, dlatego też istotne jest aby powierzchnie magazynowe były dostosowane do zmiennego popytu, a właściciele magazynów umożliwiali zwiększenie zajmowanej powierzchni w szczytowych okresach sprzedaży, jak np. w okresie przedświątecznym.

„Mając na uwadze powyższe uwarunkowania w imię zasady „dostosuj się albo zgiń” chcąc zdobywać klientów, właściciele magazynów, jak również firmy logistyczne i kurierskie muszą dostosowywać i poszerzać swoją ofertę do specyficznych wymagań sklepów internetowych.” – komentuje Anna Staniszewska.

Istotnym czynnikiem kierunków rozwoju e-handlu są koszty związane z wynajmem oraz standard oferowanych usług. Dlatego też wiele sklepów internetowych decyduje się na współpracę z wyspecjalizowanymi firmami logistycznymi i kurierskimi. Praktycznie każdy ze znaczących graczy oferuje szereg usług dla branży e-handlu począwszy od przygotowania przesyłek, magazynowania, obsługi zwrotów i wymiany produktów, poprzez zarządzanie płatnościami, obsługę klientów, czy obsługę oprogramowania. W przypadku zlecenia tego typu usług „na zewnątrz” koszty mogą być niższe, niż w przypadku prowadzenia całego łańcucha dostaw samodzielnie, gdyż dzięki temu sklep internetowy może skupić się na działalności podstawowej, czyli sprzedaży towarów i usług.

E-handel już na stałe wszedł w nasze życie, zmieniając rynek łańcucha dostaw jak i rynek powierzchni magazynowych. Chcąc maksymalnie wykorzystać potencjał sektora, firmy z nim związane powinny go dobrze poznać i dostostować się do zachodzących w nim zmian, także w zakresie logistyki i magazynów.

Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland
Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

„E-handel, będąc jednocześnie jedną z głównych sił napędowych dla rozwoju rynku powierzchni magazynowych w Polsce, jest nadal trudny do usystematyzowania i przenalizowania. Jedynie znajomość specyfiki lokalnych rynków oraz trendów globalnych pozwala na pełne zrozumienie nadchodzących zmian i spojrzenie z szerszej perspektywy. Biorąc pod uwagę uwarunkowania polskiego rynku, który z jednej strony przyciąga największych międzynarodowych inwestorów, ale także pozwala na umacnianie się lokalnych graczy, sektor e-handlu stanowi jeden z najbardziej interesujących obszarów rynku logistycznego.” – podsumowuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland.

ERG chce do końca przyszłego roku wejść na rynki Europy Zachodniej. W tym czasie zwiększy też moce produkcyjne o 22 proc.

0

Robert Groborz, prezes zajmującej się przetwórstwem tworzyw sztucznych spółki ERG

Strategia spółki ERG na lata 2015-2017 zakłada wzrost poziomu mocy produkcyjnych o ponad 20 proc. oraz rozbudowę działu R&D. Plany mówią również o wzroście przychodów z eksportu oraz podbiciu nowych rynków, głównie francuskiego i niemieckiego. Do końca roku powinien zostać wdrożony nowy system informatyczny klasy ERP. Zarząd zamierza także istotnie poprawić wskaźniki rentowności, zarówno na poziomie EBITDA, jak i netto. To wszystko przy stopniowej automatyzacji produkcji.

W najbliższym czasie, w II połowie 2015 roku oraz w 2016 roku, chcemy skoncentrować się na zbudowaniu służb handlowych i zdobyciu pierwszych klientów w Europie Zachodniej, głównie dwa rynki: niemiecki i francuski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Groborz, prezes zajmującej się przetwórstwem tworzyw sztucznych spółki ERG.

Do końca przyszłego roku moce produkcyjne, którymi dysponuje spółka, mają zwiększyć się o 22 proc. Wzrost możliwości parku maszynowego pozwoli na realizację nowych zamówień, które firma planuje zdobyć m.in. za granicą. Plany zarządu ERG mówią o większej koncentracji na eksporcie. Udział zagranicznej sprzedaży w strukturze przychodów spółki w perspektywie najbliższych dwóch lat ma się podwoić i osiągnąć poziom co najmniej 20 proc.

W tej chwili największą sprzedaż prowadzimy na rynkach wschodnich, w Rosji i na Ukrainie. Stanowi to około 10 proc. naszej całej sprzedaży rocznej – mówi Groborz.

Niezależnie od inwestycji w park maszynowy i działań w kierunku wzrostu eksportu spółka ERG planuje dalszy rozwój własnego działu badań i rozwoju (R&D).

Koszt rozwoju nowych produktów w skali roku szacujemy na poziomie kilkuset tysięcy złotych. Chcielibyśmy skorzystać z funduszy unijnych, w tym momencie czekamy na ogłoszenie szczegółów dotyczących programów unijnych – tłumaczy prezes.

Według Robert Groborz właśnie silny dział badań i rozwoju to główne źródło przewag konkurencyjnych kierowanej przez siebie firmy.

Rezultaty pracy tego działu, które spowodowały, że technologia, którą dzisiaj dysponujemy, jest absolutnie porównywalna do technologii, którą oferują w dziś nasi konkurenci z Europy Zachodniej – zauważa.

