LOT zamawia nowe Boeingi i zapowiada nowe połączenia

10 Boeingów 737, w tym najnowocześniejsze Boeingi 737 MAX 8 – to będą nowe samoloty LOT. Pierwszy samolot Boeing 737 MAX 8 trafi do LOT-u w listopadzie przyszłego roku, drugi miesiąc później. W sumie do 2020 roku LOT ma zakontraktowany leasing 6 maszyn tego typu oraz opcję leasingu kolejnych 5.

– Samoloty poprawią i uzupełnią naszą ofertę na istniejącej już siatce połączeń do Londynu, Paryżu, Amsterdamu, Madrytu, Barcelony. Upatrujemy także szansę dotarcia do nowych rynków jak Teheran, czy Astana. Są to bardzo ciekawe kierunki. Te samoloty tam dolecą dzięki temu, że mają istotnie większą masę startową i istotnie większy zasięg – mówi newsrm.tv Rafał Milczarski, prezes LOT.

Boeingi 737 MAX 8 w barwach LOT-u będą wyposażone w 186 smukłych i wygodnych foteli w konfiguracji po trzy fotele w każdym z dwóch rzędów. Kabina będzie wyposażona w Boeing Sky Interior – wnętrze inspirowane Dreamlinerami, z nowym, ergonomicznym układem schowków, oświetleniem LED oraz bardziej komfortowym rozmieszczeniem świateł, głośników i przycisków. Fotele będą wyposażone w gniazda elektryczne umiejscowione na wysokości oczu pasażera. W kuchni znajdą się między innymi piekarniki konwekcyjne, pozwalające na przygotowywanie lepszej jakości ciepłych dań oraz ekspres do kawy.

By jak najszybciej uzupełnić flotę samolotów wąskokadłubowych, oprócz Boeingów 737 MAX 8 LOT pozyskał również 4 Boeingi 737-800 NG. Ich dostawa rozpocznie się już kwietniu przyszłego roku.

– Uzupełnienie braków we flocie samolotów wąskokadłubowych było naszym największym wyzwaniem. Mimo, iż nowe Boeingi 737 MAX 8 otrzymamy w rekordowym tempie, potrzebne nam są dodatkowe maszyny, które będziemy mogli wykorzystać już w nadchodzącym sezonie letnim. Dzięki atrakcyjnym warunkom leasingu 4 Boeingów 737-800 NG z rynku wtórnego, możemy szybko nadrobić utracony czas, zwiększając oferowanie na niektórych najbardziej popularnych trasach oraz otwierając kolejne nowe połączenia, na przykład do Azji Centralnej. Te samoloty dają nam taką możliwość – mówi Rafał Milczarski.

Samoloty Boeing 737-800 NG, które wyleasinguje LOT, także zabiorą na pokład 186 pasażerów. Leasingodawcą maszyn jest firma AerCap. Polski przewoźnik zagwarantował sobie opcję wymiany maszyn 737-800 NG na 737 MAX 8 w trakcie całego okresu leasingu.

Oprócz Boeingów 737 MAX 8 i 737-800 NG w przyszłym roku LOT otrzyma także dwa nowe Boeingi 787-8 Dreamliner, które będą obsługiwały między nowe, niedawno ogłoszone połączenia do Newark i Los Angeles. W sumie w przyszłym roku LOT zapowiada, że będzie wykorzystywał flotę co najmniej 51 samolotów.

A. Zaremba (Saturn TFI): Wyceny spółek na GPW wciąż są niskie. Okazji inwestycyjnych warto szukać wśród małych podmiotów

A. Zaremba (Saturn TFI): Wyceny spółek na GPW wciąż są niskie. Okazji inwestycyjnych warto szukać wśród małych podmiotów 1

Po trudnym półtora roku nie zanosi się na odbicie na warszawskiej giełdzie. Szansę na zarobki może dać tylko umiejętny dobór spółek do portfela – tych nisko wycenionych na tle swoich branż i działających w perspektywicznych sektorach. Zdaniem Adama Zaremby z Saturn TFI okazji trzeba szukać wśród małych spółek, a unikać blue chipów.

– Trzymałbym się z daleka od dużych spółek i skoncentrował bardziej na firmach, nawet nie średnich, tylko małych, bo te są właśnie wycenione i tam skupić się na wybranych spółkach, które mają pomysły inwestycyjne i w których można znaleźć różne okazje, nawet w szerokim przekroju branż – mówi główny ekonomista Saturn TFI.Summa summarum akcje na warszawskiej giełdzie są w tej chwili wycenione stosunkowo nisko w porównaniu z historycznymi średnimi. Warto w tej chwili strategicznie ulokować się na polskiej giełdzie, ale wybiórczo. Nie we wszystkie sektory warto się angażować.

Ostatnie półtora roku na warszawskiej giełdzie to był trudny czas dla inwestorów. WIG stracił ponad 16 proc., WIG20 – nawet 30 proc. Znacznie lepiej radziły sobie średnie i małe spółki, które w tym czasie nawet – co prawda bardzo lekko – zyskały. Przyczyna spadków jest, zdaniem analityków, natury polityczno-prawnej. W indeksie największych spółek wysoki udział mają branże zagrożone nowymi obciążeniami, takie jak banki czy energetyka, czy spółki Skarbu Państwa. Do tego dochodzi problem z OFE, które mają definitywnie zniknąć.

– Jeżeli patrzyłbym tak sektorowo, to trzymałbym się z daleka od sektora energetycznego, gdzie właściwie można się teraz poruszać wyłącznie w poszukiwaniu mniejszego zła. Byłbym bardzo ostrożny, jeżeli chodzi o sektor bankowy, może za wyjątkiem Alior Banku – wskazuje Adam Zaremba. – Aczkolwiek selektywnie wśród dużych spółek myślę, że warto się skupić na firmach wydobywczych takich jak JSW czy KGHM, które mogą się stać beneficjentem ewentualnego odbicia na rynkach surowców.

Prawdziwych okazji jego zdaniem warto jednak szukać wśród małych spółek, które nie mają tak dużej ekspozycji na czynniki polityczne. Niektóre z podmiotów mają wszelkie dane ku temu, by poprawić i tak niezłe wyniki, a których wyceny są niskie nawet na tle ich branż.

– W tej chwili na polskiej giełdzie można znaleźć sporo okazji przede wszystkim w segmencie małych spółek, i to w wielu różnych sektorach. Na przykład w branży deweloperskiej, która przeżywa teraz świetną koniunkturę, część firm wydaje się wycenionych całkiem atrakcyjnie, chociażby Vantage Development, ATAL, Archicom – podsuwa.

W branży FMCG z kolei radzi zwrócić uwagę na producenta słodyczy firmę Wawel, która niebawem ma kosztem 90 mln zł uruchomić nowy zakład produkcyjny w Dobczycach, co powinno podbić kurs spółki, czy na farmaceutyczną Neucę, która z kwartału na kwartał poprawia wyniki.

– Nieźle wygląda Inter Cars, Grajewo jest także dość atrakcyjnie wycenione w stosunku do innych spółek z branży, a wyniki systematycznie się poprawiają. W związku z czym wśród tych mniejszych i średnich firm można znaleźć cały szereg okazji inwestycyjnych – podsumowuje główny ekonomista Saturn TFI.

Założyciel 4Mobility o Car Sharingu w Polsce

Firma 4Mobility powstała w odpowiedzi na oczekiwania i trend rynku. Polski rynek, spoglądając na Europę i świat, poczuł potrzebę posiadania samochodu na krótkie okresy. Samochód dostępny jest tylko w razie potrzeby i opłacony na czas potrzeby. Zaczynając od Warszawy, firma wprowadziła 5 centrów biznesowych.

– W tym momencie ok. 10 tysięcy osób ma dostęp do naszej usługi, co jest dużą skalą zważywszy na sam początek działalności – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Paweł Błaszczak, założyciel 4Mobility – Liczba użytkowników bardzo dynamicznie przyrasta. Nasza oferta jest kierowana jest zarówno do biznesu, jak i pracowników tego biznesu, do celów prywatnych. Jest to jeden z głównych powodów dużej atrakcyjności usługi. Pracownik w ciągu dnia może do celów służbowych korzystać z samochodu naszej firmy, ale wieczorem lub w weekend może tym samochodem załatwić swoje prywatne sprawy. Firma wynajmująca auto nie ponosi kosztów związanych z prywatnymi wyjazdami, tylko rozliczamy się bezpośrednio z użytkownikiem.

Żeby korzystać z usługi należy przejść przez prosty i łatwy proces rejestracji na stronie internetowej, który trwa 5-10 minut. Po tej czynności użytkownik otrzymuje od nas dane dostępowe do systemu. Posiadając te dane ściągamy aplikację mobilną i dzięki niej korzystamy z usługi. Dokonujemy rezerwacji samochodu, sprawdzamy gdzie on jest, podchodzimy do niego, otwieramy samochód telefonem komórkowym, wsiadamy i załatwiamy swoje sprawy, po czym wracamy, zamykamy samochód ponownie smartfonem, zapominamy o kwestiach związanych z utrzymaniem tego auta i korzystamy ponownie z usługi przy kolejnej potrzebie.

Dzięki tej formule niepotrzebne są kluczyki, zbędna jest też kosztowna logistyka związana z obsługą tego systemu i w konsekwencji usługa może być tak atrakcyjna cenowo dla użytkowników.

Tego typu auto w naszym systemie to jest koszt 17 zł za godzinę plus 0,60 gr za kilometr, także są to bardzo niewielkie koszty jak na użytkowanie jakiegokolwiek samochodu, nie mówiąc już o takiej klasie auta – podsumowuje Błaszczak.

Czym ryzykują lekarze na kontraktach?

Lekarze i pielęgniarki coraz częściej są zatrudniani na kontrakty. Zdejmuje to z pracodawców m.in. odpowiedzialność za ich ewentualne błędy. Współpracując na takiej zasadzie lekarze mają obowiązek zadbać o ubezpieczenie OC we własnym zakresie. Okazuje się, że zasądzone w przypadku błędu medycznego odszkodowania, często znacząco przekraczają sumy posiadanych przez nich polis.

Z raportu NIK wynika, że wynagrodzenia lekarzy rosną 2 razy szybciej niż kontrakty z NFZ. Chcąc utrzymać najlepszych specjalistów, pracodawcy muszą proponować bardziej konkurencyjne wynagrodzenie. W miejsce umów o pracę wchodzą często kontrakty, które zdejmują z pracodawców wysokie koszty ubezpieczeń społecznych. Szacuje się, że na kontraktach pracuje nawet 2/3 lekarzy.

Nienormowana praca

Przepisy mówią o tym, że lekarz pracujący na umowę o pracę, musi po zakończonym dyżurze mieć 11 godzin na odpoczynek przed następnym dyżurem. Jednak kontrakt już tego nie reguluje. Lekarze i pielęgniarki na kontraktach sami wybierają godziny pracy i nikt nie musi tego weryfikować. Taki nienormowany czas pracy stwarza sytuację, która może przyczynić do popełnienia błędu medycznego wynikającego chociażby z przemęczenia. Błędem lekarskim jest nieumyślne działanie, zaniedbanie lub zaniechanie ze strony lekarza, pielęgniarki, położnej lub osoby wykonującej inny zawód medyczny, powodujące powstanie szkody u pacjenta. To także błąd w leczeniu oraz mylne rozpoznanie (tzw. błąd diagnostyczny) czy prognoza (tzw. błąd rokowania). Wszelkie roszczenia za błędy lekarskie osób pracujących na kontraktach pomijają pracodawcę. Jakich roszczeń mogą domagać się poszkodowani pacjenci?

Błędy ewidentne i te mniej oczywiste

Roszczenia pacjentów z tytułu błędów popełnionych przez lekarza czy pielęgniarkę można podzielić na dwa rodzaje. Pierwsze to ewidentne błędy lekarskie, do których doszło w trakcie wykonywania świadczenia medycznego. – Jest to np. sytuacja, gdy w trakcie operacji doszło do wycięcia prawej nerki zamiast lewej lub też wykonano zabieg na lewym kolanie, podczas gdy chory cierpiał z powodu dolegliwości związanych z prawym kolanem – mówi Andrzej Twardowski, dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w TU INTER. Do takich błędów może dojść w sytuacji, kiedy w danej placówce medycznej nie stosuje się okołooperacyjnej karty ochronnej, przy pomocy której sprawdza się dokładnie, jaki zabieg powinien być w danym momencie wykonany. – W przypadku wystąpienia ewidentnego błędu, pacjent może domagać się od winnego przedstawiciela branży medycznej zwrotu kosztów leczenia, zadośćuczynienia za poniesioną stratę i ból, a w sytuacji, gdy pacjent po np. nieudanym zabiegu chirurgicznym nie będzie w stanie formalnie funkcjonować – również comiesięcznej renty, która może być wypłacana dożywotnio – dodaje Twardowski. Błąd diagnostyczny może mieć równie poważne konsekwencje co tzw. błąd medyczny. – Załóżmy, że lekarz stwierdza u pacjenta ostrą infekcję dróg oddechowych i przepisuje stosowne do tej diagnozy leki. Chory następnego dnia umiera. Wykonana później sekcja wykazuje, że przyczyną śmierci było obustronne zapalenie płuc z niedodmą obejmującą prawie całe płuca. Błędnie postawiona diagnoza i brak odpowiedniego działania medycznego doprowadziły do śmierci pacjenta – tłumaczy Andrzej Twardowski, ekspert TU INTER. W przypadku błędu lekarskiego, który nie jest już tak oczywisty, o tym, czy faktycznie doszło do nieumyślnej szkody wyrządzonej przez lekarza, decyduje sąd, opierając się na opinii biegłych.

OC we własnym zakresie

Lekarze i pielęgniarki, którzy pracują na podstawie kontraktów, muszą obligatoryjnie posiadać ubezpieczenie Odpowiedzialności Cywilnej. Suma ubezpieczenia OC lekarza to 75 tys. euro, tj. ok. 300 tys. złotych, pielęgniarki to 30 tys. euro, tj. 120 tys. złotych. W przypadku spraw sądowych o odszkodowanie wynikające z błędu lekarskiego, zasądzane kwoty są często znacznie wyższe. – Kwoty te przekraczają nawet 500 tys. złotych, więc ewentualne różnice pracownik medyczny musi zapłacić z własnej kieszeni. Warto także podkreślić, że podstawowy zakres ubezpieczenia OC nie pokrywa kosztów procesu sądowego, wynagrodzenia dla prawników, ani sytuacji, w której zostaje ujawniona tajemnica lekarska – wyjaśnia Andrzej Twardowski z TU INTER. Niestety, przedstawiciele branży medycznej padają także ofiarą prób wyłudzenia odszkodowań. W takich przypadkach konieczna jest konsultacja prawnicza i pokrycie kosztów ewentualnego procesu sądowego.

W momencie, gdy dochodzi do uszkodzenia ciała, rozstroju zdrowia lub śmierci w wyniku działania niezgodnego z uznanym stanem wiedzy medycznej, lekkomyślności czy niedbalstwa, pacjent ma prawo domagać się wypłaty odszkodowania. Coraz częściej zdarzają się też roszczenia z tytułu złamania praw pacjenta, np. prawa do zachowania tajemnicy lekarskiej, kiedy nie ma żadnej szkody na zdrowiu pacjenta. Zawody medyczne wiążą się więc nie tylko z ogromną odpowiedzialnością za ludzkie życie i zdrowie, ale także są szczególnie narażone na ewentualne konsekwencje prawne, finansowe, zawodowe, a także społeczne.

Polacy rocznie wyrzucają ok. 9 mln ton żywności. W koszu najczęściej lądują wędliny i pieczywo

Polacy rocznie wyrzucają ok. 9 mln ton żywności. W koszu najczęściej lądują wędliny i pieczywo 2
Niemal 30 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się wyrzucać żywność – wynika z raportu „Nie marnuj jedzenia 2016” Federacji Polskich Banków Żywności. Wśród produktów, które najczęściej lądują w koszu są wędliny, pieczywo, warzywa, owoce i nabiał. Wyrzucanie żywności częściej zdarza się osobom zamożnym i zajmującym wysokie stanowiska niż osobom o niższym poziomie dochodów. 

– Na świecie marnuje się 1/3 produkowanej żywności. Szacuje się, że w samej Unii Europejskiej jest to 88 mln ton, natomiast w Polsce – 9 mln ton, w tym 2 mln ton to jest żywność, którą wyrzucają konsumenci. Co trzeci Polak przyznaje, że zdarza mu się wyrzucać żywność – mówi agencji Newseria Lifestyle Maria Kowalewska z Federacji Polskich Banków Żywności.

39 proc. Polaków przyznaje, że wyrzuca jedzenie w momencie, kiedy mija termin przydatności danego produktu do spożycia.

– Bardzo ważne jest to, że zasadniczo rozróżniamy dwa terminy przydatności do spożycia: „Należy spożyć do” dla produktów, które łatwo się psują i absolutnie po tym terminie nie możemy spożywać (np. wędlin, jogurtów czy różnego rodzaju nabiału) i „najlepiej spożyć przed” dla takich produktów jak makaron, kasza, przyprawy, herbata, ciastka. I jeśli ten termin mija, nie oznacza to, że tego produktu nie możemy zjeść, tylko że on nie ma tej samej jakości gwarantowanej przez producenta, ale często wbrew pozorom cały czas nadaje się do spożycia – tłumaczy Maria Kowalewska.

Poprzez zbyt duże zakupy robimy zapasy w lodówkach i nie zawsze jesteśmy w stanie wszystkiego zjeść przed upływem terminu przydatności do spożycia. Jest to główny powód wyrzucania żywności dla 15 proc. ankietowanych. Wśród innych powodów znalazły się: zbyt duże porcje posiłków – 13 proc., niewłaściwe przechowywanie żywności – 11 proc., zakup złego jakościowo produktu – 9 proc., produkt lub danie niesmaczne – 6 proc., a także brak pomysłów na wykorzystanie resztek – 3 proc.

Nie planujemy swoich posiłków, nie planujemy jadłospisów z wyprzedzeniem, np. 3-4 dniowym lub tygodniowym, przez to nie wiemy, jak przygotować listę zakupów. Tylko co trzeci z nas idzie na zakupy z listą, a przecież ona tak naprawdę gwarantuje to, że po pierwsze kupimy to, co potrzebujemy, a po drugie w takich ilościach, jakich potrzebujemy – mówi Maria Kowalewska.

Z raportu „Nie marnuj jedzenia 2016” wynika, że Polacy wśród najczęściej wyrzucanych produktów wskazują kolejno: wędliny (43 proc.), pieczywo (36 proc.), warzywa (32 proc.), owoce (27 proc.), jogurty (23 proc.), ziemniaki (20 proc.), mięso (17 proc.), mleko (17 proc.), ser (12 proc.), ryby (8 proc.), dania gotowe (8 proc.) oraz jaja (4 proc.).

– W tym roku po raz pierwszy wędliny są najczęściej wyrzucanym produktem przez Polaków. Do tej pory co roku to pieczywo królowało na tej liście, w tym roku jest numerem dwa, natomiast niezmiennie wyrzucamy też bardzo dużo warzyw, owoców, nabiału. To są przede wszystkim produkty z krótkim okresem przydatności do spożycia, często wymagają specjalnych warunków np. chłodniczych do tego, żeby je dłużej przechowywać, a często nam się to po prostu nie udaje w naszych kuchniach – mówi Maria Kowalewska.

Z badania „Deklaracje Polaków dotyczące marnowania żywności” przeprowadzonego przez CBOS wynika, że wyrzucanie żywności częściej zdarza się osobom zamożnym oraz zajmującym wysokie stanowiska. W zdecydowanie mniejszym stopniu dotyczy to osób starszych i o niższym poziomie dochodów. Podczas gdy miliony ton żywności trafia na śmietnik, wiele osób nie stać na zakup podstawowych produktów. W tzw. skrajnym ubóstwie w Polsce żyje ponad 2,5 mln osób, które korzystają z pomocy Banków Żywności.

– 16 października przypada Światowy Dzień Żywności. To dla banków żywności bardzo ważna data w kalendarzu, dlatego, że mamy okazję podkreślić, że żywność jest wyjątkowym darem,  który powinien być dostępny dla każdego z nas. Banki żywności w całej Polsce organizują 25 specjalnych wydarzeń – to będą happeningi, różne warsztaty kulinarne, pokazy, głównie skierowane do dzieci, do młodzieży, żeby uczyć najmłodszych jak szanować jedzenie, jak się produkuje jedzenie i jak można się podzielić z drugim człowiekiem po to, żeby pomagać sobie nawzajem – dodaje Maria Kowalewska.

Marnowanie żywności to spore straty ekologiczne, bo przecież do jej produkcji zużywa się ogromne ilości wody i energii.

K. Skowroński: Media publiczne potrzebują skoku jakościowego.Potrzebne są większe wpływy z abonamentu

K. Skowroński: Media publiczne potrzebują skoku jakościowego.Potrzebne są większe wpływy z abonamentu 3
Jeśli media publiczne nie wykonają skoku jakościowego, zginą – przekonuje Krzysztof Skowroński, prezes Radia Wnet i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jego zdaniem ten skok jest możliwy tylko przy zwiększeniu wpływów z abonamentu radiowo-telewizyjnego. To też pozwoli mediom uniezależnić się od reklamodawców. Telewizja publiczna w Polsce, w przeciwieństwie do większości europejskich nadawców, utrzymuje się przede wszystkim z działalności komercyjnej.

Media publiczne, jeżeli dostaną wiatr w żagle, a tym są pieniądze z abonamentu, jeżeli pójdą w jakość i w wypełnianie misji, mogą bardzo zmienić rynek publiczny. Chcemy wiedzieć, co się dzieje na świecie, jak żyją ludzie i to powinny dać media publiczne w najwyższej jakości – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Skowroński, prezes Radia Wnet i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Przychody z abonamentu radiowo-telewizyjnego systematycznie spadają. W 2015 roku wyniosły 750 mln zł, w tym roku – wedle prognoz KRRiT – może to być nieco ponad 660 mln zł, a w 2017 roku 635 mln zł. Na 14,1 mln gospodarstw w Polsce tylko w 6,7 mln właściciele zarejestrowali w przeszłości odbiornik telewizyjny. Z tej liczby blisko połowa podlegała zwolnieniom z płacenia abonamentu.

Z planowanych wpływów abonamentowych najwięcej trafi do TVP – ok. 355 mln zł w tym roku (w przyszłym 310 mln). Z danych KRRiT wynika, że wystarczy to na sfinansowanie 24 proc. kosztów misji spółki (w przyszłym będzie to 13 proc.).

Jeśli to wszystko będzie sensownie poukładane, to media publiczne zwolnią rynek reklamowy. To ważne dla telewizji komercyjnych. Razem z finansowaniem powinniśmy dać oddech ludziom, powiedzieć im, że to telewizja za ich pieniądze, jest w niej miejsce na wszystko – rozrywkę, sport, najlepszą jakościowo informację, ale w zamian nie będziemy katować 12 minutami w godzinie reklam – tłumaczył Krzysztof Skowroński podczas 9. Warsaw International Media Summit.

W ubiegłym roku wpływy TVP z reklam sięgnęły 922 mln zł (przy 902 mln w 2014 roku). W tym roku, wedle szacunków TVP, będzie to 900 mln, a w 2017 roku – 800 mln zł. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów europejskich, w których media publiczne utrzymują się przede wszystkim z działalności komercyjnej. W większości europejscy nadawcy utrzymują się z abonamentu i publicznych dotacji.

Nie można całkowicie zrezygnować z reklam, bo to mogłoby oznaczać, że telewizji publicznej nie zależy na oglądalności, a ta jest najważniejsza. Nie wyobrażam sobie prezesa Telewizji Publicznej, który nie będzie chciał, żeby TVP nie była numerem jeden na rynku. Ona musi być liderem, bo ma najwięcej sprzętu, ludzi, największy majątek i doświadczenie – podkreśla prezes SDP.

Kanały telewizji publicznej wciąż łącznie przyciągają najwięcej widzów, ale tylko w II kwartale 2016 roku straciły ponad 220 tys. widzów. Należało do nich 28,7 proc. rynku (przy 31,1 w II kwartale 2015 roku). Spadek wyniósł ogółem 2,4 proc., to znacznie większa strata niż przed rokiem (0,2 proc. kdk.).

