Prawie połowa Ukraińców chce pracować za granicą. Polska drugą wskazywaną destynacją

Z najnowszych danych ukraińskiej agencji badawczej Rating Group wynika, że aż 44% Ukraińców chciałoby wyjechać za granicę do pracy. Zdecydowanie częściej taką deklarację składają młode osoby do 35 r.ż. – aż 68% z nich chce pracować poza Ukrainą. Osoby planujące emigrację zarobkową, najchętniej chcą wyjechać do Niemiec (37%), ale już co czwarty badany wskazał Polskę. Eksperci Personnel Service zauważają, że dla polskiego rynku pracy kluczowi są młodzi Ukraińcy, którym należy stworzyć warunki zachęcające do osiedlania się na stałe.

Z badania Rating Group wynika również, że już co trzeci obywatel Ukrainy chciałby wyjechać za granicę na stałe. Wśród młodych ludzi ten odsetek jest jeszcze wyższy i wynosi 54%. To bardzo dobra informacja dla naszego rynku pracy, bo teraz jak nigdy, potrzebujemy młodych ludzi, którzy myślą o długodystansowej emigracji. Dotychczasowe warunki, które pozwalają Ukraińcom pracować tylko przez pół roku w ciągu 12 miesięcy to tylko doraźna pomoc. I choć jest dla wielu pracodawców nieoceniona, może niedługo okazać się niewystarczająca. Dlatego powinniśmy dążyć do tego, żeby stworzyć Ukraińcom warunki do osiedlania się na stałe. Zwłaszcza, że Polska ustępuje miejsca tylko Niemcom w rankingu najpopularniejszy kierunków emigracji – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Zagranica przyciąga młodych Ukraińców

Szczegółowe dane, dotyczące możliwej emigracji zarobkowej, pokazują wyraźnie, że wiek ma bardzo duży wpływ na udzielane odpowiedzi. Najczęściej deklarację o chęci wyjazdu za granicę do pracy składają młodzi ludzie od 18 do 35 roku życia, wśród których już 68% myśli o emigracji zarobkowej. W starszych grupach wiekowych ten wskaźnik jest mniejszy – 52% osób w wieku od 36 do 50 lat oraz zaledwie 20% osób starszych niż 51 lat.

Planujący wyjazd za granicę do pracy wskazują najczęściej Niemcy jako miejsce emigracji (37%). Na drugim miejscu znajduje się Polska, wskazywana przez 26% badanych, a na trzecim Stany Zjednoczone (22%). Poza podium znalazły się m.in. Kanada (21%), Czechy (16%), Włochy (16%) czy Wielka Brytania (14%). Co ciekawe, Rosję wskazało tylko 6% osób.

Niski odsetek Ukraińców, którzy deklarują chęć emigracji zarobkowej do Rosji, to efekt silnych antagonizmów między krajami. Warto też pamiętać, że dla wielu Ukraińców, sytuacja między ich ojczyzną a Rosją to prawdziwe podłoże ich decyzji o opuszczeniu kraju – wskazuje Krzysztof Inglot

Wyższe zarobki siłą napędową emigracji

Z danych State Statistics Service of Ukraine wynika, że w II kwartale tego roku średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosiło ok. 7 tys. hrywien[1], co w przeliczeniu na złotówki daje ok. 960 zł. W większości krajów europejskich oferowane płace są kilkukrotnie wyższe. Dlatego zapewne główną motywacją do pracy za granicą dla Ukraińców są wyższe zarobki w innych krajach – taką odpowiedź wskazało aż 72% respondentów. Od 16 do 20% respondentów wspomniało o lepszych warunkach pracy, chęci zarabiania na dom i mieszkanie, możliwości samorealizacji oraz wyższej jakości opieki socjalnej. Najrzadziej (po 7%) wspominano o możliwości utworzenia własnego biznesu i chęci zdobycia doświadczenia w międzynarodowych korporacjach. Warto jednak zwrócić uwagę, że ten ostatni czynnik był częściej wskazywany przez młodych ludzi.

Pracownicy z Ukrainy zajmują głównie stanowiska niższego szczebla. Jeżeli jednak otworzymy się na możliwość osiedlania się Ukraińców w Polsce na stałe, niewątpliwie zauważymy zmianę. Pracodawcy mają problem z rekrutacją na stanowiska każdego szczebla. Jeżeli Ukraińcy będą mogli zostać u nas na dłużej, zaczną pracować w biurach jako menadżerowie czy specjaliści. Musimy tylko zadbać o to, aby stworzyć im warunki do osiedlania się. Kluczowe są m.in. dostęp do mieszkań, zarówno na wynajem, jak i zakup, dostęp do edukacji dla dzieci czy zabezpieczenie emerytalne – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Metodologia badania:

Badanie „Migration moods of the Ukrainians in dynamics” zrealizowano na reprezentatywnej (pod względem płci, wieku i regionu) próbie Ukraińców od 18 roku życia. W sumie przebadano 1200 respondentów metodą wywiadów indywidualnych (twarzą w twarz). Margines błędu nie przekracza 2,8%. Badanie zrealizowano w okresie od 8 do 18 września 2017 roku. Link do materiału źródłowego: http://ratinggroup.ua/en/research/ukraine/dinamika_migracionnyh_nastroeniy_ukraincev.html.

[1] http://www.ukrstat.gov.ua/operativ/operativ2017/gdn/Szp_ed/Szp_ed_e/Szp_ed_2017_e.html

Zakup mieszkania pod wynajem zaczyna być ryzykowny. Najbardziej jednak kalkuluje się w Katowicach lub Łodzi

W ocenie Barbary Bugaj z firmy Cenatorium, do końca 2018 roku inwestowanie w mieszkanie nadal będzie opłacalne. Jednak później prawdopodobnie wzrosną stopy procentowe, a wraz z nimi koszt ewentualnie zaciągniętego kredytu. To spowoduje spadek rentowności najmu. Ten sam skutek wywoła podwyższenie cen nieruchomości. W Warszawie rosną one od 2013 roku, w tempie 1-3% w skali roku. W pozostałych miastach od początku br. zauważalny jest lekki trend wzrostowy na poziomie kilku procent. Zdaniem eksperta, obecnie największą dochodowość można uzyskać w Katowicach, na poziomie 6,5%, następnie w Łodzi – 5,9%. Na 3. miejscu jest Gdańsk – 5,6%, a dopiero potem stolica – 5,5%.

Największe ryzyko istnieje wtedy, gdy inwestycję w nieruchomość opieramy na kredycie mieszkaniowym. Stopy procentowe wciąż jeszcze są rekordowo niskie, ale należy obawiać się, że na początku 2019 roku wzrosną. Starszy analityk ds. nieruchomości w firmie Cenatorium podkreśla, że tak właśnie dzieje się teraz na zagranicznych rynkach. Przykładowo, Narodowy Bank Czeski podwyższył stopy procentowe w sierpniu br. z 0,05% do 0,25%. W USA zostały one podniesione już kilka miesięcy temu. Ostatnia podwyżka miała tam miejsce w czerwcu. Stopa funduszy federalnych wzrosła wówczas z 0,75-1% do 1-1,25%.

– Globalizacja gospodarcza sprawia, że zmiany na poszczególnych rynkach krajowych odbywają się falowo. Dlatego jesteśmy pewni tego, że stopy procentowe wzrosną również w Polsce. Nie możemy tylko podać dokładnej daty. Gdyby powróciło u nas oprocentowanie sprzed 5 lat w wysokości 4,5%, to koszt zadłużenia klienta podniósłby się aż o ok. 30%. To byłoby możliwe po podwyżce stóp procentowych o 3 p.p. Wówczas rata zaciągniętego kredytu wzrosłaby o jedną trzecią. Takie ryzyko istnieje zawsze, ponieważ wynika z naturalnych cyklów koniunkturalnych – przewiduje Barbara Bugaj.

Na podstawie wszystkich zjawisk gospodarczych, NBP podejmuje decyzję o ewentualnym podniesieniu stóp procentowych. Jednak, jak zapewnia ekspert, nigdy te zmiany nie są drastyczne. Taki wzrost jedynie może nastąpić z czasem. Zaciągając kredyt hipoteczny, musimy liczyć się z tym, że będzie on miał zmienne oprocentowanie. Jeżeli w danym momencie stopy procentowe są niskie, to należy brać pod uwagę ryzyko ich wzrostu w przyszłości.

– Zawsze warto policzyć, czy będzie nas stać na kredyt, gdyby jego oprocentowanie wzrosło o ok. 2%. Brak przygotowania do takiej sytuacji może wywołać problemy z budżetem gospodarstwa domowego lub znacznie obniżyć komfort życia. Narażone są na to zwłaszcza osoby, dla których rata kredytu stanowi przykładowo 40% dochodów. Co miesiąc wydają bowiem prawie połowę swojej pensji na spłatę należności – tłumaczy Barbara Bugaj.

Trzeba też zwrócić uwagę na konkurencję, która systematycznie rośnie. Jest coraz więcej inwestorów indywidualnych i w najbliższym czasie pojawią się nowe instrumenty wynajmu nieruchomości, m.in. Mieszkanie Plus czy fundusz inwestycyjny Real Estate Investment Trust. Niektóre spółki deweloperskie deklarują już teraz gotowość stworzenia REIT’u dla mieszkań. Ponadto, wchodzą na nasz rynek firmy z innych krajów, które kupują od deweloperów całościowe projekty. Należy do nich np. holenderski inwestor instytucjonalny Bouwfonds European Residential Fund lub międzynarodowy fundusz Catella, który kupił 72 apartamenty w wieżowcu w samym centrum Warszawy. Mieszkania, nabywane w ramach zagranicznych funduszy inwestycyjnych, również będą przeznaczane na wynajem.

– Korzystność inwestycji nie wynika z podziału na rynek pierwotny i wtórny. Nie można niczego generalizować, ponieważ najważniejsza jest rentowność wynajmu. Jedyna uwaga jest taka, że ceny nowych mieszkań są nieco wyższe, niż tych starszych. W związku z tym, teoretycznie opłacalność zakupu nieruchomości od dewelopera mogłaby być niższa. Ale z drugiej strony, konkurencja na rynku najmu ciągle rośnie. Dlatego, wybierając pomiędzy niemodnym lokalem z meblościanką a nowym mieszkaniem o zbliżonej wysokości czynszu, wygramy, stawiając na to drugie – podkreśla Bugaj.

Opłacalność inwestycji określa stosunek ceny zakupu mieszkania do wysokości umownej odpłatności za używanie lokalu. Niemal w całej Polsce czynsz najmu sięga trzydziestu kilku złotych za mkw. Wyjątkiem jest stolica, gdzie wynosi około ok. 51 zł. W Gdańsku to około 41 zł za mkw. A w Krakowie – 40 złotych. Zdaniem eksperta, najwyższa rentowność wynajmowanych nieruchomości występuje w Katowicach. Tam przeciętny czynsz ma wartość 36 zł za mkw. Natomiast średnia cena zakupu mieszkania za mkw. jest na poziomie 4,5 tys. zł. Rentowność najmu dochodzi tam więc do 6,5%. W Łodzi cena transakcyjna lokalu wynosi 3 800 zł za mkw. Typowa stawka czynszu plasuje się na poziomie 29-30 zł za mkw. Tam dochodowość sięga 5,9%. Dla porównania, w Gdańsku wynosi  5,6%, w Warszawie – 5,5% i w  Krakowie – 4,7%.

– Zwykle indywidualni inwestorzy optymistycznie zawyżają rentowność najmu, ponieważ zapominają o tym, że nie są w stanie dokładnie policzyć niektórych kosztów dodatkowych. Mogą to być np. usterki czy też niespodziewane zniszczenia w mieszkaniu. Właściciele biorą pod uwagę ryzyko pustostanów, jednak czasami jest ono niedoszacowane. Dlatego, zawsze trzeba obliczać średnią dochodowość danego lokalu. Faktycznie może ona okazać się nieco niższa, niż zakładamy, na przykład minus 2% – zwraca uwagę Barbara Bugaj.

W opinii specjalisty, inwestowanie w nieruchomości premium może nie być na tyle rentowne, co kupowanie lokali z tzw. segmentu popularnego. Wynika to z bardzo wysokiej ceny zakupu apartamentu. Inwestycji na poziomie kilku milionów złotych nie zwrócą nam lokatorzy. Trzeba też mieć na uwadze to, że poziom pustostanów jest dużo wyższy wśród luksusowych mieszkań, ponieważ z reguły nie wynajmuje się ich zbyt często i szybko. Należy liczyć się także z tym, że możemy nie znaleźć klienta przez klika miesięcy, a nawet przez rok.

Jeżeli już zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod wynajem, to powinniśmy właściwie ocenić, czy nasz produkt jest atrakcyjny na tle innych mieszkań w okolicy. Chodzi przede wszystkim o standard wykończenia i wysokość czynszu najmu. Należy przeanalizować lokalny rynek pod kątem konkurencji, chociażby na podstawie ofert zamieszczonych w serwisach internetowych. Najważniejsze jest to, aby proponowana przez nas odpłatność za używanie lokalu była rynkowa i dopasowana do warunków, jakie oferujemy klientowi – podsumowuje ekspert.

Poranny raport dotyczący sytuacji na rynku walutowym

Rynkowi brakuje kierunku do tego stopnia, że w odstępie kilku dni tą samą informację potrafi zinterpretować w przeciwny sposób. Jest kilka tematów, o które można zaczepić handel (przyszły skład FOMC, ryzyka polityczne w Europie, Brexit), jednak po inwestorach nie widać przekonania, w którą stronę podążyć.

Informacja, że lista potencjalnych kandydatów na nowego szefa Fed została zamknięta w czterech nazwiskach, skutkowała nocną wyprzedażą USD. Wytłumaczenie idące za reakcją jest takie, że w ten sposób zamknięta została droga dla bardziej jastrzębiego kandydata. Mimo to trudno jest spokojnie się z tym zgodzić. Wszak jeszcze przed weekendem ta sama informacja stała za wzmocnieniem dolara. Fakt, że w wyścigu do fotela prezesa Fed najmocniejszymi kandydatami są Yellen, Powell, Cohn i Warsh była odbierana jako zwiększenie szans na zaostrzenie stanowiska Fed, gdyż najbardziej gołębia w tej grupie była obecna prezes Yellen, która kilka tygodni temu sygnalizowała gotowość do podwyżki w grudniu i trzech kolejnych w 2018 r.

Skąd zatem dziś zmiana w interpretacji? Rynek zdaje się obecnie nie handlować w oparciu o już znane informacje (które są w pełni zdyskontowane), ale najwyraźniej liczy na element zaskoczenia. Im większa niespodzianka, tym lepiej, w przeciwnym razie stoimy w miejscu.

Odczyt ISM dla przemysłu (najsilniejszy do 13 lat) w poniedziałek okazał się niewystarczającym impulsem. Podobnie stłumiona reakcja związana jest z referendum w Katalonii, które (według słów premiera regionu) na dniach ma doprowadzić do ogłoszenia niepodległości. Byłby to jednoznacznie negatywny scenariusz dla EUR, ale poziom niepewności jest tak wysoki, że inwestorzy wolą czekać z boku. Dodajmy jeszcze do tego komentarze ministra ds. Brexitu Davida Davis, który wczoraj straszył, że Wielka Brytanii jest gotowa porzucić negocjacje, a rząd brytyjski będzie przygotowany na ewentualny scenariusz awaryjny. Mimo to rynek funta nie panikuje. Rynki znalazły się na rozdrożu, a inwestorzy zdają się przytłoczeni pytaniami bez odpowiedzi, które zaciemniają obraz fundamentalny. Tradycyjnie w takich sytuacjach nikt nie chce wykonać pierwszego kroku, a zmienność bierze się głównie z domykania pozycji. Jeśli z końcem września dominującym trendem było kupowanie USD, teraz stał się on najbardziej podatny na korektę, choć tutaj też da się zaobserwować niezdecydowanie (płytka korekta w nocy), gdyż dane makro mogą dziś zaskakiwać pozytywnie.

Dziś w kalendarzu kolejny wysyp indeksów PMI/ISM – tym razem dla usług. Finalne odczyty z Eurolandu tradycyjnie zejdą na drugi plan, a doniesienia z Katalonii mogą przyciągać uwagę. Gorąco może być na rynku GBP przy odczycie ISM dla usług (dane z przemysłu i budowlanki była słabe), jak również dziś przemawiać będzie premier May na zakończenie konferencji Partii konserwatywnej. Po południu z USA otrzymamy raport ADP (przymiarka do piątkowego raportu NFP) oraz ISM dla usług. Wieczorem przemawiać będzie prezes Fed Janet Yellen.

Dziś decyzję w sprawie stóp procentowych podejmuje Rada Polityki Pieniężnej. Jest mało prawdopodobne, aby wrześniowy wyskok inflacji CPI do 2,2 proc. r/r stał się podstawą do obudzenia jastrzębich głosów w Radzie, kiedy inflacja bazowa pozostaje słaba. RPP pozostaje na kursie stabilizacji stóp procentowych nawet do końca 2018 r., o czym prezes NBP Glapiński powinien dziś przypomnieć. Decyzja pozostaje wydarzeniem bez wpływu dla złotego, choć w szerszym ujęciu bierność RPP kontrastuje z zaostrzaniem stanowiska banków centralnych gospodarek rozwiniętych, co musi rodzić wyraźne odpływy kapitału ze świata emerging markets.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co roku na raka piersi zapada 17 tys. kobiet, a u co trzeciej z nich choroba rozwija się do postaci zaawansowanej. Kluczowe jest wsparcie bliskich, zwłaszcza partnera

Co roku na raka piersi zapada 17 tys. kobiet, a u co trzeciej z nich choroba rozwija się do postaci zaawansowanej. Kluczowe jest wsparcie bliskich, zwłaszcza partnera 1

W Polsce rak piersi jest najczęściej diagnozowanym nowotworem u kobiet i drugą nowotworową przyczyną ich śmierci. U co trzeciej chorej rozwija się do postaci zaawansowanej. Temat choroby nowotworowej to często temat tabu, jednak nawet jej zaawansowany stopień pozwala prowadzić w miarę normalne życia. Obok odpowiedniego leczenia ogromne znaczenie ma tu wsparcie bliskich, przede wszystkim partnera. O tym, dlaczego jest to istotne i jak mądrze wspierać chore, informuje kampania „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”, której druga edycja właśnie ruszyła.

– Rak piersi to najczęstszy nowotwór u kobiet. Odnotowujemy ok. 17 tys. nowych zachorowań rocznie. To nowotwór dobrze rokujący, ale nieuchronnie część chorych będzie miało nawrót. Rocznie notujemy około 6 tys. zgonów z tego powodu. Nawrót może się pojawić późno, nawet po dziesiątkach lat – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jacek Jassem, onkolog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W Polsce rak piersi do postaci zaawansowanej rozwija się u ok. 30 proc. chorych. U 5–10 proc. rozpoznawany jest, gdy choroba dała już przerzuty do innych organów. Jak zaznacza ekspert, problemem w Polsce jest stosunkowo późna wykrywalność choroby. Konieczne jest podnoszenie świadomości kobiet o konieczności robienia badań przesiewowych, bezpłatnych dla wszystkich kobiet w wieku 50–69 lat, a w przypadku wykrycia choroby – zgłoszenia się do specjalistycznego ośrodka z odpowiednim wyposażeniem i doświadczeniem.

– W Polsce wyniki leczenia są mniej więcej o 10 proc. gorsze niż w innych krajach, wynika to z tego, że po pierwsze rak jest później rozpoznawany, po drugie nieco mniejsze są możliwości lecznicze. Chcielibyśmy oczywiście mieć wszystkie nowe leki dostępne w niektórych krajach. W Polsce pojawiają się one stopniowo, ale warto byłoby mieć jeszcze kilka z nich w swoim arsenale – mówi prof. Jacek Jassem.

Nowotwory to druga, po chorobach krążenia, najczęstsza przyczyna śmierci w Polsce. Wciąż jednak często jest to temat tabu, a diagnoza jest traktowana jak wyrok. Nie zawsze jednak nowotwór oznacza śmierć, bo dzięki szybkiej diagnostyce i nowoczesnym terapiom rak coraz częściej jest chorobą przewlekłą.

– Im częściej będziemy mówili o tym, że dobrze prowadzona nawet zaawansowana choroba nowotworowa umożliwia zwyczajne życie, chodzenie do pracy, tym szybciej społeczeństwo zaakceptuje takie osoby wokół siebie i będzie je traktować zwyczajnie, bo tego chyba wszyscy potrzebujemy, zwłaszcza osoby chore – zauważa Agata Polińska, wiceprezes zarządu Fundacji Onkologicznej Osób Młodych „Alivia”

Chore kobiety potrzebują wsparcia rodziny i przyjaciół. Szczególnie ważna rola spoczywa na partnerach, którzy często motywują do dalszej walki, pocieszają, starają się wprowadzić do domu normalność.

– Rola mężczyzn jest podwójnie ważna w naszej rzeczywistości, ponieważ lekarzami zazwyczaj są mężczyźni. Gdy nie ma mężczyzny przy boku kobiety, dialog z lekarzem bywa niepełny. Gdy pojawia się partner, lekarz ma poczucie, że leczy nie tylko tę partnerkę, lecz także całą jej rodzinę i wie, że chora może liczyć na partnera. Dla lekarza to też ważny aspekt – wiedzieć, że jeśli odsyła człowieka po chemioterapii do domu, to będzie miał kogoś, kto zaparzy choćby herbatę – tłumaczy Agata Polińska.

W społeczeństwie wciąż pokutuje stereotyp, że rak piersi jest sprawą wyłącznie kobiecą, a mężczyzn trzeba trzymać od choroby jak najdalej. Eksperci przekonują jednak, że rola mężczyzny jest nie do przecenienia, zwłaszcza że często to właśnie oni wykrywają zmiany w piersi partnerki, a ich wsparcie jest istotnym elementem terapii.

Uruchomiona właśnie druga edycja kampanii edukacyjnej „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”, której partnerem jest Novartis Oncology, ma pomóc mężczyznom włączyć się w proces profilaktyki raka piersi, a także wesprzeć ich, gdy muszą stawić czoło chorobie partnerki.

 Przesłanie kampanii jest krótkie: „Kobiety, badajmy się, pamiętajmy o profilaktyce! Mężczyźni, pomagajcie nam w tym i wspierajcie nas na każdym etapie choroby i leczenia!” Kiedy kobieta zachoruje i nowotwór jest wcześnie rozpoznany, warto w proces leczenia zaangażować całą rodzinę, także mężczyznę. Trudnym momentem jest zwłaszcza diagnoza o chorobie w stanie zaawansowanym. Wsparcia potrzebuje wówczas zarówno kobieta, jak i mężczyzna –podkreśla Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej, organizatora kampanii.

