Cyberobrona państwa w krytycznym momencie. NIS2 może nie wystarczyć

Instytucje publiczne i operatorzy infrastruktury krytycznej zgłosili w zeszłym roku aż 1600 cyberincydentów, jak wynika z najnowszych danych CSIRT GOV[1]. Czy byłoby inaczej, gdyby już rok temu skutecznie wdrożono nowe dyrektywy unijne? Specjaliści z Palo Alto Networks potwierdzają, że najsilniej regulowane branże wykazują największą dojrzałość i odporność na cyberataki, jednak spełnienie wymogów prawnych to dopiero pierwszy krok do pełnego bezpieczeństwa. Wymaga ono strategicznego zarządzania ryzykiem, a także umiejętności wykrywania i reagowania na zagrożenia ewoluujące szybciej niż przepisy prawne.

Europejskie regulacje, takie jak RODO, NIS2, DORA czy AI Act, powstały, aby wspierać cyfryzację i ograniczać związane z nią ryzyka. Te cztery dyrektywy pokazują również jak dynamiczne, a czasem trudne do implementacji jest nowe prawo. Polska nie jest odosobnionym przypadkiem, ponieważ podobne opóźnienia miały miejsce również w Niemczech i kilkunastu innych państwach.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach Polska dalej będzie w czołówce najczęściej atakowanych krajów. Choć sektor prywatny znajduje się na szczycie listy celów zorganizowanych grup przestępczych, to coraz częściej ich celem są również tajemnice wojskowe, informacje o infrastrukturze krytycznej czy dane medyczne pacjentów szpitali. Dlaczego? Takie podejście to jedna z metod dywersyfikacji działalności przestępczej.

Przykładowo polskie szpitale gromadzą w przestarzałych i niezabezpieczonych systemach niezliczone ilości wrażliwych danych o pacjentach, co dla zorganizowanej grupy cyberprzestępczej stanowi prawdziwą gratkę. Z podobnymi problemami mierzą się dziesiątki tysięcy małych i średnich firm oraz instytucji państwowych już na szczeblu samorządowym. To łatwy łup, obok którego przestępcy rzadko przechodzą obojętnie. Nowe regulacje unijne mają  pomóc uszczelnić i zabezpieczyć najbardziej wrażliwe obszary. Wciąż toczy się jednak debata nad ich ostatecznym kształtem w ramach prawa krajowego.

„Znaczna grupa decydentów i przedsiębiorców jest sceptyczna wobec zakresu obowiązków, które wprowadza dyrektywa NIS2. Do nas również docierają opinie, że panuje obawa przed potencjalnym przeregulowaniem rynku lub przeciwnie – że kolejne regulacje są najlepszym zabezpieczeniem przed cyberatakami. Nasze doświadczenie zdobyte w ponad 150 krajach wskazuje, że ani same regulacje, ani tylko oprogramowanie ochronne nie są w stanie samodzielnie zapewnić organizacji pełnego bezpieczeństwa. Ustawa jest pewnego rodzaju fundamentem. Jednakże zbudowanie szczelnego muru zależy od tego, jak firmy będą wdrażać wytyczne oraz z jakimi dostawcami rozwiązań ochronnych będą współpracować” – tłumaczy Wojciech Gołębiowski, wiceprezes i dyrektor zarządzający Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Opublikowany wiosną tego roku raport ENISA[2] wskazuje na istnienie dużych różnic w dojrzałości cyfrowej pomiędzy firmami, zarówno ze względu na branże, jak i wielkość organizacji. Ponadto do grona sektorów objętych już istniejącymi przepisami (np. sektor bankowy, energetyczny czy telekomunikacyjny), dołączy ogromna liczba podmiotów, które nigdy dotąd nie musiały spełniać sformalizowanych wymogów w zakresie cyberbezpieczeństwa[3]. ENISA sygnalizuje, że m.in. z tego powodu na gruncie poszczególnych państw nadzór nad przestrzeganiem założeń dyrektywy NIS2 może być utrudniony. Firmy, które nigdy nie podlegały restrykcyjnym wymogom formalnym mogą mieć kłopot z zaadaptowaniem się do nowej sytuacji. Z kolei urzędnicy otrzymają zadanie kontrolowania branż, których nie zdążyli jeszcze poznać[4].

Analitycy z Palo Alto Networks wskazują, że poczucie przytłoczenia ilością wymogów formalnych może powodować u przedsiębiorców obawy, a nawet opór przed dostosowaniem się nie tylko do dyrektywy NIS2, ale także do innych rozwiązań prawnych w przyszłości.

Czy zatem NIS2 było błędem? Przeciwnie. NIS2 pokazuje zmiany w obrazie ryzyk, z którymi muszą radzić sobie organizacje i wskazuje na konieczność dostosowywania zabezpieczeń do nowych zagrożeń. Podkreśla także konieczność traktowania systemów bezpieczeństwa jako integralnego elementu działalności organizacji wpływającego również na bezpieczeństwo otoczenia, w którym działa firma, a nawet całe państwo. Z drugiej strony ten przypadek udowadnia tylko, że nagromadzenie przepisów może przytłoczyć decydentów, a nawet zablokować cały proces naprawy systemu. To pokazuje również, jaki rozdźwięk panuje między założeniami formalnej zgodności a rzeczywistym cyberbezpieczeństwem. To sytuacja, na którą nie można sobie pozwolić ani w Polsce, ani w innych krajach objętych ryzykiem geopolitycznym.

„Utrzymanie formalnej zgodności z przepisami wymaga ciągłego śledzenia zmian prawnych, jak również dostosowywania rozwiązań cyberbezpieczeństwa do nowych wymogów. To oczywiste, że większość instytucji publicznych, a także małych i średnich firm nie ma zasobów, aby się tym samodzielnie zajmować. Obawa przed tymi kosztownymi obowiązkami może utwierdzać decydentów w przekonaniu, że należy jak najdłużej wstrzymywać wdrożenie NIS2. Z kolei każdy miesiąc opóźnienia procesu legislacyjnego może prowadzić do tego, że ustawa zaraz po uchwaleniu będzie wymagała nowelizacji uwzględniającej pojawiające się w międzyczasie procedury reagowania na zupełnie nowe cyberzagrożenia. Proszę pamiętać, że żyjemy w przededniu ery kwantowej. Charakter cyberataków za chwilę znowu się zmieni, a zarówno dostawcy oprogramowania ochronnego, jak i decydenci muszą być na to gotowi z wyprzedzeniem” – podkreśla Wojciech Gołębiowski.

Specjaliści z Palo Alto Networks podkreślają, że podstawowa zgodność instytucjonalna nie jest tożsama ze skuteczną ochroną przed cyberzagrożeniami. Ponadto pewnych rozwiązań nie da się wyegzekwować w ramach żadnych regulacji. Przykładowo cyberprzestępcy coraz śmielej i coraz skuteczniej wykorzystują zwykłą ludzką podatność na manipulację. Dlatego do zmian w zakresie cyberbezpieczeństwa należałoby podchodzić w sposób systemowy. W realiach gwałtownie zmieniającego się środowiska cyfrowego jedną z kluczowych kompetencji jest brak zaufania do zewnętrznego otoczenia, czyli nauka stosowania zasady „zero trust”. Dopóki nie zostanie wypracowany konsensus co do regulacji prawnych obejmujących wszystkie wrażliwe podmioty, jedyną szansą dla wielu branż jest wiedza, jak nie dać się zmanipulować w świecie cyfrowym i jak rozpoznawać potencjalne cyberzagrożenia.

[1] Raport o stanie bezpieczeństwa cyberprzestrzeni RP w 2024 roku – Raporty o stanie bezpieczeństwa cyberprzestrzeni RP CSIRT GOV, s. 14

[2] enisa nis360 2024, s.8-9

[3] enisa nis360 2024, s.8-9

[4] enisa nis360 2024, s.8-9

UOKiK sprawdza Posnet. Podejrzenie zmowy cenowej przy sprzedaży kas fiskalnych

0

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowanie wyjaśniające w sprawie możliwej zmowy cenowej dotyczącej kas fiskalnych i innych urządzeń sprzedawanych przez firmę Posnet Polska. Jak poinformował Prezes UOKiK Tomasz Chróstny, pracownicy Urzędu — za zgodą sądu i przy asyście Policji — przeszukali siedziby producenta oraz trzech dystrybutorów.

Podejrzenie niedozwolonego ustalania cen

Do UOKiK napłynęły informacje sugerujące, że Posnet Polska — jeden z największych producentów kas fiskalnych w kraju — mógł ustalać ceny swoich produktów wspólnie z partnerami handlowymi. Chodzi m.in. o kasy fiskalne, terminale płatnicze i skanery kodów kreskowych.

Analiza wstępnych danych wykazała, że ceny urządzeń fiskalnych w wielu sklepach internetowych były identyczne lub niemal identyczne, co mogło sugerować ograniczenie konkurencji cenowej.

Zmowa cenowa oznaczałaby, że przedsiębiorcy nie mogli kupić urządzeń fiskalnych znanej marki taniej niż w ustalonych odgórnie cenach – podkreśla Prezes UOKiK Tomasz Chróstny. – Analizujemy obecnie materiał dowodowy zebrany w trakcie przeszukań.

Przeszukania w czterech firmach

W toku postępowania pracownicy UOKiK przeszukali:

  • siedzibę Posnet Polska (producenta),
  • ESC w Krakowie,
  • Segal w Opolu,
  • Dotkom w Tychach.

Czynności zostały przeprowadzone po uzyskaniu zgody sądu i przy wsparciu Policji.

Na razie postępowanie „w sprawie”, nie „przeciwko”

Postępowanie wyjaśniające prowadzone jest w sprawie, a więc na tym etapie nie postawiono zarzutów żadnemu konkretnemu przedsiębiorcy. Jeżeli zebrane dowody potwierdzą podejrzenia o niedozwolone ustalanie cen, UOKiK rozpocznie pełne postępowanie antymonopolowe i postawi zarzuty wskazanym podmiotom.

Rynek magazynowy zwalnia po stronie podaży, ale najemcy przyspieszają – dane za III kwartał 2025 roku

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) opublikowała zagregowane dane dotyczące rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce za III kwartał 2025 roku. Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (Axi Immo, BNP Paribas Real Estate Poland, CBRE, Colliers, Cushman & Wakefield, JLL, Knight Frank, Newmark Polska oraz Savills). Informacje dotyczą zasobów istniejącej nowoczesnej powierzchni, wolumenu nowej podaży, powierzchni w budowie, wielkości transakcji wynajmu oraz powierzchni niewynajętej. 

Na koniec września 2025 roku rynek nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej osiągnął poziom 36,4 mln mkw. Trzy województwa z największymi zasobami to podobnie jak w II kwartale 2025 roku mazowieckie (7,28 mln mkw.), śląskie (6,17 mln mkw.) i dolnośląskie (5,30 mln mkw.).

W III kwartale 2025 roku na rynek dostarczono 398,4 tys. mkw. nowej powierzchni (o 12% mniej w porównaniu r/r). Najwięcej nowej powierzchni w tym okresie dostarczono w województwach łódzkim (144,6 tys. mkw.), mazowieckim (87,8 tys. mkw.) i lubelskim (57,5 tys. mkw.).

Na koniec września 2025 roku całej Polsce w budowie znajdowało się 1,56 mln mkw. (o 20% mniej w ujęciu r/r). Wśród regionów największy udział powierzchni w realizacji przypadł na województwa mazowieckie (34% budowanej powierzchni), pomorskie (14%) i śląskie (12%).

Na koniec III kwartału 2025 roku wskaźnik pustostanów osiągnął 8,2% (ta sama wartość w porównaniu z poprzednim kwartałem i wzrost o 0,1 p.p. w odniesieniu do analogicznego okresu w 2024 roku). Najwyższą wartość wskaźnika odnotowano w województwie lubuskim oraz świętokrzyskim (po 17,2%), lubelskim (13,2%) oraz dolnośląskim (10,7%). Najniższy poziom wskaźnika pustostanów odnotowano w województwie opolskim oraz podlaskim (po 0%), zachodniopomorskim (2,1%) i warmińsko-mazurskim (2,3%).

W okresie lipiec-wrzesień 2025 roku popyt brutto na nowoczesne powierzchnie magazynowo-przemysłowe osiągnął 1,59 mln mkw. (wzrost o 42% w porównaniu r/r). Największym zainteresowaniem najemców cieszyły się województwa: mazowieckie (470 tys. mkw.), dolnośląskie (280 tys. mkw.) oraz łódzkie (253 tys. mkw.).

Najwyższy udział w strukturze popytu w III kwartale 2025 roku odnotowały przedłużenia umów (47%), a nowe umowy (w tym projekty typu BTS) i ekspansje objęły odpowiednio 44% i 9% całkowitego popytu.

Silversi z zagranicy chcą pracować, ale rynek ich nie dopuszcza

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na koniec 2024 roku w Polsce pracował ponad 1 mln cudzoziemców. W populacji tej osoby powyżej 55. roku życia (tzw. silversi) stanowili jednak mniejszość – szacunkowo ok. 8 proc. Oznacza to, że migranci zarobkowi w Polsce są na ogół młodsi, a seniorzy stanowią wśród nich relatywnie niewielką grupę. Tymczasem to właśnie oni mogą stać się ważnym, choć wciąż niedocenianym źródłem wiedzy i doświadczenia. Eksperci Smart Solutions HR podkreślają, że większe otwarcie się firm na cudzoziemców-seniorów może stać się jednym z kluczowych sposobów na utrzymanie równowagi na rynku pracy w najbliższych latach.

Charakterystyka imigrantów 55+ na polskim rynku pracy

Najliczniejszą grupę wśród cudzoziemców 55+ stanowią obywatele Ukrainy i Białorusi, ale spotkać można też pracowników z Gruzji, Indii czy Wietnamu.  Najczęściej podejmują zatrudnienie w branżach, w których cenione jest doświadczenie, skrupulatność i odpowiedzialność m.in. w transporcie, przetwórstwie przemysłowym, usługach porządkowych, opiece nad osobami starszymi i dziećmi, a także w rolnictwie. W sektorze transportowym wielu doświadczonych kierowców z Ukrainy i Białorusi ma ponad 50 lat. Z kolei w usługach porządkowych oraz opiekuńczych przeważają kobiety – Ukrainki i Białorusinki – które często pełnią rolę gospodyń domowych, sprzątaczek czy opiekunek. W przemyśle i budownictwie starsi cudzoziemcy pracują głównie na stanowiskach technicznych, jako spawacze, elektrycy, operatorzy maszyn lub fachowcy z długoletnim stażem.

Choć nie widzimy ich na co dzień, cudzoziemcy seniorzy są obecni na polskim rynku pracy. Zazwyczaj spotykamy ich w konkretnych branżach, które potrafią docenić i wykorzystać ich potencjał. Na przykład w opiece nad dziećmi, gdzie wiek stanowi atut, ponieważ budzi zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, czy w sektorach technicznych i rzemieślniczych, gdzie doświadczenie i solidność bywają bardziej cenione niż tempo pracy i sprawność fizyczna –  mówi Natalia Myskova, Prezes Zarządu Smart Solutions HR. – Z drugiej strony, wciąż są obszary, gdzie osoby po 55. roku życia, nawet z dużym doświadczeniem, pozostają praktycznie niewidoczne. W branżach takich jak produkcja, magazyny, handel, logistyka czy budownictwo, pojawiają się nieformalne preferencje wiekowe, ograniczające dostęp do pracy osobom starszym ze względów BHP, czy stereotypy dotyczące wydajności. W takich miejscach starsze osoby nie są nawet zapraszane na rozmowy rekrutacyjne – nie z powodu kompetencji, a daty urodzenia.

Bariery i wymagania

Mimo ich gotowości do pracy, starszym cudzoziemcom często trudniej znaleźć zatrudnienie, szczególnie adekwatne do ich kwalifikacji. Powodem są tutaj dwa czynniki. Pierwszy dotyczy ogółu seniorów na rynku pracy i jest związany z ageizmem, czyli dyskryminacją ze względu na wiek. Wnioski z raportu „Pracujący emeryci i osoby w wieku okołoemerytalnym” opracowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości sygnalizują, że na polskim rynku pracy istnieje wyraźna preferencja pracodawców dla zatrudniania młodszych kandydatów. Sugeruje to, że obecnie gotowość do zatrudniania seniorów może być ograniczona. Ta niechęć stanowi ogólną barierę strukturalną, która dotyka także cudzoziemców. Do tego dochodzi drugi czynnik, specyficzny dla imigrantów, czyli bariery językowe i systemowe, które dla starszych osób mogą być jeszcze trudniejsze do pokonania.

Najczęstszymi powodami wykluczenia są nieznajomość języka polskiego oraz nieuznawanie zagranicznych kwalifikacji i uprawnień. Warto wspomnieć także o barierach kulturowych i psychospołecznych. Imigranci-seniorzy zdecydowanie częściej doświadczają konsekwencji związanych z obowiązującym stereotypem obcego – mogą spotkać się z nieufnością, a także obawami, czy poradzą sobie w zespole, zaakceptują nowe otoczenie i będą w stanie się zintegrować – mówi Myskova.

Obszary rynku pracy, w których cudzoziemców – zwłaszcza starszych – praktycznie się nie spotyka, to przede wszystkim administracja publiczna i służby państwowe, edukacja i szkolnictwo oraz ochrona zdrowia – czyli branże, gdzie częstym wymogiem, a co za tym idzie barierą, jest znajomość języka polskiego czy nostryfikacja dyplomów medycznych i kwalifikacje nauczycielskie.

Innymi branżami o znikomym udziale obcokrajowców są górnictwo i energetyka oraz sektor finansowy czy administracja biurowa w firmach – tu barierą bywa język, konieczność znajomości lokalnych przepisów oraz częsty brak otwartości pracodawców na starszych kandydatów z zagranicy.

W rezultacie cudzoziemcy-seniorzy skupiają się na wybranych niszach rynku – głównie w zawodach niewymagających formalnie wysokich kwalifikacji w Polsce, za to pozwalających wykorzystać ich ogólne doświadczenie zawodowe lub chęć do pracy, której nie podejmują rodzimi pracownicy. Spośród sektorów, z którymi współpracujemy i gdzie to wykluczenie jest najbardziej zauważalne, możemy wymienić branżę rybną i mięsną. Tam wymaga się doświadczenia, sprawności fizycznej i lojalności, a narzuca się szybkie tempo pracy i konieczność osiągania norm. Wydaje się, że są to wymogi, których seniorzy, ze względu na wiek, z pozoru nie są w stanie spełnić, zatem są oni z automatu wykluczani. Współpracujemy jednak z firmami z branży rybnej, którzy mimo tych ograniczeń, dali szansę imigrantom silversom. I zauważamy, że w zakładach, gdzie są zatrudniani cudzoziemcy 55+, rotacja jest znacznie mniejsza, a lojalność pracowników wyższa. Ponadto rekrutacja do takich miejsc przebiega o wiele szybciej, a sam projekt zyskuje lepszą reputację niż konkurencyjne przedsiębiorstwa z tej samej branży – wskazuje Myskova.

Niewykorzystany, a cenny potencjał

Pomimo wymienionych barier, cudzoziemcy 55+ mogą stanowić duży potencjał dla polskiego rynku pracy. Wielu z nich ma bogate doświadczenie zawodowe, specjalistyczne umiejętności oraz etos pracy, który może przynieść wymierne korzyści pracodawcom. W dobie niedoboru rąk do pracy i starzenia się polskiego społeczeństwa, aktywizacja tej grupy nabiera szczególnego znaczenia. Według danych GUS, już ponad 25 proc. Polaków ma więcej niż 60 lat, a liczba osób w wieku produkcyjnym spada w tempie przekraczającym 100 tys. rocznie. Większe otwarcie się polskich pracodawców na imigrantów silversów może być jedną z odpowiedzi na problemy demograficzne i niedobór pracowników.

Cudzoziemcy po 55. roku życia mogą stać się kluczowym wsparciem w sektorach, które wymagają odpowiedzialności, stabilności i lojalności. Już dziś doskonale sprawdzają się w opiece i usługach społecznych, transporcie czy rolnictwie – to obszary, w których ich doświadczenie i dojrzałość zawodowa stanowią ogromną wartość. Warto jednak, by swoje drzwi otworzyły dla nich również inne branże, zwłaszcza edukacja, szkolnictwo zawodowe i mentoring. Imigranci-seniorzy, dysponujący bogatym doświadczeniem, mogliby z powodzeniem przekazywać wiedzę młodszym pracownikom w zawodach technicznych, rzemieślniczych czy produkcyjnych. Dobrym kierunkiem są także stanowiska w administracji, archiwizacji, recepcji czy obsłudze biurowej – tam, gdzie liczy się dokładność, kultura osobista i komunikatywność, a nie siła fizyczna. Nasze doświadczenia pokazują, że imigranci silversi to nie tylko uzupełnienie braków kadrowych, ale realna wartość dodana – dla firm, zespołów i całej gospodarki – mówi Myskova.

Aby tę wartość wykorzystać, potrzebne są działania integracyjne i antydyskryminacyjne. Kluczowe jest znoszenie barier systemowych – szybsze uznawanie kwalifikacji zagranicznych, oferowanie kursów języka polskiego dostosowanych do osób w starszym wieku, a także promowanie zatrudniania osób powyżej 55 r.ż. wśród pracodawców. Zwiększenie ich udziału w rynku pracy wymaga empatii połączonej z racjonalnymi działaniami polityki rynku pracy – dostrzeżenia zarówno indywidualnych potrzeb starszych migrantów (np. ochrona przed dyskryminacją, pomoc w przekwalifikowaniu), jak i usunięcia barier systemowych, które dotychczas ograniczały ich aktywność. Przełamanie negatywnych tendencji na polskim rynku pracy – poprzez pełniejsze włączenie silversów z zagranicy – mogłoby przynieść obopólne korzyści: imigranci 55+ dostaliby szansę na pracę zgodną z ich możliwościami, zaś polska gospodarka zyskałaby doświadczonych pracowników tam, gdzie są najbardziej potrzebni.

Silversi wyróżniają się tym, czego coraz częściej brakuje na rynku pracy – lojalnością, stabilnością i zaangażowaniem. Wśród pracowników po 55. roku życia obserwujemy dużą odpowiedzialność i przywiązanie do miejsca pracy. Często wynika to z trudności w znalezieniu nowego zatrudnienia, ale w praktyce przekłada się na wyjątkową rzetelność i chęć utrzymania dobrej pozycji w firmie. To właśnie ta grupa może skutecznie wypełnić luki w zawodach wymagających dojrzałości, cierpliwości i doświadczenia życiowego – cech, których nie da się zastąpić szkoleniem czy technologią. Jeśli nie zaczniemy aktywnie włączać ich do rynku pracy, wkrótce zabraknie nam osób do zastąpienia odchodzących pracowników. Starzejące się społeczeństwo to nie tylko wyzwanie, to również szansa na redefinicję tego, co naprawdę znaczy „pracownik wartościowy” – podsumowuje Myskova.

Źródła: dane własne Smart Solutions HR, dane GUS, dane ZUS, raport „Pracujący emeryci i osoby w wieku okołoemerytalnym” Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (2024).

Wymeldować można bez jednomyślności współwłaścicieli. Postępowanie meldunkowe a spory o lokal. Co mówi orzecznictwo?

Wymeldowanie z domu lub mieszkania to czynność czysto administracyjna (o czym wciąż zapominamy). Warto sprawdzić, czy wymaga ona zgody współwłaścicieli.

Zameldowanie oraz wymeldowanie z domu lub mieszkania to temat, który w Polsce jest bardzo specyficzny. Pamiętajmy bowiem, że wielu rodaków lekceważy obowiązek meldunkowy, co skutkuje między innymi zaniżoną oficjalną liczbą ludności dużych miast. Mimo opisywanej sytuacji, nie ma mowy o przywróceniu sankcji za niedopełnienie obowiązku meldunkowego. Nie ma również mowy o tym, żeby zameldowanie potwierdzało prawa jakiejś osoby do mieszkania lub wpływało na eksmisję – wbrew temu, co wciąż sądzi wielu Polaków. Zameldowanie oraz wymeldowanie to czynności jedynie typowo administracyjne, choć niepozbawione pewnego znaczenia. W nawiązaniu do ciekawego wyroku sądowego warto sprawdzić, czy wszyscy współwłaściciele lokum muszą się podpisać na wniosku o wymeldowanie danej osoby.

Artykuł w dużym skrócie:

  • Niedawny wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego potwierdza, że do złożenia wniosku o wymeldowanie nie są potrzebne podpisy wszystkich współwłaścicieli lokum.
  • Organ administracji powinien samodzielnie ustalić, czy doszło do trwałego i dobrowolnego opuszczenia lokum przez daną osobę.
  • Warto jeszcze raz przypomnieć, że samo zameldowanie lub wymeldowanie nie potwierdza ani też nie kwestionuje praw danej osoby do lokum. Celem systemu meldunków jest m.in. dostarczanie informacji o aktualnej liczbie ludności.

W artykule rozwijamy powyższe wnioski i analizujemy również inne ciekawe aspekty związane z zameldowaniem i wymeldowaniem.

Wyrok: do wymeldowania nie trzeba podpisu współwłaściciela …

Wspomniane już wcześniej, ciekawe orzeczenie sądowe dotyczące wymeldowania zapadło w Gorzowie Wielkopolskim. „Konkretniej rzecz ujmując, chodzi o Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gorzowie Wielkopolskim z dnia 13 lutego 2025 r. (sygnatura akt: II SA/Go 564/24)” – informuje Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

W wyroku gorzowskiego sądu czytamy między innymi, że: „Wniosek o wymeldowanie nie musi być złożony przez wszystkich współwłaścicieli. Z treści art. 35 ustawy o ewidencji ludności wynika, że decyzję w sprawie wymeldowania wydaje organ gminy z urzędu lub na wniosek właściciela. Nadto należy uznać, że złożenie wniosku o wymeldowanie nie przekracza czynności zwykłego zarządu (zobacz: art. 199 KC oraz art. 201 KC)”.

W nawiązaniu do czynności zwykłego zarządu warto przypomnieć, że do ich wykonania (zgodnie z artykułem 201 kodeksu cywilnego) potrzebna jest zgoda większości współwłaścicieli rzeczy ruchomej lub nieruchomej. W przypadku braku takiej zgody, każdy ze współwłaścicieli może żądać upoważnienia sądowego do dokonania czynności. „O kwestiach związanych ze sporem sądowym będzie jeszcze mowa w niniejszym artykule” – dodaje Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

Urząd przed wymeldowaniem powinien dobrze ocenić sytuację

Trzeba również zwrócić uwagę na artykuł 35 ustawy o ewidencji ludności. Zgodnie z tym przepisem, organ gminy z urzędu lub na wniosek właściciela lokum wydaje decyzję w sprawie wymeldowania obywatela polskiego, który opuścił miejsce pobytu stałego albo opuścił miejsce pobytu czasowego przed upływem deklarowanego okresu pobytu i dodatkowo nie dopełnił obowiązku wymeldowania. „Organ administracji powinien ustalić, czy dana osoba faktycznie nie przebywa w domu lub lokalu i czy miało miejsce opuszczenie lokum w sposób trwały oraz dobrowolny” – zwraca uwagę Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

Sąd w wyroku z 13 lutego 2025 r. przypomniał, że opuszczenie miejsca pobytu musi być związane zarówno ze stałym nieprzebywaniem w mieszkaniu, jak i dobrowolnością zmiany miejsca pobytu. Organ administracji publicznej nie może ograniczyć się do bezkrytycznego przyjęcia oświadczenia/uzasadnienia osoby składającej wniosek o wymeldowanie, co niestety czasem ma miejsce i prowadzi do sporów przed sądami administracyjnymi. „Wynika to również z presji wywieranej na urzędnikach przez wnioskodawców, którzy błędnie sądzą, że wymeldowanie przekreśla jakiekolwiek prawa innej osoby do przebywania w ich domu lub lokalu” – komentuje Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

A co wtedy, gdy w tle toczy się spór sądowy o zamieszkiwanie?

Sytuacja staje się z pewnością bardziej skomplikowana, jeśli temat meldunku jest powiązany ze sporem sądowym dotyczącym zamieszkania w danym lokum. Ciekawy w tym kontekście wydaje się na przykład Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Lublinie z dnia 6 września 2012 r. (sygnatura akt: III SA/Lu 189/12). „To orzeczenie wskazuje bowiem, że sprawa sądowa dotycząca wstąpienia w stosunek najmu spornego lokalu, nie jest zagadnieniem wstępnym, które dawałoby podstawę do zawieszenia postępowania administracyjnego w sprawie o wymeldowanie (zgodnie z art. 97 § 1 pkt 4 KPA)” – podaje Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

Zagadnieniem wstępnym nie jest także tocząca się sprawa o przywrócenie posiadania lokalu, ale urząd powinien wziąć ten fakt pod uwagę przy wydawaniu decyzji o wymeldowaniu. Mówi o tym Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 12 lipca 2011 r. (sygn. akt: II OSK 1181/10). „Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gorzowie Wielkopolskim z dnia 24 października 2012 r. (II SA/Go 561/12) wskazuje natomiast, iż ewentualny sprzeciw współwłaściciela lokalu nie wywoła skutku w postaci odmowy zameldowania, jeżeli dana osoba faktycznie pod danym adresem przebywa” – podkreśla Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

Zameldowanie i wymeldowanie nie rozstrzyga o prawie do lokum

Obydwa wspomniane wyroki gorzowskiego sądu administracyjnego (II SA/Go 561/12 oraz II SA/Go 564/24) przypominają o zasadzie, która jest wciąż aktualna. „Otóż, zarówno zameldowanie, jak i wymeldowanie nie rozstrzyga o tytule prawnym do lokalu, czy też o uprawnieniu do przebywania w nim” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspertka rynku nieruchomości.

