Sektor energetyczny jest branżą obejmującą w większości spółki o znaczeniu strategicznym dla państwa. Wymaga szczególnej uwagi także ze względu na ogromne wyzwania środowiskowe i społeczne, związane z prowadzonymi, często trudnymi, inwestycjami, skalę zatrudnienia i uzwiązkowienia, a przede wszystkim – podstawowe wyzwanie branży – konieczność zapewnienia nieprzerwanych dostaw energii.
Autorzy publikacji „Wyzwania branży energetycznej w ramach zrównoważonego rozwoju” szukają odpowiedzi na pytania: jaka jest polska branża energetyczna? Czy stopień jej dojrzałości jest na miarę wyzwań, przed którymi stoi? Czy rozwój technologii związanych m.in. z odnawialnymi źródłami będzie stopniowo zmieniać miks energetyczny, niezależnie od różnych przeszkód i innych uwarunkowań?
W analizie zaprezentowano przekrój dobrych praktyk firm w kontekście wyzwań zrównoważonego rozwoju ukazano rozpiętość działań branży i rosnącą świadomość odpowiedzialności biznesu.
„Z jednej strony, mamy w Polsce wiele firm energetycznych, które do wyzwań zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialności społecznej podchodzą strategicznie, a do problemów systemowo. Dbają o dialog i przejrzystość działań, raportują od lat dane pozafinansowe zgodnie z najlepszymi standardami – mówi Marzena Strzelczak, dyrektorka generalna, członkini Zarządu Forum Odpowiedzialnego Biznesu. – Z drugiej strony, choć to branża wiodąca, jeśli chodzi o realizację dobrych praktyk, które od lat analizuje FOB to, gdy przyjrzymy się jej bliżej, widać, że wciąż zdecydowanie największym zainteresowaniem cieszą się praktyki z obszaru zaangażowania społecznego i rozwoju społeczności lokalnych. Co samo w sobie jest oczywiście godne poparcia, zwłaszcza w kontekście innowacji społecznych, niemniej, przed branżą stoi wiele innych istotnych wyzwań.”
Analiza powstała w ramach Programu Partnerstwa FOB i jest rezultatem spotkania pt. „Okrągły stół branży energetycznej” – zorganizowanego po raz pierwszy w 2016 r. przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu wspólnie ze spółką PGNiG.
Wśród przedstawicieli firm wypowiadających się w publikacji znaleźli się (w kolejności alfabetycznej firm): Izabella Rokicka, CEMEX Polska; Barbara Boineau, EDF Polska; Anna Mikosz, Gaspol Energy; Adam Burak, Grupa LOTOS; Andrzej Stangret, PGE Polska Grupa Energetyczna; Marcin Szczudło, Polska Spółka Gazownictwa Sp. z o.o.; Agnieszka Wójcik, Grupa TAURON.
Publikację wzbogaciły komentarze ekspertów: Beaty Wereszczyńskiej -Dembskiej, Dyrektor Departamentu Strategii i Komunikacji Społecznej, Urząd Regulacji Energetyki; Tomasza Chmala, eksperta ds. bezpieczeństwa energetycznego i surowcowego państwa, Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, Partner White & Case; dr inż. Pawła Bogacza, koordynatora GÓRNICTWO OK, Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie; Izabeli Mendel, Dyrektor Biura Klastra Klaster Dolina Czystej Energii oraz Marzeny Strzelczak, dyrektorki generalnej, członkini Zarządu Forum Odpowiedzialnego Biznesu.
Analizę opracowała ekspertka CSR, Katarzyna Mróz we współpracy z przedstawicielkami FOB: Marzeną Strzelczak, Magdaleną Andrejczuk i Martą Górską.
Rządy europejskie wprowadzały usługi on-line krok po kroku, zatem rezultaty tego procesu są stopniowe i co za tym idzie – sprostanie rosnącym oczekiwaniom obywateli i przedsiębiorstw w całej Europie wymaga przyspieszenia. Przyśpieszenie to może przynieść budowanie zasobów cyfrowych. Jest to jeden z głównych wniosków z 13th Benchmark Measurement of European eGovernment Services, badania przeprowadzonego przez Capgemini, światowego lidera w zakresie usług konsultingowych, technologicznych i outsourcingowych, IDC (International Data Corporation) i Politechniki di Milano School of Management dla Directorate General for Communications Networks, Content and Technology. Raport pokazuje również ogromne różnice we wprowadzaniu e-administracji w Europie. Kraje od południowego zachodu do północnego-wschodu Europy („Digital Diagonal”) są technologicznie powyżej średniej europejskiej, podczas gdy inne kraje Starego Kontynentu pozostają w tyle.
Polaryzacja efektów
Wyniki najnowszego Benchmark eGovernment wykazują ostrożne przyspieszenie wdrażania e-administracji w Europie. Opracowanie ocenia priorytetowe obszary planu działania UE na rzecz administracji elektronicznej na lata 2011-2015 i mierzy postęp w każdej dziedzinie priorytetowej jednym wskaźnikiem lub więcej, między innymi dostępnością i użytecznością e-usług publicznych, przejrzystością działań władz rządowych, procedurami dostarczania usług, poziomem kontroli, który użytkownicy mają nad swoimi danymi osobowymi oraz dostępnością i użytecznością usług transgranicznych dla obywateli i przedsiębiorstw.
Wszystkie porównania w miarę upływu czasu poprawiają się i co dwa lata pomiary wykazują postęp. Jednak wydaje się, że wyniki ulegają polaryzacji, tworząc coraz większą lukę pomiędzy najlepszymi krajami w cyfryzacji, czyli Digital Diagonal (leżącymi na linii z południowego – zachodu na północny -wschód Europy), i pozostałymi krajami europejskimi, które nie dotrzymują kroku.
„Po stronie pozytywów można stwierdzić, że grupa ” Digital Diagonal ” pcha Europę do przodu. Te kraje mogłyby zainspirować pozostałe państwa europejskie do zwiększenia szybkości i jakości ich usług publicznych, które są dostępne online. Należy jednak uważać, aby naciski nie przyniosły odwrotnego efektu pogarszając sytuację, ponieważ luka rośnie szybciej niż jest to akceptowalne w ramach Jednolitego Rynku Cyfrowego”, powiedział Niels van der Linden, eGovernment Benchmark Lead w Capgemini.
Siedem Wydarzeń Życiowych: e-usługi finansowe i e-rejestracje wykazują największy wzrost
Do mierzenia postępów cyfryzacji usług publicznych dla przedsiębiorstw i obywateli, Benchmark eGovernment monitorował również siedem wydarzeń życiowych obywateli pomiędzy 2012 i 2015, które obejmowały np. postępowanie w sprawie drobnych roszczeń, regularne operacje biznesowe, studia, przeprowadzkę, uruchamianie działalności gospodarczej, posiadanie i prowadzenie samochodu oraz utratę i poszukiwanie pracy. Badania pokazują, że w ramach tych wydarzeń największy wzrost wykazują cyfrowe usługi finansowe (z 50% w 2012/13 do 59% w 2014/15) i e-rejestracji (z 42% w 2012/13 do 54% w 2014/15). Usługi te mogą obejmować „podatek od osób prawnych”, „roszczenie VAT” i „mandaty drogowe”, z których każdą charakteryzuje wysoka częstotliwość i duża liczba użytkowników. Z tego punktu widzenia sensowne jest traktować je priorytetowo. Być może również dlatego, że rzeczywiście mogą one przynieść pieniądze dla samego rządu. To może wyjaśniać, dlaczego ich postęp nie jest zahamowany, mimo że wydają się one bardziej złożone pod względem wprowadzenia.
„Na przestrzeni ostatnich kilku lat europejskie usługi cyfrowe w administracji publicznej rozwijały się systematycznie, a mimo to nie widać żadnego przełomowego postępu”, powiedział Dinand Tinholt, Vice President and Global EU Account Director, Capgemini. „Od 2006 roku priorytety w polityce rządów zmieniły się tylko nieznacznie, natomiast technologia rozwijała się gwałtownie. Jeśli faktycznie ambicją UE, jest przekształcenie się w jednolity rynek cyfrowy, rządy poszczególnych krajów muszą podjąć działania transformacyjne. Musimy też zadać sobie pytanie, czy technologia, która jest wykorzystywana przez rządy europejskie dzisiaj jest wystarczająco zaawansowana, aby prawidłowo rozwiązać problemy społeczne i czy mamy odpowiednie umiejętności, aby dobrze prowadzić tę cyfrową zmianę. „
Zwiększenie wydatków budżetowych na służbę zdrowia, to za mało, aby zmniejszyć w sposób zauważalny kolejki do lekarzy. Nadal nie będzie państwa stać na finansowanie wszystkim wszystkiego, czyli kolejki pozostaną.
Istnieje jednak kilka sposobów, które powinniśmy wykorzystać, tym bardziej, że obecnie Polska jest krajem, który małą część PKB przeznacza na ochronę zdrowia, a dużą na dofinansowanie emerytur.
O sposobach na skrócenie kolejek w rozmowie z MarketNews24 mówi Jakub Szulc, ekspert międzynarodowej firmy doradczej EY.
Ropa naftowa WTI handluje dziś w pobliżu 4-miesięcznego szczytu na poziomie 51,48 dolarów za baryłkę, po tym jak prezydent Rosji Władimir Putin powiedział, iż jego kraj jest gotów do współpracy z OPEC w ograniczeniu produkcji surowca. Również ropa Brent handluje w pobliżu osiągniętego wczoraj rocznego maksimum na poziomie 53,70 dolarów za baryłkę. Ropa mogłaby być jeszcze droższa, gdyby nie komentarz Igora Sechina – CEO rosyjskiego giganta naftowego Rosneftu PJSC, kóry zapowiedział, iż jego koncern nie zmniejszy produkcji. Dyrektor Międzynarodowej Agencji Energii Faith Birol powiedział, iż wzrost cen ropy powyżej poziomu 60 dolarów za baryłkę może wpłynąć na wzrost amerykańskiej produkcji ze złóż łupkowych. Natomiast analitycy Goldman uważają, iż sukces porozumienia w spawie wprowadzenia limitów produkcji przez państwa OPEC wciąż stoi pod znakiem zapytania.
Funt brytyjski handluje już poniżej poziomu 1,23 dolara, tracąc 4 dzień z rzędu. Sekretarz ds. Brexitu David Davis powiedział, że tani funt wspiera mocno eksporterów. Wprowadzenie w życie artykułu 50 Traktatu Europejskiego, formalizującego start negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, wiąże się z batalią prawną, gdyż premier Theresa May stara się o jego zastosowanie bez poprzedzającego go głosowania w brytyjskim parlamencie. Para GBPUSD obecnie traci 0,8 proc. handlując w okolicy poziomu 1,2270. Para EURGBP zyskuje około 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,9030. Para GBPPLN handluje stabilnie w pobliżu poziomu 4,74 zł.
Akcje va tracą dziś prawie 10 proc., po tym jak spółka ogłosiła, iż została zmuszona zakończyć produkcję flagowego smartfona Galaxy Note 7. Zdarzały się przypadki spalenia baterii nawet w poprawionej wersji tego modelu. Wartość tego potentata elektroniki użytkowej spadła o ponad 17 mld dolarów po tym ogłoszeniu. Problemy Samsunga wspierają notowania jego głównego rywala, czyli firmy Apple, której najnowszy model Iphone 7 cieszy się rekordowym popytem. Dlatego też akcje Apple’a są obecnie najdroższe od 2015 roku. Inwestorzy oczekują jeszcze na planowaną pod koniec miesiąca premierę pierwszego smartphona Google’a o tajemniczej nazwie Pixel.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Naszym celem jest budowa nowoczesnego przemysłu, tak by produkował dobry i ceniony na całym świecie sprzęt – zapewniła Beata Szydło podczas wizyty w zakładach PZL-Świdnik. Podstawą rozwoju przemysłu mają być zlecenia od polskiej armii. Stawiamy na to, by sprzęt dla wojska był produkowany przez polskich pracowników – podkreśliła premier.
Reindustrializacja i budowa nowoczesnych fabryk to jeden z elementów „Programu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” Mateusza Morawieckiego. Jak podkreśla premier Szydło, nowoczesny polski przemysł ma stać się kołem zamachowym rozwoju gospodarczego w Polsce, ale też ma dawać polskim firmom szansę na wygranie konkurencji na rynkach zagranicznych.
– My stawiamy dziś na to, by dla polskiej armii sprzęt produkowany był w Polsce przez polskich pracowników. Jesteśmy w zakładzie, który co prawda ma zagranicznego właściciela, ale prowadzi mądrą politykę, rozwija firmę, która w Polsce zatrudnia kilka tysięcy osób. Daje poprzez współpracę zatrudnienie innym podmiotom gospodarczym, nie tylko w regionie, i płaci w Polsce podatki. Tak rozumiemy patriotyzm gospodarczy – mówi Beata Szydło.
Jak podkreśla premier, rząd bardzo liczy na współpracę z inwestorami zagranicznymi, ale najważniejsze dla Polski jest, by budowali oni w Polsce nowoczesne fabryki, wdrażali nowoczesne technologie, dawali dobre miejsca pracy i godne płace.
– Tak postępują wszystkie mądre państwa na świecie, a Polska ma ambicje, by być w czołówce światowego rozwoju – mówi premier RP.
Tym też rząd kierował się w negocjacjach umowy offsetowej z firmą Airbus, która – zgodnie z rozstrzygnięciami poprzedniej ekipy rządzącej – miała dostarczyć polskiej armii 50 śmigłowców Caracal. W ubiegłym tygodniu MON poinformował, że rozmowy zostały zerwane.
– Obowiązkiem polskiego rządu jest bronić interesów polskiego państwa i polskiej gospodarki. Rozmowy dotyczące tego przetargu tak były prowadzone. Postawiliśmy warunki, które z punktu widzenia obronności i ekonomii dla polskiego państwa były najkorzystniejsze, ale były także dobrymi warunkami dla naszych partnerów. Mimo to nie chciano ich przyjąć. Dlatego nie było możliwości, żeby te rozmowy kontynuować – wyjaśnia Szydło.
Polskie Wojska Specjalne potrzebują jak najszybciej nowych śmigłowców. Obecnie posiadane śmigłowce Mi-17 nie spełniają wszystkich wymagań i jest ich zbyt mało.
– Pani premier powiedziała bardzo wyraźnie, że to polskie zakłady będą produkowały śmigłowce dla polskiej armii. Dla mnie to wystarczająca informacja. Cieszymy się z nowego otwarcia. Jesteśmy zadowoleni, że ponownie będziemy mieli okazję oferowania polskich śmigłowców powstających w PZL-Świdnik – podkreśla Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik.
Polska jest jednym z kilku krajów, które potrafią w całości wyprodukować własny śmigłowiec. Jak zapowiada Krystowski, jeśli zamówienie trafi do świdnickich zakładów, śmigłowce będą budowane we współpracy z polskim przemysłem lotniczym i obronnym, przede wszystkim Polską Grupą Zbrojeniową. Jednocześnie to szansa dla wielu podmiotów sprzedających komponenty do śmigłowców. PZL-Świdnik współpracuje z ok. 1 tys. polskich dostawców.
– To dla nas ogromna szansa. Budżet na zakup śmigłowców to 13 mld zł w ciągu kilku lat. Jesteśmy zainteresowani tym, żeby oferować armii nasze wyroby i żeby chociaż część tych środków została u nas, dawała miejsca pracy w Świdniku, u naszych kooperantów, w całym województwie lubelskim – wskazuje Krzysztof Krystowski.
Koncesję na dystrybucję energii elektrycznej ma w Polsce około 300 przedsiębiorstw, ale do większości odbiorców prąd dostarcza jeden z pięciu wielkich koncernów. Modernizacja sektora energetycznego wymagać będzie także inwestycji w tego rodzaju sieci. Nakłady na ich odtworzenie i utrzymanie mogą być wysokie, ale eksperci zaznaczają, że jest to konieczne do tego, by sprostać rosnącym potrzebom klientów.
– Ostatnio krajowa energetyka mocno się zmienia, wyzwania, które przed nią stoją, związane z przesyłem transgranicznym czy inwestycjami w OZE będą wymagały także działań sektora dystrybucyjnego – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kołodziej z przedsiębiorstwa Tauron Polska Energia. – Od dłuższego czasu jednak, niestety, nie ma on wystarczających środków na odtworzenie swojego majątku.
Dystrybucja prądu (transport) odbywa się w Polsce po liniach energetycznych wysokiego, średniego oraz niskiego napięcia. Firmy obsługujące sieci, czyli Operatorzy Systemów Dystrybucyjnych (OSD), zajmują się także ich konserwacją i zarządzaniem. Koncesję na dystrybucję energii elektrycznej w Polsce ma przeszło 300, niekiedy zupełnie małych i działających tylko lokalnie podmiotów gospodarczych. Część jednak to duże zakłady przemysłowe, takie jak huty, które mają własną sieć i nadwyżkę energii sprzedają sąsiednim zakładom.
Do zdecydowanej większości firm oraz gospodarstw domowych prąd dostarcza jednak jeden z pięciu największych, działających regionalnie dystrybutorów: Energa Operator SA, PGE Dystrybucja SA, RWE Stoen Operator spółka z o.o., Energa Operator spółka z o.o. oraz Tauron Dystrybucja SA. To przedsiębiorstwa wydzielone z dawnych zakładów energetycznych.
– Inwestycje w majątek sektora dystrybucyjnego u naszych zachodnich sąsiadów są znacznie większe od tych, które są w Polsce, co prowadzi do różnych efektów jakościowych – wyjaśnia Piotr Kołodziej. – Nowa metoda ma wymagać jeszcze lepszych rezultatów, ale bez środków na modernizację sieci nie będziemy w stanie spełnić ani tego, czego oczekuje rynek energii, odnawialne źródła czy ewentualnie klastry energetyczne. Potrzebujemy decyzji dotyczących tego, jak mamy modernizować sieć.
Według Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, dokumentu przygotowanego przez odpowiadającego za gospodarkę wicepremiera Mateusza Morawieckiego, modernizacja sektora energetycznego oraz działania na rzecz dywersyfikacji źródeł to warunki niezbędne do podniesienia konkurencyjności polskiego przemysłu, poprawy jego efektywności oraz zapewnienia bezpieczeństwa dostaw. Osiągnięciu tego celu służyć ma między innymi rozbudowa sieci przesyłu oraz dystrybucji energii elektrycznej i gazu.
– Klient oczekuje dzisiaj od nas inteligentnych sieci, które sprawiałyby jak najmniej kłopotów, ale także przyjaznych – przekonuje Piotr Kołodziej. – Konieczne jest zatem zupełnie inne podejście, bo stoją przed nami nowe wyzwania. Siec powinna nadążać za wymaganiami rynku. Jeżeli konsument będzie chciał mieć własne, domowe źródło, to trzeba to spełniać. My dzisiaj do końca nie jesteśmy w stanie jeszcze tego zapewnić.
Polska ma szansę osiągnąć pozycję globalnego lidera branży BPO/SSC. Pod względem zatrudnienia w sektorze usług dla biznesu zajmujemy pierwsze miejsce w Europie i trzecie na świecie, a zagranicznych inwestorów przyciągają konkurencyjne koszty pracy, dostępność wykwalifikowanej kadry oraz wsparcie na poziomie rządowym i lokalnym. Dzięki tym czynnikom skutecznie konkurujemy o nowe inwestycje m.in. z krajami bałtyckimi, Rumunią i Czechami.
Sektor usług dla biznesu (BPO, Business Process Offshoring) i centra usług wspólnych (SSC, Shared Services Centers) rozwijają się bardzo dynamicznie. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych) zrzeszającego 170 globalnych inwestorów wynika, że w połowie tego roku w Polsce działało już 936 centrów usług wspólnych, które zatrudniały łącznie 212 tys. osób. Według prognoz do 2020 roku zatrudnienie w sektorze znajdzie 300 tys. pracowników.
– Polska jest kluczowym graczem, zarówno w Europie, jak i na świecie. Polskie miasta, na przykład Kraków, są postrzegane jako perspektywiczne, rozwojowe i otwarte na tego typu inwestycje. Wiele podmiotów w Europie Zachodniej nadal działa w rozproszonych strukturach, przez co procesy się dublują, jest bardzo dużo pracy manualnej, papierkowej – mówi agencji Newseria Biznes Monika Nowecka, partner zarządzający działem usług księgowych i kadrowo-płacowych w firmie audytorsko-doradczej Mazars. – Transfer z Zachodu do Polski jest opłacalny ze względu na niższy koszt wynagrodzeń, obecność wyspecjalizowanych pracowników, którzy mają odpowiednie kompetencje językowe oraz potencjał specjalistów i ekspertów. Coraz częściej takie struktury zaczynają tworzyć również polskie podmioty.
Pod względem liczby osób zatrudnionych w sektorze BPO/SSC Polska zajmuje pierwsze miejsce w Europie i trzecie na świecie. Branża oferuje około 40 tys. nowych miejsc pracy rocznie, poszukiwani są zwłaszcza eksperci władający językami obcymi. Zatrudnienie w sektorze znajdują również absolwenci uczelni wyższych. Wykwalifikowana kadra, wysoka jakość usług oraz relatywnie niskie koszty pracy sprawiają, że w Polsce chętnie inwestują firmy takie jak Google, Samsung, IBM, Philips czy Intel.
Z raportu „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2016” opracowanego przez ABSL wynika, że centra usług wspólnych ulokowało w Polsce 461 inwestorów zagranicznych. Są wśród nich 73 firmy z prestiżowej listy amerykańskiego magazynu Fortune Global 500.
– W ostatnim roku branża zanotowała wzrost pomiędzy 18 a 20 proc. Nic nie wskazuje, żeby to tempo miało spowolnić. Jesteśmy w kręgu zainteresowania coraz to nowych krajów, które lokują swoje centra operacyjne w Polsce. O ile do tej pory obserwowaliśmy zwiększony napływ inwestycji ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, tak w ostatnich dwóch latach widzimy większe zainteresowanie krajów skandynawskich i inwestorów z regionu DACH, czyli Niemiec, Austrii i Szwajcarii, którzy chcą budować centra operacyjne w Polsce – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.
Centra usług wspólnych i usług dla biznesu są obecnie ulokowane w 17 dużych miastach w Polsce. Prym wiodą Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań, Trójmiasto i Łódź. Świadczone przez nie usługi to zarówno księgowość, IT i obsługa klienta, jak i bardziej skomplikowane procesy przy wykorzystaniu postępującej automatyzacji.
– Kilkanaście lat temu rozpoczynaliśmy od prostych usług finansowych, jak zarządzanie zobowiązaniami czy należnościami albo wprowadzanie faktur do operacyjnych systemów finansowych klientów. Dziś mówimy już o bardziej skomplikowanych operacjach finansowych, operacjach na bazie ubezpieczeń, o analityce finansowej – wskazuje Wiktor Doktór.
Prezes Fundacji Pro Progressio podkreśla, że Polska daje przykład innym krajom regionu, jak skutecznie przyciągać inwestycje z sektora BPO/SSC. Skutecznie konkuruje na tym polu m.in. z krajami bałtyckimi, Rumunią i Czechami.
Zdaniem Andrzeja Pośniaka, partnera w Kancelarii CMS Cameron McKenna, pośrednio przyczynia się do tego również wsparcie na szczeblu rządowym oraz korzystny klimat dla biznesu na poziomie lokalnym. Firmy, które inwestują w Polsce, mogą liczyć m.in. na zwolnienia z podatku od nieruchomości i CIT, dofinansowanie nowo powstających miejsc pracy, granty rządowe oraz dotacje z Unii Europejskiej. Kluczowym czynnikiem pozostają jednak niskie koszty pracy.
– Powód atrakcyjności zarówno naszego kraju, jak i krajów ościennych, jest prozaiczny. To po prostu tania siła robocza. Natomiast wsparcie na poziomie rządowym, polegające na dotacjach bądź dofinansowywaniu nowych miejsc pracy, jest niewątpliwie istotne z punktu widzenia inwestorów. Na szczeblu lokalnym, gminnym to wsparcie to zapewnienie infrastruktury oraz ewentualne ulgi od podatku od nieruchomości. To dodatkowe, wymierne korzyści, które czynią polski rynek bardziej atrakcyjnym – mówi Andrzej Pośniak.
O potencjale rozwoju branży jej przedstawiciele i eksperci rozmawiali podczas konferencji organizowanej przez międzynarodową grupę audytorsko-doradczą Mazars – „Mazars CEE Business Forum”, która odbyła się w dniach 6–7 października w Warszawie.
Utrzymujące się niskie ceny ropy naftowej mają zróżnicowany wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych. Trudności przeżywają regiony nastawione na produkcję energii, zyskują natomiast konsumenci i rynki niezwiązane z sektorem energetycznym – to wniosek płynący z raportu firmy Cushman & Wakefield.
– Zmiana cen surowców i energii na rynkach ma niejednoznaczny wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych. W szczególności mówimy tutaj o segmencie biurowym, który w zależności od danej lokalizacji i od tego, jaki udział ma w niej sektor energetyczny, reaguje w sposób zmienny – podkreśla dr Bolesław Kołodziejczyk, starszy konsultant w Dziale Doradztwa i Badań Rynkowych w firmie doradczej Cushman & Wakefield.
Autorzy raportu „Oil: the Commodity We Love to Hate” wskazują, że spadek ceny ropy naftowej negatywnie wpłynął na rynki największych światowych producentów energii. Przejawia się to spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego oraz słabszymi danymi z sektora nieruchomości biurowych. Wstrząs na rynku ropy naftowej w szczególności dotkliwie odczuły miasta takie jak Moskwa, Aberdeen, Calgary czy Houston.
Dla przykładu, czynsze na moskiewskim rynku biurowym spadły w ujęciu rocznym prawie o jedną trzecią, a analitycy spodziewają się, że w przyszłym roku wzrost czynszów i popyt na powierzchnie biurowe ukształtuje się poniżej trendu. Wzrost wskaźnika pustostanów, stagnację i spadek czynszów odnotować mogą miasta takie jak szkockie Aberdeen albo Abu Dhabi.
Z kolei w Stanach Zjednoczonych najwyższe wskaźniki pustostanów odnotowują zwłaszcza Houston i Oklahoma City. W Kanadzie, która zajmuje piąte miejsce w rankingu największych producentów ropy naftowej, spadek cen wpłynął negatywnie na rynek nieruchomości biurowych w Calgary. Natomiast w australijskim Perth, silnie związanym z rynkiem surowców, wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej wzrósł z poziomu 15,2 proc. do 17,2 proc.
– Pozytywne skutki spadku cen ropy naftowej odczuwają przede wszystkim te rynki, gdzie sektor jest mniej obciążony firmami z branży energetycznej. Mówimy tutaj o lokalizacjach takich jak Londyn i Oslo, gdzie dywersyfikacja najemców jest dosyć duża. W Moskwie czy Houston w Stanach Zjednoczonych niskie ceny ropy naftowej wyraźnie przekładają się na wzrost pustostanów. Inne rynki, w tym m.in. Warszawa, nie odczuwają tego typu presji. Dywersyfikacja najemców jest dosyć duża, stąd mamy do czynienia z odpornością tych lokalnych ekonomii na zmiany cen surowców – ocenia Bolesław Kołodziejczyk.
Zdaniem analityków konsumenci i rynki niepowiązane z sektorem energetycznym mogą wręcz zyskać na spadku cen surowca. Dzięki niższym cenom ropy naftowej najemcy mogą liczyć np. na niższe koszty energii czy aranżacji powierzchni biurowych. Skorzystać na spadkach cen surowców może również polski rynek biurowy.
– Polski rynek biurowy jest stosunkowo dobrze zdywersyfikowany. Zaledwie 2,3 proc. rynku to firmy z sektora energetycznego. Pod tym względem rynek jest dosyć mocno zabezpieczony przed jakimikolwiek wahaniami cen surowców, a nawet może być beneficjentem w sytuacji, w której ceny surowców będą spadać. Możemy się wtedy spodziewać wzrostu dochodowości firm i jeszcze większego niż dotychczas zainteresowania najemców powierzchnią biurową na polskim rynku – mówi ekspert Cushman & Wakefield.
Autorzy raportu przewidują, że jeśli nie dojdzie do zaskakującego rozwoju wydarzeń, ceny ropy ukształtują się na poziomie poniżej 60 dolarów za baryłkę. W ocenie większości analityków raczej nie wzrosną one powyżej 70 dolarów za baryłkę aż do 2020 roku.
– Przez kolejne lata będziemy obserwować tendencję wzrostową zarówno pod kątem wydobycia ropy naftowej, jak i jej wykorzystania. Jednocześnie możemy się spodziewać dalszego nieznacznego wzrostu cen. Wydaje się, że ten najniższy poziom, który obserwujemy w tej chwili, mamy już za sobą. Do końca roku prawdopodobnie cena baryłki ropy nie przekroczy 60 dolarów za jedną baryłkę – potwierdza dr Bolesław Kołodziejczyk.
Mimo że w ubiegłym roku spożycie papierosów z banderolą wzrosło o 11,5 proc., to jednak w długiej perspektywie widać znaczący spadek konsumpcji wyrobów tytoniowych, a liczba palaczy w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zmniejszyła się niemal o połowę. Zdaniem analityka Magdaleny Bodył z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, po części jest to efekt wzrostu akcyzy i cen papierosów, jaki nastąpił po wejściu Polski do UE. Nowe unijne regulacje i nowelizacja ustawy tytoniowej, która weszła w życie na początku września, wpłyną na dalszy spadek konsumpcji.
– Spożycie papierosów spada od 20 lat. Dzieje się tak z wielu powodów. Po pierwsze, po wejściu do Unii Europejskiej wzrosła akcyza na tytoń i papierosy, a w konsekwencji wzrosły też ceny i papierosy stały się towarem luksusowym. Po drugie, wzrasta świadomość społeczna i potrzeba zdrowego stylu życia, a więc ludzie palą mniej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Bodył, analityk z Zakładu Badań Rynkowych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.
Jak podaje GUS, wpływy z akcyzy do budżetu państwa spadają, ponieważ Polacy wybierają głównie najtańsze marki papierosów. Jednak średnie spożycie wyrobów tytoniowych z banderolą wzrosło po raz pierwszy od pięciu lat. W ubiegłym roku statystyczny Polak wypalił średnio 1466 papierosów. To o 151 sztuk, czyli 11,5 proc. więcej, niż rok wcześniej.
Zdaniem Magdaleny Bodył w długiej perspektywie widać jednak znaczący spadek spożycia wyrobów tytoniowych. Od 1989 roku średnio rocznie wynosił on 2,3 proc. Zmniejsza się także liczba palaczy, a zaostrzenie przepisów tytoniowych wpłynie na dalsze obniżanie się konsumpcji.
– Codziennie pali 27 proc. Polaków i ten wskaźnik jest o wiele lepszy niż w roku 1980, kiedy paliło blisko 43 proc. społeczeństwa. Tendencja palenia wśród Polaków jest malejąca, dzieje się tak głównie ze względu na obostrzenia i zakazy wprowadzane przez Unię Europejską. Wprowadzona w ostatnim miesiącu dyrektywa tytoniowa prawdopodobnie wpłynie na dalsze obniżenie konsumpcji papierosów w Polsce i w Europie – prognozuje Bodył.
Nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych wyszła w życie 8 września. Nowe przepisy nakładają szereg obostrzeń na producentów, importerów i dystrybutorów papierosów elektronicznych. Zakazują sprzedaży papierosów elektronicznych i pojemników z płynem nikotynowym osobom poniżej 18 roku życia. Wprowadzają również bezwzględny zakaz ich reklamowania oraz sprzedaży na odległość i przez internet. Za złamanie większości regulacji przedsiębiorcom będzie grozić kara do 200 tys. zł lub pozbawienia wolności.
Od momentu wejścia w życie nowych przepisów zakazane jest również używanie papierosów elektronicznych (zawierających nikotynę) w miejscach publicznych, w takim samym zakresie jak papierosów tradycyjnych. Nowelizacja ustawy wdrożyła w Polsce regulacje przyjętej w 2014 roku europejskiej dyrektywy tytoniowej. Na mocy wypracowanego kompromisu do 2020 roku zniknąć mają również papierowy mentolowe, kosztem pozostawienia tzw. slimów, które stanowią około 20 proc. krajowego rynku. Jednak Światowa Organizacja Zdrowia i Komisja Europejska pracują nad nowymi regulacjami, które mają doprowadzić do wyeliminowania z rynku także papierosów typu slim.
Krajowy Związek Plantatorów Tytoniu, w oficjalnym stanowisku, przestrzega, że stracą na tym polscy rolnicy i budżet państwa. Polska to drugi największy w Europie kraj pod względem uprawy tytoniu i największy w UE producent gotowych wyrobów tytoniowych. Zatrudnienie w sektorze wynosi ponad 500 tys. osób, z czego ponad 60 tys. pracuje przy uprawie tytoniu w 14,5 tys. gospodarstw rolnych. Roczna produkcja sięga 35 tys. ton, a sektor tytoniowy co roku zasila budżet kwotą ok. 18 mld zł. Polska jest również dużym eksporterem papierosów i przetworzonego tytoniu. Ubiegłoroczna wartość eksportu papierosów wyniosła blisko 2 mld euro – to ok. 9-proc. udział w ogólnej wartości eksportu produktów rolno-spożywczych.
– Produkcja opiera się na importowanym tytoniu, sprowadzanym z krajów afrykańskich i Ameryki Południowej. Najwięcej tytoniu sprowadzamy z Brazylii, a gotowe wyroby w postaci papierosów sprzedajemy głównie do Holandii, Niemiec, Francji i Czech – mówi Magdalena Bodył.
Według szacunków PwC wydatki na opiekę długoterminową wynoszą 5,4 mld zł. Do 2020 roku mają wzrosnąć do 8 mld zł. Zapotrzebowanie na usługi domów opieki rośnie, a miejsc dla seniorów i osób przewlekle chorych przybywa zbyt wolno. Problemem jest także niedobór pielęgniarek i opiekunów medycznych. Rozwój opieki długoterminowej to tylko jedna ze zmian koniecznych do tego, by sprostać wyzwaniom związanym ze starzeniem się społeczeństwa.
– Polska jest jednym z najszybciej starzejących się krajów w Europie, do 2050 roku liczba seniorów się podwoi. To stawia przed nami nowe wyzwania – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kowalski, dyrektor generalny Angel Care. – Dla systemu koszt opieki nad osobą starszą jest dużo wyższy niż nad osobami młodszymi. Prowadzi to do tego, że w dłuższym okresie będą się musiały pojawić dodatkowe ubezpieczenia lub systemy wsparcia dla osób starszych, a składki zdrowotne wzrosną.
Rosnąca szybko liczba seniorów już dziś przyczynia się do tego, że resort zdrowia podejmuje szereg działań. Jedną z ostatnich inicjatyw było wprowadzenie bezpłatnych leków na choroby, które najczęściej dotykają właśnie osoby starsze.
– Powinniśmy dosyć szybko zacząć działać u źródeł – profilaktyka i wzrost świadomości to jest to, co w dłuższym terminie pozwoli obniżyć koszty opieki zdrowotnej. Niestety, dzisiaj wszystko dzieje się później: później się diagnozujemy, później się leczymy, później trafiamy do szpitali czy do domów opieki – mówi Michał Kowalski.
Zdaniem dyrektora Angel Care problemem polskiej służby zdrowia jest brak zintegrowanego systemu opieki nad seniorami. Do jego budowy i rozwoju potrzebna jest większa liczba wyspecjalizowanych lekarzy.
– Cierpimy na bardzo duży niedobór lekarzy geriatrów, którzy zajmują się seniorem w sposób kompleksowy. Osoby starsze wymagają opieki w wielu wymiarach: kardiologa, neurologa, ortopedy, a często brakuje integracji w tej opiece. Geriatra potrafi uchwycić cały problemu – mówi Kowalski.
Dzięki temu dostęp do usług medycznych ukierunkowanych tylko i wyłącznie na potrzeby seniorów byłby znacznie szybszy, a opieka bardziej kompleksowa i dużo tańsza.
Innym problemem jest słabo rozwinięty system opieki długoterminowej. Eksperci podkreślają, że zmienia się nastawienie społeczne wobec geriatrii i placówek opieki długoterminowej. Wymusza to m.in. zmiana modelu rodziny. Często młodsze pokolenie pracuje w innym mieście lub za granicą, trudno im więc podjąć się opieki nad rodzicami czy dziadkami. Jak jednak wynika z ubiegłorocznego raportu PwC, tylko 5–6 proc. polskich seniorów jest objętych taką opieką. W krajach OECD średnio jest to 14 proc., a w Szwajcarii nawet 20 proc.
– Mamy domy pomocy społecznej, które są finansowane przez miasta, gminy, mamy również opiekę medyczną zorganizowaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia w zakresie choćby zakładów opiekuńczo-leczniczych. Natomiast na miejsce w domach opieki czeka się kilka lat i de facto osoby, których dotyka ten problem, dzisiaj nie mają wsparcia, muszą ten pobyt finansować sami. Na Zachodzie mamy dodatkowe ubezpieczenia, z których można finansować pobyt w domach opieki lub można zmniejszać wysokość opłat związanych z pobytem w nich – wyjaśnia Michał Kowalski.
Do 2020 roku wydatki na opiekę długoterminową mają wzrosnąć do 8 mld zł. PwC wskazuje, że dziś to ok. 5,4 mld zł, z czego 3,2 mld to środki publiczne (budżet, NFZ, ZUS/KURS). Eksperci oceniają, że rynek opieki długoterminowej ma w Polsce duży potencjał. W jego ożywieniu pomóc mogłaby współpraca między sektorem publicznym a prywatnym.
Zapotrzebowanie na kompleksową opiekę nad seniorami jest duże. Jak podkreślają przedstawiciele Angel Care, widać to było przy inwestycji firmy w centrum seniora we Wrocławiu, które dysponuje 250 miejscami. Kolejne powstanie w Krakowie. W planach firma ma budowę kolejnych dziewięciu tego typu obiektów, gdzie znajdzie się ok. 2 tys. miejsc dla osób starszych.
Zdaniem Michała Kowalskiego pensjonariusze domów spokojnej starości powinni mieć zapewnioną opiekę na wielu poziomach, jednak w Polsce brakuje wyspecjalizowanej kadry, która mogłaby odpowiedzieć na rosnące potrzeby i fachowo zająć się osobami starszymi.
– Brakuje pielęgniarek i opiekunów medycznych, czyli osób, które są najbardziej potrzebne do tego, by domy opieki prawidłowo działały. Myślę, że będzie to wyglądało tak jak na Zachodzie. Pojawia się duża liczba pracowników z zagranicy, ze Wschodu, którzy wypełniają te luki kadrowe – mówi Michał Kowalski. –Nowe regulacje w zakresie uprawnień pielęgniarek czy wprowadzenia zawodu opiekunów medycznych pozwalają w jakiś sposób poszerzyć bazę osób, które wchodzą do systemu i zajmują się opieką długoterminową.
Badania i praktyka pokazują, że duży wpływ na rozwój emocjonalny, intelektualny, moralny i społeczny dziecka ma codzienne czytanie. Wystarczy 20 minut dziennie, by pomóc dziecku w prawidłowym rozwoju. Fundacja „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” już od 15 lat promuje głośne czytanie dzieciom. Do końca października trwa projekt „Z czytaniem masz po drodze”, który zachęca rodziców do czytania maluchom w czasie jazdy środkami komunikacji miejskiej.
–Czytanie nie tylko uczy i rozwija, lecz także jest znakomitym pretekstem do poznawania własnego dziecka, do rozmów i budowania więzi. „Z czytaniem masz po drodze” jest jednym z projektów z przygotowanych racji naszego jubileuszu 15-lecia kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom”. Takie akcje przypominają rodzicom, by korzystać z każdej chwili, żeby z dzieckiem rozmawiać i mu poczytać– podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Irena Koźmińska, prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”.
Badania i praktyka pokazują, że czytanie dziecku ma ogromny wpływ na jego rozwój emocjonalny, umysłowy, moralny i społeczny. Język jest głównym narzędziem myślenia, komunikacji między ludźmi, zdobywania wiedzy i udziału w kulturze. Tymczasem coraz więcej dzieci słabo rozumie język, a przecież najważniejszymi nauczycielami języka są właśnie rodzice, którzy mogą wspomóc rozwój dzieci poprzez częste rozmowy i codzienne czytanie im na głos.
–Dzisiejsze dzieci mają coraz większe kłopoty z językiem, słabo go znają, porozumiewają się skrótami, często mówią nieprawidłowo. Nie urodziły się głupsze. Po prostuspędzamy z nimi coraz mniej czasu, mało z nimirozmawiamy i mało im czytamy, więc nie mogą dobrze się osłuchać z językiem ani go praktykować w rozmowie. Tasytuacja jest niebezpieczna dla ich rozwoju. Ponieważ dziecko uczysię językai życiaod rodziców, potrzebne jest do tegoich osobiste zaangażowanie i obecność. Nie może nauczyć się mowy z ekranu telewizora czy komputera, a jedynie w emocjonalnej relacji z bliskimi – tłumaczy prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”.
Czytanie i rozmowa budują umiejętności językowe. Zdaniem ekspertki istotne jest to, by książka była dla dziecka ważną częścią dzieciństwa. Komputer jest często łatwiejszą rozrywką, nie wymaga zaangażowania od opiekunów, ale przynosi małym dzieciom sporo szkód rozwojowych. Tymczasem wystarczy poświęcić na czytanie dziecku 20 minut dziennie, by osiągnąć znakomite rezultaty.
–Tyle wystarczy, żeby dzieckozachęcić do książek i sprawić, by na czytaniu bardzo skorzystało, a jednocześnie gonie znudzić. Ważną częścią czytania jest atmosfera, w której się ono odbywa – pełna naszego i dziecięcego entuzjazmu i radości. Nie należy patrzeć na zegarek, o której zaczynamy, by równo po 20 minutach zamknąć książkę i odejść do swoich spraw. Zawsze trzeba przeznaczyć chwilę na rozmowę o tym, co przeczytaliśmy, co się dzieje w życiu dziecka, o czym myśli, czego się boi, o czym marzy. Poświęcony dziecku czas to dla niego jasny komunikat, że jest dla nas ważne i że je kochamy – wyjaśnia Irena Koźmińska.
Fundacja „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” już od 15 lat promuje głośne czytanie dzieciom. W kampanii czytania bierze udział 3,6 tys. szkół, blisko 4 tysiące przedszkoli i ponad 10 tys. lokalnych koordynatorów i liderów.
Fundacja stara się przekonać, że każda wolna chwila jest dobra na wspólną lekturę i zachęca rodziców do czytania dzieciom w środkach komunikacji w ramach projektu „Z czytaniem masz po drodze”.
–W każdej krótkiej czy długiej podróży warto sięgnąć po książkę, mieć ją przy sobie, żeby nie tracić czasu na gapienie się przez okno lub na współpasażerów. To okazja, żeby przekazać dziecku trochę pięknego literackiego języka i poprzez ciekawe opowieści rozwijać jego umiejętności językowe, wiedzę i wyobraźnię– mówi Irena Koźmińska.
W ramach akcji w centrach pięciu miast – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Gdańska – wysłannicy fundacji rozdadzą rodzicom z dziećmi książeczki z opowiadaniem „Żółty tramwaj” napisanym przez autorkę książek dla dzieci Katarzynę Ryrych, a zilustrowanym przez Joannę Młynarczyk. Czytanka stanowi pierwszy z 4 odcinków serii – pozostałe opowiadania dostępne będą do pobrania na stronie parentingowej www.dziecisawazne.pl, która objęła patronat nad akcją, a także na stronie fundacji www.calapolskaczytadzieciom.pl.
–Po 15 latach współpracy z fundacją nasz zespół wciąż uważa, że idea popularyzowania czytelnictwa, szczególnie wśród dzieci, jest ważną inicjatywą i będziemy ją wspierać. Akcją „Z czytaniem masz po drodze” chcemy zaznaczyć ważny jubileusz 15–lecia kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”oraztyluż lat naszej współpracy. W ramach tej akcji zapraszamy wszystkich w Warszawie w okolice Metra Centrum i Metra Politechnika od 6 do 12 października, gdzie będziemy rozdawać książeczki – mówi Krzysztof Walczy, brand manager marki POL w International Paper, który jest sponsorem akcji.
Tradycyjne, wspierające powtarzalność zakupów programy lojalnościowe są coraz mniej atrakcyjne dla konsumentów, ponieważ korzyści są odroczone w czasie. Rośnie natomiast popularność takich akcji, które oferują od razu wymierne profity, np. serwisów cashbackowych oferujących zwrot części wydatków. Polacy chętniej wybierają programy, przy których nie muszą pamiętać o zaoferowanych promocjach i które nie wymagają przywiązania tylko do jednej marki.
– Jeżeli miernikiem lojalności jest korzystanie z programów lojalnościowych, to można stwierdzić, że Polacy są lojalnymi klientami – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Eva-Lotta Wojtasik, market analyst & business developer Refunder – Aż 80 proc. konsumentów korzysta z programów lojalnościowych. Najczęściej Polacy angażują się w działania organizowane przez konkretne sklepy, ale coraz popularniejsze stają się również serwisy cashbackowe zwalniające z konieczności bycia lojalnym wobec konkretnej marki czy firmy.
Jak wynika z badania przygotowanego przez serwis Refunder.pl, ponad połowa konsumentów angażuje się przede wszystkim w programy lojalnościowe konkretnych sklepów. 44 proc. wybiera raczej takie programy, które skupiają wiele sklepów. Z programów typu cashback korzysta ok. 25 proc. klientów, najczęściej są to rodziny z dziećmi (30 proc. korzystających).
– Przyłączenie do programu lojalnościowego jest zawsze wartością dodaną, najczęściej jednak konsumenci chcą mieć korzyści od razu, chcą się czuć wyróżnieni i bez znaczenia jest fakt, czy są klientami nowymi, czy powracającymi – zauważa Eva-Lotta Wojtasik – W przypadku systemów cashbackowych klienci cenią sobie, że otrzymują zwrot pieniędzy za zakupy, które i tak chcieli zrobić.
Respondenci podkreślają, że oferty cashback zachęcają do korzystania ze sklepów, które należą do programu (blisko dwie trzecie), a blisko połowa uważa, że są one opłacalne. Z wyliczeń Refunder wynika, że rodzina z dziećmi może zaoszczędzić dzięki takim programom blisko 1 800 zł rocznie.
Programy lojalnościowe, w których konsument nie wie, kiedy i jaką korzyść otrzyma, stają się coraz mniej atrakcyjne. Uczestnicy chcą natychmiastowych benefitów za wydane pieniądze. Z wyliczeń portalu Bankier.pl wynika, że aby za zebrane punkty Payback otrzymać telefon popularnej marki o wartości 350 zł, należy wydać ponad 112 000 zł i zbierać punkty przez wiele lat. Dlatego coraz więcej firm wycofuje się z tego rodzaju programów.
– Można zauważyć, że pewne formy lojalnościowych aktywności znudziły się już konsumentom i są na wyczerpaniu – wskazuje Eva-Lotta Wojtasik – Dzisiaj tak naprawdę sklepy oferują częściej karty stałego klienta bądź zachęcają do zbierania punktów czy pieczątek, a to zazwyczaj korzyści odroczone w czasie, nie mówiąc już o wartości nagrody, która często bywa nieadekwatna do pieniędzy wydanych na uzbieranie tych wszystkich punktów.
Według badań przeprowadzonych przez platformę Colloquy, amerykańskie gospodarstwa domowe mają członkostwa średnio w 29 programach lojalnościowych, ale aktywne są jedynie w dwunastu. Rezultaty analizy wskazują jednocześnie, że zainteresowanie tego rodzaju programami rośnie: liczba osób, które z nich korzystają w ciągu ostatnich dwóch lat wzrosła o 26 proc. Zdaniem autorów dzieje się tak za sprawą nowoczesnych programów lojalnościowych, które natychmiast dają wymierne korzyści.
W ostatnim czasie również w Polsce pojawiło się kilka programów lojalnościowych zwalniających klientów z konieczności pamiętania o zaoferowanych promocjach i bycia wiernym tylko jednej marce czy firmie. To różnego rodzaju kupony rabatowe, zwrot pieniędzy za zakupy czy automatyczne naliczanie promocji na poziomie terminala płatniczego.
– To nowy wymiar programów lojalnościowych, który cieszy się coraz większą popularnością wśród Polaków – ocenia Eva-Lotta Wojtasik – Idealny program lojalnościowy musi być dostosowany do potrzeb konsumentów i sprawiać, że konsumenci chcą z niego korzystać. Wzorowy, moim zdaniem, powinien zwracać pieniądze za zakupy, które i tak klient chciał zrobić, i niekoniecznie wymagać od niego pamiętania o zaoferowanych promocjach.
Meksykańskie peso handluje na najwyższym poziomie od połowy września przez malejące szanse na wygranie wyborów przez Donalda Trumpa. Peso zyskało do dolara w zeszłym tygodniu po publikacji seksistowskiego zapisu wideo z 2005 roku. Ta publikacja doprowadziła nawet do tego, iż część republikańskich polityków wycofała swoje poparcie dla Trumpa. Podczas niedzielnej debaty z Hilary Clinton zbagatelizował on to nagranie, nazywając je „męskimi rozmowami w szatni”. Nie udało mu się jednak tym lekceważącym stwierdzeniem przekonać wyborców, co widać po wynikach sondażu przeprowadzonego przez CNN zaraz po debacie, w którym jedynie 34 proc. respondentów wskazało na wygraną republikańskiego kandydata. Meksyk jest najbardziej wrażliwy na gwałtowne zmiany w amerykańskiej polityce, gdyż ponad 80 proc. towarów jest eksportowanych z tego kraju do USA. Po prezydenckiej debacie meksykańskie peso silnie się umacnia i obecnie zyskuje już 1,7 proc. handlując na najwyższym, od 13 września poziomie.
Funt brytyjski nie wykazuje żadnych oznak odreagowania, handlując poniżej piątkowego zamknięcia rynku. Obecnie para GBPUSD traci około 0,5 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2380. Funt handluje stabilnie do euro, a do złotego traci około 0,2 proc. Za funta trzeba już płacić jedynie 4,75 zł. Podczas gdy kontynuowane są dywagacje inwestorów na temat przyczyn „flash-crash” na funcie w nocy z czwartku na piątek, sprzedawcy detaliczni z Wielkiej Brytanii naciskają na rząd aby wprowadził zmiany, mające na celu ochronę konsumentów przed rosnącymi cenami.
Przez weekend mieliśmy kilka ciekawych komentarzy bankierów centralnych. W wywiadzie dla Bloomberg TV, gubernator Banku Japonii Haruhiko Kuroda dał jasny sygnał, że bank centralny może opóźnić datę prognozy osiągnięcia celu inflacyjnego poza 2018 rok. Powiedział on również, iż wciąż jest otwarte pole dla zwiększenia stymulusu monetarnego. Natomiast prezes EBC Mario Draghi wskazał początek 2019 roku jako datę osiągnięcia przez strefę euro celu inflacyjnego. Inwestorzy będą jednak czekali na publikacje grudniowych projekcji makroekonomicznych jako klucz do odpowiedzi na pytanie, czy obecny plan skupu aktywów zakończy się w marcu 2017 roku, czy zostanie przedłużony. Viceprezydent Fed-u Stanley Fisher powiedział, iż jest małe ryzyko, że amerykański bank centralny będzie zwlekał zbyt długo z podwyżką stóp procentowych.
Po tygodniowej przerwie świątecznej na rynki finansowe wrócili Chińczycy, a indeks giełdowy Shanghai Composite Indeks zyskał dziś 1,5 proc. Najbardziej ucierpiały akcje deweloperów po tym jak władze wprowadziły restrykcje na cenach wprowadzanych na rynek nieruchomości w ponad 10 dużych miastach. Indeks WIG20 zyskuje dziś około 0,7 proc. handlując powyżej poziomu 1760 punktów, wsparty głownie przez ponad 4 proc. wzrosty na dużych obrotach na akcjach PKN Orlen.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Wprowadzone na NewConnect 5 mln akcji o wartości 500 tys. zł Polska Meat chce przeznaczyć na rozwój na rynku polskim i afrykańskim. Obecnie ponad 80 proc. przychodów generują właśnie rynki afrykańskie. Spółka chce też dywersyfikować rynki zbytu, stawia na Azję, która obecnie odpowiada za 3 proc. przychodów. Naszą ambicją jest obecność w całym łańcuchu dostaw mięsa, również w dystrybucji i dotarciu do końcowego klienta – zapowiada Sébastien Guyon, dyrektor i prezes firmy Polska Meat.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni z debiutu na NewConnect. Jest to dla nas sposób na pozyskanie środków, które pozwolą nam sfinansować rozwój, a które do tej pory pozostawały niemożliwe do uzyskania – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sébastien Guyon, dyrektor i prezes firmy Polska Meat SA.
We wrześniu spółka zadebiutowała na NewConnect. Do obrotu wprowadzono 5 mln akcji (po 1 mln akcji serii A i C oraz 3 mln serii B) o łącznej wartości 500 tys. zł.
– Chcemy być obecni w całym łańcuchu dostaw mięsa. Teraz jesteśmy na etapie produkcji, konfekcjonowania, mrożenia, eksportu i logistyki, ale chcemy też zająć się dystrybucją już na miejscu i docieraniem do klienta lokalnego – tłumaczy prezes.
Polska Meat skupuje mięso od producentów i odsprzedaje je klientom w Polsce i za granicą, organizując cały łańcuch logistyczny: konfekcjonowanie, magazynowanie i transport.
– Nie mamy konkretnych planów inwestycyjnych pod względem produkcji. Nie interesuje nas sam ubój zwierząt, ale takie przetwarzanie, abyśmy mogli jak najlepiej odpowiedzieć na potrzeby naszych klientów, dostosować się do tego, co nas czeka na rynku końcowym – wskazuje Guyon.
Spółka eksportuje średnio 35 tys. ton rocznie produktów mięsnych i jest liderem na rynku eksportu produktów mięsnych, mięsa drobiowego ze średnią 25 tys. ton rocznie. Głównymi rynkami zbytu są kraje afrykańskie. Eksport do Afryki stanowi 82 proc. przychodów spółki (Europa – 15 proc. i Azja – 3 proc.).
– Z jednej strony chcemy dywersyfikować swoje rynki zbytu. Dziś Afryka to dla nas ponad połowa klientów. Chcemy to zmienić, być obecni na innych rynkach, przede wszystkim azjatyckich – podkreśla Sébastien Guyon.
Środki z emisji akcji mają również pozwolić na stworzenie platformy logistycznej, linii do konfekcjonowania i pakowania produktów oraz linii produkcyjnej w Polsce i Afryce.
W 2015 roku przychody spółki przekroczyły 212 mln zł, podczas gdy rok wcześniej wynosiły nieco ponad 203 mln zł (wzrost o 4 proc.).
Polski rynek walutowy jest obecnie pod wpływem czynników zewnętrznych – uważa Jarosław Janecki z Société Générale. Są to przede wszystkim czynniki związane z wyborami w Stanach Zjednoczonych i decyzjami amerykańskiej Rezerwy Federalnej odnośnie do poziomu stóp procentowych. Te dwa wydarzenia z całą pewnością będą miały decydujący wpływ na to, w jakim kierunku podąży złoty – uważa Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale.
– Jest duże prawdopodobieństwo, że złoty w najbliższym czasie nie będzie się umacniał. W dłuższym okresie polska waluta powinna się raczej delikatnie osłabić – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale.
Wybory prezydenckie w USA odbędą się 8 listopada 2016 roku. Kolejne posiedzenia Federalnego Komitetu ds. Operacji Otwartego Rynku (Federal Open Market Committee, FOMC), czyli amerykańskiego odpowiednika polskiej Rady Polityki Pieniężnej, są zaplanowane na 1–2 listopada oraz 13–14 grudnia bieżącego roku.
Według Janeckiego czynniki krajowe takie jak zapowiadana repolonizacja banków czy kolejne wypowiedzi polityków dotyczące polityki gospodarczej, które w ostatnim czasie niepokoiły rynek, raczej nie powinny ważyć na losach polskiej waluty.
– Jest niemal pewne, że w najbliższym czasie to czynniki zewnętrzne będą decydowały o tym, czy złoty będzie silniejszy, czy słabszy – twierdzi Janecki.
Janecki nie wyklucza, że w perspektywie kilku miesięcy złoty będzie pod presją, czyli wciąż będzie się osłabiał względem głównych walut, także z powodu zmiany trendu w zakresie przepływów finansowych.
– Jeszcze kilka lat temu mogliśmy mówić o stabilnym trendzie umacniania się złotego. Mieliśmy bowiem do czynienia z procesami prywatyzacyjnymi – zwraca uwagę Janecki.
W najbardziej gorącym okresie prywatyzacyjnym, czyli w latach 2009–2011, do budżetu państwa z tytułu prywatyzacji trafiło blisko 50 mld zł. Od lutego 2009 roku do lipca 2011 roku kurs EUR/PLN spadł o niemal 20 proc., z poziomu 4,90 do okolic 3,95. Obecnie kurs EUR/PLN pozostaje w okolicach 4,30, czyli od połowy 2011 roku polska waluta osłabiła się względem euro o niemal 9 proc. W latach 2012–2015 przychody z prywatyzacji wyniosły 14,6 mld zł. W 2016 roku, do końca czerwca, sięgają ledwie 0,03 mld zł.
W lutym 2016 roku były już minister Skarbu Państwa w rządzie PiS Dawid Jackiewicz zapowiedział, że proces prywatyzacji jest wygaszany. Poinformował wtedy, że prywatyzowane będą tylko te podmioty, które „są zbędne w nadzorze właścicielskim ministra Skarbu Państwa”. Zgodnie z zapowiedzią premier Beaty Szydło z końca września br. Ministerstwo Skarbu Państwa ma zostać zlikwidowane w I kwartale 2017 roku.
Jednocześnie w ostatnich miesiącach przedstawiciele rządu wielokrotnie zapowiadali zainteresowanie przeprowadzeniem tzw. repolonizacji banków, czyli procesu odkupu polskich spółek z rąk zagranicznych właścicieli.
– W najbliższych miesiącach i kwartałach będzie dochodziło do dużych transakcji sprzedaży przez inwestorów zagranicznych podmiotom krajowym polskich aktywów. Wówczas będzie większy popyt na euro i złoty będzie w związku tym się osłabiał – wskazuje główny ekonomista Société Générale.
Janecki podkreśla jednak, że wiele zależy od tego, w jaki sposób transakcje dotyczące polskich aktywów (będących obecnie w rękach zagranicznych podmiotów) będą przeprowadzane.
– Dlatego dzisiaj trudno spekulować, czy rzeczywiście to będzie miało istotny wpływ na siłę złotego – mówi Janecki.
Inwestujący na giełdzie nie mają co liczyć na wyższe ceny akcji – uważa Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets. WIG20 może spaść poniżej 1600 pkt, a dobrze sobie dotąd radzące indeksy średnich i małych spółek wytracą część dotychczasowych wzrostów.
– W IV kw. zanosi się na to, że zarówno największe spółki, jak i do tej pory dobrze spisujące się małe i średnie będą spadały – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets. – Przy oczekiwanej dekoniunkturze na czołowych parkietach, niestety, polski rynek akcji nie może iść w przeciwną stronę. Słabo spisujący się do tej pory indeks WIG20 raczej czy nawet na pewno ruszy w dół, kierując się najpierw w kierunku czerwcowego minimum osiągniętego po głosowaniu w sprawie brexitu, a później może zejść nawet poniżej 1600 pkt i kierować się w kierunku poziomu 1500 punktów.
Swoje tegoroczne szczyty WIG20 osiągnął pod koniec marca, dotykając pułapu 2000 pkt. Potem jednak rozpoczął się jego spadek, zwieńczony na początku lipca spadkiem poniżej 1700 pkt. I choć przez kolejnych pięć tygodni indeks nieco się dźwignął, to przed kolejną fazą spadkową poziomów z wiosny już nie osiągnął. Obecnie jest na poziomach najniższych od 2009 roku.
WIG20 obarczony jest jednak silnym udziałem sektora bankowego obciążonego podatkiem od aktywów (pięć banków i PZU), sektora energetycznego oraz KGHM-u. Znacznie lepiej radziły sobie w ostatnim roku spółki średnie i małe: przez 12 miesięcy mWIG40 wzrósł o ponad 9 proc., zaś sWIG80 o niemal 8 proc., przy czym największy wzrost dokonał się w ostatnich trzech miesiącach. Zdaniem Marcina Kiepasa nie ma jednak co liczyć na kontynuację pozytywnego trendu w końcówce roku.
– Co więcej, dobrze do tej pory spisujące się małe i średnie spółki po tych kilku miesiącach takiego mocnego trendu wzrostowego również mogą się zacząć korygować, podążając w kierunku wyznaczonym przez światowe giełdy – przewiduje. – Siłą rzeczy taka dekoniunktura na rynkach globalnych, u źródeł której przecież będzie leżała obawa czy strach przed konsekwencjami podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, też przełoży się negatywnie na notowania złotego. Oczekuję, że złoty w relacji do euro, dolara i franka szwajcarskiego pozostanie słaby. Jedynym wyjątkiem będzie para złoty–funt, co wynika z oczekiwanego dalszego osłabienia funta na arenie światowej.
Oczekiwanie na drugą podwyżkę stóp za oceanem trwa już niemal rok. Pierwszej po niemal dekadzie Fed dokonał w grudniu ub.r. i rynek spodziewa się kolejnej w nadchodzącym grudniu. Zacieśnienie polityki pieniężnej, a nawet samo oczekiwanie na nie powoduje umocnienie dolara i spadek indeksów giełdowych. Przewidywany dalszy odwrót inwestorów zagranicznych z GPW spowoduje brak zapotrzebowania na złote, co osłabi polską walutę.
– Wyprzedaże też poniekąd będą konsekwencją, natomiast za osłabieniem złotego będą stały z jednej strony czynniki globalne, czyli wspomniany strach przed podwyżkami stóp procentowych, wzrost awersji do ryzyka na rynkach globalnych, z drugiej natomiast zmniejszające się oczekiwania co do wyników polskiej gospodarki – tłumaczy główny analityk easyMarkets. – W sytuacji, kiedy inwestycje mocno tąpnęły i wobec braku przesłanek do ich momentalnego odbicia wydaje się, że wzrost gospodarczy jeszcze przez kilka kwartałów będzie rozczarowywał analityków, powodując presję na wyprzedaż czy sprzedaż polskiej waluty. Stąd też w końcówce roku za euro możemy płacić w okolicach 4,40, dolar ma szansę wrócić do 4 zł, natomiast notowania franka powinny się ukształtować lekko powyżej 4 zł.
Emisja pyłów i szkodliwych gazów przybiera na sile wraz z początkiem sezonu grzewczego. 40 proc. Polaków przyznaje, że nie wie, na czym polega zjawisko niskiej emisji, a 20 proc. z nich uważa, że palenie śmieci to wyraz oszczędności i proekologicznego zachowania – wynika z badania przeprowadzonego w ramach kampanii „Nie rób dymu”. Paliwem niskoemisyjnym może być drewno, ale pod warunkiem odpowiedniego przechowywania i rozpalania.
– Polacy deklarują, że bardzo dużo wiedzą o ekologii, zwłaszcza o jakości powietrza. Natomiast jeżeli dopytujemy głębiej, okazuje się, że znajomość poszczególnych terminów, np. niska emisja, jest bardzo niewielka. Polacy często spotykają się z tym sformułowaniem, natomiast nie znają jego znaczenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Sawicki z Kampanii „Nie Rób Dymu”.
Z raportu WHO wynika, że jakość powietrza w Polsce należy do jednej z najgorszych w Unii Europejskiej. Z dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych miast połowa znajduje się w Polsce. Początek sezonu grzewczego to okres, kiedy problem ten narasta. Z badania przeprowadzonego przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia w ramach kampanii „Nie rób dymu” wynika, że choć 65 proc. stara się unikać palenia śmieci, to dla 20 proc. to działanie proekologiczne i pożyteczne.
– Wiemy, że ogrzewanie wpływa na środowisko, zwłaszcza na jakość powietrza. Natomiast przy wyborze konkretnego źródła ogrzewania najczęściej kierujemy się ceną, a wpływ na środowisko i na jakość powietrza są elementami, który najrzadziej wpływają na nasze wybory – tłumaczy Sawicki. – Drewno jest paliwem bardzo ekologicznym o niskim poziomie zanieczyszczeń. Polacy nie potrafią jednak palić nim w odpowiedni sposób, sami siebie trując.
Przeprowadzona w ramach kampanii analiza emisji pochodzącej z drewna potwierdza, że może być ono paliwem niskoemisyjnym. Pod warunkiem że będzie odpowiednio przygotowane, czyli sezonowane (suche) oraz rozpalane od góry, ponieważ żar przenosi się z góry na dół.
– Namierzyliśmy sześć głównych mitów na temat spalania drewna. Po pierwsze, nie jest prawdą, że jest ono nieefektywne i daje mało ciepła. Tylko nieodpowiedni gatunek drewna i drewno spalane w nieodpowiedni sposób dają niewiele ciepła. Kolejny mit dotyczy tego, że urządzenia, które efektywnie spalają drewno, są drogie, kosztują nawet 20 tys. zł, a to oczywista nieprawda – przekonuje ekspert.
Polacy nie wiedzą też, jakim drewnem najlepiej jest palić czy w jaki sposób rozpalać w kominku.
– Drewno jest ekologicznym sposobem ogrzewania, jeśli będziemy używać drewna odpowiednio suchego. Musi ono leżakować co najmniej 2 lata w suchym miejscu tak, aby straciło tę wilgotność, którą ma świeże drzewo. Świeże drzewo nie jest ekologiczne, suche już tak – wskazuje prof. Mariusz Filipowicz z Wydziału Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.
Udział wilgoci w paliwie zapewniający minimalny poziom emisji pyłów i efektywne dopalanie tlenku węgla to ok. 15 proc. Świeże drewno ma wilgotność na poziomie 75–80 proc. W związku z tym powinno się stosować wyłącznie drewno sezonowane.
– Prawidłowe przechowywanie drewna powinno być takie, żeby pozbywało się zgromadzonej w trakcie wzrostu wilgoci. Pomieszczenie powinno być przewiewne, zadaszone, aby nie zbierała się tam naturalna wilgotność, żeby drzewa nie zostały zaatakowane przez grzyby. Suche pomieszczenie to klucz – tłumaczy prof. Filipowicz.
Aby spalanie drewna było ekologiczne, konieczne jest również sprawne urządzenie grzewcze. Nieodpowiednie rozmiary i ułożenie kawałków drewna w komorze spalania także mogą wpływać na podwyższenie emisji zanieczyszczeń. Wynika to z utrudnionego dostępu powietrza do pewnych partii wsadu.
Najlepszym gatunkiem drzewa do palenia w piecu i kominku jest dąb, ponieważ pali się wolno i długo, a także ma wysoką wartość kaloryczną. Należy unikać drzew iglastych, w których duża zawartość żywicy tworzy chmury dymu, a także zanieczyszcza wnętrze i przewody kominowe, a przez to obniża wydajność i sprawność paleniska.
– Rodzaj drewna jest istotny. Głównie użytkuje się drzewa liściaste, mają większą gęstość, spalają się wolniej, nie zawierają żywic i mniej się dymią – podkreśla prof. Mariusz Filipowicz.
W polskim sektorze bankowym kapitał zagraniczny ma ok. 60 proc. udziału, w krajach zachodnich to ok. 25 proc. Wiele wskazuje na to, że i w Polsce proporcje będą się zmieniać. Wiele zachodnich banków zmaga się z problemami i wręcz rozważa sprzedaż swoich aktywów w Polsce. To sprawia, że otwiera się okno konsolidacyjne dla rodzimych instytucji, które są w dobrej kondycji, dysponują kapitałem na przejęcia i mają wsparcie rządu, dla którego repolonizacja banków to jeden z elementów realizacji strategii zrównoważonego rozwoju i budowy polskiego kapitału.
– Repolonizacja banków niewątpliwie w ostatnim czasie należy do grupy najważniejszych postulatów z zakresu polityki związanych z patriotyzmem gospodarczym – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Joanna Szalacha-Jarmużek, socjolog ekonomii z Wyższej Szkoły Bankowej (WSB). – Wynika to z obserwacji dotyczącej sektora bankowego w Polsce, który jest dosyć specyficzny, jeśli porówna się go z sektorami w krajach zachodnich. Przede wszystkim ma on bardzo duży udział kapitału zagranicznego.
Aktualnie prawie 60 proc. polskiego sektora bankowego jest w rękach zagranicznych inwestorów branżowych. Szalacha-Jarmużek stwierdza, że jest to sytuacja daleko odmienna od tej w krajach zachodnich, gdzie jedynie około 25 proc. udziału w sektorze bankowym danego kraju mają banki zagraniczne.
– Właściwie struktura kapitałowa banków w Polsce przypomina sytuację w małych krajach europejskich, a Polska do małych krajów nie należy. Duży udział kapitału zagranicznego bywa określany jako sytuacja niekorzystna, którą należy zmienić właśnie poprzez repolonizację, czyli wykupienie banków do tej pory działających z kapitałem zagranicznym – uważa socjolog z WSB. – Na raziebrakuje rzetelnych oszacowań, które mówiłyby, w jaki sposób repolonizacja wpłynie na polską gospodarkę. Natomiast na sektor bankowy niewątpliwie wpłynęłaby ona poprzez zmianę struktury właścicielskiej, która prowadziłaby do zmiany strategii.
Według danych KNF w Polsce działa około 40 banków komercyjnych, w porównaniu do 50 sprzed czterech lat. PZU spodziewa się wręcz, że w ciągu najbliższych lat sektor bankowy skonsoliduje się wokół 5–6 dużych graczy, z których każdy będzie dysponował aktywami na poziomie min. 100 mld zł.
– Ten, kto jest właścicielem banku, ma wpływ na to, jak ta instytucja postępuje ze swoimi klientami. Różne kraje mają różną kulturę bankowości, różny zakres wprowadzonych innowacji i różne podejście do klienta – uważa Szalacha-Jarmużek. – W Polsce już od lat zwracano uwagę na to, że strategia banków zagranicznych ma rys neokolonialny. Jak wskazuje prof. Kieżun, banki polskie były kupowane na początku transformacji po dosyć mocno zaniżonych wartościach.
Ekonomista prof. Witold Kieżun szacuje, że sprzedaż polskich instytucji finansowych inwestorom zagranicznym odbyła się za około 15 proc. wartości, a budżet stracił na operacji prywatyzacji banków około 150–200 mld zł.
– Banki, które do tej pory działają w Polsce, nie zawsze stosowały rozwiązania, które były satysfakcjonujące dla klientów instytucjonalnych, przedsiębiorców czy indywidualnych klientów. Mamy jedne z najwyższych kosztów bankowych w Europie, niesatysfakcjonujący sposób finansowania polskich przedsiębiorstw poprzez kredytowanie przy jednoczesnym kredytowaniu przedsięwzięć firm z krajów, z których wywodzi się dany bank zagraniczny – wskazuje socjolog ekonomii z WSB.
W ostatnich latach najbardziej aktywne na polu przejęć polskie instytucje finansowe to PKO BP, PZU oraz Getin Noble Bank. Ten pierwszy przejął chociażby Inteligo i polskie aktywa Nordea Bank. PZU nabyło Alior Bank i za jego pośrednictwem tworzy platformę konsolidacji sektora. Na pierwszy ogień poszły wydzielone aktywa BPH, odkupione od GE. Z kolei Getin wchłonął GMAC Bank oraz Allianz Bank Polska.
– Repolonizacja może się dokonać dwutorowo, z jednej strony poprzez działania instytucji finansowych, w których udział ma Skarb Państwa. Poza tym mamy też dosyć silną polską grupę bankową Getin Bank Leszka Czarneckiego, która także jest wskazywana jako jeden z podmiotów zaangażowanych w repolonizację poza udziałem Skarbu Państwa – ocenia dr Szalacha-Jarmużek. – W tej chwili mówi się o okienku konsolidacyjnym, a więc pewnej szansie na to, by wyciągnąć z banków zagranicznych ich polskie oddziały. Tym bardziej że banki te pozbywają się ich coraz częściej, dokonując konsolidacji w firmach matkach.
Wśród instytucji należących do zagranicznych właścicieli, które mogą być na sprzedaż, ostatnio coraz częściej wymienia się polskie aktywa niemieckiego Deutsche Banku. Wcześniej rynek sprzedawał Pekao SA, którego włoski właściciel – UniCredit – walczy z kryzysem. Tymczasem pod koniec września informowano, że Alior Bank rozpoczął na zasadach wyłączności negocjacje w sprawie nabycia podstawowej działalności Raiffeisen Bank Polska. Z kolei PKO Bank Polski złożył wiążącą ofertę nabycia Raiffeisen-Leasing Polska.
– Mówi się o repolonizacji sektora bankowego dlatego, że stanowi on krwiobieg systemu gospodarczego. Jego kondycja, to jak on działa na styku z przedsiębiorstwami, z innymi sektorami gospodarki jest kluczowe dla zdrowego rozwoju, w szczególności dla kredytowania różnych przedsięwzięć – wskazuje dr Szalacha-Jarmużek. – Dlatego repolonizacja w tym sektorze byłaby cenna, pod warunkiem że nie doprowadzi do upadku i osłabienia tych zagranicznych oddziałów, tylko że będą one kupowane na zdrowych zasadach gospodarczych.
W efekcie ingerencji polityków w dobór kadr spółki z udziałem Skarbu Państwa mają gorsze wyniki niż firmy w pełni prywatne – uważa Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu w Konfederacji Lewiatan. Dodaje, że mają one także bardzo małe szanse na sukces w zagranicznej ekspansji.
– Spółki z udziałem Skarbu Państwa powinny być zarządzane tak samo jak pozostałe spółki działające na rynku. Niestety, politycy nie mogą powstrzymać się przed interwencją w tych spółkach, chcą realizować swoje cele pozagospodarcze, wsadzają do tych spółek osoby zaufane, ale nie zawsze kompetentne i w efekcie spółki te dają wyniki gorsze niż spółki z sektora czysto prywatnego – zauważ Mordasewicz.
Jak dodał, choć zjawisko to widać nie tylko w Polsce, lecz także w innych państwach, to w naszym kraju jest ono szczególnie groźne i szczególnie rozpowszechnione.
– Według miar OECD w Polsce mamy największy udział spółek państwowych w gospodarce, mamy najbardziej upaństwowioną gospodarkę. Nie tylko tam, gdzie Skarb Państwa ma ponad 50 proc.Wystarczy, że ma pakiet np. 25 proc. w jakiejś spółce, a i tak podejmuje decyzje – wskazał.
Dodał, że jakość zarządzania w spółkach Skarbu Państwa ma w Polsce szczególnie duże znaczenie, ponieważ są to największe spółki w kraju i ich polityka dotyka wszystkich uczestników rynku, czyli firmy, które dostarczają im swoje produkty lub usługi.
– Po drugie, niestety, mówię to z przykrością, nie ma u nas takiej kultury jak np. w Norwegii, gdzie politycy wybierają ludzi o wysokich kompetencjach, obsadzają ich w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, a następnie pozostawiają im wolną rękę w doborze kadr i w prowadzeniu polityki, zarówno w sensie strategicznym, jak i taktycznym. W Polsce politycy nie mogą się powstrzymać przed ingerencją i efekt jest taki, że polskie spółki Skarbu Państwa mają bardzo kiepskie wyniki, wyraźnie gorsze niż w sektorze prywatnym bez udziału Skarbu Państwa – powiedział Mordasewicz.
Mordasewicz zaznacza, że jeżeli spółki z udziałem Skarbu Państwa mają konkurować na rynku europejskim czy światowym, to muszą mieć najwyższej klasy zarządy, bo to jakość zarządu w ogromnej mierze decyduje o wyborze strategii, bieżącym zarządzaniu firmą i ma ogromny wpływ na wyniki.
– Nie wyobrażam sobie światowej ekspansji polskich spółek z udziałem Skarbu Państwa, ponieważ kadry w nich nie są dobierane na zasadzie kompetencji, ale na zasadzie wierności, lojalności wobec tych, którzy powołali te zarządy – przekonuje przedstawiciel Lewiatana.
Ekspert dodaje, że spółki Skarbu Państwa, które już dawno przekroczyły polską skalę działania i są poza granicami naszego kraju, jak KGHM czy Orlen, dla których polski rynek jest zdecydowanie za mały, ze względu na niewłaściwy dobór kadr mają bardzo małą szansę na sukces w zagranicznej ekspansji.
Umowa Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji może być szansą dla Polski poprzez napływ wzmożonych inwestycji lub otwarcie wielkiego, amerykańskiego rynku dla polskich firm, które udowodniły, że skutecznie walczą o rynki eksportowe. Należy jednak pamiętać, że ta umowa jest negocjowana niejawnie, przez co wzbudza wielkie kontrowersje. Byłaby również pierwszą umową tego typu na świecie. W efekcie trudno jednoznacznie ocenić jej przyszły wpływ m.in. na Polskę. W Nowym Jorku właśnie zakończyła się 15. runda negocjacji.
– Wiemy, że wokół TTIP jest wiele kontrowersji, które biorą się stąd, że korzyści związane z jej przyjęciem nie są takie oczywiste. Przewidywane wzrosty PKB w okresie 10–20 lat są szacowane raptem w granicach 0,3 proc. albo 1,2 proc. średnio dla całej Unii Europejskiej. Trzeba przyznać, że nie są to bardzo „obezwładniające” wyniki. Wyniki oszacowań różnią się w zależności od przyjętych założeń dla modeli, które te wyniki dostarczają. Warianty obejmują stopień otwartości gospodarek partnerskich i zakres liberalizacji przepisów. Wszystkie modele należą do klasy modeli równowagi ogólnej. Najbardziej znane opracowania obejmujące te projekcje to te autorstwa CEPR, IFO/Bertelsmanna oraz Ecorys’u – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Bogna Gawrońska-Nowak, dziekan Wydziału Ekonomii i Zarządzania, kierownik Katedry Ekonomii Uczelni Łazarskiego.
Od 2013 roku rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i Komisja Europejska negocjują Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Zakłada ono utworzenie strefy wolnego handlu między USA a Unią Europejską. Zgodnie z założeniem wzmocnienie gospodarczych relacji transatlantyckich ma stymulować wzrost gospodarczy oraz powstawanie nowych miejsc pracy.
– Trudno jest mówić o tych korzyściach w sposób jednoznaczny, dlatego że liberalizacja w ogóle może przynieść bardzo strukturalne, jakościowe przemiany. Mówi się dość powszechnie o tym, że to jest taki zastrzyk, nowa presja konkurencyjna dla Europy – stwierdza prof. Gawrońska-Nowak. – Ale znów kiedy patrzymy na wskaźniki dotyczące konkurencyjności gospodarek europejskich, okazuje się, że w porównaniu do Stanów Zjednoczonych wcale nie wypadają one aż tak źle.
Zwolennicy TTIP przekonują, że wejście w życie porozumienia przyniesie korzyści zarówno Stanom Zjednoczonym, jak i krajom Unii Europejskiej. Skutki umowy dla poszczególnych państw członkowskich UE będą jednak zróżnicowane w zależności od struktury ich gospodarek, wielkości i struktury eksportu oraz ogólnie powiązań handlowych ze Stanami Zjednoczonymi.
– Skutki dla Polski zależą od tego, jaki będzie ostateczny wynik negocjacji. Jest to sytuacja, w której następuje otwarcie gospodarki i unifikacja przepisów. W jakim zakresie Polska będzie musiała to przyjąć, to również zależy od finału rozmów, które są trudne. Bo z jednej strony jest model socjalny Europy chroniący prawa pracownicze i bardzo dbający o normy środowiska, a z drugiej mamy gospodarkę amerykańską, która działa nieco inaczej – dodaje prof. Gawrońska-Nowak.
W ostatnim czasie amerykański sekretarz stanu John Kerry przekonywał, że TTIP zmniejszy koszty eksportu dla milionów małych i średnich przedsiębiorstw oraz stworzy podstawy do przyszłego wzrostu w handlu euroatlantyckim.
– Myślę jednak, że napływ wzmożonych inwestycji jest czymś, co może dobrego przytrafić się Polsce. Ponadto polskie firmy, te najbardziej konkurencyjne, już w tej chwili się bronią. Jeśli zyskałyby dostęp do nowych rynków poprzez liberalizowanie przepisów, to myślę, że potrafiłyby to wykorzystać – stwierdza prof. Gawrońska-Nowak.
Wcześniej pojawiały się szacunki mówiące o tym, że Polska na zniesieniu barier z USA zyskałaby około 3 proc. wzrostu PKB. Te symulacje dotyczyły jednak braku barier w handlu i inwestycjach, a nie konkretnej umowy o wciąż nieznanej treści.
– Jaki będzie bilans netto, czyli jak to wypadnie ostatecznie dla gospodarki, to myślę, że szacunki, które mówią o wzroście PKB w granicach 1–3 proc. w ciągu 10–20 lat są realistyczne. Dodatkowo pewne przekształcenia jakościowe, czyli zwiększenie konkurencyjności, pewne przemiany strukturalne w gospodarce – myślę, że również mogą się okazać pozytywne – wskazuje prof. Bogna Gawrońska-Nowak z Uczelni Łazarskiego.
Przeciwnicy TTIP obawiają się wzmocnienia negatywnych efektów globalizacji i twierdzą, że jego beneficjentami będą głównie wielkie koncerny międzynarodowe. W tym kontekście niepokój budzi przede wszystkim ewentualne włączenie do TTIP kwestii ochrony inwestycji i mechanizmu ISDS (mechanizmu rozstrzygania sporów na linii inwestor–państwo). Wśród zastrzeżeń, jakie są wysuwane w Europie wobec TTIP, jest także m.in. obawa o zagrożenie dla standardów żywnościowych, zalanie rynków produktami GMO, ochrona praw pracowniczych czy kwestie ochrony danych osobowych.
– Na świecie nie ma jeszcze podpisanej tego typu umowy przez żadną grupę państw. Zagadnienie jest bardzo skomplikowane. Ostatnio przeglądałam wyniki Eurobarometru i badania przeprowadzone przez Fundację Bertelsmanna, które pokazują, że Austria i Niemcy są wyraźnie przeciwni TTIP, ale patrząc na pozostałe kraje, widać, że większa część Europy umowę popiera. Poza tym jest spora presja ze strony organizacji pozarządowych, a z drugiej strony Europa potrzebuje integracji, potrzebuje czegoś wspólnego, co może powodować presję na przyspieszenie tych zapisów. Do tego mamy stanowisko Baracka Obamy, który podkreśla, że chciałby tę sprawę dokończyć jeszcze za swojej kadencji – wymienia prof. Gawrońska-Nowak.
Sekretarz stanu USA zaznaczał ostatnio, że celem TTIP jest nie jest tylko zwiększenie handlu między UE a USA. Zaznaczał, że jeszcze „ważniejszy będzie sygnał, jaki zostanie wysłany światu” w efekcie zawarcia TTIP. Jednocześnie w jego ocenie Europa w tym porozumieniu nie obniży swoich wysokich standardów zatrudnienia, ochrony środowiska i ochrony konsumentów.
Zgodnie z wymaganiami UE do 2020 roku w Polsce powinno być zainstalowanych ok. 12,8 mln inteligentnych liczników. Innowacje technologiczne wymuszają nie tylko przepisy unijne, lecz także codzienność oparta na szybko rosnącej konsumpcji prądu oraz takich trendach jak Internet Rzeczy czy samochody elektryczne. Inteligentna sieć to dziś konieczność – podkreśla prezes spółki Atende.
– Smart grid, czyli inteligentna sieć, to jest bardzo pojemne określenie. Tak naprawdę chodzi o to, że nowoczesne sieci energetyczne muszą być tak zbudowane, żeby łączyły wszystkich uczestników tego rynku – wytwórców energii i dostawców różnych usług, a także muszą być dobrze opomiarowane. Inteligentne opomiarowanie (smart metering) jest głównym elementem smart gridu – powiedział agencji informacyjnej Newseria Roman Szwed, prezes Atende SA, podczas debaty „Innowacyjna energetyka", zorganizowanej przez Executive Club.
Dyrektywa UE o efektywności energetycznej zakłada, że jednym z podstawowych elementów smart grid powinien być tzw. inteligentny licznik, zamontowany w każdym gospodarstwie domowym. Umożliwia on automatyczne zbieranie i przekazywanie danych o zużyciu energii elektrycznej. W efekcie ma to pozwolić na szacowanie zapotrzebowania na energię dzielnic, czy miast, aby efektywnie zarządzać dostawami i zapobiegać awariom.
– Generalnie chodzi o to, żeby mieć świetną kontrolę nad tym, co naprawdę dzieje się w sieci energetycznej na każdym poziomie. W zasadzie nie można sobie wyobrazić nowoczesnej sieci energetycznej nowej generacji bez elementów smart grid – podkreśla Szwed. – W zasadzie smart grid jest koniecznością. Oczywiście jest tam bardzo dużo informatyki, dzięki której się kontroluje, mierzy i komunikuje. W związku z tym jest tam dużo pracy dla firm informatycznych.
Zaznacza, że brak rozwiązań smart grid uniemożliwia podłączenie np. rozproszonych źródeł energii, optymalizację zużycia, wpływ na poziom poboru prądu. Firma badawcza Gartner oczekuje, że do 2020 roku to w sektorze energetyce będzie najwięcej na świecie urządzeń podłączonych do internetu i to w nim nastąpi bardzo duże wykorzystanie Internetu Rzeczy (IoT).
Jako przykład konieczności wdrożenia smart grid Szwed podaje najnowszy projekt miliona samochodów elektrycznych w 2025 roku. Założenia takie resort energii uwzględnił w Planie Rozwoju Elektromobilności i krajowych ram polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych.
– Możemy sobie wyobrazić, co się stanie, gdy wszystkie elektryczne auta z danej dzielnicy jednocześnie zostaną podłączone do prądu. Ta sieć musi wiedzieć, kiedy można ładować taki samochód. Dodatkowo z ich akumulatorów można także pobierać prąd po to, żeby np. uzupełnić braki w sieci, ale to wszystko musi być oprzyrządowane i pomierzone. To jest smart grid – stwierdza Szwed.
Wdrażanie inteligentnego opomiarowania wymusza na nas UE. Do 2020 r. inteligentne liczniki powinny zastąpić 80 proc. zwykłych liczników prądu (ok. 12,8 mln). Programy pilotażowe w tym zakresie prowadzą operatorzy największych systemów dystrybucji Energa, Enea, Tauron, RWE i PGE.
– Hardware, czyli liczniki, można zrobić nawet w ostatnim momencie. Natomiast jest wiele systemów informatycznych, które trzeba rozwinąć i uwspólnić. Firmy energetyczne są zlepkami mniejszych organizmów, które mają różne np. systemy bilingowe, różne systemy komunikacji z klientem itd., to wszystko wymaga czasu – ocenia prezes Atende.
Przykładowo, w ubiegłym roku Tauron zakończył kilkuletni projekt migracji danych z 12 systemów bilingowych dla klientów masowych w całej grupie do centralnego systemu.
– Innowacyjność to nie jest coś, co się zadekretuje. Prawdziwa innowacyjność rodzi się wtedy, kiedy jest potrzeba, zamówienie, kiedy wiadomo, że w jakimś okresie czasu trzeba coś osiągnąć. Wtedy ludzie muszą naprawdę znaleźć sposób na rozwiązanie danej kwestii, pojawia się wiele innowacyjnych pomysłów i konkurencja firm na tym polu prowadzi do postępu – podsumowuje prezes Atende.
Rynek transakcji gruntami rolnymi powinien wróci do dobrej kondycji w pierwszej połowie 2017 roku – ocenia Mariusz Włodarczyk z BZ WBK Leasing. Na przełomie roku pozytywny impuls dla finansowania inwestycji powinny dać dotacje unijne. Nowelizacja ustawy rolnej z lipca 2016 roku sprawiła, że kredytowanie nieruchomości rolnych stało się łatwiejsze, niż było po 30 kwietnia tego roku. Wprowadzenie wówczas ograniczenia w wolnym obrocie działkami rolnymi spowodowało, że liczba zawieranych transakcji zmalała niemal o połowę, spadła też średnia cena hektara.
– Wszyscy czekali na tę zmianę, która weszła w życie 16 sierpnia. Widzimy już z powrotem pierwsze transakcje na tym rynku. Myślę, że rynek powinien wrócić do dobrej kondycji już w I półroczu 2017 roku, kiedy notariusze, urzędy, Agencja Nieruchomości Rolnych, ale też sami rolnicy, instytucje finansowe, banki z powrotem się przyzwyczają do finansowania gruntów rolnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Włodarczyk z BZ WBK Leasing.
W II kw. tego roku, po zmianach które weszły w życie po 30 kwietnia, ruch na rynku gruntów rolnych praktycznie zamarł. O połowę zmalała liczba zawieranych transakcji, a cena hektara w ciągu jednego kwartału spadła średnio o 532 zł – wynika z analizy Lion’s Banku. Za hektarową działkę trzeba obecnie zapłacić ok. 35 tys. zł. W skali roku to wzrost (o nieco ponad 4 proc.), a w 2004 roku za hektar trzeba było płacić 6,2 tys., co w porównaniu do cen z 2015 roku oznacza wzrost w ciągu roku średnio o ponad 16 proc.
– Od maja wstrzymano obrót ziemią, której właścicielem jest Skarb Państwa. To wbrew pozorom był bardzo duży rynek i duża skala transakcji dotyczyła nieruchomości, które były we władaniu Skarbu Państwa. Utrudniono także zasady finansowania gruntów i te zmiany legislacyjne wstrzymały na de facto cztery miesiące obrót ziemią rolną – wskazuje ekspert.
Nowelizacja ustawy rolnej zmieniła brzmienie ustawy o księgach wieczystych i hipotece. Zgodnie z nowym przepisem suma hipotek na nieruchomości rolnej nie mogła przewyższać jej wartości rynkowej ustalonej na dzień ustanowienia hipoteki. To zaś sprawiło, że instytucje finansowe wycofały się z takich transakcji ze względu na ograniczoną możliwość ich zabezpieczenia.
– Druga zmiana miała miejsce 16 sierpnia tego roku i spowodowała udrożnienie finansowania gruntów dla rolników indywidualnych przez banki i takie firmy jak nasza. Zniosła ona przede wszystkim ograniczenia dotyczące wyceny ziemi i ustanawiania hipotek na nieruchomościach rolnych – podkreśla Włodarczyk.
Wedle znowelizowanych przepisów, od sierpnia to sam bank i kredytobiorca mogą ustalać wysokość hipoteki, która w ten sposób może być wyższa od wartości działki. Utrzymane zostały natomiast ograniczenia w kupnie ziemi leżącej poza granicą gminy, w której mieszka dany rolnik. Jak jednak zaznacza ekspert, wciąż dla wielu rolników barierą nie jest prawo, a wysoka cena gruntu.
– Wciąż jeszcze zakupy są przede wszystkim finansowane za gotówkę, natomiast dostrzegamy od kilku lat rosnący udział środków z kredytów czy innych źródeł dla zakupów gruntów rolnych. Z tego powodu 1,5 roku temu wdrożyliśmy naszą pożyczkę na zakup gruntu. Co prawda wstrzymaliśmy to od maja tego roku, ale od połowy września wróciliśmy na rynek i chcemy finansować naszym klientom zakup ziemi rolnej – zaznacza Mariusz Włodarczyk.
Pożyczka dla sektora AGRO w Banku Zachodnim WBK umożliwia finansowanie ziemi o wartości od 50 tys. zł przy udziale własnym na poziomie 1 proc. oraz okresie finansowania rozłożonym na 30 lat.
– Rozwiązania, które proponujemy wynikają z tego, że dobrze znamy ten rynek, finansując od ponad 10 lat maszyny i urządzenia dla klientów z tego sektora. To zasadniczo wyczerpuje możliwość finansowania ze środków obcych – przekonuje Włodarczyk.
Oprócz zakupu za gotówkę lub dzięki kredytowi, rolnicy mogą skorzystać z dzierżawy. Stała się ona podstawową formą zagospodarowania państwowej ziemi od wejścia w życie ustawy, która od maja wstrzymała sprzedaż ziemi na 5 lat. Jak podaje ANR, w pierwszym półroczu tego roku przeprowadzono 9,4 tys. przetargów na dzierżawę, na podstawie których wydzierżawiono prawie 50 tys. ha.
– Innym z instrumentów, z jakich są finansowane inwestycje w rolnictwie to dotacje unijne PROW. Druga perspektywa 2014-2020 wciąż jeszcze ciągle nie działa. Mieliśmy wymianę kadr w agencjach, mamy również pewne kwestie proceduralne, zmienił się też rodzaj i charakter zasad dofinansowania. Liczymy, że uruchomienie tych środków powinno nastąpić, jeśli nie w IV kw. tego roku, to od początku 2017 roku. Powinno to dać duży pozytywny impuls dla finansowania inwestycji zarówno w maszyny, jak i w grunty rolne – podkreśla Mariusz Włodarczyk.
Ponad 12,5 mln osób zatrudnionych w Polsce na umowę o pracę przed rozpoczęciem zatrudnienia musi przejść określone badania medyczne, a po kilku latach je powtórzyć. Dla niektórych branż i przedsiębiorców ten obowiązek jest bardzo kłopotliwy, wiąże się bowiem z organizacją szeregu badań dla wielu różnych stanowisk, a to wiąże się z nieobecnościami pracowników. Aby zminimalizować utrudnienia i skrócić czas badań medycyny pracy, przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po pomoc towarzystw ubezpieczeniowych w tym zakresie.
W Polsce każdy pracownik zatrudniony na umowę o pracę musi wykonać badania, które określą, czy jest on zdolny wykonywać swój zawód. Zakres tych badań uzależniony jest od stanowiska i zakresu obowiązków.
– Dla pracowników biurowych są to wyłącznie badania związane ze wzrokiem, czyli wizyta u okulisty, badania lekarza medycyny pracy. Natomiast w przypadku pracowników produkcji zakres jest już bardzo szeroki i ich wykonanie związane jest z długą nieobecnością w pracy. Zgodnie z przepisami pracownik musi wykonać te badania w ramach godzin pracy i z zachowaniem pełnego wynagrodzenia, więc jest to dla pracodawców dodatkowe obciążenie. Im dłużej trwają badania, tym większa strata finansowa dla pracodawcy – mówi agencji Newseria Dorota Bartkowska, dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych Compensa.
Dotyczy to przede wszystkim sektora przemysłowego, w którym zatrudnionych jest blisko 5 mln osób. Dlatego pracodawcy coraz częściej decydują się organizować medycynę pracy w ramach prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.
– Podstawową korzyścią jest to, że towarzystwo ubezpieczeń jest w stanie dużo lepiej zorganizować całe badania medycyny pracy. Współpracuje ono bowiem z wieloma placówkami medycznymi i może zorganizować cały proces tak, aby te badania odbyły się możliwie szybko: w jednym dniu, w jednej placówce, w lokalizacji dogodnej dla pracownika. To skraca nieobecność pracownika w firmie i jednocześnie minimalizuje związaną z tym stratę dla pracodawcy – tłumaczy Dorota Bartkowska.
Jak podkreśla, medycyna pracy w formie ubezpieczenia zdrowotnego to także stabilizacja i przewidywalność kosztów dla pracodawcy, ponieważ poziom składki ustalany jest z góry i nie zależy od liczby wykonanych badań.
– Z drugiej strony pracodawca ma jeszcze dodatkową korzyść, gdyż towarzystwo ubezpieczeniowe wyręcza go w całym procesie organizacji badań i rozliczeń z placówkami medycznymi. A przecież to także wiąże się z dodatkowymi kosztami po stronie pracodawcy, np. przy zatrudnianiu pracowników działów kadr, które musiałyby taki cały proces obsługiwać – podkreśla Dorota Bartkowska.
Zdaniem Bartkowskiej na takim rozwiązaniu zyskuje nie tylko pracodawca, lecz także pracownik.
– Jest to szeroki zakres badań, więc stan zdrowia pracownika jest dużo lepiej skontrolowany i jest on poddany lepszej opiece – mówi Dorota Bartkowska.
Ubezpieczenie zdrowotne może się składać z kilku opcji. Jedną z nich jest medycyna pracy, pozostałe to świadczenia ambulatoryjne, np. wizyty u lekarza czy badania diagnostyczne. Pracodawca najczęściej finansuje takie ubezpieczenie swoim pracownikom.
– Mają oni wówczas dostęp do prywatnej opieki medycznej, mogą lepiej dbać o swój stan zdrowia i korzystać z wielu usług medycznych. Jest to dla nich bezgotówkowe, bezpłatne, placówka rozlicza się już bezpośrednio z towarzystwem za wykonane usługi. Co ważne, dostęp do tych usług medycznych jest zdecydowanie lepszy i szybszy niż to w systemie publicznym – wyjaśnia Dorota Bartkowska.
Sejm większością głosów przyjął uchwałę w sprawie ratyfikacji umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą (CETA). To dobra wiadomość dla polskiej gospodarki, bo umowa została wynegocjowana w sposób zapewniający korzyści dla naszych przedsiębiorców – uważa Konfederacja Lewiatan.
Sejm dał mandat rządowi do akceptacji umowy podczas najbliższego szczytu Rady Europejskiej w końcu października. Po akceptacji przez Radę w życie wejdzie część handlowa umowy, natomiast część inwestycyjna będzie w kolejnych miesiącach ratyfikowana przez poszczególne kraje członkowskie UE.
– CETA znosi bariery celne i zrównuje firmy europejskie w prawie do udziału w procedurach zamówień publicznych z firmami kanadyjskimi w Kanadzie. Tworzy większe szanse dla sektora małych i średnich firm, bo zostały przewidziane w umowie dodatkowe mechanizmy wspierania wymiany handlowej i uproszczone procedury celne. Największe korzyści powinny odczuć w przyszłości takie sektory polskiej gospodarki jak – produkcja maszyn czy sektor chemiczny, bo to produkty z tych sektorów tworzą większość polskiego eksportu do Kanady – mówi Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.
Ważne jest także to, że polscy przedsiębiorcy o wiele więcej towarów eksportują do Kanady niż sprowadzają zza oceanu, więc umowa poprawia dodatkowo warunki tego eksportu. Umowa poprawia także możliwości znajdowania zatrudnienia na rynku kanadyjskim przez polskich specjalistów, obejmuje uproszczone procedury delegowania pracowników i wprowadza wzajemność w uznawania kwalifikacji.
Warto podkreślić, że CETA jest pierwszą umową handlową, w której zaproponowany jest nowy sposób rozstrzygania sporów inwestycyjnych, obejmujący stabilny mechanizm rozstrzygania sporów, powołanie trybunału, czy uzupełnienie procedury o drugą instancję. CETA nie ogranicza ani UE, ani Kanady w opracowywaniu nowych przepisów, w kluczowych obszarach ważnych z punktu widzenia konsumentów – środowiska, żywności, czy ochrony zdrowia i bezpieczeństwa. Część środowisk zwraca uwagę na to, że CETA ograniczy bezpieczeństwo żywności. Zdaniem Lewiatana ten zarzut jest nietrafiony, bo tak jak do tej pory, kanadyjskie produkty sprowadzone do Polski i Europy muszą pozostawać w zgodzie z naszymi przepisami i standardami.
W ocenie Konfederacji Lewiatan z punktu widzenia polskich firm kluczowe jest poszerzenie możliwości eksportowych. Temu z całą pewnością posłuży CETA. Dlatego namawiamy rząd do podjęcia także pozytywnej decyzji podczas spotkania Rady Europejskiej
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Wycena aktywów finansowych nie musi być wcale taka trudna, jak to profesorzy opisują w podręcznikach dot. wyceny finansowej. Proponowane są nam tysiące wskaźników, jednak po kilku latach studiowania nikt mi nie powiedział, kiedy złoto czy indeks S&P 500 jest drogi. W bieżącym artykule przedstawię jedną z najprostszej z możliwych wyceny aktywów finansowych. Na samym początku warto przyjrzeć się notowaniom złota w poszczególnych walutach.
Od początku 2000 roku lub raczej od kilku tysięcy lat złoto zawsze drożeje względem złota oraz wszystkich wytworzonych produktów na świecie. Jest to spowodowane przez nadmierną podażą pieniądza ze strony banków centralnych. Zatem w każdej analizie powinniśmy pozbyć się waluty, w ten sposób należy porównywać aktywo z aktywem. W historii już niejednokrotnie odnotowano wzrost ceny domów o 200%, jednakże cena nabywcza, porównując z innymi aktywami spadła. Wartość każdej waluty w czasie zbiega do ZERA!
Dlatego zamiast wyrażać indeks w dolarach, należy przyrównać go do złota. Poniższy wykres przedstawia wartość indeksu Dow Jones Industrial wyrażoną w złocie.
Pokazuje nam to, ile musimy zapłacić uncji złota za jedną jednostkę indeksu. Analiza jest prosta i przyjemna, a co najważniejsze rynek zawsze porusza się w cyklach, które z każdym razem stają się coraz bardziej „wypaczone”. Dzięki temu możemy wycenić prawdziwą wartość złota. Na dzień dzisiejszy dzięki temu wiemy, że złoto jest niedowartościowane, a akcje przewartościowane.
Jeżeli chcemy wycenić wartość indeksu, to najlepiej porównać go do produktu krajowego brutto.
Dzięki temu wiemy, że kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażonej jako procent produktu krajowego brutto Stanów Zjednoczonych wynosi 110%. Patrząc historycznie jesteśmy bardzo blisko szczytów z 2000 oraz 2009 roku. Tak naprawdę, po ostatnim wybiciu indeksu S&P 500 znaleźliśmy się na historycznym szczycie. Patrząc na dwa poprzednie wykresy możemy stwierdzić, że złoto jest tanie, a akcje są drogie. Wybór aktywa na kilka najbliższych lat powinien być bardzo prosty, jednak nic nie wiadomo. Zawsze istnieje czynnik, który może pokrzyżować plany naszej inwestycji.
Podsumowanie
Analiza fundamentalna nie musi być tak trudna, jak to opisują analitycy. Wystarczy trochę doświadczenia i zdrowego rozsądku. Musimy pamiętać, że trudno jest pokonać rynek. Każdy fundusz inwestycyjny stara się to zrobić, a spora ich część upada. Na rynku zdrowy rozsądek zawsze pozostanie najważniejszą rzeczą. Dzięki niemu będziemy mogli uniknąć nadchodzącej katastrofy, a inwestorzy nie musieliby opłakiwać bessy z 2000 oraz 2007 roku.
Nawet ponad 10 000 zł brutto miesięcznie mogą zarobić specjaliści z kilkuletnim doświadczeniem. Zarobki w polskim sektorze BPO/SSC są coraz wyższe i zapewne ten trend się utrzyma. W bieżącym roku możliwy jest nawet 5% wzrost wynagrodzeń w sektorze – wynika z szacunków Page Personnel. Kto zarabia najwięcej? Specjaliści z obszaru finansów, księgowości oraz obsługi klienta.
– Zarobki specjalistów z kilkuletnim doświadczeniem mogą przekraczać nawet 10 000 zł brutto miesięcznie. Wynagrodzenia zależą oczywiście od lokalizacji – najwyższe są w Warszawie. W najlepszej sytuacji znajdują się tu audytorzy wewnętrzni (8 000 – 12 500 zł), analitycy finansowi (8 300 – 10 000 zł), kontrolerzy produktów bankowych (5 500 – 9 500 zł), a także liderzy zespołów księgowych (7 000 – 12 000 zł). Wynagrodzenia księgowych wahają się od 3 500 zł (dla młodszego księgowego) do nawet 9 500 zł (dla starszego ze znajomością kilku języków obcych). Z kolei zarobki dyrektorów Centrów Usług Wspólnych mogą sięgać nawet 45 000 zł – mówi Wojciech Bartz z zespołu Shared Services Centres w Page Personnel.
Najbardziej poszukiwani są eksperci władający kilkoma językami. Ogromne zapotrzebowanie jest na pracowników ze znajomością szwedzkiego, norweskiego, duńskiego, fińskiego lub holenderskiego. W cenie jest również znajomość języka czeskiego, słowackiego, węgierskiego oraz rumuńskiego. Nie słabnie również zapotrzebowanie na specjalistów znających język francuski, niemiecki, hiszpański oraz włoski.
Obecnie w Polsce funkcjonuje ponad 950 centr usług biznesowych w 17 lokalizacjach, które w sumie zatrudniają ponad 200 tysięcy pracowników. Jednym z największych atutów Polski istotnym dla sektora BPO/SSC jest właśnie wykwalifikowana kadra, wysoka jakość świadczonych usług oraz konkurencyjne koszty pracy. Dodatkowymi atutami są europejska strefa czasowa i spójność kulturowa z Europą Zachodnią. Oprócz tego korzyściami są również takie kwestie, jak zwolnienia z podatku CIT oraz od nieruchomości, a także dotacje z Unii Europejskiej. Ważnym aspektem jest także to, że Polska dysponuje bazą wykwalifikowanych pracowników, którzy władają językami obcymi – na ten moment polskie SSC świadczą usługi w ponad 30 językach. – Jest to niezaprzeczalny wyróżnik chociażby w porównaniu z Indiami. Pomimo, iż koszty prowadzenia działalności w Polsce mogą być nieco wyższe niż w Indiach, są one równoważone przez wyższą jakość usług oraz kwalifikacje pracowników. Dlatego też firmy, które planują uruchomienie Centrów Usług Wspólnych w celu wsparcia zaawansowanych procesów decydują się właśnie na nasz kraj – komentuje Anna Durczak z zespołu Shared Services Centres w Page Personnel.
Na korzyść Polski przemawia również rozwinięta infrastruktura oraz dostępność przestrzeni biurowej z dobrym dojazdem do lotnisk. Według raportu Page Personnel „Market Overview. Shared Services Centers. Business Process Outsourcing. Poland, 2016”, pod koniec pierwszego kwartału 2016 r. dysponowaliśmy łącznie aż 8,3 mln m2 nowoczesnych przestrzeni biurowych w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie oraz Lublinie. Zaś średni miesięczny koszt wynajmu wyniósł ok. 55 zł/m2, podczas, gdy najwyższe czynsze w budynkach klasy A wahały się pomiędzy 45 a 101 zł/m2.
Wyróżnikiem naszego regionu jest także dostęp do szerokiej bazy talentów. W Polsce studiuje ok. 1,5 mln osób, a dyplom wyższej uczelni odbiera rocznie ok. 485 tys. osób. Szczególnie ceniona jest wiedza techniczna oraz znajomość języków obcych – za kombinację tych kompetencji firmy są w stanie zaoferować wynagrodzenie wyższe nawet o kilkanaście procent. W rezultacie, zainteresowanie kandydatów sektorem BPO/SSC jest coraz większe. Ponadto, aby przyciągnąć potencjalnych pracowników Centra Usług Wspólnych kuszą bogatymi pakietami socjalnymi. W standardzie są zarówno opieka zdrowotna , ubezpieczenia na życie, kupony na lunch, kursy językowe, kursy zawodowe, a także zniżki (głównie na produkty oraz usługi firmy). Wśród najrzadziej oferowanych benefitów są natomiast fundusze emerytalne, możliwość zakupu udziałów czy też opieka dentystyczna.
W ciągu niecałych dwóch minut na początku azjatyckiej sesji funt brytyjski zanurkował ponad 6 proc. zaliczając nowe 31-letnie minimum do dolara poniżej poziomu 1,1850. Para EURGBP przebiła na chwilę poziom 0,94, pierwszy raz od 2009 roku. Natomiast funt w relacji do złotego kwotowany był nawet po 4,55 zł, najniżej od 2011 roku. Co było przyczyną tak drastycznego tąpnięcia? Część analityków spekuluje, iż mogła nią być wypowiedź prezydenta Francji – Francois Hollande, który uważa, iż Wielka Brytania musi ponieść konsekwencje opuszczenia Unii Europejskiej, opowiadając się tym samym za „twardym” Brexitem. Większość jednak wskazuje na tzw. „fat finger”, czyli błąd ludzki w kwotowaniu. Płynność na brytyjskim funcie podczas azjatyckiej sesji z reguły jest bardzo niska ze względu na niski wolumen zawieranych o tej porze transakcji. Dodatkowo w ten piątek ruchy były jeszcze bardziej spowolnione przez oczekiwanie rynku na dzisiejszy raport z amerykańskiego rynku pracy. Dlatego też błąd ludzki w postaci zbyt niskiego kwotowania o dużym wolumenie mógł trafić na bardzo podatny grunt.
Jednak nawet błąd ludzki nie uzasadnia nagłego spadku wartości brytyjskiej waluty aż do takiej skali. Pomimo, iż ciężko będzie znaleźć winowajcę, wiadomo już, że wyprzedaż mogła być spotęgowana przez komputerowe automaty tradingowe, reagujące znacznie szybciej od człowieka – praktycznie w przeciągu milisekund. Chodzi tu o tzw. transakcje algorytmiczne, które dziennie na rynku Forex generują około 200 mld dolarów obrotu, ponad trzy razy więcej niż trzy lata temu. Komputery zaczęły działać po prostu na zasadzie efektu domina, momentalnie wyprzedając funta po coraz niższych cenach. Dodatkowo część traderów zwraca uwagę na duże pozycje opcyjne na parze GBPUSD, ustawione na poziomach 1,25 i 1,20, które mogły spotęgować spadki w momencie naruszenia przez parę tych poziomów.
Dodatkowy problem nastręcza ustalenie, do jakiego poziomu spadła dziś para GBPUSD. Według ceny kompozytowej, podawanej przez system tradingowy agencji Bloomberg, która jest medianą kwotowań dealerów bankowych, para osiągnęła poziom 1,1841. Część banków kwotowało funta znacznie niżej, na poziomie nawet 1,1378 dolara.
Nocne, nagłe tąpnięcie funta nie jest pierwszym tego typu w historii. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia na południowoafrykańskim randzie w styczniu i nowozelandzkim dolarze w zeszłym roku. Pomimo, iż funt brytyjski stracił już więcej w tym roku, bo ponad 11 proc. w dniu ogłoszenia wyników brytyjskiego referendum, to dzisiejszy ruch był znacznie bardziej dramatyczny, gdyż nikt się go nie spodziewał. Na szczęście nagła wyprzedaż została szybko opanowana przez traderów i funt po tym incydencie znalazł punkt równowagi do dolara w okolicy poziomu 1,24. Podczas europejskiej sesji strona podażowa jednak ponownie zaczyna wygrywać i funt traci już prawie 3 proc. do dolara handlując poniżej poziomu 1,23.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Kongres Dyrektorów Finansowych w Warszawie 2016 FOT BORYS SKRZYNSKI
Jaki jest dzisiejszy CFO? Zdaniem uczestników Kongresu Dyrektorów Finansowych 2016 roku, CFO to nie tylko osoba sprawnie działająca w trudnej sytuacji gospodarczej i politycznej. To także wizjoner, który coraz częściej odpowiedzialny jest za CSR i zapewnia firmie odpowiednie finansowanie, znając przy tym nowe technologie oraz nawyki płatnicze klientów.
Kondycja gospodarcza jest gorsza niż się spodziewaliśmy – tymi słowami zaczął premierowe wystąpienie na kongresie Leszek Kąsek, Główny Ekonomista z biura Banku Światowego w Warszawie. Jego diagnoza była gorsza nie tylko od tej z początku roku, lecz także z czerwca zeszłego roku, który uważany jest przecież za najgorszy okres po kryzysie finansowym. W jego ocenie gospodarki rozwinięte, np. Stany Zjednoczone czy Japonia, nie będą w najbliższym czasie motorem wzrostu światowej gospodarki. Z kolei kraje eksportujące surowce (m.in. Brazylia lub Rosja) znalazły się pod dużą presją. Znacznie lepsza jest sytuacja krajów importujących surowce, w tym Polski (ropa), które są mniej uzależnione od rozwoju gospodarczego Chin. Leszek Kąsek nie ma złudzeń odnośnie największych czynników ryzyka. – Erozja wiarygodności, czyli (ograniczenie) polityki stabilizacyjnej, zawirowania na rynkach finansowych oraz wzrost protekcjonizmu – wymienia ekonomista.
Cechą wspólną wszystkich gospodarek jest stagnacja inwestycji. – Wydawać by się mogło, że z uwagi na niskie stopy procentowe oraz rosnące potrzeby inwestycyjne, skala inwestycji będzie większa, a tymczasem jesteśmy świadkami stagnacji. W najbliższym czasie spodziewany jest wzrost w sektorze raczej mniejszych inwestycji.
Osłabienie inwestycyjne dotarło też do Polski, gdzie w całym roku spadło ono o około 3 proc. Na szczęście inwestycje powinny przyśpieszyć w kolejnych latach. Stymulatorem gospodarki jest bez wątpienia program 500+. Na tle gospodarki UE prezentujemy się całkiem dobrze. Według Leszka Kąska pespektywy dla Polski są niezłe, zaś spadek dynamiki przejściowy. Mimo wszystko jednak trzeba gospodarkę wzmocnić strukturalnie i zreformować po stronie sprzedażowej.
CFO jako wizjoner, łączący kilka kompetencji
A jak w obecnej rzeczywistości gospodarczej radzą sobie dyrektorzy finansowi? Na to pytanie próbowali znaleźć odpowiedź uczestnicy pierwszej debaty, prowadzonej przez Bogusława Chrabotę, Redaktora Naczelnego dziennika Rzeczpospolita. – Żyjemy w trudnych czasach. Od współczesnego CFO wymaga się wiedzy nie tylko na temat tego, co było, ale co również będzie. Taka umiejętność pozwoli podnieść wynik i marże przedsiębiorstwa na koniec roku, uzdrowić biznes oraz poprawić jego konkurencyjność – przekonywała Joanna Seklecka, Wiceprezes Zarządu firmy Service. Wtórował jej Tomasz Matras, Zarządzający Funduszami Akcyjnymi, Union Investment TFI, który uważa, że dzisiejszy dyrektor finansowy musi być wizjonerem, odpowiadać za rozwój i przyszłość firmy. – Taka postawa jest pożądana i świadczy o jego wysokich kompetencjach. Większość przedsiębiorstw działa w trudnym środowisku, gdzie nie zawsze da się przewidzieć co będzie za miesiąc czy nawet trzy miesiące. Rolą CFO jest się zabezpieczyć i przewidzieć co się wydarzy, a przy tym mówić wprost o możliwych zagrożeniach oraz wyzwaniach – twierdził Matras.
W podobnym tonie wypowiadał się Przemysław Milczarek,Wiceprezes Zarządu, CFO w Zamet Industry, który do listy pożądanych kompetencji dorzucił jeszcze umiejętności z nowych dziedzin. – Przydatna jest wiedza z zakresu marketingu oraz nowych technologii, jak również zarządzania ryzykiem. Minęły czasy dyrektora postrzeganego wyłącznie jako strażnika compliance oraz kasy firmowej. Z kolei Tomasz Dankowiakowski, Dyrektor Finansowy w Geberit Polska zwracał uwagę na umiejętność odpowiedniego reagowania na płynące z zewnątrz informacje. – Trzeba je odpowiednio selekcjonować do tych, które wymagają dalszego zgłębiania, dzięki czemu będziemy w stanie „suchą nogą” przejść przez ciężkie czasy, albo przynajmniej spróbować podjąć takie wyzwanie, gdyż nie ma narzędzia pozwalającego przewidywać przyszłość. Zgadzała się z nim Joanna Seklecka, która dostrzegała zagrożenie, wynikające z otrzymywanych informacji. – Ich liczba jest gigantyczna, trzeba wiedzieć jak je zinterpretować, przetworzyć i odpowiednio wykorzystać. Na koniec prelegenci zostali zapytani o główne postulaty, które zgłosiliby władzom państwowym. Wśród odpowiedzi pojawiały się: mniejsza ingerencja w gospodarkę, stabilne i transparentne warunki do rozwijania biznesu, możliwość handlu w niedzielę oraz niewprowadzanie waluty euro – choć akurat ten postulat, jak stwierdziła Seklecka, może mieć wielu przeciwników.
Spadek optymizmu wśród polskich dyrektorów finansowych
Stałym punktem kongresu jest prezentacja badań, przeprowadzonych na grupie dyrektorów finansowych. W tym roku w badaniu wzięła udział rekordowa liczba 160 CFO z różnych branż i segmentów rynku. – W poprzednich edycjach mieliśmy do czynienia ze wzrostem odsetka optymistów, ale w ostatniej nastąpiło przełamanie trendu, odsetek optymistów spadł i to znacząco. Co cieszy to fakt, że liczba optymistów jest wciąż wyższa niż pesymistów – tłumaczył Tomasz Wróblewski, Partner Zarządzający, Grant Thornton. Większość dyrektorów finansowych przewiduje utrzymanie dotychczasowych przychodów. – Co prawda nie będą one rosnąć, na szczęście niewielu prognozuje ich spadek. Takie podejście wynika z czynników rynkowych, między innymi zmian zachodzących w gospodarce oraz nowej perspektywie politycznej – deklarował Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes.
Z jednej strony mamy do czynienia z przychodami, a z drugiej z kosztami pracy, a te są zależne od ostatnich zmian w otoczeniu prawnym (między innymi wprowadzenia programu 500+ i wzrostu płacy minimalnej o 100 zł). Jeśli do tego dołożymy wzrost gospodarczy oraz najniższe bezrobocie w historii, to konkluzja jest taka, że trudno o dobrego o pracownika i więcej trzeba mu zapłacić.
Z badań wynika, że opinia polskiego CFO jest zbieżna z opinią instytucji – Czeka nas spowolnienie gospodarcze, którego już doświadczamy. Tempo inwestycji spadło, a polscy dyrektorzy wpisują się w te oczekiwania. Spada chęć inwestowania wśród CFO w porównaniu z poprzednim rokiem – twierdził Wróblewski. W tej sytuacji kluczowe będzie skupić się na projektach optymalizacyjnych i innowacyjnych. – Jesteśmy na końcu stawki jeśli chodzi o wydajność, gdyż niedomaga organizacja pracy. Trzeba innowacyjnie podejść do procesu. Zwłaszcza, że mamy możliwość pozyskania na to środków unijnych – konkludował Wróblewski.
Z badania wyłania się obraz pożądanego dyrektora finansowego. – Strażnik kosztów i ryzyk, mimo presji na koszty, utrzymujący tempo inwestycji, stale optymalizujący, m.in. koszty back-office’owe oraz procesy podatkowe, księgowe, IT czy płacowo-kadrowe – wylicza Wojtkowiak.
Dyrektorzy spokojni o finansowanie
Dziś trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie i rozwój firmy bez stałego finansowania działalności. O tym, jak wygląda finansowanie w różnych segmentach i branżach rozmawiali uczestnicy panelu: „Czy istnieje zależność pomiędzy fazą rozwoju firmy i sposobem finansowania działalności?”. Zdaniem Marcina Szewczykowskiego, CFO w firmie Orbis, ostatnie dwa lata finansowania w segmencie hotelarstwa były rekordowe, choć jak pokazuje przykład Turcji, Paryża czy Monachium, sytuacja geopolityczna ma duży wpływ na ten rynek. – Na nasze szczęście posiadamy własne aktywa, dlatego możemy zbudować portfel ryzyka. Z naszego punktu widzenia perspektywy rynkowe w hotelarstwie są dobre. Mamy do czynienia z widocznym wzrostem gospodarczym oraz poprawą infrastruktury w kraju (m.in. Pendolino), a także wzrostem zasobności portfeli.
Spokojny o swoją firmę jest również Konrad Marchlewski, Wiceprezes Zarządu ds. Finansowych w Atlas, co wynika z przyjętej przez firmę strategii dywersyfikacji – Wychodzimy poza sektor chemii budowlanej, inwestujemy w inne rodzaje surowców, prowadzimy też ekspansje w Europie Środkowej. To wszystko sprawia, że uniezależniamy się od koniunktury i mamy dużą dostępność pieniędzy na finansowanie inwestycji. Problemów z dostępem do finansowania nie ma też Polska Grupa Energetyczna. – Jako spółka z ratingiem mamy dostęp do wszelkiego rodzaju finansowania. Musimy sobie ułożyć ścieżki na podstawie przewidywanych cash-flowów. Możemy zgromadzić pokaźniejszą kwotę pieniędzy bez większych problemów, mimo że Europa nie patrzy dobrze na aktywa węglowe. Niektórzy inwestorzy mają wręcz zakaz w nie inwestycji. – przekonuje Marek Chomka, Dyrektor Departamentu Skarbu i Relacji Inwestorskich w PGE Polska Grupa Energetyczna
Uczestnicy kongresu mieli też szanse poznać opinię drugiej strony procesu finansowania, czyli Marcina Mrowca, Dyrektora Operacyjnego w Biurze Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA. – Naszym zadaniem jest wyważyć dwa elementy – dać kredyty i mieć pewność, że te pieniądze kiedyś do nas wrócą. W naszym odczuciu perspektywy dla firm są dobre. Obecny dołek funduszy unijnych oraz firm kontrolowanych przez państwo minie. W Polsce mamy do czynienia z najwyższym stopniem zużycia parku maszynowego, trzeba go będzie wymieniać, a dobry kurs walutowy, przy mniejszej niepewności gospodarczej, wesprze dalszy rozwój w inwestycje. W jego opinii większość firm będzie pozyskiwać finansowanie na rozwój innowacyjności, głównie z Unii Europejskiej. Niechęć do kredytów bankowych wynika w dużej mierze ze wzrostu kosztów pieniądza i lepszej sytuacji finansowej firm.
CSR domeną dyrektorów finansowych?
Od 2017 roku część większych spółek (powyżej 500 osób) będzie miała obowiązek – w dwojaki sposób – raportowania pozafinansowego: albo w oddzielnym raporcie bądź w części sprawozdania z działalności. Zdaniem Ewy Sowińskiej, Zastępcy Prezesa Krajowej Izby Biegłych Rewidentów, najbardziej odpowiedni do takiej formy raportowania są właśnie CFO. W jej opinii działania CSR nie powinny być wyłącznie traktowane jako odgórnie narzucana konieczność, gdyż mają one – w jej odczuciu – realny wpływ na finanse w firmach. – Kiedyś CSR był próbą opowiedzenia historii firmy, która dzieli się zyskiem z tymi, co mają gorzej. Dziś jest inaczej: opowiada nie to, jak dzieli zysk, ale jak go wypracowuje i wytwarza. W odróżnieniu od raportowania finansowego, które jest nakierowane na krótszy czas, CSR jest projektem długoterminowym i nastawionym mocno na interesariuszy – inwestorów, pracowników, otoczenie i lokalną społeczność. Z przytoczonych podczas kongresu badań wynika, że przedsiębiorstwa praktykujące CSR są bardziej zyskowne i cieszą się lepszym wizerunkiem. Jest to szczególnie ważne w czasach, gdy coraz trudniej znaleźć właściwe osoby do pracy. Zazwyczaj tacy ludzie zwracają uwagę na społeczną odpowiedzialność firmy. Przez to są mniej wypaleni, co wpływa na mniejszą rotację w przedsiębiorstwie, a pośrednio przekłada się na jego kondycję finansową.
Kapitał ludzki, nowoczesne technologie i wiedza na temat klientów elementami budowania przewagi
Większość prelegentów zwracała uwagę w swojej pracy na niesprzyjające warunki gospodarcze oraz geopolityczne, a także wskazywała na mocno konkurencyjne otoczenie rynkowe. Jak w takiej sytuacji zbudować swoją przewagę i wartość firmy? Odpowiedzi na to pytanie starała się dostarczyć debata moderowana przez Michała Niewiadomskiego, Zastępcę Szefa Działu Krajowego w dzienniku Rzeczpospolita. – Budowanie przewagi to inwestowanie w kapitał ludzki. Wynagrodzenie to jednak nie wszystko. Jeśli chcemy przyciągnąć i zachować pracownika, musi być coś więcej – między innymi odpowiednia kultura organizacji firmy. Jesteśmy zawsze otwarci na pracownika oraz jego pomysły. Ponadto stawiamy na innowacyjność. Tylko 5 proc. firm wpisuje ją w swoją strategię, my tak czynimy od dłuższego czasu – twierdzi Katarzyna Buczyńska, Członek Zarządu oraz Dyrektor Finansowy Landis+Gyr. W podobnym tonie wypowiadał się Kamil Lubiejewski, Senior Asset Manager Immofinanz. Dodatkowo wskazywał na umiejętność ograniczenia ryzyka. – Ryzyko w firmie rozumiem jako zarządzanie stratą, by zbudować jak najmniejszą część kosztów. Trzeba nim zarządzać – w przeciwnym razie podejmujemy ryzyko wynikające z braku podjęcia ryzyka.
Adam Łącki, Prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, zwracał uwagę na konieczność pozyskania wiedzy o kliencie i jego praktyce płatniczej jako elemencie przewagi konkurencyjnej. – Jak wynika z badań, 72 proc. firm ma problem z otrzymaniem zapłaty na czas, bo nie sprawdza z kim mają do czynienia. My dostarczmy tę wiedzę – nie tylko negatywną, lecz także i pozytywną o płaconych na czas zobowiązaniach. Łącki uważa, że w przypadku zarządzania wierzytelnościami i fakturą wskazane jest skorzystanie ze specjalistów zewnętrznych, co wpływa na wzrost przychodów firmy. Mimo to wielu przedsiębiorców zajmuje się tym osobiście, gdyż nie mają zaufania do zewnętrznych usługobiorców.
Z kolei zdaniem Krzysztofa Rzepki, Wiceprezesa Zarządu Euler Hermes Collections, kluczowym elementem rozwoju firmy jest transformacja w stronę nowoczesnych rozwiązań i technologii. – Staramy się je wdrażać w firmie, między innymi umożliwiając klientom dostęp do produktów on-line. Stała transformacja jest szczególnie istotna dzisiaj, w trudnym otoczeniu – gdy trzeci miesiąc z kolei liczba upadłości przewyższyła liczbę upadłości z analogicznego okresu roku ubiegłego, a w planach jest projekt nowelizacji ustawy o VAT.
Przyszłość CFO – jaka jest?
Nad przyszłością zawodu CFO zastanawiał się podczas swojego wystąpienia Przemysław Pohrybieniuk, Dyrektor Zarządzający ACCA Polska i Kraje Bałtyckie. Jego zdaniem trwające zmiany gospodarcze i polityczne stawiają wiele wyzwań przed dyrektorami finansowymi, jak nowe standardy rachunkowości, umiejętność obsługiwania technologii cyfrowych czy konieczność wyjścia poza liczby i arkusze. Ważnym aspektem jest również globalizacja – konieczność pracy w zespołach, których nie widzimy czy chociażby dostępność przez całą dobę. – To wszystko wymusza na CFO konieczność przyswojenia kompetencji technicznych i etycznych, posiadania inteligencji emocjonalnej, znajomości i umiejętności zastosowania rozwiązań cyfrowych oraz zarządzania doświadczeniem, rozumianym jako wykorzystanie wiedzy w nowych sytuacjach biznesowych i społecznych.
Kapitał ludzki, czyli jak mówić o finansach
W poprzednich dyskusjach często przewijał się kapitał ludzki. Uczestnicy ostatniej debaty, pod przewodnictwem Przemysława Pohrybieniuka, próbowali dociec jak go uwolnić. Zdaniem Beaty Kapcewicz, Trener Biznesu oraz Prezes Momentum Trainers Group, kluczowa jest umiejętność mówienia w firmach językiem finansowym. Większość finansistów nie potrafi rozmawiać o finansach. – Przestaliśmy być kontrolerami, dzisiaj finansista musi być liderem, by być partnerem dla prezesa zarządu. Z drugiej strony przewodzi ludźmi wosobistym zespole i w innych zespołach, dlatego umiejętność rozmowy o kwestiach finansowych jest tak ważna.
Katarzyna Ostap-Tomann, FCCA, Członek Zarządu Telewizji Polsat oraz Zastępca CFO w Grupie Cyfrowy Polsat wskazuje na jeszcze inny ważny aspekt – dywersyfikację kompetencji. – Złożone zespoły mogą więcej osiągnąć, posiadając wiedzę w obszarze IT, znając się na interface oraz mając kompetencje miękkie. W końcu muszą te umiejętności jeszcze sprzedać. Prof. Bolesław Rok, Dyrektor Centrum Etyki Biznesu, Akademia Leona Koźmińskiego, do długiej listy kompetencji dorzuca również te etyczne – To bardzo prosta zależność – trzeba budować infrastrukturę etyczną w przedsiębiorstwach, gdyż ta przekłada się na większe zaangażowanie pracowników, a to wpływa na budowanie wartości firmy i lepsze wyniki finansowe.
Ostatnia z prelegentek, Dorota Szczepan-Jakubowska, Psycholog Biznesu, Mediator, Prezes Grupy TROP, zwróciła uwagę na często pomijany wątek braku poczucia sensu. – Większość CFO siedzi wewnątrz firmy i nie ma kontaktu z klientami. Jedyną możliwością budowania zaangażowania z firmą jest bliska relacja z innym pracownikami. Muszą zatem czerpać energię od innych pracowników.
Według danych ważonych udziałem Polnord w poszczególnych spółkach Grupy, w okresie od stycznia do września 2016 roku Polnord sprzedał netto 782 lokale. W tym okresie deweloper przekazał klientom 665 lokali, które zostaną rozpoznane w wyniku finansowym.
W samym III kwartale 2016 r. liczba przekazań wyniosła, według danych ważonych, 200 lokali w porównaniu do 282 rok wcześniej. Sprzedaż ważona wyniosła 236 lokali, podczas gdy w analogicznym okresie 2015 r. deweloper zakontraktował 269 lokali. Kolejne 96 lokali objęte było umowami zobowiązaniowymi związanymi z projektem hotelowym realizowanym przez Grupę w warszawskim Wilanowie. Na osiągnięte wyniki największy wpływ miała sprzedaż w Trójmieście oraz Warszawie.
– Odnotowany w III kwartale bieżącego roku wolumen sprzedaży lokali związany jest z ograniczoną ofertą mieszkaniową, która sukcesywnie jest uzupełniana o atrakcyjne marżowo projekty. Na przełomie czerwca i lipca Grupa Polnord wprowadziła do oferty w sumie 260 mieszkań na osiedlach Neptun II w Ząbkach, Tęczowy Las II w Olsztynie oraz Chabrowe Wzgórze w Kowalach na granicy Gdańska, a we wrześniu kolejne 99 lokali w bud. A3 Brzozowego Zakątka w Warszawie. Z uwagi na niedawne wprowadzenie projekty te miały mniejsze szanse by znaleźć odzwierciedlenie w sprzedaży. Oczekujemy, że w większym zakresie pozytywnie wpływać będą na wyniki wykazywane w przyszłym roku – mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.
Od stycznia 2016 r. Grupa Polnord wprowadziła do sprzedaży dziewięć projektów mieszkaniowych. W przygotowaniu do uruchomienia znajdują się kolejne w Warszawie i Trójmieście, m.in. Stacja Kazimierz oraz nowy projekt przy ul. Flisykowskiego w Gdańsku.
Bardzo trudno jest ustalić definicję firm rodzinnych. Istnieje ok. 2 milionów takich przedsiębiorstw. Są to mikroprzedsiębiorstwa, duże podmioty i firmy o zasięgu globalnym. Stanowią one znaczną część polskiej gospodarki.
– Jeżeli firmy będą się kierować wartościami zapisanymi w swoim kodzie genetycznym, gospodarka będzie się rozwijać znacznie szybciej – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Artur Czepczyński, prezes zarządu ABC-Czepczyński – Rząd jest w stanie umożliwić firmom rodzinnym szybsze wejście w rytm zagranicznych przejęć, które są motorem rozwoju każdej firmy myślącej o ekspansji zagranicznej. Takie firmy są filarem zatrudnienia pracowników w danym terenie. Nie myślimy w perspektywie krótkoterminowej o zmianach personalnych i patrzymy na naszych pracowników jak na największe dobro firmy. Z godziny na godzinę lub z miesiąca na miesiąc nie jesteśmy w stanie przenieść swoich fabryk na korzystniejszy teren inwestycyjny, np. do Rumunii lub kraju położonego na Wschodzie. Będziemy zawsze trwali na terenie swojej gminy, powiatu i województwa tak długo, jak tylko pozwolą nam na to warunki gospodarcze. Firmy rodzinne są stabilnym płatnikiem podatków w swoich gminach. Stanowimy znaczny procent wpływów do budżetu, dzięki czemu możemy się czuć odpowiedzialni za edukację, służbę zdrowia i rozwój infrastruktury.
W nocy funt brytyjski zanotował tzw. “flash crash”, nurkując poniżej 1,20 względem dolara i w pobliże 4,60 względem złotego. Na wejściu Europy postępuje odreagowanie z pomocą łowców okazji, ale nerwowość pozostaje. Poza tym czekamy na raport z rynku pracy USA.
„Co się stało?” i „Gdzie był dołek?” to najczęściej zadawane pytania po nocnym załamaniu funta. Tąpnięcie GBP/USD o ponad 6 proc. trudno wytłumaczyć reakcją na jedną konkretną informację.
Niektóre źródła wskazują na wczorajsze komentarze prezydenta Francji Hollande, według którego Wielka Brytania musi ponieść konsekwencje opuszczenia UE, wzmacniając tym samym groźbę „twardego Brexitu”. Ale to za mało, by odpowiedzieć za taką siłę spadku dokonana w zaledwie 2 minuty! Za dzieło zniszczenia winę ponosi niska płynność na starcie sesji w Azji spotęgowana nadgorliwością algorytmów transakcyjnych, które uderzyły sprzedażą funta w rynek, gdzie nikt nie chciał kupować. Zapewne kilka godzin zajmie ustalenie faktycznego dołka na GBP/USD, który znajduje się gdzieś między 1,13 a 1,19.
Rynek był przesycony krótkimi pozycjami w funcie jeszcze prze dzisiejszymi wydarzeniami, więc na rynku jest wiele zadowolonych osób. Części z nich może być zainteresowana zrealizowaniem zysków, ale poza nimi i spekulantami polującymi na dzikie okazje mało kto będzie odważny, aby budować duże pozycje na kupno funta. Przy poziomach niewidzianych od ponad 30 lat ciężko znaleźć jakikolwiek techniczny punkt zaczepienia, więc handel na funcie będzie zdominowany przez wątpliwości i nerwowe ruchy. Ponieważ wiadomości wokół tematu Brexitu w tym tygodniu pozostają ponure w swojej naturze, bardziej realne jest, że rynek z większą energią będzie podchodził do wygaszania podbić wartości funta, niż bronił lokalnych dołków.
Poza obserwowaniem wydarzeń na GBP rynek wyczekuje dziś czegoś, co miało być wydarzeniem dnia. Wokół wrześniowego raportu z rynku pracy USA zbudowały się podwyższone oczekiwania, które karmią się opublikowanych w ostatnich dniach lepszymi odczytami indeksów ISM z przemysłu i usług. Choć konsensus prognoz dla zmiany zatrudnienia poza rolnictwem plasuje się na 172 tys., można przyjąć, że punktem wyjścia dla oceny raportu będą okolice 180-185 tys. USD jest bardziej zagrożony podkopaniem ostatniej siły przez słabszy odczyt, niż mocniejszą reakcją na dobre dane. Okolice 150 tys. należy traktować jako złe dla USD (gdyż umniejszą szanse na podwyżkę Fed przed końcem roku), ale nie dla globalnego sentymentu, więc powinniśmy tutaj widzieć lepszą postawę walut ryzykownych (rynki wschodzące, AUD, NZD). Z taktycznego podejścia osłabienie oczekiwań na podwyżkę Fed zdławi ostatnie wzrosty USD/JPY. Problem leży w trwałości ruchu i pewności co do utrzymania pozycji przez inwestorów, biorąc pod uwagę ryzyko wokół niedzielnej debaty Clinton-Trump. Zwycięstwo w pierwszej debacie z 26 września wpisano na konto Clinton, więc teraz Trump ma więcej do zyskania niż stracenia. Przy lepszych danych takie ryzyko może pomagać szybszej realizacji zysków na USD/JPY, ale potrzyma presję m.in. na AUD/USD i NZD/USD.
EUR/USD jest niżej z pomocą wymazania obaw o wygaszanie QE po tym, jak wczoraj wiceprezes EBC Constancio stwierdził, że wtorkowe rewelacje prasowe w tej kwestii są nieprawdziwe. Dodatkowo jest możliwe, że euro odczuwa pośrednią presję związaną ze słabością funta i zamieszaniem wokół Brexitu. Mimo to raport NFP stanowi dwustronne ryzyko i albo lepsze dane pozwolą złamać na dobre 1,11, albo wracamy do nudnej konsolidacji przy 1,12. EUR/PLN wyraźnie korzysta na słabości euro i testuje dziś rano 4,27. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że jeśli „efekt Trumpa” uderzy w rynki, złoty się nie obroni.
Według danych GUS w ciągu ośmiu miesięcy roku produkcja budowlano-montażowa była o blisko 15 proc. niższa niż przed rokiem. Wrześniowe badania koniunktury nie napawają optymizmem – wciąż więcej przedsiębiorstw spodziewa się pogorszenia sytuacji niż poprawy. – Musimy bardziej polegać na naszych strategiach marketingowych i innowacjach niż na koniunkturze – podkreślają przedstawiciele Grupy Atlas, producenta materiałów budowlanych.
– Nasz biznes w ok. 70 proc. zależy od remontów, a 30 proc. to jest nowe budownictwo. Nowe budownictwo w tej chwili ma się lepiej, natomiast remonty słabiej. Myślę, że musimy głównie polegać na naszej inwencji sprzedażowo-marketingowej i działalności badawczo-rozwojowej, niż liczyć na koniunkturę makroekonomiczną – mówi agencji Newseria Biznes Henryk Siodmok, prezes Grupy Atlas.
Z przeprowadzonego przez GUS we wrześniu badania koniunktury wynika, że poprawy spodziewa się 12 proc. przedsiębiorstw, a pogorszenia sytuacji 17,5 proc. Miesiąc wcześniej było to odpowiednio 13,2 proc. i 16,6, proc. Utrzymują się niekorzystne prognozy dotyczące produkcji budowlano-montażowej. Ta w sierpniu była niższa o 20,5 proc. niż rok temu. Spadek produkcji odnotowano we wszystkich działach budownictwa. Spadek w okresie styczeń–sierpień wyniósł 14,9 proc. W takim okresie rok temu zanotowano wzrost o 3,7 proc.
– Myślę, że jeszcze przyszły rok będzie takim rokiem 0+. Następne lata już powinny być lepsze ze względu na szereg programów gospodarczych, jakie są inicjowane w Polsce. Natomiast w krótkim terminie ta koniunktura na pewno nie będzie wyraźnie lepsza – prognozuje Siodmok.
Lepiej sytuacja wygląda w nowym budownictwie. Tu dane GUS za pierwsze osiem miesięcy roku wskazują dynamiczne wzrosty, zarówno pod kątem wydanych pozwoleń na budowę (+13,7 proc.), rozpoczętych budów (+6,2 proc.), jak i liczby oddanych mieszkań (+11,6 proc.)
Prezes Grupy Atlas zaznacza, że dla spółki bardzo ważna jest dywersyfikacja działalności i obecność we wszystkich segmentach rynku. Stąd różnorodna oferta firmy skierowana jest zarówno na rynek deweloperski, jak i indywidualny.
– W naszej ofercie jest wiele produktów maszynowych, które są interesujące dla budownictwa deweloperskiego, dla dużych firm wykonawczych i generalnych wykonawców. Oferujemy produkty hydroizolacyjne, które nanosimy maszynowo, posadzki, tynki etc. Natomiast na rynek indywidualny mamy pozostałą gamę produktów – podkreśla Henryk Siodmok. – Oferujemy najszerszy asortyment chemii budowlanej w Europie, a wolumen sprzedaży wszystkich wyrobów, łącznie z surowcami, to około 3 mln ton. W związku z tym musimy być aktywni we wszystkich segmentach.
W listopadzie ubiegłego roku Grupa Atlas uruchomiła na Białorusi nową fabrykę wyrobów bitumicznych, stając się największym inwestorem na tamtejszym rynku. Łączna wartość inwestycji to ok. 100 mln zł. Z kolei w tym roku firma wprowadziła innowacyjny produkt – klej do trudnych podłoży oparty na technologii żelu krzemianowego, który nie ma swojego odpowiednika na rynku europejskim.
Założona w 1991 roku spółka Atlas jest obecnie liderem segmentu chemii budowlanej. Przychody całej grupy przekraczają ponad 1 mld zł rocznie, z czego najwięcej generuje rynek krajowy. Grupa Atlas prowadzi również produkcję w Rumunii i na Białorusi, gdzie w 2008 roku zakupiła większościowy pakiet udziałów firmy Tajfun i ma w zależności od segmentu 60–70 proc. tamtejszego w rynku. Z Białorusi i Rumunii pochodzi blisko 20 proc. przychodów. Spółka ma również silną pozycję na Łotwie, Litwie i Estonii. Największym rynkiem eksportowym jest Rosja, ale spółka eksportuje wyroby również do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Czech i na Węgry.
Ostatni kwartał roku powinien być lepszy dla kluczowej z punktu widzenia Polski gospodarki niemieckiej oraz dla rodzimych producentów. Zdaniem głównego ekonomisty TMS Brokers produkcja w Europie rozpędza się, co widać po danych z sektora przemysłowego. Giełdy natomiast powinny wrócić do obserwacji danych makro zamiast pojedynczych przypadków spółek, jak stało się w ubiegłym, ubogim w dane tygodniu z Deutsche Bankiem.
– Finalne odczyty indeksów aktywności biznesowej z Europy wskazują, że sytuacja jest lepsza niż była w okresie wakacyjnym. Widzimy, że lipiec był słaby z uwagi na obawy o to, jak brexit odbije się nie tylko na gospodarce brytyjskiej, lecz także na gospodarce strefy euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers. – Po danych za wrzesień widzimy, że zarówno w Niemczech, jak i w Polsce nowe zamówienia, szczególnie nowe zamówienia eksportowe, odżywają, więc produkcja znowu powinna się rozpędzać, aby ten IV kw. wyglądał dużo lepiej niż ten przestojowy trzeci.
Indeks PMI dla przemysłu obrazujący nastroje osób odpowiedzialnych w firmach przemysłowych za zakupy i w ten sposób będący wskaźnikiem wyprzedzającym wzrósł we wrześniu w strefie euro do 52,6 pkt (po 51,7 pkt w sierpniu). W Niemczech wyniósł nawet 54,3 pkt wobec 53,6 pkt miesiąc wcześniej. Polska nie tylko odnotowała wzrost z 51,5 do 52,2 pkt, lecz także w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych odczytów, które były zgodne z oczekiwaniami, pokonała poziom spodziewany przez ekonomistów (52 pkt)
W sierpniu produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o 7,5 proc. w porównaniu z sierpniem 2015 r. Przez osiem pierwszych miesięcy roku dynamika wyniosła 3,7 proc.
– Produkcja nam się rozkręca coraz bardziej, nowe zamówienia wskazują, że kolejne miesiące powinny być dobre. Dynamika jest pozytywna, ale słabnie, jeżeli chodzi o zatrudnienie w polskich przedsiębiorstwach, co przy tak wysokich zamówieniach i produkcji może świadczyć, że firmy nie tyle nie chcą zatrudniać pracowników, ile mają trudność, żeby znaleźć wykwalifikowaną siłę roboczą – wskazuje Białas. – To też pokazuje, że gospodarka chce rozwijać się szybciej, natomiast będzie miała trudniej, by znaleźć pracowników, więc dane należy odczytywać pozytywnie.
W stosunku do sierpnia ubiegłego roku wzrost produkcji sprzedanej odnotowano w 26 spośród 34 działów przemysłu, m.in. w produkcji wyrobów tekstylnych – o 31 proc., pozostałego sprzętu transportowego – o 23,8 proc., pojazdów samochodowych, przyczep i naczep – o 20,2 proc., maszyn i urządzeń – o 19,1 proc. czy mebli – o 17,6 proc.
Natomiast stopa bezrobocia w Polsce spadła w sierpniu do 8,5 proc., poziomu niewidzianego od czerwca 1991 roku.
W ubiegłym tygodniu giełdami rządził jednak Deutsche Bank, który odmówił zapłacenia 14 mld dol. tytułem odszkodowania za sprzedaż instrumentów zabezpieczonych złymi hipotekami. Po informacji, że niemiecki gigant nie dostanie rządowej pomocy w sporze z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości, akcje DB zanurkowały poniżej 10 euro, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Najnowsze wiadomości sugerują jednak, że Amerykanie mogą znacząco obniżyć swoje żądania – do 5–5,5 mld dol. i kurs niemieckiego banku powrócił pod poziom 12 euro.
– Co do Deutsche Banku to obserwujemy lekkie uspokojenie, jeszcze w piątek pojawiły się plotki, że Departament Sprawiedliwości może być skłonny na ugodę z Deutsche Bankiem, aby ta kara była mniejsza niż 14 mld dol., bliżej 5–5,4 mld. Konsekwencje ostatecznie mogą być mniejsze niż się obawiano – uspokaja Konrad Białas. – Zeszły tydzień bez Deutsche Banku byłby ogólnie nudnym tygodniem, więc rynek potraktował to jak temat zastępczy, w tym tygodniu wracamy do danych makro, a temat sektora bankowego może mniej interesować inwestorów w ogólnym ujęciu. Sam Deutsche Bank, sam niemiecki Dax, tutaj możemy obserwować jeszcze reakcje na te informacje, ale w szerszym kontekście temat powinien być zepchnięty na dalszy plan.
Esotiq & Henderson zapowiada kontynuację strategii dynamicznego wzrostu sieci sprzedaży i rozwoju kanałów e-commerce. Liczba salonów grupy na koniec I półrocza 2016 roku sięgnęła 290, do końca roku ma przekroczyć 320. Grupa rozwija sprzedaż online. Do e-sklepu Esotiq i FemeStage Eva Minge w Polsce dołączyła platforma outletowa. Tylko w II kw. sprzedaż w internecie wzrosła o blisko 90 proc. W IV kw. firma planuje wprowadzić rozwiązanie omnichannel, usługę click and collect.
– Pierwsze półrocze 2016 roku zakończyliśmy wynikiem 266 salonów Esotiq i 19 salonów FemeStage. Jesteśmy cały czas jeszcze w procesie inwestycyjnym. FemeStage to marka, która jest na rynku od 1,5 roku. Ten rok chcielibyśmy zakończyć liczbą 300 salonów Esotiq – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Jakubowski, wiceprezes spółki Esotiq & Henderson.
Esotiq & Henderson ma w swoim portfolio markę Esotiq, która zajmuje się sprzedażą bielizny i kosmetyków oraz markę odzieżową FemeStage Eva Minge. Na koniec ubiegłego roku grupa miała w Polsce 250 salonów z bielizną i kosmetykami marki Esotiq (przy 206 rok wcześniej) oraz 17 odzieżowych.
– Dotychczas istnieliśmy jako sieć w kanale tradycyjnym, zauważamy rozwój internetu, jaki ważny to kanał dystrybucji. W I półroczu mocno inwestowaliśmymarki FemeStage Eva Minge. Sprzedaż stopniowo rośnie, nie tylko w sklepach stacjonarnych. Coraz większy udział w zyskach notują sklepy internetowe. Sklep FemeStage powstał właściwie równo z otwarciem pierwszego sklepu stacjonarnego. Niedawno otworzyliśmy nowy sklep internetowy, outletowy, Finalsale.pl, który będzie nam pomagał pozbywać się stocków po sezonie, ale ma na tyle duży potencjał, że będziemy go wykorzystywać do sprzedaży innych brandów – wskazuje Jakubowski.
Tylko w II kw. tego roku sprzedaż w internecie osiągnęła 0,74 mln zł, notując 89 proc. wzrost, przy czym sprzedaż marki FameStage wyniosła 0,3 mln zł. W ubiegłym roku przychody sklepu internetowego marki Esotiq w Polsce wyniosły 1,4 mln zł (wzrost o 136 proc. w skali roku). Przychody sklepu marki FemeStage Eva Minge w IV kw. 2015 roku stanowiły 5 proc. sprzedaży, a w całym ubiegłym roku wyniosły 0,2 mln zł. Platforma Finalsale.pl ma wpłynąć na dynamiczny wzrost sprzedaży w kanale e-commerce. Ponadto grupa ma jeszcze internetowy sklep w Niemczech.
– Równocześnie od IV kw. tego roku wprowadzamy rozwiązanie omnichannel. To bardzo duże ułatwienie dla klientek, które będą mogły odbierać zakupiony w internecie towar w naszych salonach stacjonarnych oraz ewentualnie dokonywać zwrotów i wymian – podkreśla wiceprezes Esotiq & Henderson.
System odbioru produktów zamówionych drogą internetową ma wpłynąć na przewagę konkurencyjną, zwłaszcza że klienci coraz częściej doceniają możliwość zamówienia danego produktu w internecie i odebrania go w sklepie stacjonarnym.
Aby zwiększyć skuteczność sprzedaży, spółka wykorzystuje sklepy internetowe jako budujące lojalność klientek. Program Esotiq Club na koniec czerwca 2016 roku miał ponad 490 tys. użytkowniczek (wzrost o 62 proc.), zaś liczba klientek programu FemeStage Pass podwoiła się i gromadzi ponad 21 tys. klientek.
– W sektorze odzieżowym chcemy się wyróżniać, dyrektorem kreatywnym marki Femestage jest Ewa Minge, dzięki temu nasza oferta jest dopasowana do bardziej wymagającego klienta. Prognozujemy, że rynek będzie rósł w przyszłym roku, ale klient wciąż będzie oczekiwał wysokiej jakości w przystępnej cenie – ocenia Krzysztof Jakubowski.
Polskie firmy zwiększają produkcję w tempie najszybszym od marca tego roku. Robią to, bo równie szybko rosną zamówienia na ich produkty. Takich informacji dostarczają nam odczyty wskaźników PMI. O tym jak interpretować ten wskaźnik i jak rzeczywiście jest w naszym przemyśle w rozmowie z MarketNews24 wyjaśniał Grzegorz Ogonek z XTB.
Projekt elektromobilności odsłania kolejne swoje tajemnice i możliwości rozwoju. We wrześniu spółki energetyczne przedstawiły projekt spółki, która odpowiadać będzie za stworzenie przyjaznego środowiska biznesowego sprzyjające rozwojowi elektromobilności. O tym jak wygląda projekt i jakie ma założenie w rozmowie z MarketNews24 mówił Bartosz Sawicki z BiznesAlert.
Do 2019 roku wartość sprzedaży robotów przemysłowych na świecie będzie rosła średnio o 13 proc. rocznie – wynika z danych IFR. Coraz popularniejsze stają się niewielkie, przyjazne użytkownikom roboty współpracujące (tzw. koboty). Także krajowe firmy chętnie sięgają po takie narzędzia. Stopień zaawansowania automatyzacji w Polsce jest jednak wciąż wielokrotnie mniejszy niż w Europie Zachodniej.
– Poziom automatyzacji produkcji w Polsce jest bardzo niski. Daleko nam do takich krajów jak Niemcy, gdzie liczba robotów, zautomatyzowanych ciągów produkcyjnych jest sto razy większa – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, ekspert z Konfederacji Lewiatan. – Krajowe firmy dopiero się modernizują. Jeszcze sporo lat musi upłynąć, nim dojdziemy do takiego poziomu zaawansowania, jaki mają kraje najwyżej rozwinięte. Ale ten proces jest nieuchronny, ponieważ czynności powtarzalne roboty wykonują lepiej od ludzi. Są znacznie bardziej precyzyjne, a ich praca jest tańsza.
W tegorocznym raporcie World Robotics Report 2016 Międzynarodowa Federacja Robotyki (w skrócie IFR, od ang. International Federation of Robotics) prognozuje, że niewielkie i przyjazne dla użytkowników roboty współpracujące (tzw. koboty) staną się niebawem motorem rozwoju rynku automatyki. IFR przewiduje, że w latach 2017–2019 wzrost wartości rocznej sprzedaży robotów przemysłowych na całym świecie wyniesie średnio 13 proc. W tym czasie zdaniem ekspertów Federacji nastąpi przełom w dziedzinie współpracy ludzi i robotów, umożliwiający pracę automatów ramię w ramię z ludźmi, bez zabezpieczeń ochronnych, co zwiększy wydajność i jakość produkcji.
– W związku z tym musimy się przyzwyczaić do tego, że część zawodów będzie w przyszłości wykonywana przez roboty, a praca ludzi zostanie ograniczona przede wszystkim do sektora usług, gdzie każda czynność jest niepowtarzalna, zmienia się miejsce świadczenia usługi, forma, a wymagania są zindywidualizowane – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.
Sektory przemysłowe, które według prognoz IFR będą w coraz większym stopniu stosowały koboty, to między innymi motoryzacja, tworzywa sztuczne, montaż elektroniki oraz obrabiarek. Tendencję do coraz większej automatyzacji produkcji dostrzega także przedsiębiorstwo Universal Robots, jeden z największych na świecie producentów wykorzystywanych głównie w przemyśle tzw. ramion robotycznych.
– Tak się będzie działo we wszystkich dziedzinach. Nawet medycyna, która zaliczana jest do sektora usług, z czasem zostanie zautomatyzowana. Z lekarzami będziemy się kontaktować przez telefon – prognozuje Jeremi Mordasewicz. – Podobnie może wyglądać sytuacja w transporcie. Dzisiaj w Polsce, w Niemczech i w całej Europie Zachodniej bardzo brakuje kierowców, ponieważ praca kierującego TIR-em jest bardzo trudna, z dala od domu i niewiele osób chce ten zawód wykonywać. W perspektywie kilkunastu lat zapotrzebowanie będzie malało, mimo że masa towarów jest coraz większa. Ze względu na automatyzację prowadzenia samochodów kierowcy będą musieli się przekwalifikować.
Zdaniem analityków IFR w obydwu Amerykach spodziewany jest w najbliższych latach silny i trwały trend wzrostu stosowania kobotów. Nie mają jednak złudzeń i twierdzą, że głównym motorem wzrostu robotyzacji pozostaną Chiny wciąż zwiększające swoją dominację. Do 2019 roku prawie 40 proc. wszystkich wyprodukowanych na świecie robotów zostanie zainstalowanych w Państwie Środka.
– Możemy sobie wyobrazić automatyzację produkcji przemysłowej, konsultacje i udzielanie porad na odległość, niezależnie od tego, czy będą to kontakty medyczne czy ekonomiczne – twierdzi Jeremi Mordasewicz. – Ale są indywidualne czynności, takie jak na przykład remonty budynków, które wykonują elektrycy, hydraulicy. Nie sądzę, żeby w najbliższej przyszłości takie zawody zaniknęły, chociaż forma świadczenia tych usług może być różna. Tak jak taksówkarze muszą się zmierzyć z Uberem, czyli nową formą świadczenia przewozu, tak samo rzemieślnicy będą musieli konkurować z firmami, które tego rodzaju usługi będą oferować w uberowskim systemie.
W ostatnich miesiącach pojawiło się wiele propozycji zmian na wartym ponad 30 mld zł rynku aptekarskim. Jedną z nich jest wprowadzenie wymogu, by większościowy udział w aptece miała osoba z dyplomem magistra farmacji. Eksperci są sceptyczni, czy ta zmiana rzeczywiście uporządkuje rynek. Postulują wprowadzanie takich zmian, które będą w dalszym ciągu poszerzać dostęp do aptek i leków. Dziś w Polsce działa blisko 15 tys. aptek, z czego 1/3 to placówki sieciowe. Struktura rynku służy pacjentom – to niższe ceny leków i ich większa dostępność.
–W Polsce działa około 15 tys. aptek i punktów aptecznych, z czego mniej więcej 2/3 to są tzw. apteki indywidualne czy rodzinne, czyli należące do farmaceutów. Pozostałe 5 tys. to apteki tzw. sieciowe, czyli należące przeważnie do spółek kapitałowych. Ten rynek rośnie nieprzerwanie od początku transformacji ustrojowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych.
Na polskim rynku działa ponad 390 sieci aptecznych mających pięć i więcej aptek. To 38 proc. wszystkich placówek działających na rynku. Tylko 16 sieci składa się z więcej niż 50 aptek w całym kraju, w tym cztery mają ponad 100 placówek.
– Rynek jest bardzo rozdrobniony i tym samym bardzo konkurencyjny. Każdy z tych 390 podmiotów prowadzi swoją polityką cenową, zakupową, sprzedażową. Korzystają na tym pacjenci – im większa konkurencja, tym niższe ceny i wyższa jakość. Sam minister zdrowia wskazał, że taka struktura rynku gwarantuje, że ceny leków nierefundowanych są trzymane na najniższym możliwym poziomie. Będziemy prowadzili rozmowy z resortem zdrowia, żeby przyjął takie rozwiązania, które pozwolą działać na rynku zarówno sieciom, jak i aptekom indywidualnym – podkreśla Piskorski.
Z raportu „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce” przygotowanego przez Fundację Republikańską wynika, że największy podmiot na polskim rynku nie ma nawet 5 proc. aptek w skali kraju, a kolejne dwa największe mają ok. 3 i 2 proc. Pozostałe sieci apteczne mają mniej niż 1 proc. W aptekach sieciowych niższe są ceny leków nierefundowanych: zarówno na receptę, jak i dostępnych bez recepty (OTC). Analiza 30 najpopularniejszych i generujących największy obrót w aptekach leków OTC wykazała, że ceny w aptekach sieciowych są o 9–12 proc. niższe niż w aptekach indywidualnych.
– Rynek apteczny w Polsce stoi obecnie przed rewolucyjnymi zmianami – wskazuje Rafał Momot z Fundacji Republikańskiej, autor raportu. – Dobre są wszystkie rozwiązania, które zmierzają w stronę otwarcia rynku i zwiększenia konkurencji. Na innych rynkach europejskich, gdzie rynki były otwierane i liberalizowane, spowodowało to obniżanie cen leków dla pacjentów i zwiększenie ich dostępności, co jest istotne z punktu widzenia pacjenta – ocenia.
Statystyczny Polak odwiedza aptekę średnio częściej niż raz w miesiącu. Większość tych wizyt generują seniorzy oraz osoby przewlekle chore. Badania wykazują, że wydatki na leki w grupie wiekowej powyżej 60 roku życiu są trzykrotnie wyższe (średnio 154 zł) przy jednocześnie niższych dochodach względem reszty Polaków. Zmiany prowadzące do zamykania rynku mogą mieć negatywne konsekwencje dla pacjentów, bo – jak wskazują doświadczenia innych krajów – prowadzą do zmniejszenia konkurencji i podnoszenia cen.
Korporacja aptekarska domaga się, by do polskiego prawa wprowadzić zapis dotyczący struktury własnościowej aptek: 51 proc. udziałów dla farmaceuty i 49 proc. dla przedsiębiorcy niebędącego farmaceutą.
– W tej propozycji zapomina się, że dzisiaj wprawdzie każdy może mieć aptekę, ale kierownikiem apteki musi być farmaceuta, więc ten nadzór, by leki wydawał farmaceuta, już jest zapewniony. Nie każdy farmaceuta, który w dzisiejszych realiach mógłby pracować w aptece i być jej kierownikiem, będzie miał środki finansowe odpowiednie do tego, żeby prowadzić aptekę. W ten sposób stworzymy pewną fikcję, bo przecież nie każdy aptekarz to biznesmen –przekonuje Bogusław Banaszak, członek Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów, konstytucjonalista, profesor nauk prawnych, dziekan Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Zielonogórskim.
Realizacja postulatu działaczy samorządu aptekarskiego skutkowałaby utratą pracy dla tysięcy farmaceutów i techników farmaceutycznych, a dla właścicieli zamkniętych aptek, w większości małych i średnich przedsiębiorców, pozbawieniem dorobku całego życia. Największe skutki miałaby jednak dla pacjentów, którzy zostaliby pozbawieni szybkiego dostępu do leków w niższych cenach. Co więcej, koszty przewłaszczeń i odszkodowań poniósłby Skarb Państwa, czyli w konsekwencji znowu pacjenci.
Ekspert Fundacji Republikańskiej przekonuje, że konieczne jest polepszenie pozycji aptek w negocjacjach z hurtowniami i producentami, zwłaszcza że o ile rynek apteczny jest rozdrobniony, to na rynku hurtowni 70 proc. rynku zostało opanowane przez 3 hurtowników.
– Postulujemy też uregulowanie przepisów w zakresie koncentracji aptek i jasną regulację w zakresie 1 proc. – mówi Momot.
Dziś przepis dotyczący jednego procenta mówi jasno: nie wydaje się nowych pozwoleń na prowadzenie apteki w momencie przekroczenia 1 procenta ogólnej liczby aptek w województwie. W żaden sposób nie odnosi się do kwestii przejmowania już istniejących placówek. W oparciu o te przepisy polscy przedsiębiorcy budowali swój kapitał, dawali pracę, płacili podatki, rozwijali sieci, między innymi w procesie prywatyzacji państwowych Cefarmów, ratując je przed upadłością. Po 12 latach obowiązywania tego przepisu (art. 99 ust. 3 Prawa Farmaceutycznego), nagle bez zmiany prawa zmieniła się jego interpretacja, którą niektórzy inspektorzy farmaceutyczni wykorzystują do wnioskowania o cofnięcie zezwolenia na prowadzenie apteki.
– Gdybyśmy trzymali się nowej interpretacji, która jest realizowana przez niektórych wojewódzkich inspektorów farmaceutycznych, to jakiekolwiek przekształcenia na rynku aptek, np. bankructwo niektórych aptek, spowodowałoby, że ktoś, kto dotychczas miał mniej niż 1 proc., nagle ma więcej niż 1 proc. Czy wówczas będziemy mu odbierać apteki? – pyta Bogusław Banaszak.
Tegoroczne wyniki branży oponiarskiej są lepsze niż w 2015 roku. Chociaż dynamika wzrostu sprzedaży jest wyższa w oponach osobowych, to także na rynku opon ciężarowych można mówić o poprawie trendu – podkreślają przedstawiciele Continental Opony Polska. To optymistyczna informacja dla branży odnośnie do dalszego rozwoju sprzedaży, tym bardziej że przed nią szczyt sezonu.
– Wszystkie statystyki pokazują, że ten rok jest pierwszym rokiem, kiedy spadki zostały zahamowane: tak w zakresie opon osobowych, jak i opon ciężarowych. Chociaż dynamika wzrostu sprzedaży jest wyższa w oponach osobowych, to i w grupie opon ciężarowych możemy powiedzieć o pewnej stabilizacji – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Mendala, dyrektor ds. sprzedaży opon osobowych w Continental Opony Polska.
Z danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego wynika, że w I połowie 2016 roku sprzedaż opon do aut osobowych, SUV-ów i vanów wzrosła o 15 proc. w porównaniu do I półrocza 2015 roku. W klasie premium wzrost ten był jeszcze wyższy (o 19 proc.), podczas gdy klasa średnia i opony budżetowy rosły odpowiednio o 9 proc. i 6 proc. Zdaniem Mendali te wzrosty dobrze wróżą na przyszłość.
– W poprzednich latach mieliśmy pewne spadki, które wynikały ze zbyt dużych zapasów na rynku. Aktualnie sytuacja została uzdrowiona, nasi dystrybutorzy zachowują się w sposób bardziej przewidywalny, mniej ryzykowny, kupują tyle, ile muszą, a nie gromadzą nadmiernych zapasów – mówi Jerzy Mendala.
Z kolei w segmencie opon ciężarowych sprzedaż wzrosła o 2 proc. w pierwszych sześciu miesiącach roku, W całej Europie wzrost wyniósł 3,6 proc. – wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Wyrobów Gumowych.
– Ale rynek opon ciężarowych to nie tylko ten rynek rejestrowany. To również import opon, głównie z Dalekiego Wschodu. Tam dla Polski mamy wzrosty na poziomie 30 proc., a w Europie – 11 proc., można więc powiedzieć, że rynek w Polsce i w Europie rośnie – wyjaśnia Grzegorz Jeziak, dyrektor handlowy w dziale opon użytkowych Continental Opony Polska.
Jeziak dodaje, że tendencja wzrostowa w tym segmencie wynika głównie z szybko rozwijającego się transportu.
– Polska jest od lat liderem w transporcie międzynarodowym. Liczba rejestracji samochodów w Polsce i w Europie rośnie, i to w tempie dwucyfrowym zarówno w tym, jak i ubiegłym roku – mówi Grzegorz Jeziak.
Eksperci oceniają, że polski rynek opon jest bardzo konkurencyjny. Na razie niewielkie wzrosty powodują, że każdy producent musi intensyfikować wysiłki, by utrzymać swoją sprzedaż.
– Przed nami październik i listopad, czyli dla naszego biznesu okres żniw. Musimy być przygotowani, zarówno pod kątem oferty, jak i stanów magazynowych, żeby klientom dostarczyć to, czego będą potrzebowali w szczycie sezonu – podkreśla Jeziak.