PROCON Indirect Forum 2017

PROCON Indirect Forum 2017Kierowanie działem zakupów w firmie to w dalszym ciągu duże wyzwanie dla polskich przedsiębiorstw. Nieustannie niedoceniana funkcja zakupów pośrednich w firmach powoli zyskuje na znaczeniu w świadomości przedsiębiorców i kadry zarządzającej. Sprawnie zarządzane zakupy nieprodukcyjne to nie tylko oszczędności w skali całej firmy, ale przede wszystkim wartość dodana do całej organizacji, płynąca z innowacji i efektywności prowadzonych działań zakupowych.

W ciągu trzech lat, konferencje PROCON stały się wiodącymi wydarzeniami dla branży zakupowej w kraju. Sukces frekwencyjny dotychczasowych edycji konferencji PROCON Manufacturing oraz PROCON/POLZAK zgromadził ponad 900 uczestników w ciągu 3 lat. Frekwencja pokazuje, że tematyka zakupowa zyskuje na znaczeniu i silnie dąży w kierunku osiągnięcia mocniejszej pozycji w procesach biznesowych. Dlatego też zapraszamy na koleją konferencję, która merytorycznie skupi się na zakupach pośrednich. Bazując na swoich wieloletnich doświadczeniach oraz wiedzy zaproszonych Ekspertów, firma OptiBuy – przygotowała wydarzenie obfitujące w interesujące case studies, warsztaty i dyskusje.

Konferencja PROCON INDIRECT FORUM 2017 odbędzie się w dniach 21-22.03.2017 r. w hotelu Airport Okęcie w Warszawie.

Wydarzenie kierowane jest do wyższej kadry zarządzającej odpowiedzialnej za zakupy indirect (zakupy pośrednie) w średnich i dużych przedsiębiorstwach. Patronat merytoryczny nad wydarzeniem objęła Akademia Leona Koźmińskiego.

Gościem Specjalnym wydarzenia jest prof. dr Arjan van Weele – światowy guru w dziedzinie zakupów. Poprowadzi on Wykład Otwierający oraz blok warsztatów dla wyższej kadry zarządzającej.

W programie Konferencji znalazły się praktyczne warsztaty prowadzone przez doświadczonych specjalistów, które pozwolą na powiązanie teorii z praktyką w zagadnieniach związanych z budowaniem strategii zakupowej czy zakupem dóbr o szybko zmieniających się cenach rynkowych.

Więcej informacji znajdą Państwo na stronie: http://indirect.konferencja-procon.pl

Alternatywne rozwiązania IT zwiększą bezpieczeństwo przedsiębiorstwa

Posiadanie systemu informatycznego w przedsiębiorstwie jest niezbędne do jego poprawnego funkcjonowania. Dlatego też zapewnienie bezpieczeństwa firmowej sieci powinno być absolutnym priorytetem. Poniżej prezentujemy alternatywne rozwiązania IT, których wprowadzenie podniesie poziom zabezpieczeń w organizacji.

Bezpieczeństwo informatyczne przedsiębiorstwa przestaje być tylko jednym z aspektów pracy działu IT, a staje się kwestią kluczową, bez której nie ma mowy o poprawnym funkcjonowaniu firmy. Potwierdzają to badania PwC, przeprowadzone na przestrzeni ostatnich lat, według których wydatki polskich przedsiębiorstw na cyberbezpieczeństwo z roku na rok systematycznie rosną. W 2013 r. było to zaledwie 2,7 proc. budżetu IT, natomiast w 2016 wartość ta wyniosła już 10 proc. Jest to odpowiedź na rosnącą liczbę ataków na infrastrukturę komputerową firm, których w 2016 r. było w Polsce o 46 proc. więcej niż w poprzednim roku. Przez ataki hakerskie, z którymi związana była m.in. utrata klientów, danych, bądź przestój w działaniu, 4 proc. zaatakowanych przedsiębiorstw odnotowało straty w wysokości powyżej miliona złotych.

Bring Your Own Device – tu potrzebna jest kontrola!

Przekazywanie pracownikom dostępu do firmowej sieci z poziomu ich prywatnych urządzeń, czyli rozwiązanie o nazwie Bring Your Own Device (BYOD), jest już zjawiskiem powszechnym. Takie działanie pozwala zaoszczędzić pieniądze niezbędne do kupienia odpowiedniego sprzętu, a także czas, ponieważ dzięki ciągłemu dostępowi do firmowych danych pracownik może elastycznie reagować na potrzeby firmy. Z raportu „Nowoczesne IT dla MŚP” opublikowanego przez Ipsos Mori w 2015 r. wynika, że w niemal połowie (46 proc.) małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce pracownicy korzystają z własnych urządzeń. Używają ich oni przede wszystkim do dostępu do służbowej skrzynki e-mail, edytują na nich firmowe dokumenty oraz korzystają z potrzebnych do pracy aplikacji.

Lista zagrożeń, jakie niesie ze sobą rozwiązanie BYOD jest jednak dosyć długa. Wpuszczenie nieautoryzowanego urządzenia do firmowego obiegu dokumentów jest furtką, przez którą istotne informacje mogą w łatwy sposób trafić w ręce osób niepożądanych. Wynika to z faktu, że znaczna większość osób nie dba o bezpieczeństwo swoich prywatnych urządzeń mobilnych lub komputerów.  Jeżeli chodzi o smartphone’y, to najnowsze badania przeprowadzone przez Consumer Reports w Stanach Zjednoczonych pokazały, że aż 64 proc. użytkowników nie używa PIN-u do odblokowania swojego urządzenia, tylko 14 proc. ma oprogramowanie antywirusowe, a raptem 8 proc. posiada narzędzia do usuwania danych ze swoich telefonów.

Alternatywą dla BYOD jest standard zwany POCE (Personally Owned, Company Enabled) który zakłada, że prywatne urządzenie zostanie włączone w sieć wewnętrzną firmy. Główną różnicą Pomiędzy BYOD a POCE są nałożone w tym drugim ograniczenia, które kontrolują, do jakich danych, aplikacji i urządzeń prywatny sprzęt będzie miał dostęp, a także wprowadzają na nim system zabezpieczeń i weryfikacji, aby w pełni panować nad przepływem informacji. Wybór tego rozwiązania nie wygeneruje tylu kosztów, co np. zapewnienie wszystkim pracownikom nowego, służbowego sprzętu, a z pewnością podniesie poziom bezpieczeństwa wrażliwych, firmowych danych.

Chmura a Internet of Things

Zabezpieczenie urządzeń użytkowników końcowych jest istotne, jednak coraz więcej analiz zwraca uwagę na konieczność zabezpieczenia innego aspektu firmowego IT. Chodzi o przedmioty samoistnie łączące się z globalną siecią i tworzące Internet Rzeczy. Są one szczególnie narażone na ataki, ponieważ, jeżeli korzystają z cloud computingu, mogą stanowić spore ułatwienie przy próbie włamania się do sieci firmy. Ze świata napływają informacje o udanych próbach ataku na takie urządzenia jak lodówka, inteligenta toaleta, czy nawet żarówka, która dzięki połączeniu z Internetem mogła być obsługiwana z poziomu smartphone’a. – Aspekt bezpieczeństwa danych jest jednym z czynników, dla których rozwiązania chmurowe w polskich przedsiębiorstwach nie są wykorzystywane na masową skalę – mówi Łukasz Laskowski, prezes firmy Ediko, specjalizującej się w zarządzaniu obiegiem dokumentów i informacji w firmie. Słowa te potwierdza Vormetric Insider Threat Report 2015, plasując chmurę jako najniebezpieczniejszy model zarządzania danymi w opinii przedsiębiorców.

Rozwiązaniem zwiększającym poziom bezpieczeństwa jest wybór tych urządzeń IoT, które działają np. w oparciu tylko o firmową sieć LAN. Pozwalają one zminimalizować ryzyko wycieku oraz włamania przez komunikację i przetwarzanie danych tylko w obrębie zabezpieczonej struktury informatycznej firmy. W tym momencie technologia ta cieszy się szczególnym zainteresowaniem. Rozwiązania IoT tego typu znajdują już zastosowanie przede wszystkim w monitoringu, kontroli i gromadzeniu oraz analizie danych z ważnego dla firm zakresu Big Data. Zainteresowane są nimi różne branże, takie jak transport i handel, ale także i przemysł, nazywany często Industry 4.0. Taki Internet Rzeczy sprawdza się także we wspomaganiu i optymalizacji procesów biurowych, m.in. monitorując pracę firmowych drukarek.

Bezpieczeństwo na zlecenie

Według najnowszego raportu „HP dla Biznesu. Bezpieczeństwo. Ryzyko. Dostępność” aż 70 proc. polskich przedsiębiorstw zapewnia, że bezpieczeństwo ma dla nich najwyższy priorytet, jeżeli chodzi o strefę IT. Jednocześnie w więcej niż co trzeciej firmie, odpowiedzialność za bezpieczeństwo w tej kwestii jest rozproszona po różnych działach, co znacznie osłabia skuteczność działania. W prawie połowie firm dbanie o bezpieczeństwo jest po prostu jednym z obowiązków działu IT, natomiast tylko 11 proc. posiada do tego oddzielną komórkę. Dodatkowo, 54 proc. nie przeprowadza regularnych kontroli bezpieczeństwa swojej sieci wewnętrznej.

Sposobem, który pozwala nawet mniejszym firmom zabezpieczyć się przed cyberatakami, jest outsourcing zarządzania bezpieczeństwem danych. Oznacza to zlecenie audytu oraz ochrony firmowej struktury informatycznej specjalnemu przedsiębiorstwu. – W tym momencie na działania outsourcingowe w kwestii bezpieczeństwa zdecydowało się około 9 proc. polskich firm. Takie rozwiązanie to szansa, szczególnie dla tych firm z sektora MSP, dla których działania informatyczne są kluczowe dla funkcjonowania, ale ze względu na wysoki koszt utrzymania, nie mogą sobie pozwolić na samodzielne zapewnienie bezpieczeństwa – mówi Alan Pajek, pomysłodawca aplikacji MPS Satellite i ekspert w temacie bezpieczeństwa danych w przedsiębiorstwach.

Ze względu na rosnące zagrożenia związane z cyberatakami, firmy muszą nieustannie ulepszać swoje systemy zabezpieczeń oraz nie dopuszczać do powstawania luk, przez które do ich sieci miałyby dostęp osoby niepożądane. Trzeba jednak pamiętać, że przedsiębiorstwo odpowiednią ochronę zyska dopiero wtedy, kiedy wraz z technologią o bezpieczeństwo będą dbać także odpowiednio wyedukowani pracownicy. Czasami bowiem najlepszym zabezpieczeniem jest ludzki, zdrowy rozsądek.

MLP Group w 2016 r. wynajęło blisko 100 tys. mkw. powierzchni magazynowej

W minionym roku MLP Group podpisało 27 umów, dotyczących wynajęcia łącznie ponad 95,5 tys. mkw. powierzchni magazynowej. Szczególnie udany był IV kwartał minionego roku, kiedy podpisano umowy najmu łącznie na ponad 48,6 tys. mkw., czyli więcej niż łącznie w pierwszych trzech kwartałach roku.

W 2016 r. MLP Group podpisało 27 umów najmu, komercjalizując łącznie ponad 95,5 tys. mkw. powierzchni magazynowej i biurowej. Z tego 62,8 tys. mkw. powierzchni zostało wynajęte przez nowych klientów w nowo realizowanych inwestycjach. Pozostałe ubiegłoroczne umowy dotyczyły głównie przedłużeń okresu najmu przez dotychczasowych klientów oraz zwiększenia wielkości wynajmowanej przez nich powierzchni magazynowej.

Najwięcej powierzchni spośród nowych klientów zakontraktowała sieć MAKRO Cash & Carry Polska, dla której MLP Group dostarczy łącznie 27,9 tys. mkw. w ramach trzech parków logistycznych: MLP Pruszków II, MLP Wrocław oraz MLP Czeladź. Z kolei firma Auto Partner, importer i dystrybutor części zamiennych do samochodów osobowych i dostawczych, wynajęła 18,7 tys. mkw. w parku MLP Pruszków II oraz MLP Bieruń. Makita specjalizująca się w dystrybucji silników elektrycznych i elektronarzędzi będzie korzystać z 9,8 tys. mkw. w MLP Pruszków II. Natomiast firma ABM produkująca silniki i systemy napędowe będzie miała do dyspozycji 6,4 tys. mkw. w MLP Lublin.

Szczególnie udany był IV kwartał minionego roku, kiedy podpisano umowy najmu łącznie na ponad 48,6 tys. mkw., czyli więcej niż w pierwszych trzech kwartałach roku. MLP Group na koniec minionego roku miało wskaźnik pustostanów na poziomie 2,7%. Jednocześnie w trakcie budowy było blisko 97,4 tys. mkw. powierzchni.

– To był dla MLP Group kolejny udany rok. W bieżącym roku planem minimum jest utrzymanie podobnego tempa kontraktacji powierzchni magazynowej, ale spodziewamy się osiągnięcia jeszcze lepszego wyniku. Do realizacji tego celu mamy bardzo solidne fundamenty. Planujemy uruchomienie kilku nowych projektów. Jednym z nich będzie m.in. rozbudowa nowego parku logistycznego w Czeladzi w regionie Górnego Śląska. Kupiliśmy także dwie działki, z tego jedną we Wrocławiu, a drugą w miejscowości Szałsza pod Gliwicami. W przygotowaniu mamy także budowę nowych parków logistycznych pod Poznaniem, w okolicy Łodzi oraz Strykowa. Dodatkowo planujemy ekspansję na rynek niemiecki oraz rozważamy zakup gruntów inwestycyjnych na rynku rumuńskim. Zapewni to dalszy dynamiczny wzrost wartości Grupy – podkreślił Radosław. T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

Aktualnie w skład portfela zarządzanych nieruchomości Grupy Kapitałowej wchodzi jedenaście operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Poznań, MLP Bieruń, MLP Lublin, MLP Poznań Zachód, MLP Teresin, MLP Gliwice, MLP Wrocław, MLP Łódź, MLP Czeladź. Docelowa powierzchnia magazynowa MLP Group uwzględniająca te inwestycje wynosi ok. 1,17 mln mkw.

Nowe technologie rewolucjonizują branżę hotelarską

Rozwój nowych technologii znacząco wpływa na funkcjonowanie wielu branż usługowych, w tym również hoteli. Chodzi nie tylko o komunikację marketingową z klientami, ale również zarządzanie obiektem i jego dostępnością. Jak wynika z raportu „Hotel Marketing & Technology Trends”, przygotowanego przez ekspertów Profitroom przy współpracy z firmą doradczą Deloitte, jednym z wiodących trendów w hotelarstwie będzie coraz szersze stosowanie wirtualnej rzeczywistości (VR).

Wirtualna rzeczywistość (VR) nabiera coraz większego znaczenia w biznesie, inwestują w nią najwięksi gracze na rynku, którzy konsekwentnie rozwijają tę technologię i znajdują kolejne zastosowania dla produkowanych sprzętów. Według Deloitte w 2016 roku liczba sprzedanych na świecie okularów VR miała wynieść 2,5 miliona. Natomiast wartość rynku wirtualnej rzeczywistości po raz pierwszy miała osiągnąć miliard dolarów. „Rola i zastosowanie tej technologii dynamicznie zmienia się. Dotychczas wykorzystywana była przede wszystkim w grach komputerowych. Obecnie firmy z branży dóbr i usług, w tym sektora hotelarskiego i turystycznego, coraz częściej widzą w niej narzędzie, dzięki, któremu mogą przyciągać klientów i budować z nimi relacje” – mówi Michał Rygiel, Head of Digital Development, z Deloitte Digital. Analitycy Goldman Sachs twierdzą, że do 2026 roku rynek wirtualnej rzeczywistości będzie wart 110 miliardów dolarów – to o 11 mld więcej niż wartość światowego rynku telewizyjnego. Liczba ta dotyczy wyłącznie sprzętu VR. Gdyby dodać do tego przewidywaną sprzedaż oprogramowania, wówczas wartość rynku ma osiągnąć już 182 mld dolarów.

Równolegle do Virtual Reality rozwija się Augmented Reality, czyli rzeczywistość rozszerzona. Można ją opisać jako system, który łączy obraz ze świata rzeczywistego i obraz nałożony na niego za pomocą komputera. Dzięki rozwojowi tych technologii w 2017 roku branża turystyczna będzie mogła w znaczący sposób ułatwić wybór osobom, które chcą odwiedzić nieznane im wcześniej miejsca. „VR i AR umożliwią przeniesienie się w daną lokalizację i zapoznanie się z jej ofertą poprzez niezwykły wirtualny świat. Przedstawiciele hoteli powinni zastanowić się nad dostarczeniem takiej możliwości użytkownikom, czyli swoim potencjalnym gościom” – wyjaśnia z Marcin Dmoch, Art Director w Profitroom. Obecnie na rynku funkcjonują już rozwiązania, dzięki którym można przenieść się do wirtualnych wnętrz hotelu lub restauracji.

Kolejną wielką rewolucją technologiczną, która również obejmie swym zasięgiem branżę hotelarską jest upowszechnienie, tzw. sztucznej inteligencji. Jej zastosowanie w marketingu może całkowicie zmienić sposób w jaki przebiega kontakt z klientem, a w przypadku hoteli może wykreować nieznane dotąd możliwości interakcji. Najlepszym przykładem będzie zmiana dotychczasowego sposobu pozyskiwania informacji na temat obiektu przez potencjalnego gościa. Za pomocą chatbotów, czyli narzędzi imitujących komunikację z człowiekiem, możliwe jest zadawanie przez konsumenta pytań i natychmiastowe otrzymywanie odpowiedzi w naturalnej formie.

Podobnie zmienia się sposób pozyskiwania informacji na temat klientów. Mimo tego, że sama koncepcja gromadzenia danych, na podstawie których personalizowany jest przekaz marketingowy nie jest nowa, to sztuczna inteligencja wynosi ją na zupełnie nowy poziom. „Osoba zbierająca informacje na temat klienta nie musi ograniczać się jedynie do wewnętrznych źródeł, ale za pomocą inteligentnych algorytmów ma dostęp do milionów stron przetwarzających dane, włączając w to ustrukturyzowane i nieustrukturyzowane źródła takie jak: Facebook, Twitter, Instagram czy nawet wpisy na forach” – mówi Michał Rygiel z Deloitte Digital.

W Polsce w 2016 roku 51 proc. stron internetowych zostało wyświetlonych na smartfonach i tabletach – jest to o 5 proc. więcej w stosunku do poprzedniego roku. Wzrost popularności urządzeń i technologii mobilnych nie omija również sektora hotelarskiego. Ubiegłoroczne badania Profitroom wykazały, że wizyty z urządzeń mobilnych stanowiły aż 40 proc. ruchu na stronach internetowych hoteli. Jednocześnie użytkownicy z coraz większym zaufaniem podchodzą do rezerwowania pokoi za pośrednictwem smartfonu czy też tabletu. Należy więc zadbać o to, aby witryna hotelowa była przyjazna dla użytkowników mobilnych, których z roku na rok będzie coraz więcej.

Wśród nich zapewne będą dominować, tzw. Milenialsi. W 2020 roku pokolenie osób urodzonych pomiędzy 1980 a 1994 rokiem stanowić będzie ponad 50 proc. wszystkich gości hotelowych. Aby spełnić ich wymagania, również te technologiczne, hotele muszą stosować inteligentne rozwiązania, wykorzystując w głównej mierze technologie mobilne. Ludzie przyzwyczaili się, że coraz więcej rzeczy załatwić można bez przysłowiowego wychodzenia z domu i tego samego oczekują po przyjeździe do hotelu. Nie chcą stać w kolejkach, wychodzić z pokoju, a coraz częściej nie chcą również wchodzić w interakcję z obsługą. „Klient oczekuje, że sam wybierze najbardziej dogodny sposób realizacji usługi, w zależności od jego aktualnych potrzeb. Czołowe sieci hotelowe na świecie już dawno zauważyły ten trend i tak zaczęły powstawać tzw. smart hotele” – mówi Paulina Załęska, Project Manager w Profitroom. W inteligentnym hotelu klient może samodzielnie się zameldować i wymeldować za pośrednictwem urządzeń mobilnych, a nawet “otrzymać” wirtualne klucze do pokoju (mobile key). Za pomocą aplikacji można z kolei sterować klimatyzacją, poziomem oświetlenia czy temperaturą w pokoju. Rozwiązania te nie tylko wpływają na komfort gości, ale też pozwolą zwiększyć efektywność pracy w hotelu, co stanowi odpowiedź na duże wyzwanie, z którym boryka się obecnie branża, czyli brak kompetentnych pracowników i konieczność ciągłej optymalizacji procesów.

Wszystkie foliowe torby w handlu powinny być płatne? Eksperci mocno podzieleni w tej kwestii

Projektowane zmiany w zakresie wprowadzenia opłat za tzw. foliówki to dobry krok w kierunku ochrony środowiska. Ale, według części ekspertów, obecny rząd powinien objąć przepisami dosłownie wszystkie reklamówki, również te najcieńsze. Ich właśnie najbardziej nadużywają konsumenci, pakując pieczywo, warzywa czy owoce.

Nowa wersja projektu ustawy o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi ma na celu dostosowanie polskiego prawa do przepisów unijnych. Dokument przeszedł już konsultacje społeczne i czeka na przyjęcie przez Radę Ministrów. Zgodnie z nim, od 2019 roku obowiązkiem sprzedawców będzie pobór od kupujących opłaty recyklingowej. Obejmie on handel hurtowy i detaliczny, niezależnie od rodzaju oferowanych produktów. Oznacza to, że reklamówki będą płatne, nie tylko w sklepach spożywczych, ale też w butikach czy księgarniach.

– Opłata obejmie opakowania o grubości do 50 mikrometrów, czyli torby najczęściej dostępne przy kasie. Natomiast bardzo lekkie opakowania na zakupy – tzw. zrywki, o grubości do 15 mikrometrów, będą mogły pozostać bezpłatne pod warunkiem, że będą oferowane ze względów higienicznych i ich podstawowej funkcji. Do tej należy pakowanie żywności luzem, np. pieczywa, owoców i warzyw – mówi Paweł Mucha, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska.

Dobra decyzja?

Jednak, w opinii Norberta Kowalskiego z Grupy AdRetail, wszystkie reklamówki powinny zostać objęte tymi samymi regulacjami. Przecież tzw. zrywki są najczęściej wykorzystywane w handlu. Rodzaj folii nie powinien mieć żadnego znaczenia. Oczywiście rozkład tej najcieńszej może trwać krócej, niż w przypadku grubszych materiałów, ale nadal liczymy ten proces w setkach lat.

– Z punktu widzenia ochrony środowiska, czyli celu, jaki przyświeca tym przepisom, w mojej ocenie, nie jest to dobra decyzja. Zakładam jednak, że ustawodawca nie chce wprowadzać zbyt wielu zmian jednocześnie, aby nie narazić się na duży opór ze strony lobby retailowego. Dla jego przedstawicieli opłata za tzw. foliówkę to utrudnianie zakupów. A w interesie sieci handlowych jest likwidowanie wszelkich, nawet najmniejszych, przeszkód, w tym również niedopuszczenie do ryzyka podirytowania klienta w sklepie. To kwestia psychologii sprzedaży – tłumaczy Sebastian Starzyński, prezes instytutu badawczego ABR SESTA.

Tymczasem, dr Maria Andrzej Faliński, analityk rynku detalicznego, stanowczo stwierdza, że najcieńsze foliówki powinny pozostać darmowe. Jak wyjaśnia, są one konieczne do zachowania higieny, a także bezpieczeństwa i jakości towaru. Wprowadzenie opłat za tzw. zrywki, mogłoby doprowadzić do ograniczenia ich użytku. A to byłoby niekorzystne dla ludzi, przede wszystkim ze względów sanitarnych, m.in. w przypadku sprzedaży takich produktów, jak tatar czy ryba, w części samoobsługowej sklepów czy sieci handlowych.

Ochrona środowiska

– Zrównoważone podejście legislacyjne zdecydowanie powinno ograniczyć wprowadzanie do środowiska odpadów, wykonanych z materiałów najtrudniejszych w przetwarzaniu lub niepoddających się sprawnemu recyklingowi. Przewiduję, że sektor handlu zareaguje na zmiany szerszym wprowadzeniem toreb z tzw. materiałów ekologicznych, takich jak np. papier, pochodzący z odzyskanych odpadów. Być może również częściowo zastąpi nimi tzw. „zrywki”, np. do pakowania owoców, tj. cytryny czy banany. Pytanie brzmi tylko, jak szybko to nastąpi – rozważa Norbert Kowalski.

Natomiast dr Faliński zwraca uwagę, że torby foliowe stanowią zaledwie ok. 1% odpadów opakowaniowych sektora dystrybucji. W celach ekologicznych, najskuteczniejsze byłoby ograniczenie zużycia plastiku, z którego produkowane są butelki czy opakowania na produkty. Potrzebny jest więc precyzyjny nadzór nad pakowaniem towarów przez ekspedientów, ale też samych klientów. Oczywiście nie wolno pomijać problemu tzw. foliówek. Według szacunków kilku organizacji handlowych, w Polsce zużywa się rocznie od 10 mld do nawet 15 mld różnego rodzaju foliowych torebek.

– Klient kupuje np. cytrynę, 2 jabłka oraz pietruszkę. I zamiast użyć do tego 1 torebki i przykleić do niej 3 naklejki z cenami, zabiera 3 osobne siatki. Gdyby za każdą z nich płacił, z pewnością oszczędzałby je. Odgórne wprowadzenie obowiązku kupna tzw. foliówek, wraz ze wsparciem kampanii społecznej, pomoże konsumentom zrozumieć cel wprowadzanych zmian. Z kolei, sprzedawcom pozwoli uniknąć zastrzeżeń klientów wobec pobieranej opłaty. Uwagi nie będą wtedy adresowane do nich. Sieci handlowe i sklepy nie zostaną zatem posądzone o „pazerność”, czyli chęć zarobienia „nawet na reklamówkach” – podkreśla Starzyński.

Jak informuje Paweł Mucha, według szacunków Ministerstwa Środowiska, na podstawie danych przekazanych przez przedstawicieli branży, ok. 300 wykorzystanych toreb z tworzywa sztucznego przypada rocznie na jednego mieszkańca Polski. Tymczasem średnia europejska wynosi 200 sztuk. Doświadczenia innych krajów UE pokazują, że nawet niewielka opłata za torbę stanowi bardzo skuteczny instrument, służący ograniczeniu ich zużycia przez społeczeństwo.

Praktyka w innych krajach

– W 2014 roku sieci handlowe w Anglii wypuściły w sumie na rynek ponad 7,4 miliarda tzw. foliówek, co w przełożeniu na osobę wynosi 133 sztuki. Dlatego, już w 2015 roku wprowadzono jednorazowe reklamówki za 5 pensów. Obowiązują one w placówkach, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, a także w supermarketach i sklepikach osiedlowych. Takie działania są również u nas potrzebne, jeśli chcemy ograniczyć zanieczyszczanie środowiska i właściwie edukować społeczeństwo – ocenia Norbert Kowalski.

Z kolei, we Francji od lipca 2017 roku małe sklepy, piekarnie, apteki i inne punkty handlowe będą miały zakaz sprzedaży plastikowych reklamówek do pakowania zakupów przy kasie. Klienci będą za to mogli nabywać torby wielokrotnego użytku. Zdaniem dr Falińskiego, wprowadzenie takiego przepisu jest przesadą i działaniem rządu na pokaz, przed przedstawicielami innych państw UE. W praktyce spowoduje to niepotrzebne utrudnienia i skutek odwrotny do zamierzonego. Francuzi, chodząc do apteki, będą kupowali więcej toreb wielorazowych, niż trzeba, bo tak to się skończy. Prędzej czy później będą musieli je wyrzucić. A to są zazwyczaj „solidne kawały” plastiku, co podważa sens zabiegu, ograniczającego ich zużycie.

– Kolejna zmiana we Francji ma polegać na tym, że do pakowania takich produktów, jak pieczywo, warzywa czy owoce, będzie można używać wyłącznie toreb, np. papierowych. To rozwiązanie jest słuszne i znalazłoby zastosowanie w Polsce. Reklamówki z powodzeniem można zastąpić opakowaniami papierowymi lub wielokrotnego użytku. Na rynku są dostępne takie, które po złożeniu, zajmują tyle miejsca, co telefon czy portfel – porównuje ekspert z Grupy AdRetail.

Dr Maria Andrzej Faliński przypomina, że różne strategie zapanowania nad emisją śmieci dotychczas nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Zastąpienie plastikowych torebek papierem w Europie nie przyjęło się tak, jak np. w USA. To wynika z różnic w tradycjach zakupowych, których nie da się z góry narzucić. Warto przy tym pamiętać, że zużywanie znacznych ilości papieru również nie jest obojętne dla środowiska. Natomiast tworzywa biodegradowalne okazały się wielokrotnie bardziej szkodliwe, niż leżące nawet milion lat w ziemi, plastiki klasyczne. Winne temu są zawarte w nich chemiczne substancje. Kilka lat temu potwierdziły to badania przeprowadzone w Anglii.

Ekologia w handlu

– Trzeba jasno powiedzieć, że wprowadzane przepisy, dla sektora handlu, nie stanowią optymalnej decyzji, ale nie to było celem ustawodawcy. Można zauważyć, że zyski ze sprzedaży torebek są stosunkowo niewielkie, a wiążą się z koniecznością nabijania takich transakcji na kasę. To jest dodatkowym kosztem, gdyż obsługa klienta trwa dłużej. Ponadto, z czasem konsumenci mogą zacząć dostosowywać ilość zakupów do wielkości toreb, zabieranych z domu. Natomiast sprzedawcy zależy na tym, by nabywali ich jak najwięcej – wyjaśnia Starzyński.

Zdaniem dr Falińkiego, handel jednak rozumie konieczność ograniczenia zużycia tzw. foliówek. Wyszedł naprzeciw, wprowadzając ok. 10 lat temu odpłatność za siatki, po bardzo przystępnych cenach. W ten sposób, dyscyplinuje klienta, choć nie naraża go na znaczące koszty. To jest liczący się wkład w sprawy edukacji ekologicznej społeczeństwa. W sieciach handlowych w Polsce ceny toreb wahają się od 2 gr. do ok. 1 zł, w zależności od ich wielkości i materiału. Duże, wielokrotnego użytku kosztują nawet kilkanaście złotych, ale przeciętnie ok. 3 zł.

Orłowski: Polityka Donalda Trumpa jest jedną wielką niewiadomą

Polityka Donalda Trumpa jest jedną wielką niewiadomą. W czasie kampanii wyborczej i inauguracji Donald Trump mówił rzeczy, które brzmiały – w stosunku do tego w co wierzono na świecie od lat – jak herezje. Poruszane były tematy wolnego handlu, dbania o interes USA, itd. Zobaczymy, jak wiele z tych obietnic przełoży się na decyzje.

– Stany Zjednoczone przez pół wieku były liderem świata zachodniego, a może nawet całego świata – powiedział agencji eNewsroom.pl Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC – Zarówno w sensie politycznym – jako gwarant bezpieczeństwa na świecie – jak i gospodarczym – wpływy USA są gigantyczne, znacznie większe, niż pokazują to wskaźniki PKB. Bardzo wiele zależy od decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Scenariuszy i opcji jest tak wiele, że trudna jest jednoznaczna prognoza. Możliwe jest zarówno doprowadzenie do globalnej katastrofy gospodarczej, jak i poprowadzenie swojej oraz światowej gospodarki bezpieczną drogą. Myślę, że polityka Donalda Trumpa znajdzie się pośrodku.

Będą prowadzone działania ewidentnie uderzające w handel światowy, perspektywy i spokój rozwoju gospodarczego na świecie. Może zdarzyć się bardzo wiele, ale Donald Trump nie przesadzi ze swoimi działaniami – dodał Orłowski.

DM EFIX: w pierwszym i drugim kwartale 2017 r. można oczekiwać dalszego umacniania się dolara wobec euro

DM EFIX: w pierwszym i drugim kwartale 2017 r. można oczekiwać dalszego umacniania się dolara wobec euro 1

Wybór Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta oraz oczekiwania trzech podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w tym roku mogą spowodować dalszy wzrost kursu dolara wobec euro. Zdaniem Olafa Kowalskiego z Domu Maklerskiego EFIX nie jest wykluczone, że dobre wskaźniki europejskiej gospodarki i związane z tym oczekiwania dotyczące podobnego ruchu ze strony EBC w połowie roku doprowadzą do modyfikacji tego trendu na korzyść europejskiej waluty.

– Od Donalda Trumpa nie usłyszeliśmy dotychczas właściwie niczego, czego byśmy oczekiwali od prezydenta Stanów Zjednoczonych, i to od pierwszej wypowiedzi. Można powiedzieć, że rozczarował bądź też spełnił oczekiwania tych, którzy od początku w niego nie wierzyli – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Olaf Kowalski, dyrektor działu Forex i CFD w Domu Maklerskim EFIX. – Jeśli chodzi o sytuację dolara, to po ostatnich dwóch latach niewielkich podwyżek polityka monetarna wreszcie wraca na ścieżkę normalizacji. Wydaje się, że aktualnie oczekiwania inflacyjne są policzalne przez Rezerwę Federalną, co prawdopodobnie doprowadzi nawet do trzech podwyżek stóp procentowych w bieżącym roku.

Wybór Donalda Trumpa na stanowiska 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych spowodował ucieczkę inwestorów do dolara, waluty wciąż uchodzącej za najbardziej bezpieczną przystań. Tuż po ogłoszeniu wyników amerykańska waluta wobec euro wyceniana była na 1,12, by po kilku dniach osiągnąć poziom 1,05, a w połowie grudnia zbliżyć się do parytetu (nieco ponad 1,03). Obecnie za jedno euro trzeba zapłacić około 1,06 dolara.

– Zarówno w pierwszym, jak i drugim kwartale możemy oczekiwać dalszego umacniania głównej światowej waluty – prognozuje Olaf Kowalski. – Wraz z drugim półroczem i sytuacją zbliżania się podwyżek w Europie, mam tu na myśli w pierwszej kolejności Bank Anglii, a następnie Europejski Bank Centralny, dolar może się nieco wycofać i stać się walutą słabszą. W związku z tym wydaje się, że inwestorzy raczej wykorzystają tańszego dolara do ponownego zakupu.

Według ostatniego raportu Europejskiego Banku Centralnego, podsumowania sytuacji na rynku finansowym, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy ubiegłego roku gospodarki strefy euro wykazały się dużą odpornością na zawirowania. W ostatnim czasie wzrosło jednak ryzyko korekty na poszczególnych klasach aktywów będące wynikiem wydarzeń politycznych.

– Aktualnie dane makroekonomiczne Eurolandu wyglądają podobnie do tych, które oglądaliśmy dwa lata temu w Stanach Zjednoczonych (przed rozpoczęciem przez Rezerwę Federalną ostatniego trwającego obecnie cyklu podwyżek stóp procentowych – red.) – zauważa Olaf Kowalski. –  Wydaje się więc, że jest to dobry okres i szansa jeśli chodzi o indeksy giełdowe zarówno niemiecki, jak i francuski, które do lipca, a raczej nawet w pierwszym bądź na początku drugiego kwartału, mają szansę wejść na historyczne szczyty. Jednocześnie jest to szansa dla wspólnej waluty, która jednak dopiero w drugiej połowie roku wraz z ewentualnymi podwyżkami stóp procentowych może zacząć się umacniać wobec dolara.

Zdaniem Olafa Kowalskiego może być to związane także z dalszym ciągiem niepewności wynikającej z sytuacji Wielkiej Brytanii i jej dalszych układów z Unią Europejską. Jego zdaniem na rynku pojawi się bardzo dużo plotek, szumu medialnego związanego z brexitem oraz umacniającym się dolarem.

– Druga część roku może oznaczać koniec miesiąca miodowego Donalda Trumpa, zobaczymy wtedy tak naprawdę, jakie plany chce realizować – tłumaczy Olaf Kowalski. – Co więcej po raz pierwszy w historii Stany Zjednoczone prawdopodobnie spotkają się z protekcjonizmem, który na pewno nie będzie pozytywny zarówno dla wyborców, jak i dla rynków finansowych. W związku z tym na parze euro-dolar w pierwszej części roku spodziewam się realnego poziomu w okolicy nawet parytetu.

Duży potencjał według Olafa Kowalskiego ma także para walutowa jen-dolar.

– Polityka Banku Japonii jest wciąż bardzo defensywna i taka raczej pozostanie – wyjaśnia Olaf Kowalski. – Dlatego jedynej szansy na umacnianie się jena można upatrywać we wzroście ryzyka. Jednak wydaje się, że para ta w tym roku będzie najatrakcyjniejsza, co więcej najłatwiejsza dla potencjalnych inwestorów. Stabilne fale wzrostów dolara względem japońskiej waluty będą bowiem przerwane korektami powodowanymi przez wzrost ryzyka. Wtedy jen będzie się umacniał.

Izba Domów Maklerskich: Na rynku usług finansowych wciąż działają podmioty bez licencji. Obiecują wysokie zyski bez ryzyka

Izba Domów Maklerskich: Na rynku usług finansowych wciąż działają podmioty bez licencji. Obiecują wysokie zyski bez ryzyka 2

Szukając dostawcy usług finansowych, należy w pierwszej kolejności sprawdzić, czy dany podmiot ma licencję Komisji Nadzoru Finansowego – radzi Marek Wołos z Izby Domów Maklerskich. Ostrzega, że licencjonowane domy maklerskie prowadzące działalność na rynku walutowym są często mylone z podmiotami świadczącymi swoje usługi nielegalnie, których działalność oparta jest na agresywnej promocji i sprzedaży, a nie doradztwie inwestycyjnym. Tego typu firmy obiecują wysokie zyski przy braku ryzyka, co przyciąga często nieświadomych klientów chcących szybko zarobić. Należy jednak pamiętać, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem.

– Rynek Forex, na którym operują domy maklerskie, już od wielu lat jest w Polsce rynkiem regulowanym. Aby na nim działać, firmy inwestycyjne muszą mieć stosowne zezwolenie wydawane przez Komisję Nadzoru Finansowego, zatrudniać doradców inwestycyjnych oraz wypełniać restrykcyjne regulacje wydane przez organy władzy państwowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC instrumentów pochodnych.

Przykładem działania organów państwa na rzecz poprawy bezpieczeństwa inwestowania na rynku Forex są wytyczne dot. świadczenia usług maklerskich na rynku OTC instrumentów pochodnych wydane w 2016 roku przez KNF. Dotyczą one takich aspektów, jak m.in. działania reklamowo-promocyjne oraz informacyjne dotyczące pozyskiwania klientów, obowiązek dostarczenia rzetelnych, kompletnych i niewprowadzających w błąd informacjami na temat świadczonych usług przed podpisaniem umowy oraz obowiązek publikowania zbiorczych wyników osiąganych przez inwestorów korzystających z ich usług.

– Z licencjonowanymi domami maklerskimi nieuczciwie konkurują podmioty, które nie są firmami inwestycyjnymi czy innego rodzaju licencjonowanymi podmiotami i na przykład nie stosują się do wytycznych wydanych przez KNF. Są to podmioty, które działają nielegalnie. Prowadzą swoje działania bez jakiegokolwiek zezwolenia i niezgodnie z tym, co jest wymagane przez nadzór – informuje Wołos. Są to pseudodoradcy, którzy nie dostarczają ani instrumentów finansowych, ani rzetelnych usług maklerskich – dodaje.

Ekspert tłumaczy, że inwestor poszukujący dostawcy usług finansowych powinien w pierwszej kolejności sprawdzić, czy dany podmiot znajduje się na liście firm mających licencję Komisji Nadzoru Finansowego. Rejestr prowadzony przez KNF obejmuje m.in. dostawców usług płatniczych, rejestr brokerów ubezpieczeniowych czy listę doradców inwestycyjnych i osób z licencją maklera.

– Należy pamiętać, że każdy inwestor, który chce zacząć inwestowanie, powinien podpisać umowę z domem maklerskim i otrzymać ją, czy to w wersji elektronicznej, czy papierowej. Przykładowo polskie domy maklerskie często posługują się już umowami elektronicznymi i one również są pełnoprawnymi umowami – tłumaczy Marek Wołos.

Przedstawiciel Izby Domów Maklerskich zwraca także uwagę na inny aspekt prawny podpisywanych umów. Wyjaśnia, że w przypadku polskich podmiotów łatwiej niż w przypadku firm zagranicznych dochodzić swoich praw na drodze sądowej czy przedsądowej, ponieważ w przeciwieństwie do podmiotów zagranicznych podlegają one krajowej jurysdykcji.

– Przy inwestowaniu należy mieć na uwadze to, że rzetelni doradcy nigdy nie obiecują klientom gór złota, czyli rzekomo możliwych olbrzymich zysków bez poniesienia ryzyka. Ryzyko jest częścią działalności na rynku Forex i na innych rynkach. W związku z tym proponując walutowe instrumenty finansowe, nie można obiecywać pewnego wyniku, z góry wskazanej stopy zwrotu z inwestycji. Takie obietnice od razu powinny u każdego włączyć czerwone światło – ostrzega Marek Wołos.

Poza spisem licencjonowanych podmiotów na stronie KNF-u znajduje się także lista firm, co do których wniesiono zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Aktualnie na liście znajduje się ponad 120 spółek podejrzewanych o łamanie prawa bankowego, brak zezwolenia na prowadzenie działalności maklerskiej czy lokowanie środków pieniężnych bez stosownej licencji.

Termo2Power chce się stać światowym liderem na rynku odzyskiwaniu energii elektrycznej z ciepła odpadowego. Jeszcze w tym roku może ruszyć nowy zakład produkcyjny

Termo2Power chce się stać światowym liderem na rynku odzyskiwaniu energii elektrycznej z ciepła odpadowego. Jeszcze w tym roku może ruszyć nowy zakład produkcyjny 3

Firma Termo2Power, producent systemów do odzyskiwania energii elektrycznej z ciepła odpadowego, chce się stać światowym liderem w produkcji rozwiązań do wytwarzania energii elektrycznej na bazie konwersji energii cieplnej. Firma produkuje generatory prądu zasilane paliwami ekologicznymi. Termo2Power zapowiada rozbudowę zakładu produkcyjnego. 

– Technologia odzyskiwania ciepła z odpadów służy do produkcji prądu bez żadnych paliw. W takiej postaci może być on produkowany 24 godziny na dobę, niezależnie od słońca czy wiatru i w ciągu roku technologia pozwala uzyskać 8 tys. godzin – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacob Brouwer, prezes zarządu Termo2Power, firmy specjalizującej się w odzyskiwaniu ciepła z odpadów. – Są setki miejsc, gdzie taką technologię można zastosować.

ORC (Organic Rankine Cycle), czyli odzyskiwanie energii elektrycznej z ciepła opadowego wpisuje się w proekologiczne trendy na świecie. Taka produkcja prądu pozwala zminimalizować wytwarzanie dwutlenku węgla, co więcej, jest też niezależna od naturalnych źródeł energii, jak wiatr, woda czy słońce. Dlatego, jak podkreśla przedstawiciel firmy Termo2Power, zainteresowanie tego typu technologią ciągle rośnie, zwłaszcza że pozwala również na znaczne oszczędności.

– W Polsce ten rynek jest jeszcze bardzo mały, bo prąd jest w miarę tani. Dla porównania we Włoszech na generowany prąd w takiej sytuacji płaci się w przeliczeniu na złotówki 1,2 zł za kilowatogodzinę. Wówczas taka inwestycja bardzo szybko się zwraca. Kluczową kwestią jest podłączenie do sieci. W Polsce jest trudno, ale udaje się na własne potrzeby zamontować takie instalacje i obniżyć koszt do operatora. Jednocześnie jest to rozwiązanie korzystne dla środowiska, bo pozwala zredukować emisję dwutlenku węgla – przekonuje ekspert.

Odzyskiwanie energii z ciepła odpadowego wciąż jednak jest technologią stosunkowo młodą, dlatego liczba firm oferujących tego typu systemy jest stosunkowo niewielka. Brouwer szacuje ich liczbę na ok. 25, jak jednak podkreśla, w przeważającej mierze są to duże koncerny, które skupiają się wyłącznie na dużych urządzeniach, zwłaszcza że koszt ich produkcji w porównaniu do mniejszych jest zbliżony, a zyski znacznie większe.

– Dla naszej firmy sprzedaż nie jest problemem, bo urządzenia idą jak świeże bułeczki, ale produkcja. Musimy powiększyć własny zakład produkcyjny, bo obecnie mamy mały warsztat. To nie wystarczy na popyt, dlatego wyzwaniem będzie zorganizować dużą produkcję w kraju albo w innym miejscu, albo poprzez współpracę z innym podwykonawcą. W tym roku zapadnie decyzja – zapowiada prezes Termo2Power.

Dodaje, że obecnie istniejący zakład w Kwidzynie pozwala na wykonanie 50 turbin ekspander. Przy całej instalacji jest to już zaledwie kilkanaście urządzeń, przy popycie liczonym w tysiącach. Dlatego firma chce postawić na rozwój produkcji, zwłaszcza że stosowana przez Termo2Power innowacyjna technologia jest na tyle atrakcyjna, że interesują się nią największe ośrodki badawcze pracujące nad rozwojem energetyki.

– Do ORC stosowane są przede wszystkim turbiny, ale zależą one od przepływu gazów. Nasze urządzenie zależy od ciśnienia, np. wiatrak podczas wiatru,  gdy jest blokowany, cały czas przepływa tam wiatr. W naszym urządzeniu, gdy jest blokowany, gazy już nie puszczą, działa jak zawór. Takie urządzenia były stosowane jako silnik pneumatyczny np. do windy albo do wiertła. Okazało się, że mogą być również wykorzystywane do ORC – tłumaczy Jacob Brouwer.

Rynek lotniczy zyskuje 3–4 proc. rocznie. Rośnie rola samolotów do użytku prywatnego i małych lotnisk

Rynek lotniczy zyskuje 3–4 proc. rocznie. Rośnie rola samolotów do użytku prywatnego i małych lotnisk 4

Nie ma barier do rozwoju rynku lotniczego w Polsce – ocenia Urząd Lotnictwa Cywilnego. Jego wartość będzie rosła stabilnie na fali wzrostu gospodarki i ruchu pasażerskiego. Znaczącą rolę może zacząć odgrywać tzw. mniejsze lotnictwo, czyli samoloty do użytku prywatnego i małe lotniska. Może to przyciągnąć do branży młodych ludzi i udrożnić system transportowy, szczególnie w słabo skomunikowanych regionach kraju.

– Rynek rośnie cały czas plus minus z dynamiką 3–4 proc. Na podstawie prognoz różnych instytucji przewidujemy pewne widełki, pomiędzy 2 a 5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego (ULC). – Czynniki, które determinują ten wzrost, to w dużej mierze wzrost dochodu narodowego brutto i to, że Polacy zarabiają więcej pieniędzy. Chodzi o to, żeby stać ich było na podróże samolotami nie tylko do pracy do Wielkiej Brytanii, lecz także na wakacje, na krótkie wycieczki weekendowe.

W 2015 r. polskie porty lotnicze obsłużyły ponad 30 mln pasażerów. Według szacunków ULC do 2030 r. ta liczba ma się podwoić. W ocenie Samsona dochód narodowy będzie rósł i na pewno będzie czynnikiem, który wpłynie na wzrost ruchu z i do Polski. Narodowy Bank Polski szacuje, że wzrost PKB spowolni do 3 proc. w tym roku (z 3,9 proc. w ub.r.), a następnie przyspieszy do 3,6 proc. w 2017 r., by odnotować ponownie słabszy wynik na poziomie 3,3 proc. w 2018 r.

– Drugim elementem jest kwestia rozwoju Polskich Linii Lotniczych LOT i połączeń tranzytowych przez Polskę, czyli zbudowania w Polsce węzła komunikacyjnego, który spowoduje, że pasażerowie z Europy Zachodniej lecący do Azji będą się przesiadać w Polsce, a pasażerowie z Europy Wschodniej przez Polskę będą latać do Ameryki Północnej – stwierdza Samson.

We wrześniu 2016 roku PLL LOT ogłosiły nową strategię, której głównymi celami są zwiększenie liczby pasażerów do ponad 10 mln rocznie (wobec 5,5 mln w 2015 r.) i osiągnięcie trwałej rentowności do 2020 r. W listopadzie przewoźnik rozpoczął konsolidację rynku CEE poprzez umowę o strategicznej współpracy z estońskim narodowym przewoźnikiem Nordicą i objęcie 49 proc. udziałów w jej spółce córce, Regional Jet.

– Nie możemy mówić o barierach w rozwoju, bo takowych na dzisiaj nie ma. Natomiast to, o czym musimy pamiętać, to jest dostosowanie przepisów krajowych do prawa unijnego, które cały czas jest dynamiczne i ewoluuje. To jest coś, co musimy śledzić cały czas – dodaje prezes ULC.

Zapowiadane są m.in. zmiany w prawach pasażerów linii lotniczych. Obowiązujące od 2004 roku rozporządzenie wciąż budzi wiele kontrowersji.

– Ochrona praw pasażerów jest bardzo promowana przez Brukselę. Ważną rolę odgrywać będą samoloty do użytku prywatnego i małe lotniska. Nowela już została wprowadzona, zmiana kategorii użytkowania lotnisk z użytku wyłącznego na lotnisko użytku publicznego ma służyć popularyzacji lotnictwa – wskazuje Samson. – Dzięki temu młodzi ludzie będą mieli łatwiejszy dostęp do szkolenia i udrożnimy system transportowy – np. w takich regionach Polski jak północny wschód. Tam nie ma dużych lotnisk, natomiast są małe, trawiaste lądowiska, z których można będzie korzystać.

Według wykazu lądowisk ULC wpisanych do ewidencji jest łącznie 340 lądowisk, w tym 110 samolotowych i 230 śmigłowcowych, z czego 65 to lądowiska śmigłowcowe prywatne, a 165 – lądowiska śmigłowcowe sanitarne.

Polacy są skłonni oszczędzać na wypadek ciężkiej choroby. Coraz więcej osób decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie

Polacy są skłonni oszczędzać na wypadek ciężkiej choroby. Coraz więcej osób decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie 5

Lekarze podkreślają, że na stan zdrowia w 53 proc. wpływa styl życia. Dla Polaków coraz ważniejsza staje się profilaktyka zdrowotna, czyli regularne badania, odpowiednia dieta i aktywność fizyczna. Co ważne, zwiększa się także poziom wiedzy w zakresie  profilaktyki finansowej. Polacy wiedzą, że poważna choroba może nadszarpnąć domowy budżet i deklarują, że są skłonni odkładać pieniądze, aby się przed tym zabezpieczyć. Coraz więcej osób kupuje dodatkowe ubezpieczenie na wypadek poważnego zachorowania, ale wciąż odsetek osób objętych ochroną ubezpieczeniową w Polsce jest niski.

– Od kilku lat obserwujemy pozytywny trend w kwestii profilaktyki zdrowotnej. Polacy coraz bardziej dbają o siebie i swoich bliskich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Martyna Kucicka-Witek, menedżer ds. produktów ochronnych w Nationale Nederlanden. – Skuteczna profilaktyka jest dosyć szerokim pojęciem. Kryje się pod tym zarówno aktywność fizyczna, jak i dieta, a więc to, w jaki sposób się odżywiamy, jak często wykonujemy badania profilaktyczne oraz jakie mamy relacje z bliskimi, jak dbamy o nich i o siebie. Każdy z tych elementów jest ważny.

Z danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że liczba zachorowań na raka w ciągu ostatnich trzech dekad wrosła ponaddwukrotnie. Na nowotwory złośliwe choruje ok. 140 tys. Polaków, a rocznie umiera blisko 100 tys. Oprócz chorób serca to właśnie rak jest najczęstszą przyczyną zgonów. Eksperci przekonują jednak, że części zachorowań można uniknąć, przede wszystkim poprzez odpowiednią dietę i prowadzenie zdrowego trybu życia. Zdaniem lekarzy ma to w 53 proc. wpływ na nasze zdrowie.

Z raportu „Miej serce dla zdrowia” Nationale Nederlanden wynika, że świadomość profilaktyki zdrowotnej jest wśród Polaków coraz większa. Blisko połowa kobiet uważa, że regularne badania stanowią ważny element profilaktyki, ponad 60 proc. uprawia sport, a 84 proc. jest przekonana o skuteczności badań profilaktycznych. Blisko 70 proc. mężczyzn deklaruje, że prowadzi zdrowy tryb życia, jednak tylko co czwarty wierzy, że regularne badania to dobra zasada profilaktyki. Na badania okresowe stawia się blisko połowa Polaków.

– Prawie 70 proc. z nas deklaruje, że prowadzi zdrowy tryb życia. Prawie 90 proc. z nas przynajmniej raz w tygodniu jest aktywnych fizycznie. To pokazuje, że świadomość profilaktyczna i zdrowotna rośnie – wskazuje Martyna Kucicka-Witek. – Osoby, które troszczą się o swoje zdrowie i przyszłość, powinny zacząć od wykształcenia dobrych nawyków. Może to być aktywność fizyczna, badania profilaktyczne, dieta i dbanie o siebie od strony fizycznej i psychicznej.

Choroba to często ogromne koszty, nie tylko związane z samym leczeniem. Nowotwór oznacza utratę części zarobków, bo chory nie jest w stanie pracować. Część zabiegów medycznych jest refundowana przez NFZ, część wydatków chory musi jednak pokryć sam, np. gdy chce skorzystać z drugiej opinii medycznej u innego specjalisty. Dlatego cytując raport „Miej serce dla zdrowia”, ponad 60 proc. Polaków uważa, że warto oszczędzać na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń. Z raportu Związku Banków Polskich wynika jednak, że tylko co trzeci Polak odkłada na czarną godzinę.

 Polacy są coraz bardziej skłonni do oszczędzania środków na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak poważne choroby. Większość z nas deklaruje, że byłoby skłonnych odkładać 100 zł miesięcznie na ten cel. Jedni wolą odkładać środki regularnie, inni wybierają np. ubezpieczenia na życie i na zdrowie, żeby być zabezpieczonym na wypadek nieszczęśliwych zdarzeń – ocenia przedstawicielka Nationale-Nederlanden.

Koszty leczenia nowotworu w zależności od jego rodzaju sięgają nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nawet po wyleczeniu należy się liczyć z wysokimi kosztami rekonwalescencji czy późniejszą wymuszoną zmianą stylu życia. Dlatego tak ważna jest poduszka finansowa w postaci odłożonych środków lub polisy ubezpieczeniowej.

 W Polsce nie wykształciliśmy jeszcze kultury ubezpieczeń, natomiast widzimy, że to się zmienia. Co piąty Polak ma ubezpieczenie na życie, jeszcze mniej ma ubezpieczenie na wypadek poważnych chorób. Natomiast już około 50 proc. Polaków przyznaje, że warto mieć takie ubezpieczenie, co również obserwujemy jako trend rynkowy – podkreśla Martyna Kucicka-Witek.

Jak podkreślają eksperci, takie ubezpieczenie nie musi się wiązać z wysokimi kosztami. Podobnie jak regularne oszczędzanie nie musi oznaczać rezygnacji z przyjemności. Ważna jest jednak systematyczność. Rodzaj zabezpieczenia finansowego powinien być uzależniony m.in. od wielkości ryzyka zachorowania. Powinno ono być wyższe np. w sytuacji, gdy prowadzimy stresujący tryb życia albo w naszej rodzinie były przypadki nowotworów.

O różnych aspektach profilaktyki zdrowotnej będzie można się dowiedzieć podczas obchodów Światowego Dnia Walki z Rakiem, które odbędą się 4 lutego w warszawskiej Hali Koszyki.

Dobry rok dla T-Mobile. Na wyniki wpłynęły olbrzymie inwestycje w sieć, nowe usługi i odświeżona komunikacja

Dobry rok dla T-Mobile. Na wyniki wpłynęły olbrzymie inwestycje w sieć, nowe usługi i odświeżona komunikacja 6

Po raz trzeci z rzędu operator T-Mobile zdobył tytuł „Best in test 2016” dla najlepszej sieci świadczącej usługi mobilne na polskim rynku. To efekt ogromnych inwestycji w rozbudowę sieci, które telekom rozpoczął w ubiegłym roku. W tym roku operator zamierza zwiększyć te działania.

– Miniony rok był bardzo intensywny. Otrzymaliśmy licencję na nowe częstotliwości, dokonaliśmy dużych inwestycji w sieć, dzięki czemu zdobyliśmy „Best in test”, czyli tytuł najlepszej sieci w teście P3 w 2016 roku. Ponieśliśmy również olbrzymie nakłady na pracę z klientem, nowe produkty i nowe taryfy oraz odświeżenie komunikacji. To był rok zmian – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Sawicki, prezes zarządu T-Mobile Polska.

W najnowszym badaniu przeprowadzonym przez międzynarodową firmę badawczą P3 Communications T-Mobile uzyskał najlepsze wyniki jakości rozmówi i transmisji danych. Już trzeci raz z rzędu pobił trzech pozostałych największych operatorów świadczących usługi mobilne na polskim rynku i zdobył wyróżnienie „Best in test 2016”. Ubiegłoroczny tzw. drive test był prowadzony od połowy października do połowy listopada w dużych miastach i aglomeracjach, wybranych miejscowościach i na ważnych szlakach komunikacyjnych. T-Mobile wygrał zarówno w kategorii jakości połączeń głosowych, jak i usług transmisji danych.

– Otrzymanie nagrody dla najlepszej sieci było kulminacją na zakończenie udanego roku. Pokazuje, że wszystkie nasze działania, inwestycje i wysiłki zespołu nie poszły na marne – ocenia prezes telekomu Adam Sawicki.

W tym tygodniu sieć T-Mobile podsumowała również miniony rok działalności. Ze statystyk wynika, że dzięki inwestycjom w infrastrukturę i rozbudowie sieci zasięg LTE obejmuje teraz 99,1 proc. populacji (wzrost z 83 proc.). Na koniec września ubiegłego roku telekom miał ponad 10,3 tys. stacji bazowych, z których ponad 7 tys. obsługuje sieć LTE1800 a 2,1 tys. obsługuje LTE800 i LTE2600. Liczba danych przesyłanych w sieci LTE wzrosła aż o 275 proc. w ujęciu rocznym.

– W ubiegłym roku uzyskaliśmy nowe licencje na częstotliwości 800 i 2.600 MHz. Teraz chcemy je w bardzo szybkim tempie rozwinąć. Nie możemy sobie pozwolić na spowolnienie inwestycji, zamierzamy je raczej przyspieszyć. Chcemy szybciej pokrywać kolejne obszary kraju siecią LTE – mówi Thomas Lips, członek zarządu T-Mobile Polska.

Operator podkreśla, że stale zwiększa pojemność i przepustowość swojej sieci. Wielkość tegorocznych nakładów finansowych na inwestycje w infrastrukturę będzie zbliżona poziomem do tych ubiegłorocznych.

– Jesteśmy bardzo skupieni na sieci, ponieważ jest to główny czynnik generujący nasze przychody i główne narzędzie rozwoju na krajowym rynku. Poziom tegorocznych inwestycji będzie podobny, nie ma mowy o żadnym spowolnieniu. Chcemy wręcz wyodrębnić większe nakłady na sieć z całości środków inwestycyjnych, którymi dysponujemy – mówi Thomas Lips.

Dużym sukcesem telekomu w 2016 roku było również wdrożenie innowacyjnych technologii VoLTE i VoWiFi, które umożliwiają prowadzenie rozmów głosowych i wysyłanie wiadomości w miejscach, w których zasięg jest ograniczony. T-Mobile jest jednym z pierwszych na świecie operatorów, który udostępnił te usługi swoim klientom. Obecnie VoLTE i VoWiFi obsługuje tylko pięć modeli telefonów komórkowych, ale w tym roku ich liczba ma się zwiększyć do 19.

– Nasi klienci mogą korzystać z usług głosowych także w sieci LTE. Gdy ktoś jest w ruchu albo surfuje w sieci i jednocześnie rozmawia, to radykalnie poprawia jakość dźwięku. Kolejny istotny element to VoWiFi. Nie tylko oferujemy tę usługę, lecz także zależy nam na możliwości swobodnego przełączania się z sieci WiFi do LTE i odwrotnie. To bardzo ważne z punktu widzenia komfortu użytkownika i na tym będziemy się skupiać w 2017 roku. Chcemy zwiększyć w ramach naszej sieci liczbę aparatów oferujących taką usługę – zapowiada Thomas Lips.

Członek zarządu T-Mobile Polska prognozuje, że w przyszłości usługi VoWiFi i VoLTE umożliwiające przesyłanie danych i prowadzenie rozmów po sieci LTE będą coraz bardziej popularne wśród klientów. Dlatego telekom zamierza je sukcesywnie rozwijać, zgodnie z oczekiwaniami użytkowników.

– Klienci pytają o te usługi, chcą z nich korzystać. Dlatego chcemy im zapewnić więcej urządzeń zdolnych do obsługi tych funkcji – mówi Thomas Lips.

Dla T-Mobile szczególnie udany był III kwartał minionego roku, w którym udało się powstrzymać odpływ klientów i odwrócić ten trend. Jest to efekt atrakcyjnej oferty, ale i odświeżonej komunikacji.

– To był rok ciężkiej pracy zakończony sukcesami. Widzimy to w wynikach, we wzroście bazy klienckiej, która pierwszy raz od wielu kwartałów przestała spadać i zaczęła rosnąć, jak również w poziomie satysfakcji klientów mierzonych w takich parametrach jak trim – mówi Adam Sawicki.

Prezes zarządu T-Mobile Polska podkreśla, że bieżący rok będzie dla operatora równie intensywny jak poprzedni. Inwestycje w infrastrukturę i sieć będą kontynuowane na dużą skalę. Operator zamierza rozbudowywać swoją infrastrukturę w oparciu o częstotliwości, które już ma. Klienci mogą się natomiast spodziewać w tym roku nowości w ofercie i taryfach. Telekom prowadzi również zapoczątkowaną w ubiegłym roku kampanię promocyjną. Wcześniej w spotach promocyjnych telekomu wystąpili m.in. aktorzy Maja Ostaszewska i Piotr Stramowski oraz piosenkarka Natalia Nykiel. Twarzą nowej kampanii T-Mobile został Bogusław Linda, który wystąpił w spotach marki promujących ofertę prepaid.

– Rozgrzewamy się, to dopiero początek. Tak jak zapowiadaliśmy, inwestycje w sieć nie zostaną zatrzymane, liczymy wręcz na przyspieszenie. Należy się spodziewać kolejnych taryf, kolejnych zaskoczeń, kolejnych odsłon naszej komunikacji, tym razem już z Bogusławem Lindą – zapowiada prezes telekomu Adam Sawicki.

W tym roku do polskiej armii ma trafić 16 śmigłowców. Polskie zakłady mogą zaspokoić większość potrzeb WP

W tym roku do polskiej armii ma trafić 16 śmigłowców. Polskie zakłady mogą zaspokoić większość potrzeb WP 7

Na przełomie stycznia i lutego siły specjalne dostaną do testów dwa nowe śmigłowce black hawk. Zgodnie z zapowiedziami MON kolejne 14 maszyn trafi do polskiej armii jeszcze w tym roku. Z resortem negocjuje francuski producent caracali i amerykański koncern, który dostarcza produkowane w Polsce black hawki. Trzecim oferentem w postępowaniu jest właściciel zakładów PZL-Świdnik, który może stanowić dla nich obu poważną konkurencję. Polskie zakłady – zdaniem ekspertów – są w stanie zaspokoić większość potrzeb polskiej armii.

W końcówce ubiegłego roku Ministerstwo Obrony Narodowej rozpisało przetarg na zakup 16 śmigłowców dla polskiej armii „w ramach pilnej potrzeby operacyjnej”. Osiem maszyn ma trafić do sił specjalnych, zaś kolejnych osiem śmigłowców przeznaczonych do zwalczania zagrożeń na morzu otrzyma Marynarka Wojenna. Do negocjacji w postępowaniu ogłoszonym przez MON przystąpiły Airbus Helicopters (producent caracali), zakłady PZL-Świdnik, w których Leonardo Helicopters produkuje AW 149, oraz PZL Mielec, w których amerykańska firma Sikorsky produkuje black hawki.

– Polskie zakłady w Świdniku i Mielcu zaspokajają dużą część potrzeb polskiej armii w zakresie śmigłowców. Model Black Hawk jest produkowany w Mielcu od wielu lat. Ta popularna na świecie maszyna nadaje się zarówno do przerzutu grup specjalnych, jak i jako śmigłowiec transportowy w kategorii małych. Jeżeli chodzi o Świdnik, który jest wyspecjalizowanym zakładem śmigłowcowym od wielu lat, właściciel tego zakładu ma nieco szersze spektrum tych możliwości – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Fiszer, publicysta Zespołu Badań i Analiz Militarnych oraz wykładowca Collegium Civitas.

Zgodnie z zapowiedziami szefa MON Antoniego Macierewicza na przełomie stycznia i lutego siłom specjalnym zostaną dostarczone pierwsze dwa śmigłowce testowe black hawk. Pozostałe maszyny mają zostać kupione w kolejnych miesiącach tego roku, a resort jest w trakcie rozpisywania koncepcji offsetowej i rozpatrywania ofert, które wpłynęły od trzech producentów biorących udział w negocjacjach.

Model Black Hawk to dobry wybór dla sił specjalnych. Jest produkowany masowo od wielu lat i bardzo popularny na świecie. Nadaje się do przerzutu grup specjalnych oraz jako śmigłowiec transportowy w kategorii małych maszyn. Trzeba jednak zadbać, żeby na pokładzie znajdowało się w miarę możliwości jak najbogatsze wyposażenie – podkreśla Fiszer.

W opinii eksperta śmigłowce przeznaczone dla sił specjalnych muszą umożliwiać nie tylko przerzut zbrojnych jednostek, lecz także ewakuację ludzi, którzy znaleźli się na terenie zagrożonym lub objętym konfliktem. Kluczowe dla wyposażenia będą m.in. opancerzenie chroniące przed ostrzałem z broni małokalibrowej i broni strzeleckiej, systemy do lotów ostrzegających.

– Śmigłowce dla sił specjalnych powinny zabierać na pokład około 15 osób i odpowiednie wyposażenie do tego, aby operować na bardzo małej wysokości, najczęściej w nocy, nad terytorium wroga. To oznacza, że musi mieć radar ostrzegający przed przeszkodami, systemy obserwacji termowizyjnej, urządzenia ostrzegające przed opromieniowaniem radiolokacyjnym i laserowym, wystrzelonymi pociskami rakietowymi oraz systemy samoobrony w postaci flar i dipoli, czyli pułapek przeciwradiolokacyjnych i pułapek na podczerwień przeciwko rakietom – wylicza Michał Fiszer.

Śmigłowce, które trafią do Marynarki Wojennej, będą przeznaczone głównie na potrzeby ratownictwa (na przykład w razie zatonięcia statku na Bałtyku) i zwalczania zagrożeń na morzu. Na ewentualność konfliktu zbrojnego maszyny muszą mieć zdolność wykrywania i niszczenia okrętów podwodnych i małych jednostek na morzu oraz mieć na wyposażeniu sonar.

 W wypadku konfliktu zbrojnego Polska nie otrzyma dostaw gazu ani ropy naftowej. Z braku innej możliwości te dwa surowce trzeba będzie sprowadzać do Polski drogą morską. W Świnoujściu powstał gazoport, do którego wpływać będą statki podatne na ataki i zniszczenie. Potrzebne są więc śmigłowce, które w systemie obrony żeglugi przed atakiem będą niszczyły dwa rodzaje obiektów morskich: okręty podwodne i małe jednostki nawodne. Na Bałtyku raczej nikt nie spodziewa się krążownika ani wielkiego niszczyciela – mówi Michał Fiszer.

Zdaniem eksperta i publicysty Zespołu Badań i Analiz Militarnych firma Leonardo Helicopters, do której należą zakłady PZL-Świdnik, może stworzyć poważną konkurencję amerykańskim black hawkom. Podkreśla, że jest w stanie zaoferować najlepszy śmigłowiec bojowy do zwalczania okrętów podwodnych i małych jednostek nawodnych, czyli model AW101 Merlin.

AgustaWestland ma szerokie spektrum produktów, które może zaoferować armii. Zupełnie nowy śmigłowiec to AW149. W stosunku do modelu Black Hawk nie ma aż tak dużej renomy, ponieważ nie zdążył się jeszcze sprawdzić. Ma jednak tą zaletę, że jest od niego blisko 30 lat nowszy. Jest to również śmigłowiec tej samej kategorii, jednak wersję dla sił specjalnych trzeba by na jego bazie dopiero opracować – mówi Michał Fiszer.

W postępowaniu na maszyny dla MON brytyjsko-włoski koncern może również zaoferować chinooki, ciężkie śmigłowce transportowe, na których produkcję w Europie ma licencję. Te maszyny mogłyby być produkowane we Włoszech lub powstawać w kooperacji z polskimi zakładami zbrojeniowymi.

– Kolejny typ dotyczący śmigłowców transportowych to lądowa wersja Merlina, która ma podobne możliwości transportowe jak używane w tej chwili Mi-8 i Mi-17. Nawet nieco większe, bo Mi-17 zabiera 4,5 tony ładunku, a model Merlin 5,5 tony – wskazuje Michał Fiszer.

PAIiIZ zapowiada walkę o inwestorów, którzy wycofują się z Wielkiej Brytanii. Sieć zagranicznych biur pomoże też firmom w eksporcie

PAIiIZ zapowiada walkę o inwestorów, którzy wycofują się z Wielkiej Brytanii. Sieć zagranicznych biur pomoże też firmom w eksporcie 8

Dzięki rozbudowie sieci biur za granicą Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych chce wspierać polskie firmy w eksporcie i inwestowaniu poza Polską. Uruchomiono już sześć placówek, m.in. w Szanghaju i Singapurze, a docelowo ma ich być ok. 70. PAIiIZ zapowiada także walkę o inwestorów, którzy wycofują się z Wielkiej Brytanii. To szansa na powtórzenie dobrych wyników z 2016 roku, kiedy przez agencję zainwestowano w Polsce 1,7 mld euro.

Zmiany koncepcyjne realizowane przez resort rozwoju przekształcają Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych w Polską Agencję Inwestycji i Handlu, która wejdzie w skład Polskiego Funduszu Rozwoju. Rozszerzony zostanie też obszar działalności.

 Będziemy promować polski eksport. To nowy mandat, który dostaliśmy od premiera Morawieckiego w ramach Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Obecnie zakładamy biura handlowe za granicą, mamy ich już sześć, w podobnym tempie będziemy otwierali kolejne placówki – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Pisula, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Zagraniczne Biura Handlowe działają obecnie w Szanghaju, Singapurze, San Francisco, Teheranie, Nairobi oraz Sajgonie. Docelowo ma ich powstać 70. Jeszcze w pierwszej połowie 2017 roku kolejne biura zostaną otwarte w Budapeszcie, Frankfurcie, Dubaju i Meksyku.

– Już teraz zapraszam przedsiębiorców do kontaktu z nami. Tam, gdzie będzie możliwość będziemy starali się im pomóc wchodzić na rynki zagraniczne i służyć wiedzą. Taką wiedzę mamy, bo zajmowaliśmy się już promocją eksportu, ale teraz dzięki siatce kilkudziesięciu biur na świecie będziemy to mogli robić dużo efektywniej – zapowiada Pisula.

Agencja ma wspierać eksport poprzez analizy rynkowe i raporty sektorowe. Dysponuje też siecią kontaktów z firmami i instytucjami na zagranicznych rynkach. Pomoże wyszukiwać partnerów biznesowych i zapewni wsparcie przy wprowadzaniu towarów na dany rynek. Dodatkowo ma weryfikować partnerów biznesowych i organizować udział w targach. W tym roku Polska jest Krajem Partnerskim Targów Hannover Messe, które odbędą się 24–28 kwietnia. Będzie to okazja dla polskiego biznesu do prezentacji produktów, jak i pozyskania cennych kontaktów.

– To największe światowe targi związane z innowacyjnymi technologiami, impreza o najwyższym światowym poziomie z udziałem premierów rządów, których będzie gościć kanclerz Niemiec Angela Merkel. Nasza agencja jest odpowiedzialna za ceremonię otwarcia, trwają prace nad programem artystycznym. Chcemy zorganizować imprezę na najwyższym światowym poziomie – mówi prezes PAIiIZ.

Rolą Agencji wciąż będzie przyciąganie zagranicznych inwestorów. W styczniu tego roku PAIiIZ prowadzi obsługę 198 potencjalnych projektów inwestycyjnych o łącznej wartości 4,3 mld euro i docelowym zatrudnieniu dla ponad 50 tys. osób.

 Zamierzamy obsługiwać inwestorów zagranicznych na tym samym poziomie, co dotychczas. 2016 rok był rekordowy pod względem liczby stworzonych miejsc pracy czy wartości inwestycji – podkreśla prezes PAIiIZ.

W 2016 roku ukończono 64 inwestycje o łącznej wartości ponad 1,7 mld euro. Pod względem liczby projektów zanotowano 14-proc. wzrost (56 w 2015 roku), wartość inwestycji w ciągu roku wzrosła zaś o 128 proc. (z 767 mln w 2015 roku). Nowe inwestycje dały miejsca pracy ponad 16 tys. osób (przy 9 tys. rok wcześniej). Najliczniejszą grupę inwestorów stanowiły firmy ze Stanów Zjednoczonych. Z kolei niemieckie firmy (trzecie miejsce pod względem liczby inwestycji) zainwestowały u nas najwięcej (613,5 mln euro).

 W tym roku największym wyzwaniem będzie przyciągnięcie do kraju tych inwestorów, którzy wycofują się z Wielkiej Brytanii. Brexit i potencjalne cła wwozowe do Unii Europejskiej sprawiają, że przemysłowcy, którzy przez ostatnie kilkadziesiąt lat zakładali zakłady produkcyjne w Wielkiej Brytanii szukają nowych lokalizacji dla swoich zakładów. Jesteśmy jednym z głównych starających się o tę schedę po wyjściu Wielkiej Brytanii ze strefy euro – zapowiada Tomasz Pisula.

Iwona Szmitkowska nową Prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia

W dniu 16 grudnia 2016 r. Jarosław Adamkiewicz złożył rezygnację z funkcji Prezesa Zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. Podczas styczniowego spotkania zarządu, na stanowisko Prezesa Zarządu SAZ została wybrana Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service S.A.

Iwona Szmitkowska
Iwona Szmitkowska

Ze względów osobistych i zawodowych, a co za tym idzie brakiem wystarczającego czasu na poświęcenie się obowiązkom, zwłaszcza w tak kluczowym dla naszej branży okresie, z przykrością rezygnuję ze stanowiska Prezesa Zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. Od początku powstania SAZ wspieram stowarzyszenie całą duszą i sercem, a od 7 lat miałem zaszczyt i przyjemność pełnić funkcję prezesa. Pozostaję w nadziei, że moja decyzja oznacza jedynie koniec pewnej epoki w życiu organizacji – powiedział Jarosław Adamkiewicz. Jestem przekonany, iż Iwona Szmitkowska, która przejmie moje obowiązki, będzie godnie i sprawnie reprezentować interesy stowarzyszenia. Mam nadzieję, że będzie również pamiętać o jednej z ważniejszych misji SAZu jakim jest wspieranie małych agencji. Życzę jej sukcesów i determinacji w realizacji nowych wyzwań, najważniejsze w biznesie są bowiem ciągłe poszukiwania, które inspirują i pchają do nowych działań.

Prezes Iwona Szmitowska w dniu 26 stycznia 2017 r. została jednogłośnie powołana na stanowisko podczas pierwszego w tym roku spotkania zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Przed nami ważny rok zarówno dla rynku pracy, jak i dla całego sektora agencji zatrudnienia. W najbliższych miesiącach będziemy świadkami wejścia w życie nowego projektu o pracy tymczasowej i promocji zatrudnienia, a także prac nad nowym kodeksem pracy. Chciałabym, aby SAZ aktywnie uczestniczył w wypracowaniu jak najlepszych rozwiązań zarówno dla pracowników jak i pracodawców. W pierwszej kolejności chcemy skupić na integrowaniu środowiska agencji zatrudnienia oraz budowaniu dialogu z organizacjami pracodawców i instytucjami publicznymi. Równie ważnym celem będzie kontynuacji działań na rzecz zmiany postrzegania agencji pracy tymczasowej i edukacja uczestników rynku pracy – podkreśla Iwona Szmitkowska, Prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, największej w Polsce organizacji zrzeszającej agencje specjalizujące się w dostarczaniu usług HR.

Iwona Szmitkowska jest absolwentką  Francusko-Polskich studiów podyplomowych w zakresie zarządzania na Uniwersytecie w Poznaniu i Rennes. W 2015 roku ukończyła program IESE Business School  w Barcelonie. W 2016 roku została uznana przez Staffing Industry Analysts za jedną ze 100 najbardziej wpływowych kobiet w światowym sektorze HR. Posiada wieloletnie doświadczenie w różnych specjalizacjach biznesowych. Karierę zawodową rozpoczynała w branży promocyjnej i medialnej. Od 2003 roku związała się z Work Service i sektorem usług personalnych. Na przestrzeni lat przebyła drogę od prowadzenia oddziału w Bydgoszczy, przez pełnienie funkcji Dyrektora Regionu i Prokurenta, po objęcie w 2013 roku stanowiska Wiceprezesa Zarządu. Obecnie W Grupie Work Service odpowiada za prowadzenie Pionu Kadr i Płac, sprawuje nadzór nad polityką HR, a także pełni funkcję Prezesa Fundacji Work Service. Jest członkiem Rady Nadzorczej Krajowego Centrum Pracy, a od 2016 roku pełni również funkcję Przewodniczącej Platformy HR, działającej w ramach organizacji Pracodawcy RP.

System finansowanie gospodarki odpadami jest nieefektywny. W rezultacie mieszkańcy gmin płacą więcej

System finansowanie gospodarki odpadami jest nieefektywny. W rezultacie mieszkańcy gmin płacą więcej 9

Finansowanie obecnego systemu gospodarki odpadami jest wadliwe i nieefektywne – uważa Związek Pracodawców Gospodarki Odpadami. Mimo że ustawa nakłada na producentów i podmioty wprowadzające towary na rynek obowiązek ponoszenia kosztów za zbieranie i przetwarzanie odpadów, prawo to nie jest skutecznie egzekwowane. Opłaty wnoszone przez te podmioty są zbyt niskie, przez co koszty spadają na firmy z branży gospodarowania odpadami. Poprawa systemu finansowania mogłaby obniżyć opłaty wnoszone przez obywateli.

– Sytuacja w polskim systemie gospodarki odpadami jest dramatyczna – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Maciejewski, członek zarządu Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami (ZPGO). – Wiele się mówi na temat rozwoju systemu, nowych technologii, zwiększania świadomości, brakuje natomiast finansowania. Wynika ono wprost z obowiązujących przepisów, które nie są od wielu lat egzekwowane.

Przypomina, że zgodnie z ustawą o odpadach z 14 grudnia 2012 roku koszty zbierania i przetwarzania odpadów powinni ponieść producenci lub wprowadzający towary na rynek, przekazując do systemu gospodarki odpadami tzw. opłatę recyklingową za wprowadzone na rynek śmieci. Tego obowiązku nikt jednak nie egzekwuje.

 W całej Europie funkcjonuje to tak, że finansowanie systemu zbierania i przetwarzania odpadów pochodzi od producentów i wprowadzających na rynek produkty – zauważa Piotr Maciejewski. – To bowiem oni tak naprawdę serwują cały ten śmietnik na naszym rynku. Dzisiaj natomiast producenci finansują to w niewielkim stopniu.

Jak podaje ZPGO, producenci artykułów spożywczych, chemii gospodarczej itp. w tym roku płacą 7 zł za zebranie i przetworzenie tony odpadów z tworzyw sztucznych. Na tonę przypada 30 tys. butelek PET. Jeszcze w 2002 roku taka należność wynosiła 1200 zł. Do zbierania i przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Europie producenci dopłacają 300–400 euro za tonę, w Polsce to 5–6 euro.

– Jednocześnie warto zwrócić uwagę na to, że na 2017 rok ministerstwo przewiduje opłatę produktową obciążającą producentów wprowadzających na rynek opakowania, które za chwilę staną się odpadem. Ma ona formę ekwiwalentu, trochę kary, za brak wywiązania się z poziomów odzysku i recyklingu przez producentów. Ona wynosi 2,7 tys. zł za tonę tworzyw sztucznych. Dysproporcja jest zatem kolosalna. Dlatego twierdzimy, że przy uczciwym podejściu nie ma możliwości, aby obecnie rynek się finansował – ocenia Piotr Maciejewski.

1 lipca br. ma wejść w życie rozporządzenie Ministerstwa Środowiska dotyczące podwyższonych standardów selektywnej zbiórki odpadów komunalnych. Zdaniem ZPGO nie rozwiązuje ono najistotniejszych problemów związanych z finansowaniem, a kosztami zostaną obciążeni przedsiębiorcy z branży. Muszą oni z własnych środków sfinansować np. zakup pojemników, inwestycje w  tabor czy instalacje sortownicze.

Nie da się bez końca obciążać kosztami obywateli. Nie wolno wprowadzać w życie prawa, nie biorąc pod uwagę finansowania, bo stąd biorą się wszystkie kłopoty. Dlatego nasz apel jest bardzo stanowczy – wskazuje Piotr Maciejewski.

Jak podkreślają przedsiębiorcy zrzeszeni w ZPGO, zwiększenie finansowania ze strony producentów pozwalałoby na zwolnienie mieszkańców od konieczności pokrywania kosztów wywozu posegregowanych odpadów, tak jak ma to miejsce w Europie Zachodniej. Motywowałoby to ich do takich czynności, bo dzisiaj różnice w opłatach są tak niewielkie, że takiego bodźca brakuje. ZPGO proponuje więc rozpoczęcie konsultacji z decydentami.

 Jeżeli obywatele nie musieliby płacić, to być może pomyśleliby, czy spalanie śmieci nadal im się opłaca. Dzisiaj podchodzą do tego tak, że łatwo się pali, dzięki czemu oszczędzają – argumentuje Piotr Maciejewski. – Uważamy, że w obecnym stanie nie da się tego dalej prowadzić. Prawo wyraźnie mówi, kto ma finansować system, co wymaga tylko pewnych dodatkowych regulacji i ich egzekwowania. Przy odrobinie dobrej woli jest to możliwe. W oparciu o istniejące rozwiązania można tak poprowadzić rynek, żeby finansowanie było na przyzwoitym poziomie. W ten sposób odciążymy obywateli, umożliwimy funkcjonowanie przedsiębiorcom z naszej branży, a państwo będzie spokojniejsze, bo narzucane przez UE poziomy odzysku będą mogły być podnoszone.

Jak podkreślają przedstawiciele ZPGO, bez uregulowania kwestii finansowania trudno mówić nie tylko o poprawnym funkcjonowaniu systemu, lecz także o likwidacji szarej strefy czy inwestycjach w nowoczesne technologie.

Coface: kondycję polskiej gospodarki oceniamy podobnie jak hiszpańską

Coface utrzymała rating dla Polski, ponieważ przedsiębiorstwa nie są nadmiernie zadłużone, okres realizacji wzajemnych płatności nie wydłużył się, a liczba bankructw pozostała niemal bez zmian.

Polska utrzymała rating A3, przy stosowaniu przez Coface skali od A do E. W Europie kilka państw obniżyło swój poziom ryzyka: Hiszpania, Islandia, Cypr, Estonia, Bułgaria, Serbia, Bośnia i Hercegowina. Ryzyko dla firm w Hiszpanii jest obecnie na takim samym poziomie jak w Polsce. Natomiast Estonia ma już rating lepszy niż Polska.

Rating, który Coface ogłosiła pod koniec stycznia dotyczy 160 krajów. O tym jak postrzegane jest ryzyko działalności dla firm w rozmowie z MarketNews24 mówi Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Aleksander Galos o ewentualnych skutkach tzw. pakietu zimowego

„Pakiet zimowy” to potoczna nazwa propozycji regulacji prawnych w zakresie energetyki, jaki Komisja Europejska zaprezentowała 30 listopada 2016 roku. Jest to kolejny krok w tworzeniu jednolitego rynku energii w Unii Europejskiej i wspólnego budowania bezpieczeństwa energetycznego krajów członkowskich.

Zestaw reform zawiera 1000 stron propozycji legislacyjnych, które opisują plany redukcji subsydiów dla węgla oraz zwiększania celu efektywności energetycznej do poziomu 30% oraz zmniejszenia emisji CO2 o 40% przed 2030 r. Pakiet zimowy ma zapewnić także zwiększenie udziału paliw niekopalnych w produkcji energii elektrycznej na poziomie 72% w 2030 r.

– Spada rola krajowych operatorów, a Unia może nie dać zgody na nowe inwestycje, jeżeli popyt na energię może być zaspokojony dzięki dostawom z innego kraju – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Galos, partner i Szef Praktyki Energetyka, Surowce Naturalne i Przemysł Chemiczny w kancelarii prawniczej Kochański, Zięba i Partnerzy.

Co może wywoływać obawy w Polsce?

Zaproponowana w pakiecie zimowym maksymalna dopuszczalna emisja CO2 najbardziej uderza w Polskę – mówi Aleksander Galos.

Polski rząd planuje 3-4 inwestycje w bloki energetyczne, oparte na spalaniu węgla kamiennego, a koszt ich wybudowania oceniany jest na 45-50 mld zł. Jednak Komisja Europejska w tzw. pakiecie zimowym zaproponowała, że z pomocy publicznej nie będą mogły skorzystać inwestycje, które będą powodować przekroczenie zdefiniowanego parametru emisji dwutlenku węgla. Bez rządowych subsydiów inwestycji tych prawdopodobnie nie uda się sfinansować.

Jeżeli inwestycje w energetyce planowane przez rząd zostaną odcięte od pomocy publicznej, ich sfinansowanie stanie się niemal nierealne. W UE to właśnie polska energetyka jest oparta na węglu kamiennym i to jest coraz bardziej konfliktowy problem.

-Nawet przy zastosowaniu najnowocześniejszych technologii nie jest możliwe osiągnięcie tak niskiego parametru emisji dwutlenku węgla – mówi w rozmowie Aleksander Galos.

XIII Banking Forum oraz IX Insurance Forum 2017 r.

W sektorze finansowym obserwujemy ciągłe zmiany spowodowane m.in. nowymi regulacjami, czy też rozwojem setkora technologii finansowych. Zmiany w 2017 roku dotyczyć będą nowych regulacji w związku z udzielaniem kredytów, zmian w ustawie o rachunkowości, o przenoszeniu rachunków bankowych czy też wdrożenia dyrektywy PSD2, która zmieni m.in. sposób logowania do bankowości internetowej, czy mechanizmy zlecania płatności w handlu elektronicznym.

Odpowiedzią na ciągłe zmiany w sektorze finansowym jest XIII Banking Forum oraz IX Insurance Forum, które odbędą się w ramach Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń w dniach 12-13 kwietnia 2017 roku w Hotelu Sheraton w Warszawie.

„To spotkanie branży finansowej podczas którego możemy wymienić poglądy i opinie na bieżące tematy dotyczące bankowości i ubezpieczeń. Duża frekwencja świadczy o zainteresowaniu tą tematyką, nie tylko przedstawicieli branży finansowej, ponieważ możemy tutaj spotkać osoby z różnych środowisk i różnych firm. Takie wydarzenie jest konieczne i powinniśmy je kontynuować w przyszłości.”

Andrzej Kopyrski, Wiceprezes Zarządu, Bank Pekao S.A.

Nad wartościa merytoryczną czuwają Rady Programowe wydarzenia pod przewodnictwem Pana Prezesa Mariusza Grendowicza (Banking Forum) oraz Pana Prezesa Artura Olecha (Insurance Forum). Wśród członków Rady Programowej Banking Forum znajdują się:

  • Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu, PKO Bank Polski
  • Brunon Bartkiewicz, Prezes Zarządu, ING Bank Śląski
  • Wojciech Sobieraj, Prezes Zarządu, Alior Bank
  • Andrzej Kopyrski, Wiceprezes Zarządu, Bank Pekao

Do członków Rady Programowej Insurance Forum należą m.in.:

  • Veit Stutz, Prezes, Zarządu, Allianz Polska
  • Franz Fuchs, Przewodniczący Rady Nadzorczej, Vienna Insurance Group w Polsce
  • Adam Uszpolewicz, Prezes Zarządu, Aviva
  • Andrzej Jarczyk, Prezes Zarządu, Uniqa

Zwieńczeniem XIII edycji Banking Forum oraz IX Insurance Forum będzie Wielka Gala Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń, która odbędzie się 12 kwietnia 2017 r. o godzinie 19:00 w Hotelu Sheraton w Warszawie. Podczas Wielkiej Gali Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń niezależna Kapituła Konkursowa pod przewodnictwem pana Józefa Wancera nagrodzi osoby, które przyczyniły się do rozwoju sektora bankowego i ubezpieczeniowego, jak też najlepszych instytucji i najciekawszych rozwiązań minionego roku.

Kategorie Konkursowe:

  • Najlepszy bank
  • Najciekawsza innowacja dla banku
  • Najbardziej innowacyjny bank
  • Najbardziej przyjazny bank
  • Najlepsza firma ubezpieczeniowa
  • Najciekawsza innowacja dla ubezpieczeń
  • Najbardziej przyjazny ubezpieczyciel
  • Najlepszy cyfrowy ubezpieczyciel
  • Wizjoner finansów

NIK krytycznie o bezpieczeństwie na przejazdach i przejściach kolejowych

NIK skontrolował i ocenił działania zarządców infrastruktury kolejowej i drogowej oraz organów administracji publicznej w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa na przejazdach kolejowo-drogowych i przejściach przez tory. Kontrolą objęto 2015 r. i pierwsze półrocze 2016 r. Zdaniem NIK zarządcy linii kolejowych i zarządcy dróg nie wykonywali należycie działań związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa na przejazdach kolejowych.

Ponad połowa skontrolowanych przejazdów nie była utrzymana we właściwym stanie technicznym. Przeszło 70 proc. z nich nie było odpowiednio oznakowanych znakami drogowymi i wskaźnikami kolejowymi. Wiele do życzenia pozostawiają także drogi dojazdowe do przejazdów – połowa z nich miała złą nawierzchnię, a przydrożne drzewa i krzewy ograniczały możliwości zauważenia nadjeżdżających pociągów. Nieprawidłowości te dodatkowo zwiększają ryzyko wypadków na przejazdach, choć i tak już stanowią one wysoki odsetek ogółu zdarzeń na kolei (ok. 35 proc.), a liczba ofiar śmiertelnych i ciężko rannych z roku na rok rośnie.

NIK zauważa, że poziom bezpieczeństwa na przejazdach kolejowych wyrażony wskaźnikiem NRV w latach 2014-2015 pogorszył się. Wskaźnik NRV, który określa to bezpieczeństwo wzrósł w 2015 r. o  blisko 26 punktów procentowych w stosunku do roku poprzedniego i osiągnął poziom 94 proc. Tym samym zbliżył się do granicznej wartości 100 proc., której  przekroczenie oznaczać  będzie przekroczenie akceptowanego poziomu ryzyka bezpieczeństwa na przejazdach kolejowych. W 2015 r. zmniejszyła się, w stosunku do 2014 r., liczba przejazdów (o ponad 1 proc.) oraz liczba wypadków na nich (o blisko 4 proc.), jednak tym samym czasie znacznie wzrosła liczba ofiar śmiertelnych takich wypadków (o ponad 27 proc.) i osób ciężko rannych (o 64 proc.).

To na przejazdach i przejściach kolejowych dochodzi do znaczącego odsetka (blisko 33 proc.) wypadków na kolei. Corocznie na przejazdach ginie ok. 50 osób, a ok. 35 zostaje ciężko rannych. Więcej zdarzeń ma miejsce tylko na dzikich przejściach (blisko 38 proc.). W 2015 r. zginęły na nich 173 osoby, a 49 zostało ciężko rannych. Ofiary śmiertelne wypadków na przejazdach oraz na dzikich przejściach stanowiły łącznie blisko 97 proc. ogółu ofiar wypadków kolejowych, zaś ciężko rannych ponad 80 proc.

Udział procentowy wypadków w 2015 r. według kategorii zdarzeń:

  • 32,7% wypadki na przejściach i przejazdach
  • 37,9% potrącenia osób lub pojazdów poza przejazdami na tzw. dzikich przejściach
  • 7,7% uszkodzenia lub złe utrzymanie nawierzchni lub obiektu
  • 3,9% najechanie na pojazd kolejowy lub inną przeszkodę
  • 3,1% niezatrzymanie się pojazdu kolejowego lub ruszenie bez zezwolenia
  • 3% niewłaściwie ułożona droga przebiegu
  • 2,8% uszkodzenie lub zły stan techniczny wagonu
  • 8,9% pozostałe

Źródło: Według UTK na podstawie Rejestru Zdarzeń Kolejowych.

NIK wskazuje, że na bezpieczeństwo wpływa nienajlepszy stan przejazdów kolejowych. Z 240 skontrolowanych przez NIK przejazdów aż 60 proc. posiadało różnego rodzaju usterki i uszkodzenia obniżające ich stan techniczny. Stwierdzono tam usterki i uszkodzenia nawierzchni drogowej oraz torów kolejowych i podtorza, a także urządzeń odwodnienia i oświetlenia.

Przejazdy kolejowe nie były także odpowiednio oznakowane zarówno od strony drogi jak i torów. Nieprawidłowości stwierdzono na 172 przejazdach (ponad 70 proc. skontrolowanych miejsc). Przede wszystkim oznakowanie było niekompletne, uszkodzone oraz nieczytelne i słabo widoczne Często znaki były zasłonięte przez drzewa i przeszkody terenowe.

NIK zwraca także uwagę, że zarządcy dróg nie utrzymywali w odpowiednim stanie technicznym dróg dojazdowych do skrzyżowań z liniami kolejowymi. Więcej niż połowa (36) spośród 64 skontrolowanych dróg dojazdowych do przejazdów miała złą nawierzchnię jezdni. Podstawowe uszkodzenia polegały na pęknięciach oraz ubytkach tworzących garby, nierówności i uskoki przy wjeździe na przejazd kolejowy. Na styku jezdni z betonowymi płytami tworzyły się zapadnięcia. Na co trzeciej skontrolowanej drodze rosnące krzewy i drzewa ograniczały widoczność przejazdów.

przejazdy-wypadki-i-ofiary-rys2-dKontrolerzy NIK ustalili, że zarządcy linii kolejowych niestarannie wykonywali okresowe kontrole przejazdów, kładek i przejść podziemnych. Nie ustalali prawidłowo ich stanu technicznego i nie usuwali bezzwłocznie ujawnionych uszkodzeń. Ponadto, stwierdzono nieprawidłowe prowadzenie dokumentacji techniczno-eksploatacyjnej budowli kolejowych. Nieprawidłowości w tym zakresie dotyczyły głównie metryk przejazdowych i książek obiektów budowlanych. Błędy i braki w dokumentacji uniemożliwiały właściwe monitorowanie zabezpieczenia i oznakowania przejazdów.

Ustalenia kontroli wskazują także wyraźnie, że zabezpieczenie przejazdów wprost wpływa na liczbę zdarzeń.  Na kolei wyróżnić można sześć kategorii przejazdów ze względu na funkcjonujące na nich zabezpieczenia. W Polsce najwięcej jest tych kategorii D (54 proc.), czyli nie posiadających urządzeń ostrzegawczych. Na tych przejazdach nie ma ani rogatek, ani sygnalizacji świetlnej, są one oznakowane tylko znakiem drogowym. Tutaj też dochodzi do największej liczby wypadków (blisko 60 proc. wszystkich wypadków na przejściach i przejazdach). Najlepiej strzeżonych przejazdów kategorii A, z rogatkami i sygnalizacja świetlną jest 19 proc. i tu dochodzi do 8 proc. wypadków.

Sztuczna inteligencja (AI) to już nie abstrakcja – to rzeczywistość

Ułatwia przedsiębiorcom podejmowanie strategicznych decyzji biznesowych, usprawnia procesy uczenia się, pomaga w ustalaniu optymalnych metod leczenia – sztuczna inteligencja (AI) sprawdza się dziś w wielu dziedzinach życia. AI to już nie abstrakcja – to rzeczywistość.

„Sztuczna inteligencja jest bardzo szerokim pojęciem. Zasadza się na kilku rzeczach, takich jak uczenie maszynowe, algorytmy predykcyjne, czyli przewidujące przyszłość, drzewa decyzyjne. Jest to rozległa dziedzina informatyki i w ogóle wiedzy” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Piotr Pietrzak, chief technology officer z firmy IBM. Co ważne, wiele rozwiązań opierających się na sztucznej inteligencji ma już zastosowanie w praktyce.

Z dobrodziejstw sztucznej inteligencji bardzo mocno korzystają firmy. Powszechnie używane przez nie narzędzia analityczne bazują na algorytmach predykcyjnych. AI pomaga również przy automatyzacji procesów obsługi klienta. A biorąc pod uwagę dane z kalendarza osoby i historię jej dotychczasowych spotkań biznesowych z danym klientem, ustala, które miejsce i termin będą najlepsze na kolejne spotkanie.

Rozwiązania AI służące zwykłym ludziom są obecnie wdrażane najszybciej w branży medycznej (pomagają np. przy ćwiczeniach rehabilitacyjnych), a także branży lajfstajlowej. Bardzo dobrze sprawdzają się też w nauczaniu. „Już teraz są budowane systemy (które mogą znaleźć zastosowanie również w polskiej edukacji) umożliwiające optymalizację procesów uczenia się przez ucznia” – zauważa ekspert. To oczywiście tylko przykłady, sztuczna inteligencja może bowiem być wykorzystywana niemal w każdym obszarze życia.

Tygodniowe podsumowanie wydarzeń na rynkach finansowych

To był bardzo udany tydzień dla giełdy w Warszawie. Indeks WIG20 zyskał 4%, wyznaczając nowe 15-miesięczne maksimum. Umocnił się też złoty. Fala wyprzedaży przetoczyła się natomiast przez polski rynek długu.

Na godzinę przed zamknięciem piątkowej sesji indeks WIG20, grupujący największe spółki notowane w Warszawie, testował poziom 2084,9 pkt., rosnąc o 0,2%. W skali tygodnia indeks ów zyskał 4%, a od początku roku ponad 7%. I to nie koniec pozytywnych wieści. WIG20 wyznaczyło nowe 15-miesięczne maksimum, a na początku tygodnia wybronił się przed spadkiem poniżej psychologicznej bariery 2000 pkt. Tym samym potwierdził on znaczenie popytowej tego poziomu oraz znaczenie mającego miejsce na początku miesiąca wybicia górą z rocznej konsolidacji. To może sugerować wzrosty w kierunku 2300 pkt., który to poziom wyznacza właśnie minimalny zakres ruchu po wybiciu ze wspomnianej konsolidacji.

Poprawa nastrojów na warszawskiej giełdzie to w głównej mierze efekt utrzymujących się bardzo dobrych nastrojów na rynkach globalnych, czego namacalnym dowodem były nowe rekordy wszechczasów amerykańskich indeksów. W tym przebicia przez Średnią Przemysłową psychologicznej bariery 20000 pkt. W to wszystko wpisały się dobre wieści z polskiego sektora bankowego, mogące sugerować, że wszystko co najgorsze ma on już za sobą.

W kontrze do rynku akcji znalazł się w tym tygodniu polski rynek długu, przez który przetoczyła się fala wyprzedaży (być może część tych pieniędzy trafiła właśnie na GPW). Rentowność 10-letnich obligacji Polski wzrosła w piątek do 3,884% z 3,74% na zamknięciu poprzedniego tygodnia i była najwyższa od 32 miesięcy. Tymczasem jeszcze w II połowie grudnia kształtowała się ona poniżej 3,4%.

Ten skok rentowności obligacji wpisuje się w podobne zachowanie na innych rynkach długu. Chociażby w Niemczech. Jedynym pozytywem jest fakt, że spread pomiędzy rentownościami 10-letnich obligacji Polski i Niemiec, jakkolwiek rośnie w II połowie stycznia, jest obecnie mniejszy niż na początku miesiąca i wyraźnie mniejszy niż w pierwszych dniach grudnia. Stąd też sytuacja na rynku długu nie ciąży złotemu, który także ma za sobą udany tydzień.

W piątek o godzinie 16:11 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3370 zł, USD/PLN 4,05 zł, CHF/PLN 4,0570 zł, a GBP/PLN 5,0870 zł. Przez ostatnie 5 dni dolar potaniał o 3,5 gr, euro o 3 gr, a szwajcarski frank o 2 gr. Euro jest obecnie najtańsze od 2 miesięcy, podczas gdy dwie pozostałe waluty oscylują blisko 2-miesięcznych minimów. Wyjątkiem jest tylko funt, który podrożał w tym tygodniu o 4 gr. To efekt umocnienia brytyjskiej waluty na świecie.

W przyszłym tygodniu uwaga rynków finansowych będzie się koncentrować z jednej strony na starych tematach, jak decyzje prezydenta Trumpa oraz doniesienia nt. BREXIT-u. Z drugiej jednak jeszcze większą rolę odegrają banki centralne. Wówczas odbędą się posiedzenia amerykańskiego Fed-u, Banku Anglii i Banku Japonii. W kontekście przyszłych decyzji Europejskiego Banku Centralnego (ECB) będą natomiast analizowane publikowane po weekendzie najnowsze dane nt. inflacji w Niemczech, Francji, Hiszpanii i całej Strefie Euro.

Wydarzeniem tygodnia w kraju będzie zaś publikacja wstępnych szacunków dynamiki polskiego PKB w całym 2016 roku oraz styczniowy odczyt indeksu PMI dla sektora przemysłowego.

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Wielki brat czy wielki biznes – Dzień Ochrony Danych Osobowych

Facebook wie, że jesteś zakochany, choć nie ogłaszałeś tego publicznie. Popularna sieć drogerii wysyła do ciebie reklamy, gdy tylko pojawisz się w jej pobliżu. Na stacjach benzynowych widzisz komunikaty dostosowane do twojej płci i wieku, a sklep spożywczy informuje cię o dostawie świeżych ryb, które tak lubisz tam kupować. Zastanawiasz się czasem, skąd oni to wszystko wiedzą i dokąd to prowadzi?

Najbogatszym źródłem wiedzy dla marketerów jest smartfon, strony, które przeglądamy w internecie, ale również transakcje, wykonywane kartami kredytowymi. Aby poznać nasze nawyki i zwyczaje wykorzystuje się także monitoring.

Kup pan wózek

Podstawowa rzecz to rozgraniczenie, czy firmom zależy na naszych danych osobowych, czy tylko gromadzą informacje, pozwalające im profilować klientów. Jeśli przetwarzają dane, zawierające nasze imię, nazwisko, adres mailowy czy telefon mamy prawo wiedzieć, że to robią i w jakim celu. Jeśli wyraziliśmy na to zgodę, możemy ją cofnąć w każdej chwili. Gdy nie wiemy, skąd firma ma informacje na nasz temat, możemy domagać się, by dopełniła obowiązku poinformowania nas o tym – tłumaczy Jarosław Żabówka, ekspert z zakresu administrowania danymi osobowymi, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej.

Okazją do rozmów o tym kto i dlaczego chce wiedzieć o nas jak najwięcej, jest obchodzony 28 stycznia Europejski Dzień Ochrony Danych Osobowych. Przypada on w 36. rocznicę przyjęcia przez Radę Europy konwencji w sprawie ochrony osób w zakresie zautomatyzowanego przetwarzania danych osobowych. To najstarszy międzynarodowy akt prawny, który reguluje zagadnienia związane z ochroną danych osobowych.

O bezpieczeństwie danych osobowych mówi się coraz więcej. Cenimy sobie prywatność, bo widzimy, że niektóre firmy ingerują w nią bez skrupułów. Kiedy przeglądam strony internetowe z artykułami dla noworodków, nie dziwię się już, że za pół roku reklamami bombardują mnie producenci wózków spacerowych. Marketerzy obliczyli sobie, że nadszedł czas, abym się zainteresował właśnie takimi zakupami – mówi Jarosław Żabówka.

Internetowi naciągacze lubią ciasteczka

Zdaniem eksperta najważniejsza jest świadomość, że firmy śledzą każdy nasz ruch, zarówno w Internecie, jak w rzeczywistości. Popularne aplikacje chcą mieć dostęp do wiedzy, kiedy i gdzie loguje się nasz telefon. W dużych sklepach już od progu dostajemy plan sklepów, a Facebook na podstawie naszych zachowań w sieci, wie, że się zakochaliśmy, zanim oficjalnie powiadomimy znajomych o naszym związku.

Sposobem na zwiększenie świadomości, że programy czy aplikacje zostawiają na naszych komputerach popularne „ciasteczka”, dzięki którym łatwiej później zidentyfikować odbiorcę, tworzyć statystyki czy wyświetlać reklamy, miały być obowiązkowe informacje, pojawiające się na każdej stronie internetowej. Wyszedł z tego raczej „wypadek przy pracy” – uważa wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej. – Mało kto dziś czyta te informacje, raczej  automatycznie klikamy, że zgadzamy się na instalowanie „cookies” na naszym komputerze. W efekcie próbują to  czasem wykorzystać internetowi naciągacze – ostrzega Jarosław Żabówka.

Za półtorej roku w życie wejdą nowe przepisy o ochronie danych osobowych. Kary dla tych, którzy nie dostosują się wynosić będą nawet 10 mln euro.

Za 1,5 roku braknie specjalistów

– Część firm i instytucji będzie musiała wdrożyć nowe procedury. Obowiązkowe będą m.in. informacje, że dane osobowe niewykorzystywane są do profilowania nas  – klientów – tłumaczy ekspert.

Już dziś widać wzmożone zainteresowanie przedsiębiorców tematyką nowych procedur. Właściciele firm zamawiają audyty, by sprawdzić czy są odpowiednio przygotowani do wejścia w życie nowych procedur, chcą zatrudniać specjalistów, czyli Administratorów Bezpieczeństwa Informacji.

Kiedy w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej uruchamialiśmy kierunek studiów podyplomowych kształcących wykwalifikowanych ABI, słuchaczy było kilkunastu. Dziś chętnych jest tylu, że co pół roku jest kilkudziesięciu kandydatów. Mimo to już dziś wiem, że wiele firm wdrożenie nowych przepisów zostawi na ostatnią chwilę. Wtedy na rynku może zabraknąć specjalistów – prognozuje Jarosław Żabówka.

Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej realizuje studia dla Administratorów Bezpieczeństwa Informacji pod patronatem Generalnego Inspektora Danych Osobowych. W piątek, 3 lutego w WSB odbędzie się Dzień Otwarty GIODO. W bezpłatnych warsztatach i wykładach udział wziąć mogą osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwa informacji w firmach i instytucjach, ale również osoby zainteresowane tematyką.

3 ekspertów ocenia najbliższą przyszłość rynku mieszkaniowego

Już w grudniu branża deweloperska ogłaszała rekordowe wyniki sprzedaży mieszkań. Obecnie wiemy, że wynik na poziomie 62 tys. sprzedanych lokali w 6 największych miastach był bezprecedensowy i ciężko go będzie powtórzyć w tym roku. Jakich zmian w najbliższych miesiącach spodziewają się deweloperzy i jakie mają plany inwestycyjne? Potencjał rynku oceniają eksperci Polskiego Związku Firm Deweloperskich, Bouygues Immobilier Polska oraz portalu RynekPierwotny.pl.

Rynek deweloperski charakteryzuje się dojrzałością, która ma swoje odzwierciedlenie
w dwóch aspektach – po pierwsze, mimo bardzo dużego popytu ceny mieszkań utrzymują się na stabilnym poziomie i nie podlegają drastycznym wahaniom. Po drugie inwestorzy na bieżąco obserwują zapotrzebowanie i zachowania nabywców, dzięki czemu wprowadzają do sprzedaży mniej więcej tyle lokali, ile sprzedają, co zapewnia równowagę między podażą a popytem.

W 2016 roku sprzedaliśmy 1100 mieszkań z naszej oferty dostępnej w 3 kluczowych miastach – Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. W tym roku planujemy wprowadzić do sprzedaży 11 nowych inwestycji. Łącznie dostarczymy rynkowi ok. 1600 mieszkań. Zakładam, że popyt będzie się utrzymywał na stabilnym poziomie, ponieważ potrzeby mieszkaniowe Polaków jeszcze długo nie będą w pełni zaspokojone – komentuje Krzysztof Foder, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska.

Stabilność na rynku pracy kształtuje popyt na mieszkania

Jak podkreślają eksperci, popyt na mieszkania jest silnie skorelowany z sytuacją na rynku pracy. Bezpieczeństwo zatrudnienia to jeden z głównych determinantów, które wpływają na zakup własnego M.

– To zwłaszcza dobra sytuacja na rynku pracy wpływa na wysoki popyt wewnętrzny. Pomagać będą także rekordowo niskie poziomy stóp procentowych, które powinny być stabilne. Z jednej strony zapewnia to tani kredyt mieszkaniowy, a z drugiej skutkuje niskim oprocentowaniem lokat. To ostatnie w połączeniu z wciąż niestabilną sytuacją na giełdzie czy ryzykiem związanym z innymi formami inwestowania powoduje, że rośnie grupa osób inwestująca w mieszkania na wynajem. Przede wszystkim taka forma zapewnia duże bezpieczeństwo i umożliwia stopę zwrotu na poziomie ok. 5% rocznie – komentuje Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Jak się będą kształtowały ceny i preferencje nabywców?

Aby określić perspektywy w zakresie poziomu cen najbardziej zasadne wydaje się użycie słowa stabilizacja. Mamy z nią do czynienia już od roku 2013. W tym zakresie nic nie wskazuje na to, aby rok 2017 zmienił ten stan rzeczy. Warto podkreślić, że obecna podaż mieszkań dostosowana jest do realnych potrzeb rynku. Znacząco wzrosła produkcja mieszkań w najbardziej pożądanym i przystępnym cenowo segmencie popularnym. Obecnie stanowi ona w zależności od miasta od 60%

do 70% całości podaży. Deweloperzy zrozumieli, że należy budować dobre jakościowo mieszkania w przystępnych cenach. Choć większość z nas  deklaruje chęć zamieszkania w sercu metropolii, to często po analizie siły nabywczej wybieramy dzielnice oddalone od centrum, gdzie możemy nabyć  mieszkanie w rozsądnej cenie – dodaje Foder.

Podobnego zdania jest również kolejny ekspert.

Dane GUS-u i obserwacje portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że mieszkaniowe preferencje Polaków już od wielu lat są dość przewidywalne i prawie niezmienne. Średnia powierzchnia kupowanego mieszkania ciągle oscyluje na poziomie 53 mkw. – 55 mkw. W przypadku rynku pierwotnego i wtórnego, zdecydowanie największą popularnością cieszą się lokale o powierzchni 40 mkw. – 60 mkw. Takie mieszkania stanowią dokładnie połowę całej oferty deweloperów prezentowanej przez serwis RynekPierwotny.pl – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Zdaniem przedstawicieli rynku niewykluczone jest to, że popyt na mieszkania jest pośrednim efektem programu 500 Plus, ponieważ rodziny chcące zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość inwestują w aktywo, które jest bezpieczne.

Rodziny wielodzietne, które dobrze radziły sobie przed uruchomieniem programu, dodatkowe środki przeznaczają na inwestycje w przyszłość dzieci czy podwyższanie standardu ich życia. W obu przypadkach zmiana mieszkania na większe odpowiada na te potrzeby – dodaje Płochocki – Z kolei program Mieszkanie Plus, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, pozostanie nadal bez wpływu na branżę, ponieważ, jak widzimy po programie pilotażowym, skupia się głównie w miastach,
w których deweloperzy nie są aktywni.

Duże firmy będą wchodzić na nowe rynki

Eksperci zgodnie prognozują, że przyszłość rynku deweloperskiego przyniesie konsolidację funkcjonujących na nim podmiotów. Najwięksi deweloperzy w Polsce mają udziały w rynku nie przekraczające 4%, podczas gdy w Europie główni gracze posiadają ich kilkanaście.

 – Rynek deweloperski cały czas jest bardzo mocno rozdrobniony, natomiast koniunktura powoduje, że coraz więcej dużych graczy wychodzi również na nowe obszary. Takim przykładem jest między innymi nasza spółka, która w ostatnich latach uruchomiła dwie nowe agencje w Poznaniu oraz we Wrocławiu – mówi Foder.

Najszybciej rosną duże firmy, dzięki czemu rynek się profesjonalizuje. Taka sytuacja jest korzystna nie tylko dla nabywców, którym oferuje się coraz lepsze usługi i więcej możliwości, ale również dla całej branży.  

Czy spełni się amerykański sen o gospodarce?

Realizacja wyborczych zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa i Republikanów zrewolucjonizuje politykę gospodarczą USA w najbliższych latach. Dodatkowo wyjątkowa pozycja Stanów Zjednoczonych na świecie może sprawić, że protekcjonistyczne elementy polityki handlowej paradoksalnie mogą polepszyć kondycję ekonomiczną Ameryki.

Opinia Marcina Lipki, głównego analityka Cinkciarz.pl.

Zmniejszenie podatków dla gospodarstw domowych to pozytywny impuls dla konsumpcji i dla oszczędności. Z kolei redukcja obciążeń fiskalnych dla firm może zachęcać do inwestycji i wspierać innowacje. Koncepcja ograniczenia wymagań regulacyjnych m.in. dla przemysłu wydobywczego to także większe prawdopodobieństwo energetycznego uniezależnienia się Amerykanów od reszty świata. Poprawa infrastruktury powinna natomiast utrzymywać potencjał gospodarczy USA, a wraz z wcześniej wymienionymi reformami nawet go zwiększać.

Prawdziwą rewolucją zaproponowaną przez Republikanów będą jednak zmiany dotyczące naliczania podatków przy eksporcie oraz imporcie dóbr i usług. Spowodują one natychmiastową poprawę konkurencyjności amerykańskich towarów za granicą i znacznie zmniejszą atrakcyjność importu. Według zwolenników tego rozwiązania przyczynią się również do znacznego wzrostu wartości amerykańskiej waluty.

Korekta podatku granicznego

Bieżący system podatkowy w USA jest taki sam dla eksportera i importera. Na przykład obecnie przy przychodach na poziomie 100 dol., kosztach 60 dol. i zysku 40 dol., płacą oni 35 proc. podatku, czyli 14 dol. Daje to zysk netto na poziomie 26 dol.

Obniżenie obciążeń fiskalnych (z 35 proc. do 20 proc.) oraz projekt Korekty Podatku Granicznego (KPR) w republikańskim planie “A Better Way” sprawią, że firma, która sprzedała swój towar, korzystając z importowanych komponentów, w analogicznym przykładzie osiągnie zysk na poziomie 20 dol. Natomiast ta, która jest eksporterem dobór w oparciu o materiały krajowe, zyska 52 dol. według opracowań think tanku Tax Foundation. Jak to możliwe?

KPR znacznie zmienia podstawę opodatkowania oraz pozwala eksporterowi sięgnąć po rabat. Przedsiębiorstwo korzystające z importowanych komponentów płaci 20-procentowy podatek nie od zysku (20 proc. z 40 USD = 8 USD), ale od całości przychodu (20 proc. z 100 USD = 20 dol). Eksporter z kolei nie dość, że będzie zwolniony z podatku, to dostaje rabat w wysokości 12 dol. (20 proc. kosztu eksportu). Zysk netto wynosi więc (40 + 12) 52 dol.

Powyższe zmiany powinny natychmiast spowodować dramatyczne przetasowania w konkurencyjności amerykańskich towarów i usług na świecie. Z drugiej strony wyraźnie zmniejszają atrakcyjność importu, co z kolei powinno szybko zmniejszać deficyt handlu zagranicznego. Podstawowym skutkiem takich działań może być również wzmocnienie kursu dolara, na co liczą zwolennicy tego podejścia. Pozwoliłoby to uniknąć m.in. wzrostu cen towarów importowanych.

Kilka pieczeni na jednym ogniu

KPR w formie zaproponowanej przez Republikanów ma kilka zalet, które dobrze wpisują się w kampanijne hasło „Ameryka przede wszystkim”. Poza wsparciem dla eksportu zdecydowanie zmniejsza atrakcyjność przenoszenia działalności za granicę. Dodatkowo może również przyciągać kapitał do USA.

Warto także podkreślić, że współgra on z pomysłem ściągnięcia zysków przetrzymywanych na świecie przez amerykańskie firmy. Według szacunków Kongresu wynoszą one 2.6 bln dolarów. Powrót tych środków do USA ma być objęty preferencyjnie niską stawką podatku (nawet mniej niż 10 proc.).

Jedną z poważniejszych wad rozwiązania KPR jest wzrost cen importu. Jednak według zwolenników KPR (m.in. Martina Feldsteina, profesora ekonomii Uniwersytetu Harvarda i emerytowanego przewodniczącego wiodącego think tanku w USA – National Bureau of Economic Research) spowoduje to wzrost wartości dolara o 25 proc.

Gdyby do tego doszło, pozytywne efekty dla eksporterów i negatywne dla importerów będą zanikać. Chociaż dopóki pozostanie jakikolwiek deficyt w handlu zagranicznym, budżet państwa skorzysta z wyższych wpływów podatkowych (suma rabatów pozostanie mniejsza niż dochody związane ze zmianą podstawy opodatkowania).

Kto straci na zmianach?

Jeżeli dolar zyska mniej niż 25 proc., to stracą amerykańskie firmy, które np. przeniosły produkcję samochodów za granicę. Może stracić również część konsumentów, którzy przyzwyczaili się do korzystania z zagranicznych dóbr.

Największe jednak koszty tych zmian mogą ponieść państwa, które przez ostanie lata przyciągały kapitał inwestycyjny ze Stanów Zjednoczonych. Teraz będą musiały zaoferować dużo lepsze warunki lub pozwolić, by rynek wymusił spadek wartości lokalnej waluty. Ogólnie jednak pogorszy się standard życia obywateli tych państw. Ze względu na zmniejszenie konkurencyjności może również ucierpieć cały światowy handel zagraniczny, a także globalna gospodarka.

Warto zauważyć, że mimo znacznego deficytu w handlu zagranicznym (500 mld dol. w 2015 r.), Stany Zjednoczone uzyskały dodatni bilans zysków z inwestycji bezpośrednich (część rachunku pierwotnego) na poziomie 300 mld dol. Ta nadwyżka może się zmniejszać w kolejnych latach ze względu na redukcję inwestycji zagranicznych i wzrost wartości dolara.

Prawdopodobnie jednak większość Amerykanów nie dostrzeże tych stosunkowo niewielkich strat, natomiast wymienione wcześniej pozytywne efekty będą bardzo dobrze widoczne.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Połączenie proeksportowej polityki podatkowej z niższymi obciążeniami fiskalnymi dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych, a także wyższe inwestycje w infrastrukturę powinny szybko podnieść standard życia Amerykanów. Byłoby to szczególnie widoczne zwłaszcza wtedy, gdyby doszło do dalszego wzrostu wartości dolara. Biorąc pod uwagę, że powyższe działania wymuszą względnie szybkie podnoszenie stóp procentowych przez Rezerwę Federalną, jest to bardzo prawdopodobne.

Należy także podkreślić, że gdyby podobne działania protekcjonistyczne wprowadziły inne kraje, to spowodowałoby to raczej odpływ inwestorów, ogólne pogorszenie kondycji gospodarczej państwa i podwyższenie cen. Stany Zjednoczone są jednak na tyle liczącym się graczem na światowym rynku, że producenci będą starali się sprostać nowym warunkom i unikać importu, jeżeli będzie to tak niekorzystne, jak w przedstawionym przykładzie. Konsumenci, którzy zwykle tracą na barierach w handlu zagranicznym, mogą nie zauważyć zmian w związku ze wzmocnieniem dolara. W rezultacie, dzięki swojej niezwykłej pozycji na świecie, USA może „zjeść ciastko i mieć ciastko”, bo rachunek zapłacą inni.

Arendarski: Napięcia polityczne zakłócają rozwój Polski

Krajowa Izba Gospodarcza zorganizowała 6 edycję Gospodarczego Otwarcia Roku. W ramach dyskusji polityków – m.in. z Ministerstwa Rozwoju oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – z przedsiębiorcami i ekonomistami dominował optymizm. Rok bieżący będzie lepszy od poprzedniego – prawdopodobnie odnotujemy nieco wyższy wzrost oraz zwiększy się polski eksport – co świadczyć będzie o dobrych fundamentach makroekonomicznych. Podczas Gospodarczego Otwarcia Roku mowa była również o czynnikach zaburzających rozwój polskiej gospodarki.

– Są to czynniki zewnętrzne i międzynarodowe, na które nie mamy wielkiego wpływu – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Mowa o sprawach natury politycznej, takich jak konflikty w wielu częściach świata – których zasięg może się zwiększyć – oraz zmiany na scenach politycznych w wielu kluczowych krajach na świecie – na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Wiąże się to z wymianą elit politycznych na nowe, które są nieprzewidywalne i bez określonych intencji. W Polsce – o czym wreszcie zaczęto mówić – istnieje szereg czynników zakłócających rozwój państwa.

Zwrócono uwagę na stale utrzymujące się napięcie polityczne pomiędzy rządzącymi, a opozycją lub grupami społecznymi. Kolejnym poruszonym problemem był malejący kapitał społeczny, na który składają się brak zaufania i współpracy. Są one absolutnie niezbędne do rozwoju kraju w kierunku – co jest marzeniem wicepremiera Morawieckiego – innowacyjności i nowoczesności.

Ogłoszone w zeszłym roku propozycje Ministerstwa Rozwoju zostały dobrze przyjęte. W formie aktów prawnych będą one sukcesywnie przyjmowane i stworzą tzw. „Konstytucję Biznesu” – regulującą relacje biznesu z administracją publiczną. Przedyskutowaliśmy sprawę drugiej ustawy o innowacyjności, która w przekonaniu twórców i przedstawicieli biznesu może przyczynić się do zwiększenia tempa wzrostu innowacyjności w Polsce – powiedział Arendarski.

Czy Fitch również obniży rating Turcji? W USA mur na granicy z Meksykiem

Dzisiaj dowiemy się czy również trzecia z agencji ratingowych obniży notę dla Turcji. Trump wraca do sztandarowego pomysłu z murem na granicy z Meksykiem. Słabsze dane z USA.

Co z Turcją?

Po ostatnich wydarzeniach w Turcji dwie z trzech agencji ratingowych obniżyły już rating kraju do spekulacyjnego. Trzecia z tych agencji Fitch opublikuje dzisiaj swoje stanowisko. Dla przypomnienia chodzi o nieudany zamach stanu sprzed pół roku, po którym dotychczasowy prezydent istotnie zwiększył swoją kontrolę nad krajem. Warto zwrócić uwagę, że rating Turcji wcale nie jest na bardzo złym poziomie. Jest dokładnie tam gdzie znajdował się jeszcze pod koniec 2013 roku. Od tego czasu wszystkie agencje podniosły go o jeden stopień, a teraz dwie z nich obniżyły. To co musi niepokoić to gorsza sytuacja gospodarcza. Ze względu na siłę powiązań gospodarczych z USA kredyty w dolarach były dość popularnym tanim źródłem finansowania. W ciągu pół roku stopy procentowe w USA wzrosły a lira straciła do dolara około 30% na wartości. Nietrudno przewidzieć w jak słabej sytuacji są obecnie te przedsiębiorstwa. Inne wskaźniki gospodarcze jak np. spadek PKB czy wysoka inflacja nie pomagają Turcji. Również przedłużony stan wyjątkowy o jeszcze jeden kwartał nie wzbudza zaufania inwestorów. W rezultacie nie może dziwić słaba kondycja tureckiej waluty.

Wraca temat „meksykańskiego” muru

Wczoraj padła pierwszy raz od zaprzysiężenia nowego prezydenta USA wzmianka o budowie muru na południowej granicy między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem. Było to dość silne wspomnienie, gdyż na Twitterze prezydenta pojawił się wpis, że skoro Meksyk nie chce zapłacić za mur wizyta prezydenta tego kraju jest bezcelowa. Jakby tego było mało pojawiła się propozycja 20% cła na towary importowane z Meksyku. Nie może dziwić, że od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta za 100 peso można otrzymać już nie 5,4 USD, a zaledwie 4,7 USD.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych okazała się wyższa od oczekiwań. Jest to pewna specyfika danych tygodniowych. Liczba w ostatnich miesiącach oscyluje w okolicach 250 tysięcy. Skoro tydzień temu było o około 10 tysięcy mniej od oczekiwań, to brakujące wnioski pojawiły się w tym i było ich proporcjonalnie więcej. Z tego też powodu inwestorzy nie reagowali nerwowo pomimo słabszych danych z bardzo istotnego miejsca jakim jest rynek pracy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – PKB,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 16:00 – USA – indeks uniwersytetu w Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

10 prognoz IDC: co czeka nas w obszarze technologii?

W 2020 r. już 67% wszystkich wydatków firm na infrastrukturę IT i oprogramowanie pochłonie chmura obliczeniowa. Według najnowszych prognoz IDC, w nadchodzących latach czeka nas również dynamiczny rozwój rozwiązań kognitywnych i sztucznej inteligencji. Technologie cyfrowe zostaną połączone z ludzkim ciałem a rozwiązania wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości coraz częściej będą wykorzystywane w działaniach marketingowych. Oto 10 najważniejszych zmian jakie dokonają się na globalnym rynku w obszarze technologii według IDC.

Od blisko 10 lat IDC śledzi i opisuje rozwój Trzeciej Platformy, która oparta jest na usługach przetwarzania danych w chmurze, technologiach mobilnych, analizie Big Data i mediach społecznościowych. W ostatnich latach technologie te są wdrażane znacznie szybciej, a przedsiębiorstwa masowo przeprowadzają cyfrową transformację i dołączają do Trzeciej Platformy. IDC przewiduje, że w ciągu najbliższych 3-4 lat, cyfrowa transformacja osiągnie skalę makroekonomiczną, zmieniając kształt globalnej gospodarki. W praktyce oznacza to początek „gospodarki cyfrowej transformacji”.

Frank Gens, wiceprezes i główny analityk w IDC twierdzi, że znaleźliśmy się w bardzo ciekawym momencie w historii. Jego zdaniem, cyfrowa transformacja przestaje być już projektem czy niezależną inicjatywą wewnątrz organizacji, a staje się biznesowym imperatywem. Dzisiaj każde przedsiębiorstwo, niezależnie od branży, w której działa, rynkowego stażu, aby się rozwijać, musi myśleć i funkcjonować jakby urodziło się w cyfrowej gospodarce. Determinuje to nie tylko sposób myślenia menedżerów oraz szeregowych pracowników, ale także sposób w jaki oni działają i tworzą rozwiązania.

Eksperci są zgodni co do tego, że konsumenci już dawno stanęli po cyfrowej stronie mocy i oczekują zarówno od firm jak i instytucji niekomercyjnych oferty, która zaspokoi ich „digitalowy” apetyt. W rezultacie, mamy do czynienia z sytuacją, w której cała gospodarka staje się ekosystemem, budowanym przy pomocy cyfrowych technologii. O tym, jak będzie ona wyglądać na świecie, mówią najważniejsze prognozy IDC:

  1. W 2020 roku sukces połowy z 2000 największych firm świata, będzie zależał od umiejętnego tworzenia produktów, usług i sposobów obsługi z wykorzystaniem technologii cyfrowych. Jednym z kluczowych obszarów będzie rozwijanie oferty w oparciu o posiadane dane. W firmach będących liderami w swoich branżach, przychody z produktów i usług „napędzanych danymi” będą rosły najszybciej. Rozwój w tym obszarze oznacza znaczące inwestycje związane z cyfrową transformacją, które w 2019 roku osiągną poziom 2,2 bln USD. Oznacza to, że będą o prawie 60% wyższe niż w 2016 r.
  2. Usługi Trzeciej Platformy, chmura publiczna, zaawansowana analityka, rozwiązania mobilne, akceleratory innowacji, systemy kognitywne, sztuczna inteligencja, rzeczywistość rozszerzona/ wirtualna (AR/VR) czy bezpieczeństwo nowej generacji to obszary, które będą wkrótce stanowić prawie 75 proc. wydatków na wszystkie technologie informatyczne. Wskaźnik ich wzrostu będzie dwukrotnie wyższy niż dla całego rynku informatycznego. Oznacza to znaczące przyspieszenie. Wcześniejsze prognozy IDC mówiły o ponad 60 proc. udziale technologii Trzeciej Platformy w wydatkach na technologie informatyczne.

Ta prognoza wydaje się szczególnie istotna dla tych dostawców rozwiązań IT, którzy nadal uważają, że tradycyjne produkty i konserwatywne podejście do dostarczania rozwiązań pozwolą im przetrwać na zmieniającym się rynku.

  1. 3. W 2020 roku technologie chmurowe pochłoną aż 67 proc. wszystkich wydatków przedsiębiorstw na infrastrukturę informatyczną i oprogramowanie. Filozofia „przede wszystkim chmura” staje się dominującym podejściem do infrastruktury informatycznej i oprogramowania, a w niektórych krajach ustępuję już miejsca modelowi „tylko chmura”. Analitycy przewidują również przeobrażenia samych chmur. Prognozy zakładają, że staną się one bardziej rozproszone, bezpieczniejsze, inteligentniejsze i lepiej dostosowane do wymagań konkretnych branż.
  2. Dynamicznie będzie rosła rola rozwiązań kognitywnych i sztucznej inteligencji. Narzędzia te już w 2019 roku będą wspierać 40 proc. inicjatyw dotyczących cyfrowej transformacji oraz 100 proc. działań w obszarze Internetu Rzeczy. Podobnie jak rozwiązania cyfrowe, IoT generuje ogromne ilości danych, których użyteczność i monetyzacja jest uzależniona w ogromnej mierze od wykorzystania sztucznej inteligencji. Z tego powodu, narzędzia pozwalające na efektywną analizę i wyciągnie wniosków z danych będą coraz powszechniejsze. AI staje się gorącym tematem dla programistów. W najbliższych latach rozpocznie się poważna walka między dostawcami rozwiązań AI o ekspertów wyspecjalizowanych w technologiach kognitywnych i sztucznej inteligencji. Do 2018 r. 75 proc. zespołów programistycznych włączy je w co najmniej jedną aplikację.
  3. W 2017 roku 30 proc. przedsiębiorstw z rankingu Global 2000, które obsługują bezpośrednio klientów, będzie eksperymentalnie wykorzystywać technologie rzeczywistości rozszerzonej lub wirtualnej w kampaniach marketingowych. Następuje dynamiczny rozwój technologii, który umożliwi klientom korzystanie z AR/VR. IDC przewiduje, że w 2021 roku ponad miliard osób na całym świecie będzie regularnie uzyskiwać dostęp do aplikacji, treści i danych za pośrednictwem platform AR/VR.
  4. Do 2018 roku trzykrotnie, bo aż do ponad 450 wzrośnie liczba chmur, które IDC określa mianem Industry Collaborative Cloud. Są to platformy chmurowe, na których przedsiębiorstwa z tej samej branży mogą współpracować z myślą o realizacji wspólnych celów. Przykładem może być zwiększenie efektywności czy dostępu do informacji. Budowa i korzystanie z rozwiązań tego typu wymaga otwartości i dużego zaufania do operatora chmury i innych podmiotów z niej korzystających, co stawia pod znakiem zapytania szanse na rozwój takich inicjatyw w Polsce. IDC przewiduje, że w najbliższych latach takich branżowych platform współpracy będzie coraz więcej, a do końca roku 2018 liczba chmur ICC wzrośnie trzykrotnie, z 50 w roku 2016 do ponad 150. Do 2020 r. już ponad 80% firm z listy Global 50 będzie dostarczała cyfrowe usługi za ich pośrednictwem.
  5. IDC przewiduje, że do końca 2017 roku ponad 70 proc. Przedsiębiorstw, spośród 500 największych organizacji, zatrudni zespoły wyspecjalizowane w cyfrowej transformacji i innowacjach. Do 2018 r. prognozowany jest 2-3 krotny wzrost zatrudnienia w działach programistycznych. Powód takiego stanu rzeczy jest łatwy do wytłumaczenia: sukces transformacji będzie zależał od nabywanych przez organizacje kompetencji i doświadczenia, bez nich rozwój nowych produktów i usług będzie niemożliwy. Z jednej strony firmy będą więc budować odpowiednie zespoły wewnętrzne, ale z drugiej będą musiały nauczyć się współpracy i korzystania z zewnętrznych zasobów programistycznych.
  6. Zmiany dotkną także rynek dostawców technologii. W 2020 roku 70 proc. przychodów dostawców usług przetwarzania danych w chmurze będzie generowane przez partnerów handlowych i innych pośredników. IDC spodziewa się, że do roku 2018, co najmniej jedna trzecia obrotów największych partnerów handlowych generowanych do tej pory ze sprzedaży sprzętu, będzie pochodziła ze sprzedaży lub pośrednictwa w sprzedaży usług opartych o technologię chmury. Dla partnerów oznacza to konieczność inwestycji w rozwój oferty oraz kompetencji w zakresie obsługi klienta, a często także zmiany sposobu działania firmy i jej przedstawicieli. Będą oni musieli skupić się bardziej na proponowaniu klientowi usługi, a nie tylko konkretnego produktu.
  7. W cyfrowej gospodarce niezbędne okażą się nowe narzędzia pozwalające określić efektywność działania firm. W 2020 roku wydajność będzie mierzona za pomocą narzędzi zorientowanych na cyfrową transformację. Spełnienie nowych standardów będzie wymagało zwiększenia wydajności biznesowej od 20 do 100 proc. Aby z powodzeniem funkcjonować i konkurować w gospodarce cyfrowej, przedsiębiorstwa będą musiały myśleć jak cyfrowa firma. Decydenci powinni rozumieć najważniejsze technologie informatyczne i posiadać doświadczenie w zarządzaniu nimi. Wzrost będą generowały produkty oparte na danych, konieczne więc będzie zbudowanie rozwiązań zwiększających zaangażowanie klientów oraz podnoszących wydajność operacyjną organizacji. Warunki te nie będą łatwe do spełnienia, przez co wiele firm zakończy swoją działalność. IDC szacuje, że co najmniej jedna trzecia spośród 20 największych firm, niezależnie od branży, w której działają, nie spełni oczekiwań. Zaostrzy to konkurencję i spowoduje duże zmiany na rynku.
  8. Najbardziej futurystyczne wydają się przewidywania dotyczące produktów i usług, które połączą technologie cyfrowe z ludzkim ciałem. Do 2020 r. jedna trzecia przedsiębiorstw działających w obszarze zdrowia i nauk biologicznych oraz produktów konsumpcyjnych zacznie tworzyć pierwszą falę usług i rozwiązań łączących technologie Trzeciej Platformy z ludzkim ciałem. W połowie lat 2020. technologie „rozszerzonego człowieka” staną się powszechnie dostępne. Integracja technologii cyfrowych z biosystemem człowieka oraz ich wykorzystywanie do inżynierii systemów biologicznych na poziomie komórkowym i subkomórkowym znajdują się dziś w początkowej fazie badań i rozwoju. Najbliższe cztery lata będą okresem testowania prototypów. Prawdopodobnie pojawią się pierwsze firmy nowej ery będące odpowiednikami Amazona, Google’a i Facebooka.

Szczegółowe prognozy IDC dla branży informatycznej na całym świecie zostały zamieszczone w raporcie IDC FutureScape: Dawn of the DX Economy and the Digital-Native Enterprise (IDC FutureScape: Nowa era gospodarki cyfrowej transformacji i przedsiębiorstw jako „cyfrowych tubylców”).

Raport i dostępne na żądanie nagranie konferencji internetowej można znaleźć tutaj: http://www.idc.com/events/futurescapes.

Purella Food chce osiągnąć 50 mln zł przychodów w ciągu pięciu lat. Wcześniej rozważy wejście na warszawską giełdę

Purella Food chce osiągnąć 50 mln zł przychodów w ciągu pięciu lat. Wcześniej rozważy wejście na warszawską giełdę 10

30 mln złotych obrotów po trzech latach i 50 mln zł w ciągu pięciu to cel spółki Purella Food, produkującej zdrową żywność z segmentu superfoods. Na razie zgodnie z przyjętą strategią zarząd planuje rozwój organiczny, jednak w ciągu 2-3 lat planuje giełdowy debiut i dalszy rozwój poprzez akwizycje. Jeszcze w tym roku uruchomi linię do produkcji zdrowych przekąsek dla dzieci.

– Strategia TOP 5, którą sobie przyjęliśmy na najbliższe 3 lata, ma nas odróżnić od innych producentów na rynku zdrowej żywności, którzy wprowadzają superfoody, z których my też już jesteśmy w Polsce znani – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Czerwiński, członek zarządu Purella Food. – Jesteśmy taką marką top of mind, jeżeli chodzi o chlorellę w Polsce, był to nasz pierwszy produkt. A  strategia TOP 5 poszerza nasze portfolio produktów o kolejne cztery superfoody wybrane bardzo selektywnie, nie tak jak nasza konkurencja, która wprowadza większość superfoodów dostępnych na świecie.

Superfood, czyli superżywność to produkty nieprzetworzone, naturalne, o wyjątkowych właściwościach odżywczych, wspomagające zdrowie, kondycję i samopoczucie. Purella Food rozpoczęła działalność nieco ponad rok temu od budowania port folio produktów na bazie chlorelli – algi słodkowodnej, która w najbardziej nieskażonej postaci występuje w Korei. Początkowo proponowała chlorellę w postaci proszku i tabletek, potem wprowadziła smoothies oraz zdrowe batony bez glutenu, soi, laktozy ani cukru.

Nasze portfolio produktów będzie budowane właśnie na takich bardzo twardych argumentach, zaczęliśmy od chlorelli, która jak wiadomo wspiera organizm w walce z nowotworami, w ciężkich chemioterapiach, przy boreliozie – wylicza Czerwiński. – Oczywiście bardzo ważnym elementem naszego portfolio będą cały czas produkty przekąskowe, bardzo silnie na ten segment stawiamy, w tej chwili będziemy wprowadzali we wrześniu 2017 roku linię, z którą wiążemy bardzo duże nadzieje, coś, czego w Polsce jeszcze nie ma, czy jest tego bardzo mało. Są to prozdrowotne produkty przekąskowe dla dzieci w wieku szkolnym 6-12 lat.

Jak mówi, w połowie lutego portfolio spółki będzie już liczyło 21 produktów, wszystkie z chlorellą. W planach są cztery kolejne rośliny, na bazie których Purella chce budować swój portfel produktów. Dwa z nich to południowoamerykańskie rośliny acai i goldenberries. Te ostatnie zwane też wiśnią peruwiańską lub brazylijską rodzynką. O dwóch kolejnych przedstawiciel firmy nie chce jeszcze mówić.

– Przed nami w tej chwili są właśnie badania laboratoryjne, w jaki sposób zbudować atrakcyjne i smaczne produkty na bazie acai i goldenberries – informuje Michał Czerwiński. – Najważniejsze są jednak wartości odżywcze i to, w jaki sposób te produkty wpływają na nasze zdrowie. Jest to dla nas bardzo ważny element, nie chcemy budować portfolio produktów na bazie mody. Chcemy budować produkty na tym, żebyśmy mogli w istotny sposób wpływać na wsparcie organizmu dorosłego czy młodego człowieka tak jak w przypadku naszej linii dla dzieci.

Po pierwszym roku działalności Purella Food może się pochwalić 2 mln zł obrotów. Jak mówi członek zarządu spółki, jej produkty obecne są w 3 tys. sklepów, w tym w Piotrze i Pawle, Rossmannie, Delikatesach Centrum i Carrefourze. W perspektywie pięciu lat spółka chce wejść na polską giełdę lub poszukać inwestora i rozejrzeć się na podmiotami do przejęcia.

– Plan zakłada, że na najbliższe 3 lata będziemy się rozwijali organicznie, nie będziemy szukali dodatkowego finansowania, ani giełdy. Po trzech latach mamy zamiar wskoczyć na poziom 30 mln zł, to będzie taki moment, w którym będziemy chcieli poszukać rozwoju poprzez giełdę, ewentualnie inwestora zewnętrznego. W ciągu 5 lat chcemy dojść do obrotów 50 mln zł i to będzie realizowane już też dzięki akwizycjom – zapowiada Czerwiński.

TMS Brokers: Złoto z szansami na przebicie poziomu 1300 dolarów za uncję. Tanieć może ropa naftowa, ale spadki nie powinny być głębokie

TMS Brokers: Złoto z szansami na przebicie poziomu 1300 dolarów za uncję. Tanieć może ropa naftowa, ale spadki nie powinny być głębokie 11

Wzrostowa korekta na notowaniach złota będzie kontynuowana, a cena kruszcu ma szanse na przebicie poziomu 1,3 tys. dolarów za uncję – przekonuje Konrad Białas. Główny analityk TMS Brokers gorsze perspektywy widzi dla rynku ropy naftowej. W jego opinii najnowsze dane na temat wydobycia mogą zawieść inwestorów. W efekcie cena surowca może okresowo obniżyć się do 45 dolarów za baryłkę.

– Na początku roku na notowaniach złota widzimy wzrost w kierunku 1,2 tys. dolarów za uncję. Stanowi to odwrócenie dramatycznych spadków z końca 2016 roku. Tutaj widać bardzo silne powiązania z rynkiem długu w Stanach Zjednoczonych. Amerykańskie obligacje i złoto są traktowane jako dobra substytucyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Konrad Białas główny ekonomista TMS Brokers.

Ekspert wyjaśnia, że w przypadku kiedy oprocentowanie obligacji skarbowych jest niskie, złoto cieszy się większym zainteresowaniem inwestorów. Natomiast kiedy rentowności długu stają się wyższe – tak jak miało to miejsce w ostatnim czasie – popyt na złoto słabnie.

Aktualnie na światowych rynkach za jedną uncję złota należy zapłacić 1180-1200 dolarów. Rentowności 30-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych oscylują natomiast w okolicach 3,0 procent.

– W tym momencie widać, że rynek już powoli myśli o tym, co może przynieść rok 2017. Mamy tu przede wszystkim wszelkie ryzyka polityczne takie jak problemy Europy, szereg wyborów parlamentarnych i prezydenckich, czy też niepewność co do tego, co przyniesie polityka Trumpa. to wszystko powoduje, że inwestorzy już wyczuwają to napięcie i wolą ponownie budować pozycję w złocie – zauważa analityk TMS Brokers.

Po gwałtownych spadkach z końca 2016 roku, kiedy złoto w ciągu czterech miesięcy straciło na wartości ponad 15 proc., od początku roku mamy do czynienia z wyraźnym odbiciem notowań. W opinii Konrada Białasa w najbliższym czasie wzrostowy trend powinien być kontynuowany. Główny ekonomista TMS Brokers przewiduje, że już wkrótce notowania złota powinny przebić okolice 1,3 tys. dolarów za uncję.

– Z kolei w przypadku ropy naftowej największym pytaniem w 2017 roku pozostaje kwestia porozumienia co do ograniczenia wielkości dziennej produkcji. Porozumienie miało wejść w życie od 1 stycznia, ale to czy jest ono wykonywane dowiemy się dopiero na przełomie stycznia i lutego – wyjaśnia.

Od grudnia 2016 roku cena baryłki ropy naftowej typu brent utrzymuje się w okolicach 51-55 dolarów. To poziom o 10 proc. wyższy niż jeszcze październiku i aż o 70 proc. więcej niż płacono za ropę w styczniu ubiegłego roku.

– Państwa wydobywające ropę z kartelu OPEC próbują utrzymać udział w rynku, tak że starają się jednak nie zmniejszać swojego wydobycia. Jeżeli takie sygnały, informacje twarde otrzymamy pod koniec stycznia, to to będzie grozić spadkami cen ropy – ostrzega Białas.

Zdaniem ekonomisty ewentualna korekta nie powinna być zbyt głęboka. Analityk oczekuje, ze okresowo cena ropy naftowej może spaść w okolice 45 dolarów za baryłkę.

– Wątpliwe jest, abyśmy wrócili do poziomów z 2016 roku, kiedy cena baryłki ropy była około 30 dol. za baryłkę, tak źle nie powinno być, gdyż inne mechanizmy, przede wszystkim odbicie ożywienia gospodarczego i wzmocnienie takiego globalnego popytu na ropę powoduje, że ten rynek może się równoważyć na wyższym poziomie – podsumowuje główny analityk TMS Brokers.

Rynek muzyczny w dobrej sytuacji. Polacy polubili serwisy streamingowe, ale rośnie też sprzedaż płyt

Rynek muzyczny w dobrej sytuacji. Polacy polubili serwisy streamingowe, ale rośnie też sprzedaż płyt 12

Ostatnie 12 miesięcy było bardzo dobre dla polskiego rynku muzycznego. Rosła zarówno sprzedaż płyt CD, jak i winylowych, a dodatkowo dynamicznie rozwijał się kanał cyfrowy. Dzięki serwisom streamingowym Polacy kupują na płytach coraz lepszą muzykę – mówi dyrektor zarządzający Warner Music Poland. Wśród najlepiej sprzedających się albumów większość stanowią polscy wykonawcy.

To był bardzo dobry rok muzyczny, zwłaszcza dla polskich artystów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kabaj, wiceprzewodniczący zarządu Związku Producentów Audio-Video i dyrektor zarządzający Warner Music Poland i Warner Music Eastern Europe. – W Top 100 najlepiej sprzedających się artystów było 55 płyt polskich wykonawców. Rósł rynek i sprzedaż płyt kompaktowych.

Jak podkreśla, wzrost ten w okresie styczeń–listopad wyniósł 15 proc. W Warner Music Poland tempo wzrostu było dwa razy wyższe.

W zeszłym roku wzrosła też sprzedaż winyli. Jako Warner Music Poland cały czas wydajemy winyle z kolekcji Polish Jazz czy Polskich Nagrań, bo przez dwadzieścia kilka lat nie były one wydawane. Niektóre pozycje w ogóle nie zostały wydane na CD – mówi Piotr Kabaj.

Ekspert wskazuje, że rośnie także sprzedaż cyfrowa. Tylko z serwisu Tidal w ubiegłym roku zaczęło w Polsce korzystać około miliona osób. Prócz niego dużą popularnością cieszą się takie platformy, jak Spotify, Apple Music czy Deezer.

Dostęp do muzyki jest więc o wiele większy i łatwiejszy niż kiedyś, na czym my także zarabiamy – wskazuje Piotr Kabaj. – Widzimy, że coraz lepsza muzyka jest kupowana przez klientów, bo mają oni możliwość odsłuchania tej muzyki najpierw w internecie. Nadal Polacy lubią kupować kompakty, również na prezenty, dlatego staramy się je ładnie wydawać.

Łączna sprzedaż wszystkich albumów, które pojawiały się w cotygodniowych zestawieniach Top 50, wzrosła o 7 proc., ale zmniejszyła się liczba tytułów (z 478 do 461). Nowości na liście było w ubiegłym roku o 5 więcej niż w 2015 roku (progres z 315 do 320).

Specyfika polskiego rynku polega na tym, że to, co jest grane w radiach, nie zawsze sprzedaje się na płytach kompaktowych, za to świetnie idzie sprzedaż tego, czego w radiach brakuje – mówi Kabaj.

Jak wynika z rocznego podsumowania Oficjalnej Listy Sprzedaży, przygotowanego przez Związek Producentów Audio-Video, najlepiej sprzedającym się w ubiegłym roku w Polsce albumem była płyta rapera O.S.T.R. „Życie po śmierci”. Na miejscu drugim znalazła się „Hardwired…To Self-Destruct” grupy Metallica. Trzecie miejsce zajęła Agnieszka Chylińska z produkcją „Forever Child”. Do pierwszej dziesiątki trafiło jeszcze pięć albumów krajowych wykonawców – Ani Dąbrowskiej, Keke, Dawida Podsiadły, Korteza i zespołu Kult.

Polacy słuchają dużo bardzo różnorodnej muzyki – zauważa Piotr Kabaj. – Pierwsza stacja, czyli RMF FM, gra różne gatunki, bardziej mainstreamowe. Ale popularnością słuchaczy cieszą się też rock, klasyka oraz jazz. Nie należy zapominać o disco polo.

Na OLiS, jak informuje ZPAV, krajowi wykonawcy dominują nie tylko pod względem liczby tytułów – 55 pozycji na 100, lecz także liczby sprzedanych egzemplarzy. Płyty polskich artystów odpowiadały za 60 proc. całości sprzedaży, czyli o 9 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. 29 proc. to sprzedaż albumów zagranicznych wykonawców. Co 10. kupowana płyta była składanką, a muzyka filmowa stanowiła jedynie 1 proc. ogółu sprzedaży (przy 6 proc. w 2015 roku).

Polska muzyka, która sprzedaje się na płytach kompaktowych, jest muzyką z tekstem. Polacy jednak lubią rozumieć, o czym jest piosenka. Dla tych, którzy wydają pieniądze na album Marii Peszek czy Natalii Przybysz, ważna jest nie tylko muzyka, lecz także przesłanie – mówi wiceprzewodniczący ZPAV.

W tym roku hitem sprzedażowym może okazać się nowa płyta Eda Sheerana. Artysta niedawno ogłosił, że premiera odbędzie się 3 marca.

Będzie także kilku polskich artystów, debiutantka – Zagi, nowa płyta Natalii Przybysz. Ale wszystko dopiero się teraz rodzi i trudno jeszcze powiedzieć, która płyta wyjdzie w tym roku i kiedy dokładnie – mówi Piotr Kabaj.

Spółki będą musiały ujawnić, co robią dla środowiska i społeczeństwa. To szansa na zbudowanie pozytywnego wizerunku

Spółki będą musiały ujawnić, co robią dla środowiska i społeczeństwa. To szansa na zbudowanie pozytywnego wizerunku 13

Zmiany w ustawie o rachunkowości wymuszą na dużych spółkach, przede wszystkim instytucjach finansowych i grupach kapitałowych, ujawnianie informacji na temat działalności pozafinansowej, m.in. tego, co robią dla ochrony środowiska i lokalnych społeczności. Te, które nie prowadzą działań w tym zakresie, będą musiały się z tego wytłumaczyć – ocenia Paweł Niziński, dyrektor generalny Better. Nowe regulacje mogą uporządkować rynek i ułatwią firmom budowanie pozytywnego wizerunku.

– Wszystkie duże podmioty z jednostek zainteresowania publicznego, czyli obszaru sektora finansów, ubezpieczeń i spółki giełdowe, zostały zobligowane do raportowania danych niefinansowych. Mają nałożony obowiązek, żeby przedstawić dane niefinansowe dotyczące kwestii środowiskowych, społecznych, etycznych, pracowniczych, praw człowieka – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Niziński, dyrektor generalny Better.

Nowelizacja ustawy o rachunkowości, która weszła w życie 26 stycznia 2017 roku, realizuje postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego w odniesieniu do ujawniania informacji niefinansowych i informacji dotyczących różnorodności. Jak wyjaśnia Forum Odpowiedzialnego Biznesu, obowiązek ten dotyczy jednostek zaufania publicznego, które zatrudniają minimum 500 osób, a suma bilansów przekracza 85 mln zł lub suma przychodów netto ze sprzedaży towarów i produktów przekracza 170 mln zł. Szacuje się, że w Polsce obowiązek ujawniania danych pozafinansowych dotyczyć będzie prawie 300 firm. W skali Unii Europejskiej nowe przepisy będą dotyczyć ok. 6 tys. podmiotów.

Przepisy mają zwiększyć transparentność informacji w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu.

– Myślę, że to jest niezwykle ważny impuls do uporządkowania zjawiska raportowania niefinansowego. My, jako konsumenci, wymuszamy tego typu informacje. Dotychczas nie wszystkie spółki się raportowały, a interesariusze spółek, zwłaszcza tych dużych, mają prawo wiedzieć i oczekiwać, że pewne działania w obszarach środowiskowych, etycznych i odpowiedzialności biznesu mają miejsce – tłumaczy Niziński.

Pierwsze raporty powinny się pojawić w tym roku. Zdaniem eksperta nowe przepisy uregulują rynek, zwłaszcza że będą dotyczyć także tych firm, które nie mają wdrożonej polityki CSR.

Jest też wymóg, by spółki, które nawet nie mają wdrożonych pewnych polityk, wytłumaczyły się z tego, dlaczego takiej aktywności nie prowadzą – mówi Paweł Niziński.

Jak podkreśla, przedsiębiorstwa szybko odczują pozytywne skutki nowych przepisów. Po pierwsze, obowiązek raportowania może pomóc w poprawie wizerunku.

 Te narzędzia mogą poprawić konkurencyjność firmy, wpłynąć na lepsze relacje z interesariuszami, na poziom zaufania i większe zainteresowanie rynków kapitałowych. Kiedy firma jest transparentni i chwali się działaniami, to można domniemywać, że również w podstawowej działalności biznesowej kieruje się tymi samymi zasadami. Spółki odczują korzyść nie tylko reputacyjną. Istotne jest, żeby zobaczyć to w perspektywie dłuższych inwestycji w zespół, w relacje z interesariuszami, w podstawowy biznes. Bycie przyzwoitym popłaca – przekonuje dyrektor Better.

Z raportu Fundacji CentrumCSR.pl wynika, że zaangażowanie w działalność odpowiedzialną społecznie deklaruje ok. 65 proc. firm w Polsce. Raporty społeczne publikuje jednak zaledwie nieco ponad 15 proc. Natomiast wedle badania Deloitte, które przeprowadziło badania wśród 500 największych firm regionu Europy Środkowej, polskie firmy i tak przygotowują najwięcej raportów niefinansowych.

– Bardzo dużo poważnych spółek już od wielu lat przygotowuje głębokie, dobrze przygotowane raporty. Nadal jednak wiele podmiotów jest nieobecnych w tym środowisku, które transparentnie pokazuje, co robi. Dzięki nowym przepisom mają one szansę dołączyć do grona tych odpowiedzialnych społecznie, które inwestują i czują, że spoczywa na nich dodatkowy obowiązek oprócz tego, że dają miejsca pracy – ocenia Niziński.

Rynek biur w Warszawie czekają dwa lata dynamicznego wzrostu. W budowie ponad 650 tys. mkw. powierzchni

Rynek biur w Warszawie czekają dwa lata dynamicznego wzrostu. W budowie ponad 650 tys. mkw. powierzchni 14

Około 1,4 mld euro wyniosła wartość transakcji na rynku nieruchomości biurowych w ciągu trzech kwartałów 2016 roku. Największym rynkiem pozostaje Warszawa, w której w całym roku przybyło ponad 400 tys. mkw. powierzchni, najwięcej od 2000 roku – wynika z danych JLL. Stołeczny rynek notuje także rekordowy popyt na nowe biura. Firma Maxon prognozuje, że w kolejnych dwóch latach Warszawę czekają dalsze dynamiczne wzrosty. Przybędzie ponad 0,5 mln mkw. nowej powierzchni.

– Ubiegły rok był rekordowy pod względem aktywności inwestorów na rynku biurowym. Zakładamy, że podobny poziom rozwoju utrzyma się przez najbliższe dwa lata. W tym czasie powinno przybyć kolejne pół miliona mkw. powierzchni biurowej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Markiewicz, dyrektor działu reprezentacji najemcy w firmie Maxon Nieruchomości.

Jak wynika z raportu Narodowego Banku Polskiego, po trzech kwartałach ubiegłego roku wartość transakcji na rynku nieruchomości biurowych wyniosła około 1,4 mld euro. Deweloperzy oddali do użytku ok. 407 tys. mkw. nowych biur, co jest najlepszym wynikiem od czasu boomu sprzed 16 lat. JLL informuje, że w budowie jest 675 tys. mkw. powierzchni, z czego ponad połowa prawdopodobnie trafi na rynek w tym roku.

Dużej podaży towarzyszył też wysoki popyt. Ubiegłoroczny wynik podpisanych umów najmu na 755 tys. mkw. jest drugim najlepszym rezultatem w historii.

– Widzimy przede wszystkim rozwój terenów dobrze skomunikowanych – zauważa Jarosław Markiewicz. – Druga linia metra wzmogła aktywność budowlaną w rejonie Ronda Daszyńskiego, na Woli i wzdłuż projektowanego, podziemnego tunelu na Bemowo. Tam ruch jest bardzo duży, a stawki czynszu minimalnie maleją w związku z tym, że podaż powierzchni jest coraz większa. Najemcy mogą więc pozwolić sobie na to, aby z lokalizacji dalszych przemieszczać się bliżej centrum, uzyskując przy tym naprawdę dobre warunki najmu. Ten rejon cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem i uważam, że dalej tak będzie.

Jego zdaniem spada zainteresowanie wcześniej dominującą na biurowej mapie stolicy dzielnicą Mokotów (szczególnie Służewcem).

 Tamtejsze problemy komunikacyjne spowodowały, że wielu najemców zdecydowało się uciec z tej dzielnicy. Sądzimy, że w najbliższym czasie tendencja taka się jeszcze utrzyma. Obserwujemy, że nawet poprawa warunków najmu czy obniżenie stawek nie są w stanie zrekompensować trudności komunikacyjnych, jakie napotykają najemcy w tamtym rejonie – wyjaśnia Jarosław Markiewicz. – Za to dużym sukcesem w zeszłym roku była również inwestycja Gdański Business Center w rejonie Żoliborza. Nadal brakuje powierzchni w tym rejonie.

Według NBP na warszawskim rynku najmu powierzchni biurowych wskaźnik pustostanów w III kwartale spadła do 14,6 proc. Jednak oddawanie kolejnych budynków w bliskiej przyszłości może podnieść ten wskaźnik.

– Nowe inwestycje przyciągają najemców przede wszystkim standardem nowoczesnej powierzchni biurowej: za podobne stawki mogą oni przeprowadzić się do biur skrojonych na ich indywidualne potrzeby – wyjaśnia Jarosław Markiewicz. – Dzięki temu, że podaż powierzchni w Warszawie jest cały czas wysoka, najemcy mogą uzyskiwać bardzo dobre warunki najmu.

Z danych JLL wynika, że czynsze transakcyjne pozostają względnie stabilne. Miesięczne stawki w rejonie Centrum wahają się w przedziale 20,523,5 euro za mkw., a poza tym obszarem – 11–17 euro za mkw.

Współpraca konkurujących na co dzień firm w ramach klastrów napędza rozwój gospodarki. Potrzebne jednak wsparcie administracji

Współpraca konkurujących na co dzień firm w ramach klastrów napędza rozwój gospodarki. Potrzebne jednak wsparcie administracji 15

W Polsce istnieje ok. 200 klastrów, czyli firm konkurujących ze sobą, ale decydujących się na współpracę, aby osiągnąć wspólny cel, np. realizację prac badawczo naukowych. Ponad połowa z nich działa aktywnie, tworzy innowacyjne rozwiązania i przyciąga zagraniczne inwestycje. Kooperacja przedsiębiorstw w ramach jednej branży pozwala im przyspieszyć rozwój i jednocześnie napędza gospodarkę. Klastry są potrzebne gospodarce, ale i one potrzebują wsparcia w rozwinięciu działalności czy wyjściu za granicę – podkreśla Krzysztof Krystowski, prezes Związku Pracodawców Klastry Polskie.

– Klastry to organizacje zrzeszające przedsiębiorców, którzy na co dzień są konkurentami, a mimo to współpracują – znajdują miejsce, w którym się spotykają, żeby realizować wspólny interes, spotykają się z nauką, żeby tworzyć innowacyjne rozwiązania. To miejsce, w którym przedsiębiorstwa rozwijają się szybciej, tworzą więcej nowych miejsc pracy, przyciągają więcej inwestycji zagranicznych i mają najbardziej innowacyjne rozwiązania – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, prezes zarządu Związku Pracodawców Klastry Polskie.

Z raportu o inwentaryzacji klastrów w Polsce przygotowany przez PARP wynika, że tylko w latach 2003–2015 powstały 134 klastry, dodatkowe 100, choć nie spełniało wszystkich kryteriów, zostały określone jako klastry potencjalne.

Raport PARP wskazuje, że najwięcej klastrów zidentyfikowano w sektorach technologii informacyjno-komunikacyjnych, energetyki i OZE oraz budownictwa, branży medycznej i turystycznej. Znacząca liczba klastrów działa w sektorze usług biznesowych, przemyśle metalowym oraz technologiach produkcji.

 Znaczenie klastrów jest dużo większe, niż się o tym słyszy. To wciąż jeszcze mało znane instytucje dla praktyki gospodarczej w Polsce. Tymczasem w kraju mamy prawie 200 działających klastrów i inicjatyw klastrowych, z których ok. 100 działa niezwykle aktywnie – wskazuje Krystowski.

Klastry określa się mianem lokomotyw gospodarki. Poprzez rozwój skupionych w nich przedsiębiorstw często stają się katalizatorem rozwoju regionalnego, ten zaś napędza rozwój kraju. Dzięki współpracy firmom łatwiej jest się rozwijać, nawiązywać kontakty, wychodzić na zagraniczne rynki. Klastry wspierają rozwój biznesu w regionie, m.in. poprzez pozyskiwanie środków krajowych i europejskich, a także wspomagają rozwój start-upów. Na ich działalności zyskuje więc cała gospodarka.

 Rozwój gospodarczy to suma wzrostu wszystkich uczestników życia gospodarczego. Jeżeli klastry są organizacjami, w których przedsiębiorstwa rosną szybciej, łatwiej pozyskują zdolność wymiany międzynarodowej, więcej sprzedają na eksport, to nie ma lepszego otoczenia dla przedsiębiorcy niż funkcjonowanie w klastrze – przekonuje prezes ZPKP.

Jak wskazuje Krystowski, firmy działają w klastrze, często o tym nie wiedząc. Powiązania między firmami istnieją często naturalnie, bez struktur organizacji czy innych form zarządzania.

Politykę klastrową wspiera resort rozwoju, który wyróżnia najbardziej innowacyjne podmioty. Dotychczas w dwóch konkursach wybranych zostało 16 Kluczowych Klastrów Krajowych.

– Spośród tych 16 kluczowych klastrów tylko jedna branża jest reprezentowana jednocześnie przez dwa klastry i jest nią lotnictwo. To ważny w Polsce sektor innowacyjny. Mamy też klastry w zakresie technologii IT, biotechnologiczne, związane z logistyką, ekologią czy recyklingiem, klastry metalowe czy budowlane. To naturalne polskie specjalizacje gospodarcze – wymienia ekspert.

Klastry bardzo często podejmują oddolne inicjatywy, niwelują nieskuteczność działań rynku pracy czy instytucji edukacyjnych.

Rola klastrów w gospodarczym rozwoju Polski była tematem przewodnim IV Kongresu Klastrów Polskich, który odbył się 25 stycznia w resorcie rozwoju. Dyskusja toczyła się wokół znaczenia klastrów i ich uczestników w implementacji Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju w regionach i innowacyjnych branżach.

Jak wskazuje Krzysztof Krystowski, Kongres był też próbą pokazania, że klastry są potrzebne gospodarce, ale same również potrzebują wsparcia.

 Duże, już dojrzałe klastry potrzebują przede wszystkim wsparcia, żeby wyjść za granicę, stać się okrętami flagowymi polskiej gospodarki. Te małe, początkujące, które służą rozwojowi regionalnemu, często w najbiedniejszych regionach, potrzebują wsparcia, żeby rozkręcić swoją działalność. Każdy w innej skali, ale wszyscy potrzebujemy bardzo bliskiego partnerstwa z administracją – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Przeliczenie emerytury może oznaczać podwyższenie świadczenie. Przy obliczaniu kapitału początkowego ZUS stosuje teraz korzystniejsze przepisy

Przeliczenie emerytury może oznaczać podwyższenie świadczenie. Przy obliczaniu kapitału początkowego ZUS stosuje teraz korzystniejsze przepisy 16

Emeryturę można ponownie przeliczyć – przypomina Wiesława Lempska z ZUS. Dodatkowy, wcześniej nieudowodniony staż pracy czy zarobki uzyskiwane już po przyznaniu świadczenia mogą wpłynąć na wysokość emerytury. Obecnie obowiązują też korzystniejsze zasady uwzględniania okresów ukończenia studiów, urlopu wychowawczego czy opieki nad dzieckiem przy ustalaniu kapitału początkowego, od którego zależy wysokość emerytury.

 Emeryt, który znalazł  dodatkowy dokument potwierdzający zatrudnienie albo który po przyznaniu swojego świadczenia dodatkowo pracował bądź pracuje, może zgłosić do ZUS-u wniosek o przeliczenie emerytury – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jeśli po przyznaniu emerytury obliczonej na starych zasadach emeryt podlegał ubezpieczeniom, wysokość świadczenia jest ponownie ustalana.

– Jeżeli taka osoba pracuje i po zakończeniu roku kalendarzowego przedłoży do ZUS-u zaświadczenie o osiąganym wynagrodzeniu za poprzedni rok, ma możliwość przeliczenia całej emerytury. Przeliczenie nastąpi, jeśli oczywiście zarobki będą wyższe od poprzednio przyjętych  tłumaczy ekspertka ZUS.

Można również przeliczyć emerytury przyznane na nowych zasadach. Wynika to ze zmian przepisów w zakresie ustalania kapitału początkowego. Dotyczą one kobiet przebywających na urlopach wychowawczych przed 1999 rokiem i absolwentów studiów wyższych.

 Istotną zmianą jest korzystniejszy sposób obliczenia okresów nieskładkowych, jakimi są okresy urlopu wychowawczego, okresy opieki nad dziećmi bądź przerwy w pracy spowodowane koniecznością opieki nad dzieckiem. Były one uwzględniane do kapitału początkowego wskaźnikiem wynoszącym 0,7 proc. podstawy wymiaru za każdy rok nieskładkowy. Od maja 2015 roku takie okresy są uwzględniane (tak jak okresy składkowe) – wskaźnikiem wynoszącym 1,3 proc. podstawy wymiaru za każdy rok – przypomina Lempska.

Dzięki temu osoby, które opiekowały się dzieckiem przed 1999 rokiem mogą liczyć na wyższy kapitał początkowy, a tym samym na wyższą emeryturę. Osobom, które jeszcze nie pobierają emerytury i które nie zgłosiły wniosku o ponowne ustalenie kapitału początkowego z uwzględnieniem nowych, korzystnych zasad za okresy opieki nad dzieckiem, ZUS z urzędu go przeliczy.

 Kolejna zmiana zasad ustalania kapitału początkowego dotyczy okresu odbywania studiów wyższych. To okres nieskładkowy i przepisy zezwalały na jego uwzględnienie w wysokości 1/3 udowodnionych okresów składkowych przebytych do końca 31 grudnia 1998 roku. Zmiana, która weszła w życie w maju 2015 roku, zezwala na uwzględnienie okresu studiów przed 1 stycznia 1999 r. w kapitale początkowym w wymiarze ograniczonym do 1/3 wszystkich okresów składkowych do daty przejścia na emeryturę – mówi ekspertka ZUS.

Przy wyliczaniu emerytury na nowych zasadach bierze się pod uwagę tablice średniego dalszego trwania życia. Jak podkreśla Lempska, ZUS ma obowiązek wybrać tę bardziej korzystną dla emeryta.

– ZUS, wyliczając wysokość emerytury, sprawdza, czy dla wnioskodawcy korzystniejsze jest przyjęcie tablicy obowiązującej w dacie zgłoszenia wniosku o emeryturę, czy w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego – przekonuje Wiesława Lempska.

Emeryt, która występuje o przeliczenie świadczenia, powinien zaznaczyć, o jakie dokładnie przeliczenie wnioskuje i dołączyć odpowiednie dokumenty. Część osób nie zgłasza takiego wniosku z obawy, że na tym straci.

– Emerytura obliczona według nowych zasad nie może być niższa niż emerytura obliczona poprzednio. Dlatego jeśli dana osoba spełnia przesłanki do obliczenia emerytur według nowych zasad, nie powinna zwlekać – przypomina Agnieszka Bagieńska-Petryka, radca prawny.

W 2017 roku DPD Polska spodziewa się wzrostu przychodów do poziomu około 1,5 mld zł

W 2017 roku DPD Polska spodziewa się wzrostu przychodów do poziomu około 1,5 mld zł 17

W tym roku zakładamy około 10-proc. wzrost przychodów – mówi prezes DPD Polska Rafał Nawłoka. Realizacja celu ma być możliwa m.in. dzięki intensywnemu rozwojowi polskiego rynku e-commerce. Spółka ma także ambitne plany inwestycyjne. W najbliższych miesiącach kosztem kilkunastu milionów złotych rozpocznie się budowa nowej sortowni obsługującej stołeczny rynek przesyłek kurierskich.

– Ubiegły rok był dla nas bardzo ciekawy. Był to pierwszy pełny rok od czasu połączenia z Siódemką, które nastąpiło w 2015 roku. Tak duże projekty zawsze niosą ze sobą pewną dozę niepewności, ale wszystko się dobrze skończyło. W 2016 roku nasze przychody przekroczyły 1,3 mld zł, więc urośliśmy o prawie 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Nawłoka, prezes DPD Polska.

W 2016 roku spółka DPD Polska wprowadziła na rynek dwie nowe usługi. Pierwsza z nich o nazwie Pickup umożliwia klientom nadawanie i odbiór paczek w ponad 1000 punktów zlokalizowanych na terenie całej Polski. Drugą z nowości jest możliwość dokonywania płatności kartą bezpośrednio u kuriera dostarczającego lub odbierającego paczkę. Docelowo, co nastąpi w połowie lutego 2017 roku, usługa będzie dostępna na terenie całej Polski.

– Rok 2017 powinien być kolejnym, kiedy intensywnie rozwijał się będzie rynek e-commerce. W związku z tym wydaje się, że 10-proc. wzrost przychodów jest możliwy i to jest takie nasze założenie na ten rok – informuje Nawłoka.

Realizacja prognoz stawianych przez prezesa DPD Polska oznaczałaby, że spedycyjna spółka osiągnęłaby w tym roku przychody ze sprzedaży na poziomie około 1,5 mld zł.

– W tym roku zamierzamy rozpocząć duży projekt w okolicach Warszawy. Koszt tego przedsięwzięcia to kilkanaście milionów złotych – dodaje.

Rafał Nawłoka zdradza, że nowy obiekt będzie nieco mniejszy niż zbudowana w 2012 roku Centralna Sortownia DPD Polska znajdująca się w Strykowie. Jednocześnie podkreśla, że region warszawski pełni niezwykle ważną rolę w strategii biznesowej spółki. Odpowiada bowiem za 30 proc. generowanych przychodów.

– Inwestycję chcemy zakończyć jak najszybciej, mam nadzieję, że w 2018 roku będzie już pracowała – podsumowuje Nawłoka.

W ubiegłym roku spółka DPD Polska obsłużyła blisko 103 mln paczek. Przychody ze sprzedaży osiągnęły natomiast 1,38 mln zł i były o ponad 9 proc. wyższe niż rok wcześniej. Z około 30-proc. udziałem w rynku DPD Polska jest największą firmą działającą na polskim rynku usług kurierskich.

Klienci banków skarżą się do Rzecznika Finansowego. W ubiegłym roku wpłynęło 450 skarg dotyczących kredytów walutowych

Klienci banków skarżą się do Rzecznika Finansowego. W ubiegłym roku wpłynęło 450 skarg dotyczących kredytów walutowych 18

W ubiegłym roku do Rzecznika Finansowego wpłynęło ponad tysiąc wniosków o interwencję w sprawie kredytów hipotecznych. Blisko połowa z nich dotyczyła kredytów walutowych. Klienci najczęściej skarżą się na klauzule niedozwolone w umowach kredytowych. Jeśli w takich sprawach nie powiedzie się interwencja w banku, pomocą służy Rzecznik Finansowy. Jeśli wszczęte przed nim postępowanie nie dochodzi do skutku, sprawa znajduje rozwiązanie w sądzie, gdzie rzecznik również wspiera osoby zadłużone.

– Klienci banków skarżą się na to, że w ich umowach są klauzule niedozwolone, czyli postanowienia, które zostały uznane przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za niedozwolone albo są podobne do tych, które za takie właśnie zostały uznane – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Wachnicka, dyrektor Wydziału Klienta Rynku Bankowo-Kapitałowego w Biurze Rzecznika Finansowego.

Problem dotyczy przede wszystkim osób, które zdecydowały się wziąć kredyt we franku szwajcarskim, a tych jest ok. 700 tysięcy. Po decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego o uwolnieniu kursu franka wzrosła wartość zobowiązań polskich kredytobiorców. Problem dotyczy przede wszystkim wzrostu salda zadłużenia z tytułu zawartych umów.

 Najpopularniejsze klauzule stosowane przez banki dotyczą sposobu przeliczania kwoty kredytu i rat kapitałowo-odsetkowych wedle kursów jednostronnie ustalanych przez banki. Dotyczą również sposobu ustalania oprocentowania decyzją zarządu banku. Dość popularne są też klauzule dotyczące ubezpieczenia niskiego wkładu własnego i ubezpieczeń pomostowych – wymienia ekspertka.

W całym 2016 roku do Rzecznika Finansowego trafiło niemal 4000 wniosków o interwencję. Ponad 82 proc. z nich dotyczyło banków. Najczęściej klienci zwracali się z prośbą o wsparcie w sporach dotyczących kredytów konsumenckich (34 proc.), kredytów hipotecznych (26 proc.) czy rachunku bankowego (15 proc.). Wstępne dane wskazują, że 44 proc. wniosków w sprawach dotyczących hipotek związanych było z kredytami walutowymi.

– W takiej sytuacji można szukać pomocy u Rzecznika Finansowego. Podejmujemy takie interwencje na wniosek klientów, próbujemy przekonać banki do tego, żeby uznały roszczenia klientów i doprowadziły do tego, żeby wyeliminować z umów klauzule niedozwolone – wyjaśnia Wachnicka.

Co istotne, Rzecznik Finansowy zgodnie z ustawą wspiera klientów na etapie faktycznego sporu z instytucją finansową. Jeśli więc klient stwierdzi, że zapisy stosowane w umowie są takie same lub bardzo podobne do tych zakwestionowanych w Raporcie Rzecznika Finansowego, należy napisać reklamację do banku i wskazać w niej zapisy, które można uznać za nieważne lub wątpliwe. Rzecznik Praw Obywatelskich wraz z Rzecznikiem Finansowym organizują akcję informacyjną dla posiadaczy takich kredytów

Jeżeli reklamacja w banku zostanie odrzucona, można zwrócić się do Rzecznika Finansowego z wnioskiem o interwencję. W tym trybie Rzecznik zbiera argumenty przemawiające na korzyść klienta i wnosi o zmianę stanowiska przez instytucję finansową. Jeśli są do tego podstawy prawne w pełni popiera oczekiwania klienta wobec instytucji finansowej. Ale może działać też w innym trybie – polubownym.

 Klient ma możliwość wszczęcia postępowania przed Rzecznikiem Finansowym w sprawie pozasądowego rozwiązywania sporów. Celem postępowania jest osiągnięcie porozumienia, czyli każda ze stron musi zrezygnować z jakiejś części swojego stanowiska. W sytuacji, kiedy takie postępowanie nie przynosi efektu, możliwa jest droga postępowania sądowego. Wówczas rzecznik wspiera kredytobiorców istotnym poglądem w sprawie, który przedstawiamy sądom na wniosek klientów lub na wniosek samych sądów – tłumaczy przedstawicielka Biura Rzecznika Finansowego.

Ze skarg napływających do Rzecznika Finansowego wynika, że praktyki banków związane z oferowaniem konsumentom umów kredytów walutowych były nakierowane przede wszystkim na maksymalizację wyników sprzedażowych. Banki wprowadziły na polski rynek kredyty waloryzowane kursami walut obcych, choć jak wskazuje Rzecznik Finansowy, w świetle obowiązujących wówczas przepisów, takie umowy mogły budzić wątpliwości. Dużo postanowień banków narusza obowiązki kredytobiorców. Dodatkowo banki w całkowicie dowolny sposób do przeliczania jednych pozycji umownych stosowały kurs kupna waluty, a do przeliczania innych pozycji kurs sprzedaży waluty.

– Stanowisko sektora bankowego jest w tym zakresie w tej chwili dość jednoznaczne. Trudno jest dojść do porozumienia i skłonić banki, by dobrowolnie zaczęły takie klauzule usuwać i dochodziły do porozumienia z klientami. Dlatego nasza działalność skupia się przede wszystkim na dostarczaniu istotnych poglądów. Wydaliśmy ich już 85 i dotyczyły one właśnie kredytów walutowych – wskazuje ekspertka.

W 2017 roku liczba takich wniosków wydanych przez Rzecznika Finansowego może być większa, zwłaszcza że część wniosków, które wpłynęły do Rzecznika, dotyczyła spraw sądowych sprzed wejścia w życie ustawy o rozpatrywaniu reklamacji przed podmioty rynku finansowego.

 Obecnie wnoszone są kolejne wnioski. Na skutek naszej działalności również klienci decydują się na wystąpienie z powództwem przeciwko bankom i na pewno będziemy klientów wspierać. Wiele oczywiście zależy od tego, czy i jak będą się kształtowały prace legislacyjne, ponieważ stanowisko banków jest też częściowo uzależnione od tego, czy powstanie ustawa, która będzie ten problem regulowała, a jeśli tak, to w jakim kształcie – ocenia Agnieszka Wachnicka.

Sfinks zawiera kolejną umowę przejęcia sieci

Należąca w stu procentach do Sfinks Polska spółka zależna podpisała umowę o współpracy z Cafe Contact, Inwento i Inwento 2, do których należą marki Meta Seta Galareta, Meta Disco oraz Funky Jim. Porozumienie określa warunki, na jakich grupa Sfinks jest uprawniona nabyć te sieci, w tym przejąć marki i prawa do konceptów oraz obecnie funkcjonujące lokalizacje i umowy franczyzy.  Wartość transakcji może wynieść od 5 mln zł do 8 mln zł.  Jednocześnie na bazie zawartej umowy licencyjnej grupa Sfinks będzie mogła w ciągu 4 lat prowadzić działalność w ramach brandów Meta Seta Galareta, Meta Disco i Funky Jim ukierunkowaną na dalszy ich rozwój.

– Niejednokrotnie wspominaliśmy, że interesują nas koncepty posiadające ciekawy know-how, a przy tym dające szanse rozwoju sieci. W przypadku Mety i Funky Jim mamy spełnione oba te warunki. Ponadto, jako że różnią się one założeniami marketingowymi od dotychczas prowadzonych przez nas konceptów, umożliwiają nam w dużej mierze dotarcie do innych grup docelowych, jednocześnie pozwalając generować liczne synergie w kontekście wszystkich naszych sieci, także zakupowe. Niskie nakłady inwestycyjne dają z kolei duże szanse na dynamiczny rozwój sieci. Stwarza to w przyszłości potencjał do obniżania kosztów w całym naszym biznesie – zauważa Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Umowa o współpracy została zawarta na okres 4 lat. W tym czasie Sfinks ma podjąć decyzję, czy skorzysta z prawa nabycia konceptów. Zgodnie z porozumieniem cena sprzedaży nie będzie niższa niż 5 mln zł i nie wyższa niż 8 mln zł netto. Ostateczna wysokość zostanie skalkulowana w oparciu o siedmiokrotność EBITDA. W przypadku realizacji transakcji należąca do Sfinksa SPV będzie jedynym posiadaczem wszelkich praw własności intelektualnej wykorzystywanych w Meta Seta Galareta, Meta Disco i Funky Jim.

„Meta Seta Galareta” to sieć barów typu bistro odzwierciedlających swoim wystrojem ducha epoki PRL. Koncept ten działa na zbliżonych zasadach jak Pijalnie Wódki i Piwa, które odpowiadają za dużą część biznesu spółki Mex Polska. Z kolei „Meta Disco” to kluby taneczne, a bar „Funky Jim” to pierwszy lokal w Polsce objęty patronatem marki Jim Beam.

„Pakiet zimowy” – kolejny punkt sporny?

Pakiet zimowy to kolejny krok w stronę zacieśniania współpracy energetycznej w ramach Unii Europejskiej. Wśród proponowanych rozwiązań są takie, które inwestorzy powinni przywitać z uśmiechem jak urynkowienie OZE, jako źródła wytwarzania.

Inwestorzy będą musieli wykazać, że wsparcie dla instalacji w odnawialne źródła energii jest uzasadnione. Jednak oprócz rozwiązań, które inwestorzy gotowi są przyjąć przychylnie, są również te wywołujące dyskusje.

Chodzi m.in. o zasady wsparcia nowych inwestycji i transfer uprawnień z poziomu krajowego na poziom Unii Europejskiej – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Galos, partner i Szef Praktyki Energetyka, Surowce Naturalne i Przemysł Chemiczny w kancelarii prawniczej Kochański, Zięba i Partnerzy.

Apetyt na ryzyko rośnie po przebiciu poziomu 20 tys. punktów przez indeks Dow Jones

Hossa na globalnych rynkach akcyjnych nabrała tempa po tym, jak indeks Dow Jones Industrial Average przebił wczoraj po raz pierwszy w historii psychologiczny poziom 20 tys. punktów.

Globalny indeks spółek MSCI All-Country World Index mocno rośnie i znajduje się obecnie niecałe 1,5 proc. od osiągniętego w I połowie 2015 roku rekordowego w historii poziomu. Rekordowe poziomy, osiągnięte przez amerykańskie indeksy, wynikają z panującego optymizmu, iż silny wzrost amerykańskiej gospodarki przeniesie się na inne największe światowe gospodarki, tworząc zwiększony popyt na eksport surowców oraz dalsze wycofywanie się inwestorów z rynku papierów dłużnych oraz złota. Oczywiście wycofywany z tych rynków kapitał inwestowany jest w ryzykowne aktywa, takie jak akcje i surowce.

Indeks S&P500 na dzisiejszym otwarciu rynku osiągnął po raz pierwszy w historii psychologiczny poziom 2300 punktów, a obecnie handluje kilka punktów poniżej. 

Podobnie zachowują się inne amerykańskie indeksy, co oznacza, iż popyt nie zamierza dziś odpuszczać i można spodziewać się osiągnięcia przez nie kolejnych rekordowych poziomów. Niemiecki DAX rośnie około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 11840 punktów, a francuski CAC40 na neutralnym poziomie w pobliżu 4870 punktów. WIG20 po wczorajszych ponad 3 proc. wzrostach zalicza kolejną mocną sesję. Indeks polskich „blue chipów” rośnie już ponad 1 proc. przebijając psychologiczny poziom 2100 punktów. Ostatnio na tym poziomie indeks znajdował się w październiku 2015 roku. Motorem wzrostu są tym razem spółki energetyczne, takie jak Energa i Enea, które rosną już prawie 10 proc..

Rajd na ryzykowne aktywa szczególnie negatywnie odbija się na złocie, które w ciągu 3 dni straciło już 2,5 proc. i handluje obecnie w okolicy poziomu 1190 dolarów za uncję.

Dodatkowo na cenie złota ciąży trwający chiński Nowy Rok Księżycowy, kiedy to zwyczajowo spada fizyczny popyt na ten kruszec. Ceny ropy naftowej WTI rosną dziś 1,6 proc. zbliżając się do poziomu 54 dolarów za baryłkę, gdyż inwestorzy doceniają wypełnianie zobowiązań odnośnie cięcia produkcji przez członków OPEC. Również ropa Brent rośnie 1,6 proc. zbliżając się do poziomu 64 dolarów za baryłkę.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital