Sprzedaż alkoholu w sklepach bezobsługowych a kwestie prawne

Dziś jeszcze nie ma pewności, czy napoje wyskokowe będą dostępne w sklepach autonomicznych. Może się okazać, że handlowcy zostaną zmuszeni do wprowadzenia dodatkowych sprzętów i aplikacji, które będą skutecznie weryfikowały pełnoletność oraz trzeźwość każdego klienta. Jedną z opcji jest wyposażenie placówek w alkomaty. Jeśli doszłoby tam do sprzedaży alkoholu, odpowiedzialność za to poniósłby najprawdopodobniej przedsiębiorca. Inaczej mogłoby być w sytuacji z udziałem sztucznej inteligencji. Pewne jest to, że prawo nie nadąża za technologią, dlatego zmiany są pilne potrzebne.

Nie dla niepełnoletnich

W przyszłości coraz większą rolę w handlu zaczną odgrywać sklepy autonomiczne. Jednak już dziś rodzi się pytanie, czy takie placówki bez sprzedawców nie będą mieć problemu prawnego ze sprzedażą wyrobów alkoholowych. Przecież nabywca powinien być osobą pełnoletnią i trzeźwą.

– W przypadku sklepów autonomicznych należy stosować wszystkie regulacje ustawy z 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, a także wydane na ich podstawie przepisy gminne. Może się okazać, że sprzedaż takich trunków w placówkach w pełni autonomicznych będzie niemożliwa, albo też wymusi wprowadzenie dodatkowych sprzętów i aplikacji – komentuje Marek Gajek, adwokat z Kancelarii Gajek i Wspólnicy.

Jak zaznacza Marta Kownacka, radca prawny z Kancelarii LawIT, wszystko zależy od opracowanych reguł funkcjonowania sklepów autonomicznych. Co do zasady przewidują one możliwość dokonywania w nich zakupów, jednak pod warunkiem zarejestrowania się w aplikacji obsługującej placówkę. Zdaniem eksperta, jeśli na etapie rejestracji konta jest możliwość ustawień blokowania korzystania z aplikacji przez osoby niepełnoletnie, to problem z zakupem alkoholu może zostać znacznie zredukowany.

– Kwestia weryfikacji pełnoletności nie jest dużym problemem dla branży. To odbywa się niemalże automatycznie w momencie, kiedy ktoś wchodzi do sklepu i za pomocą aplikacji mówi, że ja to ja. W sklepach autonomicznych wiemy dokładnie, kto przyszedł na zakupy. Mając jego konto, znany jest przecież wiek, który weryfikuje się przy rejestracji. To nie jest tak jak w placówce tradycyjnej, gdzie człowiek jest anonimowy – informuje Sebastian Starzyński, prezes zarządu spółki TakeTask.

„Dmuchanie” na zakupach

Według Marty Kownackiej, problem z weryfikacją zostanie zniwelowany, jeśli w sklepie pojawią się dodatkowe czujniki czy kamery. One, przynajmniej na odległość, sprawdzą, czy kupujący wygląda na pełnoletniego i trzeźwego. To jednak wymaga czynnika ludzkiego, który analizuje obraz z kamer. Jeżeli docelowo sztuczna inteligencja będzie obsługiwać zarówno aplikację, jak i koordynować zakupy w sklepie, wówczas sytuacja może być już problematyczna.

– Kiedy system ma wątpliwości, czy dana osoba jest trzeźwa, można dokonać weryfikacji poprzez alkomat. To akurat nie jest bardzo skomplikowane czy drogie urządzenie. I zapewnia znacznie pewniejszą ocenę sytuacji niż ekspedientka w tradycyjnym sklepie – podkreśla Sebastian Starzyński.

Z kolei jak zaznacza Marek Gajek, można wyobrazić sobie rozwiązania ułatwiające identyfikację, ale jednak wymagałyby one dodatkowych nakładów finansowych i organizacyjnych. Ponadto mogłyby być uciążliwe dla klientów i odstraszać od zakupów w takich sklepach. Według eksperta, niekoniecznie gwarantowałyby pełną skuteczność w przypadku użycia tańszych rozwiązań sprzętowych i programowych. Ponadto zastosowanie zautomatyzowanej identyfikacji nabywców mogłoby budzić wątpliwości w kontekście przepisów o ochronie danych osobowych.

– Obecny system też nie zapewnia szczelności stuprocentowej. Zawsze może być np. trzech klientów, z których tylko jeden jest pełnoletni i kupuje alkohol dla pozostałych dwóch już nietrzeźwych osobników. W związku z tym to jest fikcja. Jeżeli ktoś bardzo chce, to jest w stanie oszukać zarówno sprzedawcę, jak i system – dodaje ekspert ze spółki TakeTask.

Łamanie prawa

Jeśli w tradycyjnym sklepie dochodzi do transakcji z udziałem osoby nieletniej lub nietrzeźwej, to do takiej sytuacji odnoszą się obecnie obowiązujące przepisy ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. One wskazują odpowiedzialność sprzedającego. Wystarczy więc ustalić, kto nim był.

– Podmiot, który otwiera sklep autonomiczny, zleca firmie informatycznej stworzenie stosownych rozwiązań, m.in. umożliwiających weryfikację potencjalnego klienta oraz pobieranie towarów z półek. To w zasadzie on jest inicjatorem działań i ubiega się o pozwolenie na sprzedaż alkoholu. W związku z tym przyjęłabym, że przedsiębiorca odpowiada za sprzedaż – stwierdza Marta Kownacka.

Z kolei Marek Gajek podkreśla, że przepisy prawa nie przewidują w tym zakresie odpowiedzialności karnej producentów urządzeń lub aplikacji służących do sprzedaży alkoholu. Oni ewentualnie będą ponosić w tym zakresie odpowiedzialność cywilną za szkody wyrządzone przedsiębiorcom na skutek wad takich urządzeń lub aplikacji.

– W przypadku wykorzystania rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji należałoby dokonać ustaleń, w jakim zakresie działa i odpowiada człowiek, a w jakim – maszyna. Jeśli to oprogramowanie odpowiada za weryfikację, w tym opracowuje klucze weryfikacji pełnoletniości czy trzeźwości, to niewątpliwie powstaje spór prawny. Trzeba byłoby ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za nieprawidłowości w tym zakresie. Odpowiedzi na ten moment może udzielić sąd, który szczegółowo będzie badać poszczególne zależności – informuje ekspert z Kancelarii LawIT.

Przyszłość nie jest jasna

Obecne regulacje mogą nastręczać problemów właścicielom sklepów autonomicznych, o czym przekonuje mecenas Gajek. I wskazuje m.in. na ograniczenia sprzedaży alkoholu pomiędzy godz. 22.00 a 6.00 rano, wprowadzane przez rady gmin. One wymuszałyby wydzielenie sprzedaży alkoholi w takiej placówce, aby istniała możliwość wstrzymania handlu w porze nocnej.

– Prawodawstwo musi nadążyć za technologią, a nie odwrotnie. Dziś nie wiemy, jakie wymagania zostaną narzucone sklepom autonomicznym. Jeśli konieczne będą bardzo zaawansowane sposoby weryfikacji i zabezpieczeń strefy alkoholowej, to handlowcy zaczną kalkulować. Prowadzenie sprzedaży napojów wyskokowych może w takiej sytuacji okazać się nieopłacalne – analizuje prezes Starzyński.

Według mecenasa Gajka, im mniej przepisów, tym lepiej. Niemniej ustawodawca powinien przy najbliższej okazji wziąć pod uwagę zachodzące zmiany technologiczne. Prawnik wskazuje, że warto pomyśleć o dopuszczeniu w sklepach – obok stoisk do sprzedaży alkoholu – automatów z takimi napojami. Ponadto pożądane byłoby upoważnienie do dokonywania przez przedsiębiorców zautomatyzowanej weryfikacji wieku nabywcy alkoholu. Obecne przepisy, pozwalające na żądanie przez ekspedienta okazania dokumentu, wydają się być mocno anachroniczne.

– Sprzedaż alkoholu w sklepach autonomicznych może okazać się opłacalna w ograniczonym zakresie. Myślę, że to jednak nie wpłynie na rozwój tych placówek handlowych. Ich będzie przybywać, ponieważ realizują nieco inne misje zakupowe niż sklep typu convenience – podsumowuje Sebastian Starzyński ze spółki TakeTask.

Pakiet mobilności w trilogu. Co warto wiedzieć?

29 miesięcy – tyle trwa już procedura legislacyjna nowego prawa dla międzynarodowego transportu drogowego. W siódmej kadencji Parlamentu Europejskiego podobne procesy trwały średnio 17 miesięcy. Skąd takie opóźnienia? Na czym polega trudność i złożoność pakietu mobilności oraz czego możemy się spodziewać jeszcze w 2019 roku?

Jesteśmy już po kilku spotkaniach w ramach tak zwanego trilogu. To znaczy nieformalnych posiedzeniach, w których uczestniczą członkowie Parlamentu Europejskiego, Rady i Komisji. Ich celem jest osiągnięcie porozumienia możliwego do zaakceptowania przez Parlament i Radę UE. Czy do zgody dojdzie? Tego nie wiemy. Jednak, jeśli uda się wypracować wspólne stanowisko, to dalsza droga według najbardziej prawdopodobnego scenariusza jest krótka i polega na dwóch głosowaniach – pierwsze czytanie w Radzie UE i drugie czytanie w Parlamencie. Po tych głosowania nowe przepisy staną się faktem – wyjaśnia Mateusz Włoch, ekspert Inelo, firmy dostarczającej zaawansowane rozwiązania informatyczne dla polskiego transportu. – Należy zauważyć, że większość wniosków przechodzi właśnie podczas drugiego czytania w PE.

Scenariusze

Jeżeli Rada UE zaakceptuje stanowisko Parlamentu w wersji niezmienionej, to akt zostaje przyjęty i opublikowany. Warto wiedzieć, że w siódmej kadencji PE 85 proc. aktów uzgodniono właśnie w pierwszym czytaniu, tj. 415 z 488 złożonych. Natomiast średni czas, jaki zajmowała procedura ustawodawcza, to 17 miesięcy Jednak z uwagi na trwające dyskusje i kontrowersje dotyczące propozycji PE to mało prawdopodobne rozwiązanie, więc co dalej? Najprawdopodobniej Rada UE podczas pierwszego czytania zaproponuje poprawki wypracowane w ramach trilogów, a projekty tafią do drugiego czytania w Parlamencie.  Będzie on miał trzy miesiące na kolejne głosowanie z możliwością przedłużenia tego terminu o 30 dni. Na tym etapie jest już ustalana zdecydowana większość unijnych aktów prawnych.  Co ciekawe, poprzedni skład polityków pracujących w Brukseli właśnie w tym miejscu procesu legislacyjnego przyjął łącznie aż 93 proc. wszystkich nowych przepisów. Czy tak się stanie się również z pakietem mobilności?

Spotkania trójstronne nadal trwają. Są to zebrania zamknięte, zatem dostęp do informacji jest ograniczony. Wiemy, że obecnie toczą się rozmowy w szczególności na temat dostępu do rynku, a więc między innymi kabotaży oraz kwestii powrotów pojazdów do kraju raz na cztery tygodnie. Wypracowanie kompromisu nie jest łatwe, ponieważ propozycje zmian w przepisach to setki stron poprawek, które trzy instytucje muszą wspólnie przeanalizować. Na przykład do rozporządzenia 561 oraz 165, które traktuje między innymi o wydłużeniu okresu kontroli do 56 dni, złożonych jest ponad 70 poprawek na 100 stronach. Natomiast dokument, określający m.in. delegowanie pracowników w transporcie, otrzymał ponad 100 poprawek na blisko 130 stronach – mówi Mateusz Włoch. – Dyskusje z pewnością nie są łatwe. Pakiet mobilności jest obecnie w 29 miesiącu prac. Sam czas trwania tej procedury już świadczy o złożoności unijnego prawa, które powstaje po to, by międzynarodowy transport drogowy funkcjonował wedle wspólnych zasad dla wszystkich krajów członkowskich. Z założenia ma wprowadzać nowy lepszy porządek, jednak będzie on krzywdzący dla państw z Europy Środkowo-Wschodniej, na co nie powinno być zgody – dodaje ekspert Inelo.

Nad czym teraz trwa dyskusja?

Rozporządzenie 561 oraz 165 to ponad 70 poprawek na 100 stronach. Akt dotyczy między innymi wydłużenia kontroli do 56 dni, a także montowania tachografów w pojazdach powyżej 2,4 tony
w międzynarodowym transporcie rzeczy, a co za tym idzie konieczność przestrzegania przez kierowców busów takich samych zasad czasu jazdy i odpoczynku jak kierujących ciężarówek. Pozostałe tematy to między innymi:

  • Kolejna generacja tachografów z przekroczeniami granic i lokalizacją załadunków/rozładunków
    z obowiązkowym montażem we wszystkich ciężarówkach do końca 2024 roku.
  • Ręczne rejestrowanie przekroczenia granicy – okres przejściowy w ciężarówkach bez nowych tachografów.
  • Możliwość przedłużenia czasu jazdy nawet o dwie godziny przy powrocie do domu lub bazy.
  • Obligatoryjny powrót kierowcy do domu co trzy lub cztery tygodnie.
  • Większa elastyczność w odbieraniu regularnych odpoczynków tygodniowych.
  • Możliwość odpoczynków tygodniowych na promie.
  • Sprecyzowanie zakazu odbioru odpoczynków 45-godzinnych w kabinie.
  • Zastosowanie delegowania (m. in. w zakresie płacy minimalnej) do kabotażu oraz przewozów cross trade.
  • Wyłączenie delegowania dla tranzytu oraz dla przewozów z i do Polski oraz maksymalnie dwóch załadunków lub rozładunków, które miałyby być zrealizowane podczas tych operacji transportowych.
  • Znormalizowanie druku i sposobu zgłoszenia pracowników.
  • Określenie zamkniętego zbioru wymogów – bez konieczności wyznaczenia przedstawiciela
    i tłumaczenia dokumentów na poszczególne języki.
  • Obowiązkowe witryny internetowe, zawierające szczegółowe informacje o elementach składowych i sposobie rozliczania wynagrodzenia kierowcy. Obowiązek wypłaty pensji zgodnie
    z układem zbiorowym. Brak możliwości sankcjonowania, jeśli ww. dane nie zostały upublicznione.
  • System wymiany informacji pomiędzy służbami kontrolnymi z dostępem w czasie rzeczywistym, w tym między i innymi do ERRU i IMI.

Rozporządzenie 1071 oraz 1072, określające dostęp do rynku oraz zawodu przewoźnika drogowego, czyli rozmowy o przeszło 70 poprawkach na 120 stronach w kwestiach takich jak:

  • Przynajmniej jeden rozładunek lub załadunek w kraju siedziby firmy maksymalnie co cztery tygodnie dla każdego pojazdu.
  • Skuteczne zapobieganie systematycznemu realizowaniu kabotaży – czyli ograniczenie kabotażu do maksymalnie trzech dni bez limitu operacji z dodatkowym okresem cooling off. Zgodnie z tym, aby ponownie wykonać kabotaż należy wrócić do kraju siedziby i przed kolejnym przewozem kabotażowym odczekać 60 godzin.
  • Dodanie do ERRU umów o pracę z kierowcami, informacji o liczbie zatrudnionych kierowców
    z ostatniego roku oraz rating ryzyka przedsiębiorstwa, który ma być dostępny na żądanie nadawców, spedytorów, wykonawców i podwykonawców.
  • Efektywne egzekwowanie przepisów – sprawne wprowadzenie nowych inteligentnych tachografów, wdrożenie e-CRM i systemu wymiany informacji.
  • Zastosowanie rozporządzenia RZYM I w taki sposób, aby umowy o pracę odzwierciedlały rzeczywiste miejsce pracy kierowców.
  • Objęcie zasadami licencjonowania i dostępu do zawodu przewoźnika drogowego również transportu międzynarodowego realizowanego pojazdami powyżej 2,4 tony.
  • Kontrole wymogów prowadzenia działalności transportowej co najmniej raz na trzy lata.

Kolejne spotkania w Parlamencie Europejskim, które mają wypracować porozumienie dotyczące brzmienia przepisów pakietu mobilności, planowane są 25 lub 26 listopada.

Dlaczego rekrutacje trwają tak długo?

Być może sądzisz, że ze swoimi umiejętnościami szybko znajdziesz pracę. Nadzieje rosną, gdy dostajesz zaproszenie na rekrutację i informację, że dana firma pilnie chce zatrudnić osobę taką, jak Ty. Dlaczego więc później cały proces przeciąga się, a często nawet kończy się bez żadnej informacji zwrotnej?

Poszukiwanie właściwych osób do obsadzenia wakatu często rozpoczyna się dynamicznie, w szybkim tempie.  Kandydaci spodziewają się, że skoro firma daje im sygnały na temat tego, jak pilnie potrzebuje nowego specjalisty lub menedżera, tempo to zostanie utrzymane i wkrótce znajdą pracę. A jeśli nie oni zostaną zatrudnieni, to przynajmniej otrzymają informację zwrotną na temat przyczyn takiej decyzji.

Niestety, w praktyce bardzo często gwałtowny i pełen entuzjazmu start hamowany jest przez bieżące, przyziemne przeszkody. Rzadko kiedy w procesie rekrutacji wszystko przebiega w taki sposób i w takim tempie, jak założono na samym początku.

Szukanie pracy to sprzedaż

Osoba szukająca pracy powinna być przygotowana na ewentualność, że w trakcie rekrutacji mogą wystąpić nieoczekiwane zmiany. Nawet wtedy, gdy kandydat słyszy, że pracownik jest potrzebny „od zaraz”, lepiej podejść do takiej informacji z dystansem. Bez względu na to, jak pilna wydaje się potrzeba, rekrutacje niemal zawsze składają się z wielu etapów, a im wyższe stanowisko, tym bardziej złożony i często dłuższy proces decyzyjny.

Często wygląda to tak, że kandydat otrzymuje telefon z prośbą o pilne spotkanie w sprawie rekrutacji. Oferta jest podobno poważna, a doświadczenia kandydata doskonale dopasowane do profilu stanowiska. Kandydat przekłada więc różne zaplanowane wcześniej sprawy, by spotkać się z headhunterem, pracownikiem działu HR lub decydentem po stronie klienta. Pokazuje w ten sposób, jak bardzo jest elastyczny i zaangażowany. Podczas spotkania okazuje się jednak, że etapów jest więcej – wśród nich m.in. rozmowa z bezpośrednim przełożonym, rozmowa z „haerowcem”, badanie on-line dla najlepszych kandydatów, no i jeszcze rozmowa z całym zespołem (czasem określana jako assessment center).

Ponieważ jednak kandydat zaangażował się w proces rekrutacji, najczęściej będzie zainteresowany kolejnymi etapami. Niestety, na dowolnym z nich kontakt ze strony firmy może się urwać. Początkowo wszystkim się spieszyło, ale potem pojawia się całkowita cisza. Niestety, tak bywa – i to nawet często. Firma milczy, a kandydat pozostaje z poczuciem, jakby ktoś zostawił go „na lodzie”. Pojawia się wrażenie bezradności i poczucie winy, z czym trudno sobie poradzić nawet menedżerom z wieloletnim stażem. Jeśli nałożymy na to często wielomiesięczne poszukiwania na stanowiskach menedżerskich i topniejący budżet domowy, pojawia się ogromny stres i frustracja.

– Do poszukiwania pracy należy podejść jak do sprzedaży – mówi Ernest Wencel – coach, który w ramach inicjatywy Punkt X pomaga menedżerom w znalezieniu nowego zatrudnienia. – Nawet jeśli wszyscy zgadzamy się, że brak informacji zwrotnej jest mało profesjonalny, musimy mieć świadomość, że w pojedynkę trudno jest zmienić realia.  Dlatego proponuję uczyć się od handlowców, którzy nie obrażają się, że klient nie wrócił do niego z informacją zwrotną. Handlowiec wie, że to on musi zadzwonić, jeśli chce sfinalizować sprzedaż. W przypadku rekrutacji jest podobnie. Jeśli szukasz pracy, nie obrażaj się, bo to nic nie da. Zamiast tego przejmij kontrolę i zrób co w Twojej mocy, aby wykazać się skutecznością – przekonuje.

Aby zminimalizować ryzyko przykrych niespodzianek, warto na każdym etapie zapytać, kiedy należy się spodziewać kontaktu w sprawie kolejnego. Jeśli w danym terminie telefon milczy, wówczas nie tylko nie zaszkodzi, ale nawet warto skontaktować się z rekruterem i spróbować uzyskać od niego aktualne informacje. Dobrze jeśli osoba poszukująca pracy pokazuje, że zależy jej na danej pracy i że każda informacja zwrotna jest dla niej ważna.

Zwinne rekrutacje

Kontakt z headhunterem może zwiększyć szanse kandydata na zatrudnienie, ale może też być źródłem wiedzy na temat tego, jak przygotować się do spotkania z klientem, na co zwracać uwagę podczas rozmowy, jaka jest kultura firmy. Rozmowa z rekruterem dostarczy też mnóstwa drobnych informacji, które będą procentowały na dalszych etapach. Można też dzięki temu dowiedzieć się, że np. cały proces utknął w martwym punkcie. Dlaczego rekrutacje czasem kończą się bez zapowiedzi?

– Coraz częściej jest to wynik tzw. „scrumowego”, zwinnego podejścia do realizowanych projektów – mówi Ernest Wencel. – Decyzje biznesowe są dziś podyktowane dużą presją czasu, przez co wymogi dotyczące stanowiska przed rozpoczęciem rekrutacji mogą być inne niż po kilkunastu dniach od jej rozpoczęcia. Gdy pojawia się zapotrzebowanie na kandydata, rekrutacja jest błyskawicznie uruchamiana, ale gdy zmieniają się decyzje biznesowe albo profil stanowiska, proces jest natychmiast wstrzymywany, aby nie generować dalszych kosztów – wyjaśnia.

A skoro tak, to brak informacji zwrotnej może wynikać nie z faktu, że kandydat nie spełnił oczekiwań, ale że w ogóle zrezygnowano z zatrudnienia nowej osoby, rekrutację przełożono na bliżej nieokreślony termin albo postanowiono, że jednak poszukiwane będą osoby o zupełnie innym profilu (z innym wykształceniem, doświadczeniem itd.). Cisza po drugiej stronie może też wynikać z czegoś innego.

– Kiedyś zdarzało się, że firmy zamieszczały fikcyjne ogłoszenia, żeby tanio budować bazy kandydatów. Dziś jest to już zabronione, ale i tak trzeba liczyć się z faktem, że niektórzy rekruterzy szukają osób niejako „na zapas”. Na rynku, na którym jest  mało czasu na znalezienie pracowników nieustannie prowadzą monitoring, żeby w momencie, gdy tyko pojawia się informacja o wakacie, mieć wstępnie zweryfikowanych kandydatów. Czas rekrutacji jest jednym z ważniejszych mierników w HR – mówi coach z Punktu X.

Brak informacji zwrotnej może więc wynikać stąd, że rekrutacja dotyczyła wstępnej selekcji na stanowisko, które będzie brane pod uwagę dopiero w przyszłości. Zaproszenie na kolejny etap może się więc pojawić, ale dużo później niż spodziewały się osoby, które zaproszono na spotkanie wstępne lub wyselekcjonowano na podstawie CV. Ale powodem milczenia telefonu może być też fakt, że dana firma prowadzi bardzo złożone, wieloetapowe procesy rekrutacyjne.

– Działy HR i firmy headhunterskie są rozliczane z jakości rekrutacji, czyli z tego, ile spośród zrekrutowanych osób przepracuje u danego pracodawcy co najmniej rok. W tym celu „haerowcy” robią co mogą, aby zminimalizować ryzyko, że coś zostanie przeoczone. Ta ostrożność powoduje, że rekrutacja może trwać nawet kilka miesięcy – zauważa Ernest Wencel.

Osoby poszukujące pracy często skarżą się, że oferty pracy zamieszczane w portalach są – w ich ocenie – fikcyjne. Sądzą tak, ponieważ zdarza się, że wysłana przez nich aplikacja w ogóle nie zostaje otwarta. W praktyce może to świadczyć o tym, że w pierwszych dniach rekrutacji firma otrzymała tak wiele zgłoszeń od kandydatów wartych uwagi, iż kolejne aplikacje nie są nawet otwierane. Z tego powodu niezwykle ważna jest szybkość, z jaką kandydat zareaguje na ofertę pracy – im szybciej, tym większa szansa, że zostanie zaproszony na rozmowę.

Liczy się determinacja

Biorąc pod uwagę, że procesy rekrutacyjne trwają długo, bywają przerywane, wznawiane i modyfikowane, kandydat chcący odnaleźć się w tej sytuacji, musi wykazać się zarówno cierpliwością, jak i determinacją. Osoba, która wychodzi z inicjatywą, aby dopytać o wyniki kolejnych etapów rekrutacji, osoba, która dzwoni, aby o sobie przypomnieć, znacząco zwiększa szanse na to, by zostać zauważoną. Dzięki temu, kiedy proces zostanie wznowiony, to właśnie ona jako pierwsza się o tym dowie. Dodatkowo, skoro to właśnie ją zapamiętano, ma większe szanse otrzymać zaproszenie na kolejne spotkanie oraz zbudować lepsze relacje z rekruterami i innymi osobami uczestniczącymi w tym procesie.

Niestety ci, którzy oczekują z założonymi rękami na telefon od rekrutera, mogą się go nie doczekać. Tym bardziej, że osoby odpowiedzialne za wybór i selekcję kandydatów rozliczane są z efektywności kosztowej. Tzn. powinny jak najszybciej i jak najtaniej wybrać właściwe osoby. Komunikacja z odrzuconymi kandydatami jest nie tylko trudna (nikt nie lubi przekazywać złych wiadomości), ale wymaga też czasu (a w tym przypadku – czas to koszty).

– Dopóki pieniądze będą kluczowym parametrem na rynku, nie ma szans, że poprawi się  standard komunikacji z kandydatami – przyznaje coach z Punktu X. – A skoro tak, to pozostaje nam jedynie dostosować się do warunków, w których musimy funkcjonować, tak aby działać jak najskuteczniej pomimo ograniczonej informacji zwrotnej – dodaje.

A więc podsumujmy. Szukając pracy, warto zacząć robić to jak najszybciej, ponieważ szczególnie na stanowiskach menedżerskich rekrutacja może być długa i skomplikowana. Menedżerowie i dyrektorzy nie powinni dawać wiary w powszechnie powtarzane opinie, że w Polsce mamy rynek pracownika – ich to nie dotyczy.

Nie należy się też nastawiać na informację zwrotną ze strony rekrutera. Aby ją uzyskać, trzeba samemu wyjść z inicjatywą – zdobyć się na wykonanie jednego, kilku, a może nawet kilkunastu telefonów.  Taka aktywność jest ważna z kilku powodów. Po pierwsze  – pozwoli uniknąć pochopnych wniosków, które mogą negatywnie wpłynąć własną samoocenę. Po drugie – bardzo często kolejne próby kontaktu ze strony kandydata zwiększą szanse, że zostanie on zapamiętany i zaproszony na kolejne rozmowy. Po trzecie – telefon czasem pozwoli poznać faktyczną sytuację, np. dowiedzieć się, że rekrutacja została wstrzymana na okres 3 miesięcy, ale po tym czasie zostanie wznowiona, warto więc trzymać rękę na pulsie.

Ponieważ dla kandydata sytuacja poszukiwania pracy w tak szybko zmieniających się warunkach może być bardzo trudna, warto, aby poszukał wsparcia wśród osób w podobnej sytuacji. Kontakt z ludźmi, którzy przeżywają to samo co on, pomoże mu pozbyć się nierealnych oczekiwań, a zamiast tego skłoni do poszukiwania pragmatycznych i skutecznych rozwiązań. Rzecz w tym, aby chwilowe poczucie bezradności przekuć w skuteczną sprzedaż swojej oferty na rynku pracy. Możliwe, że będzie to sprzedaż najtrudniejsza z możliwych, w dodatku na rynku, na którym panuje ogromna konkurencja. Ale właśnie dlatego warto cały czas pamiętać, że największe sukcesy odnoszą na nim osoby najbardziej zdeterminowane.

Voiceboty dla miękkiej windykacji

Nieregulowanie należności jest poważnym problemem – już 9 na 10 firm ma realne problemy z regulowaniem płatności przez kontrahentów. Windykacja jest obszarem biznesu zdominowanym przez konsultantów, wykonujących często mechaniczne połączenia z klientami. Problemem firm zatrudniających tych konsultantów są szybko rosnące płace, śrubujące koszty windykacji. Warto rozważyć wykorzystanie nowych technologii IT do, czasem nawet radykalnego, zmniejszenia kosztów tych działań.

Jak wskazuje badanie „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”, zrealizowane przez Krajowy Rejestr Długów we współpracy z Konferencją Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, w drugim kwartale br. firmy w Polsce na zapłatę faktury musiały czekać średnio ponad 4 miesiące, a prawie 90% ma problemy z nieterminowymi wpłatami ze strony swoich klientów. Niestety, strategie windykacji należności w centrach kontaktowych pozostają skomplikowane i nieefektywne. Niewłaściwe zarządzanie kanałami komunikacji, niska optymalizacja procesów i brak jednolitej wizji interakcji wpływają na proces egzekwowania zaległych należności.

Rosnące koszty windykacji – teraz można temu przeciwdziałać

Windykacja to szerokie pojęcie i można wydzielić kilka jej etapów – wstępna, sądowa, egzekucyjna. Oczywiste jest, że najlepiej wszelkie negocjacje z niewypłacalnym klientem zakończyć na pierwszym etapie – powstrzyma to generowanie następnych niepotrzebnych kosztów związanych z rozprawami sądowymi oraz usługami profesjonalnej firmy windykacyjnej. Jednak pierwsze, polubowne negocjacje, zwane także miękką windykacją, również odbijają się na budżecie firmy, ponieważ zajmują się nimi konsultanci wewnętrzni, którzy w danym czasie mogliby wykorzystać swoje kompetencje do innych działań. Jak więc nie dopuścić do jeszcze większych strat finansowych?

Każdy etap ściągania płatności wiąże się z ponoszeniem przez firmę kosztów, jednak wydatek ten można znacząco zmniejszyć dzięki automatyzacji procesów. Windykacja miękka to wszelkie sposoby, które zmierzają do polubownego załatwienia sprawy – przypomnienia o terminach płatności, ostrzeżenia o konsekwencjach np. w postaci wpisu do publicznego rejestru dłużników. Każdy przedsiębiorca-profesjonalista, który dostarcza swoje produkty lub usługi terminowo, ma prawo upominać się o równie terminowe spłaty należności. Firmom pomogą w tym Wirtualni Asystenci – Voiceboty InteliWISE działające w oparciu o algorytmy sztucznej inteligencji (AI), które obdzwonią klientów firmy i poinformują ich o aktualnym stanie płatności.

Odzyskiwanie długów mniejszymi kosztami – roboty w windykacji

Firmy mogą teraz oprzeć się na zaufanych, innowacyjnych technologiach związanych z automatyzacją, zaawansowaną analizą i sztuczną inteligencją. Pomogą one przekształcić aktualne, nieefektywne modele biznesowe i stworzyć nowe strategie – koncentrując się na lojalności klientów i przewidywaniu ryzykownych zachowań. A wszystko to pozwala zapobiegać eskalacji długów do następnych etapów. Dzisiaj klienci, zwłaszcza reprezentujący młodsze pokolenia, nie chcą już dostawać listów informujących o zaległych płatnościach, które często nawet nie doczekają się przeczytania. Oczekują krótkiej wiadomość opisującej stan faktyczny.

Voicebot może wzmocnić skuteczność zespołu windykatorów

Nie należy się łudzić. Zaległości w spłatach i długi to drażliwy temat i nie można liczyć, iż w najbliższych latach waga problemu zelżeje, bądź pojawi się magiczne technologie, które go rozwiążą. Tym niemniej, pojawiają się technologie, jak voiceboty, które po prostu mogą odciążyć zespół od powtarzalnych czynności. Niewiele osób otwarcie przyznaje się do problemu, nie wspominając już o omawianiu kwestii finansowych z nieznajomymi.  Dlatego nieraz próba podjęcia rozmowy telefonicznej z dłużnikiem kończy się niepowodzeniem. A niestety  zaplanowanie i wykonanie połączenia kosztuje czas i pieniądze firmy windykującej. Wesprzeć zespół przy pokonaniu barier komunikacyjnych może zapewnić Wirtualny Asystent. Jak pokazują ostatnie badania Survey Monkey i Drift, tylko 38% konsumentów rzeczywiście chce rozmawiać z człowiekiem podczas kontaktów z firmą.

Miękka windykacja – zadanie częściowo do zautomatyzowania

Voicebot może wstępnie obdzwonić klientów z przypomnieniem o zbliżających się płatnościach lub informacją o tych zaległych. Kontrahenci preferują taką samoobsługę, jest bowiem mniej inwazyjna niż szczera rozmowa z realnym reprezentantem firmy. A w bardzo wielu przypadkach wystarczy po prostu przypomnieć o płatności, bo jej brak wynika raczej z krótkiej pamięci, niż ze złych intencji. Voicebot InteliWISE poinformuje klienta o jego fakturach czy płatnościach, w sytuacji bardziej złożonych problemów – przekieruje do specjalisty w Call Center. Wirtualny Asystent może pracować w wydłużonych godzinach pracy bez potrzeby zwiększania budżetu na kadry, znacznie obniża więc koszty w porównaniu z zatrudnieniem dodatkowego agenta. Wykorzystanie automatyzacji w kontaktach z klientami to również skuteczna forma dyscyplinowania kontrahentów i pokazania się jako profesjonalna firma, która liczy na równie profesjonalne relacje w biznesie.

Voicebot wspiera zarówno własne działy windykacji, jak i outsourcing firm obsługujących długi

Strategie firm co do windykacji są zróżnicowane – jedne tworzą własne działy, inne zlecają firmom zewnętrznym, realizując tzw. outsourcing. W obu modelach rosnące płace a zmniejszająca się podaż pracowników i zaostrzające się regulacje stwarzają coraz większe wyzwania dla branży windykacyjnej. Wykorzystanie kanału cyfrowego i wdrożenie AI do windykacji mają kluczowe znaczenie dla sprostania tym wymaganiom. Voiceboty i Wirtualni Asystenci zwiększą wydajność istniejących strategii i są szansą dla firm na lepsze wyniki w zakresie egzekwowania płatności – więc również niższe koszty działów własnych, bądź wyższe marże outsourcerów.

Pracownik liczy na więcej

Pakiety medyczne, sportowe, ubezpieczenie na życie oraz elastyczne formy zatrudnienia  – jak czytamy w raporcie „Rynek pracy pod lupą”, liczba benefitów oferowanych pracownikom z roku na rok rośnie. Pracodawcy, chcąc konkurować o najlepszych specjalistów na rynku, muszą dostosować swoje oferty do zmieniających się trendów, wychodząc poza ramy dotychczasowych działań rekrutacyjnych.

Podczas, gdy jeszcze w roku 2015 lista bonusów pojawiających się w ogłoszeniach o pracę składała się średnio z 4,5 pozycji, obecnie jest to aż 6,6 – podaje  w swoich najnowszych badaniach, przeprowadzonych na bazie 500 ogłoszeń o pracę, Grant Thornton[1]. Sytuacja pracodawców jest trudna i dynamiczna, a wynika między innymi z tzw. „rynku pracownika”. Obecnie już niemal 60 proc. polskich firm podkreśla, że brak wykwalifikowanych pracowników stanowi znaczącą barierę w rozwoju przedsiębiorstwa. – Chcąc nie tylko pozyskać, ale też zatrzymać wartościowego pracownika, firmy muszą obecnie bardzo się postarać. Poza wynagrodzeniem, znaczenie zyskują świadczenia pozapłacowe, które stanowią ważny wskaźnik wpływający na przyjęcie oferty pracy – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Zmiany na liście potrzeb

Czego oczekują pracownicy? Przede wszystkim wyjścia poza klasyczne warunki zatrudnienia, gdzie głównym czynnikiem wyboru pracy było wynagrodzenie i rozwinięcia oferty benefitów. Jak pokazują badania, w porównaniu do roku 2015, obecnie aż 25 proc. więcej kandydatów zwraca uwagę na oferowane przez pracodawcę pakiety opieki medycznej, a 22 proc. na karty i programy sportowe. Pracownicy wciąż chętniej reagują także na ogłoszenia, w których oferowane jest zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę. Kandydaci doceniają, bardziej niż przed dwoma laty, również lekcje języków obcych (z 7 na 12 proc), możliwość pracy zdalnej oraz… darmowe owoce w biurze (oba benefity zyskały aż po 8 punktów procentowych). Jednocześnie, spośród analizowanych dodatków – spadek, chociaż jedynie o dwa punkty procentowe, zanotowało znaczenie oferowanych przez firmę szkoleń czy możliwość korzystania z samochodu służbowego.

Podstawy bez zmian

Obecna sytuacja na rynku pracy, zmusza pracodawców do ponownego przyjrzenia się także wymaganiom stawianym wobec kandydatów oraz weryfikacji niektórych, dotychczas niemal obowiązkowych, zapisów w ogłoszeniach. Co to oznacza w praktyce? Podczas, gdy kiedyś lista warunków stawianych przez kandydatami była dłuższa – dziś staje się lepiej dopasowana do konkretnych, oferowanych stanowisk. Znaczenie tracą zapisy takie jak m.in. obsługa podstawowych programów komputerowych. Nacisk kładzie się na to, co naprawdę jest ważne na danym stanowisku, a więc np. na znajomość języków czy rzeczywiste umiejętności. Mniej istotne stają się aspekty, w które pracownika można szybko wdrożyć. Co ciekawe, pracodawcy sięgają częściej po młode talenty, szkoląc je już na stanowisku lub decydują się na przyjęcie osoby z doświadczeniem, lecz bez kierunkowego wykształcenia.

Przedsiębiorcy chcący zgromadzić w swoich szeregach najlepszych specjalistów, powinni zwracać uwagę na zmieniające się potrzeby pracowników i odpowiadać na nie już na etapie tworzenia ogłoszeń o pracę. Pozwoli to nie tylko na usprawnienie procesu rekrutacji, ale również pomoże w budowaniu stabilnego, silnego zespołu.

[1] https://grantthornton.pl/publikacja/pracodawcy-obnizaja-wymagania-wobec-kandydatow/

Konstruktywne zwodzenie

Postępy w rozmowach handlowych USA-Chiny są coraz trudniejsze do oszacowania z powodu sprzecznych sygnałów wysyłanych przez Waszyngton i Pekin. Rynki chcą pozostać przy nadziejach, co też czyni je bardziej wrażliwymi na każdy strzępek informacji. Jednocześnie reakcje na zaskakujące zwroty akcje są przytłumione, a zmienność niska. Jakby się już nikomu nie chciało.

Jest zdumiewające, jak pomimo braku rozstrzygnięć w porozumieniu Pierwszej Fazy indeksy rynku akcji potrafią notować nowe szczyty, a wskaźniki sentymentu ulegać poprawie. Pozbawione konkretów zapewnienia, że rozmowy trwają i są „konstruktywne” (przekaz po weekendowej rozmowie telefonicznej Pekin-Waszyngton) zdają się wlewać więcej optymizmu niż sugestie, że porozumienie może nie dojść do skutku (wczorajszy raport CNBC na podstawie źródła z Pekinu). Rynek dodaje +1 i -1 i otrzymuje wartość większą od zera. Kredyt zaufania kiedyś się jednak musi skończyć. Kiedy? Terminem granicznym wydaje się 15 grudnia. To wtedy w życie mają wejść dodatkowe cła na towary importowane z Chin. Pekin robi wszystko, by do tego nie doszło, ale administracja Białego Domu zdaje się nieugięta. Ale jeśli rząd Chin nie dostanie nic korzystnego w ramach umowy Pierwszej Fazy, czemu miałby się zgadzać na cokolwiek. Mimo wszystko wciąż jest szansa na porozumienie i póki ta nadzieja żyje, żyje i rynkowy optymizm.

Z perspektywy rynku FX obecne warunki nie są ani silnym argumentem za rajdem ryzykownych aktywów, ani za ucieczką w bezpieczne przystanie. Nie dają impulsu do niczego i poza wstępną reakcją algorytmów na pojawiające się w serwisach informacyjnych nagłówki, nie widać większych zmian. EUR/USD, USD/JPY i AUD/USD praktycznie stoją w miejscu. Podobne wnioski można wysnuć z zachowania walut rynków wschodzących, choć tutaj akurat niezdecydowanie bardziej szkodzi niż pomaga – EUR/PLN wrócił ponad 4,29. W najbliższym czasie albo zostaniemy zaskoczeni informacją o zakończeniu negocjacji i podpisaniu porozumienia, albo będzie trzeba poczekać na solidny impuls fundamentalny. To drugiej jednak nie wcześniej jak od indeksów PMI w piątek.

GBP/USD zdołał utrzymać zyski z poweekendowego wystrzału w reakcji na rosnące poparcie dla Partii Konserwatywnej. Dziś przywódca torysów Boris Johnson i lider Partii Pracy Jeremy Corbyn staną do debaty telewizyjnej (21:00). Jakkolwiek to, co zostanie powiedziane podczas debaty nie może mieć natychmiastowego przełożenia na rynki finansowe, interesującym będzie, jak debatę odbiorą wyborcy i przetasowania w sondażach już znajdą odbicie w notowaniach funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zmiany klimatu kosztują

Adaptacja do zmian klimatycznych (ang. climate change adaptation) to termin powstały w odpowiedzi na trwające obecnie zjawiska, które znacząco wpływają na środowisko. W praktyce proces ten i wynikające z niego działania to koszt w wysokości setek milionów dolarów. Czy to duża kwota? Odpowiadając na to pytanie należy odnieść ją do możliwych strat w poszczególnych obszarach,  do których doprowadzi zmiana klimatu. Jednym z przykładów jest masowa eksterminacja owadów, z którą mamy obecnie do czynienia. Pełnią one funkcję naturalnych zapylaczy, dzięki czemu jesteśmy w stanie produkować żywność roślinną. Badania mówią, że obecnie ich liczba zmniejszyła się już nawet o 10-40 proc. Dramatyczny wynik potwierdziły tegoroczne niemieckie badania, dotyczące Europy. W takiej sytuacji pojawia się widmo potencjalnego kryzysu żywnościowego.

– Jeśli globalne wymieranie owadów będzie postępować tak dynamicznie, straty dla samego rolnictwa wyniosą 200-550 miliardów dolarów rocznie – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. – Kryzys został oddalony w latach 60. XX wieku, kiedy upowszechniono masową produkcję żywności. Teraz będziemy zmagać się z zaburzeniami temperatur i kryzysem wodnym. W takiej sytuacji technologia nie będzie ratunkiem. Susza nie pozwoli zebrać plonów. W tym celu stosuje się GMO (ang. genetically modified organism), czyli żywność modyfikowaną. W ten sposób można generować uprawy odporne na wysokie temperatury. W Polsce jednak z roku na rok rośnie problem suszy rolniczej. Straty dla sektora i odszkodowania dla rolników opiewają na wysokie kwoty. W zależności od rozległości zjawiska to od 1,5 do 3-4 miliardów złotych. Rok 2019 zapowiada się rekordowo. Susza dotknęła większości województw w centralnej i południowo-zachodniej Polsce. Wyjątkiem pozostają jedynie Kujawy, Mazury i Pomorze Zachodnie. Sytuacja ta będzie miała swoje konsekwencje w odszkodowaniach rolniczych, jak i w cenach żywności. Podwójnie odczują to więc Polacy w swoich portfelach. Z jednej strony pieniądze podatników pokryją należne rekompensaty, a do tego ci sami podatnicy zapłacą więcej za jedzenie – wskazał Wyszkowski.

Regionalne rynki powierzchni biurowych depczą Warszawie po piętach

Dobra koniunktura na rynku powierzchni biurowych utrzymuje się od dłuższego czasu, a jej beneficjentami stają się rynki regionalne. Co prawda na koniec września br. całkowita ilość nowoczesnej powierzchni biurowej w stolicy wciąż przewyższała tę z ośmiu największych rynków regionalnych, ale eksperci BNP Paribas Real Estate Poland prognozują, że już w 2020 r. miasta regionalne mogą dogonić pod tym względem stolicę.

Zdaniem autorów raportu At a glance, Regionalne rynki biurowe, Q3 2019, już w przyszłym roku łączne zasoby biurowe ośmiu głównych miast regionalnych mogą zrównać się z dominującym rynkiem warszawskim. Różnica w wolumenie podaży znacząco się zmniejszyła w trzech pierwszych kwartałach br., kiedy to na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano do użytku 314,8 tys. m kw. Dla porównania, w tym samym czasie rynek stołeczny wzbogacił się „tylko” o 142,3 tys. m kw.

Wrocław na stałej wznoszącej

Biorąc pod lupę tylko III kwartał br., najszybciej rozwijającym się rynkiem był Wrocław, który powiększył istniejącą już powierzchnię biurową aż o 43 400 tys. m kw., co stanowiło 60% całej nowej podaży w tym okresie.

Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, BNP Paribas Real Estate Poland
Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, BNP Paribas Real Estate Poland

Duże wzrosty na tym rynku to efekt otwartego w sierpniu, położonego w pobliżu placu Dominikańskiego biurowca Nowy Targ (19 400 m kw.). Nowy obiekt powstał na miejscu wyburzonych, pochodzących z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku biurowców Naviga i Navicentrum – Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, BNP Paribas Real Estate Poland

Drugim, znaczącym „zastrzykiem” nowej powierzchni biurowej dla stolicy Dolnego Śląska był Carbon Tower (17 000 m kw.) – szklana wieża licząca 15 pięter, będąca obecnie drugim najwyższym biurowcem we Wrocławiu.

Kraków co prawda nie dostarczył w III kwartale br. żadnego nowego obiektu biurowego, niemniej w skali całego roku rynek ten przoduje pod względem wolumenu nowej podaży. Wszystko za sprawą ukończenia aż 12 budynków o łącznej powierzchni 90 tys. m kw. Intensywnie rozwijał się również Poznań, gdzie oddano do użytku pięć budynków w ramach kompleksu Poznań Business Garden o łącznej powierzchni 46 000 m kw. oraz pierwszy budynek kompleksu Nowy Rynek.

Najwięcej nowych biur powstanie w Trójmieście

Aktualnie na rynkach regionalnych powstaje 80 nowych obiektów, których ukończenie planowane jest do końca 2021 roku. Łączny wolumen budowanej powierzchni biurowej wynosi ok. 867 000 m kw. Pod względem wielkości zasobów w realizacji na koniec września br. prym wiodło Trójmiasto (200,8 tys. m kw.), które nieznacznie wyprzedziło Kraków oraz Wrocław. Wszystkie trzy łącznie odpowiadają za 2/3 całej, aktualnie budowanej powierzchni biurowej w ośmiu głównych miastach regionalnych.

Najemcy zainteresowani Krakowem

Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz i Badań Rynkowych, BNP Paribas Real Estate Poland
Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz i Badań Rynkowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Popyt na powierzchnię biurową w 2019 r. wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. W okresie styczeń – wrzesień br. na samych rynkach regionalnych osiągnął on wynik 514 900 m kw., a wyłączając renegocjacje – 337 300 m kw.

Największym zainteresowaniem najemców niezmiennie cieszył się Kraków, odpowiadając za blisko połowę (45%) całkowitego popytu netto na rynkach regionalnych. Wysokim udziałem mogą pochwalić się również: Trójmiasto (14%), Wrocław (13%) oraz Katowice (11%). Rosnące znaczenie rynków regionalnych to m. in. efekt atrakcyjnych, w stosunku do rynku warszawskiego, stawek czynszu, które w zależności od regionu wahały się od 13 do 15,5 euro w przypadku najbardziej prestiżowych obiektów – Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz i Badań Rynkowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Co istotne, aż w pięciu miastach regionalnych (Szczecin, Łódź, Katowice, Kraków oraz Wrocław) ponad 60% powierzchni objętych umowami najmu dotyczyło powierzchni w budynkach znajdujących się jeszcze w fazie budowy (tzw. pre-let). Najaktywniej swoje zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe zaspokajały firmy z sektora bankowo-inwestycyjnego oraz IT. Miasta regionalne wciąż są chętnie wybierane również przez operatorów sektorów BPO / SSC.

Pustostany na stabilnym poziomie

Przez cały rok wskaźnik pustostanów utrzymywał się na podobnym poziomie. Na koniec września odsetek niewynajętej powierzchni wyniósł 9,1%, czyli o 0,3 p. proc. mniej niż w II kwartale br. oraz o 0,6 p. proc. mniej w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Niewielki wzrost udziału powierzchni niewynajętej odnotowano w Szczecinie, Wrocławiu oraz Katowicach. Z kolei Lublin w odniesieniu do analogicznego okresu ubiegłego roku odnotował spadek stopy pustostanów aż o 9,1 p. proc. Najniższy poziom powierzchni niewynajętej zarejestrowano w Trójmieście, gdzie bez najemcy pozostaje jedynie 4,8% istniejącej powierzchni.

Pożyczka z poręczycielem – kiedy możemy po nią sięgnąć?

Brak zdolności kredytowej często oznacza brak możliwości wnioskowania o pożyczkę. Na rynku dostępne są jednak pożyczki z żyrantem. Kto może nim zostać? Dowolna osoba, która nie posiada zadłużeń wobec innych podmiotów i otrzymuje stały dochód. Jakie są prawa i obowiązki żyranta?

Pożyczka z poręczycielem – dla kogo?

Pozytywna zdolność kredytowa to jeden z warunków ubiegania się o kredyt czy pożyczkę. Jeśli nasza sytuacja finansowa wygląda niekorzystnie, istnieje ryzyko, że nie otrzymamy dodatkowych pieniędzy. W ofercie pożyczkodawców istnieje jednak pożyczka z poręczycielem. Czym jest i kto może z niej skorzystać? Pożyczka z żyrantem to zobowiązanie dla osób, których ocena ryzyka kredytowego jest wysoka. Jeśli pożyczkodawca stwierdzi, że nasz dochód jest zbyt niski, aby spłacić z niego pożyczkę, będzie wymagał wskazania osoby, która w razie naszej niewypłacalności, zrobi to za nas. Nasza niewypłacalność może być spowodowana:

  • utratą pracy;
  • tymczasową niezdolnością do niej;
  • a nawet śmiercią.

Pamiętajmy, że nie każda firma pożyczkowa oferuje pożyczkę z poręczycielem. Np. w Ratado.pl żyrant nie jest wymagany, a nasze możliwości finansowe oceniane są na podstawie analizy zebranych o nas danych. Nawet jeśli nasze możliwości spłaty zobowiązania są niskie, otrzymamy pieniądze. Kwota zobowiązania zostanie maksymalnie dopasowana do naszego budżetu.

Pożyczka z żyrantem online – warunki

Wnioskowanie o kredyt z poręczycielem może odbywać się z domu. Aby złożyć wniosek o pożyczkę z żyrantem, wystarczy wejść na stronę internetową pożyczkodawcy, następnie:

  • wypełnić wniosek wpisując w nim dane z dowodu osobistego;
  • wskazać interesującą nas kwotę zobowiązania;
  • wskazać osobę, która poręcza naszą wypłacalność;
  • przesłać wniosek do rozpatrzenia;
  • oczekiwać na decyzję pożyczkową.

Pamiętajmy, aby wybrać pożyczkę, której RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania, jest niewielka. Dzięki temu koszty naszego zobowiązania nie będą duże. Wnioskowanie o pożyczkę z poręczycielem, wiąże się z dopełnieniem takich samych formalności, jak przy aplikowaniu o tradycyjną pożyczkę online. Należy mieć ukończone minimum 18 lat i otrzymywać stały dochód. Ponadto należy wskazać adres zamieszkania, numer PESEL, a także numer telefonu komórkowego.

Żyrant – prawa i obowiązki

Ubieganie się o pożyczkę z poręczycielem nie jest trudne. Możemy mieć jednak problem z wyborem żyranta. Kto powinien nim zostać? Najlepiej, aby poręczyciel:

  • nie zalegał z płatnościami;
  • nie miał zajęcia komorniczego.

Poręczyciel może mieć swoje zobowiązania finansowe. Wpłynie to jednak na wysokość przyznanej nam pożyczki. Żyrantem może zostać dowolna osoba (nie musi być ona z nami spokrewniona). Ważne, aby otrzymywała ona stały dochód i była z nami w kontakcie. Jakie prawa i obowiązki ma żyrant? Do praw poręczyciela należy:

  • natychmiastowy kontakt w sprawie zaległości powstałych na koncie pożyczkobiorcy;
  • możliwość sprawdzenia statusu spłaty poręczonego zobowiązania;
  • możliwość kontaktu z pożyczkodawcą.

Należy jednak pamiętać, że poręczenie pożyczki wiąże się z pewnymi obowiązkami. Osoba, która decyduje się zostać żyrantem, bierze na siebie odpowiedzialność. Będzie musiała spłacić za nas pożyczkę, gdy nie będziemy w stanie wykonać tego samodzielnie. Co więcej, regulacja zadłużenia musi odbyć się na zasadach zawartych w umowie zobowiązania.

Kiedy żyrant nie musi spłacać kredytu?

Żyrant nie tylko powinien znać swoje prawa i obowiązki, ale również sytuację, w której jest zwolniony ze spłaty poręczonego zadłużenia. Kiedy żyrant nie musi spłacać kredytu? Przede wszystkim wtedy, gdy pożyczkobiorca reguluje na czas swoje zobowiązanie. Spłata zadłużenia może okazać się łatwiejsza, jeśli poręczona pożyczka zostanie dodatkowo ubezpieczona. W takiej sytuacji zadłużenie zostanie spłacone z pieniędzy przeznaczonych na ten cel.

Czy żyrant może się wycofać?

Poręczyciel odpowiada za spłatę pożyczki w takim samym stopniu, jak pożyczkobiorca. Może się jednak wycofać z poręczenia. Możliwe jest to jednak pod warunkiem, że główny dłużnik spłaca na czas raty zobowiązania. Jeśli jest zupełnie inaczej, tzn. występują opóźnienia w spłacie pożyczki, automatycznie tracimy szansę na rezygnację z poręczenia. Jeśli gwarant chce zrezygnować z własnej woli, musi złożyć stosowny wniosek do instytucji, w której żyruje pożyczkę. Jeśli firma pożyczkowa wyrazi zgodę na wycofanie się z poręczenia, pożyczkobiorca będzie musiał wybrać inne zabezpieczenie swojej pożyczki.

Europejska gospodarka nadal będzie spowalniać. Najbliższe miesiące pokażą, w jakim stopniu odbije się to na wzroście polskiego PKB

Europejska gospodarka nadal będzie spowalniać. Najbliższe miesiące pokażą, w jakim stopniu odbije się to na wzroście polskiego PKB 1

Gospodarka europejska hamuje i w najbliższych kwartałach będzie mieć problemy z utrzymaniem dodatniego wzrostu gospodarczego – prognozują analitycy BGK. Głównymi winowajcami są Chiny, których gospodarkę coraz bardziej obciążają napięcia handlowe oraz problemy branży motoryzacyjnej. Te dwa czynniki dotkliwie odczuwają zwłaszcza Niemcy. Pogarszająca się kondycja niemieckiej gospodarki jest głównym źródłem spowolnienia w strefie euro, co przekłada się też na tempo wzrostu polskiego PKB. Najbliższe miesiące pokażą, na ile krajowa gospodarka jest odporna na negatywne impulsy z zewnątrz.

– Twarde dane makroekonomiczne ze strefy euro są obecnie najgorsze od kilku lat. Wskazują na stagnację wzrostu gospodarczego w strefie euro, głównie ze względu na recesyjne odczyty niemieckiej gospodarki. Ta bowiem jest najbardziej wrażliwa na spowolnienie gospodarcze w Chinach i zmniejszenie popytu Państwa Środka na niemieckie dobra inwestycyjne. Ponadto, strefie euro szkodzą problemy branży motoryzacyjnej, wyniki sektora automotive są zatrważająco słabe – mówi Piotr Dmitrowski z Biura Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

W III kwartale tego roku wzrost PKB w strefie euro wyniósł 1,1 proc. rdr. (wobec 1,2 proc. w II kw.) oraz 0,2 proc. kdk. (wobec 0,2 proc. w II kw.) Niższa aktywność europejskiej gospodarki to efekt spadku popytu z Chin i rynków międzynarodowych. Chiński wzrost gospodarczy w coraz większym stopniu obciążają napięcia w relacjach handlowych z USA. W październiku produkcja przemysłowa Chin wzrosła o 4,7 proc. rdr., a sprzedaż detaliczna o 7,2 proc. rdr. To jedne z najsłabszych wyników w okresie ostatnich dwóch dekad. Odczyty te wskazują na kontynuację hamowania tempa wzrostu PKB w Państwie Środka. Tym samym zagrożony będzie tegoroczny wzrost chińskiego PKB na poziomie 6,0–6,5 proc. – wskazują analitycy BGK.Słabo prezentują się dane o chińskiej wymianie handlowej – zwłaszcza spadek importu, co będzie się negatywnie odbijać na gospodarkach najważniejszych partnerów handlowych Państwa Środka.

Drugi czynnik zwalniający europejską gospodarkę to problemy w przemyśle samochodowym. Sektor boryka się ze spadkiem eksportu i zmianami regulacyjnymi w zakresie ochrony środowiska, a problemy szczególnie mocno odczuwa branża motoryzacyjna w Niemczech. To właśnie niemiecki przemysł który od III kwartałów notuje wyraźne spadki produkcji i jest źródłem pogorszenia danych ze strefy euro. Na razie gospodarce niemieckiej udało się uniknąć technicznej recesji – okresu dwóch kwartałów z rzędu ujemnej dynamiki w ujęciu kdk. W III kwartale PKB Niemiec wzrósł o 0,1 proc. kdk., po spadku o 0,2 proc. kdk. w II kwartale.

– Pogorszenie koniunktury w strefie euro wynika w pierwszej kolejności z czynników globalnych. Osłabieniu ulega tempo wzrostu gospodarczego w Chinach, w efekcie maleje popyt na europejskie produkty w Państwie Środka. Bardzo wrażliwa jest na to przede wszystkim gospodarka niemiecka, która jest głównym producentem dóbr inwestycyjnych na świecie. To z kolei przekłada się na kondycję całej Europy – mówi Piotr Dmitrowski.

Analitycy BGK wskazują, że strefa euro będzie mieć w nadchodzącym czasie problemy z utrzymaniem dodatniego wzrostu gospodarczego, a najbliższe kwartały przyniosą stagnacyjne odczyty.

– Wiele będzie zależeć od polityki fiskalnej i tego, czy deficyty budżetowe w krajach Eurolandu będą zwiększane, a tym samym pobudzany będzie popyt wewnętrzny w tych krajach – mówi Piotr Dmitrowski.

W kolejnych rundach prognostycznych Komisji Europejskiej – początkowo sceptycznej wobec ekspansji fiskalnej – widać stopniowe łagodzenie podejścia i zakładanie zwiększania deficytów w obliczu spowolnienia – zauważają ekonomiści BGK. Analitycy banku wskazują również, że konserwatywne podejście do polityki fiskalnej, stanowiące bazę polityki antykryzysowej w Europie po roku 2008, może odejść w zapomnienie. W pierwszej połowie roku Europejski Bank Centralny wstrzymywał się z podejmowaniem luzowania monetarnego, ale już w III kwartale br. postanowił dokonać redukcji stóp oraz zrestartować pakiety luzowania ilościowego. Stopa depozytowa została obniżona do -0,5 proc. z -0,4 proc. Kolejnej decyzji o obniżce stóp mnożna się spodziewać w styczniu (już po zmianie w fotelu szefa EBC – prezesa Mario Draghiego zastąpi Christine Lagarde). Od listopada EBC od nowa uruchamia też program zakupu aktywów o wartości 20 mld euro miesięcznie.

– Spowolnienie w strefie euro skutkuje luzowaniem polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny i jest to ważny wymiar dla Rady Polityki Pieniężnej. W efekcie nawet przy rosnącej inflacji nie należy oczekiwać podwyżek stóp procentowych. Po drugie, luzowanie polityki w strefie euro będzie skutkować osłabieniem euro wobec innych walut bazowych, np. franka szwajcarskiego. W efekcie przy względnie stabilnej relacji euro do złotego wciąż na wysokim poziomie będzie się kształtować relacja franka szwajcarskiego do złotego. Ponadto luzowanie polityki w strefie euro będzie czynnikiem sprzyjającym wycenie polskiego długu – mówi Piotr Dmitrowski z Biura Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Produkt Krajowy Brutto w III kwartale 2019 roku wzrósł o 3,9 proc. rdr. wobec wzrostu na poziomie 4,6 proc. rdr. w II kw. 2019 r., po korekcie z 4,5 proc. Według prognozy BGK wzrost gospodarczy w Polsce w bieżącym roku ukształtuje się na poziomie 4,2–4,3 proc., natomiast w przyszłym roku wyniesie 3,7 proc. Spowolnienie będzie w głównej mierze efektem osłabienia kontrybucji eksportu netto ze względu na pogorszenie wyników niemieckiej gospodarki i całej strefy euro. Jednakże ze względu na dobre nastroje gospodarstw domowych wciąż na wysokim poziomie będzie kształtować się dynamika konsumpcji.

W ocenie analityków BGK za dobrymi nastrojami gospodarstw domowych stoi po pierwsze kondycja rynku pracy. Silny wzrost wynagrodzeń będący efektem połączenia niedoborów rynku pracy (najniższy od 1989 roku poziom stopy bezrobocia) ze stabilnym popytem na prace. Bezpieczeństwo zatrudnienia jest ważnym wymiarem zwiększającym skłonność do dokonywania zakupów. Po drugie konsumpcję stymuluje polityka fiskalna związana z programami socjalnymi, czyli rozszerzenie 500+ czy 13 emerytura.

Centralny Rejestr Beneficjentów Bezpośrednich ma pomóc walczyć z praniem brudnych pieniędzy. Za brak wpisu grozi kara miliona złotych

Co roku suma wypranych pieniędzy w skali globalnej może sięgać 2–5 proc PKB, czyli nawet 2 bln dol. W Polsce według różnych szacunków skalę problemu ocenia się na nieco ponad 1 proc. PKB. Utworzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych ma zapobiegać zarówno praniu brudnych pieniędzy, jak i zmniejszyć ryzyko terroryzmu. Wszystkie polskie spółki handlowe mają obowiązek zgłosić do 13 kwietnia 2020 roku informacje o swoich tzw. beneficjentach rzeczywistych. Nowo powstające spółki mają na to 7 dni od zarejestrowania w KRS. Kary za spóźnienie sięgną miliona złotych.

 Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych jest internetowym systemem, w którym można sprawdzić, kto w danej spółce jest osobą decyzyjną, mówiąc w dużym uproszczeniu. Jest to narzędzie, które od 13 października obowiązuje w polskim porządku prawnym, ma ono z założenia przeciwdziałać praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Dubicki, partner w Kancelarii Dubicki i Wspólnicy.

Zgodnie z prawem wszystkie polskie spółki handlowe muszą tu zgłosić informacje o swoich tzw. beneficjentach rzeczywistych, czyli osobach, które rzeczywiście sprawują kontrolę nad firmami. Docelowo znajdą się tu dane 450 tys. spółek.

– Obowiązek wpisu do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych dotyczy wszystkich podmiotów gospodarczych funkcjonujących w Polsce. Dotyczy to spółek jawnych, komandytowych, komandytowo-akcyjnych, spółek z o.o. i spółek akcyjnych, chyba że są to spółki giełdowe. Ich ten obowiązek nie dotyczy – wymienia Łukasz Dubicki.

Jednym z głównych zadań CRBR jest przeciwdziałanie praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. W rejestrze znajdują się bowiem  informacje o osobach, które wpływają na kluczowe decyzje w spółkach, nawet jeżeli teoretycznie znajdują się poza wieloszczeblową strukturą korporacyjną.

 Rejestr został zrobiony po to, żeby w cieniu rozwiązań korporacyjnych nie mogły ukrywać się osoby fizyczne, czyli żeby było wiadomo po sprawdzeniu w takim rejestrze, kto jest w danej spółce decydentem, kto podejmuje kluczowe decyzje, kto ma wpływ na funkcjonowanie tej spółki. Dodatkowo w CRBR będą gromadzone też dane osób upoważnionych do reprezentowania spółki – tłumaczy partner w Kancelarii Dubicki i Wspólnicy.

Biuro Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości szacuje, że suma pieniędzy wypranych rocznie w skali globalnej wynosi 2–5 proc. światowego PKB, czyli nawet ok. 2 bln dol. W Polsce, jak wskazuje „Krajowa Ocena Ryzyka” opracowana przez Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, skalę problemu ocenia się na nieco ponad 1 proc. PKB. Według GIIF na najwyższy poziom ryzyka narażone są transakcje z użyciem rachunków bankowych, gdzie można ukryć dane rzeczywistych zleceniodawców. Niemal 66 proc. postępowań wszczętych przez GIIF w 2018 roku dotyczyło właśnie podejrzanych transakcji z wykorzystaniem rachunków bankowych. W ten sposób pieniądze najczęściej trafiały do Hongkongu (ok. 10,3 mld zł). To więcej niż wyniosła wymiana handlowa z tym krajem w 2017 roku. Rejestr pozwoli ukrócić ten proceder.

 Podmioty, które zostały zarejestrowane przed dniem 13 października 2019 roku, mają czas na wpis do 13 kwietnia przyszłego roku. Natomiast nowo powstające spółki mają obowiązek zrobić takie zgłoszenie w terminie 7 dni od zarejestrowania w Krajowym Rejestrze Sądowym. Również zmiany danych spółek będą musiały być uwidaczniane w CRBR i na to też jest 7-dniowy termin – mówi Łukasz Dubicki.

Nowy rejestr to efekt dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Jak podkreśla ustawodawca, zgłoszenie beneficjentów do CRBR jest łatwe i zajmuje mało czasu, jednak kary za brak wpisu mogą być kosztowne.

– Firmie, która nie wpisała się do rejestru na czas, grozi kara do 1 mln zł. Jest to dosyć wysoka kara, biorąc pod uwagę fakt, że obowiązkiem wpisu do CRBR objęty jest bardzo szeroki katalog firm. Jest to podyktowane powagą materii, którą reguluje ta ustawa. Działanie i przeciwdziałanie terroryzmowi oraz zapobieganie praniu pieniędzy w systemach finansowych jest wartością mocno chronioną – mówi Łukasz Dubicki.

Trzykrotna zdobywczyni nagrody Emmy: Coraz więcej kobiet zajmuje stanowiska kierownicze. Także w Polsce mają dobre perspektywy

– Dziś coraz większa uwaga skupiona jest na kobietach i to jest wspaniałe – mówi Rita Cosby, amerykańska dziennikarka, która relacjonowała huragan Katrina, wojnę w Afganistanie, przeprowadzała wywiady z Jaserem Arafatem czy Slobodanem Miloševiciem. Choć jest jeszcze wiele barier do pokonania, kobiety częściej zajmują najważniejsze stanowiska w firmach i w polityce. Dziennikarka podkreśla, że niebawem możemy doczekać się pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta USA. – Sukcesy kobiet dają przykład i motywacje kolejnym kobietom, a wzajemne wsparcie buduje silną więź na całe życie – podkreśla dziennikarka.

– Obecne czasy są niesamowite dla kobiet. Dziś coraz większa uwaga skupiona jest na kobietach i to jest wspaniałe. Zajmują one stanowiska kierownicze w tak wielu różnych organizacjach. W pewnych obszarach wciąż jednak mamy wiele do zrobienia, żeby pokonać pozostałe bariery – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rita Cosby, amerykańska dziennikarka, trzykrotnie uhonorowana nagrodą Emmy.

Jak ocenia, sytuacja kobiet na rynku pracy w kilku ostatnich dekadach uległa znaczącej poprawie. Potwierdzają to również dane przytaczane przez PwC, z których wynika, że w krajach zrzeszonych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) udział kobiet aktywnych zawodowo wzrósł już do 69 proc. Gdyby jednak wszystkim krajom OECD udało się podnieść poziom zatrudnienia kobiet do tego notowanego w Szwecji (81 proc.), PKB całej grupy mógłby wzrosnąć w długiej perspektywie nawet o 6 bln dol. („Women in Work Index” 2019).

Dziennikarka podkreśla też, że kobiety w drodze do sukcesu muszą się przede wszystkim wspierać nawzajem m.in. poprzez mentoring. Istotne też, żeby kobiety były solidarne, doceniały wzajemnie swoje osiągnięcia.

– Kobiety, a zwłaszcza te, które osiągnęły sukces, powinny się interesować innymi kobietami, wspierać je i pomagać, pokazując im potencjał pracy zespołowej i to, że mogą liczyć na wsparcie innych kobiet. To bardzo ważne, ponieważ kobiety często mają bardzo podobne doświadczenia i są pewne rzeczy, które możemy przekazać naszym koleżankom. Kobiety i mężczyźni często stawiają czoła innego rodzaju wyzwaniom w życiu zawodowym, inaczej podchodzą do pewnych kwestii. Więź, jaka wytwarza się między kobietami, które udzielają sobie wsparcia, jest czymś naprawdę wyjątkowym –podkreśla Rita Cosby.

W Stanach Zjednoczonych przejawem zmian jest większa liczba kobiet zasiadających w Kongresie i na stanowiskach menedżerskich czołowych spółek. Jednocześnie trzeba nadal wzmacniać przedsiębiorczość kobiet i pracować nad zwiększeniem ich udziału w zarządach i radach nadzorczych firm.

– W Stanach Zjednoczonych liczba kobiet zasiadających w Kongresie jest większa niż kiedykolwiek, więcej kobiet zostaje dyrektorami generalnymi, obejmuje stanowiska kierownicze nawet w koncernach samochodowych, czego przykładem jest Mary Barra [dyrektor generalna General Motors – red.] czy Nikki Haley, która była ambasadorem USA w ONZ. Zyskałyśmy niesamowite wzory do naśladowania. Perspektywy dla kobiet na całym świecie są bardzo obiecujące, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce, co widać na różnych płaszczyznach – mówi Rita Cosby.

Jak podkreśla, po raz pierwszy w historii tak wiele kobiet w Stanach Zjednoczonych ma szanse na objęcie najwyższego stanowiska w państwie.

– Kobiety mają wysokie notowania w wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych i mają realną szansę na nominację kandydacką. Podobną sytuację mieliśmy w przypadku Hilary Clinton, a teraz sytuacja może się powtórzyć. Nie ma dla mnie większego znaczenia, z jakiego obozu wywodziłaby się taka kandydatka – Demokratów, Republikanów czy niezależnych. Ważne jest to, że coraz więcej kobiet może brać udział w tak istotnych wydarzeniach. Zbliżają się czasy – może już podczas tych wyborów – gdy kobiety będą odgrywały w nich kluczową rolę – zapowiada amerykańska dziennikarka.

Rita Cosby, trzykrotnie uhonorowana nagrodą Emmy, jest córką powstańca warszawskiego Ryszarda Kossobudzkiego. Jako pierwsza dziennikarka dotarła do więźniów w Guantánamo, przeprowadzała wywiady m.in. z Jaserem Arafatem i Slobodanem Miloševiciem. Prowadziła programy autorskie, relacjonowała też huragany Katrina i Rita oraz wojnę w Afganistanie. Jest blisko związana z amerykańską Polonią, aktywnie promuje Polskę i polską historię w środowisku amerykańskim.

Właśnie za „wybitne zasługi w popularyzowaniu wiedzy o polskiej historii i za osiągnięcia w pracy dziennikarskiej” została 11 listopada odznaczona przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. W stolicy amerykańska dziennikarka spotkała się również z mieszkańcami wieżowca Złota 44, zlokalizowanego w ścisłym centrum miasta i – jak podkreśliła – jest on jednym z symboli nowoczesnej Warszawy.

– Jako córka powstańca warszawskiego mogę powiedzieć, że gdy mój ojciec stąd wyjeżdżał, Warszawa była w ruinie. Nie został żaden budynek, na którym wojna nie odcisnęłaby piętna zniszczenia, na który nie spadła bomba, który nie popadł w ruinę. A teraz, po upływie kilku dekad, jesteśmy w pięknym, luksusowym budynku Złota 44 w samym sercu Warszawy. W budynku, który śmiało mógłby konkurować i przyćmić wiele luksusowych apartamentowców na całym świecie. Jego piękno uosabia sukces Warszawy, która odrodziła się jak feniks z popiołów i jest symbolem sukcesu, na który świat może spoglądać z podziwem – mówi Rita Cosby.

1,5 mln dzieci w Polsce mieszka w tzw. chorych domach. Źle ogrzewane, zawilgocone i niedoświetlone budynki mają olbrzymi wpływ na ich zdrowie

Wilgoć, niska temperatura, brak światła i nadmierny hałas to cztery główne czynniki ryzyka istniejące w tzw. chorych domach. Dzieci, które mieszkają w złych warunkach, a jest ich ok. 1,5 miliona, ponadczterokrotnie częściej cierpią na astmę, alergie, kaszel, świszczący oddech czy atopowe zapalenie skóry. Na takie dolegliwości bardziej niż mieszkańcy bloków narażone są dzieci przebywające w domach jednorodzinnych na obszarach podmiejskich, bo większość takich budynków jest nieodpowiednio ogrzewana i niedoświetlona – wynika z V edycji raportu „Barometr zdrowych domów”, który powstał z inicjatywy Grupy VELUX.

– W budynkach spędzamy 90 proc. naszego czasu. Dzisiejsze pokolenia nazywa się nawet „Indoor Generation”. Dyskutujemy bardzo wiele o skażeniu środowiska, smogu, o tym, co na zewnątrz budynków, i to są bardzo ważne tematy, ale zapominamy, że największy wpływ na nasze życie, zdrowie i kondycję mają warunki, w jakich mieszkamy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

W Polsce aż 1,5 mln dzieci mieszka w domach, których stan techniczny może wywierać negatywny wpływ na ich zdrowie i zdolności uczenia się. W całej Europie problem dotyka 26 mln, czyli co trzeciego dziecka – wynika z najnowszego raportu „Barometr zdrowych domów” opracowanego przez instytut RAND Europe na zlecenie Grupy VELUX we współpracy m.in. z Global Compact Network Poland oraz Instytutem Matki i Dziecka.

Dziś jedna czwarta zgonów dzieci przed 5. rokiem życia jest spowodowana przez skażenie środowiska i powietrza, do którego budynki przyczyniają się w dużym stopniu. Dlatego autorzy raportu podkreślają, że poprawa stanu budynków i dekarbonizacja zasobów budowlanych jest kluczowa dla zdrowia obecnych i przyszłych pokoleń.

– Szacuje się, że dzieci spędzają nawet 20 godzin dziennie w zamkniętych pomieszczeniach, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. W związku z tym są narażone m.in. na nieprawidłową wentylację, zawilgocenie, nieodpowiednią ilość światła dziennego czy zbyt niską temperaturę. To wszystko może prowadzić do różnych dolegliwości. Zgłasza je nawet 30 proc. dzieci mieszkających w tzw. chorych budynkach. Dlatego tak ważne są starania zmierzające do modernizacji budownictwa – podkreśla dr n. med. Alicja Karney, kierownik Oddziału Hospitalizacji Jednego Dnia w Instytucie Matki i Dziecka.

Wilgoć, brak światła, niska temperatura i nadmierny hałas to według raportu cztery czynniki, które mają największy wpływ na stan zdrowia mieszkańców. U dzieci mieszkających w domach dotkniętych jednym z tych czterech czynników prawdopodobieństwo wystąpienia problemów zdrowotnych jest o 1,7 razy wyższe. Dzieci narażone na wszystkie te cztery czynniki zmagają się z problemami zdrowotnymi ponad 4 razy częściej. Cierpią m.in. na atopowe zapalenie skóry, kaszel, świszczący oddech, alergię czy astmę, na którą już w tej chwili w Polsce choruje prawie 26 proc. dzieci. Te problemy ze zdrowiem nie ustępują po okresie dzieciństwa i utrzymują się również w dorosłym życiu.

– Od wielu lat podnosimy problem tego, że dzieci żyją w tzw. chorych budynkach. Przebywanie w nich wiąże się z różnymi dolegliwościami i jest szczególnie niebezpieczne dla dzieci małych, do 5–7 roku życia, które nie mają jeszcze w pełni wykształconego układu odpornościowego – mówi dr Alicja Karney.

Raport pokazuje, że dzieci mieszkające w domach jednorodzinnych na obszarach podmiejskich są bardziej narażone na problemy zdrowotne w porównaniu ze swoimi rówieśnikami mieszkającymi w blokach. Wynika to z faktu, że większość budynków jednorodzinnych jest nieodpowiednio ogrzewana i niedoświetlona.

– Połowa polskiego społeczeństwa mieszka w domach jednorodzinnych. Te stanowią ilościowo 9 razy większą grupę niż budynki wielorodzinne i do tej pory nie zostały szeroko objęte programami termomodernizacyjnymi, w związku z czym są bardzo zaniedbane. 70 proc. budynków jednorodzinnych w Polsce jest ogrzewanych przy pomocy nieefektywnych systemów grzewczych, często węglowych, przez co są źródłem niskiej emisji i głównym źródłem zanieczyszczenia powietrza w Polsce – podkreśla Jacek Siwiński. – Dzieci są najbardziej narażone na wpływ negatywnych warunków życia. Mówiąc o dzieciach i ich sytuacji w związku z warunkami mieszkaniowym chcemy wywołać debatę wokół renowacji budynków i warunków mieszkaniowych polskich rodzin oraz ich skutków dla zdrowia i gospodarki.

Opracowany na zlecenie Grupy VELUX „Barometr zdrowych domów” zwraca też uwagę na wpływ zanieczyszczonego powietrza na zdrowie dzieci. Według WHO na liście 50 miast w Europie z najbardziej skażonym powietrzem, aż 36 znajduje się w Polsce. Badania potwierdziły, że u jednej czwartej dzieci, które umierają przed ukończeniem 5 roku życia, zgon spowodowany był pośrednio lub bezpośrednio przez skażone środowisko, w którym żyły.

– Dzieci cierpią najbardziej z powodu niskiej jakości powietrza, bo są niższe, a największe stężenie pyłów zawieszonych jest do 1,5 metra wysokości. Im wyżej, tym te cząstki PM2,5 czy PM10 są bardziej rozrzedzone w powietrzu. Wyprowadzenie małego dziecka w wózku na spacer w okresie smogowym naraża je na wyższe stężenia niż w przypadku osoby dorosłej – tłumaczy Kamil Wyszkowski, prezes zarządu Global Compact Network Poland. – Po drugie, przedszkola i szkoły to najczęściej parterowe albo jednopiętrowe budynki przy ruchliwej ulicy, gdzie znowu mamy największe stężenia substancji związanych z benzo(a)pirenem czy pyłów zawieszonych.

Według szacunków ekspertów przygotowujących raport poprawa warunków w domach i szkołach mogłaby zwiększyć europejskie PKB o ponad 300 mld euro, a w przypadku Polski – o około 60 mld zł do 2060 roku. Wynika to z poprawy stanu zdrowia dzieci, a tym samym mniejszej liczby dni ich nieobecności w szkole, a rodziców w pracy, a także wyższej produktywności obydwu grup.

– Okazuje się, że korzyści z poprawy warunków życia, z programów renowacyjnych, ambitnego podejścia do programów typu „Czyste powietrze” są daleko większe niż tylko spadające koszty zużycia energii czy redukcja emisji dwutlenku węgla. Korzyści po stronie zdrowia, wydajności, zdolności uczenia się będą miały dużo większe znaczenie niż tylko dzisiejszy rachunek za energię – dodaje prezes VELUX Polska.

Coraz więcej start-upów działa w branży rolno-spożywczej. Z ich rozwiązań chętnie korzystają najwięksi producenci żywności

Branża rolno-spożywcza przyciąga coraz więcej start-upów. Rolnictwo potrzebuje rozwiązań, które zastąpią pracę człowieka, czy efektywnych i możliwie najbardziej naturalnych środków, np. ochrony roślin. Innowacyjne firmy w tych obszarach szukają dla siebie nisz, specjalizując się np. w produkcji glonów, żywności na bazie owadów i efektywnych upraw. Inne z kolei oferują nowe sposoby dystrybucji produktów spożywczych. Z ich nowatorskich pomysłów coraz częściej chcą korzystać najwięksi gracze na rynku, m.in. sieci handlowe czy producenci żywności – ocenia Marcin Woźniak, prezes funduszu VC AgriTech Hub.

 W przyszłości będzie coraz więcej start-upów działających w branży spożywczej. Wynika to ze zmieniających się nawyków konsumenckich i chęci prowadzenia zdrowego stylu życia. W związku z tym zmiana na rynku jest potrzebna, a jej najlepszym driverem są właśnie start-upy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Woźniak, prezes funduszu venture capital AgriTech Hub, specjalizującego się w branży agro- i foodtechowej.

Według raportu Five Seasons Ventures i Dealroom.co w ostatnich latach w branży foodtech na całym świecie powstało 35 jednorożców, czyli start-upów z wyceną przekraczającą 1 mld dol., a ich łączna wartość to 169 mld euro. Na europejskim rynku działa ich dziewięć i są one warte 30 mld euro.

 Szukamy ciekawych, innowacyjnych rozwiązań. Takich projektów na rynku polskim jest bardzo dużo, jest z czego wybierać – tłumaczy Marcin Woźniak. –Jednym z obszarów, na jaki zwracamy uwagę, są alternatywne źródła białka, czyli białko pochodzące nie tylko z roślin, lecz także z owadów. Tradycyjna produkcja, czyli w oparciu o mięso zwierząt, jest nieekologiczna i robi się passé. W tym kontekście alternatywne rozwiązania stają się coraz bardziej atrakcyjne.

Jednym z przykładów start-upu wykorzystującego te tendencje jest amerykański Impossible Foods. Firma tworzy roślinne hamburgery wytwarzane z leghemoglobiny sojowej, w smaku do złudzenia przypominające mięsnego burgera.

– Inne obszary inwestycyjne, które nas interesują, to m.in. rozwiązania e-commerce czy marketplace dla różnego rodzaju produktów spożywczych – wskazuje ekspert podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – Niezwykle obiecująco wygląda również sektor związany z dystrybucją żywności. Jednym z takich projektów jest np. firma, która tworzy nowy kanał dystrybucji bezpośrednio w korporacjach. Jednocześnie system ten umożliwia zbieranie szczegółowych danych o użytkownikach.

To właśnie w obszarze e-commerce i dostaw żywności działa najwięcej globalnych jednorożców. Są firmy, które np. sprzedają żywność z kończącym się terminem ważności, czy portale z ofertą wyłącznie ekologicznej żywności od lokalnych producentów. W większych miastach działają coolomaty, czyli paczkomaty na żywność.

Nie brakuje też start-upów rozwijających spożywczy druk 3D, np. Natural Machines czy Foodini Food. Robotyka spożywcza z kolei poprawia jakość produktów, zwiększa wydajność produkcji i zmniejsza wydatki. Przykładem może być Momentum Machines, który opracowuje w pełni autonomiczny bot-burger, przygotowujący burgera bez ingerencji człowieka.

 Na szczególną uwagę zasługuje zwiększające się zainteresowanie dużych producentów start-upami. To właśnie start-upy są źródłem innowacji. Często duże korporacje nie są tak szybkie i elastyczne w kreowaniu własnych rozwiązań. Łatwiejsze jest zainwestowanie w zewnętrzny start-up czy współpraca na zasadzie odsprzedaży niż tworzenie własnych nowych produktów  – podkreśla Woźniak.

Segmentem agro- i foodtech coraz częściej interesują się także inwestorzy. Raport Five Seasons Ventures i Dealroom.co wskazuje, że w latach 2013–2018 fundusze venture capital w Europie zainwestowały 6,5 mld euro w ten obszar.

– Inwestorzy dosyć chętnie inwestują w start-upy z branży spożywczej. Związane to jest z trendem zmian konsumenckich, więc dla funduszy inwestycje w ten segment dają możliwość uzyskania atrakcyjnego zwrotu – podkreśla Marcin Woźniak.

Fundusz VC AgriTech Hub zainwestował np. 1,5 mln zł w Plantalux i nowoczesne lampy imitujące światło słoneczne do szklarni. Blisko milion złotych otrzymała z kolei Usarya Polska i jej maszyna do odkamieniania pól uprawnych Husarya. Pojawiają się pierwsze akceleratory dla innowacyjnych firm z branży rolno-spożywczej.

Baterie mogą być całkowicie ekologiczne. Przyszłością są ładowarki wydłużające czas ich pracy

Można już kupić biodegradowalne naczynia i sztućce, głośniki bluetooth wykonane z korka, a plastikowe butelki służą już do produkcji butów. Ekologiczne mogą być także baterie – trwają prace nad stworzeniem baterii białkowej, w Kanadzie pojawiły się zaś baterie bez rtęci, kadmu czy ołowiu. Innym rozwiązaniem może być zastąpienie baterii tymi wielokrotnie ładowanymi. Wprowadzenie technologii litowo-polimerowej do baterii sprawia, że ładują się szybko, a znacznie dłużej działają. GP Batteries nie tylko można ładować, lecz także zamiast plastiku opakowanie jest całkowicie wykonane z papieru.

– Jeśli możemy daną baterię naładować wielokrotnie, jest to korzystne dla naszego portfela i środowiska. Przeprowadziliśmy badania, z których wynika, że możliwość czterokrotnego naładowania baterii jest już korzystniejsze dla środowiska niż użycie baterii alkalicznych, nawet uwzględniając koszt zakupu ładowarki – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Vis z GP Batteries.

Na rynku pojawia się coraz więcej ekologicznych zamienników rzeczy codziennego użytku, Plastikowe butelki zebrane z plaż, wyłowione z mórz i oceanów służą np. jako materiał do produkcji butów czy zabawek dla dzieci. Zamiast plastikowych naczyń można kupić te całkowicie biodegradowalne. Aby oszczędzać papier, można natomiast kupić zeszyty wielokrotnego użytku. Ekologiczne stają się też baterie.

W Kanadzie można np. kupić baterie bez rtęci, kadmu, ołowiu i litu, bezpieczne dla środowiska, które nie emitują związków zubożających warstwę ozonową. Amerykańscy naukowcy pracują z kolei nad białkową baterią, która mogłaby zastąpić tę litowo-jonową. Innym rozwiązaniem mogą być baterie do wielokrotnego ładowania, np. jedno opakowanie akumulatorów Pale Blue może zastąpić nawet 4 tys. baterii alkalicznych.

Małe akumulatory można już ładować dzięki wykorzystaniu tarcia między dwoma materiałami, w przyszłości baterie mogłyby być też ładowane przez zielone źródła energii – wiatr, słońce czy wodę. Już teraz telefony można ładować światłem słonecznym, problemem jeszcze jest ich krótki czas działania, jednak już wkrótce ma się to zmienić.

– Obserwujemy coraz szersze wykorzystanie ładowania bezprzewodowego, więc można będzie je w przyszłości zastosować w przypadku baterii standardowych i baterii mniejszych rozmiarów. Wiemy, że stanie się to przedmiotem prawa europejskiego. Prace nad tym już trwają i oczekujemy, że zakończą się w niedalekiej przyszłości – ocenia Jan Vis.

Bezprzewodowe ładowanie akumulatora wykorzystuje pole indukcyjne lub magnetyczne. Ładowarki działają coraz szybciej, a w ten sposób naładowane baterie działają zdecydowanie dłużej – np. dzięki technologii LiPo Pale Blue ładują się pięciokrotnie szybciej niż konwencjonalne akumulatory i wytrzymują dwukrotnie więcej ładowań.

Jak zauważa Jan Vis, zmieniają się nie tylko baterie i akumulatory, lecz także ich produkcja czy stosowane opakowania.

– GP Batteries od dawna zmagała się z problemem plastikowych opakowań. Mieliśmy opakowanie w całości wykonane z plastiku, potem wymyśliliśmy naszą narrację na rzecz środowiska, a sprzedawcy detaliczni i konsumenci mówili: „Tak, ale opakowanie jest z plastiku”. Obecnie wprowadziliśmy opakowanie w całości wykonane z papieru i jesteśmy w rzeczywistości pierwszym producentem baterii podejmującym podobne działania – zaznacza Jan Vis.

Powstają już protezy kończyn wspierane przez sztuczną inteligencję. W Polsce będzie produkowana bioniczna ręka kontrolowana za pomocą mózgu

Tylko w Stanach Zjednoczonych żyje ponad 2 mln osób bez którejś z kończyn. Szacuje się, że na całym świecie takich osób jest ponad 10 mln. Szansą dla osób po amputacji kończyn są bioniczne protezy, które są coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Naukowcy z Uniwersytetu Utah opracowali skomputeryzowaną protezę nogi wspieraną przez sztuczną inteligencję, dzięki której ruchy sztucznej kończyny są zbliżone do tej naturalnej. Także w Polsce będą już wkrótce produkowane bioniczne ręce, kontrolowane za pomocą mózgu.

W samych Stanach Zjednoczonych żyje ponad 2 mln osób bez którejś z kończyn (dane Amputee Coalition), a na całym świecie takich osób może być ponad 10 mln. Protezy bioniczne są ogromną szansą na samodzielne funkcjonowanie dla osób, które straciły kończynę. Sterowanie tego typu protezami odbywa się poprzez wykorzystanie impulsów przekazywanych przez mózg. Fale mózgowe powstające w wyniku aktywowania konkretnych obszarów mózgu przetwarzane są przez czujniki, które interpretują ich rodzaj, a następnie dają impuls do określonego ruchu. Działanie bionicznych protez coraz częściej wspierane jest przez algorytmy sztucznej inteligencji.

– „Zeus” ma być protezą kończyny górnej dla osób, które straciły dłoń. Działa na zasadzie przekazywania sygnałów nerwowych do mięśni, jak dłoń robota, która pomaga w codziennych czynnościach. „Zeus” może wykonywać ruchy dzięki sygnałom mięśniowym. Wykorzystując tę protezę, osoby po amputacji mogą zarówno otworzyć sztuczną dłoń, jak i ją zamknąć. Dzięki tej protezie mogą również wykonywać różnego rodzaju chwyty, jak np. zwykłe chwytanie ręką, z użyciem kciuka mogą chwycić mały przedmiot trzema palcami – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dhruv Agrawal z firmy Aether Biomedical.

Naukowcy z Uniwersytetu w Utah w USA opracowali natomiast skomputeryzowaną bioniczną nogę. „Lenzi” wykorzystuje specjalnie zaprojektowane czujniki siły i momentu obrotowego, a także akcelerometry i żyroskopy, które pomagają określić pozycję nogi w przestrzeni. Czujniki te są podłączone do procesora komputerowego, który rozpoznaje otoczenie i określa rytmiczne ruchy użytkownika, długość kroku i prędkość chodzenia. Na podstawie tych danych zasila w czasie rzeczywistym silniki w stawach, pomagając tym samym w chodzeniu, wstawaniu, wchodzeniu po schodach lub manewrowaniu wokół przeszkód.

Proteza bioniczna „Zeus” opracowywana przez Aether Biomedical będzie produkowana w Polsce.

– Naszą działalność zapoczątkowaliśmy w Indiach, ale przenieśliśmy się do Polski, stworzyliśmy  zespół, pozyskaliśmy finansowanie i dzisiaj jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Naszym partnerem jest jeden z największych dystrybutorów protez w Polsce – twierdzi Dhruv Agrawal.

Według analityków z Research and Markets rynek zaawansowanych technologicznie protez i egzoszkieletów był w 2018 roku wyceniany na kwotę 2,11 mld dol. Do 2024 roku ma być wart 3,82 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu przekroczy 10 proc.

W sklepach zostawiamy coraz więcej pieniędzy, a jednak w branży handlowej liczba bankrutów wzrosła o 37 proc.

W sklepach zostawiamy coraz więcej pieniędzy, a jednak w branży handlowej liczba bankrutów wzrosła o 37 proc.

Wydawać się może, że branży handlowej powinno powodzić się coraz lepiej. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, a wynagrodzenia rosną w tempie 7 proc. rocznie. Jako konsumenci mamy więcej pieniędzy do wydania i to robimy.

Jednak wzrost wynagrodzeń, to jednocześnie problem dla handlu, a w sklepach coraz bardziej brakuje pracowników. Problemów jest więcej, do nich należą opóźnione płatności.

– W handlu te opóźnienia wzrosły najbardziej bo aż 3-krotnie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – To wzrost z 15 do 44 dni opóźnienia w porównaniu do wymaganego w umowach terminu.

Jak wynika z analiz Coface liczba upadłości i restrukturyzacji w handlu wzrosła o 37 proc.

– Wprowadzenie podatku handlowego jeszcze dodatkowo pogorszy sytuację w tej branży – komentuje ekspert.

2 mld zł – tyle potrzeba, aby zablokować wzrost cen energii

Czy ceny energii elektrycznej dla osób indywidualnych nie wzrosną? Zapowiedział to wprawdzie wicepremier Jacek Sasin. Jednak rząd ma na to tylko tygodni, a koszty dla budżetu państwa będą bardzo wysokie.

– Gdyby rząd chciał powtórzyć sytuację z tego roku, to tylko na dopłaty do gospodarstw domowych musiałby przeznaczyć blisko 2 mld zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapieice.pl.

Tegoroczne dopłaty były finansowane w dużej mierze z jednorazowych przychodów ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2.

– Takich pieniędzy w takiej kwocie już nie będzie w przyszłorocznym budżecie państwa, a gdyby rząd chciał zablokować wzrost cen energii dla biznesu, to koszty dla budżetu byłyby kilkakrotnie wyższe – komentuje ekspert.

Tym bardziej wątpliwa staje się też obietnica, że po raz pierwszy Polska będzie miała budżet bez deficytu. Nie wiadomo też czy rządowi uda się zlikwidować ustawowe zapisy o ograniczeniu składek na ZUS do 30-krotności średniego wynagrodzenia, co pogorszyłoby i tak złą kondycję ZUS, doprowadzając też w przyszłości do bardzo dużych nierówności w wysokości emerytur.

Przyspieszone wybory w Wielkiej Brytanii przełamią impas ws. brexitu

Brytyjski funt jest najdroższy od ponad pół roku. To optymistyczna reakcja inwestorów, którzy spodziewają się, że ostateczna data Brexitu jest już dużo bardziej prawdopodobna.

12 grudnia w Wielkiej Brytanii zorganizowane zostaną wcześniejsze wybory parlamentarne, które mają już swojego faworyta. I dotychczasowy impas wokół Brexitu zostanie przełamany.

– Według sondaży najbardziej prawdopodobny jest scenariusz, że wygra Partia Konserwatywna i odzyska większość parlamentarną – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – I najpóźniej z końcem stycznia 2020 r. Wielka Brytania rzeczywiście wyjdzie UE.

Funt kosztuje ponad 5 zł, to najwyższy jego kurs od pół roku, a najniższy wynosił 4,67 zł.

Stopy zwrotów na polskim rynku mieszkaniowym znacznie powyżej poziomu Europy Zachodniej

Eksperci Trei Real Estate, Catella Residential Investment Management i Wüest Partner Deutschland przeanalizowali polski rynek nieruchomości mieszkaniowych.

W Polsce rozwija się sektor najmu instytucjonalnego

  • Od 2014 r. czynsze w polskich aglomeracjach wzrosły mniej więcej o jedną czwartą
  • Wskaźnik NIY dla inwestycji mieszkaniowych wynosi od 5% do 7%
  • Poziom IRR projektów deweloperskich jest dwa razy wyższy niż w Niemczech

Polski rynek mieszkaniowy staje się coraz bardziej atrakcyjny dla inwestorów instytucjonalnych. Podczas gdy większość zasobów mieszkaniowych pozostaje w rękach prywatnych właścicieli, coraz bardziej profesjonalny rynek najemców ewoluuje w wyniku wzmożonej aktywności deweloperskiej inwestorów instytucjonalnych w segmencie nowych projektów mieszkaniowych. Dotyczy to szczególnie Warszawy i głównych miast: Wrocławia, Gdańska, Katowic, Krakowa, Łodzi i Poznania. Stawki czynszów w tych miastach wzrosły średnio o około jedną czwartą od 2014 r. Trwająca urbanizacja i rosnący popyt pokrywają się z niewielką podażą gruntów pod zabudowę, co wciąż podnosi atrakcyjność nowoczesnych mieszkań w polskich aglomeracjach. To wnioski z piątkowej konferencji dotyczącej polskiego rynku mieszkaniowego “Poland’s Real Estate Market – Safe Bet or High-Risk Investment?”, podczas której eksperci z branży wymienili obserwacje i wskazali najważniejsze trendy dotyczące tego sektora.

Rosnące zapotrzebowanie na nowoczesne mieszkania

W wyniku prywatyzacji, będącej wynikiem zmian ustrojowych po 1989 roku, w Polsce wciąż obserwujemy wysoki wskaźnik mieszkań własnościowych.

Duża część zasobów mieszkaniowych pochodzi z czasów socjalistycznych i jest obecnie w złym stanie technicznym. Jednocześnie szacuje się, że w Polsce brakuje 1,5 miliona mieszkań. Dotyczy to zwłaszcza największych aglomeracji. Sytuację pogarsza postępująca urbanizacja i rosnący popyt na nowoczesne mieszkania, zwłaszcza w dużych polskich miastach. – Karsten Jungk, dyrektor zarządzający i partner Wüest Partner Deutschland

Jako potencjalne kierunki naszych inwestycji rozważamy przede wszystkim aglomeracje liczące ponad 250 000 mieszkańców, które są głównymi beneficjentami pozytywnego klimatu inwestycyjnego w Polsce. – Pepijn Morshuis, CEO Trei Real Estate

Duży popyt na mieszkania to rezultat rosnącej liczby mieszkańców, niskiej stopy bezrobocia wynoszącej obecnie ok. 5,1%, stabilnej stopy inflacji na poziomie ok. 1,7% oraz rosnących wynagrodzeń, które w latach 2010-2018 wzrosły o 42%. Pozytywne przemiany są przede wszystkim obserwowane w dużych polskich miastach, z bogatym zapleczem uniwersyteckim, rosnącą liczbą inwestorów z branży usług, którzy napędzają rynek biurowy. To wszystko zachęca młodych ludzi z mniejszych miejscowości do relokacji i przekłada się na rosnącą liczbę mieszkańców.

Analizując całkowite zasoby mieszkaniowe w Polsce, mieszkania na wynajem stanowią obecnie 4,5%, przy czym mniej niż 1% z nich należy do inwestorów instytucjonalnych. Ta sytuacja ilustruje duży potencjał wzrostu rynku profesjonalnych najemców. – Dariusz Węglicki, Country Manager Poland w Catella Residential Investment

Rosnące zapotrzebowanie na mieszkania znajduje odzwierciedlenie w aktywności deweloperów. W 2018 r. na rynek trafiło ok. 185 000 mieszkań, co oznacza wzrost o ok. 3,8 % rok do roku.

Jednak ostatnio znacząco zmalała dostępność działek pod budowę osiedli mieszkaniowych w obrębie polskich aglomeracji. Pomimo ogromnego popytu na mieszkania, ukończenie projektów w budowie nie będzie w stanie pokryć popytu w najbliższych latach. – Karsten Jungk, dyrektor zarządzający i partner Wüest Partner Deutschland

Zyski lepsze niż w Europie Zachodniej

Polski rynek nieruchomości mieszkaniowych oferuje atrakcyjne możliwości inwestycyjne, jeśli weźmie się pod uwagę niskie koszty budowy i ceny gruntów na tle ogromnego rosnącego popytu.

Grunty w Polsce są znacznie tańsze niż w Niemczech. W Warszawie, najdroższym polskim mieście, cena wynosi 450 euro za metr kwadratowy powierzchni brutto. W Poznaniu płacimy około 240 euro. Dla porównania: stawka bieżąca w Monachium wynosi od 8 000 do 10 000 euro za metr kwadratowy, a w Berlinie ta kwota oscyluje między 3 000, a 4 000 euro. Sam fakt, że niemieckie rozporządzenie o oszczędzaniu energii (EnEV) nie ma tutaj zastosowania, przekłada się na oszczędności kosztów budowy wynoszące ok. 300 do 400 euro za metr kwadratowy w porównaniu z Niemcami, dzięki czemu możliwe jest osiągnięcie nawet dwa razy wyższej wewnętrznej stopy zwrotu (IRR) przy projektach deweloperskich w Polsce. – Pepijn Morshuis, CEO Trei Real Estate

Sytuacja na rynku najmu mieszkań jest podobna.

W porównaniu z krajami Europy Zachodniej, w Polsce można wygenerować zyski z wynajmu (NIY), które są o 1,5 do 2 punktów procentowych wyższe i wynoszą średnio od 5 do 7 procent. – Dariusz Węglicki, Country Manager Poland w Catella Residential Investment

Obecne warunki rynkowe wskazują, że w Polsce – najbardziej zaludnionym kraju Europy Środkowo-Wschodniej, będą pojawiać się atrakcyjne inwestycje, chociaż inwestorzy zagraniczni powinni uważać na stabilność polityki tego kraju i jej konsekwencje dla gospodarki. – Karsten Jungk, dyrektor zarządzający i partner Wüest Partner Deutschland

Wykres 1: Stawki czynszów w największych miastach Polski

Stawki czynszów w największych miastach Polski
Źródło:Wüest Partner Deutschland, na podstawie danych immobilien-polen.de

Wykres 2: Trend cen sprzedaży mieszkań dla aglomeracji

Trend cen sprzedaży mieszkań dla aglomeracji
Źródło: Wüest Partner Deutschland, na podstawie danych Narodowego Banku Polskiego, 2019

Przewaga Torysów w sondażach korzystna dla funta

Miniony tydzień pokazał słabość amerykańskiej waluty. Wyjątkowo dobrze radził sobie natomiast funt brytyjski, któremu pomogły wieści dotyczące wyborów parlamentarnych planowanych na grudzień.

W minionym tygodniu dolar amerykański doświadczył osłabienia w relacji do głównych walut. Walucie nie pomógł brak przełomu w relacjach handlowych USA i Chin oraz poprawa w danych makroekonomicznych dla strefy euro.

Wśród walut G10 w ostatnich dniach najbardziej wyróżniał się jednak dolar nowozelandzki. W kontrze do decyzji niektórych innych istotnych banków centralnych, Bank Rezerwy Nowej Zelandii nie spełnił oczekiwań rynku i podczas ostatniego spotkania postanowił utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Najgorzej radzącą sobie walutą w grupie G10 był natomiast dolar australijski – jego słabość wynikała najpewniej z zamykania długich pozycji na parze AUD/NZD. Co tyczy się walut rynków wschodzących, w zeszłym tygodniu mieliśmy do czynienia głównie z ich deprecjacją. Największe straty odnotowało chilijskie peso – walucie w ostatnim czasie ciążą obawy o sytuację polityczną.

W najbliższych dniach uwaga rynku powinna ponownie skupić się na odczytach ekonomicznych. Jednymi z istotniejszych publikacji w kalendarzu ekonomicznym w tym tygodniu będą odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI dla strefy euro. Poznamy je już w najbliższy piątek. Wyższą zmienność na rynku walutowym mogą powodować również publikacje w środę “minutek” z ostatniego spotkania decyzyjnego Rezerwy Federalnej, jak i ekwiwalent tego dokumentu dla analogicznego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, który poznamy w ten czwartek.

PLN

Polski złoty w minionym tygodniu był stosunkowo słaby, jednak podobnie jak euro, był w stanie odrobić część lub wszystkie straty z początku tygodnia (w zależności od pary) w jego drugiej części.

Wstępne dane o dynamice polskiego PKB w poprzednim kwartale nie zostały odebrane pozytywnie przez większość obserwatorów rynku – skala ekspansji w ujęciu rocznym okazała się bowiem niższa od oczekiwań konsensusu i znalazła się na najniższym poziomie od niemal trzech lat. Jednak patrząc na dane odsezonowane można stwierdzić, że ekspansja gospodarki Polski cały czas pozostaje wysoka. Sytuacja gospodarcza Polski nie budzi naszych większych obaw.

Ten tydzień nie będzie aż tak interesujący jak poprzedni pod kątem kolejnych odczytów z Polski. Poznamy jednak najnowsze dane z polskiego rynku pracy i przemysłu. W tym tygodniu opublikowane zostaną również “minutki” z ostatniego spotkania decyzyjnego RPP.

GBP

Szereg publikacji makroekonomicznych dotyczących inflacji, wzrostu gospodarczego jak i sytuacji na rynku pracy w Wielkiej Brytanii, który ukazał się w ubiegłym tygodniu, przyniósł w większości przypadków wyniki zgodne z oczekiwaniami konsensusu albo wypadające nieco poniżej tychże oczekiwań. Mimo to w ostatnich dniach funt brytyjski umacniał się, i to dość gwałtownie. Niedawno opublikowane sondaże przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi wskazują bowiem na spore prowadzenie Partii Konserwatywnej nad laburzystami. Przewagę torysów wspiera również decyzja ze strony Brexit Party (partii zwolenników Brexitu przewodzonej przez Nigela Farage’a) o wycofaniu własnych kandydatów z części okręgów, w których elektorat prawicowy mógłby być podzielony.

Doświadczenie z 2017 roku uczy nas, że Partia Pracy ma jeszcze sporo czasu na mobilizację i odebranie torysom części głosów. Na ten moment jednak najbardziej prawdopodobny scenariusz to wyraźna wygrana torysów w Izbie Gmin. W przypadku realizacji takiego scenariusza niedługo później powinniśmy oczekiwać akceptacji przez brytyjski parlament umowy regulującej kwestię Brexitu, która najpewniej nie będzie znacznie odbiegać od ostatniej wersji Withdrawal Agreement.

EUR

Zgodnie z ostatnim odczytem danych o dynamice PKB w poprzednim kwartale, Niemcy zdołały uniknąć technicznej recesji, wspierając ekspansję w strefie euro. Poprawa w danych makro dla bloku walutowego była pozytywna dla euro jak i innych europejskich walut – w zeszłym tygodniu lepsze od rynkowych oczekiwań okazały się również dane o produkcji przemysłowej.

Wygląda na to, że strefie euro uda się uniknąć recesji i powrócić do wyższego tempa wzrostu, czego oczekujemy. Wskaźniki aktywności biznesowej PMI które poznamy w piątek będą kluczową publikacją ekonomiczną tego tygodnia. Oczekujemy, że wyniki ankiet będą wskazywać na zauważalną poprawę sytuacji biznesu. Powinno to dodatkowo sprawić, że przestanie mówić się o potrzebie większego rozluźnienia polityki monetarnej ze strony EBC w najbliższym czasie. W przypadku realizacji takiego scenariusza, euro powinno zyskać w relacji do głównych walut.

USD

Ostatnie dane dla USA, które poznaliśmy nie miały równie pozytywnego wydźwięku jak te dla strefy euro. Należy jednak zaznaczyć, że póki co żaden z odczytów nie budzi naszych obaw co do trwałego spowolnienia wzrostu gospodarczego w USA.

W najbliższych dniach poznamy głównie drugorzędne dane ekonomiczne dla USA. W związku z tym uwaga inwestorów najpewniej skupi się na “minutkach” z ostatniego spotkania FOMC. Dokument ten może rzucić więcej światła na to, czy Fed w istocie zamierza wstrzymać się w najbliższej przyszłości ze zmianami w poziomie stóp procentowych, na co wskazują m.in. ostatnie wypowiedzi Jerome’a Powella przed Kongresem.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Polski rynek powierzchni handlowych – III kw. 2019 r.

Na koniec trzeciego kwartału 2019 r. całkowite zasoby powierzchni handlowej w Polsce przekroczyły 15 mln mkw. Analitycy Cushman & Wakefield wskazują, że w wyniku wysokiego nasycenia rynku centrów handlowych w dużych miastach, zainteresowanie deweloperów przesunęło się na mniej nasycone rynki mniejszych miejscowości, a także na inne formaty handlowe, takie jak na przykład obiekty wielofunkcyjne. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield publikuje raport „MARKETBEAT – Polski rynek handlowy – III kw. 2019 r.”

  • Planowana wielkość podaży na koniec 2019 r. przy uwzględnieniu obiektów w budowie: ponad 400 000 mkw.;
  • Prawie jedna czwarta nowej tegorocznej podaży zasiliła najmniej nasycone rynki miast o populacji poniżej 100 000 mieszkańców;

Duże zainteresowanie polskim rynkiem handlowym ze strony międzynarodowych marek – na koniec III kw. 2019 r. dziesięć z nich zdecydowało się na ekspansję w Polsce.

Na koniec III kw. 2019 roku nowa podaż na rynku powierzchni handlowych wyniosła ok. 45 000 mkw. Deweloperzy zakończyli budowę dwóch obiektów – centrum handlowego Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu (25 000 mkw.) oraz parku handlowego N-Park (5 300 mkw.) we Wrocławiu. Pozostałą część podaży uzupełniły Centrum Janki, Galeria Słowiańska w Zgorzelcu czy Galeria Głowno w województwie łódzkim, gdzie zakończyły się rozbudowy istniejących centrów handlowych. W ramach obiektów convenience (poniżej 5 000 mkw.) na rynek trafiło ok. 20 000 mkw., m.in.: Atut Bełchatów, Vendo Park w Pułtusku i Ostrołęce, czy centrum handlowe przy ul. Młodzianowskiej w Radomiu.

W budowie pozostaje ponad 100 000 mkw. powierzchni handlowej z terminem otwarcia do końca bieżącego roku, w związku z czym planowana wielkość podaży na koniec 2019 r. wyniesie ponad 400 000 mkw. Deweloperzy kontynuują przebudowy lub modernizacje funkcjonujących obiektów, a w części z nich trwają już prace lub planowane jest zmniejszenie powierzchni hipermarketu spożywczego na rzecz większej galerii handlowej, wprowadzenie mniejszego operatora spożywczego (np. Tesco KEN Warszawa, Galeria Miodowa w Kluczborku) albo zmiana operatora spożywczego na market budowlany (np. Tesco Gdynia, Tesco Bydgoszcz).

W trzecim kwartale na polskim rynku handlowym swoje pierwsze sklepy otworzyły takie marki jak koreańska LG Brand Store i holenderska marka modowa 100Days Amsterdam w warszawskim Klifie, hiszpańska marka modowa La’Mona w Pasażu Łódzkim, Monki – samodzielna marka odzieżowa z Grupy H&M w krakowskiej Bonarce, a także dwie włoskie marki modowe Corneliani i Fabiana Filippi w budynku Ethos w Warszawie. W tym samym czasie dwie odzieżowe marki – Cubus i Forever 21 zdecydowały się wycofać z polskiego rynku.

Czynsze „prime” w najlepszych centrach handlowych pozostają stabilne, liderem pozostaje Warszawa, gdzie za lokale o powierzchni 100 mkw. w najlepszych centrach handlowych stawki wahają się w granicach 100-130 EUR/mkw./miesiąc, a na pozostałych rynkach utrzymują się na poziomie 35-50 EUR/mkw./miesiąc. Jednocześnie obserwujemy coraz większą presję na obniżenie czynszów w mniej popularnych centrach handlowych z mniej atrakcyjną ofertą lub gorszą lokalizacją.

– Najemcy coraz częściej podpisują umowy, w których wysokość czynszu uzależniona jest od wysokości obrotów, a także oczekują innych zachęt w postaci okresów bezczynszowych, krótszych okresów najmu, pokrycia części kosztów wykończenia i aranżacji wynajętej powierzchni, czy zamrażania kosztów eksploatacyjnych. Polaryzacja rynku będzie się z czasem pogłębiać wpływając na coraz większe różnice w średnich stawkach czynszu w poszczególnych obiektach – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autorka raportu.

W Polsce nadal będziemy obserwować dalszy rozwój wielokanałowej strategii sprzedaży ze sklepami internetowymi otwierającymi tradycyjne lokale handlowe oraz dużymi sieciami wzmacniającymi i doskonalącymi sprzedaż w kanale on-line.

– Coraz większe poczucie bezpieczeństwa, bezpłatne dostawy i stała poprawa jakości obsługi konsumentów pozytywnie wpływają na rozwój handlu internetowego w Polsce. Polacy cenią e-commerce dodatkowo za wygodę, duży wybór produktów i bardzo często konkurencyjne ceny. Najczęściej kupujemy w sieci sprzęt elektroniczny i artykuły gospodarstwa domowego oraz odzież i obuwie. W przypadku sprzedaży produktów spożywczych największym wyzwaniem wciąż pozostaje transport i dostarczenie produktów w jak najkrótszym czasie przy zachowaniu ich świeżości – dodaje Małgorzata Dziubińska.

Pokolenie C przyspiesza wdrażanie nowych technologii w obszarze nieruchomości

Obecna na polskim rynku zaledwie od kilku lat branża PropTech rozwija się coraz szybciej, wpisując się w postęp rewolucji cyfrowej. Na przyspieszenie wdrażania nowych technologii w obszarze nieruchomości coraz większy wpływ ma także nowe pokolenie, wchodzące obecnie na rynek pracy. Generacja C przy wyborze pracodawcy zwraca uwagę na innowacyjność miejsca zatrudnienia oraz dostępnych narzędzi. Pracodawcy, a tym samym właściciele i najemcy budynków komercyjnych, powinni nie tylko zaakceptować fakt, że technologia w miejscu pracy to już podstawa, ale także jak najszybciej wdrożyć najciekawsze rozwiązania.

Nowe technologie są dziś nieodłącznym elementem każdego biznesu, dlatego właściciele nieruchomości, którzy chcą wykorzystać potencjał młodych pracowników muszą sprostać ich oczekiwaniom. Pokolenie C, którego nazwa pochodzi od słów „connect, communicate, change”, dorastało w czasach nieograniczonego dostępu do Internetu i mediów, dlatego korzystanie z technologii jest dla nich czymś zupełnie naturalnym. Nowe pokolenie intensyfikuje potrzebę stosowania nowych technologii także w obszarze zarządzania nieruchomościami. Wiąże się to z potrzebą optymalizacji i automatyzacji wielu procesów i zadań, które dotychczas wykonywane były przez telefon, e-mail czy ręcznie. Generacja C myśli kategoriami przemiany technologicznej – dane są dla nich zawsze dostępne w chmurze, spotkania odbywają się poprzez wideokonferencje, a biuro często jest wirtualne. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom generacji C to inwestycja w przyszłość i sposób na wyprzedzenie konkurencji, nie tylko w kontekście pozyskiwania nowych pracowników. Wdrożenie najnowszych rozwiązań to także podwyższenie klasyfikacji i standardu danej nieruchomości.

Czego konkretnie potrzebują budynki i ich przyszli pracownicy?

Systemy IT przeznaczone dla nieruchomości komercyjnych spełniają podwójną rolę – podwyższają ich standard (nawet do klasy A+) oraz sprawiają, że są pożądanym miejscem pracy dla nowego pokolenia.

– Od kilku lat widać jak rozwój i wdrażanie nowych technologii w obszarze nieruchomości w Polsce systematycznie przyspiesza. Jako pionier w dostarczaniu oprogramowania IT dla budynków komercyjnych i przemysłowych, obserwujemy szczególne zainteresowanie rozwiązaniami z obszarów Facility Software, Tenant Apps, Smart Security Systems i Visitor Management. Nasz flagowy produkt – platforma Singu FM została już wdrożona w ponad dziesięciu tysiącach budynków na świecie. To rozwiązanie, które usprawnia zarządzanie nieruchomościami, podnosi ich wartość, ale także wpływa na pozyskiwanie nowych pracowników – mówi Adam Penkala, Wiceprezes Zarządu Velis Real Estate Tech.

Korzyści dla każdego

Rozwiązania PropTech wykorzystują nowoczesne platformy oparte na chmurze, IoT, skanowaniu kodów QR, pracy dronów, a nawet wirtualnej rzeczywistości i sztucznej inteligencji. Połączenie tych narzędzi tworzy kompleksowe systemy, których wdrożenie przynosi profity widoczne na każdym szczeblu zarządzania nieruchomością.

Właściciele budynków oraz ich zarządcy, za pomocą jednej aplikacji mogą zarządzać portfelem nieruchomości na całym świecie, kontrolując tym samym wydatki i przychody oraz monitorując wszystkie procesy. Dla najemców szczególnie istotnym aspektem jest usprawnienie komunikacji wewnętrznej, która odbywa się za pomocą aplikacji mobilnej. Dzięki temu kontakt ze służbami technicznymi jest łatwiejszy, a co za tym idzie – zgłaszanie i naprawianie usterek w budynku odbywa się znacznie szybciej. Istnieje także możliwość pobierania istotnych dokumentów, instrukcji, czy regulaminów oraz śledzenia na bieżąco newsów z aktualnościami dotyczącymi obiektów. Dodatkowo, wszystkie kontakty do najważniejszych osób pracujących w obiekcie są  dostępne od ręki. – Nie mniej ważne są kwestie zbierania i dostępu do danych. Singu FM, wykorzystując IoT gromadzi dane, które są bezpiecznie przechowywane w chmurze. Dzięki temu możliwa jest automatyzacja i optymalizacja procesów, takich jak raportowanie czy zagospodarowanie przestrzeni – podkreśla Adam Penkala.

W przypadku pracowników technicznych i firm zewnętrznych nowe technologie oznaczają m.in. sprawniejszą likwidację usterek czy podwyższenie jakości ochrony. Dzięki wykorzystaniu beaconów, tagów NFC czy QR kodów, możliwy jest bezpośredni kontakt z odpowiednimi osobami i tym samym niezwłoczne zgłaszanie nieprawidłowości. Ważne dane, takie jak sposoby konserwacji, instrukcje bezpieczeństwa, plany ewakuacyjne, a także listy kontrolne i protokoły są przechowywane w chmurze i dostępne od ręki na urządzeniach mobilnych.

Dzięki automatyzacji większości procesów maleją koszty operacyjne, a efektywność pracowników rośnie. Budynki komercyjne i przemysłowe, w których zaimplementowano rozwiązania IT zyskują zatem nie tylko wyższy standard i klasyfikację, ale są też postrzegane jako atrakcyjne miejsca pracy, ponieważ są lepiej dostosowane do potrzeb przyszłych generacji pracowników.

Ewelina Jaskuła

Słabsze dane zza oceanu. W Polsce kwestia 30-krotności ZUS nadal nierozwiązana

Dane zza oceanu okazały się słabsze od oczekiwań. Po lepszej passie dla dolara przyszedł czas na słabszy moment. W rezultacie oglądamy spadek wartości amerykańskiej waluty.

Słabsze dane zza oceanu

W piątek poznaliśmy dwa ważne odczyty z USA. Najpierw o 14:30 sprzedaż detaliczna okazała się w ujęciu miesięcznym lepsza od oczekiwań o 0,1%. Problem w tym, że subindeks pokazujący ten sam parametr bez samochodów (które są ważną składową) był jednak o 0,2% słabszy. Później, tego samego dnia, poznaliśmy produkcję przemysłową. Spada ona o 0,8%, podczas gdy oczekiwano spadku o zaledwie 0,4%. W piątkowym bilansie dnia dolar okazał się słabszy niż waluty europejskie (GBP, EUR). Słabsze dane z USA spowodowały, że inwestorzy postanowili zrealizować zyski z ostatnich umocnień dolara i w piątkowy wieczór amerykańska waluta wyraźnie traciła względem euro. Notowania funta natomiast wzrosły głównie przez wieści dotyczące Partii Brexitu, która w zbliżających się wyborach parlamentarnych, jak poinformował Nigel Farage, nie będzie wystawiać kandydatów w okręgach konserwatystów. Taka informacja rodzi nadzieję, że nowy rząd będzie miał parlamentarną większość.

Ceny prądu nie wzrosną jednak?

Wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin podczas wywiadu w RMF FM poinformował, że ceny prądu dla odbiorców indywidualnych nie wzrosną. Jest to o tyle ważna informacja, że wzrost cen prądu mógł być jednym z czynników podnoszących istotnie inflację w Polsce. Ceny surowców energetycznych w ciągu roku były w miarę stabilne, zatem taniejąca ropa nie będzie dusić inflacji. Gdyby udało się w tym roku również dopłacić spółkom, by nie podnosiły cen, skumulujemy jeszcze większy wzrost na kolejny rok. Będzie to też kosztować budżet odpowiednio więcej. Jeżeli nie dojdzie do wzrostu cen, może to być gwóźdź do trumny koncepcji podwyżek/utrzymywania na niezmienionym poziomie stóp procentowych w Polsce.

Dalej nie wiadomo co z budżetem

Kwestia 30-krotności, a raczej jej zniesienia, w przypadku składek ZUS w dalszym ciągu nie została rozwiązana. W mediach trwa obecnie próba sił pomiędzy istotnymi politykami partii rządzącej. Jest to o tyle ważna kwestia, że dotyczy realnie około 5% pracujących (zarabiających rocznie 30 krotność średniego wynagrodzenia), którym istotnie wzrosną podatki. Problem w tym, że nie będzie to podatek, ale składka emerytalna. Skoro mamy system emerytalny zależny od odłożonych składek, będziemy je musieli kiedyś wypłacić. Nie jest to zatem realnie wpływ podatkowy tylko pewne zobowiązanie. W krótkim okresie, zanim zaczną być większe emerytury, budżet wyraźnie zyska. W przyszłości będzie trzeba znaleźć środki na te emerytury, ale to już problem kolejnych kadencji. Nie zmienia to faktu, że całe to zamieszania nie pomaga złotemu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Jak wygląda program MIT Enterprise Forum CEE? Co czeka 13 startupów z Europy Środkowo-Wschodniej, które rozpoczynają właśnie udział w procesie akceleracji?

Program MIT Enterprise Forum Poland wystartował w 2015 roku jako akcelerator dla startupów technologicznych z Polski. Akceleracja realizowana pod patronatem najbardziej prestiżowego i znanego ze współpracy ze startupami ośrodka naukowego na świecie – Massachusetts Institute of Technology, od początku budziła szerokie zainteresowanie pośród wynalazców i ich innowacyjnych firm. I to nie tylko tych pochodzących z Polski, ale również z innych części Europy czy świata. Przez cztery lata funkcjonowania programu do akceleratora zgłosiło się ponad 2500 różnych startupów. Do dziś akcelerację w ramach 5 zrealizowanych rund akceleracji przeszło ponad 100 startupów znad Wisły. W tym roku zmieniono formułę programu, otwierając się na współpracę ze startupami z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Również w nazwie akceleratora znanego dotychczas jako MIT Enterprise Forum Poland, zamiast polskiego akcentu od początku tego roku funkcjonuje słowo CEE.

CEE to słuszny kierunek

W związku z dużym zainteresowaniem nową odsłoną akceleratora, którego pierwsza edycja wystartowała w styczniu bieżącego roku, MIT Enterprise Forum CEE wiosną 2019 otworzył nabór do drugiej edycji programu.

– Do 2. edycji MIT Enterprise Forum CEE zgłosiło się ponad 200 uczestników. Zgłoszenia napłynęły nie tylko z Polski, czy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ale nawet z obu Ameryk. Wyselekcjonowanie finałowej 13 nie było łatwym zadaniem – mówi Łukasz Owczarek, Head of Acceleration MIT Enterprise Forum CEE. Duże zainteresowanie programem niewątpliwie potwierdza ogromny potencjał, który wciąż drzemie w innowatorach pochodzących z tej części Europy. Decyzja o uruchomieniu kolejnej rundy akceleracji była niewątpliwie słuszna – dodaje Owczarek.

MIT Enterprise Forum CEE oferuje w tej edycji potężną dawkę wiedzy od światowej klasy ekspertów specjalizujących się w tworzeniu i dopracowywaniu strategii i modeli biznesowych, skalowaniu biznesu czy komunikacji. Nie zabraknie również wsparcia w obszarach prawa i własności intelektualnej.

13 startupów, które finalnie zakwalifikowały się do projektu, rozpoczyna właśnie akcelerację, którą przejdą zgodnie z modelem 24 kroków zdyscyplinowanej przedsiębiorczości rozwiniętym przez Bill’a Aulet’a, profesora Massachusetts Institute of Technology (MIT).

Przez kolejne miesiące młodzi przedsiębiorcy, pod okiem polskich i międzynarodowych mentorów, uzyskają dostęp do unikatowego know-how, a także zaplecza technicznego i technologicznego partnerów programu. Na tych najlepszych czeka do 200 tysięcy złotych dofinansowania na rozwój działalności i przeprowadzenie pilotażu. Dodatkowo, po zakończeniu programu, każdy startup otrzyma pomoc zespołu specjalistów, wspierających go w rozwijaniu działalności na polskim rynku.

– Obok strony merytorycznej w trakcie trwania akceleracji kładziemy duży nacisk na praktykę prowadzenia biznesu – mówi Łukasz Owczarek z MIT Enterprise Forum CEE. Wszystkie zespoły wybrane do uczestnictwa w programie będą miały szansę na poznanie i nawiązanie trwałych relacji biznesowych z przedstawicielami polskich i międzynarodowych firm i korporacji oraz inwestorami, w tym również tymi z USA. W MIT Enterprise Forum CEE otwieramy startupom drzwi do naprawdę dużego biznesu. Dajemy nie tylko wsparcie i narzędzia, które mają pomóc startupom rozwijać ich biznesy, ale często sami też pomagamy w pierwszych sprzedażach.  Potencjał na rozwój i wyskalowanie biznesu jest więc ogromny – dodaje Owczarek.

2 edycja Akceleratora wystartowała

Pierwsze warsztaty i sesje mentoringowe już za nami. W ubiegły weekend startup-owcy w przestrzeni coworkingowej HubHub skorzystali z mentoringu dostarczonego przez zespół Kingmakers oraz ekspertów ds. budowy i rozwoju innowacyjnych produktów i usług z MIT Enterprise Forum CEE. Pod okiem Romeo Grzębowskiego przedsiębiorcy z regionu CEE rozmawiali zaś o skutecznych praktykach budowania i wzmacniania zaangażowania swoich pracowników. Nie zabrakło też wskazówek i success stories z obszaru brand marketingu. A to dopiero początek.

Nadchodzące tygodnie przyniosą przedsiębiorcom wybranym do udziału w programie kolejne pokłady wiedzy i praktyki. Uczestnicy poznają także osobiście Lindę Plano – od blisko 20 lat związaną z MIT, światową ekspertkę w zakresie skutecznych prezentacji biznesowych, przez ręce której „przeszły” setki startupów z całego świata, a którym pomogła pozyskać w sumie ponad 1 miliard dolarów. W agendzie programu przewidziano ponadto konsultacje z prawnikami, rzecznikami patentowymi oraz coachami sprzedaży. Nie zabraknie również okazji do budowania relacji biznesowych z przedstawicielami polskich i międzynarodowych firm i korporacji, a także z inwestorami.

W styczniu 2020 pierwszy etap akceleracji zwieńczy wydarzenie specjalne – warszawski Demo Day przed inwestorami i potencjalnymi klientami, w trakcie którego startupy zaprezentują dopracowane w toku programu produkty, usługi i technologie. Najbardziej obiecujące startupy w nagrodę polecą zaś do Bostonu, gdzie spróbują swoich sił i szczęścia przed przedstawicielami tamtejszego biznesu.

Partnerzy

Partnerami głównymi programu są Adamed – firma farmaceutyczno-biotechnologiczna, która powstała na bazie polskiej myśli naukowej i własnych patentów. Partnerem MIT Enterprise Forum CEE jest także MCX – trzon silnej grupy wyspecjalizowanych spółek, w skład której wchodzą m.in. spółki z obszaru rozwiązań teleinformatycznych oraz energii odnawialnej. W portfolio firm wspierających Akcelerator wchodzą także spółki z obszaru rozwiązań teleinformatycznych oraz energii odnawialnej. Partnerami wspierającymi są LINK4, Nationale-Nederlanden, MDI Energia SA, Sollers Consulting, HubHub, PZU oraz Vetasi, Partnerami merytorycznymi – Autoryzowane Centrum Szkoleniowe Sandler Training – Twarowski & Posmyk, CRIDO, kancelaria patentowa EUPATENT.PL, Extended Tools, Novismo, TaxLab, Kingmakers oraz Hasik Rheims & Partners. Organizacjami wspierającymi akcelerację są CMS Law.Tax i Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, a także Stowarzyszenie Organizatorów Ośrodków Innowacji i Przedsiębiorczości w Polsce (SOOIPP). Realizacja programu dofinansowana jest grantem przyznanym Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Działania 2.5 POIR Programy Akceleracyjne.

W drugiej edycji akceleratora MIT Enterprise Forum CEE uczestniczy 13 startupów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. O kim już wkrótce usłyszy świat?

Chatbotize – innowacyjna platforma wspierająca prowadzenie działań w obszarze marketingu konwersacyjnego. Rozwiązanie umożliwia niemal każdemu, nawet osobom bez znajomości programowania, stworzenie dedykowanego chatbota, ułatwiając interakcję z klientem oraz skracając ścieżkę zakupową.

Digital Engineering Solutions – pionier w branży budownictwa, którego rozwiązanie łączy technologie AI i zaawansowanej analizy obrazu z możliwościami smartfonów, wykorzystując te w obszarze Asset management, celem redukcji kosztów.

GlucoActive – firma oferuje pierwszy na świecie, całkowicie bezinwazyjny glukometr dla osób chorych na cukrzycę.

LULU – system pozwalający mierzyć oraz redukować stres u pacjentów podczas wykonywanych na nich zabiegów stomatologicznych.

Mobility Lab – oprogramowanie odpowiadające na potrzeby klientów biznesowych w zakresie elektromobilności, ułatwiające zarządzanie flotą samochodową, niezbędną infrastrukturą, zużyciem energii oraz rozliczeniami związanymi z użytkowaniem pojazdów elektrycznych.

Raccoon.World – narzędzie rehabilitacyjne oparte na rozwiązaniach z obszaru BIG DATA, Machine Learning i gier wideo, wspierające proces rehabilitacji pacjentów po urazach i chorobach neurologicznych.

Saventic – platforma (SARAH) wykorzystująca sztuczną inteligencją do przetwarzania danych bioinformatycznych, pozwalająca na wykrycie chorób bardzo trudnych do zdiagnozowania, już na wczesnym etapie.

SmartVent – oprogramowanie służące do zarządzania projektami, pozwalające na optymalizację efektywności energetycznej nieruchomości komercyjnych. Rozwiązanie zapewnia nawet do 40% oszczędności w obszarze zużycia energii.

Tap2Pay – system do optymalizacji płatności online, skierowany do małych i średnich przedsiębiorstw, zapewniający wysoką konwersję we wszystkich kanałach sprzedaży.

TeleNeuroforma – system do rehabilitacji w warunkach domowych, wspierający pacjentów chorujących na schorzenia przewlekłe poprzez interaktywne ćwiczenia w formie gier oraz zdalną opiekę fizjoterapeutów.

Wellify – aplikacja, której działanie jest ukierunkowane na rzecz poprawy samopoczucia, rozwijająca inteligencję emocjonalną pracowników poprzez wykorzystanie różnych narzędzi, w tym grywalizacji.

Vaxican – autorska platforma do produkcji immunologicznych leków nowej generacji – dedykowanych pacjentom z chorobami nowotworowymi.

Visadb.io – oferuje narzędzie do odkrywania krajów, w których możemy podróżować bez konieczności posiadania wizy. Aplikacja monitoruje ponad 200 krajów pod kątem zmian wizowych, klęsk żywiołowych, ataków terrorystycznych, epidemii chorób i wydarzeń politycznych, wspierając podróżujących w planowaniu ich zagranicznych podróży.

Cztery najważniejsze trendy Customer Experience w branży HoReCa

Mood Media – światowy lider customer experience przy współpracy z ekspertami z ponad 100 krajów, wydał kolejny Trendbook ukazujący globalne trendy w dziedzinie ulepszania jakości doświadczeń klienta w branży HoReCa. Firma porównała działania podejmowane na przestrzeni pięciu lat, zarówno przez duże sieci jak i niezależne podmioty, a także przez marki luksusowe, jak i te bardziej ekonomiczne. Globalny punkt widzenia, ukazał zaskakująco dynamiczną ewolucję kluczowych doświadczeń klientów hoteli i restauracji.

Firma Mood Media zaprezentowała publikację dotyczącą trendów w branży HoReCa, koncentrując się na badaniu wyzwań i możliwości Customer Experience w różnego rodzaju hotelach i restauracjach na pięciu kontynentach. Firma przyjrzała się najlepszym praktykom branżowym poprzez pryzmat czterech głównych globalnych trendów: personalizacji, zanurzenia w marce, społeczności oraz wygody. Okazuje się, że branża na skutek dynamicznego rozwoju rynku e-commerce, musi niezwykle szybko reagować oraz odnajdywać nowe sposoby ulepszania doświadczeń swoich klientów, które nieustannie ewoluują.

– Customer experience przechodzi obecnie głęboką zmianę, a marki stają w obliczu cyfryzacji tzw. ścieżki obsługi klienta. Wyzwaniem jest możliwość spełniania oczekiwań doskonale wyedukowanych konsumentów którzy chcą, aby wszystko miało natychmiastowy skutek. Cieszymy się, że możemy dzielić się wiedzą na temat najlepszych globalnych praktyk oraz przykładami które można naśladować w obliczu zmian doświadczeń klienta w sektorze HoReCa. Naszym celem jako globalnej organizacji, jest udzielanie informacji i porad naszym klientom na temat najlepszych lokalnych i ogólnoświatowych praktyk i trendów – tak, by ulepszać customer experience w każdej branży w różnych destynacjach – mówi Valentina Candeloro, Międzynarodowa Dyrektor ds. Marketingu w Mood Media.

Branża HoReCa przechodzi sporą transformację, co nie pozostaje bez wpływu na świadczone usługi. Pojawienie się na rynku graczy w rodzaju Airbnb, szybko poddało branżę presji wprowadzania nowych technologii. Aby zapewniać wyjątkowe customer experience, wiodący przedstawiciele sektora rozpoczęli zatem demokratyzację takich rozwiązań jak roboty, sztuczna inteligencja czy też powszechne już tablety.

Transformacja branży hotelarskiej

Okazuje się, że branża hotelarska sprawnie reaguje na zmieniające się realia. Mood Media zidentyfikowało cztery główne, globalne tendencje, które widoczne są w sposobie obsługi klientów przez branżowe marki:

  • Zanurzenie w marce

Zanurzenie jest naturalnym trendem customer experience w hotelarstwie. Klienci poszukują możliwości rozwoju osobistego, dostępu do wyjątkowych doznań kulinarnych, lub oderwania się od codziennej rutyny za pomocą wyjątkowych form spędzania czasu wolnego. Jedną z odpowiedzi obiektów wypoczynkowych na ten trend, jest np. powstawanie miejsc wpisujących się w dziką naturę w jak najgłębszym stopniu. Przykładem są obiekty pozbawiane dachów lub ścian, jak w hotelu The Null Stern w Szwajcarii, czy też przenośne domki u stóp gór. Coraz częściej hotele dają także możliwość obejrzenia klientom pokoju jeszcze przed podróżą – z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości.

  • Społeczność

Marki muszą stawać się częścią codziennego życia swoich klientów i budować realne społeczności. Podczas gdy pojęcie społeczności jest poniekąd integralną częścią sektora hotelarskiego, przyjmuje ono dziś nowe formy. Klienci dbają o doświadczenia fizyczne, co oznacza, że hotele mają znaczącą rolę do odegrania w życiu społecznym. Na przykład w Indiach, sieć OYO stała się prawdziwym ambasadorem lokalnej kultury. W innych miejscach hotele tworzą przestrzenie otwarte dla turystów i miejscowych, wiele dba również o przestrzenie co-workingowe, a nawet biblioteki. W Meksyku niektóre hostele posiadają w ofercie program dla developerów IT z 12-tygodniowym programem szkoleniowym i coachingiem biznesowym, podczas gdy w Australii powstają miejskie wioski, które są połączeniem przestrzeni mieszkalnych, do pracy, spotkań branżowych, szkoleń, projektowania i rozrywki.

  • Personalizacja

Jeszcze nie wiadomo, czy personalizacja jest najważniejszym trendem, jednak pojawiają się tutaj interesujące kwestie, takie jak: spanie na miarę (wybór rodzaju i twardości materaca, rolety zaciemniające, herbaty ziołowe etc.), płacenie za hotel tyle, ile uważa się za słuszne, a nie ustalonej ceny, czy wybór pokoju odpowiedniego do nastroju. Dzisiaj każdy najmniejszy szczegół może być zdeterminowany przez wybór klienta.

  • Wygoda

Jeśli istnieje jedna rzecz, o którą proszą goście, to chcą łatwiej, szybciej i prościej zameldować się w hotelu, zrobić zakupy, wybrać jedzenie czy wyjść na miasto lub łono natury. Technologia pozwala hotelom usprawniać funkcje związane z prowadzeniem zaplecza (niektóre mają nawet zautomatyzowany system sprzątania pokoi), a także umożliwiać klientom kontrolę doświadczeń za pomocą odpowiednich narzędzi. Tzw. hotels on-demand z łatwym systemem rezerwacji, automatycznym consiergem, telefonem służącym za klucz, zintegrowanymi głośnikami zamawiania usług oferowanych przez hotel, czy elektroniczna bransoletka, która zastępuje portfel i daje możliwość dostępu do aktywności, to tylko niektóre przykłady tego globalnego trendu.

Tworzenie restauracji na nowo

Ze względu na ogromny rozwój rynku gastronomii dostarczającej jedzenie do domu, tradycyjne restauracje zmuszone są tym bardziej kreować customer experience na nowo – tak, by dać klientom dobry powód do wyjścia na kolację i stworzyć zapadające w pamięć doznanie. Poza potężnym efektem Instagrama, który posiada już opcję rezerwacji stolika za pośrednictwem Quandoo, restauracje dysponują dziś narzędziami, dzięki którym mogą spełniać zapotrzebowanie klientów na szybkość i prostotę. Restauracyjne przykłady czterech głównych trendów są niezwykle fascynujące:

1) Zanurzenie w marce

Obejmuje szefów kuchni, ale także wystrój i oczywiście oddziaływanie na wszystkie zmysły. Restauratorzy nie wahają sie także włączyć sztuki i rzeczywistości wirtualnej, jak japońska restauracja Tree By Naked yoyogi park. W lokalu Zhen Wei Fang w Nowym Jorku, wszystkie zmysły są wyostrzone dzięki cyfrowej scenie z udziałem robotów i rzeczywistości wirtualnej, a w Inamo w Londynie, stoły zamieniają się w centrum zabawy.

2) Społeczność

Restauracja jest przede wszystkim miejscem społecznym. Pojawiły się punkty sprzedaży detalicznej z przestrzenią restauracyjną, które odzwierciedlają ten trend. Kolejne inicjatywy pokazują, jak wzmocnić element społeczny – eksperyment przeprowadzony w Japonii, umożliwił osobom z niepełnosprawnościami pracować w restauracjach dzięki użyciu pomocniczych robotów. Z kolei brazylijska restauracja zaczęła korzystać z blockchainu, by zapewnić transparentność co do pochodzenia serwowanego mięsa, a McDonald’s uruchomił w Chicago lokal, w którego wnętrza wkomponowano drzewa. Daloveroo otworzyło natomiast pierwszy lokal stacjonarny w Hong Kongu.

3) Wygoda

Restauracje stają się coraz bardziej zautomatyzowane – od obsługi kelnerskiej po szefów kuchni na całym świecie. Na przykład w Chinach, Xcafé otwarte przez JD.com posiada roboty zarówno w sali jadalnej, jak i w kuchni. W Bostonie, roboty serwują zdrowe i niedrogie posiłki. Programy rozpoznające głos lub kontrola głosowa, stają się normą w amerykańskich punktach drive-through. Pozostałe przykłady pokazują, jak proste jedzenie na mieście zmieniło się w unikalne doświadczenie polegające np. na wyświetlaniu na stołach menu w rozszerzonej rzeczywistości, czy też ekspresową obsługę dla ograniczonych czasowo podróżnych na lotniskach, jak w przypadku sieci OTG.

4) Personalizacja

Technologia również tutaj odgrywa ogromną rolę. To trend, który funkcjonuje na różnych poziomach – dania dostosowane do gustu, spersonalizowane menu, menu odpowiednie do pogody, zamawianie sterowane głosem, czy też zupełnie niespotykane dania i składniki. Drukowanie 3D wciąż znajduje się na wczesnych etapach, ale jest już wykorzystywane przy przygotowywaniu deserów. W USA rzeczywistość wirtualna jest z kolei coraz częściej wykorzystywana do zamawiania spersonalizowanych burgerów i kanapek.

– Polska branża HoReCa również przechodzi widoczną transformację polegającą głównie na digitalizowaniu swojej oferty. W dużej mierze milenialsi, ale w szczególności młodsze pokolenia, oczekuję natychmiastowej interakcji w obustronnym dialogu zarówno z brandami restauracyjnymi, jak i hotelowymi. Oprócz dobrze sprzedającym się usługom marketingu sensorycznego w tym sektorze, widzimy coraz większe zainteresowanie innowacyjnymi rozwiązaniami mobilnymi, które angażują konsumentów i dostarczają markom cennych informacji na temat ich klientów – mówi Aleksandra Potrykus – Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood.

Metodologia

W niniejszym badaniu, kluczowy był punkt widzenia konsumenta powracającego do hotelu czy restauracji oraz ocena tego, co się zmieniło wobec stanu sprzed pięciu lat. Celem trendbooka jest zrozumienie, co jest dźwignią pełnego i efektywnego customer experience w hotelarstwie i gastronomii poprzez wskazanie szczególnie znaczących przykładów restauracji i hoteli z całego świata.

Badanie Mastercard: pięć cech wyróżniających innowacyjne firmy

Innowacyjność jest jedną z najbardziej istotnych cech w biznesie, ponieważ pozwala ona firmom przyciągać i zatrzymywać klientów, a także budować przewagę konkurencyjną. Utrzymanie innowacyjności, szczególnie w dłuższym okresie, jest jednak trudne. Dlatego Mastercard i Harvard Business Review Analytic Services zaprezentowały wyniki „Become 2020”, pierwszej edycji badania poświęconego innowacyjności. W ramach projektu powstał ranking innowacyjności Business Innovators Index oraz raport pt. „Innowatorzy stają się liderami” (eng. Innovators Become Leaders), który wskazuje na kluczowe cechy innowacyjnych firm.

Ajay Banga, prezes i dyrektor generalny Mastercard
Ajay Banga, prezes i dyrektor generalny Mastercard

„Dziś innowacyjność i kreatywność są dla firm ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze badanie zawiera opinie i doświadczenia czołowych innowatorów, które mogą pomóc innym zwiększyć kreatywność i poprawić kulturę w organizacjach tak, żeby wspierała rozwój ich biznesu” — mówi Ajay Banga, prezes i dyrektor generalny Mastercard.

Czym jest innowacyjność?

Firma badawcza Harvard Business Review Analytic Services (HBRAS) zapytała ponad 1000 dyrektorów o podejście ich przedsiębiorstw do innowacji w pięciu kluczowych obszarach zarządzania, dotyczących procesów, kapitału ludzkiego, finansowania, obsługi klienta, a także danych i technologii. Ponadto przeprowadzono badanie wśród ponad 1000 konsumentów z całego świata, aby przekonać się, czy priorytety firm są zgodne z potrzebami ich klientów.

Po przeanalizowaniu odpowiedzi HBRAS opracował metodologię Business Innovators Index, w której  innowacyjność firm jest oceniana w skali od 0 do 100 punktów. Wyniki opartego na tej metodologii badania pokazują, że o ile większość przedsiębiorstw rozumie znaczenie innowacyjności dla rozwoju biznesu, o tyle wiele z nich nie potrafi skutecznie wprowadzać swoich pomysłów w życie.

W oparciu o odpowiedzi respondentów na 40 pytań wyróżniono trzy grupy firm:

  • Liderzy — mający największe umiejętności wprowadzania innowacji; grupa ta uzyskała średni wynik w zakresie innowacyjności na poziomie 88 pkt.
  • Naśladowcy — dysponujący umiejętnościami w niektórych obszarach innowacyjności; grupa ta uzyskała średni wynik 66 pkt. i stanowi 42% wszystkich respondentów.
  • Maruderzy — niedysponujący umiejętnościami w wielu obszarach innowacyjności; grupa ta uzyskała średni wynik 37 pkt.

Najważniejsze wnioski z badania

Raport wskazuje pięć najważniejszych aspektów, które mogą pomóc przedsiębiorstwom wprowadzać innowacyjne rozwiązania lub je usprawniać:

  • Liczy się szybkość: Innowatorzy muszą myśleć w kategoriach kwartałów i tygodni, a nie lat. Prawie wszyscy (96%) liderzy innowacyjności wprowadzają nowe pomysły i rozwiązania na rynek szybko, podczas gdy w grupie maruderów robi to tylko 17%.
  • Dane jako akcelerator: Prawdziwi innowatorzy wyciągają wnioski z wielu różnych źródeł danych, sama intuicja biznesowa bowiem nie wystarczy. 73% liderów wykorzystuje zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne źródła danych.
  • Wyznaczanie priorytetów: Innowacje nie mogą być traktowane jako dodatek. Prawie 90% liderów nadaje swoim wysiłkom w zakresie innowacji wysoki priorytet na najwyższym szczeblu zarządzania. Pozwala to zapewnić odpowiedni budżet oraz motywację całego zespołu, aby wprowadzać nie tylko doskonalsze, ale wręcz przełomowe rozwiązania.
  • Kultura organizacyjna ma znaczenie: Firmy powinny zachęcać swoich pracowników, by zachowywali się jak przedsiębiorcy. Nie tylko tworzy to kulturę promującą podejmowanie ryzyka, lecz także prowadzi do szerszego wykorzystania kreatywnych pomysłów. Zdanie to podziela 84% liderów innowacyjności.
  • Koncentracja na zaspokajaniu potrzeb klientów: Prawie połowa konsumentów oczekuje od firm tworzenia nowych produktów, usług i funkcji, które są zgodnych z ich potrzebami. Przedsiębiorstwa powinny koncentrować się na wprowadzaniu innowacji, aby spełniać te oczekiwania.

„Większość innowacji to zasługa korporacji, a badanie „Become 2020” wskazuje kierunek, w którym powinny one podążać w kolejnym roku, z uwzględnieniem różnorodności, odpowiedzialności i jasnej, kreatywnej wizji” — mówi David S. Ricketts z Centrum Technologii i Przedsiębiorczości na Uniwersytecie Harvarda.

Cenne rady od czołowych dyrektorów generalnych z całego świata

Mastercard i HBRAS przygotowały również opracowanie pt. „Podręcznik innowacyjnego prezesa” (eng. The CEO’s Innovation Playbook). Opisuje ona 50 działań, które zdaniem 12 najbardziej cenionych dyrektorów generalnych na świecie mogą pomóc wprowadzić pozytywne zmiany w przedsiębiorstwach. Dyrektorzy ci reprezentują czołowe firmy i instytucje, w tym Accion, Bass Pro Shops, Citi, The Coca-Cola Company, IBM, Lyft, PayPal, Ronald McDonald House, Salesforce, ServiceNow, Uniwersytet Marylandu, hrabstwo Baltimore oraz Verizon.

Co to jest i na czym polega prewspółczynnik VAT?

W przypadku, gdy nabywane towary i usługi podatnik wykorzystuje zarówno do działalności gospodarczej, jak i poza nią, ustaleniu wartości naliczonego podatku VAT, jaki będzie mógł odliczyć w zakresie prowadzonej działalności, służy tzw. prewspółczynnik VAT (sposób określenia proporcji). Organy podatkowe stoją niejednokrotnie na stanowisku, że w świetle przepisów ustawy o VAT nie jest możliwe zastosowanie różnych sposobów określenia proporcji w odniesieniu do różnych sektorów działalności jednego podatnika. W wyroku z 2 października 2019 r. ze stanowiskiem tym nie zgodził się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie, który orzekł, że w świetle art. 86 ust. 2a ustawy o VAT „…każde nabycie towarów i usług podatnik powinien rozpatrywać oddzielnie, co ewidentnie wymaga stosowania odrębnych prewspółczynników dla różnych rodzajów prowadzonej działalności i różnych nabyć” (sygn. akt I SA/Kr 851/19).

Centralizacja podatku VAT

Jeden z powiatów w ramach swojej jednostki – wydziału starostwa prowadzi działalność krytej pływalni z wyodrębnioną dla niej ewidencją księgową i rejestrem VAT. Pływalnia świadczyła swoje usługi w ramach działalności gospodarczej opodatkowanej VAT, sprzedając bilety wstępu klientom na wolnym rynku, jak i własnym jednostkom organizacyjnym (np. szkołom średnim), korzystając przy tym z prawa do obniżenia podatku należnego o podatek naliczony w wysokości 100%. Od 1 stycznia 2017 r. powiat dokonał centralizacji podatku VAT i z tym dniem zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług usługi świadczone między powiatem a jego jednostkami przestały podlegać opodatkowaniu VAT. Pojawiła się więc konieczność obliczenia proporcji, w jakiej wydatki pływalni powiat może przyporządkować działalności opodatkowanej i nieopodatkowanej.

Centralizacja ta objęła utworzone przez samorząd terytorialny jednostki budżetowe, zakłady budżetowe oraz urzędy gmin, starostwa powiatowe i urzędy marszałkowskie. Ustawa ta nie zawierała przepisów, które określałyby sposób dokonania tej centralizacji – dodaje Mariusz Wozniak z portalu https://becoined.com/pl/

Powiat chciał odzyskać znacznie wyższy należny VAT

W związku z powyższym powiat wystąpił do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z zapytaniem, czy w tej sytuacji może stosować do rozliczania naliczonego VAT w zakresie dokonywanych w związku z działalnością pływalni nabyć prewspółczynnik przychodowy, czyli biorący za podstawę procentowy udział dochodu ze sprzedaży biletów na rzecz swoich jednostek (a więc już niepodlegającej opodatkowaniu VAT) w całości osiąganego przez nią dochodu. Powiat wyjaśnił, że stosowany dotąd przez niego sposób określenia proporcji, a wskazany mu na podstawie odesłania do art. 86 ust. 22 ustawy o VAT w Rozporządzeniu Ministra Finansów z dnia 17 grudnia 2015 r. w sprawie sposobu określania zakresu wykorzystywania nabywanych towarów i usług do celów działalności gospodarczej w przypadku niektórych podatników (Dz.U. 2015 poz. 2193), jest wysoce nieadekwatny i dyskryminujący rynkowo. Stosując obecny prewspółczynnik, może bowiem odliczać jedynie 17% VAT, podczas gdy konkurencyjni przedsiębiorcy prywatni mogą odzyskiwać 100% tego podatku, a przecież wpływy osiągane z tytułu usług świadczonych na rzecz jednostek własnych wynoszą zaledwie ok. 2% w skali roku. Powiat chciał więc stosować odmienne metody odliczania VAT od ponoszonych na działalność pływalni wydatków, oddzielnie dla prowadzonej w ramach działalności gospodarczej, i oddzielnie dla prowadzonej poza nią, co pozwalałoby mu na 98% odliczenia VAT.

Argumentacja niewystarczająca, bo przepisy zabraniają stosowania różnych prewspółczynników

Ze stanowiskiem wnioskodawcy nie zgodził się organ podatkowy. Jak poinformował, wskazany w rozporządzeniu „obrotowy” sposób określenia proporcji stanowiący, że całkowity obrót powiatu, jako jednostki samorządu terytorialnego (a więc opodatkowany i nieopodatkowany VAT) odpowiada wysokości dochodów wykonanych i jest prawidłowy. Co prawda przyznał, że ustawa o VAT pozwala podatnikowi na zastosowanie innego sposobu określenia proporcji, ale pod warunkiem, że będzie on bardziej reprezentatywny. Natomiast zdaniem organu w przedmiotowej sprawie tak nie jest. Poza tym powiat chce stosować różne prewspółczynniki do różnych nabyć, a tego przepisy ustawy o VAT zabraniają.

„…sposób określenia proporcji wprowadzony przepisami art. 86 ust. 2a ustawy, nie przewiduje możliwości odrębnego liczenia współczynnika proporcji w odniesieniu do różnych zakupów. Postępowanie takie mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której w ramach jednostki samorządu terytorialnego – oprócz proporcji określonej dla poszczególnych jednostek organizacyjnych jednostki samorządu terytorialnego – funkcjonowałyby również (dla tych samych jednostek organizacyjnych) inne sposoby określenia proporcji. (…) Taka sytuacja jest niedopuszczalna w świetle regulacji zawartych w rozporządzeniu” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 14 maja 2019 r., sygn. 0113-KDIPT1-1.4012.145.2019.2.AK). Dodatkowo organ stwierdził, że argumentacja powiatu podnosząca, że wpływy z usług świadczonych dla swoich jednostek są znikome w skali całej działalności opodatkowanej VAT, „nie jest wystarczająca do uznania wskazanej przez Wnioskodawcę metody za najbardziej odpowiadającą specyfice wykonywanej przez jednostkę działalności i dokonywanych przez nią nabyć”.

Interpretacja organu narusza zasadę neutralności VAT

WSA w Krakowie, powołując się na orzecznictwo NSA, stwierdził, że wskazywane przez organ podatkowy rozpatrywanie udziału obrotów w ujęciu całościowym działalności podatnika z uwzględnieniem kategorii dochodów wykonanych, różnicowane w rozporządzeniu Ministra Finansów jedynie w zależności od kategorii jednostki samorządu, opiera się na założeniu wykonywania przez niego czysto niegospodarczej działalności. Potwierdza to samo uzasadnienie wprowadzenia tych przepisów. Sąd zauważył również, że tak wyznaczony w rozporządzeniu sposób określenia proporcji, nakazujący porównać proporcję obrotu z działalności gospodarczej do proporcji z całego obrotu z wysokością dochodów wykonanych powoduje, że wszelkie dotacje i inne źródła finansowania działalności nieopodatkowanej jednostki powiększają jej obrót całkowity, a co za tym idzie, obniżają wysokość prewspółczynnika.

Sąd orzekł, że zaproponowany przez podatnika sposób określenia proporcji jest bardziej trafny i adekwatny do prowadzonej przez niego działalności niż ten wskazany w rozporządzeniu. Skład orzekający nie zgodził się z organem, że różnica wartości prewspółczynników między nakazywanymi przez organ 17% a wskazywanym przez podatnika 98% nie miała znaczenia dla oceny zasadności wyboru metody określenia proporcji. Zwłaszcza że za metodą wskazaną przez podatnika przemawia charakter prowadzonej przez niego za pośrednictwem pływalni działalności. Pozwala ona na poszanowanie zasady neutralności podatku VAT, bo dzięki niej możliwe jest precyzyjne ustalenie tej części podatku naliczonego, która przypada na działalność gospodarczą pływalni, a w konsekwencji jego dokładne odliczenie.

„Nakładanie na Powiat L. obowiązku zastosowania prewspółczynnika z rozporządzenia w odniesieniu do wydatków poniesionych na działalność w Krytej Pływalni prowadzi do naruszenia zasady neutralności, jako podstawowej cechy krajowego i wspólnotowego systemu VAT” (sygn. akt I SA/Kr 851/19).

Sąd odniósł się również do twierdzeń organu o niedopuszczalności stosowania przez podatnika różnych prewspółczynników VAT dla różnych sektorów swojej działalności. Orzekł wbrew niemu, że zarówno przepisy wspólnotowe, jak i krajowej ustawy o VAT nie sprzeciwiają się temu. Przeciwnie, samo wskazywane przez organ rozporządzenie zobowiązuje do tego podatnika:

„Z treści art. 86 ust. 2a u.p.t.u. nie wynika obowiązek stosowania wyłącznie jednej proporcji. Przeciwnie, przepis ten zobowiązuje podatnika, aby każdy zakup weryfikował pod kątem jego wykorzystania i jeśli w danym przypadku stwierdzi związek z działalnością gospodarczą i inną działalnością, to ma obowiązek zastosować proporcję uwzględniającą zarówno działalność, do której wykorzystuje ten zakup (specyfika działalności), jak i rodzaj tego zakupu (specyfika nabycia). A zatem respektując nałożony przez ten przepis obowiązek uwzględniania specyfiki działalności i nabyć, każde nabycie towarów i usług podatnik powinien rozpatrywać oddzielnie, co ewidentnie wymaga stosowania odrębnych prewspółczynników dla różnych rodzajów prowadzonej działalności i różnych nabyć” (sygn. akt I SA/Kr 851/19).

Przepisy dają podatnikom prawo wyboru, którego organy nie respektują

Art. 86 ust. 22 ustawy o VAT stanowi, że minister właściwy do spraw finansów publicznych może wskazywać niektórym podatnikom sposób określenia proporcji, najbardziej odpowiadający specyfice wykonywanej przez nich działalności i dokonywanych nabyć. Jednakże ust. 2h tego artykułu zawiera wyraźne zastrzeżenie, że: „W przypadku gdy podatnik, dla którego sposób określenia proporcji wskazują przepisy wydane na podstawie ust. 22, uzna, że wskazany zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie ust. 22 sposób określenia proporcji nie będzie najbardziej odpowiadać specyfice wykonywanej przez niego działalności i dokonywanych przez niego nabyć, może zastosować inny bardziej reprezentatywny sposób określenia proporcji” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.).

Niniejsza sprawa pokazuje, że gdy w grę wchodzą dochody podatkowe państwa, najwyraźniej organy nie potrafią dokonywać rzetelnej interpretacji własnych przepisów lub też dokonują jej, ale wybiórczo. Podatnicy są w takiej sytuacji skazani na walkę w obronie swoich interesów, należnych im odliczeń podatkowych, a więc w obronie należnych im pieniędzy, swojego majątku. Z pomocą prawników, zwłaszcza wyspecjalizowanych w prawie podatkowym, często udaje się im wygrać tę walkę przed sądem. Pytanie jednak, co dzieje się z majątkiem tych, którzy nie walczą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Opóźnione płatności kosztują coraz więcej

Najnowsze badanie „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” Krajowego Rejestru Długów i Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce przynosi drobną poprawę pod względem nieuregulowanych płatności. Firmy mają w portfelach mniej przeterminowanych należności i krócej czekają na zapłatę, bo „zaledwie” 3 miesiące i 25 dni. Wzrosły natomiast koszty, jakie ponoszą one w związku ze skutkami i przeciwdziałaniem opóźnieniom w płatnościach od kontrahentów. Obecnie to już 6,3% wszystkich kosztów w firmie.

Krajowy Rejestr Długów i Związek Przedsiębiorstw Finansowych po raz 44. zaglądają do portfeli polskich firm. W III kwartale br., po raz pierwszy od lipca 2018 roku, wskaźnik INP (Indeksu Należności Przedsiębiorstw) wzrósł do 86,4 pkt. Wpłynęły na to m.in.: spadek udziału przeterminowanych należności w portfelach przedsiębiorstw (z 25,4% do 22,2%) oraz krótszy czas oczekiwania na płatności (z 4 miesięcy i 6 dni do 3 miesięcy i 25 dni). Poprawa jest, chociaż kosmetyczna.

Biznes nie ufa kontrahentom

– Z każdego tysiąca złotych wystawionego na fakturze 222 złote nie trafia do kieszeni przedsiębiorcy, a na zapłatę za wykonaną usługę lub dostarczony towar firmy czekają od kontrahentów średnio 115 dni. Lekka poprawa nie oznacza niestety, że problem z terminowym regulowaniem zobowiązań zniknął. Wręcz przeciwnie, najnowsze badanie wskazuje, że wzrósł odsetek firm, które deklarują, że taki problem u nich występuje. Więcej z nich spodziewa się również pogorszenia spływu należności w kolejnym kwartale – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Istotnie, w poprzednim kwartale 21,5% firm przyznawało, że kontrahenci nie płacą im na czas i że problem ten narasta. W III kwartale 2019 roku skarży się już na to 23,9% firm. Co trzecia firma spodziewa się, że problemy z regulowaniem zobowiązań przez kontrahentów wystąpią w większej skali niż dotychczas. W ubiegłym kwartale pesymizm odnośnie prognoz deklarowało 27,5% firm, a jeszcze wcześniej 22,7%. Pogorszenie się subiektywnych wskaźników sprawia, że spada wzajemne zaufanie wśród przedsiębiorców, co w konsekwencji może prowadzić do ograniczenia skali kredytowania w formie odroczonych terminów płatności.

– Biznes coraz mniej ufa swoim kontrahentom. Potwierdzają to wnioski płynące z niniejszego badania, a także dane historyczne z poprzednich edycji „Portfela należności polskich przedsiębiorstw”. Rośnie grupa przedsiębiorców, którzy obawiają się, że nierzetelne praktyki płatnicze ze strony klientów zachwieją ich płynnością finansową. W tej sytuacji można prognozować, że więcej firm będzie skłonnych sięgać po skuteczne narzędzia prewencyjne. Takim narzędziem jest bez wątpienia faktoring online – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Bolesny efekt kuli śnieżnej

Problem z regulowaniem własnych zobowiązań to najpoważniejsza konsekwencja opóźnień w płatnościach, na którą skarży się dzisiaj 33,2% firm. To nie tylko psuje wizerunek firm, ale też sprawia, że tracą one kontrakty, dostają krótsze terminy płatności lub klienci żądają od nich zapłaty gotówką. Gdy skala tego przełożenia rośnie, w obszarze opóźnionych należności powstanie efekt kuli śnieżnej.

Zatory finansowe to niejedyna konsekwencja opóźnień w płatnościach. Jak pokazuje badanie, co czwarta firma musi z tego powodu ograniczać inwestycje, a co dziesiąta – zatrudnienie. 10,2% firm z powodu nieuregulowanych należności ma problem z wprowadzaniem produktów na rynek, a 4,6% przedsiębiorstw musi z tego względu podnosić ceny.

Koszty obsługi należności zżerają polskie firmy

Powszechnie wiadomo, że im więcej funduszy przedsiębiorstwa przeznaczają na walkę z nieterminowością kontrahentów, tym mniej są one w stanie przeznaczyć na własną działalność i rozwój. Taka sytuacja ma niestety miejsce obecnie. Bo choć średni odsetek przeterminowanych należności w portfelach polskich przedsiębiorstw spadł z 25,4% do 22,2%, to wydatki na cele związane ze skutkami i przeciwdziałaniem opóźnieniom w płatnościach klientów wzrosły z 5,9% do 6,3%.

Składają się na to dwa wymiary kosztów związanych z analizowanymi opóźnieniami. Po pierwsze, zwiększył się udział przedsiębiorstw, w których opisywane koszty wynoszą 20-29%. Po drugie, wzrósł odsetek firm, dla których udział kosztów związanych z brakiem terminowości klientów w regulowaniu płatności wynosi 30% i więcej.

– Obecnie obsługa zobowiązań pochłania w firmach 6,3 procent wszystkich kosztów. Choć 78 procent firm na walkę z nieterminowością kontrahentów przeznacza mniej niż dziesiątą część swoich funduszy, to warto zauważyć, że są też takie przedsiębiorstwa, w których koszty te wynoszą jedną czwartą lub nawet jedną trzecią całego budżetu firmy. To gigantyczne pieniądze, a takich firm przybywa. Sytuacja dodatkowo skomplikowała się w sierpniu, kiedy to nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego spowodowała znaczącą podwyżkę kosztów sądowych w sprawach o zapłatę pomiędzy przedsiębiorcami. Ponad trzykrotny wzrost opłat sądowych czy kosztów apelacji od wyroku oddalającego roszczenie, a także wprowadzenie dodatkowych kosztów, których wcześniej nie było, sprawiły, że część wierzycieli zrezygnowała ze składania pozwów przeciwko dłużnikom na rzecz korzystania z windykacji polubownej. Ta bowiem dużo taniej, bo bez angażowania sądu i komornika, a także szybciej, bo czasem w parę miesięcy, pozwala odzyskać pieniądze od dłużnika – zauważa Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Wszechobecne aplikacje mobilne na smartfonach Polaków

Aplikacje mobilne towarzyszą nam już na każdym kroku. PAYBACK postanowił sprawdzić, do jakich celów najczęściej ich używamy. Dlaczego je instalujemy? I jak wypadają na tym tle aplikacje mobilne programów lojalnościowych? Prezentujemy wyniki najnowszego badania PAYBACK Opinion Poll, które firma przeprowadziła przy okazji świętowania 10-lecia działalności na polskim rynku.

Oprócz korzystania z tak oczywistych funkcji jak dostęp do skrzynki mailowej oraz dzwonienie i wysyłanie SMS-ów, dla 30% Polaków smartfon to urządzenie do płacenia za bieżące zakupy i rachunki. Choć wciąż najwięcej z nas sięga po laptopa podczas zakupów internetowych, to już co trzeci ankietowany wybiera do tego celu swojego smartfona.

Niezastąpione aplikacje mobilne

Aplikacje mobilne usprawniają wiele działań z użyciem telefonu, dlatego cieszą się bardzo dużą popularnością – korzysta z nich prawie 90% respondentów. Do czego najczęściej je wykorzystujemy? Przede wszystkim dzięki nim możemy na bieżąco śledzić media społecznościowe (69% wskazań). Bardzo podobny odsetek, bo 68%, sięga po aplikacje do robienia zakupów. Połowa z nas natomiast, dzięki zainstalowaniu aplikacji bankowej, szybko i sprawnie opłaca wszystkie swoje rachunki i sprawdza stan konta. Często jednak rezygnujemy z zainstalowania aplikacji mobilnej ze względu na kwestie bezpieczeństwa. Ponad 60% ankietowanych nie chce przekazywać swoich danych osobowych.

Na zakupy ze smartfonem

Osoby, które używają smartfona podczas zakupów, wykorzystują do tego celu najwyżej dwie aplikacje mobilne. Co czwarty użytkownik sięga po nie kilka razy z miesiącu, taki sam odsetek znacznie częściej – kilka razy w tygodniu. Jakie funkcje takich aplikacji cieszą się wśród respondentów największym zainteresowaniem? Dla prawie 30% ankietowanych jest to idealny sposób do wyszukiwania produktów w atrakcyjnej cenie, natomiast 25% chętnie korzysta z ofert promocyjnych, które proponuje im dana aplikacja. Dzięki licznym kuponom i zniżkom z łatwością mogą obniżyć koszt swoich zakupów. Zazwyczaj wydają na nie do 100 zł (50% wskazań). Tylko co dziesiąty przeznacza od 200 do 500 zł. Jakie artykuły wówczas najczęściej wybieramy? Ponad połowa respondentów kupuje w ten sposób produkty spożywcze, podobny odsetek odzież oraz paliwo.

Programy lojalnościowe zawsze pod ręką

Ponad 70% ankietowanych deklaruje, że chętnie korzysta z aplikacji mobilnych programów lojalnościowych. Dzięki nim oszczędzają pieniądze i czas – doceniają możliwość szybszego zbierania punktów, które mogą wymieniać na wybrane nagrody lub wykorzystywać przy płaceniu za zakupy.

Jak potwierdzają wyniki naszego badania, aplikacje mobilne programów lojalnościowych są dla Polaków przede wszystkim źródłem oszczędności. Tak działa również aplikacja PAYBACK, z której na co dzień korzysta blisko 400 tysięcy naszych uczestników. Największą jej zaletą jest łatwy dostęp do eKuponów, dzięki którym mogą jeszcze szybciej zbierać punkty oraz korzystać z ofert rabatowych. Ponadto cenią sobie jej intuicyjność i prostotę oraz brak konieczności noszenia przy sobie plastikowej karty – mówi Katarzyna Grzywaczewska, dyrektor marketingu w PAYBACK Polska.

PAYBACK Opinion Poll

Powyższe badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 14-23 lipca 2019 r. metodą ankiety online na grupie 2044 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Polacy coraz chętniej zmieniają pracę

Pomimo tego, że wzrosły pensje a pracownicy mają pozytywne oczekiwania odnośnie do dalszych podwyżek, wielu Polaków myśli o zmianie pracy. Wpływa na to stabilna sytuacja na polskim rynku pracy i bezrobocie, które jest najniższe od 30 lat. Efekt widzimy we wzroście liczby osób, które zmieniły pracodawcę w ostatnim czasie. Do tego, co czwarta osoba – kuszona lepszymi warunkami zatrudnienia – rozważa wyjazd za granicę. To najważniejsze wnioski płynące z najnowszego przeglądu „Rynek pracy, edukacja, kompetencje”, który przygotowała PARP.

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce na koniec września 2019 r. wyniosła 5,1%. To oznacza spadek o 1,0 p.p. od początku roku. Zmiana r./r. wyniosła 0,6 p.p. To najniższy poziom bezrobocia w naszym kraju od 30 lat.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce, wrzesień 2018 r. – wrzesień 2019 r.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce, wrzesieńŹródło: opracowanie własne na podstawie danych MRPiPS.

W końcu września 2019 r. w urzędach pracy było zarejestrowanych 852,4 tys. bezrobotnych. W porównaniu z poprzednim miesiącem ich liczba spadła o 13,1 tys., tj. o 1,5%.

Sytuacja na polskim rynku pracy wygląda jeszcze lepiej na tle Europy. Stopa bezrobocia w Polsce, liczona zgodnie z metodologią Eurostatu, wyniosła w sierpniu 3,3% i od maja br. pozostaje bez zmian. To trzeci najlepszy wyniki spośród państw Unii Europejskiej – niższe bezrobocie wg Eurostatu jest tylko w Czechach (2%) oraz Niemczech (3,1%).

Rynek pracownika…

„Barometr Rynku Pracy XII” III kwartał 2019 r. firmy Work Service pokazuje, że sytuacja na polskim rynku pracy jest korzystna dla pracowników. Z raportu wynika, że rekrutację pracowników planuje niemal 40% firm. Jej celem ma być przede wszystkim zwiększenie zatrudnienia (w niemal 1/4 badanych firm), rzadziej – utrzymanie obecnego poziomu zatrudnienia. Rekrutację planują głównie duże firmy.

Ta sama publikacja wskazuje, że większość firm planujących rekrutację, niezależnie od wielkości firmy czy branży, będzie poszukiwała pracowników niższego szczebla (68,6%) oraz, nieco rzadziej, średniego (39,2%). Ponad połowa przedsiębiorców (56%) jednocześnie deklaruje, że ma problemy ze znalezieniem pracowników, najczęściej niższego szczebla, rzadziej – średniego, a najrzadziej – wyższego.

Równie optymistyczny obraz wyłania się z danych GUS. Przeciętne miesięczne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw od wielu miesięcy utrzymuje się na wysokim poziomie. W sierpniu br. wyniosło 6 389,6 tys. osób i było o 2,6 p.p. wyższe w porównaniu z sierpniem 2018 r.

Przeciętne miesięczne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w Polsce,sierpień 2018 r. – sierpień 2019 r. (w tys. osób)Przeciętne miesięczne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w Polsce,sierpień

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS z 15 października 2019 r.

Pracownicy sektora przedsiębiorstw powinni być zadowoleni także z zarobków, które wg danych GUS w sierpniu 2019 r. wynosiły przeciętnie 5125,26 zł brutto miesięcznie i w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku wzrosły o 6,8 p.p.

Wg „Barometru Rynku Pracy” 56% pracowników spodziewa się w najbliższych miesiącach podniesienia wynagrodzenia. Istotnie częściej niż w innych badanych sektorach spodziewają się podwyżki pracownicy handlu (ok. 70%) i sektora publicznego (60%).

…motywuje do zmiany pracy

Jednocześnie coraz więcej osób zmienia pracę. Z najnowszego raportu „Monitor Rynku Pracy” (8 października 2019 r.) firmy Randstad wynika, że od II kw. br. odsetek pracowników, którzy w ostatnim półroczu zmienili pracodawcę lub stanowisko wzrósł o 2 p.p. Nieznacznie, ale jednak zwiększył się też odsetek pracowników poszukujących pracy – co druga osoba (53%) aktywnie szukała pracy lub co najmniej przeglądała oferty. Pracę najczęściej planują zmienić pracownicy do 25 r.ż. oraz osoby zatrudnione w oparciu o umowy cywilnoprawne. Najaktywniejsi są pracownicy hotelarstwa i gastronomii (21%). Pracownicy tej branży  według wspomnianego raportu najczęściej zmieniali pracę w ostatnim czasie ( wciągu 6 miesięcy przed badaniem).

Z tego samego raportu wynika też, że co czwarta osoba rozważa wyjazd za granicę w poszukiwaniu nowego zajęcia. Jako powody podają najczęściej chęć zdobycia lepszej płacy i warunków zatrudnienia (aż 63%). Migrantami zarobkowymi najczęściej zostają osoby o niskim wykształcaniu lub pracownicy fizyczni, ale w następnej kolejności także inżynierowie. Branżami, które mogą spodziewać się odpływu pracowników są przede wszystkim: budownictwo, branża finansowa, hotelarstwo i gastronomia.

Prawie połowa osób, które obecnie nie rozważają wyjazdu do pracy za granicę, wzięłaby to pod uwagę w przypadku pogorszenia się ich sytuacji zawodowej. Obecnie głównym powodem poniechania myśli o wyjeździe do pracy za granicą jest chęć pozostania w Polsce z rodziną i znajomymi.

Wśród najczęstszych powodów chęci zmiany pracy, respondenci przytoczonego wcześniej badania „Barometr Rynku Pracy” wskazywali zbyt niski poziom wynagrodzenia (44,5%), chęć samorealizacji (41,3%), brak możliwości rozwoju (34,1%), brak perspektywy awansu (32,8%). Z przytoczonego raportu wynika, że niemal połowa pracowników, którzy zamierzają zmienić pracę lub obawiają się zwolnienia, rozważa także zmianę wykonywanego zawodu. Chęć zmiany zawodu częściej deklarują najmłodsi pracownicy oraz osoby zarabiające poniżej 3000 zł netto. Najmniej skorzy do przekwalifikowania się są pracownicy sektora publicznego.

MLP Group osiągnęło blisko 100 mln zł zysku netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za pierwsze trzy kwartały br. W tym okresie Grupa osiągnęła 102,2 mln zł przychodów, natomiast zysk netto wyniósł 97,6 mln zł, co oznacza wzrost o 237% w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła od początku roku o 10,6% do 902 mln zł. Całkowita wynajęta powierzchnia zwiększyła się w ujęciu r./r. o ponad 30%.

„Doskonałe wyniki osiągnięte w pierwszych 9 miesiącach potwierdzają, że pewnie zmierzamy do kolejnego bardzo udanego roku. W minionym okresie mieliśmy do czynienia ze szczególnie silnym popytem na małe i średnie powierzchnie magazynowe. Z sukcesem prowadzimy naszą ekspansję na rynku niemieckim, realizując duże inwestycje w Unna, Mönchengladbach|Schwalmtal i Berlinie oraz przygotowując kolejne projekty w Bochum, Koblencji i innych kluczowych regionach magazynowych tego kraju. Nasze portfolio wysokiej jakości, dobrze zlokalizowanych aktywów magazynowych jest bardzo atrakcyjne dla najemców. Świadczy o tym niski wskaźnik pustostanów. Większość budowanych obiektów jest już objęta umowami najmu. Nasz program rozwojowy kontynuujemy w szybkim tempie, bazując w dużym stopniu na dużym popycie generowanym przez najemców z segmentu e-commerce” – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w pierwszych trzech kwartałach 2019 roku uzyskał 102,2 mln zł przychodów, w porównaniu do 105,7 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku. Grupa zanotowała 152,2 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko 2,5 krotnie lepszym niż rok wcześniej kiedy uzyskano 62,5 mln zł. Wynik netto wzrósł natomiast w ujęciu r./r. o 237% do 97,6 mln zł. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec września 2019 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 902 mln zł, czyli o 10,6% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2018 roku. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 18,8% do 1,72 mld zł.

Całkowita powierzchnia wynajęta na koniec września br. zwiększyła się o ponad 30% w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Potencjał zabudowy na posiadanych gruntach wynosi ponad 1,23 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia wielkości najmu. Poziom pustostanów na koniec trzeciego kwartału br. był na poziomie około 3%.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Specjaliści od customer service poszukiwani

Customer service to kompleksowa obsługa klienta biznesowego, która opiera się na relacji B2B (business-to-business). Jest to sektor często niedoceniany przez osoby wchodzące na rynek pracy i błędnie porównywany z call center. Customer service to określenie relacji między klientem, a dostawcą produktów lub usług na całym świecie. Zapotrzebowanie na pracowników z tego obszaru jest duże, a pensje specjalistów wzrastają w granicach 500-1000 zł rocznie. Judyta Podlasińska, z Michael Page objaśnia specyfikę dynamicznie rozwijającej się branży w Polsce.

Czym jest customer service

Specjaliści od customer service zajmują się kompleksową obsługą zamówień biznesowych. Nadzorują pełen proces obsługi klienta od momentu przyjęcia zamówienia, poprzez kontakt z magazynami, firmami logistycznymi, bieżącą i stałą komunikację z klientem oraz koordynację transportu i dostawę towaru na czas.

Specjalistów od customer service potrzebują firmy z różnorodnych sektorów zwłaszcza te, które mają własne zakłady produkcyjne, ale też same zajmują się wytwarzaniem produktów, np. przedsiębiorstwa z branży FMCG, medical device i farmacji. Ich siedziby znajdują się nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie, dlatego na customer service składa się szereg złożonych procesów. Praca zapewnia stały rozwój i wymaga skoordynowanych, bieżących działań oraz komunikacji z międzynarodowymi klientami – mówi Judyta Podlasińska, konsultant w Michael Page.

Polscy pracownicy poszukiwani

Branża customer service przeszła wiele zmian. Kiedyś oddziały znajdowały się w wielu miejscach na świecie, natomiast obecnie firmy preferują zakładanie swoich filii jedynie w wybranych krajach i Polska jest jednym z nich.

Powodem przenoszenie oddziałów customer service do Polski jest przede wszystkim dostęp do wysoko wykwalifikowanych pracowników – dobrze wykształconych i znających kilka języków obcych. Jednym z czynników jest również dobra lokalizacja naszego kraju oraz tańsze koszty pracy i wynajmu powierzchni biurowych w porównaniu np. do kosztów w Europie Zachodniej – mówi Judyta Podlasińska z Michael Page.

Profil kandydata

Zapotrzebowanie na specjalistów z obszaru customer service jest dosyć spore, zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich, takich jak Warszawa, Katowice, Łódź czy Kraków. Najbardziej poszukiwane są osoby, które cechuje komunikatywność, chęć kontaktu z klientem, dynamiczność, otwartość i wielozadaniowość. Dobrze widziana jest także znajomość systemu SAP, doświadczenie w obsłudze międzynarodowych klientów oraz płynne posługiwanie się językami obcymi. Najbardziej pożądani są eksperci, którzy znają przynajmniej 3 języki: polski, angielski na poziomie minimum B2 oraz francuski lub niemiecki na poziomie native.

Branża customer service jest bardzo dynamiczna, dlatego ważne, żeby kandydat potrafił poradzić sobie również z trudnymi zadaniami, które wymagają nietypowych, pomysłowych i szybkich rozwiązań. Często jest to także praca pod presją czasu, która wymusza na pracowniku wykonywanie kilku działań jednocześnie. Dodatkowe wyzwanie mogą stanowić również różnice kulturowe i kontakt z klientami międzynarodowymi – dodaje Judyta Podlasińska.

Wynagrodzenia

Od około 2 lat dostrzegamy systematyczny wzrost wynagrodzeń w branży customer service. Więcej firm inwestuje i tworzy huby logistyczne w Polsce, stąd pojawia się coraz większe zapotrzebowanie na nowych pracowników. Dotyczy to przede wszystkim kandydatów na stanowiska specjalistyczne i managerskie, czyli osób przynajmniej z trzyletnim doświadczeniem.

Na przestrzeni ostatniego roku wynagrodzenia specjalistów z obszaru customer service wzrosły o 500-1000 zł w zależności od znajomości języków i nabytego doświadczenia. Osoby nowe w branży, posługujące się biegle jedynie językiem angielskim, które aplikują do firm z ugruntowaną, silną pozycją na rynku i dobrą renomą mogą spodziewać się wynagrodzenia w granicach 5500 do 7000 zł brutto. W firmach, które są nowe i dopiero tworzą huby logistyczne, wynagrodzenie oscyluje zazwyczaj w granicach 6500 do 8500 zł brutto. Kandydaci biegle porozumiewający się w języku angielskim oraz francuskim lub niemieckim, mogą liczyć na wzrost wynagrodzenia o ok. 1000 zł, chociaż ich pensje nie przekraczają najczęściej 8500 zł brutto. Dodatkowo, kandydaci często otrzymują pozapłacowe dodatki do pensji, możliwość pracowania zdalnie oraz korzystania z elastycznych godzin. Co miesiąc, tylko w samej Warszawie w PageGroup prowadzimy kilkanaście rekrutacji w obszarze customer service komentuje Judyta Podlasińska.

Trendy w branży

Rosnące zapotrzebowanie na kandydatów sprawia, że prognozy rozwoju dla branży są optymistyczne i wskazują na dalszy wzrost jej znaczenia na polskim rynku.

Postęp technologiczny i postępująca robotyzacja nie jest zagrożeniem dla customer service. W branży B2B, gdzie jest wiele nagłych zmiennych, maszyna nie będzie w stanie im sprostać, jak człowiek. Potrzebna jest ponadto umiejętność kreatywnego myślenia i skutecznej komunikacji, dlatego czynnik ludzki jest nie do zastąpienia. Nowoczesne technologie mogą natomiast wpłynąć na pracę zespołów. Pracownicy ograniczą pracę z dokumentami i będą mogli w większym stopniu koordynować projekty, zarządzać procesami, czy optymalizować czas dostawy – podsumowuje Judyta Podlasińska.

Dobra reputacja przewoźnika?

Krajowy Rejestr Elektroniczny Przedsiębiorców Transportu Drogowego (KREPT) funkcjonuje już od dwóch lat, a od ponad roku prowadzana jest klasyfikacja poszczególnych naruszeń (PN, BNP, NN). Jak funkcjonowanie tego narzędzia zmieniło praktyki służb kontrolnych? Czy ryzyko utraty dobrej reputacji wzrosło?

Od września 2017 r. postępowania administracyjne, mające na celu ocenę dobrej reputacji przedsiębiorstwa transportowego są prowadzone przez Wydział ds. Krajowego Rejestru Elektronicznego Przedsiębiorców Transportu Drogowego. W 2018 r. Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD) przeprowadził 215 postępowań, które miały na celu sprawdzenie spełniania wymogów dobrej reputacji przez przewoźników, w efekcie czego wydano 13 decyzji administracyjnych decydujących o jej utracie.[1] Zaś od początku 2019 r. do września. GITD wszczęła 169 postępowań w tej kwestii.[2] Dla porównania w 2017 r. prowadzonych było 46 postępowań, w wyniku których żadne z polskich przedsiębiorstw transportowych nie utraciło licencji.

Co to oznacza?

Prowadzenie transportu międzynarodowego jest regulowane przez wiele aktów prawnych, wśród których jednym z najważniejszych jest ten, mówiący o konieczności posiadania zezwolenia na wykonywanie zawodu przewoźnika drogowego. Aby taki dokument uzyskać, konieczne jest spełnienie czterech wymogów. Należy posiadać:

  • rzeczywistą i stałą siedzibę w jednym z członkowskich państw UE,
  • dobrą reputację,
  • odpowiednią zdolność finansową,
  • wymagane kompetencje zawodowe.

Aby sprawdzić, czy przedsiębiorca spełnia warunek dobrej reputacji, monitorowane są m.in. takie elementy jak: postępowanie zarówno właściciela, jak i zarządzającego transportem, popełniane naruszenia z uwzględnieniem wpływu kierowcy oraz innych osób zatrudnionych w firmie. Zatem, by przewoźnik mógł się nią legitymować, musi spełnić określone wytyczne:

  • Na zarządzającym transportem lub przedsiębiorcy nie mogą ciążyć poważne zarzuty lub wyroki skazujące lub też sankcje za popełnienie poważnego naruszenia wg obowiązujących przepisów krajowych. W Polsce można wyróżnić m.in.: przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji, handel ludźmi, katastrofę w ruchu lądowym, niezgłoszenie wniosku o upadłość, ukrywanie majątku przed US, prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości i inne.
  • Zarządzający lub przedsiębiorca nie został w żadnym kraju UE skazany za poważne przestępstwo, ani też nie nałożono na nich sankcji za poważne naruszenia przepisów wspólnotowych m.in.: za przekroczenie czasu prowadzenia pojazdu, przekroczenia maksymalnej masy i wymiarów pojazdów użytkowych w ruchu międzynarodowym, nieprawidłowości wynikających z braku badań technicznych.

Jak to rozumieć? Aby przewoźnik mógł cieszy się dobrą reputacją w świetle prawa nie powinny ciążyć na nim naruszenia uznawane za najpoważniejsze. Naruszenie klasyfikowane jako NN na koncie przedsiębiorcy lub zarządzającego transportem odbierają mu w zasadzie możliwość prowadzenia firmy transportowej – podsumowuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Jednak należy pamiętać, że w kwestii oceny dobrej reputacji istotna jest także waga i częstotliwość występowania określonych naruszeń mniejszej wagi oraz ilość kierowców zatrudnionych przez przedsiębiorstwo. Rozporządzenie Komisji UE 2016/403 określa, że trzy poważne naruszenia (PN) w przeliczeniu na jednego kierowcę – popełnione w skali roku są uznawane jako jedno naruszenie o wadze bardzo poważnego, natomiast trzy BPN w przeliczeniu na każdego kierowcę popełnione w ciągu roku skutkują uruchomieniem krajowej procedury, mającej na celu ocenę dobrej reputacji przedsiębiorstwa – wyjaśnia Wolański.

Polskie regulacje prawne określone w ustawie o transporcie drogowym doprecyzowują sytuację, w której występują średnio jedno lub dwa BPW na jednego zatrudnionego kierowcę w firmie.

Ustawodawca przewiduje ostrzeżenie dla przewoźników, u których wykryto bardzo poważne naruszenie przypisane średnio na każdego zatrudnionego kierowcę – w takich okolicznościach właściciel firmy otrzymuje pouczenie o możliwości wszczęcia procedury o utracie dobrej reputacji. Sytuacja jest mniej korzystna w momencie, gdy na każdego zatrudnionego kierowcę przypadają minimum dwa BPN – takie okoliczności mogą skutkować cofnięciem na trzy miesiące 20% wypisów z  licencji wspólnotowej oraz zawieszenia wydawania nowych na sześć kolejnych miesięcy (o ile firma posiada więcej niż 10 wypisów). Jeśli firma posiada od dwóch do dziesięciu wypisów, to za dwa BPN grozi mu cofnięcie jednego wypisu z licencji wspólnotowej na trzy miesiące oraz zawieszenie wydawania nowych na kolejne pół roku. W przypadku tych przewoźników, którzy posiadają jeden wypis z licencji stosowana jest kara w wymiarze zawieszenia wydawania wypisów przez okres dwóch kwartałów doprecyzowuje ekspert OCRK.

Kiedy należy się bać?

Przewoźnik powinien mieć świadomość, kiedy dobra ocena reputacji jego przedsiębiorstwa może być zagrożona, a ku temu mogą pojawić się trzy główne powody, gdy na właściciela został nałożony:

  • prawomocny wyrok skazujący za umyślne przestępstwa określne w art.5 ust. 2a ustawy o transporcie drogowym,
  • wykonalna decyzja o nałożeniu kary za przynajmniej jedno naruszenie klasyfikowane jako NN,
  • wykonalna decyzja za naruszenia, których częstotliwość przekracza określone normy.

Jeśli uprawniony organ – czyli GITD lub starosta właściwy dla siedziby przedsiębiorstwa – uzna, że utrata dobrej reputacji będzie stanowiła nieproporcjonalną reakcję (za wyjątkiem umyślnych przestępstw) – może podjąć decyzję o nienaruszeniu jej. Jednak takie uzasadnienie zostanie uwzględnione w rejestrze KREPT – informuje Kamil Wolański z OCRK.

Jest wyjście

Z doświadczenia współpracujących na co dzień z ponad 30 tys. kierowcami wynika, że w sytuacji, gdy zostaje wszczęte postępowanie mające na celu ocenę dobrej reputacji można podjąć kilka kroków. Najprostszym i najskuteczniejszym z rozwiązań jest zwrócenie się o pomoc do wyspecjalizowanych firm zewnętrznych, które kompleksowo wdrożą prawidłowy tok pracy w przedsiębiorstwie poprzez m.in. szkolenia kierowców, właściwą analizę czasu pracy i regulaminów, które w ciągu sześciu miesięcy powinny poprawić reputację przewoźnika. Innym, również powiązanym z powyższym rozwiązaniem jest przedstawienie dokumentów i raportów, które potwierdzają dyscyplinowanie kierowców (w tym: upomnienia, nagany, zwolnienia), których błędy skutkują wszczęciem postępowania. Przedsiębiorca ma możliwość także udostępnić materiały, które potwierdzają nadzór nad przemieszczeniem się pojazdów i przestrzeganiem norm rozporządzenia 561/2006 – radzi ekspert. Natomiast jeśli wszczęcie postępowania względem oceny dobrej reputacji jest wynikiem zaniedbań zarządzającego, to istnieje także możliwość powierzenia obowiązków zarządzającego nowozatrudnionej, kompetentnej osobie – posiadającej certyfikat kompetencji – dodaje.

Szach mat?

Co w sytuacji, gdy ocena dobrej reputacji przedsiębiorstwa nie jest pozytywna? Wydanie decyzji stwierdzającej o utracie dobrej reputacji jest jednoznaczne z zawieszeniem zezwolenia na wykonywanie zawodu przewoźnika drogowego. Czyli do czasu zastosowania środka rehabilitacyjnego pojazdy należące do przedsiębiorstwa zostają w praktyce unieruchomione.

Jako ten „środek rehabilitacyjny” powinniśmy rozumieć zatarcie skazania za przestępstwa lub wykroczenia, które zaważyły na odebraniu dobrej reputacji. Środkiem zaradczym jest także upływ roku od dnia nałożenia grzywny za wykroczenie stanowiące najpoważniejsze naruszenie tłumaczy Kamil Wolański z OCRK. Przewoźnik, który zdecyduje się na wyruszenie w trasę, mimo utraty dobrej reputacji, powinien liczyć się z karą w wysokości 12 tys. PLN – przestrzega.

Najskuteczniejszym narzędziem obrony jest zapobieganie wszelkim sytuacjom, które mogą doprowadzić do wszczęcia postępowania oceny dobrej reputacji. Warto rozważyć też współpracę z  wyspecjalizowaną w tej dziedzinie firmą, która profesjonalnie rozliczy czas pracy kierowców. Dużym ułatwieniem w tej kwestii jest także wykorzystanie dedykowanych narzędzi – oprogramowania dla transportu, które zminimalizuje ryzyko popełnienia błędu.

[1] GITD, Biuro Informacji i Promocji | Wydział Komunikacji, dane z dn. 22.03.2019

[2] GITD, Biuro Informacji i Promocji | Wydział Komunikacji, dane z dn. 25.09.2019

Skuteczne rozwiązania w walce o lojalność klienta

Zwiększenie poziomu motywacji i sprzedaży – kto nie marzy o takich efektach dla swojej firmy. Ze względu na dużą konkurencyjność, niestety z roku na rok jest to zadanie coraz trudniejsze dla każdego przedsiębiorcy. Niezależnie od tego czy mowa o dużej, średniej czy małej firmie, każda musi walczyć o uwagę i lojalność klienta. Na szczęście pomóc w tym mogą programy lojalnościowe i wsparcia sprzedaży

Obecnie aż 65% firm rozwija programy wsparcia sprzedaży. To o 20% więcej niż przed trzema laty. Duży wzrost zainteresowania taką formą aktywizacji zarówno klientów, jak i kontrahentów świadczy o jej wymiernej skuteczności. Potwierdzają to również wyniki badań. Według badania ICAN Institute „Wyzwania sprzedaży 2019”, przeprowadzonego na zlecenie Edenred Polska, w samym 2018 roku 83% liderów sprzedaży przekroczyło zakładane plany sprzedażowe o 20%. Ogromny wpływ na te wyniki miało właśnie m.in. wdrożenie programów lojalnościowych.

Lojalność na rynku B2B i B2C

Obok takich liczb żaden przedsiębiorca nie powinien przechodzić obojętnie. Szczególnie, że program lojalnościowy czy też wsparcia sprzedaży daje niemal nieograniczone możliwości aktywizacji różnych grup, które wpływają na sukces firmy. Programy możemy wdrażać zarówno dla klientów B2C, jak i B2B dbając o lojalność partnerów biznesowych oraz zwiększając sprzedaż.

Aż 91% uczestników programów wsparcia sprzedaży to klienci z segmentu B2B. Przede wszystkim punkty handlu hurtowego (96%) oraz sprzedaży detalicznej (78%). Co drugi program jest skierowany do rynku B2C.

Kolejną grupą odbiorców, o którą możemy zadbać poprzez programy lojalnościowe są siły sprzedaży. Poprawnie stworzony program, w którym oferować będziemy atrakcyjne nagrody, przełoży się bezpośrednio na ich motywację  i efektywniejsze działania.

Potencjał do zwiększenia sprzedaży

Zarówno właściciele dużych, jak i średnich oraz małych firm dostrzegają szereg korzyści z wdrożenia programów lojalnościowych i wsparcia sprzedaży. Według wspomnianego raportu ICAN Institute, aż 97% badanych podkreśla, że programy dają potencjał do zwiększenia sprzedaży i udziałów rynkowych.

Z kolei 84% twierdzi, że programy pozwalają zwiększyć i utrzymać motywację klientów. 83% z kolei uważa, że programy wspierają promocję usług i produktów firmy.

Dodatkowo programy wsparcia sprzedaży pozwalają na szybki i realny zwrot z inwestycji, zaś programy lojalnościowe pomagają zoptymalizować koszty firmy, a także utrzymać wysoką motywację uczestników.

Program wsparcia sprzedaży krok po kroku

Warunkiem osiągnięcia takich, jak opisane powyżej efektów, jest odpowiednie przygotowanie i wdrożenie programu.

Pierwszym aspektem, o który trzeba zadbać jest zdefiniowanie pożądanego celu, który chcemy osiągnąć. Następnie określenie grupy odbiorców. Niezbędne jest ustalenie budżetu, a także mechanizmu programu. Żaden program nie zakończy się sukcesem, jeśli nie zadbamy o atrakcyjne nagrody.

Co jednak z perspektywy uczestników programów lojalnościowych i wsparcia sprzedaży oznacza określenie „atrakcyjne nagrody”. Każdy z pewnością podał by swoją definicję, dlatego też organizator powinien zapewnić każdemu swobodę wyboru i dostępność nagród w każdym momencie trwania programu.

Nagrody na miarę potrzeb

Tu z pomocą przychodzą przedpłacone karty premiowe, które obok nagród rzeczowych i rabatów są najczęściej wybieranymi nagrodami w programach. Korzyści z wprowadzenia takiej nagrody osiągają zarówno organizatorzy, jak i uczestnicy. Aż dla 98% firm jest to atrakcyjna forma nagradzania, a dodatkowo łatwa w obsłudze. Wybór karty przedpłaconej nie jest dla organizatora obciążeniem logistycznym, jest to elastyczna, różnorodna i dopasowana do oczekiwań uczestników nagroda.

Nie dziwi więc, że już co drugi program lojalnościowy w Polsce wykorzystuje karty przedpłacone w katalogu nagród. Karty sprawiają, że to uczestnik programu decyduje jaki ostateczny kształt przybierze nagroda. Są one akceptowane w sklepach na całym świecie, jak i w internecie.

Dodatkowo długi termin ważności kart sprawia, że można je wydać tylko raz na cały okres trwania programu, a następnie zasilać określonymi kwotami. Karty są zawsze dostępne, a zarządzanie katalogiem nagród łatwe i przejrzyste.

Wsparcie i wiedza

Dzięki tak skutecznym rozwiązaniom żaden przedsiębiorca nie musi się martwić o to czy jego program odniesie sukces. Zaś właściciele firm, którzy wciąż odkładają w czasie wdrożenie programów lojalnościowych i wsparcia sprzedaży mogą skorzystać z fachowej pomocy i wsparcia doświadczonego partnera, jakim jest Edenred. Taka współpraca z pewnością przyniesie szybki zwrot z inwestycji.

Dowiedz się więcej: lojalnosc.edenred.pl

Google radzi jak zwiększyć sprzedaż w Black Friday

Zgodnie z danymi Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w 2017 roku w Polsce zarejestrowane były 2 miliony małych i średnich przedsiębiorstw, które zatrudniały w sumie 10 milionów pracowników i generowały około 1.4 bilionów złotych przychodu. Jednak nawet tak duże  liczby nie pokazują w pełni, jaką wartość mniejsze przedsiębiorstwa wnoszą do Polski.  

Małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo często tworzone są wokół pasji i dlatego stanowią siłę napędową rozwoju całych lokalnych społeczności, czasami je nawet reprezentując. Ich sukces zależy zarówno od pielęgnowania dotychczas nawiązanych relacji z klientami, jak i od ciągłego pozyskiwania nowych. Jednak jak pozyskiwać nowych klientów? Prawie co czwarty właściciel małej firmy twierdzi, że marketing jest jednym z największych wyzwań, przed którymi stają. Badania przeprowadzone przez Google w Europie wskazują, że 3 największe wyzwania, przed którymi stają MŚP to: zdobywanie nowych klientów (48%), utrzymanie klientów (27%) i efektywność w marketingu (24%).

Przygotowania przedsiębiorców do promocyjnej sprzedaży w Black Friday (29 listopada), powinny szczególnie uwzględniać inwestycje w marketing internetowy. Takie działanie zwiększy widoczność firmy podczas przedświątecznej gorączki. Na szczęście, także w Polsce, ten okres stwarza coraz więcej możliwości na zdobycie nowych klientów: w poprzednim roku 22% Polaków zrobiło zakupy w Black Friday, a 47% z nich zdecydowało się na zakup rzeczy, której wcześniej nie planowali nabyć.

Aby maksymalnie wykorzystać okres świąteczny, małe firmy muszą korzystać z efektywnych narzędzi internetowych. Pomoże im to dotrzeć do nowych klientów i zwiększyć przychody wraz z upływem czasu.

Poniżej znajduje się kilka łatwych i skutecznych sposobów na rozwój firmy i zwiększenie sprzedaży online w okresie Black Friday:

  1. Daj się znaleźć w Google i powiadom o swoich nowościach

Prawie jedna trzecia wszystkich wyszukiwań na urządzeniach mobilnych jest związana z lokalizacją geograficzną, a liczba ta cały czas rośnie,  dlatego bardzo ważne jest, aby Twoja firma pojawiła się w wynikach wyszukiwania Google. Możesz zarządzać takimi danymi z poziomu narzędzia Google Moja Firma. Publikowanie za pośrednictwem Google Moja Firma umożliwia dodawanie wydarzeń, produktów i usług bezpośrednio na liście w wyszukiwarce Google i Google Maps. Tworząc posty, możesz przekazać wszystkie najświeższe informacje o Twojej firmie klientom, aby mogli je  wyświetlić bezpośrednio w Google.

PROBLEM: Potencjalni klienci nawet nie wiedzą o istnieniu Twojej firmy i produktów.

ROZWIĄZANIE: Google obsługuje 63 000 wyszukiwań na sekundę każdego dnia. To także średnia liczba osób korzystających z Google dziennie, co przekłada się na co najmniej 5,6 miliarda wyszukiwań dziennie.

  • 79% polskich mniejszych firm zgadza się, że dzięki wyszukiwarce lokalni oraz pozostali klienci znacznie łatwiej znajdują firmę w Google.
  • 90% klientów częściej odwiedza firmę, która ma numer telefonu na stronie wyników wyszukiwania lub w Google Maps.
  • Każdego miesiąca poprzez Google odwiedzanych jest 100 milionów witryn biznesowych, co tworzy ponad 3 miliardy bezpośrednich połączeń między firmami a ich klientami.
  1. Znajdź nowych klientów za granicą

Proste i przydatne narzędzie Google Market Finder, potrafi podpowiedzieć najlepsze rynki docelowe na ekspansję zagraniczną dla każdej firmy. Interaktywna ścieżka wyznaczona przez Market Finder wskaże Ci krótką listę obiecujących nowych rynków docelowych odpowiednich dla Twojej marki, pomoże określić popyt na Twoje produkty lub usługi na podstawie lokalnych, miesięcznych wyszukiwań, a także popularne trendy na rynkach, dochód rozporządzalny na osobę, liczbę użytkowników internetu i zalecane stawki. Gdy już przygotujesz listę interesujących Cię rynków, Market Finder pomoże Ci zaplanować działania związane z tłumaczeniami, płatnościami, obsługą klienta, jak również podatkami, wymaganiami prawnymi, logistyką i rekrutacją.

PROBLEM: Masz poczucie, że Twoja firma jest gotowa na rozwój zagraniczny, ale nie masz pojęcia gdzie eksportować i jak zacząć.
ROZWIĄZANIE: Dogłębna analiza Twojej firmy, jej potencjału i wskazówki dotyczące międzynarodowego rozwoju.

  • 70% małych firm nie ma wystarczającej wiedzy, aby znaleźć najlepsze rynki docelowe dla swojej działalności.
  • Największe bariery dla małych firm na drodze do większego eksportu to: różne standardy lub przepisy dotyczące produktów (51%), biurokracja (49%), trudność w prowadzeniu działań marketingowych dla zagranicznych klientów (49%), brak widoczności w wyszukiwaniach klientów zagranicznych (46%), bariery językowe lub kulturowe (41%), cła (37%) oraz brak wiedzy o tym, które rynki docelowe wybrać (35%).
  1. Reklamuj swój produkt

Dzięki Shopping ads, które już teraz dostępne są w 50 nowych  krajach, a ogółem na 95 rynkach, możesz zwiększyć swój  zasięg bardziej niż kiedykolwiek.

Zacznij wyświetlać swoje produkty w wyszukiwarce Google na całym świecie dzięki multi-country feeds. Pozwalają one kierować reklamy na wiele krajów, w których używa się danego języka. Na przykład, jeśli chcesz reklamować swój produkt w Niemczech, możesz automatycznie wyświetlić jego reklamę także w innych krajach niemieckojęzycznych, np. Austrii lub Szwajcarii. Wszystko, co musisz zrobić, to skonfigurować dane dla tych krajów w kampanii.

PROBLEM: Nie wiesz, jak sprawić, aby Twoje produkty zobaczyli klienci na całym świecie.
ROZWIĄZANIE: Promuj swoje produkty jednocześnie w wielu krajach dzięki Shopping ads.

  1. Wyświetl swoją firmę w odpowiedzi na wyszukiwania klientów 

PROBLEM: Nie wiesz, jakie frazy wyszukują klienci i w jaki sposób stworzyć odpowiednią dla nich reklamę.
ROZWIĄZANIE: Propozycje słów kluczowych i oszacowanie ruchu dla Twojej witryny.

Keyword planner to bezpłatne narzędzie, które pomoże Ci stworzyć odpowiednie reklamy i kampanie. Platforma pomaga wyszukiwać słowa kluczowe i sprawdzić ich skuteczność. Keyword planner może także pomóc w ustaleniu konkurencyjnych stawek i budżetu.

  • 63% polskich małych firm stwierdziło, że reklama w wyszukiwarce ma bardzo ważne znaczenie dla ich działalności.
  1. Dotrzyj do nowych klientów

PROBLEM: Nie jesteś ekspertem w kwestii reklam i nie wiesz, jak zacząć tworzyć reklamy swoich produktów.
ROZWIĄZANIE: Zastosuj zaawansowane technicznie rozwiązania, które są bardzo przyjazne w użytkowaniu.

Dotrzyj do jeszcze większej liczby klientów, dzięki narzędziu Smart Campaigns. Wybierz swój cel (liczba zapytań, ruch na stronie internetowej lub rzeczywisty ruch w sklepie), lokalizację, budżet i prześlij swoją reklamę, Google, wykorzystując uczenie maszynowe zapewni Ci najlepsze wyniki.

  • Połowa polskich mniejszych firm (50%) wydaje znaczną część swojego budżetu marketingowego na reklamę w wyszukiwarce internetowej.
  1. Sprawdź, jak działa Twoja strona internetowa

PROBLEM: Nie wiesz, w jaki sposób wydawane są Twoje pieniądze na reklamy i czy rzeczywiście reklamy są skuteczne.
ROZWIĄZANIE: Analiza Twoich wydatków na reklamy.

Google Analytics pomoże Ci sprawdzić, jak działa Twoja strona internetowa i poprawić ewentualne błędy. Dzięki narzędziu zrozumiesz zachowania odwiedzających Twoją witrynę, co pomoże Ci w lepszej ocenie wydajności zamieszczonych tam treści i produktów. Google prowadzi również bezpłatne kursy w ramach Akademii Analytics, które pomogą Ci poznać to narzędzie Google, dzięki czemu będziesz mógł rozwijać swoją firmę na podstawie zgromadzonych danych i ich analizie.

  1. Weź udział w szkoleniu w ramach Internetowych Rewolucji Google 

PROBLEM: Nie potrafisz się odnaleźć pośród różnych cyfrowych narzędzi i posługiwać się nimi.
ROZWIĄZANIE: Indywidualne warsztaty z doradcą Google.

Jeśli potrzebujesz praktycznej pomocy i chcesz nauczyć się korzystać z narzędzi Google, możesz skorzystać z bezpłatnego szkolenia. Nawiązaliśmy współpracę z tysiącami organizacji w całym kraju, które oferują bezpłatną pomoc i warsztaty w ramach naszego programu Grow with Google. Listę organizacji i szkolenia w Twojej okolicy możesz znaleźć na stronie: grow.google.

Kim Spalding, Global Product Director, Small Business Ads, Google

Transmisje esportowe szansą dla wielu marek

Codziennie na świecie rozgrywane są turnieje esportowe. Wiele z nich jest transmitowanych przez agencje gamingowe, takie jak Fantasyexpo. Transmisje z emocjonujących rozgrywek esportowych są dla wielu marek doskonałą okazją do promowania swoich produktów w grupie potencjalnych klientów.

Emocje na żywo

Turnieje esportowe pod względem realizacji można porównać do innych dużych wydarzeń rozrywkowych, takich jak chociażby koncerty. Wielu wskazuje na to, że największą zaletą spotkań esportowych jest dynamika i wysokie tempo rozgrywki, czego przykładem może być zwłaszcza gra Counter-Strike: Global Offensive. W optymalnym wariancie spotkanie składa się z 30 rund, trwających niecałe 2 minuty. To sprawia, że każda z nich obfituje w wiele zaskakujących sytuacji oraz zwrotów akcji. Kilkadziesiąt sekund w dłuższej perspektywie może odmienić losy całego spotkania. Dzięki temu fani się nie nudzą i cały czas mogą emocjonować się rozgrywką. Wiele marek natomiast pragnie być tam, gdzie są prawdziwe emocje.

Duże zainteresowanie

Pełne emocji transmisje esportowe cieszą się zresztą dużą popularnością, zależnie od gry, której dotyczą. Bardzo dobrym przykładem są tegoroczne mistrzostwa świata w League of Legends, w których uczestniczyła drużyna Marcina “Jankosa” Jankowskiego. Półfinał z udziałem Polaka cieszył się w kraju dużym zainteresowaniem – w szczytowym momencie oglądało go łącznie ponad 85 tysięcy widzów. Równie chętnie starcie to śledzili kibice z innych krajów. Według danych Esports Charts mecz G2 Esports z SK Telecom T1 w szczytowym momencie oglądało 3 976 038 widzów. Liczba ta nie obejmuje jednak chińskich transmisji. Warto jednak przypomnieć, że według informacji z tego samego źródła, transmisje z zeszłorocznej edycji Mid-Season Invitational w szczytowym momencie śledziło 127 milionów widzów, licząc fanów z Chin.

Techniczne zalety

Jak donosi raport „Zjawisko blokowania reklam”, przygotowany przez IAB Polska pod koniec 2017 roku, liczba użytkowników oprogramowania typu adblock od 2012 do 2017 roku wzrosła o 192%. Z analiz przygotowanych przez Mindshare Polska na podstawie badania przeprowadzonego przez Live Panel wynika natomiast, że w 2018 roku aż 76% użytkowników internetu w Polsce stosowało przynajmniej jeden ze sposobów pozwalających uniknąć oglądania reklam w sieci. Przez to efektywność wielu kampanii reklamowych w przeglądarkach drastycznie spada.

Turnieje esportowe są natomiast realizowane na Twitchu oraz YouTube, a okazjonalnie również na Facebooku. W przypadku tego rodzaju transmisji organizatorzy decydują się na emisję reklam w specjalnych blokach reklamowych, których nie można zablokować, ani pominąć. Często zresztą sami widzowie żywiołowo komentują konkretne reklamy, które są dobrze dopasowane do tego rodzaju transmisji.

Jako agencja gamingowa doradzamy klientom jak tworzyć kreatywne kampanie, do których zaliczają się zarówno reklamy komercyjne, jak i niestandardowe akcje. Najważniejsze jest jednak to, żeby były one jak najbliższe społeczności graczy – tłumaczy Aleksiej Budźko, Brand Manager w agencji Fantasyexpo, która specjalizuje się między innymi w realizacji transmisji z zawodów esportowych.

Ponadto w świadczeniach sponsorzy mają zagwarantowaną stałą ekspozycję swojego logotypu lub produktu na grafice transmisji, dzięki czemu widz ma stały kontakt z daną marką. W związku z tym bardzo ważną liczbą podsumowującą transmisję jest wskaźnik „HW – hours watched”, określający łączną liczbę obejrzanych godzin, która pozwala określić przez jaki łączny czas odbiorcy mieli kontakt z markami. Dodatkowo transmisje są archiwizowane i w każdej chwili można do nich wrócić, z czego widzowie chętnie korzystają. Przykładem może być realizowana przez Fantasyexpo transmisja ze StarLadder Major Berlin 2019, czyli mistrzostw świata w grze CS:GO. Powtórki obejrzano wtedy ponad 75 tysięcy razy.

Interakcja w czasie rzeczywistym

Transmisje na platformach streamingowych mają wiele różnych zalet, które tworzą przewagę nad tradycyjną telewizją. Jedną z wielu możliwości, które daje ten sposób emisji, jest czat na żywo, który pozwala widzom na aktywne uczestniczenie w transmisji poprzez komentowanie akcji w trakcie meczów i reklam w przerwach, a także wymianę zdań między użytkownikami, co jest niezwykle angażujące. W perspektywie biznesowej ten rodzaj interakcji daje natomiast narzędzie pozwalające na automatyczne wysyłanie wiadomości na temat produktów sponsorów, zapraszanie do sprawdzenia oferty, czy też odwiedzenia kanałów w mediach społecznościowych. Narzędzie to podlega wielu konfiguracjom, dzięki którym po wpisaniu ustalonej komendy użytkownicy zobaczą określoną wiadomość.

Wiele możliwości

Nowe technologie cały czas tworzą jednak dodatkowe możliwości, dzięki którym marki mogą w różny sposób promować siebie i swoje produkty podczas transmisji esportowych. Nikogo nie powinno dziwić, że nazwa sponsora może znaleźć się w tytule transmisji, a pod oknem transmisji dostępne jest miejsce na banery z logotypami lub zachętą do sprawdzenia oferty, które po kliknięciu przekierowują widzów do konkretnej strony.

Obecnie możliwości jest jednak bardzo dużo. Dobrym przykładem może być akcja zorganizowana przez Fantasyexpo we współpracy z logitech G podczas wspomnianej wcześniej polskiej transmisji ze StarLadder Major Berlin 2019. Im więcej czasu kibice spędzali na oglądaniu rozgrywek, tym więcej sztuk wirtualnej waluty gromadzili. Po zakończeniu turnieju widzowie mogli wymienić walutę, nazwaną “dzikami”, na sprzęt od logitech G. W akcji wzięło udział ponad 140 tysięcy osób.

Kolejnym przykładem może być współpraca Polskiej Ligi Esportowej z zakładami bukmacherskimi forBET, zakładająca wyświetlanie kursów na żywo podczas transmisji meczów. Innym, możliwym do realizacji pomysłem, jest umieszczenie logotypu sponsora w samej grze – na mapie, gdzie toczy się rywalizacja. To jednak tylko przykłady kilku z wielu możliwości, które dają obecnie nowe technologie. Dzięki temu transmisje esportowe są świetną okazją do promowania marek oraz produktów, nie tylko tych związanych ze światem gamingu. Tym bardziej, że z roku na rok oglądalność turniejów esportowych rośnie.

Dlaczego Polacy nadal chętnie wyjeżdżają do pracy w Holandii?

Mimo rekordowo niskiego poziomu bezrobocia i wzrastających płac Polacy nadal chętnie wyjeżdżają do pracy za granicę. Kierunkiem cieszącym się nieustającą popularnością jest Holandia, a według badań aż 84% Polaków jest zadowolonych z pracy w tym kraju i na kolejny wyjazd ponownie wybrałoby Holandię. Niemal 60% ankietowanych zdecydowało się na wyjazd ze względu na wyższe, niż w Polsce, zarobki.

W Holandii mieszka obecnie ponad ćwierć miliona Polaków, z czego 160 tysięcy jest tu oficjalnie zarejestrowanych. W ciągu ostatnich 17 lat liczba Polaków  w tym kraju wzrosła prawie 5-krotnie. Już teraz ekonomiści szacują, że w najbliższych latach zatrudnienie na holenderskim rynku pracy znajdzie aż 80 tysięcy pracowników z zagranicy.

Kim jest statystyczny Polak pracujący w Holandii?

Największą grupę wyjeżdżających do pracy w Holandii, według raportu opracowanego na zlecenie OTTO Work Force w 2019 roku, stanowią osoby stosunkowo młode. Zdecydowana większość to pracownicy w wieku od 20 do 30 lat (67,6 proc.), choć, co ciekawe, stosunkowo liczną grupę wyjeżdżających stanowią również osoby w wieku ponad 41 lat (14,5 proc.).

Holandia jest obecnie jednym, obok Wielkiej Brytanii i Niemiec, z najczęściej wybieranych kierunków wyjazdu w celach zarobkowych. Aktualnie rekrutujemy ok. 500 osób tygodniowo, a to o 10% więcej niż w roku ubiegłym. Holenderscy pracodawcy oferują przede wszystkim pracę w branży logistycznej i produkcyjnej – mówi Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment w OTTO Work Force.

Do pracy tymczasowej w Holandii najczęściej wyjeżdżają mężczyźni (62,5%) o stażu zawodowym do 10 lat. Statystyczny Polak pracujący w kraju tulipanów przeważnie ma wykształcenie średnie (54,4%), jest stanu wolnego (76,5%) i nie ma dzieci (78,9%0), a do pracy wyjeżdża z partnerem lub znajomymi (62,0%). Z raportu OTTO Work Force wynika, że aż 92,5% badanych zna przynajmniej jeden język obcy, głównie angielski. Polacy chętnie decydują się na pracę tymczasową w Holandii i aż 84,2% badanych jest zadowolonych z tego wyboru, a 53% planuje zostać w Holandii na stałe lub regularnie tam jeździć.

Jakie są motywy wyjazdów do Holandii?

Z raportu, opracowanego za zlecenie OTTO Work Force, wynika, że główną motywacją dla Polaków wyjeżdżających do pracy w Holandii są uwarunkowania ekonomiczne. Blisko 60% badanych podaje, że wyjechali do Holandii motywowani perspektywą zdecydowanie wyższych zarobków niż w ojczyźnie. Identyczna grupa ankietowanych uzasadnia wyjazd chęcią poprawy sytuacji finansowej oraz zgromadzenia oszczędności na przyszłość. Obok zdecydowanie wyższych dochodów, znalazły się zbyt wysokie koszty utrzymania w Polsce.

Ekonomiczne motywy wyjazdu do pracy w Holandii.

Ekonomiczne motywy wyjazdu do pracy w HolandiiŹródło: Raport OTTO Work Force, Kto i dlaczego wyjeżdża do pracy w Holandii?

Wśród wyjeżdżających dominuje przekonanie, że polski rynek pracy i polityka płacowa są niekorzystne, dlatego wolą podjąć pracę za granicą. Blisko 32% ankietowanych wskazuje, że warunki oferowane przez polskich pracodawców z ich perspektywy są mało atrakcyjne. Można zatem wnioskować, że decyzja o wyjeździe do pracy w Holandii wynika przede wszystkim z chęci poprawy swojej sytuacji, nie zaś z przymusu spowodowanego trudnościami w znalezieniu pracy w kraju.

Spośród osobistych motywów wyjazdu do Holandii, najczęściej jako kluczowe wymieniane są: chęć poprawienia sytuacji finansowej, zgromadzenie oszczędności na przyszłość oraz podniesienie standardu życia. Dla 29,2 proc. badanych najistotniejszym motywem wyjazdu jest chęć zdobycia doświadczenia zawodowego, a co czwarty pracujący w Holandii deklaruje, że głównym impulsem jest chęć poszerzenia kompetencji językowych. Oznacza to, że główną oś motywacji wyjeżdżających stanowi szeroko pojęte dążenie do poprawy własnej sytuacji, która w tym wypadku jest ściśle skorelowana z finansami, a nie tak bardzo z inwestycją w siebie czy z samorozwojem.

Osobiste motywy wyjazdu do pracy w Holandii.

Osobiste motywy wyjazdu do pracy w HolandiiŹródło: Raport OTTO Work Force, Kto i dlaczego wyjeżdża do pracy w Holandii?

Holandia jest niezmiennie uważana za bardzo atrakcyjne oraz przyjazne miejsce do pracy i życia dla Polaków. Bardzo niskie bezrobocie powoduje, że Polacy są mile widziani w tym kraju i bardzo cenieni za pracowitość. Na rynku holenderskim, ze względu na rosnące niedobory kadrowe, pojawia się coraz więcej ofert dla osób, które nie komunikują się w języku obcym. Na ten moment, aż 60% naszych ogłoszeń nie zawiera kryterium językowego, jest więc to szansa dla osób, które nie mogły skorzystać z szansy wyjazdu ze względu na brak kompetencji językowych – wyjaśnia Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment w OTTO Work Force.

W 2020 zmiany w księgowości, wynagrodzeniach i płatnościach. Skorzysta tylko fiskus?

  • Wdrożony od 1 listopada br. obowiązkowy split payment ograniczy w znacznym stopniu płynność finansową przedsiębiorstw.
  • Wprowadzenie obligatoryjnego stosowania JPK_VAT wymusza na firmach wdrożenia elektronicznej księgowości, co wiąże się z dodatkowymi kosztami.
  • GUS podał, że we wrześniu przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 6,7 proc., jednak realny wzrost wynagrodzeń wynosi zaledwie 3,9 proc.

Podziały przy mechanizmie podzielonej płatności

Najbardziej kontrowersyjną i rewolucyjną zmianą w księgowości wśród przedsiębiorców jest wprowadzenie nowego systemu rozliczania podatku od towarów i usług, tzw. split payment. Zwolennicy tego rozwiązania podkreślają, że zwrot nadpłaconego podatku od towarów i usług otrzymamy szybciej. Korzystając z osobnego rachunku bankowego do rozliczania VAT przedsiębiorca będzie mógł uzyskać zwrot nadpłaconej kwoty podatku już w ciągu 25 dni od złożenia deklaracji, bez konieczności spełnienia dodatkowych warunków.  Przedsiębiorców na pewno ucieszy fakt braku sankcji przewidzianych w art. 112b i 112c ustawy o VAT (tj. zastosowanie podwyższonej stawki odsetek za zwłokę w wysokości 150% standardowej stawki). Dla przykładu, gdy omyłkowo wykaże zaniżoną kwotę zobowiązania podatkowego, czy też nie złoży deklaracji i nie wpłaci należnego podatku lub również w przypadku ujęcia w deklaracji VAT z tzw. pustej faktury. Nowe zapisy w ustawie zwalniają przedsiębiorcę od ponoszenia kary za wskazane wyżej czyny. Ostatecznie wśród zalet procedury split payment wymienia się ochronę przed negatywnymi konsekwencjami w przypadku transakcji z nieuczciwymi kontrahentami, a to za sprawą braku zastosowania przepisów z rozdziału Xa ustawy o podatku od towarów i usług, dotyczących odpowiedzialności solidarnej w VAT.

Jednak najgłośniej w kwestii nowego rozwiązania wypowiadają się jego przeciwnicy. Ich zdaniem split payment to wadliwa procedura, ponieważ w znacznym stopniu zmniejsza płynność finansową firm. Od teraz przedsiębiorcy nie będą mogli swobodnie korzystać ze środków zgromadzonych na specjalnym rachunku bankowym do celów VAT. Co do zasady będą mogli przeznaczyć je na uregulowanie zobowiązań podatkowych względem urzędu skarbowego lub ZUS. Trudny okres przejściowy – dla wielu firm podział otrzymywanych środków i „zamrożenie” części dotyczącej VAT oznacza spore trudności w planowaniu inwestycji.

  • Już wstępna faza wdrożenia split payment będzie wiązać się z czasochłonnym dostosowywaniem budżetów do nowej formy rozliczeń. Czas dodatkowo wydłuży oczekiwanie na transfer środków z rachunku do celów VAT na tradycyjny rachunek bankowy – teoretycznie na przelew taki możemy czekać nawet do 60 dni. Co więcej, będzie to możliwe wyłącznie po odpowiednim uargumentowaniu takiej prośby, więc szansa na odzyskanie zgromadzonych tam pieniędzy będzie zależała od decyzji urzędu skarbowego. Jeśli już co piąty przedsiębiorca skarży się na nieopłacone przez kontrahentów w terminie faktury, przewidujemy, że w najbliższym czasie możemy doświadczyć chaosu w płynności finansowej firm. – komentuje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Nowe regulacje nie przewidują żadnej kontroli błędów w przygotowywanych przelewach z wykorzystaniem procedury split payment, ponieważ przedsiębiorca będzie sam dzielił przelew, wpisując osobno kwotę netto (która trafi na tradycyjny rachunek bankowy kontrahenta) oraz kwotę podatku (do wpłaty na specjalny rachunek do VAT). W efekcie może dojść do wielu pomyłek i otrzymania niewłaściwej kwoty za wystawioną fakturę. Co więcej, procedura split payment nie pozwala na sporządzanie przelewów zbiorczych za kilka faktur, przez to za każdą fakturę od jednego kontrahenta należy zlecić osobne transfery. Finalnie decyzję o zastosowaniu procedury split payment podejmuje kupujący. W sytuacji, gdy będzie on płacił w ten sposób tylko część faktur od danego sprzedawcy, może zostać posądzony o to, że świadomie opłaca dokument wystawiony, by ukryć inną czynność.

Większa kontrola fiskusa przez JPK_VAT?

Rok 2020 rozpocznie się pod znakiem zmian w VAT. JPK, czyli jednolity plik kontrolny to wprowadzony w 2016 roku sposób raportowania danych do urzędu skarbowego. Stał się na tyle powszechnym narzędziem urzędników i skuteczną formą kontroli, że resort finansów postanowił wymienić deklarację VAT nowym plikiem JPK_VAT. Rozporządzenie w tej sprawie zostało już opublikowane w Dzienniku Ustaw. Jak szacuje ustawodawca, zmiany w VAT obejmą ponad 1,7 miliona podatników.

Pliki JPK (w formacie XML) wymuszają na firmach wdrożenia elektronicznej księgowości. Na żądanie organów finansowych odsyła się dane z ksiąg podatkowych, faktur, magazynu, podatkowej księgi przychodów i rozchodów, a także ewidencji przychodów. Obowiązkowo każdego miesiąca należy przesłać plik JPK_VAT, który odzwierciedla transakcje dokonane przez firmy. Narzędzie to stało się tak powszechne i jak twierdzi skarbówka, skuteczne, że zmodernizowany „plik” zastąpi deklaracje dotyczące tego podatku. Niestety problematycznym dla przedsiębiorców jest fakt, iż niektóre banki za wygenerowanie pliku JPK pobierają dodatkowe opłaty, tylko niektóre robią to za darmo, a część wcale nie udostępnia takiej usługi.

Zmiany od 2020 roku zastąpią dwie deklaracje: VAT-7 i VAT-7K nowym plikiem JPK. Oba formularze do tej pory składali wszyscy czynni podatnicy VAT, tzw. „vatowcy” rozliczający się miesięcznie składają druk VAT-7, zaś rozliczający się raz na kwartał – VAT 7-K. Największe firmy, które jeszcze dziś zobowiązane są składać powyższe deklaracje, od 1 kwietnia 2020 roku będą miały inne obowiązki. Złożą nowy JPK_VAT, który zawierał będzie także dane ze znanych dziś deklaracji. Od 1 lipca 2020 roku nowy JPK_VAT złożą także pozostali podatnicy, czyli małe, średnie i mikro firmy.

Większe pensje zagrożą rentowności firm

GUS niedawno opublikował raport, z którego wynika, że we wrześniu tego roku przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 6,7 proc. r/r. Trend, który trwa od połowy 2017 roku jest bardzo stabilny i tylko czasami zdarzają się od niego odchylenia (np. spadek w lutym i marcu)[1]. Ponadto prognozy na koniec roku wskazują, że inflacja również będzie wyższa niż w zeszłym, spowalniając realny wzrost wynagrodzeń – ten wyniósł we wrześniu tego roku 3,9 proc.[2]

Niższy realny wzrost wynagrodzeń oznacza, że baza do konsumpcji będzie miała mniejszą dynamikę. Chociaż wielu konsumentom zostanie to zrekompensowane przez cenny impuls fiskalny, czyli nowe transfery społeczne (rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko i tzw. 13 emeryturę). Finalnie sama dynamika konsumpcji powinna pozostać stabilna. Z kolei obniżenie realnej dynamiki wynagrodzeń może stanowić ulgę dla przedsiębiorców. Relacja między przychodami a kosztami powinna się poprawić, co niektórym firmom pozwoli uzyskać wyższą rentowność. A z rentownością firmy miały ostatnimi czasy problem. Mimo bardzo wysokiego wzrostu gospodarczego, rentowność obrotu netto w zeszłym roku się obniżała.

Realne wynagrodzenie rośnie wciąż szybciej niż produktywność pracy. A to oznacza, że udział płac w PKB generalnie się zwiększa, co dla mniej efektywnych firm jest egzystencjalnym zagrożeniem.

  • Nadal utrzymujący się trend rynkowy, gdzie pracownik ma duże oczekiwania finansowe wobec niewystarczających kompetencji może negatywnie wpływać na rentowność zwłaszcza małych przedsiębiorstw, które chcąc sprostać oczekiwaniom swoich Klientów zatrudniają „drogich” specjalistów, co przekłada się na obniżenie zysku firmy. To w konsekwencji powoduje szereg kolejnych problemów. – podsumowuje Monika Żebrowska, Senior HR&Finance Manager w Clue PR.

Jeśli połączymy to z zachwianiem płynności finansowej firm, 2020 rok może wprowadzić przedsiębiorców w stan sinusoidalnej niestabilności, z której firmy mogą doraźnie ratować się kredytami bankowymi.

[1] GUS, Obwieszczenie Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 17 października 2019 r.

[2] GUS, Obwieszczenie Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 17 października 2019 r.

Deko Eko – upcyklingowy startup pozyskał 1 mln zł finansowania od Simpact VC

Deko Eko – startup działający w obszarze gospodarki cyrkularnej – pozyskało 1 mln zł finansowania od funduszu Simpact VC na realizację projektu wdrożenia platformy B2B2C na rynkach europejskich. Oprócz Simpact w 2018 r. w Deko Eko zainwestował akcelerator Startupbootcamp z Amsterdamu. Obecnie spółka prowadzi również sprzedaż udziałów dla prywatnych inwestorów oraz funduszy seedowych przez globalną platformę crowdfundingową Eureeca.com

Dekoeko.com to platforma upcyklingowa, która rewolucjonizuje sposób myślenia o odpadach. W jednym miejscu łączy ze sobą designerów, największe firmy i konsumentów, aby wspólnie budować gospodarkę cyrkularną.

Unikalna oferta  Deko Eko polega na:

  • opracowaniu rozwiązań z zakresu “upcyklingu marki”, czyli przetwarzaniu brandowanych odpadów, które są trudne do recyklingu, a posiadają potencjał do ponownego wykorzystania. W ten sposób nie tylko umożliwiamy pozbycie się odpadów, ale przede wszystkim tworzymy wartość marki poprzez dostarczanie globalnym firmom produktów angażujących pracowników i konsumentów oraz wzmacniających przywiązanie do marki. Pomagamy również w tworzeniu gospodarki cyrkularnej wprowadzając na rynek limitowane edycje produktów upcyklingowych.
  • Umożliwianiu współpracy najlepszym projektantom i przedsiębiorstwom społecznym z całego świata z dużymi firmami i korporacjami, aby tworzyć estetyczne i funkcjonalne produkty konsumenckie wykonane w 100% ze starannie wyselekcjonowanych materiałów odpadowych.

Aktualnie na platformie znajduje się 290 sklepów projektantów i Deko Eko aktywnie pozyskuje kolejnych, dzięki temu posiada unikalny dostęp do najszerszej bazy metod przetwarzania strumieni odpadów, realizując kilkadziesiąt projektów dla największych korporacji takich jakich IKEA, McDonald’s, Coca Cola, Orange, Ergo Hestia, T-mobile, SUEZ, NN w Polsce i Holandii etc.

Deko Eko działa na rynku Polskim od paru lat, a obecnie upatruje swoją największą szansę rynkową w krajach Europy Zachodniej, gdzie gospodarka obiegu zamkniętego jest bardzo mocnym trendem, a klienci zarówno biznesowi jak i indywidualni aktywnie poszukują upcyklingowych rozwiązań. Dlatego też Deko Eko zarejestrowało swoją spółkę w Holandii (B.V.), która jest tzw. Circular Hot Spot ), gdzie planuje, przyspieszyć swój rozwój oraz otworzyć sobie drogę do międzynarodowych inwestorów w perspektywie 12-24 miesięcy.

Firma właśnie wdraża nowy B2B2C marketplace, który zastąpi dotychczasowy model sprzedaży i współpracy bezpośredniej z klientami biznesowymi zautomatyzowanym modelem online. Nowy model biznesowy przewiduje połączenie modelu prowizyjnego od każdej zrealizowanej transakcji z modelem subskrypcyjnym, czyli płatnym dostępem do platformy.

Dodatkowo w celu udoskonalenia i ułatwienia współpracy z klientami B2B poprzez platformę online, Deko Eko będzie wprowadzać rozwiązania technologiczne w formule ‘Smart Matching’, używając do tego narzędzi Machine Learning. Rozwój technologii zostanie sfinansowany z inwestycji funduszu Simpact. Oprócz tego środki zostaną głównie przeznaczone na rozwój zespołu w Polsce i Holandii.

Forbes ogłosił firmę Deko Eko jako jedną z 60 najlepiej rokujących firm, prowadzonych przez kobiety na świecie. Dyrektor zarządzająca i założycielka Deko Eko – Agata Frankiewicz – inicjatorka i współzałożycielka Koalicji na Rzecz Gospodarki Obiegu Zamkniętego “Reconomy” została finalistką TheNextWomen Pitch competition oraz European Women Challenge oraz  jedną z „50 śmiałych kobiet 2018 roku zmieniających świat na lepsze” według serwisu “Wysokie Obcasy”.

Deko Eko rewolucjonizuje sposób myślenia o odpadach, tworząc ekosystem przetwarzający trudne do recyklingu materiały odpadowe w pełnowartościowe produkty. Nowy marketplace łączy trzy grupy użytkowników: największe korporacje aktywnie poszukujące różnego rodzaju rozwiązań w zakresie efektywnego wykorzystania swoich odpadów, projektantów i firmy przetwarzające w kreatywny sposób odpady w produkty konsumenckie oraz klientów zainteresowanych zakupem oryginalnych, ekologicznych produktów. Jesteśmy dumni, że możemy wspierać projekt wdrażający gospodarkę cyrkularną, adresujący problem marnowania surowców i rosnącego zanieczyszczenia środowiska. Propagowanie odpowiedzialnej produkcji i konsumpcji ma ogromne znaczenie właśnie z uwagi na przyszłe pokolenia. Tak więc #letsupcycletheworldtogether .” komentuje Jacek Ostrowski, Partner w Simpact.

Jest to też pierwsza zagraniczna inwestycja funduszu Simpact.