Telewizja stała się fabryką produkującą kontent. Chodzi o to, by telewizja publiczna produkowała inny jakościowo kontent, jej portal się wyróżniał i jednocześnie był najpopularniejszy. Telewizję oglądamy teraz w telefonach komórkowych, jeżeli media publiczne o tym zapomną i nie wykonają skoku jakościowego, to zginą. Trzeba iść w tym kierunku – wskazuje Skowroński.

Badanie IQS wskazuje, że ponad połowa badanych do oglądania telewizji korzysta z innych urządzeń niż odbiornik RTV, przede wszystkim laptopa (43 proc.), komputera (25 proc.), smartfona (20 proc.) i tableta (15 proc.). Jednocześnie 43 proc. osób ogląda telewizję internetową, a co trzeci korzysta z VOD.

– Mając pieniądze, można pójść dalej z ambicjami, a powinniśmy mieć ambicję, by stać się najlepszą telewizja publiczną na świecie, wzorem. Nie jesteśmy tak bogaci jak Anglicy, oni mają 5 mld funtów szterlingów na misję BBC, a TVP ma na ten cel 300 mln zł. Ale jesteśmy przyzwyczajeni do partyzantki – za tę kwotę potrafimy zrobić dużo więcej, niż zrobiłoby BCC, ale mimo to potrzebny jest nam jednak zastrzyk finansowy – przekonuje prezes SDP.

Sektor energetyczny rozwija się w kierunku e-commerce i elektronicznej obsługi klienta

Sektor energetyczny rozwija się w kierunku e-commerce i elektronicznej obsługi klienta 4
Rynek e-commerce notuje dwucyfrowe wzrosty, a jego całkowita wartość wyniesie pod koniec roku blisko 36 mld zł. Na tej dynamice skorzystać chcą firmy z sektora energetycznego. Wprowadzenie elektronicznych kanałów sprzedaży i obsługi klienta ma pomóc im obniżać koszty, pozytywnie wpłynąć na terminowe regulowanie płatności i zwiększyć zadowolenie konsumentów. To ścieżka, którą podąży cała branża – oceniają przedstawiciele PayU.

– Energetyka dotychczas nie inicjowała rozwoju w zakresie e-commerce, ale to się zmienia. Widzimy pierwsze pozytywne kroki. Dobrym przykładem jest nasza współpraca z PGE zainicjowana w ubiegłym roku. Obecnie obserwujemy 15-20-proc. wzrost miesiąc do miesiąca i bardzo dobrą reakcję konsumentów na rozwiązania digitalowe, e-commerce’owe czy eBOKi. To przyszłość energetyki, ponieważ coraz więcej klientów korzysta z tych kanałów – tłumaczy Sylwia Bilska, general manager PayU w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

PayU, jeden z największych na polskim rynku operatorów płatności internetowych, nawiązał pod koniec ubiegłego roku współpracę ze spółką PGE Obrót. W efekcie ponad 5 mln klientów, którym przedsiębiorstwo dostarcza energię elektryczną, zyskało możliwość skorzystania z nowej formy płatności w ramach usługi eFaktura. Regulowanie rachunków za energię odbywa się w oparciu o indywidualne numery rachunków bankowych. Usługa jest dostępna w PGE eBOK, czyli elektronicznym biurze obsługi klienta, dostępnym również w wersji mobilnej. Trzy lata temu spółka umożliwiła też klientom zakup energii za pośrednictwem serwisu aukcyjnego Allegro.

Jak podkreśla, Sylwia Bilska, tego typu zmiany czekają całą branżę.

– To szlak, który przetarły już inne branże. Kilka lat temu wszyscy odprawialiśmy się na samolot przy okienku na lotnisku, dziś już wszyscy robią to przez internet. W tym samym kierunku będzie podążała energetyka. Spodziewamy się przeniesienia obsługi klienta do eBOK-ów, co zwiększy zadowolenie konsumentów, przyspieszy obsługę i zmniejszy koszty po stronie branży energetycznej – prognozuje Sylwia Bilska.

Z ubiegłorocznego badania PwC „7 pokus polskiej energetyki” wynika, że proces digitalizacji dla firm z sektora energetycznego to duże wyzwanie. Tempo wdrażania zmian plasuje tę branżę poza liderami w tym zakresie, czyli np. sektorem bankowym, mediowym czy telekomunikacyjnym. Eksperci PwC wiążą to z historyczną specyfiką działalności. Po pierwsze, energetyka była od zawsze silnie regulowanym rynkiem, wiele lat funkcjonowała jako monopol. Po drugie, specyfikę tę pogłębia jeszcze fakt, że generowana energia elektryczna nie ma substytutu. Dlatego branża nie koncentrowała swojej działalności na kliencie. A dziś to właśnie potrzeby konsumentów wymuszają cyfryzację na poszczególnych branżach.

Rynek e-commerce rośnie bardzo dynamicznie, a Polska jest pod tym względem w czołówce krajów europejskich. Z raportu „Barometr e-commerce 2016” opracowanego przez ekspertów Sociomantic Labs wynika, że pod koniec tego roku wzrośnie o 15 proc. i osiągnie wartość 35,8 mld zł. Liczba działających e-sklepów zwiększy się natomiast o 7 proc. i przekroczy 23,5 tys. podmiotów. Według prognoz, polski rynek e-commerce będzie się rozwijał co najmniej do 2020 roku. Pod koniec dekady jego wartość przekroczy 63 mld zł i będzie odpowiadać za 10 proc. udziałów w całym sektorze handlu.

J. Janecki: W 2018 roku możemy zobaczyć znaczny wzrost gospodarczy w Polsce

J. Janecki: W 2018 roku możemy zobaczyć znaczny wzrost gospodarczy w Polsce 5
Za dwa lata polskie przedsiębiorstwa prywatne podopinają wiele procesów inwestycyjnych. Do tego mogą dojść duże inwestycje państwowe. To przełoży się pozytywnie na dynamikę wzrostu PKB – zaznacza Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale. Dodaje, że jeśli będzie ona duża już w 2017 roku, to będzie to wynikało tylko z niskiego punktu odniesienia z 2016 roku.

Zdaniem Jarosława Janeckiego, głównego ekonomisty Société Générale, spora część polskich przedsiębiorstw prywatnych podejmie w najbliższych kwartałach duże wysiłki inwestycyjne dzięki wsparciu środków unijnych.

– Nie oczekuję, że skala tych inwestycji będzie na tyle duża, że będzie decydować o wzroście gospodarczym. Ale te inwestycje z pewnością będą oddziaływać pozytywnie na gospodarkę – uważa Janecki.

Budżet europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych w okresie 2014–2020 wynosi 454 mld euro, z czego maksimum 82,5 mld euro może trafić do Polski. Szacuje się, że w tym okresie ponad 2 mln przedsiębiorstw działających na terenie UE otrzyma wsparcie na zwiększanie konkurencyjności, opracowywanie nowych produktów, wchodzenie na nowe rynki i tworzenie miejsc pracy. – Jeśli dynamika wzrostu PKB w 2017 roku będzie zachwycała, to w dużej mierze będzie to wynikało z niższego punktu odniesienia niż w ostatnich latach. Czyli będziemy często mówili o efekcie statystycznym w przyszłym roku – wyjaśnia Janecki.

W II kwartale 2016 r. tempo wzrostu PKB rok do roku wyniosło 3,1 proc., tyle samo, co w II kwartale roku poprzedniego. W I kwartale br sięgnęło 3 proc., podczas gdy w analogicznym okresie 2015 roku wyniosło 3,6 proc. W III kwartale 2015 roku tempo wzrostu PKB rok do roku sięgnęło 3,4 proc. a w IV kwartale aż 4,3 proc. Według wicepremiera Morawieckiego tempo wzrostu PKB w całym 2016 roku wyniesie 3,3–3,4 proc., czyli tyle, ile w 2014 roku. W 2015 roku sięgnęło 3,6 proc. i było lepsze od oczekiwań ekspertów.

W opinii Janeckiego silny i realny wzrost gospodarczy w Polsce możemy zobaczyć w 2018 roku.

– Proces przygotowywania planów biznesowych związanych z uruchamianiem nowych inwestycji musi trochę potrwać. W 2018 roku będzie on już na tyle dopięty, że będziemy już to widzieć w statystykach – uważa główny ekonomista Société Générale.

Według Janeckiego zupełnie inną kwestią są inwestycje rządowe czy spółek z udziałem Skarbu Państwa.

W tym przypadku potrzebne są wiążące decyzje osób, które są i będą odpowiedzialne za inwestycje – wskazuje ekspert. W jego opinii decydującą rolę będzie tu odgrywał wicepremier Mateusz Morawiecki. – Być może Morawiecki będzie w pewien sposób wywierał jakąś presję na spółki państwowe, żeby w miarę szybko realizowały plany. Na pewno część inwestycji, która nie będzie zrealizowana w tym roku przez niektóre spółki, zostanie przesunięta na kolejny rok. Z pewnością to, czy zobaczymy zwiększone inwestycje spółek państwowych w tym czy w przyszłym roku, zależy również w dużej mierze od sprawności menadżerów działających w poszczególnych podmiotach – podkreśla Janecki.

Potencjał inwestycyjny spółek Skarbu Państwa, który można uruchomić w najbliższych latach, został oszacowany w lutym br. przez wicepremiera Morawieckiego na 75–150 mld zł. Od kwietnia br. działa Polski Fundusz Rozwoju (PFR), który ma nadzorować realizację „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” zwaną też planem Morawieckiego. W ramach tej strategii państwo, samorządy, spółki państwowe i prywatne (przy wsparciu funduszy UE) mają zainwestować w rozwój krajowej gospodarki w najbliższych kilku latach nawet do 1,5 bln zł.

Opóźniają się kluczowe przetargi infrastrukturalne. Przed branżą budowlaną kilkanaście miesięcy spowolnienia

Opóźniają się kluczowe przetargi infrastrukturalne. Przed branżą budowlaną kilkanaście miesięcy spowolnienia 6
W tym roku widoczne jest spowolnienie w branży budowlanej, co wiąże się z opóźnieniem kluczowych projektów infrastrukturalnych. Potwierdzają to dane GUS na temat produkcji budowlano-montażowej oraz statystyki dotyczące upadłości przedsiębiorstw. Branżę czeka trudne kilkanaście miesięcy. Wzrost przychodów z nowo ogłaszanych kontraktów współfinansowanych przez UE firmy odczują dopiero w II połowie 2018 roku.

Najbliższa perspektywa nie jest dobra, w szczególności dla budownictwa infrastrukturalnego. Mamy do czynienia z wyhamowaniem przetargów, co wpłynie na obniżkę przychodów firm budowlanych w 2017 roku. Nadchodzące 1-1,5 roku nie będzie więc korzystne dla tych przedsiębiorstw, które zajmują się budownictwem infrastrukturalnym – prognozuje Patryk Darowski, wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Potwierdzają to dane GUS. W sierpniu 2016 roku odnotowano spadek produkcji budowlano-montażowej o 20,5 proc. w cenach stałych. W okresie styczeń-sierpień była ona niższa o 14,9 proc. niż rok wcześniej.

Przesunięcie kluczowych inwestycji może spowodować wyhamowanie sektora również w 2017 roku, ponieważ przychody z aktualnie ogłaszanych kontraktów firmy budowlane odnotują dopiero w II połowie 2018 roku – ocenia Patryk Darowski.

Problem w tym, że opóźnienia w przetargach i wyhamowanie produkcji budowlanej mogą skutkować spiętrzeniem robót w następnych latach.

W I połowie tego roku o 8 proc. wzrosła liczba upadłości firm z branży (5 podmiotów więcej). Eksperci zauważają jednak, że ten trend nie musi determinować całego 2016 roku. Tym bardziej że mimo negatywnego otoczenia w pierwszych miesiącach tego roku wzrosły średnie płace w budownictwie. Jak wynika z danych GUS, podawanych przez Deloitte, wyższe było też średnie zatrudnienie (o 0,2 proc.) i spodziewany jest dalszy wzrost zapotrzebowania na pracowników.