W ramach nowej strategii planowane jest również wdrożenie narzędzi informatycznych wspomagających zarządzanie przedsiębiorstwem. Uruchomienie nowego systemu ERP ma nastąpić jeszcze przed końcem bieżącego roku.

Średnie zużycie w kilogramach na osobę jest około 20 proc. mniejsze niż średnia dla Unii Europejskiej, dlatego jest to rynek bardzo perspektywiczny – wyjaśnia przedstawiciel śląskiej spółki pytany o potencjał polskiego rynku tworzyw sztucznych.

Spółka ERG w najbliższym czasie zamierza skoncentrować się głównie na branżach spożywczej i budowlanej. Marże, które można uzyskać w tych sektorach, należą bowiem do najwyższych na rynku.

Ekspert zwraca uwagę na bardzo niestabilną sytuację na rynku surowców produkcyjnych. Historyczne minima, do których spadły ceny na wiosnę, sprzyjały producentom. Już w II kwartale ceny jednak gwałtownie wzrosły, by następnie znów przejść w trend spadkowy.

Jeżeli można w tych bardzo nietypowych czasach prognozować, to uważamy, że do końca roku ceny surowców powinny systematycznie spadać – mówi przedstawiciel śląskiego producenta.

Spółka nie zamierza w najbliższym czasie zwiększać zatrudnienia, stawia za to na stopniowy wzrost poziomu automatyzacji pracy. Nie planuje także akwizycji.

ERG w I kwartale osiągnął zysk na poziomie 453 tysięcy złotych i jest to najlepszy wynik od ośmiu kwartałów. Strategia firmy na lata 2015-2017 zakłada poprawę rentowności zysku EBITDA do poziomu 10-11 proc., a na poziomie netto ma to być od 4 do 5 proc.

A. Stefaniak (DMK): Mało prawdopodobne, aby frank szwajcarski w tym roku na trwałe przekroczył granicę 4 zł

Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK

Mimo decyzji banku centralnego Szwajcarii o wstrzymaniu obrony kursu tamtejszej waluty wobec euro frankowi bardzo trudno będzie trwale przebić poziom czterech zł. Zdaniem Andrzeja Stefaniaka z firmy DMK nawet jeśli w tym roku zostanie on przekroczony, taka sytuacja nie powinna potrwać długo. Umocnieniu euro do szwajcarskiej waluty sprzyjać będzie uspokojenie nastrojów związanych z Grecją.

Obserwujemy obecnie tendencję wzrostową na parze euro/ frank szwajcarski, co prawdopodobnie sprawi, że frankowi będzie bardzo trudno przebić poziom 4,00 zł – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK. – Nasz scenariusz bazowy zakłada, że do końca bieżącego roku ta granica nie zostanie przekroczona.

W połowie stycznia br. szwajcarski bank centralny (SNB) ogłosił, że przestaje bronić swojej waluty i uwolnił jej notowania. Wcześniej utrzymywano tzw. sztywny kurs wymiany, który sprawiał, że euro nie mogło kosztować mniej niż 1,2 franka. Decyzja SNB wywołała panikę na rynkach, a notowania franka do polskiej waluty na moment przekroczyły poziom pięciu zł.

– Obecnie już się sugeruje, że Szwajcarski Bank Narodowy jest obecny na rynku i dokonuje cichych interwencji w celu osłabienia szwajcarskiej waluty – informuje Andrzej Stefaniak. – Myślę, że dla dalszych notowań ważne jest uspokojenie nastrojów związanych z Grecją. Jeżeli tak się stanie, a już wiadomo, że zawarto porozumienie w sprawie trzeciego pakietu pomocowego, to jest prawdopodobne, że euro w stosunku do franka szwajcarskiego będzie pod presją, żeby się umocnić.

Nawet jeśli poziom 4 zł za franka zostanie w tym roku przekroczony, to zdaniem Andrzeja Stefaniaka taka sytuacja nie powinna trwać długo.

Jest bardziej prawdopodobne, że utrzymamy się do końca roku pod tym poziomem – uważa dealer walutowy firmy DMK. – Natomiast nie jest wykluczone, że na chwilę bądź przez krótki okres przebijemy ten poziom. W dłuższym terminie jest jednak raczej mało prawdopodobne, żebyśmy na trwałe pokonali granicę 4 zł za franka do końca roku.

Szerokopasmowy internet do listopada pokryje całą Małopolskę. Gotowe jest prawie 800 km światłowodów

Piotr Majchrzak, prezes spółki Hyperion

Blisko 650 km światłowodów wybudowano i odebrano, w trakcie odbioru jest kolejnych 150 km – Małopolska Sieć Szerokopasmowa w sumie będzie obejmować ponad 1250 km. Projekt ma się zakończyć w listopadzie, co oznacza, że za kilka miesięcy cała Małopolska będzie w zasięgu szerokopasmowego internetu. Zmiany na lepsze odczują wszyscy, zarówno mieszkańcy i przedsiębiorcy, jak i urzędy.

Odebraliśmy już 650 km sieci budowanej własnymi siłami, a 150 km jest w trakcie odbiorów dokumentacyjnych, bo techniczne już zostały wykonane. Mamy za sobą ok. 64 proc. projektu, a 200 km jest w trakcie budowy. Do końca września powinniśmy zdążyć ze wszystkim – mówi Piotr Majchrzak, prezes spółki Hyperion, odpowiedzialnej za projekt Małopolskiej Sieci Szerokopasmowej.

W sumie dzięki wybudowanym i pozyskanym sieciom światłowodowym Małopolska Sieć Szerokopasmowa ma obejmować ok. 3 tys. km tras (dodatkowo 19 węzłów sieci szkieletowej oraz 250 węzłów dostępu do sieci). Na obecnym etapie udało się wykonać 85 proc. prac projektowych i 74 proc. prac budowlanych – to ponad 2,5 tys. km sieci, które zostały wybudowane i wydzierżawione.

W poniedziałek przedstawiciele spółki spotkali się z ministrem administracji i cyfryzacji Andrzejem Halickim. Jak podkreśla Majchrzak, resort pozytywnie ocenił stan realizacji projektu. Zapewnia, że udało się już nadrobić opóźnienie, więc termin zamknięcia projektu nie jest zagrożony.

Projekt MSS ma się zakończyć w listopadzie 2015 roku. Dla beneficjentów projekt zostanie udostępniony w grudniu i wtedy też podłączymy pierwszych klientów. Myślę, że w pierwszej kolejności będą to urzędy. Siecią szerokopasmowego internetu pokryta będzie cała Małopolska – mówi Piotr Majchrzak.

Z internetu dzięki MSS korzystać będzie ok. 645 tys. gospodarstw domowych oraz 2,5 tys. podmiotów administracji publicznej. Koszt całkowity Małopolskiej Sieci Szerokopasmowej to ponad 190 mln zł, z czego dofinansowanie unijne to blisko 64 mln zł.

Naszą ambicją jest podłączenie wszystkich instytucji samorządowych i centralnych. To m.in. szkoły, szpitale i placówki kulturalne. Szkoły będą miały dostęp do internetu o dużej przepustowości, podobnie szpitale. To ważne, bo mówi się o przesyłaniu danych czy analizie dokumentacji pacjentów niekoniecznie w miejscu badania. To oznacza transmisję gigantycznych plików, których bez podłączenia szpitali do światłowodu nie da się zrealizować – wyjaśnia Majchrzak.

Jak podkreśla, to inwestycja strategiczna dla regionu. Dostęp do szybkiego internetu otwiera nowe możliwości przed małopolskimi przedsiębiorcami, szczególnie tymi z małych miejscowości, i pomoże im w konkurowaniu na rynku krajowym i unijnym. Przyspieszy i usprawni również prace urzędów, co też odczują firmy i mieszkańcy.

Po zakończeniu tego projektu w zakresie sieci szkieletowych i dostępowych, czyli doprowadzenia do najmniejszych miejscowości w Małopolsce, będziemy na poziomie najbardziej zaawansowanych krajów rozwiniętych. Pozostanie nam ostatnia mila – tu spróbujemy w ciągu następnej perspektywy unijnej dogonić świat albo go nawet przegonić w wielu wypadkach – mówi Piotr Majchrzak. – Na tle Polski nasz region będzie jednym z liderów.

Dokończenie tego projektu jest szczególnie ważne z punktu widzenia celów Europejskiej Agendy Cyfrowej, która zakłada, że do 2020 roku wszyscy obywatele UE powinni mieć dostęp do internetu o prędkości co najmniej 30 Mbps.

Dzięki tej inwestycji możliwy będzie m.in. rozwój projektu Małopolskiej Chmury Edukacyjnej, partnerskiej inicjatywy środowisk edukacyjnych, akademickich i samorządowych województwa. Zakłada on przede wszystkim wyposażenie szkół i uczelni wyższych w sprzęt służący do komunikacji poprzez sieć internetową oraz realizacje zajęć edukacyjnych w technikach i liceach z wykorzystaniem potencjału szkół wyższych. Ma to zwiększyć poziom nauczania i zainteresować nauką uczniów szkół ponadgimnazjalnych.

Polska jest dużym placem budowy cyfrowych autostrad. Swoje projekty zakończyły już m.in. Wielkopolska i Dolny Śląsk. Na ukończeniu jest także realizacja w Polsce Wschodniej.

Cyfryzacja jest jednym z motorów napędowych rozwoju kraju. Wiadomo, że duża część gospodarki przenosi się do sfery cyfrowej. Bez światłowodów i szybkiego internetu stanęlibyśmy w miejscu i nie byłoby mowy o rozwoju usług turystycznych czy informatycznych – mówi prezes spółki Hyperion. – Nie można sobie wyobrazić gospodarki nowoczesnej i cyfrowej bez światłowodów.

Od przyszłego roku ograniczona zostanie możliwość składowania odpadów ściekowych

Oczyszczalnie ścieków od przyszłego roku nie będą już składować osadów ściekowych. Wszystko z powodu wejścia w życie dyrektywy unijnej i rozporządzenia ministra gospodarki. Nowe przepisy, które zaczną obowiązywać 1 stycznia 2016, są szansą dla firm zajmujących się zagospodarowywaniem osadów ściekowych odbieranych od oczyszczalni.

Według nowych przepisów osady ściekowe, których ciepło spalania jest większe niż 6 MJ/kg suchej masy, będą musiały zostać poddane recyklingowi.

W tej chwili w ten sposób zagospodarowywane jest ok. 30 proc. wytwarzanego osadu ściekowego, więc teraz jego strumień się zwiększy. Może nie będzie więcej przetargów, ale przetargi będą na większe ilości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Weremczuk, prezes zarządu Geotrans.

