Mimo najniższego w historii bezrobocia czy wręcz braku rąk do pracy, coraz wyższych zarobków i świadczeń socjalnych wciąż przybywa osób, które nie radzą sobie ze spłatą bieżących rachunków i innych zobowiązań. Z badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor wynika, że być może konsumenci zbyt szybko chcą zaspokoić swoje apetyty na dobra, na które wcześniej nie było ich stać. Decydują się na oszczędzanie, ale często są to niewłaściwe wydatki i oszczędności okazują się pozorne.
– Widzimy, że w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, a także w bazie BIK-u przybywa ludzi, którzy mają problemy z obsługą swoich zobowiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. – Obecnie już prawie 2,8 mln osób ma przeterminowaną spłatę rat kredytów, pożyczek czy też rachunków telefonicznych, opłat karnych za jazdę bez biletu i wielu innych bieżących płatności. Niestety, poprawa sytuacji gospodarczej często rozbudza apetyty konsumpcyjne i te wyprzedzają możliwości finansowe osób, które zaczęły zarabiać więcej, ale nie tyle, ile by mogły pochłonąć wydatki, na które mają ochotę.
Tylko w I półroczu 2019 roku liczba osób mających problemy z terminową spłatą zobowiązań zwiększyła się o 18 tys. osób. BIG InfoMonitor zapytał więc konsumentów o to, na jakich wydatkach próbują oszczędzać, by dopiąć domowe budżety. Okazało się, że ponad połowa pytanych kupuje wyłącznie na promocjach, dwie na pięć osób woli poświęcić czas na szukanie darmowego miejsca parkingowego niż zapłacić za parkowanie, a niewiele mniej, bo 35 proc., nie daje napiwków.
Wśród miłośników promocji przeważają kobiety (59 proc.) oraz mieszkańcy Podkarpacia (57 proc.) i Śląska (56 proc.), natomiast niechętni płatnym parkingom są głównie młodzi ludzie do 24 roku życia. Również to oni, podobnie jak najstarsi ankietowani, niechętnie zostawiają napiwki. Tymczasem mogą to być oszczędności pozorne.
– Powinniśmy sobie zadać pytanie, czy na tych promocjach oszczędzamy. Nierzadko prowokują one nas do większych wydatków, niż te, które byśmy ponieśli, gdyby promocji nie było. Wtedy z większą rozwagą podejmowalibyśmy decyzje – mówi Halina Kochalska. – Kolejnym punktem na liście jest poszukiwanie darmowego miejsca do zaparkowania. Trzeba pamiętać, że jeśli zaparkujemy nieprawidłowo, to może się to wiązać z dużo większą opłatą niż przyoszczędzone kilka złotych. Takich osób, które będą krążyły do upadłego, szczególnie dużo znajdziemy wśród osób młodych i mieszkańców województwa pomorskiego.
Mężczyźni i osoby starsze niechętnie też dzielą się papierosami. O ile ogółem co piąty pytany (21 proc.) zadeklarował, że nie częstuje papierosem, o tyle w starszych grupach wiekowych odsetek ten zbliża się do 30 proc., a wciąż co trzeci Polak pali wyroby tytoniowe.
18 proc. Polaków oszczędza, odmawiając udziału w akcjach charytatywnych, a co szósty kupuje w sklepach internetowych tylko wtedy, gdy może skorzystać z darmowej dostawy. Natomiast jedynie 13 proc. rezygnuje z zapraszania do własnego domu przyjaciół i znajomych ze względów finansowych.
– Poświęcajmy naszym budżetom domowym raz na jakiś czas więcej uwagi, przeanalizujmy wszystko. Pamiętajmy o tym, że zawsze mogą się zdarzyć jakieś nieprzewidziane okoliczności, wypadki losowe, które pociągną za sobą wydatki – radzi Halina Kochalska. – Warto na te cele mieć odłożone pieniądze i redukować zobowiązania. To mogłoby nam przynieść poprawę sytuacji finansowej. Może wtedy nie musielibyśmy się zastanawiać, czy rzucić na pomoc charytatywną kilka złotych, czy też dać kelnerowi napiwek albo szukać później przez pół godziny miejsca parkingowego.
– Przewrotnie powiem, że dobrze się dzieje, jeżeli raz na jakiś czas upadnie giełda, bo to pokazuje, że trzeba być ostrożnym, inwestując w kryptowaluty – mówi ekonomista Sławomir Horbaczewski. Jak ocenia, rynek kryptowalut będzie zyskiwać i jest wart zainteresowania, bo można na nim dużo zyskać, ale wymaga szczególnej rozwagi. Jego uregulowanie może się przełożyć nie tylko na większe bezpieczeństwo użytkowników, ale i większą stabilność. Uwzględniania w regulacjach wymaga też sama technologia blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze.
– Moim zdaniem rynek kryptowalut będzie coraz bardziej regulowany. Będzie rozwijać się w kierunku regulacji nakierowanych nie na ograniczenie wzrostu rynku, tylko na zwiększenie bezpieczeństwa jego użytkowników. Nie będzie regulacji zabraniających wprowadzania nowych kryptowalut, ale pojawią się takie, które będą zabezpieczały interesy osób nieposiadających wystarczającej wiedzy finansowej – mówi agencji Newseria Biznes ekonomista Sławomir Horbaczewski.
W lipcu członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego Benoit Coeure poinformował, że instytucja będzie musiała podjąć odpowiednie kroki regulacyjne w przygotowaniu na pojawienie się nowej kryptowaluty Facebooka, Libry. Z kolei w końcówce czerwca FATF (Financial Action Task Force) przedstawiła swoje zalecenia dotyczące dostawców usług wirtualnych, w tym m.in. giełd kryptowalutowych. Nowe standardy obligują je do wymieniania między sobą informacji o klientach, co jest nowością dla branży kryptowalut, dotąd opartej na anonimowości. Zalecenia FATF obejmują 37 krajów członkowskich organizacji, ale nie wiadomo jeszcze kiedy ani w jakim kształcie zostaną wdrożone przez poszczególne kraje.
Szybki rozwój kryptowalutowego rynku, rosnąca liczba ataków hakerskich i obawy o pranie brudnych pieniędzy powodują, że prace nad jego uregulowaniem prowadzą już międzynarodowe instytucje nadzorcze i rządy narodowe, w tym Polska.
– Rynek zdecydowanie będzie zmierzał w kierunku większych regulacji, lecz także w kierunku większej otwartości. Blockchain, czyli technologia, która stoi za kryptowalutami, jest coraz bardziej rozwijana, dopracowywane są jej nowe elementy – mówi Sławomir Horbaczewski. – Rynek będzie się również profesjonalizował, co oznacza, że będzie w nim uczestniczyć coraz więcej osób mądrych, doświadczonych, które będą zasilać go i kapitałem, i wiedzą.
Jak ocenia, regulacji wymagają zwłaszcza giełdy kryptowalut, ale i technologia blockchain, na której opierają się wirtualne pieniądze. Ta jest coraz częściej wykorzystywania nie tylko na rynku kryptowalut, możliwości jej zastosowania analizują m.in. banki, ubezpieczyciele i start-upy technologiczne, bo technologia tzw. łańcucha bloków jest uważana na najbezpieczniejszą obecnie metodę zapisu i przechowywania danych.
– Giełdy kryptowalut będą się w Polsce rozwijały, ten rynek będzie coraz większy, ale one wymagają odpowiednich regulacji. Tych regulacji na ten moment brakuje. Musimy też rozmawiać o technologii blockchain, bo to są rzeczy powiązane. Już dzisiaj powinniśmy bardzo intensywnie nad tym pracować, te prace powinny postępować żwawiej i przede wszystkim powinniśmy uwzględniać w tych regulacjach giełd również technologię blockchain – mówi Sławmor Horbaczewski.
Inwestycje w kryptowaluty od kilku lat biją rekordy popularności. Wirtualne pieniądze stały się pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych, część inwestorów postrzega je jako szansę na łatwy zarobek, dużo większy w porównaniu z tym, co oferuje rynek regulowany. Według badań brytyjskiej firmy GetLiving, 27 proc. milenialsów uważa bitcoina za lepszą inwestycję niż zakup nieruchomości. W ocenie ekspertów uregulowanie tego rynku – poza zapewnieniem bezpieczeństwa inwestorom – mogłoby przełożyć się na jego większą stabilność i wiarygodność.
– Moim zdaniem rynek kryptowalut to ciekawy rynek. Jeżeli w odpowiednio ostrożny sposób do niego podchodzimy, to możemy bardzo wiele zyskać finansowo, bo ten rynek będzie się rozwijał – mówi Sławomir Horbaczewski.
Jak podkreśla, inwestowanie w kryptowaluty wymaga jednak ostrożności i zdrowego rozsądku. Ryzyko związane z takimi inwestycjami potwierdza też upadek polskiej giełdy Bitmarket.pl, która z dnia na dzień ogłosiła utratę płynności. Branża szacuje, że w jej depozytach były bitcoiny o łącznej wartości ok. 110 mln zł, a klienci mają niewielkie szanse na odzyskanie pieniędzy, bo rynek nie jest regulowany ani nadzorowany.
– Dobrze, jeżeli raz na jakiś czas jakaś giełda upadnie. To pokazuje, że trzeba być ostrożnym, że nie wszystko złoto, co się świeci. Przede wszystkim trzeba zawsze szukać drugiego dna. Kupując jakikolwiek produkt w sklepie, czytamy na etykiecie, co tak naprawdę w nim jest. Inwestując na giełdzie kryptowalut też szukajmy o nich informacji – skąd one się wzięły, kto jest ich właścicielem, w jaki sposób funkcjonują, jaką mają kapitalizację – przestrzega ekonomista.
Dotychczas na Mount Everest wspięło się 5,2 tys. osób. W tym roku swojej szansy spróbuje kolejnych 770. Każdy zostawia po sobie na najwyższej górze świata kilogramy odpadów. Zdobycie szczytu i sama wyprawa nie muszą jednak ingerować w środowisko – przekonuje Andrzej Bargiel. Polak planuje we wrześniu zdobyć szczyt i zjechać z niego na nartach, zwracając przy tym uwagę na kwestie środowiskowe. Skialpinista także na co dzień kładzie duży nacisk na ekologię, a świadomych wyborów dokonuje w różnych dziedzinach życia.
– Moim nowym celem jest Mount Everest i zjazd z tego szczytu na nartach. Wyprawa potrwa 6 tygodni, a między 20 a 30 września będę chciał dokonać próby zjazdu – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes skialpinista Andrzej Bargiel.
Polak ma już na swoim koncie cztery ośmiotysięczniki – bez odpinania nart zjechał z Broad Peak, Manaslu, Sziszapangmy, a w 2018 roku, jako pierwszy człowiek na świecie, z K2. Teraz chce zjechać z Mount Everest bez użycia tlenu.
Nowy projekt ma charakter ekologiczny. Bargiel chce zwrócić uwagę na problem zanieczyszczenia środowiska i postępujących zmian klimatycznych.
– Chcę pokazać, że działanie w górach może być przyjazne, że mając świadomość tego, co robimy, można nie zostawiać po sobie negatywnej ingerencji. Chcę pokazać ingerencję, która tam już nastąpiła, jak zmienia się klimat, unaocznić to globalne ocieplenie – tłumaczy Bargiel.
Według Ang Tshering Sherpa, byłego prezesa Nepalskiego Stowarzyszenia Alpinizmu, dotychczas na szczyt najwyższej góry świata wspięło się ok. 5,2 tys. osób. W 2019 roku sił spróbuje kolejnych ponad 770. Każda wyprawa oznacza tony śmieci. Himalaistka Dragana Rajblovic ocenia, że aby dostać się do obozu bazowego pod Mount Everest nie jest potrzebna mapa, wystarczy podążać za śmieciami. Lód w lodowcach ociepla się w tempie 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę. W efekcie na zboczach stopniowo odsłaniają się tony śmieci.
Temat ekologii jest Bargielowi bliski na co dzień, dlatego świadomych wyborów dokonuje w różnych dziedzinach życia.
– Na co dzień segreguje śmieci, staram się i angażuję się w kampanie, które zwracają uwagę na te kwestie, m.in. związane ze smogiem. Jestem ambasadorem takiego projektu w Małopolsce. Myślę, że edukacja jest kluczowa – ocenia skialpinista. – Podróżuję samochodem elektrycznym i choć nie jest to idealne rozwiązanie, to ważny krok w kierunku mniejszej ingerencji w przyrodę.
Bargiel jako pierwszy w Polsce jeździ elektrycznym Mercedesem EQC. Elektryczny SUV jest całkowicie bezemisyjny, zaprojektowany w sposób zrównoważony dla środowiska, a rozbudowany system odzyskiwania energii obniża zużycie prądu.
– Andrzej Bargiel i marka Mercedes-Benz od lat współpracują ze sobą. Tym razem również nie mogło nas zabraknąć w tak niesamowitej wyprawie. Nasz w pełni elektryczny SUV podobnie jak Andrzej Bargiel przeciera nowe szlaki. Jest zeroemisyjny, nie ingeruje w środowisko i przy tym pozwala podróżować w ciszy i bezpiecznie – przekonuje Maximilian Schiwon z Mercedes-Benz Polska.
Producent nowego SUV-a podkreśla, że samochód przełamuje stereotypy i pokazuje, że samochód ekologiczny może być też przyjazny kierowcy. 408-konny układ napędowy na wszystkie koła z dwoma silnikami pozwala osiągnąć 100 km/h w nieco ponad 5 sekund. Sam samochód nie tylko jest niemal całkowicie bezemisyjny, lecz także powstał z materiałów pochodzących z recyklingu.
– Andrzej kładzie duży nacisk na to, by nie ingerować w środowisko. Samochód ze względu na to, że nie emituje dwutlenku węgla, spełnia te oczekiwania –podkreśla Maximilian Schiwon.
Design thinking, czyli myślenie projektowe, to metoda pracy bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, którą coraz chętniej adaptują polskie firmy. Aby ją wdrożyć, nie potrzeba dużych nakładów – wystarczy czas i odpowiedni, interdyscyplinarny zespół. Design thinking przynosi firmom wymierne korzyści, m.in. w postaci przewagi konkurencyjnej i zwiększonych przychodów. Ponieważ metoda jest nastawiona na rozwiązanie problemów i potrzeb użytkowników, zyskują również klienci.
– Design thinking polega na zbadaniu prawdziwych potrzeb naszych odbiorców, a następnie stworzeniu dla nich rozwiązania, które ściśle odpowiada tym potrzebom. To znaczy, że nie zaczynamy od pomysłu na rozwiązanie, ale od tego, żeby jak najlepiej poznać jego użytkownika. Ta metoda bardzo skraca czas, który jest potrzebny na wprowadzenie produktu na rynek. Sprawia, że praca jest bardziej produktywna – więcej tam działania niż rozmawiania. Natomiast na poziomie efektów komercyjnych ta metoda pozwala nam stworzyć unikalne rozwiązanie, które bardzo precyzyjnie trafia w potrzeby naszych klientów, co przekłada się na przewagę konkurencyjną – mówi agencji Newseria Biznes Irek Piętowski, konsultant innowacji i trener design thinking w agencji konsultingowej DT Makers.
Design thinking, czyli myślenie projektowe, to metoda twórczego rozwiązywania problemów. Jej celem jest tworzenie nowych, innowacyjnych rozwiązań w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb ich użytkowników. Opiera się na pobudzaniu kreatywności i wykorzystywaniu niesztampowych metod pracy. Metoda design thinking jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych już od lat 90., podobnie w Europie Zachodniej. Powoli podbija też polski biznes.
– Ostatnie dwa lata były boomem na design thinking. Popularność tej metody cały czas rośnie – mówi Irek Piętowski. – Jest to bardzo uniwersalna metoda, która pozwala tworzyć rozwiązania na styku różnych branż, czyli tam, gdzie np. bankowość styka się z retailem czy branżą wellness, farmacją, transportem albo logistyką.
Aby przestawić się na myślenie projektowe, firma nie potrzebuje dużych nakładów. Wystarczy czas i odpowiedni zespół – interdyscyplinarny, składający się z ludzi z różnych działów firmy, z różnym wykształceniem i doświadczeniem. Bardzo ważne jest to, żeby nie byli zanadto obciążeni innymi obowiązkami – część ich zadań powinna zostać przekazana ich współpracownikom, żeby uwolnić czas potrzebny na pracę nad nowymi pomysłami i innowacjami.
– Dla pracowników oznacza to dużo ciekawszy i bardziej dynamiczny sposób pracy, niż klasycznie przyjęło się w biznesie. Poznawanie naszego użytkownika jest źródłem wielu cennych odkryć, które często są zaskakujące. Dla pracowników oznacza to, że muszą być gotowi, by zmierzyć się z wieloma rzeczami, których wcześniej nie mieli świadomości, a które wyszły w trakcie trwania tego procesu – mówi Irek Piętowski.
Jak podkreśla, wdrożenie metody design thinking przynosi firmom wymierne korzyści, m.in. w postaci przewagi konkurencyjnej i zwiększonych przychodów.
– Mogę podać przykład jednej z największych firm technologicznych w Stanach Zjednoczonych, firmy o wieloletnich tradycjach. W ciągu 3 lat zaoszczędziła prawie 21 mln dol. Korzyści ekonomiczne z wdrożenia design thinking w tym czasie zostały wycenione na ponad 50 mln dol., a czas wdrażania innowacyjnych rozwiązań został skrócony o 75 proc. To są spektakularne wyniki i bardzo konkretne korzyści – mówi Irek Piętowski.
Przykładem takiego rozwiązania, które powstało na bazie design thinking, jest „Keep the Change”, wdrożone w 2006 roku przez Bank of America IDEO. Pozwala ono przenieść ideę skarbonki ze świata offline do online’u – za każdym razem, kiedy klient płaci kartą, np. 9 zł za kawę na wynos, ta kwota jest zaokrąglana do 10 zł i złotówka automatycznie trafia na jego konto oszczędnościowe. To rozwiązanie przyniosło Bank of America 2,5 mln nowych klientów w pierwszym roku od jego wdrożenia.
– Wprowadzenie tej metody do firmy wiąże się na pewno z wyszkoleniem pracowników, żeby potrafili tą metodą pracować, mogli nabrać doświadczenia. Ale koszty pracy tą metodą nie są większe niż tradycyjnymi. Dzięki temu, że metoda design thinking jest elastyczna, produktywna i nastawiona na działanie, oszczędzamy zasoby, czyli wysiłek, czas i pieniądze. Można więc powiedzieć, że za wdrożeniem design thinking idą większe oszczędności niż koszty –podkreśla trener design thinking w DT Makers.
Finanse i rachunkowość, informatyka, logistyka, turystyka i rekreacja przyciągnęły w tegorocznej rekrutacji najwięcej kandydatów w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Na 3,9 tys. miejsc na 38 kierunkach zgłosiło się niemal 10 tys. maturzystów. Na najbardziej obleganych kierunkach o jedno miejsce walczyło ok. 8 osób. To nieco mniej niż w ubiegłych latach, bo uczelnia zwiększyła liczbę oferowanych miejsc. Na 19 kierunkach przybyło ponad 300 miejsc.
– Tegoroczna rekrutacja przebiegła bardzo sprawnie, choć wiemy doskonale, że liczba potencjalnych kandydatów na studia z roku na rok od wielu już lat się zmniejsza. Stąd też byliśmy niepewni, czy na pewno będzie dostatecznie duże zainteresowanie poszczególnymi kierunkami studiów. Ale znakomita większość kierunków studiów była oblegana – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Kazimierz Tomala, prorektor ds. dydaktyki w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
SGGW zakończyła pierwszy etap rekrutacji na studia. Na 38 kierunkach I stopnia i jednolitych magisterskich kandydaci mieli do dyspozycji ponad 3,9 tys. miejsc. Zarejestrowało się 9,7 tys. kandydatów.
– W tym roku 2,5 kandydata ubiegało się przeciętnie o jedno miejsce w szkole – tłumaczy prof. Kazimierz Tomala.
W tegorocznej rekrutacji największą popularnością cieszył się kierunek finanse i rachunkowość. O 135 miejsc ubiegały się 1 052 osoby, co oznacza, że o jedno miejsce walczyło średnio 7,8 kandydatów. Nieco mniej maturzystów przyciągnęły informatyka, logistyka oraz turystyka i rekreacja (ok. 5 osób na jedno miejsce). Na zarządzaniu o 135 miejsc walczyło 662 kandydatów, popularna jest także dietetyka – 361 zarejestrowanych osób na 76 miejsc.
– W tym roku uczelnia postanowiła zaoferować maturzystom większą liczbę oferowanych miejsc niż rok temu. Najczęściej to jedna albo dwie grupy więcej, czyli dodatkowe 15 lub 30 osób. W przypadku weterynarii, która cieszy się niezmiennie ogromnym zainteresowaniem i w której widzimy potencjał, przybyło ich więcej – wskazuje prorektor SGGW.
Z danych uczelni wynika, że w przypadku weterynarii liczba miejsc wzrosła ze 150 do 190. Na socjologię i logistykę mogło się w tym roku dostać o 30 osób więcej. Łącznie zdecydowano się zwiększyć liczbę miejsc na 19 kierunkach.
– Już mamy zapewnione miejsca dla 6 tys. osób, a w rekrutacji uzupełniającej, wrześniowej, możemy jeszcze zaoferować miejsca dla tych, którzy poprawią maturę – mówi prof. Kazimierz Tomala.
Jeszcze w ubiegłym roku na niektórych kierunkach o jedno miejsce ubiegało się niemal 10 osób. Zmiana to w dużej mierze efekt przepisów – wprowadzony algorytm uzależnia wysokość dofinansowania m.in. od liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego (1 wykładowca na 13 studentów).
– Rok temu mieliśmy dużo większy ten wskaźnik, bo 17,2 studenta na jednego nauczyciela, musieliśmy więc szybko go zmniejszyć, żeby nie otrzymywać mniejszych środków finansowych na płace i funkcjonowanie. Natomiast w tym roku już mogliśmy sobie pozwolić na odbudowę i oferować jednocześnie większą liczbę miejsc dla maturzystów – tłumaczy prorektor SGGW.
Choć w tym roku akademickim nie ma rekrutacji na nowe kierunki, prorektor zapowiada, że od lutego na kilku kierunkach zajęcia będą prowadzone w języku angielskim. W 2018 roku dzięki dofinansowaniu z unijnego programu POWER uczelnia zaproponowała jeden nowy kierunek i dwie specjalności z zajęciami po angielsku (Organic Agriculture and Food Processing, Big Data Analytics i Civil Engineering).
– Otwieramy się na studentów spoza granic kraju. Podejmujemy działania zwiększające umiędzynarodowienie i możliwość kontaktu polskich studentów z tymi, którzy przyjadą studiować w języku angielskim – zapowiada prof. Kazimierz Tomala.
Roczna wartość danych sprzedawanych przez dostawców usług mobilnych o ich użytkownikach sięga już 200 mld dol. i stale rośnie. Osoby korzystające z rozwiązań, które zbierają o nich dane, zwykle nie czerpią z udostępniania tych danych żadnych korzyści. Platforma opracowana przez polskich programistów pozwoli im nie tylko sprzedawać dane o sobie, lecz także wybrać informacje, które chcą przekazać, a które usunąć z rejestrów.
– Na rynku danych jesteśmy przedmiotem, a nie podmiotem. Cała wartość koncentruje się w dwóch segmentach. Pierwszy to są pośrednicy rynku danych, a drugi – odbiorcy rynku danych. Jedyną wartość, jaką w tej chwili możemy mieć, to to, że mogą być to dane bardziej spersonalizowane i możemy z nich czerpać większa korzyść. Ale nie mamy żadnego wynagrodzenia z tego, że ktoś nasze dane wykorzystuje i to jest nie fair – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Kurowski, prezes ZAX Technology.
Jak donosi „The New York Times”, co najmniej 75 firm w USA otrzymuje precyzyjne dane o lokalizacji około 200 milionów anonimowych użytkowników smartfonów. Reporterzy dziennika odkryli, że firmy miały dostęp do danych o lokalizacji ze szpitali, domów, szkół i sklepów. Mimo że nie były one powiązane z nazwiskiem czy numerem telefonu, to ustalenie tożsamości osób będących źródłami danych byłoby dość proste w oparciu o lokalizację w godzinach nocnych czy codziennie odwiedzane miejsca.
Tego typu przykłady można mnożyć. Dlatego zapewnienie użytkownikom narzędzia, które pozwalałoby kontrolować sposób udostępniania przez nich danych, jest koniecznością. Polski start-up poszedł o krok dalej. Postanowił umożliwić internautom sprzedaż informacji o sobie.
– ZAX jest platformą, która służy do sprzedaży danych z inicjatywy samego użytkownika internetu, tworzącego te dane. Ten model biznesowy tworzy nową jakość, która ma w sobie dwa elementy innowacyjności. Jeden mieści się w ramach usługi i modelu biznesowego, gdzie włączamy w cykl decentralizacji przepływu wartości twórcę danych, a drugi – to technologia sztucznej inteligencji i big data – tłumaczy Wojciech Kurowski.
System działa w ramach aplikacji mobilnej i webowej. Umożliwia z jednej strony zarabianie na swoim śladzie cyfrowym, czyli na danych pozostawianych po sobie w wirtualnym świecie. Z drugiej strony, dzięki zaawansowanej obróbce i selekcji pożytecznych informacji przez algorytmy sztucznej inteligencji, generowane w ten sposób pakiety danych mogą być cenne dla potencjalnych nabywców, np. reklamodawców.
– Użytkownikowi trzeba pokazać, jakie dane może sprzedać. Odbiorcy tych danych trzeba natomiast pogrupować je, żeby były coraz bardziej użyteczne dla niego. Tutaj wchodzi element sztucznej inteligencji – big data – która ma za zadanie przetworzyć dane pozyskane z różnych źródeł, np. aplikacji, w taki sposób, żeby jak najbardziej mogły być wartościowe dla odbiorcy końcowego, który później z tych danych utworzy wartość dla swoich usług – wyjaśnia Wojciech Kurowski.
Wdrażanie tego typu rozwiązań może się przyczynić do zwiększenia świadomości użytkowników usług mobilnych na temat tego, jakiego rodzaju dane, często nieświadomie, oddają w ręce marketerów. Dziś, mimo że ludzie korzystający z mediów społecznościowych czy aplikacji mobilnych chętnie oddają do dyspozycji informacje o sobie, nie czerpią z tego właściwie żadnych korzyści. Jedynym profitem jest zazwyczaj tylko możliwość korzystania z danego portalu czy aplikacji. Tymczasem dane są jednym z najcenniejszych towarów w XXI wieku.
– Rynek danych wycenia się rocznie na 200 mld dol. Facebook zarabia na naszych danych ponad 50 mld dol, z czego 40 proc. na handlu danymi, a 60 proc. to profilowane reklamy. Ten rynek cały czas rośnie i to w takim samym tempie, jak wzrasta liczba danych – przekonuje ekspert.
Facebook udostępnił niedawno swoim użytkownikom narzędzie Off-Facebook Activity, dzięki którym mogą oni sprawdzić, jakie dane o nich zbierają aplikacje czy serwisy internetowe i które z nich sprzedają dane o nas Facebookowi. Narzędzie pozwala też na usuwanie danych zgromadzonych przez Facebook oraz zablokowanie możliwości ich dalszego udostępniania. Na razie rozwiązanie jest testowane w Irlandii, Korei Południowej i Hiszpanii.
Rozwiązanie proponowane przez polski start-up pozwoli z kolei zarabiać na udostępnianiu swoich danych w internecie, choć nie będzie to zarobek bezpośredni.
– Wynagrodzenie może być w formie rabatów na usługi różnych podmiotów, które są w naszym ekosystemie. Będzie to dodatkowo napędzać ruch klientów i liczbę usług u podmiotów, które mają dane – zapowiada Wojciech Kurowski.
W ramach testów firma automatycznie pobrała z Facebooka dane, a następnie zaprezentowała je użytkownikom w formie pozwalającej na zaznaczenie, które z nich będą sprzedawane i do kogo trafią. Jednym z możliwych zastosowań było udostępnienie informacji o charakterze geolokalizacyjnym w celu odkorkowania warszawskich ulic.
Asystenci głosowi dla pilotów, wyświetlacze rozszerzonej rzeczywistości i elementy drukowane w 3D – już wkrótce kokpity samolotów mogą być naszpikowane nowymi technologiami. Nowoczesne wyświetlacze pokazują w 3D zewnętrzny teren razem z przeszkodami i pomogą załogom lotniczym wyjść z ekstremalnych sytuacji. Oprogramowanie oblicza optymalne podejście do lądowania i pomaga przy kołowaniu, a asystenci głosowi odciążą pilotów w mechanicznych czynnościach. Już wkrótce samolot będzie mógł być sterowany autonomicznie, jednak według ekspertów, piloci wciąż będą niezbędni na pokładzie.
Nowe technologie do lotnictwa, a zwłaszcza do kokpitu, wchodzą dość ostrożnie. Jak podkreśla ekspert, to kwestia bezpieczeństwa i przetestowania nowych rozwiązań setki tysięcy razy w różnych okolicznościach. Nie oznacza to jednak, że samoloty są pozbawione nowinek technologicznych. Stopniowo najwięksi światowi producenci wprowadzają nowości. Samoloty są coraz bardziej oszczędne i ekologiczne, do produkcji używane są materiały wykorzystywane dotychczas w statkach kosmicznych, niektóre części drukowane są w 3D. Naukowcy opracowali już samolot bez ruchomych części, jak np. śmigła, który porusza się przez wytwarzany na pokładzie wiatr jonowy.
– Najnowsze technologie wykorzystywane w kokpitach samolotów to zwykle nie są technologie z XXI wieku, często sprzed kilkunastu lat, ale dla nas, lotników są to nowości. Jednym z rozwiązań jest nawigacja w oparciu o GPS, ale ze wspomaganą dokładnością dzięki stacjom naziemnym, które przesyłają dane korygujące. Statki powietrzne mogą lądować w oparciu o GPS w podejściach tzw. 3D, czyli są sprowadzane do lotniska tak jak tradycyjny system ILS. Takie technologie za kilka lat zrewolucjonizują lotnictwo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Benke, pilot liniowy, prezes zarządu Bartolini Air.
Nowe technologie zmieniają sposób obsługi. Na razie sztuczna inteligencja nie zastąpi jeszcze pracy stewardess, ale ułatwi im życie. Linie lotnicze testują rozwiązania, gdzie obsługa samolotu podchodząc do pasażera, wie już, jakie są jego ulubione potrawy i filmy, a na podstawie obrazu i dźwięku uczenie maszynowe rozpozna emocje i poziom zadowolenia z obsługi. Na lotniskach coraz popularniejsi są zrobotyzowani asystenci – pomagają nawigować po tłumie, a jednocześnie śledzić informacje o locie. Biometria z kolei zastępuje zwykłą kontrolę.
Nowe rozwiązania ułatwiają też pracę pilotów. Technologia syntetycznej wizji (Enhanced Vision System), w przeciwieństwie do konwencjonalnego wyświetlacza, który pokazuje tylko niebo i ląd w 2D oddzielone linią, pokazuje teren, pasy startowe i przeszkody w 3D. Wyświetlacz aktualizuje się w czasie rzeczywistym, aby pokazać pilotom, gdzie są i co się wokół nich znajduje. Nawet jeśli na zewnątrz jest ciemno, wyświetlacz pokazuje obraz jak w ciągu dnia, przy przejrzystym powietrzu, a przy tym pokazuje informacje o przeszkodach, ukształtowaniu terenu i pozycji. Dzięki nakładce na podczerwień piloci widzą ciepło wydzielane przez światła podczas zbliżania się do lotniska, dzięki czemu mogą lądować nawet w mgle.
– To system częściej spotykany w lotnictwie biznesowym. Na ekranie pilota, korzystając z różnych źródeł, z różnych czujników, włącznie z czujnikiem podczerwonym, pokazuje otoczenie samolotu, w trzech wymiarach, również w nocy i we mgle. Pilot zyskuje dużo lepszą orientację w terenie, wie, gdzie jest pas, wie, gdzie są przeszkody terenowe, mimo że np. zbliża się do lotniska w całkowitej mgle i ciemności – wskazuje Jakub Benke.
Technologia łączy dane GPS, informacje lotnicze i mapy terenu, aby pokazać położenie samolotu względem jego otoczenia. Nowoczesne wyświetlacze sprawiają, że loty stają się płynniejsze, pomagają załogom lotniczym wyjść z ekstremalnych sytuacji, takich jak uderzenie ptaka lub przelot przez chmurę pyłu wulkanicznego. Sterowanie głosowe w kokpicie może z kolei pomóc zmniejszyć obciążenie pracą, pozwalając pilotom mówić, a nie ręcznie wpisywać polecenia.
Pilotom coraz częściej pomaga także wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, zwłaszcza w szkoleniach i przygotowaniu się do lotów. Rozwiązanie jest tańsze niż standardowe szkolenia, a przy tym pozwala zwiększyć liczbę przeszkolonych osób.
Przemysł lotniczy wdrożył już częściowy automatyczny system pilotażowy, a przejście na pełną automatyzację kokpitu to tylko kwestia czasu. Nie oznacza to jednak, że piloci przestaną być potrzebni.
– Przeniesienie pilota na ziemię to nie jest cel. Nie oszczędza to żadnych pieniędzy, a jednocześnie budzi przerażenie u pasażerów, że osoba odpowiedzialna za lot nie podziela ich losu. Ludzie po prostu będą się bali wsiąść do samolotu bez pilota. Kluczową barierą jest terroryzm – twierdzi Jakub Benke. – Dopóki technologia nie rozwiąże tych zasadniczych problemów, to masowego lotnictwa automatycznego nie będzie. Ale na pewno to kiedyś nastąpi, bo nie ma przed tym ucieczki – dodaje.
Według analityków MarketsandMarkets rynek autonomicznych samolotów do 2030 r. będzie warty niemal 24 mld dol. Obecnie jego wartość szacowana jest na nieco ponad 3,5 mld dol.
Na dzień dzisiejszy Comarch DMS usprawnia procesy i obieg dokumentów w przeszło 300 przedsiębiorstwach, m.in.: w CERRAD Sp. z o.o., Integer.pl S.A. czy SuperDrob S.A. Świadczy to o tym, że Comarch DMS to sprawdzone narzędzie, wciąż zyskujące zadowolonych klientów.
Funkcjonalność DMS to podstawa
Ważne jest, aby odpowiedni DMS – system obiegu dokumentów i kontrolowania procesów (workflow) był przede wszystkim wydajny i funkcjonalny. Wśród udostępnionych nowych funkcjonalności DMS należy wyróżnić:
Możliwość współpracy Comarch DMS z systemem Comarch ERP Altum.
Możliwość pracy wielofirmowej z wykorzystaniem różnych konfiguracji systemów Comarch ERP, np. Comarch ERP XL z/lub Comarch ERP Altum z Comarch Optima. Dzięki temu na jednym dokumencie/obiegu DMS można pracować, korzystając z danych pochodzących z różnych baz.
Panel użytkownika pozwalający na definiowanie widoku list poprzez zmianę kolejności kolumn oraz ich ukrywanie zarówno w wersji stacjonarnej, jak i w wersji WWW.
Wyświetlanie powiadomień o nowych i przekazanych dokumentach w aplikacji Comarch Mobile DMS (Android i iOS).
Nowa wersja
DMS jest wciąż monitorowany w celu jak najlepszego dopasowania do zmieniającej się rzeczywistości oraz potrzeb rynku i klienta. W nowej wersji skoncentrowano się przede wszystkim na doskonaleniu ergonomii pracy. Dlatego pozytywne zmiany, które wprowadzono, są następujące:
Skonfigurowanie zachowania aplikacji w momencie przekazania dokumentu do kolejnego etapu. Konsekwencją może być to, że dokument jest dalej widoczny (nie zamyka się) lub np. następuje powrót na listę dokumentów albo otwiera się kolejny dokument przypisany do tego zalogowanego operatora.
Wyróżnienie nieprzeczytanych dokumentów na liście poprzez ich wyboldowanie (tryb outlook) oraz podświetlenie ostatnio edytowanego wiersza.
Możliwość podglądu listy dokumentów z poziomu szczegółów karty obiegu.
Wyświetlanie zawartości załączników pdf w oknie Comarch DMS, analogicznie jak w przypadku plików graficznych.
Możliwość automatycznego wyświetlania załącznika po wejściu w określony etap procesu. Jeśli na danym etapie operator zwykle zagląda do załącznika, to można ustawić opcję, żeby na prawym panelu zawsze otwierał się wskazany domyślny załącznik.
Warto również zaznaczyć, że wspomniana paczka rozszerzeń funkcjonalnych w formie HotFix 2018.2.1 udostępnia nowy moduł Raporty. Dzięki temu, użytkownik ma możliwość tworzenia własnych zestawień/analiz w formie wydruków. Dodatkowo, dotychczasowy obszar z raportami graficznymi od teraz jest dostępny w menu „Dashboardy”.
Comarch DMS – dobra inwestycja
Zdecydowanie się na korzystanie z narzędzia DMS, z pewnością będzie doskonałą decyzją. Przedsiębiorstwa dotychczas korzystające z tego narzędzia, podkreślają przede wszystkim jego funkcjonalność oraz usprawnienie pracy firmy. Wzrost zainteresowania systemem DMS poprzez nieustannie powiększające się grono zadowolonych klientów świadczy o tym, że narzędzie Comarch DMS oraz jego nowa wersja Comarch DMS 2018.2 to dobra i sprawdzona inwestycja.
Polska, jako członkini Unii Europejskiej, może mieć znaczący wpływ na globalną politykę klimatyczną. Chociaż emisja dwutlenku węgla przez nasze państwo jest w skali światowej nieznaczna, jako część Unii możemy tworzyć rozwiązania i podejmować decyzje, które zmieniają globalną politykę klimatyczną. Szczególnie, że Unia Europejska prowadzi najbardziej ambitną politykę klimatyczną na świecie – stawiając przed państwami członkowskimi wyzwania prowadzące do transformacji energetycznej na naszym kontynencie. Polscy przedsiębiorcy dobrze odnajdują się w tych międzynarodowych ruchach, proponując nowe rozwiązania w zakresie efektywności energetycznej i ograniczenia emisji CO2. A dzięki naszemu członkostwu w Unii głos naszych przedsiębiorców i polityków może być globalnie słyszalny.
– Polska i inne kraje Unii Europejskiej mogą zabiegać o globalne porozumienie, które w sposób efektywny pozwoli zmniejszyć emisję dwutlenku węgla– powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Jednym z rozwiązań promowanych przez Polskę, jest podatek od emisji dwutlenku węgla – nałożony na przykład na produkty importowane do Unii. To rozwiązanie było proponowane w Szwecji, a Polacy podchwycili tę inicjatywę. Dzięki temu coraz śmielej mówią o niej najwięksi gracze w dyskusji o polityce klimatycznej. Polska najpewniej nie narzuci standardów dyskusji o zmianie klimatu, ani nie wypromuje jedynego słusznego rozwiązania – ale może mieć ważny udział w całym procesie – ocenia Jakóbik.
Zagraniczne wakacje okazały się droższe niż planowaliśmy. Złoty osłabił się dużo bardziej niż inne waluty naszego regionu. Powodem jest spór o kredyty frankowiczów.
Nasza waluta była przez wiele miesięcy stabilna, szczególnie wobec euro, gdy ten kurs zamarł w okolicach 4,25 zł za euro. Jednak w ostatnich tygodniach złoty mocno tracił.
Tegoroczne wakacje okazały się wyjątkowe bo złoty tracił jednocześnie wobec euro, dolara i franka szwajcarskiego. Kurs franka przekroczył 4,0 zł.
– I to właśnie z frankiem należy wiązać słabość polskiej waluty, bo złoty osłabił się bardziej niż węgierski forint czy czeska korona – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To co ciąży inwestorom, to oczekiwany wyrok TSUE, dotyczący kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich.
Inwestorzy przewidują w ten sposób, że korzystny dla wielu frankowiczów wyrok TSUE osłabi złotego, choć to przejściowo dla frankowiczów nie będzie korzystne.
Jednak ta reakcja była prawdopodobnie przesadna. Jeśli wyrok będzie korzystny dla frankowiczów, to zmiany zapisów w umowach odbywać się będą po procesach sądowych i będą rozłożone w czasie na kilka lat.
– Jak to na rynkach bywa czekanie na coś jest okresem największej nerwowości – komentuje ekspert XTB.
Konkurs PROCON Awards, organizowany w ramach największej konferencji zakupowej w Polsce – PROCON/POLZAK, skierowanej do wyższej kadry zarządzającej zakupami korporacyjnymi, ma za zadanie wyłonić i wyróżnić NAJLEPSZYCH DOSTAWCÓW usług dla biznesu. PROCON Awards powstał z potrzeby pokazania jak ważne jest budowanie relacji partnerskich między dostawcami a klientami na rynku B2B. Ścisła współpraca dostawców z klientami oparta na partnerstwie, pozwala na szybkie diagnozowanie zmieniających się potrzeb i oczekiwań, w zależności od obecnego i przewidywanego ich rozwoju organizacyjnego, technologicznego oraz marketingowego.
Analogicznie do poprzednich lat, Konkurs podzielony jest na trzy kategorie:
IT
Logistics Services
Creative Services
W tym roku, mając na uwadze spersonalizowanie podejścia do uczestników konkursu, dla każdej kategorii zostanie przyporządkowana oddzielna Kapituła Konkursowa.
Firmy mogą wysyłać swoje kandydatury do 30 sierpnia. Kapituła relewantnej kategorii, na podstawie otrzymanych formularzy zgłoszeniowych, wybierze firmy kwalifikujące się do II etapu.
Najbardziej wartościowym elementem całej inicjatywy jest charakter II etapu, w którym nominowane organizacje podają kontakt do co najmniej pięciu klientów, z którymi współpracują lub współpracowali na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wskazani klienci oceniają jakość współpracy i przesyłają swoje opinie – na tej podstawie, kapituła wybiera zwycięzcę i przyznaje tytuł Dostawcy Roku we właściwej kategorii.
Gala wręczenia nagród PROCON AWARDS 2019 odbędzie się 1-ego dnia największej konferencji zakupowej w Polsce – PROCON/POLZAK 2019 – 21 października w Hotelu Marriott w Warszawie.
Zwycięskie wyróżnienie i znak Supplier of the Year, jest symbolem innowacyjności, potencjału biznesowego oraz poziomu partnerskich relacji ze zleceniodawcami.
Laureatami poprzedniej edycji w poszczególnych kategoriach zostali:
IT – YETIFORCE
LOGISTICS SERVICES – TSLOGISTIC
CREATIVE SERVICES – ENDORFINA events
Dodatkowo, wyróżnione zostały firmy: SEVENET, MEA GROUP – EVENT 360, FSWO Creative Agency
Więcej informacji i regulamin znajdą Państwo na stronie internetowej konferencji: http://bit.ly/2Is4zAR
Dzięki danym NBP można sprawdzić, jakie warszawskie mieszkania cieszą się największym zainteresowaniem. Prezentujemy ciekawe informacje na ten temat.
Warszawa z całą pewnością jest specyficznym rynkiem mieszkaniowym. Pod względem średnich cen 1 mkw. mieszkań, polska stolica konkuruje tylko z Sopotem. Warszawskie mieszkania są zauważalnie droższe nawet niż „M” z Krakowa i Wrocławia. Warto również wspomnieć o zdecydowanie największej podaży rynku lokali mieszkalnych i najwyższych w Polsce zarobkach, które mocno wpływają na ceny metrażu. Równocześnie polska stolica już od dość długiego czasu notuje słabe wyniki pod względem dostępności cenowej lokali mieszkalnych. Lepszą relacją cen mieszkań i poziomu wynagrodzeń cechuje się np. Poznań, Wrocław, Gdańsk i Łódź. Właśnie dlatego warto sprawdzić, jak w warunkach szybkiego wzrostu cen metrażu prezentują się preferencje mieszkaniowe warszawiaków. Taka analiza jest możliwa dzięki informacjom niedawno zaprezentowanym przez Narodowy Bank Polski.
Na rynku pierwotnym są kupowane nieco większe „M”
Narodowy Bank Polski co kwartał prezentuje dane o strukturze sprzedaży nowych i używanych mieszkań z sześciu krajowych metropolii (Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania oraz Gdańska). Takie statystyki są dostępne w ujęciu transakcyjnym i ofertowym. Warto wybrać informacje transakcyjne. Opierają się one na faktycznej sprzedaży lokali i dlatego dobrze pokazują cechy, jakie miały najczęściej kupowane warszawskie mieszkania (zarówno nowe jak i używane). Poniższa tabela bazująca na danych NBP z I kw. 2019 r. pokazuje nam, jak wyglądała sprzedaż stołecznych „M” w zależności od ich ceny 1 mkw. oraz powierzchni. W najniższej części tabeli znajdują się informacje prezentujące zależność średniej transakcyjnej ceny 1 mkw. oraz powierzchni sprzedawanego mieszkania. „Tymi informacjami zajmiemy się później. Na razie warto sprawdzić, jak wygląda rozkład cen 1 mkw. i powierzchni tych mieszkań, które warszawiacy kupowali od początku stycznia do końca marca 2019 r.” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Nietrudno zauważyć, że stołeczny rynek pierwotny pod względem średniej transakcyjnej ceny 1 mkw. jest nieco bardziej przesunięty „w górę”. Świadczy o tym porównanie udziału warszawskich mieszkań, które kosztowały 6001 – 8000 zł/mkw. (rynek pierwotny – 34%, rynek wtórny – 43%) oraz 8001 – 10 000 zł/mkw. (rynek pierwotny – 43%, rynek wtórny – 33%). Inna ciekawa obserwacja dotyczy metrażu mieszkań kupowanych w I kw. 2019 r. Okazuje się, że nowe warszawskie lokale w stosunku do używanych częściej miały powierzchnię 40 mkw. – 60 mkw. i 60 mkw. – 80 mkw. Stołeczny rynek wtórny przodował natomiast pod względem udziału najmniejszych mieszkań z powierzchnią do 40 mkw. (31%). Analogiczny udział takich nowych i małych „M” wyniósł zaledwie 23%. To dość ciekawe zjawisko zważywszy na fakt, że nowe warszawskie mieszkania są droższe. Wydaje się, że sprzedaż małych lokali „z drugiej ręki” mogą napędzać inwestorzy zainteresowani najmem i najmniej zamożni nabywcy. „Przeciętny klient stołecznego dewelopera prawdopodobnie jest nieco zamożniejszy niż osoba preferująca rynek wtórny, co skutkuje większą powierzchnią kupowanych lokali” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Prezentacja preferencji osób kupujących warszawskie mieszkania (I kw. 2019 r.)
Średnia transakcyjna cena
za 1 mkw. mieszkania
Nowe mieszkania
Używane mieszkania
Udział transakcji
do 4 000 zł/mkw.
0%
0%
od 4 001 zł/mkw. do 6 000 zł/mkw.
4%
6%
od 6 001 zł/mkw. do 8 000 zł/mkw.
34%
43%
od 8 001 zł/mkw. do 10 000 zł/mkw.
43%
33%
powyżej 10 000 zł/mkw.
19%
18%
Powierzchnia użytkowa
mieszkania
Udział transakcji
do 40 mkw.
23%
31%
od 40,1 mkw. do 60,0 mkw.
46%
42%
od 60,1 mkw. do 80,0 mkw.
24%
18%
powyżej 80,0 mkw.
7%
9%
Średnia transakcyjna cena 1 mkw. mieszkania w zależności od powierzchni
Średnia cena 1 mkw.
do 40,0 mkw.
9 354 zł
9 248 zł
od 40,1 mkw. do 60,0 mkw.
8 523 zł
8 082 zł
od 60,1 mkw. do 80,0 mkw.
8 508 zł
7 877 zł
powyżej 80,0 mkw.
9 186 zł
7 967 zł
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych NBP
Za małe lokale trzeba będzie dopłacić całkiem sporo …
Na uwagę zasługuje także widoczna powyżej zależność między powierzchnią kupowanego mieszkania oraz jego transakcyjną ceną 1 mkw. Informacje prezentowane w tabeli jednoznacznie wskazują, że najmniejsze mieszkania (do 40 mkw.) są o wiele droższe jednostkowo od lokali liczących sobie 40 mkw. – 80 mkw. Różnice cenowe pomiędzy tymi dwoma kategoriami lokali mieszkalnych okazują się bardziej widoczne na rynku wtórnym. Według Leszka Markiewicza eksperta NieruchomosciSzybko.pl, może to wynikać z faktu, że małe i używane „M” (w stosunku do sytuacji widocznej na rynku pierwotnym) częściej cechują się dobrą lokalizacją niż ich większe odpowiedniki. Małe i dobrze zlokalizowane warszawskie mieszkania z rynku wtórnego mogą się znajdować np. w śródmiejskich kamienicach.
Kolejna ciekawa obserwacja dotyczy relatywnie wysokiej ceny sprzedaży 1 mkw., jaką osiągają nowe warszawskie mieszkania liczące ponad 80 mkw. Do tej grupy zaliczamy między innymi deweloperskie lokale z segmentu premium oraz luksusowe apartamenty. „Warto podkreślić, że największe nowe mieszkania średnio są o 15% droższe niż ich odpowiedniki z rynku wtórnego. W przypadku lokali liczących sobie 40,1 mkw. – 60,0 mkw. oraz 60,1 mkw. – 80,0 mkw. analogiczne różnice wynoszą odpowiednio 5% oraz 8%” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Źródło / opracowanie: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl
Polski eksport żywności nie zwalnia już 10 rok z rzędu. Jak pokazują dane Eurostat, w okresie styczeń-maj br. branża wysłała za granicę towary o wartości 13,1 mld euro, co oznacza wzrost o 12,4% r/r. Wynik ten podbiły na początku roku zwiększone zamówienia z Wielkiej Brytanii. Wartość sprzedanej na Wyspy żywności z Polski w pierwszym kwartale była wyższa aż o 21% r/r. W kolejnych miesiącach dynamika obniżyła się. Jak wskazują eksperci sektorowi Santander Bank Polska polski eksport rolno-spożywczy skorzystał na niepewności brexitowej, ale w dłuższym okresie może mieć wiele do stracenia.
W pierwszych miesiącach 2019 r. Wielka Brytania pozostała na drugim miejscu wśród odbiorców polskiego wywozu rolno-spożywczego. Od stycznia do maja polscy eksporterzy ulokowali tam produkty o wartości 1 183 mln euro, co oznacza wzrost o 12,4% w relacji rocznej. Udział rynku brytyjskiego w łącznym eksporcie wyniósł 9,1%. Wielka Brytania jest ważnym odbiorcą szczególnie: przetworów mięsnych, mięsa drobiowego, czekolady i wyrobów tytoniowych, pieczywa cukierniczego.
– Duży przyrost eksportu żywności i produktów rolnych na Wyspy przykuwa uwagę szczególnie ze względu na zbliżający się wielkimi krokami Brexit. Brytyjczycy nadal nie mają pewności co do jego scenariusza, wobec tego wiele firm zawczasu przygotowuje się robiąc zapasy. Częściowo tym tłumaczyć można także bardzo wysoki przyrost polskiego eksportu rolno-spożywczego na ten rynek w pierwszym kwartale br. – gdy Brexit planowano jeszcze na marzec, a następnie na kwiecień br. – zauważa Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska i dodaje, że wskazują na to także dane dot. zamówień już po ogłoszeniu przesunięciu jego daty. W kwietniu oraz maju br. sprzedaż żywności z Polski do Wielkiej Brytanii była już niższa względem marca (odpowiednio o 21% i 20% m/m), kształtując się na poziomie podobnym do analogicznego okresu w roku 2018.
Co Brytyjczycy chętnie kupują z Polski?
Jak wynika z danych Eurostat, w okresie styczeń-maj br. wartość całego polskiego eksportu mięsa nieprzetworzonego wzrosła o 3,1% r/r, wynosząc ok. 2,1 mld euro, z czego towary za 224 mln euro, czyli 1/10 trafiły do Wielkiej Brytanii. Rynek brytyjski jest ważny szczególnie z punktu widzenia branży drobiarskiej, która w podanym okresie sprzedała tam drób o wartości 133 mln euro, czyli o 9% wyższej niż rok wcześniej. Wyspiarze są też najważniejszym odbiorcą polskich przetworów mięsnych. Łączna wartość ich eksportu wyniosła 501 mln euro, z czego 183 mln euro stanowiły towary kupione prze Brytyjczyków.
W pierwszych pięciu miesiącach br. z Wielką Brytanią mocno zwiększyły się obroty handlowe wyrobami tytoniowymi, które zajmują drugie miejsce w strukturze towarowej polskiego eksportu artykułów rolno-spożywczych. Łączna wartość sprzedaży zagranicznej wzrosła o 31% w relacji rocznej, osiągając poziom 1,7 mld euro. Tu również rynek brytyjski odgrywa ważną rolę. Na Wyspy trafiły produkty tytoniowe o wartości 126 mln euro, co oznacza wzrost o 37% w relacji do analogicznego okresu w poprzednim roku.
Wysoką, 32-procentową, dynamikę wzrostu eksportu na Wyspy zanotowano także w przypadku pieczywa cukierniczego (do 80 mln euro). Z kolei o 11% zwiększyła się sprzedaż czekolad do Wielkiej Brytanii (do 112 mln euro).
Twardy Brexit wciąż niewykluczony
– Widmo Brexitu będzie nadal mocno rzutować na pespektywy dalszego handlu z Wielką Brytanią. Po nerwowym początku roku, zapadła decyzja o odłożeniu momentu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej do końca października 2019 r. Pojawiła się nadzieja na uzgodnienie wszystkich spornych kwestii w najbliższych miesiącach. To sprawiło, że sytuacja nieco się uspokoiła. Jednak ostatnie wypowiedzi nowego premiera Borisa Johnsona pokazują, ze twardy Brexit jest nadal bardzo prawdopodobny – wskazuje analityk Santander Bank Polska. Przemawiając w Izbie Gmin po raz pierwszy jako premier, Johnson stwierdził, że jest zwolennikiem wyjścia Brytyjczyków ze Wspólnoty na podstawie porozumienia. Jednak zaznaczył też, że jest przeciwnikiem mechanizmu awaryjnego w sprawie Irlandii Północnej i jeśli UE odmówi renegocjacji warunków Brexitu, to Zjednoczone Królestwo opuści Unię 31 października bez umowy. W kolejnych tygodniach ta retoryka utrzymała się.
Dla polskiej gospodarki, w tym branży rolno-spożywczej, oznaczałoby to wymierne straty. Tylko w 2018 r. na rynek brytyjski trafiła polska żywność o wartości 2,7 mld euro. W latach 2015-2018 wartość eksportu zwiększyła się o 32%. We wskazanym okresie szczególnie szybko rosła sprzedaż przetworów mięsnych i kiełbas (+36%), czekolady (+139%), pieczywa cukierniczego (+93%) i warzyw (+64%).
– W przypadku twardego Brexitu i wprowadzenia ceł, należałoby się liczyć z tym, że towary z Unii, a więc również z Polski, byłyby w Wielkiej Brytanii droższe niż obecnie. W rezultacie w przypadku części produktów należy liczyć się z osłabieniem popytu ze strony brytyjskich konsumentów. Ucierpiałyby tu najbardziej słodycze, czekolady, wyroby tytoniowe, przetwory mięsne oraz mięso nieprzetworzone – analizuje ekspert Santander Bank Polska.
Ucierpieć mogą nie tylko eksporterzy
Eksperci sektorowi Santander Bank Polska wskazują, że brytyjski przemysł spożywczy nie jest obecnie w stanie wyprodukować wystarczającej ilości żywności, aby zabezpieczyć potrzeby swoich obywateli. Po twardym Brexicie Brytyjczycy musieliby więc zliberalizować możliwość zakupów żywności na rynku światowym. Dla firm z UE, w tym z Polski, będzie oznaczało to konieczność konkurowania z tanimi dostawcami, w tym z Ameryki Południowej i Ameryki Północnej, którzy są mocno aktywni, jako eksporterzy, na światowym rynku żywności. W szczególności dotknąć może to branżę mięsa nieprzetworzonego. A warto pamiętać, że tylko w przypadku drobiu Wielka Brytania rocznie kupuje z Polski towary o wartości ponad 300 mln euro, przy łącznych brytyjskich zakupach drobiu w UE na poziomie 1,3 mld euro.
– Ewentualny twardy Brexit odbije się nie tylko na handlu z Wielką Brytanią, ale także na całej unijnej branży produkcji żywności. Część towarów, które po wprowadzeniu ceł nie trafią do Wielkiej Brytanii, eksporterzy będą musieli ulokować na innych rynkach państw członkowskich. To z kolei obniży ceny we Wspólnocie, obciążając nie tylko przemysł spożywczy, ale również rolnictwo – prognozuje Grzegorz Rykaczewski z Santander Bank Polska.
24 sierpnia br. Premier Mateusz Morawiecki odwiedził siedzibę firmy DRUTEX S.A. – wiodącego producenta stolarki okiennej w Europie. Szef rządu w trakcie swojej wizyty podkreślał innowacyjność produktów oraz skalę działalności firmy. Odnosił się także do rządowego Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju promującego innowacyjne produkty.
W trakcie swojej wizyty Prezes Rady Ministrów zapoznał się z produkcją DRUTEXU, stosowaną technologią oraz takimi nowinkami jak Smart Window – interaktywne okno pozwalające na prezentację treści multimedialnych. Pan Premier miał także możliwość porozmawiania z pracownikami doceniając ich pracę na rzecz całej polskiej gospodarki.
Stawiamy na produkty innowacyjne, a tu miałem okazję zobaczyć, jak bardzo są innowacyjne i dopasowane do potrzeb klientów. Firma DRUTEX ma ogromne doświadczenie w sprzedaży na wiele rynków europejskich i światowych.Życzę, żeby takie firmy jak ta, podbijały kolejne rynki – więcej, wyżej, dalej. Gratuluję tego, co udało się zbudować – mówił Premier Mateusz Morawiecki.
Jestem zaszczycony z odwiedzin Pana Premiera. Niezwykle miło jest słyszeć, że szefowi polskiego rządu podobała się zarówno nasza firma, jak i fabryka, organizacja produkcji i co najważniejsze, także nasze produkty. Jesteśmy polską firmą z polskim kapitałem obecną na rynku od ponad 30 lat. Nieustannie wdrażamy nowe technologie oraz rozwiązania prowadzące do dalszego umocnienia pozycji DRUTEXU na rynku. Obecnie jesteśmy wiodącym producentem okien pionowych w Europie, ale mamy większe aspiracje. Nasza firma, jak i produkty, które sprzedajemy w Europie, USA, Meksyku i Australii, są wizytówką Polski na świecie. A marka DRUTEX jest dziś synonimem nowoczesności, wysokiej jakości i profesjonalizmu – powiedział Leszek Gierszewski, Prezes Zarządu, DRUTEX S.A.
Wizyta Premiera Morawieckiego, któremu m.in. towarzyszył Rzecznik Rządu Piotr Mueller, była pierwszą tak wysokiej rangi wizytą w firmie DRUTEX. Wizyta Premiera to wielkie wydarzenie dla całej firmy, a słowa uznania stanowią motywację do dalszych sukcesów i działania na jeszcze większą skalę – dodał Leszek Gierszewski.
DRUTEX, to wiodący producent okien, drzwi i rolet w Europie. Firma, w ciągu ponad trzech dekad stała się marką rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie. Jej dynamiczny rozwój stał się możliwy dzięki stabilnym fundamentom opartym w 100% na polskim kapitale. Strategię zorientowaną na najwyższej jakości produktów, najnowocześniejszej technologii oraz proinwestycyjnej polityce, od samego początku wcielał w życie twórca tego okiennego giganta Leszek Gierszewski. Dzisiejsza pozycja DRUTEXU nie byłaby z pewnością możliwa, gdyby nie jeszcze jeden, najważniejszy element każdego biznesu – klient. A tych DRUTEX zyskał już kilka milionów i z każdym rokiem ta liczba bardzo szybko rośnie. Firma już dziś jest postrzegana jako jeden z najlepszych ambasadorów polskiego przemysłu.
Branża ubezpieczeniowa na całym świecie znajduje się w trakcie cyfrowej transformacji. Ubezpieczyciele próbują stosować nowe technologie i nowoczesne sposoby działania w branży, która jest zarówno silnie regulowana, jak i niechętnie zmienia swoje procesy, które istnieją od lat. W związku z tym wiele instytucji z tego sektora wdraża nowe technologie w sposób spowolniony.
Skutkuje to zapotrzebowaniem na technologię, która pomaga możliwie najszybciej wspierać
i wzmacniać pozycję firm ubezpieczeniowych w zakresie przyjmowania nowych rozwiązań
i zaspokajania codziennych potrzeb klientów. Ponadto technologia ta musi być niezawodna
i wysoce bezpieczna, aby chronić wrażliwe dane. Ubezpieczyciele muszą lepiej zrozumieć zarówno to, co spowalnia proces transformacji cyfrowej w ich branży, jak i to, co nowoczesna technologia może zrobić, aby szybko i skutecznie wdrożyć zmiany w firmach.
Zdaniem McKinsey, branża ubezpieczeniowa jest jedną z ostatnich, które przechodzą cyfrową transformację na dużą skalę. Jest to spowodowane regulacjami rządowymi, złożonością oferowanych usług, dużymi wymogami kapitałowymi stawianymi najważniejszym przedstawicielom branży oraz szerokim wachlarzem polityk, które należy weryfikować podczas każdej procedury. Elementy te od dawna uniemożliwiają przedsiębiorstwom szybkie przyjęcie nowych technologii, które gwałtownie zmieniają sposób prowadzenia biznesu.
Postępy poczynione dzięki cyfryzacji w innych gałęziach przemysłu dotarły już do sektora ubezpieczeniowego. Ponieważ firmy na całym świecie tworzą nowoczesne doświadczenia cyfrowe i pozwalają klientom budować usługi online wokół indywidualnych potrzeb, klienci
z branży ubezpieczeniowej zaczynają oczekiwać podobnego poziomu usług, jakiego doświadczają gdzie indziej.
Ubezpieczenia opierają się na samoobsłudze klienta, którą wspierają wysoko wykwalifikowani pracownicy. Współcześni klienci oczekują dziś usług cyfrowych, które są zgodne z precedensem ustalonym przez takie firmy jak Amazon. W związku z tym ważne jest, aby współczesny ubezpieczyciel dostarczył odbiorcom szeroki wachlarz skutecznych narzędzi stworzonych z myślą o wielu różnych okolicznościach życiowych, ale również zapewnił osobom fizycznym możliwość zadbania o indywidualne potrzeby.
Wpływ transformacji cyfrowej na samoobsługę klientów ubezpieczeniowych to nie tylko zadowoleni klienci, lecz także lepsze wyniki finansowe. Według Forbesa, automatyzacja procesów w branży ubezpieczeniowej, możliwa dzięki cyfrowemu przetwarzaniu, może skutkować obniżeniem kosztów operacyjnych nawet o 65%.
Nowoczesna technologia przyspiesza ubezpieczenie
Dziś ubezpieczyciele na całym świecie zastanawiają się, czy technologia pomoże czy utrudni utrzymanie ubezpieczycielom dotychczasowej pozycji. Dobrze zarządzana firma powinna być w stanie funkcjonować w każdej branży, pozyskując i utrzymując klientów. Oznacza to, że firma chcąca skorzystać z transformacji cyfrowej będzie potrzebowała skutecznych narzędzi i wyszkolonego zespołu, aby dobrze funkcjonować bez względu na sektor, w którym działa. Firmy, które chcą się rozwijać i spełniać nowoczesne oczekiwania klientów, wykorzystają nowe narzędzia, aby wzmocnić swoje kadry i długoterminowe strategie biznesowe w sposób, który wcześniej nie był możliwy.
Dzięki zwiększonej dostępności takich rozwiązań, brokerzy zaczynają dziś uzyskiwać dostęp do danych i narzędzi, które duże firmy ubezpieczeniowe mają już od dłuższego czasu. Brokerzy starają się wykorzystać narzędzia analityczne do określenia najlepszych i najdłużej trwających kontraktów w celu uzyskania znaczących zysków finansowych. Jednak ogromna ilość danych generowanych przez klientów i potencjalnych klientów musi być zarządzana i wykorzystywana za pomocą analizy prognostycznej w celu stworzenia spersonalizowanych usług ubezpieczeniowych, których zarówno osoby fizyczne, jak i organizacje powszechnie oczekują w epoce nowoczesnych ubezpieczeń.
Innowacyjne firmy ubezpieczeniowe poczyniły duże postępy w dziedzinie analityki i zaczęły stosować wielokanałowość obecności w Internecie. Jednak większość z nich znajduje się na wczesnym etapie stosowania dogłębnej analizy danych zebranych o klientach w celu stworzenia bardziej efektywnych dróg kontaktu.
Te nowe wyzwania i możliwości oznaczają, że różnej wielkości firmy ubezpieczeniowe mogą wprowadzać innowacje w sposób, który pomaga lepiej docierać do odbiorców docelowych. Razem czynniki te powodują, że cyfrowa transformacja w branży ubezpieczeniowej jest nie tylko priorytetem, ale i znaczącym kolejnym krokiem dla firm na całym świecie.
Państwa Europy Środkowo-Wschodniej odpowiadają za blisko 20 proc. produkcji pojazdów UE – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Przemysł motoryzacyjny w krajach Grupy Wyszehradzkiej”. W 2017 roku w Polsce przemysł motoryzacyjny wraz z branżami z nim kooperującymi wygenerował 730 tys. miejsc pracy i płace o wartości 5,39 mld euro.Niemal 1/3 eksportu polskiej branży motoryzacyjnej trafia do Niemiec, które aktualnie doświadczają spowolnienia gospodarczego. Czy wyzwania koniunkturalne u naszych zachodnich sąsiadów i światowe trendy zacisną hamulec ręczny dla szybko rozwijającego się sektora automotive w CEE?
Piotr Arak, prezes Polskiego Instytutu Ekonomicznego
Ponad 700 tys. miejsc pracy tworzonych w Polsce przez przemysł motoryzacyjny i branże z nim współpracujące sprawia, że Śląsk stał się zagłębiem motoryzacji Europy Środkowej, węgiel przestał być paliwem dla tego regionu. Już dzisiaj Polska eksportuje więcej baterii litowo-jonowych do aut elektrycznych niż Niemcy. Od czasów pierwszego traktora produkowanego w XIX wieku na ziemiach polskich do dominacji na rynkach autobusów przeszliśmy daleką drogę – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
W 2017 roku w krajach Grupy Wyszehradzkiej wyprodukowano 3,53 mln pojazdów, co stanowiło 18 proc. produkcji wszystkich pojazdów w krajach unijnych. Polska i Czechy mogą się pochwalić największą liczbą producentów pojazdów silnikowych, przyczep oraz naczep. W latach 2010-2017 produkcja brutto w cenach bieżących w sektorze motoryzacyjnym uległa podwojeniu na Słowacji, a na Węgrzech wzrosła o blisko 90 proc.
W tym samym czasie wartość dodana przemysłu motoryzacyjnego wzrosła w Polsce o 80 proc., a na Słowacji o 78 proc. Nieco wolniejszy wzrost notowała na Węgrzech (68 proc.) oraz w Czechach (63 proc.). Biorąc pod uwagę główne czynniki ekonomiczne, Czechy mogą się pochwalić najbardziej rozwiniętym sektorem motoryzacyjnym w krajach Grupy Wyszehradzkiej – mówi Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Rola branży motoryzacyjnej w Czechach, na Węgrzech oraz Słowacji jest znacznie większa niż ogólnie w krajach EU-28 i ma kluczowy charakter dla rozwoju gospodarek tych państw. W całym naszym regionie sektor motoryzacyjny i branże pokrewne zapewniają niemal 1,6 mln miejsc pracy, z czego 45 proc. z nich występuje w Polsce.
Polska wiceliderem eksportu motoryzacyjnego
Według Eurostatu w 2017 roku Polska wyeksportowała pojazdy silnikowe oraz części i akcesoria motoryzacyjne warte 27,5 mld euro. Z krajów Grupy Wyszehradzkiej wyprzedziły nas w tym czasie jedynie Czechy (30,7 mld euro). W 2014 roku polska wartość dodana stanowiła 53,1 proc. eksportu motoryzacyjnego Polski, co było najwyższym wynikiem w krajach Grupy Wyszehradzkiej.
Głównym krajem docelowym eksportu polskiej branży motoryzacyjnej są Niemcy (31,32 proc.). Choć w 2018 roku udało mu się osiągnąć rekordowy poziom (ponad 28 mld euro), problemy niemieckiej gospodarki mogą stanąć mu na przeszkodzie w dalszych wzrostach. 8-procentowy spadek niemieckiego eksportu towarów w czerwcu 2019 r. przełożył się również na Polskę – mówi Łukasz Ambroziak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Z naszych wyliczeń wynika, że wartość polskiego eksportu towarów do Niemiec zmalała o 12,3 proc. r/r. Niemcy bowiem eksportują samochody, w których montowane są części i podzespoły pochodzące z polskich fabryk.
Inne wyzwania, przed którymi staną w najbliższych latach tradycyjni producenci i ich poddostawcy, będą związane z megatrendami, które zmieniają mobilność. Ich dalsze losy będą zależały od tego, jak zareagują na rosnące zainteresowanie samochodami elektrycznymi, car-sharingiem oraz pojazdami autonomicznymi.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że e-faktury pomogą sprawniej zarządzać przedsiębiorstwem. Wśród szeregu korzyści e-faktur znajdują się: oszczędność czasu i pieniędzy, wiarygodność wystawianych dokumentów oraz łatwość ich przechowywania. Szacuje się, że całkowity koszt wystawienia i wysłania tradycyjnej faktury wynosi od 1,50 zł do 4,50 zł, podczas gdy wysłanie e-faktury to koszt dla firmy od 0 zł do 0,16 zł. Wymierną korzyścią dla przedsiębiorców jest także fakt, że Platforma Elektronicznego Fakturowania (PEF) zapewnia formaty dokumentów zgodne ze standardami Normy Europejskiej. To kolejny postulat zrealizowany w odpowiedzi na zgłoszenia przedsiębiorców w aplikacji Głos Przedsiębiorcy na portalu Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii biznes.gov.pl.
Od 18 kwietnia 2019 r. udzielający zamówień publicznych mają obowiązek odbierania e-faktur za pośrednictwem Platformy dla zamówień o wartości powyżej 30 tys. euro. Od 1 sierpnia tego roku objął on wszystkie zamówienia publiczne. Podmioty publiczne nie mają jednak obowiązku przyjmowania e-faktur w przypadku postępowań ogłoszonych przed 18 kwietnia 2019 r.
Marek Kowalski, przewodniczący FPP
„PEF jest szansą dla Polskich firm do zwiększenia swojej konkurencyjności nie tylko w kraju, ale także na terenie całej Unii Europejskiej. E-faktury wytwarzane są w ujednoliconym formacie, według standardów Normy Europejskiej. Umożliwia to sprawne przesyłanie dokumentów w procesach związanych z zamównieniami publicznymi czy pomiędzy partnerami handlowymi. Korzystanie z e-faktur jest wymogiem postępu w nowoczesnej administracji oraz współczesnego biznesu – liczymy, że system ten będzie coraz częściej stosowany także w obrocie komercyjnym – nie tylko w sektorze publicznym” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
„Fakturowanie online jest tańsze, wygodniejsze i szybsze. Jest także elementem ekologicznego myślenia o przyszłości. Dzięki platformie, firmy nie muszą ponosić dodatkowych kosztów związanych z m.in. drukowaniem dokumentów na papierze, zapewnieniem bezpiecznego miejsca ich przechowywania czy wystawiania duplikatów dokumentów. Przedsiębiorcy nie są także zmuszeni do wdrażania własnego systemu, z czym wiązałyby się dodatkowe wydatki. Platforma jest bezpłatna zarówno dla wykonawców, jak i zamawiających. Ponadto – jako jedyna publiczna platforma e-faktur – PEF jest także poważnym narzędziem do walki z zatorami płatniczymi. Zapewnia wiarygodność wystawianych faktur, tym samym zmniejsza liczbę błędnych i fałszywych dokumentów w obiegu oraz skraca czas akceptacji faktury. Automatyzacja obiegu dokumentów finansowych w tej postaci niweluje ryzyko ich zgubienia” – zauważa Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Jak działa głos przedsiębiorcy?
Za pośrednictwem formularza online każdy przedsiębiorca może zgłaszać swoje pomysły i inicjatywy ustawodawcze, które następnie są oceniane przez internautów i weryfikowane przez specjalistów z administracji. Projekty mogą dotyczyć siedmiu kategorii: rozwój działalności gospodarczej, prawa i obowiązki przedsiębiorcy, finansowanie, wprowadzanie innowacyjnych produktów i usług na rynek, handel zagraniczny, informacje dla przedsiębiorców, inwestowanie w Polsce.
W przypadku, gdy sygnalizowany problem zostanie oceniony jako istotny, a jego rozwiązanie możliwe.
Jak zgłosić pomysł?
Przedsiębiorca na stronie https://www.biznes.gov.pl/glos-przedsiebiorcy/ klika w przycisk ZGŁOŚ NOWY POMYSŁ. Każdy zalogowany użytkownik może zgłosić swój pomysł bez zbędnych formalności. Dzięki opcji komentarzy, każdy pomysłodawca może sprawdzić, jak jego pomysł oceniają inni przedsiębiorcy oraz sam może skomentować i ocenić koncepcje innych. Status pomysłu (np. czy został odrzucony, przekazany do konsultacji albo wdrożony) jest publikowany na portalu – tym samym wszyscy zainteresowani mają aktualną informacje o danym pomyśle. do wprowadzenia w obecnych warunkach, pomysł przekazywany jest do resortu właściwego dla danej sprawy.
W ciągu dwóch miesięcy aż 15 banków centralnych obniżyło stopy procentowe. Efekty mogą pojawić się jednak zbyt późno. Szczególnie niepokojące dane napływają z Niemiec. Już II kw. przyniósł spadek PKB, a w kolejnym ma być jeszcze gorzej.
– Ekonomiści uważają, że z recesją mamy do czynienia, gdy PKB spada przez dwa kolejne kwartały, dlatego tak ważne są dane napływające z Niemiec – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Polska gospodarka jak dotąd dobrze broniła się przed niemieckim spowolnieniem, ale jest od niej uzależniona. Niemcy to najważniejszy polski partner handlowy.
Reakcja banków centralnych jest wyjątkowa, ze względu na skalę i tempo w jakim podejmowano decyzje.
– Efekty decyzji banków centralnych pojawią się, nie wiadomo jednak czy nie okaże się, że zbyt późno – komentuje dr P.Kwiecień.
Od 1 sierpnia br. pracownicy, którzy nie ukończyli 26. roku życia, są zwolnieni z podatku PIT. Decyzja fiskusa obniży koszt uczestnictwa w PPK i może mieć pozytywny wpływ na udział grupy najmłodszych pracowników w programie.
Zgodnie z konstrukcją PPK obciążenia podatkowe ponoszone są w momencie dokonywania wpłaty, na którą składa się cześć pracodawcy i pracownika. Wpłata pracownika w podstawowym zakresie wynosi 2% wynagrodzenia brutto i jest potrącana po opodatkowaniu z wynagrodzenia netto. Z kolei wpłata pracodawcy wynosi w podstawowym zakresie 1,5% wynagrodzenia brutto. Ponieważ stanowi ona bieżący dochód pracownika, to z jego wynagrodzenia netto pracodawca potrąca zaliczkę na podatek dochodowy. Dla najmłodszych pracowników zerowy podatek wpływa na wzrost wynagrodzenia netto, co sprawia, że zaoszczędzona na podatku kwota może być wyższa od kwoty wpłaty podstawowej na PPK, opłacanej z wynagrodzenia pracownika. Dodatkowo, w tym przypadku, pracownik poniżej 26. roku życia nie ponosi również kosztów zaliczki na podatek PIT od składki pracodawcy.
W oszczędzaniu na emeryturę dużym wyzwaniem jest rozpoczęcie tego procesu jak najwcześniej. Zwykle o emeryturze „na poważnie” zaczynamy myśleć po przekroczeniu 30 czy 40 lat. PPK w tym przypadku dostarcza jednak młodym jeszcze jednego argumentu, by pozostawać jego uczestnikiem. Zgromadzony kapitał nie jest bowiem „zamrożony” – można z niego skorzystać przy nagłej potrzebie życiowej, takiej jak np. wkład własny przy zakupie mieszkania na kredyt, pokrycie kosztów leczenia najbliższej rodziny czy utrzymanie płynności finansowej w momencie, gdy jesteśmy bez pracy. We wskazanych sytuacjach środki zbierane w ramach PPK, mogą zostać uruchomione, znacznie pomagając uczestnikowi programu. Nie trzeba więc czekać do emerytury, by w razie naglącej potrzeby z nich skorzystać. Zatem odległa w przypadku młodych ludzi perspektywa emerytury nie musi być wcale priorytetem, by można było w pełni korzystać z preferencyjnych warunków gromadzenia kapitału na PPK.
Czas oszczędzania to jeden z kluczowych czynników wpływających na powodzenie całego procesu – im wcześniej rozpoczniemy, tym większa szansa na zgromadzenie satysfakcjonującego kapitału i często mniejsze wyrzeczenia, bo nie ciąży na nas presja stworzenia „poduszki emerytalnej” w 5 albo 10 lat. Wypłaty kapitału z PPK po 60. roku życia każdorazowo są zwolnione z tzw. podatku Belki. Natomiast najmłodsi pracownicy dzięki ostatnim zmianom mogą liczyć tutaj na dodatkową premię, która z czasem może pomóc zachęcić tą grupę do odpowiedzialnego budowania przyszłości już na początku kariery zawodowej, właśnie poprzez PPK.
Autorem komentarza jest Robert Juszczak, Regionalny Dyrektor ds. Wdrażania i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI, Regionalny Dyrektor ds. Wdrażania i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI
Dopięcie firmowego budżetu na ostatni guzik to trudne zadanie, szczególnie gdy trzeba równocześnie zadbać o konkurencyjność biznesu. Z pomocą przychodzą najnowsze technologie takie jak chmura obliczeniowa, która umożliwia redukcję kosztów IT aż o 20-30 procent. Jednak to nie jest jej jedyna zaleta. Michał Paschalis-Jakubowicz i Maciej Kuźniar z Oktawave w rozmowie z CEO wyjaśniają, dlaczego polskie firmy coraz częściej sięgają chmur.
Maciej Kuźniar i Michał Paschalis-Jakubowicz z Oktawave
Czym jest chmura?
Michał Paschalis – Jakubowicz
Najprostsza odpowiedź na to niełatwe pytanie brzmi: chmura obliczeniowa to szansa dla biznesu na zwiększenie jego konkurencyjności, dzięki przyspieszeniu transformacji cyfrowej. Według Deloitte’a[1] aż dwie trzecie liderów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie rozwiązań chmurowych, traktuje je jako niezbędny katalizator innowacji IT oraz narzędzie do szybszego wprowadzania produktów lub usług na rynek.
Skąd takie podejście? Ponieważ chmura zapewnia błyskawiczny dostęp do rozwijających się technologii, takich jak analityka Big Data, platformy do tworzenia aplikacji w chmurze czy IoT. Jednocześnie umożliwia optymalizację procesów i kosztów operacyjnych. Chmura stopniowo staje się też podstawową platformą dla komunikatorów biznesowych czy rozwiązań korporacyjnych. Jest więc narzędziem, które bezpośrednio wpływa na rozwój biznesu.
Maciej Kuźniar
Jeśli chodzi o stronę techniczną chmury obliczeniowej, to jest ona naprawdę fascynująca. Chmurę szerokiego zastosowania (typu IaaS) można określić jako zwirtualizowaną pulę zasobów sprzętowych i mocy obliczeniowej, na którą składają się m.in. przestrzeń dyskowa, pamięć operacyjna czy urządzenia sieciowe. Wszystkim tym zarządza zaawansowane oprogramowanie udostępniające spójny interfejs użytkownika, dzięki któremu można uruchomić i opłacić zasoby w chmurze (zwirtualizowane serwery) o umownie dowolnej wielkości na dowolny czas.
Dzięki takiej jednolitej platformie możliwe jest dowolne modyfikowanie parametrów mocy obliczeniowej i zasobów serwerów na żądanie, w zależności od wymagań użytkownika. Na przykład administrator sklepu internetowego jest w stanie jednym kliknięciem zwiększyć przepustowość serwera, na potrzeby zwiększonego ruchu na stronie, związanego ze świąteczną promocją.
Każdy użytkownik jest też w stanie w wybranym momencie samodzielnie lub w pełni automatycznie dodawać lub usuwać maszyny wirtualne czy zasoby w chmurze, np. zwirtualizowane serwery, pamięć masową, kopie zapasowe, procesory, komponenty sieciowe czy platformy uruchomieniowe.
Za pośrednictwem chmury może też korzystać z aplikacji i oprogramowania dostawców zewnętrznych, tworzyć nowe aplikacje i usługi, hostować serwisy internetowe, streamować wideo, przechowywać lub strumieniowo przetwarzać dane. Wszystko to bez konieczności inwestowania we własną serwerownię czy oprogramowanie.
Jaki rodzaj firm najczęściej korzysta z chmury?
Michał Paschalis-Jakubowicz
Z badania „Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”[2] przeprowadzonego na zlecenie Oktawave przez IDG wynika, że ponad jedna trzecia dużych firm i korporacji w Polsce ma wdrożoną chmurę w środowisku produkcyjnym, jest w trakcie implementacji bądź posiada ją w środowisku testowym. Z kolei jedna piąta jest na etapie planowania i analiz korzyści wynikających z wdrażania tego rozwiązania. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku średnich przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o małe firmy, to niecała jedna trzecia małych firm jest już w chmurze i taka sama liczba ma to w planach. Jak widać, potencjał chmury w podobnym stopniu doceniają duże, średnie i małe przedsiębiorstwa, choć te najmniejsze częściej od pozostałych widzą w niej swoją przyszłość.
Aby dostrzec różnorodność zastosowań rozwiązań chmurowych na świecie, wystarczy spojrzeć na sektory, które według danych Statista i IDC najczęściej korzystają z usług dostawców chmury publicznej[3]: są to przede wszystkim profesjonaliści świadczący usługi, firmy produkcyjne, bankowość i handel.
Jakie są największe wyzwania / trudności przy przejściu do chmury?
Michał Paschalis-Jakubowicz
Migracja do chmury wymaga przemodelowania dotychczasowych praktyk nie tylko od działu IT, lecz całej organizacji. Chodzi przede wszystkim o zarządzanie infrastrukturą w chmurze, zapewnienie bezpieczeństwa systemów i danych czy stabilność budżetów na inwestycje. Z jednej strony jest to spore wyzwanie, ale z drugiej to ogromna zaleta wynikająca z przejścia na model chmurowy – plusy będą widoczne już w pierwszych tygodniach po wdrożeniu.
Jednak, aby je dostrzec, potrzeba zmiany mentalności pracowników, podwykonawców czy klientów. Dla wielu osób przechowywanie dokumentów w formie papierowej wciąż niesie za sobą większą wartość niż przechowywanie plików w chmurze, podobnie jak trzymanie kopii zapasowych w lokalnej serwerowni.
Warto zatem poświęcić czas na wytłumaczenie im, że przeniesienie infrastruktury IT do chmury oznacza m.in. eliminację problemów z niezawodnością, dostępnością, zgodnością z przepisami, bezpieczeństwem danych lub odzyskiwaniem ich po awarii. Wszystko to prowadzi do zwiększenia zwinności i efektywności biznesowej.
Maciej Kuźniar
Dla ponad połowy ankietowanych w ramach badania Deloitte „Outsourcing Survey 2018”[4], największym wyzwaniem jest migracja danych. Rozumiemy to doskonale. Wiemy, że kluczem do udanej migracji jest zbudowanie hierarchii, zgodnie z którą poszczególne aplikacje i systemy będą przenoszone do chmury. Pierwszym krokiem powinien więc być rzetelny audyt wszystkich systemów informatycznych działających w firmie, w celu ustalenia na jakich technologiach bazują i w jaki sposób są ze sobą powiązane. Te informacje są niezbędne do dokonania oceny, które aplikacje są gotowe do natychmiastowej migracji, a które wymagają uprzedniej modyfikacji.
Sporym wyzwaniem jest też znalezienie specjalistów z odpowiednimi kompetencjami, którzy nie tylko będą w stanie odpowiednio ocenić stan poszczególnych systemów, ale również zdecydować o ich modernizacji lub zastąpieniu gotowymi usługami w modelu chmurowym.
Problemem bywają również kompetencje w zakresie samej migracji i późniejszego utrzymania infrastruktury w chmurze. Jeśli w zespole ich nie ma, można skorzystać z pomocy zewnętrznych administratorów systemowych, mających odpowiednie doświadczenie.
Jak może zmienić się rynek pracy, gdy chmura stanie się codziennością?
Maciej Kuźniar
W dobie rozwoju rozwiązań chmurowych sam rynek pracy dla administratorów IT nie powinien ulec znacznym zmianom, jak wynika z badania Oktawave i IDG[5]. Niemal połowa firm zadeklarowała, że w przypadku migracji ich systemów do chmury, nie nastąpi redukcja zatrudnienia w działach IT – ich pracownicy zostaną przekierowani do innych zadań.
Z kolei CIO przyszłości będzie nie tylko dostawcą usług, ale też inicjatorem zmian oraz partnerem w biznesie. Jest to naturalna kolej rzeczy: skoro chmura jest w stanie ograniczyć TCO o ok. 20-30 procent, pozycja osoby zarządzającej infrastrukturą IT w firmie będzie coraz silniejsza
Jaki wpływ na zysk firmy ma przeniesienie procesów biznesowych do chmury?
Michał Paschalis-Jakubowicz
Jeśli chodzi o największą korzyść biznesową z migracji do chmury, to zdania firm są podzielone. Dla niemal połowy przedsiębiorstw jest nią obniżenie całkowitego kosztu posiadania infrastruktury IT (TCO), jak wynika z badania zrealizowanego przez nas we współpracy z IDG[6]. Nasze dotychczasowe realizacje wskazują, że dzięki eliminacji wydatków inwestycyjnych i operacyjnych, można zredukować koszty aż o 20-30 procent. Taka sama liczba firm za główną korzyść biznesową uważa możliwość alokowania i rozliczania zasobów zgodnie z rzeczywistym zużyciem. Natomiast jedna trzecia docenia szybszy „time to market”, który przekłada się bezpośrednio na maksymalizowanie efektywności biznesowej, a więc również zysk firmy.
Jakie perspektywy rozwoju może stworzyć migracja do chmury?
Maciej Kuźniar
Przejście do chmury obliczeniowej pozwala na większą elastyczność w reagowaniu na zmiany w środowisku biznesowym. Twierdzi tak niemal połowa firm w Polsce przebadanych przez IDG[7]. Co to w praktyce oznacza? Na przykład przyspieszenie procesów decyzyjnych, umożliwiających zachowanie konkurencyjności rynkowej. Od szybkości w reagowaniu na zmiany związane z nowymi technologiami, regulacjami prawnymi czy postępującą globalizacją, zależy obecnie przyszłość wielu firm.
Tu z pomocą przychodzą technologie dostępne w chmurze, które zapewniają gotowe narzędzia na potrzeby analityki Big Data czy strumieniowego przetwarzania danych w czasie rzeczywistym (np. Oktawave Data Flow). Pozwalają one również przyspieszyć realizację złożonych projektów IT, umożliwiając łatwiejsze wdrażanie, skalowanie i zarządzanie aplikacjami na bazie kontenerów (np. Oktawave Kubernetes).
Jak zmienił się w ostatnim czasie pogląd firm na korzystanie z chmury?
Michał Paschalis-Jakubowicz
Obecnie zdecydowana większość organizacji na świecie już używa technologii chmurowych lub planuje ich wdrożenie, jak wynika z danych Deloitte[8]. Tymczasem zdaniem IDG w Polsce jest to dopiero połowa firm, jednak wyraźnie widać tendencję wzrostową[9]. Jak szacują eksperci ze Statisty, do końca tego roku wartość polskiego rynku usług związanych z cloud computingiem ma wynieść ponad 800 mln USD[10]. W porównaniu do niemal 690 mln USD w 2017 roku[11], jest to wzrost aż o 16 procent.
Maciej Kuźniar
Obecnie w Polsce jedna trzecia wszystkich systemów małych, 23 proc. średnich i 17 proc. dużych firm, jest dostarczana z chmury publicznej, jak wynika z naszego badania[12]. Z perspektywy biznesu, najbardziej atrakcyjne usługi dostawców chmury to administrowanie i utrzymanie chmury po migracji, usługi migracji systemów i aplikacji do chmury, a także pełne wsparcie przy analizie i projektowaniu architektury przed migracją.
Do niedawna sądzono, że jedna chmura obliczeniowa jest w stanie spełnić wszystkie potrzeby rozwojowe biznesu. Obecnie już co trzecia firma w Polsce wdrożyła technologię opartą na rozwiązaniach różnych dostawców. Dlaczego? Ponieważ multicloud umożliwia np. korzystanie z przestrzeni dyskowej, zlokalizowanej w najbliższym centrum danych – a więc dostępnej bez zbędnych opóźnień na długodystansowych połączeniach sieciowych. Pozwala też zwiększyć niezależność i bezpieczeństwo biznesowe. Dlatego w Oktawave doradzamy, jak zaprojektować środowisko wielochmurowe, oparte o różne chmury: naszą, AWS czy Azure. Pomagamy też taki multicloud wdrożyć i nim skutecznie zarządzać.
[1] Deloitte, Outsourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing
[2] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
[3] Statista i IDC, Share of public cloud services and infrastructure vendor revenues in 2017 and 2019, by industry
[4] Deloitte, Outsourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing
[5] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
[6] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
[7] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
[8] Deloitte, Outsourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing
[9] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
[10] Statista, Hosting, storage, and computing cloud services market revenue in Poland from 2016 to 2021
[11] Statista, Hosting, storage, and computing cloud services market revenue in Poland from 2016 to 2021
[12] Oktawave i IDG, Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju
Unijny ustawodawca zdecydował się zwiększyć ochronę prawną podmiotów uprawnionych z praw autorskich w zakresie związanym z udostępnianiem treści chronionych przez serwisy internetowe. W dniu 17 kwietnia 2019 roku uchwalona została dyrektywa nr 2019/790 w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym oraz zmiany dyrektyw 96/9/WE i 2001/29/WE (przez jej krytyków zwana niekiedy ACTA 2). Państwa członkowskie mają czas na implementowanie przedmiotowej dyrektywy do dnia 7 czerwca 2021 roku.
Dostawcy usług udostępniania treści online
Jak wyjaśnia dyrektywa w punkcie 61 preambuły, w ostatnich latach funkcjonowanie rynku treści online stało się bardziej złożone. Z jednej strony usługi internetowe zapewniają szerszy dostęp do dzieł kultury i nauki, oferując twórcom duże możliwości rozwijania nowych modeli biznesowych, z drugiej strony powstaje pole do nadużyć w zakresie korzystania z treści chronionych bez zezwolenia podmiotów uprawnionych.
Remedium na powyższą sytuację ma być regulacja w zakresie korzystania przez dostawców usług udostępniania treści online z treści chronionych. Dyrektywa wprowadza pojęcie dostawcy usług udostępniania treści online definiując go jako dostawcę usług społeczeństwa informacyjnego, którego głównym lub jednym z głównych celów jest przechowywanie i udzielanie publicznego dostępu do dużej liczby chronionych prawem autorskim utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników tych usług, które są przez niego organizowane i promowane w celach zarobkowych. Spod powyższego pojęcia wyłączono dostawców takich usług, jak nienastawione na zysk encyklopedie internetowe, nienastawione na zysk repozytoria naukowe i edukacyjne, platformy tworzenia otwartego oprogramowania i platformy wymiany otwartego oprogramowania, dostawców usług łączności elektronicznej zdefiniowanych w dyrektywie (UE) 2018/1972, internetowych platform handlowych oraz usług w chmurze dla przedsiębiorstw i usług w chmurze obliczeniowej, które umożliwiają użytkownikom zamieszczanie treści na własny użytek.
Zgoda twórcy
Regulacja art. 17 omawianej dyrektywy wprowadza wymóg uzyskiwania przez dostawcę usług udostępniania sieci online stosownego zezwolenia od podmiotu uprawnionego, w sytuacji w której użytkownik serwisu internetowego zamieszcza w nim treści objęte ochroną prawnoautorską, co do których nie ma uprawnień. Innymi słowy mówiąc, jeśli w ramach danego portalu użytkownicy zamieszczają treści chronione prawem autorskim, to właściciel tego portalu powinien zadbać o to, aby uzyskać zezwolenie od podmiotu uprawnionego. Jeśli bowiem dostawca usług udostępniania sieci online udziela publicznego dostępu do treści zamieszanych przez użytkowników serwisu, które są chronione prawem autorskim, to dyrektywa nakazuje traktować takie działanie jako dokonywanie przez przedmiotowego dostawcę czynności publicznego udostępniania lub czynności podawania do publicznej wiadomości.
Zatem, aby pozostawać w zgodzie z prawem, właściciel serwisu powinien na przykład zawrzeć stosowną umowę licencyjną w celu publicznego udostępnienia lub podania do publicznej wiadomości utworów (które w jego serwisie zamieszczają użytkownicy). Obowiązek ten stanowi istotne novum w unijnych regulacjach z zakresu dziedziny prawa autorskiego.
Nowe zasady odpowiedzialności
Dotychczas zasady odpowiedzialności hosting providera określał art. 14 dyrektywy 2000/31/WE o handlu elektronicznym, który został implementowany w art. 14 polskiej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Co do zasady zawiera on wyłączenie odpowiedzialności właściciela serwisu za treści umieszczane przez użytkowników, jeśli zarazem zostały spełnione określone warunki (m.in. brak wiedzy o bezprawnym charakterze danych oraz niezwłoczne ich usunięcie po otrzymaniu urzędowego zawiadomienia lub po uzyskaniu wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych). Zarazem, zgodnie z art. 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, provider nie jest obowiązany do sprawdzania przekazywanych, przechowywanych lub udostępnianych przez niego danych.
W odniesieniu do dostawców usług udostępniania treści online, analizowana dyrektywa z 17 kwietnia 2019 roku, wprowadza nowe zasady odpowiedzialności w związku z czynnościami publicznego udostępniania/podawania do publicznej wiadomości, w zakresie określonym w art. 17 przedmiotowej dyrektywy. Zatem nowe zasady odpowiedzialności nie będą obejmowały na przykład odpowiedzialności za komentarze użytkowników na forum naruszające dobra osobiste osoby trzeciej – w tym zakresie i w innych nie objętych regulacją dyrektywy 2019/790, zastosowanie znajdą dotychczasowe zasady odpowiedzialności określone w art. 14 i 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Wracając do nowych zasad odpowiedzialności, to wskazać należy, iż art. 17 ust 4 dyrektywy 2019/790 zawiera katalog działań, jakie dostawcy usług udostępniania sieci online powinni podjąć, aby nie ponosić odpowiedzialności za nieobjęte zezwoleniem czynności publicznego udostępniania treści chronionych prawem autorskim. Zgodnie z przedmiotową normą prawną „jeżeli nie udzielono zezwolenia, dostawcy usług udostępniania treści online ponoszą odpowiedzialność za nieobjęte zezwoleniem czynności publicznego udostępniania, w tym podawania do wiadomości publicznej, chronionych prawem autorskim utworów i innych przedmiotów objętych ochroną, chyba że wykażą, że: a) dołożyli wszelkich starań, aby uzyskać zezwolenia; oraz b) dołożyli wszelkich starań – zgodnie z wysokimi standardami staranności zawodowej w sektorze – aby zapewnić brak dostępu do poszczególnych utworów i innych przedmiotów objętych ochroną, w odniesieniu do których podmioty uprawnione przekazały dostawcom usług odpowiednie i niezbędne informacje; oraz w każdym przypadku; c) działali niezwłocznie po otrzymaniu odpowiednio uzasadnionego zastrzeżenia od podmiotów uprawnionych w celu zablokowania dostępu do utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną, których dotyczy zastrzeżenie, lub usunięcia ich ze swoich stron internetowych, a także dołożyli wszelkich starań, aby zapobiec ich przyszłemu zamieszczaniu zgodnie z lit. b)”.
Przy dokonywaniu oceny, czy dany dostawca usług spełnia obowiązki, o których mowa w przytoczonej wyżej normie prawnej, oraz w świetle zasady proporcjonalności, należy, między innymi, wziąć pod uwagę rodzaj, odbiorców i skalę świadczonych usług oraz rodzaj utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników usługi oraz dostępność odpowiednich i skutecznych środków oraz ich koszt dla dostawców usług.
Zatem art. 17 ust. 4 analizowanej dyrektywy zawiera nowe przesłanki wyłączenia odpowiedzialności dostawców usług online. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na art. 17 ust. 8 dyrektywy, zgodnie z którym: „Stosowanie niniejszego artykułu nie wywołuje skutku w postaci ogólnego obowiązku w zakresie nadzoru.”. Pozornie zatem mogłoby się wydawać, że regulacja ta powtarza jeden do jednego dotychczasową zasadę, iż provider nie jest obowiązany do sprawdzania przekazywanych, przechowywanych lub udostępnianych przez niego danych. Warto natomiast w tym zakresie odnieść się do preambuły dyrektywy 2019/790. Zgodnie z jej punktem 66 „Ponadto obowiązki ustanowione w niniejszej dyrektywie nie powinny prowadzić do nakładania przez państwa członkowskie ogólnego obowiązku w zakresie nadzoru. Przy dokonywaniu oceny, czy dostawca usług udostępniania treści online dołożył wszelkich starań zgodnie z wysokimi standardami staranności zawodowej w sektorze, należy wziąć pod uwagę to, czy dostawca usług podjął wszystkie kroki, jakie podjąłby staranny podmiot dla osiągnięcia celu dotyczącego zapobiegania dostępności nieobjętych zezwoleniem utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną na swojej stronie internetowej, przy uwzględnieniu najlepszych praktyk stosowanych w sektorze i skuteczności podjętych kroków w świetle wszystkich istotnych czynników i rozwoju sytuacji oraz zasady proporcjonalności. Na potrzeby tej oceny należy wziąć pod uwagę pewną liczbę elementów, takich jak skalę świadczonych usług, rozwijający się zakres istniejących środków, w tym ewentualne przyszłe zmiany, aby unikać dostępności różnych rodzajów treści i kosztów takich środków dla usług. Różne środki mające na celu unikanie dostępności nieobjętych zezwoleniem treści chronionych prawem autorskim mogą być odpowiednie i proporcjonalne w zależności od rodzaju treści, w związku z czym nie można wykluczyć, że w niektórych przypadkach dostępności nieobjętych zezwoleniem treści można uniknąć jedynie po powiadomieniu podmiotów uprawnionych. Wszelkie kroki podejmowane przez dostawców usług powinny być skuteczne w odniesieniu do zamierzonych celów, lecz nie powinny wykraczać poza to, co jest konieczne do osiągnięcia celu, jakim jest unikanie i zaprzestanie dostępności nieobjętych zezwoleniem utworów i innych przedmiotów objętych ochroną.”.
Z powyższego można wywieść, iż co prawda ogólnego obowiązku nadzoru nad treściami umieszczanymi w serwisie przez użytkowników nie ma, jednak każdy właściciel serwisu powinien podjąć wszystkie kroki, jakie podjąłby staranny podmiot dla osiągnięcia celu dotyczącego zapobiegania dostępności nieobjętych zezwoleniem utworów. Nowe regulacje zatem „zmiękczają” nieco brak ogólnego obowiązku nadzoru, kładąc nacisk na pewien obowiązek podejmowania przez hosting providerów działań prewencyjnych i stosownych aktów staranności. Zatem optyka w kontekście wyłączenia odpowiedzialności hosting providera w związku z brakiem obowiązku nadzoru jest już inna.
Podsumowanie
Nowe regulacje mają na celu dalsze wzmocnienie ochrony twórców. Dyrektywa 2019/790 stawia nowe wyzwania dla hosting providerów wpadających w definicje dostawcy usług udostępniania treści online. Model biznesowy takich dostawców będzie wymagał odpowiedniego przemodelowania w związku z nowymi regulacjami. Czasu na przygotowania jeszcze trochę zostało, zwłaszcza, iż w pierwszej kolejności trzeba poczekać na rodzime regulacje, które implementują zapisy omawianej dyrektywy do polskiego porządku prawnego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Nadchodzi gorszy czas dla niemieckiej gospodarki. Po zaskakujących danych o spadku produkcji przemysłowej, który w czerwcu wyniósł 5% w stosunku do zeszłego roku, pojawiły się informacje o zmniejszeni dynamiki niemieckiego PKB. Stosunek jego wysokości w drugim kwartale do wysokości z pierwszego kwartału 2019 roku różnił się o 1/10 procenta. Nie jest to duża różnica, zwiastuje ona jednak spowolnienie niemieckiej gospodarki – która może wejść w fazę recesji. I chociaż mówienie o kryzysie byłoby wyolbrzymieniem, możemy spodziewać się utrzymania trendu spadkowego w niemieckiej produkcji i PKB. Analitycy wskazują na eksport, jako główny powód spowolnienia gospodarki w Niemczech. Mimo dobrego popytu wewnętrznego, eksport niemiecki spada – szczególnie do Wielkiej Brytanii, USA i Chin. Nie ma się czemu dziwić, bowiem te państwa łączy niepewna przyszłość gospodarcza. USA i Chiny pozostają w wojnie handlowej, Wielką Brytanię czeka zaś niedługo październikowy Brexit. W takiej sytuacji warto pomyśleć o tym, jak postępujące spowolnienie niemieckiej gospodarki może wpłynąć na Polskę.
– Niemcy są naszym najważniejszym partnerem handlowym. Trafia tam mniej więcej jedna czwarta naszego eksportu. W tej chwili nie widać jeszcze negatywnych konsekwencji w polskiej gospodarce, która wciąż rozwija się dobrze, ale z dużym prawdopodobieństwem te konsekwencje się pojawią – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Niemal połowa polskiego eksportu do Niemiec to części i komponenty, które trafiają do niemieckich fabryk – a następnie są składane i wysyłane dalej. Dlatego osłabienie eksportu w Niemczech prędzej czy później odbije się negatywnie na polskiej gospodarce. Na szczęście spadek PKB w Polsce może zostać zahamowany, gdy pojawi się impuls fiskalny – przygotowywany w tej chwili przez rząd. Obniżka podatków i rozszerzenie programu 500+ wniosą dużo pieniędzy do polskiej gospodarki.Prawdopodobnie osłabienie globalnej koniunktury i impuls fiskalny w Polsce będą się w najbliższych kwartałach równoważyły – przewiduje Sawulski.
Wrzesień to miesiąc wielkich emocji, także z powodu powrotu naszych dzieci do szkoły. Jako rodzice mierzymy się z dużymi jednorazowymi wydatkami związanymi z wyprawką szkolną, zmianą garderoby naszych dzieci na jesienną i nową organizacją życia rodziny. Natomiast dla dzieci to żal i tęsknota za wakacjami i wizja ciężkiej oraz wielomiesięcznej pracy. Jak się z tym zmierzyć finansowo i nie tylko?
Powrót naszych dzieci do szkoły wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, które należy pokryć na początku roku szkolnego, ale także każdego kolejnego miesiąca. Mowa o wyprawce szkolnej, na którą składa się zakup książek, materiałów pomocniczych, zeszytów, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka, nowych jesiennych ubrań i innych potrzebnych rzeczy. Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Nie ma co ukrywać, są to bardzo wysokie kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20% tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę?
Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80%. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy jednak, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej i drastycznie obniżają naszą zdolność kredytową, kiedy jest potrzebna.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i ̶ jak w tym przypadku ̶ przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem – mówi Agnieszka Książek, dyrektor marketingu w Vienna Life TU na Życie S.A.
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy uruchamiamy innowacyjne myślenie: można odkupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy ubraniowe i poczekać na jesienne wyprzedaże lub skorzystać z drugiego obiegu rzeczy używanych.
Powrót do szkoły to także większe comiesięczne wydatki
Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze comiesięczne wydatki. Im więcej dzieci w rodzinie, tym oczywiście budżet na edukację rośnie i zabiera nam środki na inne codzienne potrzeby lub zachcianki. – Jak zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych, autorka bloga „Kobieta i Pieniądze”.
– W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10% tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55% miesięcznych przychodów rodziny). Oczywiście mogę sama gotować dzieciom obiady do szkoły i w ten sposób zmniejszać koszty. Wszystko zależy od naszych możliwości finansowych i ̶ co ważniejsze ̶ od możliwości poszczególnych budżetów.
Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10%), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10%) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10%) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5%) na finansową pomoc innym – dodaje ekspertka.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział powinien sprawdzić się doskonale. Jeśli uważasz, że dla ciebie będą lepsze inne proporcje, zmodyfikuj je. Zostań jednak przy koncepcji budżetowania przychodów i kosztów na początku miesiąca, a z finansowego punktu widzenia powrót dzieci do szkoły nie będzie aż tak bolesny.
Tekst powstał w ramach współpracy z ekspertami portalu edukacyjnego Viem.pl
Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, ile kredytów mieszkaniowych rocznie jest odsprzedawanych przez krajowe banki (m.in. firmom windykacyjnym). Liczba takich „hipotek” ostatnio wyraźnie wzrosła.
W nawiązaniu do informacji o bardzo wysokiej spłacalności kredytów mieszkaniowych, czasem pojawiają się pewne wątpliwości. Osoby sceptycznie nastawione do tych dobrych wyników sugerują, że wysoka spłacalność „hipotek” stanowi efekt częstej odsprzedaży problematycznych kredytów przez banki. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zatem sprawdzić, ile kredytów mieszkaniowych corocznie odsprzedają krajowe banki (np. firmom windykacyjnym). W kontekście tych informacji, warto również sprawdzić ostatnie zmiany spłacalności „hipotek”.
W 2018 r. mocno wzrosła liczba odsprzedanych kredytów
Krajowe media rzadko prezentują informacje dotyczące odsprzedaży problematycznych kredytów mieszkaniowych. Może to wynikać z faktu, że takie dane znajdują się tylko w jednej corocznej publikacji Komisji Nadzoru Finansowego. Wedle obliczeń KNF – u, liczba „hipotek” odsprzedanych przez banki wyglądała następująco w kolejnych latach:
2013 r. – 1447 kredytów mieszkaniowych
2014 r. – 2797 kredytów mieszkaniowych
2015 r. – 3973 kredyty mieszkaniowe
2016 r. – 1451 kredytów mieszkaniowych
2017 r. – 1753 kredyty mieszkaniowe
2018 r. – 4447 kredytów mieszkaniowych
W kontekście powyższych wyników uwagę zwracają dwie kwestie. Pierwszą z nich jest duża liczba kredytów mieszkaniowych odsprzedanych przez banki w 2015 r. oraz 2018 r. Warto również podkreślić bardzo wyraźną różnicę wyników z 2017 r. oraz 2018 r. Sytuacja wygląda mniej niepokojąco, gdy sprawdzimy dane widoczne w poniższej tabeli. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl okazuje się bowiem, że łączna wartość odsprzedawanych kredytów mieszkaniowych (względem 2017 r.) wzrosła o wiele wolniej niż ich liczba.
Dane nadzoru finansowego wskazują, że w 2018 r. krajowe banki pozbywały się dużej liczby kredytów mieszkaniowych o niewielkiej wartości jednostkowej (średnio: 213 000 zł). Czyszczenie bankowych bilansów sprzed 4 lat obejmowało natomiast problematyczne kredyty o znacznie większej wartości pojedynczej umowy (ok. 480 000 zł). Trzeba również dodać, że kredyty mieszkaniowe odsprzedane przez banki w 2018 roku, stanowiły tylko 0,2% wartości wszystkich „hipotek”.
Wzrost kursu franka raczej nie powinien wiele zmienić …
Komisja Nadzoru Finansowego co roku przedstawia również swoje prognozy dotyczące liczby oraz wartości kredytów mieszkaniowych, których pozbędą się krajowe banki. Takie prognozy KNF – u sugerują, że w 2019 r. proces czyszczenia bankowych bilansów z problematycznych „hipotek” będzie mniej intensywny niż poprzednio. Nadzór finansowy oczekuje, że w bieżącym roku banki pozbędą się około 3200 kredytów mieszkaniowych o łącznej wartości 0,7 mld zł.
Może rodzić się pytanie, czy obserwowany od niedawna wzrost wartości franka wpłynie na plany banków i ogólną spłacalność kredytów mieszkaniowych. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl wydaje się, że to okresowe umocnienie szwajcarskiej waluty względem złotego raczej nie powinno mieć dużego znaczenia pod kątem spłacalności kredytów. Dane NBP widoczne na poniższym wykresie wskazują, że skokowy wzrost kursu franka szwajcarskiego na początku 2015 roku nie przyniósł problemów ze spłatą kredytów waloryzowanych tą walutą. Już od około czterech lat, udział kredytów „frankowych” z utratą wartości w całym portfelu kredytów CHF jest stabilny. Miniony rok przyniósł nawet pewną poprawę analizowanego wskaźnika (zobacz przebieg czerwonej i przerywanej linii na poniższym wykresie).
Warto wspomnieć, że na obecną sytuację „frankowców” pozytywnie wpływa kilka czynników. Jednym z nich jest realny wzrost wynagrodzeń. Trzeba też pamiętać o rekordowo niskiej stopie bezrobocia. Jest ona znacznie mniejsza niż cztery lata wcześniej. Drogi frank wydaje się mniej kłopotliwy względem sytuacji sprzed czterech lat również dlatego, że wielu kredytobiorców mieszkaniowych otrzymuje świadczenie z programu Rodzina 500 plus.
Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Winiarze z Włoch, Francji czy Hiszpanii są otwarci na współpracę z polskimi importerami. Wartość polskiego rynku wina przekracza już 2,5 miliarda złotych rocznie, a spożycie tego trunku „na głowę” statystycznego Polaka wciąż rośnie. Jednak import wina nie jest łatwy, a pamiętać należy nie tylko o skomplikowanych procedurach.
Nie ma co ukrywać, że Polacy nie należą do liderów europejskiego rynku. W Polsce, wg różnych danych, spożycie wina kształtuje się na poziomie 3-6 litrów na mieszkańca, podczas gdy statystyczny Portugalczyk wypija 59 litrów rocznie. Tyle, że np. spożycie wina np. we Francji spada, podczas gdy w Polsce – rośnie. Dlatego rynek winiarski w naszym kraju należy do tych najbardziej perspektywicznych – możliwości rozwoju wydają się na chwilę obecną ogromne.
To powoduje, że coraz więcej przedsiębiorców podejmuje się trudnego zadania importu wina z Włoch, Francji czy Hiszpanii. Dlaczego trudnego? Po pierwsze – przez skomplikowane przepisy, ale to temat na oddzielny artykuł. Po drugie – gdy już przejdziemy przez wszystkie procedury, czeka nas jeszcze kwestia właściwej organizacji transportu i współpracy z winnicami.
Jak obniżyć koszty transportu wina?
Transport, to nie tylko przewiezienie butelek. O tym, w jaki sposób przebiegnie dana dostawa decydują takie kwestie, jak np. dostarczenie polskich znaków akcyzy na czas do producenta oraz to, czy winiarz będzie potrafił prawidłowo nakleić je na butelki, co z kolei wymaga użycia odpowiedniego kleju.
Jeśli dana winnica nie przygotowywała wcześniej wina na polski rynek, może się to okazać nie lada problemem. Dlatego bardzo ważne jest, aby już na początku współpracy przekazać firmie winiarskiej szczegółowe instrukcje dotyczące polskich znaków akcyzy.
Kolejna trudność, z konsekwencji której początkujący importerzy nie do końca zdają sobie sprawa, to położenie winnic. Plantacje winogron rozciągają się zazwyczaj po malowniczych zboczach gór, ale… Jak tam dotrzeć? Winnice zlokalizowane są z dala od miast, często na terenach trudno dostępnych dla dużych ciężarówek, a tymczasem importer życzy sobie, aby z takiego miejsca odebrać paletę lub kilka-, kilkanaście skrzynek wina. Czy to opłacalne?
Ta jedna paleta nie stanowi zazwyczaj całego transportu zamawianego przez importera. Na swojej liście przedsiębiorca z Polski ma jeszcze kilka innych winnic w regionie, często oddalonych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Do każdej z nich musi przyjechać ciężarówka, która zabierze kolejną, niewielką partię towaru. Koszty rosną, a gdy jeszcze dana winnica spóźnia się z przygotowaniem zamówienia, rosną niewspółmiernie do marży, jaką na danym winie można osiągnąć w Polsce. Z takich właśnie powodów warto szukać możliwości zintegrowania dostaw.
– Takie usługi są już dostępne dla polskich importerów w niektórych krajach winiarskich, m.in. we Francji – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy PRO-LOG. – Oferowana przez nas usługa Direct polega na tym, że w konkretne dni odbieramy towar z wielu winnic w konkretnym regionie winiarskim, dla wielu importerów jednocześnie. Dzięki takiej konsolidacji transportów, koszty dla klienta są znacznie niższe niż w tradycyjnym systemie – podkreśla.
Jak uniknąć dodatkowych kosztów?
Problemem bywa też właściwa komunikacja z winnicami. Zdarza się, ze firma winiarska nie jest w stanie przygotować wina na czas, ale nie informuje o tym wcześniej. Prawda wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy ciężarówka jest już na miejscu. A gdy wino w końcu trafia na paletę, dobrze byłoby sprawdzić, czy na pewno jest to właśnie ten trunek, który został zamówiony. Wbrew pozorom, wcale nie zawsze tak jest.
– W przypadku usługi Direct, klient może zlecić sprawdzenie zgodności otrzymanego towaru z zamówieniem przy każdym odbiorze ładunku z winnicy. Wykrycie nieprawidłowości na tym etapie oszczędza importerowi znacznych problemów, a przez to obniża koszty oraz usprawnia przyjęcie ładunku w magazynie w Polsce – mówi Remigiusz Zdrojkowski.
Sprowadzając wina do Polski, należy też liczyć się z ryzykiem zniszczeń czy kradzieży. Utrata jednej palety z winem to dla importera strata ok. 15.000 zł. Dlatego podczas nawiązywania współpracy z firmą transportową, warto szukać wiarygodnych kontrahentów, a zarazem od razu ustalić kwestie związane z zabezpieczeniem i ubezpieczeniem transportu. Nieprofesjonalne zamocowanie ładunku czy nieodpowiednie dla trunku warunki mogą szybko doprowadzić do bardzo wysokich strat.
Nie zapominajmy także o odpowiednim planowaniu popytu. Importer powinien wziąć pod uwagę, że zainteresowanie winami w Polsce nie jest jednakowe przez cały rok. Wzrost sprzedaży win jest bardzo mocno zauważalny w okresach świątecznych. W związku z tym należy z dużym wyprzedzeniem przygotować się na okresowy wzrost popytu – na pewno pomóc w tym może współpraca z firmą logistyczną, która dobrze zna rynek alkoholi w Polsce i potrafi działać elastycznie.
Najlepiej także, jeśli jedna firma obsługuje różne etapy procesu związanego ze sprowadzaniem wina – od transportu, przez banderolowanie, składowanie, obsługę celną i podatkową. Wówczas minimalizujemy ryzyko, że na styku pomiędzy poszczególnymi etapami importu wystąpią jakiekolwiek nieoczekiwane i kosztowne problemy.
Wrocławska firma biotechnologiczna pracuje nad przełomowymi lekami biologicznymi dla zwierząt.
Dzięki pozyskanemu właśnie grantowi, spółka rozpocznie nowy projekt, mający na celu opracowanie leku biologicznego dla koni, opartego o komórki macierzyste.
Udział w rynku produktów leczniczych dla zwierząt towarzyszących wzrośnie o 20 miliardów USD do 2023 r.
Bioceltix
5,1 mln zł – tyle, w ramach „Szybkiej ścieżki”, trafi do biotechnologicznego Bioceltix. Wrocławska spółka rozwija przełomowe leki biologiczne na bazie komórek macierzystych, przeznaczone dla zwierząt towarzyszących. Jednocześnie – jako jedna z pierwszych spółek w Europie – planuje przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków dla weterynaryjnego produktu leczniczego wykorzystującego jako substancję aktywną komórki macierzyste stosowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów.
– Dzięki finansowaniu z NCBR rozpoczniemy nasz nowy projekt, wart niemal 7,2 mln zł. W jego ramach opracujemy lek na bazie allogenicznych komórek macierzystych, przeznaczony do leczenia między innymi zapalenia stawów u koni. To będzie kolejny rozwijany przez nas lek biologiczny wykorzystujący jako substancję aktywną komórki macierzyste. Lek ten będzie wytwarzany seryjnie, dostępny od ręki i gotowy do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu – podkreśla Łukasz Bzdzion, prezes Bioceltix, który zajął 1. miejsce na najnowszej liście rankingowej NCBR, klasyfikującej projekty dofinansowane w ramach „Szybkiej ścieżki”.
Od wielu dekad zapalenia stawów u koni są powszechnym, trudnym do leczenia schorzeniem, powodującym nie tylko długotrwałe cierpienie zwierząt, ale i narażającym hodowców na potężne straty finansowe. Według danych American Horse Council (AHC), aż 60 proc. przypadków trwałej kulawizny u koni to pochodna zapaleń stawów. Przy czym badacze zrzeszeni w AHC przyznają, że w grupie ryzyka są wszystkie konie – niezależnie od wieku, rasy czy diety. Dotychczasowe, dostępne terapie oparte o klasyczne leki chemiczne nie rozwiązują problemu: powodują tylko chwilową ulgę, a do tego niosą za sobą ryzyko poważnych skutków ubocznych. Dodatkowo w przypadku koni sportowych stosowanie niesteroidowych i sterydowych leków przeciwzapalnych traktowane jest jako doping, co wyklucza konia podczas terapii z aktywności sportowej i naraża hodowców na starty finansowe. Opracowywany przez Bioceltix lek biologiczny wykorzystując immunomodulujące właściwości mezenchymalnych komórek macierzystych stanowi bezpieczniejszą i skuteczniejszą alternatywę dla leków chemicznych. Wrocławski start-up z nowymi lekami biologicznymi chce w ten sposób z przytupem wejść na rynek weterynarii, wart miliardy USD rocznie a obecnie zdominowany gównie przez klasyczne leki chemiczne.
– Rynek weterynaryjnych leków biologicznych jest w początkowej fazie rozwoju – dopiero dwa lata temu został zarejestrowany w Europejskiej Agencji Leków (EMA) pierwszy lek biotechnologiczny przez Zoetis stosowany w leczeniu atopowego zapalenia skóry. Obecnie mamy na rynku dostępny jeden lek wykorzystujący technologię opartą o komórki macierzyste stosowany w leczeniu kulawizny u koni, który uzyskał dopuszczenie do obrotu w EMA. Precedens belgijskiej spółki pokazuje, że regulator rynku jest przygotowany na rejestrację weterynaryjnych leków biologicznych na bazie komórek macierzystych, a rynek jest zaproszeniem dla takich firm jak Bioceltix, który ze swoim doświadczonym zespołem, wiedzą oraz mocnymi inwestorami, ma duże szanse być jednym z pionierów tego rynku – podkreśla Paweł Wielgus, partner zarządzający Startit Fund, jednego z wiodących inwestorów (m.in. obok Leonarto Alfa) w Bioceltix.
Na czym polega przewaga terapii biologicznych rozwijanych przez zespół wrocławskich naukowców? W przeciwieństwie do działających objawowo standardowych terapii, leki biologiczne bazują na substancjach biologicznie aktywnych naturalnie występujących w naszym organizmie, umożliwiając tym samym uzyskanie efektu terapeutycznego przy jednocześnie zminimalizowanej toksyczności leku. Bioceltix pracuje nad tym, by docelowo innowacyjne terapie zastosować w leczeniu wielu powszechnie występujących schorzeń o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u zwierząt towarzyszących.
Rynek jest duży i bardzo perspektywiczny: tylko w Europie żyje ponad 80 mln psów, a co piąty z nich cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu i znajdują się w pierwszej „10” najczęściej diagnozowanych chorób. Światowy rynek opieki weterynaryjnej ciągle rośnie – wzrasta nie tylko liczba osób posiadających zwierzęta domowe, ale również świadomość rozprzestrzeniania się chorób odzwierzęcych. Udział w rynku produktów leczniczych dla zwierząt towarzyszących wzrośnie o 20 miliardów USD do 2023 r.
Z Barometru EFL wynika, że grupa mikro, małych i średnich firm, które obawiają się pogorszenia swojej sytuacji z powodu braku pracowników, jest co kwartał coraz liczniejsza. Podczas gdy na początku tego roku 51 proc. MŚP wyraziło taką obawę, w II kwartale – 61 proc., to już w III kwartale br. ten odsetek wyniósł ponad 66 proc. Od początku roku rośnie również liczba przedsiębiorców wskazujących na coraz wyższe oczekiwania płacowe zatrudnionych pracowników – w I kwartale 49 proc. zapytanych zgłosiło tę kwestię, w III kwartale już 62 proc. Najmocniej te problemy dotykają przedstawicieli branży budowlanej, HoReCa i produkcyjnej.
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL
– Nowy kwartał nie przyniósł istotnych zmian wśród najważniejszych czynników, które mogą zahamować rozwój sektora MŚP. Jak mantrę od miesięcy mikro, mali i średni pracodawcy wskazują na trudną sytuację na polskim rynku pracy. Niepokoić może jednak to, że grupa firm borykających się z tym problemem, z kwartału na kwartał, jest coraz liczniejsza. Ponadto, subiektywne odczucia przedstawicieli biznesu idą w parze z danymi makroekonomicznymi. Z najnowszych danych GUS wynika, że lipcowa stopa bezrobocia, która wyniosła 5,3 proc., jest najniższa od września 1990 roku. Jeśli do tego dodamy fakt, że na nasz rynek pracy wchodzi zdecydowanie mniej osób niż z niego ubywa, wniosek jest prosty. Dalsze korzystanie z kurczącej się grupy bezrobotnych oraz zatrudnianie pracowników z Ukrainy nie rozwiąże problemu. Warto postawić na automatyzację, której celem nie jest odebranie zatrudnienia Polakom, lecz zadziałanie tam, gdzie tych Polaków brakuje – mówi Radosław Woźniak, Wiceprezes EFL.
Pierwszy hamulec: pracowników jak na lekarstwo
Wśród czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa w III kwartale 2019 roku, zapytani w pierwszej kolejności wskazali na brak pracowników. Takiej odpowiedzi udzieliło 2 na 3 zapytanych przedstawicieli sektora MŚP (66,1 proc.). Warto odnotować, że na ten aspekt z każdym kwartałem wskazuje coraz więcej przedsiębiorców. Na początku tego roku 51 proc. MŚP wyraziło taką obawę, a w II kwartale – 61 proc. Im większa firma, tym problem dostępu do siły roboczej jest coraz bardziej widoczny. Wśród mikro firm 61 proc. ma poważne problemy ze znalezieniem rąk do pracy, wśród małych 68 proc, podczas gdy w przypadku średnich już ponad 70 proc. Jeśli spojrzymy na branże, najmocniej ten problem dotyka przedstawicieli branży budowlanej (75 proc.), HoReCa (74 proc.) i produkcyjnej (71 proc.).
Drugi hamulec: rosnące oczekiwania płacowe
Na drugim stopniu podium w III kwartale br. uplasowała się presja płacowa. Wskazało na nią 62 proc. firm. Najbardziej obawiają się jej małe firmy (70 proc. wskazań), a najmniej mikro (49 proc.). Natomiast z branżowego przeglądu wynika, że podwyżek najbardziej oczekują pracownicy produkcyjni (72 proc. wskazań) oraz HoReCa (64 proc.).
Trzeci hamulec: spadek zamówień
Trzecim czynnikiem mogącym negatywnie wpłynąć na sytuację przedsiębiorstwa w III kwartale tego roku, na który wskazali przedstawiciele sektora MŚP, jest sezonowy spadek popytu na produkty lub usługi (40 proc.). Ten element niepokoi niezależnie od wielkości podmiotu ((mikro: 42 proc., małe: 39 proc., średnie: 39 proc.). Bardziej zróżnicowane obawy widać w przypadku poszczególnych branż. Najbardziej zmniejszenia zainteresowania na usługi i produkty obawiają się zarządzający handlowymi podmiotami – 52 proc. wskazań, oraz restauracjami i hotelami – 50 proc. wskazań. Najmniej tym problemem martwią się firmy budowlane – 21 proc.
Wśród pozostałych przyczyn możliwego pogorszenia się kondycji MŚP, firmy wskazują jeszcze między innymi na problemy we współpracy z podwykonawcami (16 proc.), split payment (12 proc.), spadki zamówień publicznych (10 proc.) oraz obowiązki związane z RODO (7 proc.).
1 marca 2020 r. wejdą w życie przepisy dotyczące nowego typu spółki kapitałowej – prostej spółki akcyjnej (PSA). PSA z założenia stanowić ma odpowiedź na potrzeby małych i dopiero rozwijających się przedsiębiorców z sektora nowych technologii, dla których istniejące modele spółek nie stanowiły optymalnego rozwiązania. Z tego względu warto się zastanowić jakie korzyści przyniesie ta regulacja dla branży nowych technologii.
Jak wynika z uzasadnienia nowelizacji, przedsięwzięcia oparte o nowoczesne technologie są coraz ważniejszym elementem współczesnej gospodarki, co przekłada się na wzrost znaczenia kapitału ludzkiego we współczesnym obrocie gospodarczym. Konsekwencją tego faktu jest pierwsza istotna regulacja PSA, tj. możliwość wnoszenia wkładów do spółki w postaci świadczenia pracy lub usług, jak również wkładów innego rodzaju. Dotychczas w spółkach kapitałowych przedmiotem wkładu nie mogło być prawo niezbywalne lub świadczenie pracy bądź usług.
Drugim ułatwieniem proponowanym w nowej regulacji jest szybka rejestracja elektroniczna w 24 godziny przy wykorzystaniu wzorca umowy udostępnionego w systemie teleinformatycznym. Wypełniony formularz będzie jednakże wymagał opatrzenia kwalifikowanym podpisem elektronicznym, podpisem zaufanym albo podpisem osobistym.
Kolejnym przejawem dostosowania PSA do potrzeb branży nowych technologii jest obowiązkowa dematerializacja akcji, tj. akcje nie będą mieć postaci dokumentów. Rozwiązanie to ma zapewnić bezpieczeństwo i pewność obrotu akcjami, a także wyeliminować niepotrzebne koszty dla spółek związane z drukiem, przechowywaniem i transportowaniem dokumentów papierów wartościowych. Z faktem dematerializacji akcji wiąże się kolejne ułatwienie dla akcjonariuszy, przejawiające się w nabywaniu akcji w formie dokumentowej przy wykorzystaniu e-maila czy innych środków elektronicznych. Nabycie takie będzie skuteczne w momencie wpisu nowego akcjonariusza w elektronicznym rejestrze akcjonariuszy. Rejestr ten będzie prowadzony np. przez firmę inwestycyjną albo notariusza, dopuszczalne również będzie wykorzystanie blockchain’u do jego prowadzenia. Elektroniczny rejestr akcjonariuszy ma za zadanie ułatwić i przyspieszyć komunikację z akcjonariuszami poprzez m.in. zamieszczenie w nim adresów poczty elektronicznej akcjonariuszy. Otwarcie się na najnowocześniejsze technologie, zapewnić ma dostęp do PSA szerokiemu gronu uczestników życia gospodarczego.
Następnym rozwiązaniem mającym na celu zwiększenie elastyczności procedur jest ich uproszczenie i elektronizacja w PSA. Po pierwsze walne zgromadzenie będzie mogło się odbyć przy użyciu środków komunikowania się na odległość. Po drugie wprowadzona została możliwość podejmowania uchwał poza zgromadzeniem za pomocą poczty elektronicznej. Regulacje te mają z założenia ułatwić codzienne funkcjonowanie spółek. Wzięto pod uwagę fakt, iż w szczególności w sektorze nowych technologii, bardzo często finansowanie działalności zapewniane jest przez podmioty międzynarodowe. Konieczność osobistej obecności zagranicznych akcjonariuszy na walnym zgromadzeniu stanowiłaby duże utrudnienie i tym samym mogłaby skutkować zniechęceniem do angażowania środków finansowych.
Wychodząc naprzeciw potrzebom branży, ustawodawca zdecydował się na wprowadzenie nowego modelu struktury organizacyjnej PSA- modelu monistycznego w postaci rady dyrektorów. Rozwiązanie to od dawna z powodzeniem funkcjonuje między innymi w systemach anglosaskich, tym samym zagraniczni inwestorzy będą mogli odnaleźć w prawie polskim znane im rozwiązania organizacyjne. Rada dyrektorów to połączenie dwóch organów w jeden organ składający się z dyrektorów wykonawczych i nie wykonawczych. Koncentracja uprawnień kierowniczych i nadzorczych w jednym organie pozwoli na uczestnictwo wszystkich jego członków w strategicznym zarządzaniu spółką i zapewni im bezpośredni dostęp do informacji o biegu jej spraw. Model monistyczny zapewnia także dużą elastyczność w alokowaniu kompetencji zarządczych i nadzorczych, co umożliwia dostosowanie struktury organizacyjnej spółki do indywidualnych uwarunkowań spółki i jej akcjonariuszy. Dotychczas w polskim systemie występował model dualistyczny, tzn. w spółce powoływany był zarząd oraz rada nadzorcza. Nowa instytucja- rada dyrektorów będzie rozwiązaniem fakultatywnym dla modelu dualistycznego.
Mając na uwadze duży dynamizm na rynku startupów, w ramach regulacji PSA wzięty został pod uwagę aspekt likwidacji spółki. Z tego względu, w PSA skrócony został, w stosunku do innych spółek, czas potrzebny na przeprowadzenie likwidacji, a dodatkowo możliwe będzie rozwiązanie spółki bez likwidacji – przez przejęcie jej majątku i zobowiązań przez akcjonariusza.
Powyżej wskazane regulacje PSA nie wyczerpują całego zakresu nowelizacji, która wprowadza nową spółkę do polskiego systemu. Wskazane cechy z założenia miały ułatwić funkcjonowanie przedsiębiorców – głownie z branży nowych technologii, w polskim otoczeniu prawnym. Należy przyznać, że szereg udogodnień, jak choćby możliwość podejmowania uchwał drogą elektroniczną czy możliwość przeprowadzania walnego zgromadzenia przy wykorzystaniu środków komunikowania się na odległość, faktycznie ułatwi codzienne działanie spółek, w szczególności tych zajmujących się nowymi technologiami, które funkcjonują głównie w sferze wirtualnej. Proponowane rozwiązania prawdopodobnie umożliwią sprawniejsze i efektywniejsze działanie przedsiębiorców. Jak dużą popularnością będzie się cieszyć ta forma prawna okaże się dopiero po 1 marca 2020 r. – Bogumiła Strublewska-Guzowska, Managing Associate, Deloitte Legal
O poranku notowania złotówki pozostają w miarę stabilne. Rynki wyczekują kolejnych doniesień z linii frontu wojny handlowej. Z dnia na dzień coraz ciekawiej.
Lekkie osłabienie
We wtorkowe przedpołudnie nie widać nerwowych ruchów na polskich parach walutowych. Co prawda złotówka nieznacznie traci w stosunku do głównych walut, ale nie są to ruchy porównywalne do tych sprzed kilku dni. Aktualnie za franka szwajcarskiego zapłacimy 4,01 zł, funt brytyjski wyceniany jest na 4,80 zł, z kolei cena dolara amerykańskiego wynosi 3,92 zł, a euro 4,36 zł.
Wojna wciąż trwa
Temat konfliktu na linii Chiny – Stany Zjednoczone nie daje o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Prawie codziennie z obu stron padają nowe deklaracje. W ostatnich dniach nie było inaczej. W piątek przedstawiciele Państwa Środka ogłosili cła odwetowe na amerykańskie towary. Donald Trump nie kazał jednak długo czekać i szybko odbił piłeczkę, podnosząc stawki obostrzeń, które miały wejść w życie w najbliższym czasie. Rynki od razu zareagowały na te informacje czerwienią na parkietach, a inwestorzy (zgodnie ze zwyczajem) zaczęli wycofywać się w kierunku bezpiecznych przystani. Kilkadziesiąt godzin później obraz wojny handlowej był już zupełnie inny. Prezydent USA stwierdził, że odbył rozmowę telefoniczną z chińskimi przedstawicielami, którzy zapewnili, że nie chcą dalszej eskalacji konfliktu i są gotowi do kontynuowania negocjacji. Po tym oświadczeniu na rynki powrócił względny spokój. Nie można jednak zapominać, że konfrontacja dwóch mocarstw nie jest obecnie jedynym punktem zapalnym. W jej cieniu pozostaje kwestia brexitu, widmo wcześniejszych wyborów we Włoszech, niekończące się napięcia wokół Iranu czy też protesty w Hongkongu.
Coraz więcej odczytów
Dziś kalendarz makroekonomiczny nie zachwyca. Rano poznaliśmy odczyt dynamiki PKB w Niemczech, który nie zaskoczył obserwatorów (spadł o 0,1% kwartał do kwartału), a tym samym nie wpłynął na notowania EUR. Po południu warto jeszcze zwrócić uwagę na publikację indeksu zaufania konsumentów w USA. Dalsza część tygodnia zapowiada się znacznie ciekawiej pod względem istotnych publikacji. Poznamy m.in. odczyty inflacyjne z Europy, odczyty PKB czy raport dotyczący wydatków Amerykanów.
Akcjonariusze spółki Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. 23 września 2019 roku podejmą decyzję w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego Spółki w drodze emisji nowych akcji z zachowaniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy w kwocie ok. 1 mld zł. Planowanym terminem przeprowadzania oferty będzie IV kwartał 2019 roku. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację Projektu Polimery Police, jednego z największych petrochemicznych projektów inwestycyjnych przeprowadzanych w ostatnich latach w Polsce.
Zarząd Grupy Azoty Police podjął uchwałę w sprawie podwyższenia kapitału poprzez emisję nie mniej niż 1 i nie więcej niż 110 mln akcji zwykłych na okaziciela serii C o wartości nominalnej 10 zł każda. Ostateczna liczba i cena emisyjna akcji nowej emisji zostaną określone przez Zarząd Spółki. Proponowanym dniem prawa poboru jest 7 listopada 2019 r.
dr Wojciech Wardacki, Prezes Zarządu Grupy Azoty Police oraz Grupy Azoty
– Zgodnie z założeniami wznawiamy proces oferty publicznej w III kwartale 2019 roku, z intencją przeprowadzenia jej w ostatnim kwartale bieżącego roku. Zakładane terminy pozwalają na realizowanie Projektu Polimery Police według dotychczasowego harmonogramu. Projekt Polimery Police to naturalny i kluczowy krok w realizacji wieloletniej strategii rozwoju spółek z Grupy Azoty – mówi dr Wojciech Wardacki, Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.
Istotnym wydarzeniem w 2019 roku dla rozwoju Projektu Polimery Police był ostateczny wybór wykonawcy i podpisanie przez Zarząd PDH Polska S.A. (spółki zależnej Grupy Azoty S.A. i Grupy Azoty Police) umowy dotyczącej kompleksowej realizacji projektu z koncernem Hyundai Engineering. Ponadto spółki z Grupy Azoty podpisały list intencyjny z Grupą LOTOS S.A. w zakresie potencjalnego zaangażowania kapitałowego tego koncernu na poziomie ok. 500 mln zł. Zawarto także porozumienie o współpracy inwestycyjnej z Hyundai Engineering Co., Ltd. i Korea Overseas Infrastructure & Urban Development Corporation, dotyczące inwestycji kapitałowej koreańskich inwestorów współfinansującej Projekt Polimery Police w wysokości 130 mln USD.
– Polimery Police dzięki ekspozycji na rosnący rynek polipropylenu otworzą przed nami nowe perspektywy rozwoju w Polsce i na rynkach zagranicznych, jednocześnie korzystnie wpłyną na polską gospodarkę poprzez poprawę bilansu handlowego w obszarze tworzyw sztucznych czy wzrost niezależności energetyczno-surowcowej – uzupełnia dr Wojciech Wardacki.
Celem projektu Polimery Police realizowanego przez PDH Polska jest budowa zintegrowanego kompleksu chemicznego obejmującego instalację do produkcji propylenu, instalację do produkcji polipropylenu, terminal przeładunkowo-magazynowy (gazoport), infrastrukturę logistyczną oraz odpowiednie instalacje pomocnicze. Całkowity szacowany budżet realizacji Projektu Polimery Police wynosi ok. 1,5 mld EUR, z czego ok. 1,2 mld EUR stanowić będą m.in. nakłady inwestycyjne – wynagrodzenie wykonawcy, zakupy licencji, prace przygotowawcze.
PKN ORLEN podpisał porozumienie ze Skarbem Państwa i Grupą Lotos dotyczące realizacji transakcji nabycia akcji gdańskiej spółki. To kolejny krok, który przybliża obie firmy do utworzenia zintegrowanego, silnego koncernu, skutecznie konkurującego na międzynarodowych rynkach i znacząco wzmacniającego bezpieczeństwo polskiej gospodarki w obszarze paliw i energii.
W porozumieniu wskazano ramową strukturę transakcji. Potwierdzony został dotychczasowy kierunek i podstawowe założenia połączenia, które określone zostały w Liście Intencyjnym pomiędzy PKN ORLEN i Skarbem Państwa z lutego 2018 roku. Dokument zastrzega możliwość dopracowania struktury, szczególnie w oparciu o środki zaradcze, które będą wynikały z decyzji Komisji Europejskiej.
Daniel Obajtek-To kolejny ważny etap procesu przejęcia kapitałowego Grupy LOTOS przez PKN ORLEN. Po raz pierwszy potwierdzone zostały ramy tej transakcji przez wszystkie strony. Połączenie potencjałów obu firm ma strategiczne znaczenie zarówno w kontekście inwestycji rozwojowych, jak i dywersyfikacji dostaw ropy naftowej , co jest ważne dla bezpieczeństwa Polski, ale i Regionu. Na funkcjonowaniu w jednej grupie skorzystają same firmy, samorządy na których terenach działają, a także klienci. Musimy sprostać coraz silniejszej rywalizacji na konkurencyjnym rynku. Większość naszych europejskich konkurentów procesy konsolidacyjne ma już dawno za sobą i skutecznie wykorzystują płynące z tego przewagi. Nie możemy pozostać w tyle i dlatego z determinacją realizujemy ten projekt z korzyścią dla polskiej gospodarki – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Nowy podmiot będzie silny regionalnie oraz nadal będzie dbał o społeczności lokalne. Połączona spółka znacznie mocniej będzie mogła zaangażować się też w działania społeczne, kulturalne i sportowe w regionie. Dzięki skoordynowanej polityce CSR, lokalne społeczności będą mogły liczyć na większe i bardziej kompleksowe wsparcie.
Należy także podkreślić, iż wpływy z CIT, PIT i podatków od nieruchomości pozostaną na Pomorzu. LOTOS dzięki wzmocnieniu zyska nowe zamówienia i wejdzie w nowe obszary działalności, a te, w których jest już aktywny, m.in. elektromobilność i wydobycie, będzie dalej rozwijał. Konsolidacja będzie wiązała się z optymalizacją procesów biznesowych, jednak nie oznacza to redukcji zatrudnienia. Miejsca pracy zostaną utrzymane. Pracownicy zyskają z kolei możliwości rozwoju zawodowego oraz pracy w większej i silniejszej firmie o znaczeniu międzynarodowym.
Władze Republiki Ludowej Chin ogłosiły w piątek, że mają zamiar wprowadzić cła w wysokości 5-10% na dobra importowane ze Stanów Zjednoczonych o szacowanej wartości 75 mld USD. Działania te będą odwetem, po tym jak na początku sierpnia prezydent Stanów Zjednoczonych D.Trump poinformował o nałożeniu 10-procentowgo cła na towary pochodzące z Chin o szacowanej wartości 300 mld USD. Chińskie odwetowe taryfy mają zostać wprowadzone w dwóch etapach: od 1 września oraz od 15 grudnia. Cłami mają zostać objęte: amerykańska ropa naftowa i soja oraz auta i części do nich. Po uzyskaniu informacji z Chin w piątek wieczorem, D.Trump ogłosił podniesienie opłat celnych na towary importowane do USA z Chin o łącznej wartości 550 mld USD. Taryfy celne objęły już prawie całość wymiany handlowej między USA a Chinami.
Po trzech tygodniach z rzędu strat, GPW w Warszawie notuje leki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 1,48%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost 1,91%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień bez większych zmian: sWIG80 zyskał na wartości 0,12%, natomiast mWIG40 lekko osłabił się – o 0,07%.
W nadchodzącym tygodniu ważne odczyty danych makroekonomicznych będą publikowane w czwartek oraz w piątek. W czwartek (29.08.2019) poznamy dane o PKB Stanów Zjednoczonych oraz dane o zasiłkach dla bezrobotnych w USA. Z kolei w piątek (30.08.2019) inwestorzy będą mieli okazje poznać dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz znaczenie indeksu PCE core. Również, w piątek poznamy finalne dane o PKB Polski w II kwartale oraz wstępne dane o inflacji CPI w sierpniu.
Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.
Mało który państwowy system emerytalny jest w stanie zapewnić stopę zastąpienia na godziwym poziomie. Dlatego dodatkowe oszczędzanie na emeryturę coraz częściej będzie decydowało o jakości życia w przyszłości. Kolejne kraje wprowadzają instrumenty zachęcające do odkładania pieniędzy na okres po zakończeniu aktywności zawodowej. Teraz nadszedł czas na Polskę. Obowiązujące od 1 lipca Pracownicze Plany Kapitałowe nie zostały jednak wymyślone od zera – bazują na systemach funkcjonujących już w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Turcji.
KiwiSaver – czyli pierwsze „PPK”
Dobrowolny system pracowniczego oszczędzania na emeryturę z automatycznym zapisem został po raz pierwszy wprowadzony w 2007 roku w Nowej Zelandii. Do programu zapisywani są na poziomie kraju wszyscy nowi pracownicy, którzy spełniają określone kryteria dotyczące wieku i obywatelstwa. Składki są płacone przez pracowników i pracodawców, a ich wysokość może wynosić 3, 4 lub 8 proc. wynagrodzenia brutto. Do tego, podobnie jak w Polsce, co roku państwo dodaje określoną kwotę.
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
– System ten cieszy się dużą popularnością. Nowozelandczycy obserwują regularny spadek liczby osób, które rezygnują z oszczędzania w ramach programu. Co ciekawe, coraz więcej obywateli myśli przyszłościowo. W 2017 roku ponad 300 tys. uczestników stanowiły osoby niepełnoletnie, których do programu zapisali rodzice – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE.
Wielka Brytania i Turcja
Brytyjski system programów pracowniczych działa od 2008 roku. Podobnie jak polskie PPK zakłada automatyczny zapis i dobrowolność uczestnictwa. W składce mają swój udział pracownicy i pracodawcy, a państwo proponuje ulgi podatkowe. Opłaty za zarządzanie zgromadzonym kapitałem ograniczone są do minimum. Wysokość wpłat jest stopniowo podnoszona. Według szacunków, z programu zrezygnowało do tej pory 8-12 proc. wszystkich uprawnionych.
Turecki program był wzorowany na modelu brytyjskim. Umożliwia zaprzestanie oszczędzania w programie w dowolnym momencie. W takim wypadku należy się liczyć z potrąceniem części wpłat z budżetu państwa. Pracownik może także zdecydować o sposobie wypłaty środków. Na dodatkowy bonus, w wysokości 5 proc. odłożonego kapitału, mogą liczyć osoby po 56. roku życia, które oszczędzały w programie minimum 10 lat i zdecydują się na dożywotnie świadczenie emerytalne. W składce udział mają pracownicy i państwo. Natomiast pracodawca ma tutaj dowolność.
Holandia – wzór do naśladowania
Jak na emeryturę oszczędza się w innych państwach? Jednym z ciekawszych przykładów jest Holandia, której system emerytalny znajduje się w czołówce międzynarodowych rankingów. W ostatniej edycji raportu firmy Mercer kraj ten otrzymał ponad 80 punktów na 100 możliwych. Wśród najważniejszych wyróżników wskazać należy szeroki wachlarz prywatnych produktów emerytalnych. Dzięki tak rozbudowanemu systemowi Holendrzy mogą liczyć na najwyższą stopę zastąpienia spośród wszystkich krajów OECD.
– Holandia charakteryzuje się wysokim odsetkiem osób oszczędzających w planach pracowniczych – dotyczy to ponad 90 proc. społeczeństwa. To wynik budowanej od lat kultury oszczędzania oraz nietypowej konstrukcji systemu – mówi Grzegorz Chłopek z Nationale-Nederlanden.
Chociaż udział w nim jest dobrowolny, to po uzyskaniu zgody Ministerstwa Spraw Społecznych i Zatrudnienia pracodawcy mogą obligatoryjnie objąć programem oszczędzania wszystkich pracowników z określonych sektorów gospodarki. W takim przypadku nie mogą oni zrezygnować z uczestnictwa. Od wielu lat spośród dużych kapitałowych funduszy emerytalnych Holendrzy odnotowują najwyższe realne zwroty z inwestycji.
Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe to nie pieśń przyszłości, a codzienność branży cyberbezpieczeństwa. Filtry antyspamowe, fraud detection czy wykrywanie botnetów – to tylko kilka przykładów, gdzie inteligentne algorytmy wykorzystywane są od lat. Niestety, rosnące możliwości maszyn otwierają nowe drogi nie tylko dla specjalistów IT – stwarzają również nieodkryte jeszcze sposobności dla przestępców.
To tylko niektóre z wniosków płynące z raportu AI & Machine Learning przygotowanego przez Xopero Software S.A. z komentarzami ekspertów z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Tooploox.
AI & Machine Learning – komu to potrzebne?
Podstawowym celem ML jest analiza ogromnych zbiorów danych i automatyzacja jak największej liczby procesów. Coraz częściej sięga się po nią przy projektowaniu systemów bezpieczeństwa IT. Monitorowanie zachowań użytkowników w sieci, analiza parametrów z urządzeń sieciowych i logów użytkowników, analiza behawioralna czy wykorzystanie danych biometrycznych – to tylko kilka aspektów jej wykorzystania.
Nic dziwnego, że rośnie liczba firm wykorzystujących na co dzień inteligentne algorytmy w różnych sferach działania biznesu. Według badań Cisco z 2018 roku 80% średnich firm i 85% korporacji automatyzuje swoje procesy a 75% korzysta z uczenia maszynowego. Ponad 70% średnich i dużych przedsiębiorstw deklaruje również wykorzystanie sztucznej inteligencji.
Machine learning na straży bezpieczeństwa
Wedługa badania Capgemini Research Institute z kolei, do 2020 roku, ponad dwie trzecie firm wprowadzi AI do swoich systemów bezpieczeństwa. Dlaczego aż tyle? Ponieważ w tej dziedzinie, danych do przetworzenia jest nieskończenie wiele. 60% organizacji objętych badaniem zgodnie twierdzi, że wdrożenie inteligentnych algorytmów pomoże im w walce z cyberzagrożeniami dzięki niższym kosztom wykrycia i likwidacji zagrożenia, krótszym czasie reakcji, oraz zwiększeniu dokładności systemów wykrywających malware.
-W jaki sposób rozwiązania oparte na machine learning przewyższają dotąd stosowane metody walki z cyberzagrożeniami? Są wielopoziomowe – tłumaczy Karolina Dzierżyńska, redaktor Centrum Bezpieczeństwa Xopero Software. – Eksperci mają do dyspozycji platformę do behawioralnej analizy zbiorów big data, zestaw metod wykrywania anomalii, mechanizm umożliwiający uzyskiwanie informacji zwrotnej oraz moduł uczenia maszynowego.
Koszt czy oszczędność?
Wprawdzie wdrożenie AI jest drogie, jednak oszczędności w długiej perspektywie czasu mówią same za siebie. Przykład? Samouczący się program w serwerowni Google, który badał systemy podłączonych urządzeń pozwolił na obniżenie kosztów eksploatacji procesów chłodzenia niemal o połowę. Dodatkowo, raz zaprogramowana maszyna pomogła znacząco obniżyć koszty zasobów ludzkich.
Tak naprawdę wykorzystanie elementów sztucznej inteligencji w podstawowych produktach do zabezpieczania sieci, jak chociażby programy antywirusowe, powoduje, że są one dostępne dla każdego – małych firm, a nawet użytkowników domowych.
ML i AI – ograniczenia
Zanim zaczniemy rozważać skorzystanie z rozwiązań ML czy AI, warto zwrócić uwagę na ich ograniczenia. W przypadku problemów o znikomej istotności prawdopodobnie lepiej sprawdzą się tradycyjne metody ich rozwiązania. Podobnie będzie w przypadku niewielkiej ilości danych do analizy – człowiek poradzi sobie z nimi w rozsądnym czasie. Należy również pamiętać, że inteligentne rozwiązania mają swój margines błędu i wymagają kontroli.
Naukowcy z MIT wyodrębnili trzy kolejne czynniki ograniczające samouczenie maszyn w cyberbezpieczeństwie. Wiele firm nie posiada systemu znakowania dotychczasowych ataków, przez co system AI nie ma dostatecznych danych, aby rozpocząć naukę. Praca analityków jest czasochłonna i droga, a systemy – jak nowoczesne i sprawne by nie były – wciąż będą potrzebować nadzoru. Na dodatek, przestępcze oprogramowanie stale ewoluuje – inteligentne oprogramowanie nie zawsze jest w stanie przewidzieć nowatorskie metody hakerów.
Największą barierą wciąż pozostaje czas oraz budżet. Mimo dużych oszczędności, wdrożenie AI wiąże się ze sporą inwestycją, która wymaga czasu, zanim przyniesie zwrot.
Miecz o dwóch ostrzach
Należy również pamiętać, że sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe mogą zostać wykorzystane po drugiej stronie barykady i posłużyć przestępcom do przeprowadzenia ataków opartych o szczegółową analizę danych. Na szczęście, na razie nie są one powszechnie stosowane. Przestępcy wolą bowiem sprawdzone rozwiązania, które przyniosą im zyski szybko i tanio.
InBook S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2008 r., działająca w branży e-commerce, przedstawiła nową strategię rozwoju. Przewiduje ona rozwój segmentu sprzedaży zegarków oraz wprowadzenie nowych linii biznesowych.
Spółka opublikowała nową strategię rozwoju, która opiera się na pięciu podstawowych filarach. Pierwszym z nich jest rozwój segmentu sprzedaży zegarków obejmujący wprowadzenie nowych marek, dywersyfikację produktową oraz zwiększenie zatowarowania umożliwiającego realizację większej liczby zamówień w czasie 24 godzin. Emitent wdroży także selektywne podejście do segmentu książek i rozważy ewentualną sprzedaż działu książek w przypadku wynegocjowania godziwej kwoty transakcji. InBook S.A. chce wprowadzić co najmniej jedną nową linię biznesową sprzedaży detalicznej w zakresie e-commerce oraz co najmniej jedną nową linię biznesową w zakresie handlu hurtowego. Spółka będzie też analizowała rynek i poszukiwała możliwości akwizycji sklepów e-commerce z ofertą komplementarną. Zarząd InBook S.A. jest przekonany, że przyjęcie nowej strategii rozwoju pozwoli na poprawę wyników finansowych oraz osiągnięcie wzrostu wartości.
„Nowa strategia rozwoju ma doprowadzić do realizacji trzech podstawowych celów. Pierwszy to zwiększenie skali działalności, co powinno poprawić warunki zakupowe i umocnić pozycję negocjacyjną wobec kontrahentów. Drugim celem jest znaczący wzrost generowanej marży handlowej, co pozwoli Spółce w przyszłości zostać dywidendową. Ostatni cel stanowi ograniczenie ryzyka biznesowego poprzez dywersyfikację prowadzonej działalności – kilka linii biznesowych. W realizacji tych celów zamierzam korzystać z doświadczeń innych spółek z portfela ABS Investment, takich jak Robinson Europe czy Outdoorzy.pl, które w ostatnich latach przeszły podobną drogę, a dzisiaj są dojrzałymi, atrakcyjnymi spółkami, które płacą dywidendę swoim akcjonariuszom.” -wyjaśnia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki InBook S.A.
W lipcu br. Emitent poinformował o zawarciu umowy kredytowej z Alior Bank S.A. Bank udzielił Spółce kredyt w rachunku bieżącym w kwocie 500 tys. zł z przeznaczeniem na finansowanie bieżącej działalności. Kredyt został udzielony na okres 23 miesięcy – do dnia 30 czerwca 2021 r. Zarząd InBook S.A. uważa, że pozyskanie dodatkowego finansowania umożliwi wzrost skali działalności Spółki.
„Po raz pierwszy w historii InBook posiada istotne środki na rozwój. Zostaną one przeznaczone na realizację opublikowanej strategii. Dzisiejsza sytuacja na rynku wymaga z jeden strony sporej ostrożności w wyborze nowych obszarów działalności, a z drugiej szybkości, odwagi i agresywności, bo zyskuje ten, kto pierwszy zajmie pozycję w konkretnym obszarze produktowym.” – dodaje Prezes Jarosz.
W czerwcu 2019 r. Rada Nadzorcza Spółki powołała Sławomira Jarosza na stanowisko Prezesa Zarządu. Jest on specjalistą w dziedzinie finansowania inwestycji oraz rynku kapitałowego. Od 2011 r. pełni funkcję Prezesa Zarządu ABS Investment S.A. – funduszu kapitałowego specjalizującego się w inwestycjach na rynku NewConnect.
InBook S.A. zakończył 2018 r. zyskiem netto w wysokości 49 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 4.969 tys. zł.
Ulubiony zwyczaj prezydenta Trumpa, polegający na rozstrajaniu rynków finansowych w niekontrolowany sposób za pomocą Twittera, dotychczas nie przyczynił się do gwałtownych ruchów dolara w relacji do pozostałych walut G10. Nieco więcej trudów musiały znieść natomiast waluty gospodarek wschodzących.
Pod koniec ubiegłego tygodnia odbyło się coroczne sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole. Nie przyniosło ono jednak wielu nowych informacji dotyczących kształtu polityki monetarnej w przyszłości, stąd uwaga rynków w najbliższych dniach skupi się na wiadomościach dotyczących handlu zagranicznego. We wrześniu w życie mają wejść nowe opłaty celne, które raz po raz nakładały na siebie nawzajem to Stany Zjednoczone, to Chiny. Niemniej, w momencie pisania niniejszego tekstu ze strony prezydenta Trumpa zaczęły pojawiać się sygnały dążące do osiągnięcia tymczasowego porozumienia z drugą stroną.
Oprócz wypatrywania kolejnych niespodzianek w handlu zagranicznym, w najbliższych dniach rynki finansowe będą zwracać uwagę, czy rosnąca niepewność nie oddziałuje na twarde dane makroekonomiczne. Takie zjawisko, jak dotychczas, częściowo potwierdzają raczej dane z Europy, niż te ze Stanów Zjednoczonych. Nieco więcej zmienności na rynku walutowym pojawi się pod koniec tygodnia – w piątek poznamy odczyty wskaźników inflacji dla USA oraz dla strefy euro.
PLN
Polski złoty nie zdołał uchronić się przed wyprzedażą, której w sierpniu doświadczyły waluty rynków wschodzących. Niemniej, jesteśmy zdania, że waluta Polski ma podstawy do ponownego ożywienia. Warto zwrócić uwagę na rosnącą różnicę w poziomie stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego a Europejskiego Banku Centralnego. Co więcej, dane pochodzące z polskiego rynku pracy przekraczają oczekiwania inwestorów, a wyraźne przyspieszenie wskaźników inflacji oznacza, że gospodarka Polski optymalnie wykorzystuje czynniki wytwórcze, a być może nawet angażuje ich nieco za dużo. Równocześnie nie uważamy, aby Rada Polityki Pieniężnej NBP była skłonna obniżać stopy procentowe. Polski bank centralny, póki co, trzyma stabilny poziom stóp i nie uważamy, żeby miało się to zmienić. Tym samym atrakcyjność złotego w oczach inwestorów może wzrosnąć po oczekiwanych obniżkach stóp procentowych EBC we wrześniu.
GBP
Wydaje się, że ostatnie wiadomości dotyczące negocjacji w sprawie Brexitu zdołały przekonać rynki, że prawdopodobieństwo tzw. no dealu jest przynajmniej odrobinę mniejsze, niż uważają inwestorzy. W ostatnich tygodniach obserwowaliśmy w związku z tym umiarkowane umocnienie funta brytyjskiego. Obecnie uwaga rynków skupiona jest na parlamentarnej opozycji, która zamierza zablokować możliwość Brexitu bez umowy zaraz po powrocie Izby Gmin z wakacyjnej przerwy od obrad (tzw. recess) na początku września. Jesteśmy zdania, że kwestia Brexitu nie może zostać rozwiązana bez wcześniejszego przeprowadzenia ponownych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Po najbliższych tygodniach oczekujemy zatem zwiększonej zmienności w kursie szterlinga. Rynki najpewniej obdarzą jednocześnie mniejszą uwagą (jeżeli w ogóle) dane makro dotyczące aktywności w poprzednich miesiącach.
EUR
Wskaźniki nastrojów biznesowych w strefie euro wydają się stabilizować na poziomach, które są spójne z umiarkowanymi odczytami o wzroście gospodarczym. W bloku walutowym pojawił się jednak bardzo wyraźny dwudźwięk pomiędzy sektorem usług, a sektorem wytwórczym, na którym odbija się niepewność związana z handlem zagranicznym. Niemniej, w ostatnich dniach kurs euro utrzymywał się w dość wąskim korytarzu wahań; obecnie rynki finansowe wyczekują kluczowego spotkania Europejskiego Banku Centralnego. Rada Prezesów EBC spotka się już we wrześniu, a po europejskich decydentach dość powszechnie oczekuje się wprowadzenia nowej rundy bodźców monetarnych. Przed spotkaniem EBC czekamy na piątkowy odczyt dynamiki cen w strefie euro, w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak długo oczekiwanego trendu wzrostowego w inflacji bazowej bloku walutowego.
USD
Dotychczas działalność prezydenta Trumpa w zakresie handlu zagranicznego miała odwrotny skutek od zamierzonego – dolar amerykański zdołał umocnić się jedynie względem walut gospodarek wschodzących. Największą aprecjacją USD może pochwalić się w relacji z juanem chińskim (waluta Chin ma za sobą najgorszy miesiąc od 14 lat). Jednocześnie żadne dane dotyczące handlu międzynarodowego nie wskazują na to, jakoby nowe cła przyczyniły się do zwężenia amerykańskiego deficytu. Co więcej, jakiekolwiek oznaki wyprzedaży w oczywisty sposób nie sprzyjają gabinetowi Trumpa. Spodziewamy się zatem, że w najbliższych tygodniach dojdzie do skutecznego rozwiązania konfliktu na tle handlu zagranicznego, a tym samym waluty gospodarek wschodzących będą w stanie ożywić się w relacji do walut G10.
Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Ebury Polska
Podczas odbywającej się w San Francisco konferencji VMworld 2019 firma VMware ogłosiła, że ich platforma cyfrowego miejsca pracy Workspace ONE otrzyma wsparcie w postaci usług tzw. cyfrowego konsjerża. W jego ramach cyfrowe doświadczenia pracowników wspierać będzie wiele nowych narzędzi, ale trzonem usługi ma być inteligentny wirtualny asystent. Dzięki technologii IBM Watson Workspace ONE stanie się pierwszą na rynku platformą cyfrowego obszaru roboczego, wykorzystującą możliwości sztucznej inteligencji.
Ogłoszone podczas VMworld 2019 US usługi cyfrowego konsjerża mają wesprzeć organizacje w podnoszeniu satysfakcji i produktywności pracowników w trakcie całego cyklu zatrudnienia. Poza rozwiązaniem sztucznej inteligencji wspierającej ludzi w ich codziennych aktywnościach zawodowych, firma VMware ogłosiła szereg pomniejszych usprawnień. Pozwolą one firmowym działom IT w pełni wykorzystać moc automatyzacji do zagwarantowania bezpiecznego dostępu do dowolnej aplikacji, w dowolnej chmurze i na dowolnym urządzeniu i bez względu na lokalizację dla każdego z zatrudnionych w organizacji pracowników
Budowanie pozytywnych cyfrowych doświadczeń pracowników musi być kompleksowe i obejmować działania od zatrudnienia po odejście człowieka z organizacji. Taka strategia musi być trzonem całego procesu wdrożeniowego w zakresie cyfrowego miejsca pracy, bo tylko wtedy gwarantuje sukces. Dzięki ogłoszonym innowacjom VMware zwiększać będzie poziom cyfrowych doświadczeń pracowników. Współpracując z najlepszymi partnerami i dostawcami technologii, jesteśmy gotowi zapewnić pracownikom wszystko, czego potrzebują, aby być produktywnymi w pracy tak teraz, jak i w przyszłości – komentuje Shankar Iyer, wiceprezes VMware ds. rozwiązań dla użytkowników końcowych.
Sztuczna inteligencja wkracza w życie pracowników
Firma VMware ogłosiła, że oparte na algorytmach sztucznej inteligencji nowe usługi mają na celu przede wszystkim uprościć procesy wdrażania nowych pracowników do ich codziennych zadań. Pracownicy będą mieli dostęp do wirtualnego asystenta, bazującego na rozwiązaniu IBM Watson z poziomu platformy aplikacyjnej Workspace ONE Intelligent Hub. Użytkownicy w oparciu o przetwarzanie języka naturalnego będą mogli komunikować się ze swoim asystentem np. w trakcie procesu onboardingu, by uzyskać najważniejsze informacje o nowym miejscu pracy. Workspace ONE będzie tym samym pierwszą na rynku platformą cyfrowego obszaru roboczego, wykorzystującą możliwości wirtualnego asystenta opartego na sztucznej inteligencji.
Na obecnym rynku pracownicy oczekują niczym nieskrepowanych doświadczeń technologicznych. To, co mogą mieć na wyciągniecie ręki w życiu prywatnym musi wspierać ich także w karierze zawodowej. Dzisiaj to już nie tylko dostęp do smartfonów. Chodzi także o możliwość interakcji z wirtualnymi asystentami i chatbotami w celu usprawnienia ich codziennych zadań. Asystent cyfrowy Workspace ONE Intelligent Hub obsługiwany przez IBM Watson nie tylko ułatwi pracownikom znalezienie odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, ale także zapewni zespołom IT i HR czas na realizację strategicznych zadań i rozwój biznesu – mówi Daniel Kloud, wiceprezes ds. strategicznego ekosystemu partnerów w dziale danych i rozwoju SI w firmie IBM.
Dzięki nowej usłudze Workspace ONE Intelligent Hub Virtual Assistant, pracownicy będą mogli sprawnie wykonywać liczne zadania związane z codzienną interakcją z działami IT i HR. Wirtualny asystent wesprze pracowników w samodzielnym rejestrowaniu nowych urządzeń do firmowej sieci, rozwiązywaniu problemów z profilami Wi-Fi czy w zarządzaniu i wybieraniu świadczeń pozapłacowych. Ponadto pracownicy będą mogli korzystać z wirtualnego asystenta Workspace ONE Intelligence Hub, aby uzyskać dostęp do różnorodnych zasobów danej organizacji, w tym poszczególnych regulaminów firmy, lokalizacji biur zdalnych czy procesów innych zespołów.
Bezpieczne zasoby bez ograniczeń
W trakcie konferencji VMworld 2019 US firma ogłosiła, że platforma Workspace ONE Intelligent Hub zostanie wsparta również zaktualizowanym oprogramowaniem Mobile Flows. Rozwiązanie pomoże użytkowników, korzystającym z kilku urządzeń i systemów wykonywać zadania z nimi powiązane z poziomu jednej aplikacji. Eliminuje to potrzebę odwiedzania kilku różnych witryn internetowych lub aplikacji przez użytkowników końcowych podczas wykonywania zadań biznesowych.
Zwiększenie produktywności pracowników poprzez zapewnienie im bezproblemowego dostępu do potrzebnych zasobów ma dzisiaj kluczowe znaczenie dla sukcesu cyfrowego obszaru roboczego. Jednak działy nadal IT muszą mieć kontrolę nad tym, co się dzieje z całym środowiskiem informatycznym firmy. Swoboda dostępu nie może ograniczać możliwości kontrolowanie tego, czy dane urządzenia, aplikacje i systemy pracownika działają prawidłowo. Dlatego Workspace ONE otrzymał wsparcie w postaci platformy Digital Employee Experience Management. Dzięki tej nowej usłudze działy IT będą mogły w czasie rzeczywistym wykrywać i zdalnie usuwać potencjalne problemy, które mogą mieć wpływ na cyfrowe doświadczenia pracowników i bezpieczeństwo danych.
Cyfrowe doświadczenia wzmacniają biznes
Najnowsze badania VMware wykazały, że firmy, które chętnie inwestują w rozwój cyfrowych doświadczeń pracowników, znacznie łatwiej osiągają cele biznesowe i przyciągają uzdolnionych fachowców. Trend ten dotyczy tak krajów zachodniej Europy, jak i polskich firm. W Polsce ponad 75 proc. pracowników uzależnia wybór danej pracy od poziomu cyfrowej wolności, co stanowi wynik średnio o 15 proc. wyższy niż w Niemczech, Francji czy Wlk. Brytanii. Ponadto Polscy respondenci, którzy przyznali, że ich organizacja daje im możliwość pracy zdalnej oraz dostęp do nowych technologii, znacznie częściej wskazywali, że są dumni ze swojego miejsca pracy, w porównaniu z respondentami, których firma nie pozwala na taką swobodę (82 proc. w porównaniu do 18 proc).
30 proc. pracujących milenialsów z Polski uważa, że przemysł 4.0 będzie dla nich barierą na rynku pracy. Na świecie obawia się tego prawie połowa przedstawicieli pokolenia Y. Jak zauważają autorzy badania Deloitte „Global Millennial Survey 2019”, pesymizm wśród milenialsów jeszcze nigdy nie był na tak wysokim poziomie. Zdaniem ekspertów przyczyna tkwi w czasach, w których przyszło im dorastać. Wchodzenie w dorosłość w okresie szybkiej transformacji pozostawiło poczucie niepewności jutra i pesymistyczne nastawienie do postępu gospodarczego i społecznego.
Deloitte zapytał o opinię prawie 13 500 osób z 42 krajów, z czego 300 ankietowanych pochodzi z Polski. Respondenci to osoby urodzone między styczniem 1983 roku a grudniem 1994 roku. W celu wygenerowania bardziej kompleksowej perspektywy całego pokolenia tegoroczne badanie zostało rozszerzone i objęło bardziej zróżnicowaną grupę uczestników, w tym 31 proc. (globalnie) osób, które nie były zatrudnione na pełen etat oraz 34 proc. osób, które nie posiadały wyższego wykształcenia.
Lista ambicji
Milenialsi nie są mniej ambitni od przedstawicieli innych pokoleń, jednak ich priorytety uległy zmianie lub zweryfikowała je rzeczywistość, np. ograniczenia finansowe. I to właśnie finanse są na szczycie listy ambicji polskich przedstawicieli pokolenia Y. To cel 59 proc. z nich. Co ciekawe, aż 67 proc. milenialsów uważa, że to możliwe do osiągnięcia. Na drugim miejscu są podróże – cel 58 proc. ankietowanych. – Te dwa pierwsze wyniki budzą moje zainteresowanie, gdyż są dokładnie odwrotne od globalnych. Dla 57 proc. ankietowanych na świecie priorytetem jest zwiedzanie świata. Co ciekawe bardziej są tym zainteresowane kobiety (62 proc.) niż mężczyźni (51 proc.). Dopiero 52 proc. marzy o zamożnym życiu. Co ważne, to co do tej pory uznawaliśmy za swego rodzaju oznakę dorosłości, czyli kupno domu lub założenie rodziny, nie znajduje się na szczycie listy priorytetów – mówi Anna Łukawska, Menedżer w zespole employer brandingu w Deloitte.
O zakupie domu myśli jedynie 54 proc. (49 proc. globalnie) ankietowanych, a założenie rodziny planuje 47 proc. (39 proc. globalnie).
Czego obawiają się najbardziej
Wyniki z Polski różnią się także od globalnych odpowiedzi dotyczących obaw pokolenia Y. Polscy milenialsi najbardziej obawiają się terroryzmu. Takiej odpowiedzi udzieliło aż 34 proc. ankietowanych. Globalnie tak odpowiedziało jedynie 19 proc. badanych. Na drugim miejscu jest brak stabilności politycznej, wojny i konflikty – 29 proc. (globalnie 18 proc.), za nimi natomiast zmiany klimatyczne i ochrona środowiska – 27 proc. – które z kolei otwierają globalną listę obaw (29 proc.).
– Terroryzm jako obawa nr 1 w Polsce, czyli kraju, który przecież nie doświadczył zamachów takich jak te w Londynie czy Madrycie, może oznaczać, że Polacy są zapobiegliwi. Niemniej, także w globalnych wynikach terroryzm, wojny i konflikty są wysoko, w pierwszej siódemce, co sugeruje, że bezpieczeństwo jest dla naszych ankietowanych najważniejsze. Warto też odnotować, że podobne obawy częściej miały osoby z wyższym wykształceniem. Absolwenci szkół średnich bardziej obawiają się bezrobocia czy złej opieki zdrowotnej – mówi Anna Łukawska.
Pewnego rodzaju trudna miłość łączy milenialsów z social mediami. Doceniają fakt, że strony internetowe i aplikacje społecznościowe pozwalają ludziom pozostać w kontakcie i uzyskiwać dostęp do informacji, ale też zauważają, że mogą być one narzędziem nadużyć. Z tym wiążą swoje największe obawy dotyczące social mediów – aż 79 proc. milenialsów w Polsce i na świecie obawia się, że padnie ofiarą oszustwa internetowego. Kolejne 78 proc. (76 proc. globalnie) nie ufa sposobom, w jaki organizacje uzyskują informacje na ich temat w kanałach społecznościowych. Przedstawiciele pokolenia Y zauważają tu znacznie więcej wad. 57 proc. polskich milenialsów (64 proc. globalnie) uważa, że ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych pozytywnie wpływa na zdrowie fizyczne, a aż 62 proc. (60 proc. globalnie) jest zdania, że przekłada się na ich poczucie szczęścia.
Milenialsi pozbawieni złudzeń co do sytuacji polityczno-gospodarczej
Wśród milenialsów w Polsce o 17 p. proc spadła rok do roku liczba tych, którzy wierzą, że w ciągu 12 miesięcy poprawi się sytuacja społeczno-polityczna (25 proc.) w kraju, a o 4 p. proc. tych, którzy mają takie przekonania odnośnie sytuacji gospodarczej (26 proc.). Także globalnie widać ogromny spadek tych nastrojów. Tylko 26 proc. respondentów oczekuje poprawy sytuacji gospodarczej w ich krajach w nadchodzącym roku.
Ta liczba do tej pory nie spadła poniżej 40 proc., a w ostatnich dwóch latach wyniosła nawet 45 proc. Podobnie z ocenami sytuacji społeczno-politycznej. W tym roku mniej niż jedna czwarta (22 proc.) przedstawicieli pokolenia Y zadeklarowała, że spodziewa się poprawy w swoich krajach w ciągu 12 miesięcy. Jeszcze rok temu uważało tak 33 proc. badanych.
Tegoroczne badanie pokazuje, że ubiegłoroczny spadek opinii nt. pozytywnego wpływu biznesu na społeczeństwo nie był odchyleniem od normy. Rok do roku liczba takich opinii spadła wśród polskich milenialsów z 58 do 51 proc. Spadek – i to spory – jest też widoczny w globalnych wynikach. Przez 4 lata z rzędu wynik ten kształtował się na poziomie 70 proc., w 2018 roku spadł do 61 proc., a w tym roku liczba respondentów, którzy powiedzieli, że biznes ma pozytywny wpływ na społeczeństwo spadła do zaledwie 55 proc. Według ekspertów Deloitte na globalne wyniki szczególnie wpłynęły odpowiedzi ankietowanych z krajów wschodzących, które spadły z 85 proc. dwa lata temu do 61 proc. obecnie. W tym samym okresie dojrzałe rynki, odnotowały spadek o 16 p. proc. Po części to także efekt coraz powszechniejszej opinii, że firmy koncentrują się na swoich własnych celach, a nie problemach społeczeństwa. Z tą opinią zgadza się 76 proc. badanych na świecie (wzrost rok do roku o 1 p. proc.). Co ciekawe, milenialsi w Polsce mają inne zdanie. Liczba osób, które uważają, że biznes skupia się wyłącznie na sobie spadła z 77 proc. w ubiegłym roku do 54 proc. obecnie.
Wpływ przemysłu 4.0
Na tle globalnych wyników Polacy okazują się być jednak nie aż takimi pesymistami w postrzeganiu własnych szans w erze przemysłu 4.0. Jedynie 28 proc. ankietowanych z Polski, pracujących w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin i 27 proc. niepracujących uważa, że przemysł 4.0 utrudni im znalezienie lub zmianę pracy, podczas gdy globalnie odpowiedziało tak odpowiednio 46 proc. i 45 proc. ankietowanych.
Większe obawy Polacy mają jeśli chodzi o posiadane odpowiednich umiejętności. Podczas gdy globalnie 81 proc. zatrudnionych i 65 proc. bezrobotnych uważa, że ma umiejętności wymagane w środowisku pracy kształtowanym przez przemysł 4.0, w Polsce odpowiedziało tak odpowiednio 79 i 62 proc. badanych.
– Z całą pewnością – i to przyznają nasi ankietowani – siły przemysłu 4.0 wpłynęły na rynek pracy. Technologie cyfrowe zmieniły w ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele stanowisk pracy. Milenialsi uczyli się korzystać z technologii, które nawet nie istniały, gdy wchodzili na rynek pracy. Można więc powiedzieć, że ustawiczne kształcenie jest nie tyle warunkiem awansu, co przetrwania w miejscu pracy. Jednocześnie zapotrzebowanie na kształcenie rośnie, gdyż każde stanowisko podlega zmianom – mówi Sylwia Dębińska, Lider zarządzania talentami w Deloitte.
Burzenie norm, ale nie nad Wisłą
Radykalne zmiany, jak wzrost nierówności ekonomicznych, rozwój mediów społecznościowych czy technologie przemysłu 4.0, nałożyły na pokolenie Y na świecie i młodsze generacje trudności ekonomiczne, społeczne i być może psychologiczne. Milenialsi bywają nazywani „pokoleniem zaburzonym”, ale ich zachowania i wybory, jak choćby późniejsze zakładanie rodziny czy posiadanie mniejszej liczby dzieci – również zakłócają gospodarkę i społeczeństwo. Więcej niż kiedykolwiek – 49 proc. badanych – gdyby mogło, zrezygnowałoby z obecnej pracy w ciągu najbliższych dwóch lat. Ta liczba wzrosła rok do roku o 11 p. proc. Nie są to tylko deklaracje – mniej więcej jedna czwarta osób, które tak odpowiedziały zwolniła się z pracy w ciągu ostatniego roku. W Polsce ten trend jest odwrotny, a liczba osób, które zwolniłyby się z pracy w ciągu najbliższych dwóch lat spadła rok do roku z 51 proc. do 41 proc. Na czele listy przyczyn skłaniających do odejścia z firmy w tak krótkim czasie są niezadowolenie z wynagrodzenia oraz brak możliwości awansu i rozwoju zawodowego.
Z 20 proc. do 35 proc. wzrosła natomiast liczba polskich milenialsów, którzy spodziewają się zostać w obecnej firmie przez pięć lub więcej lat. Globalnie ten wynik pozostał na poziomie 28 proc.
– Zauważyliśmy silne korelacje pomiędzy tymi, którzy nie chcą zmieniać pracy, a tymi, którzy twierdzą, że ich firmy osiągają najlepsze wyniki finansowe, wpływ na społeczność, rozwój talentów oraz różnorodność i integrację społeczną. To znajduje odzwierciedlenie w raporcie Deloitte „Global Human Capital Trends”, gdzie prawie połowa liderów biznesu i HR stwierdziła, że kwestie związane z przedsiębiorstwami działającymi według modelu biznesu odpowiedzialnego 4.0 są ważniejsze dla ich organizacji niż trzy lata temu – mówi Sylwia Dębińska. – Przełomowe zmiany stanowią siłę napędową wzrostu i oferują nowe możliwości, lecz stanowią także źródło niepewności dla młodszych pracowników. Każde pokolenie znajduje się pod wpływem okoliczności, w których funkcjonuje i pokolenie Y nie jest tu wyjątkiem – dodaje ekspertka Deloitte.
Aktualny spokój rynków bazuje na braku odpowiedzi na pytanie, czy rozmowa telefoniczna między USA i Chinami w sprawie wznowienia rozmów handlowych miała miejsce czy nie? Prezydent Trump zapewnia, że tak. Chiny twierdzą, że do niczego nadzwyczajnego nie doszło. Inwestorzy zaczynają być sceptyczni, ale najwyraźniej są też zbyt zmęczeni całą huśtawką i wolą czekać w miejscu na nowe informacje.
W obliczu przedweekendowej decyzji USA o podwyższenia ceł importowych na chińskie towary zanosiło się dominację trybu risk-off na rynkach w tym tygodniu. Jednak zwrot przyniosły zapewnienia prezydenta Trumpa, że strona chińska telefonicznie zwróciła się do strony amerykańskiej z prośba o wznowienie negocjacji. Problem w tym, że rzecznik chińskiego MSZ, który zwykle informuje media o wszelkich rozmowach stron, powiedział, że nie posiada wiedzy na temat żadnej rozmowy telefonicznej. Wątpliwości co do rozmowy telefonicznej wyraził też wydawca chińskiej gazety Global Times, który zwykle jest bardzo dobrze poinformowany. Według jego informacji, strony utrzymują tylko kontakt na poziomie technicznym i nie doszło do rozmowy między głównym kierownictwem sztabów. Mimo to Trump upiera się, że rozmowa miała miejsce z wicepremierem Chin.
Jesteśmy w delikatnej sytuacji, w której nikt nikogo nie chce nazwać kłamcą, a na pewno nie osobę, która potrafi szybko wpaść w gniew. Jednocześnie jednak inwestorzy nie wiedzą, gdzie leży prawda? Czy Chińczycy zadzwonili do Amerykanów czy nie? Czy nadzieje na postęp w negocjacjach powinny się tlić, czy trzeba je zdmuchnąć? W chwilach podwyższonej niepewności opcje zwykle są dwie: albo uciekać z rynku, albo spokojnie stanąć z boku. Biorąc pod uwagę huśtawkę z końcówki piątkowego handlu i zawirowań za czasu sesji azjatyckiej w poniedziałek, element paniki już się dokonał. Stąd bierze się obecna stabilizacja. Szczególnie, że w piątek inwestorzy obawiali się czegoś gorszego niż zaostrzenia polityki celnej. Trump nieformalnie sugerował, aby amerykańskie firmy szykowały się do wycofania działalności z Chin – prezydent powiedział, że może powołać się na ustawę International Emergency Economic Powers Act z 1977 r., na podstawie której może zakazać firmom współpracę z Chinami. Ostatecznie akt wykonawczy nie został uruchomiony. Na tym tle wyższe cła wydają się czymś „dobrym”? Czasami nie potrafię zrozumieć logiki uczestników rynku, ale po tak burzliwym miesiącu jestem w stanie zrzucić to na karb ogólnego zmęczenia zaskakującymi zwrotami akcji. Jeszcze tylko cztery dni handlowe do końca sierpnia i (miejmy nadzieję) powrotu regularnej płynności. Wytrzymamy.
Zwiększenie możliwości przeładunkowych, większe wpływy do budżetu państwa i wzmocnienie pozycji polskich portów w regionie Morza Bałtyckiego – to cele trzech strategicznych inwestycji portowych, których łączny koszt jest szacowany na ok. 19,5 mld zł. Przyjęta niedawno specustawa portowa ma skrócić ich realizację o około trzy lata. Jak podkreśla minister Marek Gróbarczyk, wypracowanie dominującej pozycji polskich portów wymaga m.in. poprawy dostępu i budowy połączeń komunikacyjnych od strony lądu.
Zwiększenie potencjału przeładunkowego polskich portów ma strategiczne znaczenie dla gospodarki i wpływów budżetowych. W ubiegłym roku przeładunki w samym Porcie Gdańsk wzrosły o 20,7 proc. rok do roku. Z kolei wpływy do budżetu ze wszystkich portów z tytułu ceł, podatków i akcyzy sięgnęły 40,6 mld zł. Dla porównania w 2011 roku było to ok. 10 mld zł.
– Mamy obecnie niezwykle dobrą koniunkturę w zakresie rozwoju portów. W zeszłym roku przekroczyliśmy 100 mln ton w przeładunkach. To jest wynik niespotykany w historii. Jest to dobry czas, żeby rozpocząć inwestycje na szeroką skalę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.
Na początku sierpnia parlament przyjął specustawę o inwestycjach w zakresie budowy portów zewnętrznych (powstających w wyniku zalądowienia obszarów morskich). Obejmuje ona porty z ponad 95-proc. udziałem Skarbu Państwa, które mają strategiczne znaczenie dla gospodarki, czyli port w Gdańsku, Gdyni oraz zespół portów Szczecin i Świnoujście. Dalszy rozwój tych portów wymaga zwiększenia ich możliwości przeładunkowych dzięki miliardowym inwestycjom: budowie Portu Centralnego w Gdańsku, Portu Zewnętrznego w Gdyni i głębokowodnego terminalu kontenerowego w Świnoujściu.
– To są inwestycje, które ujęliśmy w specustawie o rozbudowie portów morskich. Ma ona za zadanie bezwzględnie przyspieszyć cały proces inwestycyjny, a przede wszystkim proces uzgodnieniowy, tak aby w jak najszybszym tempie zrealizować te inwestycje. Jest dla nas priorytetem, aby realizacja zadania zakończyła się w ciągu siedmiu lat – mówi Marek Gróbarczyk. – Nowe przepisy dotyczą elementów formalno-prawnych, czyli całego procesu inwestycyjnego, uzyskania pozwoleń środowiskowych i pozwoleń na realizację inwestycji. Ten okres zostanie skrócony o około trzy lata.
Nowe przepisy zakładają m.in., że decyzja lokalizacyjna dla inwestycji w portach zewnętrznych będzie wydawana przez wojewodę na wniosek inwestora (podmiotu zarządzającego portem morskim lub dyrektora urzędu morskiego), a na jej wydanie wojewoda będzie miał miesiąc. Łatwiej będzie uzyskać także decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach do realizacji takich inwestycji, poza tym specustawa wprowadza również m.in. przepisy szczegółowo regulujące kwestie odszkodowań za wywłaszczone grunty.
Szacuje się, że łączny koszt tych inwestycji sięgnie nawet 19,5 mld zł, przy czym z największymi kosztami (ok. 12 mld zł) będzie się wiązać budowa Portu Centralnego w Gdańsku.
– Te inwestycje są potrzebne, żeby konkurować z portami regionu i odgrywać w nim dominującą rolę. Naszym celem nie jest te 100 mln ton przeładowanych towarów, ale podwojenie tej liczby. Wtedy będziemy odgrywali dominującą rolę nie tylko na Morzu Bałtyckim, lecz także w całej Europie – mówi Marek Gróbarczyk.
Jak podkreśla, zbudowanie dominującej pozycji polskich portów w regionie wymaga także m.in. poprawy dostępu i budowy połączeń komunikacyjnych od strony lądu.
– Są już prowadzone prace w zakresie modernizacji dostępu kolejowego, bo dla ruchu kontenerowego i dostępu od strony lądu jest to podstawa W przypadku Szczecina i Świnoujścia realizowana jest już także Odrzańska Droga Wodna – niezwykle ważna dla polepszania ruchu i dostępu do portów. Budowa toru żeglugowego o głębokości 12,5 m ze Świnoujścia do Szczecina zwiększy możliwości przeładunkowe portu w Szczecinie i w Świnoujściu oraz dostęp od strony morza – mówi minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.
Dzięki podpisanej pod koniec lipca umowie przebudowane zostaną stacje Szczecin Port Centralny i Świnoujście, dzięki czemu porty będą mogły obsługiwać dłuższe pociągi, a więc i więcej towarów. Inwestycja obejmie także terminal kontenerowy Ostrów Grabowski na terenie Portu Szczecin oraz tory zdawczo-odbiorcze na terenie Portu Świnoujście.