Polacy coraz chętniej płacą smartfonem nie tylko za drobne zakupy, lecz także za bilety komunikacji miejskiej, parkingi czy polisy ubezpieczeniowe. Częściej przelewają w ten sposób pieniądze na konto znajomych. Rynek odpowiada na to nowymi usługami i coraz szerszą ofertą.
– Z płatności mobilnych korzystają już miliony osób. W aplikacji Skycash mamy już ponad 1,5 miliona użytkowników, a z dnia na dzień ta liczba mocno rośnie. Najchętniej płacimy mobilnie za bilety albo parking, a także za dobra materialne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bochenek, członek zarządu SkyCash.
Z badania Digital Payments Study 2016, przeprowadzonego na zlecenie Visa, wynika, że konsumenci coraz chętniej dokonują mobilnych płatności. Od 2015 roku potroił się odsetek Europejczyków, którzy regularnie płacą za pomocą urządzenia mobilnego (wzrost z 18 proc. do 54 proc.).
Polska jest jednym z rynków, na których płatności mobilne są najbardziej rozpowszechnione. Ponad trzy czwarte (79 proc.) Polaków objętych badaniem Visa Digital Payments Study to użytkownicy mobilnych płatności. Połowa z nich korzysta z urządzenia mobilnego, płacąc za jedzenie na wynos. 63 proc. przelewa w ten sposób pieniądze dla rodziny i przyjaciół, a 45 proc. płaci mobilnie za towary o dużej wartości, na przykład sprzęt elektroniczny. Polacy, którzy korzystają z mobilnej bankowości, chętnie regulują w ten sposób rachunki za codzienne zakupy. Prawie połowa (48 proc.) deklaruje, że korzysta ze smartfona lub tabletu, płacąc za bilety autobusowe i kolejowe.
Możliwość płacenia urządzeniem mobilnym za bilety w komunikacji miejskiej („bilet w telefonie”) wprowadziła już większość dużych miast. To rozwiązanie wygodne dla pasażerów – eliminuje konieczność noszenia przy sobie gotówki i szukania drobnych. Kierowcy doceniają z kolei możliwość płacenia smartfonem w strefach płatnego parkowania.
– Płatności mobilne, w które celujemy, są oparte głównie na rynkowych trendach. Miasta coraz chętniej akceptują takie płatności i wprowadzają mobilne bilety. Ważnym elementem jest też kwestia biletu kolejowego. Wyszliśmy z inicjatywą wspólnego biletu, który ma łączyć wszystkich operatorów płatności w jeden koszyk – mówi Piotr Bochenek.
Od początku sierpnia za pośrednictwem aplikacji SkyCash jest dostępny wspólny bilet 8 regionalnych przewoźników kolejowych. Tak zwany wspólny bilet samorządowy uprawnia do nieograniczonej liczby przejazdów na 62 liniach kolejowych obsługujących ponad 950 stacji na terenie 12 województw. Pilotażowe rozwiązanie ma ułatwić pasażerom podróżowanie między różnymi regionami Polski i korzystanie z oferty różnych przewoźników.
Płatności mobilne są na polskim rynku rozwinięte na tyle, że telefonem można bezproblemowo nie tylko płacić za bilety komunikacyjne, lecz także m.in. zapłacić za wejściówkę do kina, opłacić rachunki, doładować telefon na kartę, wypłacić pieniądze z bankomatu, a nawet wykupić ubezpieczenie.
– Polisy w aplikacji cieszą się bardzo dużą popularnością ze względu na innowacyjność samego produktu. Są to mikroubezpieczenia w komunikacji miejskiej, możliwość wykupienia ubezpieczenia na czas podróży, jak i możliwość dokupienia ubezpieczenia swojego auta od szkody czy kradzieży na czas postoju w strefie płatnego parkowania – mówi Rafał Bochenek.
We współpracy z towarzystwem Uniqa TU rok temu SkyCash wprowadził do oferty mikroubezpieczenia turystyczne, które można wykupić i opłacić za pośrednictwem urządzenia mobilnego. Teraz firma pracuje nad rozwinięciem zakresu usług ubezpieczeniowych.
– Ten rozwój będzie dotyczył zasięgu i liczby firm ubezpieczeniowych, które pojawią się w naszej aplikacji, a także samego produktu. Planujemy rozszerzenie oferty o ubezpieczenia majątkowe i turystyczne. Rynek ubezpieczeń jest bardzo szeroki i interesujący – mówi Rafał Bochenek.
Niezależnie od tego, czy podróżujemy samolotem rejsowym, niskobudżetowym czy czarterowym, w przypadku opóźnienia lub odwołania lotu przysługuje nam od linii lotniczych taka sama rekompensata. W zależności od odległości, przy opóźnieniu powyżej 3 godzin za opóźniony lot lub w przypadku odwołania rejsu rekompensata wynosi od 250 do 600 euro. W przypadku linii czarterowych, aby ubiegać się o odszkodowanie, należy mieć kartę pokładową i umowę z biurem podróży. Wniosek należy złożyć nie w biurze podróży, lecz bezpośrednio do przewoźnika.
– Pasażerom linii czarterowych przysługuje odszkodowanie za odwołany lub opóźniony lot na takich samych zasadach jak pasażerom każdej linii lotniczej, która jest zarejestrowana w UE lub wylatuje z UE. Zasady są bardzo proste: rekompensata wynosi do 600 euro za opóźnienie samolotu w porcie docelowym, które musi wynosić co najmniej trzy godziny – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Maciejewski, adwokat, dyrektor zarządzający w Opóźnionysamolot.pl.
W okresie wakacyjnym ruch na lotniskach rośnie o kilkanaście procent. W szczycie wakacyjnym częściej wykupujemy wycieczki w biurach podróży, ze względu na niższe ceny popularnością cieszą się loty czarterowe. Według przepisów europejskich podróż czarterem traktowana jest tak samo, jak rejsy regularnymi liniami. To zaś oznacza, że przy problemach z lotem można liczyć na rekompensatę.
– Linie czarterowe stanowią w okresie wakacyjnym ponad 50 proc. zgłaszanych do nas spraw. Kwoty, jakie przysługują pasażerom, są w polskich warunkach bardzo atrakcyjne. Na krótkich dystansach, np. Warszawa–Gdańsk albo Warszawa–Londyn, to kwoty w wysokości ponad tysiąca złotych, czyli ekwiwalent 250 euro. Na dłuższych rejsach europejskich ekwiwalent wynosi 400 euro, czyli ok. 1,7 tys. zł. Trasy poza UE oraz dalsze niż 3,5 tys. km to obowiązki odszkodowawcze nałożone na przewoźnika w wysokości 600 euro – wymienia Maciejewski.
Na odszkodowanie można liczyć, jeśli opóźnienia lub odwołany lot nastąpiły z przyczyn zależnych od przewoźnika (np. niesprawny samolot, choroba załogi). Jeśli jednak przyczyna nie leży po stronie linii lotniczych, a np. jest skutkiem klęski żywiołowej czy warunków atmosferycznych, rekompensata nie przysługuje. Jak przypomina ekspert, nawet jeśli wycieczka była zarezerwowana w biurze podróży, przy problemach z lotem należy się kontaktować nie z touroperatorem, lecz z przewoźnikiem. Zakup biletu lotniczego stanowi umowę z przewoźnikiem, w ramach której zobowiązuje się on do dostarczenia pasażera do punktu docelowego. Jeśli tego nie wykona, powinien to pasażerowi zrekompensować poprzez wypłatę odpowiedniej wysokości odszkodowania.
– Często w podróżach czarterowych, gdy wycieczki są zorganizowane, pasażerowie zgłaszają się najpierw do biura. To nie jest prawidłowa droga, zawsze podmiotem odpowiedzialnym za opóźnienie lub anulowanie samolotu jest przewoźnik lotniczy, zawsze zgłaszamy się do tego przewoźnika, który fizycznie wykonywał rejs – wskazuje Maciejewski.
W 2016 roku do Urzędu Lotnictwa Cywilnego złożono ponad 5,7 tys. skarg, z czego 4,6 tys. dotyczyło opóźnienia lotu. Jednak tylko nieliczni pasażerowie ubiegają się o odszkodowanie. W dużej mierze to wynik braku świadomości, część osób jest przekonana, że cały proces jest czasochłonny. Przedstawiciel Opóźnionysamolot.pl przekonuje jednak, że wystarczy zgromadzić tylko kilka dokumentów.
– Niezależnie od tego, czy jest to przewoźnik wykonujący loty rejsowe, przewoźnik czarterowy czy tani, warunki, jakie musimy spełnić, są bardzo proste. Musimy zebrać bilet, umowę z biurem podróży, jeśli był to rejs czarterowy, oraz kartę pokładową. To jedyne dokumenty, które są wymagane, aby uprawdopodobnić przed sądem, że mieliśmy dolecieć do portu docelowego o oznaczonej godzinie, a samolot spóźnił się w porcie docelowym co najmniej trzy godziny. W związku z tym na mocy rozporządzenia przysługuje nam odszkodowanie – tłumaczy adwokat.
Przy opóźnieniu pasażer ma prawo do informacji od przewoźnika o czasie oczekiwania. Przy opóźnieniu, które przekracza 2 godziny, linia musi zapewnić posiłki i napoje w ilości adekwatnej do czasu oczekiwania
– Jeśli samolot jest znacznie opóźniony i zahacza o godziny nocne, np. mieliśmy wylecieć o północy, a samolot przesunięty jest na 6 rano, to w tej sytuacji przewoźnik lotniczy powinien zapewnić nam oprócz wyżywienia i napojów także nocleg oraz transport do hotelu i z hotelu – zaznacza ekspert.
Dane europejskiej organizacji konsumentów BEUC wskazują zaś, że tylko połowa pasażerów otrzymała od przewoźnika posiłek i napój w przypadku opóźnienia lub odwołania lotu. Co czwarty dostał przysługujące odszkodowanie przy odwołanym locie.
– W innych krajach mamy dokładnie takie same przepisy, inaczej wygląda po prostu dochodzenie takich spraw. W innych krajach sądy są bardziej prokonsumenckie, a niektóre organy administracyjne, np. Civil Aviation Authority w Wielkiej Brytanii, jasno określają się po stronie pasażera, wstępują do postępowań przeciwko przewoźnikom i nakładają grzywny za niewywiązywanie się z przepisów rozporządzenia. To rozporządzenie jest w naszym systemie prawnym od 13 lat, a tak naprawdę bardzo mały odsetek Polaków w ogóle o nim wie – mówi Marcin Maciejewski.
Przy wyszukiwaniu ofert turystycznych dla internautów decydujące znaczenie ma szybkość. Przy dużej konkurencji długi czas oczekiwania na otwarcie strony może spowodować utratę klienta. To istotne np. przy rezerwacji biletu lotniczego, w trakcie której podróżni odwiedzają przeciętnie ok. 50 stron internetowych. Szybkie wyszukiwanie może zwiększyć konwersję, czyli finalnie doprowadzić do transakcji, nawet o kilkadziesiąt procent.
– Czasy, kiedy użytkownicy internetu byli skłonni czekać kilkadziesiąt sekund bądź nawet kilka minut na to, aż zobaczą ofertę, dawno minęły. Szybkość działania jest ważna głównie dla tych, którzy korzystają z telefonów komórkowych. Według wszelkich badań internauta wyszukujący jakiekolwiek zawartości za pośrednictwem aplikacji mobilnych w telefonie, może skupić swoją uwagę na bardzo krótki czas, może czekać na wynik dosłownie kilka sekund. Jeżeli nie widzimy zawartości natychmiast, opuszczamy stronę lub aplikację i szukamy gdzie indziej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Rek, dyrektor regionalny Amadeus Polska.
Według firmy badawczej Dynatrace, użytkownik internetu jest w stanie poczekać zaledwie 3 sekundy na otwarcie strony internetowej z branży e-commerce. Zaledwie pół sekundy różnicy w ładowaniu się strony może skutkować 10 proc. różnicą w sprzedaży usługi czy towaru. Jak ocenia ekspert, konkurencja – zwłaszcza przy stronach związanych z turystyką – jest bardzo duża. Przy rezerwacji biletu lotniczego internauci odwiedzają kilka, czasem kilkanaście stron. Jeśli jedna z nich działa wolno albo przejście do kolejnych witryn trwa zbyt długo, to wybiorą następną.
– Szybkie wyszukiwanie może nawet w kilkudziesięciu procentach poprawić konwersję, czyli finalnie doprowadzić do transakcji. Przeciętnie przy rezerwacji biletu lotniczego podróżni odwiedzają około 50 stron internetowych, tutaj konkurencja jest ogromna, dlatego ważne jest, aby informacje na temat dostępnych ofert wyświetlane były bardzo szybko – wskazuje przedstawiciel Amadeus Polska.
Coraz popularniejsze na rynku turystycznym są metawyszukiwarki, czyli agregatory wyników wyszukiwania, które przeszukują w danym momencie wiele innych wyszukiwarek ofert. Według raportu London School of Economics zatytułowanego „Travel distribution: the end of the world as we know it?” wzrośnie znaczenie hybrydowych megametainternetowych biur podróży, które przeszukują wiele stron naraz. Najważniejsza jest jednak poprawnie działająca usługa i aktualność ofert.
– Nic tak nie irytuje, gdy podczas próby zakupu dochodzimy do końca procesu rezerwacji i okazuje się, że oferta jest nieaktualna lub proponowana jest nam wyższa cena. Ponieważ konkurencja na rynku usług świadczonych drogą online jest bardzo duża, szybkość jest kluczowym wyznacznikiem. Jest to również istotne dla tych firm, które sprzedają swoją ofertę poprzez metasearch, bo tam kto pierwszy, ten lepszy. Element ceny jest bardzo ważny, ale istotne jest też tempo wyświetlenia – przekonuje Paweł Rek.
Raport London School of Economics przygotowany na zlecenie Amadeus wskazuje, że klienci oczekują coraz bardziej spersonalizowanych usług. Przedsiębiorstwa, które nie przystosują się do konsumenckiej rewolucji, nie będą miały szans przetrwać. Zmniejsza się rola tradycyjnych biur podróży, przyszłością są globalne systemy dystrybucji. Nowe rozwiązania technologiczne mają coraz większy wpływ na kształt rynku. Aby dostosować się do zmian, firmy muszą zmienić model biznesowy, który będzie wspierać wymianę nowatorskich rozwiązań.
– Funkcjonują już firmy, na których stronach można znaleźć oferty właściwie z dowolnego miejsca do dowolnego miejsca, ustawić promień zasięgu podróży i sprawdzić, jakie są oferty. To bardzo przydatne dla osób, które chcą jechać na wakacje, mają czas i budżet, ale nie mają pomysłu, gdzie chcieliby się wybrać. Błyskawicznie dostępne dane otwierają zupełnie nowe modele biznesowe i umożliwiają naszym klientom zbudowanie kompletnie nowego sposobu dotarcia i zainspirowania podróżnych – ocenia Paweł Rek.
Już co piąty delegowany w Europie jest Polakiem. Większość wysyłanych pracowników to doświadczone osoby, informatycy i inżynierowie. Przekłada się to na zarobki – w Austrii i Niemczech są znacznie wyższe niż w innych krajach wybieranych przez emigrantów. Zapotrzebowanie na doświadczonych pracowników będzie rosło. Dużo będzie jednak zależeć od utrzymania przepisów o delegowaniu i zachowania otwartego rynku – ocenia Adam Powiertowski, prezes zarządu Euro-Tax.pl.
– Emigrantom, jeśli znają język, bardzo łatwo wyjechać do Wielkiej Brytanii. Nie jest to jednak kraj, w którym można zarobić najwięcej. Jeżeli jesteśmy specjalistami i chcemy się skupić na zarobkach, powinniśmy wyjeżdżać do Niemiec lub Austrii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Powiertowski, prezes Euro-Tax.pl.
Z raportu Grupy Euro-Tax.pl wynika, że średnie zarobki Polaków pracujących w Unii Europejskiej wyniosły blisko 6,7 tys. zł miesięcznie. Łącznie w całej Europie polscy emigranci zarobili w ubiegłym roku 120 mld zł, czyli ok. 6,5 proc. polskiego PKB. Z tego 77 mld zł przypada tylko na sześć krajów: Austrię, Belgię, Holandię, Irlandię, Niemcy i Wielką Brytanię.
– Średnie zarobki polskich emigrantów w Niemczech to 11 tys. zł brutto, w Austrii ponad 12 tys. zł. Rynek niemiecki jest rynkiem większym, szybciej się rozwija, potrzebuje coraz więcej specjalistów, w związku z tym płace naturalnie rosną bardzo szybko. Porównując rok do roku, Polacy w Niemczech zarobili o prawie 40 proc. więcej, w 2016 roku 42 mld zł – wskazuje Powiertowski.
Choć najwięcej Polaków pracuje w Wielkiej Brytanii (720 tys.), to w Niemczech emigranci (655 tys.) zarobili niemal dwukrotnie więcej (42 mld zł przy 22 mld zł). Zarobki za naszą zachodnią granicą najszybciej też idą w górę. Wzrost w skali roku sięgnął 46 proc. Najwięcej zarabiamy w Austrii. W tych dwóch krajach średnie zarobki Polaków są znacznie wyższe niż płaca minimalna i niewiele niższe niż średnie wynagrodzenie.
– Duże znaczenie ma delegowanie pracowników, brawa należą się polskim firmom, które są liderem jeśli chodzi o delegowanie pracowników nie tylko do Niemiec, lecz także do Austrii. Wysyłają bardzo doświadczonych pracowników na kontrakty budowlane, wysyłają inżynierów czy informatyków – tłumaczy prezes Euro-Tax.pl.
Polska w ubiegłym roku wysłała do innych krajów Wspólnoty ponad 500 tys. pracowników. Pod względem liczby delegowanych pracowników Polska jest liderem, 22 proc. wszystkich delegowanych pochodzi właśnie z naszego kraju. Zmiany w przepisach o delegowaniu pracowników proponowane przez Komisję Europejską, m.in. że delegowany pracownik będzie musiał otrzymywać wszystkie składowe wynagrodzenia oraz dodatki i premie wynikające z lokalnych regulacji, mogą sprawić, że ich miejsca pracy będą zagrożone. Wysyłanie pracowników za granicę stanie się bowiem nieopłacalne dla ich pracodawców.
– Mam nadzieję, że przepisy o delegowaniu zostaną utrzymane, że otwarty i konkurencyjny rynek w UE zostanie zachowany, a polskie firmy dalej będą mogły delegować swoich pracowników na rynki europejskie – mówi ekspert. – Patrząc na to, jak rozwijają się gospodarki europejskie, zwłaszcza gospodarka niemiecka, jestem spokojny o następne lata. Będzie coraz większe zapotrzebowanie na dojrzałą i doświadczoną migrację, jaką są Polacy w UE – przekonuje Adam Powiertowski.
Rynek pracy może zrewolucjonizować sztuczna inteligencja. Wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji upraszcza proces rekrutacji nowych pracowników, oszczędzając czas zarówno pracodawcy, jak i kandydata. Szacunkowe dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że w lipcu bezrobocie w Polsce wyniosło 7,1 proc., tyle samo co w czerwcu.
Eksperci zauważają, że sztuczna inteligencja na rynku pracy to zapowiedź HR-owej rewolucji. Działania takie jak wysyłanie listów motywacyjnych czy życiorysów zawodowych lub publikowanie ogłoszeń o pracę mogą wkrótce nie być potrzebne. Nowe serwisy rekrutacyjne, wykorzystując zaawansowane algorytmy i uczenie maszynowe, automatyzują komunikację na linii kandydat–pracodawca, dbając przy tym o jak najlepsze spełnienie wymagań obu stron.
– Pomysł zrodził się z doświadczeń własnych, nie jesteśmy spółką budowaną w obszarze rekrutacji, tak naprawdę początkowo byliśmy osobami szukającymi pracy. Dziś to my zatrudniamy, wiemy, jak frustrującym i czasochłonnym procesem jest zarówno proces poszukiwania pracy, jak i poszukiwania pracowników, stąd pomysł na rozwiązanie, które dziś tworzymy. To rozwiązanie upraszcza proces rekrutacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Sobczak, współzałożyciel i prezes spółki Emplocity.
Rozwiązanie opracowane przez Emplocity opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji – zaawansowanym przetwarzaniu danych oraz przeszukiwaniu źródeł niedostępnych dla tradycyjnych technik rekrutacyjnych. Dzięki nim platforma zagwarantuje wszystkim kandydatom nie tylko wymarzone stanowisko, lecz także oszczędność czasu.
– Emplocity opiera się o sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. Z jednej strony Emplocity umożliwia kandydatom odciążenie ich w żmudnym i czasochłonnym procesie poszukiwania pracy. U nas kandydat pojawia się w serwisie raz, resztę czynności system wykonuje za niego – zbiera podstawowe informacje na temat kandydata i szuka pracy, wyszukuje najlepsze zajęcie dla danej osoby, następnie wraca z informacją, że dany pracodawca chce go zatrudnić – wyjaśnia prezes Emplocity.
Aplikacja znacznie ułatwia znalezienie pracy bezrobotnym. Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w lipcu 2017 r. zarejestrowanych było 1,14 mln bezrobotnych. Zyskać mogą na niej również pracodawcy, bowiem algorytm poszukuje najlepszych kandydatów, weryfikując ich umiejętności i doświadczenie, a także badając ich aktywność w różnego rodzaju serwisach.
– Z kolei rozwiązanie dla pracodawcy opiera się również na uczeniu maszynowym, wyszukuje kandydatów w sieci, bada ich aktywność w różnych serwisach, na różnych polach i rekomenduje najlepszych kandydatów na dane stanowiska pracy, dochodzi wówczas do matchu [dopasowania – red.]. Mamy dziś wiele rozwiązań wykorzystujących podobny model, gdzie matchujemy wzajemne oczekiwania pod kątem oczekiwań finansowych czy umiejętności, rekomendujemy takiego kandydata pracodawcy. Jeżeli dwie strony się zgadzają, dochodzi do zatrudnienia – dodaje Krzysztof Sobczak.
Emplocity to pierwsza firma z branży HR, która wykorzystuje tzw. chat boty, czyli aplikacje z interfesjem konwersacyjnym. Chat bot odpytuje kandydata, zbiera o nim dane i wyszukuje jego najlepsze cechy. Następnie wszystkie informacje trafiają do systemu, który dopasowuje odpowiedniego pracodawcę.
– Platforma pozwoli znaleźć wymarzoną pracę kandydatowi i wymarzonego pracownika pracodawcy, a wszystko za jednym kliknięciem. Nie będzie to wymagało przeszukiwania i tak błądzenia w sieci – wiele osób nie ma na to czasu. Dzisiaj szukanie pracy to full time job, znamy to z autopsji – przekonuje Krzysztof Sobczak. – Dążymy do rozwiązania one-click-shop, w którym zarówno pracodawca, jak i kandydat będzie mógł znaleźć to, czego szuka, pozostawiając sobie najważniejszą decyzję: czy my chcemy tę pracę lub tego pracownika na moment, gdy będziemy mieć z czego wybierać – podsumowuje prezes Emplocity.
Z początkiem września przestaną istnieć Agencja Rynku Rolnego (ARR) oraz Agencja Nieruchomości Rolnych (ANR). Ich zadania przejmie nowo utworzony Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Zmiany czekają również Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która będzie pełnić funkcję głównej instytucji płatniczej. Zmiany te mają ułatwić rolnikom sięganie po pomoc finansową.
W Polsce działają obecnie trzy agencje rolne: Agencja Rynku Rolnego (ARR) oraz Agencja Nieruchomości Rolnych (ANR) i Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). W najbliższych tygodniach dwie z nich – ARR oraz ANR – przestaną istnieć. Większość ich zadań przejmie nowo utworzony Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR), który rozpocznie działalność 1 września tego roku.
– Od września powstaje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, który będzie realizował zadania związane z programowaniem rozwoju obszarów wiejskich oraz zadania dotychczas realizowane przez Agencję Nieruchomości Rolnych, w tym m.in. gospodarowanie nieruchomościami pozostającymi we własności rolnej Skarbu Państwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Kołnierzak z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.
Taka zmiana organizacyjna ma zmniejszyć liczbę instytucji zajmujących się rolnictwem i ograniczyć koszty ich funkcjonowania, a także poprawić i uprościć jakość obsługi. Poza centralą Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa będzie mieć oddziały terenowe w każdym województwie.
– Krajowy Ośrodka Wsparcia Rolnictwa będzie też realizował zadania delegowane ARiMR, w tym program dla szkół, interwencję mającą na celu stabilizację rynków rolnych oraz restrukturyzację przemysłu cukrowniczego – wylicza Anna Kołnierzak.