Z jednej strony składowanie osadów ściekowych jest niezwykle szkodliwe dla środowiska. Z drugiej strony to surowiec, który z potencjałem może być wykorzystany ponownie, na przykład jako źródło energii.

Jak wynika z analizy firmy Eneris, 19 proc. wytwarzanych osadów podlega składowaniu. Wprowadzenie nowych przepisów będzie więc wyzwaniem dla branży. W Polsce funkcjonuje dziewięć spalarni osadów ściekowych, które pokrywają zapotrzebowanie na zagospodarowanie osadów w 16 proc., jednak nie wszystkie osady muszą być spalane – inne sposoby ich zagospodarowania to m.in. wykorzystanie w biogazowniach, współspalanie w instalacjach przemysłowych czy innowacyjnych instalacjach przetwarzania odpadów.

Analiza wskazuje, że zakaz składowania odpadów o właściwościach energetycznych oznacza wzrost kosztów funkcjonowania oczyszczalni ścieków, a w konsekwencji zwiększenie opłat ponoszonych przez gospodarstwa domowe.

W zakresie zagospodarowywania komunalnych osadów ściekowych jesteśmy jedną z największych firm w Polsce. Dla nas te zmiany są bardzo korzystne.Mamy decyzje na przetwarzanie ponad 400 tys. ton osadu ściekowego rocznie – twierdzi Przemysław Weremczuk. – Jesteśmy w stanie przyjąć każdą ilość na rynkach, gdzie działamy, czyli w województwie śląskim i małopolskim, gdzie z sukcesami dążymy do zdobycia pozycji lidera w kwestii odbioru i zagospodarowania ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych. Ze swoimi działami docieramy także do czterech innych województw: dolnośląskiego, opolskiego, lubuskiego, wielkopolskiego.

Za nieprzestrzeganie nowych unijnych przepisów grożą kary w wysokości nawet 4 mln euro dziennie. Rocznie w Polsce wytwarzanych jest około 12 mld metrów sześciennych ścieków, z czego powstaje około 700 tys. ton osadów ściekowych. Według prognoz Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie za kilka lat może ich być nawet 1 mln ton rocznie.

Dostęp do finansowania innowacji w Polsce jest coraz większy. Rynek jest w początkowej fazie wzrostu

Maciej Wieloch, prezes zarządu funduszu Infini

W Polsce zarabianie na innowacyjnych projektach badawczo-naukowych i wprowadzanie ich na rynek wciąż wiąże się z pokonywaniem licznych trudności. Problemem jest niechęć do podejmowania ryzyka. Eksperci przekonują jednak, że to się powoli zmienia, bo nie tylko łatwiej jest pozyskać finansowanie dla takich projektów, lecz także są już pierwsze spółki, którym udało się odnieść sukces na tym polu.

Rynek innowacji jest bardzo ważny dla gospodarki. Jest kilka elementów, które wpływają na zmiany, które na nim zachodzą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wieloch, prezes zarządu funduszu Infini. – Przede wszystkim pojawiły się takie fundusze jak nasz, które mają komercjalizować wyniki prac badawczo-naukowych.

Do tej pory wdrażanie efektów badań do gospodarki było utrudnione ze względu na niewielkie możliwości finansowania. To ma się stopniowo zmieniać

Mamy za zadanie wyłowić innowacyjne pomysły powstające w sferze nauki, przenieść je na grunt biznesu i stworzyć z nich działające przedsiębiorstwa, które docelowo mają na tym zarabiać – mówi Wieloch.

Większe możliwości finansowania, jak podkreśla Wieloch, pomogą poradzić sobie z innymi barierami w rozwoju innowacji, m.in. obawą przed podejmowaniem ryzyka.

Problem z powstawaniem innowacyjnych firm to kwestia pewnej awersji do ryzyka. Wynika to też z braku doświadczenia biznesowego – twierdzi Wieloch. – Myślę jednak, że to wszystko szybko się zmieni. Kilka dobrych przykładów spółek, które rzeczywiście osiągną sukces biznesowy, będzie najlepszym motywatorem dla osób zajmujących się ciekawymi pomysłami czy naukowców, którzy pracują nad ciekawymi rozwiązaniami, żeby je skomercjalizować.

Zdaniem prezesa Infini polski rynek innowacji znajduje się w fazie wczesnego wzrostu. Prognozuje, że w następnych kilkunastu latach dynamika rynku będzie znacznie większa.

– Statystyka jest trudna do określenia, bo przedsiębiorstwa nie deklarują inwestycji w innowacje. To wynika bardziej z przepisów księgowych niż rzeczywistego braku takich nakładów. Uważam, że statystyki są w tym zakresie niedoszacowane. Być może nie jesteśmy innowacyjni w tym znaczeniu, że wielkie koncerny inwestują miliardy złotych w nowoczesne rozwiązania, ale małe firmy próbują wdrażać nowe rzeczy, oczywiście małymi krokami. Moim zdaniem dwucyfrowe wzrosty nakładów na szeroko rozumiane innowacje na pewno wystąpią – podkreśla Wieloch.

Fundusz Infini to jeden z kilku działających w Polsce funduszy kapitału zalążkowego, których działalność ma na celu komercjalizację projektów badawczych. Jego środki pochodzą w 80 proc. z programu inwestycyjnego BRIdge Alfa prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a w 20 proc. od prywatnych inwestorów.

