Cła Trumpa w rękach Sądu Najwyższego. Rynki w napięciu przed decyzją RPP

Rynki czekają – polskie na decyzję RPP, światowe na wyrok w sprawie ceł Trumpa. W tle spokojny kalendarz i lekko słabnący złoty, który odczuwa mieszankę globalnej niepewności i krajowych oczekiwań na cięcie stóp. Choć dzień zapowiada się spokojnie, to środowy poranek może przynieść wyraźne ożywienie nastrojów.

Prezes z nożyczkami

Podczas wtorkowej sesji lokalnie rynki ogniskują się już wokół jutrzejszej decyzji NBP. Analitycy są zgodni, że Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie obniży stopy procentowe o 25 punktów bazowych – ze stopy referencyjnej 4,50% do 4,25%. Założenie to wynika z październikowego odczytu inflacji CPI (2,8% r/r, przy miesięcznej zmianie jedynie +0,1% m/m), który okazał się niższy od oczekiwań i zwiększył prawdopodobieństwo działania RPP. Ponadto kluczowe znaczenie w ocenie polityki monetarnej będzie mieć najnowsza projekcja inflacyjna NBP, której wnioski zostaną przedstawione wraz z komunikatem. Poprzednia wskazywała, że inflacja osiągnie cel 2,5% dopiero w drugim kwartale 2027 r., można jednak zakładać, że tegotygodniowa przyspieszy ten moment. Tradycja podpowiada, że będzie to ostatnia obniżka w tym roku (grudniowe posiedzenia raczej nie są decyzyjne), jednak mało kto wierzy, że będzie to ostatni taki ruch w obecnym cyklu. W tym kontekście istotne będzie czwartkowe wystąpienie prezesa Glapińskiego.

„Economy will go to hell”

Globalnie inwestorzy nie mają chwili wytchnienia od prezydenta USA. W Stanach Zjednoczonych trwa wyczekiwanie na orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie ceł nakładanych przez Donalda Trumpa. Werdykt prawdopodobnie poznamy już jutro, a urzędujący prezydent w swoim stylu postanowił nałożyć dodatkową presję na orzekających. W jego mniemaniu, jeśli taryfy zostaną zakwestionowane, to amerykańskie parkiety akcyjne wspólnie z rodzimą gospodarką czeka załamanie. Co ciekawe, inwestorzy mimo że nie są aż tak kasandryczni, to podzielają jego obawy i główne amerykańskie indeksy pozostają na delikatnym minusie w handlu przedsesyjnym. Sam dolar we wtorek jest stabilny, a zmienność na głównej parze walutowej globu jest dziś mocno ograniczona.

Spokojny kalendarz

Wtorkowa kartka z kalendarza nie należy do najmocniej wypełnionych. Brakuje w niej kluczowych publikacji z najważniejszych rynków, dlatego inwestorzy mogą skupiać się na wydarzeniach okołorynkowych. Głównym impulsem było nocne (według naszego czasu) posiedzenie banku centralnego Australii, na którym jednak nie zdecydowano się na zmianę stóp procentowych. Decyzja była zgodna z oczekiwaniami analityków, choć dolar australijski dziś traci na wartości. Chwilę wcześniej lekko rozczarował indeks PMI dla japońskiego przemysłu, a poranne wystąpienie Christine Lagarde nie przyniosło istotnych reakcji rynkowych. Więcej do powiedzenia może mieć Joachim Nagel podczas wieczornego przemówienia. Złoty pozostaje dziś pod delikatną presją, co nie zaskakuje, biorąc pod uwagę miks globalnej niepewności oraz oczekiwania na cięcie stóp w Polsce. Dolar przebija poziom 3,70 zł, a kurs euro zbliża się do 4,26 zł.

Daniel Ek: „Biznes ma się dobrze” – Spotify ogłasza wyniki za Q3 2025 z imponującymi wzrostami

Spotify opublikowało dziś wyniki finansowe za III kwartał 2025 roku, co stanowi kolejny etap w ramach tego, co firma określiła mianem „Roku Przyspieszonej Egzekucji”. Osiągnięto dwucyfrowy wzrost liczby subskrybentów, przekroczono kamień milowy 700 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie oraz uzyskano rekordową rentowność, jednocześnie umacniając pozycję lidera w obszarze muzyki, podcastów i audiobooków.

Wyniki Spotify za III kwartał:

  • Liczba subskrybentów wzrosła o 12% rok do roku, do poziomu 281 milionów.
  • Liczba aktywnych użytkowników miesięcznie zwiększyła się o 11% rok do roku, do 713 milionów.
  • Całkowite przychody wzrosły o 12% rok do roku (w stałej walucie), osiągając 4,3 miliarda euro.
  • Marża brutto poprawiła się o 56 punktów bazowych rok do roku, do poziomu 31,6%.
  • Dochód operacyjny wyniósł 582 miliony euro.

Daniel Ek, założyciel i dyrektor generalny Spotify, powiedział:

Biznes ma się dobrze. Działamy szybciej niż kiedykolwiek. Dysponujemy narzędziami, których potrzebujemy – polityką cenową, innowacjami produktowymi, dźwignią operacyjną, a wkrótce także poprawą w segmencie reklam – aby zapewnić zarówno wzrost przychodów, jak i ekspansję zysków. Wszystko sprowadza się do podstawowych wskaźników użytkowników, a tu jesteśmy w świetnej formie: 700 milionów użytkowników, którzy stale wracają, zaangażowanie na rekordowym poziomie. Budujemy Spotify z myślą o długoterminowej przyszłości.

W III kwartale Spotify wprowadziło szereg nowych funkcji i aktualizacji, które zwiększają wartość zarówno dla użytkowników darmowych, jak i Premium – w tym ulepszoną wersję darmowego planu, narzędzia do miksowania playlist, bezstratną jakość dźwięku, integrację z Chatem GPT, funkcję wiadomości i wiele innych. Te elementy ułatwiają użytkownikom odkrywanie, komunikowanie się i tworzenie w ramach platformy, jednocześnie zwiększając zaangażowanie i czas spędzany w Spotify.

Spotify w liczbach:

  • 713 mln aktywnych użytkowników miesięcznie (MAU)
  • 281 mln subskrybentów
  • ~7 mln tytułów podcastów
  • Ponad 480 000 wideo podcastów
  • Ponad 390 mln użytkowników obejrzało przynajmniej jeden podcast wideo na Spotify – wzrost o 54% rok do roku
  • Ponad 500 000 audiobooków w języku angielskim
  • 10 miliardów dolarów wypłaconych branży muzycznej w 2024 roku
  • Około 60 miliardów dolarów wypłaconych branży muzycznej od momentu powstania Spotify

Grzegorz Soczewka nowym szefem sprzedaży OVHcloud na Europę Wschodnią

0

Grzegorz Soczewka objął z początkiem listopada 2025 roku stanowisko szefa sprzedaży odpowiedzialnego za działania handlowe w regionie Europy Wschodniej w OVHcloud. Firma jest globalnym graczem na rynku chmury obliczeniowej i europejskim liderem w tej dziedzinie.

Jako VP Sales, Grzegorz Soczewka będzie odpowiedzialny za wdrożenie strategii „Go-To-Market, Be Ahead”, której celem jest budowanie oferty europejskiego dostawcy chmury. Zadania nowego szefa sprzedaży skupiają się na rozwoju programu partnerskiego, ekspansji w segmentach AI, fintech, administracji publicznej oraz Przemysłu 4.0, jak również wzmacnianiu oferty chmury. Grzegorz Soczewka będzie wspierać kanał sprzedaży oraz wzmacniać partnerskie relacje z klientami, pozycjonując OVHcloud jako europejskiego dostawcę chmury łączącego suwerenność danych z mocą AI.

Z dużą satysfakcją dołączam do zespołu OVHcloud. Wierzę w ogromny potencjał firmy, która może stać się pierwszym wyborem dla podmiotów z Polski i regionu, dla których liczą się wartości takie jak suwerenność, elastyczność działania i niezależność. W moich działaniach skupię się na rozwijaniu ekosystemu łączącego klientów, partnerów i zespoły sprzedaży, w którym interakcje z OVHcloud przekładać się będą na wymierne rezultaty biznesowe. Wspólnie możemy tworzyć rozwiązania odpowiadające na strategiczne potrzeby organizacji i wspierać ich rozwój w długiej perspektywie – powiedział Grzegorz Soczewka, VP Sales for Eastern Europe w OVHcloud.

Grzegorz Soczewka posiada ponad 20-letnie doświadczenie w obszarze sprzedaży, IT, usług chmurowych oraz rozwoju biznesu. Specjalizuje się w zarządzaniu strukturami sprzedażowymi, ekspansji międzynarodowej oraz budowaniu trwałych relacji z klientami i partnerami strategicznymi. W minionych latach koncentrował się na praktycznym zastosowaniu sztucznej inteligencji w biznesie, zarówno w kontekście automatyzacji procesów, jak i tworzenia modeli sprzedażowych rozwiązań opartych na AI. Jego podejście łączy innowacje technologiczne z konkretnymi potrzebami organizacji, zapewniając wymierne efekty finansowe i przewagę konkurencyjną.

Przed dołączeniem do OVHcloud pełnił funkcje zarządcze m.in. w firmach Euvic Future Work, Konica Minolta BS, a także grupie INDATA. Współpracował również z globalnymi liderami, takimi jak Dell i IBM. Na przestrzeni lat zarządzał złożonymi zespołami, rozbudowywał portfele klientów i ściśle współpracował z partnerami strategicznymi, aby wspólnie tworzyć wartość i osiągać konkretne rezultaty biznesowe.

Grzegorz Soczewka ukończył studia z zakresu finansów i rachunkowości oraz zarządzania i marketingu. Wykształcenie uzupełnił studiami podyplomowymi MBA w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, koncentrując się na zagadnieniach zarządzania strategicznego i rozwoju organizacji.

Regionalne rynki biurowe hamują. Tylko 18 tys. mkw. nowej podaży w III kwartale 2025

0

Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy w regionach”, trzeci kwartał 2025 roku na największych regionalnych rynkach biurowych charakteryzował się wyjątkowo niskim wolumenem nowej podaży i jednocześnie stabilnym poziomem aktywności najemców. Ogólny współczynnik pustostanów utrzymał się w trendzie wzrostowym, choć dostępność większych modułów o powierzchni ponad 3000 mkw. w centrach biznesowych poszczególnych miast wyraźnie się zmniejszyła.

Na koniec trzeciego kwartału 2025 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu największych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin) wyniosły 6,73 mln mkw. Do końca września oddano do użytku 18 050 mkw. nowej powierzchni – to najmniej od początku prowadzenia statystyk dla miast regionalnych. W trzecim kwartale ukończono trzy inwestycje oferujące łącznie ok. 15 650 mkw., z czego ponad 63% przypadło na krakowski biurowiec Stella Office.

– Podobnie jak w Warszawie, również w miastach regionalnych przyspiesza trend modernizacji oraz konwersji starszych i nieefektywnych budynków biurowych. W efekcie od stycznia z puli istniejących zasobów wycofano przeszło 74 000 mkw. biur, z czego ponad 66% w obiektach ukończonych przed rokiem 2010. Pomimo ograniczonej nowej podaży deweloperzy wstrzymują się z rozpoczynaniem dużych inwestycji biurowych. Nadal dokładnie monitorują aktywność najemców, poziom wynajęcia istniejących obiektów i zainteresowanie podpisywaniem umów przednajmu – mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

Na koniec trzeciego kwartału 2025 roku w budowie pozostawało ok. 198 000 mkw. biur – to o ponad 5% mniej niż w drugim kwartale 2025 roku i prawie 6% mniej niż rok wcześniej. Warto zauważyć, że tylko sześć spośród przeszło 20 realizowanych obecnie projektów liczy ponad 10 000 mkw., co pokazuje, że deweloperzy uzależniają rozpoczęcie większych inwestycji od zawarcia umów przednajmu.

W porównaniu z pierwszym półroczem trzeci kwartał charakteryzował się umiarkowaną aktywnością najemców. W tym czasie podpisano umowy najmu na nieco ponad 134 400 mkw., co stanowi ok. 26% całkowitego popytu odnotowanego od stycznia do końca września 2025 roku. Z kolei popyt brutto za pierwsze trzy kwartały wyniósł niemal 521 800 mkw. i był wyższy niż w analogicznym okresie w 2024 roku o ponad 6%.

W okresie od początku stycznia do końca września 2025 roku najwięcej powierzchni biurowej, bo aż 203 850 mkw., najemcy wynajęli w Krakowie. Na drugiej pozycji znalazł się Wrocław (107 400 mkw.), natomiast w Trójmieście aktywność najemców nieznacznie przekroczyła 71 700 mkw.

– Na Kraków, Wrocław i Trójmiasto przypadło ponad 73% całkowitego popytu zarejestrowanego w regionach w pierwszych trzech kwartałach 2025 roku. W miastach regionalnych – podobnie jak w Warszawie – obserwujemy kurczącą się dostępność większych modułów biurowych o powierzchni ponad 3000 mkw. w centralnie położonych budynkach oferujących nowoczesne rozwiązania zarówno technologiczne, jak i z zakresu ESG – dodaje Karol Wyka.

W strukturze popytu nadal dominują renegocjacje. W trzecim kwartale 2025 roku udział renegocjacji i odnowień umów w całkowitym wolumenie najmu wyniósł 42%, a w pierwszych trzech kwartałach sięgnął aż 54%. Nowe umowy w okresie od stycznia do września stanowiły 34% wszystkich transakcji, natomiast pozostałe 12% przypadło na ekspansje (6%), transakcje na potrzeby własne (4%) oraz przednajmy (2%).

Pomimo ograniczonej nowej podaży i wycofywania z rynku starszych i nieefektywnych biurowców wskaźnik pustostanów w głównych miastach regionalnych utrzymuje się powyżej 17% już od trzeciego kwartału 2023 roku. Na koniec września 2025 roku wyniósł on 17,7%, co oznacza wzrost o 0,2 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem oraz o 0,4 p.p. w ujęciu rocznym. Na dwóch rynkach stopa pustostanów była powyżej 20%, a tylko na jednym nie przekraczała 10%. W ośmiu największych miastach regionalnych najemcy mają do dyspozycji łącznie prawie 1,2 mln mkw. wolnej powierzchni biurowej.

– Czynsze za najlepsze powierzchnie biurowe na największych rynkach regionalnych utrzymują się na stosunkowo stabilnym poziomie ok. 16,00-17,00 euro/mkw./miesiąc. Jednak ze względu na malejącą dostępność większych modułów, zwłaszcza w centrach biznesowych poszczególnych miast, stawki te sięgają nawet 18,00 euro/mkw./miesiąc. Z kolei właściciele budynków o wysokim współczynniku pustostanów coraz częściej oferują rozbudowane pakiety zachęt, aby przyciągnąć potencjalnych najemców – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Motoryzacja: Europa nie osiągnie pełnej elektryfikacji przed 2040 rokiem

Europa nie będzie w pełni zelektryfikowana przed 2040 r. – krótkoterminowa ulga dla europejskich producentów wiązać się może jednocześnie w dłuższej perspektywie z zapóźnieniem technologicznym. Gra nie toczy się jedynie o ambicje klimatyczne (vs. realizm korzystania z dotychczasowych technologii) – zapóźnienie technologiczne uzależni europejską motoryzację w jeszcze większym stopniu od chińskich akumulatorów i innych technologii, kładąc jednocześnie kres perspektywom globalnej konkurencyjności.

  • Konflikt nie przebiega na linii „ulga dla producentów pojazdów spalinowych vs. idee fix czystych technologii z Brukseli”. Plan Europy dotyczący wprowadzenia zakazu sprzedaży pojazdów z silnikami spalinowymi do 2035 r. jest zarzewiem konfliktu między krajowymi interesami przemysłowymi a ambicjami ekologicznymi regionu. Jasny jest podział stron sporu – w zależności od udziału motoryzacji w krajowym PKB (Niemcy 5%, Włochy 6% wobec poniżej 3% we Francji i Hiszpanii)
  • Sprzedaż pojazdów elektrycznych jest jedynym jasnym punktem na europejskim rynku motoryzacyjnym w tym roku (+24% sprzedaży od początku roku w porównaniu z +1% wzrostem całego rynku motoryzacyjnego; wzrost udziału w rynku o +3 p.p. do 16%), ale tempo wdrażania tej technologii jest nadal zbyt wolne, ponieważ infrastruktura dla pojazdów elektrycznych jest niewystarczająca, więc konsumenci preferują modele hybrydowe.
  • Decydujące – tempo elektryfikacji infrastruktury – spada, zamiast przyspieszać! Do końca 2025 r. UE ma dysponować około 1,1 mln stacji ładowania, czyli mniej niż jedna trzecia docelowej liczby 3,5 mln wyznaczonej przez Komisję Europejską na 2030 r., a co istotne – tempo instalacji infrastruktury (zasilania aut elektrycznych) spada do poziomu najniższego od 2019 r.
  • Problemy oraz obawy – zarówno te bieżące jak i te w najbliższej perspektywie mogą przesłonić szerszy kontekst: UE prawdopodobnie nie osiągnie celu, jakim jest pełna elektryfikacja do 2035 r., co z kolei zagraża realizacji celu osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 r.
  • W efekcie opóźnienie technologiczne Europy może się pogłębić: odłożenie zakazu stosowania silników spalinowych może wysłać sygnał, który źle zrozumiany pogorszy i tak już kruchą stabilność odnośnie kierunku w europejskim przemyśle motoryzacyjnym. Pogłębiłoby to jeszcze bardziej lukę technologiczną w stosunku do globalnych konkurentów, którzy korzystają z jasnych strategii i silniejszego wsparcia finansowego.
  • Zamknięte koło uzależnienia od starych technologii i braku samodzielności w wytwarzaniu kluczowych elementów: europejscy producenci samochodów mają trudności ze zmniejszeniem zależności swoich przychodów od bardzo dochodowego (bo cechującego się niższymi kosztami) segmentu pojazdów z silnikami spalinowymi. Ponadto lata niedoinwestowania w porównaniu z międzynarodowymi konkurentami – zwłaszcza amerykańskimi i azjatyckimi – spowodowały rosnącą lukę technologiczną, pozostawiając Europę w dużym stopniu zależną od Chin w zakresie dostaw akumulatorów i kluczowych komponentów do pojazdów elektrycznych. Ta zależność ogranicza zdolność regionu do zwiększania produkcji i wprowadzania innowacji w sposób konkurencyjny.

Plan Europy dotyczący wprowadzenia zakazu sprzedaży pojazdów z silnikami spalinowymi do 2035 r. jest przedmiotem konfliktu między krajowymi interesami przemysłowymi a ambicjami ekologicznymi całego regionu. Niemcy i Włochy naciskają na przesunięcie terminu 2035 r. i bardziej elastyczne ramy dla celów emisji dwutlenku węgla, argumentując to tym, że przemysł motoryzacyjny potrzebuje ulgi, ponieważ jego marże zysku ograniczają wyższe koszty produkcji i spadający popyt. Jednak Francja i Hiszpania zdecydowanie sprzeciwiają się wszelkim zmianom, obawiając się, że wysłałoby to zniechęcający sygnał do inwestorów i podważyłoby wiarygodność europejskiej mapy drogowej na rzecz neutralności emisyjnej. Podział ten odzwierciedla różną wagę sektora motoryzacyjnego w gospodarkach krajowych: zapewnia ona ponad 5% PKB i daje 800 000 miejsc pracy w Niemczech oraz około 6% we Włoszech, w porównaniu z mniej niż 3% we Francji i Hiszpanii. W opinii Allianz Trade strategicznie debata odzwierciedla również kontrastujące stanowiska producentów oryginalnego wyposażenia (OEM): niemieccy i włoscy producenci, w dużym stopniu uzależnieni od eksportu, mierzyć się muszą z pogarszającymi się perspektywami dla pojazdów elektrycznych (EV) za granicą. We wrześniu Stany Zjednoczone wstrzymały zachęty do zakupu pojazdów elektrycznych, a zarówno w Chinach, jak i w Europie europejskie marki mają trudności z konkurowaniem z chińskimi modelami pojazdów elektrycznych, które oferują zarówno wysoką jakość wykonania, jak i zaawansowaną technologię w bardzo konkurencyjnej cenie. W obliczu malejącej rentowności i swoich rezerw gotówkowych niemieccy producenci wyposażenia i części OEM nadal niechętnie angażują się w pełni w projekt oparty na pojazdach w pełni elektrycznych, ponieważ zwrot z tych inwestycji nie wydaje się im wystarczająco pewny i  atrakcyjny, aby zrównoważyć niedawne wzrosty kosztów spowodowane nowymi cłami amerykańskimi i nadwyżką mocy produkcyjnych w Europie.

Wykres 1: Zmiany podstawowych wskaźników finansowych niemieckich producentów OEM w ciągu ostatnich 12 miesięcy

Zmiany podstawowych wskaźników finansowych niemieckich producentów OEM w ciągu ostatnich 12 miesięcy*Zmiany od początku roku i w ciągu ostatnich 12 miesięcy na koniec października 2025 r. Źródła: LSEG Datastream, Allianz Trade Research

Krótkoterminowe obawy mogą przesłonić szerszą perspektywę: UE prawdopodobnie nie osiągnie celu pełnego przejścia na pojazdy elektryczne do 2035 r., co z kolei zagraża realizacji celu osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 r. Tempo rejestracji pojazdów elektrycznych i instalacji publicznych stacji ładowania (w tym szybkich i ultraszybkich ładowarek) w ciągu ostatniej dekady w opinii Allianz Trade sugeruje, że UE osiągnie ten cel dopiero w 2041 r. W bardziej optymistycznym scenariuszu cel ten mógłby zostać osiągnięty w 2037 r., jeśli UE zdoła uruchomić docelową liczbę 3,5 mln publicznych stacji ładowania do 2030 r.

Wykres 2: Scenariusze całkowitego przejścia UE na pojazdy elektryczne (rejestracje nowych samochodów osobowych = 100% pojazdów z napędem wyłącznie elektrycznym)

Scenariusze całkowitego przejścia UE na pojazdy elektryczne

Prognozy dotyczące liczby stacji ładowania wymaganych do 2030 r. w celu osiągnięcia celów redukcji emisji dwutlenku węgla: 3,5 mln według Komisji Europejskiej i 8,8 mln według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA). Źródło: Allianz Trade Research

Osiągnięcie celu na 2035 r. wymagałoby znacznie silniejszego impulsu fiskalnego na rzecz rozwoju infrastruktury pojazdów elektrycznych, poprawy łańcucha dostaw oraz umiarkowanego ożywienia popytu detalicznego na nowe samochody (o 2-3% więcej), co wydaje się mało prawdopodobne, ponieważ główne gospodarki zaciskają pasa, a europejscy producenci samochodów borykają się z trudnościami finansowymi.

Spójność w rozwoju infrastruktury ma kluczowe znaczenie dla zwiększenia skali elektryfikacji. Pojazdy EV i PHEV (+24% i +32%) są w tym roku najlepiej prosperującymi kategoriami układów napędowych, pomimo słabej koniunktury na europejskim rynku samochodowym (+1% od początku roku do września), który wydaje się osiągnąć nowy poziom poniżej 11 mln, czyli około 30% poniżej poziomu sprzed pandemii COVID-19. Jednak pomimo zauważalnego wzrostu penetracji rynku przez pojazdy elektryczne z roku na rok, dzięki czemu kategoria pojazdów BEV stała się trzecim wyborem nabywców, wyprzedzając pojazdy z silnikiem wysokoprężnym (+3 pkt od początku roku do 16%), tempo to jest zbyt wolne, aby osiągnąć cel wyznaczony na 2035 r. Penetracja rynku pojazdów BEV cierpi również z powodu konkurencji ze strony pojazdów hybrydowych, które pochłaniają około połowy strat rynkowych modeli z silnikami spalinowymi (~-10 pkt od początku roku). Od zeszłego roku pojazdy hybrydowe są najpopularniejszą kategorią na poziomie europejskim. Bez inwestycji w odpowiednio skalowaną i wydajną infrastrukturę dedykowaną pojazdom elektrycznym – w szczególności stacje ładowania, parkingi oraz powiązane usługi serwisowe i sieciowe – które pozwolą utrzymać wzrost i upowszechnienie pojazdów elektrycznych w regionie, ich udział w sprzedaży prawdopodobnie osiągnie pułap. Istnieje silna korelacja między poziomem infrastruktury publicznej przeznaczonej dla pojazdów elektrycznych a udziałem pojazdów elektrycznych z napędem wyłącznie akumulatorowym (BEV) w nowych rejestracjach, co widać w regionie skandynawskim, gdzie penetracja pojazdów elektrycznych jest najbardziej zaawansowana.

Rysunek 3: Gęstość infrastruktury pojazdów elektrycznych a udział w rynku / Ewolucja i prognozy dotyczące publicznych stacji ładowania do 2030 r.

Gęstość infrastruktury pojazdów elektrycznych a udział w rynkuEwolucja i prognozy dotyczące publicznych stacji ładowania do 2030

Źródła: Komisja Europejska (Europejskie Obserwatorium Paliw Alternatywnych), Allianz Research

Do końca tego roku w UE ma być około 1,1 mln stacji ładowania, czyli mniej niż jedna trzecia celu Komisji Europejskiej na 2030 r., który wynosi 3,5 mln. Obecne tempo instalacji znacznie spadło, osiągając zaledwie 23% w 2025 r., co jest najniższym wynikiem od 2019 r. Spowolnienie to, w połączeniu z nierównomiernym rozmieszczeniem infrastruktury – 56% punktów ładowania koncentruje się we Francji, Niemczech i Holandii, podczas gdy ponad 80% krajów UE plasuje się poniżej średniej regionalnej wynoszącej 13,3 stacji na kilometr drogi – utrudnia szerszą penetrację pojazdów elektrycznych. Aby osiągnąć cele na 2030 r., w opinii Allianz Trade tempo instalacji musi przyspieszyć do średniego rocznego wzrostu o 26% w ciągu najbliższych pięciu lat. Chociaż cel ten pozostaje poniżej średniej z ostatnich pięciu lat wynoszącej 47%, jego osiągnięcie będzie wymagało skoordynowanych działań wszystkich państw członkowskich w celu wyeliminowania różnic między krajami i stworzenia zrównoważonej, wydajnej i dostępnej europejskiej sieci stacji ładowania, która będzie w stanie wesprzeć przejście kontynentu na zrównoważoną mobilność.

Opóźnienie technologiczne Europy może się pogłębić, jeśli zrezygnuje ona ze swoich ekologicznych ambicji. Różnica cenowa między modelami z silnikiem spalinowym a modelami elektrycznymi nadal wpływa na decyzje zakupowe, ale nie jest już czynnikiem decydującym, ponieważ różnica ta znacznie spadła poniżej 20% w Europie i Stanach Zjednoczonych, w porównaniu z ponad 50% w 2018 r., dzięki gwałtownemu spadkowi kosztów akumulatorów, spowodowanemu niższymi cenami surowców i wzrostem wydajności, ale także dzięki zachętom publicznym i agresywnej polityce cenowej chińskich marek. Nie spowodowało to jednak wzrostu popytu na pojazdy elektryczne. Producenci samochodów mają trudności ze znalezieniem odpowiedniej formuły, która pozwoliłaby im zmniejszyć ekspozycję przychodów na bardzo dochodowy segment pojazdów z silnikami spalinowymi. Lata niedoinwestowania w porównaniu z międzynarodowymi konkurentami – zwłaszcza amerykańskimi i azjatyckimi – spowodowały rosnącą lukę technologiczną, pozostawiając Europę w dużym stopniu zależną od Chin w zakresie dostaw akumulatorów i kluczowych komponentów do pojazdów elektrycznych. Ta zależność ogranicza zdolność regionu do zwiększania produkcji i wprowadzania innowacji w sposób konkurencyjny. Jednocześnie producenci mają trudności z dostosowaniem się do oczekiwań klientów: pojazdy łączące duży zasięg, przystępną cenę i sprawdzoną niezawodność są nadal rzadkością, ponieważ większość modeli rzadko spełnia wszystkie te trzy wymagania. W tym kontekście potencjalne złagodzenie europejskich ram dotyczących emisji dwutlenku węgla grozi wysłaniem niewłaściwego sygnału i długoterminowo może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych dla całej branży, zniechęcając inwestorów, pogłębiając wątpliwości co do kierunku rozwoju branży i zwiększając dystans dzielący ją od globalnych konkurentów, którzy korzystają z jaśniejszych strategii i silniejszego wsparcia finansowego.

