Revolut oficjalnie wkracza do Polski

Revolut oficjalnie wkracza do Polski. Konsumenci, którzy zechcą poświęcić trzy minuty na ściągnięcie aplikacji i założenie konta uzyskają dostęp do bezpłatnych przelewów krajowych i międzynarodowych oraz opcji płacenia za granicą bez prowizji i dodatkowych opłat.

Fintech z Londynu obiecuje rzucić wyzwanie dużym polskim bankom, zerwać z ograniczeniami i biurokracją oraz wyeliminować ukryte opłaty bankowe. Do końca roku chce przekonać do swoich usług 150.000 Polaków.

Nikolay Storonsky, założyciel i Prezes Revolut powiedział:

Nikolay Storonsky, założyciel i Prezes Revolut
Nikolay Storonsky, założyciel i Prezes Revolut

“Zauważyliśmy, że największe polskie banki budują produkty i doświadczenie pełnej bankowości mobilnej w sposób powolny. Jesteśmy tu by dostarczyć polskim konsumentom alternatywę w postaci innowacyjnej bankowości i łatwy dostęp do usług finansowych dla każdego, kto chce zwiększyć bezpośrednią kontrolę nad swoimi finansami.

Chcemy nie tylko przedefiniować tradycyjne usługi finansowe, ale oprzeć je całkowicie na technologii, oferując cyfrowy portfel do zarządzania domowym budżetem i kategoryzacji wydatków, rozszerzony zakres bezpieczeństwa, z opcją zablokowania i odblokowania karty na jedno kliknięcie czy kontrolą dostępu opartą na geolokalizacji.”

Revolut pozwala użytkownikom na skonfigurowanie aplikacji i zdalne założenie konta w niecałe trzy minuty. W kolejnym kroku mogą doładować konto, wysłać darmowy przelew za granicę lub do Polski, wymienić część środków na jedną z 25 walut po kursie międzybankowym, lub zapłacić zbliżeniowo kartą MasterCard lub Visa, na całym świecie, unikając kosztów przewalutowania na jedną ze 130 walut lokalnych.

Karol Sadaj
Karol Sadaj

Zaplecze Revolut w Polsce to duży zespół wsparcia klienta zlokalizowany w centrum usług w Krakowie. To również świeżo mianowany country manager, Karol Sadaj, który dołączył do Revolut w lutym 2018 roku. Wcześniej pełnił funkcję szefa marketingu Uber w Polsce, pracował w Google, PepsiCo i Philip Morris. Lokalne biuro Revolut będzie odpowiedzialne za zarządzanie wzrostem biznesu na polskim rynku i inspirowanie rewolucji bankowej w Polsce.

Dynamicznie rozwijający się fintech jest przekonany, że może stać się platformą do samodzielnego zarządzania całością finansowych aktywności i potrzeb. Ułatwić to mają usługi oparte na geolokalizacji, jak ubezpieczenie podróżne aktywujące się przy przekraczaniu granicy czy łatwy dostęp do portfela kryptowalut. Klienci Revolut mogą już dziś jednym kliknięciem kupować, przechowywać lub wymieniać Bitcoina, Litecoina i Ethereum.

Od założenia firmy w lipcu 2015 roku, innowacyjny fintech przekonał do siebie ponad 1.500.000 użytkowników i przeprocesował transakcje o wartości ponad 10 miliardów dolarów. Choć na marketing nie wydał jeszcze ani jednej złotówki, Revolut z dumą obsługuje już ponad 50.000 polskich użytkowników. Firma jest przekonana, że do końca roku może obsługiwać w Polsce 150.000 klientów.

Dla branży logistycznej pracownicy ze Wschodu oznaczają być albo nie być. Konieczne są ułatwienia w zatrudnianiu i wyższe zarobki

Dla branży logistycznej pracownicy ze Wschodu oznaczają być albo nie być. Konieczne są ułatwienia w zatrudnianiu i wyższe zarobki 1

Do 2050 roku na rynku pracy zabraknie około 10,6 mln osób w wieku 18–44 lat. Może to wyrównać migracja 4,5 mln pracowników ze Wschodu – wynika z danych Deloitte. W 2017 roku zostało wydanych 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, z czego 94 proc. dla Ukraińców. Pracownicy ze Wschodu potrzebni są zwłaszcza w branży logistycznej, dla której są oni gwarantem rozwoju. Konieczne są dalsze ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców ze Wschodu i godziwe warunki zatrudnienia. Bez tego cudzoziemcy wybiorą kraje zachodniej Europy – ocenia Grzegorz Szenejko z Optimum GO.

 Rynek pracy w Polsce na tyle mocno się rozwija, że mamy duży deficyt pracowników, więc uzupełniamy go pracownikami ze Wschodu. W Polsce przy obecnej stopie bezrobocia, kto chciał pracować, to już pracuje. Cała Europa jest na dużej fali wzrostu, budujemy dużo magazynów, centrów logistycznych i fabryk. Wszędzie są potrzebne ręce do pracy, a tych rąk w Polsce brakuje. Wybór jest więc taki, że albo zatrudniamy pracowników ze Wschodu, albo nie robimy nic, bo albo nie ma kto budować, albo nie będzie miał kto pracować w miejscach, które wybudujemy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Szenejko, prezes Optimum GO.

Według GUS stopa bezrobocia w styczniu wyniosła 6,9 proc. Wprawdzie była o 0,3 pkt proc. wyższa niż w grudniu, ale i tak są to rekordowe niskie wskaźniki. Na deficyt pracowników skarżą się firmy z niemal każdej branży. Dlatego coraz chętniej sięgają po pracowników zza wschodniej granicy.

W 2017 roku, jak wynika ze wstępnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, wydano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom dla ok. 1,1 mln cudzoziemców z sześciu państw. To oznacza niemal 40-proc. wzrost względem 2016 roku pod względem liczby oświadczeń. Zdecydowana większość, bo 85 proc. zezwoleń na pracę i 95 proc. oświadczeń trafia do obywateli Ukrainy. Na kolejnych miejscach znajdują się obywatele Białorusi, Mołdawii, Indii, Nepalu, Turcji, Armenii, Chin i Wietnamu.

Pracownicy z Białorusi i Ukrainy dla branży logistycznej to być albo nie być. Branża logistyczna jest druga pod względem rekrutacji po IT, czyli mamy bardzo duże potrzeby i bardzo mało wykwalifikowanej kadry gotowej podjąć pracę. Potrzebujemy kierowców, magazynierów, pakowaczy, całą otoczkę transportu – podkreśla Szenejko. – Polska ma w rękach ćwierć rynku europejskiego. Mamy szansę na więcej, ale musimy mieć potencjał rozwoju, a to oprócz parku maszynowego, magazynów logistycznych i całej infrastruktury są ludzie, których nam brakuje.

Polska jest potęgą na europejskim rynku transportowym. Rodzime firmy mają w nim około 25-proc. udział, a według prognoz firmy doradczej PwC do 2025 roku przewozy międzynarodowe będą rosnąć w tempie 1,8–2,2 proc. rocznie. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrósł z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku). Branża boryka się jednak z problemami, zwłaszcza kadrowymi, które już teraz sięgają 100 tys. wakatów dla zawodowych kierowców.

Z „Barometru Imigracji Zarobkowej”, opracowanego w II półroczu 2017 roku przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service, wynika, że już co piąta firma planuje rekrutować pracowników ze Wschodu, a w gronie dużych przedsiębiorstw ten odsetek sięga 42 proc. Kluczowe jednak zdaniem eksperta będzie ułatwienie w zatrudnianiu i podniesienie zarobków.

Albo ułatwimy im przyjazd do naszego kraju i potraktujemy tak, jak traktujemy pracowników z Polski, czyli zapłacimy im tyle samo i damy godziwe warunki zatrudnienia, albo się nie będziemy dalej rozwijać, a pracownicy pojadą na Zachód. Relatywnie pracownikom z Ukrainy i Białorusi dużo łatwiej jest przyjechać do Polski niż do Niemiec czy Francji. Czy to wykorzystamy, zależy w równym stopniu od firm, co od naszych ustawodawców. My powinniśmy ich zatrudniać i dawać godziwe warunki pracy, a cała otoczka prawna powinna ułatwiać ich zapraszanie – przekonuje Grzegorz Szenejko.

Z danych Upper Job wynika, że oczekiwania płacowe Ukraińców rosną. 56 proc. chce zarabiać co najmniej 3 tys. zł netto, a co piąty – ponad 5 tys. zł. Badania tej firmy potwierdzają, że na razie Polska jest dla nich najatrakcyjniejszym rynkiem. Mimo zliberalizowania przepisów wizowych UE 80 proc. pracowników przekraczających granicę chciałoby zostać w Polsce.

Opracowano skuteczną terapię dla chorych na złośliwego raka wątroby. Trwają prace nad przeniesieniem medycyny jądrowej do szpitali

Opracowano skuteczną terapię dla chorych na złośliwego raka wątroby. Trwają prace nad przeniesieniem medycyny jądrowej do szpitali 2

Leczenie złośliwych zmian nowotworowych w wątrobie to wyzwanie dla współczesnej medycyny, zwłaszcza że klasyczna chemioterapia często nie przynosi skutków. Dla takich pacjentów rozwiązaniem może być radioembolizacja, czyli podanie promieniotwórczego izotopu itru bezpośrednio w miejsce występowania zmian. Dzięki reaktorowi jądrowemu MARIA możliwe jest nie tylko wytworzenie specjalistycznych preparatów, lecz także ich przystosowanie do zastosowania w szpitalach. Nowotwory są drugą przyczyną zgonów na świecie. Rak wątroby rocznie powoduje śmierć blisko 790 tys. osób.

– Reaktor jądrowy to nie tylko prace związane z energetyką jądrową, ale to też działalność pro medyczna i z takim zamysłem powstaje nowe laboratorium radiobiologiczne. Będziemy współpracować w charakterze naukowym ze szpitalami, żeby poznawać efekty procesów terapeutycznych, bazujących na przygotowywanych w reaktorze Maria preparatów radioaktywnych – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Michał Gryziński, dyrektor Departamentu Eksploatacji Obiektów Jądrowych Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

Reaktory jądrowe nie służą już tylko do badań. To dzięki nim możliwe jest powstanie innowacyjnych leków i terapii, które działają tam, gdzie inne dostępne metody nie zdają rezultatów. Dla pacjentów z nieoperacyjnym rakiem wątroby szansą jest radioembolizacja, czyli selektywna wewnętrzna radioterapia (SIRT). Promieniotwórczy izotop itru podawany jest bezpośrednio w miejsce występowania zmian nowotworowych. Metoda nie uszkadza zdrowych tkanek i pozwala wydłużyć życie pacjenta.

Terapia radioembolizacji wątroby i produkcja specjalnych preparatów zawierających Itr 90 albo Holm 166, wykorzystywanych podczas terapii radioembolizacji wątroby, jest rozwijana przez Narodowe Centrum Badań Jądrowych. W Świerku powstaje specjalistyczne laboratorium, dzięki któremu w Polsce będzie możliwe nie tylko szkolenie specjalistów, ale również prowadzenie badań i szukanie optymalnych form terapii.

Tradycyjne leczenie, czyli chemioterapia, często nie daje żadnych rezultatów. Choć pozwala zniszczyć większość komórek nowotworowych, te, które zostają mogą zainicjować dalsze podziały i w efekcie przerzuty. Średnią skuteczność chemioterapii w Europie szacuje się na 60 proc. Radioembolizacja pozwala zaś zmniejszyć guzy wątroby i tym samym umożliwić ich operację. Zabieg zmniejsza też remisję choroby o ponad 30 proc.

– Nie ma żadnej innej techniki medycznej powodującej wyleczenie złośliwego nowotworu wątroby. Jest to bardzo szybko postępujący nowotwór, natomiast w reaktorze produkujemy preparaty, które mogą znaleźć zastosowanie w szpitalach w Polsce, jak i za granicą, m.in. w Holandii i w Niemczech – twierdzi przedstawiciel NCBJ.

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że nowotwory są druga przyczyną zgonów na świecie. Z ich powodu rocznie umiera blisko 9 mln osób. Zabójczy jest przede wszystkim rak płuc i rak wątroby. W Europie nowotwory wątroby odpowiadają nawet za 20 proc. zgonów. Często rozpoznawany jest też wtórny rak wątroby, czyli przerzuty z nowotworu jelita grubego.

Raport „Global Nuclear Medicine Market Analysis & Trends” wskazuje, że do 2025 roku rynek medycyny nuklearnej będzie wart 11,3 mld dol., a tempo wzrostu co roku będzie dwucyfrowe.

Co piąty Polak planuje na Wielkanoc wydać więcej niż przed rokiem. Większość spędzi święta w domu

Co piąty Polak planuje na Wielkanoc wydać więcej niż przed rokiem. Większość spędzi święta w domu 3

W tym roku Polacy wydadzą na Wielkanoc średnio ok. 526 zł. W porównaniu z 2017 rokiem to o 126 zł więcej – wynika z cyklicznego badania przeprowadzonego dla Providenta, największej instytucji pożyczkowej w Polsce. 4 proc. konsumentów planuje wydatki powyżej 1 tys. zł. Z roku na rok rośnie też popularność obdarowywania najbliższych z okazji świąt wielkanocnych. Co drugi pytany spodziewa się prezentu lub planuje go kupić. Tradycjonalistami jesteśmy za to pod względem sposobów spędzania świąt – większość Polaków spędzi ten czas w domu z najbliższymi.

W badaniu Barometr Providenta w ubiegłym roku Polacy deklarowali, że na Wielkanoc wydadzą ok. 400 zł. W tym roku będzie to średnio 526 zł. 21 proc. badanych spodziewa się, że ich wydatki w tym roku zauważalnie wzrosną.

– W poprzednich latach nie widzieliśmy tak istotnego skoku wydatków jak w tym roku. Upatrujemy w tym dwóch przyczyn. Po pierwsze, rośnie świadomość konsumencka co do zasobności własnego portfela, czyli czujemy się finansowo trochę bezpieczniej, zauważamy, że mamy w portfelu więcej środków. Jednocześnie rośnie także świadomość podwyżek cen, czyli uważamy, że jest nieco drożej, dlatego ta deklarowana suma także jest wyższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska

Najwyższe wydatki deklarują osoby zamożne. Grupa konsumentów, która planuje wydać ponad tysiąc zł, nie jest jednak liczna – to tylko 4 proc. pytanych. 12 proc. badanych przeznaczy na ten cel nie więcej niż 200 zł. To zwykle osoby powyżej 59 roku życia i samotne. Co trzecia osoba nie wie jeszcze, ile pieniędzy pochłoną świąteczne zakupy.

– Jest to bardzo znamienne, bo oznacza, że Polacy nie planują takich wydatków z wyprzedzeniem. Wydatki związane ze świętami wielkanocnymi, Bożym Narodzeniem czy wyjazdem wakacyjnym zdarzają się co roku i powinniśmy je planować wcześniej, żeby uniknąć niemiłych niespodzianek finansowych – zauważa Anna Karasińska.

Co dziesiąty Polak deklaruje, że wydatki związane ze świętami wielkanocnymi będą znacznym obciążeniem dla jego budżetu, a ich organizacja jednym z największych wydatków, które poniesie w tym roku. Kluczem do uniknięcia finansowych problemów jest planowanie budżetu domowego.

– Na takie wydatki powinniśmy oszczędzać już dużo wcześniej i unikać działania według zasady „zastaw się, a postaw się”. Te wydatki i wszelkie związane z nimi decyzje finansowe powinny być przemyślane – podkreśla Anna Karasińska.

Decyzję o ewentualnej pożyczce warto podejmować po przeanalizowaniu swoich potrzeb, a także możliwości spłaty pożyczonej kwoty.

– Za każdym razem sprawdzajmy wysokość raty, oprocentowania, całość kosztów, które wiążą się z tą pożyczką, i dostosowujmy je do swoich możliwości –radzi Anna Karasińska.

Polacy planują wydatki nie tylko na artykuły spożywcze, lecz także na prezenty. Rośnie popularność obdarowywania najbliższych prezentami od zajączka. W ubiegłym roku wydatki na wielkanocne prezenty deklarowało 37 proc. pytanych, w tym roku jest to już 49 proc. To nowość w świątecznej tradycji, ale za to pod względem sposobów na spędzenie Wielkiej Nocy Polacy są tradycjonalistami. Większość spędzi ją z rodziną.

– Siedmiu na dziesięciu badanych spędzi święta w domu, w gronie własnej rodziny, natomiast czterech na dziesięciu planuje wizyty u znajomych i przyjaciół. Tylko bardzo niewielki odsetek (2 proc.) planuje wyjazdy wypoczynkowe – mówi Anna Karasińska.

Rozwiązania fintech rewolucjonizują bankowość i zakupy w internecie. Za dwa lata będzie z nich korzystać połowa Polaków

Rozwiązania fintech rewolucjonizują bankowość i zakupy w internecie. Za dwa lata będzie z nich korzystać połowa Polaków 4

Polski rynek fintechów, czyli innowacyjnych firm z pogranicza finansów i nowych technologii, należy do największych w Europie Środkowo-Wschodniej. Jego wartość szacuje się na niemal 860 mln euro. Już teraz co piąty Polak korzysta z rozwiązań fintechowych, a do 2020 roku będzie to niemal 50 proc. Ich dynamiczny rozwój wymusza zmiany w bankowości, np. w postaci szybkich płatności online czy możliwości szybkiego zaciągnięcia pożyczek. Innowacyjne rozwiązania wpływają też na rozwój handlu w internecie.

– Nie ma jednoznacznego katalogu cech, które firma musi spełnić, aby zaliczyć ją do miana fintechów. Samo słowo „fintech” oznacza firmę finansowo-technologiczną, czyli każdą, która oferuje swoim klientom nowoczesne rozwiązania finansowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Papliński, Country Manager w TWINO.

Deloitte w raporcie „CEE FinTech Report” ocenia, że polski rynek fintechów wart jest obecnie niemal 860 mln euro. Tym samym Polska jest pod tym względem liderem w Europie Środkowo-Wschodniej. Ponad 20 proc. Polaków, nawet nieświadomie, korzysta obecnie z instytucji fintechowych przy 15 proc. w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze przed 2020 rokiem będzie z nich korzystać nawet połowa Polaków.

– Rozwój sektora fintechowego wymusił na bankach istotne zmiany i muszą poczynić wysokie nakłady inwestycyjne na rozwój nowych technologii. Tylko w 2016 roku banki zlikwidowały ponad dwieście placówek stacjonarnych, więc wpływ fintechów jest ewidentny – wskazuje Papliński.

Z raportu „Sektor finansowy coraz bardziej fintech” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że prawie dwie trzecie (57 proc.) klientów banków jest skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. Fintechy mogą w nadchodzących latach przejąć do 33 proc. światowego rynku usług finansowych. Dlatego banki wprowadzają nowe rozwiązania, przeważnie opracowane przez fintechowe start-upy, które mają im pomóc skutecznie konkurować na rynku.

– To przede wszystkim szybkie płatności online, jak również szybkie finansowanie, czyli szybkie pożyczki online. Warto zwrócić uwagę na to, jak jeszcze kilkanaście lat temu wyglądała procedura pozyskiwania finansowania: klient musiał przyjść do banku z dowodem osobistym, z zaświadczeniem z miejsca pracy, wypełnić dość skomplikowane wnioski, a cała procedura trwała od kilku do kilkunastu dni. Obecnie klient wypełnia wniosek na stronie internetowej pożyczkodawcy w mniej niż minutę i w ciągu kilkunastu minut dostaje finansowanie. W naszej spółce ponad 80 proc. klientów otrzymuje finansowanie w mniej niż 15 minut – podkreśla ekspert TWINO.

Rozwiązania oferowane przez fintechy rewolucjonizują nie tylko usługi bankowe, lecz także cały sektor e-commerce. Rynek e-handlu w Polsce szacuje się na 40 mld zł. Ponad połowa Polaków (54 proc.) deklaruje, że robi zakupy w internecie, a w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba kupujących w sieci zwiększyła się niemal dwukrotnie (z 29,7 proc. w 2007). Na wzrost zainteresowania taką formą zakupów ma wpływ większe zaufanie do zakupów internetowych. Od 2016 roku wzrosło ono o ponad 12 proc.

– Wraz ze wzrostem zainteresowania e-handlem rosną także wymagania klientów w zakresie bezpieczeństwa, wygody i szybkości transakcji. Wszystkie te elementy firmy fintechowe są w stanie zrealizować i dzięki temu wspierać e-handel – przekonuje Papliński.

Z badań Gemius wynika, że dla 49 proc. klientów motywacją do zrobienia zakupów online jest możliwość wyboru różnych form płatności. Najchętniej wybieramy gotówkę, czyli płatność przy odbiorze, i bankowość elektroniczną (odpowiednio 16 i 12 proc.). W niedalekiej przyszłości w niektórych sklepach internetowych może zostać wprowadzona możliwość płatności w kryptowalucie. Z danych Loando.pl wynika, że ponad 40 proc. pożyczek online jest zaciąganych za pomocą smartfona.

– Jeszcze kilkanaście lat temu jedynymi dostępnymi formami płatności przy zakupach online były karta kredytowa, przelew klasyczny, który zajmował co najmniej 1 dzień, oraz płatność gotówką przy odbiorze. Dzięki rozwiązaniom fintechowym dostępna jest płatność szybkim przelewem online, płatność odroczona w formie pożyczki ratalnej czy pożyczki ze spłatą jednorazową, jak również możliwości płatności telefonem komórkowym – wskazuje Michał Papliński.

PGNiG chce wykorzystywać drony do poszukiwania ropy i gazu oraz monitorowania gazociągów. Może zaoszczędzić miliony

PGNiG chce wykorzystywać drony do poszukiwania ropy i gazu oraz monitorowania gazociągów. Może zaoszczędzić miliony 5

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo bada możliwości wykorzystania bezzałogowych systemów latających m.in. do wykrywania wycieków gazu i monitorowania gazociągów. Już teraz z powodzeniem wykorzystuje je przy pomiarach geodezyjnych. Drony mają nie tylko usprawnić pracę spółki, lecz także zapewnić jej wielomilionowe oszczędności. Aktualnie PGNiG pracuje wraz ze start-upem nad dostosowaniem nowego typu takiej maszyny do swoich potrzeb.

– Grupa kapitałowa PGNiG to m.in. PSG – 180 tys. km gazociągów, Termika – prąd i ciepło, Obrót Detaliczny – blisko 7 mln naszych klientów. Chodzi nam o to, aby gaz był tani, dlatego będziemy wykorzystywać to wszystko, co wiąże się z optymalizacją naszych działań. Stąd pomysł na wykorzystanie dronów –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju PGNIG SA.

Bezzałogowe systemy latające mają pomóc m.in. w poszukiwaniu surowców, wykrywaniu wycieków gazu i monitorowaniu gazociągów. Od kilku lat spółka wykorzystuje je w badaniach terenowych przy pracach geodezyjnych do sporządzania szczegółowych ortofotomap. Za pomocą dronów powstają zdjęcia lotnicze wykorzystywane potem przy przygotowaniu terenu pod poszukiwania gazu ziemnego i ropy naftowej oraz przy planowaniu lokalizacji wiertni. Obecnie PGNiG wspólnie ze start-upem BZB UAS, wyłonionym w ramach akceleratora MIT Enterprise Forum Poland, dostosowuje prototyp nowego drona do kolejnych potrzeb gazownictwa.

– Nawiązujemy w tej chwili współpracę ze startupem BZB UAS. Mamy nadzieję, że ten rodzynek, wyłuskany w trzeciej edycji MIT Enterprise Forum Poland w ramach programu ScaleUP – Start in Poland, przyniesie nam określone korzyści, które z kolei przełożą się ostatecznie na obniżenie kosztów działalności. A więc z jednej strony na wzrost konkurencyjności spółki, a z drugiej strony – na niższe ceny gazu dla klientów, o to właśnie nam chodzi we współpracy ze start-upami – mówi Łukasz Kroplewski.

Jak informuje wiceprezes PGNiG, spółka przeprowadziła już pierwsze, pilotażowe testy nowo zaprojektowanego drona. Urządzenie skonstruowane przez BZB UAS jest zbudowane z piany EPO, wzmocnione materiałami kompozytowymi i wyposażone w podzespoły drukowane na drukarce 3D. Tego typu drony mogą pracować do 2,5 godziny nawet w skrajnych warunkach pogodowych, w temperaturze od -30 do +40 stopni Celsjusza. Są całkowicie autonomiczne, zadanie operatora sprowadza się tylko do ustalenia trasy na komputerze oraz przesłania jej do autopilota. Zdjęcia zrobione przez maszynę za pośrednictwem sieci trafiają prosto do chmury, a następnie zostają one połączone w trójwymiarową mapę badanego terenu.

– Dron, który testujemy wraz z  PGNiG, wykorzystujemy do celów geodezyjnych. Robimy przeloty nad infrastrukturą i robimy zdjęcia, które wysyłamy później w chmurę. Następnie są one przetwarzane w ortofotomapy i chmurę punktów, z której możemy odczytać odległości, objętości albo powierzchnie do zmierzenia, które nas interesują. Nasz dron zdecydowanie przyspieszy prace, które są realizowane, nad infrastrukturą, umożliwi sprawdzenie i analizę terenów pod nowe inwestycje oraz może pomóc w detekcji gazu – mówi Jan Byrtek, współzałożyciel start-upu BZB UAS.

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo z powodzeniem wykorzystuje już drony w swojej działalności. Oddział Geologii i Eksploatacji PGNiG SA wykorzystuje je do badań terenowych. Dział mierniczy oddziału dysponuje własnym bezzałogowcem od trzech lat.

Stosujemy w tej chwili drony, szczególnie w sytuacjach terenowych, jeżeli chcemy wytyczyć punkty do pomiarów geofizycznych. Poza tym dzięki nim sprawdzamy, nie tylko gdzie zlokalizować otwór wiertniczy, ale czy w łatwy sposób można do niego dojechać. Mimo że dronami posługujemy się już od pewnego czasu, wciąż widzimy nowe możliwości, żeby udoskonalać działania i obniżać koszty – mówi Krzysztof Potera, dyrektor Oddziału Geologii i Eksploatacji, PGNIG SA.

PGNiG ocenia, że wykorzystanie dronów na szerszą skalę przyniesie wielomilionowe oszczędności i usprawni działalność spółki. Maszyny w ciągu kilku godzin są w stanie zbadać wiele kilometrów kwadratowych powierzchni, dzięki czemu geodeci mogą spędzać mniej czasu na pomiarach w terenie. Stworzone dzięki dronom mapy są też dokładniejsze, uwzględniają np. ukształtowanie powierzchni, gęstość zabudowy, dokładne położenie dróg czy linii energetycznych.

– Drony mogą się okazać bardzo pomocne przy zapewnieniu bezpieczeństwa infrastruktury. W naszym przypadku mam tu na myśli obszar wydobycia związany z bezpośrednią eksploatacją kopalni ropy naftowej i gazu ziemnego. To są bardzo duże ciśnienia, dlatego ważne jest ciągłe sprawdzanie szczelności rurociągów i gazociągów. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby przeoczyć jakieś niebezpieczne zdarzenie, np. wyciek ropy. W tej chwili monitorują to nasi ludzie, którzy przechodzą te trasy pieszo. W przyszłości wykorzystanie dronów mogłoby to zmienić. Dzięki nim bylibyśmy w stanie przeprowadzić takich kontroli o wiele więcej – wyjaśnia Krzysztof Potera.

PGNiG w ciągu najbliższych pięciu lat chce zainwestować blisko 700 mln zł w innowacje i wdrażanie nowych technologii. W ubiegłym roku spółka uruchomiła InnVento, pierwszy w Polsce inkubator dla start-upów pracujących nad rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego. Z kolei w styczniu br. ruszył pierwszy konkurs INGA – Innowacyjne Gazownictwo, wspólnego przedsięwzięcia PGNiG SA, Gaz-System SA i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z rekordowym budżetem 400 mln zł. Jego celem jest pozyskanie rozwiązań, które zwiększą konkurencyjność polskiego sektora gazowniczego.

– Otwieramy się na współpracę ze start-upami w formule Open Innovation. Dajemy do dyspozycji start-upom znakomitych specjalistów, infrastrukturę, w tym centrum start-upowe InnVento, naszych mentorów, departamenty, chociażby prawny i ekonomiczny. Istnieje również możliwość współpracy pod kątem zabezpieczenia swoich interesów z naszym Działem Ochrony Własności Intelektualnej w  sferze praw autorskich i własności przemysłowej. Natomiast start-upy dają nam w zamian często jeszcze więcej. Otwierają nam oczy na to, czego nie dostrzegamy ze swojej pozycji lidera – mówi Łukasz Kroplewski.

Już ponad 800 000 produktów do porównania w serwisie Budownictwo.pl

Serwis Budownictwo.pl, należący do Eniro Polska, ułatwiający porównywanie cen produktów budowlanych, znacząco powiększył swoją bazę. Teraz w porównywarce użytkownicy mają do dyspozycji ponad 800 000 różnych produktów. Użytkownicy serwisu mogą także skorzystać z branżowych porad i inspiracji dostępnych na stronie Budownictwo.pl. To szczególnie przydatne w sytuacji, gdy rośnie zainteresowanie materiałami i usługami budowlanymi.

Branża budowlana jest jedną z sił napędowych polskiej gospodarki. Według raportów GUS w 2017 r. oddano do użytku o 9,1 proc. więcej mieszkań niż w 2016 r., zaś liczba pozwoleń na budowę była wyższa o 18,3%. Pozytywny wpływ na rozwój budownictwa indywidualnego ma też dobra sytuacja na rynku pracy. Polacy aktywnie poszukują informacji o dostawcach materiałów budowlanych i specjalistach z branży, porównując oferty, a zwłaszcza ceny towarów i usług.

Serwis Budownictwo.pl, który w 2017 roku przeszedł gruntowną metamorfozę, na co dzień współpracuje z różnymi sklepami internetowymi i stronami e-commerce, specjalizującymi się w produktach budowlanych i wnętrzarskich. Bardzo szeroki asortyment pozwala użytkownikom nie tylko porównywać oferty i ceny, ale także dokonać zakupów w wybranym sklepie internetowym.

Magdalena Wypychowicz, Dyrektor ds. Strategii Rozwoju Rynku, Eniro Polska
Magdalena Wypychowicz, Dyrektor ds. Strategii Rozwoju Rynku, Eniro Polska

Nowy wygląd i funkcje serwisu spotkały się z uznaniem użytkowników, którzy oczekują od nas szerokiej oferty produktów budowlanych. Dzięki współpracy z wieloma dostawcami możemy dziś zaoferować ponad 800 000 produktów, takich jak: płytki, podłogi, farby akcesoria malarskie, łazienkowe czy elementy wyposażenia kuchni. Od początku zależy nam, aby umożliwić użytkownikom serwisu Budownictwo.pl dokonanie transakcji. Duża baza produktów i firm, wiele porad i inspiracji w połączeniu możliwością zakupu znalezionego towaru online to unikalna wartość naszego serwisu. – mówi Magdalena Wypychowicz, Dyrektor ds. Strategii Rozwoju Rynku, Eniro Polska.

Serwis Budownictwo.pl zawiera wyszukiwarkę produktów budowlanych z cenami i przejściem do sklepów internetowych, bazę firm z branży budowlanej, katalog producentów materiałów budowlanych, inspiracje dotyczące stylizacji wnętrz oraz przykładowe realizacje projektantów wnętrz. Zgodnie z najnowszymi trendami w projektowaniu stron, serwis jest w pełni responsywny.

Rozwijamy także ofertę reklamową dla firm z branży budowlanej. Atrakcyjny profil użytkownika i zakupowy charakter serwisu to zachęta dla firm, które chcą dotrzeć do internautów remontujących czy budujących mieszkania oraz domy. – dodaje Magdalena Wypychowicz.

Polski rynek MMA w Europie ustępuje tylko Wielkiej Brytanii. Krajowe federacje rosną w siłę

Polski rynek MMA w Europie ustępuje tylko Wielkiej Brytanii. Krajowe federacje rosną w siłę 6

Polski rynek sportów walk mieszanych (MMA) należy do absolutnej europejskiej czołówki. Największe gale przyciągają dziesiątki tysięcy widzów. Zyski generuje sprzedaż biletów, umowy sponsorskie, sprzedawanie praw do transmisji kanałom telewizyjnym czy transmisje w systemie pay-per-view. Choć do największych światowych federacji, przede wszystkim amerykańskiej UFC, sporo nam brakuje, rynek rośnie w siłę.

 Polska jest bardzo dobrym rynkiem MMA, ale również bardzo wymagającym. Polscy kibice są już bardzo dobrze wyedukowani. W Europie pozycjonowałbym nas wśród liderów. Wyspy Brytyjskie to bardzo mocny rynek, ale myślę, że numer dwa na europejskiej mapie MMA to dobra pozycja –ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Szuba, wiceprezes zarządu Federacji Fight Exclusive Night (FEN).

Największa światowa federacja MMA, czyli amerykańska UFC, tylko w 2016 roku osiągnęła wartość rynkową na poziomie 6 mld dol. W Polsce to jeszcze znacznie mniej, ale największa krajowa federacja – KSW – wyceniana jest już obecnie na 25 mln euro. Średnio co dwa tygodnie organizowane są u nas gale sportów walk mieszanych. Większość z nich przyciąga tłumy, a polska federacja pobiła europejskie i amerykańskie rekordy frekwencji. Jedną z gali na żywo obejrzało ponad 57 tys. osób.

– Jest kilka źródeł przychodów federacji sportów walki. Jednym z nich jest dystrybucja biletów, innym – umowy sponsorskie z naszymi partnerami. Budżet oparty jest na proporcjach 50/50, jeżeli chodzi o finansowanie federacji. Są też środki własne, które właściciele inwestują w federację. My także mamy pomysł i plany szerszego rozwoju. W przyszłości chcemy zacząć dystrybucję różnego rodzaju gadżetów związanych z federacją, jak odzież, różnego rodzaju produkty pośrednie, które na pewno zwiększą nam przychody – ocenia Bartosz Szuba.

Widzowie za atrakcyjne walki są w stanie zapłacić krocie. Dla przykładu w ostatnio zorganizowanej gali UFC 220 w Bostonie, z największą frekwencją wśród tam zorganizowanych (ok. 16 tys. widzów), wpływy z bramki sięgnęły blisko 2,5 mln dol. Największe gale to gwarancja kilkudziesięciu milionów dolarów zysku z biletów. W Polsce to zdecydowanie mniej, ale kolejne wydarzenia biją rekordy.

Klienci doceniają przede wszystkim możliwość uczestniczenia w wydarzeniu i oglądania go na żywo. Jednocześnie coraz więcej osób decyduje się na rozpowszechnioną w Polsce opcję PPV, czyli pay-per-view. Wiceprezes Federacji FEN, która w 2014 roku nawiązała współpracę z telewizją Polsat, zaznacza, że na przychody duży wpływ mają właśnie prawa do transmisji. Jednocześnie im więcej gwiazd i celebrytów, tym lepiej.

 W FEN kreujemy zawodników krajowych, próbujemy przygotować młodych zawodników do startu w jeszcze większych federacjach światowych i europejskich. Nie zamykamy się również na walki celebrytów, aczkolwiek nie jest to naszym głównym celem. Głównie stawiamy na stronę sportową federacji, wielu młodych zawodników chce z nami związać swoje plany, walczyć u nas, aby później walczyć w federacjach europejskich i światowych, które są numerem jeden na rynku – mówi Bartosz Szuba.

Dla młodych zawodników możliwość walki w większych federacjach, jak FEN, to możliwość wybicia się, pokazania na szerszym rynku, a w dalszej perspektywie – także walkę w największych federacjach świata. Federacje nie podają, ile zarabiają na walkach najlepsi, ale szacuje się, że za pakiet walk zawodnicy otrzymują kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale np. Mamed Khalidov, niekwestionowana gwiazda MMA, zarabia ponad 100 tys. dol. W amerykańskiej UFC Stipe Miocic, czyli mistrz wagi ciężkiej, za obronę pasa mistrzowskiego w Bostonie otrzymał 600 tys. dol., czyli ponad 2 mln zł.

Pierwsza gala Federacji Fight Exclusive Night odbyła się w listopadzie 2013 roku we Wrocławiu, a walki odbywają się w formułach MMA i K-1. FEN ma swoje pasy mistrzowskie w poszczególnych kategoriach wagowych, gale odbywają się cztery razy w roku, m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Lubinie i Gdyni.

Jak zaznacza wiceprezes FEN, federacja jest obecnie wiceliderem na polskim rynku, stara się umacniać swoją pozycję, a w przyszłości nie wyklucza ekspansji na zagraniczne rynki.

 Nie mamy bliżej sprecyzowanego terminu ekspansji z racji tego, że wiąże się to z dużo większymi kosztami i dużo bardziej skomplikowaną logistyką. Przez najbliższe dwa lata na pewno skupimy się na rynku polskim, żeby ugruntować swoją pozycję i żeby kibicom w Polsce dać większą satysfakcję z naszego produktu – podkreśla Bartosz Szuba.

10 marca federacja FEN zaprasza na warszawską FEN 20 NEXT LEVEL – jubileuszową 20. galę, która zaprezentuje widzom najwyższy poziom walk MMA i K-1. Podczas gali będzie można zobaczyć walki gwiazd Federacji i trzy walki mistrzowskie o pas FEN.

Jawność rozliczeń podatkowych niektórych podatników

24 listopada 2017 r. Sejm uchwalił rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, zgodnie z którym indywidualne dane niektórych podatników mają zostać podane do publicznej wiadomości. Ustawodawca deklaruje, że jego intencją było zwiększenie transparentności podatkowej największych i osiągających najwyższe przychody podmiotów gospodarczych.

Nowe przepisy stanowią jednak raczej wyraz nierównego traktowania podatników, które może jedynie przyczynić się do zaspokojenia ciekawości społecznej, lecz nie przyniesie żadnej realnej korzyści ani Skarbowi Państwa, ani tym bardziej podatnikom objętym dodatkowym obowiązkiem sprawozdawczym.

Założenia projektu

Obowiązkiem, który wprowadza projekt ustawy, objęte będą wszystkie podatkowe grupy kapitałowe, czyli grupy co najmniej dwóch spółek z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółek akcyjnych spełniających ustawowe warunki pozwalające na utworzenie takiej grupy. Pozostali podatnicy CIT będą objęci tym obowiązkiem, jeśli wartość przychodu przekroczy u nich równowartość 50 mln euro. Podstawą przeliczenia tej równowartości na złote jest średni kurs ogłaszany przez Narodowy Bank Polski w ostatnim dniu roboczym roku kalendarzowego poprzedzającego podanie danych na temat rozliczeń podatkowych do publicznej wiadomości. Z uzasadnienia do projektu wynika, że zmierza on do ograniczenia nieuzasadnionej przewagi konkurencyjnej, jaką osiągają duże podmioty korzystające często z metod planowania podatkowego zmierzających do uniknięcia opodatkowania. Wygląda jednak na to, że projekt zmierza w całkowicie odmiennym kierunku.

Wątpliwości

Rozwiązania w nim zawarte wywołują pewne zastrzeżenia, gdy rozpatruje się je z punktu widzenia zasady równego traktowania podatników i działania organów podatkowych w sposób budzący do nich zaufanie. Nałożenie obowiązku podawania do publicznej wiadomości danych na temat rozliczeń podatkowych tylko niektórych kategorii podatników, w założeniu mające służyć zapewne większej transparentności i umożliwieniu wykonywania wobec nich kontroli społecznej, w rzeczywistości wygląda na formę ich publicznego napiętnowania i zmuszania do publikowania danych, których np. ze względów biznesowych nie chciałyby one ujawniać. Niezrozumiałe jest, dlaczego podmioty osiągające wysokie przychody, świadczące o efektywności prowadzonej przez nie działalności gospodarczej, mają być obarczone jeszcze jednym z wielu obowiązków sprawozdawczych wynikających z polskich przepisów. Zwłaszcza że realizacja tych obowiązków pochłania czas i energię, którą przedsiębiorca mógłby spożytkować na rozwój prowadzonej działalności gospodarczej.

Wyłączenie określonych w ustawie podmiotów spod reżimu tajemnicy skarbowej (art. 27 ust. 10 ustawy o CIT) nie znajduje uzasadnienia i może świadczyć o nierównym traktowaniu podatników, którzy w normalnych okolicznościach nie byliby zainteresowani tym, aby ich rozliczenia podatkowe były powszechnie znane. W tym kontekście warto przypomnieć często opisywany kiedyś w mediach przypadek polskiej spółki, której wizerunek publiczny znacząco ucierpiał, kiedy ujawniono, że przeważającą część osiąganych dochodów – w sposób w pełni legalny – opodatkowuje ona poza Polską.

Projektowany art. 27b ust. 5 zakłada wprawdzie, iż podatnik, którego dane zostały podane do publicznej wiadomości, może złożyć do ministra właściwego ds. finansów publicznych wniosek o usunięcie lub sprostowanie opublikowanych danych wraz z uzasadnieniem. Przepis ten nie stanowi, z jakich konkretnie powodów podatnik może zwrócić się o usunięcie dotyczących go rozliczeń danych, zatem mogłoby się wydawać, że ma on duże możliwości, jeśli chodzi o uzasadnienie swojego wniosku. Niestety, zgodnie z projektowanym art. 27b minister odmawia w drodze decyzji usunięcia danych, jeśli mogłoby to spowodować niezgodność ze stanem faktycznym. W rezultacie ochrona podatnika przed opublikowaniem informacji na temat jego rozliczeń podatkowych wydaje się iluzoryczna – z dosłownej interpretacji projektowanego przepisu wynika, iż każde ich usunięcie prowadzić będzie do niezgodności ze stanem faktycznym.

Zaskakuje również objęcie omawianym obowiązkiem podatkowych grup kapitałowych bez względu na wysokość osiąganych przez nie przychodów. Z jednej strony ustawodawca oferuje podatnikom instytucję, która umożliwia im bardziej korzystne opodatkowanie osiąganych dochodów, niż byłoby to w przypadku odrębnego opodatkowania każdego z podmiotów tworzących podatkową grupę kapitałową, a z drugiej strony zniechęca ich do skorzystania z tego rozwiązania, skoro informacje na temat rozliczeń podatkowych każdej grupy podlegać będą obligatoryjnej publikacji. Rozwiązanie to jest jednak szczególnie niekorzystne dla istniejących już grup – podatkową grupę kapitałową zakłada się na co najmniej 3 lata podatkowe, a rezygnacja z tego modelu opodatkowania jest trudna, a w wielu przypadkach wręcz niemożliwa.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Trump nie ulega presji w kwestii ceł

Uwaga Donalda Trumpa od kilku dni skupia się niemal wyłącznie na kwestii “normalizacji” stosunków handlowych USA z resztą świata. Protekcjonistyczna retoryka pod koniec ubiegłego tygodnia uderzyła w dolara amerykańskiego, w tym tygodniu utrudnia mu z kolei umocnienie.

Mimo krytyki ze strony członków własnej partii i przedstawicieli społeczności międzynarodowej, Donald Trump twardo stoi przy swoim. Prezydent USA utrzymuje, że wprowadzi 25-procentowe cło na import stali i 10-procentowy narzut na import aluminium. Trump grozi objęciem cłami wszystkich producentów bez wyjątku – tym samym stara się dodatkowo wywrzeć presję na Kanadę i Meksyk, których udział w amerykańskim imporcie stali wynosi łącznie aż 25%. Ostatnie wypowiedzi, które wprost odnoszą się do kwestii renegocjacji porozumienia między krajami sugerują, że Trump wykorzystuje groźbę handlowych “sankcji” jako “kij”, mający skłonić wspomniane kraje do renegocjacji Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu. Większość ekspertów ocenia jednak, iż tego typu groźba może raczej szkodzić negocjacjom niż pozytywnie wpłynąć na tempo i produktywność rozmów, na co liczy prezydent USA.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,18 – 4,20. Wczorajsze dane PMI opisujące aktywność sektora usług w strefie euro w lutym były nieco gorsze od wstępnych (i tak słabszych od oczekiwanych) szacunków. Aktywność w sektorze spadła z poziomu 58 notowanego w styczniu do 56,2 w lutym. Indeks Sentix opisujący nastroje inwestorów w strefie euro w marcu niespodziewanie spadł do najniższego poziomu od 10 miesięcy – nastroje na Starym Kontynencie dość istotnie pogorszyły się m.in. w związku z obawami o protekcjonistyczną politykę Donalda Trumpa.

W kontekście dnia wczorajszego nie można zapominać o ostatnich rozstrzygnięciach politycznych w krajach Starego Kontynentu. Po pierwsze, członkowie partii SPD stosunkiem głosów 2-1 ostatecznie przystali na propozycję utworzenia tzw. “Wielkiej Koalicji” z CDU/CSU Angeli Merkel, kończąc tym samym okres utrzymującej się niepewności politycznej u naszych zachodnich sąsiadów. Po drugie: poznaliśmy wyniki wyborów we Włoszech. Najwięcej głosów uzyskała koalicja partii centroprawicowych (składająca się przede wszystkim z partii Lega Nord i Forza Italia). Pojedynczą partią, która uzyskała największą liczbę głosów jest jednak populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd. Na partie populistyczne głosował co drugi Włoch. W związku z faktem, iż żadna z partii nie uzyskała wystarczającej liczby głosów do samodzielnego rządzenia, czeka nas (prawdopodobnie długi) okres rozmów. Niewykluczone jest również rozpisanie ponownych wyborów.

Kurs EUR/USD w następstwie wczorajszych wydarzeń doświadczył pewnych wahań, ostatecznie jednak zakończył dzień na poziomie dość zbliżonym do tego z otwarcia. Euro jedynie nieznacznie umocniło się w relacji do dolara amerykańskiego.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek umocnił się o 0,5%, wahając się w widełkach 4,69 – 4,72. Wczoraj funt brytyjski zyskiwał również w relacji do głównych walut. Funta wspierały dobre dane gospodarcze i wzrost optymizmu w kwestii negocjacji z UE. Indeks PMI dla Wielkiej Brytanii w lutym pokazał nieoczekiwany wzrost z notowanego miesiąc temu poziomu 53 do 54,5. Rosnąca aktywność w najważniejszym sektorze gospodarki Zjednoczonego Królestwa to bardzo dobra wiadomość.

Dzisiejszy dzień nie upłynie pod znakiem istotnych publikacji makroekonomicznych, brytyjska waluta prawdopodobnie nadal będzie reagować przede wszystkim na zmiany nastrojów wokół negocjacji dotyczących Brexitu. Oprócz obserwowania kwestii politycznych dziś warto będzie zwrócić uwagę na wieczorne przemówienie głównego ekonomisty Banku Anglii, Andy’ego Haldane.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,39 – 3,41. Amerykańska waluta nie zyskiwała pomimo publikacji pozytywnych danych gospodarczych. Wczorajszy odczyt PMI dla sektora usług USA był zbliżony do wstępnych szacunków i wyniósł solidne 55,8 pkt. Indeks ISM dla sektora usług zaskoczył na plus: odczyt w lutym wyniósł 59,5 wobec oczekiwanych 58,9 i 59,9 notowanych miesiąc temu. Dolarowi wadzi utrzymująca się, protekcjonistyczna retoryka Donalda Trumpa.

Dzisiejszy dzień nie będzie obfitował w istotne publikacje makro. Przemawiać będzie natomiast dwóch członków FOMC: Bill Dudley i Lael Brainard.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – przemawia William Dudley z amerykańskiego FOMC
  • 19:15 – przemawia Andrew Haldane z BoE
  • 23:30 – przemawia Lael Brainard z amerykańskiego FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

BIK: Polskie biznesmenki są wielozadaniowe

Blisko 60% ankietowanych kobiet w badaniu zleconym przez BIK potwierdziło, że z powodzeniem łączy aktywność zawodową z życiem rodzinnym. Jak wynika z rejestru CEiDG, 21% firm zarejestrowanych w Polsce należy do kobiet. Panie realizują się biznesowo lub jako właścicielki firm, zajmują się domem, wychowują dzieci i angażują się w życie rodzinne. Swoją działalność firmową finansują, m.in. za pomocą kredytów, a wartość ich firmowych zobowiązań kredytowych wynosi
17,63 mld zł, co stanowi 26,0% łącznej wartości kredytów zaciągniętych przez jednoosobowe działalności gospodarcze.

Z ponad 4,41 mln firm, aktywnych i tzw. nieaktywnych, zarejestrowanych w Polsce jako jednoosobowe działalności gospodarcze w publicznej bazie CEiDG, figuruje 931,3 tys. firm, których właścicielkami są kobiety. Na 10 stycznia 2018 r. było 2,21 mln (50%) aktywnie działających jednoosobowych biznesów na polskim rynku. Ponad 217 tys. firm należących do pań znajduje się w bazie BIK Przedsiębiorca* z tytułu zobowiązań finansowych zaciągniętych na cele prowadzonej działalności, co stanowi 30% łącznej liczby mikrofirm posiadających kredyty firmowe.

Warto w tym miejscu nadmienić, że wobec zobowiązań kredytowych, wynikających z zawartych wcześniej umów, bez znaczenia jest status firmy. Zawieszenie lub zaniechanie działalności, chociaż zwalnia przedsiębiorcę z pewnych zobowiązań jako podatnika, to nie wpływa na jego zobowiązania kredytowe wynikające z zaciągniętych wcześniej umów kredytowych. Zatem nie ma w tym przypadku znaczenia, czy jest to abonament telefoniczny czy spłata miesięcznej raty kredytowej – pozostaje obowiązek uregulowania zobowiązania.91_polki_jako_przedsiebiorcy_ogolna_web2

Firmowe kredyty Polek

Właścicielki polskich firm mają 310 tys. czynnych firmowych produktów kredytowych, rozumianych jako kredyty obrotowe, inwestycyjne i limity w koncie i na karcie kredytowej, opiewających na łączną kwotę pozostającą do spłaty w wysokości 17,63 mld zł. Biorąc pod uwagę wiarygodność płatniczą, 25,56 tys. kredytów firm, których właścicielkami są kobiety, ma opóźnienie w spłacie pow.90 dni, co w ujęciu wartościowym wynosi 1,99 mld zł.

Spośród posiadanych produktów kredytowych przez polskie biznesmenki przeważają kredyty obrotowe i limity w koncie, które stanowią łącznie 61,8% wszystkich zobowiązań kredytowych o wartości pozostającej do spłaty na 8,8 mld zł (49,9% udział w łącznej kwocie do spłaty).

Choć stosunkowo mniejszą popularnością cieszą się kredyty inwestycyjne, których kobiece firmy mają 15,2%, to wartość tych zobowiązań na tle wszystkich produktów kredytowych jest najwyższa, bo wynosi 9,9 mld zł, co stanowi 39,1% udział we wszystkich zobowiązaniach firmowych, spłacanych przez przedsiębiorczynie, co wynika ze specyfiki prowadzonej działalności gospodarczej, w której wartość finansowania inwestycji jest wyższa niż działalności bieżącej.91_polki_jako_przedsiebiorcy_produkty_kredytowe_web2

Branża usługowa, która najwyraźniej jest domeną polskich bizneswoman, przoduje także w liczbie i wartości zaciągniętych kredytów. Segment ten ma 50% udział we wszystkich firmowych zobowiązaniach kredytowych na wartość 7,6 mld zł, co stanowi 43,1% łącznej kwoty do spłaty przez firmy kobiece.

– Aktywność kredytowa firm, których właścicielkami są kobiety, jest zbliżona do tych, w których właścicielem są panowie. Oznacza to, że skłonność do zaciągania kredytów firmowych mikroprzedsiębiorstw nie jest istotnie różnicowana płcią właściciela – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK.

– Patrząc na branże, z jakich pochodzą kobiece firmy zaciągające kredyty, dominują usługi i handel, co odpowiada ogólnej strukturze branżowej działalności gospodarczej wszystkich przedsiębiorstw jednoosobowych w Polsce i ze specyfiki rodzaju prowadzonej przez panie działalności – dodaje prof. Rogowski.91_polki_jako_przedsiebiorcy_branze_kobiece_web2

Wiarygodność bizneswoman i biznesmana

Udział kredytów opóźnionych pow. 90 dni, należących do firm prowadzonych przez kobiety, wynosi 10,2%, podczas gdy na firmowych rachunkach mężczyzn jest tylko nieznacznie lepiej – ich opóźnienie w spłacie jest na poziomie 9,7%. Zależność ta zmienia się już w przypadku zestawienia wartościowego opóźnionych zobowiązań, w którym rachunki firm należących do pań wypadają lepiej (11,3%) a rachunki firm prowadzonych przez panów – gorzej (12,1%). Różnice te, choć pozornie niewielkie w przeliczeniu na wartość oznaczają, że zaległości kredytowe firm, które należą do panów są przeterminowane w spłacie o 4,07 mld zł. więcej.

Patrząc na jakość obsługi kredytów firm kobiecych uwagę zwraca segment kredytów obrotowych, w którym panie odnotowują zarówno największą liczbę opóźnień pow. 90 dni ( 14,3%), jak i najwyższy udział mierzony wartościowo (15,1%).

Branża budowlana, która jak powszechnie się uważa jest domeną panów, to funkcjonuje także w obszarze kobiecego biznesu. Choć produkty kredytowe kobiecych firm budowlanych mają jedynie 4,0% udział pośród ogółu czynnych produktów kredytowych kobiecych firm, to na tle zobowiązań zaciągniętych przez kobiece firmy we wszystkich branżach, odnotowują niechlubne pierwsze miejsce z najwyższym poziomem udziału opóźnień pow. 90 dni zarówno w liczbie 13,3%, jak i w udziale mierzonym wartościowo 18,1% .

– Największą szkodowość mają kobiece firmy z tradycyjnie męskiej branży, jaką jest budownictwo. Można to tłumaczyć ogólną sytuacją tego segmentu firm, które obecnie muszą sobie poradzić z rosnącymi kosztami zatrudnienia i rosnącymi cenami materiałów budowlanych, co przekłada się na zyskowność i rentowność prowadzonego biznesu, a tym samym na rosnące ryzyko kredytowe – komentuje główny analityk BIK.

Super-mama i super-szefowa

Jak przyznają same kobiety*, matki a zarazem menadżerki i właścicielki jednoosobowych firm, z powodzeniem umieją łączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym. Połączenie obu tych aktywności nie stanowi kłopotu dla 58% ankietowanych kobiet. Można przypuszczać, że praca zawodowa czy prowadzenie własnej działalności gospodarczej w połączeniu z koniecznością sprostania obowiązkom domowym może być dużym wyzwaniem. Jednak kobiety potrafią się znakomicie zorganizować – 51% pań stwierdziło, że są bardziej zaradne i lepiej zorganizowane od mężczyzn.

Pewną obiektywną trudnością w życiu codziennym może być dla pracujących mam pogodzenie wielu obowiązków równocześnie oraz poświęcenie życiu zawodowemu i rodzinnemu w takim wymiarze czasu, ile potrzeba. Jak wynika z badań opinii, 53% kobiet pracuje zawodowo na pełny etat. W mniejszości, jednak są panie, które pracują powyżej 8 (13%) a nawet 9 godzin (5%). Może to wskazywać na konieczność wspierania się pomocą osób zaufanych, do których w 42% należą osoby z najbliższej rodziny, głównie babcie i dziadkowie. O ile dziecko nie jest w żłobku lub przedszkolu, wsparciem dla mamy zajętej pracą zawodową lub firmą jest ojciec dziecka (31%) lub niania, na którą może pozwolić sobie jedynie 8% pań.

Wbrew danym opublikowanym przez GUS, informującym o najniższym poziomie aktywności zawodowej kobiet, zaobserwowanej od co najmniej 19 lat, ankietowanie panie w 52% potwierdziły że nie wyobrażają sobie życia bez pracy zawodowej. Niewiele ponad połowa pań (55%) pracujących zawodowo nie traktuje pracy jako nielubianego obowiązku, lecz postrzega ją bardziej jako źródło realizacji własnych pasji i swoją satysfakcje życiową. Nie są jednak tak jednomyślne jeśli chodzi o źródło tej satysfakcji: jedne szukają bezpieczeństwa i pewności zatrudnienia (31%), inne z kolei postrzegają ją jako źródło realizacji własnych pasji (41%). Dla co trzeciej przedsiębiorczyni założenie własnej działalności gospodarczej wynikało z potrzeby bądź konieczności. Bardzo zachęcające były także jednak: możliwość uzyskania niezależności, lepsze perspektywy finansowe i chęć spełnienia marzeń.

W artykule wykorzystano następujące źródła:

  • * CEiDG – liczba aktywnych jednoosobowych działalności gospodarczych w Polsce, stan na 10.01.2018 r.
  • *Baza BIK Przedsiębiorca zawiera informacje o historii kredytowej łącznie 1,2 mln firm, rolników i innych podmiotów, w tym o 733 tys. mikroprzedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą.
  • *Badanie opinii, pt.  Kobiecość, raport własny Kantar TNS 2017, CAWI, N=800, 2017
  • *Badanie opinii na zlecenie BIK, Kantar TNS, luty 2018, CATI, N=295

Visa udostępnia swoim klientom instytucjonalnym z całego świata usługę CyberSource Token Management Service

Visa (NYSE: V) uruchomiła usługę Token Management Service, pozwalającą na unifikację zarządzania i zabezpieczanie danych płatniczych klientów. Token Management Service oferuje zintegrowany wgląd w preferencje i zwyczaje płatnicze w ramach różnych platform handlowych detalisty, sposobów przetwarzania transakcji, położenia geograficznego, rodzajów płatności i systemów kartowych.

Do 2020 roku urządzenia mobilne połączą 70% mieszkańców kuli ziemskiej, czyli ponad 5 mld ludzi[1], co oznacza potrzebę udostępnienia im wygodnych i bezpiecznych płatności cyfrowych, powszechnie akceptowanych i realizowanych z dowolnego urządzenia. Tworząc w ramach platformy zarządzania płatnościami CyberSource usługę Token Management Service, Visa położyła fundamenty pod tę zmianę.

Zróżnicowanie usług tokenizacyjnych w zależności od cyfrowego kanału sprzedaży doprowadziło do ich rozgraniczenia, uniemożliwiając detalistom uzyskanie pełnej wiedzy o sposobach płatności wybieranych przez konsumentów w ramach oferowanych kanałów. Token Management Service pozwala detalistom na unifikację wdrożeń tokenizacji w celu zapewnienia klientom prostego, innowacyjnego i wygodnego procesu zakupowego, na przykład:

  • towar zakupiony w internecie może zostać odebrany przez konsumenta w sklepie – i tam też, w razie potrzeby, może zostać zwrócony;
  • detaliści mogą zwiększyć zaangażowanie klienta dzięki dedykowanym programom lojalnościowym i promocjom, dopasowanym do jego preferencji i zwyczajów, co prowadzi do lepszego procesu zakupowego.

„Nasi partnerzy szukają zintegrowanych rozwiązań łączących ich sprzedaż w środowisku cyfrowym i tradycyjnym, tak aby móc uzyskać całościowe spojrzenie na wszelkie interakcje swoich klientów” – powiedział Andre Machicao, senior vice president, digital merchant products, Visa. „Usługa Token Management Service pozwoli detalistom podnieść jakość obsługi konsumentów poprzez zaoferowanie im nowych, wygodnych i bezpiecznych sposobów płacenia i utrzymać przewagę konkurencyjną” – dodał Andre Machicao.

Detaliści mogą wdrażać usługę Token Management Service, dokonując jedynie niewielkich zmian w swoich systemach IT. Przy korzystaniu z usługi dane płatnicze są przechowywane w bezpiecznych centrach przetwarzania danych Visa. Bezpośrednie korzyści dla detalisty to redukcja kosztów wynikających z przechowywania danych wrażliwych oraz zmniejszenie towarzyszącego temu ryzyka.

„Detaliści działają dziś w świecie omnichannel, w którym wybór – jak, gdzie i kiedy dokonać zakupu – należy do konsumenta. A konsument w swoich relacjach z detalistami ceni sobie wygodę oraz szybkość obsługi, oczekując przy tym, że bez względu na sposób zakupu, czy wykorzystywaną platformę będzie mógł zapłacić łatwo i bez problemu. Jednolita usługa zarządzania tokenizacją – będąca częścią wielopoziomowego systemu minimalizacji ryzyka płatności – zapewnia szybki i bezpieczny proces zakupowy, budując lojalność klienta” – powiedział Raymond Pucci, associate director, Mercator Advisory Group.

Usługa Token Management Service, stanowiąca nowy element w portfolio innowacyjnych rozwiązań cyfrowych Visa dla detalistów, jest komplementarna wobec usługi tokenizacji Visa Token Service, którą Visa wprowadziła w 2014 r. Visa Token Service umożliwiła wdrożenie innowacyjnych sposobów płatności – od rozwiązań technologicznych takich jak Visa Checkout, po portfele mobilne i urządzenia internetu rzeczy z funkcją płatniczą, takie jak urządzenia ubieralne, samochody i sprzęty domowe połączone z internetem, czy też rozwiązania dla handlu tradycyjnego wykorzystujące technologie mobilne. Usługa Token Management Service upraszcza integrację z Visa Token Service, jak również usługami tokenizacji innych systemów, umożliwiając detalistom osiągnięcie pełnych korzyści możliwych dzięki wprowadzeniu tokenów płatniczych.

[1] Źródło: Cisco Visual Networking Index Global Mobile Data Traffic Forecast Update, 2015-2020

Dlaczego lubimy rzucać sobie kłody pod nogi?

Czy czujemy się lepiej, gdy znajdujemy wytłumaczenie dla swoich porażek? Czy to skuteczna metoda budowania pewności siebie w relacjach zawodowych? – wyjaśnia prof. Dariusz Doliński, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Amerykańscy psychologowie Steven Berglas i Edward Jones opisali koncepcję samoutrudniania w odnoszeniu sukcesów. Zbadali specyficzny rodzaj przeszkód, które tworzymy, aby poprawić samoocenę mimo, że osiągnięcie celu jest wówczas trudniejsze. Tego rodzaju sytuacje często mają miejsce w biznesie, gdy dla przedsiębiorcy przekonanie o świetnych kompetencjach menadżerskich jest ważniejsze niż cele firmy. Jeśli szef stosuje prokrastynację, to wiele jego decyzji będzie nietrafionych, jednak gdy znajdzie do tego odpowiednie wytłumaczenie nie straci, a wręcz zyska w oczach podwładnych.

Trudna droga do sukcesu

Nie tylko menadżerowie, ale także osoby zajmujące niższe stanowiska stosują samoutrudnianie. Przed pracownikiem stoi duże wyzwanie, następnego dnia ma rozpocząć ważny projekt. Pracownik zdaje sobie sprawę, że zadanie jest trudne, wymaga specjalistycznej wiedzy, umiejętności i  przygotowania. Jeśli mu nie sprosta, utraci zaufanie szefa oraz współpracowników. Jednocześnie będzie to cios w jego poczucie wartości. Zmuszony będzie myśleć o sobie gorzej i podobnie będzie odbierało go otoczenie zawodowe. Jeśli wieczorem nie przygotuje się do projektu, a zamiast tego pomoże w obowiązkach domowych, to w przypadku porażki w firmie będzie miał wytłumaczenie. Z łatwością będzie mógł uznać, że nie poradził sobie z zadaniem, nie z powodu zaniedbania, ale dlatego, że był zmęczony innymi zajęciami. Gdy pracownik, który rzucił sobie kłody pod nogi odniesie sukces, wtedy może myśleć o sobie w samych superlatywach. Strategia behawioralna to jedna z najczęściej stosowanych metod usprawiedliwiania się w środowisku zawodowym, która tylko teoretycznie pozwala na zachowanie pozycji eksperta.

Usprawiedliwienia

Inna strategia samoutrudniania polega na demonstracji własnych wad. Żeby nie odczuć porażki i nie pogorszyć opinii o sobie, wiele osób demonstracyjnie okazuje swoje słabości. Mogą być to symptomy lęku, obniżenie nastroju, bezsenność oraz stres. Kandydaci w procesie rekrutacji często wspominają, że są zdenerwowani. Zachowują się tak na wszelki wypadek, żeby wytłumaczyć brak wiedzy i kompetencji. Próbują zasygnalizować rekruterowi, że powinien wziąć poprawkę na napięcie, które obniża ich umiejętności. Podobnie jest w sytuacji, gdy pracownika czeka kluczowe dla losów firmy spotkanie biznesowe, wtedy na kilka dni przed jego terminem nie pojawia się w biurze, tłumacząc się problemami zdrowotnymi. Wszystko po to, żeby uniknąć rosnącego niepokoju i jednocześnie zbudować wizerunek osoby zaangażowanej w pracę.

Wina innych

Szef lub członek zespołu może zastosować strategię symboliczną, która polega na negatywnej percepcji sytuacji. Nie zmniejsza obiektywnego prawdopodobieństwa osiągnięcia sukcesu, ale umożliwia dogodną interpretację wyników. Przed rozpoczęciem projektu menadżer dochodzi do wniosku, że poza jego kontrolą są czynniki negatywnie wpływające na realizację zadania. Zespół jest źle dobrany, brak w nim specjalisty, ktoś wprowadza złą atmosferę, ale nie można z tym nic zrobić, ponieważ na przeszkodzie stoi np. prawo pracy. Jeśli efektem działania będzie porażka, szef może uznać, że doszło do niej przez pracownika, który negatywnie wpływał na klimat panujący w przedsiębiorstwie. Często menadżerowie specjalnie poszukują problemowych podwładnych, którzy zapewnią im wyjaśnienie potencjalnego niepowodzenia, a przy okazji nie obciążą ich pozycji w firmie.

Za dużo na głowie

Zarówno szefowie, jak i pracownicy, którym brakuje pewności siebie stosują metodę za wiele naraz. Są skłonni podejmować się licznych zadań jednocześnie, tylko dlatego, że dokładne ich wykonanie nie jest możliwe. Porażka w realizacji dużej liczby skomplikowanych projektów boli mniej. Z wysokiego konia nie wstyd spaść, tak więc utrudnianie sobie życia na skutek przyjęcia mnóstwa obowiązków ma walor samousprawiedliwiający.

Mamy skłonności do samooutrudniania, bo dzięki temu chronimy naszą samoocenę. Taka strategia stosowana jest zwykle jeszcze przed osiągnięciem faktycznego wyniku pracy i stanowi zabezpieczenie na wypadek ewentualnej porażki. Rzucanie kłód pod nogi to skomplikowany i mało efektywny sposób radzenia sobie z brakiem pewności w sytuacjach zadaniowych, dlatego warto rzetelnie wykonywać swoje obowiązki zamiast skupiać się na poszukiwaniu kolejnych wymówek.

prof. dr hab. Dariusz Doliński, psycholog społeczny, Uniwersytet SWPS Wrocław

EFL: branża budowlana odbudowuje się na dobre. Więcej sprzedawać zamierza niemal co druga firma

Aż 44 proc. przedstawicieli branży budowlanej prognozuje wzrost sprzedaży swoich produktów i usług w I kwartale br. – wynika z pierwszego tegorocznego pomiaru „Barometr EFL”. Firmy budowlane nie tylko oceniły swoją sytuację zdecydowanie lepiej niż w poprzednim kwartale (+10 pp.), ale to jest najwyższy wynik tej branży od początku pomiaru Barometru. To znaczący, ale nie jedyny sygnał, że branża budowlana znajduje się w dobrej kondycji. W związku z tym, eksperci EFL prognozują, że dynamika leasingu maszyn budowlanych w 2018 roku wyniesie ok. 27,5 proc. r/r.

Kolejny optymistyczny sygnał wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. W styczniu br. wzrost produkcji budowlanej i montażowej był najwyższym od kilku lat i wyniósł aż 34,7 proc. rok do roku. Na taki wynik najbardziej zapracowały podmioty specjalizujące się we wznoszeniu budynków (+38 proc. r/r) oraz jednostki zajmujące się głównie robotami budowlanymi specjalistycznymi (+36,9 proc. r/r).

– Branża budowlana wchodzi na coraz wyższe obroty, czego pierwsze oznaki widzieliśmy już w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wówczas główny odczyt „Barometru EFL” dla budownictwa był najwyższy wśród sześciu badanych branż, a wysoka wartość wskaźnika wynikała przede wszystkim z optymizmu dotyczącego planowanych inwestycji. W pierwszym tegorocznym pomiarze optymizm firm budowlanych dotyczy przede wszystkich planowanej sprzedaży. Taka sytuacja to odzwierciedlenie zarówno bardzo dobrej sytuacji na rynku inwestycji mieszkaniowych, prac infrastrukturalnych jak i optymistycznych nastrojów konsumenckich. Jednak jest jedno „ale” – hamulcem może okazać się brak rąk do pracy. Szansą są pracownicy zza wschodniej granicy, ale budownictwo nie jest jedyną branżą, która o nich musi zabiegać. Z podobną sytuacją mamy też do czynienia w automotive, logistyce czy handlu. Dlatego tym bardziej realizacja planów budowlanych może być zagrożona – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Już dawno tak wiele firm budowlanych nie leasingowało

Ważną informacją, która wskazuje na to, że branża budowlana będzie dynamicznie rozwijać się w tym roku, są wyniki rynku leasingu za 2017 roku. W ubiegłym roku firmy leasingowe sfinansowały maszyny budowlane o łącznej wartości 2,5 mld zł, co oznacza 27,8 proc. wzrost rok do roku. Numerem jeden w finansowaniu sprzętu dla budownictwa jest EFL. Od stycznia do grudnia 2017 roku firma wyleasingowała maszyny budowlane o łącznej wartość 477 mln zł i wypracowała ponadrynkową dynamikę na poziomie 35 proc. r/r. Taki wynik pozwolił EFL wypracować aż 19 proc. udział w rynku.

Eksperci EFL prognozują, że dobra sytuacja w budownictwie utrzyma się w całym 2018 roku i w związku z tym dynamika leasingu maszyn budowalnych powinna być analogiczna do tej z ubiegłego roku – 27,5 proc. r/r.

Już dawno tak wiele MŚP nie planowało tak wiele… sprzedawać

Pierwszy tegoroczny główny odczyt „Barometru EFL”[1] wyniósł 56,8 pkt. i jest porównywalny ze wskaźnikiem sprzed kwartału (58,2 pkt.) oraz sprzed roku (57,1 pkt.). Można więc wciąż mówić o kontynuacji pozytywnych nastrojów w sektorze MŚP. Eksperci EFL zwracają jednak uwagę na bardzo optymistyczne prognozy przedsiębiorców dotyczące sprzedaży usług i produktów. Aż 38% mikro, małych i średnich firm – dwa razy więcej niż rok temu i najwięcej od prawie 2 lat – planuje więcej sprzedawać.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 1-9 lutego 2018 r.

Zdania, których Twój szef nigdy nie powinien usłyszeć, jeśli myślisz o podwyżce lub awansie

„Pozycję w firmie budują nie tylko czyny, ale także słowa. Dlatego warto przeanalizować swój sposób komunikacji z szefem i poprawić go, zwłaszcza przed rozmową o podwyżce lub awansie” – radzi Aleksandra Pocheć, ekspertka międzynarodowego serwisu pracy MonsterPolska.pl.

 O tych zwrotach należy zapomnieć:

„Mylisz się”

Otwarta krytyka przełożonego to prosta droga, by wkluczyć się z zaufanego kręgu osób, z którymi szef się konsultuje i którymi się otacza. Bliscy współpracownicy wprawdzie mogą mieć odmienne zdanie od tego, które ma szef. Potrafią jednak komunikować je inaczej, mówiąc np. „ciekawa propozycja, ale jest jeszcze inna możliwość”. „Mylisz się” to przekaz negatywny a takich należy unikać.

„Czwartek, to mały piątek. Myślę już tylko o weekendzie”

„Każdy marzy o wolnym weekendzie, ale szef nie jest najwłaściwszą osobą, której należy się z tego zwierzać” – zauważa Aleksandra Pocheć z MonsterPolska.pl. „Równie nietrafionym pomysłem jest wrzucanie zdjęć na Facebooka – zwłaszcza gdy wśród znajomych mamy swojego menadżera – z hasłami typu „jeśli trzeci dzień nie chce ci się pracować, znaczy, że to już środa” albo „moje lenistwo kiedyś mnie wykończy”. Przełożony, zwłaszcza z niewielkim poczuciem humoru, może uznać, że w każdym żarcie, jest trochę prawdy” – dodaje.

„Znowu zapomniałem/am…”

Nawet jeśli zdarzy nam się zapomnieć o wykonaniu zadania, o które prosił szef, możemy powiedzieć: „właśnie nad tym pracuję”, „potrzebuję jeszcze jednego dnia, aby wykonać to zadanie jak najlepiej”. Pokażmy, że pracujemy, staramy się i nie przyznawajmy się, że o czymś zapomnieliśmy. To nie jest najlepsza droga do awansu.

„To nie moja firma, abym musiał się poświęcać”

Tego typu zdanie podkreśla, że nie jesteśmy związani z firmą, w której pracujemy, a nasze zaangażowanie jest na bardzo niskim poziomie. Jeśli dodatkowo zdanie wypowiedziane jest podczas sporu z pracodawcą, może ono przekreślić naszą pozycję na dłużej. Mając trudnego szefa czasem trzeba ugryźć się w język, ale pod żadnym pozorem nie można mówić o naszych emocjach, w tak bezpośredni sposób. Praca nie jest miejscem, w którym powinniśmy pozwalać sobie na docinki. Ewentualne konfliktowe sytuacje należy rozwiązywać w merytorycznej dyskusji.

„W mojej poprzedniej pracy, funkcjonowało to lepiej”

Przekaz, który idealizuje poprzedniego pracodawcę, może być jednocześnie odbierany, jako krytyka obecnej firmy. Jeszcze gorzej, jeśli takich porównań nadużywamy. To jasny sygnał, że wciąż myślami jesteśmy w poprzednim miejscu pracy.

„Nie mam motywacji do pracy, bo za mało zarabiam”

„To zły wstęp do rozmowy o podwyżce. Po pierwsze – pracownik przyznaje się do braku motywacji, po drugie – robi pracodawcy wyrzut, że ten płaci kwotę, którą ma zapisaną w umowie” – zauważa ekspertka serwisu pracy MonsterPolska.pl. „Chcąc rozmawiać o pieniądzach, trzeba ubrać argumenty w odpowiednie słowa. Warto powołać się na ostatnio wykonane projekty, nowe zadania, dobrą sprzedaż lub udaną akcję promocyjną. Wychodząc od przypomnienia swoich zasług i pokazania zaangażowania można rozmawiać o wyższych pieniądzach” – dodaje.

„Nie”

Krótko rzucone „nie” w kierunku szefa, może być bardzo źle odebrane. Jeśli chcesz odmówić przełożonemu, lepiej zrobić to w inny, mniej bezpośredni sposób.

„Nie lubię pracować w zespole”

Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że nie lubimy pracować z szefem i z kolegami z działu, co jest równoznaczne z informacją: „źle się czuję w obecnym miejscu pracy”. Nawet jeśli jesteś typem indywidualisty i lubisz samodzielne projekty, to nie powinieneś mówić o tym, że masz kłopoty we współpracy z ludźmi. Komunikacja interpersonalna jest jedną z kluczowych umiejętności wymaganych na wyższych stanowiskach.

„Spróbuję”

Takie stwierdzenie pozostawia przełożonego w niepewności. Lepiej mówić „sprawdzę i odpowiem ci, jakie są możliwości” albo „dziś mam dzień wypełniony spotkaniami, ale rano się tym zajmę”.

„Czy mogę wyjść wcześniej, bo na dziś skończyłem?”

To pytanie, którego nigdy nie powinniśmy wypowiedzieć ani przy kolegach z działu, ani przy szefie. Takim komunikatem przyznajemy się, że mamy za mało pracy. Zarówno współpracownicy, jak i manager chętnie wykorzystają nasz wolny czas.

Nie można bagatelizować codziennej komunikacji z szefem. Im lepiej będzie nam szła współpraca, tym mamy większe szanse na podwyżkę i awans. Pracodawcy lubią bowiem doceniać tych, z którymi mają pozytywne relacje. Takie osoby stanowią dla nich gwarancję rozwoju firmy. Potwierdziły to również badania serwisu Pensjometr.pl od Monster Polska[1], gdzie różnica pomiędzy zarobkami osób mających dobrą relację z szefem, a tych, których relacje są zdystansowane lub nieprzyjazne wynosiła 9 proc.

[1] https://www.monsterpolska.pl/poradnik/artykul/polscy-pracodawcy-jakich-cech-im-brakuje

Kobiety stanowią 36% zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 36% oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy dotyczy kobiet. Eksperci Personnel Service wskazują, że największe zainteresowanie zatrudnianiem kobiet widać w przemyśle lekkim i spożywczym. Coraz częściej Ukrainki pracują również w zawodach przyszłości, m.in. w pielęgniarstwie czy opiece nad osobami starszymi.

Stereotyp dotyczący tego, że pracownik z Ukrainy to najczęściej kobieta zatrudniona w polskim gospodarstwie domowym, nie jest aktualny. Po pierwsze, patrząc na strukturę oświadczeń, do Polski częściej przyjeżdżają mężczyźni. Po drugie, to właśnie gospodarstwa domowe notują zniżki, jeżeli chodzi o liczbę złożonych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom. Nie znaczy to jednak, że kobiety nie migrują. Stanowią one jedną trzecią imigrantów z Ukrainy. Nie pracują jednak w gospodarstwach domowych, a w przemyśle lekkim czy spożywczym albo na produkcji. Coraz częściej też znajdują zatrudnienie w zawodach przyszłości związanych m.in. z edukacją dzieci czy opieką nad osobami starszymi – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Kobiety w przemyśle lekkim i spożywczym

Z wewnętrznych danych Personnel Service wynika, że najwięcej kobiet z Ukrainy, które znajdują zatrudnienie w Polsce, pracuje w firmach zajmujących się przemysłem lekkim i spożywczym. Ta ostatnia kategoria jest szczególna pod względem zatrudniania kobiet, bo stanowią one nawet połowę wszystkich pracowników z Ukrainy. W przypadku przemysłu lekkiego, kobiety stanowią ok. 40% ogółu. Oznacza to, że struktura zatrudnienia w Personnel Service odpowiada ogólnej tendencji. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 36% oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom dotyczy właśnie kobiet.

Pielęgniarki, opiekunki i nauczycielki na nie rośnie zapotrzebowanie

W porównaniu rok do roku największy wzrost zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy odnotowano w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej – liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom tego kraju wzrosła o 114%, z niecałych 1 724 osób w 2016 roku do aż 3 690 w 2017 roku. W edukacji ten wzrost wyniósł 20% – 1 711 w 2016 roku vs. 2 059 w 2017 roku.

Pielęgniarstwo i edukacja to branże, w których nadal przeważają kobiety. Można się zatem spodziewać, że jeżeli pracodawcy będą poszukiwali kadry ze wschodu, zgłoszą się właśnie panie. Mam też nadzieję, że coraz więcej kobiet będzie przyjeżdżało do Polski za swoimi partnerami, którzy już w Polsce pracują. Na to właśnie musimy postawić. Ukraińcy przyczyniają się do podnoszenia naszej konkurencyjności w Europie, pomagają załatać luki kadrowe i stanowią dodatkową siłę napędową dla gospodarki. Dlatego należy tworzyć perspektywy dla umocnienia ich obecności w Polsce: poprzez dostęp do przedszkoli i szkół, służby zdrowia, całego pakietu socjalnego pozwalającego poczuć się bezpiecznie – mówi Krzysztof Inglot.

Co warto odnotować, w sektorze gospodarstw domowych widać spadek zainteresowania pracownikami z Ukrainy. W 2017 roku złożono o 29% mniej oświadczeń niż rok wcześniej.

Po włoskich wyborach

Światowa polityka zdominowana jest przez sytuację w Europie. We Włoszech, gdzie niedzielne wybory parlamentarne wygrały partie eurosceptyczne, wytworzyła się niebezpieczna sytuacja dla strefy euro. Niektórzy ze zwycięskich polityków startowali z hasłami opuszczenia przez Włochy strefy euro. Co więcej, by rządzić potrzebne będzie utworzenie koalicji, co może oznaczać długie negocjacje, a tym samym czas niestabilności politycznej w kraju. Mimo to jak na razie euro zyskuje na wartości wobec innych walut światowych, w tym do dolara czy japońskiego jena. Z kolei brytyjski funt rósł po oświadczeniu premier Wielkiej Brytanii Theresy May, że politycy brytyjscy i unijni są coraz bliżej porozumienia dotyczącego warunków brexitu.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,62%) i japońskiego jena (+0,71%), a traci do euro (-0,47%), brytyjskiego funta (-0,37%) oraz dolara australijskiego (-0,36%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,234, GBP/USD – 1,382, USD/CAD – 1,299, AUD/USD – 0,776 i USD/JPY – 106,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+1,25%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,1, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,892. Złotówka zyskuje do dolara, funta i franka szwajcarskiego i nie zmienia wartości wobec euro. We wtorek rano dolar kosztuje poniżej 3,4 zł, euro – 4,19 zł, funt – poniżej 4,7 zł, a frank – 3,61 zł.

Giełdy

Na światowe giełdy zdecydowanie powrócił kolor zielony. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,65%, frankfurcki indeks DAX – 1,49%, a paryski indeks CAC 40 – 0,6%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 1,1%, meksykański indeks Bolsa – o 0,36%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,3%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,79%, indeks Shanghai Composite – o 1%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 2,14%.

Ropa i złoto

Ceny ropy naftowej rosną drugi dzień w rzędu. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 65,54 USD (+1,79%), a ropy WTI – 62,57 USD (+2,11%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy wzrosła o 1 USD do 71 USD. Z kolei złoto po wcześniejszych wzrostach traci na wartości. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1321 USD. To 4 USD mniej (-0,3%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 4:30 – Australia – Decyzja RBA ws. stóp procentowych, marzec – bez zmian
  • 9:00 – Słowacja – Sprzedaż detaliczna (r/r), styczeń (poprzednio 5,6%)
  • 9:00 – Węgry – PKB (r/r), IV kw. (prognoza 4,8%)
  • 9:15 – Szwajcaria – Inflacja CPI (r/r), luty (prognoza 0,6%)
  • 13:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Nowego Jorku
  • 16:00 – USA – Zamówienia w przemyśle (m/m), styczeń (prognoza -1,3%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), styczeń (prognoza -3,7%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), styczeń (prognoza -0,3%)
  • 16:00 – Kanada – Indeks Ivey PMI, luty (prognoza 56,3 pkt.)
  • 22:35 – Australia – Wystąpienie szefa RBA

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Nowe technologie na problemy z życiem seksualnym. Inteligentne gadżety także zmierzą ilość spalanych kalorii i zaproponują nowe pozycje

Nowe technologie na problemy z życiem seksualnym. Inteligentne gadżety także zmierzą ilość spalanych kalorii i zaproponują nowe pozycje 7

Blisko 40 proc. Polaków narzeka na spadek zainteresowania seksem.  Poprawić jakość życia erotycznego mogą inteligentne gadżety.​ To już nie tylko popularne od kilkunastu lat zwykłe zabawki, ale aplikacje, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na satysfakcję z seksu. Lovely, czyli specjalna nakładka na penisa połączona z aplikacją Lovely App, wysyła raport ze spersonalizowanymi poradami. Rozpoznaje preferencje par i proponuje nowe pomysły i techniki związane z tego typu stymulacją. Rynek zabawek erotycznych do 2019 roku ma być wart ok. 30 mld dolarów.

– Lovely to zabawka erotyczna oraz aplikacja dla par, która wzbogaca ich życie erotyczne. Jest to przedmiot, który zakłada się na podstawę penisa. Podczas stosunku Lovely mierzy różne dane,a specjalna aplikacja, na ich podstawie proponuje porady, stworzone przez naszych seksuologów. Takie porady to np. sugestia nowych pozycji, technik stymulacji. Para może je później wykorzystać do wzbogacenia swojego życia erotycznego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Konik, założyciel Lovely.

Lovely to przenośne urządzenie, dokładniej – specjalna, wibrująca nakładka na penisa, wykonana z medycznego silikonu, która pozwala wydłużyć erekcję, a jednocześnie stymuluje partnerkę. To jednak także inteligentna zabawka erotyczna, gdyż połączona jest z aplikacją, do której za pośrednictwem połączenia Bluetooth wysyła wszystkie informacje zebrane podczas stosunku. Aplikacja analizuje i przetwarza zebrane dane, następnie podając nie tylko liczbę spalonych kalorii.

– W Lovely jest akcelerometr i żyroskop, które mierzą charakterystykę ruchu, czyli np. prędkość, kąt nachylenia, siłę. To wszystko jest potem łączone z pragnieniami danej pary, czyli jesteśmy w stanie powiedzieć, co dana para lubi i dzięki temu, co można im doradzić, np. jeśli dana para lubi seks oralny, jesteśmy w stanie zaproponować im nowe techniki stymulacji związane z tego typu seksem. Wszystkie porady były przygotowane przez naszych seksuologów – podkreśla Konik.

Aplikacja generuje spersonalizowane porady, czy podpowiedzi pozycji, które mogą przypaść do gustu danej parze. Lovely jest też urządzeniem uczącym się. Po jakimś czasie wie już, kiedy dana para lubi uprawiać seks i kiedy jest on dla niej najprzyjemniejszy. Aplikacja może pomóc w leczeniu zaburzeń, ale też okaże się przydatna w przypadku par borykających się z problemami związanymi z życiem erotycznym. W aplikacji można znaleźć propozycje ok. 120 nowych pozycji, czy 11 kategorii technik stymulacji.

Niektórzy idą jeszcze o krok dalej. Powstały już pierwsze sex-roboty, które są tak realistyczne, że można się w nich zakochać. Sławę zdobył robot ze sztuczną inteligencją o imieniu Samantha – interkatywna zabawka, która reaguje na głos i dotyk swojego właściciela. Posiada wbudowane czujniki w głowie, rękach, piersiach oraz w innych intymnych miejscach. Ta erotyczna zabawka kosztuje ponad 50 tys. złotych i dostępna jest na zamówienie.

Z badania „Seksualność Polaków 2017” wynika, że 40 proc. osób ma niższe libido, a 20 proc. cierpi na zaburzenia potrzeb seksualnych. Jednocześnie spada liczba osób, które uprawiają seks – w ubiegłym roku 76 proc. przy 86 proc. w 1997 roku. Najbardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego są Polacy w wieku 30 – 49 lat. Aż 70 proc. osób w tym wieku  jest usatysfakcjonowana swoim pożyciem. Znacznie mniej, bo tylko 36 proc. osób w wieku powyżej 50 lat, dobrze ocenia swoje życie seksualne.

Rynek zabawek erotycznych dynamicznie rośnie. Business Wire szacuje, że do 2019 roku jego wartość osiągnie przynajmniej 29 mld dol. Firma Technavio ocenia zaś, że w 2020 roku może to być już 50 mld dolarów.

Grafen wkracza do branży odzieżowej. Powstały inteligentne tkaniny tekstylia pozwalające kontrolować urządzenia elektroniczne

Grafen wkracza do branży odzieżowej. Powstały inteligentne tkaniny tekstylia pozwalające kontrolować urządzenia elektroniczne 8

Na grafen otwierają się kolejne branże. Dzięki jego właściwościom, takim jak wysoka wytrzymałość, ultra cienkość, ekstremalnie wysokie przewodnictwo i niski koszt wytworzenia. Nowością są inteligentne tekstylia, dzięki którym kontrolować można np. mobilne aplikacje. Powstaje coraz więcej zastosowań grafenu w wielu różnych branżach, jednak wyzwaniem ciągle pozostaje wprowadzenie tych wynalazków do masowej produkcji.

– Opracowaliśmy inteligentną tkaninę, która zawiera różnego rodzaju czujniki, na przykład czujniki pojemności, oporu i bliskości. Możemy dzięki nim kontrolować między innymi nasz telefon komórkowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jose Antonio Pelaez z firmy Graphene Tech.

Taki materiał może być stosowany na co dzień. Może być używany zarówno w zwykłej odzieży, jak i ubraniach roboczych. Nie ma także przeszkód, aby prać go w pralce razem ze standardowymi materiałami. Jego zaletą jest także bezproblemowa współpraca z każdą aplikacją. Jego wysokie przewodnictwo ciepła pozwala utrzymać termikę lepiej, niż obecnie stosowana odzież.

– Można dzięki temu kontrolować odtwarzacz muzyczny w Androidzie albo w systemie iOS. Ale również monitorować swoje mięśnie, czy używać tego materiału jako grzejnika – zauważa przedstawiciel Graphene Tech.

Inteligentny materiał jest już dostępny na rynku. Jednocześnie pomysłodawcy mają kolejne plany. Jednym z nich jest wprowadzenie do sprzedaży t-shirtu, który będzie współpracować z telefonem komórkowym i umożliwi nad nim kontrolę. Największym wyzwaniem pozostaje wprowadzenie produktów bazujących na grafenie do masowej produkcji.

– Grafen jest bardzo dobrym przewodnikiem. Zaledwie z pięcioprocentową zawartością grafenu możemy osiągnąć taką przewodność jaką ma srebro czy miedź przy porównywalnej cenie. Jednak ​sam grafen nie wystarczy, potrzebujemy również  jego komercyjnych zastosowań – mówi  Jose Antonio Pelaez.

Próby zastosowania grafenu przy produkcji odzieży obserwujemy od kilku lat. Na początku ubiegłego roku w Wielkiej Brytanii pokazano sukienkę, która zmienia kolor w zależności od nastroju noszącej jej osoby. Wbudowany czujnik mierzy częstotliwość oddechu kobiety i w zależności od tego pobudza zastosowany grafen do zmiany koloru ubrania. Nowoczesne sukienka nie trafiła jednak na razie do sprzedaży. Jej twórcy mają nadzieję, że w przyszłości ta technologia pozwoli do tworzenia odzieży, która będzie umożliwiać wyświetlanie dowolnych kolorów czy wzorów.

Globalny rynek rozwiązań z zastosowaniem grafenu osiągnął w 2016 roku wartość 32 mln dolarów – wynika z najnowszego raportu Zion Market Research. W najbliższych latach będzie rosnąć średniorocznie o 35 proc., by według szacunków w 2022 roku mieć wartość ponad 193 mln dolarów.

Jak bardzo uparty jest Trump?

Inwestorzy zaczynają zapominać o włoskich wyborach i powracają z uwagą w stronę globalnego handlu i problemów, jakie wywołują ostatnie propozycje Trumpa dotyczące ceł importowych. Niektórzy są zdania, że krytyka z zagranicy, ale też z własnego sztabu skłonią prezydenta USA do zmiany decyzji, co pomaga osłabić nieco awersję do ryzyka na rynkach.

Czy Twoim zdaniem, czytelniku, prezydent Donald Trump jest osobą, której łatwo wytłumaczyć, że to co już ogłosiła całemu światłu, jest błędem i powinno zostać cofnięte? Czy ostatnie kilkanaście miesięcy dało dowody na to, że Trump potrafi posypać głowę popiołem? Osobiście nie uwierzę, póki nie zobaczę, dlatego też trudno mi zaakceptować rynkowe odreagowanie. Myślę, że nadzieje na złagodzenie stanowiska Trumpa wymieszały się z ulgą, że włoskie wybory nie przyniosły katastrofy. Trzymam się zdania, że po weekendzie niewiele się zmieniło; prędzej zobaczymy kolejny ostry komentarz Trumpa na Twitterze (jak te wczoraj o Nafta), niż oficjalna notę cofającą zeszłotygodniowe propozycje dot. ceł na stal i aluminium. W międzyczasie można liczyć na działania odwetowe reszty świata. Dziś rano słyszymy, że KE rozważa wprowadzić cła na towary z USA, m.in. na stal, dżinsy i Burbona.

Jeśli wracamy do niepewności o przyszłość globalnego ożywienia (które może zahamować pod wpływem wojen handlowych), to wówczas wracamy do umocnienia JPY. EUR też powinno się mieć dobrze, kiedy już zniknął nawis premii za ryzyko polityczne. USD będzie ustępował bezpiecznym walutom, przynajmniej krótkoterminowo. W średnim horyzoncie perspektywa wyższych cen za towary z importu lub krajowe substytuty daje pole do agresywniejszej polityki Fed. Przegranymi pozostają aktywa ryzykowne, waluty surowcowe i rynków wschodzących. W G10 główny ból dotyczy AUD i CAD. W tym ostatnim przypadku wczoraj było widać, jak słowa Trumpa mogą ranić. Prezydent USA postawił ultimatum, że nowe cła mogą nie objąć Meksyku i Kanady, ale pod warunkiem, że nowa wersja porozumienia Nafta będzie bardziej „uczciwa” dla USA. W każdym scenariuszu to zła wiadomości dla sąsiadów USA, a zatem i ich walut.

AUD wstępnie nie zareagował na decyzję RBA (stopa kasowa bez zmian), ale cała kompozycja informacji z Australii (komunikat i dane makro) nie jest sprzyjająca. W komunikacie bank nie odniósł się do ostatnich zawirowań rynkowych. Po pozytywnej stronie można odnotować stwierdzenie, że tempo wzrostu płac ma dołek już za sobą, ale złagodzono język opisujący przyszłe tempo wzrostu gospodarczego (usunięto frazę, że wzrost będzie „trochę powyżej 3 proc.”). Deficyt na rachunku bieżącym w IV kw. był większy od oczekiwań, a odbicie sprzedaży detalicznej w styczniu po fatalnym grudniu było mniejsze od oczekiwań. Albo nastroje konsumentów słabną, albo obniżki cen hamują przyspieszanie inflacji. Tak, czy inaczej nie są to informacje wspierające jastrzębie oczekiwania i pozostaję negatywnie nastawiony do AUD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ochrona danych osobowych w przychodniach i szpitalach – co zmieni RODO

Placówki medyczne powinny szczególnie dbać o bezpieczeństwo danych osobowych swoich pacjentów z uwagi na przetwarzanie danych wrażliwych, czyli szczególnej kategorii. Niestety często podmioty takie nie mają przyjętych odpowiednich procedur podnoszących bezpieczeństwo danych, a także odpowiedniego systemu szkolenia pracowników i współpracowników, którzy są najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa – to zazwyczaj człowiek popełnia błąd. Zarówno duże szpitale, jak i małe przychodnie codziennie świadczą usługi na rzecz wielu osób, co równoznaczne jest z tym, że stają się one administratorami ich danych szczególnie chronionych. Jak aktualnie są chronione i co się zmieni w tej kwestii po wprowadzeniu – już w maju br. – RODO? 

Co wymaga poprawy?

Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych w ODO 24.
Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych

Każda jednostka medyczna gromadzi dane pacjentów, w tym te wrażliwe, w związku z czym powinna stosować w swojej działalności jeszcze przepisy ustawy z 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych. W praktyce bywa jednak różnie. W szczególności pracownicy niezależnie od wielkości placówek, często nie przykładają wystarczającej uwagi do przestrzegania wewnętrznych regulacji z zakresu ochrony danych w tym bezpieczeństwa informacji. Może to wynikać z ogromu pracy jaką mają na co dzień, nie powinni o tym elemencie jednak zapominać. Problem może być ulokowany niestety również wyżej w kierownictwie organizacji – wiele placówek nie ma w ogóle lub ma nieodpowiednie procedury ochrony danych – w takiej sytuacji szeregowi pracownicy pozostają bezsilni – mówi adw. Marcin Zadrożny, WTB.

Najczęstszą przyczyną zagrożeń dla danych pacjentów jest brak wiedzy i przyjęcia odpowiednich procedur – przechowywanie dokumentacji medycznych w miejscach ogólnie dostępnych, pozostawienie otwartego gabinetu lekarskiego bez nadzoru, czy też włączonego komputera z otwartym programem do obsługi pacjentów. Wszystko to naraża osoby korzystające z usług podmiotów medycznych, w tym przychodni lekarskich na niebezpieczeństwo. Tak niezabezpieczone informacje są łatwym celem dla osób postronnych.  Nierzadko pacjenci nie są również w odpowiedni sposób uświadamiani o przetwarzaniu ich informacji podmioty często nie dopełniają obowiązku poinformowania osoby, której dane dotyczą, o jej prawach lub przekazania tej osobie informacji umożliwiających korzystanie z praw przyznanych na mocy obecnie jeszcze obowiązującej ustawy o ochronie danych osobowych

Co zmieni RODO

Wejście w życie nowego prawa wpłynie na sytuację pacjentów placówek. Dzięki zmianom sektor ochrony zdrowia otworzy się na nowe technologie przetwarzania informacji i podniesie poziom bezpieczeństwa przetwarzanych danych. –  wskazuje adw. Marcin Zadrożny WTB.

Najważniejsze zmiany, jakie wprowadza RODO dla branży medycznej to przede wszystkim:

  • Inspektor ochrony danych (IOD), który będzie miał  więcej obowiązków niż do tej pory administrator bezpieczeństwa informacji (ABI). Podmioty medyczne, które przetwarzają dane dot. stanu zdrowia swoich pacjentów na dużą skalę będą musiały obligatoryjnie wyznaczyć IOD. Dzięki temu branża medyczna zyska dobrze wykwalifikowaną osobę, która m.in. będzie monitorowała przestrzeganie przepisów RODO i innych przepisów – zyskają na tym również pacjenci poprzez większą gwarancję ochrony ich danych.
  • Obowiązek odpowiedniego informowania. Osoba, która będzie chciała skorzystać z usług szpitala lub przychodni będzie musiała  zostać uświadomiona w sposób przejrzysty, zrozumiały i przystępny, dlaczego i w jakim celu będą przetwarzane jej dane osobowe, jakie posiada prawa, czy jak długo te dane będą przetwarzane przez podmiot medyczny.
  • Konieczność oceny skutków planowanych operacji przetwarzania dla ochrony danych. Taka ocena będzie musiała zawierać m.in. opis planowanych operacji i celów przetwarzania, ze wskazaniem czy są one niezbędne oraz proporcjonalne w stosunku do zamiarów, oszacowania ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których one dotyczą.
  • Utworzenie rejestru czynności przetwarzania. Prowadzenie takiego wewnętrznego rejestru stanie się obligatoryjne. Administrator będzie musiał zamieścić w nim m.in. takie informacje jak: imię i nazwisko lub nazwę oraz dane kontaktowe administratora oraz inspektora ochrony danych, cele przetwarzania, opis kategorii osób, których dane dotyczą oraz kategorii danych osobowych, jeżeli jest to możliwe planowane terminy usunięcia poszczególnych kategorii danych oraz ogólny opis technicznych i organizacyjnych środków bezpieczeństwa.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości

Kolejny raz handlowcom udało się uniknąć podatku, będą mieli jednak problem z wolnymi niedzielami. Po raz pierwszy nie otworzą sklepów 11 marca. Czy odbije się to na ich sytuacji finansowej? W nowe reguły gry, handel detaliczny wchodzi po bardzo udanym dla siebie roku, większość firm znajduje się w silnej i dobrej kondycji finansowej, choć z niemałą kwotą zaległości wobec kontrahentów i banków przekraczającą 1,57 mld zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Bisnode Polska.

Sprawa podatku handlowego znów przesunęła się w czasie, tym razem na przyszły rok. Zakaz handlu w niedzielę w okrojonym zakresie, zaczyna wpływać na branżę już w 2018. Od 1 marca tego roku w każdym miesiącu będzie można handlować tylko w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca, w przyszłym roku w jedną niedzielę, a w 2020 r. już wcale. Opinie co do tego czy wolne niedziele zaszkodzą sklepom czy też nie, są podzielone. – Dobrze w takiej sytuacji, że znacząca zmiana wchodzi w życie w momencie gdy sprzyja jej dobra koniunktura gospodarcza. Miniony rok branża z pewnością może uznać za udany – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Spadek bezrobocia i wyższe dochody Polaków spowodowały, że handel detaliczny uplasował się w 2017 r. w ścisłej czołówce branż, które z tego skorzystały. Według danych GUS, liczona w cenach bieżących sprzedaż detaliczna rosła w 2017 r. o 8,4 proc., czyli ponad dwa razy szybciej niż w 2016 r. Badany przez GUS wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury wypada jeszcze lepiej niż przed rokiem, a prognozy sprzedaży są optymistyczne.

Prawie 30 tys. firm ma kłopoty z płatnościami

Niezłą kondycję handlu detalicznego widać też w danych Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Wynika z nich, że poważne problemy z terminowym regulowaniem swoich zobowiązań ma 4 proc. przedsiębiorstw handlowych. Na tle całej gospodarki, to niedużo, bo odsetek firm niepłacących w terminie kontrahentom i bankom, w całej puli przedsiębiorstw wynosi 5,4 proc. Łączna zaległość 29 458 niesolidnych płatników w handlu detalicznym to już jednak spora suma, która przekracza 1 mld 576 mln zł. Składają się na nią przeterminowane o co najmniej 30 dni płatności na kwotę min. 500 zł.

– Im wyższy odsetek firm opóźniających płatności w danej branży, tym większe ryzyko podejmowanej współpracy z przedsiębiorstwami reprezentującymi właśnie ten sektor gospodarki. To dla przedsiębiorców sygnał, że należy zachować szczególną ostrożność w zawieraniu z nimi transakcji z odroczonym terminem płatności i opieraniu całego biznesu na ryzykownych płatniczo przedsiębiorstwach – wyjaśnia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Najwyższe zaległe zadłużenie mają sklepy spożywcze

Największe przeterminowane długi w puli prawie 1,58 mld zł mają sklepy ogólnospożywcze, jest ich wśród sklepów najwięcej i m.in. z tego względu zgromadziły 398 mln zł zaległości (25 proc. całego przeterminowanego zadłużenia). Na drugim miejscu, z kwotą 119 mln zł, znajdują się sklepy niewyspecjalizowane, następnie firmy zajmujące się sprzedażą wysyłkową oraz internetową – 107 mln zł, apteki – 100 mln zł, stacje paliw – 92 mln zł, sklepy odzieżowe – 91,5 mln zł, handel na bazarach i targowiskach – 80,7 mln zł, oferujący meble i oświetlenie – 55,5 mln zł, sklepy monopolowe – 51 mln zł. Nieco mniej zaległości mają punkty z wyrobami metalowymi, farbami i szkłem oraz liczone łącznie kwiaciarnie i sklepy zoologiczne oraz z karmą dla zwierząt. Na blisko 34 mln zł zadłużone są sklepy mięsne.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Stabilną sytuację branży potwierdzają oceny wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Na ponad 11,5 tys. analizowanych firm powyżej 60 proc. jest w silnej i dobrej kondycji. W słabej znajduje się 19 proc., a w złej 21 proc.

Kondycja finansowa firm handlu detalicznego

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 2

Źródło: Bisnode Polska

Niezła kondycja handlu detalicznego nie zmienia faktu, że liczba sklepów w Polsce systematycznie maleje. W ostatnich dziecięciu latach zniknęło ich niemal 100 tys. Na koniec stycznia 2018 r. ich liczbę Bisnode Polska szacuje na nieco ponad 271,2 tys. Co oznacza, że w porównaniu do roku ubiegłego ubyło 4,2 proc. sklepów. Spadek odnotowano we wszystkich branżach. W ujęciu procentowym najwięcej sklepów, ponad 13 proc. przestało działać w branży detalicznej sprzedaży owoców i warzyw. Jednak najliczniej likwidowane były sklepy sprzedające odzież. Tylko w ostatnich dwunastu miesiącach liczba sklepów odzieżowych spadła o ponad 1,8 tys. Wyjątkiem są sklepy internetowe, których łącznie na polskim rynku przybyło przez rok ponad 1,3 tys., w czym po części upatruje się przyczyn spadku liczby tradycyjnie działających sklepów. Ogromną rolę w zmianach jakich doświadcza handel detaliczny odgrywa też konsolidacja – niewielkie i niezrzeszone sklepy (które w 2008 r. pokrywały ponad 56 proc. rynku, w 2015 r. stanowiły już zaledwie 41 proc. wszystkich sklepów) tracą na rzecz zorganizowanych i nowoczesnych formatów handlu jak dyskonty, supermarkety, czy nowoczesne formaty convenience – oceniają eksperci*.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 3

Źródło: Bisnode Polska

Największy odsetek dłużników na Górnym i Dolnym Śląsku

Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że województwem, które dominuje pod względem kwoty zaległości firm handlu detalicznego jest mazowieckie – prawie 300 mln zł przeterminowanego długu. Najwyższa jest tu również liczba niesolidnych dłużników prawie 4,8 tys. Na kolejnych pozycjach, jeśli chodzi o wartość długów, znajdują się Dolny i Górny Śląsk oraz woj. wielkopolskie, pomorskie i małopolskie. W czołówce tej z wyjątkiem Śląska firmy handlu detalicznego mają średni zaległy dług przekraczający średnią dla całego kraju na poziomie 53,5 tys. zł. Największy udział niesolidnych firm prezentowanej branży, przekraczający 4 proc. odsetek dla kraju, ma siedzibę w województwach: pomorskim, dolnośląskim, śląskim – od 4,7 do 4,8 proc.

Handel z wolną niedzielą i prawie 1,6 mld zł zaległości 4

*DM PKO BP

Plany nowelizacji prawa upadłościowego w 2018 roku

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad nowym kształtem prawa upadłościowego, które ma w pewnej mierze chronić prywatny majątek małych przedsiębiorców prowadzących swój biznes w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Zmiany wzorowane są na zachodnich rozwiązaniach. Czy planowane ewolucje nie będą furtką dla nieuczciwych przedsiębiorców i czy ministerstwo jest w stanie oszacować skalę problemu? Sprawę komentuje Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat.

Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat
Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat

Minister Sprawiedliwości chce dostosować działania upadłościowe do wielkości przedsiębiorstwa.  Chodzi o ochronę obywatela i jego stabilności życiowej, bowiem upadek małej lub średniej firmy prowadzonej w oparciu o jednoosobową działalność gospodarczą to bardzo często także upadek życiowy przedsiębiorcy i jego rodziny. – Sam pomysł jest dobry, ponieważ do tej pory upadłość była dostępna wyłącznie dla dużych spółek i mikroskopijnej grupy konsumentów. Planowana nowelizacja ma szansę zwiększyć ilość kontrolowanych upadłości z kilku tysięcy do nawet 100 tysięcy, tak, jak jest w porównywalnej pod względem ludności Kanadzie. Dobrze wprowadzone zmiany w przepisach dałyby możliwość odbudowania się małym przedsiębiorcom po upadłości, a także umożliwiłyby częściowe odzyskanie należności przez wierzycieli. Mali przedsiębiorcy po utracie płynności finansowej najczęściej oficjalnie wykreślają swoją działalność gospodarczą, ale tylko po to, by dalej prowadzić ją pod firmą znajomego czy członka rodziny. Dług takiego przedsiębiorcy może więc rosnąć, a on do końca życia może nie mieć szansy podnieść się finansowo. Tym samym jego wierzyciele też mogą nigdy nie odzyskać swoich środków – dodaje ekspert.

Założenia ustawy

W znacznie lepszej sytuacji życiowej niż dotychczas w obliczu upadłości, a de facto bankructwa, bo z takim przypadkiem mamy do czynienia prowadząc działalność jako osoba fizyczna, znajdą się przedsiębiorcy, ponieważ ich prywatny majątek będzie częściowo chroniony. Według doniesień jednym z pomysłów jest to, aby w przypadku licytacji mieszkania część uzyskanej kwoty wracała do licytowanego dłużnika z przeznaczeniem na dwuletni wynajem mieszkania w danej miejscowości.

Takie rozwiązanie dotychczas było dostępne dla konsumentów – nowa ustawa ma przybliżyć statut upadłości konsumenckiej do upadłości przedsiębiorcy prowadzącego małą firmę – mówi Jakóbiak. Polski ustawodawca wzorował się na zachodnich rozwiązaniach, stosowanych między innymi w Stanach Zjednoczonych,  gdzie upadłość niewielkiej działalności gospodarczej traktowana jest raczej jako wypadek na drodze do udanego biznesu, a nie przekreślenie wszelkich szans na powodzenie. Zmieni się także sposób układania planu spłat – tu znaczenie będzie miał powód upadłości. Jeśli w toku badania sprawy okaże się, że niepowodzenie finansowe wyniknęło z wyraźnej winy przedsiębiorcy to jego plan spłaty może trwać aż 84 miesiące. W przypadkach niezawinionych będzie to maksymalnie 36 miesięcy, a pozostałe niespłacone należności zostaną umorzone. – To wszystko brzmi bardzo obiecująco – dobrze, że ustawodawca chce zadbać o bezpieczeństwo bytowe małych przedsiębiorców i ich rodzin, bo takie osoby w zasadzie nie różnią się od konsumentów, którzy nie prowadzą swojej działalności. Jednak, jako osoba od lat obserwująca zawodowo sektor MŚP uważam, że zmiany powinny rozpocząć się od zbadania powodów problemu z płynnością finansową, a ewolucje w prawie powinny iść w parze z szeroko zakrojoną kampanią edukacyjną pod hasłem odpowiedzialnego prowadzenia firmy i przeciwdziałania upadłości – mówi Mateusz Jakóbiak.

Plan ministerstwa nie jest doskonały

Ministerstwo Sprawiedliwości szacuje, że aż 2 miliony Polaków nie może uporać się z przeterminowanymi długami, których wartość wynosi w sumie ponad 50 mld zł. – Podstawową misją rządzących powinna być edukacja finansowa i prawna początkujących przedsiębiorców. Mam na myśli podstawową wiedzę na temat zawierania umów, obliczania opłacalności działalności, czy zachowania płynności finansowej. Bez takiego programu, którego prowadzenia mogłoby się podjąć Ministerstwo Sprawiedliwości i np. Ministerstwo Finansów, wdrażane zmiany w przepisach nie odniosą tak pozytywnych rezultatów. Nie można skupiać się wyłącznie na rezultacie, nie próbując naprawiać przyczyny problemu, jakim zdecydowanie jest brak wiedzy. Cierpią na tym niestety wszyscy, zarówno dłużnicy i ich otoczenie, jak również wierzyciele oraz oczywiście Skarb Państwa – zauważa Mateusz Jakóbiak.

Dlaczego firmy upadają

Według badań przeprowadzonych przez Euler Hermes dotyczących spółek w 2017 roku 900 firm ogłosiło niewypłacalność.[i] Wyniki pokazują, że powodem takiego stanu rzeczy są przede wszystkim dobrze znane polskiemu przedsiębiorcy, tzw. zatory płatnicze. – Brak płynności finansowej jest szczególnie ważny w przypadku małych przedsiębiorstw. Często jedna większa niezapłacona faktura powoduje, że firma staje się niewypłacalna i nie ma środków na bieżącą działalność – tłumaczy Jakóbiak. Potwierdzają to wyniki raportu, który firma Vindicat przygotowała w oparciu o dane o wykorzystaniu ich narzędzia do samodzielnej windykacji online, dedykowanego właśnie sektorowi MŚP. Badanie pokazuje bowiem, że aż 79% roszczeń wynika z niezapłaconych faktur[ii]. – Do tego dochodzi jeszcze brak doświadczenia w polubownym, ale jednocześnie skutecznym odzyskiwaniu należności i w ten sposób zator płatniczy rośnie do rozmiarów realnego zagrożenia dla stabilności finansowej firmy – komentuje Mateusz Jakóbiak.

Jakie mogą być konsekwencje zmian?

Czy nowy kształt prawa upadłościowego zmieni coś także w branży windykacyjnej? – Zmiana może być zaskakująca, bo być może przedsiębiorcy, w obawie przed tym, że ich dłużnicy nie odczują aż tak mocno konsekwencji swojej nieroztropności, zaczną wcześniej reagować na problemy z płynnością finansową. Taki scenariusz może pozytywnie odbić się na polskiej gospodarce, bo większa płynność finansowa firm to także jej zwiększona stabilność. Warto przypomnieć, że najlepszy model funkcjonowania gospodarki oparty jest właśnie o sektor MŚP. Należy podkreślić także, że przedsiębiorcy, którzy mają problemy z płynnością finansową często ratowali się kredytami obrotowymi czy faktoringiem, niestety płacąc za to spore odsetki i tym samym obniżając rentowność swojego biznesu. Dlatego jeżeli przedsiębiorcy zachowają się zgodnie z przewidywaniem to może okazać się, że cała gospodarka tylko zyska. Dlatego właśnie tak ważna jest edukacja w tym temacie – mówi Mateusz Jakóbiak z Vindicat.

 

Sharing economy. Jak wykorzystać potencjał tymczasowych potrzeb do budowania trwałych korzyści?

Tymczasowość, chwila, moment. Mimo tego, że współczesne zegarki odmierzają godziny z taką samą precyzją jak te, które nosili nasi dziadkowie, doba w XXI wieku jest znacznie krótsza. Oczywiście w prawach fizyki nie zmieniło się nic, za to w naszym odczuwaniu czasu – wiele. Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz pomyślałeś, że potrzebujesz go więcej, że ciągle Ci go brakuje lub że nie masz go wcale. Czas to współcześnie towar deficytowy, cenniejszy niż pieniądze. Głównie dlatego, że gdy stracisz go raz, nie odzyskasz go już nigdy. Po prostu znika.

Jedyna stała to zmiana

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że świat wokół nas zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim nasze podejście do życia. Jesteśmy elastyczni. Coraz mniejszym sentymentem darzymy przedmioty używane na co dzień, do których bardzo przywiązani byli jeszcze nasi rodzice. Młodzi ochoczo pozbywają się ich dzisiaj na fali modnego ostatnio minimalizmu czy nagłej potrzeby oczyszczania przestrzeni. Jesteśmy zmęczeni. Chcemy mniej. A jednocześnie chcemy więcej. Co nam się znudziło, a za czym zaczynamy tęsknić?

– Po fali entuzjazmu, z jaką spotkały się projekty takie jak Airbnb, BlaBlaCar czy Uber, przychodzi czas na “uspołecznianie” kolejnych sfer naszego życia – mówi Grzegorz Nowak, Prezes Zarządu spółki technologicznej We2You, właściciela platformy Rentao. – Przestajemy traktować bardzo osobiście posiadane przez nas przedmioty i chętniej się nimi dzielimy, bez obaw o to, że do nas nie wrócą. Każdy z nas przynajmniej raz, patrząc na posiadane w domu rzeczy, myślał sobie, że być może w danej chwili mogłyby się komuś przydać.

A gdyby tak je wypożyczyć?

Wspólna konsumpcja dóbr

“Sharing economy” to, w jednym zdaniu, model gospodarczy oparty na dzieleniu się nieużywanymi lub nie w pełni wykorzystanymi zasobami i usługami – za opłatą lub za darmo. Nie zawsze chodzi o dobroczynność, choć ruch “ekonomii współdzielenia” bardzo mocno podszyty jest ideologią. Coraz częściej “sharing economy” ma wymiar biznesowy. Nie tylko dla firm, które żyją z komercyjnego wypożyczania produktów i usług, ale także dla użytkowników prywatnych, którzy nie tracąc nic, mogą zyskiwać. Pieniądze, namacalny efekt dokonanej transakcji, to jedno. Innym aspektem jest satysfakcja z bycia ekologicznym, kiedy przedmioty zyskują “drugie życie”, ale także nowe więzi społeczne, które rodzą się, kiedy np. sąsiad, o którego istnieniu nie miało się pojęcia, nagle postanawia pożyczyć wiertarkę.

Atrakcyjność “sharing economy” i wspólnej konsumpcji nie jest niczym nowym. Towarzyszy nam tak naprawdę od wielu tysięcy lat – od czasów, kiedy jako ludzie zaczęliśmy się ze sobą komunikować i dostrzegliśmy, że możemy ze sobą zrobić przysłowiowy interes. Dzisiaj wartość “ekonomii współdzielenia” płynie głównie z idei konsumowania i korzystania bez konieczności posiadania czegoś na własność. Nie masz przedmiotów – nie masz problemu. Jeżeli kiedykolwiek miałeś okazję się przeprowadzać, doskonale wiesz, co znaczy ból pakowania swojego dobytku do kartonowych pudeł. A zanim to nastąpi, męka konieczności ocenienia, co tak naprawdę jest Ci potrzebne do szczęścia.

Za pieniądze, których nie wydałeś na rzeczy, którą są Ci zbędne, kupujesz coś znacznie cenniejszego. Święty spokój.

Mieć czy być?

Czasy zmieniają się sinusoidalnie, wraz z ludzkimi tęsknotami za tym, czego akurat najbardziej w nich brakuje. Po erze zachłyśnięcia się fast foodami, szybkim dostępem do dowolnych treści, nieustannego bycia online, przychodzi czas na slow food, odcinanie się od fake newsów i ucieczkę do analogowego świata – do prawdziwych ludzi i prawdziwych relacji, budowania autentycznych więzi, bycia w pobliżu tego, czego można dotknąć. Nowoczesne technologie znowu zaczynają istnieć dla nas – a nie my dla technologii. Z powodzeniem mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w wypełnianiu życia wartością, jeżeli tylko potrafimy korzystać z nich mądrze i celowo.

Powoli wracamy do korzeni. Telefon coraz częściej służy nam do umawiania się na kawę z przyjaciółmi, komunikatory do wspólnego ustalania spraw związanych ze zbiorowym wyjazdem na urlop a media społecznościowe do bycia na bieżąco z tym, co w danej chwili jest nam naprawdę potrzebne. Uczymy się segregować informacje, wybierać wartościowe treści, wspierać bliskie posiadanym poglądom projekty. Chcemy być znowu blisko siebie i szukamy okazji, które nam to umożliwią.

Z coraz większą troską pielęgnujemy więc przestrzeń wspólną, również poza siecią. Nie tylko to, co „moje” i „Twoje”. Również to, co „nasze”. Chcemy się dzielić tym, co posiadamy. Nie tylko w wymiarze materialnym. Także naszym czasem i uwagą. A może zwłaszcza nimi – jako tym, co mamy najcenniejszego. Bo nie można ich kupić za żadne pieniądze.

Szybko, łatwo, tanio

Technologia, która napędza współczesny świat, sprawiając, że “kręci się” coraz szybciej, może – paradoksalnie – pomóc nam zagubione gdzieś godziny odzyskać. Dostęp do społeczności osób skupionych wokół idei współdzielenia, pozwala nam diametralnie obniżyć koszty transakcyjne. Dzielenie staje się tańsze, szybsze i prostsze, a tym samym – dostępne w znacznie większej skali, o dowolnej porze, z dowolnego miejsca na Ziemi. Już nie musisz jechać na drugi koniec miasta, by nabyć sprzęt, który jest Ci potrzebny tylko na chwilę. Możesz pożyczyć go od kogoś, kto mieszka kilka domów dalej i zupełnie go w tej chwili nie potrzebuje. Oszczędzasz czas i pieniądze. Zyskujesz zadowolenie. Rachunek ekonomiczny jest bardzo prosty.

Wypożyczanie zwyczajnie się opłaca. W epoce smartfonów, które niemal każdy ma już w kieszeni, GPS, social mediów i szybkich systemów płatności, współużytkowanie staje się realną alternatywą dla tradycyjnie rozumianej własności. Być może w przyszłości posiadanie rzeczy będzie równie kontrowersyjne jak obecnie jedzenie mięsa. Z czego to wynika? Po prostu zmienia się nasza świadomość, a wraz z nią spojrzenie na wiele aspektów rzeczywistości, nad którymi do tej pory nie mieliśmy potrzeby się zastanawiać.

Za zmianami społecznej świadomości podążają internetowe trendy. Jednym z przykładów odpowiedzi na nowe potrzeby jest Rentao, nowoczesna platforma wynajmu produktów i usług.

