W ramach programu Horyzont 2020 większość projektów realizowana jest w międzynarodowych konsorcjach przemysłowo-naukowych. Choć udział polskich firm w zgłoszonych i realizowanych projektach znacząco wzrósł w ostatniej edycji, wciąż jeszcze brakuje im wizerunku wartościowych partnerów w projektach badawczo-rozwojowych poza Polską. Przeszkadzają też obawy co do praw własności do wspólnie wypracowanych prototypów.
– Współpraca nauki z biznesem w kontekście Horyzontu 2020 jest koniecznością. Mamy oczywiście instrumenty MŚP, gdzie pojedyncze przedsiębiorstwo aplikuje, ale większość projektów i wniosków projektowych, które są składane, realizowane są w konsorcjach naukowo-przemysłowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Projektów Badawczych Unii Europejskiej. – W kontekście projektów, które dedykowane są zaawansowanym technologiom, czyli nie tylko przygotowaniu prototypu, lecz także testowaniu tego prototypu w warunkach rzeczywistych, ta współpraca nauki z przemysłem jest nieodzowna i rzeczywiście w polskich warunkach współpraca polskiego przemysłu znacznie wzrosła.
W ramach programu Horyzont 2020 na innowacyjne projekty przeznaczono 77 mld euro. Po trzech latach siedmioletniego programu wykorzystano niecałe 24 mld euro. Firmą, która pozyskała rekordowe dofinansowanie, był Funding Box Accelerator, do którego trafiło 7 mln euro z 235 mln euro pozyskanych w ramach tej edycji programu przez Polskę.
– W porównaniu z poprzednią edycją programu ramowego, siódmym programem ramowym, gdzie ten udział przemysłu był znacząco niższy, w tym momencie na ponad 420 polskich uczestników programu Horyzont 2020 dwieście to firmy – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk. – Pozostałe to instytuty badawcze, PAN-owskie, uniwersytety, także NGO-sy, administracja publiczna i samorządowa, widzimy, że przemysł urasta nam tutaj do jednego z głównych graczy.
Po 323 konkursach 199 polskich firm przemysłowych uzyskało łącznie 56,8 mln euro na 262 uczestnictwa w 220 projektach. Z kwoty tej ponad połowa przypadła na małe i średnie firmy – 122 podmioty pozyskały 30,1 mln euro. Poza Funding Box Accelerator największymi beneficjentami zostały Selena Labs (ponad 4 mln euro) i Synektik (3,7 mln euro) oraz Crist Offshore (2,4 mln euro). Pieniądze pozyskane przez polskie podmioty to jednak tylko 1 proc. całej wykorzystanej przez członków Unii kwoty, będącej mniej niż jedną trzecią środków przeznaczonych na cały program.
– Bariery są znane. Chodzi o wspólnotę interesów, o kwestię praw własności intelektualnej, później praw dostępu do komercjalizowanych technologii – mówi Walczyk-Matuszyk. – W zakresie Horyzontu 2020 istnieje szereg możliwości pozyskania wsparcia w tym obszarze, ponieważ jest to program o charakterze ponadnarodowym, wymogiem są tutaj konsorcja międzynarodowe. Bardzo dużą barierą, z którą się borykamy, zwłaszcza dotyczy to naszej części Europy, także Polski, jest niskie umiędzynarodowienie zarówno nauki, jak i przemysłu. Polskie firmy za granicą, zarówno te małe, jak i te duże, nie są kojarzone w kontekście B+R, a na tym nam szczególnie zależy.
Dlatego Krajowy Punkt Kontaktowy Projektów Badawczych UE stara się mobilizować firmy do aktywności na poziomie międzynarodowym poprzez uczestnictwo w spotkaniach brokerskich, w ramach których mogą nawiązać współpracę ze swoimi naukowymi czy przemysłowymi odpowiednikami za granicą, jak również poprzez prezentowanie swojej marki – jako firmy zainteresowanej pracami badawczo-rozwojowymi – za granicą. Zdaniem Katarzyny Walczyk-Matuszyk ten brak umiędzynarodowienia jest jedną z głównych barier polskiego uczestnictwa.
– Mamy nadzieję, że zobaczymy pozytywne efekty współpracy nauki z przemysłem. Proszę pamiętać, że te projekty, które toczą się w Horyzoncie, to są z reguły projekty długoletnie, dlatego że wypracowanie innowacji i praca w ramach projektów badawczych wymaga zaangażowania czasowego, ale mamy wiele projektów i liczymy, że niedługo będziemy mogli poznać ich efekty – ocenia zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Projektów Badawczych Unii Europejskiej.
Turyści z Europy Zachodniej i Ukraińcy coraz częściej inwestują w nieruchomości w Polsce. W 2016 roku sprzedaż mieszkań obcokrajowcom sięgnęła 6,4 tys. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści. Ze względu na imigrację, coraz więcej mieszkań kupują Ukraińcy. Szacuje się, że już wkrótce 20 proc. mieszkań dostępnych na rynku trafi właśnie do nich. Większość obcokrajowców celuje w droższe mieszkania. Eksperci oceniają, że rynek będzie rosnąć. Spodziewają się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów.
– Coraz więcej nieruchomości jest kupowanych przez obcokrajowców. Wedle oficjalnych danych za 2016 rok ponad 6,4 tys. mieszkań i lokali użytkowych zostało sprzedanych obcokrajowcom. Największą grupę stanowią Ukraińcy, następnie Niemcy i Brytyjczycy. Trend jest rosnący i w kategorii mieszkań na stały pobyt, do zamieszkania w związku z miejscem pracy w dużych miastach, Ukraińcy będą niedługo kupowali co piąte mieszkanie dostępne na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy Prestige.
Według danych GUS deweloperzy w Polsce oddali w 2016 roku do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań. Już blisko 7 proc. kupują obcokrajowcy. Dane firmy Prestige wskazują, że cudzoziemcy kupili w ubiegłym roku w Polsce blisko 6,4 tys. mieszkań i apartamentów. Dane MSWiA wskazują, że to o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej, ze względu na coraz większą emigrację, kupują Ukraińcy, przede wszystkim w większych miastach (łącznie blisko 64 tys. mkw. powierzchni).
– Dużym powodzeniem cieszą się obecnie mieszkania wakacyjne nad morzem kupowane głównie przez Niemców, Skandynawów i obywateli Wielkiej Brytanii. Jest to związane z korzystną relacją kosztów do uzyskiwanych przychodów, a także niedrogim pobytem wakacyjnym w Polsce. Wynika to również z sytuacji geopolitycznej – przyjazd do Polski jest rekomendowany jako bezpieczny przez większość ministerstw spraw zagranicznych krajów UE – ocenia ekspert.
Niemcy i Brytyjczycy kupili łącznie ok. 70 tys. mkw. powierzchni (odpowiednio 43 i 18 tys. mkw.). W przypadku Ukraińców większy zakup mieszkań to efekt wzrostu migracji do naszego kraju (przede wszystkim zarobkowej). Przedstawiciele pozostałych krajów należą zaś do tych najchętniej odwiedzających polskie wybrzeże. W Międzyzdrojach nawet 40 proc. osób kupujących apartamenty to cudzoziemcy, choć część z nich ma polskie korzenie lub powiązania z naszym krajem. Obcokrajowców do polskich kurortów przyciąga bezpieczeństwo, niskie ceny oraz dynamicznie rozwijająca się infrastruktura wypoczynkowa.
– Obcokrajowcy celują w zakup stosunkowo drogich mieszkań, gdzie kwoty za metr kwadratowy zaczynają się od 10 tys. zł w przypadku powierzchni wykończonej do wynajmu, ale też są to ceny nawet do 30 tys. zł za specjalnie wykończone apartamenty. Gros z nich trafia później na rynek poprzez lokalnych pośredników lub firmy zawodowo zajmujące się zarządzaniem tymi nieruchomościami, a dochody z tego trafiają na konto inwestorów – tłumaczy prezes firmy Prestige.
Z danych MSWiA wynika, że najwięcej lokali mieszkalnych i użytkowych cudzoziemcy nabyli na terenie województw: mazowieckiego (blisko 294 tys. mkw.), małopolskiego (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskiego (57,2 tys. mkw.). Największy popyt jest na mieszkania w największych aglomeracjach, prym wiedzie Warszawa i Kraków.
Zdaniem Piotra Puchały coraz popularniejszy trend zakupu mieszkań w Polsce przez obcokrajowców będzie się utrzymywał.
– Obecnie mieszkańcami 82 proc. mieszkań w Polsce są właściciele tych mieszkań. Dla porównania w Szwajcarii tylko 37 proc, w Niemczech – 50 proc. Wynika to z zamożności pewnej grupy społecznej, która kupuje apartament specjalnie pod wynajem. Ten trend będzie się upowszechniał w Polsce. W 2007 roku mieliśmy bardzo duże zakupy obywateli Wielkiej Brytanii, Irlandii, teraz spodziewam się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów – prognozuje Piotr Puchała.
Blokowanie aplikacji mobilnych przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, licencje dla kierowców, odprowadzanie podatków w Polsce – to tylko niektóre pomysły na wprowadzenie regulacji na rynku przewozów osobowych. Mimo protestów taksówkarzy skierowanych głównie przeciw Uberowi, rząd dopiero pracuje nad wypracowaniem złotego środka, który godziłby nowoczesne technologie i ekonomię współdzielenia z zasadą równego traktowania podmiotów. Tymczasem Uber planuje dalszy rozwój nad Wisłą.
– Coraz więcej krajów decyduje się na reformy prawa skierowane na pojawiające się nowe technologie. Świetnym przykładem jest Finlandia, przyjęła ona niedawno regulacje, które wprowadzają łatwą do uzyskania licencję dla kierowców. Jest ona skierowana dla tych, którzy nie chcą pracować jako kierowcy w pełnym wymiarze godzin, a tylko traktować to jako działalność dodatkową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kacper Winiarczyk, dyrektor generalny Uber Polska. – Pojawiły się też takie zapisy, że taksometrem nie musi być fizyczne urządzenie, a może nim być aplikacja w telefonie, która przez to, że jest spięta z systemem GPS, jest po prostu superdokładna.
W poniedziałek 5 czerwca taksówkarze z dziewięciu miast Polski, w których działa aplikacja Ubera, protestowali, blokując ulice, przeciwko nierównym ich zdaniem warunkom prowadzenia biznesu, jakie mają przewoźnicy mobilni i licencjonowani taksówkarze. Podnosili kwestię konieczności zdobycia licencji, zainstalowania kasy fiskalnej i odprowadzenia podatków. Kierowcy Ubera natomiast takich wymogów nie mają, przez co mogą proponować niższe ceny – argumentowali protestujący.
Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa przygotowało projekt ustawy, która ma według słów szefa resortu Andrzeja Adamczyka tworzyć równe warunki konkurencyjne dla wszystkich przewoźników na tym rynku. Fundacja Panoptykon opublikowała zapis, który zezwalałby natomiast na blokowanie aplikacji przez UKE tym firmom, które działałyby bez odpowiednich zezwoleń. Zwolennikiem kategorycznych rozwiązań nie jest jednak wicepremierzy Mateusz Morawiecki i Jarosław Gowin. Minister finansów i rozwoju przyznał wprawdzie, że przewoźnicy tacy jak Uber powinni płacić podatki w Polsce, ale zapowiada poszukiwanie złotego środka między propozycją MIB a zmieniającym się rynkiem usług.
– Obecnie nie mamy sygnałów które świadczyłyby o tym, że nowe regulacje mogłyby ograniczyć lub zmienić formułę naszej działalności w Polsce – mówi dyrektor generalny Ubera w Polsce. – Widzimy, że w Polsce jest niezwykłe zainteresowanie naszymi usługami ze strony użytkowników. W maju ogłosiliśmy, że mamy ponad milion zarejestrowanych użytkowników, którym zależy na tym, aby otrzymywać przejazdy wygodne, bezpiecznie i przejrzyste cenowo. Z drugiej strony widzimy zainteresowanie ze strony przedsiębiorców, którzy chcą podjąć z nami współpracę i w ten sposób poprawiać status finansowy swoich rodzin.
Przekonuje, że system, w jakim działa Uber, ma pozytywny wpływ na zmniejszenie liczby prywatnych aut jeżdżących po miastach i w nich parkujących oraz że blisko współpracuje z systemem transportu miejskiego. Przykładowo podaje, że w Warszawie 30 proc. kursów zaczyna się lub kończy w promieniu czterystu metrów od stacji metra, z czego można wnioskować, że pasażerowie przesiadają się następnie w podziemną kolejkę.
– W Polsce obecnie będziemy się skupiać na rozwoju naszej istniejącej oferty – zapowiada Winiarczyk. – Widzimy też zainteresowanie z innych stron, z jednej strony jest to nasz produkt dla biznesu, obsługa korporacji, małych i średnich przedsiębiorstw. To zainteresowanie jest olbrzymie ze względu na to, że firmy mogą dzięki nam znacząco ograniczyć koszty transportu. Z drugiej strony jest to rozwój usługi UberEATS. Jest to usługa, która łączy restauratorów, kurierów i głodnych użytkowników, obecnie działa w Warszawie i cieszy się olbrzymim zainteresowaniem zarówno ze strony restauratorów, jak i użytkowników, więc myślę, że jest to dobry kierunek rozwoju.
UberEATS działa na razie w Warszawie od lutego, a stolica Polski jest pierwszym miastem w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym została uruchomiona. Polega na dowożeniu posiłków z restauracji do klientów w ciągu 30 minut. Firma informuje na swojej stronie, że współpracuje z ponad setką restauracji. W czerwcu do grona partnerów UberEATS dołączył McDonald’s.
– Trzecie rzecz to kwestia rozwoju produktów z zakresu elektromobilności czy głębszego zacieśniania współpracy z systemami transportu miejskiego, szczególnie jeśli chodzi o komunikację zbiorową – wylicza szef polskiego Ubera. – Będziemy chcieli, aby mniej osób przyjeżdżało z przedmieść do centrów miast, w których funkcjonujemy, swoimi własnymi samochodami. Będziemy namawiać, aby korzystali więcej z komunikacji miejskiej i więcej z Ubera, a mniej właśnie z prywatnych samochodów.
Działalność CSR przestaje być postrzegana przez przedsiębiorstwa jako tańszy zamiennik marketingu. Jedną z form prospołecznych działań staje się firmowy wolontariat. W Orange Polska, gdzie taki projekt jest prowadzony od przeszło 10 lat, co roku w wolontariacie działa ok. 3,5 tys. pracowników, których czas i zaangażowanie są wyceniane na około milion złotych. Dla firmy to nie tylko wizerunkowa korzyść, lecz także realna inwestycja w zasoby ludzkie.
– Nowoczesna firma funkcjonuje jak normalna społeczność, nastawiona nie tylko na cele biznesowe, lecz także mająca swoje drugie życie w różnych wewnętrznych społecznościach, na przykład społeczności project managerów, którzy lubią dzielić się między sobą wiedzą, albo społeczności ludzi, którzy działają jako wolontariusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska.
Nowoczesne firmy skupiają się na prowadzeniu przedsiębiorstwa i celach biznesowych. Równie ważnym elementem strategii stają się działania wynikające ze społecznej odpowiedzialności biznesu. Jak na razie CSR jest przede wszystkim domeną dużych firm, działających na międzynarodowych rynkach.
Trudno o dane pokazujące skalę zaangażowania polskich firm w działania CSR-owe. Jednak ostatni raport Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazuje, że z roku na rok jest ono coraz większe. Ubiegłoroczna edycja zgromadziła 180 firm i 880 projektów realizowanych w obszarze społecznego zaangażowania biznesu.
Przedsiębiorstwa angażują się najczęściej w projekty dotyczące edukacji, ochrony środowiska, wspierania lokalnych społeczności czy rozwoju swoich pracowników. Jedną z form CSR-u jest wolontariat pracowniczy.
– Wolontariusze to społeczność licząca 3,5 tysiąca osób, skupiona wokół Fundacji. Działania wolontariackie w różnych wymiarach, niekoniecznie związane z pracą którą się wykonuje, to specjalność Orange. Nasi wolontariusze prowadzą lekcje z bezpiecznego internetu. Prowadzimy mnóstwo innych aktywności, na przykład wspieramy kluby sportowe, gdzie nasi pracownicy również spisują się w roli wspomagających trenerów albo organizatorów środowiskowych –mówi Jacek Kowalski.
W środowisku biznesowym największy w Polsce telekom słynie z prospołecznych działań. Jak wynika z ostatniego raportu CSR-owego Orange Polska za 2016 rok, zaangażowanie pracowników to jeden z głównych obszarów działalności prospołecznej w Fundacji Orange. Co roku w firmowy wolontariat angażuje się około 3,5 tys. pracowników grupy. Rok temu ich czas poświęcony na działania w ramach wolontariatu został wyceniony na ponad milion złotych.
– Prowadzimy między innymi dużą akcję o kodowaniu i programowaniu, o zawodach przyszłości, która skierowana jest do blisko 1200 szkół oraz 20 tysięcy uczniów i nauczycieli – mówi Jacek Kowalski.
W ramach wolontariatu pracownicy Orange mogą się angażować w wybrane przez siebie inicjatywy w całej Polsce. Firma udostępnia im specjalną aplikację, przez którą mogą na bieżąco śledzić i wybierać akcje, w które chcą się włączyć.
– W tej chwili w dobrze rozwiniętych firmach standardem jest, że nie ograniczamy się wyłącznie do wymiaru zawodowego. Firma musi sprzyjać, a bardzo często też bezpośrednio wspomagać tego typu działania, ale gros to dobrze dobrany zespół ludzi, którzy pojawiają się naturalnie, którzy mają ochotę zarażania pomaganiem innych i zostają trendsetterami napędzającymi aktywność. To są ludzie, którzy taką potrzebę czerpią z wewnątrz – mówi Jacek Kowalski.
Jak podaje Fundacja Orange, do końca ubiegłego roku jej wolontariusze przeszkolili ponad 40 tys. dzieci w całej Polsce z zasad bezpieczeństwa w sieci, a w szpitalach pomogli stworzyć 130 Bajkowych Kącików, czyli kolorowych świetlic dla chorych dzieci.
Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska, wskazuje, że biznesową działalność firmy i zaangażowanie prospołeczne jej pracowników można bez problemu pogodzić, o ile znajdzie się właściwych ludzi. Dlatego w procesie rekrutacji nowych pracowników firma stawia na ludzi z pasją, szukających nowych wyzwań, dążących do sukcesu nie tylko w pracy, lecz także na innych polach aktywności.
– Mamy mnóstwo takich przykładów – ludzi zarówno rozwijających swoją pasję, jak i działających w wolontariacie, którzy zarażają pasją innych. To trwa już około 10 lat, Fundacja Orange jest aktywna w wielu wymiarach. Sama realizuje programy, ale też finansuje i pomaga środowiskom dookoła nas – mówi Jacek Kowalski.
Jeszcze pół roku temu za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić 30 gr więcej niż obecnie. Od niemal dwóch i pół roku, czyli od czasu uwolnienia kursu franka do euro, oscylował on wokół 4 zł. W tej chwili jest na minimach przedziału, w którym poruszał się w tym czasie. Zdaniem Adama Koreckiego z TMS Brokers jest duża szansa na to, że na tych poziomach pozostanie. To dobre wieści dla posiadaczy kredytów w tej walucie.
– Dla posiadaczy kredytów denominowanym we frankach szwajcarskich najbliższe tygodnie powinny przebiegać pod znakiem dobrych informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Korecki, makler papierów wartościowych TMS Brokers. – Od kilku tygodni obserwujemy stabilizację notowań złotego, a w przypadku złotego do franka szwajcarskiego obserwujemy pewne umocnienie, czyli spadek kursu franka. W związku z tym widzimy, że koszty zakupu franka i spłata rat kredytowych są korzystniejsze dla frankowiczów.
Jeszcze na przełomie listopada i grudnia 2016 roku za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić powyżej 4,16 zł i była to wartość najwyższa od stycznia 2015 roku, gdy po uwolnieniu kursu szwajcarskiej waluty przez Szwajcarski Bank Narodowy wystrzeliła ona w górę. Był to też – poza tym incydentem – najwyższy poziom w historii. Gdy duża część Polaków brała kredyty mieszkaniowe we frankach w 2008 roku, był on dla odmiany najtańszy w czasach gospodarki rynkowej i kosztował tylko ok. 2 zł.
Zmiany kursu spowodowały, że zadłużenie we franku pogłębiło się znacznie powyżej poziomu wartości nieruchomości. Stąd kwestia przewalutowania kredytów frankowych, które na zasadach rynkowych byłoby nieopłacalne, stała się jednym z tematów kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy. Obecnie pod rozwagę brane są trzy projekty, w tym prezydencki, który został przez KNF wyceniony jako najtańszy z zaproponowanych. Jego koszt to jednak wciąż ponad 9 mld zł.
– Wielką niewiadomą pozostaje to, co zrobią politycy. W trakcie kampanii wyborczej padały liczne obietnice. Dziś wiadomo, że większość z nich nie będzie spełniona, natomiast pewien ruch prokliencki w kierunku posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich będzie musiał zostać zrobiony – uważa makler papierów wartościowych TMS Brokers. – Obstawiam, że będzie to ustawa spreadowa rekompensująca częściowo koszty ponoszone w związku z szerokimi spreadami, które banki naliczały posiadaczom kredytów frankowych. Myślę, że w sprawie tej regulacji politycy w końcu dojdą do konsensusu i zostanie ona przegłosowana. Moim zdaniem odbędzie się to jeszcze przed wyborami samorządowymi i w 2017 roku posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich będą pozytywnie zaskoczeni.
Prezydencki projekt zakłada zwrot przez banki różnicy miedzy dopuszczalnym spreadem – czyli różnicą w kursie kupna i sprzedaży – a tym, który został w istocie naliczony. Dotyczyłoby to umów kredytowych zawartych między 1 lipca 2000 roku a 26 sierpnia 2011 roku. Frankowicze najmocniej popierają projekt klubu Kukiz’15 zakładający taki zwrot kosztów, jak gdyby kredyty we frankach od początku były spłacane w złotym, jednak ta propozycja jest ponadpięciokrotnie droższa od prezydenckiej.
Na razie bez względu na propozycje polityków frankowicze mogą liczyć na nieco ulgi. Szwajcarska waluta nie powinna się w najbliższym czasie umacniać.
– W dłuższym okresie należy oczekiwać ustabilizowania się kursu franka w stosunku do złotego poniżej 4 zł – przewiduje Korecki. – Jest to poziom, który na wydaje się być punktem równowagi dla kursu frank-złoty. Jeżeli gospodarka Polski będzie się rozwijała tak jak w ostatnich miesiącach, czyli będą spływać dobre dane makroekonomiczne, w średnim i długim terminie można się spodziewać dalszego powolnego, ale jednak umacniania złotego, zarówno w stosunku do franka, jak i innych walut, co będzie systematycznie pozytywnie wpływało na koszty przewalutowania i koszty spłat kredytów we frankach szwajcarskich.
Turyści z Europy Zachodniej i Ukraińcy coraz częściej inwestują w nieruchomości w Polsce. W 2016 roku sprzedaż mieszkań obcokrajowcom sięgnęła 6,4 tys. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści. Ze względu na imigrację, coraz więcej mieszkań kupują Ukraińcy. Szacuje się, że już wkrótce 20 proc. mieszkań dostępnych na rynku trafi właśnie do nich. Większość obcokrajowców celuje w droższe mieszkania. Eksperci oceniają, że rynek będzie rosnąć. Spodziewają się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów.
– Coraz więcej nieruchomości jest kupowanych przez obcokrajowców. Wedle oficjalnych danych za 2016 rok ponad 6,4 tys. mieszkań i lokali użytkowych zostało sprzedanych obcokrajowcom. Największą grupę stanowią Ukraińcy, następnie Niemcy i Brytyjczycy. Trend jest rosnący i w kategorii mieszkań na stały pobyt, do zamieszkania w związku z miejscem pracy w dużych miastach, Ukraińcy będą niedługo kupowali co piąte mieszkanie dostępne na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy Prestige.
Według danych GUS deweloperzy w Polsce oddali w 2016 roku do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań. Już blisko 7 proc. kupują obcokrajowcy. Dane firmy Prestige wskazują, że cudzoziemcy kupili w ubiegłym roku w Polsce blisko 6,4 tys. mieszkań i apartamentów. Dane MSWiA wskazują, że to o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej, ze względu na coraz większą emigrację, kupują Ukraińcy, przede wszystkim w większych miastach (łącznie blisko 64 tys. mkw. powierzchni).
– Dużym powodzeniem cieszą się obecnie mieszkania wakacyjne nad morzem kupowane głównie przez Niemców, Skandynawów i obywateli Wielkiej Brytanii. Jest to związane z korzystną relacją kosztów do uzyskiwanych przychodów, a także niedrogim pobytem wakacyjnym w Polsce. Wynika to również z sytuacji geopolitycznej – przyjazd do Polski jest rekomendowany jako bezpieczny przez większość ministerstw spraw zagranicznych krajów UE – ocenia ekspert.
Niemcy i Brytyjczycy kupili łącznie ok. 70 tys. mkw. powierzchni (odpowiednio 43 i 18 tys. mkw.). W przypadku Ukraińców większy zakup mieszkań to efekt wzrostu migracji do naszego kraju (przede wszystkim zarobkowej). Przedstawiciele pozostałych krajów należą zaś do tych najchętniej odwiedzających polskie wybrzeże. W Międzyzdrojach nawet 40 proc. osób kupujących apartamenty to cudzoziemcy, choć część z nich ma polskie korzenie lub powiązania z naszym krajem. Obcokrajowców do polskich kurortów przyciąga bezpieczeństwo, niskie ceny oraz dynamicznie rozwijająca się infrastruktura wypoczynkowa.
– Obcokrajowcy celują w zakup stosunkowo drogich mieszkań, gdzie kwoty za metr kwadratowy zaczynają się od 10 tys. zł w przypadku powierzchni wykończonej do wynajmu, ale też są to ceny nawet do 30 tys. zł za specjalnie wykończone apartamenty. Gros z nich trafia później na rynek poprzez lokalnych pośredników lub firmy zawodowo zajmujące się zarządzaniem tymi nieruchomościami, a dochody z tego trafiają na konto inwestorów – tłumaczy prezes firmy Prestige.
Z danych MSWiA wynika, że najwięcej lokali mieszkalnych i użytkowych cudzoziemcy nabyli na terenie województw: mazowieckiego (blisko 294 tys. mkw.), małopolskiego (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskiego (57,2 tys. mkw.). Największy popyt jest na mieszkania w największych aglomeracjach, prym wiedzie Warszawa i Kraków.
Zdaniem Piotra Puchały coraz popularniejszy trend zakupu mieszkań w Polsce przez obcokrajowców będzie się utrzymywał.
– Obecnie mieszkańcami 82 proc. mieszkań w Polsce są właściciele tych mieszkań. Dla porównania w Szwajcarii tylko 37 proc, w Niemczech – 50 proc. Wynika to z zamożności pewnej grupy społecznej, która kupuje apartament specjalnie pod wynajem. Ten trend będzie się upowszechniał w Polsce. W 2007 roku mieliśmy bardzo duże zakupy obywateli Wielkiej Brytanii, Irlandii, teraz spodziewam się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów – prognozuje Piotr Puchała.
Specjaliści podkreślają, że przed podjęciem decyzji o wykonaniu konkretnego zabiegu, pacjent powinien przede wszystkim sprawdzić, czy ma do czynienia z dyplomowanym lekarzem medycyny estetycznej. Bezpieczeństwo zabiegów jest na pierwszym miejscu, dlatego przy wyborze danego gabinetu nie należy się kierować ceną. Wręcz przeciwnie, promocyjna oferta powinna nasunąć podejrzenie, że może preparat, który będzie stosowany, nie jest najwyższej jakości.
– Zabiegi medycyny estetycznej powinni wykonywać tylko lekarze, a nie osoby niemedyczne, gdyż nie mają do tego odpowiednich kwalifikacji. Nikt z lekarzy nie uczy się na studiach medycyny estetycznej, jest to nowa dziedzina medycyny, której uczymy się po studiach. Zdobywamy taką wiedzę na odpowiednich studiach i kursach właśnie z medycyny estetycznej. I tylko taka usystematyzowana wiedza pozwala nam na bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria dr n. med. Piotr Niedziałkowski, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii, dyplomowany lekarz medycyny estetycznej, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Medycyny Estetycznej „POLME”.
W trakcie pierwszej rozmowy z pacjentką lub z pacjentem lekarz powinien zapytać, jakie dana osoba ma oczekiwania, co chciałaby zmienić w swoim wyglądzie, co poprawić i dopiero na podstawie wstępnego wywiadu można razem ustalić plan zabiegów i oszacować, jakich granic nie przekraczać, żeby nie osiągnąć karykaturalnego efektu. Na początku nie powinno się wykonywać zbyt dużo inwazyjnych zabiegów na raz. Warto, aby obie strony nabrały do siebie zaufania.
– Lekarz, który na co dzień zajmuje się zabiegami medycyny estetycznej, musi mieć szeroką wiedzę medyczną i patrzeć bardzo holistycznie na pacjenta. Bycie lekarzem medycyny estetycznej to dobry zalążek, aby być wspaniałym lekarzem profilaktyki chorób przewlekłych, w tym starzenia się – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski.
Również wygląd i czystość samego gabinetu mają ogromne znaczenie. Trzeba zwrócić uwagę na to, czy lekarz przestrzega podstawowych zasad antyseptyki – mycie, dezynfekcja rąk, sterylne rękawiczki i narzędzia itp. Ważny jest wywiad lekarski przed zabiegiem, wypytanie o leki, choroby itp. Dzięki dużej liczba gabinetów medycyny estetycznej pacjenci mogą do woli wybierać wśród specjalistów. Nie jest to jednak takie proste. W gąszczu promocyjnych ofert czasem trudno się oprzeć pokusie skorzystania z wyjątkowej okazji. Co więcej, zainteresowani czasem zapominają o tym, aby pytać lekarza o właściwe kwalifikacje, a kierują się na przykład jego popularnością w mediach.
– Każdy zdobywa pacjentów jak potrafi. Dla mnie honorem jest, kiedy pacjenci przychodzą do mnie dlatego, że dobrze leczę przeciwstarzeniowo, a nie dlatego, że pokazuję się medialnie. To przesłanie chciałbym skierować do lekarzy, żeby odpowiednio podchodzili do pacjentów, a do pacjentów, żeby odpowiednio dobierali lekarzy – podkreśla dr n. med. Piotr Niedziałkowski.
Dlatego Polskie Towarzystwo Lekarzy Medycyny Estetycznej „POLME” jako pierwsze ze Stowarzyszeń Lekarzy Medycyny Estetycznej postanowiło poświęcić część III Konferencji Naukowej POLME właśnie pacjentom.
– Postanowiliśmy się otworzyć na pacjentów i razem z nimi uczyć się, jak powinna wyglądać medycyna przeciwstarzeniowa, w tym estetyczna. Tylko pacjent, który wymaga, jest w stanie zmienić poziom współczesnej medycyny estetycznej w Polsce. Musimy się nawzajem poznać, pacjenci muszą wiedzieć, czym my się zajmujemy, a lekarze – jak odpowiednio traktować pacjentów, więc jest to wzajemna nauka – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski.
Lekarze zajmujący się medycyną estetyczną i przeciwstarzeniową zwracali uwagę na to, że skóra jest integralną częścią organizmu i tylko harmonia terapeutyczna zapewnia spektakularne i długotrwałe efekty w gabinecie lekarza medycyny estetycznej. Słowo „holistyczny” powinno dotyczyć nie tylko skóry, lecz także do całego organizmu. Samo wykonywanie zabiegów medycyny estetycznej to tylko niewielka część całego procesu przeciwstarzeniowego.
Dolar amerykański tracił w środę na wartości względem większości głównych walut. Mieszane nastroje miały miejsce na parkietach giełdowych – szczególnie w USA. Bardziej zdecydowani byli inwestorzy na rynku ropy.
Nie kończy się czarna seria na rynku surowców energetycznych. Ceny ropy ponownie wczoraj spadały, kończąc dzień około 2% niżej niż we wtorek. Tym samym osiągnięto 10 miesięczne minimum. Wygląda na to, że porozumienie OPEC o ograniczeniu wydobycia tego surowca nie przynosi pozytywnych rezultatów. Rosnąca produkcja ropy w USA ciągle jest opłacalna, pomimo niskiego kursu. Również i spowolnienie gospodarcze w Chinach nie napawa inwestorów optymizmem, co do przyszłego zapotrzebowania rynku na ropę.
W dniu wczorajszym miało miejsce posiedzenie RBNZ, czyli banku centralnego Nowej Zelandii. Zgodnie z oczekiwaniami główna stopa procentowa pozostała na niezmienionym poziomie 1.75%. Decyzja ta nie wywołała znaczących skutków na rynku walutowym dla NZD. Dziś poznamy protokół z ostatniego posiedzenia RPP oraz dane o wnioskach o zasiłki dla bezrobotnych w USA. Oczekuje się wyniku na poziomie 240 000.
Tymczasem rynek USD/PLN walczy o utrzymanie się nad poziomem 3.75, próbując tym samym wrócić do wewnątrz górnego kanału spadkowego. Wskaźnik RSI przełamał linię spadkową i pokonał poziom 50, dając posiadaczom dolara cień nadziei na lepsze dni. Przeszkodą będą już jednak okolice 3.85. Dopiero pokonanie bariery 4.0 odwróciłoby negatywny trend. Wsparcia należy szukać przy 3.75-3.70. Poniżej jest już przepaść.
Z obniżek najczęściej korzystają internauci, których miesięczny dochód na osobę jest na poziomie 3-7 tys. zł. W przedziale 7-10 tys. zł aż 34% ankietowanych kupuje produkty w cenach rabatowych. Wśród jeszcze zamożniejszych klientów praktykuje to 23%. Takie są wyniki raportu „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017”. Jak wyjaśniają eksperci, wskazane grupy potrafią sprawnie zarządzać swoimi finansami i nie ograniczają się do nabywania niezbędnych artykułów.
W badaniu, przeprowadzonym na zlecenie Grupy AdRetail, na pytanie, czy dokonując zakupów, korzystasz z promocji, przecząco odpowiedziało aż 38% internautów, których dochód rozporządzalny na osobę jest niższy, niż 1000 zł. 20% ankietowanych, reprezentujących ten status finansowy, stwierdziło, że raczej nie kupuje towarów po obniżonych cenach. Z reguły nabywa je 31% najuboższych konsumentów. A tylko 11% z nich przyznało, że wykorzystuje dostępne w sklepach rabaty. Natomiast, wśród tych, których dochód rozporządzalny na osobę mieści się już w przedziale 1001-2000 zł, 21% nie korzysta z promocji, 35% – raczej tego nie robi, 20% – zwykle kupuje towary po obniżkach. W końcu 24% badanych osób, deklarujących ten poziom finansów, przyznaje, że wykorzystuje okazje zakupowe.
– Wyniki badania potwierdziły to, że osoby najmniej majętne niezwykle rzadko korzystają z promocji. Kupują przeważnie najtańsze artykuły, które wcale nie są obejmowane akcjami rabatowymi. Co więcej, promocyjne produkty mogą być droższe od tych, jakie zwykle wybierają klienci, deklarujący najniższe dochody. Warto zwrócić uwagę na to, że bardzo dużo obniżek dotyczy towarów średniej i wyższej jakości. Dlatego, moim zdaniem, głównie mogą nabywać je konsumenci z zasobniejszymi portfelami – wyjaśnia Michał Rosiak z Grupy AdRetail.
Jak zauważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego, najmniej majętne osoby nie mają nawyku poszerzonego kupowania. Z reguły nabywają tylko to, co jest dla nich niezbędne, w dolnym przedziale cenowym. Promocje lub ich brak niewiele zmieniają. Natomiast, obniżone ceny zwykle budzą podejrzliwość najuboższych konsumentów. Obawiają się, że kryje się za tym podstęp – ukryta wada lub najgorsza jakość, na którą szkoda wydawać pieniędzy. Szczególnie dotyczy to przedmiotów trwałego użytku, np. butów lub odzieży. Ponadto, ludzie niezamożni raczej nie są czytelnikami gazet konsumenckich i nie analizują komunikatów marketingowych. Nie rozumieją ich albo nie ufają im, a najczęściej – jedno i drugie.
Prawie zamożni
– Fakt aktywnego poszukiwania na co dzień okazji zakupowych potwierdziło 47% ankietowanych, których dochód rozporządzalny na osobę mieści się w granicach 3001-5000 zł, a także 37% deklarujących 5001-7000 zł. To znaczna przewaga, odpowiednio o 21 p.p. i 11 p.p. wobec wskazań uzyskanych dla badanych ogółem. Warto też zauważyć, że osoby w powyższych przedziałach zarobkowych wykazują także największą aktywność, jeśli chodzi o konkursy organizowane przez marki. Bierze w nich udział odpowiednio 26% i 37%, w porównaniu do 19% średnio wśród ankietowanych – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute.
W opinii Michała Rosiaka, dzięki obniżkom cen klienci, dysponujący wystarczającym budżetem, mogą nabywać więcej artykułów z tzw. wyższej półki cenowej. Ponadto, zasobniejszy portfel nie zachęca do rozrzutności. Wręcz przeciwnie, jak wynika z obserwacji eksperta, zamożniejsi konsumenci zazwyczaj są świadomi szerokich możliwości oszczędzania swoich pieniędzy. I właśnie te osoby często należą do grona użytkowników mobilnych. 78% ankietowanych o dochodach w przedziale 3000-7000 zł deklaruje bowiem posiadanie smartfona lub tabletu. Za pomocą tych narzędzi konsumenci szukają informacji o ofertach promocyjnych. Oczywiście, niektóre decyzje podejmują pod wpływem emocji, np. gdy buty ich ulubionej marki są objęte zniżką, przy łącznej sumie zakupów powyżej 500 zł.
– Osoby, które określa się jako prawie bogate, z reguły cechują się silną motywacją do podnoszenia swojego stanu posiadania i bycia za to docenianym przez otoczenie. Posiadane środki mogą oszczędzać albo zamieniać je na towary i usługi. Jeśli wybierają drugą opcję, często są przekonane o tym, że społeczne postrzeganie ich statusu jest dużo lepsze. Nie wypada przecież chwalić się stanem konta bankowego. Natomiast, posiadanie ekskluzywnych przedmiotów jest jak najbardziej widoczne. Z takim nastawieniem, szczególnie łatwo korzystać z okazji promocyjnych – stwierdza dr Maria Andrzej Faliński.
Promocje bez znaczenia
Według Katarzyny Czuchaj-Łagód, w przypadku konsumentów, których dochód rozporządzalny na osobę jest na poziomie 7001-10000 zł, 50% deklaruje, że w ogóle nie korzysta z promocji, 14% raczej tego nie robi, 34% natomiast potwierdza dokonywanie zakupów po rabatach. Skłonności do kupowania produktów po obniżonych cenach nie wykazuje z kolei aż 59% ankietowanych, deklarujących dochód rozporządzalny na osobę w wysokości ponad 10 tys. zł. 13% z nich raczej nie korzysta z promocji, 23% z reguły kupuje przecenione artykuły i tylko 5% zdecydowanie przyznaje się do nabywania towarów w promocji.
– To dość oczywiste, że po osiągnięciu wysokiego pułapu finansowego, różnica pomiędzy zakupami w kwocie 200 i 400 zł przestaje mieć znaczenie. Pieniądze, które można zaoszczędzić dzięki rabatom są niewielkie, z perspektywy tych osób. Natomiast, należy pamiętać o tym, że szukanie i śledzenie promocji to często spora inwestycja czasu. Ten zasób jest znacznie cenniejszy, bo bardziej ograniczony dla ludzi majętnych i często mocno zapracowanych. Ilość wydanych pieniędzy stanowi zdecydowanie ważniejszą kwestię dla konsumentów ze średnim zarobkami, którzy chętnie poświęcą nawet kilka godzin po to, żeby zyskał na tym ich portfel – analizuje Michał Rosiak.
Jak podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński, wydatek rzędu kilkuset złotych staje się niewielki wobec możliwości finansowych konsumentów, których dochód rozporządzalny na osobę zbliża się już do 10 tys. zł. Tym bardziej jest to widoczne w przypadku jeszcze zamożniejszych klientów. Wówczas włącza się myślenie, które może brzmieć, „nie muszę już polować na okazję, bo przecież stać mnie na dużo więcej” albo „w końcu to tylko parę złotych w tę lub tamtą stronę”.
Badanie zostało przeprowadzone przez Mobile Institute na zlecanie Grupy AdRetail. Partnerem przedsięwzięcia był Polski Standard Płatności, operator systemu BLIK. Dane zostały zebrane metodą CAWI, czyli za pomocą elektronicznych, responsywnych ankiet emitowanych w Internecie, w dniach 23-29 maja br. W badaniu wzięło udział ponad 2800 osób w wieku powyżej 15 roku życia, w tym 40% kobiet i 60% mężczyzn.
Narzędzia informatyczne i wiedza consultingowa w obszarze zakupowym istnieją niemal od dwudziestu lat. Jednak dopiero od niedawna przedsiębiorstwa szerzej zaczęły je wykorzystywać. Polska firma OptiBuy wdraża innowacyjne rozwiązania IT do potrzeb biznesowych – aplikacje Nextbuy i Ivalua skierowane są do średnich i dużych przedsiębiorstw oraz największych koncernów międzynarodowych.
– Zakupy to ok. 50–70 proc. przychodów w przedsiębiorstwach, więc jest to dosyć istotna część zarządzania przedsiębiorstwem, ale w głównej mierze innowacyjność wynika ze styku współpracy dostawcy i klienta. Często najciekawsze rozwiązania, które firmy starają się wdrożyć, są to pomysły ich dostawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borowiecki, prezes zarządu firmy OptiBuy.
Optymalizacja kosztów jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem dla przedsiębiorstwa. Dlatego zadaniem firmy OptiBuy jest kontrolowanie wydatków poprzez skrupulatny monitoring zakupionych przez przedsiębiorstwo produktów, a także sprawdzenie, czy w danym momencie zakup był faktycznie niezbędny. W tym celu polska firma stworzyła zaawansowane aplikacje Nextbuy oraz Ivalua.
– W czasie projektów wykorzystujemy zarówno wiedzę consultingową, jak i narzędzia informatyczne. Jesteśmy producentem oprogramowania Nextbuy, które jest skierowane do średnich i dużych przedsiębiorstw, oraz Ivalua, które jest skierowane do największych koncernów międzynarodowych. Te narzędzia obejmują całość procesów zakupowych w przedsiębiorstwie, zarówno zakupy strategiczne – od momentu badania bazy dostawców, poprzez wybór dostawcy, negocjacje, negocjacje online w postaci aukcji, aż po kontraktowanie i zarządzanie umowami – jak i zakupy operacyjne – wyjaśnia Mateusz Borowiecki.
Narzędzia informatyczne istnieją od dziesiątków lat, lecz dopiero ostatnio ich rola w sektorze zakupowym znacząco się zwiększyła. Postęp technologiczny sprawił, że proste rozwiązania zmieniły się w potężne narzędzia, które mogą znacząco ułatwić życie przedsiębiorstwom.
– Wraz z profesjonalizacją zakupów w przedsiębiorstwach, coraz więcej rzeczy jest automatyzowanych i upraszczanych. W konsekwencji narzędzia informatyczne mogą być coraz szerzej wykorzystywane, a pracownicy w obszarze zakupów są coraz lepiej wyedukowani i mają większe oczekiwania co do narzędzi, z którymi pracują. Naturalną koleją rzeczy jest opracowywanie coraz doskonalszych rozwiązań IT, które wspierają nas w codziennej pracy – twierdzi Mateusz Borowiecki.
OptiBuy łączy technologię z doświadczeniem zakupowym. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie kadra pracowników, która dzieli się własnymi doświadczeniami.
– Zespół naszej firmy składa się w połowie z osób działających w obszarze IT, a w drugiej połowie z konsultantów, którzy wywodzą się z biznesu – byli kupcy, menadżerowie czy dyrektorzy zakupów w przedsiębiorstwach. To, co nas wyróżnia na tle konkurencji, to przede wszystkim dopasowanie narzędzi IT do nowoczesnych potrzeb biznesowych – przekonuje Mateusz Borowiecki.
OptiBuy nie skupia swojej uwagi na automatyzacji procesów, które dane przedsiębiorstwo zdołało wypracować przez lata, a poszukuje innowacyjnych rozwiązań, które gwarantują oszczędność i maksymalizację zysku.
– W naszych projektach nie skupiamy się na automatyzacji obecnych procesów, które u naszych klientów są często wypadkową historycznego sposobu działania. Jesteśmy w stanie zaproponować nowe metody działania i oprzyrządować je od strony informatycznej. To jest ten obszar, który doceniają nasi klienci – podsumowuje Mateusz Borowiecki.
Szpiczak plazmocytowy stanowi ok. 10–15 proc. nowotworów krwi. Przez brak typowych objawów często wykrywany jest zbyt późno. Ważną rolę w tym momencie odgrywają skuteczne terapie. Nowoczesne formy leczenia są w stanie przedłużyć życie pacjentów nawet o 10 lat i znacznie poprawić ich jakość, dzięki czemu szpiczak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Eksperci podkreślają, że najlepsze efekty daje leczenie skojarzone, przy zastosowaniu wielu leków, jednak większość z nich nie jest dostępna w Polsce w procesie refundacyjnym.
Szpiczak plazmocytowy to rzadki nowotwór krwi powstający na skutek nadmiernego rozrostu tzw. komórek plazmatycznych znajdujących się w szpiku kostnym. Schorzenie to występuje głównie o osób powyżej 65 roku życia. Objawy szpiczaka plazmocytowego to m.in. bóle kostne, częste złamania, nawrotowe infekcje i zakażenia, osłabienie, a niekiedy również zaburzenia rytmu serca. Ze względu na nieswoiste symptomy diagnoza następuje często w momencie, gdy choroba wkracza w zaawansowane stadium. Podejrzenie szpiczaka nasunąć mogą odchylenia w takich badaniach, jak morfologia krwi z rozmazem, OB i badanie ogólne moczu.
– W szpiczaku wczesna diagnoza jest istotna o tyle, że umożliwia leczenie zanim rozwiną się powikłania, którymi mogą być patologiczne złamania kości, kręgosłupa, kości długich albo niewydolność nerek – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii, kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM.
Wczesna bezobjawowa postać szpiczaka plazmocytowego nie zawsze wymaga terapii. W pozostałych przypadkach wybór metody leczenia uzależniony jest m.in. od stopnia zaawansowania choroby oraz wieku pacjenta. Standardem jest dożylna lub doustna chemioterapia, która u blisko 70 proc. pacjentów prowadzi do remisji choroby.
Chorzy zazwyczaj preferują leki doustne, mogą je bowiem przyjmować samodzielnie w warunkach domowych. Ta forma terapii redukuje ponadto możliwość wystąpienia powikłań takich jak zmiany zakrzepowe, stany zapalne lub infekcje. Szpiczak jest chorobą nieuleczalną – nowoczesne leki mogą jednak sprawić, że przyjmie formę przewlekłą, a chorzy będą mogli prowadzić niemal normalny tryb życia.
– Z jednej strony mamy leki, które są klasycznie stosowane, zaczynając od kortykosteroidów, poprzez leki alkilujące i inne leki cytostatyczne, przechodzimy do leków tzw. immunomodulujących, których pierwszym przedstawicielem jest talidomid, a drugim, który jest dostępny dla naszych chorych, jest lenalidomid. Nie jest na razie dostępny pomalidomid, poza możliwością uczestniczenia w badaniach klinicznych, w których ten lek jest finansowany – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.
Kolejne grupy leków to tzw. inhibitory proteasomu, m.in. bortezomib, carfilzomib i ixazomib, oraz przeciwciała monokolonalne takie jak daratumumab i elotuzumab. Mogą one znacząco wydłużyć życie pacjentów. W leczeniu szpiczaka plazmocytowego pozytywne efekty daje skojarzenie kilku leków o zróżnicowanych mechanizmach działania Szczególnie skuteczne jest łączenie leków immunomodulujących z inhibitorami proteasomu, przeciwciałami monoklonalnymi oraz kortykosteroidami. Nie wszystkie formy takich terapii są jednak dostępne dla polskich pacjentów.
– Nie mamy dostępu do najnowszych leków, do nowych generacji inhibitorów proteasomu w doustnej postaci. Podobnie nie mamy dostępu do nowszych immunomodulatorów czy przeciwciał monoklonalnych. Nasi pacjenci mają dostęp do nich jedynie w badaniach klinicznych. Mimo to sytuacja nie jest dramatyczna, ponieważ możemy skonstruować całkiem skuteczny triplet oparty o dostępne immunomodulatory i inhibitory proteasomu – mówi Agnieszka Druzd-Sitek, onkolog z Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego Centrum Onkologii – Instytutu im. M. Skłodowskiej-Curie w Warszawie.
Uznaną metodą leczenia szpiczaka u młodszych chorych bez istotnych schorzeń współistniejących jest chemioterapia połączona z przeszczepieniem komórek krwiotwórczych (chorzy często w skrócie mówią o przeszczepie szpiku). Jednak pacjenci ze szpiczakiem to zazwyczaj osoby po 60, a nawet 70 roku życia, często cierpiący z powodu innych chorób, co znacznie podnosi ryzyko powikłań procedury przeszczepowej. Współczesna medycyna, poza klasycznymi cytostatykami, przewiduje dla nich terapię lekami immunomodulującymi lub inhibitorami proteasomu. W przypadku tej drugiej formy leczenia istnieją jednak pewne ograniczenia w możliwości zastosowania nawet, jeśli lek jest dostępny.
– Obecne leczenie szpiczaka w większości związane jest z częstym pobytem lub częstymi wizytami w ośrodkach leczniczych ze względu na iniekcyjne formy podania leków. Musimy pamiętać, że nie każdy pacjent jest w stanie regularnie dojeżdżać czasem kilkaset czy nawet kilkadziesiąt kilometrów na podanie leku i wtedy z konieczności musimy zamieniać takie leczenie na leczenie doustne, które jest najwygodniejsze – mówi Agnieszka Druzd-Sitek.
W przypadku nawrotu choroby wykorzystywane są leki, których wcześniej nie stosowano w procesie terapeutycznym i które cechują się odmiennym mechanizmem działania na komórki szpiczaka. Gdy szpiczak plazmocytowy staje się oporny na terapię, lekarze mają do dyspozycji leczenie objawowe, łagodzące wywoływane przez chorobę symptomy, ewentualnie kwalifikację pacjenta do badania klinicznego, w ramach którego pacjent ma szansę otrzymać lek o spodziewanej istotnej aktywności w szpiczaku.
Rośnie popularność słuchawek gamingowych. Dobranie odpowiedniego modelu jest trudne. Poszczególni producenci oferują kolejne nowości wyposażone w innowacyjne technologie, takie jak dźwięk w technologii Dolby Surround 7.1. Dotychczas system ten wykorzystywany był przede wszystkim w zestawach kina domowego, ale podczas gry świetnie sprawdza się w sytuacji, w której trzeba precyzyjnie określić miejsce przeciwnika. Dlatego słuchawki tego typu sprawdzą się przede wszystkim w strzelankach typu FPS.
HyperX Cloud Revolver S to słuchawki, które zostały wyposażone w unikalną technologię Plug N Play Virtual Dolby Surround 7.1, dzięki czemu pozwalają usłyszeć przeciwnika znacznie wcześniej niż w innych modelach słuchawek.
– Dodatkowo słuchawka, która oferuje dźwięk przestrzenny, karta zewnętrzna, cały system dźwięku przestrzennego stworzony przez firmę Dolby Laboratories, pozwala bardzo precyzyjnie ulokować przeciwnika w polu gry. Wiemy, czy on nadchodzi z prawej, z lewej, od tyłu, nieco wyżej, nieco niżej. Jest to dźwięk przestrzenny porównywalny z systemem 5.1 znanym z systemów z kina domowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Forbert z firmy HyperX.
Przetworniki kierunkowe o średnicy 50 mm precyzyjnie odtwarzają dźwięki, co przekłada się na dokładne odwzorowanie odległości i głębi. W konsekwencji gracz wykorzystujący dobre słuchawki gamingowe zyskuje przewagę nad rywalami.
– Słuchawka ma dwa głośniki, natomiast dzięki współpracy z firmą Dolby Laboratories, która stworzyła nam wirtualny dźwięk przestrzenny, jesteśmy w stanie oszukać ucho. Karta dźwiękowa pozwala nam poprzez różne natężenie dźwięku, lewa, prawa, nieco głośniej, nieco ciszej, mieć wrażenie przestrzenności dźwięku. To nie tylko lewa i prawa jak w tradycyjnym stereo, lecz także przód, tył, nieco wyżej, nieco niżej. Gracze z najlepszych teamów na świecie, z którymi współpracujemy, są tym systemem zachwyceni i mocno go rekomendują – przekonuje Marcin Forbert.
Zamknięta konstrukcja słuchawek oraz pasmo przenoszenia na poziomie 12 ~ 28000 HZ, czułość 100 dB, a także symulacja 7 głośników – te parametry zapewniają skuteczne pozycjonowanie dźwięku w wirtualnym świecie gry, dzięki czemu gracz może zadbać o dogodne ustawienie swojej postaci.
– Istotna jest też waga i nacisk, jaki słuchawki wywierają na okolice uszu. Gracze spędzają w nich często kilka lub kilkanaście godzin ciągiem, w związku z tym zbyt ciężka słuchawka powoduje dyskomfort tak samo jak zbyt duży nacisk okolic ucha. Całość powinny uzupełniać cyfrowa karta dźwiękowa USB oraz wbudowany mikrofon z funkcją redukcji szumów otoczenia.
– W tych słuchawkach możemy łatwiej spozycjonować przeciwnika, szczególnie w grach typu strzelanki, gdzie musimy wiedzieć, skąd przeciwnik nadchodzi, aby zająć dobrą pozycję do wyeliminowania go. Słyszymy go wcześniej i o wiele precyzyjniej, dzięki czemu łatwiej go namierzyć – wyjaśnia Marcin Forbert.
Ważne, aby słuchawki dla gracza były kompatybilne zarówno z komputerami osobistymi, jak i konsolami. W przypadku słuchawek HyperX złącze USB minijack 3,5 mm jest zgodne z gniazdami stereo: Xbox One, Xbox One S, komputerów Mac i PC oraz konsol PS4 i PS4 Pro.
– Każdy gracz zwraca uwagę no to, aby słuchawki były wykonane w oparciu o stalową, metalową ramę, dzięki której wytrzymają o wiele dłużej. Pałąk nie ulega zniekształceniu, nie łamie się – mówi Marcin Forbert
Ponad 40 tysięcy specjalistów z branży IT liczy już polska aplikacja mobilna Filttr, która ułatwia rekrutację firmom i pracownikom z tej dziedziny. Co tydzień liczba ta rośnie o blisko 100 osób. Dla firm, które cierpią na niedobór informatyków, to sposób na szybsze i tańsze znalezienie odpowiedniego kandydata.
– Aktualnie zauważamy na rynku pracy rynek pracownika, a nie pracodawcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Lemieszek, współtwórca i osoba odpowiedzialna za rozwój aplikacji mobilnej Filttr. – Coraz częściej w takich branżach jak IT, finanse, e-commerce, a nawet logistyka to pracownik dyktuje warunki, a nie pracodawca i zauważamy również, że to poszukiwanie pracy odbywa się za pomocą narzędzi cyfrowych, za pomocą portali społecznościowych, sieci społecznościowych, a co potwierdzają badania i raporty, w przypadku branży IT ponad 70 proc. kandydatów deklaruje, że jest gotowa do zmiany pracy, jeśli taką propozycję otrzyma.
Rynek pracy w Polsce zmienia się dynamicznie, a bezrobocie spada systematycznie od początku 2014 roku. Stopa bezrobocia rejestrowanego zmniejszyła się w kwietniu 2017 roku do 7,7 proc., co jest poziomem najniższym od 26 lat. Jednocześnie zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło w pierwszych czterech miesiącach roku o 4,5 proc. względem notowanego rok wcześniej, podobnie jak przeciętne wynagrodzenie. Stąd coraz trudniej o pracownika, zwłaszcza o wysokich kwalifikacjach.
– To potwierdza, że kandydaci nie szukają aktywnie pracy, a czekają na lepszą propozycję. Takie rozwiązania jak Filttr przede wszystkim oszczędzają czas zarówno pracodawcy, jak i kandydata, ponieważ cały proces związany z wyszukaniem odpowiedniego kandydata, a także z jego weryfikacją, prowadzony jest za pomocą technologii, maszyny, która trafia do odpowiednich kandydatów, i przedstawia tylko tych, którzy wyrazili chęć wzięcia udziału w tym procesie, klikając w aplikacji przycisk „aplikuj” – informuje Lemieszek. – Ułatwia to przede wszystkim proces z punktu widzenia oszczędności kosztów, które spadają, ponieważ jest szybciej i efektywniej.
Z danych portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że w firmach IT nawet młodszy specjalista może liczyć na 4 tys. zł pensji, jeśli pracuje w firmie polskiej i ponad 4,8 tys. zł w zagranicznej. Specjalista z doświadczeniem zarobi od 5,5 tys. zł do 7 tys. zł, ale już starszy specjalista może oczekiwać nawet 10 tys. zł miesięcznie. Wynagrodzenie kierownika projektu IT to 9–13 tys. zł, a programisty 5,8–9,4 tys. zł. Informatycy potrzebni są jednak nie tylko w firmach z sektora IT.
– Absolutnie każda branża, która ma taką potrzebę, może korzystać z Filttra. Czy to w działach IT, programistów, administratorów, analityków – wszędzie tam gdzie jest potrzebny specjalista IT, tam pojawia się Filttr i to jest definiowane wyłącznie potrzebą, a także aktualnymi potrzebami projektowymi – mówi współtwórca aplikacji.
Jak podkreśla, obecnie społeczność Filttr liczy ponad 40 tysięcy specjalistów IT, w tym programistów, administratorów, analityków i testerów. Z tygodnia na tydzień ta liczba rośnie o ponad 100 kandydatów. Z aplikacji korzystają głównie firmy z rynku polskiego, jednak można znaleźć zainteresowanych nie tylko spoza granic kraju, lecz także ze Stanów Zjednoczonych.
– Aktualnie aplikacja działa na rynku polskim, bo ta społeczność, którą zbudowaliśmy i cały czas rośnie, dotyczy polskich specjalistów, ale coraz częściej pukają do nas pracodawcy z zagranicy, z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, po to, aby współpracować z naszymi programistami, którzy dostarczają dobrej jakości kod, znają języki, a także są zaangażowani i wychodzą z inicjatywą w trakcie trwania projektu – dodaje.
Jak podaje firma Adecco, eksperci Światowego Forum Gospodarczego przewidują, że rynek pracy na świecie w nadchodzących latach będzie się dynamicznie zmieniał. W ciągu pięciu lat dzielących 2015 i 2020 rok zniknie m.in. 4,75 mln miejsc pracy związanych z administracją i obsługą biurową oraz 1,6 mln miejsc pracy w przemyśle. Natomiast specjaliści w dziedzinie komputerów i nauk matematycznych nie powinni mieć problemów ze znalezieniem pracy – liczba stanowisk do obsadzenia wzrośnie o 405 tys.
Konektomika to jedna z najmłodszych i najbardziej innowacyjnych gałęzi medycyny, zajmująca się badaniem i odwzorowywaniem kompletnej mapy połączeń neuronowych ludzkiego mózgu. W przyszłości pozwoli poznać i zrozumieć przyczyny różnych zaburzeń, takich jak schizofrenia czy choroba Alzheimera.
– Konektomika jest stosunkowo nową dziedziną, która powstała około 10 lat temu. Jej zadaniem jest stworzenie kompletnej mapy połączeń w mózgu zarówno ludzkim, jak i zwierząt – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karolina Finc, asystent naukowy z Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – Jeżeli chodzi o ludzki mózg, to stworzenie dokładnej mapy połączeń na poziomie poszczególnych neuronów jest bardzo trudne, właściwie niemożliwe, więc posługujemy się w badaniach narzędziem takim jak funkcjonalny rezonans magnetyczny.
Rezonans pozwala zmapować struktury mózgu i przebieg włókien nerwowych u osoby badanej, a także umożliwia obserwowanie aktywności w czasie rzeczywistym, np. podczas uczenia się lub słuchania muzyki. W konsekwencji naukowcy mają szansę zrozumieć przyczyny różnych zaburzeń oraz chorób.
– Jeśli chodzi o badania ludzkiego konektomu z wykorzystaniem badań funkcjonalnych mózgu, to możemy odtworzyć mapę połączeń funkcjonalnych na podstawie zsynchronizowanej aktywności pomiędzy różnymi obszarami mózgu. Co ciekawe, takie połączenia funkcjonalne w ludzkim mózgu są bardzo dynamiczne, zmieniają się niezwykle szybko, w trakcie wykonywania zadań poznawczych, dlatego badania funkcjonalnej sieci ludzkiego mózgu mają ogromny potencjał w odkrywaniu procesów poznawczych człowieka – twierdzi Karolina Finc.
Podobnie jak połączenia neuronowe, również media społecznościowe mogą być zaprezentowane w formie sieci. Nic dziwnego, że naukowcy przełożyli ten model funkcjonowania na odwzorowanie pracy ludzkiego mózgu, dowodząc, że zarówno w nim, jak i społecznościach istnieje wiele różnorakich powiązań i zależności.
– Możemy wyróżnić pewne grupy obszarów w mózgu, które są ze sobą lepiej skomunikowane i wręcz kluczowe dla komunikacji w taki sam sposób, jak możemy to zaobserwować wśród grupy ludzi, którzy należą do jakiejś zorganizowanej społeczności – tłumaczy Karolina Finc.
Jak twierdzi asystent naukowy z Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii UMK, przyszłość konektomiki przedstawia się niezwykle obiecująco ze względu na rozwijające się technologie oraz nowe metody obrazowania.
– Wciąż wynajdywane są nowe metody obrazowania ludzkiego mózgu, a obecne metody są usprawniane i ulepszane, co pozwala na obrazowanie mózgu z lepszą rozdzielczością. Wciąż rozwijane są również nowe algorytmy do analizowania sieci mózgu, tutaj też ten rozwój idzie w parze z tym, co dzieje się w analizie mediów społecznościowych – uważa Karolina Finc.
Dlatego być może już w niedalekiej przyszłości konektomika poprawi efektywność diagnoz lekarskich, a także pozwoli rozpoznać nieznane dotąd przyczyny takich zaburzeń jak schizofrenia czy choroba Alzheimer.
– Konektomika umożliwi wczesne wykrywanie zaburzeń, a tym samym pozwoli na ich wcześniejszą terapię. Z punktu widzenia moich badań najbardziej interesujące jest to, jak ludzki mózg zmienia się w trakcie uczenia się, a także jak te zmiany mogą przewidywać nasz sukces w uczeniu się – podsumowuje Karolina Finc.
Co trzeci Polak doświadczył w pracy nieetycznych zachowań, a średnio co czwarty spotkał się z dyskryminacją. Statystyki Państwowej Inspekcji Pracy pokazują, że kultura i prawo pracy są w Polsce często naruszane. Mimo to pracownicy rzadko decydują się na sądowy spór z pracodawcą. W ubiegłym roku toczyło się zaledwie około 1,5 tys. takich spraw. Może się to jednak zmienić, bo w Polsce powoli coraz bardziej popularne stają się ubezpieczenia ochrony prawnej, które są standardem w Niemczech. Polisa pokrywa nie tylko koszty postępowania i honorarium adwokata, lecz także nawet wydatki związane z podróżą do sądu.
– Często słyszymy o takich kwestiach jak dyskryminacja, złe traktowanie w pracy, mobbing. Jak wynika z badań, średnio co czwarta osoba doświadczyła bądź była świadkiem takich zdarzeń. Częstym zjawiskiem jest zmuszanie do rozwiązania umowy o pracę, wysyłanie na niechciany urlop wypoczynkowy. Wszystkie zdarzenia objęte Kodeksem pracy mogą zostać objęte w ramach ubezpieczenia ochrony prawnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Wiejski, ekspert od współpracy z multiagencjami w D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej SA.
Jak wynika z badania, które we wrześniu ubiegłego roku przeprowadził instytut ARC Rynek i Opinia, niemal co trzeci Polak (31 proc.) zetknął się w pracy albo bezpośrednio doświadczył nieetycznych zachowań wymierzonych w jego pozycję zawodową. Niewiele mniej (28 proc.) doświadczyło upokorzenia i poniżania, a co czwarty (24 proc.) miał do czynienia z dyskryminacją. Średnio co piąty pracownik zetknął się albo bezpośrednio doświadczył w pracy zastraszania lub molestowania seksualnego.
Mimo że w Polsce ukształtował się rynek pracownika, a bezrobocie od miesięcy znajduje się na historycznie niskim poziomie (7,7 proc. na koniec kwietnia wg GUS), pracodawcy nadal często naruszają przepisy, a kultura pracy wciąż pozostawia wiele do życzenia. Potwierdza to przedstawione w ubiegłym tygodniu sprawozdanie z działalności Państwowej Inspekcji Pracy za 2016 rok. Inspektorzy przeprowadzili w tym czasie ponad 82 tys. kontroli u blisko 68 tys. pracodawców, wykazując znaczącą skalę nieprawidłowości. Efektem było zlikwidowanie bezpośrednich zagrożeń dla życia i zdrowia ponad 70 tys. pracowników, doprowadzenie do zawarcia umów o pracę dla 9 tys. osób oraz wyegzekwowanie ponad 184 mln zł zaległych wynagrodzeń dla 102 tys. zatrudnionych.
– Tematyka ochrony pracownika jest coraz bardziej popularna. W przypadku pracodawcy często jednak stoi za nim rzesza prawników. Natomiast pracownik nie jest chroniony, często dlatego że boi się konsekwencji. Jeżeli poszedłby na konflikt z pracodawcą, mógłby przez to stracić pracę – wskazuje Rafał Wiejski.
Z danych wymiaru sprawiedliwości wynika, że w 2016 r. w sądach rejonowych toczyło się zaledwie 1369 spraw o odszkodowania i zadośćuczynienia w związku z wybranymi formami dyskryminacji, natomiast w sądach okręgowych było ich 221. To pokazuje, że pomimo niewłaściwego traktowania lub łamania Kodeksu pracy, Polacy rzadko decydują się na sądowy spór z pracodawcą. Pierwszą przyczyną jest obawa przed utratą zatrudnienia. Drugą – obawa przed długością i uciążliwością postępowania procesowego oraz kosztami procesu i opłacenia adwokata. Zwłaszcza że Polska należy do grona państw europejskich, w których opłaty sądowe i prawne są jednymi z najwyższych.
Rosnąca świadomość pracowników i coraz większa popularność ubezpieczeń ochrony prawnej mogą się jednak przyczynić do tego, że takich postępowań będzie w sądach więcej. Rynek ubezpieczeń prawnych w Polsce dopiero się rozwija, podczas gdy na przykład w Niemczech korzysta z nich około 80 proc. obywateli.
– Dzięki ochronie prawnej pracownik może dociekać swoich praw, nie ponosząc przy tym kosztów związanych z ich dochodzeniem w sądzie. Ma przy tym wsparcie i merytoryczną poradę profesjonalistów, jak może się zachować w trudnej dla siebie sytuacji takiej jak mobbing czy zwolnienie z pracy – mówi Rafał Wiejski.
Ubezpieczenie ochrony prawnej można w uproszczeniu określić jako abonament za prawnika. W ramach odprowadzonej co miesiąc składki gwarantuje ono pokrycie kosztów postępowania, wynagrodzenia adwokata, podróży do sądu czy porad prawnych w sporze z pracodawcą.
Ubezpieczony pracownik korzysta z usług adwokata w ramach polisy i nie musi sam opłacać jego honorarium. Zwykle ma też zapewniony stały dostęp telefoniczny do porad prawnych, dzięki czemu dochodzenie roszczeń w sprawach takich jak mobbing, niewypłacanie wynagrodzenia albo nieprawidłowe rozwiązanie stosunku pracy jest znacznie prostsze.
Ubezpieczenia ochrony prawnej popularyzują się szczególnie w środowisku lekarskim i wśród pielęgniarek. Te grupy zawodowe są mocno narażone na pozwy sądowe i skargi pacjentów, związane z błędami czy wypadkami medycznymi. Polisa zapewnia im pokrycie kosztów związanych z wykonywaniem zawodu lekarza lub pielęgniarki.
Drugą grupą, szczególnie narażoną na odpowiedzialność prawną, są osoby, które wykonują wolne zawody i prowadzą działalność gospodarczą. Przedsiębiorca – poza świadczeniem usług – jest odpowiedzialny za swoją działalność we wszystkich aspektach prawnych i formalnych. Według badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Banku ponad 41 proc. osób wykonujących wolne zawody postrzega odpowiedzialność prawną za poważne wyzwanie. Mimo to ze względu na wciąż niską świadomość z ochrony ubezpieczeniowej korzysta niewielki odsetek. Działania popularyzujące ubezpieczenia ochrony prawnej od kilku lat prowadzą w Polsce między innymi Naczelna Rada Adwokacka, PZU SA i Polska Izba Ubezpieczeń.
Globalny rynek smartfonów to obecnie ok. 1,5 mld sztuk sprzedanych w ciągu roku, przy utrzymującym się stabilnym wzroście. Znacznie szybciej rośnie konkurencja między producentami o każdą część tego rynku. Każdy z nich ma swoją unikalną strategię, aby się wyróżnić i przyciągnąć uwagę coraz bardziej wymagających klientów. Alcatel chce podbić gusta użytkowników pod sztandarem demokratyzacji technologii. Oznacza to, że najnowsze technologie dostępne dotychczas wyłącznie w drogich modelach telefonów będą dostępne dla większej grupy odbiorców, za przystępną cenę.
– Ubiegły rok skończyliśmy na 10. pozycji wśród producentów smartfonów, natomiast IV kwartał ubiegłego roku to była 7. pozycja, także trend zwyżkowy jest widoczny. Staramy się wyróżnić w grupie największych producentów i robimy to trochę w inny sposób niż nasza konkurencja – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Bialic, PR Manager Alcatel Mobile Polska. – Skupiamy się na niskiej i średniej półce. jeżeli chodzi o koszty zakupu smartfona. Natomiast demokratyzujemy te półki, demokratyzujemy technologię, która znajdzie się w urządzeniach z tych półek.
Firma badawcza IDC podaje, że przez cały 2016 rok producenci sprzedali globalnie niemal 1,5 mld smartfonów, co oznacza wzrost o 2,3 proc. IDC prognozuje kolejny wzrost w tym roku, a na rynek ma trafić o 3 proc. więcej smartfonów niż w ubiegłym roku. Jednocześnie IDC szacuje, że w 2016 roku sprzedano w Polsce prawie 8 mln sztuk smartfonów, co oznacza ponad 5-proc. wzrost. Firma prognozuje, że w 2017 roku sprzedaż smartfonów osiągnie w naszym kraju ponad 8,4 mln szt. Urządzenia z technologią LTE mają stanowić 90 proc. sprzedanych smartfonów.
– Najnowsze technologie, które trafiają do najdroższych urządzeń, chcemy wprowadzać dla szerszego odbiorcy. Chcemy, aby osoby, których nie stać na to, aby wydawać duże pieniądze na najmocniejsze urządzenia na rynku, miały dostęp do tego, aby skorzystać z wirtualnej rzeczywistości, aby cieszyć się rozwiązaniami, za które normalnie trzeba zapłacić dużo więcej – wskazuje Adam Bialic.
Jako przykład podaje, że Alcatel w 2013 roku jako pierwszy wprowadził do najniższej półki cenowej model POP S3, czyli smartfon obsługujący LTE.
– Następnie jako pierwsi udostępniliśmy użytkownikom smartfon ze średniej półki, w okolicach tysiąca złotych, którego obudowa była wykonana w większości z metalu i nawiązywała już do urządzeń premium. Konkurencja wprowadzała podobne rozwiązania w kolejnych miesiącach – stwierdza przedstawiciel Alcatela. – Skupiliśmy się na rozwiązaniach muzycznych. Nasz model IDOL 3 prezentował bardzo fajny jakościowo dźwięk, zarówno na słuchawkach, które były dołączone do zestawu, jak i na głośnikach, które były współtworzone z firmą JBL. Następnie model IDOL 4, który jest sztandarowym przykładem demokratyzacji technologii, gdzie mieliśmy świetne wykonanie i świetną muzykę. Najmocniejsze głośniki na rynku niezależnie od półki cenowej i przede wszystkim VR, który był w zestawie.
W ubiegłym roku Alcatel wprowadził na masowy rynek wirtualną rzeczywistość – w zestawie za początkową cenę 1200 zł, z goglami i z oprogramowaniem do wykorzystania VR. Co ciekawe, Gogle VR Alcatela pełniły rolę pudełka dla modeli smartfonów Idol 4S, jak i tańszego Idol 4.
– Dotychczas za gogle VR trzeba było dopłacić kilkaset złotych i działały tylko z najmocniejszymi urządzeniami na rynku, które kosztowały kilka tysięcy złotych. My planujemy kontynuować ideę demokratyzacji technologii. Tę drogę chcemy kontynuować w przyszłości, aby nasi użytkownicy dostawali coś więcej, niż to, co znajdą u konkurencji – zapowiada Adam Bialic.
Koncern TCL Communication – producent smartfonów Alcatel – podawał podczas premiery modeli Idol, że liczy na sprzedaż w 2016 roku 270–290 tys. smartfonów w Polsce, wobec ok. 250 tys. sztuk w 2015 roku. Co ciekawe, już razem z innymi urządzeniami jak modemy, zwykłe telefony czy urządzenia typu wearables w 2015 r. koncern sprzedał w Polsce aż 750 tys. sztuk swoich urządzeń.
Alcatel intensywnie inwestuje w innowacje w dziewięciu centrach R&D na świecie, w większości w Shenzhen w Chinach, ponadto we Francji i Stanach Zjednoczonych.
– Głównie skupiamy się na rozwoju technologii 5G. Przygotowujemy się na następną dekadę, chcemy mieć swój wkład w rozwój tych technologii. Mamy sporo patentów z obszaru technologii łączności – wskazuje przedstawiciel koncernu. – Centra R&D pracują również nad rozwiązaniami, które pojawiają się w kolejnych smartfonach, klienci mają do nich dostęp w momencie, gdy prezentujemy kolejne urządzenia. Praca naszych centrów R&D jest widoczna i doceniana przez naszych odbiorców.
Technologie cyfrowe stanowią podstawę strategii biznesowej dla 60 proc. firm na świecie. W Polsce tylko co czwarta planuje ich wdrożenie na szeroką skalę. Transformacja cyfrowa to kosztowny i długi proces, jednak dający znaczące korzyści dla firmy. Eksperci zaznaczają, że te przedsiębiorstwa, które nie będą się zmieniać, nie mają szans w starciu z tymi, które czerpią korzyści z nowych technologii.
– Możliwości, jakie daje technologia, wskazują, że warto zweryfikować model biznesowy, procesy i procedury w organizacji. Tradycyjne firmy, które narodziły się jeszcze przed erą internetu i rozwiniętych technologii, mają trudności w konkurowaniu z firmami korzystającymi z technologii, które sprawiają, że jest szybciej, taniej i że mniej ludzi jest potrzebnych do pracy, bo część stanowisk jest zautomatyzowanych. W każdym sektorze biznesu istnieje potrzeba przejścia transformacji cyfrowej w jakimś aspekcie pracy organizacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jowita Michalska, prezes Digital University.
Nowe technologie pozwalają zreorganizować pracę całego przedsiębiorstwa, m.in. w zakresie obsługi klienta czy przechowywania i analizy gromadzonych danych. Tym samym zwiększają efektywność biznesową. W Polsce transformacja cyfrowa rozpoczęła się jednak stosunkowo niedawno. Z badania IDC Polska, przeprowadzonego w 2016 roku, wynika, że ok. 25 proc. polskich firm zakłada w najbliższym czasie wdrażanie nowych technologii. Na świecie robi to ponad 65 proc.
– Z jednej strony istnieją w Polsce niesamowite organizacje start-upowe, które przygotowują lub wymyślają produkty i koncepcje, adaptowalne następnie na rynki całego świata. Z drugiej strony są też firmy bardzo tradycyjne, np. firmy rodzinne, które rodziny budowały od zera, a dziś to są ogromne organizacje. Trudno z dnia na dzień zdać sobie sprawę z tego, że należy przejść jakiś proces – tłumaczy Michalska.
Raport KPMG „Barometr firm rodzinnych” wskazuje, że priorytetem dla firm rodzinnych jest zwiększenie zyskowności i przychodów czy wejście na nowe rynki. Plany inwestycyjne ma 59 proc. z nich. Firmom rodzinnym trudniej się jednak zdecydować na zasadnicze zmiany w pracy całej organizacji. Do nowinek technologicznych podchodzą ostrożnie i powoli je wprowadzają. Jak podkreśla Michalska, często o transformacji decydują dopiero słabe wyniki, utrata klientów czy inne kryzysowe wydarzenie.
– Transformacja cyfrowa jest też procesem bardzo trudnym. W większości przypadków jeszcze nie mamy konkretnych wdrożeń, studiów przypadku, na których moglibyśmy się wzorować. To wciąż młoda dziedzina, w Polsce jest jeszcze bardzo mało firm wdrożyło takie procesy, na palcach jednej ręki można policzyć takie organizacje oraz te, które chcą podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem – zaznacza prezes Digital University.
Wdrożenie nowych technologii to proces, który przynosi realne korzyści biznesowe. Badanie IDC wskazuje bezpośredni związek między cyfrową transformacją a większymi przychodami.
– Na początku jednak są to koszty. Po drugie jest to rewolucja w organizacji. Nazywam to operacją serca na pacjencie, który biegnie w tym czasie w maratonie i jednocześnie musi zająć jedno z trzech pierwszych miejsc. Zdecydowanie łatwiej jest wymyślić coś od zera w dzisiejszej rzeczywistości i po prostu to stworzyć – przyznaje Jowita Michalska.
Transformacja cyfrowa to długotrwały proces. Jak przekonuje Michalska, tzw. twardy obszar, czyli wybór i zakup konkretnej technologii, to tylko pierwszy etap. Równie istotna jest zmiana kultury organizacji. To często trudne zadanie, zwłaszcza że wymaga ono od pracowników nowego podejścia do obowiązków, które od wielu lat wykonywali w określony sposób.
– Organizacje, które tylko kupują nowinki technologiczne, a nie zmieniają się jako kultura i nie wdrażają tych technologii głęboko w DNA organizacji, to tzw. digital fashionistas. Kupują modne nowinki, natomiast nie wpływa to na zmianę modelu pracy organizacji. Tych obszarów jest sporo i trzeba spiąć w jeden organizm – tłumaczy Michalska. – Dlatego na zajęciach Digital University staramy się pokazywać modele wdrożeń w Polsce. Zapraszamy osoby zarządzające takimi przetransformowanymi organizacjami, żeby pokazały swój przykład, od jakiego momentu wyszli, do jakiego doszli i jakie to dało efekty.
Celem fundacji Digital University jest edukacja w zakresie rozwoju firm przez innowacje i zapoznanie z tematyką nowych technologii. Organizowane konferencje i szkolenia mają pomóc w rozwijaniu zdolności innowacyjnych w organizacjach i pokazać możliwe ścieżki rozwoju ich biznesu.
Jeszcze kilka lat temu targetowanie reklam kojarzyło się wyłącznie ze światem wirtualnym i opierało się na badaniach aktywności potencjalnych klientów w internecie. Obecnie wiele firm korzysta również z narzędzi, które umożliwiają kierowanie spersonalizowanych przekazów marketingowych opartych na aktywności konsumentów w sklepach stacjonarnych. Jednym z nich jest platforma Cluify, która dociera do potencjalnych klientów za pomocą bezprzewodowego internetu, Bluetooth i aplikacji mobilnych.
Coraz częściej w galeriach handlowych instalowane są beacony lub nadajniki Wi-Fi, wraz ze zintegrowanym z nimi systemem do analizy danych, zazwyczaj w formie aplikacji mobilnej. Ich zadaniem jest gromadzenie informacji o zachowaniach klientów w celu spersonalizowania przekazu marketingowego. W konsekwencji dany sklep może między innymi lepiej dotrzeć do potencjalnych konsumentów, którzy będą bardziej zainteresowani zakupami w konkretnym miejscu.
– Platforma Cluify to dwie płaszczyzny. Pierwsza z nich opiera się na aplikacjach mobilnych: zarówno naszych, jak i naszych partnerów, z których pobieramy zdeanonimizowaną informację o tym, jakie sieci widzi dany telefon. Na podstawie pierwszej płaszczyzny tworzymy drugą warstwę bazodanową, dzięki której jesteśmy w stanie wyciągać konkretne przypadki potrzebne naszym klientom, np. osoby przechodzące wokół jakiegoś punktu. To jest marketing przeniesiony do świata rzeczywistego, tzn. umożliwiamy dotarcie do nowych klientów, jak i dotarcie do konsumentów, którzy odwiedzili już daną placówkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Edward Mężyk, Prezes Zarządu firmy Datarino.
Raport Deloitte „Consumer review digital predictions 2015” wskazuje, że ponad 30 proc. użytkowników smartfonów deklaruje wpływ spersonalizowanej komunikacji marketingowej na ich decyzje zakupowe. Oznacza to, że co trzecia osoba, która dostaje dopasowaną ofertę na swój telefon, bierze ją pod uwagę przed dokonaniem zakupu. Jak podkreśla specjalista, wykorzystanie najnowszych zdobyczy technologii pozwoli dotrzeć do dużo większej grupy odbiorców.
– Najważniejsza innowacyjność leży w połączeniu Wi-Fi, Bluetooth i aplikacji mobilnych, tzn. docieramy do dziesięciokrotnie większego rynku, niż dociera internet. To najważniejsza cecha Cluify. Do tego robimy to w sposób bardzo łatwy dla rynku retailowego, tak więc nikt nie musi się znać na tych technologiach, nie ma żadnego wdrożenia. Wystarczy się zalogować do panelu – twierdzi Edward Mężyk.
Jak wynika z badań ShopperTrak National Index Poland, Polacy coraz mniej czasu spędzają w centrach handlowych. W 2016 roku frekwencja spadła prawie o 5 proc. Mimo to w 2017 roku zostanie oddanych do użytku aż 400 tys. mkw. nowych powierzchni galerii handlowych. To oznacza, że rynek nie składa broni i przechodzi do kontrataku. Dlatego właśnie jednym z zadań platformy Cluify jest zwiększenie frekwencji osób odwiedzających galerie.
– Dane są przedstawione w bardzo łatwy do zrozumienia sposób. W panelu Cluify pojawia się mapa, na której zaznaczamy punkty, na których mogą być nasi klienci. To jest jedyne graficzne przedstawienie wyników działania platformy. Oczywiście, widzimy prostą konwersję, ilu tych klientów, do których wyemitowaliśmy kampanię, wraca do nas. Czyli pokazujemy zarówno konwersję do wewnątrz, jak i liczbę klientów, którzy odwiedzili naszą placówkę, ale też liczbę klientów, który koło naszej placówki przeszli, tak żebyśmy mogli zobaczyć efekt wszystkich działań marketingowych – wyjaśnia Edward Mężyk.
Cluify zmierzy pomiar ruchu użytkowników offline i zgromadzi dane statystyczne na temat ich zachowań. Platforma pozwoli poznać i przeanalizować potrzeby: klientów konkurencyjnych sklepów stacjonarnych, mieszkańców określonego osiedla, pracowników pobliskiego parku biznesowego i wszelkich innych miejsc, których odwiedzający mogą stać się potencjalnymi klientami.
– Najważniejsza zaleta Cluify to przyniesienie nowego klienta do naszej placówki sprzedażowej, do naszego sklepu e-commerce&HASH39;owego. Dzięki Cluify możemy też zobaczyć, czy faktycznie ten klient do nas przyszedł. Mamy takie dwie płaszczyzny, pozyskanie klienta i weryfikacja, czy rzeczywiście ten klient jest pozyskany – podsumowuje Edward Mężyk.
Nie mamy planu B ani planety B – mówi Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce. Zmiany klimatyczne, smog, zrównoważony transport, wzrost zapotrzebowania na wodę i energię oraz gospodarka odpadami to tylko początek długiej listy wyzwań, z którymi muszą poradzić sobie samorządy. Przykłady najlepszych, proekologicznych działań wyłoni piąta edycja konkursu Eco-Miasto, organizowanego przez Ambasadę Francji i Centrum UNEP/GRID-Warszawa.
– Władze samorządowe mają na co dzień styczność z mieszkańcami, dobrze zdają sobie sprawę z ich oczekiwań. Ludzie chcą lepszego życia w mieście, z czystszym powietrzem, w przyjemnym otoczeniu, chcą zużywać mniej energii. Obecnie wszystkie miasta bez względu na ich wielkość, wszędzie na świecie, odgrywają naprawdę wielką rolę. Mobilizacja na szczeblu lokalnym kształtuje rzeczywistość i przyczynia się do dynamiki na rzecz postępu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.
Zmiany klimatyczne, konieczność ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, które w globalnej skali przed 2050 rokiem wzrośnie dwukrotnie, to tylko niektóre z wyzwań, przed którymi stają miasta i samorządy. Jednym z problemów jest również skokowy przyrost liczby mieszkańców, według szacunków ONZ w połowie tego stulecia dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta.
Samorządy muszą wdrażać nowoczesne i przyjazne środowisku rozwiązania, aby sprostać tym wyzwaniom. Przykłady najlepszych praktyk ma wyłonić rozpoczynająca się właśnie piąta edycja konkursu Eco-Miasto. To jedna z największych w Polsce inicjatyw popularyzująca ideę zrównoważonego rozwoju miast i lokalnych samorządów.
– Chcemy docenić wszystkie inicjatywy, które polskie gminy i miasta podejmują na szczeblu lokalnym na rzecz zrównoważonego rozwoju i lepszej jakości życia. Chodzi o tematy takie jak poprawa jakości powietrza, efektywność energetyczna budynków i sprzyjanie mobilności, w szczególności pojazdy elektryczne. Pomysł polega na tym, by docenić wszystko to, co udaje się wdrożyć lokalnie i pokazać konkretnie działania, które mają bardzo duży wpływ na codzienne życie mieszkańców – mówi ambasador Pierre Lévy.
Celem projektu Eco-Miasto jest wymiana doświadczeń pomiędzy samorządami oraz nagrodzenie tych, które najlepiej realizują politykę zrównoważonego rozwoju w sześciu kategoriach konkursowych: mobilność zrównoważona, gospodarka wodna, gospodarka odpadami, efektywność energetyczna budynków, systemy energetyczne, zieleń a powietrze.
– W tym roku wprowadziliśmy dwie ciekawe zmiany. Do poszczególnych obszarów, w których przyznawane będą wyróżnienia, dodaliśmy kategorię zieleń a powietrze, w której nagrodzimy osobno miasta liczące powyżej oraz poniżej stu tysięcy mieszkańców. Oprócz tego zamiast seminariów tematycznych organizujemy ogólnopolską konferencję, która odbędzie się w listopadzie w Warszawie – mówi Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.
– Wszyscy chcemy żyć w zdrowych miastach, oddychać świeżym powietrzem, patrzeć na błękitne niebo, pić czystą wodę, mieć jak najlepsze warunki życia, jakość życia, chodzić do pięknie urządzonych parków i cieszyć się życiem w mieście. Z naszego punktu widzenia szczególnie ważne jest akcentowanie kwestii środowiskowych. Zdrowe środowisko to zdrowi ludzie, jest to prosta zależność, m.in. z tego względu propagujemy i wspieramy ideę zrównoważonego rozwoju w miastach – podsumowuje Maria Andrzejewska, dyrektor centrum UNEP/GRID-Warszawa.
– Konkurs Eco-Miasto jest formą rozmowy z samorządami lokalnymi, w której poszukujemy najciekawszych przykładów rozwiązań dobrych dla środowiska i klimatu. Dzięki niemu udało się spopularyzować wiele dobrych praktyk. Widzimy potencjał dalszego inwestowania i dalszych zmian związanych z ochroną środowiska i klimatu w polskich miastach – dodaje Leszek Drogosz, dyrektor Biura Infrastruktury w Urzędzie m.st. Warszawy i przedstawiciel Partnerstwa dla Klimatu w projekcie Eco-Miasto.
W ramach tegorocznej, piątej edycji Eco-Miasta odbędzie się konkurs dla polskich miast i samorządów (wystartuje 10 lipca i potrwa do 16 października br.). W każdej z sześciu kategorii konkursowych zostaną przyznane dwie nagrody: dla ośrodków liczących powyżej oraz poniżej 100 tys. mieszkańców.
Zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas ogólnopolskiej konferencji, która w listopadzie odbędzie się w Warszawie – organizowanej w tym roku po raz pierwszy. Wydarzenie ma być przede wszystkim platformą do wymiany doświadczeń pomiędzy władzami polskich miast.
Tegorocznej edycji Eco-Miasta po raz drugi towarzyszyć będzie też projekt edukacyjny „Zakręceni w przestrzeni” organizowany przez Wspólnie – Fundację LafargeHolcim. Jego celem jest zaangażowanie dzieci i młodzieży do udziału w projektowaniu i tworzeniu przyjaznych miejsc, w których funkcjonują na co dzień takich jak szkoła, biblioteka czy dom kultury. Projekt skierowany jest do dzieci i młodzieży ze szkół podstawowych i ponadpodstawowych. Ma pokazać im, że mają wpływ na przestrzeń publiczną.
W dotychczasowych edycjach konkursu Eco-Miasto wzięła udział prawie setka polskich samorządów. W 2016 roku laureatami zostały Kobyłka, Lublin, Ostrów Wielkopolski, Słupsk, Wrocław i Zabrze.
Projekt jest realizowany przez Ambasadę Francji we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Saint-Gobain, SUEZ Polska, ENGIE oraz Grupą EDF Polska, DK Energy i TIRU, Fundacją LafargeHolcim. W tym roku do grona organizatorów dołączyło Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które realizuje w Polsce misję Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Środowiska.
Choć Campus Warsaw, który powstał z inicjatywy firmy Google&HASH39;a, działa już od listopada 2015 roku, to niedawno zaszły w nim ważne zmiany. Jedną z nich są trzy nowe programy wsparcia dla start-upów na różnych etapach rozwoju: Campus Residency, Launchpad Start i Launchpad Accelerator.
Pierwszy z programów – Campus Residency – skierowany jest głównie do start-upów w fazie wzrostu. Program trwa 6 miesięcy i oferuje dostęp do specjalistycznej wiedzy mentorów i ekspertów Campusu, a także udostępnia darmową przestrzeń pracy. Jednym z projektów, którym udało się zakwalifikować do tego programu, jest polski start-up yestersen – platforma sprzedaży przedmiotów w stylu vintage.
– Yestersen to projekt, który podejmuje bardzo duże zagadnienie podróży w czasie poprzez design, czyli przedmioty użytkowe z XX w., które oferujemy na naszej platformie. Jesteśmy platformą typu marketplace, zrzeszamy z jednej strony sprzedawców takich przedmiotów jak meble, oświetlenie, dodatki, a z drugiej strony kupujących: zarówno indywidualnych, jak i profesjonalnych, takich jak biura projektowe – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Misztal z yestersen.
Innym programem, które został zainicjowany niedawno na Campus Warsaw, jest Launchpad Start − tygodniowy, intensywny projekt szkoleniowy dla start-upów we wczesnej fazie rozwoju. Na przeciwnym biegunie znajduje się natomiast międzynarodowy program Launchpad Accelerator, trwający 6 miesięcy i przeznaczony dla zaawansowanych start-upów, które szybko się rozwijają. Inicjatorem programu jest Google Developers. Co istotne, w tym roku program ten po raz pierwszy objął firmy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a wśród zakwalifikowanych znalazł się również projekt z Polski: Dr Omnibus. Ta firma tworzy niezwykłe, specjalne narzędzia multimedialne przeznaczone do terapii dzieci z autyzmem.
Jak podkreśla specjalista z yestersen, kluczem do osiągnięcia sukcesu przez start-up jest wdrożenie innowacji, która znacząco może ułatwić życie przedsiębiorcom. Właśnie takie start-upy kwalifikują się do programów inicjowanych przez Google.
– Nasza innowacja polega na tym, że umożliwiamy szereg narzędzi, dzięki którym sprzedawcom o wiele łatwiej jest handlować tymi przedmiotami w sieci i promować swoją markę, narzędzia do fakturowania, do sprzedaży poprzez sieci społecznościowe takie jak Facebook czy Instagram. Ponadto narzędzia, które pozwalają bardzo szybko edytować oferty, moderować je, umieszczać w ładny i porównywalny sposób – wylicza Karol Misztal.
W resortach energii i rozwoju trwają wspólne prace nad ustawą o elektromobilności, która ma uregulować cały rynek. Samorządy w całej Polsce już prowadzą pilotażowe projekty rozwijające elektromobilność. Wprowadzają elektrobusy do sieci publicznego transportu, budują stacje ładowania. Kilka miast ogłosiło także rozpoczęcie projektów współdzielenia miejskich samochodów, czyli tzw. carsharingu. Eksperci są zgodni, że pojazdy elektryczne mogą się w Polsce upowszechnić, jeżeli zostaną ku temu stworzone warunki. Potrzebna jest infrastruktura do ładowania i zachęty podatkowe dla nabywców zeroemisyjnych aut.
O wyzwaniach i szansach dla samorządów oraz całej gospodarki związanych z elektromobilnością eksperci rozmawiali podczas niedawnego Kongresu Regionów we Wrocławiu.
– Dla miast elektromobilność oznacza dużo większy komfort życia, brak hałasu i ograniczenie emisji związanej z produkcją energii. Elektromobilność to systemowe wsparcie gospodarki. Gdybyśmy umieli przestawić połowę transportu kołowego na transport elektryczny, to wzrost polskiego PKB byłby około 1 proc. wyższy. To jest skala rewolucji, w której uczestniczymy, łączenia się dwóch największych globalnych przemysłów światowych: samochodowego i energetycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Korolec, prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.
Elektromobilność jest jednym z filarów przyjętej w lutym Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która powstała w resorcie kierowanym przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Plan zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych, które będą w sumie zużywać około 4 TWh energii rocznie. Drugi cel resortu to upowszechnienie w polskich miastach transportu opartego o elektryczne autobusy, infrastrukturę ładowania i inne środki transportu zbiorowego wykorzystujące napęd elektryczny.
– Elektryczny transport miejski to symbol nowoczesności. Prawdopodobnie wokół tego obszaru odbędzie się szereg dyskusji przy okazji wyborów samorządowych. Dyskusja o elektryfikacji transportu miejskiego będzie powiązana z tematem z jakości powietrza, jakości życia i hałasem w mieście – prognozuje Marcin Korolec.
Na początku tego roku Państwowy Fundusz Rozwoju, dwa resorty i 41 samorządów podpisały wspólnie listy intencyjne dotyczące rozwoju elektromobilności. W ramach pilotażu gminy podjęły się rozwijać program transportu elektrycznego i zobowiązały się, że zakupią łącznie 780 nowoczesnych elektrobusów. Współpraca z samorządami ma objąć także inne obszary współpracy dotyczącej rozwoju elektromobilności w Polsce.
– Wszystkie miasta na świecie są zainteresowane zrównoważonym transportem, w tym również elektrycznym. Dzięki temu nasze miasta będą czyste i nie będziemy mieć problemów ze smogiem, choć zawsze pojawia się problem z finansowaniem takich przedsięwzięć – zauważa Robert Dederko, zastępca prezydenta Bytomia.
– W tej chwili produkowane są dla nas 23 autobusy elektryczne. W ciągu dwóch, trzech lat chcielibyśmy mieć 80 proc. floty autobusowej w pełni zelektryfikowanej. W dalszej perspektywie chcemy też, aby pozostałe 20 proc. stanowiły autobusy hybrydowe – zapowiada burmistrz Jaworzna Paweł Silbert – Elektromobilność to korzyści ekonomiczne i środowiskowe. Ekonomiczne, ponieważ zasilanie pojazdów elektrycznych kosztuje znacznie mniej niż zasilanie tradycyjnym paliwem dieslowskim. Środowiskowe są oczywiste, ponieważ autobusy elektryczne są zeroemisyjne – dodaje.
Po ulicach pięciu polskich miast (Warszawa, Kraków, Innowrocław, Jaworzno i Lublin) jeździ obecnie 31 elektrobusów, które obsługują zaledwie 0,3 proc. wszystkich autobusów w komunikacji publicznej (dane na koniec 2016 roku).
Rządowy programu „Elektromobilność”, który opracowały resorty rozwoju i energii, zakłada, że do 2021 roku po polskich drogach będzie jeździć tysiąc eklektycznych autobusów. W przeciągu kolejnej dekady ponad 50 proc. taboru autobusowego ma być zasilana napędem elektrycznym. Będzie to wymagało odpowiedniej infrastruktury ładowania.
– Ona jest dopiero na początkowym etapie rozwoju. Wiele podmiotów myśli o rozwoju infrastruktury ładowania samochodów elektrycznych. Istotną rolę odegrają w tym miasta. Przygotowywana jest ustawa o elektromobilności, która nakłada na nie obowiązek organizowania przetargów na lokowanie publicznie dostępnych miejsc ładowania samochodów elektrycznych. Wraz z rozwojem transportu elektrycznego taka infrastruktura będzie budowana i rola miast będzie w tym bardzo istotna – ocenia Rafał Czyżewski, prezes zarządu firmy Greenway Infrastructure Poland, która dostarcza infrastrukturę do ładowania pojazdów elektrycznych.
Resorty rozwoju i energii pracują wspólnie nad projektem ustawy o elektromobilności, która ma uregulować cały rynek.
Według szacunków w Polsce jest obecnie 305 punktów ładowania. Najwięcej znajduje się w Warszawie. Zgodnie z planem do 2020 r. ma powstać już 400 szybkich punktów ładowania samochodów elektrycznych i 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy. Brak odpowiedniej infrastruktury obok wysokich kosztów jest w tej chwili jednym z kluczowych elementów, które hamują popularność samochodów elektrycznych.
– Punkty szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych są zlokalizowane w dużych miastach, w szczególności są to centra handlowe. Ta infrastruktura jest natomiast niedostępna przy głównych drogach, na autostradach i drogach szybkiego ruchu. Chcąc stworzyć możliwość przemieszczania się samochodem elektrycznym na dłuższy dystans, niezbędne jest postawienie stacji szybkiego ładowania przy głównych drogach w Polsce – mówi Rafał Czyżewski, prezes Greenway Infrastructure Poland – Szybkie ładowanie oznacza możliwość naładowania standardowego samochodu w ciągu kilkudziesięciu minut, w zależności od wielkości baterii. Jest to jednak wierzchołek piramidy, ponieważ niezbędne jest też tworzenie infrastruktury szybkiego i wolnego ładowania, żeby użytkownicy mogli ładować te pojazdy w nocy – dodaje.
Coraz większą popularność zyskuje trend carsharingu, czyli współużytkowania samochodów. Pierwsze projekty zostały uruchomione przez prywatne firmy w Warszawie, Krakowie czy Trójmieście. Wrocław, który gościł tegoroczny Kongres Regionów, w lutym tego roku zapowiedział uruchomienie pierwszego miejskiego systemu carsharingu w pełni opartego o samochody elektryczne, który ma ruszyć już wiosną 2018 roku. Na ulice stolicy Dolnego Śląska wyjedzie minimum 200 samochodów elektrycznych, a auta będą mogły korzystać z 60 stacji ładowania. W mieście ma być ok 400–500 miejsc parkingowych przeznaczonych specjalnie do parkowania tego typu pojazdów.
Rozwój rynku pojazdów elektrycznych w Polsce mógłby przebiegać sprawniej. Zastępca prezydenta Bytomia Robert Dederko zwraca też uwagę na wciąż relatywnie wysokie ceny samochodów elektrycznych i brak odgórnych zachęt dla potencjalnych nabywców. Problemem może się też okazać kwestia lokalizacji infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych.
– Bez udziału gmin to się nie uda. Muszą być zwolnienia z podatku od nieruchomości i musi być wyraźnie określone na jakiej powierzchni można korzystać z tych zwolnień, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której duży obiekt w jednym miejscu lokuje ładowarkę i hektar ziemi jest nieopodatkowany. Te sprawy na pewno trzeba doregulować – zaznacza Robert Dederko – Aby bardziej powszechne były zakupy samochodów elektrycznych, konieczny jest system zachęt dla ludzi, na przykład zwolnienie z VAT lub podwyższone stawki amortyzacyjne. Dzisiaj samochód o tradycyjnym napędzie spalinowym jest znacznie tańszy od samochodu z napędem elektrycznym i nie dziwi, że na razie ludzie wybierają takie rozwiązania – dodaje wiceburmistrz.
Szacunkowo przejechanie 100 kilometrów samochodem elektrycznym to koszt około 10 zł. Według ostatnich deklaracji ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, ładowanie w nocy samochodów elektrycznych ma być w przyszłości tańsze o 30 procent.
Marcin Korolec z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych ocenia, że w projekcie ustawy dotyczącym elektromobilności rząd słusznie położył nacisk na infrastrukturę. Ta rozwija się bardzo wolno. Nowe regulacje powinny ten proces przyspieszyć. Planowane wsparcie nabywców samochodów elektrycznych jest natomiast umiarkowane, a obok zwolnienia z akcyzy rząd powinien też rozważyć zwolnienie z podatku VAT.
– Myślę, że będziemy namawiać rząd do zwolnienia nabywców samochodów elektrycznych z obowiązku płacenia VAT – zapowiada Marcin Korolec, prezes FPPE.
W ocenie resortu energii elektromobilność to najszybszy sposób na walkę ze smogiem w polskich miastach. Poza czystszym powietrzem rozwój elektromobilności mógłby się również przyczynić do powstania kilku tysięcy nowych miejsc pracy i pobudzenia gospodarki.
Już we wrześniu odbędzie się pierwsza w Polsce internetowa konferencja skierowana do sektora ubezpieczeniowego. Nazwiska prelegentów mają zagwarantować, że będzie to wydarzenie najwyższych standardów.
Konferencja, skierowana do profesjonalistów i praktyków branży asekuracyjnej, będzie miała niespotykany przebieg. Jeszcze nigdy w historii tej branży w Polsce tego typu wydarzenie nie miało wyłącznie internetowego charakteru. Podczas dwóch wieczorów Szczytu Ubezpieczeniowego, w sieci pojawi się trzydzieści 20-minutowych wideo wystąpień zaproszonych gości.
Tematyka wydarzenia będzie obejmowała wiele aspektów, z którymi spotykają się na co dzień przedstawiciele sektora ubezpieczeniowego. Podczas Szczytu Ubezpieczeniowego będzie sporo o marketingu internetowym (SEO, social media) oraz sprzedaży (sposoby budowania relacji z klientami, kobiety jako grupa docelowa). Nie zabraknie także wątków dotyczących sfery HR (rekrutacja personelu), jak i aspektów prawnych.
Swoją wiedzą w tym zakresie podzielą się m.in. przedstawiciele takich firm jak: Midea (Paweł Tkaczyk), Brand24 (Mikołaj Winkiel), Enterso (Wojciech Kłodziński) oraz Berg System (Marcin Konopka).
– Organizując Szczyt Ubezpieczeniowy, najbardziej zależało mi na tym, aby ta konferencja spełniała dwa wymagania: była łatwo dostępna, a jej treść – wiedza zaproszonych gości – była z najwyższej półki, w postaci rekomendacji do wdrożenia “od zaraz” – dodaje Marcin Kowalik, organizator Szczytu Ubezpieczeniowego.
Organizatorzy przewidują, iż w tym wydarzeniu weźmie udział 1-3 tys. rodzimych przedstawicieli sektora ubezpieczeniowego: agenci, brokerzy oraz reprezentanci multiagencji.
Zderzenie się z szarą rzeczywistością w momencie wyjścia na rynek z produktem i próbą sprzedaży jest zawsze momentem otrzeźwienia i ostudzenia entuzjazmu start-upów do wchodzenia w biznes za pomocą zewnętrznych środków. Pomysłodawcy i twórcy projektów najczęściej tracą zapał, gdy zderzają się z trudnościami.
– Dzisiaj jesteśmy zaangażowani w ponad dwadzieścia start-upów – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Girek, prezes Data Techno Park oraz Cube.ITG – W grupie kapitałowej wydzieliliśmy specjalny fundusz, nazywany przez nas DTP Venture, który dysponuje środkami w wysokości ponad 10 milinów złotych. Przeznaczony jest na inwestycje w start-upy. Dysponujemy kwotą w wysokości 500-800 tysięcy złotych na każdy projekt. Jest to wysycenie naszego potencjału i chęci do zarządzania portfelem inwestycyjnym. Nasz fundusz jest dziś na etapie weryfikacji pomysłów, które do nas spłynęły i zainwestowaliśmy w nie około półtora roku temu. Przyglądamy się realizacji biznes planów naszych start-upów z pierwszego i drugiego rozdania. Obserwujemy te, które nie wyszły, bo takie także są. Nimi również należy się chwalić, co potwierdza każdy start-upowiec. Spotykamy się z pomysłodawcami, którzy przyszli z pomysłem, a ten ostatecznie się nie udał. W takich sytuacjach ich zaangażowanie bardzo mocno spadło.– dodał Girek.
Blokady zorganizowanie przez korporacje taksówkarskie sparaliżowały ostatnio wiele polskich miast – z Warszawą na czele. Są to protesty przeciwko konkurencji Ubera.
Nie wnikając w rozstrzyganie tego sporu, na sprawę można spojrzeć jako na walkę ze strony tradycyjnych struktur gospodarczych – takimi są korporacje taksówkowe – oraz światowej firmy, która posługuje się nowoczesnymi środkami komunikacji, rozliczeń oraz marketingu w stosunku do klienta.
Nie ma żadnych wątpliwości, że Uber wygra ten wyścig. W wielu krajach zostały wprowadzone duże ograniczenia względem Ubera – niektóre państwa nawet zakazały działalności. Historia zna wiele przypadków takich jak niszczenie maszyn parowych, które zastępowały rękodzielników w fabrykach oraz zastąpienie tradycyjnego listu e-mailem. Widać, że postęp wchodzi bardzo szybko do naszego życia – często bardzo brutalnie, pozostawiając ludzi bez pracy co jest nieuniknione.
– W tego typu pojedynkach zwycięża zawsze nowa technologia ze względu na wygodę dla ludzi – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Ponadto nowa technologia wiąże się z tańszymi, szybszymi usługami, za które możemy zapłacić w sieci. Dzięki nowej technologii koszty w przewozach międzymiastowych zostały zredukowane kilkukrotnie. Aplikacja BlaBlaCar oferuje możliwość dołączenia się do podróżującego kierowcy i przejechania z miasta do miasta za 30-40 zł. Te argumenty zadecydują o wygranej nowej technologii, bo klient wybierze wygodniejsze i tańsze rozwiązanie. Taka jest logika rozwoju gospodarczego świata – podsumował Arendarski.
Międzynarodowe korporacje chcą polskich pracowników. Według najnowszych danych ABSL w ciągu dwunastu miesięcy liczba osób pracujących w sektorze nowoczesnych usług biznesowych wzrośnie o około 40 tysięcy osób, i tym samym przekroczy próg 285 tys zatrudnionych. Polska jest postrzegana na świecie jako jeden z najbardziej istotnych ośrodków rozwoju centrów usług wspólnych. Korporacje chcą inwestować w naszym kraju, bo doceniają umiejętności i elastyczność Polaków. Dynamiczny rozwój sektora przekłada się na rosnący popyt na pracowników.
– Ostatnie lata były przełomowe dla wizerunku centrów usług wspólnych – niejako wyszliśmy z cienia i doszliśmy do momentu, gdy jako branża jesteśmy jednym z punktów wyróżniających Polskę na globalnej mapie. To dobry czas, żeby podsumować dotychczasowe osiągnięcia, ale i na nowo określić priorytety – mówi newsrm.tv Iwona Dudzińska, szefowa Citi Service Center w Polsce.
Tempo wzrostu zatrudnienia w sektorze usług biznesowych utrzymuje się na dwucyfrowym poziomie. Wiele firm zamierza rozwinąć dotychczas prowadzoną działalność, np. Citi Service Center Poland, jeden z największych pracodawców na tym rynku z ponad 4000 pracowników już zapowiedziało, że zwiększy zatrudnienie. 300 nowych miejsc pracy powstanie w Warszawie i Olsztynie. To niejedyny inwestor zagraniczny zainteresowany polskim rynkiem, co działa na korzyść pracowników, którzy dzięki konkurencji rekruterów mogą liczyć na więcej.
– Rozwój naszych pracowników, stwarzanie komfortowych warunków dla budowania różnych ścieżek kariery w ramach organizacji to jeden z naszych priorytetów. Staramy się ich angażować w aktywny udział w programach i projektach najbardziej zbliżonych do modelu życia. Nasz zespół świadczy usługi w 29 językach dla klientów w ponad 90 krajach świata. W tym roku przechodzimy na system Citi Works, lepiej dopasowany do potrzeb nowego pokolenia pracowników, którzy chcą pracować niekoniecznie przy biurku, ale w nowoczesnych przestrzeniach wielofunkcyjnych umożliwiających kolaborację, a także system pracy zdalnej. Już dziś 24,3 proc. naszego zespołu pracuje z domu, a 38 proc. korzysta z elastycznych form pracy – wyjaśnia Iwona Dudzińska.
Rynek centrów usług wspólnych poza zwiększonym popytem na pracowników i powiązana z nim rotacją wysoką rotacją mierzy się także z zachodzącą wymianą pokoleniową. Dla przykładu w Citi Service Center Poland ponad 80% zatrudnianych stanowią millenialsi, co znacząco wpływa na modyfikację oferty pracodawcy jeżeli chodzi o szkolenia, benefity i system pracy.
Nowa, prosta i przejrzysta ustawa o podatku od towarów i usług, procedura weryfikacji rzetelności kontrahenta na poziomie ustawowym, premiowanie pracowników organów podatkowych za solidność i rzetelność podatników oraz obowiązek wydania decyzji w ciągu 3 miesięcy od wstrzymania zwrotu podatku VAT – to niektóre propozycje uzdrowienia polskiego systemu podatkowego, zaprezentowane przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego w Sejmie RP.
Nie można dłużej pozwalać, by uczciwi przedsiębiorcy odpowiadali za przekręty organizowane przez przestępców, dlatego należy szybko wprowadzić cały szereg zmian w systemie podatkowym – argumentowali eksperci ZPP podczas prezentacji raportu „VAT-kluczowy problem polskiego systemu podatkowego”. W przedstawionym w środę 21 czerwca 2017 roku opracowaniu, wskazane zostały realne przeszkody uniemożliwiające prawidłowe funkcjonowanie wielu polskim firmom. W ocenie ZPP pokonanie problemów związanych z systemem podatkowym leży w interesie każdego uczestnika rynku, gdyż przełoży się na możliwości zatrudniania większej liczby pracowników, produkowania lepszej jakości wyrobów czy też – w rezultacie zmniejszenia obciążeń administracyjnych – oferowania produktów i usług taniej.
System podatkowy w Polsce jest dalece niedoskonały i co do tej diagnozy panuje powszechna zgoda. Można wyróżnić dwa newralgiczne obszary – pierwszy to model funkcjonowania administracji skarbowej, ze szczególnym uwzględnieniem panującego wewnątrz niej systemu motywacyjnego. Drugim są problematyczne praktyki, stosowane na podstawie obowiązujących przepisów. Polegają one przede wszystkim na wstrzymywaniu zwrotów podatku VAT czy przerzucaniu odpowiedzialności za oszustwa podatkowe na uczciwych przedsiębiorców – mówił podczas posiedzenia adwokat Jacek Cieplak, Dyrektor Biura Legislacji ZPP.
W ocenie ekspertów ZPP stosowany w Polsce system oceny efektywności pracowników kontroli skarbowej, premiujący wysokość dokonanych przez nich ustaleń, jest wysoce nieskuteczny. W 2014 roku wykryto nieprawidłowości powodujące uszczuplenia podatkowe w kwocie 10 602,3 mln zł, jednak złożone w efekcie korekty deklaracje podatkowe zwiększyły wpływy do budżetu jedynie o niewiele ponad 410 mln zł. Dlatego Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponuje premiowanie za terminowość dopełniania obowiązków rejestracyjnych oraz terminowość i rzetelność rozliczeń dokonywanych przez podatników. Ponadto, w celu zwiększenia efektywności działań pracowników aparatu skarbowego, powinny należeć się im premie, jeżeli udałoby się im uzyskać dodatkowe środki z tytułu korekty deklaracji w związku z wykazanymi w toku postępowania nieprawidłowościami. Warunkiem uzyskania jakiejkolwiek premii musiałoby być jednak uprawomocnienie się decyzji wydanej w przedmiotowej sprawie.
Na łamach raportu omówione zostały cztery konkretne przypadki innego problemu polskiego systemu podatkowego, jakim jest masowe i długotrwałe wstrzymywanie przez organy podatkowe zwrotów podatku VAT. ZPP proponuje wprowadzenie konieczności wydania decyzji po trzech miesiącach od wstrzymania zwrotu podatku od towarów i usług, która następnie podlegałaby zaskarżeniu do sądu, również z trzymiesięcznym terminem na rozpatrzenie sprawy. W przypadku nie wywiązania się przez organ podatkowy, jak i sąd z zaproponowanego obowiązku – przedstawienia decyzji/ zawyrokowania w sprawie – w terminie, przyjmowałoby się domniemanie, iż została wydana decyzja o zwrocie podatku VAT.
Organy podatkowe nie radzą sobie ze ściganiem przestępców, w związku z tym odpowiedzialność za oszustwa ponoszą uczciwi przedsiębiorcy. Mechanizm przerzucania tego ciężaru na uczciwe firmy jest oparty na solidarnej odpowiedzialności za zobowiązania podatkowe. W rezultacie mamy do czynienia z sytuacją, w której przedsiębiorcy działają w ciągłej niepewności, ponieważ potencjalnie w każdym segmencie gospodarki przestępcy mogą rozpocząć „karuzelę podatkową”, wciągając w nią – jako „bufory” – legalnie działające firmy – powiedział ekspert ZPP z zakresu prawa podatkowego Maciej Letkiewicz. – Problemem jest także stosowanie przez organy skarbowe zabezpieczenia na majątku przedsiębiorcy, obejmującego przeważnie blokadę środków na rachunku bankowym, a to prowadzi do utraty płynności finansowej – dodał.
W ocenie ekspertów ZPP, zaprezentowanej podczas posiedzenia, podstawowym postulatem, który doprowadziłby do ukrócenia odpowiedzialności uczciwych podatników za przestępstwa podatkowe innych podmiotów, byłoby wypracowanie przez polskiego ustawodawcę odpowiednich procedur, po których spełnieniu podatnik miałby w świetle prawa pewność, że zawiera transakcję z uczciwym kontrahentem. Odpowiedzią na drugi problem jest ustanowienie instytucji kuratora zabezpieczonego majątku. Instytucja ta miałaby funkcjonować w ten sposób, że w wydanej decyzji zabezpieczającej wskazany byłby kurator, która sprawowałby nadzór nad wydatkowaniem środków przez przedsiębiorcę umożliwiając mu dalsze funkcjonowanie.
Należy korzystać z dostępnych wzorców zagranicznych – polski aparat skarbowy powinien być wyspecjalizowany i przyjazny podatnikowi, tak jak kanadyjski, i powinien, jak w Wielkiej Brytanii, dysponować nowoczesnymi narzędziami analitycznymi, by móc skuteczniej typować podmioty do kontroli – rekomenduje Maciej Letkiewicz z ZPP.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców postuluje również rozpoczęcie prac nad nową ustawą o podatku od towarów i usług. Zdaniem ZPP aktualnie obowiązujące przepisy są na tyle skomplikowane, że stały się – z punktu widzenia podstawowego ich adresata, czyli przeciętnego podatnika – niemal niemożliwe do zrozumienia i prawidłowego zastosowania.
Większość powstającej powierzchni biurowej w Polsce kontraktowana jest przez sektor nowoczesnych usług dla biznesu, w którym w ciągu roku zatrudnienie wzrosło o 15 proc.
W Polsce popyt na powierzchnię biurową znacznie przewyższa obecnie nową podaż rynkową. W ubiegłym roku na największych rynkach biurowych w kraju wynajęte zostało około 1,35 mln mkw. biur, a do użytku oddano niespełna 900 tys. mkw. powierzchni, podają analitycy Walter Herz. W 2015 roku zapotrzebowanie na powierzchnię biurową przekroczyło rekordowe 1,5 mln mkw. W porównaniu ze średnią chłonnością rynku w poprzednich latach to duży skok, bo w 2014 roku w wiodących aglomeracjach popyt zamknął się w 1 mln mkw.
Głównym najemcą biur pozostaje sektor usług dla biznesu, który w ciągu roku (między I kw. 2016 roku i I kw. br.) wygenerował łącznie prawie 60 proc. całkowitego wolumenu najmu zarejestrowanego na regionalnych rynkach biurowych poza Warszawą. Według danych zawartych w najnowszym raporcie ABSL, w większości głównych miast z wyjątkiem Poznania i Szczecina, udział tej branży przekroczył 50 proc. W Krakowie firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu odpowiadają za prawie 70 procent wolumenu najmu powierzchni biurowej.
92 nowe centra usług
W okresie minionych 12 miesięcy, do końca pierwszego kwartału tego roku w Polsce rozpoczęły działalność 92 nowe centra usług. Obecnie w naszym kraju funkcjonuje łącznie 1078 centrów usług biznesowych, z których 748 należy do zagranicznych firm. Najwięcej ośrodków znajduje się w Warszawie (167 centrów). Wśród 724 firm, które posiadają u nas swoje ośrodki jest 80 inwestorów z listy Fortune Global 500 (2016). Spośród otwartych w ostatnim roku centrów najwięcej jest inwestycji z USA.
W ubiegłym roku zatrudnienie w branży wzrosło o 32 tys. osób, tj. o 15 proc. Aż ¾ nowych miejsc pracy wygenerowały centra zagraniczne, które skupiają 198 tys. osób. W sektorze obecnie zatrudnionych jest ogółem 244 tys. osób, a prognozy ABSL mówią, że w 2020 roku przekroczy w Polsce 300 tys. osób.
39 ośrodków BPO/SSC/IT w całym kraju
Zdecydowanym liderem w sektorze pozostaje Kraków, w którym w centrach usług pracuje już 55,8 tys. osób, to prawie jedna czwarta wszystkich zatrudnionych w branży. Poza tym, największymi ośrodkami usług dla biznesu jest Warszawa, Wrocław, Trójmiasto, Aglomeracja Katowicka, Łódź i Poznań. Wymienione siedem aglomeracji skupia łącznie 85 proc. ogółu pracowników. W kolejnych dziewięciu ośrodkach centra usług zatrudniają od 1 tys. do 10 tys. osób. Miejsca pracy w tym segmencie rynku generowane są aż w 39 lokalizacjach w Polsce.
Najwięcej nowych miejsc pracy powstało w badanym okresie w Warszawie (5,9 tys.), we Wrocławiu (5,7 tys.) i w Krakowie (5,5 tys.). Te trzy miasta odpowiadają łącznie za ponad połowę nowopowstałych stanowisk.
Wśród najnowszych dominują centra IT
Prawie połowa nowych inwestycji to centra IT (48 proc.), jedna czwarta to centra usług wspólnych (27 proc.), a kilkunastoprocentowy udział mają centra R&D (14 proc.) oraz centra BPO (11 proc.).
Na dziewięciu rynkach biurowych w kraju (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) dostępnych jest ponad 9,13 mln mkw. biur, w tym 5,12 mln mkw. w samej Warszawie, podają analitycy Walter Herz. – To wciąż mało, bo popyt na biura rośnie, nie tylko w największych aglomeracjach, ale także w mniejszych miastach, jak Rzeszów, Bydgoszcz, Szczecin, czy Radom. Świadczą o tym ostatnio zawierane na tych rynkach transakcje najmu – zauważają specjaliści. Wśród mniejszych ośrodków usług biznesowych, które w czasie ostatniego roku przeżywały największy rozwój eksperci Walter Herz wymieniają m.in. Rzeszów i Lublin.
W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku tylko na rynku warszawskim wynajęte zostało niemal 200 tys. mkw. biur, a oddane do użytkowania około 85 tys. mkw., obliczają analitycy Walter Herz. Oferta biurowa jednak szybko rośnie, niektóre firmy wprowadzają nawet kilka dużych inwestycji jednocześnie. W największych aglomeracjach w kraju, jak szacują specjaliści, w budowie pozostaje prawie 1,7 mln mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych.
Brexit szansą na nowych najemców
Deweloperzy stawiają na nowe inwestycje, licząc że Polska wykorzysta szansę, jaką niesie Brexit i zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię biurową w najbliższym czasie jeszcze się zwiększy. Rozpoznanie możliwości polskiego rynku robią przede wszystkim ulokowane na Wyspach firmy z sektora bankowego i finansowego.
Inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu zachęca szeroki dostęp do wysoko wykształconej kadry, napływającej nie tylko z polskich ośrodków akademickich, ale i z innych krajów, przede wszystkim Ukrainy, Hiszpanii i Włoch. Dla firm ważne są niższe koszty najmu powierzchni biurowych względem innych europejskich stolic. Dopinguje je też dobra koniunktura gospodarcza naszego kraju.
Najlepiej rokującym rynkiem biurowym w Polsce jest Warszawa, która cieszy się najwyższą oceną wiarygodności kredytowej Financial Times i jest uznawana za czwarte w Europie najbardziej przyjazne miasto dla biznesu. Nie mniej największym ośrodkiem dla branży nowoczesnych usług dla biznesu w naszym kraju wciąż pozostaje Kraków.
Wraz ze spadkiem popularności eksploitów, czyli złośliwych programów wykorzystujących luki w zabezpieczeniach, spam przeżywa renesans popularności. Jedną z technik wykorzystywanych przez spamerów do oszukania odbiorców wiadomości e-mail jest tzw. spoofing, czyli podszywanie się pod istniejącą firmę. F-Secure Labs przedstawia listę największych firm, pod które w pierwszej połowie 2017 r. podszywali się spamerzy.
Obecność na liście gigantów takich jak Apple, Amazon i Microsoft pokazuje, że im większa organizacja, tym bardziej atrakcyjna jest jej marka do wykorzystania jako przynęta w spamie. – Bardzo wielu ludzi ma kontakty z tymi firmami, co sprawia, że najłatwiej można się pod nie podszyć – mówi Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure.
Oprócz dużych firm technologicznych cyberprzestępcy najczęściej podszywają się pod przedsiębiorstwa z branży randek internetowych (match.com) i sektora finansowego (PayPal). Wysoko na liście plasują się także firmy kurierskie, takie jak USPS (United States Postal Service) i FedEx – w ich przypadku za przynętę służą informacje o przesyłkach.
– Jeśli chodzi o spam, techniki inżynierii społecznej są prostsze niż w przeszłości – mówi Sullivan. – Handel elektroniczny stał się na tyle powszechny, że wystarczy zdanie ‘Twoje zamówienie nie zostało dostarczone’. Nic więcej nie trzeba robić. Ilość spamu krążącego w Internecie sprawia, że jest duża szansa, że jego część trafi do osób, które rzeczywiście czekają na przesyłkę. A taka zbieżność jest w stanie zwieść nawet najbardziej świadomych odbiorców”.
W Niemczech cyberprzestępcy chętnie podszywają się pod marki Giropay i Ebay, a w krajach skandynawskich pod Nordea Bank i IKEA.
Fałszywe wiadomości e-mail zawierają w załącznikach ransomware i inne szkodliwe oprogramowanie jak np. trojany bankowe czy też keyloggery. Programy te pozornie oferują sprzedaż autentycznych produktów, jednak w rzeczywistości ich celem jest gromadzenie danych kart kredytowych i danych osobowych. Mogą one przybierać formę fałszywych wiadomości e-mail zaprojektowanych z myślą o kradzieży danych uwierzytelniających do kont bankowych.
W przeszłości najpopularniejsze narzędzie ataków stanowiły zestawy eksploitów wykorzystujące luki w zabezpieczeniach przeglądarek i systemów użytkowników. Jednak poprawki i łaty do oprogramowania zaczęły się pojawiać bardziej regularnie, a ataki typu zero-day stały się rzadkością.
Cyberprzestępcy dostosowali się więc do nowych warunków, przez co wzrosła liczba wiadomości e-mail ze szkodliwym oprogramowaniem.
Zdaniem Seana Sullivana ilość spamu wykorzystywanego do dokonywania ataków nie zmniejsza się. W związku z tym zaleca administratorom systemów informatycznych następujące sposoby zapobiegania infekcjom z użyciem spamu:
Warto rozważyć zablokowanie plików zip na bramie sieciowej albo zastosowanie polityki grupowej i oznaczenie takich plików jako niebezpiecznych. Dzięki usługom przetwarzania w chmurze użytkownicy mogą bezpiecznie pobierać duże dokumenty.
Uniemożliwienie skryptom JScript wykonywania czegokolwiek na komputerze użytkownika.
Wyłączenie skryptów makro w plikach Office otrzymywanych pocztą elektroniczną.
Lista firm, pod które najczęściej podszywali się cyberprzestępcy w pierwszym półroczu 2017 roku
W środę złoty skorygował swoją wtorkową przecenę, gdy główne waluty podrożały po 3-4 grosze. Perspektywy wciąż jednak pozostają słabe. Dlatego początek wakacji powinien upłynąć pod znakiem droższego euro, dolara i szwajcarskiego franka.
Środa na krajowym rynku walutowym upłynęła pod znakiem niewielkiego umocnienia złotego. Było to odreagowanie jego wczorajszej wyprzedaży, gdy główne waluty podrożały o 3-4 grosze, w efekcie czego kursy euro i szwajcarskiego franka były najwyższe od kwietnia, a notowania dolara wróciły do poziomów z pierwszej połowy maja. Za tym odreagowaniem stała poprawa nastrojów na rynkach globalnych, po tym jak dzień wcześniej realizacja zysków na Wall Street, najniższe od 7. miesięcy ceny ropy, spadek notowań EUR/USD, a także obawy o przyszłe konsekwencje trwającego procesu zaostrzania polityki monetarnej w USA, stały się impulsem do wyprzedaży złotego i innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta).
Dziś o godzinie 16:51 za euro trzeba było zapłacić 4,2440 zł, za franka 3,9070 zł, a za dolara 3,8085 zł. Od dołków, które w 2. pierwszych przypadkach wypadły jeszcze w maju, a w ostatnim na początku czerwca, euro podrożało o 9 groszy, a frank i dolar o 11 groszy. We wszystkich 3. przypadkach potencjał korekcyjny jeszcze nie został wyczerpany, a realizacja zysków może przedłużyć się na okres wakacji.
Płynąca z wykresów sugestia kontynuacji osłabienia złotego w kolejnych tygodniach znajduje też uzasadnienie na gruncie analizy fundamentalnej. Już od pewnego czasu wszystkie pozytywne wieści, zarówno te z polskiej gospodarki, jak i z rynków globalnych, są już zawarte w cenach. Jednocześnie brakuje nowego paliwa do aprecjacji złotego, a na horyzoncie ujawniają się ryzyka wspierające decyzje o jego wyprzedaży (polityka Fed, zachowanie surowców, niepokojące sygnały z chińskiej gospodarki). Stąd też kontynuacja wzrostów wydaje się oczywista. Pierwszym celem dla euro jest poziom 4,25 zł. Jednak dopiero okolice 4,28 zł stanowią silny opór. Frank może podrożeć do 3,93-3,95 zł. Notowania dolara zaś powinny przetestować okolice 3,84 zł, z możliwością późniejszego ataku na poziom 3,90 zł.
W czwartek złoty pozostanie pod głównym wpływem rynków globalnych, reagując przede wszystkim na zmieniające się nastroje na światowych giełdach oraz zachowanie dolara. Drugoplanową rolę będą ogrywać publikowane tego dnia dane makroekonomiczne z USA (zasiłki dla bezrobotnych, indeks LEI, indeks FHFA). Całkowicie zaś zostaną zignorowane dane o koniunkturze konsumenckiej w Polsce oraz protokół z czerwcowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. Ten ostatni bowiem niczego nowego nie wniesie, stąd też aktualne pozostaną rynkowe oczekiwania na pierwszą podwyżkę stop procentowych w Polsce w III kwartale 2018 roku, z możliwością przesunięcia tych oczekiwań na początek 2019 roku.
UseCrypt jest bezpiecznym sejfem, w którym można przetrzymywać swoje zaszyfrowane informacje – dostęp do nich jest elastyczny. Dane są zamknięte i zaszyfrowane w bezpieczny sposób, a można po nie sięgnąć z każdego miejsca na świecie – wystarczy dostęp do internetu. W związku z ostatnimi atakami hakerskimi, UseScrypt jest bezpośrednią odpowiedzią na to zagrożenie. Metoda użyta do ataku polegała na zaszyfrowaniu przejętych danych stacji roboczych i uniemożliwieniu dostępu do danych przechowywanych na danej stacji roboczej. Szyfrowanie skutecznie uniemożliwia taką ingerencję.
– Dane przechowywane za pomocą UseScrypt są umieszczone w szyfrowanej chmurze i daje to dostęp z innych stacji roboczych – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Szymanik, dyrektor sprzedaży UseCrypt – Umożliwia to wykluczenie skompromitowanych urządzeń, postawienie nowych systemów operacyjnych oraz odzyskanie informacji z sejfu. Obecne plany UseCrypt to przede wszystkim rozwój produktu – pojawiają się nowe funkcjonalności, które umieszczamy w naszym oprogramowaniu. Udział na rynku jest stale zwiększany i wynika to z ataków hakerskich, które wprost pokazują skalę konieczności stosowania naszych zabezpieczeń. Oprócz produktu UseCrypt pracujemy również nad szyfrowanym komunikatorem, który umożliwiłby komunikację w zakresie VoIP. Komunikator będzie w stanie przesyłać wiadomości tekstowe, głosowe oraz w formie wideo na bardzo wysokim poziomie zabezpieczenia. UseCrypt współpracuje już z kilkudziesięcioma instytucjami rynku publicznego, zaufały nam wyższe uczelnie – Wojskowa Akademia Techniczna wydała pozytywną rekomendację oprogramowania szyfrujacego UseCrypt i wdrożyła 500 licencji. Rekomenduje nas Instytut Łączności, współpracujemy też z jednostkami samorządowymi i administracją. Posiadamy klientów z sektora bankowego, służby zdrowia, ubezpieczeń, którzy boleśnie się przekonali o konieczności stosowania takich rozwiązań – wskazał Szymanik.
Piractwo w Internecie przybiera w ostatnich latach na sile. Z nielegalnych źródeł treści korzysta co drugi polski internauta w wieku 15-75 lat. Z analizy przeprowadzonej przez firmę doradczą Deloitte na zlecenie Stowarzyszenia Kreatywna Polska wynika, że łączne straty polskiej gospodarki z tytułu piractwa internetowego w 2016 roku wyniosły ponad 3 mld zł, a straty Skarbu Państwa to około 836 mln zł. Ubiegłoroczne szacunkowe przychody serwisów pirackich udostępniających w sieci filmy, seriale, muzykę, prasę czy książki to nawet 745 mln zł. Mimo, że oferta legalnych dostawców treści jest coraz bogatsza i bardziej dostępna, internauci wybierają pirackie źródła ze względu na niższą cenę oraz łatwość i szybkość dotarcia. Problemem jest również to, że nie udało się zintensyfikować działań legislacyjnych w zakresie ochrony legalnego rynku i lepszej ochrony prawnej treści i to pomimo obowiązku dostosowania prawa krajowego do norm unijnych.
Coraz szerszy dostęp do nowoczesnych technologii i rosnąca liczba internautów sprawiły, że nielegalny obrót treściami stał się bardzo intratnym zajęciem. Osoby i firmy, które się nim zajmują unikają odpowiedzialności prawnej dzięki konstruowaniu skomplikowanych łańcuchów usług powiązanych. „Piractwo stało się dobrze zorganizowanym ekosystemem, który wskutek braku odpowiednich ochronnych mechanizmów prawnych negatywnie oddziałuje nie tylko na legalny rynek, ale także na krajową gospodarkę i kieszenie konsumentów. Obszar ten, będący nierzadko poza zasięgiem kontroli, coraz częściej jest także źródłem problemów związanych np. z bezpieczeństwem danych czy złośliwym oprogramowaniem” – mówi Teresa Wierzbowska, Prezes Stowarzyszenia Sygnał, które jest członkiem Stowarzyszenia Kreatywna Polska.
Z szacunków Deloitte wynika, że łączne roczne straty generowane w polskiej gospodarce w wyniku istnienia zjawiska piractwa treści w Internecie wyniosły w ubiegłym roku ponad 3 mldzł. Jest to suma, za którą można by pokryć około 30 proc. rocznych wydatków Skarbu Państwa na kulturę i media lub zakupić cztery bilety do kina dla każdego obywatela. Fakt istnienia piractwa internetowego na taką skalę to także 27,5 tys. utraconych miejsc pracy, czyli tyle ile pozwoliłoby całkowicie zlikwidować bezrobocie np. w mieście Łódź. To również 836 mln zł rocznie strat dla Skarbu Państwa, czyli suma za którą można by zbudować ponad 2 Centra Nauki Kopernik lub kwota, która wystarczyłaby na zasilenie bibliotek w kraju ponad 33 mln książek.
Z przeprowadzonego przez Deloitte badania wynika, że co drugi internauta w wieku 15–75 lat, czyli ponad 12 mln osób, korzysta z nielegalnych źródeł treści. To prawie tyle osób, ile w 2016 r. kupiło bilety na polskie produkcje wyświetlane w kinach lub tyle osób, ile zdołałoby zapełnić salę Opery Narodowej w Warszawie ponad 6 500 razy. Większość użytkowników korzysta zarówno z serwisów legalnych jak i oferujących nielegalny dostęp do treści. Płacąc pirackim serwisom kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie Polacy zasilają je sumą około 900 mln zł rocznie, a to oznacza, że ich szacunkowe przychody wyniosły około 745 mln zł (po odjęciu opłat transakcyjnych i podatków). „Nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższych latach sytuacja miała się diametralnie zmienić.Przy założeniu, że nie zostaną wprowadzone odpowiednie zmiany legislacyjne, prognozowana całkowita wartość pirackiej konsumpcji treści z nielegalnych źródeł w Internecie w latach 2017–2024 wyniesie około 30,4 mld zł. Taka kwota pozwoliłaby jednorazowo pokryć około 70 proc. wartości deficytu sektora publicznego za 2015 r. lub wybudować około 730 km autostrad, a jest to mniej więcej odległość pomiędzy Rzeszowem a Berlinem” – mówi Julia Patorska, ekonomistka, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. Średnie tempo wzrostu piractwa w latach 2017-2024 wyniesie 3,3 proc. i będzie zdecydowanie wyższe niż średnie tempo wzrostu PKB w tym okresie.
Największym zainteresowaniem internautów cieszą się pirackie źródła plików wideo oraz audiobooków. Wyłącznie z serwisów oferujących nielegalny dostęp korzysta od 6 proc. (dla audiobooków) do 17 proc. użytkowników. Największy odsetek czerpiących wyłącznie z nielegalnych źródeł stanowią respondenci poszukujący w Internecie książek (17 proc.) oraz treści wideo (14 proc.). Warto zwrócić uwagę na fakt, że pomimo szerokiej i tańszej oferty oraz łatwej dostępności nielegalnych źródeł spora część respondentów deklaruje, że nie rezygnuje zupełnie ze źródeł legalnych. Największy odsetek ankietowanych korzystających wyłącznie z legalnych źródeł występuje na rynku transmisji na żywo (61 proc.), prasy (57 proc.) oraz muzyki (55 proc.), najmniejszy zaś na rynku treści wideo (27 proc.).
Dlaczego internauci korzystają z pirackich serwisów? Najczęściej jest to łatwość i szybkość dotarcia, szeroka oferta, możliwość konsumowania treści w dowolnym czasie oraz brak konieczności ponoszenia opłat Z kolei do korzystania z legalnych serwisów zachęca konsumentów głównie łatwość obsługi i nawigacji. Cecha ta dotyczy zwłaszcza rynku wideo, muzyki, transmisji online oraz artykułów prasowych. Duży odsetek respondentów ceni sobie również wysoką jakość treści oferowanych w serwisach legalnych.
Co ciekawe duża część internautów nie zdaje sobie sprawy, że korzysta z nielegalnych źródeł. Aż 57 proc. ankietowanych deklaruje pobieranie treści wyłącznie z legalnych źródeł, jednak te zapewnienia nie są spójne z faktycznymi danymi dotyczącymi pozyskiwanych treści. Wyniki badania wskazują bowiem, że tylko 49 proc. internautów pozyskuje treści wyłącznie z legalnych źródeł. Prawie jedna trzecia respondentów uważa, że płatne serwisy oferują wyłącznie legalne treści. Ponadto 28 proc. respondentów nie potrafi ocenić tego stwierdzenia. Zatem ponad połowa badanej populacji nie zdaje sobie sprawy z tego, że dokonując opłaty za oglądane treści, może wspierać nielegalne serwisy.
Osobnym zagadnieniem, które wpływa na rozprzestrzenianie się piractwa internetowego w Polsce jest niska skuteczność krajowych przepisów prawa, w porównania chociażby z ustawodawstwem unijnym. „Dzieje się tak za sprawą niepełnej lub wręcz wadliwej implementacji części rozwiązań wynikających z unijnej dyrektywy InfoSoc oraz dyrektywy o handlu elektronicznym. Taki stan rzeczy wymusza na podmiotach praw autorskich poszukiwanie środków ochrony w rozwiązaniach prawnych już obecnych w prawie krajowym, lecz niedostosowanych do funkcjonowania w rzeczywistości internetowej, a tym samym dalece nieefektywnych” – mówi Aleksandra Dolak, radca prawny, Managing Associate z kancelarii Deloitte Legal. Niezbędne jest więc przeprowadzenie zmian legislacyjnych mających na celu dostosowanie prawa polskiego do wymogów wynikających z prawa Unii, a poza tym zapewnienie podmiotom praw autorskich dostępu do narzędzi i rozwiązań prawnych służących ochronie ich interesów.
Na ograniczenie piractwa internetowego może wpłynąć wsparcie inicjatyw opartych na podejściu follow the money (forma walki z naruszycielami praw autorskich w Internecie zakładająca utrudnianie lub eliminację ich źródeł uzyskiwania przychodów). „Jak pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, Portugalii oraz innych państw Unii Europejskiej wypracowanie porozumienia między uczestnikami rynku treści cyfrowych nie tylko jest możliwe, ale także przynosi wymierne efekty. Dlatego pożądane jest kontynuowanie krajowych dyskusji dotyczących podejścia follow the money, a w szczególności dialog z reklamodawcami oraz pośrednikami płatności w celu zainicjowania działań samoregulacyjnych zmierzających do przyjęcia kodeksów dobrych praktyk oraz stworzenie krajowej bazy stron internetowych, za pośrednictwem których dochodzi do masowego naruszania praw autorskich” – mówi Julia Patorska. Niezbędna jest również edukacja społeczności internetowej na temat szkodliwości piractwa internetowego.
Kilka tygodni temu poruszyliśmy bardzo ważny temat finansów behawioralnych na rynku. Wniosek był jeden, skrajny optymizm prowadzi do nadmiernych strat. Na rynku zabawa trwa w najlepsze, amerykańskie indeksy rosną i to pomimo gorszych danych makroekonomicznych i kolejnej podwyżki stóp procentowych. Sytuacja przypomina 1999 lub też 2006 rok. Negatywne informacje są dobre dla rynku, pozytywne tak samo. Nie ma różnicy, ważne aby indeksy rosły. Dla przykładu poniżej znajduje się indeks S&P 500 na tle US Macro Suprise, zmienna pokazuje zaskoczenie po publikacji danych makroekonomicznych. Spadający indeks US Macro mówi o negatywnym wydźwięku publikowanych danych gospodarczych.
Indeks zaskoczenia publikowanych danych makroekonomicznych, S&P 500
Źródło: Bloomberg
Inwestorzy zdają się także zapominać o długości obecnego ożywienia gospodarczego, które jest już bardzo stare. Obecne ożywienie trwa już 32 kwartały, z kolei średnia ożywieni gospodarczych od 1949 roku trwała 21 kwartałów. Dane mówią same za siebie.
Koniunktura w gospodarce amerykańskiej
Źródło: BEA, Haver Analytics, Deutsche Bank
Według Deutsche Banku prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA wzrosło do 30 proc. W związku z tym warto opracować ewentualny plan na kryzys finansowy. Przede wszystkim należy przyjrzeć się wszystkim spółkom, których wartość wzrosła o wiele bardziej niż cały rynek. W ten sposób uda nam się wybrać najbardziej popularne spółki, które narażone są na większą wyprzedaż od średniej rynkowej.
Nie jest to trudne zadanie, ponieważ sam rynek jak na tacy podsuwa nam takie spółki. Każdy mówi o FANGu, czyli o spółkach takich jak Facebook, Amazon, Netflix oraz Google. Osobiście dołożyłbym do tego Tesle, której akcje są równie gorące.
Stopy zwrotu :Facebook, Amazon, Google, Netflix, S&P500, Nasdaq100
Źródło: Bloomberg
Na powyższym wykresie zobrazowano stopę zwrotu S&P 500 (pomarańczowy), Nasdaq (niebieski) oraz FANGu, czyli najpopularniejszych spółek na rynku. Stopy zwrotu zostały pokazane marca 2009 roku, czyli od początku hossy. Wszystkie spółki pokonały szeroki rynek, jedynie Facebook uzyskał mniejszą stopę zwrotu niż Nasdaq. Spółki te mają jedną wspólną cechę – są bardzo popularne i każdy jest przekonany, że notowania powinny podążać w kierunku północnym. Oczywiście jest to prawda, ale w trakcie bessy wspomniane spółki powinny tracić więcej niż szeroki rynek.
Na dzień dzisiejszy spółki wchodzące w skład FANGa powinny dalej dawać lepszą stopę zwrotu niż benchmark. Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że notowania akcji w tym przypadku oderwane są od rzeczywistości. Popularny wskaźnik P/E najmniejszy jest dla Google, wynosi aż 33, natomiast dla Netflixa jest to już ponad 200. W ramach przypomnienia, powyżej 20 możemy mówić o bańce spekulacyjnej. Aczkolwiek musimy pamiętać, że w trakcie euforii dane makroekonomiczne oraz analiza finansowa przechodzi na dalszy plan.
Podsumowanie
Każda bańka spekulacyjna wygląda tak samo, ale społeczność zawsze myśli „tym razem będzie inaczej”. Niestety historia tego nie potwierdza, podczas bessy gorące papiery tracą najbardziej. W trakcie euforii rynkowej powinniśmy zachować trzeźwy umysł, nie dajmy się zwieść prognozom o bardzo mocnych wzrostach. Po euforii przychodzi bessa, na którą należy wcześniej się przygotować.
Tylko 16% Polaków uważa, że to kobiety są lepszymi szefami niż mężczyźni. Wśród mężczyzn jeszcze mniej badanych wskazuje na kobietę jako dobrego przełożonego, bo tylko 12%. Co czwarty respondent mówi, że woli mieć szefa mężczyznę, a nie kobietę – tak wynika z raportu pt. „Czy Polak ufa swojemu pracodawcy?” ogłoszonego przez agencję Procontent Communication.
Jak pokazują badania, w Polsce większą otwartość na kobiety szefów wykazują młodsi pracownicy, przed 35. rokiem życia. Z wiekiem, coraz częściej, swoje głosy oddajemy na przełożonych mężczyzn. Najmniejszym zaufaniem darzą kobiety jako szefów osoby dojrzałe, które swoją aktywność zawodową zaczynały ponad dekadę temu. Na panie jako dobrych przełożonych zagłosowało najmniej osób z przedziału wiekowego 35-49 lat. W tej grupie tylko niecałe 12% badanych uważa, że lepszym szefem jest kobieta niż mężczyzna. Podczas gdy u osób młodych w wieku 25-34 lata na kobietę szefa postawiło ponad 18% Polaków. „Badanie to pokazuje jasno, że nadal warto pracować nad wizerunkiem kobiet jako liderów i szefów. Firmy, które mają w swoich szeregach szefów kobiety powinny podkreślać ich dokonania oraz walczyć ze zjawiskiem tzw. „szklanego sufitu”, który nadal w Polsce częściej dotyka Panie niż Panów” – podkreśla Iwona Kubicz z Procontent Communication.
Większe zaufanie do szefa kobiety nie idzie w parze z wyższym wykształceniem lub lepszą pozycją w firmie. Co ciekawe, na kobietę jako lepszego szefa częściej wskazują osoby z wykształceniem zawodowym, niż z wyższym lub średnim. „Myślę, że raport ten pokazuje jak bardzo potrzebne są wszelkie działania wspierające Polki w budowaniu kompetencji menedżerskich, ale także projekty przełamujące stereotypy dot. dobrego wizerunku kobiety jako szefa” – dodaje Iwona Kubicz.
Jak pokazują badania, w Polsce to mężczyznom wyjątkowo trudno jest znaleźć dobrego szefa kobietę lub się do tego przyznać. Tylko 12% Panów uważa, że kobiety są lepszymi szefami. Tymczasem w całej populacji twierdzi tak 16% badanych.
Czy uważa Pan(i), że lepszym szefem jest:
„Nasze badania pokazują że w sferze zawodowej nadal paniom na kierowniczych stanowiskach trudniej zdobyć serca podwładnych. Szczególnie trudną sytuację mają Panie zarządzające męskimi zespołami, gdyż jak widać w Polsce nadal trudno o zaufanie do szefa kobiety” – komentuje Iwona Kubicz.
Optymizmem mogą jednak napawać pozostałe odpowiedzi respondentów. To co pociesza to duża grupa, bo aż 60% respondentów, odpowiadająca na pytanie o to, kto jest lepszym szefem w sposób dyplomatyczny. Ci badani wskazywali na fakt, iż szefowie każdej płci mogą poradzić sobie lepiej w zależności od danej sytuacji.
Badanie zostało przeprowadzone przez ośrodek badania opinii publicznej SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków (N= 824) w wieku 18-55.
Popularność wynajmu długoterminowego samochodów w sektorze MŚP sukcesywnie rośnie. Jak wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego w 2. kwartale 2017 r. na zlecenie Carefleet S.A., z tej formy finansowania samochodów służbowych korzysta już 19,6 proc. mikro, małych i średnich w firm w Polsce. To o 1,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Według danych zebranych przez Carefleet S.A. z roku na rok zwiększa się również liczba przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy wiedzą, czym jest wynajem długoterminowy samochodów. W 2016 roku rozwiązanie to znało 79 proc. przedstawiciel mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Dziś znajomość wynajmu długoterminowego deklaruje ponad 87 proc. z nich.
– Polski sektor MŚP coraz rzadziej kupuje firmowe samochody za gotówkę lub na kredyt. Na znaczeniu zyskują natomiast outsourcingowe formy finansowania pojazdów, takie jak wynajem długoterminowy. Według naszych badań, w 2009 roku niecałe 5 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw korzystało z tego rozwiązania. Dziś praktycznie co piąty samochód w sektorze MŚP finansowany jest w formie wynajmu długoterminowego – twierdzi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A., jednej z wiodących na polskim rynku firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym samochodów.
Wynajem długoterminowy coraz popularniejszy w Polsce
Wynajem długoterminowy to model budowania firmowych flot pojazdów, który cieszy się niesłabnącą popularnością wśród dużych podmiotów gospodarczych, a w ostatnich latach jest coraz chętniej wdrażany także w firmach z sektora MŚP. W ramach stałej miesięcznej opłaty przedsiębiorcy korzystają z wynajmowanych samochodów oraz szeregu usług dodatkowych, takich jak np. obsługa techniczna, ubezpieczenie i assistance czy sezonowa wymiana i przechowywanie opon. Umowy podpisywane są zazwyczaj na okres od dwóch do czterech lat, a po ich zakończeniu można wykupić auto lub wymienić na nowe.
Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), w pierwszym kwartale 2017 r. rynek wynajmu długoterminowego aut w Polsce urósł o 13,2% r/r. Tempo wzrostu rynku było tym samym aż 1,5-krotnie wyższe niż rok wcześniej.
– Dane prezentowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów pokazują, że branża wynajmu długoterminowego nie tylko systematycznie rośnie, ale wciąż ma ogromny potencjał rozwoju – mówi Bartosz Olejnik. – Co prawda daleko nam jeszcze do krajów Europy Zachodniej, w których z wynajmu korzysta 70–80 proc. podmiotów gospodarczych, wszystko wskazuje jednak na to, że usługi oferowane przez firmy CFM coraz chętniej będą wykorzystywane przez polskich przedsiębiorców, również tych najmniejszych – dodaje.
Według informacji PZWLP, w 2016 roku branża wynajmu długoterminowego zakupiła o ponad 1/5 więcej nowych aut osobowych niż rok wcześniej i aż o ponad 1/3 więcej niż w roku 2014.
W ciągu pięciu ostatnich lat znacząco zmieniła się lista głównych państw-odbiorców eksportu kosmetyków z Polski. Jeśli krajowe firmy właściwie zinterpretują i wykorzystają potencjał istniejący w poszczególnych częściach świata, to w gronie top-importerów produkcji kosmetycznej „made in Poland” zaobserwujemy zapewne kolejne przetasowania. Zgodnie z wnioskami z raportu „Sektory Banku Zachodniego WBK. Branża kosmetyczna”, opracowanego przez PI Research na zlecenie BZ WBK, ciekawe możliwości kreują Chiny, Indie, wybrane kraje Azji Południowo-Wschodniej oraz rozwinięte kraje afrykańskie i część krajów Ameryki Łacińskiej.
– Przekrojowa analiza zawarta w naszym raporcie przynosi prosty wniosek: kosmetyki z Polski to wzorzec sektorowego sukcesu rynkowego. Branża jest bardzo różnorodna: mamy zakłady produkcyjne zagranicznych koncernów, ale to w żaden sposób nie powstrzymało ekspansji odważnie działającej na rynku grupy mocnych marek lokalnych, które Polki dziś po prostu kochają. Do tego dochodzą małe, sprytne start-up’y kosmetyczne, których jest coraz więcej i które umiejętnie wypełniają nisze reagując np. na trend „eko” – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor sektorowy w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.
Wartość eksportu kosmetyków z Polski 2012-2017 (mld PLN) Opracowanie BZ WBK na podstawie danych GUS
2012
2013
2014
2015
2016
IQ 2017
8,673
9,044
9,387
10,167
11,787
3,026
Sektorowy sukces rynkowy
Ekspertka Banku Zachodniego WBK zwraca też uwagę, że sektor kosmetyczny w Polsce potrafi do maksimum wykorzystać i swoje mocne strony, i szanse, które pojawiają się na horyzoncie. Po pierwsze branża, z sukcesem buduje na historycznych tradycjach, co pokazuje np. powrót na półki sklepowe marek stworzonych wiele lat temu i na pewien czas zapomnianych. Po drugie, doskonale współpracuje ze światem nauki, korzystając z silnej bazy naukowej i adaptując dla swoich potrzeb wiedzę i know-how specjalistów od receptur i technologii. Po trzecie, producenci potrafią bardzo szybko reagować na trendy światowe i błyskawicznie dostarczyć na rynek ciekawe nowości np. w tzw. „kolorówce”. Po czwarte, sektor jest doskonale zorganizowany jako całość, co widać choćby w działaniach izb zrzeszających przedstawicieli branży. Po piąte, firmy kosmetyczne bardzo chętnie inwestują, wykorzystując wszelkie możliwe opcje, w tym np. fundusze unijne. Po szóste, polskie kosmetyki nie mają żadnych kompleksów. Firmy prężnie działają na obcych rynkach i śmiało patrzą na kolejne. – Za większość eksportu kosmetyków z Polski nadal odpowiadają zagraniczne koncerny, ale dynamika wzrostu sprzedaży zagranicznej i różnorodne portfolio produktowe jest w ogromnej mierze zasługą firm i marek polskich. Na razie krajowi producenci generują 25-30 proc. całego eksportu kosmetyków z Polski, ale w naszej opinii ten udział będzie rósł. Ekspansja zagraniczna to naturalna strategia rozwoju dla polskiej branży kosmetycznej i bardzo pozytywnie oceniamy fakt, że krajowi producenci coraz mocniej dywersyfikują swoje rynki zbytu – podkreśla Renata Dutkiewicz.
Jeszcze w 2012 r. największym odbiorcą kosmetyków produkowanych w Polsce była Rosja. W pierwszej 15-stce figurowały też Ukraina (4. miejsce) i Kazachstan (13. miejsce). Dziś znaczenie tych krajów znacząco spadło: Rosja znajduje się na miejscu 3., Ukraina na 10. a Kazachstan zupełnie zniknął z zestawienia. Te zmiany to efekt spadku sprzedaży zagranicznej polskich kosmetyków na Wschodzie, ale i efekt dynamicznego wzrostu eksportu do innych krajów – nie tylko w Unii Europejskiej, ale w coraz większym stopniu także poza UE. – Globalny rynek kosmetyków będzie rósł w tempie 4-5 proc. rocznie, ale są regiony, gdzie wzrost będzie znacznie szybszy. Warto przyjrzeć się im bliżej – mówi Renata Dutkiewicz.
Azja chce być Miss Świata
Zgodnie z raportem „Sektory Banku Zachodniego WBK. Branża kosmetyczna”, największy potencjał wzrostu rynku kosmetyków mają i będą mieć kraje azjatyckie. Szczególnie szybko będzie się powiększał rynek chiński, czemu sprzyjać będą czynniki kulturowe i rozwój klasy średniej. – Na razie polskie firmy nie korzystają na szybkim wzroście rynków azjatyckich, bo eksport do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej to niecałe 0,5 proc. sprzedaży zagranicznej kosmetyków. W ostatnich latach ekspansja zagraniczna była skoncentrowana na krajach unijnych. Rynek europejski stopniowo się jednak nasyca i w najbliższych latach polskie firmy będą zmuszone szukać nowych perspektywicznych rynków zbytu. Wejście na rynki azjatyckie jest dla polskich eksporterów najlepszym rozwiązaniem – mówi Adam Czerniak, główny ekonomista PI Research.
Według analizy, coraz ważniejszy będzie też rynek Indii, który mimo swojej kulturowej specyfiki powinien się rozwijać bardzo szybko dzięki dobrym perspektywom ekonomicznym dla kraju. Do najbardziej obiecujących rynków należy też zaliczyć Indonezję i najbardziej rozwinięte kraje afrykańskie, w tym Maroko, Tanzanię czy RPA. Z krajów wysoko rozwiniętych rynek kosmetyków najszybciej będzie się rozwijał w USA i – pomimo możliwych perturbacji związanych z procesem Brexitu – w Wielkiej Brytanii, głównie dzięki wzrostowi gospodarczemu i sprzyjającym czynnikom kulturowym.
„Nową Unię” też warto pielęgnować
Do krajów o średnim potencjale rozwoju branży kosmetycznej autorzy raportu „Sektory Banku Zachodniego WBK. Rynek kosmetyczny.” zaliczyli część nowych członków Unii Europejskiej. Mimo stosunkowo szybkiego wzrostu gospodarczego, kraje te mogą jednak generować problemy związane z nasyceniem się rynku: ze względu na czynniki kulturowe konsumenci z krajów Europy Środkowo-Wschodniej są dużo mniej skłonni do kupowania produktów kosmetycznych. W grupie państw o średnim potencjale wzrostu analitycy umieścili też większość biedniejszych krajów afrykańskich, które pomimo niskiego nasycenia i sprzyjającej kultury, wciąż będą się borykać z niestabilnym otoczeniem ekonomicznym (wysoka inflacja, niski wzrost gospodarczy, mała klasa średnia) oraz z konfliktami politycznymi utrudniającymi rozwój wielu branż, w tym branży kosmetycznej.
Europa Zachodnia i Ameryka Łacińska: trudne, ale możliwe
Analitycy PI Research i eksperci Banku Zachodniego WBK wskazują, że najwolniej będą rozwijały się nasycone kosmetykami kraje wysoko rozwinięte, szczególnie europejskie, w tym np. Włochy czy państwa skandynawskie. Szybki wzrost sprzedaży może dotyczyć tylko wybranych grup produktowych i będzie wymagał od polskich eksporterów wysokich nakładów na marketing. – Nawet jeśli Zachód Europy jest trudny, to nie znaczy, że całkowicie niewarty zachodu. Polskie marki już to pokazały. Wydaje się, że kluczem jest bardzo szczegółowe badanie rynku, umiejętne wpasowanie się w nisze i dobra organizacja dystrybucji. Internet może być tu naturalną drogą – mówi Renata Dutkiewicz.
Relatywnie niski potencjał wzrostu będzie w najbliższych latach charakteryzował również niektóre kraje Ameryki Południowej (np. Brazylię, Argentynę czy Wenezuelę. Region jest jednak silnie zróżnicowany pod względem sytuacji ekonomicznej, dlatego w krajach o lepszych perspektywach gospodarczych, takich jak Boliwia, Paragwaj, Kolumbia czy Peru, rynek kosmetyków też będzie rozwijał się szybciej. – Dotyczy to zwłaszcza kosmetyków kolorowych chętnie kupowanych przez wchodzącą na rynek generację „Selfie”, dla której liczy się natychmiastowy efekt widoczny na ekranie smartfonu. W rezultacie wybrane kraje łacińskie będą wciąż stanowiły atrakcyjny kierunek ekspansji zagranicznej dla polskich firm kosmetycznych – mówi Adam Czerniak.
Lista największych odbiorców kosmetyków z Polski w 2012 i 2016 r. Opracowanie Banku Zachodniego WBK na podstawie danych GUS
Wartość eksportu kosmetyków z Polski w 2012 r.
(w mld PLN)
Wartość eksportu kosmetyków z Polski w 2016 r.
(w mld PLN)
1
Rosja
1,305
1
Niemcy
1,604
2
Wielka Brytania
1,051
2
Wielka Brytania
1,558
3
Niemcy
0,939
3
Rosja
1,336
4
Ukraina
0,481
4
Włochy
0,514
5
Holandia
0,416
5
Francja
0,498
6
Hiszpania
0,408
6
Czechy
0,463
7
Włochy
0,397
7
Hiszpania
0,453
8
Węgry
0,331
8
Belgia
0,441
9
Czechy
0,328
9
Węgry
0,407
10
Turcja
0,327
10
Ukraina
0,376
11
Rumunia
0,272
11
Rumunia
0,353
12
Francja
0,270
12
Turcja
0,321
13
Kazachstan
0,158
13
Holandia
0,294
14
Litwa
0,147
14
Litwa
0,250
15
Republika Południowej Afryki
0,139
15
Zjednoczone Emiraty Arabskie
0,221
Kosmetyki: piękny, duży biznes
W ubiegłym roku sprzedaż kosmetyków na świecie przekroczyła 500 mld dolarów i do 2020 r. zwiększy się o jedną czwartą, przy stałym tempie wzrostu 4-6 proc. rocznie. Od strony struktury, w tempie powyżej 5 proc., będzie rosła sprzedaż kosmetyków kolorowych, dermokosmetyków dla osób starszych i produktów opartych na naturalnych składnikach. Eksport kosmetyków z Polski w 2016 r. wyniósł 11,8 mld zł, a import 8,3 mld zł. Kosmetyki stanowią 1,5 proc. całej polskiej sprzedaży zagranicznej, co jest udziałem większym od udziału farmaceutyków, odzieży czy obuwia.
Dynamika wzrostu eksportu kosmetyków z Polski
Opracowanie Banku Zachodniego WBK na podstawie danych GUS
Co piąty dorosły Polak (21%) przyznaje się do pracy „na czarno”, a niemal połowa badanych (44%) jest zdania, że w naszym kraju nie ma sensu pracować uczciwie – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.
Najwięcej osób, które twierdzą, że w ciągu ostatniego roku wykonywały pracę „na czarno”, czyli bez żadnej umowy, jest wśród sympatyków ruchu Kukiz’15 (39%), a stosunkowo mniej wśród zwolenników partii Prawo i Sprawiedliwość (15%), Nowoczesnej (18%) i Platformy Obywatelskiej (20%).
Analogicznie, najliczniejsza grupa osób przekonanych, że w Polsce nie ma sensu pracować uczciwie, jest wśród sympatyków Kukiz’15 (63%), następnie wśród zwolenników Nowoczesnej (46%), PiS (42%) i PO (38%).
Natomiast aż 62% badanych przyznaje się, że zna przynajmniej jedną osobę, która w ciągu ostatniego roku pracowała „na czarno”.
„Różne organizacje pracodawców od dawna starają się zwracać uwagę rządzących na problem wysokich kosztów pracy w Polsce, które skutkują ucieczką w szarą strefę i pracą na czarno. Wyniki badania są spójne z tą argumentacją” – komentuje dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jednocześnie 41% badanych uważa, że trzeba wykorzystywać system opieki społecznej i pomoc państwa jak to tylko możliwe. To przekonanie jest stosunkowo najbardziej rozpowszechnione wśród sympatyków Kukiz’15 (46%) oraz PiS (38%), a najmniej wśród zwolenników Nowoczesnej (31%) i PO (33%).
„Badanie ujawniło pewną sprzeczność wśród odpowiedzi sympatyków ruchu Kukiz’15. Z jednej strony kwestionują oni system i w największym stopniu przyznają się do pracy „na czarno”, ale z drugiej strony najchętniej opowiadają się za wykorzystywaniem tegoż systemu, czyli opieki społecznej i pomocy państwa. Jest to myślenie roszczeniowe na zasadzie zjeść ciastko i mieć ciastko” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl
Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna w dniach 9 – 12 czerwca 2017 roku. Próba ogólnopolska osób od 18 lat wzwyż (N=1055). Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania.
Chińskie banki coraz mocniej rozpychają się w Polsce. To efekt formuły 16 + 1, czyli inicjatywy mającej na celu intensyfikację współpracy Państwa Środka z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Tymczasem w Pekinie czy w Szanghaju nie ma żadnego naszego banku. Potrzebna jest decyzja rządu o utworzeniu tam placówki PKO BP.
Jak zauważa dr Wojciech Warski z Business Centre Club, w Polsce obecne są wszystkie czołowe chińskie banki, obsługujące handel zagraniczny. Zdaniem eksperta, to jest wyznacznikiem tego, że Państwo Środka poważnie traktuje ekspansję gospodarczą na nasz rynek. Chińskie władze zadecydowały o tym i uruchomiono wszystkie środki, wymagane do wejścia inwestycyjnego oraz handlowego na rynek polski, potencjalnie też europejski. Trudno bowiem wyobrazić sobie działalność inwestycyjną bez solidnego zaplecza finansowego, z którym biznes jest powiązany. Chińczycy mają wiarygodne i realne finansowanie swoich przedsięwzięć, co we współpracy z naszymi lokalnymi bankami byłoby utrudnione. Polskie firmy potrzebują tego typu wsparcia na ich rynku nawet bardziej, niż oni w Europie.
– W Chinach nie ma polskich banków, bo nasi przedsiębiorcy nie prowadzą tam jeszcze strategicznych projektów. Ci, którzy działają w Szanghaju czy w Pekinie, korzystają z usług zagranicznych instytucji finansowych. Jednak, z moich obserwacji wynika, że dla małych i średnich firm nie stanowi to większej bariery, choć jest pewnego rodzaju utrudnieniem. Z reguły firm z MŚP potrafią szybko przystosować się do różnorodnych warunków rynkowych. W Państwie Środka nie szukają rodzimego banku, tylko dobrych warunków biznesowych. Wiedzą, że na poziomie inwestycji prawo bankowe jest podobne na całym świecie. Raczej nie mają takich dylematów, jak duży biznes, który lokuje środki powyżej gwarantowanych sum zabezpieczenia – zaznacza Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.
Tymczasem, dr Warski wyjaśnia, dlaczego rodzimym bankom trudno jest trafić do Chin. Otóż nie ma u nas centralnego dysponenta dla tych instytucji finansowych. Jak podkreśla ekspert z BCC, obecnie tylko PKO BP może być sterowany do realizacji celów, motywowanych zamiarem politycznym. Z kolei, działające w Polsce banki zagraniczne nie są zainteresowane wchodzeniem na daleki chiński rynek, bowiem takie zadanie należy do ich central, a nie polskich spółek zależnych. Paradoksalnie, potencjalny monopol na obsługę polskich firm w Chinach powinien przyspieszyć działania naszych banków państwowych. Bowiem tylko one mogą być wsparciem rządowych programów ekspansji zagranicznej do Chin, tak chętnie ogłaszanych przez władzę.
– Nasi inwestorzy, działający na chińskim rynku, zapewne byliby spokojniejsi, gdyby mogli tam otworzyć rachunki w polskim banku. A poczucie bezpieczeństwa, jak wiadomo, wspomaga rozwój przedsiębiorczości. Niemniej, sektor bankowy stricte podąża za biznesem, czyli swoim klientem, a nie odwrotnie. Dlatego, przewiduję, że filie rodzimych instytucji finansowych będą zakładane w Chinach dopiero wtedy, gdy zostaną tam otwarte 2 lub 3 przedsiębiorstwa, zatrudniające co najmniej kilkaset osób. Polska póki co ma bardzo słabą ekspansję biznesową na świat, czego nie należy mylić ze wzrostem eksportu. Trudno więc oczekiwać szybkiej zmiany sytuacji – przewiduje Mariusz Sperczyński.
Przewodniczący Konwentu BCC i wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego uważa, że brak polskich banków w Chinach z całą pewnością ogranicza ekspansję małych i średnich firm na tamtejszym rynku. Dostępność usług finansowych, w miejscu gdzie prowadzi się biznes, jest automatycznym motorem rozwoju relacji gospodarczej. Można bowiem oferować znakomite produkty, ale przy braku zaufania na linii kapitałowej trudno w ogóle rozwijać swoją działalność. Dla przedsiębiorcy ważna jest przecież możliwość szybkiego transferowania pieniędzy i uzyskiwania bezpośredniego wsparcia inwestycyjnego. Dopiero wtedy rzeczywiście ma on szansę na „rozkręcenie” swojego biznesu.
– W zależności od poszczególnych krajowych regulacji, gwarancje na depozyty bankowe nie przekraczają 100 tys. euro. Jeżeli ktoś ma więc środki w wysokości 5 mln euro, to szuka nie tylko zabezpieczenia prawnego, ale też na poziomie relacji towarzyskich w ramach kraju, z którego pochodzi. Wówczas może wynegocjować dodatkowe warunki – ubezpieczenie aktywów powyżej sumy gwarantowanej przez rząd chiński, na bazie ustaleń z centralą banku. To trudno byłoby ustalić z chińskim bankiem, bez takich relacji. Jeśli polskie przedsiębiorstwo będzie posiadało np. depozyty w wysokości 20 mln USD w Chinach, to wówczas pojawi się potrzeba współpracy na miejscu z polskim bankiem, nie wcześniej. I to wesprze poczucie bezpieczeństwa – mówi Mariusz Sperczyński.
Jak podsumowuje dr Wojciech Warski, polskie banki są potrzebne w Chinach, ponieważ mają tam do wykonania działalność misyjną. Z jednej strony powinny rozpoznać lokalny rynek finansowy, a z drugiej – elastycznie reagować na potrzeby polskich firm, także tych z sektora MŚP. To pozwoliłoby uniknąć naszym przedsiębiorcom długotrwałych procedur, oceny ryzyka i zdolności kredytowych, co znakomicie przyspieszyłoby uzyskiwanie finansowania. Ponadto, akredytywa, otwarta w polskim banku, daje realną gwarancję na to, że nie zostanie skonsumowana w przypadku zaistnienia wątpliwości, co do wykonania jej przedmiotu w należyty sposób. A tej pewności operacje finansowe w bankach chińskich, jako podatne na nacisk polityczny, naszemu przedsiębiorcy niestety nie dają.
Dwudziestokilkuletnie, ubiegając się o pierwszy w życiu etat, wyraźnie precyzują swoje oczekiwania. Brak doświadczenia zawodowego nie powstrzymuje ich przed tym, by wymagać np. pensji powyżej średnich zarobków. Nie chcą przy tym poświęcać życia prywatnego dla kariery. Wobec rosnącej liczby wakatów, firmy im ulegają.
Częstą przypadłością młodych ludzi, urodzonych po 1990 roku, jest dość długa lista oczekiwań wobec pracodawców. Jak zauważa Oskar Kasiński, Business Director Wyser Polska, zdarza się, że oczekiwania finansowe dwudziestokilkulatków bardzo często przewyższają średnie, krajowe wynagrodzenia. Zdaniem eksperta, jeżeli mówimy o samej podstawie, to pensja ok. 3 tys. zł netto dla osoby, będącej świeżo po studniach, jest dość rozsądna. Do tego oczywiście może być wynagrodzenie prowizyjne, uzupełnione takimi bonusami, jak opieka medyczna czy karta do klubu fitness. Na początku kariery powyższe warunki powinny być satysfakcjonujące, lecz w praktyce nie zawsze tak jest.
– Osoby, właśnie wchodzące na rynek pracy, często zupełnie bezwarunkowo, słyszały od swoich rodziców, że są po prostu najlepsze. Dlatego, wykazują ogromną pewność siebie i reprezentują postawę roszczeniową wobec pracodawców. To niesie ze sobą dość duże ryzyko niedostosowania się do otoczenia, zwłaszcza w pierwszym miejscu pracy. W praktyce widoczny jest brak akceptacji oczekiwań przełożonych, choćby w tak podstawowym zakresie, jak dress code. Młodzi ludzie wierzą bowiem, że jeżeli dany szef nie jest nimi zachwycony, to następny z pewnością będzie. I rzeczywiście potrafią bardzo szybo zdobywać informacje o nowych stanowiskach w swoich branżach, ale bez takich narzędzi, jak Wi-Fi, stają się już dość bezradni – stwierdza Oskar Kasiński.
W ocenie eksperta, pracodawcy wielokrotnie ustępują dwudziestokilkulatkom w ich roszczeniach. Wynika to z tego, że obecnie mamy rynek pracownika i ilość wakatów w Polsce gwałtownie rośnie. Jak podał GUS, liczba wolnych miejsc pracy wyniosła 119,5 tys. pod koniec pierwszego kwartału 2017 roku i była wyższa o 41,5 tysięcy, czyli aż o 53,2%, niż w poprzednim kwartale. Z kolei, w porównaniu z pierwszym kw. 2016 roku, ta wartość wzrosła o 29,9 tys., tj. o 33,4%. W związku z tym, przedsiębiorcy bardzo często podnoszą wynagrodzenia nawet tym osobom, które dopiero zaczynają karierę zawodową. Zdaniem Oskara Kasińskiego, to już nie wygląda na poszczególne przypadki, lecz na poważną tendencję.
– W Warszawie mamy skrajnie niskie bezrobocie, dlatego firmy są zmuszone do czynienia ustępstw w poszukiwaniu pracowników. Coraz częściej zatrudniają najlepszych ludzi z tych, dostępnych na rynku, a nie takich, których faktycznie widzieliby na danym stanowisku. Jak wynika z moich obserwacji, w całej Polsce, w samym tylko IT brakuje nawet miliona osób do pracy. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego za pierwszy kwartał 2017 roku, najwięcej wakatów odnotowano w przetwórstwie przemysłowym – 25,1% i budownictwie – 15,8% – zauważa Oskar Kasiński.
Tymczasem, młodzi ludzie, znając języki obce, próbują swoich sił za granicą. Rozmowa kwalifikacyjna z przedsiębiorcą z innego kraju to zaledwie kwestia uruchomienia Skype’a. Przedstawiciele najmłodszego pokolenia na rynku pracy raczej nie martwią się o swoją przyszłość. Powinni jednak pamiętać o tym, że kryzys gospodarczy, jaki ostatnio dotknął międzynarodowe rynki w 2008 roku, pojawia się co około dekadę. Zbiera mniejsze lub większe żniwa, m.in. w postaci masowych zwolnień pracowników. To, czy młodzi ludzie utrzymają swoje posady w warunkach kolejnej recesji, zależeć będzie od indywidualnych przypadków. Zdaniem Oskara Kasińskiego, pracowitość i lojalność wciąż są bardzo cenione przez większość pracodawców i to raczej szybko się nie zmieni. A niewykazywanie takich cech zawsze ma wpływ na decyzje zarządów.
– Obecnie najmłodszych pracowników motywują do działania nie tylko wysokie zarobki, ale też inne zasoby, które podnoszą jakość życia. Mają oni określone oczekiwania względem miejsca i narzędzi pracy. Dla przykładu, służbowa poczta musi być skonfigurowana w komórce, a CRM – działać zdalnie. Można to wyjaśnić w ten sposób, że dwudziestokilkuletnie osoby prywatnie korzystają z nowoczesnych smartfonów oraz tabletów. I tego typu przedmioty chcą używać w celach zawodowych. Nie przyjmą od pracodawcy np. niemodnego telefonu lub starszego modelu laptopa. Firmy coraz częściej inwestują w najlepszej klasy sprzęty i wygodne meble, podnoszące komfort pracy – mówi Oskar Kasiński.
Według eksperta, młodzi ludzie oczekują, że wykonywanie obowiązków służbowych będzie sprawiało im przyjemność i upływało w przyjaznej atmosferze. Jeśli firma ich rozczaruje, to ją zmienią. Chcą bowiem pracować, żeby żyć, a nie żyć, żeby pracować, jak często robili to ich niestrudzeni rodzice czy dziadkowie. Oskar Kasiński dodaje, że dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia na rynku pracy coraz większe znaczenie zyskuje tzw. Work Life Balance. Pod tym pojęciem kryje się odnajdywanie równowagi między życiem zawodowym i osobistym. Dlatego, w szeregu oczekiwań młodych osób pojawia się m.in. dostępność dla pracodawcy tylko do godziny 17:00. Potem pracownicy zamierzają odpoczywać i oddawać się swoim pasjom, np. uprawianym sportom.
– Chcąc zrozumieć międzypokoleniowe różnice, warto wspomnieć baby boomers. Powojenne pokolenie wyżu demograficznego to tytani pracy, nawet na emeryturze. Ich dzieci, czyli rodzice obecnych dwudziestokilkulatków, często zaczynali swoje kariery w wolnej Polsce. Bardziej, niż starsi, dbali o balans między życiem rodzinnym i zawodowym. Przekazali ten wzorzec następnej generacji. Dziś młodzi ludzie cenią rodzinne relacje. I jakby na to nie patrzeć, zachowanie równowagi między firmą a domem jest zdrowe. Trzeba tylko pamiętać, że w zależności od wykonywanej pracy i jej charakteru, ten balans okresowo może mieć różne wahnięcia – podkreśla Oskar Kasiński.
Jak podsumowuje ekspert z Wyser Polska, dwudziestokilkuletnie osoby potrafią dobrze pracować. Jednak ogromnym wyzwaniem dla dzisiejszych managerów jest i jeszcze długo będzie umiejętność zarządzania przedstawicielami różnych pokoleń w jednej firmie. W przypadku najmłodszych osób kluczowe okazuje się zachęcanie ich do działania. Inspirację dla nich może stanowić prawdziwy lider, który jednocześnie odbiega od wizerunku tradycyjnego, wyniosłego i groźnego szefa. Nowoczesny przywódca traktuje podwładnych po partnersku. Wówczas zyskuje ich zaufanie i może sprawniej nimi zarządzać.
W czerwcu z kilkunastu głównych towarów podrożała tylko pszenica, soja i pallad, czyli surowce o neutralnym wpływie na waluty gospodarek wschodzących. Jakby tego było mało z Polski, Rosji i RPA napływają informacje dodatkowo studzące popyt na waluty tych państw.
Złotemu zaszkodziła zaskakująca deklaracja Kropiwnickiego z RPP. Decydent, którego zdecydowanie zaliczamy do grona jastrzębi mówił, że nie ma powodu by podnosić koszt pieniądza. Rozwiewa to nadzieje, że w Radzie szybko wykrystalizuje się konsensus za zacieśnianiem. W przypadku RPA pojawia się dążenie do zmiany zapisanego w konstytucji mandatu SARB. W politycznym chaosie i konflikcie wiarygodny bank centralny ratował nieco randa, a zamierzenia obozu prezydenta Zumy są interpretowane w kategoriach zamachu na jego niezależność. Rubel doświadczył z kolei silnego odpływu kapitału wynikającego z eskalacji napięć pomiędzy Rosją i USA wokół sytuacji Syrii, co rodzi możliwość nałożenia nowych sankcji. W obecnym położeniu, którego ważnym rynek może więc na dłużej schłodzić swój entuzjazm względem walut emerging markets, tym bardziej, że są one w szerszym horyzoncie mocno wykupione. Dwa kolejne czynniki to spekulacje o szybkim rozpoczęciu przez Fed ograniczania sumy bilansowej oraz potencjalna korekta na giełdach gospodarek rozwiniętych – niska zmienność i historyczne rekordy na Wall Street były kluczowym elementem podsycającym apatyt na ryzyko. Pozostajemy negatywnie nastawieni do walut EM, szczególnie do randa. W przypadku złotego oczekujemy krótkiej i płytkiej korekty a następnie kontynuacji osłabienia. Taki scenariusz zanegowałoby dopiero zejście EUR/PLN pod 4,20.
Wydarzeniem dnia jest posiedzenie RBNZ. Oczekujemy, że bank pozostawi stopę OCR bez zmian na 1,75 proc. oraz utrzyma neutralne stanowisko. Wydarzenia od czasu ostatniego posiedzenia przemawiają za pasywną postawą przy oczekiwaniach rynkowych odsuwających termin pierwszej podwyżki. Widoczny popyt na NZD w ostatnich dniach sugeruje pewne nadzieje na jastrzębie niespodzianki, więc postawa wait-and-see może przejściowo zaszkodzić kiwi. Dalej sądzimy, że następny ruch RBNZ będzie w kierunku podwyżek stóp procentowych, ale jest mało prawdopodobne, aby teraz bank miał cokolwiek sugerować. RBNZ potrzebuje potwierdzenia, aby przejść do korekty luzowania z lat 2015-2016, a tego jeszcze mu brakuje. Stąd komunikat powinien pozostać neutralny z powtórzeniem fragmentu, że polityka pozostanie akomodacyjna przez dłuższy czas, a w kwestii NZD możliwym jest przywrócenie frazy, że „dalsza deprecjacja jest konieczna dla zrównoważonego wzrostu”.
Naszym zdaniem w ostatnich dniach nastawienie rynku w stosunku do NZD uległo zmianie na rzecz potencjalnego wystąpienia jastrzębich wzmianek. W rezultacie z takiego położenia podtrzymanie neutralnego stanowiska przez RBNZ podnosi ryzyko umiarkowanego rozczarowania i impulsu do „sprzedaży faktów”. Mimo tego w szerszym kontekście NZD korzysta na generalnie pozytywnym sentymencie rynkowym przy wsparciu względnie dobrej sytuacji fundamentalnego, więc potencjalne cofnięcie kiwi po decyzji powinno być atrakcyjne do odnowienia długich pozycji.
Poza tym rynek skupi się na danych Departamentu Energii o zapasach ropy – ich spadek mógłby zdjąć nieco presji z surowca i pomóc w ustabilizowaniu nastrojów inwestycyjnych. Widzimy mały potencjał do dalszych spadków cen – zapasy w miesiącach letnich powinny spadać zgodnie z szablonem sezonowym. Warto też zwrócić uwagę na porcję informacji z rynku nieruchomości USA. Dane ostatnio mocno rozczarowywały i rynek będzie szukał potwierdzenia, że zła passa jest przerywana. Dolar pozostał mocny do euro pomimo spadku rentowności długu USA pod 2,15 proc. Pokazuje to, że surowcowe załamanie silniej uderza we wspólną walutę poprzez obniżenie oczekiwań inflacyjnych zmniejszających presję na ECB by szybko normalizować politykę. A to przecież ten kanał rozbudził popyt na wspólną walutę. Oczekujemy kontynuacji spadków EUR/USD, którego katalizatorem będzie przełamanie 1,1110.
Kleszcze przenoszą groźne dla zdrowia bakterie, wirusy i pierwotniaki, co w konsekwencji może doprowadzić do boreliozy lub odkleszczowego zapalenia opon mózgowych. Bardzo ważne jest więc szybkie ich rozpoznanie, ponieważ w początkowej fazie, kiedy na ciele pojawia się rumień, choroba jest łatwa do wyleczenia. Z czasem, jeśli dojdzie do powikłań, trzeba przygotować się na długą i kosztowną terapię. O szczepieniu warto pomyśleć w każdym momencie. Latem można skorzystać z tzw. szczepienia przyspieszonego, które polega na przyjęciu drugiej dawki szczepionki już po 14 dniach od pierwszej. Osiągamy wtedy 95 proc. odporności na wirusa.
– W przypadku ludzi ryzyko inwazji kleszcza jest stosunkowo mniejsze niż w przypadku zwierząt. Idąc na spacer do lasu czy parku, trzymamy się bowiem ścieżek, nie wchodzimy w gęstwiny, tam gdzie kleszczy może być więcej. Bardziej od zwykłych spacerowiczów, narażone są osoby zbierające grzyby czy jeżyny. Jednak bez względu na to, czy ryzyko inwazji kleszczy u ludzi jest większe czy mniejsze, ryzyko przeniesienia groźnych chorób jest tak samo duże jak u zwierząt – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Andrzejczak, dyrektor techniczny Boehringer Ingelheim.
Z badań opublikowanych przez SGGW wynika, że w największych parkach w Warszawie, 40 proc. populacji kleszczy jest zarażonych boreliozą.
– To bardzo poważna choroba, ale pierwsze objawy przy których najłatwiej ją wyleczyć, są przez człowieka pomijane. Kiedy pojawiają się poważne objawy dotyczące układu nerwowego, układu ruchu, wtedy tę chorobę bardzo trudno się leczy. Coraz częściej choroba zaczyna pojawiać się u dzieci, które w sposób niekontrolowany korzystają z zabawy w lesie czy parkach, mogą one na powierzchni swojego ciała przynieść do domu kleszcza wgryzionego czy szukającego miejsca do wgryzienia, który być może przeniósł już chorobę – mówi Artur Andrzejczak.
Drugą chorobą, występującą rzadziej niż borelioza jest odkleszczowe zapalenie mózgu. Wirus wywołuje neuroinfekcję, najczęściej zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Leczenie trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy.
– W przypadku boreliozy aby zacząć leczenie musimy widzieć objawy albo zbadać kleszcza którego zdjęliśmy z człowieka pod kątem nosicielstwa boreliozy. W przypadku odkleszczowego zapalenia mózgu mamy szczepionkę. Człowiek, który w związku ze swoją pracą często przebywa w lesie lub parku i u którego ryzyko inwazji kleszczy jest większe, może zaszczepić się przeciwko odkleszczowemu zapaleniu mózgu – mówi Artur Andrzejczak.
W 2014 r., w Polsce u ludzi zarejestrowano blisko 14 tys. przypadków zachorowań na boreliozę oraz niemal 200 przypadków odkleszczowego zapalenia mózgu. Wykonanie pełnego szczepienia zabezpiecza nasz organizm na 3 do 5 kolejnych lat.
W przypadku człowieka, nie ma skutecznej metody walki z kleszczami. By ich uniknąć, na spacer do lasu trzeba wybrać odpowiednie ubranie. Długie nogawki spodni i długi rękaw bluzki mogą w znacznej uchronić przed kontaktem kleszcza ze skórą.
– Nie ma preparatów, które moglibyśmy zakropić na skórę czy połknąć i one spowodowałaby, że kleszcz albo się nie wgryzie, albo umrze krótko po kontakcie z człowiekiem. Po każdym spacerze należy dokładnie się oglądać, może się zdarzyć, że dwa, trzy dni po spacerze znajdziemy na sobie wgryzionego kleszcza i należy udać się do lekarza by go wyjąć. Nie smarujemy kleszczy żadnym kremem, nie polewamy alkoholem. Kleszcza w umiejętny sposób z wykorzystaniem odpowiednich, prostych narzędzi trzeba wykręcić ze skóry, zgnieść i wyrzucić bądź utopić w alkoholu – tłumaczy Artur Andrzejczak.
Dzięki najnowszym badaniom DNA czas diagnostyki pacjenta po ukąszeniu kleszcza można przyspieszyć nawet dziesięciokrotnie. W ten sposób lekarz jest w stanie precyzyjnie określić zagrożenie i niezwłocznie rozpocząć właściwą terapię.