Ankietowani przedstawiciele największych spółek budowlanych liczą na znaczne ożywienie związane z napływem środków z perspektywy finansowej UE 2014-2020. Z 86,6 mld euro przyznanych Polsce do maja 2016 roku Unia wypłaciła 0,8 mld euro, czyli 0,9 proc. całości.

W długim okresie, w szczególności dotyczy to infrastruktury, zapowiadane są programy rządowe i oczekujemy na napływ środków unijnych w perspektywie 2014-2020. To są znaczne sumy. W przypadku kolei mówimy o środkach w kwocie 66 mld zł, w przypadku dróg minimum o 107 mld zł. Chociaż we wrześniu tego roku Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa dokonało rewizji programu budowy dróg krajowych, zgodnie z którym wydatki powinny wynieść 198 mld zł. Jednak pozostaje pytanie, na ile będzie możliwe znalezienie środków w budżecie państwa na sfinansowanie takich inwestycji – mówi Patryk Darowski.

Pozytywnie przez branżę odbierane są również zapowiadane zmiany w postępowaniach przetargowych. Najważniejszą z nich ma być ograniczenie wagi kryterium ceny do maksymalnie 60 proc.

Warto jednak zaznaczyć, że aktualnie toczące się przetargi są realizowane zgodnie z poprzednią ustawą o prawie zamówień publicznych, czyli w dalszym ciągu cena pozostaje ich głównym kryterium. W najbliższych miesiącach to się nie zmieni. Kwestią otwartą pozostaje natomiast to, jak zostaną sprofilowane kryteria pozacenowe w nowych przetargach. Przedstawiciele branży wskazują na model skandynawski – mówi Patryk Darowski.

W tym modelu brane są pod uwagę także takie kryteria, jak jakość, czas dostawy, warunki płatności, aspekty społeczne czy polityka środowiskowa.

Lepiej niż w segmencie infrastruktury sytuacja wygląda w budownictwie mieszkaniowym. Tu dane GUS za pierwsze osiem miesięcy roku wskazują dynamiczne wzrosty, zarówno pod kątem wydanych pozwoleń na budowę (+13,7 proc.), rozpoczętych budów (+6,2 proc.), jak i liczby oddanych mieszkań (+11,6 proc.)

Ostatni czas jest bardzo pozytywny dla spółek zajmujących się budownictwem mieszkań i powierzchni biurowych. Tutaj nastąpił znaczny wzrost podaży i wciąż jest popyt, więc firmy budowlane biją rekordy. W szczególności deweloperzy oddają bardzo dużo mieszkań. Jednak i w tym wypadku spodziewane jest wyhamowanie w najbliższych miesiącach, chociaż może nie będzie ono tak duże, jak w przypadku infrastruktury – ocenia ekspert Deloitte.

Nie tylko IT gwarantuje wysokie wynagrodzenia. W czołowej czwórce branż także analityka biznesowa, prawo i consulting

Nie tylko IT gwarantuje wysokie wynagrodzenia. W czołowej czwórce branż także analityka biznesowa, prawo i consulting 7
Najwyższe wynagrodzenia, zarówno pracownikom niższego szczebla, jak i specjalistom oferują branże IT i Business Intelligence. Kierownicy i dyrektorzy mogą zaś liczyć na największe zarobki w obszarach doradztwa, consultingu i prawa. Poza specjalizacją, kluczowym czynnikiem który wpływa na wysokość wynagrodzenia jest doświadczenie zawodowe – wynika z badań Grupy Pracuj.

– Branża IT związana z rozwojem oprogramowania, ale także Business Intelligence, prawo, doradztwo i consulting to obszary biznesowe, w których mamy szansę zarabiać najwięcej. Te zarobki będą też szybko rosły wraz ze zdobywanym doświadczeniem – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Bartnicka, ekspert Grupy Pracuj.

W wymienionych branżach nawet pracownicy na niskich szczeblach kariery zawodowej mogą liczyć na atrakcyjne wynagrodzenia. Początkujący pracownik IT zajmujący się architekturą oprogramowania zarabia średnio 4500 zł, plasując się w czołówce listy płac. Do najlepiej opłacanych specjalizacji należy także zarządzanie projektami (przeciętna płaca wynosi 3650 zł netto) oraz analiza biznesowa (3300 zł netto). Na atrakcyjne zarobki mogą liczyć również młodzi prawnicy po aplikacji (3800 zł netto) oraz osoby rozpoczynające karierę w obszarze Business Intelligence/Data Warehouse, gdzie przeciętne wynagrodzenie oscyluje wokół 3500 zł netto. W tej branży zapotrzebowanie na specjalistów rośnie bardzo dynamicznie.

Poza specjalizacją, kluczowym czynnikiem wpływającym na zarobki jest doświadczenie pracownika.

– Najważniejszym czynnikiem, który decyduje o wysokości wynagrodzenia, są lata doświadczenia pracownika. Czyli im wyżej jesteśmy w strukturze firmy, im więcej lat doświadczenia mamy na swoim koncie, na tym wyższe, lepsze wynagrodzenie możemy liczyć – potwierdza Izabela Bartnicka.

Najkorzystniejsza dla specjalistów, którzy mają ponad rok doświadczenia zawodowego w danym obszarze, ponownie jest branża IT, w której pracownicy specjalizujący się w architekturze oprogramowania mogą liczyć na przeciętne zarobki w wysokości 7750 zł netto. W czołówce najlepiej opłacanych są również specjaliści zajmujący się analizą biznesową i programowaniem (średnia pensja 5000 zł netto) oraz specjaliści ds. zarządzania i HR, którzy zarabiają średnio 4550 zł netto.

Wyżej na drabinie kariery plasują się kierownicy, którzy na największe zarobki mogą liczyć w doradztwie i consultingu, gdzie przeciętne wynagrodzenie wynosi średnio 11 500 zł. Nieco mniej zarabiają prawnicy po aplikacji, zwłaszcza zarządzający kilkuosobowym zespołem (ok. 10 000 zł netto).

Pracownicy na stanowiskach kierowniczych w branży IT plasują się dopiero na trzecim miejscu z przeciętnymi zarobkami w widełkach 8000–9000 zł netto. Na zarobki przekraczające 8000 zł netto mogą liczyć jeszcze kierownicy w obszarach takich jak: media/sztuka/rozrywka (specjalizacja planowanie i zakup mediów), bankowość (specjalizacja bankowość inwestycyjna), finanse/ekonomia (specjalizacja audyt/podatki oraz kontroling) czy marketing (specjalizacja zarządzanie marketingiem).

– Jeżeli chodzi o stanowiska dyrektorskie, to najwyższe wynagrodzenia oferowane są prawnikom, prawnikom po aplikacji oraz osobom, które sprawują pieczę nad takimi departamentami w firmach – wylicza Izabela Bartnicka.

Z analizy ankiet, przeprowadzonych na portalu Pracuj.pl wynika, że pensja prawnika po aplikacji na stanowisku dyrektorskim sięga nieco ponad 15 000 zł netto. Podobne wynagrodzenia pobierają członkowie najwyższej kadry zarządzającej w randze członka zarządu. Niewiele mniej (ok. 14 000 zł netto) zarabia również dyrektor finansowy oraz prezes zarządu. Na nieprzeciętne wynagrodzenia liczyć mogą jeszcze dyrektor ds. IT oraz dyrektor ds. sprzedaży.

Również w branżach takich jak bankowość, ubezpieczenia, finanse i nieruchomości, w których pensje na początkowym etapie kariery nie są zbyt wysokie, dyrektorzy osiągają ponadprzeciętne zarobki przekraczające kwoty 13 000 zł netto.

Wartość światowego rynku telemedycznego za 5 lat się podwoi. Nowoczesne rozwiązania wchodzą w kolejne dziedziny ochrony zdrowia

Wartość światowego rynku telemedycznego za 5 lat się podwoi. Nowoczesne rozwiązania wchodzą w kolejne dziedziny ochrony zdrowia 8
Globalny rynek telemedycyny powinien osiągnąć w tym roku wartość 23,8 mld dolarów – wynika z raportu BCC Research. Do 2021 roku będzie ona rosła średnio w tempie 16 proc. rocznie, do poziomu 55,1 mld dol. Również w Polsce telemedycyna rozwija się bardzo dynamicznie. Usługi zdalne rozwijane są m.in. w kardiologii, a także w diabetologii czy alergologii. Na tym rynku szans szuka coraz więcej krajowych przedsiębiorstw.

Od kilku lat rynek e-usług medycznych na świecie rozwija się w tempie dwucyfrowym. Szacunki cytowane przez GE w raporcie z 2012 roku mówiły o tym, że w ciągu kolejnych 15 lat wydatki na sprzęt szpitalny zmniejszą się nawet o 30 proc. w wyniku zastosowania telemedycznych technologii w diagnostyce i leczeniu w warunkach domowych. W Polsce udział w rynku usług telemedycznych kształtuje się na poziomie poniżej 1 proc. Jedną z pierwszych dziedzin, które zaczęły stosować tego typu urządzenia, była kardiologia, ale dochodzą nowe obszary medyczne jak diabetologia, audiologia czy alergologia i geriatria.

Z obszarem kardiologii swój rozwój wiąże firma MedApp, twórca EKG Lite. To urządzenie do rejestrowania ewentualnych zmian w funkcji serca do użytku domowego. Dostarcza ono uproszczone wyniki EKG, które mogą być punktem wyjścia dla lekarzy do dokonania oceny wyników.

– System jest przeznaczony dla pacjentów – wykonany jest w ten sposób, że pacjent w bardzo prosty sposób może wykonać badania telemedyczne, dla lekarzy, którzy w prosty sposób mogą zdiagnozować badania otrzymane od pacjenta, a sam szpital w czasie rzeczywistym jest w stanie sprawdzić i wykonać większe i znacznie mocniejsze analizy na tych samych danych – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kierepka, prezes MedApp SA.

Jak podkreśla, firma wiąże duże nadzieje z polskim rynkiem, jednak planuje także ekspansję zagraniczną, m.in. w Stanach Zjednoczonych.

– Uruchamiamy nasz system na rynku polskim z końcem tego roku. Wtedy będziemy mieć już wszystkie certyfikaty, a rynek amerykański to I kwartał 2017 roku – wyjaśnia Kierepka. – Potencjał rynku polskiego jest nieporównywalny do rynku amerykańskiego, co jest dość zrozumiałe ze względu na wielkość obu rynków, ale też ze względu na poszczególne regulacje, które są znacznie łagodniejsze i łatwiejsze do przejścia na rynku amerykańskim.

MedApp inwestuje przede wszystkim w dalszy rozwój. Kardiologia to pierwszy krok. Kolejne planowane są m.in. w obszarze diabetologii.

Telemedycyna umożliwia świadczenie na odległość usług w zakresie opieki zdrowotnej, bez konieczności bezpośredniego kontaktu z pacjentem. Jak wskazuje raport Krajowej Izby Gospodarczej z maja tego roku, niektóre podmioty lecznicze w Polsce korzystają rutynowo z rozwiązań telemedycznych i są to głównie ośrodki akademickie, kliniki czy instytuty medyczne. Rozwój telemedycyny uwzględniają także przepisy prawne, m.in. znowelizowana ustawa o systemie informacji w ochronie zdrowia, która weszła w życie w grudniu 2015 roku.

Zmiany w finansowaniu leczenia wywołają coroczne spory polityczne

Likwidacja NFZ jeszcze niczego nie zmienia, wiele zmieni dopiero realizacja rządowych zapowiedzi o przejściu na system budżetowy. Po to wprowadziliśmy system składkowy, aby odejść od corocznych sporów o wydatki na ochronę zdrowia przy uchwalania budżetu państwa. Te spory powrócą, a wydatki choć są teraz za niskie, to wcale nie muszą wzrosnąć.

– Sama likwidacja NFZ niczego istotnego nie zmienia, bo świadczenia mogą być kontraktowane przez budżet państwa lub fundusz celowy, albo przez urzędy wojewódzkie, a to oznacza tylko zmianę tabliczek na budynkach urzędów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jakub Szulc, ekspert międzynarodowej firmy doradczej EY.