Do zadań Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa będą należeć m.in. gospodarowanie nieruchomościami rolnymi Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa (na dotychczasowych zasadach), wydawanie decyzji dotyczących prywatnego obrotu gruntami rolnymi (UKUR), udzielanie bezzwrotnej pomocy finansowej na utrzymanie infrastruktury na terenach wiejskich, współpraca z samorządami dotycząca nieodpłatnego przekazywania gruntów oraz nadzór nad 41 spółkami hodowli roślin i zwierząt o szczególnym znaczeniu dla gospodarki.
Nowo utworzony podmiot będzie również odpowiadał m.in. za wsparcie dla pszczelarzy (dotychczas w kompetencjach ARR), realizację programu dla szkół, wsparcie działań promocyjnych producentów na rynku wewnętrznym i za granicą, systemy jakości, monitoring rynku cukru oraz interwencyjne zakupy i sprzedaż produktów rolnych na poszczególnych rynkach (np. masła, odtłuszczonego mleka w proszku, zbóż i mięsa).
Od września zmiany organizacyjne czekają również Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która stanie się jedyną agencją płatniczą dla Wspólnej Polityki Rolnej UE w Polsce. ARiMR w każdym województwie ma oddziały regionalne, a w każdym powiecie swoje biura. Dlatego ta zmiana ma ułatwić rolnikom sięganie po pomoc finansową. W jednostkach ARiMR będą obsługiwane instrumenty finansowe i pomocowe dla producentów z różnych sektorów.
– Dodatkowo od września ARiMR będzie realizowała zadania dotychczas realizowane przez ARR, w tym m.in. związane z nadzwyczajną pomocą dla producentów mleka [pakiet Hogana – red.], innych rynków w sektorach hodowlanych oraz nadzwyczajną pomoc dla producentów niektórych owoców i warzyw – mówi Anna Kołnierzak.
Od początku przeszłego roku ARiMR będzie również realizować zadania związane z obsługą mechanizmu „Materiał siewny”. Od 1 stycznia 2018 roku rolnicy będą mogli składać wnioski obszarowe oraz wnioski dotyczące materiału siewnego w jednej instytucji w biurach powiatowych ARiMR, co ułatwi im dostęp do korzystania z pomocy finansowej Unii Europejskiej.
Jedną z priorytetowych strategii Unii Europejskiej jest jednolity rynek cyfrowy w Europie. Według Komisji Europejskiej, gdyby jednolity rynek cyfrowy działał w pełni, toby gospodarka UE zyskała 415 mld euro rocznie. Inicjatywa napotyka jednak wiele przeszkód. Problemem jest m.in. geoblokowanie, rozwiązania VAT czy brak zagranicznych wysyłek. Ograniczają one możliwości wyzwolenia cyfrowego potencjału.
Według dokumentu „Strategia jednolitego rynku cyfrowego dla Europy”, sporządzonego przez Komisję Europejską, Europa ma potencjał, by zajmować czołowe miejsce w globalnej gospodarce cyfrowej. Wykorzystanie tego potencjału jest jednak blokowane przez bariery, które na rynku fizycznym zostały już wyeliminowane. Uporanie się z tymi problemami mogłoby przynieść europejskiej gospodarce 415 mld euro rocznie.
– Mamy wspólny, europejski rynek. To oznacza, że jeśli chcę kupić jakiś fizyczny przedmiot, wchodzę do sklepu w wybranym kraju, na przykład w Paryżu, i chcę kupić krawat, to nikt nie pyta mnie o narodowość. Jeśli natomiast chcemy go kupić w internecie, bardzo często bywamy blokowani. Chyba wszyscy znamy to fatalne doświadczenie, gdy chcemy wejść na stronę danego sklepu, a ta jest dla nas zamknięta, przekierowuje się nas gdzie indziej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje posłanka do Parlamentu Europejskiego Róża Thun.
Badania przedstawione przez KE w dokumencie o strategii jednolitego rynku cyfrowego dla Europy wskazują, że 61 proc. konsumentów ma zaufanie do sprzedawców internetowych, jeżeli mają one siedzibę w tym samym państwie członkowskim. Natomiast jedynie 38 proc. ma zaufanie do firm mających siedzibę w innym państwie członkowskim UE. Jednocześnie zaledwie 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w Unii prowadzi sprzedaż transgraniczną.
– Gdy chcę kupić jakiś przedmiot, mówią, że nie wysyłają do Polski. Gdy chcę zapłacić, okazuje się, że środek płatności z danego kraju nie jest przyjmowany. Niedawno słyszałam, jak komisarz Ansip powiedział, że przy zakupach elektronicznych tylko 1/3 klientów nie jest dyskryminowana, to znaczy może kupować rzeczywiście bez żadnych przeszkód – wyjaśnia Róża Thun.
Jednolity Rynek Cyfrowy (Digital Single Market, DSM) to strategia Komisji Europejskiej, w której przedstawione zostały inicjatywy mające na celu uczynienie z Unii Europejskiej zintegrowanego cyfrowo obszaru gospodarczego, zdolnego do konkurowania na globalnym rynku internetowym. Europejska strategia cyfrowa opiera się na trzech filarach: lepszym dostępie konsumentów i przedsiębiorstw do towarów i usług cyfrowych, stworzeniu odpowiednich warunków dla rozwoju sieci i usług cyfrowych oraz rozwoju europejskiej gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego o długofalowym potencjale wzrostu. Jak wskazuje Róża Thun, jednolity rynek cyfrowy oznacza możliwość sprzedawania i kupowania w całej UE bez przeszkód. Napotyka jednak kilka istotnych barier.
– Geoblokowanie, czyli dyskryminowanie klienta ze względu na narodowość albo jego miejsce zamieszkania, to bardzo poważny temat, którym teraz się zajmujemy, ale przeszkód jest więcej. Mamy ok. 80 różnych regulacji VAT. To jest dżungla, która utrudnia funkcjonowanie małym i średnim przedsiębiorcom. Z tego powodu decydują się na niesprzedawanie do niektórych krajów. Nie znają regulacji czy wysokości VAT-u w różnych dziedzinach itd. Kolejnym wielkim problemem dla rynku cyfrowego są prawa autorskie. Przy materiałach audiowizualnych nie ma dostępu do materiałów z innych krajów – wymienia posłanka do Parlamentu Europejskiego.
Europejska Agenda Cyfrowa podkreśla, że Europa pozostaje w tyle, w szczególności w zakresie transgranicznego handlu elektronicznego. Polskie Ministerstwo Cyfryzacji uważa, że problem fragmentaryzacji rynku musi zostać rozwiązany tak, aby europejscy przedsiębiorcy, w szczególności mali i średni, mogli w pełni korzystać z zalet płynących z istnienia wspólnego rynku, a konsumenci mieli możliwość większego wyboru.
– Przedsiębiorcy uzyskują szybciej efekt skali, a cała UE będzie bardziej konkurencyjna w stosunku do wielkich rynków, jak na przykład USA, gdzie mieszka mniej osób, ale mają jeden rynek bez barier i innych regulacji w każdym stanie. W Europie najbardziej innowacyjni przedsiębiorcy często przenoszą się do USA, bo tam co prawda mieszka tylko 300 milionów osób, podczas gdy w UE mamy 500 milionów, ale nie mają tych wszystkich barier i różnych regulacji – tłumaczy Róża Thun.
Jak wynika z badań, przedstawionych przez Komisję Europejską, konsumenci w UE mogliby co roku zaoszczędzić 11,7 mld euro, gdyby kupując w internecie, mieli dostęp do pełnej gamy produktów i usług oferowanych w UE.
– Przecież świat cyfrowy nie zna granic, jednak funkcjonowanie jest bardzo utrudnione. Zyskać mogą na tym przedsiębiorcy, którzy uzyskają jeden wielki rynek z potencjalnymi 500 milionami klientów oraz konsumenci, którzy przy jednolitym rynku cyfrowym mają dostęp do wielkiej palety towarów i usług z całej Europy – wskazuje europosłanka.
Komisja Europejska zapowiada, że zostanie stworzonych kilkaset tysięcy nowych miejsc pracy, zwłaszcza dla młodych osób. Dynamicznie rozwinie się także społeczeństwo oparte na łatwiejszym dostępie do wiedzy i jednolitych rozwiązaniach. Jak podkreśla Róża Thun, na nowych regulacjach w znacznym stopniu skorzystają także Polacy.
– Polacy już korzystają z tego, że zostały zniesione dodatkowe opłaty za roaming. Nie musimy wyłączać telefonu czy tabletu, przekraczając granicę. Polacy są bardzo często dyskryminowani przy zakupach elektronicznych. Każdy ma to doświadczenie – chcę coś kupić, a wyświetla się: do Polski nie dostarczamy. Polacy więc bardzo skorzystają na zniesieniu geoblokowania. Polscy przedsiębiorcy również skorzystają, gdy będą mogli łatwiej i bez zagrożenia przekroczyć nieznane sobie regulacje i sprzedawać do całej UE. Efekt skali jest wtedy znakomity – podsumowuje Róża Thun.
Matki z pokolenia Y to coraz potężniejsza grupa konsumentek. Zdecydowana większość z nich zmienia nawyki zakupowe po urodzeniu dziecka. Przywiązują mniejszą wagę do ceny, a większą do bezpieczeństwa produktu i wygody zakupów. W poszukiwaniu porad chętnie zaglądają do internetu i na media społecznościowe. Marka, która chce szerzej zaistnieć w tej grupie, powinna zbudować wokół swojego profilu społeczność matek-millenialsów.
– Matki z pokolenia millenialsów są ważną grupą, na którą trzeba zwracać uwagę. Przebywają one głównie w digitalu, łączą swoją pasję, karierę oraz wychowywanie dzieci bardzo sprawnie. To są supermenki optymalizacji i poszukiwania nowych rozwiązań. Poszukują rozwiązań, aby sprawniej zorganizować swój dom, czas dziecku, ale także móc rozwijać swoje pasje i karierę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Pieczonka-Gierczak, head of customer experience w Agencji Freebee.
Większość matek jest niemal cały czas online. Badanie Google i IPSOS wskazuje, że 83 proc. kobiet w wieku 18–54 lata szuka informacji i porad dotyczących dzieci właśnie w internecie.
– Matki z pokolenia millenialsów prawie pięć godzin dziennie spędzają w internecie, z czego połowę tego czasu na smartfonach. To kobiety, które praktycznie żyją ze smartfonem w ręku. Poszukują informacji w takich serwisach, jak Facebook, Pinterest, YouTube czy Instagram. Lubią komentować, lubią być zaangażowane w rozwój produktów, które je interesują, lubią się dzielić opiniami z innymi matkami. Pojawiają się portale parentingowe, które krótkimi filmami dają wskazówki, jak zorganizować jakieś zadanie w domu i tutoriale dotyczące rożnych technik zaangażowania – wymienia Dominika Pieczonka-Gierczak.
Większość matek z pokolenia millenialsów najczęściej wybiera wideoporadniki. Chętnie też korzystają z porad innych mam, z którymi mogą się utożsamiać. W sieci często konsultują niepokojące objawy i zachowania swoich pociech. Jak wskazuje badanie Sotrender z 2016 roku ponad połowa matek z pokolenia millenialsów czyta blogi, komentuje wpisy na forach, bierze udział w sondach i zapisuje się do newsletterów.
– Jeśli marki otwierają się na to, aby matki mogły się zaangażować w to, jak można dany produkt ulepszyć poprzez komentowanie, poprzez uczestniczenie w różnych warsztatach, poprzez opowiadanie o tym, w jaki sposób one go używają, wtedy ich produkty będą bardziej odpowiadać na potrzeby młodych mam – ocenia ekspertka Freebee.
Podczas zakupów matki z pokolenia millenialsów mniejszą wagę przykładają do ceny, większa natomiast zwracają na bezpieczeństwo, wygodę zakupów i markę (odpowiednio 77, 65 i 64 proc. według badania IAB).Co druga kobieta bierze pod uwagę opinie innych rodziców. Po urodzeniu dziecka u 63 proc. kobiet zmieniają się przyzwyczajenia dotyczące zakupów spożywczych, a blisko połowa zmienia sposób wyboru detergentów i kosmetyków.
– Matki z pokolenia millenialsów chcą wiedzieć, skąd pochodzi dany produkt, jaki jest jego skład, z czego jest wyprodukowany, czy pochodzi z dużej korporacji czy małej firmy, czy producent stosuje ekoprodukty, czy mogą w jakiś sposób personalizować produkt dla ich potrzeb. Jeśli marka będzie zwracała więcej uwagi na potrzeby zgłaszane przez matki, będzie śledzić to, co dzieje się w sieci, będzie mogła bardziej dopasować dany produkt do tego, czego poszukują matki – przekonuje Pieczonka-Gierczak.
Matki z pokolenia millenialsów chcą mieć przekonanie, że mogą wpłynąć na design produktów czy ich dostęp w sklepach. Marki powinny słuchać potrzeb młodych rodziców, a kanałami komunikacji są przede wszystkim media społecznościowe (78 proc. wskazuje Facebook, 43 proc. – Pinterest). Reklamy skierowane do młodych matek powinny częściej niż wizerunek kobiet sukcesu przedstawiać rodziny lub dzieci.
– Jeśli marka pojawi się w internecie na YouTube, Instagramie, Facebooku i przyciągnie społeczność matek z pokolenia millenialsów, to one same zaczną się wymieniać informacjami i opiniami. Jest to najlepsza reklama dla marki – podkreśla Dominika Pieczonka-Gierczak.
Na wizytę umówimy się on-line, receptę dostaniemy elektronicznie, a może nawet po jej wystawieniu to apteka przywiezie nam gotowe leki do domu lub dostarczy nam je dron – tak już niebawem może wyglądać opieka medyczna. Jak będziemy leczeni za 10 lat?
– Już wkrótce wszystkie wizyty będą umawiane za pomocą Internetu. Tam będziemy mogli wyszukać lekarza, sprawdzimy, kiedy są wolne terminy i zrobimy rezerwację wizyty. Kolejną bardzo istotną rzeczą z punktu widzenia pacjentów jest dostępność do dokumentacji, czyli historii leczenia. Moim zdaniem, dokumentacja będzie dzielona między lekarzami i każdy z lekarzy będzie miał pełen dostęp do całej historii pacjenta – mówi newsrm.tv Łukasz Kamiński, dyrektor zarządzający LekSeek Polska.
Według raportu „E-Zdrowie oczami Polaków”, przygotowanego przez LekSeek Polska, za 10 lat do lekarza w publicznej placówce umówimy się on-line. Takiej odpowiedzi udzieliło 58,5% zapytanych. 57,2% uważa, że lekarz wszystkie informacje o pacjencie, jego historii i wynikach będzie posiadał w dedykowanym do tego e-systemie. Natomiast 53,5 % ankietowanych wskazało, że recepta będzie miała formę elektroniczną.
– Będzie możliwe nie tylko wystawianie papierowych recept, ale również recept w formie elektronicznej. W ten sposób recepta będzie mogła trafić od razu do pacjenta poprzez mail. Pacjent, mając taki dokument, będzie mógł iść do apteki i ją zrealizować. Co więcej, można nawet wyobrazić sobie sytuację, w której dostaniemy lek do domu. Recepta w postaci elektronicznej może trafić do wybranej przez pacjenta apteki i apteka może wysłać gotowy lek – opowiada Łukasz Kamiński i dodaje: – Wiele rodzajów konsultacji będzie można prowadzić zdalnie.
Z wideo rozmowy z lekarzem korzystają już mieszkańcy USA, Francji i Anglii. Według 44,2% badanych za 10 lat o wizycie przypomni nam powiadomienie z aplikacji mobilnej. 37,1% zapytanych uważa, że płatności będzie można dokonać poprzez aplikację mobilną. Jedynie 6,6% stwierdziło, że nic się nie zmieni.
– Nowa technologia daje przede wszystkim dostęp do informacji. Dzięki niemu można podejmować szybciej i bardziej trafne decyzje. To być może pozwoli w krótszym czasie dojść do rozpoznania, wdrożenia właściwego leczenia i uproszczenia pewnych procedur, które muszą być w trakcie wizyty wykonane. Dzięki temu być może w tym czasie moglibyśmy przyjąć dodatkowych pacjentów lub poświęcić konkretnemu pacjentowi więcej czasu – dodaje Filip Diks, kardiolog.
67,4% badanych powiedziało, że rozwój telemedycyny w Polsce będzie miał pozytywny wpływ na życie społeczne. 60% ankietowanych wskazuje zmniejszenie się kolejek jako korzyść płynącą z cyfryzacji medycyny. 26% Polaków nie ma zdania lub twierdzi, że rozwój telemedycyny nie będzie miał wpływu na życie społeczne.
Obecne działania ustawodawcy pokazują, że jedynym ratunkiem dla odnawialnych źródeł energii będzie migracja do systemu aukcyjnego, który wszedł w życie na początku bieżącego roku. Widać więc presję zmiany sposobu wsparcia z praw majątkowych. Polska przy okazji planu polityki energetycznej kraju zakładała udział OZE w rynku energetycznym na poziomie 20 proc. Zobowiązania wobec Unii Europejskiej to 15 proc., jednak nawet ten wynik będzie niemożliwy.
– Tempo rozstrzygania aukcji jest bardzo powolne – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Musiał, prezes Pracowni Finansowej – Utrzymując taki poziom i tak małą ilość energii, jaką udaje się w nich rozstrzygać, nie będziemy w stanie osiągnąć zakładanego celu. Istniejące w tej chwili instalacje muszą przeczekać ten kryzys i liczyć na szansę migracji do systemu aukcyjnego. Warto podkreślić, że kiedy podejmowano decyzję wejścia do tego biznesu, uwarunkowania były zupełnie inne. Jednak stymulowanie rozwoju branży przez certyfikaty, a następnie ukrócenie tych działań, może spotkać się z oporem ze strony przedsiębiorców. Własnymi majątkami ręczyli za pokrycie kredytów, a teraz nie stać ich na spłatę jednej raty. Projektowane w tej chwili instalacje, które są obecnie na etapie uzyskiwania pozwolenia na budowę, również czekają na system aukcyjny. To ze względu na możliwą sytuację, w której znamy cenę, jest ona gwarantowana na okres 15 lat i waloryzowana o wskaźnik inflacji. Wtedy przyszłość przedsiębiorstw, które wygrywają aukcje, jest z założenia inna i pozwala na dalsza realizację i rozwój tego biznesu – ocenia Musiał.
O własnej firmie myśli wiele osób. Coraz więcej podejmuje też odważną decyzję, by spróbować swoich sił w roli przedsiębiorcy. Niestety jednak, nie wszystkim wystarcza wytrwałości, np. od stycznia do czerwca 2017 roku (wg systemu REGON) zamknięto blisko 136 tys. firm. Co sprawia, że nie każdy przedsiębiorca odnosi sukces?
Z pewnością na decyzję o zakończeniu działalności gospodarczej wpływ może mieć mnóstwo czynników – od złej koniunktury w danej branży, po opóźnienia kontrahentów w płatnościach. Nie bez znaczenia jednak są także pewne indywidualne cechy i umiejętności, które bardzo przydają się we własnym biznesie, ale nie każdy je posiada.
O ile samo założenie firmy od strony organizacyjnej jest dziś bardzo proste, o tyle do stworzenia, prowadzenia i rozwijania biznesu, który przez kolejne lata będzie w stabilny sposób generował przychody, nie wystarczy spełnienie z góry ustalonych procedur. Tu potrzebna jest już biznesowa intuicja oraz zestaw specyficznych predyspozycji.
Nie ma biznesu bez sprzedaży
– Choć każdy biznes ma swoją specyfikę i wymaga innego zarządzania, to można wyodrębnić pewne cechy, ułatwiające odniesienie sukcesu – mówi Marta Bober-Lal, która w firmie szkoleniowej Effect Group prowadzi szkolenia z zarządzania, komunikacji oraz sprzedaży. – Np. wg Leszka Czarneckiego, biznesmena i autora książki „Biznes po prostu”, przedsiębiorca powinien być przede wszystkim sprzedawcą w szerokim tego słowa znaczeniu – dodaje trenerka.
Bez względu na to, czym zajmuje się dana firma, zawsze oferuje ona produkty lub usługi, które trzeba sprzedać. Przedsiębiorca musi więc powiązać swoją ofertę z odpowiednią grupą docelową i skutecznie przekonać ją do zakupu.
Produkty czy usługi zawsze są sprzedawane ludziom, a kontakt z nimi to podstawa każdego biznesu. Z tego zaś wynika kolejna ważna cecha, jaką jest umiejętność budowania relacji z Klientami a także odpowiednia komunikacja. Przedsiębiorca, który chce osiągać sukcesy, powinien wyróżniać się także pewnością siebie, a cecha ta przyda mu się już na starcie.
– Osoba świadoma własnych możliwości i zalet dążyć będzie do zrealizowania swojego pomysłu, pokonując trudności, a nie uginając się pod nimi. Także w kontaktach z kontrahentami, klientami czy konkurencją pewność siebie pozwala prowadzić efektywniejsze rozmowy i negocjacje – podkreśla Marta Bober-Lal.
Z energią do przodu!
Choć przedsiębiorca nie może być nadmiernym ryzykantem, który traktuje biznes niczym grę hazardową, to jednak umiarkowana skłonność do ryzyka może być już cechą bardzo pożądaną. Osoba prowadząca własną firmę, jeśli chce być o krok przed konkurencją, musi podejmować odważne decyzje. Powinna je jednak poprzedzać analizą rynku, badaniem szans powodzenia oraz oszacowaniem ewentualnych strat w przypadku porażki. Optymizm i determinacja nie powinny wykluczać posiadania planu B na wypadek ewentualnego niepowodzenia.
No właśnie – determinacja! Ci, którzy odnoszą duże sukcesy, wcześniej muszą zazwyczaj pokonać mnóstwo niepowodzeń. Czasem potrzebna jest ogromna wewnętrzna siła, by nie zawrócić w połowie drogi i by doprowadzić dany projekt do końca.
– Wytrwałość i wysiłek to podstawa sukcesu. „Sukces” przed „wysiłkiem” występuje jedynie w słowniku. Jeśli przedsiębiorca chce osiągnąć powodzenie w biznesie, musi się liczyć z ciężką pracą – zauważa trenerka Effect Group.
Na tym jednak nie koniec, ponieważ sam upór i pozytywna energia nie zastąpią np. kreatywności. To ona stoi za tzw. duchem inicjatywy, czy innowacyjności. Przedsiębiorca musi być człowiekiem pomysłowym, chętnym do tworzenia czegoś nowego. Taka osoba nie boi się zmian i nawet jeśli akurat nie próbuje zrewolucjonizować całej branży, to i tak każdego dnia stara się wprowadzać choćby drobne usprawnienia w swojej firmie. Sukces odnosi ten, kto jest otwarty na nowe doświadczenia i gotowy do akceptacji zachodzących zmian.
Prowadzenie firmy jak gra w szachy
Warto zauważyć, że najlepsi biznesmeni są zarazem nieprzeciętnymi przywódcami. Swoją ideą i zaangażowaniem potrafią porywać za sobą pracowników i klientów. Dobry przywódca stanowi inspirację i motywuje innych do pracy nad wspólnym celem.
Jeśli za awers uznamy skuteczne liderowanie, to rewersem tej samej monety będzie codzienne, skuteczne zarządzanie firmą. Do tego zaś przydaje się umiejętność planowania i przewidywania.
– Prowadząc własną firmę przedsiębiorca musi być niczym szachista: przewidywać kilka ruchów do przodu. Nie da się prowadzić firmy nie wybiegając w przyszłość. Wizja rozwoju to podstawa, zaś umiejętność przewidywania ryzyka oraz zagrożeń w realizacji założonych celów to bardzo istotna cecha dobrego biznesmena – uważa Marta Bober-Lal.
Jest też umiejętność, która na znaczeniu zyskała w ostatnich kilkunastu latach, a jej waga nieustannie rośnie. To umiejętność selekcji informacji. Ludzie bombardowani są niezliczoną ilością danych z różnych źródeł, a więc dostęp do nich jest niezwykle łatwy. Trudnością staje się natomiast wybieranie tych, które mogą się przydać. Przedsiębiorca to człowiek, który w informacyjnej dżungli potrafi zauważyć to, co niedostrzegalne dla innych, a następnie wykorzystać w swojej firmie.
Dobra wiadomość jest taka, że wymienione powyżej wyróżniki dobrego przedsiębiorcy nie należą do cech wrodzonych. Można oczywiście zakładać, że pewne naturalne predyspozycje ułatwiają lub utrudniają skuteczne prowadzenie biznesu, nie są to jednak cechy, których nie można rozwijać.