Kampania „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” nawiązuje do popularnej dyscypliny sportu, czyli crossfitu, co ma symbolizować hartowanie ducha i ciała, codzienną walkę ze słabościami oraz dążenie do niezwykłej sprawności fizycznej i emocjonalnej. Elementem kampanii jest kalendarz z udziałem crossfitowców. W tegorocznej sesji zdjęciowej wzięło udział 12 sportowców z całej Polski, w tym dwóch zwycięzców ogólnopolskiego naboru. Dochód ze sprzedaży kalendarza zostanie przekazany na rzecz kobiet w zaawansowanym stadium choroby i wsparcia ich partnerów.

 Kobiety często boją się zgłosić do lekarza, nie wiedzą, co będzie dalej z ich życiem, nie mają pewności, że mężczyzna się nimi zaopiekuje, boją się zostać z problemem same. Staramy się przekazać kobietom, że mężczyźni będą o nie dbali. Taka jest rola mężczyzny, którego przedstawiamy w naszym kalendarzu – tłumaczy Jakub Popławski, producent kalendarza. – Nakłaniamy mężczyzn do tego, aby w życiu codziennym mieli wiedzę na temat raka piersi, żeby umieli rozmawiać o tym ze swoją partnerką, aby byli czujni i zachęcali kobiety do systematycznych badań piersi.

Wymiana handlowa między Polską a Indiami rośnie średnio o 25 proc. rocznie. Polscy inwestorzy i eksporterzy widzą na indyjskim rynku nieograniczony potencjał

Wymiana handlowa między Polską a Indiami rośnie średnio o 25 proc. rocznie. Polscy inwestorzy i eksporterzy widzą na indyjskim rynku nieograniczony potencjał 2

Rolnictwo, przemysł wydobywczy, lecz także filmowy to jedne z najbardziej perspektywicznych branż, w których może rozwijać się współpraca polsko-indyjska. W ubiegłym roku wartość wymiany handlowej między obydwoma krajami zanotowała 25-proc. wzrost i osiągnęła poziom 2,7 mld dolarów. Polscy inwestorzy i eksporterzy postrzegają Indie jako jeden ze strategicznych rynków w Azji, obok Chin i Singapuru. Natomiast dla indyjskich eksporterów Polska jest bramą do rynków Unii Europejskiej. Dlatego w najbliższych latach współpraca gospodarcza obu krajów powinna intensywnie kwitnąć.

– Stosunki między Polską a Indiami są bardzo dobre, dwustronna współpraca powinna być coraz bliższa. Chcemy zidentyfikować perspektywiczne sektory i zachęcić inwestorów, żeby się w nie angażowali. Spodziewam się, że w ciągu najbliższych 2–3 lat wartość inwestycji wzrośnie do 6 mld dolarów – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Pradeep Kumar z Indo-European Education Foundation.

Indie to 7. gospodarka świata, która rośnie średnio o 7 proc. rocznie. To również bardzo duży rynek zbytu, z ogromną bazą konsumentów liczącą 1,3 mld ludzi. Dzięki temu jest bardzo atrakcyjny dla inwestorów z Polski. Sprzyja im też otwarte podejście indyjskiego rządu oraz korzystny kurs walutowy (1 zł kosztuje obecnie około 17 rupii).

– Indyjski rząd jest bardzo otwarty i zmienia politykę. Mamy u nas firmy z różnych części świata. Indie realizują obecnie wiele programów ukierunkowanych na rozwój różnych kompetencji: Digital India, Make in India, Clean India. To są otwarte projekty, w których może uczestniczyć indyjski przemysł. Z kolei Polska w ostatnich latach doświadczyła ogromnego rozwoju, co może zostać wykorzystane w indyjskim przemyśle. Zacieśnianie relacji dwustronnych i rozwój współpracy gospodarczej mogą być korzystne dla obu krajów – ocenia dr Pradeep Kumar.

Po Singapurze Indie są drugą lokalizacją dla polskich inwestycji bezpośrednich w Azji. Większość z nich trafia do przemysłu przetwórczego. Jednym z największych i najbardziej aktywnych inwestorów na tamtejszym rynku są toruńskie zakłady TZMO, które w Indiach mają swoją fabrykę i centra logistyczne.

– Indie są w tej chwili jednym z największych odbiorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie. Jako kraj rozwijający się, potrzebują inwestycji w każdym obszarze, między innymi w infrastrukturze drogowej, lotniczej czy edukacji. Współpracujemy z sukcesem z kilkoma firmami z Polski, które zainwestowały w Indiach, np. TZMO, Radwag czy CanPack. Te firmy radzą sobie bardzo dobrze i mogą posłużyć za przykład innym polskim przedsiębiorstwom – mówi dr Pradeep Kumar.

W drugą stronę – z Indii do Polski napływają między innymi inwestycje z sektora IT. Na polskim rynku działają m.in. Wipro – jedna z najlepszych, indyjskich firm technologicznych oraz zlokalizowany w Łodzi Infosys.

– Zainteresowanie jest duże. Inwestorzy i biznes w Indiach bardzo poważnie traktują Polskę. Polska jest dosyć tanim miejscem do inwestowania. Wystarczy zobaczyć, jaki jest kurs złotego do euro czy dolara. Warunki do inwestowania są dobre, a indyjscy inwestorzy uważają Polskę za wrota do Unii Europejskiej, do wszystkich 27 państw członkowskich i ich rynków – mówi dr Pradeep Kumar.

Jak wynika z danych Ambasady Polskiej w New Delhi, w 2016 roku obroty handlowe między Polską a Indiami wzrosły o 25 proc. rok do roku i wyniosły 2,7 mld dolarów, osiągając poziom najwyższy od sześciu lat. Eksport polskich towarów i usług do Indii wzrósł o 44 proc. do poziomu 668 mln dolarów. Natomiast import zwiększył się o jedną piątą, sięgając blisko 2,1 mld dolarów.

– W 2016 roku, wymiana handlowa pomiędzy Polską a Indiami wzrosła o ok. 25 procent. To radykalny skok. Można powiedzieć, że wymiana handlowa nie jest tak dużo – około 1 proc. globalnego importu, ale biorąc pod uwagę, że Polska nie jest bardzo dużym krajem, jest to pozytywny sygnał. W kolejnych latach powinno być tylko lepiej, spodziewamy się, że wymiana handlowa się podwoi – mówi dr Pradeep Kumar.

W ubiegłym roku głównymi pozycjami w polskim eksporcie do Indii były urządzenia mechaniczne (w tym silniki turboodrzutowe i turbośmigłowe), wyroby z metali nieszlachetnych (np. maszynki do golenia o wartości 108 mln dolarów), pojazdy, statki powietrzne i jednostki pływające (70 mln dolarów). Natomiast import z Indii do Polski to przede wszystkim produkty przemysłu chemicznego (warte 736 mln dolarów, czyli ponad jedną trzecią całego importu), materiały włókiennicze (o wartości 404 mln dolarów), urządzenia mechaniczne i elektryczne oraz wyroby z metali nieszlachetnych.

Jak ocenia ekspert Indo-European Education Foundation, potencjał współpracy między Polską i Indiami jest dużo większy, a wymiana handlowa w kolejnych latach będzie systematycznie zwiększać swoją wartość.

– Brakuje nam technologii. Polska technologia może znaleźć zastosowanie w naszym przemyśle wytwórczym. Perspektywiczne wydają się także sektor produktów mlecznych, rolnictwo i przemysł wydobywczy. To są branże, w których współpraca może rozwijać się bardzo szybko. Dla przykładu, dwa lata temu mieliśmy w Polsce problemy z jabłkami, które ostatecznie zostały wyeksportowane do Indii. Relacje w rolnictwie także się rozwijają – mówi dr Pradeep Kumar.

W ubiegłym roku eksport świeżych jabłek z Polski do Indii zwiększył się o 250 proc., osiągając wartość 1,44 mln dolarów. Dla porównania, jeszcze w 2014 roku było to ok. 12 tys. dolarów. Jeszcze większy wzrost, sięgający 650 proc., odnotowali eksporterzy piskląt. Wartość sprzedaży wyniosła 1,5 mln dolarów (w porównaniu z 0,23 mln dol. w 2015 roku).

– W Polsce promowana jest także indyjska kultura, na przykład joga. W każdym mieście dostępne są zajęcia jogi. To pole do popisu dla small-biznesu, są tutaj możliwości rozwoju. Kolejny obszar do współpracy to przemysł filmowy. Polska jest pod tym względem jedną z naszych ulubionych destynacji w Europie. Kilka filmów już zostało tutaj nakręconych. Bollywood to jeden z największych przemysłów filmowych na świecie, więc jest pole do współpracy z polskimi filmowcami. Nie chodzi tylko o wspólny biznes, lecz również o wzajemną promocję krajów i wymianę doświadczeń – mówi dr Pradeep Kumar.

Co czwarta instytucja finansowa w Europie padła ofiarą cyberataku. Po wejściu w życie przepisów o ochronie danych osobowych, banki mogą zapłacić blisko 5 mld euro kar

Co czwarta instytucja finansowa w Europie padła ofiarą cyberataku. Po wejściu w życie przepisów o ochronie danych osobowych, banki mogą zapłacić blisko 5 mld euro kar 3

Już 1 na 4 instytucje z sektora finansowego odnotowała incydenty naruszenia cyberbezpieczeństwa – wynika z raportu Capgemini. Jednocześnie tylko połowa banków ma wdrożoną odpowiednią politykę związaną z cyberzagrożeniami, mimo że tego typu incydenty od maja przyszłego roku, czyli po wejściu w życie nowych przepisów o ochronie danych będą znaczniej bardziej kosztowne. Zdaniem ekspertów, jeśli częstotliwość ataków się utrzyma, a europejskie banki nie zmienią swoich polityk bezpieczeństwa, w pierwszych trzech latach mogą zapłacić 4,7 mld euro kar.

– Jeśli banki nie będą robić nic w kierunku realizacji RODO, jest bardzo prawdopodobne, że kary będą bardzo wysokie. Jeżeli żaden z banków, ubezpieczycieli i innych firm, którzy mają do czynienia z dużą ilością danych osobowych, jak choćby sieci energetyczne czy służba zdrowia, nie podejmą działań w kierunku zbliżenia się do realizacji zaleceń RODO, jest ryzyko, że będą musieli zapłacić naprawdę wysokie kary – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Najmajer, dyrektor ds. sprzedaży w Linux Polska.

Od maja 2018 roku i wejścia w życie przepisów RODO za przetwarzanie danych przez osobę nieuprawnioną, udostępnianie danych takim osobom czy naruszenie obowiązku zabezpieczenia danych będzie grozić kara w wysokości 20 mln euro lub 4 proc. światowego obrotu firmy. AllClear ID szacuje, że bez koniecznego dostosowania się do wymogów nowego rozporządzenia w ciągu najbliższych trzech lat bankom grożą kary w wysokości 4,7 mld euro.

– Polski rynek jest o wiele mniejszy. Biorąc pod uwagę udział PKB Polski w PKB UE, możemy szacować, że kary na polskim rynku mogą sięgać kilkuset milionów euro, ale też dużo zależy od regulatorów wewnętrznych – zauważa Marek Najmajer.

Według danych Consult Hyperion w ciągu ostatnich 10 lat tylko największe europejskie banki padły ofiarą ataków co najmniej 27 razy, a niektóre z nich więcej niż jednokrotnie. Z raportu „Waluta zaufania: dlaczego banki i firmy ubezpieczeniowe muszą lepiej dbać o bezpieczeństwo danych swoich klientów” opublikowanego przez Digital Transformation Institute Capgemini wynika, że 1 na 4 instytucje odnotowała naruszenie cyberbezpieczeństwa.

– Maksymalny wymiar kary będzie wtedy, gdy dojdzie do wycieku danych wszystkich klientów przy braku jakichkolwiek dodatkowych zabezpieczeń. Obecnie duże instytucje mają już tzw. systemy SIEM (Security Information and Event Management),, które są w stanie analizować i wykrywać ataki hakerskie, to jednak wciąż za mało. Istniejące rozwiązania należałoby wzbogacić o dodatkową warstwę informacji o np. zakresie zgody podmiotu do udostępnienia danych osobowych, kwestii przekazania danych osobowych do stron trzecich – zaznacza Najmajer.

Mimo stosunkowo dużych nakładów przeznaczonych na bezpieczeństwo danych, częstotliwość ich wycieku rośnie, w dużej mierze ze względu na zmieniający się charakter ataków i w związku z tym niewystarczające zabezpieczenia.

– Czasu jest mało, a z naszego doświadczenia wiemy, że niektórzy klienci w ogóle nie zaczęli przystosowywać się do nowych przepisów, albo zaczęli na takiej zasadzie, że zebrał się komitet sterujący, wybrano kierownika projektu, a ten spotkał się z kilkoma osobami. Jest duże ryzyko, że te firmy nie zdążą. Należy w tym momencie podejść do tematu pragmatycznie – analiza ryzyka, identyfikacja największych zagrożeń, skupienie się na nich, wskazanie realnego planu działania i rozpoczęcie realizacji. Wtedy jest szansa, że uniknie się kary lub kara będzie ograniczona – przekonuje przedstawiciel Linux Polska.

Dyrektywa o ochronie danych osobowych ma obowiązywać każdą firmę, która przetwarza dane osobowe obywateli europejskich i może mieć wpływ na banki i ubezpieczycieli w USA, Wielkiej Brytanii i Azji. Z danych Capgemini wynika, że tylko 32 proc. kadry kierowniczej określiło swoją organizację jako taką, która zrobiła duże postępy w realizacji wytycznych projektu. Firmy na przygotowanie się do przepisów mają czas do maja 2018 roku.

– Można zinwentaryzować wszystkie zbiory danych osobowych oraz dokonać przeglądu procesów biznesowych, w których posługujemy się tymi danymi. Po analizie trzeba sklasyfikować dane – w zależności od tego, czy są to dane wrażliwe, jest też kwestia dodatkowej ochrony: szyfrowanie czy pseudonimizacja tak, aby nieupoważniony analityk miał tylko podstawowe informacje, ale bez imienia i nazwiska oraz dodatkowych danych identyfikujących. Następnie jest kwestia retencji, czyli przez jaki czas dane mają być przechowywane, jak długo po skończeniu świadczenia usługi, co z klientami, którym wprawdzie skończyła się usługa, ale za chwilę chcemy mu sprzedać coś innego – wymienia Marek Najmajer.

Boom na łódzkim rynku nieruchomości. Warszawiacy coraz częściej kupują w tym mieście mieszkania jako inwestycję

Boom na łódzkim rynku nieruchomości. Warszawiacy coraz częściej kupują w tym mieście mieszkania jako inwestycję 4

Po latach zastoju Łódź, drugie największe miasto na Mazowszu, zaczyna odrabiać straty. W ubiegłym roku zapotrzebowanie na nowe mieszkania wzrosło o jedną trzecią, a nabywców znalazło 2,2 tys. lokali. Tylko od ubiegłorocznych wakacji deweloperzy zapoczątkowali 30 nowych inwestycji. Eksperci OPG Property Professionals szacują, że dane dotyczące koniunktury na łódzkim rynku nieruchomości za 2017 rok okażą się jeszcze lepsze. Przyczyną odbicia jest coraz silniejsza pozycja Łodzi jako miasta, które przyciąga inwestycje z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

– W ubiegłym roku na łódzkim rynku sprzedało się 2,2 tys. mieszkań. Z naszych szacunków i obserwacji wynika, że w dużej mierze za wzrosty liczby transakcji odpowiedzialni są inwestorzy tak jak w innych miastach Polski. Ciekawą obserwacją jest to, że mieszkańcy Łodzi zaczęli wierzyć we własny rynek, chcą zostawać w mieście, więc kupują też mieszkania dla siebie. Wiąże się to z faktem, że coraz więcej pracodawców z sektora usług lokuje swoje siedziby i zatrudnia pracowników w tym mieście – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Styś, dyrektor zarządzający OPG Property Professionals.

Specjalizująca się w nieruchomościach firma doradcza wydała pod koniec września raport, który podsumowuje ubiegły rok na łódzkim rynku. Dane pokazują, że od ubiegłego lata przybyło w mieście 30 nowych inwestycji. Zapotrzebowanie na nowe mieszkania wzrosło w ubiegłym roku o ponad jedną trzecią (w stosunku do 2015 r.).

– Łódzki rynek nieruchomości jest bardzo specyficzny. Mimo bliskości Warszawy Łódź przez wiele lat była poza obszarem zainteresowania. Na rynku było relatywnie niewiele transakcji w porównaniu do liczby mieszkańców. Łódź jest trzecim miastem w Polsce, ma 700 tys. mieszkańców, tymczasem dotąd sprzedawało się średnioterminowo około 1,1–1,2 tys. mieszkań w ciągu roku, więc bardzo niewiele – mówi Michał Styś.

Inwestorzy i nabywcy, którzy poszukują mieszkania w Łodzi, mają do wyboru coraz więcej mieszkań. W czerwcu br. deweloperzy oferowali na rynku pierwotnym 3,3 tys. nowych mieszkań w ponad stu inwestycjach na terenie miasta. Autorzy raportu zauważają, że wiele mieszkań znajduje nabywców już na etapie dziury w ziemi, czyli w bardzo wczesnej fazie realizacji.

– Mieszkania inwestycyjne, kupowane często przez warszawiaków, są ulokowane w centrum miasta, w dobrze umiejscowionych lokalizacjach, blisko politechniki lub uniwersytetu. Są to zazwyczaj małe lokale, dwupokojowe lub kawalerki, o możliwie najmniejszej powierzchni, dzięki czemu zwrot na inwestycji jest największy. Jeżeli są to mieszkania kupowane z przeznaczeniem do zamieszkania, zwykle są trzypokojowe, poza ścisłym centrum miasta –mówi dyrektor zarządzający OPG Property Professionals.

W ubiegłym roku średnie ceny ofertowe mieszkań w Łodzi kształtowały się na poziomie 4,9 tys. zł/mkw., natomiast ceny transakcyjne były niższe średnio o 150 zł/mkw. Z rynku praktycznie zniknęły już oferty poniżej 4,5 tys. zł/mkw. Największy wzrost cen odnotowano na Bałutach i Widzewie.

– Podobnie jak w całej Polsce aktualnie Łódź jest w cyklu, w którym ceny mieszkań stabilnie rosną. Wiąże się to z faktem, że przez ostatnich kilka lat transakcji było zdecydowanie mniej niż naturalny, średnioterminowy popyt. Jednak ostatnie dwa lata przyniosły bardzo wiele transakcji, z których około 30 proc. to czysto inwestycyjne transakcje, prowadzone z perspektywą maksymalizacji zysku. Te nieruchomości podbijają średnią mieszkań sprzedanych w zeszłym roku – mówi Michał Styś.

Poza cenami zmienia się też struktura oferowanych i poszukiwanych przez nabywców lokali. W ubiegłym roku po raz pierwszy w historii trzypokojowe i większe mieszkania stanowiły w Łodzi ponad połowę nieruchomości wprowadzonych do sprzedaży. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się też niewielkie mieszkania do 40 mkw. Za to mniejszy wybór mają klienci, którzy poszukują średnich, dwupokojowych lokali.

Eksperci prognozują, że łódzki rynek czekają dalsze wzrosty, a statystyki dotyczące koniunktury za 2017 rok okażą się jeszcze lepsze.

– Dla deweloperów Łódź jest bardzo perspektywicznym rynkiem. Produkt trzeba jednak dopasować do bardzo specyficznej grupy odbiorców, włączając unikalne i charakterystyczne dla każdego miasta mikropreferencje. Rynek mieszkaniowy musi podlegać bardzo głębokiej analizie – zarówno przez pryzmat lokalizacji, jak i preferencji kupujących w zależności od ich siły nabywczej i indywidualnych cech urbanistycznych miasta – ocenia Michał Styś.

Alior Bank przeprowadza największą emisję obligacji podporządkowanych w swojej historii

W ramach programu emisji obligacji Alior Bank zaplanował emisję do 400 tys. sztuk obligacji podporządkowanych serii K o łącznej wartości nominalnej 400 mln złotych.  Ze względu na bardzo duże zainteresowanie zgłoszone w procesie budowy księgi popytu zarząd Alior Banku podjął decyzję o wyemitowaniu dodatkowych 200 tys. sztuk obligacji podporządkowanych serii K1 o łącznej wartości nominalnej 200 mln złotych. 

Łączna wartość nominalna obligacji serii K wyniesie do 400 mln złotych, natomiast łączna wartość obligacji serii K1 wyniesie do 200 mln złotych. Po rozliczeniu emisji obu serii obligacji bank zamierza przeprowadzić ich asymilację i następnie wprowadzić je do notowań na rynku ASO Catalyst pod jednym kodem ISIN, dzięki czemu łączna wartość nominalna notowanych obligacji wyniesie 600 mln złotych. To prawie dwa razy więcej niż najwyższa dotychczas przeprowadzona emisja obligacji Alior Banku (seria F), której łączna wartość nominalna wyniosła 321,7 mln złotych.

Oprocentowanie obligacji będzie zmienne, ustalane w oparciu o stawkę WIBOR dla depozytów 6-miesięcznych (WIBOR 6M) powiększoną o marżę w wysokości 2,7 p.p., najniższą wśród dotychczasowych emisji obligacji podporządkowanych Alior Banku. Odsetki mają być wypłacane w okresach półrocznych.

Już po raz drugi w ciągu ostatnich trzech miesięcy zainteresowanie obligacjami Alior Banku znacznie przewyższyło nasze plany dotyczące wielkości emisji. Świadczy to o mocnym przekonaniu inwestorów o pomyślnej realizacji przez bank strategii „Cyfrowego buntownika” – mówi Filip Gorczyca, wiceprezes zarządu Alior Banku odpowiedzialny za pion finansów.

Obligacje serii K i K1 będą miały status obligacji podporządkowanych, a po akceptacji Komisji Nadzoru Finansowego będą zakwalifikowane jako instrumenty w kapitale Tier II. Obligacje obu serii (K i K1) oferowane są wyłącznie inwestorom instytucjonalnym. Obligacje będą miały 8-letni okres zapadalności, a planowany dzień emisji przypadać będzie na 20 października br.

Emisja obligacji banku została zorganizowana przez Dział Emisji Długu.

SecureTech Congress 2017

Rosnąca świadomość technologiczna klientów oraz zwiększająca się rola kanału mobilnego i internetowego powoduje konieczność wykorzystywania innowacji technologicznych.

Cyberataki to nie tylko zagrożenie dla poufnych informacji. Naruszają one przede wszystkim reputację firmy oraz obniżają wartość marki, co wpływa bezpośrednio na zyski i postrzeganie przez odbiorców.

W odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku, 17-18 października 2017 r. w warszawskim Hotelu Sheraton odbędzie się konferencja SecureTech Congress, skupiająca kluczowych przedstawicieli branży. Wydarzenie to pozwoli uczestnikom omówić architekturę zabezpieczeń, które realnie wpływają na wyższy poziom ochrony i reputacje firm oraz zapoznać się z najnowszymi trendami i strategicznymi rozwiązaniami obecnych wyzwań w zakresie cyber security, przed którymi stoi administracja i sektor prywatny.

Gwarantem wysokiego poziomu merytorycznego wydarzenia są Prelegenci, m.in.:

  • Krzysztof Silicki, Podsekretarz Stanu, Ministerstwo Cyfryzacji;
  • Ralph Echemendia, The Ethical Hacker;
  • Francesco Chiarini, Global Cybersecurity Incident Response, PepsiCO;
  • Adam Haertle, Redaktor Naczelny, ZaufanaTrzeciaStrona.pl;
  • Justyna Kesler, Wiceprezes Zarządu, ING Bank Śląski;
  • Paweł Malita, Head of IT Security (IT Security), G2A.COM.

Kongres odbywa się symultanicznie z BIG DATA & AI: Think Big Congress, co stwarza możliwość uczestniczenia w obu wydarzeniach w ciągu dwóch dni.

Więcej informacji na temat wydarzenia znajdą Państwo na stronie: securetechcongress.pl

Organizatorem wydarzenia jest MMC Polska.

BIG DATA & AI: Think Big Congress

Już 17-18 października 2017 r. w Hotelu Sheraton w Warszawie odbędzie się kongres będący odpowiedzią na nową rewolucję technologiczną w biznesie.

BIG DATA & AI Congress: Think Big Congress  to wydarzenie stanowiące unikalne, prestiżowe i ugruntowane na rynku spotkanie najważniejszych przedstawicieli każdego sektora biznesu, administracji rządowej  i samorządowej, mediów oraz nauki. Dzięki niemu eksperci zajmujący się tą specyficzną i niezwykle rozwojową częścią działalności, jaką jest nie tylko Big Data & AI, ale również praktyczne wykorzystania technologii i rozwiązań, mają unikalną możliwość konfrontowania oraz wymiany własnych doświadczeń.

Podczas Kongresu poruszone zostaną tematy skupiające się na biznesowym wykorzystaniu danych o klientach w celu dostosowania jak najlepszej oferty, problematyka spożytkowania nowych możliwości, a także związanych z nimi szans i zagrożeń. W ramach dyskusji  zaprezentowane będą praktyczne studia przypadku, analizy po wdrożeniowe, omówione zostaną skuteczne strategie wdrożenia i benchmarki. Dzięki interdyscyplinarności poruszanych tematów, zarekomendowane w dyskusjach rozwiązania mogą być z powodzeniem wdrożone w wielu przedsiębiorstwach, instytucjach oraz w codziennym funkcjonowaniu miast i społeczeństw.

Wysoki poziom konferencji zapewnią Prelegenci, m.in.:

  • Daniel Arak, Co-Founder and Board Member, ITMAGINATION;
  • Piotr Buszka, COO, współtwórca SentiOne;
  • Krzysztof Bajołek, Founder, Answear.com;
  • Norbert Biedrzycki, Digital Vice President, McKinsey;
  • Janusz Dygaszewicz, Dyrektor Departamentu Programowania i Koordynacji Badań, Główny Urząd Statystyczny.

Oracle prezentuje autonomiczną chmurę bazodanową

Na konferencji Oracle OpenWorld 2017 prezes rady nadzorczej Oracle i dyrektor ds. technicznych Larry Ellison zaprezentował swoją wizję pierwszej na świecie autonomicznej chmury bazodanowej. Chmura Oracle Autonomous Database Cloud pracuje w oparciu o bazę danych Oracle Database 18c — nową wersję najlepszej bazy danych w branży. Chmura ta wykorzystuje przełomowe mechanizmy automatycznego uczenia do zapewnienia automatyzacji, która eliminuje pracę człowieka, błąd ludzki oraz ręczne dostrajanie oraz pozwala osiągnąć niespotykaną wcześniej dostępność, wydajność i bezpieczeństwo w znacznie niższej cenie.              

„To nasze najważniejsze osiągnięcie od dłuższego czasu” — powiedział Ellison. „Dzięki automatyzacji wszystko jest możliwe. Możemy zagwarantować dostępność na poziomie 99,995% oraz mniej niż 30 minut planowanych lub nieplanowanych przestojów w skali roku”.

Oracle Autonomous Database Cloud eliminuje konieczność pracy człowieka związanej z dostrajaniem, wprowadzaniem uaktualnień i poprawek oraz utrzymywaniem bazy danych. Obejmuje ona następujące funkcje:

  • Autonomiczne działanie: Zapewnia ciągłe dostrajanie wydajności na podstawie automatycznego uczenia. Automatycznie wprowadza uaktualnienia i poprawki podczas pracy. Ponadto automatycznie wprowadza aktualizacje zabezpieczeń podczas pracy w celu ochrony przed cyberatakami.
  • Automatyczne skalowanie: Natychmiast dostosowuje wielkość mocy obliczeniowej i pamięci masowej bez przestojów. Oszczędności się mnożą, ponieważ chmura Oracle Autonomous Database Cloud zużywa mniej mocy obliczeniowej i pamięci masowej niż chmura Amazon oraz zapewnia niższe koszty administracji manualnej.
  • Samonaprawa: Zapewnia zautomatyzowaną ochronę przed przestojami. SLA gwarantuje niezawodność i dostępność na poziomie 99,995%, co zmniejsza kosztowne przestoje (planowane i nieplanowane) do poniżej 30 minut w ciągu roku.

Oracle Autonomous Database Cloud obsługuje wiele różnych obciążeń, w tym obciążenia transakcyjne i mieszane, hurtownie danych, analizy graficzne, aplikacje biznesowe, bazy dokumentów i obciążenia związane ze Internetem Rzeczy (IoT). Pierwszy produkt w ramach oferty Autonomous Database Cloud, do przetwarzania obciążeń związanych z hurtowniami danych, ma być dostępny jeszcze w tym roku.

Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud

Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud to usługa chmurowa zbudowana w oparciu o technologię Oracle Autonomous Database, wykorzystująca uczenie maszynowe, aby zapewniać niespotykaną wcześniej wydajność, niezawodność i łatwość wdrożenia hurtowni danych.

„Każde przedsiębiorstwo stara się zrobić pożytek z ogromnej ilości danych generowanych przez cyfrową gospodarkę” — powiedział Carl Olofson, wiceprezes ds. badań w firmie IDC. „Biorąc pod uwagę czołową pozycję Oracle w segmencie oprogramowania bazodanowego, nie dziwi fakt, że firma jako pierwsza na rynku wprowadziła nowej generacji platformę do zarządzania danymi. Usługa Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud została opracowana, aby zapewnić wydajność najlepszej w branży technologii bazodanowej oraz elastyczność, skalę korporacyjną i prostotę. Celem tej inicjatywy jest zadbanie o to, aby przedsiębiorstwa czerpały więcej korzyści ze swoich danych oraz unowocześniły sposób zarządzania nimi”.

Najważniejsze cechy usługi Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud to m.in.:

  • Prostota: W przeciwieństwie do tradycyjnych usług chmurowych o złożonej, manualnej konfiguracji, w których ekspert ds. baz danych musi określić klucze dystrybucji danych i klucze sortowania, tworzyć indeksy, reorganizować dane lub dostosowywać parametry kompresji, usługa Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud jest od razu gotowa do pracy. Użytkownicy określają tabele, ładują dane, a następnie uruchamiają swoje obciążenia w ciągu paru sekund — nie jest wymagane manualne dostrajanie.
  • Najlepsza w branży wydajność: W przeciwieństwie do tradycyjnych usług chmurowych, które wykorzystują typowe konfiguracje mocy obliczeniowej do dostarczania usług chmury bazodanowej, usługa Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud jest oparta na platformie Oracle Exadata o wysokiej wydajności. Wydajność jeszcze bardziej zwiększają w pełni zintegrowane algorytmy automatycznego uczenia, które zapewniają automatyczne buforowanie, adaptacyjne indeksowanie i zaawansowaną kompresję.
  • Natychmiastowa elastyczność: Usługa Oracle Autonomous Data Warehouse Cloud przydziela nowe hurtownie danych o dowolnej wielkości w ciągu kilku sekund oraz skaluje zasoby obliczeniowe i zasoby pamięci masowej niezależnie od siebie i bez przestojów. Dzięki elastyczności klienci mogą płacić tylko za te zasoby, których potrzebują ich obciążenia bazodanowe w danym momencie.

Oracle Database 18c

Usługa Oracle Autonomous Database Cloud jest oparta na nowej generacji najlepszej bazy danych w branży — Oracle Database 18c. Baza danych Oracle Database 18c zapewnia przełomowe możliwości automatyzacji, jak również rozszerzenia w zakresie technologii OLTP, analizy i konsolidacji.

Leniwy wtorek z brytyjskim budownictwem w tle

W dość skąpym kalendarzu makroekonomicznym uwagę inwestorów próbowały zwrócić wskazania indeksu PMI dla brytyjskiego sektora budowlanego, które pierwszy raz od lipca 2016 roku uplasowały się poniżej granicznej wartości 50 punktów. Odczyt na poziomie 48,1 pkt (konsensus: 51,1 pkt) nie wskazuje szans na świetlaną przyszłość wyspiarskich deweloperów będących pod presją BREXIT-u. Zmienność na rynku walutowym próbował podbić Stefan Ingves, gubernator Riksbanku, który spodziewa się podtrzymania aprecjacji korony w następnych miesiącach.

Wtorkowej słabości amerykańskiej waluty nie zdołały wykorzystać między innymi nowozelandzki dolar (-0,6 proc.) oraz funt szterling, którego 0,3 proc. deprecjacja spycha parę GBP/USD w okolice poziomu 1,3240. Częściowo jastrzębia wypowiedź Ingvesa nie przyczyniła się do zepchnięcia szwedzkiej korony (0,5 proc.) z piedestału walut G10. Słabszą skalę zwyżki ma za sobą euro (0,2 proc.), które na koniec dnia próbuje ustabilizować kurs EUR/USD tuż nad poziomem 1,1750.

Waluty Emerging Markets nie mają za sobą spektakularnej sesji. W regionie najsilniej zyskiwała czeska korona (0,3 proc.), która próbowała odskoczyć zwyżce węgierskiego forinta (0,1 proc.) oraz polskiego złotego (0,1 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN wraca w okolice 4,3140, USD/PLN próbuje przebić 3,6700, CHF/PLN balansuje przy 3,7700, a GBP/PLN stabilnie czeka na impuls przy 4,8600.

Końcówka notowań w Warszawie nie należała do zbyt optymistycznych z racji na powrót przez indeks WIG 20 (0,0 proc.) w okolice poniedziałkowego zamknięcia. Na czele komponentów rodzimej giełdy znalazł się Lotos (3,8 proc.), który wywindował swoją marżę rafineryjną do rekordowego poziomu 10,40 USD na baryłce. Na fali wczorajszego komunikatu w sprawie fenomenalnej sprzedaży znalazło się CCC (3,2 proc.) usilnie próbujące wymazać realizację zysków spółek sektora energetycznego – Energi (-2,5 proc.) oraz PGE (-2,2 proc.). Wyraźny ruch w stronę południa odnotowała również Jastrzębska Spółka Węglowa (-1,5 proc.), która przez moment wróciła nad poziom 100 PLN za walor.

Na szczycie frankfurckiej giełdy znalazła się Lufthansa (3,5 proc.), która ostatnio „świętowała” upadek brytyjskich linii lotniczych Monarch. Tym razem powody do wzrostów dały doniesienia o porozumieniu lotniczego giganta z Parker Aerospace w sprawie części do Airbusa A350 oraz chińskiego kontraktu Lufthansy Technik. Potencjalne wzrosty indeksu DAX (0,6 proc.) wyraźnie hamował ThyssenKrupp (-1,5 proc.) po rewizji rekomendacji nadanej przez Barclays (0,5 proc.) do „niedoważaj” z ceną docelową na poziomie 21 EUR (obecnie: 24,70 EUR). Skromniejszy ruch w stronę południa odnotował Deutsche Bank (-1,0 proc.), nad którym według UBS (0,5 proc.) ciążą czarne chmury. Powodem pogorszenia perspektyw finansowego giganta mają być skutki implementacji dyrektywy MiFID II.

Nieco mniej optymistycznymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy w Londynie, gdzie na szczycie indeksu FTSE 100 (0,4 proc.) znalazły się walory Fergusona (4,0 proc.) za sprawą komunikatu dotyczącego skupu akcji własnych w wysokości 500 mln GBP. Na dalszych pozycjach znalazły się akcje Ashtead oraz Sainsbury, które względem poniedziałkowego zamknięcia odnotowały 3,3 proc. zwyżkę. Listę komponentów próbowały zamknąć akcje Shire (-1,5 proc.) po doniesieniach o planach przejęciach przez Lonzę jednej z fabryki leków. Silniej tracącymi komponentami okazały się być BAE (-1,7 proc.) po zmianie rekomendacji przez Berenberg oraz WPP (-2,1 proc.) renegocjujące kwotę przejęcia japońskiego domu mediowego Asatsu-DK przez Bain Capital.

Na rynku surowców rolnych najbardziej udaną sesję notuje wieprzowina, której październikowy kontrakt drożeje 5,0 proc. W jej cieniu znajdują się zwyżki grudniowego kontraktu na kakao (1,5 proc.) czy listopadowego na sok pomarańczowy (0,7 proc.). Wśród metali liderem pozostaje miedź drożejąca 1,3 proc. Względnie blisko wczorajszego zamknięcia znajduje się złoto (0,2 proc.), którego uncja wraca w okolice poziomu 1 273,50 USD. Na rynku ropy panują niezbyt optymistyczne nastroje. Obecnie baryłka West Texas Intermediate schodzi do poziomu 50,40 USD, notując tym samym ruch rzędu 0,4 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – wrzesień 2017 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 10,7% rdr do 18,3 mld zł
  • Wzrost średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń o 16% do 869,6 mln zł
  • Spadek wolumenu obrotu kontraktami na indeksy o 12,6% rdr do 450 tys. szt.
  • Wzrost wartości emisji obligacji notowanych na rynku Catalyst o 14,6% do 90,2 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 6,3% do 12,5 TWh
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem na rynkach spot i terminowym o 146,8% rdr do 13,9 TWh
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia o 17,1% do 3,9 TWh2

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW we wrześniu 2017 r. wyniosła 19,6 mld zł, o 10,9% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 10,7% rdr do 18,3 mld zł, a średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń sięgnęła 869,6 mln zł we wrześniu 2017 r., o 16% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec września 2017 r. wyniosła 64 289,69 pkt i była o 36,5% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 16,7% rdr. W ramach arkusza zleceń wartość obrotu akcjami na alternatywnym rynku GPW wyniosła 109,7 mln zł, co oznacza spadek o 13,2% rdr. Od początku roku obrót w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wyniósł 1 077,5 mln zł, co oznacza wzrost o 19,6% rdr.

We wrześniu 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 732,5 tys. szt., o 12,8% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 450 tys. szt., mniej o 12,6% rdr.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 90,2 mld zł na koniec września 2017 r. wobec 78,7 mld zł we wrześniu 2016 r. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła we wrześniu o 16,3% rdr do 229,8 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła we wrześniu tego roku 63,9 mld zł i była o 10,5% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym we wrześniu 2017 r. wyniósł 12,5 TWh, co oznacza wzrost o 6,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł  o 10,6% do 10,7 TWh w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł 13,9 TWh we wrześniu 2017 r., blisko dwa i pół razy więcej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu także wzrósł o 42,4% do 1,4 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)3 na rynkach spot i terminowym wyniósł 3,9 TWh we wrześniu 2017 r. Oznacza to wzrost o 17,1% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) sięgnął 60,3 ktoe4 w porównaniu do 58,4 ktoe rok wcześniej.

Kapitalizacja 429 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec września 2017 r. 672,07 mld zł (155,96 mld EUR). Łączna kapitalizacja 479 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec września tego roku 1 428,5 mld zł (331,51 mld EUR).

Na rynku NewConnect we wrześniu 2017 r. zadebiutowały spółki Śląskie Kamienice oraz XTPL, których łączna wartość ofert sięgnęła ponad 19,2 mln zł.

Na Catalyst we wrześniu 2017 r. zadebiutowały obligacje spółki MCI Management o wartości emisji 25 mln zł.

We wrześniu 2017 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

2 z wyłączeniem praw wynikających ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną

3 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane , notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg;)

4 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Za 30 lat Japonia i Turcja będą światowymi potęgami, Polska regionalną

Za 30 lat Polska zostanie najpotężniejszym państwem w regionie Europy Środkowo – Wschodniej, mocno oddziałującym na politykę europejską – powiedział George Friedman, założyciel i prezes, Geopolitical Futures, w czasie wieczornej gali zamknięcia Europejskiego Forum Nowych Idei, którego organizatorem była Konfederacja Lewiatan.

Friedman przedstawił swoją wizję przyszłości świata za 30 lat. Przypomniał, że co do rozwoju technologii, wszyscy mamy przekonanie, że świat będzie się bardzo szybko zmieniał. Jeśli zaś chodzi o sytuację geopolityczną, uważamy, że będzie tak jak teraz. Obecne mocarstwa pozostaną mocarstwami. Nic bardziej mylnego – ostrzegał amerykański naukowiec. Jeszcze w 1910 roku Europa była globalną potęgą, nadawała ton, przewodziła pod każdym względem. Czy ktoś wówczas przypuszczał, że w 1950 r., czyli po 40 latach, legnie w gruzach, po dwóch strasznych wojnach, podzielona między USA i Związek Radziecki. Czy ktoś mógł przewidzieć, że po kolejnych 40 latach, czyli w 1990 roku, upadnie Związek Radziecki, a Niemcy się zjednoczą – mówił Friedman.

Jak będzie wyglądał świat za kolejne 30 lat

Zdaniem amerykańskiego naukowca nadal globalnym mocarstwem pozostaną Stany Zjednoczone, chociaż ich pozycja ulegnie osłabieniu. Ameryka może się jednak nie obronić, jeśli będzie atakowała kolejne państwa, np. Irak, bez pomysłu co z nimi począć – dodał Friedman.

– Chiny teraz są potęgą, ale mają wiele wewnętrznych problemów (dyktatorski rząd, narastające różnice społeczne), dlatego za 30 lat nie utrzymają obecnej pozycji. Prawdziwym mocarstwem stanie się Japonia. Będzie rosła w siłę Turcja, która ma szansę stać się potęgą, tak jak za dawnych czasów- powiedział Friedman.

Co się stanie w Europie?

Friedman przewiduje, że Unia Europejska może mieć kłopoty z dalszą integracją państw. Co zaskakuje, wieszczy upadek Niemiec i Rosji. Jego zdaniem gospodarka niemiecka jest w ponad 50 proc. uzależniona od eksportu. To ogromne zagrożenie, bo takich proporcji nie uda się utrzymać w przyszłości. Z kolei Rosja nie stworzyła nowoczesnej gospodarki. Upadek Związku Radzieckiego był tylko pierwszym etapem zsuwania się w przepaść Rosji.

A co z Polską?

Zdaniem amerykańskiego naukowca Polska zawsze bała się Niemiec i Rosji. W sytuacji, kiedy za 30 lat Niemcy nie będą już potęgą gospodarczą, a Rosja znajdzie się w rozsypce, Polska, ze świetnie wykształconym społeczeństwem, urośnie do roli regionalnej potęgi, z ambicjami odgrywania ogromnej roli na arenie międzynarodowej. Bardzo wzrośnie znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej.

PGS wyraża obawy o wpływ Split Payment na branże handlu

Split payment – mechanizm podzielonej płatności jest dobrą metodą walki z wyłudzeniami VAT. Istnieje jednak duże ryzyko, że doprowadzi do utraty płynności i upadku wielu firm – uczciwych, rodzimych przedsiębiorstw – apeluje Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

System split payment nie bez powodu stosowany jest obecnie tylko w dwóch krajach Unii Europejskiej, we Włoszech i w Czechach. W obu przypadkach w bardzo ograniczonym zakresie. Wiąże się to z tym, że z jednej strony rozwiązanie to rzeczywiście w dużym stopniu zapewnia skuteczną walkę z pewnym rodzajem oszustw, ale z drugiej strony może w sposób znaczący wpłynąć na płynność finansową firm. Praktyka rozliczeń w handlu pokazuje, że przedsiębiorcy potrzebują pełnej kwoty brutto wystawionych faktur, by spłacić swoje zobowiązania. Tymczasem nowa zasada Split Payment spowoduje, że na własnym rachunku bankowym będą mieli tylko kwotę netto. Chcąc dokonać przelewu środków na konto bankowe niebędące rachunkiem VAT, nie będą mogli „przejąć” brakującej kwoty z własnego rachunku VAT.

– To kolejne wyzwanie, z którym handel będzie musiał zmierzyć się od 2018 rok. Stawką rządowej walki o należny podatek jest „być albo nie być” małych przedsiębiorców, już dziś borykających się z płynnością finansową, wynikającą z wydłużających się terminów zapłaty (w handlu do 90 dni!). Rozumiemy, że zmiany są istotnym elementem walki rządu z oszustami, ale mogą uderzyć też w uczciwe firmy – podkreśla prezes PGS.

Punktem spornym staje się kwota, którą każdy przedsiębiorca będzie mógł swobodnie operować. Podatnik będzie miał do dyspozycji kwotę brutto pomniejszoną o podatek VAT, czyli kwotę netto. Płatność odpowiadająca kwocie podatku (23%) trafi na rachunek VAT i jak tłumaczy Ministerstwo Finansów kwota ta „wciąż będzie należała do przedsiębiorcy”. Problem jednak w tym, że podatnik będzie miał ograniczone możliwości dysponowania środkami znajdującymi się na tym rachunku. Będzie mógł wykorzystać te środki do zapłaty VAT swoim dostawcom, czyli będzie uprawniony do dokonania przelewu ze swojego rachunku VAT, na inny rachunek VAT. Będzie mógł też opłacić zobowiązania z tytułu podatku od towarów i usług względem fiskusa. System ten zapewne sprawdziłby się w sytuacji, gdyby każdy podmiot posiadał dwa rachunki a na rynku nie byłoby innych transakcji niż split payment.

Niestety założeniem nowelizacji Ustawy VAT jest dobrowolność stosowania mechanizmu podzielonej płatności, stąd z góry przypuszczać można, że część transakcji wciąż dokonywana będzie w obecnej formie. Przedsiębiorcy zatem będą potrzebowali pełnej kwoty brutto, by spłacić swoje zobowiązania, a na własnym rachunku bankowym będą mieli kwotę netto. To może prowadzić do zaburzenia płynności finansowej małych firm, utraty partnerów i upadłości.

– Obawiamy się, że wielu przedsiębiorców będzie musiało płacić swoim dostawcom pełne kwoty wynikające z faktur, jednocześnie otrzymując od swoich kontrahentów tylko kwoty netto – to bardzo złe rozwiązanie dla sektora handlu, gdzie rotacja towarów odbywa się bardzo dynamicznie – dodaje prezes PGS.

Polskie, małe firmy nie uniosą kosztów systemowych Split Payment

Split payment będzie również wymagał dalej idących zmian w systemach informatycznych, nie tylko banków. Według analiz Ministerstwa Finansów szacunkowy koszt dostosowania systemów w „roku zero” dla dużych firm wyniesie niemal 35 mln zł, a dla mniejszych – 43 mln zł. W sumie w ciągu 10 lat koszt dla przedsiębiorstw miałby sięgnąć niemal 4,2 mld zł. Te kwoty obejmują jednak wydatki na dostosowanie systemów księgowych również poza sektorem bankowym oraz koszt obniżki płynności firm. – Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa funkcjonujące w sektorze handlu nie są w stanie ponieść takich kosztów – podkreśla Michał Sadecki.

Pragma Faktoring – nowa strategia 2017-2020

Kilka dni temu Zarząd Pragma Faktoring SA poinformował o wydzieleniu zorganizowanej części przedsiębiorstwa PragmaGO, w ramach której rozwijane są produkty obsługiwane online. Dziś przedstawia, po co to zrobił, publikując oficjalną strategię Spółki na lata 2017-2020.

Celem na ten okres jest przeniesienie ciężaru działalności z indywidualnie strukturyzowanych transakcji na usługi mikrofinansowania świadczone w kanałach on-line. Spółka dąży do tego, by w 2020 r. 55% jej przychodów generowały nowe usługi PragmaGO realizowane bezpośrednio lub przy pomocy integracji z partnerami finansowymi i nie tylko.

„Szereg prac i inwestycji już za nami. Naszą autorską aplikację budujemy od 2014 roku, dzięki niej mogliśmy uruchomić już pierwsze produkty w docelowej formie. Cyfryzacja procesu sprzedaży i obsługi pozwoli nam zwiększyć rentowność kapitałów własnych do ponad 20% już w 2019 r.” – komentuje prezes Zarządu, Tomasz Boduszek.

Pragma posiada unikalną wiedzę w zakresie wywiadu gospodarczego, weryfikacji
i zabezpieczenia transakcji, ich monitoringu i windykacji, wiedzy o moralności płatniczej, procedur antyfraudowych. 20 lat doświadczeń Pragma Faktoring i Pragma Inkaso w obszarze windykacji i finansowania są bazą, na której budowane są wszystkie procesy operacyjne w spółce. To na tej bazie spółka opracowała własne algorytmy scoringowe wspierające decyzje kredytowe, w tym te wydawane automatycznie
w kanałach onlinowych.

„Jesteśmy otwarci na współpracę i akwizycje. W 2016 r. dokonaliśmy udanych akwizycji w start-upy fintechowe LeaseLink i Mint Software, które dzięki wsparciu inwestora intensywnie rozwijają swoją działalność. Teraz kolej na zagranicę, prowadzimy już zaawansowane prace koncepcyjne w tym zakresie” – zdradza Tomasz Boduszek.

Jak czytamy w strategii, Pragma Faktoring inwestuje nie tylko w zwiększenie własnego portfela, ale przede wszystkim w rozwój narzędzi. Końcowym efektem realizacji strategii ma być działanie Spółki w konwencji platformy peer to peer, dla której jej własny kapitał obrotowy ma mieć walor stabilizujący. Równolegle Pragma będzie mogła świadczyć usługi serwiserskie (scoring, narzędzia IT, monitoring, windykacja) dla instytucji finansowych chcących świadczyć onlinowo usługi faktoringowe w sektorze MSP.

Tomasz Dudek: Outsourcing na rynku pracy

,,Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my.” Tak o strategii biznesowej mówił Henry Ford, amerykański przemysłowiec, którego imperium motoryzacyjne doskonale funkcjonuje po dziś dzień. Łatwo doszukać się w tych słowach zalążka procesu jakim jest outsourcing, który dziś tak zdecydowanie zdobywa kolejne rynki i obszary.

Outsourcing, mówiąc najprościej, polega na wydzieleniu przez przedsiębiorstwo określonych usług oraz procesów biznesowych i powierzeniu ich zewnętrznym firmom, specjalizującym się w danej branży. Przy czym istotą outsourcingu jest nawiązanie  długofalowej współpracy, a nie realizacja pojedynczych zleceń. Dzięki takiemu rozwiązaniu firma może skupić się na trzonie swojej działalności czyli tzw. core  businessie, podczas gdy inne działania realizują za nią podmioty zewnętrzne. Outsourcing najczęściej dzieli się na dwa typy: outsourcing pełny lub selektywny. W pierwszym przypadku powierzamy komuś całościową realizację jakiegoś określonego zadania, a w drugim tylko określone obszary danego zadania. Na polskim rynku dominuje outsourcing selektywny, a korzystają z niego zarówno przedsiębiorstwa prywatne, jak i instytucje publiczne.

Outsourcing w obszarze HR-u coraz częściej nazywany jest partnerstwem biznesowym. Jego rola jest bowiem dużo ważniejsza niż tylko optymalizacja kosztów. Podmiot zewnętrzny przejmuje pełną odpowiedzialności za wykonanie usługi i zachowanie w firmie klienta płynności oraz ciągłości działania. Zleceniodawca nie musi martwić się zasobami ludzkimi i obsługą kadrowo-płacową, rozlicza się bowiem z firmą outsourcingową za należyte wykonanie zadań. To firma outsourcingowa zarządza procesem realizacji usługi, oczywiście zgodnie z zapisami umowy zawartej z klientem. Myślę, że w dobie trudnego rynku pracy outsourcing w obszarze zarządzania kapitałem ludzkim będzie się dynamicznie rozwijał.

W przypadku HR-u możemy wyodrębnić dwa rodzaje outsourcingu: personalny oraz produkcyjny. Outsourcing personalny realizowany jest przedze wszystkim w obszarze usług administracyjnych. Polega na tym, że firma outsourcingowa zatrudnia specjalistów w danej dziedzinie, głównie w oparciu o umowy kodeksowe, którzy wykonują usługi na rzecz danego klienta. Pracownicy realizują najczęściej usługi dotyczące obsługi sekretariatu, księgowości, kadr, archiwizacji i zarządzania dokumentacją.

Z kolei outsourcing produkcyjny związany jest z usługami wydzielonymi przez zakłady produkcyjne czy magazyny. Firma outsourcingowa przejmuje wtedy odpowiedzialność za część procesu produkcyjnego np. pakowanie czy montaż elementów. Do realizacji usługi zatrudnia pracowników zarówno w oparciu o umowy cywilnoprawne, jak i umowy o pracę.

Co zyskuje klient? Gwarancję wykonania usługi przez dobrze wyselekcjonowanych współpracowników i brak kosztów związanych z absencjami urlopowymi i chorobowymi. Należy również pamiętać, że to firma outsourcingowa jest odpowiedzialna za całą obsługę kadrowo-płacową osób realizujących usługę. Warto wspomnieć, że firmy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw często mają problem z pozyskaniem i utrzymaniem specjalistów z określonymi kompetencjami. Dlatego tak ważne jest,  że mogą w pełni wykorzystać doświadczenie i potencjał firmy outsourcingowej.

Oczywiście, żeby outsourcing przynosił wymierne korzyści niezbędne jest jasne określenie zadań oraz dobra współpraca między podmiotami. Klient i usługodawca powinni obserwować swoje działania, wymieniać się uwagami i dbać o cel realizowanego projektu. Niezwykle ważna jest pełna i bieżąca komunikacja między podmiotami, która stanowi klucz do udanej współpracy.

Autor: Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska

Dobre dane umacniają dolara. Kurs w górę

Dlaczego dolar znowu zyskuje na wartości? Minutki EBC oraz dane z rynku pracy rozruszają handel pod koniec tygodnia. Dzisiejszy dzień nie powinien przynieść żadnych niespodzianek. Na złotówce raczej spokojnie.

Dobre dane umacniają dolara

Notowania głównej pary walutowej nad ranem znów zawitały w okolice poziomu 1,17. Przyczyn ponownego wzrostu wartości dolara zapewne jest kilka. Jednak jednym z najważniejszych argumentów za coraz to mocniejszą amerykańską walutą zdają się być już dość klarowne perspektywy prowadzenia polityki monetarnej przez FED. Chodzi oczywiście o jeszcze jedną podwyżkę stóp procentowych w tym roku, a kolejne trzy już w roku następnym. Ponadto w październiku rozpocząć się miał program redukcji sumy bilansowej. Dodatkowym bodźcem do spadków na EUR/USD jest też oczywiście ryzyko polityczne w Europie. Starcia w Katalonii na pewno nie służą wspólnej walucie. Ponadto kolejnym impulsem do umocnienia dolara były wczorajsze dobre odczyty raportu ISM dla przemysłu oraz indeksu PMI również dla przemysłu.

Wtorek raczej spokojny

Jedyne ważne wydarzenia makroekonomiczne, które miały nastąpić we wtorek już miały miejsce. W nocy poznaliśmy decyzję Banku Rezerw Australii odnośnie poziomu stóp procentowych. Chcący osłabienia pozycji dolara australijskiego tamtejszy bank centralny zdecydował się nie zmieniać kosztu pieniądza. Aktualny poziom stóp procentowych w Australii pozostaje na poziomie 1,5%, co doprowadziło do nieznacznych spadków na parze AUDUSD. Kolejne godziny kalendarza makroekonomicznego nie wyglądają zachęcająco. Brak ważnych odczytów najprawdopodobniej wpłynie negatywnie na działania inwestorów.

Złotówka bez ruchu

Po nocnych i porannych delikatnych wahnięciach na polskich parach walutowych kurs złotówki powrócił w okolice wczorajszych zamknięć. Aktualnie frank szwajcarski wyceniany jest na 3,75 zł. Funta kupimy po 4,87 zł. Euro kosztuje 4,30 zł, a dolar 3,67 zł.

Kolejne dni ciekawsze

Początek tygodnia nie był imponujący pod względem zmienności na rynkach. Jednakże już w najbliższych dniach może się to zmienić. W czwartek poznamy tzw. minutki EBC, które być może w końcu uchylą rąbka tajemnicy i rzucą światło na przyszłą politykę monetarną w Europie. Z kolei w piątek czekają nas emocje związane z amerykańskim rynkiem pracy. Jak co pierwszy piątek miesiąca poznamy odczyty NFP.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Chmura wykończy wdrożenia „on-premises”. Ich śmierć ma być powolna, ale definitywna

Chmura obliczeniowa szturmem zdobywa rynek IT. Liczba wdrożeń oprogramowania w modelu SaaS rośnie w tempie 20,1 proc. rdr – podają analitycy z firmy Gartner. Na naszych oczach odbywa się rewolucja, której największą ofiarą jest oprogramowanie instalowane na własnej, firmowej infrastrukturze. Agonię wdrożeń „on-premises” wieści Eric Kimberling, partner zarządzający w firmie doradczej Panorama Consulting. Jego zdaniem chmura obliczeniowa posiada tak wiele zalet, że porzucenie przez przedsiębiorstwa rozwiązań stacjonarnych jest jedynie kwestią czasu. 

W przyszłości widzianej oczami Erica Kimberlinga z Panorama Consulting nie ma miejsca dla oprogramowania w modelu on-premises. Ekspert w dziedzinie systemów ERP na obronę swoich odważnych poglądów ma twarde dane. Znajdziemy je m.in. w analizach przeprowadzonych przez firmę badawczą Gartner. Wynika z nich, że rynek chmury obliczeniowej urośnie w tym roku o 18 proc. Podobny los czeka rynek oprogramowania w modelu Software-as-a-Service (SaaS), który rośnie w tempie 20,1 proc. rdr. Garner nie jest w swoich analizach odosobniony. Według IDC, w 2016 r. wydatki przeznaczone na projekty IT osadzone w chmurze wzrosły o 20 proc. W tym czasie budżety na rozwiązania w modelu on-premises zmalały o 4 proc.

Cloud supremacy

Co sprawia, że chmura obliczeniowa wypiera własną infrastrukturę wraz z oprogramowaniem na niej bazującym? Według Piotra Rojka z DSR, firmy specjalizującej się w dostarczaniu zaawansowanych rozwiązań IT dla produkcji, jej największą zaletą jest szybkość realizowanych wdrożeń.

Implementacja systemu do zarządzania przedsiębiorstwem na własnej infrastrukturze w skrajnych przypadkach trwać może nawet kilka lat. Wiąże się ona z prowadzeniem wieloetapowego projektu składającego się z różnych aktywności. Niektóre z nich to: gruntowna analiza przedwdrożeniowa, wybór dostawcy, testy oprogramowania, szkolenie pracowników, skompletowanie infrastruktury oraz zabezpieczenie danych. Zastosowanie chmury obliczeniowej znacząco wpłynie na kształt projektu. Zmiana polegać może na skróceniu czas wdrożenia, realizacji poszczególnych etapów projektu w innej kolejności lub nawet ich eliminacji. Nie mam wątpliwości, że nastąpi znaczące przyśpieszenie momentu uruchomienia.  To ogromna różnica zważywszy na zmiany, jakie niesie ze sobą wdrożenie systemu i związane z tym potencjalne korzyścitłumaczy Rojek.

Doskonałym przykładem jest tu Plasan Carbon Composites, amerykańska firma dostarczająca komponenty z włókna węglowego dla General Motors i Chryslera. Wdrożenie przez nią chmurowego systemu ERP QAD przy niewielkim poziomie modyfikacji odbyło się w zaledwie trzy miesiące. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy inwestować pieniędzy, zasobów osobowych i czasu w rozwiązanie on-premise. Chmurowy ERP był dla nas najlepszym rozwiązaniem – tłumaczył Philip Austin z firmy Plasan. Gdyby jego firma zdecydowała na podobny system w wersji stacjonarnej, wydatki z nim związane byłyby wielokrotnie większe. Wynika to nie tylko z kosztów infrastruktury czy zabezpieczenia danych, ale także opłacenia zespołu, który pracowałby nad wdrożeniem zdecydowanie dłużej. Bez kompetentnego personelu IT utrzymanie takiej machiny jest niemożliwe. Nic więc dziwnego, że jednym z najpopularniejszych argumentów podnoszonych w dyskusji o chmurze są oszczędności finansowe.

Jednak o ile faktycznie początkowy koszt wdrożenia jest nieporównywalnie niższy, to długofalowe wykorzystanie chmury w niektórych przypadkach bywa droższe od rozwiązań stacjonarnych. Nie przeszkadza to jednak dyrektorom finansowym w wynoszeniu chmury pod niebiosa. Czemu CFO kochają cloud computing? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: minimalizowanie nakładów inwestycyjnych jest dla nich ważniejsze niż wyższe koszty operacyjne.

Abstrahując od oczywistych zalet oprogramowania w modelu SaaS, takich jak np. dostęp do aplikacji bez konieczności przeprowadzenia skomplikowanych technicznych instalacji, praktycznie z każdego miejsca posiadającego dostęp do Internetu czy wspomniana wcześniej diametralna redukcja kosztów, Eric Kimberling zwraca uwagę na mniej oczywiste, a zarazem niezmiernie istotne zalety rozwiązań dostępnych w chmurze. Jedną z nich jest łatwość wprowadzania zmian w oprogramowaniu i infrastrukturze. Dzięki Dev Ops i narzędziom do automatycznej instalacji, dodawanie nowych modułów i integracja z innym oprogramowaniem są nie tylko proste i szybkie w realizacji, lecz również mniej podatne na błędy. Ponadto, dla systemów osadzonych w chmurze obliczeniowej istnieje cały rynek rozszerzeń oferowanych przez partnerów zewnętrznych. Mając pod ręką szereg prostych w integracji aplikacji firmy mogą na bieżąco reagować na pojawiające się potrzeby poprawiając wydajność i generując oszczędności.

Chmura napędza zmiany

Zmiany w zarządzaniu organizacją są jednym z najważniejszych elementów cyfrowej transformacji. Zdaniem eksperta z Panorama Consulting, ERP osadzone w chmurze mają szczególną cechę: wymuszają na firmach modyfikację procesów wewnętrznych. Dzieje się tak dlatego, że systemy tej klasy z jednej strony są łatwiejsze w instalacji i użytkowaniu, z drugiej zaś są mniej elastyczne niż on-premise. Gdy dostosowanie oprogramowania do nieefektywnych procesów i przestarzałej organizacji pracy nie wchodzi w grę, to firma nie ma wyboru i musi wprowadzić zmiany. – Rozwiązania w chmurze wymagają skuteczniejszego zarządzania zmianami w organizacji, ponieważ to firma musi dostosować się do oprogramowania, a nie odwrotnie – twierdzi Kimberling. Nie znaczy to wcale, że oprogramowanie w chmurze nie może być dopasowane do potrzeb danej firmy. Dopasowanie odbywa się na etapie wyboru systemu, jednak droga do zaspokojenia potrzeb przedsiębiorstwa i wyciśnięcia z nowego oprogramowania maksymalnych korzyści zazwyczaj prowadzi przez nieuniknione zmiany organizacyjne. Jedną z takich zmian jest np. relokacja zasobów ludzkich. Specjaliści IT, którzy wcześniej pracowali nad konserwacją wewnętrznej infrastruktury mogą wziąć na siebie inne zadania i realizować projekty mające przyczynić się do rozwoju przedsiębiorstwa. – Decyzja o przejściu do chmury była jedną z najlepszych jakie podjęliśmy. Uwolniła nam mnóstwo zasobów, dzięki czemu możemy się skoncentrować na rozwijaniu naszych kluczowych kompetencji – czyli na produkcji i sprzedaży czekolady – przekonuje Simon Haigh zarządzający Haigh’s Chocolate. Jego firma jako jedna z pierwszych w Australii zadecydowała się na wdrożenia systemu QAD w chmurze obliczeniowej – Dziś nie zadajemy sobie pytania „czy technologia będzie działać?”, tylko: „jak produkować najlepszą czekoladę” – dodaje biznesmen. Firm takich jak Haigh’s Chocolate jest coraz więcej. W ubiegłym roku sprzedaż rozwiązań amerykańskiej firmy QAD dostarczającej oprogramowanie ERP w chmurze wzrósł o 34 proc.

W trosce o bezpieczeństwo

Według Piotra Rojka, dyrektora zarządzającego w DSR, jedną z największych zalet chmury są wyśrubowane zabezpieczenia. O najwyższym poziomie ochrony przed intruzami oferowanym przez jej dostawców ma świadczyć m.in. fakt, że coraz więcej instytucji finansowych, dla których cyber bezpieczeństwa jest piorytetem, korzysta z zewnętrznej infrastruktury IT. Dostawcy takich usług doskonale rozumieją, że aspekt bezpieczeństwa jest kluczowy dla ich działalności. Microsoft, mający w swojej ofercie Azure, jedną z wiodących chmur obliczeniowych, wydaje na rozwój zabezpieczeń miliard dolarów rdr. – Najlepsi operatorzy korzystają z najbardziej zaawansowanych technologii w dziedzinie cyber security i posiadają restrykcyjną politykę bezpieczeństwa, co sprawia, że ryzyko utraty danych sprowadzone jest do minimum. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że dane przesyłane do chmury obliczeniowej podlegają automatycznemu procesowi szyfrowania, co zabezpiecza je przed dostępem osób nieupoważnionych. Są one przechowywane w stanie rozproszonym i nawet pracownicy usługodawców nie mogą zrobić z nich żadnego użytku – wyjaśnia Rojek i dodaje, że dane przesyłane do chmury przechowywane są w kilku miejscach jednocześnie. Klienci mają do wybory serwerownie usytuowane w różnych lokalizacjach, co sprawa, że ryzyko utraty dostępu do danych z powodu klęski żywiołowej lub innych niekorzystnych wydarzeń praktycznie nie istnieje.

Polska wśród 20 państw Europy najbardziej zagrożonych atakami hakerów

Macedonia, Grecja i Bułgaria to państwa, gdzie korzystanie z sieci jest najbardziej niebezpieczne. Polska ulokowała się na 12 miejscu w Europie – to wyniki najnowszego raportu Global Threat Impact firmy Check Point.

ThreatcloudMap W sierpniu najbardziej aktywnym polem działań hakerów w Europie była Macedonia, która uzyskała wskaźnik 88,4. W pierwszej trójce znalazły się również Grecja (75,1) oraz Bułgaria (74,4). Polska ulokowała się na 12 miejscu ze wskaźnikiem 67,8. Nasza sieć okazała się bezpieczniejsza m.in. od Francuskiej (68,9), Włoskiej (69,2) i Chorwackiej (69,5). Bezpieczniejszymi krajami okazała się Szwecja (67,2), Hiszpania (67,1), Słowenia i Węgry (66,7). Najbezpieczniejszym państwem i siecią w Europie w sierpniu 2017 r był Cypr ze wskaźnikiem na poziomie 31,7.

Sierpniowy indeks zagrożeń pokazuje, jak bardzo zróżnicowany i dynamiczny jest krajobraz zagrożenia cybernetycznego. Podczas gdy najbardziej powszechnym wirusem typu malware przed kilkoma miesiącami był Hummingbad, w sierpniu nie znalazł się on nawet w pierwszej dziesiątce! Jak wskazują eksperci, ransomware wciąż pojawia się w większości nagłówków gazet i portali o tematyce bezpieczeństwa cybernetycznego, jednak w tym samym czasie dynamicznie rośnie liczba bankowych koni trojańskich.

Komputery europejskich firm najczęściej atakują złośliwe programy Roughted, Globalimposter oraz HackerDefender. Aby pozyskać wrażliwe informacje hakerzy stosują 3 warianty wirusów – tzw. koni trojańskich – Zeus, Ramnit i Trickbot. Ich działanie polega na badaniu pracy komputera ofiary, który odwiedza bankową stronę internetową, a następnie pozyskuje hasła do logowania , numery PIN. W innym wariancie, trojany mogą kierować ofiary do fałszywych serwisów bankowych, których celem jest naśladowanie legalnych stron, kradnąc dane logowania klienta.

– Zyski finansowe są głównym motywem przemawiającym za zdecydowaną większością cyberprzestępczości i niestety przestępcy mają do dyspozycji szeroki wachlarz narzędzi, by to osiągnąć – twierdzi Maya Horowitz, kierownik grupy Threat Intelligence w Check Point.  – Zarówno powszechność ransomware, jak i szeregu trojanów bankowych w pierwszej dziesiątce najczęściej spotykanych rodzin złośliwego oprogramowania, pokazuje jak wytrwali i wyrafinowani potrafią być hakerzy hakerzy, próbując wyłudzić pieniądze. Organizacje muszą być zarówno czujne, jak i aktywne w celu ochrony swoich sieci. 

Analitycy firmy Check Point ujawniły również, że nadal bardzo popularnym wirusem jest ransomware Globeimposter. Chociaż złośliwe oprogramowanie odkryte zostało w maju 2017 roku, jego działanie ujawniło się dopiero w sierpniu. Wirus ten po zaszyfrowaniu dołączał rozszerzenie kryptograficzne do każdego szyfrowanego pliku, a od ofiar żądał zapłaty za odszyfrowanie ich cennych danych.

TOP 3 Malware – sierpień 2017:

  1. Roughted -Malvertising na dużą skalę używany do dostarczania różnych złośliwych stron internetowych i ładunków, takich jak scam, oprogramowanie reklamowe, exploit kity i ransomware. Może być używany do ataku na dowolny typ platformy i systemu operacyjnego, a także wykorzystuje ad-blocker, bypassing i odciski palców w celu upewnienia się, że zapewnia najbardziej odpowiedni atak.
  2. Globeimposter– ransomware ukryty jako wariant Globe. Został on odkryty w maju 2017 roku i jest rozprowadzany m.in. za pomocą kampanii spam i exploit kitów. Po zaszyfrowaniu ransomware dołącza rozszerzenie. crypt do każdego szyfrowanego pliku.
  3. HackerDefender– Rootkit user-mode dla Windows.  Może być używany w celu ukrywania plików, procesów i kluczy rejestru; implementuje także backdoor i przekierowywanie portów, które działają poprzez porty TCP otwierane przez istniejące usługi. Oznacza to, że nie jest możliwe odnalezienie ukrytych tylnych drzwi za pomocą tradycyjnych środków.

USDPLN – analiza techniczna polskiej waluty

Obecny rok dla PLN-a powinien zostać zaliczony do udanych (nawet po kilkuprocentowej korekcie), zyskał względem wszystkich walut wchodzących w skład koszyka G10. Największym poszkodowanym był dolar amerykański, który od początku stracił do polskiej waluty ponad 12 procent. Tak dużej aprecjacji rodzimej waluty względem amerykańskiej nie było od 2012 roku. Ponadto, od 1994 roku jest to trzeci najlepszy wynik.

deprecjacja walut względem PLN

Źródło: Bloomberg

Ostatnia wyprzedaż złotego po tak dużej aprecjacji względem głównych światowych walut nie powinna być dużym zaskoczeniem. Osłabienie polskiej waluty jest w większej mierze spowodowane przez czynniki globalne niż lokalne, pozostałe waluty zaliczane do państw rozwijających się również tracą w stosunku do walut państw rozwiniętych. Głównym czynnikiem wyprzedaży walut EM jest umacniający się dolar amerykański, który wspierany jest przez jastrzębią retorykę Rezerwy Federalnej. Umacniający się USD jest jednoznaczny z odpływem kapitału z państw rozwijających się, co widać chociażby po notowaniach WIG 20.

PLNUSD na tle indeksu WIG 20

PLNUSD na tle indeksu WIG 20

Źródło: Bloomberg

Z lokalnych czynników, który może osłabiać polską walutę są gołębie wypowiedzi członków Rady Polityków Pieniężnej, co w połączeniu z rosnącą inflacją może być negatywnie postrzegane przez inwestorów.

Kolejnym celem dla kupujących może być strefa podaży 3.05-3.74, jeżeli zostanie pokonana, to kurs powinien zwyżkować do kolejnego oporu w okolicy 3.80.

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

W obecnym roku kalendarzowym na USD/PLN nie powinniśmy spodziewać się przełamania tegorocznych minimów, z kolei siła dolara amerykańskiego powinna zostać utrzymana do końca 2017 roku.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Grupa MOL ogłasza plan budowy nowej siedziby

W dniu dzisiejszym Grupa MOL ogłosiła plan przeniesienia swojej siedziby do 2021 roku do MOL Campus – nowego biurowca spółki o powierzchni 83,000 m2, który został zaprojektowany przez jedno z najbardziej uznanych biur architektonicznych na świecie, Foster + Partners z Wielkiej Brytanii. Budynek mierzący 120 metrów, który zapewni przestrzeń do pracy dla aż do 2500 pracowników, powstanie na brzegu Dunaju w południowej części Budapesztu, blisko obecnej siedziby. Współczesny design odzwierciedla ambitną wizję Grupy MOL mającą na celu przewodzenie zmianom w Europie Środkowo-Wschodniej w następnych dekadach w ramach jej strategii do roku 2030. Nowy budynek, tzw. MOL Campus, będzie od 2021 roku pełnił funkcję nowej siedziby Grupy MOL.

Ambitne cele długoterminowej strategii 2030 Grupy MOL wymagają trafnych inwestycji zarówno w infrastrukturę fizyczną, jak i kapitał ludzki. Dzisiaj siedziba spółki jest rozsiana na obszarze pięciu dzielnic Budapesztu w budynkach wybudowanych w większości w latach 70. Nowy kampus nie tylko spowoduje istotne synergie operacyjne poprzez relokację całego personelu pracującego w Budapeszcie, lecz również odegra kluczową rolę w tworzeniu nowego podejścia do pracownika, zwiększając współpracę i pomagając w kształtowaniu idealnego fizycznego, technologicznego i kulturowego środowiska. Będzie to stanowiło istotny element przyciągający i zatrzymujący wysokiej jakości, mobilnych i obeznanych technologicznie pracowników.

Biurowiec o łącznej powierzchni 83,000 metrów kwadratowych będzie składał się ze 120-metrowego wieżowca oraz podium, tworząc jednolity kampus, którego otwarcie przewiduje się na rok 2021. Zaprojektowana przez biuro architektoniczne Foster + Partners nowa siedziba zapewni inspirującą przestrzeń roboczą z nowoczesnymi udogodnieniami dla pracowników Grupy MOL, która będzie odzwierciedleniem najnowszych trendów architektonicznych i nowoczesnej technologii. Biuro Foster + Partners jest znane z takich słynnych projektów jak Apple Park w Cupertino, wieżowiec „Gherkin” w Londynie oraz siedziba Commerzbank we Frankfurcie. Budapeszt będzie drugim miastem w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym stanie budynek zaprojektowany przez to prestiżowe studio – po warszawskim biurowcu Metropolitan oraz wieżowcu Varso Tower, który jest obecnie w budowie. Węgierskim partnerem Foster + Partners będzie FintaStudio.

Zgodnie z wizją Grupy MOL na 2030 rok nowy kampus będzie spełniał najwyższe normy efektywności energetycznej i zrównoważonego rozwoju oraz w zamierzeniu ma otrzymać zarówno certyfikat LEED, jak i BREEAM.

Zsolt Hernádi, prezes zarządu Grupy MOL skomentował: „W ramach naszej strategii do roku 2030 roku ogłoszonej w zeszłym roku zdecydowaliśmy, że Grupa MOL ma stać się pierwszym wyborem pracowników. Budowa naszej nowej siedziby, MOL Campus, przyczyni się do osiągnięcia tego celu. Budynek ten będzie najbardziej innowacyjnym miejscem pracy w Europie Środkowej i pomoże przyciągnąć wprzyszłości najlepszych pracowników. MOL zamierza zbudować nową siedzibę bez kompromisów w zakresiedesignu, kontrukcji, technologii, a także zwrównoważonego rozwoju. Współpracując z najlepszymi profesjonalistami i używając najwyższej jakości materiałów, z przyjemnością zobaczymy efekt finalny. Jestem przekonany, że MOL Campus, stworzony wspólnie z Foster + Partners i FintaStudio, jest doskonałym odzwierciedleniem naszej determinacji, abyGrupa MOL stała się jedną z najbardziej postępowych firm w regionie.”

Nigel Dancey, starszy partner zarządzający w Foster + Partners powiedział: „Jest to przełomowy projekt z kilku powodów, nie tylko dla Grupy MOL, ale także dla Budapesztu. Spełnienie potrzeb funkcjonalnych organizacji zgodnie z najwyższymi standardami zrównoważonego rozwoju i w harmonii z historycznym otoczeniem budynku stanowi wyjątkowe wyzwanie. Jak zauważamy, charakter miejsca pracy zmierza w kierunku wizji większej współpracy, dlatego też połączyliśmy dwa budynki – wieżę i podium – w tworzącą unikalną całość formę, związaną przez naturę. Gdy wieża i podium stają się jednym elementem, tworzy się poczucie łączności pomiędzy biurami, gdzie przestrzenie ogrodowe łączą każdą ze ścian.“

Szukasz pracownika? Assessment center pozwoli ci ocenić jego kompetencje dwa razy skuteczniej

Nawet pół roku nierealizowania celów biznesowych na danym stanowisku może kosztować firmę zatrudnienie złego pracownika. W przypadku menedżerów okres ten wydłuża się o kolejne dwa, trzy, cztery miesiące. Dlatego też tak ważne jest, aby ocena kompetencji kandydatów do pracy w trakcie procesu rekrutacyjnego była jak najlepsza. W dokonaniu właściwego wyboru jest pomocna metoda assessment center.

„W trakcie sesji assessment center badamy głównie kompetencje miękkie, czyli umiejętności i predyspozycje, które pomagają w realizacji powierzonych zadań. Są to m.in. umiejętności współpracy w grupie, podejmowania decyzji, analizy problemów, sposób działania czy styl zarządzania ludźmi. Możemy jednak badać również kompetencje twarde (wiedzę), chociażby za pomocą różnych testów, dotyczących np. angielskiego, Excela, prawa pracy, BHP, w zależności od stanowiska” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Justyna Lipowska, kierownik ds. procesów w dziale rekrutacji i AC/DC firmy HRK. Poza tym w trakcie assessment center można przeprowadzać ankiety badające, co motywuje kandydata i co sprawia mu satysfakcję w pracy. Co ważne, metoda ta sprawdza się także podczas rekrutacji wewnętrznych.

Jak pokazują badania, skuteczność assessment center w ocenie kompetencji kandydatów wynosi ok. 80%. Dla porównania w przypadku zwykłych wywiadów rekrutacyjnych sięga ona najwyżej 30–40%. Uczestnik sesji musi wykazać się takimi umiejętnościami, kompetencjami czy wiedzą, jakie są mu potrzebne w jego codziennej pracy, np. podczas rozmów ze współpracownikami, negocjacji z klientami czy zarządzania podwładnymi. Dzięki temu rekruter jest w stanie ocenić, na ile kandydat potrafi czerpać ze swoich dotychczasowych doświadczeń i czy sprawdzi się w nowym miejscu pracy, kiedy będzie miał do czynienia z nowymi wyzwaniami.

W jaki sposób przygotować się do sesji assessment center? Niestety, nie da się. A właściwie – patrząc z innej perspektywy – przygotowujemy się przez całe życie zawodowe: przez całą karierę uczymy się przecież nowych umiejętności, poszerzamy naszą wiedzę i zdobywamy kolejne doświadczenia. Wystarczy zatem dobrze się wyspać, próbować się nie stresować oraz być sobą.

Brexit to nie przeszkoda. Polskie firmy ruszają na podbój zagranicznych rynków

Brexit nie budzi już takiego strachu. Dla polskich firm nie jest przeszkodą w podbijaniu zagranicznych rynków. Tylko 13 proc. obawia się tendencji protekcjonistycznych na rynkach europejskich, w tym w Wielkiej Brytanii. Ponad 70 proc. nie postrzega tego jako istotne zagrożenie do rozwoju na rynkach zagranicznych. Aż 73% właścicieli firm twierdzi, że działalność zagraniczna jest bardziej rentowna, niż sprzedaż w Polsce – wynika z badania przeprowadzonego przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy. Jak polskie firmy podbijają zagraniczne rynki, czym różnią się w swoich strategiach ?

– Obserwujemy coraz większe grono mniejszych firm  , które wchodzą na rynki zagraniczne poprzez sprzedaż swoich produktów, czyli eksport. Większa skala działalności  a tym samym większe zasoby finansowe zmieniają formułę ekspansji –  tu dominuje   tendencja do inwestowania np. poprzez budowanie własnej sieci dystrybucji, budowę fabryk lub przez akwizycje podmiotów na tamtych rynkach. Szczególnie to zróżnicowanie strategii powiązane z profilem przedsiębiorstwa widać  przy selekcji metod pozyskiwana klientów. Dynamiczny rozwój   internetu  dał  mniejszym firmom z branży eCommerce możliwość tańszego i bardziej skutecznego dotarcia do ostatecznego klienta i otworzył przed nimi drzwi do domów zagranicznych konsumentów. Firmy produkcyjne wciąż inwestują głównie w innowacje technologiczne i park maszyn, jeśli chodzi o komunikację, to króluje klasyka, czyli bezpośredni kontakt z  klientem. W segmencie B2B jest to szczególnie istotne, stąd niegasnąca popularność targów i konferencji branżowych  – mówi newsrm.tv Sebastian Perczak, dyrektor Biura Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.
 
O ile w Polsce jednym z ważniejszych i skuteczniejszych me­chanizmów zaistnienia w świadomości konsumentów jest obecność marki w tradycyjnych mediach, to poza krajem jedynie co trzeci ankietowany (31proc) dostrzega skuteczność takiej strategii. Dla osiągnięcia pożądanych wolumenów sprzedaży ważne jest oswojenie regionalnych nowych mediów, czyli obecność  w lokalnej sieci www.

W budowaniu lojalności prym wiedzie klasyka. Prawie wszystkie badane firmy deklarują, że klientów przy jej marce trzyma klasyczny duet, czyli połączenie wysokiej jakości z atrakcyjną  ceną. Zdecydowanie rzadziej firmy sięgają po nowoczesne narzędzia umożliwiające szczegółową pracę z danymi dotyczącymi klientów jak np. analizy big data – wskazuje je jedynie 35% respondentów, bądź oferowanie programów lojalnościowych poprzez urządzenia mobilne – 28%., co może potwierdzać wciąż sporą lukę edukacyjną na tym polu wśród lokalnego środowiska biznesowego.

Pozytywnym akcentem jest wykorzystanie internetu jako zasobu cennych dla przedsiębiorstwa informacji – dla ponad 83 proc. firm to analiza działań konkurencji w sieci www jest kluczowym narzędziem przy dostosowywaniu oferty sprzedażowej . Ten sposób monitoringu preferują mniejsze przedsiębiorstwa, ope­rujące na jednym, dwóch, maksymalnie trzech rynkach. Im większa skala działania, tym większą rolę odrgywają badania konsumenckie, co ewidentnie wiąże dobór metody z zasobami budżetowymi.  Blisko połowa (46 proc.) firm, które sprzedają w 7 krajach korzysta z badań konsumenckich, względem 27 proc. w grupie działającej w 3 krajach.

– Rejon centralnej i wschodniej Europy nieustannie pozostaje głównym celem ekspansji polskich firm. Nowoczesne kanały dystrybucji i komunikacji poszerzają te horyzonty. Pozwalają przedsiębiorstwom na dotarcie do klientów na innych rynkach. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się rynki azjatyckie, co w kontekście inicjatywy Belt & Road pokazuje, że nasi przedsiębiorcy sprawnie wpisują się w globalne trendy. Dostrzegamy także zainteresowanie regionem Ameryki Północnej i Ameryki Południowej. W tym przypadku częściej mówimy o bezpośrednich inwestycjach, a nie dotarciu do klienta poprzez sprzedaż – dodaje Sebastian Perczak.

To, jak firma sprzedaje ściśle wynika z charakteru jej działalności  – wśród firm produkcyjnych dominuje budowa własnych sieci sprzedażowych (64 proc), a sprzedaż przez internet funkcjonuje u co 3 respondenta. (ok 30 proc). W przypadku firm z branży handlowo-usługowej podejście jest bardziej zróżnicowane, tu proporcje sprzedaży i dystrybucji są na podobnym poziomie, mniej więcej po połowie.

Kurs dolara na fali wznoszącej

Euro traci do innych walut z powodu zamieszek po nielegalnym referendum niepodległościowym w Katalonii. Wspólna waluta jest słabsza szczególnie wobec amerykańskiego dolara, który zyskuje po opublikowaniu raportu ISM.
Otóż indeks ISM dla przemysłu w USA we wrześniu wyniósł 60,8 pkt.
(prognozy mówiły o 58 pkt.). To najwyższy poziom od 2004 r. Na amerykańską walutę nie wpłynął negatywnie nawet krwawy atak terrorystyczny w Las Vegas, w którym zginęło co najmniej 58 osób, a ponad 500 zostało rannych. Sporo traci natomiast do głównych walut światowych złotówka, której nie pomógł podwyższony przez agencję ratingową Fitch szacunek wzrostu PKB Polski na 2017 r. z 3,3% do 4%.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar kolejny dzień z rzędu zyskuje do głównych walut: do euro (+0,47%), brytyjskiego funta (+0,81%), dolara kanadyjskiego (+0,26%), dolara australijskiego (+0,25%) oraz japońskiego jena (+0,19%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,171, GBP/USD – 1,325, USD/CAD – 1,253, AUD/USD – 0,78 i USD/JPY – 113,1. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,27%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,4, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,884. Złotówka traci do dolara, euro i franka szwajcarskiego, a zyskuje do funta. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,68 zł, euro – ponad 4,31 zł, funt – 4,88 zł, a frank szwajcarski – 3,77 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach drugi dzień z rzędu mamy hossę. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,9%, frankfurcki indeks DAX – o 0,58%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,39%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,39%, meksykański indeks Bolsa – 0,31%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,09%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,05%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,28%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 1,9%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół.
W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,46 USD (-0,14%), a ropy WTI – 50,58 USD (-2,15%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 58 USD. Z kolei  cena złota kontynuuje spadki. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1270 USD. To 3 USD mniej (-0,24%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 5:30 – Australia – Decyzja RBA ws. stóp procentowych, październik – 1,50% (prognoza 1,50%)
  • 9:00 – Czechy – PKB (r/r), II kw. – 4,7% (prognoza 4,7%)
  • 11:00 – Stefa euro – Inflacja PPI (r/r), sierpień (prognoza 2,3%)
  • 14:30 – USA – Wystąpienie członka zarządu Fed

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Grupa Abadon Real Estate z 15,6 mln zł zysku netto za pierwsze półrocze 2017 roku

Grupa Abadon Real Estate w pierwszym półroczu 2017 roku wypracowała 155,1 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów, towarów i usług, osiągając zysk z działalności operacyjnej w wysokości 17,4 mln zł oraz zysk netto na poziomie 15,6 mln zł.   

Największy wpływ na wysokość przychodów ze sprzedaży wypracowanych przez Grupę Abadon Real Estate w pierwszym półroczu 2017 r. miał segment usługowy, którego wpływy wyniosły ponad 129 mln zł, co stanowi 83 proc. przychodów ze sprzedaży tego okresu. Pozostałe 17 proc., i odpowiadająca im kwota około 26 mln zł została wypracowana przez segment handlowy. Działalność ta realizowana jest przez dystrybutora materiałów budowlanych, a marża osiągana w tym segmencie wynosi 5,6 proc. Znacznie wyższą rentownością, bo na poziomie 12,8 proc., charakteryzuje się działalność usługowa, świadczona przez pozostałe spółki wchodzące w skład Grupy Abadon Real Estate.

W pierwszym półroczu br. Grupa Abadon Real Estate nabyła większościowy pakiet akcji spółki AWBUD, specjalizującej się w kompleksowej obsłudze projektów inwestycyjnych z segmentu budownictwa przemysłowego, ekologii i energetyki.

– Bez wątpienia najistotniejszym wydarzeniem pierwszego półrocza w Grupie Abadon Real Estate było przejęcie kontroli nad spółką AWBUD S.A., której kompetencje stanowią uzupełnienie oferty podmiotów skupionych w Abadon RE. Aby mówić o pełnym wykorzystaniu synergii działalności obydwu organizacji, potrzebujemy jeszcze trochę czasu na uregulowanie wszystkich kwestii organizacyjnych. Jednak pierwsze efekty zacieśnienia współpracy już widać. Docelowo jednak zależy nam aby oferta całej Grupy była skierowana głównie do inwestorów zewnętrznych i taki cel stawiamy sobie na kolejne okresy. –  mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Abadon Real Estate S.A.

W pierwszym półroczu 2017 roku holding Murapol zlecił spółkom z Grupy Abadon Real Estate prace o wartości 171 mln zł. W ciągu najbliższych pięciu lat, Grupa zamierza wypracować co najmniej 400 mln zł przychodów tylko z realizacji projektów, które powstaną na gruntach zakupionych ze środków pozyskanych od nabywców certyfikatów inwestycyjnych Murapol HRE FIZAN, funduszu zorganizowanego wspólnie przez Grupę Murapol oraz Saturn TFI.

Mobilność sprzyja pracownikom sektora MŚP

Z badań Ipsos MORI przeprowadzonych na zlecenie Microsoft wynika, że 1/3 pracowników w polskim małym i średnim biznesie nadal najchętniej komunikuje się z klientami w trakcie bezpośrednich spotkań. Przedstawiciele europejskich firm wybierają częściej interakcję za pośrednictwem e-maila, do czego przyznaje się 34 proc. respondentów. Jednocześnie 14 proc. polskich pracowników przyznało, że kończy swoje codzienne zadania firmowe podczas podróży samochodem czy w domu (18 proc. wskazań). Statystyki wyraźnie pokazują, że praca w terenie z różnych miejsc staje się standardem, który wymaga odpowiednich narzędzi do komunikacji i współpracy.

Twarzą w twarz z klientami

Polscy respondenci zwrócili uwagę, że najlepszą, preferowaną przez nich formą komunikacji z klientem jest kontakt bezpośredni. Potwierdza to co trzeci badany przedstawiciel MŚP w Polsce. Reprezentanci firm z Europy chętniej kontaktują się z klientami przez e-mail (34 proc. wskazań). W przypadku polskich firm ten sposób komunikacji wybiera 28 proc. uczestników badania. Kontakt telefoniczny okazał się trzecim wyborem, wskazywanym przez 23 proc. Polaków i 21 proc. pracowników z pozostałych krajów Europy. Na szarym końcu uplasowały się media społecznościowe, wybierane odpowiednio przez 6 proc. Polaków i 4 proc. pracowników z innych krajów europejskich.Mobilność sprzyja pracownikom sektora MŚP

„81 proc. polskich pracowników twierdzi, że technologia zwiększa ich elastyczność i możliwość pracy z dowolnego miejsca. W tym przypadku jesteśmy większymi optymistami niż przedstawiciele innych europejskich firm. Skala zastosowania np. urządzeń mobilnych w firmach jest bardzo wysoka, ale wciąż nie wykorzystujemy pełni ich możliwości. Pracownicy MŚP w Polsce preferują spotkania bezpośrednie z klientami, warto jednak pamiętać, że rozwiązania w chmurze mogą podnieść ich efektywność. Podczas wizyty u klienta możemy zdalnie sięgnąć po dane w czasie rzeczywistym, bo mamy do nich bezpieczny dostęp, bez konieczności powrotu do biura. Możemy współtworzyć dokument zamówienia z klientem, przeprowadzić prezentację na żywo czy zaprosić na spotkanie innego pracownika przez Skype. Jednym słowem możemy sprawniej i szybciej obsłużyć klienta, niezależnie od tego, gdzie się z nim spotkamy, a to staje się dzisiaj kluczowe” – podkreśla Tomasz Dorf, odpowiedzialny za sektor MŚP w polskim oddziale Microsoft.

Wiele lokalizacji – jedno źródło danych

Ponad połowa polskich przedstawicieli MŚP pytanych o miejsce zakończenia swoich codziennych obowiązków służbowych wskazuje tradycyjne biuro (51 proc.). Jednak, druga połowa wybrała zupełnie inne miejsca, np. własny dom (18 proc.), samochód (14 proc.), domowe biuro (11 proc.) centrum co-workingowe (9 proc.) czy restaurację (4 proc.). Przedstawiciele europejskich firm są podobni w swoich opiniach, aczkolwiek procent osób kończących pracę w tradycyjnym firmowym biurze jest jeszcze mniejszy, bo sięga 43 proc. Sporą popularnością cieszy się przestrzeń co-workingowa (16 proc. wskazań) oraz praca z domu (14 proc. wskazań).

Mobilność sprzyja pracownikom sektora MŚP 2

Elastyczny i mobilny styl pracy nie jest domeną jedynie sektora nowoczesnych usług czy start-upów, ale również tradycyjnych biznesów. Potwierdza to firma Instal Warszawa S.A., jedna z większych firm budowlano-instalacyjnych w Polsce. Od ponad 60 lat realizuje kontrakty w skali lokalnej i międzynarodowej. Spółka specjalizuje się w kompleksowych realizacjach, m.in. w zakresie obiektów przemysłowych, gospodarki wodno-ściekowej czy instalacji wentylacji i klimatyzacji. Firma przeprowadziła szereg inwestycji związanych z budową obiektów przemysłowych, wodno-ściekowych, gospodarki odpadowej oraz użyteczności publicznej (centra edukacyjne, sportowe, biurowce, hotele, szpitale).

Decyzja o wyborze rozwiązań chmurowych umożliwiających zdalną, ale skuteczną pracę w terenie wynikała przede wszystkim z rozproszonej struktury zespołu, który pracuje na budowach rozsianych po całej Polsce, a nawet świecie.

„Nasi pracownicy działają w wielu różnych miejscach, które zmieniają co kilka-kilkanaście miesięcy. Specyfika naszej pracy wymaga dostępu do dokumentów w czasie wyjazdów, delegacji oraz z domu podczas pracy zdalnej. Dodatkowo musimy mieć możliwość przesyłania dużych dokumentacji dla potrzeb działu wycen oraz realizacji budów” – podkreśla Justyna Leszczyńska, Dyrektor Pionu Technicznego w Instal Warszawa.

Proces transformacji od tradycyjnych rozwiązań do chmury zachodził razem z kompleksową zmianą rozwiązań informatycznych. Jak podkreśla Justyna Leszczyńska, proces został przeprowadzony sprawnie i przyzwyczajenie się do nowych rozwiązań nie stanowiło problemu.

Kierownictwo firmy zwraca również uwagę na to, że rozwiązania chmurowe zdecydowanie poprawiły efektywność pracy, wskazując przy tym na konkretne kwestie. „Nie ma konieczności przesyłania kontrahentom płyt z dokumentacją do wyceny. Możemy pracować zdalnie – z domu, hotelu, każdego puntu w Polsce. Ograniczyliśmy również czas związany z przygotowaniem materiałów. Dodatkowo wyeliminowaliśmy błędy i zagrożenia związane z przenoszeniem danych firmy np. na pendrive” – dodaje Justyna Leszczyńska.

„Oprócz wskazanych korzyści wdrożenia chmury w Instal Warszawa obniżyliśmy koszty projektu o 60 proc. – dodaje Michał Bonarski z firmy ASSIT, która była partnerem technologicznym wprowadzenia rozwiązań chmurowych w Instal Warszawa. „Często porównuję chmurę do zabawy klockami lego. Na początku bawimy się tylko kilkoma elementami, ale jak zauważymy kolejne korzyści to pragniemy więcej i więcej. Najważniejsze, że dzięki chmurze nasze klocki możemy przebudowywać i dostosowywać pod potrzeby firmy w sposób elastyczny”.

Robert Lewandowski łączy siły z Group One i poszerza zaangażowanie na rynku mediowym

Do biznesowej drużyny Roberta Lewandowskiego dołącza nowa spółka: dom mediowy RL Media. Podmiot powołany wspólnie z Group One, największą niezależną grupą komunikacyjną i nr 1 na rynku mediów digital w Polsce, dopełnia marketingową maszynę Lewandowskich. Do teamu ekspertów i powołanej niedawno spółki Stor9_ zarządzającej wizerunkiem, tworzeniem kampanii i kontentu dołączy silna kompetencja planowania mediów. Lewandowskiemu partnerstwo z Group One zapewni rozwój w dwóch szczególnie ważnych dla inwestorów obszarach: komunikacji w Polsce i za granicą oraz
w kanałach cyfrowych.
 Zespołem RL Media zarządzać będzie Kamil Wiszowaty, odpowiedzialny za rynkowy sukces Value Media.

Anna i Robert to dzisiaj jedne z najsilniejszych polskich „marek”. W ich przypadku chęć wpływu na sposób kreowania własnego wizerunku to oczywisty przejaw biznesowej dojrzałości. Dziś nie da się planować naprawdę skutecznych kampanii, a jednocześnie oddzielać kreację od mediów. RL Media jest więc kolejnym naturalnym ruchem po stworzeniu Stor9_. Dzięki współpracy z Group One, do „szatni” Lewandowskich dołącza najlepszy zespół specjalistów mediowych na rynku – spółka korzystać będzie z know how całej naszej grupy. Łączy nas przekonanie, że przyszłość należy do mediów digitalowych i wygrają Ci, którzy tam będą najsilniejsi. Pracujemy dla wielkich międzynarodowych i polskich marek. Dzięki temu jesteśmy w stanie zaoferować Ani i Robertowi międzynarodowy zasięg i standard serwisu, a jednocześnie indywidualne i jakościowe podejście sterowane z Warszawy” – mówi Marek Żołędziowski, CEO Group One.

Model biznesowy

Do zadań RL Media będzie należało przede wszystkim planowanie i zakup mediów na potrzeby wszystkich obszarów komunikacji Roberta Lewandowskiego – mowa tu o karierze sportowej i aktywności biznesowej najpopularniejszego polskiego piłkarza, a także o działaniach Anny Lewandowskiej w dziedzinie zdrowia, diety czy aktywności fizycznej. Docelowo firma ma koordynować również te obszary w ramach prowadzonych kampanii na rzecz innych sportowców i celebrytów.

Wartość dodana takiego planowania kampanii będzie dostrzegalna dla obu stron
– zarówno gwiazd, jak i współpracujących z nimi marek. Przy ogromnej skali komunikacji,
w przypadku Roberta Lewandowskiego obejmującej często kilkanaście czy kilkadziesiąt rynków, kluczowe jest zachowanie spójności wizerunku. A jednocześnie zaplanowanie aktywności tak, by nie kanibalizowały się nawzajem (np. emisje w tym samym czasie, zbyt podobne formaty) i by partnerzy maksymalnie korzystali wizerunkowo na współpracy.

RL Media i Stor9_ będą działały niezależnie, realizując strategie rozwoju oraz założenia komunikacyjne. Podmioty nie są powiązane kapitałowo.

Inwestycje w nowe technologie

Profesjonalizacja zarządzania komunikacją (Stor9_) oraz powołanie RL Media to element szerszej, konsekwentnie realizowanej strategii biznesowej Roberta Lewandowskiego, który od kilku lat inwestuje w spółki z obszaru nowych technologii, m.in. w ramach jednego z funduszy venture capital. Ostatnią inwestycją w portfolio był Stor9_, podmiot łączący obszary consultingu, komunikacji i produkcji contentu dedykowanego osobom publicznym, a jednocześnie zarządzający komunikacją marketingową Anny i Roberta Lewandowskich. W skład Stor9 wchodzą specjaliści z obszaru marketingu i PR. Stor9_ zajmuje się również koordynacją kampanii reklamowych, które realizuje lub które są prowadzone przez inne agencje kreatywne. Firma działa od czerwca 2017 roku, a jej CEO jest Anna Zielińska, wcześniej przez wiele lat związana z agencją Socializer, a następnie Isobar Polska należącą do grupy Dentsu Aegis Network.

Nowe technologie i media, to dziś nie tylko ciekawy, ale po prostu jeden z najbardziej dynamicznie rosnących sektorów inwestycyjnych. W przypadku Stor9_ czy RL Media szczególnie cieszy mnie fakt, że możemy w Polsce rozwijać biznes na międzynarodowym poziomie. Jeśli mogę budować komunikacyjną machinę stąd, z Polski, to idealnie. Mamy na rynku doskonałych ludzi, a rozwój innowacyjnych przedsięwzięć jest ważny dla kraju. Jestem dumny, że możemy w tym brać udział – mówi Robert Lewandowski.

RL Media a Group One

Spółką RL Media pokieruje Kamil Wiszowaty, szef Value Media, a jej siedziba będzie się mieścić w ramach struktur Group One. Na poziomie udziałów, 51% leży po stronie Group One, a 49% po stronie mediowego konsorcjum Roberta Lewandowskiego.

Powołanie RL Media to kolejny w ciągu ostatniego roku strategiczny ruch w ramach mediowego biznesu Group One, wzmacniający pozycję gracza nr 1 w mediach digitalowych. Value Media pozyskał w tym okresie kilkunastu nowych Klientów i zatrudnił ponad 100 osób. Group One zatrudnia obecnie 350 specjalistów.

W obliczu dzisiejszych zagrożeń, rząd powinien pilnie stworzyć obowiązkowy system edukacji antyterrorystycznej

Polskie społeczeństwo dostaje sporo informacji na temat tego, jak postępować w obliczu ataku. To wynik działań Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, organizacji eksperckich, uczelni oraz firm oferujących szkolenia antyterrorystyczne. Według eksperta, oddolne inicjatywy są ważne, ale docierają tylko do nielicznych osób. Ponadto nie rozbudzają dostatecznie codziennej czujności Polaków na symptomy zagrożeń ze strony zamachowców. A oni coraz częściej uderzają w pojedynkę. Natomiast przeszkolona grupa uczniów, a nawet zbiorowość obcych sobie ludzi, np. pasażerów tramwaju czy widzów w kinie, ma szansę obezwładnić terrorystę. Jest to możliwe poprzez zaskoczenie go i ludzką współpracę. Wiedzą o tym dzieci w USA, które mają rzucać przyborami szkolnymi w uzbrojonego człowieka, gdyby któregoś dnia wszedł do ich klasy. Już jako przedszkolaki ćwiczą tzw. zabawę w pociąg, żeby nie utrudniać ewakuacji.

Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas podkreśla, że w dzisiejszych czasach żaden kraj nie jest wolny od groźby ataku. Po 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone opracowały szereg szczegółowych procedur, mających na celu ochronę ludności przed tego typu agresją. Dla przykładu, w USA wszyscy ludzie, którzy pracują lub mieszkają w wieżowcach, muszą przechodzić specjalne szkolenia co najmniej dwa razy w roku. Ponadto, treningi, w ramach edukacji antyterrorystycznej, odbywają się w przedszkolach, szkołach każdego szczebla, na uniwersytetach, a także w przedsiębiorstwach. Zdaniem eksperta, nasz rząd również powinien wprowadzić obowiązkowy system nauczania dla wszystkich obywateli.

– Opracowując program edukacji antyterrorystycznej, polscy politycy i ich doradcy mogliby wzorować się np. na amerykańskich rozwiązaniach i stricte dostosować je do naszych potrzeb. Warto zwrócić uwagę na to, że w USA nawet 3-letnie przedszkolaki przechodzą specjalne treningi po to, żeby w chwili zagrożenia nie utrudniać ewakuacji. Poprzez tzw. zabawę w pociąg uczą się sprawnej ucieczki. Uczniowie szkół podstawowych wiedzą z kolei, że jeżeli kiedyś do klasy wejdzie człowiek z bronią, to mają natychmiast rzucać w niego wszystkim, co będą mieli przy sobie. Lecący w kierunku terrorysty stos piórników szkolnych lub plecaków może na tyle zaskoczyć napastnika, że uda się go skutecznie obezwładnić – mówi dr Liedel.

Na rodzimym rynku coraz więcej instytucji oferuje kursy antyterrorystyczne. W opinii eksperta, wszystkie inicjatywy oddolne są bardzo istotne, bo upowszechniają przydatną i praktyczną wiedzę. Natomiast Polacy nie są zobligowani do pobierania tego typu edukacji, chociaż potrzebują dostępu do nauki i ćwiczeń praktycznych. Trzeba pamiętać o tym, że ludzie na co dzień żyją zupełnie innymi sprawami. Dla wielu osób terroryzm nie stanowi specjalnego punktu zainteresowania, co jest oczywiście błędem. Dlatego tylko system szkoleń z procedur reagowania w sytuacji kryzysowej może przygotować społeczeństwo do ewentualnych zamachów.

– Z moich obserwacji wynika, że Polacy stają się bardziej czujni na zagrożenia związane z terroryzmem, gdy media informują o ataku przeprowadzonym w innym kraju. Rozmiar tragedii faktycznie staje się wtedy tematem rozmów w zakładach pracy i szkołach. Ale nawet wtedy ludzie nie ustalają między sobą, jak powinni się zachować, jeśli kolejnego dnia do ich firmy wtargnie uzbrojony terrorysta. Nie są w stanie nawet przewidzieć własnych reakcji. Tym trudniej byłoby im współpracować z nieznajomymi na targowisku czy też w galerii handlowej. A pamiętajmy o tym, że dziś zamachowcy wybierają głównie duże skupiska osób – zauważa Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas.

Należy też wspomnieć o tym, że profesjonalne szkolenia antyterrorystyczne, prowadzone przez prywatne firmy, są płatne. Dwa dni ćwiczeń grupowych mogą kosztować nawet kilkaset złotych za osobę, w przypadku specjalnych ćwiczeń z użyciem broni palnej. Cena zależy oczywiście od programu nauki. Najtańsze są wykłady interaktywne. W Polsce tak naprawdę niewiele przedsiębiorstw zapewnia swoim pracownikom przygotowanie do ewentualnego ataku. Według eksperta, są to zwykle korporacje, głównie duże instytucje finansowe, które fundują swoim zespołom tego typu szkolenia na wyjazdach integracyjnych, w ramach dodatkowych zajęć. Często przebiega to w atmosferze zabawy.

– Ważne jest permanentne przyswajanie określonych informacji na temat tego, jak rozpoznawać prawdziwe zagrożenia i zachowywać się w ich obliczu. W mojej ocenie, ćwiczenia antyterrorystyczne w firmach powinny odbywać się obowiązkowo, podobnie jak szkolenia BHP. W tym celu mogłaby powstać specjalna komórka w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, która odpowiadałaby za wprowadzenie i realizację programu nauczania w placówkach oświatowych i zakładach pracy, w tym również prywatnych. Dzieci powinny przyswajać tę wiedzę i ćwiczyć swoje umiejętności tak samo, jak uczą się matematyki, rozwiązując konkretne zadania, dostosowane do ich wieku – przekonuje dr Liedel.

Ekspert uważa, że szkolenia antyterrorystyczne mogłyby być refundowane. Przypomina też, że w latach 2006-2007 odbyły się tego typu ćwiczenia w sieciach handlowych. Sklepy, w których były przeprowadzone treningi, zostały zamknięte dla klientów na czas nauki personelu. Właściciele placówek na tym jednak nie stracili. Jak zapewnia Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, państwo częściowo zwróciło im poniesione koszty. Tworząc rozwiązanie dla 38 mln obywateli, rząd powinien oczywiście znaleźć fundusze na ten cel. Jednak ich ewentualny brak nie może absolutnie hamować powszechnego dostępu ludzi do tego typu edukacji.

– W codziennym życiu najistotniejsze jest zwracanie uwagi na to, co się dzieje wokół nas. Wtedy można uniknąć tragedii. Na szkoleniach Polacy powinni dowiadywać się, że pozostawiony bez opieki bagaż koniecznie trzeba zgłaszać np. ochronie centrum handlowego lub metra. Podobnie należy reagować, jeżeli ktoś obok nas dziwnie się zachowuje. Trudno wymienić wszystkie objawy takiego zjawiska. Ale wystarczy, że taka osoba budzi nasz niepokój, np. swoją nerwowością. Może być też ubrana nieadekwatnie do pory roku, czyli mieć na sobie długi płaszcz przy temperaturze 30 stopni Celsjusza. W takiej sytuacji najważniejsze jest to, żeby zaufać swoim odczuciom i szybko powiadomić odpowiednie służby – instruuje dr Krzysztof Liedel.

W ocenie eksperta, po wprowadzeniu szeregu procedur bezpieczeństwa w różnych państwach świata, zamachowcy nie są dziś w stanie przeprowadzać tak spektakularnych ataków, jak np. 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Dlatego decydują się na zastosowanie taktyki tzw. solo terroryzmu, inaczej mówiąc „samotnych wilków”.  Ewentualnie łączą się w niewielkie grupy. Dokonują bardzo prymitywnych napaści. Kradną czy wypożyczają samochód i używają noża lub broni palnej do tego, żeby spotęgować ilość ofiar. Jak stwierdza dr Liedel, taką akcję bez problemu można zaplanować w każdym kraju europejskim, również w Warszawie czy w Krakowie.

– Jeżeli widzimy nietypowo zaparkowaną furgonetkę z przyciemnianymi szybami, np. w okolicy miejskiego rynku, pod znakiem zakazu, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że może ona służyć do przeprowadzenia zamachu. O takim spostrzeżeniu należy jak najszybciej powiadomić służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo. Gdyby w Polsce zostały wprowadzone szkolenia antyterrorystyczne, to obywatele wiedzieliby, że trzeba interesować się tego typu, otaczającymi nas zjawiskami, idąc z dzieckiem do szkoły czy na lunch z klientem. Ludzie nauczyliby się pewniej rozpoznawać zagrożenia, a przede wszystkim wyostrzyliby swoją czujność – zapewnia dr Liedel.

Procedury, które powinni poznać wszyscy Polacy, w ramach edukacji antyterrorystycznej, opierają się na bardzo prostym schemacie – „uciekaj, schowaj się, walcz”. Oznacza to, że widząc zagrożenie, trzeba się oddalić z niebezpiecznego miejsca. Gdyby nie udało nam się uciec, musimy znaleźć sobie jakiś przedmiot, za którym się schowamy przed działaniem uzbrojonego napastnika. A jeśli te dwa elementy nie zadziałają, to należy podjąć walkę o własne przetrwanie, najlepiej przez zaskoczenie przeciwnika, współpracując z innymi ofiarami ataku. Ekspert uspokaja, że dziś terroryści raczej nie atakują samotnych osób, tylko tłumy ludzi, bo to zwraca uwagę całego świata.

Silny dolar

Silny wzrost wartości dolara został zapoczątkowany ostatnim posiedzeniem Fed, na którym bank centralny USA zdecydował się kontynuować dalszą politykę zacieśniania monetarnego. Ruch ten został dodatkowo spotęgowany słabością wspólnej waluty spowodowanej wyborami w Niemczech. Tak jak można było się tego spodziewać partia prowadzona przez Angelę Merkel wygrała wybory, jednak osiągnęła najgorszy wynik od wielu lat. Co więcej, duże poparcie osiągnęło mocno prawicowe, eurosceptyczne ugrupowanie – Alternatywa dla Niemiec. Taki obrót spraw może niepokoić inwestorów, co ma swoje odzwierciedlenie w notowaniach euro. Na niekorzyść wspólnej waluty oddziałują również wydarzenia z ostatniego weekendu. W niedzielę w Barcelonie miały miejsce zamieszki związane z referendum dotyczącym odłączenia Katalonii od Hiszpanii. Słabsze euro wspiera wzrosty na rynkach akcji krajów o wspólnej walucie. Dla przykładu, Niemiecki DAX wzrósł w przeciągu tygodnia o 0,8%. Silny dolar natomiast wpływa między innymi na spadki notowań złota, które znalazły się kolejny raz poniżej poziomu 1300 USD.

Wzrost wyceny dolara ma również negatywny wpływ na rynki rozwijające się. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie ma za sobą słabszy tydzień. Indeks szerokiego rynku spadł w przeciągu tygodnia o 0,7%, a indeks największych spółek o 1,7%. Dużym zaskoczeniem okazały się wstępne dane dotyczące inflacji za wrzesień. Odczyt wyniósł 2,2%, przy konsensusie wynoszącym 2%. Bardzo dobrze w ubiegłym miesiącu radził sobie subfundusz Superfund Obligacyjny, który uplasował się w ścisłej czołówce na tle swojej grupy porównawczej. Osiągnięta stopa zwrotu to przede wszystkim wynik inwestycji w papiery skarbowe o stałym oprocentowaniu i trafnego pozycjonowania na krzywej rentowności.

W tym tygodniu ma miejsce posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej – decyzja zostanie ogłoszona w środę. Poza tym wydarzeniem, brak innych ważnych informacji z polskiej gospodarki. Na rynkach globalnych czeka nas seria odczytów PMI dla usług w środę (z Europy jak i ze Stanów Zjednoczonych), zamówienia w przemyśle ze Stanów w czwartek i z Niemiec w piątek oraz przede wszystkim, jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, dane z amerykańskiego rynku pracy.

Departament Zarządzania i Analiz

SUPERFUND
Towarzystwo Funduszy
Inwestycyjnych SA

Moment zawahania

Po nocy nastroje pozostają dobre z kolejnym rekordem S&P500 w tle. USD nie daje sobie odebrać tytułu lidera rynku, znajdując wsparcie w imponujących danych. Wydarzenia w Katalonii nie uderzają wyraźnie w EUR, ale też nie zachęcają do utrzymywania długich pozycji. RBA w większości skopiował komunikat sprzed miesiąca, choć między wierszami można doszukać się braku pośpiechu do zacieśniania. Dziś danych, jak na lekarstwo, za to nie zabraknie europejskiej polityki.

Dolar miał w poniedziałek moment zawahania, ale dziś w nocy odzyskał animusz i EUR/USD zahaczył o 1,17, a USD/JPY flirtuje z 113. Wciąż ruchy nie są do końca przekonujące, ale kierunek jest utrzymany. Zaplecze fundamentalne pozostaje silne, a wczoraj świeżym dowodem były imponujący wynik ISM dla przemysłu. Najwyższy wynik od 2004 r. (60,8) został zanotowany przy wzroście nowych zamówień, zatrudnienia, ale też kosztów produkcji. To ostatnie sugeruje, że presja inflacyjna drzemie w gospodarce. Mimo to rynek zdaje się czekać na mocniejszy katalizator, prawdopodobnie w postaci piątkowego raportu z rynku pracy.

W nocy RBA zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 1,50 proc., a w komunikacie mniej więcej trzymał się wzoru sprzed miesiąca. Niewielkie zmiany dotyczyły oceny perspektyw gospodarczych w oparciu o poprawę w inwestycjach. W odniesieniu do waluty RBA podtrzymał zdanie, że aprecjacja w połowie roku ciąży na perspektywach inflacji i wzrostu. Co przykuło uwagę, to fragment o rozszerzaniu nadzoru makroostrożnościowego nad rynkiem nieruchomości w celu przeciwdziałania nierównowagom. W przeszłości RBA tym kanałem chciał ograniczyć popyt na kredyt hipoteczny bez uciekania się do podwyżek stóp procentowych. Zatem teraz wygląda na to, że RBA nie pali się do zmiany nastawienia w odniesieniu do polityki stóp procentowych. W sytuacji, kiedy od banków centralnych mamy coraz więcej sygnałów odchodzenia od ultra-luźnej polityki monetarnej, stanowisko RBA może być balastem dla AUD. To i załamanie rynku rudy żelaza to argumenty, które przekonują nas do podtrzymania negatywnego nastawienia do AUD do końca roku.

Dziś kalendarz makro jest ubogi w dane makro z PMI z Norwegii i Wielkiej Brytanii (sektor budowlany) oraz inflacją PPI z Eurolandu. Więcej może się dziać w tematach politycznych. Dziś ma się odbyć sesja nadzwyczajna Parlamentu Katalonii dotycząca wyników referendum, gdzie może zostać uchwalona deklaracja niepodległości rozpoczynająca proces wystąpienia regionu z Hiszpanii. Nie jest to jednak pewna ścieżka rozwoju wypadków, gdyż prawo przewiduje możliwość podjęcia negocjacji z władzami w Madrycie. Możliwym scenariuszem jest, że władze w Katalonii będą szukać potwierdzenia wyników referendum w przyspieszonych wyborach regionalnych, z jednej strony starając się wykorzystać niezadowolenie społeczne ze sposobu, w jaki policja starała się zakłócić głosowanie, a także szukając potwierdzenia głosu wyborców w legalnym wyborach. To jednak oznacza przedłużający się okres niepewności o przyszłość Hiszpanii. Pomimo tego, trzeba pamiętać, że w ostatnich latach inwestorzy w Europie przechodzili przez większe perturbacje polityczne i nauczyli się, by nie wyciągać pochopnych wniosków. Choć skrajne scenariusze mogą być wyjątkowo negatywne dla Hiszpanii (zamieszki, powstanie zbrojnych ruchów separatystycznych) i Europy (efekt zarażenia), dopóki sytuacja się nie wyklaruje, rynki finansowe mogą wstrzymywać się z większą reakcją.

Poza tym w Wielkiej Brytanii odbywa się konferencja Partii Konserwatywnej, gdzie przemawiać będą m.in. koordynator negocjacji Brexitu David Davis oraz minister spraw zagranicznych Boris Johnson. Funt w ostatnich dniach wyraźnie stracił blask, gdyż rynek „wycisnął” już prawie wszystko z jastrzębich oczekiwań wobec polityki Banku Anglii. Dane nie są już tak wspierające (wczoraj spadek PMI dla przemysłu), więc wypchnięcie na wierzch niepewności wokół Brexitu może podsycać chęć inwestorów do realizacji zysków z ostatniego umocnienia GBP. Sądzimy, że w krótkim terminie bilans ryzyk wypada na niekorzyść GBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Niemal wszystkie dzieci z klas 1-3 korzystają z internetu. Rodzice chcą lepiej dbać o ich bezpieczeństwo

Niemal wszystkie dzieci z klas 1-3 korzystają z internetu. Rodzice chcą lepiej dbać o ich bezpieczeństwo 5

Świadomość rodziców w zakresie cyfrowego wychowania rośnie – wynika z badania F-Secure i Plus. To dobra wiadomość, ponieważ z internetu korzystają niemal wszystkie dzieci z klas 1–3. 80 proc. opiekunów rozmawia ze swoimi dziećmi na temat bezpiecznego surfowania w internecie. Wciąż jednak rodzice rzadko korzystają z pomocy technologii, czyli takich rozwiązań jak ochrona rodzicielska. Potrzebę ich wdrożenia widzą głównie ci rodzice, którzy dopiero rozważają zakup smartfona dla dziecka.

– Obecnie ok. 30 proc. rodziców korzysta z różnych form ochrony dzieci w internecie. To zdecydowana mniejszość, natomiast liczba osób, które z nich korzystają, systematycznie i dość szybko rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure. – Łącząc to z faktem, że kwestie bezpieczeństwa stają się tematem rozmów rodziców z dziećmi i dokładając do tego jeszcze informację, że ponad 50 proc. osób chciałoby z takich rozwiązań skorzystać, można śmiało powiedzieć, że temat cyfrowego wychowania stał się ważny dla rodziców.

Z badania przeprowadzonego przez firmę F-Secure i operatora telekomunikacyjnej sieci Plus wynika, że z telefonu jako narzędzia służącego do łączenia się z internetem korzysta 97 proc. dzieci w klasach 1–3 szkoły podstawowej, dla 70 proc. telefon to jedyne narzędzie do korzystania z internetu, dla 64 proc. to komputer. Na kolejnych pozycjach znalazły się tablet (40 proc.), konsola (7 proc.) oraz Smart TV (7 proc.). Jak wynika z badań, dziecko zazwyczaj otrzymuje nowy numer telefonu w wieku 7–8 lat z oferty ogólnej, która nie jest skierowana specjalnie do najmłodszych.

– Najczęściej funkcjonującą formą kontroli jest tzw. zerkanie przez ramię lub okazjonalne przeglądanie telefonu. To ostatnie rodzice postrzegają często jako wkroczenie w sferę prywatną dziecka – zauważa Małagocka.

80 proc. rodziców rozmawia z dziećmi o bezpieczeństwie w sieci. Co trzeci rodzic stara się kontrolować czas, który dziecko spędza z telefonem, wprowadzając limity dzienne. Czasem dostęp do smartfona traktowany jest jako element nagrody za pożądane zachowanie dziecka.

Jednak co trzeci rodzic przyznaje, że nie kontroluje stron internetowych przeglądanych przez dziecko. Autorzy raportu tłumaczą to brakiem czasu. Jednak okazuje się, że co piętnaste dziecko przed 9 rokiem życia miało kontakt z pornografią.

– Tu przychodzi nam z pomocą technologia, która będzie pilnowała przestrzegania pewnych zasad. Gdy dziecko się ich nauczy, spokojnie będziemy mogli poszerzać mu granice wolności, tak jak w świecie realnym ­– wyjaśnia Karolina Małagocka. – Rozwiązania takie jak ochrona rodzicielska, które są dostępne za bardzo przystępną cenę również w pakiecie u operatora, mają ułatwić cyfrowe wychowanie, a nie być kagańcem, który nakładamy na dziecko, kiedy już stanie się coś złego.

Program ochrony rodzicielskiej nie tylko potrafi zablokować strony określonego rodzaju, lecz także np. uniemożliwić korzystanie z internetu po ustalonej wcześniej godzinie.

Większość badanych przyznaje, że chciałaby skorzystać z aplikacji ochronnej, a w szczególności ci rodzice, którzy jeszcze nie zakupili smartfona dla dziecka – 84 proc. z nich jest zainteresowanych tego typu rozwiązaniem.

– Rodzice mają świadomość tego, że należy dbać o kwestie bezpieczeństwa. Jak zauważyliśmy w naszych badaniach wśród rodziców, którzy już udostępnili dziecku swój telefon czy kupili nowy numer dla dziecka, ta świadomość jest mniejsza – mówi Marek Nowowiejski, kierownik ds. rozwoju usług w Plusie. –Treści, do których dzieci mają dostęp, powinny być dla nich odpowiednio dopasowane, żeby korzystanie z tych urządzeń miało miejsce w sposób umiarkowany, aby dzieci nie siedziały non stop przy komputerze czy smartfonie, surfując w  internecie, bo to odbije się na ich zdrowiu i rozwoju osobistym.

Badanie „Bezpieczny smartfon dla dziecka” zostało przeprowadzone przez F-Secure oraz sieć Plus na przełomie lipca i sierpnia 2017 roku na próbie 406 rodziców dzieci z klas 1–3 szkoły podstawowej. Wywiady przeprowadzano online na panelu internetowym (metoda CAWI).

Ryszard Horowitz po raz drugi w karierze fotografuje dla Forda. Niepublikowane dotąd w Polsce prace artysty można oglądać do połowy października

Ryszard Horowitz po raz drugi w karierze fotografuje dla Forda. Niepublikowane dotąd w Polsce prace artysty można oglądać do połowy października 6

Po 35 latach legendarny fotograf Ryszard Horowitz po raz drugi stanął za obiektywem aparatu, fotografując dla Forda. Motoryzacyjny gigant już w latach 80. zdecydował się na współpracę z artystą, która zaowocowała nagrodami i uznaniem branży. Teraz obie ikony popkultury kolejny raz połączyły talenty. Efektem tego jest prestiżowa wystawa fotografa, którą do połowy października można oglądać w Warszawie. Żadna z prezentowanych na wernisażu prac artysty nie była dotąd publikowana w Polsce.

– Fotografowanie samochodów to ciekawy temat. Robiłem takie zdjęcia jedynie w latach 80. Wróciłem do niego dopiero miesiąc temu i okazało się, że samochody się nie zmieniają, światło jest to samo. To dla mnie ciekawy i dość nietypowy rodzaj fotografii, ponieważ nigdy się w tym nie specjalizowałem. Chociaż Detroit dało mi wielką nagrodę za najlepszą kampanię samochodu roku, co mnie podbudowało. Dla mnie jest to po prostu wyzwanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Horowitz.

– Wracamy do lat 80., w których zaczęła się przygoda Forda i Ryszarda Horowitza. W roku 1980 Ford USA zaproponował Ryszardowi Horowitzowi współpracę przy kampanii reklamowej. Fotografia samochodowa nie była wtedy na tak wysokim poziomie, prawie nikt nie wiedział, jak fotografować samochody. Ryszard Horowitz fotografował prestiżowe marki perfum i biżuterii. Stąd pomysł, że będzie też potrafił zrobić zdjęcie samochodom – mówi Mariusz Jasiński, dyrektor komunikacji i PR Ford Polska.

Dla świata fotografii Ryszard Horowitz jest legendą, podobnie jak Ford dla branży motoryzacji. W latach 80. marka nawiązała ze słynnym artystą współpracę, która zaowocowała sukcesami i międzynarodowym uznaniem. Ryszard Horowitz miał już wtedy pokaźne portfolio: realizował sesje zdjęciowe m.in. dla Tiffany&HASH39;ego i Chloé, przez dwa lata był też dyrektorem artystycznym w słynnej agencji reklamowej Grey Advertising, realizując zlecenia dla największych światowych marek. Na koncie miał również wiele prestiżowych nagród i wyróżnień.

Z kolei sesje reklamowe dla marek motoryzacyjnych w tamtym czasie były bardzo schematyczne. Zwykle przedstawiały samochody na neutralnym tle lub po prostu stojące na drodze czy w miejskiej scenerii. Szefowie Forda, zainspirowani świetnymi zdjęciami Horowitza dla marek jubilerskich, zaproponowali mu współpracę. W efekcie powstała bardzo nowatorska jak na lata 80. kampania reklamowa. Samochody zostały sfotografowane w artystycznych, niekonwencjonalnych ujęciach. Sesja została uznana przez branżę za najlepszą kampanię samochodową roku, a artysta otrzymał za nią prestiżową nagrodę Gold Caddy.

– Chciałem stworzyć ciekawe zdjęcia wnętrz i karoserii samochodów, pokazać je w inny sposób, niekatalogowy, stworzyć bardziej niezwykłą atmosferę. Dlatego korzystałem ze specjalnych urządzeń, które przywiozłem ze sobą, fotografowałem auta przez dach i szukałem różnych innych sposobów. Inspiracją były też stare zdjęcia – mówi Ryszard Horowitz.

W tym roku Ryszard Horowitz po raz drugi stanął za obiektywem aparatu, fotografując dla Forda. Bohaterami sesji zostały cztery modele pochodzące właśnie z ekskluzywnej linii Vignale – Mondeo, Kuga, S-Max i Edge.

Nazwa ekskluzywnej linii Fordów – Vignale pochodzi od nazwiska Alfredo Vignale. To legendarny włoski projektant samochodów i właściciel marki Carrozzeria Vignale, który dawniej projektował m.in. dla modeli Ferrari, Maserati, De Tomaso. Obecnie marka należy do koncernu motoryzacyjnego Ford.

W tym roku mija 35 lat od momentu nawiązania współpracy Forda z Ryszardem Horowitzem. Motoryzacyjny koncern uczcił tę rocznicę, organizując jubileuszową wystawę legendarnego fotografa.

– Po 35 latach postanowiliśmy uczcić ten sukces i zorganizować sesję i wystawę prac inspirowanych ekskluzywną linią samochodów Ford Vignale. Ta seria charakteryzuje się precyzją wykonania, nowoczesnym designem i dbałością o detale. Pokrywa się to z twórczością i warsztatem Ryszarda Horowitza. On jest precyzyjny we wszystkim, co robi od samego początku – od planowania sesji poprzez wykonanie sesji, przykładanie wagi do detali i jakości zdjęć, do absolutnej perfekcji, po obróbkę i przygotowanie fotografii według swojego pomysłu – mówi Mariusz Jasiński.

Między 29 września a 15 października w warszawskiej galerii Rabbithole przy ulicy Poznańskiej 15 można oglądać wystawę, na którą złożyły się nowe i pochodzące z lat 80. prace artysty. Żadna z tych fotografii nie była dotąd publikowana w Polsce.

– Wystawa skierowana jest do miłośników motoryzacji, a także do miłośników dobrej fotografii i sztuki, bo Ryszard Horowitz jest artystą najwyższego pokroju – mówi Mariusz Jasiński.

Co drugi rodzic oszczędza z myślą o przyszłości swoich dzieci. Część z nich przeznacza na ten cel pieniądze z programu Rodzina 500 Plus

Co drugi rodzic oszczędza z myślą o przyszłości swoich dzieci. Część z nich przeznacza na ten cel pieniądze z programu Rodzina 500 Plus 7

Połowa rodziców ma odłożone środki dla swoich dzieci lub regularnie oszczędza z myślą o ich przyszłości – wynika z raportu „Dojrzałość finansowa Polaków 2017” przygotowanego przez Nationale-Nederlanden. W przypadku rodzin, które otrzymują świadczenie z programu Rodzina 500 Plus, co trzecia przyznane środki odkłada dla swoich pociech. Coraz większa jest też świadomość rodziców na temat potrzeby ubezpieczenia dzieci. Tym bardziej że ubezpieczenia szkolne zwykle opiewają na niewielkie sumy, średnio 13 tys. zł, co przekłada się na stosunkowo niskie wypłacane odszkodowania.

– Wśród przebadanych przez Nationale-Nederlanden rodziców blisko połowa deklaruje, że ma odłożone fundusze lub regularnie oszczędza z myślą o przyszłości swoich dzieci. Zazwyczaj zaczynają to robić zaraz po urodzeniu dziecka – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Martyna Kucicka-Witek, manager ds. produktów ochronnych i majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że świadomość finansowa Polaków stopniowo rośnie. Wśród rodziców, którzy jeszcze nie odkładają na przyszłość swoich dzieci, 40 proc. twierdzi, że zacznie to robić w ciągu najbliższego roku.

 Wśród rodziców, którzy korzystają z programu Rodzina 500 Plus, co trzeci deklaruje, że nie wydaje tych pieniędzy, a oszczędza je dla dzieci. Większość pieniędzy wydawana jest jednak na bieżące potrzeby, tak deklaruje ponad 60 proc. badanych rodzin – zauważa Martyna Kucicka-Witek.

Oszczędzając pieniądze, rodzice dają przykład swoim pociechom. To ważny element edukacji finansowej, do której przykładamy coraz większą wagę. 60 proc. rodziców deklaruje, że zachęca dzieci do oszczędzania, a 40 proc. regularnie rozmawia z najmłodszymi o finansach.

 To bardzo ważne, aby wyrobić w sobie nawyk oszczędzania choćby małych kwot. Część zaoszczędzonych środków można przeznaczyć na zabezpieczenie przyszłości najmłodszych poprzez zakup indywidualnego ubezpieczenia na wypadek uszczerbku na zdrowiu. Może to stanowić dobrą alternatywę dla standardowych ubezpieczeń szkolnych – przekonuje ekspertka.

Raport Rzecznika Finansowego „Ubezpieczenia szkolne” wskazuje, że przy średniej składce rocznej w wysokości 40 zł średnia suma ubezpieczenia polskiego ucznia wynosi 13 tys. zł. To oznacza, że wypłacane świadczenia są niewielkie, np. przy 1 proc. trwałego ubytku na zdrowiu odszkodowanie wyniesie 130 zł. Średnie świadczenie za jeden dzień pobytu w szpitalu w wyniku nieszczęśliwego wypadku to zaledwie 40 zł. Przy poważnym zachorowaniu ubezpieczyciel wypłaci tysiąc złotych. W opinii ekspertów Biura Rzecznika Finansowego takie kwoty nie stanowią odpowiedniej rekompensaty dla poszkodowanych.

Dlatego eksperci radzą, by przed przystąpieniem do ubezpieczenia dokładnie sprawdzić oferowane warunki, zakres ubezpieczenia i wysokość jego sumy.

– Przy wyborze polisy warto zwrócić uwagę na to, czy ubezpieczenie zapewni wypłatę pieniędzy za sam fakt zajścia zdarzenia na podstawie dokumentacji medycznej czy wymagane będzie orzeczenie komisji lekarskiej. Warto też sprawdzić katalog zdarzeń objętych ubezpieczeniem i wysokość kwot, na jakie można ubezpieczyć dziecko – podkreśla Martyna Kucicka-Witek.

Jeśli oferta polisy w szkole nie odpowiada rodzicom, nie muszą oni z niej korzystać. Ofertę ubezpieczenia dla dziecka można dobrać indywidualnie. Eksperci przekonują, że nie warto całkowicie rezygnować z ubezpieczenia dziecka – tylko w roku szkolnym 2015/2016 w placówkach oświatowych i szkołach doszło do 65,2 tys. wypadków.

– Zabezpieczając dziecko za pomocą polisy na wypadek uszczerbku na zdrowiu, możemy zapewnić mu ochronę przed skutkami nieszczęśliwych wypadków, oparzeń, złamań lub zwichnięć w dużo szerszym zakresie niż oferują to standardowe ubezpieczenia szkolne – ocenia Martyna Kucicka-Witek.

Wartość eksportu polskiej żywności przekroczy w tym roku 25 mld zł. To zasługa m.in. intensywnej promocji zagranicznej

Wartość eksportu polskiej żywności przekroczy w tym roku 25 mld zł. To zasługa m.in. intensywnej promocji zagranicznej 8

Polska żywność cieszy się coraz większym uznaniem na zagranicznych rynkach – nie tylko w Europie, lecz także na całym świecie. Według ministra rolnictwa tegoroczna wartość eksportu w tym sektorze przekroczy 25 mld złotych. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa prowadzi szereg kampanii, które mają przekonać polskich i zagranicznych konsumentów o zaletach polskich produktów rolno-spożywczych.

Promocja zagraniczna polskiej żywności w dużej mierze skupia się na relacjach G2G [government to government – red.]. Z jednej strony wspieramy otwieranie nowych rynków i budowanie tych relacji. Z drugiej nadzorujemy kampanie, które mają za zadanie zwrócić uwagę zagranicznych konsumentów na polskie produkty. Jeśli chodzi o owoce i warzywa, to w tej chwili prowadzonych jest dziewięć takich kampanii na europejskich rynkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kocon z Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Polskie produkty rolno-spożywcze są coraz bardziej rozpoznawalne na rynkach zagranicznych. Potwierdzają to statystyki dotyczące eksportu. Według najnowszych danych, które podał pod koniec września minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, wartość eksportu żywności w tym roku przekroczy 25 mld złotych. Polska żywność jest sprzedawana do 74 państw świata. Choć głównym partnerem pozostaje Unia Europejska (m.in. Niemcy, Wielka Brytania i Czechy), z roku na rok wzrasta również sprzedaż do krajów Azji i Afryki, Ameryki Południowej czy Australii.

Wśród polskich hitów eksportowych są m.in. polskie jabłka, drób, żywiec i mięso wołowe, pszenica, produkty zbożowe, przetwory mleczne, warzywa i owoce oraz soki owocowe. Rodzimym eksporterom sprzyja moda na produkty ekologiczne i regionalne. Misje gospodarcze czy międzynarodowe targi żywności są dla nich szansą na znalezienie nowych rynków.

– Cały czas prowadzone są misje, spotkania wyjazdowe, cały czas coś się dzieje. Zachęcamy producentów, żeby jeździli na targi z ministerstwem czy z KOWR. Przez lata polska branża była trochę rozproszona: osobno mleko, osobno drobiarze, osobno wołowina. Nikt tego nie spinał. Natomiast w tym momencie jest prowadzona polityka pod hasłem „Polska smakuje”, czyli „Poland Tastes Good”. Budujemy stoiska narodowe, zachęcamy wszystkie branże, żeby współtworzyły je razem z nami, żeby pokazać, że Polska jest bogata w wiele różnych produktów – mówi Paweł Kocon.

Dla polskich producentów i eksporterów szansą na rozwój jest sprzedaż do Chin oraz Nowy Jedwabny Szlak – potężny projekt gospodarczy, ekonomiczny i geopolityczny, który zakłada utworzenie szlaków handlowych łączących Europę i Państwo Środka. Między Łodzią a chińskim miastem Chengdu działa już połączenie kolejowe, które wiedzie przez Kazachstan, Rosję i Białoruś.

W ubiegłym roku braliśmy udział w otwarciu Nowego Szlaku Jedwabnego China Railway Express. Zastanawialiśmy się, co pokazać jako nasze dobro narodowe. Na imprezie, na której byli obecni prezydenci Chin Xi Jinping i Polski Andrzej Duda, postawiliśmy na polskie jabłka. Namówiliśmy naszego prezydenta, aby przekazał jabłko prezydentowi Chin, żeby ten ugryzł i spróbował. Zdjęcia prezydentów z jabłkami obiegły cały świat, przede wszystkim Polskę i Chiny. W ciągu tygodnia dostaliśmy z Chin całą masę e-maili o treści: „my chcemy dokładnie te jabłka, które jadł Xi Jinping”. To przykład nowoczesnych i sprytnych działań, które chcemy realizować – mówi Paweł Kocon.

Krajowi producenci upatrują w Chinach szansy na utrzymanie wysokiej sprzedaży zagranicznej, ponieważ od 2014 roku obowiązuje rosyjskie embargo na pochodzące z Polski warzywa i owoce. Eksport polskich jabłek do Chin jest możliwy od listopada 2016 roku. Według szacunków w ciągu pięciu lat może on sięgnąć 100 tys. ton owoców rocznie.

Jest bardzo wiele produktów, o które walczymy, aby móc wysyłać je na rynek chiński czy inne rynki azjatyckie. Są wśród nich m.in. mleko i drób. Prowadzimy naprawdę dużo działań, dlatego zachęcam do opracowań KOWR, w których opowiadamy o tym, gdzie jesteśmy obecni, z jakimi produktami i kampaniami – mówi Paweł Kocon.

Polskie produkty rolno-spożywcze są też promowane na krajowym rynku. Kilka miesięcy temu, przed Wielkanocą, wystartowała ogólnopolska kampania pod hasłem „Polska smakuje każdego dnia”. Jej celem jest zwrócenie uwagi konsumentów na wysokiej jakości, polskie produkty i zachęcanie do poszukiwania ich w trakcie zakupów.

Staramy się zebrać całą branżę pod jednym szyldem i jednym hasłem. Tak jak w poprzednich latach w kolejnych także chcemy promować polskie rolnictwo na rynku krajowym pod hasłem: „Polska smakuje”, a na rynkach zagranicznych – „Poland Tastes Good”. W ramach programów branżowych zachęcamy, aby z tego znaku korzystać – mówi Paweł Kocon.

Jak wynika z badań przeprowadzonych na potrzeby kampanii „Polska smakuje” przez SW Research, aż trzech na czterech konsumentów jest w stanie zapłacić więcej za produkt, który pochodzi z Polski. Z kolei z raportu „PromocjaŻywności.pl”, który w październiku ubiegłego roku opublikował Bank BGŻ BNP Paribas, wynika, że promocja jest bardzo ważna dla sektora rolno-spożywczego, a 90 proc. przedsiębiorstw z tej branży planuje zwiększać swoją aktywność w obszarze promocji – szczególnie w internecie i mediach społecznościowych. Wciąż jednak najpopularniejszą formą promowania produktów jest uczestnictwo w targach.

Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa działa od początku września br. Instytucja przejęła zadania i zastąpiła działające dotychczas: Agencję Rynku Rolnego (ARR) oraz Agencję Nieruchomości Rolnych (ANR).

Polska coraz bardziej innowacyjna. Dużo do nadrobienia jest jeszcze w obszarze badań i rozwoju oraz finansowania start-upów

Polska coraz bardziej innowacyjna. Dużo do nadrobienia jest jeszcze w obszarze badań i rozwoju oraz finansowania start-upów 9

Od kilku lat Polska awansuje w rankingach innowacyjności. Na tle sąsiadów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej wypada dobrze, choć wiele do nadrobienia ma jeszcze w obszarze badań i rozwoju. Wydatki na ten cel wprawdzie rosną, ale zbyt wolno. Problemem jest też dostęp start-upów do finansowania. To właśnie wsparciu innowacyjnych mikrofirm służyć ma konkurs Laur Innowacyjności, którego 7. edycja zakończy się 15 października.

– Innowacyjność jest szczególnie ważna dla gospodarek państw takich jak Polska, ponieważ dzięki niej można się dalej rozwijać. Mamy obecnie przemysł 4.0, a innowacyjność – która jest połączeniem człowieka z maszynami – jest kluczowa, abyśmy wyprzedzali innych i stali się lokomotywą, która będzie ciągnęła nasz cały region do przodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Karwat, prezes Zespołu Usług Technicznych NOT.

Innowacyjność ma być jednym z filarów rozwoju polskiej gospodarki – wynika z przyjętej w tym roku rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Od stycznia obowiązuje tak zwana „mała ustawa o innowacyjności”, dzięki której przedsiębiorcy i start-upy mogą korzystać z nowych ułatwień i ulg podatkowych.

Polska wypada dobrze na tle sąsiadów takich jak Czechy czy Węgry i jest jednym z najbardziej innowacyjnych państw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W tegorocznym rankingu Bloomberg Innovation Index awansowała na 22. pozycję, wyprzedzając m.in. Rosję, Włochy, Hiszpanię, Grecję, Luksemburg, a nawet Estonię, która cieszy się opinią jednej z najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Jednak od zwycięzcy zestawienia – Korei Południowej – dzieli Polskę duży dystans.

Dużo do nadrobienia jest w obszarze badań i rozwoju oraz finansowania start-upów. Jak wynika z ubiegłorocznych badań firmy doradczej Deloitte, PKO Banku Polskiego i NCBR prawie połowa (44 proc.) polskich firm wciąż nie wdrożyła jeszcze strategii badawczo-rozwojowej, a pod względem procentowych nakładów na B+R w stosunku do krajowego PKB Polska znajduje się w europejskim ogonie. Według Eurostatu w 2014 roku było to 0,94 proc. PKB wobec unijnej średniej na poziomie 2 proc. Jednak rządowa strategia rozwoju innowacyjności zakłada, że do 2020 roku poziom wydatków na badania i rozwój ma w Polsce sięgnąć 1,7 proc. krajowego PKB.

– Środowisko start-upów wygląda dobrze i zarazem niedobrze. Mamy około 2,5 tys. start-upów, ale niewiele z nich przeżywa swój pierwszy rok. Głównym problemem jest brak odpowiedniego finansowania. Nie ma programów, które mogłyby pomóc takim młodym przedsiębiorstwom w rozwijaniu innowacyjności, z którą wchodzą na rynek. W krajach UE jest wiele funduszy venture capital, które inwestują i pomagają takim start-upom. U nas nie ma jeszcze takiej kultury na obecnym etapie – mówi Tomasz Karwat.

Jak wynika z opublikowanego w lipcu raportu „Start-upy w Polsce – finansowanie”, który powstał w oparciu o dane GUS i Eurostatu, w Polsce fundusze venture capital i private equity wciąż niezbyt chętnie inwestują w innowacyjne mikrofirmy. Ich zaangażowanie w przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju wyrażone jako procent PKB jest w Polsce kilkukrotnie mniejsze niż w większości pozostałych państw Europy. Dla porównania w Danii czy Luksemburgu zaangażowanie kapitałów venture w start-upy jest dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce.

– Są projekty, które nie wymagają dużego kapitału, na przykład rozwiązania programistyczne. Aby wejść na rynek, potrzebny jest marketing, upowszechnienie danego rozwiązania lub sprawdzenie, czy ono pasuje do rynku docelowego. Są też takie start-upy technologiczne, które wymagają dużo więcej zaangażowania kapitałowego, od kilkudziesięciu tysięcy złotych do nawet kilku milionów – mówi Tomasz Karwat.

Raport o sytuacji start-upów w Polsce, który powstał na zlecenie Zespołu Usług Technicznych NOT, zainaugurował tegoroczną, 7. edycję konkursu Laur Innowacyjności. Jego celem jest wyłonienie najlepszych produktów innowacyjnych oraz promowanie nowoczesnych polskich produktów, technologii i usług.

– Konkurs ma pomóc ciekawym rozwiązaniom technicznym. Można zademonstrować swoje rozwiązanie, podyskutować z gronem wysokiej klasy ekspertów i z praktykami techniki. Idziemy w sukurs wszystkim działaniom, które mają pomóc polskiej gospodarce i chcemy wyłonić te pomysły, które dobrze rokują. Szukamy rozwiązań m.in. venture capital, aby można było zapewnić tym podmiotom finansowanie. W wielu przypadkach są to bardzo dobre pomysły techniczne, które wymagają niewielkiego finansowania rzędu 0,5 mln – 1 mln zł – mówi Tomasz Karwat.

Start-upy i innowacyjne przedsiębiorstwa mogą zgłaszać swój akces do konkursu jeszcze przez dwa tygodnie, do 15 października. Jury wyłoni zwycięzców w trzynastu kategoriach: energetyka, transport, informatyka, komunikacja, maszyny i urządzenia, budownictwo, telekomunikacja, przemysł spożywczy i farmaceutyczny gospodarka wodna, rolnictwo. Laureaci zostaną wyłonieni podczas uroczystej gali, która odbędzie się 14 listopada. Plebiscytowi patronują m.in. Polska Akademia Nauk, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Urząd Patentowy RP, Giełda Papierów Wartościowych oraz Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji.

Janusz Kumor nowym Dyrektorem Zarządzającym Schoeck w Polsce

Polski oddział firmy Schöck wybrał nowego Dyrektora Zarządzającego. We wrześniu 2017 roku stanowisko to objął Janusz Kumor.

Janusz Kumor
Janusz Kumor
Źródło: Schöck

Janusz Kumor jest absolwentem Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Wieloletnie doświadczenie na stanowiskach kierowniczych w Polsce oraz za granicą pozwoliło mu zdobyć cenne praktyczne doświadczenie w branży konstrukcyjno-budowlanej. Od 2003 roku Janusz Kumor związany był z poznańską firmą Pekabex – jednym z czołowych wytwórców prefabrykowanych konstrukcji betonowych w Polsce. Pełnił tam funkcję dyrektora Działu Sprzedaży. Od 2010 roku piastował stanowisko Dyrektora Generalnego Grupy Pekabex.

Wieloletnia praktyka w branży budowlanej oraz bogate doświadczenie zawodowe na stanowiskach kierowniczych były decydującymi czynnikami, które przyczyniły się do decyzji zarządu Schöck o powołaniu Janusza Kumora na stanowisko Dyrektora Zarządzającego.

„Na stanowisko Dyrektora Zarządzającego wybraliśmy osobę o dużym doświadczeniu na rynku budowlanym. Osoba ta to inwestycja w przyszłość, która pozwoli nam jak najlepiej wykorzystać potencjał wciąż rozwijającego się rynku polskiego oraz wpłynie pozytywnie na jakość obsługi klienta.” – tłumaczy Thomas Lange, odpowiedzialny za region sprzedażowy obejmujący Polskę, Niemcy i Austrię.

„Chcemy kontynuować budowanie wartości firmy Schöck i umacniać jej pozycję na rynku w zakresie izolacji cieplnej i akustycznej elementów konstrukcyjnych w budynkach. Pragniemy być dla naszego klienta rzetelnym, godnym zaufania partnerem i poza samym produktem zaoferować pełen zakres doradztwa i wsparcia technicznego. Nasze rozwiązania mają być odpowiedzią na oczekiwania oraz wizje naszego klienta, a jednocześnie uwzględniać wszelkie zasady ekonomii i ekologii” – opowiada o swoich planach związanych z objętą w firmie Schöck funkcją Janusz Kumor.

Prywatnie nowy Dyrektor Zarządzający firmy Schöck w Polsce jest pasjonatem podróży oraz sportu. W wolnym czasie amatorsko uprawia biegi długodystansowe, a zimą wraz z rodziną jeździ na nartach.

Dlaczego warto zainwestować w wirtualną centralę telefoniczną w firmie?

Centrala telefoniczna to bardzo ważne narzędzie codziennej pracy, które powinno być obecne w każdej firmie. Jej zalety i funkcjonalność zostały docenione zarówno przez duże, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. Umożliwia ona szybki i sprawny kontakt z klientem, a także wymianę informacji między poszczególnymi pracownikami. Dzięki jej zastosowaniu codzienna praca w firmie przebiega sprawniej i jest bardziej efektywna.

Wielu przedsiębiorców zwleka jednak z założeniem w swojej firmie centrali telefonicznej gdyż najczęściej obawiają się oni wysokich kosztów jej instalacji oraz późniejszego utrzymania. W takim wypadku idealnym rozwiązaniem okazuje się wirtualna centrala telefoniczna w firmie. Jakie są jej zalety i czy rzeczywiście pozwala ona oszczędzić firmowe pieniądze?

Wirtualna centrala telefoniczna w firmie a oszczędność firmowego budżetu

Chęć wymiany tradycyjnej centrali telefonicznej na jej wirtualny odpowiednik dotyczy nie tylko nowych przedsiębiorców. Także duże firmy, obecne na rynku od dłuższego czasu, dążąc do redukcji kosztów, coraz częściej decydują się na zastosowanie w swojej firmie wirtualnej centrali telefonicznej. Argumentów przemawiających za taką wymianą jest kilka.

Po pierwsze, wirtualna centrala telefoniczna w firmie pozwala na uniknięcie kosztów zakupu fizycznego sprzętu do obsługi centrali. Ten argument ma szczególne znaczenie dla tych firm, które jeszcze nie posiadają swojej centrali telefonicznej. Dzięki decyzji o uruchomieniu wirtualnego odpowiednika centrali telefonicznej, już na samym starcie oszczędzą oni bowiem duże pieniądze.

Ci z kolei przedsiębiorcy, którzy podejmą decyzję o wymianie swojej zwykłej centrali telefonicznej, w przyszłości unikną kosztów związanych z jej utrzymaniem, modernizacją oraz ewentualnymi pracami konserwacyjnymi fizycznego sprzętu. Taka oszczędność ma niebagatelne znaczenie w przypadku utrzymania firmy i pozwala na bardziej efektywne zarządzanie firmowym budżetem. Warto w tym miejscu także wspomnieć o znacznie mniejszych wydatkach na energię elektryczną, które z powodu braku fizycznego sprzętu także ulegną redukcji.

Nowoczesność i prostota w obsłudze

Nie ulega wątpliwości, że wirtualna centrala telefoniczna w firmie, stanowi aktualnie najnowocześniejsze rozwiązanie tego typu dostępne na rynku usług. O jego popularności świadczy także fakt, że wirtualna centrala telefoniczna jest obecnie najchętniej wybieranym narzędziem do obsługi połączeń telefonicznych w firmie. W przyszłości natomiast z pewnością całkowicie zastąpi ona tradycyjne fizyczne centrale telefoniczne.

Wirtualna centrala telefoniczna w firmie – Dzinga jest tym właśnie nowoczesnym rozwiązaniem, które działa w chmurze. Obsługiwana jest za pomocą prostego w obsłudze, intuicyjnego panelu, z którym z łatwością zapozna się każdy pracownik. Dzięki umieszczeniu centrali na zewnętrznych serwerach dostawcy, użytkownik nie będzie się już martwić o naprawę ewentualnych usterek, gdyż wszystkim tym zajmuje się dostawca usługi. Użytkownikom natomiast pozostaje jedynie cieszyć się z nowoczesności i funkcjonalności nowej centrali telefonicznej.

Jeśli pragniesz, aby Twoja firma szła za duchem czasu oraz stawiasz na nowoczesne i niezawodne rozwiązania technologiczne, zainwestuj w wirtualną centralę telefoniczną. To rozwiązanie pozwoli Ci nie tylko na wygodę korzystania z firmowej centrali telefonicznej, ale także będzie rozwiązaniem znacznie tańszym w utrzymaniu. Oszczędzone pieniądze, zamiast inwestować je w sprzęt i naprawy, będziesz mógł natomiast przeznaczyć na rozwój swojej firmy.

Veeam mianuje Kate Hutchison głównym dyrektorem ds. marketingu

Firma Veeam® Software, poinformowała dziś, że Kate Hutchison została mianowana na stanowisko głównego dyrektora ds. marketingu (CMO). Hutchison pokieruje globalnym działem marketingu Veeam, by dalej umacniać wizerunek firmy jako wiodącego dostawcy rozwiązań gwarantujących stałą dostępność każdego typu aplikacji i danych oraz w każdym typie chmury. Bezpośrednim przełożonym Kate Hutchison będzie Peter McKay, prezes i dyrektor współzarządzający Veeam.

„Doświadczenie Kate, zwłaszcza w kierowaniu zespołami marketingowymi w okresach szybkiego wzrostu i transformacji, wniesie do naszej organizacji cenne myślenie strategiczne i znajomość branży, pomagając nam w osiągnięciu a nawet przekroczeniu miliarda dolarów zysku. Pracując w czołowych firmach technologicznych, Kate przyczyniła się do zwiększania ich udziałów w rynku oraz rozpoznawalności każdej z marek, a jej referencje nie mają sobie równych. Wierzę, że dbając o rozwój marki Veeam, Kate odegra kluczową rolę w naszej misji, którą jest zapewnianie firmom z całego świata dostępności w trybie 24.7.365. Jestem bardzo zadowolony, że zdecydowała się wzmocnić nasz zespół” – powiedział Peter McKay, prezes i dyrektor współzarządzający Veeam.

„Veeam to firma o mocnych fundamentach, z dużym i lojalnym gronem klientów oraz inspirującą wizją budowania przewagi na rynku rozwiązań dedykowanych dostępności danych, które napędzają cyfrową gospodarkę. W miarę, jak przedsiębiorstwa kontynuują cyfrową transformację, ich popyt na rozwiązania zapewniające dostępność będzie rósł, a Veeam spełni ich potrzeby, podobnie jak czynił to przez minioną dekadę. To doskonały moment, żeby dołączyć do Veeam. Cieszę się, że będę mogła pracować nad zwiększeniem udziału rynkowego oraz znajomości naszej marki w drugim dziesięcioleciu rozwoju firmy” – powiedziała Kate Hutchison, główna dyrektor ds. marketingu Veeam.

Hutchison ma ponad 20-letnie doświadczenie jako szefowa działu marketingu (CMO) w różnych firmach produkujących oprogramowanie i sprzęt IT, takich jak Riverbed, Polycom, VMware, Citrix i BEA. Do niedawna Hutchison była starszym wiceprezesem i CMO w prywatnej firmie Riverbed, która jest liderem w dziedzinie infrastruktury wydajności aplikacji oraz łączności sieciowej definiowanej programowo. Hutchison pomyślnie przeprowadziła Riverbed przez proces repozycjonowania i rebrandingu, dzięki czemu ogólny rynek tej firmy powiększył się mniej więcej jedenastokrotnie.

Przed pracą w Riverbed, Hutchison była wiceprezesem i CMO w Polycom, liderze rynku biznesowych rozwiązań konferencyjnych. Nadzorowała przekształcenie firmy z dostawcy sprzętu w producenta oprogramowania oraz lidera w dziedzinie komunikacji zunifikowanej, w tym głosowej i wideo. Pomogła też pracownikom zrozumieć, jak skupienie na oprogramowaniu pomaga szybciej wprowadzać innowacje na rynek, jednocześnie odróżniając Polycom od konkurentów.

Wcześniej Hutchison była CMO i wiceprezesem ds. marketingu w VMware, gdzie zmieniła wizerunek firmy z dostawcy hiperwizorów na dostawcę rozwiązań wirtualizacyjnych, które pomagają klientom w budowaniu chmur prywatnych i publicznych. Przed pracą w VMware, Hutchison pomogła firmie Citrix opracować strategię, która pozwoliła podwoić jej przychody do miliarda dolarów w ciągu trzech lat i zapewniła pozycję lidera na rynku dostarczania i dostępu do aplikacji. W BEA Systems, Hutchison zajmowała się wszystkimi aspektami marketingu, kiedy sprzedaż firmy rosła od 300 milionów do miliarda dolarów w ciągu trzech lat (była to jedna z firm, które najszybciej osiągnęły próg miliarda dolarów rocznego przychodu).

Hutchison uzyskała tytuł magistra na Uniwersytecie Stanowym w San Francisco oraz tytuł licencjata na Uniwersytecie Long Island, Southampton College (obecnie część Stony Brook – Uniwersytetu Stanowego Nowego Jorku). W 2005 r. otrzymała nagrodę dla Zasłużonego Absolwenta od Uniwersytetu Long Island, Southampton College.

Skandal ze spalinami kosztował Volkswagena 30 mld dolarów

Skandal związany z oszustwem w emisji spalin będzie kosztował Volkswagena dodatkowe 3 mld dolarów, (2,5 mld euro) ponieważ silniki okazują się ‘znacznie bardziej złożone i czasochłonne’ w przystosowaniu – według firmy

Dodatkowy koszt naprawy silników w Stanach Zjednoczonych zmienia cały rachunek na 30 mld dolarów.

Dwa lata po pierwszym pojawieniu się problemu, Volkswagen wciąż zmaga się z kryzysem.

Prokuratorzy z Monachium dokonują aresztowań w związku ze skandalem.

Niemieckie media donoszą, że osoba aresztowana to Wolfganga Hatz, były członek zarządu VW Porsche. Jednak nie było oficjalnego potwierdzenia jego tożsamości.

Pan Hatz był kierownikiem działu badań i rozwoju w VW Porsche oraz pełnił inne role w grupie VW, w tym rozwój silników w Audi. Został zawieszony po opublikowaniu testu emisji diesla. Wtedy opuścił firmę.

W zeszłym roku Porsche oznajmiło, że nie znaleziono żadnych dowodów przeciwko niemu.

Hatz był prawdopodobnie w bliskiej współpracy z byłym szefem VW Martinem Winterkomem, który zaprzeczył jakiejkolwiek wiedzy na temat ‘urządzeń pokonujących’, które pozwalały pojazdom sztucznie zmniejszać emisję spalin podczas testów, zanim ich istnienie zostało publicznie ujawnione.

Inny były dyrektor Audi, Giovanni Pamio, został zatrzymany wcześniej tego roku, na prośbę amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości. Do tej pory tylko jeden mężczyzna otrzymał karę więzienia w związku ze skandalem: inżynier Volkswagena James Liang otrzymał w zeszłym miesiącu  wyrok 40 miesięcy pozbawienia wolności w sądzie Stanów Zjednoczonych.

‘Nieoczekiwane i niepożądane’

Wiadomość o dodatkowym obciążeniu finansowym związanym z samochodami w Stanach Zjednoczonych podkreśla trudności jakie przechodzi firma wydobywając się ze skandalu.

Udziały w niemieckiej fabryce samochodów początkowo spadły gwałtownie w piątek, jednak później odzyskały większość utraconych akcji.

‘Jest to kolejne nieoczekiwane i niepożądane ogłoszenie VW, nie tylko z perspektywy dochodów i przepływów pieniężnych, ale także w nawiązaniu do wiarygodności zarządzania,’ powiedział Arndt Ellinghorst, analityk Evercore ISI.

VW po raz pierwszy przyznał, że użył nielegalnego oprogramowania we wrześniu 2015 roku w celu oszustwa na amerykańskich testach emisji spalin.

Od tego czasu firma dostosowuje swoje samochody do wymagań prawnych. Jednak ten proces w Stanach Zjednoczonych okazuje się trudniejszy niż oczekiwano.

VW poprawia także samochody w Europie, ale tu proces jest prostszy, twierdzi VW.

Dodatkowe koszty zostaną uwzględnione w wynikach trzeciego kwartału, które zostaną ogłoszone w następnym miesiącu.