– Rentao to nowoczesna platforma oraz społeczność wynajmujących, skupiona w wielu kanałach m.in. na Facebooku, Instagramie, blogu, tablicy ogłoszeniowej czy forum. Nie tylko udostępniamy naszym odbiorcom przestrzeń do wymiany, ale przede wszystkim czuwamy nad bezpieczeństwem „transakcji” np. poprzez pokazywanie ogłoszenia wyłącznie zarejestrowanym użytkownikom, ustalenie kaucji zabezpieczającej, czy udostępnianie wzorów umów najmu – dodaje Grzegorz Nowak.

Podsumowanie

Co można zyskać poprzez wypożyczanie? Po pierwsze: wzmocnimy domowy budżet o dodatkowy dochód, nie wykonując dodatkowej pracy. Po drugie: zadbamy o środowisko, unikając wyrzucania zbędnych rzeczy. Po trzecie: lepiej wykorzystamy posiadane zasoby – koszt dóbr, z których nie korzystamy na co dzień, zwróci nam się z nawiązką dzięki wielokrotnemu wypożyczeniu. Dodatkowo będziemy czerpać bezcenną przyjemności z interakcji z ludźmi. Warto spróbować, bo dzielenie się jest po prostu opłacalne!

Trump posuł nastroje w strefie euro?

Dziś w centrum uwagi:

  • Ostateczne dane nt. zamówień na dobra trwałe w USA za styczeń powinny potwierdzić (przejściowe) spowolnienie wzrostu inwestycji na początku 2018.
  • Publiczne wystąpienia głosujących członków FOMC (Dudley o skutkach huraganów i Breinard nt. bieżącej polityki pieniężnej) nie powinny zakłócić oczekiwań na podwyżkę stóp Fed na marcowym posiedzeniu.
  • Dane inflacyjne ze Szwajcarii za luty pokażą, że umocnienie CHF i efekty bazy obniżają inflację, co oddala perspektywę normalizacji polityki pieniężnej SNB.

Przegląd wydarzeń:

Rzecznik KE zapowiedział, że kolegium komisarzy UE, które zbierze się w środę, zajmie się reakcją na wprowadzenia przez USA ceł na import stali i aluminium. Będzie ona szybka, stanowcza, proporcjonalna i w pełni zgodna z zasadami WTO. Jednocześnie w USA narasta opór wobec propozycji D. Trumpa. Spiker Izby Reprezentantów P. Ryan przestrzega przed konsekwencjami wojny handlowej i wzywa do wycofania się z tego planu. Doradca prezydenta G .Cohn zwołuje natomiast spotkanie D. Trumpa z przedstawicielami branż uzależnionych od stali i aluminium.

Nastroje europejskich inwestorów wyraźnie pogorszyły się w marcu, na co wskazuje głębszy od oczekiwań spadek indeksu Sentix (do 24,0z 31,9 w lutym). Korekta wynikała przede wszystkim z pogorszenia oczekiwań (do 4,3 z 15,5), szczególnie w Niemczech. Może to być pierwsza reakcja na zapowiadany przez D. Trumpa wzrost protekcjonizmu oraz skutek niepewności politycznej.indeks

PMIdla sektora usług w strefie euro spadł w lutym do 56,2 z 58,0, poniżej wstępnego szacunku. Analogiczny indeks ISMdla usług w USA spadł w lutym nieznacznie do 59,5 z 59,9 (najwyższy odczyt od 12 lat), a szczegóły badania potwierdzają siłę ożywienia w amerykańskiej gospodarce (wspieranej w tym roku dodatkowo przez obniżkę podatków). Ostatnie względne zmiany danych makro ze strefy euro i USA sugerują, że tempo wzrostu PKB w strefie euro osiągnęło już cykliczny szczyt, natomiast gospodarka amerykańska może przyspieszyć w dalszej części tego roku.

Sprzedaż detaliczna w strefie euro wzrosła w styczniu o 2,3% r/r (oczekiwano stabilizacji dynamiki na poziomie 2,1% r/r z grudnia). Wynik mógł być lepszy, gdyby nie wyjątkowo ciepły początek zimy, który ograniczał sprzedaż odzieży. Efekt ten będzie zapewne odwrócony w lutym, kiedy było wyjątkowo zimno. Silnie wzrostowy trend nastrojów konsumentów (wykres poniżej) wskazuje na potencjał dla wzrostu dynamiki sprzedaży detalicznej.

Źródło: PKO Bank Polski

Zobacz najnowszą analizę techniczną WIG 20 oraz waluty GBPCAD

GBPCAD – trend wzrostowy potwierdzony

Trend wzrostowy na funcie szterlingu w stosunku do dolara kanadyjskiego został potwierdzony. Obecny trend został zapoczątkowany już w styczniu 2017 roku. Po kilkunastotygodniowym impulsie wzrostowym niedźwiedzie po raz kolejny chciały przetestować ostatnie minima, w ten sposób notowania ześlizgnęły się w okolicę długoterminowego wsparcia 1.559-1.590. Na rynku powstała formacja potrójnego dna.

Z jednej strony możemy uznać, że trend wzrostowy został zapoczątkowany dopiero we wrześniu 2017 roku, aczkolwiek impuls ze stycznia był na tyle silny, iż zmienił ogólną koniunkturę na parze walutowej GBPCAD. Z tego powodu możemy uznać, że pierwszym sygnałem wzrostowym był byczy impuls trwający od stycznia do kwietnia 2017 roku.

Spoglądając dalej, kolejny impuls zapoczątkowany we wrześniu trwa do dnia dzisiejszego i pokonał szczyt z maja 2017 roku, trend wzrostowy został potwierdzony. Aktualnie notowania poruszają się ponad linią trendu wzrostowego. Na interwale dziennym oraz tygodniowym wszystkie pięć wskaźników podążających za trendem wskazują na większe prawdopodobieństwo kontynuacji obecnej zwyżki. Tak samo jest na interwale czterogodzinowym, zatem rynek na trzech wspomnianych interwałach czasowych wskazuje ten sam kierunek.

Notowania GBPCAD, interwał tygodniowy

Notowania GBPCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Najbliższy opór znajduje się w okolicy poziomu 1.80. Po jego pokonaniu strona kupująca otworzy sobie drogę w stronę kolejnego poziomu oporu 1.867.

Spoglądając na obecną fazę wzrostów możemy oczekiwać korekty na niższym interwale czasowym. Główną strategią, którą możemy zastosować na GBPCAD jest przeczekanie korekty na interwale czterogodzinowym. Korekta będzie oznaczała zmianę wskaźników trendu na H4 na czerwone. Dopiero ponowne wskazanie wskaźników podążających za trendem na wspomnianym interwale będzie zwiastować zakończenie korekty i kontynuację długoterminowego trendu wzrostowego.

Ponadto korekta na rynku ropy naftowej powinna wspierać kontynuację trendu wzrostowego na GBPCAD.

WIG 20 – trend spadkowy pełną parą

Ostatnia wyprzedaż na rynku globalnym została praktycznie zakończona, niestety polski indeks WIG 20 tego nie zauważył, na rynku dalej przeważają niedźwiedzie nastroje. Wskaźniki podążające za trendem na interwale tygodniowym, dziennym oraz czterogodzinowym wskazują na trend spadkowy. Jednak do kontynuacji obecnej wyprzedaży na rynku niedźwiedzie muszą pokonać mocne wsparcie w postaci strefy popytu 2272-2293. Jeżeli do tego dojdzie, to podaż otworzy drogę do kolejnego wsparcia 2165 punktów, co praktycznie będzie oznaczało powrót bessy na polski rynek kapitałowy.

Jednak dopóki globalna giełda znajduje się w trendzie wzrostowym, to bazowym scenariuszem pozostanie obrona wspomnianego wsparcia i powrót do wzrostów. Pokonanie strefy podaży 2391 będzie oznaczało ponowne zagoszczenie się kupujących na indeksie WIG 20.

Notowania WIG20, interwał tygodniowy

Notowania WIG20, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

S&P: Innowacje, zrównoważony rozwój i demografia to trzy słabe punkty polskiej gospodarki. W dłuższej perspektywie mogą wyhamować jej rozwój

Polska gospodarka rozwija się najszybciej od sześciu lat. Korzystne są także perspektywy na najbliższe kwartały, bo gospodarka globalna, a zwłaszcza istotna dla Polski strefa euro, wydaje się zapominać o kryzysie. Według przedstawicieli agencji S&P Global Ratings w Polsce istnieje jednak kilka zagrożeń, którym należy przeciwdziałać już dziś. Wśród nich największe są wyzwania związane z innowacyjnością, zrównoważonym rozwojem i demografią.

Produkt krajowy brutto krajów strefy euro w 2017 roku wzrósł o 2,5 proc., co jest najlepszym wynikiem od 2007 roku. Z kolei polska gospodarka urosła w IV kwartale 2017 roku o 5,1 proc., a to rekordowe tempo od ostatniego kwartału 2011 roku. W Stanach Zjednoczonych nowy prezes Fed stoi przed dylematem, czy nie zwiększyć liczby podwyżek stóp z zapowiedzianych trzech na cztery, a Europejski Bank Centralny na razie utrzymuje dotychczasowy kurs, bo jest zadowolony z ożywienia gospodarki.

– Jednym z czynników, który w odniesieniu do strefy euro jest trochę niepokojący, jest to, że euro jako waluta jest dziś bardzo mocne. Obserwujemy także inflację, choć cały czas znajduje się ona w ramach celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego. Natomiast coraz istotniejsze staje się pytanie: kiedy nastąpi podwyższenie stóp procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor zarządzający S&P Global Ratings na region EMEA. – Podwyższenie stóp przełoży się w sposób bezpośredni na sytuację gospodarczą oraz sentyment inwestorów. Jeśli scenariusz podwyższenia stóp przez EBC zostanie zrealizowany pojawi się także pytanie, w jakim stopniu przepływy finansowe zostaną przekierowane do eurostrefy, a w jakim środki te pozostaną na rynkach rozwijających się lub rynku amerykańskim.

Euro umacniało się do dolara przez cały 2017 rok. Obecnie kurs europejskiej waluty jest wyższy wobec amerykańskiej o ponad 15 proc. niż przed rokiem. Sytuacja Stanów Zjednoczonych jest korzystna zarówno od strony danych makroekonomicznych, jak i wyników spółek. Dobrą koniunkturę napędzić ma także uchwalona pod koniec grudnia reforma podatkowa, która obniżyła podatek dochodowy dla firm z 35 do 21 proc., zmniejszyła też stawki dla osób fizycznych. W ten sposób w ciągu 10 lat Amerykanie zapłacą fiskusowi o 1,5 bln dolarów mniej niż według poprzedniego systemu.

W Polsce również zarówno firmy, jak i konsumenci mogą na razie patrzeć w przyszłość z optymizmem. Do kraju napływają fundusze unijne, co zdaniem ekspertów powinno rozkręcić inwestycje, z drugiej strony nastroje polskich konsumentów są o wiele bardziej optymistyczne niż przeciętna dla Europejczyka. Według Nielsen Consumer Confidence Index wskaźnik nastrojów konsumentów w Polsce dla III kwartału 2017 wyniósł 104 wobec 87 w Europie. To efekt zarówno niskiego bezrobocia i wyższych wynagrodzeń, jak i programu Rodzina 500 plus.

– Fundamentalne jest pytanie, jak utrzymać obecny wzrost gospodarczy, szczególnie biorąc pod uwagę to, że jednak jest on cały czas funkcją tego, że świat i Europa dynamicznie się rozwija – zastanawia się Marcin Petrykowski. – Z pewnością reguła, zgodnie z którą w czasach dobrobytu akumulujemy, a nie wydajemy, jest podstawowym założeniem najbardziej znanych modeli ekonomicznych. Z drugiej strony istotne są także innowacyjność oraz przestawienie gospodarki z modelu tradycyjnego, opartego m.in. na węglu i stali, w kierunku rozwiązań bardziej nowoczesnych i gospodarki cyfrowej. To jest duże wyzwanie stojące przed Polską, aby skutecznie przeprowadzić tę transformację.

Kolejnym wyzwaniem dla Polski są – według Petrykowskiego – zagadnienia związane ze zrównoważonym rozwojem, w tym także kwestie najbardziej w Europie zanieczyszczonego powietrza. Trybunał Sprawiedliwości UE już uznał, że Polska naruszyła europejskie normy zanieczyszczenia powietrza. W samej tylko Warszawie, w której sytuacja nie jest najgorsza w kraju, w ciągu niespełna dwóch miesięcy wykorzystano wszystkie dopuszczalne smogowe dni na cały rok. Po wyroku trybunału rząd zapowiedział program termomodernizacji, który ma potrwać do 2027 roku. Na pierwszy ogień pójdą dwadzieścia dwie gminy, co kosztować ma budżet 750 mln zł.

Trzecim wyzwaniem jest demografia, która w dłuższym horyzoncie może zagrozić stabilności rynku pracy. Dodatkowo sytuacji nie sprzyja obniżenie wieku emerytalnego, co stoi w kontrze do tego, co robią inne społeczeństwa.

– To w dłuższym terminie będzie stanowiło duże obciążenie dla finansów państwa, ale też dla rynku pracy. Już dziś widzimy, że rynek ten w Polsce jest bardzo rozgrzany. Mamy niemal naturalne bezrobocie, musimy sprowadzać pracowników z Ukrainy. Im więcej przyszłych pracowników będziemy tracić w związku z wciąż niekorzystną sytuacją demograficzną, tym mniej będzie zasobów, by utrzymać trwały, zrównoważony wzrost gospodarczy – mówi dyrektor zarządzający S&P Global Ratings na region EMEA.

Polacy coraz częściej lokują swoje pieniądze w produkty inne niż lokaty bankowe. Liczy się zysk, ale też bezpieczeństwo

Polacy coraz częściej lokują swoje pieniądze w produkty inne niż lokaty bankowe. Liczy się zysk, ale też bezpieczeństwo 9

Przy nisko oprocentowanych lokatach bankowych Polacy coraz częściej decydują się na inne formy inwestowania. Jak wynika z sondażu Deutsche Bank, inwestycje alternatywne, np. w wino, sztukę czy grunty, wybierze 8,7 proc. Polaków, jednostki funduszy inwestycyjnych zakupi 7,1 proc., a akcje spółek giełdowych – 4,1 proc. badanych. Zdaniem eksperta Union Investment TFI, Grzegorza Drybały, wybierając rozwiązanie inwestycyjne, powinniśmy patrzeć nie tylko na konkretny produkt i ryzyko z nim związane, lecz także na renomę instytucji, która nam go oferuje. 

 Aktualnie średnie oprocentowanie depozytów w gospodarstwach domowych w Polsce – według danych NBP – wynosi ok. 1,5 proc. Biorąc pod uwagę poziom inflacji, tego typu oszczędności przy realnym zysku często są ujemne, dlatego powinniśmy coraz częściej interesować się alternatywnymi formami inwestowania, żeby przynajmniej przewyższyć poziom inflacji. Patrząc na dotychczasowe decyzje Polaków, najczęściej wybierane były inwestycje w nieruchomości, zakup funduszy inwestycyjnych czy inwestowanie na giełdzie w akcje czy obligacje Skarbu Państwa, ewentualnie obligacje korporacyjne –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Najczęściej odkładamy pieniądze na depozytach w bankach i SKOK-ach. Według sondażu Deutsche Bank ponad 16 proc. Polaków w tym roku ulokuje odkładane pieniądze na lokatach terminowych. Jednak ze względu na niskie oprocentowanie bankowych lokat częściej sięgamy po innego typu inwestycje.

 Przewidywany zysk z naszej inwestycji powinien być dla nas bardzo ważny, ale powinniśmy przede wszystkim patrzeć, na ile dana inwestycja przewyższa ryzyko w stosunku do lokaty w banku, a dodatkowo, na jakim poziomie będzie ona płynna. Z tej drugiej perspektywy bardzo atrakcyjnie wygląda rynek kapitałowy, zwłaszcza jeżeli uczestniczymy w nim w formie funduszu inwestycyjnego. W ostatnich miesiącach widzimy bardzo mocne przesunięcie środków z depozytów bankowych właśnie do funduszy inwestycyjnych – ocenia Drybała.

Jak podaje portal Analizy Online, na koniec 2017 roku wartość aktywów zgromadzonych w krajowych funduszach inwestycyjnych wyniosła blisko 279 mld zł i było to o 20 mld zł więcej niż w 2016 roku. Najlepszy rok od 4 lat zanotowały fundusze mieszane (wzrost o 5,3 mld zł rdr.). Wysoka dynamika aktywów charakteryzowała też fundusze gotówkowe i pieniężne (9 mld zł więcej rdr.).

– Fundusze inwestycyjne pieniężne inwestują w sposób możliwie najbezpieczniejszy ze wszystkich rodzajów funduszy inwestycyjnych i są naturalną alternatywą dla depozytów w banku. Dla przykładu najlepsze fundusze pieniężne w ubiegłym roku osiągały wyniki powyżej 4 proc. i co ważne, realizowały to przy bardzo niskim ryzyku inwestycyjnym i zachowaniu wysokiej płynności. Pieniądze można wypłacać praktycznie z dnia na dzień, ponieważ są prowadzone bardzo często w formie funduszy otwartych – tłumaczy ekspert Union Investment TFI.

Jak podkreśla Grzegorz Drybała, równie istotny co potencjalny zysk, jest wybór odpowiedniej instytucji, która oferuje konkretny produkt. Podstawą jest sprawdzenie, czy figuruje na czarnej liście Komisji Nadzoru Finansowego. Trafiają na nią najczęściej takie instytucje, które wykonują działalność regulowaną bez zezwolenia i znajdują się poza nadzorem KNF.

– Wybierając rozwiązanie inwestycyjne czy instytucję, która je prowadzi, powinniśmy również dbać o to, żeby wiązać się z firmą, która ma wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu swojego biznesu, żeby była w stanie przedstawić nam historyczne wyniki danego rozwiązania inwestycyjnego – nie tylko w perspektywie roku czy dwóch, lecz także dłuższej, np. dziesięciu czy dwudziestu lat – przekonuje Grzegorz Drybała.

Przy wyborze instrumentu inwestycyjnego warto zwrócić też uwagę na ryzyko inwestycji, a jeśli nie dysponujemy odpowiednią wiedzą finansową – postawić na współpracę z profesjonalistami. Przykładem mogą być obligacje korporacyjne, w Polsce wciąż jeszcze stosunkowo mało popularne, ale dające zarobić – w przypadku polskich firm 2,7 proc., a w przypadku globalnych – 3,3 proc. (dane Analizy Online). To inwestycje o znacznie wyższym stopniu ryzyka, przy ich zakupie wymagana jest więc ostrożność.

 Jeżeli decydujemy się na zakup obligacji konkretnej spółki, to musimy się liczyć z tym, że wynik naszej inwestycji jest uzależniony od sytuacji finansowej tej konkretnej firmy. Z drugiej strony jeżeli zdecydujemy się na skorzystanie z funduszu inwestycyjnego, w którym tego typu obligacje są bardzo rozproszone, a fundusz dokona analizy kredytowej, czyli dogłębnie sprawdzi sytuację finansową firmy oraz jej potencjał rozwoju, aby mieć pewność, że w przyszłości sytuacja finansowa spółki będzie na tyle stabilna, żeby regularnie wypłacać odsetki i po ustalonym terminie wykupić obligacje – wyjaśnia Grzegorz Drybała.

Trudny początek roku dla Facebooka. Z serwisu uciekają młodsi użytkownicy

Trudny początek roku dla Facebooka. Z serwisu uciekają młodsi użytkownicy 10

Ostatnie tygodnie upłynęły pod znakiem kryzysów w mediach społecznościowych. Ucierpiały w nich zwłaszcza YouTube i Facebook. Ten pierwszy wciąż boryka się ze skutkami afery wizerunkowej z udziałem popularnego, amerykańskiego youtubera, który żartował z samobójcy. Z kolei Facebook – jak pokazują najnowsze dane – traci młodszych użytkowników, a wycofanie reklam z serwisu zapowiedział jeden z największych, globalnych koncernów, co może się dotkliwie odbić na wynikach finansowych.

 Początek roku był dość trudny dla Facebooka. Mimo że w opublikowanych na początku roku wynikach kwartalnych serwis odtrąbił około 50-proc. wzrost przychodów i 20-proc. wzrost zysków, Facebook boryka się z kilkoma kłopotami. Pierwszym z nich jest fakt, że użytkownicy spędzają w serwisie coraz mniej czasu, dzienna liczba godzin zmalała o około 50 milionów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Przybylski, młodszy redaktor PRoto.pl.

Jak wynika z raportu eMarketer, z Facebooka powoli uciekają młodzi użytkownicy w wieku poniżej 25 lat. W 2017 roku ubyło ich w serwisie ponad dwa miliony, a analitycy prognozują, że w tym roku trend się utrzyma. Ponadto w związku z oskarżeniami o brak odpowiednich zabezpieczeń przed fake newsami wycofanie swoich reklam z serwisu zapowiedział koncern Unilever, do którego należą m.in. marki Dove czy Lipton.

– Fakt, że tak duży reklamodawca wycofuje się z Facebooka, może się odbić negatywnie na wynikach finansowych firmy, ponieważ główną część dochodów czerpie ona właśnie z reklam. Facebook stara się dostosowywać do nowych realiów. W informacjach prasowych podkreśla, że zależy mu nie tylko na liczbach, lecz także na tworzeniu i pomaganiu w tworzeniu relacji międzyludzkich. Serwis zapowiedział więc, że będzie niżej pozycjonował treści od marek i wydawców, a bardziej skupi się na tym, co tworzą użytkownicy, czyli na komentarzach, znacznikach i tym podobnych treściach – mówi Maciej Przybylski.

Serwis zapowiedział, że wprowadzi również krótkie ankiety, których celem ma być ocena wiarygodności poszczególnych wydawców mediowych, oraz nową reakcję, przycisk „downvote”. Będzie on służyć do oceny wiarygodności poszczególnych komentarzy pod postami poszczególnych firm i marek (przez co ich pozycja może się obniżyć).

Facebook zamierza w większym stopniu promować też wiadomości lokalne, bardziej wartościowe dla małych społeczności.

– Ten sam raport wykazał też, że Snapchat zyskuje użytkowników. Popularna aplikacja wprowadziła ostatnio zmianę w wyglądzie, wyraźnie oddzielając posty marek od treści użytkowników. Przy okazji Snapchat również naraził się na kilka kryzysów i krytykę użytkowników, ponieważ niektórym nie spodobało się, że prywatne snapy połączone są z ogólnodostępnymi materiałami – mówi Maciej Przybylski.

Przybylski zwraca uwagę na to, że w ostatnich tygodniach pod górkę miał również YouTube, który ucierpiał w aferze wywołanej przez film Logana Paula. Popularny w Stanach Zjednoczonych youtuber w filmiku nagranym w słynnym japońskim lesie Aokigahara pozwolił sobie na kilka żartobliwych, niefortunnych komentarzy na temat osoby, która chwilę wcześniej popełniła tam samobójstwo. Film opublikowany w serwisie spotkał się z ogromną falą krytyki. YouTube m.in. przez to został oskarżony o zbyt słabe sprawdzanie treści, które pojawiają się w serwisie i łamią regulamin.

– YouTube zapowiedział więc, że będzie te treści znacznie baczniej monitorował. Chce też zwiększyć do 10 tys. liczbę członków zespołu, który zajmuje się ocenianiem treści. Serwis ma zamiar wyposażać ich również w dodatkowe narzędzia oparte na mechanizmach sztucznej inteligencji – mówi Maciej Przybylski.

Kryzysów unikają jak na razie Instagram i Twitter. Pierwszy z nich wprowadził ostatnio gify, czyli animowane dodatki graficzne do funkcji Stories, które błyskawicznie zyskują popularność. Twitter skupia się z kolei na poprawie transparentności reklam politycznych – serwis zamierza sporządzić ogólnodostępny rejestr takich treści i wyraźnie je oznaczyć.

Polacy nie wiedzą, czym jest autyzm. Co dziesiąty uważa, że może zostać nabyty przez złe wychowanie

Polacy nie wiedzą, czym jest autyzm. Co dziesiąty uważa, że może zostać nabyty przez złe wychowanie 11

95 proc. Polaków nie potrafi dokładnie wyjaśnić, czym jest autyzm, a ponad połowa czerpie wiedzę o spektrum z filmów lub seriali. Co dziesiąty uważa, że autyzm może zostać nabyty przez złe wychowanie albo szczepienie dzieci. Polacy przypisują osobom z tym spektrum cechy związane z trudnościami w komunikacji, wycofaniem czy agresją. Z drugiej strony mylnie sądzą, że wszystkie osoby z autyzmem wykazują ponadprzeciętne zdolności. Negatywnie odbierają też zakładanie rodzin przez osoby z tym zaburzeniem – wynika z „Ogólnopolskiego badania świadomości autyzmu” Fundacji JiM.

 Polacy znają słowo autyzm głównie z seriali i starych filmów typu „Rain Man”. Natomiast 95 proc. Polaków nie potrafi wskazać, jakie są objawy autyzmu. Często posługują się stereotypami, kojarzą osoby autystyczne z nadzwyczajnymi zdolnościami, a to tylko część osób ze spektrum – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałowicz, prezes Fundacji JiM

Jak wynika z raportu Fundacji JiM – na podstawie badań przeprowadzonych dla Fundacji przez Maison & Partners – 83 proc. Polaków zetknęło się z autyzmem, jednak 95 proc. spośród badanych nie potrafi wyjaśnić, czym on właściwie jest. Polacy nie są też świadomi częstotliwości występowania autyzmu – tylko 10 proc. badanych wskazało właściwą odpowiedź. Reszta była przekonana, że występuje rzadziej niż ma to miejsce w rzeczywistości.

– Na świecie autyzm diagnozuje się u jednego dziecka na sto. W Polsce nie ma dokładnych danych, natomiast zakładamy, że jest podobnie. Polacy wiedzą, że jest takie zjawisko jak autyzm, ale nie do końca wiedzą, na czym ono polega i nie wiedzą, jak bardzo cała rodzina jest obciążona wychowywaniem takiego dziecka. Nie wiedzą, że ponad połowa osób ze spektrum autyzmu jest jednocześnie niepełnosprawna intelektualnie, że będzie potrzebowała wsparcia przez całe życie. To są osoby, którymi często opiekują się rodzice – oni mają ogromne problemy, zastanawiają się, co stanie się z ich dziećmi, kiedy ich zabraknie – mówi Tomasz Michałowicz.

Problemem było też zdefiniowanie przyczyn występowania autyzmu – 74 proc. badanych nie wiedziało bądź wskazało nieprawidłową odpowiedź. Niepokojące jest to, że ponad 10 proc. badanych myśli, że autyzm jest następstwem złego wychowania albo szczepień.

Elementem badania realizowanego dla Fundacji JiM był test wiedzy dotyczącej autyzmu, w którym co drugi respondent nie udzielił nawet połowy poprawnych odpowiedzi. Polacy przypisują osobom z autyzmem cechy głównie negatywne – najczęściej te związane z trudnościami w nawiązywaniu kontaktów z innymi (59 proc.), problemami z komunikacją, z wycofaniem czy agresją. 70 proc. ma błędne przeświadczenie o otoczeniu, jakie osoby autystyczne preferują, a 44 proc. kojarzy autyzm z występowaniem ponadprzeciętnych umiejętności.

 Stosunek Polaków do osób z autyzmem jest taki, jak stosunek do osób nieznanych, obcych. Widzimy, że taka osoba zachowuje się dziwnie i reagujemy lękiem, który często też objawia się agresją. Jeśli rodzice są w sklepie z dzieckiem ze spektrum, które zachowuje się w sposób niestandardowy – macha rączkami, głośno krzyczy – to często rodzic spotyka się z agresywną reakcją otoczenia. Ludzie nie rozumieją tej sytuacji, reagują lękiem i podświadomie ten lęk przeradza się w agresję – podkreśla prezes Fundacji JiM

Blisko dwie trzecie Polaków (64–66 proc.) uważa, że osoby z autyzmem powinny mieć możliwość edukacji i pracy w zwyczajnym otoczeniu, z osobami zdrowymi. Z drugiej strony co trzeci nie wierzy, że dzieci z autyzmem są w stanie poradzić sobie w tradycyjnej szkole. Polacy negatywnie odbierają też zakładanie rodzin przez osoby ze spektrum – jedynie 52 proc. uważa, że powinny mieć prawo do zawierania małżeństw, a jeszcze mniej (38 proc.) do posiadania dzieci.

 Polacy akceptują osoby z autyzmem. Jeżeli wprost ich o to zapytać – teoretycznie nie mają problemu z tym, żeby takie osoby były w ich otoczeniu. Natomiast nie dają im już prawa do posiadania własnych dzieci czy zawierania związków małżeńskich, a przecież autyzm – co podkreślamy – to całe spektrum: są też osoby wysoko funkcjonujące, które w pełni świadomie mogą wejść w związek z drugą osobą i mieć własne dzieci. Jednak Polacy na razie takiej sytuacji nie akceptują – mówi Tomasz Michałowicz.

Prezes Fundacji JiM podkreśla jednak, że pozytywnym sygnałem jest chęć Polaków do pomagania osobom z autyzmem – szczególnie dzieciom. 70 proc. wyraziło chęć przeznaczenia 1 proc. podatku na działania fundacji wspierających takie osoby.

– Polacy chcą pomagać osobom z autyzmem i organizacjom, które wspierają te osoby, w różnej formie – w postaci 1 proc. podatku czy darowizn. My także to odczuwamy, mamy kilkadziesiąt tysięcy darczyńców z całej Polski, którzy regularnie przekazują nam drobne kwoty, ale dzięki skali tworzą one budżet, z którym możemy naprawdę dużo rzeczy zmienić – mówi Tomasz Michałowicz.

Na całym świecie 2 kwietnia obchodzony jest Światowy Dzień Świadomości Autyzmu, usankcjonowany przez ONZ. Przed tą datą prowadzone są kampanie, których zadaniem jest zwiększanie wiedzy i świadomości na jego temat.

 Od wielu lat prowadzimy kampanię „Polska na niebiesko”, która jest coraz bardziej rozpoznawalna. Cieszymy się, że w tym roku patronat nad akcją objęła małżonka Prezydenta RP Agata Kornhauser-Duda. Świadomość Polaków się podnosi, dużo nad tym pracujemy. Nie jest łatwo ją zmieniać, ale jestem przekonany, że w tym roku efekty będą jeszcze większe – mówi Tomasz Michałowicz.

„Ogólnopolskie Badanie Świadomości Autyzmu”, przeprowadzone przez Maison & Partners dla Fundacji JiM w grudniu 2017 roku, to pierwsze w Polsce tak obszerne opracowanie poruszające tematykę tego zaburzenia. Publikacja powstała w ramach rozpoczynającej się akcji „Polska na niebiesko”, organizowanej z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu.

Polski producent kabli chce skorzystać na rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Za 10 lat będzie ona odpowiadać za 20 proc. zielonej energii

Polski producent kabli chce skorzystać na rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Za 10 lat będzie ona odpowiadać za 20 proc. zielonej energii 12

TELE-FONIKA Kable, lider wśród producentów kabli, zamierza w najbliższych latach korzystać na rozwoju OZE, zwłaszcza morskiej energetyki wiatrowej. Już w tej chwili branża offshore jest jednym z głównych odbiorców produkowanych w Polsce kabli, a w ciągu kolejnej dekady jej udział w rynku zielonej energii ma wzrosnąć do ok. 20 proc. Myślenicka spółka znacząco umocniła swoją pozycję w Europie, ale i na rynku globalnym po przejęciu brytyjskiego producenta kabli podmorskich. 

 Naszym głównym odbiorcą jest szeroko rozumiana energetyka – zarówno lądowa, jak i morska. Produkujemy wszelkiego rodzaju kable zasilające, kable do magistrali zasilających. Jednym z odbiorców naszych kabli są również producenci i instalatorzy kabli podmorskich, zasilających farmy wiatrowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mirek, wiceprezes zarządu ds. operacyjnych TELE-FONIKA Kable SA.

Myślenicka Grupa TFKable jest jednym z największych w Europie producentów kabli m.in. dla sektora telekomunikacyjnego, górniczego, energetycznego i stoczniowego. Należąca do niej fabryka w Bydgoszczy jest jednym z dwóch największych tego typu zakładów produkcyjnych. Powstają w nim kable wysokich i średnich napięć oraz rdzenie do kabli podmorskich dla branży offshore. Energetyka odnawialna stanowi istotną część biznesu spółki, która spodziewa się wzrostów w tym segmencie w nadchodzących latach.

Tendencje rynkowe są takie, że część naszego portfolio dotycząca energii odnawialnej będzie wzrastać. Zielonej energii będzie coraz więcej. Obok farm na lądzie coraz popularniejsze stają się farmy offshore’owe znajdujące się na morzu. Szacuje się, że w przeciągu najbliższych 10 lat udział zielonej energii pochodzącej z offshore będzie wynosił około 20 proc. – mówi Piotr Mirek.

Średni przyrost mocy w tym segmencie w ostatnich kilkunastu latach sięgnął 30 proc. McKinsey & Company szacuje, że potencjał morskiej energetyki wiatrowej w Polsce wynosi około 6 GW mocy.

Wiceprezes TELE-FONIKI Kable zwraca też uwagę na fakt, że 2017 rok był pierwszym, w którym udział zielonej energii w całości miksu przekroczył w Wielkiej Brytanii 30 proc. To pokazuje potencjał OZE i trend, który w przyszłości obejmie również Polskę. Zgodnie z unijnymi wymogami, do końca tej dekady Polska zobowiązała się do realizacji celu 20-proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w końcowym zużyciu energii brutto. Przekłada się to na dobre perspektywy dla całego rynku OZE.

– Coraz bardziej popularne są tzw. interkonektory, czyli połączenia między wyspami, wzdłuż wybrzeży. Elementy, które w tej chwili są przeprowadzane lądem, w przyszłości będą prowadzone wodą. To stawia wyzwania związane z lepszą jakością tych kabli, z ich wytrzymałością, przepustowością. Ten segment w najbliższych 10–20 latach będzie rozwijać się bardzo dynamicznie – ocenia Piotr Mirek.

Grupa TFKable zamierza się rozwijać wraz z energetyką odnawialną – dlatego w ubiegłym roku zdecydowała się na przejęcie brytyjskiego, wyspecjalizowanego producenta kabli podmorskich, które są wykorzystywane w morskich instalacjach wiatrowych.

Zgodę na przejęcie JDR Cable Systems spółka otrzymała w sierpniu ubiegłego roku (oba podmioty współpracowały już przy wspólnych projektach od 2008 roku). Brytyjski producent dostarcza kable nie tylko na potrzeby morskiej energetyki wiatrowej, lecz także dla sektora ropy i gazu, czyli głównie platform wiertniczych. Połączenie obu firm znacznie umocniło pozycję TELE-FONIKI Kable jako lidera europejskiego rynku.

– Mamy dwa nowe zakłady produkcyjne w Wielkiej Brytanii i jeden w USA. Zwiększył się zakres naszej działalności. Do tej pory utrzymywał się bardzo wysoki eksport, ale były to głównie kable lądowe. Obecnie jesteśmy dostawcą kabli równocześnie dla przemysłu offshore’owego i przemysłu olejowo-gazowego. Produkujemy też kable do instalacji olejowo-gazowych, do serwisowania platform wiertniczych – to duży zakres naszej działalności – mówi wiceprezes zarządu ds. operacyjnych TELE-FONIKA Kable SA.

Metoda FMEA – dlaczego jest taka ważna?

FMEA to metoda polegająca na ustalaniu związków przyczynowo skutkowych powstawania ewentualnych wad produktu. Jej głównym zadaniem jest identyfikowanie wad produktu lub procesu, co jest istotne zarówno w ich eliminowaniu, jak i zmniejszaniu ryzyka z nimi związanego. Metoda FMEA pozwala na udoskonalanie produktu oraz jego ciągłe ulepszanie. Może być wykorzystywana zarówno do analizy procesów złożonych w produkcji masowej, jak i jednostkowej.

Analiza FMEA i jej najważniejsze zadania

Metoda FMEA może być stosowana na każdym etapie procesu produkcyjnego. Największe znaczenie ma jednak jej wykorzystanie na początkowych jego etapach, a więc podczas projektowania i jeszcze przed przekazaniem wyrobu do produkcji. Pozwala to bowiem na wczesne wykrycie wad, jeszcze zanim gotowy produkt trafi do swoich odbiorców oraz zmniejsza koszty związane z koniecznością jego wycofania z obrotu. Im wcześniejsze wykrycie wad i nieprawidłowości w działaniu produktu, tym także mniejszy koszt oraz nakład sił związany z ich usunięciem.

Analiza FMEA może być przeprowadzona zarówno dla całego produktu, jak i jego poszczególnych podzespołów i części składowych. FMEA może być także stosowana do badania jakości procesów technologicznych i poszczególnych operacji, które wchodzą w ich skład. Analizę FMEA zasadniczo możemy więc podzielić na analizę FMEA produktu i analizę FMEA procesu.

Korzyści związane ze stosowaniem metody FMEA

Najważniejszym zadaniem, jakie stawia przed sobą metoda FMEA, jest zapewnienie produktowi maksymalnej niezawodności. Dzięki jej umiejętnemu zastosowaniu możemy więc poznać zarówno mocne, jak i słabe strony wyrobu. Wykrycie tych drugich na wczesnym etapie pozwala nie tylko na wyeliminowanie wad, ale także na ulepszenie samego produktu. Pozwala także na wykrycie defektów, które mogłyby ujawnić się w przyszłości oraz negatywnie wpłynąć na odbiór oraz użytkowanie produktu.

Analiza FMEA pozwala więc bezpośrednio ustrzec się przed stratami związanymi z wypuszczeniem do sprzedaży wadliwego wyrobu, a pośrednio pozytywnie wpływa także na postrzeganie przedsiębiorstwa oraz na zaufanie jego klientów.

Szkolenia FMEA i ich rola

Aby analiza FMEA była prawidłowo stosowana, nad jej prowadzeniem musi czuwać odpowiednio wyszkolony i wyspecjalizowany zespół ludzi. To ich zadaniem jest bowiem kompleksowe zbadanie produktu oraz wyszukiwanie w nim wad. Zadaniem zespołu jest także przewidywanie skutków, jakie określone wady mogą wywierać na gotowy produkt.

Aby więc korzystanie z metody FMEA było skuteczne, konieczne jest nie tylko poznanie samych jej teoretycznych założeń, ale także zrozumienie wszystkich praktycznych aspektów jej stosowania. Analiza FMEA jest bowiem procesem kompleksowym i dość skomplikowanym. Temu właśnie służą praktyczne szkolenia FMEA – TQMsoft, które uczą swoich uczestników nie tylko samej teorii, ale także praktycznego przygotowania do analizy oraz właściwego doboru członków grupy roboczej. Wszystko to sprawia, że uczestnicy szkoleń FMEA są właściwie przygotowani do prowadzenia analizy FMEA.

Materiały budowlane od A do Z

Budowa lub naprawa domu jest pasmem niekończących się wyzwań i może być bardzo stresującym zadaniem. Jest wiele aspektów, o które trzeba zadbać. Należy wykazać się ogromnym zaangażowaniem i wszystkie działania muszą być w pełni przemyślane. Podejmowane wybory, będą miały swoje skutki przez lata. Efekty naszej pracy również.

Jedną z decyzji, której należy poświęcić dużo uwagi, jest kwestia zakupu odpowiednich materiałów budowlanych. W tej dziedzinie, przesadna oszczędność działa na niekorzyść i może być zgubna. Zbytnia rozrzutność może spowodować, że nie wystarczy nam środków na inne ważne etapy związane z budową. Trzeba wykazać się racjonalną postawą i w taki sposób podchodzić do budowlanych wydatków.

Sprawdzone źródła

Gdzie zaopatrywać się w materiały budowlane? Zadbajmy o zaufanego dostawcę. Sklepy, przede wszystkim, muszą być sprawdzone. W przypadku takich zakupów, zazwyczaj mówimy o dużych ilościach produktów, z czym idą w parze duże kwoty. Sama organizacja związana z przetransportowaniem ich na naszą budowę, również nie jest prosta. Lepiej mieć pewność, że dotrze do nas dokładnie to, co zamówiliśmy, na czas i w odpowiedniej ilości. W przypadku gdy otrzymamy inny surowiec, lub nie dostaniemy go wcale, możemy mieć dużo nerwów i problemów z wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji. Każde takie wydarzenie, to strata dużej ilości cennego czasu. Zdecydujmy się na dostawcę, który ma dobre opinie, lub został nam polecony. Jedną z takich firm, która może pochwalić się wysoką renomą i wieloletnimi tradycjami jest Sufigs, którego pełną ofertę znajdziemy na http://sufigs.pl/

Możliwość zwrotu

Sklepy budowlane, często oferują nam możliwość zwrotu niewykorzystanych przez nas materiałów budowlanych, z czym idzie w parze zwrot pieniędzy. Na budowie, ciężko przewidzieć dokładną ilość materiałów jaka będzie nam potrzebna. W takim przypadku, często zamawia się je z nadwyżką, by ich nie zabrakło i by nie zostawić prac na rozpoczętym etapie. W efekcie oznacza to często wstrzymanie innych prac i zabiera nam cenny czas. Przed zakupem, warto upewnić się czy dany sklep oferuje możliwość zwrotu, gdyż może to być dla nas duże ułatwienie.

Materiały budowlane w dobrych rękach

Budując dom, oddajemy zakupione przez nas materiały budowlane w ręce fachowców, gdyż naturalne jest, że nie zrobimy wszystkiego sami. Najlepiej wybierać sprawdzone i polecone firmy oraz kompetentne ekipy. Ktoś niedoświadczony lub nieodpowiedzialny, może znacznie opóźnić budowę, zniszczyć materiały, wykorzystując je w niewłaściwy sposób tak, że w efekcie nie będą się nadawały do ponownego użycia. Wybór odpowiednich pracowników jest jednym z trudniejszych zadań jakie nas czeka na tej żmudnej i długiej drodze. Na tym aspekcie także nie warto oszczędzać, ponieważ dokonane przez niewłaściwe osoby zniszczenia mogą być nieodwracalne. Z doświadczoną ekipą, efekty będą widoczne szybciej i oszczędzą nam dużo nerwów.

Przechowywanie i zabezpieczenie przed kradzieżą

Musimy pamiętać, że materiały budowlane muszą być odpowiednio przechowywane. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza gdy mówimy o ich dużych ilościach. Zadbajmy, by nie były narażone na zgubne działanie warunków atmosferycznych, by nie zamokły i nie uległy zniszczeniom. W zależności od rodzaju surowców, wytyczne dotyczące ich składowania mogą być różne. Jedne są bardziej wrażliwe na wilgoć, inne na uszkodzenia mechaniczne. Zadbajmy też o to, by nie rzucały się w oczy i nie kusiły potencjalnych złodziei. Zapewnijmy im odpowiednią ochronę, postawmy wiatę, w której możemy je umieścić lub przykryjmy plandeką.

Dowiedz się także więcej o : rodzajach materiałów budowlanych

Jakość materiałów kluczem do budowy

Jakość materiałów budowlanych jest bardzo ważna. To ona decyduje o jakości całego wybudowanego obiektu. Zwróćmy na to uwagę, już na etapie planowania wzniesienia naszej konstrukcji. Z lepszymi materiałami lepiej się pracuje, są one bardziej wytrzymałe i będziemy mogli mieć pewność, że przetrwają długie lata. Cena będzie wyższa, ale na pewnych rzeczach nie warto oszczędzać. W niektórych przypadkach, kwotę możemy negocjować; starajmy się także poszukiwać atrakcyjnych promocji. Dzięki temu, zapewnimy sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa, czyli coś czego nie da się kupić za żadne pieniądze.

8 miesięcy wiezienia w zawieszeniu za piractwo telewizyjne

Policjanci z Wydziału dw. z Cyberprzestępczością KWP w Lublinie wspólnie z funkcjonariuszami z Biłgoraja realizując ustalenia własne przeszukali pomieszczenia mieszkalne 30-latka z powiatu biłgorajskiego. Okazało się, że mężczyzna nielegalnie udostępniał sygnał płatnych kodowanych telewizji cyfrowych tzw. streamingu. Policjanci dokonali zabezpieczenia majątkowego o wartości 15 tys. zł.

W minionym tygodniu policjanci z Wydziału dw. z Cyberprzestępczością KWP w Lublinie wspólnie z funkcjonariuszami z Biłgoraja realizując ustalenia własne przeszukali pomieszczenia mieszkalne 30-latka z powiatu biłgorajskiego. Jak wynika z ustaleń funkcjonariuszy zajmujących się zwalczaniem cyberprzestępczości mężczyzna za pośrednictwem dwóch stron internetowych udostępniał sygnały płatnych platform telewizyjnych. Dla użytkowników Internetu streaming kanałów tv był nieodpłatny, lecz sprawca otrzymywał korzyści finansowe z zamieszanych reklam na swoich stronach. Wielkość uzyskiwanych dochodów z procederu przestępczego uzależniona była od ilości osób odtwarzających kanały telewizyjne. Jednak z uwagi na popularność serwisu do 30-latka zgłaszało się coraz więcej reklamodawców. Policjanci dokonali zabezpieczenia majątkowego od sprawcy o wartości 15 tys. zł. Zabezpieczyli również dwa komputery oraz dysk twardy.

Działalność mieszkańca powiatu biłgorajskiego naruszała przepisy Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

30-latek usłyszał już w tej sprawie zarzuty.  Przyznał się do zarzucanego mu czynu i poddał się dobrowolnie karze 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata, grzywny w wysokości 2 000 zł oraz zobowiązano go do naprawienia szkody podmiotom pokrzywdzonym.

Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie

Outsourcing IT – korzyści dla Twojej firmy

Obecnie żadna firma nie może funkcjonować bez komputerów i sieci informatycznej. Czuwanie nad jej prawidłową pracą oraz rozwiązywanie problemów jeszcze do niedawna wymuszało na przedsiębiorstwach konieczność zatrudnienia kadry wykwalifikowanych informatyków. Dziś nie jest to już jednak konieczne. Możemy bowiem zrezygnować z dodatkowych pracowników, a ich obowiązki powierzyć zewnętrznej firmie. Taką możliwość daje nam outsourcing IT.

Outsourcing IT – na czym polega ta usługa?

Outsourcing IT polega na przekazaniu obowiązków związanych z obsługą informatyczną firmie zewnętrznej. Jest to więc idealny sposób, by zredukować liczbę etatów pracowniczych w swojej firmie, jednocześnie zachowując możliwość korzystania z usług wyspecjalizowanej kadry informatycznej.

Outsourcing IT to nie tylko moda, ale przede wszystkim bardzo praktyczna możliwość, która pozwala firmom na znaczną redukcję kosztów, które dotychczas były zmuszone ponosić w związku z zarządzeniem siecią informatyczną. Nic więc dziwnego, że coraz więcej firm decyduje się zrezygnować z własnych pracowników na rzecz przekazania ich obowiązków zewnętrznym podmiotom. W praktyce oznacza to bowiem nie tylko znaczne oszczędności, które pozytywnie wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstwa, ale także gwarantuje najwyższy poziom świadczonych usług informatycznych.

Dlaczego warto skorzystać z outsourcingu IT?

Z korzystaniem z outsourcingu IT wiążą się liczne korzyści, które z pewnością doceni każda firma. Nie musimy bowiem utrzymywać własnych pracowników, opłacać ich wynagrodzenia oraz składek. Nie ponosimy także kosztów podnoszenia kwalifikacji własnych pracowników, ich szkoleń itp.

Zamiast tego mamy dostęp przez całą dobę do wykwalifikowanej kadry informatycznej, która od razu po zgłoszeniu problemu zajmie się jego rozwiązaniem. Nie ograniczają nas więc weekendy, dni wolne od pracy, urlopy ani zwolnienia chorobowe pracowników. Outsourcing IT zapewnia nam stały i ciągły dostęp do profesjonalistów, którzy rozwiążą każdy problem informatyczny, który się pojawi. Ma to szczególne znaczenie zwłaszcza w przypadku bardziej skomplikowanych awarii, które wymagają interwencji wyspecjalizowanych osób. Dzięki outsourcingowi IT mamy bowiem zapewnioną stałą i ciągłą „opiekę” nad działaniem systemów informatycznych w naszej firmie oraz zagwarantowane szybkie ich rozwiązanie.

Outsourcing IT to także usługa, która może być dowolnie dostosowana do naszych wymagań, a jej zakres dopasowany do wielkości firmowego budżetu. Podpisując umowę na outsourcing IT znamy dokładny jej koszt, dzięki czemu łatwiej zaplanować firmowy budżet. Sam zakres outsourcingu IT jest bardzo szeroki: może bowiem obejmować administrowanie siecią komputerową, serwisowanie sprzętu informatycznego, okresowe aktualizacje oprogramowania, a także tworzenie stron internetowych i ich wdrażanie. To my decydujemy, z których usług chcemy regularnie korzystać, a które są nam zbędne.

Outsourcing IT – gdzie szukać tej usługi?

Na rynku jest wiele firm, które świadczy usługi z zakresu outsourcingu IT. Jeśli jednak po raz pierwszy podejmujemy tego typu współpracę z firmą zewnętrzną i nie wiemy, czego tak naprawdę potrzebujemy, warto skorzystać z oferty sprawdzonych agencji pracy. Outsourcing IT w GiGroup pozwoli nam bowiem wybrać właściwą firmę zewnętrzną, która będzie najlepiej odpowiadała naszym oczekiwaniom oraz ułatwi nam załatwienie wszystkich formalności związanych z nawiązaniem z nią współpracy.

Prawie dwie trzecie firm obawia się zmian w prawie

44 proc. przedsiębiorstw ocenia, że warunki prowadzenia firmy w 2017 roku pogorszyły się w porównaniu z latami poprzednimi, 48 proc. uważa, że się nie zmieniły, a tylko 8 proc. jest przekonanych, że się poprawiły. Jednocześnie 64 proc. przedsiębiorców obawia się w tym roku zmian w prawie i działań administracji – wynika z badania nastrojów przedsiębiorców zrealizowanego na zlecenie Konfederacji Lewiatan.

W badaniu przeprowadzonym przed rokiem 48 proc. przedsiębiorców uważało, że warunki prowadzenia firmy pogorszyły się w 2016 roku w porównaniu z latami ubiegłymi.

Ponad połowa respondentów (60 proc.) jest pozytywnie nastawiona do prowadzenia firmy w 2018 roku, w kontekście biznesowym. Ale 64 proc. obawia się zmian w prawie i działań administracji (przed rokiem ten odsetek wynosił 72 proc.).

Krzysztof Kajda
Krzysztof Kajda
– Nie dziwi, że przedsiębiorcy, od lat, obawiają się przede wszystkim zmian w prawie. W ubiegłym roku, według danych Grant Thornton, uchwalonych zostało ponad 27 tys. stron nowych aktów prawnych. To zdecydowanie za dużo. Nikt nie jest w stanie zapoznać się z tym dorobkiem legislacyjnym. Przepisy zmieniają się szybko i często, to przekłada się na ich coraz niższą jakość. Przedsiębiorcy najbardziej boją się właśnie tej zmienności i „bubli prawnych”, którymi są zaskakiwani – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Firmy szczególnie często odczuwają niepewność w związku z działaniami rządu. Taką opinię formułuje 72 proc. przedsiębiorców.

Wśród barier, które najbardziej utrudniały prowadzenie działalności gospodarczej w 2017 roku przedsiębiorcy najczęściej wymieniali: rosnące koszty zatrudniania pracowników (95 proc.), niejasne lub niespójne przepisy podatkowe (93 proc.), przepisy prawa dotyczące działalności gospodarczej (91 proc.), niepewną sytuację polityczną (90 proc.), kontrole urzędów (88 proc.) czy niedobór wykwalifikowanych pracowników (80 proc.). Warto zauważyć, że we wszystkich tych kategoriach, poza niedoborem wykwalifikowanych pracowników, odsetek firm wskazujących na poszczególne bariery był wyższy niż w badaniu dotyczącym 2016 roku.

W tym roku przedsiębiorcy, zwłaszcza firmy średnie i duże, też spodziewają się rosnących kosztów zatrudnienia (96 proc.), niejasnych lub niespójnych przepisów podatkowych (95 proc.), ogólnej niepewności sytuacji gospodarczej (94 proc.), lub innych regulacji dotyczących działalności gospodarczej (93 proc.). I tym przypadkach również odsetek firm wskazujących na poszczególne bariery wzrósł w porównaniu z ubiegłorocznym sondażem.

Badanie zrealizowała firma SMARTSCOPE w lutym br., na reprezentatywnej grupie 300 małych, średnich i dużych przedsiębiorców, zatrudniających przynajmniej 10 pracowników, metodą CATI.

500 plus lepsze niż praca. Ponad 30% pobierających świadczenie na pierwsze dziecko nie pracuje

Dodatkowy dochód, uzyskany z pójścia do pracy przez drugiego rodzica, był w Polsce procentowo najniższy wśród państw Unii Europejskiej. Dotyczyło to 2016 r., a wprowadzenie programu 500+ jeszcze ten problem pogłębiło, zwłaszcza gdy chodzi o rodziny z jednym dzieckiem.

W przypadku takiej rodziny ważne jest kryterium dochodowe, którego przekroczenie oznacza utratę praw do 500+. Liczba rodzin uprawnionych do świadczenia 500 + na pierwsze dziecko to 1,56 mln. Zdecydowana większość z nich to gospodarstwa domowe z jednym dzieckiem – 726 tys., oraz z dwójką dzieci – 611 tys.

Rezygnacja z kryterium dochodowego na pierwsze dziecko lub jego znaczne podniesienie oznacza dla budżetu państwa, a więc wszystkich podatników, wzrost kosztów programu prawdopodobnie o kilkanaście miliardów złotych rocznie. Pułapka wynikająca z rządowego programu polega na tym, że utrzymanie rządowego programu w takim kształcie oznacza nasilenie się zjawiska bierności zawodowej, a jesteśmy krajem o bardzo niskim bezrobociu i jednocześnie bardzo niskiej stopie aktywności zawodowej.

Ponad 30 proc. dorosłych Polaków w rodzinach, gdzie pobierane jest świadczenie 500+ na pierwsze i jedyne dziecko, nie ma pracy, ani jej nie szuka, co pokazały dane GUS.

– Jeżeli rodzina uwzględni koszty przedszkola, dojazdu do pracy i utratę prawa do 500+, to dla wielu podjęcie pracy staje się nieopłacalne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – I to jest bardzo poważny problem dla prowadzonej polityki społecznej, zwłaszcza uwzględniając sytuację na rynku pracy, gdy firmy mają coraz większe problemy ze znalezieniem pracowników, co stało się zagrożeniem dla przyszłości polskiej gospodarki.

Trump znów nie pomógł dolarowi

Pierwsze akordy wojny celnej, euro odwraca trend wobec złotego, frank nieśmiało próbuje się umocnić, funt znowu odbił się od oporu.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 26.02.2018-05.03.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1600 3,5855 3,3725 4,6725
Maksimum 4,1975 3,6485 3,4440 4,7565

EUR/PLN

EURPLN.H1Euro w zeszłym tygodniu w końcu wyłamał trend spadkowy, który swój początek miał jeszcze w październiku poprzedniego roku. Przeszło 20 groszowy ruch właśnie dobiegł końca, co ciekawe jego koniec wygląda bardzo podobnie jak początek. Najpierw nieudany atak na linię trendu, dynamiczny powrót w okolice ostatniego ekstremum i ostatecznie po chwilowej kumulacji, przebicie trendu zdecydowanym ruchem. Obecny ruch w górę jest mocno stromy, co oznacza, że prawdopodobnie długo się nie utrzyma. Byłoby to jednak zgodne z analizą techniczną, która mówi, że kurs często po przełamaniu trendu przeprowadza retest, przed dalszym ruchem. Taki scenariusz jest tym bardziej prawdopodobny, że główne wydarzenie dla euro w tym tygodniu ma miejsce dopiero w czwartek, kiedy to EBC będzie decydować o zmianach w polityce monetarnej. Chwilę po tej decyzji zwyczajowe przemówienie, będzie miał Mario Draghi, które może dać nowy impulsów do kolejnych znaczących ruchów. Co ważne odwrócenie trendu zostanie potwierdzone dopiero, jeśli kurs pokona ostatni lokalny szczyt w okolicach 4,20 zł.

USD/PLN

USDPLN.H1Dolar także jest blisko przełamania dużego trendu. W przeciwieństwie do euro jednak nadal mu się to nie udało. Zeszłotygodniowy atak okazał się nieskuteczny przede wszystkim przez działania Donalda Trumpa. Prezydent Stanów Zjednoczonych nie zamierza pozostawać w cieniu, dlatego od czasu do czasu z hukiem wchodzi na rynek walutowy. Pod koniec zeszłego tygodnia, Trump zrobił kolejny krok w stronę protekcjonizmu, ogłaszając możliwość wprowadzenie ceł na stal oraz aluminium. Oczywiście reszta świata musiała zareagować na te słowa i nagle okazało się, że stoimy w przededniu globalnej wojny celnej. Historia pokazuje, że w takich wojnach rzadko wyłania się zwycięzca, zwłaszcza w krótszej perspektywie czasu. Przez najbliższe dni nie ma za bardzo impulsów, by odwrócić uwagę inwestorów od tego tematu, co powinno działać na niekorzyść dolara. Dopiero na koniec tygodnia poznamy NFP, czyli jeden z najważniejszych odczytów makro dla dolara i dopiero on może (choć wcale nie musi) zmienić sentyment do amerykańskiej waluty.

CHF/PLN

CHFPLNH1Frank powoli przyzwyczaja się do kursu 3,63 zł. W zeszłym tygodniu co prawda widzieliśmy próbę wybicia się powyżej tego poziomu, jednak szybko zabrakło paliwa do umocnienia szwajcarskiej waluty. Frankowi teoretycznie mogły pomóc weekendowe wybory we Włoszech, jako element znacznego ryzyka i impuls do ucieczki kapitału do tzw. safe haven. Teoretycznie nawet media obiegła informacja, że spełnił się najgorszy możliwy scenariusz i że nikomu nie uda się utworzyć nowego rządu. Problem polega na tym, że inwestorzy na spokojnie podchodzą do tematu niemożności utworzenia rządu w takich krajach jak Włochy czy Belgia, choćby dlatego, że od dawna są przyzwyczajani do takich sytuacji. Faktyczny czarny scenariusz, który byłby napędem do wzrostów na franku, to wygrana i samodzielne sprawowanie władzy przez Ruch Pięciu Gwiazd. Takie ryzyko było jednak marginalne i rzeczywistość potwierdziła, że dużo do tego zabrakło. Frank pozostaje stabilny i na razie brak podstaw, by sądzić by się to miało zmienić.

GBP/PLN

GBPPLNH1Funt w zeszłym tygodniu po raz kolejny nie był w stanie sforsować poziomu 4,76 zł, co było wstępem do późniejszego osłabienia brytyjskiej waluty, która w zaledwie kilkadziesiąt godzin potaniał o blisko 10 groszy. W szerszej perspektywie kurs GBPPLN cały czas utrzymuje się w zakresie konsolidacji, w którą wszedł na przełomie roku. Wydaje się, że dopiero rozwiązanie kwestii Brexitu będzie mogło zapoczątkować jakiś trwalszy ruch, ponieważ jak na razie plotki i przecieki się wzajemnie znoszą. Najważniejszym odczytem dla funta będzie piątkowa produkcja przemysłowa, ale nic nie zapowiada by miał on znaczący wpływ na rynek. Po polskiej stronie w centrum uwagi pozostaje środowe posiedzenie RPP oraz komunikat po nim. Nikt nie spodziewa się zmiany stóp, a i o zmianę retoryki może być ciężko.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Czy restrukturyzacja firmy wyklucza możliwość ubiegania się o zamówienie publiczne?

Właściciele zadłużonych przedsiębiorstw często zastanawiają się, czy mogą ubiegać się o uzyskanie zamówienia publicznego, jeśli otworzyli już postępowanie restrukturyzacyjne. Czy planowana lub wdrażana restrukturyzacja może pozbawić ich korzystnego finansowo przetargu publicznego? W jakich przypadkach przedsiębiorca restrukturyzowany może zostać pozbawiony przez instytucję zamawiającą szansy ubiegania się o zamówienie publiczne?

Podstawę działalności gospodarczej wielu przedsiębiorców, a co za tym idzie – również osiąganych przez nich przychodów, stanowią zamówienia udzielane przez podmioty publiczne. Dla wielu przedsiębiorstw możliwość złożenia najkorzystniejszej oferty w procedurze przetargowej, właściwa realizacja zamówienia oraz osiągnięte wynagrodzenie to szansa na wyjście z długów. Nie może zatem dziwić, że dla firm znajdujących się w przejściowych kłopotach finansowych istotne jest zachowanie statusu podmiotu ubiegającego się o zamówienie publiczne.

Restrukturyzacja a gotowość realizacji zamówienia publicznego

Głównym celem obowiązującej od dnia 1 stycznia 2016 r. Ustawy z dnia 15 maja 2015 r. Prawo restrukturyzacyjne (Dz.U. z 2017 r., poz. 1508) jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami. Obowiązująca regulacja, poddając procesowi oddłużania niewypłacalnych lub zagrożonych niewypłacalnością dłużników, nie wyklucza skorzystania przez nich z możliwości złożenia oferty w przetargu publicznym. Przedsiębiorstwo nie zostanie również wykluczone z postępowania o udzielenie zamówienia publicznego w przypadku, kiedy otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego nastąpiło w trakcie realizacji umowy z zamawiającym.

Chociaż w Ustawie z dnia 29 stycznia 2004 r. Prawo zamówień publicznych (Dz.U. z 2017 r., poz. 1579, dalej jako: „p.z.p.”) nie wskazano na szczegółowe regulacje dotyczące udziału w postępowaniu wykonawców objętych restrukturyzacją, wielu przedsiębiorców obawia się wdrożenia formalnych działań naprawczych, aby nie stracić możliwości realizacji dochodowego dla nich kontraktu. Tymczasem otwarcie jednego z czterech postępowań restrukturyzacyjnych, przewidzianych na gruncie obowiązującej ustawy, co do zasady nie może zamknąć przedsiębiorcy szansy na zawarcie umowy z podmiotem publicznym. Na co warto zwrócić uwagę, rozważając realizowanie zamówienia publicznego w trakcie restrukturyzacji firmy?

Kiedy podmiot restrukturyzowany może zostać wykluczony z przetargu?

Regulacje obowiązującego Prawa zamówień publicznych wśród obligatoryjnych podstaw do wykluczenia nie określają takiego obowiązku w stosunku do podmiotu znajdującego się w restrukturyzacji. Jest to bardzo ważna kwestia dla przedsiębiorstw, które zdecydowały podjąć „politykę drugiej szansy” na gruncie Prawa restrukturyzacyjnego. Podstawy obligatoryjnego wykluczenia z postępowania zostały jednoznacznie określone przez ustawodawcę w art. 24 p.z.p. i stanowią katalog zamknięty. Oznacza to, iż podmiot, wobec którego otwarto restrukturyzację, nie może zostać przez zamawiającego wykluczony z udziału w przetargu.

Trzeba mieć jednak na względzie, że istnieje katalog fakultatywnych przesłanek do wykluczenia z przetargu, na które zamawiający może się powołać, o ile zastrzegł je w ogłoszeniu o zamówieniu publicznym. Zamawiający w takim przypadku może swobodnie zdecydować, iż z organizowanego przez siebie postępowania będzie chciał wykluczać podmioty, co do których przewidziana została likwidacja majątku w oparciu o zatwierdzony przez sąd układ lub kiedy likwidacja majątku zarządzona została przez sąd w trybie art. 332 ust. 1 Prawa restrukturyzacyjnego. Jest to uzasadnione tym, że dany podmiot w restrukturyzacji przeznaczony jest do zlikwidowania. A nie każda restrukturyzacja do tego się sprowadza. Brak odpowiedniego zastrzeżenia zamawiającego na właściwym etapie postępowania będzie oznaczał możliwość swobodnego złożenia oferty w przetargu przez podmiot restrukturyzowany.

Firma z zaległościami publicznoprawnymi – co w takiej sytuacji?

Odrębnym zagadnieniem, które bardzo często związane jest z otwarciem postępowania restrukturyzacyjnego, pozostaje istnienie zaległości publicznoprawnych po stronie potencjalnego wykonawcy. Ustawa Prawo zamówień publicznych reguluje zarówno obligatoryjne, jak i fakultatywne przesłanki do wykluczenia takich podmiotów z organizowanych przez siebie przetargów.

Co do zasady przyjmuje się, że zamawiający będzie zobowiązany wykluczyć potencjalnego przedsiębiorcę z przetargu, w sytuacji gdy należność została stwierdzona prawomocnym wyrokiem lub ostateczną decyzją o zaleganiu z należnościami publicznoprawnymi (art. 24 ust. 1 pkt 15 p.z.p.). Chodzi zatem o orzeczenia, od których wskutek wyczerpania drogi odwoławczej lub upływu terminu na zaskarżenie nie przysługują środki odwoławcze. W takim przypadku nawet ewentualna przychylność zamawiającego w stosunku do wykonawców nie będzie miała znaczenia. Remedium na powyższe problemy przedsiębiorców może stanowić jednak wydanie prawomocnego postanowienia o zatwierdzeniu układu w postępowaniu restrukturyzacyjnym, które spowoduje, że firma uzyska szansę na złożenie oferty w przetargu.

W razie wystąpienia zaległości publicznoprawnych innych niż określone powyżej ustawodawca zdecydował, że decyzję w zakresie wykluczenia podejmować będą sami zamawiający (art. 24 ust. 5 pkt 8 p.z.p.). Szczególnej uwagi wymaga jednak fakt, że ogłoszenie o zamówieniu i SIWZ stanowią oświadczenie woli zamawiającego, które z chwilą upublicznienia nabiera szczególnej mocy prawnej. Tym samym instytucja zamawiająca, zezwalając na dopuszczenie do przetargu wykonawców naruszających obowiązki dotyczące płatności podatków, nie będzie mogła zmienić tak podjętej decyzji. Jest to rozwiązanie niekorzystne również dla samych zamawiających. W takim przypadku bowiem z postępowania przetargowego wykluczone musiałyby być wszystkie podmioty zalegające z uiszczaniem należności publicznoprawnych. To mogłoby zdecydowanie ograniczyć krąg podmiotów zdolnych zrealizować przedmiot umowy, a przecież właśnie na jak najlepszej realizacji zależy zamawiającemu.

Elementem kluczowym pozostaje właściwe zaplanowanie restrukturyzacji

Regulacje prawne obowiązujące od dnia 1 stycznia 2016 r. jednoznacznie przemawiają za tym, że z postępowania o udzielenie zamówienia publicznego nie można wykluczyć wykonawcy, który zdecydował się otworzyć postępowanie restrukturyzacyjne. Podstawę niedopuszczenia do udziału w postępowaniu może stanowić jedynie okoliczność, że zatwierdzony układ przewiduje likwidację majątku lub rzadziej, że likwidacja majątku została zarządzona przez sąd. To zrozumiałe, skoro taki podmiot nie będzie w stanie zrealizować zamówienia. Udzielenie go mogłoby wówczas narazić skarb państwa lub jednostek samorządu terytorialnego na straty. Firmy muszą mieć również na uwadze, że zaległości publicznoprawne stanowią obligatoryjną przeszkodę przystąpienia do przetargu, w sytuacji gdy należność została stwierdzona prawomocnym wyrokiem lub ostateczną decyzją o zaleganiu z należnościami publicznoprawnymi. W pozostałych przypadkach decyzję w tym zakresie podejmować będzie sam zamawiający.

Podsumowując, zachowanie szansy na ubieganie się o zamówienie publiczne może okazać się zbawienne w procesie naprawy firmy. W konsekwencji przedsiębiorstwo może skutecznie odzyskać zaufanie wśród kontrahentów, a co najważniejsze, pozyskać środki majątkowe, również z przetargów publicznych, pozwalające firmie na dalsze samodzielne funkcjonowanie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Włoski pociąg do populizmu

Chociaż ugrupowania populistów oraz eurosceptyków uzyskały poparcie blisko połowy włoskiego społeczeństwa, rynki w dość umiarkowany sposób zareagowały na wyniki wyborów we Włoszech. Nie oznacza to jednak, że sytuacja polityczna w Italii jest stabilna – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Znaczne przetasowania na włoskiej scenie politycznej oraz rosnące ryzyko utworzenia eurosceptycznego rządu nie zaszkodziły euro. Notowania europejskiej waluty niewiele zmieniły się w porównaniu do piątkowego zamknięcia.

Inwestorzy nadal liczą na pozytywny rozwój sytuacji

Brak wyraźniejszej przeceny euro czy wzrostów obligacji skarbowych Włoch po niedzielnych wyborach może wynikać z faktu, że inwestorzy cały czas liczą na sprzyjający dla nich scenariusz. Byłoby nim utworzenie rządu przez Wielką Koalicją, na którą składałby się ugrupowania prawicowe (Forza Italia Berlusconiego oraz Liga Północna), a także lewicowe (przede wszystkim dotychczas rządząca Partia Demokratyczna).

Taki scenariusz przewidywano również przed wyborami, ale w tym momencie ma on przynajmniej dwa słabe punkty. Populistyczna Liga Północna zdobyła więcej głosów niż partia Berlusconiego, czyli odwrotnie niż przewidywały sondaże. Oznacza to, że w prawicowym obozie to ona może nadawać rytm, może być także bardziej sceptyczna co do konsensusu z lewicą.

Zdobycie pozycji lidera na włoskiej prawicy przez Ligę Północną oznacza również, że może ona forsować swojego kandydata na premiera. To również zmniejsza szansę na utworzenie umiarkowanej kolacji lub na jej efektywne sprawowanie władzy czy też przetrwanie. W rezultacie pozytywny dla rynków scenariusz jest mniej prawdopodobny niż jeszcze przed weekendem.

Ruch 5 Gwiazd liderem

W żadnym z opublikowanych od początku roku sondaży Ruch 5 Gwiazd nie przekroczył poziomu 30 proc. poparcia. W niedzielnych wyborach natomiast ugrupowanie zdobyło ok. jedną trzecią głosów. To olbrzymi sukces ruchu założonego przez byłego komika Beppe Grillo.

Nastrój zwycięstwa dominował także podczas pierwszej konferencji powyborczej obecnego lidera Ruchu. Luigi Di Maio stwierdził, że wyniki wyborów „otwierają drogę do rządzenia”. Maio dodał, że jest otwarty na rozmowy „ze wszystkimi partiami”, co może oznaczać, że wcześniejsze deklaracje o braku chęci tworzenia koalicji uległy modyfikacji.

Niewykluczona eurosceptyczna koalicja

Chociaż Liga Północna oraz Ruch 5 Gwiazd złagodziły swój przekaz dotyczący uczestnictwa Włoch w strefie euro czy roli Brukseli w Unii, warto jednak pamiętać, że ich poparcie jest w znacznym stopniu związane ze sceptycznym podejściem Włochów do UE.

Poziom PKB na mieszkańca Italii w 2017 r. był o ponad 3 proc. niższy niż na początku millenium. Wskaźnik zatrudnienia we Włoszech dla populacji w wieku 15-64 lata, obecnie drugi najniższy w całej Unii (po Grecji), wynosił na koniec trzeciego kwartału ub.r. tylko 58,4 proc.

Analiza przeprowadzona przez wiodący think-tank Bruegel („Tales from a crisis: diverging narratives of the euro area”) pokazuje, że za słabą kondycję ekonomiczną Włosi obarczają przede wszystkim „polityczny system” oraz wpływ Niemiec/UE na sytuację w ich kraju.

Rezultat niedzielnych wyborów stanowią kolejne potwierdzenie tych analiz. To oznacza, że nawet jeżeli nie dojdzie od uformowania sceptycznego wobec Brukseli rządu w najbliższych tygodniach, ryzyko tego scenariusza pozostanie podwyższone. Wynika to z kruchości hipotetycznej Wielkiej Koalicji, a także silnego, oscylującego ok. 50 proc., poparcia dla populistycznych ugrupowań.