Korzystając z profesjonalnych kursów, szkoleń, a także wyciągając wnioski z własnych doświadczeń, można skutecznie kształtować w sobie cechy przydatne liderowi i człowiekowi sukcesu. Warto pamiętać, że być przedsiębiorcą to dosłownie „przedsięwziąć” pewne działania, by osiągnąć sukces – to zaś oznacza konieczność ciągłego doskonalenia się.
W klasycznej teorii zarządzania mamy podział pracy, autorytet formalny menedżera, jedność rozkazodawstwa i kierownictwa, podporządkowanie interesów osobistych interesowi ogółu, a hierarchia i struktury organizacyjne są gwarantem efektywnego zarządzania organizacji. Koncepcja turkusowych organizacji odwraca to wszystko o 180 stopni.
Zarządzanie firmą zgodnie z koncepcją turkusowej organizacji w swych założeniach zakłada zarówno brak systemu hierarchicznego, jak również formalnego systemu motywacyjnego, bowiem z punktu widzenia efektywności działania większe znaczenie w turkusowych organizacjach mają pełnione funkcje, niż zajmowane stanowiska, a samoregulacja i samozarządzanie stanowią większą wartość w procesie ewolucji i osiągania celów biznesowych.
Rewolucja w zarządzaniu
Łukasz Rompel – Trener, ekspert do spraw rozwoju kompetencji miękkich i zarządzania projektami w Brainstorm Group
Idea turkusowych organizacji może wydawać się początkowo rewolucyjną i utopijną w swym charakterze, gdyż stoi w opozycji do wcześniejszych znanych nam teorii i szkól zarządzania. Wizja turkusowych organizacji jest sprzeczna względem klasycznych teorii zarządzania, gdzie podział pracy, autorytet formalny menedżera, jedność rozkazodawstwa i kierownictwa, podporządkowanie interesów osobistych interesowi ogółu oraz zachowana hierarchia i struktury organizacyjne były gwarantem efektywnego zarządzania organizacją. Nie jest również kompatybilna z wizją nurtu szkoły behawioralnej w obszarze stylów zarządzania i podejścia do motywacji oraz tworzenia systemów motywacyjnych. Turkusowym organizacjom brak również cech charakterystycznych dla szkoły ilościowej, gdzie organizacja rozumiana jest jako grupa ludzi współpracująca nad pewnym z góry określonym celem, wykonujących czynności w sposób uporządkowany i skoordynowany w oparciu o uporządkowaną strukturę w systemach, które posiadają uporządkowany podział pracy, przekładający się na porządek organizacyjny i przebieg procesów pracy oraz gdzie funkcje kierownicze koncentrują się wokół sterowania i regulacji tych procesów.
Większość współczesnych organizacji rozumie zarządzanie jako proces planowania, organizowania, przewodzenia, kontrolowania pracy członków organizacji oraz wykorzystywania wszelkich dostępnych zasobów organizacji do osiągnięcia jej celów. To co może łączyć koncepcję turkusowych organizacji z wspomnianymi powyżej koncepcjami zarządzania to fakt, że zarządzanie głównie dotyczy ludzi, stanowiących napęd każdego przedsiębiorstwa, a celem nadrzędnym jest takie działanie, które spowoduje maksymalizację zaangażowania jej członków i pozwoli zwrócić uwagę na pracę nad słabymi punktami organizacji poprzez wykorzystanie talentów, umiejętności oraz mocnych strony pracowników.
Frederic Laloux w swojej książce „Pracować inaczej” (“Reinventing Organizations”), zaproponował koncepcję turkusowej organizacji, wyznaczając tym samym nowy paradygmat, tj. organizację samozarządzającą się, w której nie ma sztywnej hierarchii. To organizacja, w której pracownik staje się członkiem organizacji, wykonującym różne funkcje i działającym w sposób projektowy, a tym samym przejmującym odpowiedzialność za podejmowane działania, które traktuje jako własne, autorskie przedsięwzięcia. Takie podejście do pracowników ukierunkowane jest na motywację poprzez wpływanie na wzrost poczucia wagi i celowości działań podejmowanych przez pracowników, którzy tym samym stają się partnerami w realizacji procesów biznesowych.
Między samoregulacją, a samokontrolą
Nowy paradygmat zaproponowany przez Frederic’a Laloux przestaje być rewolucyjny, gdy pod uwagę weźmiemy wyniki badań współczesnej psychologii nad procesami samoregulacji i samokontroli. Badacze tacy jak, Richard M. Ryan i Edward L. Deci oraz Julius Kuhl z zespołem zwracają uwagę na a istotne różnice między samoregulacją i samokontrolą. Zgodnie z podejściem tych autorów, samokontrola określa negatywny, autorytarny typ kontroli działania, oparty na przymusie i presji, o represyjnym charakterze, natomiast samoregulacja oznacza kontrolę demokratyczną. Dotychczasowe koncepcje zarządzania koncentrowały się głównie na procesach samokontroli, której towarzyszy poczucie przymusu oraz zobowiązania do podjęcia określonego działania. Kontrolą demokratyczną, której podstawę stanowią standardy zgodne z potrzebami i systemem wartości jednostek jest samoregulacja, dotyczącą działania, które jest zgodne z wewnętrznymi standardami (systemem wartości, preferencjami, potrzebami), gdzie jednym z motorów napędowych do działania jednostek jest zainteresowanie albo wartość i znaczenie celu.
Różnice między samoregulacją a samokontrolą stają się zrozumiałe na gruncie teorii autodeterminacji (Self Determination Theory) Ryana i Deci’ego, którzy wyróżniają cztery rodzaje motywacji zasadniczo różniące się poziomem odczuwanej w trakcie działania autonomii. Do nieautonomicznych motywacji należy tzw. kontrola zewnętrzna, kiedy to działanie podejmowane jest z uwagi na dążenie do uniknięcia zewnętrznej kary (np. dezaprobaty) lub do uzyskania zewnętrznej nagrody (np. pochwały) oraz działanie w oparciu o introjekcję, w ramach którego przymus zewnętrzny zostaje zastąpiony przez przymus wewnętrzny i jednostka działa pod wpływem poczucia winy, niepokoju, pragnąć uniknąć tego rodzaju negatywnych uczuć. Działanie kierowane przez zewnętrzną kontrolę bądź introjekcję, według Deci’ego i Ryan’a, to samokontrola, czyli kontrola oparta na przymusie. Autonomiczny charakter mają dążenia, którymi kieruje motywacja identyfikowana z Ja (poczucie ważności celu) bądź zintegrowana z Ja – satysfakcja, jakiej dostarcza realizacja celu. Podejmowane działania odbywające się na podstawie autonomicznej motywacji jest określane mianem samoregulacji. Autorzy na podstawie wyników licznych badań dowodzą że zasadnicza zmiana pojawia się wówczas, kiedy działanie kierowane przez standardy niezgodne z własnym Ja (przymus zewnętrzny lub przymus wewnętrzny) zostaje zastąpione działaniem kierowanym przez standardy zgodne z Ja. Zmiana charakteru motywacji, z takiej, kiedy osoba nie odczuwa zgodności standardu z własnymi potrzebami, preferencjami, wartościami, na takie, kiedy doświadcza wyraźnie takiej zgodności, powoduje, że działanie nie tylko staje się wytrwalsze, ale także prowadzi do wyższych osiągnięć, bardziej twórczych rozwiązań, a uzyskane rezultaty przyczyniają się do poprawy dobrostanu. Zarządzanie skupiające się na samokontroli może powodować, że ludzie nie pracują po to, aby realizować swoje najważniejsze potrzeby samorozwojowe, stąd też istnieje ryzyko, że mogą pojawiać się jednostki, które nie przywiązują się do swojej pracy i nie angażują się w nią całkowicie.
Zaufanie podstawą sukcesu
W modelu turkusowych organizacji nacisk położony jest na samoregulację i wykorzystanie teorii autodeterminacji, gdzie każdy z pracowników może zaspokoić zarówno potrzeby kompetencji, rozumianej jako poczucie własnej efektywności i sensu podejmowanych działań, jak i potrzeby autonomii (wpływu na określone zdarzenia) oraz potrzebę relacji, którą w turkusowych organizacjach zaspokaja stworzona przestrzeń do wymiany doświadczeń. W turkusowych organizacjach człowiek jako aktywna jednostka, może się rozwijać i realizować ważne dla niego cele, wpływające na jego dobrostan (w sferze psychicznej, fizycznej i społecznej). Jest to możliwe dzięki zaufaniu i stworzeniu pracownikom możliwości podejmowania autonomicznych decyzji, za które ponoszą pełną odpowiedzialność.
W turkusowych organizacjach zaufanie jest podstawą sukcesu, to pracownicy mają realny wpływ na rozwój firmy, pełnią funkcje które są dostosowane do ich potencjału, a ich zmiana wynika nie z przymusu lecz ich własnej motywacji, której podstawą jest rozwój kompetencyjny lub chęć „sprawdzenia się” w nowych warunkach. Kluczowym jest tu zachowanie i utrzymanie równowagi między motywacją wewnętrzną pracowników, a odpowiednim środowiskiem pracy, w którym ludzie w swoim podejściu są świadomi i przekonani do tego, że będąc członkami organizacji, są za nią odpowiedzialni, a angażując się w rożne zadania dostosowane do ich indywidualnych kompetencji, świadomie wykorzystują swój potencjał, tworząc wartość w procesie i wynika to z ich własnego wyboru. Wymaga to oczywiście wykreowania przyjaznego i bezpiecznego środowiska pracy, w którym pracownicy czują się równi i szanowani. Zmiana paradygmatu i odejście od systemowego motywowania/ mobilizowania pracowników ukierunkowanego na generowanie zysku, na rzecz tworzenia przyjaznego i opartego na zaufaniu środowiska pracy, bazującego na samoświadomości jego członków może być podstawą do osiągania przez firmy lepszych wyników.
Menedżer jako autentyczny lider i mentor
Turkusowe firmy powinny być organizacjami o płaskiej strukturze organizacyjnej, w której pracownicy rozwijają się, dzielą wiedzą i doświadczeniem oraz wspierają się wzajemnie w wykonywaniu określonych zadań/ pełnionych funkcji. Kluczowym staje się zatem komunikacja i sprawnie działający system przepływu informacji oraz stworzenie przestrzeni, w której pracownicy mogą otwarcie dzielić się wiedzą, wymieniać zdobytymi doświadczeniami, generować pomysły i zgłaszać propozycje działań doskonalących. Taka przestrzeń wpływa na wzrost poczucia sensu i wpływu na działanie firmy każdego pracownika, tym samym na stymulowanie innowacyjności i rozwoju. Modyfikacja sposobu i stylu komunikacji może stanowić największe wyzwanie, bo oznacza pracę nad zmianą dotychczasowych przyzwyczajeń i standardów. To również zmiana optyki postrzegania pojawiających się błędów polegająca na skupieniu się na doświadczeniach wynikających z popełnionych błędów, gdzie proces komunikacji i udzielania informacji zwrotnej jest konstruktywny, pozbawiony elementów oceniania oraz nastawiony na innowacyjność i rozwój, a nie wdrożenie cyklu dyscyplinującego. Inna jest również rola i oczekiwania wobec menedżerów, którzy zamieniają się w autentycznych liderów i mentorów.
Frederic Laloux wskazuje, że model turkusowy zarządzania organizacją jest kolejnym etapem rozwoju, wynikającym z ludzkiej świadomości. Trudno się z nim nie zgodzić, mając na uwadze m.in. fakt wchodzenia na rynek pracy nowych pokoleń z innym etosem pracy, systemem wartości i sposobem działania (Y Gen i Z Gen). Organizacje zarządzające wszystkimi procesami, z płynnym (nieustrukturyzowanym) przepływem zasobów i elastycznym podejściem do przyjmowania ról, które są definiowane przez członków organizacji na bieżąco, w zależności od aktualnych potrzeb z uwzględnieniem predyspozycji jednostek i talentów każdego z pracowników mogą lepiej wpisywać się w oczekiwania względem pracy przedstawicieli pokolenia Y i Z. Warto zatem zastanowić się nad tym, jakich zmian wymagać będzie od nas podejście do zarządzania organizacją oraz jak powinna ewoluować rola i funkcja lidera, a większość założeń koncepcji Laloux może stanowić bardzo dobre źródło inspiracji do świadomego inicjowania procesu zmiany.
Autor: Łukasz Rompel
Trener, ekspert do spraw rozwoju kompetencji miękkich i zarządzania projektami
w Brainstorm Group
BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, kontynuuje realizację przyjętego planu inwestycyjnego. Emitent zakończył pierwsze półrocze 2017 r. zyskiem netto na poziomie jednostkowym w kwocie 0,63 mln zł, a jego przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 14,64 mln zł.
Spółka zwiększyła sprzedaż o ponad 22% w ujęciu rdr. oraz utrzymała wynik netto na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu 2016 r. W pierwszej połowie 2017 roku zostały wprowadzone zmiany w strukturze zespołów handlowych w kraju, co ma zapewnić bardziej efektywną pracę w terenie poza segmentem mikrobiologii. Jednak BioMaxima S.A. koncentruje obecnie swoje działania na realizacji przyjętego programu inwestycyjnego, który przełoży się na osiągane wyniki finansowe oraz wartość Spółki. Suma planowanych nakładów inwestycyjnych Emitenta w najbliższych dwóch latach wyniesie blisko 18 mln zł. Spółka otrzymała kilka dofinansowań, których łączna kwota przekracza 6,5 mln zł, oczekiwane są decyzje dotyczące przyznania kolejnych 3 mln zł dofinansowania. W przeciągu najbliższych dwóch kwartałów BioMaxima S.A. zbuduje Centrum Badawczo-Rozwojowe oraz zakład produkcyjny. Planowane inwestycje Emitenta w Lublinie umożliwią mu wypracowywanie coraz lepszych wyników finansowych.
„Połączenie z Biocorp dające duży wzrost przychodów z mikrobiologii i eksportu umożliwiło stabilizację wyniku Spółki zarówno na koniec 2016 roku, jak i w pierwszym półroczu 2017 roku, wobec niższej wartości sprzedaży krajowej spoza segmentu mikrobiologii. Podejmujemy działania korygujące w obszarze sprzedaży w kraju, które powinny przynieść efekty jeszcze w 2017 roku. W bieżącym kwartale, po rozpoczęciu budowy w Lublinie, zaprezentujemy potencjał, który niosą ze sobą planowane inwestycje. Realizacja tego ambitnego programu inwestycyjnego umożliwi nam zarówno polepszenie rentowności Spółki, jak i wzmocnienie jej pozycji konkurencyjnej na obsługiwanych rynkach. BioMaxima będzie przesuwała się w kierunku własnych, innowacyjnych technologii.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
Spółka intensywnie pracuje nad rozbudową portfolio oferowanych produktów o pozycje, które umożliwią wzmocnienie jej pozycji rynkowej. Obecnie prowadzone są prace badawczo-rozwojowe związane z opracowaniem testów MIC do badania lekooporności, które następują zgodnie z przyjętym harmonogramem. Przewidywany termin opracowania technologii testów został wyznaczony na połowę 2018 r. i wydaje się on być niezagrożony. BioMaxima S.A. kończy też prace w zakresie własnego analizatora biochemicznego, a ich finalizacja ma nastąpić już w nowym Centrum Badawczo-Rozwojowym. Emitent będzie tam również opracowywać całą gamę innowacyjnych szybkich testów na choroby infekcyjne.
BioMaxima S.A. informowała ostatnio o realizacji umowy z Pure Biologics, która przygotowuje się do rozpoczęcia I fazy prac nad testem do wykrywania raka pęcherza moczowego. Będzie on nowatorskim testem pod względem konstrukcyjnym, dla którego nie istnieją konkurencyjne rozwiązania na rynku światowym. Spółka będzie zacieśniać kooperację z Pure Biologics w nowym Centrum Badawczo-Rozwojowym w obszarze prototypowania i wdrażania do produkcji szybkich testów.
„Prace rozwojowe, które obecnie prowadzimy, mają na celu stworzenie wyspecjalizowanego podmiotu oferującego pełną gamę rozwiązań w obszarze mikrobiologii, począwszy od klasycznej bakteriologii, a skończywszy na najnowszych technologiach molekularnych. Również w obszarach poza mikrobiologią, stawiamy na technologie oferujące potencjał wzrostu w przyszłości. Chcemy być marką dającą naszym klientom, zarówno klinicznym, jak i przemysłowym, pewność pełnego zabezpieczania ich potrzeb diagnostycznych. Posiadamy setki wieloletnich klientów w kraju oraz szybko rosnącą grupę dystrybutorów w ponad sześćdziesięciu krajach na świecie. Na tej bazie, w oparciu o specjalizację i głęboką wiedzę technologiczną chcemy zbudować nowoczesną, szybko rosnąca firmę.” – podsumowuje Prezes Urban.
Spółka wypłaci w tym roku dywidendę w kwocie 0,05 zł na akcję z zysku za 2016 r. Dzień dywidendy został ustalony na 31.08.2017 r. Z kolei jej wypłata nastąpi w dniu 18.09.2017 r. BioMaxima S.A. kontynuuje w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową.
BioMaxima S.A. wypracowała w minionym roku 1.228 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 28.746 tys. zł. Emitent zrealizował z sukcesem proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., co pozwoliło na stabilizację zysku netto, umocnienie pozycji rynkowej Spółki w segmencie mikrobiologii oraz na zwiększenie przychodów z działalności eksportowej. Spółka w 2016 r. przeprowadziła także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W 2017 r. mają się one połączyć się z należącą do Emitenta spółką Roco Sistem. Pozwoli to BioMaxima S.A. umocnić jej pozycję na rynku rumuńskim i osiągać na nim wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach produktowych.
W Polsce swoje fabryki ma nie tylko Toyota, Fiat czy Opel. Wytwarzane są tu również samochodowe części i akcesoria. Mamy nowatorskie pomysły, jak projekty Syreny, Warszawy czy sprzedaną już w dwóch egzemplarzach, sportową Arrinerę.
Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Polska jest poważnym graczem na rynku autobusów. Najbardziej znany producent to firma Solaris z Bolechowa pod Poznaniem, wytwarzająca również modele hybrydowe i elektryczne, trolejbusy i tramwaje. Duże zakłady w Polsce posiada także niemiecki MAN. Podwozia i szkielety autobusów powstają w Starachowicach, a ich końcowy montaż odbywa się w Sadach pod Poznaniem. W Słupsku swoje autobusy produkuje Scania, a Volvo we Wrocławiu. Kolejną polską marką jest na tym rynku Solbus z Solca Kujawskiego, produkujący autobusy miejskie i autokary. W Niepołomicach koło Krakowa powstają natomiast ciężarówki MAN-a, eksportowane do Europy Zachodniej, na Bliski Wschód, do Afryki i Azji.
Produkujemy akcesoria dla największych graczy na rynku motoryzacyjnym
Bardzo długą listę tworzą polscy producenci części i akcesoriów, wykorzystywanych przez światowy przemysł motoryzacyjny. Dobrym przykładem jest Inter Groclin z Grodziska Wielkopolskiego – potentat w produkcji samochodowych foteli i tapicerek. Dostawca dla marek Audi, BMW, Ford, Mitsubishi, Mercedes, Opel, Porsche, Renault, Smart, Suzuki, Volkswagen i Volvo. Nim firma stała się spółką akcyjną, jej kubełkowe fotele były opcjonalnym wyposażeniem Fiatów 126p. Inter Groclin zajmuje się też tworzeniem rozwiązań elektrycznych dla samochodów ciężarowych, maszyn budowlanych i autobusów. W dziewięciu zakładach zatrudnia ponad 3300 pracowników.
Swoje filie w Polsce ma także światowy koncern ZF TRW, produkujący w pięciu zakładach pasy bezpieczeństwa i poduszki powietrzne, układy kierownicze w Bielsku-Białej i hamulcowe w Gliwicach, zamki i przełączniki w Pruszkowie. Znana z produkcji felg firma Ronal ma zakłady w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach, produkujące 3 mln felg rocznie. Zagraniczni producenci opon: Michelin, Goodyear i Bridgestone też mają u nas swoje fabryki.
Imponujący jest jednak przegląd całkowicie polskich firm, produkujących części zamienne, a nawet całe pojazdy. Przykładem prężnie prowadzonej firmy jest Oximo, lider branży wycieraczek do szyb samochodowych z Gdyni. W ofercie ma zamienniki do 99 proc. aut i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży motoryzacyjnej. W naszym kraju działa także inny duży producent wycieraczek, firma Motgum.
Almot ze Złotnik Kujawskich produkuje tłoki i cylindry oraz aluminiowe części do motocykli, motorowerów i samochodów. Andoria-Mot z Andrychowa zajmuje się produkcją silników wysokoprężnych i zespołów prądotwórczych. Automet z Sanoka wyspecjalizowana w projektowaniu, produkcji i dystrybucji tworzyw sztucznych na rynek motoryzacyjny, tworząc zabudowy minibusów i produkując autobusowe fotele. Oferuje również minibusy własnej konstrukcji: Feniks, Apollo i Jupiter.
Potęga nie tylko w częściach
Znane z produkcji zabudów specjalnych AMZ-KUTNO, przygotowuje karetki pogotowia, miejskie autobusy, bankowozy oraz specjalistyczne pojazdy dla służb energetycznych, wodociągowych, straży miejskiej i policji. Na zlecenie wojska, także pojazdy operacyjne i sanitarki. W 2004 roku rozpoczęła produkcję lekkich transporterów opancerzonych „DZIK” dla jednostek specjalnych. Sławę w całym kraju zyskała jednak za sprawą prototypu Syrenki, której małoseryjna produkcja miała się rozpocząć pod koniec ubiegłego roku. Na razie powstało kilka jeżdżących prototypów. Istnieje też konkurencyjny projekt Syreny Meluzyny, proponowany przez AK Motor Polska. Na razie jednak nie spotkamy na drodze żadnego z tych samochodów.
Kontynuując wyliczankę polskich firm, produkujących części i budujących własne pojazdy, nie sposób pominąć Dobmaru, wytwarzającego kierunkowskazy, lampy i spinki samochodowe. Zajmująca się wytwarzaniem oraz kooperacją w produkcji komponentów i kompletnych zespołów motoryzacyjnych firma DZT Tymińscy jest z kolei aktualnym właścicielem fabryki samochodów Honker, mającej w ofercie dwa modele pojazdów: Honker 4×4 i Cargo. 4×4 to spadkobierca legendarnego Tarpana, a Cargo jest następcą produkowanego w latach 1959 – 1998 Żuka. To unowocześniony samochód dostawczy, znany niegdyś jako Passagon, a wcześniej pod nazwą Lublin. Obecnie firma pracuje nad dwoma modelami pojazdów Honker Bus do przewozu 22 osób. Pierwszy projekt jest na etapie prototypu. Drugi model, o zwiększonej kubaturze i z oddzielnym wejściem dla pasażerów – w fazie koncepcyjnej.
Prężnie działa firma Jenox z Chodzieży, produkująca akumulatory. Jej konkurencją jest Loxa, dostarczająca akumulatory w Europie, Azji i Afryce. Za sprawą kampanii reklamowej z udziałem Krzysztofa Hołowczyca głośno zrobiło się o podpoznańskiej firmie Lumag, produkującej znane dziś w całej Polsce klocki hamulcowe Breck. Melle z Ostrowa Wielkopolskiego to z kolei producent kosmetyków samochodowych K2. Oferuje produkty dla myjni i lakierni, płyny chłodnicze, dodatki do paliw i samochodowe zapachy. Pozycję na rynku części zamiennych wypracował przez lata PZL Sędziszów, krajowy lider w produkcji filtrów paliwa, powietrza i olejów smarnych do wszelkiego rodzaju silników i urządzeń.
Światowa sława
Prawdziwą, znaną na całym świecie gwiazdą polskiej motoryzacji jest jednak firma Melex z Mielca, zajmująca się seryjną produkcją pojazdów elektrycznych o tej samej nazwie. Dziś możemy je spotkać w centrach miast, hotelach i na polach golfowych całego świata. W ofercie ma wersje pasażerskie, bagażowe i specjalne. Nie sposób też pominąć firmy Ursus, specjalizującej się w mechanizacji rolnictwa. Ta znana od dziesiątków lat marka ciągników, maszyn i urządzeń, zaprezentowała w tym roku autobus z napędem wodorowo-elektrycznym, City Smile Fuel Cell Electric Bus. Pojazd będzie produkowany w Lublinie. W ofercie Ursusa pojawił się także mały i lekki, dwuosobowy samochód z napędem elektrycznym, idealny dla firm komunalnych i poczty. Dziełem Ursusa jest także autobus elektryczny, wykorzystywany w transporcie publicznym w Lublinie.
