Nie dasz złotówki, porysują ci auto. Problem „samozwańczych parkingowych” nie zniknie sam. Trzeba zaostrzyć przepisy?

Oferowanie fikcyjnej usługi, polegającej na „pilnowaniu” auta za pieniądze, jest wykroczeniem. Grożenie zniszczeniem mienia za brak „opłaty” to przestępstwo. Ale, jak zauważa mecenas Dubois, policjanci rzadko reagują w takich sytuacjach. Nie wynika to z niejasności przyjętych norm, lecz z przyzwolenia na ich łamanie.

Nie można żadnego człowieka siłą usnąć z parkingu, bo to jest wbrew ustawie zasadniczej. Art. 52 Konstytucji RP zapewnia każdemu obywatelowi wolność poruszania się po terytorium Polski i wyboru miejsca zamieszkania oraz pobytu. Samozwańczy parkingowy wchodzi w sferę czynu zabronionego, gdy żąda od kogoś pieniędzy lub nawet uprzejmie o nie prosi. Policja ma wówczas otwartą drogę do działania, ponieważ zostaje naruszony porządek publiczny. Obowiązkiem funkcjonariuszy jest wylegitymować sprawcę, a następnie podjąć czynności z urzędu. Polegają one m.in. na wezwaniu na przesłuchanie, przedstawieniu zarzutów i skierowaniu wniosku o ukaranie, w przypadku wykroczenia. Jeśli dochodzi do przestępstwa, właściwym pismem jest akt oskarżenia.

– Żebranie w miejscu publicznym jest uznawane za wykroczenie, zagrożone karą ograniczenia wolności, grzywny do 1500 zł lub nagany. Dotyczy to osób, które mają środki potrzebne do egzystencji lub są zdolne do pracy, ale proszą o datki. Mówi o tym art. 58 kodeksu wykroczeń § 1. Jednak typowym działaniem samozwańczych parkingowych nie jest oczekiwanie jałmużny, lecz oferowanie fikcyjnych usług, w zamian za drobne pieniądze. Oczywiście żadne opłaty nie są im należne. Art. 58 kodeksu wykroczeń § 2 przewiduje karę grzywny lub aresztu za natarczywe i oszukańcze żebractwo – mówi Jacek Dubois z Kancelarii Adwokacko-Radcowskiej Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak.

Jeśli człowiek nam grozi, np. zniszczeniem samochodu, to wówczas wchodzi już w sferę przestępstwa. Podstawą prawną do tego jest art. 190 kodeksu karnego § 1. Ściganie następuje na wniosek poszkodowanego, co przewiduje z kolei art. 190 kodeksu karnego § 2. Oznacza to, że obywatel sam musi podjąć inicjatywę, polegającą na zawiadomieniu policji i złożeniu odpowiednich wyjaśnień. Niestety, jak podkreśla mecenas Dubois, mając do wyboru oddanie 2 złotych lub walkę z coraz bardziej szerzącą się patologią, poświęcenie własnego czasu i wizyty w prokuraturze, większość ludzi wybiera pierwszą opcję i tzw. święty spokój.

– Problematyka karania tych, którzy płacą za fikcyjne pilnowanie samochodów, była analizowana przez ustawodawców wielu państw europejskich. Jednak nie zdecydowali się oni na zaostrzenie przepisów, uznając, że byłoby to zbyt silną ingerencją w swobody obywatelskie. I ja jestem podobnego zdania. Każdy powinien mieć przecież prawo do litości i okazania innym dobrego serca. Nagłe wprowadzenie zakazu udzielania symbolicznej pomocy, w mojej ocenie, byłoby sprzeczne z konstytucyjnymi zasadami. Uważam również, że zamiast karać kogokolwiek za ofiarność lub lęk o własne mienie, należy kształtować świadomość prawną w społeczeństwie – ocenia Jacek Dubois.

Zdaniem adwokata, Polakom zdecydowanie brakuje wiedzy o tym, co jest zabronione, dlatego panuje powszechne przyzwolenie na łamanie przepisów. Przestępstwa i wykroczenia zamierałyby naturalnie, jako niechciane działania, gdyby obywatele i władza wykazywali większe zaangażowanie w walkę z bezprawiem. Zamiast surowych kar dla samozwańczych parkingowych, wystarczyłoby szybkie i skuteczne egzekwowanie przez nich norm. A to byłoby możliwe w społeczeństwie, cechującym się wysoką świadomością i kulturą prawną. Jak podkreśla mecenas Jacek Dubois, kodeks karny nie wymaga radykalnej zmiany. Można go jedynie udoskonalić, np. określić wysokość kary za oferowanie niechcianej usługi.

– Teoretycznie wystarczy tylko jedna wizyta w prokuraturze, w celu zgłoszenia podejrzenia o popełnieniu przestępstwa i złożenia zeznań w tej sprawie. Natomiast, z chwilą wszczęcia postępowania przeciwko sprawcy, zawiadamiający nabywa uprawnienia strony. Oznacza to, że może, choć nie jest to jego obowiązkiem, być obecny przy wszystkich czynnościach procesowych. Należy do nich m.in. przesłuchanie podejrzanego oraz świadków. Udział strony jest wówczas przewidziany przepisami kodeksu postępowania karnego. Każdy przypadek jest oczywiście badany indywidualnie – wyjaśnia Jacek Dubois.

Z obserwacji eksperta wynika, że żaden żebrak nie jest skazywany za jednorazową czynność. Jeżeli zostaje zatrzymany, to sąd ocenia, czy jego zachowanie było uciążliwe i wyczerpało znamiona czynu zabronionego z art. 58 kodeksu wykroczeń. Wówczas bierze pod uwagę motywację sprawcy i szereg okoliczności osobistych, tj. stan zdrowia, wiek i faktyczne możliwości podjęcia pracy zarobkowej. Rocznie w całym kraju notuje się w sumie ok. 4 tys. mandatów i spraw o żebractwo. To nie dotyczy tylko samozwańczych parkingowych, ale wszystkich obywateli proszących o wsparcie lub wymuszających dowolne sumy pieniędzy od nieznajomych.

Trwały wzrost w strefie euro polepsza nastroje w europejskich nieruchomościach komercyjnych – najnowsze dane RICS

RICS spogląda w kierunku gospodarki strefy euro i sektora nieruchomości komercyjnych z dużym zaufaniem, podkreślając w swojej najnowszej analizie, że:

  • Gospodarka strefy euro wzrosła o 2% w 2017 i 2018 r.
  • Prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych przed 2019 jest niewielkie, przy czym z końcem grudnia może nastąpić spadek zakupu obligacji.
  • Znaczne inwestycje w nieruchomości komercyjne mogą doprowadzić do wzrostu wartości kapitałowych w strefie euro nawet o 5% w bieżącym roku.

Wiele spośród negatywnych założeń dotyczących gospodarki strefy euro do końca 2016 r. i w roku bieżącym, wynikających z niepewności politycznej wywołanej Brexitem oraz wyborami w Holandii i Francji, nie sprawdziło się – wynika z najnowszej analizy RICS. Zbyt ostrożne prognozy okazały się całkowicie chybione, czego dowodem jest wskaźnik CITI Surprise Index dla strefy euro (oddający wahania pomiędzy oczekiwanymi danymi gospodarczymi o wysokiej częstotliwości a rzeczywistymi wynikami gospodarki), który przekroczył +40 w każdym miesiącu, począwszy od października minionego roku.

Te lepsze od oczekiwanych rezultaty skłoniły komentatorów i decydentów politycznych do skorygowania w górę kreślonych wcześniej przewidywań dotyczących wzrostu. Chcąc jednak ustalić, jak słuszne są te optymistyczne prognozy, ważna jest, zdaniem RICS, ocena stabilności czynników leżących u podstaw aktualnego ożywienia.

Przyspieszenie nadające impuls poprawie koniunktury rozpoczęło się tak naprawdę w 2015 r., napędzane umocnieniem się krajowego popytu. Rzeczywiście, zarówno wydatki gospodarstw domowych, jak i inwestycje, zanotowały od tamtego czasu zdrowy wzrost w każdym kwartale. Biorąc pod uwagę istniejącą wciąż przestrzeń dla wzrostu zatrudnienia, zanim gospodarka osiągnie pełną wydajność, wzrost konsumpcji prawdopodobnie będzie nadal postępował w ciągu najbliższych kilku lat.

Analityk RICS, Tarrant Parsons, komentując perspektywy gospodarcze dla Europy, mówi:

„Pozytywnemu wydźwiękowi danych gospodarczych w Europie towarzyszyła poprawa zaufania w sektorze nieruchomości komercyjnych, co potwierdzają wyniki RICS Global Commercial Property Monitor. Rzeczywiście, od roku 2015 europejskie rynki konsekwentnie osiągają na powrót jedne z najbardziej pozytywnych wyników na świecie, w tym również w zakresie  wskaźników nastrojów najemców i inwestorów. Najnowsze dane dotyczące zapytań inwestycyjnych w całym bloku wskazują na roczny wzrost wartości kapitałowych o ok. 5% w pierwszych trzech kwartałach”.

Równolegle do mocnego popytu wewnętrznego, w ostatnich miesiącach nastąpiło pewne ożywienie w globalnym handlu. W ujęciu rocznym wzrost obrotów w handlu światowym przyspieszył w marcu do 5,6% i był to najszybszy wzrost od 2011 r. Dla strefy euro, będącej znaczącym eksporterem netto towarów i usług, trwałe ożywienie w globalnym wzroście powinno przynieść korzyści jako całości. Na poprawie sytuacji w globalnym handlu w szczególności powinny znacząco skorzystać Niemcy. Z 23% udziałem niemieckiego sektora produkcji w światowej gospodarce (w porównaniu z 12% dla USA i 10% w Wielkiej Brytanii), w 2016 r. kraj ten osiągnął nadwyżkę handlową w wysokości 253 mld EUR.wysokosc miesiecznych zamowien

Nadchodzący sezon turystyczny nie zapowiada się tak rekordowo jak poprzedni

Nadchodzący sezon turystyczny nie zapowiada się tak rekordowo jak poprzedni 1Jak pokazują wstępne dane dotyczące obłożenia hoteli, ten rok w turystyce będzie udany. Choć pierwsze informacje z rynku nie zapowiadają przekroczenia rekordowych wyników, które padły w poprzednim sezonie. Na popularność krajowej turystyki w największym stopniu wpłynie pogoda oraz ceny – wysokie dla polskich gości i bardzo atrakcyjne dla turystów zza granicy, wśród których Polska jest coraz popularniejszym kierunkiem.

– W porównaniu do poprzedniego roku obłożenie na okres wakacyjny jest znacznie mniejsze. W tamtym sezonie w Sopocie było prawie 90-procentowe obłożenie hoteli, teraz jest to około 60 proc. Podobnie jest w Gdańsku. W poprzednim sezonie hotele były pełne w 80 proc., teraz jest to około 60 proc. wskaźnika zajętości pokoi. Potwierdzają to hotelarze, którzy wskazują, że poziom obłożenia hoteli w tym roku jest już niższy. Zmienić to może tylko pogoda – czyli upalne lato, szczególnie w regionie nadmorskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominika Czechowska, menedżer kierunku turystyka i rekreacja w Wyżej Szkole Bankowej w Gdyni.

Poprzedni sezon wakacyjny był bardzo udany dla sektora turystycznego. Coraz większe zainteresowanie zagranicznych turystów, wysoki kurs euro i sytuacja geopolityczna (m.in. kryzys migracyjny i zagrożenie terrorystyczne w całej Europie) złożyły się na rekordowe obłożenie nadmorskich miejscowości turystycznych takich jak Sopot, Gdynia czy Gdańsk, sięgające 80–90 proc. Jeden z Gdańskich hoteli wskazał na wynik wskaźnika zajętości miejsc hotelowych na poziomie 104 proc. co oznacza, że sprzedał więcej pokoi hotelowych, niż posiadał!

Jak wynika z danych Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego, w niektórych miejscowościach, takich jak Świnoujście, Kołobrzeg i Mielno, wysokość opłat klimatycznych w sezonie letnim była większa niż w całym 2015 roku. Ożywienie w krajowej turystyce było widoczne nie tylko nad morzem, lecz także w górach, zwłaszcza w Bukowinie, Zakopanem czy nad Dunajcem.

Zdaniem Dominiki Czechowskiej z Wyżej Szkoły Bankowej w Gdyni na podstawie tegorocznych, wstępnych danych można prognozować, że rozpoczynający się sezon turystyczny nie będzie aż tak udany, jak w roku poprzednim. Czynnikami, które w największym stopniu wpłyną na krajową turystykę, będą ceny i pogoda.

– Zapowiada się trochę mniej rekordowy rok niż poprzedni. Wynika to przede wszystkim z poczucia zagrożenia, które w ubiegłym roku decydowało o przyjeździe do polskich miejscowości nadmorskich. W tym roku ten czynnik osłabł, więc za sezon będzie odpowiedzialna pogoda. Jeżeli w tym roku pogoda dopisze, turyści dołączą do hoteli i restauracji. Istotną rolę w podjęciu decyzji o zakupie produktu turystycznego odegra też cena. Przy gwarancji pogody w innych krajach turyści, którzy w ubiegłym roku spędzili wakacje w niekorzystnych warunkach pogodowych, raczej tutaj nie wrócą. Należy jednak podkreślić, że trend wzrostowy przyjazdów turystów, szczególnie zagranicznych, utrzyma się jeszcze przez kilka lat – mówi Dominika Czechowska.

„Badanie satysfakcji turystów krajowych i zagranicznych 2016”, przeprowadzone na zlecenie Polskiej Organizacji Turystycznej, pokazuje, że 93 proc. krajowych turystów jest zadowolonych z wyjazdu turystycznego. Pozytywnie swój pobyt w Polsce ocenia również 86 proc. turystów z zagranicy, z których większość ma w planach kolejny przyjazd. Polska jest dla nich coraz bardziej popularnym, a przy tym bezpiecznym i atrakcyjnym cenowo kierunkiem.

– Jesteśmy bardzo dostępni cenowo dla turystów zagranicznych, ale mniej korzystni cenowo dla turystów krajowych. Trochę szkoda, bo wchodzi nowa grupa docelowa turystów polskich, którzy korzystają z programu Rodzina 500 plus. To są często osoby, które nigdy wcześniej nie podróżowały, bo nie było ich na to stać, a teraz pojawiają się nowe możliwości. Dobrze byłoby, patrząc odpowiedzialnie społecznie, wykorzystać ten moment, żeby zachęcać ich do spędzania wolnego czasu w Polsce – zauważa Dominika Czechowska.

Eksperci zwracają uwagę na znaczny wzrost cen usług w branży HoReCa w ostatnich sezonach. Wynikają one dużego popytu i rekordowego zainteresowania Polską turystów zagranicznych, bardziej zasobnych finansowo. Dodatkowo wysoki kurs euro sprawia, że dla gości z zagranicy oferty wakacji w Polsce są jeszcze korzystniejsze.

– Mamy ogromny popyt na usługi turystyczne w Polsce, szczególnie gastronomiczne, więc cena szybuje w górę. W ciągu ostatnich kilku latach Polacy kilkukrotnie zwiększyli wydatki na obszar usług HoReCa, jak podają dane GUS to już 690 zł rocznie na osobę. Choć obywatel Europy Zachodniej wydaje średnio 4500 zł rocznie. Na ten moment ceny trochę za bardzo wywindowano. Z jednej strony, rozumiem właścicieli obiektów turystycznych i restauracji, którzy chcą wykorzystać ten moment i zarobić na turystach. To jest zrozumiałe ze względów ekonomicznych. Jeżeli natomiast chodzi o gości z Polski, dobrze byłoby się zastanowić, co stanie się za kilka lat. Jeżeli polscy turyści nauczą się korzystania z usług turystycznych za granicą, bo u nas będzie za drogo, to po prostu tutaj nie wrócą. Będą spędzali wakacje w miejscach, gdzie mają gwarancję pogody, czyli na przykład w Chorwacji czy Hiszpanii – prognozuje Dominika Czechowska.

Zdaniem ekspertki Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni największym obok pogody wyzwaniem dla krajowej turystyki będzie w tym roku rynek pracy. Sektor turystyczny jest jednym z największych w Polsce pracodawców, zwłaszcza w takich regionach jak Pomorze. Ze względu na coraz lepszą kondycję sektora, w tym roku może zabraknąć rąk do pracy, a niedoborów nie uzupełnią nawet sezonowi pracownicy z Białorusi czy Ukrainy.

– Sezonowość powoduje, że przedsiębiorcy chcą szybko pozyskać pracownika. Zaczynają się walki obiektów turystycznych o pracowników. Dochodzi do tego, że są pojawiają się oferty pracy dla kelnerów za 30 zł za godzinę. To bardzo wysokie stawki. Wczoraj otrzymałam prośbę od jednego z obiektów o pomoc w natychmiastowym znalezieniu 17 osób. Dla kierunków turystycznych uczelni wyższych oznacza to rekordowe nabory studentów z uwagi na świadomość młodych ludzi, że w turystyce praca jest i to jeszcze dobrze płatna. Zmieniło się podejście do pracownika w obszarze turystyki, szanuje się te zawody, ważne są kompetencje i umiejętności, a co najważniejsze – można bardzo dobrze zarobić. Przyszłość w zakresie kształcenia i pozyskiwania pracowników w turystyce jest jak najbardziej rozwojowa – ocenia Dominika Czechowska.

Z raportu („A Land of Opportunity. Poland Hotel Market Snapshot”) firmy doradczej Christie&Co. wynika, że polski rynek hotelowy notuje wzrosty nieprzerwanie od kilku lat. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. W efekcie z końcem 2015 roku na polskim rynku działało 2 316 hoteli, z których większość to obiekty trzygwiazdkowe.

Mężczyźni unikają lekarzy. Blisko 30 proc. z nich robi badania raz w roku lub rzadziej

Mężczyźni unikają lekarzy. Blisko 30 proc. z nich robi badania raz w roku lub rzadziej 2

Co roku 64 proc. Polaków zgłasza się na badania profilaktyczne. Większość stanowią jednak kobiety. Mężczyźni u lekarza pojawiają się rzadko, średnio 30 proc. z nich raz w roku lub rzadziej. Badania wykonują dopiero wtedy, gdy czują się źle. Strach przed badaniami profilaktycznymi głównie spowodowany jest obawą przed wykryciem poważnej choroby. Tymczasem najskuteczniejszą metodą walki z poważnymi chorobami jest właśnie profilaktyka. Eksperci podkreślają, że nie tylko chodzi badania, lecz także często o zmianę stylu życia.

– Mężczyźni nie garną się do profilaktyki. Unikają lekarzy, a jeśli już się pojawiają, to wtedy, gdy mają niepokojące objawy, kiedy choroba bywa zaawansowana i leczenie jest trudne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bożena Walewska-Zielecka, dr hab. nauk medycznych z Medicover Polska.

Z badania przeprowadzonego przez SWResearch na zlecenie Medicover wynika, że ponad 33 proc. mężczyzn w wieku 35–39 lat oraz 28 proc. w wieku 40–49 lat do lekarza udaje się raz w roku lub rzadziej. Połowa mężczyzn w ciągu ostatnich 6 miesięcy nie wykonała zaś żadnego badania profilaktycznego.

– Większość mężczyzn stara się nie chodzić do lekarzy. Z naszego raportu zdrowia wynika, że mężczyźni chodzą do lekarza rzadziej niż raz w roku i na pewno nie po to, aby wykonywać badania profilaktyczne lub usłyszeć od lekarza, co powinni robić, aby być zdrowsi – wskazuje dr.hab.n.med. Walewska-Zielecka.

Jak wynika z Raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia” (badanie na populacji 230 tys. pacjentów Medicover), dwóch na trzech mężczyzn w Polsce ma nadwagę lub cierpi na otyłość. Nadwaga zaś, bez odpowiedniej kontroli i skutecznego leczenia, może prowadzić do wielu poważnych schorzeń: cukrzycy typu 2, nadciśnienia tętniczego, miażdżycy, zawału mięśnia sercowego, udaru mózgu czy niektórych nowotworów. Podwyższony poziom cholesterolu może być przyczyną miażdżycy i zawału, a podwyższone ciśnienie tętnicze może powodować inne choroby układu krążenia.

Barierą, która powstrzymuje panów przed poddaniem się badaniom, jest strach. Blisko 70 proc. mężczyzn w wieku 35–39 lat nie ma pewności, czy ich rodzina będzie zabezpieczona finansowo na wypadek choroby, która na dłużej wyeliminowałaby ich z aktywności zawodowej.

– Mężczyźni są zazwyczaj głowami rodzin i to na nich najczęściej spoczywa ciężar zarabiania pieniędzy, w związku z tym sami boją się o utratę zdrowia i o przyszłość rodziny. Nie jest to bezpodstawne, jeśli nie będziemy robić nic ze swoim zdrowiem, może się zdarzyć niekorzystny scenariusz. Nowotwory są jedną z przyczyn utraty możliwości zarobkowania, warto o tym pamiętać, wykonywać badania profilaktyczne w kierunku nowotworów, zwłaszcza tych często występujących w populacji – przekonuje ekspertka.

Dane Krajowego Rejestru Nowotworów wskazują, że nowotwory są drugą co do częstości przyczyną zgonów mężczyzn w Polsce. Najczęściej diagnozuje się raka płuc i raka prostaty, którego rocznie rozpoznaje się ok. 12 tysięcy nowych zachorowań. Liczba ta z roku na rok rośnie.

Tak jak prawidłowo prowadzona profilaktyka (badania i zdrowy styl życia) zmniejsza ryzyko chorób cywilizacyjnych, tak odpowiednio wcześnie wykryty nowotwór zwiększa zaś szansę na pełne wyleczenie. Eksperci radzą, by raz w roku przeprowadzić kompleksowe badanie stanu zdrowia.

– To przede wszystkim pierwsza wizyta u lekarza z oceną stanu zdrowia, z wykonaniem podstawowych badań krwi, oceną poziomu cholesterolu, glukozy, oceną morfologii. U panów w nieco starszym wieku również z oceną PSA, czyli antygenu, który bywa podwyższony w raku prostaty, po 50 roku życia konieczna jest kolonoskopia. Po pierwszej wizycie lekarz oceni, jaki jest stan zdrowia pacjenta i zaplanuje właściwe postępowanie. Samo wykonanie badań nie powinno nas zadowalać, że zrobiliśmy wszystko. Podstawa profilaktyki to zmiana stylu życia, zwiększenie aktywności fizycznej, redukcja masy ciała, jeśli jest taka potrzeba – wymienia Walewska-Zielecka.

Ponieważ profilaktyka zdrowotna to najbardziej opłacalna inwestycja dla każdego z nas, warto, by stała się dobrym nawykiem

Dlatego Medicover oferuje panom pakiet skoordynowanych badań „Świadomy Mężczyzna”, dzięki któremu w ciągu dwóch wizyt można wykryć wiele schorzeń, m.in. nowotwory: raka prostaty, pęcherza moczowego, trzustki, wątroby, a także choroby serca oraz wiele innych nieprawidłowości.

– To spektrum badań, które panowie powinni wykonać w trosce o swoje zdrowie. Oczywiście w połączeniu z konsultacją lekarską – podkreśla dr.hab.n.med. Bożena Walewska-Zielecka.

W tym roku spodziewanych jest blisko 10 mln ataków typu DDoS. Gwarancja ochrony przed cyberatakami będzie miała kluczowe znaczenie przy wyborze hostingu

W tym roku spodziewanych jest blisko 10 mln ataków typu DDoS. Gwarancja ochrony przed cyberatakami będzie miała kluczowe znaczenie przy wyborze hostingu 3

Powszechna komputeryzacja i coraz lepszy dostęp do sieci spowodowały, że strony internetowe są narażone na cyberataki bardziej niż kiedykolwiek. Specjaliści z firmy Deloitte prognozują, że w 2017 roku będzie miało miejsce ok. 10 mln ataków typu DDoS. Niemniej w ostatnich latach usługi hostingowe przeszły transformację technologiczną, dzięki czemu firmy z tego segmentu oferują bardziej kompleksowe i znacznie bezpieczniejsze rozwiązania.

– Nowoczesny hosting to usługa stabilna i bezpieczna. Stabilna, czyli cały czas dostępna dla użytkowników – jeśli wchodzę na stronę internetową, to zawsze zobaczę treść, której oczekuję. Bezpieczna, czyli odporna na ataki, na przykład ataki DDoS. Deloitte szacuje się, że w tym roku będzie przeprowadzonych ok. 10 mln ataków typu DDoS, ważne jest, aby firma hostingowa, z której usług korzystamy, potrafiła nas przed takimi atakami zabezpieczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży i marketingu z firmy OVH.

Coraz więcej firm hostingowych stara się o specjalne certyfikaty, a wszystko po to, by użytkownik miał pewność, że świadczona usługa będzie nie tylko bezpieczna, lecz także zagwarantuje jak najwyższą jakość.

– Na bezpieczeństwo usług hostingowych składa się kilka aspektów. Przede wszystkim warto wspomnieć o certyfikatach – firmy przechodzą standardowe weryfikacje, aby mieć pewność, że to, z czego korzystamy, jest odpowiednio zabezpieczone. Przykłady takich certyfikatów to ISO 27001, czyli bezpieczeństwo przetwarzania informacji, jak i ISO 9001, czyli certyfikat jakości – tłumaczy Robert Paszkiewicz.

Jak podkreśla dyrektor sprzedaży i marketingu z firmy OVH, równie ważnym, a często niedocenianym aspektem, jest możliwość szybkiego kontaktu z działem obsługi.

– Nieprzewidziane sytuacje mają prawo się wydarzyć, natomiast ważne jest to, abyśmy w każdej chwili mogli się skontaktować z działem obsługi klienta, zapytać, co się dzieje i wyjaśnić swoją wątpliwość związaną z działaniem usługi – przekonuje Robert Paszkiewicz.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat usługi hostingowe przeszły transformację technologiczną, dzięki czemu oferują bardziej kompleksowe rozwiązania niż kiedykolwiek. Na uwagę zasługują przede wszystkim nowoczesne systemy oparte na rozwiązaniach chmurowych.

– Usługi świadczone przez firmy hostingowe tworzone są w nowoczesnych systemach, tzw. rozwiązaniach cloudowych, firmy te technologicznie się zabezpieczają, aby usługa klienta zawsze była dostępna. Dawniej tak nie było, serwery, na których utrzymywane były usługi hostingowe, nie były zwirtualizowane, czyli fizyczna awaria takiego serwera powodowała niedostępność usługi hostingowej – tłumaczy  Robert Paszkiewicz – Dlatego warto się upewnić, czy firma, z której chcemy skorzystać, ma już rozwiązania cloudowe. Jeśli tak, to usługi hostingowe będą zawsze działały, niezależnie od warstwy technologicznej.

Ekspert uważa także, że firmy hostingowe kładą coraz większy nacisk na połączenie hostingu i usług związanych z przechowywaniem domeny. Użytkownicy mogą wybrać dowolne rozszerzenie spośród 1200 różnych propozycji. Tworzenie nowych końcówek domenowych jest możliwe, dzięki organizacji ICANN, która uwolniła rynek, dając większą swobodę w czasie wyboru. To właśnie ta organizacja odpowiada za rejestrację wszystkich domen na świecie.

– Jeśli na przykład tworzymy biznes związany z turystyką, warto rozważyć zarejestrowanie domeny .travel. Natomiast .ski, jeżeli zajmujemy się białym szaleństwem i nasza branża to narciarstwo. Warto precyzyjnie określać, jaki biznes prowadzimy, warto sprawdzać, jaki jest nasz plan, jeśli chodzi o ten zakres, i pod tym względem wybierać ciekawą domenę internetową – podsumowuje Robert Paszkiewicz.

Superżywność szansą dla rynku spożywczego. Segment ten rośnie w tempie trzycyfrowym

Superżywność szansą dla rynku spożywczego. Segment ten rośnie w tempie trzycyfrowym 4

Produkty typu superfood, które mają szczególnie korzystne działanie dla zdrowia, wpisują się w modę na zdrowe żywienie. Globalny rynek superfood rośnie w trzycyfrowym tempie, a przemysł spożywczy rozszerza ofertę, żeby sprostać oczekiwaniom konsumentów. Szczególnie dobry rok ma przed sobą branża śliwki kalifornijskiej, która prognozuje zbiory sięgającej 105 tys. ton owoców. Kalifornia będzie miała w tym roku duży wkład w rozwój światowego rynku superfood.

– Rynek foodbiznesu jest bardzo wymagający i oczekuje nowości. Superfood, czyli superjedzenie, to jeden z tych trendów, które ekscytują nawet najbardziej wymagających smakoszy. Ten segment rynku rośnie gwałtownie, ponad 200-procentowy wzrost produktów introdukowanych pod hasłem superfood sprawia, że nie wolno go pominąć. Superfood to w tej chwili ziarna, śliwki, orzechy, bakalie, przybywające z daleka chia i jagody goji. To wszystko stanowi bardzo bogatą rodzinę produktów. W moim przekonaniu najpopularniejsza w tym gronie jest śliwka kalifornijska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Loroch, dziennikarz i ekspert kulinarny.

Moda na zdrowe żywienie upowszechnia się już od kilku lat. Eko- i biokonsumentów przybywa tak w Polsce, jak i na całym świecie. W ten trend wpisują się produkty określane jako superfood, czyli superżywność. Są naturalnie bogate w składniki odżywcze i uważane za szczególnie korzystne dla zdrowia. Według analizy firmy badawczej Mintel, globalny rynek produktów typu superfood w latach 2011–2015 urósł o 202 proc.

– Nie ma jednolitej definicji superfood, nie ma też zamkniętej listy tego typu produktów. Co chwila dołącza do niej coś nowego. To są produkty z całego świata, mamy niesamowitą możliwość obok jagód acai, chlorelli i suszonych śliwek kalifornijskich jeść siemię lniane, brokuły czy polskie truskawki. Ta lista jest szeroka i ciągle dodajemy do niej nowe produkty – mówi dietetyk Barbara Dąbrowska.

Rynkowe trendy są korzystne dla produktów typu superfood. Rosnący popyt stwarza dobre perspektywy dla rozwoju spożywczego biznesu, który systematycznie rozszerza ofertę, żeby sprostać oczekiwaniom wymagających klientów. W ten trend chce się wpisać branża producentów śliwek z Kalifornii, która od kilku lat realizuje w Polsce kampanię marketingową.

Śliwki suszone, które zaliczają się do grupy superfood, to jedyny w Europie suszony owoc o potwierdzonym i udokumentowanym działaniu zdrowotnym. Są bogate m.in. w witaminę K oraz wysokiej jakości witaminę B6. Dietetycy zalecają jedzenie ich jako zdrowego dodatku do codziennej diety.

Suszone śliwki kalifornijskie mają też szerokie zastosowanie w biznesie spożywczym. Amerykański Urząd Statystyczny ds. Rolnictwa (NASS) szacuje, że tegoroczne plony śliwek kalifornijskich sięgną 105 tys. ton, co oznacza ponad 100-procentowy wzrost rok do roku. To dobra informacja nie tylko dla konsumentów, lecz przede wszystkim dla przemysłu spożywczego. Zdaniem ekspertów w tym roku Kalifornia będzie miała znaczący wkład w rozwój światowych rynków superfood.

– Rynek się wzmacnia, a ten rok będzie bardzo korzystny. W ubiegłym było trochę załamań pogodowych, suszone owoce nie miały się najlepiej. W tym roku jesteśmy spokojni, bo na rynek wejdzie 105 tysięcy ton suszonych śliwek z Kalifornii – mówi ekspert kulinarny Paweł Loroch.

Obok dobrych zbiorów wyższa jest też sprzedaż drzewek śliwkowych. W 2017 r. w Kalifornii odnotowano wzrost ich sprzedaży o 14 proc. W przyszłym roku prognozowany jest kolejny, 8-procentowy wzrost sprzedaży drzewek śliwkowych (do ponad 652 tys. sztuk). Dziennikarz i ekspert kulinarny Paweł Loroch liczy, że przy odpowiednich działaniach marketingowych, trendsetterskich i podaży rynkowej da się wypromować w Polsce suszoną śliwkę kalifornijską na symbol superfood.

Nowe technologie pozwalają lepiej magazynować energię odnawialną i skuteczniej nią zarządzać. Trwają prace nad usprawnieniem i obniżeniem kosztów tego procesu

Nowe technologie pozwalają lepiej magazynować energię odnawialną i skuteczniej nią zarządzać. Trwają prace nad usprawnieniem i obniżeniem kosztów tego procesu 5

Zarządzanie energią, w tym jej magazynowanie, to najważniejsza kwestia przyszłości dla środowiska, ludzi i biznesu – ocenia Bartłomiej Zysiński, prezes firmy Maybatt. Obecnie na rynku rozwijane są technologie związane z takimi nośnikami jak akumulatory czy płyty, które magazynują energię. Nowe technologie z zakresu magazynowania energii są też kluczowe do rozwoju odnawialnych źródeł energii.

– Zarządzanie energią, w tym jej magazynowanie, to najważniejsza kwestia przyszłości dla środowiska, ludzi i biznesu. Bezpieczeństwo energetyczne, niezależność energetyczna, własne dostawy prądu – to te kwestie, które należy zabezpieczyć z punktu widzenia energetyki. Jest to opłacalne, pod warunkiem że zastosuje się dobrze wybrany system i dobrze dobraną technologię – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartłomiej Zysiński, prezes zarządu firmy Maybatt oraz członek zarządu i założyciel Polskiej Izby Magazynowania Energii.

W Polsce pojawiają się możliwości technologiczne, aby magazynować energię elektryczną, nie tylko przez producenta, lecz także dystrybutorów i klienta końcowego. Jeszcze kilka lat temu magazynowanie energii w systemie elektroenergetycznym było możliwe przede wszystkim dzięki elektrowniom szczytowo-pompowym. Trwają też intensywne prace nad technologiami dającymi szansę magazynowania energii odnawialnej, dla źródeł o zmiennej stabilności pracy.

– Sposób wytwarzania i magazynowania energii w odpowiedniej ilości i odpowiednim czasie jest tą umiejętnością kluczową. Łatwo jest wyprodukować, łatwo jest zmagazynować, natomiast trudno to skoordynować i tym zarządzać – przekonuje Bartłomiej Zysiński.

Według analityków firmy doradczej Frost & Sullivan systemy magazynowania energii w akumulatorach w najbliższych latach będą sposobem na upowszechnienie OZE (Odnawialnych Źródeł Energii). Globalny rynek magazynów energii w 2024 roku ma być warty 8,3 mld dol.

– Maybatt stosuje bateryjne technologie magazynowania energii. Na rynku występują akumulatory w różnych technologiach chemii, w różnych technologiach wykonania, natomiast kompleksowo zajmujemy się wszystkimi technologiami, dobierając zastosowania zgodne z potrzebami klienta. Akumulatory, płyty, elektrolit, który zawiera tę energię i przesyła między płytami – są to właśnie te elementy, które cały świat próbuje rozwijać, aby znaleźć najlepsze rozwiązania technologiczne, tańsze i o wyższej sprawności – tłumaczy prezes Maybatt.

Nowoczesne akumulatory nie zawierają metali ciężkich i żadnych toksycznych chemikaliów. Są bezpieczne, więc mogą też być stosowane także tam, gdzie przebywają ludzie. W przypadku awarii sieci można je stosować jako alternatywne źródło zasilania, a co więcej – pozwalają zmagazynować energię pozyskaną z OZE i zużywać ją częściowo lub w całości wtedy, kiedy jest to potrzebne.

– Problem z powszechnością magazynów energii wynika z faktu słabej dostępności tych technologii, słabego zrozumienia tej potrzeby i stosunkowo wysokiego kosztu jednostkowego tej technologii, szczególnie dla użytkowników domowych – wskazuje ekspert.

Jak podkreśla Bartłomiej Zysiński, nowinki technologiczne w zakresie odnawialnych źródeł energii, które pojawiły się w ostatnich latach, są szybko popularyzowane. Przykładem może być technologia kolektorów grzewczych, którą wprowadził do szerszego użytku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska.

– Teraz mamy do czynienia z wielką promocją fotowoltaiki. W kolejnej perspektywie patron, który zajmie się ze strony funduszy czy ze strony promocji rynkowej tych technologii, będzie postrzegany jako Prometeusz, jeżeli chodzi o magazynowanie energii – przekonuje Bartłomiej Zysiński.

Polacy niewiele odkładają na przyszłość. Zmienić mają to ulgi zapowiadane przez resort M. Morawieckiego

Polacy niewiele odkładają na przyszłość. Zmienić mają to ulgi zapowiadane przez resort M. Morawieckiego 6

Tylko co trzeci Polak ma długofalowy plan finansowy, który obejmuje okres dłuższy niż 12 miesięcy. Jeszcze mniej osób odkłada z myślą o przyszłej emeryturze. Na tle państw OECD, odsetek osób oszczędzających w Polsce jest jednym z najniższych. Aby pobudzić krajową gospodarkę i inwestycje oraz odciążyć system emerytalny, konieczne są ulgi i finansowe zachęty do długoterminowego oszczędzania. To jeden z celów planu wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który ma wystartować w przyszłym roku.

– Struktura oszczędności Polaków jest niekorzystna, bardzo dużo oszczędności jest lokowanych w środkach krótkoterminowych. Około 70 proc. stanowią lokaty, krótkoterminowa gotówka i depozyty bankowe. Oszczędzanie bez konkretnego, długoterminowego celu, na czarną godzinę, powoduje że te oszczędności nie mają możliwości pracowania w długim terminie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Adamczyk, prezes TFI PZU.

Opublikowany w tym miesiącu „Raport o stabilności systemu finansowego” NBP potwierdza, że polskie gospodarstwa domowe preferują inwestycje w aktywa finansowe o względnie niskim poziomie ryzyka i dużej płynności przede wszystkim depozyty krótkoterminowe i gotówkę.

Lokaty bankowe dominują w strukturze oszczędności Polaków, ponieważ są postrzegane jako bezpieczne, a zgromadzone na nich środki obejmuje Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Dlatego są najchętniej wybieraną metodą oszczędzania. Najpopularniejsze są depozyty krótkoterminowe, na okres nieprzekraczający roku.

Jak wynika z badania „Postawy Polaków wobec finansów”, które Fundacja Kronenberga przeprowadziła we wrześniu ubiegłego roku, tylko 2 proc. odkłada długoterminowo, w perspektywie dłuższej niż 10 lat.

– W porównaniu do innych krajów rozwiniętych i państw OECD komponent oszczędności długoterminowych i emerytalnych jest w Polsce znacznie niższy – zauważa Marcin Adamczyk.

Potwierdza to ubiegłoroczne badanie poziomu świadomości finansowej, przeprowadzone przez OECD, w którym Polska zajęła ostatnią, 30. pozycję. Wynika z niego, że Polacy bardzo słabo wypadają w planowaniu finansowym, a tylko co trzeci wyznacza sobie cele finansowe do zrealizowania. Podobny odsetek (32 proc. przy 50-procentowej średniej) ma długofalowy plan finansowy, który obejmuje okres dłuższy niż 12 miesięcy. Na tle państw OECD, odsetek osób oszczędzających jest w Polsce jednym z najniższych.

Sytuacja wygląda analogicznie w przypadku oszczędzania na emeryturę. Ubiegłoroczny raport BGŻ Optima („Polak oszczędny 2016”) przytacza dane Banku Światowego, zgodnie z którymi tylko niecałe 16 proc. odkłada pieniądze z myślą o emeryturze (w Niemczech na emeryturę oszczędza ponad połowa obywateli). Globalna firma doradcza Deloitte przestrzega, że jeżeli stopa oszczędności długoterminowych nie wzrośnie, to przeciętny poziom emerytury w stosunku do ostatniej płacy w Polsce spadnie do poziomu 37 proc. Żeby tego uniknąć, niezbędny jest dobry klimat dla tzw. trzeciego filaru systemu emerytalnego.

Eksperci zgodnie wskazują, że konieczna jest też edukacja finansowa społeczeństwa i finansowe zachęty do długoterminowego oszczędzania. Istotną rolę może w tym odegrać przyjęty w lutym przez rząd Plan na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, opracowany przez resort wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

Jednym z celów planu Morawieckiego jest zwiększenie stopy oszczędności, z których finansowane są inwestycje, co w efekcie ma pobudzić krajową gospodarkę.

– Znaczenie planu budowy kapitału poprzez takie inicjatywy jak plany kapitałowe czy funkcjonujące już plany emerytalne jest bardzo istotne. Ważne jest tworzenie odpowiednich instrumentów rynku kapitałowego, jego płynność, segment obligacji korporacyjnych oraz segment inwestowania w nieruchomości bez bariery wejścia, czyli fundusze nieruchomości. To wszystko są instrumenty, które będą dywersyfikować oszczędności Polaków, a wiadomo, że dywersyfikacja podnosi bezpieczeństwo tego typu oszczędności – mówi Marcin Adamczyk.

Głównym elementem planu Morawieckiego jest Program Budowy Kapitału, który zakłada utworzenie dobrowolnego, kapitałowego i wspieranego przez państwo systemu oszczędzania na przyszłą emeryturę. Jego filarem będą pracownicze plany emerytalne (do których pracownicy będą zapisywani automatycznie). Mają one znacząco zwiększyć stopę oszczędności krajowych. Zgodnie z rządowymi zapowiedziami program ma wystartować w przyszłym roku.

– Z sygnałów, które do nas docierają, wynika, że na początek zostanie przeprowadzona reforma OFE, przekształcenie PTE w TFI, a następnie wejdą programy kapitałowe. Rok 2018 to dopiero początek, to są procesy długofalowe. Przechodzimy do sytuacji, w której zaczynamy budować. Potem wszystko to będzie samo się napędzać – na przykład płynny rynek obligacji korporacyjnych pozwoli odejść od finansowania kredytem bankowym, drogim dla spółek i firm. To spowoduje, że będzie można wydłużyć horyzont inwestycyjny dla firm, czyli podnieść potencjalny poziom wzrostu gospodarczego całej gospodarki – mówi Marcin Adamczyk, prezes TFI PZU.

Klawiatury dla graczy komputerowych coraz bardziej dopasowane do użytkowników. Liczą się nie tylko design i jakość, lecz także ergonomia i wytrzymałość

Klawiatury dla graczy komputerowych coraz bardziej dopasowane do użytkowników. Liczą się nie tylko design i jakość, lecz także ergonomia i wytrzymałość 7

E-sport rozwija się bardzo dynamicznie, a wraz z nim cały rynek odpowiedzialny za sprzęt gamingowy. Jednym z urządzeń, bez których żaden gracz nie może się obejść, jest dobrej jakości klawiatura mechaniczna. Eksperci podkreślają, że obecnie podczas jej zakupu warto zwrócić uwagę nie tylko na design, wykonanie, lecz także na ergonomię, mobilność i podświetlenie. W przyszłości nie będzie tego problemu, bowiem klawiatury będą mocno spersonalizowane i dopasowane do potrzeb konkretnego gracza.

– Profesjonalny gracz w ciągu jednej sekundy potrafi wykonać jedenaście operacji, mówimy tu o ruchu myszą czy naciśnięciu klawisza. W związku z tym przed klawiaturami i myszami stoją ogromne wyzwania. To muszą być urządzenie bardzo szybkie, nie powodujące spowolnienia w ruchach i szybko oddające sygnał do komputera, przekazujący to, co gracz chce zrobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Forbert z firmy HyperX.

Obecnie na rynku dostępne są trzy typy klawiatur dedykowanych graczom: klawiatury mechaniczne, klawiatury membranowe i hybrydy. Różnią się konstrukcją i możliwościami.

– Klawiatura mechaniczna to klawiatura, której klawisze zbudowane są w sposób mechaniczny, a więc jest tam sprężynka, odpowiednie elementy, które naciskają, oraz styki, które powodują zwarcie i przekazują sygnał. Klawiatura membranowa to trzy warstwy folii rozdzielone gumą. Wyróżnia ją konstrukcja, która później ma niebagatelny wpływ na trwałość. Co istotne, klawiatura mechaniczna potrafi wytrzymać nawet 20–30 milionów kliknięć, nie zużywa się, przycisk mechaniczny daje pewność użytkowania, gracz jest w stanie wyczuć, że to, co chce zrobić, klawiatura już załapała, nastąpiło zetknięcie, impuls został przekazany. Naturalnie hybryda łączy oba modele w jeden – wyjaśnia Marcin Forbert.

Obecnie w cenie jest design, ergonomia i kompaktowość. Nic dziwnego, że gracze stawiają na wytrzymałe klawiatury o dużej żywotności, które nie tylko dobrze wyglądają, lecz także są komfortowe w użytku.

– Duża trwałość, pewność w działaniu, dodatkowo niewielkie rozmiary i mobilność – klawiatura powinna zajmować niewiele miejsca na biurku i pozostawiać przestrzeń na zamaszyste ruchy myszą. Istotne jest również wykonanie – z reguły klawiatura oparta jest na solidnej, metalowej ramie, dzięki czemu nie ulegnie uszkodzeniu. Gracze często uniesieni emocjami wykorzystują klawiaturę, wyżywając się na niej. Klawiatura mechaniczna jest praktycznie niezniszczalna, natomiast membranową, z racji bardzo delikatnej konstrukcji, bardzo łatwo uszkodzić – tłumaczy Marcin Forbert.

Przydatne może się okazać również podświetlenie, doceniane zwłaszcza przez graczy, którzy preferują nocny tryb grania. Ponadto kupując klawiaturę, warto sprawdzić skok klawiszy – nie powinien być zbyt wysoki, ponieważ może niekorzystnie wpłynąć na komfort użytkowania klawiatury. Urządzenia dla profesjonalistów oferują o wiele bardziej zaawansowane funkcje, aniżeli klawiatury gamingowe z niższej półki cenowej.

– Klawiatury turniejowe różnią się od standardowych klawiatur, są o wiele mniejsze, pozbawione części alfanumerycznej, mają specjalnie skonstruowane klawisze funkcyjne, które w każdej grze używamy w nieco innej kombinacji klawiszy. Te klawisze możemy również wyróżnić: czy to inną teksturą, czy innym kolorem, czy specjalnym podświetleniem – opowiada Marcin Forbert.

W przyszłości klawiatury gamingowe będą jeszcze bardziej spersonalizowane. Gracz będzie mógł jeszcze precyzyjniej dopasować urządzenie i jego konkretne elementy do swoich potrzeb za pomocą specjalnego oprogramowania.

– W przyszłości możemy się spodziewać klawiatur, które pozwolą na personalizację. Dołączone oprogramowanie, które będzie pozwalało na bardzo precyzyjne dopasowanie funkcjonalności klawiatury pod konkretnego gracza, dzisiaj te urządzenia są raczej ustandaryzowane. Już niebawem pojawią się klawiatury, które przy pomocy oprogramowania będzie można spersonalizować i zaprogramować – podsumowuje mówi Marcin Forbert.

Krajowy sektor finansowy otwarty na innowacje. To zachęca zagraniczne banki do inwestowania na polskim rynku

Krajowy sektor finansowy otwarty na innowacje. To zachęca zagraniczne banki do inwestowania na polskim rynku 8

Polska jest dużym, chłonnym i otwartym na nowinki rynkiem, a polski sektor bankowy ma stabilną pozycję ocenia Tomasz Rzeski, wiceprezes Inbanku. Wywodzący się z estońskiego sektora fintech Inbank zadebiutował w Polsce w marcu i jako pierwszy wprowadził wideoweryfikację klientów na czacie i elektroniczny podpis w chmurze. Innowacje są obecnie priorytetem branży finansowej, uznawanej za lidera cyfryzacji w Europie. Polska wciąż ma jednak bardzo dużo do zrobienia w zakresie digitalizacji usług finansowych. 

– Na rynku consumer finance wygrywa ten, kto najszybciej i najskuteczniej podejmie twierdzącą decyzję kredytową i przedstawi ofertę kredytu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rzeski, zastępca dyrektora oddziału Inbank w Polsce.

Estoński bank internetowy który na rodzimym rynku ma 25-procentowy udział w sprzedaży kredytów ratalnych i 20-procentowy udział w kredytach gotówkowych zadebiutował w Polsce w drugiej połowie marca. Bank wywodzi się z estońskiej spółki fintech, uznawanej za jedną z najbardziej innowacyjnych branż europejskiej gospodarki. Działa również na rynkach w Niemczech, na Łowie i w Austrii.

Wicedyrektor Inbanku zaznacza, że decyzja o debiucie w Polsce była podyktowana tym, że jest to duży, chłonny i otwarty na technologiczne innowacje rynek. Według KNF w ubiegłym roku sytuacja polskiego sektora bankowego pozostawała stabilna. Pozytywny obraz pokazują również statystyki: ponad 14 mln Polaków aktywnie korzysta z bankowości internetowej, a około 5 mln ma zainstalowaną w smartfonie aplikację swojego banku. Firma doradcza PwC podaje, że z bankowości mobilnej korzysta już 61 proc. posiadaczy telefonów komórkowych (najwyższy wynik w UE). Stale rośnie też liczba osób korzystających z oferty firm pożyczkowych, podobnie jak poziom zadłużenia w kredytach konsumpcyjnych (według BIK na koniec 2016 roku przekroczył 140 mld zł).

– Na tle Estonii polski sektor finansowy wygląda bardzo korzystnie. Po pierwsze, jest to rynek 38 mln konsumentów. Po drugie, mamy jedną z najwyższych dynamik, jeśli chodzi o wzrost wartości rynku consumer finance w Europie. Po trzecie, jesteśmy rynkiem, który szybko chłonie innowacje technologiczne. Czyli jesteśmy idealnym ekosystemem dla banku internetowego, jakim jest Inbank – tłumaczy Tomasz Rzeski.

InBank wywodzi się z Estonii, uznawanej za jedno z najbardziej innowacyjnych i zdigitalizowanych państw świata. W ubiegłorocznym raporcie Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) niewielki, liczący 1,3 mln mieszkańców kraj został zaliczony do czołówki najbardziej innowacyjnych gospodarek  w Europie. Estonia ma rozwinięty system wsparcia dla start-upów, a wiele tamtejszych mikroprzedsiębiorstw przekształciło się w duże firmy, które operują globalnie (z Estonii wywodzi się m.in. Skype).

Innowacje sprawdzone na rodzimym rynku Inbank wdrożył również w Polsce. Jako pierwszy wprowadził metodę wideoweryfikacji klientów za pośrednictwem internetowego czatu. Specjalne algorytmy porównują zdjęcie z dowodu osobistego z obrazem na ekranie komputera, a cały proces weryfikacji trwa kilka minut. Konsument nie musi przedstawiać skanu swojego dowodu, składać wizyty w oddziale ani robić przelewu weryfikacyjnego. Potrzebuje jedynie komputera z dostępem do sieci, wyposażonego w kamerę i mikrofon.

Drugą innowacyjną technologią jest technologia SimplySign – podpis elektroniczny w chmurze, który InBank wykorzystuje do ochrony transakcji dokonywanych online. Dokumenty i umowy są podpisywane kwalifikowanym podpisem elektronicznym, w pełni uznawanym w prawodawstwie Unii Europejskiej. Dzięki współpracy z Asseco usługa jest zintegrowana z systemem elektronicznym banku.

Kierownictwo InBanku spodziewa się, że takie rozwiązania lada moment wdrożą również inne instytucje finansowe i banki. Wicedyrektor polskiego oddziału podkreśla też, że w porównaniu z estońskim rynkiem w Polsce nadal jest dużo do zrobienia w zakresie cyfryzacji usług administracyjnych i finansowych.

– Pierwszy element to badanie zdolności i wiarygodności kredytowej. Porównując nasze uwarunkowania do rynku estońskiego, mamy pewne obszary, które wymagają poprawy. W Estonii rynek informacji publicznej jest jawny. Przykładowo, odpowiednik polskiego ZUS-u udostępnia swoje bazy bankom, żeby mogły odpytywać o stabilność i źródło dochodu klienta. U nas badanie zdolności jest cały czas robione papierem i stemplem, czyli na podstawie zaświadczeń wystawianych przez pracodawców. Temat weryfikacji tożsamości klienta w Estonii też wygląda dużo lepiej. Jest powszechny program rezydencji, dowodu elektronicznego i dowodu mobilnego. U nas są to na razie hasła i projekty – mówi Tomasz Rzeski.

W Estonii podpisywanie dokumentów urzędowych i składanie deklaracji podatkowych odbywa się online. Podobnie jak składanie podania o rezydenturę i zakładanie działalności gospodarczej, co jest możliwe nawet zza granicy, za pośrednictwem e-systemów. Z tych danych mogą korzystać instytucje finansowe, które na ich podstawie potwierdzają tożsamości klienta i wyliczają jego zdolność kredytową. W Polsce ten proces cięgle wymaga wizyty w placówce stacjonarnej i papierowego zaświadczenia o zarobkach od pracodawcy.

– Klient chce mieć szybko, tanio i wygodnie. Przed startem biznesu robiliśmy badanie konsumenckie, w którym zapytaliśmy Polaków: z jakimi trudnościami spotykają się przy wnioskowaniu o kredyt? Dwa najczęściej wskazywane elementy to długie i niezrozumiałe procedury kredytowe oraz konieczność wizyty w oddziale. Mamy do czynienia z erą e-konsumenta, który chce tu i teraz – mówi Tomasz Rzeski.

Z raportu „Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego”, który opublikował w lutym NBP, wynika, że Polacy preferują usługi bankowe dostępne za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Aż 92 proc. korzysta z bankowości internetowej, podczas gdy tylko 8 proc. wybiera wizytę w tradycyjnych oddziałach.

Potrzeby konsumentów dostrzegają polskie banki. Już teraz uznawane za jedne z najbardziej innowacyjnych w Europie. Globalna firma doradcza Deloitte podaje, że polski sektor bankowy jest  wśród liderów cyfryzacji w Europie Środkowej. Polskie banki wdrożyły zaawansowane narzędzia i metody zdobywania nowych klientów za pośrednictwem internetu i aplikacji mobilnych (w czołówce najlepiej zdigitalizowanych Deloitte wymienił ING Bank Śląski, mBank i Millenium). Dzięki innowacjom banki chcą konkurować z coraz szybciej rosnącym sektorem fintech.

PwC prognozuje, że tradycyjne instytucje finansowe mogą stracić nawet 20 proc. rynku na rzecz innowacyjnych start-upów z sektora finansowego. Blisko dwie trzecie (57 proc.) klientów deklaruje, że są skłonni zastąpić bankowego doradcę rozwiązaniem technologicznym.

Internet rzeczy wkracza do inteligentnych domów. Kluczowe są rozwiązania gwarantujące cyberbezpieczeństwo

Internet rzeczy wkracza do inteligentnych domów. Kluczowe są rozwiązania gwarantujące cyberbezpieczeństwo 9

Rynek tzw. inteligentnych domów ma w Polsce ogromny potencjał wzrostu. Rozwiązania, które pojawiają się na rynku, udoskonalają czynności związane ze sprawdzaniem sytuacji w mieszkaniu niezależnie od tego, gdzie aktualnie jesteśmy. Tymczasem kolejnym impulsem do wzrostu ich popularności ma być umożliwienie domowym urządzeniom komunikacji z innymi sprzętami lub wręcz podejmowania autonomicznych decyzji do zarządzania obszarem, za które odpowiadają w domu. Zyskają na tym firmy, których technologie będą równocześnie oferować klientom cyberbezpieczeństwo inteligentnych produktów.  

– Samo pojęcie inteligentnych domów czy budynków nie jest nowe i istnieje już od ponad 40 lat. Obecnie trendem są smart things, a nawet smart environment. Wychodzimy od koncepcji inteligentnego domu jako zwartej, zamkniętej przestrzeni, gdzie jest jakaś instalacja sterująca np. roletami czy oświetleniem, do koncepcji dynamicznej, w której to obiekty znajdujące się na terenie domu, firmy, restauracji albo w miejscu publicznym, mają zdolność do komunikowania się czy podejmowania decyzji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Patryk Arłamowski, prezes zarządu spółki Blebox, która dostarcza rozwiązania z zakresu internetu rzeczy.

Obecnie w Polsce działa około 80 firm, które dostarczają rozwiązania z zakresu inteligentnych budynków. Krajowy rynek rozwiązań wchodzących w skład inteligentnego domu jest szacowany na minimum 100 mln zł z ogromnym potencjałem wzrostu w najbliższych latach.

– My skupiliśmy się na przewadze technologicznej. Wykorzystujemy własną, unikalną technologię komunikacyjną, która pozwala przedmiotom komunikować się ze smartfonem (czyli z użytkownikiem) bezpośrednio – wskazuje Patryk Arłamowski. – Jednocześnie nasza technologia umożliwia dołączanie przedmiotów, jak zwykła żarówka, rolety, brama garażowa czy wjazdowa, bezpośrednio do internetu bez użycia urządzeń pośredniczących typu jednostka centralna, hub czy gateway. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu technologii microWiFi, która została opracowana przez nasz zespół na etapie prac naukowo-badawczych.

Według badań wśród najczęściej stosowanych rozwiązań inteligentnego domu Polacy wskazują: możliwość zarządzania oświetleniem (87 proc.), klimatyzacją, ogrzewaniem oraz alarmem (po 83 proc.), bramą wjazdową (ok. 81 proc.) i kamerą domowego monitoringu (80 proc.) za pomocą smartfonu. Kolejne możliwości inteligentnego domu stanowiły: posiadanie telewizora zintegrowanego z internetem (66 proc.), inteligentnej lodówki, zamawiającej brakujące produkty (42 proc.) czy pralka sterowana przez smartfona (55 proc.).

– Drugą rzeczą, która nas wyróżnia, jest to, że poza dostarczaniem produktów dla instalatorów i dla posiadaczy domów dostarczamy również samą technologię dla producentów klasycznych urządzeń. Pomagamy im przekształcić produkty, które już mają w swojej ofercie, na przykład rolety, ogrzewanie, oświetlenie, w produkty typu smart – dodaje szef Blebox. – Razem z producentem bram możemy stworzyć bramę otwieraną przy pomocy smartfona czy smartwatcha. I to nie tylko kiedy znajdujemy się w jej pobliżu, lecz także z dowolnego miejsca na świecie. Za pomocą smartfona możemy też sprawdzić, czy brama jest otwarta, czy zamknięta, kiedy jesteśmy poza domem.

Obecnie większość inteligentnych produktów dostępnych na rynku bazuje na znanych rozwiązaniach jak Bluetooth czy WiFi, ale także kojarzonym raczej przez specjalistów ZigBee, będącym jednym ze standardów specyfikacji protokołów transmisji danych w inteligentnych budynkach. Z kolei Blebox stosuje w rozwiązaniach technologię microWiFi.

– Na rewolucyjność naszych rozwiązań wpływa zwłaszcza zastosowanie własnej technologii komunikacyjnej. Jest to technologia, która pozwala podłączać przedmioty zarówno do internetu, jak i sterować nimi z bezpośredniego zasięgu poprzez smartfony czy tablety – wymienia Patryk Arłamowski. – Nasze rozwiązanie połączyło powyższe technologie. Zostało zaprezentowane przez nasz zespół naukowy podczas Międzynarodowej Wystawy Wynalazków i Innowacji w Chengdu w Chinach w 2015 roku i uzyskało wyróżnienie jako jedna z najbardziej przełomowych technologii internetu rzeczy. 

Ekspert podkreśla, że technologia spółki umożliwia przedmiotom komunikację zarówno ze sobą, jak i z sieciami infrastrukturalnymi, przez co mogą być dołączane bez innych urządzeń do internetu.

– Co istotne, technologia ta jest odporna na zakłócenia oraz na ataki związane z próbą przejęcia kontroli nad urządzeniami. Aby otworzyć dowolną roletę, która jest dostępna na rynku za pomocą prostego komputera i kilku elektronicznych gadżetów, potrzeba mniej niż minutę. W przypadku naszych urządzeń tego typu atak musiałby trwać około 29 lat – stwierdza szef Blebox. – Oprócz microWiFi najbardziej dumni jesteśmy z serii produktów wBox, którymi możemy sterować z dowolnego miejsca na świecie bez urządzeń pośredniczących. Co ciekawe, w ciągu półtora roku istnienia udało nam się przekonać do współpracy kilku największych producentów bram, okien dachowych, rolet czy oświetlenia. Skorzystali z naszej technologii i wdrożyli ją jako część swoich linii produktowych, tworząc inteligentne okna, bramy, rolety czy drzwi.

Elektryczne samochody i nowe technologie mogą rozwiązać problemy drogowe polskich miast. Trendy wyznaczają europejskie metropolie

Elektryczne samochody i nowe technologie mogą rozwiązać problemy drogowe polskich miast. Trendy wyznaczają europejskie metropolie 10

Emisja spalin, niedostatek miejsc parkingowych i uciążliwe korki to największe wyzwania miast związane z ruchem drogowym. Według Carla Friedricha Eckhardta z Grupy BMW obok nowych technologii rozwiązaniem może być popularny w Europie model współużytkowania samochodów czy elektryczne pojazdy, mocno wspierane na szczeblu rządowym. Kierunki rozwoju polskim samorządom wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie.

– Najważniejsze wyzwania, które stoją przed ruchem drogowym w miastach, są widoczne już dzisiaj. Mówimy o korkach, braku miejsc parkingowych i emisji spalin. Żeby im sprostać, miasta powinny zwiększać dostępność usług zapewniających mobilność i zasypywać przepaść pomiędzy właścicielami samochodów i tradycyjnym transportem publicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Carl Friedrich Eckhardt, Grupy BMW i zajmującego się wyzwaniami dotyczącymi mobilności.

Zanieczyszczenie powietrza, mobilność i transport niskoemisyjny to w tej chwili najważniejsze zagadnienia w dyskusji o rozwoju miast i metropolii. Z ubiegłorocznego raportu Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że 33 spośród 50 miast o najgorszym stanie powietrza w Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. WHO przestrzega, że co roku smog przyczynia się do przedwczesnej śmierci ponad 40 tys. Polaków. To pierwszy powód, dla którego samorządy szukają rozwiązań ograniczających emisję zanieczyszczeń i inwestują w publiczny transport.

Drugim są potrzeby mieszkańców miast i kierowców narzekających na brak miejsc parkingowych i uciążliwe korki. Z badania, które w styczniu przeprowadził instytut TNS Polska, wynika, że utrudnienia drogowe są powodem frustracji dla prawie połowy (49 proc.) polskich kierowców. Jak wyliczyli eksperci Deloitte, kierowcy w siedmiu największych polskich miastach tracą 3,8 mld zł rocznie, stojąc w korkach.

– Najistotniejszym warunkiem rozwijania mobilności w miastach jest włączenie mieszkańców do procesu zmian. Wyzwaniem nie jest technologia, ale polityka – zauważa Carl Friedrich Eckhardt.

Dla polskich miast szansą na ograniczenie hałasu i spalin oraz podniesienie komfortu życia jest elektromobilność, mocno wspierana na szczeblu rządowym. Według planów Ministerstwa Rozwoju do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych. Na początku tego roku Państwowy Fundusz Rozwoju i 41 samorządów podpisały wspólnie listy intencyjne dotyczące rozwoju elektromobilności, a gminy zobowiązały się, że zakupią łącznie 780 nowoczesnych autobusów elektrycznych.

Popularność zdobywa też carsharing, czyli współużytkowania samochodów. To trend, który wyrósł na bazie modnej w ostatnim czasie ekonomii współdzielenia. System wypożyczania aut jest powszechny w wielu krajach Europy, m.in. w Niemczech i Francji. Na przykład system DriveNow prowadzony przez BMW i Sixt ma już ponad 860 000 klientów i działa w 12 europejskich miastach. Na polskim rynku pierwsze takie inicjatywy działają już w największych metropoliach: Warszawie, Krakowie i Trójmieście.

– Zaletą współdzielenia samochodów jest to, że ludzie mogą korzystać z auta wtedy, kiedy tego potrzebują. Miasto zyskuje, ponieważ powierzchnia drogowa może być efektywniej wykorzystana. Prywatny samochód stoi zaparkowany średnio 23 godziny dziennie. Wiele samochodów stoi zaparkowanych w naszych miastach przez kilka dni. Korzyść dla miast jest więc tutaj oczywista. Jeżeli są to dodatkowo samochody elektryczne, znika problem emisji spalin i hałasu –mówi Carl Friedrich Eckhardt  z BMW Group.

Wiosną przyszłego roku we Wrocławiu ruszy pierwszy miejski system carsharingu. Samorząd udostępni mieszkańcom minimum 200 samochodów elektrycznych i 60 stacji służących do ich ładowania. Na większą skalę carsharing może być w przyszłości rozwiązaniem, które ograniczy liczbę prywatnych samochodów, przyczyniając się tym samym do zmniejszenia emisji spalin. Szacuje się, że jedno współdzielone auto może zastąpić 4 do nawet 10 samochodów.

– Współdzielenie samochodów nie jest magiczną receptą, ale w połączeniu z innymi rozwiązaniami, takimi jak transport publiczny, może zwiększyć pulę opcji dla mieszkańców. Nie wiem, czy ten trend stanie się dominujący, ale z pewnością będzie odpowiadał za znaczną część ruchu – prognozuje Carl Friedrich Eckhardt.

Do usprawnienia ruchu na ulicach miast mogą się przyczynić też nowoczesne technologie. Większość zachodnioeuropejskich metropolii – takich jak Paryż, Londyn czy Amsterdam – korzysta już z systemów ITS (Inteligentne Systemy Transportowe), które pozwalają koordynować i zarządzać miejskim transportem. Dzięki nim kierowcy mogą w czasie rzeczywistym sprawdzić, w którym punkcie miasta są korki, a pasażerowie transportu publicznego – dowiedzieć się, za ile czasu przyjedzie tramwaj lub autobus. Takie projekty wdrożyły też m.in. Warszawa i Poznań.

Carl Friedrich Eckhardt ocenia, że trendy w zrównoważonym rozwoju w Europie wyznacza Kopenhaga, gdzie na dużą skalę działa system wypożyczalni samochodów. Duńska stolica przeznaczyła też miliony koron na wdrożenie inteligentnych systemów transportowych, które pozwalają koordynować ruch uliczny.

– W Kopenhadze wdrożono całościowe podejście. Rozbudowano transport publiczny w połączeniu ze współdzieleniem samochodów elektrycznych. To kluczowy element dla rozwoju kultury współdzielenia samochodów w skali całego miasta – ocenia Carl Friedrich Eckhardt.

Deloitte: Najbardziej o rozwój swoich społeczeństw dbają państwa skandynawskie

Polska znalazła się na 32 miejscu w globalnym rankingu rozwoju społecznego – Social Progress Index 2017. W porównaniu z poprzednim rokiem to miejsce niższe o dwie pozycje. Wysoko oceniono m.in. bezpieczeństwo osobiste obywateli. Negatywnie – poziom dostępności niedrogich mieszkań. Podobnie jak w przypadku innych krajów Europy Środkowej, nasz kraj został oceniony relatywnie nisko, jeśli chodzi o poziom tolerancji wobec imigrantów i poszanowania praw mniejszości. Eksperci organizacji Social Progress Imperative i firmy doradczej Deloitte wskazują, że w ciągu ostatnich trzech lat aż 113 spośród 128 analizowanych krajów poprawiło swój poziom rozwoju społecznego, jednak wciąż jest bardzo dużo do nadrobienia. Liderem obecnej edycji zestawienia jest Dania.                        

Od kilkudziesięciu lat świat przyzwyczaił się do oceny rozwoju danego kraju jedynie poprzez wzrost PKB. Tymczasem wskaźnik ten nie pokazuje pełnej kondycji, w której znajduje się społeczeństwo i gospodarka danego kraju np. nie definiuje jego wyzwań społecznych i środowiskowych. Postęp społeczny co prawda rośnie wraz z PKB, jednak od pewnego poziomu bogactwa społeczeństwa trudno jest go zwiększyć tylko poprzez wzrost gospodarczy. Dlatego cztery lata temu organizacja Social Progress Imperative stworzyła Social Progress Index (SPI) – czyli Indeks Rozwoju Społecznego. SPI uwzględnia w analizie czynniki społeczne oraz środowiskowe, co w połączeniu z informacjami ekonomicznymi, daje pełniejszy oraz długoterminowy obraz rozwoju. – Bez zdrowych i dobrze wykształconych obywateli, odpowiedniej infrastruktury, skutecznych systemów prawnych, pokoju i tolerancji, gospodarki nie będą się rozwijać – mówi Irena Pichola, Partner w Deloitte, Lider Zespołu Sustainability Consulting Central Europe.

Najlepsza Skandynawia

W tym roku w zestawieniu uwzględniono 128 państw, które obejmują swym zasięgiem ponad 94 proc. światowej populacji. Podobnie jak rok temu w obecnej edycji Social Progress Index najwyżej oceniono kraje Europy, Ameryki Północnej oraz Australii, a najgorzej państwa Afryki Subsaharyjskiej oraz Azji Środkowej i Południowej. Najwyższe wskaźniki rozwoju społecznego osiągnęły Dania, Finlandia oraz Norwegia i Islandia. Warto wspomnieć, że w ciągu ostatnich trzech lat pozycja lidera należała do któregoś z państw Półwyspu Skandynawskiego. W zeszłym roku była to Finlandia, a dwa lata wcześniej Norwegia. Z kolei, trzy ostatnie miejsca w rankingu należą niezmiennie do Afganistanu, Czadu oraz Republiki Środkowoafrykańskiej.

Niedrogie mieszkania wciąż trudno dostępne

Polska znalazła się w tzw. „drugiej” grupie państw, które charakteryzują się wysokim poziomem rozwoju społecznego. Razem z nami w tej kategorii uplasowało się także piętnaście krajów Unii Europejskiej, USA, Korea Południowa czy Argentyna. Lepszą pozycję od Polski spośród krajów naszego regionu udało się osiągnąć Słowenii (21), Czechom (22), Estonii (23) oraz Słowacji (30). Za nami znalazły się z kolei Łotwa (34), Litwa (35), Chorwacja (36), Węgry (37), Bułgaria (41), Rumunia (44) oraz Serbia (45). Polska zdobyła w tym roku 79,65 punktów, podczas gdy rok wcześniej było to 79,76.

– W porównaniu do krajów o podobnym wzroście PKB Polska została oceniona najlepiej w kontekście bezpieczeństwa osobistego, stosunkowo niskiego poziomu przestępczości oraz dostępu kobiet do uczelni wyższych. Natomiast wciąż mamy problem z dostępem do stosunkowo niedrogich mieszkań oraz dość wysokim wskaźnikiem samobójstw – mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w Zespole Sustainability Consulting Central Europe, Deloitte.

Social Progress Index powstaje poprzez obliczenie średniej uzyskanej z analizy trzech kategorii, które z kolei składają się z 53 zmiennych. W 2017 r. Polska otrzymała następujące wyniki w poszczególnych kategoriach:

 

  • Zaspokojenie fundamentalnych potrzeb człowieka – 90,69 punktów (w 2016 r. – 90,97)
  • Fundamenty dobrobytu – 81,48 punktów (w 2016 r. – 80,15)
  • Możliwości awansu społecznego i wolności osobiste – 66,80 punktów (w 2016 r. – 68,16)

Analizując sytuację Polski i innych krajów Europy Środkowej, w tym szczególnie Węgier i Słowacji, eksperci Social Progress Index wskazali, że na tle innych krajów UE, problemem regionu jest rosnąca niechęć do imigrantów i zwiększający się poziom dyskryminacji mniejszości. W tym samym kontekście autorzy raportu wymieniają również USA.

SPI na rzecz zrównoważonego rozwoju

We wrześniu 2015 r. kraje członkowskie ONZ przyjęły dokument „Przekształcanie naszego świata: Agenda na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju – 2030”, zawierający 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju (ang. Sustainable Development Goals – SDGs), które, uwzględniając wymiar ekonomiczny, społeczny i środowiskowy, zwracają uwagę na konieczność eliminacji ubóstwa, zapewnienia trwałości środowiska naturalnego oraz zrównoważonej konsumpcji i produkcji. Choć to rządy będą odpowiedzialne za ich realizację, bez większego zaangażowania biznesu może to być trudne. Mapą drogową, jak osiągnąć SDGs, może właśnie być SPI, który uzupełnia się z ideą zrównoważonego rozwoju.

– Cele Zrównoważonego Rozwoju ONZ powinny stanowić ramy dla wspólnych działań, które mogą chronić przyszłość naszą i kolejnych pokoleń. Wskaźnik SPI może być więc bardzo dobrym i wymiernym narzędziem do mierzenia postępów w realizacji SDGs. Jak jednak pokazuje tegoroczny ranking, w obecnym tempie postępu społecznego świat może mieć problemy z osiągnięciem wyznaczonych wyznaczonych przez ONZ celów do 2030 r. Żeby się tak stało, średni wynik SPI dla całego świata musiałby się zwiększyć o dziesięć punktów – z niemal 65 do 75 punktów – mówi Irena Pichola.

Najważniejsze wnioski Social Progress Index:

  • Średnia dla całego świata wyniosła 64,85 punktów, a to oznacza wynik pomiędzy poziomem, który osiągnęły Indonezja i Botswana.
  • W tym roku krajem o najwyższym poziomie rozwoju społecznego jest Dania. Pozostałe kraje skandynawskie także osiągnęły bardzo wysokie wyniki.
  • Kanada jest najlepszym krajem spośród krajów G7 (6 pozycja).
  • Brazylia wypadła najlepiej spośród krajów BRICS, zajmując 43. miejsce.
  • W ciągu ostatnich czterech lat największy progres – zwiększając swoje wyniki o trzy lub więcej punktów – osiągnęły kraje o niskim i średnim dochodzie, które mają najwięcej do poprawienia: Nepal, Kirgistan, Ghana, Bangladesz, Wybrzeże Kości Słoniowej, Myanmar (d. Birma), Sierra Leone, Togo i Nigeria.
  • Z kolei kraje, które w ciągu ostatnich czterech lat wykazały największy spadek (zmniejszając liczbę punktów o więcej niż jeden punkt), to: Nikaragua, Węgry, Republika Środkowej Afryki i Kongo.
  • Wskaźnik PKB nie odzwierciedla poziomu rozwoju społecznego. Wśród krajów, które, mając niski poziom PKB, osiągnęły stosunkowo wysoki poziom rozwoju społecznego, znalazły się: Kostaryka, Nepal, Kirgistan, Mołdawia i Senegal. W odwrotnej sytuacji są m.in. Arabia Saudyjska czy Kuwejt.
  • W tym roku dokonano analizy, z której wynika, że gdyby świat składał się ze 100 ludzi, to 65 z nich byłoby użytkownikami smartfonów, 51 z nich powiedziałoby, że ich kraj jest dobrym miejscem dla imigrantów; a 74 kobiety miałyby dostęp do nowoczesnej antykoncepcji.

Wskaźnik Social Progress Index powstaje poprzez obliczenie średniej uzyskanej z analizy trzech kategorii:

  • Zaspokojenie fundamentalnych potrzeb człowieka (Basic Human Needs):
  • żywność i podstawowa opieka zdrowotna,
  • jakość powietrza, dostęp do wody pitnej i warunki sanitarne,
  • bezpieczne schronienie („dach nad głową” i dostęp do energii elektrycznej),
  • bezpieczeństwo osobiste.
  • Fundamenty dobrobytu (Foundations of Wellbeing):
  • dostęp do podstawowej wiedzy i edukacji,
  • dostęp do informacji i środków komunikacji,
  • zdrowie i dobre samopoczucie,
  • trwałość ekosystemu
  • Możliwości awansu społecznego i wolności osobiste (Opportunity):
  • prawa osobiste,
  • dostęp do szkolnictwa wyższego,
  • wolność wyboru oraz osobista,
  • równość i tolerancja.

Z czym Polakom kojarzy się dobrobyt?

W badaniu „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowanym na zlecenie Lindorff SA, ankietowani zostali poproszeni o sprecyzowanie, z czym kojarzy im się dobrobyt. Dla ponad 3/5 pierwszymi konotacjami są luksusowy samochód oraz własne lokum. Ponad połowa respondentów z dobrobytem utożsamia również coroczne wakacje.

Badani zostali poproszeni o wskazanie, które odpowiedzi utożsamiają z życiem w dostatku. Najczęstszą odpowiedzią okazał się samochód klasy luksusowej, wskazało go aż 64% respondentów. Co ciekawe, nowy samochód średniej klasy znalazł się na piątej pozycji ze wskazaniami na poziomie 28% – czyli o 36 punktów procentowych mniej. To istotna statystyka, ponieważ samochód jest często deklarowanym przez badanych powodem wydatków czy zadłużeń – odpowiedź wskazująca na samochód i związane z nim koszty była trzecią (ze wskazaniami na poziomie 68%) przy pytaniu o cele wydawania przez Polaków pieniędzy (poza rachunkami i jedzeniem), a także najliczniej deklarowanym powodem zaciągania zobowiązań w ubiegłym roku (29% wskazań).

Na drugiej pozycji deklarowanych przez Polaków skojarzeń z dobrobytem (63%), z różnicą 1 punktu procentowego w stosunku do pierwszej odpowiedzi, znalazło się wskazanie posiadania własnego domu albo mieszkania. Tę pozycję ankietowani typowali najczęściej, gdy byli pytani o cele, przy których osiąganiu są skłonni skorzystać z zaciągnięcia zobowiązania finansowego (41% wskazań – najczęstsza odpowiedź). Trzeci w kolejności wyznacznik dobrobytu według badanych Polaków to coroczne wakacje – 53% badanych wskazało właśnie na nie. Tę daną ciekawie uzupełnia statystyka dotycząca częstotliwości wyjazdów wakacyjnych Polaków. Poproszeni o sprecyzowanie, jak często wyjeżdżają, badani Polacy co najmniej coroczne wakacje potwierdzili w 53%, w tym 18% badanych zadeklarowało, że wyjeżdża częściej niż raz na rok.

Dwie pierwsze oznaki dobrobytu wg Polaków, czyli własny dom i samochód, są także najważniejszymi wskazaniami w pytaniu „na jakie cele Polacy są skłonni zaciągnąć zobowiązania?” – choć w odwrotnej kolejności, na drugiej pozycji przy tym pytaniu pojawiła się odpowiedź „samochód” z 29% wskazań. Jak widać, nawet jeśli nie stać nas na własne wyznaczniki wysokiego statusu społecznego, to potrafimy z góry założyć konieczność zadłużenia się w celu ich realizacji.

Przy dalszych deklaracjach aspektów zwiększających jakość życia zostały wymienione: odzież i dodatki światowych marek (37%); biżuteria (24%); sprzęt RTV (19%) oraz Iphone (18%).

Największe różnice w odpowiedziach, jeśli podzielimy je ze względu na płeć ankietowanych, widać przy odpowiedzi „odzież i dodatki światowych marek”. Kobiety wskazały ją w 45%, natomiast mężczyźni w 28%. Różnica wyniosła aż 17 punktów procentowych. Drugą odpowiedzią, przy której widzimy największy rozdźwięk (9 punktów procentowych) można zauważyć przy odpowiedzi „Iphone”. Nowoczesny telefon jest oznaką dobrobytu dla 22% badanych pań oraz 13% panów. Trzecie miejsce z różnicą 7 punktów procentowych zajęły ex aequo odpowiedzi „sprzęt RTV” oraz „coroczne wakacje”, obie na korzyść procentową pań. Co więcej, przy żadnej z propozycji męskie odpowiedzi nie przekroczyły kobiecych wskazań. Można zatem wysnuć wniosek, że postrzeganie swojej sytuacji społeczno-materialnej przez pryzmat posiadanych dóbr jest istotniejsze dla kobiet niż mężczyzn. Przy odpowiedziach z największą różnicą punktów procentowych dodatkowo widać, na których płaszczyznach priorytety kobiet w dążeniu do dobrobytu są większe niż u mężczyzn. W badaniu można zauważyć, że dla kobiet w dużo większym stopniu niż dla mężczyzn oznaką dobrobytu jest możliwość zakupu produktów renomowanych marek (zwłaszcza odzieży i dodatków) oraz swoboda finansowa przy gospodarowaniu swoim wolnym czasem (wakacje). Podkreśla to fakt, że ankietowane zapytane, na co wydają swoje pieniądze (poza rachunkami i jedzeniem), w 93% odpowiedziały, że właśnie na odzież.wykres1

Co, jeśli do dobrobytu nam daleko?

Respondenci w badaniu zastali również zapytani, czy kiedykolwiek zdarzyło im się korzystać z pomocy finansowej fundacji lub organizacji pozarządowych. Zdecydowana większość, bo 90% ankietowanych, zaprzeczyła takim praktykom. 6% badanych stwierdziło, że skorzystało z takiej pomocy raz, a 4% więcej niż raz.

Podział odpowiedzi na kobiece i męskie nie wykazuje diametralnych różnic – jedynie fakt, że kobiety nieznacznie częściej (2 p. p.) skorzystały z jednorazowej pomocy finansowej.wykres2

Jak zatem radzimy sobie w przypadku problemów finansowych? Polacy zapytani co robią, jeśli brakuje im pieniędzy na wydatki, które nie wchodzą w zakres bieżących potrzeb, w 46% deklarują, ze rezygnują z wydatku. Z produktów finansowych, które dają dostęp do dodatkowych środków typu pożyczka lub karta kredytowa korzysta 15% respondentów. Jednocześnie aż 49% osób przyznaje, że kiedykolwiek było dłużnikiem z powodu zobowiązań finansowych . Badanie wykazało także, że 20% Polaków z problemami finansowymi zadłuża się jednak z powodu codziennej konsumpcji. Przypomnijmy również, że najpopularniejszymi kwotami zadłużeń w ubiegłym roku był przedział 8 001-25 000 zł. Łącznie zadłużenia do 3 000 zł (czyli do wysokości najpopularniejszej wśród Polaków wysokości wynagrodzenia) deklaruje 36% badanych. Okazuje się więc, że często zadłużamy się na niemal trzykrotnie wyższe sumy, niż wynosi nasze miesięczne wynagrodzenie.

Z jakich produktów finansowych korzystać, aby starczyło do końca miesiąca?

Jeśli borykamy się z problemem braku pieniędzy na bieżące wydatki i codzienną konsumpcję, być może powinniśmy ograniczyć nasze wydatki i sprawdzić, ile jesteśmy w stanie zaoszczędzić. Najlepiej zrobić to poprzez zestawienie swoich wszystkich miesięcznych wydatków i wykluczenie tych, bez których możemy się obejść. Jeśli jednak przeprowadzaliśmy już taką analizę, a nadal zdarza nam się potrzebować kilkuset złotych na koniec miesiąca, być może powinniśmy zainteresować się możliwością pożyczenia tych pieniędzy od banku. Kiedy to będzie skuteczne, efektywne i nie wpędzi nas w spiralę zadłużenia?

  • Limit na karcie debetowej – to wygodne i stosunkowo bezpieczne rozwiązanie, jeśli chcemy czuć bezpieczeństwo finansowe pod koniec miesiąca i ewentualnym zadłużeniem finansować niezbędne zakupy. Dzięki indywidualnie ustalonemu limitowi na koncie będziemy w stanie wydać w ciągu miesiąca np. 300 zł więcej niż wskazuje nasze saldo. Wraz z kolejnym miesiącem i wpłynięciem na nasz rachunek bankowy wynagrodzenia różnica wyrówna się, a my będziemy mogli dalej finansować swoje potrzeby z bieżącego wynagrodzenia. Kluczem do bezpiecznego wykorzystywania limitu jest jego rozsądne ustalenie – adekwatne do naszych zarobków (np. w wysokości 10 %).
  • Karta kredytowa – – pozwoli nam płacić pieniędzmi banku, których realnie nie mamy na koncie. Przez 52-58 dni bank nie pobierze od nas żadnych opłat czy procentów od wydanych kwot. Jednak w przypadku braku spłaty zadłużenia na karcie po tym terminie bank zażąda już od nas odsetek od wydatków. Zadłużenie można rozłożyć na raty, których oprocentowanie jest niższe niż niespłaconych w okresie bezodsetkowym wydatków.
  • Zakupy na raty – to bardzo wygodne rozwiązanie, jeśli naszą potrzebą jest konkretna rzecz. Jeśli brakuje nam na nią pieniędzy, możemy ją zakupić na raty i spłacać systematycznie w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy. Zazwyczaj przy zakupach na raty pożyczka jest oprocentowana – tzn. że w ciągu całego okresu spłaty realnie za kupiony przedmiot zapłacimy nieco więcej, niż gdybyśmy kupili go za gotówkę. Jeśli taki „koszt” zniechęca nas do skorzystania z tej możliwości, powinniśmy szukać tzw. „rat 0%” – dzięki nim kwota rozdzielona na miesięczne wpłaty będzie dokładnie taka sama jak produktu kupowanego za gotówkę. W takiej sytuacji oczywiście musimy uważać na wszystkie szczegóły umowy i tzw. „zapisy małym druczkiem”!
  • Pożyczka gotówkowa – tę opcję powinniśmy zawsze dokładnie przemyśleć. Da nam dodatkową gotówkę od razu, jednak zazwyczaj z największym oprocentowaniem spośród wszystkich możliwości. Ten sposób przyda nam się, jeśli nagle będziemy potrzebowali kupić coś, czego nie możemy kupić na raty. Zapożyczanie się na bieżące potrzeby niesie wysokie ryzyko wpadnięcia w „spiralę zadłużenia”, z której trudno wyjść (branie kolejnych kredytów na spłatę poprzednich), zatem wszystkie cele pożyczki gotówkowej powinny być dokładnie przeanalizowane.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

Polskie MŚP współpracują z firmami logistycznymi, aby wzmacniać działalność eksportową

Wyniki badania, zaprezentowanego przez FedEx Express, pokazują, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa rozwijają swoją działalność na nowych rynkach przy wsparciu firm logistycznych. Aż 95% z nich eksportuje swoje towary do innych krajów europejskich. Polskie MŚP z optymizmem zapatrują się na przyszłość, głównie dzięki rosnącemu rynkowi e-commerce – prawie 80% z nich już teraz uzyskuje przychody z tego segmentu.

Raport pokazuje również, w jaki sposób firmy transportowe pomagają małym i średnim przedsiębiorstwom wdrażać praktyki zrównoważonego rozwoju oraz pokonywać przeszkody administracyjne. Badanie FedEx SME Export Report zostało przeprowadzone przez firmę Harris Interactive na zlecenie FedEx Express.

FedEx SME Export Report jasno pokazuje optymistyczne nastroje panujące wśród polskich firm z sektora MŚP – jedna trzecia badanych spodziewa się zwiększenia swoich przychodów z eksportu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Raport ujawnia również, w jaki sposób polskie MŚP współpracują z takimi firmami, jak FedEx. Pozwala im to rozwijać się na dzisiejszym globalnym, cyfrowym rynku, gdzie króluje e-commerce – mówi Mariusz Mik, VP Operations Eastern Europe, FedEx Express.

Wniosek 1: Firmy logistyczne ułatwiają rozwój eksportu

76% przedsiębiorstw biorących udział w badaniu FedEx SME Export Report przyznało, że pomoc firm logistycznych w handlu zagranicznym jest dla nich ważna, a 5% uznało ją za kluczową. Co więcej, 28% z nich przyznało, że w ciągu ostatnich kilku lat zaczęły bliżej współpracować z firmami transportowymi, a 29% sygnalizuje potrzebę jeszcze większego wsparcia ze strony operatorów logistycznych. Wynika to głównie z potrzeb konsumentów, którzy oczekują szybszej i tańszej wysyłki towaru (odpowiednio 47% i 46% wskazań), a także większego zapotrzebowania na bardziej elastyczne usługi logistyczne wśród polskich MŚP (22%).

Prawie połowa firm współpracujących z operatorami logistycznymi outsourcuje więcej usług transportowych (46%), głównie po to, by zwiększać przychody oraz zakres działalności na nowych rynkach. 42% firm biorących udział w badaniu przyznaje, że firmy logistyczne pomagają im przezwyciężyć trudności związane z prowadzoną przez nich działalnością. Przedstawiciele MŚP wskazują również na rolę firm transportowych w procesie rozwoju przedsiębiorstwa już od etapu start-upu. 71% uznało ją za ważną lub bardzo ważną, 5% – za niezbędną.

Wniosek 2: Rosnąca konkurencja największym wyzwaniem biznesowym polskich MŚP

Większa konkurencja, zarówno na rynkach zagranicznych, jak i w Polsce, przepisy niesprzyjające biznesowi i rosnące koszty produkcji – to główne bariery w rozwoju działalności polskich firm-eksporterów z sektora MŚP. Nieco ponad 1/5 z nich (21%) wskazała także na niewydajny łańcuch dostaw, a 14% – na brak znajomości regulacji związanych z handlem. Aby radzić sobie z bieżącymi wyzwaniami, prawie połowa (45%) zadeklarowała, że inwestuje w nowe technologie, a 40% – w marketing i reklamę.

Wniosek 3: Nowoczesne technologie w trakcie wdrażania

FedEx SME Export Report zbadał również wykorzystanie nowoczesnych technologii przez polskie małe i średnie przedsiębiorstwa. Część z nich już korzysta z inteligentnych rozwiązań biurowych (16% wskazań), druku 3D, rzeczywistości wirtualnej, Internetu rzeczy – IoT ( po 9%) czy robotów (8%). Dużo więcej badanych przedsiębiorców deklaruje, że te rozwiązania zaczną przynosić im korzyści w ciągu najbliższych kilku lat. Ponad połowa (52%) przedstawicieli polskich MŚP przyznała, że innowacje technologiczne ułatwią im rozpoczęcie lub wzmocnienie ekspansji na nowe rynki.

Wniosek 4: Zrównoważony rozwój kluczowy dla polskich MŚP

61% przedsiębiorców biorących udział w badaniu FedEx SME Export Report uważa, że praktyki związanie ze zrównoważonym rozwojem są dla nich istotne. Dla 8% jest to priorytet. Wśród powodów, dla których jest on tak ważny, wymieniają m.in.: poprawę wizerunku firmy, zwiększenie zysków czy korzystny wpływ na kulturę firmy. 39% uważa, że praktyki te czynią ich firmy bardziej atrakcyjnymi dla pracowników. Badane przedsiębiorstwa wdrażają ideę zrównoważonego rozwoju poprzez inwestowanie w lokalne społeczności (30%), korzystanie z zielonego łańcucha dostaw (27%) czy wydajnego energetycznie transportu (22%). Operatorzy logistyczni wspierają firmy z sektora MŚP w zakresie zrównoważonego rozwoju m.in. poprzez stosowanie przyjaznych dla środowiska opakowań czy wykorzystywanie pojazdów oszczędzających paliwo.

***

O badaniu

Harris Interactive przeprowadził 9000 wywiadów (w tym 4500 w Europie) z przedstawicielami MŚP z 17 krajów[1], podzielonych na 4 regiony[2]. Badanie zostało przeprowadzone pomiędzy sierpniem i wrześniem 2016 roku. W badaniu wykorzystano metodę wywiadu telefonicznego oraz on-line. Wywiady podzielono po równo między kraje, wzięła w nim udział reprezentatywna liczba mikro (1-9 pracowników zatrudnionych na pełen etat), małych (10-49 pracowników zatrudnionych na pełen etat) oraz średnich firm (50-249 pracowników zatrudnionych na pełen etat). W badaniu wzięło udział po 500 firm z każdego kraju (w tym z Polski). Wyjątkiem jest Wielka Brytania, w której przebadano 1000 przedsiębiorstw.

[1] Belgia, Brazylia, Chiny, Kolumbia, Francja, Niemcy, Hong Kong, Indie, Włochy, Japonia, Holandia, Polska, Singapur, Korea Południowa, Hiszpania, Tajwan i Wielka Brytania

[2] Azja Pacyficzna; Europa; Ameryka Łacińska i Karaiby; Środkowy Wschód, Indie i Afryka Południowa

Ponad 50 proc. Polaków chce, by wysokość zarobków była jawna na etapie rekrutacji

Osoby poszukujące pracy coraz częściej przyznają, że chcą znać wysokość wynagrodzenia już na początku procesu rekrutacyjnego. Ponad 50 proc. Polaków deklaruje, że w ogłoszeniach o pracę brakuje informacji o wysokości wynagrodzenia. Jawność płac powinna obowiązywać również wewnątrz każdej organizacji. Takiego zdania jest 51 proc. rodaków[i]. Co pracodawcy mogą zyskać ujawniając wysokość zarobków? Czy jawność wynagrodzeń w pierwszym etapie rekrutacji zwiększa liczbę aplikacji? Które zagraniczne kraje przodują w transparentności wynagrodzeń?

Blisko połowa Polaków przyznaje, że wysokość wynagrodzeń jest dla nich tematem tabu. Mimo to coraz większa liczba pracodawców przekonuje się do podawania wysokości zarobków i to nie tylko wewnętrznie – w ramach organizacji – ale również podczas poszukiwania nowych pracowników, na etapie rekrutacji. – Proces rekrutacyjny jest złożony, a o zarobkach rozmawia się zazwyczaj w końcowym etapie – mówi Michał Młynarczyk, prezes devire (d. Devonshire). – Dziś pracodawcy i kandydaci chcą łączyć się w jak najkrótszym czasie, a sami kandydaci coraz częściej podkreślają, że informacja o wysokości zarobków powinna pojawiać się już w ogłoszeniu o pracę. Taka transparentność nie jest niczym nowym za granicą, w Polsce dopiero raczkuje. Należy również podkreślić, że problemy z pozyskaniem wykwalifikowanych kandydatów zmuszą pracodawców do podążania za tym trendem – dodaje Michał Młynarczyk.

Ile zarabia kolega z sąsiedniego biurka?

Według Rzeczpospolitej tylko 10-15 proc. polskich firm stosuje nowoczesny system wynagrodzeń. W praktyce oznacza to przejrzysty, a przede wszystkim rozbudowany system płac. W tej grupie, w dużej mierze znajdują się większe przedsiębiorstwa – również te z kapitałem zagranicznym.

– Oczywistym wydaje się, że stworzenie ogólnodostępnego planu wynagrodzeń i awansów jest prostym sposobem na zbudowanie uczciwej relacji z pracownikami. Ważna jest świadomość, że cały zespół wynagradzany jest na takich samych warunkach, a każdy z zatrudnionych zna drogę do podwyżki czy awansu – tłumaczy Michał Młynarczyk, Prezes firmy devire, specjalizującej się w przeprowadzaniu kompleksowych procesów rekrutacyjnych. Obecnie, firmy bardzo często nie mają wewnętrznej polityki jawności płac. Wprowadzenie takich zmian bez odpowiedniego przygotowania może generować problemy, takie jak niuanse płacowe wśród pracowników, większą roszczeniowość, konflikty, czy ujawnienie słabych stron konkurencji. – Warto jednak wiedzieć, że koszty stabilizacji płacowej w firmie będą mniejsze niż utrata potencjalnych, wykwalifikowanych pracowników – dodaje Michał Młynarczyk. Aby uniknąć problemów wewnętrznych, konieczne jest odpowiednie przygotowanie i plan działania. W takiej sytuacji na pewno nastąpić musi wyrównanie wysokości wynagrodzeń oraz przygotowania klarownego zbioru wytycznych, do których można się będzie odwołać w rozmowach z pracownikami.

Jawność wynagrodzeń a wizerunek przedsiębiorstwa

Giełda Papierów Wartościowych w dokumencie „Dobre Praktyki Spółek Notowanych na GPW 2016” rekomenduje przedstawianie corocznych raportów na temat polityki wynagrodzeń, której transparentność ma obejmować przynajmniej  „ogólną informację na temat przyjętego w spółce systemu wynagrodzeń”. Dlaczego? Z wyjaśnieniem śpieszy Związek Pracodawców i Pracobiorców, który w „Raporcie płacowym Polska i Świat 2012” również sugeruje rozważenie jawności płac, ze względu na wzrost zainteresowania inwestorów firmami, które w swoich rocznych raportach podają do informacji dane o wynagrodzeniach przynajmniej kadry kierowniczej i zarządu. Ma to pozytywny wpływ na wizerunek przedsiębiorcy, zaś zewnętrznym inwestorom daje poczucie bezpieczeństwa, ponieważ pokazuje, że ryzyko porażki jest mniejsze. Jawność wynagrodzeń daje dodatkowy sygnał, że gramy „fair play” także z naszymi pracownikami, jasno przedstawiając system płac i zasady awansów.

Warto brać przykład 

Jednym z pionierów transparentności płac jest Skandynawia. W Szwecji czy Norwegii już od ponad dekady możemy sprawdzić wysokość zarobków każdego obywatela, niekoniecznie pracującego z nami w jednym dziale, czy nawet firmie. Jedną z najnowszych rewolucji wprowadzili nasi zachodni sąsiedzi. Rząd Niemiec pod koniec stycznia 2017 roku wprowadził w życie ustawę, która za zadanie ma walkę z „gender pay gap”, czyli nierównościom płacowym ze względu na płeć. Od teraz pracownicy w ramach wątpliwości mogą domagać się wyjaśnienia zasad, na których wynagrodzenia były ustalane. Większe firmy, zatrudniające powyżej 500 osób, mają obowiązek przedstawiać takie zasady swoim pracownikom. Zdaniem Ministerstwa dzięki nowej ustawie dostęp do informacji dotyczących wynagrodzeń uzyska około 14 mln osób.

Transparentna rekrutacja

Ponad 55 proc. osób poszukujących pracy uważa, że w ogłoszeniach brakuje informacji o wysokości wynagrodzenia[ii]. Dla 40 proc. Polaków to właśnie płaca ma decydujące znaczenie. Pomimo tego aż 43 proc. jest raczej niezadowolonych, a 30 proc. zdecydowanie niezadowolonych ze swoich zarobków[iii]. Jeszcze w 2014 roku GoldenLine.pl szacowało, że tylko 3,5 proc. przedsiębiorców podaje widełki płacowe, głównie w branży IT. Najnowsze dane pokazują spory przyrost – obecnie około 19 proc. firm postanawia zamieścić wysokość wynagrodzenia już w ogłoszeniu[iv]. – To pozytywna informacja. Zdecydowanie daleko nam jeszcze do Stanów Zjednoczonych, Francji czy Holandii, gdzie takie sytuacje są na porządku dziennym, ale już widać tendencję do powiększania się skali tego zjawiska w Polsce – komentuje Michał Młynarczyk.

Sposób na większą liczbę aplikacji

Portale rekrutacyjne SMART Recruit Online oraz Jobsite oświadczyły niedawno, że podanie w ogłoszeniu widełek płacowych wpłynęło na wzrost zainteresowania ofertami aż o 30 proc. Podobnie sytuacja wygląda w chwili, kiedy oferta pracy takich informacji nie posiada – wówczas około 25-30 proc. kandydatów spełniających kryteria postanawia nie aplikować na stanowisko[v], zwłaszcza w branży IT, której wykwalifikowani pracownicy dokonują szybkiej weryfikacji ofert pracy. – Według szacunkowych danych około 50 proc. procesów rekrutacyjnych kończy się rozczarowaniem, czy to ze strony kandydata, czy rekrutera, z powodu rozbieżnych oczekiwań i możliwości finansowych. Z obserwacji devire wynika natomiast, że wyspecjalizowani kandydaci w ogóle nie aplikują na ogłoszenia, które nie posiadają informacji o wynagrodzeniu. Wyznaczenie proponowanych widełek płacowych zdecydowanie skróci proces rekrutacji właśnie ze względu na to, że ogłoszeniem zainteresują się tylko osoby o podobnych oczekiwaniach finansowych, a rekruterzy nie będą poświęcać czasu na spotkania z osobami, z którymi nie dojdą w tej kwestii do porozumienia – podkreśla Michał Młynarczyk.

Młodzi będą wyznaczać trendy  

Badania przeprowadzone pod koniec 2016 roku przez IBRiS[vi][vii] pokazują, że osoby w wieku 18-24 lat, czyli będące przyszłością rynku pracy na pytanie o jawność wynagrodzeń w 100 proc. odpowiedziały pozytywnie. Aż 79 proc. zdecydowanie się z tym zgadza. Teraz pozostaje czekać na odpowiedź ustawodawców i pracodawców.

[i] Badania dla GoldenLine.pl http://www.regiopraca.pl/portal/rynek-pracy/wiadomosci/w-ofertach-pracy-najbardziej-brakuje-informacji-o-wysokosci-zarobkow Raport „Polacy mówią o płacy”, TNS Polska, na zlecenie Pracuj.pl

[ii] Badania dla GoldenLine.pl http://www.regiopraca.pl/portal/rynek-pracy/wiadomosci/w-ofertach-pracy-najbardziej-brakuje-informacji-o-wysokosci-zarobkow

[iii] www.zielonalinia.gov.pl/

[iv] Badania dla HRK Employer Branding, 2017r

[v] www.rp.pl/Poszukiwanie-pracy/312139875-Kandydat-chce-wiedziec-ile-zarobi.html#ap-4

[vi] Na zlecenie Rzeczpospolita

Polski rynek aptek po reformie: jedne z najbardziej restrykcyjnych regulacji w Europie

Komisja ds. Rynku Aptecznego Business Centre Club, Konfederacja Lewiatan, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET apelują o jak najszybsze przeprowadzenie reformy rynku aptecznego. Długoterminowe i ostateczne zdefiniowanie podstaw prawnych działalności aptek jest niezbędne dla odejścia od prowizorycznej regulacji „apteki dla aptekarza”.

Zgodnie z zapowiedziami i deklaracjami z procesu legislacyjnego obowiązująca od wczoraj nowelizacja Prawa farmaceutycznego ma być rozwiązaniem tymczasowym – do czasu przeprowadzenia kompleksowej nowelizacji ustawy. Projektodawcy i przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia wielokrotnie stwierdzali w toku prac parlamentarnych, że ustawa wprowadzająca „aptekę dla aptekarza” to mechanizm prowizoryczny, tożsamy w skutkach z moratorium na powstawanie aptek. W ocenie sygnatariuszy, konieczne jest jak najszybsze zakończenie prac nad kompleksową reformą rynku aptecznego.

Ustawa, którą w praktyce od dziś będą stosowały organy inspekcji farmaceutycznej, zmieniła polski rynek aptek z typowego europejskiego systemu otwartego (wg. Raportu UOKiK z 2015 r.) w jeden z najostrzejszych systemów zamkniętych, w którym łącznie obowiązują restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe (w tym regulacja „1%”) oraz geograficzne i demograficzne. Właścicielem apteki może zostać teraz jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie wąskiej grupie członków korporacji zawodowej, wobec blisko 40 mln Polaków, którzy mogli być dotychczas właścicielami aptek. Ustawa uniemożliwia bowiem otwieranie nowych aptek osobom niebędącym farmaceutami. Zastopuje również możliwość rozwoju polskim przedsiębiorcom, do których należy 96% aptek w Polsce.

Wprowadzone kryteria demograficzno-geograficzne spowodują, że w większości miast i nowych osiedli nie będą mogły otworzyć się żadne nowe apteki, nawet prowadzone przez indywidualnych farmaceutów. Pojawią się lub umocnią lokalne monopole, które wezmą w posiadanie lokalne rynki i będą z tego faktu czerpać pełnymi garściami – dotyczy to zwłaszcza mniejszych miejscowości. Istotne jest, że regulacje geograficzno-demograficzne pozbawione są bezpośrednich wyjątków dotyczących miejsc najbardziej dogodnych dla pacjentów takich jak szpitale, przychodnie czy obiekty szczególnie uczęszczane (węzły komunikacyjne, centra handlowe), co jest standardem w przypadku takich regulacji. W miejsce jednoznacznych wyłączeń, ustawa przewiduje odstępstwo od kryteriów geograficzno-demograficznych poprzez wprowadzenie specjalnej procedury angażującej Ministra Zdrowia, inspekcję farmaceutyczną oraz lokalny samorząd. Rozwiązanie to z uwagi m.in. na niedookreślone kryteria czy zaangażowanie lokalnych władz może rodzić ryzyko korupcji oraz promować lokalne układy.

Apteka dla aptekarza prowadzi do ograniczenia konkurencji oraz w perspektywie czasu do wzrostu cen leków nierefundowanych i spadku ich dostępności dla pacjentów. Potwierdza to choćby przykład Irlandii, gdzie w 1996 roku, pod naciskiem korporacji aptekarskiej zmieniono model rynku z otwartego na zamknięty, aby w 2002 roku powrócić do rozwiązań prorynkowych. Okazało się, że głównymi beneficjentami regulacji ograniczających rynek stały się już działające apteki, osiągające ponadstandardowe zyski. Tymczasem dla pacjentów najważniejsze są niskie ceny leków nierefundowanych, dostępność oraz pełen asortyment.

Wchodzące w życie ograniczenia ilościowe doprowadzą do rozdrobnienia rynku, co znacząco osłabi pozycję negocjacyjną aptek oraz doprowadzi do dyktowania im warunków cenowych i asortymentowych przez posiadające jeszcze silniejszą pozycję wielkie międzynarodowe koncerny.

Rozwiązania zawarte w ustawie nieproporcjonalnie wzmacniają korporację aptekarską, zamieniając ją de facto w regulatora rynku. Przyjęte w projekcie zmiany idą w odwrotnym, niż wielokrotnie deklarowany przez partię rządzącą, kierunku otwierania korporacji zawodowych.

Spodziewamy się, że na negatywne konsekwencje wejścia w życie ustawy nie trzeba będzie długo czekać. Dlatego apelujemy o jak najszybsze zakończenie zapowiadanej reformy. Niezadowolenie pacjentów będzie rosło z każdym dniem. Również ochrona zaufania do państwa i stanowionego prawa wymaga niezwłocznego wypełnienia zobowiązań i zapewnień z okresu prac nad tymczasowymi, wchodzącymi w życie regulacjami.

Polska bez euro, czyli wizja, której chcemy uniknąć

Europa to wciąż, w znacznej mierze, tylko idea przekuwana powoli przez procedury i kolejne historyczne przemiany w rzeczywistość. Ostateczny jej kształt jeszcze długo nie będzie pewny, ale jej ramy, wkrótce będzie można określić, co wpłynie na związane z dalszym rozwojem Unii procesy polityczne i pobudzane przez nie przemiany społeczne. Gra o to, kto i w jaki sposób będzie o tym decydować, toczy się na płaszczyźnie związanej z europejską walutą. Jeśli nie podejdziemy do kwestii euro poważnie, będziemy musieli pogodzić się z faktem, że w tworzeniu wspólnej polityki nieobecni nie mają głosu. Polska należy do Europy, ale w najbliższym czasie może stracić okazję do wpływu na swoją w niej pozycję.

Rozważania na temat aktualnej sytuacji Starego Kontynentu można zacząć od wyniku wyborów we Francji. Klęska populistów zaważyła na przyszłości Europy, przede wszystkim z powodu skali reform zapowiadanych przez zwycięzców, ale także w sposób symboliczny pokazując przewagę idei uniwersalistycznej nad nacjonalizmem. Chociaż reformatorzy znad Sekwany będą musieli liczyć się z opinią Berlina, na której ustalenie poczekamy jeszcze do wrześniowych wyborów do Bundestagu, możemy już teraz powiedzieć, że Europa nie tylko przestaje dryfować, ale i że szykuje się do wrzucenia drugiego biegu. Dlaczego francuscy nacjonaliści pomimo ogromnych szans na zwycięstwo ponieśli porażkę?

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, pewnie chodzi o pieniądze – tak było i w tym przypadku. Chociaż 60%francuskiego społeczeństwa krytycznie ocenia Unię Europejską, to jednocześnie w opinii ponad 70 % Francuzów euro jest lepsze od starego franka. Dlatego też, zgodnie z sugerowaną wolą większości – czyli demokratycznie – Francuzi będą koncentrować się przede wszystkim na zmianach strefy euro, w mniejszym stopniu zaś nad przeredagowaniem traktatów – wyjaśnia Krzysztof Sadecki, finansista i analityk biznesowy.

Pojawiły się już prognozy dotyczące możliwości reformy unii walutowej, do których miałoby należeć m.in. powołanie ministra finansów strefy euro i stworzenie, po powołaniu w Strasburgu drugiego parlamentu, osobnego budżetu. Nawet jeśli ostrożni Niemcy po wrześniowych wyborach będą wobec tych pomysłów sceptyczni, to i tak są one dla europejskich polityków wystarczającą inspiracją do działania. Na ich tle zaś będziemy mieć do czynienia ze zjawiskiem „dwóch prędkości” z jakimi Europa będzie podążać. „Druga prędkość” będzie tym wyraźniejsza, im bardziej niewielkie grono państw Unii – w tym Polska – będzie zwlekać z dołączeniem do unii walutowej.

Jakiekolwiek zdanie będzie wówczas wyrażać opinia publiczna znad Wisły, niewielkie będzie ono mieć znaczenie, jeśli uprawnieni przez nią do działania politycy nie będą mieć dostępu do sfery, w której podejmowane będą decyzje. By się w niej znaleźć konieczne jest okazanie woli politycznej integracji, ale bez wypełniania podpisanych przecież zobowiązań dołączenia do strefy euro nie może być o niej mowy – kontynuuje Sadecki.

Przyjmowana taktyka powinna być rozpatrywana pod względem kosztów, a nie emocji. Kosztem jest miejsce przy unijnym stole, by je zdobyć warto poskromić emocje, inaczej zamiast wśród zamawiających można się znaleźć w menu. A jeśli taki los spotka państwa Grupy Wyszehradzkiej – nie przetrwają. W ostatecznym rozrachunku i tak trzeba będzie się dostosować do woli większości, chociaż nie miało się na nią wpływu, a jak to wygląda w praktyce można się przekonać analizując położenie np. Norwegów. Klimat dla nieobecnych jest też bardziej szkodliwy z powodu braku Wielkiej Brytanii przy europejskim stole decyzyjnym. To jej konstruktywne stanowisko deregulacji w ramach Unii było najbardziej korzystne dla otwartych na wolną konkurencję gospodarek państw Grupy Wyszehradzkiej. Bez Anglików w dyskusji i przy silnej pozycji rządu we Francji nie będzie siły zdolnej powstrzymać na przykład niekorzystne dla polskich przedsiębiorców zapisy o jednakowych stawkach dla pracowników delegowanych. Podobnie będzie wyglądać sytuacja w innych kluczowych sprawach.

Nowy układ sił

Po wyborach we Francji zmienił się układ sił wpływających na procesy rozwoju Unii Europejskiej. Zwróćmy uwagę, w jak krótkim czasie się to stało. Jeszcze na początku roku najważniejszym kłopotem wydawał się Brexit i jego konsekwencje, a zajęta nimi Bruksela pozwalała by V4 forsowała swoje koncepcje, w tym najbardziej znaną – dotyczącą kształtu stanowiska w sprawie uszczelnienia granic i kwestii uchodźców. Zwycięstwo Emmanuela Macrona wywołało natychmiastową reakcję w środkowej Europie – miejsce buty zaczęła zajmować rzeczowa kalkulacja.

Na współfinansowanym z Funduszu Wyszehradzkiego forum Globsec w Bratysławie premier Słowacji oświadczył, iż cieszy się na perspektywę dalszej integracji strefy euro, do której należy także ciesząca się dobrobytem Słowacja – mówi finansista.

W międzyczasie Narodowy Bank Czeski podjął decyzję o zaprzestaniu interwencji walutowych regulujących kurs korony i euro, co jest tak naprawdę jednym z ostatnich przygotowań do znalezienia się w Unii Walutowej. Te wydarzenia nie zostały wywołane wyłącznie zmianami we Francji, ale tak jak i one, są wskaźnikiem procesów rozwojowych, których podlega Europa. I tak samo, w grze o przyszłość Polski w Europie nie chodzi tylko o pieniądze, o których myślimy mówiąc „euro” ale o wpływ na procesy, które euro spowoduje.

Przyszłość Unii Europejskiej

Nowe zasady, które mają z założenia wspomagać rozwój Unii będą ustalane w ciągu najbliższych lat przede wszystkim w ramach strefy euro. Możliwe, że w wyniku Brexitu zmieniany będzie Traktat Lizboński, ale dynamikę przemianom będą nadawać nowe inicjatywy, w tych zaś celują wieloletni orędownicy integracji Europejskiej – Francuzi, od których rozpoczęto rozważania na temat bieżącej sytuacji Starego Kontynentu. W Parlamencie Europejskim już teraz zaczynają się przygotowania do prac legislacyjnych, które w maksymalny sposób związałyby ze sobą mechanizmy Unii Monetarnej i prawa instytucji UE. Wynik tych prac jest niepewny, ale ostrożność wymagałaby jakichś zabezpieczeń. Upraszczając – Polska musi przyjąć euro, jeśli chce pozostawić sobie możliwość osobistego oddziaływania na stosowane u siebie prawo. A już teraz znajduje się w silnej strefie oddziaływania euro, na co reakcją są w tym samym stopniu, co w strefie obniżane i podwyższane stopy procentowe oraz ma handel w większości zorientowany na partnerów stosujących wspólną walutę. Jeśli oddziaływanie strefy euro jest tak silne na płaszczyźnie ekonomicznej, to jej konsolidacja zachwieje równowagą Polski na innych płaszczyznach, o ile Polska nie będzie sama do niej należeć. Wizja silnej Polski w Europie nie jest tego warta. Wizja polskiej suwerenności również, a to przecież droga nam wszystkim wolność może zostać ograniczona w wyniku nadchodzących reform. Może najwyższy czas zastanowić się nie tyle nad zasadnością, ile nad kompensatą decyzji o likwidacji Ministerstwie Finansów i NBP stanowisk, które pilotowały uśpione tymczasowo przygotowania do wejścia do unii walutowej. Jeśli zareagujemy zbyt późno, straty mogą być nie do odrobienia.

Wojciech Nagel Prezesem Rady Giełdy

  • 26 czerwca br. Rada Giełdy dokonała wyboru Pana Wojciecha Nagela na Prezesa Rady Giełdy
  • Wiceprezesem Rady Giełdy został Pan Jakub Modrzejewski
  • Do pełnienia funkcji Sekretarza Rady Giełdy powołano Pana Krzysztofa Kaczmarczyka

Ponadto Rada Giełdy powołała Komitety, które od dnia dzisiejszego pracują w następującym składzie:

  1. KOMITET AUDYTU: Pan Krzysztof Kaczmarczyk – Przewodniczący, Pan Bogusław Bartczak, Pan Filip Paszke, Pan Piotr Prażmo.
  2. KOMITET WYNAGRODZEŃ I NOMINACJI: Pan Wojciech Nagel – Przewodniczący, Pan Jakub Modrzejewski, Pan Piotr Prażmo.
  3. KOMITET STRATEGII: Pan Bogusław Bartczak – Przewodniczący, Pan Wojciech Nagel, Pan Filip Paszke.
  4. KOMITET REGULACJI I ŁADU KORPORACYJNEGO: Pan Krzysztof Kaczmarczyk – Przewodniczący, Pan Jakub Modrzejewski, Pan Filip Paszke.

Zmiany w Zarządzie PKN ORLEN

Rada Nadzorcza PKN ORLEN powołała dziś Prezesa Zarządu Spółki na nową, trzyletnią kadencję. Rozpocznie się ona po dniu odbycia Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Spółki, zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za 2016 rok.

Rada Nadzorcza zdecydowała o powołaniu na stanowisko Prezesa Zarządu Wojciecha Jasińskiego sprawującego tę funkcję od dnia 16 grudnia 2015 roku. Rada powierzyła również Wojciechowi Jasińskiemu misję utworzenia Zarządu nowej kadencji.

Wcześniej, oświadczenie o tym, że nie będzie ubiegał się o stanowisko Członka Zarządu PKN ORLEN, złożył Sławomir Jędrzejczyk, Wiceprezes Zarządu ds. Finansowych (powołany do Zarządu w czerwcu 2008 r., od 18 września 2008 r. pełniący funkcję Wiceprezesa) oraz Piotr Chełmiński, Członek Zarządu ds. Rozwoju i Energetyki (powołany do Zarządu 10 marca 2012 r.).

Azjatycki Bank Inwestycyjny może sfinansować centralny port komunikacyjny

Idea budowy centralnego portu komunikacyjnego między Warszawą i Łodzią jest dyskusyjna. Jeżeli decyzja ostatecznie zapadnie i będziemy znać lokalizację oraz jego planowaną przepustowość – pojawią się też rozwiązania, co do finansowania tej inwestycji.

– Nie będąc jej zwolennikiem uważam, że taka inwestycja nie powinna nastręczać trudności. Jednak w późniejszych latach może zabraknąć pieniędzy na utrzymanie portu, który na siebie nie zarobi – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Dzisiaj możemy szukać środków wszędzie. Ich źródłem może być Azjatycki Bank Inwestycyjny, którego Polska jest partnerem. Jeżeli ze strony rządu pojawi się gwarancja jakiejś formy pożyczki, kredytu czy obligacji, to takie potwierdzenie Skarbu Państwa skusi każdego inwestora finansowego. Bez wchodzenia w politykę będzie mógł pożyczyć środki, które zostaną mu przez państwo zwrócone. Nie będzie to raczej forma partnerstwa prywatno-publicznego, np. z inwestorem chińskim. Póki co rząd jest niechętnie nastawiony do tego typu współpracy. Takie rozwiązaniem zakłada dzielenie się w kwestii zarządzania portem podczas długiego – 30- albo 50-letenigo okresu eksploatacji. Rząd zaś chce mieć w tym zakresie sto procent głosów. Finansowanie będzie więc kompilacją środków krajowych i pożyczonych. Z samym zaciągnięciem kredytów nie powinno być problemów. Dopiero ich spłata może sprawić kłopoty, zwłaszcza jeśli, jak przewiduje wiele głosów, port nie będzie na siebie zarabiać – podsumował Furgalski.

Co z tym gazem?

Dywersyfikacją i alternatywą dla polskiego miksu energetycznego jest gaz ze Stanów Zjednoczonych. Do większości kuchenek podłączano gaz z Gazpromu lub z naszego wewnętrznego wydobycia. Największym problemem gazu rosyjskiego jest fakt, że Federacja Rosyjska lubi wykorzystywać surowce energetyczne do prowadzenia polityki.

– Próby dywersyfikacji oraz dywersyfikacja realna źródeł dostaw będzie miała miejsce, kiedy te kontrakty będą z różnych źródeł – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Stany Zjednoczone, Norwegia, Katar są miejscami, skąd do Polski popłynie gaz przez – otwarty już – Gazoport oraz przez Korytarz Norweski – połączenie rurociągowe pomiędzy Polską a Norwegią przez Danię. Dzięki temu będziemy mogli się uniezależnić, ale dobrą wiadomością dla konsumentów i polskiego przemysłu są konkurencyjne ceny gazu – z powodu korelacji z cenami ropy naftowej – dodał Roszkowski.

Publikacje GUS, mocny złoty, medialna ofensywa Draghiego

Coraz mniej bezrobotnych.

Nowy tydzień rozpoczął się od publikacji Głównego Urzędu Statystycznego. Rynek przede wszystkim zwracał uwagę na odczyt dotyczący rynku pracy. W maju stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 7,4%, czyli w porównaniu z kwietniem spadła o 0,2 punktu procentowego. Na koniec maja zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce było 1 202 tys. osób. To oznacza spadek o ponad ćwierć tysiąca w perspektywie roku. Dodatkowo GUS poinformował, że liczba nowych zamówień w przemyśle wzrosło w maju o 8,8% rok do roku, co jest wyraźnym  odbiciem po bardzo słabym odczycie kwietniowym.

Złoty coraz droższy

Dobre odczyty pomagają naszej walucie, która kontynuuje ruch aprecjacyjny. Euro obecnie kosztuje już ponad 5 groszy mniej niż jeszcze w środę. Pokazuje to, że ruch z połowy czerwca był zaledwie korektą, a złoty pozostaje mocny. Patrząc globalnie, nasza złotówka jest jedną z najsilniejszych (poważnych) walut w pierwszej połowie 2017 roku. Z całą pewnością pomagają jej solidna konsumpcja wewnętrzna, dobre perspektywy dla eksportu, jak i wskaźniki budżetowe. Trudno jednoznacznie określić na jak długo te czynniki wystarczą.

Aktywny Draghi

W szerszej perspektywie rynki w tym tygodniu będą żyły wystąpienia publicznymi szefów banków centralnych. Szczególnie zajęty będzie prezes EBC, który praktycznie codziennie będzie wygłaszał przemówienia. Możliwe, że w którymś odniesie się do perspektyw dla programu QE. Rynki cały czas nie wiedzą, jak długo będzie on jeszcze funkcjonował, choć spekulacji i plotek nie brakuje. Pretekstem do odniesienia się do programu skupu aktywów, mogą być kolejne problemy włoskich banków, które jasno pokazują, że europejski system bankowy cały czas nie stanął na nogi. Odcięcie go od szerokiego strumienia euro z banku centralnego, może wywołać kolejne wstrząsy. W tym tygodniu swoje wystąpienia będą mieli także Janet Yellen, Mark Carney oraz Haruhiko Kuroda.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Analiza pozycji dużych graczy 26.06.2017

Od kwietnia 2017 roku fundusze lewarowane zaczęły redukować swoją pozycję netto na euro. Przez te kilka miesięcy zostało zamkniętych prawie 100 tysięcy pozycji krótkich, z kolei nikt nie kwapił optymizmem do zwiększania zaangażowania po długiej stronie rynku. Od czterech tygodni podmioty te nie skupywały euro, o czym świadczą spadające niebieskie bary.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Ostatnie wzrosty na euro zostały utworzone tylko dzięki redukcji krótkich pozycji, a nie przez otwieranie długich. Z kolei w poprzednim tygodniu fundusze lewarowane zmieniły swój pogląd na rynek i zaczęły wyprzedać euro na rzecz dolara amerykańskiego. Wśród badanej grupy inwestorów pozycja krótka została zwiększona o 44 procent.

Na wykresie dziennym EUR/USD notowania nie zdołały przebić górnej bandy długoterminowego kanału wzrostowego. Ponadto kurs przebił krótkoterminową linie trendu wzrostowego, co sugeruje spadek w okolicę poziomu 1.10.

Notowania EUR/USD, interwal dzienny

Notowania EUR/USD, interwal dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dodatkowym czynnikiem wspierającym korektę jest spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich. Po bardzo mocnych wzrostach doszło do rozwarstwienia się tych dwóch zmiennych, dlatego też należy oczekiwać powrotu do korelacji.

Spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich na tle EUR/USD

Spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich na tle EUR/USD

Źródło: Bloomberg

USD/JPY

Para waluta USD/JPY znana jest ze swojej korelacji z indeksami giełdowymi. Wzrosty na giełdzie są zawsze zachęcające do wdrożenia strategii Carry Trade, której głównym beneficjentem jest jen japoński. Tamtejszym władzom zależy na słabej walucie, a dana strategia wykorzystuje JPY jako walutę finansującą.

Dalsze wzrosty powinny przyczynić się do pokonania linii trendu spadkowego, ewentualna korekta może doprowadzić do wybicia się dołem formacji trójkąta, co sygnalizowałoby dalszą wyprzedaż.

Notowania USD/JPY, interwał dzienny

Analiza pozycji dużych graczy 26.06.2017 11

Źródło: Admiral Markets

Fundusze lewarowane spekulują na wzrost wartości JPY względem USD. W poprzednim tygodniu otworzyły 12 tysięcy długich pozycji i zamknęły 600 krótkich. Pozycje netto rosną już drugi tydzień z rzędu.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Pomimo byczych nastrojów na amerykańskiej giełdzie fundusze skupują JPY. Gdzie leży przyczyna? Odpowiedź jest prosta, w ostatnim czasie większą wagę ma polityka monetarna Japonii, która zakłada kontrolowania krzywej rentowności obligacji i utrzymywanie 10-letniej rentowności w okolicy 0. Z tego powodu kurs waluty zależy od rentowności długu amerykańskiego, a nie giełdy. Wzrost rentowności 10-letnich obligacji amerykańskich powoduje wzrosty USD/JPY – jej spadek wyprzedaż dolara na rzecz jena.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Utrzymanie auta bolesne dla portfela, ratunkiem wymiana na mniej awaryjne

  • Roczne koszty eksploatacji samochodu mogą sięgnąć 12 tys. zł.
    Kobiety wydają zdecydowanie mniej (maksymalnie do 500 zł)
    od mężczyzn (do 1 tys. zł).
  • 2/3 kierowców jako najbardziej dotkliwe dla swoich portfeli wskazuje naprawy, serwisowanie opon i zakup materiałów eksploatacyjnych.
  • Co 7. kierowca w ostatnich 6 miesiącach zapłacił mandat.
    Główne wykroczenia to przekroczenie prędkości i źle wykonane manewry. Kobiety częściej płacą za zbyt szybką jazdę (71 proc.),
    zaś mężczyźni również za nieprawidłowe manewry (43 proc.).
  • Co dziesiąty kierowca planuje w tym roku wymianę samochodu
    na nowszy, w zdecydowanej większości (74 proc.) używany.
    Zakup sfinansuje gotówką, bądź kredytem.
  • Kierowcy cenią korzyści z pakietów assistance, zwłaszcza bezpłatne holowanie do warsztatu, samochodu zastępczego oraz wsparcie mechanika

Jak wynika z raportu „Polak w drodze 2.0 – wydatki kierowców”, opublikowanego przez Santander Consumer Bank, kierowcy mocno odczuwają koszty eksploatacji swoich samochodów. Najbardziej dotkliwe są naprawy (64 proc.), serwis opon (43 proc.) i zakup materiałów eksploatacyjnych (39 proc.).

Kobiety przeznaczają mniej na utrzymanie samochodu, zdecydowana większość (92 proc.) wydaje na ten cel maksymalnie do 200 zł. Mężczyźni wydają zdecydowanie więcej. Dla 91 proc. z nich to wydatek sięgający 500 zł, zaś rekordziści potrafią wyłożyć nawet do 1 tys. zł miesięcznie. Jeżeli dodamy do tego wydatki na paliwo, ujęte w ubiegłorocznym raporcie Santander Consumer Banku „Polak w drodze – wydatki kierowców”, miesięczne utrzymanie samochodu może kosztować nawet 2,5 tys. zł.

Zmorą pozostają mandaty, które w ostatnich 6 miesiącach dotknęły co siódmego kierowcę. Główne wykroczenia to nadmierna prędkość (56 proc.) i źle wykonane manewry (16 proc.). Okazuje się, że mandaty za zbyt szybką jazdę częściej płacą kobiety (71 proc.), zaś mężczyźni również za nieprawidłowe wykonywanie manewrów (43 proc.). Im większe miasto, tym bardziej odczuwalne są koszty płatnych parkingów – w przypadku największych miast mogą one sięgnąć nawet 1/3 wszystkich wydatków kierowców.

Co dziesiąty kierowca planuje w tym roku wymienić samochód, w zdecydowanej większości na używany (74 proc.). Jako główne powody wskazywane są chęć posiadania nowszego pojazdu (35 proc.), awaryjność i zbyt wysokie koszty napraw (20 proc.), a także przekonanie, że co kilka lat samochód należy po prostu wymienić (14 proc.).

Wydatki eksploatacyjne są dużym i odczuwalnym obciążeniem dla portfeli polskich kierowców. Dlatego mam dla kierowców propozycję karty kredytowej Visa TurboKARTA, którą można płacić za materiały eksploatacyjne oraz usługi dostępne na stacjach paliw (jak np. myjnie) i odzyskać część ponoszonych wydatków. Jednocześnie, jeżeli naprawy i eksploatacje kosztują zbyt dużo, to warto pomyśleć o zmianie samochodu na nowszy korzystając z kredytu­ – mówi Paweł Florkiewicz, Rzecznik Prasowy Santander Consumer Banku.

Z badań własnych wśród klientów Santander Consumer Banku wynika, że niemal co trzeci z nich wymienia auto średnio co 4-5 lat. Ponad 70 proc. tych, którzy już skorzystali z kredytu na zakup auta chętniej sięga właśnie po ten sposób finansowania takiego wydatku.

Kierowcy cenią wygodę korzystania z pakietów assistance, które coraz częściej dołączane są do kart kredytowych. Dla ponad ¾ z nich najważniejsze korzyści to bezpłatne holowanie do warsztatu (77 proc.), możliwość skorzystania z samochodu zastępczego (65 proc) i wsparcie mechanika (42 proc.). Kobiety częściej niż mężczyźni wybierają takie elementy jak bezpłatna konsultacja lekarska, czy dostarczenie paliwa kiedy zabraknie go na trasie.

Młodzi ludzie sceptycznie nastawieni do tradycyjnych form reklamy. Marki coraz częściej stawiają więc na współpracę z blogerami

Młodzi ludzie sceptycznie nastawieni do tradycyjnych form reklamy. Marki coraz częściej stawiają więc na współpracę z blogerami 12

Młodzi konsumenci, czyli przedstawiciele pokolenia millenialsów i pokolenia Z, są odporni na tradycyjne formy reklamy, wyczuleni na fałszywe przekazy i postrzegają świat inaczej, niż poprzednie generacje. Dotarcie do nich i zbudowanie ich zaangażowania jest wyzwaniem dla marketerów. Coraz większą rolę w interakcjach z młodymi konsumentami odgrywają influencerzy, czyli osobowości świata internetu, które przekładają język marketingowy na przekaz młodego pokolenia. 

 Marki mogą budować zaangażowanie młodych konsumentów poprzez odpowiednią komunikację, poprzez wykorzystanie influencerów i nowych mediów. Zaangażowanie w grupie młodych użytkowników internetu zdecydowanie można zbudować za pomocą ich kanałów, ich idoli. To jest podstawa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Sibiga, twórca platformy społecznościowej DDOB (Daily Dose of Beauty),zrzeszającej liderów opinii.

Millenialsi i pokolenie Z to ważna grupa docelowa, między innymi dla dla brandów z kategorii beauty, fashion czy marek technologicznych. Dotarcie do nich, zaangażowanie ich w działania marketingowe i zbudowanie lojalności młodych konsumentów to wyzwanie dla marketerów i osób odpowiadających za promocję marek. Do przedstawicieli obu tych pokoleń trudno dotrzeć za pomocą tradycyjnej reklamy i narzędzi marketingowych.

– Ta grupa jest rzeczywiście bardzo sceptycznie nastawiona do tradycyjnych form reklamy. Komunikacja z nimi musi być prowadzona zupełnie inaczej. Są nastawieni sceptycznie do starych mediów: telewizji i radia. Jest to grupa, która najszybciej wyczuwa fałsz przy wszelkiego rodzaju kampaniach. Komunikacja musi być autentyczna i wiarygodna oraz musi być prowadzona językiem tej grupy, dlatego wykorzystujemy influencerów. Coraz lepiej sprawdza się komunikacja real-time, w której nie skupiamy się na wielkich przedsięwzięciach, ale na tym, żeby być na czasie – mówi Bartłomiej Sibiga.

Millenialsi, czyli osoby urodzone w latach 1980 – 2000, to pierwsze pokolenie w dziejach ludzkości, którego rzeczywistość w całości kształtowana jest przez technologie, internet, media i smartfony. Ich postrzeganie świata znacząco różni się od poprzednich generacji. Podobnie jak przedstawiciele Pokolenia Z, czyli osób urodzonych po 2000 roku, są digital natives, czyli zdigitalizowanym pokoleniem.

Młodzi konsumenci lubią marki, które wchodzą z nimi w interakcję, cenią autentyczność. Wybierają brandy, które wyznają podobne do nich wartości, ale nie są lojalnymi klientami i nie przywiązują się do marek. Zarówno Millenialski, jak i Z-ki są codziennie bombardowani treściami. Nie ufają tradycyjnym reklamom ani kanałom mediowym. Są tak zwanymi smart consumers, nie podejmują decyzji w oparciu o przekaz reklamowy. Internet i media społecznościowe są dla nich źródłem wiedzy, narzędziem komunikacyjnym i zakupowym. Wszystko to wymusza na marketerach i reklamodawcach zmianę modelu komunikacji.

– Trzeba postawić na internet, ale już nie ten rozumiany jako display, bo istnieje coś takiego jak ślepota banerowa – nawet jeśli ktoś nie ma adblocka i widzi baner, to i tak tego nie koduje. Jest to generacja, przyzwyczajona do tego, że jest bombardowana materiałami reklamowymi i zwykłe display’owe reklamy nie działają. Stawiamy na internet, na aplikacje, angażujemy influencerów do kampanii marketingowych. Influencer przetrawia komunikat mediowy, tłumaczy go na swój język. W ten sposób najlepiej się komunikować – za pomocą osób, które są przedstawicielami tej grupy, którzy są idolami – mówi Bartłomiej Sibiga.

Założyciel DDOB zwraca uwagę na rosnący udział kanału mobile i urządzeń mobilnych, które posiada ponad 90 proc. młodych konsumentów.

– Zdecydowana większość ruchu to ruch mobile, na Youtube większość wyświetleń mamy właśnie  urządzeń mobilnych. Komunikacja odbywająca się poprzez coraz bardziej popularne aplikacje, takie jak Snapchat czy Instagram, odbywa się tylko poprzez urządzenia mobilne. Jest to jeden z kluczowych aspektów, aby dostosować komunikację we wszystkich rodzaju kanałach do urządzeń mobilnych – mówi Bartłomiej Sibiga.

W komunikacji z Millenialsami i przedstawicielami Pokolenia Z najważniejszą rolę zaczynają grywać influencerzy, czyli opiniotwórcze autorytety dla młodych konsumentów. Zwykle są nimi blogerzy, vlogerzy i youtuberzy. Brandy zaczynają dostrzegać, jak duży wpływ influencerzy mają na decyzje zakupowe młodszych pokoleń. Współpraca z nimi pozwala żeby wzmocnić wiarygodność i poprawić zasięg kampanii marketingowej.

Bloger Tomk Tomczyk – w oparciu o źródła medialne, internetowe i inne kanały przekazu – opublikował niedawno ranking najbardziej wpływowych blogerów. Przedstawił w nim ekwiwalent reklamowy (AVE) blogerów, wyrażający koszt jaki należałoby ponieść na konkretną publikację, gdyby była ona reklamą. Najwyżej wyceniona została obecność w mediach blogerki Maffashion (wyceniana na 39 mln zł), Jessici Mercedes (37 mln zł) i Ekskluzywnego Menela (17 mln zł). Ekwiwalent reklamowy 30 najbardziej wpływowych osobistości polskiej blogosfery został łącznie wyceniony na ponad 140 mln złotych.

– Cały światowy rynek influencerski bardzo mocno rośnie, z tym są związane takie kanały jak Youtube, Instagram, Snapchat i Facebook. Każdy z nich służy do innych celów. Youtube jest bardzo wizerunkowy, mocno angażuje twórców, podobnie Snapchat – który nie umiera wbrew temu co sądzą niektórzy. Wideo na Snapchacie sprawdza się bardzo dobrze, generuje największe zaangażowanie i jesteśmy w stanie bardzo skutecznie przekierowywać ruch ze Snapchata na określone cele. Te media należy monitorować na bieżąco, nieustannie sprawdzać co się zmienia – mówi Bartłomiej Sigiba.

Polskie linie lotnicze i lotniska dobrze postrzegane pod względem punktualności. Kuleje obsługa pasażerów i rozpatrywanie reklamacji

Polskie linie lotnicze i lotniska dobrze postrzegane pod względem punktualności. Kuleje obsługa pasażerów i rozpatrywanie reklamacji 13

Polskie linie lotnicze doceniane są za punktualność, mają jednak pole do poprawy pod względem jakości obsługi i procesowania odszkodowań – wynika z rankingu Airhelp. Wśród najpopularniejszych w Polsce linii, najlepiej wypadł LOT, przede wszystkim ze względu na ocenę procesu rozpatrywania reklamacji pasażerów. Wysoko w rankingu plasuje się też warszawskie lotnisko Okęcie. Pasażerowie doceniają punktualność, pod względem jakości i obsługi polskie lotniska mogą jednak czerpać przykład z azjatyckich portów lotniczych.

– W aktualnym rankingu AirHelp Score na podium znalazła się linia Singapore Airlines, na drugim miejscu Etihad Airways i na trzecim Qatar Airways. LOT znalazł się na 41. miejscu rankingu z bardzo dobrą punktacją otrzymaną w kategorii punktualności oraz zdecydowanie lepszą niż tanie linie lotnicze punktacją za procesowanie wniosków o odszkodowania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Natalia Gębska, Country Manager w AirHelp.

Start-up Airhelp.com już szósty raz przygotował ranking linii lotniczych. Pod uwagę wziął punktualność, jakość obsługi oraz realizację odszkodowań. Zdecydowanie najbardziej przyjazne pasażerom okazały się azjatyckie linie: Singapore Airlines (8,73 pkt), Etihad Airways (8,48 pkt) i Qatar Airways (8,46 pkt). Wysoko ocenione zostały też inne linie latające do Polski, m.in. Austrian Airlines (4. miejsce w rankingu), British Airways (7.), Aer Lingus ( 9.), KLM (11.), Air France (12.) i Emirates (15.). Wśród najpopularniejszych wśród Polaków linii, najwyżej znalazł się LOT, przed tanimi liniami Wizz Air (49. miejsce). Za daleką pozycję linii Ryanair (83.) odpowiada przede wszystkim mało sprawnie rozpatrywana reklamacja.

– LOT mógłby skupić się na poprawie jakości usług, ponieważ w punktacji polskie linie zostały ocenione na 6/10. Można pomyśleć o udogodnieniach dla pasażerów podczas lotu i pracować nad kryterium procesowania odszkodowań. To są kryteria, w których cały czas linie lotnicze i również LOT mogą się doskonalić. Zauważamy już od kilku edycji rankingu, że linie azjatyckie czy z krajów Bliskiego Wschodu wysuwają się na czołówkę pod względem jakości obsługi klienta, uzyskując maksymalną ilość punktów. Linie europejskie mają wzór, do którego mogłyby próbować dążyć – ocenia Gębska.

Także w rankingach portów lotniczych bezkonkurencyjne okazało się to, położone w Azji – lotnisko Singapore Changi okazało się bezkonkurencyjne w kategorii jakości i obsługi podróżnych oraz punktualności. Maksymalną liczbę punktów uzyskały też lotniska w Monachium i Hong Kongu.

– Lotnisko w Singapurze jest atrakcją turystyczną samą w sobie, ponieważ pasażerowie mogą wypoczywać w basenach, pójść do kina czy podziwiać ogrody botaniczne na dachu lotniska. Jeżeli podróżujemy pomiędzy wieloma terminalami mamy do dyspozycji bezpłatną kolejkę, więc lotnisko nie tylko pod względem architektonicznym jest urzekające i robi wrażenie. Także jakość obsługi i udogodnienia dla pasażerów są najwyższej jakości, dlatego lotnisko otrzymało 10/10 punktów – przekonuje ekspertka AirHelp.

Na wysokim, 25. miejscu, znalazło się warszawskie Okęcie. Polski port lotniczy. Dobra pozycja to przede wszystkim wynik punktualności. Wskaźnik 8,42 pkt to więcej, niż uzyskały lotniska w Monachium i Hong Kongu, które ogółem znalazły się na podium.

– Jeżeli o jakość jest to jednak 6/10, tu również jest pole do popisu i dalszych udoskonaleń. Również sentyment pasażerów przebywających na lotnisku był bardzo wysoki, pasażerowie podróżujący z tego lotniska są zadowoleni – wskazuje Gębska.

Średnio na Okęciu odbywają się 352 starty i lądowania dziennie, na najbardziej ruchliwym na świecie lotnisku Atlanta Hartsfield-jackson Intl – blisko 2,3 tys. W 2016 roku warszawskie lotniska obsłużyły ponad 15,5 mln pasażerów. Choć ok. 85 tys. z nich mogłoby ubiegać się o odszkodowania ze względu na opóźnione lub odwołane rejsy, większość narzeka na jakość obsługi (6 na 10 pkt).

– Lotniska mogą zwiększać ofertę udogodnień, pionierem może być lotnisko w Singapurze gdzie portfolio udogodnień dla pasażerów jest naprawdę duże, więc jeśli podróżujemy z przesiadką albo czeka nas noc na lotnisku, to standard obowiązujący na lotnisku jest naprawdę ważny. Wiele polskich i europejskich lotnisk może brać lotniska azjatyckie, jako przykład i czerpać inspirację – mówi Natalia Gębska.

Rolnictwo, ogrodnictwo i turystyka czekają na wdrożenie dyrektywy o pracownikach sezonowych. Nowe przepisy mają ułatwić zatrudnianie cudzoziemców

Rolnictwo, ogrodnictwo i turystyka czekają na wdrożenie dyrektywy o pracownikach sezonowych. Nowe przepisy mają ułatwić zatrudnianie cudzoziemców 14

Przepisy o pracownikach sezonowych mają znacznie ułatwić przyjmowanie cudzoziemców do pracy. Dyrektywa będzie dotyczyć obcokrajowców pracujących w rolnictwie, ogrodnictwie i turystyce. Uprości procedury związane z wydawaniem zezwoleń na pracę, wydłuży możliwości pracy sezonowej do 9 miesięcy i wprowadzi zezwolenia wielosezonowe na okres 3 lat. Co roku do prac sezonowych zatrudnianych jest ponad 300 tys. pracowników z zagranicy. Okresowe zapotrzebowanie na pracowników sezonowych występuje w 27 proc. gospodarstw rolnych.

– Rząd pracuje nad wprowadzeniem dyrektywy Unii Europejskiej. Kilka zapisów bardzo nas cieszy: zwiększenie czasu zatrudnienia z 6 do 9 miesięcy, możliwość wielosezonowych zatrudnień do trzech lat czy możliwość zlecenia przez rolnika innej pracy niż sezonową na okres 30 dni bez zgłoszeń do starosty. To z pewnością ułatwi i ograniczy sporą biurokrację, która jest związana z przyjmowaniem cudzoziemców do pracy, bardzo nam potrzebnych, zwłaszcza w rolnictwie, ogrodnictwie i turystyce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Lorenc, ekspert ds. rynku pracy oraz zarządzania i efektywności pracy z Business Centre Club.

W marcu tego roku został przyjęty projekt nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Nowelizacja dostosuje polskie prawo do dyrektywy Parlamentu Europejskiego z 2014 roku dotyczącej warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego. Obecnie w Polsce trwają prace legislacyjne nad wdrożeniem dyrektywy. Resort pracy wskazuje, że nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od stycznia 2018 roku.

– Wadą tego rozwiązania jest to, że ono wchodzi bardzo późno. Zazwyczaj rząd potrafi wprowadzać ustawy szybko, tym razem będzie to rok bez takiego wsparcia, dopiero w przyszłym roku będziemy mogli się cieszyć jako pracodawcy z tych udogodnień – zaznacza Lorenc.

Dotychczas można było zatrudnić obywateli Białorusi, Gruzji, Republiki Mołdowy, Federacji Rosyjskiej, Republiki Armenii i Ukrainy bez żadnych formalności na podstawie procedury oświadczeniowej. Tylko w 2016 roku w ramach uproszczonej procedury zatrudnienia obcokrajowców firmy zatrudniły 1,3 mln osób. Nowe przepisy mają przyspieszyć i ułatwić zatrudnienie pracowników sezonowych.

– Będziemy mieli dostęp do pracowników, którzy są chętni do pracy, z zaangażowaniem przy stawkach, na które stać polskich rolników. Obecnie cierpimy na dosyć poważne niedobory, szacuje się, że w ubiegłych latach co roku w Polsce pracowało ok. 300 tys. pracowników sezonowych, przede wszystkim z Ukrainy i Białorusi – ocenia ekspertka Business Centre Club.

Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wskazuje, że w ciągu roku w gospodarstwach indywidualnych potrzeba ok. 450–500 tys. pracowników sezonowych na 45–50 dni, przede wszystkim w okresie prac polowych. Okresowe zapotrzebowanie na pracowników sezonowych występuje u 27 proc. gospodarstw rolnych. Zdecydowaną większość pracowników sezonowych, bo nawet 80 proc., zatrudniają gospodarstwa sadownicze.

– Sektory, które będą mogły się cieszyć wsparciem, to przede wszystkim rolnictwo, ogrodnictwo, ale też turystyka. Wszędzie tam, gdzie możemy mówić o sezonowości – podkreśla Katarzyna Lorenc.

Zapowiada się udany sezon dla branży turystycznej. Polska przyciąga coraz więcej turystów z zagranicy

Zapowiada się udany sezon dla branży turystycznej. Polska przyciąga coraz więcej turystów z zagranicy 15

Jak pokazują wstępne dane dotyczące obłożenia hoteli, ten rok w turystyce będzie udany. Choć pierwsze informacje z rynku nie zapowiadają przekroczenia rekordowych wyników, które padły w poprzednim sezonie. Na popularność krajowej turystyki w największym stopniu wpłynie pogoda oraz ceny – wysokie dla polskich gości i bardzo atrakcyjne dla turystów zza granicy, wśród których Polska jest coraz popularniejszym kierunkiem.

– W porównaniu do poprzedniego roku obłożenie na okres wakacyjny jest znacznie mniejsze. W tamtym sezonie w Sopocie było prawie 90-procentowe obłożenie hoteli, teraz jest to około 60 proc. Podobnie jest w Gdańsku. W poprzednim sezonie hotele były pełne w 80 proc., teraz jest to około 60 proc. wskaźnika zajętości pokoi. Potwierdzają to hotelarze, którzy wskazują, że poziom obłożenia hoteli w tym roku jest już niższy. Zmienić to może tylko pogoda – czyli upalne lato, szczególnie w regionie nadmorskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominika Czechowska, menedżer kierunku turystyka i rekreacja w Wyżej Szkole Bankowej w Gdyni.

Poprzedni sezon wakacyjny był bardzo udany dla sektora turystycznego. Coraz większe zainteresowanie zagranicznych turystów, wysoki kurs euro i sytuacja geopolityczna (m.in. kryzys migracyjny i zagrożenie terrorystyczne w całej Europie) złożyły się na rekordowe obłożenie nadmorskich miejscowości turystycznych takich jak Sopot, Gdynia czy Gdańsk, sięgające 80–90 proc. Jeden z Gdańskich hoteli wskazał na wynik wskaźnika zajętości miejsc hotelowych na poziomie 104 proc. co oznacza, że sprzedał więcej pokoi hotelowych, niż posiadał!

Jak wynika z danych Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego, w niektórych miejscowościach, takich jak Świnoujście, Kołobrzeg i Mielno, wysokość opłat klimatycznych w sezonie letnim była większa niż w całym 2015 roku. Ożywienie w krajowej turystyce było widoczne nie tylko nad morzem, lecz także w górach, zwłaszcza w Bukowinie, Zakopanem czy nad Dunajcem.

Zdaniem Dominiki Czechowskiej z Wyżej Szkoły Bankowej w Gdyni na podstawie tegorocznych, wstępnych danych można prognozować, że rozpoczynający się sezon turystyczny nie będzie aż tak udany, jak w roku poprzednim. Czynnikami, które w największym stopniu wpłyną na krajową turystykę, będą ceny i pogoda.

– Zapowiada się trochę mniej rekordowy rok niż poprzedni. Wynika to przede wszystkim z poczucia zagrożenia, które w ubiegłym roku decydowało o przyjeździe do polskich miejscowości nadmorskich. W tym roku ten czynnik osłabł, więc za sezon będzie odpowiedzialna pogoda. Jeżeli w tym roku pogoda dopisze, turyści dołączą do hoteli i restauracji. Istotną rolę w podjęciu decyzji o zakupie produktu turystycznego odegra też cena. Przy gwarancji pogody w innych krajach turyści, którzy w ubiegłym roku spędzili wakacje w niekorzystnych warunkach pogodowych, raczej tutaj nie wrócą. Należy jednak podkreślić, że trend wzrostowy przyjazdów turystów, szczególnie zagranicznych, utrzyma się jeszcze przez kilka lat – mówi Dominika Czechowska.

„Badanie satysfakcji turystów krajowych i zagranicznych 2016”, przeprowadzone na zlecenie Polskiej Organizacji Turystycznej, pokazuje, że 93 proc. krajowych turystów jest zadowolonych z wyjazdu turystycznego. Pozytywnie swój pobyt w Polsce ocenia również 86 proc. turystów z zagranicy, z których większość ma w planach kolejny przyjazd. Polska jest dla nich coraz bardziej popularnym, a przy tym bezpiecznym i atrakcyjnym cenowo kierunkiem.

– Jesteśmy bardzo dostępni cenowo dla turystów zagranicznych, ale mniej korzystni cenowo dla turystów krajowych. Trochę szkoda, bo wchodzi nowa grupa docelowa turystów polskich, którzy korzystają z programu Rodzina 500 plus. To są często osoby, które nigdy wcześniej nie podróżowały, bo nie było ich na to stać, a teraz pojawiają się nowe możliwości. Dobrze byłoby, patrząc odpowiedzialnie społecznie, wykorzystać ten moment, żeby zachęcać ich do spędzania wolnego czasu w Polsce – zauważa Dominika Czechowska.

Eksperci zwracają uwagę na znaczny wzrost cen usług w branży HoReCa w ostatnich sezonach. Wynikają one dużego popytu i rekordowego zainteresowania Polską turystów zagranicznych, bardziej zasobnych finansowo. Dodatkowo wysoki kurs euro sprawia, że dla gości z zagranicy oferty wakacji w Polsce są jeszcze korzystniejsze.

– Mamy ogromny popyt na usługi turystyczne w Polsce, szczególnie gastronomiczne, więc cena szybuje w górę. W ciągu ostatnich kilku latach Polacy kilkukrotnie zwiększyli wydatki na obszar usług HoReCa, jak podają dane GUS to już 690 zł rocznie na osobę. Choć obywatel Europy Zachodniej wydaje średnio 4500 zł rocznie. Na ten moment ceny trochę za bardzo wywindowano. Z jednej strony, rozumiem właścicieli obiektów turystycznych i restauracji, którzy chcą wykorzystać ten moment i zarobić na turystach. To jest zrozumiałe ze względów ekonomicznych. Jeżeli natomiast chodzi o gości z Polski, dobrze byłoby się zastanowić, co stanie się za kilka lat. Jeżeli polscy turyści nauczą się korzystania z usług turystycznych za granicą, bo u nas będzie za drogo, to po prostu tutaj nie wrócą. Będą spędzali wakacje w miejscach, gdzie mają gwarancję pogody, czyli na przykład w Chorwacji czy Hiszpanii – prognozuje Dominika Czechowska.

Zdaniem ekspertki Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni największym obok pogody wyzwaniem dla krajowej turystyki będzie w tym roku rynek pracy. Sektor turystyczny jest jednym z największych w Polsce pracodawców, zwłaszcza w takich regionach jak Pomorze. Ze względu na coraz lepszą kondycję sektora, w tym roku może zabraknąć rąk do pracy, a niedoborów nie uzupełnią nawet sezonowi pracownicy z Białorusi czy Ukrainy.

– Sezonowość powoduje, że przedsiębiorcy chcą szybko pozyskać pracownika. Zaczynają się walki obiektów turystycznych o pracowników. Dochodzi do tego, że są pojawiają się oferty pracy dla kelnerów za 30 zł za godzinę. To bardzo wysokie stawki. Wczoraj otrzymałam prośbę od jednego z obiektów o pomoc w natychmiastowym znalezieniu 17 osób. Dla kierunków turystycznych uczelni wyższych oznacza to rekordowe nabory studentów z uwagi na świadomość młodych ludzi, że w turystyce praca jest i to jeszcze dobrze płatna. Zmieniło się podejście do pracownika w obszarze turystyki, szanuje się te zawody, ważne są kompetencje i umiejętności, a co najważniejsze – można bardzo dobrze zarobić. Przyszłość w zakresie kształcenia i pozyskiwania pracowników w turystyce jest jak najbardziej rozwojowa – ocenia Dominika Czechowska.

Z raportu („A Land of Opportunity. Poland Hotel Market Snapshot”) firmy doradczej Christie&Co. wynika, że polski rynek hotelowy notuje wzrosty nieprzerwanie od kilku lat. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. W efekcie z końcem 2015 roku na polskim rynku działało 2 316 hoteli, z których większość to obiekty trzygwiazdkowe.

Nowoczesna technologia rewolucjonizuje kardiologię dziecięcą w Polsce. Operacje są skuteczniejsze, precyzyjniejsze i bezpieczniejsze

Nowoczesna technologia rewolucjonizuje kardiologię dziecięcą w Polsce. Operacje są skuteczniejsze, precyzyjniejsze i bezpieczniejsze 16

Większa skuteczność i bezpieczeństwo zabiegów w kardiologii dziecięcej dzięki nowoczesnej technologii w leczeniu takich wad serca jak arytmia pozwalają ograniczyć dawkę promieniowania rentgenowskiego nawet o 80 proc. Angiografy najnowszej generacji umożliwiają ponadto precyzyjne mapowanie źródeł zaburzeń rytmu serca i zmniejszenie liczby podawanych podczas zabiegu leków, co minimalizuje ryzyko powikłań.

W Polsce co roku rodzi się ponad 3,5 tys. dzieci z wadami serca. Do najbardziej powszechnych wrodzonych schorzeń kardiologicznych należą m.in. ubytek w przegrodzie międzykomorowej, zwężenie cieśni aorty i przetrwały przewód tętniczy. Wady wrodzone serca powstają już w pierwszym okresie życia płodowego i stanowią jedną z najczęstszych przyczyn zgonów niemowląt w Polsce. Dostęp do inwazyjnego leczenia zaburzeń rytmu serca nadal jest ograniczony, a czas oczekiwania na zabieg bardzo długi. Występują też problemy z wczesną diagnostyką. W ciągu ostatnich lat przeżywalność dzieci z wadami serca uległa jednak znacznej poprawie. Lekarze są już w stanie pomóc nawet noworodkom z bardzo złożonymi wadami serca.

Nasze pracownie są na poziomie światowym. Możemy przeprowadzać zabiegi u coraz mniejszych dzieci. Jakość sprzętu i jego nowoczesność połączona z olbrzymim doświadczeniem kadry medycznej, jaka u nas pracuje, powoduje, że zabiegi są coraz bardziej bezpieczne, dzieci coraz krócej leżą w szpitalu i mamy coraz lepsze wyniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Krawczyk, dyrektor Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

Od kilku lat w Polsce intensywnie rozwija się dziecięca kardiologia interwencyjna. Pojawia się coraz więcej szpitali i oddziałów stosujących najnowocześniejsze, wysokospecjalistyczne metody leczenia, w tym zabiegi hybrydowe, podczas których kardiolog wykonuje zabieg przeznaczyniowy równocześnie z przeprowadzającym operację kardiochirurgiem. Nowoczesne technologie, bazujące na sprzęcie angiograficznym, pozwalają przede wszystkim na uzyskanie obrazów o najwyższej jakości, zwiększając jednocześnie bezpieczeństwo zabiegu. Redukują bowiem dawkę promieniowania, co ma znaczenie zarówno dla chorych, jak i personelu medycznego.

Naszym celem jest to, aby czas wykonywania badania skrócić do minimum, ponieważ jest ono wykonywane z wykorzystaniem promieniowania rentgenowskiego. Im mniejsze promieniowanie, tym lepiej dla pacjenta. Opracowaliśmy technologię Clarity, która sprawia, że dawka promieniowania jest obniżona nawet o 80 proc. w stosunku do aparatów oferowanych na rynku – mówi Wiesław Klatt, dyrektor linii biznesowej Philips w Polsce i w krajach bałtyckich.

Nowoczesna aparatura pozwala również na znaczne zmniejszenie ilości środka kontrastującego stosowanego podczas badań i zabiegów leczniczych, które mogą mieć niekorzystny wpływ na zdrowie pacjentów. Funkcjonalność tego urządzenia – poprzez ergonomię pracy i możliwość współpracy z innymi aparatami diagnostycznymi, takimi jak echokardiograf i tomograf komputerowy – umożliwia wykorzystywanie w czasie zabiegów wcześniej wykonanych badań, co zwiększa precyzyjność interwencji. W Klinice Kardiologii Wieku Dziecięcego i Pediatrii Ogólnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego można w ten sposób wykonać zarówno zabiegi diagnostyczne, jak i interwencyjne.

Stosujemy ten sprzęt zawsze tam, gdzie typowe metody obrazowania są nieskuteczne bądź kiedy tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny czy badanie echokardiograficzne nie dają wszystkich istotnych informacji potrzebnych do tego, aby podjąć prawidłową decyzję terapeutyczną – mówi dr n. med. Tomasz Floriańczyk, pediatra, kardiolog dziecięcy. – Poza tym wykonujemy tutaj również zabiegi lecznicze: zamykanie ubytków przegrody międzyprzedsionkowej, plastyki balonowe zastawek, plastyki balonowe naczyń – zarówno naczyń płucnych, jak i aorty, oraz implantację stentów do tych naczyń.

W klinice powstała ponadto najnowocześniejsza w Polsce Pracownia Elektrofizjologii, w której wykonywane są zabiegi ablacji. Jest to badanie i metoda leczenia zaburzeń rytmu serca u dzieci polegająca na mapowaniu impulsów elektrycznych w sercu, które pozwalają dokładnie zlokalizować źródło arytmii. Miejsce arytmii jest następnie niszczone za pomocą prądu o częstotliwości radiowej. Do kontrolowania przebiegu zabiegu wykorzystywana jest aparatura RTG. Nowoczesna technologia umożliwia jednak maksymalnie bezpieczne wykonanie operacji, głównie poprzez ograniczenie promieniowania jonizującego do minimalnych dawek.

Pozwala również bardzo precyzyjnie znajdować to miejsce za pomocą mapowania elektroanatomicznego i niszczyć bardzo precyzyjnie źródło arytmii, ograniczając uszkodzenie tkanki do absolutnego minimum, co wpływa na bezpieczeństwo i zmniejszenie liczby powikłań, a także na skuteczność – mówi dr n. med. Radosław Pietrzak, kardiolog.

Klinika mieści się obecnie w najnowocześniejszym w Polsce szpitalu pediatrycznym. Dysponuje 54-łóżkowym oddziałem i pracowniami: echokardiografii, EKG, badań holterowskich, prób wysiłkowych, w tym ergospirometrii, prób pionizacyjnych, hybrydową pracownią hemodynamiczną i pracownią elektrofizjologii i ablacji. W ciągu niecałego roku obecności w nowym szpitalu zespół kliniki wykonał 189 inwazyjnych badań diagnostycznych oraz 159 zabiegów kardiologii interwencyjnej.

W pierwszej połowie czerwca w Centrum Dydaktycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego miała miejsce 16. Ogólnopolska Konferencja Sekcji Kardiologii Dziecięcej Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jej uczestnicy mogli wziąć również udział w praktycznych warsztatach zorganizowanych we współpracy z marką Philips. Odbyły się one w Szpitalu Pediatrycznym WUM, a ich tematyka dotyczyła zastosowania EKG w komorowych zaburzeniach rytmu serca, kardiologii płodowej i nowych metod oceny funkcji komór serca. Elementem warsztatów były interaktywne zajęcia z nowoczesnych metod leczenia inwazyjnego połączone z transmisją na żywo zabiegów interwencyjnego i ablacji.

Coraz bliżej rewolucji w systemie emerytalnym. Od 2018 roku firmy będą musiały się włączyć w system emerytalny na nowych zasadach

Coraz bliżej rewolucji w systemie emerytalnym. Od 2018 roku firmy będą musiały się włączyć w system emerytalny na nowych zasadach 17

Planowana w najbliższych miesiącach reforma emerytalna może spowodować, że wielu pracodawców zdecyduje się utworzyć pracownicze programy emerytalne na starych zasadach. Na zarejestrowanie PPE w Komisji Nadzoru Finansowego zostało tylko kilka miesięcy. Najprawdopodobniej już od nowego roku każda firma będzie musiała się włączyć w III filar. Obecnie obowiązek odprowadzania składek spoczywa na pracodawcy, ale środkami zgromadzonymi w PPE powinni się zainteresować również pracownicy. Zwłaszcza przy zmianie miejsca zatrudnienia.

– Kiedy zmieniamy pracodawcę, środki zgromadzone na dotychczasowym PPE nie przechodzą automatycznie razem z nami. Warto się zainteresować i dokonać tzw. wypłaty transferowej. Możemy przenieść nasze oszczędności do nowego miejsca pracy, jeżeli nowy pracodawca umożliwia taką sytuację, lub skorzystać z indywidualnego konta emerytalnego (IKE) i tam przenieść swoje oszczędności. Możemy to zrobić bez względu na to, kiedy zakończyliśmy współpracę z poprzednim pracodawcą – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) stanowią część dobrowolnego III filaru emerytalnego. Tworzą je pracodawcy, którzy finansują składkę podstawową. Wraz ze składką dodatkową zadeklarowaną przez pracownika środki trafiają do wybranej instytucji finansowej, która zarządza nimi do czasu wypłaty (może to być np. fundusz inwestycyjny, zakład ubezpieczeń albo specjalnie utworzony pracowniczy fundusz emerytalny).

Ta forma grupowego oszczędzania na emeryturę nie odbija się na kieszeni pracowników. Jest też korzystna dla firmy, która sama ustala wysokość składki podstawowej (procentową lub kwotową) i może ją wliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Dlatego duża część przedsiębiorstw traktuje PPE jako formę podwyżki albo dodatkowy benefit.

Odprowadzanie całości składek na PPE jest obowiązkiem spoczywającym na pracodawcy. Przy zmianie miejsca zatrudnienia pracownik może łatwo zapomnieć o zgromadzonych tam środkach. Co istotne, po zakończeniu pracy w danej firmie, choć składki wciąż pracują, to nie trafiają tam nowe środki. Jeśli pracownik zapomni o przeniesieniu oszczędności, zgodnie z ustawą odzyska pieniądze dopiero w momencie, w którym ukończy 70 lat. Wpłyną one na konto podane w momencie przystąpienia do programu.

Oszczędności można również automatycznie odzyskać w momencie likwidacji PPE przez pracodawcę. Dla pracownika nie jest to jednak korzystne rozwiązanie.

– Dużo się wówczas traci. Naliczany jest 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych, a dodatkowo należy zwrócić na rachunek ZUS-u 30 proc. składek podstawowych. Warto więc wcześniej się tym zainteresować i podjąć decyzję o przeniesieniu naszych oszczędności do innego PPE lub na IKE – przekonuje Grzegorz Drybała.

Ekspert Union Investment TFI wskazuje też, że można przy tym skorzystać z pomocy specjalistów, którzy pomogą odzyskać zgromadzone w PPE środki.

Jak wynika z ostatnich raportów KNF, obecnie prowadzonych jest około 1040 programów, w których oszczędza około 400 tys. pracowników. Pracodawcy mogą zakładać je od 1999 roku. Według Ministerstwa Rozwoju w ciągu 18 lat funkcjonowania aktywa zgromadzone w PPE sięgnęły ponad 13 mld zł. Chociaż to znacznie więcej niż na IKE i IKZE łącznie (ok. 7 mld zł), pracownicze plany emerytalne nie są powszechnym produktem.

– Z benefitem w postaci pracowniczych programów emerytalnych można się zazwyczaj spotkać w większych firmach, ale nie jest to regułą. Biorąc pod uwagę nasz rynek pracy, widzimy, że wciąż stosunkowo niewielu pracodawców umożliwia swoim pracownikom oszczędzanie na dodatkową emeryturę w formie PPE – ocenia Grzegorz Drybała z Union Investment TFI.

Zachętą dla Polaków do długoterminowego oszczędzania i odciążenia systemu emerytalnego ma być opracowany przez resort wicepremiera Mateusza Morawieckiego Program Budowy Kapitału (to jeden z filarów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). W lutym dokument został przyjęty przez rząd. Część jego zapisów, która dotyczy tworzenia programów emerytalnych przez pracodawców, wejdzie w życie w 2018 roku.

Z zapowiedzi Ministerstwa Rozwoju wynika, że obok PPE w systemie emerytalnym będą funkcjonować pracownicze plany kapitałowe (PPK). Do ich utworzenia będą zobowiązane wszystkie przedsiębiorstwa, docelowo nawet kilkuosobowe. Z kolei pracownicy będą przypisywani do planów kapitałowych automatycznie. Szczegółowy projekt ustawy dotyczący nowych planów kapitałowych ma się pojawić w czerwcu.

Nowych PPK nie będą musiały zakładać firmy, które prowadzą już PPE. To oznacza, że przedsiębiorcom zostało już tylko kilka miesięcy na zarejestrowanie pracowniczego programu emerytalnego na starych zasadach (proces rejestracji w wykazie KNF trwa nawet kilka miesięcy). Obecnie firma może założyć PPE w dowolnie wybranej instytucji finansowej. Po zmianach pieniędzmi na dodatkowe emerytury przez pierwsze dwa lata ma zarządzać państwowy fundusz.

Polska jednym z liderów rynku materiałów termoizolacyjnych w Europie. Utrzymanie tej pozycji wymaga ciągłego rozwoju i innowacyjności

Polska jednym z liderów rynku materiałów termoizolacyjnych w Europie. Utrzymanie tej pozycji wymaga ciągłego rozwoju i innowacyjności 18

40 mln metrów kwadratowych – tyle wyniosła sprzedaż na polskim rynku produktów do ociepleń w 2016 roku. Oznacza to, że Polska jest jednym z największych graczy w Europie, jeśli chodzi o produkcję i zapotrzebowanie na materiały termoizolacyjne. Pod tym względem wyprzedzają nasz kraj tylko Niemcy.

Producenci materiałów izolacyjnych dokładają starań, by produkty, którymi ociepla się domy, były jeszcze bardziej innowacyjne. W ostatnich latach segment ten nie doczekał się jednak żadnych rewolucji, choć można zaobserwować nieustanny rozwój w obszarze metod produkcji materiałów. Ogólnie jednak nadal na rynku ociepleń toczy się rywalizacja między styropianem a wełną mineralną.

– Nie ma jakichś spektakularnych zmian, ale ponieważ cena pracy człowieka jest coraz wyższa, producenci starają się tę pracę uczynić bardziej efektywną, dużo uwagi przykładają do materiałów, a wszystko po to, by pracowało się łatwiej i wydajniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Michalak, Prezes Stowarzyszenia na rzecz Systemów Ociepleń.

Na uwagę zasługują również materiały ceramiczne imitujące cegłę. Pierwszy budynek, który został wykonany przy ich użyciu, powstał w Berlinie w 1957 roku. Mimo upływu lat technologia ta nadal cieszy się nie lada powodzeniem.

– Mówimy też o zmieniających się modach i oczekiwaniach, jest więcej tynku typu kornik. Jest też więcej elementów, które pojawiają się na ścianie ocieplonych budynków, które czynią tę elewację bardziej atrakcyjną. Są to na przykład tynki strukturalne odciskane z deski, pewnego rodzaju wybarwienia lub inne materiały imitujące – wylicza Jacek Michalak.

Choć nowe rozwiązania termoizolacyjne pojawiają się rzadko i wolno zdobywają popularność, to sprzedaż tego typu materiałów ma się zaskakująco dobrze. Okazuje się, że w samym 2016 roku sprzedano w Polsce blisko 40 mln metrów kwadratowych produktów do ocieplenia, co oznacza, że pod tym względem jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce, ustępując miejsca jedynie Niemcom.

– Wszyscy pracujemy nad tym, aby wyprzedzić rywali. Powiedziałem wszyscy, choć reprezentuję tutaj Stowarzyszenie. Polski rynek jest bardzo ważny, bowiem staliśmy się niezwykle istotnym graczem na rynku europejskim. Nasze rozwiązania sprawdzają się w wielu innych krajach. Mówiąc o poziomie technicznym ociepleń oraz kwestii badań i normalizacji w tym zakresie, trzeba powiedzieć, że polski rynek jest rynkiem spełniającym Unijne wymagania i obok rynku niemieckiego jest jednym z wiodących rynków europejskich – podsumowuje Jacek Michalak.

Przygotuj się na przyszły tydzień 23.06.2017

W przyszłym tygodniu fajerwerków nie będzie. W kalendarzu makroekonomicznym nie mamy zaplanowanych konferencji banków centralnych, a tym bardziej zmiany kosztu pieniądza. Niemniej jednak warto obserwować kilka zmiennych. W poniedziałek poznamy amerykańskie zamówienia na dobra trwałe, co jest bardzo ważnym wskaźnikiem wskazującym na aktualną koniunkturą w gospodarce. W ten sam dzień poznamy niemieckie nastroje biznesowe według IFO. We wtorek czeka na nas publikacja optymizmu wśród brytyjskich konsumentów. W środę w kalendarzu pustka, poznamy jedynie najnowszy odczyt amerykańskich zapasów ropy naftowej. Za to czwartek oraz piątek będzie o wiele ciekawszy niż poprzednie dni tygodnia, poznamy najnowszy amerykański oraz brytyjski odczyt PKB, a także zostanie opublikowana inflacja R/R z kilku państw rozwiniętych.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – dane miękkie oraz twarde

Ostatnie publikacje danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki dają wiele do życzenia. Euforia wskaźników wyprzedających (Soft Data) została zakończona. Na domiar złego „twarde” dane również zaskakują na minus. Dokładając do tego kolejną podwyżkę stóp procentowych powinniśmy widzieć kontynuację złych odczytów makroekonomicznych z gospodarki amerykańskiej.

Przygotuj się na przyszły tydzień 23.06.2017 19

Źródło: Bloomberg

W przypadku Stanów Zjednoczonych należy obserwować spread 10-letnich i 2-letnich rentowności. W ostatnim czasie doszło do pokonania ostatniego minimum. Spadek poniżej 0 będzie oznaczał, że długoterminowy dług jest oprocentowany niżej niż krótkoterminowy. Zgodnie z tym inwestorzy będą spodziewali się ponownego spadku stóp procentowych, jest to także predykator kłopotów gospodarczych oraz nadchodzącej recesji.

Spread 10-letnich i 2-letnich obligacji amerykańskich

Spread 10-letnich i 2-letnich obligacji amerykańskich

Źródło: Bloomberg

Niemcy – inflacja

Najważniejsza gospodarka w Strefie Euro opublikuje dane inflacyjne za czerwiec. Podczas publikacji inflacji z tego kraju nie powinniśmy zobaczyć dużej zmienności na EUR/USD. Niemniej jednak dane są ważne same w sobie, ponieważ pokazują trend. Proszę zauważyć, że w połowie 2016 roku inflacja przyspieszyła po to aby od kilku miesięcy spowolnić. Dalsze spowolnienie inflacji w długim terminie byłoby negatywne dla euro.

Inflacja CPI w Niemczech

Inflacja CPI w Niemczech

Źródło: Bloomberg

Instrumenty do obserwacji

Dolar australijski – waluta, która w przeciągu dwóch miesięcy została mocno przeceniona w stosunku do dolara nowozelandzkiego. Czy słusznie? Tak, ponieważ główny produkt eksportowy Australii – ruda żelaza również został przeceniony. Niemniej jednak spoglądając na spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich powinniśmy czekać na mocniejsze odreagowanie, a nawet powrót kursu walutowego AUD/NZD w okolicę 1.090.

AUD/NZD, spread 10-letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich

AUD/NZD, spread 10-letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich

Źródło: Bloomberg

Notowania na wykresie tygodniowym po raz kolejny spadły w okolicę tygodniowego wsparcia, które na dzień dzisiejszy powinno zostać obronione. Według rynku obligacji para walutowa powinna zawrócić w okolicę poziomu 1.09-1.10. Ewentualna korekta na głównym produkcie eksportowym Australii powinna przyczynić się do mocniejszego impulsu wzrostowego.

AUD/NZD, interwał tygodniowy

AUD/NZD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Współczesna produkcja okien to innowacje i patenty. Polska firma liderem nowoczesnych rozwiązań

Współczesna produkcja okien to innowacje i patenty. Polska firma liderem nowoczesnych rozwiązań 20

Rynek producentów okien może być miejscem intensywnych badań i przełomowych, rewolucyjnych innowacji. Wystarczy wspomnieć, że firma Oknoplast, producent okien z PCV, w ciągu blisko 23 lat wprowadziła 40 innowacyjnych rozwiązań technologicznych w branży stolarki otworowej i na same badania potrafi przeznaczyć w ciągu roku kilkanaście milionów złotych. Okno termoizolacyjne, niewidoczne zawiasy ukryte w ramie czy produkty Prolux i Pixel, zapewniające 22 proc. więcej światła niż tradycyjne okna, zapoczątkowały nowy trend w Europie.

– Firma od początku swojej działalności stawia przede wszystkim na innowacje. Zawsze inwestowaliśmy w dział R&D, staraliśmy się współpracować z innymi podmiotami badawczymi na rynku drzwi i okien w Europie w zakresie innowacji. Przez 23 lata funkcjonowania wprowadziliśmy ponad 40 innowacji w branży stolarki otworowej jako pierwsi, kreując ten trend na rynku europejskim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mikołaj Placek, prezes zarządu Grupy Oknoplast.

W zależności od roku i wprowadzanych innowacji na badania i rozwój firma przeznacza nawet kilkanaście milionów złotych.

– Dział R&D Oknoplast składa się z kilkunastu osób, które cały czas pracują nad nowymi rozwiązaniami, ale oprócz tego współpracujemy także z instytutami naukowymi, z naukowcami, ze start-upami, również z uniwersytetami czy politechnikami, nie tylko w Polsce, lecz także za granicą – wymienia Mikołaj Placek.

Przez lata swojej działalności Oknoplast wprowadził wiele innowacji, począwszy od aspektów związanych z funkcjonalnością poprzez ergonomię, design skończywszy na technologii, wyprzedzając branżę nawet o kilka lat.

– Dwa lata temu postawiliśmy na design, na większą ilość światła, które powinno być dostarczane do wewnątrz pomieszczeń. Zmieniają się trendy architektoniczne, architekci stawiają na większe przeszklenia. Jako pierwsi w Europie stworzyliśmy okno, które dzięki specjalnej konstrukcji ramy i skrzydła okiennego dostarcza ponad 22 proc. więcej światła w porównaniu z tego typu rozwiązaniami naszych konkurentów. To kolejny trend, który wykreowaliśmy w Europie i w tym kierunku idzie większość producentów – przekonuje prezes Grupy Oknoplast.

Klienci coraz częściej przykładają wagę do designu okien, dopasowują je do bryły domu, zwracają uwagę na ich wielkość, funkcję i rozmieszczenie. Przekłada się to na wydatki. Za dobrej jakości okna jesteśmy w stanie zapłacić więcej. Budownictwo idzie w kierunku energooszczędności. Duże przeszklenia pomagają utrzymać wyższą temperaturę, zapewniają oświetlenie przez większą część doby. Co więcej, dzienne światło może zostać przekształcone w energię elektryczną. Taki trend powinien się utrzymywać.

– Cały czas szukamy nowych pomysłów, a nasz dział R&D pracuje nad nowymi rozwiązaniami. Tym, co wpisuje się w trendy rozwoju jeżeli chodzi o całą branżę budowlaną, to zagadnienie smart home. Zajmujemy się nimi od kilku lat, unowocześniamy je i staramy się, aby było coraz lepsze – tłumaczy Placek.

Z początkiem kwietnia 2017 roku Oknoplast ruszył z nowym projektem Oknoplast LAB. Na platformie pojawił się cykl filmów poradnikowych, gdzie eksperci krok po kroku doradzają przy wyborze okien, na co zwrócić uwagę, czy jakie są różnice między poszczególnymi modelami. Wszystko zaś podane w przystępny sposób, bez użycia trudnych, technicznych terminów.

– Stawiamy na innowacyjny sposób komunikacji z rynkiem. Jako pierwsza firma w branży budowlanej stworzyliśmy format poradnikowy Oknoplast LAB. Komunikujemy się z naszym klientem poprzez filmy wideo. Pokazujemy w nich produkty w lekki i przystępny sposób, tak aby klient otrzymał prosty przekaz i żeby bez problemu zrozumiał zagadnienia, które wiążą się z wyborem stolarki otworowej. Nie komunikujemy tego w techniczny sposób, ale w przystępny i zrozumiały – podkreśla Mikołaj Placek.

Julia Patorska przewodniczącą Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Julia Patorska - Deloitte Julia Patorska, ekonomistka, starszy menedżer w firmie doradczej Deloitte, kilka dni temu została przewodniczącą Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

– Gratuluję Julii objęcia tego stanowiska. Cieszę się, że nasza koleżanka stanęła na czele tak zacnego gremium, jakim jest Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Julia jest ekonomistką młodego pokolenia, charakteryzującą się nowatorskim spojrzeniem na wiele zagadnień ekonomicznych. Tym bardziej cieszy, że jej wiedza i doświadczenie będą mogły zostać wykorzystane na rzecz dobra wspólnego – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Julia Patorska posiada trzynastoletnie doświadczenie zawodowe. Z wykształcenia jest ekonomistką. Ukończyła Szkołę Główną Handlową, Universidad de Seville w Hiszpanii. Ma za sobą również studia doktoranckie na SGH.

Nowa przewodnicząca TEP od dziewięciu lat pracuje w konsultingu, z czego od dwóch lat w Deloitte. Realizowała projekty z różnych sektorów, wspierając zarówno podmioty publiczne, jak i prywatne. Od kilku lat rozwija usługi doradcze w obszarze analiz ekonomicznych w zespole Sustainability Consulting Central Europe Deloitte, gdzie zajmuje stanowisko Starszego Menedżera. Jej specjalizacją jest znalezienie związku pomiędzy zrównoważonym rozwojem i ekonomią. Od ponad roku intensywnie zajmuje się zagadnieniami gospodarki o obiegu zamkniętym.

Julia Patorska, która przed objęciem stanowiska przewodniczącego TEP, była członkiem jego Rady, jest również ekspertem zewnętrznym Centrum Badań i Analiz Pracodawców RP. Na stanowisku przewodniczącego Towarzystwa Ekonomistów Polskich zastąpiła dr hab. Andrzeja Rzońcę, który zrezygnował ze stanowiska.

Głównym zadaniem TEP jest popularyzowanie wiedzy ekonomicznej, wyjaśnianie zjawisk gospodarczych i społecznych współczesnego świata, dyskusja nad kształtowaniem się ładu gospodarczego w Polsce i świecie oraz wspieranie rozwoju ekonomistów młodego pokolenia.

BioMaxima S.A. otrzymała 2,97 mln zł dotacji. Ma już łącznie 5,23 mln zł dotacji na inwestycje

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, poinformowała o przyznaniu jej dotacji z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w wysokości ponad 2,97 mln zł.

Spółka otrzyma dofinansowanie na realizację projektu „Wprowadzenie innowacji poprzez wdrożenie rekomendacji wynikających ze strategii wzorniczej BioMaxima S.A.”. Został on wybrany do dofinansowania w ramach Etapu II Działania 1.4 „Wzór na konkurencję”. Całkowite wydatki kwalifikowane w tym projekcie wynoszą 4.994.000 zł. Natomiast kwota przyznanej dotacji sięga 2.973.400 zł. Dofinansowanie zostanie przeznaczone na zakup maszyn związanych z produkcją mikrobiologiczną oraz usług związanych z wprowadzeniem w Spółce systemu ERP, nową stroną internetową, logo oraz szatą graficzną materiałów reklamowych. Otrzymana dotacja w istotny sposób wpłynie na unowocześnienie produkcji, poprawy wydajności, poprawy procesów zarządzania oraz poprawy komunikacji z klientami. Zarząd BioMaxima S.A. z dużym optymizmem przyjął decyzję o przyznaniu dofinansowania i upatruje wielu szans dla dalszego dynamicznego rozwoju Spółki dzięki wykorzystaniu tych środków.

„W okresie najbliższych kilkunastu miesięcy będziemy intensywnie inwestować w rozbudowę naszej infrastruktury w Lublinie. Dotacja, którą otrzymaliśmy w ramach II Etapu Działania „Wzór na Konkurencję”, wpisuje się w plan inwestycyjny BioMaxima S.A. opiewający łącznie na prawie 15 milionów złotych. W ramach tego zadania będziemy kupowali sprzęt służący do produkcji mikrobiologicznej, a także systemy usprawniające zarządzanie i obsługę klienta. Dzięki jego realizacji skokowo zwiększymy efektywność naszych procesów, wydajność produkcji, a także poszerzymy ofertę produktową.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

W październiku 2016 r. BioMaxima S.A. informowała o otrzymaniu dotacji, w ramach Działania 2.1 „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw” w wysokości 2.294.000 zł. Dotacja jest przeznaczona na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego. Całkowity koszt projektu netto wynosi 3.840.000 zł.

W kwietniu BioMaxima S.A. uzyskała nowe pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej EURO-PARK Mielec w Lublinie. Warunki nowego zezwolenia przewidują, iż Spółka poniesie koszty kwalifikowane w wysokości co najmniej 14,27 mln zł w terminie do końca 2018 r. oraz zatrudni w tym terminie minimum 15 pracowników i utrzyma to zatrudnienie co najmniej do końca 2019 r., a także zakończy inwestycję do końca 2018 r. Spełniając powyższe kryteria Emitent uzyska możliwość korzystania ze zwolnienia podatkowego z tytułu kosztów nowej inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy. BioMaxima S.A. występowała o zezwolenie w związku z budową nowego Centrum Badawczo-Rozwojowego oraz nowego zakładu produkcyjnego w SSE EURO-PARK Mielec w Lublinie, który zlokalizowany będzie na tej samej działce, na której obecnie znajduje się siedziba Spółki.

Podczas najbliższego Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, które odbędzie się w dniu 26.06.2017 r., podejmą oni decyzję w zakresie podziału zysku za 2016 r. Zarząd BioMaxima S.A. zarekomendował wypłatę dywidendy w kwocie 0,05 zł na akcję. Proponowanym dniem dywidendy jest 31.08.2017 r., a jej wypłata ma nastąpić w dniu 18.09.2017 r. Emitent chce kontynuować w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową i dzielić się wypracowanym zyskiem z Akcjonariuszami, pomimo iż realizuje obecnie bardzo kapitałochłonne projekty inwestycyjne związane z nowymi przedsięwzięciami biznesowymi. W 2016 r. Spółka wypłaciła dywidendę w wysokości 0,20 zł na akcję, a w 2015 r. w kwocie 0,10 zł na akcję.

BioMaxima S.A. wypracowała w minionym roku 1.228 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 28.746 tys. zł. Emitent zrealizował z sukcesem proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., co pozwoliło na umocnienie jego pozycji rynkowej w segmencie mikrobiologii oraz na zwiększenie przychodów z działalności eksportowej. Spółka w 2016 r. przeprowadziła także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W 2017 r. mają się one połączyć się z należącą do Emitenta spółką Roco Sistem i stworzyć nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl. Pozwoli to Spółce umocnić jej pozycję na rynku rumuńskim i osiągać na nim wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach produktowych.

Firmy chwalą się szybkim tempem rozwoju, a rekrutują z żółwią prędkością. Ile przez to tracą?

Rynek kandydata sprawia, że specjalista lub menedżer gotowy zmienić pracę, może znaleźć nowe zatrudnienie w ciągu kilku dni. Tymczasem pracodawcy, choć jak jeden mąż deklarują: „rozwijamy się dynamicznie”, zdają się nie dostrzegać tej sytuacji i prowadzą procesy rekrutacyjne, które toczą się czasem aż i trzy miesiące. Eksperci Antal badają, jak wpływa to na koszty ponoszone przez firmy oraz ich reputację.

Choć z perspektywy pracodawcy proces rekrutacyjny jest nieprzerwanym ciągiem aktywności, od wymyślenia „pracownika marzeń”, przez spotkania z kandydatami, aż po podpisanie umowy, perspektywa pracownika bywa zdecydowanie mniej porywająca. Poszczególne etapy – przesłanie dokumentów, wywiad telefoniczny, jedno lub więcej spotkań – poprzetykane są nieznośnie długimi okresami… czekania. Coraz częściej pojawiają się więc sytuacje, w których przedstawiciel firmy dzwoni do wybranego, najlepszego z kandydatów, aby zaproponować mu współpracę i ze zdziwieniem słyszy, że ta osoba właśnie podpisała umowę z inną organizacją. Konkurencja była lepsza? Nie, była po prostu szybsza.

Oczekiwania kandydatów? Czyny, nie słowa

Pracodawcy często usprawiedliwiają żmudne tempo procesów rekrutacyjnych chęcią możliwie najbardziej starannego dopasowania pracownika do stanowiska. Intencja sama w sobie jest chlubna, jednak mało która firma potrafi ją sprawnie zrealizować na rynku pracownika. Główną przyczyną jest niewystarczające przygotowanie się do rekrutacji jeszcze przed jej rozpoczęciem: ustalenie precyzyjnych, ale i realistycznych oczekiwań od kandydata, wstępne zdiagnozowanie puli kandydatów, którzy mogą wkomponować się w te założenia, dopełnienie formalności związanych z rozpoczęciem rekrutacji i rozpisanie procesu w czasie.

Kandydaci czują, czy proces, w który są zaangażowani, jest prowadzony w sposób przemyślany. Motywami przewodnimi takiej rekrutacji są transparentność i spójność, co w praktyce przekłada się na realizację procesu w zgodzie ze znanym kandydatom harmonogramem i zamysłem. Firmy, które są w tym konsekwentne, mogą zrekrutować pracownika w ciągu 4 tygodni, a kluczowe procesy zamknąć nawet w 2 tygodnie” – wyjaśnia Artur Skiba, prezes Antal – „Tymczasem wielu pracodawców daje sobie przyzwolenie na wielomiesięczne poszukiwania nieistniejącego ideału, zmuszając solidnych i zainteresowanych współpracą kandydatów do długiego oczekiwania na decyzje o kolejnych etapach procesu. Często, co gorsza, nie informując ich o zawieszeniu czy przedłużeniu pierwotnego planu. Czy jest to spójne z deklaracją szybkiego i dynamicznego rozwoju, którą niemal każda firma zamieszcza w ofercie pracy? Nie”.

Dodając do tego, że poszukiwania zmotywowanego ideału z kilkuletnim doświadczeniem na analogicznym stanowisku są w swojej naturze z góry skazane na porażkę, efektem tak prowadzonej rekrutacji jest zatrudnienie nie najlepszego z dostępnych kandydatów, a takiego, który nie otrzymał wcześniej innej oferty pracy lub nie szuka pracy aktywnie.

Udział w rekrutacji to nierzadko jedyny okres bezpośredniej styczności pracownika z daną firmą” – tłumaczy Anna Piotrowska – Banasiak, dyrektor rozwoju w Antal. „Całość tych wrażeń tworzy tzw. candidate experience, czyli doświadczenie kandydata. Ma to realne przełożenie na ogólną opinię o organizacji. Opieszałość w trakcie procesu rekrutacyjnego bywa utożsamiania z brakiem decyzyjności i mało »rynkowym« podejściem do biznesu”, co przekłada się na atrakcyjność firmy w oczach potencjalnych pracowników, a tym samym warunki, a nawet możliwość ich zrekrutowania i zatrudnienia.

Koszty rekrutacji – jak je optymalizować?

Wspominając o przewadze konkurencyjnej, warto przyjrzeć się także kosztom, jakie pochłania każdy dzień trwania rekrutacji. „Mierzenie efektów oraz kosztów procesów HR i ich optymalizacja nie są jeszcze powszechne w polskich firmach, a przecież i tutaj należy kierować się maksymą czas to pieniądz” – zauważa Artur Skiba. „Oszacowanie tzw. cost-per-hire, czyli kosztu zatrudnienia jednego pracownika i wyliczenie jego dziennego poziomu to kubeł zimnej wody i jednocześnie mobilizator dla pracodawców, którzy orientują się, ile środków można byłoby wykorzystać na inne cele, gdyby np. spotkania z kandydatami skondensować w dwóch dniach roboczych, a nie rozciągać na cały tydzień”.

Do czynników, które wpływają na koszt rekrutacji, zaliczają się:

  1. Dzienne wynagrodzenie osób zaangażowanych w prowadzenie procesu rekrutacji (rekruter wewnętrzny, potencjalny przełożony nowo zatrudnionego pracownika, dedykowany konsultant z agencji rekrutacyjnej).
  2. Dzienny koszt wykorzystania narzędzi rekrutacyjnych (ekspozycja oferty na portalach rekrutacyjnych, koszt utrzymania bazy kandydatów, pakiet premium w sieci biznesowej, koszty testów).
  3. Niewykorzystane szanse biznesowe wynikające z istniejącego wakatu (np. niesprzedane produkty i usługi, wydłużony czas obsługi klienta, niższy poziom realizacji standardowych zadań przez obecnych pracowników ze względu na konieczność realizacji dodatkowych obowiązków, przewidzianych dla rekrutowanego pracownika).
  4. Koszty logistyczne (zwrot kosztów dojazdu do siedziby firmy przez kandydatów, wykorzystanie narzędzi telekomunikacyjnych, ograniczona dostępność pokoi spotkań w siedzibie firmy).

Abstrahując od kosztów samej rekrutacji, niebagatelny udział w miernikach, do których optymalizacji należy dążyć, ma także analiza przewagi kompetencyjnej, którą zdobywa konkurencja, docierając szybciej i pozyskując interesującego firmę kandydata.

Na rynku pracownika nie wystarczy wpisać w ofercie pracy, że organizacja działa prężnie i dynamicznie. Konieczne jest przełożenie tej deklaracji na czyny” – podsumowuje Anna Piotrowska – Banasiak. „Rekrutacja to moment, w którym możemy zaprezentować się nie tylko jako atrakcyjne miejsce pracy, ale także jako organizacja troszcząca się o jakość kontaktu ze wszystkimi partnerami biznesowymi, bo tak należy postrzegać potencjalnych pracowników”.

Polska drugim największym płatnikiem piwnej akcyzy w Unii Europejskiej

Ponad 3,6 mld zł (840 mln Euro) rocznie wpływa do budżetu państwa z tytułu podatku akcyzowego od piwa płaconego przez polskie browary. To drugi – po Wielkiej Brytanii (4 449 mln Euro), a przed Francją (830 mln Euro) i Niemcami (619 Euro) – najwyższy wynik w Unii Europejskiej. Kwota, jaką w formie akcyzy odprowadza do skarbu państwa branża piwowarska wystarczyłaby na pokrycie kosztów rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”.

Na piwowarskiej mapie Europy Polska zajmuje miejsce jeśli nie na podium, to zwykle w bezpośrednim jego sąsiedztwie. Z roczną produkcja na poziomie nieco ponad 40 mln hl nasz kraj jest trzecim największym producentem chmielowego trunku na Starym Kontynencie oraz trzecim największym – po Niemczech i Wielkiej Brytanii – jego konsumentem. Aż 98 proc. piwa, które trafiła do koszyków Polaków pochodzi z polskich browarów. Nic dziwnego, skoro wg przeprowadzonego w ubiegłym roku badania „Piwna Polska pod lupą” większość rodzimych konsumentów to zadeklarowani piwni patrioci.

Preferencje piwoszy to silny impuls do rozwoju branży, która dziś jest największym pracodawcą w krajowym sektorze alkoholowym, generującym 200 tys. etatów oraz wpływy do skarbu państwa rzędu 10 mld zł rocznie.

Browary warzą, budżet zarabia

Szacunkowo co trzecia złotówka zasilająca budżet państwa z tytułu podatku akcyzowego od alkoholu pochodzi z produkcji i sprzedaży piwa.  Z opublikowanego przez The Brewers of Europe raportu „The Contribution made by Beer to the European Economy” wynika, że kwota, jaką w formie akcyzy odprowadza do budżetu branża piwowarska w Polsce (3,6 mld zł; 840 mln Euro) czyni nasz kraj drugim największym płatnikiem podatku akcyzowego od piwa w Europie. Pierwsze miejsce należy do Wielkiej Brytanii (4 449 mln Euro). Niemcy, które są największym europejskim producentem piwa, plasują się dopiero na czwartej pozycji (676 mln Euro). – Polski rynek piwa jest mniej więcej o połowę mniejszy niż rynek niemiecki, jednak polscy piwowarzy z tytułu akcyzy odprowadzają do skarbu państwa kwotę o blisko jedną czwartą wyższą niż ich koledzy zza Odry. Wynika to z różnicy w wysokości obowiązujących w obu krajach stawek podatku akcyzowego na piwo. W Polsce w porównaniu nie tylko z Niemcami, ale również pozostałymi krajami regionu o silnych rynkach piwnych, jak Czechy czy Słowacja, są one wysokie – mówi Danuta Gut, Dyrektor Biura Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Akcyza stanowi tylko jedną trzecią wpływów budżetowych, jakie generuje polskie piwo. Z wspomnianego raportu „The Contribution made by Beer to the European Economy” wynika, że budżet państwa zyskuje dzięki piwu łącznie blisko 10 mld złotych rocznie.

Procenty w dół, przychody w górę

Od kilku lat w Polsce spożycie piwa per capita utrzymuje się na stabilnym poziomie, oscylując w granicach 96-98 litrów. Wyraźnie zmieniają się jednak preferencje konsumentów, którzy sięgając po piwo zwracają uwagę przede wszystkim na jego walory smakowe, a nie na „procenty”. Sprawia to, że w ostatnich latach ze sklepowych półek najszybciej znikają piwa o niskiej zawartości alkoholu oraz piwne specjalności o pełnym, intensywnym smaku. Na wzroście ich popularności zyskuje budżet państwa. Dzieje się tak dlatego, że akcyza w piwie naliczana jest od zawartości ekstraktu, a nie – jak ma to miejsce w przypadku innych trunków procentowych – zawartości alkoholu. W 2016 r. akcyza od piwa przyniosła budżetowi państwa 3,6 mld zł. W ciągu ostatniej dekady wpływy budżetowe z tego tytułu wzrosły o blisko jedną piątą.

Sfinks podjął decyzję o przyjęciu oferty zakupu Piwiarni Warki

Sfinks Polska, zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, zdecydowała o przyjęciu oferty Grupy Żywiec i podpisaniu umów dotyczących zakupu sieci franczyzowej Piwiarnia Warki, liczącej 67 lokali oraz współpracy z Grupą Żywiec. Wartość transakcji to 12 mln zł, które Sfinks ma zapłacić w ciągu 6 lat.

Porozumienie między spółkami przewiduje, że Grupa Żywiec przez najbliższych 20 lat będze wyłącznym dostawcą piwa i cydru do lokali Piwiarnia Warki. Sfinks zaś zobowiązuje się do prowadzenia i rozwoju sieci w tym okresie oraz realizacji określonych w Umowie minimalnych poziomów sprzedaży produktów Grupy Żywiec. W zamian otrzyma wynagrodzenie szacowane na 45 mln zł. Jednocześnie przejmie prawa do sieci franczyzowej, w tym umów z franczyzobiorcami, znaku towarowego Piwiarnia oraz majątku trwałego. Wejście umowy w życie uzależnione będzie od stanowiska UOKiK.

– Zgodnie ze strategią, długofalowy rozwój Sfinksa postrzegamy przez pryzmat stworzenia szerokiej oferty gastronomicznej, która będzie odpowiadała na różnorodne potrzeby klientów związane z rodzajem kuchni, porą dnia czy okolicznościami, które przywiodły daną osobę do lokalu. Aby to osiągnąć, niezbędne jest wyjście poza nasze dotychczasowe koncepty. Gastro-puby to segment, którym interesowaliśmy się już od pewnego czasu, a Piwiarnia Warki jest dużą siecią z marką o ugruntowanej renomie, grupą stałych klientów i potencjałem rozwoju. Wszystkie te elementy stanowią solidny fundament, na którym możemy dalej budować zasięg i siłę sprzedażową tej sieci, wykorzystując naszą wiedzę oraz doświadczenie w branży gastronomicznej. Jestem przekonany, że planowana transakcja w sposób istotny przyczyni się budowy wzrostu wartości spółki dla akcjonariuszy, jak zakłada nasza strategia – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

W ramach sieci Piwiarnia Warki działa 67 pubów. Klienci tych lokali mogą liczyć na bogaty wybór piw, ofertę kulinarną oraz możliwość śledzenia wydarzeń sportowych dzięki telewizyjnym transmisjom. Wystrój Piwiarni Warki jest inspirowany wnętrzami tradycyjnych pubów z Wysp Brytyjskich. Sfinks ma doświadczenie nie tylko w prowadzeniu sieci restauracyjnych, od 2016 r. zarządza także kultowym pubem w Warszawie – Bolkiem.

Letni spokój

Rynek walutowy przespał sesję azjatycką, indeksy giełdowe stoją w miejscu, a ropa naftowa nie wykazuje siły do kontynuacji czwartkowego odbicia. Ten ostatni element pomógł opanować nerwowość, która w tym tygodniu zaczynała kiełkować i co było szczególnie widać wśród walut rynków wschodzących. Dziś w kalendarzu odczyty PMI z Eurolandu i USA oraz inflacja z Kanady.

Pozbawieni innych impulsów do handlu inwestorzy dalej zerkają na rynek ropy naftowej, gdzie czwartek przyniósł przerwanie ponurej serii spadków. WTI zdołała wybronić się przed złamaniem 42 USD/b, choć skala czwartkowych wzrostów pozostawia wiele do życzenia i dziś rano cena jest trochę poniżej 43 USD/b. Ożywienie handlu przyniosły doniesienia Wall Street Journal, według których Arabia Saudyjska podtrzymuje strategiczny cel na 60 USD/b. Jednak Saudyjczycy pozostają niechętni wpływać na ceny, jeśli pozostali członkowie OPEC także nie wykażą zaangażowania, więc ogólnie dostaliśmy tylko więcej szumu informacyjnego. Potrzeba odwagi, by budować świeże pozycje na wzrosty cen ropy i wątpliwe, aby taka pojawiła się tuż przed weekendem.

Mimo to uspokojenie na rynku surowców pomogło opanować emocje wśród walut ryzykownych, a szczególnie pozwoliło NOK i CAD skupić na innych czynnikach. Norges Bank zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę depozytową bez zmian na 0,5 proc., ale dodatkowo porzucił gołębie nastawienie poprzez usunięcie z prognozowanej ścieżki stopy procentowej wycenę cięcia o 10 pb. Mówienie już o gotowości do podwyżki to byłoby nadużycie, ale ruch banku centralnego pokazuje, że sprawy w Norwegii mają się dobrze i o ile zachowanie cen ropy naftowej nie zaszkodzi, NOK ma do uwzględnienia w wycenie lepsze perspektywy makro-monetarne.

Sprzedaż detaliczna z Kanady za kwiecień zaskoczyła wzrostem prawie trzykrotnie wyższym od oczekiwań, dokładając kamyczka do jastrzębiej zmiany w nastawieniu Banku Kanady. Ważniejszym argumentem, który może nawet pchnąć BoC do podwyżki stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu w lipcu, będzie dzisiejszy odczyt inflacji CPI. Konsensus przewiduje osłabienie majowej inflacji do 1,5 proc. r/r z 1,6 proc. w kwietniu, więc nawet utrzymanie kwietniowego odczytu powinno wystarczyć, by wesprzeć wzrost oczekiwań na podwyżkę, a tym samym napędzać CAD.

Na rynku głównych walut niewiele się dzieje po stronie wydarzeń. USD stanął w miejscu przy braku kluczowych danych, a członkowie Fed w swoich wypowiedziach trzymają się swoich „szufladek”. Wczoraj gołębi Bullard przestrzegał przed zbyt agresywną polityką stóp procentowych, ale jednocześnie twierdzi, że normalizacja sumy bilansowej Fed powinna rozpocząć się „wcześniej niż później”. Jego nie wnosi nic nowego do dyskusji utrzymując w miejscu oczekiwania względem polityki Fed. Dzisiejsze wstępne odczyty PMI z USA maja nikłe szanse skupić na sobie uwagę. W strefie euro wstępne szacunki PMI będą miały większe znaczenie, jeśli nagle przerwą dynamiczne wzrosty z ostatnich miesięcy. Sądzimy, że po ostatnim schłodzeniu optymizmu przez ECB, długie pozycje w EUR nie czują się już tak pewnie, jak miesiąc temu i stoją przed ryzykiem kapitulacji pod byle pretekstem. A takim może być rozczarowanie w dzisiejszych odczytach.

Polski złoty w czwartek korzystał na ociepleniu sentymentu wokół aktywów ryzykownych i scenariusz głębszej przeceny pozostał odroczony. Dziś tryb konsolidacji powinien zamknąć EUR/PLN w przedziale 4,22-4,25, ale tak samo jak odbicie cen ropy naftowej wygląda nieprzekonująco, tak i nie porzucamy naszych oczekiwań podejścia EUR/PLN w stronę 4,28-4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.