Wykres 4: Wskaźnik nakładów inwestycyjnych głównych producentów OEM w ciągu ostatniej dekady, w podziale na regiony geograficzne i kategorie samochodów

Wskaźnik nakładów inwestycyjnych głównych producentów OEM w ciągu ostatniej dekady

Na podstawie danych rocznych za rok finansowy 2024. Źródła: LSEG Datastream, Allianz Research

76% przedstawicieli Pokolenia Z pracuje na dwóch lub więcej etatach

0

Osobom z pokolenia Z stereotypowo przypisuje się lenistwo i brak zaradności, które rzekomo mają wpływać na ich kariery zawodowe. Tymczasem jak wynika z najnowszego raportu Hays Poland i OFF school, Zetki chętnie korzystają z wieloetatowości, czyli pracy w kilku miejscach jednocześnie. Tym samym dążą do większej niezależności finansowej, zdobycia różnorodnego doświadczenia czy nawet lepszego wykorzystania swojego czasu.

  • Pracownicy z pokolenia Z łączą części etatów nie tylko po to, aby więcej zarabiać, ale też z myślą o rozwoju – zarówno zawodowym, jak i osobistym. Zapytani o potencjalne konsekwencje wieloetatowości, najczęściej wskazują na ryzyko pogorszenia dobrostanu psychicznego.
  • Pracodawcy oceniają wieloetatowość bardziej surowo. Choć dzięki takiej praktyce mogą bezkosztowo zwiększyć zasoby kompetencyjne firmy, to upatrują w niej ryzyka związanego z kwestiami HR i prawnymi.
  • Nawet jeśli osoby z pokolenia Z nie pracują wieloetatowo, to pracodawcy i tak miewają zastrzeżenia do ich pracy. Szefowie najbardziej ubolewają nad niewystarczającą samodzielnością Zetek.

Pokolenie Z ceni sobie możliwość wyboru, elastyczność i innowacyjność. Jeśli można zrobić coś lepiej, łatwiej lub po prostu inaczej, młodzi chętnie to wykorzystają. Podobnymi zasadami kierują się w pracy. Zamiast całego etatu lub stałego zlecenia w jednej firmie, często wybierają współpracę z kilkoma organizacjami w tym samym czasie – w praktyce najczęściej z dwiema (76 proc.) lub trzema różnymi (17 proc.). Wówczas w większości przypadków (63 proc.) żadna z prac nie jest na pełen etat.

Badanie agencji doradztwa personalnego Hays Poland i Fundacji OFF school opisane na łamach raportu „Gen Boost 2025. Młodzi redefiniują pracę” pokazuje, iż młodzi zdają sobie sprawę z tego, że wieloetatowość nie jest rozwiązaniem idealnym. Wybierają je jednak świadomie, jako główną motywację wskazując kwestie finansowe i możliwość rozwoju w obszarze zainteresowań. Młodzi są też bardziej przychylni tej koncepcji niż pracodawcy. O ile pracę w kilku miejscach jednocześnie negatywnie ocenia tylko 11 proc. Zetek, to w przypadku pracodawców odsetek ten jest aż trzykrotnie wyższy.Hays Wykres 1

Źródło: Raport Hays Poland i OFF school „Gen Boost 2025. Młodzi redefiniują pracę”, październik 2025

Młodzi widzą więcej zalet wieloetatowości niż pracodawcy

Zarówno osoby z pokolenia Z, jak i pracodawcy uważają, że praca w kilku miejscach jednocześnie jest rozwiązaniem wspierającym rozwój pracowników. Potwierdzają to wyniki badania – analizując zalety wieloetatowości, Zetki wskazują nie tylko na możliwość zwiększenia zarobków, ale też zdobywanie doświadczenia, różnorodność zadań i szybszy rozwój kariery.Hays Wykres 2

Źródło: Raport Hays Poland i OFF school „Gen Boost 2025. Młodzi redefiniują pracę”, październik 2025

W oczach pracodawców to przede wszystkim możliwość zwiększenia wiedzy wewnątrz organizacji (41 proc.), rozwój pracowników (40 proc.), polepszenie ich dobrostanu (29 proc.) i zwiększanie umiejętności praktycznych wewnątrz organizacji (28 proc.). Warto jednak podkreślić, że aż 29 proc. ankietowanych pracodawców nie widzi zupełnie żadnych korzyści płynących z wieloetatowości. Wśród młodych pracowników taka odpowiedź uzyskała tylko 2 proc. wskazań.

Choć zaledwie ułamek przedstawicieli pokolenia Z uważa, że wieloetatowość nie przynosi żadnych korzyści, nie oznacza to, iż młodzi gloryfikują pracę w kilku miejscach jednocześnie. Wręcz przeciwnie – mają świadomość, że nie jest to rozwiązanie wolne od wyzwań. Może być jednak realnym wsparciem w wejściu w dorosłe życie. Ponadto, dzięki elastyczności tej koncepcji, daje ona przestrzeń do wprowadzenia lub rozwijania nowoczesnych form współpracy w firmach. A na nich mogą skorzystać już nie tylko Zetki, ale również pracujący rodzice, osoby z niepełnosprawnościami, aktywni zawodowo seniorzy, a nawet sami pracodawcy poszukujący oszczędności w procesie zatrudniania. – wyjaśnia Wiktoria Nowak, Co-founderka GenbOOst i Project managerka w Fundacji OFF school.

Zetki obawiają się o swój dobrostan, a pracodawcy o bezpieczeństwo firmy

Liczne korzyści, jakie zdaniem respondentów płyną z wieloetatowości, nie wykluczają jednak wielu wyzwań. Co ciekawe jednak, Zetki patrzą na potencjalne wady zupełnie inaczej niż pracodawcy. Z perspektywy młodych wieloetatowość może być źródłem problemów z dobrostanem psychicznym: przepracowania (75 proc.), stresu (64 proc.) i przeciążenia komunikacyjnego wynikającego z konieczności bycia „na bieżąco” w więcej niż jednym miejscu pracy (60 proc.). To dla nich też potencjalne ryzyko wypalenia zawodowego (47 proc.).

Z kolei dla firm największą słabością takiego rozwiązania są przede wszystkim wyzwania natury prawnej i HR. Główne obawy pracodawców dotyczą bowiem bezpieczeństwa informacji lub danych oraz jakości pracy zaangażowania wieloetatowców. W oczach szefów wyzwaniem może być również ograniczenie dostępności takich pracowników.Hays Wyrkes 3

Źródło: Raport Hays Poland i OFF school „Gen Boost 2025. Młodzi redefiniują pracę”, październik 2025

Żadna z perspektyw nie musi być niepoprawna, lecz odmienne spojrzenie na tę kwestię pokazuje, jak różnie generacje podchodzą do tego zjawiska. Chcąc skutecznie zarządzać wieloetatowcami, najważniejsze jest przede wszystkim wspólne określenie jasnego celu, zakresu odpowiedzialności i planu pracy. Lepsze od szczególnego monitorowania takich pracowników będzie też budowanie otwartej, transparentnej komunikacji i wzmacnianie zaufania.

Pomimo odmiennych perspektyw, współpraca z pokoleniem Z może być skuteczna

Działania na rzecz budowania zaufania i standardów komunikacji warto podejmować nie tylko względem Zetek pracujących w kilku miejscach jednocześnie, ale też wszystkich innych młodych pracowników. Jest to szczególnie istotne na początku współpracy z firmą. Badanie wykazało bowiem, że wieloetatowość to nie jedyny kontekst, w którym brakuje porozumienia pomiędzy młodymi i pracodawcami. Przeszło 70 proc. pracodawców uważa, że Zetki nie wykazują postaw, których oczekiwaliby od pracowników – samodzielności, transparentnej komunikacji i dzielenia się wiedzą ze współpracownikami. Ponad 60 proc. przedstawicieli firm twierdzi też, że młodzi nie potrafią udzielać informacji zwrotnej i nie są proaktywni.

Okazuje się jednak, że wcale nie musi być to problem na poziomie zachowań i cech młodych, a komunikowania oczekiwań, którego w międzypokoleniowych zespołach szczególnie brakuje. Skutkuje to pogłębieniem się wielu nieporozumień, m.in. dotyczących postaw i zaangażowania w pracę Zetek, a także utrudnia wykorzystanie ich pełnego potencjału.

– To, że obie strony miewają odmienne spojrzenie na dane kwestie, np. zaangażowanie w pracę, jest naturalne. Dzisiejsi menedżerowie, którzy często wchodzili na rynek pracy w zupełnie innych okolicznościach gospodarczych, są przyzwyczajeni do innych standardów i sposobów pracy. Z kolei pokolenie Z żyje w wymagających czasach powszechnej presji na sukces oraz porównywania się na platformach społecznościowych. Ich sposób na budowanie kariery i funkcjonowanie w środowisku zawodowym, a także proaktywność i styl komunikacji bywają więc inne niż to, do czego zdążyli się przyzwyczaić pracodawcy – wyjaśnia Karolina Lis, Senior Director w Hays Poland.

Lekcją zarówno dla młodych pracowników, jak również ich przełożonych może być więc to, aby dbać o komunikację i partnerskie relacje z drugą stroną. Świadomość, że właściwie intepretujemy słowa i rozumiemy perspektywę drugiej strony, a także jednakowo angażujemy się w partnerską relację, to podstawa skutecznego, międzypokoleniowego środowiska pracy.

O raporcie

Raport agencji doradztwa personalnego Hays Poland i Fundacji OFF school „Gen Boost 2025. Młodzi redefiniują pracę” został opracowany na podstawie danych uzyskanych w badaniu przeprowadzonym metodą CAWI w okresie od czerwca do sierpnia 2025 roku wśród blisko 200 pracowników z pokolenia Z i ponad 100 pracodawców reprezentujących pozostałe generacje. Publikacja została opatrzona patronatem Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Rynek nieruchomości komercyjnych: magazyny i handel hamują, biura i mieszkaniówka ponownie na fali

0

Choć aktywność inwestorów na polskim rynku nieruchomości komercyjnych jest słabsza niż przed rokiem, to można zaobserwować oznaki ożywienia. Realizowanych jest kilka dużych transakcji. Od początku 2025 r. łączna wartość inwestycji sięgnęła 2,5 mld EUR, wskazują najnowsze dane CBRE. Udział polskiego kapitału przekroczył jedną piątą całego wolumenu. W III kwartale najbardziej aktywny były sektor biurowy, następnie magazynowy i handlowy.

Podobnie jak na innych rynkach europejskich, procesy inwestycyjne w Polsce się wydłużają. Choć liczba umów nie odbiega od średniej z poprzednich lat, to ich wartość jest niższa. Sytuacja w drugiej połowie roku wykazuje jednak pewne oznaki ożywienia. W trakcie jest kilka dużych transakcji. Oczekujemy, że czwarty kwartał oraz kolejny rok będzie lepszy zarówno w kraju, jak i w całej Europie mówi Przemysław Felicki, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w CBRE.

Od początku 2025 r. łączna wartość inwestycji w nieruchomości komercyjne sięgnęła 2,5 mld EUR. To o 9,3 proc. mniej niż przed rokiem, gdy wolumen wyniósł 2,8 mld EUR. W III kwartale zrealizowanych zostało 29 transakcji. Największy ruch widać było w sektorze biurowym, który odpowiadał za 57 proc. wolumenu w III kwartale, następnie magazynowym (22 proc.) oraz handlowym (13 proc.). W porównaniu do początku roku, wyższą aktywność odnotowała branża hotelowa, w której zrealizowano trzy transakcje. Na rynku mieszkaniowym podpisana została jedna umowa.

Biura na plusie

Rynek biurowy cieszył się największym zainteresowaniem inwestorów. W III kwartale br. ulokowano w niego 474 mln EUR, co oznacza wzrost w porównaniu do poprzednich trzech miesięcy. Największa transakcja dotyczyła sprzedaży przez Golub GetHouse, Radziwill i CVI swoich udziałów i akcji w Mennica Legacy Tower spółce Mennica Polska, za łączną kwotę 180 mln EUR. Była to również największa transakcja we wszystkich sektorach w III kwartale 2025 r. Zdecydowaną większość kapitału zainwestowano na rynku warszawskim – 92 proc., a 8 proc. w regionach. Od początku br. stolica przyciągnęła trzy czwarte spośród całego wolumenu.

Magazyny i handel ze słabszym wynikiem

W III kwartale 2025 r. sektor magazynowy odnotował niższą wartość inwestycji w porównaniu z poprzednim kwartałem. Ulokowano w niego 179 mln EUR. Największą transakcją była sprzedaż Panattoni Park Rzeszów North za 58,7 mln EUR. Obiekt kupiła Arete Investment Group.

Sektor handlowy przyciągnął 109 mln EUR inwestycji, co również oznacza spadek w stosunku do poprzednich trzech miesięcy. Transakcje były realizowane przede wszystkim w miastach regionalnych i dotyczyły głównie parków handlowych, co jest kontynuacją trendu obserwowanego w poprzednich latach. Warszawa przyciągnęła jedynie 3,5 proc. całkowitej wartości umów zrealizowanych od początku 2025 r.

Mieszkania notują stały wzrost

Sektor mieszkaniowy systematycznie rośnie, mimo słabszego wyniku w porównaniu do poprzedniego roku. W III kwartale podpisana została jedna umowa, dotycząca nieruchomości studenckich – firma Xior nabyła prestiżowy kompleks Wenedow 3 w Warszawie za kwotę 32 mln EUR. Od początku roku w rynek ulokowano około 248 mln EUR. Przełomowa będzie sprzedaż platformy Resi 4 Rent za kwotę 560 mln EUR, na którą czeka branża.

Warto odnotować znaczny udział polskiego kapitału na rynku inwestycji w nieruchomości komercyjne w naszym kraju. Od początku roku sięgnął 21,8 proc., a kwota ulokowana przez rodzimych inwestorów wyniosła pond 551 mln euro mówi Przemysław Felicki, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w CBRE.

Polacy coraz bardziej skłonni inwestować w ekologiczne domy i mieszkania

Obecnie 47,8% Polaków zapewnia, że gdyby wkrótce kupowało dom lub mieszkanie, to zapłaciłoby więcej za obiekt zbudowany z materiałów ekologicznych, w tym z surowców wtórnych. 23,1% rodaków twierdzi odwrotnie, a 23% jest niezdecydowanych w tej kwestii. Tylko 6,1% informuje, że nie zamierza niczego kupować. Te wyniki mocno różnią się od opinii zebranych w 2023 roku. Wówczas otwartych na ekobudownictwo było 34,9%, niechętnych – 34,2%, a niepewnych – 21,6%. Ci, którzy byliby skłonni dopłacić, podają, o ile więcej (ponad standardową cenę) mogliby wydać na ww. cel. W tym roku najczęściej wybierany jest przedział 10-15% – 24,2% osób. Kolejne dwa to 5-10% i 15-20% – odpowiednio 22,8% i 17,3%. Ponad dwa lata temu 29% badanych zadeklarowało 5-10%, 24% wskazało 10-15%, a 21,7% – 15-20%.

Polacy w wieku 18-80 lat zostali zapytani o to, czy gdyby w najbliższej przyszłości kupowali dom lub mieszkanie, to zapłaciliby więcej za obiekt zbudowany z materiałów ekologicznych, w tym z surowców wtórnych. 47,8% ankietowanych odpowiedziało twierdząco, a 23,1% – przecząco. Z kolei 23% wykazało niezdecydowanie. Natomiast 6,1% stwierdziło, że nie zamierza niczego takiego kupować. Tak wynika z raportu pt. „Ekobudownictwo jest trendy? Edycja 2025”, opracowanego przez UCE RESEARCH i Studio4Space.

– Wyniki dają jasny sygnał, że budownictwo ekologiczne wyszło z cienia i ma szansę przestać być niszą. Klienci zaczynają w końcu widzieć ekoinwestycję nie jako koszt, ale jako inwestycję w jakość, zdrowie i niższe koszty eksploatacji w długim terminie. Co ciekawe, osób niechętnych i niezdecydowanych jest niemal tyle samo. Dla tych pierwszych najważniejszy jest najniższy koszt początkowy. Ja taką postawę też rozumiem, bo czynnik ekonomiczny dla dużej grupy Polaków jest i będzie kluczowy. Natomiast brak zdecydowania tych drugich wynika z luki informacyjnej. Oni czekają na wiarygodne dowody i dane. Ich postawa jest kluczowa dla przyszłego wzrostu zainteresowania ekologicznym budownictwem – mówi dr Bartosz Dendura, wykładowca akademicki z pracowni architektonicznej Studio4Space, współautor raportu.

Identyczne badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie 2023 roku. Obecne wyniki różnią się od opinii zebranych ponad dwa lata temu. Poprzednio na tak było 34,9% dorosłych Polaków, a na nie – 34,2%. Brak zdecydowania wykazywało 21,6%. Różnica pomiędzy odpowiedziami twierdzącymi i przeczącymi wynosi odpowiednio 0,7 p.p. i 24,7 p.p.

– Widać przełom, który przede wszystkim wynika z rosnącej świadomości i edukacji. To jest fundament. Wzrost wiedzy o kryzysie klimatycznym, konieczności działań proekologicznych rządów i mediów z pewnością robi swoje. Druga kwestia to czynniki ekonomiczne i regulacyjne. Rosnące koszty energii i słuszne regulacje UE dotyczące efektywności energetycznej budynków sprawiły, że nie da się dzisiaj zbudować domu z plastiku i ogrzać go węglem. Trzecia sprawa to obniżenie kosztów materiałów i technologii, dzięki rosnącej konkurencji. Nowoczesne budownictwo jest bardziej dostępne i pozwala na zmniejszenie kosztów zużycia energii – wyjaśnia dr Bartosz Dendura.

W obu edycjach badania osób niezdecydowanych było nieco ponad 20%. – To nie jest ani dużo, ani mało. Te osoby nie mają pewności, czy ekobudownictwo naprawdę się opłaca. Nie są pewne, czy deklarowane korzyści ekologiczne i zdrowotne są realne. Uważam, że ta grupa jest zdecydowanie bliższa Polakom otwartym na budownictwo ekologiczne, bo może jeszcze dać się przekonać. Kluczem do decyzji jest wiarygodność informacji. Potrzebne są analizy cyklu życia budynków, dojrzałe certyfikaty,  dofinansowania i projekty, które obniżą barierę początkowego kosztu – analizuje dr Bartosz Dendura.

Polacy, którzy byliby skłonni dopłacić, wskazali, o ile więcej (ponad standardową cenę) mogliby wydać. Najwięcej osób podało przedział 10-15% – 24,2%. Z kolei 22,8% ankietowanych wybrało 5-10%, a 17,3% zadeklarowało 15-20%. Obecne wyniki różnią się od tych z 2023 roku. Wówczas 29% respondentów wskazało granice 5-10%. Na drugim miejscu w zestawieniu był przedział 10-15% – 24% wskazań. Na trzeciej pozycji było 15-20% – 21,7%.

– To jest dowód na dojrzewanie segmentu potencjalnych nabywców budownictwa ekologicznego. Osoby już przekonane są gotowe zainwestować więcej niż dwa lata temu. To jest zgodne z całym procesem bogacenia się społeczeństwa, podnoszenia standardu życia i rosnącej świadomości we wszystkich dziedzinach. Klienci rozumieją, że aby osiągnąć realne oszczędności i korzyści, nie wystarczy symboliczny dodatek, ale potrzebna jest bardziej znacząca inwestycja w technologię – komentuje współautor raportu ze Studio4Space.

Według znawcy tematu, paradoksalnie wysoka inflacja w dłuższej perspektywie wzmocniła chęć inwestowania w rozwiązania energooszczędne. Skoro bowiem koszty utrzymania domu rosną w sposób nieprzewidywalny, inwestycja, która je stabilizuje i obniża, zyskuje na atrakcyjności, stając się swego rodzaju tarczą finansową. Równocześnie, w ciągu ponad dwóch lat, sytuacja na rynku materiałów ekologicznych uległa poprawie. Technologia stała się bardziej dostępna i konkurencyjna cenowo.

– Choć ceny poszczególnych surowców mogą się wahać, masowość produkcji, takich elementów jak pro-środowiskowe materiały budowlane, pompy ciepła czy panele PV, prowadzi do stopniowego spadku ich cen jednostkowych. W efekcie, choć materiały ekologiczne nadal bywają droższe, rośnie ich dostępność i liczba chętnych do zakupu. Różnice w cenie zmniejszają się, a korzyści eksploatacyjne rosną, co zwiększa skłonność do inwestowania w tego typu rozwiązania – dodaje współautor raportu.

Jak podsumowuje dr Bartosz Dendura, dopłata na poziomie 10-15% to już wystarczająca kwota, aby zastosować kluczowe rozwiązania, takie jak solidna izolacja bazująca na ekologicznych materiałach, wydajne źródło ciepła czy rekuperacja, co pozwala na osiągnięcie standardu budownictwa energooszczędnego. Choć do pełnego standardu pasywnego często potrzeba więcej, ten poziom inwestycji to już solidna podstawa.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport „Ekobudownictwo jest trendy? Edycja 2025” powstał na kanwie specjalnie przeprowadzonego badania opinii publicznej metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez UCE RESEARCH i pracownię architektoniczną Studio4Space na próbie 1003 Polaków w wieku 18-80 lat.

Polskie i litewskie ciężarówki niemile widziane na Białorusi. Poważny cios gospodarczy w newralgicznym dla transportu czasie

Miało być otwarcie przejść granicznych Polski z Białorusią, a jest nowy front konfliktu handlowego z krajem, który wspiera rosyjską agresję, a jednocześnie jest ważnym elementem szlaku transportowego między częścią Europy, a Azją. Aleksandr Łukaszenka wydał dekret blokujący możliwość przejazdu ciężarówek zarejestrowanych w Polsce i na Litwie. – Jest to gospodarczy odwet na zamknięte granice. Nie możemy poddawać się terrorowi handlowemu ze strony kraju, któremu daleko do demokracji. Niestety konsekwencje dla naszych firm są duże i rządzący muszą być tego świadomi – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Uderzenie w przedsiębiorców sektora TSL jest duże i na pewno rządzący powinni być tego świadomi”

Dekret prezydenta Łukaszenki to otwarcie kolejnego frontu w gospodarczej konfrontacji z Europą. Cios wymierzony w branżę, która odczuje go mocno w czasie zbliżającego się sezonu świątecznego.

– Jesteśmy tym, co oczywiste, bardzo zaniepokojeni. O ile zachodniopomorscy przedsiębiorcy i przewoźnicy drogowi nie są na pierwszym froncie gospodarczym tego konfliktu, tak wiele firm ze Szczecina obsługujących np. połączenia intermodalne czy eksportujących lub importujących towary z Chin zwraca uwagę, że to połączenie drogą lądową jest bardzo ważne – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Białorusi nie da się tratować jako przewidywalnego partnera gospodarczego, ale mogłoby się wydawać, że również w interesie tego kraju jest kontynuowanie tej transportowej nici współpracy. To działanie wbrew logice handlowej, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej trudno spodziewać się racjonalnych działań. Uderzenie w przedsiębiorców sektora TSL jest duże i na pewno rządzący powinni być tego świadomi – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Sektor TSL od momentu wybuchu wojny w Ukrainie jest targany szeregiem zmian.

– Ta niepewność jest z nami i tutaj żadne działania strony rosyjskiej czy białoruskiej nie mogą nas paraliżować. Trasy przez Białoruś były częste w przypadku transportu drogowego, ale w budowaniu łańcucha dostaw nigdy nie można było traktować ich jako pewnika. Zachodniopomorski sektor TSL ma port, trasy intermodalne, poradzimy sobie. W zdecydowanie gorszej sytuacji są przewoźnicy i spedycja przy granicy z Białorusią – przyznaje Przemysław Hołowacz, dyrektor ds. rozwoju biznesu Grupy CSL.

Eksperci TSL spodziewają się poważnych problemów

Swoje stanowisko przygotowało także Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych, które przyznaje, że problem jest poważny i należy na niego patrzeć nie przez pryzmat regionalny, a ogólnopolski, a nawet ogólnoeuropejski.

– Trasa drogowa przez Białoruś jest jedną z najważniejszą na trasie transportowej prowadzącej przez tzw. „drogowy Jedwabny Szlak” w stronę Chin. Wielu przewoźników drogowych z całej Polski pokonywało tę trasę regularnie, a ostatnie tygodnie przynosiły zapowiedzi wręcz otwarcia przejść granicznych z Białorusią. Oczywiście geopolityka jest bezwzględna, ale wydawało się, że w interesie obu narodów, a także szerzej całego świata leży to, by nie przenosić najostrzejszych rozwiązań konfrontacyjnych w takich sektorach jak np. transport międzynarodowy. Oczywiście wielu przewoźników drogowych, szczególnie w regionach granicznych z Białorusią od lat jest gotowych na to, że sytuacja może zmieniać się dynamicznie. Tutaj jednak decyzja prezydenta Białorusi wydaje się zupełnie zaskakująca i nie mająca uzasadnienia – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopolskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Europejskie stowarzyszenia zajmujące się międzynarodowym transportem drogowym mówią, że sytuacja zbliża się do katastrofy i jest odczuwalna dla całego sektora TSL. Z polskiego punktu widzenia trudności wynikające z blokady granic i ograniczenia ruchu handlowego są już dla nas pewną rutyną.

– W ciągu ostatnich trzech lat dziesiątki, o ile nie setki firm transportowych oraz przewoźników drogowych upadło lub radykalnie ograniczyło swoją działalność. Trudno więc jeszcze oceniać jak wielka będzie skala gospodarczych konsekwencji – jedno jest jednak pewne: przed nami radykalne utrudnienie w transporcie na linii Polska-Chiny w najważniejszym czasie dla międzynarodowego handlu, czyli w czasie okołoświątecznym. Nie wszystkim uda się przekierować ruch na transport kolejowy, morski lub mieszany. Spodziewamy się więc poważnych problemów u przewoźników z całej Polski, którzy obsługują lub mieli w planach obsługę połączeń z Chinami przez Białoruś – komentuje Matulewicz.

Północna Izba Gospodarcza przyłącza się do apelu do Ministerstwa Infrastruktury i Ministerstwa Spraw Zagranicznych o podjęcie pilnych działań w tej sprawie.

Spadki na Wall Street i w Azji. Korekta na rynku akcji napędzana obawami o wyceny

Globalna hossa na rynkach akcji, napędzana entuzjazmem wokół sztucznej inteligencji, uległa wyraźnemu spowolnieniu. Inwestorzy zaczynają kwestionować zasadność wysokich wycen, zwłaszcza w sektorze technologicznym. Kontrakty terminowe na indeks S&P 500 spadły o 1%, a na Nasdaq 100 o 1,3%, co stanowi odwrócenie wcześniejszych wzrostów. Przykładem pogłębiających się obaw jest spółka Palantir, której akcje straciły ponad 4% po sesji, mimo silnych wyników kwartalnych i podniesionej prognozy przychodów do 4,4 mld USD. Inwestorzy coraz częściej wskazują na ekstremalnie wysoką wycenę spółki – wskaźnik cena do przychodów sięga 85, co jest najwyższym poziomem w całym indeksie S&P 500.

Na Wall Street pojawiają się kolejne głosy ostrzegające przed możliwą korektą. Szefowie Morgan Stanley i Goldman Sachs podkreślają niebezpieczną koncentrację wzrostów wokół kilku największych spółek technologicznych oraz nierealne oczekiwania związane z komercjalizacją AI. Warto zaznaczyć, że nawet niewielkie spadki kursów po publikacji wyników finansowych mogą świadczyć nie tyle o słabości fundamentów, co o przeszacowanych oczekiwaniach rynku.

Negatywne nastroje przeniosły się również na rynki azjatyckie i europejskie. W Azji indeksy giełdowe spadły średnio o około 1%, a sektor technologiczny odnotował największy jednodniowy spadek od września. Również w Europie oczekiwane są spadki na otwarciu sesji, co odzwierciedla globalną korektę nastrojów. Kontrakty na DAX na chwilę przed 9:00 spadły o ponad 1,2% względem wczorajszego zamknięcia.

Niepewność co do dalszej ścieżki polityki pieniężnej w USA dodatkowo wpływa na rynki. Wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej są rozbieżne – przewodniczący Jerome Powell podkreślił, że nie ma gwarancji obniżki stóp procentowych w grudniu, podczas gdy Austan Goolsbee z Fed w Chicago wyraził większe obawy o inflację niż o rynek pracy. Z kolei Lisa Cook i Mary Daly zwracają uwagę na oznaki osłabienia rynku pracy, choć Daly zaznacza, że decyzje muszą być podejmowane z „otwartym umysłem”.

W USA przemysł pozostaje w stagnacji – październik był ósmym z rzędu miesiącem spadku produkcji przemysłowej. Silny dolar, którego indeks (DXY) znajduje się blisko najwyższych poziomów od sierpnia, dodatkowo wpływa na warunki eksportowe. Ceny złota spadają trzeci dzień z rzędu, a ropa naftowa traci na wartości po decyzji OPEC+ o wstrzymaniu planów zwiększania wydobycia.

Na rynku walutowym japoński jen zyskał po kolejnych ostrzeżeniach ze strony ministra finansów Japonii, co wzmacnia spekulacje o możliwej interwencji rządu. Tymczasem dolar australijski osłabł po decyzji RBA o utrzymaniu stóp procentowych na dotychczasowym poziomie, co przełożyło się także na spadki indeksów giełdowych w Australii.

W ciągu najbliższych pięciu lat aż 39% obecnych kompetencji stanie się nieaktualnych

Aż 43% pracowników nie posiada żadnego planu rozwoju zawodowego, a tylko 4% ma jasno określoną i udokumentowaną ścieżkę kariery. Zaledwie niewielka część pracowników (15%) czuje, że ich organizacja realnie pomaga im rozwijać się i budować kolejne kroki zawodowe – wynika z opublikowanego dziś globalnego raportu Right Management Talent Solutions „The Career Imperative: Why Employee Growth Is the Smart Bet for Business Resilience”.

Aż 43% pracowników deklaruje, że nie ma żadnego planu kariery. Jedynie 4% zatrudnionych wskazuje na posiadanie sformalizowanego i udokumentowanego planu rozwoju. Większość talentów rozwija się dziś niezależnie od strategii firmy – aż 32% pracowników podkreśla, że kształtując swoją ścieżkę kariery, kieruje się własnymi zainteresowaniami i/lub priorytetami osobistymi. Kolejne 29% zdobywa nowe kompetencje samodzielnie lub poprzez szkolenia, a 27% korzysta z pojawiających się okazji zawodowych. Blisko co piąta osoba (19%) decyduje się natomiast na naukę metodą prób i błędów.

– Niski odsetek pracowników posiadających sformalizowany plan rozwoju kariery wynika głównie z ograniczonego wsparcia ze strony organizacji i menedżerów. Tylko 15% pracowników dostrzega wyraźne wskazówki od swojej firmy, a zaledwie co piąty czuje, że jego przełożony aktywnie wspiera go w planowaniu kariery. Nie bez znaczenia jest również przeciążenie liderów, wielu z nich jest przytłoczonych codziennymi obowiązkami i nie dysponuje ani czasem, ani przygotowaniem do prowadzenia rozmów o karierze ze swoimi współpracownikami – mówi Szymon Rudnicki, dyrektor Talent Solutions w Polsce. Zdaniem eksperta zmienia się również sama definicja sukcesu zawodowego. – Tradycyjna drabina kariery traci na znaczeniu. Pracownicy częściej szukają elastyczności, rozwoju umiejętności i pracy zgodnej z ich wartościami niż awansu na stanowiska kierownicze. Rośnie także popularność samodzielnego podejścia do rozwoju. Wielu pracowników działa intuicyjnie, ucząc się na własną rękę, podejmując ryzyko i testując różne ścieżki bez strukturalnego wsparcia – dodaje Szymon Rudnicki.

– Aby realnie wspierać pracowników w planowaniu ich ścieżki kariery warto zredefiniować rolę menedżera z kontrolera w aktywnego partnera kariery, wyposażonego w odpowiednie narzędzia, dane o umiejętnościach i czas na wspieranie rozwoju. Zamiast sztywnych planów można opracować eksperymentalne ścieżki kariery, oferując krótkoterminowe projekty i role, które pozwalałyby pracownikom testować kompetencje bliskie ich oczekiwaniom. Istotne jest również wzmocnienie roli mentoringu, tworzenie projektów międzydziałowych, pilotaży AI oraz promowanie uczenia się od współpracowników. Warto zwiększyć dostępność i widoczność programów rozwojowych, a także inwestować w te, które pracownicy cenią szczególnie, takie jak mobilność wewnętrzna, mentoring, coaching i formalne programy rozwojowe, które w wielu organizacjach pozostają wciąż niedofinansowane – zauważa ekspert Talent Solutions.

Czego pracownicy potrzebują, żeby się rozwijać?

Z perspektywy pracowników, najskuteczniejsze sposoby wsparcia ich kariery w ciągu najbliższych dwóch lat to między innymi możliwość zmiany stanowiska w ramach organizacji (20%) oraz dostęp do formalnych programów rozwojowych (19%). W dalszej kolejności wskazywane są stacjonarne programy rozwojowe prowadzone w formie bezpośrednich spotkań (15%), regularne oceny wyników pracy (15%) oraz mentoring (15%). To szczególnie istotne w kontekście faktu, że w ciągu najbliższych pięciu lat aż 39% obecnych kompetencji stanie się nieaktualnych, co oznacza, że wsparcie rozwoju pracownika staje się dziś kluczowym warunkiem budowania odporności organizacji.

– Pracownicy chcą rozwijać się poprzez praktykę, a nie tylko teorię. Formalne programy rozwojowe dają pracownikom realne doświadczenie, z kolei mobilność wewnętrzna oferuje pracownikom możliwość zdobywania nowych kompetencji w ramach organizacji. Dodatkowo programy te są konkretne, mierzalne i pozwalają odczuć faktyczny postęp. W obecnych czasach, gdzie 39% obecnych umiejętności może wkrótce stać się nieaktualna, pracownicy szukają wsparcia w adaptacji do nowych wymagań. Tego typu inicjatywy budują poczucie bezpieczeństwa i przynależności, co w efekcie może zwiększyć ich zaangażowanie i lojalność – podkreśla Szymon Rudnicki.

Według eksperta, aby skuteczniej projektować ścieżki rozwoju i odpowiadać na bieżące oczekiwania pracowników warto zastąpić tradycyjną drabinę kariery na mapę możliwości. – Powinniśmy umożliwić rozwój nie tylko pionowy, ale też poziomy, poprzez różnorodne projekty i role. Kluczowe jest umożliwienie pracownikom śledzenia swojego postępu oraz wyposażenie menedżerów w narzędzia do lepszego dopasowywania talentów do zadań. Warto budować kulturę eksperymentowania i zachęcać do testowania nowych ról i kompetencji w bezpiecznym środowisku. Niezbędne jest też zintegrowanie rozwoju z celami biznesowymi, tak, aby projekty strategiczne wspierały rozwój kompetencji, a rozwój pracowników realnie wzmacniał organizację. Idealnym kierunkiem jest większa elastyczność i personalizacja ścieżek kariery, dostosowanych do indywidualnych celów, wartości i stylu pracy pracownika – podsumowuje Szymon Rudnicki.

Raport powstał na podstawie badania przeprowadzonego między 24 marca a 25 kwietnia 2025 roku wśród 1 029 liderów i 2 402 pracowników z ośmiu krajów, m.in. Wielkiej Brytanii, Francji, USA. Publikacja bazuje na badaniach Right Management The State of Careers i przedstawia kluczowe wyzwania rynku pracy oraz nowe perspektywy dotyczące rozwoju kariery.

Fed hamuje obniżki, EBC bez zmian, a RPP na rozdrożu

Komunikaty decydentów RPP wskazywały w ostatnim czasie w dużej mierze na pauzę. Niższy od oczekiwań odczyt inflacyjny oraz pewnego rodzaju ochłodzenie na rynku pracy stanowią jednak argumenty za cięciem. Zarówno inwestorzy, jak i ekonomiści są wobec decyzji podzieleni – my skłaniamy się ku obniżce, która sprowadziłaby stopę referencyjną do poziomu 4,25%.

Kluczowe punkty:

  • Niższy od oczekiwań odczyt inflacji ciąży PLN.
  • USD zyskuje po jastrzębich uwagach Fedu.
  • USA i Chiny zawierają roczny rozejm handlowy.
  • Posiedzenie EBC bez niespodzianek. PKB w Q3 zaskakuje w górę.
  • GBP ponownie traci w wyniku obaw dot. budżetu.

Choć równie duża niepewność nie spowijała ubiegłotygodniowego posiedzenia Rezerwy Federalnej, to „jastrzębie cięcie” zaskoczyło rynki. Zarówno rozkład głosów, jak i konferencja prasowa prezesa Jerome’a Powella dały do zrozumienia, że w banku centralnym nie ma konsensusu w kwestii dalszych obniżek. Wszystkie klasy aktywów zareagowały na tę niespodziankę w typowy dla siebie sposób: rentowności obligacji skarbowych wzrosły, spready kredytowe rozszerzyły się, akcje doświadczyły wyprzedaży, a dolar umocnił się względem wszystkich pozostałych głównych walut. Największym przegranym w grupie G10 był funt, w dużej mierze z powodu niepokoju przed ogłoszeniem nowego budżetu (26.11). Co ciekawe, większość głównych walut rynków wschodzących doświadczyła mniejszej deprecjacji niż waluty G10.

Wciąż nie widać końca zamknięcia amerykańskiego rządu, nie oczekujemy więc w najbliższym czasie wznowienia publikacji istotnych odczytów gospodarczych z USA. Jedynym wyjątkiem będzie odpowiednik raportu NFP (non-farm payrolls) dla sektora prywatnego, czyli raport ADP (środa 05.11), który ze względu na brak oficjalnych danych będzie cieszyć się wyjątkowo dużym zainteresowaniem. W czwartek (06.11) odbędzie się posiedzenie Banku Anglii i poznamy dane o sprzedaży detalicznej w strefie euro we wrześniu – ze względu na swoją nieaktualność jak zwykle nie dadzą one jednak wglądu w najnowsze gospodarcze trendy.

PLN

Złoty osłabił się w minionym tygodniu o blisko 0,4% względem referencyjnego euro i radził sobie gorzej od pozostałych walut regionu. Kurs EUR/PLN wrócił do ciasnego przedziału 4,24–4,28, w którym znajdował się od połowy czerwca, ruch ten można więc po części uznać za jego normalizację. Deprecjację polskiej waluty przypisujemy jednak także – a może przede wszystkim – dwóm czynnikom. Po pierwsze, dość jastrzębim wypowiedziom prezesa Powella, który odsunął oczekiwania względem obniżek stóp procentowych Fedu, co sprzyjało dolarowi i oddziaływało w stronę osłabienia walut europejskich. Po drugie, niższemu od oczekiwań wstępnemu odczytowi październikowej krajowej inflacji.

Główna miara dynamiki cen sięgnęła w październiku 2,8%, przy czym trzeci raz z rzędu nie przekroczyła 0,1% w skali miesiąca. Preferowana przez nas miara momentum (zannualizowana trzymiesięczna średnia krocząca, 3MAA) opiewa obecnie na 1,2% i wskazuje na bardzo ograniczoną presję cenową. Kolejne odczyty inflacji plasują się poniżej ścieżki zarysowywanej podczas ostatnich posiedzeń RPP, co wiążemy w dużej mierze z cenami żywności, które w październiku ponownie nie wzrosły w ujęciu miesięcznym.

Ostatnie komunikaty decydentów RPP były niejednoznaczne, ale w dużej mierze nakierowywały na listopadową pauzę. Biorąc jednak pod uwagę zarówno niższą od oczekiwań presję cenową, jak i pewnego rodzaju ochłodzenie na polskim rynku pracy, skłaniamy się ku poglądowi, że Rada w środę (05.11) ponownie obniży stopy procentowe, w wyniku czego stopa referencyjna znajdzie się na poziomie 4,25%

W kontekście decyzji RPP daleko komukolwiek do pewności. Podzieleni są zarówno inwestorzy, jak i ekonomiści, środowy komunikat powinien więc wzbudzić szczególne zainteresowanie. Istotne będzie z pewnością także to, jak o inflacji, rynku pracy oraz perspektywach dalszych obniżek będzie wypowiadał się podczas czwartkowej (06.11) konferencji prezes Adam Glapiński.

EUR

Niewielkie zaskoczenie w górę w raporcie dotyczącym dynamiki PKB strefy euro w III kwartale wpisuje się we wzrostowy trend widoczny w ostatnich miękkich wskaźnikach makroekonomicznych ze wspólnego bloku. Pozytywne wieści w dużej mierze przyćmiły czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Podczas swojej konferencji prasowej prezeska Christine Lagarde przemawia w ogromnej mierze zgodnie z przewidywaniami, właściwie potwierdzając, że cykl obniżek stóp procentowych dobiegł końca.

Niedawna jastrzębiość Fedu sprawiła, że euro zbliżyło się do dolnej granicy przedziału 1,14–1,19, w którym utrzymuje się od czerwca. Jako że gospodarka strefy euro pozostaje odporna, a efekty znacznej stymulacji fiskalnej w Niemczech zaczynają być odczuwalne, sądzimy, że na tych poziomach wspólna waluta staje się atrakcyjna pod kątem zakupu.

USD

Rezerwa Federalna zgodnie z oczekiwaniami obniżyła w ubiegłym tygodniu stopy procentowe i tylko nieznacznie zmieniła treść oświadczenia, podkreślając brak nowych danych gospodarczych. Przekaz konferencji prasowej Powella był jednak jednoznacznie jastrzębi. Dał on jasno do zrozumienia, że kolejne cięcie w grudniu nie jest wcale przesądzone. W dalszej części tygodnia jastrzębie sygnały dobiegły nas również ze strony prezesów regionalnych oddziałów Fedu, którzy w 2026 r. będą mieć bezpośredni wpływ na wysokość stóp jako rotacyjni członkowie decyzyjni. Uwypukla to różnicę między oficjelami Fedu i rynkiem w kontekście harmonogramu i wielkości wszelkich dalszych obniżek.

Póki czekamy na wznowienie prac instytucji federalnych i publikacji danych gospodarczych, na pierwszy plan wysunie się prawdopodobnie ponownie konflikt między administracją Trumpa a Rezerwą Federalną. Rozbudzić go może walka o stołek prezesa Fedu, wielkimi krokami zbliża się bowiem koniec kadencji Jerome’a Powella (maj 2026 r.).

GBP

Oczekuje się, że pesymizm w kontekście brytyjskiej produktywności spowoduje obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego Biura Odpowiedzialności Budżetowej przed ogłoszeniem w tym miesiącu jesiennego budżetu (26.11). Chęć Laburzystów do cięcia wydatków jest ograniczona, a brak przestrzeni na dalsze pożyczki wyraźnie widoczny. Może to oznaczać tylko jedno – przekraczające oczekiwania podwyżki podatków. Pogłoski o potencjalnym wzroście podatku dochodowego dla osób o najwyższych zarobkach nie zostały dobrze przyjęte. Nie tylko oznaczałoby to złamanie jednej z obietnic wyborczych rządu, ale też doprowadziłoby do pogorszenia perspektyw wzrostu w 2026 r.

Funtowi ciąży także to, że część oficjeli Banku Anglii dokonała w ostatnim czasie gołębiego zwrotu w swojej retoryce, w wyniku czego rynki wyceniają obecnie prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych na czwartkowym (06.11) posiedzeniu na 30%. Wciąż uważamy, że jastrzębie przeważą i stopy pozostaną na niezmienionym poziomie, choć zapewne pojawią się również głosy za ich cięciem. Możliwe, że słabsze notowania funta stworzą okazję do jego kupna – szczególnie jeśli budżet nie okaże się tak szkodliwy, jak obawia się rynek, a Komitet do końca roku utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Microsoft Teams był dziurawy przez niemal 1,5 roku

Uwaga na poważne luki bezpieczeństwa w aplikacji Microsoft Teams! Podatności odkryte przez Check Point Research umożliwiały cyberprzestępcom m.in. modyfikowanie wysłanych wiadomości bez śladu edycji, fałszowanie powiadomień i nazw rozmówców oraz podszywanie się pod członków zespołu. Zdaniem specjalistów luki te zapowiadają zupełnie nowy typ zagrożeń dla firm korzystających z tego typu komunikatorów.

Platformy współpracy – takie jak Teams, Slack czy Zoom – są dziś cyfrowym kręgosłupem organizacji. Jednak ten sam element, który napędza produktywność, czyli zaufanie, staje się coraz częściej bronią w rękach cyberprzestępców. W marcu zeszłego roku analitycy bezpieczeństwa cybernetycznego odkryli poważne luki bezpieczeństwa w Microsoft Teams, aplikacji, z której korzysta dziś ponad 320 milionów użytkowników miesięcznie. Warto zaznaczyć, iż w 2021 r. aplikacja Microsoft Teams została zgłoszona jako najczęściej używane narzędzie wideokonferencyjne w Polsce wśród osób uczących się/pracujących zdalnie. Choć o lukach niezwłocznie poinformowano firmę Microsoft, to potencjalne zagrożenie utrzymywało się aż do października 2025 r., kiedy to wdrożono ostatnią poprawkę bezpieczeństwa, dotyczącą połączeń głosowych i wideo.

Zdaniem ekspertów incydent powinien być sygnałem ostrzegawczym dla całego rynku. Tak jak niegdyś phishing uczynił z poczty elektronicznej bramę do ataków, dziś to platformy współpracy stają się nowym polem walki o cyberbezpieczeństwo.

Podatności uderzają w samo serce cyfrowego zaufania. Nasze badania pokazują, że przestępcy nie muszą już się włamywać – wystarczy, że potrafią nagiąć zaufanie użytkowników. Organizacje muszą dziś zabezpieczać nie tylko to, co system przetwarza, ale też to, w co ludzie wierzą – mówi Oded Vanunu, szef działu badań nad podatnościami w produktach w Check Point Software Technologies.

Gdy zaufanie staje się wektorem ataku

Badacze Check Pointa odkryli, że zaufanie użytkowników do interfejsu Teams można było łatwo wykorzystać. Wśród zidentyfikowanych podatności znalazły się:

  • Niewidzialna edycja wiadomości– atakujący mógł zmienić treść już wysłanych komunikatów, nie wywołując oznaczenia „Edytowano”, co umożliwiało „ciche” przepisywanie historii rozmów.
  • Fałszywe powiadomienia – komunikaty o wiadomościach mogły wyglądać, jakby pochodziły od zaufanego współpracownika lub przełożonego.
  • Zmiana nazw rozmów – manipulacja tytułem czatu pozwalała wprowadzać w błąd co do tożsamości uczestników rozmowy.
  • Podszywanie się w połączeniach audio/wideo – zmiana nazwy wyświetlanej przy połączeniu mogła sprawić, że fałszywy rozmówca wyglądał jak osoba z firmy.

Te proste w formie manipulacje mogą prowadzić do poważnych konsekwencji – fałszywych przelewów, wyłudzeń danych, utraty reputacji czy błędnych decyzji biznesowych opartych na sfałszowanej komunikacji.

Eksperci ostrzegają, że to nie incydentalne błędy, lecz początek nowego modelu zagrożeń. Atakujący nie muszą już łamać zabezpieczeń czy szyfrowania – wystarczy, że manipulują tym, co użytkownik widzi i komu ufa. To przesunięcie akcentu z technologii na psychologię – z ataku na systemy na atak na percepcję. W rezultacie współczesne ataki coraz częściej przypominają „phishing konwersacyjny”, w którym ofiary są wciągane w interakcje pozornie pochodzące od realnych osób.

Medicalgorithmics podpisuje kontrakt w Wielkiej Brytanii

Notowany na GPW Medicalgorithmics kontynuuje dynamiczny rozwój podpisując umowę na oprogramowanie AI w diagnostyce. Nowym partnerem polskiego medtechu został największy prywatny service provider (IDTF) w Wielkiej Brytanii. Dzięki zawartej umowie unikalne, niezwykle efektywne algorytmy sztucznej inteligencji DeepRhythmAI (DRAI) oraz platforma DRP Medicalgorithmics będą dostępne brytyjskiego partnera po zakończeniu procesu integracji i uzyskaniu odpowiednich zgód regulacyjnych. W przypadku rozpoczęcia stałej współpracy minimalny roczny przychód z tytułu kontraktu wyniesie 439,2 tys. zł. To już 19 klient pozyskany przez polski medtech w tym roku.

Nowym kontrahentem Polskiego medtechu jest brytyjska firma medyczna specjalizująca się w zdalnej diagnostyce EKG i monitorowaniu rytmu serca. Świadczy usługi analizy EKG oraz analizy badań holterowskich tego samego dnia, zapewniając dostęp do szybkich i precyzyjnych wyników. Dzięki podpisanej umowie brytyjski partner będzie mógł zwiększać efektywność badań pacjentów, wykorzystując oparty o autorskie algorytmy sztucznej inteligencji światowej klasy software DRAI oraz platformę DRP. Po upływie 3 miesięcy od podpisania umowy lub po wykonaniu 500 płatnych badań EKG w ramach programu pilotażowego współpraca zostanie automatycznie przedłużona na czas nieokreślony (chyba, że kontrahent złoży wypowiedzenie). W przypadku rozpoczęcia stałej współpracy minimalny roczny przychód z tytułu kontraktu wyniesie 439,2 tys. zł.

Kolejna umowa z dużym, stawiającym na innowacyjne i efektywne rozwiązania niezbędne do obsługi w czasie rzeczywistym dużego wolumenu badań potwierdza jakość i atrakcyjność naszego software’u. Nasz nowy partner korzystał do tej pory z konkurencyjnego produktu, ale zdecydował się na wdrożenie naszej najnowszej technologii AI, zwalidowanej w niezależnym, największym badaniu tego typu DRAI Martini, którego wyniki opublikowano w prestiżowym Nature Medicine. Rosnącemu zainteresowaniu naszym oprogramowaniem sprzyjają także kolejne integracje klientów i rosnący wolumen sesji EKG realizowanych z wykorzystaniem DRAI. Efektywnie wykorzystujemy to rekordowe zainteresowanie i pracujemy nad podpisaniem kolejnych umów w najbliższych tygodniach. – komentuje podpisanie umowy dr Kris Siemionow, CEO Medicalgorithmics. – Jednocześnie naszą strategią odkąd przejąłem stery nad Spółką jest dodawanie minimalnych przychodów do kontraktu. Tak jest również w tym przypadku – dodaje.

Od początku 2025 r. Medicalgorithmics dynamicznie się rozwija, zdobywając nowych i aktywując kolejnych klientów, czego efektem jest rekordowa liczba zawartych umów (19 – więcej niż w całym 2024 roku). Wśród nowych kontraktów znajdują się m.in.: umowa z jednym z największych amerykańskich IDTF, kontrakt z europejskim IDTF, umowa z amerykańskim deep-techem specjalizującym się w integrowaniu zaawansowanych materiałów, czujników i sztucznej inteligencji oraz dwie pierwsze komercyjne umowy na VCAST – na rynku tureckim oraz strategicznym rynku skandynawskim. Zgodnie z szacunkami na dzień 30 września br. przychody Grupy w III kwartale 2025 r. wyniosły ok. 7,17 mln zł, co oznacza wzrost o 38% w ujęciu r./r. Przychody ze sprzedaży w USA wzrosły aż o 76% r./r., do 2,2 mln zł.

III kwartał pod znakiem złota: ETF-y +134%, sztabki +17%, banki centralne +10%

Światowy popyt na złoto w trzecim kwartale 2025 roku osiągnął ponad 1300 ton – to rekordowy poziom i wyraźny sygnał, że inwestorzy na całym świecie wracają do złota jako bezpiecznej przystani. Największy wzrost widać w segmencie inwestycyjnym – zarówno w zakupach ETF-ów, jak i fizycznych sztabek.

Z najnowszego raportu Światowej Rady Złota za trzeci kwartał 2025 r. wynika, że całkowity popyt na złoto wzrósł o 3% r/r, do poziomu 1313 ton.  W ujęciu wartościowym wzrost był nawet bardziej spektakularny – aż 44% rok do roku, co oznacza wartość rynkową rzędu 146 mld USD.

Największy wzrost widać w segmencie inwestycyjnym – zarówno w zakupach ETF-ów, jak i fizycznych sztabek oraz monet. Łączny popyt inwestycyjny wzrósł aż o 47% rok do roku, co pokazuje, że coraz więcej kapitału instytucjonalnego i prywatnego szuka stabilności w złocie.

  • Zakupy ETF-ów wzrosły o 134% r/r (221,7 ton),
  • Popyt na sztabki i monety wzrósł o 17% r/r (315,5 ton),
  • Banki centralne kupiły 219,9 ton złota (+10% r/r).

Kurs kruszcu w ciągu III kwartału wzrósł o 16%, co zaowocowało średnią kwartalną na poziomie 3456,54 USD/oz. To oznacza wzrost o 40% w porównaniu z poprzednim rokiem i 5% względem drugiego kwartału bieżącego roku. Światowa Rada Złota podkreśla, że to poziomy niewidziane od ponad dwóch dekad.

– W trzecim kwartale tego roku globalny popyt na złoto wzrósł do ponad 1300 ton, co jest najwyższym poziomem od lat. Największy udział mają inwestorzy – zarówno instytucjonalni, jak i indywidualni – którzy szukają w złocie bezpiecznej przystani w niepewnych czasach – komentuje Michał Tekliński, ekspert rynku złota z Goldsaver.pl i Goldenmark.

ETF-y i sztabki mocno w górę

Ekspert Grupy Goldenmark podkreśla, że widać wyraźny wzrost zainteresowania ETF-ami i fizycznymi sztabkami. Z drugiej strony, konsumpcja złota w formie biżuterii zanotowała spadki – wolumen spadł o 19% r/r do około 371 ton, co pokazuje, że wysokie ceny coraz bardziej ograniczają popyt konsumpcyjny.

– Dla inwestorów detalicznych to jasny sygnał: na świecie trwa strukturalna zmiana, a złoto znowu staje się jednym z filarów portfela inwestycyjnego. W czasach rosnącego zadłużenia państw i niepewności geopolitycznej, jego rola jako aktywa niezależnego tylko się umacnia – dodaje Michał Tekliński.

Inwestorzy przejmują ster

Co najbardziej przykuwa uwagę: inwestorzy w Q3 wyraźnie przejęli ster nad rynkiem. Popyt inwestycyjny (ETF-y, monety i sztabki) wzrósł do 537 ton, co oznacza przyrost aż 47% r/r. To oznacza, że inwestycje fizyczne i papierowe generują dużą część, bo około 40% całkowitego popytu netto.

W segmencie ETF-ów odnotowano napływy na poziomie 222 ton. To pokazuje ogromny apetyt instytucji na ekspozycję na złoto, szczególnie w warunkach globalnej niepewności. Równocześnie segmenty tradycyjne, takie jak sztabki i monety, również odnotowały wzrost – 17% r/r do poziomu 315,5 ton.

LBMA: 5000 dolarów za uncję w 2026 roku?

Optymizm potwierdzają także uczestnicy Global Precious Metals Conference 2025 w Kyoto, organizowanej przez London Bullion Market Association. Z przeprowadzonej tam ankiety wynika, że członkowie LBMA spodziewają się wzrostu cen złota do poziomu 5000 USD w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

– To nie jest już niszowa opinia. Zarówno banki inwestycyjne, jak i producenci złota widzą potencjał dalszych wzrostów. Jeśli popyt inwestycyjny i banków centralnych utrzyma się na obecnym poziomie, przebicie kolejnych rekordów to kwestia czasu – podsumowuje Michał Tekliński.

Banki, BLIK i firmy pożyczkowe na celowniku hakerów

Polskie instytucje finansowe znalazły się w epicentrum globalnej fali cyberataków. W ostatnich tygodniach celem hakerów stały się firmy pożyczkowe, systemy płatności BLIK oraz największe banki. W Polsce tygodniowo mamy do czynienie z 1850 atakami na instytucje finansowe – potwierdza firma Check Point Software Technologies.

Nasze poufne dane mogą stać się cenną zdobyczą dla cyberprzestępców, ostrzega Minister Cyfryzacji. Alarm podnoszą również eksperci z firmy Check Point Software Technologies, według których polski system finansowy jest obecnie jednym z najbardziej zagrożonych w Europie.

30% wzrost liczby ataków. Polska powyżej światowej średniej

Jak wynika z analizy Check Point Security Report 2025, w 2024 roku liczba cyberataków na sektor finansowy wzrosła globalnie o 30%, osiągając średnio 1 510 ataków tygodniowo. Polska znacząco przekracza ten poziom – 1 850 ataków tygodniowo kierowanych jest wyłącznie w instytucje finansowe.

„Sektor finansowy stanowi kręgosłup światowej gospodarki, co czyni go jednym z najbardziej narażonych na ataki cybernetyczne. W miarę jak bankowość internetowa, transakcje mobilne i innowacje fintechowe się rozwijają, zagrożenia również ewoluują. Cyberprzestępcy nieustannie wykorzystują luki w aplikacjach finansowych, dlatego silne środki bezpieczeństwa są niezbędne do ochrony danych klientów” – podkreśla Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający Check Point Software Technologies w Polsce.

Z raportu ENISA Threat Landscape in Finance Sector wynika, że sektor finansowy w Europie odnotował 488 publicznie zgłoszonych incydentów cybernetycznych. Najczęściej atakowane są banki (46% wszystkich przypadków), ale na celowniku znajdują się również publiczne instytucje finansowe i indywidualni klienci.

Najpoważniejsze zagrożenia to m.in. ataki DDoS, wycieki danych, ransomware, inżynieria społeczna, oszustwa internetowe oraz ataki na łańcuch dostaw. Wiele z nich ma swoje źródła w konfliktach geopolitycznych, które napędzają aktywność grup hakerskich w Europie Środkowo-Wschodniej.

Sektor finansowy stoi dziś na granicy dwóch światów – innowacji i bezpieczeństwa. W 2024 roku wydatki związane z sztuczną inteligencją (AI) w finansach wzrosły o 30,7% rok do roku, osiągając wartość ponad 1,4 miliarda USD. Automatyzacja, analiza danych w czasie rzeczywistym czy generatywne modele AI stają się nowym standardem, ale również nowym wektorem zagrożeń.

Zrozumienie, jak instytucje finansowe mogą balansować między potrzebą innowacji a ochroną swoich operacji poprzez solidne środki bezpieczeństwa i strategie zarządzania ryzykiem AI, będzie jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych lat” – podkreślają analitycy Check Point.

1/5 wszystkich cyberataków na świecie dotyczy finansów

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w ciągu ostatnich dwóch dekad organizacje finansowe padły ofiarą ponad 20 000 cyberataków, które przyniosły straty przekraczające 12 miliardów USD. Sektor finansowy odpowiada dziś za około 20% wszystkich cyberataków na świecie.

Straty mają jednak nie tylko wymiar finansowy – obejmują również utratę reputacji, zaufania klientów oraz koszty wzmocnienia zabezpieczeń. W Polsce, według Ministerstwa Cyfryzacji, liczba incydentów cybernetycznych w 2024 roku przekroczyła 1 000 ataków tygodniowo w skali kraju, a w sektorach strategicznych – ponad 2 000.

Eksperci wskazują, że cyberatak nie zawsze musi oznaczać spektakularne przejęcie systemu. Coraz częściej mamy do czynienia z cichymi kampaniami phishingu, smishingu czy vishingu, które wykorzystują zaufanie użytkowników. Równocześnie nasilają się działania związane z ransomware, blokującym dostęp do danych w zamian za okup.

Rosnąca liczba incydentów pokazuje, że polskie instytucje finansowe muszą nie tylko inwestować w technologie, ale też w edukację pracowników i świadomość klientów. Hakerzy działają coraz szybciej, a cyberbezpieczeństwo staje się kluczowym filarem stabilności gospodarki. „Sektor finansowy stoi dziś przed wyzwaniem utrzymania równowagi między innowacją a bezpieczeństwem. To nie jest już kwestia czy dojdzie do ataku, ale kiedy” – podsumowuje Wojciech Głażewski z Check Point.

Dyrektywa NIS2 wchodzi w życie, ale świadomość firm wciąż zaskakująco niska

20 października Minister Cyfryzacji Krzysztof Gawkowski ogłosił, że projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa został przekazany pod obrady rządu[1], a 21 października rząd przyjął projekt nowelizacji[2]. Jak pokazują dane z najnowszego raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2025” dyskusja wokół systemowego zapobiegania cyberzagrożeniom, na które narażone są polskie firmy nie może już dłużej czekać. Świadomość regulacji związanych z tym obszarem jest zdecydowanie zbyt niska. Aż 36% ekspertów do spraw cyberbezpieczeństwa nie wie, czy firma, w której pracują jest objęta unijną dyrektywą NIS2. Ustawa o KSC ma być jej implementacją.

Najważniejsze dane:

  • 36% specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa nie wie, czy ich firma jest objęta unijną dyrektywą NIS2
  • 53% firm, w związku z NIS2, zaktualizowało polityki cyberbezpieczeństwa
  • 35% organizacji do tej pory zatrudniło dodatkowych ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa

O co chodzi z NIS2 i KSC?

NIS2 stanowi jeden z kluczowych elementów unijnej strategii wzmacniania odporności cyfrowej. Jej celem jest podniesienie minimalnych standardów bezpieczeństwa wśród firm zajmujących się kluczowymi usługami oraz dostawców usług cyfrowych w całej Unii Europejskiej. Firmy, które zgodnie z nowymi przepisami zostały uznane za „kluczowe” i „ważne” muszą wdrożyć odpowiednie polityki i procedury, w tym obowiązkowe raportowanie poważnych incydentów cyberbezpieczeństwa w ściśle określonych terminach. Dyrektywa nakłada większą odpowiedzialność na kadrę zarządzającą, wymagając od niej zatwierdzania polityk bezpieczeństwa i nadzoru nad ich wdrażaniem, a także wprowadza obowiązkowe szkolenia z cyberbezpieczeństwa dla zarządów.

Dyrektywa NIS2 zobowiązała wszystkie państwa członkowskie UE do uchwalenia krajowych przepisów wykonawczych do 17 października 2024 roku. W Polsce projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, odpowiadający na to zobowiązanie, zgodnie ze słowami min. Gawkowskiego, został przedstawiony rządowi 20 października 2025 roku. Przepisy są konieczne, czego dowodem są cyberataki wymierzone w Polskę.

Z danych ESET wynika, że Polska była w pierwszej połowie 2025 roku najczęściej atakowanym przez ransomware państwem na świecie, odpowiadając za 6% wszystkich globalnych incydentów i wyprzedzając nawet Stany Zjednoczone.

Czy firmy wiedzą o NIS2?

Najistotniejszym wyzwaniem zawiązanym z cyberbezpieczeństwem, które stanie niebawem przed polskimi firmami będzie określenie czy mieszczą się w katalogu organizacji „kluczowych” lub „ważnych”. Jak pokazują dane z najnowszego raportu ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT nie jest to proste zadanie nawet dla osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT.. Aż 36% ekspertów ds. cyberbezpieczęństwa nie ma pewności, czy ich firma podlega nowym regulacjom, co może przynieść szereg problemów. Dodatkową trudnością jest tu również kwestia łańcucha dostaw. Wiele organizacji, które nie będą spełniały określonych standardów cyberbezpieczeńtwa może zostać „wykluczonych” z rynku.

– Firmy współpracujące z podmiotami objętymi NIS2 również będą musiały zadbać o bezpieczeństwo, jeśli chcą zachować kontrakty. Innymi słowy: nawet jeśli regulacja nas nie obejmie wprost, rynek i tak może wymagać od nas spełnienia jej zapisów – mówi Piotr Piasecki, Cybersecurity services consultant, DAGMA Bezpieczeństwo IT.

Wysoki poziom niepewności może świadczyć o trudnościach firm w ocenie ryzyk regulacyjnych oraz o niewystarczającej współpracy między działami prawnymi, compliance i IT. Sytuację dodatkowo komplikuje skomplikowane prawo, brak jednoznacznych interpretacji branżowych oraz niski poziom dojrzałości regulacyjnej – zwłaszcza w sektorze MŚP. Taka luka informacyjna może prowadzić do opóźnień we wdrażaniu wymaganych działań i zwiększa ryzyko nałożenia sankcji.

Firmy wahają się i działają

Pomimo znaczącej niepewności wśród osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo , wiele firm wdraża już zmiany, które wynikają bezpośrednio z dyrektywy NIS2. Najczęściej podejmowanym działaniem w organizacjach, które mają świadomość podlegania dyrektywie, jest aktualizacja polityki cyberbezpieczeństwa, którą przeprowadziło  53% organizacji, a kolejne 34% planuje to zrobić. Równolegle 51% firm zorganizowało dodatkowe szkolenia dla pracowników, a 38% ma je w planach. Polityki i edukacja to dwa kluczowe obszary dostosowania się do nowych przepisów i właśnie w tych działaniach widać największe tempo zmian.

Wśród działań wymagających większych nakładów finansowych lub zaawansowanych procesów, takich jak wdrażanie nowych narzędzi ochrony czy zwiększanie budżetu na bezpieczeństwo IT, również widać wyraźny postęp. 43% firm zrealizowało te inicjatywy, a kolejne 40–46% jest w trakcie przygotowań. Podobnie wygląda sytuacja z audytami i testami penetracyjnymi. Przeprowadziło je 42% organizacji, a tyle samo planuje je wdrożyć w najbliższym czasie. Na tle ogółu badanych firm to zdecydowanie lepszy wynik, ponieważ po testowanie odporności na cyberzagrożenia sięga tylko 25% przedsiębiorstw w Polsce.

Największe wyzwanie – nowe kadry

Największym wyzwaniem dla wielu organizacji okazują się kwestie kadrowe, a konkretnie pozyskanie odpowiednich specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Jak wynika z danych, jedynie 35% firm do tej pory zatrudniło dodatkowych ekspertów w tym obszarze, a 43% deklaruje, że planuje taki krok w najbliższym czasie. To oznacza, że dla dużej części rynku budowa odpowiednich kompetencji w zespole nadal pozostaje w fazie planowania. Co istotne, aż 19% firm nie przewiduje żadnych działań związanych z zatrudnieniem nowych specjalistów. Może to świadczyć o poważnych barierach, zarówno związanych z ograniczoną dostępnością wykwalifikowanych kandydatów, jak i z trudnościami budżetowymi, które uniemożliwiają rozszerzenie zespołów IT.

Problem z zatrudnieniem specjalistów to tylko jeden z elementów większego wyzwania, jakim jest realne przygotowanie organizacji na nowe zagrożenia i wymagania. Samo spełnienie wymogów regulacyjnych to za mało, potrzebne jest strategiczne podejście do bezpieczeństwa.

– Warto spojrzeć na NIS2 szerzej niż tylko przez pryzmat regulacyjnego „muszę”. Nawet jeśli dana firma nie znajdzie się wprost na liście podmiotów objętych dyrektywą, to wymagania te świetnie nadają się jako fundament Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem. To nie „zło konieczne”, ale zestaw dobrych praktyk, które realnie podnoszą poziom ochrony biznesu. Ostatecznie warto zadać sobie pytanie: czy bardziej opłaca się zastanawiać, czy „załapiemy się” pod NIS2, czy raczej skupić się na tym, by po prostu być bezpiecznym? Bo w świecie cyberataków konsekwencje braku przygotowania mogą być dużo dotkliwsze niż sama regulacja – dodaje Piotr Piasecki.

O raporcie

„Cyberportret polskiego biznesu 2025”, przygotowany przez ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT, przedstawia aktualny obraz cyberbezpieczeństwa w polskich firmach. To kontynuacja badania zapoczątkowanego w 2024 roku, które ma na celu uchwycenie zmian w podejściu polskich przedsiębiorstw do zagrożeń cyfrowych, a także oceny ich gotowości na coraz bardziej złożone wyzwania technologiczne i geopolityczne. Raport zestawia ze sobą perspektywy pracowników i osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo firm.

Z danych wynika, że przedsiębiorstwa mierzą się z coraz bardziej złożonymi zagrożeniami, a luka między deklarowaną wiedzą a realnymi działaniami wciąż jest niepokojąco szeroka. Autorzy raportu analizują nie tylko skalę ataków i poziom zabezpieczeń, ale także świadomość pracowników, skuteczność szkoleń i gotowość organizacji do wdrażania nowych standardów w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości.

[1] https://cyberdefence24.pl/cyberbezpieczenstwo/ustawa-o-ksc-w-pracach-rzadu-bede-namawial-prezydenta

[2] https://cyberdefence24.pl/polityka-i-prawo/rzad-przyjal-projekt-nowelizacji-ustawy-o-krajowym-systemie-cyberbezpieczenstwa

Optymizm na giełdach, USD wciąż na fali. Rynek czeka na RPP

Całkiem niezłe dane ze strefy euro podbiły dziś i tak dobre nastroje na europejskich giełdach, ale nie wspomogły euro. Kurs EUR/USD pozostaje pod wpływem dolara i zerka coraz niżej. W tym niezbyt korzystnym układzie dla PLN, który dodatkowo czeka na środową decyzję RPP, zachowuje się on całkiem przyzwoicie na otwarciu miesiąca.

PMI w dobrym kierunku

Biznesy w UE zdają się być odporniejsze na nowy układ światowego handlu (czyli głównie amerykańskie cła) niż mogło się wydawać w początkach globalnych napięć na tym polu. Koszyk europejskich spółek (stworzony przez Goldman Sachs), w teorii najbardziej narażonych na efekt nowych ceł, zalicza szybszy wzrost niż szeroki indeks Stoxx Europe 600. Za kolejne potwierdzenie tezy o niezłej kondycji unijnych przedsiębiorstw można uznać dzisiejsze finalne przemysłowe PMI ze Starego Kontynentu. Co prawda pułap 50 pkt, powyżej którego można mówić o rozwoju branży, został przekroczony tylko w Hiszpanii (52,1 pkt), ale prawie wszędzie zobaczyliśmy przynajmniej utrzymanie wyników, o ile nie poprawę w porównaniu do poprzednich publikacji. Dodatkowo większość rezultatów pobiła rynkowe oczekiwania. Najgorzej wśród największych gospodarek unijnych wypadła Francja, która pokazała 48,8 pkt. Niemcy potwierdzili wstępny wynik na poziomie 49,6 pkt. Włosi byli blisko przejścia na dobrą stronę mocy z rezultatem 49,9 pkt. Ostatecznie przełożyło się to na równe 50 pkt dla całej strefy euro. Na tym tle średnio wypada Polska ze swoim 48,8 pkt, ale warto podkreślić, że był to już czwarty miesiąc wzrostowy z rzędu dla tego wskaźnika. Przy licznych problemach, z którymi musi się zmagać europejski przemysł, jego sytuacja wcale nie wygląda źle, a perspektywy ulegają poprawie. Można taki układ przyjąć za dobrą monetę dla europejskich aktywów. Już dziś o godz. 16 poznamy odczyty amerykańskiego odpowiednika PMI w postaci ISM dla przemysłu. Przy braku oficjalnych federalnych danych (z powodu zamknięcia rządu) znaczenie tej publikacji rośnie.

Byki i USD w natarciu

Za dobrą monetę dane z UE przyjęły europejskie indeksy giełdowe, chociaż pozytywny sentyment przywędrował już z Azji. Co prawda bez świętujących dziś Japończyków, ale już Hongkong (+1%) czy Szanghaj (+0,5%) pokazały, że to może być dobre wejście w nowy miesiąc. Na Starym Kontynencie wczesnym popołudniem świetnie radzi sobie Frankfurt (+1.2%), ale nawet najsłabsze parkiety w postaci Amsterdamu i Paryża notują przyzwoite zwyżki po 0,3%. Za rynkami bazowymi podąża Warszawa, gdzie WIG20 zyskuje 0,6%.

Europejski optymizm nie przelewa się jednak na wspólną walutę, a z pewnością nie zauważymy tego na eurodolarze. Kurs EUR/USD po wybiciu w piątek istotnego wsparcia przy 1,155 $, które było dolnym ograniczeniem kilkumiesięcznej konsolidacji, w poniedziałek kontynuuje ruch spadkowy. Główna para globu coraz śmielej zerka w kierunku okrągłego 1,15 $. Jeżeli umocnienie USD nie zostanie w miarę szybko zanegowane, to można spodziewać się dalszego zejścia w kierunku 1,14 $. Aprecjacja dolara jest w głównej mierze związana z przekazem szefa Fed, który postawił pod sporym znakiem zapytania zdyskontowaną już przez rynek grudniową obniżkę stóp procentowych. Inwestorzy starają się dopasować do nowego etapu rozgrywki, co kieruje kapitał w stronę „zielonego”. Taki układ szerokiego rynku to zazwyczaj negatywna informacja dla złotego, którego dodatkowo w tym tygodniu może obciążać możliwe cięcie kosztu pieniądza przez RPP (decyzja w środę). Mimo wszystko w takim otoczeniu polski złoty nie wygląda źle na otwarciu tygodnia. Kurs euro utrzymuje się stabilnie lekko powyżej 4,25 zł. Kurs dolara lekko zwyżkuje, ale jeszcze nieszczególnie stara się testować 3,70 zł. CHF oddaje dziś pola w związku z niskim odczytem inflacyjnym w Szwajcarii i tym sposobem kurs franka wrócił poniżej 4,58 zł. Po kilku mocniejszych dniach dla GBP widać uspokojenie i kurs funta oscyluje wokół 4,85 zł.

Projekt RAVEN: Polska rozpoczyna szczegółowy projekt statku kosmicznego do misji serwisowych i inspekcyjnych

Konsorcjum polskiego statku kosmicznego (ang. In-Space Transportation Vehicle, ISTV) RAVEN poinformowało o rozpoczęciu fazy B1, czyli szczegółowej definicji pierwszej misji demonstracyjnej i tworzenia wstępnego projektu statku. RAVEN docelowo umożliwi wykonywanie manewrów zbliżeniowych i przechwytujących oraz transportu i operacji serwisowych satelitów.

Pierwsza misja demonstracyjna skupi się na walidacji technologii koniecznych do zrealizowania kolejnych faz operacji zbliżeniowych takich jak zmiany orbity, manewry fazujące, operacje w bliskiej odległości i kontrolowana deorbitacja. RAVEN DEMO I, planowana na rok 2029, będzie również kompleksową demonstracją możliwości RAVEN sluzacych przyszlym zastosowaniom takim jak inspekcja satelity-klienta i rozpoznanie satelity-celu w celach bezpieczenstwa. Będzie to istotne wydarzenie zmierzające do umocnienia pozycji Polski w sektorze europejskich technologii wielozadaniowych statków kosmicznych oraz zwiększenia bezpieczeństwa i niezależności krajowych i europejskich zasobów kosmicznych.

Z perspektywy polskiego sektora kosmicznego, RAVEN będzie wyjątkową okazją do uzyskania pozycji lidera w dziedzinie technologii RPO (ang. Rendezvous and Proximity Operations), transportu w kosmosie, inspekcji i rozpoznania orbitalnego w Europie i wzmocnienia suwerenności technologicznej i ochrony własnych aktywów kosmicznych.

„To ogromne osiągnięcie dla PIAP Space i jednocześnie jasny kierunek rozwoju firmy. Skoro ESA doceniła nas w tym obszarze, liczę, że w kolejnych krokach będziemy mogli skutecznie konkurować z największymi europejskimi graczami – dostarczając technologie, które realnie wzmacniają bezpieczeństwo i suwerenność europejskiej infrastruktury na orbicie.”- podkreśla Anna Nikodym-Bilska, Dyrektor Rozwoju Biznesu w PIAP Space.W skład konsorcjum tworzącego program RAVEN wchodzą czołowe polskie podmioty sektora kosmicznego i instytuty badawcze oraz regionalni partnerzy:

Warszawska Spółka PIAP Space jest liderem konsorcjum; Creotech Instruments S.A. stworzy platformę statku, Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa – odpowiedzialny będzie za napęd statku; Wojskowa Akademia Techniczna (WAT) – zadba o segment naziemny, czyli łączność i zarządzanie misją, AROBS Polska skonstruuje komputer pokładowy; GMV Polska – przygotuje system nawigacji i kontroli statku (GNC); Space Avengers zapewni komunikację między-satelitarną; a Zaitra monitorować będzie holistycznie kondycję statku.

„RAVEN to przełomowy projekt dla polskiego sektora kosmicznego – pierwszy zintegrowany krok w kierunku autonomicznych operacji logistycznych i transportowych, a także ochrony satelitów na orbicie. To także modelowy przykład szerokiej współpracy między instytucjami i firmami, pokazujący, że polskie podmioty potrafią samodzielnie i wspólnie tworzyć zaawansowane, niezależne technologie kosmiczne” – mówi Mateusz Krawczak, Kierownik Projektu w PIAP Space.

Projekt RAVEN realizowany jest przy współpracy z szerokim gronem instytucji i firm wspierających, w tym: Europejska Agencja Kosmiczna, Polska Agencja Kosmiczna POLSA Ministerstwo Rozwoju i Technologii oraz Ministerstwo Obrony Narodowej

Zespół PIAP Space kierujący misją tworzą: Paweł Paśko – Kierownik programu RAVEN i Lider Techniczny, Mateusz Krawczak – Kierownik Projektu, Katarzyna Okulska-Gawlik – Ekspert ds. Zarządzania Projektami, Rafał Baczewski – Inżynier Systemowy oraz Przemysław Brzęczkowski – Ekspert ds. Inżynierii Systemów

Warzywa z miejskich ogródków mogą szkodzić zdrowiu – badania wykazują metale ciężkie i pestycydy

Marchew z działki, sałata z miejskiego ogródka czy truskawki z własnej uprawy – to symbole zdrowej, lokalnej żywności. Jednak najnowsze badania wskazują, że nawet warzywa i owoce pochodzące z upraw prowadzonych w warunkach amatorskich w miejskich ogrodach działkowych mogą kumulować metale ciężkie, pestycydy, a także pozostałości antybiotyków. Eksperci ostrzegają, że w środowisku miejskim produkcja żywności może być obarczona ryzykiem chemicznego zanieczyszczenia, niewidocznym gołym okiem.

Badania przeprowadzone w latach 2022–2023 w 16 warszawskich ogrodach działkowych wykazały obecność metali ciężkich w glebie oraz w uprawianych roślinach. W glebie stwierdzono średnie stężenia kadmu (Cd) na poziomie 0,8 mg/kg oraz ołowiu (Pb) na poziomie 12,0 mg/kg. W warzywach korzeniowych takich jak marchew, pietruszka i burak, stężenia kadmu wynosiły średnio 0,9 mg/kg, a ołowiu 14,5 mg/kg. Warzywa liściaste, takie jak sałata i szpinak, zawierały średnio 1,4 mg/kg kadmu i 11,0 mg/kg ołowiu. Owoce miękkie, takie jak truskawki i pomidory, wykazywały niższe stężenia – 0,2 mg/kg dla kadmu i 0,3 mg/kg dla ołowiu. Jednak metale ciężkie to nie jedyne zagrożenie – w badanych roślinach wykryto również śladowe ilości pestycydów, które mogą kumulować się w organizmie konsumentów.

Pozostałości pestycydów w roślinach

Analiza pozostałości pestycydów w warzywach takich jak marchew, ogórek i pomidor wykazała obecność substancji aktywnych takich jak chloropiryfos, malation i diazinon w stężeniach od 0,02 do 0,05 mg/kg. Choć wartości te mieszczą się w dopuszczalnych normach, ich obecność w roślinach może stanowić zagrożenie dla zdrowia, szczególnie w przypadku długotrwałego spożywania tych produktów.

– Regularne spożywanie warzyw i owoców zawierających pozostałości metali ciężkich i pestycydów może prowadzić do ich kumulacji w organizmie, co zwiększa ryzyko wystąpienia różnych choróbw tym problemów neurologicznych, uszkodzeń nerek, zaburzeń hormonalnych, osłabienia układu odpornościowego, a w długim okresie nawet nowotworów – ostrzega prof. dr hab. inż. Barbara Gworek, Kierownik Zakładu Chemii Środowiska i Oceny Ryzyka w IOŚ-PIB, inicjatorka i współautorka badań.

Jakie pestycydy wykrywano w polskich warzywach?

Na podstawie dostępnych raportów i badań wskazanie konkretnej, aktualnej listy najczęściej występujących substancji czynnych pestycydów oddzielnie dla marchwi, ogórków i pomidorów w Polsce jest trudne. Oficjalne raporty (np. Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – PIB) często agregują dane dla wszystkich warzyw lub koncentrują się na przypadkach przekroczeń norm (NDP – Najwyższy Dopuszczalny Poziom Pozostałości).

Można jednak wskazać substancje, które były wykrywane w badaniach dotyczących polskich warzyw:

Substancje wykrywane w badaniach:

  • Marchew (i inne warzywa korzeniowe):
    • Linuron – wykrywany w krajowych warzywach korzeniowych, w tym w marchwi, w raportach NIZP PZH.
    • W starszych badaniach (2008–2011) w marchwi wykrywano również diazinon oraz trifluralinę.
  • Ogórki i pomidory:
    • Starsze badania (2008–2011) wskazywały na obecność dimetoatu w ogórkach oraz procymidonu w pomidorach.

Substancje często wykrywane ogólnie w warzywach w Polsce:

Wiele z poniższych substancji jest już wycofanych z użycia w Unii Europejskiej, jak np. chlorpiryfos, dimetoat czy tiofanat metylowy. Mogły one jednak pojawiać się w próbkach w poprzednich latach – jako pozostałości, efekt nielegalnego stosowania lub w produktach importowanych.

  • Chlorpiryfos – przez lata jedna z substancji, których pozostałości najczęściej prowadziły do przekroczeń norm NDP w owocach i warzywach na polskim rynku.
  • Fungicydy (środki grzybobójcze):
    • Ditiokarbaminiany (np. wycofany mankozeb) – często wykrywane w przeszłości.
    • Kaptan (Captan) – również wskazywany w starszych badaniach jako często obecny.
  • Tiofanat metylowy (i jego metabolit karbendazym) – substancje te były wykrywane w badaniach w Polsce.

Według raportów NIZP PZH (np. za 2021 r.), ponad 90% próbek żywności dostępnej w Polsce nie zawierało pozostałości pestycydów lub zawierało je na poziomie nieprzekraczającym obowiązujących norm.

Antybiotyki w nawozach naturalnych

Badania nad obecnością antybiotyków w nawozach naturalnych, takich jak gnojowica bydlęca stosowana w rolnictwie ekologicznym, wykazały obecność substancji takich jak tetracyklina, oksytetracyklina i chlorotetracyklina w stężeniach od 0,005 do 0,02 mg/kg. Choć wartości te nie stwarzają obecnie istotnego zagrożenia dla gleby ani wód gruntowych, ich długotrwała obecność może prowadzić do kumulacji w ekosystemie i wpływać na zdrowie ludzi poprzez łańcuch pokarmowy. Antybiotyki w środowisku mogą również przyczyniać się do rozwoju oporności bakterii na te substancje, co stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Wnioski i rekomendacje

Wyniki badań wskazują, że warzywa i owoce uprawiane w miejskich ogródkach działkowych w Warszawie mogą być źródłem metali ciężkich, pozostałości pestycydów oraz antybiotyków, które w długim okresie mogą wpływać na zdrowie konsumentów. Choć badania były prowadzone w stolicy, problem ten ma charakter ogólnopolski – podobne zagrożenia mogą występować w innych miastach, gdzie miejskie ogródki działkowe znajdują się w pobliżu ruchliwych ulic, terenów przemysłowych czy intensywnie użytkowanych obszarów zielonych.

Aby zminimalizować ryzyko związane z konsumpcją tych produktów, zaleca się dokładne mycie i obieranie warzyw i owoców przed spożyciem, stosowanie nawozów organicznych z kontrolowanych źródeł, unikanie stosowania pestycydów w uprawach domowych, regularne monitorowanie jakości gleby i roślin w miejskich ogródkach działkowych oraz edukację mieszkańców na temat bezpiecznych praktyk uprawowych i konsumpcyjnych.

– Rolnicy i ogrodnicy powinni znać zasady bezpiecznego stosowania środków ochrony roślin i ich przestrzegać, aby minimalizować ryzyko akumulacji metali ciężkich i pestycydów w uprawach. Konsumenci z kolei powinni stosować praktyki ograniczające ekspozycję na te substancje, takie jak dokładne mycie i obieranie warzyw, gotowanie lub blanszowanie, które według literatury może zmniejszyć zawartość pestycydów nawet o 30–50%. Tylko w ten sposób możemy zapewnić, że warzywa i owoce z miejskich ogródków będą zdrowym i bezpiecznym źródłem żywności – podkreśla prof. dr hab. inż. Barbara Gworek z IOŚ-PIB.

Tylko poprzez świadome i odpowiedzialne podejście do miejskich upraw roślin jadalnych oraz racjonalne korzystanie z ich plonów można zapewnić, by żywność pochodząca z ogrodów działkowych i przydomowych rzeczywiście wspierała zdrowie mieszkańców, nie niosąc ryzyka środowiskowego ani zdrowotnego.

KSeF: 4 podręczniki MF, nowe pojęcia i brak jasności. Firmy i księgowi alarmują o chaosie

Im bliżej wejścia w życie Krajowego Systemu e-Faktur, tym więcej niejasności pojawia się wśród przedsiębiorców i księgowych. Jak wskazuje raport SaldeoSmart, 30% badanych firm w Polsce nie jest jeszcze gotowych na ten obowiązek. Ministerstwo Finansów opublikowało cztery podręczniki, które miały pomóc w dostosowaniu się do nowych przepisów. Jednak materiały resortu zamiast rozwiać wszelkie wątpliwości, mnożą kolejne.

Już od kilku tygodni można korzystać z podręczników Ministerstwa Finansów, które stanowią kompendium wiedzy o Krajowym Systemie e-Fak0tur. Jak wskazuje Agnieszka Ligocka, ekspertka SaldeoSMART, to pierwszy tak klarowny, napisany przystępnym językiem materiał, wzbogacony o przykłady obrazujące zasady nadawania uprawnień, wystawiania i odbierania faktur w systemie. Jednocześnie wraz z publikacją tych materiałów w obiegu pojawiły się pojęcia i rozwiązania, które nie zostały wprost zdefiniowane w ustawie o VAT ani w rozporządzeniach wykonawczych dotyczących KSeF, co w praktyce rodzi dodatkowe pytania interpretacyjne.

Dowód handlowy bez skutków prawnych

Jednym z nowych pojęć, które pojawiło się w materiałach Ministerstwa Finansów, jest tzw. „potwierdzenie transakcji”. Zgodnie z wyjaśnieniami resortu, jest to dokument, który sprzedawca może przekazać nabywcy w sytuacji, gdy faktura nie została jeszcze przesłana do KSeF, a tym samym nie uzyskała numeru identyfikującego w systemie. W praktyce pełni on funkcję tymczasowego dowodu handlowego, potwierdzającego, że sprzedaż została dokonana i faktura zostanie wystawiona w systemie.

Dokument może zawierać dane stron transakcji, numer faktury nadany przez wystawcę, datę wystawienia, kwotę należności ogółem oraz – zgodnie z rekomendacjami MF – kody QR umożliwiające późniejsze powiązanie go z fakturą w KSeF.

– Potwierdzenie transakcji będzie wizualnie przypominać fakturę – zawiera zbliżony układ danych i będzie mieć kody QR – ale nie wywołuje skutków podatkowych. Nie stanowi podstawy do ujęcia w ewidencji VAT, nie daje prawa do odliczenia podatku i nie wymaga archiwizowania. To jedynie dowód handlowy o charakterze informacyjnym, który ma potwierdzać, że transakcja została zrealizowana i faktura zostanie przesłana do systemu. Wystawienie go przez wystawcę jest dobrowolne – wyjaśnia Agnieszka Ligocka, ekspertka SaldeoSMART i FRAM Finanse.

Kiedy może być przydatne?

Potwierdzenie transakcji może okazać się pomocne w wielu codziennych sytuacjach. W praktyce mogą wystąpić sytuacje, że sprzedawca będzie chciał przekazać nabywcy informację o sprzedaży jeszcze przed przesłaniem faktury do KSeF – zwłaszcza gdy proces fakturowania jest opóźniony z przyczyn technicznych lub organizacyjnych. Takie rozwiązanie może być użyteczne m.in. w sprzedaży terenowej, przy transakcjach z konsumentami, w dostawach międzynarodowych czy w sytuacjach, gdy przedsiębiorca musi potwierdzić zawarcie umowy handlowej przed wystawieniem faktury w systemie.

Jak wskazuje ekspertka SaldeoSMART, dokument ten może również mieć znaczenie w razie problemów technicznych – na przykład braku uwierzytelnienia, aktywnego certyfikatu lub tokenu, który umożliwia dostęp do KSeF, przerw w dostępie do Internetu lub chwilowej niedostępności systemu. W takich sytuacjach potwierdzenie transakcji umożliwia utrzymanie ciągłości obiegu dokumentów handlowych do czasu przesłania właściwej faktury do KSeF.

Obowiązek wystawiania faktur w KSeF zacznie obowiązywać 1 lutego 2026 r. dla dużych przedsiębiorstw i 1 kwietnia 2026 r. dla pozostałych podatników. W pierwszych miesiącach wdrażania część firm może dopiero przechodzić proces uwierzytelniania i nadawania uprawnień w systemie. Dla takich podmiotów potwierdzenie transakcji może stanowić praktyczne, tymczasowe rozwiązanie, zanim wszystkie procedury techniczne zaczną działać w pełni sprawnie – podkreśla Agnieszka Ligocka.

W gotowości technologicznej

Pojawienie się nowych pojęć, takich jak potwierdzenie transakcji, pokazuje, że wdrożenie KSeF wymaga od firm nie tylko zrozumienia przepisów, ale też gotowości procesowej i technologicznej. Dla księgowych oznacza to konieczność dostosowania obiegu dokumentów, a dla przedsiębiorców upewnienia się, że ich oprogramowanie obsłuży wszystkie wymagania nowego systemu. Przygotowań jest dużo, a firmy chętnie sięgają po szkolenia z zakresu KSeF. Jak podaje raport SaldeoSMART, skorzystało z nich już 43% przedsiębiorstw.

Część przedsiębiorców – zwłaszcza mniejszych – może zakładać, że do działania w zgodności z KSeF wystarczą im darmowe narzędzia udostępniane przez Ministerstwo Finansów, takie jak Aplikacja Podatnika, aplikacja mobilna czy e-Mikrofirma. Z podręczników resortu wynika jednak, że potwierdzenie transakcji to dokument wydawany nabywcy poza KSeF. Może się więc okazać, że to funkcja, która nie będzie mogła być realizowana za pośrednictwem rządowych narzędzi.

Krajowy System e-Faktur zmieni sposób, w jaki firmy myślą o fakturach i rozliczeniach. Dlatego dziś warto inwestować nie tylko w wiedzę, ale też w technologię, która pozwoli działać bez zakłóceń od pierwszego dnia. Ekspertka SaldeoSMART podkreśla, że im wcześniej firmy przetestują integrację swoich systemów z KSeF, tym łatwiej poradzą sobie z nowymi obowiązkami.

„Uchodźca uchodźcy nierówny”: skąd pochodzą różnice w akceptacji społecznej w Polsce?

0

Polacy częściej popierają przyjmowanie uchodźców z Ukrainy niż tych pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki – wynika z najnowszego raportu „Co wpływa na postrzeganie uchodźców w Polsce”, opracowanego przez Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS. Jak wskazują autorzy badania, różnice te są widoczne wśród sympatyków wszystkich ugrupowań politycznych.

Temat migracji i uchodźców w Polsce od lat jest obecny w debacie politycznej. Twórcy raportu „Co wpływa na postrzeganie uchodźców w Polsce” zauważają, że w Polsce pierwsze wykorzystanie tego tematu w narracji polityków związane było z kryzysem migracyjnym w Unii Europejskiej w 2015 roku1. Od tego czasu temat uchodźców regularnie powraca w wypowiedziach i dyskursie publicznym. W połowie 2021 roku Polacy obserwowali kryzys na granicy z Białorusią, a kilka miesięcy później, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, do Polski zaczęli przybywać uchodźcy z Ukrainy.

Z badania przeprowadzonego przez Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS w 2024 roku na reprezentatywnej próbie Polek i Polaków (N=1001) wynika, że wyborcy wszystkich partii w Polsce chętniej akceptują przyjmowanie uchodźców z Ukrainy niż z Bliskiego Wschodu i Afryki. Najniższe poparcie dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy prezentowali wyborcy Konfederacji, a najwyższe – wyborcy KO oraz Lewicy, nie różniąc się wynikami między sobą2. Twórcy raportu zwracają uwagę, że niższe wyniki poparcia dla przyjmowania uchodźców odnotowano, gdy pytanie odnosiło się do osób pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości (tj. partii rządzącej w okresie, gdy do Polski zaczęli przybywać uchodźcy z obu obszarów) oraz Konfederacji, podobnie jak wyborcy pozostałych partii, najmniej chętnie przyjmowaliby uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki. Największą otwartość w tym obszarze wykazywali wyborcy Koalicji Obywatelskiej oraz Lewicy3.

Autorzy raportu wskazują, że poglądy polityczne są jednym z kluczowych czynników różnicujących postawy wobec uchodźców. Osoby o prawicowych przekonaniach częściej wykazują dystans wobec obu grup, natomiast wyborcy partii centrowych i lewicowych deklarują większą otwartość i gotowość do pomocy.

Wynik ten jest spójny z wynikami innych badań i raportów, wskazujących, że poglądy polityczne mają znaczenie dla postaw wobec różnych grup społecznych, w tym mniejszości etnicznych, seksualnych oraz migrantów i uchodźców. Zjawisko to nie jest specyficzne dla Polski, lecz odzwierciedla globalne wzorce. – Patryk Kukla z Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS, współautor raportu

Dodatkowo, osoby charakteryzujące się wyższym poziomem orientacji na dominację społeczną (SDO, ang. social dominance orientation), czyli silniej ceniące hierarchię społeczną i postrzegające świat jako „dżunglę, w której rywalizuje się o zasoby”, deklarują mniejsze poparcie dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy niż osoby o niższym natężeniu tej cechy – zwracają uwagę twórcy raportu. W przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki niższy poziom akceptacji dla ich przyjmowania w Polsce deklarują zarówno osoby o wyższym poziomie SDO, jak i te cechujące się wyższym poziomem prawicowego autorytaryzmu (RWA, ang. right-wing authoritarianism), który wiąże się z większym przywiązaniem do zasad i autorytetów.

Twórcy raportu zauważają, że w Polsce nastawienie polityków wobec uchodźców było zróżnicowane, zmieniało się w czasie, różniło się między partiami i zależało od pochodzenia samych uchodźców. Inne stanowisko prezentowano wobec uchodźców z Ukrainy, a inne wobec osób przybywających przez granicę polsko-białoruską – głównie z Bliskiego Wschodu i Afryki.

Kultura, bliskość i zaufanie społeczne mają znaczenie

Z raportu wynika, że na różnice w postrzeganiu uchodźców wpływają nie tylko poglądy polityczne, lecz także poczucie kulturowej bliskości. Osoby z Ukrainy są często postrzegane jako kulturowo bliższe Polakom4, pod względem zachowań, języka (języki słowiańskie) i stylu życia. Uchodźcy z Ukrainy przybywający do Polski charakteryzują się również wyższym statusem społecznym niż osoby z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. Autorzy badania zauważają, że znaczącą różnicą w przypadku nastawienia wobec obu grup uchodźców mogła być również wiedza o przyczynach uchodźstwa. Wojna w Ukrainie jest tematem dobrze znanym i szeroko relacjonowanym w polskich mediach, co sprzyja empatii i zrozumieniu. Konflikty w krajach takich jak Syria, Irak czy Afganistan są natomiast mniej znane Polakom. Dodatkowo, Ukraina jest bezpośrednim sąsiadem Polski, a badania pokazują, że wydarzenia rozgrywające się w bliskiej odległości są postrzegane przez ludzi jako bardziej znaczące5.

– Wyniki raportu sugerują, że kluczowy w postrzeganiu uchodźców jest nie tylko fakt, że mamy do czynienia z uchodźcą, ale także informacja o jego pochodzeniu. Wyższa akceptacja wobec uchodźców z Ukrainy wynika z synergii kilku czynników: bliskości kulturowej, wyższego statusu społecznego, medialnej obecności konfliktu oraz geograficznej bliskości. W przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu te czynniki działają słabiej lub wcale, co skutkuje niższym poziomem akceptacji – zauważa współtwórca raportu.

Badanie pokazuje również, że im bardziej osoba czuła się doceniona, akceptowana, silna i dostrzeżona w społeczeństwie, tym wyższy miała poziom akceptacji uchodźców, przy czym wyniki były dwukrotnie wyższe dla uchodźców z Ukrainy. Twórcy badania pozytywną korelację zaobserwowali także w przypadku poziomu wykształcenia. Natomiast wraz ze wzrostem religijności spadło poparcie dla przyjmowania uchodźców z obu grup. Twórcy raportu wskazują, że zmienne takie jak status społeczny, zadowolenie z życia oraz poczucie kontroli miały pozytywny związek wyłącznie z poparciem dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy.

– Fakt, że w ocenie uchodźców z Ukrainy bierze udział więcej zmiennych, jest interesujący, ponieważ może sugerować bardziej złożony obraz tej grupy w polskim społeczeństwie. Większa liczba ukraińskich uchodźców w Polsce oraz ich kulturowa bliskość wobec Polaków pozwala dostrzegać różnorodność tej grupy i uwzględniać więcej czynników przy jej ocenie niż w przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu – podsumowuje Patryk Kukla.

Polityka i emocje w tle społecznych postaw

Z raportu wynika, że postawy wobec uchodźców są złożone i zależą od wielu czynników – ideologicznych, psychologicznych i kulturowych. Choć Polacy generalnie deklarują solidarność z osobami uciekającymi przed wojną, ich gotowość do pomocy różni się w zależności od tego, skąd uchodźcy pochodzą.

Politycy różnych ugrupowań odwołują się do emocji wyborców – od solidarności po lęk – co kształtuje społeczne postawy. Twórcy raportu zauważają, że narracje polityczne, w których jednych uchodźców przedstawia się jako ofiary wojny, a innych jako zagrożenie, utrwalają podziały i różnice w percepcji poszczególnych grup. Autorzy badania podkreślają, że zrozumienie psychologicznych mechanizmów stojących za tymi postawami może pomóc w prowadzeniu bardziej odpowiedzialnej debaty publicznej i projektowaniu skuteczniejszych działań integracyjnych.

1Olender, K. (2017). Obraz uchodźców w dyskursie wybranych polskich partii politycznych. W: Grech, M., Siemes, A. i Wszołek, M. (red.), Badanie i projektowanie komunikacji 6 (s. 265–277). Wydawnictwo Libron.

2Analiza postaw wyborców partii politycznych została przeprowadzona na podpróbie 697 osób, które uczestniczyły w obu falach sondażu – w 2023 i 2024 roku. Porównano poparcie dla przyjmowania uchodźców u wyborców KO i Lewicy za pomocą testu t Studenta dla grup zależnych: t(691) = 0,41; p = 0,999.

3Porównano poparcie dla przyjmowania uchodźców u wyborców KO i Lewicy za pomocą testu t Studenta dla grup zależnych: t(691) = -0,428; p = 0,998.

4Albada, K., Hansen, N. i Otten, S. (2021). When cultures clash: Links between perceived cultural distance in values and attitudes towards migrants. „British Journal of Social Psychology”, 60(4), s. 1350–1378.

5Burris, C.T. i Branscombe, N.R. (2005). Distorted distance estimation induced by a self-relevant national boundary. „Journal of Experimental Social Psychology”, 41(3), s. 305–312.

Digitree Group z rekordowym zyskiem w III kwartale 2025 r. – EBITDA +112% r/r

  • Digitree Group zakończyła trzeci kwartał 2025 r. z EBITDA na poziomie 1,93 mln zł (+112% r/r) i zyskiem netto 1,28 mln zł – to najlepszy wynik kwartalny od początku transformacji Grupy.
  • Łącznie, w trzech kwartałach Grupa wypracowała 48,1 mln zł przychodów oraz 2,82 mln zł EBITDA, poprawiając ten ostatni wynik o 13,6% r/r.
  • Zysk netto po trzech kwartałach sięgnął 0,4 mln zł wobec -0,8 mln zł straty rok wcześniej.
  • Poprawa rentowności to m.in. efekt skutecznego wdrażania nowej strategii rozwoju, integracji w ramach Grupy.

Digitree Group, polska grupa technologiczno-marketingowa notowana na GPW, opublikowała szacunkowe wyniki za trzy kwartały 2025 r. Przychody Grupy – wskutek zaplanowanej restrukturyzacji – wyniosły 48,1 mln zł wobec 58,7 mln zł rok wcześniej. Grupa znacząco poprawiła rentowność operacyjną. EBITDA wzrosła o 13,6% r/r do 2,82 mln zł, a zysk netto osiągnął dodatni poziom 0,4 mln zł. Trzeci kwartał był szczególnie udany dla Grupy – jej EBITDA wyniosła 1,93 mln zł, a zysk netto 1,28 mln zł.

– Dane za trzeci kwartał potwierdzają, że zmiany wprowadzone w Grupie przynoszą dobre efekty. Po trudnym początku roku widzimy wyraźne, pozytywne skutki integracji i uporządkowania wewnętrznych procesów. Zwiększyliśmy rentowność i odzyskaliśmy dynamikę i chcemy ten trend utrzymać w kolejnych okresach. Wchodzimy w końcówkę roku z mocnym balansem i realną perspektywą dalszego wzrostu – komentuje Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Na wynikach Grupy w pierwszym półroczu ciążyły koszty optymalizacji zasobów i przygotowań do wdrożenia nowej strategii, obejmujące m.in. rebranding i dostosowanie struktur organizacyjnych, a także m.in. brak kontynuacji projektów, które zwiększały przychody Grupy w poprzednim roku, ale jednocześnie miały niewielki wpływ na poziom marży bezpośredniej i EBITDA. Efekty tych działań stały się widoczne w trzecim kwartale, w którym Grupa wypracowała najwyższy od roku poziom EBITDA i dodatni zysk netto.

Po etapie porządkowania przechodzimy – zgodnie ze strategią Grupy – do fazy generowania zysków. Digitree konsekwentnie rozwija działalność, wykorzystując synergię między segmentami i budując skalę. Jesteśmy na ścieżce wzrostu i planujemy dalsze umacnianie pozycji poprzez akwizycje i przejęcia. Wyniki trzeciego kwartału potwierdzają, że nowa strategia przynosi wymierne efekty i otwiera przed nami przestrzeń do dalszego rozwoju – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Pełny raport za trzy kwartały 2025 roku, zawierający ostateczne dane finansowe, zostanie opublikowany 25 listopada 2025 r.

Kurs dolara atakuje 3,70 zł

Dolar ma za sobą kilka dobrych dni, zarówno względem euro, jak i złotego. Inflacja w Europie nie zaskoczyła – brak perspektyw na zmiany stóp procentowych. Na rynkach coraz wyraźniej widać nerwowe oczekiwanie na ważne zmiany.

Dolar znów mocny

Wygląda na to, że rynek naprawdę uwierzył w ostatnią konferencję prasową prezesa FED. Coś, co wydawało się jeszcze tydzień temu pewne – czyli obniżka na grudniowym posiedzeniu – dzisiaj już nie jest. Co prawda niemal 70% szans na ten scenariusz to nadal dużo. Zostawia to jednak pole do manewru, tym bardziej że pozostało ponad 5 tygodni do posiedzenia. Do pełnego obrazu trzeba dodać jeszcze lepsze dane makroekonomiczne z USA. Nie może też zabraknąć faktu, że w trudnych czasach kapitał lubi dolara. To, że to prezydent USA w wielu częściach świata animuje trudne czasy, nie ma tutaj znaczenia. Rezultatem tych procesów jest umacniający się dolar. Dzisiaj mamy pierwszy od końca lipca atak na poziom 1,15 na głównej parze walutowej świata. Zbliżamy się również do poziomu 3,70 zł.

Inflacja w Europie

Strefa euro pokazała w piątek dane na temat inflacji. Zgodnie z oczekiwaniami wynosi ona 2,1%. Pokazuje to, że cel EBC, jakim jest utrzymywanie tego parametru wokół poziomu 2%, jest skuteczny. Istotnie powyżej tego poziomu z dużych gospodarek strefy euro są Holandia i Hiszpania, z wynikiem 3,1% obie. Powyżej są też Niemcy, ale 2,3% to niewielka różnica. W dół wskaźnik najsilniej ciągną Francuzi i Włosi, którzy pokazują ostatnio odpowiednio 1,0% i 1,2%. Co to znaczy dla rynków? Jeżeli nie będzie silnego sygnału z zewnątrz, nie należy spodziewać się dalszych zmian stóp procentowych i związanych z tym ruchów. Nie można jednak wykluczyć, że nawrót wojny handlowej mógłby spowodować powrót do obniżek i związane z tym osłabienie euro. Z drugiej strony koniec lub deeskalacja wojny na Ukrainie mogłyby czasowo podnieść inflację, a być może tym samym stopy procentowe.

Cisza przed burzą?

Na rynkach od kilku dni trwa podejrzanie zgodna konsolidacja. Nie na wszystkich oczywiście. O ile przykładowo główne parkiety amerykańskie są dość stabilne, to o DAX tego powiedzieć nie można. Cena złota oscyluje wokół poziomu 4000 dolarów z coraz mniejszymi wahaniami. Również ropa naftowa w ostatnim tygodniu pokazała łącznie niższą zmienność niż czasem ma w ciągu dnia. Widać dużą niepewność. Miało być eldorado inwestycyjne wywołane napływem kapitału z rynku obligacji i lokat, a tutaj mamy problem. Widać, że inwestorzy nie są pewni co dalej i wolą czekać. Na rynku czuć niepewność, z drugiej strony po takich stabilizacjach często zdarzają się silniejsze wybicia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na publikację indeksów PMI. Należy też zwrócić uwagę na zmianę czasu w USA, w rezultacie wracamy do standardowych godzin publikacji danych zza oceanu.

Braki kadrowe i kompetencyjne napędzają wzrost płac w przemyśle

W 2025 roku polski przemysł pozostaje niejednorodny – ograniczenie popytu, spadek zamówień i rosnące koszty działalności dotykają poszczególnych gałęzi sektora w różnym stopniu. Najmniej odczuwają je centra dystrybucyjne oraz firmy z branż farmaceutycznej, chemicznej i FMCG. Tam też pensje rosną najszybciej, a presję płacową napędza niedobór zarówno pracowników, jak i kwalifikacji, wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym” Grafton Recruitment. Duże znaczenie mają umiejętności techniczne, analizy parametrów procesowych, znajomość procedur jakościowych i doświadczenie w pracy z systemami automatyki oraz utrzymania ruchu.

Regionalne i branżowe zróżnicowanie płac

Rosnące tempo inwestycji w infrastrukturę logistyczną, rozwój e-commerce oraz presja na skrócenie czasu realizacji dostaw, sprawiają, że to centra dystrybucyjne wyróżniają się na tle pozostałych gałęzi krajowego przemysłu. Jak pokazuje raport Grafton Recruitment, to także w tej branży odnotowano najwyższy średni wzrost wynagrodzeń – o 10% r./r. Nieco niższy, na poziomie 9% – w branżach farmaceutycznej, chemicznej oraz FMCG.

Pracodawcy z tych sektorów aktywnie konkurują o inżynierów produkcji, technologów, specjalistów ds. jakości czy kierowników zakupów, dlatego coraz częściej oferują nie tylko atrakcyjne stawki bazowe, ale też pakiety rozwojowe, dodatki językowe czy premie roczne. To rynek wymagający zarówno po stronie kandydatów, jak i firm, które muszą reagować na zmieniające się uwarunkowania, oczekiwania i coraz bardziej złożone potrzeby kadrowe – podkreśla Katarzyna Kloc-Pawlik, ekspert ds. rekrutacji w Grafton Recruitment.

Wzrost wynagrodzeń w poszczególnych gałęziach przemysłu jest ściśle związany z kondycją poszczególnych branż, siatką płac w danej firmie, zapotrzebowaniem na pracowników, ich dostępnością i specjalizacją. Duże znaczenie mają także kolejne podwyżki płacy minimalnej, które przekładają się na poziom wynagrodzeń najmniej zarabiających, ale także na konieczność podniesienia stawek specjalistów, co pozwala utrzymać odpowiednie zróżnicowanie płacowe. Widoczne są także rozbieżności regionalne – analiza płac pokazuje, że najwyższe stawki oferowane są najczęściej w ośrodkach o dużej koncentracji nowoczesnych zakładów przemysłowych na Mazowszu, Dolnym czy Górnym Śląsku. W związku z ograniczoną dostępnością kandydatów o wymaganym profilu firmy oferują wynagrodzenia wykraczające poza średnie widełki krajowe, zarówno na stanowiskach niższego szczebla, jak i specjalistycznych.

Regionalne rynki pracy często nie są w stanie w pełni odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie kadrowe centrów logistycznych, zwłaszcza w najbardziej rozwiniętych strefach gospodarczych kraju. Firmy nie tylko zwiększają budżety rekrutacyjne, ale też intensyfikują działania wizerunkowe, inwestując w employer branding i nowoczesne formy promocji ofert pracy. Wzrasta liczba firm, które decydują się także na relokację pracowników lub zapewnienie im transportu, by minimalizować luki kadrowe – wyjaśnia Katarzyna Kołuda, Manager w Grafton Recruitment.

I tak np. w branży dystrybucyjnej, w której podwyżki były najwyższe w sektorze przemysłowym i wyniosły średnio 10%, różnice wahają się od kilku do kilkudziesięciu procent. Przykłady:

  • Pensja kierownika łańcucha dostaw w woj. mazowieckim wzrosła średnio o 13% (wynosi obecnie 18 000-25 000 zł brutto), przy czym te same widełki płac widoczne są w śląskim, gdzie pensje zwiększyły się o 5%. W wielkopolskim natomiast było to 8% (wynagrodzenia mieszczą się w granicach 17 000 – 24 000 zł), w małopolskim 7% (16 000 – 22 000 zł), a w dolnośląskim i pomorskim 6% (w obydwu województwach to obecnie 15 500 – 22 000 zł). Pensje nie zmieniły się np. w woj. łódzkim i wahają się w granicach 14 000 – 20 000 zł.
  • Z analizy wynika także, że np. pensja kierownika zmiany w woj. łódzkim wzrosła o 20% i wynosi obecnie od 7 500 do 9 500 zł brutto, natomiast w dolnośląskim zwiększyła się o 13% i kształtuje się od 8 000 do 10 000 zł., przy czym takie same widełki płac widoczne są w wielkopolskim, choć pensje na tym stanowisku wzrosły średnio o 16%.
  • Jednocześnie wynagrodzenie pracownika magazynu – wzrosło średnio o 18% w woj. dolnośląskim i wynosi 5 000 – 6 000 zł, w mazowieckim zwiększyło się o 20% do 4300 – 5000 zł, a w wielkopolskim o 32% i waha się w granicach 5 500 – 6500 zł.

Rozbudowana struktura wynagrodzeń, różnice stawek między regionami oraz rosnące oczekiwania wobec kompetencji kandydatów sprawiają, że sektor przemysłowy jest szczególnie wrażliwy na zmiany podaży pracy. Utrzymanie ciągłości operacyjnej i standardów jakości staje się możliwe tylko przy odpowiednio elastycznej i konkurencyjnej polityce zatrudnienia. Jak wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym” Grafton Recruitment, najwyższą średnią podwyżkę wynagrodzeń r./r. spośród wszystkich badanych gałęzi przemysłu odnotowali pracownicy fizyczni – ich pensje wzrosły w skali kraju o 14%. O 7% zwiększyły się wynagrodzenia specjalistów, natomiast managerów o 5%.

Najbardziej poszukiwani teraz i później

Warto zwrócić uwagę na fakt, że polskie firmy logistyczne, które odgrywają coraz ważniejszą rolę w międzynarodowych łańcuchach dostaw, muszą dziś mierzyć się z rosnącą presją ze strony globalnych operatorów m.in. z Chin, którzy narzucają tempo automatyzacji i cyfryzacji. Rosnąca konkurencja oznacza konieczność dostosowania się do międzynarodowych oczekiwań technologicznych i organizacyjnych, przy jednoczesnym niedoborze specjalistów i rosnącej presji płacowej wyjaśnia Agnieszka Mazurek-Szulim, Manufacturing & Supply Chain Manager w Wyser.

Najbardziej poszukiwani – oprócz pracowników fizycznych –  są kandydaci mający doświadczenie w obsłudze zautomatyzowanych linii produkcyjnych, posiadający umiejętność analizy parametrów technicznych oraz znajomość procedur jakościowych. Dotkliwe braki dotyczą inżynierów produkcji, technologów oraz operatorów maszyn w zakładach o wysokim stopniu automatyzacji.

– Wraz z postępującą automatyzacją i wdrażaniem rozwiązań Przemysłu 4.0 zmieniają się realne potrzeby kompetencyjne firm. W miarę upływu czasu jeszcze większe znaczenie zyskają stanowiska wymagające zdolności analitycznych i praktycznego doświadczenia w środowisku produkcyjnym. To powoduje, że firmy konkurują o wąską grupę kandydatów, często podnosząc stawki i skracając procesy decyzyjne, aby nie stracić wartościowych specjalistów – komentuje Magdalena Niedziałek, Project Manager w Grafton Recruitment.

Widoczny jest wysoki popyt m.in. na takie role jak: operatorzy systemów zautomatyzowanych nadzorujący pracę robotów, programiści i serwisanci robotyki, analitycy danych generowanych przez automatykę, a także specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa oraz technicy odpowiedzialni za utrzymanie i naprawę maszyn. Firmy stają przed wyzwaniem przekwalifikowania i doszkolenia pracowników, aby mogli sprostać wymaganiom automatyzacji. Sytuację komplikuje niedobór wykwalifikowanych specjalistów, zwłaszcza w obszarze utrzymania ruchu oraz IT ze znajomością systemów WMS, WCS i MES. Nowe stanowiska pojawiają się także w obszarze ESG (Environmental, Social, Governance).

W związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na zieloną logistykę i rozwiązania proekologiczne, firmy z branży coraz częściej poszukują specjalistów, którzy potrafią wdrożyć rozwiązania zmniejszające ślad węglowy, optymalizować trasy transportowe czy zarządzać recyklingiem opakowań. Aspekt ESG staje się coraz ważniejszym czynnikiem wpływającym na strategię HR i wizerunek pracodawcy – tłumaczy Katarzyna Kloc-Pawlik, ekspert ds. rekrutacji w Grafton Recruitment.

Perspektywy: koncentracja na specjalizacji i dopasowaniu kompetencji

Dane z raportu Grafton Recruitment jasno wskazują, że presja wynagrodzeniowa utrzyma się w zawodach wymagających wysokiej specjalizacji. To szczególnie widoczne w sektorach o dużym stopniu automatyzacji i zaawansowania technologicznego, gdzie rośnie znaczenie znajomości systemów cyfrowych czy doświadczenia projektowego. Pracodawcy nie tylko podnoszą stawki, ale też coraz częściej oczekują od kandydatów szybkiej adaptacji do zmieniającego się środowiska przemysłowego.

W logistyce, podobnie jak w wielu innych gałęziach przemysłu, w których postępująca automatyzacja i cyfryzacja podnoszą próg kompetencyjny, największym wyzwaniem staje się dziś nie tylko pozyskanie, ale i utrzymanie pracowników zdolnych do szybkiej adaptacji. Dla zarządzających oznacza to konieczność nowoczesnego podejścia: inwestowania w rozwój kompetencji, większej elastyczności w zarządzaniu ludźmi i dostosowywania struktur do szybko zmieniających się warunków rynkowych – komentuje Agnieszka Mazurek-Szulim, Manufacturing & Supply Chain Manager w Wyser.

W nadchodzących kwartałach kluczowe okaże się nie tylko poziom wynagrodzeń, ale również umiejętność precyzyjnego dopasowania profilu kandydata do potrzeb firmy. To właśnie elastyczność kompetencyjna i rozwój specjalizacji będą decydować o przewadze konkurencyjnej firm.

– Widzimy wyraźną tendencję: firmy inwestujące w technologie i jakość, równolegle rozwijają strategie zarządzania kompetencjami. Nie chodzi już tylko o wzrost płac, ale o precyzyjne dopasowanie zespołów do wyzwań operacyjnych. W tym kontekście wartość kandydatów z unikalnym doświadczeniem będzie nadal rosła – dodaje Danuta Protasewicz, Regional Manager w Grafton Recruitment.do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 117 do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 118 do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 119

Informacje o raporcie: „Raport wynagrodzeń w sektorze przemysłowym 2025” to ósma edycja cyklicznego opracowania przygotowanego przez ekspertów Grafton Recruitment we współpracy z Gi Group. Badanie zostało przeprowadzone w II kwartale 2025 roku i objęło analizę 8228 rekordów z bazy kandydatów oraz dane dotyczące budżetów wynagrodzeń 154 firm z sektora przemysłowego. Raport zawiera zestawienia wynagrodzeń dla ponad 200 stanowisk – od pracowników fizycznych, przez specjalistów, aż po kadrę menedżerską – w różnych obszarach przemysłu, takich jak farmacja i chemia, motoryzacja i produkcja urządzeń, FMCG, badania i rozwój, centra inżynieryjne i dystrybucyjne oraz budownictwo. Uwzględnia także nowe role, związane m.in. z automatyką, robotyzacją i ESG. Publikacja została wzbogacona komentarzami ekspertów oraz wynikami ankiet przeprowadzonych wśród pracowników i pracodawców, które pokazują aktualne wyzwania i perspektywy rozwoju sektora.

Nowi giganci w polskiej bankowości: UniCredit i Erste rozbijają dotychczasowy układ sił

Powrót włoskiej grupy UniCredit do Polski, który sfinalizował przejęcie Aion Bank i jego spółki partnerskiej Vodeno za 376 mln euro oraz wejście na polski rynek bankowy austriackiego Erste Banku, który inwestuje ponad 7 mld euro w udziały w Santander Bank Polska i Santander TFI będzie oznaczało daleko idące zmiany. – „Można się spodziewać, że wejście na polski rynek dwóch dużych grup finansowych, dysponujących technologią, kapitałem i międzynarodowym doświadczeniem, może wywrzeć silną presję na obecnych liderów sektora. Zmiana obecnego status quo będzie miała duży wpływ zarówno na sytuację klientów indywidualnych, korporacyjnych, jak i w segmencie dużych finansowań” – mówi dr Jan Gąsiorowski, członek zespołu ds. bankowości i finansów w kancelarii Wolf Theiss, który specjalizuje się w finansowaniu nieruchomości oraz transakcjach fuzji i przejęć. 

Powrót UniCredit: nowa era, stare ambicje

UniCredit, który przez ponad dekadę był właścicielem Banku Pekao, teraz wraca do Polski w nowej, cyfrowej odsłonie. 6 października 2025 roku rebranding Aion Banku na UniCredit stał się faktem, a jego klienci zostali przeniesieni pod nową markę. Erste Bank z kolei, choć obecny na polskim rynku od lat, rozpoczyna swoją działalność w sektorze detalicznym od zera – z ambicją zbudowania silnej pozycji.

Co to oznacza dla konsumenta?

Dla klientów indywidualnych wejście dwóch silnych grup finansowych może oznaczać realne, pozytywne zmiany. Przede wszystkim należy spodziewać się spadku kosztów usług bankowych – zarówno UniCredit, jak i Erste mogą konkurować cenowo z obecnymi już w Polsce bankami, oferując atrakcyjniejsze warunki prowadzenia kont, kart czy przelewów. Ta presja może zmusić również inne banki do rewizji swoich cenników.

Konsumenci zyskają też dostęp do nowoczesnych, zintegrowanych rozwiązań. Coraz popularniejsze staną się produkty „all-in-one”, czyli konta bankowe, które oprócz podstawowych funkcji oferują również wbudowane narzędzia inwestycyjne, analizę wydatków, dostęp do kredytu czy nawet porady finansowe w czasie rzeczywistym. Poziom automatyzacji i AI również powinien się zwiększyć – jak pokazuje przykład Niemiec, gdzie N26 i ING oferują automatyczne budżetowanie, systemy analizy wydatków i sugestie oszczędności.

Co to oznacza dla dużych graczy?

Dla firm – zwłaszcza dużych podmiotów działających w skali krajowej i międzynarodowej – zmiany w sektorze bankowym na polskim rynku to możliwość skorzystania z okazji. Przede wszystkim pojawi się więcej źródeł kapitału i nowych ofert finansowania, w tym finansowania długoterminowego i inwestycyjnego, coraz częściej powiązanego z celami zrównoważonego rozwoju, ekologią i standardami ESG.

Jednocześnie można oczekiwać szerszego dostępu do międzynarodowych rynków kapitałowych, co dla spółek planujących ekspansję za granicę może oznaczać niższy koszt pieniądza, bardziej elastyczne warunki kredytowania oraz łatwiejszy dostęp do strukturyzowanych produktów finansowych. Taka konkurencja powinna również przełożyć się na stopniowy spadek marż kredytowych, zwłaszcza w segmencie korporacyjnym – podobnie jak miało to miejsce w Czechach, na Węgrzech czy w Rumunii po wejściu dużych europejskich banków.

Zarówno Erste Bank, który od lat skutecznie działa na polskim rynku, jak i UniCredit, który wraca do Polski po kilkuletniej przerwie, doskonale rozumieją specyfikę lokalnego rynku. Erste, z doświadczeniem zdobytym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, zna potrzeby polskich konsumentów i firm, a UniCredit, z bogatą historią na polskim rynku, ma głęboką wiedzę o lokalnych wyzwaniach. Te grupy finansowe, dysponujące nowoczesnymi technologiami, ogromnym kapitałem i międzynarodowym doświadczeniem, w doskonały sposób mogą wykorzystać zmieniający się rynek bankowy w Polsce.

Dzięki doświadczeniu UniCredit i Erste w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, polskie spółki mogą także zyskać korzystniejsze warunki przy finansowaniu eksportu i inwestycji zagranicznych, w tym dostęp do lokalnych oddziałów tych banków, lepszą ocenę ryzyka oraz możliwość uczestnictwa w międzynarodowych konsorcjach finansujących duże projekty infrastrukturalne, energetyczne czy logistyczne.

Konkurencja nie musi oznaczać strat

Część analityków i ekspertów wskazuje, że wejście do Polski Erste Banku oraz grupy UniCredit nie wpłyną na poziom konkurencji oraz zyski obecnych już na rynku banków. Jak twierdzi Anna Lozmann, director & lead analyst w Financial Services S&P Global Ratings, bezpośrednia działalność Erste Banku w Polsce nie grozi znaczącym pogorszeniem rentowności z powodu wzrostu konkurencji w sektorze, a nowi gracze na polskim rynku bankowym mają duże możliwości osiągania zysków, m.in dzięki rosnącej gospodarce i wzrostowi zamożności społeczeństwa.

Historia nie kłamie: gdy wielcy wchodzą na rynek, marże spadają – a kapitał się rusza

Jeśli spojrzymy na doświadczenia innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, schemat wydaje się jasny: wejście dużej instytucji finansowej to nie rewolucja z dnia na dzień, ale systematyczna zmiana, która w ciągu 2–3 lat potrafi przestawić cały rynek. Dane historyczne pokazują, że niemal każde takie wejście kończyło się spadkiem marż kredytowych w sektorze korporacyjnym o ponad 30%. Przykład? Czechy, gdzie Erste Group ma ponad 24% udziału w rynku. Po akwizycji Česká spořitelna przez Erste Group w Czechach, marże znacząco spadły. Podobne efekty zaobserwowano po wejściu Intesa Sanpaolo na Słowację (2007) oraz UniCredit na Węgry (2002), gdzie dodatkowo rynek kredytów dla firm urósł o ponad 50% w zaledwie kilka lat.

„W Polsce, gdzie marże kredytowe dla firm w 2024 roku wynosiły około 1,7 punktów procentowych, można spodziewać się analogicznego efektu, ale to nie tylko kwestia cen” – komentuje adw. Maria Markowska-Zalewska z Wolf Theiss. – „Podobnie jak w Czechach czy na Węgrzech, oczekiwałabym nie tylko spadku marż kredytowych, ale także zwiększenia konkurencji, co mogłoby przełożyć się na lepszą dostępność finansowania dla polskich firm. W rezultacie mogłoby to otworzyć nowe perspektywy rozwoju, zwłaszcza w kontekście projektów o międzynarodowym zasięgu” – dodaje ekspertka.

Jej zdaniem obecność banków z silnym zapleczem w strefie euro może oznaczać większą zdolność syndykacyjną dla dużych projektów infrastrukturalnych – zarówno drogowych, jak i energetycznych.

To już się dzieje – w 2025 r. Erste Bank brał udział w jednej z dwóch największych transakcji refinansowania na Polskim rynku: HB Reavis ogłosił niedawno podwyższenie finansowania dla projektu Varso Place w Warszawie – z 475 mln euro do aż 510 mln euro. Do konsorcjum finansującego (w którym od początku uczestniczył Santander Bank Polska) dołączyły m.in. PKO BP i właśnie Erste Group Bank AG, który już dziś uchodzi za jednego z najaktywniejszych graczy w finansowaniu dużych projektów w Europie Środkowej. Drugim takim projektem było podpisanie refinansowania przez Cavatina Holding S.A., wiodącej grupy deweloperskiej, na kwotę 270 mln euro, w której to transakcji Erste Bank działał jako agent dla konsorcjum trzech banków. Dla rynku to jasny sygnał: apetyt na ekspansję jest realny, a Polska znajduje się wysoko na radarze europejskich gigantów.

„Oprócz spadku marż i kosztów kredytu zarówno dla klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych oczekiwałbym także większej dostępności kapitału i międzynarodowego finansowania. Obecność na polskim rynku dwóch silnych europejskich grup finansowych związanych ze strefą euro powinna zaowocować także większymi możliwościami finansowania międzynarodowego i większą zdolnością syndykacyjną dla dużych projektów, zwłaszcza w energetyce, czy jeśli chodzi o infrastrukturę drogową i kolejową” zauważa dr Jan Gąsiorowski z Wolf Theiss.

Historia pokazuje: zmiany są głębokie, ale rozciągnięte w czasie

Oczywiście, polski rynek bankowy w 2025 roku to zupełnie inna rzeczywistość niż ta sprzed 25 lat. Na przełomie lat 90. i 2000., wejście globalnych graczy takich jak Citibank, ING, Santander (ówczesny Bank Zachodni WBK) czy GE Money Bank miało wręcz systemowy charakter i kształtowało fundamenty nowoczesnej bankowości detalicznej w Polsce.

Wejście Citibanku (poprzez przejęcie Banku Handlowego) przyniosło m.in. wprowadzenie pierwszych międzynarodowych kart kredytowych, które wcześniej były w Polsce rzadkością. ING, który przejął Bank Śląski, odegrał kluczową rolę w rozwoju bankowości internetowej i telefonicznej, stając się jednym z pionierów cyfrowej obsługi klientów. Z kolei GE Money Bank (później przejęty przez BPH) wprowadził bardziej agresywny model sprzedaży kredytów gotówkowych i ratalnych, co wymusiło na konkurencji dostosowanie oferty i podejścia do klienta masowego.

Efekty tamtej transformacji nie były widoczne z dnia na dzień, ale już po kilku latach rynek przeszedł ogromne przeobrażenie. Konsolidacja, automatyzacja, rozwój systemów scoringowych, upowszechnienie kredytów hipotecznych i detalicznych, wszystko to miało swój początek właśnie w czasie tej pierwszej fali „wielkich wejść” zagranicznych grup bankowych.

Warto jednak pamiętać, że w tamtym czasie Polska była rynkiem wschodzącym, z bardzo ograniczonym dostępem do kredytu, brakiem zaawansowanych produktów bankowych, a nawet z niedoborami infrastruktury IT. Dziś natomiast mamy do czynienia z rynkiem o wysokim stopniu cyfryzacji, nowoczesnym systemie płatniczym (np. BLIK, który jest technologicznie bardziej zaawansowany niż wiele rozwiązań w Europie Zachodniej) i społeczeństwem finansowo świadomym.

„Krótkoterminowo możemy się spodziewać wzrostu konkurencji i większej liczby promocji, które będą skierowane do klientów indywidualnych. Długoterminowo zaś, czyli w przeciągu 2-3 lat, zmiany mogą sięgnąć głębiej, powodując zmniejszenie się marż, lepsze produkty oraz większą dostępność kapitału i większy dostęp do międzynarodowych struktur finansowania. Pokazują to przykłady innych dużych transakcji tego typu w naszym regionie, takich jak wejście Intesa Sanpaolo na Słowację, czy wcześniej pojawienie się Raiffeisen Bank International w Rumunii” – podkreśla dr Jan Gąsiorowski z Wolf Theiss.

„Polski rynek bankowy, jeśli chodzi o rozwiązania, produkty i poziom nasycenia rozwiązaniami IT, jest dziś na pewno w zupełnie innym miejscu niż 20 lat temu. Co więcej, niektóre produkty, jak choćby nasz rodzimy BLIK jest w czołówce światowej, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i nowoczesność zastosowanych rozwiązań. Jednocześnie jednak marże bankowe w Polsce są wyższe niż średnia w krajach Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) i UE, co widać zwłaszcza w kredytach hipotecznych. Polskie banki tłumaczą to m.in. ryzykiem prawnym i inwestycyjnym oraz kosztami dodatkowymi, takimi jak podatek bankowy. W rezultacie polskie kredyty są droższe niż np. w Czechach, mimo zbliżonego poziomu rozwoju gospodarczego” – zauważa adw. Maria Markowska-Zalewska.

Podsumowując, przyspieszony rozwój działalności nowych graczy takich jak Erste i UniCredit nie zmieni reguł gry z dnia na dzień, ale może doprowadzić do drugiej fali ewolucji, tym razem skupionej na innowacyjności, spadku kosztów finansowania, lepszym customer experience i integracji z usługami cyfrowymi państwa.

Lęk wśród właścicieli ziemi. Gminy nie nadążają z wydawaniem warunków zabudowy

Wielki strach padł na właścicieli gruntów. Czy będzie można zbudować na nich dom? „Na warunki zabudowy czeka się nawet rok”.

Zatory w urzędach, problemy z podejmowaniem decyzji, więcej gruntów na sprzedaż i duży chaos – tak w skrócie można opisać sytuacje związaną z wejściem w życie ustawy o planach zagospodarowania przestrzennego. Ustawa wchodząca w życie w czerwcu 2026 roku nazywana jest „prawdziwą rewolucją” i może sprawić, że wiele gruntów przestanie być kwalifikowanych jako te, na których można zbudować dom. Właściciele działek w pośpiechu starają się więc o warunki zabudowy albo… próbują sprzedać ziemię, której nie są pewni czy w przyszłości będzie kwalifikować się pod budownictwo. – Zauważamy dużą niepewność. Rośnie ilość sprzedających grunty, nawet po atrakcyjnych cenach. Tutaj jednak trzeba być ostrożnym, bo może okazać się, że zostaniemy z kupioną tanio ziemią i nic na niej nie zbudujemy – mówi ekspert rynku nieruchomości Mirosław Król.

„Prawdziwa rewolucja”, która budzi strach u właścicieli działek i osób planujących budowę domu

Nowa ustawa wprowadzi prawdziwą rewolucję w budownictwie, nic zatem dziwnego, że wiele osób stara się „dopiąć” formalności związane z planowanymi przez nich inwestycjami przed wejściem w życie nowych przepisów. Zmiany wchodzą w życie w czerwcu. Niektóre gminy mają objęte planami zagospodarowania przestrzennego zaledwie ułamki swoich terenów. Nic więc dziwnego, że właściciele ziemi starają się o możliwie szybkie warunki zabudowy.

– Opisując owe, nadchodzące wielkimi krokami, zmiany, trzeba w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na wprowadzenie nowego aktu prawa miejscowego w postaci tzw. planów ogólnych, które będą punktami odniesienia dla wszystkich decyzji o warunkach zabudowy. Oznacza to, że już niebawem każda taka decyzja będzie musiała wykazywać zgodność z planem ogólnym, w tym: będzie mogła być wydana dla działek, które zostaną objęte tzw. obszarem uzupełnienia zabudowy. Co więcej, jeśli przed wejściem w życie nowych przepisów, dana gmina nie zdąży uchwalić na swym terenie planu ogólnego, wydanie decyzji WZ w ogóle nie będzie możliwe aż do czasu, gdy takowy plan powstanie. Z perspektywy właścicieli inną istotną zmianą będzie terminowy charakter decyzji o warunkach zabudowy – mają one zachowywać moc obowiązującą jedynie przez 5 lat – komentuje mecenas Marek Jarosiewicz, partner w kancelarii Wódkiewicz Sosnowski Jarosiewicz.

Nie ma cienia wątpliwości, że nowe przepisy w istotny sposób wpłyną na możliwości korzystania z prawa własności przez właścicieli działek – część ich uprawnień zostanie poświęcona na rzecz zapewnienia większej spójności architektoniczno-urbanistycznej i ładu przestrzennego.

– Jeśli ktoś dopiero myśli o zakupie działki, sugerowałbym podejmowanie decyzji w tym zakresie w oparciu o informacje co do tego, czy działka objęta jest miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a jeśli nie jest – wstrzymanie się z zakupem do czasu uchwalenia planu ogólnego, ewentualnie wprowadzenie do umowy sprzedaży postanowień, które zabezpieczą interesy kupującego na wypadek gdyby okazało się, że status prawny działki będzie inny niż według obecnie obowiązujących przepisów – komentuje mecenas Marek Jarosiewcz.

Uwaga na promocyjne ceny działek. Wiele gruntów straci na wartości

Bardzo praktyczną konsekwencją zmian będą też zmiany wartości poszczególnych działek – z jednej strony wartość wielu spośród nich z pewnością spadnie, ponieważ wyłączona zostanie możliwość inwestowania na nich, z drugiej: te, na których taka możliwość pozostanie staną się podwójnie cenne.

– Sytuacja jest trudna. Zauważamy, że klienci nie byli świadomi tego, że takie zmiany wchodzą w życie i gdy ich uświadamiamy, gdy kupują teren to są bardzo zaskoczeni tym, z jakim ryzykiem to się teraz może wiązać. Na rynku pojawia się wiele okazji i gruntów po niższych cenach, bo ich właściciele mają wątpliwości i obawy czy ich teren będzie nadawać się pod budowę – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

– Wiele obaw nie jest zasadnych, bo gminom zależy na tym, by osiedlać się na ich terenie. Panika więc nie jest wskazana. Legislacyjny chaos może jednak generować niepewność, bo w urzędach czeka się obecnie miesiącami na warunki zabudowy – mówi Mirosław Król.

Od kilku miesięcy odnotowuje się ponadprzeciętny przyrost wniosków o wydanie decyzji o warunkach zabudowy, a czas prowadzenia postępowań w tym przedmiocie już znacząco się wydłużył. Należy spodziewać się, że im bliżej będziemy dnia wejścia ustawy w życie, tym trudniejsze będzie uzyskanie WZ.

Przemysław Kania awansuje w strukturach Cisco

0

Cisco ogłosiło mianowanie Przemysława Kani – dotychczasowego dyrektora generalnego Cisco w Polsce – na stanowisko wiceprezesa (Vice President) odpowiedzialnego za rynek Service Provider w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA). Przemysław Kania dołącza do zespołu kierowniczego Cisco EMEA i będzie podlegał bezpośrednio prezesowi Cisco EMEA, Gordonowi Thomsonowi. W nowej roli pokieruje regionalną strategią rynkową Cisco w segmencie Service Provider, koncentrując się na wzroście, ekspansji rynkowej oraz modelach współpracy z klientami opartymi na rozwiązaniach i usługach, które generują długofalową wartość i cykliczne przychody.

To dla mnie ogromny zaszczyt objąć funkcję wiceprezesa Service Provider EMEA i dołączyć do tak wyjątkowego zespołu w niezwykle ekscytującym momencie dla Cisco i całego rynku dostawców usług internetowych i operatorów telekomunikacyjnych. Postępująca cyfryzacja i rozwój sztucznej inteligencji wprowadzają fundamentalne zmiany w naszej branży, otwierając niespotykane dotąd możliwości kształtowania przyszłości infrastruktury. Jestem przekonany, że wspólnie osiągniemy wiele i dostarczymy naszym klientom realną wartość – powiedział Przemysław Kania.

Przemysław Kania jest związany z Cisco od 1998 roku. W tym czasie pełnił szereg funkcji kierowniczych w obszarach inżynierii, sprzedaży i usług, m.in. nadzorując powstanie i dynamiczny rozwój Globalnych Centrów Doświadczeń Klientów (Global Customer Experience Centers) w Krakowie i w Meksyku.

W ostatnich ośmiu latach pełnił funkcję dyrektora generalnego Cisco w Polsce, kierując zespołami sprzedażowymi i technicznymi oraz rozwijając współpracę z ponad 600 lokalnymi partnerami Cisco.

Przemysław łączy w sobie wyjątkowe umiejętności biznesowe i doświadczenie, które doskonale predestynują go do objęcia przywództwa w segmencie Service Provider w regionie EMEA. Cieszę się, że dołącza do naszego zespołu kierowniczego – to lider, który potrafi inspirować i motywować do osiągania ponadprzeciętnych wyników. Liczę na jego kolejne sukcesy w nowej roli – powiedział Gordon Thomson, prezes Cisco EMEA.

W związku z awansem Przemysława Kani i do czasu powołania jego następcy na stanowisko dyrektora generalnego, pełniącą obowiązki liderki Cisco w Polsce została Łucja Barbaszewska.

UOKiK stawia zarzuty Polkomtelowi: opłaty za „utrzymanie numeru” mogą naruszać prawa konsumentów

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) zarzucił spółce Polkomtel – operatorowi sieci Plus – stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów oraz używanie niedozwolonych postanowień umownych. Przedmiotem zastrzeżeń są m.in. pobierane opłaty za „utrzymanie numeru” w ofertach przedpłaconych (pre-paid), jednostronne podwyżki cen usług oraz brak przejrzystych informacji dla klientów na opakowaniach starterów.

Jeśli zarzuty UOKiK się potwierdzą, Polkomtelowi grozi kara w wysokości nawet do 10% rocznego obrotu.

System przedpłacony a opłaty za utrzymanie numeru

Oferty na kartę mają zapewniać użytkownikom pełną swobodę dysponowania środkami – klient doładowuje konto określoną kwotą i korzysta z usług w zależności od potrzeb, bez zobowiązania abonamentowego. Tymczasem – jak twierdzi UOKiK – Polkomtel obciąża klientów dodatkowymi opłatami w wysokości 5 zł miesięcznie, jeśli nie dokonają określonej aktywności (np. wykonania połączeń lub wysłania SMS w kwocie min. 5 zł).

Oznacza to, że nawet gdy użytkownik posiada na koncie środki lub wykupiony wcześniej pakiet usług, po 30 dniach może stracić 5 zł tylko dlatego, że nie korzystał aktywnie z usług. W skali roku taka opłata może wynieść nawet 55 zł.

„Częstotliwość korzystania z telefonii w ofertach na kartę nie może wynikać z nacisku ze strony przedsiębiorcy. Konsumenci muszą mieć elastyczność w dysponowaniu środkami, co jest sednem oferty pre-paid” – podkreśla Prezes UOKiK, Tomasz Chróstny.

UOKiK zaznacza, że opłata za utrzymanie numeru nie ma uzasadnienia – zgodnie z prawem to przedsiębiorca, a nie klient, jest zobowiązany do utrzymania aktywności numeru na podstawie zawartej umowy. Jednostronne wprowadzenie opłaty lub zmiana jej wysokości może zatem naruszać przepisy.

Jednostronne zmiany cen i niewystarczająca informacja dla klienta

Oprócz opłaty za utrzymanie numeru, Polkomtel miał również jednostronnie podwyższyć ceny usług – m.in. minut połączeń oraz SMS/MMS – w ramach już trwających umów. Zmiany miały dotyczyć nie tylko przyszłych, ale i wcześniej zgromadzonych środków na koncie klientów.

UOKiK zakwestionował także sposób informowania o opłacie za utrzymanie numeru na opakowaniach starterów. Informacja ta znajduje się dopiero na wewnętrznej stronie opakowania – co oznacza, że konsument może się o niej dowiedzieć dopiero po zakupie.

„Taka informacja jest kluczowa dla podjęcia decyzji o zawarciu umowy. Jej brak uniemożliwia konsumentowi realną ocenę opłacalności oferty i porównanie jej z konkurencyjnymi usługami” – podkreśla UOKiK.

Możliwe konsekwencje dla Polkomtel

Urząd wskazuje, że spółka mogła naruszyć zbiorowe interesy konsumentów w kilku obszarach:

  • pobierania opłaty za utrzymanie numeru,
  • jednostronnego podwyższania cen usług,
  • niepełnego informowania o warunkach umowy na etapie zakupu startera.

Jeśli zarzuty zostaną potwierdzone, Polkomtel może zostać ukarany karą finansową do 10% rocznego obrotu za każdą z praktyk.

System kaucyjny wolno się rozkręca. Do tego widać, że konsumenci mają z tym spory kłopot

Z niedawno opublikowanego raportu branżowego wynika, że 12,1% konsumentów twierdzi, że skorzystało już z systemu kaucyjnego. Wydaje się to mało prawdopodobne, bo w sprzedaży jest jeszcze niewiele opakowań zwrotnych. Niewiedza może wynikać z niedostatecznej akcji informacyjnej dotyczącej zasad samego zwrotu ww. opakowań. Zdaniem autorów raportu, wiele osób nie wie, że zwrot kaucji dotyczy tylko oznaczonych opakowań i w niektórych sklepach nie jest jeszcze możliwy. Według ekspertów, edukacja konsumentów w tym zakresie będzie kluczowa dla skutecznego funkcjonowania systemu oraz osiągnięcia założonych przez ustawodawcę celów.

Jak wynika z raportu (autorstwa UCE Research i Shopfully), 12,1% dorosłych konsumentów informuje, że już skorzystało z niedawno wprowadzonego systemu kaucyjnego. Jednak, zdaniem ekspertów, te deklaracje wydają się zawyżone, bo na rynku aktualnie nie ma jeszcze zbyt wielu opakowań kaucyjnych. Problem może tkwić w niedostatecznej wiedzy Polaków. Potwierdzać to może fakt, że w badaniu, zrealizowanym w lipcu br. dla branżowego portalu o handlu, ponad 13% konsumentów twierdziło, że system kaucyjny już działa, a blisko 52% nic kompletnie na ten temat nie wiedziało, choć w tamtym czasie w mediach już sporo o tym się mówiło. Część sieci handlowych organizowała akcje promocyjne, w ramach których zachęcano klientów do przynoszenia butelek. Miało ich to oswoić z nowymi zasadami. Jednak Polacy mogli potraktować wzięcie udziału w takiej akcji jako skorzystanie z systemu.

– Do końca 2025 roku trwa okres przejściowy i na półkach jest jeszcze niewiele opakowań objętych systemem kaucyjnym. Dla sklepów to czas na wyprzedanie starych butelek. Niewiedza Polaków w zakresie tego, co można zwrócić, wynika ze słabej komunikacji dotyczącej systemu kaucyjnego. Kampania informacyjna zaczęła się późno, bo dopiero w połowie września. Ma mały zasięg. Prowadzona jest tradycyjnymi kanałami – poprzez stronę internetową Ministerstwa Klimatu i Środowiska, radio i telewizję. Nie zostały szeroko wykorzystane social media – Instagram, FB i TikTok, które mają zdecydowanie większy potencjał dotarcia do społeczeństwa. Ponadto kampania nie odpowiada na wszystkie pytania i w związku z tym ludzie czują się zdezorientowani i zagubieni – komentuje Sławomir Pacek, prezes Stowarzyszenia „Polski Recykling”.

Autorzy raportu mają jednak nadzieję, że w niedalekiej przyszłości odpowiednia liczba opakowań z oznaczeniami zmotywuje Polaków do regularnego udziału w tym systemie. Jednak to z pewnością nie nastąpi szybciej niż w 2026 roku, gdy upłynie karencja dla producentów i sieci handlowych. – Wtedy będzie można sprawdzić, jak faktycznie konsumenci korzystają z ww. systemu. W tym czasie oczywiście należałoby postawić na solidną kampanię edukacyjną, w której nie tylko pokaże się, o co w tym chodzi, ale przede wszystkim będą prezentowane realne zachęty, które potem faktycznie wpłyną na postawę konsumentów – przekonuje Robert Biegaj, ekspert rynku retailowego z Shopfully.

Zdaniem ekspertów z UCE Research, jeżeli ustawodawca o to lepiej nie zadba, to system kaucyjny będzie kulał. Na rynku np. mówi się, że cała akcja informacyjna była spóźniona i nie pokazała różnego rodzaju zachęt i bonusów dla konsumentów. Jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, to nawet sieci handlowe w tym zakresie niczego więcej nie wskórają, bo trafią na opór ze strony konsumentów. Wówczas system zostanie niszowym rozwiązaniem na rynku, a przecież nie o to chodzi.

– Ważną kwestią jest także to, że system kaucyjny to nie tylko butelkomaty, ale również ręczna zbiórka opakowań w sklepach i poza nimi, która jest bardzo istotna. Natomiast sprzedawcy informują, że część opakowań po prostu jest podrzucana do miejsca odbioru. Może to wynikać z tego, że konsumenci nie bardzo rozumieją, jak działa system. Można podejrzewać, że osoby, które zostawiły puste butelki pod sklepem lub urządzeniem do ich odbioru, bo np. automat ich nie przyjął, założyły błędnie, że w ten sposób skorzystały już z systemu kaucyjnego – dodają autorzy raportu.

W najnowszym badaniu 85,2% konsumentów podało, że do tej pory nie skorzystało z systemu kaucyjnego. Dotyczyło to głównie osób z dużych i ze średnich miast. Częściej o oddaniu opakowań mówili mieszkańcy małych miejscowości i wsi. Jak wyjaśnia prezes Pacek, w większych miastach jest więcej dużych sklepów, które mają szerszą powierzchnię magazynową. Zanim wyprzedadzą swoje zapasy produktów nieobjętych kaucją, musi minąć sporo czasu. Natomiast w małych miejscowościach sklepy są mniejsze, mają ograniczone możliwości magazynowania i rotacja produktów jest większa. Dlatego tam najprawdopodobniej wcześniej trafią produkty w opakowaniach objętych systemem kaucyjnym.

– Mieszkańcy mniejszych miejscowości, w większym stopniu zareagowali na nowe stanowisko. Dla nich kilka złotych czyni zauważalną różnicę. Z kolei niechęć do korzystania z systemu kaucyjnego to przejaw swoistej polskiej przekory. Najdłużej będą opierać się osoby, dla których dodatkowa opłata w wysokości kilku złotych do butelek pozostaje niezauważalna – uważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego, były dyrektor generalny POHiD-u.

Polacy, którzy nie skorzystali z systemu, tłumaczyli to głównie brakiem okazji – 23,7%, obserwacją tematu – 18,6%, a także chęcią zebrania większej liczby butelek – 12,4%. – Mówienie o braku okazji do oddania butelek oraz chęci uzbierania większej liczby, by odnieść je hurtem, to powody wynikające z poszukiwania taktyki pogodzenia się z nową rzeczywistością sklepową. Początkowa niechęć nie przesądza oczywiście o losach systemu kaucyjnego. Będzie on obowiązywał, choć można zakładać, że z czasem ujawni się konieczność wprowadzenia zmian dotyczących sposobów płatności czy oddawania butelek – przewiduje dr Faliński.

Natomiast 17,4% badanych konsumentów zapowiedziało, że w ogóle nie zamierza korzystać z systemu kaucyjnego. 9,4% stwierdziło, że nie widzi w tym sensu, ale jeszcze zobaczy. 8,7% poinformowało, że nie chce im się nosić butelek. 4,8% zapewniło, że nie ma jak tego robić. 3,9% badanych twierdziło, że próbowało skorzystać z systemu, ale bez skutku. Natomiast najmniej osób zadeklarowało, że nie potrafi wskazać powodu – 1,1%. Do tego należy dodać, że 2,7% konsumentów w ogóle nie pamięta, czy skorzystało już z systemu. Zdaniem Roberta Biegaja, osoby, które zadeklarowały, że nie planują oddawać butelek, są sceptyczne lub zniechęcone, ale niekoniecznie trwale przeciwne nowym zasadom. Ekspert z Shopfully uważa, że dzięki odpowiedniej komunikacji, skupiającej się np. na tym, ile ton plastiku odzyskano, można tych konsumentów przekonać do oddawania butelek.

– Kluczowy jest komfort użytkowania. System nie może być uciążliwy. Dostępność punktów odbioru i ich czytelne oznakowanie ma ogromne znaczenie. Osoby, które próbowały bez skutku, pokazują, że brak spójności w funkcjonowaniu systemu może szybko zniechęcać, bo np. jeden sklep przyjmuje butelki, a inny nie. W perspektywie 6-12 miesięcy można spodziewać się stopniowego wzrostu udziału osób, które z tego skorzystają. Wyrównają się granice między regionami. Duże miasta dołączą do trendu, gdy system stanie się wygodny i powszechny. Z czasem konsumenci przekonają się, że kaucja to nie dodatkowy obowiązek, ale prosty sposób na zwrot pieniędzy i ekologiczne działanie – podsumowuje Robert Biegaj.

KUPS: Podatek cukrowy uderza w zdrowe napoje z sokiem – rząd łata budżet kosztem konsumentów

Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków (KUPS) reprezentujące producentów napojów na bazie naturalnego soku oraz przemysł owocowo-warzywny, wyraża swój zdecydowany sprzeciw wobec planowanego podniesienia stawek tzw. opłaty cukrowej na napoje z wysokim udziałem soku z owoców i warzyw. Proponowane zmiany fiskalne – zamiast promować wybory prozdrowotne – zagrożą całej branży, konsumentom i gospodarce rolnej. W praktyce przyczynią się do wzrostu cen napojów, ograniczenia konkurencyjności polskich firm i spadku dochodów sadowników oraz przetwórstwa owocowo-warzywnego.

Zamiast promocji produktów prozdrowotnych, fiskalne łatanie dziury budżetowej

Planowane stawki opłaty cukrowej znowu uderzają w napoje – a ich intencją nie jest poprawa zdrowia, a generowanie dodatkowych wpływów budżetowych. Opłata zmienna za cukier – ma wzrosnąć o 100 proc., maksymalna stawka – o 50 proc., opłata stała – o 40 proc., a podatek za kofeinę i taurynę aż o 1000 proc.  W porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej są to jedne z najwyższych planowanych obciążeń fiskalnych w Europie. W Polsce, z siłą nabywczą obywateli ponad 30 proc. niższą od średniej unijnej, skutki tych zmian będą szczególnie dotkliwe dla konsumentów.

Tego rodzaju obciążenia nie prowadzą do zmiany nawyków żywieniowych, lecz do wzrostu kosztów życia. Napoje niegazowane zdrożeją średnio o 11,4 proc., gazowane – o 19,8 proc., napoje energetyczne – o 13,9 proc., a wody smakowe – o 9 proc. Tak duże podwyżki mogą sprawić, że wiele osób zwyczajnie nie będzie stać na produkty, które dziś są stałym elementem codziennego koszyka zakupowego. Wysokie ceny ograniczą dostępność  także napojów owocowych na bazie polskich soków.

Z danych Najwyższej Izby Kontroli wynika, że 4,5 mld zł uzyskane z opłaty cukrowej w latach 2021–2023, nie zostały przeznaczone na profilaktykę otyłości, ale trafiły do ogólnego budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. To dowodzi, że opłata cukrowa nie spełnia swojej deklarowanej funkcji, a staje się jedynie dodatkowym narzędziem fiskalnym.

Uderzenie w rolnictwo i polskie firmy

Na skutki planowanych zmian szczególnie narażeni są rolnicy i przetwórstwo owocowo-warzywne. Najbardziej ucierpią producenci jabłek, marchwi czy wiśni – kluczowych składników napojów owocowych i nektarów. W 2024 r. do produkcji tych kategorii napojowych zagospodarowano około 220 tys. ton surowca, z czego ponad 200 tys. ton stanowiły jabłka.

Straty dla budżetu i gospodarki

Sektor napojowy to nie tylko producenci, lecz cały łańcuch gospodarczy – od plantatorów, przez przetwórnie, po logistykę i handel. Wzrost kosztów produkcji i spadek popytu mogą doprowadzić do obniżenia obrotów firm o kilkanaście procent, a w konsekwencji do redukcji zatrudnienia, zwłaszcza w sezonach intensywnego skupu surowców. Dodatkowym obciążeniem dla branży jest równoległe wdrażanie systemu kaucyjnego oraz planowanego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP), które wymagają ogromnych inwestycji.

Niższe obroty firm oznaczają też mniejsze wpływy z VAT, podatku dochodowego oraz akcyzy od napojów. Już dziś także wpływy z opłaty cukrowej wykazują tendencję spadkową: z 1,63 mld zł w 2021 r. do 1,49 mld zł w 2024 r. W projekcie nowelizacji rząd prognozuje dalszy spadek do kwoty 1,3 mld zł.

W sytuacji, gdy konsumenci mogą zastąpić drogie napoje tańszymi zamiennikami, ryzyko odpływu obrotów i podatków z rynku krajowego staje się jeszcze bardziej realne. Wzrost cen może też przyczynić się do wzmożonego handlu transgranicznego – konsumenci coraz częściej kupują tańsze produkty w krajach o niższych podatkach, takich jak Czechy, Niemcy czy Litwa. Istnieje również ryzyko rozwoju tzw. „szarej strefy” – handlu nielegalnymi towarami, które nie są opatrzone wymaganymi etykietami i nie podlegają kontroli jakości.

Podatek cukrowy dyskryminuje jedną branżę

Obecna konstrukcja podatku cukrowego obciąża wyłącznie producentów napojów, pomijając inne kategorie produktów spożywczych, które zawierają duże ilości cukru – jak słodycze, wyroby ciastkarskie, lody itd. Tymczasem to właśnie one są głównym źródłem cukru w diecie Polaków. Szacuje się, że tylko sektor słodkich przekąsek zużywa aż o 256 tys. ton cukru rocznie więcej, niż cała branża napojów bezalkoholowych.

Podatek cukrowy karze wyłącznie producentów napojów, którzy od lat inwestują w reformulację receptur, redukcję cukru i rozwój alternatywnych, niskokalorycznych produktów. Zamiast inwestować w innowacje, tworzenie lepszych receptur, firmy będą zmuszone do poszukiwania oszczędności, w tym m.in. ograniczania rozwoju nowych kategorii produktowych o większym udziale soku. Warto podkreślić, że napoje owocowe na bazie soku jabłkowego dominują obecnie w ofercie rynkowej. Nawet wielosmakowe warianty (typu jabłko-mięta, jabłko-wiśnia) zawierają głównie sok z polskich jabłek. To segment, dla którego podatek cukrowy stanowi największe zagrożenie.

Warto zwrócić jeszcze uwagę na jeden, zasadniczy aspekt. Eksperci zgodnie wskazują, że otyłość i nadwaga to problem złożony – wynika z nieprawidłowej diety, braku ruchu i nadmiaru kalorii, a nie tylko z samego spożycia cukru. Dlatego potrzebne są działania edukacyjne i programy profilaktyczne, a nie pomysły na kolejne podatki. Zmiana nawyków żywieniowych wymaga kompleksowej i skoordynowanej polityki edukacyjnej, wspartej instrumentami gospodarczego wsparcia producentów w tworzeniu zdrowszych receptur.

Apel do rządu i parlamentarzystów

Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków apeluje o ponowne przeanalizowanie skutków planowanych zmian. Podwyższenie opłaty cukrowej w obecnym kształcie nie tyle nie poprawi kondycji zdrowotnej społeczeństwa, co przede wszystkim zaszkodzi tysiącom miejsc pracy, polskim sadownikom i konsumentom. Ustawa, która miała promować prozdrowotne wybory, staje się dziś narzędziem fiskalnym o poważnych skutkach gospodarczych i społecznych. Dlatego oczekujemy dialogu i wypracowania rozwiązań, które będą wspierać zdrowie publiczne, a jednocześnie nie osłabią krajowej gospodarki.

Stowarzyszenie KUPS stanowczo występuje o wycofanie zapisów podwyższających stawki opłaty cukrowej dla napojów z wysoką zawartością soku, ≥ 20 proc. Podatki nie są skutecznym narzędziem zmiany postaw konsumenckich. Zamiast tego stają się łatwym sposobem na doraźne zwiększenie wpływów do budżetu, kosztem polskich producentów, miejsc pracy i dostępności naturalnych napojów dla konsumentów.

Nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną wdroży DSA w Polsce – co się zmieni?

Wprowadzenie unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA) do polskiego prawa oznacza najgłębszą od lat zmianę zasad funkcjonowania internetu. Nowe przepisy mają zwiększyć bezpieczeństwo użytkowników, ucywilizować odpowiedzialność platform za treści oraz zapewnić przejrzyste mechanizmy blokowania i przywracania materiałów – z poszanowaniem wolności słowa. Dzięki temu polska sieć stanie się bardziej bezpieczna, przejrzysta i przyjazna zarówno dla obywateli, jak i biznesu.

Czym jest DSA i dlaczego Polska musi go wdrożyć?

Digital Services Act to unijne rozporządzenie, które zaczęło obowiązywać 17 lutego 2024 r. i nakłada nowe obowiązki na platformy cyfrowe – w tym media społecznościowe, wyszukiwarki czy marketplace’y. Unia Europejska przyjęła je w odpowiedzi na wyzwania związane z dynamicznym rozwojem internetu: dezinformacją, handlem nielegalnymi towarami czy zagrożeniami dla dzieci w sieci.

Nowelizacja polskiej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną dostosuje krajowe prawo do wymagań DSA, wprowadzając:

  • jasne zasady blokowania treści nielegalnych, bez naruszania wolności słowa,
  • wzmocnione prawa użytkowników (w tym możliwość odwołania się od decyzji platform),
  • skuteczny nadzór państwa nad dużymi platformami cyfrowymi.

Czy DSA oznacza cenzurę w internecie?

Nie. Cenzura to ingerencja w legalne treści, a DSA dotyczy wyłącznie treści nielegalnych – takich jak pornografia dziecięca, nawoływanie do samobójstwa, handel ludźmi czy kradzież tożsamości.

✅ DSA gwarantuje użytkownikom prawo do:

  • informacji o powodach usunięcia treści,
  • odwołania się od decyzji platformy,
  • udziału w postępowaniu administracyjnym, jeśli to państwo zablokuje ich treści.

Jak będzie wyglądała procedura blokowania nielegalnych treści?

Blokowanie treści nie odbędzie się z dnia na dzień. Ustawa przewiduje przejrzysty model reagowania:

  1. Zgłoszenie treści przez użytkownika na platformie (np. przez formularz zgłoszeniowy).
  2. Brak reakcji platformy → możliwość złożenia wniosku o blokadę do UKE lub KRRiT.
  3. Urząd prowadzi jawne postępowanie administracyjne – autor treści ma możliwość obrony.
  4. Decyzja urzędu może nakazać:
    • usunięcie treści (jeśli są nielegalne),
    • przywrócenie treści (jeśli zostały usunięte niesłusznie).
  5. Decyzję można zaskarżyć do sądu.

Kto będzie mógł złożyć wniosek o blokadę?

Uprawnione będą:

  • organy państwa (np. prokuratura, Policja, KAS),
  • zaufane podmioty sygnalizujące (certyfikowane organizacje pozarządowe),
  • zwykli użytkownicy, jeśli platforma nie zareaguje na zgłoszenie.

Jakie treści będą blokowane? (katalog zamknięty)

  • Pornografia dziecięca
  • Handel ludźmi
  • Namawianie do samobójstwa
  • Zlecanie zabójstwa
  • Kradzież tożsamości
  • Inne poważne przestępstwa związane z rozpowszechnianiem treści

Ochrona wolności słowa: co jeśli moje treści zostaną usunięte niesłusznie?

Jeśli platforma zablokuje Twoje treści wbrew prawu, możesz:

  • skorzystać z prawa do odwołania się bezpośrednio na platformie,
  • złożyć wniosek do urzędu, który może nakazać przywrócenie treści.

W takich sprawach spór rozstrzyga Prezes UKE lub Przewodniczący KRRiT.

Kiedy nowe przepisy wejdą w życie?

23 września 2025 r. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy. Teraz czeka on na prace w Sejmie. Jeśli proces legislacyjny zakończy się zgodnie z planem, nowe przepisy mogą wejść w życie w 2026 roku.

Rynek pierwotny w październiku: ceny mieszkań bez wyraźnego trendu w największych miastach

Październik nie był jednoznaczny w cennikach firm deweloperskich. Ruchy średnich cen zależały od wprowadzanych na rynek nowych projektów.

We wrześniu emocjonowaliśmy się odsłonięciem cen wszystkich mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Na światło dzienne wyszły m.in. ceny mieszkań luksusowych. W październiku ruchy w średnich cenach metra kwadratowego znów wynikały głównie ze zmian w strukturze oferty cenowej deweloperów. A te były różne dla różnych miast – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

I dodaje, że – jak wynika ze wstępnych danych BIG DATA RynekPierwotny.pl – Kraków i Poznań były jedynymi metropoliami, w których wzrosła o 1% średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów. W obu przypadkach było to efektem wprowadzenia do sprzedaży drogich mieszkań. Np. w Krakowie ich średnia cena w przeliczeniu na metr kwadratowy sięgała 18,5 tys. zł, a w Poznaniu – 16 tys. zł. W efekcie średnia dla wszystkich lokali w ofercie wynosiła pod koniec października odpowiednio 16,7 tys. zł oraz 13,6 tys. zł za metr kwadratowy.

Natomiast w pozostałych metropoliach deweloperzy wprowadzali na rynek głównie stosunkowo tanie mieszkania. W efekcie o 1% spadła średnia cena metra kwadratowego dostępnych lokali w Trójmieście (do niespełna 17 tys. zł/m kw.) i Wrocławiu (do ok. 15,2 tys. zł/kw.). Przypomnijmy, że w stolicy Dolnego Śląska na skutek ujawnienia cen luksusowych apartamentów średnia wystrzeliła we wrześniu w górę aż o 4%.

O ile w Trójmieście średnia spadła w październiku poniżej 17 tys. zł, to raczej nie zanosi się na to, że w Warszawie zejdzie ona do poziomu z sierpnia, czyli poniżej 18 tys. zł za metr kwadratowy. Pozostaje się cieszyć, że ceny mieszkań w stolicy utrzymały poziom z września (ok. 18,4 tys. zł/m kw.). Wstępne dane BIG DATA RynekPierwotny.pl wskazują, że październik był miesiącem stabilnych cen mieszkań nie tylko w Warszawie, ale również w Łodzi (ok. 11,3 tys. zł/m kw.) i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (do ok. 11,2 tys. zł/m kw.).Ceny mieszkań-październik 2025-wstępne dane-R

Porównując średnie ceny metra kwadratowego nowych mieszkań z października tego roku i analogicznego okresu roku ubiegłego, warto odnotować, że nie ma już metropolii, w której podwyżka byłaby dwucyfrowa. Łódź jest zaś pierwszą metropolią, w której od dwóch miesięcy średnia jest niższa niż przed rokiem (w październiku – 2%).Ceny mieszkań-październik 2025-wstępne dane-R

Po 10 miesiącach w rywalizacji o tytuł najbardziej stabilnej cenowo metropolii w 2025 r. nie zaszły istotne zmiany. Na drugiej pozycji wciąż jest Kraków (+2%), a na trzeciej ex aequo – Warszawa, Poznań i Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (+3%). We Wrocławiu zmiana średniej ceny metra kwadratowego nowych mieszkań w okresie 12 miesięcy wynosiła w październiku 4%, a w Trójmieście – 9% (we wrześniu było to aż o 11%). O tej metropolii od dawna piszemy, że jest specyficzna ze względu na bliskość morza. Powstaje tam dużo bardzo drogich mieszkań przy Zatoce Gdańskiej i w Śródmieściu, co spowodowało, że wieloletni wicelider w rankingu najdroższych metropolii w Polsce – Kraków został zepchnięty przez Trójmiasto na trzecie miejsce.

Producenci urządzeń grzewczych mają coraz mniej czasu na aktualizację danych EPREL

0

Producenci urządzeń grzewczych z Listy Zielonych Urządzeń i Materiałów (Lista ZUM) mają coraz mniej czasu na aktualizację danych dotyczących bazy EPREL – europejskiego rejestru produktów z etykietami energetycznymi.

Wynika to z nowego regulaminu Listy ZUM, obowiązującego od 29 kwietnia 2025 roku. Zgodnie z jego zapisami producenci muszą zaktualizować informacje o swoich urządzeniach o dane dotyczące bazy EPREL (ang. European Product Registry for Energy Labelling). EPREL to ogólnoeuropejska baza, w której gromadzone są dane o produktach objętych obowiązkiem etykietowania energetycznego. Każde urządzenie przed wprowadzeniem na rynek musi zostać tam zarejestrowane. Producent ma obowiązek podać m.in. klasę efektywności energetycznej, zużycie energii i parametry techniczne urządzenia.

Aktualizacja danych z bazy EPREL jest konieczna dla zachowania ciągłości widoczności urządzeń na Liście ZUM. Obecnie znajdują się na niej 8782 urządzenia grzewcze, z czego tylko 3010 ma już zaktualizowane dane. Oznacza to, że 66 proc. wniosków nadal wymaga uzupełnienia. Wśród nich: 802 wnioski dla pomp ciepła, 2366 wniosków dla kotłów na biomasę.

Aby urządzenie pozostało widoczne na Liście ZUM, producenci powinni uzupełnić dane do 10 listopada. Aktualizacja wniosku po tym terminie wiąże się z ryzykiem czasowego zawieszenia urządzeń na liście od 15 grudnia 2025 r. do momentu pozytywnej weryfikacji wniosku.

– Do wszystkich producentów, którzy zarejestrowali przynajmniej jedno urządzenie na Liście ZUM, zostały wysłane wiadomość e-mail z przypomnieniem o konieczności aktualizacji – informuje Patrycja Walędzik-Wawrzyńczak z Zakładu Technologii Ochrony Powietrza i Klimatu Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Lista ZUM stanowi ważne narzędzie programu „Czyste Powietrze”, którego celem jest poprawa jakości powietrza oraz wsparcie rodzin w termomodernizacji budynków mieszkalnych i w efekcie obniżaniu zużycia energii. Program pomaga też w walce z ubóstwem energetycznym – osoby o najniższych dochodach mogą otrzymać nawet 100 proc. dofinansowania na wymianę źródła ciepła i poprawę efektywności energetycznej domu.

Zasiłek pogrzebowy wzrośnie do 7000 zł od 2026 r.

Od 1 stycznia 2026 roku świadczenie z tytułu zasiłku pogrzebowego wzrośnie z obecnych 4000 zł do 7000 zł – informuje Zakład Ubezpieczeń Społecznych. To pierwsza taka podwyżka od 2011 r., gdy świadczenie zostało obniżone z 6395 zł do stałej kwoty 4000 zł, niezależnie od poniesionych kosztów. Celem obecnej zmiany jest lepsze dostosowanie wysokości zasiłku do realnych kosztów pogrzebu.

Co więcej, od 1 marca 2026 r. wprowadzony zostanie mechanizm waloryzacji zasiłku – świadczenie będzie automatycznie podnoszone, jeśli inflacja w poprzednim roku przekroczy 5 proc. To ważna zmiana, zwłaszcza w kontekście rosnących cen usług pogrzebowych i kosztów życia.

Ponad 350 tys. zasiłków rocznie – gdzie najwięcej?

W 2024 roku ZUS wypłacił blisko 360 tys. zasiłków pogrzebowych, przeznaczając na ten cel 1,44 mld zł. Najwięcej świadczeń trafiło do mieszkańców województw:

  • śląskiego – 50,5 tys. zasiłków,
  • mazowieckiego – 48,7 tys.,
  • najmniej natomiast wypłacono w województwie podlaskim – 8,5 tys.

Kto ma prawo do zasiłku pogrzebowego?

Zasiłek przysługuje osobie lub instytucji, która pokryła koszty pogrzebu ubezpieczonego w ZUS, emeryta, rencisty lub członka ich rodziny. Jeśli o świadczenie występuje członek rodziny – cała należna kwota zasiłku (do końca 2025 r. 4000 zł, od 2026 r. 7000 zł) wypłacana jest niezależnie od faktycznych wydatków. W przypadku osób spoza rodziny (np. przyjaciół, parafii, domów pomocy społecznej) świadczenie wynosi tyle, ile rzeczywiście wydano na pogrzeb – ale nie więcej niż maksymalny limit.

Jeśli koszty pogrzebu zostały podzielone między kilka osób lub podmiotów, świadczenie również jest dzielone proporcjonalnie do udziału w wydatkach.

Jak ubiegać się o zasiłek pogrzebowy?

Aby otrzymać zasiłek, trzeba wypełnić formularz ZUS Z-12 i złożyć go w oddziale ZUS, drogą pocztową, elektronicznie przez PUE ZUS/eZUS lub za pośrednictwem zakładu pogrzebowego. Konieczne jest także dostarczenie:

  • oryginałów rachunków dokumentujących koszty pogrzebu,
  • skróconego odpisu aktu zgonu (ZUS może sam uzyskać ten dokument),
  • dokumentów potwierdzających pokrewieństwo lub powinowactwo,
  • w razie potrzeby – zaświadczenia płatnika składek, jeśli zmarły był osobą ubezpieczoną.

Termin na złożenie wniosku wynosi 12 miesięcy od dnia śmierci lub pogrzebu (w szczególnych przypadkach).

Ważne: co wchodzi w koszt pogrzebu?

Za koszt pogrzebu uznaje się wydatki bezpośrednio związane z pochówkiem – od chwili śmierci do zakończenia ceremonii. Świadczenie nie obejmuje m.in. kosztów nagrobka, stypy czy wynagrodzenia za złożenie wniosku w ZUS przez zakład pogrzebowy.

JRH przejmuje kontrolę nad Farada Group

Notowana na GPW spółka, JRH ASI S.A. (JRH) poinformowała o finalizacji transakcji nabycia pakietu kontrolnego w Farada Group – jednej z najdynamiczniej rozwijających się polskich firm z sektora bezzałogowych statków powietrznych (UAV). Po dokonaniu pełnej płatności i przeniesieniu udziałów, JRH stała się wiodącym akcjonariuszem spółki. Jest to zamknięcie pierwszego, najważniejszego, etapu transakcji, w kolejnych planowane jest podwyższenie kapitału Farada Group, w wyniku którego JRH obejmie pakiet kontrolny sięgający łącznie 58% udziałów.

Z ogromną satysfakcją przyjmujemy informację o finalizacji transakcji i dołączeniu JRH jako wiodącego inwestora Farada Group. Dziękuję zespołom po obu stronach, za zaangażowanie i profesjonalizm, dzięki któremu udało się przeprowadzić złożony proces inwestycyjny w tak krótkim czasie i zakończyć transakcję. Wierzę, że nasza dalsza współpraca będzie równie efektywna i pozwoli Farada Group jeszcze szybciej skalować działalność, rozwijać nowe technologie oraz zwiększyć naszą obecność na rynkach międzynarodowych – powiedział Adam M. Cudny, Współtwórca i Przewodniczący Rady Nadzorczej Farada Group.

Farada Group to w pełni polska spółka technologiczna specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i integracji zaawansowanych systemów bezzałogowych (UAS) do zastosowań cywilnych i wojskowych. Firma rozwija kompletne rozwiązania obejmujące konstrukcję platform, oprogramowanie sterujące, szkolenia oraz świadczy usługi z wykorzystaniem dronów , dzięki czemu oferuje pełne spektrum kompetencji w obszarze bezzałogowców. Spółka współpracuje z partnerami przemysłowymi i ośrodkami badawczymi, a jej technologie znajdują zastosowanie m.in. w misjach rozpoznawczych, logistycznych i inspekcyjnych oraz zostały zweryfikowane z powodzeniem w trwających konfliktach.

Cieszę się, że możemy ogłosić finalizację przejęcia udziałów w Farada Group – to kolejny przełomowy moment dla JRH i najważniejsza w tym roku inwestycja w naszym portfelu. Farada doskonale wpisuje się w naszą strategię rozwoju oraz w holding ORBITEO, który zintegruje polskie spółki technologiczne o największym potencjale w obszarach obronności, AI i przemysłu kosmicznego. To przykład spółki, która łączy praktyczne doświadczenie z innowacyjnym podejściem i potwierdzoną „w boju” skutecznością swoich technologii. Jestem przekonany, że wspólnie z zespołem Farady przyspieszymy rozwój unikalnych rozwiązań w segmencie UAV i wzmocnimy polski suwerenny potencjał technologiczny w tej kluczowej branży – powiedział January Ciszewski, główny akcjonariusz i Prezes JRH.

W ramach podpisanego wcześniej listu intencyjnego Farada Group zdecydowała o przystąpieniu do projektu ORBITEO – tworzonego przez JRH holdingu high-tech, który integruje polskie spółki z branż obronnych, kosmicznych, AI i deeptech w jednym skoordynowanym ekosystemie. Celem współpracy jest skalowanie produkcji, rozwój technologii o podwójnym zastosowaniu (dual-use) oraz zacieśnienie współpracy przemysłowo-badawczej w obszarze systemów bezzałogowych i automatyzacji procesów.

Gigabit Infrastructure Act to szansa na obniżenie kosztów dla małych firm

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców przedstawił Wiceprezesowi Rady Ministrów i Ministrowi Cyfryzacji, Krzysztofowi Gawkowskiemu, szereg uwag dotyczących implementacji Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1309 z dnia 29 kwietnia 2024 r., znanego jako Akt w sprawie infrastruktury gigabitowej (Gigabit Infrastructure Act). Zgłoszone przez Minister Agnieszkę Majewską postulaty mają na celu ułatwienie funkcjonowania mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw na rynku telekomunikacyjnym – zgodnie z duchem nowego unijnego prawa, które dąży do obniżenia kosztów wdrażania szybkich sieci cyfrowych.

Ochrona praw MŚP a rozwój infrastruktury cyfrowej

Jak podkreśla Minister Majewska, postulowane rozwiązania nie naruszają praw większych podmiotów, lecz dążą do wyrównania szans mniejszych przedsiębiorstw – szczególnie tych, które pełnią rolę operatorów sieci lub korzystających z infrastruktury technicznej. W opinii Rzecznika, konieczne jest systemowe wsparcie MŚP, aby mogły aktywnie uczestniczyć w rozwoju krajowej infrastruktury telekomunikacyjnej, co przełoży się na szerszą konkurencję i innowacyjność w sektorze cyfrowym.

Kluczowe postulaty Rzecznika MŚP

Realizacja zgłoszonych uwag umożliwi MŚP nie tylko udział w procesie inwestycyjnym, ale także wpłynie na obniżenie kosztów i skrócenie czasu procedur. Najważniejsze postulaty obejmują:

  • Obniżenie kosztów dostępu do infrastruktury technicznej, co pozwoli mniejszym podmiotom lepiej konkurować na rynku.
  • Uproszczenie procedur administracyjnych, w tym dotyczących pozwoleń, zezwoleń i zgłoszeń.
  • Zapewnienie wsparcia technicznego przy przekazywaniu danych lub realizacji obowiązków sprawozdawczych.
  • Wzmocnienie prawne MŚP w relacjach z Prezesem Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w tym wsparcie w postępowaniach administracyjnych.
  • Wprowadzenie wzorców organizacji ruchu drogowego dla prac związanych z inwestycjami telekomunikacyjnymi, co znacznie uprościłoby procesy związane z robotami budowlanymi w pasie drogowym.

Postulaty Rzecznika MŚP są zgodne nie tylko z założeniami unijnym, ale również z zasadami ochrony wolności gospodarczej i proporcjonalności, zagwarantowanymi konstytucyjnie. Minister Majewska podkreśla, że proponowane zmiany wpłyną na poprawę konkurencyjności polskich przedsiębiorstw i umożliwią im realne uczestnictwo w cyfrowej transformacji kraju.

Rząd zapowiada wsparcie dla przemysłu obronnego

Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański spotkał się z przedstawicielami przedsiębiorstw z sektora obronnego, by omówić kierunki rozwoju i możliwe formy wsparcia dla polskiego przemysłowego potencjału obronnego. Rozmowy dotyczyły zarówno wzmocnienia współpracy publiczno-prywatnej, jak i zwiększenia inwestycji w badania, rozwój i eksport nowoczesnych technologii obronnych.

Zintegrowane podejście do rozwoju sektora obronnego

Minister Domański podkreślił, że przemysł obronny jest jednym z filarów polskiej gospodarki i wymaga zintegrowanego podejścia łączącego administrację publiczną, biznes i środowisko naukowe. – „Przemysł obronny nie jest już tylko domeną Sił Zbrojnych – to serce narodowej innowacyjności i odporności gospodarczej. To sektor, który wpływa na rozwój technologii, generuje miejsca pracy i przyczynia się do wzrostu gospodarczego” – powiedział.

Szef resortu zwrócił uwagę, że silny sektor obronny to podstawa samowystarczalności technologicznej i bezpieczeństwa państwa, a jego rozwój powinien być równoważony między spółkami Skarbu Państwa i prywatnymi firmami. Jak zaznaczył, państwa chcące rozwijać się w sposób zrównoważony muszą traktować ten sektor jako inwestycję w kompetencje, technologię i niezależność gospodarczą.

Badania i rozwój – klucz do przewagi technologicznej

Znaczną część spotkania poświęcono analizie sytuacji w obszarze badań i rozwoju (B+R) w przemyśle obronnym. Przedstawiciele branży zwracali uwagę na konieczność lepszej koordynacji działań instytucji publicznych, zwiększenia dialogu z sektorem prywatnym oraz skuteczniejszego monitorowania globalnych trendów technologicznych.

Omówiono również propozycję opracowania mapy technologii obronnych, która miałaby wskazać strategiczne obszary inwestycji oraz potencjalne nisze dla polskich przedsiębiorstw. Dyskutowano o mechanizmach finansowania innowacji, w tym możliwościach wykorzystania środków unijnych i funduszy krajowych, oraz o potrzebie uproszczenia procedur administracyjnych dla projektów badawczych o znaczeniu obronnym.

Zdaniem uczestników spotkania, priorytetem powinno być wzmocnienie współpracy między przemysłem a uczelniami technicznymi i instytutami badawczymi, co pozwoliłoby na szybsze wdrażanie wyników badań do praktyki gospodarczej i zwiększenie konkurencyjności polskich firm na rynkach międzynarodowych.

Modernizacja i wsparcie eksportu – kierunki dalszego rozwoju

Rozmowy dotyczyły również modernizacji krajowego potencjału przemysłowego oraz rozwoju eksportu produktów obronnych. Przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju i Technologii (MRiT) zaprezentowali planowane rozwiązania ułatwiające przedsiębiorcom dostęp do zamówień obronnych i wspierające ekspansję zagraniczną.

Wśród propozycji znalazło się opracowanie „karty wsparcia eksportera”, która ma ułatwiać firmom udział w międzynarodowych przetargach i misjach gospodarczych. Ministerstwo zapowiedziało także usprawnienie koordynacji międzyresortowej w zakresie promocji polskich technologii obronnych za granicą.

Dyskutowano ponadto o wykorzystaniu instrumentów finansowych w ramach Europejskiego Funduszu Obronnego (EDF) i Europejskiego Programu Inwestycji Obronnych (EDIP), które wspierają wspólne projekty rozwojowe państw UE. Uczestnicy wskazali, że aktywniejsze uczestnictwo Polski w tych programach może zwiększyć konkurencyjność krajowych firm i przyspieszyć transfer nowoczesnych technologii.

Przemysł obronny jako motor innowacji

Minister Domański zwrócił uwagę, że przemysł obronny to nie tylko sektor strategiczny dla bezpieczeństwa, ale również ważny motor rozwoju nowych technologii, które często znajdują zastosowanie w cywilnych gałęziach gospodarki – od automatyki po materiały kompozytowe.

„Każde państwo, które chce rozwijać się w sposób zrównoważony i bezpieczny, musi postrzegać sektor obronny jako inwestycję w przyszłość – w kompetencje, technologię i niezależność” – podkreślił minister.

Zaznaczył również, że współpraca między administracją, nauką i biznesem jest warunkiem skutecznego wykorzystania potencjału, jaki drzemie w polskich przedsiębiorstwach i ośrodkach badawczych. Dobrze zorganizowany ekosystem innowacji w sektorze obronnym może stać się impulsem rozwojowym dla całej gospodarki.

Nowy etap współpracy państwa z przemysłem obronnym

Spotkanie zakończyło się deklaracją kontynuacji dialogu między rządem a przedsiębiorstwami z branży zbrojeniowej. Ministerstwo zapowiedziało kolejne konsultacje poświęcone instrumentom finansowym, które mogłyby wspierać inwestycje w modernizację zakładów produkcyjnych, rozwój technologii podwójnego zastosowania oraz wzmacnianie zdolności eksportowych polskiego przemysłu obronnego.

Zarówno strona rządowa, jak i przedstawiciele biznesu zgodzili się, że najbliższe lata będą kluczowe dla umocnienia pozycji Polski jako regionalnego centrum technologii obronnych. Warunkiem sukcesu ma być nie tylko stabilne finansowanie, ale też konsekwentne budowanie zaufania i współpracy między sektorem publicznym, prywatnym i naukowym.

Wynagrodzenia w Polsce nadal rosną – realne tempo wzrostu spowalnia, ale rekordy wciąż padają

Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w Polsce w II kwartale 2025 r. wyniosło 8856,67 zł, co oznacza wzrost o 10,5 proc. rok do roku i o 2,1 proc. wobec I kwartału 2025 r.. Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że mimo spowolnienia gospodarczego i umiarkowanej inflacji, dynamika płac utrzymuje się na wysokim poziomie.

Rekordowe zarobki, stabilne zatrudnienie

W ciągu ostatnich pięciu lat przeciętne wynagrodzenie w Polsce wzrosło o ponad 50 proc. – z 5520 zł w 2019 r. do prawie 8900 zł w połowie 2025 r.. Jeszcze w 2010 r. przeciętna płaca brutto wynosiła zaledwie ok. 3200 zł, co oznacza niemal trzykrotny wzrost w ciągu 15 lat.

W tym samym czasie zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło z około 8,0 mln osób w 2010 r. do 9,4 mln w 2025 r., utrzymując się na względnie stabilnym poziomie w ostatnich dwóch latach. Wysoki poziom zatrudnienia przy rosnących płacach wskazuje na utrzymującą się presję płacową i deficyt pracowników w niektórych branżach – szczególnie w usługach, IT, budownictwie i logistyce.

Wzrost płac a inflacja

Chociaż nominalny wzrost wynagrodzeń wciąż pozostaje dwucyfrowy, realna siła nabywcza Polaków rośnie wolniej. Przy inflacji oscylującej wokół 5–6 proc. w 2024 r. i spadku do ok. 4 proc. w 2025 r., realny wzrost płac szacuje się na poziomie 4–5 proc., co oznacza poprawę w stosunku do lat 2022–2023, kiedy inflacja praktycznie neutralizowała nominalne wzrosty płac.

Trendy sektorowe i regionalne

Najwyższe wynagrodzenia utrzymują się w sektorach: informacja i komunikacja, finanse oraz górnictwo – gdzie średnia płaca przekracza 13–14 tys. zł brutto. Najniższe wynagrodzenia, mimo wzrostów, nadal notowane są w branżach hotelarskiej, gastronomicznej i rolniczej (4,5–5,5 tys. zł).

Regionalnie dominują: Warszawa (ponad 10,5 tys. zł), województwo dolnośląskie (ok. 9,3 tys. zł) i małopolskie (ok. 8,9 tys. zł). Najniższe średnie płace wciąż występują w województwach: podkarpackim, lubelskim i świętokrzyskim (ok. 7,2–7,5 tys. zł).

Co dalej z wynagrodzeniami?

Eksperci prognozują, że w drugiej połowie 2025 r. tempo wzrostu płac może lekko wyhamować – głównie z powodu spadku inflacji, umiarkowanego wzrostu PKB i stabilizacji rynku pracy. Mimo to przeciętne wynagrodzenie może przekroczyć 9000 zł brutto już w IV kwartale 2025 r., co będzie kolejnym psychologicznym progiem w historii polskiego rynku pracy.

*Opracowanie własne na podstawie danych GUS

Polska wprowadza przepisy o dostawcach wysokiego ryzyka

Nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza możliwość formalnego wskazywania tzw. dostawców wysokiego ryzyka, czyli producentów sprzętu lub oprogramowania, których produkty mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Nowe przepisy mają na celu ochronę kluczowych systemów i usług, takich jak dostawy energii, wody, ochrona zdrowia czy bankowość, przed cyberatakami i ingerencją z zewnątrz. Minister cyfryzacji będzie mógł wydać decyzję, w której wskaże konkretnego dostawcę wysokiego ryzyka, aby wyeliminować niebezpieczny sprzęt lub oprogramowanie z systemów istotnych dla funkcjonowania państwa.

Zgodnie z projektem ustawy, podmioty uznane za kluczowe i ważne będą miały obowiązek wycofania z użycia produktów pochodzących od dostawcy wysokiego ryzyka. Na realizację tego obowiązku przewidziano 7 lat, a w przypadku sprzętu wykorzystywanego w krytycznych funkcjach sieci telekomunikacyjnych – 4 lata. Czas ten odpowiada cyklowi życia urządzeń i oprogramowania, co pozwoli na stopniową wymianę bez zakłócenia ciągłości świadczenia usług.

Celem nowych przepisów jest zwiększenie poziomu cyberbezpieczeństwa infrastruktury krytycznej i zapewnienie zgodności polskich regulacji z europejskimi standardami. Obecnie w Polsce brakowało mechanizmów, które pozwalałyby na wycofanie z obiegu produktów ICT stwarzających ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego. Zmiana przepisów umożliwi więc reagowanie prewencyjne – zanim dojdzie do incydentu – oraz zwiększy odporność państwa na cyberzagrożenia.

Wprowadzenie nowych regulacji ma charakter prewencyjny i nie oznacza, że decyzje o uznaniu dostawców wysokiego ryzyka zostaną wydane natychmiast. W praktyce chodzi o stworzenie narzędzi prawnych, które pozwolą działać w sytuacjach potencjalnego zagrożenia. Minister cyfryzacji będzie mógł wszcząć postępowanie z własnej inicjatywy lub na wniosek przewodniczącego Kolegium do spraw Cyberbezpieczeństwa, które opracuje opinię na temat danego dostawcy.

Decyzja o uznaniu danego przedsiębiorcy za dostawcę wysokiego ryzyka będzie wynikiem wieloetapowego i transparentnego postępowania. Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa oceni m.in. potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego, zobowiązań Polski wobec NATO i Unii Europejskiej, a także strukturę właścicielską i powiązania danej firmy. Analizie zostaną poddane również kwestie techniczne – liczba i rodzaj wykrytych podatności, wcześniejsze incydenty cyberbezpieczeństwa, certyfikaty produktów oraz nadzór nad procesem produkcji i dystrybucji.

W skład zespołu przygotowującego opinię w sprawie dostawcy wysokiego ryzyka wejdzie przedstawiciel Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, co ma zagwarantować uwzględnienie zasad uczciwej konkurencji i równego traktowania firm. W postępowaniu będą mogły również uczestniczyć organizacje społeczne, przedstawiając swoje stanowiska i opinie. Sam dostawca otrzyma prawo do przedstawienia własnych dowodów i wyjaśnień, a w przypadku niekorzystnej decyzji – możliwość odwołania się do sądu administracyjnego.

Warto zaznaczyć, że decyzja ministra cyfryzacji będzie dotyczyć konkretnych typów produktów lub usług ICT, a nie całego asortymentu danej firmy. Oznacza to, że przedsiębiorca uznany za dostawcę wysokiego ryzyka nie zostanie całkowicie wyeliminowany z rynku, jeśli jego inne produkty nie stwarzają zagrożenia. Takie rozwiązanie ma na celu zachowanie równowagi między ochroną bezpieczeństwa państwa a zasadami wolnego rynku i konkurencyjności.

Podmioty kluczowe i ważne, które korzystają z produktów uznanego dostawcy, będą mogły nadal z nich korzystać do momentu ich wymiany. Przez ten czas dopuszczalne będzie ich modernizowanie, aktualizowanie oraz naprawa, o ile działania te nie zwiększają ryzyka dla bezpieczeństwa sieci lub usług. W praktyce oznacza to, że proces wycofywania sprzętu i oprogramowania będzie rozłożony w czasie i dostosowany do cyklu inwestycyjnego danej organizacji.

Nowe przepisy przewidują również kary finansowe dla podmiotów, które nie zastosują się do obowiązku wycofania sprzętu lub oprogramowania dostawcy wysokiego ryzyka. Dla podmiotów kluczowych przewidziano minimalną karę w wysokości 20 tys. zł, a dla podmiotów ważnych – 15 tys. zł. W sytuacjach, gdy naruszenie przepisów spowoduje bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa lub życia ludzi, wysokość kary może wynieść nawet 100 milionów złotych.

Podobne przepisy funkcjonują już w większości krajów Unii Europejskiej, a polska ustawa ma dostosować krajowe rozwiązania do standardów europejskich. W wielu państwach UE istnieją mechanizmy pozwalające identyfikować i eliminować dostawców sprzętu i oprogramowania, którzy mogą zagrażać bezpieczeństwu publicznemu. Polskie regulacje czerpią z tych doświadczeń, jednocześnie uwzględniając krajowe realia i strukturę sektora teleinformatycznego.

Projekt ustawy o zmianie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa oraz niektórych innych ustaw został przyjęty przez Radę Ministrów 21 października 2025 r. i wkrótce trafi do parlamentu. Przepisy wejdą w życie miesiąc po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw, a ich wdrożenie ma wzmocnić ochronę polskiej infrastruktury krytycznej i zapewnić większe bezpieczeństwo cyfrowe wszystkim obywatelom. Dzięki nowym rozwiązaniom Polska dołącza do krajów, które kompleksowo chronią swoje systemy przed cyberzagrożeniami i wykorzystaniem technologii w celach wrogich wobec państwa.