Z dużymi sukcesami działa Wielton z Wielunia, jeden z trzech największych producentów naczep, przyczep i zabudów samochodowych w Europie oraz jeden z dziesięciu największych producentów w tej branży. Działa w niej również firma Zasław z Andrychowa, wytwarzająca pojazdy użytkowe, przyczepy i naczepy. W latach 50. zasłynęła produkcją najczęściej używanego w Polsce modelu przyczepy rolniczej – z tzw. „Autosanek” korzysta wciąż 70 proc. gospodarstw rolnych. Obecnie Zasław sprzedaje w całej Europie przyczepy o DMC od 6 do 35 ton. Ciekawostką jest także firma WISS z Bielska-Białej, czołowy producent samochodów pożarniczych – nie tylko w Polsce, ale i całej Europie. W zakładach pracuje ponad 400 osób. Oferują samochody pożarnicze, ratownicze, techniczne, lotniskowe, miotacze, kontenery i przyczepy.
Odważni marzyciele
Mamy też liczne, nowatorskie pomysły. Przykładem może być budowa pierwszego polskiego supersamochodu – Arrinery Hussarya. Projekt mechaniczny to dzieło przez polskiego inżyniera, Krzysztofa Stelmaszczuka. Pakiet aerodynamiczny powstał pod nadzorem profesora Janusza Piechny i jego zespołu z Politechniki Warszawskiej. Poszycie z włókna węglowego oraz spawanie konstrukcji zostały wykonane w Polsce. Cena auta to ponad 1,2 mln zł. Pomimo to, znalazło się już dwóch nabywców. Kolejnym przykładem na to, że marzenia czasem się jednak spełniają, może być absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, Jacek Chrzanowski, który wraz z dwójką przyjaciół otworzył w inkubatorze przedsiębiorczości łódzkiego Technoparku One One Lab – studio, projektujące samochody i środki komunikacji. Rozgłos, nie tylko zresztą w Polsce, przyniósł mu projekt o nazwie Syrma Hypersport Concept. W 2015 roku, jego futurystyczny samochód udało się zaprezentować na międzynarodowym Salonie Samochodowym w Genewie, gdzie zebrał bardzo dobre recenzje.
Być może świat polskiej motoryzacji zmieni się kiedyś dzięki takim marzycielom, jak Tomasz Ferdek – twórca lekkiego, dwumiejscowego sportowego kit-cara KOZMO. Taniego samochodu wyścigowego, dopuszczonego do ruchu. Z aluminiową ramą i nadwoziem z laminatu oraz centralnie umieszczonym silnikiem Abartha o mocy podniesionej do 230 KM.
Elektromobilność? Odległa przyszłość
Polacy potrafią produkować samochody i najwyższej jakości komponenty dla motoryzacji. Polski rząd ma natomiast ambicje realizacji szeroko zakrojonego programu elektromobilności oraz budowy polskiego samochodu z napędem elektrycznym. O ile to ostatnie, przynajmniej na razie, może się nie udać – o tyle zaproponowany przez wicepremiera, Mateusza Morawieckiego, rządowy program wsparcia elektromobilności – zakładający wprowadzenie na nasze drogi do 2025 roku miliona aut elektrycznych – ma szansę na częściową realizację, choć w znacznie skromniejszej formule.
Stworzenie samochodu elektrycznego jest jednym z celów klastra INNOeCAR, założonego na początku tego roku w Gdyni. List intencyjny w tej sprawie podpisało 10 podmiotów, w tym władze miasta, firmy i uczelnie wyższe. INNOeCAR pracuje nad prototypem lekkiego, dwuosobowego, elektrycznego samochodu miejskiego do car-sharingu. Jeżdżący model auta ma zostać zaprezentowany już od koniec roku. Następnie, mogłaby się rozpocząć jego niskoseryjna produkcja. Do 2020 roku ma również powstać w Polsce 6 tys. punktów wolnego oraz 400 szybkiego ładowania samochodów, rozmieszczonych w 32 aglomeracjach, wzdłuż najważniejszych sieci transportowych. Oby się udało.
Po przeszło 20 latach działalności w Radzie Nadzorczej Alfons Hörmann od 1 stycznia 2018 obejmie funkcję Prezesa Zarządu firmy Schöck. Na jego miejscu w Radzie Nadzorczej zasiądzie Nikolaus Wild.
Nowy Prezes Zarządu firmy Schöck, Alfons Hörmann (z lewej) oraz założyciel firmy Eberhard Schöck Źródło: Schöck
Schöck to międzynarodowa firma zajmująca się produkcją materiałów oraz rozwiązań budowlanych z siedzibą główną w Niemczech w mieście Baden-Baden. 24 lipca 2017 roku odbyło się tegoroczne walne zgromadzenie akcjonariuszy Schöck, podczas którego na nowego Prezesa Zarządu wybrany został Alfons Hörmann.
Hörmann był członkiem Rady Nadzorczej od 1998 roku, a od 2003 działał jako jej przewodniczący, zastępując na tym stanowisku założyciela firmy, Eberharda Schöcka.
Zanim pan Hörmann obejmie stanowisko Prezesa Zarządu będzie nadal piastował funkcję w Radzie Nadzorczej i intensywnie uczestniczył w rozwoju strategicznym grupy Schöck. Od 1 stycznia 2018 będzie on pełnił jednocześnie obowiązki Prezesa Zarządu i Członka Zarządu ds. Sprzedaży. Osobą odpowiedzialną w Zarządzie za finanse pozostanie Thomas Stürzl, natomiast sprawy techniczne będzie nadal nadzorował dr Harald Braasch.
„Wraz z rodziną jesteśmy niezwykle zadowoleni z tego, że pan Hörmann po dwóch udanych dekadach współpracy w Radzie Nadzorczej od 2018 będzie jeszcze bliżej firmy” – mówi założyciel firmy Schöck, Eberhard Schöck.
Alfons Hörmann – jako Prezes Zarządu – odpowiedzialny będzie za działania strategiczne całej grupy i ustali kurs dla dalszego pomyślnego rozwoju firmy na rynku krajowym i rynkach międzynarodowych. Podczas wykonywania obowiązków na nowym stanowisku Alfons Hörmann będzie na pewno szeroko wykorzystywał zdobyte do tej pory wieloletnie doświadczenie w branży budowlanej. Jak dodaje Eberhard Schöck: „Jego dodatkowe, duże zaangażowanie na różnych innych stanowiskach honorowych, w tym jako przewodniczący Niemieckiej Federacji Sportów Olimpijskich, idealnie wpisuje się w filozofię naszej firmy. Pan Hörmann może liczyć na nasze kompleksowe wsparcie.”
Sam Alfons Hörmann komentuje swoją dotychczasową współpracę z firmą Schöck następująco: „Rozwój firmy, w którym mogłem uczestniczyć przez ostatnie 20 lat dawał mi wiele satysfakcji. Z radością oczekuję na nowe wyzwania związane z pracą w Zarządzie tej wiodącej na rynku i innowacyjnej firmy, a także na bliższą współpracę z dobrze mi znanym, silnym zespołem. Tak jak w poprzednich latach będę wypełniał zobowiązania przedsiębiorcy poprzez zaangażowanie między innymi w wolontariat na szczycie Federacji Sportów Olimpijskich, tak by sprostać wymaganiom związanym ze społeczną odpowiedzialnością biznesu.”
Miejsce Alfonsa Hörmanna w Radzie Nadzorczej przejmie Nikolaus Wild, który od 2014 roku pełnił funkcję Prezesa Zarządu firmy Schöck. Dzięki takim działaniom możliwe jest utrzymanie ciągłości zatrudnienia w najwyższych strukturach firmy, Radzie Nadzorczej, Zarządzie oraz Radzie fundacji założonej przez rodzinę Schöck.
15 sierpnia 2017 r. Air Berlin złożył wniosek o upadłość. Przewoźnik zakończył 2016 rok ze stratą opiewającą na 780 mln euro. Ekspert w dziedzinie odszkodowań lotniczych – AirHelp – wyjaśnia, co w związku z tą sytuacją powinni wiedzieć pasażerowie tej linii lotniczej.
Air Berlin potwierdził, że w pierwszym etapie loty będą wykonywane zgodnie z planem. Oznacza to, że pasażerowie, którzy spotkają się z opóźnieniem czy odwołaniem kursu bądź odmową wejścia na pokład – zgodnie z regulacją UE WE261 – mogą ubiegać się o odszkodowanie nawet do 600 euro. Wysokość odszkodowania zależy od długości opóźnienia, liczonego do przybycia na miejsce docelowe. Wniosek o rekompensatę można złożyć nawet 3 lata po problematycznej podróży. AirHelp wspiera pasażerów w całym procesie ubiegania się o odszkodowanie i – jeśli będzie taka potrzeba – pomaga w prowadzeniu spraw na drodze sądowej, również poza granicami Polski.
W momencie, gdy Air Berlin finalnie zakończy swoją działalność, bilety przestaną być ważne. Wówczas wypłata odszkodowania jest zależna od rodzaju rezerwacji:
pasażerowie, którzy zarezerwowali lot bezpośrednio u Air Berlin, nie otrzymają rekompensaty z tytułu niewypłacalności linii lotniczej,
ubieganie się o odszkodowanie jest możliwe po zakupie biletu za pośrednictwem biura podróży lub linii partnerskiej, gdy loty zostały objęte programami ubezpieczeniowymi, co w przypadku wycieczek zorganizowanych jest obowiązkowe,
klienci, którzy zarezerwowali lot bezpośrednio u Air Berlin, ale jako środka płatności użyli karty kredytowej, powinni natomiast odzyskać pieniądze za bilet. Płatność może zostać bowiem anulowana, zanim dotrze do linii lotniczych. Ponadto w przypadku ogłoszenia upadłości istnieje możliwość spłaty zadłużonych kwot. W tym przypadku należy przesłać odpowiednie dokumenty do firmy, obsługującej karty kredytowe, która poświadcza nieudaną transakcję.
Jeśli potrzebujesz więcej informacji na temat przysługujących pasażerom linii lotniczych praw, odwiedź https://www.airhelp.com/pl/prawa-pasazerow/.
Pasażerowie, którzy spotkali się z odwołanym lub anulowanym lotem, jeszcze będąc na lotnisku mogą sprawdzić swoje uprawnienia do ubiegania się o odszkodowanie oraz złożyć wniosek. Wystarczy skorzystać z bezpłatnej aplikacji AirHelp.
W II kwartale 2017 r. PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2010) zwiększył się realnie o 1,1% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 4,4%.
PKB niewyrównany sezonowo (w cenach stałych średniorocznych roku poprzedniego) wzrósł realnie o 3,9% w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego.
PKB wyrównany sezonowo, ceny stałe przy roku odniesienia 2010
2015
2016
2017
I kw.
II kw.
III kw.
IV kw.
I kw.
II kw.
III kw.
IV kw.
I kw.
II kw.
zmiana (%) do poprzedniego kwartału
+1,5
+0,5
+1,2
+0,9
-0,1
+0,9*
+0,4
+1,7
+1,1
+1,1
zmiana (%) do analogicznego kwartału roku poprzedniego
+4,0
+3,4
+3,8
+4,2
+2,5
+3,0
+2,2
+3,0*
+4,2
+4,4
PKB niewyrównany sezonowo, ceny stałe średnioroczne roku poprzedniego
2015
2016
2017
I kw.
II kw.
III kw.
IV kw.
I kw.
II kw.
III kw.
IV kw.
I kw.
II kw.
zmiana (%) do analogicznego kwartału roku poprzedniego
+3,8
+3,3
+3,6
+4,6
+2,9
+3,0
+2,4
+2,5
+4,0
+3,9
* Dane zostały zmienione w stosunku do opublikowanych w dniu 31 maja 2017 r.
Uwaga: Dane opracowano zgodnie z obowiązującym w rachunkach narodowych Europejskim Systemem Rachunków Narodowych i Regionalnych w Unii Europejskiej (ESA2010), wprowadzonym Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 549/2013 z dnia 21 maja 2013 roku.
Źródło: Główny Urząd Statystyczny
Już prawie 2 na 3 z nas przyznaje, że jest aktywnych fizycznie. Jak wynika z badań, króluje rower, ale bieganie nie zostaje daleko w tyle. Polacy wybierają sport – i stymulują sprzedaż na rynku sprzętu outdoorowego.
Odpoczynek przed telewizorem? Jak pokazuje raport „Aktywność fizyczna Polaków” zainteresowanie sportem nie oznacza tylko oglądania meczu na ekranie. Bo choć piłka nożna wzbudza największe zainteresowanie obu płci, osobiście wolimy „wykręcić” kilka kilometrów na rowerze czy pobiegać w parku. Aktywnych rodaków przybywa, a tę tendencję zauważają producenci wyposażenia outdoorowego – i już szacują przyszłe wpływy.
Wybieramy wieczorną aktywność
Według raportu Kantar TNS, ponad 60% Polaków deklaruje, że uprawia sport. Co trzeci z badanych robi to co najmniej trzy razy w tygodniu. Jakie sporty preferujemy? Króluje jazda na rowerze (31% wskazań), która wyprzedza zyskujące kolejnych zwolenników bieganie (29%). Jak pokazuje raport, wolimy jeździć na własnym sprzęcie, niż tym z miejskiej wypożyczalni – z tych ostatnich korzysta tylko 2% z nas. Na co wskazują też wyniki rynku akcesoriów sportowych – na przykład oświetlenia przenośnego. – To dedykowane kolarzom wciąż cieszy się największą popularnością. Niemniej jednak wzrasta liczba zapytań na przykład o lampki czołowe, po które coraz częściej sięgają biegacze – mówi Cyprian Lemiech, dyrektor marketingu w firmie Mactronic. Ma to ścisły związek także z porą uprawiania sportu – aż 31% respondentów jest aktywnych między 18:00 i 21:00, na co ma wpływ ich zawodowa aktywność. – W sierpniu taki trening kończy się już po zmierzchu, więc nie dziwi, że chętniej sięgamy po rozwiązanie mające podnieść komfort i bezpieczeństwo – dodaje Cyprian Lemiech. A za to jesteśmy w stanie sporo zapłacić.
Branża liczy na miliony
Jak wynika z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki, już 4 na 10 gospodarstw domowych przeznacza pieniądze na sport i rekreację ruchową. Ile? Średnio co roku ponad 1000 zł, z czego co piąta złotówka jest przeznaczana na sprzęt sportowy – na przykład wspomniane latarki. Powody do zadowolenia mogą mieć nie tylko producenci oświetlenia, ale też organizatorzy zajęć sportowych czy firmy odzieżowe. Według Euromonitor International w 2021 roku tylko wartość sprzedaży wyspecjalizowanej odzieży do uprawiania sportu na świeżym powietrzu ma sięgnąć niemal miliarda złotych. Według danych serwisu 4Outdoor.pl, sklepy ze specjalistycznym sprzętem sportowym notują wzrosty od początku ubiegłego roku. Wzrost zainteresowania takim sprzętem jak zegarki z modułem GPS, gogle, czy latarki czołowe i kempingowe pokazuje, jaki sposób spędzania wolnego czasu coraz bardziej interesuje Polaków. – Widać dużą popularność akcesoriów dedykowanych biegaczom, fanom wspinaczki, czy wypoczynku bliżej natury. Co ciekawe rośnie też zainteresowanie na przykład latarkami taktycznymi – przybywa osób wybierających aktywność jaką jest ASG – mówi Cyprian Lemiech.
Przygoda w duchu sportu
Na wzrost zainteresowania sportami outdoorowymi może mieć też wpływ sposób (a w zasadzie miejsce) spędzania urlopu przez Polaków. Jak wynika z badań Diners Club Polska, pod względem planów wakacyjnych na ten rok dominowała postawa „patriotyczna”. Aż 36% badanych deklarowało, że wakacje spędzi w Polsce – podróżując, odpoczywając na plaży, zwiedzając, czy uprawiając sport i zdobywając nowe umiejętności. Niemal 70% z badanych zadeklarowało, że taki wyjazd organizuje samodzielnie. I to o tę grupę rywalizują dziś producenci sprzętu outdoorowego, próbując m.in. przekonać Polaków do trendu mini-przygody – niezapomnianych emocji, które mogą czekać tuż za rogiem. – Odbiorcy są coraz bardziej nastawieni na wysoką jakość – wrażeń towarzyszących aktywności fizycznej i sprzętu, w który inwestują. Stąd w przypadku tego ostatniego kluczowego znaczenia nabiera oryginalny styl, potwierdzona certyfikatami trwałość i niezawodność – mówi Cyprian Lemiech z Mactronic. A jak dowodzą badania Schopper Study, Polacy nie kierują się już tylko ceną – jako dojrzali konsumenci wolimy wydać więcej, ale otrzymać lepszy i trwalszy produkt.
MERIT INVEST SA spółka zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, której akcje notowane są na rynku NewConnect, zakończyła drugi kwartał 2017 z bardzo dobrymi wynikami finansowymi, w tym wzrostem aktywów o blisko 400%, a kapitału własnego o niemal 832% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Zarząd Spółki intensyfikuje aktywność inwestycyjną, rozbudowuje liczbę spółek w portfelu i panuje nowe inwestycje.
Drugi kwartał 2017 roku w wykonaniu MERIT INVEST SA, zajmującej się działalnością inwestycyjną oraz doradczą to już trzeci z rzędu bardzo udany kwartał dla akcjonariuszy i Zarządu. Aktywa Spółki wzrosły na dzień 30 czerwca 2017 do wartości 1.259,23 tys. zł, co wobec 274,54 tys. zł w drugim kwartale 2016 roku stanowi wzrost o blisko 400%. Imponujące wzrosty Spółka zaraportowała również w najważniejszej pozycji bilansu. Kapitały własne zwyżkowały o blisko 832% z 96,66 tys. zł przed rokiem, do 900,82 tys. zł. Spółka zwiększyła również przychody z działalności operacyjnej do wartości 95,20 tys. zł z 66,95 tys. zł. Zysk brutto, bez uwzględnienia w rachunku wyników zysku 300 tys. zł na zbyciu akcji własnych wyniósł blisko 120 tys. zł, wobec straty przed rokiem -75,54 tys. zł. Łączny zysk Spółki, wraz ze zdarzeniem jednorazowym wynikającym ze zbycia akcji własnych sięgnął po drugim kwartale blisko 420 tys. zł.
Jak podkreśla Prezes Zarządu MERIT INVEST SA, tak dobre wyniki są możliwe między innymi dzięki bardzo dobrej reputacji MERIT INVEST SA na rynku i dbałości o relacje z akcjonariuszami. – „Naszego sukcesu nie byłoby bez bardzo intensywnej pracy przy budowie portfela inwestycyjnego w gronie kluczowych akcjonariuszy. Ale zależy nam na uznaniu wszystkich naszych akcjonariuszy i inwestorów, dlatego z całą pewnością nie mamy zamiaru wstrzymywać dalszego intensywnego rozwoju Spółki” – komentuje prezes Mirosław Stępień.
MERIT INVEST SA dba nie tylko o politykę informacyjną na najwyższym poziomie, ale również o interesy akcjonariuszy mniejszościowych. W drugim kwartale br. kluczowi akcjonariusze w ramach skupu akcji własnych sprzedali Spółce ponad 11% swoich akcji. W ten sposób powstało narzędzie do dalszego finansowania rozwoju Spółki. Zarząd wykorzystał część tych instrumentów do sfinansowania zakupu bardzo atrakcyjnego podmiotu – PS24 sp. z o.o. bez nowych emisji akcji. Decyzją wszystkich udziałowców został podwyższony kapitał zakładowy spółki portfelowej PS24 sp. z o.o. i obecnie trwają prace nad pozyskaniem inwestorów w ramach niepublicznej oferty udziałów. Zainteresowanie inwestorów w dofinansowaniu właściciela marki „Parkett Service” jest spore i jeszcze w tym roku powstanie na bazie PS24 w wyniku przekształcenia Parkett Service SA, która będzie ubiegać się o wejście na rynek NewConnect w 2018 lub 2019 roku. PS24 zdobywa nowe kontrakty i jest to budujące, że w niespełna rok po rozpoczęciu badania spółki udało się przygotować ją do dofinansowania oraz zbudować nowe kanały sprzedaży. Gotówka jaką ta spółka zdobędzie od inwestorów pozwoli na bardzo dynamiczny rozwój – realizację umów dla deweloperów i ich klientów oraz eksport podłóg drewnianych.
Rynek mieszkaniowy w Polsce jest w dobrej kondycji i trzeba jak najlepiej wykorzystać ten okres. Celem jest w przyszłości udany giełdowy debiut Parkett Service SA, który znacząco zwiększyłby wartość portfela MERIT INVEST SA oraz powiększyłby nasze zyski. Ma to zostać osiągnięte poprzez sukcesywny rozwój i zbudowanie podmiotu o wartości około 70 mln zł do 2023 roku, w czym MERIT będzie wspierał Zarząd właściciela marki Parkett Service.
Zdolność do generowania zysków na inwestycjach portfelowych MERIT już niejednokrotnie pokazał, a wyniki za drugi kwartał 2017 są tego kolejnym przykładem. Jednym z procesów jakie w ramach działalności inwestycyjnej są również realizowane to dobór do portfela akcji notowanych oraz zakupy do portfela MERIT INVEST SA podmiotów jeszcze nie notowanych i wprowadzanie ich akcji do obrotu na giełdę. W tym zakresie Spółka wykonuje tytaniczną pracę, aby wyszukać i zbadać nowe podmioty do portfela i całkiem możliwe, że niebawem pokażemy kolejne transakcje. W portfelu mogą się pojawić nowe spółki już notowane oraz podmioty, które mają szanse zostać podmiotami publicznymi. Przykład PS24 sp. z o.o. pokazuje, że proces znalezienia odpowiedniego podmiotu z ogromnym potencjałem zwiększenia wartości może trwać do etapu upublicznia nawet dwa czy trzy lata.
Aktualnie MERIT INVEST SA ma do zakończenia inwestycję w spółkę Nyytli. Proces uzgadniania szczegółowych warunków transakcji z udziałem Pana Ulfa Nygrena trwa i strony liczą na jego pozytywny koniec do 18 sierpnia. MERIT jest jednym z dwóch inwestorów finansowych w tym procesie, a na obecnym etapie mamy do czynienia z dwoma elementami w tej transakcji do uzgodnienia. Po pierwsze korzystna cena zakupu 30% udziałów spółki i prawidłowo wyceniony biznes, a po drugie przyjęcie strategii rozwoju, ekspansji i finansowania Nyytli w przyszłości. Strony porozumienia pracują nad ostateczną wersją biznes planu dla Nyytli w celu sprawnego uruchomienia produkcji mebli.
– „Segment inwestycyjny w MERIT INVEST SA jest ewidentnie kluczowy. Poza dalszymi pracami nad rozwojem PS24 i pozyskaniem do portfela Nyytli, Spółka zaczyna aktywnie poszukiwać partnerów i inwestorów dla realizacji dalszych planów dla siebie i spółek portfelowych. Zaczynamy przygotowywać projekty dużego formatu i bez partnerskiego udziału inwestorów nasz potencjał nie zawsze będzie można w pełni wykorzystać. W nowych projektach widzimy ogromną szansę na jeszcze większe zainteresowanie naszą Spółką szerokiego rynku i tu mamy do wykonania ciężką pracę. Mimo, że akcje Spółek notowanych w naszym portfelu wykazują potencjał do dalszego wzrostu, a część ze spółek akcyjnych – jeszcze nie notowanych – niebawem powinna zadebiutować na giełdzie oraz fakt, że posiadamy również udziały dobrze rokującej spółki, która wybiera się na rynek w 2018 roku, dla realizacji ciekawych projektów jakie są przed nami musimy rozpocząć poszukiwania inwestorów na akcje własne MERIT INVEST SA. Zdobycie kilku milionów złotych na nowe inwestycje, to niezbędny warunek, aby skokowo rosnąć i realizować nowe ambitne plany.” – podsumowuje drugi kwartał Mirosław Stępień.
Mirosław Stępień Prezes Zarządu MERIT INVEST SA swoje doświadczenie zdobywał przez lata w instytucjach finansowych. Brał udział przy wprowadzeniu ponad 20 podmiotów na giełdę. Obecna, bardzo dobra sytuacja w Spółce jest odzwierciedleniem tego w jaki sposób można te doświadczenia wykorzystywać w zgranym i profesjonalnym zespole. Niezwłocznie po wpisaniu Spółki na listę zarządzających Alternatywną Spółką Inwestycyjną przez KNF, Zarząd planuje upublicznić strategię inwestycyjną Spółki, która wskazuje kierunki do zdobywania pozycji lidera wśród emitentów NewConnect w segmencie Private Equity.
W I półroczu 2017 polski rynek biurowy zarejestrował kolejne rekordowe wyniki. Popyt sięgnął historycznie najwyższych 723 000 mkw., na który złożyły się znakomite rezultaty zarówno Warszawy (391 400 mkw.), jak i pozostałych największych rynków biurowych w Polsce (331 400 mkw.)
„Aż 331 400 mkw. powierzchni biurowych wynajęto w I półroczu 2017 poza Warszawą. To najlepszy wynik w historii rynku i 24% wzrost względem analogicznego okresu ubiegłego roku. Ten rekordowy rezultat porównywalny jest do popytu zarejestrowanego w samej Warszawie, co dodatkowo pokazuje wzrost znaczenia i dynamiczny rozwój rynków biurowych poza stolicą. Warto jednocześnie zauważyć, że coraz więcej firm analizuje lokalizacje biurowe poza głównymi aglomeracjami, ze względu na mniejsze nasycenie rynku pracy”, komentuje Łukasz Dziedzic, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.
Poza Warszawą popyt w pierwszej połowie roku podzieliły między siebie Kraków, Wrocław i Trójmiasto, osiągając odpowiednio 98 300 mkw., 91 700 mkw. i 73 800 mkw. – łącznie 80% regionalnego zapotrzebowania na powierzchnie biurowe. Tradycyjnie już, duże umowy na nowoczesne powierzchnie biurowe najczęściej zawierały firmy z sektora usług dla biznesu.
Największe umowy najmu w Polsce w I półroczu 2017
Miasto
Budynek
Najemca
Powierzchnia (mkw.)
Bydgoszcz
Business Park Kraszewskiego (odnowienie & ekspansja)
ATOS
21 700
Warszawa
Harmony Office Center (odnowienie)
Millenium Bank
18 300
Wrocław
Business Garden (przednajem)
Credit Agricole
15 500
Trójmiasto
Olivia Business Centre (odnowienie)
Energa Group
15 100
Kraków
Orange Office Park (odnowienie)
Brown Brothers Harriman
14 700
Warszawa
Generation Park X (przednajem)
Citi Services Center Poland
13 600
Warszawa
Łopuszańska Business Park B (odnowienie & ekspansja)
Alior Bank
13 400
Warszawa
Postępu 14 (odnowienie & ekspansja)
AstraZeneca
13 200
Wrocław
Business Garden (przednajem)
Capgemini
13 100
Źródło: JLL, PORF, www.bazabiur.pl, 2017 r.
Podaż
W I półroczu bieżącego roku pozawarszawski rynek biurowy urósł o 188 400 mkw. W tym samym czasie w Warszawie oddano do użytku 131 400 mkw.
Największe budynki biurowe oddane do użytku w Polsce w I półroczu 2017
Miasto
Budynek
Deweloper
Powierzchnia (mkw.)
Warszawa
Business Garden 3 – 7
Vastint
54 800
Łódź
Nowa Fabryczna
Skanska Property Poland
19 400
Kraków
Astris
Astris
13 000
Poznań
Bałtyk
Garvest Real Estate
12 500
Warszawa
Ethos
Kulczyk Silverstein Properties
12 100
Źródło: JLL, PORF, www.bazabiur.pl, 2017 r.
„Obecnie w Polsce buduje się ok. 1,8 mln mkw. biur. Aż milion mkw. przypada na główne miasta poza Warszawą – to historycznie najwyższa aktywność deweloperów na rynkach regionalnych. Warto jednak zauważyć, że pomimo tak znacznego poziomu podaży w budowie, wysoka absorpcja powierzchni biurowej przez najemców pozwala na optymistyczną prognozę dotyczącą poziomu wynajmu planowanych inwestycji”, wyjaśnia Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL.
Według analiz JLL, regionalne rynki mogą w II połowie roku urosnąć łącznie o dodatkowych 328 000 mkw., z czego najwięcej przypadnie na Kraków, Trójmiasto i Łódź. Ponadto, ok. 155 000 mkw. trafi na rynek warszawski. Część realizowanych projektów może zostać oddana przez deweloperów dopiero z początkiem 2018 r.
„Spodziewamy się, że Kraków przekroczy poziom 1 mln mkw.zasobów biurowych jeszcze w tym roku, a Wrocław najprawdopodobniej w 2018 ”, dodaje Łukasz Dziedzic.
Powierzchnie niewynajęte i czynsze
Łódź utrzymuje się na pierwszej pozycji pośród miast z najniższym poziomem pustostanów (6%), przed Trójmiastem (7,8%) i Wrocławiem (8,5%). Z kolei najwyższy wskaźnik powierzchni niewynajętej jest w Szczecinie (14,3%), Warszawie (13,9%) i Katowicach (12,7%).
W pierwszym półroczu 2017 r. najwyższe czynsze transakcyjne w Warszawie utrzymywały się na stałym poziomie od 20,5 do 23 euro za mkw. w Centrum i w przedziale 11-16 euro za mkw. poza nim.
Najwyższe stawki transakcyjne poza Warszawą wynoszą 13,9-14,5 euro za mkw. miesięcznie we Wrocławiu, 13,5-14,5 euro za mkw. miesięcznie w Krakowie i 13,6-14,1 euro za mkw. miesięcznie w Poznaniu.
W pierwszej połowie 2017 r. inwestorzy indywidualni wygenerowali 18 proc. (+5 pkt proc. rdr) obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW. Inwestorzy zagraniczni odpowiadali za 52 proc. obrotów (-2 pkt proc. rdr), a instytucjonalni za 30 proc. (-3 pkt proc. rdr)
Na rynku NewConnect główną rolę niezmiennie odgrywają inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wzrósł o 2 pkt proc. rdr w I półroczu 2017 r. do poziomu aż 77 proc. Spadły po 1 pkt proc. udziały inwestorów instytucjonalnych i zagranicznych odpowiednio do 16 i 7 proc.
Na rynku derywatów w I półroczu 2017 r. wiodącą rolę utrzymują krajowi inwestorzy indywidualni z udziałem 52 proc. w obrotach
Główny Rynek GPW
Największy udział w obrotach na Głównym Rynku akcji GPW w pierwszej połowie 2017 r., tak jak w poprzednich latach, stanowili inwestorzy zagraniczni. Wygenerowali 52% obrotów akcjami, mniej o 2 pkt proc. rdr. Udział krajowych inwestorów instytucjonalnych wyniósł 30 proc., o 3 pkt proc. mniej niż w analogicznym okresie przed rokiem. Inwestorzy indywidualni, w pierwszej połowie 2017 r., wygenerowali 18 proc. obrotów (+5 pkt proc. rdr) potwierdzając stabilny w ostatnich kilku półroczach udział tej grupy inwestorów w obrotach.
W I półroczu 2017 r. wśród krajowych instytucji dominowały TFI (udział na poziomie 32 proc.). Na drugim miejscu uplasowały się podmioty świadczące usługi animatorów (30 proc.), na trzecim otwarte fundusze emerytalne (14 proc.).
Tabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)
NewConnect
Na rynku NewConnect nadal wiodącą rolę odgrywają inwestorzy indywidualni, którzy w pierwszej połowie 2017 r. odpowiadali aż za 77 proc. obrotów. Ich udział wzrósł w tym okresie o 2 pkt proc. wobec I półrocza 2016 r. Inwestorzy zagraniczni stanowili 7 proc. obrotów w pierwszej połowie 2017 r. Instytucje wygenerowały w tym okresie 16 proc. obrotów, o 1 pkt. proc. mniej rdr. W I półroczu 2017 r. wśród instytucji krajowych na NewConnect dominowały TFI, które odpowiadały za 52 proc. obrotów akcjami (wzrost z 22 proc. w analogicznym okresie przed rokiem). Aktywnymi inwestorami na NewConnect były firmy (13 proc. obrotów) i animatorzy (12 proc.).
Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect(w proc.)
Rynek Instrumentów Pochodnych
Dominującą rolę krajowi inwestorzy indywidualni odegrali również w pierwszej połowie 2017 r. na rynku derywatów. Ich udział w wolumenie obrotu kształtował się na poziomie 52 proc. Na rynku opcji zaś sięgnął 44 proc. W I półroczu 2017 r. udział instytucji krajowych oraz inwestorów zagranicznych w wolumenie obrotu kontraktami kształtował się odpowiednio na poziomach: 28 proc. i 20 proc. Na rynku opcji w badanym okresie inwestorzy zagraniczni osiągnęli udział na poziomie 31 proc., co oznacza wzrost aż o 21 pkt. proc. rdr i 10 pkt. proc. wobec II półrocza 2016 r.
Tabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)
Tabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)
Szczegółowe wyniki badania dotyczącego udziału inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi zostały opublikowane na stronie internetowej GPW: http://www.gpw.pl/analizy
Giełda przeprowadziła badanie udziału różnych grup inwestorów (inwestorzy zagraniczni, krajowi instytucjonalni oraz krajowi indywidualni) w obrotach instrumentami finansowymi na parkiecie w I półroczu 2017 r. Zgodnie z przyjętą metodologią udziały poszczególnych grup inwestorów bazują na wynikach ankiety, na którą odpowiadają krajowe biura maklerskie, a także na danych o obrotach zdalnych członków giełdy. Działalność animatorów oraz zarządzanie portfelem klientów zostało potraktowane jako działalność krajowych inwestorów instytucjonalnych. W badaniach uwzględniono obroty sesyjne realizowane na GPW. Dane roczne obliczono na podstawie danych półrocznych.
Wymieniasz polską walutę na euro lub dolary i nie wiesz, kiedy zdecydować się na transakcję? Ze zmiany kursów w kilku minionych latach wynika, że najkorzystniejszy dla wymieniających z reguły bywa drugi kwartał.
– Rynek walutowy jest jednak na tyle wrażliwy na bodźce wewnętrzne i zewnętrzne, że z zaobserwowanej reguły nie warto czynić narzędzia do osiągnięcia zysku, lecz przede wszystkim do ograniczenia ryzyka strat – twierdzi Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.
Najkorzystniejszy drugi kwartał?
Jak uniknąć niekorzystnego momentu na wymianę walut? Jeżeli przyjrzymy się, jak zmieniały się notowania, można dostrzec pewną sezonowość. Z analizy okresów półrocznych wynika, że w drugiej części roku kursy dolara oraz euro wyrażone w złotych wzrastały nieco częściej niż w pierwszych półroczach. – Jednak patrząc głębiej, np. w ujęciu kwartalnym, można zauważyć, że drugi kwartał, szczególnie w ostatnich trzech latach, był najbardziej korzystny dla kupujących obie waluty. Bieżący rok potwierdził wspomnianą regułę. Do maja złoty był – wg Bloomberga – najsilniej umacniająca się walutą świata, zyskał zatem w relacji zarówno do euro, jak i dolara – zauważa analityk Cinkciarz.pl.
Drugie kwartały charakteryzowały się także niższą zmiennością kursów euro niż dolara. Przy czym zakres wahań notowań europejskiej waluty ogólnie był niewielki w porównaniu do zmian wartości amerykańskiej waluty.
– Za wyjątkiem I kwartału 2012 r., kiedy to średni kurs EUR/PLN spadł o 4,2 proc., kwartalny zakres wahań kursu w ostatnich pięciu latach wyniósł od -2,8 proc. do 2,4 proc. W przypadku dolara, jeżeli pominiemy nietypowy wzrost wartości o 10,3 proc. (k/k) w I kw. 2015 r., zmiany USD/PLN mieściły się w przedziale od -4,2 proc. do 7,1 proc. To zakres 11,3 pkt proc., czyli dwa razy większy niż w przypadku euro, który wynosił 5,2 pkt proc., pomijając wspomnianą wartość skrajną – wylicza analityk Cinkciarz.pl.
Skoro w relacji do złotego notowania dolara są o wiele bardziej zmienne niż euro, to także ryzyko walutowe staje się zdecydowanie większe w przypadku amerykańskiej waluty. – Minimalny poziom odchylenia dolara w IV kwartałach wynosił aż 3,4 proc., podczas gdy dla euro było to ledwie 0,6 proc. Jeszcze większą zmienność obserwowaliśmy w latach 2012 i 2013, gdy kurs USD/PLN spadał o 4,2 proc., a w kolejnych trzech wzrastał od 3,4 proc. do 7,1 proc. Stąd wniosek, że wymiana dolarów w czwartym kwartale może być obarczona większym ryzykiem niż w pozostałych częściach roku – mówi analityk Cinkciarz.pl.
Historyczne zmiany i mnóstwo innych czynników
– Choć historyczne zmiany kursów dolara i euro wobec złotego mogą dostarczyć cennych wskazówek co do momentów dogodnych do wymiany waluty, nie należy na nich polegać bezgranicznie. Trzeba zdać sobie sprawę, że notowania walut zależą od wielu często nieprzewidywalnych czynników. Można do nich zaliczyć np. politykę banków centralnych w danych krajach, jakie są poziomy stóp procentowych i perspektywy ich zmian, jaka jest sytuacja makroekonomiczna w danym kraju, m.in. poziom inflacji, tempo wzrostu gospodarczego, kondycja rynku pracy, a także bieżące wydarzenia polityczne. Te ostatnie szczególnie w ostatnich kwartałach zwiększały wahania na rynku walutowym, m.in. za sprawą Brexitu, wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA czy wyborów prezydenckich we Francji – argumentuje analityk Cinkciarz.pl.
Najważniejsze, aby ograniczyć ryzyko
Analizy bieżących wydarzeń gospodarczych i politycznych w połączeniu ze wskazanymi zależnościami sezonowymi mogą pomóc w doborze optymalnego momentu wymiany walut. Kiedy jednak brakuje czasu na obserwację rynkowych trendów, ryzyko walutowe można ograniczyć w inny sposób. Choćby poprzez podział kwoty i rozłożenie wymiany walut na kilka etapów w dłuższym okresie. – Dzięki takiemu zabiegowi ostateczny kurs wymiany zostanie uśredniony, a przez to mniej podatny na znaczne wahania – twierdzi Bartosz Grejner.
Podział wymiany waluty na raty i etapy w połączeniu z wiedzą o sezonowych zmianach może zwiększyć szansę na uzyskanie korzystnego kursu. Przykład? Kupując dolary czy euro, nieco większą część transakcji realizujemy w drugim kwartale roku, a mniejszą część pozostawiamy na dwa kolejne kwartały. Gdyby najbardziej zależałoby nam na ograniczeniu zmienności naszego kursu wymiany dolara, należałoby unikać wymiany największej części kwoty w ostatnim kwartale roku.
– Jednak bez względu na cel, dla którego wymieniamy złotówki na euro czy dolary, warto wiedzieć i pamiętać, że rynek walut to bardzo wrażliwa materia. Nadrzędnym celem powinno być zatem zmniejszenie ryzyka walutowego, nie zaś chęć osiągnięcia zysku – podsumowuje analityk Cinkciarz.pl.
Amerykański dolar umacnia się po ujawnieniu dobrych dla gospodarki USA danych ekonomicznych, w tym m.in. produkcji oraz sprzedaży detalicznej, która wzrosła o 0,6%, czyli powyżej prognoz, które mówiły o 0,4%. Amerykańskiej walucie pomaga także uspokojenie obaw o militarne rozwiązanie konfliktu na linii Waszyngton-Pjongjang. Te same czynniki w przeciwny sposób wpłynęły na złoto, które zanotowało najgłębszy jednodniowy spadek wartości w ciągu ostatnich niemal 6 tygodni.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,18%), brytyjskiego funta (+0,78%), dolara kanadyjskiego (+0,13%), dolara australijskiego (+0,11%) oraz japońskiego jena (+0,24%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,174, GBP/USD – 1,286, USD/CAD – 1,275, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 110,6. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,1%) i kurs EUR/JPY wynosi 129,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,913. W porównaniu do poniedziałkowej sytuacji złotówka traci minimalnie do dolara, zyskuje do funta i franka szwajcarskiego, a pozostaje na tym samym poziomie do euro. W środę rano dolar kosztuje poniżej 3,65 zł, euro – prawie 4,29 zł, funt – 4,7 zł, a frank – 3,75 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. We wtorek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,41%, frankfurcki DAX – 0,1%, a paryski indeks CAC 40 – 0,36%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,05%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,34%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,1%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei stracił 0,12%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,15%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,7%.
Ropa i złoto: Cena ropy wahają się w niewielkim zakresie. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 50,8 USD (+0,14%), a ropy WTI – 47,55 USD (-0,08%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wynosi 54 USD. Z kolei złoto spada i to sporo. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1271 USD. To aż 14 USD mniej (-1,09%) niż w poniedziałek rano.
Ceny żywności notują wzrost największy od pięciu lat. W czerwcu były wyższe aż o 3,9 proc. niż rok wcześniej. Wiele wskazuje na to, że drożyzna nie ustąpi tak szybko, a jej powodem są między innymi warunki pogodowe oraz tendencje na rynkach światowych.
– Ceny żywności właściwie w każdym miesiącu w tym roku były wyższe niż rok wcześniej o ponad 3 proc, wyjątkiem był tylko kwiecień – mówi newsrm.tv Roman Przasnyski, główny analityk GERDA BROKER i dodaje. – Jeżeli chodzi o poszczególne grupy i kategorie produktów to właściwie poza mięsem drobiowym, które nie drożeje i ziemniakami, których ceny są niższe niż w zeszłym roku to większość grup towarów drożeje. Odczuwalne to było w przypadku warzyw i niektórych owoców np. truskawki. Mleko i przetwory mleczne są o 1/3 droższe. Także zboża są droższe w skupie o ok. 12 proc. – wylicza Roman Przasnyski.
Z danych GUS wynika, że w czerwcu ceny skupu czterech zbóż (pszenica, żyto, jęczmień, pszenżyto) były wyższe niż przed rokiem o 12 proc., żywca wieprzowego o 14,6 proc., mleka o 33 proc. O ponad 9 proc. tańsze były ziemniaki, minimalnie potaniał drób. W maju zwiększył się skup żywca wieprzowego (o 2 proc.), ale w pierwszych pięciu miesiącach był nieznacznie (0,3 proc.) mniejszy niż w 2016 r. Jednocześnie o 11 proc. wzrósł eksport żywca, mięsa i przetworów z wieprzowiny, w tym mięsa o 17 proc. i przetworów o 8 proc., a jednocześnie o 5 proc. mniejszy był import wieprzowiny. Ceny zbytu żywca wieprzowego były w maju o 24 proc. wyższe niż przed rokiem, a w czerwcu o 14 proc. Na dalszy wzrost lub utrzymywanie się wysokiego poziomu wskazuje 40 proc. w czerwcu wzrost cen prosiąt (w Unii Europejskiej o 36 proc.). Drób był w maju tańszy niż przed rokiem o 14 proc., ale w czerwcu podrożał o 10 proc. Cukier paczkowany kosztował w maju w zbycie 2,64 zł i był droższy o 17 proc. niż rok wcześniej. Na światowych giełdach notowania cukru zniżkują o 30 proc. Szeroko opisywana ostatnio sytuacja na rynku masła nie powinna aż tak bardzo martwić i wpływać znacząco na wzrost cen żywności, biorąc pod uwagę, że jego średnie spożycie w Polsce nieznacznie przekracza 4 kg na osobę, co oznacza że nawet przy cenie detalicznej sięgającej 6-8 zł za kostkę (200 g) trzyosobowa rodzina wydaje rocznie 360-480 zł.
Pogodowe anomalie odczuwalne są również w wielu innych krajach. W Stanach Zjednoczonych z tego powodu przewiduje się znaczący spadek zbiorów zbóż, szczególnie niektórych odmian pszenicy. Notowania kontraktów terminowych na pszenicę Wheat Spring wzrosły od początku roku o prawie 45 proc., a od lipca 2016 r. 60 proc. Od początku roku drożeją na giełdach także ryż (o 28 proc.), masło (o 25 proc.), żywiec wołowy (o 22 proc.), kukurydza (o 12 proc.). Według prognoz Komisji Europejskiej, w całej Unii zbiory zbóż mają być w tym roku nieco wyższe, jednak spadną między innymi w Rosji, na Ukrainie, w USA, Kanadzie i Australii.
Ceny żywności mają największy wpływ nie tylko na domowe budżety, ale także na wskaźnik inflacji. Do jego wyliczania GUS przyjmuje, że żywność ma dominujący, sięgający 24,3 proc. udział w koszyku inflacyjnym, czyli w całkowitych wydatkach na towary i usługi konsumpcyjne. Na drugim miejscu, z udziałem wynoszącym 20,5 proc. znajdują się wydatki związane z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii. Koszty transportu, które obejmują także paliwo do prywatnych pojazdów, stanowią jedynie 8,6 proc. wydatków gospodarstw domowych, a więc wpływ ich zmian na inflację jest mocniej odczuwalny jedynie w przypadku znaczących wahań cen ropy naftowej, a z takimi mieliśmy do czynienia w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Gdy sytuacja na rynku surowców energetycznych ulegnie stabilizacji, to właśnie ceny żywności mogą przesądzić o sile inflacyjnej tendencji.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., przedstawiła prognozy finansowe na 2017 rok, które zakładają, że wypracuje co najmniej 600 tys. zł zysku netto, a jej przychody wyniosą minimum 6,5 mln zł. W 1 półroczu br. Emitent na poziomie jednostkowym osiągnął zysk netto w wysokości 316 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 2,7 mln zł.
Prognozy finansowe Spółki na 2017 r. zostały przygotowane w oparciu o założenia zachowania na co najmniej niezmienionym poziomie przychodów z dotychczasowej działalności inkasa windykacyjnego oraz stopniowym zwiększaniu przychodów z działalności faktoringowej, a także wykupu wierzytelności B2B i pakietów wierzytelności B2C. Emitent przewiduje, że segment związany z nabywaniem wierzytelności zacznie być coraz mocniej widoczny w jego wynikach finansowych w 2 półroczu 2017 r. oraz w kolejnych okresach.
„Spółka zakłada znaczny wzrost przychodów z tytułu faktoringu w drugim półroczu 2017 roku, szczególnie w IV kwartale, gdyż będzie to czas, gdy zainwestowane w faktoring środki będą już wyraźnie zarabiać. Podobnie wygląda sprawa z wykupem wybranych wierzytelności B2B. Tu zakładamy, że wierzytelności kupione w I półroczu powinny przekuć się na zysk w IV kwartale br. lub w I półroczu 2018 roku. Wykupy pakietów B2C jest to dla nas temat, któremu jako elementowi dywersyfikacji źródeł przychodów, przyglądaliśmy się już od dłuższego czasu, ale dopiero w II kwartale po dokonaniu szeregu analiz postanowiliśmy przystąpić do kilku przetargów dotyczących zakupu wierzytelności z sektora ubezpieczeń czy też komunikacji masowej.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
W 2 kw. 2017 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. zanotowała zysk netto w kwocie 157 tys. zł na poziomie jednostkowym, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 1.379 tys. zł. Spółka rozwija świadczoną usługę mikrofaktoringu i pozyskała dotychczas na nią 32 klientów, udzielając im 1,7 mln zł limitów faktoringowych. Emitent rozpoczął również w minionym kwartale działalność w obszarze zakupu wierzytelności B2B i podpisał umowy cesji wierzytelności o wartości prawie 0,2 mln zł. Zgodnie z przyjętą polityką zwiększania i dywersyfikacji przychodów Zarząd Spółki będzie uczestniczył w przetargach na zakup wierzytelności B2C, przede wszystkim z sektora ubezpieczeń oraz komunikacji masowej, co pozwoli na jeszcze efektywniejsze wykorzystanie posiadanych zasobów. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. utworzy także podmiot świadczący usługi audytorskie i księgowe, który będzie komplementarny w swoich kompetencjach do innych usług Grupy WEC. Rozpoczęcie jego działalności ma nastąpić we wrześniu lub w październiku br. Podejmowane przez Zarząd Spółki działania prorozwojowe mają przyczynić się do dalszego umacniania jej pozycji rynkowej poprzez budowanie przewag konkurencyjnych w oparciu o szerokie portfolio oferowanych usług.
„Polityka Spółki gwarantuje rozwój sprzedaży usług związanych z windykacją. Obserwujemy rynek i dzięki przystosowywaniu na bieżąco naszej oferty zachowujemy na rynku windykacji B2B pozycję jednego z wiodących podmiotów, ale zdajemy sobie sprawę, że trudno będzie w tym segmencie uzyskać skokowy wzrost sprzedaży charakterystyczny dla sytuacji sprzed kilku lat. Obserwując wzrastające trudności w rozwoju rynku windykacji B2B postanowiliśmy je zniwelować i zapewnić dalszy rozwój Spółki i wzrost przychodów rozszerzając świadczone usługi o faktoring – z którego korzysta coraz więcej firm, chcących uniknąć kłopotów z płynnością finansową oraz o różnego rodzaju usługi oparte na wykupach wierzytelności czy to wykupy z regresem, czy bez regresu, czy zaliczkowe. Część tych usług jest de facto rodzajem usług windykacyjnych, a część typowym wykupem. Taka różnorodność pozwala nam zachować grono klientów i raczej zdobywamy nowych niż tracimy dotychczasowych.” – dodaje Brzeziński.