Infini jest zaangażowany w finansowanie dwóch projektów. Pierwszym z nich jest spółka FlyTech UAV, która powstała dzięki inicjatywie absolwentów Politechniki Rzeszowskiej. Będzie ona produkować bezzałogowe samoloty służące do robienia zdjęć z powietrza w wysokiej rozdzielczości. Drugim projektem jest Bioacoustic, spółka, która opracowuje systemu wykrywania przyczyn i leczenia szumów usznych, dolegliwości dotykającej ok. 20 proc. społeczeństwa.

Do 2018 roku Infini chce zainwestować ok. 12 mln zł w technologiczne projekty pochodzące z polskich uczelni technicznych. Fundusz koncentruje się na inicjatywach o globalnym potencjale, we wczesnej fazie rozwoju. Główne obszary zainteresowania to m.in. inżynieria chemiczna, biomedyczna, biotechnologia i farmacja, lotnictwo bezzałogowe oraz energetyka odnawialna.

Polski rynek ciężarówek urósł o 22 proc. w pierwszym półroczu

Piotr Stański, prezes zarządu MAN Truck & Bus Polska

Polski rynek samochodów użytkowych rozwija się bardzo szybko – tylko w pierwszej połowie roku zwiększył się o 22 proc. Takiego tempa nie uda się zapewne utrzymać przez cały rok, ale branża oczekuje wzrostów. Liderem rynku jest MAN – niemal co piąty samochód użytkowy sprzedawany w Polsce pochodzi od tego producenta.

Do końca II kwartału rynek wzrósł o 22 proc., co jest bardzo dużym skokiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Stański, prezes zarządu MAN Truck & Bus Polska. – Wierzymy w to, że rynek w dalszym ciągu będzie utrzymywał bardzo dobre tempo, choć być może te 22 proc. to nie jest poziom, którego możemy się spodziewać przez cały rok. Trzeba się liczyć z tym, że potrzeby rynku będą większe niż w roku 2014.

W pierwszym półroczu zarejestrowano 10 189 samochodów powyżej 3,5 tony. Różnica w skali roku wyniosła 1 836 sztuk.

Niemiecki MAN ma na tym rosnącym rynku pozycję lidera z ok. 18-proc. udziałem. Dla koncernu Polska to ważny rynek, czwarty co do wielkości pod względem sprzedaży. Więcej aut tej firmy jeździ jedynie w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji, ważna jest jeszcze Austria.

Pozycję Polski wzmacnia nasze dogodne położenie względem rynków Europy Zachodniej i coraz większe podobieństwo do nich. Niemiecki koncern skupia się przede wszystkim na tym kontynencie, choć stara się również wykorzystywać szanse poza Europą, bo na tych rynkach często możliwy jest bardzo szybki rozwój.

Polska jest coraz bliżej tego rejonu Europy Zachodniej, w związku z tym jest obszarem, na którym MAN bardzo mocno kieruje swoją uwagę – podkreśla Stański.

Dodaje, że na rozwój polskiego rynku wpływa przede wszystkim stabilność gospodarcza. Stański zwraca uwagę na to, że inwestycja w nowe samochody użytkowe nie jest tania, dlatego przedsiębiorcy muszą mieć pewność, że będą nadal ich potrzebowali za kilka lat. Jeśli perspektywy dla całej gospodarki są dobre, a tak jest w Polsce, to firmy zarówno zastępują starsze samochody nowymi, jak i decydują się na zwiększenie flot.

Zdecydowanie widać to w ostatnich kilku latach – każdy moment, kiedy sytuacja gospodarcza była mniej stabilna, powodował natychmiast to, że nasi klienci decydowali się na korzystanie z samochodów już posiadanych albo ograniczali swoje zakupy. Natomiast wszystkie informacje i prognozy świadczące o tym, że gospodarczo stajemy mocniej na nogach, powodują, że rynek samochodów ciężarowych natychmiast zyskuje – tłumaczy Stański.

Podkreśla, że rynek samochodów ciężarowych może być oceniany jako wskaźnik stanu gospodarki. Jeśli w innych gałęziach pojawia się spowolnienie, przekłada się ono na spadek przewozów zarówno towarów, jak i pasażerów. To z kolei szybko znajduje odzwierciedlenie w dekoniunkturze na rynku samochodów użytkowych.

MAN jest od trzech lat firmą nie do pokonania. Produkty, które mamy, są bezawaryjne, co zostało udowodnione poprzez certyfikaty TÜV SÜD, firmy badającej to, na ile pojazdy używane są bezawaryjne, na ile można na nich polegać – mówi Stański.

Mają tez niskie zużycie paliwa. Obydwa te czynniki obniżają koszty, a to powoduje, że przedsiębiorcom łatwiej zarobić, nawet jeśli rynek spowolni.

Dobrze zaprojektowany open space wpływa na współpracę między pracownikami

Nigel Wade, prezes zarządu firmy Commerson

Coraz więcej firm decyduje się na pracę w open space. Otwarta przestrzeń to nie tylko sposób na ograniczenie kosztów, lecz także na zwiększenie efektywności pracy osób zatrudnionych. Jeśli open space jest dobrze zaprojektowany, to pracownikom nie przeszkadza hałas i szum, chętnie dzielą się doświadczeniami i budują relacje z innymi. Ten rodzaj powierzchni sprawdza się przy dynamicznych zespołach.

W biurze z otwartą przestrzenią mieści się znacznie więcej osób niż w klasycznym biurze – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Nigel Wade, prezes zarządu firmy Commerson, specjalizującej się w obsłudze rynku nieruchomości komercyjnych, oraz członek zarządu RICS Polska. – Różne kraje mają różne wskaźniki powierzchni na jedną osobę. W Szwecji jest on najwyższy – ponad 20 mkw. na osobę, w innych krajach schodzi do 6-8 mkw. Ale to i tak mniej niż w klasycznym biurze.

Od początku lat 90., czyli od momentu, w którym na polskim rynku pojawiły się międzynarodowe korporacje, rośnie popularność open space’ów. Dla pracodawców oznacza to znaczne oszczędności (według badań Skanska nawet o połowę), zarówno przy wynajmie powierzchni biurowej, jak i urządzeniu biura.

Poza tym to sprzyja integracji i bliższej współpracy, w ten sposób buduje się drużynę – mówi Nigel Wade.

Jak podkreśla Wade, pomaga to budować relacje między pracownikami, wspomaga wymianę myśli i doświadczeń. Dlatego jest to tak często wybierana forma pracy przy dynamicznych zespołach, gdzie liczy się praca zbiorowa.

Istotne jednak jest dopasowanie charakteru wykonywanej pracy i sytuacji panującą w zespole do stworzenia odpowiedniej atmosfery pracy. To, co sprawdza się w młodych zespołach, niekoniecznie będzie dobrze funkcjonować w kancelarii prawnej, gdzie każdy pracownik potrzebuje ciszy i spokoju. Jak podkreśla ekspert, inwestycja w odpowiednie biuro i miejsca do pracy jest konieczna, bo ma to wpływ na efektywność pracowników.

Hałas nie tylko nas demotywuje i męczy, przez niego stajemy się mniej świadomi i mniej twórczy. Dlatego tak ważne stało się właściwe zaprojektowanie miejsca, w którym funkcjonować będzie firma, a w szczególności jej pracownicy – mówi Wade.

Bardzo istotne znaczenie mają nie tylko takie czynniki, jak temperatura czy oświetlenie, lecz także aranżacja biura i jego wyposażenie. Dodatkowo nowoczesne biuro powinno łączyć w sobie różne funkcje – poza podstawową powinno umożliwiać pracownikom również np. relaks.

Kluczem do osiągnięcia produktywności i zadowolenia pracowników jest stworzenie przestrzeni dopasowanej do różnych potrzeb i działań. W pracy ponad połowę swojego czasu spędzamy w głębokiej koncentracji, w jednej czwartej poświęcamy go na współpracę z innymi, resztę zaś dzielimy między naukę a towarzyskie kontakty – mówi Wade.

Open space, zdaniem eksperta, sprawdza się przede wszystkim w firmach informatycznych, telekomunikacyjnych i firmach usługowych.

W biurach typu call center na jedną osobę potrzebnych jest ok. 6 mkw. Konieczny jest telefon, komputer i nic więcej. Mniej powierzchni wystarcza też w firmach związanych z księgowością i outsourcingiem – podkreśla Wade.

Open space jest bardzo popularny w korporacjach amerykańskich. Dziś w otwartych biurach pracuje blisko 70 procent Amerykanów. Przykładem jest niedawno otwarta siedziba Facebook Campus w Dolinie Krzemowej, gdzie na 40 tys. mkw. pracuje 2,8 tys. osób.

Zazwyczaj jednak nie ma problemów z otwartą przestrzenią, pracownicy mogą siedzieć w jednym miejscu. Niestety, budynki w Polsce są stare, dlatego potrzebne są zmiany na rynku – analizuje ekspert.

Zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat zwiększyły się ponaddwukrotnie – z 2,7 mln do 7,14 mln mkw. – wynika z raportu Knight Frank. Zwiększyła się liczba otwieranych biur, przede wszystkim w Warszawie. Od początku tego roku rynek biurowy wzbogacił się o prawie 147 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. W budowie jest 725 tys. mkw., kolejnych 28 tys. jest w trakcie modernizacji. Duża podaż sprawia, że czynsze nie rosną, dzięki czemu więcej firm będzie mogło przenieść siedziby do nowoczesnych biurowców.

Pizza i pierogi to najczęściej zamawiane przez Polaków dania na wynos

Katarzyna Żychowicz-Żabowska

Polacy, Niemcy i Szwedzi najchętniej wybierają pizzę, Czesi – sałatki, Brytyjczycy – przysmaki kuchni indyjskiej, a Turcy i Grecy – potrawy regionalne. Tak wynika z zestawienia, które pokazuje, jakie potrawy najczęściej zamawiają na wynos mieszkańcy siedmiu wybranych państw europejskich. Niezależnie od szerokości geograficznej królują typowe włoskie potrawy.

W Polsce w zamówieniach króluje pizza, ale jesteśmy także wierni tradycji, ponieważ na drugim miejscu są pierogi. Z kolei na piątym miejscu, zaraz za kuchnią włoską, znalazły się przysmaki kuchni meksykańskiej, takie jak burrito czy quesadillas. Kuchnia, która wydawałaby się mało popularna, o której rzadko o niej słyszymy, w naszych zamówieniach zajęła miejsce tuż za podium – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Żychowicz-Żabowska z PizzaPortal.pl.

Każda społeczność wykształciła swoją własną kulturę, obyczaje oraz specyficzną kuchnię, która często podbija serca smakoszy na całym świecie. Tak jest właśnie w przypadku pizzy, która znajduje się w pierwszej trójce zamówień każdego z siedmiu krajów.

Szwecja wcale nie zamawia łososia. Na ich talerzach również króluje pizza, ale zaraz za nią są zdrowe, świeże sałatki, a dopiero później burgery. Niemcy także preferują pizzę i kuchnię włoską. Dalej w zestawieniu znajdują się potrawy kuchni azjatyckiej, w tym sushi – wylicza Katarzyna Żychowicz-Żabowska.

Szwedzi i Niemcy często sięgają do menu z zagranicy, a z kolei mieszkańcy krajów śródziemnomorskich są wierni regionalnym przysmakom.

– Turcy i Grecy gustują w swoich potrawach. W Grecji na pierwszym miejscu znajdują się souvlaki, natomiast w Turcji króluje kebab – mówi Katarzyna Żychowicz-Żabowska.

Charakterystyczne regionalne przysmaki stanowią inspiracje dla szefów kuchni z różnych restauracji, dzięki czemu można cieszyć się smakiem dań kuchni z całego świata, nie ruszając się z własnego domu.

Interesująca w naszym zestawieniu jest Wielka Brytania, ponieważ na talerzach Brytyjczyków królują przysmaki kuchni indyjskiej. To właśnie te przyprawy i smaki przypadły im do gustu. Natomiast ich klasyk, taki jak „fish and chips” znajduje się daleko, dopiero na dziewiątym miejscu – tłumaczy Katarzyna Żychowicz-Żabowska.

Na tle innych zdecydowanie wyróżniają się Czesi. W oderwaniu od swojej tradycyjnej, dość ciężkiej kuchni preferują lekkie i zdrowe sałatki, które znalazły się na czele rankingu. Na drugim miejscu uplasowała się pizza, a pierwszą trójkę zamykają makarony.

Katarzyna Żychowicz-Żabowska podkreśla, że ciekawe są również preferencje kulinarne mieszkańców dalekich zakątków świata, takich jak Chiny czy Korea.

W zamówieniach w Korei królują pieczone głowy królików, natomiast w Chinach kurze łapki, które kojarzymy w Polsce jako dodawane do rosołu i które w tej chwili właściwie odchodzą w niepamięć – mówi Katarzyna Żychowicz-Żabowska.

4 nowe inwestycje Internet Ventures o łącznej wartości ponad 15 mln zł

0

Internet Ventures, fundusz zarządzany przez Grupę Private Equity Managers, którego współudziałowcami są Krajowy Fundusz Kapitałowy i MCI Management zrealizował inwestycje o łącznej wartości ponad 15 mln zł. Kapitał trafił do czterech szybko rosnących spółek: StarBroker.pl (branża nieruchomości), SiDLY.pl i ZdroweGeny.pl (medycyna) oraz mfind.pl (porównywarka ubezpieczeń).

Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures FIZ
Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures FIZ

Ostatnie miesiące to bardzo intensywny czas dla naszego funduszu. Cztery najnowsze projekty inwestycyjne to innowacyjne, błyskawicznie rozwijające się spółki, które podobnie jak w przypadku poprzednich inwestycji Internet Ventures, mają szansę w krótkim okresie czasu zostać liderami rynku w Polsce i rozpocząć ekspansję w regonie CEE. – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures FIZ.

StarBroker to nowoczesna platforma handlowo-komunikacyjna, ułatwiająca właścicielom nieruchomości nawiązanie współpracy z wybranymi przez siebie agentami nieruchomości, określenie warunków komercyjnych, a następnie pozwalająca ocenić współpracę przy transakcji. Starbroker usprawnia zarządzanie portfelem nieruchomości przez agentów, a właścicielom bieżące śledzenie postępów wynajmu/sprzedaży. Wszystko bez dodatkowych opłat i również w wersji mobilnej. Starbroker to rewolucja w serwisach ogłoszeniowych – zamiast pasywnego serwisu „słupa ogłoszeniowego” mamy dynamiczną współpracę właściciel-agent. Założycielami serwisu są – powiązani m.in. ze spółką Excelead S.A. oraz agencją reklamową Bueller & Frye – David Rice oraz Michał Nowakowski, posiadający bogate doświadczenie w branży nieruchomości. Inwestycja docelowo ma objąć dofinansowanie spółki kwotą do 3 mln zł.

Drugą inwestycją jest innowacyjne SiDLY. Telemedycyna to jedna z bardziej perspektywicznych gałęzi wyrosłych z nowoczesnych technologii IT, dlatego właśnie Internet Ventures zdecydował się zostać w czerwcu 2015 r. udziałowcem SiDLY, które jest pionierem innowacyjności w swojej branży. Kwota inwestycji może sięgnąć 4 mln zł. SiDLY zajmuje się konstruowaniem innowacyjnych urządzeń przeznaczenia telemedycznego, skierowanych do osób będących pod stałą opieką medyczną, zarówno pacjentów instytucjonalnych, jak indywidualnych. SiDLY Care jest urządzeniem umożliwiającym stały pomiar parametrów medycznych. Funkcjonalność SiDLY Care umożliwia zdalną opiekę medyczną, usprawnia działanie nowoczesnych placówek służby zdrowia, oraz zapewnia wsparcie dla użytkownika w codziennych czynnościach – produkt SiDLY w istocie może zrewolucjonizować polskie placówki medyczne.

Trzecim projektem, który otrzymał finansowanie Internet Ventures w wysokości kilku milionów zł, jest zdrowegeny.pl, platforma spółki Platforma Badań Genetycznych, która jest rozwijana w kierunku marketplace dla zamówień badań genetycznych dla odbiorców indywidualnych. Dostawcami badań są laboratoria, wyspecjalizowane w kierunku badań związanych z płodnością, rozwojem ciąży, nietolerancjami pokarmowymi, skłonnościami kardiologicznymi i onkologicznymi, czy chorobami wieku podeszłego. Będzie to pierwsza tak kompleksowa oferta w Polsce. Platforma ma za zadanie upowszechniać badania DNA, jako sposób na poznanie organizmu w kontekście m.in. stanu płodu, chorób nowotworowych czy niebezpieczeństw związanych z farmakologią.

Czwartą inwestycją Internet Ventures jest mfind.pl – porównywarka ubezpieczeń, wprowadzająca rewolucyjne zmiany na rynku ubezpieczeń online w Polsce. Jest to proste, szybkie i użyteczne narzędzie, którego celem jest optymalizacja budżetu ubezpieczeniowego klientów. Mfind uzyska od funduszu do 6 mln złotych, co pozwoli na przyspieszenie rozwoju spółki. Rynek ubezpieczeń online jest w Polsce na wczesnym etapie rozwoju – przez porównywarki przechodzi obecnie zaledwie 1% całej sprzedaży ubezpieczeń komunikacyjnych. Dla porównania w Wielkiej Brytanii czy na Węgrzech to ponad 60%. Nie ma też drugiego kraju w Europie, gdzie przez porównywarki byłoby sprzedawanych mniej niż 5% całego rynku ubezpieczeń. Wszystko to wskazuje na duże perspektywy branży ubezpieczeń online i przewidywany szybki wzrost w następnych latach.

Wszystkie inwestycje zostały zrealizowane wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym, który w roli współudziałowca funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy w fazie rozwojowej.

6 mln zł na rozwój porównywarki ubezpieczeń mfind.pl

Internet Ventures FIZ, fundusz zarządzany przez Grupę Private Equity Managers, którego współudziałowcami są Krajowy Fundusz Kapitałowy i MCI Management, został udziałowcem mniejszościowym spółki mfind. Porównywarka ubezpieczeń mfind.pl otrzyma na rozwój do 6 mln zł.

Założyciele mfind
Założyciele mfind.pl

Ogromny potencjał rynku porównywarek ubezpieczeniowych

– Rynek się zmienia. Polacy zauważyli, że prawdziwą oszczędność zapewni im oferta nie 2-3 ubezpieczycieli jak dotychczas, ale kilkunastu. Widzą, że pozostając przy tej samej firmie, przez lata mogą tracić realne pieniądze. Obserwując te trendy, zmiany po stronie ubezpieczycieli oraz wiarę przedsiębiorców i inwestorów w sukces, można być pewnym, że rynek jest w przeddzień rewolucji. – przekonuje Bartłomiej Roszkowski, współzałożyciel i członek zarządu mfind.

Rynek ubezpieczeń samochodowych w Polsce to ponad 13 mld zł. Przez krajowe porównywarki przechodzi obecnie mniej niż 1% całej sprzedaży ubezpieczeń komunikacyjnych. Dla porównania w Wielkiej Brytanii czy na Węgrzech to ponad 60%. Nie ma też kraju w Europie, gdzie sprzedawanych przez porównywarki ubezpieczeń byłoby mniej niż 5% całego rynku. Wszystko to powoduje, że polski rynek będzie rósł w następnych latach niezwykle dynamicznie. Wielomilionowa inwestycja MCI Management SA w mfind.pl potwierdza powyższe trendy.

Porównywarka ubezpieczeń – sposób na oszczędzanie

Dlaczego warto korzystać z porównywarki ubezpieczeniowej OC/AC? – Polaków nie stać na przepłacanie za obowiązkowe ubezpieczenie OC swojego samochodu. Z raportu porównywarki mfind opublikowanego w tym roku, wynika że klient który porównywał oferty mógł oszczędzić nawet 517 zł. 517 zł to ogromna kwota dla przeciętnego Polaka, którą można przeznaczyć na cokolwiek innego niż “podatek od samochodu” jakim jest OC. – odpowiada Bartosz Salwiński, współzałożyciel i członek zarządu mfind.

Twórcy mfind podkreślają, że ich celem jest dokładność porównania ofert. W porównywarce mfind każdą polisę można kupić online, a pokazana cena nie różni się od tej w towarzystwie ubezpieczeniowym. Klient unika zatem przykrych niespodzianek i dopłat.

mfind ma również w planach kilka ciekawych i bardzo innowacyjnych rozwiązań, które spowodują, że zakup ubezpieczenia online przez porównywarkę będzie nie tylko zwykłą oszczędnością, ale również przyjemnością