Dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”

Po weekendzie uwaga krąży wokół tego samego tematu: kiedy i czy w ogóle możliwa jest umowa handlowa USA z Chinami? Ostatni przekaz z Pekinu jest pozytywny, choć inne źródła dodają wątpliwości. W szumie sprzeczności rynek tradycyjnie widzi szklankę do połowy pełną.

W przysłowiowej szklance pojawiło się więcej wody. Jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia zaczynało przeważać myślenie, że z umowy handlowej nic nie będzie, a żadnej ze stron tak naprawdę nie zależy, by prędko zakończyć negocjacje. Jednak nowe informacje z weekendu ponownie podsycają nadzieje. Chiny oficjalnie zakomunikowały, że zamierzają zaostrzyć przepisy za łamanie prawa ochrony własności intelektualnej. Jest to jednej z kluczowych postulatów USA w toczących się negocjacjach, więc taki ruch ze strony Pekinu można traktować jako punkt zwrotny. Stąd zasadne są opinie z China Global Times, że USA i Chiny są „bardzo blisko” podpisania pierwszej fazy umowy, jak również toczą się prace nad fazą drugą, a nawet trzecią.

Z drugiej strony wciąż nie ma namacalnych dowodów na domykanie rozmów nad pierwszą fazą porozumienia, a źródła Reutersa z administracji USA i Chin jasno wskazują, że ambitna „druga faza” umowy handlowej może być coraz trudniejsza do osiągnięcia przed wyborami prezydenckimi w USA. Podobno Trumpowi bardziej zależy na umowie niż Chinom, co pod kątem wyborów wydaje się logiczne. Relacje komplikuje też sprawa Hong Kongu i ustawa Kongresu przewidująca sankcje na Chiny. Jakkolwiek same sankcje mogą być istotnie osłabione przez Biały Dom, tak Trump będzie miał kłopot jednocześnie opowiadać się za obroną praw człowieka i przyjaźni z prezydentem Chin Xi. Ogólnie po weekendzie mamy więcej treści do dyskusji, ale wciąż zero konkretów w temacie podpisania umowy. Mimo to dla rynków szanse na podpisanie się ponownie zrównoważyły, co niesie pozytywny wydźwięk. Tylko że dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”.

Na starcie tygodnia zawiązuje się umiarkowany optymizm, ale wątpimy, aby udało się z niego wypracować mocniejszy impuls do wzrostu apetytu na ryzyko. Niepewność blokuje decyzje inwestycyjne a rynki ogarnia zmęczenie tematem. Ponadto dane makro nie dostarczają jasnych sygnałów poprawy koniunktury. I jeszcze tydzień przedziurawiony jest Świętem Dziękczynienia w czwartek, przez co rozliczenia na koniec miesiąca i inne preteksty do zmienności prawdopodobnie zostaną dokonane najpóźniej do wtorku.
Dziś indeks Ifo pomoże rozstrzygnąć, jak oceniać listopad w niemieckiej gospodarce. Choć ZEW i Sentix wskazały na poprawę warunków prowadzenia biznesu, wskaźniki PMI wysyłają mieszane sygnały. Lepszy odczyt podtrzyma nadzieje na stabilizację koniunktury. Z Eurolandu otrzymamy dane o inflacji HICP za listopad (czw), gdzie efekty niskiej bazy za poprzedni rok będą windować odczyty.

W USA tradycyjnie mamy tydzień skompresowany w trzy dni w związku z czwartkowym Świętem Dziękczynienia. Najbardziej interesującym powinien być indeks nastrojów konsumentów (wt), gdzie spodziewana jest poprawa. Dane o nastrojach w biznesie i solidny rynek pracy dają podstawy dla podtrzymania optymizmu wśród gospodarstw domowych.
Kolejny spokojny tydzień od strony danych z Wielkiej Brytanii. Na niecałe trzy tygodnie do wyborów parlamentarnych śledzenie sondaży i wsłuchiwanie się w debaty liderów partii to jedyne czynniki ryzyka dla funta, choć można odnieść wrażenie, że póki nie poznamy oficjalnych wyników głosowania, GBP będzie dryfował bez kierunku. W weekend Datapraxis przeprowadził projekcję wyniku wyborów w Wielkiej Brytanii na podstawie 270 tys. ankiet YouGov, z którego wynika, że Partia Konserwatywna zdobędzie 349 głosów zapewniających jej samodzielne i stabilne rządzenie.

Nie sądzimy, aby dane z Polski w przyszłym tygodniu wpłynęły na kurs złotego. Jesteśmy zdania, że konsumpcja słabnie, co może znaleźć odzwierciedlenie w danych o październikowej sprzedaży detalicznej (pon) i szczegółach raportu o PKB za III kw. (pt). Brak klarowności w temacie negocjacji handlowych USA-Chiny hamuje zapał do alokacji w aktywa rynków wschodzących, co może przywiązać EUR/PLN do 4,30 na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Starward Industries idzie na NewConnect. Publiczna emisja potrwa do 12 grudnia

22 listopada rozpoczęła się publiczna emisja akcji Starward Industries, krakowskiego producenta gier, który pracuje nad projektem opartym o twórczość Stanisława Lema. Oferującym jest Dom Maklerski Navigator. Spółka chce zadebiutować na rynku NewConnect w drugim kwartale 2020 r.

Starward Industries zamierza zaoferować inwestorom w publicznej emisji zaledwie 73 005 akcji serii H. Cena emisyjna zawierała będzie się w przedziale 40-44 zł. Oznacza to, że do spółki trafi od 2,9 do 3,2 mln zł. „Dotychczas zapewniliśmy spółce finansowanie na poziomie 6,2 mln zł, co wraz z kapitałem pozyskanym w aktualnej emisji publicznej pozwoli na ukończenie produkcji oraz wydanie gry w modelu self-publishing, z uwzględnieniem rozległej kampanii marketingowej. Jesteśmy świadomi wartości naszego projektu, co znajduje odzwierciedlenie w jego ambitnej wycenie. Z drugiej strony to prawdopodobnie jedyna okazja, kiedy będzie można nabyć akcje spółki w ofercie publicznej. Nie planujemy kolejnych emisji.”- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries. Nowe papiery stanowiły będą 4 proc. w obecnym kapitale zakładowym.

Ciągle rośniemy przyciągając doświadczone osoby z branży gamedev. W sferze biznesowej wzmocniliśmy organ nadzorczy uzyskując wsparcie Przemka Marmula – Techland, jaki i Marcina „Gulash” Góreckiego – SecretService/Neo Plus/11 bit studios.  Aktualnie realizujemy kolejny kamień milowy w rozwoju spółki czyli emisja publiczną oraz ubieganie się o debiut giełdowy na rynku NewConnect. Nasz zespół korporacyjny blisko współpracuje z DM Navigator, pilnując aby nasze plany nie rozbiły się o formalności.” – mówi Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries.”

Zapisy na akcje krakowskiego developera potrwają do 12 grudnia. W ofercie znajdą się tylko nowe akcje bez ograniczeń sprzedaży. Wszystkie pozostałe serie objęte są od 6 do 18 miesięcznym lock-upem począwszy od pierwszego notowania spółki na NewConnect lub od daty premiery gry w przypadku akcji pracowniczych (seria B oraz seria F).

Już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo.

Dzieło kultowego pisarza, wizjonera, wyjątkowego umysłu to trudny i ambitny materiał, w którego przełożeniu do gry nie możemy sobie pozwolić na kompromisy. Dlatego zbudowaliśmy zespół na wysokim poziomie kompetencyjnym i kreatywnym, oparty o starannie wyselekcjonowaną grupę doświadczonych twórców. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż wynika z poczucia wielkiej odpowiedzialności za dostarczenie graczom na całym świecie najwyższej klasy rozrywki opartej o wybitny materiał źródłowy..- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Harmonogram oferty:Harmonogram Oferty Starward Industries

Jak zapewnić identyczną cenę towaru na półce i przy kasie by uniknąć nieporozumień i kar?

Przedsiębiorca prowadzący sprzedaż detaliczną jest zobowiązany do jasnego informowania o cenie towaru – powinna ona być przedstawiona blisko produktu w sposób niebudzący wątpliwości. Różnica między ceną towaru na półce i przy kasie lub przedstawienie jej w sposób niejednoznaczny uprawnia konsumenta do dokonania zakupu po najbardziej korzystnej dla niego cenie oraz sprowadza na detalistę widmo zapłacenia kary.

Z problemem zarządzania polityką cenową mierzą się szczególnie ci sprzedawcy detaliczni, u których ceny zmieniają się dynamicznie (nawet z dnia na dzień), a personel skazany jest na manualne wprowadzanie tych zmian w życie w bardzo krótkim czasie – nieaktualne ceny lub pomyłki wydają się nieuniknione.

Dostępne są jednak na rynku rozwiązania, które umożliwiają redukcję błędów. Personel sklepu wyposażony w skaner wraz z oprogramowaniem do sprawnego zarządzania cenami może w trakcie obchodu sklepu zweryfikować cenę dowolnego produktu. Pracownik, widząc aktualną cenę z bazy danych porównuje ją z ceną widoczną przy towarze – jeżeli zauważa rozbieżność może szybko za pomocą mobilnej drukarki sporządzić dowolną liczbę poprawnych cenówek, a następnie sprawnie i bezbłędnie rozmieścić wydruki z cenami przy produkcie.

Rynkowa potrzeba inwestycji w nowe technologie znajduje potwierdzenie również w raportach branżowych. Jak wynika z tegorocznej edycji badania „Global Shopper Study”[1] 77 proc. kadry kierowniczej uważa, że klienci są zadowoleni z obsługi w sklepach, przy czym stan taki deklaruje jedynie 57 proc. kupujących. Równocześnie 85 proc. kierowników wyższego szczebla oraz 73 proc. pracowników sklepów twierdzi, że wyposażenie sprzedawców w nowoczesne technologie pozwala zapewnić klientom lepsze wrażenia z zakupów.

Sprzedawcy detaliczni, którzy chcą sprawnie zarządzać polityką cenową, podnosić poziom obsługi klientów oraz zapewnić lepszą organizację pracy nie mogą stronić od inwestycji w nowe technologie.

[1] Badanie „Global Shopper Study” analizuje zachowania kupujących, pracowników sklepów i kadry kierowniczej wysokiego szczebla oraz bada trendy handlowe i technologiczne wpływające na zachowania zakupowe klientów. Dwunasta doroczna ankieta Global Shopper Study została przeprowadzona na zlecenie firmy Zebra przez firmę Qualtrics między sierpniem a wrześniem 2019 roku. Wzięło w niej udział 4811 kupujących, 1100 pracowników handlu oraz 435 kierowników i dyrektorów wyższego szczebla z Europy i Bliskiego Wschodu, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, obszaru Azji i Pacyfiku.

Rzetelny podatnik to bezpieczny podatnik? Niestety nie

Taki jest wniosek z XVII Ogólnopolskiej Konferencji Podatkowej z cyklu „Doradca podatkowy obrońcą praw podatnika” zorganizowanej przez Śląski Odziała KIDP, która odbyła się 22 listopada br. w Siemianowickim Centrum Kultury.

Odpowiedzi na pytanie, czy rzetelność zapewnia przedsiębiorcy bezpieczeństwo podatkowe. wspólnie  szukali przedstawiciele Ministerstwa Finansów, organizacji zrzeszających przedsiębiorców, sędziowie sądów administracyjnych oraz doradcy podatkowi.

W wystąpieniu otwierającym konferencję prof. dr hab. Adam Mariański, przewodniczący Krajowej Rady Doradców Podatkowych zwrócił uwagę na konieczność zachowania równowagi w stosunkach państwo – podatnik. Ważną rolę odgrywają w tym względzie doradcy podatkowi, którzy są zarówno partnerami przedsiębiorców jak i administracji skarbowej. Przewodniczący KRDP podkreślił znaczenie tajemnicy zawodowej. Samorząd doradców podatkowych wyraził w tej kwestii bardzo wyraźny sprzeciw wobec wadliwych przepisów Ordynacji podatkowej, które wprowadzają obowiązek informowania o schematach podatkowych. Na niekonstytucyjność tych przepisów wskazali niedawno także adwokaci i radcowie prawni.

Wykład inauguracyjny wygłosiła prof. dr hab. Jadwiga Glumińska-Pawlic – przewodnicząca Państwowej Komisji Egzaminacyjnej do spraw Doradztwa Podatkowego, opiekun merytoryczny konferencji. Ekspertka zwróciła uwagę na najważniejsze mankamenty polskiego systemu podatkowego: brak spójnej polityki w tym obszarze, zmienność przepisów (która dotyka zarówno podatników, jak i organy skarbowe), czy niejednolite stosowanie prawa. Efektem jest brak poczucia sprawiedliwości podatkowej, podwyższone ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, ograniczenie inwestycji i spadek zaufania do państwa. Prof. Glumińska-Pawlic wskazała, że są rozwiązania pomagające odnaleźć się w tej trudnej sytuacji. Jednym z nich jest wdrażanie w firmach wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać wywiązywanie się z należytej staranności. Poczucie bezpieczeństwa podatnika zdecydowanie zwiększa współpraca z doradcą podatkowym, który na bieżąco monitoruje zmiany w przepisach i skutki podatkowe planowanych operacji gospodarczych, a także jest w stanie przygotować przedsiębiorcę na kontrolę lub spór z fiskusem tak, aby wyszedł z nich obronną ręką. Nadziei na poprawę bezpieczeństwa podatnika ekspertka upatruje w nowej Ordynacji podatkowej, ponieważ obecne gwarancje ochrony w relacjach z fikusem nie są jej zdaniem wystarczające.

Aby jak najdokładniej zgłębić istotę relacji pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, organizatorzy konferencji zaprosili do dyskusji przedstawiciela Ministerstwa Finansów, reprezentantki Regionalnej Izby Gospodarczej i Rzecznika Praw Przedsiębiorców, sędzię Wyższego Sądu Administracyjnego oraz doradcę podatkowego. Izabella Żyglicka, Rzecznik Praw Przedsiębiorców przy Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach pokreśliła znaczenie edukacji małych podatników i roli, jaką w tym względzie pełnią doradcy podatkowi. Jej zdaniem większość problemów w relacjach z fiskusem nie bierze się z braku wiedzy i świadomości podatkowej przedsiębiorców. Zdaniem Izabelli Żyglickiej ważna jest również pewność prawa oraz jego jednolita interpretacja. Uwaga fiskusa powinna być skoncentrowane na nieuczciwych podatnikach, tak aby ci rzetelni nie czuli się jego przypadkowymi ofiarami. W podobnym tonie wypowiedział się jeden z doradców podatkowych uczestniczących w konferencji, zwracając uwagę na dysproporcję pomiędzy nakładaniem na podatników coraz liczniejszych obowiązków, a ściganiem nadużyć podatkowych.

Z kolei Bogusława Bartosik, dyrektor generalny Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach wskazała na problem niskiego poziomu zrzeszania się przedsiębiorców, które mocno ogranicza ich siłę oddziaływania. Jej zdaniem przedsiębiorcy i administracja skarbowa nie znajdują się po przeciwnych stronach barykady. Przedsiębiorcy chcą płacić podatki, ale zależy im na tym, by mieć wpływ na sposób, w jaki sposób są one redystrybuowane. Kluczowe jest w tym względnie partnerstwo.

Dominik Kaczmarski, zastępca dyrektora Departamentu Systemu Podatkowego w resorcie finansów przekonywał, że ocena administracji – i to nie tylko podatkowej – jest coraz wyższa m.in. z uwagi na sięganie w relacjach z podatnikami do standardów typowych dla biznesu oraz przechodzenie na  modelu usługowy. Dominik Kaczmarski zwrócił uwagę, że w ministerstwie finansów nieustannie trwają prace nad kolejnymi narzędziami, które mają wzmocnić poczucie bezpieczeństwo podatnika. Jako przykłady wskazał Wiążącą Informację Stawkową, system interpretacji indywidualnych, czy metodykę w zakresie należytej staranności. Przedstawiciel resortu finansów podkreślił także aktywną politykę informacyjną fiskusa oraz przejęcie przez administrację części obowiązków z zakresu raportowania (m.in. STIR).

Środowisko sędziowskie reprezentowała dr Dagmara Dominik-Ogińska, sędzia WSA we Wrocławiu. Jej receptą na zwiększenia bezpieczeństwa podatnika jest tworzenie wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać przezorność podatnika, a także korzystanie z pomocy profesjonalnych pełnomocników w postępowaniach przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi. Należy korzystać z instrumentów obrony swoich praw, jedocześnie nie nadużywając ich.

Uczestnicy tegorocznej Konferencji mieli okazję dowiedzieć się od ekspertów podatkowych z Czech, Słowacji i Niemiec, jak kwestia rzetelności i bezpieczeństwa podatnika przedstawia się w ich krajach. Okazuje się, że czeski i słowacki system podatkowy bardzo różnią się systemu polskiego, niestety na niekorzyść tego ostatniego. Czeski podatnik ma szerszy niż w Polsce dostęp do publicznej informacji o kontrahentach. Słowackie służy skarbowe stosują z kolei system ratingowy, w którym brane są pod uwagę m.in. terminowe regulowanie należności podatkowych, szybkość reakcji na wezwania fiskusa i  efekty kontroli. Im wyższy rating, tym większy komfort i bezpieczeństwo podatnika. W przypadku nieprawidłowości lb naruszenia przepisów Przedsiębiorca o najwyższym ratingu nie jest karany, tylko informowany telefonicznie o problemie przez urzędnika.

Wystąpienie dr. Macieja Berka, wicedyrektora Departamentu Budżetu i Finansów Najwyższej Izby Kontroli było poświęcone sposobom, w jaki administracja skarbowa radzi sobie z agresywnym opodatkowaniem w zakresie CIT.  Wyniki kontroli wskazały przede wszystkim, że luka w CIT nie została prawidłowo oszacowana i w związku z tym trudno stwierdzić, z jakim zjawiskiem tak naprawdę mamy do czynienia. Przyczyna zaniedbań tkwi być może w skupieniu się administracji skarbowej na uszczelnieniu podatku VAT. Podstawowym narzędziem w walce z nadużyciami w CIT były działania legislacyjne. Niestety, jakość i zrozumiałość przepisów CIT były oceniane przez 70% przedsiębiorców nisko lub bardzo nisko, profesjonaliści byli jeszcze bardziej surowi. Z nadużyciami w tym podatku walczono przy pomocy klauzuli o unikaniu opodatkowania, zdecydowanie rzadziej wydawano opinie zabezpieczające. Interpretacje ogólne nie przyczyniły się w istotny sposób do poprawy sytuacji, ponieważ często dotyczyły problemów wąskiej grupy podatników, podczas gdy liczne wątpliwości zgłaszane w drodze interpretacji indywidualnych nadal nie były rozwiązywane w drodze interpretacji ogólnej. Za niepokojący należy uznać powołany przez przedstawiciela NIK fakt, że zasada in dubio pro tributario w zakresie podatku CIT praktycznie nie funkcjonuje, rzadko powoływali się na nią również sami podatnicy.

W konferencji poruszono także praktyczne problemy podatkowe, z jakimi na co dzień zmagają się przedsiębiorcy. Dr Adam Bartosiewicz omówił główne kwestie związane z tematem mechanizmu podzielonej płatności, a doradca podatkowy Piotr Ogiński omówił temat korekty podatku VAT w trybie art. 10 ustawy o VAT.

Interesującym punktem konferencji była prezentacja wyników ankiety przeprowadzonej wśród przedsiębiorców – klientów doradców podatkowych, która odnosiła się do tematu przewodniego tego spotkania. Wyniki badania można uznać za optymistyczne, ponieważ zdecydowana większość przedsiębiorców uznała, że rzetelność jest gwarancją bezpieczeństwa przedsiębiorcy, ale pod jednym, ważnym warunkiem. Jest nim wsparcie doradcy podatkowego, bez którego podatnik nie jest w stanie stawić czoła obowiązkom wynikające z przepisów podatkowych. Instrumenty ochrony, jakie ma obecnie do dyspozycji są niewystarczające. Zamykając tegoroczną konferencję Piotr Maciejewski, wiceprzewodniczący Zarządu Śląskiego Oddziału KIDP stwierdził, że chociaż dzisiaj nie można postawić znaku równości pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, wszyscy uczestnicy debaty wrazili zgodnie przyznali, że trzeba dążyć do takiego stanu rzeczy.

Niemiecki rynek otwiera się na Ukraińców. Choć większość z nich jest zadowolona z pracy w Polsce, wyjechać może nawet 500 tys. osób

Historycznie niskie bezrobocie w Polsce pociąga wzrost zapotrzebowania na kadry ze Wschodu. W tej chwili na polskim rynku pracy jest ok. 1,2 mln Ukraińców. Tylko w I półroczu tego roku wydano dla nich ponad 162 tys. zezwoleń na pracę, co stanowiło blisko 50-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Pracowników z Ukrainy zatrudnia już co piąta polska firma, ale sytuacja może się niedługo zmienić w związku z otwarciem dla nich niemieckiego rynku pracy od stycznia 2020 roku. Szacuje się, że może to spowodować odpływ nawet 500 tys. ukraińskich pracowników z Polski, chociaż aż 70 proc. z nich jest zadowolonych z pracy w Polsce. Wśród kluczowych zalet wymieniają m.in. bliskość językową i kulturową.

– Szacuje się, że do 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych 2,5 mln pracowników. Nadal będzie postępować zjawisko zatrudniania pracowników tymczasowych, zwłaszcza Ukraińców, których już w tej chwili mamy w Polsce około 1,2 mln. Popularna teza głosi, że gdyby nie pracownicy z Ukrainy, to gospodarka polska popadłaby w poważne tarapaty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mariusz Florczyk, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Polski rynek pracy już od miesięcy zmaga się z historycznie niskim bezrobociem. Według danych GUS na koniec września br. stopa bezrobocia wyniosła 5,1 proc. (spadek o 0,1 pkt. proc. w ujęciu miesięcznym) i jest to najniższy wskaźnik od 30 lat, od czasów transformacji ustrojowej. Tylko w ciągu ostatniego roku grono bezrobotnych zmniejszyło się o 95 tys. osób (spadek o 10 proc.).

Niskie bezrobocie to dobra wiadomość dla pracowników, bo wymusza wzrost płac, ale gorsza dla pracodawców, ponieważ w połączeniu z szybkim wzrostem gospodarczym przekłada się na ich problemy z pozyskiwaniem i zatrzymywaniem kadr. W kolejnych latach sytuację będzie zaostrzać kryzys demograficzny i wyjazdy zarobkowe Polaków do innych krajów.

Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Z danych Personnel Service wynika, że pracowników z Ukrainy zatrudnia już prawie co piąta polska firma (18 proc.), w tym 40 proc. dużych przedsiębiorstw. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu wzrosło najbardziej w branży przemysłowej i rzemieślniczej, w której pracę w I półroczu znalazło ponad 63 tys. pracowników z Ukrainy, a także w rolnictwie, ogrodnictwie i usługach.

– Już od jakiegoś czasu można zaobserwować, że ukraińscy pracownicy, którzy zdobyli kwalifikacje w Polsce, poszukują miejsc, gdzie mogliby otrzymać korzystniejsze warunki zatrudnienia i coraz częściej emigrują na Słowacji lub do Czech – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje, zapowiedzi otwarcia rynków pracy najbogatszych państw Unii Europejskiej na pracowników z państw trzecich to czynnik ryzyka, który może spowodować ich odpływ z polskiego rynku pracy.

– Tu przede wszystkim zwracają uwagę zapowiedzi Niemiec dotyczące otwarcia granic już od stycznia przyszłego roku – podkreśla Mariusz Florczyk. –Skala odpływu pracowników ukraińskich z Polski do Niemiec będzie przede wszystkim zależała od kondycji niemieckiej gospodarki, ale również od kształtu przepisów wykonawczych dotyczących zapowiadanej ustawy. Niemcy niekoniecznie poszukują taniej siły roboczej, raczej zwracają uwagę na potrzebę zatrudnienia wysoko cenionych specjalistów i tutaj właśnie obawiałbym się zagrożenia dla naszej gospodarki. Powinniśmy o tych specjalistów, również z Ukrainy, bardziej zadbać.

Z szacunków Personnel Service wynika z kolei, że w 2020 roku może wyjechać z Polski nawet 500 tys. ukraińskich pracowników, którzy będą szukali okazji do zarobienia większych pieniędzy. Jednocześnie z badań Work Service wynika, że 59 proc. badanych Ukraińców twierdzi, że po zmianie polityki migracyjnej w Niemczech wybraliby pracę tam.

– Korzyści zachęcające pracowników ukraińskich do wyjazdu do Niemiec to przede wszystkim gwarancja lepszych warunków zatrudnienia – nie tylko wyższego wynagrodzenia, lecz także łagodniejszych przepisów i różnych rozwiązań administracyjnych dotyczących legalizacji pobytu i pracy – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje PwC, standardowa procedura zatrudniania cudzoziemców w Polsce obejmuje w tej chwili wiele skomplikowanych etapów w kilku różnych urzędach w Polsce i poza granicami kraju. W zależności od województwa oraz kraju pochodzenia cudzoziemca proces może trwać nawet 5 miesięcy, od momentu badania rynku pracy do wydania dokumentu legalizującego zatrudnienie oraz wizy w polskim konsulacie.

– Dalsze pogłębianie się tendencji spadkowych związanych z bezrobociem i wzrostowych dotyczących rozwoju gospodarczego spowoduje, że będą potrzebne szerokie działania w obszarze aktywizacji pracowników, za czym powinny iść zmiany w przepisach chroniące pracowników, ograniczające szarą strefę, a także bardziej przemyślana polityka socjalna. Potrzebne są także nowe administracyjne rozwiązania umożliwiające legalny pobyt w Polsce pracownikom zagranicznym – wskazuje Mariusz Florczyk.

Statystyki Personnel Service wskazują, że pracownicy z Ukrainy w Polsce zaczynają zajmować coraz wyższe stanowiska m.in. wśród przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kadry kierowniczej. W pierwszym półroczu ub.r. tego typu stanowiska obejmowało 263 obywateli Ukrainy, podczas gdy w tym – już 404. Wśród specjalistów wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę dla pracowników z Ukrainy wyniósł 33 proc. na przestrzeni ostatniego roku, natomiast wśród pracowników biurowych – wzrost wyniósł 31 proc.

– Badania Polsko-Ukraińskiej Izby Handlowej wskazują, że około 70 proc. pracowników z Ukrainy jest zadowolonych z pracy w Polsce, mimo że 77 proc. z nich pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Jako korzyści wskazują przede wszystkim bliskość geograficzną, kulturową, łatwość języka oraz poziom wynagrodzenia – wymienia Mariusz Florczyk.

Prof. Adam Rotfeld: Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem takiej krytyki w UE. Mimo to mamy szanse odgrywać dużo większą rolę w budowaniu strategii unijnej

Poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE przekracza 90 proc. i jest rekordowy na przestrzeni ostatnich 15 lat. – Polityka obecnego rządu powinna uwzględniać to społeczne poparcie – podkreśla prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ. Jak zaznacza, Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem tak krytycznej oceny w UE, a w kwestii przestrzegania praworządności nie może odbiegać od przyjętych na siebie zobowiązań, bo może mieć to przełożenie m.in. na toczące się negocjacje dotyczące nowego budżetu.

– Nasza pozycja w Unii Europejskiej była w swoim czasie nieporównanie bardziej wpływowa, niż jest dzisiaj. Od czasu naszego wejścia do Unii w 2004 roku nigdy nie było takiej sytuacji, aby Polska zajmowała tak znaczące miejsce jako przedmiot krytycznej oceny. I to nie tylko w debacie, ale również decyzjach podejmowanych przez unijne trybunały – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, profesor wydziału Artes Liberales na Uniwersytecie Warszawskim.

Kontrowersyjna jest kwestia kontroli praworządności w UE. Prace nad takim mechanizmem, który miałby m.in. uzależniać wypłaty środków z budżetu UE od przestrzegania zasad praworządności przez poszczególne państwa, są dyskutowane przez państwa członkowskie już od jakiegoś czasu. Szefowa KE Ursula von der Leyen zapowiedziała nową procedurę, zgodnie z którą Komisja miałaby kontrolować takie obszary jak wymiar sprawiedliwości, przestrzeganie konstytucji i wolność mediów czy system antykorupcyjny, zamiast zmian w poszczególnych instytucjach takich jak Trybunał Konstytucyjny. Na ostatnim posiedzeniu Rady UE ds. Ogólnych Polska oraz Węgry zablokowały przyjęcie konkluzji dotyczącej nowego mechanizmu kontroli praworządności.

– Respektowanie praworządności jest nie tyle jest zobowiązaniem, ile leży w interesie Polski. Unia to nie jest coś zewnętrznego, my jesteśmy częścią tej całości – podkreśla prof. Adam Rotfeld.

Poprawa relacji i pozycji w UE powinna, zdaniem prof. Rotfelda, być jednym z priorytetów polityki zagranicznej, zaraz obok zapewnianiu nienaruszalności granic i bezpieczeństwa.

Polska ma ogromne szanse odegrać niezwykle istotną rolę w formułowaniu strategii i polityki całej Unii Europejskiej. Im mocniejsza będzie pozycja Polski w UE, tym bardziej będzie to dla nas korzystne. Natomiast obserwuję niestety taką postawę, że często na Unię zrzuca się odpowiedzialność za różne rzeczy, że Unia jest postrzegana jako swego rodzaju zagrożenie. Otóż trzeba sobie powiedzieć, że Unia to jesteśmy my. Mamy możliwość oddziaływania na Unię i bezpieczeństwo całego regionu jeżeli tylko będziemy obecni, respektowani w UE – mówi prof. Adam Rotfeld.

Tym bardziej że – jak zauważa – w Polsce poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej utrzymuje się w tej chwili na rekordowo wysokim poziomie, co obecny rząd również powinien mieć na uwadze. Zgodnie z badaniem CBOS z marca br. – poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE sięga 91 proc. i jest najwyższy od 2004 roku, a pozytywne skutki integracji z UE w wymiarze materialnym i finansowym dostrzega 78 proc. Przeciwnych obecności Polski w Unii było raptem 4 proc. badanych.

 Nasze wejście do Unii było sukcesem całego społeczeństwa. To nie był sukces jednej partii czy koalicji, tylko była to decyzja podjęta w referendum. Chciałbym, żeby nasza polityka odpowiadała temu społecznemu poparciu, jakie wyrażono ponad 15 lat temu – mówi prof. Adam Rotfeld.

Były szef MSZ pozytywnie ocenia niedawne zniesienie wiz dla Polaków, ale jak podkreśla, był to proces wieloletni, Oficjalnie Polacy mogą podróżować do USA bez wiz na okres nieprzekraczający 90 dni od 11 listopada tego roku.

– Blokadą dla wprowadzenia ruchu bezwizowego było respektowanie reguły, że odsetek odmów nie może być wyższy niż 3 proc. Otóż w Polsce – za czasów, kiedy ja byłem ministrem spraw zagranicznych – wynosił on 20 proc. i my podjęliśmy szereg działań, aby ją zmniejszyć do 10 proc. Również ze strony amerykańskiej podjęto kroki, żeby ta ilość odmów była mniejsza. Innymi słowy: spełniliśmy wymóg, odpowiadaliśmy tym kryteriom, które dotyczą wszystkich państw świata, więc udało się to osiągnąć w ramach wieloletniego procesu – mówi były minister spraw zagranicznych.

Kolejowe przewozy chińskich towarów do Europy zaczynają omijać Polskę. To wyzwanie dla wszystkich aktywnie działających na rynku kolejowym podmiotów

W ubiegłym roku w transporcie intermodalnym przewieziono blisko 1,3 mln jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Ten sposób transportu, który pozwala przewozić towary różnymi środkami bez potrzeby przeładunku, szybko rozwija się w całej Europie. W Polsce też stopniowo rośnie, ale głównie jego segment drogowy. Polska z racji centralnego położenia mogłaby odgrywać kluczową rolę w kolejowych przewozach między Europą Zachodnią a Chinami, ale słabo rozwinięta infrastruktura i bariery administracyjno-prawne powodują, że w tej chwili duża część ładunków omija nasz rynek i segment intermodalny nie rozwija się tak szybko, jak powinien.

Rozwój transportu intermodalnego na świecie jest bardzo dynamiczny. Europa Zachodnia właściwie bazuje na przewozie kontenerów z Chin. W Polsce w obszarze infrastruktury kolejowej bardzo dużo się dzieje, realizowane są projekty modernizacyjne na niespotykaną dotąd skalę, plany na najbliższy rok są równie imponujące. Jednak aktualna sytuacja z dostępnością i przepustowością infrastruktury, z czasem przejazdu tego rodzaju pociągów, powoduje, że te ładunki zaczynają omijać Polskę i innymi kanałami trafiają do Europy Zachodniej. Dlatego ważne, żeby rząd, przewoźnicy i PKP Polskie Linie Kolejowe wspólnie zwarli szyki, by zawalczyć o ten wolumen. To pozwoli nie tylko zarobić zarządcy infrastruktury, lecz przede wszystkim wzmocni Polskę jako bramę dla transportu kontenerów z Chin, zapewniając przewoźnikom dobrą, stabilną przyszłość na tym rynku przewozowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Nowakowski, członek zarządu ds. produkcji Deutsche Bahn Cargo Polska.

Transport intermodalny to łączenie przewozu towarów różnymi środkami transportu, np. drogą morską i koleją, ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a towary zamknięte w kontenerach są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które powodują, że transport intermodalny szybko się rozwija. W Polsce w ubiegłym roku przewieziono w ten sposób 1 259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Tylko w ostatnim kwartale ub.r. wzrost sięgnął 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów. Według danych GUS w ubiegłym roku dominowały ładunki mieszane, bez spożywczych (blisko 24 proc.), chemikalia, produkty chemiczne, włókna sztuczne, wyroby z gumy i z tworzyw sztucznych; paliwo jądrowe (15,5 proc.) oraz ładunki z grupy produkty spożywcze, napoje i tytoń (11,7 proc.).

Transport intermodalny w Polsce stopniowo rośnie, natomiast nie jest to wzrost na miarę oczekiwań przewoźników towarowych. Większość tego wzrostu jest niestety skierowana na drogi. Główna przyczyna to niewystarczająca liczba terminali. Druga kwestia, nadal mamy nierówne warunki konkurencji pomiędzy poszczególnymi gałęziami transportu. Do tego dochodzi duża liczba inwestycji torowych i wąskie gardła, szczególnie przy terminalach, portach i stacjach granicznych, to główne czynniki, które nie wpływają korzystnie na możliwość przedstawienia klientowi dobrej oferty w zakresie przewozu kontenerów koleją – mówi Robert Nowakowski.

Według GUS w zeszłym roku w terminalach intermodalnych przeładowano łącznie 67,3 mln ton ładunków kontenerowych – w tym 27,6 mln ton przewiezionych transportem morskim (co stanowiło 41 proc. ogółu ładunków przeładowanych w terminalach morskich i lądowych) oraz 22,4 mln ton (33,3 proc.) transportem samochodowym. Kolej zanotowała najmniejszy udział – 17,3 mln ton, czyli 25,7 proc.

Rola kolei w przewozach intermodalnych powinna być zdecydowanie większa. Natomiast nie sprzyja temu obecna sytuacja, m.in. remonty infrastruktury i wysokie koszty dostępu do niej, bariery formalno-prawne czy wynikająca z korzystniejszych warunków rynkowych lepsza oferta, jaką są w stanie zaoferować przewoźnicy drogowi – wymienia Robert Nowakowski. – Uważam, że większość ładunków powinna trafić na tory, dlatego że kolej jest środkiem transportu, który ma najmniej inwazyjny wpływ na środowisko. Jeśli chcemy zmniejszyć efekt cieplarniany, musimy inwestować w ekologiczne środki transportu. Jest to na pewno kosztowne, ale inwestujemy w przyszłość i zrównoważenie systemu transportowego.

Jak podkreśla, Polska z racji centralnego położenia w Europie jest geograficznie predysponowana do tego, żeby rozwijać przewozy intermodalne i pełnić rolę korytarza dla transportu kontenerów z Chin. Natomiast czynniki takie jak słabo rozwinięta infrastruktura czy bariery administracyjne blokują rozwój tego segmentu rynku i są obciążeniem zwłaszcza dla przewoźników kolejowych.

Aby rozwijać w Polsce transport intermodalny, musimy pójść w kierunku rozwoju terminali, bo to tam trafiają ładunki. Przewóz na tzw. pierwszej i ostatniej mili odbywa się często drogą. Taki ładunek musi więc najpierw trafić drogami do terminala, a dopiero później może podjąć go przewoźnik kolejowy i przewieźć do kolejnego punktu, z którego towar trafi do odbiorcy. Dlatego niezbędne są inwestycje w terminale i w infrastrukturę związaną ze stacjami granicznymi, aby ruch kolejowy nie natrafiał na dodatkowe ograniczenia w zakresie liczby pociągów, które mogą przejechać przez granicę – mówi Robert Nowakowski.

Terminal intermodalny pozwala na szybkie i bezpieczne dokonanie przeładunku jednostek ładunkowych pomiędzy różnymi środkami transportu. W ubiegłym roku w Polsce było 35 aktywnych terminali, z czego większość (29) to terminale lądowe (kolej-droga).

Trzeba też pamiętać, że nie unikniemy kwestii związanej z różnicą rozstawu szyn, czyli rozstaw szerokotorowy i normalnotorowy, europejski. Dalej mamy kwestię granicy UE, a także dwa różne systemy handlowe. Dlatego z jednej strony musimy rozwijać infrastrukturę, a z drugiej – maksymalnie uprościć wszystkie procedury związane z przepływem tych towarów ­– podkreśla członek zarządu DB Cargo Polska.

Mix energetyczny będzie w przyszłości kształtowany bardziej przez obywateli niż polityków. Napędzą to rządowe dopłaty

Energetyka prosumencka może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego, dywersyfikacji dostaw, zwiększenia produkcji energii z OZE oraz zapewnić korzyści m.in. samorządom czy spółdzielniom mieszkaniowym. W Polsce wciąż jest w powijakach, ale mają to zmienić dwa rządowe programy – Energia Plus i Mój Prąd, uruchomione w sierpniu br. Eksperci wskazują jednak, że do wyeliminowania wciąż zostało wiele barier, m.in. kwestia przygotowania sieci dystrybucyjnych nie tylko do dostarczania, ale i odbioru energii.

W Polsce toczy się niekończąca dyskusja o tym, jak ukształtuje się mix energetyczny, ile energii będzie pochodzić z jakiego rodzaju paliw. Tymczasem uruchomienie programu Energia Plus spowodowało ożywienie takiej energetyki obywatelskiej, prosumenckiej. Myślę, że w niedalekiej przyszłości polski mix energetyczny w większym stopniu będzie kształtowany przez obywateli niż polityków – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Juchniewicz, przewodniczący Rady Programowej Konferencji Energetycznej EuroPOWER.

Pod koniec sierpnia wszedł w życie tzw. Pakiet Prosumencki – część rządowego programu Energia Plus, który umożliwia przedsiębiorcom produkcję energii na własne potrzeby w mikroinstalacjach do 50 kW i rozliczanie nadwyżek energii w korzystnym systemie opustów. Taką możliwość zyskały też spółdzielnie energetyczne, które mogą powstawać na wsiach i w gminach miejsko-wiejskich.

Program Energia Plus ma zapewnić im możliwość budowania własnej niezależności energetycznej, chronić przed wzrostami cen energii i być impulsem dla rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce. W połączeniu z obowiązującym od sierpnia drugim programem Mój Prąd, który ma wspierać budowę domowych instalacji fotowoltaicznych, znacznie przyczyni się też do rozwoju energetyki prosumenckiej. Ten zakłada wsparcie budowy domowych mikroinstalacji fotowoltaicznych. Gospodarstwa domowe mogą ubiegać się w nim o dotacje (do 50 proc. kosztów kwalifikowanych inwestycji, ale nie więcej niż 5 tys. zł) dla instalacji o mocy 2–10 kW. Całkowity budżet programu to 1 mld zł, do połowy listopada NFOŚiGW rozdysponował z tej kwoty już 25 mln zł. Dzięki programowi powstanie w sumie 200 tys. domowych instalacji PV o łącznej mocy 1,2 GW.

Aby energetyka prosumencka mogła się rozwijać, trzeba spełnić kilka warunków, które są już stopniowo wdrażane. Mamy programy pomocowe, olbrzymie ułatwienia w montażu instalacji fotowoltaicznych. Te inwestycje zostały wyjęte spod tradycyjnej biurokracji – nie trzeba raportów, dokumentacji, wystarczy podjąć inwestycję, a otrzyma się dotację czy ulgę w podatku. To są czynniki, które zachęcają do inwestowania w ten rodzaj energetyki. Na dodatek pojawił się konkurencyjny rynek instalatorów. Zajmują się tym profesjonalne, certyfikowane organizacje i spółki, ceny się wyrównały. To powoduje, że jest symbioza strony popytowej i podażowej. Dzięki temu energetyka prosumencka nabrała całkiem nowej dynamiki – mówi Leszek Juchniewicz.

Jak ocenia, rządowe wsparcie spowoduje, że energetyka prosumencka z czasem będzie w coraz większym stopniu zastępować źródła tradycyjne. Jej rozwój mógłby też pobudzić innowacje i przedsiębiorczość, stać się źródłem nowych miejsc pracy i przynieść korzyści m.in. dla samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych czy organizacji pożytku publicznego oraz pomóc Polsce wypełnić zobowiązania wynikające z unijnej polityki klimatycznej.

– Polska potrzebuje nowego spojrzenia na energetykę. Ta tradycyjna, konwencjonalna jest dzisiaj passé, bo jest wysokoemisyjna i powoduje olbrzymie perturbacje z klimatem na Ziemi. Musimy od niej odchodzić, ale powinniśmy to robić stopniowo i mądrze stawiać na to, co dzisiaj charakteryzuje nowoczesną energetykę, czyli przede wszystkim nowe technologie, nowe źródła energii, cyfryzację – mówi Leszek Juchniewicz.

Według danych MPiT, w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie ok. 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych, ponad dwukrotnie więcej niż w 2017. W marcu br. było już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE. Prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej przewidują, że już w tym roku Polska może znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych. Według danych przytaczanych przez koalicję „Więcej niż energia” w Polsce co najmniej 4 mln budynków ma warunki techniczne do zainstalowania mikroinstalacji OZE.

Każdy, kto będzie wytwarzał energię, będzie jednocześnie zaspokajał swoje potrzeby i odsprzedawał pozostałą energię operatorowi systemu dystrybucyjnego do sieci. Musi więc być dwukierunkowy licznik na pobór i na emisję energii, co może spowodować rewolucję w rozliczaniu kosztów dystrybucji i przesyłu energii w skali całego kraju. Polski system elektroenergetyczny jest scentralizowany, opartym o centralne źródła wytwarzania, sterowane centralnie sieci przesyłowe i dystrybucyjne. Kiedy rozwinie się energetyka prosumencka, nagle może się okazać, że te sieci są niepotrzebne. Zniknie tradycyjny nośnik kosztu energii, źródła będą w bezpośrednim sąsiedztwie i bliskości tego, który energię zużywa, więc sieć dystrybucyjna i przesyłowa może się okazać w wielu miejscach niepotrzebna – zauważa Leszek Juchniewicz.

Jak wynika z rządowego projektu KPEiK, „bez wątpienia energetyka prosumencka jest elementem systemu, który może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego oraz dalszej dywersyfikacji dostaw energii. W Polsce dopiero zaczyna się rozwijać i przewiduje się, że wzorem państw zachodnich w przyszłości będzie odgrywać coraz większą rolę”. Jak podkreśla szef Rady Programowej EuroPOWER, jest to jednak proces obliczony na wiele lat.

Turyści w Zakopanem coraz częściej szukają hoteli i usług z wyższej półki. Szybko przybywa gości z zagranicy

Zakopane to turystyczna mekka. W ubiegłym roku popularny kurort przyciągnął 11,3 proc. spośród 16,8 mln turystów odwiedzających Małopolskę. Coraz więcej jest wśród nich cudzoziemców, zwłaszcza gości z Niemiec, Wielkiej Brytanii i krajów arabskich, a także ze Słowacji i Czech. Zakopane jest jednym z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych w Polsce. Dysponuje infrastrukturą dla różnych segmentów gości. Ci w coraz większym stopniu poszukują obiektów i usług z górnej półki i są skłonni wydać na nie większe kwoty. Wyzwaniem dla miasta wciąż pozostaje zarządzanie ruchem turystycznym tak, żeby uniknąć tłoku i hałasu.

– Zakopane zaistniało w mentalności gości zagranicznych. Jest popularną destynacją wśród Niemców i Brytyjczyków, których z roku na rok jest coraz więcej. Mamy też wielu gości z krajów arabskich. To wymagający segment klientów, którzy bardzo dobrze płacą. Coraz większe zainteresowanie notujemy również ze Słowacji, Czech i Węgier. Tam infrastruktura hotelowa, gastronomiczna i oferta spędzania wolnego czasu nie są tak rozwinięte jak w Polsce. Widzimy, że przy dobrej reklamie na tych rynkach i odpowiednim targetowaniu tamtejsi klienci są coraz bardziej zainteresowani Zakopanem. Ten rynek cały czas się rozpędza i ma przed sobą jeszcze górkę – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór.

Zakopane to turystyczna mekka i jeden z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych. Według danych Małopolskiej Organizacji Turystycznej to drugie, po Krakowie, najchętniej odwiedzane miasto w regionie. Statystyki portalu Nocowanie.pl pokazują z kolei, że od czerwca do sierpnia tego roku Zakopane było najchętniej wybieraną miejscowością na wakacyjny wyjazd.

– Zakończony właśnie sezon był dla Zakopanego udany. Gości nie przybywa skokowo, ale też nie o to chodzi, bo mamy zainteresowanie dobrej jakości produktem noclegowym, hotelowym i gastronomicznym. Widać, że goście są przygotowani, żeby więcej zapłacić za pobyt, więcej wydać na różnego rodzaju usługi towarzyszące. Pod tym kątem zakończony właśnie sezon był bardzo dobry, podobnie jak prognozy na sezon zimowy. Dla przykładu, obecnie w Nosalowy Dwór Resort & SPA mamy już całkowicie wyprzedany okres świąteczny. Już w październiku nie było wolnych miejsc, a zwykle dzieje się to dopiero pod koniec listopada – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, oczekiwania turystów są coraz wyższe i ewoluują w stronę obiektów i usług z wyższej półki, chociaż nadal utrzymuje się też stabilne zainteresowanie hotelami 3-gwiazdkowymi i pobytami bez śniadania w obiektach apartamentowych.

– Dla turystów liczy się przede wszystkim wygodny nocleg, ale też doskonałe usługi recepcji, concierge, pyszne śniadanie, które nie jest tylko ułożonym bufetem czekającym na gościa, ale pewnego rodzaju doświadczeniem. Goście szukają bardzo dobrych restauracji à la carte, również w hotelu, aby mieć je pod ręką. Liczą się też usługi SPA i holistyczne masaże, które pozwalają się zrelaksować, uciec przed zgiełkiem, a nie są tylko prostym rytuałem. Coraz większa grupa ludzi przyjeżdżających do Zakopanego tego właśnie szuka – mówi Wiktor Wróbel.

Wiele zależy również od sezonu. Kurort cieszy się największą popularnością w okresie wakacji, ferii zimowych oraz świąt Bożego Narodzenia i sylwestra.

– Na tym rynku można pogodzić różne modele biznesowe i jest w Zakopanem infrastruktura dla różnych segmentów gości. Widać to dobrze np. w okresie świąt Bożego Narodzenia, kiedy przyjeżdżają goście najbardziej zamożni, którzy mają najwyższe oczekiwania co do standardu usług, szukają obiektów 4–5-gwiazdkowych. Podobnie ferie zimowe i sezon od sierpnia do września również obfitują w ten segment gości – mówi Wiktor Wróbel.

Lipiec jest z kolei okresem, kiedy do Zakopanego przyjeżdżają relatywnie najmniej zamożni turyści, szukający zwykle obiektów 3-gwiazdkowych lub pensjonatów. Dla tego segmentu gości lokalny rynek również ma bardzo rozwiniętą ofertę. W sezonie wiosennym i jesiennym miasto jest z kolei popularną destynacją konferencyjną, w tym okresie popyt na usługi konferencyjne jest największy.

– W pewnych okresach problemem jest zatłoczenie Zakopanego i miasto musi bardzo uważać, żeby nie paść ofiarą własnego sukcesu. To jedna z niewielu destynacji w Polsce, gdzie nie jest widoczna tak wyraźna sezonowość, jak np. nad morzem. Tam jest kilka miesięcy w roku, które zarabiają na pozostałe. Hotelarze nadmorscy próbują z tym walczyć, natomiast wynika to poniekąd ze specyfiki lokalizacji. Zakopane ma bardzo mocny okres zimowy i letni, uzupełnieniem tego są coraz mocniejsze okresy konferencyjne. Jednak jest to duże wyzwanie dla miasta – zarządzanie ruchem turystów tak, żeby nie odbiło się to na przyjemności spędzania wolnego czasu – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, wbrew obiegowej opinii tłok i hałas w Zakopanem są jednak rzadko odczuwalne. Poza Sylwestrem, kiedy do miasta przyjeżdżają tłumy gości, Zakopane pełni raczej rolę hubu dla turystów na cały region Małopolski, który oferuje wiele innych atrakcji, np. termy, szlaki czy trasy zjazdowe dla narciarzy.

Popularność regionu może jeszcze wzrosnąć wraz z poprawą jakości powietrza. Na walkę ze smogiem stawiają zarówno samorządy, jak i przedsiębiorcy.

Powstała certyfikacja Eco Zakopane – dodaje Wiktor Wróbel. – Oczywiście mamy jeszcze trochę do nadrobienia, tak jak wiele miejsc w Polsce, co wynika np. ze sposobu ogrzewania domów. W Zakopanem mamy niesamowity atut, czyste źródło energii, jakim jest geotermia, która zasila wiele domów. Oprócz tego urząd miasta, władze lokalne bardzo mocno forsują program wymiany pieców i to się realnie dzieje. Poprawa powietrza z tego tytułu jest już widoczna.

Trwają prace nad smartfonem z aparatem 108 MP. Jakość zdjęć to jednak głównie zasługa sztucznej inteligencji

Smartfony już od dawna nie służą tylko do rozmów i przesyłania wiadomości. Stały się już kamerą, urządzeniem internetowym, automatem do gier i odtwarzaczem multimedialnym. Coraz częściej smartfony wyglądają jak świecąca się szklana płyta, bez przycisków, głośników czy portów USB. Producenci eksperymentują z kształtem – niedawno zaprezentowano smartfon, który można złożyć w kwadrat. Xiaomi z kolei ma w ofercie smartfony Redmi Note z aparatami premium 64 megapikseli, a już pracuje nad aparatem 108 MP. Jakość zdjęć coraz bardziej poprawia jednak sztuczna inteligencja.

– Przez ostatnich kilka lat obserwujemy dynamiczne zmiany na rynku smartfonów. Ludzie coraz bardziej koncentrują się na zaawansowanych technologiach, przede wszystkim w aparatach. Oferujemy  więc aparaty z 32 Megapikselami i wprowadzamy aparaty 64 Megapikseli, co obecnie już staje się standardem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacques Xiang Li, szef globalnego PR w Xiaomi.

Już od kilku lat smartfony to nie tylko telefony, ale centrum komunikacji. Przy tym – coraz bardziej nowoczesne, wyposażone w najnowszej generacji czujniki, naszpikowane technologią, które zastępują laptopy czy aparaty fotograficzne. 

Xiaomi zaprezentowało niedawno smartfony Redmi Note, które mogą pochwalić się wysokowydajnymi układami SoC oraz aparatami premium. Nowy flagowy Redmi Note 8 Pro jest pierwszym w branży telefonem z modułem aparatu Samsung GW1 64MP, podczas gdy Redmi Note 8 oferuje aparat 48 MP w przystępnej cenie. To nie koniec – Xiaomi już zapowiedziało prace nad aparatami z rozdzielczością 108 megapikseli.

– Jest również sztuczna inteligencja. Tutaj kluczowym aspektem jest interakcja z użytkownikami. Wiele aparatów wykorzystuje już sztuczną inteligencję, przede wszystkim w celu optymalizacji robienia zdjęć. Technologia ta jest również stosowana w przypadku inteligentnego asystenta, który faktycznie pomaga w realizacji wielu zadań – wskazuje Jacques Xiang Li

Nowe wersje smartfonów mają coraz więcej funkcji i aplikacji zintegrowanych ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. To dzięki sztucznej inteligencji interfejs aparatu w smartfonie może łatwo wykryć obiekt w ramce aparatu, dostosowując ustawienia w celu uzyskania najlepszego możliwego obrazu. Dzięki integracji SI i uczenia maszynowego smartfony mogą też tłumaczyć różne języki w czasie rzeczywistym bez konieczności połączenia z internetem. To SI odpowiada za możliwość odblokowania telefonu wizerunkiem twarzy, przy której nie przeszkadzają okulary czy zarost.

Sztuczna inteligencja pozwala też zintegrować telefon z innymi urządzeniami internetu rzeczy, tym samym smartfonem można sterować domowymi urządzeniami.

– Uważam, że smartfony mogą zastąpić pod wieloma względami laptopy. Czekamy też na wdrożenie technologii 5G. Widzimy, że łączność staje się coraz łatwiejsza. Możemy też kontrolować wiele rzeczy w naszych mieszkaniach w połączeniu z rozwiązaniami inteligentnych domów – wskazuje ekspert Xiaomi.

Coraz więcej producentów wprowadza na rynek smartfony 5G. Producent chipów do smartfonów Qualcomm ocenia, że do 2020 roku na rynku będzie 175-225 mln smartfonów z siecią 5G. Smartfony 5G oferują już m.in. Samsung, Huawei, LG, Oppo i Xiaomi, przy czym Xiaomi zapowiada, że w 2020 roku wprowadzi 10 różnych modeli z siecią 5G.

Smartfony bardzo szybko zmieniają też swój design. Na rynku można już dostać telefony, które do złudzenia przypominają świecącą szklaną płytę, bez portów USB, czy głośników. Coraz więcej producentów wprowadza składane smartfony – do prostych zadań wystarczy mała wersja, którą jednak można rozłożyć do oglądania filmów, czytania wiadomości i książek. Google od lat pracuje nad Androidem, który może bezproblemowo działać w wielu różnych kształtach. Z kolei Samsung zaprezentował nowy design smartfona, który można złożyć w kwadrat.

– Smartfon to nie tylko urządzenie do komunikacji, jest to także przedmiot, który wyraża twój styl, dlatego koncentrujemy się również mocno na designie. Mamy ponadto na uwadze powszechną niechęć użytkowników do wydawania fortuny na coś, co wymienią po dwóch lub trzech latach. Ten trend również zauważyliśmy i chcemy oferować smartfony w cenach, które są przystępne dla większości ludzi – mówi Jacques Xiang Li.

Terapie genowe będą coraz powszechniejsze. W przyszłości będzie możliwe naprawianie DNA, a tym samym zapobieganie konkretnym chorobom

Naukowcy prowadzą badania nad potencjałem terapii genowych, które w przyszłości staną się jednym z podstawowych narzędzi wykorzystywanych w procesie leczenia. Upowszechnienie się testów genetycznych umożliwi oszacowanie ryzyka wystąpienia chorób nowotworowych oraz dobranie leków, które najlepiej działają na danego pacjenta. Prowadzone są także eksperymenty z innowacyjnymi metodami leczenia, które umożliwią edycję ludzkiego genomu, co pozwoli w przyszłości zapobiegać chorobom o podłożu genetycznym.

– Geny to są instrukcje, z którymi się rodzimy, w których jest zapisany nasz wygląd, zachowanie, ale też predyspozycje do różnych chorób. Nawet 1 na 100 dzieci rodzi się z jakąś chorobą, którą już w szpitalu umiemy zdiagnozować, jest to choroba genetyczna. Natomiast nawet kilkanaście procent urodziło się z ryzykiem jakiejś choroby, która wystąpi w późniejszym wieku, to są nowotwory, choroby serca, różnego rodzaju choroby neurologiczne takie jak choroba Alzheimera czy Parkinsona. Wystąpienie wielu z nich potrafimy opóźnić albo przynajmniej złagodzić ich przebieg – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Anna Wójcicka z Warsaw Genomics.

Programy sekwencjonowania ludzkiego genomu u ludzi zdrowych zyskują na popularności. W Stanach Zjednoczonych ta gałąź przemysłu medycznego rozwija się niezwykle dynamicznie. Jej potencjał docenił m.in. Brigham and Women’s Hospital, w którym otwarto klinikę genetyki prewencyjnej. Ośrodek w Bostonie wyspecjalizował się w przeprowadzaniu badań genetycznych, które pozwolą szczegółowo przeanalizować ludzki genom, a co za tym idzie –pozwolą wskazać ryzyko wystąpienia części chorób genetycznych.

W Polsce badania tego typu prowadzone są przez Warsaw Genomics we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Firma ma w planach przeanalizowanie genomu wszystkich Polaków, aby wskazać osoby, u których występuje podwyższone ryzyko zachorowania na nowotwór. Testy pozwolą oszacować ryzyko wystąpienia takich dziedzicznych chorób nowotworowych jak rak prostaty oraz piersi.

– W przyszłości każdy człowiek będzie mógł odczytać wszystkie swoje geny. Dzięki temu będziemy mogli określić ryzyko chorób, diagnozować i leczyć zgodnie z potrzebami. W genach mamy też zapisaną odpowiedź na leczenie. Chcemy, żeby było ono dobrane tak, aby leczyć, a przy okazji nie szkodzić. Geny powodują, że jesteśmy tacy, a nie inni, powodują, że mamy takie, a nie inne ryzyko konkretnych chorób i tak, a nie inaczej reagujemy na leki. Jeżeli znamy swój podpis genetyczny, to możemy być diagnozowani dokładnie w taki sposób, jakiego potrzebujemy – wyjaśnia ekspertka.

Do prac nad analizą ludzkiego genomu włączyły się także firmy z branży nowych technologii. Korporacje Lenovo oraz Intel nawiązały współpracę z nowojorskim zespołem badawczym Flatiron Institute w celu wypracowania narzędzi do wydajniejszego przetwarzania danych medycznych, w tym m.in. analizy ludzkiego genomu. Aby osiągnąć ten cel, firmy udostępnią instytutowi superkomputery wyposażone w sztuczną inteligencję wyszkoloną do pracy z dużymi zasobami danych. Urządzenia te pozwolą szybciej i precyzyjniej przeprowadzić proces pełnego sekwencjonowania genomu pacjentów.

Profilaktyka to jednak dopiero pierwszy krok na drodze do zrewolucjonizowania usług medycznych za pośrednictwem terapii genowych. Kolejnym będzie wykorzystanie narzędzi, które umożliwią przeprowadzenie edycji genów, a co za tym idzie – zahamowanie rozwoju choroby.

– W przyszłości testy genetyczne pozwolą nam uniknąć wielu chorób, ale przede wszystkim, jeżeli będziemy w stanie zidentyfikować konkretne uszkodzenie genetyczne, które leży u podłoża konkretnej choroby, to będziemy je umieli naprawiać. To jest kierunek, w którym medycyna coraz bardziej idzie, może jeszcze w tym momencie nie umiemy naprawiać genów, ale na pewno umiemy naprawić skutki tych uszkodzeń genetycznych tzw. leczeniem celowanym. Jest to niewątpliwie przyszłość medycyny – wskazuje ekspertka.

Naukowcy pokładają duże nadzieje w prime editing, nowej metodzie edycji kodu DNA opracowanej przez amerykański zespół z Broad Institute, która ma być bezpieczniejsza niż popularna metoda CRISPR-Cas9. Bazuje bowiem na zmianach przeprowadzanych w RNA, umożliwiając przecięcie wyłącznie jednej nici DNA, dzięki czemu minimalizuje się ryzyko błędu podczas edycji genomu.

– Leczenie ukierunkowane na łagodzenie skutków konkretnych uszkodzeń genetycznych jest już dostępne w grupie chorób rzadkich, czyli takich, które już się ujawniają u dzieci, ale też w ogromnej grupie chorób nowotworowych. Jeżeli wiemy, który gen się zepsuł w komórce i doprowadził do nowotworzenia, to tego genu naprawić nie umiemy, ale umiemy wyciszyć to wszystko, co przez jego uszkodzenie zostało rozregulowane. I to się dzieje na co dzień – mówi Anna Wójcicka.

Według analityków z firmy Global Market Insights wartość globalnego rynku digitalizacji genomu w 2018 roku wyniosła 6,8 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 50,4 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 10 proc.

CRM – poznaj jego zalety

CRM to system informatyczny, dzięki któremu znacznie łatwiejsze jest organizowanie funkcjonowania całej firmy. Korzystanie z systemu sprawia, że komunikacja pomiędzy działami przebiega sprawniej, a klienci są zadowoleni z kontaktów z firmą oraz z dokonywanych w niej zakupów. Dlaczego jeszcze warto korzystać z CRM? 

  1. CRM – narzędzie dla małych i dużych
  2. Rozwiązanie uniwersalne dla wielu różnych branż
  3. Leasing oprogramowania czy rozwiązanie w chmurze

Korzystanie z CRM jest coraz popularniejsze. Funkcjonalne oprogramowanie daje możliwość sprawniejszego realizowania zamówień i efektywnej współpracy pomiędzy różnymi działami w firmie. Jeśli chcesz zwiększyć sprzedaż lub osiągnąć inny cel biznesowy, sprawdź, w czym może Ci pomóc CRM.

CRM – narzędzie dla małych i dużych

CRM jest wykorzystywany w małych i dużych firmach przede wszystkim w celu usprawnienia komunikacji i uzyskania spójnego przekazu do klientów. System jest używany nie tylko przez dział handlowy, ale również przez pracowników zajmujących się zupełnie innymi zadaniami. Dzięki CRM łatwiejsze jest prowadzenie kampanii reklamowych na różną skalę, zarządzanie gwarancjami/kontraktami i prowadzenie działu serwisu, a nawet przygotowywanie rozbudowanych analiz, które pozwalają ocenić efektywność działań promocyjnych, bądź wprowadzenia nowych rozwiązań w poszczególnych działach przedsiębiorstwa. Co ważne, dostęp do CRM dla pracowników jest niemalże nieograniczony. Mogą z niego korzystać nie tylko w biurze, ale również w domu lub w podróży. Nowoczesny system CRM działa na komputerach stacjonarnych i laptopach, na tabletach oraz smartfonach.

Rozwiązanie uniwersalne dla wielu różnych branż

CRM przyda się w firmach z najróżniejszych branż, gdyż jego zastosowanie jest uniwersalne, a rozbudowane funkcje umożliwiają realizację wielu kluczowych zadań. System sprawdza się w firmach działających w branży reklamowej, medycznej, energetycznej, technologicznej, finansowej, rolniczej, motoryzacyjnej i turystycznej. Wykorzystuje się go również w telemarketingu i telekomunikacji oraz w branży nieruchomości. Dzięki temu mogą zainstalować go przedsiębiorstwa zajmujące się zupełnie innymi zadaniami, osiągając w ten sposób każdy założony cel.

Leasing oprogramowania czy rozwiązanie w chmurze

W przypadku CRM na jego rosnącą popularność ogromny wpływ ma możliwość nabycia systemu w ramach leasingu oprogramowania. Leasing jest związany z szeregiem korzyści podatkowych dla przedsiębiorstwa oraz z opcją rozłożenia płatności na raty. Co ważne, CRM w odróżnieniu od systemu w chmurze po zakończeniu okresu leasingu staje się własnością leasingobiorcy. Oprogramowanie CRM nabyte w ramach leasingu można zainstalować w biurze u klienta, co ułatwia przechowywanie i analizowanie danych firmowych. Dodatkowo dane które można nazwać informacjami wrażliwymi dla przedsiębiorstwa nie są przechowywane poza jego strukturami.

Sprzedaż wielokanałowa – jak wykorzystać omnichannel w biznesie?

„Omnichannel”, czyli wielokanałowość, to trend coraz silniej widoczny w handlu. Jeśli sprzedawcy chcą dziś osiągnąć sukces, muszą docierać do swoich klientów jednocześnie offline i online. Jak zrobić to skutecznie?

Jeszcze kilka lat temu wszystko było jasne: część konsumentów robiła zakupy tylko w sklepach stacjonarnych, część korzystała również z oferty sklepów internetowych, a używanie w tym celu aplikacji zainstalowanych w smartfonach było co najwyżej ciekawostką. Dziś przyzwyczajenia konsumentów uległy ogromnym zmianom – korzystają oni chętnie z różnych kanałów sprzedaży. To jednak nie wszystko; obecnie różne kanały się przenikają. Zupełnie naturalna jest sytuacja, gdy towar oglądany jest na przykład w sklepie stacjonarnym, po czym za pomocą smartfonu wyszukiwana jest jego najlepsza oferta w Internecie, a zakup dokonywany jest przed laptopem. To duże wyzwanie dla sprzedawcy, ale również szansa na zdobycie nowych klientów i zatrzymanie ich na dłużej. Odpowiedzią na takie wyzwanie jest „omnichannel”, czyli sprzedaż wielokanałowa, której składniki są jednak ściśle ze sobą powiązane. Taką strategię sprzedażową warto wdrożyć, znając przyzwyczajenia współczesnego konsumenta.

 

Koncentracja na kliencie, a nie na sprzedaży

 

„Omnichannel” oznacza, że trzeba skoncentrować się nie tyle na samej sprzedaży produktów czy usług, ile na samym kliencie. Dziś konsument oczekuje, że sprzedawcy i marki będą wszędzie tam, gdzie on się znajduje. To wymaga zupełnie innego podejścia biznesowego niż tylko rozwijanie jednego kanału sprzedaży, a nawet kilku, ale działających osobno. Klient staje w samym centrum działań, a kontakt z nim zostaje zachowany bez względu na to, gdzie się znajduje i jakiego urządzenia aktualnie używa. Dziś już powszechnie pojawiają się takie zjawiska jak „showrooming” (klient przebywa w sklepie stacjonarnym, ale wyszukuje ceny danego produktu i informacje o nim w Internecie, a potem tam kupuje) czy „webrooming” (zjawisko odwrotne). Właśnie dzięki „omnichannel” można wykorzystać oba te trendy. Okazuje się bowiem, że dla 77% polskich internautów jest ważne, żeby marka była dostępna zakupowo w wielu kanałach. Istotne jest także to, że 54% Polaków kupuje te same produkty na więcej niż jeden sposób. Może to być sklep stacjonarny i sklep internetowy, ale również aplikacja mobilna.

 

Jak prowadzić sprzedaż wielokanałową efektywnie?

 

Aby skorzystać z potencjału, jaki daje „omnichannel”, trzeba mieć pełną kontrolę nad procesem sprzedażowym. Ten zaczyna się dużo wcześniej niż złożenie zamówienia. Konieczne jest łączenie różnych rozwiązań. Przykładem są płatności – 66% Polaków w sklepach stacjonarnych płaci najczęściej kartą. Taki sam odsetek korzysta z szybkich płatności internetowych, robiąc zakupy online. Należy zatem wdrożyć w sklepie wszystkie te metody płatności. Obecnie nie jest to żadnym problemem, ponieważ działają firmy dostarczające zarówno terminali do punktów stacjonarnych, jak i rozwiązań płatności online (np. Polskie ePłatności).

 

„Omnichannel” wymaga kompleksowego podejścia, warto zatem podkreślać połączenie różnych kanałów. Przykładem jest chociażby możliwość zakupu produktu online i odebranie go w sklepie stacjonarnym („click and collect”). To często wygodne rozwiązanie dla klienta, zapewniające darmową dostawę i szybkie otrzymanie produktu. To jednak nie wszystko. Połowa klientów, którzy korzystają z opcji „click and collect”, dokonuje dodatkowych zakupów w stacjonarnym sklepie podczas odbierania zamówionego towaru. To już wykorzystanie klasycznego cross-sellingu. Sprzedawca przy kasie doskonale wie, co interesuje klienta dzięki informacjom zebranym online i może mu zaproponować spersonalizowaną ofertę. Krzyżową sprzedaż warto także stosować w połączeniu z kanałem online i kanałem telefonicznym. Wtedy pracownik sklepu dzwoni do klienta, żeby potwierdzić zamówienie, a przy okazji proponuje zakup dodatkowego produktu.

 

Sprzedaż wielokanałowa to już nie przyszłość handlu, ale jego teraźniejszość. Dzięki przenikaniu się spójnej oferty w różnych kanałach marka może towarzyszyć przez cały czas konsumentowi i wychodzić naprzeciw jego oczekiwaniom. To dobry sposób na budowanie przewagi konkurencyjnej w tak trudnej branży jak handel.

Bakkt nowe plany w stosunku do Bitcoina

Czym jest Bakkt?

Ponad rok temu, w sierpniu 2018 roku amerykańska firma Intercontinental Exchange (ICE) ogłosiła, że zamierza utworzyć nową firmę-córkę Bakkt, która będzie umożliwiała wykorzystanie serwerów cyfrowych Microsoftu do zarządzania kryptowalutami. Po ponad roku oczekiwania – 23 września 2019 miała miejsce premiera platformy do obsługi kontraktów futures. Po otrzymaniu wszystkich niezbędnych pozwoleń od Departamentu Usług Finansowych w Nowym Jorku (NYDFS), Bakkt otrzymało kartę zaufania. Oznacza to, że na platformie mogą być przechowywane Bitcoiny dla fizycznie zawieranych kontraktów futures. Uruchomienie kontraktów futures może mieć bardzo pozytywny wpływ na wzmocnienie bitcoina i otwarcie rynku dla dużych inwestorów. Pomimo głośnej premiery platformy Bakkt na rynku usług powierniczych dla rynku kryptowalut, nie jest to jedyna firma oferująca takie możliwości. Fidelity Investments w październiku tego roku uruchomiło platformę Fidelity Digital Assets, która obsługuje usługi powiernicze oraz wykonywanie usług handlowych dla firm, dużych inwestorów, funduszy hedgingowych i doradców finansowych. Co więcej, giełda Coinbase, jedna z największych i najstarszych giełd umożliwiających handel kryptowalutami już w 2018 roku uruchomiła usługi powiernicze. Obecnie Coinbase Custody zarządza kontraktami dla ponad 30 największych kryptowalut o łącznej wartości przewyższającej 7 miliardów dolarów według kapitalizacji rynkowej.

Kontrakty bitcoin futures – bezpieczeństwo

Usługi powiernicze i kontrakty futures mogą napędzać na rynek kryptowalut duże firmy i instytucje, co zawsze pozytywnie wpływa na umocnienie się i uwiarygodnienie walut wirtualnych. W odróżnieniu od kontraktów CFD, oferowanych na stronie Monfex, kontrakty futures oferowane są dużym firmom, co wiąże się z dużym wolumenem dokonywanych inwestycji. Wysoka wartość umów niesie ze sobą zawsze pewne ryzyko, dlatego niezbędne jest zapewnienie najwyższych środków bezpieczeństwa. Również na Monfex możesz znaleźć najlepsze w branży środki bezpieczeństwa, ponieważ rozumiemy, że bezpieczeństwo jest najwyższym priorytetem również dla klienta indywidualnego.

Premiera Bakkt

Bakkt swoją premierę miało 23 września 2019 roku, ale już od 6 września klienci zainteresowani produktem, mogli zdepozytować swoje środki na platformie. Dlatego tym bardziej dziwił fakt, że platforma zanotowała tak słaby start i małe zainteresowanie w pierwszym miesiącu od swojej premiery. Było to ogromne rozczarowanie dla traderów i być może jeden z powodów, który stał za gwałtownym spadkiem ceny Bitcoina pod koniec września bieżącego roku. W nocy z 24 na 25 września BTC zanotował spadek wartości o ok. 1300 USD. Słaba cena Bitcoina utrzymywała się przez cały październik, notując pod koniec miesiąca rekordowy dla ostatnich miesięcy spadek poniżej progu 7 500 USD/BTC. O spadku tym pisaliśmy także na blogu Monfex, jako o świetnym momencie do zakupu Bitcoin.

W pierwszych dniach od startu Bakkt mieliśmy do czynienia z zadziwiająco małym zainteresowaniem na rynku, które przełożyło się na mały wolumen złożonych depozytów. W dniach 24 września – 22 października ilość złożonych depozytów wahała się pomiędzy wartością 0.2 – 1.9 mln USD. Było to zadziwiające dla wielu obserwatorów, ponieważ Bakkt wspierana była przez największe firmy w branży. Okazało się, że na mocny start i nabranie wiatru w żagle platforma musiała poczekać miesiąc. 23 października wartość złożonych depozytów wynosiła już 4.8 mln USD, a dwa dni później – 10.3 mln USD. 8 listopada wartość depozytów przekroczyła 15.5 USD.

Jak Bakkt może wpłynąć na cenę Bitcoina – najnowsze doniesienia

Zwiększenie się zainteresowanie Bitcoinem przez duże instytucje może pozytywnie wpłynąć na sytuację kryptowaluty. Napływ świeżego kapitału od instytucji może również wpłynąć na rynek pozostałych kryptowalut, z czego mogą również skorzystać indywidualni traderzy na platformie Monfex, gdzie można kupować i sprzedawać kontraktami aż 12 kryptowalut w stosunku do USD. Dobra passa Bakkt oraz doniesienia napływające z Chin wpłynęły na wzrost cen Bitcoina, który mogliśmy obserwować pod koniec października. Obecnie mamy do czynienia z niewielkim spadkiem i stabilizacją ceny. Ze strony Bakkt płyną ciągle jednak nowe doniesienia.

12 listopada na konferencji w Nowym Jorku, Adam White, COO Bakkt, zapowiedział wprowadzenie rozliczenia gotówkowego na kontrakty Bitcoin futures, w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku.  Kontrakty rozliczane w gotówce mają być dostępne za pośrednictwem gałęzi ICE Clear Singapore z siedzibą w Singapurze i możliwe do kupna na giełdzie ICE Futures Singapore. Rozmowy na ten temat są ciągle w toku ale wprowadzenie tego rozwiązania być może nastąpi jeszcze w 2019 roku. Wielu komentatorów rynku kryptowalut uważa, że rozliczenie kontraktów futures na Bitcoiny w gotówce, które jest odpowiedzią na zainteresowanie inwestorów produktem Bakkt, stanowi wyraźny krok do przodu dla instytucjonalnej akceptacji kryptowalut, a w szczególności Bitcoina.

Przyszłość Bitcoina

Zainteresowanie instytucji, a nawet państw przejawiające się we wprowadzaniu pozytywnych regulacji prawnych, które dążą do kodyfikacji przynajmniej części rozwiązań i instrumentów oferowanych w ramach technologii Blockchain, przez niektórych obserwatorów rynku kryptowalut, oceniane jest jako zagrożenie dla idei walut wirtualnych i upadek Bitcoina. Pomimo że pojawienie się dużego gracza, operującego potężnym wolumenem wpływa zazwyczaj pozytywnie na wizerunek Bitcoina, paradoksalnie uderza też w jego podstawy. Oddanie połowy wolumenu wydobytego Bitcoina w ręce dużych graczy oraz utworzenie kontraktów futures, które powodują, że Bitcoin przestaje pracować na rynku, jest za to przetrzymywany przez “nadzorców” w zimnych portfelach. W zamian, osobom i firmom, które chciały zainwestować w Bitcoina i zarobić na spekulacji cenami, wydawane są na niego jedynie kwity (kontrakty) przez “firmę-nadzorcę”, które stanowią teraz podstawę do handlu. W rezultacie przestajemy wymieniać Bitcoiny, korzystając z rozwiązań Blockchaina. Warto zaznaczyć, że Bitcoin jest kryptowalutą, której ilość dokonywanych transakcji jest skorelowana ze wzrostem ceny kryptowaluty. Może to rodzić zatem pytanie, czy w przypadku rezygnacji z technologii Blockchain do handlu Bitcoinami i objęcie jej nadzorem instytucji finansowych zbytnio nie interweniuje w rynek Bitcoina i nie uderza w istotę kryptowalut. Bitcoin, podobnie jak inne coiny w założeniu jest systemem zdecentralizowanym, opartym na łańcuchu powiązań peer-to-peer i wykorzystujący technologię Blockchain zarówno do księgowania transakcji, jak i do wydobywania nowych monet. Obawy, czy Bitcoin jest nadal Bitcoinem w przypadku handlu kontraktami futures zamiast BTC podniosła m.in. Meltem Demirors z Coinshare. Podobne obawy podzielają również indywidualni traderzy i użytkownicy na różnych forach internetowych, które zawsze stanowiły kopalnie pomysłów, inspiracji, wiedzy i analiz na temat technologii blockchain.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 25.11-29.11

Dojdzie w końcu do porozumienia handlowego USA-Chiny czy nie? Niepewność blokuje decyzje inwestycyjne a rynki ogarnia zmęczenie tematem. Z drugiej strony dane makro nie dostarczają jasnych sygnałów poprawy koniunktury. Im bliżej grudnia, ty mniej czasu na odmianę klimatu. Z perspektywą skrócenia tygodnia przez Święto Dziękczynienia w USA, najbliższe dni powinny przynieść podtrzymanie apatyczności.

Przyszły tydzień: indeks zaufania konsumentów/zamówienia na dobra trwałego/Chicago PMI z USA, Ifo z Niemiec, HICP z Eurolandu, PKB z Polski, CAPEX z Australii, PKB z Kanady

USA

W USA tradycyjnie mamy tydzień skompresowany w trzy dni w związku z czwartkowym Świętem Dziękczynienia. Najbardziej interesującym powinien być indeks nastrojów konsumentów (wt), gdzie spodziewana jest poprawa. Dane o nastrojach w biznesie i solidny rynek pracy dają podstawy dla podtrzymania optymizmu wśród gospodarstw domowych. Poluzowanie polityki monetarnej łagodzi warunki kredytowe i sprzyja wzrostowi sprzedaży nowych domów (wt). Strajki w sektorze motoryzacyjnym będą ciążyć na październikowych danych o zamówieniach na dobra trwałe (śr). Wreszcie Chicago PMI (śr) potwierdzi poprawę nastrojów w firmach przy osłabieniu obaw o eskalację sporu handlowego z Chinami. Generalnie pozytywny ton z danych wesprze dolara, ale też może napsuć sentyment wobec ryzykownych aktywów, gdyż osłabną oczekiwania na łagodzenie polityki Fed.

Strefa euro

Indeks Ifo (pon) pomoże rozstrzygnąć, jak oceniać listopad w niemieckiej gospodarce. Choć ZEW i Sentix wskazały na poprawę warunków prowadzenia biznesu, wskaźniki PMI wysyłają mieszane sygnały. Lepszy odczyt podtrzyma nadzieje na stabilizację koniunktury. Z Eurolandu otrzymamy dane o inflacji HICP za listopad (czw), gdzie efekty niskiej bazy za poprzedni rok będą windować odczyty. Inflacja bazowa na 1,3 proc. r/r wciąż będzie daleko od celu EBC 2 proc., więc dane raczej nie pomogą EUR.

Wielka Brytania

Kolejny spokojny tydzień od strony danych z Wielkiej Brytanii. Na niecałe trzy tygodnie do wyborów parlamentarnych śledzenie sondaży i wsłuchiwanie się w debaty liderów partii to jedyne czynniki ryzyka dla funta, choć można odnieść wrażenie, że póki nie poznamy oficjalnych wyników głosowania, GBP będzie dryfował bez kierunku.

Polska

Nie sądzimy, aby dane z Polski w przyszłym tygodniu wpłynęły na kurs złotego. Jesteśmy zdania, że konsumpcja słabnie, co może znaleźć odzwierciedlenie w danych o październikowej sprzedaży detalicznej (pon) i szczegółach raportu o PKB za III kw. (pt). Brak klarowności w temacie negocjacji handlowych USA-Chiny hamuje zapał do alokacji w aktywa rynków wschodzących, co może przywiązać EUR/PLN do 4,30 na dłużej.

Australia

Kolejny spokojny tydzień w Australii, gdzie tylko dane o wydatkach inwestycyjnych przedsiębiorstw za III kw. (czw) mogą pokazać pierwsze efekty ekspansji monetarnej RBA. Poluzowanie warunków kredytów jest ważnym elementem w procesie planowania inwestycji i będzie podstawą perspektyw gospodarczych na kolejne kwartały. Prezes RBA będzie przemawiał w Sydney (wt). Szczególnie opinia o szansach QE w Australii będzie interesująca. Dla AUD komentarze Lowe’a mogą mieć większe znaczenie obok sentymentu globalnego (umowa USA-Chiny).

Kanada

CAD ma za sobą burzliwy tydzień, choć od większych strat walutę uchroniły optymistyczne komentarze prezesa Poloza. Kolejnym testem będą dane o PKB za III kw. (pt), gdzie spodziewane jest spowolnienie z 3,7 proc. w II kw. Jakkolwiek komentarze z banku centralnego mocno osłabiły szanse na cięcie w grudniu, tak słabsze dane mogą zawsze namieszać w rynkowych oczekiwaniach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs EUR/PLN pozostaje blisko istotnej granicy

Polski złoty pozostaje dość słaby. Koniec tygodnia krajowa waluta zakończy najpewniej w okolicy psychologicznego poziomu 4,30 w parze z euro.

Złotemu nie pomaga przerwanie ostatniego wzrostu pary EUR/USD i brak przełomowych wieści w kontekście wojny handlowej USA i Chin. Słabości złotego jednak raczej nie należy wiązać z informacjami z kraju.

Same ostatnie odczyty ekonomiczne z Polski są mieszane – wczoraj poznaliśmy nieco rozczarowujące dane pokazujące hamowanie dynamiki płac i zatrudnienia w październiku. Dziś jednak in plus zaskoczyła produkcja przemysłowa w tym samym miesiącu. Oczywiście są one jedynie “punktowe”, jednak ostatnie odczyty z krajowej gospodarki zdają się wspierać pogląd o tym, że w Polsce postępuje stosunkowo łagodne spowolnienie wzrostu gospodarczego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Para EUR/USD z kolei zakończyła dzień na minusie. Opublikowane wczoraj “minutki” z ostatniego spotkania EBC wskazują na obawy części członków Rady Prezesów w kontekście skutków ubocznych polityki EBC. Wśród decydentów w ostatnim czasie widać pewne rozbieżności dotyczące oceny działań banku centralnego. W tym miejscu warto przypomnieć, że ostatnia decyzja dotycząca wznowienia programu QE spotkała się z opozycją części decydentów.

W kontekście dzisiejszego dnia warto wspomnieć o dwóch kwestiach: publikacji wstępnych danych PMI dla strefy euro w listopadzie oraz przemówieniu przewodniczącej EBC, Christine Lagarde. Co tyczy się pierwszej kwestii – poranek rozpoczął się dość optymistycznie. Większość indeksów o aktywności biznesowej we Francji i Niemczech wprawdzie okazała się gorsza od oczekiwań, niemniej zbiorcze dane (ważone indeksy opisujące aktywność i w usługach i przemyśle) pokazały lekki wzrost w stosunku do poprzedniego miesiąca. Co więcej, zaobserwowaliśmy też dość spory skok indeksu dla niemieckiego i francuskiego przemysłu. Powyższe kwestie pomogły wzrosnąć kursowi EUR/USD. Dobra passa głównej pary nie trwała jednak zbyt długo – dane dla strefy euro, opublikowane później rozczarowały, wskazując na nieco niższą aktywność biznesową we wspólnym bloku niż notowano miesiąc wcześniej.

Drugą kwestią, która skupiała na sobie uwagę rynków w pierwszej części dnia było przemówienie Christine Lagarde. Ton przemówienia nowej prezeski EBC przypominał ton ostatnich przemówień byłego prezesa EBC, Mario Draghiego. Podobnie jak on, szczególnie spory nacisk w wypowiedzi Lagarde położyła na kwestię znaczenia polityki fiskalnej we wsparciu gospodarek wspólnego bloku walutowego, stwierdzając, że polityka pieniężna “nie może i nie powinna być jedynym graczem w mieście”. Lagarde wspomniała również o tym, że w kontekście polityki monetarnej EBC niedługo dojdzie do “strategicznego przeglądu”, nie podała jednak szczegółów w tej kwestii.

Dzisiejsza wypowiedź Lagarde zdaje się potwierdzać, że jej wybór na najwyższe stanowisko w EBC był dobrą decyzją. W dobie ograniczeń jakie dotykają banki centralne takie jak EBC jej umiejętności polityczne mogą okazać się kluczowe w kontekście zwrotu banku centralnego w stronę promowania polityki fiskalnej.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,01-5,03. Kluczowym tematem w kontekście funta brytyjskiego pozostaje kwestia wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, które odbędą się 12 grudnia. Zgodnie z ostatnimi sondażami torysi mają dwucyfrową przewagę nad laburzystami, co jest pozytywne w kontekście Brexitu (zmniejsza ryzyko, że Izba Gmin nie zaakceptuje porozumienia Johnsona). Niemniej, ostatni sondaż (Ipsos MORI) wskazuje, że aż 40% ankietowanych wyborców nie wie na kogo zagłosuje. Daje to pewne pole do nadrobienia przewagi torysów przez laburzystów – a pamiętajmy, że sondaże mniej więcej w podobnym okresie przed wyborami z 2017 roku też wskazywały na dwucyfrowe prowadzenie Partii Konserwatywnej.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,87-3,89. Wczorajsze dane z USA były mieszane, jednak dość nieznaczące, dlatego też nie warto poświęcać im większej uwagi. Kluczową kwestią w kontekście rynkowego sentymentu i dolara amerykańskiego pozostaje wojna handlowa USA i Chin. Sygnałów dotyczących tej kwestii pochodzących z samej “góry” nie brakuje – ostatnie dni przyniosły wypowiedzi zarówno prezydenta Trumpa, jak i przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga. Brak konkretnych informacji o tym czy w najbliższym czasie uda się osiągnąć porozumienie nie sprzyja jednak nastrojom w tym kontekście.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Polscy menedżerowie coraz bardziej lubią luksus

Z psychologicznego punktu widzenia żeby uczciwie wobec siebie rozstrzygnąć dylemat mieć czy być, trzeba doświadczyć co to znaczy „mieć”, bo to znaczy, że trzeba podjąć wysiłek.

– Obawa przed okazaniem się nikim w oczach otoczenia może być motywacją do budowania wieżowców ze swoim nazwiskiem na górze, do kolekcjonowania sztuki, a nawet do wymiany małżonki, aby jej PESEL pokrywał się z rokiem ukończenia studiów przez menedżera – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Santorski, dyrektor programowy Akademii Psychologii Przywództwa.

Polscy top menedżerowie zmieniają się. Wprawdzie coraz bardziej lubią luksus, ale kolekcjonują sztukę już nie ze względu na snobizm, ale dlatego, że zaczęli się nią interesować.

– Niektórzy robią to także dlatego, aby nie być nikim – wyjaśniał J.Santorski podczas konferencji „Dobra Luksusowe – mieć czy być”, zorganizowanej w budynku Złota 44 w Warszawie. – W Akademii Psychologii Przywództwa od dziesięciu lat pracujemy z menedżerami nad tym, aby mieć i być, ale robiąc to świadomie.

Niższa akcyza na hybrydy zasługuje na tytuł podatkowej bzdury roku

Pomysł niższej akcyzy na hybrydy zasługuje na tytuł podatkowej bzdury roku, jednocześnie potwierdza w jaki sposób w Sejmie stanowione jest prawo. Wprowadzono ulgę podatkową zachęcająco do kupowania drogich, nieekologicznych samochodów.

– Niespodziewanie na ostatnim posiedzeniu Sejmu przed wyborami posłowie obniżyli o połowę akcyzę na auta hybrydowe, ale nie do końca zdawali sobie sprawę z konsekwencji, bo bardzo szeroka definicja sprawia, że tzw. łagodne hybrydy załapią się na promocyjną stawkę akcyzy, czyli taniej kupowane będą luksusowe samochody z silnikami diesla o pojemności do 3,5 l., które emitują bardzo dużo zanieczyszczeń, tylko dlatego, że mają dodany bardzo mały silniczek elektryczny i bardzo małą baterię, która minimalnie zmniejsza zapotrzebowanie roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapieice.pl.

Można oczekiwać, że po wyborach Sejm raz jeszcze przyjrzy się tej sytuacji, skoro posłowie, którzy zgłosili projekt ustawy przyznali, że nie do końca zdawali sobie sprawę jakie będą konsekwencje.

Płace i zatrudnienie rośnie, ale spowolnienie już puka do polskich drzwi

Wśród opublikowanych w tym tygodniu danych makroekonomicznych warto wyróżnić przede wszystkim wyniki z rynku pracy. Choć nie okazały się tak dobre jak tego oczekiwano, to nadal są pozytywne. Zatrudnienie w październiku wzrosło o 2,5% r/r, a płace o 5,9%, co pozwala przewidywać dalszy wzrost polskiego PKB, napędzanego głównie konsumpcją gospodarstw domowych. Jednak biorąc pod uwagę spowolnienie europejskiej gospodarki, a przede wszystkim niemieckiej, rozwój rynku pracy nie będzie w stanie utrzymać się na aktualnym poziomie. Można więc oczekiwać spowolnienia. Płace i zatrudnienie nie mogą w tym tempie rosnąć w nieskończoność. Fakt ten nie uszedł uwadze przedstawicielom polskiego banku centralnego. Podczas ostatniego posiedzenia NBP, którego zapis opublikowano w tym tygodniu, większość członków Rady Polityki Pieniężnej uznała, że stopy procentowe powinny zostać niezmienione i nie przyjęto wniosku o obniżenie ich poziomu. Część jej członków widzi jednak przestrzeń do ich obniżenia. W obliczu spowolnienia gospodarczego możliwe jest, że w najbliższych miesiącach do tego dojdzie. Natomiast podwyższenie stóp procentowych obecnie nie wchodzi już w rachubę.

Złoty ponownie osłabił się w tym tygodniu, na co najprawdopodobniej wpływ miała korekta techniczna, wynikającą z silnego umacniania się polskiej waluty w październiku. W piątek rano kurs EUR/PLN oscylował wokół poziomu 4,30. W tym samym czasie kurs eurodolara wynosił 1,107 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej analityczki AKCENTY

Za alkohol najwięcej płacą niepijący. Alkohol jest za tani i zbyt łatwo dostępny?

Blisko 30 tys. osób umiera co roku w Polsce z powodu bezpośrednich i pośrednich skutków nadużywania alkoholu. Podejrzani o popełnianie przestępstw w większości są nietrzeźwi. Koszty dla społeczeństwa związane z nadużywaniem alkoholu mogą wynosić ok. 50 mld zł rocznie i paradoksalnie ponoszone są głównie przez tych, którzy piją okazjonalnie lub nie piją wcale pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata. Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej UE.

Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ (Unia Europejska oraz Norwegia i Szwajcaria) pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie, w Polsce ok. 30 tys., (stosując AAF – alcohol-attributable fractions). Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol.

Ze statystyk polskiej policji zamieszczonych w dokumencie Ministerstwa Zdrowia z 14 listopada 2017 r. (Rządowe Centrum Legislacji) wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych w 2016 r. Z dokumentu MZ możemy także wyczytać, że w przypadku podejrzanych wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc. Szersze dane policji za 2012 r. pokazują, że na 229 tys. podejrzanych dorosłych, którym zbadano trzeźwość, jedynie 43 tys. nie było pod wpływem alkoholu lub narkotyków.

Alkohol jest zbyt łatwo dostępny

W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do spożywania tej szkodliwej substancji Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.

Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa.

Alkohol jest za tani

Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat.

Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.

W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu. Co ciekawe, mimo znacznie bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza „The Lancet” zatytułowana „Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie. Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?

Pół litra lub 7 piw codziennie

Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA).

One dobitnie pokazują (np. „Narodowy Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011-2015”), że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.

Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Mniej więcej 80 proc. społeczeństwa, chociaż jest daleka do ekstremalnie ryzykownego picia, ponosi większość kosztów generowanych przez 7 proc. obywateli spożywających „połówkę” dziennie. Dlaczego?

Ryzykowne picie to gigantyczne koszty społeczne

Gors problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny. O jakich kosztach mówimy?

Według amerykańskiego CDC (Centers for Disease Control and Prevention) w 2010 r. wynosiły one w USA 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB z 2010 r.). W Polsce jednak ten odsetek w relacji do PKB może być większy, ze względu na większe i bardziej ryzykowne spożywanie alkoholu.

Może on zatem oscylować wokół 2,1-2,5 proc. PKB (przedział średniej ważonej dla badanych gospodarek rozwiniętych oraz rozwijających się  zamieszczonych w analizie „Global burden of disease and injury and economic cost attributable to alcohol use and alcohol-use disorders”). Biorąc pod uwagę środek tego przedziału, coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę.

Ty pijesz, ja płacę

Miliardy miliardami, ale wydaje się, że bardziej za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł.

Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł . Skąd te wyliczenia? W Polsce spożywa się ok. 33 mld porcji alkoholu (330 mln litrów czystego spirytusu, a porcja to 10 gr). Ponieważ w przykładowym „drinku” jest 7 porcji alkoholu, a każda porcja generuje 1,5 zł kosztów społecznych, to w rezultacie mniej więcej drugie 8 zł (wliczając już zapłaconą przez kupującego obecnie obowiązującą akcyzę) jest pokrywane np. przez kolejną osobę stojącą w kolejce…

Tachograf cyfrowy kłopotliwy dla przewoźników

Ponad 230 tys. ciężarówek poruszających się po drogach Europy pochodzi z Polski.[1] Eksperci Inelo szacują, że miesięcznie przybywa 1-2 proc. nowych pojazdów, których czas jazdy rejestrują inteligentne tachografy, a te montowane są w fabrycznie nowych tirach wyprodukowanych po 15 czerwca tego roku. Jak smart tacho sprawdza się w praktyce? Czy wszystkie funkcje cyfrowego rejestratora mają obecnie swoje zastosowanie? Co się sprawdza, a co sprawia przewoźnikom problemy? O pierwszych doświadczeniach z nowymi tachografami opowiada Piotr Żółty.

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że licząc od lipca 2019 r. w Polsce odnotowywany jest spadek rejestracji nowych aut ciężarowych. Od początku roku polskie firmy transportowe zasiliło 26 908 pojazdów o DMC pow. 3,5 t. To mniej o ponad 3 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.[2] Czy powodem obniżenia zainteresowania przewoźników może być zmiana przepisów, która wprowadziła do obiegu inteligentne tachografy?

Choć wyglądem smart rejestratory czasu jazdy w żaden sposób nie odbiegają od poprzedniej wersji, to ich funkcjonalności zostały wzbogacone między innymi o dodatkowe zabezpieczenia, chroniące przed ingerencją w pracę urządzenia, możliwość przeprowadzania tzw. zdalnej preselekcji, czy też rejestrację poszczególnych punktów trasy pokonywanej przez pojazd. Wiemy, że część przewoźników sceptycznie podchodzi do zmian w zakresie tachografów, więc możliwe, że jedną z przyczyn mniejszego zainteresowania nowymi ciężarówkami w ostatnim okresie jest zmiana legislacyjna dotycząca urządzeń rejestrujących czas jazdy – sugeruje Piotr Żółty, ekspert Grupy Inelo. – Jednak z naszych szacunków wynika, że w ciągu miesiąca na europejskich drogach pojawia się około 1-2 proc. nowych pojazdów ciężarowych, co jednocześnie wskazuje tempo rozpowszechniania się smart tachografów – dodaje.

Zmiany w pracy kierowców zawodowych

Zgodnie z przyjętymi przepisami do 2034 roku wszystkie samochody w ruchu międzynarodowym muszą dostosować rejestratory czasu jazdy do wytycznych smart. Jednak UE już pracuje nad unowocześnieniem tych urządzeń, czyli nad cyfrowymi tachografami nowej generacji. Funkcje obecnego tacho miałyby zostać uzupełnione m.in. o automatyczne zapisywanie przekroczeń granic oraz momentów załadunku i rozładunku, co ułatwi kontrole w zakresie kabotażu czy rozliczanie minimalnego wynagrodzenia kierowców. Ograniczenie ilości lub całkowite wyeliminowanie manualnych wpisów w tachografach cyfrowych znacznie zmniejszy częstotliwość popełniania niezamierzonych błędów, które mogą skutkować karą finansową lub innymi konsekwencjami przewidzianymi w ustawie. Najnowsze wersje tacho miałyby być wprowadzone wcześniej, bo do 2024 r. Spotkania Tachograf Forum, na których odbywają się konsultacje na temat rejestratorów, odbywają się regularnie i napędzają działania w tym zakresie.

Jakie problemy ze smart tacho mają producenci?

Obawy przed opóźnieniami dotyczącymi wprowadzenia inteligentnych rejestratorów wynikały z konieczności wyprodukowania nowych kart – przede wszystkim warsztatowych, ale także kart kierowców, przedsiębiorstw i kontrolnych. Przewoźnicy obawiali się także nieprzygotowania warsztatów kalibrujących tachografy, jednak w rzeczywistości te kwestie w żaden sposób nie przeszkodziły, by wdrożyć aktualne przepisy. Większym problemem dla producentów pojazdów ciężarowych okazały się niewystarczające zasoby do produkcji nowych czujników ruchu, które stanowią element składowy smart tacho.

Służby kontrolne chcą być na bieżąco

Rozporządzenie wprowadzające inteligentne tachografy nakłada na europejskie służby kontrolne obowiązek dostosowania się do wczesnego wykrywania manipulacji (zdalnej preselekcji) w okresie 15 lat od momentu wejścia urządzeń na rynek. Zatem obecnie służby nie muszą dysponować sprzętem, który umożliwi prowadzenie zdalnych kontroli, a jedynie podczas tradycyjnych zatrzymań inspekcje zobowiązane są wykonywać standardowe czynności kontrolne w sposób, który jest wykorzystywany także w starszych wersjach tachografów.

Warto zauważyć, że mimo iż inspekcje mają 15 lat na wyposażenie swoich funkcjonariuszy w sprzęt do zdalnej preselekcji, to już teraz poszczególne służby żywo interesują się takimi narzędziami, prowadzą testy i poszukiwania najbardziej odpowiednich systemów, które takie kontrole umożliwią. Wskazuje to na fakt, że inspektorzy odczuwają konieczność doposażenia się w takie narzędzia najszybciej jak to możliwe, by móc dokonywać kontroli sprawniej niż dotychczas – zauważa ekspert. – Inspekcje, dzięki inteligentnym tachografom, wykryły pierwsze przypadki manipulacji czasem jazdy – niezwykle pomocna była ewidencja punktów pokonywanej trasy, która nie pokrywała się z zapisami tacho – podkreśla Piotr Żółty z Inelo.

Cyfrowe zmiany na lepsze

Inteligentne tachografy stworzone, by ograniczyć manipulacje, stopniowo wkraczają na europejskie drogi. Już teraz dostrzegalne są korzyści wynikające ze zmiany przepisów względem rejestratorów, zatem przewoźnicy, którzy przestrzegają norm czasu pracy, nie mają się czego obawiać. Natomiast firmy transportowe sięgające po nielegalne praktyki mogą być pewne, że rozpowszechnianie inteligentnych tacho przyczyni się do wykrywania manipulacji.

[1] PZPM, Branża Motoryzacyjna Raport 2019/2020

[2] https://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-ciezarowe/Pazdziernik-2019r

INC podsumowuje III kwartał

Specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów Grupa INC podsumowała III kwartał 2019 r. W tym okresie Grupa kontynuowała wcześniejsze zmiany organizacyjne oraz zawarła strategiczną współpracę z InnerValue, co przełożyło się na przyśpieszenie rozwoju już w ostatnich tygodniach. Zarząd pracuje nad aktualizacją strategii, która uwzględni rozszerzenie obszarów działalności. W samym III kwartale Grupa INC osiągnęła 94 tys. zł zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej, a na dzień 30 września 2019 r. posiadała prawie 5 mln zł środków pieniężnych.

– Dzięki zmianom przeprowadzonym w Grupie INC w ostatnich dwóch, trzech latach, jak i w ostatnich dwóch miesiącach, mamy pełne portfolio usług dla firm poszukujących finansowania oraz notowanych na giełdzie. Pracujemy nad aktualizacją strategii rozwoju, która będzie odpowiedzią na dynamiczne zmiany w Grupie oraz potrzeby rynkowe, w szczególności młodych, innowacyjnych spółek tzw. nowej ekonomii. – mówi Paweł Śliwiński, prezes INC.

W III kwartale przychody ze sprzedaży wyniosły 2,2 mln zł, w tym przychody ze sprzedaży usług doradczych wyniosły 607 tys. zł, co oznacza wzrost o 1 proc. r/r. Zysk ze sprzedaży usług doradczych wyniósł 459 tys. zł, a wynik netto -390 tys. zł, przy czym zysk przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 94 tys. zł. Na 30 września 2019 r. środki pieniężne wyniosły 4,9 mln zł, co oznacza wzrost o 1,4 mln zł od początku roku.

– W ostatnich tygodniach przyśpieszyliśmy rozwój Grupy i jesteśmy gotowi do dalszego wzrostu. Mamy stabilną i mocną sytuację finansową, prawie 5 mln zł gotówki oraz ponad 12 mln zł aktywów finansowych. – dodaje Paweł Śliwiński.

W listopadzie br. Grupa INC podpisała umowy w zakresie prowadzenia procesu pozyskania finansowania lub wprowadzenia akcji do obrotu na rynku NewConnect z trzema spółkami z branży gamingowej. Grupa uruchomiła również sekcję StartupZone na platformie CrowdConnect.pl, w ramach której rozpoczęły się dwie oferty crowdinwestycyjne. Dom Maklerski INC uzyskał status Partnera Crowdfundingowego Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

21 listopada 2019 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło decyzję o uchwaleniu programu motywacyjnego dla Partnerów Zarządzających InnerValue, który oparty jest o wzrost wartości rynkowej spółki w najbliższych trzech latach. Jednocześnie Akcjonariusze zdecydowali o powołaniu do Rady Nadzorczej Mateusza Wcześniaka, prezesa Movie Games.

Relacja z FinTech & InsurTech Digital Congress 2019

19 i 20 listopada w Sheraton Warsaw Hotel odbył się FinTech & InsurTech Digital Congress. Ponad 600 uczestników wysłuchało inspirujących debat, use-case’ów oraz prezentacji podczas 2 dni kongresu. Tematem przewodnim jesiennej się edycji była przede wszystkim kwestia szeroko rozumianej różnorodności i innowacyjności.

Hasło “diversity” było widoczne w całej dwudniowej agendzie. Podczas wydarzenia eksperci zwrócili uwagę na to, jak świadomie wykorzystywać umiejętności, doświadczenie zawodowe, różnice kulturowe lub płeć w cyfrowym świecie. Uwidoczniona została rola kobiet branży finansowej i ubezpieczeniowej oraz ich wkład w rozwój sektorów.

Uroczystego otwarcia wydarzenia dokonali Przewodniczący Rad Programowych, Marcin Petrykowski, Managing Director S&P Global, Przewodniczący Rady Programowej FinTech Digital Congress, Małgorzata Szturmowicz, Banking & Fintech Industry Expert, Vice-Przewodnicząca Rady Programowej FinTech Digital Congress

oraz Cezary Świerszcz, CEO, Bacca, Współprzewodniczący Rady Programowej InsurTech Digital Congress. W ramach panelu inauguracyjnego keynote speech o  istocie transformacji cyfrowej wygłosiła Sonia Wedrychowicz-Horbatowska, Digital Transformation Practitioner and Thought Leader. O kobietach i ich wpływie na sektory jako kolejnej super-sile w Fintechu i Insurtechu rozmawiali uczestnicy debaty pod tym samym tytułem: Are women the next huge superpower in Fintech and Insurtech? Różnorodność – efektywność – innowacyjność”.

Drugiego dnia w ramach wydarzenia odbyły się dwie ścieżki tematyczne, FinTech oraz InsurTech. Uczestnicy wysłuchali wielu praktycznych use case’ów przedstawiających wdrożenia technologiczne w organizacjach czy pomysłów na finansowanie. Agenda 7. edycji FinTech Digital Congress poruszyła zagadnienia nawiązujące do przyszłości sektora. Eksperci zastawiali się nad koncepcją beyond banking, rozwoju challaneger i neo-banków, wpływie big-techów na ekosystem i roli, jaką odgrywają, oraz będą odgrywać w gospodarce światowej. Zastanawiano się jak oferować dodatkową wartość zamiast tradycyjnych usług finansowych, tak, aby była bezpiecznym i bezproblemowym elementem w obsłudze klienta. W bloku poświęconym platformizacji usług finansowych po raz pierwszy na kongresie omawiana była również współpracy retailerów z otoczeniem paymentowym. Część fintechową zakończyła bardzo ciekawa dyskusja nt. fintech eduction.

W ramach ścieżki InsurTech Digital Congress uczestnicy wysłuchali praktycznych casów i przykładów jak pobudzać innowacje w ubezpieczeniach, jak zarządzać sprzedażą i obsługa klienta w dobie cyfryzacji oraz co tak naprawdę oznacza bycie digital. Po raz pierwszy podczas kongresu podjęty został temat pracy agentów oraz tego, jak tę pracę usprawnić dzięki nowym technologiom. Nie zabrakło analizy przestrzeni współpracy ubezpieczycieli z insurtech’ami oraz tematów poświęconych systemom telemedycznym i nowym modelom biznesowym.

W roli prelegentów wystąpili m.in.

  • Peter Faykiss, Director, Central Bank of Hungary
  • Mikaela Grännby, Executive Vice President Europe, Lendo AB
  • Joanna Izdebska, Global Sales & Marketing Director IPF Digital, marka hapipożyczki
  • Sonia Wedrychowicz- Horbatowska, Digital Transformation Practitioner and Thought Leader
  • Mike Lemberger, Senior Vice President, Head of European Products, Visa
  • Jean-Marc Pailhol, Head of Global Market Management & Distribution, Allianz SE
  • Manjit Rana, MD Corporate Innovation Insurance & InsurTech, Rainmaking Innovation, Startupbootcamp
  • dr Tomas Talutis, Chief Legal Counsel at Ooniq P2P Insurance; Managing partner, Law firm TVINS
  • Peter Temperley, Head of Operations, Blocksure
  • Katarzyna Wojdyła, Członek Zarządu, Link4

FinTech & InsurTech Digital Congress cieszy się dużą popularnością i zainteresowaniem najważniejszych osobistości sektora finansów i wiodących spółek sektora FinTech. Wydarzenie jest świetną okazją do zapoznania się z największymi trendami sektora oraz zainspirowania się praktycznymi wdrożeniami zaprezentowanymi podczas wydarzenia.

Zeznania ambasadora USA postawiły Trumpa w bardzo trudnej sytuacji

Wczorajsze zeznania ambasadora USA przy Unii Europejskiej postawiły prezydenta Trumpa w bardzo trudnej sytuacji. Według amerykańskiego dyplomaty prezydent USA naciskał na ukraińskie władze, by te wszczęły dochodzenie wobec Joe Bidena. Sprawę łączy się bezpośrednio z osobistym prawnikiem prezydenta. Pojawił się zarzut, że polityka Trumpa wobec Ukrainy to relacja „coś za coś”.

Impeachment bliżej?

Wczorajsze zeznania ambasadora USA przy Unii Europejskiej Gordona Sondlanda rzuciły nowe światło na kwestię impeachmentu prezydenta. Potwierdził on zaangażowanie otoczenia prezydenta w kwestie wszczęcia śledztwa na Ukrainie. Co prawda, nie połączył tego z samym prezydentem, ale jego prawnikiem Rudym Giulianim. Co więcej, potwierdził bardzo istotny w sprawie element pomocy wojskowej w zamian za postępowanie. Według amerykańskiego dyplomaty wizyta w Białym Domu nowo wybranego prezydenta Zełenskiego także miała zależeć od tego, czy Ukraińskie władze rozpoczną dochodzenie. Mamy zatem sytuację zaoferowania czegoś za korzyści. Rynki walutowe przyjmują to na spokojnie, jednakże gdyby sprawa się rozwijała, a w takiej sytuacji nie można tego wykluczyć, może się to szybko zmienić.

Dane z Polski

Dziś rano GUS opublikował kilka komunikatów. Produkcja budowlano-montażowa spadła w skali roku o 4,2%. Jest to o tyle istotna zmiana, że oczekiwano wzrostu o 6,2%. Wzrosła za to produkcja przemysłowa. W ciągu roku rośnie ona o 3,5%, czyli niemal procent powyżej oczekiwań rynków. Dane o produkcji przemysłowej są znacznie ważniejsze niż budowlano-montażowej, co potwierdza zachowanie rynków walutowych. Po decyzji złoty umacniał się względem głównych walut.

Co z tą wojną handlową?

Prezydent Chin potwierdził coś, co w sumie wszyscy wiedzą. Chiny są zainteresowane uniknięciem wojny handlowej, ale nie boją się jej kontynuować. Jest to mocne tło dla trwających negocjacji w ramach pierwszej fazy porozumienia pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata. Jest to o tyle istotne, że już 15 grudnia ma wejść nowa porcja ceł w życie. W rezultacie wielu obserwatorów wierzy, że do tego czasu podpisane zostanie porozumienie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Inwestorzy wciąż zainteresowani polskim rynkiem nieruchomości

W III kwartale 2019 r. łączna wartość transakcji zawartych na krajowym rynku nieruchomości komercyjnych wyniosła 1,8 mld euro, zwiększając tegoroczny wolumen transakcyjny do 4,5 mld euro – wynika z raportu przygotowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland. Zdaniem ekspertów Polska wciąż pozostaje atrakcyjnym rynkiem do inwestowania. Już nie tylko Warszawa, ale również rynki regionalne znajdują się w obszarze zainteresowań inwestorów, którzy coraz częściej sięgają po produkty typu value-add.

Łączna wartość transakcji zrealizowanych w pierwszych trzech kwartałach br. na rynku nieruchomości komercyjnych była wyraźnie niższa od uzyskanej w analogicznym okresie roku poprzedniego, co w dużej mierze wynikało z rozdrobnionego wolumenu inwestycji w okresie styczeń-marzec br. Biorąc jednak pod lupę okres II-III kwartał br., wynik jest lepszy o 25% od zeszłorocznego. Wg ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, kwota wszystkich sfinalizowanych umów w tym roku może zbliżyć się do zeszłorocznego wyniku, potwierdzając tym samym niesłabnące od dłuższego czasu zainteresowanie zagranicznych inwestorów polskim rynkiem. Możliwości inwestycyjnych na Wisłą poszukują fundusze z Europy Zachodniej oraz Republiki Południowej Afryki. Coraz częściej w kierunku naszego kraju spoglądają również inwestorzy z Azji. W I półroczu br. podmioty z Singapuru, Korei Południowej, Japonii i Filipin były zaangażowane w ok. 20% wszystkich wydatków inwestycyjnych w nieruchomości komercyjne w Polsce.

Biura w modzie, nie tylko w Warszawie

W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się segment aktywów biurowych, w którym zawarto transakcje na kwotę 2,75 mld euro, co stanowi ponad 60% całego wolumenu inwestycyjnego zrealizowanego w tym okresie. Uzyskany wynik to efekt 50 zrealizowanych transakcji, obejmujących ok. 75 obiektów biurowych o łącznej powierzchni ponad 1 mln m kw.

Wciąż w centrum uwagi inwestorów znajduje się Warszawa, która odpowiada za ok. 60% wolumenu wszystkich inwestycji w aktywa biurowe w 2019 roku, co daje kwotę ponad 1,6 mld euro.

Lokujący swoje środki na rynku warszawskim inwestorzy byli zainteresowani szerokim spektrum aktywów – od najwyższej klasy nieruchomości położonych w centrum miasta, po aktywa niższej jakości, tj. starsze budynki o sporym potencjale wzrostu, ale zlokalizowane w mniej centralnych dzielnicach. W III kwartale br. do największych transakcji zawartych w tym segmencie rynku zalicza się nabycie za kwotę 386 mln euro przez firmę Immofinanz 220-metrowego budynku Warsaw Spire A oraz zakup budynków Ethos oraz Astoria przez Credit Suisse – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

Rynki regionalne w natarciu

Mimo dużego zainteresowania Warszawą, rośnie znaczenie rynków regionalnych, oferujących większą stopę zwrotu oraz szerszy wachlarz dostępnych produktów inwestycyjnych. Wartość transakcji na tych rynkach w okresie I-III kw. przekroczyła ponad 1 mld euro obejmując umowy zarówno z rynków wiodących (Kraków, Wrocław, Trojmiasto) jak i rozwojowych (Poznań, Łódź, Katowice). W trzecim kwartale br. największą transakcją w regionie było nabycie dwóch kolejnych budynków w kompleksie Business Garden w Poznaniu przez Crowmell European REIT. Ten sam inwestor pozyskał portfel czterech obiektów w Krakowie (Avatar, Green Park A, B i C), a inny gracz rynkowy – Globalworth – kupił kompleks biurowy Silesia Star w Katowicach oraz Retro Office House we Wrocławiu za łączną kwotę 113 mln euro.

Mniejsze zainteresowanie segmentem handlowym

Mimo dobrej kondycji segmentu handlowego, inwestorzy poświęcają mu coraz mniej uwagi. Wielu z nich obawia się o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu w kontekście dynamicznego rozwoju rynku e-commerce. Pierwsze trzy kwartały br. przyniosły finalizację umów w tym segmencie na kwotę blisko 900 mln euro. Niemal połowę tej wartości wygenerowały dwie transakcje. Pierwszą z nich było nabycie przez ECE European Prime Shopping Center Fund II dwóch dużych centrów handlowych na rynkach regionalnych (Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin w Koszalinie) za kwotę 298 mln euro. W ramach drugiej transakcji EPP kupiło od Chariot Top Group cztery centra handlowe M1 za cenę 222 mln euro. Co istotne, wiele transakcji dotyczyło nabycia mniejszych aktywów – głównie parków handlowych i obiektów typu „convenience centre” na rynkach regionalnych.

Silny apetyt na sektor magazynowo-przemysłowy, ożywienie na rynku hotelowym

Do końca września br. łączna wartość wszystkich piętnastu sfinalizowanych w Polsce transakcji w tym sektorze, uwzględniających zarówno pojedyncze hale, jak i całe parki logistyczne, wyniosła ok. 620 mln euro, stanowiąc ok. 14% całego wolumenu inwestycyjnego w tym okresie. Do największych transakcji zaliczają się akwizycje Logistics Park Gdańsk w Pruszczu Gdańskim przez Hines Global Income Trust i Panattoni Park Warsaw West VI (z siedzibą w Grodzisku Mazowieckim – Warszawa II) przez La Salle IM / Encore +.

Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland zwracają uwagę na ożywienie w segmencie hotelowym po okresie chwilowej stagnacji. Trzeci kwartał br. przyniósł ok. 50 mln euro z transakcji, m.in. za sprawą zakupu hotelu Holiday Inn w Gdańsku przez Union Investment.

Możliwa dalsza kompresja stóp kapitalizacji dla wybranych obiektów

W III kwartale 2019 r. stopy kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku pozostawały na względnie stałym poziomie.

W przypadku najlepszej klasy aktywów biurowych w Warszawie stopa kapitalizacji oscylowała wokół 4,50%, podczas gdy na głównych rynkach regionalnych mieściła się w przedziale 5,50% – 6,00%. Najlepiej sprzedające się nieruchomości handlowe osiągały poziom od 4,25% w Warszawie do ok. 5,00% na innych, głównych rynkach. W sektorze przemysłowo-magazynowym najlepsze obiekty osiągały stopę kapitalizacji od 5,50% do 6,50% w zależności od regionu. Aktywa z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu z operatorami z sektora e-commerce oscylowały wokół 5,00% – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

W III kwartale 2019 r. stopy kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku pozostawały na względnie stałym poziomie.

Czy IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty frachtu morskiego?

Od 1 stycznia 2020 r. międzynarodowa konwencja o zapobieganiu zanieczyszczeniu morza przez statki (MARPOL) oraz Międzynarodowa Organizacja Morska (IMO) będą egzekwować od armatorów oceanicznych stosowanie paliw żeglugowych o ograniczonej zawartości siarki z obecnego 3,5 proc. do maksymalnie 0,5 proc. Co to oznacza dla frachtu morskiego? Czy rozporządzenie IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty transportu towarów drogą morską? Na te pytania odpowiada w poniższym komentarzu Hillebrand, globalny operator logistyczny specjalizujący się w obsłudze rynku alkoholi i napojów.

Po co wdrożono rozporządzenie IMO 2020?

Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland
Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland

Przypomnijmy, celem wdrożenia rozporządzenia IMO 2020 jest zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza spowodowanego emisją siarki o około 70 proc. w skali światowej do 2025 r., a za tym też poprawa zdrowia społeczeństwa oraz zmniejszenie ilości kwaśnych deszczów, które poprzez toksyny wpływają na zanieczyszczenie gleb i niszczenie upraw.

– Hillebrand angażuje się w badania, tworzenie i wdrażanie zrównoważonych praktyk w całej swojej działalności.  Dlatego w pełni popieramy rozporządzenie IMO 2020 i uważamy, że jest to pozytywny krok dla każdego, kto jest związany ze światową żeglugą morską – komentuje Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland.

W przypadku przewoźników oceanicznych istnieją trzy sposoby zapewnienia zgodności z rozporządzeniem IMO 2020:

  • zastosowanie paliw o maksymalnej zawartości do 0,5 proc. m/m siarki w paliwie;
  • zastosowanie skruberów – urządzeń oczyszczających spaliny przy zastosowaniu paliwa żeglugowego IFO 380;
  • wykorzystanie alternatywnych paliw takich jak LNG, czy metanol w żegludze bliskiego zasięgu.

Przewiduje się, że spora część przewoźników wybierze raczej paliwa zgodne z IMO 2020 o obniżonej zawartości siarki, gdyż stają się coraz bardziej dostępne. Jednakże w większości przypadków armatorzy będą wybierać kombinację dostępnych technologii. Szacuje się też, iż około 15 proc. statków oceanicznych już wyposażono w skrubery.

Czy IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty frachtu morskiego?

– Ostateczny wpływ wdrożenia IMO 2020 na koszty frachtu morskiego jest trudny do określenia w tym momencie, gdyż istnieje wiele znaków zapytania dotyczących chociażby dostępności zgodnych z normami paliw w różnych regionach świata, jakości tych paliw oraz ich cen – wyjaśnia Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland.

Na tym etapie analitycy Hillebrand prognozują, że koszty paliwa mogą znacznie wzrosnąć w przypadku przewoźników oceanicznych, a w rezultacie mogą też wzrosnąć koszty frachtu morskiego. Obecna cena paliwa żeglugowego o niskiej zawartości siarki (LSF) jest o około 200-250 USD za tonę wyższa niż cena oleju napędowego IFO 380.  Ceny uzależnione są też od regionu. Na przykład 1 listopada 2019 r. różnica pomiędzy cenami oleju LSF a IFO wynosiła 235 USD w Rotterdamie i 270 USD w Houston (USA).

Kalkulacja kosztów po 1 stycznia 2020

Każda z firm spedycyjnych szuka więc teraz sposobu jak aktualizować opłaty paliwowe, aby móc obliczyć faktycznie koszty frachtu morskiego. Hillebrand wybrał analizę cen na podstawie bunkrowania (tankowania statków oceanicznych) biorąc pod uwagę dodatkowe czynniki handlowe, co umożliwi przewidywalność ewolucji cen paliw i ich wpływu na koszty frachtu. Metoda kalkulacji kosztów paliwa we frachcie morskim, którą postanowił zastosować Hillebrand pozwala na comiesięczną analizę cen paliw. Przewoźnicy morscy tankują swoje statki w różnych portach w zależności od umów z rafineriami, tras na których działają oraz rzeczywistych kosztów paliw, które są sprzedawane po różnych cenach na całym świecie. Aby precyzyjnie określać te koszty, Hillebrand będzie się odnosić do różnych rynków w zależności od regionu (bazując na indexach paliwowych tj. Bunkerindex.com) np. dla Europy do rynku rotterdamskiego, analogicznie dla Ameryki Południowej i Ameryki Północnej do cen w Houston oraz do cen w Singapurze dla Azji lub Azji i Oceanii. Hillebrand przyjął, że analiza ta składać się będzie z rzeczywistej ceny paliwa o zawartości 0,5 proc. siarki w paliwie, paliwa żeglugowego IFO 380 i dodatkowych czynników handlowych. Czynniki handlowe mogą obejmować m.in. czasy tranzytu, średnie dzienne zużycie paliwa na morzu, a także strategię potrzeb przewozowych Hillebrand na danym szlaku handlowym.

Wzrost mediany płac

Średnie wynagrodzenie w Polsce według danych wynosiło w październiku ponad 5000 zł. Znacznie zawyżają ją jednak osoby, które zarabiają najwięcej. Analizując więc takie dane należy zwracać uwagę nie na średnią, ale na medianę wynagrodzeń.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, Prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Najnowsze dane GUS dotyczące zarobków za rok 2018 obala mit średniej krajowej, która w październiku według informacji tej samej instytucji wynosiła 5003,78 zł. Analizując wysokość wynagrodzeń należy zawsze skupiać się na medianie, ponieważ wysokość średniej bywa zaburzona przez osoby osiągające bardzo wysokie wynagrodzenia. Obecnie kształtuje się ona na poziomie 4094,98 zł, czyli niemal 900 zł mniej niż ostatni przedstawiona średnia pensja.

Grupą zawodową, która w największym stopniu zawyża średnie wynagrodzenie są informatycy i ogólnie pracownicy szeroko rozumianego sektora IT, których pensje znacznie odbiegają od rynkowej normy. Wystarczy niewielki procent takich osób, żeby skutecznie zaburzyć wynik. Biorąc pod uwagę, że jest to branża, którą możemy zaliczyć do jednej z najdynamiczniej rozwijającej się i zatrudniającej coraz więcej osób, wpływ ten będzie coraz większy.

Analizując dane GUS możemy jednak zauważyć, że zarówno średnia jak i mediana wynagrodzeń są z roku na rok wyższe, co jest bardzo dobrą informacją dla osób czynnych zawodowo.  Mediana w porównaniu do ostatnich danych z 2016 roku wzrosła o 16,6 %, czyli 5084,31 zł, jest to najszybsza dynamika wzrostu od ponad 10 lat. Dynamiczny wzrost wskazuje na bardzo istotną kwestię, mianowicie wzrost wynagrodzeń nie tylko osób zarabiających ponadprzeciętni, ale również pracowników znajdujących się na stanowiskach gorzej opłacanych. Potwierdza to tezę o tym, że rynek pracy potrzebuje nie tylko osób o wysokich, specjalistycznych kwalifikacjach, ale również tych niewykwalifikowanych, lub posiadających niskie kwalifikacje.

Młodzi Polacy coraz sceptyczniej podchodzą do Black Friday

Z badania serwisu DING i Hiper-Com Poland wynika, że 43% młodych Polaków czeka na oferty w ramach Black Friday. 36% nie oczekuje ich, a 21% jest niezdecydowanych lub obojętnych. Aż 60% respondentów kieruje się czystą oszczędnością. 21% lubi korzystać z dużych promocji. 13% interesuje się akcją z przyzwyczajenia. Sceptycy głównie podnoszą zarzut, że więcej jest wokół niej szumu niż realnych korzyści. Skarżą się też, że rabaty są małe lub coraz trudniej jest kupić coś w dobrej cenie. Z kolei łowcy okazji w tym roku chcą zapolować przede wszystkim na elektronikę – 49% oraz na ubrania – 33%.  

Łącznie 43% badanych czeka na oferty w związku z Czarnym Piątkiem. W ocenie Karola Kamińskiego z serwisu oraz aplikacji mobilnej DING, to nie jest najlepszy wynik. Ekspert bierze pod uwagę to, że nakłady na komunikację Black Friday są bardzo wysokie. Natomiast osiągane zyski raczej ich nie rekompensują, patrząc na krajowy rynek. W dużej mierze wynika to z tego, święto zakupów zupełnie inaczej wygląda za oceanem niż u nas. Tam działa potężna machina handlowa, która ma wieloletnią tradycję.

– W sumie 36% ankietowanych nie czeka na oferty w ramach Black Friday, a 21% jest niezdecydowanych lub obojętnych. Trzeba podkreślić, że polscy klienci dopiero przyzwyczajają się do samej idei. Jak wiadomo, jesteśmy narodem lubiącym oszczędności, więc nowa tradycja jest witana entuzjastycznie. Jednak u nas promocje są dużo mniejsze niż w USA i część konsumentów może już tym faktem być zawiedziona. Wśród sceptyków z pewnością nie brakuje też osób, które zazwyczaj nie przykładają uwagi do cen i okazji – stwierdza Katarzyna Grochowska z firmy Hiper-Com Poland.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego, uważa, że ww. wyniki pokazują duże zainteresowanie akcją. Ekspert zwraca uwagę na to, że w Polsce małe sklepy wciąż stanowią prawie połowę rynku. Co więcej, 40% społeczeństwa mieszka na wsi, gdzie w zasadzie nie ma firm uczestniczących w tym zjawisku. Podobnie jest w miastach poniżej 25 tys. mieszkańców, które stanowią  ok. 10% ludności. Czarny Piątek jest u nas znany dopiero od ok. 10 lat, więc badanie wykazało istotność nowego zwyczaju konsumenckiego.

– Ci, którzy jednak czekają na Black Friday, w większości kierują się czystą oszczędnością. Nie jest zaskoczeniem, że aż 60% z nich tak twierdzi. W końcu taki właśnie jest cel. Młodzi ludzie doskonale to rozumieją. 21% entuzjastów wyjaśniło w badaniu, że lubi korzystać z dużych promocji. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że 13% osób interesuje się nadchodzącym świętem zakupów z przyzwyczajenia. Według mnie, ten odsetek będzie sukcesywnie rósł, choć nie aż tak dynamicznie, jak to było jeszcze kilka lat temu. Konsumenci coraz bardziej odbierają to jako stały element w handlu – wyjaśnia ekspert z DING.

Natomiast osoby niezainteresowane głównie podnoszą zarzut, że sklepy robią więcej szumu, niż jest z tego korzyści – 35%. Konsumenci skarżą się też, że rabaty są zbyt małe – 20%. Niektórzy uważają, że coraz trudniej jest coś kupić w dobrej cenie – 15%. A jeszcze inni zapewniają, że przeceny oferowane w ramach tej akcji nie robią na nich wrażenia – 11%. Jak komentuje dr Faliński, to są opinie klientów, dla których obniżki są codziennością. Stale z nich korzystają, np. w dyskontach lub w outletach. Tam, gdzie regularne ceny są stosunkowo wysokie, nie mogą liczyć na zakupy za bezcen. I to może być dla nich irytujące.

– Badani to w większości ludzie wychowani w dobie Internetu. Dzięki temu, że porównują ze sobą oferty dostępne online, stali się świadomymi konsumentami. Jest to też pokolenie, które żyje globalnie. Dowiaduje się z internetowych źródeł o promocjach oferowanych w ojczyźnie Black Friday, gdzie obniżki cen na elektronikę potrafią przekraczać nawet 50% bazowej wartości. I z tego właśnie powodu przeceny na polskim rynku nie robią na konsumentach aż tak dużego wrażenia – przekonuje Michał Majszczyk, ekspert z Hiper-Com Poland.

Młodzi Polacy, którzy zamierzają korzystać z nadchodzących okazji zakupowych, w większości doskonale wiedzą, co w pierwszej kolejności będą chcieli kupić. Prawie połowa z nich zdecydowanie wskazuje na elektronikę – 49%. Wiele osób będzie też polowało na ubrania – 33%. Dalej konsumenci wymieniają perfumy – 6%, kosmetyki – 5%, obuwie – 2%, art. dla dzieci – 2%, a na samym końcu – przedmioty do domu i ogrodu – 1%.

– W tego typu akcjach konsumenci kupują głównie przedmioty, na jakie nie stać ich w regularnych cenach. Ewentualnie musieliby na nie długo oszczędzać. Z reguły są to np. telewizory, laptopy, a także markowe ubrania. Nie upatrywałbym w tym winny sklepów, lecz zwróciłbym raczej uwagę na preferencje klientów. W kolejnych latach coraz większym zainteresowaniem mogą się cieszyć perfumy, które potrafią sporo kosztować w przypadku prestiżowych marek. Na chwilę obecną zaledwie 6% badanych zamierza je kupić. Jednak uważam, że w przyszłości będzie się to zmieniało – przewiduje Karol Kamiński.

Badanie zostało zrealizowane przez serwis oraz aplikację mobilną DING (Grupa AdRetail) oraz międzynarodową firmę Hiper-Com Poland. Działania były prowadzone na terenie 34 dużych i średnich miast w całej Polsce. Od 25 października do 8 listopada 2019 roku odbyły się 1004 wywiady bezpośrednie. W ankiecie wzięło udział 48% kobiet i 52% mężczyzn w wieku od 18 do 35 lat.

Podmioty, które mogą uzyskać informacje z akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową

Ordynacja podatkowa zawiera szeroki katalog podmiotów, które w pewnych sytuacjach mogą uzyskać dostęp do informacji z akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową oraz podmiotów, które mogą uzyskać dostęp bezpośrednio do akt objętych tajemnicą.

Udostępnienie akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową

Standardowo akta zawierające informacje objęte tajemnicą skarbową, ale niepochodzące z banków i innych instytucji finansowych udostępniane są podmiotom wskazanym w art. 298 Ordynacji podatkowej. W tym przepisie określono, że organy podatkowe udostępniają wskazane akta ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych, Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej, innym organom podatkowym, Najwyższej Izbie Kontroli, sądowi, prokuratorowi, a także upoważnionym przez prokuratora funkcjonariuszom Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Straży Granicznej lub Centralnego Biura Antykorupcyjnego, ABW, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, Służbie Wywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, CBA, Policji, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Służbie Więziennej, Służbie Ochrony Państwa i ich posiadającym pisemne upoważnienie funkcjonariuszom lub żołnierzom, biegłym powołanym w toku postępowania podatkowego lub kontroli podatkowej, wojewodzie i Szefowi Urzędu do Spraw Cudzoziemców, Prokuratorii Generalnej RP, organom nadzoru górniczego, Przewodniczącemu KNF, organom właściwym w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych, Prezesowi UOKiK, a także innym organom w przypadkach i na zasadach określonych w odrębnych ustawach oraz ratyfikowanych umowach międzynarodowych, których stroną jest Rzeczpospolita Polska.

Udostępnianie informacji uzyskanych od państw UE

W art. 297a i 297b wskazano natomiast katalog podmiotów, którym przekazywane lub udostępniane są dane pozyskane przez organy w ramach szczególnych procedur, czyli postępowania dotyczącego wymiany informacji podatkowych z poszczególnymi państwami członkowskimi Unii Europejskiej oraz postępowania w sprawach ustalania cen transakcyjnych. W katalogu tym wyróżniono Ministra Rozwoju i Finansów, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, dyrektora izby administracji skarbowej, naczelnika urzędu skarbowego, naczelnika urzędu celno-skarbowego, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, sąd, prokuratora, Rzecznika Praw Obywatelskich, Prokuratora Generalnego, ABW, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, Agencję Wywiadu, Służbę Wywiadu Wojskowego, CBA, Policję, Żandarmerię Wojskową, Straż Graniczną, Służbę Więzienną, BOR, a także funkcjonariuszy posiadających pisemne upoważnienie, Najwyższą Izbę Kontroli oraz Państwową Komisję Wyborczą. Oczywiście pozyskanie danych musi mieć związek z toczącym się przed danym organem postępowaniem związanym z prawidłowym określeniem podstaw opodatkowania i wysokości zobowiązania podatkowej lub wymiarem innych należności dochodzonych w oparciu o przepisy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. Ewentualne udostępnienie informacji do innych celów wymaga zgody właściwej władzy państwa członkowskiego UE, od którego pochodzi dana informacja.

Udostępnianie akt objętych tajemnicą bankową

Odrębnym przepisem objęte są informacje objęte tajemnicą bankową. W rozumieniu przepisów Ordynacji podatkowej tajemnica bankowa stanowi niejako podkategorię tajemnicy skarbowej. Tajemnica skarbowa jest zatem pojęciem szerszym. Informacje pochodzące z banków i innych instytucji finansowych udostępniane są zatem wyłącznie ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych, Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej, dyrektorowi izby administracji skarbowej – w toku postępowania podatkowego, postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, a także innym naczelnikom urzędów skarbowych lub naczelnikom urzędów celno-skarbowych w związku z wszczętym przez te podmioty postępowaniem podatkowym, postępowaniem w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, kontrolą podatkową oraz kontrolą celno-skarbową. W katalogu wskazanym w art. 297 Ordynacji podatkowej wymieniono też Generalnego Inspektora Informacji Finansowej zgodnie z przepisami o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowania terroryzmu, sądy i prokuratorów w związku z toczącym się postępowaniem, Rzecznika Praw Obywatelskich w związku z jego udziałem w postępowaniu przed sądem administracyjnym, Prokuratora Generalnego na wniosek właściwego prokuratora, ABW, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, CBA, Policję, Żandarmerię Wojskową, Straż Graniczną, Służbę Więzienną, Służbę Ochrony Państwa, ABW, a także Przewodniczącego KNF.

Dostęp do informacji o schematach podatkowych

Co ważne, w zakresie udostępniania informacji podatkowych dość istotna zmiana miała miejsce 23 października 2018 r., kiedy to do Ordynacji podatkowej dodano art. 295c. Wskazał on na krąg podmiotów mających uprawnienia dostępu do informacji o schematach podatkowych oraz innych dokumentów związanych z tą informacją. Dostęp do tych objętych szczególną ochroną informacji mają zatem wyłącznie podmioty wyszczególnione w katalogu zawartym w Ordynacji podatkowej. W ramach tej listy należałoby wymienić przede wszystkim funkcjonariuszy lub pracowników załatwiających sprawę, ich przełożonych, naczelników urzędów skarbowych, naczelników urzędów celno-skarbowych, dyrektora izby administracji skarbowej oraz Szefa Krajowej Administracji Skarbowej. Dostęp ten przysługuje również pracownikom załatwiającym sprawę, ich przełożonym oraz organom wskazanym w ustawie o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami w zakresie wymiany informacji podatkowych.

Udostępnianie akt a udostępnianie informacji z akt

Na marginesie należy zaznaczyć, że na gruncie przepisów Ordynacji podatkowej może dojść nie tylko do udostępniania akt sprawy objętych tajemnicą skarbową, ale również informacji na bazie tych akt. Katalog podmiotów, które mogą uzyskać informacje z akt podatkowych, jest znacznie szerszy niż te wymienione wyżej. Ustawa przewiduje bowiem udostępnianie danych nie tylko wskazanym wcześniej podmiotom, ale również innym, wymienionym w art. 298 Ordynacji podatkowej. Ogólnie rzecz biorąc, mimo szczególnej ochrony danych objętych tajemnicą skarbową, i tak dość szeroki katalog podmiotów może uzyskać takie informacje.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Od kiedy TVP organizuje Sylwestra w Zakopanem, zainteresowanie miastem wzrosło o 300 proc.!

Od 2017 roku, kiedy po raz pierwszy zorganizowano Sylwestra TVP w Zakopanem, zainteresowanie okołosylwestrowym pobytem w tym mieście wzrosło o ponad 300 proc. – wynika z danych portalu Sylwestrowo.pl. Telewizyjne przedsięwzięcie przyciąga turystów jak magnes.

Trudno powiedzieć od jak dawna Zakopane cieszy się ogromną popularnością, jeśli chodzi o świąteczne, kilkudniowe pobyty w okolicy końca grudnia. Jednak jeszcze trzy lata temu to największe polskie miasta, Warszawa, Kraków i Wrocław, królowały w liczbie turystów przybywających, by świętować Sylwestra. W 2017 roku to się zmieniło. Od czasu pierwszego Sylwestra zorganizowanego w zimowej stolicy Polski przez TVP, to Zakopane wysunęło się na prowadzenie.

Co ciekawe, mimo że Zakopane oferuje około 40 tys. miejsc noclegowych, liczba turystów w trakcie Sylwestra wielokrotnie przekracza ten stan.

– Sylwester organizowany przez TVP jest dla wielu turystów kartą przetargową w wyborze miejsca na świętowanie. Potwierdzają to nasze dane, z których wynika, że odkąd Telewizja Polska przestała organizować Sylwestra we Wrocławiu, zainteresowanie pobytem w tym mieście na Sylwestra spadło o siedem proc. Rezygnacja z organizacji Sylwestra w Zakopanem przez TVP byłaby zapewne ogromnym ciosem dla Zakopiańskiej turystyki – komentuje Mateusz Goliat, ekspert portalu Sylwestrowo.pl

Organizatorzy imprez sylwestrowych w Zakopanem i ci oferujący noclegi zyskują na popularności miasta. Zakopane stało się najdroższym miejscem w Polsce, jeśli chodzi o sylwestrowe pobyty i imprezy. Średni koszt za osobę na balu sylwestrowym w Zakopanem to 313 zł, czyli o 10 proc. więcej niż w Warszawie czy Krakowie. Koszty noclegów potrafią wzrosnąć nawet o 500 proc. w porównaniu z mniej obleganymi terminami.

To nie odstrasza turystów. W poprzednim roku na portalu Sylwestrowo.pl prawie 80 tys. osób było zainteresowanych możliwością spędzenia Sylwestra w Zakopanem. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku ten rekord zostanie pobity.

Powoli staje się to nudne

Szum informacyjny wokół negocjacji handlowych USA-Chiny nie cichnie, ale też nie przynosi dowodów postępów ani potwierdzenia, aby stronom zależało na szybkiej finalizacji. Nadzieje na porozumienie wciąż są, ale słabną. Dziś dane makro i wystąpienie nowej szefowej EBC mają szanse odciągnąć na chwilę uwagę od handlowej sagi.

Wczoraj nie brakowało prasowych rewelacji, co może aktualnie dziać się w relacjach między USA i Chinami, jednak po rynku nie było widać gwałtownych i silnych reakcji. Dowiedzieliśmy się, że USA są gotowe odroczyć wprowadzenie ceł pierwotnie zaplanowanych na 15 grudnia, jeśli do tego czasu nie udałoby się sfinalizować rozmów nad ugodą Pierwszej Fazy. Jednocześnie Pekin podtrzymuje zaproszenie dla strony amerykańskiej do kontynuacji negocjacji. Każdy dzień przynosi coś nowego w opisie sytuacji, czasami jednak przecząc sobie nawzajem i ten bałagan informacyjny wywołuje zmęczenie. Inwestorzy wykazują coraz mniejsze zainteresowanie, gdyż bezcelowym jest dyskontowanie informacji, jeśli następnego dnia przyjdzie odwracać pozycje w reakcji na dementi. Ponadto w ostatnim czasie większość informacji dociera od nieoficjalnych źródeł, co obniża ich wartość. A oficjalne stanowiska Pekinu i Waszyngtonu nie ulegają zmianie. Nawet jeśli uczestnicy rynku pozostają ostrożnie optymistyczni, trudno przełożyć to na handel bez formalnego potwierdzenia. Z drugiej strony brak informacji z oficjalnych źródeł stwarza wrażenie, że stronom nie spieszy się do zakończenia negocjacji, stąd wydaje się bezzasadne dyskontować teraz coś, co efekty może przynieść dopiero po Nowym Roku, a po drodze równie dobrze może dojść do fiaska.

Jeśli jednak na rynkach nie ma innego ciekawszego tematu do dyskusji, ciężko jest kwestię negocjacji handlowych zignorować aż do stycznia. Dziś jednak może na chwilę uda się skupić na czymś (miejmy nadzieję) ciekawszym. Wstępne odczyty indeksów PMI z Eurolandu mogą dostarczyć odpowiedzi, czy gospodarka zaczyna wyciągać się z dołka. Sektor usługowy ponownie powinien wypadać lepiej od przemysłu, choć w obu przypadkach spodziewana jest poprawa względem poprzedniego miesiąca. Inne wskaźniki nastrojów za listopad (ZEW, Sentix) wskazały, że firmy lepiej oceniają warunki do prowadzenia biznesu w obliczu ocieplenia relacji USA-Chiny i postępów ws. brexitu.

Interesującym może także być pierwsze oficjalne przemówienie nowej prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde. Rynki chcą wiedzieć, jaki kierunek dla polityki obierze Lagarde. Biorąc pod uwagę, że na zakończenie swojej kadencji prezes Draghi wprowadził nowy pakiet stymulacyjny, Lagarde ma trochę ograniczone pole działania do przeprowadzenia rewolucji i bardziej prawdopodobnym jest, że będzie bronić dotychczasowej polityki oraz zadeklaruje gotowość banku do przeciwdziałania ryzykom gospodarczym. Wydźwięk wystąpienia może być neutralny, a ewentualne zaskoczenie leży po stronie, gdyby Lagarde okazała się bardziej agresywna po stronie przyzwolenia na dalszą ekspansję monetarną. Ale dla tego nie ma konsensualnego przyzwolenia w Radzie Prezesów EBC, więc byłoby ryzykowne tworzyć konflikt na starcie kadencji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ultimate Games po III kwartale 2019 r. notuje 230-procentowy wzrost zysku netto

Ultimate Games, notowany na GPW producent i wydawca gier, specjalizujący się w popularnych symulatorach wędkarstwa, po trzech kwartałach 2019 r. zarobił blisko 3 mln zł przy przychodach rzędu 6 mln zł. W porównaniu do  analogicznego okresu ubiegłego roku oznacza to 230-procentowy wzrost zysku netto. Spółka zakłada znaczący wzrost wyników w 2020 roku, do czego przyczyni się m.in. rozszerzenie portfolio gier.

Spółka osiągnęła przychody na poziomie 5,931  mln zł w porównaniu do 3,390 mln zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Analizując wyłącznie przychody ze sprzedaży produktów, różnica jest podobna – w trzech kwartałach 2019 r. była to kwota 5,034 mln zł, natomiast w analogicznym okresie 2018 r. – 2,868 mln zł.

Biorąc pod uwagę wynik netto, Spółka po trzech kwartałach osiągnęła zysk netto w kwocie 2,949 mln zł. To w porównaniu do kwoty 1,248 mln zł osiągniętej przez Spółkę w porównywalnym okresie ubiegłego roku świadczy o znaczącej poprawie wyników. Tak duża różnica w okresie pierwszych trzech kwartałów 2018 r. oraz w analogicznym okresie 2019 r. wynika z faktu, iż rok temu Spółka oferowała do sprzedaży znacznie mniej tytułów niż obecnie, a także nie uzyskiwała zysków ze sprzedaży z konsoli Nintendo Switch.

Tylko w trzecim kwartale 2019 r. przychody wyniosły 2,823 mln zł, a zysk netto 1,110 mln zł. Wyniki w omawianym okresie były znacząco wyższe niż w analogicznym okresie 2018 r. (odpowiednio 1,680 mln zł przychodów i 0,680 mln zysku netto).

W roku 2019 zdarzało się, że spółka miała 2-3 premiery tygodniowo. Cały rok możemy zakończyć nawet z 80 premierami na koncie. Zakładamy, że wyniki po IV kwartale będą jeszcze wyższe przez wzgląd na wzmożone zakupy graczy w okresie świątecznym, liczne wyprzedaże czy tak duże premiery jak m.in. Deadliest Catch: The Game, którego koszty powinny zwrócić się jeszcze w tym roku. Mamy plany na dalszy rozwój w przyszłym roku, chcemy wejść m.in. w tworzenie gier na PS5, w Google Stadia, myślimy też o innej wersji Switcha oraz o segmencie mobilnym – komentuje Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.

Ultimate Games każdego roku planuje wypuszczać na rynek 50-100 gier. W 2020 r. w portfolio firmy pojawi się kilka większych produkcji.

Coraz mniej rąk do pracy i coraz więcej emerytów. Kryzys demograficzny zatrzęsie gospodarką

Polska gospodarka już teraz odczuwa negatywne konsekwencje kryzysu demograficznego. Osób wchodzących na rynek pracy, urodzonych na przełomie XX i XXI wieku, jest dużo mniej niż w poprzednim pokoleniu. Zmniejszona pula pracujących osób ma wpływ nie tylko na sytuację ekonomiczną i gospodarczą Polski, ale również negatywnie odbije się na polityce społecznej państwa. Wypłacanie emerytur i opieka nad starzejącym się pokoleniem są bardziej obciążające dla skarbu państwa, gdy zmniejsza się liczba osób na rynku pracy. Ma to również wpływ na konsumpcję, a co za tym idzie na rozwój przedsiębiorstw. To bardzo niebezpieczny problem, gdyż nie da się go szybko rozwiązać. Teraźniejsza sytuacja zależy bowiem od dzietności dwie dekady temu, a rozwiązania wprowadzane dzisiaj będą miały swoje skutki dopiero za kilkadziesiąt lat. W międzyczasie kryzys demograficzny już daje nam się we znaki, a prognozy nie są optymistyczne.

– Pod względem demografii Polska jest w jednej z najtrudniejszych sytuacji w całej Europie. Z prognoz GUSu wynika, że do 2050 roku zaludnienie naszego kraju zmniejszy się do 34 milionów osób. To oznacza ubytek około 4 milionów osób z obecnej liczby Polaków. W niektórych regionach Polski możemy spodziewać się ubytków nawet na poziomie 30% ludności – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – W największym stopniu na demografię wpływa dzietność Polaków. Ta w ostatnich latach nieznacznie się poprawiła, gdyż wskaźnik dzietności w Polsce osiągnął 1,40%. Jednak aby zapewnić zastępowalność pokoleń, wskaźnik ten musiałby przekroczyć poziom dwóch punktów procentowych. Do takiego wyniku jest nam jeszcze bardzo daleko, a kryzysu demograficznego doświadczamy już teraz. Coraz mniej osób wchodzi na rynek pracy. Nie przyczynia się do tego wzrost bezrobocia, ani brak nowych miejsc pracy – maleje po prostu pula osób, które mogłyby się pracy podjąć – tłumaczy Kubisiak.

Największy internetowy salon samochodowy świata powstał w Polsce. Pozwala porównać ponad 400 modeli aut

Większość Polaków nadal kupuje samochody w salonach stacjonarnych, jednak już nawet 30 proc. klientów jest skłonnych rozważyć zakup auta online. Co więcej, 2/3 klientów wykorzystuje internet do wyszukiwania informacji o danym modelu czy marce. Do tej pory mogli korzystać z porównywarek samochodów używanych, ale brakowało podobnego narzędzia dla nowych aut. Tę rolę ma spełniać serwis internetowy autokatalog.pl, który zawiera 418 modeli samochodów pochodzących od 53 producentów. – To największy internetowy salon samochodowy na świecie – podkreślają twórcy rozwiązania.

– Ok. 80 proc. klientów wciąż decyduje się na zakup samochodu w tradycyjnym salonie, natomiast im młodsi klienci, tym chętniej chcą w tym celu skorzystać z internetu. W grupie wiekowej powyżej 45 lat odsetek kupujących przez internet wynosi tylko 4 proc., ale już w grupie 25–35 lat jest zdecydowanie wyższy i sięga 10 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Robert Bendlewski, dyrektor Departamentu Pojazdów Idea Getin Leasing. – Co ważne, z badania EY wynika, że 31 proc. klientów bierze pod uwagę zakup samochodu przez internet.

Badanie Deloitte pokazuje z kolei, że ponad 96 proc. klientów wykorzystuje internet do wyszukiwania informacji o produktach, ofertach i dostępnych narzędziach finansowych. Motoryzacja pod względem wpływu cyfrowego cechuje się jednym z wyższych wyników we wszystkich grupach wiekowych (62 proc.). Wyprzedza m.in. takie kategorie, jak artykuły dla dzieci i niemowląt (61 proc.), odzież (58 proc.) czy żywność (50 proc.).

– Najpopularniejszy model zakupowy to bezpośrednia strona importera – 32 proc. klientów zdecydowałoby się na zakup w ten sposób. Natomiast dotąd nie było żadnej strony, która dawałaby obiektywne spojrzenie na rynek i uwzględniała wszystkie marki i modele samochodów – dodaje Robert Bendlewski.

Kierowcy mogli dotychczas korzystać z wirtualnych wyszukiwarek i porównywarek samochodów używanych, ale brakowało analogicznego narzędzia dla nowych aut. Taką rolę ma pełnić startujący właśnie autokatalog.pl. Serwis zawiera informacje o 418 modelach samochodów i ich ponad 10 tys. wersjach, oferowanych obecnie na rynku polskim przez 53 marki. Narzędzie zostało stworzone przez Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Duża część modeli ma już opracowany unikalny, zestandaryzowany materiał prezentacyjny, który umożliwia stworzenie nawet do 55 tys. kombinacji wizualnych porównań par nowych aut. Materiał codziennie poszerzany jest o kolejne samochody.

Aby kupować samochody online, klienci muszą mieć zapewnioną pełną swobodę analizy ofert, a to oznacza nie tylko spojrzenie na konkretne auto z punktu widzenia wyglądu jego sylwetki czy też wnętrza, lecz także możliwość weryfikacji jego parametrów technicznych oraz wyposażenia. Dodatkowo, klienci muszą mieć narzędzia pozwalające na swobodne porównywanie aut, umożliwiające weryfikację różnic w ich osiągach i wyposażeniu czy też sprawdzenie warunków finansowych, jakie mogą uzyskać. Potwierdzenie, że wybrane auto marzeń znajduje się już w kraju, będzie swoistą wisienką na torcie. Do tej pory trudno było znaleźć w internecie miejsce, które dostarczałoby pełen komplet informacji – mówi Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.

Z Auto Katalogu można korzystać bezpłatnie poprzez stronę internetową albo aplikację na urządzeniu mobilnym (do pobrania w AppStore i Google Play). Prezentacja samochodu obejmuje specyfikację i kompletną galerię widoków z zewnątrz i wewnątrz. Dużą część modeli można także oglądać w widoku 360 stopni. Zawartość uzupełniają testy dziennikarskie i dane Info-Eksperta. Porównanie do 10 różnych modeli aut w Auto Katalogu zajmuje raptem kilka minut. Porównanie wizualne dwóch aut w kilka, kilkanaście sekund.

 Staraliśmy się stworzyć narzędzie, które zbiera maksymalnie dużo informacji i podaje je w prosty sposób, ale z drugiej strony pozwala na wizualizację tego samochodu i porównanie różnych modeli. Wyróżnikiem jest też sama porównywarka, która zawiera wmontowane konfiguratory producenckie. To oznacza, że już na etapie porównywania samochodów możemy wpływać na specyfikację, dodawać i odejmować opcje czy zmieniać podstawowe parametry samochodu, żeby wybrać najlepszy dla siebie – mówi Wojciech Drzewiecki.

Serwis umożliwia też wyliczenie najkorzystniejszego sposobu finansowania zakupu pojazdu. Auto Katalog zawiera stworzony przez Idea Getin Leasing kalkulator finansowy, który pozwala użytkownikowi dokonać symulacji wielu opcji finansowania w czasie rzeczywistym. Wystarczy zmienić podstawowe parametry, np. wysokość wkładu własnego czy długość umowy, żeby sprawdzić, jak zmieni się wysokość miesięcznej raty leasingu czy kredytu, bez potrzeby czekania na to, aż doradca przygotuje kalkulację.

– Tak jak Auto Katalog nie narzuca klientowi żadnej marki, modelu czy wersji samochodu, podobnie i my, tworząc kalkulator, nie chcieliśmy nic narzucać. Mając do dyspozycji trzy formy finansowania, czyli kredyt, leasing i najem, klient może 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę i bez wychodzenia z domu stworzyć dla siebie setki tysięcy kalkulacji i wykreować indywidualną ofertę, która spełni wszelkie jego oczekiwania, związane z okresem spłaty, wpłatą i wysokością raty – mówi Robert Bendlewski.

Jak podkreśla, parametry finansowe w kalkulatorze Auto Katalogu są identyczne z tymi, jakie klient uzyska w stacjonarnych oddziałach Idea Getin Leasing. Ponadto w razie jakichkolwiek problemów czy wątpliwości co do formy finansowania klient może skorzystać z doradztwa za pośrednictwem Live Chata, gdzie uzyska odpowiedzi dotyczące np. wymaganych dokumentów czy procedur.

Twórcy Auto Katalogu, określanego mianem największego internetowego salonu samochodowego świata, podkreślają, że serwis jest użyteczny zarówno dla klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorstw. Zapowiadają też, że projekt ma otwarty charakter i będzie się rozwijać. Niedługo zostanie rozbudowany o takie elementy, jak możliwość kalkulacji ubezpieczeń, bazę pojazdów klasycznych czy też automat decyzyjny wniosków finansowych.

– Teraz prezentujemy podstawową informację o pełnej ofercie rynku z cenami katalogowymi, rabatami oferowanymi oficjalnie przez producentów, mając przy tym świadomość, że oferta dealerów obejmuje przede wszystkim samochody stojące na placach, których ceny mogą się różnić od tych cennikowych. Takie auta wkrótce zaczniemy pokazywać w Auto Katalogu – zapowiada prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.

Jak podkreśla, Auto Katalog ma dostarczyć potencjalnemu klientowi wszystkich potrzebnych mu informacji, ograniczyć do minimum czas analizy i pozwolić mu na wizytę u dealera dopiero wtedy, kiedy jego preferencje zostaną zawężone.

Narzędzie powinno wspomóc także pracę sprzedawców. Dziś ilość informacji, którą muszą przetworzyć w zakresie własnej marki, jest tak duża, że często nie starcza im czasu, aby przyjrzeć się konkurencji. To narzędzie pozwala szybko porównać swój produkt z konkurencją i uwypuklić elementy, które za nim przemawiają. Zbierając w sposób zanonimizowany informacje o zainteresowaniu klientów (bez informacji o nich samych, bo nie przewidujemy konieczności logowania się do aplikacji), o tym, jakie modele wybierają, jak chcą je wyposażyć, jakie warunki finansowe preferują, tworzymy materiał dla producentów, którzy na jego podstawie mogą optymalizować specyfikację samochodów oferowanych w przyszłości na rynku. Będą w stanie tak przygotować ofertę, żeby klient szybciej zdecydował się na zakup – mówi Wojciech Drzewiecki.

Prof. J. Hausner: Ekonomiści czekają na bardziej szczegółowy plan działania rządu. Konieczne jest przygotowanie gospodarki na trudne czasy

Rok 2021 może być dla polskiej gospodarki trudniejszy niż przyszły, więc rząd powinien mieć plan działania na te kolejne dwa lata – mówi ekonomista prof. Jerzy Hausner. Wyzwaniem jest m.in. nadchodzące spowolnienie gospodarcze, które będzie oznaczać mniejsze wpływy do budżetu, oraz wzrost cen energii i kosztów pracy, który zmniejszy konkurencyjność polskich firm. Według byłego członka Rady Polityki Pieniężnej w exposé premiera Mateusza Morawieckiego zabrakło szczegółów na ten temat. Na razie rząd koncentruje się na szukaniu źródeł finansowania obietnic wyborczych.

Zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Mateusz Morawiecki powiedzieli publicznie, że weszliśmy w fazę spowolnienia gospodarczego. To nie będzie kryzys, ale czekają nas trudne czasy. I powiedzieli, że będziemy na to przygotowani, więc teraz trzeba powiedzieć, co to znaczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Jerzy Hausner, ekonomista Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Najważniejszym zadaniem jest przeprowadzić polską gospodarkę i jej obywateli przez ten trudniejszy okres, pamiętając, że część spraw od nas nie zależy, ale to nie znaczy, że nic od nas nie zależy. 

Według założeń do ustawy budżetowej, która zakłada, że dochody i wydatki budżetu w przyszłym roku zrównają się ze sobą i nie będzie deficytu, polska gospodarka urośnie w tym roku o 4,0 proc., a w kolejnym o 3,7 proc. To wyraźnie wolniej niż w 2018 roku, gdy przyspieszyła o 5,1 proc. Natomiast Narodowy Bank Polski w opublikowanej w listopadzie projekcji PKB zakłada odpowiednio 4,3 proc. oraz 3,6 proc. Jeszcze w lipcu prognozy były o kilka punktów procentowych wyższe. Wolniejsze tempo wzrostu to niższe wpływy do budżetu, a zobowiązania podjęte w czasie kampanii – takie jak 13. i 14. emerytura, podniesienie pensji minimalnej czy niższy ZUS i CIT dla małych firm i podniesienie limitu obrotów w przypadku opodatkowania ryczałtem – będą wymagały finansowania.

Mamy kilka inicjatyw, które już na pierwszym posiedzeniu Sejmu próbowano przeprowadzić. Nie wszystko się udało, bo na razie sprawa składek ZUS-u dla osób mających wysokie wynagrodzenia została odłożona, w związku z tym problem nie został zamknięty – ocenia prof. Jerzy Hausner podczas Open Eyes Economy Summit. – Nie sądzę, żeby cała sprawa sprowadzała się do równowagi budżetowej. Jest wiele innych problemów, np. co mamy zamiar zrobić, żeby nie doprowadzić do wyższej inflacji w konsekwencji uwolnienia cen energii elektrycznej. Nie wiem, jaki jest plan na przyszłość polskiej energetyki.

Wzrost cen energii już dotknął jednostki samorządu terytorialnego, urzędy czy przedsiębiorców. Jeśli do tego dojdzie zapowiadany wzrost płacy minimalnej, to wzrost kosztów – nawet jeśli nie doprowadzi do upadłości firm – na pewno osłabi ich konkurencyjność eksportową. Przykładem może być branża motoryzacyjna. Mimo że na słabszych wynikach niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego polski sektor ucierpiał mniej, niż początkowo przypuszczali ekonomiści, to jednak znaczący wzrost kosztów prowadzenia działalności może skłonić zagraniczne firmy do likwidacji części polskich fabryk.

– Wielkie globalne firmy, które mają tutaj swoje fabryki i montownie rozważają wychodzenie z Polski. To jest dużo miejsc pracy – wyjaśnia ekonomista. – W tej chwili mamy także problemy w sektorze logistyki, transportu szczególnie. Jeśli rzeczywiście uwolnimy ceny energii, to pytanie, co będzie z przemysłem cementowym, bo on jest bardzo energochłonny. To są naczynia połączone. Rozumiem, że w exposé premier nie mógł mówić o tego rodzaju szczegółach, ale to nie zmienia faktu, że już wkrótce premier albo minister Emilewicz powinni w imieniu rządu przedstawić, jaki jest ten plan na najbliższe dwa lata.

Prof. Jerzy Bralczyk: Pierwsze posiedzenie nowego Sejmu natchnęło mnie optymizmem. Niektórzy politycy pokazali wolę porozumiewania się

– Pewne sygnały w dyskursie politycznym mogą sugerować chęć porozumienia się – mówi prof. Jerzy Bralczyk, oceniając zakończone właśnie pierwsze posiedzenie Sejmu IX kadencji. Jednym z pierwszych omawianych przez polityków projektów było zniesienie limitu 30-krotności składek na ZUS. Wbrew praktyce poprzedniej kadencji zarówno prawica, jak i opozycja okazały się niejednolite w swoich poglądach, w wyniku czego budzący wiele emocji projekt został wycofany i trafił do konsultacji. Zdaniem prof. Jerzego Bralczyka może to być zapowiedź łagodzenia dyskursu politycznego. – Wciąż jednak potrzebujemy w języku więcej konkretów zamiast ocen i mniej pewności siebie – podkreśla znany językoznawca.

– Pewne sygnały mogłyby pokazywać, zwłaszcza na pierwszym posiedzeniu nowego Sejmu, że istnieje możliwość, może niekoniecznie zgody, bo zgoda w polityce jest czasami podejrzana, ale porozumiewania się, nawet bez porozumienia. Natchnęło mnie to optymizmem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Jerzy Bralczyk, językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. – Cóż z tego, kiedy media, choć nie tylko po stronie mediów tutaj jest wina, wolą eksponować to, co jest konfliktowe, to, co jest ich zdaniem atrakcyjniejsze, a więc pewne rzeczy antagonizujące, a nie to, co mogłoby być związane z chęcią pokazania większego szacunku. Zastanawiam się, czy możliwe jest jakieś medium, które by eksponowało to, co służy porozumieniu, co może prowadzić do niekoniecznie pełnego pogodzenia się, ale w każdym razie możliwości wymiany sądów.

19 listopada Sejm miał się zająć m.in. pierwszym czytaniem projektu PiS dotyczącego zniesienia limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Jednak partia wycofała ten projekt i skierowała go do konsultacji ze związkowcami i pracodawcami. Okazało się bowiem, że wobec sprzeciwu Porozumienia Jarosława Gowina, które w dodatku zarządziło dyscyplinę partyjną w głosowaniu nad projektem, mógłby on zostać odrzucony. Przeciw była także Koalicja Obywatelska, natomiast Lewica, choć podjęła wspólną decyzję, nie zdradziła jej publicznie. Na pewno jednak będzie się domagała zmian w projekcie.

Można pomyśleć, że niekoniecznie automatycznie Porozumienie będzie za, niekoniecznie automatycznie Lewica będzie przeciw – komentuje prof. Jerzy Bralczyk. – Język konkretu teraz nam jest potrzebny, czyli język określania zjawisk precyzyjnie, bez używania elementów oceny.

Podkreśla, że takie podejście sprzyja większej pokorze i skupieniu na kwestiach merytorycznych, a nie demonstracji siły lub pogardy i utwierdzania siebie i swoich wyborców w dotychczasowych przekonaniach. W związku z większą różnorodnością poglądów w Sejmie, niejednomyślnością w niektórych kwestiach, zarówno w rządzącej koalicji, jak i w opozycji, oraz brakiem przewagi PiS-u w Senacie konieczne może stać się poszukiwanie przez polityków sposobów na porozumienie.

Trochę mniej tego języka wartości, a trochę więcej języka opisu rzeczywistości, diagnoz, a przede wszystkim mniej pewności siebie, która gubi jednych i drugich – postuluje językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. – Odbiorca nie lubi specjalnie manifestowanego pełnego przekonania, że tylko my mamy rację. Może potrzeba więcej łagodniejszych sformułowań, może nawet wyrażeń modalnych typu „z pewnością”, „być może” albo „zapewne”, a nie tylko „tak jest i już”. Jeżeli atmosferę się podgrzewa, to potem trzeba podgrzewać jeszcze bardziej. Jest taka stara zasada, że to, co jest mocne, po jakimś czasie przestaje takie być, więc pojawia się coś jeszcze mocniejszego. Może spróbujmy czegoś łagodniejszego.

Statystycznie każdego dnia blisko 50 Polek słyszy diagnozę rak piersi. Eksperci podkreślają: im szybciej zdiagnozujemy zmiany, tym większe szanse na wyleczenie

Statystycznie każdego dnia blisko 50 Polek słyszy diagnozę rak piersi. Eksperci podkreślają: im szybciej zdiagnozujemy zmiany, tym większe szanse na wyleczenie 1

Mimo licznych kampanii edukacyjnych oraz częstszego zwracania uwagi społeczeństwa na to, jak ważne jest regularne wykonywanie badań, wciąż Polacy mają niewystarczającą wiedzę na temat nowotworu piersi. Jak pokazuje najnowsze badanie sondażowe dotyczące wiedzy Polaków nt. raka piersi, przeprowadzone w ramach kampanii „BreastFit. Kobiecy Biust. Męska sprawa” – tylko połowa kobiet regularnie wykonuje samobadanie piersi, które wspiera wczesną diagnostykę raka piersi. To istotne o tyle, że wcześnie wykryty nowotwór jest dziś w większości przypadków uleczalny.

Kampania „BreastFit. Kobiecy Biust. Męska sprawa” skierowana jest zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Ma z jednej strony zachęcić kobiety do systematycznych badań, a z drugiej – podkreślić rolę męskiego wsparcia w trakcie choroby oraz zachęcaniu bliskich kobiet do regularnych badań.

– Według najświeższych statystyk w Polsce każdego roku blisko 19 tys. kobiet dowiaduje się o diagnozie – rak piersi, ponad 6 tys. umiera z tego powodu.To bardzo zła informacja, bo gdybyśmy chcieli zmieścić się w europejskiej średniej, tych zgonów w stosunku do liczby zachorowań powinniśmy mieć o ok. 1,5 tys. mniej. Ciągle mamy więc bardzo dużo do zrobienia – podkreśla dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej Centrum Onkologii w Warszawie.

Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród kobiet. Statystycznie każdego dnia taką diagnozę słyszy blisko 50 Polek. Dzieje się tak, ponieważ – mimo kampanii edukacyjnych i podkreślania, jak ważne są regularne badania – rak piersi nadal wykrywany jest na zbyt późnym etapie.

Co istotne, większość Polek (73 proc.) wie, jak samodzielnie badać piersi, choć nadal pozostaje blisko 1/3, która nie wie, jak powinno się wykonywać to badanie. Co więcej, zdecydowana większość Polaków (72 proc.) nie wie, w jakim dniu cyklu miesiączkowego powinno się wykonywać samobadanie piersi i zaledwie 7 proc. ma świadomość, że powinno ono zostać wykonane pomiędzy 5. a 10. dniem cyklu – wynika z badania przeprowadzonego w ramach kampanii „BreastFit. Kobiecy Biust. Męska sprawa” na zlecenie Fundacji Onkocafe – Razem Lepiej oraz Novartis Oncology.

– Mamy jeszcze dużo do zrobienia i głównie dotyczy to profilaktyki. To, czy wyleczymy raka piersi, zależy przede wszystkim od tego, na jakim etapie choroby zaczniemy go leczyć. Im wcześniej zaczniemy diagnozować pacjentkę z powodu jakiegoś guzka w piersi i im wcześniej wdrożymy leczenie – tym większa szansa. Oczywiście, to nie wygląda tak dobrze, jak w bogatszych krajach Unii, ale z każdym rokiem widać poprawę – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród Polek, a diagnoza we wczesnym stadium, kiedy zmiany w piersi są niewielkie, daje prawie 100-procentową szansę na wyleczenie. Mimo to Polki nadal zbyt rzadko wykonują badania diagnostyczne i samobadanie piersi, które pozwala zauważyć pierwsze niepokojące zmiany. Badanie sondażowe, przeprowadzone w ramach kampanii „BreastFit. Kobiecy Biust. Męska sprawa”, pokazuje, że 42 proc. Polaków ma świadomość, że takie samobadanie powinno się przeprowadzać co najmniej raz w miesiącu. Ale regularnie wykonuje je tylko połowa Polek. Prawie 50 proc. kobiet w ogóle nie wykonuje comiesięcznego samobadania piersi.

Dlaczego zatem Polki nie przeprowadzają samobadania? Głównym powodem (45%) jest zapominanie o tym ważnym badaniu. Wśród innych powodów pojawiają się: strach przed wyczuciem czegoś (15%), niewiedza odnośnie do konieczności regularnego przeprowadzania samobadania (11%), fakt, iż badanie jest nieprzyjemne (3%) oraz wstyd (1%).

– Wcześnie wykryty rak piersi jest w wielu przypadkach w stu procentach wyleczalny, zatem nie ma się czego bać, trzeba działać – podkreśla Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

Jak podkreśla Anna Kupiecka, dziś rak piersi w Polsce wykrywany jest na coraz wcześniejszych etapach i sytuacja powoli się poprawia. Zmian wymaga jednak system leczenia i opieki nad pacjentami onkologicznymi.

– Kiedyś mówiliśmy, że nadal zbyt wiele kobiet zgłasza się do lekarza z zaawansowanym stadium choroby. Wydaje się, że dziś jest już troszeczkę lepiej, niemniej wciąż cały system i organizacja leczenia raka piersi w Polsce szwankuje. Od października miały być Breast Unity, ale już słychać głosy, że w najbliższym czasie nie uda się zawrzeć kontraktów na realizację tego rodzaju świadczeń. To nas bardzo smuci. Staramy się gonić Europę Zachodnią w leczeniu nowotworów piersi, a tymczasem śmiertelność z tego powodu w ostatnich kilku latach zamiast maleć wzrosła – mówi Anna Kupiecka. –  Przed nami jeszcze wiele do zrobienia. Leczenie powinno być wdrażane jak najwcześniej, zgodne z najnowszą wiedzą medyczną. Niestety, organizacja całego procesu wykrywania, kompleksowego leczenia i zaopiekowania pacjentki z rakiem piersi wciąż pozostawia wiele do życzenia. 

Jak podkreśla, obok właściwego leczenia pacjentki potrzebują również wsparcia swoich rodzin, bliskich i partnerów. Właśnie na tę potrzebę zwraca uwagę kampania „BreastFit. Kobiecy Biust. Męska sprawa”, której celem jest z jednej strony zachęcenie kobiety do systematycznych badań, a z drugiej strony zwrócenie uwagi na to, jak ważne jest wsparcie bliskich w trakcie choroby nowotworowej.

W tej kwestii wyniki badania sondażowego są optymistyczne – 90 proc. mężczyzn jest świadomych, że wsparcie dla chorej na raka piersi jest bardzo ważne. 64 proc. mężczyzn zadeklarowało, że zachęca swoje partnerki bądź bliskie kobiety do badań. Nadal pozostaje jednak blisko 35 proc. mężczyzn, którzy przyznają, że nie pamiętają lub nie robią tego w ogóle.

ŹRÓDŁA:

Badanie sondażowe OMNIBUS pt. „Rak piersi” zrealizowane na zlecenie Novartis Oncology przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia. Dane z 26.07.2019 r.

Wojciechowska Urszula, Didkowska Joanna, Zachorowania i zgony na nowotwory złośliwe w Polsce. Krajowy Rejestr Nowotworów, Centrum Onkologii-Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie. Dostępne na stronie: http://onkologia.org.pl/raporty/HASHtabela_rok, data wygenerowania raportu: 19.07.2019 r.

Rak piersi nie ma metryki, Raport http://www.delab.uw.edu.pl/wp-content/uploads/2017/12/Rak-piersi-nie-ma-metryki.pdf, data dostępu: 19.07.2019 r.

Badanie sondażowe OMNIBUS pt. „Rak piersi” zrealizowane na zlecenie Novartis Oncology przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia. Dane z 26.07.2019 r.

Polski rynek targowy ma mocną pozycję w Europie. Branża zatrudnia ponad pół miliona pracowników i będzie rosła

0

Polski rynek targowy ma mocną pozycję w Europie. Branża zatrudnia ponad pół miliona pracowników i będzie rosła 2

Dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce, nowoczesnej bazie obiektów targowych i hotelowych, a także strategicznemu położeniu geograficznemu polski rynek targowy ma mocną pozycję w Europie i notuje wzrosty. Jego dalszy rozwój ułatwiłoby większe wsparcie władz lokalnych i rządowych – podkreślają przedstawiciele branży. Największą popularnością niezmiennie cieszą się imprezy związane z IT, turystyką czy targi hobbystyczne. Modne są również te dotyczące ekologii czy ochrony środowiska. Na przestrzeni ostatnich lat targi bardzo się zmieniły – dziś często towarzyszą im duże eventy, a stoiska targowe są wspomagane przez nowoczesne technologie.

– Branża targowa jest w całkiem niezłej kondycji, szczególnie na tle pozostałych krajów europejskich. Wiąże się to z dobrą koniunkturą. Nasza gospodarka wciąż się rozwija, podczas gdy dynamika wzrostu gospodarki w Europie nabrała już wolniejszego tempa – mówi agencji Newseria Biznes dr Beata Kozyra, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego (PIPT). – Jesteśmy niekwestionowanym liderem Europy Środkowo-Wschodniej i liczącym się graczem w całej Europie. Daleko nam pod względem wielkości do tych najbardziej znanych ośrodków targowych, ale jakością im nie ustępujemy.

W ubiegłym roku – według statystyk PIPT i Centrex (Międzynarodowego Związku Statystyk Targowych) – zorganizowano w Polsce ponad 200 targów z udziałem 1,62 mln zwiedzających i blisko 27,4 tys. wystawców, na powierzchni targowej wielkości blisko 900 tys. mkw. PIPT szacuje jednak, że w Polsce organizowanych jest jeszcze około 200 imprez targowych, które nie są poddawane audytowi według międzynarodowych standardów statystycznych Centrex.

W porównaniu z 2016 rokiem (z uwagi na 2-letni cykl organizacji części imprez) liczba zorganizowanych w Polsce targów była niższa o 5 proc. O tyle samo spadła również liczba polskich wystawców. Zwiększyła się natomiast liczba wystawców zagranicznych – aż o 7 proc. Wzrosła również wielkość wynajętej powierzchni targowej o prawie 3 proc., a liczba gości odwiedzających targi zwiększyła się o 5,3 proc. Na przestrzeni ostatniej dekady (lata 2009–2018) liczba zwiedzających na targach w Polsce wzrosła o ponad 8 proc.

 Liczba imprez nie zmienia się drastycznie, za to zmieniają się one jakościowo. Po pierwsze na targach wykorzystywane są najnowsze osiągnięcia techniki. Technologie wearables, wirtualna rzeczywistość i okulary VR, aplikacje AR, telewizory 4 i 8 K oraz roboty stanowią już dzisiaj codzienność na stoiskach targowych – mówi Beata Kozyra.

Jak podkreśla, następuje również bardzo wyraźna eventyzacja targów. Chodzi o to, że coraz ważniejszą pozycję na rynku mają targi, którym towarzyszą takie eventy, jak wydarzenia sportowe, konferencje, kongresy czy wydarzenia społeczne. 

Zmieniają się również trendy w zakresie najpopularniejszych obszarów tematycznych targów.

Czasami jest tak, że imprezy pojawiają się w jednym roku, a w kolejnym znikają, inne trwają przez wiele lat. A w miejsce targów, które odchodzą do lamusa, pojawiają się nowe. Targi związane z hobby, IT czy turystyką cieszą się nieustającą popularnością od dłuższego czasu. Natomiast stosunkowo nowym trendem jest np. survival. Dynamicznie rozwijają się również imprezy skierowane do pasjonatów – od pokazów zabytkowych samochodów przez gry planszowe do rozrywki multimedialnej – mówi Beata Kozyra. – Pojawiają się wciąż nowe imprezy targowe, takie jak wspomniany survival, ale tradycyjne wędkarstwo wciąż cieszy się ogromną popularnością. Modne stają się też targi bio i eko. To mocno rozwijający się trend. Podobnie jak wszystko, co związane z digitalizacją, IT, usługami dla biznesu, grami i rozrywką. Ten obszar na pewno się będzie nadal dynamiczne rozwijał.

Polski rynek targowy jest stosunkowo niewielkim, ale dojrzałym i stabilnym rynkiem europejskim. Wpływa na to wiele czynników, m.in. znaczący, oscylujący wokół 5 proc., wzrost gospodarczy w dwóch ostatnich latach, wciąż wysoki eksport i silny popyt wewnętrzny, zarówno inwestycyjny, jak i konsumpcyjny.

Kluczowe znaczenie ma również strategiczne położenie Polski na linii Wschód–Zachód oraz na bieżąco modernizowana i rozbudowywana w miarę potrzeb infrastruktura targowo-konferencyjna. Ważny jest też fakt, że polscy organizatorzy targów i dostawcy usług targowych śledzą zmieniające się w branży trendy, dostosowując obiekty, produkty targowe i usługi do zmieniających się potrzeb i oczekiwań klientów.

Jak podkreśla ekspertka, czynnikiem wpływającym na rozwój branży targowej jest też współpraca z władzami lokalnymi i rządowymi. Ta w Polsce nie wygląda jednak najlepiej. W innych krajach Unii Europejskiej, np. w Niemczech czy we Włoszech, targi są oczkiem w głowie rządzących. Dla przykładu, w Lombardii władze lokalne dofinansowują ośrodki targowe nawet do wysokości 1,5 mln euro w postaci częściowo tylko zwrotnej pożyczki. W Polsce branża nie może jednak liczyć na żadną formę wsparcia czy dotacji

Władze rządowe prawie w ogóle nie interesują się targami. Owszem, ministrowie bywają na ważniejszych targach międzynarodowych, jednak jest to niewystarczające wsparcie dla branży – mówi Beata Kozyra.

Zdaniem prezes PIPT, polskie władze nie dostrzegają prostej zależności, że wysoka aktywność obiektów targowych jest czynnikiem pobudzającym rozwój gospodarczy miasta, regionu czy całego kraju. Organizacja tego typu imprez rozwija lokalne usługi hotelarskie, gastronomiczne, kulturalne czy transportowe.

– Tylko efektywna współpraca władz centralnych, administracji samorządowej, ośrodków targowych oraz wykorzystywanie dostępnych zasobów na rzecz promocji polskiej gospodarki i krajowych firm – a targi zdecydowanie są miejscem promocji polskich przedsiębiorstw i produktów – może przywrócić polskim targom dawną świetność i wspierać polską gospodarkę – podkreśla Beata Kozyra. – Z naszych obliczeń wynika, że branża okołotargowa zatrudnia ponad pół miliona pracowników, a do budżetu państwa wpływa z branży prawie 3 mld zł. Wydaje się, że gdyby atencja władz rządowych była większa, te cyfry można by było zwiększyć o co najmniej 50 proc.

Maszyny odczytują emocje lepiej od ludzi. Nowe urządzenia pomagają służbom granicznym i usprawniają kontakty z klientami

Identyfikować gniew, strach i smutek potrafią także maszyny. Najnowsze badania wskazują, że są w tym już lepsze niż ludzie. Połączenie między ośrodkowym układem nerwowym a ekspresją emocjonalną na twarzy umożliwiło stworzenie algorytmów, które poprawnie rozpoznają ludzkie emocje poprzez kolor twarzy. Na rynku jest dostępny „emocjonalny aparat słuchowy”, czyli urządzenie, które pomaga dzieciom z zespołem Aspergera czytać emocje i reagować na mimikę twarzy. Empath, program do rozpoznawania emocji, który identyfikuje emocje poprzez analizę fizycznych właściwości głosu, pomoże z kolei w telefonicznej obsłudze klienta.

– Opracowaliśmy technologię do analizy emocji na podstawie głosu, działającą na bazie sztucznej inteligencji. Nasze rozwiązania nie analizują treści słów, ale sposób ich wypowiadania. Analizują tempo wypowiedzi, ton, głośność czy intonację głosu. Dzięki wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego opracowaliśmy algorytm pozwalający ocenić stan psychiczny rozmówcy w oparciu o właściwości akustyczne jego wypowiedzi – mówi agencji Newseria Innowacje Hazumu Yamazaki, współzałożyciel spółki Empath.

Reklamodawcy, największe firmy technologiczne, a także służby graniczne używają oprogramowania do śledzenia twarzy do monitorowania naszych nastrojów. Maszyny mogą identyfikować gniew, strach czy smutek i są w tym coraz lepsze. Potwierdza to niedawno opublikowane badanie w Proceedings of National Academy of Sciences. Wynika z niego, że nasze twarze wyrażają uczucia kolorami. O ile ludzie są w stanie poprawnie zidentyfikować uczucia innych osób w 75 proc. przypadków w oparciu o subtelne zmiany koloru przepływu krwi wokół nosa, brwi czy policzków, o tyle w przypadku maszyn wskaźnik poprawnych wskazań sięga 90 proc.

Technologia pomaga także chorym – na rynku dostępne jest np. urządzenie, które pomaga zrozumieć emocje i dopasować mimikę twarzy do uczuć. Przydatne jest zwłaszcza osobom z chorobą Aspergera. Najczęściej jednak technologia znajduje zastosowanie w pracy, która opiera się na kontakcie z klientem. Maszyny na podstawie głosu, szybkości mowy i intonacji są w stanie dokładnie rozpoznać nastrój i emocje rozmówcy. Takie rozwiązania sprawdzają się w handlu i produkcji, także w call center pomagają sprawnie przeprowadzić rozmowę.

– Nasze rozwiązania potrafią zidentyfikować cztery emocje: radość, opanowanie, złość i smutek oraz określić poziom energii, który można porównać do wewnętrznego barometru, który znajduje się w naszych ciałach. Pomaga to określić poziom motywacji rozmówcy – wskazuje Hazumu Yamazaki.

Na rynku istnieje już np. oprogramowanie do analizy mowy w call center, które raportuje parametry rozmów telefonicznych, takie jak czas trwania, nastrój mówcy i atmosferę rozmowy. Wykrywa, kiedy może dojść do kłótni, pomaga zapobiegać konfliktom.

– Opracowana przez nas technologia może być używana przez biura telefonicznej obsługi klienta, w przemyśle motoryzacyjnym, robotyce, służbie zdrowia. Obecnie uwagę kierujemy głównie w stronę biur telefonicznej obsługi klienta i poprawy poziomu zadowolenia klienta z jakości obsługi oraz zmniejszenia poziomu fluktuacji kadr – tłumaczy współzałożyciel spółki Empath.

Analiza głosu wydobywa różne cechy akustyczne z głosu mówcy w czasie rzeczywistym, tym samym pozwala zrozumieć emocje rozmówcy. Technologia nie analizuje kontekstu językowego, wykrywa natomiast zmiany w zakresie głosu, które wskazują na gniew, niepokój, szczęście lub satysfakcję, niuanse nastroju czy nastawienie do rozmówcy.

– Oferujemy usługi wirtualnego asystenta, który wspiera pracę telefonistów oraz osób nadzorujących ich pracę, celem poprawy komunikacji w oparciu o empatię. Z tego powodu nasze produkty są kierowanie głównie do biur telefonicznej obsługi klienta. Obecnie mamy już 700 klientów w 50 krajach – mówi Hazumu Yamazaki.

Chmury danych ułatwiają naukowcom prowadzenie badań. Nowa platforma pozwoli podzielić się zdjęciami prosto z mikroskopu

Z badań Intelligent Enterprise Index przeprowadzonych przez analityków Zebra Technologies Corporation wynika, że dziś aż 61 proc. firm inwestuje w technologie inteligentne. Narzędzia tego typu coraz częściej trafiają także w ręce jednostek naukowych, które wykorzystują je do usprawnienia procesów decyzyjnych oraz procedur badawczych. Korporacja Labstep pokłada spore nadzieje w chmurze danych, której upowszechnienie może uprościć prowadzenie badań przez kilka zespołów naukowych z całego świata.

– Stworzyliśmy platformę do zarządzania, współpracowania i dzielenia się danymi oraz wynikami badań. Laboratoria z różnych uczelni i kontynentów współpracują ze sobą, a praca naukowców polega na zapisywaniu obserwacji, a na co dzień wykorzystuje się głównie odręczne notatki. W obecnych czasach, gdzie duży nacisk kładzie się na współpracę, dzielenie się danymi i wynikami jest niezwykle trudne. Nasze narzędzie stanowi platformę, dzięki której naukowcy mogą w bardzo prosty sposób komunikować się i wymieniać danymi ze współpracownikami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jan Domanski, współzałożyciel Labstep.

Na rynku chmurowym funkcjonuje obecnie wiele platform przystosowanych do pracy grupowej. Obok narzędzi skierowanych do użytkowników domowych istnieją także te skierowane do środowiska biznesowego. Cechują się znacznie większą wszechstronnością niż klasyczne dyski sieciowe, oferując całą paletę dodatkowych, wysoce funkcjonalnych narzędzi.

Z myślą o użytkownikach biznesowych powstała m.in. chmura G-Core Labs. Platforma nie tylko pozwala przetwarzać nieograniczoną liczbę danych, co może okazać się przydatne w przypadku projektów naukowych operujących na zasobach big data, lecz także pozwala wybrać serwerownie, w której klient będzie przechowywać swoje dane. Dzięki temu zespół może wybrać taki serwer, który zapewni jak najszybszy przepływ informacji pomiędzy poszczególnymi grupami naukowców.

– Jeśli wejdziemy do laboratorium z XXI wieku i usuniemy wszystkie urządzenia z monitorem, to nie będziemy mogli odróżnić go od laboratoriów z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Wszystko wygląda podobnie – ludzie w fartuchach zapisujący notatki na papierze. Na szczęście start-upy pracują już nad tym sektorem, każdego roku wydawane są ogromne pieniądze na rozwój badań, a my pomagamy wydać je korzystnie – przekonuje ekspert.

Potencjał tej technologii docenił także Departament Zasobów Wewnętrznych Stanów Zjednoczonych, który zainwestował w elektroniczny system zarządzania zasobami funkcjonujący w ramach chmury danych. Do końca 2022 roku wszystkie rekordy elektroniczne oraz skrzynki mailowe departamentu zostaną przeniesione do chmury. Dzięki temu dostęp do zawartych w nich informacji będzie szybszy i wydajniejszy, e-maile będą automatycznie kategoryzowane, a pracownicy będą mogli sprawniej operować dokumentami wykorzystywanymi w departamencie.

Na podobnej zasadzie ma działać narzędzie od Labstep, które będzie pomostem pomiędzy danymi gromadzonymi w aplikacjach oraz na komputerach użytkowników platformy. Zaprojektowano je w taki sposób, aby ułatwiło zarządzanie notatkami czy danymi do analizy. Wprowadzono w nie m.in. elektroniczny notatnik do zapisywania informacji na temat przeprowadzanych eksperymentów, interfejs do usystematyzowania kolejnych kroków badawczych czy system protokołów wzorcowych. Labstep obsługuje także szereg plików wykorzystywanych w laboratoriach i jest kompatybilny z takimi narzędziami, jak pakiet Microsoft Office, Molecular czy SnapGene.

– Internet rzeczy będzie coraz częściej gościł w laboratoriach. Zamiast pracownika laboratorium wykonującego zdjęcie za pomocą mikroskopu z kamerą, mikroskop podłączony do internetu automatycznie wykona zdjęcie pobranej próbki, prześle je do notatnika w chmurze, do którego będą mieli dostęp jego współpracownicy. Naszym naukowcom i klientom zapewniamy takie rozwiązania, które pozwalają im wysyłać dane z ich urządzeń do innych pracowników, dzięki czemu mogą pracować wspólnie – wyjaśnia Jan Domanski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku systemów zarządzania dokumentami do 2023 roku osiągnie wartość 6,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 11 proc.