„Nasze działania w zakresie zakupu pakietów B2C na obecnym etapie cechuje dążenie do nie zwiększania kosztów w Spółce, bowiem nie odczuwamy potrzeby zmiany polityki Spółki, a jedynie traktujemy tą gałąź jako źródło dodatkowych przychodów. Działamy aktualnie za pomocą naszych wewnętrznych możliwości i zasobów, gdyż wychodzimy z założenia, że lepiej nie kupić danego pakietu niż przepłacić, czyli działamy też bardzo ostrożnie. Działania Spółki powodują wzrost jej przychodów całkowitych, które wyniosły 3.116 tys. zł w I półroczu, pomimo tego, że przychody ze sprzedaży usług windykacyjnych są cały czas na mniej więcej stałym poziomie z tendencją do niewielkiego wzrostu. Wzrastają natomiast wyraźnie przychody z innych źródeł.” – zakończył Prezes Brzeziński.
W całym 2016 r. osiągnęła 550 tys. zł skonsolidowanego zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 5.632 tys. zł. Z kolei jednostkowy zysk netto Spółki w minionym roku wyniósł blisko 515 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 5.408 tys. zł. W 2016 r. Emitent przeprowadził z sukcesem emisję obligacji, z której pozyskał środki w wysokości 823 tys. zł. Pozyskany kapitał jest przeznaczany na rozwój nowej usługi – mikroFaktoring WEC. Emitent wypłacił również w tym roku dywidendę z zysku za 2016 r. w kwocie 0,04 zł na akcję.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. specjalizuje się w kompleksowej obsłudze firm z zakresu windykacji i zarządzania wierzytelnościami z sektora B2B. Podstawowym celem Emitenta jest szybkie oraz skuteczne odzyskiwanie należności dla jego klientów. Spółka posiada elastyczną ofertę dla przedsiębiorstw z sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz dla innych podmiotów gospodarczych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. jest notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., a od września 2016 należy do segmentu NC Focus.
Plast-Box, jeden z czołowych producentów opakowań z tworzyw sztucznych, opublikował wstępne wyniki za pierwsze półrocze 2017 roku. Sprzedaż grupy kapitałowej w tym czasie urosła o 5,9 % w stosunku do ubiegłego roku, do wartości 80,8 mln zł. Wypracowana EBITDA wyniosła 8,7 mln zł, zysk netto 3,1 mln zł.
– Pełne wyniki za półrocze opublikujemy 31 sierpnia – mówi wiceprezes zarządu Krzysztof Pióro. – Na razie możemy powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni z dalszego wspinania się sprzedaży, a uzyskane rentowności odnotowujemy z wyważoną satysfakcją, bowiem dla całej branży był to czas wzrostu cen surowca i kosztów wynagrodzeń. Pracujemy z entuzjazmem aby wyniki finansowe za cały rok były jak najlepsze – akcentuje K. Pióro.
W ciągu trzech miesięcy przybyło 8 166 osób i na koniec lipca znajdowało się już 310 038 rodziców niepłacących na dzieci. Łączny dług zwiększył się o prawie 0,5 mld zł do niemal 11 mld zł. W trzech województwach kwota zaległości alimentacyjnych przebiła kwotę 1 mld zł. Do „alimentacyjnych miliarderów” Mazowsza i Śląska tym razem dołączył Dolny Śląsk.
Czy liczba dłużników alimentacyjnych nadal będzie powiększać się w takim tempie?
Niewykluczone, że nie. Wkrótce dłużnicy alimentacyjni odczują konsekwencje nowego bardziej restrykcyjnego prawa. Zgodnie z nowelizacją Kodeksu Karnego, która weszła w życie 31 maja br., osoba zobowiązana (wskazana w art. 209 paragraf 1 Kodeksu karnego), której zaległość stanowi równowartość co najmniej trzech świadczeń okresowych (…) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Wcześniej mowa była o takich konsekwencjach z powodu uporczywego uchylania się od płacenia. Określenie „uporczywy” było jednak na tyle nieprecyzyjne, że opiekunowie dzieci, na których drugi rodzic nie chciał łożyć bardzo rzadko kierowali się na policję czy do prokuratury.
– Teraz szykuje się wysyp zawiadomień o popełnieniu przestępstwa przez niepłacących rodziców. Pierwsza fala zgłoszeń nastąpi już we wrześniu, bo wtedy upłyną trzy miesiące od obowiązywania nowego prawa, a w wielu przypadkach będzie to równoznacznie z nieopłaceniem równowartości trzech świadczeń okresowych. A to pozwoli już organom ścigania uznać takie działanie za przestępstwo – mówi Katarzyna Tatar, wiceprezes Stowarzyszenia Alimenty To Nie Prezenty.
Szykujące się już w przyszłym miesiącu, w masowej skali problemy dłużników alimentacyjnych zapowiada też Iwona Janeczek ze Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci. – Wiele członkiń naszego stowarzyszenia, również zamierza skorzystać we wrześniu z nowych możliwości prawnych – potwierdza. Na pytanie, czy zmienione regulacje już wystraszyły dłużników, Iwona Janeczek odpowiada: Obserwowaliśmy próby poprawy w grudniu gdy uchwalane było nowe prawo, oraz wiosną przed jego wejściem w życie. Wywoływały je towarzyszące tym zdarzeniom doniesienia medialne. Ostatnio jednak nie widać znaczącego wzrostu płatności alimentów.
Rodzice niealimentowanych dzieci nie są jednak zainteresowani, aby unikający płacenia alimentów trafiali za kraty. – Optymalne rozwiązanie to dozór elektroniczny, który z jednej strony jest dokuczliwy, z drugiej pozwała pracować, spłacać alimenty i jednocześnie nie obciążać państwa utrzymaniem w więzieniu alimenciarza. Dobrze by było, aby w ten sposób myśleli też sędziowie. Jak podejdą do znowelizowanego prawa dowiemy się już wkrótce – mówią zgodnie przedstawicielki obu stowarzyszeń. A po ostatniej nowelizacji kar zapisanych w art. 209 KK karanie dozorem elektronicznym uchylających się od utrzymywania dzieci jest możliwe.
Rozwój firmy pociąga za sobą konieczność rozbudowy struktury organizacyjnej i personalnej, nowe wyzwania komunikacyjne, konieczność zdefiniowania w tym kontekście kryteriów jakości pracy oraz zakresu odpowiedzialności poszczególnych osób za podjęte działania. Firmy często inwestują środki w zakup systemów informatycznych, nie zdając sobie sprawy, że proces pracy można usprawniać bez ponoszenia tego rodzaju kosztów. Zastosowanie zasad standaryzacji procesu zgodnych z filozofią Lean Management stwarza możliwość znacznej oszczędności kosztów (nawet do 80%), czasu pracy i minimalizuje możliwość popełniania błędów w trakcie jej wykonywania. Każdy kolejny etap realizowany tą metodą przynosi bardzo wymierne korzyści.
Większa wydajność – mniejszy wysiłek
Celem Lean Management jest optymalne wykorzystanie potencjału zatrudnionych w firmie pracowników – uczynieniu procesu ich pracy bardziej efektywnym przy równoczesnym minimalizowaniu nakładu pracy oraz wkładanego w nią wysiłku. Lean to system ciągłego ulepszania procesów pracy i zaangażowanych w nie ludzi; podkreślam: Lean nie jest jednorazowym projektem, lecz metodą stałego doskonalenia, która zmienia problemy w cele i pomaga je osiągać. Są w niej brane pod uwagę tylko możliwe do wdrożenia rozwiązania. Doskonaląc jedynie to co istotne, zasady procesowe Lean pomagają osiągać większą wydajność mniejszym wysiłkiem. Służy temu systematyczne rozpoznawanie i eliminowanie działań przynoszących straty przez ciągłe ulepszanie jakości pracy – co przekłada się na większe zadowolenie klientów. Eliminując marnotrawstwo za pomocą tej metody nigdy nie szuka się winnych – zawsze szuka się przyczyny. Jednym z kluczowych narzędzi Lean Management jest Mapowanie strumienia wartości (Value stream mapping), pozwalające mierzyć czas przepływu realizowanej w firmie usługi (produktu) (w tym: zatrzymania procesu oraz marnotrawstwa), co umożliwia określenie optymalnego potrzebnego czasu na jej realizację.
Potencjał optymalnych rozwiązań
Najtrudniejszym etapem definiowania procesu dla eksperta Lean jest wytypowanie w strukturze firmy punktów wymagających gruntownej korekty. Przykłady: w firmie funkcjonują różne systemy podejmowania decyzji; pracownicy, dysponując tymi samymi narzędziami pracy, tym samym systemem i takimi samymi dokumentami, wykonują zadania zawodowe „po swojemu”, tzn. każdy innym sposobem. Optymalizacji procesu służy również m.in. znalezienie najdogodniejszej lokalizacji dla narzędzi pracy – np. dla segregatora na dokumenty, znajdującego się na przeciwległym końcu pokoju zamiast w bezpośredniej bliskości osoby, która nim administruje. Przykłady można mnożyć – najistotniejszym wynikającym z nich wnioskiem jest konieczność znalezienia wspólnego mianownika dla bardziej efektywnego systemu pracy.
Wprowadzanie w firmach usługowych stabilizacji procesu pracy zgodnie z zasadami Lean Management trwa dłużej niż w firmach o profilu produkcyjnym. Wynika to z faktu, iż SMED, czyli szybkość przezbrojenia maszyn jest większa od szybkości przezbrojenia produktu (np. księgowania dokumentów). Pochodząca z Japonii koncepcja stała się obecnie jedną z najpopularniejszych filozofii zarządzania – również w branży usług finansowych. Procesy Lean Management wprowadziły u siebie takie instytucje finansowe jak: Provident S.A., Orange Polska, Bank BPH, Grupa PZU, EMEA GBS, Allianz Polska, Eurobank, KRUK S.A. (źródło: http://leankonf.pl/, Raport dojrzałości procesowej 2016, www.procesowcy.pl).
Doskonaląc naszą pracę doskonalimy siebie
Naczelną zasadą Lean jest szacunek dla ludzi oraz ich pracy. Wszystkie narzędzia stosowane w ramach tej metody muszą ułatwiać pracownikom zawodowy rozwój, umożliwić wewnętrzne doskonalenie oraz zaangażowanie w wykonywanie powierzonych zadań – to z kolei przekłada się na rozwój firmy, w której są zatrudnieni. Kluczem do sukcesu jest dopasowanie koncepcji wykorzystania określonych narzędzi Lean do specyfiki organizacji, w której muszą być zastosowane. Np. Kanban (kontrola i sterowanie produkcją) w firmie windykacyjnej będzie inny niż Kanban w księgowości; nawet w obszarze księgowości Kanbany dwóch różnych firm będą wyglądały inaczej.
Ogromne znaczenie przy wdrażaniu procesów Lean Management mają trzy zasady: pierwsza: zaangażowanie kierownictwa, druga: zaangażowanie kierownictwa, trzecia: zaangażowanie kierownictwa. Istotę stanowi tu sposób myślenia – jeśli nie jest on odpowiedni u ludzi sprawujących kierownicze stanowiska, trudno wymagać odpowiedniego myślenia od podwładnych, którzy muszą mieć świadomość celu przeprowadzanych w firmie zmian. Z kolei bez współpracy z pracownikami firmy, ekspert Lean nie jest w stanie przeprowadzić efektywnej zmiany dotychczasowego systemu pracy. Nie uda się to również, jeśli skupimy się na narzędziach, a nie na ich stosowaniu – w takim wypadku istnieje realne prawdopodobieństwo wprowadzenia jedynie wyizolowanych, częściowych zmian, nie mających zasadniczego wpływu na pracę całej firmy. Zarządy wielu firm popełniają błąd, kiedy oczekując szybkich, efektownych rezultatów, zadawalają się kilkoma powierzchownymi wdrożeniami systemowymi. Miejmy zawsze na uwadze, iż narzędzia Lean są tak efektywne, jak sposób ich wykorzystania.
Agata Nowak, Lean Ekspert Lean Management, Impel Business Solutions
Sprzedający jena i amerykańskie obligacje skarbowe byli w piątek bliscy kapitulacji. Gdyby inflacja bazowa przybrała wartość 1,6 proc. rok do roku a nie 1,7 proc., to USD/JPY niechybnie przebiłby wsparcie 108,80, co pociągnęłoby za sobą falę wyprzedaży także do innych walut.
Inflacja bazowa w lipcu pozostała jednak na poziomie 1,7 proc. pomimo rozczarowującej dynamiki miesięcznej (0,1 zamiast 0,2 proc.). Początkowa reakcja została dość szybko wymazana. Silne odbicie sprzedaży detalicznej (dane opublikowane we wtorek wskazały na 0,6 proc. m/m przy prognozie na pułapie 0,3 proc. oraz siłę w kategoriach bazowych) dały wyraźny pozytywny impuls. O ile EUR/USD trzyma się w konsolidacji 1,1680 – 1,1840, to w notowaniach USD/JPY doszło do silnego wzrostu w okolice 111,00, który powinien być rozwijany w kierunku 114,30. Warto zwrócić też uwagę, że w notowaniach NZD/USD i GBP/USD zbudowane zostały struktury wskazujące na wykrystalizowanie się tendencji spadkowych. W pierwszym przypadku drogę do pogłębienia zniżek otworzyłoby przełamanie 0,82 (wsparcie te znajduje się w bezpośredniej bliskości), w drugim przebicie 1,2810 Pozostajemy negatywnie nastawieni do perspektyw funta i dolara nowozelandzkiego. Na razie skala spadków AUD/USD jest ograniczona, ale uważamy siłę metali przemysłowych za nieuzasadnioną. RBA również nie będzie śpieszyć się z podwyżkami stóp. Najbliższym zagrożeniem są publikowane w nocy informacje z rynku pracy. Po kilku miesiącach rewelacyjnych odczytów istnieje duże ryzyko słabszych danych, które rezonować będą z gołębim nastawieniem władz monetarnych. Złoty po osłabieniu przy niskiej płynności z pierwszej części tygodnia, dziś powinien niwelować straty. Pozostajemy jednak negatywnie nastawieni do perspektyw rodzimej waluty.
Jeszcze przed południem zostaną opublikowane dane z rynku pracy z Wielkiej Brytanii. Ewentualna słabość dynamiki wynagrodzeń będzie sugerować przyszłe pogorszenie w zakresie konsumpcji i implikować kontynuację wycofywania się przez inwestorów z wyceny przyszłych podwyżek. Wydarzeniem dnia jest jednak publikacja protokołu z lipcowego posiedzenia Fed. Przypomnijmy, że w komunikacie stwierdzono, że proces redukcji sumy bilansowej rozpocznie się w najbliższym czasie a inflacja jest niższa niż zakłada to mandat Fed. W reakcji na takie połączenie dolar został bardzo mocno przeceniony. Kwestia bilansu nie budzi wątpliwości, spodziewamy się, że zacznie się on kurczyć już od września. Harker, czyli jeden z większych gołębi w FOMC zapowiedział ostatnio, że proces będzie do bólu nudny i przewidywalny. W tym świetle należy skupić się na opisie tendencji cenowych i tym ilu decydentów i w jakim stopniu zaniepokojonych jest słabością inflacji, a ilu uważa, że jest to zjawisko przejściowe. Biorąc pod uwagę słabość dolara po lipcowym posiedzeniu i wciąż skrajnie negatywne nastawienie rynku do amerykańskiej waluty, dostrzegamy większe pole do pozytywnej reakcji dolara po dzisiejszej publikacji.
Jednym z najbardziej tragicznym wydarzeniem w dziejach każdego kraju może być wojna. Wojna potrafi załamać wzrost gospodarczy oraz wolę każdego kraju. Doskonałym przykładem może być Syria, gdzie każdego dnia giną ludzie, a gospodarka skurczyła się o 60 procent. Po piątkowych doniesieniach o coraz większym napięciu na linii USA – Korea Północna rynki zareagowały nerwowo a na giełdzie królował kolor czerwony.
Zatem czy wojna na linii USA – Korea Północna doprowadzi do końca hossy? Tak, ale nie w USA. Bez wdrażania się w sedno konfliktu oraz odpowiedzi na pytanie kto ma racje, musimy być szczerzy. Wojna jest tragiczna, ale tylko dla państwa na którym terytorium jest prowadzona. Historia to potwierdza, przed każdym konfliktem zbrojnym zapoczątkowanym lub sprowokowanym przez USA w pierwszej fazie dochodziło do potężnych spadków na giełdzie.
Powodem tego była oczywiście panika oraz pesymistyczne nastroje inwestorów na całym świecie. Niemniej jednak pamiętajmy, iż wojna oznacza większe wydatki na wojsko. Większe wydatki ze strony rządu przekładają się także na większy deficyt. Większe wydatki rządu doprowadzają do większego zatrudnienia, wzrostu PKB, wzrostu konsumpcji. Dlatego po panice, pomimo prowadzonych działań zbrojnych na terenie obcego państwa przychodzi mocne odreagowanie, inwestorzy oraz naród zapominają o wojnie. Deficyt wykreował widmo wzrostu gospodarczego.
Wojna koreańska
Źródło: Bloomberg
Wojna koreańska trwała krótko. Po ogłoszeniu oficjalnej „interwencji” indeks Dow Jones spadł o ponad 10 procent, po to aby w trakcie kolejnych kilkudziesięciu miesięcy zyskać 20 procent. Wojna nie okazała się tragiczna w skutkach dla USA.
Wojna wietnamska
Źródło: Bloomberg
Wojna trwała niespełna 13 lat. Po ogłoszeniu „interwencji” doszło do 15 procentowych spadków. W ostateczności panika minęła, inwestorzy zdali sobie sprawę, że wzrost gospodarczy zostanie pobudzony. Indeks Dow Jones przez następne kilka lat wzrósł o 84 procent. W trakcie prowadzenia wojny w Stanach Zjednoczonych mieliśmy do czynienia z bardzo dużą inflacją oraz problemami gospodarczymi, dlatego giełda po mocnych wzrostach wpadła w konsolidację (pomimo trwającej wojny).
I wojna w Zatoce Perskiej
Źródło: Bloomberg
Interwencja została przeprowadzona szybko. Rynek zareagował ponad 10 procentowymi spadkami, natomiast po zakończeniu działań indeks znalazł się na wyższym poziomie niż wcześniej.
Irak
Źródło: Bloomberg
Sytuacja się powtarza. Na samym początku 15 procentowe spadki, duży pesymizm i niezadowolenie inwestorów. Koniec taki sam, ponad 25 procentowe wzrosty.
Podsumowanie
Wojna jest niszczycielskim żniwem dla gospodarki gdzie prowadzone są działania wojenne. Z kolei zaangażowana państwa w konflikt czerpią na tym benefity. Deficyt rośnie, wzrost gospodarczy staje się bardziej dynamiczny. Początkowa reakcja na giełdzie zawsze była taka sama, spadki 10 procentowy po czym mocne wzrosty.
Wtorek był dniem wolnym od handlu w Polsce. Krajowi inwestorzy niewiele stracili. Główne pary walutowe jeszcze nie rozwinęły skrzydeł. Niewielkie zmiany odnotowano też na rynkach ropy oraz akcyjnym.
Poniedziałkowy handel indeks WIG20 zakończył na plusie-podobnie jak i indeksy amerykańskie. Wczoraj giełdy za oceanem wyraźnie odpoczywały. Na rynku walutowym było już nieco lepiej, choć ciągle bez zdecydowanego ruchu. Inwestorzy czekają na środowy raport z ostatniego posiedzenia Fed. Powinien on rzucić więcej światła na sytuację gospodarczą USA oraz możliwe scenariusze rozwoju polityki monetarnej FED. We wtorek dolar zwyżkował – szczególnie względem jena japońskiego.
Ostatnie dni to też okres wzmożonej nerwowości, związanej z napiętą sytuacją wokół Korei Północnej. Co prawda wtorek przyniósł niewielkie uspokojenie, to jednak kilku brokerów walutowych już zdecydowało się na zwiększenie lub zapowiedź zwiększenia wymaganego depozytu dla swoich klientów. Jeśli chodzi o makroekonomię, to dziś czekają na inwestorów informacje o tempie przyrostu PKB dla gospodarki polskiej, ale też dla całej strefy euro. Kluczowy będzie jednak wspomniany raport Fed, z którym zapoznamy się po 20:00.
Tymczasem rynek EUR/GBP doszedł na wysokość szczytu z 2016 roku. Wskaźnik RSI jest już mocno wykupiony, jednak zostawia sporo miejsca na kolejne próby wzrostowe, po ewentualnej korekcie. Zasadniczo dopiero zejście poniżej 0.89 przekreśliłoby szanse na scenariusz wzrostowy. Wsparcie mamy na 0.9040 oraz w obszarze 0.8940-0.8900.
Coraz więcej klientów robi zakupy w sklepach na stacjach benzynowych. Ich oferta obejmująca kilka tysięcy produktów konkuruje z osiedlowymi sklepikami czy nawet dyskontami. Na ten segment działalności mocno stawia koncern BP, który inwestuje w ofertę pozapaliwową. Wspólnie z siecią supermarketów Piotr i Paweł marka uruchamia nowy koncept typu convenience dla zabieganych klientów.
– Sklepy na stacjach benzynowych, poza tradycyjnym asortymentem typu piwo i papierosy, coraz bardziej rozwijają się w kierunku oferty spożywczej. Klienci stają się coraz bardziej wymagający, bo są zabiegani i mają mało czasu. Oczekują, że zakupy będą proste i szybkie, żeby mogli mieć więcej czasu na to, co lubią – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Lutosławska-Rogóż z BP Polska, odpowiedzialna za współpracę z siecią Piotr i Paweł.
Sklepy na stacjach benzynowych są coraz poważniejszą konkurencją dla dyskontów czy osiedlowych sklepików. Ich asortyment stale rośnie, obejmując kilka tysięcy produktów, w tym np. zdrową żywność, bezglutenowe przekąski, napoje czy szybkie dania na wynos. Poza ofertą spożywczą, stacje benzynowe konkurują też liczbą promocji i dodatkowymi usługami, takimi jak możliwość wypłacenia gotówki czy odebrania przesyłki. Dlatego coraz więcej klientów dokonuje tam codziennych zakupów przy okazji, a sklepy na stacjach benzynowych stają się poważnym graczem na rynku retail.
Na ten segment mocno stawia koncern BP, który od pewnego czasu inwestuje w poszerzanie oferty pozapaliwowej i niezwiązanej z motoryzacją. We współpracy z siecią supermarketów Piotr i Paweł stworzył nowy format sklepów typu convenience z kompleksową ofertą dla osób w drodze, które chcą szybko zrobić codzienne zakupy przy okazji tankowania samochodu.
– Na stacji benzynowej klienci szukają przerwy w drodze. To może być krótki odpoczynek, posilenie się przy kawie. To może być też przerwa na zasadzie: wpadnę, zatankuję i przy okazji kupię coś na wieczór albo na lunch do biura, bo nie mam czasu na dłuższe zakupy. Koncept „Piotr i Paweł po drodze” stawia na rozwiązania dla zabieganych klientów w drodze do biura, do domu, w podróży, na chwilę przerwy lub szybkie zakupy na później – mówi Joanna Lutosławska-Rogóż.
Zmiana stylu życia i oczekiwań konsumentów spowodowała wzrost popularności żywności convenience – produktów gotowych, szybkich albo łatwych w przygotowaniu.
Pierwsza placówka sieci „Piotr i Paweł po drodze” działa na stacji Reduta w Warszawie, na Al. Jerozolimskich. Dwa kolejne sklepy stworzone w ramach konceptu convenience zostaną wkrótce otwarte w Krakowie i Poznaniu. Będą zajmować około 150 mkw. powierzchni, a w ofercie znajdzie się około 3 tys. produktów, takich jak napoje, przekąski, dania gotowe, ale także wędliny, nabiał i innego rodzaju produkty kupowane podczas codziennych zakupów. Na półki trafią również artykuły marki własnej Piotr i Paweł.
– Stacja benzynowa – gdzie można zatankować, doładować kartę, zjeść bagietkę czy wypić kawę – staje się miejscem, gdzie można zrobić zakupy. Od klienta zależy, czy będzie to bułka, ser i szynka czy gotowe danie na wynos. Dynamika zmian jest ogromna, a przyszłość może być jeszcze ciekawsza –mówi przedstawicielka BP Polska.
Paliwowy koncern, który zarządza siecią ponad 500 stacji benzynowych na terenie całego kraju. podkreśla też, że ma duże doświadczenie w prowadzeniu sklepów convenience. W Wielkiej Brytanii BP od lat współpracuje ze znaną siecią Marks & Spencer. Podobne koncepty, dostosowane do lokalnych rynków, działają również w Niemczech i Holandii, gdzie partnerem BP jest marka Albert Heijn.
– Mamy bardzo dobrze zdefiniowaną strategię convenience i doświadczenie we współpracy z partnerami biznesowymi. Od dawna nasze stacje współpracują z Marks & Spencer, a wiadomo, że angielski rynek jest bardzo rozwinięty pod kątem dań gotowych. W Niemczech współpracujemy z Rewe pod szyldem „Rewe To Go”. Wszystkie te koncepty są nieco inne, przystosowane do lokalnego rynku, ale łączy je to, że stawiamy na wiarygodność partnerów biznesowych. Stąd wybór sieci „Piotr i Paweł”, która jest gwarantem jakości i odpowiednich produktów – mówi Joanna Lutosławska-Rogóż.
Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta dotycząca pomocy frankowiczom to ciekawe i sensowne rozwiązanie – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Projekt, który trafił do Sejmu na początku sierpnia, został też pozytywnie oceniony przez ekspertów NBP i KNF, a zdaniem agencji ratingowej Moody’s projekt jest negatywny dla ryzyka kredytowego polskich banków, ale nie powinien mieć wpływu na rozwój banków oraz ich zdolność do prowadzenia akcji kredytowej. Nowa propozycja powinna jednak zastąpić szereg innych projektów, nad którymi już w tej chwili pracuje Sejm.
– Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta, która dotyczy pomocy frankowiczom, jest bardzo sensowna. Jednak tylko pod warunkiem, że zastąpi kilka innych projektów, które już w tej chwili leżą w Sejmie. To byłoby rozsądne i otworzyło drogę do restrukturyzacji długów dla tych, którzy mają problemy. Natomiast bankom pozwoliłoby na stopniowe uwalnianie się od bagażu kredytów walutowych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Prezydent Andrzej Duda przedstawił na początku sierpnia nową propozycję pomocy dla Polaków zadłużonych we frankach. Przewiduje on ułatwienia dla osób, które spłacają hipoteki w szwajcarskiej walucie i znalazły się w trudnej sytuacji życiowej (utrata pracy, trudna sytuacja finansowa, ciężka choroba członka rodziny), a rata kredytu przewyższa 50 proc. ich miesięcznych dochodów. Do tej pory na pomoc mogli liczyć frankowicze, którzy płacili ratę kredytu w wysokości przewyższającej 60 proc. pensji oraz osoby o określonym, niskim minimum dochodowym. Prezydencka propozycja dwukrotnie zwiększa to minimum.
Dotychczas kredytobiorcy w trudnej sytuacji mogli liczyć na comiesięczne wsparcie w wysokości 1,5 tys. zł przez maksymalny okres 18 miesięcy. Okres nieoprocentowanej spłaty środków wynosił 8 lat. Projekt przygotowany przez Kancelarię Prezydenta zakłada, że kwota wsparcia ma zostać zwiększona do 2 tys. zł i wydłużona do 36 miesięcy, a na spłatę bez odsetek będzie przysługiwać 12 lat. W niektórych przypadkach możliwe będzie umorzenie części zobowiązania (zwłaszcza przy regularnej spłacie rat).
Nowa propozycja rozszerza też pomoc na osoby, które sprzedały już nieruchomość, ale dalej borykają się z zadłużeniem. Przewidziana jest możliwość otrzymania jednorazowej pożyczki do 72 tys. zł na spłatę zobowiązania w przypadku sprzedaży mieszkania lub domu.
Pomoc ma być finansowana z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, który działa od początku ubiegłego roku. Banki wpłacają do niego pieniądze proporcjonalnie do wielkości posiadanego portfela kredytów walutowych. W tej chwili jest w nim zgromadzonych około 600 mln zł, ale ze wsparcia w ramach funduszu korzysta niewiele osób (wykorzystanie tych środków na koniec 2016 roku wynosiło ok. 2 proc.).
Powodem są dotychczasowe restrykcyjne kryteria otrzymania pomocy. Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta proponuje ich złagodzenie. Ponadto pomoc z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców będzie przysługiwać zarówno zadłużonym w złotówkach, jak i w obcej walucie.
W ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców ma też zostać wyodrębniony Fundusz Restrukturyzacyjny (tylko dla frankowiczów), na który będą składać się banki. Rocznie mają przeznaczyć ma na ten cel maksymalnie 3,2 mld zł. Z tych środków będzie finansowane przewalutowanie kredytów walutowych na złotówki. Banki, które się na to zdecydują, będą mogły liczyć na zwrot różnic bilansowych w wartości kredytu przed i po restrukturyzacji. To jeden z przewidzianych w nowelizacji mechanizmów, który ma zachęcić banki do przewalutowania kredytów swoich klientów.
– Do Funduszu Restrukturyzacyjnego dla kredytobiorców walutowych banki zrzucałyby się mniej więcej do wartości pół procent posiadanych kredytów walutowych. Z tego funduszu byłyby wypłacane rekompensaty dla banków, które zgodzą się restrukturyzować długi, czyli przeliczać kredytobiorcom walutowym kredyt na złote kursie. Jest jeden warunek: jeżeli bank nie wykorzysta tych funduszy, one przepadną. Inaczej mówiąc, jest duża presja na to, by banki negocjowały z kredytobiorcami i przewalutowały kredyty. To ciekawe i sensowne rozwiązanie – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta spotkała się z pozytywnym przyjęciem. Wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki ocenił projekt jako „ciekawy i bardzo potrzebny”, zaznaczając przy tym, że wsparcia nie powinni otrzymywać bardziej majętni kredytobiorcy we frankach, którzy inwestowali na własne ryzyko.
Do projektu pozytywnie odniósł się też Narodowy Bank Polski oraz KNF. Z taką ocenią nie spotkały się poprzednie propozycje dotycząca pomocy frankowiczom. Zdaniem przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego nowa inicjatywa prezydenta powinna zastąpić projekty, nad którymi pracuje w tej chwili Sejm.
– Jeśli ustawa spreadowa zostanie utrzymana i przegłosowana, to banki musiałyby zapłacić bardzo dużo pieniędzy i oddawać prawie roczny zysk. To byłoby dla banków dramatyczne rozwiązanie. Gdyby zaś propozycja prezydencka zastąpiła wszystkie inne projekty, toby było rozwiązanie sensowne zarówno dla banków, jak i dla kredytobiorców – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Projekt ustawy spreadowej, który miał pomoc kredytobiorcom walutowym, trafił do Sejmu rok temu. Zakładał, że frankowiczom zostaną zwrócone różnice kursowe wraz z odsetkami, co miało kosztować sektor bankowy około 8 mld zł. Wskutek protestów sektora finansowego i negatywnej oceny NBP prace nad projektem zostały na razie zawieszone.
Agencja ratingowa Moody’s oceniła, że nowa inicjatywa Kancelarii Prezydenta, która trafiła do Sejmu tydzień temu, również może się odbić na wynikach finansowych banków. Nie wpłynie ona jednak na ich rozwój ani zdolność do prowadzenia akcji kredytowej.
– Agencja Moody’s stwierdziła, że ta propozycja stwarza ryzyko, jeśli chodzi o zyski banków, ale nie widzi zagrożenia dla ich rozwoju ani akcji kredytowej. Myślę, że ta opinia agencji Moody’s jest bardziej pozytywna niż negatywna – ocenia Piotr Kuczyński.
Prezydencki projekt został skrytykowany przez stowarzyszenie frankowiczów Stop Bankowemu Bezprawiu. Negatywnie ocenił go też Związek Banków Polskich, który przekonuje, że sektor bankowy już teraz ponosi duże obciążenia, m.in. wskutek wprowadzenia podatku bankowego, niskich stóp procentowych i składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Część ekspertów zauważa również, że to spóźniona inicjatywa, ponieważ kurs franka od dłuższego czasu utrzymuje się na niskim poziomie. Główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion prognozuje, że jeśli nie wystąpią nieprzewidziane okoliczności, to nie koniec spadków kursu i do końca roku frank powinien być jeszcze tańszy.
– Co najmniej od pół roku frank osłabia się w stosunku do złotego i euro, które z kolei umacniają się na rynkach światowych. Oczekuje się zacieśnienia polityki monetarnej w strefie euro, stąd to umocnienie. Ponieważ szwajcarski Bank Centralny utrzymuje stopy na bardzo niskim poziomie, to są one nawet ujemne, nic dziwnego, że waluta w końcu zaczęła tracić. Myślę, że to jeszcze nie koniec spadków kursu. Jestem przekonany, że jeśli nie wydarzy się na świecie nic nowego, to do końca roku frank powinien być jeszcze tańszy – przewiduje Piotr Kuczyński.
Publikacje danych o polskim PKB i protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC to dwa główne wydarzenia, które zdecydują w środę o losach złotego. Na drugim planie tym razem znajdzie się geopolityka.
Środowy poranek przynosi niewielkie umocnienie złotego. O godzinie 08:16 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2865 zł, USD/PLN 3,6515 zł, CHF/PLN 3,7545 zł, a GBP/PLN 4,6970 zł, po tym jak w świąteczny wtorek złoty osłabił się w relacji do 3. pierwszych walut, reagując na spadek EUR/USD i wzrost prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych przez Fed, umacniając się jednocześnie wobec funta, który osłabił się po publikacji danych o niższej od oczekiwań inflacji na Wyspach.
Wydarzeniem dnia będzie publikacja wstępnych szacunków polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za II kwartał br. To one, wespół z nastrojami na rynkach globalnych i wieczorną publikacją protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC (tzw. minutki FOMC), zdecydują o losach złotego.
Dane o PKB Główny Urząd Statystyczny (GUS) opublikuje o godzinie 10:00. Oczekuję, że w II kwartale roczna dynamika PKB wyhamowała do 3,7-3,8 proc. z 4 proc. w I kwartale i wobec rynkowego konsensusu na poziomie 3,8 proc. Słabszy wzrost to wspólny efekt niewielkiego hamowania dynamiki konsumpcji, niedostatecznego odbicia inwestycji, a także niekorzystnego układu dni kalendarzowych. W przypadku tych ostatnich, z uwagi na przesunięta święta wielkanocne, w II kwartale br. dni roboczych było o 2 mniej niż w rok wcześniej i o 3 dni mniej niż w pierwszych 3. miesiącach tego roku.
Ewentualne lepsze od prognoz dane o PKB byłyby sporą niespodzianką, stając się silnym popytowym impulsem do kupna złotego, który w ostatnich dniach znalazł się pod presją sprzedających. Szczególnie, że dodatkowo wspierałyby go lepsze nastroje na rynkach globalnych.
Gorsze dane wywołają odwrotną reakcję. Będzie ona jednakże statystycznie mniejsza niż w przypadku potencjalnie słabszych danych. Wynika to z faktu, że negatywną ich interpretację będzie ograniczało oczekiwane w III i IV kwartale przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce, co jak się zakłada, będzie mieć swe źródła w rozpędzających się inwestycjach.
O losach złotego decydować będą też czynniki globalne. Dziś ten wpływ będzie raczej pozytywny. Napięcie geopolityczne na linii USA – Korea Północno nieco zmalało, co poprawia klimat inwestycyjny i ogranicza awersję do ryzyka, stanowiąc tym samym bodziec do kupna złotego. Zwłaszcza w relacji do szwajcarskiego franka. Jednocześnie kolejny już raz realizacja zysków na EUR/USD została powstrzymana na poziomie 1,17 dolara, a potencjalny powrót tej pary do wzrostów, może wspierać notowania polskiej waluty.
Finalnie jednak, jeżeli chodzi o rynki globalne, o wszystkim zdecyduje publikowany o godzinie 20:00 protokół z ostatniego posiedzenia FOMC. Będzie on analizowany w kontekście przyszłych decyzji Fed. Zarówno decyzji o ograniczeniu sumy bilansowej banku centralnego, jak i kolejnych podwyżek stóp procentowych. Protokół ten ponownie zaczął się liczyć po serii wczorajszych danych z USA, które m.in. pokazały mocny skok lipcowej sprzedaży detalicznej i najlepszą od prawie 8 lat koniunkturę w sektorze przemysłowym wokół Nowego Jorku.
O ile w przypadku EUR/PLN, USD/PLN i CHF/PLN dziś wpływ na notowania będzie miał mix danych o polskim PKB i nastrojów na rynkach globalnych, o tyle w przypadku GBP/PLN istotnym elementem będą publikowane o godzinie 10:30 dane z brytyjskiego rynku pracy. Inwestorzy wówczas dowiedzą się, jak w czerwcu kształtowały się wynagrodzenia i bezrobocie na Wyspach, a w lipcu liczba zasiłków dla bezrobotnych. Gorsze od prognoz raporty dodatkowo odsuną oczekiwania na podwyżki stóp procentowych przez Bank Anglii, zwiększając obawy przed brexitem i tym samym przecenią funta. Lepsze dane spotkają się z odwrotną reakcją.
W środę, oprócz wspomnianych danych o polskim PKB, minutek FOMC i danych z brytyjskiego rynku pracy, zostaną jeszcze opublikowane wstępne szacunki PKB m.in. dla Słowacji, Węgier, Czech i Włoch, rewizja danych o PKB dla całej strefy euro oraz raporty z amerykańskiego rynku nieruchomości. Nie powinny one mieć jednak większego wpływu, ani na notowania złotego, ani też na nastroje na rynkach globalnych.
Ostatnie dni na krajowym rynku walutowym to okres słabszego zachowania złotego do euro i dolara, korygowania jego słabości z początku miesiąca wobec szwajcarskiego franka i wahań GBP/PLN w przedziale 4,68-4,74 zł. Jednakże zwraca uwagę, że w tym okresie złoty zachowywał się dużo słabiej niż np. węgierski forint, który do polskiej waluty jest najmocniejszy od 7. miesięcy. To sugeruje, że złoty bardzo potrzebuje dobrych danych o PKB żeby odzyskać wigor.
Układ sił na wykresach polskich par jest obecnie korzystny dla złotego. Wskazuje, że poziom 4,30 na EUR/PLN, 3,80 na CHF/PLN i 3,66-3,67 na USD/PLN póki co pozostaną oporami. Jednocześnie utrzymuje się ryzyko przełamania przez GBP/PLN wsparcia na 4,68 zł i spadku w kierunku 4,60 zł.
Z pomocą unijnych środków kilkadziesiąt polskich gmin i samorządów zainwestuje w proekologiczny transport miejski. Według założeń resortu rozwoju do 2021 roku po polskich drogach ma jeździć około tysiąca elektrycznych autobusów. Miasta widzą w tym korzyść, bo dzięki wymianie floty na autobusy hybrydowe i elektryczne obniżają koszty transportu miejskiego, a także poziom hałasu i emisji.
– Cały czas rośnie zainteresowanie polskich miast pojazdami o napędzie elektrycznym. Do tej pory miasta kupowały głównie pojazdy napędzane silnikiem diesla, ale zainteresowanie bardziej ekologicznymi rozwiązaniami się zwiększa. Obecnie około 30 procent ogłaszanych przetargów to zamówienia na pojazdy zelektryfikowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Durda z Volvo Polska.
Obniżenie poziomu hałasu, ekologia i czystość powietrza to główne powody, dla których polskie miasta przesiadają się na niskoemisyjny transport publiczny. Z ubiegłorocznego raportu Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że 33 spośród 50 miast o najgorszym stanie powietrza w Unii Europejskiej znajduje się właśnie Polsce. Spaliny i smog są problemem dla wielu samorządów, które szukają rozwiązań ograniczających emisję zanieczyszczeń. Wymuszają to również rosnące wymogi środowiskowe i unijna polityka klimatyczna.
Problem został też zauważony na szczeblu rządowym. Przyjęta rok temu Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada upowszechnienie w miastach transportu opartego na autobusach elektrycznych i innych pojazdach, które wykorzystują napęd elektryczny. Ministerstwo Rozwoju chce, żeby do 2021 roku po polskich drogach jeździło tysiąc elektrycznych autobusów. Obecnie pojazdy wykorzystujące napęd elektryczny kursują po ulicach m.in. Inowrocławia, Warszawy, Krakowa, Lublina i Jaworzna.
– W Inowrocławiu mamy 36 autobusów, z czego 10 to autobusy hybrydowe, 2 to autobusy elektryczne i 4 autobusy napędzane sprężonym gazem ziemnym. Nasze plany związane z ekologicznym taborem są bardzo duże i zaawansowane. Ze środków unijnych zamierzamy zakupić 16 autobusów z napędem ekologicznym, czyli elektrycznym i hybrydowym. Mówimy tu już nie o tradycyjnych hybrydach, ale o hybrydach elektrycznych. W tej chwili jesteśmy na etapie sporządzania wniosku – mówi Mariusz Kuszel, dyrektor Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Inowrocławiu.
Inowrocław jest pierwszym miastem, które od dwóch lat buduje flotę proekologicznych autobusów. Prezydent Ryszard Brejza ocenia, że samorząd czerpie wiele korzyści w związku z zakupem hybrydowego taboru. Według WHO Inowrocław jest w tej chwili jedynym polskim miastem, które spełnia surowe wymogi dotyczące czystości powietrza.
– Jesteśmy miastem uzdrowiskowym, dlatego posiadanie ekologicznych autobusów to dla nas być albo nie być. Korzyści polegają przede wszystkim na niższej emisji spalin, powietrze jest czystsze. Obniżył się też poziom hałasu. To autobusy, które jeżdżą cicho, ruszają z przystanku w absolutnej ciszy. Są też bardzo wygodne – mieszkańcy chwalą sobie jazdę tymi autobusami – a przy tym bezpieczne, oszczędne i nowoczesne – wylicza Ryszard Brejza, prezydent Inowrocławia.
Małgorzata Durda z Volvo Polska ocenia, że rozwój elektromobilności wpłynie na wzrosty w segmencie autobusów elektrycznych i ekologicznego transportu. Zwłaszcza że kolejne miasta planują elektryfikować komunikację publiczną. Jaworzno w ciągu 2–3 lat planuje wymienić 80 proc. swojego taboru autobusowego. Z kolei kilka miesięcy temu ponad 40 samorządów i gmin podpisało porozumienie z Państwowym Funduszem Rozwoju, w którym zadeklarowały, że w kolejnych latach kupią łącznie 780 nowoczesnych elektrobusów.
– Jesteśmy w trakcie realizacji kontraktu na 35 autobusów hybrydowych dla MPK Sosnowiec, to w tej chwili nasza największa dostawa autobusów niskoemisyjnych w Polsce. Autobusy hybrydowe jeżdżą również w Świerklańcu, Warszawie i Wrocławiu. Jednostki samorządu terytorialnego i miasta korzystają ze środków unijnych, ten rynek cały czas rośnie. Miasta deklarują chęć zakupu autobusów elektrycznych na poziomie około 2 tysięcy sztuk w najbliższych latach. Porównując to z obecnymi rejestracjami pojazdów elektrycznych na poziomie kilkudziesięciu sztuk, będziemy obserwować wyraźny wzrost tego segmentu – prognozuje Małgorzata Durda.
Volvo już trzy lata temu całkowicie zrezygnowało z silników diesla jako jedynego napędu autobusów w ofercie dla transportu publicznego. We wrocławskiej fabryce produkuje wyłącznie trzy typy proekologicznych autobusów: hybrydy, elektryczne hybrydy i pojazdy całkowicie elektryczne.
Autobusy hybrydowe wykorzystują głównie silnik spalinowy, a napęd elektryczny jest wykorzystywany w czasie postoju i podczas włączania się do ruchu. Po osiągnięciu prędkości 20 km/h załącza się napęd spalinowy. Pojazdy te charakteryzują się bardzo cichą pracą, o 30–40 proc. niższym zużyciem paliwa i emisją spalin mniejszą nawet o połowę. Z kolei autobusy elektryczne są bezemisyjne i zużywają o ok. 80 proc. mniej energii.
– Mamy również w ofercie elektryczne hybrydy, które mogą korzystać ze stacji szybkiego ładowania na przystankach końcowych. Ładowanie takiego pojazdu trwa od 3 do 6 minut. To rozwiązanie dogodne dla miast, które mają tzw. strefy niskoemisyjne, gdzie autobus może się poruszać w trybie elektrycznym, a po minięciu tej strefy kontynuować jazdę w trybie hybrydowym. Tego typu pojazdy są do 60 proc. wydajniejsze energetycznie niż porównywalne autobusy z silnikiem diesla – mówi Małgorzata Durda.
Elektryczne hybrydy Volvo kursują już w wielu europejskich miastach, m.in. w Göteborgu, Sztokholmie i Hamburgu. W Luksemburgu istnieją cztery linie autobusowe o łącznej długości 86 km, złożone wyłącznie z elektrycznych hybryd. Z kolei w pełni elektryczne autobusy Volvo obsługują linie miejskie w Göteborgu czy Luksemburgu. Niedawno przewoźnik Nobina z Malmö zamówił we wrocławskiej fabryce Volvo 13 elektrycznych pojazdów, które zaczną kursować po mieście pod koniec przyszłego roku.
– W całej Europie dostarczyliśmy już ponad 3,5 tys. różnych modeli pojazdów zelektryfikowanych. Najwięcej jest autobusów hybrydowych i elektrycznych. Jednak sądzę, że w przyszłości miasta i jednostki samorządu terytorialnego będą bardziej zainteresowane elektryczną hybrydą. Taki pojazd może około 70 proc. swojej trasy przejechać w trybie elektrycznym. Wszystkie autobusy produkujemy w naszej fabryce we Wrocławiu i jesteśmy gotowi, żeby dostarczać je również na polski rynek – deklaruje Małgorzata Durda z Volvo Polska.
Reforma szkolnictwa wyższego, w tym powstanie nowej kategorii uczelni badawczych jako nowej formy organizacji nauki, może nastąpić już w październiku 2018 roku. Wówczas ma wejść w życie Ustawa 2.0, która ma zmienić kształt polskiej nauki. Projekt zakłada większą współpracę pomiędzy uczelniami a biznesem oraz pozwoli naukowcom na większe skupienie się nad badaniami istotnymi dla rozwoju polskiej gospodarki.
– Chcemy, aby uczelnie konsekwentnie kierowały się już nie zasadą masowości kształcenia, ale jak największym podnoszeniem wymagań wobec studentów, jakość kształcenia i badań naukowych. Polska jest w trakcie wielkiej przebudowy gospodarczej, wręcz cywilizacyjnej, mam na myśli plan premiera Morawieckiego. Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju może powieść się tylko wtedy, gdy polska gospodarka w dużo większym stopniu niż obecnie będzie oparta o dorobek polskich naukowców – powiedział agencji informacyjnej Newseria Innowacje, Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Uczelnie badawcze mają być odpowiedzią ministerstwa na problemy związane z brakiem odpowiedniej liczby ekspertów na polskim rynku. Ich głównym zadaniem jest skupianie się na badaniach i uzyskiwaniu grantów z prac badawczych, dopiero później naukowcy mogą prowadzić zajęcia dydaktyczne. Takie ośrodki akademickie na świecie działają i są w światowej czołówce według rankingu QS World University Rankings. Kształcą przy tym kilkakrotnie mniej studentów przy podobnych co w Polsce zasobach kadrowych.
– Polskie uczelnie w światowych rankingach od wielu lat z roku na rok obniżają swoją pozycję. Jeśli przyjrzymy się najlepszym uniwersytetom świata, są to tzw. uczelnie badawcze, czyli takie, które kształcą mniejszą liczbę studentów, 10–15 tys., dla porównania Uniwersytet Warszawski kształci 50 tys., a Jagielloński 45 tys., ale kształcąc mniejszą liczbę studentów uczelnie badawcze, po pierwsze kształcą ich na najwyższym światowym poziomie, też chcemy do takiego poziomu dojść, po drugie większą część energii przeznaczają na badania naukowe – wyjaśnił wicepremier Jarosław Gowin.
Zmiany na polskich uczelniach idą w parze z właśnie przygotowywaną dużą ustawą o innowacyjności. Wraz ze wzrostem zapotrzebowania badań na rynku, pójdzie wzrost liczby ośrodków, które takie badania będzie mogła wykonywać w swojej pracy akademickiej. To z kolei ma pociągnąć za sobą granty oraz wsparcie biznesu, który jest zachęcony przez rząd ulgami podatkowymi na działania badawczo-rozwojowe. Wzorować się będziemy na najlepszych uczelniach świata.
– W tych uczelniach badawczych proces kształcenia studentów przebiega inaczej niż to dzieje się na uczelniach polskich, studenci od razu włączani są w badania naukowe, dzięki temu poziom kształcenia zdecydowanie rośnie, a uczelnia koncentruje się tak samo na kształceniu, jak na prowadzeniu badań naukowych – podkreśla Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów.
Według najnowszego rankingu QS World University Rankings na 2018 r. pierwsze cztery miejsca zajmują amerykańskie uczelnie, kolejno Massachusetts Institute of Technology (MIT), Stanford University, Harvard University oraz California Institute of Technology (Caltech). Pierwszą piątkę zamyka brytyjski University of Cambridge. Najlepsza polska uczelnia – Uniwersytet Warszawski – zajmuje w tym rankingu 419. miejsce. W pierwszej 500 najlepszych uczelni znalazł się jeszcze Uniwersytet Jagielloński na 461. pozycji.
Blisko połowa zdjęć jest robiona smartfonami – wynika z badań Empikfoto.pl. Co druga osoba zamieszcza zdjęcia na portalach społecznościowych. Jednocześnie rośnie trend wywoływania odbitek. Więcej niż co trzecie wywoływane zdjęcie jest zrobione telefonem. Dużym zainteresowaniem cieszą się też fotogadżety: fotoksiążki, fotokalendarze, fotokubki. Stanowią już 40 proc. wszystkich zamówień.
– Już ok. 48 proc. zdjęć wykonywanych jest smartfonami. Warto zaznaczyć, że jeszcze w 2010 roku tylko 3 proc. zdjęć wywoływanych przez klientów pochodziło z telefonów, a w 2016 roku ten odsetek wzrósł do 37 proc. Często aparaty dostępne w naszych smartfonach zastępują nam tradycyjne aparaty cyfrowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Burzyńska, menadżer w Empikfoto.pl.
Z badania „Zoom na Polaków” przeprowadzonego przez Empikfoto.pl wynika, że niemal tyle samo osób robi zdjęcia smartfonami, co aparatami cyfrowymi (odpowiednio 48 i 49 proc.). Najczęściej fotografujmy sytuacje z życia codziennego (40 proc.), rodzinę (33 proc.), dzieci (31 proc.), chętnie robimy też selfie (31 proc.). Blisko połowa dzieli się zdjęciami ze znajomymi na portalach społecznościowych (średnio pięć zdjęć w miesiącu).
– Mniej więcej 2/3 badanych wykonuje około 30 zdjęć miesięcznie, średnio to jedno zdjęcie dziennie. 90 proc. badanych deklaruje, że wykonuje zdjęcia kilka razy do roku. Najczęściej osoby, które wykonują zdjęcia, to kobiety, a liczba wykonywanych i wywoływanych zdjęć mocno wzrasta w momencie, gdy na świat przychodzi dziecko. Najbardziej popularną kategorią wywoływanych zdjęć są fotografie z podróży, wakacji i uroczystości rodzinnych, jak ślub i komunia – wskazuje Burzyńska.
Co trzeci badany nie publikuje zdjęć w internecie. Nie oznacza to jednak, że fotografie giną na dyskach. Choć większość przechowuje je w chmurze, to już 89 proc. deklaruje, że wywołuje zdjęcia kilka razy w roku. Przeważnie decydują się na to osoby młode, w wieku do 30 lat.
– Jeszcze 10 lat temu zdjęcia często robiliśmy aparatami analogowymi, teraz aparaty cyfrowe dają nam o wiele więcej możliwości. Na jednym wyjeździe możemy zrobić kilkaset zdjęć, od razu je zobaczyć, usunąć lub zachować. W ciągu tych lat świat fotografii mocno przeniósł się do internetu. Coraz częściej wykonujemy zdjęcia i umieszczamy je w internecie, ale teraz powstał nowy trend wywoływania odbitek, ten trend cały czas mocno wzrasta – przekonuje przedstawicielka Empikfoto.pl.
Dlatego Empik wprowadza udogodnienia dla klientów w tym zakresie. W App Store i Google Play pojawiła się aplikacja służąca wywoływaniu zdjęć. Dzięki niej można zamówić odbitki z telefonu i mediów społecznościowych, te zaś są gotowe w ciągu 24 godzin i można je odebrać w Empikach w całej Polsce. Aplikacja daje też możliwość edytowania zdjęć poprzez kadrowanie, nakładanie filtrów i tworzenie kolaży.
– Aplikacja i serwis Empikfoto.pl będą stale przez nas rozwijane. Na stronie planujemy jeszcze w tym roku mocno poszerzyć kategorie produktowe, głównie skupiamy się na wystroju wnętrz. Trend personalizacji i unikalności mocno rośnie, chcemy dać klientom jak najwięcej produktów w pełni spersonalizowanych. Zależy nam na tym, aby jeszcze w tym roku dać klientom możliwość stworzenia fotoksiążki czy fotokalendarza w naszej aplikacji mobilnej – zapowiada Paulina Burzyńska.
Poprzez aplikację można też zaprojektować i zamówić fotoprezenty, jak kubki, poduszki, etui na telefon czy obrazy na płótnie. Badanie „Zoom na Polaków” wskazuje, że coraz większym zainteresowaniem cieszą się fotogadżety: fotoksiążki, fotokalendarze, fotokubki czy T-shirty ze zdjęciem. Stanowią łącznie 40 proc. wszystkich zamówień, podczas gdy jeszcze trzy lata temu było ich o połowę mniej. Fotoksiążki to w pełni spersonalizowany produkt. Najszybciej, kilkadziesiąt procent w ciągu roku, rośnie sprzedaż fotokalendarzy.
– Popularne kategorie to fotokubki, obrazy i poduszki – to trzy najbardziej kluczowe kategorie. Fotokubki często wykorzystywane są jako prezenty na różne okazje, obrazy i poduszki – jako element wystroju wnętrz. Fotokalendarze największym zainteresowaniem cieszą się w okresie świąt Bożego Narodzenia oraz w Dzień Babci i Dziadka. To idealny pomysł na prezent – wymienia Paulina Burzyńska.
Od lat nie cichnie dyskusja na temat cukru. Jego przeciwnicy obarczają go winą za nadwagę, cukrzycę, próchnicę, osteoporozę i wiele innych zaburzeń. Te krzywdzące oskarżenia zrodziły mity, które trzeba wreszcie obalić – uważa specjalista ds. żywienia Agnieszka Piskała. Autorka raportu „Uczymy jak słodzić” podkreśla, że produkty zawierające cukier mogą być elementem zdrowej i zbilansowanej diety połączonej z aktywnym trybem życia.
– Od pewnego czasu w mediach pojawia się bardzo dużo informacji na temat szkodliwego wpływu cukru na organizm. Błędne to opinie, bo chociażby z fizjologicznego punktu widzenia, to właśnie cukry proste, czyli glukoza, są dla naszego mózgu i mięśni podstawowym paliwem energetycznym – mówi agencji Newseria Agnieszka Piskała, specjalistka ds. żywienia, autorka raportu „Uczymy jak słodzić” .
Cukry proste, które naturalnie występują w żywności, czyli chociażby w owocach, warzywach, cukrze czy w mleku, również mogą być częścią zbilansowanej diety. Wszystko jest kwestią ilości, częstotliwości i okoliczności ich spożywania.
– Światowa Organizacja Zdrowia ustaliła pewne normy, jakie cukry i w jakich ilościach dziennie możemy spożywać. Są one inne w przypadku osób starszych niż na przykład dla ludzi uprawiających aktywnie sport, poddanych dużemu wysiłkowi intelektualnemu czy dzieci. Trzeba to świadomie kontrolować i wiedzieć o tym – podkreśla Agnieszka Piskała.
Dietetycy tłumaczą, że glukoza pełni wiele ważnych funkcji w organizmie człowieka. Jest wykorzystywana przez mózg oraz przez czerwone ciałka krwi jako jedyne źródło energii. Zbyt wysoki i zbyt niski poziom glukozy we krwi jest bardzo niebezpieczny dla zdrowia człowieka. Brak bądź zbyt mała ilość cukrów w pożywieniu przyczyniają się do tego, że zaczynamy odczuwać znużenie, nie możemy skoncentrować się na wykonywanej pracy, jesteśmy rozdrażnieni i śpiący, a podczas wysiłku fizycznego spada nasza wydolność fizyczna i szybciej się męczymy. Ponadto brak węglowodanów w pożywieniu powoduje wytwarzanie glukozy przez sam organizm, ale zachodzi to kosztem zniszczenia białek wchodzących w skład organizmu. Na skutek tego zmniejsza się masa mięśniowa oraz dochodzi do osłabienia organizmu.
– Na temat negatywnego wpływu spożycia cukrów na nasz organizm jest bardzo dużo mitów, które powinniśmy obalić. Jednym z nich jest to, że cukier jest przyczyną otyłości. Oczywiście, jeśli spożywamy duże ilości cukru, to na pewno organizm wystawi nam za to rachunek. Jednak z badań wynika, że cukry proste i słodycze wcale nie są główną przyczyną otyłości wśród Polaków – podkreśla Agnieszka Piskała.
Statystyki Instytutu Żywności i Żywienia oraz GUS, który publikuje informacje na temat produktów spożywanych przez Polaków, jednoznacznie pokazują, że główną przyczyną nadwagi i otyłości jest nadmierne spożycie tłuszczów. W diecie przeciętnego Polaka powinny one stanowić około 20 proc. energii, natomiast na nasze talerze trafia ich dwa razy więcej.
– Innym popularnym mitem kojarzonym z cukrem jest zarzut, że przyczynia się on do próchnicy. Chciałabym tu jednak zwrócić uwagę na fakt, że są przecież osoby, w których diecie on króluje, nadużywają go, a mimo to mają ładne, zdrowe zęby i odwrotnie – ci, którzy go wyeliminowali, mają problemy z próchnicą. Ja winię za to raczej nieodpowiednią higienę jamy ustnej i temu powinniśmy poświęcić więcej uwagi, zamiast deprecjonować cukry proste – ważne dla mózgu oraz mięśni – dodaje Agnieszka Piskała
W raporcie „Uczymy jak słodzić” (powstał w ramach zainaugurowanej w maju br. kampanii edukacyjnej) omawiane jest zjawisko bardzo popularnego w Szwecji tzw. słodkiego dnia . Kieruje nim następujący mechanizm: przez sześć dni słodycze są zakazane, a siódmego można ich zjeść tyle, na ile dana osoba ma ochotę. Zdaniem specjalistów takie rozwiązanie może uaktywnić zły nawyk żywieniowy.
– Ta metoda nie przyniosła dobrych efektów w sferze edukacji żywieniowej, a jeśli chodzi o samo zaspokojenie słodkiego smaku, też pozostawia wiele do życzenia. Bo ten jeden dzień nadmiaru fundowania sobie łakoci bez ograniczeń, zazwyczaj kończy się niesmakiem i problemami. Jeśli jednak możemy je zjeść tylko jednego, określonego dnia, to w pewnym momencie może się nasilić myślenie o nich w kategoriach pocieszenia lub nagrody, a tu rodzi się natychmiast ryzyko, że przylgnie do nas zły nawyk, od którego trudno się będzie później uwolnić – mówi Agnieszka Piskała
Często pojawia się również stwierdzenie, że cukier uzależnia. Agnieszka Piskała tłumaczy, że uzależniać może wiele rzeczy – alkohol, tytoń, żywność typu fast food. Generalnie uzależnia nas to, co sprawia nam przyjemność. Może to także być cukier lub słodkie przekąski, ale jeśli znajdziemy dla nich miejsce w zdrowej, prawidłowo zbilansowanej diecie, to będziemy mieli i przyjemność z ich spożycia, a jednocześnie poczucie kontroli nad ilością słodyczy w codziennym menu.
Centrum danych to obiekt dedykowany dla sprzętu komputerowego i powiązanych z nim elementów. Procesory, zaawansowane karty graficzne, systemy pamięci masowej i inne urządzenia kontrolowane przez te systemy są monitorowane przez specjalistyczne oprogramowanie i techników, którzy udostępniają energię i zasoby komputera w celu zapewnienia optymalnej wydajności jego pracy. Oprócz odpowiedniego wsparcia, systemy mają bezpośrednie źródła danych co oznacza, że mogą przesyłać i odbierać dane z niewiarygodną prędkością.
Wszystkie te elementy łączą się w centrum wydobycia kryptowalut, aby zapewnić najlepsze możliwe doświadczenia z miningu.
Centrum danych – kapitałochłonna lecz długofalowa forma inwestycji
Centra danych kryptowalut to inwestycje kapitałochłonne, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem i są przeznaczone do wydobywania kryptowalut. W przeszłości okazały się być dość dochodowe, aby doprowadzić ludzi do podekscytowania perspektywami wydobywania na dużą skalę. Mining to proces rozwiązywania złożonych zagadek kryptograficznych w celu sprawdzania poprawności transakcji w sieci rozproszonej. Specjalistyczne chipy i procesory mogą opracowywać algorytmy mieszające kryptowaluty w milisekundach. Często będą wymagać dedykowanej mocy komputera i odpowiedniego cyklu i są ustawione tak aby mogły pracować w nieprzerwany sposób, maksymalizując tym samym całkowitą wydajność centrum wydobycia wirtualnych walut. Potrzebne są wysokie ilości energii elektrycznej, aby obsługiwać taką operację. Aby utworzyć jedną z nich potrzeba czasu, zasobów, poświęcenia i zaangażowania.
Jak dochodowe jest wydobywanie kryptowalut?
Najprostszym sposobem określenia, czy wydobycie GPU będzie dla Ciebie korzystne, jest użycie kalkulatora. W tym celu posłuży choćby bardzo popularna strona Coinwarz. Wystarczy otworzyć dowolne łącze i widać wstępnie wypełnioną wartość 150 MH/s, 750 W i 0,10 USD/kWh dla szybkości haszowania, zużycia energii i ceny energii elektrycznej. Obecnie można będzie zatem spodziewać się 300 dolarów miesięcznie zysku, wydobywając Ethereum przy obecnym kursie i biorąc pod uwagę powyższe założenia. Aby dojść do takiego przekonania, dla przykładu można porównać dwie opcje do wydobycia GPU dla kart graficznych AMD Radeon RX 470 i Radeon RX 480. Wybierzmy RX 470, ponieważ działa niemalże tak samo jak 480 lecz zużywa mniej energii i mniej kosztuje. Po spędzeniu kilku godzin na przeglądaniu różnych zasobów i forów poświęconych wydobywaniu, większość osób deklaruje prędkość między 24 a 29 MH/s na pojedynczym GPU RX 470. Zakładamy uśredniając, że to będzie około 25 MH/s.). Możemy spakować sześć kart do jednego urządzenia wydobywczego, co oznacza szacunek 150 MH/ s (6 x 25 MH/s). Oszacowanie zużycia energii wynoszące 750 W jest oparte na każdym RX 470 GPU, który zużywa około 120 W, dzięki wysokiej wydajności pracy i wydajnemu zasilaniu. W sumie jest to 720 W dla GPU i 30 W na resztę systemu, czyli w zasadzie płytę główną i bezczynny procesor o małej mocy. Szacunkowo określając koszty wydobycia przy założeniu, że korzystamy z serwerowni zapłacimy 0.34 gr/KW, co stanowi bardzo preferencyjne warunki.
Specjalistyczny sprzęt do wydobywania kryptowalut
Oprogramowanie jest wiążącym elementem sprzętu przeznaczonego do miningu. Ponieważ proces wydobywania blokowego jest oparty na oprogramowaniu, odpowiedni sprzęt do wydobywania stanowi wsparcie dla tego procesu. Podobnie jak w przypadku zwykłego komputera, potrzebne są następujące podzespoły sprzętu do wydobywania:
Płyta główna – aby umożliwić częściom komunikację;
Karty graficzne – aby przetworzyć algorytm;
Dysk twardy (HDD/SSD) – aby zapisać Blockchain i nowo zweryfikowanych transakcje;
Pamięć RAM – aby nadać programowi do wydobywania pamięć roboczą;
Zasilacz (PSU) – dla zapewnienia odpowiedniego zasilania poszczególnym częściom;
Ethernet – aby otrzymywać nowo zatwierdzone transakcje, które mają być przechowywane w Blockchain oraz nowe weryfikacje zakończone podczas wydobywania.
Warto podkreślić, że karta graficzna odgrywa największą rolę w określeniu, jak bardzo dochodowa będzie twoja koparka.
Od pomysłu do realizacji
Zazwyczaj mało prawdopodobne jest, że na świecie jest osoba, która budzi się z myślą co jeśli dziś zbuduję centrum danych? Zwykle ludzie podejmują takie decyzje w oparciu o szereg zdarzeń i warunków.
CCG Mining podjął taką decyzję w wyniku kombinacji czynników, z których pierwszy i ważny związany był z nadmierną ekscytacją dla nowej kryptowaluty jaką był wówczas Bitcoin a póżniej Ether. W ciągu nieco ponad roku Ethereum wygrał i osiągnął kapitalizację prawie miliarda dolarów. Oczywiście klienci CCG również chcieli uzyskać możliwość wydobywania tej nowej kryptowaluty – tłumaczy Michał Kwieciński, CEO/Advisor w CCG Mining, spółce technologicznej które oferuje między innymi możliwość wydobywania kryptowalut.
Magia wydobywania
Na początku marca 2016 roku firma CCG Mining ogłosiła uruchomienie wydobycia Ethereum i rozpoczęła przyjmowanie zleceń wstępnych. Kilka lat wcześniej firma rozpoczęła rozbudowę infrastruktury wydobywczej i była w posiadaniu wystarczających środków na budowę pierwszej farmy wydobywczej GPU, uruchomionej później na początku 2011 roku.
Ethereum najlepiej jest wydobywać na kartach graficznych. Wiele już zostało napisane w celu wyjaśnienia jakie są zalety wydobywania na kartach graficznych w porównaniu z wydobywaniem w oparciu o procesory CPU.
Ethereum używa bardzo złożonego algorytmu, co sprawia, że całkowicie niemożliwe jest wydobywanie na procesorze, a wydobycie GPU jest możliwe dla prawie każdej waluty.
Odpowiednie chłodzenie
Nie jest to jednak takie proste, jak umieszczenie kilku kart graficznych na stojakach w centrum danych. Główną komplikacją tutaj jest chłodzenie. Przypadki nowoczesnych serwerów są zaprojektowane i przystosowane do najbardziej efektywnego chłodzenia: z jednej strony z wlotem powietrza i wylotem powietrza z drugiej strony. Temperatura w przestronnym i zimnym budynku ostro wzrasta w miarę zbliżania się do pomieszczenia, w którym odbywa się magia miningu.
Odpowiednie chłodzenie okazuje się kamieniem węgielnym centrum danych. Firma CCG Mining zrekonstruowała cały system wentylacji pomieszczeń zgodnie ze swoimi potrzebami. Na użytek swoich serwerowni firma wynajmuje duży magazyn w budynku byłych zakładów materiałów elektronicznych, które to powstały w latach 70 – ych. Aby utrzymać temperaturę sprzętu konsumującego 1200 kWh, która wynosi 65 – 70°C w zależności od temperatury otoczenia wynoszącej 20 °C, w ostateczności 30°C, wymiana powietrza musi wynosić 900 m³/h. Oznacza to, że potrzebujesz co najmniej 5-metrowego otworu na dopływ świeżego powietrza i dwóch kanałów wentylacyjnych o średnicy 630 mm z wentylatorem do wylotu powietrza – dodaje Michał Kwieciński.
Ponieważ sprzęt wydobywczy generuje duże ilości ciepła, problem z chłodzeniem staje się kluczowy. Najprostszym rozwiązaniem jest rozmieszczenie sprzętu w niskich temperaturach. Wydobywający kryptowalutę wytwarzają ogromne ilości ciepła, bowiem serwerownia wytwarza go prawie tyle, co centralny system grzewczy w większości domów! Czujniki temperatury znajdują się wszędzie w obiekcie, stale dostosowując chłodzenie wlotowe i wydechowe, aby zachować idealną równowagę.
Oprócz niezwykle skomplikowanych systemów chłodzenia, reszta wydaje się tak łatwa, jak składanie klocków Lego: płyty główne Asrock H81 Pro BTC, karty graficzne AMD R9 390 8GB, Sapphire Nitro + Rx 580, Rx 480 Nvidia 1060, 1070, 1080, 1080ti, wzmacniacze PCI-E służące do łączenia wielu wideo kart do ograniczonej liczby gniazd GPU na standardowej płycie głównej, a zasilacze CCG Custom PSU 2100W są montowane w standardowych metalowych stojakach.
Bezpieczeństwo
Po zbudowaniu własnego centrum danych kolejny priorytet po sprzęcie i chłodzeniu to bezpieczeństwo. Informacja tworzy pieniądze, a w tym przypadku informacje to pieniądz, nawet jeśli wirtualne pieniądze. Oczywiście kamery są instalowane we wszystkich narożach gospodarstwa.
W chwili obecnej ponad tysiąc osiemset kart graficznych pracuje dla klientów, którzy weszli w świat kryptowalut , aby wykopywać cenne monety.
Technicy w tego typu obiektach pracują 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, aby zapewnić, że wydobywanie kryptowalut odbywa się w pełni w bezpieczny sposób zarówno pod względem fizycznym jak i praktycznym. Stale monitorowane są zapory, monitory aktywności sieci i liczniki zasobów, zarówno w oparciu o oprogramowanie, jak i sprzęt, aby zapewnić niezależność od zakłóceń i włamań.
Wydobywanie w chmurze jako alternatywna metoda wydobywania
Niewielka liczba dużych producentów sprzętu do wydobywania dostarcza przemysłowi wydobywczemu najnowszy i najbardziej efektywny sprzęt. Usługi zdalnego hostingu i cloud miningu zwróciły się do klientów oferując im możliwości uczestniczenia w procesie wydobywczym bez potrzeby uruchamiania sprzętu. Daje to dalszą ewolucję wydobywania kryptowalut od hobbistycznej aktywności na wczesnym etapie, do profesjonalnego przemysłu, w którym ulokowane są duże ilości kapitału. Warto zauważyć, że te okoliczności nie obejmują kosztów generowania sprzętu do wydobywania, ani przychodów z opłat generowanych z tytułu świadczenia usług w zakresie górnictwa i usług hostingu na odległość, ani zysków zrealizowanych dzięki analizie cen kryptowaluty. W rezultacie całkowite przychody generowane przez wszystkie podmioty w branży wydobywania kryptowalut prawdopodobnie będą znacznie wyższe.
Chcąc wydobywać kryptowaluty najbezpieczniejszym sposobem było by pozyskanie niezbędnego wkładu finansowego jako punktu wyjścia i wybudowanie własnego sprzętu obliczeniowego, choć oczywiście wiążą się z tym koszty w tym te związane z dużymi rachunkami za energię elektryczną a także koniecznością aktualizacji sprzętu i oprogramowania. Dlatego też CCG Mining wyszedł naprzeciw zarówno poczatkującym entuzjastom kryptowalut jak i doświadczonym inwestorom, oferując możliwość doboru zakupu, konfiguracji odpowiedniego sprzętu i rozmieszczenie go w Data Center aby tam mógł nieprzerwanie pracować w odpowiednich do tego warunkach na bardzo korzystnych warunkach finansowych w myśl zasady która przyświeca firmie: „We make it easy for You”, co oznacza dosłownie, że nie będziemy musieli martwić się o nic a jedynie przeliczać swoje zyski z wydobycia.
W ostatnich miesiącach sytuacja frankowiczów nieco się poprawia. Kurs franka zszedł poniżej 4 zł i jest szansa, że w przyszłości będzie on kosztował jeszcze mniej niż obecnie. Mimo tego osoby, które zaciągnęły kredyt hipoteczny w szwajcarskiej walucie, i tak czekają na ustawę spreadową. Na jaką pomoc będą mogły liczyć?
W tej chwili prace nad ustawą spreadową ciągle trwają. Na razie wiemy o niej stosunkowo niewiele. Podstawą ustawy będzie zapewne projekt prezydencki. „Przewiduje on, że wszystkie osoby, które od roku 2000 do momentu wejścia poprzedniej ustawy antyspreadowej, tj. do 2011 r., spłacały kredyty hipoteczne w walutach obcych, będą mogły otrzymać zwrot spreadu, czyli różnicy między kursem kupna i sprzedaży waluty obcej w swoim banku. Prawdopodobnie oznacza to, że większość tych kredytobiorców dostanie kwotę zwrotu w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Co ważne, będzie to dotyczyło nie tylko tych, którzy kredyty jeszcze spłacają, lecz także tych, którzy już je spłacili” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl ekonomista Paweł Majtkowski.
Oczywiście z perspektywy frankowiczów te kilkanaście tysięcy złotych to mało. Pozostaną oni z poczuciem niedosytu, ponieważ liczą na znacznie większą pomoc. Niezadowolony będzie również sektor bankowy: jak wynika z wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego, rozwiązanie zaproponowane przez prezydenta ma kosztować banki ok. 10 mld zł. Na ostateczny kształt ustawy przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać.