Pracownicy lubią pracę zdalną. Jak wówczas zapewnić bezpieczeństwo firmowych danych?

Praca zdalna to jeden z najczęściej oczekiwanych przez pracowników benefitów. Wielu z nich wskazuje możliwość pracy spoza biura jako jeden z najważniejszych aspektów pozafinansowych zatrudnienia. Eksperci Fortinet przypominają, że wykonując swoje obowiązki z domu, kawiarni lub przestrzeni coworkingowej pracownik powinien pamiętać o zachowaniu podstawowych zasad cyberbezpieczeństwa.

Pracujący spoza biura korzystają z domowego internetu lub publicznych hotspotów, które często nie są odpowiednio zabezpieczone. – Podczas połączenia z ogólnodostępną siecią Wi-Fi cyberprzestępcy mogą np. przechwycić dane przesyłane między komputerem lub telefonem użytkownika a firmowym systemem. Pracownik powinien więc upewnić się, czy wszystkie służbowe urządzenia łączą się z zaufaną siecią w bezpieczny sposób – wyjaśnia Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce. W miarę możliwości należy też korzystać z oddzielnych urządzeń do pracy i do celów osobistych. Zaleca się skonfigurować oddzielne połączenie do pracy, łączyć się tylko przez VPN (jeśli umożliwiają to firmowi administratorzy) i rozważyć szyfrowanie poufnych danych przesyłanych między siecią domową a firmową.

Ważnym aspektem jest także, ile i jakie urządzenia łączą się z domową siecią pracownika. Powszechność i różnorodność sprzętu z kategorii IoT (ang. Internet of Things – internet rzeczy) sprawia, że trudno oszacować, ile urządzeń domownika czy jego gości ma aktualnie dostęp do sieci i czy są odpowiednio zabezpieczone. W tej sytuacji warto zadbać o to, aby najważniejsze i poufne zasoby firmowe, takie jak dane finansowe, były odizolowane od reszty sieci. Warto też np. skonfigurować bezprzewodową sieć dla gości – umożliwia to obecnie większość punktów dostępowych Wi-Fi.

Należy jednak pamiętać, że technologia nie wyręczy pracowników we wszystkim. Powinni być oni szczególnie wyczuleni na zabiegi socjotechniczne, zwłaszcza ataki phishingowe i rozumieć mechanizmy funkcjonowania najbardziej popularnych zagrożeń. W tym celu przedsiębiorstwa, które oferują możliwość pracy zdalnej, powinny zapewnić pracownikom odpowiednie szkolenia dotyczące cyberhigieny i bezpieczeństwa w sieci.

Pożyczki online – czy warto decydować się na takie rozwiązanie?

Pożyczki i kredyty online często wzbudzają obawę klientów. Jednak mogą one stanowić wygodne i nowoczesne rozwiązanie w przypadku pojawienia się przelotnych problemów finansowych lub atrakcyjnej okazji zakupowej – warto tylko zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii związanych z zaciąganiem takich zobowiązań.

  1. Na czym polegają pożyczki online?
  2. Czy kredyty online są bezpieczne?
  3. Kto może skorzystać z pożyczki online?

Na czym polegają pożyczki online?

Wzięcie pożyczki online składa się zwykle z podobnych procedur, co tradycyjne zaciągnięcie kredytu w banku, jednak jest zwykle prostszym procesem. Przede wszystkim, nie trzeba w tym celu wychodzić z domu – całość odbywa się drogą internetową. Zazwyczaj pierwszym krokiem jest wystosowanie niezobowiązującego zapytania o ofertę, w którym wskazuje się interesującą klienta kwotę i czas spłaty, a także podaje potrzebne informacje (na przykład o stanie zatrudnienia). Wówczas ze strony banku lub innego podmiotu udzielającego pożyczki online zostaje wysłana oferta (lub od razu ewentualna umowa – w zależności od zasad panujących w danej firmie). Jeżeli wszystko się zgadza, możesz zawrzeć umowę przez Internet (przykładowo legitymując się dowodem osobistym). Pieniądze powinny znaleźć się na twoim koncie najpóźniej w ciągu 24 godzin, choć niektórzy pożyczkodawcy przesyłają je nawet w kwadrans.

Czy kredyty online są bezpieczne?

Podobnie jak w przypadku pożyczek udzielanych stacjonarnie, podczas brania kredytu online można natrafić na nieuczciwego pożyczkodawcę. Najlepszym sposobem na zabezpieczenie się przed taką ewentualnością jest sprawdzenie opinii o podmiocie użyczającym zobowiązania, na przykład czytając opinie użytkowników lub korzystanie z platformy kredytowej takiej jak https://www.bancovo.pl/, która agreguje oferty tylko zaufancyh partnerów. Należy też zawsze bardzo dokładnie czytać umowę, a w przypadku problemów ze zrozumieniem treści zasięgnąć porady eksperta (na przykład doradcy finansowego lub konsultanta w instytucji pożyczkowej).

Kto może skorzystać z pożyczki online?

Z kredytu online może skorzystać każda osoba, która ukończyła osiemnasty rok życia i spełnia kryteria zawarte w regulaminie danej pożyczki. Z reguły nie są to duże wymagania: zazwyczaj wystarczy dowód osobisty. Czasami również dane klienta są sprawdzane w rejestrze dłużników. Natomiast zaświadczenie o zarobkach, posiadanie umowy o pracę lub zabezpieczenie materialne pożyczki nie są zawsze potrzebne.

Polska staje się informatycznym zagłębiem Europy. Producenci oprogramowania podbijają zagraniczne rynki

W ubiegłym roku aż 75 proc. polskich firm, które zajmują się tworzeniem oprogramowania, zanotowało ponad 20-proc. wzrost przychodów, a co dziesiąta je podwoiła. Co trzecie przedsiębiorstwo osiąga przychody wyłącznie dzięki obsłudze rynków zagranicznych – wynika z nowego raportu Fundacji Citi Handlowy im. L. Kronenberga i Organizacji Pracodawców Sektora IT. Polskie przedsiębiorstwa zajmujące się softwarem zwiększają skalę działania, zakres usług, zatrudnienie i są coraz śmielsze w zagranicznej ekspansji. Wyzwaniem pozostaje dla nich jednak konkurowanie o wykwalifikowanych programistów.

Branża software developer rozwija się dynamicznie w Polsce, a sytuacja finansowa firm z tego sektora wygląda na bardzo dobrą. Prawie 90 proc. z nich osiąga rentowność już w pierwszym roku po rozpoczęciu działalności. Co więcej, ponad 80 proc. firm z tej branży osiąga 20-proc. wzrost przychodów rok do roku, a co dziesiąta rośnie minimum dwukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Łakomski, dyrektor ds. sprzedaży w Citi Handlowy.

Polska od lat ma reputację informatycznego zagłębia Europy i – jak pokazuje nowy raport Fundacji Citi Handlowy przygotowany wspólnie z Organizacją Pracodawców Sektora IT (SoDA) – jest to zasłużona opinia. Sektor notuje dynamiczne wzrosty, urastając do miana jednej ze strategicznych branż polskiej gospodarki. Co drugie przedsiębiorstwo osiąga przychody w wysokości do 5 mln zł, a w przypadku 9 proc. ta kwota przekracza 25 mln zł. Natomiast ich łączne obroty sięgają ok. 1 mld zł rocznie.

– Widać też dużą świadomość firm z tej branży dotyczącą konieczności reinwestowania przychodów i zysków, głównie w pracowników i sprzęt. Osiągając dobre wyniki finansowe, branża reinwestuje je w dalszy rozwój – podkreśla Aleksander Łakomski.

Raport „Czy Polska ma szansę stać się hubem IT Europy?” pokazuje też, że polskie software house’y zwiększają skalę działania i zakres usług. W ostatnim roku większość z nich zwiększyła zatrudnienie o ponad jedną czwartą, a co dziesiąta firma podwoiła liczbę pracowników. Z drugiej strony konkurowanie o wyspecjalizowane kadry jest dla nich w tej chwili jednym z większych wyzwań. W badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu przez Kantar Millward Brown aż 89 proc. firm wskazało, że dostęp do wykwalifikowanych pracowników to kluczowy czynnik przesądzający o ich sukcesie, zaraz obok wysokiej jakości świadczonych usług (94 proc.) oraz referencji i poleceń od klientów (95 proc.).

Nasze badania pokazują, że polskie software house’y to firmy istniejące na rynku od około 10 lat, z dwucyfrowym tempem wzrostu. Świadczą usługi programistyczne w dużej mierze dla klientów z zagranicy, ale także na rynku lokalnym. O ich sukcesie zadecydował moment, w którym wystartowały, mianowicie olbrzymie globalne zapotrzebowanie na usługi programistyczne, trend digitalizacji procesów, powstanie nowych obszarów  jak blockchain czy machine learning i tworzenie nowych cyfrowych produktów – mówi Jan Zborowski, wiceprezes SoDA – Organizacji Pracodawców Sektora IT.

Klientami polskich software house’ów w początkowej fazie działalności są głównie start-upy – zarówno polskie, jak i zagraniczne. Natomiast na dalszym etapie rozwoju firmy tworzą oprogramowanie dla większym podmiotów i wielu branż, wśród których dominuje jednak bankowość i finanse oraz – w nieco mniejszym stopniu – logistyka i konsulting.

Wynika to z faktu, że duzi gracze, mający dostęp do kontraktów na skalę globalną, potrzebują partnerów do ich realizacji. Software house’y, szczególnie te mniejsze i średniej wielkości, pomagają tego typu kontrakty realizować – mówi Jan Zborowski.

Jak podkreślają eksperci, to właśnie sukcesy polskich software house’ów w dużej mierze stoją za zainteresowaniem zagranicznych korporacji tym, aby otwierać w Polsce centra usług wspólnych.

Wydaje się, że Polska może już aspirować do pozycji informatycznego zagłębia Europy. Każdego roku powstaje kilkadziesiąt nowych firm z tej branży, które obsługują rynki całego świata, z główną koncentracją na Europie Zachodniej, ale wychodzą też na rynki bardziej egzotyczne. 1/3 firm osiąga swoje przychody wyłącznie dzięki rynkom zagranicznym – mówi Aleksander Łakomski.

Raport SoDA i Fundacji Kronenberga potwierdza, że polskie software house’y charakteryzują się dużym współczynnikiem umiędzynarodowienia sprzedaży i są coraz śmielsze w zagranicznej ekspansji. 64 proc. z nich osiąga przychody z rynku amerykańskiego, a ponad połowa (po 58 proc.) świadczy usługi dla klientów z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Ten ostatni rynek jest przez nie najczęściej typowany jako kierunek dalszej ekspansji.

Mniejszym i średnim firmom niełatwo pozyskać duży kapitał na rynku lokalnym, zdobyć kontrakty od dużych graczy czy instytucji państwowych. Dużo łatwiej pozyskać im klientów z zagranicy. Można więc wysnuć wniosek, że małe i średnie software house’y zostały poniekąd wypchnięte z polskiego rynku i zaczęły szukać klientów na rynkach zagranicznych, co okazało się dla nich strzałem w dziesiątkę, bo w tej chwili opierają na tym swój rozwój – mówi Jan Zborowski.

Eksperci oceniają, że przyszły rok będzie dla branży okresem kolejnych wzrostów i zdobywania nowych rynków. Natomiast przyszłością branży, która w tej chwili charakteryzuje się dość dużym rozdrobnieniem, może się okazać konsolidacja.

– Badania pokazują, że software house’y zaczynają poszukiwać innowacji. Inwestują w specjalizacje, odkrywanie nowych technologii, ale z drugiej strony wykazują chęć tworzenia nowych produktów w oparciu o technologie IT – mówi Jan Zborowski.

Banki zwiększają inwestycje w ochronę przed oszustwami finansowymi. Wsparciem może być sztuczna inteligencja

Kradzieże tożsamości i wyłudzenia kredytów przy pomocy skradzionych dokumentów lub danych do logowania to najczęstsze oszustwa w sektorze finansowym. Konsekwencje ponoszą przede wszystkim klienci, którzy muszą się liczyć z utratą pieniędzy i późniejszą windykacją. Stratne są również instytucje finansowe, dla których najdotkliwsza jest utrata reputacji i zaufania klientów. Z pomocą przychodzi im sztuczna inteligencja, która pozwala na automatyczną prewencję oszustw finansowych. W regionie EMEA ponad połowa instytucji finansowych planuje w kolejnych trzech latach inwestycje w rozwiązania oparte na AI – wynika z międzynarodowego badania Instytutu Forrester Consulting. 

Defraudacje i wyłudzenia kredytów wciąż pozostają jednym z najważniejszych wyzwań dla sektora finansowego. Potwierdza to blisko połowa spośród 900 firm, które wzięły udział w międzynarodowym badaniu Instytutu Forrester Consulting na zlecenie Experian („Wyłudzenia finansowe w regionie EMEA”).

– Najczęstszymi wyłudzeniami na rynku finansowym są kradzież danych identyfikacyjnych, czyli kradzież tożsamości, wyłudzenia kredytów przy pomocy skradzionych danych lub przejęcie danych do logowania po to, żeby wyłudzić środki finansowe. Te trzy elementy mają jeden wspólny mianownik i jest nim utrata środków przez konsumenta. Czasami jest to bezpośrednia kradzież z rachunku bankowego, a czasami wyłudzenie kredytu, które zmaterializuje się później w formie windykacji – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Wójcicki, dyrektor Biura Usług Antyfraudowych BIK.

Podstawą do oszustwa mogą stać się skradzione lub zgubione dowody osobiste, paszporty czy prawa jazdy, a jak informuje Związek Banków Polskich, III kwartał tego roku był pod tym względem rekordowy. W tym okresie baza systemu Dokumenty Zastrzeżone powiększyła się o 42,5 tys. utraconych dokumentów (łącznie do ponad 1,8 mln) i był to najwyższy wynik od 12 lat. Jednocześnie zablokowano 1,2 tys. prób wyłudzenia na nie kredytów i pożyczek na łączną kwotę 66,6 mln zł. Rekord odnotował również NBP, według którego od stycznia do czerwca tego roku działające w Polsce banki wykryły 94,4 tys. oszustw przy wykorzystaniu kart płatniczych (na kwotę ponad 27 mln zł). To oznacza 16-proc. wzrost w stosunku do poprzedniego półrocza i najwyższy jak dotąd wynik w historii badań NBP.

Konsument może chronić się np. poprzez Alerty BIK, czyli usługę, która informuje go o tym, że ktoś próbuje wziąć na jego dane kredyt. Z drugiej strony BIK zapewnia też ochronę instytucjonalną, czyli ochronę dla instytucji, która udziela takiego zobowiązania. Ta instytucja poprzez weryfikację pewnych danych i niespójności we wnioskach także może stwierdzić, że doszło bądź nie doszło do próby nadużycia – wyjaśnia Wójcicki.

Rosnącą skalę fraudów potwierdza również październikowy raport „Nadużycia na rynku finansowym” firmy doradczej EY i Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Wynika z niego, że ofiarą wyłudzeń kredytów oraz pożyczek pada 7 na 10 instytucji finansowych (banków, leasingodawców oraz firm pożyczkowych). Prawie 60 proc. z nich oceniło, że problem z roku na rok przybiera na sile.

Problemem banków i instytucji finansowych jest przede wszystkim to, że przestępcy działają bardzo dynamicznie. Natomiast systemy, które funkcjonują w bankach, są w głównej mierze oparte na detekcji, a nie prewencji. Czyli są w stanie wykryć, że dane zdarzenie miało miejsce, natomiast nie są w stanie temu aktywnie przeciwdziałać – mówi dr Iga Sikorska, ekspert ds. rozwiązań antyfraudowych w Experian Polska.

Jak podkreśla, najdotkliwszym skutkiem takich udanych oszustw i wyłudzeń jest dla instytucji finansowych utrata zaufania klientów, która przekłada się na realny spadek obrotów.

Spadek obrotów i utrata reputacji to dla firmy także spadek jej konkurencyjności. Nie tylko w oczach klienta, którego dotknęła kradzież środków finansowych, lecz także całego rynku. Mówimy również o karach, z którymi muszą się liczyć firmy, które nie wypełniają obowiązków regulacyjnych związanych m.in. z zabezpieczeniem interesów klientów. Są też koszty związane z windykacją takich należności, koszty pozwów sądowych – mówi dr Iga Sikorska.

Z badania Instytutu Forrester Consulting wynika, że dla instytucji finansowych największą trudność w zapobieganiu fraudom stanowią wciąż zmieniające się schematy wyłudzeń, złożoność cyberzagrożeń i wypracowanie odpowiedniego balansu pomiędzy satysfakcją klientów a uciążliwymi dla nich działaniami prewencyjnymi. Z drugiej strony większość z nich nadal zapobiega wyłudzeniom głównie w sposób tradycyjny i proceduralny.

Generalnie instytucje finansowe w Polsce czują, że robią bardzo dużo na rzecz zapewnienia ochrony interesów klientów. Jednak są jeszcze obszary, które wymagają zaadresowania, w szczególności związane z autentykacją klienta w sposób dla niego nieuciążliwy. Chodzi o zastosowanie takiej technologii, która pozwoli klientowi korzystać z usług banku w sposób nieinwazyjny, bez konieczności zapamiętywania szeregu loginów, haseł i bez dodatkowych autoryzacji. Z drugiej strony zapewni instytucji finansowej narzędzia do uwierzytelniania klientów niejako w tle – mówi dr Iga Sikorska.

Bartosz Wójcicki wskazuje, że z pomocą bankom i instytucjom finansowym przychodzi sztuczna inteligencja, która pozwala na automatyczną prewencję wyłudzeń i oszustw finansowych.

– Rozwój kanałów online i przenoszenie coraz większej liczby elementów związanych ze sprzedażą usług do internetu powoduje, że pojawia się też coraz więcej zagrożeń. Żeby za nimi nadążyć i budować odpowiednio szybkie mechanizmy, musimy zaangażować sztuczną inteligencję czy uczenie maszynowe, które pozwalają na weryfikację pewnych elementów, ich automatyczną detekcję. Te dwa obszary na pewno będą w dużym stopniu wykorzystywane do przeciwdziałania nadużyciom – mówi dyrektor Biura Usług Antyfraudowych BIK.

Instytucje finansowe już w tej chwili widzą potrzebę wdrożenia rozwiązań opartych na AI i automatyzacji – wynika z badania Instytutu Forrester Consulting. 60 proc. z nich planuje stale rosnące budżety na współpracę z dostawcami technologii i usług w zakresie budowy kompleksowych rozwiązań prewencyjnych. Natomiast ponad 50 proc. firm z regionu EMEA zamierza w ciągu najbliższych 3 lat inwestować w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. Co istotne, raport Forrestera pokazuje, że pod względem technologicznym instytucje finansowe w Polsce – w stosunku do europejskich sąsiadów – już w tej chwili stosują wysoce zoptymalizowane metody prewencji w walce z cyberzagrożeniami.

Poziom inwestycji planowanych w Polsce w ciągu najbliższych kilku lat jest znacząco wyższy niż w regionie – mówi dr Iga Sikorska.

Dobry poziom zarządzania ryzykiem w sektorze finansowym w Polsce to m.in. efekty wdrożenia przez Biuro Informacji Kredytowej systemowej usługi – Platformy Antyfraudowej. Narzędzie oparte na mechanizmach AI jest udostępnione bankom, SKOK-om i firmom pożyczkowym, wspierając je w wykrywaniu i przeciwdziałaniu oszustwom. Od momentu jej uruchomienia w listopadzie 2017 roku Platforma Antyfraudowa BIK uchroniła już sektor bankowy przed wyłudzeniami na kwotę ponad 147 mln zł.

Platforma Cyber Fraud Detection identyfikuje między innymi urządzenie, z którego następuje logowanie klienta do kanałów elektronicznych. Planujemy rozbudować ją o pasywną biometrię, która uchroni instytucje finansowe również przed błędami związanymi z niewłaściwą identyfikacją klientów, czyli sytuacjami, kiedy ktoś wykorzystuje dane, a nie jest do tego uprawniony – mówi Bartosz Wójcicki.

Rozpoczyna się szczyt OPEC+. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to utrzymanie wydobycia na dotychczasowym poziomie

0

5 i 6 grudnia kraje skupione w OPEC i niezwiązani z organizacją inni producenci mają podjąć decyzję o dalszych losach trwającego już trzeci rok porozumienia w sprawie dobrowolnego ograniczenia wydobycia. Obecna umowa obowiązuje do marca 2020 roku i mówi się o jej przedłużeniu o kwartał lub dwa. Głos Iraku o możliwości pogłębienia cięć o jedną trzecią zachwiał przekonaniem rynku o utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy. Mimo to według analityka portalu E-petrol.pl kontynuacja współpracy na obecnych warunkach wciąż jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.

– Biorąc pod uwagę wysokie poziomy produkcyjne Stanów Zjednoczonych, to pewne kraje OPEC mogą chcieć działać na rzecz pogłębienia ograniczeń, czyli wydobywania mniejszej ilości ropy i tym samym podwyższania jej cen, ponieważ jej podaż na rynkach światowych będzie mniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw portaul E-petrol.pl. – Są też głosy o dokładnie przeciwnej wymowie. Rosyjskie koncerny sugerują, że może jednak to porozumienie można trochę zliberalizować. Tak że są trzy różne scenariusze, a tak naprawdę najbardziej prawdopodobny to przedłużenie dotychczasowego porozumienia.

Członkowie OPEC i część krajów niezrzeszonych w kartelu – łącznie 24 producentów ropy naftowej – porozumieli się w grudniu 2016 roku w sprawie ograniczenia wydobywanych dziennie baryłek ropy do 1,8 mln. Powodem była bardzo niska cena ropy spowodowana zwiększeniem wydobycia w Stanach Zjednoczonych; na przełomie 2015 i 2016 roku spadła ona do nieco ponad 30 dolarów za baryłkę, co było poziomem niewidzianym od ponad dekady. Choć porozumienie było respektowane w różnym stopniu przez poszczególne kraje, spowodowało jednak spadek podaży i podbiło cenę surowca do ok. 75 dolarów za baryłkę jesienią 2018 roku. Wtedy jednak Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska podniosły wydobycie, a USA dostarczyły więcej surowca niż Arabia czy Rosja. Ropa natychmiast potaniała o 30 dolarów na baryłce. Dlatego od 2019 roku zawarto kolejne porozumienie o cięciach, tym razem o 1,2 mln baryłek dziennie. Jednak minister ropy Iraku zasugerował ostatnio, że należałoby je zwiększyć do 1,6 mln baryłek.

– Jeżeli nawet OPEC zdecyduje się mocno ograniczać swoją produkcję, trzeba pamiętać, że chociażby takie kraje jak Stany Zjednoczone produkują coraz więcej, więc trudno mówić, że ten szczyt bardzo mocno zmieni konfigurację na rynku. To, co zostanie przez OPEC odcięte, będzie mogło prawdopodobnie zostać uzupełnione chociażby przez ropę z USA – tłumaczy Jakub Bogucki. – Rynek zdecydowanie lubi stabilność i wydaje mi się, że ta gra interesów jednak się spotka gdzieś pośrodku, czyli porozumienie będzie trwać w dotychczasowej formie.

Kolejnym elementem umacniającym stabilność rynku byłoby porozumienie między Chinami a Stanami Zjednoczonymi odnośnie do taryf celnych. Ponieważ Amerykanie stali się największym dostawcą ropy na rynek, a chińska gospodarka jest jednym z jej największych konsumentów, złagodzenie wojny handlowej wpłynęłoby na uspokojenie nastrojów także na rynku ropy. Jednak zapowiadane bliskie porozumienie stanęło pod znakiem zapytania po zaostrzeniu protestów w Hongkongu, demonstracji siły chińskiej armii i komentarzach Donalda Trumpa na Twitterze, nawiązujących właśnie do wojny handlowej.

– Ropa automatycznie to odczuła w sesji z ostatniego dnia listopada i zanurkowała o ponad 2 dolary. Te czynniki, pozornie niezwiązane z rynkiem naftowym, bardzo szybko się na tym rynku również odbijają – przypomina analityk.

Natomiast głośne wydarzenia, takie jak debiut giełdowy Saudi Aramco, mają jego zdaniem chwilowy wpływ na rynek. 4 grudnia zakończyły się zapisy na akcje tego giganta dla inwestorów instytucjonalnych. Popyt trzykrotnie przekroczył przeznaczoną dla tej grupy podaż, natomiast wartość pożądanych akcji przekroczyła 50 mld dolarów, czyli osiągnęła wartość niemal dwukrotnie taką, jak maksymalna wartość całej puli przeznaczonej na sprzedaż.

 Rynek nad wydarzeniami o dużym ciężarze gatunkowym przechodzi bardzo szybko do porządku dziennego. W krótkim czasie przestanie żyć tymi emocjami i po początkowym zainteresowaniu utonie w gąszczu doniesień. Zwłaszcza że kluczowe tej chwili jest to, co postanowi OPEC i jak do tego odniesie się Rosja. To jest wydarzenie najbliższych dni, które zdecydowanie bardziej będzie ciążyć na nastrojach na rynku naftowym – podsumowuje Jakub Bogucki.

Przybywa pacjentów z zakażeniem HIV. Większość z nich chce zmiany leczenia na mniej szkodliwe

Według danych PHZ,w Polsce jest prawie 25 tys. pacjentów zarażonych wirusem HIV. Ok. 12 tys. z nich korzysta z farmakoterapii antyretrowirusowej, która zapobiega namnażaniu wirusa i wspiera układ odpornościowy organizmu. Długotrwałe przyjmowanie leków może jednak wywoływać szereg skutków ubocznych i ryzyko wystąpienia innych schorzeń. Jak wynika z badania zrealizowanego przez IQS, prawie 60 proc. pacjentów obawia się długoterminowych skutków takiego leczenia. Zdecydowana większość chciałaby zmienić terapię na taką, która w długiej perspektywie ma mniejszą szkodliwość. Taką możliwość stwarzają pacjentom z zakażeniem HIV innowacyjne terapie dwulekowe wprowadzane obecnie na rynkach całego świata, w tym również w Polsce.

Farmakoterapia antyretrowirusowa (ARV) zapobiega namnażaniu wirusa i wspiera układ odpornościowy organizmu. Pacjent rozpoczynający taką terapię będzie przyjmował ją przez kolejnych kilkadziesiąt lat, z czasem zażywając również inne leki na choroby towarzyszące, związane z HIV.

– Pacjenci z wirusem HIV oczekują dużego wsparcia od lekarzy, chcą współdecydować o terapii antyretrowirusowej i mieć aktywny udział w doborze leków. Dla nich najważniejsze jest to, żeby stosowana terapia miała dobre działanie długookresowe bez skutków ubocznych – mówi agencji Newseria Beata Durka z firmy badawczej IQS.

Badanie zrealizowane przez IQS na grupie 100 polskich pacjentów z wirusem HIV pokazuje, że 41 proc. z nich – oprócz leków ARV – zażywa również inne farmaceutyki na receptę. Dlatego w trakcie leczenia bardzo ważne jest ograniczenie działań niepożądanych i toksyczności wynikającej z przyjmowania kombinacji różnych leków przez całe życie.

– Potrafimy już opanować infekcję i zahamować namnażanie wirusa, ale musimy stosować medycynę naprawczą wobec tego, co przy okazji tej terapii uczyniliśmy złego w organizmie pacjenta – mówi dr Grażyna Cholewińska-Szymańska, konsultant wojewódzki w dziedzinie chorób zakaźnych dla województwa mazowieckiego. – Trzeba sobie uświadomić, że wieloletnie przyjmowanie takiej terapii będzie skutkowało działaniami niepożądanymi, ponieważ każdy lek ma pewne skutki niepożądane i wywołuje je albo natychmiastowo, albo po długim czasie. Im więcej leków włożymy w te schematy terapeutyczne, tym więcej działań niepożądanych.

Jak wynika z badania IQS dla GSK, prawie 60 proc. pacjentów z HIV obawia się długoterminowego wpływu leczenia ARV na swoje zdrowie. 7 na 10 pacjentów jest świadomych ryzyka związanego z potencjalnymi skutkami ubocznymi tej terapii. Zdecydowana większość, bo aż 92 proc., zdecydowałaby się zamienić ją na taką, która w długiej perspektywie ma mniejszą szkodliwość.

– Długoterminowe przyjmowanie leków ARV jest dla pacjentów problemem – niemal wszyscy chcą, żeby tego typu terapia miała jak najmniej skutków ubocznych i chętnie by ją zmienili, gdyby te skutki uboczne były dla nich mniej uciążliwe – mówi Beata Durka z IQS.

Badanie pokazuje również, że w polscy pacjenci z HIV mają dużą potrzebę współdecydowania o przebiegu swojego leczenia (blisko 90 proc.) i oczekują od lekarzy wsparcia. 75 proc. z nich ma też nadzieję, że postęp w nauce doprowadzi do całkowitego wyleczenia z HIV, a 97 proc. pacjentów wierzy, że nowoczesne leki poprawią jakość ich życia.

– Ostatnia dekada dostarczyła nam wiele bardzo skutecznych leków. Do tej pory używaliśmy w terapii schematów trójlekowych, ponieważ dowody naukowe potwierdziły, że takie skojarzenie jest najbardziej skuteczne. Wszelkie rekomendacje towarzystw naukowych mówiły, że terapia trójlekowa ma największy potencjał, jeśli chodzi o działanie przeciwwirusowe – mówi dr Grażyna Cholewińska-Szymańska. – W tej chwili eksperci pracują nad uzyskaniem takiej formy leczenia, żeby te długofalowe skutki uboczne leczenia maksymalnie zredukować. Trzeba wymyślić dobry lek o silnym działaniu przeciwwirusowym, a jednocześnie taki, który nie będzie oddziaływał negatywnie na nerki, układ kostny czy sercowo-naczyniowy i nie będziemy mieć do czynienia z późnymi powikłaniami terapii antyretrowirusowej.

Przełom dla dotychczasowego leczenia HIV stanowi innowacyjna terapia dwuskładnikowa oparta na dolutegrawirze. Dzięki połączeniu dwóch substancji czynnych w jednej tabletce pozwala uprościć schemat leczenia i zrezygnować z jednego z przyjmowanych do tej pory leków. To daje nadzieję na mniejszą toksyczność i lepszą tolerancję leczenia przez organizm pacjenta. Innowacyjne terapie dwulekowe są obecnie wprowadzane na rynkach całego świata, w tym również w Polsce. Poza ograniczeniem potencjalnego ryzyka związanego z przyjmowaniem leków przez całe życie taka terapia jest też dużo wygodniejsza dla pacjentów i lekarzy.

Według najnowszych, opublikowanych właśnie wytycznych European AIDS Clinical Society terapia dwulekowa została zakwalifikowana jako rekomendowana terapia pierwszego wyboru dla pacjentów rozpoczynających leczenie. Z kolei dla pacjentów stabilnych terapia dualna była rekomendowana przez EACS już wcześniej.

– Najnowsze, innowacyjne terapie – oprócz tego, że stwarzają pacjentowi komfort, bo jest to najczęściej jedna albo dwie tabletki przyjmowane raz dziennie – mają również ograniczone działania niepożądane. To jest coś, na co środowisko lekarskie bardzo czeka – mówi dr Grażyna Cholewińska-Szymańska. – Badania kliniczne dostarczają nam dowodów, że skuteczność przeciwwirusowa terapii dwulekowej jest identyczna jak terapii trójlekowej.

Zakażenie wirusem HIV uważa się obecnie za chorobę przewlekłą. Nie ma na razie leków umożliwiających jej całkowite wyleczenie, ale dzięki skutecznym terapiom antyretrowirusowym (ARV) pacjenci z HIV mogą prowadzić normalne życie, bez konieczności ciągłych wizyt w szpitalu. Co istotne, standard leczenia tych pacjentów w Polsce nie odbiega od europejskich norm.

– Farmakoekonomicznie dobrze leczony pacjent jest pacjentem ambulatoryjnym, który kosztuje budżet mało, nie choruje na inne choroby współistniejące i nie musi przebywać w szpitalu. Nasi pacjenci rzadko bywają w szpitalu, zwykle dotyczy to dzieci albo zakażeń późno wykrytych u osób dojrzałych – mówi Beata Zawada z Krajowego Centrum ds. AIDS, główny specjalista ds. programu leczenia ARV.

Według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia na całym świecie zarażonych wirusem HIV jest około 37,9 mln osób, tylko w Europie w 2017 roku zdiagnozowano 160 tys. nowych zachorowań. Szacuje się, że nawet 60 proc. może w ogóle nie wiedzieć o chorobie.

– W Polsce zakażeń wirusem HIV przybywa, ale może to wynikać również z faktu, że rośnie świadomość dotycząca konieczności wykonywania testów. Rocznie wykrywanych jest 1,2–1,3 tys. nowych zakażeń, ale przypuszczalnie może być ich więcej. Wiele zakażeń jest wykrywanych przypadkowo w rutynowych badaniach. Około 300–400 nowych przypadków rocznie wyłapujemy także w systemie krwiodawstwa w punktach anonimowego testowania – mówi Beata Zawada.

Jak podkreśla, w Polsce wykonywanie testów w kierunku wirusa HIV w dalszym ciągu nie jest jednak zbyt rozpowszechnione. Wiele osób zwyczajnie obawia się związanej z tym stygmatyzacji. Dlatego duży odsetek chorych może w ogóle nie wiedzieć, że są nosicielami wirusa HIV.

Burgerownie stają się bardziej eko i wprowadzają zamienniki mięsa. Przy produkcji roślinnych burgerów emitowane jest 9 razy mniej dwutlenku węgla niż przy wołowych

Co czwarty Polak od czasu do czasu spożywa roślinne alternatywy mięsa, a 6 proc. robi to regularnie. Za roślinnym trendem podążają burgerownie. Po burgery z zamiennikami mięsa sięgają nie tylko wegetarianie i weganie, lecz także ci, którym zależy na środowisku. Firma MAX Premium Burgers chce, aby do 2022 roku co drugi burger z czerwonym mięsem został zastąpiony opcją z kurczakiem, rybą lub wegetariańską czy wegańską. Już teraz wprowadza burgera z „mięsem” w 100 proc. pochodzenia roślinnego, który smakuje niemal jak burger z wołowiną. Jego produkcja to jednak dziewięciokrotnie mniejsza emisja dwutlenku węgla i aż 198 razy mniej zużytej wody.

– Z badań wynika, że mięso czerwone odpowiada w naszej branży za ponad 45 proc. emisji dwutlenku węgla, dlatego najlepszym sposobem na jej zmniejszenie jest skoncentrowanie się na tym składniku. Wprowadzenie roślinnego burgera Delifresh Plant Beef zmniejsza emisję dwutlenku węgla prawie dziesięciokrotnie w porównaniu do wołowiny. Pięciokrotne zmniejszenie emisji możemy też osiągnąć, zastępując burgera wołowego drobiowym – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Jakubiak, country manager MAX Premium Burgers.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych rolnictwo odpowiada za 18 proc. emisji gazów cieplarnianych na całym świecie. Z kolei z badań naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego wynika, że jedzenie ogółem odpowiada za 26 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla na świecie. Za 58 proc. tej emisji odpowiadają produkty zwierzęce. 50 proc. emisji z produktów zwierzęcych pochodzi zaś z wołowiny i jagnięciny.

Tymczasem badanie przeprowadzone przez Panel Ariadna i Stowarzyszenie Otwarte Klatki wskazuje, że 28 proc. Polaków przyznaje, że od czasu do czasu sięga po roślinne zamienniki mięsa. Niemal 6 proc. robi to regularnie. Rośnie liczba wegetarian i wegan, a jak pokazuje raport agencji IQS, 43 proc. Polaków deklaruje, że nie je w ogóle lub stara się ograniczać jedzenie mięsa. Roślinny trend zauważają burgerownie. Na rynku pojawiły się stuprocentowo roślinne zamienniki mięsa.

– Nie chodzi nam o to, by ludzie nie jedli mięsa. Chcemy, by każdy miał wybór między mięsem zwierzęcym a jego zamiennikiem pochodzenia roślinnego – mówi Claes Petterson, chief innovation officer w MAX Burgers. – Delifresh Plant Beef w smaku przypomina mięso, ale zawiera wyłącznie składniki roślinne. To nowy produkt, który zawiera 20 proc. tłuszczu kokosowego, a reszta to właściwie samo białko pochodzenia roślinnego – podkreśla.

Na rynku są już dostępne roślinne burgery z fasoli, kalafiora, ciecierzycy, komosy ryżowej czy słodkich ziemniaków. Z roślinnego białka produkowane jest roślinne mięso, z wyglądu i smaku przypominające to prawdziwe.

Najlepszym sposobem do przekonania gości, żeby kupowali burgery na bazie roślinnej, jest ich smak. Względy ideologiczne są bardzo ważne, świadomość troski o środowisko również, ale każdy chce jeść smacznie. Jeżeli powstaną smaczne rzeczy o nowym składzie, to nawet nie jest tak bardzo ważne, z czego one będą się składać. Czy to będą pszeniczne, sojowe, z wodorostów czy z dowolnej rośliny, każdy będzie szukać smaku, który mu odpowiada – mówi Jerzy Jakubiak.

– Tendencja do odchodzenia od mięsa zwierzęcego będzie rosła. Doszliśmy do momentu, w którym takie zamienniki smakują na tyle dobrze, by zacząć rozważać je jako alternatywę dla mięsa zwierzęcego. Smak sprawi, że ludzie będą chcieli je jeść – dodaje Claes Petterson.

Ograniczenie spożycia mięsa ma też pozytywny wpływ na środowisko. „Ranking burgerowni sieciowych” RoślinnieJemy podaje, że przy produkcji jednego kotleta roślinnego emituje się zaledwie 0,4 kg dwutlenku węgla, czyli dziewięciokrotnie mniej niż w przypadku mięsnego (3,7 kg). Zużywa się przy tym 1,1 litra wody, czyli aż o 198 razy mniej niż przy mięsnym (218,4 l), a także dwukrotnie mniej energii (6,1 MJ vs 11,4 MJ).

MAX Premium Burgers jako pierwsza na świecie sieć restauracji wprowadziła w 2008 roku oznaczenia śladu węglowego przy produktach w menu. W 2016 roku liczba wegetariańskich opcji w jej menu zwiększyła się pięciokrotnie. Poszerzenie oferty o produkty mające niski wpływ na zmiany klimatyczne ma doprowadzić do 30-proc. zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych w ciągu 7 lat.

– Wyznaczyliśmy sobie misję znacznego ograniczenia czerwonego mięsa w naszych produktach do 2022 roku. Zamierzamy dojść do poziomu, w którym w naszej ofercie dominować będą produkty niezawierające czerwonego mięsa. Obecnie mają one już 43-proc. udział w naszej sprzedaży. Możliwe więc, że ten cel osiągniemy szybciej, niż zakładaliśmy – ocenia Claes Petterson.

MAX Premium Burgers ma najszerszą ofertę burgerów wegetariańskich i wegańskich. W ramach Zielonego Menu MAX wprowadza 3 nowe burgery oraz wegetariańską wersję nuggestów. W ofercie ma m.in. Wege Burger, czyli kotlet wegetariański z białkiem sojowym oraz z pikantnym keczupem Sriracha, Wege Burger Pikantny z Cheddarem z warzyw, białka sojowego i pszennego czy Grand Deluxe Umami Halloumi Burger z cypryjskim serem halloumi.

Materiały nowej generacji pozwolą stworzyć odzież ogrzewającą ciało i zmieniającą kształty. Sprawdzą się nie tylko w zimie, lecz także w kosmosie

Podgrzewane stroje sportowe, figi łagodzące bóle menstruacyjne czy inteligentne dzianiny aktywowane ciepłem wydzielanym przez ludzkie ciało – naukowcy pracują nad innowacyjnymi materiałami, które umożliwią upowszechnienie ubrań dopasowujących się do warunków otoczenia. Czynne i bierne systemy termoregulacji temperatury ciała sprawdzą się podczas zimy oraz w zastosowaniach medycznych, a zmiennokształtne tkaniny ułatwią przeprowadzanie misji kosmicznych. 

– Zaprojektowaliśmy cały zestaw ubrań ogrzewanych baterią lub powerbankiem, wyposażonych w włókno węglowe, które po podłączeniu do baterii ogrzewa nasze ciało – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Elżbieta Sadaj z firmy Glovii.

Ogrzewane ubrania bazujące na włóknach węglowych zaprojektowano w taki sposób, aby były możliwie jak najprostsze w użyciu. Wystarczy podpiąć je do źródła zasilania, aby po aktywowaniu przez kilka godzin rozgrzewały tkaniny nawet do 55 stopni Celsjusza. Naukowcy z Uniwersytetu Minnesoty zaprojektowali inteligentną dzianinę zmieniającą swoją strukturę pod wpływem ciepła wydzielanego przez ludzkie ciało. Badacze liczą na to, że materiały tego typu posłużą do stworzenia ubrań na potrzeby misji kosmicznych, kombinezonów lepiej dopasowujących się do ludzkiego ciała i zwiększających swobodę ruchu w kosmosie.

Tymczasem na rynku są firmy, które wyspecjalizowały się w produkcji odzienia grzewczego dla konkretnej grupy odbiorców. Dobrym przykładem jest tu osprzęt motocyklowy od Gerbinga. Producent zaprojektował m.in. podgrzewane rękawice, spodnie czy kurtki wyposażone w 12-woltowe złącze ładowania. Dzięki niemu można podpiąć ubrania nie tylko do powerbanków, lecz także do akumulatorów w pojazdach, zwiększając tym samym efektywność systemów ogrzewania.

– Baterię litowo-jonową podłączamy do danej odzieży i włączamy przycisk grzania. Mamy trzy poziomy grzania, utrzymujące temperaturę nawet do 55 stopni. W zależności od koloru zyskujemy inny poziom temperatury. Włókno węglowe przechodzi wokół palców, w związku z tym ogrzewa całą dłoń. W przypadku rękawic narciarskich, roboczych czy motocyklowych element grzewczy jest także osadzony na wierzchniej części dłoni – mówi Elżbieta Sadaj.

Po podobną technologię sięgnęli także producenci materaców grzewczych. Projektanci z firmy Eight Sleep wyszli z założenia, że najefektywniejszym sposobem na ogrzanie się podczas snu będzie zintegrowanie łóżka z systemem podgrzewania, który aktywnie zwiększy temperaturę naszego ciała. Warto zauważyć, że maty tego typu wyposażono w układy strefowe, umożliwiające ustalenie indywidualnej temperatury grzania dla poszczególnych fragmentów materacy małżeńskich.

– Użytkownikiem naszej odzieży może być każdy, począwszy od zmarzlaków, poprzez osoby jeżdżące zimą na rowerze, narciarzy czy ludzi pracujący na zewnątrz w temperaturach minusowych – tłumaczy ekspertka Glovii.

Grzejące tkaniny mogą być wykorzystywane nie tylko do zwiększenia komfortu życia podczas chłodnych dni. Firma QQA wykorzystała tę technologię do zaprojektowania bielizny grzewczej dla kobiet, która ma właściwości medyczne. Dzięki kilkustopniowej regulacji temperatury figi są w stanie złagodzić bóle menstruacyjne czy pomóc w wyregulowaniu flory bakteryjnej.

Z kolei polska firma pracuje już nad specjalistyczną odzieżą grzewczą m.in. dla surferów.

Pracujemy nad odzieżą dla surferów i windsurferów, dla uprawiających sporty wodne. W przyszłym roku będziemy w stanie zaprezentować nową linię produktów – zapowiada Elżbieta Sadaj.

Według analityków z firmy badawczej Market Insights Reports wartość rynku odzieży ogrzewanej w 2019 roku wyniesie 51 mln dol., a do 2024 roku wzrośnie do 98,5 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 18 proc.

Stan emocjonalny psa czy kota określi specjalne urządzenie. W przyszłości pomoże rolnikom w ocenie poziomu szczęścia u krów

Liczne badania potwierdzają, że psy i koty potrafią znakomicie wyczuwać nastrój właściciela. Reagują na gorsze samopoczucie, wykrywają choroby. Teraz także ludzie mogą znacznie lepiej określić nastroje swoich pupili. Istnieją już aplikacje, które potrafią interpretować samopoczucie psa na podstawie jego szczekania. Inupathy to z kolei pierwszy na świecie wizualizator nastrojów psów oparty na monitorowaniu tętna. Przy okazji pozwala też monitorować stan zdrowia czworonoga. Producent pracuje już nad wersją dla większych zwierząt, co może w przyszłości pozwolić rolnikom lepiej zarządzać np. hodowlą krów.

– Inupathy to urządzenie do monitorowania pracy serca stworzone z myślą o zwierzętach pokrytych futrem, zwłaszcza psów. Jest wyposażone w unikatowy czujnik, który umożliwia monitorowanie pracy serca przez suche futro, bez konieczności wygolenia fragmentu sierści. Urządzenie umożliwia również analizę nastroju zwierzęcia, dzięki której właściciel wie, czy jego pupil jest szczęśliwy i ma dobre samopoczucie – mówi agencji Newseria Innowacje Joji Yamaguchi z Inupathy.

Inteligentne obroże podają dokładne miejsce pobytu psa, wykorzystują też specjalne czujniki, aby sprawdzić, czy zachowanie czworonoga jest typowe. Na rynku są dostępne obroże z modułem śledzącym bazującym na sieci neuronowej – w ten sposób powstał inteligentny system interpretacji zachowania psa, który wykorzystuje akcelerometry do oceny zachowania psa i wykrycia, kiedy coś jest nie tak. Obroża monitoruje sen, rozpoznaje też stres, ból, głód czy pragnienie.

Meksykański start-up we współpracy z Meksykańską Narodową Radą Nauki i Technologii opracowała zaś aplikację, która potrafi interpretować samopoczucie psa na podstawie jego szczekania. Jeszcze inne urządzenie określa samopoczucie psa na podstawie ruchów jego ogona. Prędkość machania wskazuje na stopień podekscytowania psa, podobnie jak szerokość pociągnięcia ogonem.

Inupathy pozwala natomiast sprawdzić nastrój psa w czasie rzeczywistym. Informacje zarejestrowane przez urządzenie są automatycznie wysyłane do aplikacji. Urządzenie monitoruje tętno zwierzęcia i zmienia kolor w zależności od nastroju psa. Oprogramowanie może nawet sugerować gry, w które możesz grać z czworonogiem, w zależności od jego samopoczucia.

– Kiedy pies jest zrelaksowany, urządzenie wyświetla kolor zielony. Podekscytowanie wyraża kolor pomarańczowy, szczęściu odpowiadają kolory tęczy, skupieniu – kolor biały, zaś stresowi lub zdenerwowaniu – kolor fioletowy. Kolory zmieniają się w odpowiedzi na zmianę nastroju, więc kiedy widzimy zmiany miedzy kolorem zielonym a kolorami tęczy oznacza to, że pies jest spokojny i zrelaksowany; zmiany między kolorami tęczy a pomarańczowym oznaczają, że pies jest podekscytowany i szczęśliwy – tłumaczy Joji Yamaguchi.

Choć urządzenie zostało zaprojektowane do oceny stanu zdrowia i emocji zwierząt domowych (firma pracuje nad podobnym urządzeniem dla kotów), technologia może w przyszłości też pomóc przy ocenie większych zwierząt, m.in. delfinów, krów czy słoni.

 Rolnicy chcą znać poziom stresu odczuwanego przez ich bydło. Do tej pory nie było metody pozwalającej na monitorowanie rytmu serca krowy bez konieczności wygolenia fragmentu sierści lub stosowania żeli, a rolnicy chcieliby dysponować dodatkowymi informacjami na temat swoich zwierząt dzięki monitorowaniu pracy ich serc – wskazuje Joji Yamaguchi.

Inupathy jest już dostępne na rynku japońskim. Jeszcze w tym roku za ok. 300 dolarów będzie można je kupić na całym świecie.

Czas championów narodowych

W globalnej rywalizacji trzech głównych ośrodków gospodarczych: USA, UE i Chin wolnorynkowe mantry o eliminowaniu z rynku podmiotów państwowych stają się coraz mniej aktualne. Ton światowej konkurencji nadają bowiem Chiny, gdzie nigdy nie doszło do rozwinięcia wolnorynkowych zasad, tak jak rozumiemy je na Zachodzie. Kluczem do sukcesu i ekspansji ekonomicznej chińskich firm jest ich ścisłe powiązanie z państwem i wsparcie, zarówno finansowe, jak i dyplomatyczne dla ich strategicznych celów biznesowych. Te zaś są zazwyczaj przykrawane do strategicznych celów państwa.

Presja takiego modelu powoduje, że nawet najbardziej dotąd przywiązane do liberalnego modelu ekonomicznego Stany Zjednoczone sięgają po protekcjonistyczne praktyki w obronie flagowych firm amerykańskich. Wojny handlowe i blokowanie fuzji, uznanych za wrogie przejęcia, groźne dla bezpieczeństwa narodowego pokazują, że USA nigdy na dobrą sprawę nie zrezygnowały z parasola ochronnego państwa, rozpinanego nad narodowymi championami. Ostre spory z UE, oskarżającą wiele amerykańskich firm o korzystanie z niedozwolonej pomocy publicznej, jak choćby w przypadku sporu Airbusa z Boeingiem pokazują, że władze federalne znajdują sposoby na obejście wolnorynkowych ograniczeń.

Także UE zmienia swoje nastawienie do championów i ich roli w globalnej rywalizacji. Jeszcze niedawno Komisja Europejska skutecznie blokowała próby tworzenia wielkich europejskich championów, tłumacząc się koniecznością ochrony konsumentów przed monopolami, jak miało to miejsce w przypadku próby połączenia francuskiego Alstomu z niemieckim Siemensem. Dziś na agendzie instytucji europejskich są jednak zupełnie inne cele. Mowa jest o wsparciu dla tych firm, których skala i perspektywy rozwoju mogą zapewnić UE wysoką pozycję w globalnej wymianie handlowej.

Wszystko to pokazuje, że przyjęte w Polsce od lat 90-tych dogmaty, mówiące, że tylko prywatyzacja i rozdrobnienie własności są pożyteczne ekonomicznie, stają się nieaktualne. Utrzymywanie takiej strategii jako jedynej obowiązującej prowadzi do zepchnięcia w pułapkę średniego rozwoju, z której nie będzie ucieczki bez stworzenia podmiotów zdolnych do nawiązania przynajmniej regionalnej, jeśli nie globalnej konkurencji. Ewentualne próby zablokowania kolejnych fuzji i przejęć, podejmowane przez Komisję, należy w takim wypadku postrzegać bardziej jako próbę ograniczenia listy firm, kwalifikujących się do spodziewanego unijnego wsparcia, niż rzeczywiste postępowania antymonopolowe.

Przygotowany przez Warsaw Enterprise Institute raport „Globalny zwrot w stronę championów. Światowe trendy i strategie rozwoju championów narodowych” pokazuje wszystkie trendy i sposoby rozwiązywania sprzeczności między zaangażowaniem państwa a wymogami wolnego rynku w skali globalnej a także wskazuje, jakie perspektywy rysują się przed narodowymi championami w Polsce.

Pełny raport jest dostępny na stronie www.wei.org.pl

XTB recenzja, opinie – oszustwo czy nie?

XTBXTB jest jednym z największych na świecie brokerów z biurami w 13 krajach, w tym w Polsce, Czechach, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Niemczech, Francji i Chile.

Jest regulowany przez globalne organy nadzorcze, takie jak brytyjski FCA, polski KNF lub cypryjski CySEC. Od 2016 roku spółka jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

XTB oferuje klientom dwie platformy: tradycyjną Meta Trader 4 i własną platformę xStation. Jak wspomniano, XTB posiada oddział w Polsce, dzięki czemu cała komunikacja odbywa się w języku polskim. Broker oferuje swoim klientom bezpłatne materiały edukacyjne, samouczki wideo i seminaria internetowe, aby nawet początkujący użytkownicy mogli nauczyć się handlować. Te materiały są również dostępne, w pełni, w języku polskim.

Opinie handlowców na temat XTB

Jedną z najważniejszych rzeczy, które należy monitorować w przypadku brokerów są doświadczenie i opinie innych handlowców. W języku polskim godne polecenia są opinie o xtb na forum na stronie forbino.com. To jedno z najbardziej aktywnych forów w Polsce. Dodatkowo dużą ilość opinii, w języku angielskim, można znaleźć na stronie forexpeacearmy.com, ale wydaje mi się, że to wystarczy.

Osobiście muszę pochwalić edukacyjne i analityczne narzędzia XTB. Codziennie rano publikowana jest analiza w formie wideo. W ciągu dnia sprzedawcy otrzymują szybkie raporty lub dodatkowe analizy, takie jak „Transakcja dnia” lub „Rekomendacje bankowe” “.

W ramach szkolenia broker zapewnia szereg wprowadzających samouczków w formie wideo, artykułów edukacyjnych i regularnych seminariów internetowych. Dla prawdziwych klientów udostępnia obszerne archiwum seminariów internetowych na różnorodne tematy z obszaru handlu i inwestowania.

Poglądy handlowców są mniej lub bardziej neutralne, kilka osób narzeka na opłaty, kilka chwali akademię XTB i obsługę klienta. Nie wyciągałbym jednak na tej podstawie żadnych wniosków. Jeśli handlujesz z brokerem XTB, napisz do nas o swoich doświadczeniach.

Platformy handlowe xStation i MetaTrader 4

XTB zapewnia swoim klientom dwie platformy transakcyjne. Pierwszą platformą jest tradycyjny i dobrze znany Meta Trader 4, w którym można znaleźć wszystkie instrumenty Forexu, indeksy i towary. Ta platforma jest odpowiednia dla bardziej doświadczonych traderów lub tych, którzy mają już z nią doświadczenie. Platforma Meta Trader 4 umożliwia przesyłanie dodatkowych wskaźników lub automatycznych systemów transakcyjnych. Jeśli potrafisz programować, możesz samodzielnie stworzyć zautomatyzowaną strategię za pomocą Meta Editor.

Druga platforma pochodzi bezpośrednio z XTB i nazywa się xStation. Oferuje znacznie nowszy wygląd i wiele innowacyjnych funkcji, których nie ma Meta Trader 4. Jedną z głównych zalet jest zintegrowany kalkulator biznesowy. Na platformie znajdziesz wszystkie narzędzia potrzebne do tworzenia wykresów – od standardów, takich jak linie trendu, poziomy wsparcia i oporu lub poziomy Fibonacciego, po mniej znane narzędzia, takie jak projekcje fal Hosoda. Platforma ma ponad 40 wskaźników w standardzie. W celu praktycznego handlu skorzystaj z możliwości jednoczesnego zawierania większej liczby transakcji.

xStation 5 został zaprojektowany tak, aby trader mógł znaleźć wszystko, czego potrzebuje do handlowania, bez korzystania z innej strony internetowej lub wyszukiwania w Internecie. Dlatego znajdziesz tu aktualności rynkowe, kalendarze gospodarcze i dywidendowe, nastroje rynkowe, zaawansowane skanery akcji lub ETF.

Jeśli te narzędzia nie wystarczą, dostępny jest otwarty interfejs API, aby bardziej doświadczeni użytkownicy mogli w pełni dostosować lub zautomatyzować swoje transakcje.

Platforma jest dostępna standardowo w interfejsie internetowym oraz w wersji mobilnej, ale można jej używać również w wersji stacjonarnej na Windows i Mac OS.

Przegląd rynków finansowych

Ofertę dostępnych rynków można podzielić na następujące sześć kategorii:

  • Forex:ponad 45 głównych i egzotycznych par walutowych
  • Indexy:Znajdziesz wiele głównych i mniej znanych indeksów CFD zarówno w kontraktach futures, jak i kasowych.
  • Towary:Dostępnych jest ponad 20 najpopularniejszych towarów, w tym złoto, ropa, pszenica, kawa itp.
  • Akcje:Ponad 2000 akcji jest dostępnych na amerykańskich lub europejskich giełdach, w tym na czeskiej
  • ETF:Inwestorzy mogą wybierać spośród ponad 150 instrumentów ETF

Proces założenia rachunku handlowego

Prawdziwe konto może zostać założone za pomocą formularza online dostępnego na stronie internetowej XTB. – 79% rachunków detalicznych CFD odnotowuje straty.

Jeśli chcesz założyć konto, musisz:

  1. Wypełnić formularz rejestracyjny online
  2. Wybrać platformę, typ i walutę konta oraz preferowany język komunikacji
  3. Następnie musisz wypełnić krótką ankietę na temat swojej wiedzy i doświadczeń w świecie inwestycji
  4. Na koniec wystarczy przesłać w formie elektronicznej skan/zdjęcie dwóch dokumentów tożsamości (dowodu osobistego i prawa jazdy lub paszportu) oraz podać dane bankowe. Sfotografowanie i przesłanie dokumentów nie powinno sprawić problemów, można to zrobić w łatwy sposób na przykład za pomocą telefonu komórkowego.

Rodzaje kont i opłaty

XTB oferuje dwa rodzaje kont, konto Standard i PRO konto. Główną różnicą między nimi jest sposób obliczania opłat.

Wszystkie koszty konta Standard są w wysokości spreadu, konto PRO ma niższe spready, które są naliczane osobno.

Koszty obu rachunków są względnie podobne, jedynie w przypadku par walutowych koszty konta PRO są znacznie niższe. Możesz handlować od 0,01 lota. Na koncie PRO minimalna wartość dla otwarcia pozycji wynosi 0,10 lota.

Nie ma żadnych dodatkowych opłat za otwarcie, utrzymanie lub zamknięcie konta.

W związku z tym opłaty są zwykle związane tylko z samym handlem.

Pod względem kosztów XTB skutecznie zwalcza konkurencję. Warto wspomnieć o tym, że docenią go zwłaszcza inwestujący w akcje. XTB nie pobiera żadnych opłat za dane rynkowe czy administrację depozytu, nawet w przypadku dłuższego braku aktywności na koncie.

Trump chce słabego dolara i wie jak to osiągnąć. Oskarża, zwiększa presję, a rynki reagują

W ciągu kilkunastu lat amerykańska waluta wzmocniła się bardzo wobec złotego. Dolar jest niemal dwa razy droższy niż w 2008 r. D.Trump walczy o reelekcję, dlatego chce osłabić dolara.

W lipcu 2008 r. za dolara trzeba było płacić 2,06 zł. W listopadzie 2019 r. kurs dolara przekroczył 3,93 zł.

– Dolar jest ostatnio mocny, a D.Trump stoi przed trudnym zadaniem dotyczącym reelekcji bo przegrywa w sondażach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Ostatnio zszokował rynki finansowe swym pomysłem przywrócenia ceł na import aluminium i stali z Brazylii i Argentyny, choć zwłaszcza Brazylia jest uważana za sojusznika USA w wielu ważnych kwestiach.

Dlaczego to zrobił, psując rynkowe nastroje na amerykańskiej giełdzie? Dla D.Trumpa bardzo ważnym elektoratem są amerykańscy farmerzy. Niskie ceny produktów rolnych to nie tylko skutek wysokich zbiorów, ale także mocnego dolara, co sprawia, że kukurydza czy soja z USA jest cenowo mało konkurencyjna na światowych rynkach.

– Trump zarzucił Brazylii i Argentynie manipulowanie kursem walutowym co jest absolutnie niedorzeczne, bo kraje te zrobiłyby wiele, aby ich waluty były mocniejsze, ale obecnie są bardzo słabe, traciły na wartości wyjaśnia ekspert XTB. – Ta jedna wypowiedź spowodowała, że dolar bardzo się osłabił w ciągu jednego dnia, w przypadku złotego była to zmiana aż o 1 proc.

Historycznie dolar jest jednak nadal drogi, dlatego D.Trump będzie podejmował kolejne działania w obronie interesów amerykańskich farmerów.

Stawka 0% VAT w eksporcie. Od 1 stycznia 2020 r. zmiany w prawie UE

W nowym roku przedsiębiorców czekają kolejne podatkowe zmiany legislacyjne w dokumentowaniu dla celów VAT dostaw towarów pomiędzy państwami członkowskimi UE.

Zmiany z jednej strony mają one nieco ułatwić życie uczciwym podatnikom, a z drugiej utrudnić życie oszustom, którzy wykorzystują unijny system VAT do nadużyć (w szczególności transakcji karuzelowych).

Aktualnie przedsiębiorca, którego towary są wywożone z Polski może zwykle skorzystać z preferencyjnej stawki VAT 0%, co zazwyczaj oznacza, że dostanie on od urzędu skarbowego zwrot VAT zapłaconego swoim kontrahentom przy nabywaniu towarów i usług. W przypadku eksportu poza Unię Europejską sprawa wydaje się prosta. Podatnik uzyskuje od organów celnych dokumenty, które potwierdzają, że towary rzeczywiście opuściły Unię Europejską i te dokumenty uprawniają go do zastosowania preferencji w VAT. W przypadku transportu wewnątrz Unii Europejskiej, ze względu na unię celną, nie ma organu, który mógłby wprost potwierdzić, że towary rzeczywiście opuściły Polskę. Dlatego to podatnicy są aktualnie w dużej mierze obciążeni obowiązkiem udowodnienia w razie kontroli podatkowej, że rzeczywiście ich towary wyjechały z Polski i nie muszą oni stosować krajowej stawki VAT (zazwyczaj 23%).

Zmiany polegają w wprowadzeniu w europejskich przepisach listy dokumentów, których posiadanie przez podatnika rodzi chroniące go domniemanie, że wywóz rzeczywiście miał miejsce. Aby zastosować domniemanie, podatnik musi posiadać co najmniej dwa wymienione w przepisach dokumenty sporządzone przez podmioty niezależne od sprzedawcy, nabywcy i od siebie nawzajem. Jednym z tych dokumentów musi być dokument transportowy (np. dokument CMR), a drugim może być na przykład dowód ubezpieczenia towarów lub dokument sporządzony przez organ władzy publicznej (w niektórych krajach będzie to np. notariusz), który potwierdzi przywóz towarów do innego państwa UE.

– Jeśli podatnik będzie posiadał te dokumenty, to w przypadku wątpliwości administracji podatkowej co do rzetelności transakcji, to organ podatkowy będzie musiał udowodnić nierzetelność transakcji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Leonarski, starszy prawnik, adwokat, doradca podatkowy w kancelarii Zięba&Partners. – Wskazać tu trzeba, że nowy przepis nie przewiduje obowiązku posiadania takich dokumentów (nie będzie to możliwe na przykład, jeżeli sprzedawca wywozi towary swoim własnym środkiem transportu), lecz wiąże z ich posiadaniem korzyść w postaci ograniczenia ryzyka zakwestionowania rzetelności transakcji.

Inna zmiana to powiązanie prawa do zastosowanej stawki VAT 0% dla dostawy wewnątrzwspólnotowej z prawidłowym wskazaniem w informacji podsumowującej składanej organom podatkowym poprawnego numeru VAT nabywcy. Do tej pory Trybunał Sprawiedliwości UE (np. w wyroku z dnia 9 lutego 2017 r. w sprawie C‑21/16 Euro Tyre BV) wskazywał, że brak wskazania prawidłowego numeru VAT nabywcy nie uniemożliwia zastosowania zwolnienia (w Polsce stawki 0%) dla dostawy wewnątrzwspólnotowej. Takie stanowisko utrudniało organom podatkowym kontrolę rzetelności transakcji, gdyż w praktyce trudne było zweryfikowanie w drodze wymiany informacji, czy nabywca rozliczył w swoim państwie jako nabycie transakcję, którą polski podatnik wykazał jako wywóz z Polski. Teraz będzie to łatwiejsze, gdyż prawo do zastosowania preferencji powiązane będzie z prawidłowym wypełnieniem formalności. Warto zauważyć, że podatnik pomimo błędu będzie mógł zastosować stawkę 0%, jeżeli właściwie uzasadni organom podatkowym swoje uchybienie. Pojęcie to jest nieostre i wiele zależy w tym zakresie od tolerancji organów podatkowych.

– Nie budzi wątpliwości, że zmiany wymagać będą dostosowania po stronie podatników i większej uważności w wypełnianiu obowiązków formalnych – wyjaśnia P.Leonarski z Zięba&Partners.

Agencja Badań Medycznych przedstawia plany na 2020 rok

Agencja Badań Medycznych w ramach konferencji pt. „Nowe możliwości rozwoju nauk medycznych i nauk o zdrowiu – GDZIE JESTEŚMY? DOKĄD ZMIERZAMY?” podsumowała dotychczasową działalność oraz przedstawiła plany na rok 2020.

Przedstawiciele Agencji przekazali podczas wydarzenia pierwsze podsumowanie ogłoszonego we wrześniu br. konkursu na wsparcie niekomercyjnych badań klinicznych (pula środków przeznaczona na ten cel wynosi 100 mln zł). Do Agencji w terminie konkursowym wpłynęło 77 wniosków o łącznej wartości blisko 1,5 mld zł. Średnia wartość projektu wyniosła około 17 547 374 zł. Największą liczbę wniosków złożono w obszarze onkologii oraz kardiologii.

Tak duże zainteresowanie konkursem i blisko piętnastokrotne przekroczenie alokowanego budżetu pokazuje silny mandat i potrzebę powstania Agencji Badań Medycznych – podsumowuje Prof. dr hab. n. med. Piotr Czauderna – Prezes Agencji.

Zastępca Prezesa ds. medycznych w Agencji Badań Medycznych – dr n. med. Radosław Sierpiński podczas wydarzenia przedstawił także przyszłoroczne plany konkursowe Agencji. Wśród nich znalazły się m.in. konkurs na działalność badawczo-rozwojową
w dziedzinie niekomercyjnych badań klinicznych, w zakresie m.in. wyrobów medycznych, na który Agencja planuje przeznaczyć 200 mln zł. ABM planuje także przekazanie środków
na konkurs dotyczący wykorzystania sztucznej inteligencji w procesie diagnostyczno–terapeutycznym w onkologii, na który zaplanowano alokację środków o wartości 10 mln.

Działania Agencji w kolejnym roku, w znacznym stopniu skupią się na utworzeniu Centrum Wsparcia Badań Klinicznych stanowiącego wzór efektywnie działającej jednostki koordynującej procesy administracyjne oraz logistykę, obsługującej własny podmiot leczniczy. W konsekwencji ABM planuje stworzenie sieci ośrodków badawczych w Polsce i ich integrację z sieciami międzynarodowymi. W nowym roku ABM zamierza ogłosić konkurs na wsparcie tworzenia i rozwoju Centrów Wsparcia Badań Klinicznych, na który przeznaczone ma być 100 mln zł, w tym 21 mln w 2020 roku.

Przyjęcie przez Rade Ministrów Programu Rozwoju Badań Klinicznych, świadczy o wadzę jaką polski rząd przywiązuje do sektora badań klinicznych. Zarówno pacjenci, którzy uzyskają dostęp do najnowocześniejszych technologii oraz postęp w naukach medycznych i ich wpływ na gospodarkę po raz pierwszy stają obszarem skoordynowanych działań rządu. – podkreśla dr Radosław Sierpiński – Zastępca Prezesa ds. medycznych w ABM.

Nowy rok będzie również szansą na wprowadzenie zmian w dotychczasowych regulacjach prawnych. W ramach realizacji przyjętego we wrześniu br. Programu Rozwoju Badań Klinicznych, przygotowanego przez Agencję Badań Medycznych, prowadzone są prace nad projektem ustawy o badaniach klinicznych produktów leczniczych stosowanych u ludzi. Kluczowym zadaniem powołanego w tym celu zespołu jest poprawa funkcjonowania otoczenia prawnego badań klinicznych. Nowe regulacje mają szansę wejść w życie już w przyszłym roku.

Wsparciu idei rozwoju badań klinicznych, ze szczególnym uwzględnieniem niekomercyjnych badań klinicznych, ma za zadanie posłużyć także zawarte podczas Konferencji porozumienie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych i Agencji Badań Medycznych. Dr Grzegorz Cessak – Prezes URPL oraz Prof. Piotr Czauderna – Prezes ABM zawarli porozumienie o współpracy, mające na celu rozwój innowacyjności w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu. U podstaw współpracy pomiędzy URPL i Agencją leży również wola obu Stron, by podnieść poziom świadomości i wiedzy na temat badań klinicznych i dostępności pacjentów do tych badań.

Stopy procentowe bez zmian. Przed nami konferencja prasowa po spotkaniu RPP

W kontekście czynników istotnych dla rynku w pierwszej części tygodnia niewiele się jednak zmieniło – widzimy pewną niewielką poprawę w danych ekonomicznych ze wspólnego bloku walutowego – w poniedziałek wyższe od wcześniej szacowanych okazały się listopadowe dane PMI dla przemysłu strefy euro, dziś w podobny sposób zaskoczył również sektor usług. W konsekwencji powyższego, zbiorczy indeks, czyli średnia ważona wskaźników dla obu sektorów w listopadzie wzrósł do poziomu 50,6. Tym samym znalazł się na tym samym poziomie, co miesiąc wcześniej. Tak krótki okres trudno nazwać wystarczającym do formułowania poważniejszych wniosków, niemniej jeśli obok indeksów PMI spojrzymy na ostatnie odczyty kluczowych indeksów nastrojów ekonomicznych i biznesowych dla Niemiec i strefy euro możemy mieć nadzieję, że sytuacja gospodarcza wspólnego bloku w końcu zaczyna się stabilizować.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 5,00-5,03. Uwaga inwestorów w kontekście funta brytyjskiego ciągle skupia się na kwestii wyborów parlamentarnych, które odbędą się 12 grudnia. W głównej mierze to właśnie od nich bowiem zależy, czy dojdzie do Brexitu i w jaki sposób będzie wyglądało wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Mimo, że jeśli chodzi o skalę przewagi torysów nad laburzystami w nadchodzących wyborach wskazania ostatnich sondaży są dość zróżnicowane, model YouGov MRP uznawany za wyjątkowo wiarygodny (przewidział m.in. zawieszony parlament w wyborach z 2017 roku), sugeruje, że torysi uzyskają większość w parlamencie, co powinno im pozwolić na płynne przeprowadzenie Brexitu.

Ostatnie dni przyniosły też rewizję danych PMI dla Wielkiej Brytanii, która – podobnie jak w przypadku odczytów dla strefy euro – pokazała, że indeksy w listopadzie znalazły się na poziomach wyższych niż szacowano wstępnie. Nie oznacza to bynajmniej, że dane są dobre – wskaźniki dla sektora przemysłu, jak i usług znalazły się na poziomach, które sugerują kurczenie się sektorów.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na poziomie niezbyt odległym od tego na którym go rozpoczął, wahając się w widełkach 3,86-3,88. Ostatnie informacje z zakresu amerykańskiego protekcjonizmu w handlu nie nastrajały zbyt pozytywnie. Na początku tygodnia prezydent Trump ogłosił, że powrócą cła na stal i aluminium z Brazylii i Argentyny, Stany Zjednoczone zagroziły też wysokimi cłami na francuskie towary w ramach rewanżu za francuski podatek od usług cyfrowych, który zgodnie z oceną USA ma dyskryminować amerykańskie firmy.

Informacje dotyczące relacji USA i Chin też nie napawały optymizmem. Jednak zgodnie z doniesieniami Bloomberga, mimo ostatnich napięć między państwami, kraje zbliżają się do osiągnięcia fazy pierwszej porozumienia w handlu. Pytanie, czy uda się to osiągnąć wystarczająco szybko – amerykańskie cła na chińskie produkty mają bowiem wzrosnąć już 15 grudnia.

Kluczowe dane z USA, które poznaliśmy ostatnio raczej rozczarowywały. Wprawdzie w poniedziałek in plus zaskoczył indeks PMI dla przemysłu, którego zrewidowany, listopadowy odczyt okazał się wyższy niż szacowano wstępnie, mocno zawiódł jednak indeks ISM dla sektora, który zamiast odnotować wyraźny wzrost lekko spadł, co negatywnie wpłynęło na sentyment. Dziś czekają nas kolejne odczyty, tym razem dla sektora usług. Rynek powinien skupić się na nich w dalszej części dnia. Póki co inwestorzy jednak negatywnie reagują na dane ADP o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w listopadzie, które mocno rozminęły się z oczekiwaniami konsensusu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:45 – indeks PMI dla usług USA w listopadzie
  • 16:00 – indeks ISM dla usług USA w listopadzie
  • 16:00 – konferencja prasowa po spotkaniu RPP
  • 16:00 – przemawia Randal Quarles z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Szanse i wyzwania, które stoją w kolejnych latach przed OZE – Pracownia Finansowa

Po likwidacji Ministerstwa Energii na rzecz powstania Ministerstwa Aktywów Państwowych, przyszła kolej na ‘inwentaryzację’ OZE, realizowaną przez Ministerstwo Klimatu. Odpowiedzialność za wszystkie obszary regulacji OZE w Polsce nie jest jeszcze finalnie ustanowiona, ale wiemy, że celem ma być podniesienie jakości życia Polaków, poprzez wsparcie programów walki ze smogiem i popularyzacja wśród powszechnej opinii odnawialnych źródeł energii. Czy to pomoże Polsce zrealizować wymagania Unii Europejskiej w zakresie udziału OZE w miksie energetycznym? Jakie mamy szanse w obecnej sytuacji? Poprosiliśmy o opinię ekspertów z Grupy Pracownia Finansowa – Macieja Koreckiego, odpowiadającego za realizację projektów elektrowni wiatrowych oraz Tomasza Wiśniewskiego, wiceprezesa zarządu.

Według GUS wskaźnik udziału OZE w miksie energetycznym wzrósł zaledwie o 0,26% w skali ostatniego roku, ale mamy scenariusz przygotowany przez ENTSO-E jako strategię ratunkową. Czy w opinii Pracowni Finansowej jest on możliwy do wykonania w polskich warunkach?

Maciej Korecki: Poziom wzrostu udziału OZE w miksie energetycznym jest tak rozczarowujący, że lepiej go przemilczę i zachowam dla siebie opinię na ten temat. Wielokrotnie powtarzaliśmy i komunikowaliśmy również z ramienia Grupy Pracownia Finansowa, że do rozwoju OZE potrzebne jest odpowiedzialnie tworzone i stabilne prawo. Takie, które ułatwia procesy, a nie przeszkadza. Zachęca do rozwoju, a nie blokuje. Bez tego, nawet najlepszy scenariusz – mimo działań z największą starannością – staje się trudny do zrealizowania.

Uparcie będziemy forsować opinię Pracowni Finansowej, że trzeba odejść od kosztownej modernizacji starych bloków węglowych lub absurdalnych planów budowy nowych, które nigdy się nie zwrócą. Pieniądze, które zainwestujemy dzisiaj w zmianę miksu energetycznego i w dekarbonizację, to te same pieniądze, których w najbliższych dwóch dekadach nie wydamy na dotowanie nierentownego wydobycia węgla, utrzymywanie przy życiu za wszelką cenę rozwiązań starej technologii i zakup praw do emisji CO2. Wbrew powszechnej opinii, inwestycje w odnawialne źródła energii przyniosą realny zysk nie tylko samym Inwestorom, ale i nam wszystkim. Czyste, zdrowe powietrze to przecież szansa na poprawę jakości życia każdego z nas.

Dlatego cieszy nas fakt, że Unia Europejska podziela naszą opinię i ma zamiar przeznaczyć dużą część budżetu właśnie na walkę ze zmianami klimatu. Potrzeba tylko odważnej decyzji, że to zrobimy i tutaj pole do wykazania się mają rządzący, bo my jesteśmy gotowi. Zdajemy sobie sprawę z tego, że opinia Pracowni Finansowej nie jest zgodna z powszechną opinią rządzących. Pokładamy jednak ogromną nadzieję w jak najszybszej zmianie podejścia.

Jednak Europa swoje, a Polska swoje. Dlaczego tak kurczowo trzymamy się węgla? Możecie podzielić się opinią Pracowni Finansowej na ten temat?

Maciej Korecki: Można by pokusić się nawet o opinię „Cały świat swoje, a Polska swoje’’. Problem przeciwdziałania zmianom klimatu jest problemem globalnym, który wymaga współdziałania zarówno w skali mikro, jak i makro. Temat odejścia od wytwarzania energii z węgla jest tematem przede wszystkim niewygodnym politycznie. Trudno o zdecydowaną zmianę podejścia opinii publicznej, jeśli politycy składają publiczne deklaracje, że węgiel to nasz skarb narodowy i będziemy go bronić za wszelką cenę. To zbijanie kapitału politycznego dla doraźnych korzyści, za które zapłacą przyszłe pokolenia.

Z jednej strony panuje opinia, że taka transformacja kosztowałaby nas zbyt dużo i jako kraj nie możemy sobie pozwolić na takie wydatki w krótkim czasie. Z drugiej strony jednak pomija się lub bagatelizuje koszty, które corocznie ponosimy na opiekę medyczną i walkę ze skutkami zanieczyszczenia powietrza, a są to jedne z najwyższych kwot w Europie.

Węgiel nie jest paliwem odnawialnym – kiedyś się skończy, co wtedy?

Maciej Korecki: To, że węgiel się skończy i to w relatywnie krótkim czasie, już od dawna nie jest tajemnicą. I nie jest to tylko opinia Pracowni Finansowej, a niepodważalny fakt. Właśnie dlatego potrzebne są działania tu i teraz. Stare przysłowie mówi: zacznij kopać studnię, zanim będziesz spragniony. Odejście od węgla to proces, który musi być dobrze zaplanowany i rozłożony w czasie. W jego miejsce sukcesywnie powinny wkraczać Odnawialne Źródła Energii, atom, gaz, wspierane przez magazyny energii. Magazynowanie energii będzie w najbliższych dekadach kluczowym wyzwaniem. Zasoby energii odnawialnej mamy większe niż globalne zapotrzebowanie na energię elektryczną. Nie da się nie zgodzić z opinią, że największym wyzwaniem OZE jest dzisiaj nieprzewidywalność produkcji i jej uzależnienie od źródeł naturalnych. Powstają jednak odpowiednie rozwiązania, dzięki którym z sukcesem sobie z tym poradzimy. Odpowiedzią na to wyzwanie jest połączenie lokalnego wytwarzania z magazynami energii.

Jakie są doświadczenia Pracowni Finansowej z tego roku? Możemy liczyć na podsumowanie inwestycji crowdfundingowych w odnawialne źródła energii?

Tomasz Wiśniewski: Grupa Pracownia Finansowa zakupiła w tym roku 5 turbin wiatrowych 1,5 MW i aktualnie jest w trakcie budowy 7 elektrowni w Polsce i na Ukrainie. W Polsce, po wzrostach cen energii i przy braku systemu wsparcia, a co za tym idzie finansowania bankowego, stało się opłacalne budowanie elektrowni w oparciu o używane turbiny, za gotówkę. Na Ukrainie również stosujemy ten model biznesowy, mimo wysokich, gwarantowanych cen odkupu. Stawianie tam fabrycznie nowych maszyn nie jest wymagane, a zastosowanie używanych, kilkukrotnie tańszych, sfinansowanych ze środków własnych jest dużo bezpieczniejsze niż finansowanie kredytem na 15 lat. Poza tym brak finansowania bankowego umożliwia nam zastosowanie mechanizmu proporcjonalnego umarzania udziałów, który może stanowić istotną korzyść dla Inwestorów.

Rok 2019 pozwolił odnotować w elektrowniach wiatrowych zrealizowanych w ramach projektów Pracowni Finansowej znaczny wzrost rentowności, wynikający ze wzrostu cen energii i zielonych certyfikatów. Poprawiająca się rentowność przekłada się nie tylko na wyższe wypłaty dla inwestorów, ale także poprawę produktywności. Pracownia Finansowa w tym roku stworzyła także magazyn części zamiennych, aby w maksymalnym stopniu skrócić czas przestojów podczas ewentualnych awarii.

Czy inwestorów odnawialnych źródeł energii przybywa? Jakie są ich nastroje oraz opinie? Czy trendy inwestycyjne zmierzają w kierunku ekologii?

Tomasz Wiśniewski: Po dwóch latach zamrożenia branży, Inwestorów przystępujących do projektów wiatrowych zaczęło znowu przybywać. Co więcej, panuje wśród nich zgodna opinia, że inwestycje te naprawdę są potrzebne! Pracownia Finansowa odnotowuje ten fakt już od drugiej połowy 2018 roku. Mimo, iż nadal obserwujemy ostrożność wynikającą z doświadczeń z okresu, w którym rząd blokował tę branżę, nastroje Inwestorów są coraz bardziej optymistyczne. Trendy inwestycyjne nie tylko zmierzają w kierunku ekologii, ale niezmiennie również w kierunku realnej wartości. Jesteśmy promotorami inwestycji w aktywa mierzalne, które tworzą rzeczywiste obiekty. Na ich wartość i rentowność mamy realny wpływ, w odróżnieniu od inżynierii finansowej obserwowanej na rynku kapitałowym, gdzie pieniądze niczego nie budują, tyko przechodzą z rąk do rąk. Tutaj dodatkowo promujemy aktywa, które mają wpływ na ochronę środowiska. Opinie Inwestorów biorących udział w projektach Pracowni Finansowej potwierdzają, że ekologia jest dla nich ważna i mając do wyboru porównywalną inwestycję, wolą wybrać taką, która jednocześnie pomaga np. walczyć ze smogiem.

Jakie plany na rok 2020 w inwestycjach w odnawialne źródła energii? Jakie cele i wyzwania czekają na Pracownię Finansową?

Tomasz Wiśniewski: W 2020 roku w obrębie Grupy Pracownia Finansowa najprawdopodobniej uruchomionych zostanie 12 elektrowni wiatrowych i rozpoczniemy budowę kilku kolejnych. W projektach przejętych przez Pracownię Finansową oraz wybranych w trakcie realizacji, planujemy zmianę modelu biznesowego z finansowania bankowego na finansowanie gotówkowe, które w naszej opinii jest korzystniejsze dla Inwestorów. Tym sposobem otworzymy kolejnym Inwestorom szansę dołączenia do jednych z ostatnich w Polsce projektów wiatrowych na rynku pierwotnym. Przy obecnych przepisach uzyskanie pozwoleń na budowę jest już praktycznie niemożliwe.

Po udanym zakupie parku wiatrowego w miejscowości Wistka (EEW15) planujemy zakup kolejnych działających już elektrowni. Celem Grupy Pracownia Finansowa jest stworzenie portfela inwestycji w elektrownie wiatrowe, który będzie korzystał z efektu skali, dzięki opracowanej optymalizacji kosztów i dotychczasowych sukcesów opartych na know-how Grupy PF. Również magazyny części zamiennych są znacznie tańsze w utrzymaniu przy posiadaniu kilku lub kilkunastu turbin jednego typu. Skala prowadzonej działalności pomoże także wdrażać rozwiązania zwiększające rentowność, zarówno technologiczne, jak i te związane z planami uzyskania koncesji na obrót energią. Pozwoli to na sprzedaż energii bezpośrednio do odbiorców końcowych, w cenach wyższych niż hurtowe. Planujemy także zaproponowanie Inwestorom konsolidacji niektórych spółek celowych, w celu optymalizacji kosztów. Strategia Pracowni Finansowej zakłada w dalszym ciągu rozwijanie perspektywicznych projektów inwestycyjnych kierowanych do Inwestorów indywidualnych, którym zależy tak samo na pomnażaniu kapitału jak na wspieraniu ekologii i walce o zdrowsze otoczenie.

4. grudnia wystartowała Szkoła Giełdowa w Toruniu

Na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu przedstawiciele Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zainaugurowali nowy kurs Szkoły Giełdowej. Toruńska uczelnia jest 16. ośrodkiem akademickim realizującym ten projekt edukacyjny o rynku kapitałowym. Pierwszy kurs „Podstawy inwestowania” odbędzie się w dniach 10-12 grudnia 2019 r.

– Szkoła Giełdowa, realizując przez dwie dekady kursy edukacyjne poświęcone giełdzie i rynkowi kapitałowemu, wypracowała sobie dobrą markę i rozpoznawalność. Wiedza zdobyta w Szkole Giełdowej przydaje się nie tylko w inwestowaniu na giełdzie, ale także w codziennym życiu, gdzie każdy z nas styka się z ekonomią i gospodarką. Tym bardziej cieszę się, że Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu dołączył do współpracy z GPW i promuje wiedzę o giełdzie i rynku kapitałowym, który stanowi istotne źródło finansowania innowacji – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

GPW od 20 lat prowadzi Szkołę Giełdową we współpracy z ośrodkami akademickimi. Program realizowany jest za pośrednictwem Fundacji GPW, a w jego ramach prowadzone są kursy: „Podstawy inwestowania” oraz „Giełda dla średniozaawansowanych”.

– Podjęcie przez Wydział Nauk Ekonomicznych i Zarządzania Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu współpracy z Fundacją GPW w ramach projektu Szkoły Giełdowej to wyjątkowo cenna inicjatywa. Z tą współpracą wiążą się znaczne korzyści dla naszej Uczelni. Prestiż Uniwersytetu i profesjonalizm Fundacji z pewnością podniosą atrakcyjność oferty edukacyjnej kierowanej do studentów. Słuchacze będą mieli możliwość zgłębiania wiedzy na temat rynku kapitałowego, co mam nadzieję, przybliży ich do osiągnięcia sukcesu finansowego – dr hab. Jerzy Boehlke, dziekan WNEiZ, prof. UMK.

– Dobra znajomość rynku kapitałowego i zasad inwestowania zapewnia większe szanse podejmowania właściwych decyzji inwestycyjnych. Bogaty program edukacyjny Szkoły Giełdowej prowadzony przez ekspertów rynku kapitałowego to niezbędnik inwestora giełdowego, zwłaszcza początkującego. Wiedza pozyskana na naszych kursach pozwoli lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące giełdą – mówi Alina Bączar-Bednorz, Wiceprezes Fundacji GPW.

Program każdego kursu to 14 godzin zajęć w ramach pięciu wykładów. Wykładowcami Szkoły Giełdowej są eksperci i praktycy rynku kapitałowego, którzy w przystępny sposób przekazują wiedzę i dzielą się doświadczeniem z uczestnikami zajęć.

Kursy Szkoły Giełdowej odbywają się w weekendy, a ich uczestnicy otrzymują na koniec certyfikat potwierdzający jego ukończenie.

Nadużycia wciąż powodują ogromne straty w biznesie

Trudno określić ile dokładnie wynoszą straty spowodowane przez nadużycia. Organizacja Association of Certified Fraud Examiners (ACFE) szacuje, że może to być nawet 5% rocznych przychodów przeciętnej firmy. W zeszłym roku Produkt Światowy Brutto wyniósł 84,84 biliona USD, co oznacza, że przestępstwa finansowe spowodowały straty na poziomie 4,24 biliona USD.

Chcąc podkreślić kluczową rolę technologii umożliwiającej przeciwdziałanie nadużyciom, lider analityki biznesowej SAS wsparł Międzynarodowy Tydzień Świadomości Nadużyć zorganizowany przez ACFE. Celem inicjatywy jest ograniczenie szkodliwego wpływu nadużyć na biznes i osoby prywatne poprzez edukację i serię webinarów.

Przestępcy wynajdują nowe sposoby na wykorzystanie technologii do ataków na firmy i instytucje na całym świecie. SAS zapewnia bankom, towarzystwom ubezpieczeniowym, agencjom rządowym i instytucjom ochrony zdrowia zaawansowane narzędzia analityczne, które pozwalają walczyć z nadużyciami – mówi Stu Bradley, Wiceprezes działu Fraud and Security Intelligence w SAS. Rozwiązania SAS zapewniają całościowy obraz zagrożeń związanych z nadużyciami. Wykorzystują one analitykę predykcyjną i sztuczną inteligencję, aby pomóc chronić organizacje przed wciąż ewoluującymi zagrożeniami.

SAS przygotowuje ofertę z zakresu uwierzytelniania i nowej tożsamości cyfrowej

Przyśpieszenie cyfrowej transformacji w biznesie spowodowało, że kwestie potwierdzania tożsamości i skutecznego uwierzytelniania stały się niezwykle istotne w walce z nadużyciami. Czy osoba, która dokonuje transakcji, faktycznie jest tym, za kogo się podaje? Banki, firmy ubezpieczeniowe, telekomunikacyjne oraz przedstawiciele branży retail mają zaledwie kilka sekund, aby odpowiedzieć na to pytanie. Tymczasem osoby dokonujące nadużyć coraz skuteczniej podszywają się pod innych użytkowników w wirtualnym świecie.

SAS® Identity Enrichment and Assessment niedługo zadebiutuje na rynku w modelu software-as-a-service (SaaS). Rozwiązanie zasilane analityką SAS pozwala wykorzystać wiedzę, którą dysponuje organizacja w postaci pochodzących z różnych źródeł danych dotyczących tożsamości. Dzięki temu możliwe jest szybkie i scentralizowane przeprowadzenie procesu uwierzytelniania użytkowników cyfrowych.

Firmy mają problem z procesem uwierzytelniania. Wyzwaniem jest zachowanie równowagi pomiędzy bezpieczeństwem a niezakłóconymi doświadczeniami klienta tłumaczy Stu Bradley. Podstawową działań antyfraudowych jest poznanie prawdziwej tożsamości użytkownika. Umożliwiają to rozwiązania SAS wspierające proces decyzyjny analizą różnorodnych danych, które obejmują tożsamość cyfrową, biometrykę, połączenia telefoniczne, dane publiczne, obliczenia dotyczące ryzyka nadużyć finansowych i wiele innych aspektów.

Przeciwdziałanie nadużyciom w branży bankowej i ubezpieczeniowej

Nadużycia z wykorzystaniem kart płatniczych stanowią duży problem dla branży finansowej w Tajlandii. Ich odsetek rośnie o 20% rok do roku, co oznacza straty w wysokości 400 milionów USD rocznie. Chcąc stawić czoła temu problemowi, Krungsri Consumer (Bank of Ayudah) wdrożył platformę SAS Fraud Management. Rozwiązanie pozwala na monitorowanie transakcji z wykorzystaniem kart kredytowych i wykrywanie podejrzanych zachowań w czasie rzeczywistym wykorzystując analitykę i uczenie maszynowe. Dzięki wdrożeniu ograniczono liczbę alertów o 40%, odsetek wykryć wzrósł o 35%, a także udało się ograniczyć fałszywe zgłoszenia o 18%.

Problem nadużyć dotyczy także ubezpieczeń, szczególnie zdrowotnych. Szacuje się, że w USA straty spowodowane przez przestępstwa finansowe w tej branży wynoszą od 70 do 234 miliardów USD rocznie. Prime Therapeutics, organizacja non-profit współpracująca z szeregiem firm z branży medycznej, w tym z federacją ubezpieczycieli zdrowotnych Blue Cross Blue Shield (BCBS), próbuje walczyć z tym procederem za pomocą rozwiązania, które tylko w ciągu pierwszego roku pozwoliło zaoszczędzić 279 milionów USD w ramach 23 planów ubezpieczeniowych obsługiwanych przez BCBS. Jedynie w 2019 roku przeanalizowano 721 przypadków. Wdrożenie platformy SAS umożliwiło integrację danych pochodzących od członków organizacji, lekarzy przepisujących leki i pracowników aptek. Pełen zestaw informacji, a także wykorzystanie sztucznej inteligencji pozwoliło lokalizować zarówno nadużycia, jak i przypadki marnotrawstwa czy niegospodarności.

ADP: Polacy najbardziej zestresowani w Europie

ADP: Polacy najbardziej ze<a title=stresowani w Europie" title="ADP: Polacy najbardziej zestresowani w Europie" />

Ponad 25 proc. Polaków codziennie odczuwa stres w pracy, co daje nam niechlubną, ostatnią pozycję w Europie. Pod względem reprezentowanych zawodów, do codziennego stresu przyznaje się najwięcej finansistów i pracowników sektora ochrony zdrowia. Stres jest również jedną z barier, która uniemożliwia efektywniejszą pracę, a nieprawidłowy balans między życiem prywatnym a zawodowym odczuwa więcej kobiet niż mężczyzn. 

Wyniki raportu ADP „Workforce View in Europe 2019” pokazują, że najbardziej zestresowanymi pracownikami w Polsce są ci zatrudnieni w branży finansowej i medycznej – aż 38 proc. zatrudnionych przyznaje, że odczuwa codzienny stres. Najmniej stresują się z kolei pracownicy sektora IT. Co dziesiąty z nich przyznaje, że nigdy nie odczuwa tego stanu w swojej pracy.

Stres ma nie tylko wpływ na naszą kondycję psychiczną, ale często też utrudnia pracę. Wyniki raportu ADP „Workforce View in Europe 2019 r.” wskazują, że ponad 28 proc. naszych rodaków odczuwa stres w pracy kilka razy w tygodniu, a co czwarty zatrudniony stresuje się codziennie. Najmniej zestresowani są pracownicy związani z IT („tylko” 11 proc. przyznaje się do codziennego stresu) oraz sektorem Turystyka i Transport  (13 proc.).

Powszechność stresu w pracy wynika z wielu czynników. Jednym z nich mogą być trudne kontakty z wymagającym pracodawcą lub klientem. Nie bez znaczenia jest także praca pod presją czasu lub z dużą odpowiedzialnością. Pracodawcy powinni natomiast rozpatrywać i analizować czynniki stresogenne wśród swoich podwładnych bardzo indywidualnie. Wiele zależy od wrażliwości emocjonalnej danej osoby. Niektórzy mają wyższy próg stresu i denerwują się w sytuacjach, które na innych ludzi w ogóle nie wpływają – mówi Anna Barbachowska, HR Business Partner z firmy ADP Polska.

Zestresowany, czyli mało produktywny

Stres jest też wymieniany jako jedna z barier uniemożliwiających efektywną pracę. Niemal 11 proc. zatrudnionych podaje go, jako barierę większej produktywności. Co ciekawe, najczęściej przyznają to młodzi pracownicy poniżej 24 roku życia (ponad 21 proc.), a najmniej – najstarsi 55+ (zaledwie 5 proc.). Z kolei jako najczęstsze źródło demotywacji w pracy pracownicy podają brak równowagi między życiem zawodowym i osobistym, z czego przewagę w tej grupie stanowią kobiety – 15 proc. z nich uważa, że odpowiedni balans między ich życiem prywatnym i pracą jest naruszony. Polki dużo częściej odczuwają też stres – do codziennego jego odczuwania przyznaje się aż 28 proc. ankietowanych, podczas gdy w przypadków mężczyzn odsetek ten jest o 7 p.p. niższy. Jak podkreśla Anna Barbachowska, taka sytuacja może mieć negatywny wpływ na działalność firmy.

Stres czasami potrafi pozytywnie wpłynąć na produktywność pracownika, ponieważ działa mobilizująco i pomaga przy wypełnianiu obowiązków w krótkim czasie. Jednak po długim czasie regularnego doświadczania stresu w pracy produktywność spada, pojawia się chroniczne przemęczenie, co w rezultacie może doprowadzić do wypalenia zawodowego oraz depresji. Dlatego pracodawcy powinni dbać o równowagę psychiczną swoich pracowników i zapewnić im odpowiedni balans między odpoczynkiem a wykonywaniem obowiązków – podkreśla ekspertka.

Polacy najbardziej zestresowanym narodem

Porównując wyniki badań z innymi krajami, sytuacja polskich pracowników rysuje się w ciemnych barwach. Jesteśmy bowiem na szarym końcu europejskiej stawki pod kątem odczuwania codziennego stresu, odbiegając od średniej europejskiej o 8 p.p. Przed nami w rankingu plasują się tylko Niemcy, wyprzedzając nas jednak o 5 p.p. Najlepiej w rankingu wypada Holandia, w której aż 22 proc. pracowników nie doświadcza stresu wcale, natomiast codzienny stres odczuwa zaledwie 8 proc. pracowników.

Z jakimi wyzwaniami borykają się polskie MŚP i co budzi największe obawy przedsiębiorców

  • 68% średnich, 62% małych i 54% mikroprzedsiębiorstw dobrze lub bardzo dobrze ocenia rozwój swojej firmy.
  • Mimo tego wiele obszarów działalności niepokoi przedsiębiorców, są to np. utrzymanie klientów (40%), czy zbyt duże koszty prowadzenia biznesu (39%).
  • Badani dostrzegają możliwości, jakie do ich biznesu może wnieść e-Commerce, jednak niemal co trzeci ankietowany przyznał, że potrzebuje wsparcia w tym zakresie.

Elavon, dostawca usług płatniczych, przeprowadził badanie wśród właścicieli i kierujących firmami z sektora MŚP. Okazuje się, że polscy przedsiębiorcy są optymistami, nie boją się przyszłości i są gotowi na zmiany. 68% średnich, 62% małych i 54% mikrofirm dobrze ocenia rozwój swojego przedsiębiorstwa. 7 na 10 również pozytywnie wypowiada się o elastyczności swojego biznesu. Więcej niż połowa (57%) jest spokojna także o płynność finansową organizacji – wynika z badania Elavon Polska „MŚP Index 2019”.

Rafał Gołębiewski, dyrektor zarządzający Elavon Polska komentuje: „Potencjał do rozwoju sektora MŚP w Polsce jest bardzo duży, jednak właściciele firm potrzebują realnego wsparcia, które ułatwi im prowadzenie biznesu. Pozyskanie nowych klientów (34%), przepływ środków pieniężnych (31%), rozwój e-Commerce (31%), akceptacja płatności (28%) to w ocenie ankietowanych obszary, w których najbardziej potrzebują pomocy”.

Obawy polskich przedsiębiorców

Co w perspektywie najbliższych 12 miesięcy budzi największe obawy przedsiębiorców? 40% z nich za największy problem uznało utrzymanie klientów. Niewiele mniej (39%) obawia się zbyt dużych kosztów utrzymania biznesu, a wśród 34% sen z powiek spędza pozyskanie nowych kupujących i zdobycie ich zaufania. Dla firm uciążliwe są również stawki opodatkowania działalności (31%) oraz zmiany prawa (26%). W pierwszej dziesiątce największych obaw znalazł się także przepływ środków pieniężnych – martwią się o to szczególnie mikroprzedsiębiorcy (21%) oraz przedstawiciele małych firm (19%). Problematyczną kwestią jest także akceptacja płatności, co przyznało 14% średnich oraz 16% małych organizacji.

Jak się płaci w MŚP?

Badani zostali zapytani o to, jakie formy płatności oferują swoim klientom. Okazuje się, że w polskich małych i średnich przedsiębiorstwach najczęściej można płacić przelewem bankowym (92 i 93 proc.) oraz gotówką (86 i 81 proc.). Analogicznie, z tych opcji najchętniej korzystają również kupujący. Z kolei w mikrofirmach na pierwszym miejscu króluje gotówka (84 proc.) i jest to również opcja transakcji najczęściej stosowana przez konsumentów. 51 proc. przedsiębiorców przyznało, że w swojej firmie oferuje możliwość zapłaty kartą kredytową, a 48 proc. kartą debetową. Za pomocą telefonu i aplikacji mobilnych (np. Blik, Apple Pay, Google Pay) rozliczymy się natomiast w 45 proc. MŚP. 30 proc. przedsiębiorców przyznało, że zdarzyły im się sytuacje, kiedy klient ograniczył wartość zakupów ze względu na brak preferowanej formy płatności lub nawet całkowicie z nich zrezygnował (29 proc.) – wynika z badania „MŚP Index 2019” przeprowadzonego przez Elavon.

Rafał Gołębiewski, dyrektor zarządzający Elavon Polska komentuje: „Większość przedsiębiorców zdaje sobie sprawę z możliwości, jakie oferuje obrót bezgotówkowy oraz dostrzega dodatkowe korzyści tego typu rozwiązań. 7 na 10 badanych stwierdziło, że płatności bezgotówkowe są szybkie i wygodne w użyciu oraz poprawiają konkurencyjność firmy. Niemal taki sam odsetek ankietowanych (69 proc.) zadeklarował, że dzięki nim mogą lepiej kontrolować finanse oraz zwiększać liczbę klientów (68 proc.). Z naszego badania wynika także, że ponad połowa małych i średnich firm oraz 41 proc. mikro planuje w najbliższym czasie wdrożyć w swoim punkcie dodatkowe formy transakcji”.

Sprzedaż online versus sprzedaż offline

Zakupy online swoim klientom oferuje co druga średnia firma (50%), 43% mikro i 37% małych organizacji. Okazuje się, że sprzedaż internetowa jest znaczącym źródłem przychodu dla tych organizacji. Niemal co trzecie MŚP (32%), które wprowadziło e-Commerce więcej niż połowę swojego przychodu generuje online. Blisko w co piątej mikrofirmie (17 proc.) przez Internet sprzedaje się 91-100% produktów i usług.

Bariery e-Commerce

76% ankietowanych potwierdziło, że dostrzega możliwości, jakie do ich biznesu może wnieść e-Commerce. Jednak niemal co trzeci badany (31%) przyznał również, że jest to obszar wymagający wsparcia w jego biznesie. 67% respondentów, którzy nie prowadzą sprzedaży internetowej tłumaczy, że e-Commerce nie ma znaczenia dla ich klientów. Co piąty badany (20%) przyznał, że nie ma czasu się tym zająć, a 15% twierdzi, że brakuje mu personelu, który mógłby obsługiwać platformę do sprzedaży online. Przed wprowadzeniem tego typu rozwiązań powstrzymuje przedsiębiorców również brak obeznania cyfrowego, na co wskazało 8 proc. z nich oraz brak wiedzy na temat tego, jak zaimplementować to rozwiązanie (7 proc.).

Więcej wyników badan “MŚP Indeks 2019” można znaleźć w linku: https://www.elavon.pl/content/dam/elavon/pl-pl/documents/perspectives/Elavon-MSP-Report-2019.pdf

O badaniu “MŚP Indeks 2019”:

Badanie MŚP Indeks 2019 zostało zrealizowane przez SW Research Agencję Badań Rynku i Opinii na zlecenie Elavon Polska. SW Research między 3 a 23 lipca 2019 r. przeprowadziło 720 wywiadów z osobami, które zajmują co najmniej kierownicze stanowisko w firmach z sektora MŚP. Pozyskano 220 wywiadów z reprezentantami mikroprzedsiębiorstw (0-9 pracowników), oraz po 250 wywiadów z osobami zatrudnionymi w małych (10-49 pracowników) i średnich firmach (50-249 pracowników). Agencja SW RESEARCH pozyskała wywiady metodą mixed mode z wykorzystaniem narzędzia CATI (badanie telefoniczne) oraz CAWI (badanie on-line) z wykorzystaniem panelu internetowego SW Panel.

Koszty budowy bloków mieszkalnych wzrosły o 10%

Wzrosty kosztów budowy typowego bloku ostatnio wynoszą około 10% rocznie. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że nie wszystkie elementy budynków wielorodzinnych „drożeją” tak samo szybko. 

Utrzymujące się już od dłuższego czasu wzrosty cen mieszkań mają zarówno podażowe, jak i popytowe przyczyny. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl po stronie podaży na ceny metrażu oddziałuje przede wszystkim wzrost kosztu materiałów budowlanych oraz robocizny.

Można oczekiwać, że na wskutek oddziaływania tych dwóch czynników, przeciętny koszt budowy mieszkania w całym 2019 r. wzrośnie o około 8% – 12%. Narodowy Bank Polski niedawno opublikował ciekawe dane o wzroście kosztów poszczególnych elementów typowego bloku. Eksperci RynekPierwotny.pl postanowili zaprezentować te informacje.

Na wstępie warto wyjaśnić, że wyniki udostępnione przez NBP opierają się na szacunkach firmy Sekocenbud. Wspomniane szacunki wskazują, że przez rok (od I kw. 2018 r. do I kw. 2019 r.) koszt wybudowania typowego bloku pięciokondygnacyjnego do stanu deweloperskiego zmienił się następująco:

  • łącznie cały budynek – wzrost o 10%
  • urządzenia transportu bliskiego – wzrost o 3%
  • instalacje i urządzenia teletechniczne i techniki informatycznej – wzrost o 10%
  • instalacje i urządzenia elektro-energetyczne – wzrost o 8%
  • instalacje i urządzenia techniki wentylacyjnej – wzrost o 2%
  • instalacje i urządzenia zaopatrzenia w ciepło – wzrost o 5%
  • instalacje i urządzenia kanalizacyjne, wodociągowe i gazowe – wzrost o 8%
  • instalacje i urządzenia techniczne – wzrost o 6%
  • stan wykończeniowy zewnętrzny – wzrost o 13%
  • stan wykończeniowy wewnętrzny – wzrost o 9%
  • stan surowy – wzrost o 11%
  • stan zerowy – wzrost o 9%
  • konstrukcje i elementy budowlane – wzrost o 11%

Powyższe informacje wskazują, że w ciągu roku znacząco podrożały wszystkie kluczowe elementy i etapy wznoszenia przykładowego budynku. Warto zwrócić uwagę m.in. na dane dotyczące kosztów stanu surowego oraz stanu wykończeniowego zewnętrznego.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Cyberprzestępcy zmieniają priorytety i rzadziej sięgają po phishing

Warszawa, 04.12.2019 Fortinet, światowy lider w dziedzinie szerokich, zintegrowanych i zautomatyzowanych rozwiązań cyberochronnych, zaprezentował wyniki swojego najnowszego kwartalnego raportu cyberzagrożeń. Badanie pokazuje, że cyberprzestępcy nadal szukają nowych możliwości ataku z wykorzystaniem wszystkich posiadanych przez ofiarę cyfrowych rozwiązań. Jednocześnie zmieniają wektory ataku. Interesują się m.in. publicznie dostępnymi usługami brzegowymi, natomiast realizują mniej kampanii phishingowych, co można ocenić jako sukces firm podejmujących działania edukacyjne dla pracowników.

Indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) pozostał w trzecim kwartale względnie niezmieniony. Analitycy odnotowali pewne wahania, ale były one nieznaczne. Przedsiębiorstwa nie powinny jednak tracić czujności, ponieważ cyberprzestępcy nieustannie kontynuują swoją działalność[1].

Najważniejsze wnioski płynące z raportu:

Zmiana taktyki w celu zaskakiwania przedsiębiorstw

Większość złośliwego oprogramowania jest dostarczana za pośrednictwem poczty e-mail, dlatego w firmach główny nacisk położony jest na eliminowanie ataków typu phishing – prowadzone są szkolenia dla użytkowników i wdrażane zaawansowane narzędzia ochronne dla poczty elektronicznej. W efekcie cyberprzestępcy musieli zacząć stosować inne środki, aby zwiększyć skuteczność dostarczania złośliwego oprogramowania do firmowych środowisk IT.

Obecnie w celu zastosowania wektorów ataków, które nie polegają na tradycyjnym phishingu, cyberprzestępcy częściej skupiają się na publicznych usługach brzegowych, takich jak infrastruktura internetowa, protokoły komunikacji sieciowej, a także omijanie narzędzi blokujących reklamy. Na przykład w ostatnim kwartale inżynierowie FortiGuard Labs zaobserwowali wykorzystanie luk umożliwiających zdalne wykonanie kodu w urządzeniach brzegowych we wszystkich regionach świata. I chociaż ta taktyka nie jest nowa, zmiana priorytetu może być skutecznym sposobem na zaskoczenie działu IT w przedsiębiorstwie i zwiększenie szans na sukces. Może to być szczególnie problematyczne przed intensywnym sezonem zakupów online, kiedy w internetowych sklepach odnotowana będzie znacznie większa aktywność.

Maksymalizacja potencjału zarobkowego

Podążając śladami przynoszącego niemałe zyski oprogramowania ransomware GandCrab, które zostało udostępnione w dark webie w modelu Ransomware-as-a-Service (RaaS), organizacje cyberprzestępcze uruchamiają nowe usługi, aby zwiększyć swój potencjał zarobkowy. Tworząc sieć stowarzyszonych partnerów, są w stanie szeroko rozpowszechniać swoje narzędzia ransomware i radykalnie zwiększać zarobki. FortiGuard Labs zaobserwował, że co najmniej dwie znaczące rodziny oprogramowania ransomware – Sodinokibi i Nemty – są wdrażane jako rozwiązania RaaS. To potencjalnie dopiero początek zalewu podobnych usług w przyszłości.

Udoskonalanie złośliwego oprogramowania

Cyberprzestępcy udoskonalają swoje złośliwe oprogramowanie, aby zmniejszyć prawdopdobieństwo jego wykrycia oraz przeprowadzać coraz bardziej wyrafinowane i złośliwe ataki, takie jak zmodyfikowana złośliwa kampania Emotet. Jest to niepokojące zjawisko dla przedsiębiorstw, ponieważ coraz częściej wykorzystywany jest złośliwy kod do wprowadzania innych niepożądanych aplikacji do infekowanych systemów, aby zmaksymalizować szansę finansowego zysku. Ostatnio atakujący zaczęli używać Emotet jako mechanizmu dostarczania złośliwego oprogramowania ransomware, aplikacji wykradających informacje oraz trojanów bankowych, w tym TrickBot, IcedID i Zeus Panda. Ponadto, nauczyli się też ingerować w wątki komunikacji e-mail prowadzonej przez zaufane osoby i umieszczać w nich swój kod. Dzięki temu znacznie wzrosło prawdopodobieństwo otwarcia osadzonych w e-mailach linków lub złośliwych załączników.

Maksymalizacja szans na powodzenie dzięki starszym lukom i botnetom

Atakowanie starszych, wrażliwych systemów, które nie zostały odpowiednio zabezpieczone, jest nadal skuteczną strategią. Inżynierowie FortiGuard Labs odkryli, że cyberprzestępcy częściej atakują luki znane od 12 lub więcej lat, niż te świeżo odkryte. Podobny trend dotyczy także botnetów. Bardziej niż jakikolwiek inny rodzaj zagrożenia, najlepsze botnety co kwartał zmieniają swoją lokalizację, ale ich konstrukcja pozostaje bez większych zmian. Sugeruje to, że zbudowana przez cyberprzestępców infrastruktura kontrolująca pracę botnetów jest bardziej trwała niż różnego typu narzędzia, zaś oni sami nie mają problemów z wykorzystaniem istniejącej infrastruktury, gdy tylko jest to możliwe, aby zwiększyć wydajność i zmniejszyć ogólne koszty.

Ochrona przed nieoczekiwanym: szerokie, zintegrowane i zautomatyzowane zabezpieczenia o szerokim zakresie zastosowań

Ciągle rosnąca ilość rodzajów ataku oraz zmieniające się strategie cyberprzestępców oznaczają, że przedsiębiorstwa nie mogą sobie pozwolić na nadmierną koncentrację w przeciwdziałaniu wąskiemu zestawowi zagrożeń. Konieczne jest przyjęcie całościowego podejścia do zabezpieczenia swoich środowisk sieciowych – lokalnych i rozproszonych. Wymaga to wdrożenia nowoczesnych narzędzi, które zapewnią bezpieczną infrastrukturę sieciową, o szerokim zakresie zastosowań, zintegrowaną i zautomatyzowaną. Takie podejście pozwoli firmom ograniczyć rosnące ryzyko ataku, a dzięki zwiększonym możliwościom wglądu w ustawienia urządzeń sieciowych oraz zastosowaniu sztucznej inteligencji i automatyzacji działań minimalizować szanse włamania do infrastruktury. Kluczowe znaczenie w identyfikowaniu trendów związanych z bezpieczeństwem ma także dynamiczna, proaktywna, inteligentna identyfikacja zagrożeń, bo tylko dzięki niej możliwe jest zaobserwowanie ewolucji metod ataku oraz zapewnienie cyfrowej higieny w przedsiębiorstwie.

Derek Manky, Chief, Security Insights & Global Threat Alliances, Fortinet:

Cyberprzestępcy nadal starają się być o krok przed profesjonalistami z dziedziny cyfrowego bezpieczeństwa. Opracowują nowe złośliwe oprogramowanie i ataki zero-day, ale nie rezygnują ze stosowanych wcześniej udanych metod atakowania, aby zmaksymalizować prawdopodobieństwo sukcesu. Dlatego przedsiębiorstwa powinny zabezpieczać się na różne możliwe sposoby – oprócz podstawowych strategii, takich jak łatanie oprogramowania, segmentowanie rozwiązań IT oraz szkolenie pracowników, należy również korzystać z automatyzacji procesu wykrywania zagrożeń i sztucznej inteligencji, aby zwiększyć swoją zdolność do korelowania wydarzeń w sieci i reagowania w czasie rzeczywistym. Takie podejście zapewni jednak sukces tylko wtedy, gdy firmy zintegrują wszystkie swoje narzędzia ochronne w jedną strukturę bezpieczeństwa, która pomoże widzieć więcej i dostosowywać się do szybko zmieniającej się rzeczywistości.

Informacje o Raporcie

Najnowszy „Threat Landscape Report” firmy Fortinet to regularny przegląd informacji zebranych w trzecim kwartale 2019 r. przez inżynierów FortiGuard Labs dzięki sieci sensorów rozlokowanych na całym świecie. Raport obejmuje również indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) złożony ze wskaźników dotyczących jego trzech głównych obszarów (exploitów, złośliwego oprogramowania i botnetów) oraz prezentujący ich rozpowszechnienie i częstotliwość występowania w danym kwartale.

[1] Więcej informacji dotyczących Wskaźnika Popularności Zagrożeń oraz szczegółów o eksploitach, złośliwym oprogramowaniu i botnetach, a także ważne wnioski można znaleźć na blogu.

Zamknięcie roku finansowego – o czym musi pamiętać przedsiębiorca?

Ostatnie dni mijającego roku to czas na podsumowanie wyników finansowych w firmie, sporządzanie remanentu oraz dopełnienie różnych obowiązków związanych z rozpoczynającym się nowym rokiem podatkowym. Eksperci z zakresu prawa gospodarczego z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy – adwokat Jacek Drosik oraz adwokat Bartosz Olszewski podpowiadają o czym powinien pamiętać w ostatnich dniach grudnia, aby z początkiem roku uniknąć niepotrzebnego stresu związanego z niedopełnieniem obowiązków, ale także przez kolejny rok móc korzystać ze zwolnień i ulg.

Przedsiębiorco, wraz z mijającym rokiem pamiętaj o 5 bardzo ważnych zasadach.

  1. Zmiany w prawie podatkowym zazwyczaj zaczynają obowiązywać od nowego roku. Do tego trzeba się przygotować odpowiednio wcześnie, dotyczy to nie tylko samych zmian w rozliczeniu z fiskusem, lecz także zapoznania się z przepisami przejściowymi.
  2. Koniec roku to czas zamknięcia ksiąg oraz inwentaryzacji, która wynika nie tylko z przepisów podatkowych, ale też prawa bilansowego. Nie zapomnij jej wykonać.
  3. Należy też zabezpieczyć środki niezbędne na rozliczenie podatku dochodowego, co wymaga odpowiedniego uregulowania płynności finansowej.
  4. Koniec roku wymaga zbadania osiągniętych przychodów dla celów ustalenia, czy podatnik może dalej korzystać ze zwolnienia podmiotowego z podatku VAT (200 tyś. zł), obniżonej stawki podatku CIT (1.200 tyś. euro), czy pozostanie mikro, małym czy też średnim przedsiębiorcą – co będzie miało znaczenie dla możliwości wsparcia z korzystania z pomocy dla MŚP. Co siedem lat Unia Europejska aktualizuje swoje polityki horyzontalne – obecna dotyczy lat 21014-2020, a więc skończy się w przyszłym roku. Warto zatem już teraz przez portal Fundusze Europejskie zapoznać się z nowym horyzontem 2021-2027 celem ustalenia, z jakich form wsparcia polski przedsiębiorca będzie mógł korzystać, na jakie cele i na jakich zasadach będzie to możliwe.
  5. Sprawozdanie finansowe – każdy, kto zaniedbuje obowiązek zgłoszenia sprawozdania finansowego do KRS powinien mieć świadomość wynikających z tego konsekwencji:

Przestępstwo

W pierwszej kolejności trzeba pamiętać, że zaniechanie złożenia sprawozdania finansowego, skonsolidowanego sprawozdania finansowego, sprawozdania z działalności, sprawozdania z działalności grupy kapitałowej, sprawozdania z płatności na rzecz administracji publicznej, skonsolidowanego sprawozdania z płatności na rzecz administracji publicznej we właściwym rejestrze sądowym jest przestępstwem.

Grzywna

Kierownik jednostki wpisanej do KRS-u – czyli w praktyce zarząd albo wspólnik prowadzący i reprezentujący spółkę ma obowiązek złożyć sprawozdanie finansowe do KRS-u w terminie 15 dni od jego zatwierdzenia (obecnie zgłaszanie następuje w formie elektronicznej). Jeżeli sprawozdanie nie zostało zatwierdzone w przepisanym terminie, sprawozdanie należy mimo to zgłosić w ciągu 15 dni od upływu terminu na jego zatwierdzenie (zwykle do połowy lipca). Za naruszenie wspomnianego obowiązku grozi kara grzywny lub ograniczenia wolności w zakresie określonym ogólnymi przepisami kodeksu karnego. Również sam sąd rejestrowy może upomnieć się o zgłoszenie sprawozdania finansowego i wysłać do spółki stosowne wezwanie pod rygorem nałożenia grzywny na osoby prowadzące sprawy spółki. Grzywna, którą KRS może stosować nie jest bagatelna, może wynosić do 15.000 zł i być ponawiana. W przypadku drastycznego zaniedbywania obowiązków informacyjnych wobec KRS, sąd rejestrowy może z ważnych powodów orzec rozwiązanie spółki i ustanowić dla niej z urzędu likwidatora, którego zadaniem będzie zwinięcie biznesu spółki.

Wykreślenie z rejestru spółki

Wreszcie kolejną konsekwencją długotrwałego nie składania sprawozdania finansowego do KRS-u może być nawet wykreślenie spółki z rejestru! W przypadku, gdy pomimo wezwania sądu spółka nie składa sprawozdań finansowych za dwa kolejne lata obrotowe, sąd rejestrowy może wszcząć postępowanie o wykreślenie spółki z rejestru. Warunkiem takie wykreślenia jest ustalenie przez KRS, że spółka nie prowadzi działalności i nie posiada zbywalnego majątku. Niemniej jednak należy pamiętać, że możliwości dowodowe sądu rejestrowego są w tym zakresie dosyć ograniczone i zwykle polegają na pozyskiwaniu stosownych informacji z różnych urzędów. W niektórych przypadkach może się okazać, że dane te nie będą odzwierciedlać sytuacji spółki co w konsekwencji doprowadzi do jej wykreślenia.

Myślenie wizualne – rysowanie w biznesie i nie tylko

Bez względu na to, czy chodzi o firmową prezentację, szkolenie, czy o spotkanie z klientem – myślenie wizualne pozwala lepiej zrozumieć i zapamiętać informacje, które przyswajamy. Każdy, kto myśląc o danym problemie wykorzystuje symbole, może działać skuteczniej.

Gdy chcesz przekazać albo zapamiętać więcej, nie powinieneś skupiać się wyłącznie na zapisywaniu treści lub przekazywaniu jej słowami. Połączenie obrazu, mowy i pisma daje najlepsze rezultaty!

Czym właściwie jest „myślenie wizualne”?

– Myślenie wizualne to myślenie obrazami oraz symbolami. Jako ludzie z dużą łatwością kodujemy wszelkie informacje w dwóch podstawowych kanałach: wizualnym i werbalnym – tłumaczy Agata Rajchel, trener w firmie szkoleniowej Effect Group. – Psychologia nazywa to zjawisko koncepcją podwójnego kodowania. Jeśli mamy czegokolwiek się nauczyć, wskazane jest, aby docierające do nas informacje były przekazywane do obydwu kanałów jednocześnie – podkreśla.

Zauważmy, że łatwiej i szybciej zapamiętujemy informacje przedstawione nie tylko za pomocą zwykłego zapisu, ale te, do których dodano również obraz i kolor. Chętniej również powracamy do tak przedstawionych treści.wizualne-01

Dzieci wolą, gdy książeczka, którą im czytamy posiada ilustracje – chodzi nie tylko o zabawę, ale także o to, że to, co narysowane, łatwiej im zrozumieć i zapamiętać. Umysły dorosłych nie różnią się pod tym względem w sposób skrajny – owszem, potrafimy zrozumieć tekst bez obrazów, ale nadal to ten zilustrowany zapadnie w pamięć na dłużej.

To wyjaśnia zresztą, dlaczego malarstwo popularne było właściwie w każdej kulturze na świecie. Od malunków ściennych w odległych kulturach, po Europę, w której dzieła mistrzów przez wieki „odczytywane” były poprzez swoją symbolikę. Wszędzie, gdzie tylko pojawiał się człowiek, powstawały obrazy opowiadające rozmaite historie właśnie za pośrednictwem zrozumiałych dla danej kultury symboli.

Bazgroły nie bez znaczenia

Za rysunki w zeszycie często byliśmy karani i to niezależnie od ich treści. A jednak, niczego nas to nie nauczyło! Automatycznie „bazgrzemy” podczas rozmów telefonicznych, wykładów czy konferencji. Rysujemy różne figury, wzory geometryczne lub roślinne, czy ludzkie postacie. Trudno nam się powstrzymać, ponieważ właśnie wtedy nasza podświadomość „wyrywa się” spod kontroli i to ona prowadzi naszą rękę.

Co więcej, bazgroły często znajdujemy w rękopisach wielkich odkrywców i uczonych, np. Leonarda da Vinci, genialnego myśliciela, inżyniera i artysty.  Jego prace upstrzone są licznymi, bezwiednie wykonanymi rysunkami, które wcale nie były szkicami do „Mony Lisy” ani „Damy z gronostajem”.

Badania opublikowane przez Wall Street Journal („The Power of the Doodle: Improve Your Focus and Memory”) dowodzą, że nawet odruchowe kreślenie rysunków na kartce poprawia koncentrację, a także umiejętność uczenia się i zapamiętywania nowych informacji. Co ciekawe, rysunki te nie muszą być wcale związane z treścią przekazu. Z rozmowy, podczas której wykonujemy „bezmyślne” bazgroły, zapamiętujemy prawie 30% więcej informacji niż z takiej, podczas której nie wykonujemy żadnych notatek! A kiedy rysujemy świadomie, zapamiętujemy od 60% do 90% podawanych informacji.wizualne-06

Myślenie wizualne na co dzień

Każdy z nas może, a nawet powinien wykorzystywać myślenie wizualne codziennie w pracy – np. podczas rozmów z klientami, spotkań ze współpracownikami, szkoleń czy konferencji. Ale myślenie wizualne sprawdzi się nie tylko w sytuacjach zawodowych.  Możemy z niego skorzystać także w domu – np. tłumacząc dziecku zadanie, czy też robiąc notatki „przypominajki” na kalendarzu lub samoprzylepnych karteczkach.wizualne-05

– Przekaz koncepcyjno-wizualny jest wprost nieoceniony, gdy prowadzimy prezentację lub pracujemy w zawodzie nauczyciela. Ale nie tylko! Warto otworzyć się na nowe możliwości i wyobrazić sobie z jaką łatwością moglibyśmy każdemu przekazywać nasze informacje lub punkt widzenia: szybciej, efektywniej, z większym prawdopodobieństwem sukcesu! – mówi Agata Rajchel.

Warto zerwać z  traktowaniem myślenia wizualnego jako czegoś niezwykłego, czy tym bardziej zarezerwowanego dla pracowników kreatywnych. Nieważna jest hierarchia zajmowana w organizacji, rodzaj wykonywanej pracy czy też poziom wykształcenia – wszyscy mamy podobnie zbudowane mózgi. Dlatego wszelkie instrukcje czy ważne informacje zapamiętujemy lepiej, jeśli zostały przedstawione w formie rysunków. Długie teksty nas nudzą – pomyślmy choćby o obszernych mailach związanych z naszą pracą i zastanówmy się, ile z nich czytamy wnikliwie i z pełnym zaangażowaniem.

Jeśli musimy przekazać większą partię materiału, warto raczej wziąć pod uwagę, że przynajmniej w początkowym etapie osoby słuchające mogą stawiać „bierny opór” – bojkotować zaangażowanie umysłu w przyswajanie nowej wiedzy. Pamiętajmy więc, że aby przygotować np. ciekawą prelekcję, percepcja odbiorców wciąż powinna być „podbijana” – dlatego to, co chcemy, aby zostało zapamiętane, powinniśmy zwizualizować.wizualne-04

Jeśli musimy przekazać coś ważnego, czy to pracownikom, czy to szefowi, czy kolegom, warto przekazywaną treść wzbogacić o elementy wizualizacji. Nie tylko spowoduje to element zaskoczenia, ale także zachęci do przyswojenia (nie zawsze pasjonujących) wiadomości i wyciągnięcia z nich istotnych elementów.

A może wizualna kultura organizacyjna?

Myślenie wizualne świetnie się sprawdza również wtedy, gdy nowego pomysłu lub rozwiązania problemu poszukujemy w grupie. Jeśli umożliwimy pracownikom kreowanie rozwiązań w różnych kanałach komunikacyjnych, zwiększamy szansę na osiągnięcie sukcesu. Rysując, możemy inspirować się wieloma stymulatorami: światłem, dźwiękiem, postawą ciała, lokalizacją, kolorem, narzędziami manualnymi, itp. Takie wizualizacje stosują dziś najprężniejsze organizacje!

Może więc już czas skończyć z nudnymi zebraniami, a myślenie wizualne uczynić jednym z elementów kultury organizacyjnej firmy?

– Największe szanse wprowadzenia takiej idei w życie będzie miał z pewnością podekscytowany ambasador myślenia wizualnego, ponieważ taka osoba będzie sama realizowała to, do czego zachęca – mówi Agata Rajchel. – Przykład idzie z góry, ale kulturę tworzą pracownicy firmy, więc dobrze przekonać ich do nowej idei, aby sami zaczęli niejako naturalnie działać w ten sposób – dodaje.

Od czego zacząć?

wizualne-03Pierwszym etapem poznawania myślenia wizualnego jest wzbogacenie zwykłego sposobu myślenia o obrazy. Podczas rozmowy lub wykładu warto zastanawiać się, jak omawiane kwestie można by było przełożyć na symbole. Efektem tego typu ćwiczeń będzie rozwój praktycznej wyobraźni i zdolności do wizualizacji złożonych kwestii.

Drugim etapem jest wykonywanie rysunków, które podsumowują informacje. Wystarczą nawet najprostsze ilustracje, ograniczające się choćby do patyczków, kilku strzałek i symbolicznych, minimalistycznych ikonek.

Zupełnie nie należy przejmować się brakiem zdolności plastycznych. Rysunki nie muszą być przesadnie skomplikowane, a używanie prostej kreski lub kółek stanowi zaletę. Warto też pamiętać, że jakość swoich rysunków można poprawiać i szlifować, dokładnie tak, jak każdą inną umiejętność.

– Na naszym podstawowym szkoleniu „Myślenie wizualne” można „skopiować” wiele przydatnych i często używanych symbolipodkreśla trenerka Effect Group. – Na warsztacie uczestnicy otwierają się na własne możliwości. A nie kończą się one tylko na innowacyjnej komunikacji. Kto wie, ilu artystów kryje się za służbowym biurkiem?

wizualne-02Tworzenie wizualnych notatek daje radość z tworzenia, ale także umożliwia nabranie dystansu do problemu. Ponadto, pozwala na szybsze zapamiętanie kluczowych kwestii, a nawet na praktyczny podział zadań. Ćwicząc, nabierzemy wprawy w łączeniu tych kanałów, które najefektywniej pomogą zrozumieć dany temat i zapamiętać kluczowe informacje. Róbmy więc notatki w postaci słów i zdań, ale łączmy je także z obrazem i symbolem. A jeśli do tego dołożymy jeszcze kolor – będzie idealnie!

Odpowiedzialność wspólników spółki osobowej za zaległości podatkowe

W polskim obrocie gospodarczym można wyróżnić kilka typów podmiotów, które są uprawnione do prowadzenia działalności. Typ formy działalności zależy oczywiście od skali, możliwości i potrzeb danego przedsiębiorcy. Biorąc pod uwagę powyższe kwestie, osoby chcące prowadzić działalność gospodarczą na terenie kraju mogą wykorzystać jedną z dostępnych form prowadzenia działalności: jednoosobową działalność gospodarczą, działalność w ramach spółki osobowej (jawnej, partnerskiej, komandytowej, komandytowo-akcyjnej) lub spółki kapitałowej (spółki z ograniczoną odpowiedzialnością czy spółki akcyjnej). Przyjmuje się również, że działalność gospodarczą mogą prowadzić wspólnicy w ramach uregulowanej w kodeksie cywilnym umowy spółki cywilnej.

Konsekwencje wyboru formy prowadzenia działalności

Wszystkie powyższe formy prowadzenia działalności gospodarczej mają oczywiście swoje implikacje w rodzajach i podstawach odpowiedzialności, zarówno osób działających w imieniu i na rzecz tychże podmiotów, jak i wobec samej organizacji (przedsiębiorstwa). W różny sposób kształtuje się też odpowiedzialność osób fizycznych za zobowiązania przedsiębiorstwa z tytułu pełnienia przez nie określonych funkcji.

Odpowiedzialność podmiotów zbiorowych

Co do zasady odpowiedzialność za swoje zobowiązania ponoszą same organizacje. Powołanie spółki kapitałowej skutkuje utworzeniem nowej osoby (prawnej), która staje się samoistnym bytem prawnym ponoszącym odpowiedzialność i zdolnym do zaciągania zobowiązań. Nieco inny charakter mają spółki osobowe, które choć nie są formalnie osobami prawnymi, to jednak przepisy prawa przyznają takim podmiotom zdolność prawną tj. zdolność do bycia podmiotem praw i obowiązków prawnych oraz zdolność sądową i zdolność procesową tj. zdolność do samodzielnego występowania w procesie sądowym jako strona, pozywania oraz bycia pozwanym. Inaczej w ww. grupach spółek kształtuje się jednak odpowiedzialność osób fizycznych za zobowiązania przedsiębiorstwa z tytułu pełnienia przez nie określonych funkcji.

Zasady odpowiedzialności w spółkach osobowych

Należy w tym miejscu wspomnieć, że cechą charakterystyczną spółek osobowych jest brak organów, których zadaniem byłoby reprezentowanie tychże spółek. Oznacza to, że co do zasady sprawami spółek osobowych zajmują się ich wspólnicy. W związku z tym wspólnicy spółek osobowych ponoszą nieograniczoną odpowiedzialność za zobowiązania spółki, solidarnie ze spółką i pozostałymi wspólnikami. Szczegółowe zasady dotyczące odpowiedzialności wspólników za zobowiązania spółki osobowej kształtują się odrębnie w zależności od typu spółki. Przykładowo konstrukcja prawna spółki partnerskiej w związku z jej zawodowym charakterem przewiduje, że za zobowiązania spółki powstałe w wyniku wykonywania wolnego zawodu przez określonego partnera i osoby zatrudnione przez spółkę, lecz podlegające bezpośrednio kierownictwu tego partnera, pozostali partnerzy nie ponoszą odpowiedzialności. W pozostałym zakresie wspólnicy spółki partnerskiej odpowiadają tak, jak wspólnicy spółki jawnej (a zatem bez ograniczenia, całym swoim majątkiem solidarnie z innymi wspólnikami oraz ze spółką).

Co do zasady odpowiedzialność wspólników spółek osobowych jest uregulowana w Kodeksie Spółek Handlowych. Jednak istnieją także inne regulacje, które wprowadzają odrębne reżimy odpowiedzialności.

Odpowiedzialność wspólników spółki osobowej za zaległości podatkowe spółki

Przykładem jest Ordynacja podatkowa, która w art. 115 przewiduje pełną odpowiedzialność wspólnika spółki cywilnej, jawnej, partnerskiej oraz komplementariusza spółki komandytowej albo komandytowo-akcyjnej, którzy odpowiadają całym swoim majątkiem solidarnie ze spółką i z pozostałymi wspólnikami za zaległości podatkowe spółki. Z założenia więc przepis ten nie dotyczy komandytariuszy spółek komandytowych oraz akcjonariuszy spółek komandytowo-akcyjnych, którzy z zasady nie ponoszą odpowiedzialności za zobowiązania spółek. Co istotne, zasadę tę stosuje się również do odpowiedzialności byłego wspólnika za zaległości podatkowe z tytułu zobowiązań, których termin płatności upływał w czasie, gdy był on wspólnikiem, oraz zaległości takich jak zwrot nadpłaty, zwrot podatku czy zwrot wynagrodzenia płatników lub inkasentów powstałe w czasie, gdy był on wspólnikiem.

Za zobowiązania podatkowe powstałe na podstawie odrębnych przepisów po rozwiązaniu spółki, zaległości podatkowe z tytułu zobowiązań, których termin płatności upływał po rozwiązaniu spółki, oraz zaległości jak zwrot nadpłaty, zwrot podatku czy zwrot wynagrodzenia płatników lub inkasentów powstałe po rozwiązaniu spółki odpowiadają osoby będące wspólnikami w momencie rozwiązania spółki.

Co istotne, orzeczenie o odpowiedzialności wspólnika spółki osobowej za zaległości podatkowe spółki nie wymaga uprzedniego wydania decyzji w sprawie określającej wysokość zobowiązania podatkowego, z zakresu odpowiedzialności podatkowej płatnika lub inkasenta, w sprawie zwrotu zaliczki naliczonego podatku od towarów i usług określającej wysokość należnych odsetek za zwłokę czy określającej wysokość zaległości podatkowej jak zwrot nadpłaty, zwrot podatku czy zwrot wynagrodzenia płatników lub inkasentów. Rozstrzygnięcie w tych sprawach następuje już w samej decyzji orzekającej o odpowiedzialności wspólnika spółki osobowej. Podstawą odpowiedzialności, o której tutaj mowa jest po prostu fakt bycia wspólnikiem spółki osobowej w okresie, kiedy upłynął termin płatności podatku, niezależnie od tego, czy spółka w ogóle ma swój majątek i niezależnie od tego, czy egzekucja z majątku spółki jest możliwa. Dodatkowo wspólnik spółki osobowej odpowiada solidarnie ze spółką i pozostałymi wspólnikami za zaległości podatkowe spółki, niezależnie od tego, czy można mu przypisać winę w odniesieniu do powstania zaległości podatkowych, czy też wykaże, iż do zaległości podatkowych spółki doszło bez jego winy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rajdu Świętego Mikołaja nie widać

Słabe nastroje na rynkach nadal się utrzymują. Powodem są coraz większe obawy inwestorów o to, czy dojdzie w tym roku do podpisania choćby wstępnego porozumienia na linii USA-Chiny. Dzisiaj decyzja RPP w sprawie stóp procentowych, ale rynki żyją bardziej tym, kto zastąpi kończącego kadencję Jerzego Osiatyńskiego, niż czy dojdzie do zmiany stóp. Powód? Jasna deklaracja prezesa Glapińskiego o chęci dalszego utrzymywania stóp na obecnych poziomach.

Deal tak, ale przed wyborami

Inwestorzy nerwowo odnieśli się do słów Trumpa o tym, że deal z Chinami może nastąpić dopiero w 2020 roku. Data nieprzypadkowa, bo zapewne obecny prezydent USA ma plan, by w czasie przyszłorocznej kampaniii wyborczej odtrąbić sukces i zyskać w ten sposób głosy. Teraz w celu oddalenia porozumienia podparł się tematem Hongkongu. Wsparcie sił prodemokratycznych w tej byłej brytyjskiej kolonii (poprzez podpisanie stosownej ustawy) rozsierdziło stronę chińską. Lokator Białego Domu nie traci czasu i rozpala konflikty z kolejnymi krajami. Tym razem Trumpowi podpadły Brazylia i Argentyna, które oskarża o celowe osłabianie kursów swoich walut w celu wzmocnienia konkurencyjności eksportu. Stwierdzenie o celowości działań w tym przypadku możemy nazwać co najmniej paradoksalnym, ponieważ nie jest tajemnicą, że kraje te przeżywają kryzys walutowy i tak naprawdę chętnie uniknęłyby dalszej dewaluacji swoich walut. Do krajów Ameryki Południowej doszła jeszcze wczoraj Francja, która nałożyła podatek cyfrowy uderzający w amerykańskich gigantów. W odwecie mają ją dotknąć sankcje na najpopularniejsze produkty eksportowane do USA.

Paradoks: funt mocniejszy, bo brexit bliższy

Jeśli optymizm na rynkach jest słabszy, to rosną w siłę aktywa bezpieczne. I rzeczywiście widzimy umocnienie się jena i franka szwajcarskiego, choć dynamika nie jest duża. Więcej zapłacimy również za złoto. Co ciekawe, mieszanie zachowuje się dolar amerykański, który w ostatnich tygodniach służył jak bezpieczna przystań środków inwestorów. EUR/USD znajduje się dość wysoko, patrząc na ostatnie dni blisko granicy 1,11. Wygranym wczorajszego dnia okazał się funt brytyjski. To konsekwencja znów lepszych sondaży dla Borisa Johnsona, który będzie mógł doprowadzić brexit do końca, jeśli taki wynik faktycznie osiągnie w wyborach. Inną sprawą jest to, że po brexicie wcale dla Wielkiej Brytanii lepiej nie będzie, osłabienie wzrostu gospodarczego powinno się przełożyć na słabszą walutę.

PMI, ADP i przede wszystkim ISM

Dzisiaj na rynkach prezentacja wskaźników PMI z gospodarek europejskich dla sektora usługowego. W odróżnieniu od przemysłowego wskaźnika większość wskazań powinna przekroczyć poziom 50 pkt oddzielający recesję od wzrostu. O 14.00 wspomniana decyzja RPP. O 14.15 poznamy raport ADP z rynku pracy w USA. Kluczowy jednak odczyt nastąpi o 16.00 i będzie to ISM dla usług również z USA. Większa uwaga nad tym wskaźnikiem jest podyktowana mocnym rozczarowaniem ISM dla przemysłu, który był odpowiedzialny za osłabienie dolara z ostatnich dni.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Co dziesiąty polski startup wierzy, że hoduje jednorożca

Co piąty polski startup deklaruje, że rozwija lub wykorzystuje technologie związane z uczeniem maszynowym lub sieciami neuronowymi, a co dziesiąty wierzy, że zostanie „jednorożcem”. Coraz więcej startupów współpracuje z korporacjami – to tylko niektóre wnioski płynące z najnowszego raportu „The Polish Tech Scene. 5 years” opracowanego przez Fundację Startup Poland.

Tegoroczne, piąte już badanie polskiego rynku startupów objęło 1235 młodych spółek technologicznych. To o 12 procent więcej w porównaniu z rokiem ubiegłym i aż 290 procent więcej niż podczas pierwszej edycji w 2015 r. Raport „The Polish Tech Scene. 5 years” miał swoją premierę podczas Impact fintech w Katowicach.

Siła polskich startupów

Wyniki badania pokazały, że sztuczna inteligencja jest siłą rodzimych startupów: co piąte przedsiębiorstwo deklaruje, że rozwija lub wykorzystuje technologie związane z uczeniem maszynowym lub sieciami neuronowymi. Na kolejnych miejscach znalazły się rozwiązania analityczne i badawcze (14 procent) oraz technologie finansowe (11 procent).
Młodym firmom dużo łatwiej jest obecnie pozyskać grant niż finansowanie od funduszu Venture Capital. Grant otrzymało aż 69 procent respondentów, którzy aplikowali w instytucjach, jak np. NCBR czy PARP. Natomiast jedynie 32 procent tych, którzy próbowali pozyskać inwestora VC, otrzymało term sheet. Mimo to nastroje w środowisku pozostają pozytywne. 62 procent startupów wierzy, że wyjdzie na rynek międzynarodowy, a co dziesiąty – że zostanie „jednorożcem”, czyli jego firma zostanie wyceniona na miliard dolarów.

Co stymuluje rozwój startupów?

Ponad 50 procent startupów przyznało, że największy wpływ na ich rozwój miał mentoring. Wysoko zostały ocenione również spotkania środowisk startupowych oraz programy akceleracyjne, które zostały pozytywnie ocenione przez odpowiednio 40 i 30 procent respondentów.

Naszym zadaniem jest stymulowanie rynku do budowy dojrzałego i efektywnego modelu akceleracji młodych, innowacyjnych firm w Polsce. Tym bardziej cieszy nas fakt, że już kolejny rok programy akceleracyjne są jednym z najczęściej wskazywanych sposobów na podniesienie kompetencji oraz umiejętności wśród założycieli startupów. Ogromną wartością programów akceleracyjnych uruchomionych przez PARP jest możliwość przetestowania swojego rozwiązania przy wykorzystaniu zasobów średniej lub dużej firmy, a w przypadku sukcesu – pozyskanie partnera korporacyjnego. Poza współpracą z potencjalnymi partnerami biznesowymi, program akceleracyjny skonstruowany przez PARP, to także mentorzy, specjalistyczne usługi doradcze i wiele więcej. – komentuje Michał Różycki, Zastępca Prezesa PARP, Partner raportu.Premiera raportu Startup Poland 6 Premiera raportu Startup Poland 5 Premiera raportu Startup Poland 4Z roku na rok, coraz lepiej oceniana jest także współpraca z korporacjami. 38 procent startupów zadeklarowało, że w ramach swojej działalności nawiązało takie relacje biznesowe. Jednocześnie aż 71 procent oceniło współpracę jako dobrą lub bardzo dobrą. Jednak chociaż rynek „dużych” dojrzał do kupowania innowacji od polskich startupów, to nadal bardzo niewiele korporacji inwestuje w startupy poprzez fundusze CVC.
To świetna wiadomość dla całego rynku. Nasza firma od dawna angażuje się we wspieranie młodych przedsiębiorstw. Bardzo cieszy nas, że również sami founderzy potwierdzają płynące z współpracy korzyści. Nowoczesne korporacje umożliwiając wdrażanie lub testowanie innowacyjnych rozwiązań w swoim środowisku, często zapewniają startupom możliwość o wiele szybszego wzrostu. To potężne narzędzie w połączeniu z profesjonalnym mentoringiem i dostępem do sieci potencjalnych partnerów biznesowych, które realizowane są w ramach m.in. programów akceleracyjnych dedykowanych spółkom – mówi Patrycja Panasiuk, Dyrektor Biura Innowacji PKN Orlen, Partner raportu.Premiera raportu Startup Poland 3

Nie tylko przejęcia

Współpraca na linii korporacja – startup nie zawsze sprowadza się do przejęcia udziałów i technologii przez rynkowych gigantów. W stosunku do 21 procent startupów korporacje pozostają strategicznym klientem, natomiast 12 procent korzysta ze wsparcia korporacji przy promocji produktów. W przypadku 10 procent podmiotów, współpraca opiera się na wspólnych projektach marketingowych i PR-owych.

Polskie startupy mają potencjał, niektóre z nich już podbijają rynki zagraniczne. Jednak przed nami jeszcze długa droga, zanim będziemy mogli z całą pewnością mówić o polskich podmiotach gospodarki cyfrowej jako tygrysach gotowych wkroczyć na międzynarodowe wody – mówi Sebastian Perczak, Dyrektor Zarządzający, Pion Bankowości Przedsiębiorstw, Citi Handlowy.

Wiele wskazuje na to, że rok 2019 okaże się rokiem rekordowym z punktu widzenia kapitału pozyskiwanego oraz inwestowanego przez polską branżę startupową. Przełamana zostanie granica 1 miliarda złotych, a przykłady tegorocznych, największych rund inwestycyjnych pokazują jasno, że polski rynek awansuje do wyższej ligi – podkreśla Julia Krysztofiak-Szopa, prezes Startup Poland.

Partnerami tegorocznej edycji raportu są: PARP, PKN ORLEN, Fundacja Citi Handlowy im. Leopolda Kronenberga, Google, Hubhub oraz Sotrender. Pełna wersja raportu dostępna jest na stronie internetowej Startup Poland: www.startuppoland.org.
Premiera raportu Startup Poland 2

Premiera raportu Startup Poland

Black Friday na rynku ropy

Black Friday zawitał na rynku ropy. Z piątkowej przeceny o ponadprzeciętnej skali podnoszą się surowce energetyczne. Po weekendzie baryłka WTI drożeje 1,7 proc. i jest wyceniana na około 56 USD. Kurs gazu rośnie ponad 3,5 proc. Wszystko przy optymizmie na rynkach, po sygnałach z Iraku o możliwych większych cięciach dostaw surowca przez kraje OPEC+ i zapowiedzi największego IPO w historii.

W połowie września – po atakach na instalacje naftowe największego na świecie pod względem dziennego wydobycia koncernu Aramco z Arabii Saudyjskiej – ceny ropy ostro skoczyły do góry. Po wystrzale po ataku dronów, cena ropy WTI drastycznie spadła i na początku października WTI była notowana w okolicach 51 USD. Przez kolejne dwa miesiące (październik – listopad) cena surowca rosła, zbliżając się do granicy 59 dolarów za baryłkę. W piątek mieliśmy jednodniową, gwałtowną przecenę (4-procentową w przypadku ropy Brent, 5-procentową w przypadku WTI oraz 8–procentową w przypadku gazu ziemnego).

Notowania ropy naftowej jednak szybko odreagowują piątkową zniżkę w związku z oświadczeniem irackiego ministra energii, który stwierdził, że kartel będzie rozpatrywał głębsze cięcia produkcji surowca. Kwestie zmniejszenia wydobycia są przedmiotem gry politycznej, ale najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się przedłużenie porozumienia naftowego do połowy 2020 r. przy niezmienionych limitach produkcji.

– Takie spekulacje stanowią impuls dla optymizmu na rynku, a jeśli przyjmiemy, że wszystkie państwa będą wypełniać deklarowane ograniczenia wydobycia, a Arabia Saudyjska podtrzyma produkcję o 500 tys. baryłek/dzień niższą niż musi, to w pierwszej połowie 2020 r. produkcja OPEC wyniesie 29,5 mln b/d. – tłumaczy Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Tymczasem ostatnie prognozy Międzynarodowej Agencji Energii mówią, że popyt na ropę z kartelu sięgnie tylko 28,2 mln b/d. Dodajmy jeszcze do tego, że niektóre kraje – jak Nigeria, czy Irak – wydobywają więcej ropy niż deklarowały, co oznacza, że problem nadpodaży pozostanie.

Największe IPO w historii świata?

Niepokojące jest jednak to, że grudniowy window dressing rynku ropy może okazać się niewystarczający, by skutecznie przeciwdziałać prognozom nadpodaży. Po IPO Saudi Aramco Arabia Saudyjska może już nie widzieć interesu w redukcji wydobycia ponad pisemne zobowiązania. – Nie ma też gwarancji, że inni członkowie kartelu będą wierni swoim zobowiązaniom. W szerszym horyzoncie, tj. w 2020 roku zderzenie z rzeczywistością może być bolesne dla byków na rynku ropy – ocenia Białas i dodaje, że jedynie uważna obserwacja kursu i sytuacji polityczno-gospodarczej umożliwia bezpieczniejszy handel na tym, tak atrakcyjnym dla inwestorów, rynku. Zwłaszcza, że to strategiczny, energetyczny surowiec, który obok gazu ziemnego, węgla kamiennego i brunatnego stanowi podstawowy, kopalny surowiec energetyczny gospodarczego świata. Przez to właśnie na ropę jest ogromny popyt, co w efekcie daje możliwość zarabiania na spadkach i wzrostach kursu

Wygląda więc na to, że rynek ropy wykazuje entuzjazm w związku z zapowiedziami ogłoszenia oferty publicznej państwowego koncernu paliwowego Saudi Aramco. IPO przypada na 11 grudnia i Saudyjczykom zależy, aby sprzedaż akcji poszła jak najlepiej. – A cena będzie tym lepsza, im lepiej będą wyglądać perspektywy rynku ropy naftowej. Trudno przecież uwierzyć, że ograniczanie wydobycia o dodatkowe 500 tys. b/d jest aktem hojności na rzecz innych członków OPEC – ocenia ekonomista.

Koncern Saudi Aramco podał, że planuje sprzedaż w ofercie publicznej trzech miliardów akcji, czyli 1,5 procent kapitału. Jak podaje Reuters – wycena firmy spadła z 2 bln USD do ok. 1,7 bln USD. W ramach oferty publicznej do 0,5 proc. akcji ma trafić do inwestorów indywidualnych. Akcje Saudi Aramco będą notowane na saudyjskiej giełdzie Tadawul. Celem sprzedaży akcji firmy jest zmniejszenie deficytu budżetowego rządu, który według przewidywań miał wynieść w 2018 roku ok. 36 mld dolarów. Jak podaje CNBC – deficyt podobnej wielkości ma pojawić się w 2019 roku.

Oferta publiczna koncernu była wielokrotnie przekładana, choć po raz pierwszy zaplanowano ją na 2018 rok. Największy w historii świata debiut najbardziej zyskownej spółki świata może sięgnąć 25,6 mld dolarów. Jeśli przewidywania się potwierdzą, to debiut przebije publiczną ofertę Alibaby, który w  2014 roku sprzedał akcje za 25 mld dolarów. W 2018 roku firma uzyskała 111,1 miliarda dolarów zysków. To więcej niż łącznie Apple, Google i Exxon Mobil.

Z doniesień agencji Reuters wynika, że Aramco oczekuje, że co najmniej jedna trzecia sprzedaży akcji zostanie pokryta przez inwestorów detalicznych, którzy mają czas do 28 listopada na zapisanie się na IPO. Oferta instytucjonalna kończy się 4 grudnia.

CFO o zmianach w podatkach 2019 – czytelność przepisów, kontrole i obowiązki sprawozdawcze

Aż 78 proc. dyrektorów finansowych w Polsce odczuwa zaostrzenie praktyki podatkowej fiskusa w ostatnim roku. To wzrost o 6 pkt. proc. w stosunku do zeszłorocznego badania. Spada odsetek CFO popierających działania Ministerstwa Finansów

W ostatnich latach Ministerstwo Finansów wprowadziło wiele zmian i regulacji w polskim systemie podatkowym. Zmiany te, coraz bardziej uciążliwe dla podatników, w dużej mierze dotyczą dyrektorów finansowych firm działających w Polsce. To oni muszą bezbłędnie orientować się w nowych przepisach i praktyce podatkowej, żeby zapewnić swoim firmom prawidłowe prowadzenie spraw finansowych. Dlatego firma audytorsko-doradcza Grant Thornton i towarzystwo ubezpieczeniowe Euler Hermes już po raz trzeci zapytały polskich CFO, jak odbierają wprowadzone w ostatnim roku zmiany.

Z najnowszej edycji raportu wynika, że zdecydowana większość CFO, bo aż 78 proc. ankietowanych, odczuwa dalsze zaostrzanie polityki podatkowej wobec firm w Polsce. Tegoroczny wynik jest o 6 pkt. proc. wyższy niż w badaniu z 2018 roku i aż o 35 pkt proc. wyższy niż w 2017 roku. 

Wykres 1. Jak z Pana(-i) perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach?perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw

Polscy CFO zapytani o obszary, w których ich firmy odczuwają najsilniejsze zmiany, w zdecydowanej większości (74 proc. ankietowanych) wskazali dalsze zaostrzanie przepisów podatkowych oraz zaostrzanie wymagań sprawozdawczych wobec podatników (70 proc. badanych). To duży wzrost w stosunku do badania z zeszłego roku, w którym na to pytanie tak odpowiedziało odpowiednio 56 proc. i 61 proc ankietowanych. Kolejne wprowadzone przez fiskus zmiany, które odnotowali polscy dyrektorzy finansowi, to wzrost szczegółowości kontroli skarbowych (35 proc ankietowanych) oraz rzadsze wydawanie interpretacji podatkowych korzystnych dla przedsiębiorców (28 proc.). To wzrost o 9 pkt. proc. rok do roku w przypadku obu obszarów. Z kolei w ocenie częstotliwości samych kontroli skarbowych oraz wydawania korzystnych dla firm decyzji fiskusa badani CFO zauważyli złagodzenie praktyki podatkowej – zaostrzenie  tym obszarze widzi odpowiednio 26 proc. (spadek z 29 proc. rok temu) oraz 21 proc. (spadek z 30 proc. rok temu) ankietowanych.

Głównym problemem jest jakość stanowionego prawa. Do zmian bowiem wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, natomiast bez odzewu pozostają prośby o jasność i czytelność przepisów. Ostatnio po wprowadzeniu zmian kluczowe jest to, jak wypowie się Minister Finansów w objaśnieniach. Analiza przepisów niewiele bowiem rozjaśnia. Jeżeli to się nie zmieni, to niezadowolenie CFO i w ogóle podatników będzie narastać – tłumaczy Dariusz Gałązka, Partner w Grant Thornton, szef Zespołu Doradztwa Podatkowego.

W efekcie regularnie kurczy się grono CFO pozytywnie oceniających wysiłki resortu finansów, mające służyć uszczelnieniu systemu podatkowego. Jeszcze w 2017 roku popierających działania MF było aż 82 proc. respondentów. Rok później – w 2018 roku – ich liczba spadła do poziomu 65 proc., a w tym roku ten negatywny trend jeszcze bardziej się pogłębił i już tylko 57 proc. polskich CFO korzystnie oceniło działania ministerstwa.

Wykres 2. Jak ocenia Pan(-i) skuteczność wprowadzonych przez Ministerstwo Finansów działań mających uszczelnić system podatkowy (np. podział źródeł przychodów na pochodzące z działalności oraz na zyski kapitałowe, wprowadzenie limitu dla usług niematerialnych, zmiany w podatku u źródła, JPK dla wszystkich)? skuteczność wprowadzonych przez Ministerstwo Finansów działań mających uszczelnić system podatkowy

Wyniki tegorocznego badania wykazują, że Polscy CFO nadal czują się mocno zaniepokojeni zaostrzającą się polityką fiskalną państwa. Aż 57 proc. ankietowanych (58 proc. w 2018 roku) uważa, że działania MF utrudniają im prowadzenie biznesu. Jeszcze dwa lata wcześniej – w 2017 roku – takich odpowiedzi było niemal o połowę mniej (32 proc.). Cieszyć może jednak fakt, że w ostatnim roku ta grupa przestała już rosnąć. Z kolei odsetek dyrektorów finansowych uważających, że działania MF nie wpływają na działalność ich firmy, wyniósł w tegorocznej edycji badania 41 proc. (o 3 pkt. proc. więcej, niż w 2018 roku i o 25 pkt. proc. mniej niż w 2017 roku). Równocześnie z 4 do 2 proc. spadł w bieżącym roku odsetek wskazań respondentów, którzy zadeklarowali, że działania rządu ułatwiają im prowadzenie biznesu.

Trwające zacieśnianie pętli podatkowej sprawia, iż niewspółmiernie więcej energii jest kierowane przez CFO w spełnianie nowych wymagań, np. raportowych, zamiast oczekiwanej przez zarządy wzrostu efektywności i produktywności, a przez to wartości firm. Pozytywnym sygnałem jest utrzymanie przeciętnie na podobnym poziomie, w porównaniu do roku 2018, wpływu zaostrzającej się polityki fiskalnej na pracę ankietowanych CFO. Dowodzi to, że jak przystało na prawdziwych profesjonalistów, sprawnie i efektywnie radzą sobie z tymi wyzwaniami – uważa Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, CFO & CRO Euler Hermes.

Ambasador czy Kontroler – cztery typy członka rady nadzorczej

W skład rad nadzorczych spółek publicznych wchodzi nie mniej niż pięciu członków. Członkowie rady mogą nie tylko sprawdzać, czy spółka realizuje swoją strategię i pilnować interesów akcjonariuszy, ale także realnie wspierać działalność nadzorowanego podmiotu. Optymalny dobór członków rady powinien uwzględniać cztery style działania definiowane przez praktyków jako Kontroler, Gwarant, Koordynator i Ambasador. Każdy ze stylów to różny zbiór kompetencji i doświadczeń zawodowych. To odrębny bagaż zasobów oraz zupełnie inne relacje z akcjonariuszami. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte pt. „Rady nadzorcze w Polsce. Jakie mają priorytety? Gdzie kończy się ich odpowiedzialność? Jak funkcjonują?”,  dopiero kompilacja cech poszczególnych stylów może świadczyć o rzeczywistej niezależności organu.

Na podstawie analizy wypowiedzi wyselekcjonowanej grupy przedstawicieli rad nadzorczych polskich i zagranicznych spółek, eksperci Deloitte wyróżnili cztery podstawowe style działania, prezentowane przez członków rad nadzorczych. Obecność wszystkich z nich wpływa na efektywne i niezależne wywiązywanie się z obowiązków nadzorczych – Zmiany legislacyjne wprowadzane w Polsce na przestrzeni ostatnich lat sukcesywnie zwiększają rolę i odpowiedzialność rady nadzorczej oraz egzekwują jej niezależność. Występowanie czterech stylów w radzie nadzorczej umożliwia i gwarantuje działanie rady w warunkach autentycznej autonomii – mówi Maciej Wróblewski, Partner Associate, Deloitte Legal.

Styl Kontrolera – zgodnie z literą prawa

Charakteryzuje go skrupulatne kontrolowanie wszelkich dokumentów, w tym sprawozdań finansowych, przygotowanych przez zarząd. Podstawą wyboru kandydata na członka rady nadzorczej są wysokie kwalifikacje i imponujące kompetencje. Najczęściej, w stylu Kontrolera odnajdują się biegli rewidenci czy uznani prawnicy. Nie dziwi więc fakt, że wykonując swoje obowiązki, postępują zgodnie z przepisami prawa i istniejącymi procedurami. Realizują najczęściej oczekiwania wobec rady nadzorczej znajdujące się w przepisach prawa.

Styl Gwaranta – znak jakości firmy

Zazwyczaj jest nim znany i ceniony ekspert, wybrany na członka rady nadzorczej m.in. ze względu na wiedzę teoretyczną, której potwierdzeniem będą liczne tytuły naukowe. Reprezentanci tego stylu nie lubią, gdy inni członkowie rady nadużywają swojej pozycji, która potencjalnie może obciążyć ich reputację. Są znani w obszarze działalności organizacji i rozpoznawalni w środowisku branżowym. Charakterystycznym dla Gwaranta będzie utrzymywanie dystansu wobec spraw formalnych.

Styl Koordynatora – dominujący przewodniczący

Koordynator to z reguły typ dominujący, utalentowany przywódca, lubiący mieć rzeczywisty wpływ na działalność organizacji. Ze względu na te cechy, najczęściej wybierany jest na stanowisko przewodniczącego. Świetnie odnajduje się w zarządzaniu proceduralno-strategicznym w ramach struktur rady nadzorczej. Jego pozycja wynika z doświadczenia, również tego, pozyskanego w firmie, w organach której zasiada. Ze względu na znajomość procesów i struktur lubi aktywnie wpływać na decyzje zarządu. Dzięki temu może sobie pozwolić na rzeczywistą weryfikację jego działań.
Koordynatorom najłatwiej będzie znaleźć nić porozumienia z członkiem rady nadzorczej reprezentującym styl kontrolera. Zbliży ich doświadczenie i wierność zasadom compliance – mówi Maciej Wróblewski.

Styl Ambasadora – dla poszerzenia horyzontu możliwości

Ambasador jest osobą wpływową, posiadającą szeroką sieć relacji i znajomości. Dzięki niemu firma ma możliwość zawierania nowych kontaktów, które poszerzają możliwości biznesowe organizacji. To z reguły jest celem zatrudnienia Ambasadora. Z racji bliskich relacji z głównym akcjonariuszem, proces jego rekrutacji nie angażuje stron trzecich. Często zostaje nim były mocodawca lub wysoki rangą pracownik administracji publicznej. Ambasador może wejść w konflikt z kontrolerem, którego działanie nie będzie uważał za szczególnie istotne z perspektywy biznesowej.

Antystyl – Figurant i Branżowiec

Na uwagę zasługują również dwa style, które mocno kontrastują z wyżej wymienionymi, a co do których badani byli zgodni – ich obecność w radzie negatywnie oddziałuje na pracę organu.  Pierwszy – Figurant, osoba bez wiedzy, doświadczenia i wymaganych kompetencji.

Kolejny krytykowany styl to Branżowiec. Wąsko wyspecjalizowany ekspert, zbyt mocno skoncentrowany na problemach operacyjnych. Bez obycia ze stanowiskiem członka rady, w związku z czym bez znajomości podstawowych przepisów prawnych ani relacji biznesowych.

Konstruując skład rady nadzorczej warto szukać ludzi reprezentujących 4 główne style sprawowania funkcji i oczywiście unikać antystylów. Dzięki temu rada będzie dawała akcjonariuszom i samej spółce wartość dodaną, wychodząca poza jej formalny zakres działania.

Badani najczęściej identyfikują się z jednym stylem członka rady nadzorczej, krytykując przy tym pozostałe. Niezależnie od stopnia krytyki, zwracają jednak uwagę na wartość, która płynie z obecności członków rad nadzorczych reprezentujących różne style. Praktycy, z którymi przeprowadziliśmy wywiady na każdym kroku akcentowali fakt, że skład rady nadzorczej powinien być w pełni zdywersyfikowany i wyposażony w różne typy kompetencji i doświadczeń – mówi Dorota Snarska-Kuman, Partner odpowiedzialny za grupę Audit & Assurance w Sektorze Instytucji Finansowych, Deloitte.

Niezobowiązujące terminy

Kiedy rynki nie do końca wiedzą, co zrobić z poniedziałkowym zamieszaniem, prezydent Trump tylko dolewa oliwy do ognia. Powoli nic już nie jest pewne w temacie porozumienia handlowego z Chinami, przez co spada wiarygodność stron, a rynek może czekać bolesne przebudzenie po sennym listopadzie.

Prezydent USA Donald Trump wczoraj zasugerował, że do przyjęcia dla niego byłoby wstrzymanie podpisania umowy z Chinami do czasu wyborów prezydenckich pod koniec 2020 r. Kiedy inwestorzy byli skupieni na dyskusji, czy może uda się podpisać porozumienie Pierwszej Fazy jeszcze w tym roku lub najpóźniej w styczniu, teraz te dywagacje nie mają sensu, jeśli groźby wysokich (lub jeszcze wyższych) ceł mogą wisieć nad rynkami przez wiele miesięcy. Brak pośpiechu widać nie tylko po stronie Trumpa, ale też Pekinu, który po cichu liczy, że wybory mogą przynieść zmianę gospodarza w Białym Domu i przynieść zwrot w polityce handlowej. Ale dla rynków tu i teraz oznacza to zero postępów w trwającym już 20 miesięcy sporze handlowym, który hamuje globalne ożywienie. Co więcej, to może nie być koniec negatywnych doniesień z obszaru negocjacji handlowych w tym roku, gdyż na 15 grudnia zaplanowane jest wprowadzenie ceł na import z Chin wart 160 mld USD. Koniec roku może być dość burzliwy, jeśli inwestorzy uznają, że budowany od września optymizm był nieuzasadniony. Z drugiej strony zawsze istnieje szansa (ryzyko?), że dziś Trump powie zupełnie co innego niż wczoraj. Lub zmieni zdanie za kilka dni, jeśli spadki na Wall Street będą zbyt szybkie i zbyt duże. Bo nie można jednocześnie stosować polityki gróźb i cieszyć się rekordami indeksów.

Rynki są na rozdrożu, gdyż załamanie sentymentu i skok zmienności mogą przyjść, ale nie muszą. Kiedy wszystko zależy od jednego słowa jednej osoby, trudno budować na tym długo falowe założenia inwestycyjne. W rezultacie co wpierw będzie można zauważyć na rynkach to redukcja pozycji, które dominowały w ostatnim czasie. Wysokie notowania indeksów giełdowych albo tanie złoto przychodzą tu pierwsze na myśl. Na FX odbicie walut rynków wschodzących przy wzroście awersji do ryzyka wydaje się sprzeczne z logiką, ale po silnej przecenie z poprzedniego tygodnia, skok niepewności pcha inwestorów do spieniężenia zysków. Na tej samej zasadzie kapitulacja z zastygłych pozycji ściąga w dół USD/JPY pod 109, czy przynosi odbicie EUR/USD od 1,10. O tym, czy dziś otrzymamy kontynuację tych ruchów, będą decydować dane z USA dziś po południu. W poniedziałek słaby ISM dla przemysłu pozostawił gorzki posmak i teraz sporo zależy od tego, czy indeks dla sektora usługowego potwierdzi zadyszkę w aktywności gospodarczej, czy jednak poświadczyć o sile sektora, który odpowiada za prawie 80 proc. PKB.

W Polsce posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej przyniesie kolejną decyzję o utrzymaniu stóp procentowych bez zmian. Jednocześnie otrzymamy konfirmację o obecności odmiennych zdać członków Rady co do przyszłej ścieżki polityki. Obozy jastrzębi i gołębi godzi jednak prezes Glapiński, który stoi na stanowisku niezmieniania kosztu pieniądza przez najbliższe dwa lata. W Kanadzie oczekujemy, że bank centralny utrzyma stopę procentową bez zmian. W ostatnim wystąpieniu przed tygodniem prezes BoC Poloz powiedział, że „gospodarka Kanady jest ogólnie w dobrym położeniu” i „mamy prawie idealne warunki monetarne”. To zwiastuje neutralny wydźwięk komunikatu, ale jedna fraza może zawsze zaważyć na odbiorze (jastrzębim lub gołębim).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Black Friday 2019 w polskim internecie – ubrania i kosmetyki zrobiły rekordowy wynik

Black Friday w Polsce nie ma takiego umocowania w kalendarzu świąt jak w USA – u nas to po prostu końcówka listopada. Jednak sprzedawcom, zwłaszcza tym internetowym, udało się od zera w kilka lat wykreować ten dzień na festiwal zakupów. Świetnie zadziałała tu magia marketingu, a zwłaszcza sprawdzony zabieg: czas promocji ograniczony.

Wyniki Black Friday 2019 pokazują wyraźnie, że ten fenomen z każdą kolejną edycją przybiera na sile, a sprzedawcy internetowi są coraz lepsi w wykorzystywaniu tego trendu do przyciągania klientów i zwiększania sprzedaży. Podczas Black Friday 2019 r. sklepy internetowe na platformie Shoper odnotowały o 50 proc. wyższą wartość sprzedaży niż rok wcześniej. Tym samym Shoper poprawił zakupowy rekord ustanowiony rok temu również podczas Black Friday 2018 r.

– Sklepy świetnie wykorzystały swoją okazję w Black Friday- przygotowały promocyjną ofertę oraz jej odpowiednią komunikację. Ważny jest też aspekt techniczny wielkiej akcji sprzedażowej – nasze sklepy wytrzymały wzmożony ruch, strony sklepów nie zawieszały się a płatności przebiegały bez zakłóceń. Do najwyższej gotowości została postawiona również sama obsługa klienta m.in. kompletowanie dużo większej liczby zamówień oraz ich wysyłka, tak że paczki z niektórych sklepów już dotarły do kupujących – mówi Oliwia Tomalik, Marketing Manager Shoper.

Black Friday vs. zwykły dzień: ile razy więcej wydaliśmy?

Shoper postanowił zmierzyć, jak skutecznie sprzedawcy działający na tej platformie potrafią wykorzystać Black Friday do zwiększenia sprzedaży i którzy z nich radzą sobie z tym najlepiej. Analitycy firmy porównali statystyki z tego dnia zsumowane dla ponad 12 tys. sklepów z wynikami zarejestrowanymi w poprzedni piątek – 22 listopada.

  • Ruch na stronach sklepów był wyższy o 39 proc.
  • Liczba zamówień wzrosła 158 proc.
  • Wartość sprzedaży wzrosła o 185 proc.
  • Wartość transakcji sfinalizowanych za pomocą Płatności Shoper wzrosła o 251 proc.

Najwięcej podczas Czarnego Piątku zarobiły sklepy z kategorii Zdrowie i Uroda, Dom i Ogród oraz Odzież. Z kolei w statystykach liczby zamówień zdecydowanie wybijają się ubrania i kosmetyki – łącznie produkty z tych dwóch grup odpowiadają za 43 proc. zamówień z Black Friday.

Statystyki płatności za zakupy również dowodzą rosnącej popularności Czarnego Piątku w polskim internecie. Duże wzrosty odnotowała firma Blue Media. Operator płatności online podczas Black Friday 2019 r. zarejestrował o 100 proc. więcej transakcji niż w Black Friday 2018.

Black Friday czy Black Week?

Cały miniony tydzień (“Black Week” 25.11-01.12) zakończył się w sklepach na platformie Shoper wynikiem sprzedażowym o 46 proc. wyższym od poprzedniego tygodnia (18-24.11), co pokazuje, że zainteresowanie zakupami w sieci w Polsce wyraźnie wzrosło pod koniec listopada, choć zdecydowanie najlepszym dniem był Czarny Piątek.

– Jeszcze parę lat temu nie widzieliśmy na reklamach “black weeków” czy “czarnych weekendów”. W tym roku wiele sklepów wystartowało z promocyjnymi akcjami wcześniej, by zdążyć przed natłokiem czarnopiątkowych komunikatów. Kultura zakupowa potrafi dostosować każdą ideę na lokalne potrzeby, a Polacy są narodem niecierpliwym i nie wszyscy chcą czekać na wielkie obniżki dostępne tylko w jednym konkretnym dniu. Myślę, że “rozmasowanie” akcji wyprzedażowej na kilka dni to wentyl dla e-commerce’u. Przez to zyskują obie strony: kupujący, bo ma więcej czasu na zakupy; i właściciel sklepu, który nie musi obsługiwać boomu w ciągu jednego dnia, lecz kilku, co daje też w efekcie lepszą obsługę klienta. Wciąż jednak całe zjawisko napędza sam Black Friday – zauważa Jacek Zientkiewicz, Head of Business Development w Shoper.

Zalety rozciągnięcia promocyjnego czasu na cały tydzień zauważa też firma SMSAPI, zajmująca się masowymi wysyłkami SMS-ów, często wspierającymi sprzedaż sklepów internetowych. Jej eksperci zauważają, że komunikacja Black Friday jest z roku na rok bardziej intensywna. By przebić się przez gąszcz informacji o promocjach, w tym roku wiele sklepów zaczęło komunikację wcześniej – klienci SMSAPI wysłali ponad 90% więcej wiadomości SMS w czwartek przed Black Friday niż w roku poprzednim.

Statystyki Shopera z minionych lat pokazują, że w grudniu wyniki nigdy nie były aż tak dobre jak w Black Friday, jednak o mniej więcej 1/3 wyższe niż przed okresem świątecznym. Taki stan utrzymywał się do ok. 20 grudnia, po czym następował świąteczno-noworoczny spadek. Prawdopodobnie tak samo będzie wyglądać też sytuacja w tym roku. Więc Black Friday śmiało można nazwać otwarciem sezonu świątecznego w e-sklepach.

Grzegorz Dzięgielewski

Co czwarty Polak rezygnuje z walki o swoje prawa

Prawie co czwarty Polak rezygnuje z walki o swoje prawa. Tłumaczymy się brakiem chęci, obawą przed kosztami i nieznajomością przysługujących nam praw. Wiążą się z tym straty finansowe, których wysokość można porównać z równowartością średniego krajowego wynagrodzenia. Jakie sytuacje prawne przysparzają naszym rodakom największych problemów?

Z badania „Świadomość prawna Polaków” przeprowadzonego przez Naczelną Radę Adwokacką wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat prawie co czwarty Polak (23 proc.) znalazł się w sytuacji, w której mógł dochodzić swoich praw, ale się na to nie zdecydował. Takie sytuacje najczęściej miały miejsce w przypadku niedotrzymania warunków umowy – dotyczyło to 12 proc. wszystkich rezygnacji z roszczeń. Kolejno wskazywano rezygnację z ubiegania się o należące się odszkodowanie (9 proc.), szkody powstałe w wyniku wypadków (8 proc.), kwestie finansowo-podatkowe (6 proc.) oraz sprawy spadkowe (5 proc.).

Brak motywacji, by walczyć o swoje?

Najczęstszym powodem rezygnacji z walki o swoje prawa był brak sił i chęci – taką odpowiedź wskazało aż 28 proc. ankietowanych, którzy znaleźli się w takiej sytuacji. Prawie co piąta osoba (19 proc.) obawiała się kosztów związanych z postępowaniem, natomiast 13 proc. respondentów nie miało odpowiedniej wiedzy o przysługujących im prawach. 27 proc. osób przyznało, że odpuściło bez żadnego konkretnego powodu.

Walka o swoje prawa wymaga dużego zaangażowania emocjonalnego oraz czasu, jaki musimy poświęcić sprawie – zwłaszcza, jeśli robimy to na własną rękę. Dla osób bez kierunkowego wykształcenia przepisy prawne bywają niezrozumiałe, nie dziwi więc fakt, że tak często decydujemy się zrezygnować z roszczeń. Powierzenie sprawy adwokatowi jest dużym ułatwieniem, ponieważ adwokat uświadomi nas o przysługujących nam prawach, wskaże dostosowane do naszej sprawy możliwości działania, czy skieruje w naszym imieniu odpowiednie pismo. Jeśli obawą są koszty, musimy wziąć pod uwagę, że koszty konsultacji mogą być nieporównywalne ze stratami finansowymi, jakie możemy ponieść w wyniku nieznajomości prawa – zaznacza adw. Anisa Gnacikowska, zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej, koordynatorka kampanii „Adwokat w każdym przypadku”.Świadomość prawna Polaków

Pensja? Nie, dziękuję

Polacy poproszeni o oszacowanie strat finansowych powstałych w wyniku nieznajomości prawa najczęściej wskazywali kwoty w przedziale od 1000 do 5000 zł (21 proc. wskazań). Koszty w wysokości od 5001 do 10 000 dotyczyły 11 proc. przypadków. Co dziesiąta osoba oszacowała, że starty, jakie poniosła, wyniosły więcej niż 10 000 zł. Z kolei z najnowszych danych udostępnionych przez GUS wynika, że średnie wynagrodzenie w III kwartale 2019 roku wyniosło 5148,07 zł brutto. Zatem jak się okazuje, w wyniku nieznajomości swoich własnych praw, możemy stracić nawet kwoty zbliżone do przeciętnej miesięcznej pensji.

Prawo nas stresuje

Nieznajomość prawa to nie tylko starty finansowe, ale także konieczność poświęcenia dużych nakładów czasu oraz energii, szczególnie gdy próbujemy rozwiązać problem samodzielnie, metodą prób i błędów. Takie sytuacje związane są z nasilonym stresem. Ponad połowa badanych (53 proc.) przyznała, że obawia się sytuacji o charakterze prawnym. A czego boimy się najbardziej? Przede wszystkim są to zadłużenia i windykacje, które znalazły się na pierwszym miejscu zestawienia. Kolejno wskazywano sprawy w sądzie, zawiłości aktów prawnych oraz niedoczytanie warunków umowy.

Aplikacje do zamawiania jedzenia 2Badanie „Świadomość prawna Polaków” zostało przeprowadzone przez agencję SW Research w ramach kampanii informacyjnej „Adwokat w każdym przypadku” organizowanej przez Naczelną Radę Adwokacką. Celem kampanii jest zwiększenie świadomości prawnej Polaków oraz zachęcenie do konsultowania problemów prawnych z adwokatem na ich początkowym etapie. Pozwala to podjąć odpowiednie działania zaradcze, zyskać poczucie bezpieczeństwa, a często także uniknąć strat finansowych i dalszych konsekwencji, takich jak np. skierowanie sprawy do sądu.

Klienci indywidualni liderem transakcji na rynku walutowym

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez Waluteo, kantor wymiany walut online, aż 65% wszystkich transakcji walutowych wykonywanych na ich platformie zlecanych jest przez klientów indywidualnych. Obroty generowane przez tę grupą rosną o ok. 2% rok do roku. Wciąż jednak wymieniają oni niższe kwoty, niż firmy i przedsiębiorstwa, których udział wynosi łącznie 35% wszystkich transakcji, ale generują one 70% obrotów.

Do branż najczęściej korzystających z wymiany walut on-line na platformie Waluteo należą transport oraz handel, a w szczególności rynek FMCG. Często są to także firmy prowadzące działalność zagraniczną, nastawione na import oraz eksport.

Rynek e-kantorów wciąż dynamicznie się rozwija, głównie dlatego, że oferowane przez nas wymiany są po prostu tańsze od tych dostępnych w placówkach stacjonarnych. Niezwykle istotny jest także brak ukrytych opłat, które często zdarzają się w innych kantorach, możliwość realizowania operacji wymiany walut 24/7, niezależnie od miejsca pobytu, a także bezpieczeństwo transakcji – ocenia Piotr Pługowski z Waluteo.pl.

Wynika to z tego, że firmy i przedsiębiorstwa wymieniają dużo wyższe kwoty, nawet podczas pojedynczej transakcji. Największe z nich sięgają średnio 350 000 euro tygodniowo. Oczywiście zdarzają się wyjątki – największe transakcje klientów indywidualnych potrafią sięgać nawet ponad 500 000 zł, a firmowe nawet 450 000 euro jednorazowo.

Średnia wartość transakcji wykonywanych na platformie Waluteo przez klientów indywidualnych wynosi ok 1000 euro, natomiast dla firm 27 000 euro. Dodatkowo warto zauważyć, że  z każdym rokiem zwiększa się grupa osób i podmiotów dokonujących transakcji on-line.

Do najczęściej wymienianych walut według wartości transakcji należą w kolejności: Euro, Dolar amerykański, Funt brytyjski, Korona norweska oraz Frank szwajcarski. Na przestrzeni ostatnich lat można zauważyć m.in. spadek popularności Franka szwajcarskiego, na którym jeszcze kilka lat temu transakcje były popularniejsze niż te na dolarze i funcie.

10 firm będzie dostarczać odpady do najnowocześniejszej spalarni w Polsce. Rzeszowska PGE EC będzie je przetwarzać na ciepło i energię

Zgodnie z przepisami, które weszły w życie na początku września, samorządy mogą przekazywać swoje odpady komunalne do spalarni położonych na obszarze całej Polski, jeśli tylko im się to opłaca. Te natomiast powinny odbierać je od wszystkich zainteresowanych podmiotów. Spółka PGE Energia Ciepła, która zarządza jedną z najnowocześniejszych w Europie instalacji do termicznego przetwarzania odpadów w Rzeszowie, ogłosiła otwarty konkurs, żeby zapewnić równość traktowania wszystkim samorządom. W otwartym postępowaniu konkursowym wybrała 10 podmiotów, które w 2020 roku będą dostarczać odpady do rzeszowskiej instalacji.

– Nasza instalacja to nie jest typowa spalarnia. Odpady są w niej pełnowartościowym paliwem, produkujemy z nich ciepło i energię elektryczną, która następnie jest dostarczana mieszkańcom Rzeszowa. To oni są konsumentami tej energii i korzystają z faktu, że trafiające do nas odpady są tanim paliwem do produkcji energii. Wybraliśmy do tego najlepszą technologię do termicznego zagospodarowania odpadów, sprawdzoną na całym świecie. Instalacje do oczyszczania spalin również są najnowocześniejsze w Europie. Mamy znacznie niższe emisje niż te, które są określane normami europejskimi, pod względem ekologii jesteśmy liderem w Europie – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Gilewicz, dyrektor PGE Energia Ciepła Oddział Elektrociepłownia w Rzeszowie.

Należąca do PGE Instalacja Termicznego Przetwarzania z Odzyskiem Energii (ITPOE) w Rzeszowie działa od października ubiegłego roku. Korzystają z niej jednostki samorządu i mieszkańcy miasta. Aktualnie zakład może zutylizować ok. 100 tys. ton odpadów w skali roku. Dotąd trafiały do niego przede wszystkim odpady z Rzeszowa. Zgodnie z ustawą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach z 2012 roku gminy te miały bowiem obowiązek przekazywania swoich odpadów do instalacji regionalnej, a ITPOE jako jedyna w regionie pełniła taką funkcję.

Sytuację zmieniła jednak nowelizacja, która weszła w życie 6 września br. Jej głównym celem jest zwiększenie konkurencyjności na rynku odpadów. Dlatego zniosła tzw. regionalizację, czyli zlikwidowała status regionalnych instalacji do przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych. Innymi słowy, odtąd gminy mogą przekazywać swoje odpady do instalacji położonych na obszarze całego kraju, jeżeli tylko im się to opłaca.

– Po wejściu w życie tej nowelizacji gminy mogą teraz dowolnie przekazywać odpady do instalacji w całej Polsce. Z kolei instalacje takie jak nasza powinny odbierać je od wszystkich zainteresowanych podmiotów – mówi Grzegorz Gilewicz.

Żeby zapewnić równy i transparentny sposób traktowania wszystkich potencjalnych kontrahentów, spółka PGE Energia Ciepła ogłosiła postępowanie na dostawę odpadów komunalnych do ITPOE w Rzeszowie.

 Jedynym kryterium, którym się kierujemy, jest transparentność. Musimy zadbać, żeby każda gmina czy firma reprezentująca daną gminę, która odbiera od niej odpady, mogła je do nas dostarczyć i żeby warunki były jednakowe dla wszystkich. Dlatego doszliśmy do wniosku, że najlepszą formą będzie zorganizowanie otwartego konkursu ofert, w którym będą mogły wziąć udział podmioty z całej Polski – mówi Grzegorz Gilewicz.

Biorąc pod uwagę potrzeby lokalnej społeczności, w II etapie podstępowania spółka wprowadziła jednak kryterium, zgodnie z którym co najmniej 50 proc. dostarczanych do ITPOE odpadów ma pochodzić z województwa podkarpackiego. Dodatkowo, żeby zdywersyfikować dostawy, spółka wymaga, aby odpady dostarczały co najmniej trzy różne podmioty.

– Podstawowym kryterium jest cena, niemniej po analizie pierwszego etapu konkursu doszliśmy do wniosku, że jednak te odpady powinny być zagospodarowywane głównie z Podkarpacia, gdzie jesteśmy jedyną instalacją, która robi to w sposób kompleksowy. Dlatego wprowadziliśmy kryterium, że maksymalnie 50 proc. odpadów może pochodzić spoza Podkarpacia i dzięki temu ustaliliśmy pewną preferencję dla tutejszych gmin – mówi Grzegorz Gilewicz.

Do tej pory Rzeszów i ościenne gminy korzystały też z najniższych w regionie kosztów zagospodarowania odpadów w ITPOE. Nowelizacja przepisów i zmiana zasad ich dostarczania oznacza dla nich konieczność dostosowania się do konkurencyjnych, rynkowych stawek.

– Rzeszowskie gminy nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy. Stawiały postulaty, że bogate miasta mogą zaoferować wyższe ceny i w związku z tym ich oferty mogą być niekonkurencyjne. Uspokoiliśmy jednak mieszkańców Rzeszowa i okolicznych gmin, wprowadzając warunek ograniczający możliwość wyboru ofert spoza Podkarpacia – podkreśla Grzegorz Gilewicz.

Wczoraj komisja konkursowa poinformowała, że postępowanie PGE na dostawę zmieszanych odpadów komunalnych do ITPOE zostało zakończone. Wybranych zostało w nim 10 podmiotów, które w 2020 roku będą dostarczać odpady do rzeszowskiej instalacji.

 Podejmując decyzję o budowie tej instalacji, chcieliśmy zagospodarowywać odpady z Rzeszowa. Tutaj nic się nie zmieniło. Jesteśmy gotowi odbierać odpady z Rzeszowa i będziemy to robić. Natomiast włodarze miasta muszą zrozumieć, że zmieniły się uwarunkowania kosztowe i to nie oni, ale operator instalacji ustala ceny za zagospodarowanie odpadów – mówi Grzegorz Gilewicz. – Te opłaty, które ponoszą mieszkańcy, zawierają w sobie wiele innych kosztów. My odpowiadamy tylko za jeden – i to wcale nie ten największy. Są jeszcze koszty odbioru, transportu, opłat za selektywną zbiórkę i segregację odpadów. To nie my decydujemy o tym, jaka będzie wysokość opłat. Decydują zarządy miast, które mają pełną kalkulację kosztów i na tej podstawie ustalają opłaty dla mieszkańców.

Łącznie w postępowaniu na dostawę odpadów do ITPOE w Rzeszowie wzięło udział 27 podmiotów. Jak podkreśla spółka, tak duże zainteresowanie świadczy o tym, że w Polsce jest ogromne zapotrzebowanie na instalacje przetwarzania odpadów. Dlatego we wrześniu Grupa PGE i PGE Energia Ciepła zainicjowały podpisanie listu intencyjnego z Marszałkiem Województwa Podkarpackiego na budowę II linii tej instalacji, która ma podwoić jej wydajność.

– Działamy na obszarze całej Polski. W niektórych miastach mamy podpisane umowy o zrównoważonym rozwoju miast. W ubiegłym tygodniu taką umowę podpisaliśmy również z Rzeszowem. Jej elementem jest rozwój miejskiej sieci ciepłowniczej. W ciągu 9 lat przeznaczymy na ten cel 9,5 mln zł. To bardzo znacząca kwota, bo Rzeszów się rozwija, budownictwo mieszkaniowe przeżywa boom, a przyłączanie do sieci jest kosztowne. Dzisiaj MPEC nie stać już na przyłączanie nowych odbiorców, bez naszej pomocy finansowej musiałby im odmawiać. Zachowujemy więc możliwość przyłączania do sieci, pomagamy dystrybutorowi, a przy okazji wpływamy na to, że mieszkańcy mają komfortowe warunki i czystsze powietrze – mówi dyrektor PGE Energia Ciepła Oddział Elektrociepłownia w Rzeszowie.

Rządowe dopłaty napędzą sprzedaż aut elektrycznych. Chce z nich skorzystać nawet połowa polskich firm

W życie wchodzi rządowy program dopłat do zakupu samochodów elektrycznych, który w pierwszym etapie obejmie nabywców indywidualnych. Ci mogą uzyskać 30 proc. dofinansowania do zakupu elektryka, którego cena nie przekracza 125 tys. zł. W drugim etapie na taki bonus będą mogli liczyć też klienci flotowi. Z prognoz PSPA i Frost & Sullivan wynika, że przy optymalnym wykorzystaniu środków na ten cel z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu w 2025 roku flota pojazdów elektrycznych w Polsce będzie już liczyła 300 tys. Eksperci podkreślają, że rządowe zachęty są kluczowym elementem napędzającym rozwój rynku elektromobilności.

Polski rynek pojazdów elektrycznych rozwija się w niezwykle szybkim tempie. Ludzie w Polsce rozumieją, jak ważne jest przejście na pojazdy elektryczne. Jednak aby zmotywować ich do zmiany, potrzebne są zachęty, ponieważ pojazdy elektryczne są droższe, a do tego dochodzi kwestia ich ładowania. Rozumieją to rządy w całej Europie, w tym także rząd polski, oferując szereg mniejszych i większych zachęt do wyboru pojazdów elektrycznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Baudouin Denis, dyrektor generalny BMW Group Poland.

Liczba Polaków rozważających zakup samochodu elektrycznego wzrasta z każdym rokiem. W ubiegłym roku deklarowało to już 17 proc. polskich kierowców (w porównaniu z 12,4 proc. rok wcześniej) – wynika z „Barometru elektromobilności 2018”. O tym, że Polacy interesują się nowoczesnymi technologiami w motoryzacji, świadczy także wysokie zainteresowanie zakupem tradycyjnych hybryd (28 proc.), które mogą być traktowane jako substytut rynku pojazdów elektrycznych – wskazuje PSPA.

– Polacy lubią innowacje także w sektorze motoryzacyjnym i są gotowi poruszać się coraz mniej emisyjnymi pojazdami. To idzie krok po kroku – samochody elektryczne jeszcze w niewielkiej liczbie trafiają do polskich domów. Ten rok zakończymy na poziomie ok. 10 tys. sprzedanych egzemplarzy. To niewiele w porównaniu do 18 mln samochodów, które jeżdżą po polskich drogach, ale z drugiej strony ta liczba jest wielokrotnie wyższa niż jeszcze dwa lata temu. To, co koncerny motoryzacyjne pokażą w kolejnych dwóch latach, oraz wsparcie ze strony państwa przełożą się na liczbę rejestracji liczoną w tysiącach – przewiduje Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Według „Licznika elektromobilności” na koniec sierpnia br. po polskich drogach jeździły już 6 672 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Od stycznia do sierpnia zarejestrowano łącznie 2 416 samochodów całkowicie elektrycznych oraz hybryd typu plug-in, czyli o 89 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Wraz ze wzrostem liczby pojazdów rozwija się też infrastruktura ładowania – na koniec sierpnia br. w Polsce funkcjonowało 888 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (1 611 punktów).

– Śledząc to, jak rozwija się elektromobilność na świecie, widzimy korelację między działaniami państwa a rozwojem tego biznesu. W Polsce także ma to miejsce. W ubiegłym roku została uchwalona ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych. W tym roku wchodzi w życie Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, który będzie gwarantował nabywcom indywidualnym, a rok później także przedsiębiorcom, dofinansowanie do samochodów elektrycznych. Wszystko po to, żeby ten rynek zdynamizować – mówi Maciej Mazur.

Jak dotąd za największą barierę dla rozwoju elektromobilności w Polsce był uważany brak bezpośrednich dotacji do pojazdów elektrycznych – wskazywało na to 60 proc. organizacji w badaniu KPMG i PSPA przeprowadzonym wiosną tego roku. Od 19 listopada zaczął jednak obowiązywać rządowy program dopłat do zakupu elektryków. W pierwszym etapie zostały nim objęte osoby fizyczne (klienci indywidualni), które mogą uzyskać dofinansowanie w wysokości 30 proc. (ale nie więcej niż 37,5 tys. zł) do zakupu elektrycznego samochodu, którego cena nie przekracza 125 tys. zł.

W przyszłym roku program ma objąć również nabywców flotowych. Z badania KPMG i PSPA wynika, że z nowych rozwiązań, ujętych w rozporządzeniu dotyczącym Funduszu Niskoemisyjnego Transportu zamierza skorzystać połowa podmiotów, z których 44 proc. za najbardziej atrakcyjną formę wsparcia uznaje właśnie dotację lub pożyczkę na zakup pojazdów elektrycznych.

Kluczem do sukcesu jest pomoc klientom w podjęciu decyzji o zmianie samochodu na elektryczny. Dlatego bardzo ważne są rządowe zachęty. Ludzie są gotowi podjąć wysiłek, jeśli otrzymają odpowiednie wsparcie, bo dzisiaj dla wielu osób przejście z silnika spalinowego na elektryczny jest trudne, nawet jeśli mają świadomość, że jest to dobry wybór. Kolejny aspekt to doświadczenie jazdy autem elektrycznym. Gdy ktoś raz spróbuje, przekona się, że te auta są ciche, dają wiele frajdy z jazdy, mają świetne przyspieszenie, a ich konserwacja i eksploatacja są dużo tańsze, więc ogólny koszt posiadania takiego auta jest mniejszy. Osoby, które zamieniły swoje auto na elektryczne, nigdy nie wracają do samochodów z silnikami spalinowymi – podkreśla Baudouin Denis.

Z raportu „Polish EV Outlook 2019” PSPA i firmy doradczej Frost & Sullivan wynika, że przy optymalnym wykorzystaniu środków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu flota pojazdów elektrycznych w Polsce w 2025 roku będzie liczyła 300 tys. sztuk. Bez tego wsparcia po polskich drogach jeździłoby ich ok. 60 tys. Z kolei osiągnięcie zakładanego przez rząd poziomu miliona elektryków jest możliwe pięć lat później i przy dodatkowym wsparciu, jak np. czasowe zwolnienie z VAT.

Na segment elektromobilności stawiają nie tylko rządy, lecz także większość koncernów motoryzacyjnych, w tym BMW, które ma obecnie w ofercie dziesięć różnych modeli elektrycznych.

Zamierzamy rozszerzyć ofertę pojazdów elektrycznych oraz z napędem hybrydowym plug-in do dwudziestu pięciu już w 2023 roku. Wprowadzimy do naszej oferty na stałe nowe modele, aby każdy mógł znaleźć auto na miarę swoich potrzeb, ponieważ każdy z nich jest inny. Nasze potrzeby się różnią w zależności od tego, ile czasu spędzamy za kierownicą. Na nadchodzący rok zaplanowaliśmy premierę miejskiego elektryka z serii MINI, hybrydy typu plug-in BMW X3, który w przyszłości będzie dostępny także z napędem w pełni elektrycznym. Wprowadzimy także BMW i4, które będzie miało zasięg 600 km i moc 530 KM – zapowiada Baudouin Denis.

75 proc. chorób rzadkich dotyka dzieci. Pacjentom brakuje systemowego wsparcia w leczeniu oraz dostępu do nowoczesnych leków

Co roku w Polsce ponad 200 tys. osób dowiaduje się, że choruje na chorobę rzadką. Pacjenci znajdują się w trudnej sytuacji, przede wszystkim dlatego, że schorzenia te często są uwarunkowane genetycznie, mają zazwyczaj ciężki przebieg i przewlekły charakter, a ich diagnostyka jest czasochłonna i utrudniona. To jednak nie są jedyne bariery. Brakuje ośrodków referencyjnych dla pacjentów z chorobami rzadkimi, a dostęp do nowoczesnych terapii i rehabilitacji jest mocno ograniczony. Dużym wyzwaniem dla polskiego systemu ochrony zdrowia jest też zapewnienie ciągłości opieki nad dorastającym pacjentem z chorobą rzadką.

Choroby rzadkie to zazwyczaj choroby wielonarządowe, dlatego ich leczenie wymaga zaangażowania lekarzy wielu specjalności − podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Jolanta Wierzba, ordynator oddziału Patologii Wieku Niemowlęcego w Klinice Pediatrii, Hematologii i Onkologii Centrum Chorób Rzadkich UCK Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Choroby rzadkie to takie, które dotykają nie więcej niż 5 osób na 10 tys. Do tej pory zidentyfikowano około 8 tys. chorób rzadkich (kod ORPHA). W Polsce, jak wynika z raportu „Choroby rzadkie w Polsce – stan obecny i perspektywy” przygotowanego przez Uczelnię Łazarskiego, cierpi na nie nawet 3 mln osób. Zdecydowana większość chorób rzadkich rozwija się we wczesnym dzieciństwie – 75 proc. chorób dotyczy właśnie najmłodszych.

– Leczenie chorób rzadkich jest o tyle trudne, że nie istnieje żaden uniwersalny model terapii. Cały czas szukamy optymalnych rozwiązań i czekamy na jakiś wielki przełom. W sposób szczególny patrzymy w kierunku terapii genowych, w których pokładamy wielkie nadzieje – wskazuje dr hab. Jolanta Wierzba.

Ze względu na specyfikę chorób rzadkich i późne rozpoznanie co trzeci chory umiera przed ukończeniem 5. roku życia, a 40–45 proc. przed ukończeniem 15 lat. Są jednak choroby, w których czas przeżycia się wydłuża, w związku z czym wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia staje się zapewnienie ciągłości opieki nad dorastającym pacjentem.

– Nasi pacjenci się starzeją. Średnia wieku chorych jeszcze jakiś czas temu wynosiła 18 lat, teraz ok. 40. Musimy się tych dorosłych pacjentów nauczyć i pomóc im w prowadzeniu maksymalnie normalnego życia, bez bólu i cierpienia, uwzględniając oczywiście poziom zaawansowania ich choroby. Obecnie w Polsce trudno o miejsca wsparcia oraz specjalistów, którzy mogliby pomóc zarówno chorym, jak i ich rodzinom, które również potrzebują opieki – mówi dr hab. Jolanta Wierzba. – Ponadto dostęp do nowoczesnych terapii w Polsce jest obwarowany systemem nie tylko uwarunkowań prawnych, lecz także koniecznością przejścia przez bardzo wiele poziomów akceptacji. Zaangażowanych w ten proces jest wiele instytucji i trwa on wiele lat – dodaje.

Brakuje też systemowego wsparcia dla chorych i ich rodzin, co widać choćby na przykładzie dystrofii mięśniowej Duchenne’a (DMD) − rzadkiej choroby genetycznej, która po urodzeniu się dziecka nie daje praktycznie żadnych objawów. Organizm chorych nie wytwarza dystrofiny, czyli białka odpowiedzialnego za budowę i prawidłowe funkcjonowanie mięśni. Skutkiem tego niedoboru jest ich zanik i niedowład.

 Postępująca dystrofia mięśniowa Duchenne’a prowadzi do tego, że w wieku kilkunastu lat chłopcy siadają na wózek. Następnie mogą się pojawiać zaburzenia oddechowe. Typowe dla tej choroby są także zaburzenia w zakresie funkcjonowania mięśnia sercowego – mówi dr hab. Jolanta Wierzba.

Zaawansowana choroba całkowicie odbiera możliwość samodzielnego życia, skazuje na inwalidztwo i wczesną śmierć − chorzy umierają zwykle w drugiej–trzeciej dekadzie życia. O pacjentach z dystrofią mięśniową Duchenne’a bardzo często mówi się, że są to osoby niepełnosprawne wśród niepełnosprawnych.

Obecna wiedza medyczna nie pozwala na wyleczenie choroby, jednak już samo jej spowolnienie jest wielkim sukcesem, ponieważ pozwala na przedłużenie okresu niezależności i samodzielności pacjentów. Podstawą leczenia w Polsce jest w tej chwili sterydoterapia. Brakuje możliwości nowoczesnego leczenia. Jedyny zarejestrowany w Europie nowoczesny lek, który pozwala na lepszy stan funkcjonowania i samopoczucia pacjentów, a przede wszystkim na przedłużenie okresu ich samodzielności, nie jest u nas refundowany.

Choroba wymaga nie tylko leczenia farmakologicznego, lecz także rehabilitacji.

– Chłopcy powinni odbywać rehabilitację pięć razy w tygodniu, niestety nie ma możliwości finansowania jej z NFZ. Jest bardzo mało placówek, gdzie może się ona odbywać. Prywatne rehabilitacje to koszt ok. 80120 zł za wizytę i nie wszystkich rodziców na to stać. Jest też problem z dofinansowaniem do sprzętu, wózków czy ortez, które dla naszych dzieci są niezbędne. W większości przypadków ten koszt pozostaje po stronie rodziców − twierdzi Katarzyna Witkowska z Centrum Chorób Rzadkich Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, członek Fundacji Parent Project Muscular Dystrophy, mama chłopca chorego na DMD.

Projekt „Narodowego Planu dla Chorób Rzadkich” przewiduje powołanie ośrodków referencyjnych, wprowadzenie tzw. paszportu opieki dla pacjentów z chorobami rzadkimi, zastosowanie telemedycyny czy zapewnienie ciągłości fizjoterapii. Obecnie na kompleksową pomoc chorzy mogą liczyć w Centrum Chorób Rzadkich w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Pacjenci z dystrofią mięśniową Duchenne’a przyjeżdżają do nas co roku na trzydniową hospitalizację. Mają wówczas zapewnioną konsultację z neurologiem, dietetykiem, endokrynologiem, kardiologiem i psychologiem. Wykonujemy wiele badań, m.in. na gęstość kości, rentgen i badania krwi. Chcielibyśmy zapewnić każdemu z naszych pacjentów dostęp do możliwości, jakie daje medycyna, do nowoczesnego, kompleksowego leczenia – mówi Katarzyna Witkowska.

Problem chorób rzadkich, prezentacja działań Unii Europejskiej na rzecz ich leczenia oraz ocena aktualnej sytuacji chorych w Polsce były tematem konferencji zorganizowanej 22 listopada w Gdańsku przez Centrum Chorób Rzadkich Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego.

Polscy uczniowie wśród najlepszych w Europie i na świecie. Po likwidacji gimnazjów wyzwaniem będzie utrzymanie motywacji uczniów i nauczycieli

W międzynarodowym teście sprawdzającym umiejętności piętnastolatków polscy uczniowie zajęli miejsca na podium wśród europejskich krajów. Przodują zarówno w matematyce, czytaniu ze zrozumieniem, jak i naukach przyrodniczych. Według członkini zespołu badania PISA w Instytucie Badań Edukacyjnych to m.in. skutek testów szóstoklasisty, motywacji nauczycieli gimnazjalnych do uzupełniania swojej wiedzy i umiejętności oraz zmiany podstawy programowej dekadę wcześniej. W nowych realiach – bez gimnazjów – wyzwaniem będzie utrzymanie tego stanu rzeczy.

Najważniejsze w badaniu PISA jest to, że ono koncentruje się na bardzo praktycznych umiejętnościach, nie na suchych, akademickich czy technicznych umiejętnościach w danym przedmiocie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Sułowska, matematyczka w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu badania PISA w Instytucie Badań Edukacyjnych. – Na przykładzie matematyki chodzi o to, czy uczeń umie tych umiejętności użyć w kontekście, przełożyć problem otaczającego świata na matematykę, czy umie zinterpretować wynik, wyciągnąć wniosek z obliczeń, podać argument, który potwierdza lub obala jakąś tezę.

W 2018 roku do testu przystąpiło 660 tys. uczniów z 79 krajów, w tym ponad 5,6 tys. z Polski. W organizowanym od 2000 roku przez OECD sprawdzianie badano umiejętności nastolatków w zakresie rozumienia czytanego tekstu, umiejętności matematycznych oraz nauk przyrodniczych. We wszystkich tych kategoriach Polska znalazła się bardzo wysoko i w Europie, i na świecie, zdecydowanie powyżej średniej OECD. W Europie wyższymi umiejętnościami potrafiły się wykazać jedynie Estonia i Finlandia, a w przypadku matematyki – jedynie Estonia. Wynik uczniów znad Wisły był też wyższy od uzyskanego w poprzednim badaniu w 2015 roku.

– To, że od pewnego momentu w każdej właściwie edycji badania PISA nasze wyniki są bardzo wysokie, jest spowodowane tym, że nasza szkoła chciała się zmieniać. Np. w 2008 roku weszła nowa podstawa programowa, która bardzo mocno we wszystkich przedmiotach akcentowała umiejętności rozumowania, analizy, krytycznego oceniania informacji – wskazuje Agnieszka Sułowska. – Ważne jest to, że i nauczycielom, i uczniom się chce. Szczególnie nauczyciele w gimnazjum to była taka grupa zawodowa, która bardzo mocno się dokształcała, która bardzo mocno inwestowała w to, żeby uczyć współcześnie, i uczniowie chętnie w to wchodzili.

Według Agnieszki Sułowskiej właśnie trójstopniowy model edukacji powodował, że postępy uczniów i efektywność nauczania w szkole były regularnie monitorowane, sprawdzane i motywowały zarówno nauczycieli, jak i dzieci do szlifowania swoich umiejętności. Temu miał służyć m.in. egzamin szóstoklasisty, pisany na zakończenie szkoły podstawowej, obowiązujący przed ostatnią reformą edukacji, która zlikwidowała gimnazja.

 Wyzwanie, które mamy w sytuacji, kiedy oceniany badaniem PISA system edukacji już nie istnieje, jest taki, żeby to utrzymać, żeby zachować taki sposób uczenia, takie nastawienie młodzieży i pęd do doskonalenia się – przekonuje matematyczka. – Aby nauczycielom się nadal chciało, żeby uczniowie nie osiedli na laurach, mimo że już nie mają tej mobilizacji związanej ze zmianą szkoły, koniecznością odnalezienia się w nowym środowisku, zmierzenia z nowymi wyzwaniami. Żeby nie uznali, że skoro siedzą 8 lat w tej samej szkole, to właściwie nic im nie grozi i nie muszą się starać.

Najwyższy wynik polscy gimnazjaliści uzyskali w dziedzinie matematyki, gdzie zajęli drugie miejsce w Europie i dziesiąte na świecie, wyprzedzając swoich rówieśników z Finlandii, która od lat stawiana jest za wzór efektywnego systemu edukacji. Także poziom zadowolenia nauczycieli w fińskich szkołach nie przerasta polskiego. Natomiast – jak zauważa Agnieszka Sułowska – warto wziąć z Finów przykład pod względem zapewnienia dzieciom w szkole dobrego samopoczucia i podmiotowego traktowania.

 Tam jest znacznie mniejszy rygor – podkreśla członek zespołu badania PISA w IBE. – Uczniowie mają okienka w swoim planie zajęć i mogą sobie przez godzinę siedzieć na korytarzu, grając na gitarze i nikt ich nie pilnuje, nie ma dyżurów na korytarzu, nikt im nie stoi nad głową, patrząc, co oni robią. W bibliotece stoją kanapy, na których uczniowie się uczą, czytają albo po prostu rozmawiają, robią coś, na co mają ochotę. Czują się w szkole bardziej jak u siebie. U nas jest bardzo duży rygor, wszystko jest ściśle ustawione, uregulowane, ma chodzić jak w zegarku, a nauczyciele i dyrekcja narzucają cały rytm funkcjonowania szkoły.

Ochrona zdrowia, edukacja i podatki – to główne bolączki Polaków

Najważniejsze i wymagające pilnej poprawy są system opieki zdrowotnej, podatki oraz system edukacji, wynika z raportu „Najpilniejsze potrzeby obywateli i świadomość ekonomiczna Polaków w kontekście otwarcia prac nowego rządu” przygotowanego przez Centrum im. Adama Smitha.

Pytając o aktualne lęki i potrzeby Polaków najczęściej usłyszeć można o problemach z ochroną zdrowia. Zaraz za bolączkami związanymi z NFZ pojawia się kryzys edukacyjny i wyższe podatki. Jednak to długie kolejki do lekarza, wydłużony czas oczekiwania na badania specjalistyczne, wzrastające ceny leków i trudne warunki na SORach są dla Polaków najważniejszym tematem w debacie politycznej. Kolejne kadencje rządów nie potrafią rozwiązać problemu kulejącej ochrony zdrowia, drożejących leków i wydłużających się kolejek. Dokłada się do tego coraz gorsza sytuacja pracy lekarzy i pielęgniarek oraz innych specjalistów medycznych, których jest przez to w szpitalach coraz mniej. I chociaż kolejne partie proponują w swoich kampaniach rozwiązania licznych problemów ochrony zdrowia, czasami można odnieść wrażenie, że nie myślą o nich na poważnie.

–  Te problemy znalazły się w kampanii wyborczej, ale w dosyć zaskakującym wymiarze. Padła propozycja, by ustawą skrócić czas kolejkowy. To trochę przypomina historię z czasów PRLu – kiedy sekretarz partii, widząc tłum czekający pod sklepem w długiej kolejce, zlitował się i postanowił dostarczyć pod sklep ławki do siedzenia. Rozwiązania dotyczące służby zdrowia, kierowane przez świat polityki do obywateli przypominają propozycję z tego dowcipu – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Polacy zauważyli już więc, że od wielu kadencji nie mogą liczyć na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia. Według naszych badań pogodzili się z tym, że  potrzebnej im pomocy medycznej nie dostaną na czas i w wystarczającym wymiarze.

Bardzo niepokojącym zjawiskiem w przedstawionym raporcie, jest fakt, że ponad 50 proc. badanych nie ma poczucia, że gdy zachorują, to będą mogli liczyć na skuteczną pomoc w publicznej opiece zdrowotnej w Polsce.

Do tego dokłada się świadomość podatkowa Polaków, która paradoksalnie zwiększyła się dzięki akcji związanej z Pracowniczymi Planami Kapitałowymi. Osoby pracujące na etacie, które dostały możliwość przystąpienia do akcji PPK, lepiej teraz rozumieją, jaka część ich pensji wędruje do ZUSu i na inne składki. Połowa osób, które przystąpiły do programu, już się jednak z niego wypisało. Pokazuje to, że Polacy nie są skorzy do przeznaczania większych kwot na system ubezpieczeń społecznych. To będzie odbijać się coraz mocniej na ochronie zdrowia – przewiduje Sadowski.

„Nie jest zaskoczeniem, że na pierwszym miejscu w obszarach ważnych i wymagających pilnej poprawy w deklaracjach respondentów pojawił się system opieki zdrowotnej, ale zaskakuje, że deklarację taką złożyło aż 81% badanych, gdy podatki otrzymały 37% deklaracji, a system edukacji 36%”.co wymaga poprawy

Na pytanie „Co tobie osobiście najbardziej doskwiera w publicznym systemie opieki zdrowotnej w Polce i chciałbyś, by jak najszybciej uległo poprawie?” – na pierwszym miejscu znalazły się kolejki (66% deklaracji), drogie leki 36% i limity (28%). 25% badanych zwróciło uwagę na układy i znajomości, które trzeba mieć, aby skorzystać z „bezpłatnej” służby zdrowia.

co wymaga poprawy 2

Podatki zostały wymienione na drugim miejscu, jeśli chodzi o obszary ważne i wymagające pilnej poprawy, ze wskazaniem na nie 37% badanych Polaków, a 42% zatrudnionych na umowę o pracę.

„Takiej edukacji dotyczącej realnych ciężarów podatkowych, którą przeszli zatrudnieni na etacie pracownicy przy wstępowaniu i występowaniu z PPK, nie ma jeszcze spora część społeczeństwa. Nadal nie do końca zdajemy sobie sprawę, ile w ciągu roku pracujemy dla siebie, a jak długo na rzecz rządu. Tylko 20% społeczeństwa ma świadomość tego stanu rzeczy. W grupach o niskiej świadomości podatkowej można zauważać bardzo nieznaczne zmiany. Podwyżki w 2020 r., które mogą być bardzo dotkliwe dla tej części społeczeństwa, mogą wpłynąć na wzrost świadomości w tym zakresie” – powiedział prezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski.

Raport przygotowano na postawie badań przeprowadzonych dla Centrum im. Adama Smitha na panelu Ariadna metodą CAWI. Próba ogólnopolska N=1 028 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Struktura próby została dobrana wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania). Badanie przeprowadzono w terminie od 8-12 listopada 2019 roku. Różnice punktów procentowych obliczono w stosunku do pomiaru z maja 2019 roku.

Na świąteczny prezent rodzice wydadzą średnio 100–250 zł. Pod choinką najczęściej znajdą się zabawki edukacyjne i użytkowe

Rodzice nie oszczędzają na świątecznych prezentach dla dzieci. Większość deklaruje, że wyda na ten cel średnio 100–250 zł, ale co piąty nawet 500 zł – wynika z badania SW Research na zlecenie Endo. Niemal 40 proc. rodziców przy wyborze upominków kieruje się ich użytecznością, dlatego pod choinką będą królować zabawki edukacyjne, układanki czy gry planszowe. Zakupy mają być przede wszystkim komfortowe, więc świąteczne prezenty kupimy przede wszystkim w internecie.

– Na zakup prezentów świątecznych dla jednego dziecka 44 proc. rodziców wyda 100–250 zł. Rodzice nie oszczędzają na prezentach dla dzieci, co też widać w trendzie i wydawanych kwotach. 23 proc. ankietowanych deklaruje kwotę wyższą niż 250 zł. Jest to związane z ożywieniem gospodarki, programem 500+, a jednocześnie wzrostem wynagrodzeń – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Błażejak, head of e-commerce w Endo.pl.

Badanie agencji SW Research przeprowadzone na zlecenie marki dziecięcych ubrań Endo wskazuje, że 6 proc. rodziców przeznaczy na prezenty między 500 a 1 tys. zł, jedynie 2 proc. respondentów w ogóle nie kupi świątecznego upominku, a 3 proc. nie wyda na ten cel więcej niż 50 zł.

Rodzice najczęściej kupują prezenty online – w e-sklepach (35 proc.) lub na aukcjach internetowych (14 proc.). Co trzeci rodzic wskazuje na galerię handlową, a co czwarty na supermarkety czy dyskonty.

– Kwestia tego, czy rodzic zdecyduje się kupić w sklepie online’owym, czy w sklepie stacjonarnym, zależy od momentu, w którym dokonał decyzji o zakupie. Sklepy internetowe rządzą się swoimi prawami i trzeba wziąć pod uwagę czas oczekiwania na przesyłkę. W związku z tym wszyscy ci, którzy odkładają zakupy na ostatni moment, muszą się liczyć z tym, że będą musieli zrobić je w sklepie stacjonarnym – mówi Ewa Błażejak.

Przy zakupach rodzice biorą pod uwagę przede wszystkim użyteczność prezentu (40 proc.). Co trzeci rodzic chce, by upominek był spełnieniem marzeń dziecka. Co ciekawe, rzadko zwracają oni uwagę na cenę czy markę kupowanego prezentu (wskazuje na nie odpowiednio 13 proc. i 9 proc. respondentów).

Najmłodsi pod choinką znajdą przede wszystkim zabawki edukacyjne (taki zakup deklaruje 42 proc. rodziców), klocki, układanki czy gry planszowe (31 proc.).

 Trend ten podyktowany jest bardzo mocno rosnącą świadomością młodych rodziców, którzy stawiają na prawidłowy rozwój dziecka. Zabawki edukacyjne mają pobudzić kreatywność dziecka i rozwijać funkcje poznawcze. Wśród zabawek dla niemowlaków prym wiodą te, które poprawiają mikromotorykę dziecka, dla tych starszych zazwyczaj rodzice wybierają puzzle, gry planszowe, klocki – wymienia ekspertka Endo.

Jedna trzecia rodziców obdaruje swoje dzieci słodyczami lub owocami, jedna czwarta – książkami i kolorowankami. Co piąte dziecko otrzyma pod choinką ubranie, podobny odsetek – lalki lub pluszaki oraz sprzęt elektroniczny.

Prezenty, które dzieci mają otrzymać w tegoroczne święta, będą podobne do tych, jakie w dzieciństwie otrzymywali ich rodzice, choć kilkadziesiąt lat temu akurat zabawki edukacyjne nie były aż tak popularne. Chłopcy najczęściej otrzymywali wówczas klocki i układanki (41 proc.), samochody lub kolejki (39 proc.), słodycze i owoce (35 proc.) oraz gry planszowe lub puzzle (33 proc.). Dziewczynki pod choinką znajdowały lalki, pluszaki lub słodycze i owoce. Mimo to niemal połowa rodziców twierdzi, że w ich dzieciństwie prezenty były bardziej użyteczne.

– W dzisiejszych czasach prowadzimy bardziej konsumpcyjny styl życia. Możemy też zaobserwować znaczny skok zamożności Polaków i dynamiczny rozwój na rynku zabawek. Dzieci przy każdej okazji otrzymują znacznie więcej prezentów. Mniej doceniają ten fakt i bardzo szybko się nudzą takim upominkiem – zauważa Ewa Błażejak.

Większość rodziców podkreśla, że za czasów ich dzieciństwa więcej prezentów było wykonywanych własnoręcznie. Trzech na czterech podkreśla, że kiedyś prezenty sprawiały maluchom większą frajdę.