Instytut Lotnictwa, organizacja wspierająca polską branżę awiacji od 1926 roku, chce bardziej intensywnie rozwijać współpracę z polskimi przedsiębiorstwami. Ma to umożliwić klaster lotniczy, którego Instytut jest koordynatorem. Ścisła współpraca z krajowymi firmami zwiększa szanse na udane komercjalizacje, czego przykładem może być metoda wytwarzania nadtlenku wodoru stosowanego jako paliwo rakietowe.
– Tworzymy klaster lotniczy wspierający rozwój technologii lotniczych w małych i średnich zakładach. To nasza nadzieja na szerszą współpracę z takimi przedsiębiorstwami – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Loroch, zastępca dyrektora Instytutu Lotnictwa w Warszawie.
Komisja Europejska od lat przywiązuje wagę do klastrów (organizacji zrzeszających firmy i instytucje), uważając je za motory innowacyjności oraz wzrostu gospodarczego. Nie inaczej ma być w obecnej perspektywie finansowej 2014–2020, podczas której organizacjom takim wyznaczono do odegrania rolę w transformacji europejskiego przemysłu (z ang. industrial renewal) w kierunku nowych specjalizacji.
Kluczowym dokumentem określającym rolę klastrów w gospodarce UE jest Strategia Europa 2020 i jej projekty przewodnie (tzw. inicjatywy flagowe). W ramach wchodzącego w jej skład działania „Unia Innowacji” KE ma wspierać tworzenie takich organizacji o zasięgu światowym oraz pomagać w konsolidacji podmiotów prowadzących współpracę transgraniczną. Druga inicjatywa flagowa (Polityka Przemysłowa w Erze Globalizacji) uznaje natomiast klastry i sieci przedsiębiorstw za narzędzia zwiększające konkurencyjność przemysłu i wpływające na podniesienie innowacyjności. Według tego dokumentu polityka UE wobec takich organizacji powinna się skupić m.in. na budowaniu pomostów między przemysłem a światem nauki.
Instytut Lotnictwa spełnia wiele wskazywanych w tych dokumentach wymagań: rozwija innowacyjne technologie i realizuje zamówienia w skali globalnej (głównym klientem IL jest obecnie amerykański General Electric).
– Nasza współpraca z firmami obejmuje obecnie sprzedaż licencji, komercjalizację wyników badań i inwestowanie rezultatów w nowe programy oraz możliwości rozwoju – mówi Loroch.
Przykładem udanej komercjalizacji, jak podkreśla Leszek Loroch, jest nadtlenek wodoru wykorzystywany jako paliwo rakietowe. Licencję na metodę jego wytwarzania IL sprzedał firmie Jakusz. Uruchomiła ona jego produkcję i obecnie z sukcesem sprzedaje ten produkt na rynkach krajowym i europejskim.
– Branża lotnicza to nasza działalność od 90 lat. Od 1926 roku Instytut pracuje na rzecz lotnictwa. Po II wojnie światowej nastąpił dość intensywny okres rozwoju lotnictwa w Polsce, a Instytut miał w tym swój znaczący udział. Pracujemy i pracowaliśmy wspólnie z przemysłem, z zakładami lotniczymi w Świdniku, Mielcu i Rzeszowie. Ta współpraca w dużej części przetrwała, w dalszym ciągu mamy kontakty i pracujemy na rzecz i z zakładami lotniczymi w Polsce. Pracujemy również z zakładami małymi i średnimi – wymienia Leszek Loroch.
Jednym z zadań Instytutu jest opracowanie poziomów bezpieczeństwa w lotnictwie ogólnym (general aviation).
– Dla realizacji tego zadania Urząd Lotnictwa Cywilnego udostępnił nam bazy danych o europejskich oraz krajowych wypadkach lotniczych – wskazuje Leszek Loroch. – To jedyna instytucja, która zajmuje się tego typu badaniami, i określa, czy poziom bezpieczeństwa jest zadowalający, czy nie. W tym ostatnim przypadku podejmuje działania na rzecz poprawy, w czym staramy się również uczestniczyć.
Jak podkreśla, Instytut pracuje również na rzecz polskiej obronności. W ciągu ostatnich dwóch lat bardzo rozwinął programy kosmiczne, w których nadal chce mieć znaczący udział.
Branża meblarska z roku na rok radzi sobie coraz lepiej. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy tego roku wartość wyprodukowanych w Polsce mebli wyniosła blisko 22 mld zł. To wynik o 13 proc. wyższy w porównaniu z rokiem ubiegłym, co na koniec roku może dać wynik rekordowy dla branży. Rośnie też sprzedaż zarówno w kraju, jak i za granicą. Kryzys na europejskich rynkach stworzył niszę, którą mogą zagospodarować polscy producenci.
Tylko w lipcu polscy producenci wyprodukowali meble warte 2,7 mld zł, co stanowi 6-procentowy wzrost rok do roku.
– Branża meblarska odnalazła się w trudnych warunkach, które panują na rynkach europejskich. Ostatnie wskaźniki pokazują, że począwszy od 2014 roku, notuje stały, 8-proc. wzrost produkcji i sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Jan Szynaka, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM) i prezes zarządu Grupy Szynaka.
Polska jest cenionym eksporterem mebli. Z prognoz firmy B+R Studio analizującej rynek meblarski wynika, że tegoroczna wartość eksportu przekroczy 9 mld euro. Głównie kierunki to przede wszystkim kraje Europy Zachodniej, gdzie polskie meble były dotychczas postrzegane jako produkty niszowe i tanie. Kryzys na rynkach europejskich spowodował jednak, że upadło wiele zachodnich firm, pozostawiając lukę z wyrobami wysokiej klasy. Szansy upatrują w niej polscy producenci.
– To obiecująca nisza, którą w najbliższych miesiącach warto zagospodarować i która stoi otworem nie tylko przed Grupą Szynaka, ale i przed całym polskim przemysłem meblowym. Dlatego podejmujemy intensywnie działania, realizujemy programy promocyjne, aby pokazać, że za polskimi produktami stoi nie tylko atrakcyjna cena ale także najwyższa jakość wykonania oraz nowoczesny design – mówi Jan Szynaka.
Dynamicznie rośnie także sprzedaż mebli na polskim rynku. Wpływają na to postawy konsumenckie: Polacy dużo częściej wymieniają meble, poszukują nowych trendów i dobrego designu, ale kierują się niską ceną. Korzystna dla branży meblarskiej jest również dobra koniunktura na rynku budownictwa mieszkaniowego. Z danych GUS wynika, że w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2016 roku oddano do użytkowania 98,2 tys. mieszkań, czyli o blisko 11 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Rozpoczęto również budowę ponad 117,5 tys. nowych mieszkań, co stanowi ponad 6-proc. wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym.
– To wszystko w dużym stopniu wpływa na rozwój produkcji i sprzedaży na rynku krajowym. Jako Grupa Meblowa sprzedajemy nasze produkty w prawie 400 sklepach w całej Polsce i z roku na rok, jak również w ostatnich miesiącach, notujemy 10-, a nawet 15-proc. wzrost sprzedaży – informuje Szynaka.
Pytany o bolączki branży meblarskiej, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli wskazuje przede wszystkim na kwestie związane z rozliczeniem i zwrotem podatku VAT w eksporcie. Polscy producenci uskarżają się, że urzędy skarbowe zbyt długo wstrzymują wypłaty należnego im podatku.
– Dziś czas oczekiwania na zwrot podatku VAT to 3 miesiące. Często w przypadku dużych firm, takich jak nasza, to kwoty w wysokości kilkunastu, nawet kilkudziesięciu milionów złotych w skali całej Grupy. To znaczące utrudnienie i hamowanie inwestycji i dalszego rozwoju. Uważam, że procedury powinny być uproszczone, przynajmniej dla firm, które przez lata wypracowały sobie renomę i wysoką pozycję na rynku – ocenia Jan Szynaka.
Branża meblarska, którą tworzy ok. 25 tys. podmiotów, ma znaczący udział w polskim eksporcie, dlatego producenci liczą również na rządowe wsparcie w zakresie promocji polskich produktów za granicą, np. przykład poprzez organizację wspólnych targów i budowanie silnej marki narodowej, która przełożyłaby się na wizerunek branży.
Mniejsza motywacja, zniechęcenie, problemy emocjonalne i agresja – to niektóre skutki braku work-life balance. W życiu prywatnym konsekwencją może być rozpad małżeństwa lub zerwanie znajomości z bliskimi. Z kolei w życiu zawodowym może to oznaczać brak kreatywności i niechęć do pracy, a co za tym idzie – zwiększoną absencję. Musimy jasno określić role, jakie pełnimy w pracy i w domu i nauczyć się płynnie przechodzić z jednej w drugą – radzą psychologowie. Pomoże także aktywny wypoczynek i rozmowy z bliskimi, które pozwolą nam z dystansem spojrzeć na swoją pracę.
– Koncepcja work-life balance powstała na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Wynikała z potrzeby zwrócenia uwagi na pracowników, na to, jak radzą sobie z zachowaniem równowagi między życiem osobistym a życiem zawodowym. Współcześnie to koncepcja bardzo promowana w Polsce i ważna zarówno dla organizacji, jak i dla pracowników – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria dr Sylwia Olszewska, psycholog i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Szczecinie.
Work-life balance kładzie nacisk na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. W teorii zasada jest prosta: należy znaleźć czas i na pracę, i na życie osobiste, jednocześnie nie mieszać tych sfer ze sobą. W praktyce nie jest to jednak proste, mimo że firmy coraz częściej oferują rozwiązania, które mają w tym pomóc, m.in. elastyczne godziny pracy czy pracę zdalną, to z analizy przeprowadzonej przez ekspertów Employer Brandingu z HRK wynika, że blisko połowa organizacji deklarujących work-life balance oferuje różne formy wsparcia dla rodzin.
– Aby zachować równowagę, warto się zastanowić nad rolą pełnioną w organizacji i w domu. W firmie jestem menadżerem, a w domu – rodzicem. Umiejętność przechodzenia z jednej roli do drugiej sprawia, że łatwiej akceptujemy te role, nie postrzegamy ich negatywnie – tłumaczy psycholog.
Jak przekonuje ekspertka, nie warto zamykać się w sobie. Rozmowy w gronie rodziny czy przyjaciół pomagają uporządkować pewne kwestie, a czasem je przewartościować. Korzystne może się okazać naładowanie akumulatorów, np. poprzez aktywność fizyczną, dzięki której można najlepiej odpocząć. Pomocne będzie nie tylko aktywne uprawianie sportu, lecz także choćby zakupy, tak by móc choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach w pracy.
– Warto się nauczyć także odpoczywać samemu, cieszyć się ze swoich sukcesów, postrzegać wyzwania jako coś, co w życiu przyniesie pozytywne emocje. Nad tym trzeba popracować – podkreśla dr Olszewska.
Brak równowagi między życiem prywatnym a zawodowym może się przełożyć na mniejszą motywację do pracy i zniechęcenie. Nieumiejętność radzenia sobie z presją obowiązków to w dłuższym okresie problemy emocjonalne, agresja, objawy psychosomatyczne, np. bóle głowy czy karku. Cierpią na tym nie tylko pracownicy, lecz także firmy, bo zwiększa się absencja zatrudnionych osób, znużenie obowiązkami to zaś mniejsza kreatywność i niechęć do wykonywanych zadań, a to zaś przekłada się na niższe zyski organizacji.
– W życiu prywatnym te skutki są niebezpieczne dla rodziny, ponieważ dochodzi do zerwania relacji międzyludzkich, nawet do rozpadów małżeństwa, zachowań autodestrukcyjnych, jak picie alkoholu, nadużywanie różnego rodzaju środków odurzających – ocenia ekspertka WSB w Szczecinie.
Jeśli granica zostanie przekroczona, czyli więcej czasu spędzamy w pracy niż w domu, nawet w czasie wolnym nie potrafimy zapomnieć o zawodowych obowiązkach, a to przekłada się na nasze życie prywatne, to warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić.
– Nie można temu zaprzeczać, ale skonfrontować się z kimś, z bliskimi czy z samym sobą. Często jest tak, że to inne osoby mówią nam, że jesteśmy nie do wytrzymania. Trzeba wówczas przeanalizować, co w moim zachowaniu jest niezdrowe dla innych. Jeżeli sami sobie nie dajemy rady, to warto porozmawiać ze specjalistą w danej dziedzinie, psychologiem, coachem, czasami nawet psychiatrą czy lekarzem rodzinnym – przekonuje dr Sylwia Olszewska.
W dniach 21-22 października 2016 odbędzie się trzecia edycja targów mobilnych technologii Mobility Days. W Warszawskim Centrum EXPO XXI na odwiedzających czekać będą liczne atrakcje, m.in. symulatory gier, wirtualna rzeczywistość, spotkania z YouTuberami oraz trenerami Pokemonów. Ponadto dzieci oraz młodzież można już teraz zapisać się na bezpłatne warsztaty programowania oraz LEGO-robotyki!
21 października dzień B2B
Mobility Days integruje całą branżę, m.in. resellerów, dystrybutorów i dostawców IT, CE, Mobile, aplikacji i rozwiązań mobilnych, peryferii i akcesoriów. 21 października zapraszamy głównie przedstawicieli firm związanych z nowymi technologiami.
W specjalnej Strefie Business VIP wystawcy będą mieli okazję do nawiązywania bezpośrednich relacji, wymiany doświadczeń i opinii. Ideą Mobility Days jest skupienie uwagi przedstawicieli kanałów sprzedaży na bezpośrednich relacjach handlowych z dostawcami, producentami, dystrybutorami i importerami elektroniki.
– Mobility Days to doskonała inwestycja w biznes, a także skuteczne narzędzie sprzedażowe. Uczestnicy wydarzenia mają możliwość nawiązania relacji biznesowych, zdobycia bezpośrednich kontaktów do osób decydujących o zakupach w sieciach sprzedaży. Każda formuła spotkań biznesowych jest podobna i ma taki sam cel – integrację danej branży – dodaje Tomasz Cieślak.
Pierwszego dnia odbędą się ciekawe wykłady, dotyczące na przykład importu elektroniki z Chin, tworzeniu aplikacji mobilnych, e-handlu czy wirtualnej rzeczywistości.
Nowe technologie w Strefie Rozrywki i w Strefie Edukacji
W rozbudowanej Strefie Rozrywki będzie można przetestować, jak działają symulatory wyścigów, przejść się kładką nad przepaścią oraz sprawdzić się w jeździe na segway’ach. Będzie można również przenieść się w świat wirtualnej rzeczywistości i zmierzyć się z hordą zombii, czy wybudować miasto w Minecrafcie. 22 października w wydarzeniu wezmą udział Youtuberzy, m.in. Kubson, Mamiko, Vibe czy Dev.Na najaktywniejszych uczestników czekają liczne konkursy z nagrodami o wartości 150 tysięcy zł, m.in. drony, tablety, smartfony. Dla dzieci, uczniów szkół podstawowych i gimnazjów, seniorów oraz grup zorganizowanych wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.
21 i 22 października odbędą się także bezpłatne warsztaty programowania w Minecrafciedla dzieci i młodzieży, dzięki którym przekonają się one, że komputer służy nie tylko do gier, a język programowania stanie się trzecim obowiązkowym, który powinny znać. Dla przedszkolaków i uczniów szkół podstawowych zaplanowane są warsztaty LEGO-robotyki, które nie tylko wspierają pracę grupową, ale przede wszystkim rozwijają myślenie przestrzenne i umiejętność projektowania. Wystarczy zarejestrować się na stronie www.mobilitydays.pl, by wziąć w nich udział! Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego zapisz się jak najszybciej.
– Mobilne technologie stanowią naszą codzienność i są wykorzystywane nie tylko na cele biznesowe, rozrywkowe, ale także edukacyjnie, na przykład przy programowaniu Minecraft. Tworzymy rozbudowaną Strefę Rozrywki, by pokazać, jak latają drony czy jak widzi się świat w goglach VR, aby uczestnicy Mobility Days mogli pobawić się urządzeniami, które wyznaczają trendy w technologiach mobilnych. Zapewniam, że nie zabraknie ciekawych atrakcji dla dużych i małych! – mówi Tomasz Cieślak, organizator wydarzenia i prezes wydawnictwa MIT MEDIA Group Sp. z o.o.
W Polsce od dłuższego czasu, mówi się o tzw. braku zaufania przedsiębiorców do instytucji. Wicepremier Mateusz Morawiecki w swojej strategii rozwoju oczekuje inwestycji ze strony polskich przedsiębiorców. W tym celu potrzebne jest bezpieczne otoczenie prawne i zaufanie do państwa. Największym osiągnięciem pakietu 100 udogodnień dla przedsiębiorców jest odzyskanie zaufania do państwa.
– Projekt 100 zmian i strategia działań wicepremiera Morawieckiego są zrównoważone na tyle, że w moim odczuciu przyniosą korzyści dla wszystkich uczestników rynku – powiedział agencji eNewsroom.pl Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Te zmiany są potrzebne, bo ostatnio nie tyle rząd co instytucje państwowe nieco biznesowi przeszkadzały. Dlatego obrany teraz kierunek zmian postrzegam jako swoistą procedurę naprawczą, która jest niezbędna dla powodzenia reform autorstwa wicepremiera Morawieckiego. Jak wiemy działanie przepisów w naszym kraju opiera się w dużej mierze na interpretacjach organów kontrolnych, a te nie zawsze są jednolite nawet dla tej samej firmy. Proponowane zmiany idą w dobrym kierunku, bo wydana raz interpretacja ma obowiązywać także przy kolejnych kontrolach, a jeśli w międzyczasie dojdzie do zmiany interpretacji to nowa ma obowiązywać w przyszłości, a nie wstecz.
Pracownicy natomiast skorzystają z tych elementów, które wiążą się ze zmianami w Kodeksie pracy, np. wydłużenie czasu na odwołanie od wypowiedzenia z 7 do 14 dni. Nasza dyskusja pokazuje, jak trudnego wyzwania podjęło się Ministerstwo Rozwoju. Przed nami wiele problemów, ale warto w formie dialogu pracować nad rozwiązaniami korzystnymi nie tylko dla biznesu, ale i administracji . Obecne zapisy pakietu są bardzo dobre, a my czekamy na więcej.
Porozumienie dotyczące handlu, a nie wolnego handlu między Europą, a Stanami Zjednoczonymi i Kanadą jest porozumieniem obronnym przeciw rosnącej konkurencji ze strony państw azjatyckich. Jest to sojusz defensywny, który ma sprawić, że przywileje wywalczone przez USA i Europę mają zostać zachowane. Trudno nazwać to porozumieniem o wolnym handlu z racji niezwykle obszernego dokumentu, który liczy ponad tysiąc stron. Gdyby to była umowa o wolnym handlu, a nie tylko o handlu, to dotyczyłaby fundamentalnych zasad pozwalających obniżyć bariery. Bez wątpienia obniżka barier skutkować będzie potanieniem niektórych artykułów i usług, przez co część pieniędzy zostanie w kieszeniach podatników.
– Nieprawdziwe jest stwierdzenie, jakoby małe firmy miałyby na tym skorzystać i przeskoczyć ocean – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Małe firmy mają to do siebie, że są zainteresowane przede wszystkim rynkami lokalnymi. To jest ich naturalny poziom ekspansji. Tego typu porozumienia znakomicie nadają się dla dużych międzynarodowych korporacji. Warto też zauważyć, że przy administracji, która nie spisała się przy negocjacjach dot. pozycji Polski na arenie międzynarodowej, np. z Unią Europejską, trudno powierzać kolejne niezwykle daleko idące w konsekwencjach porozumienie. Już dziś historycznie widać, jak nie zostały wykorzystane szanse przy negocjacjach z UE i niepotrzebnie zostały ułożone tak, a nie inaczej. Jeżeli porozumienie liczyłoby kilka stron lub maksimum kilkadziesiąt, wtedy sprawa nie budziłaby takich wątpliwości i obaw tak jak dziś. Powstaje pytanie, czy polski rząd dopełni wszelkich możliwych staranności w związku z tą umową, gdy w innych przypadkach to się nie udawało? – podkreśla Sadowski.
Droga do ustawy frankowej może być długa i wyboista, ale rozwiązanie ustawowe w końcu nadejdzie. Nie pojawi się ono w tym roku, ani w przyszłym. Aby takie rozwiązanie się pojawiło, potrzebna jest walka na kilku frontach. Po pierwsze, musi być nacisk ze strony społeczeństwa, w tym osób które posiadają tego typu kredyty. Nacisk musi być prowadzony zarówno w mediach, jak również bezpośrednio wśród polityków. Po drugie, potrzebne są wyroki sądowe o prawomocnym charakterze. Nie może to być jeden wyrok, musi to być kilka lub kilkadziesiąt wygranych spraw. Po trzecie, potrzebne jest zrozumienie ze strony banków, że te wyroki oznaczają o nieważności tych umów. Wtedy opór ze strony banków do wprowadzenia rozwiązania ustawowego będzie znacznie mniejszy.
– Jeśli będziemy w posiadaniu takich wyroków, a szacuję że nadejdzie to w ciągu 2-3 lat, politycy będą mieli otwartą drogę do odwrócenia ustawą bankowego bezprawia – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Ustawa nie dotknie kilku procent, tak jak sprawy sądowe, tylko będzie miała znaczenie powszechne. Rozwiązanie ustawowe w szybszy sposób wyeliminuje bankowe bezprawie, natomiast spory sądowe wiążą się z wieloletnim trwaniem procesów. Mogą trwać 3, 4 lub nawet 7 lat, w zależności od ostatecznego rozwiązania w sporze sądowym dot. zapłaconych rat, jak również stwierdzenia nieważności umowy. Takie spory sądowe mogą wywoływać kolejne sprawy. Konieczność wykreślenia hipoteki, rozliczenie z bankiem w momencie, gdy roszczenia są przedawnione i mimo to bank dalej ich żąda. Wobec tego pojawi się kolejny element obrony przeciwko roszczeniom banków. W moim przekonaniu orzeczenia są konieczne i linia orzecznicza już dzisiaj kształtuje się w sposób dający nadzieję na pozytywne rozwiązanie problemu kredytobiorców. Takie orzeczenia są niezbędne, aby wymusić pożądany kształt ostatecznej ustawy, który pozwoli osobom posiadającym tego typu kredyty na tzw. przewalutowanie kredytów po kursie z dnia zaciągnięcia – podkreśla Garlacz.
Banki zdecydowanie są winne patologiom w sektorze bankowości, a także w wielu innych aspektach na świecie. Istnieje ryzyko zagrożenia kolejnym kryzysem finansowo-gospodarczym z powodu nieodpowiedzialnych działań wielkich banków, nacechowanych chęcią megaspekulacji, chciwości i braku kalkulacji ryzyka.Taka sama sytuacja miała miejsce w Polsce. Problem w tym, że banki nie są jedynym winnym w tej sprawie. Większą winę ponoszą instytucje publiczne i my jako obywatele powinniśmy mieć do nich pretensje. W szczególności chodzi tutaj o instytucje nadzoru nad rynkiem finansowym. One odpowiadają za dopuszczenie do obecności na polskim rynku toksycznych produktów jak choćby tzw. kredyty frankowe.
– Dla mnie to nie są kredyty w rozumieniu artykułu 69 Prawa bankowego, ani nie są one walutowe – powiedział agencji eNewsroom.pl Janusz Szewczak, poseł na Sejm RP – Żaden obywatel i deweloper żadnych franków do ręki, czy na konto nie dostał. To jest pytanie fundamentalne i ustrojowe: dlaczego ten nadzór nad bankami przez ponad 20 lat był nadzorem w dużej mierze fikcyjnym? Prócz kredytów frankowych, mamy aferę polisolokat, czyli ubezpieczeń z funduszem kapitałowym, gdzie 3 miliony ludzi zostało złapanych w tą pułapkę i oszukanych na prawie 50 miliardów złotych. Mamy nierozwiązany do dzisiaj problem tzw. opcji walutowych dla przedsiębiorstw, gdzie nadal toczą się procesy i straty wynoszą przynajmniej kilkadziesiąt miliardów złotych. Moim zdaniem, kwestie sporne dotyczą również ubezpieczenia niskiego wkładu własnego przy kredytach. Państwo musi się zdecydować czy chce chronić interesy i portfele własnych obywateli, czy też dbać o bilanse i zyski banków w Polsce, które w dużej mierze są zagraniczne. Dla wszystkich pieniędzy nie wystarczy. Skutecznym, dobrym i silnym państwem możemy nazwać takie państwo, które jest w stanie przeciwstawić się lobby różnego rodzaju, w tym lobby bankowemu. Jeśli nie potrafi, to wciąż pozostanie państwem teoretycznym – podkreśla Szewczak.
Funt zyskuje najmocniej od sierpnia, po tym jak Theresa May zgodziła się, by brytyjscy parlamentarzyści głosowali za przyjęciem jej planu odnośnie Brexitu.
Ten ruch Pani Premier upewnił inwestorów, że rząd będzie bardziej ostrożny w negocjacjach z Unią Europejską. Wstrzymał on również wyprzedaż funta spowodowaną obawami o twarde stanowisko negocjacyjne oraz „flash crashem” w zeszłym tygodniu. Parlament Wielkiej Brytanii rozpoczął dziś debatę na temat rządowego planu wyjścia z Unii Europejskiej. Parlamentarzyści chcą aby ten plan był zgodny z literą prawa zanim rozpoczną się oficjalne negocjacje. Theresa May zgodziła się na debatę, ale postawiła warunek, iż nie powinna ona stać się pretekstem do zablokowania Brexitu lub zmniejszenia znaczenia pozycji negocjacyjnej rządu. Para GBPUSD oddała już część wzrostów i zyskuje około 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2200. Para EURGBP traci około 1 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,9030. Natomiast para GBPPLN zyskuje aż 1,3 proc. handlując już w pobliżu poziomu 4,76.
Dolar umacnia się do wszystkich głównych walut, oprócz brytyjskiego funta, w oczekiwaniu na dzisiejsze „minutki” z wrześniowego posiedzenia Fed-u.
Powinny one ukazać stopień presji, jaką wywierali na Janet Yellen członkowie Fed-u, będący za podwyżką stóp procentowych, co powinno pomóc w określeniu oczekiwań co do podwyżki stóp procentowych do końca roku. W niedzielnym przemówieniu wiceprezydent Fed-u Stanley Fisher powiedział, iż byli oni blisko podjęcia decyzji o obniżce stóp procentowych. Para EURUSD traci obecnie 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 1.1040. Para USDJPY zyskuje około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 103,80. Polski złoty traci również 0,4 proc. do dolara a para USDPLN handluje obecnie w okolicy poziomu 3,89.
Ropa naftowa WTI traci około 1,6 proc. handlując niewiele powyżej psychologicznego poziomu 50 dolarów za baryłkę.
Ropa Brent traci około 1,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 51,90 dolarów za baryłkę. OPEC ogłosił, iż ma mocne zapewnienia ze strony Rosji, że będzie ona partycypować w koordynowanej akcji w celu obniżenia produkcji ropy. Natomiast dwóch największych producentów ropy w Rosji zapowiedziało, iż będą protestować wszelkim rządowym decyzjom wprowadzenia limitów produkcji, co doprowadziło do spadków cen.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Projekt ustawy o restrukturyzacji kredytów denominowanych lub indeksowanych do waluty innej niż waluta polska oraz o wprowadzeniu zakazu udzielania takich kredytów, zgłoszony przez posłów Kukiz’15 jest niezgodny ze swobodą działalności gospodarczej, zasadą niedziałania prawa wstecz, zasadą swobody umów i pewności prawa – uważa Konfederacja Lewiatan.
Projekt zakłada, że zakazane będzie oferowanie kredytów i pożyczek, których rozliczenie oparte jest o walutę inną niż złoty. W przypadku już udzielonych kredytów klienci będą mogli dokonać restrukturyzacji. Ustawa ma objąć wszystkie kredyty denominowane lub indeksowane do waluty innej niż polska, udzielone po 1 stycznia 2000 r.
– Jesteśmy przeciwni wprowadzeniu takich rozwiązań. Nie możemy zgodzić ze stwierdzeniem, że banki nie informowały w sposób właściwy kredytobiorców o ryzyku kursowym, jakie ponoszą w związku z zaciągnięciem tych kredytów – mówi Anna Dużyńska-Pucha, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Ustawa narusza zasadę lex retro non agit (łac. prawo nie działa wstecz). Zgodnie z tą powszechną zasadą, ustawodawca nie może ustanawiać przepisów prawa, które wiązałyby skutki prawne ze zdarzeniami prawnymi mającymi miejsce w przeszłości. Prawo musi być, zgodnie z wyrażoną powyżej zasadą, przewidywalne oraz budzić zaufanie, a podmiot prawa musi mieć pewność, że w określonej sytuacji postępuje zgodnie lub niezgodnie z obowiązującym prawem.
Projektowana ustawa w zakresie w jakim uznaje indeksację/denominację kredytu za bezskuteczną od chwili zawarcia umowy kredytu jest naruszeniem tej zasady, bowiem obowiązujące dotychczas przepisy prawa bankowego wyraźnie traktowały indeksację/denominację jako dopuszczalną.
Negatywnie należy ocenić również propozycję wprowadzenia ustawowego zakazu udzielania kredytów opartych o walutę, jako stojącego w sprzeczności z zasadą swobody umów wyrażoną w art. 3531 Kodeksu cywilnego. Zasada ta nie jest nieograniczona, ale brak jest uzasadnienia dla uniemożliwienia obywatelom i innym podmiotom zaciągania kredytów opartych na walucie obcej. Ponadto, „wprowadzanie na rynek kredytów i pożyczek, których rozliczenie oparte jest o walutę inną niż PLN” jest pojęciem niezwykle szerokim i może obejmować np. inne instrumenty finansowe (w tym również międzybankowe).
Wątpliwości Konfederacji Lewiatan budzi także stosowanie ustawy do kredytów, które zostały już spłacone bądź wypowiedziane i rozliczone. Wskazać należy bowiem, iż nie dochodzi wówczas do żadnej „restrukturyzacji”, gdyż nie ma wówczas mowy o poprawie zdolności kredytobiorcy do obsługi kredytu. Z uwagi na to, że projekt ustawy obejmuje kredyty udzielone od 1 stycznia 2000 roku, w wielu przypadkach dokumentacja dotycząca spłaconych zobowiązań z powodu upływu czasu nie jest już dostępna. Ponadto projekt może w ten sposób ingerować w te roszczenia, których ustawowy okres wypowiedzenia już upłynął.
Brytyjczycy obawiają się konsekwencji wyjścia z UE. Problemy Trumpa pomagają dolarowi. W Polsce ceny mogą przestać spadać.
May chce rozmawiać o Brexicie.
Funt dzisiaj z rana był najmocniejszą walutą z koszyka G-10. Z jednej strony jest to reakcja na zgodę brytyjskiej pani premier na debatę oraz głosowanie w sprawie sposobu opuszczenia UE. Może to oznaczać złagodzenie stanowiska oraz rozpoczęcie długich negocjacji. Istnieje prawdopodobieństwo, że wczorajsza decyzja Theresy May znacząco opóźni Brexit. Koncepcja twardego wyjścia z Unii jest mocno krytykowana przez analityków. Wyliczono, że powrót do handlu na zasadach WTO może kosztować Wielką Brytanię 66 miliardów funtów rocznie. Poranne umocnienie funta może być jednak tak naprawdę tylko reakcją na wczorajsze osłabienie. Wieczorem brytyjska waluta zbliżyła się do poziomów z piątkowego załamania. Pokazuje to, jak słaby jest sentyment na funcie i dzisiejszą wiadomość może nie wystarczyć, by go poprawić.
Dolar rośnie w siłę.
Wczorajsza sesja minęła pod dyktando dolara. Kurs EUR/USD drugi dzień z rzędu dynamicznie spadał, docierając do poziomu 1.1050. Ostatni raz tak nisko był na początku sierpnia. Dolarowi zapewne pomagają problemy Donalda Trumpa. Oprócz tego grudniowa podwyżka stóp procentowych wydaję się przesądzona. To ostatnie znacząco ciąży za to rynkowi akcji. Główne amerykańskie indeksy mienią się na czerwono, zwłaszcza że początek sezonu na wyniki kwartalne wypadł wyjątkowo słabo.
MR liczy na inflację.
W Polsce Ministerstwo Rozwoju podało, że spodziewa się zakończenia deflacji jeszcze w tym roku. W komentarzu można przeczytać, że będzie to spowodowane głównie “zmniejszeniem skali spadku cen energii oraz wzrostu inflacji bazowej”. Prawdopodobnie znacznie bardziej polskiej inflacji pomoże efekt niskiej bazy. Sierpień był już 27 miesiącem z rzędu, kiedy ceny spadały. Ostatni raz dodatnia dynamika cen była odnotowana w połowie 2014 roku. Powrót inflacji może być solidnym argumentem dla jastrzębi w RPP do podnoszenia stóp procentowych. Jest to jednak perspektywa bardzo odległa.
Krzysztof Adamczak – analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Interactive Intelligence Group Inc. (Nasdaq: ININ), globalny lider w dziedzinie usług chmurowych do budowania lojalności klientów, komunikacji i współpracy, uznaje technologie chmurowe za jeden z najbardziej obiecujących, a równocześnie dojrzałych trendów biznesowych. Chmura zwiększa elastyczność biznesu, umożliwia lepszą kontrolę kosztów i szybki dostęp do nowych technologii. Jednak według raportu firmy analitycznej Frost & Sullivan „Navigating an Era of Global Digital Transformation – A Customer Perspective” największymi barierami dla adopcji rozwiązań chmurowych są obawy związane z bezpieczeństwem i utratą kontroli nad systemami.
W badaniu zrealizowanym przez Frost & Sullivan* w grupie 1980 osób odpowiedzialnych za podejmowanie decyzji informatycznych w firmach z całego świata migracja do chmury została wskazana jako jedno z trzech najważniejszych wyzwań IT w trzech najbliższych latach przez 27 proc. respondentów. Co dość zaskakujące, średnie i duże firmy zdecydowanie częściej uznawały chmurę za swój priorytet w porównaniu z małymi przedsiębiorstwami.
– Rynek technologii chmurowych, choć osiągnął już wysoką dojrzałość po stronie dostawców rozwiązań, wciąż wymaga dużej edukacji potencjalnych użytkowników.” – powiedział Marcin Grygielski, dyrektor regionalny na rynek Europy Środkowej i Wschodniej, Interactive Intelligence. – Większość małych firm w Polsce skupia się na najbardziej oczywistych i wydajnych z punktu widzenia sprzedaży projektach, nie zastanawiając się w ogóle nad korzyściami nowoczesnych, medialnie nagłośnionych technologii. Przebija tu kompleks niewielkiej skali: „Słyszałem o tym, ale takiej małej firmy jak moja globalne trendy rynkowe na pewno nie dotyczą.” A to nieprawda! Chmura jest idealnym rozwiązaniem dla sektora MSP, dzięki niskiej barierze inwestycyjnej, dobrej kontroli kosztów w modelu „płać za to, z czego korzystasz”, skalowalności usługi zgodnie z popytem i możliwości szybkiego wypowiedzenia umowy dostawcy.
Według badań Frost & Sullivan firmy przeniosły do chmury już 25 proc. lub więcej wykorzystywanych aplikacji. Generalnie są raczej zadowolone ze swojej decyzji, a jako podstawowe jej zalety wymieniają: możliwość przechowywania ogromnej ilości danych oraz elastyczność przy nagłych zmianach popytu. Natomiast głównymi czynnikami blokującymi migrację do chmury firmy są: potrzeba kontroli nad własnymi systemami komunikacyjnymi i obawy związane z bezpieczeństwem usługi.
– Z krótkiej ankiety przeprowadzonej wśród naszych klientów wynika, że na rynku polskim dużą barierę stanowi również obawa o regulacje prawne, zabraniające wyprowadzania wrażliwych danych poza firmę. Kwestie bezpieczeństwa również stanowią poważny problem – powiedział Marcin Grygielski. – Jednak, jak celnie zauważył jeden z naszych kontrahentów: „Bez problemów przekazujemy poufne dane lokalnym firmom outsourcingowym posiadającym mniej lub bardziej zaawansowane zabezpieczenia. Dlaczego mielibyśmy obawiać się przekazania ich międzynarodowym firmom, inwestującym miliony dolarów w certyfikowane procedury i zaawansowane technologie bezpieczeństwa? Tak jak firmy outsourcingowe, biorą one pełną odpowiedzialność za powierzone dane, często mając ku temu znacznie lepsze podstawy.”
Firma Interactive Intelligence wprowadziła na rynek platformę PureCloud, pierwszą usługę chmurową do budowy lojalności klientów, komunikacji i współpracy opartą na architekturze mikrousług, na bazie Amazon Web Services. Usługa jest niezawodna, bezpieczna i łatwo skalowalna, a wdrożenie zajmuje kilka dni, zamiast kilku tygodni czy miesięcy. Jak każda usługa chmurowa, PureCloud jest rozliczana w modelu „płać za wykorzystanie”, w formie miesięcznych płatności z możliwością wypowiedzenia umowy w dowolnym momencie.
* Frost & Sullivan, Navigating an Era of Global Digital Transformation – A Customer Perspective, wrzesień 2016.
Co trzeci Polak akceptuje zachowania, których celem jest ucieczka przed podatkami, wśród prowadzących biznes nawet co drugi. W społeczeństwie panuje większe przyzwolenie na oszukiwanie państwa niż ubezpieczyciela, banku czy wierzyciela – wynika z badania Moralność Finansowa Polaków.
Według rządu, co roku do budżetu państwa nie wpływa około 35-55 mld zł z podatku VAT oraz między 10 a 40 mld zł z podatku dochodowego przedsiębiorstw (CIT). W trakcie opracowywania są obecnie przepisy, które miałyby uszczelnić ściągalność podatków. Zadanie będzie trudne, ponieważ Polakom, łatwo znaleźć usprawiedliwienie dla zachowań, których celem jest uniknięcie płacenia daniny na rzecz państwa. Z badania Moralność Finansowa Polaków* wykonanego na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w partnerstwie z BIG InfoMonitor wynika, że w społeczeństwie panuje większe przyzwolenie na oszukanie państwa niż ubezpieczyciela, banku czy wierzyciela.
Wśród 9 poruszonych w badaniu problemów, które miały za zadanie określić poziom tolerancji na nieetyczne zachowania finansowe, najwyższy odsetek twierdzących wskazań padł w odpowiedzi na pytania: Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś płaci gotówką bez rachunku, by uniknąć płacenia VAT? oraz Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś pracuje na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji?- czyli jednocześnie ucieka przed wierzycielem i unika opodatkowania. Na pierwsze pytanie odpowiedzi: zawsze, często i czasem padło 33 proc., a na drugie – prawie 35,6 proc.
Większą akceptację zyskało jeszcze jedynie usprawiedliwienie sytuacji, w której ktoś bierze kredyt bez dokładnego zapoznania się z warunkami spłaty – 35,9 proc.
Dla porównania, zupełnie nieliczni (1,5 proc.) usprawiedliwiliby zaciągnięcie kredytu na cudzy dowód, co naraziłoby na szkodę inną osobę i bank. Między 14 a 17 proc. ankietowanych byłoby gotowych przymknąć oko na zawyżanie wartości szkód, aby wyciągnąć więcej pieniędzy od ubezpieczyciela, czy też zatajanie przed bankiem informacji uniemożliwiających otrzymanie kredytu. Między 23 a 28 proc., czyli nadal mniej niż w przypadku oszustw podatkowych, byłoby gotowych usprawiedliwić zmienianie rachunków i przepisywanie majątku w celu ucieczki przed wierzycielem.
Co istotne w grupie respondentów prowadzących własny biznes akceptacja dla niepłacenia VAT i ucieczki przed wierzycielem do wolnej od podatków szarej strefy jest wyższa niż wśród ogółu respondentów i wynosi odpowiednio 42 i 49 proc.
* Badanie wykonane przez firmę Pactor na ogólnopolskiej reprezentatywnej 1000-osobowej próbie Polaków w wieku pow. 18 lat, luty 2016 r.
Z danych firmy Symantec wynika, że od pięciu lat odnotowuje się stały wzrost liczby ataków hakerskich dokonywanych na małych i średnich firmach[1]. W 2015 roku phishing ukierunkowany na MŚP stanowił aż 42% wszystkich ataków zablokowanych przez Symantec, podczas gdy w 2011 roku ten odsetek wynosił zaledwie 18%. Eksperci Onex Group zwracają uwagę, że choć małe i średnie firmy nie dysponują największymi budżetami, decydując się na odpowiedni produkt, mogą liczyć na korporacyjne standardy bezpieczeństwa.
– Mniejszy budżet na IT to najczęściej również mniejsze wydatki na kwestie związane z cyberbezpieczeństwem. Jednak już teraz nie tylko budżet decyduje o tym, czy firma będzie odpowiednio dbała o bezpieczeństwo swoich danych. Czasem jest to kwestia wyboru odpowiedniego narzędzia – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group. – Oczywiście najlepiej zdecydować się na produkt, który jest oferowany przez znaną, dużą markę. Należy do niej niewątpliwie Microsoft. Jeżeli przedsiębiorca zdecyduje się m.in. na Office 365, dzięki wykorzystaniu najwyższej klasy zabezpieczeń, dane firmowe są niejednokrotnie lepiej chronione, niż przy wykorzystaniu zabezpieczeń na serwerach wewnętrznych – dodaje Jakub Hryciuk.
Nawet 46 maili phishingowych dziennie
Ogólna liczba maili phishingowych, mających na celu wyłudzić dane, zarówno od firm, jak i osób prywatnych, spada. Jeszcze w 2013 roku firma Symantec wykrywała nawet 83 ataki phishingowe dziennie, podczas gdy w 2015 roku było już ich 46[2]. Spadająca liczba ataków, nie oznacza jednak ich mniejszej skuteczności. Eksperci Symantec zwracają uwagę, że rosnąca liczba ataków na małe firmy świadczy o coraz większym wyrafinowaniu hakerów, którzy wybierają cele łatwiejsze do osiągnięcia. Dlatego już w 2015 roku prawie co drugi atak skierowany w przedsiębiorców dotyczył firm małych i średnich.
Dobrą informacją jest jednak rosnąca świadomość przedsiębiorców. Z danych Symantec wynika, że w porównaniu rok do roku zwiększyła się o 55% liczba kampanii skierowanych do pracowników mających im uświadamiać zagrożenia związane z phishingiem.
– Warto jednak pamiętać, że podstawa to dobre zabezpieczenia. W Office 365 podstawowym czynnikiem wpływającym na bezpieczeństwo jest przechowywanie danych w dużym profesjonalnie zabezpieczonym centrum dancyh. Daje to niemal zerową szansę na kradzież zasobów bez udziału, świadomego czy nieświadomego, osób w firmie z dostępem do tych danych. Kolejną sprawą jest prywatność, w przeciwieństwie do darmowych hosterów, treści przechowywane na skrzynkach pocztowych nie są analizowane przez dostawcę i na ich podstawie nie mogą być tworzone treści reklamowe czy wręcz phisingowe. Dodatkowo, zastosowane w Office 365 filtry chronią nas przed niechcianymi treściami, przykładowo blokując maile ze źródeł zewnętrznych do grup dystrybucyjnych – podsumowuje Rafał Suchożebrski, dyrektor sprzedaży w Onex Group.
Funt silnie zyskuje pośród nadziei, że brytyjski parlament może zablokować zapędy premier Theresy May do przeprowadzenia “twardego Brexitu”. Na szerszym rynku USD pozostaje mocny na rosnącym przekonaniu, że Fed w grudniu podniesie stopy procentowe, a wcześniej Clinton wygra wybory. W kręgu zainteresowania jest także ropa naftowa i rozmowy producentów w Stambule.
Spory rollercoaster zadział się w ostatnich kilkunastu godzinach na rynku funta. GBP/USD wpierw ściekał do 1,2090, by w nocy wyraźnie odbić ponad 1,23. Katalizatorem dla odbicia funta stały się doniesienia Bloomberga, że premier Wielkiej Brytanii Theresa May przystała na wniosek Partii Pracy, by parlament przedyskutował jej strategię negocjacyjną wyjścia z UE. Choć głosowanie nie będzie wiążące, rynek przyjął to za dobrą monetę, że „twardy Brexit” jest mniej prawdopodobny. Zwróciłbym jednak uwagę na skalę reakcji – prawie 200 pipsów ruchu GBP/USD podparte mglistą nadzieją na złagodzenie stanowiska May pokazuje, jak bardzo „zepsuty” jest obecnie rynek funta. Niezależnie, co przyniesie dzisiejsza debata brytyjskich parlamentarzystów, funt przestaje być łatwym chłopcem i handel zaczyna być dwustronny, choć zmienność pozostanie wysoka. Posiadacze krótkich pozycji zaczną być mniej spokojni o swoje pozycje (co widać po nocnym masowym pokrywaniu „shortów”) i w kolejnych godzinach możemy widzieć kontynuację odbicia. Ale nie można też się oprzeć wrażeniu, że rejon 1,2450-1,2500 będzie wzmacniał kontrę sprzedaży.
Zmartwychwstanie funta zaburzyło prodolarowy sentyment na rynku, ale argumenty za posiadaniem długich pozycji pozostają na miejscu. Rentowności obligacji skarbowych USA są wyżej z każdym dniem, podobnie jak prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki Fed. Ryzyko wstrząśnięcia rynkami przez wzrost szans wygranej Trumpa w wyborach (jak na razie) nie materializuje się, zatem inwestorzy trzymają się tego, co wiedzą. Dane makro z USA, choć nie wybitnie pomyślne, w większości potwierdzają pozytywny pogląd na gospodarkę. Przedstawiciele Fed w większości wyrażają poparcie dla ruchu w grudniu. Nawet członkowie FOMC z gołębiego skrzydła są skłonni zaaprobować kolejny krok przed końcem roku.
Silniejsze różnice w opinii dotyczą tego, co dalej, ale przy rynku zakładającym ledwo jedną podwyżkę w 2017 r., trudno tutaj wysłać negatywny dla dolara sygnał. W tym kontekście także dzisiejszy protokół FOMC powinien być neutralny. Troje członków Komitetu chciało podwyżki już we wrześniu, ale troje było przeciwne jakimkolwiek podwyżkom w tym roku. Interesującym będzie, jak mocno spolaryzowane są obozy zwolenników i przeciwników podwyżek.
Dziś uwaga będzie też skupiona na ropie naftowej w obliczu spotkania producentów z OPEC i spoza OPEC w Stambule. Rozmowy są nieformalne, więc żadne deklaracje nie będą wiążące. Mimo to rynek ropy pozostaje na fali pozytywnego pędu opartego o to, że dojdzie do jakiejś formy kooperacji dla redukcji nadpodaży surowca. Co jest prawdopodobne po dzisiejszych rozmowach, to potwierdzenie gotowości Rosji do uczestnictwa w porozumieniu. Nie rozwiązuje to jednak nadal kwestii eksportu ropy z USA, który jeśli nie zostanie ograniczony, będzie wypełniać lukę na rynku. Ale to chyba problem na późniejszy czas – przynajmniej tak można wnioskować po ostatnim zachowaniu rynku ropy.
ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, realizuje założenia przyjętej strategii rozwoju i liczy na bardzo udane drugie półrocze 2016 r. Emitent został także włączony od października br. do segmentu rynku NewConnect – NC Focus.
Spółka cały czas prowadzi analizy kolejnych projektów inwestycyjnych i przewiduje, że w najbliższym czasie do jej portfela inwestycyjnego dołączy jeden lub dwa nowe podmioty. Dynamiczny rozwój oraz stałą poprawę wyników finansowych notują kluczowe dla ABS Investment S.A. spółki wchodzące w skład tzw. TOP 10, czyli grupy 10-ciu najważniejszych spółek portfelowych akutalizowanej co kwartał. Emitent dalej stawia na spółki dywidendowe. Efektywne zarządzenie przez Spółkę portfelem inwestycyjnym przyczynia się do wyższego od planowanego wzrostu wartości posiadanych aktywów. Zarząd ABS Investment S.A. spodziewa się również wyraźniej kumulacji efektów biznesowych tegorocznej pracy w 4 kw. 2016 r. oraz w 1 kw. 2017 r.
„Rok 2016 przebiega w ABS Investment inaczej niż poprzedni. Obecnie mamy ewidentne przesunięcie harmonogramów realizacji istotnych zdarzeń o 3-4 miesiące, podczas gdy w poprzednim roku większość tych zdarzeń następowała zgodnie z harmonogramem, a nawet i przed czasem. Poziom zgromadzonych aktywów jest wyższy niż zakładałem, co jest efektem bardzo dużej liczby dobrych i ciekawych projektów, jakie do nas trafiły. Z drugiej strony, bardzo wydłuża się czas oczekiwania na debiuty na NewConnect i to nie tylko poszczególnych spółek, ale też kolejnych serii akcji Emitentów już notowanych na alternatywnym rynku. Zdecydowanie gorsze niż przed rokiem jest również otoczenie rynkowe. Kumulacja niekorzystnych tendencji nie oznacza, że rezygnujemy z realizacji opublikowanych prognoz na ten rok. Z małymi wyjątkami wyraźnie poprawia się sytuacja finansowa w najistotniejszych dla wartości portfela ABS Investment spółkach.” – ocenia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.
Emitent wiąże bardzo duże nadzieje ze swoimi najnowszymi projektami inwestycyjnymi: CAHELIO Sp. z o.o. oraz XSystem S.A. ABS Investment S.A. objął udziały w spółce CAHELIO Sp. z o.o., które po podwyższeniu kapitału zakładowego stanowią ok. 40% udziałów w jej kapitale zakładowym. Łączna wartość tej transakcji wyniosła 350 tys. zł. CAHELIO Sp. z o.o. działa w branży informatycznej i zajmuje się opracowywaniem rozwiązań dedykowanych dla celów geodezyjnych oraz kartograficznych. Z kolei notowana na rynku NewConnect Spółka XSystem S.A. zajmuje się dostarczaniem rozwiązań biznesowych z zakresu optymalizacji, przetwarzania oraz obiegu dokumentów zarówno w formie tradycyjnej, jak i elektronicznej. Podmiot ten opracował także autorskie oprogramowanie do budowy archiwów cyfrowych oraz zarządzania obiegiem dokumentów – ACCELO.
ABS Investment S.A. liczy także na swoją spółkę portfelową AGROTOUR S.A., która kontynuuje proces zacieśniania współpracy ze spółką REMOR S.A., będącą wiodącym producentem systemów mocowań dla fotowoltaiki. Podczas ZWZA Spółki AGROTOUR S.A., które odbyło się w dniu 30.06.2016 r., jej Akcjonariusze podjęli uchwałę o zmianie nazwy oraz siedziby. Obecnie podmiot ten oczekuje na zarejestrowanie zmian przez Sąd. AGROTOUR S.A. dostrzega bardzo duży potencjał rozwoju branży Odnawialnych Źródeł Energii i w związku z tym zamierza w ramach dywersyfikacji przychodów rozwijać ten obszar biznesowy ze szczególnym uwzględnieniem segmentu fotowoltaicznego i biogazowego. ABS Investment S.A. posiada obecnie akcje stanowiące 12,27% udziału w kapitale zakładowym AGROTOUR S.A. oraz tyle samo udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA.
„Trwa proces odświeżania i unowocześniania portfela ABS Investment. Jest to zabieg celowy i zamierzony, stąd też w portfelu pojawiły się dwie nowe, bardzo wyspecjalizowane spółki, posiadające własne linie produktowe w obszarach cyfrowych. Drugim procesem jest zmiana strategii w niektórych spółkach z portfela, czego przykładem jest AGROTOUR S.A. idący w zupełnie innym niż do tej pory, nowym kierunku biznesowym poprzez planowane powiązanie operacyjno-kapitałowe z firmą Remor S.A. W każdym z tych projektów ABS Investment zamierza aktywnie uczestniczyć w rozwoju spółek i umacnianiu ich pozycji na rynku.” – podsumowuje Prezes Jarosz.
Spółka osiągnęła w 2 kw. 2016 r. zysk netto w wysokości 248 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 79 tys. zł. Całe pierwsze półrocze 2016 r. ABS Investment S.A. zakończył zyskiem netto w kwocie ponad 339 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży wyniosły prawie 375 tys. zł. Emitent wypłacił dywidendę z zysku za 2015 r. w wysokości 0,06 zł na akcję. Spółka została także zakwalifikowana do segmentu rynku NewConnect – NC Focus. W jego skład wchodzi obecnie 90 podmiotów z alternatywnego rynku, które spełniają najbardziej rygorystyczne kryteria jakościowe związane głównie z kondycją finansową spółki oraz sposobem wypełniania przez nią obowiązków informacyjnych.
Prognozy finansowe ABS Investment S.A. na 2016 r. przewidują osiągnięcie zysku brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 – 0,55 zł. Natomiast wartość aktywów Emitenta (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję ma wynieść na koniec 2016 r. od 3,60 zł do 4,00 zł. Spółka prowadzi także dwa programy skupu akcji własnych – skup A realizowany poprzez transakcje sesyjne na rynku NewConnect oraz skup B realizowany w ramach umów cywilnoprawnych poza rynkiem.
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI.
Małe i średnie spółki są w świetniej formie. Ceny akcji wielu z nich rosną w tym roku jak na drożdżach. Dostrzegają to również inwestorzy strategiczni. W ciągu ostatnich 2-3 miesięcy ogłosili oni wiele wezwań na akcje polskich „misiów”. Ich cel jest jasny – całkowite przejęcie lub co najmniej znaczne zwiększenie udziału w akcjonariacie najlepiej rokujących spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Potencjał wielu spółek jest tak duży, a otoczenie rynkowe na tyle sprzyjające, że cześć inwestorów strategicznych godzi się na wypłacenie inwestorom dodatkowej premii za przejęcie posiadanych przez nich akcji. Obrazuje to m.in. wezwanie na akcje firmy Graal, w którym inwestor podniósł proponowaną pierwotnie cenę o 23%
Część średnich i małych spółek z GPW dokonuje także skupu własnych akcji (tzw. buy back). Niejednokrotnie zarządy firm decydują się na takie transakcje wówczas, gdy są przekonane, że wycena spółki na giełdzie jest niższa niż rzeczywista wartość przedsiębiorstwa. Pokazują tym samym uczestnikom rynku, że ich firma jest w dobrej kondycji finansowej i ma nadwyżki finansowe. A to pozytywny sygnał dla inwestorów, którzy posiadają jej akcje.
W Polsce akcje małych i średnich spółek dały w tym roku zarobić inwestorom. Od początku indeksy mWIG40 i sWIG80 osiągnęły dwucyfrowe stopy zwrotu. Czy „misie” będą w dalszym ciągu gromadziły tłuszcz na zimę i do końca roku ich akcje jeszcze podrosną? Pomimo ryzyka korekty, które pojawia się zawsze po większych wzrostach, jest na to spora szansa. Szczególnie w obliczu niepewnych perspektyw dla spółek z indeksu WIG20.
Amerykanie i Rosjanie chcą skorzystać na wzroście cen ropy
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Pod koniec września w Algierze odbyło się nieformalne spotkanie Organizacji Państw Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Kraje zrzeszone w OPEC uzgodniły na nim plan ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Z kilku powodów jednak ciężko opierać fundamentalne decyzje inwestycyjne na tym porozumieniu. Po pierwsze, nie wskazuje ono, które kraje należące do kartelu miałyby zredukować produkcję. Po drugie, zostały z niego wyłączone Iran, Libia i Nigeria, które mają w planach zwiększanie produkcji w najbliższym okresie. Potwierdzają to również liczby. We wrześniu wydobycie ropy w Libii zwiększyło się do 340 tys., a w Nigerii do 1,5 mln baryłek dziennie. Jeśli wspomniane trzy państwa zwiększą wydobycie jeszcze bardziej, to nawet przy równoległym ograniczeniu produkcji ropy naftowej przez innych członków OPEC globalna podaż czarnego złota nie zmieni się.
Nie należy też zapominać, że na rynku ropy naftowej, poza kartelem OPEC, działa jeszcze dwóch ważnych graczy: USA i Rosja. Amerykańskie koncerny, wydobywające ropę z łupków, zwiększyły nakłady na inwestycje i uruchamiają kolejne odwierty. Przy obecnych cenach wydobycie ropy z łupków staje się dla nich coraz bardziej opłacalne, zwłaszcza po przeprowadzonych ostatnio cięciach kosztów. Najnowsze prognozy wskazują, że w 2017 r. udział amerykańskiej ropy w światowym rynku będzie się zwiększał. Dlatego w USA bardzo dynamicznie rozwija się także infrastruktura. Rośnie m.in. liczba terminali naftowych służących do rozładunku ropy naftowej z tankowców. Świadczy to o tym, że Stany Zjednoczone chcą umacniać swoją pozycję w międzynarodowym handlu ropą.
Na dobrej koniunkturze na rynku ropy naftowej korzysta także Rosja. We wrześniu wydobycie surowca w tym kraju osiągnęło rekordowy poziom. Nie jest więc wykluczone, że pomimo oficjalnego poparcia rosyjskiego rządu dla ograniczenia dziennego wydobycia, Rosja zwiększy produkcję. I to jeszcze w tym roku.
Warto jednocześnie zauważyć, że wchodzimy w porę roku, w której ze względów sezonowych popyt na surowce energetyczne jest z zasady mniejszy. Ograniczanie produkcji powinno więc następować samoczynnie – bez interwencji OPEC na rynku. Ostateczną decyzję kartelu poznamy już pod koniec października.
W pierwszej połowie tego roku przychody 11 największych spółek budowlanych notowanych na GPW w Warszawie były o 2 proc. wyższe niż rok wcześniej. Ich średnia marża ze sprzedaży wzrosła do poziomu 9,4 proc. (w 2015 r. 7,84 proc.). W 2015 roku przychody największych 15 firm budowlanych w Polsce wzrosły rok do roku o 8,2 proc. Mimo tych dobrych wyników finansowych eksperci firmy doradczej Deloitte przestrzegają, że w tym roku jest już widoczne wyhamowanie produkcji budowlanej, które może skutkować spiętrzeniem robót w latach następnych. Obecna sytuacja w sektorze budowlanym związana jest z przesunięciem kluczowych projektów infrastrukturalnych, w tym w szczególności w kolejnictwie, realizowanych w ramach nowej unijnej perspektywy finansowej na rok 2017 i 2018.
Branża budowlana w Polsce przeżyła w roku 2014 lekkie ożywienie po okresie spadku w latach 2012-2013. W ubiegłym roku wzrost sektora wyniósł 2,9 proc. w cenach stałych (wzrost w cenach bieżących wyniósł symboliczne 0,13 proc.).
Z analizy przygotowanej przez Deloitte wynika, że w 2015 roku łączne przychody piętnastu największych spółek wzrosły o blisko 2,3 mld zł, co stanowi ponad 8,2 proc. wzrost rok do roku. Było to skorelowane z lepszym wynikiem zarówno na poziomie działalności operacyjnej, jak i na poziomie wyniku netto. „Po raz pierwszy wszystkie podmioty tworzące poprzedni ranking, znalazły się w nim również w kolejnym roku. Podobnie jak poprzednio czołówka pozostała bez zmian. Tegoroczne zestawienie ponownie otwiera Grupa Skanska, uzyskując przychody na poziomie 5,5 mld zł, o 8,4 proc. więcej niż w 2014 roku” – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Deloitte Polska. Na drugim miejscu znalazła się Grupa Budimex, kontrolowana przez hiszpański Ferrovial, z przychodami sięgającymi 5,1 mld zł, co stanowi wzrost o 3,7 proc. rok do roku. Trzeci jest austriacki Strabag, który zanotował wzrost przychodów o 22 proc. w stosunku do poprzedniego roku do poziomu 3,8 mld zł. Średnia przychodów dla największych podmiotów w 2015 nie osiągnęła jeszcze poziomu obserwowanego w 2011 roku, w którym był on związany z dużymi inwestycjami infrastrukturalnymi prowadzonymi w Polsce przed EURO 2012 oraz z kumulacją pierwszej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
W roku 2015 inwestorzy odzyskali zaufanie do indeksu WIG Budownictwo (WIG BUD). Rok do roku nastąpił jego wzrost o około 30 proc., podczas gdy główny indeks WIG zakończył rok 2015 na poziomie o ok. 10 proc. gorszym w porównaniu do końca 2014 roku.
Kapitalizacja jedenastu największych spółek budowlanych notowanych na warszawskim parkiecie na koniec ubiegłego roku wyniosła 8,3 mld zł i wzrosła w stosunku do wartości z końca grudnia 2014 roku o 2,2 mld zł (wzrost o 36 proc.). „Wyniki sektora budowlanego na GPW zależą przede wszystkim od Budimex, którego udział w kapitalizacji największych spółek z tego sektora notowanych na GPW i ujętych równocześnie w rankingu największych spółek budowlanych Deloitte wynosi prawie 60 proc.” – mówi Łukasz Michorowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.
W pierwszym półroczu 2016 roku spółki notowane na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych zanotowały nieznaczny, dwu procentowy, wzrost przychodów ze sprzedaży w porównaniu do tego samego okresu w 2015 roku. Dane wynikające z przychodów oraz wysokiej marży ze sprzedaży nie przełożyły się jednak na wartość akcji. Łączna kapitalizacja prezentowanych spółek na dzień 30 czerwca 2016 spadła w stosunku do końca grudnia 2015 roku o ponad 14 proc. (spadek byłby o 5 proc. wyższy po wyłączeniu z analizy Budimex) niemniej trend ten uległ odwróceniu i indeks WIG Budownictwo na dzień 30 września 2016 roku zbliżył się do poziomu notowanego na koniec 2015 roku.
Jak zauważają eksperci Deloitte, w 2016 roku widoczne jest wyhamowanie produkcji budowlanej. Jest to związane z przesunięciem kluczowych projektów infrastrukturalnych realizowanych w ramach nowej perspektywy finansowej. „Efekty opóźnień w przetargach widać na podstawie danych GUS. W sierpniu bieżącego roku odnotowano spadek produkcji budowlano-montażowej o 20,5 proc. w cenach stałych. W całym okresie styczeń-sierpień 2016 r. produkcja była również niższa niż przed rokiem o 14,9 proc. w cenach stałych. Przesunięcie kluczowych inwestycji może spowodować wyhamowanie sektora również w 2017 roku, a pierwsze przychody z aktualnie toczących się przetargów, w ramach nowej perspektywy, firmy budowlane odnotują dopiero w drugiej połowie 2018 roku” – mówi Patryk Darowski, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Nie najlepszą kondycję w branży budowlanej potwierdzają najnowsze dane o upadłości przedsiębiorstw. Po trzech kolejnych latach spadku liczby upadłości w pierwszej połowie 2016 roku nastąpił wzrost upadłości o 8 proc. Jest to jednak tylko 5 podmiotów więcej i nie musi ten fakt determinować całego 2016 roku. Opóźnienia w ogłaszaniu dużych przetargów infrastrukturalnych w roku 2016 negatywnie wpływają na bieżącą sytuację w branży budowlanej. Mimo to w pierwszych miesiącach 2016 r. nastąpił wzrost średnich płac w budownictwie. Prognozuje się również wzrost zapotrzebowania na siłę roboczą, między innymi ze względu na oczekiwania co do realizacji projektów dofinansowywanych z funduszy unijnych. W I poł. 2016 r. w sektorze budowlanym nastąpiło zatrzymanie tendencji spadkowej w liczbie zatrudnionych, utrzymującej się od 2012 r. Według danych GUS średnie zatrudnienie w I półroczu 2016 r. wzrosło o 0,2 proc. w stosunku do analogicznego okresu w roku poprzednim, podczas kiedy jeszcze w I kwartale tego roku zaobserwowano spadek o 0,3 rok do roku.
Kluczowe znaczenie dla poprawy sytuacji budownictwa infrastrukturalnego w Polsce w kolejnych latach będzie miał napływ funduszy unijnych. Alokacja europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych dla Polski na lata 2014-2020 wynosi 86,6 mld euro, z czego do maja 2016 roku Unia Europejska wypłaciła 0,8 mld euro, co odpowiada 0,9 proc. całkowitej ich sumy.
Przedstawiciele największych spółek budowlanych dostrzegają szanse związane z nową perspektywą finansową UE, ale mają również obawy wynikające z obserwowanych opóźnień w ogłaszaniu przetargów i finalizowaniu ogłoszonych już postępowań przetargowych.
Oprócz presji cenowej obserwowanym zjawiskiem w postępowaniach przetargowych jest coraz większa konkurencyjność. Obecnie w przetargach bierze udział średnio dwa razy więcej oferentów niż w poprzednich latach, a ponadto zgłaszają się także firmy z krajów Europy Zachodniej, dotychczas nieobecne na polskim rynku. Przedstawiciele spółek budowlanych pozytywnie patrzą natomiast na zapowiedziane zmiany w postępowaniach przetargowych. Kluczową zmianą ma być ograniczenie wagi kryterium ceny do maksimum 60 proc.
Przedstawiciele spółek budowlanych pozytywnie patrzą natomiast na zmiany zapowiedziane w postępowaniach przetargowych. „Istotną zmianą jest ograniczenie wagi kryterium ceny do maksimum 60 proc. Wszystko będzie jednak zależeć od tego, jakie kryteria pozacenowe zostaną wprowadzone i na ile będą mierzalne” – mówi Patryk Darowski. Jako pozytywny przykład eksperci podają model skandynawski, w którym dominującą zasadą jest wybór ofert korzystnych ekonomicznie. Na tę kategorię składają się takie czynniki, jak czas dostawy, warunki płatności, warunki dostawy, aspekty społeczne, polityka środowiskowa, czy jakość.
„Najtrudniejsza sytuacja jest w budownictwie infrastrukturalnym, uzależnionym od finansowania publicznego i decyzji na szczeblu rządowym. Spowolnienie w tym segmencie może wpłynąć na zakończenie trwającego od dwóch kolejnych lat wzrostu branży budowlanej. Kluczowym wyzwaniem dla sektora na najbliższy rok jest przetrwanie tymczasowego spowolnienia w dużych inwestycjach infrastrukturalnych, który jest związany z rozpoczęciem nowej perspektywy unijnej 2014-2020 oraz aktualizacją istniejących programów budownictwa w zakresie dróg i kolei” – podsumowuje Maciej Krasoń.
Współczesna energetyka boryka się z problemami związanymi z zwiększoną konsumpcją energii, jak również z jej efektywną dystrybucją w sieciach przesyłowych. To jedno z najważniejszych wyzwań sektora energetycznego, który musi wdrożyć nowy model energetyczny oparty o rozproszoną i skomunikowaną sieć – mówił Michał Ajchel podczas spotkania „Innowacyjna Energetyka” zorganizowanego przez Executive Club dla liderów z branży energetycznej.
Rosnący popyt na energię, redukcja emisji CO², konieczność integracji rozproszonych źródeł wytwarzania energii oraz przestarzała infrastruktura to tylko kilka z wyzwań, przed którymi stoi branża energetyczna. Operatorzy sieci energetycznych muszą stawić im czoła, by zwiększyć wydajność i niezawodność przesyłu i dystrybucji energii. W tym celu konieczne jest odejście od starego modelu energetycznego i wdrożenie nowego modelu, na który składają się trzy elementy: inteligentna sieć, rozproszona generacja energii oraz efektywne zużycie.
Cyfryzacja świata energetyki – dostawcy i odbiorcy
Jednym z istotnych problemów są wciąż powstające straty na drodze pomiędzy elektrownią, stacjami transformatorowymi, a odbiorcami końcowymi. Przyczyną strat są kwestie związane z infrastrukturą sieci, która mimo modernizacji w wielu miejscach wciąż jest przestarzała i nieefektywna. Dlatego też nowy model energetyczny ma zmienić całkowicie tę sytuację.
W tym celu w sieciach energetycznych wykorzystać należy inteligentne, skomunikowane ze sobą produkty, zintegrować dane z obszaru IT i OT oraz wdrożyć zaawansowane narzędzia zarządzania. To skuteczne zarządzanie musi dziś odbywać się w czasie rzeczywistym, aby sprostać zapotrzebowaniu, ale też unikać strat energii czy nadmiernej produkcji. Rozwiązaniem jest zastosowanie narzędzi analitycznych umożliwiających symulowanie, planowanie i raportowanie tego co dzieje się w sieci, wdrożenie systemów informatycznych do monitoringu i wizualizacji danych oraz montaż inteligentnych urządzeń w sieci, które będą komunikować się między sobą. Proces ten zamykać będzie integracja i analiza danych pochodzących z wszystkich tych źródeł.
Kolejnym elementem jest integracja niestabilnych źródeł energii, mikrosieci, e-mobility, czyli tzw. Grid-Edge. Oznacza on konieczność wprowadzenia i integracji takich urządzeń jak magazyny energii, ładowarki do samochodów elektrycznych czy rozproszone źródła energii.
Te właśnie źródła na poziomie tzw. mikro sieci wymagają ciągłego monitorowania, aby efektywnie zarządzać produkcją przy użyciu rozwiązań IT. Tutaj podobnie jak w przypadku dużych sieci przesyłowych, głównym elementem wykonawczym są inteligentne produkty, które zapewnią funkcjonowanie tego systemu.
W nowym modelu ważna staje się również rola odbiorców końcowych, którzy będą mogli lepiej zarządzać energią, a tym samym wpływać wzrost efektywności energetycznej. W przypadku odbiorców przemysłowych wdrażane będą systemy zarządzania produkcją i poborem energii (PCS, BMS, DSR) oraz oprogramowanie do poprawy efektywności energetycznej. Takie oprogramowanie w formie aplikacji mobilnych czy webowych będzie dostępne także dla odbiorców domowych. Oprócz tego budynki, jak i mieszkania staną się bardziej inteligentne dzięki zastosowaniu na szeroką skalę czujników, osprzętu elektroinstalacyjnego czy aplikacji do wizualizacji i sterowania zużyciem tej energii.
Infrastruktura elektroenergetyczna kluczowym elementem nowego modelu
Wdrożenie nowego modelu ma istotny wpływ na bezpieczeństwo zarówno energetyczne, jak i ekonomiczne państw. Wraz z rozwojem gospodarczym wzrasta zapotrzebowanie na energię elektryczną i konieczność efektywnego zarządzania procesem jej dostarczania. Rozwiązaniem tego problemu jest zagęszczenie sieci, co w praktyce oznacza budowę nowych sieci transformatorowych. Skróciłoby to linie przesyłowe, a co za tym idzie – zmniejszyło poziom strat energii między stacjami transformatorowymi.
Drugą kluczową kwestią jest racjonalne gospodarowanie energią. Straty w procesie dystrybucji pojawiają się ze względu na przestarzałe urządzenia pomiarowe, które nie pozwalają przygotować dokładnych prognoz zużycia energii przez odbiorcę końcowego. Nieprecyzyjne pomiary oraz błędne prognozy są przyczyną marnowania energii poprzez przesyłanie nadprogramowych jej ilości.
Systemy elektronenergetyczne wymagają modernizacji na wielu poziomach. Koszty generowane z powodu przestarzałej infrastruktury osiągnęły alarmujący poziom, co powinno stać się bodźcem do dalszych pozytywnych realizacji w zakresie modernizacji infrastruktury przesyłowej.
Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A.utrzymała pozycję najlepszej specjalnej strefy ekonomicznej w Europiew rankingu fDi Intelligence Global Free Zones of the Year. W tym roku Financial Times, organizator rankingu, dodatkowo wyróżnił katowicką strefę tytułem „Wysoko Rekomendowana” w kategorii Najlepsze SSE dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Europie oraz przyznał wyróżnienie za inicjatywy edukacyjne.
– Cieszymy się z potrójnego wyróżnienia jednego z najbardziej opiniotwórczych dzienników finansowych na świecie. Szczególnie cieszy ugruntowanie naszej pozycji jako lidera stref w Europie, lecz również wyróżnienie naszych starań w budowaniu oferty dla małych i średnich firm oraz działalności edukacyjnej. To tworzy podstawy do rozwoju naszych obecnych i potencjalnych inwestorów – mówi Piotr Wojaczek, prezes KSSE S.A.
Financial Times docenił wysiłki katowickiej strefy w budowaniu oferty dla małych i średnich przedsiębiorstw. Firmy z sektora MŚP, w większości z polskim kapitałem, stanowią łącznie już blisko 40 proc. wszystkich podmiotów realizujących projekty inwestycyjne w KSSE, a w minionych dwóch latach stanowiły blisko połowę nowych inwestorów. Wyróżnienie „Wysoko Rekomendowana” dla firm Małych i Średnich w Europie zostało przyznane za inicjatywy, które będą realizowane w Częstochowie i Żorach. W obu miastach, w odpowiedzi na zapotrzebowanie lokalnego biznesu, katowicka strefa zapewni infrastrukturę dla start-upów i firm z sektora MŚP.
W Częstochowie, na działce o powierzchni ok. 2,8 hektara należącej do terenu inwestycyjnego KSSE Skorki, Agencja Rozwoju Regionalnego w Częstochowie zrealizuje projekt budowy czteromodułowej hali magazynowo produkcyjnej przeznaczonej przede wszystkim dla firm z sektora MŚP, dla których wynajem stanowi alternatywę dla zakupu działki. W Żorach, na działce o powierzchni ok. 2 hektarów należącej do terenów inwestycyjnych w Osinach KSSE S.A. trwają prace koncepcyjne dotyczące realizacji projektu o nazwie „Akcelerator Biznesowy KSSENON”, który zakłada budowę kompleksu modularnych hal przemysłowych wraz z komplementarną częścią o charakterze pozaprzemysłowym wraz
z otoczeniem. W zamyśle kompleks oprócz czterech niezależnych modułów hal przemysłowych docelowo będzie posiadał też inne przestrzenie, pozwalające na wykorzystanie wartości dodanej, wynikającej z potencjału współpracy różnych środowisk. W najbliższych tygodniach KSSE S.A. ogłosi konkurs na wykonanie koncepcji architektonicznej tego projektu.
Obok wysokiej pozycji w rankingu i rekomendacji katowicka strefa otrzymała także wyróżnienie za aktywność w obszarze edukacji. Na tym polu Katowicka SSE S.A. konsekwentnie realizuje działania wpisujące się w strategię dopasowania kompetencji wkraczających na rynek pracy młodych ludzi, do potrzeb rynku i oczekiwań pracodawców. Temu celowi służy inicjatywa K2 – Kariera i Kompetencje. W jej ramach katowicka strefa, we współpracy z Politechniką Śląską oraz swoimi inwestorami, uruchomiła pierwsze w Polsce dualne studia na kierunku Mechanika i Budowa Maszyn gliwickiej uczelni. Z kolei we wrześniu br., tym razem we współpracy ze śląskimi samorządami, Katowicka SSE S.A. zainaugurowała realizację, finansowanego ze środków europejskich, projektu dedykowanego szkołom kształcącym w profilu zawodowym.
– Zapewnienie pracowników wykształconych zgodnie z oczekiwaniami rynku pracy, czy umożliwienie uczniom kształcenia zawodowego na najwyższym poziomie, to wyzwania z którym mierzymy się od dłuższego czasu. Strefa, już dzisiaj może pochwalić się pionierskimi inicjatywami w obszarze edukacji, które doceniają eksperci w Europie. Mając świadomość, iż o utrzymaniu napływu inwestycji decyduje zapewnienie odpowiedniej jakości zasobów ludzkich, pragnę zapewnić, że będziemy podejmować kolejne działania w tym obszarze – powiedział Piotr Wojaczek.
Global Free Zones of the Year 2016 fDi Business organizowany jest przez magazyn fDi Business, z grupy Financial Times. Ranking, wyróżniając najlepsze na świecie strefy ekonomiczne, wskazuje miejsca godne inwestowania zarówno w ujęciu globalnym, jak i regionalnym, oraz wskazuje strefy z najlepszą ofertą dla małych, średnich i dużych przedsiębiorstw. W tegorocznym rankingu Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A. została wyróżniona przede wszystkim za zaangażowanie w zbliżanie do siebie środowisk edukacji i przemysłu w regionie, którego rezultatem ma być lepsze dopasowanie kompetencji młodych pracowników do oczekiwań pracodawców.
Ceny zielonych certyfikatów są dziś na historycznych minimach. Wcześniej system oparty o certyfikaty był zachętą do inwestowania w OZE. Oprócz pieniędzy ze sprzedaży energii, taki inwestor mógł liczyć na dodatkowy papier wartościowy. Teraz system zamiast zachęcać odstrasza, jest za to nowy system aukcyjny. Jak działa? Wyjaśnia Kamil Szydłowski, wiceprezes Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej. Więcej w materiale wideo.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Choć sektor venture capital rozwija się dynamicznie, wartościowo wciąż stanowi niewielką część sektora private equity. Zdaniem dyrektora zarządzającego funduszu QBN Fund, inwestującego w start-upy i testującego je w Stanach Zjednoczonych, polskim funduszom brakuje wymiany doświadczeń z europejskimi i przede wszystkim amerykańskimi ośrodkami innowacji.
– Polski rynek rozwijał się w oderwaniu od rynku europejskiego i światowego. W dużej mierze odpowiedzialne za to były fundusze unijne dla funduszy inwestycyjnych właśnie. Myśmy nie korzystali z wiedzy i doświadczeń zagranicznych kadr; tworzyliśmy je autonomicznie we własnym zakresie. Jakość jest umiarkowana – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Przewrocki, dyrektor zarządzający QBN Fund. – Trudno jest znaleźć dobre jakościowo fundusze na polskim rynku. Trzeba jak najszybciej nawiązać transatlantyckie relacje ze Stanami Zjednoczonymi, Doliną Krzemową, Nowym Jorkiem, stolicami europejskich innowacji, to jest tak naprawdę jedyna droga.
W 2015 roku wartość inwestycji w sektorze venture capital wyniosła 19,6 mln euro, ponad dwa razy tyle, co jeszcze trzy lata wcześniej, wynika z raportu KPMG. Choć ilościowo tego typu inwestycje zalążkowe, czyli dotyczące start-upów, stanowią ponad 60 proc. polskiego rynku private equity, to wartościowo jest to tylko 2 proc.
– QBN Fund jest funduszem prywatnym i generalnie korzystamy ze środków prywatnych i dzięki temu możemy elastycznie podchodzić do naszych inwestycji. Największą inwestycją, którą zrealizowaliśmy, była to w wysokości 4 milionów złotych, a najmniejsza w wysokości 100 tysięcy, więc trochę wymykamy się takiej definicji funduszu typowo zalążkowego – przekonuje Przewrocki. – Łączna kwota naszych inwestycji to jest 22 miliony złotych. Zainwestowaliśmy w 23 start-upy na przestrzeni ostatnich 4 lat i zajmujemy się ich rozwojem, dbamy o ich rozwój, to jest taki czynnik, który nas wyróżnia na tle konkurencji.
Krakowski fundusz wybiera do inwestowania start-upy, w których widzi potencjał globalnego rozwoju, a następnie przez trzy miesiące prezentuje w Stanach Zjednoczonych, by przekonać się, czy nowe projekty spotkają się z zainteresowaniem na najbardziej innowacyjnym i doświadczonym rynku. Jeśli tak się dzieje, inwestuje w ich rozwój. Mogą to być projekty z różnych dziedzin, zarówno robotyki, internetu rzeczy, jak i np. nowych kategorii produktów spożywczych.
– Dla nas teraz takim numerem jeden, w który zainwestowaliśmy na wczesnym etapie rozwoju, jest Publico24, które wypuściło cyfrowy kiosk aktywowany bikonami – mówi dyrektor zarządzający QBN Fund. – Prowadzimy obecnie pilotaż na Dworcu Centralnym, a także w Starbucksie i również w Forum Przestrzenie, to jest znane miejsce w Krakowie. Tam testujemy rozwiązanie, które umożliwia korzystanie z jakościowej prasy nieodpłatnie dla klientów, a za to korzystanie płacą właśnie właściciele punktów Starbucks, PKP czy właśnie właściciele klubokawiarni Forum Przestrzenie.
Na razie w ramach projektu dostępne są 42 tytuły, w tym „Gość Niedzielny”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Tygodnik Powszechny” czy „Poznaj Świat”. Fundusz prowadzi również rozmowy z „Bloombergiem”, „Parkietem”, a także „Pulsem Biznesu”.
Wprowadzenie jednolitego obciążenia podatkowego to z jednej strony uproszczenie systemu, z drugiej strony zapowiedzi wskazują, że ucierpią mali przedsiębiorcy i samozatrudnieni – ocenia Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker. Jednolity podatek oznacza likwidację liniowego 19 proc. Stawek podatkowych ma być kilka, planowana skala podatkowa ma zostać przedstawiona do połowy listopada. Zmiany mogłyby wejść w życie od 2018 roku.
– Jednolite obciążenie podatkowe oznacza uproszczenie całego systemu podatkowego. Deklaracje idące w tym kierunku są jak najbardziej słuszne i od dawna prowadzone, to jak najbardziej element pozytywny. Mamy też deklarację, że te zmiany miały być neutralne dla budżetu, a obciążenia podatników nie zwiększą się w istotny sposób w stosunku do obowiązujących obecnie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.
Minister Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów, zapowiada, że najniższa stawka podatkowa ma zostać zmniejszona do 19,5 proc. Obecnie osoba zatrudniona na umowę o pracę, po obliczeniu wszystkich składek, płaci 39,5 proc. podatku od uzyskanego przychodu. Nie wiadomo jednak, do jakich przychodów będzie obowiązywała najniższa stawka, eksperci prognozują, że skorzystają na niej najmniej zarabiający, np. minimalną krajową (obecnie 1850 zł i 2 tys. zł w 2017 roku).
– Ważne są szczegóły i konkrety, czy neutralność będzie się odnosiła do poziomów podatków z ubiegłego roku, czy wobec przyszłorocznych potrzeb budżetu, czy tych, które pojawią się w 2018 roku. Być może będzie to nie tyle kwestia zrównoważenia budżetu, ile utrzymanie go w ryzach, czyli doprowadzenie do takiej sytuacji, żeby deficyt budżetowy nie był wyższy niż 3 proc. Nie ma jasności, co neutralność miałaby oznaczać w praktyce – wskazuje Przasnyski.
Najwyższa stawka podatku miałaby natomiast wynieść 40 proc., niewiele więcej niż obecnie płaci zdecydowana większość. Zachowana zostałaby wówczas neutralność, jednak tylko pod warunkiem że zostaną utrzymane obecnie obowiązujące ulgi. Przy zapowiadanej neutralności dla budżetu, niższą stawkę dla najmniej zarabiających zrekompensuje większa danina płacona przez średniozamożnych i najbogatszych.
– Nie ma specjalnego sporu co do tego, że rzeczywiście te dysproporcje w obciążeniach podatkowych czy progresji podatkowej należy zmienić. Natomiast diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – mówi główny analityk Gerda Broker.
Jednolity podatek oznacza likwidację liniowego 19 proc. PIT dla prowadzących działalność gospodarczą. Wedle zapowiedzi ministra Kowalczyka ma to ograniczyć uprzywilejowanie najbogatszych, kiedy prezes spółki, który rocznie zarabia miliony, unika podatku progresywnego i płaci 19 proc. podatek.
– Trzeba pamiętać o tym, że działalność gospodarczą prowadzi w Polsce ok. 2 mln przedsiębiorców, menadżerowie stanowią wśród nich mikroskopijną część. Przy okazji duża część przedsiębiorców mniej sytuowanych również straci możliwość stosowania stawki liniowej i wpadnie w kleszcze progresywnych podatków – przekonuje ekspert.
Jak podkreśla Przasnyski, takie zapowiedzi stanowią niekonsekwencję w kontekście nowelizacji ustawy podatkowej, która zakłada obniżenie z 19 do 15 proc. CIT dla małych podatników. Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego przekonywali co prawda, że mali przedsiębiorcy nie płacą CIT, najczęściej odprowadzają PIT, prowadząc jednoosobową działalność gospodarczą lub działając jako spółka osobowa. W ten sposób część małych przedsiębiorców może liczyć na obniżenie podatku, a z drugiej strony może też stworzyć możliwość omijania przepisów.
– Można sobie wyobrazić sytuację, że menadżerowie będą skłonni założyć spółkę, w ramach której będą świadczyli usługi menadżerskie jako jeden z rodzajów działalności i będą płacili 15 proc. podatku CIT. Natomiast małemu przedsiębiorcy prowadzącemu działalność na mniejszą skalę, która uniemożliwia przejście w spółkę kapitałową czy z ograniczoną odpowiedzialnością, z którą wiąże się większe obciążenie różnego rodzaju, nie będzie się opłacało z tej furtki korzystać. A ci, o których z założenia chodziło, te możliwości będą mieli w dalszym ciągu – podkreśla Roman Przasnyski.
Właściciel salonów i sklepów internetowych z bielizną i odzieżą inwestuje w rozwój sieci. Dzięki znalezieniu partnera franczyzowego chce szybko rozbudować liczbę punktów sprzedaży na Ukrainie i Białorusi z obecnych trzech do dwudziestu dwóch na koniec tego roku. Połowa z nich będą to sklepy pod marką Esotiq, połowa – Femestage. Zarząd przekonuje, że biznes prowadzony jest w sposób bezpieczny dla finansów spółki.
– Istniejemy na rynku ukraińskim w kanale hurtowym już od kilkunastu lat. W kwietniu tego roku otworzyliśmy pierwsze sklepy z partnerem ukraińskim, i Esotiq, i Femestage – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Jakubowski, wiceprezes zarządu Esotiq i Henderson. – Partner nasz ma bardzo duże doświadczenie w prowadzeniu sklepów z odzieżą, do końca tego roku otworzymy na Ukrainie i Białorusi 11 sklepów Esotiq i 11 sklepów Femestage.
Esotiq to marka, pod którą sprzedawana jest bielizna damska i męska oraz piżamy. Pod tą marką na koniec drugiego półrocza działało 260 sklepów. Uruchomiony w ubiegłym roku Femestage, którego dyrektorem kreatywnym jest Eva Minge, liczy 18 salonów. W II kwartale sieci obu marek pojawiły się za wschodnią granicą Polski.
– Pierwsze wrażenia dotyczące sprzedaży są bardzo pozytywne – mówi Jakubowski. – Mamy wiele zapytań, dlaczego akurat ten kierunek. To wynika z tego, że znamy dobrze ten rynek, ale chcemy go rozwijać w bardzo bezpieczny sposób. Szukaliśmy partnera, który będzie gotowy do otwarcia sklepów, żebyśmy nie musieli robić tego sami. To się wiąże z założeniem spółki i wieloma różnymi komplikacjami.
Przekonuje, że to właśnie pierwsze wyniki sprzedaży są na tyle obiecujące, że spółka postanowiła zwielokrotnić liczbę sklepów z 3 do 22. Inwestycje przekładają się jednak na wzrost kosztów i pogłębienie straty pomimo wyższych przychodów ze sprzedaży. Na koniec I półrocza Esotiq & Henderson miał 63,5 mln zł skonsolidowanych przychodów netto ze sprzedaży, o ponad 9 mln zł więcej niż rok wcześniej. Na poziomie wyniku netto strata wzrosła jednak do 3,44 mln zł ze 160 tys. zł straty rok wcześniej. Wiceprezes spółki zapewnia, że biznes na Wschodzie nie narazi finansów firmy.
– Prowadzimy ten biznes na Ukrainie i Białorusi na bardzo bezpiecznym poziomie – mówi. – To partner ponosi wszystkie koszty związane z inwestycją w sklepy, należności za zakupiony towar mamy zabezpieczone. Widzimy bardzo duży potencjał w rozwoju tego rynku. Jesteśmy w galeriach handlowych w głównych miastach na Ukrainie.
Indeksy giełdowe w ostatnich tygodniach zupełnie się rozjechały. mWIG40 oraz sWIG80 notują wzrosty, WIG20 natomiast się waha, ale pozostaje na podobnym poziomie co pod koniec czerwca tego roku. Zdaniem Sobiesława Kozłowskiego z Domu Maklerskiego Raiffeisen inwestorzy mogą się spodziewać kontynuacji tych trendów.
– Prognozy dla głównych indeksów giełdowych są niejednoznaczne, bo trochę żyjemy w dwóch światach – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski, koordynator ds. analiz giełdowych Domu Maklerskiego Raiffeisen Bank Polska. – Po pierwsze mamy w zasadzie od brexitu, czyli od końca czerwca, bardzo mocne zachowanie WIG40, czyli spółek średnich oraz WIG80. Z drugiej strony indeks największych przedsiębiorstw WIG20 jest zdecydowanie w trendzie przeciwnym.
Pod koniec czerwca br. indeks średniej wielkości przedsiębiorstw mWIG40 oscylował wokół 3250 punktów. Po wzroście o blisko 30 proc. jego wartość obecnie wynosi przeszło 4100. W przypadku indeksu najmniejszych przedsiębiorstw sWIG80 wzrost był niższy (około 10 proc.) Pod koniec pierwszego półrocza wskaźnik ten kształtował się na poziomie 13 tys. punktów, a obecnie jego wartość to prawie 14,5 tys.
– Na mWIG40, jest bardzo ciekawa sytuacja, bo osiąga on najwyższe poziomy od 2008 roku – wskazuje Sobiesław Kozłowski. – Oczywiście mamy czy możemy mieć pewne korekty, ale traktowałbym je raczej jako dobre okazje do kupna i budowania pozycji. Widzimy bardzo mocne zachowanie tego wskaźnika. Sądzę, że można oczekiwać kontynuacji takiego trendu zarówno na mWIG40, jak i indeksu najmniejszych przedsiębiorstw WIG80. Unikałbym natomiast kupowania walorów spółek z WIG20.
Inwestycje w papiery spółek zaliczanych do WIG20, jak przypomina Sobiesław Kozłowski, są domeną zagranicznych inwestorów, którzy odpowiadają za przeszło połowę obrotów w tym indeksie. Po zeszłorocznych zmianach politycznych sentyment zagranicy do Polski, czyli papierów największych przedsiębiorstw, jest zdaniem ekspertów stosunkowo słaby. Od czerwca br. indeks ten utrzymuje się w zasadzie na tym samym poziomie, w międzyczasie notując większe spadki, dużo rzadziej – wzrosty.
– W przypadku WIG20 borykamy się ciągle z podażą i trudno temu indeksowi wybić się ponad poziomy, które widzieliśmy jeszcze w końcu marca br. – wyjaśnia Sobiesław Kozłowski. – W najbliższej przyszłości trudno oczekiwać jakiegoś lepszego zachowania. Temu wskaźnikowi brakuje ponad 100 proc. do historycznych szczytów. Ma on wysoki potencjał czy dystans do wyższych poziomów, ale na razie nie widać szans na to, by miał w tym kierunku podążać.
mWIG40 jest natomiast domeną głównie krajowych inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych. Zdaniem Sobiesława Kozłowskiego do tego segmentu inwestorzy mają zdecydowanie większe zaufanie.
– Małe i średniej wielkości spółki obarczone są dużo mniejszym czynnikiem ryzyka politycznego – tłumaczy Sobiesław Kozłowski. – Oczywiście jest niebezpieczeństwo drastycznych ruchów w OFE, w ramach drugiego filara emerytalnego. Ale szansą dla nich może być obiecywane wsparcie trzeciego filara. Suma summarum zagranica na razie ma negatywne nastawienie do WIG20, czy ogólnie do Polski, co źle wpływa na WIG20. mWIG40, sWIG80, czyli domeny krajowych inwestorów, zachowują się natomiast przyzwoicie. Wszystkim krajowym spółkom na pewno sprzyjać będzie to, co obserwujemy w gospodarce, czyli dynamika wzrostu Produktu Krajowego Brutto na poziomie wyższym niż trzy procent.
Biuro tłumaczeń Summa Linguae liczy na skokowy wzrost przychodów związany z akwizycjami. Umowa o współpracy z indyjską spółką Mayflower Language Services i założenie pierwszego w Polsce centrum outsourcingu dla podmiotów z branży tłumaczeniowej pozwolą na ponad 20 proc. wzrost. Summa Linguae zapowiada dalsze akwizycje, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Przewagę mają też zapewnić spółce nowe technologie.
– Pierwsze półrocze zamykamy blisko 3 mln przychodu organicznego. Natomiast nie uwzględnia on ostatniej akwizycji, której dokonaliśmy miesiąc temu. Wyniki skonsolidowane będą widoczne dopiero za jakiś czas – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Krzysztof Zdanowski, prezes Summa Linguae.
Zgodnie z rankingiem Book of Lists spółka zajmuje 6. miejsce na liście największych polskich firm tłumaczeniowych pod względem przychodów. Po I półroczu 2016 roku Summa Linguae wykazywała blisko 2,8 mln zł przychodów, co oznacza ponad 27 proc. wzrost względem analogicznego okresu 2015 roku. W samym II kw. spółka wygenerowała 1,5 mln przychodów (33 proc. wzrost wobec II kw. 2015 roku i 21,6 proc. względem I kw. 2016 roku). Największy udział w przychodach miały usługi tłumaczeniowe dla klientów z sektora publicznego (62 proc.).
– Niedawno podpisaliśmy list intencyjny dotyczący przejęcia kolejnego biznesu, tym razem internetowego, crowdsourcingowej platformy do tłumaczenia online. To przyszłość branży, technologia jest dla nas kluczowa. Musimy cały czas pamiętać o tym, że biura tłumaczeń takie, jakie dzisiaj znamy, to nie do końca to, czego rynek będzie oczekiwał za kilka lat. Technologia jest kluczowym elementem w naszej branży. Pamiętamy o tym, dwa lata temu zainwestowaliśmy w silniki do maszynowego tłumaczenia – wskazuje Zdanowski.
Spółka analizuje inwestycje w nowe oprogramowania wspierające procesy zarządzania tłumaczeniami i klientami (system TMS – Translation Management System), czy nowe oprogramowanie typu CAT (Computer-Assisted Translation). Jednocześnie uzupełniany o pamięci tłumaczeniowe Transmart.System, co przekłada się na poprawiającą się w średnim okresie marży bezpośredniej na tłumaczeniach pisemnych.
– Blisko 100 współpracowników w Bengaluru, cały departament działu tzw. innovation hub, to ludzie którzy nie zajmują się niczym innym, jak tylko obserwują rynek, badają nowe technologie, rozwijają je i patrzą w którym kierunku idzie branża – zaznacza prezes Summa Linguae.
We wrześniu spółka podpisała umowę inwestycyjną i umowę o współpracy z indyjską spółką Mayflower Language Services. Alians strategiczny innowacyjnych firm działających w lokalnych centrach outsourcingu i przedsiębiorczości start-upowej może dać dobre perspektywy wzrostu i wprowadza polską firmę na rynek globalny. Co więcej, po transakcji z Mayflower, działając jako grupa, Summa Linguae klasyfikowałaby się w rankingu Book of Lists co najmniej na 3. miejscu wśród największych polskich firm tłumaczeniowych pod względem przychodów.
Jak zapowiada prezes, spółka liczy na kolejne akwizycje, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.
– Liczymy oczywiście na skokowy wzrost przychodu związany z akwizycjami. Na pewno inwestorzy i rynek będą to obserwował i dyskontował to w naszym kursie – wskazuje prezes. – Trzeci i czwarty kwartał to dla nas zawsze najlepsze okresy. Powinno to dać wzrost o ok. 30 proc. w skali roku – ocenia Zdanowski.
Mayflower oferuje swoim klientom takie usługi, jak tłumaczenie, lokalizacja i testowanie oprogramowania komputerowego, stron www, platform e-learningowych oraz lokalizacja i voice-over video. Zajmuje się również usługami rekrutacji pracowników w różnych branżach. Obsługuje największe marki (m.in. Dell, Unilever, Infosys, Robert Bosch) w ponad dwudziestu krajach na całym świecie.
– Mayflower zajmuje się staffingiem pracowników, czyli rekrutacją wielojęzycznych zasobów pracowniczych, stąd też ta idea outsourcingu jest bardzo komplementarna między naszymi biznesami – przekonuje prezes Summa Linguae.
Pod koniec września Summa Linguae podpisała list intencyjny z jednym z zagranicznych dostawców usług językowych dotyczący współpracy w zakresie outsourcingu pracowników. Spółka tym samym staje się pierwszym dostawcą usług językowych tworzącym linię biznesową opartą na outsourcingu zasobów ludzkich dla innych podmiotów z branży. Jest to także pierwszy znaczący projekt realizowany po nawiązaniu współpracy z indyjską spółką Mayflower.
– Pracujemy na zasobach informatycznych i teleinformatycznych naszego klienta, pod jego ścisłym nadzorem, korzystamy z jego zasobów. Natomiast project manager jest zatrudniony przez nas. Pracuje w naszym biurze, pod ścisłym nadzorem, reżimem bezpieczeństwa dostępu do tych informacji – wskazuje Zdanowski.
Zlecenie usług Summa Linguae jest dla firm bardziej opłacalne niż zatrudnianie własnych pracowników. Współpraca pozwala obniżyć koszy średnio o ok. 30 proc. Duże zagraniczne spółki otwierają w krajach takich jak Polska czy Indie własne biura, mniejsze podmioty nie są na to przygotowane ani operacyjnie, ani finansowo. Nowa oferta skierowana jest właśnie do nich.
– W naszej branży nie ma takiego specjalnego centrum outsourcingowego i my właśnie tą przewagę chcemy wykorzystać – podkreśla Krzysztof Zdanowski.
Inteligentne maszyny, przetwarzanie w chmurze, internet rzeczy czy technologie mobilne to rozwiązania, które zmieniają sposób produkcji. Dzięki nim proces rozwoju produktów i usług ma być znacznie usprawniony. Producenci muszą dostosować do nich swoją perspektywę spojrzenia na „przyszłość tworzenia rzeczy”. Otwiera to przed firmami, które odpowiednio zareagują na szybkie zmiany, szansę zdobycia przewagi konkurencyjnej. Wiele polskich firm już dostrzega ten potencjał – wskazują eksperci Autodesk.
– Bez względu na to, o jakiej branży mówimy, działalność toczy się w sposób linearny. Najpierw projektujemy, potem produkujemy, a następnie sprzedajemy na rynek. Ten proces nie jest już tak stabilny jak kiedyś. Zmienia się to wraz z rosnącą konkurencją i globalizacją, wraz z nowymi technologiami – rozwiązaniami w chmurze czy urządzeniami mobilnymi. To wszystko wpływa na proces produkcji, wywiera presję na każdy biznes i wymusza szukanie bardziej efektywnych rozwiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Asif Moghal, industry manager w Autodesk.
W jego ocenie, tzw. przyszłość tworzenia rzeczy (Future of Making Things, FoMT) to szansa dla każdej firmy na zdobycie przewagi konkurencyjnej. Wykorzystując nowe technologie, odchodzimy od tradycyjnego modelu, w którym sprzedaje się dobra lub usługi o ustalonej wartości, na rzecz systemu połączonych usług, w którym zarabia się na tym, że można klientowi zaproponować dodatkowe, bardziej spersonalizowane i lepiej odpowiadające na jego potrzeby usługi. Asif Moghal uważa, że dzięki temu proces rozwoju produktów i usług będzie znacznie usprawniony.
– Przyszłość tworzenia w przemyśle jest determinowana przez trzy aspekty, pierwszy – technologie, jakie mamy do produkcji, drugi – potrzeby klientów, trzeci – produkty jako takie, czyli innowacyjność i wymagania jej dotyczące – wskazuje Andrzej Poćwierz, menadżer ds. rozwiązań dla przemysłu w Autodesk. – Produkty będą tworzone prawdopodobnie w coraz krótszych seriach, będą coraz bardziej „customizowane” i będą musiały odpowiadać wymogom innowacyjności i coraz bardziej rosnącym potrzebom klientów.
Jarosław Kierczuk, country channel manager Autodesk, podkreśla ponadto, że współczesna gospodarka przechodzi szereg diametralnych zmian, z których jedną z najbardziej istotnych jest łączenie wszystkich uczestników procesu projektowania i wytwarzania w jedną spójną grupę ludzi, którzy komunikują się od pierwszego do ostatniego momentu trwania tego procesu.
– Tradycyjny proces projektowania i produkcji jest mocno podzielony. Mamy osobny zespół projektowy, zespół produkcyjny czy zespół ds. analiz. Technologie cyfrowe mogą ten podział zlikwidować. Zmienia się sam proces tradycyjnego projektowania. Nowe technologie pozwalają na to, by inżynier stał się ekspertem od produkcji, ekspert od produkcji dowiedział się więcej o architekturze, a projektant lepiej poznał procesy produkcji i testów – wskazuje Asif Moghal. – W ten sposób każdy z nich zyskuje wiele różnych nowych umiejętności. Technologie cyfrowe pozwalają im wymieniać i oceniać na bieżąco swoje koncepcje, co przyspiesza proces. Jest to jeden z większych przełomów w przemyśle.
Polski przemysł nie odbiega w tych tendencjach od przemysłu światowego. Według najnowszego Barometru Innowacji GE polski biznes jest nastawiony do rewolucji cyfrowej i przemysłowej z optymistycznym realizmem. Autorzy raportu wnioskują, że uczuciu presji z tym związanej towarzyszy podekscytowanie i pewność, że będzie dobrze. Badani nie mają wątpliwości, że zaawansowane metody produkcji zmienią sektor przemysłowy, a robotyka i automatyka zmienią rynek i charakter pracy.
– Rozwiązania Autodesk dla przyszłości tworzenia obejmują cały proces – od fazy koncepcyjnej, poprzez projekt, wytwarzanie, sprzedaż, aż do serwisu. W każdym z tych obszarów mamy narzędzia, które ułatwiają przeprowadzenie zmiany od tzw. tradycyjnego cyklu życia produktu nastawionego na wielkoseryjność do przejścia w kierunku produktów bardziej innowacyjnych, krótkoseryjnych, przejścia z produkcji masowej na produkcję indywidualną – podsumowuje Andrzej Poćwierz.
Z rozwiązań Autodesk korzysta ponad 200 mln osób na świecie, m.in. zawodowi projektanci rozwiązań mechanicznych i produktów, inżynierowie, architekci, artyści.
Młodzi kierowcy mają często zbyt duże zaufanie do swoich umiejętności, a z drugiej strony nie potrafią zapanować nad pojazdem. Za ponad 20 proc. wypadków, do których dochodzi z winy kierowców, odpowiadają młode osoby. W Europie to wypadki samochodowe są najczęstszą przyczyną śmierci osób do 24 roku życia. Od kilkunastu lat Ford organizuje bezpłatne szkolenia Driving Skills for Live dla najmłodszych kierowców. W tym roku program po raz pierwszy zagościł w Polsce.
– Samochód nie jest zwykłym urządzeniem. Fakt, że siadamy za kierownicą, łączy się z pewnymi obowiązkami i ze znajomością prawa, a tego czasami brakuje. Po zdobyciu upragnionego prawa jazdy zaczynają od razu uczestniczyć w ruchu drogowym. Za wypadki często odpowiadają braki w technice jazdy, brak znajomości podstawowych pojęć i nieumiejętność zapanowania nad pojazdem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes asp. szt. Robert Opas z Komendy Głównej Policji.
Z danych KGP wynika, że w 2015 roku kierowcy w wieku 18–24 lata byli sprawcami ok. 5,5 tys. wypadków (ponad 20 proc. wypadków powstałych z winy kierujących), w których zginęło 478 osób, a 7,5 tys. zostało rannych. W tej grupie wiekowej wskaźnik liczby wypadków na 10 000 populacji wyniósł 16,51. To jedyny dwucyfrowy wskaźnik spośród wszystkich grup wiekowych. Dla porównania w grupie 25–29 lat wskaźnik ten wynosi 9,51. Przyczyną 40 proc. wypadków, które spowodowali młodzi kierowcy, była zbyt duża prędkość.
Skłonność do brawury i ryzyka często idzie w parze z brakiem doświadczenia i umiejętnością zachowania się na drodze. Kierowcy mają wiedzę teoretyczną, nie wiedzą jednak, jak zachowuje się pojazd przy dużych prędkościach, kiedy trzeba gwałtownie zmienić pas lub wyhamować. Dlatego konieczne jest wprowadzenie jazdy autostradowej, zwłaszcza że coraz więcej jest w Polsce właśnie autostrad czy tras szybkiego ruchu.
– Młodzi kierowcy nie zdają sobie sprawy z tego, że samochód to nie gra komputerowa. Muszą wiedzieć, co to jest masa samochodu, jak ją poznać, bo każdy samochód jest inny, i jak można wykorzystać najnowsze technologie w samochodzie, czyli systemy ESP czy ABS – wskazuje Tomasz Czopik, kierowca rajdowy, ekspert bezpiecznej jazdy.
Zdobywaniu takich umiejętności służyć ma program Ford Driving Skills for Live.
– Program powstał w 2003 roku i od tego czasu rozprzestrzenił się na ponad trzydzieści krajów na całym świecie. Dotychczas dziewięć krajów miało możliwość prowadzenia tego programu, w tym roku dołączają do nich Polska i Finlandia. Program jest bezpłatny, jest skierowany do młodych kierowców, dotyczy bezpiecznej jazdy i bezpiecznego zachowania się na drodze – mówi Mariusz Jasiński z Ford Polska.
Szkolenie składa się z teoretycznych zajęć, które odbywają się poprzez stronę internetową programu www.forddsfl.pl oraz kanały społecznościowe Forda, ale przede wszystkim praktycznych ćwiczeń. Każdy uczestnik pod okiem instruktora z Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy – Sobiesław Zasada Centrum uczy się rozpoznawać potencjalne zagrożenia na drodze, kontrolować prędkość jazdy oraz panować nad samochodem w sytuacjach awaryjnych. Prowadzone są również zajęcia wykonywane w specjalnych kombinezonach imitujących działanie alkoholu lub narkotyków, dzięki którym można się przekonać, jak zmieniają się zdolności psychomotoryczne po spożyciu alkoholu czy zażyciu środków odurzających.
– Od 2003 roku z programu edukacyjnego skorzystało ponad 650 tysięcy osób na całym świecie. W praktycznych zajęciach uczestniczyło ponad 165 tysięcy osób. Program zajęć praktycznych zaczynamy w Polsce szkoleniem w Warszawie, na które w ciągu dwóch dni zaprosiliśmy 300 kierowców – wskazuje Mariusz Jasiński.
Celem programu jest zmniejszenie liczby wypadków i zgonów wśród młodych kierowców poprzez przekazanie im odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, poprawę ich zachowania na drodze oraz podniesienie świadomości dotyczącej wypadków samochodowych i ich przyczyn. Ford planuje organizację szkoleń w Polsce także w przyszłym roku.
Jak przekonuje Robert Opas z KGP, takie szkolenia są konieczne, bo pozwalają uświadomić młodym kierowcom, że samochód nie jest zabawką, a jazda nim to nie tylko przyjemność, lecz przede wszystkim obowiązki. Pomóc mogą również zmiany egzaminów na prawo jazdy od przyszłego roku – egzamin na prawo jazdy ma być trudniejszy, a świeżo upieczeni kierowcy będą również musieli przejść kursy doszkalające.
– Podstawowy system szkolenia w Polsce jest zbyt ograniczony. Nie ma w nim np. jazdy autostradowej. Przyszli kierowcy nie uczą się sytuacji, które są groźne. Nowa ustawa ma wprowadzić w przyszłym roku możliwość pojeżdżenia po płycie poślizgowej, żeby świeżo upieczony kierowca wiedział, co się może wydarzyć, kiedy podczas deszczu czy śniegu wpadnie w poślizg – mówi Tomasz Czopik.
Dodatkowe szkolenia czy trudniejszy egzamin nie zmienią same sytuacji. Eksperci podkreślają, że konieczne jest stworzenie całego systemu, w którym młodzi kierowcy byliby poddani szczególnemu nadzorowi, tak by żadne, nawet najmniejsze przewinienie nie przeszło niezauważone, a przy cięższych przewinieniach musieli uczestniczyć w kursach reedukacyjnych.
– Powinniśmy też zapraszać kierowców, którzy nie popełniają wykroczeń na spotkania i rozmawiać z nimi na temat ich doświadczeń w ruchu drogowym, podczas których ćwiczylibyśmy też umiejętności młodych kierowców w ruchu drogowym. Takie zajęcia muszą mieć charakter cykliczny, nie można dopuścić do sytuacji, że młody człowiek na początku stara się przestrzegać przepisów ruchu drogowego, ale szybko przekonuje się, że można pojechać szybciej i nic się nie dzieje – tłumaczy Maria Dąbrowska-Loranc z Instytutu Transportu Samochodowego.
Nowe przepisy dotyczące egzaminów na prawo jazdy zakładają także, że nowi kierowcy będą musieli brać udział w kursach doszkalających i szkoleniach praktycznych. Dla młodych kierowców zostaną też wprowadzone dodatkowe limity prędkości, a dla osób łamiących przepisy ruchu drogowego przewidziano dłuższy okres próbny.
– Ważne są spotkania w pierwszym okresie, systematyczne dyscyplinowanie i motywowanie młodego człowieka. To także system ograniczeń, czyli młody kierowca nie może jeździć z określoną prędkością, po określonych typach dróg, jak autostrada, czy w określonych porach, np. wieczorem. Wypadki z młodymi ludźmi to często wypadki nocne. Za dobre zachowanie po kilku miesiącach ograniczenia byłyby cofane. Jeżeli ktoś w dalszym ciągu przekraczałby przepisy, to ograniczenia nie byłyby cofane, aż do zmiany złych nawyków. Jeśli zaś ona nie nastąpi, mogłoby się to skończyć odebraniem prawa jazdy – podkreśla Maria Dąbrowska-Loranc.
11 października, w obecności przedstawicieli władz państwowych Polski i Filipin, organizacji biznesowych oraz przedsiębiorców oficjalnie uruchomiono filipińską fabrykę grodzic winylowych należącą do Grupy Pietrucha. To pierwsza polska inwestycja realizująca projekt greenfield w sektorze inżynierii lądowej i wodnej na Filipinach oraz jeden z nielicznych transferów technologii poza granice naszego kraju. Inwestycja pozwala na transfer na Filipiny technologii przyjaznych środowisku związanych z zapobieganiem powodziom i ochroną zasobów wodnych.
Grupa Pietrucha zajmuje się przede wszystkim produkcją i dystrybucją specjalistycznych profili technicznych szeroko wykorzystywanych w geotechnice. Produkuje grodzice winylowe, stosowane m.in. przy zabezpieczeniach przeciwpowodziowych, umacnianiu brzegów zbiorników wodnych. Grupa zaopatruje 3500 klientów w ponad 34 krajach na 5 kontynentach, wszędzie tam, gdzie prowadzone są duże projekty infrastrukturalne związane z zapobieganiem klęskom żywiołowym. Obecnie ponad połowa przychodów firmy pochodzi z eksportu, z czego blisko 1/3 do krajów Azji Południowo-Wschodniej. To właśnie dlatego trzeci zakład produkcyjny Grupy Pietrucha, obok fabryk w Ksawerowie i Błaszkach, powstał na Filipinach.
– Na rynkach azjatyckich rywalizujemy głównie z największymi globalnymi graczami z USA, należącymi do światowej ligi w dziedzinie rozwiązań geoinżynieryjnych. Lokalizacja zakładu produkcyjnego w regionie ASEAN pozwoli nam zdobyć przewagę rynkową nad najsilniejszą na świecie konkurencją. Zbliżymy się do odbiorcy końcowego, co pozwoli na optymalizację łańcucha logistycznego, dzięki czemu skróci się czas realizacji zamówień. Na Filipinach nasze produkty będą też zwolnione z wysokiego cła importowego, co pozwoli na optymalizację kosztową – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Pietrucha, prezes zarządu spółek wchodzących w skład Grupy Pietrucha.
– Ta inwestycja potwierdza fakt, że Filipiny mogą być idealnym miejscem dla zagranicznych inwestorów – podkreśla Patricia Ann V. Paez, ambasador Filipin w Polsce. – Grupa Pietrucha przeprowadziła proces due diligence, porównując Filipiny z innymi potencjalnymi lokalizacjami swojej inwestycji. W naszym kraju znalazła idealnego partnera i myślę, że dokonała słusznego wyboru – dodaje.
Z Filipin będą zaopatrywane rynki Azji Południowo-Wschodniej. W regionie prowadzonych jest obecnie wiele inwestycji związanych z inżynierią wodną i lądową, w tym z zapobieganiem skutkom zmian klimatycznych. To w dużej mierze priorytet dla instytucji finansowych w tym regionie świata.
– Ta inwestycja pozwala na transfer na Filipiny technologii przyjaznych środowisku związanych z takimi obszarami, jak zapobieganie powodziom i ochrona zasobów wodnych. To bardzo ważne dla naszego regionu – przekonuje Paez.
W Azji dynamicznie rósł popyt na oferowane przez grupę grodzice winylowe, dlatego konieczna była budowa fabryki na miejscu. Jak wskazuje prezes, wybór lokalizacji nie był przypadkowy. Zdecydowały m.in. inwestycje infrastrukturalne powstające na Filipinach, Azjatycki Bank Rozwoju finansujący inwestycje i lokalny partner.
– Zakład zlokalizowany został w Freeport Area of Bataan, czyli specjalnej strefie ekonomicznej na wyspie Luzon, ok. 150 km na północ od Manili. Mogliśmy liczyć na duże wsparcie ze strony władz strefy. Nasza technologia została uznana za nową dla Filipin, w związku z tym otrzymaliśmy status pioniera, co wiąże się z licznymi korzyściami inwestycyjnymi – mówi Pietrucha.
Lokalizacja w filipińskiej strefie ekonomicznej wiąże się z licznymi przywilejami. Przede wszystkim nie ma wymogów kapitałowych, poza tym firmy działające w strefie są również z podatku dochodowego przez 4 lub 8 lat, a po tym okresie podatek nie przekracza 5 proc.
– Firma może również importować sprzęt i surowce, nie płacąc przy tym cła i być w całości zarządzana przez ludzi z kraju pochodzenia firmy. Ograniczamy biurokrację. Inwestor nie musi chodzić od jednego urzędu do drugiego, nie musi mieć żadnych układów, jeden urząd zajmie się wszystkimi wymaganymi dokumentami, takimi jak certyfikaty ekologiczne czy zwolnienia z podatków – przekonuje ambasador Filipin.
Oficjalne uruchomienie inwestycji Grupy Pietrucha nastąpiło 11 października. Jak podkreśla Pietrucha, będzie to mieć ogromne znaczenie dla firmy, zwłaszcza że Filipiny dopiero otwierają się na zagranicznych inwestorów, a inwestycja grupy może pomóc w budowaniu więzi między przedsiębiorcami z Polski i Filipin.
Na inwestycjach wygrywają obie strony, dlatego jak podkreśla Paez, wspierane będą wszystkie inwestycje, które pomagają się rozwijać filipińskiej gospodarce.
– Spodziewamy się kolejnych inwestycji z Polski na Filipinach. Wielu biznesmenów z różnych sektorów wyraża swoje zainteresowanie, a możliwości inwestycyjnych nie brakuje. Jedną z nich jest partnerstwo publiczno-prywatne, w którym jedną stroną jest rząd Filipin, a drugą potencjalni polscy inwestorzy. Jest wiele obszarów, w których takie inwestycje są możliwe: od infrastruktury przez ochronę zdrowia po sektor IT i inne branże – podkreśla Patricia Ann V. Paez.
Odpowiednie rozmieszczenie produktów na półkach, czytelne oznakowanie działów, promocje, miły dla oka wystrój wnętrza, a nawet relaksująca muzyka, przyjemny zapach i określony kolor mają ogromny wpływ na decyzje zakupowe klientów. Właściciele sklepów stosują wiele sztuczek, aby zwiększyć swoje zyski i zachęcić do robienie zakupów właśnie u nich. Zdaniem fachowców najcenniejszą umiejętnością jest sztuka eksponowania towarów. Oko potencjalnych nabywców przyciąga również odpowiednia gra świateł i kolorów.
– Jeśli mamy mały sklep, to warto pamiętać, aby towar był łatwo dostępny, czyli podajemy klientom to, czego potrzebują na szybkie poranne zakupy – nabiał, pieczywo, napoje. Taki sklep powinien też spełniać wszelkie funkcje, czyli żeby to był sklep typu convenience, a więc połączenie zakupów z produktami na ciepło, z kawą. Te wszystkie elementy wpływają na poprawę wizerunku – mówi agencji Newseria Lifestyle dr Marek Borowiński, specjalista ds. visual merchandisingu i psychologii koloru Shop Doctor.
Najważniejszą sprawą jest ustawienie towaru na półkach. Będąc w sklepie, w pierwszej kolejności zwracamy uwagę na produkty znajdujące się na wysokości naszego wzroku, tam więc przeważnie umieszczane są towary najdroższe.
– Pamiętamy o linii wzroku, 1,5–1,8 metra, czyli nasze pole widzenia, to najlepsze miejsce, gdzie można układać towary. Potem takie rzeczy, które są pod rękę, czyli na 1,3–1,5 metra. To są miejsca, w których ustawiamy towary, na których mamy dobrą i sensowną marżę, tak żebyśmy mogli utrzymać też swój własny sklep. Niżej stawiamy z kolei te towary, które mają niższą marżę lub te, które uważamy, że mogą się sprzedawać nieco słabiej – radzi dr Marek Borowiński.
Ważne jest również przejrzyste rozmieszczenie towaru i oznakowanie poszczególnych działów. Klienci nie powinni błądzić w wąskich alejkach wśród chaotycznie rozrzuconych produktów.
– Działy powinny być łatwo rozpoznawalne, zbyt wąskie alejki zniechęcają klientów do podążania w głąb, a często w małych sklepach zdarza się tak, że właściciele chcą bardzo dużo rzeczy pokazać i niestety miejsca nie starcza. Klienci nie chcą wchodzić w wąskie alejki i wtedy mamy tzw. martwą strefę w sklepie. Aby ją odblokować, trochę rozstawiamy towary, rozszerzamy przejścia, tak, aby klient mógł mieć do nich łatwy dostęp – tłumaczy dr Marek Borowiński.
Dobrym pomysłem jest również rozszerzenie oferty o produkty ekologiczne i odpowiednie ich wyeksponowanie.
– Idealne do tego są zielone kolory, elementy natury, jakaś grafika związana z naturą. Klienci chętnie szukają takich produktów. Może nie od razu zmieniamy wszystkie swoje przyzwyczajenia, ale często jesteśmy skłonni zmienić w diecie 1–2 produkty na bardziej ekologiczne – wyjaśnia dr Marek Borowiński.
Małe sklepy mogą również wykorzystywać wabiki na klientów, czyli zapach, kolor, muzykę. Wszystko jednak z umiarem.
– Pamiętajmy, że na małej przestrzeni ten zapach będzie się kumulował. Poza tym część z nas jest alergikami, dlatego z zapachem trzeba bardzo uważać. Lepsze będzie operowanie kolorem. Idealne do oznaczenia promocji będzie połączenie żółtego z czerwonym. To jest taki rozpoznawalny już kod kulturowy, który kojarzy nam się z promocją również z dużych sklepów. Klienci te nawyki przenoszą też na mniejsze punkty handlowe. Wyprzedaże komunikujemy w kolorach czerwono-białych – mówi dr Marek Borowiński.
Inne zasady dotyczące rozmieszczenia działów i towarów obowiązują w dużych sklepach.
– Klienci często chodzą po tzw. obwodzie sklepu, który ma nawet 1,2-1,4 tys. mkw. Czasem trudno jest skłonić ich, żeby weszli do środka. Dlatego zachęcamy ich do tego, doświetlając odpowiednio alejki w środku, rozsuwając je – mówi dr Marek Borowiński.
W tym przypadku dużo większe pole manewru ma również stosowanie koloru i zapachu.
– To mogą być zapachy chociażby świeżego pieczywa, które dzisiaj często w wielu sklepach jest wypiekane. Ten zapach działa na klientów. To jest tzw. marketing sensoryczny, czyli mamy do dyspozycji cała paletę bodźców, które działają na zmysły, a także na decyzje zakupowe naszych klientów – dodaje dr Marek Borowiński.
Odsetek 5-letnich przeżyć wśród polskich pacjentów chorujących na przewlekłą białaczką limfocytową jest o ponad 18 proc. niż w innych krajach Europy. W szczególnie trudnej sytuacji są pacjenci z agresywną postacią choroby – przeznaczone dla nich skuteczne leki nie są objęte finansowaniem.
Przewlekła białaczka limfocytowa (PBL) to nowotwór krwi polegający na niekontrolowanym namnażaniu zmienionych chorobowo białych krwinek we krwi, szpiku kostnym, węzłach chłonnych, wątrobie i śledzionie. Choroba ta dotyka głównie osoby starsze, po 65 roku życia. W Polsce rocznie zapada na nią ok. 2–3 osób na 100 tys. mieszkańców. Według danych NFZ w 2015 roku problem ten dotyczył 10 tys. osób. w naszym kraju.
Przyczyny powstawania choroby nie są dziś jeszcze znane. Naukowcy jednak przypuszczają, że istotną rolę w patogenezie PBL odgrywają predyspozycje genetyczne. Co istotne, przewlekła białaczka limfocytowa często rozwija się w sposób utajony, nie dając żadnych objawów. Diagnozowana jest często przez przypadek, podczas rutynowego badania krwi, gdy ma już zaawansowaną, agresywną postać.
Największym wyzwaniem terapeutycznym w przewlekłej białaczce limfocytowej są pacjenci z najbardziej agresywną postacią nowotworu – delecją krótkiego ramienia chromosomu 17p.
– Białaczka jest chorobą, która obejmuje od razu cały organizm. W związku z tym takie metody leczenia jak radioterapia czy chirurgia mają bardzo małe zastosowanie. Dlatego tutaj potrzebne jest leczenie systemowe i terapie celowane rzeczywiście stają się coraz ważniejsze w leczeniu tej choroby – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Iwona Hus z Kliniki Hematoonkologii i Transplantacji Szpiku na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie.
W Polsce średni odsetek 5-letnich przeżyć pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową jest o 5 proc. niższy niż średnia w Europie Środkowo-Wschodniej oraz o ponad 18 proc. niższy niż średnia w pozostałych częściach Europy. W przypadku wczesnego wykrycia choroby czas przeżycia pacjenta wynosi nawet powyżej 10 lat. Chorzy z zaawansowaną postacią choroby żyją ok. 3 lat od momentu diagnozy.
Obecnie w leczeniu agresywnej odmiany przewlekłej białaczki limfocytowej stosuje się drobnocząstkowe terapie celowane.
– Są tzw. małe cząsteczki, czyli leki, które hamują przewodzenie przez limfocyt, przez receptor limfocytów B, czyli te komórki, nie dostają elementów ważnych dla ich przeżycia, dla ich proliferacji. Dziś zarejestrowane są dwa takie leki. Jeden to jest idelalisib, drugi to ibrutinib, oba hamują przewodzenie przez ten receptor – wyjaśnia prof. Iwona Hus.
W Polsce żaden z tych leków nie jest jeszcze dostępny. Głównym problemem braku dostępności do leków hematoonkologicznych jest niska opłacalność kosztowa – stosunkowo mała liczba chorych powoduje, że ich leczenie jest wyjątkowo kosztowne.
– To nie jest tak naprawdę problem pieniędzy, tylko problem niewłaściwego gospodarowania pieniędzmi, które są. Pacjent źle leczony jest zawsze droższy od pacjenta dobrze leczonego. Poza tym, jeżeli pacjent bierze nowy lek, to nie bierze leku starego, więc ta kwota też jest inna – mówi dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie.
Przyczyną ograniczonej dostępności do niektórych nowoczesnych leków jest także przewlekły proces refundacyjny. Według raportu firmy EY z 2015 roku, średni czas, który mija od zarejestrowania produktu w Unii Europejskiej do momentu podjęcia decyzji refundacyjnej, wynosi około dwóch lat. Oceniając efektywność finansową, resort zdrowia nie bierze też często pod uwagę tzw. kosztów społecznych wynikających z niewłaściwego leczenia pacjentów. Państwo musi wówczas ponosić koszty jego zwolnień lekarskich i hospitalizacji.
– Ci ludzie będą w lepszej formie, będą mogli dłużej pełnić swoje role społeczne, dłużej pracować albo dorabiać do emerytury, do renty, nie będą skazani na pogarszający się stan zdrowia, postępującą chorobę. Możemy liczyć na to, że my, jako społeczeństwo, będziemy na tym zyskiwać długofalowo – mówi Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia.
Zwrócenie uwagi na sytuację oraz potrzeby chorych cierpiących na przewlekłą białaczkę limfocytową, zwłaszcza jej zaawansowaną postać, to jeden z celów kampanii kampanii informacyjno-edukacyjnej „Życie mamy we krwi”. Jej organizatorzy chcą, by sprawy zdrowia seniorów zmagających się z nowotworami krwi zaczęły być zauważalne dla wszystkich.
Na podstawie umowy uaktywniającej pracuje w Polsce prawie 8 tys. niań. Jak podkreślają eksperci, umowa z nianią nie jest skomplikowana. Jeśli wynagrodzenie nie przekracza minimalnego, obowiązkowe składki finansuje budżet państwa. Przy wyższych zarobkach od kwoty nadwyżki opłaca je rodzic.
– Nianią nie mogą być przede wszystkim ani rodzice, ani osoby niepełnoletnie. Natomiast może nią zostać babcia, dziadek albo inna osoba spokrewniona – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Radosław Milczarski z Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Umowę uaktywniającą, czyli umowę o świadczenie usług (do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), można zawrzeć, gdy dziecko, którym niania będzie się opiekować, ma ukończone 20 tygodni. Opieka w tej formie może być sprawowana do ukończenia roku szkolnego, w którym dziecko ukończy 3 rok życia (albo 4 rok życia, gdy nie jest możliwe zapewnienie dziecku opieki przedszkolnej).
Oficjalnym płatnikiem składek jest jeden z rodziców dziecka. W praktyce składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe i wypadkowe niań finansuje budżet państwa za pośrednictwem ZUS, ale tylko od wynagrodzenia nie wyższego od minimalnego (w 2016 r. było to 1850 zł).
Jeśli wynagrodzenie niani przekracza kwotę minimalnego wynagrodzenia, to składki od nadwyżki opłaca rodzic. Niania i rodzic współfinansują składkę na ubezpieczenie emerytalne w równych częściach (po 9,76 proc.) oraz składkę na ubezpieczenia rentowe (1,5 proc. finansuje niania, a 6,5 proc. rodzic). Składkę na ubezpieczenie wypadkowe, gdy pensja niani przekracza wynagrodzenie minimalne, od nadwyżki finansuje w całości rodzic. Natomiast niania zawsze finansuje składkę na ubezpieczenie chorobowe, jeśli zechce do niego przystąpić (jest ono dla niej dobrowolne). Jest tak niezależnie od tego, czy wynagrodzenie przekracza kwotę minimalnego wynagrodzenia za pracę, czy też nie.
– Państwo finansuje składki za nianię, gdy rodzice dziecka podpisali umowę uaktywniającą i są zatrudnieni, czyli m.in. wykonują pracę na podstawie umowy o pracę, umowy o pracę nakładczą, są funkcjonariuszami, żołnierzami zawodowymi, sędziami, prokuratorami bądź duchownymi. Dotyczy to także osób, które świadczą pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej, z której są zgłoszeni do ubezpieczeń czy prowadzą działalność gospodarczą. Ważne jest również to, aby rodzice nie pobierali zasiłku macierzyńskiego lub tacierzyńskiego ani nie byli na urlopie wychowawczym – wskazuje ekspert ZUS.
Rodzic, który podpisał umowę uaktywniającą z nianią, musi do 15. dnia następnego miesiąca dostarczyć do ZUS dokumenty rozliczeniowe. Składki należy rozliczać w deklaracji ZUS DRA oraz załączonych do niej imiennych raportach miesięcznych (ZUS RCA lub ZUS RZA).
– Gdy jeden z rodziców bądź rodzic samotnie wychowujący dziecko straci pracę, jeszcze przez 3 miesiące składki za jego nianię będą opłacane z budżetu państwa. Od tego momentu ma siedem dni na wyrejestrowanie niani (złożenie druku ZUS ZWUA). Jako datę wyrejestrowania z ubezpieczeń należy wpisać pierwszy dzień po upływie trzymiesięcznego okresu od utraty pracy. Jeżeli rodzic po wyrejestrowaniu przestanie być płatnikiem, to powinien złożyć również formularz ZUS ZWPA – tłumaczy Radosław Milczarski.
Umowa uaktywniająca jest korzystna dla rodziców – zyskują opiekę nad dzieckiem i często nie ponoszą dodatkowych kosztów związanych z opłacaniem składek. Umowa uaktywniająca daje również nianiom komfort wynikający z opłacania składek, a przy utracie pracy również możliwość otrzymywania zasiłku dla bezrobotnych (mimo braku składek na Fundusz Pracy).
– Umowa z nianią jest stosunkowo prosta. Ustawodawca, określając elementy konieczne, wskazał w ustawie minimum. Ta konstrukcja nie wymaga obecności prawnika. To, co trzeba wskazać na samym początku, to nazwa umowy, czyli że jest to umowa uaktywniająca – podkreśla Rafał Wyziński z Kancelarii Rączkowski & Kwieciński.
Konieczne jest dobre oznaczenie stron (potrzebne są podpisy obojga rodziców) i ich danych (numer PESEL lub NIP), cel umowy, czas i miejsce sprawowania opieki, liczbę dzieci powierzonych opiece, czas trwania umowy (na czas nieokreślony czy na określony okres) czy obowiązki niani.
– Obowiązki niani należy określić w miarę precyzyjnie. Jeżeli ktoś ma potrzebę szczegółowego opisania, np. przy wyegzekwowaniu obowiązków, pomocne może się okazać wsparcie prawnika, żeby ująć to precyzyjnie – zaznacza Wyziński.
Konieczne jest też precyzyjne ustalenie wynagrodzenia niani. Choć dla rodziców największe korzyści daje minimalne wynagrodzenie (wówczas to budżet państwa finansuje składki obliczone od wynagrodzenia niani), to jego wysokość jest dowolna.
– Możemy wskazać okres wypowiedzenia. To nie jest obowiązkowe, ale doradzamy klientom, żeby go uwzględniać. W ten sposób unikamy sytuacji, gdy niania odchodzi z dnia na dzień. Z drugiej strony można zastrzec sytuacje, kiedy z nianią można się rozstać w trybie natychmiastowym, np. kiedy istotnie narusza ona umowę i prawidłową opiekę nad dzieckiem – ocenia ekspert Kancelarii Rączkowski & Kwieciński.
Jak przypomina Wyziński, można dodać także inne elementy, np. dni wolne. Umowa uaktywniająca nie jest umową o pracę, co oznacza, że niania nie ma takich uprawnień jak pracownik zatrudniony na etacie.
– Jeśli chcemy dać niani dni wolne, to opiszmy tę kwestię odrębnie w umowie. Jeżeli chcemy się zabezpieczyć, że niania nie powinna się spóźnić, np. w danym miesiącu więcej niż dwa razy, albo chcemy zastrzec, że powinna za każdym razem odbierać nasz telefon, albo komunikować się z nami przez SMS, to również możemy to dopisać w umowie i zrobić z tego postanowienie umowne, a nie tylko wypracowaną praktykę pomiędzy stronami – podkreśla Rafał Wyziński.
Różnice w poziomie rozwoju społecznego poszczególnych regionów Unii Europejskiej pokazują jak w nowy sposób można interpretować czynniki spójnego i długotrwałego wzrostu społecznego i gospodarczego. Według najnowszej edycji Indeksu Rozwoju Społecznego dla Regionów Unii Europejskiej 2016 wynikają one nie tylko ze zróżnicowania poziomu bogactwa, związanego z wysokością PKB na jednego mieszkańca. Spośród 272 (poziom NUTS2) przebadanych regionów z 28 krajów UE polskie województwa znajdują się na średnim poziomie rozwoju społecznego. Najwyżej, bo odpowiednio na 193. i 194. miejscu, znalazły się województwa pomorskie i podlaskie. Spośród polskich regionów województwo mazowieckie zajęło dopiero 5. miejsce, a indeks zamyka woj. śląskie. Najlepiej z rozwojem społecznym w krajach Unii radzą sobie regiony w Szwecji, Danii, Finlandii i Holandii (pierwsze 5 lokat) a relatywnie najgorzej w Bułgarii i Rumunii. „EU Regional Social Progress Index” został przygotowany przez organizację Social Progress Imperative, a partnerem analizy jest firma doradcza Deloitte.
Indeks podsumowuje wyniki osiągnięte przez wszystkie regiony UE z perspektywy inkluzywnego i zrównoważonego wzrostu społecznego, który jest fundamentem rozwoju gospodarczego. Zaawansowanie społeczne rozumiane jest jako zdolność społeczeństwa do zaspokojenia podstawowych potrzeb, ustanowienia podstaw, które umożliwiają obywatelom i społeczności poprawę, bądź utrzymanie jakości ich życia oraz stworzenia warunków pozwalających wszystkim członkom społeczności rozwinąć swój pełen potencjał.
SPI EU 2016 przedstawia obraz rozwoju społecznego w 272 regionach należących do 28 państw członkowskich UE w oparciu o wiarygodne źródła danych wspólnych dla wszystkich regionów, zarówno ilościowych (np. EUROSTAT), jak i jakościowych (np. dane Gallup). Analizie poddano w sumie 50 odrębnych wskaźników, dotyczących m. in. śmiertelności niemowląt, przeludnienia, liczby zabójstw, dostępu do szerokopasmowego Internetu w gospodarstwach domowych czy też jakości powietrza i tolerancji. Analizowane są czynniki, które wpływają na jakość życia.
Aby osiągnąć zrównoważony i sprawiedliwy rozwój, musimy skupić się na pomiarach wykraczających poza PKB, co oczywiście nie oznacza, że powinniśmy ignorować wskaźniki ekonomiczne. Chodzi o to, aby społeczny rozwój kraju czy regionu postawić na równi z rozwojem ekonomicznym – mówi Irena Pichola, Partner w Deloitte, Lider zespołu Sustainability Consulting Central Europe. Przygotowany wraz z Komisją Europejską wskaźnik Indeks SPI EU zwraca także uwagę na wyjątkową rolę, jaką powinien odgrywać biznes, którego istotnym zadaniem powinna być troska o rozwój społeczny, zarządzanie swoim wpływem na otoczenie społeczne i generowanie wartości dodanej w otoczeniu. Staje się to szczególnie ważne w kontekście coraz szerszej debaty nt. roli administracji centralnej oraz samorządów w realizacji 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ (SDGs) oraz konkretnych działań do podjęcia przez wszystkich zainteresowanych zmierzających do realizacji tych ambitnych celów – dodaje.
Najwięcej punktów w zestawieniu zdobyły regiony leżące w państwach skandynawskich. Trzy pierwsze miejsca należą odpowiednio do Upper Norrland w Szwecji, Central Jutland w Danii i Capital Region of Denmark (Dania). W Unii Europejskiej nadal występuje duże zróżnicowanie poziomów rozwoju społecznego. Region, który znalazł się na czele rankingu, Upper Norrland, uzyskał 82,33 punktów na 100 możliwych, a południowo-wschodnia Bułgaria, która uzyskała najniższy wynik, zdobyła tylko 39,72 punktów.
Jak na tym tle wypadają polskie województwa?
Najwyżej, bo odpowiednio na 193. i 194. miejscu zostały sklasyfikowane województwa pomorskie (60,52 punkty) i podlaskie (60,44 punkty). Podobny poziom osiągnęły m.in. francuska Korsyka, grecka Kreta, hiszpańska Andaluzja czy włoska Umbria, jak również kilka regionów czeskich i słowackich. Najniżej w rankingu spośród polskich regionów znalazło się województwo śląskie, które z 53,79 punktami znalazło się na 250 pozycji. Różnice pomiędzy najwyżej a najniżej sklasyfikowanym polskim województwem wynoszą 6,73 punktów. Pod tym względem najbardziej rozbieżne wyniki, sięgające blisko 18 punktów, odnotowano we Włoszech.
Różnice w poziomie postępu społecznego pomiędzy poszczególnymi regionami nie pokrywają się z podziałem na nowe (UE-13) i stare państwa członkowskie (UE-15). Zagregowany poziom postępu społecznego w nowych państwach członkowskich z Europy Środkowej, takich jak Polska, Czechy i Słowacja, jest równy poziomowi starych państw członkowskich z południa Europy, takich jak Portugalia, Włochy i Grecja. Równocześnie jednak Rumunia i Bułgaria pozostają znacznie w tyle. Najniżej ocenionym aspektem postępu społecznego w całej UE są możliwości awansu społecznego. W tym zakresie większość regionów leżących poza Europą Północną uzyskała słabe wyniki, przy czym należy zwrócić uwagę na to, że w niektórych regionach Włoch sytuacja jest gorsza niż w wielu regionach Europy Środkowej. Równocześnie tzw. nowe kraje unijne wydają się mieć szczególne problemy z tolerancją i zapobieganiem wykluczeniu. W kategorii „prawa osobiste” (m.in. zaufanie do systemu politycznego, prawnego, policji oraz jakość usług publicznych) aż 13 polskich województw osiągnęło wyniki poniżej 40 punktów na 100. Możliwość awansu społecznego jest silnie skorelowana z trwałymi i dobrze płatnymi miejscami pracy. Istotny w tym kontekście jest także poziom kapitału ludzkiego, aktualna oferta inwestycyjna regionów i gmin, mobilność kadr czy zapewnienie sprawnej komunikacji publicznej. Polskie regiony z powodzeniem realizują swoje strategie, z uwzględnieniem wspomnianych kierunków stąd obserwujemy jak dystans rozwojowy do krajów czy regionów lepiej rozwiniętych na przestrzeni ostatniej dekady maleje – zauważa Radosław Kubaś, Partner w Deloitte Consulting, Public Sector Industry oraz EU Account Leader w Polsce. Jak dodaje ekspert najbliższe lata, ukierunkowania dostępnych środków UE na dalszy, intensywny rozwój regionów istotnie wpłynie na parametry oceniane w ramach analizy regionalnego SPI i kolejne edycje poprawią wynik nie tylko pomorskiego i podlaskiego ale także pozostałych 14 województw.
Różnice w wynikach nie zależą wyłącznie od poziomu zamożności określanego wskaźnikiem PKB na jednego mieszkańca. Są regiony o bardzo podobnej sile gospodarczej, a równocześnie całkowicie różnym poziomie rozwoju społecznego. Upper Norrland ma taki sam poziom PKB na jednego mieszkańca jak Bukareszt w Rumunii, natomiast pod względem postępu społecznego uzyskał o ponad 30 punktów więcej. Region oceniony najniżej (południowo-wschodnia Bułgaria) jest jednym z najbiedniejszych regionów UE, tymczasem województwo podlaskie uzyskało 20 punktów więcej, mimo podobnego poziomu PKB na jednego mieszkańca.
Wydawałoby się, że europejskie stolice powinny oferować swoim mieszkańcom lepsze możliwości życiowe niż mniejsze miasta i obszary wiejskie. Okazuje się jednak, że tylko 14 stolic radzi sobie nieznacznie lepiej niż inne regiony kraju, natomiast osiem osiąga wyniki poniżej średniej krajowej. Jednocześnie niektóre regiony, w których położona jest stolica danego kraju, osiągają wyraźnie słabsze wyniki w porównaniu do swojego poziomu PKB. Są to m.in.: Bruksela (Belgia), Ille-de-France (Paryż, Francja), Lazio (Rzym, Włochy), Ateny (Grecja), Mazowsze (Warszawa, Polska), Praga (Czechy) oraz Bratysława (Słowacja).
Wszystkie regiony Niemiec i Wielkiej Brytanii osiągają wyniki odpowiadające ich poziomowi PKB na jednego mieszkańca (lub wyższe), natomiast w dziewięciu regionach Francji i dwudziestu regionach Włoch poziom rozwoju społecznego jest niższy, niż wynikałoby to z poziomu ich bogactwa. Są jednak regiony, które osiągają lepsze wyniki postępu społecznego w stosunku do swojego PKB na jednego mieszkańca. Są to: Walia Zachodnia i Doliny (Wielka Brytania), Kornwalia i wyspy Scilly (Wielka Brytania) oraz Estonia..
Indeks u swoich podstaw ma być praktycznym narzędziem, które powinno pomagać regionom zidentyfikować inne, podobne regiony (na każdym poziomie rozwoju gospodarczego mierzonego w PKB) pod kątem rozwoju społecznego (porównywalność) oraz powinno w stosownych przypadkach pomagać regionom priorytetyzować wyzwania, które chcą rozwiązać m.in. przy pomocy polityki spójności. – Indeks ma służyć jako źródło informacji dla Komisji Europejskiej na rzecz przeglądu skuteczności programów wsparcia w danych obszarach tematycznych i lokalizacjach. Analiza indeksu powinna wyzwolić debatę publiczną dotyczącą inkluzywnego oraz zrównoważonego wzrostu społecznego i gospodarczego – wyjaśnia Rafał Rudzki, Starszy Menedżer Deloitte w dziale Sustainability Consulting CE. – W końcu SPI EU powinien być istotnym źródłem informacji dla biznesu oraz innych podmiotów na temat ryzyk oraz szans, a także potencjalnych obszarów interwencji tj. wkładu w zrównoważony rozwój społeczny i gospodarczy ze strony biznesu – dodaje.
Informacje o indeksie:
Indeks SPI EU 2016, to kolejna odsłona indeksów rozwojowych autorstwa SPI, które starają się w nowy sposób opisać istotne czynniki rozwoju społecznego. Kompleksowość procesów społecznych i gospodarczych, zdaniem autorów Indeksu, wymaga bardziej trafnej miary postępu, uzupełniającej rozumienie wzrostu gospodarczego mierzonego tylko w PKB. Takie spojrzenie oferuje Indeks SPI EU 2016. Powinien być on analizowany równolegle z Indeksem Rozwoju Społecznego dla Państw, ogłoszonego w czerwcu br.
Organizacja Social Progress Imperative wraz z niektórymi regionami Europy pracują nad przełożeniem wskaźnika postępu społecznego na rozwiązania praktyczne. W toku prac zidentyfikowano grupę europejskich regionów, których władze są zainteresowane pilotowaniem wskaźnika postępu społecznego (SPI) jako narzędzia poprawy ładu regionalnego, zarządzania projektami i efektywnego prowadzenia polityki. Są to: Dolny Śląsk (Polska), Kornwalia (Wielka Brytania), Helsinki-Uusimaa (Finlandia) i Bratysława (Słowacja). Realizacja programu pilotażowego rozpocznie się w tych regionach od października tego roku. Podejmowane działania będą obejmowały zbadanie możliwości wykorzystania SPI EU jako narzędzia do podejmowania decyzji w sprawach polityk, oraz strategii regionalnych, tworzenia budżetów, budowania platform współpracy np. z biznesem oraz ułatwiania współpracy międzysektorowej, międzyregionalnej i międzynarodowej.
Indeks jest wspólnym projektem Dyrekcji Generalnej ds. Polityki Regionalnej (Komisja Europejska), Instytutu Orkestra i organizacji Social Progress Imperative, w partnerstwie z firmą Deloitte oraz innych instytucji, które wchodzą w skład Rady Naukowej Indeksu.
Indeks SPI EU powstaje poprzez analizę 50 wskaźników, w trzech kluczowych wymiarach i 12 obszarach tematycznych:
Zgodnie ze statystykami, Polska to eldorado dla projektów wymagających znajomości języka niemieckiego. Według ostatniego raportu Instytutu Goethego w Polsce języka niemieckiego uczy się aż 2,3 mln osób – najwięcej poza krajami niemieckojęzycznymi. Jednak aż 94% tej grupy to uczniowie. Jak podaje Randstad, bardzo dobrą znajomość niemieckiego deklaruje już tylko 5% Polaków. Tymczasem do Polski spływa coraz więcej ciekawych projektów z wykorzystaniem tego języka. W 2015 r. bilateralne obroty handlowe między naszym krajem, a zachodnim sąsiadem sięgnęły rekordowych 88,5 mld euro. Dobry czas dla inwestujących w naukę niemieckiego trwa w najlepsze, a mediana ich miesięcznych zarobków sięga 5 400 złotych.
Ogromnego znaczenia zdolności lingwistycznych na rynku pracy dowodzi choćby rozwój centrów biznesowych w Polsce. Obecnie pracuje w nich 212 000 osób, wykorzystujących w swojej pracy aż 40 języków obcych. Aż 177 000 specjalistów zatrudnionych jest w centrach prowadzonych przez zagranicznych inwestorów. Według raportu organizacji ABSL po niemiecki sięga aż 75% z nich – co oznacza najlepszy wynik po angielskim i polskim, a także dowód na ogromne możliwości, jakie otwiera znajomość tego języka na rynku pracy.
Za przykład może służyć Shell Business Operations (SBO) Kraków. To jedno z 7 kluczowych centrów operacji biznesowych Shella na świecie, realizujące m.in. działania z zakresu finansów, HR, wsparcia klientów czy logistyki. Spośród 2300 pracowników aż 15% posługuje się w pracy niemieckim. Anna Rymarczyk, która pełni w SBO Kraków rolę lidera zespołu wsparcia planowania dostaw w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria), pracuje w centrum od ponad 6 lat. Zaczynała od szeregowego stanowiska przy koordynacji dostaw. Od niespełna 2 lat pełni funkcje kierowniczą.
– Wciąż istnieje duże zapotrzebowanie na osoby biegłe w niemieckim, posiadające dodatkowe kompetencje i otwarte na wiedzę. Praca ekspertów od logistyki działających w centrum Shell w Krakowie, posługujących się językiem ojczystym klientów i kierowców, decyduje o powodzeniu całego procesu dostaw w tym regionie. Nie tylko nadzorujemy działania kierowców i zamówienia czy proces załadunku w Niemczech, ale także np. musimy szybko reagować na zmiany czy utrudnienia lub niespodziewane sytuacje. Pracujemy 24 godziny na dobę, odbywamy średnio 100 interakcji dziennie, między innymi z klientami, kierowcami i pracownikami Shell – opowiada Anna Rymarczyk, lider zespołu wsparcia planowania dostaw w regionie DACH w SBO Kraków.
Renesans języka niemieckiego
Pracownicy posługujący się językiem niemieckim mogą liczyć na dobre zarobki, często także tzw. bonusy językowe do wynagrodzenia (zazwyczaj 800-1000 zł podwyżki), szkolenia i pracę w międzynarodowych projektach. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń mediana zarobków specjalistów z zaawansowaną znajomością niemieckiego sięgnęła 5 400 zł brutto, a 25% z nich otrzymuje ponad 9 000 zł. Jednak wciąż wśród absolwentów studiów językowych germaniści stanowią tylko 14 proc., przy czym 1/3 nie wiąże przyszłości z biznesem. Biorąc pod uwagę, że Polska w 2015 roku zajęła 7 miejsce wśród największych partnerów handlowych Niemiec, a na rynku działa coraz więcej firm realizujących projekty na rzecz naszych zachodnich sąsiadów – miejsc pracy powinno tylko przybywać.
Renesans niemieckiego potwierdza Edyta Gałaszewska-Bogusz, dyrektor Accenture Operations w Polsce. Accenture to globalna firma z sektora usług biznesowych oferująca swoim klientom zaawansowane technologie i innowacyjne rozwiązania biznesowe. Kariera Edyty Gałaszewskiej-Bogusz także jest przykładem możliwości otwierających się przed germanistami. Sama, nim postanowiła wejść do świata biznesu, zaczynała jako nauczycielka niemieckiego.
– Wciąż przybywa projektów, w których znajomość tego języka jest absolutnie konieczna. Z drugiej strony, na rynku pracy nadal brakuje germanistów, co stanowi niemałe wyzwanie dla pracodawców, szczególnie z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Na etapie rekrutacji umiejętność posługiwania się niemieckim deklaruje u nas średnio 15-18 procent kandydatów, co rzecz jasna nie pokrywa całkowitego zapotrzebowania. Dodatkowo, osoby niemieckojęzyczne poszukujące zatrudnienia często nie mają pełnej świadomości wymogów pracy w branży usług biznesowych. Wiele osób utożsamia ją z koniecznością posiadania dodatkowej wiedzy specjalistycznej. Tę jednak w większości przypadków można zdobyć poprzez praktykę u wybranego pracodawcy – tłumaczy Edyta Gałaszewska-Bogusz, dyrektor Accenture Operations Polska.
Nauka i praktyka języka
Filologia niemiecka i kierunki związane z tym językiem prowadzone są m.in. na poznańskim UAM, Uniwersytecie Gdańskim i Wrocławskim, UP w Krakowie, a w Łodzi w ramach studiów współorganizowanych przez tamtejszy uniwersytet z uczelnią w Ratyzbonie. Co więcej, nasi zachodni sąsiedzi oferują studentom zagranicznym ponad 100 programów stypendialnych na pobyty studyjne i badawcze. Nie brakuje też takich inicjatyw, jak możliwość nauki na kierunku finansowo-ekonomicznym w Brandenburgii, połączonej z płatną praktyką, w której mogą brać udział obywatele Unii Europejskiej. Programem objęci są nie tylko absolwenci szkół średnich, a także gimnazjów.
Według większości ekspertów, nauka niemieckiego na poziomie akademickim i kontakt z żywym językiem to kluczowe kroki na drodze do udanej kariery w tym zakresie. Zdobyte w ten sposób doświadczenia stanowią w wielu procesach rekrutacyjnych ważniejszy element, niż specjalistyczna wiedza, np. z zakresu finansów czy HR. Zapotrzebowanie na germanistów jest tak duże, że pracodawcy zatrudniają coraz częściej nawet osoby z małym doświadczeniem zawodowym. Po zdobyciu pracy przechodzą one natomiast serie szkoleń i certyfikacji.
O znaczeniu nauki języka i jego szlifowania za granicą przekonuje Barbara Szaroleta-Patyk, menedżerka zespołu specjalistów ds. obsługi klienta niemieckojęzycznego w SBO Kraków. Sama naukę niemieckiego zaczęła już w liceum, gdzie był językiem wykładowym. Przez kilka lat studiowała za zachodnią granicą.
– Pochodzę z Wielkopolski, gdzie intensywna współpraca polskich i niemieckich firm jest szczególnie widoczna. Znajomość języka pozwoliła mi zdobyć pracę w międzynarodowym banku, skąd przeniosłam się do SBO Kraków. Pomagamy klientom Shella m.in. przy organizacji korzystania z kart paliwowych, uczymy ich jak używać naszych narzędzi online i doradzamy w zakresie jak najbardziej efektywnego wykorzystania oferty. W międzynarodowych zespołach blisko współpracujemy z innymi pracownikami Shell w krajach niemieckojęzycznych – opowiada Barbara Szaroleta-Patyk, Menedżer Zespołu DE Front Office w SBO Kraków.
Firmy inwestują w szkolenia
To właśnie szkolenia odgrywają bardzo dużą rolę w karierach lingwistów, wchodzących po studiach czy wyjazdach zagranicznych na rynek pracy. Szczególnie poszukiwanymi przez pracodawców ekspertami są obecnie osoby posługujące się niemieckim w stopniu zaawansowanym, a jednocześnie posiadające wiedzę ekspercką z dziedziny np. finansów, księgowości, marketingu, logistyki, HR. Jednak germaniści bez doświadczenia także są mile widziani, a firmy inwestują w ich edukację. Dla przykładu, w SBO Kraków pracownicy mają dostęp do ponad 35 tysięcy kursów online, regularnie odbywają także szkolenia związane bezpośrednio z obszarami kompetencji ich działów. Podobne praktyki wprowadzane są w coraz większej liczbie firm. Infosys Poland, firma realizująca projekty w 29 językach obcych, organizuje tzw. Campusy.
– To inicjatywa adresowana do osób znających języki obce, ale nie posiadających doświadczenia w konkretnej dziedzinie biznesowej. Tacy pracownicy przez pierwsze tygodnie uczestniczą wyłącznie w intensywnych teoretycznych i praktycznych szkoleniach z obszarów finansów, zakupów czy też dziedzin technicznych oraz IT. Ukończenie programu wiąże się ze zdobyciem finalnej certyfikacji potwierdzającej zdobycie i praktyczne wykorzystanie wiedzy, wówczas też uczestnicy zaczynają docelową pracę z klientem. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że zdecydowana większość pracowników po przeszkoleniu, w połączeniu z wcześniej nabytymi dużymi zdolnościami językowymi, stanowi bezcenną kadrę – mówi Weronika Rytczak, menedżer ds. rekrutacji w Infosys Poland.
Z drugiej strony nie brak także inicjatyw związanych z zupełnie odwrotnym podejściem – czyli intensywnym szkoleniem językowym ekspertów posiadających duże kompetencje specjalistyczne, ale o niższym poziomie zdolności językowych. Przykład stanowi inicjatywa firmy Capgemini.
– Z myślą o rozwijaniu umiejętności językowych przygotowaliśmy autorski program „Clic’kaj po niemiecku”. W ramach tej inicjatywy uczestnicy biorą udziału w intensywnym dwumiesięcznym kursie nauki niemieckiego, a jednocześnie podpisują umowę o pracę – tłumaczy Gabriela Plencler-Borecka, specjalistka od Employer Brandingu w Capgemini.
Germaniści pilnie potrzebni
Według analiz bazy kandydatów Antal International, spośród osób ubiegających się o pracę i deklarujących znajomość języka obcego 91% stawia na angielski, a 33% – na niemiecki. Teoretycznie jest to więc drugi najlepiej znany język wśród kandydatów. Jednak z doświadczeń pracodawców wynika, że znajomość niemieckiego jest często deklarowana na wyrost. Popyt na specjalistów biegłych w posługiwaniu się nim wciąż znacznie przewyższa podaż na rynku pracy, co daje możliwości negocjacji dobrych warunków pracy i ciekawych wyzwań zawodowych. Biorąc pod uwagę liczbę projektów związanych z rynkami w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii – przed germanistami otwiera się wiele szans.
Logistyka odgrywa kluczową rolę w rozwoju przedsiębiorstw. Niezależnie od branży, jej prawidłowe funkcjonowanie przyczynia się do sukcesu firmy, a znaczenie w procesie inwestycyjnym jest coraz większe. Obecnie klienci wymagają stałej dostępności produktów oraz szybkiej realizacji zamówień. Dotyczy to również branży budowlanej, gdzie łańcuch dostaw musi funkcjonować bez zarzutów. Od sprawnej logistyki zależy przecież, czy dany materiał zostanie dostarczony na budowę w odpowiedniej ilości i na czas.
Zadaniem logistyki w przedsiębiorstwie jest dostarczenie produktu do odbiorcy na czas, we wskazanej ilości, oraz we właściwym stanie. Aby temu sprostać, należy zaplanować działania logistyczne, które obejmują: obsługę klienta, prognozowanie popytu, przepływ informacji, kontrolę zapasów, magazynowanie, transport oraz obsługę zwrotów. Wszystkie te obszary mają bardzo duży wpływ na realizację inwestycji. Warto również zaznaczyć, że innym kluczowym narzędziem nowoczesnej logistyki jest również ścisła współpraca z dostawcami.
Logistyka a budownictwo
Branżę budowlaną od pozostałych odróżnia przede wszystkim specyfika poszczególnych inwestycji. Bardzo często na daną budowę należy dostarczyć materiały nietypowe. Wiąże się to często z dłuższym czasem oczekiwania, co znacząco wydłuża proces planowania. W większości branż produkty pakowane są w standardowe kartony i umieszczane na paletach, co ułatwia operację w magazynie i w transporcie, ale materiały budowlane często mają po prostu niestandardowe wymiary. Jest to pewnego rodzaju komplikacja, wpływająca na organizację pracy magazynu oraz planowanie transportu.
W dystrybucji materiałów budowlanych występuje również duża sezonowość, co znacznie utrudnia prognozowanie popytu oraz planowanie zakupów. Dodatkowo, ta sezonowość jest nieprzewidywalna, ponieważ w bardzo dużym stopniu zależy od pogody. Liczba dni z niekorzystnymi warunkami budowlanymi, takimi jak ulewne deszcze czy bardzo niskie temperatury, może wpływać na szybkość realizowanych inwestycji.
Niestandardowe wymiary produktów oraz potrzeby klientów dotyczące rozładunku na placu budowy wymagają od dystrybutorów użycia specjalistycznego sprzętu, takiego jak HDS. Znaczący procent dostaw realizowany jest w miejsca, w których występują różnego rodzaju utrudnienia. Dlatego bardzo ważny jest kontakt osoby odpowiedzialnej za planowanie transportu z klientem, tak aby nie doszło do żadnych nieporozumień i komplikacji – mówi Rafał Zachara, Menadżer ds. łańcucha dostaw w SIG.
Planowanie procesu logistycznego
Aby proces logistyczny spełniał swoje zadanie, wszystkie elementy muszą być ze sobą prawidłowo skoordynowane. Dlatego też bardzo ważnym aspektem jego planowania jest stworzenie strategii logistycznej, dostosowanej do potrzeb klienta oraz przedsiębiorstwa. Na etapie jej tworzenia podejmuje się decyzję o ilości, lokalizacji, rodzaju magazynów, modelu dystrybucji oraz rodzaju transportu, który będzie później stosowany.
Do planowania procesu logistycznego w każdym z jego elementów używa się odpowiednich narzędzi, które optymalizują koszty oraz podnoszą jakość świadczonych usług. Służą one m.in. do prognozowania popytu: Demand Forecasting System, zarządzania transportem: Transport Management System, magazynem: Warehousing Management System oraz dokładnego planowania zapasów: narzędzia MRP (Material Requirements Planning).
Na logistyczną koncepcję zarządzania w budownictwie składają się takie obszary jak: formułowanie strategii łańcucha dostaw, dobór dostawców, zarządzanie zapasami oraz procesami magazynowymi, obsługa Klienta i przepływ informacji.
Logistyka zewnętrza i wewnętrzna
Wydzielenie procesów logistycznych na zewnątrz przedsiębiorstwa znane jest od bardzo dawna. Najczęściej są to zadania związane z IT, Księgowością i HR.
W ostatnich latach coraz więcej inwestycji to wielkie biurowce, a tutaj okno czasowe na dostawę materiałów jest bardzo wąskie. Niejednokrotnie logistyką zarządzają w tych przypadkach specjalistyczne firmy, które koordynują transporty od poszczególnych dostawców. Dlatego planowanie zarówno poziomu zapasów, jak i dystrybucji odgrywa bardzo dużą rolę.
Od kilku lat można zaobserwować coraz więcej procesów z obszarów logistyki, które zlecane są zewnętrznym firmom. Najczęściej chodzi o transport. Dużą popularnością cieszy się również przekazanie obszarów związanych z operacjami magazynowymi. Jednak należy mieć na uwadze, że outsourcing ma większy sens, jeżeli firma zajmuje się produkcją lub dystrybucją produktów standardowych. Jeśli głównym obszarem działania przedsiębiorstwa są artykuły nietypowe oraz przeznaczone dla wymagających klientów, lepiej takie działania zostawić we własnych strukturach. Z drugiej strony warto zastanowić się nad wydzieleniem usług mniej specjalistycznych – komentuje Włodzimierz Jakubas, Kierownik Gospodarki Magazynowej, Project Manager LOT w SIG. W naszej firmie utworzyliśmy nowy projekt LOT, czyli efektywny sposób zarządzania transportem poprzez otwarcie magazynów regionalnych. Obecnie jeden funkcjonuje w Rudzie Śląskiej, za chwilę otworzymy kolejny we Wrocławiu. Hasłem programu jest „Dziś zamówienie, jutro dostawa”. Dzięki większej powierzchni i rozbudowanej infrastrukturze, magazyn regionalny umożliwił nam poszerzenie asortymentu dostępnego od ręki. Nasi przedstawiciele handlowi mogą być pewni, że realizacją zamówień zajmują się dobrze przygotowani i wyposażeni w odpowiednie narzędzia specjaliści, skupieni na dbałości o utrzymanie najwyższej jakości dostaw – dodaje Włodzimierz Jakubas.
Korzyści
Logistyka w usługach budowlanych skoncentrowana jest głównie na zapewnieniu klientowi tego, czego potrzebuje, w jak najkrótszym czasie, przy optymalnych kosztach. Bardzo ważne jest, aby świadczony serwis wychodził naprzeciw oczekiwaniom i stale modyfikował swoją działalność w zgodzie z branżowymi trendami.
Naszą misją jest postawienie się w sytuacji klienta, czyli poznanie jego potrzeb, zanim jeszcze złoży zamówienie oraz przewidywanie i oferowanie towarów na kolejne etapy inwestycji. Wtedy możemy uprzedzić klienta o możliwych trudnościach, takich jak dłuższy czas oczekiwania na towary w fabryce lub zaproponować zamiennik. Pomoc w planowaniu daje możliwość prognozowania sprzedaży. Zyskujemy również czas na sprawne dostarczenie materiałów na budowę – kontynuuje Rafał Zachara. Bezpieczna dostawa na budowę, realizowana specjalistycznym sprzętem, to również ważny aspekt naszej pracy. Kierowca dostarczający towar musi być właściwie wyszkolony, aby nie być zagrożeniem dla ludzi pracujących na budowie. Musi być także świadomy, na jakie niebezpieczeństwa sam jest narażony. Obsługując duże inwestycje, musimy pozyskiwać od naszych partnerów sporą ilość informacji np. dotyczących towarów, dokumentacji, adresu, godziny i terminu dostawy, utrudnień z dojazdem itp. Bardzo ważne jest, aby przepływ tych danych przebiegał sprawnie, czemu ma służyć trafianie z pytaniami do właściwej osoby i ustalenie szczegółów błyskawicznie za pomocą jednego e-maila bądź telefonu. Szybka i rzeczowa komunikacja to oszczędność czasu, zarówno partnera, jak i naszego – uzupełnia.
Sprawnie działająca logistyka w przedsiębiorstwie dystrybuującym materiały budowlane zapewnia klientom ciągłą dostępność produktów, co zwiększa prawdopodobieństwo sprawnego zakończenia inwestycji w planowanym terminie. Dobrze zorganizowany łańcuch dostaw pozwala również na obniżenie kosztów, co pozytywnie wpływa na ceny u odbiorcy końcowego.
W dniach 5-6 października 2016 roku, w Hotelu Sheraton w Warszawie w ramach Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń odbyła się XII edycja Warsaw International Banking Summit – Banking Forum oraz VIII Insurance Forum, organizowanego przez firmę MMC Polska. W konferencji wzięli udział kluczowi reprezentanci branży finansowej i ubezpieczeniowej, administracji centralnej oraz najważniejszych firm dostarczających usługi i rozwiązania dla tych sektorów. Wydarzenie zgromadziło 621 uczestników, którzy byli świadkami 14 paneli dyskusyjnych, w których łącznie głos zabrało 98 prelegentów.
Główną wspólną część Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń rozpoczął panel dotyczący Brexitu oraz jego wpływu na polski sektor finansowy. Kolejny ważny temat dotyczył „Planu Morawieckiego” oraz rozwoju gospodarczego Polski, prelegenci rozmawiali m.in. o sposobach finansowania rozwoju, przyszłej roli OFE, czy też gotowości do inwestowania w polską gospodarkę.
Podczas pierwszego dnia XII Warsaw International Banking Summit rozmawialiśmy m.in o możliwościach współpracy dostarczycieli na rynku usług finansowych – tradycjnych podmiotach z nowymi graczami oraz o potencjale i korzyściach płynących z zastosowania blockchain. W ramach pierwszego dnia VIII Insurance Forum uczestnicy konferencji wyłonili zwycięzcę w konkursie na najlepszy startup w ubezpieczeniach – firmę Skysnap. Ostatni panel pierwszego dnia dotyczył cyberrisku w ubezpieczeniach, czyli jak definiować i zarządzać sytuacjami kryzysowymi oraz jak zabiezpieczać się przed cyberzagrożeniami.
Drugi dzień XII Warsaw International Banking Summit rozpoczeliśmy debatą na temat rozwóju e-comm oraz m-comm jako sektorów nowoczesnych sposób płatności. Tematyka kolejnych paneli oscylowała wokół dyrektywy PSD2, cyfrowej transformacji w bankach oraz zastosowania podejścia resolution wobec banków zagrożonych upadłością. Podczas Insurance Forum rozmawialiśmy o cyfrowej transformacji w ubezpieczeniach, o rynku ubezpieczeń na życie oraz przyszłości ubezpieczeń komunikacyjnych.
W Spotkaniu Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń udział wzięli m.in:
Mariusz Grendowicz (Przewodniczący Rady Programowej Banking Forum), Artur Olech (Przewodniczący Rady Programowej Insurance Forum), Joao Bras Jorge (Prezes Zarządu, Bank Millennium), Sławomir Sikora (Prezes Zarządu, Bank Citi Handlowy), Andrzej Kopyrski (Wiceprezes Zarządu, Bank Pekao), Józef Wancer (Przewodniczący Rady Nadzorczej, Bank BGŻ BNP Paribas), Paweł Świeboda (Deputy Head, European Political Strategy Centre European Commission), Aleksandra Agatowska (Członek Zarządu, PZU Życie SA), Andrea Simoncelli (Prezes Zarządu, Generali), Michał Gomowski (Prezes Zarządu, Benefia Ubezpieczenia) oraz Wojciech Kwaśniak (Zastępca Przewodniczącego, Komisja Nadzoru Finansowego).
Skuteczny nadzór w zakresie funkcjonowania spółek na polskim rynku to jedna z najważniejszych kwestii związanych z działalnością Grup Kapitałowych.
Zapraszamy do udziału w warsztacie ,,Nadzór właścicielski w Grupie Kapitałowej – wdrażanie usprawnień”, który skupiony będzie na interakcji uczestników oraz panelistów. Celem wydarzenia jest przedstawienie zagadnień związanych ze skutecznymi sposobami monitorowania i mierzenia efektów nadzoru właścicielskiego oraz omówienie zmian w prawie, których wynikiem są nowe wyzwania dla przedstawicieli Grup Kapitałowych. Nasi Eksperci przedstawią Państwu nowe rozwiązania służące usprawnieniu nadzoru właścicielskiego oraz pokażą możliwości, jakie dają modele zagraniczne.
Warsztat odbędzie się 24-25 października 2016r. w Hotelu Sheraton w Warszawie.
14 PAŹDZIERNIKA W WARSZAWIE JUŻ PO RAZ DRUGI ROZDANE ZOSTANĄ PRESTIŻOWE STATUETKI „RESPONSIBLE BUSINESS AWARDS”. KOLEJNY SZCZYT ODPOWIEDZIALNEGO BIZNESU BĘDZIE OKAZJĄ DO DEBATY O ZAANGAŻOWANIU PRZEDSIĘBIORCÓW W DZIAŁANIA PRO SPOŁECZNE. WŚRÓD GOŚCI SPECJALNYCH JANINA OCHOJSKA, ZAŁOŻYCIELKA I PREZES POLSKIEJ AKCJI HUMANITARNEJ i KAMIL WYSZKOWSKI, DYREKTOR GENERALNY INICJATYWY SEKRETARZA GENERALNEGO ONZ GLOBAL COPMACT W POLCE.
II edycja „Responsible Business Summit & Awards Gala” odbędzie się 14 października 2016 w hotelu Sofitel Victoria w Warszawie. Inauguracja wydarzenia, która odbyła się w ubiegłym roku z okazji 10-lecia istnienia Executive Cub, wzbudziła ogromne zainteresowanie i w sposób szczególny przyczyniła się do propagowania pojęcia odpowiedzialnego biznesu wśród przedsiębiorców. Wśród Partnerów tegorocznej edycji są Pfizer, PayU, Raiffeisen Bank, T-mobile, Xerox Polska i Promedica24 zaś Partnerzy Społeczni to między innymi Unicef Polska, Stowarzyszenie Siemacha, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce, Stowarzyszenie Wiosna i Polska Akcja Humanitarna.
W tym roku wśród podejmowanych tematów będą działania firm zaangażowanych społecznie, formy aktywizacji pracowników, ocena dysproporcji europejskich gospodarek, ochrona środowiska i zrównoważony rozwój czy też odpowiedzialne inwestowanie. Zwieńczeniem konferencji będzie uroczysta gala rozdania prestiżowych statuetek „Responsible Business Awards”, która podkreśli zaangażowanie przedsiębiorców w działania pro społeczne i pokaże wpływ biznesu na budowanie dobrobytu całego społeczeństwa. Podczas ceremonii nagrodzone zostaną spółki, organizacje non profit oraz filantropów, którzy wyróżnili się wybitnymi osiągnięciami w zakresie działalności społecznej i charytatywnej.
Gala Partners: DOW, Konsalnet, Pika, Promedica24, T-Mobile Polska, Vivenge, Xerox Polska
Media Partners: Wirtualna Polska, Warsaw Business Journal, CEO Magazyn, PAP Biznes, Polish Market, Rynek Inwestycji, Law Business Quality, Polish Market, Newseria, Biznes Alert, kampaniespoleczne.pl, CR Navigator, Flaash.tv, polityczna.tv, Biznes Alert, Obserwator Międzynarodowy, CRSInfo
Ceny ropy nadal są na niskim poziomie. Jaki będzie to miało wpływ na rozwój odnawialnej energii w przyszłości? Czy są w tym jakiekolwiek pozytywne strony?
Samo to, że ceny ropy są niskie nie będzie raczej miało istotnego wpływu na rozwój odnawialnych źródeł energii. Międzynarodowe porozumienia w sprawie ochrony klimatu muszą być poparte konkretnymi działaniami. Ponadto, ceny ropy będą niskie tylko w perspektywie średnioterminowej. Za pozytywne uważam fakt, że szczelinowanie hydrauliczne przestaje być opłacalne, co oznacza, że mniej pieniędzy inwestuje się w tą nieprzyjazną środowisku technologię.
Jeśli mamy wierzyć ekspertom, to w ciągu następnych 50 lat paliwa kopalne wciąż będą najważniejszym źródłem energii. Zgadza się Pani? Jaką rolę będzie odgrywała energia odnawialna za 50 lat?
Zgadzam się z ekspertami. Jak długo paliwa kopalne dają najlepszy bilans zysków i strat, tak długo będą grały główną rolę. W dzisiejszym świecie odnawialna energia zależy w ogromnej mierze od finansowania rządowego. Tej sytuacji nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie. Gdy tylko odnawialne źródła energii uniezależnią się od finansowania rządowego i osiągną tę samą wartość pieniężną co tradycyjne źródła energii, wtedy wyprą paliwa kopalne. Wobec tego, że na odnawialne źródła energii nałożone są ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa ich dostarczania, przechowywania oraz wykorzystywania, będą one jeszcze długo współistniały obok paliw kopalnych.
Zgodnie ze stosowną dyrektywą UE, udział odnawialnej energii w całkowitym zużyciu energii brutto ma do 2030 roku osiągnąć poziom 30%. Co to oznacza w praktyce?
W praktyce oznacza to, że bezpośredni użytkownicy energii odnawialnej będą musieli dopłacić dodatkowe 30% do ich aktualnej ceny – wliczając w to koszty dostępu oraz zużycia. To, czy państwa będą miały na to dostateczne środki będzie zależeć od ich rozwoju gospodarczego w ciągu najbliższych lat – ja w to wątpię. W dodatku należy zauważyć, że sektor energetyczny zapewnia o wiele mniej stanowisk, niż wynika to z deklaracji polityków i dlatego w krótkiej perspektywie ta zmiana będzie dla krajów objętych kryzysem raczej ekonomiczną zgubą, niż dobrodziejstwem.
Czy ten poziom jest zadowalający?
Biorąc pod uwagę trudną sytuację ekonomiczną, myślę, że 30% jest zadawalającym wynikiem.
Co byłoby koniecznie (w sensie planów politycznych, nowych technologii itd.), aby jeszcze bardziej zwiększyć udział odnawialnej energii? Czy jest to w ogóle możliwe?
Zdecydowanie potrzeba by było nowych technologii – obecne nie są wystarczające. W niektórych miejscach już mamy do czynienia z gwałtownym oporem przeciwko kolejnym turbinom wiatrowym, elektrowniom wodnym, czy panelom słonecznym na polach. Myślę, że ważniejsze, niż zwiększanie finansowania rządowego jest wydawanie dyrektyw, które zmuszą przemysł energetyczny do wydawania przynajmniej 3% na badania i rozwój. W 90% przypadków, można by to wprowadzić bezpośrednio i bez przeszkód, ponieważ większość rządów ma większość udziałów w wielkich koncernach energetycznych ich krajów. W tej chwili sektor energetyczny inwestuje mniej niż 0,1% w innowacje, co tłumaczy, dlaczego nie ma żadnych przełomów technologicznych. Gdyby przemysł farmaceutyczny wydawał na rozwój równie mało, co energetyka, nie mielibyśmy dzisiaj nawet antybiotyków.