Polacy coraz więcej wydają na gastronomię. Ulice handlowe ewoluują w kierunku miejsc spotkań

0

Kiedyś ulice handlowe kojarzyły się głównie z zakupami. Dziś coraz częściej stają się miejscem spotkań i spędzania wolnego czasu. W miejskim krajobrazie zaczyna dominować gastronomia. Jak podaje CBRE, aż dwie trzecie najemców przy warszawskim Nowym Świecie to lokale gastronomiczne. Widać to także w najnowszych danych GUS, z których wynika, że wydatki Polaków na restauracje rosną. Dopełnieniem przemiany ulic handlowych w miejsca spędzania czasu są wydarzenia kulturalne, kluby fitness, sklepy lokalnych twórców czy butiki z modą vintage. To elementy, które budują nowe oblicze polskiego handlu.

W ostatnich latach polski rynek handlowy przeszedł istotne zmiany. Rozwój sektora gastronomicznego na ulicach handlowych jest jednym z najbardziej zauważalnych trendów. Najnowsze dane GUS wskazują, że w minionym roku wydatki Polaków na restauracje zwiększyły się o niemal jedną piątą w ujęciu rocznym. I faktycznie, obserwujemy rosnącą popularność różnorodnych konceptów gastronomicznych, w tym restauracji fine dining oraz nowoczesnych miejsc, takich jak sky bary. Właściciele lokali wprowadzają nowatorskie pomysły, często inspirując się zagranicznymi trendami, co znacząco wzbogaca ofertę. Sukces często zależy jednak od lokalizacji, ekspozycji oraz dostępności ogródków gastronomicznych, które zawsze były istotnym elementem mającym wpływ na dodatkowy obrót w okresie letnim. Powszechnym wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniego lokalu, ponieważ ich podaż jest ograniczonamówi Karolina Kunciak, dyrektorka odpowiedzialna za ulice handlowe w CBRE.   

Udział lokali gastronomicznych na warszawskim Nowym Świecie, jednej z najpopularniejszych ulic handlowych, sięga już 64 proc., wynika z danych CBRE. Handel zajmuje 27 proc., a 9 proc. stanowią punkty usługowe.

Rozrywka łączy się z handlem

Kolejnym trendem po gastronomii, który definiuje rozwój ulic handlowych, są koncepty rozrywkowe. Przestrzenie handlowe stają się miejscem, w którym klienci mogą nie tylko robić zakupy, ale także spędzać czas w atrakcyjny sposób. Wprowadzanie elementów interaktywnych, takich jak strefy zabaw dla dzieci, mniejsze sale gier czy różnego rodzaju wydarzenia tematyczne, przyciąga klientów i zwiększa ich zaangażowanie. Zmiany te są wspierane przez rozwój interaktywnych muzeów oraz różnych form rozrywki, które angażują zarówno dzieci, jak i dorosłych. Pojawiają się także wydarzenia kulturalne, takie jak muzyka na żywo, wystawy sztuki i przedstawienia teatralne.

Zakupy na sportowo

Rośnie popularność siłowni i salonów sportowych na ulicach handlowych. Takie punkty stają się coraz bardziej oblegane. Oprócz dużych sieci, pojawia się coraz więcej małych, prywatnych miejsc oferujących wyspecjalizowane rodzaje aktywności, takie jak pilates na reformerach, treningi personalne, spinning, sporty walki oraz taniec.

Niebanalne koncepty poszukiwane

Dziś konsumenci nie tylko oczekują możliwości zakupowych, ale szukają także unikalnych doświadczeń. Wirtualny i rzeczywisty świat są nasycone handlem i rozrywką, więc klienci pragną być traktowani indywidualnie i oczekują spersonalizowanych usług. Wyjątkowość okolicy może być tworzona przez np.: sklepy rzemieślnicze oraz lokalne marki, które nie są dostępne nigdzie indziej, oryginalne restauracje, bary o nietypowych wnętrzach, sklepy pop-up, sklepy z luksusowymi markami z drugiej ręki, miejsca rozrywkowe, wystawy sztuki na świeżym powietrzu, czy lokalne wydarzenia, takie jak rynki śniadaniowe czy świąteczne.

Klienci stają się coraz bardziej świadomi wpływu swoich wyborów na środowisko, co prowadzi do rosnącej popularności konceptów takich jak zero waste oraz sklepów oferujących odzież vintage, meble z recyklingu czy produkty ekologiczne – mówi Karolina Kunciak, CBRE.

Więcej luksusu

Luksusowe marki widzą w Polsce coraz większy potencjał, co może wpłynąć na rozwój rynku. W ostatnich latach Warszawa stała się ważnym punktem na mapie luksusowych zakupów, przyciągając uwagę renomowanych marek z całego świata. Otwarcie butiku Dior w centrum handlowym Vitkac oraz salonu Chanel w Westfield Arkadia jest dowodem na to, że międzynarodowe domy mody zauważają rosnącą siłę nabywczą polskich konsumentów oraz ich zainteresowanie modą premium. Debiuty takich marek, jak Bvlgari czy Santoni, które zdecydowały się na lokalizacje w sercu stolicy, nie tylko zwiększają dostępność luksusowych produktów, ale także podnoszą prestiż Warszawy jako miejsca zakupów. W miarę jak rynek luksusowy w Polsce rozwija się, możemy oczekiwać dalszego wzrostu konkurencji oraz innowacyjnych doświadczeń zakupowych.

Plantatorzy chmielu apelują o wycofanie restrykcyjnych przepisów uderzających w branżę piwną

Związek Polskich Plantatorów Chmielu w odpowiedzi na konsultacje publiczne dotyczące projektu ustawy o zmianie ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi oraz ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych zwraca się z pilnym apelem o wycofanie się z nadmiernie restrykcyjnych regulacji, które mogą doprowadzić do zachwiania się całej branży piwowarskiej i jej łańcucha wartości, w tym gospodarstw zajmujących się uprawą chmielu.

Dramatyczna sytuacja branży

Spadki na rynku piwa są widoczne nie tylko w danych GUS, ale są również bezpośrednio odczuwalne na plantacjach i w skupie chmielu. Od 2019 roku rynek piwa zmniejszył się o 6 milionów hektolitrów – co odpowiada rocznej produkcji około 10 browarów wielkości browaru Namysłów, który właśnie zakończył produkcję piwa, podobnie jak wcześniej zakład w Leżajsku. Sytuacja w 2025 roku również jest dramatyczna – browary ograniczają produkcję, gdyż nawet w miesiącach letnich rynek spadł o ponad 10%.

Nieproporcjonalne obciążenie sektora piwowarskiego

Projekt ustawy w sposób rażąco niesprawiedliwy uderza w sektory piwny – mimo że spożycie piwa od kilku lat spada najszybciej spośród wszystkich alkoholi. Jednocześnie projekt pomija istotne problemy, takie jak tzw. „małpki”, które stanowią realny problem w kontekście patologii związanych ze spożyciem alkoholu. Browary nie powinny ponosić odpowiedzialności za alkotubki ani brak wprowadzenia nocnej prohibicji w Warszawie.

Absurdalna krytyka piw bezalkoholowych

Szczególnie niepokojąca jest krytyka i regulacje dotyczące piw bezalkoholowych. Projekt nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości, zamiast koncentrować się na ograniczeniu dostępności „małpek” czy na zakazie sprzedaży nocnej, utrudni rozwój segmentu piw bezalkoholowych, które stanowią realną i wartościową alternatywę dla osób ceniących smak piwa, ale rezygnujących z alkoholu. Piwa bezalkoholowe zawierają te same składniki, co tradycyjne piwa, takie jak chmiel, a ich rosnąca popularność stanowi istotne wsparcie dla branży, która mierzy się z wieloma wyzwaniami i systematycznym spadkiem sprzedaży. Piwa bezalkoholowe są również ratunkiem na branży chmielarskiej, gdyż pozwala nieco zmniejszyć spadek popytu na chmiel.

To paradoks. Zamiast wspierać produkty, które pomagają ograniczyć spożycie alkoholu, projekt ustawy utrudnia ich rozwój. Tymczasem piwa bezalkoholowe są dowodem, że branża potrafi sama się zmieniać w kierunku odpowiedzialnej konsumpcji. Warto się zastanowić, komu zależy na tym, żeby jeszcze bardziej zachwiać sektorem piwowarskim, a tym samym pogrążyć naszą branżę. – komentuje Rajmund Szulc, Prezes Zarządu Związku Polskich Plantatorów Chmielu.

Zagrożenie dla rodzin rolniczych

Restrykcyjne regulacje zaproponowane w rządowym projekcie ustawy mogą doprowadzić do upadku nie tylko browarów, ale także plantatorów i producentów chmielu. W Polsce chmiel uprawia około 700 plantatorów, głównie w małych gospodarstwach rodzinnych, których średnia powierzchnia wynosi około 2 hektary. Dla tych rodzin uprawa chmielu jest często jedynym źródłem utrzymania. Chmiel jest uprawą wieloletnią o żywotności plantacji wynoszącej 15-20 lat. Oznacza to, że plantatorzy nie mogą szybko zmienić profilu produkcji ani dostosować się do nagłych zmian rynkowych. Inwestycje w chmielarstwo są długoterminowe, a ich zwrot rozłożony na wiele lat. Nagłe wprowadzenie restrykcyjnych przepisów uderza w wieloletnie plany gospodarcze rodzin rolniczych, które nie mają alternatywnych źródeł dochodu.

Chmiel to źródło utrzymania dla setek rodzin. Jeśli browary jeszcze bardziej ograniczą produkcję, wiele naszych gospodarstw przestanie istnieć. Te regulacje to dla nas kwestia przetrwania. – mówi Rajmund Szulc, Prezes Zarządu Związku Polskich Plantatorów Chmielu.

Kumulacja regulacji prowadzi do katastrofy

Należy pamiętać, że nie jest to jedyna ustawa dotycząca branży piwnej, która aktualnie jest rozważana – w Sejmie trwają również prace nad podniesieniem akcyzy, VAT oraz wprowadzeniem opłaty cukrowej. Tworzenie tak rygorystycznych przepisów prawnych może sprzyjać gwałtownemu rozwojowi szarej strefy oraz przejęciu rynku przez alkohole mocne. Zamiast rozwiązać problem nadużywania alkoholu, projektowane regulacje przyczynią się do jego przeniesienia do szarej strefy i zmiany struktury spożycia na korzyść innych, często mocniejszych alkoholi.

Apel o rozsądek i odstąpienie od nadregulacji

Związek Polskich Plantatorów Chmielu apeluje o odstąpienie od szkodliwych nadregulacji i skupienie się na działaniach faktycznie ograniczających problem nadużywania alkoholu, a także zwiększających świadomość społeczną jego skutków. To nie jest spór o przepisy – to walka o przetrwanie rodzinnych gospodarstw, które od pokoleń budują tradycję polskiego piwa. Związek wzywa do dialogu, rozsądku i tworzenia prawa, które chroni, a nie karze tych, którzy uczciwie pracują.

Związek Polskich Plantatorów Chmielu skierował oficjalne stanowisko do Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w ramach konsultacji publicznych dotyczących rządowego projektu ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałania alkoholizmowi (UD147).

BASEIG rusza z nowym projektem, który przenosi AI-commerce do branży nieruchomości

BASEIG S.A. – notowana na rynku NewConnect spółka technologiczna rozwijająca rozwiązania z obszaru AI-commerce – rozszerza działalność i wkracza do branży deweloperskiej. Spółka podpisała umowę z Sawa Apartments Sp. z o.o., w ramach której będzie odpowiadać za kompleksowe wsparcie kampanii sprzedażowych z wykorzystaniem własnego systemu sztucznej inteligencji BASEIG AI. To pierwszy klient spoza sektora influencerskiego oraz jeden z pierwszych projektów, który realizowany będzie w oparciu o nowy system BASEIG AI. Kampania wystartuje w I kwartale 2026 r.

Na mocy zawartej umowy BASEIG będzie świadczyć na rzecz Sawa Apartments usługi związane ze wsparciem kampanii sprzedażowych. Współpraca obejmuje pełne wykorzystanie technologii spółki – od analizy danych, przez automatyczne rekomendacje działań marketingowych, po bieżące zarządzanie budżetami reklamowymi.

– To dla nas ważny krok w dywersyfikacji działalności. Dotychczas skupialiśmy się na e-commerce i współpracy z influencerami. Teraz pokazujemy, że nasze technologie AI sprawdzają się również w marketingu nieruchomości, wspierając sprzedaż mieszkań i zwiększając efektywność kampanii – mówi Kamil Stanek, prezes BASEIG S.A.

System BASEIG AI to autorskie rozwiązanie oparte na wieloagentowej architekturze sztucznej inteligencji, które analizuje dane w czasie rzeczywistym i automatycznie dostarcza rekomendacje marketingowe. Platforma integruje dane m.in. z Google Ads, Meta Ads, systemów CRM oraz narzędzi analitycznych, aby umożliwić pełną automatyzację działań promocyjnych. Jej celem jest nie tylko zwiększenie skuteczności kampanii, lecz także redukcja kosztów oraz skrócenie czasu potrzebnego na podejmowanie decyzji marketingowych. System został zaprojektowany z myślą o bezpieczeństwie danych – korzysta wyłącznie z danych first-party, przetwarzanych w chmurze, i jest w pełni zgodny z zasadami RODO.

Współpraca z Sawa Apartments pokazuje, że nasz system jest uniwersalny i może skutecznie wspierać sprzedaż nie tylko w e-commerce, ale również w innych sektorach gospodarki, takich jak rynek nieruchomości – dodaje Kamil Stanek.

Jeszcze w listopadzie BASEIG S.A. zaprezentuje publicznie pierwszą wersję platformy BASEIG AI, pokazując, jak autorski system wspiera firmy w planowaniu i prowadzeniu działań marketingowych. Pełne wdrożenie rozwiązania i rozpoczęcie sprzedaży platformy zaplanowano na pierwsza połowę 2026 roku.

East Value Research podnosi cenę docelową Medicalgorithmics do 48,60 zł (+45% vs. cena rynkowa). Rekomendacja: KUPUJ

Medicalgorithmics rośnie szybciej, niż zakładano. Nowy kontrakt w UK i wyższa prognoza przychodów. Analitycy podnoszą cenę docelową do 48,60 zł.

Medicalgorithmics opublikował wyniki za trzeci kwartał i trzy kwartały 2025 roku, które znacząco przebiły oczekiwania analityków. Spółka zanotowała dwucyfrowy wzrost przychodów, dynamiczny wzrost liczby raportów EKG oraz pozyskała nowych klientów w USA, Kanadzie, Turcji i Europie. Na tej podstawie East Value Research podniosło 12-miesięczną cenę docelową akcji do 48,60 zł i utrzymało rekomendację KUPUJ.

Rekordowa liczba badań i szybki wzrost segmentu usług

W okresie styczeń–wrzesień 2025 r. Medicalgorithmics zwiększył przychody o 15,4% rdr do 20,9 mln zł, przy czym sam trzeci kwartał przyniósł wzrost o 38% rdr do 7,2 mln zł. Napędzał go przede wszystkim segment usług, obejmujący licencjonowanie platformy DeepRhythm Platform (DRP) i algorytmów DeepRhythmAI.

W ciągu dziewięciu miesięcy spółka obsłużyła 284 933 sesje EKG, więcej niż przez cały 2024 rok. W samym Q3 liczba sesji wyniosła 96 627, co oznacza wzrost o 33,5% rdr.

Największym rynkiem ponownie okazały się Stany Zjednoczone, gdzie sprzedaż wzrosła o 74,2% rdr do 6,7 mln zł.

19 nowych klientów w 2025 roku, w tym czołowy ośrodek diagnostyczny w USA

Do końca października spółka pozyskała już 19 nowych partnerów, w tym piąty największy Independent Diagnostic Testing Facility (IDTF) w Stanach Zjednoczonych. Jego wpływ na wyniki rośnie szybciej, niż zakładano — już we wrześniu przekroczył kontraktowe minimum 60,8 tys. USD miesięcznie.

Według zarządu, miesięczne przychody z tego kontrahenta wzrosną do 300 tys. USD (1,09 mln zł) w listopadzie i grudniu.

Na początku listopada Medicalgorithmics podpisał też kontrakt z jednym z największych IDTF w Wielkiej Brytanii i Irlandii, który rocznie generuje ponad 100 tys. raportów EKG.

Podniesiona prognoza przychodów na 2025 rok

Wzrost liczby badań, szybsza monetyzacja klientów w USA oraz nowy kontrakt w Wielkiej Brytanii spowodowały podniesienie prognozy przychodów na 2025 rok o 3,4% — z wcześniejszych 29,04 mln zł do 30,02 mln zł.

Analitycy zakładają, że liczba sesji EKG w 2025 wyniesie 383 tys., choć sam zarząd spółki wskazuje na ambitny cel 500 tys. badań.

Strata operacyjna maleje, gotówka z działalności rośnie

W 9M/2025 Medicalgorithmics zanotował:

  • EBIT: –9,4 mln zł (rok wcześniej –11,4 mln zł)
  • netto: –10,8 mln zł (rok wcześniej –11,5 mln zł)
  • cash flow operacyjny: –3,6 mln zł (z –11,6 mln zł rok wcześniej)

Spółka nadal inwestuje w rozwój technologii — CAPEX w 9M/2025 wyniósł 9,6 mln zł, więcej niż zakładano.

Zadłużenie netto wzrosło kwartał do kwartału do 16,8 mln zł, m.in. dzięki dodatkowym środkom z Biofund.

Zarząd podtrzymuje wcześniejszą deklarację osiągnięcia operacyjnego break-even w Q4 2025 lub na początku Q1 2026.

VCAST – nowa platforma 3D wchodzi do testów u klientów

Równolegle Medicalgorithmics rozwija platformę VCAST do trójwymiarowej analizy tętnic wieńcowych na podstawie danych z tomografii komputerowej. Technologia ma umożliwiać identyfikację zwężeń i blaszek miażdżycowych bezinwazyjnie, z wykorzystaniem algorytmów AI.

Spółka rozpoczęła integrację rozwiązania u pierwszych trzech klientów w Szwecji, Arabii Saudyjskiej i Turcji. Pierwsze przychody z tego segmentu spodziewane są w drugiej połowie 2026 roku — i mogą być nawet 10 razy wyższe niż średnia cena raportu w obecnej platformie DRP.

Nowa wycena: 48,60 zł za akcję i rekomendacja KUPUJ

Po uwzględnieniu:

  • wyższych prognoz przychodów,
  • większego CAPEX,
  • niższego WACC (11,7% wobec 12,5%),
  • wzrostu segmentu usług i rosnącego udziału rynku USA,

analitycy East Value Research wycenili Medicalgorithmics na 48,60 zł w perspektywie 12 miesięcy, co oznacza 45,1% potencjalnego wzrostu wobec ceny rynkowej 33,50 zł na dzień publikacji raportu (13 listopada 2025 r.).

Dynamika podwyżek cen w sklepach słabnie trzeci miesiąc z rzędu

0

Z analizy ponad 101 tys. cen detalicznych z blisko 48 tys. sklepów wynika, że drożyzna coraz bardziej ustępuje. W październiku br. codzienne zakupy Polaków, obejmujące m.in. produkty spożywcze, chemię gospodarczą czy art. dla dzieci, podrożały średnio o 4,1% rdr. We wrześniu wzrost wyniósł 4,9%, z kolei w sierpniu – 5,1% rdr. Sama żywność też coraz mniej drożeje, a do tego słabiej niż wszystkie analizowane kategorie. W październiku jej ceny poszły w górę o 3,6% rdr. We wrześniu zwiększyły się rdr. o 4,1%, a w sierpniu – o 4,3% rdr. Do tego widać, że ostatnio na 17 analizowanych kategorii 4 były na minusie. We wrześniu dotyczyło to 3 grup towarów, a w sierpniu – 4. Jednak ceny najczęściej kupowanych produktów wciąż trzymają się na większym plusie niż sama inflacja. Do tego autorzy raportu przewidują ponowne zwiększenie dynamiki podwyżek cen w sklepach w kolejnych miesiącach.

Z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito wynika, że w październiku br. codzienne zakupy Polaków zdrożały średnio o 4,1% rdr. Dotyczyło to żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych, a także pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Łącznie przenalizowano 17 kategorii. We wrześniu wzrost rdr. (wyliczony wg tej samej metodologii) wyniósł 4,9%, natomiast w sierpniu – 5,1%. Zatem jak widać po ww. danych, dynamika podwyżek cen w sklepach rdr. słabnie.

– Obserwowany trend jest wynikiem przede wszystkim tańszej ropy na rynkach światowych oraz mocnego kursu złotówki wobec wiodących walut. Co prawda, w stosunku do września, ceny paliw i ropy lekko się zwiększyły, ale w porównaniu do października 2024 roku są znacznie niższe, a to wpływa na ogólnie obserwowany poziom cen. Poza tym bardzo dobre warunki pogodowe przyczyniły się do zwiększonych zbiorów, a one powodują, że produkty na sklepowych półkach nie drożeją w takim tempie, jak rok temu – komentuje dr inż. Anna Motylska-Kuźma z Uniwersytetu Dolnośląskiego DSW we Wrocławiu.

Natomiast dr Agnieszka Gawlik z Uniwersytetu WSB Merito przewiduje ponowne zwiększenie dynamiki podwyżek cen w sklepach w kolejnych miesiącach. Zdaniem ekspertki, nastąpi to nie tylko ze względu na sezonowy wzrost popytu świąteczno-noworocznego, ale także z powodu rosnących kosztów stałych po stronie producentów i handlu. Podobnego zdania są analitycy z UCE RESEARCH. – Wzrost cen energii elektrycznej podniesie koszty produkcji towarów. Planowane zwiększenie akcyzy na alkohol przełoży się na ceny napojów wysokoprocentowych. Podwyżka podatku cukrowego zwiększy koszty napojów słodzonych i części produktów spożywczych. Do tego wyższe składki ZUS i składka zdrowotna dla przedsiębiorców mogą skutkować przerzuceniem części kosztów na klientów detalicznych. Presja na wzrost cen utrzyma się zatem także na początku 2026 roku – mówi dr Agnieszka Gawlik.

W październiku ceny samej żywności poszły w górę o 3,6% rdr. We wrześniu zwiększyły się rdr. o 4,1%, a w sierpniu – o 4,3% rdr. Zatem tu też widać spadek dynamiki podwyżek. Wzrost cen żywności jest niższy od ogólnego, obejmującego wszystkie kategorie, a różnica systematycznie się zmniejsza. – Żywność przestaje być głównym motorem podwyżek, co stanowi pozytywny sygnał dla konsumentów. Ceny art. spożywczych są silnie uzależnione od szeregu czynników zewnętrznych, takich jak m.in. koszty energii, paliw, transportu i opakowań. Do tego należy dodać warunki pogodowe, a także wynagrodzenia w sektorze rolnym i przetwórczym. Ponadto żywność, jako dobro podstawowe, charakteryzuje się stosunkowo niską elastycznością popytu. W efekcie, choć dynamika wzrostu cen słabnie, kategoria ta pozostaje wrażliwa na zmiany kosztów produkcji i dystrybucji – wyjaśnia dr Agnieszka Gawlik.

Jak zauważa dr inż. Anna Motylska-Kuźma, na ceny żywności w dalszym ciągu wpływają utrzymujące się wysokie koszty produkcji, które nie motywują do obniżek cen na półkach. – Obserwowana pozorna równowaga powinna doprowadzić do tego, że wzrosty cen w listopadzie i grudniu będą dalej wyhamowywać, choć nie oznacza to, że koszty zakupów będą niższe. Będą po prostu wzrastać w tempie, które jest zdrowe dla gospodarki, a więc zgodnie z założonym celem inflacyjnym NBP – 2,5% – prognozuje ekspertka z Uniwersytetu Dolnośląskiego DSW we Wrocławiu.

Do tego analitycy z UCE RESEARCH zwracają uwagę na to, że ceny najczęściej kupowanych produktów wciąż trzymają się na większym plusie niż sama inflacja. Jak wyjaśnia dr inż. Anna Motylska-Kuźma, wskaźnik inflacji zawiera w sobie, poza kosztami codziennych zakupów, ceny innych towarów i usług, które ostatnio nie odczuwają wysokiej presji inflacyjnej. Chodzi tu m.in. o transport, użytkowanie mieszkania, odzież, obuwie czy sprzęt telekomunikacyjny. Sama cena paliw w ostatnim czasie jest pod mocnym wpływem słabego dolara, ale również sytuacji geopolitycznej. Wskaźnik wzrostu rdr. pokazuje spadek tych cen, widziany na stacjach benzynowych.

– Handel detaliczny często reaguje z opóźnieniem na zmiany w otoczeniu gospodarczym. Dodatkowo, część producentów i detalistów nadal przenosi na konsumentów skutki wcześniejszych podwyżek cen surowców i usług logistycznych. Zjawisko to jest widoczne m.in. w utrzymywaniu wysokich marż, a także w praktykach takich jak zmniejszanie gramatury produktów przy zachowaniu ich dotychczasowej ceny. Warto też podkreślić, że mimo spadku inflacji ogólnej, poziom cen wielu towarów pozostaje wysoki. Oznacza to, że w krótkim okresie nie należy oczekiwać powrotu do wcześniejszych, niższych poziomów cen. Proces dezinflacji nie oznacza bowiem spadku cen, lecz wolniejsze tempo ich wzrostu – podkreśla dr Agnieszka Gawlik.

Z zebranych danych wiadomo również, że w październiku na 17 analizowanych kategorii 4 były na minusie, a pozostałe – na plusie. We wrześniu 3 grupy towarów zanotowały spadki rdr. W sierpniu było ich 4. – Widać, że presja rynkowa na wzrost cen jest coraz mniejsza, co w efekcie przekłada się na powrót inflacji do poziomów uznawanych za zdrowe dla gospodarki. Zagrożeniem może być tu grudniowy okres świąteczny, w którym wzmożona konsumpcja napędza zwykle wzrosty cen w wielu obszarach – ostrzega dr inż. Anna Motylska-Kuźma.

Jak podsumowuje dr Agnieszka Gawlik, taki trend może zwiastować, że w kolejnych miesiącach ceny w sklepach będą coraz bardziej się różnicować między kategoriami. Część produktów nadal będzie drożeć (np. importowane używki i napoje), ale coraz więcej segmentów może wejść w fazę cenowej stabilizacji lub nawet spadków, szczególnie w branżach z silną konkurencją i dużym udziałem marek własnych.

Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 8 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetu WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową, notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z października 2025 r. i analogicznego okresu z 2024 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 101,4 tys. cen detalicznych z blisko 48 tys. sklepów należących do 60 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Polacy nadal kupują samochody – mimo spadku nastrojów motoryzacja utrzymuje wysoki poziom sprzedaży

0
  • Sektor motoryzacyjny pozostaje jednym z liderów sprzedaży – mimo jesiennego schłodzenia nastrojów, konsumenci nadal wykazują stabilny popyt na auta.
  • Rejestracje na najwyższym poziomie w roku – w październiku zarejestrowano ponad 385 tys. aut, z lekkim wzrostem miesiąc do miesiąca.
  • Rynek wtórny w fazie stabilizacji – po dynamicznych miesiącach widać spokojniejsze tempo i większą selektywność kupujących.
  • Nowe auta wracają do gry – rekordowe wskaźniki popytowe i wyprzedaże rocznikowe sprawiają, że coraz więcej kierowców rozważa zakup nowego pojazdu, w tym marek chińskich.
  • Motocykle w fazie wygaszania sezonu – aktywność miesiąc do miesiąca jest niższa, ale rok do roku kategoria wciąż trzyma się mocno.
  • Maszyny ciężkie z mniejszą podażą, ale bardziej zdecydowanymi kupującymi – ruch jest wartościowy, a decyzje zapadają szybciej.

Październik utrzymał solidny kurs rynku motoryzacyjnego, choć w danych widać większą rozwagę po stronie konsumentów. Z jednej strony wzrost sprzedaży detalicznej z września potwierdza dobrą kondycję popytu na dobra trwałe, z drugiej – spadek wskaźników nastrojów i rekordowy odsetek osób deklarujących, że to dobry czas na oszczędzanie, schładzają plany zakupowe. Na OTOMOTO rośnie sezonowo podaż aut używanych, lecz wydłuża się czas sprzedaży. Segment nowych aut utrzymuje historycznie wysoką aktywność kupujących – widoczny efekt konkurencyjnych cen i wyprzedaży rocznikowych. Motocykle naturalnie zwalniają po letnim szczycie, a w maszynach ciężkich niższa podaż spotyka się z wysoką gotowością do zakupu.

Motoryzacja wciąż jednym z filarów sprzedaży detalicznej

Wrzesień przyniósł mocne odbicie w sprzedaży – dane GUS pokazują, że polscy konsumenci wciąż są aktywni. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,4% r/r, a segment motoryzacyjny zanotował imponujące +15%. Dwucyfrowe wzrosty widać też w innych kategoriach dóbr trwałych, takich jak meble, RTV/AGD czy tekstylia, co potwierdza, że jesień zaczęła się dla handlu w dobrym rytmie.

Październik jednak przyniósł lekkie ochłodzenie nastrojów. Wskaźniki koniunktury konsumenckiej spadły – bieżący do −10,9 pkt., a wyprzedzający do −6,6 pkt. Coraz więcej osób deklaruje, że to dobry moment, by odkładać pieniądze (7,34% – najwyższy wynik od lat), a mniej planuje duże wydatki, w tym zakup samochodu (6,17% – najniżej od 2023 roku). Choć inflacja stabilizuje się na poziomie 2,8%, a realne dochody rosną, widać, że entuzjazm zakupowy ustępuje miejsca większej rozwadze i planowaniu.

CEPiK: rejestracje i struktura rynku

W październiku 2025 roku zarejestrowano 385 495 samochodów – o 5% więcej niż we wrześniu, choć o 1% mniej niż rok wcześniej. 67% stanowiły przerejestrowania aut używanych, 20% to pierwsze rejestracje pojazdów importowanych, a 13% – samochody nowe.

Warto zauważyć, że październik w br., podobnie jak w 2024 roku, był miesiącem z najwyższą liczbą rejestracji w całym roku, co potwierdza jego sezonowy charakter. Na szczególną uwagę zasługuje segment aut nowych, który w ujęciu styczeń–październik urósł o 7%, utrzymując wyraźny trend wzrostowy mimo zmiennej dynamiki pozostałych segmentów rynku.

Samochody używane – więcej ostrożności, dłuższy czas sprzedaży

Na rynku aut używanych widać lekkie ożywienie – w październiku liczba ogłoszeń wzrosła o 2% w porównaniu z wrześniem. W ujęciu rocznym podaż jednak pozostaje niższa (−4% r/r), co pokazuje, że rynek wciąż działa ostrożniej niż przed rokiem. Kurczy się „środek” cenowy – samochodów w przedziale 30–50 tys. zł jest średnio o ok. 2,5 tys. mniej niż jesienią 2024 roku. To właśnie w tej kategorii widać dziś największy brak równowagi między popytem a podażą.

Maleje też rola diesli – liczba takich ofert spadła średnio o ok. 9 tys. dziennie r/r, podczas gdy ogłoszenia hybryd i aut benzynowych utrzymują się na stabilnym poziomie. Czas sprzedaży wydłużył się do 45 dni zarówno w ofertach prywatnych, jak i firmowych, co potwierdza bardziej rozważne decyzje kupujących i większą wstrzemięźliwość w wydatkach. Rynek wtórny pozostaje aktywny, ale coraz wyraźniej widać, że kierowcy liczą budżet.

Samochody nowe – rekordy aktywności mimo korekty podaży

Średnia dzienna liczba ogłoszeń nowych aut wzrosła o 2% w stosunku do września, ale spadła o 5% rok do roku, co wskazuje na utrzymującą się korektę w podaży. Jednocześnie popyt pozostaje historycznie wysoki: wskaźnik kupujących sięgnął 142% wartości bazowej, a użytkowników 136%. To efekt niższych cen wejścia w wielu modelach (w tym marek chińskich), wyprzedaży rocznikowych i intensywnych działań promocyjnych dealerów. W rezultacie nowe coraz częściej stają się realną alternatywą dla rynku wtórnego, zwłaszcza w popularnych segmentach.

Motocykle – po szczycie sezonu, ale rok do roku wciąż mocno

Po wyjątkowo aktywnym lecie rynek motocykli stopniowo zwalnia. W październiku liczba ogłoszeń spadła względem września, podobnie jak aktywność kupujących i użytkowników. To naturalny efekt kończącego się sezonu, który co roku przynosi spokojniejsze tempo na rynku jednośladów.

W ujęciu rok do roku segment nadal jednak utrzymuje solidny wzrost. Liczba ofert była wyższa o 8%, a wskaźniki kupujących i użytkowników wzrosły odpowiednio o 18 i 17 punktów procentowych. Październik można więc uznać za moment przejściowy – po rekordowych wakacjach rynek wyhamowuje, ale utrzymuje wyraźnie wyższy poziom aktywności niż przed rokiem.

Ceny aut używanych – lekki wzrost mediany i rozbieżności regionalne

Ceny aut używanych pozostają stabilne, z lekkim trendem wzrostowym. Mediana w październiku wzrosła o 801 zł do 45 800 zł. W ofertach prywatnych ceny rosną już czwarty miesiąc z rzędu (+1,42% m/m), natomiast w ogłoszeniach biznesowych widać jesienną korektę (−2,7% m/m).

Regionalnie najmocniej drożały auta w województwach: opolskim (+2 900 zł), śląskim (+1 500 zł) i zachodniopomorskim (+1 400 zł), a jedynie w podlaskim i podkarpackim odnotowano spadki. Większość regionów utrzymuje stabilny poziom cen, co potwierdza równowagę na rynku wtórnym.

Maszyny ciężkie – mało ofert, duża gotowość do zakupu

Średnia liczba aktywnych ogłoszeń spadła do ok. 32,6 tys. (−1,9% m/m; −9% r/r) – to najniższy poziom w horyzoncie 2024–2025. Jednocześnie wskaźnik kupujących utrzymał bardzo wysoki poziom 116% (+1 p.p. m/m; +21 p.p. r/r), a ruch użytkowników, choć niższy miesiąc do miesiąca (97,9%), jest zdecydowanie wyższy niż rok temu. Ograniczona podaż przy podwyższonej skłonności do zakupu skraca ścieżkę decyzyjną i zwiększa wartościowy popyt.

Ruch na OTOMOTO – więcej użytkowników i dłuższe wizyty

W październiku OTOMOTO odwiedziło 13,3 mln użytkowników (+3,3% m/m). Średni czas wizyty wydłużył się do 16 minut i 7 sekund (+5,7% m/m), przy nieznacznym spadku liczby odsłon na wizytę do 11,4 (−0,8%). W strukturze demograficznej rośnie udział użytkowników 35–44 lata (+0,6 p.p.) i 55–64 lata (+1,2 p.p.), spada 65+ (−1,7 p.p.). Najczęściej używane pozostają filtry marki (85%) i modelu (74%).

Mimo lekkiego ochłodzenia nastrojów, poziom zaangażowania jest sezonowo wysoki – wskaźnik liczby wizyt osiągnął 119%, a dzienna aktywność użytkowników 126%, najwyżej w 2025 r.

Aktualizowany co miesiąc raport OTOMOTO Insights powstaje w oparciu o dane własne OTOMOTO oraz informacje z CEPiK, GUS i NBP. Cały raport można przeglądać online na stronie: otomotoinsights.pl.

Hossa technologiczna trwa już trzy lata, ale coraz więcej sygnałów wskazuje na nadchodzące spowolnienie

Trudno mówić o klasycznej bańce spekulacyjnej, ponieważ wskaźniki wycen większości gigantów technologicznych wcale nie są oderwane od zysków. Pojawiają się jednak pierwsze pęknięcia.

Technologiczna hossa w USA, trwająca już blisko trzy lata, napędzana jest głównie przez rewolucję sztucznej inteligencji oraz potężne inwestycje w rozwój AI. Od października 2022 r. indeks S&P 500 wzrósł o około 70%, a głównym motorem wzrostu jest grupa siedmiu gigantów technologicznych, tzw. MAG7 (Amazon, Alphabet, Apple, Meta, Microsoft, Nvidia i Tesla). Hossa ta w 2025 r. przybrała na sile dzięki oczekiwanym cięciom stóp Fed oraz nadal solidnym wynikom finansowym spółek.

– Ogłaszanie wyników przez MAG7, to kulminacja sezonu, ponieważ wszyscy inwestorzy skupiają swą uwagę na ich wynikach kwartalnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Sobierajski, analityk rynku akcji w XTB. – To wydarzenie makroekonomiczne, na które wszyscy czekają co kwartał, a można je porównać do decyzji banków centralnych o obniżkach bądź podwyżkach stóp procentowych.

Dominujące przedsiębiorstwa technologiczne korzystają z globalnej skali, wysokich marż i przewagi konkurencyjnej wynikającej z własności intelektualnej. Indeksy, które mają ambicję odzwierciedlać kondycję gospodarki jako całości, coraz bardziej stają się barometrem nastrojów wobec kilku gigantów, a nie szerokiego rynku.

Wskaźniki wycen większości gigantów technologicznych wcale nie są oderwane od zysków, jak mogłoby się to wydawać, dlatego do niedawna trudno było mówić o klasycznej bańce spekulacyjnej. Na ścianie wzrostów pojawiają się jednak pierwsze pęknięcia. Część dużych spółek ma wyraźny problem z monetyzacją rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, wolne przepływy pieniężne zaczynają topnieć, a nakłady inwestycyjne rosną tak, jakby same w sobie były celem.

Przy okazji publikacji wyników kwartalnych przez siedmiu gigantów pojawia się pytanie, co tak naprawdę wycenia rynek. Czy chodzi jeszcze o stopniową poprawę efektywności dzięki wdrożeniu dużych modeli językowych w obecnym kształcie, czy też w coraz większym stopniu dyskontowana jest wizja AGI, czyli scenariusza bliższego literaturze fantastycznonaukowej niż aktualnym możliwościom technologicznym.

Wśród MAG7 po jednej stronie są spółki, które potrafią przełożyć przewagę techniczną na wyższe wykorzystanie infrastruktury i opłaty za dostęp do mocy obliczeniowej, a także na lepszą skuteczność reklam czy nowe usługi w wyszukiwaniu i komunikacji. Tam przyrost przychodów jest skorelowany z wdrożeniami u klientów, a rozliczenia oparte na rzeczywistym użyciu sprzyjają skalowaniu. W tym segmencie zdecydowanie znajduje się obecnie Google, Nvida, Meta. Po drugiej stronie są podmioty, które zderzają się z ryzykiem kanibalizacji dotychczasowych usług lub nie przedstawiają klarownej ścieżki do wzrostu zysków. Wielkie inwestycje w infrastrukturę bez równoległej przemiany modeli sprzedaży prowadzą do pytania o zwrot z kapitału. Do tego grona można natomiast zaliczyć Amazon, Microsoft i Apple. Rynek będzie coraz uważniej porównywał tempo realnych wdrożeń i zdolność do monetyzacji między producentami układów, dostawcami wyszukiwania i reklam a spółkami, które akcentują badania, lecz nie pokazują odpowiedniej dynamiki przychodu. Nie oznacza to rażących przecen na cenach tych spółek, jednak o ile nie pokażą one przełomowych zmian, ich wzrosty mogą zacząć wyraźnie pozostawać w tyle za konkurencją.

Apple i Amazon są na dobrej drodze, by osiągnąć nowe, historyczne rekordy. Amazon od kilku kwartałów postrzegany był przez rynek jako maruder, czemu sprzyjała narracja wolniejszego od konkurencyjnych Google Cloud i Microsoft Azure wzrostu przychodów z Amazon Web Services oraz wrażliwość na ostrożniejszego konsumenta w USA. Firma oczekuje poprawy dynamiki sprzedaży w chmurze do 22% r/r i poinformowała, że widzi pozytywne efekty inwestycji w sztuczną inteligencję. Kapitalizacja rynkowa Amazon wzrosła o prawie 240 mld USD po raporcie za III kw. w odpowiedzi na 36% wzrost r/r zysku na akcję i 13% r/r wzrost przychodów. Akcje spółki powędrowały w handlu po zamknięciu rynku niemal 10% wyżej.

W przypadku Apple pozytywne sygnały zostały zrównoważone negatywnymi. Sprzedaż w obu Amerykach zawiodła oczekiwania. Zysk na akcję giganta z Cupertino wyniósł 1,85 USD wobec 1,77 USD prognoz, a przychody 102,47 mld USD wobec 102,19 mld USD oczekiwanych. Przychody z iPhone wzrosły o 6,1% r/r do 49 mld USD. Przychody z iPad nieznacznie zawiodły oczekiwania, ale sprzedaż Mac pobiła szacunki.

Meta Platforms zanotowała znaczący spadek zysku netto, głównie z powodu jednorazowych obciążeń podatkowych i rosnących kosztów inwestycji w AI. Microsoft, mimo solidnych wyników w segmencie chmurowym, odnotował spadek notowań z uwagi na wysokie nakłady na rozwój partnerstwa z OpenAI, choć jego przychody wzrosły o 18%.

Alphabet opublikował wyniki lepsze od oczekiwań, jego zysk netto w III kw. wyniósł blisko 35 mld USD, a przychody przekroczyły 100 mld USD. Akcje wzrosły w 2025 r. o ponad 45%, osiągając nowe historyczne maksima po publikacji wyników. Alphabet udowodnił, że wyścig o AI nie musi oznaczać kanibalizacji tradycyjnego biznesu. Po raz pierwszy przychody kwartalne przekroczyły 100 mld USD, a wszystkie główne segmenty zanotowały dwucyfrowy wzrost. Gwiazdą okazał się Google Cloud, nie tylko zwiększył przychody o 34%, do 15,2 mld USD, a dochód operacyjny segmentu wzrósł o 85%.

Znaleźliśmy się w momencie kulminacyjnym trwającej od prawie trzech lat technologicznej hossy, napędzanej głównie przez siedem największych spółek technologicznych. Ich dominacja, szczególnie w sektorze sztucznej inteligencji, oraz rekordowe wyceny, takie jak przekroczenie przez Nvidię kapitalizacji 5 bln USD, wyznaczają nowe standardy i kierunki rozwoju rynku.

Tesla odnotowała rekordowe przychody i wolne przepływy (FCFF) dzięki rosnącej liczbie sprzedanych pojazdów i rosnącemu wdrożeniu magazynów energii. Spółce nadal udało się wygenerować znaczną nadwyżkę gotówki. Zarząd pozostaje optymistyczny podkreślając, że obecna produkcja służy jako podstawa do monetyzacji oferty usługowej opartej o AI. Po ogłoszeniu wyników kwartalnych akcje Tesli straciły 1,30% (do 433 USD za akcję) w handlu po zamknięciu sesji kasowej w USA.

– Siedmiu wspaniałych czyli MAG7 odpowiada już za 35-40% kapitalizacji S&P500 – komentuje M.Sobierajski z XTB. – To pokazuje skalę zainteresowania inwestorów w te konkretne spółki. – Wokół tych spółek nadal jest bardzo duży optymizm, co staje się też zagrożeniem, bo coraz trudniej będzie im dowieźć wyniki oczekiwane przez inwestorów. Jeszcze większe zagrożenie związane jest z tym, że inwestorzy mogą poczuć się przestraszeni tym, iż hossa technologiczna kończy się. Tym bardziej będziemy czekać na kolejne wyniki kwartalne.

Złoty i złoto zyskują na słabości dolara. Funt najtańszy od 2020 roku

Słabość dolara przekłada się na siłę – zarówno złota, jak i złotego. Funt traci po gorszych danych z rynku pracy. W USA powoli dążymy do otwarcia rządu.

Funt znów w odwrocie

Waluta Wielkiej Brytanii ma za sobą bardzo trudny okres. W ciągu ostatnich trzech miesięcy funt zanurkował od swoich szczytów aż 2,5%. Nie są to oczywiście wahania, które przy zmianach giełdowych będą robiły wrażenie, ale na rynku walutowym to już dużo. Co teraz zaszkodziło walucie Brytyjczyków? 11 listopada był wolny w Polsce, ale większość rynków działała normalnie. We wtorek poznaliśmy dane z brytyjskiego rynku pracy. Wynagrodzenia rosną wolniej od oczekiwań, stopa bezrobocia wzrosła bardziej niż sądzono, a liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych rośnie, co może sugerować, że kolejny miesiąc też będzie trudny. Wczorajsze dane kosztowały funta dwa grosze na wartości. W rezultacie kurs testuje obecnie poziom 4,80 zł. Ostatni raz tak tani GBP był na rynku w 2020 roku.

USA powoli otwiera rząd

Za oceanem rządzący są na dobrej drodze, by zakończyć rekordowo długi impas budżetowy skutkujący zamknięciem rządu. Musimy jednak pamiętać, że obecne porozumienie mówi tylko o 30 stycznia. W rezultacie po niemal 1,5 miesiąca zamknięcia rządu będziemy mieć 1,5 miesiąca okresu przejściowego z możliwością powtórki. Trzeba jednak pamiętać, że po tej dacie nie wszystkie programy zostaną wyłączone, bo niektóre (np. wsparcie żywnościowe) mają zapewnione dłuższe finansowanie. Jak reagują rynki? Skoro podczas zamknięcia rządu dolar zyskiwał, to nie można się dziwić, że teraz traci. Trzeba pamiętać, że ta waluta ma specyficzną pozycję na rynku. Wielu inwestorów traktuje ją jako bezpieczną przystań na trudne czasy. Również z tego powodu dolar kupowany był podczas całego impasu w USA. Teraz gdy sytuacja się uspokaja, kapitał szuka wyższych stóp zwrotu i płynie na rynki bardziej ryzykowne, czego dobrym dowodem jest chociażby umocnienie złotego.

Co zmienia słabnący dolar?

Wraz z osłabieniem się dolara często w górę idę towary w nim wyrażane. Teoretycznie powinno to powodować ich większą bezwładność w cenach lokalnych. Teoretycznie, bowiem dolar od dołka w zeszłym tygodniu odbił w górę o raptem 1%. Z kolei złoto tylko wczoraj zyskało około 4%. Tym samym uncja złota znów kosztuje 4 150 USD. Tutaj jednak mamy sytuację gdzie od kilku dni rynek czekał na sygnał, by iść w górę lub w dół, więc po przebiciu ostatnich szczytów nagle przyłączyło się wielu kupujących. Słabnący dolar to również napływ kapitału do Europy. Widać to chociażby po umocnieniu polskiej waluty, która zwyczajowo jest beneficjentem takich sytuacji. To m.in. dlatego płacimy za euro poniżej 4,23 zł.

Złoty mocny wobec dolara i funta, traci jedynie do franka

Wizja otwarcia rządu Stanów Zjednoczonych niekoniecznie umacnia dolara. Ostrzeżeniem dla inwestorów były wczorajsze dane z amerykańskiego rynku pracy opublikowane przez prywatną instytucję. W tym otoczeniu dobrze radzi sobie złoty, który szczególnie dobrze wypada względem słabego funta. Frank umacnia się na forex dzięki perspektywie porozumienia handlowego między Szwajcarią a USA.

Wtorkowe osłabienie dolara

Informacje o zakończeniu najdłuższego w historii Stanów Zjednoczonych zamknięcia rządu wcale nie umacniają amerykańskiej waluty. Tylko wczoraj osłabienie „zielonego” doprowadziło kurs głównej pary walutowej świata do 1,16 USD. Przypomnę, że jeszcze tydzień temu za jedno euro mogliśmy otrzymać 1,147 dolara. Dlaczego zatem, mimo nadziei na otwarcie rządu USA, waluta zza oceanu traci? Wczorajszy gwałtowny wystrzał miał związek ze słabymi danymi z raportu ADP. Mimo miesięcznego wzrostu zatrudnienia (w sektorze prywatnym poza rolnictwem) o 42 tys., jednocześnie wykazano redukcję miejsc pracy o 11 tysięcy w ujęciu tygodniowym. Inwestorzy tej drugiej danej nadali większą wagę, podkreślając osłabienie sytuacji w obszarze zatrudnienia pod koniec ubiegłego miesiąca. Dodatkowo dostrzegli kolejną obawę. Jeżeli okaże się, że dojdzie do otwarcia rządu, to w kolejnych tygodniach rynek otrzyma dane makroekonomiczne z instytucji publicznych. Kiedy te potwierdzą słabą kondycję gospodarki USA, będzie to argument dla FOMC do obniżania stóp procentowych, co w teorii powinno ciążyć walucie zza oceanu.

Odreagowanie niestraszne złotemu

Po wtorkowym osłabieniu waluty zza oceanu, przyszedł czas na ostudzenie emocji. W środę o poranku kurs EUR/USD wrócił do poziomów sprzed publikacji raportu ADP i o godzinie 13:00 znów oscyluje przy ważnym poziomie 1,158 USD. Do tego czasu poznaliśmy finalne dane inflacyjne zza naszej zachodniej granicy. W Niemczech dynamika cen konsumenckich to 2,3% r/r i 0,3% m/m. Odczyty były zgodne z oczekiwaniami, dlatego nie miały tak istotnego wpływu na notowania głównej pary walutowej świata jak wczorajsze dane ze Stanów. Lokalne osłabienie dolara sprzyja krajowej walucie, która pozostaje silna na forex. W momencie pisania tekstu kurs EUR/PLN to 4,23 PLN, a kurs USD/PLN to 3,65 PLN. Oznacza to, że złoty dobrze znosi dzisiejsze odreagowanie notowań głównej pary walutowej świata.

Funt w tarapatach, za to frank w świetnej formie

Jeszcze lepiej krajowa waluta wypada na wykresie GBP/PLN. Od wczoraj notowania zniżkują, sprowadzając kurs poniżej 4,80 PLN. Powodem ruchu w kierunku południowym nie jest jedynie siła złotego. W tym zestawieniu jednocześnie słabość wykazuje waluta brytyjska, którą dobiły wtorkowe publikacje makroekonomiczne. Na Wyspach wzrosło bezrobocie i to więcej, niż się spodziewano. Aktualny poziom to 5%, a prognozowano wzrost z 4,8% do 4,9%. Ostatni raz tak źle było w maju 2021 roku. Zbiega się to z gwałtownym wzrostem składanych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Oczekiwano skoku z 0,4 tys. do 20,3 tys. Okazało się jednak, że w październiku złożono ich aż 29 tys. Zła kondycja rynku pracy stwarza presję na obniżki stóp procentowych przez Bank Anglii. Problemem jest jednak uciążliwa inflacja konsumencka, która w drugiej połowie 2025 roku nie chce spadać i utrzymuje się na poziomie 3,8% r/r. Jest to powyżej celu inflacyjnego BoA (2% r/r). Połączenie wysokich cen ze słabym stanem gospodarki ciąży brytyjskiej walucie, która pozostaje słaba na rynku walutowym.

W środę złoty traci jedynie do szwajcarskiego franka. Kurs CHF/PLN wzrósł powyżej 4,57 PLN. Siła franka wynika z pogłosek o możliwym porozumieniu Helwetów z Amerykanami w sprawie ceł. Mowa to u możliwości obniżenia taryf do 15% z aktualnie obowiązujących 39%. Informacja wspiera franka nie tylko do złotego, ale na całym forex.

Michał Kobosko: Europa powinna wzmacniać NATO, nie budować konkurencyjnej armii

Nie ma sensu tworzenie „armii europejskiej” ani budowanie struktur równoległych czy konkurencyjnych wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego. NATO jest naturalnym miejscem, by w ramach jego europejskiego filaru funkcjonowały siły szybkiego reagowania przeznaczone do działań kryzysowych, czy to w odpowiedzi na zewnętrzną agresję, czy na nagłe katastrofy naturalne wymagające błyskawicznej obecności wojskowej na terenie kilku państw. Potrzebujemy elastycznych formacji zdolnych do szybkiego działania, lecz to NATO powinno być podstawowym mechanizmem takiej reakcji.

– Pytanie, które stawiam wojskowym, brzmi: czy warto rozwijać te zdolności w ramach NATO jako europejski filar? Wydaje mi się, że to najbardziej uzasadnione podejście, zwłaszcza wobec rosnącej niepewności co do trwałości amerykańskiego zaangażowania – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Michał Kobosko, poseł do Parlamentu Europejskiego. – Pentagon dokonuje obecnie przeglądu globalnej obecności sił USA i jest prawdopodobne, że decyzje zapadłe w jego efekcie doprowadzą do redukcji liczby żołnierzy w Europie. Priorytety Waszyngtonu mogą się przesunąć w stronę teatru azjatyckiego, który jest dziś postrzegany jako główne pole rywalizacji o interesy Stanów Zjednoczonych. W praktyce oznacza to, że nie możemy polegać wyłącznie na stałej, dużej obecności amerykańskiej. Nawet deklaracje polityczne, choć ważne, nie zawsze gwarantują długotrwałe rozwiązania. Interesy strategiczne i oceny wojskowe często kształtują realne decyzje o alokacji sił. W tej sytuacji rozsądne jest wzmacnianie europejskich zdolności reagowania w ramach NATO, a nie budowanie alternatywnej, odrębnej struktury. Koncepcja „armii europejskiej” jako konkurenta NATO wydaje mi się niepraktyczna: brakuje na nią środków, zasobów ludzkich i sprzętowych, a tworzenie równoległych struktur mogłoby osłabić, zamiast wzmocnić, naszą obronę. Skuteczniejsze będzie rozwijanie interoperacyjności, współpracy i zdolności szybkiego reagowania państw europejskich w ramach sojuszniczych mechanizmów – podsumował Michał Kobosko.

Prezydent Karol Nawrocki odmawia nominacji 46 sędziów. „Nie będę awansował tych, którzy kwestionują porządek konstytucyjny”

Podczas środowego wystąpienia dla mediów prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że odmawia nominacji 46 sędziów. Jak podkreślił, decyzja ta wynika z konstytucyjnych uprawnień głowy państwa oraz z przekonania, że część kandydatów podważa obowiązujący porządek prawny w Polsce.

Prerogatywą prezydenta jest nominowanie sędziów, ale może on także tych nominacji odmówić. Korzystam dziś z tego prawa – odmawiam nominacji 46 sędziów. To już nie tylko słowny sygnał, ale konkretna decyzja – powiedział Karol Nawrocki.

Prezydent przypomniał, że jego decyzja ma oparcie w orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2012 roku, które jednoznacznie stwierdza, iż nominacja sędziów należy do prerogatyw Prezydenta RP i nie wymaga kontrasygnaty. Oznacza to, że głowa państwa ma prawo nie tylko powoływać, ale również odmówić powołania sędziego.

„Nie będę awansował tych, którzy podważają ustrój Rzeczypospolitej”

W dalszej części wystąpienia Karol Nawrocki podkreślił, że nie zamierza również przyznawać awansów sędziom, którzy – jego zdaniem – kwestionują podstawy ustroju konstytucyjnego.

Nie będę dawał awansów tym sędziom, którzy kwestionują porządek konstytucyjno-prawny Rzeczypospolitej; tym sędziom, którzy słuchają złych podszeptów ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, zachęcającego do podważania legalnych decyzji organów państwa – stwierdził prezydent.

Według Karola Nawrockiego, zainicjowana w debacie publicznej dyskusja o tzw. „neosędziach” i „paleosędziach” ma charakter czysto publicystyczny i prowadzi do dalszej erozji zaufania do wymiaru sprawiedliwości.

Każdy sędzia nominowany przez Prezydenta RP jest sędzią Rzeczypospolitej Polskiej. Podziały wprowadzane przez polityków czy media podważają fundamenty państwa prawa – zaznaczył.

Odniesienie do wcześniejszych zapowiedzi

Prezydent przypomniał również, że jego decyzja jest konsekwencją wcześniejszych deklaracji, złożonych m.in. podczas zaprzysiężenia 6 sierpnia. Już wówczas zapowiadał, że jednym z jego priorytetów będzie obrona konstytucyjnego ładu oraz poszanowanie prerogatyw głowy państwa w zakresie nominacji sędziowskich.

Jestem uczciwy w wypełnianiu swoich deklaracji. Zapowiadałem, że będę bronił niezależności urzędu Prezydenta i jego prerogatyw. Dziś tę zapowiedź realizuję – powiedział Nawrocki.

Jak dodał Nawrocki, jego decyzja ma na celu „obronę stabilności ustrojowej państwa” i przywrócenie zaufania obywateli do sądów.

Wynajem długoterminowy aut rośnie w Polsce o 8,9% r/r na koniec trzeciego kwartału 2025

Po ustabilizowaniu się w pierwszym półroczu 2025 r. sprzedaży nowych aut w Polsce na relatywnie wysokim poziomie, w trzecim kwartale ruch w autosalonach w naszym kraju znacząco się zwiększył. Po raz pierwszy od półtora roku, wzrost sprzedaży samochodów został wygenerowany przede wszystkim przez przedsiębiorców i firmy, a nie klientów indywidualnych. Zdaniem ekspertów, za wzmożoną aktywnością firm w zakresie zakupu nowych aut stoi przede wszystkim nadciągająca zmiana przepisów dotyczących amortyzacji pojazdów w firmach, ale również rosnące rabaty na nowe samochody i spadające stopy procentowe. Zgodnie z danymi opublikowanymi po trzecim kwartale przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), rynek wynajmu długoterminowego aut w Polsce konsekwentnie rośnie, odnotowując na koniec września wzrost łącznej floty pojazdów o 8,9% rok do roku. PZWLP podał również informacje dotyczące sytuacji rynku Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) w naszym kraju – zgodnie z danymi, branża Rent a Car wciąż odnotowuje spadek, który po trzecim kwartale wyniósł -6,2%.

W trzecim kwartale z polskich salonów wyjechało łącznie ponad 142 tys. nowych aut osobowych, z czego ponad 100 tysięcy trafiło do klientów instytucjonalnych. Firmy i przedsiębiorcy nabyli w tym czasie aż o 19,4% więcej samochodów, niż w analogicznym czasie rok wcześniej. Warto zauważyć, że sprzedaż do firm w pierwszych sześciu miesiącach bieżącego roku pozostawała na stabilnym poziomie.

Zmiana przepisów amortyzacyjnych, ofensywa chińskich marek i polityka dużych rabatów dodatkowo napędziły sprzedaż samochodów do firm w Polsce w trzecim kwartale

Za gwałtownym wzrostem zainteresowania przedsiębiorców i firm w Polsce nabyciem nowych samochodów w trzecim kwartale – podobnie jak w wielu innych przypadkach tego typu w przeszłości – przede wszystkim stoi nadciągająca, znacząca zmiana przepisów dotyczących amortyzacji aut użytkowanych przez firmy. Już od nowego roku bowiem wejdą w życie nowe regulacje w tym zakresie, uzależniające limit amortyzacji od średniej emisji dwutlenku węgla pojazdu. Nowe przepisy będą preferowały auta nisko- i zeroemisyjne. Limit amortyzacji pozostanie niezmienny w stosunku do obecnych zasad jedynie w przypadku samochodów elektrycznych, wodorowych i spalinowych z emisją CO2  nieprzekraczającą 50g/km. Wszystkie inne osobowe auta spalinowe będą od 1 stycznia 2026 r. objęte znacznie mniejszym niż dotychczas limitem amortyzacji – na poziomie do 100 tys. zł (wobec 150 tys. zł obecnie).

Ale, eksperci zwracają uwagę, że to nie jedyny czynnik, który stymulował sprzedaż nowych aut w trzecim kwartale. Znaczący wpływ miała bowiem ofensywa nowych na naszym rynku, chińskich marek, które przyczyniły się do pobudzenia dodatkowego popytu. Ponadto, zdaniem ekspertów nie bez znaczenia pozostał także skumulowany efekt rosnących, czasami naprawdę dużych, rabatów na zakup nowych samochodów oraz spadające stopy procentowe.

Nowe przepisy dotyczące amortyzacji z naruszeniem zasad konstytucyjnych

W dniu 1 stycznia 2026 roku wchodzą w życie nowe przepisy dotyczące amortyzacji samochodów osobowych. Zgodnie z nowelą zostanie utrzymany poziom 225 tys. zł dla samochodów elektrycznych i wodorowych, natomiast wartość 150 tys. zł będzie obowiązywać jedynie dla samochodów, których emisja CO₂ wynosi poniżej 50 g/km. Dla wszystkich innych samochodów spalinowych został wyznaczony nowy, niższy limit o wartości 100 tys. zł.

W ramach nowych przepisów, ustawodawca przewidział przepisy przejściowe wyłącznie dla samochodów będących własnością przedsiębiorcy bądź wykorzystywanych wyłącznie w oparciu o umowy leasingu finansowego i nie gwarantuje ochrony praw nabytych przez firmy korzystające z produktu typu wynajem czy leasing operacyjny i dyskryminuje wprost tę formę w stosunku do zakupu za gotówkę, kredytu, pożyczki czy leasingu finansowego.

W opinii branży wynajmu i leasingu pojazdów oraz szerokiego grona ekspertów, nie ma uzasadnienia prawnego dla różnicowania sytuacji podatkowej przedsiębiorców korzystających z samochodów na podstawie różnych tytułów prawnych, w tym różnych umów leasingu (finansowego jak i operacyjnego). Jednocześnie eksperci wskazują, że skutkiem braku eliminacji tej nierówności jest naruszenie podstawowych zasad konstytucyjnych ochrony praw nabytych oraz ochrony interesów w toku, wynikających z art. 2 Konstytucji RP.

O fakcie tym Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) razem ze Związkiem Polskiego Leasingu (ZPL) poinformował Ministra Finansów, z jednoczesnym wnioskiem o zrównanie warunków dla wszystkich form finansowania i zapewnienie obecnych poziomów amortyzacji w okresie przejściowym dla umów wynajmu i leasingu operacyjnego zawartych do końca 2025 roku.

Dwucyfrowe wzrosty sprzedaży aut do firm, niezależnie od formy finansowania

Sprzedaż nowych samochodów do firm w trzecim kwartale osiągnęła wysoką, dwucyfrową dynamikę wzrostu 19,4% w zestawieniu z tym samym okresem poprzedniego roku. Równie gwałtowny wzrost sprzedaży, bo o 20,5%, został odnotowany w przypadku samochodów finansowanych przez firmy z wykorzystaniem klasycznego leasingu, kredytu i zakupu ze środków własnych liczonych razem. W przypadku nowych aut nabywanych przez firmy w trzecim kwartale 2025 r. w ramach wynajmu długoterminowego, wzrost sprzedaży wyniósł 15,8% w odniesieniu do analogicznego czasu rok wcześniej. Jednocześnie, należy zauważyć, że największym beneficjentem zwiększonego popytu, który pojawił się na nowe auta w Polsce w trzecim kwartale, były alternatywne wobec wynajmu długoterminowego formy finansowania, przede wszystkim klasyczny leasing finansowy. Dynamika sprzedaży aut do firm - III kw. 2025

Zgodnie z danymi PZWLP, branża wynajmu długoterminowego nabyła w trzecim kwartale 2025 r. na potrzeby oferowanych usług łącznie 22 tys. nowych samochodów osobowych. Udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm w Polsce wyniósł w tym okresie 22%.Udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży aut - III kw. 2025

Dane PZWLP pozwalają na precyzyjną analizę faktycznej liczby rejestrowanych na potrzeby usług wynajmu długoterminowego nowych samochodów, także w przypadku firm prowadzących zdywersyfikowaną działalność i oferujących różne formy finansowania np. klasyczny leasing i wynajem długoterminowy.

Rynek wynajmu długoterminowego aut w Polsce konsekwentnie coraz większy

Zgodnie z opublikowanymi przez PZWLP danymi, rynek wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce konsekwentnie, relatywnie szybko rośnie. Pod względem najważniejszego dla oceny dynamiki wynajmu długoterminowego wskaźnika, a więc łącznej liczby aut znajdującej się w usłudze Full Serwis Leasingu, rynek ten urósł na koniec trzeciego kwartału o 8,9% r/r. Warto zwrócić uwagę, że jest to do tej pory najwyższe odnotowane w 2025 roku tempo wzrostu wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce.Dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego

Wynajem długoterminowy to obecnie jedna z głównych form finansowania samochodów użytkowanych przez firmy i przedsiębiorców w Polsce, która konsekwentnie i szybko zyskuje na znaczeniu, zalety wynajmu długoterminowego dostrzegają już nie tylko korporacje, ale coraz częściej także mniejsi przedsiębiorcy w naszym kraju – mówi Daniel Trzaskowski, Członek Zarządu PZWLP. – Dane PZWLP po trzecim kwartale po raz kolejny potwierdzają ten trend, rynek utrzymuje relatywnie wysokie tempo wzrostu na poziomie ok. 9%. Co więcej, branża zdołała zanotować 22-procentowy udział w łącznej sprzedaży nowych samochodów do firm przy bardzo wysokim wolumenie sprzedaży aut do firm w trzecim kwartale, firmy były w tym czasie nabywcami aż 100 tys. samochodów osobowych. Warto również zauważyć, że wynajem długoterminowy rozwija się cały czas stabilnie i jest odporny na różnego rodzaju zawirowania na rynku, zmiany koniunktury czy wdrażanie nowych przepisów. Jesteśmy przekonani – co wynika nie tylko z danych i analiz PZWLP, ale również wielu innych opracowań np. Boston Consulting Group – że w dłuższej perspektywie rola i znaczenie wynajmu długoterminowego aut w Polsce będą znacznie większe niż obecnie. Według niektórych eksperckich opracowań firm konsultingowych, udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży samochodów do firm już w 2030 roku zbliży się do 1/3 wszystkich aut nabywanych przez firmy w Polsce, wynajem będzie zyskiwał przede wszystkim kosztem klasycznego leasingu. W niektórych przypadkach, np. samochodów elektrycznych, wynajem długoterminowy już w niedalekiej przyszłości będzie wręcz dominującym rozwiązaniem w naszym kraju. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki tej usługi – począwszy od braku opłat wstępnych w większości przypadków, przez bardzo komfortową pełną obsługę pojazdu i stałość kosztów niezależnie od sytuacji, a skończywszy na relatywnie krótkim okresie eksploatacji pojazdu oraz braku ryzyka po stronie użytkownika związanego ze sprzedażą auta używanego na rynku wtórnym, co jest aktualnie szczególnie istotne w przypadku aut elektrycznych.        

W liczącej prawie 281 tys. flocie aut w wynajmie długoterminowym, należącej do firm członkowskich PZWLP, wśród najpopularniejszych modeli samochodów na koniec trzeciego kwartału znalazły się Skoda Octavia, Toyota Corolla i Kia Ceed.

Elektryki (BEV) stanowią już prawie 5% ogółu aut w wynajmie długoterminowym w Polsce

Transformacja – i to szybko postępująca – napędów stosowanych w autach w wynajmie długoterminowym jest faktem, co potwierdzają kolejne dane PZWLP, także te opublikowane po trzecim kwartale 2025 r. Można powiedzieć, że udział Diesli wręcz topnieje w oczach. Na koniec września samochody z silnikami wysokoprężnymi stanowiły już jedynie 28,9% ogółu pojazdów, o 2,9 p.p. mniej niż przed rokiem. Diesle są obecnie wypierane w pierwszej kolejności przez auta z napędami ekologicznymi, czyli wszelkiego typu jednostkami hybrydowymi oraz w pełni elektrycznymi, których odsetek na koniec trzeciego kwartału wynosił już 15,5% i zwiększył się o 1,7 p.p. w ciągu roku. Ponadto, wciąż rośnie udział samochodów z klasycznymi, spalinowymi, benzynowymi silnikami – na koniec września „benzyniaki” stanowiły 55,6% ogółu pojazdów w wynajmie długoterminowym w Polsce, ich udział urósł o 1,2 p.p. rok do roku.    Napędy w wynajmie długoterminowym na koniec III kw. 2025

Wynajem długoterminowy, jako jedna z głównych obecnie form finansowania samochodów przez przedsiębiorców i firmy w Polsce, zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę we wdrażaniu elektromobilności na polskie drogi. Auta w pełni elektryczne (BEV) stanowiły już bowiem na koniec trzeciego kwartału 2025 roku prawie 5% (4,7) wszystkich pojazdów znajdujących się w wynajmie długoterminowym w Polsce. Odsetek elektryków w łącznej flocie w wynajmie długoterminowym zwiększył się w ciągu roku o 1,5 p.p., co oznacza że ich udział rośnie aktualnie szybciej niż samochodów z silnikami benzynowymi.

Auta elektryczne relatywnie chętnie wdrażane w dużych firmach – branża nieustannie postuluje o ponowne uwzględnienie tej grupy klientów w programie dopłat do elektryków

Dla porównania, 5 lat temu (na koniec III kw. 2020 r.) auta w pełni elektryczne stanowiły jedynie 0,4% wszystkich samochodów znajdujących się w Polsce w wynajmie długoterminowym. Obecnie jest to niemalże 5%. W związku z tym, eksperci PZWLP po raz kolejny podkreślają, że dla szybszego rozwoju elektromobilności w naszym kraju konieczne jest przywrócenie w publicznym programie dopłat do aut elektrycznych (NaszEauto), jak to miało miejsce w poprzedniej jego wersji (Mój Elektryk), dofinansowania do zakupu aut elektrycznych dla dużych firm i przedsiębiorców z sektora SME (małe i średnie firmy).

Obecnie z programu dopłat mogą skorzystać wyłącznie klienci indywidualni oraz jednoosobowe działalności gospodarcze – mówi Daniel Trzaskowski, Członek Zarządu PZWLP. – Na przykładzie wynajmu długoterminowego na przestrzeni ostatnich 5 lat widać natomiast, że duże firmy – stanowiące wciąż większość klientów tej usługi – są mocno zainteresowane wdrażaniem aut elektrycznych do swoich flot. Przywrócenie dopłat do elektryków dla tej grupy wpłynęłoby bardzo korzystnie na tempo elektryfikacji, a przez to obniżania emisyjności, flot samochodów w Polsce. Duże firmy mają wciąż duży potencjał, jeśli chodzi o elektromobilność i nadal mają największy wpływ na jej rozwój w naszym kraju.

Średnia emisja dwutlenku węgla nowych samochodów osobowych zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego w trzecim kwartale 2025 roku była niższa o 16,7 g/km i 14,3% niż rok wcześniej i wyniosła 99,5 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 165,1 g/km i była wyższa o 8,2% i 12,5 g/km w stosunku do stanu w porównywalnym czasie roku 2024.Emisja Co2 - nowe auta w wynajmie długoterminowym III kw. 2025

Branża wynajmu i leasingu samochodów mówi stanowcze „NIE” przymusowej dekarbonizacji flot firmowych

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), wspólnie ze Związkiem Polskiego Leasingu (ZPL), od kilku miesięcy ściśle współpracują przy konsultacji i opiniowaniu planowanych przez Komisję Europejską regulacji, które miałyby wprowadzić odgórne cele w zakresie udziału pojazdów zeroemisyjnych we flotach firmowych (inicjatywa KE „Ekologicznie czyste pojazdy korporacyjne” ang. „Clean Corporate Vehicles”). W planach Komisji Europejskiej jest wprowadzenie już od 2027 r. regulacji nakazujących nabywanie do flot aż 75% nowych aut wyposażonych w napędy zeroemisyjne, a od 2030 r. nakazem tym miałyby być objęte już wszystkie nowe samochody trafiające do firm i przedsiębiorców w Unii Europejskiej. Obowiązek taki spoczywać ma także na firmach finansujących floty, w tym firmach wynajmu i leasingu pojazdów.

PZWLP i ZPL prowadzą w tej sprawie intensywny dialog ze stroną rządową w Polsce, prezentują również swoje stanowisko na szczeblu europejskim. Organizacje podkreślają, że co do zasady wspierają proces dekarbonizacji flot i sukcesywnego zwiększania liczebności pojazdów zeroemisyjnych we flotach, jednakże zdecydowanie sprzeciwiają się odgórnemu wprowadzaniu przymusowych celów dla firm i przedsiębiorców w tym zakresie. Ponadto, PZWLP i ZPL przestrzegają przed obowiązkowym wprowadzeniem mandatów udziału pojazdów zeroemisyjnych we flotach, bez wcześniejszego zbudowania odpowiednich warunków rynkowych, w tym m.in. rozbudowy infrastruktury szybkiego ładowania (także dla aut ciężarowych), przywrócenia i rozszerzenia dopłat publicznych do aut elektrycznych w wynajmie i leasingu dla spółek oraz firm z sektora SME, czy aktywnego wsparcia rynku wtórnego samochodów elektrycznych.

Jako organizacja reprezentująca branżę wynajmu i leasingu samochodów w Polsce zawsze popieraliśmy, wspieraliśmy i zachęcaliśmy do szybkiego i szerokiego wdrażania elektromobilności we flotach firmowych – mówi Piotr Wróbel, Członek Zarządu PZWLP. – Odegraliśmy również znaczącą rolę w osiągnięciu obecnego etapu rozwoju, na jakim znajduje się elektromobilność we flotach w Polsce. Jednakże, plany Komisji Europejskiej przymusowego, odgórnego wyznaczenia celów dla flot w zakresie udziału aut zeroemisyjnych, są w naszej ocenie nieprzemyślane i nierealistyczne, co więcej, mogą przynieść odwrotny efekt od zakładanego. Zamiast przyśpieszyć wdrażanie pojazdów zeroemisyjnych we flotach, mogą spowodować, że firmy zaczną wydłużać eksploatację obecnych aut spalinowych, a nawet wymieniać swoje samochody na pojazdy używane, przez co w konsekwencji zwiększy się wiek oraz pogorszy stan aut użytkowanych we flotach. W efekcie ucierpi na tym także cały rynek motoryzacyjny, spadnie bowiem sprzedaż nowych samochodów. Proces dekarbonizacji flot, co do zasady słuszny, powinien być jednak prowadzony na zasadzie zachęt oraz wspierania przedsiębiorców i firm, a nie odgórnych nakazów, na dodatek wprowadzanych bez przygotowania do nich rynku, infrastruktury i generalnie w sposób oderwany od realiów.     

Firmy Rent a Car wciąż adaptują się do aktualnej sytuacji rynkowej

Dane PZWLP po trzecim kwartale 2025 r. pokazują, że branża Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) w Polsce nadal mierzy się z wyzwaniami, wynikającymi przede wszystkim z konieczności dostosowywania wielkości swojej floty do bieżącego popytu. Przez cały bieżący rok branża notuje spadek łącznej floty w usługach krótkoterminowego i średnioterminowego wynajmu samochodów – na koniec trzeciego kwartału dynamika tego spadku wyniosła -6,2% r/r.

Ale eksperci PZWLP uspokajają – to świadoma rekonstrukcja, a nie strategiczne zagrożenia, branża nie znajduje się aktualnie w złej kondycji.Dynamika rozwoju Rent a Car

Wypożyczalnie samochodów w Polsce wciąż znajdują się w trakcie procesu dostosowywania skali swojej działalności oraz liczebności floty do aktualnej sytuacji biznesowej i popytu – mówi Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP. – Bardziej wymagający i trudny dla branży był rok 2024, obecnie obserwujemy wciąż jego skutki w postaci redukowanej floty w firmach Rent a Car, co wpływa na wskaźniki ujemnej dynamiki rozwoju branży publikowane przez PZWLP, oparte właśnie o wielkość łącznej floty wypożyczalni samochodów w Polsce. Kondycja branży Rent a Car nie jest już jednak w 2025 r. zła, pomimo że liczebność łącznej floty nadal spada. Aktualnie mamy już do czynienia ze swego rodzaju rekonstrukcją floty udostępnianej klientom przez branżę, a nie ze strategicznymi dla tego biznesu problemami. 

Branża Rent a Car jest obecnie reprezentowana w PZWLP przez 6 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, których łączna flota* w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła na koniec września 2025 roku ponad 18 tys. aut.

* – bez floty Sixt Rent a Car Polska / Eurorent Sp. z o.o.

Rynek transportu drogowego przyspiesza, ale kluczowa pozostaje równowaga

W 2025 r. rynek transportu towarowego wszedł w nową fazę. Odnotowywany obecnie wolumen przewozów rośnie, jednak w tempie wolniejszym niż w 2024 roku. I ten trend, zdaniem analityków, utrzyma się w kolejnych latach. Z danych Eurostatu wynika, że w 2024 r. drogami Unii Europejskiej przewieziono ponad 13,1 mld ton towarów, co odpowiada 1 867 mld tonokilometrów. Jednak są to dane powierzchowne. Zmiany geopolityczne, obserwowane przez ekspertów branży logistycznej, wskazują, że rynek wchodzi w okres niepewności, a kluczem do sukcesu ma być zdolność do analizy otoczenia biznesowego oraz podejmowania wyważonych i świadomych decyzji.

Jak kształtuje się sytuacja na rynku transportu drogowego i co będzie ważne dla jego przyszłości? Komentuje Tomas Šilinikas z Girteka.

Rynek się rozgrzewa

Praktycznie wszystkie mierzalne wskaźniki wskazują na rozgrzanie europejskiego rynku transportu towarowego. Jak wyjaśnia Tomas Šilinikas, dyrektor ds. sprzedaży regionalnej i cen w Girtece, najbardziej wymownym sygnałem jest liczba zapytań o przewozy spotowe kierowanych do przewoźników. Obecnie jest ich niemal dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

„To pokazuje, że popyt rośnie, co potwierdzają też rosnące ceny przewozów spotowych — usług zakupionych nie w ramach długoterminowych kontraktów, ale

dla zaspokojenia bieżących potrzeb. Jednocześnie widzimy, że nasi klienci kontraktowi utrzymują wysokie wolumeny przewozów. Dla przykładu, w okresie spowolnienia, jeśli mieliśmy umowę na 100 przewozów miesięcznie, mogliśmy realizować jedynie 50. Gdy sytuacja się poprawiała, liczba wzrosła do 70 lub więcej. Teraz działamy blisko maksymalnych mocy przewozowych” — mówi Tomas Šilinikas.

Ekspert przypisuje ten wzrost kilku czynnikom. Przede wszystkim wynika on z recesji po pandemii, kiedy produkcja i konsumpcja w Europie uległy ograniczeniu. Dużo firm transportowych zbankrutowało, inne zmniejszyły floty, wiele straciło pracowników. Wg. EBC liczba bankructw w sektorze transportu i magazynowania wzrosła o 180% wobec 2016 r. Skutki są odczuwalne do dziś, co utrudnia przewoźnikom nadążanie za rosnącym popytem.

„Kolejnym ważnym czynnikiem jest wzrost eksportu z Niemiec i krajów Beneluksu do Stanów Zjednoczonych. Było to w dużej mierze spowodowane zmianami taryf celnych wprowadzonych przez Donalda Trumpa, które wywołały niepewność i skłoniły firmy do szybkich działań. Ten trend znajduje odzwierciedlenie, na przykład, w zauważalnie wyższej produkcji niemieckich fabryk. Innymi słowy, dynamika rynku jest w większym stopniu kształtowana przez czynniki geopolityczne niż konsumpcję krajową” — mówi Tomas Šilinikas.

Kruche ożywienie gospodarcze w Europie

Transport towarowy można traktować jako barometr aktywności gospodarczej. Trendy w logistyce często wskazują na kierunek, w którym podążają inne sektory. Jak tłumaczy Šilinikas, dzieje się tak, gdyż przewoźnicy bezpośrednio reagują na zmiany w konsumpcji i produkcji. Obecnie głównie kształtuje je jeden czynnik: słaby wzrost gospodarczy w Europie, zwłaszcza w Niemczech i Francji. Choć gospodarka UE wykazuje pewne oznaki ożywienia, nadal osiąga wyniki poniżej potencjału, a prognozy dla poszczególnych krajów są różne.

„Po dostosowaniu taryf eksport nieznacznie spadł i od tego czasu powrócił do bardziej normalnych poziomów. Czy w ujęciu rocznym będzie dalej maleć — na razie trudno przesądzić. Jednocześnie obserwujemy oznaki ożywienia konsumpcji w Europie. Wskaźnik PMI osiągnął poziom 51 pkt — co oznacza strefę wzrostu i jest najwyższym wynikiem od 38 miesięcy.

To sugeruje, że jeśli eksport osłabł, po wcześniejszym wzroście spowodowanym gromadzeniem zapasów w USA, ale produkcja nadal rośnie, to siłą napędową wzrostu jest konsumpcja krajowa. A rosnąca konsumpcja, w połączeniu z utrzymującym się niedoborem kierowców i trwającym już trzy lata kryzysem przepustowości w transporcie, nieuchronnie prowadzi do braku dostępnych mocy przewozowych” —wyjaśnia Tomas Šilinikas.

Jeśli amerykańskie cła na towary z Chin okażą się znacząco wyższe niż dotychczas, europejscy producenci mogą stać się bardziej atrakcyjni dla amerykańskich nabywców, gdyż zmniejszy się różnica w cenie między produktami europejskimi a azjatyckimi. Z kolei, jeśli cła pozostaną nieznacznie zmienione, europejskie firmy staną w obliczu jeszcze ostrzejszej konkurencji. Dla Unii Europejskiej, gospodarki w dużej mierze opartej na eksporcie, stanowiłoby to poważne wyzwanie.

Niemniej Šilinikas przewiduje, że Stany Zjednoczone pozostaną kluczowym partnerem handlowym Europy. Niedawno zawarte porozumienie handlowe sugeruje, że udało się uniknąć najczarniejszego scenariusza. Nawet jeśli wolumen wymiany handlowej spadnie, nie należy spodziewać się gwałtownego załamania. Większym powodem do niepokoju są inne ryzyka geopolityczne.

„Jednocześnie, coraz bardziej pozostajemy w tyle za Chinami, które całkowicie dominują w zielonych technologiach i produkcji pojazdów elektrycznych. To poważne wyzwanie dla konkurencyjności Europy, szczególnie w branży motoryzacyjnej i chemicznej” — zauważa dyrektor ds. sprzedaży regionalnej i cen, Girteka.

W odpowiedzi UE zainicjowała „Zielony Ład”, a niedawno wprowadziła również ukierunkowane cła na import chińskich pojazdów elektrycznych. Nie jest to jednolita polityka, ale przemyślany krok mający na celu wyrównanie warunków wobec tego, co UE postrzega jako subsydiowaną konkurencję. Jednak wprowadza to niepewność w sektorze logistycznym, z bezpośrednim wpływem na przepływy handlowe i wolumeny.

„Jeśli cła skutecznie ograniczą import z Chin, może to doprowadzić do wzrostu produkcji krajowej, zmieniając popyt na przewozy. Z drugiej strony, silna presja ze strony tańszych chińskich pojazdów elektrycznych może zmusić europejskich producentów do ograniczenia produkcji, wywołując efekt domina, który wstrząśnie całym łańcuchem dostaw – głównym klientem firm transportowych” — mówi Šilinikas.

Stabilne kontrakty czy rentowność zleceń spotowych?

Rozgrzany rynek doprowadził też do wzrostu popytu na zlecenia spotowe, czyli przewozy realizowane w zależności od sytuacji rynkowej, a nie w oparciu o długoterminowe umowy. Tego typu zlecenia są zwykle bardziej dochodowe dla przewoźników, ale wiążą się z większym ryzykiem ze względu na nieprzewidywalność. Niektóre firmy koncentrują się niemal wyłącznie na przewozach spotowym, osiągając wyższe zyski w okresach koniunktury, lecz mają trudności, gdy rynek się kurczy lub konieczne jest utrzymanie stałej floty.

„Nasze podejście zakłada, że długoterminowe zobowiązania kontraktowe powinny zapewniać stabilność, natomiast zlecenia spotowe pomagają wyrównać wahania lub maksymalizować zysk. Kontrakty pozostają kręgosłupem zrównoważonego biznesu, gdyż gwarantują, że samochody ciężarowe nie będą stały bezczynnie. Zlecenia spotowe powinny być obsługiwane przez zasoby utrzymywane w rezerwie” — wyjaśnia Tomas Šilinikas.

Nie oznacza to jednak, że kontrakty są gwarancją sukcesu. Zapewniają stabilność, ale mogą też prowadzić do utraty okazji. Ponieważ umowy są zazwyczaj podpisywane na rok, firmy muszą jak najdokładniej prognozować sytuację gospodarczą, dynamikę kosztów (drogi, tunele, konserwacje, koszty rekrutacji i utrzymania kierowców) i inne czynniki.

„Czy gospodarka będzie się rozwijać, generując więcej zleceń? A może warunki się pogorszą, przez co konieczne będzie zabezpieczenie jak największej liczby kontraktów, ponieważ popyt na przewozy spotowe spadnie? Dlatego też śledzenie czynników geopolitycznych nie jest tylko kwestią ciekawości — to jedyny sposób na podejmowanie świadomych decyzji” — podkreśla ekspert Girteki.

Duża firma logistyczna może mieć 70–80% floty objętej kontraktami długoterminowymi (co zapewnia stabilną bazę) i przeznaczać pozostałe 20–30% na przewozy spotowe, co pozwala jej wykorzystać okresy wzrostu na rynku i zoptymalizować zyski. Taka strategia ogranicza ryzyko i jednocześnie zapewnia elastyczność.

W poszukiwaniu równowagi

Kolejnym czynnikiem, który ma coraz większy wpływ na branżę transportową, są zmiany klimatyczne. Zmiany sezonowe są już zauważalne, na przykład fale upałów zakłóciły eksport owoców z Hiszpanii.

„Z perspektywy operatora logistycznego oznacza to konieczność większego skupienia się na warunkach przechowywania ładunków, co wpływa na zużycie paliwa. Podobnie jest w przypadku powodzi — trzeba je po prostu omijać co wiąże się z dodatkowymi kilometrami. Jak dotąd te zjawiska są trudne do precyzyjnego zmierzenia i opierają się głównie na ocenie ekspertów. Jednak w przyszłości ten problem będzie nabierał coraz  większego znaczenia” – mówi Šilinikas.

Innymi słowy, warunki pogodowe i prognozy stają się kolejną zmienną, którą firmy logistyczne muszą brać pod uwagę. Według eksperta, sukces w tej branży zależy od zdolności przewidywania tego, co wydarzy się w perspektywie 6 do 12 miesięcy. Tylko w ten sposób można zrozumieć dynamikę gospodarczą i uniknąć błędów o poważnych, długoterminowych skutkach.

Influencerzy Wojan i Palion pod lupą UOKiK

0

12 listopada 2025 r. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poinformował o wszczęciu postępowań wyjaśniających dotyczących reklam kierowanych do dzieci w mediach społecznościowych. Na celowniku znaleźli się popularni influencerzy – Wojan i Palion, znani z kanałów na YouTube i Instagramie, obserwowanych głównie przez młodszych odbiorców. Urząd bada, czy w publikowanych przez nich materiałach nie dochodzi do agresywnych praktyk rynkowych, polegających na wywieraniu presji na dzieciach, by kupowały promowane produkty lub namawiały do tego dorosłych.

Agresywna reklama a prawo konsumenckie

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny przypomina, że w polskim prawie obowiązuje zakaz bezpośredniego nawoływania dzieci do zakupu produktów lub usług. Obejmuje to zarówno treści reklamowe, które wprost nakłaniają do nabycia towaru („kup teraz”, „zrób zapas”, „to ostatni moment”), jak i te, które budują atmosferę presji, pośpiechu lub wykorzystują emocje i zaufanie młodych odbiorców.

– Influencerzy muszą pamiętać, że reklama skierowana do dzieci w Polsce podlega surowym regulacjom prawnym. Zabronione jest bezpośrednie nawoływanie dzieci do kupowania lub zachęcanie ich, żeby namawiały do tego dorosłych – podkreśla prezes Tomasz Chróstny. – Dzieci nie potrafią jeszcze w pełni odróżniać reklamy od zwykłej treści. Agresywne przekazy mogą więc nieuczciwie wykorzystywać ich zaufanie i zaburzać postrzeganie rzeczywistości.

Cytaty, które budzą wątpliwości

W analizowanych materiałach pojawiały się wypowiedzi typu:

  • „Wbijajcie do Żabek, póki te Wojanki jeszcze są”,
  • „Warto zrobić cały zapas, bo potem ciężko je zdobyć”,
  • „Kupcie boxy szkolne od Paliona”,
  • „Zapraszam na Palion Style, kupcie takie”,
  • „To ostatni dzwonek, żeby wejść w nowy rok z idealną wyprawką szkolną”.

Tego rodzaju sformułowania mogą – zdaniem UOKiK – stanowić bezpośrednie wezwanie dzieci do zakupu lub tworzyć fałszywe wrażenie, że dany produkt jest wyjątkowy, trudno dostępny, czy wręcz „magiczny”. Urząd oceni, czy przekazy te nie spełniają przesłanek agresywnej praktyki rynkowej, co mogłoby skutkować zarzutami i karą finansową do 10 proc. rocznych obrotów wobec podmiotów odpowiedzialnych za publikacje.

Różnica między reklamą dopuszczalną a zakazaną

W polskim systemie prawnym możliwe jest reklamowanie produktów przeznaczonych dla dzieci, jednak tylko pod warunkiem zachowania odpowiednich zasad.
Zakazana reklama występuje wtedy, gdy:

  1. jest skierowana bezpośrednio do dzieci,
  2. nakłania je wprost do zakupu,
  3. zawiera element silnej perswazji lub presji emocjonalnej.

Dozwolone pozostają natomiast treści, które jedynie prezentują produkt, pokazują jego cechy, opisują zastosowanie lub sugerują zakup dorosłym. W przypadku komunikacji kierowanej do najmłodszych odbiorców kluczowe znaczenie ma brak bezpośredniego wezwania do działania.

UOKiK zwraca uwagę, że twórcy internetowi mają szczególny obowiązek dbałości o transparentność i etykę przekazu, zwłaszcza gdy ich odbiorcami są dzieci. Popularność influencerów takich jak Wojan czy Palion sprawia, że stają się oni nie tylko źródłem rozrywki, ale również autorytetem i wzorem zachowań.

Rząd chce zmienić przepisy o L4 – eksperci ostrzegają przed ryzykiem nadużyć

Jednym z kluczowych elementów rządowego projektu nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych jest propozycja zmiany zasad dotyczących zwolnień lekarskich. Nowe przepisy mają umożliwić świadczeniobiorcom podejmowanie pracy zawodowej u jednego pracodawcy w czasie, gdy pozostają na zwolnieniu lekarskim u innego. Choć rozwiązanie to ma w założeniu zwiększyć elastyczność rynku pracy i ograniczyć niepotrzebne obciążenia administracyjne, budzi ono poważne wątpliwości zarówno w środowisku przedsiębiorców, jak i ekspertów.

Jak zauważa Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, zmiana może prowadzić do trudnych do przewidzenia skutków. Zdaniem minister Agnieszki Majewskiej, która odniosła się do projektu, konieczne jest wszechstronne rozważenie skutków proponowanych regulacji, zwłaszcza w kontekście obecnych realiów rynku pracy.

Potencjał elastyczności kontra ryzyko nadużyć

Nie negując pozytywnych intencji ustawodawcy, minister Majewska wskazuje na realne zagrożenia wynikające z nowego rozwiązania. Dane Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) potwierdzają, że nadużycia w zakresie zwolnień lekarskich już dziś stanowią poważny problem. Coraz częściej zwolnienia są wykorzystywane nie w celu rekonwalescencji, lecz jako sposób na podejmowanie pracy u innego pracodawcy lub prowadzenie własnej działalności gospodarczej.

Zdaniem Majewskiej, proponowane zmiany mogą te zjawiska pogłębić. Pracownik, który otrzyma zwolnienie od jednego pracodawcy, mógłby jednocześnie legalnie pracować dla innego – co w praktyce może prowadzić do rozmycia pojęcia niezdolności do pracy oraz utrudnić kontrolę nad zasadnością świadczeń chorobowych.

Lekarz bez narzędzi do oceny

Jednym z kluczowych problemów jest kwestia kompetencji lekarza wystawiającego zwolnienie. Jak podkreśla minister Majewska, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej czy specjalista, który wystawia zwolnienie, nie ma obiektywnej możliwości oceny, czy pacjent jest zdolny do wykonywania określonej pracy u innego pracodawcy. Wiedzę tę posiadają wyłącznie lekarze medycyny pracy, którzy mają dostęp do dokumentacji opisującej konkretne stanowisko i warunki pracy.

Brak takiej weryfikacji może skutkować sytuacjami, w których pracownik – choć formalnie chory – podejmuje aktywność zawodową w sposób niezgodny z przeznaczeniem świadczenia. W konsekwencji ZUS może mieć trudności z egzekwowaniem przepisów i oceną zasadności wypłaty zasiłku chorobowego.

Postulat wstrzymania wejścia w życie zmian

W obliczu opisanych ryzyk, minister Agnieszka Majewska zaproponowała, by wstrzymać wejście w życie nowelizacji do czasu, aż ZUS znacząco zwiększy częstotliwość i skuteczność działań kontrolnych. Jej zdaniem, dopiero wzmocnienie systemu nadzoru pozwoli ograniczyć ryzyko nadużyć i zapewnić, że nowe przepisy nie będą prowadzić do utraty zaufania do instytucji zwolnień lekarskich.

Zgodnie z rekomendacjami resortu, kontrola powinna objąć nie tylko samych świadczeniobiorców, ale również proces wystawiania zwolnień przez lekarzy – w tym analizę częstotliwości i zasadności wystawianych e-ZLA.

Potrzeba szerokiej debaty

Dyskusja wokół projektu nowelizacji pokazuje, jak delikatną materią są regulacje dotyczące zwolnień lekarskich. Z jednej strony państwo dąży do większej elastyczności rynku pracy i ochrony osób zatrudnionych w różnych formach, z drugiej – musi chronić system ubezpieczeń społecznych przed nadużyciami.

Eksperci podkreślają, że rozwiązania prawne muszą godzić interesy obu stron – pracowników i przedsiębiorców – oraz być oparte na rzetelnej analizie ekonomicznej i zdrowotnej. W przeciwnym razie reforma, która miała uprościć system, może doprowadzić do wzrostu nieuczciwych praktyk i dalszego obciążenia ZUS kontrolami.

Rejestracje i upadłości przedsiębiorstw w III kwartale 2025 r. – usługi rosną, handel się kurczy

W trzecim kwartale 2025 roku w Polsce zarejestrowano 85 368 nowych przedsiębiorstw, o 27 więcej niż rok wcześniej, a liczba upadłości wyniosła 101, czyli o 3 mniej niż w III kwartale 2024 r. – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Dane te wskazują na stabilizację liczby aktywnych firm, ale – jak podkreślają ekonomiści – maskują głębsze procesy strukturalne w polskiej gospodarce.

Widzimy wyraźnie, że polska gospodarka znajduje się w fazie stabilizacji. Jednak za tą pozorną równowagą kryją się zmiany strukturalne: sektor usług rośnie w dwucyfrowym tempie, a tradycyjny handel się kurczy. To sygnał transformacji w kierunku gospodarki opartej na wiedzy – komentuje Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan.


Rejestracje przedsiębiorstw: stagnacja w liczbie, zmiana w strukturze

Liczba nowych rejestracji firm w III kwartale 2025 r. była praktycznie taka sama jak rok wcześniej, ale widać rosnącą rozbieżność między sektorami. Ponad ¾ wszystkich nowych podmiotów działało w czterech obszarach:

  • usługi – 25,2%,
  • budownictwo – 19,1%,
  • pozostałe sekcje (m.in. edukacja, zdrowie, kultura) – 18,9%,
  • handel i naprawa pojazdów – 12,1%.

Największy wzrost liczby rejestracji odnotowano w usługach (+13,4% r/r) oraz w tzw. pozostałych sekcjach (+8,2% r/r).

Z kolei handel i naprawa pojazdów zanotowały spadek aż o 22,5% r/r – największy od kilku lat.

Te wyniki potwierdzają, że Polacy coraz częściej zakładają firmy o niskiej barierze wejścia, działające w usługach profesjonalnych, technologicznych i kreatywnych, unikając branż o wysokich kosztach stałych i dużym ryzyku koniunkturalnym.

Dynamika nowych rejestracji pokazuje rosnące znaczenie elastycznych form działalności, zwłaszcza w usługach eksperckich i sektorach cyfrowych. W handlu i transporcie widać z kolei odpływ firm, które nie wytrzymują presji kosztów i konkurencji – dodaje Zielonka.


Formy prawne: dominacja jednoosobowych działalności, wzrost spółdzielni

Najwięcej, bo 82,8% wszystkich nowych firm, stanowiły osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą – ich liczba wzrosła minimalnie, o 0,1% r/r. To pierwszy niewielki wzrost po dwóch latach spadków.

Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością odpowiadały za 15,1% rejestracji, jednak ich liczba spadła o 0,6% r/r, co stanowi odwrócenie wcześniejszego trendu wzrostowego.

Ciekawym zjawiskiem jest ponad trzykrotny wzrost liczby nowo rejestrowanych spółdzielni – z 38 w II kwartale do 123 w III kwartale 2025 r.. Eksperci wskazują, że może to być efekt rosnącej popularności lokalnych inicjatyw społecznych i spółdzielni energetycznych.


Upadłości: stabilizacja z przesunięciem ciężaru na najmniejszych

W III kwartale 2025 r. odnotowano 101 upadłości przedsiębiorstw, o 3 mniej niż rok wcześniej, ale o 14 więcej niż w 2023 r.
Największy spadek liczby bankructw dotyczył:

  • budownictwa (–7 jednostek r/r),
  • usług (–6),
  • informacji i komunikacji (–3).

Z kolei wzrost liczby upadłości zaobserwowano w branżach:

  • handel i naprawa pojazdów (+10),
  • przemysł (+2).

Strukturalnie widać przesunięcie problemów w stronę najmniejszych firm – wzrost liczby upadłości jednoosobowych działalności gospodarczych o 5 przypadków, podczas gdy liczba upadłości spółek z o.o. spadła o 5 jednostek.

To najmniejsi przedsiębiorcy ponoszą dziś główny ciężar dostosowania do trudnych warunków – rosnących kosztów pracy, energii i składek. Większe podmioty potrafią się lepiej zabezpieczyć kapitałowo lub przenieść koszty na klientów – komentuje Zielonka.


Kontekst makroekonomiczny: poprawa otoczenia, lecz bez euforii

Stabilizacja liczby rejestracji i upadłości następuje w warunkach łagodnego ożywienia gospodarczego.

Cykl obniżek stóp procentowych NBP doprowadził w listopadzie 2025 r. stopę referencyjną do poziomu 4,25%, co obniżyło koszty finansowania, ale nie przełożyło się jeszcze na wyraźny wzrost inwestycji w sektorze MŚP.

Przedsiębiorcy wciąż wskazują na:

  • presję kosztową (energii, płac, składek ZUS),
  • niedobór pracowników,
  • oraz niepewność regulacyjną jako główne bariery rozwoju.

W efekcie, mimo stabilnego otoczenia makro, dynamika zakładania nowych firm pozostaje ograniczona, a przedsiębiorcy koncentrują się raczej na przetrwaniu i optymalizacji kosztów niż na ekspansji.


Transformacja strukturalna: od handlu do usług i wiedzy

Porównanie danych GUS z wcześniejszymi latami wskazuje na trwały trend przesuwania się polskiej przedsiębiorczości z sektorów tradycyjnych do usług opartych na wiedzy. W latach 2023–2025 liczba nowych firm w handlu spadła o ponad 20%, natomiast w usługach profesjonalnych wzrosła o niemal 15%.

To zjawisko odzwierciedla proces dojrzewania polskiej gospodarki – od modelu opartego na handlu i prostych usługach ku strukturze, w której rośnie udział specjalistycznych zawodów, doradztwa, IT i branż kreatywnych.

To nie stagnacja, lecz transformacja. Gospodarka ewoluuje w kierunku większej specjalizacji, a mikroprzedsiębiorcy coraz częściej szukają przewag w elastyczności i kompetencjach, a nie w skali – podsumowuje Zielonka.


Podsumowanie: stabilność z widoczną zmianą paradygmatu

Wskaźnik (III kwartał 2025) Wartość Zmiana r/r
Rejestracje przedsiębiorstw 85 368 +27
Upadłości przedsiębiorstw 101 –3
Rejestracje w usługach +13,4% wzrost
Rejestracje w handlu –22,5% spadek
Osoby fizyczne wśród rejestracji 82,8% +0,1%
Upadłości JDG +5 przypadków wzrost
Upadłości spółek z o.o. 78 –5 przypadków

Trzeci kwartał 2025 roku przynosi stabilizację polskiej przedsiębiorczości – bez wyraźnego wzrostu, ale z istotną zmianą strukturalną.

Nowe firmy coraz częściej powstają w sektorach usługowych i profesjonalnych, podczas gdy tradycyjny handel oraz mikroprzedsiębiorstwa oparte na fizycznej działalności odczuwają presję kosztową i konkurencyjną.

MAZOP Group poprawia wyniki finansowe i rentowność

MAZOP Group S.A., polski producent opakowań dla e-commerce, przemysłu i branży motoryzacyjnej, narastająco po trzech kwartałach zwiększył skonsolidowane przychody ze sprzedaży o 20% r/r do 33,5 mln zł. Od stycznia do września EBITDA wzrosła o ponad 110% do 2,9 mln zł, natomiast zysk netto wyniósł 0,45 mln zł w porównaniu z 0,9 mln zł straty rok wcześniej. Mimo sezonowości w samym trzecim kwartale MAZOP Group również poprawił wyniki finansowe, zwiększając przychody i EBITDA o blisko 18%. Spółka prowadzi obecnie intensywne działania produkcyjne i sprzedażowe w IV kwartale, który historycznie stanowi najmocniejszy okres w branży opakowań.

– Okres trzeciego kwartału tradycyjnie wiąże się dla branży opakowań z wysokimi nakładami produkcyjnymi i przygotowaniami do sezonu okołoświątecznego. Zrealizowaliśmy założone cele, poprawiając wyniki i ograniczając stratę kwartalną. Od początku roku sukcesywnie zwiększamy sprzedaż i wynik EBITDA, co jest efektem podjętych strategicznych działań. Odnotowaliśmy znaczący wzrost zamówień na kluczowych rynkach, m.in. w Niemczech i krajach skandynawskich oraz rosnące zainteresowanie ofertą przemysłową, szczególnie w segmencie opakowań ochronnych  – mówi Krzysztof Rusin, prezes zarządu MAZOP Group S.A.

MAZOP Group od początku roku konsekwentnie poprawia wyniki finansowe, co jest bezpośrednim efektem przyjętej strategii rozwoju i zmian w modelu sprzedaży. Spółka w ubiegłym roku zrezygnowała ze współpracy z pośrednikami handlowymi na rynku niemieckim na rzecz budowy własnych struktur sprzedażowych. W efekcie powołano spółkę MAZOP GmbH z siedzibą w Monachium, której celem było przejęcie pełnej kontroli nad procesem sprzedaży, lepsze zrozumienie potrzeb lokalnych klientów oraz zwiększenie marżowości poprzez eliminację kosztów pośrednictwa. Decyzja ta początkowo wiązała się z dodatkowymi nakładami inwestycyjnymi, jednak już dziś przynosi widoczne efekty w postaci wzrostu zamówień, poprawy rentowności oraz silniejszej pozycji na rynkach.

Zwiększenie przychodów w trzecim kwartale było przede wszystkim efektem wzrostu sprzedaży na rynkach zagranicznych. Wartość zamówień z Niemiec była wyższa o 1,35 mln zł niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, co potwierdza skuteczność strategii ekspansji zagranicznej. Znaczący wzrost sprzedaży odnotowano także w Danii, Szwecji i na Węgrzech, gdzie wartość sprzedaży podwoiła się r/r. Utrzymująca się wysoka dynamika eksportu oraz rosnący udział segmentu opakowań ochronnych i przemysłowych w strukturze przychodów pozytywnie wpływają na marżowość spółki.

Jednocześnie MAZOP skutecznie poprawia płynność finansową dzięki lepszej rotacji zapasów i spadkowi należności krótkoterminowych o 9% r/r. Poprawa relacji kosztów do przychodów, zwłaszcza w obszarze usług obcych, materiałów i surowców, potwierdza skuteczność działań optymalizacyjnych.

– Jesteśmy spółką produkcyjną z dużą bazą maszyn i w ostatnich latach zainwestowaliśmy znaczące środki w park technologiczny, co dziś oznacza wyższą amortyzację i koszty finansowe wynikające z kosztów kredytowych. Jednak nie planujemy w najbliższym okresie znaczących inwestycji w środki trwałe, a naszym celem jest dalsza redukcja zadłużenia. Obniżki stóp procentowych korzystnie wpływają na koszt kapitału, a nasze maszyny mają wieloletni potencjał produkcyjny, co w dłuższym terminie powinno mieć wymierny wpływ na zysk netto – podkreśla Krzysztof Rusin.

We wrześniu MAZOP Group uczestniczył w targach Fachpack w Norymberdze – jednym z najważniejszych wydarzeń branży opakowań w Europie. Obecność na targach wiązała się z poniesieniem istotnych kosztów, jednak spółka już teraz obserwuje efekty tej inwestycji w postaci nowych zapytań ofertowych i rosnącego zainteresowania ze strony kontrahentów.

„Mógłbym być Twoim tatą”, czyli pokolenie Z w roli liderów

„Mógłbym być Twoim tatą”, „Mogłabym być Twoją mamą” – to słowa, które często słyszą Zetki pełniące role liderów w firmach. A przecież jeszcze kilka lat temu szefowie z pokoleń X i Y zastanawiali się, jak angażować tych młodych ludzi, jak się z nimi skutecznie komunikować i nimi zarządzać. Dziś role się odwróciły – na scenę przywództwa weszły Zetki – często dwudziestoparoletni ludzie, którzy stają na czele zespołów złożonych z osób starszych od siebie. Wielu młodych liderów zastanawia się, jak zdobyć zaufanie i szacunek starszych kolegów, a także jak zbudować autorytet, kiedy kierują ludźmi bardziej doświadczonymi niż oni sami.

Są pewni siebie, chcą wnosić realną wartość do firmy, mają konkretne oczekiwania, a jednocześnie stawiają wyraźne granice między życiem zawodowym i prywatnym. Takie właśnie są Zetki – także jako liderzy. Ale wraz z tą pewnością i świeżym spojrzeniem pojawiają się też nowe wyzwania, zwłaszcza w obliczu zarządzania starszymi pracownikami.

Nowe pokolenie na czele

Zetki nie są już przyszłością rynku pracy. One są jego teraźniejszością. To pokolenie, które dorastało w świecie natychmiastowego dostępu do informacji, technologii i ciągłej zmiany. W pracy cenią autentyczność, elastyczność i sens – przede wszystkim chcą wiedzieć, po co coś robią, a nie tylko co mają zrobić. Nie uznają hierarchii za wartość samą w sobie, budują autorytet w oparciu o kompetencje, zaufanie i partnerskie relacje, a nie o stanowiska czy staż pracy.

– Do tej pory uczyliśmy się, jak doświadczony, z odpowiednim stażem lider powinien prowadzić młodych pracowników. Tych niecierpliwych, z innym podejściem do pracy i życia. A dziś coraz częściej to ci młodzi prowadzą starszych. I to wcale nie jest proste – mówi Aga Olszewska, liderka i mentorka liderów, właścicielka LeadAsU. – Autorytet zbudowany na wieku i stażu nie działa już tak, jak kiedyś. W dobie ciągłych zmian, potrzeby elastyczności i nowo kształtujących się kompetencji wiek przestaje być wyznacznikiem gotowości do objęcia funkcji liderskiej. A doświadczenie – choć nadal niezwykle cenne – nie jest już jedyną walutą w przywództwie – dodaje ekspertka.

Nie wszyscy jednak potrafią odnaleźć się w tej nowej rzeczywiści. Wielu osobom wciąż trudno zaakceptować, że młody wiekiem lider może z powodzeniem prowadzić zespół – stąd komentarze, które choć brzmią żartobliwie, to potrafią zaboleć.

Dylematy lidera pokolenia Z

Liderzy z pokolenia Z poszukują zdrowej równowagi między pewnością siebie a pokorą. Z jednej strony chcą, by zespół widział w nich partnera, a nie dziecko, które dopiero się uczy. Z drugiej – czują presję, by nieustannie udowadniać swoją wartość, nawet jeśli dobre wyniki mówią same za siebie. Czasem pojawia się bezsilność, bo młodzi liderzy mają świadomość, że wieku nie da się „nadrobić”.

Łatwo wówczas wpaść w jedną z dwóch skrajnych pułapek. Pierwszą z nich jest dążenie do bycia lubianym za wszelką cenę, co niestety często nie idzie w parze z byciem szanowanym. Drugą – przybieranie maski chłodnego, niedostępnego szefa, żeby nikt nie podważył wątłego już autorytetu. A przecież ani jedno, ani drugie podejście na dłuższą metę nie działa.

Autorytet bez metryki

Rola lidera pokolenia Z, choć bywa frustrująca, jest też niezwykle ważna. To właśnie ci młodzi ludzie przecierają szlak dla nowego modelu przywództwa, którego siła nie płynie z lat doświadczenia, lecz z postawy.

– Autorytet nie ma nic wspólnego z datą urodzenia i doświadczeniem opisanym w CV. On rodzi się z tego, jak lider traktuje ludzi, jak reaguje w trudnych sytuacjach. Czy potrafi słuchać, a nie tylko mówić. Czy podejmuje decyzje i bierze za nie odpowiedzialność. Czy postępuje w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Czy dba o zdrowy balans między skutecznością a człowieczeństwem – nie po to, by pracować mniej, ale by pracować mądrzej – wskazuje Aga Olszewska.

Starsze pokolenia bezdyskusyjnie posiadają więcej doświadczenia, zarówno życiowego i zawodowego, takiego, którego nie można zdobyć, czytając książki czy słuchając podcastów. Ale to młodzi liderzy często wnoszą świeże spojrzenie, naturalną wrażliwość na autentyczność i odwagę do kwestionowania przestarzałych schematów.

Lider jako uczeń i nauczyciel

Największy przełom w przywództwie następuje wtedy, gdy przestajemy rywalizować o rację, a zaczynamy z ciekawością i otwartością wymieniać się doświadczeniami. Warto jednocześnie wejść w rolę nauczyciela i ucznia – niezależnie od wieku czy zajmowanego stanowiska. Starsze pokolenia mogą czerpać z energii i otwartości młodych na nowe technologie. Z kolei Zetki – z życiowej mądrości, spokoju i doświadczenia, którego nie da się nabyć w mediach społecznościowych. Gdy koncentrujemy się na tym, czego możemy się od siebie nauczyć, zamiast na tym, co nas różni – wszyscy wygrywamy.

Być może zdanie „Mógłbym być Twoim tatą” warto potraktować nie jako wyzwanie, lecz jako zaproszenie – do rozmowy, do współpracy, do wzajemnego uczenia się i budowania mostów między pokoleniami.

– W świecie, w którym wszystko pędzi naprzód, jedno pozostaje niezmienne: każde pokolenie w pewnym momencie ustępuje miejsca kolejnemu. Ci, którzy dziś się uczą, jutro będą uczyć innych. I właśnie z tej niekończącej się wymiany doświadczeń rodzi się prawdziwe przywództwo – podsumowuje Aga Olszewska.

Entuzjazm Polaków wobec 4-dniowego tygodnia pracy słabnie, rosną obawy finansowe

Mniej Polaków niż przed rokiem popiera 4 dniowy tydzień pracy. Obecnie to dwóch na trzech (61%), przeciwnych jest jeden na pięciu (21%). Jednocześnie aż 65% obawia się obniżenia wynagrodzenia przy takim modelu. Największy entuzjazm deklarują młodzi pracownicy w wieku 18–29 lat (71%), podczas gdy sceptycyzm utrzymuje się wśród osób po 60. roku życia oraz kadry zarządzającej i wyższej menedżerskiej. Kobiety częściej niż mężczyźni popierają skrócony tydzień pracy. Takie dane płyną z raportu Manpower Nastroje polskiego rynku pracy. Perspektywa kandydatów 2025.

W badaniu Manpower respondenci ocenili koncepcję skróconego, 4-dniowegotygodnia pracy. Poparcie dla 4-dniowego tygodnia pracy spada. Obecnie pozytywnie ocenia go 61% badanych, czyli o 4 punkty procentowe mniej niż rok temu. Rośnie natomiast odsetek sceptyków – 21% ankietowanych nie popiera tego rozwiązania, co oznacza wzrost o 5 punktów procentowych w porównaniu z poprzednim rokiem. Jednocześnie 67% respondentów uważa, że skrócenie czasu pracy poprawia jakość życia i równowagę między pracą a życiem prywatnym – o 5 punktów procentowych więcej niż w 2024 roku. Wyższy odsetek poparcia dla skróconego tygodnia pracy odnotowano wśród kobiet (63%) niż mężczyzn (59%). Najbardziej optymistycznie nastawione do tego rozwiązania są osoby w wieku 18-29 lat (71%), a najmniej respondenci powyżej 60. roku życia (44%). Pod względem dochodów netto największe poparcie wyrażają osoby zarabiające od 3 001 do 5 000 zł netto (65%), a najmniejsze osoby z dochodem poniżej 3 000 zł netto (50%).

– Wyniki pokazują, że choć poparcie dla tego rozwiązania wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, to w porównaniu z ubiegłym rokiem nieco osłabło. Może to świadczyć o pewnym zmęczeniu tematem od dłuższego czasu obecnym w debacie publicznej, ale bez realnych wdrożeń czy testów w większości organizacji. Z badania wynika, że kobiety są nieco bardziej optymistyczne niż mężczyźni wobec skróconego tygodnia pracy. Być może wiąże się to z faktem, że to one częściej łączą obowiązki zawodowe z prowadzeniem domu i wieloma aktywnościami pozazawodowymi. Dodatkowy dzień wolny mógłby więc służyć zarówno odpoczynkowi, jak i załatwieniu spraw codziennych – mówi Katarzyna Gołek, liderka specjalizacji w Manpower.

Krótszy tydzień pracy bardziej atrakcyjny dla lepiej zarabiających

Otwartość na wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy rośnie wraz z poziomem wynagrodzenia. Największe poparcie deklarują osoby zarabiające od 3001 do 5000 zł netto – 65% z nich pozytywnie ocenia ten pomysł. Wśród najlepiej zarabiających (powyżej 7000 zł netto) poparcie również jest wysokie i wynosi 60%. Najmniej entuzjastycznie do krótszego tygodnia pracy podchodzą osoby o najniższych dochodach – w grupie zarabiających do 3000 zł netto poparcie wyraża co drugi badany (50%). Z kolei w podziale na stanowiska najwyższy poziom poparcia deklarują asystenci (71%), podczas gdy najsłabszy entuzjazm odnotowano wśród kadry zarządzającej (53%) oraz wyższej menadżerskiej (55%). Poparcie dla 4-dniowego tygodnia pracy różni się również w zależności od wielkości miejsca zamieszkania. W miastach średniej wielkości (100–199 tys. ludności) sięga 68%, natomiast w najmniejszych, do 20 tys., spada do 49%.

– Ciekawą zależność widać również przy analizie kryterium dochodowego. Najwyższy poziom poparcia dla czterodniowego tygodnia pracy deklarują osoby zarabiające powyżej 7 000 zł. Rosnąca otwartość na 4-dniowy tydzień pracy wśród osób lepiej zarabiających może wynikać z mniejszej obawy o to, że łączne wynagrodzenie zostanie w jakikolwiek sposób zmniejszone. Nawet jeśli podstawowa pensja pozostałaby na tym samym poziomie, to w poszukiwaniu oszczędności, firmy mogłyby zmniejszyć świadczenia dodatkowe, takie jak premie, bonusy czy gratyfikacje okolicznościowe. W przypadku pracowników zarabiających mniej, brak lub ograniczenie dodatków może wpłynąć na znaczące pogorszenie poziomu życia. Mogłoby oznaczać między innymi konieczność samodzielnego ubezpieczenia się, opłacenia prywatnej opieki medycznej czy pokrywania kosztów dojazdów do pracy – stwierdza Katarzyna Gołek.

Zdaniem ekspertki dla kadry wyższej i menedżerskiej sama liczba godzin pracy jest mniej istotna, gdyż rozliczana jest przede wszystkim z efektów i realizacji celów. – Skrócony tydzień pracy nie przyniósłby więc realnej korzyści, ponieważ oczekiwania względem ich zadań pozostałyby niezmienne. Ogólnie rzecz biorąc, ponad połowa pracowników uważa, że czterodniowy tydzień pracy mógłby pozytywnie wpłynąć na komfort życia i równowagę pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Jednocześnie wielu badanych dostrzega trudności w praktycznym wdrożeniu tego rozwiązania w swoim miejscu pracy – podkreśla przedstawicielka Manpower.

Poparciu dla skróconego czasu pracy towarzyszy lęk o finanse

Aż 67% respondentów zgadza się, że 4-dniowy tydzień pracy poprawia jakość życia i wspiera równowagę między pracą a życiem prywatnym – wskaźnik ten wzrósł w porównaniu z 2024 rokiem, kiedy to wynosił 62%. Tylko 14% badanych nie zgadza się z tym stwierdzeniem, co jest wartością identyczną jak w roku poprzednim. Z drugiej strony, 65% respondentów obawia się obniżenia wynagrodzenia przy wprowadzeniu krótszego tygodnia pracy – w 2024 roku odsetek ten wynosił 50%. Takich obaw nie odczuwa obecnie 20% badanych, w porównaniu z 26% w ubiegłym roku.

– Idea 4-dniowego tygodnia pracy brzmi atrakcyjnie, ponieważ daje większą nadzieję na poszukiwany przez wielu work-life balance, przy jednoczesnym braku spadku dochodów. W praktyce jednak powraca główna obawa dotycząca braku zachowania ciągłości biznesu, zwłaszcza w branżach, w których skrócenie dnia pracy mogłoby oznaczać konieczność zatrudnienia dodatkowych osób na czas nieobecności pracowników – między innymi w sektorze medycznym, sprzedaży, szeroko rozumianym assistance czy obsłudze klienta. A to generuje wzrost kosztów i może być bardzo dużym organizacyjnym wyzwaniem. Komunikowanie pracownikom zmian powinno być zatem dostosowane do sytuacji, w jakiej znajduje się firma. Najważniejsze z punktu widzenia pracowników jest powiedzenie wprost czy skrócenie czasu pracy wpłynie na wynagrodzenia zarówno podstawowe jak i dodatkowe składniki, benefity, stabilność zatrudnienia, możliwość brania urlopów w dotychczasowym wymiarze czy liczbę i zakres wykonywanych obowiązków – komentuje liderka specjalizacji w Manpower.

Pokolenie Z chce 4-dniowego tygodnia pracy

Stosunek do skróconego, 4-dniowego tygodnia pracy wyraźnie różni się między pokoleniami. Największe poparcie dla tego rozwiązania deklarują osoby młode w wieku 18–29 lat – aż 71% z nich ocenia je pozytywnie. Wraz z wiekiem entuzjazm wobec tej idei stopniowo maleje, w grupie 30–39 lat poparcie wynosi 58%. Warto jednak zauważyć, że także wśród czterdziestolatków akceptacja dla tego pomysłu utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, sięgając 70%. W grupie 50–59 lat odsetek zwolenników spada do 55%, natomiast najmniej przekonane do czterodniowego tygodnia pracy są osoby po 60. roku życia – tylko 44% z nich go popiera, a aż 33% deklaruje brak akceptacji dla tego modelu.

– Najmłodsze pokolenie rozpoczyna karierę w świecie dynamicznych zmian i nieograniczonego dostępu do informacji. Dla wielu z nich stabilizacja zawodowa nie jest priorytetem – liczy się elastyczność, różnorodność doświadczeń i możliwość zmiany kierunku kariery. Coraz częściej młodzi pracownicy wybierają pracę w niepełnym wymiarze, łączą kilka projektów i z otwartością podchodzą do idei krótszego tygodnia pracy, który lepiej odpowiada ich stylowi życia. Starsze pokolenia z kolei częściej cenią stabilność, lojalność i przewidywalność, czyli wartości, które przez lata stanowiły fundament kariery. Naturalnie więc podchodzą z większą rezerwą do eksperymentów organizacyjnych, widząc w nich ryzyko utraty bezpieczeństwa zawodowego. Natomiast dla pracodawców 4-dniowy tydzień pracy może stać się atrakcyjnym benefitem, szczególnie w kontekście powrotów do biur i ograniczania pracy zdalnej. To rozwiązanie, które może przywrócić równowagę między życiem zawodowym a prywatnym – podsumowuje Katarzyna Gołek.

Polska wyrasta na europejskie centrum inwestycji strategicznych

Jak wynika z raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield „Strategic Sector Signals”, Polska znalazła się w gronie zaledwie siedmiu europejskich krajów uznanych za lokalizacje o silnym potencjale wzrostu dla inwestycji w strategiczne branże, czyli sektora obronności, technologii czystej energii, surowców krytycznych i life sciences. Ponadto rosnące inwestycje państw Starego Kontynentu w te cztery obszary stają się silnym motorem popytu na nieruchomości przemysłowo-magazynowe.

Raport kategoryzuje państwa europejskie, dzieląc je według potencjału wzrostu generowanego przez sektory strategiczne. Do grupy krajów o silnym potencjale wzrostu (Strong Growth Potential) zaliczają się, poza Polską: Niemcy, Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy i Szwecja. Pozostałe państwa zostały sklasyfikowane jako te o umiarkowanym lub pewnym potencjale wzrostu. Ostatnia grupa, to spowolniony potencjał wzrostu (wysoka ekspozycja na sektor farmaceutyczny) – należy do niej Szwajcaria.

Wysoki potencjał wzrostu polskiego rynku wynika z konsekwentnie budowanej pozycji kraju jako stabilnej i atrakcyjnej lokalizacji dla działalności operacyjnej w sektorach o kluczowym znaczeniu dla gospodarki i bezpieczeństwa regionu. Obserwujemy systematycznie rosnące zainteresowanie – zarówno ze strony inwestorów, jak i najemców – szczególnie w obszarach obronności, zaawansowanej produkcji, elektroniki, logistyki farmaceutycznej oraz biotechnologi. Nie chodzi tylko o skalę naszego rynku czy strategiczne położenie geograficzne, ale również szeroko zakrojone inwestycje infrastrukturalne, które dodatkowo wzmacniają konkurencyjność kraju. Przykładem jest rozwój Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma szansę stać się nowym węzłem multimodalnym o globalnym znaczeniu, integrującym transport lotniczy, kolejowy i drogowy. Siłą rzeczy stanie się też ważnym hubem logistycznym – tym bardziej cieszę się, że będziemy mieli przyjemność doradzać w kwestiach jego dalszego rozwoju, tłumaczy Krzysztof Misiak, dyrektor zarządzający Cushman & Wakefield w Polsce.

Regiony takie jak Warszawa, Wrocław, Górny Śląsk czy Polska Centralna (w tym Łódź) są obecnie w centrum uwagi globalnych firm planujących relokację lub konsolidację operacji w ramach strategii nearshoringu. Wraz z tym trendem rośnie także udział inwestycji wysokospecjalistycznych – obejmujących m.in. magazyny temperatury kontrolowanej oraz obiekty wspierające działalność badawczo-rozwojową.

Istotnym czynnikiem wzrostu, jest rozwój korytarzy logistycznych wzdłuż wschodniej granicy kraju, czego przykładem są transeuropejskie trasy takie jak Via Carpatia (budżet na polski odcinek to ok. 27-30 mld PLN), czy modernizowana w ramach projektu Rail Baltica, linia kolejowa. To potwierdza, że geopolityczne znaczenie Polski ma dziś bezpośrednie przełożenie na decyzje rządzących jak i inwestorów, w tym także funduszy działających w sektorze nieruchomości komercyjnych. Z punktu widzenia inwestorów instytucjonalnych rynek ten wyróżnia się dużą głębokością i długoterminowym potencjałem, pomimo trwającej niepewności makroekonomicznej w skali globalnej, dodaje Krzysztof Misiak.

Sektor obronny

Raport „Strategic Sector Signals” wskazuje, że główną siłą napędową wzrostu jest sektor obronny, co wynika z radykalnego zwiększenia wydatków publicznych w tym obszarze oraz wprowadzenia wiążących docelowych wskaźników dotyczących zakupu produktów wytwarzanych w Europie. Te zmiany w polityce publicznej kształtują silny popyt na powierzchnie przemysłowo-magazynowe ze strony firm zbrojeniowych. Podaż jest realizowana na różne sposoby. Aż 54% nowych zakładów produkcyjnych, zapowiedzianych lub uruchomionych od początku 2024 roku, powstało w wyniku rozbudowy istniejących obiektów, co wskazuje na presję czasu i skalę inwestycji w tym obszarze. Kolejne 16% mieści się w zaadaptowanych lub zmodernizowanych budynkach, natomiast 26% w zupełnie nowych.

Skala i tempo inwestycji w przemysł obronny przekładają się na pilne i rosnące zapotrzebowanie na nieruchomości przemysłowo-magazynowe i logistyczne. Strategie nieruchomościowe muszą uwzględniać takie aspekty jak zwiększone bezpieczeństwo, nadzór regulacyjny i długofalowa kontrola nad aktywami. Rozbudowy okazują się najszybszym sposobem na zwiększenie skali działalności, ale nowe projekty i adaptacja już istniejących do nowych funkcji to rozwiązania, które również są w stanie umożliwić firmom rozwój produkcji, komentuje Sally Bruer, dyrektorka działu badań w sektorze nieruchomości logistycznych, przemysłowo-magazynowych i handlowych w regionie EMEA w Cushman & Wakefield.

Wiele inwestycji obronnych zrealizowanych zostało w ostatnim czasie w ugruntowanych lokalizacjach produkcyjnych, takich jak: klastry we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Szwecji. Jednocześnie wzrasta zainteresowanie Europą Środkowo-Wschodnią, gdzie od czasu inwazji Rosji na Ukrainę kraje takie jak Polska i Rumunia wyrastają na kluczowe ośrodki przemysłu zbrojeniowego. Oprócz nowych zakładów produkcyjnych widoczne jest zapotrzebowanie także na powierzchnie logistyczne niezbędne do transportu towarów do Europy oraz na jej terenie, jak i do innych regionów- zwłaszcza wzdłuż głównych korytarzy transportowych i w największych portach.

Czysta energia

W sektorze technologii czystej energii również obserwuje się znaczący wzrost popytu na powierzchnie przemysłowo-magazynowe, który napędzają: unijny akt o przemyśle neutralnym emisyjnie (Net-Zero Industry Act) oraz brytyjski plan dla sektora czystej energii (Clean Energy Sector Plan). Analiza kluczowych podsektorów – takich jak fotowoltaika, energetyka wiatrowa i małe modułowe reaktory jądrowe – pokazuje, że poszczególne segmenty rynku produkcji urządzeń dla branży czystej energii znacząco się różnią pod względem warunków biznesowych

Firmy potrzebują budynków różnego rodzaju – od specjalnie zaprojektowanych obiektów zajmowanych przez właścicieli na potrzeby własne i wykorzystywanych do specjalistycznej produkcji, po standardowe hale wynajmowane pod działalność montażową i logistyczną. Decyzje lokalizacyjne w dużej mierze zależą od bliskości połączeń transportowych, dostępności wykwalifikowanej kadry oraz korzyści płynących z utworzenia klastra w obrębie istniejących ośrodków produkcyjnych. W sektorze tym dominują Niemcy, które odpowiadają za ok. połowę zdolności produkcyjnych UE w zakresie produkcji urządzeń wykorzystywanych w energetyce wiatrowej i słonecznej. Dużymi mocami mogą pochwalić się także Wielka Brytania, Włochy, Francja, Hiszpania oraz niektóre kraje nordyckie i Europy Środkowo-Wschodniej – w tym Polska. Polski rynek staje się konkurencyjnym kosztowo hubem dla produkcji łopat i wież (wiatraków), a także punktem przeładunkowym dla morskich dostaw offshore na Bałtyku – szczególnie w rejonie Gdańska, Gdyni i Szczecina. Skalę tych inwestycji obrazuje chociażby budżet programu rozwoju morskiej energetyki wiatrowej, który może sięgnąć nawet 360 mld PLN.

Surowce krytyczne

Sektor surowców krytycznych odpowiada na rosnący popyt na zasoby o strategicznym znaczeniu, takie jak: nikiel, lit czy pierwiastki ziem rzadkich, które są niezbędne w produkcji kluczowych technologii. Unijny akt w sprawie surowców krytycznych (Critical Raw Materials Act), który wszedł w życie w maju 2024 roku, wyznacza ambitne cele dla państw członkowskich. Do 2030 roku UE zamierza pozyskiwać ze złóż krajowych co najmniej 10% rocznego zużycia surowców, przetwarzać 40% i odzyskiwać 25% w ramach recyklingu. W tym kontekście Polska już teraz odgrywa kluczową rolę – szczególnie w ekosystemie baterii do pojazdów elektrycznych (EV). Nasz kraj jest jednym z wiodących w Europie hubów dla gigafabryk baterii, co naturalnie stymuluje rozwój zakładów recyklingu. Obiekty te, często lokalizowane w pobliżu głównych ośrodków produkcyjnych, mogą funkcjonować w standardowych obiektach przemysłowo-magazynowych, co otwiera nowe możliwości dla rynku nieruchomości.

Life sciences

Sektor life sciences jest jednym z priorytetów dla Unii Europejskiej, której strategie koncentrują się na wspieraniu badań, rozwoju produkcji i zwiększaniu odporności łańcuchów dostaw (Life Science Strategy whitepaper, lipiec 2025). W Polsce głównym ośrodkiem tych zmian jest klaster Warszawa-Łódź, rozwijający się jako centrum badawczo-rozwojowe z rosnącym potencjałem produkcyjnym.

Dla rynku nieruchomości oznacza to rosnący popyt na dwa kluczowe typy obiektów: wyspecjalizowane zakłady produkcyjne (GMP) oraz nowoczesne centra logistyczne (GDP). Wraz z rozwojem zaawansowanych leków i terapii coraz większe znaczenie zyskują zwłaszcza powierzchnie obsługujące łańcuch chłodniczy.

Ożywienie w handlu. Po raz pierwszy od lat więcej optymistów niż pesymistów

Sektor handlowy kończy 2025 rok z wyraźnym ożywieniem nastrojów. Subindeks Barometru EFL dla branży na IV kwartał wyniósł 54,9 pkt, co oznacza wzrost o 6,6 pkt w porównaniu z poprzednim kwartałem. To nie tylko najlepszy wynik od ponad siedmiu lat, ale także pierwszy od czterech lat odczyt powyżej progu ograniczonego rozwoju (50 pkt), wskazujący na sprzyjające warunki dla rozwoju firm z sektora MŚP. Po raz pierwszy od dawna w handlu jest więcej optymistów niż pesymistów – 21 proc. przedsiębiorców prognozuje wzrost sprzedaży, a jedynie 1 proc. spodziewa się jej spadku.


Najlepszy wynik wśród wszystkich sektorów

Jak wynika z najnowszego raportu Europejskiego Funduszu Leasingowego (EFL), handel stał się liderem wśród sześciu analizowanych sektorów gospodarki – wyprzedzając m.in. budownictwo, produkcję, TSL, HoReCa i usługi. Subindeks 54,9 pkt to najwyższa wartość od II kwartału 2018 roku, kiedy osiągnął 61,1 pkt.

To znaczący zwrot – jeszcze w poprzednich kwartałach to właśnie handel notował najniższe wyniki w Barometrze. Dziś sytuacja się odwraca. W opinii ekspertów, pozytywne nastroje wynikają z kilku czynników: odbudowy popytu konsumenckiego, poprawy nastrojów gospodarczych oraz zbliżającego się okresu świątecznych zakupów, tradycyjnie najbardziej dochodowego w roku.

Po kilku trudnych latach wreszcie widać pierwsze oznaki ożywienia w handlu. W opinii przedsiębiorców końcówka roku zapowiada się wyjątkowo dobrze – zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online. Widzimy, że firmy przygotowują się na zwiększony popyt i z większym optymizmem patrzą na przyszłość – mówi Robert Dudziński, dyrektor sprzedaży w Carefleet, spółce z Grupy EFL.


E-commerce podbija wyniki handlu

Wzrost wskaźnika to nie tylko efekt lepszej koniunktury, ale także rosnącego udziału handlu internetowego. Z danych GUS wynika, że sprzedaż detaliczna we wrześniu 2025 roku była o ponad 6% wyższa niż rok wcześniej, a zakupy online stanowiły 9% całej sprzedaży detalicznej.

W niektórych segmentach e-commerce osiąga jednak znacznie wyższe udziały – odzież (24%) i książki (21%) to wciąż jedne z najpopularniejszych kategorii zakupów internetowych.

We wrześniu internetowa sprzedaż detaliczna wzrosła o prawie 9% r/r. Liczba zapytań i projektów logistycznych, które trafiają do nas, jest wyraźnie większa niż rok temu. Mimo to nie mówimy o boomie, ale o stabilnym, dojrzałym wzroście. To sezon raczej spokojny niż spektakularny – podkreśla Arkadiusz Filipowski, prezes Fulfilio.

Eksperci prognozują, że końcówka roku, tradycyjnie napędzana Black Friday, Mikołajkami i okresem świątecznym, może jeszcze poprawić wyniki sprzedaży w całym sektorze.


Płynność finansowa i inwestycje również w górę

Optymizm sprzedażowy przekłada się na poprawę ocen sytuacji finansowej przedsiębiorstw. 23 proc. firm handlowych prognozuje poprawę płynności finansowej (wzrost z 6 proc. kw./kw.), a tylko 2,5 proc. obawia się pogorszenia kondycji finansowej.

Ożywienie widać także w planach inwestycyjnych – 9 proc. przedsiębiorców deklaruje większe inwestycje, wobec zaledwie 1 proc. w poprzednim kwartale. Choć nadal dominują firmy, które nie planują zwiększania nakładów, widać wyraźną zmianę trendu.

Co ciekawe, spada zapotrzebowanie na zewnętrzne źródła finansowania. Tylko 10 proc. handlowców planuje wzrost finansowania zewnętrznego, wobec 24 proc. w III kwartale. Oznacza to, że przedsiębiorcy czują się bardziej stabilnie finansowo i coraz częściej pokrywają bieżące potrzeby z własnych środków.


Główny indeks Barometru EFL również rośnie

Wartość głównego indeksu Barometru EFL dla całego sektora MŚP w IV kwartale 2025 roku wyniosła 53,4 pkt, co oznacza wzrost o 1,9 pkt w stosunku do poprzedniego kwartału. Choć wynik ten nadal nie jest spektakularny, potwierdza tendencję wzrostową i poprawę nastrojów wśród przedsiębiorców.

Barometr EFL to syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw do rozwoju. Analizuje cztery kluczowe obszary: poziom sprzedaży, inwestycje w środki trwałe, płynność finansową oraz zapotrzebowanie na zewnętrzne finansowanie. Wartość powyżej 50 pkt oznacza, że warunki sprzyjają wzrostowi firm, natomiast odczyt poniżej tego progu sygnalizuje hamowanie aktywności gospodarczej.


Po latach stagnacji – czas na stabilny wzrost

Eksperci wskazują, że wyniki IV kwartału są szczególnie ważne, ponieważ mogą wyznaczać początek bardziej trwałej poprawy sytuacji w handlu. Pandemia, inflacja, zawirowania w łańcuchach dostaw i niepewność geopolityczna przez ostatnie lata ograniczały skłonność przedsiębiorców do inwestycji i ekspansji.

Teraz jednak, dzięki stabilizacji cen i odbudowie popytu konsumenckiego, handel zaczyna zyskiwać nową dynamikę. Wzrost wskaźników Barometru EFL jest więc nie tylko odzwierciedleniem chwilowego odbicia, ale też sygnałem możliwego trwałego trendu.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale chciałbym traktować ten wynik jako dobry prognostyk. Branża handlowa odzyskuje równowagę i przygotowuje się na dynamiczne rozpoczęcie nowego roku – podsumowuje Robert Dudziński z Carefleet.


O badaniu

Barometr EFL jest opracowywany przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego S.A.. Badanie realizowane jest kwartalnie na reprezentatywnej próbie 600 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Aktualna edycja została przeprowadzona w dniach 1–24 września 2025 roku.


Podsumowanie najważniejszych danych Barometru EFL dla sektora handlowego – IV kwartał 2025:

Wskaźnik IV kw. 2025 III kw. 2025 Zmiana (pkt proc.)
Subindeks ogólny 54,9 48,3 +6,6
Prognozy sprzedaży (wzrost) 21% 6% +15 pp
Prognozy sprzedaży (spadek) 1% 24% –23 pp
Poprawa płynności finansowej 23% 6% +17 pp
Plany inwestycyjne (więcej) 9% 1% +8 pp
Zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (wzrost) 10% 24% –14 pp

📊 Wnioski:
Handel wchodzi w końcówkę 2025 roku z wyraźnym optymizmem, napędzanym rosnącą sprzedażą, poprawą płynności i umiarkowanym wzrostem inwestycji. Odczyt powyżej 50 pkt po raz pierwszy od 2021 roku może być sygnałem przełomu – początkiem nowego cyklu wzrostowego w sektorze handlowym, zarówno w kanale tradycyjnym, jak i online.

Sok pomarańczowy najtańszy od 2022 roku – ale nie w polskim sklepie

Ceny kontraktów terminowych na sok pomarańczowy spadły w ostatnich tygodniach do najniższego poziomu od września 2022 roku. 7 listopada za funt koncentratu płacono 1,70 dolara – dziś cena wynosi około 1,75 dolara. To oznacza spadek o 14 proc. w ciągu miesiąca i aż 63 proc. w skali roku. Jednak w polskich sklepach konsumenci wciąż nie mogą liczyć na obniżki, a w wielu miejscach za litr soku trzeba zapłacić ponad 10 zł.

Jeszcze w grudniu 2024 roku ceny soku osiągnęły rekordowy poziom, wynoszący 5,30 dolara za funt (0,45 kg). Wzrost o ponad 300 proc. w latach 2022–2024 był bezpośrednim skutkiem niekorzystnych warunków pogodowych, chorób upraw i załamania zbiorów w Brazylii i USA. Jednak, gdy prognozy zbiorów zaczęły się poprawiać, rynek gwałtownie odreagował. Zdecydowana poprawa prognoz dla Brazylii, największego producenta soku na świecie, odegrała kluczową rolę. Szacuje się, że zbiory mogą w tym roku być wyższe o około 20 proc. wobec poprzedniego. Większe opady, koniec zjawiska El Niño i oznaki stabilizacji podaży sprawiły, że inwestorzy zaczęli wycofywać się z rynku, pogłębiając korektę cenową.

Wysokie ceny i pogarszająca się jakość sprawiły, że wielu konsumentów po prostu zrezygnowało z picia soku z pomarańczy. W USA sprzedaż spadła aż o 16 proc. Wynikało to z faktu, że nie dość, że konsumenci płacili więcej za sok, to otrzymywali produkt o gorszym i bardziej gorzkim smaku. Winę za ten stan rzeczy ponoszą słabe zbiory i choroby drzew, które zmusiły producentów do sięgania po każdą dostępną partię owoców, bez możliwości odpowiedniego doboru surowca. W Brazylii spadł poziom cukru w owocach, a zwiększona zawartość limoniny, naturalnego związku chemicznego występującego w cytrusach, który odpowiada za gorzki smak, sprawiła, że sok stawał się bardziej gorzki. Aby złagodzić skutki tych problemów, producenci zaczęli mieszać sok pomarańczowy z innymi owocami, takimi jak mango, mandarynka czy gruszka, które są tańsze i słodsze. To pozwoliło utrzymać akceptowalny smak, ale nie zdołało zniwelować spadków sprzedaży.

Od szczytu konsumpcji sprzed dwóch dekad globalne spożycie soku pomarańczowego spadło o 30 proc. Na rynkach zachodnich głównym powodem są obawy o wysoką zawartość cukru i rosnąca popularność mniej kalorycznych alternatyw śniadaniowych. Jednocześnie konsumenci zaczęli odchodzić od przyzwyczajeń i – nawet jeśli ceny spadną – mogą nie wrócić do dawnego rytuału porannego soku. Producenci już dziś szukają alternatyw, wprowadzając produkty z dodatkiem białka lub obniżoną zawartością cukru, próbując tym samym zatrzymać odpływ klientów.

Choć ceny na rynku futures spadły, w sklepach nic się nie zmieniło. Wynika to z faktu, że detaliści związani są długoterminowymi kontraktami, podpisanymi w czasie cenowego szczytu. W Polsce litr soku kosztuje obecnie średnio 9,50 zł, a w wielu mniejszych sklepach przekracza 10 zł. To ponad dwukrotnie więcej niż trzy lata temu, gdy sok można było kupić za około 4,50 zł.

Rynek soku pomarańczowego wciąż zmaga się z wieloma problemami: niestabilną pogodą, niskimi zapasami, niepewnością dotyczącą zbiorów i chorobami cytrusów (jak citrus greening disease). Choć pojawiły się pierwsze środki chemiczne pomagające walczyć z chorobą, dojrzewanie nowych drzew może potrwać nawet kilkanaście lat. A zatem ten czynnik będzie nadal negatywnie oddziaływał na rynek.

Dla inwestorów obecna sytuacja to przykład rynku o wyjątkowo wysokiej zmienności. Wzrosty cen w latach 2022–2024 przyciągnęły spekulantów, co tylko podbiło skalę zwyżki. Teraz, w miarę jak prognozy zbiorów się poprawiają, kapitał spekulacyjny odpływa z rynku, co z kolei pogłębia spadki. Mimo ostatnich korekt nie można jednak mówić o ustabilizowaniu sytuacji. Rynek pozostaje w dużym stopniu zależny od pogody oraz czynników biologicznych, a to oznacza, że ryzyko inwestycyjne nadal utrzymuje się na wysokim poziomie i może utrzymywać się przez dłuższy czas.

Ceny ropy stabilizują się po trzech dniach wzrostów. Inwestorzy czekają na prognozy IEA i OPEC

Ceny ropy ustabilizowały się po trzech dniach wzrostów, gdy inwestorzy oczekują na publikację prognoz dotyczących równowagi między podażą a popytem aż do 2026 roku. We wtorek notowania ropy Brent utrzymywały się w okolicach 65.50 USD za baryłkę, co oznaczało wzrost o 1.7%. Obecnie cena ropy spadła poniżej poziomu 64.90 USD. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) ocenia, że rynek ropy w krótkim okresie pozostaje dobrze zaopatrzony. Jednocześnie agencja złagodziła swoje stanowisko dotyczące terminu osiągnięcia szczytu globalnego popytu na ropę, sugerując, że może on nastąpić później, niż wcześniej zakładano.

Pomimo tego wciąż utrzymują się obawy o nadpodaż w perspektywie średnioterminowej. Źródłem presji jest zarówno przywracanie produkcji przez państwa OPEC+, jak i rosnące wydobycie w krajach spoza kartelu. Wcześniejsze prognozy IEA wskazywały, że w 2026 roku może dojść do rekordowej nadwyżki podaży na światowym rynku. Własne prognozy dotyczące sytuacji na rynku ropy ma również opublikować OPEC – raport ma zostać przedstawiony jeszcze dziś.

Na rynku pojawiły się również istotne sygnały dotyczące krótkoterminowej równowagi. Spread terminowy dla ropy WTI – czyli różnica między ceną najbliższego kontraktu a kolejnym – spadł do zaledwie 5 centów, co wskazuje na rozluźnienie warunków podaży. Taka struktura rynku sugeruje, że dostępność surowca jest wystarczająca, a presja popytowa ograniczona. Banki inwestycyjne, w tym Goldman Sachs, ostrzegają jednak przed rosnącymi globalnymi zapasami ropy, które mogą wywierać dalszą presję na ceny, jeśli nie zostaną zrównoważone przez wzrost konsumpcji lub ograniczenia produkcji.

Na sytuację cenową wpływają również czynniki geopolityczne. Stany Zjednoczone niedawno ogłosiły nowe sankcje wobec rosyjskich firm energetycznych – Lukoilu i Rosnieftu – w ramach presji na zakończenie wojny w Ukrainie. Decyzja ta doprowadziła do wzrostu cen diesla i skłoniła m.in. rządy na Bliskim Wschodzie do działań mających na celu zapewnienie ciągłości operacyjnej Lukoilu w regionach kluczowych dla lokalnych rynków paliw. Mimo że strukturalna nadwyżka ropy naftowej stopniowo się buduje, w krótkim okresie możliwe są lokalne zwyżki cen paliw, wywołane napięciami geopolitycznymi oraz zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw.

Brakuje biur w Warszawie. Popyt najemców przewyższa ofertę, pustostany maleją

Po trzech kwartałach 2025 roku stołeczny rynek biurowy pozostaje w fazie ograniczonej podaży, przy utrzymującym się wysokim popycie ze strony najemców. Jak wskazują dane BNP Paribas Real Estate Poland zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe znacząco przewyższa dostępność inwestycji. Przekłada się to na wskaźnik pustostanów, który spada zarówno w centrum, jak i w innych lokalizacjach Warszawy.

Mało nowych biur

Jak wskazują dane z raportu BNP Paribas Real Estate Poland „Review – rynek biurowy w Warszawie III kw. 2025 roku” w stolicy w ostatnich kwartałach spadły zasoby rynku nowoczesnej powierzchni biurowej. Od stycznia do września 2025 roku z rynku zniknęło z oferty łącznie 150 tys. m kw., głównie w wyniku planowanych modernizacji lub przekształcania starszych budynków w obiekty o innej funkcji. Tym samym to drugi w historii przypadek, gdy Warszawa odnotowuje spadek całkowitej podaży.

W III kwartale przybyło jedynie 3,5 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej w ramach jednej inwestycji – Stoen Operator przeniósł siedzibę do nowej lokalizacji w Warszawie przy ulicy Pory 80 na Mokotowie, co stanowi spadek o 69% w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku. Łączna podaż z ostatnich czterech kwartałów to 118 tys. m kw., co stanowi wzrost o ponad 2% rok do roku.

Perspektywa powiększenia ilości zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej rysuje się dopiero w kolejnych kwartałach. Obecnie w budowie pozostaje około 152 tys. m kw., z czego 63% powstającej powierzchni znajduje się w centrum stolicy, a 23% przypada na Centralny Obszar Biznesu. To właśnie tutaj powstają największe projekty: Upper One (35,5 tys. m kw.) realizowany przez Strabag oraz V-Tower (30,8 tys. m kw.) modernizowany przez Cornerstone, którego zakończenie planowane jest na IV kwartał 2025 roku.

Aktywność najemców wciąż wysoka – sektor publiczny liderem

W trzecim kwartale 2025 roku wolumen transakcji najmu brutto na powierzchnie biurowe w Warszawie wyniósł 185 tys. m kw., co jest najwyższym wynikiem od początku roku i stanowi wzrost o ponad 19% w porównaniu do ubiegłego kwartału. Warto zauważyć, że ponad połowa umów najmu dotyczyła lokalizacji centralnych (52%), a pozostała część – obszarów poza centrum (48%). Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland liderem aktywności najemców został sektor publiczny, który w III kwartale odpowiadał za ponad 17% całkowitego popytu. Coraz wyraźniej widać trend relokacji instytucji publicznych do nowoczesnych biurowców.

W okresie od lipca do września największą umową najmu na warszawskim rynku była transakcja poufnego najemcy w budynku West Station II w strefie Korytarz Jerozolimskie, obejmująca 12,8 tys. m kw. powierzchni w ramach przedłużenia i ekspansji. Kolejną znaczącą umowę podpisał Luxmed, który wynajął 5,6 tys. m kw. w kompleksie West Warsaw Office w strefie zachodniej – to nowa umowa najmu.

Alternatywa: poza centrum lub renegocjacje

Z uwagi na fakt, że dostępność wysokiej jakości powierzchni w centrum szybko się kurczy, a nowych projektów jest niewiele, firmy szukające większych powierzchni do najmu decydują się na przedłużenia umów lub szukają biur w innych lokalizacjach. W efekcie coraz więcej firm zaczyna rozważać alternatywy zwłaszcza w rejonie Mokotowa i Alei Jerozolimskich, które ponownie przyciągają uwagę najemców.

Firmy poszukujące dużych biur już powyżej 1,5 – 2 tys. m kw. mają bardzo ograniczone możliwości. Stąd też rosnący udział renegocjacji w strukturze popytu, które stają się popularnym rozwiązaniem, szczególnie wśród większych najemców – komentuje Małgorzata Fibakiewicz, Starsza Dyrektorka Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

W trzecim kwartale 2025 roku rynek nieruchomości komercyjnych był zdominowany przez nowe umowy, które stanowiły 53,3% całkowitego wolumenu transakcji, czyli bez zmian w odniesieniu do danych za analogiczny okres 2024 roku. Przedłużenia umów odpowiadały za 39,8% transakcji, notując niewielki wzrost o 0,2 p.p. r/r. Analiza ostatnich czterech kwartałów pokazuje duży udział zarówno przedłużeń (45,6%), jak i nowych umów (43,8%).

Nieco spadł udział przednajmu, który na koniec września wynosił 11,3%, czyli o 0,3 p.p. mniej niż w ubiegłym roku.

Spada wskaźnik pustostanów

Mniejsza dostępność nowych powierzchni przekłada się na spadek wskaźnika pustostanów. Na koniec września 2025 roku średni poziom niewynajętej przestrzeni wyniósł 9,7%, co oznacza spadek o 1,1 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim kwartałem. Najbardziej widoczny był on na Służewcu, gdzie wskaźnik spadł z 21,1% do 18,8%. W centrum Warszawy poziom pustostanów zmniejszył się względem poprzedniego kwartału o 0,9 p.p., co oznacza spadek do poziomu 6,9%.

Zainteresowanie biurami rośnie również poza ścisłym centrum, gdzie wskaźnik wolnej powierzchni spadł do 12,1%, czyli o 1,2 p.p. kwartał do kwartału. Trend spadkowy obejmuje także starsze, ponad dziesięcioletnie biurowce, gdzie obecnie wolne jest 12,4% powierzchni, czyli o 1,3 p.p. mniej niż rok temu.

Będzie presja czynszowa?

Pomimo spadku pustostanów, czynsze wywoławcze pozostają stabilne. Stawki „prime” w najlepszych biurowcach w centrum utrzymują się na poziomie około 30 EUR/m kw./miesiąc. Eksperci przewidują jednak, że utrzymująca się niska podaż może w kolejnych kwartałach wywierać presję wzrostową.

Stawki ofertowe za najwyższej jakości powierzchnie biurowe pozostają stabilne i w lokalizacjach centralnych wynoszą od 22,5 do 26 EUR/m kw. miesięcznie. W przypadku nowych projektów położonych w COB, widzimy rosnącą presję czynszową. Za metr kwadratowy w inwestycji deweloperskiej należy zapłacić między 28 a 30 EUR miesięcznie, co przestało już zaskakiwać najemców – podkreśla Wiktoria Weilandt, Associate, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych BNP Paribas Real Estate Poland.

W lokalizacjach poza centrum miasta stawki kształtują się w przedziale od 14-18 EUR/m kw. miesięcznie. Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, opłaty eksploatacyjne sięgają 40 PLN/m kw. miesięcznie i mają tym samym coraz większe znaczenie przy planowaniu budżetu.

Boom na prywatne akademiki trwa. Polska wśród kluczowych rynków PBSA w Europie

0

Liczba prywatnych akademików w Polsce rośnie od 15 lat. W minionych dwóch latach dynamika realizacji tych projektów zwiększyła się znacznie, a w 2025 r. do użytku oddano 12 takich obiektów, oferujących łącznie 3,8 tys. miejsc noclegowych – wynika z raportu CBRE „Prywatne akademiki w Polsce – czas nowych obiektów”. W budowie znajduje się ich 8, a 30 jest w planach. Eksperci CBRE wskazują, że lokowanie kapitału w rynek prywatnych domów studenckich (PBSA) pozostaje atrakcyjne dla inwestorów aktywnych w Europie.

Wolumen inwestycji w sektorze akademików w Europie zwiększył się o 9 proc. w 2024 r. w porównaniu z 2023 r., a w pierwszej połowie 2025 r. wartość transakcji w sektorze PBSA sięgnęła już połowy kwoty ulokowanej w tej części rynku w całym poprzednim roku. Raport CBRE „2025 European Investor Intentions Survey” potwierdza długofalowe zainteresowanie branżą. Pośród ankietowanych inwestorów 62 proc. zadeklarowało, że będzie szukać możliwości zakupu aktywów z sektorów alternatywnych, przede wszystkim PBSA. Połowa wszystkich inwestorów, zainteresowanych sektorami alternatywnymi, rozważa inwestycję w akademiki prywatne.

Polska jest atrakcyjna dla inwestorów ze względu na mocne fundamenty rozwoju sektora akademików prywatnych, niewystarczającą podaż nowoczesnych obiektów, ale też z powodu wolnorynkowego kształtowania opłat. Jednym z czynników ryzyka dla inwestorów prowadzących działalność opartą na innej walucie niż polski złoty, najczęściej euro, jest natomiast tradycyjne rozliczanie czynszów w złotówkach mówi Przemysław Łachmaniuk, Co-Head of Living, Senior Director, Capital Markets, CBRE.

Akademiki rosną szybciej

W ciągu ostatnich 15 lat w Polsce corocznie oddawano do użytku co najmniej jeden nowy prywatny akademik. Dynamika realizacji tych projektów znacząco wzrosła w latach 2023 i 2024. W tym okresie
w ośmiu największych ośrodkach akademickich uruchomiono 12 prywatnych akademików, oferujących łącznie ponad 4 tys. miejsc noclegowych. Nawet na tym tle wyniki 2025 r. są wyjątkowe. W bieżącym roku oddano do użytku 12 obiektów, dysponujących łącznie ponad 3,8 tys. miejscami noclegowymi. Dodatkowo, w budowie znajduje się 8 kolejnych akademików, a blisko 30 projektów jest na różnych etapach planowania.

Domów studenckich wciąż brakuje

Pomimo budowy znacznej liczby prywatnych domów studenckich w ostatnich latach, na polskim rynku istnieje znaczący potencjał dla dalszego rozwoju sektora. Nie ma takiego centrum akademickiego, w którym podaż zakwaterowania dla studentów w pełni zaspokajałaby zapotrzebowanie. Największy deficyt miejsc noclegowych w relacji do liczby studentów obserwuje się w Warszawie, Wrocławiu oraz Poznaniu. Szczególnie brakuje ich w stolicy, pomimo że w 2025 roku do eksploatacji przekazano tam rekordową liczbę ponad 1,7 tys. miejsc w 6 obiektach.

Popytowi na prywatne akademiki sprzyja rosnąca liczba studentów. Pod tym względem Polska jest jednym z największych rynków akademickich w Europie. Systematycznie zwiększa się też liczba cudzoziemców podejmujących studia w Polsce, stanowiących znaczący segment efektywnego popytu na lokale w prywatnych domach studenckich.

Rynek tradycyjnego najmu, zdominowany przez indywidualnych właścicieli dysponujących pojedynczymi mieszkaniami, często okazuje się mniej transparentny dla obcokrajowców, mimo postępującej profesjonalizacji w tym sektorze. Prywatne akademiki oferują natomiast możliwość integracji w zróżnicowanym, międzynarodowym środowisku. Ponadto, zarządcy tych obiektów często koncentrują się nie tylko na zapewnieniu komfortowych warunków mieszkaniowych, ale również na organizacji atrakcyjnych wydarzeń na terenie obiektu – dodaje Przemysław Łachmaniuk, CBRE.

Wonderful pozyskuje 100 mln dolarów na ekspansję agentów AI – Polska jednym z kluczowych rynków

Wonderful, firma tworząca platformę agentów AI dla przedsiębiorstw, ogłosiła wczoraj rundę finansowania serii A o wartości 100 mln dolarów, prowadzoną przez Index Ventures, z udziałem Insight Partners i IVP, a także dotychczasowych inwestorów Bessemer i Vine Ventures. Firma łączy potężną platformę AI z najlepszym w tej klasie wdrożeniem, aby dostarczać agentów dla korporacji, obsługujących klientów za pośrednictwem głosu, czatu i poczty elektronicznej, na każdym rynku i w każdym języku. Zaledwie cztery miesiące po ogłoszeniu rundy seed (zalążkowej) o wartości 34 milionów dolarów, obecny etap finansowania jest świadectwem efektywnego podejścia Wonderful do promowania wdrożeń agentów AI na dużą skalę w przedsiębiorstwach, dla których istotna jest obsługa klientów.

– Potencjał agentów AI jest bezdyskusyjny, ale wdrożenie go w praktyce, a co najważniejsze, w produkcji, stanowi ogromne wyzwaniemówi Bar Winkler, CEO i współzałożyciel Wonderful. – Wymaga to połączenia najlepszej w swojej klasie technologii z bezbłędną realizacją u klientów. Takie podejście stosujemy w Wonderful w Polsce oraz w Środkowej i Południowej Europie i to właśnie ono przyczyniło się do przyspieszenia wdrażania naszych rozwiązań na różnych rynkach w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Założone na początku 2025 roku Wonderful rozwija się w szybkim tempie. Firma notuje silną dynamikę wzrostu: popytu ze strony klientów, ekspansji na nowe rynki oraz rozszerzenia działalności o nowe zastosowania. Od ostatniej rundy finansowania Wonderful poszerzyła dostępność swojej platformy o nowe kraje, w tym Polskę. Jej agenci AI są zaadoptowani do zapewnienia biegłości na poziomie ludzkim w języku polskim, a także przystosowani do konkretnej dziedziny i zastosowań u docelowego klienta. Wiele polskich przedsiębiorstw rozwija się w zakresie transformacji cyfrowej, jednak skalowanie operacji związanych z obsługą klientów pozostaje nadal wyzwaniem.

– Na naszych oczach dokonuje się kolejna rewolucja technologiczna, wkraczamy w erę autonomicznych agentów AI zaprojektowanych tak, aby wzmocnić pozycję ludzi w biznesie. W świecie, w którym potencjał sztucznej inteligencji jest ogromny, ale wyzwania związane z jej wdrożeniem są równie znaczące, firma Wonderful wchodzi na rynek polski z jasnym przesłaniem: inwestujcie w lokalne wdrożenie i wiedzę specjalistyczną oraz praktyczną współpracę z każdym klientem, umożliwiając mu wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji, która mówi po polsku. Z całym bogactwem języka i dziedzictwem kulturowym. Nasza platforma dla przedsiębiorstw pozwoli zrealizować tę wizję polskim firmom mówi Marcin Motel, General Manager Poland, Wonderful.

W pełni zintegrowani z systemami wewnętrznymi agenci AI, obsługiwani przez platformę Wonderful, zarządzają już codziennie dziesiątkami tysięcy złożonych interakcji – od rozwiązywania sporów dotyczących rozliczeń, przez aktualizację danych konta, po diagnozowanie problemów i umawianie spotkań. Dzięki wskaźnikowi rozwiązywalności przekraczającemu 80 proc. większość problemów jest rozwiązywana bez udziału człowieka.

– Wonderful przeszło od koncepcji do skali globalnej w mniej niż rok, co jest niezwykłym osiągnięciem pod każdym względem. Firma udowadnia, że przedsiębiorstwa nie chcą tylko generycznych agentów AI, ale takich, którzy działają na każdym rynku i w każdym języku. Tak jasno postawiony cel w połączeniu z efektywnością zespołu sprawia, że Wonderful tak szybko osiąga sukces – przyznaje Hannah Seal, partnerka Index Ventures, która wraz Juriaanem Duizendstraalem kierowała rundą finansowania.

– Wonderful już teraz pokazuje, co oznacza budowanie trwałego globalnego biznesudodaje Jeff Horing, współzałożyciel i dyrektor zarządzający Insight Partners.  – Wdrożenie tej technologii w różnych branżach przekonuje, jak cenni mogą być agenci biegli w kwestiach kulturowych. Jest to firma, która ma potencjał, aby zmienić sposób, w jaki przedsiębiorstwa komunikują się z klientami na całym świecie.

Chociaż pierwsze wdrożenia Wonderful koncentrowały się na obsłudze klienta, rozwiązanie to szybko rozprzestrzenia się na nowe obszary. Przedsiębiorstwa eksperymentują z nowymi funkcjami, takimi jak szkolenia pracowników, wsparcie sprzedaży, weryfikacja zgodności z przepisami, wewnętrzne wsparcie IT i wdrażanie nowych pracowników. Elastyczne podejście firmy do głębokiej integracji z systemami przedsiębiorstw i dostosowywania do potrzeb poszczególnych krajów – przy wsparciu dedykowanych zespołów wdrożeniowych w terenie – pozwala klientom rozszerzyć zakres funkcji agentów na dodatkowe obszary działalności, bez konieczności wykonywania dodatkowej pracy.

ASF kosztował Polskę już ponad 20 miliardów złotych

Do 2024 r. afrykański pomór świń kosztował rolników co najmniej 8,5-9,8 mld zł, eksporterów – 4,5 mld dol. utraconych przychodów, a państwo polskie – przynajmniej 9,4 mld zł wydane do bieżącego roku na walkę z ASF.

Wirus ASF obecny jest w Polsce od lutego 2014 r. i rozprzestrzenia się od północnego wschodu w kierunku południowym oraz zachodnim. Dwukrotnie nastąpił „skok” wirusa o ponad 100 km na zachód, co znacząco przyspieszyło rozwój choroby w środowisku leśnym. Obecność wirusa ASF, który cechuje się długą żywotnością w środowisku i skutkuje dużą śmiertelnością dzików i świń, sprawia, że pomimo zachowania dużej staranności w bioasekuracji liczba ognisk choroby wśród stad świń jest wysoka.

W ciągu 11 lat ASF stwierdzono w 576 gospodarstwach, w których wybito blisko 210 tys. świń o wartości 106 mln zł. Ponadto w tzw. stadach kontaktowych zlikwidowano 300-400 tys. świń o wartości 160-213 mln zł. Niestety, wartość wypłaconych odszkodowań była niższa od szacowanej wartości świń o około 75 mln zł.

Niepokojąca jest nadreprezentacja ognisk ASF w największych stadach. Likwidacja stada oznacza przecież co najmniej dwumiesięczny zakaz produkcji, przez co rolnicy nie mogą zarabiać, co oznacza utratę potencjalnie 37-44 mln zł. Oznacza to, że bezpośredni koszt jednego ogniska ASF w gospodarstwie wynosi 0,53-0,63 mln zł.

Znacznie większe są jednak koszty pośrednie, które ponoszą wszyscy rolnicy, także ci, którzy nie mieli w swoim gospodarstwie wirusa ASF. Największe straty ponoszą rolnicy ze stref czerwonych wyznaczanych na co najmniej rok wokół ognisk ASF. Wynikają one z niższych cen skupu. Średnia cena zbytu tuczników w strefie czerwonej była niższa o 0,714 zł/kg niż w pozostałych strefach, ale w zależności od regionu, sytuacji rynkowej i wielkości stada najczęściej mieściła się w przedziale od 0,2 do 1,5 zł/kg.

Obiektywizm naukowy skłonił nas do przyjęcia dwóch wariantów strat, tj. 50 proc. i 75 proc. średniej z mediów, tj. 0,357 zł/kg i 0,535 zł/kg. Przyjmując średni czas obowiązywania czerwonej strefy 14 miesięcy i pogłowie świń w gminach wg stanu z powszechnego spisu rolnego w 2020 r., można wyliczyć, że straty rolników z tytułu niższych cen skupu wyniosły co najmniej 2,20-3,29 mld zł. Wprowadzenie czerwonej strefy oznacza także 3-4-tygodniowy brak sprzedaży z gospodarstw, co rodzi problem braku miejsc w chlewniach i konieczność sprzedaży przerośniętych tuczników, których cena jest niższa średnio o 1,5 zł/kg. Oznacza to kolejne 73 mln zł strat.

Gospodarka i rolnictwo również ponoszą straty z powodu zaniechania produkcji trzody chlewnej. Raport PKO BP na temat ASF wskazuje, że tempo redukcji pogłowia na obszarach występowania ASF i ognisk choroby jest znacznie wyższe niż na innych obszarach. Np. w latach 2014-2020 średni ubytek gospodarstw wynosił odpowiednio 12,8 proc. wobec 7,6 proc. a zmiany w pogłowiu trzody chlewnej wyniosły odpowiednio -1,2 proc. i +0,1 proc.. Oznacza to utratę na terenach objętych ASF dodatkowego 1,3 proc. pogłowia rocznie.

Ponieważ obszary objęte ASF stopniowo się rozszerzały, można założyć umiarkowaną stratę dla całego okresu w wysokości 7,15 proc. Na początku 2025 r. w strefach różowej i czerwonej znajdowało się około 4,3 mln świń. Przy 25-proc. poziomie dochodu rolniczego, szacunkowa wartość nieuzyskanego dochodu rolniczego w ciągu 11 lat wyniosła 540 mln zł.

Dużym kosztem dla producentów trzody chlewnej było wdrożenie zasad bezpieczeństwa biologicznego. Do 2022 r. dofinansowanie przez ARiMR środków ochrony biologicznej dla rolników utrzymujących co najmniej 50 świń wskazywało na średni poziom poniesionych kosztów w wysokości 82 tys. zł, ale w 2024 r. było to już prawie 95 tys. zł, ale wiele z nich wydało znacznie więcej. Średnie realne wydatki na bioasekurację dla 30 tys. gospodarstw utrzymujących powyżej 50 świń wyniosły prawdopodobnie co najmniej 100 tys. zł na gospodarstwo, co oznacza dodatkowe wydatki na poziomie co najmniej 3,0 mld zł.

Z kolei 36 tys. gospodarstw przydomowych utrzymujących 10-50 świń, wydających średnio 5-10 tys. zł na bioasekurację, wydało kolejne 180-360 mln zł. Do powyższych kwot należy doliczyć bieżące wydatki na sprzęt ochronny i dezynfekcyjny o wartości 860 mln zł (2 tys. zł rocznie w większych fermach i 500 zł w mniejszych). Szacowane łączne wydatki na bioasekurację wyniosły więc 4,04-4,22 mld zł, z czego mniej niż jedna piąta została zrefinansowana w formie dotacji.

Wraz z kolejnymi programami zwalczania ASF rozrosła się biurokracja, obciążając zarówno rolników, jak i urzędy państwowe. Wywiady z rolnikami pokazują, że wypełnienie i dostarczenie obszernej dokumentacji zajmuje im około 60 godzin rocznie. Dodatkowo poświęcają oni co najmniej 20 godzin na przygotowanie się do co najmniej dwóch inspekcji weterynaryjnych rocznie. Przy wycenie pracy rolników według płacy parytetowej 40 zł/h, dla 66 tys. gospodarstw jest to koszt co najmniej 200 mln zł rocznie i 2,2 mld zł w ciągu 11 lat.

Ponadto wzrosły koszty świadectw zdrowia świń, które ważne jest przez 10 dni (dwa dni w strefie czerwonej) i od 2022 r. kosztuje co najmniej 112,8 zł. W ciągu 11 lat ten dodatkowy dokument kosztował rolników około 430 mln zł.

Podsumowując do 2024 roku ASF kosztował już rolników co najmniej 8,5-9,8 mld zł.

Pojawienie się ASF w Polsce oznaczało utratę wielu rynków eksportowych, w tym japońskiego, południowo-koreańskiego i chińskiego, do których w 2013 r. wyeksportowano wieprzowinę o wartości 0,22 mld dol. (w 2010 r. zaledwie 0,04 mld dol.) oraz kazachskiego i białoruskiego (0,14 mld dol. w 2013 r. i 0,11 mld dol. w 2010 r.). Uwzględniając możliwy dalszy wzrost eksportu mogliśmy stracić około 4,5 mld dol.

Zwalczanie ASF generuje również koszty i straty dla budżetu państwa. Analiza wydatków na zwalczanie ASF i odszkodowania dla rolników zapisanych w budżecie państwa jako rezerwa celowa poz. 12 w części 83 oraz w części 85 – „budżety wojewodów”, dział 010 – „rolnictwo i łowiectwo”, rozdział 01022, wskazuje, że w latach 2011-2023 z budżetu państwa wydatkowano na te cele 6,35 mld zł, a na lata 2024 i 2025 zarezerwowano w budżecie odpowiednio 0,93 mld zł i 0,92 mld zł (wykres 5). Daje to łączną kwotę 8,2 mld zł. Ponieważ w polskim budżecie występuje permanentny deficyt budżetowy, wydatki ponoszone przez państwo oznaczają jego wzrost. Przy założeniu zaledwie 4 proc. oprocentowania obligacji w ciągu 11 lat, na obsługę odsetek trzeba by już wydać około 1,2 mld zł. Razem to 9,4 mld zł.

Dopóki wirus ASF będzie obecny wśród dzików rolnicy i państwo polskie będzie płacić coraz wyższe koszty. W samym tylko 2025 roku mogą one wynieść 2,5-3,0 mld zł.

Szczegółowe wyniki badań można przeczytać w opublikowanym na portalu Medycyna Weterynaryjna artykule Benedykta Peplińskiego, Janusza Wojtczaka, Zygmunta Pejsaka i Grzegorza Woźniakowskiego „Economic costs of 11 years of ASF in Poland”. http://dx.doi.org/10.21521/mw.7042

Autor: Benedykt Pepliński 
————————-
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, członek TEP

Pozytywny poniedziałek: rynki rosną, a w Polsce długi weekend

Senat przełamuje impas, rosną szanse na zakończenie shutdown w USA. Odbicie GBP/USD od granicy 1,30 – co dalej z polityką monetarną na Wyspach? Pusty kalendarz makro na początku tygodnia, długi weekend w Polsce. 

To już 40 dni

W końcu przełom w politycznej grze w USA, w związku z trwającym shutdownem. Stosunkiem głosów 60-40 udało się zatwierdzić procedurę umożliwiającą dalsze prace legislacyjne nad ustawą budżetową. Otwiera to drogę do zakończenia paraliżu administracji rządowej w USA, który trwa już rekordowe 40 dni. Taki wynik głosowania to efekt wsparcia ze strony Demokratów, którzy złamali tym samym partyjną dyscyplinę. Inna sprawa, że bez tego impas trwałby dalej. W ramach projektu większość agencji ma otrzymać finansowanie do 30 stycznia, jak również będzie obowiązywał zakaz zwolnień w sektorze publicznym. Teraz ustawa ma trafić do Izby Reprezentantów, a następnie do podpisu przez prezydenta. Cała operacja może potrwać kilka dni i zakończyć ten najdłuższy w historii shutdown. Pozytywnie na te niedzielne głosowanie zareagowały rynki finansowe, giełdy amerykańskie na ten moment otworzą się wartościami ponad 1%.

BoE nie będzie miał łatwych decyzji

Na rynku FX zwraca uwagę odbicie od poziomu 1,30 na popularnym „kablu”. Ostatnia decyzja Banku Anglii, utrzymująca stopy bez zmian, dodała tlenu brytyjskiej walucie, ale na dłuższą metę nadal uwypuklają się czynniki deprecjacyjne. Z pewnością duży problem może też mieć BoE – gospodarka ma kiepskie parametry, ale decydenci mają związane ręce w związku z wysoką inflacją. Dynamika cen CPI utrzymuje się na poziomie 3,8% już kolejny miesiąc, w dużej mierze za sprawą czynników krajowych, które tworzą presję wzrostową. Zwyczajowo zwraca się też uwagę na inną parę, czyli EUR/GBP, która jest traktowana jak barometr wyspiarskiej gospodarki. Ostatnie poziomy w okolicach 0,88 widzieliśmy wcześniej 3 lata temu.

Efekty rozmów Trump-Xi

Na rynku FX dzisiaj bardzo spokojny początek tygodnia. Główna para oscyluje poniżej 1,16, a również na parach powiązanych z PLN nie widać wielkich zmian. Nieco inaczej wygląda sytuacja na rynku surowcowym, gdzie obserwujemy solidne wzrosty notowań złota, srebra, czy miedzi. Jest to z pewnością pokłosie doniesień z Białego Domu o tym, że Chiny zniosły kontrolę pierwiastków ziem rzadkich. Łagodzi to napięte stosunki między mocarstwami i ma niebagatelne znaczenie dla światowego wzrostu gospodarczego. To też krok w stronę stabilizacji relacji handlowych, które w ostatnich miesiącach spędzały sen z powiek nie tylko inwestorom. Zawieszenie ma trwać do 27 listopada 2026 roku. Dzisiaj w kalendarzu makro brak ważnych danych, dominuje pozytywny klimat inwestycyjny.

Kurs euro poniżej 4,24 zł. Polska waluta odzyskuje siłę po wystąpieniu prezesa NBP

Zmienność ceny euro jest ostatnio niewielka, ale – jeśli ktoś czekał na odrobinę tańsze euro – to chyba właśnie się doczekał. Nowe dane z rynku pracy w Kanadzie wydają się dużo lepsze, ale tylko do momentu, gdy zagłębimy się w detale. Poznaliśmy też decyzję jednej z trzech największych agencji ratingowych na temat oceny kredytowej Polski.

Złoty znów nabiera mocy

Polska waluta ma zo sobą kilka bardzo solidnych dni. Jeszcze na początku poprzedniego tygodnia zastanawialiśmy się, jak mocno euro przekroczy poziom 4,26 zł. Jednym z powodów była obniżka stóp procentowych. To zwyczajowo powinno osłabiać walutę. Jednak potem był jeszcze „stand up” prof. Adama Glapińskiego. Padło tam kilka wskazówek, które  uzasadniają dlaczego rynek może spodziewać się wstrzymania tempa obniżek stóp. Z drugiej strony co miesiąc słyszymy, że cyklu obniżek nie ma, ale ostatnim miesiącem bez obniżki był czerwiec (nie liczę sierpnia, kiedy nie było posiedzenia), a w maju obniżka była podwójna. Wygląda jednak na to, że rynek teraz już naprawdę wierzy prezesowi NBP i zakłada koniec cyklu. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że roczny WIBOR jest niższy od stawki 3-miesięcznej o zaledwie 0,12%. Pokazuje to, że na przestrzeni tych 9 miesięcy spodziewane jest raptem pół obniżki. Tak silne wyhamowanie obniżek to dla wielu inwestorów powód, by kupować walutę. To prawdopodobnie dlatego za jedno euro płacimy dzisiaj poniżej 4,24 zł. Z drugiej strony, obserwując nową listopadową projekcję inflacji, widać tam znacznie więcej przestrzeni na dalsze obniżki niż w lipcowej prognozie. Kolejne miesiące pokażą nam kto miał rację. Gdyby doszło do obniżek, powinniśmy obserwować wyraźną przecenę złotego.

Pozornie świetne dane z Kanady

Piątek to dzień danych z kanadyjskiego rynku pracy. Na pierwszy rzut oka odczyt wygląda naprawdę bardzo dobrze. Bezrobocie nieoczekiwanie spadło z 7,1% na 6,9%. Powodem jest fakt, że zamiast spodziewanego spadku o 3,5 tysiąca miejsc pracy mamy 66,6 tysiąca wzrostu. W czym zatem problem? Kanadyjczycy podają jedną ważną daną, której większość urzędów statystycznych tak chętnie nie ujawnia. Mowa o podziale zatrudnienia na pełno i niepełnoetatowe. W tym wypadku ubyło 18,5 tysiąca miejsc pracy na pełen etat. Przybyło jednak 85,1 tysiąca miejsc pracy na część etatu, wiele z nich to posady mało stabilne – fragmenty etatów w handlu czy transporcie. Mogą to być zatem sezonowe zmiany. Warto też odnotować duże zwolnienia w budownictwie. Nie zmienia to faktu, że rynki nie martwią się na zapas i wraz z lepszymi danymi postanowiły kupować dolara kanadyjskiego, który zyskiwał na wartości.

Rating Polski

W piątek poznaliśmy decyzję agencji ratingowej S&P. Podobnie jak w przypadku dwóch pozostałych agencji z tzw. wielkiej trójki, nie doszło do zmiany oceny kredytowej. Jednak, w przeciwieństwie do Moody’s i Fitch, S&P nie zmieniło perspektywy dla Polski na negatywną. Agencje mają taki zwyczaj, że – jeżeli widzą tendencje do zmiany – najpierw zmieniają perspektywę i jeżeli sytuacja się utrzyma, dopiero wtedy zmieniają rating. Mamy zatem jeszcze trochę czasu zanim, o ile w ogóle do tego dojdzie, ta agencja obniży nam rating. Co działa na korzyść Polski? Przede wszystkim dobre fundamenty i napływ funduszy z UE, z którymi w przeszłości różnie bywało. Co działa na niekorzyść? Agencje zwracając uwagę na rosnące zadłużenie i brak zdecydowanych działań mogących poprawić sytuację w przyszłości. Gdyby miało dojść do obniżenia ratingu, do czego mamy nadzieję nie dojdzie, powinno to powodować osłabianie się złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Duży wzrost składki zdrowotnej od 2026 roku. Dla małych przedsiębiorców to potężny cios

– Oczekujemy od rządzących stwarzania warunków do tego, by jednoosobowe działalności gospodarcze i małe firmy miały przestrzeń do rozwoju i funkcjonowania. Zgodnie z sugestiami przedsiębiorców udało zatrzymać się galopujący wzrost płacy minimalnej, ale problemem wciąż pozostaje składka zdrowotna. Wzrost zaplanowany na rok 2026 jest przerażający i dla wielu małych firm będzie ostatecznym przypieczętowaniem decyzji o zawieszeniu lub zamknięciu działalności – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Wyliczenia ekspertów Izby: poważne obciążenia dla sektora MŚP

Najnowsze wyliczenia ekspertów gospodarczych nie pozostawiają złudzeń – rok 2026 zacznie się dla przedsiębiorców trudną podwyżką składki zdrowotnej, a to prawdopodobnie nie koniec trudnych zmian.

– Wracają zasady dotyczące ustalania składki zdrowotnej sprzed 2025 roku – w konsekwencji od lutego 2026 podstawa wymiaru składki zdrowotnej przedsiębiorców opodatkowanych według skali podatkowej lub podatkiem liniowym, nie może być niższa niż 100% minimalnego wynagrodzenia które wyniesie 4.806 zł. Dotychczasowe 75% podstawy wynagrodzenia minimalnego z roku 2025 – 4666 zł spowoduje realne podwyższenie składki o 37% – z 314,96 do 432,54 zł. Dodatkowo wzrosną składki ZUS – wylicza Agnieszka Zamaro-Wiśniewska z firmy Zamaro Tax & Accounting.

– Obserwujemy stagnację i obniżenie nastrojów przedsiębiorców. Więcej działalności się zamyka lub zawiesza niż powstaje nowych. Koszty prowadzenia działalności są wysokie a przychody coraz częściej nie rekompensują ryzyka związanego z odpowiedzialnością małego biznesu. Wiele osób rozważy zmianę formy zarobkowania na pracę etatową, ograniczając działalność bądź ją zawieszając. Podwyższanie kwoty wolnej od składek ZUS w przypadku działalności nierejestrowanej również zmieni formę zarobkowania drobnego przedsiębiorcy i pozwali na ograniczenie obciążeń – mówi Agnieszka Zamaro-Wiśniewska.

„Nie uważamy, by temat składki zdrowotnej był zamknięty”

Jak dodaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, wiele firm usługowych, handlowych oraz małych działalności gospodarczych zwraca uwagę na coraz trudniejsze funkcjonowanie na rynku, zmniejszającą się konkurencyjność oraz trudność ze złapaniem biznesowej równowagi między ponoszonymi kosztami, a cenami proponowanymi klientom.

–  Branż, które mają obecnie problemy wymieniłabym bez problemu kilkanaście. W skali horyzontalnej gospodarka jest w dobrej kondycji. Nieco poprawiła się sytuacja w transporcie, budownictwie, gospodarce morskiej, przemyśle. Gorzej jednak wygląda sytuacja w motoryzacji, nieruchomościach, handlu, usługach, bankowości i księgowości czy w branżach kreatywnych – mówi Hanna Mojsiuk.

– Czynników powodujących, że małym firmom trudno utrzymać się na rynku jest wiele. Ze sztuczną inteligencją nie da się walczyć, ale z niesprawiedliwymi i często nieproporcjonalnymi daninami już powinniśmy. Jako Północna Izba Gospodarcza ponawiamy apel, by w 2026 roku jeszcze raz rządzący pochylili się nad tematem składki zdrowotnej. 37% wzrost tej składki w roku 2026 jest dla wielu firm nie do udźwignięcia – dodaje Hanna Mojsiuk.

„Wiele osób pracuje ponad siły prowadząc własną firmę. Etat jest łatwiejszy”

Eksperci dodają, że stałe wzrosty obciążeń podatkowych generują większą ilość pracowników etatowych, a mniej osób pracujących na etatach.

– Polacy niezmiennie są jednym z najbardziej przedsiębiorczych narodów. Przed laty widzieliśmy pewną stałą tendencję: gdy ambitny człowiek czuł gotowość, by rozwijać się samodzielnie zakładał firmę i poszerzał gospodarcze horyzonty na własną rękę. Teraz sytuacja się odwraca i widzimy, że coraz więcej osób prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze lub małe firmy zawiesza działalność i szuka pracy etatowej. Czynników powodujących taki stan rzeczy jest kilka: rynek w wielu sektorach staje się coraz trudniejszy np. rynek nieruchomości, marketing, handel i usługi. Druga sprawa to trudne do udźwignięcia koszty prowadzenia działalności. Przedsiębiorcy często pracują ponad siły po to, by wygenerować przychód pozwalający im na godne życie. Polski system podatkowy zdecydowanie nie sprzyja małym firmom. ZUS, składka zdrowotna, obciążenia podatkowe, to wszystko składa się w bardzo drapieżną całość, która „wydziera” znaczną część przychodów firm MŚP – komentuje Paweł Skotnicki, ekspert gospodarczy i ubezpieczeniowy.

– Ostatnio miałem okazję rozmawiać z klientką, która po ponad dekadzie prowadzenia własnej firmy zatrudniła się w dużym, międzynarodowym przedsiębiorstwie. Gdy zapytałem: skąd ten ruch? Odpowiedziała: bo już nie mam siły, by bez przerwy walczyć i się martwić. Etat pod tym względem jest więc zupełnie innym standardem funkcjonowania – dodaje Skotnicki.

Szara strefa kosztuje miliardy, ale jej zwalczanie również

Szara strefa jest powszechna w gospodarkach na całym świecie i stanowi istotny element funkcjonowania rynku. Aby oszacować, jaki odsetek PKB ta strefa zajmuje, konieczne jest precyzyjne określenie, co wchodzi w jej zakres. Przy szerokim rozumieniu – obejmującym wszystkie unikania i omijania podatków, składek społecznych czy innych obowiązków finansowych idących „pod stołem” – szacunki międzynarodowe wskazują, że w najbardziej rozwiniętych gospodarkach może ona stanowić nawet do 19% PKB. W Polsce sytuacja wygląda nieco inaczej – badania i szacunki opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują, że w kontekście rynku pracy około 6-7% pracowników jest aktywnych w szarej strefie. To oznacza, że choć skala jest mniejsza niż w najbardziej rozwiniętych krajach – problem nadal istnieje i wpływa na stabilność finansów publicznych. Paradoksalnie, walka z tym zjawiskiem jest trudna – ponieważ skuteczne ograniczenie szarej strefy wymagałoby wzmożonych kontroli i nadzoru nad działalnością przedsiębiorstw oraz obywateli. Taki kierunek działań nie spotkałby się jednak z entuzjazmem społecznym z powodu dodatkowej biurokracji i nacisku na obywateli.

– Z drugiej strony, pojawia się argument, że szara strefa pełni pewną funkcję w gospodarce. Niektóre regulacje, mimo że formalnie negatywnie wpływają na budżet, mogą być postrzegane jako konieczne w kontekście funkcjonowania rynku – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan. – Doregulowanie sytuacji, czyli uregulowanie szarej strefy, nie tylko przynosiłoby zyski z większych wpływów podatkowych – ale także miałoby wpływ społeczny i gospodarczy. Obecnie, choć Minister Finansów intensywnie dąży do uszczelniania systemu, zwłaszcza w zakresie VAT – którego wpływy stanowią ponad połowę dochodów budżetowych – cały czas istnieje pytanie, czy inwestycje i środki konieczne do pełnego zwalczania szarej strefy przyniosłyby oczekiwany efekt finansowy. W praktyce szara strefa na poziomie budżetowym jest tematem kontrowersyjnym. Z jednej strony można argumentować, że intensywne działania wymagałyby znacznych nakładów finansowych na kontrole, administrację i działania prewencyjne, które – mimo wszystko – nie gwarantowałyby pełnego jej wyeliminowania. Z drugiej strony, równoważenie wpływów z VAT i innych źródeł wymaga długofalowych strategii oraz zrozumienia, że pełne wyeliminowanie szarej strefy jest bardzo trudne i prawdopodobnie kosztowne – a osiągnięcie równowagi oznaczałoby konieczność skoordynowanych działań na wielu poziomach. Podsumowując, obecność szarej strefy jest nieunikniona i stanowi zarówno wyzwanie, jak i element konieczny w funkcjonowaniu gospodarki. Podejmowane działania mają na celu nie tylko poprawę wpływów do budżetu, ale także lepsze dostosowanie regulacji do realiów rynkowych. Jednak z ekonomicznego punktu widzenia warto rozważyć, czy nakłady na intensyfikację kontroli i uszczelniania systemu rzeczywiście przyniosłyby proporcjonalne korzyści finansowe w porównaniu z kosztami ich realizacji – zaznacza Mariusz Zielonka.

Kredyty w euro wyprzedziły „frankowe” – zmiana lidera wśród walutowych hipotek

Pozwy i ugody doprowadziły do ciekawej sytuacji. Mianowicie, kredyty mieszkaniowe rozliczane w euro są więcej warte niż te frankowe”.

Dane BFG, KNF oraz NBP mówią nam wiele o sytuacji w portfelu kredytów mieszkaniowych. Jest ona dynamiczna ze względu na zmiany dotyczące umów „frankowych”. Portfel kredytów rozliczanych we franku kurczy się bardzo szybko, co doprowadziło do ciekawej sytuacji. Otóż, to nie frank, lecz euro jest obecnie główną obcą walutą kredytową Polaków, jeśli chodzi o kredyty mieszkaniowe. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zwracają uwagę na skalę oraz tempo zmian.

Poniższa tabela bazująca na danych KNF informuje o tym, jak od lipca 2018 r. do lipca 2025 r. zmieniała się wartość bilansowa brutto kredytów mieszkaniowych rozliczanych w różnych walutach. Należy zwrócić uwagę, że już w połowie 2024 r. doszło do zrównania wartości bilansowej brutto kredytów mieszkaniowych w EUR i CHF (na poziomie około 14 – 15 mld zł).

Natomiast jak podkreślają eksperci portalu RynekPierwotny.pl dane z lipca 2025 r. mówią o tym, że „frankowy” portfel kredytowy był warty „zaledwie” 8 mld zł. To duża zmiana nie tylko względem sytuacji sprzed roku. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze w lipcu 2019 r. można było mówić o stumiliardowej wartości „frankowych” kredytów mieszkaniowych. Portfel „hipotek” rozliczanych w europejskiej walucie też się kurczył, lecz znacznie wolniej, ponieważ nie dotyczyły go masowe ugody z bankami i pozwy.Wartość bilansowa brutto kredytów mieszkaniowych w EUR i CHF

Transformacja sektora BPO/SSC wpływa na rynek biurowy

Transformacja sektora BPO/SSC w Polsce w zaawansowane huby kompetencyjne ma wpływ, nie tylko na zmianę struktury zatrudnienia w branży, ale także na jej zapotrzebowanie na biura.

Sektor BPO/SSC w Polsce nie zwalnia, ale wchodzi w nowy etap rozwoju. Branża mierzy się obecnie z wyzwaniami, wynikającymi z relokacji usług biznesowych do innych części świata. Polska przestaje być rynkiem opartym na przewadze kosztowej. Wzrost poziomu wynagrodzeń i innych kosztów operacyjnych sprawia, że klasyczny model outsourcingu procesowego traci rację bytu. Zapotrzebowanie na tradycyjne role operacyjne dodatkowo ogranicza także postępująca automatyzacja i rozwój rozwiązań AI.

Siłą Polski nie jest dziś liczba etatów, ale dojrzałość sektora, jego specjalizacja, kompetencje oraz zdolność do świadczenia usług o wysokiej wartości. Branża rozwija swój potencjał w obszarach technologii, R&D, cyberbezpieczeństwa i zaawansowanej analityki, dzięki czemu pozostaje jednym z kluczowych graczy w regionie. Polska jest częścią globalnej transformacji sektora, ale już nie jej zapleczem kosztowym.

Nie obserwujemy zatem redukcji działalności BPO/SSC w Polsce, ale przekształcanie jej w kierunku usług zaawansowanych, wymagających wysokich kwalifikacji. Konkurencyjności sektora mierzona jest obecnie, nie liczbą stanowisk operacyjnych, a poziomem świadczonych usług.

Wpływ transformacji branży na rynek biurowy

Zmiany te wywierają istotny wpływ na rynek biurowy, przede wszystkim w miastach regionalnych, które przez wiele lat były naturalną lokalizacją dla centrów usług, dzięki niższym kosztom operacyjnym i dostępowi do talentów. Dziś jednak rynki biurowe w regionach notują rosnące poziomy pustostanów. Brakuje natomiast inwestorów, którzy mogliby wypełnić duże powierzchnie.

Branża usług dla biznesu nadal pozostaje jednym z najważniejszych segmentów polskiej gospodarki oraz kluczową grupą najemców biur. Sektor BPO/SSC generuje około 16 proc. całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w kraju. Liderami aktywności na rynkach regionalnych pozostaje Kraków i Wrocław, co potwierdzają m.in. niedawne renegocjacje umów najmu realizowane m.in. przez takie firmy. jak Motorola Solutions (Green Office) i Shell (DOT Office).

Mniej powierzchni, więcej jakości

Najnowsze dane pokazują, że w centrach usług dla biznesu pracuje w Polsce niemal 489 tys. osób, a zatrudnienie w pierwszym kwartale 2025 roku było o ponad 6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Sektor nie doświadcza zatem regresu, lecz przechodzi intensywną transformację, która zmienia również strategię i modele wynajmu powierzchni biurowych. Firmy nie rezygnują z biur, ale redefiniują ich funkcję i optymalizują przestrzeń.

Priorytety najemców zmieniają się, metraż przestaje być kluczowy, na znaczeniu zyskuje jakość. Firmy z sektora BPO/SSC stawiają dziś głównie na certyfikowane budynki klasy A, położone w najlepiej skomunikowanych lokalizacjach, oferujące szeroki wachlarz udogodnień, jak kawiarnie, tarasy, strefy relaksu, czy infrastruktura dla rowerzystów. Przesunięcie popytu w stronę topowych lokalizacji szczególnie widoczne jest w Warszawie, gdzie poziom pustostanów w centrum spadł do 6,9 proc. Przy niskiej dostępności nowych projektów oznacza to rosnącą konkurencję o biura odpowiadające wymaganiom zaawansowanych procesów biznesowych.

Core & Flex zamiast klasycznej ekspansji

W nowych realiach firmy coraz częściej decydują się na model Core & Flex. Tradycyjne biura (core) pełnią funkcję centrów zarządzania, integracji oraz umacniania kultury organizacyjnej, natomiast biura elastyczne (flex) wykorzystywane są do obsługi projektów tymczasowych, nowych zespołów czy działań rekrutacyjnych. Nie obserwujemy więc rezygnacji ze standardowych biur, lecz ich funkcjonalną reorganizację, celem dostosowania przestrzeni do nowego systemu pracy i zmiennych potrzeb projektowych. Rośnie również popularność podnajmu, który umożliwia efektywne zagospodarowanie nadwyżkowych powierzchni.

Rosnące koszty pracy oraz rozwój technologii AI powodują spadek zapotrzebowania na pracowników realizujących zadania powtarzalne. Polska nie jest już rynkiem taniej siły roboczej dla globalnych korporacji, ale zapleczem oferującym specjalistyczne usługi o wysokiej wartości. To z kolei wymusza zmianę standardów powierzchni biurowych w kierunku przestrzeni wspierających zaawansowane procesy, współpracę, kreatywność, bezpieczeństwo oraz zgodność z ESG.

Reorganizacja portfeli biurowych

Strategiczne posunięcia w zakresie najmu umożliwiają optymalizację kosztów i pozwalają firmom elastycznie dopasować przestrzeni do bieżącej skali działalności. To także sygnał, że sektor wchodzi w etap porządkowania portfeli biurowych. Część firm rozważa konsolidację biur regionalnych lub relokację do mniejszych, lecz lepszych jakościowo przestrzeni. Relokacja wiąże się zwykle z redukcją metrażu średnio o 20–30 proc. Z drugiej strony natomiast presja na powrót pracowników do biur ogranicza zakres cięć powierzchni. Trend jest jednak wyraźny – mniej metrów, więcej jakości.

Inwestycje w sektorze BPO/SSC realizowane są obecnie w Polsce, nie poprzez ekspansję powierzchniową, ale poprzez konsolidację zasobów, poprawę jakości środowiska pracy, wdrażanie nowych technologii oraz wybór przestrzeni bardziej dostosowanych do hybrydowego modelu pracy i wspierających funkcjonowanie specjalistycznych centrów kompetencyjnych.

Rynki z optymizmem: budżetowy kompromis w USA coraz bliżej

Senat Stanów Zjednoczonych zatwierdził, stosunkiem głosów 60 do 40, procedurę umożliwiającą dalsze prace legislacyjne nad ustawą budżetową, która ma zakończyć trwający od 40 dni paraliż administracji federalnej. Kluczowe okazało się wsparcie ze strony grupy umiarkowanych Demokratów, którzy łamiąc partyjną dyscyplinę, przełamali impas legislacyjny.

Projekt ustawy zakłada pełne finansowanie dla Departamentów Rolnictwa, Spraw Weteranów oraz samego Kongresu. Pozostałe agencje rządowe mają otrzymać tymczasowe finansowanie do 30 stycznia. Ustawa przewiduje również wypłatę zaległych wynagrodzeń dla pracowników federalnych, przywrócenie finansowania dla samorządów oraz powrót części pracowników do pracy. Do końca stycznia obowiązywać ma zakaz nowych zwolnień w sektorze publicznym.

Projekt ustawy napotyka jednak istotny opór w Izbie Reprezentantów. Głównym punktem spornym jest brak zapisów dotyczących przedłużenia ulg w ramach Affordable Care Act (tzw. Obamacare), co spotkało się ze sprzeciwem Demokratów. Choć Republikanie zapowiedzieli oddzielne głosowanie nad tymi ulgami do połowy grudnia, część Demokratów uznała te gwarancje za niewystarczające. Lider Partii Demokratycznej w Izbie zadeklarował zdecydowany sprzeciw wobec ustawy w jej obecnym kształcie.

Sytuacja ta wpisuje się w szerszy kontekst polityczny. Republikanie, stosując taktykę opóźniania, utrzymywali Izbę poza sesją od 19 września, a presja społeczna narastała wraz z kolejnymi konsekwencjami shutdownu. Administracja Białego Domu zmagała się z masowymi zwolnieniami, wstrzymaniem wypłat oraz koniecznością reagowania na próby obchodzenia nakazów sądowych w sprawie zasiłków żywnościowych. Tuż przed Świętem Dziękczynienia, działania sekretarza transportu doprowadziły do odwołania wielu lotów, co dodatkowo spotęgowało naciski społeczne.

Koszty gospodarcze paraliżu administracyjnego są znaczące. Według szacunków, shutdown generuje straty rzędu 15 mld USD tygodniowo. Biuro Budżetowe Kongresu (CBO) prognozuje, że w IV kwartale PKB może obniżyć się o 1.5 punktu procentowego. Nastroje konsumenckie osiągnęły najniższy poziom od trzech lat, rośnie niepewność co do dalszego kształtowania się cen i sytuacji na rynku pracy. Wstrzymanie publikacji danych makroekonomicznych dodatkowo utrudnia działania Rezerwy Federalnej, która musi podejmować decyzje niemal „w ciemno”.

Ustawa zawiera również szereg dodatkowych zapisów, które zostały uznane za sukces Partii Demokratycznej. Udało się zablokować proponowane wcześniej cięcia międzynarodowej pomocy żywnościowej oraz zabezpieczyć większe środki na ochronę Kapitolu. Kontrowersje budzi jednak punkt dotyczący ograniczenia sprzedaży produktów zawierających psychoaktywne związki z konopi, co – według szacunków branżowych – może zagrozić nawet 325 tys. miejsc pracy w tym sektorze.

Na wieści o postępach legislacyjnych pozytywnie zareagowały rynki finansowe. Kontrakty terminowe na indeks S&P 500 wzrosły o 0.76%, a Nasdaq 100 o 1.29%, co odzwierciedla rosnące nadzieje na zakończenie impasu. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła do poziomu 4.14%, a indeks dolara (DXY) osłabił się do poziomu 99.49 pkt.

Pokolenie X – za starzy do pracy za młodzi na emeryturę

Od 30. października 2025 do lutego 2026 Enpulse wraz ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie przeprowadzą badanie postaw i potrzeb pokolenia X (1965-1980) – grupy stanowiącej ponad 40% aktywnie pracujących. Będzie to pierwsze w Polsce badanie na taką skalę, porównywalne z projektem Work War Z, w którym udział wzięło ponad 12 tys. osób. Wyniki zostaną zaprezentowane wiosną 2026.

Czy Oni są ważni?

Przez trzy dekady pokolenie X w ciszy budowało firmy po transformacji, unowocześniało administrację i prowadziło młodsze roczniki na rynku pracy. Dziś, gdy Polska mierzy się z szybkim starzeniem się społeczeństwa, niedoborem talentów i zbliżającą się falą odejść doświadczonych specjalistów, najważniejsze pytanie brzmi: jak wykorzystać potencjał pracowników z pokolenia X i jakie warunki zapewnić, by chcieli „grać dalej”?

GeeX oddaje głos osobom 45+. Chcemy zrozumieć, co je motywuje, jakie mają ambicje rozwojowe i z jakimi barierami mierzą się dziś na rynku pracy. To pokolenie rzadko prosi o uwagę – po prostu dostarcza wyniki. Teraz my dostarczymy rzetelną wiedzę o nim mówi Magda Pietkiewicz, współtwórczyni Enpulse.

Z + X = ?

Badanie GeeX zostało zaprojektowane w oparciu o metodologię spójną z Work War Z, największym w Europie projektem poświęconym pokoleniu Z na rynku pracy. Dzięki temu po raz pierwszy powstanie porównawcza analiza postaw i oczekiwań pokoleń X i Z dwóch sił, które współtworzą dzisiejsze zespoły. Rezultatem będą wnioski i praktyczne wskazówki dla biznesu, działów HR oraz dla instytucji publicznych działających w obszarze rynku pracy i edukacji dorosłych. Celem jest także ograniczanie ageizmu i budowa inkluzyjnych środowisk pracy, w których dojrzałość jest przewagą, a nie deficytem.

Pokolenie X to kręgosłup wielu organizacji i jeden z kluczowych czynników odporności gospodarki. Jeśli chcemy rozwiązywać realne problemy — od luki kompetencyjnej po rosnące potrzeby opiekuńcze wobec bliskich – musimy precyzyjnie wsłuchać się w ich głos i przełożyć go na działanie – podkreśla Tomasz Szklarski, pomysłodawca badania GeeX.

Biznes ramię w ramię z nauką

Partnerem strategicznym projektu jest Szkoła Główna Handlowa w Warszawie. GeeX wpisuje się w misję uczelni tworzyć wiedzę, która wspiera decyzje biznesu i administracji publicznej. Finałem projektu będzie konferencja naukowa podsumowująca wyniki. Odbędzie się ona wiosną 2026 roku.

W ramach projektu GeeX działa Rada Naukowa, która łączy perspektywy nauki, administracji i biznesu. W jej skład wchodzą: dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak (SGH), Anita Noskowska-Piątkowska (Szefowa Służby Cywilnej), Paweł Jaroszek (Zarząd ZUS), Antonio Carvelli (Wiceprezes GI Group) oraz Paweł Dziekoński (Wiceprezes Fakro).

Czy zagadnienie jest istotne?

Według danych PSMM badanie Work War Z zebrało blisko 12 tys. odpowiedzi i zostało opisane w 3360 publikacjach o łącznym zasięgu ponad 240 mln odbiorców. Pokazuje to, jak duże jest zapotrzebowanie na rzetelne, porównywalne dane o pokoleniach i ich roli na rynku pracy. Dzięki spójnej metodologii oba badania pozwolą porównać postawy i potrzeby dwóch generacji. GeeX rozszerzy perspektywę, co pozwoli wyciągnąć nowe wnioski.