Bardzo duże znaczenie ma natomiast realizacja zapowiedzi przejścia na system budżetowy w finansowaniu służby zdrowia. – Mamy obecnie system składkowy ze stawką 9 proc. od każdego wynagrodzenia, wprowadzony po to, aby finansowanie ochrony zdrowia oderwać od sporów politycznych i to dzięki temu budżet NFZ wzrósł z 35 mld zł w 2005 r. do 77 mld zł w 2016 r.

Wraz z przejściem na system budżetowy te coroczne spory polityczne powrócą.

Rekrutacja oczami rekrutera

Około 20 godzin zajmuje rekruterowi przeprowadzenie całego procesu rekrutacyjnego dla jednej firmy. Przygotowanie oferty, selekcja CV, a następnie kontakt z wybranymi kandydatami i w końcu… rozmowa. Do tego należy doliczyć również opracowanie testów psychologicznych czy tzw. case’ów. Praca rekrutera jest bardzo aktywna i wymaga zaangażowania. Jednak my, z poziomu przyszłego pracownika, często bagatelizujemy tę profesję.

Proces rekrutacji to nie tylko rozmowa kwalifikacyjna. To seria wielu działań, które rekruter musi wykonać. Otrzymuje on ok. 90 CV. Następnie rozpoczyna wstępną selekcję kandydatów, z których wybiera od 4 do 12 osób. Średnio z 7 spotka się na rozmowie.

„Rekruterzy na rozmowie kwalifikacyjnej powinni brać pod uwagę całokształt czynników. Zarówno te, które widzimy (to, w jaki sposób kandydat się wita, jak jest ubrany), jak i doświadczenie przydatne na dane stanowisko” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Hanna Listek, dyrektor zarządzający w firmie Polski HR Doradztwo Personalne.

Aby zobiektywizować swój wybór, rekruterzy często wspomagają się różnego rodzaju testami. Najpopularniejsze z nich są psychologiczne i kompetencyjne. Coraz częściej w swojej pracy wykorzystują też bardziej wyrafinowane narzędzia, jak np. assessment center. „Mają one na celu sprawdzenie kandydata w środowisku pracy” – stwierdza ekspertka.

Inwestuj w innowacje – Michał Wierzbicki (Qumak SA)

Każdy rynek się zmienia. Oczekiwania i potrzeby klientów z dnia na dzień stają się coraz większe, a konkurencja bez przerwy pracuje nad poprawą swoich produktów i usług. Co musi robić firma, aby nie zostawać w tyle i dostosowywać swoją ofertę do sytuacji rynkowej? Przede wszystkim powinna dbać o swój rozwój i stale inwestować w innowacje. Jeśli tego nie potrafi, prawdopodobnie długo nie przetrwa.

„Innowacje powinny rozwijać istniejącą ofertę firmy. Nie mogą być rewolucyjne. Muszą z czegoś wynikać. Wprowadzenie innowacji ma pomóc przedsiębiorstwu osiągnąć sukces: umożliwić pozyskanie nowych klientów czy też zwiększyć przychody” – stwierdza w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Michał Wierzbicki, dyrektor rozwoju biznesu w firmie Qumak.

Wdrażanie kolejnych innowacji wiąże się oczywiście ze sporymi wydatkami, których często nie jesteśmy w stanie pokryć sami. Skąd pozyskać wtedy potrzebne fundusze? Źródeł finansowania jest kilka.

Dobrze jest postarać się o dofinansowanie unijne. „Obecna perspektywa skupia się przede wszystkim na dwóch obszarach. Jednym z nich są samorządy i rozwój regionalny. Drugi to badania i rozwój. Największe szanse na pozyskanie środków są w pierwszym z wymienionych obszarów. Jest on najbardziej perspektywiczny” – zauważa ekspert. Oprócz tego fundusze można otrzymać w ramach programów ogólnych Komisji Europejskiej, takich jak Horyzont 2020.

O wsparcie finansowe opłaca się zwrócić również do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ono także oferuje szereg programów, z których warto skorzystać. Mogą one pomóc przedsiębiorstwu np. w stworzeniu nowego rodzaju produktu czy nowej technologii.

Mocny spadek chińskiego eksportu

Chiński eksport spadł aż o 10 proc. we wrześniu, czyli znacznie powyżej oczekiwanego 3,3 proc. spadku.

Przypomniało to inwestorom o chłodnych prognozach odnośnie globalnego wzrostu. Chińskie spowolnienie gospodarcze dało się we znaki na początku roku i dzisiejsze dane mogą być zapowiedzią słabszej serii danych ekonomicznych z tego rynku. Już jutro poznamy dane na temat inflacji CPI, a w przyszłą środę kluczowe dane na temat chińskiego PKB w III kwartale. Dzisiejsze dane na pewno nie wspierają juana który handluje w pobliżu 6-letniego minimum do dolara. Deutsche Bank AG prognozuje, iż działania rządu mające schłodzić chiński rynek nieruchomości mogą osłabić juana o kolejne 17 proc. w ciągu najbliższych 2 lat.

Słabe dane z Chin wywołują na rynku ucieczkę od ryzyka.

Oprocentowanie amerykańskich obligacji spadło z najwyższego od czerwca poziomu. Spada także oprocentowanie europejskich i azjatyckich obligacji. Koszt ubezpieczenia korporacyjnego długu o rankingu inwestycyjnym przeciwko bankructwu wzrósł do najwyższego od dwóch tygodni poziomu. Umacnia się japoński jen, para USDJPY traci 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 103,60, para EURJPY traci 0,4 proc. handlując w pobliżu poziomu 114,30 a para GBPJPY traci 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 126,40. Zyskuje też złoto, handlując powyżej poziomu 1255 dolarów za uncję. Poszkodowanym surowcem jest oczywiście miedź, która handluje dziś z ponad 2 proc. stratą, wyłamując się dołem z utrzymywanej od połowy września konsolidacji. Na giełdzie Comex za funt miedzi płaci się obecnie jedynie 2,12$.

Rynki akcyjne zareagowały negatywnie na chińskie dane.

Indeks Hang Seng z Hongkongu stracił dziś 1,6 proc. Europejskie indeksy również handlują pod kreską, niemiecki DAX traci obecnie około 1,5 proc., handlując w pobliżu 10360 punktów, francuski CAC40 traci 1,7 proc. handlując w pobliżu 4370 punktów a brytyjski FTSE 1,3 proc., handlując już poniżej poziomu 6900 punktów. WIG20 nie odstaje od szeregu i traci obecnie ponad 1,5 proc., handlując już w pobliżu poziomu 1730 punktów. Główne amerykańskie indeksy również otworzyły się na sporych ponad 1 proc. minusach. Zarówno S&P 500 jak i Dow Jones handlują obecnie na najniższych poziomach od początku lipca.

Opublikowane wczoraj wieczorem „minutki” z wrześniowego posiedzenia FOMC pokazały, iż część członków Fed-u, którzy nie opowiedzieli się za podwyżką stóp procentowych już we wrześniu, stwierdziło, iż byli blisko podjęcia przeciwnej decyzji.

To umocniło tylko oczekiwania inwestorów na grudniową podwyżkę stóp, które obecnie wynoszą 68 proc. W dniu dzisiejszym przemawiać będzie prezydent Filadelfijskiego Fed-u Patrick Harker, który w przyszłym roku będzie miał prawo głosu odnośnie kształtu stóp procentowych.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

CBRE stworzyło narzędzie do oceny funkcjonowania centrów handlowych

Jak działa centrum handlowe w Polsce? Jak radzą sobie jego najemcy? Jak bardzo zróżnicowane są czynsze i obroty, w zależności od kategorii najemców? Firma CBRE opublikowała drugą edycję raportu „Retail Index 2.0”, który analizuje kluczowe wskaźniki, służące do oceny efektywności typowego centrum handlowego w Polsce, a także prezentuje unikatowe w skali rynku narzędzie analizy porównawczej dla indywidualnego projektu handlowego, w stosunku do ogólnej sytuacji na rynku.

Retail Index 2.0 analizuje czynsze, opłaty serwisowe, obroty i wskaźniki rentowności w typowych centrach handlowych w Polsce. Zespół ekspertów firmy CBRE, na potrzeby raportu przeprowadził analizę bazy danych 62 centrów handlowych w Polsce oraz blisko 7 000 umów najmu. Tym samym, zakres badania obejmował niemal 20% powierzchni centrów handlowych w całym kraju. Znalazły się w nim zarówno najbardziej atrakcyjne centra handlowe, jak również centra handlowe typu ‘convenience’ zlokalizowane w miastach regionalnych. Zgodnie z wynikami analizy przeciętne centrum handlowe ma powierzchnię 31 000 mkw., średnia stawka czynszu to 15,5 euro/mkw./mc, a obroty utrzymują się na poziomie 2 060 euro/mkw./rok.

Agata Czarnecka, Associate Director w Dziale Doradztwa i Badań Rynku, CBRE, mówi:

„Przeanalizowaliśmy bazę centrów handlowych, aby sprawdzić jak dane służące do analizy efektywności działania obiektów handlowych zmieniły się w trakcie ostatnich kilku lat i jaki mają na to wpływ zmieniające się warunki rynkowe. Oferowane stawki czynszu różnią się
w zależności od branży w jakiej działa najemca, ale również zależą od wielkości miasta, w którym centrum handlowe jest położone. Pomimo zróżnicowania w typie powierzchni oraz oferowanych czynszach, głównymi najemcami pozostają wciąż marki z branży odzieżowej, których lokale stanowią 30% powierzchni oraz sklepy spożywcze, które zajmują 24% powierzchni w obiektach handlowych.”

Magdalena Frątczak, Senior Director w Dziale Powierzchni Handlowych, CBRE, dodaje:

„Wiedza na temat istniejących warunków rynkowych i sytuacji naszych Klientów jest podstawą do prowadzenia efektywnej działalności doradczej naszej firmy. Wiemy, iż na co dzień nasi Klienci podejmują ważne decyzje biznesowe, dlatego też stworzyliśmy pakiet narzędzi, który będzie pomocny w ich podejmowaniu. Mamy nadzieję, że raport „Retail Index 2.0” dostarczy interesujących i wiarygodnych danych dla wszystkich, a narzędzie, które zostało stworzone w oparciu o raport, pozwoli ocenić funkcjonowanie projektu handlowego wszystkim aktywnie działającym na rynku.”

Publikacja „Retail Index 2.0” jest drugą edycją tego raportu przygotowaną przez ekspertów z polskiego biura CBRE. Merytoryczną wartość publikacji podnosi fakt, że jest ona wynikiem synergii wiedzy i doświadczenia ekspertów z różnych działów firmy CBRE, takich jak: Powierzchnie Handlowe, Rynki Kapitałowe, Zarządzanie Aktywami, Wyceny, Doradztwo
i Badania Rynku. Dzięki temu, iż raport jest przygotowywany także w biurach CBRE w Czechach, Słowacji, Włoszech i Hiszpanii istnieje możliwość analizy danych również w kontekście międzynarodowym.

Ponad 70 proc. stażystów ma szansę na dalsze zatrudnienie

Rynek pracy zaczyna odczuwać skutki niżu demograficznego. Tym większe otwarcie polskich firm na programy kierowane do młodych osób, które, przeprowadzane z użyciem odpowiednich technik rekrutacyjnych, pozwalają pozyskiwać młode talenty spośród studentów i świeżo upieczonych absolwentów uczelni wyższych. Choć dostanie się na staż nie jest łatwe, jak podaje Fundacja Rozwoju Talentów, aż 70 proc. uczestniczących w programach ma szansę na dalszą współpracę z pracodawcą.

Choć skutki niżu demograficznego dopiero zaczynają być odczuwalne na rynku pracy, tendencja ta będzie się pogłębiać. Już dziś 32 proc. firm ma problem z zatrudnieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, jak wynika z badania „International Business Report”, przeprowadzonego w 2015 r. przez Millward Brown dla Grant Thornton International wśród 10 tys. średnich i dużych przedsiębiorstw z 36 krajów świata, w tym 200 z Polski.

Co więcej, zgodnie z badaniem ManpowerGroup z ubiegłego roku, Polska znajduje się na 20. miejscu na świecie pod względem niedoboru talentów. Najbardziej pożądani specjaliści na rynku pracy to m.in. pracownicy IT, technicy, inżynierowie, pracownicy księgowości i finansów oraz przedstawiciele handlowi. – Jeszcze rok temu najczęściej wspieraliśmy rekrutacje do działów produkcji oraz IT. Obserwując naszych partnerów biznesowych widzimy jednak, że problem niedoboru odpowiednich kandydatów powiększa się również w innych działach. Dlatego ciągle szukamy nowych rozwiązań i pomysłów, by móc wspierać nawet te najtrudniejsze rekrutacje – mówi Anna Dyl, koordynatorka programów rekrutacyjnych i rozwojowych w Fundacji Rozwoju Talentów.

70 proc. młodych talentów ma szansę na dalszą współpracę z pracodawcą

Aktywne działania w celu pozyskiwania młodych talentów to dziś jedna z podstawowych inicjatyw rekrutacyjnych, stosowanych przez działy HR dużych i średnich firm. Jak wynika z badania „Praktyki zarządzania talentami w Polsce – czyli jak efektywnie identyfikować, rozwijać i utrzymywać talenty w firmie”, opublikowanego w 2016 r. przez zespół Doradztwa HRM partners S.A., od młodych talentów oczekuje się m.in. orientacji na cel i rezultat (74 proc.), zaangażowania, kreatywności, innowacyjności i poszukiwania rozwiązań (56 proc.), otwartości na zmiany i elastyczności (54 proc.) oraz nastawienia na rozwój (51 proc.).

Czego z kolei wymagają kandydaci na stażystów? Przede wszystkim dobrze zorganizowanego i przemyślanego programu stażowego, odpowiednich warunków pracy z jasno wytyczonymi celami, możliwości realizacji samodzielnych projektów, jak również systematycznej informacji zwrotnej dotyczącej pracy. Dodatkowo, wśród inżynierów i informatyków często pojawiają się oczekiwania co do wysokiego wynagrodzenia oraz ciekawych zadań w pracy, zgodnych z ich zainteresowaniami. Wybierając miejsce pracy, kandydaci chcą mieć pewność, że trafiają do prestiżowej firmy, w której będą mogli realizować konstruktywne, wdrażane w późniejszym czasie projekty.

Ponad 70 proc. stażystów ma szansę na dalsze zatrudnienie (wyniki badania)
Największe szanse na uzyskanie lukratywnego stażu mają osoby kształcące się na takich kierunkach, jak: produkcja, IT, kontrola jakości, logistyka oraz finanse i księgowość / źródło Fundacja Rozwoju Talentów

Wysokie ambicje studentów są uzasadnione. Kandydat na stażystę przechodzi bowiem szereg testów, włącznie z badaniem poziomu wiedzy merytorycznej, znajomości języków obcych oraz kompetencji miękkich metodą Assessment Centre. Choć zwykle nie posiada doświadczenia praktycznego, ma duży potencjał, a inwestycja w młode talenty to inwestycja z szybką stopą zwrotu – tłumaczy Anna Dyl. Potencjał młodych talentów docenia również Agnieszka Godlewska z Getinge Group: – Większość naszych obecnych kierowników i dyrektorów działów produkcji i kontroli jakości to osoby, które kilka lat temu zaczynały karierę od stażu lub praktyk. Dziś są to pracownicy z bezcennym doświadczeniem, którzy aktywnie przyczynili się do rozwoju naszej organizacji.

Słowa te znajdują odzwierciedlenie w danych. W ciągu ostatnich pięciu lat do programów rekrutacyjnych i rozwojowych Fundacji Rozwoju Talentów zgłosiło się aż 4 806 studentów i absolwentów uczelni wyższych, przy 511 proponowanych miejscach stażowych oraz pracy. Jak widać, duże jest grono osób młodych, chętnych do odbycia stażu, choć tylko część z nich ma szansę dostać się na wymarzone stanowisko. Czy warto zatem startować w takich inicjatywach? – Tak, bo aż 70 proc. stażystów ma szansę otrzymać od pracodawców propozycję dalszej współpracy, a tym samym trwale wejść na rynek pracy – podsumowuje Anna Dyl.

Dzisiejszy pracodawca jest świadomy. Wie, że aby otrzymać wysoką, pożądaną jakość, niezbędne jest zapewnienie odpowiedniej oferty pracy. To właśnie ta wiedza powoduje, że coraz więcej firm i działów HR inwestuje w programy rekrutacyjne i rozwojowe skierowane do młodych osób, pozyskując w ten sposób talenty spośród ambitnych studentów oraz świeżo upieczonych absolwentów uczelni wyższych.

Blog firmowy w 2017 roku, jak będzie wyglądał?

Transmedialność, influencer marketing, komunikacja obrazkowa i video marketing – to trendy, które będą rządzić firmową blogosferą w 2017 roku.

Zgodnie z badaniem „Stan czytelnictwa w Polsce w 2015 roku”, przeprowadzonym przez TNS Polska dla Biblioteki Narodowej (n=1842), dziś z internetu korzysta 2/3 Polaków. Co interesujące, 24 proc. z nich odwiedza blogi, w tym przede wszystkim hobbystyczne oraz te poświęcone zdrowiu, urodzie i sportowi.

O ogromnym potencjale blogosfery mówi także raport „B(v)log Power”, zrealizowany przez Mobile Institute pod koniec 2014 roku na zlecenie PSBV. Zgodnie z wynikami, przekazy tworzone przez blogerów i vlogerów docierają do blisko 11 mln osób! Co więcej, 1/4 internautów traktuje blogi i vlogi jako zaufane źródło informacji zakupowej, a 33 proc. deklaruje dokonanie zakupu konkretnego produktu pod wpływem informacji tam zamieszczonych.

Dziś w blogosferze firmowej łatwo się wyróżnić, bowiem w wielu branżach konkurencja nadal nie jest zbyt silna. Dlatego w 2017 roku blog firmowy będzie prowadzić więcej liczących się przedsiębiorstw, choć nie każde będzie robić to dobrze. Na pewno zaobserwuje się też rosnącą popularność blogów prywatnych – mówi Artur Pajkert, z firmy hostingowej Hekko.pl.

Trendy i wyzwania w firmowej blogosferze w 2017 roku

Pierwszym wyzwaniem, jakie stanie przed prowadzącymi firmowe blogi w nadchodzącym roku, będzie próba tworzenia inspirujących treści, dzięki którym odniesie się zakładany cel sprzedażowy (np. pozyskanie 5 tys. czytelników miesięcznie), wizerunkowy (np. wygenerowanie 100 leadów miesięcznie) czy badawczy (np. pozyskanie 100 ankiet miesięcznie). – Dlatego, zanim statystyczny autor bloga firmowego stworzy temat, będzie sprawdzał, czego jego klient dokładnie szuka w internecie. Z kolei wybierając frazy, wokół których zbuduje treści, będzie stawiać na te o wynikach wyszukiwania oscylujących pomiędzy 10 a 150 tys., które obecnie mają największy potencjał. Taką wiedzę dadzą mu narzędzia, typu Trendy Google, Planer słów kluczowych Google z pakietu AdWords czy Buzzumo – dodaje Artur Pajkert.

Drugim trendem, a zarazem wyzwaniem, będzie transmedialność, tj. konieczność wykorzystywania różnych kanałów komunikacji do budowania i zwiększania zasięgu bloga. To ważne, bo dziś aż 16 proc. internautów za przyczynę niekonsumowania treści na blogu czy vlogu wskazuje nieświadomość jego istnienia („B(v)log Power”). 2017 rok stanie więc pod znakiem jeszcze silniejszego wykorzystania narzędzi do monitoringu marki, analizy zasobów internetu, a także kampanii w sieci wyszukiwania Google AdWords oraz sieci reklamowej Facebook, dzięki którym artykuły będą wyświetlane szerokiej publice.

Trzecim trendem w blogosferze firmowej w 2017 roku będzie komunikacja obrazkowa i video marketing. Infografiki, zdjęcia oraz krótkie materiały wideo, ilustrujące przekaz, pozwolą utrzymać uwagę czytelnika, o którą dziś najtrudniej. Dzięki temu czytelnik będzie chętniej dzielił się z linkami z innymi użytkownikami (zgodnie z badaniem „Stan czytelnictwa w Polsce w 2015 roku”, robi to 20 proc. internautów) lub dodał komentarz pod wpisem (24 proc.).

Influencer marketing to kolejny trend, który pojawi się w firmowej blogosferze. Objawi się wykorzystywaniem wizerunku osób opiniotwórczych, oferujących merytoryczne wsparcie przy tworzeniu treści na blog (darmowe lub płatne). Stanie się tak dlatego, że czytelnicy będą potrzebować coraz więcej rozmów na tematy ważne, a wywiad ze znaną i poważaną osobą ze środowiska da im treści o wysokiej jakości.

Z kolei to, co ułatwi startującym przedsiębiorcom działanie w blogosferze, to stale obniżające się „bariery”, związane z uruchomieniem bloga od strony technologicznej. – Dobry hosting ze świetną obsługą klienta można dziś w Polsce mieć za 49,99 zł brutto na rok. W pakiecie otrzymuje się też opcje dodatkowe, jak np. autoinstalator, dzięki któremu praktycznie jednym kliknięciem i bez posiadania wiedzy technicznej założy się własny blog. W dzisiejszych czasach prowadzenie bloga nie będzie zatem nadwyrężać ani finansowo, ani czasowo – podsumowuje Jakub Dwernicki, prezes Hekko.pl.

Porównanie cen mieszkań i domów

Porównując ceny mieszkań w centrum miasta z cenami domów, przy tym samym budżecie na inwestycję możemy tylko szukać domu poza miastem.

– W cenie 3-pokojowego mieszkania o dobrej lokalizacji w centrum miasta możemy tylko szukać domu poza miastem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maria Musiałek z Grupy Emmerson SA.

Chiny spowalniają. Grudniowy wzrost stóp w USA

Poznaliśmy dane na temat chińskiego importu i eksportu, są gorsze od oczekiwań. Rośnie prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki stóp w USA. Premier Szydło studzi nadzieje frankowiczów na przewalutowania ustawowe.

Chiński eksport zwalnia

W nocy poznaliśmy gorsze od oczekiwań dane z Chin. Eksport spadł o 10% przy oczekiwanych 3% redukcji. Łagodniej wypadł import – tutaj zmiana wyniosła 1,9% spadku  wobec oczekiwanego 1% redukcji. Jest też dobra wiadomość w ramach tych danych. Stabilizuje to nadwyżkę handlową Państwa Środka, która w ten sposób zredukowała się we wrześniu o 20%. Warto zwrócić uwagę na jedną podstawową kwestie. Parametry chińskiej gospodarki nie są prezentowane w juanach, ale w dolarach. Bank Chin obniżał kurs wymiany juana właśnie 7 dzień z rzędu. W efekcie umacniający się dolar powoduje mniej korzystny obraz. Gdyby zaprezentować te dane w juanach byłby to spadek eksportu o 5,6% i wzrost importu o 2,2%. W przyszłym tygodniu zobaczymy dane o PKB. Dowiemy się wtedy czy te dane są zgodnie z oficjalnymi komunikatami efektem orientacji na rynek wewnętrzny czy spowolnieniem.

Grudniowy wzrost stóp w USA

Analitycy są coraz bardziej zgodni co do grudniowej podwyżki stóp procentowych w USA. Prawdopodobieństwo wyliczane z notowań kontraktów na stopę procentową wyraźnie rośnie. Obecnie szansa na wzrost w listopadzie wynosi zaledwie 8%, aczkolwiek w grudniu jest to już niemal 70%. Co jeszcze przemawia za wzrostem stóp? FED składa się z 17 członków, ale tylko 10 głosuje. W grudniu wezmą w głosowaniu udział trzy osoby, które na wcześniejszych tegorocznych spotkaniach opowiadały się już za wzrostami stóp. W związku z czym nadąża się wyjątkowa szansa na to by po 12 miesiącach od ostatniej podwyżki stopy procentowe ponownie wzrosły. Co prawda w styczniu mówiło się o 3-4 podwyżkach w 2016 roku, ale czas weryfikował tą prognozę. Jak reagują rynki walutowe? Im bliżej jest podwyżki stóp tym bardziej umacnia się dolar względem pozostałych walut. Z drugiej strony każda odwołana podwyżka na którą liczyli analitycy osłabia amerykańską walutę. Obecnie oczekiwania na wzrost są tak silne, że po samej decyzji wcale nie musi nastąpić umocnienie się dolara. Z drugiej strony, gdyby w grudniu nie doszło do podwyżki stóp należy spodziewać się gwałtownego spadku na dolarze.

Szydło przeciw pomysłom fraknowiczów?

Beata Szydło udzieliła wywiadu w Radiu Maryja. Dotyczył on, jak nie trudno się domyślić kwestii gospodarczych. Dowiedzieliśmy się miedzy innymi, że w obecnej sytuacji nie da się wprowadzić ustawy przewalutowującej kredyty frankowe tak jak życzyliby sobie tego frankowicze. Przyznała również, że bardzo chciałaby pomóc, aczkolwiek na razie jedynym realnym rozwiązaniem jest prezydencki projekt w sprawie spreadów bankowych. Pani premier słusznie zwróciła uwagę na problemy europejskich banków. Mowa tutaj o bankowości włoskiej i niemieckiej. W tym kontekście wymieniła ryzyko niestabilności systemu bankowego w przypadku kryzysu. Potwierdzono natomiast obniżkę wieku emerytalnego od jesieni 2017 roku. Poinformowała również, że trwa przegląd emerytalny w ZUS i w połowie października dokument powinien trafić do rządu. W ramach tych rekomendacji najprawdopodobniej rozstaniemy się z OFE już na dobre.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rekordowa liczba zagrożeń na urządzenia mobilne – dane CERT

Ponad  trzykrotny wzrost próbek mobilnego złośliwego oprogramowania odnotował CERT Orange Polska w pierwszej połowie 2016 roku. Zdaniem Tomasza Matuły, Dyrektora Infrastruktury ICT i Cyberbezpieczeństwa w Orange, w tym roku możemy mieć do czynienia z rekordową liczbą ataków na smartfony i tablety.

Nadal najbardziej narażeni są użytkownicy korzystający z najpopularniejszego, stanowiącego 87,3% rynku[1], systemu operacyjnego Android. Ponad 90 proc. wszystkich ataków, których celem są urządzenia mobilne, dotyczy systemu spod znaku zielonego robota. Złośliwy kod bywa nawet zaszywany w aplikacjach dostępnych w oficjalnym sklepie Google Play. Po ich zainstalowaniu przestępcy mogą m.in. uzyskać dostęp do plików i danych ofiary, zdalnie podsłuchiwać jej rozmowy, wysyłać smsy lub mmsy, a także przejąć kontrolę nad aparatem w telefonie.

Przestępcy sprytnie wykorzystują podatności systemu Android oraz fakt, że jest on najczęściej wybierany przez użytkowników. Tylko w sierpniu 2015 na skutek wykrytej luki w oprogramowaniu zagrożonych atakiem było ok. 950  mln telefonów – mówi Tomasz Matuła.

Zdaniem ekspertów na rosnącą skalę incydentów bezpieczeństwa ma wpływ także większa mobilność pracy i zainteresowanie technologią Internetu Rzeczy (Internet of Things). Gartner prognozuje, że do 2020 roku ponad 20 miliardów urządzeń zostanie podłączonych do sieci w ramach IoT.

Z jednej strony biznes docenia korzyści wynikające z zastosowania nowoczesnych rozwiązań, z drugiej ich funkcjonalność nie zawsze idzie w parze z odpowiednim poziomem zabezpieczenia. Z naszych badań wynika, że tylko 4 proc. polskich firm chroni informacje przetwarzane na urządzeniach mobilnych swoich pracowników. To ogromne ryzyko, zwłaszcza jeśli na służbowym smartfonie przechowujemy wrażliwe dane, listę klientów, umowy lub faktury – wyjaśnia Mariusz Chudy, Dyrektor ds. Operacyjnych Integrated Solutions.

Według Breach Level Index tylko od stycznia do czerwca 2016 roku na skutek naruszeń bezpieczeństwa co 0,03 sekundy na świecie znikał jeden zapis  mobilnych danych.

[1] Raport IDC, II kwartał 2016

Brexit – co oznacza dla polskich firm?

Strach przed Brexitem nie jest przeszkodą w podbijaniu zagranicznych rynków. Aż 62 proc. polskich przedsiębiorców działających na rynkach zagranicznych nie obawia się wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Odsetek ten jest nieznacznie mniejszy wśród firm prowadzących sprzedaż w Wielkiej Brytanii i wynosi 58 proc. Im większa liczba rynków na którym działa firma, tym mniejsza obawa o Brexit (dla przedsiębiorstw działających na ponad 6 rynkach – odsetek wynosi 65 proc.) — wynika z badania przeprowadzonego przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy.

Wypowiedź: Piotr Kosno, Dyrektor Zarządzający, Departament Klientów Strategicznych w Citi Handlowy, Krzysztof Kaczmar, Prezes Zarządu Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy.
Wypowiedź: Piotr Kosno, Dyrektor Zarządzający, Departament Klientów Strategicznych w Citi Handlowy, Krzysztof Kaczmar, Prezes Zarządu Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy.

– Interesujący jest fakt,  że 37% badanych przez nas firm prowadzi działalność gospodarczą w Wielkiej Brytanii, przy czym aż 62% nie obawia się konsekwencji Brexitu . Być może wynika to z braku pełnej informacji o procesie Brexit oraz możliwych zmianach regulacyjnych, prawnych oraz np.: celnych, które mogą negatywnie wpłynąć na Polskie Przedsiębiorstwa. Spodziewamy się , że ten wskaźnik może się zmieniać w miarę upływu czasu, wraz z napływającymi szczegółami mechanizmu wyjścia Wielkiej Brytanii  z Unii Europejskiej, i na pewno będziemy chcieli to sprawdzić w kolejnych edycjach badania. – mówi Piotr Kosno, dyrektor Departamentu Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.

Badanie pokazało również, że żadna z pytanych firm nie zamierza zrezygnować lub zmniejszać skali działalności poza granicami kraju, a 84 proc. chce wejść na kolejne rynki. Firmy wskazują Niemcy, Francję, Włochy, Czechy i Wielką Brytanię jako rynki, na których są najbardziej aktywne. Polskie produkty są też coraz bardziej doceniane. – Widzimy, że nasze firmy przechodzą z cenowej przewagi, w jakościową. Wnioski są jednoznaczne, jakość naszych towarów pozwala zdobywać rynki zagraniczne i wygrywać z zagranicznymi konkurentami – wyjaśnia Krzysztof Kaczmar, Prezes Zarządu Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy i dodaje. – Drugim aspektem jest też niski wpływ wahań kursowych walut na biznesy, co pokazuje, że są one ustabilizowane na rynkach zagranicznych. W poprzednich edycjach badania dostrzegaliśmy także, że niektóre firmy zastanawiały się czy zostać na rynkach zagranicznych. Dziś tego nie widzimy. Ponad 80 proc. firm, które prowadzą działalność także poza Polską są zdecydowane aby rozwijać swoje biznesy.

Większą rentowność za granicą wykazują przede wszystkim firmy produkcyjne (73 proc.) i handlowe (72 proc.), rzadziej dotyczy to przedsiębiorstw usługowych. Przyczyną większej rentowności są przede wszystkim wyższe marże (48 proc.) oraz większy popyt (46 proc.) na oferowane towary i usługi. Ten drugi czynnik częściej podkreślają Ci, którzy generują ponad 50 proc. obrotów za granicą w większej liczbie krajów.

Polskie firmy najczęściej działają na rynku niemieckim (74%) i francuskim (43%), dużym zainteresowaniem cieszą się również Włochy, Czechy i Wielka Brytania (37%). Jednakże to Niemcy pozostają krajem, który dla blisko połowy (48%) przynosi najwięcej przychodów, druga pod tym względem jest Rosja (8%).

ID Logistics uruchamia dwa Centra Logistyczne we Francji

Grupa ID Logistics, wiodący dostawca usług logistycznych specjalizujący się w logistyce kontraktowej, uruchomił we Francji dwa nowoczesne Centra Logistyczne dla sieci handlowych –  sklepu internetowego Cdiscount i BUT. Tym samym firma umocniła swoją pozycję na europejskim rynku usług logistycznych, dedykowanych obsłudze branży e-commerce i sieci retail.

Centrum logistyczne e-commerce dla Cdiscount

Cdiscount to jeden z największych sklepów internetowych we Francji, specjalizujący się w sprzedaży sprzętu RTV i AGD. Rozszerzając dotychczasowy zakres współpracy, firma powierzyła ID Logistics zarządzanie kolejnym, drugim już, Centrum Logistycznym. Nowy magazyn położony jest w podparyskim Saint-Mard, ma powierzchnię operacyjną 40 tys. mkw i rocznie obsługiwać będzie ok. 550 tys. przesyłek. Centrum zatrudni blisko 60 pracowników.

W magazynie w Saint-Mard obsługiwanych będzie ponad 4 tys. różnego rodzaju typów (referencji) artykułów, głównie sprzętu AGD i mebli, kupowanych on-line przez klientów w całej Francji. Dogodna lokalizacja magazynu zapewni mieszkańcom regionu Paryża dostawę w tym samym dniu, w którym zostało złożone zamówienie.  ID Logistics odpowiada za kompleksową obsługę logistyczną, w tym współpracę z dostawcami, zarządzanie zwrotami oraz zapewnienie dostaw tego samego dnia. W magazynie zastosowane zostały „szyte na miarę“ rozwiązania logistyczne, dzięki którym możliwa będzie sprawna obsługa zamówień, bez względu na wahania w sezonowości sprzedaży i duże wzrosty zamówień w czasie np. szczytów świątecznych. Do obsługi artykułów AGD przystosowane zostały wózki widłowe, które wyposażono w specjalne klapy. ID Logistics zaprojektował też procesy tak, aby można było optymalizować wykorzystanie powierzchni magazynowej.

Centrum Logistyczne dla BUT

BUT to jedna z największych we Francji sieci sklepów specjalizujących się w sprzedaży mebli, artykułów wyposażenia wnętrz i sprzętu AGD. Zarządzane przez ID Logistics nowe Centrum Logistyczne BUT o powierzchni 30 tys. mkw położone jest w podparyskim Châtres. Magazynowane będą tu głównie artykuły szybko rotujące. Rocznie Centrum obsługiwać będzie ponad 220 tys. przesyłek. Zatrudnienie znajdzie blisko 50 pracowników.

Centrum Logistyczne w Châtres to pierwsza platforma outsourcingowa firmy BUT. Do tej pory proces zaopatrzenia sklepów BUT opierał się o cztery, zarządzane wewnętrznie, centra logistyczne. W związku z dynamicznym rozwojem sieci i zaplanowaną ekspansją na rynku, firma zdecydowała się powierzyć obsługę nowego magazynu ID Logistics, wyspecjalizowanemu zewnętrznemu operatorowi logistycznemu.

Uruchomienie dwóch nowych Centrów Logistycznych we Francji jest dużym sukcesem zespołu ID Logistics i znacząco umacnia naszą pozycję na europejskim rynku usług logistycznych dla branży e-commerce i retail.  O tym sukcesie zadecydowała elastyczność, umiejętność sprawnej adaptacji do potrzeb klientów i szybkość reakcji. Dzięki otwarciu nowych Centrów Logistycznych dla firm, które są liderami w swoich segmentach rynku, zyskujemy  doświadczenie i know-how. Z pewnością będziemy je wykorzystywać, zarządzając magazynami i przygotowując ofertę dla naszych klientów w Polsce“ powiedziała Marzena Wal, dyrektor handlowy ID Logistics Polska.

Rząd już nie ma pieniędzy na realizację obietnic wyborczych

Rząd wprowadził swą najdroższą obietnicę wyborczą, czyli Program 500+. W finansach publicznych nie ma już miejsca na realizację w tym roku kolejnych obietnic. To zła wiadomość, zwłaszcza dla frankowiczów.

– Deficyt budżetowy jest bardzo bliski 3 proc. PKB, a to oznacza, że niewielkie spowolnienie koniunktury gospodarczej może doprowadzić do tego, że Polska ponownie zostanie objęta przez Unię Europejską procedurą nadmiernego deficytu – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista FOR, Aleksander Łaszek.

Jakie są więc szanse na realizację innych obietnic wyborczych? Na przykład obietnicy dotyczącej frankowiczów, o tym w materiale wideo.

GPW rozpoczyna ostatni etap prac nad nowym składem RESPECT Index

  • GPW zaprosiła spółki do wypełnienia ankiety, mającej na celu wyłonienie nowego składu indeksu spółek odpowiedzialnych społecznie „RESPECT Index”, którego ogłoszenie odbędzie się w pierwszej połowie grudnia 2016 r.
  • GPW wraz z firmą doradczą Deloitte przygotowała analizę pt. „Decyzje inwestycyjne a społeczna odpowiedzialność firm”, która stanowi podsumowanie badania przeprowadzonego wśród uczestników rynku

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie rozpoczęła ostatni etap prac nad jubileuszową X edycją RESPECT Index. Celem całego projektu jest wyłonienie grupy spółek, które nie tylko są zarządzane zgodnie z najwyższymi standardami w sferze odpowiedzialnego biznesu, ale charakteryzują się również wysoką atrakcyjnością inwestycyjną.

W ramach pierwszego etapu zostały wskazane spółki o najwyższej płynności, czyli te, które są uczestnikami indeksów: WIG20, mWIG40, sWIG80. W kolejnym etapie 140 spółek zostało ocenianych przez GPW oraz Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych pod kątem jakości raportowania, relacji inwestorskich oraz ładu informacyjnego. Spółki, które przeszły pozytywnie dwa pierwsze etapy zostały zaproszone do wypełnienia ankiety. Do uczestnictwa w Indeksie zostaną zakwalifikowane spółki, które po przeprowadzeniu audytu uzyskają wymaganą liczbę punktów.

Dodatkowo, w ramach prac nad tegoroczną edycją projektu, przeprowadzono wśród uczestników rynku, tj. domów maklerskich, funduszy inwestycyjnych i emerytalnych, firm doradczych, banków powierniczych i innych, badanie na temat wpływu i skali faktycznego uwzględniania czynników ESG (Environmetal, Social and Governance) w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnych. Podobnie jak w poprzednich latach, większość ankietowanych dostrzegła korelację pomiędzy odpowiedzialnym podejściem do prowadzenia biznesu a wynikami finansowymi przedsiębiorstwa. Grono inwestorów, którzy dostrzegającą wpływ działań z zakresu Corporate Responsibility na ograniczenie ryzyka biznesowego, jest stałe i utrzymuje się na poziomie 65 proc. respondentów. Warto podkreślić, że 46 proc. respondentów uwzględnia zagadnienia z obszaru ESG przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W zestawieniu z poprzednią edycją badania stanowi to wzrost aż o 33 punkty procentowe.

Ponadto tegoroczna edycja badania, wskazała, że większość respondentów docenia wagę zewnętrznej, przeprowadzanej przez audytora, weryfikacji firm ubiegających się o wejście w skład Indeksu. Jednocześnie, jako czynniki mogące w największym stopniu wzmocnić atrakcyjność RESPECT Index wśród osób profesjonalnie związanych z giełdą, takich jak domy maklerskie czy fundusze inwestycyjne, respondenci wskazali przede wszystkim na bieżącą analizę aspektów ESG w przypadku spółek tworzących Indeks oraz publikowanie analiz zawierających informacje nt. sfery ESG w spółkach będących częścią Indeksu.

Indeks spółek odpowiedzialnych społecznie jest istotnym narzędziem wzmacniania zaufania
w biznesie. W opinii międzynarodowych ekspertów spółki tworzące ten wskaźnik są zarządzane w sposób odpowiedzialny, transparentny i zrównoważony. Potwierdzają to również wyniki naszych badań wśród zarządzających i analityków krajowych
– powiedziała Prof. dr hab. Małgorzata Zaleska, Prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Realizując badanie RESPECT Index organizatorzy dbają o to, aby wymagania stawiane aplikującym do Indeksu spółkom były stopniowo podnoszone tak, aby w coraz większym stopniu uwzględniać trendy właściwe dla dojrzałych rynków kapitałowych, i móc tym samy sprostać oczekiwaniom interesariuszy, w tym dostarczać pełniejszej informacji na temat czynników ESG krytycznych z punktu widzenia zrównoważonego prowadzenia biznesu.

W tym roku, już po raz 10. przystępujemy wspólnie z GPW oraz SEG do badania spółek giełdowych, którego celem jest wytypowanie podmiotów zasługujących na to, aby tworzyć skład RESPECT Index. Tym bardziej cieszą nas wyniki w zakresie rozpoznawalności tej inicjatywy wśród profesjonalnych uczestników rynku. Z naszych badań wynika, że RESPECT Index jest znany wszystkim ankietowanym respondentom. Wysoki poziom znajomości projektu wśród uczestników rynku świadczyć może o skuteczności podejmowanych działań informacyjnych, a pośrednio także o rosnącej roli czynników ESG, jako kryterium analizy atrakcyjności spółek giełdowych – wskazuje Irena Pichola, Partner Deloitte, Lider zespołu Sustainability Consulting Central Europe.

RESPECT Index

RESPECT Index to pierwszy w Europie Środkowo-Wschodniej indeks spółek odpowiedzialnych (SRI/ Socially-Responsible Investing). Projekt został zainicjowany przez Giełdę Papierów Wartościowych
w Warszawie w 2009 roku, kiedy to został ogłoszony pierwszy skład Indeksu.

Obecnie w skład RESPECT Indeksu wchodzą 22 spółki: Apator, Bank Handlowy, Bank Millennium, Bank Ochrony Środowiska, Bank Zachodni WBK, Budimex, Elektrobudowa, Energa, GPW, Grupa Azoty, Grupa Lotos, ING Bank Śląski, KGHM, Kogeneracja, LW Bogdanka, Orange, Pelion, PGNiG, PGE, PZU, PKN Orlen, Tauron PE.

F-Secure na tropie pierwszego nielegalnego start-upu o wartości miliarda dolarów

Bitcoin nie tylko zmienił ekonomię cyberprzestępczości, zapewniając oszustom zaszyfrowany, niemal anonimowy system płatności niezależny od jakiegokolwiek banku centralnego. Uniemożliwił też monitorowanie zarobków przestępców.

„Wszystkie transakcje bitcoinowe są publiczne” – wyjaśnia Mikko Hyppönen, dyrektor ds. badań F-Secure. „Nie wiadomo natomiast, kto konkretnie jest właścicielem danego portfela. Widać jedynie, że przepływają określone kwoty pieniędzy pomiędzy użytkownikami.”

Każda ofiara ransomware – złośliwego oprogramowania, które szyfruje pliki i wymaga zapłaty za ich odblokowanie – otrzymuje niepowtarzalne konto, na które wpływają środki z bitcoinów (zwane w branży portfelem) . Po uzyskaniu okupów niektóre gangi przelewają bitcoiny do głównego portfela.

Polowanie na jednorożca

„Obserwujemy niektóre z tych portfeli i widzimy ilości bitcoinów warte miliony. Patrząc na tak ogromne, nieopodatkowane kwoty zastanawiam się czy istnieją już jakieś cyberprzestępcze jednorożce” – mówi Mikko Hyppönen.

Jednorożec to pojęcie stosowane w ekonomii, które oznacza prywatną spółkę technologiczną wycenianą na ponad miliard dolarów, np. Uber, AirBNB czy Spotify. W przypadku cybergangów logika działania jest podobna, ale występują różnice takie jak brak inwestorów, administracji i nadzoru.

Ten nielegalny biznes jest na tyle dochodowy, że niektóre gangi zapewniają obsługę klienta porównywalną do tej, która funkcjonuje w start-upach. Według raportu F-Secure, cybergangi mają własne witryny, działy FAQ, a nawet konsultantów.

Model biznesowy cybergangów

Czy model biznesowy cybergangów można porównać do działalności start-upów? Prawdopodobnie nie. Trudno sobie wyobrazić sprzedaż cyberprzestępczego biznesu i znalezienie inwestorów. Nie stanowiłoby to problemu w przypadku start-upu podobnego do Ubera, po którego udziały ustawia się kolejka chętnych. Gangi ransomware muszą jednak ciągle szukać sposobów, by wymienić zarobione bitcoiny na gotówkę.

„Hakerzy kupują karty prepaid i sprzedają je przykładowo na Ebayu” – mówi Mikko Hyppönen. „Wiele gangów pierze też pieniądze w kasynach online, ale jest to bardziej skomplikowane. Nawet jeśli dwóch członków gangu ustawia między sobą grę – tak, że jeden z nich przegrywa wszystkie pieniądze, to gdy w rachubę wchodzą duże kwoty, kasyno może uznać działanie za podejrzane i zablokować wypłatę. Dlatego gangi zaczęły korzystać z botów, które grają realistycznie, ale i tak przegrywają – choć nie tak wyraźnie” – dodaje Mikko Hyppönen.

Ściganie przestępców

Aparaty ścigania są świadome tego, jak kusząca jest możliwość zarabiania na procederze ransomware. Tylko w 2015 roku założone przez FBI centrum zgłaszania przestępczości internetowej (Internet Crime Complaint Center) otrzymało „2453 skargi na oszustwa za pomocą oprogramowania ransomware, w wyniku których straty wyniosły ponad 1,6 miliona dolarów”.

Jednym z przykładów może być głośny atak na prezbiteriańskie centrum medyczne w Hollywood, które aby odzyskać swoje pliki, zapłaciło 40 bitcoinów, mających wtedy wartość 17 000 dolarów.

„Oficjalnie FBI nie doradza, czy należy płacić okup, czy też nie” – mówi Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa z F-Secure. „Jeśli ofiary nie zastosowały jednak odpowiednich środków ostrożności to w wielu przypadkach zapłacenie okupu wydaje się jedyną alternatywą dla odzyskania plików”.

Jak chronić się przed atakami?

O jakie środki ostrożności chodzi? Dla Mikko Hyppönena odpowiedź jest oczywista:

„Należy tworzyć kopie zapasowe, które można w łatwy sposób przywrócić w razie ataku. Oczywiście jest to nieco bardziej kłopotliwe w przypadku całych sieci, a nie pojedynczego komputera. Najważniejsze jednak to posiadać aktualny system tworzenia kopii zapasowych w trybie offline. Offline to w tym wypadku kluczowe słowo” – dodaje ekspert F-Secure.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z rangi zagrożenia i nie jest przygotowanych na atak ransomware. F-Secure Labs przewiduje, że cyberprzestępcy będą stosować coraz bardziej wyrafinowane metody, aby uzyskać jeszcze większe dochody z procederu ransomware.

Jeśli już zdarzy nam się znaleźć w niefortunnej sytuacji, w której zakładnikami staną się prywatne pliki, warto pamiętać, że mamy do czynienia z kimś, kto traktuje cyberprzestępczość jak biznes. Dlatego zawsze w grę wchodzą negocjacje kwoty okupu i terminu płatności.

Bądź pierwszy i kupuj najtaniej – poznaj Okazjoner

Filozofię Okazjonera można sprowadzić do jednego zdania: „Bądź pierwszy i kupuj najtaniej”. Ten Polski startup poinformuje Cię, kiedy produkt, na który polujesz w sieci zostanie przeceniony. Oznacza to koniec ciągłego odwiedzania sklepów internetowych w celu monitorowania zniżek — ten żmudny proces nareszcie doczekał się automatyzacji.

„Właściciele wyszukiwarek cenowych go nienawidzą” – tak na portalach internetowych mogłaby wyglądać reklama narzędzia, którego pomysłodawcą jest 32-letni Łukasz Hirsch, specjalista ds. marketingu afiliacyjnego i pasjonat windsurfingu. Okazjoner to serwis internetowy zintegrowany z wtyczkami do Chrome’a i Firefoxa. Do tej pory, polując na okazje, konsumenci regularnie odwiedzali sklepy internetowe. Dzięki nowemu rozwiązaniu nie będą już musieli ręcznie wyszukiwać promocji. Powiadomienia o obniżkach cen wybranych produktów otrzymają mailem.

Rozpoczynając obserwację wyselekcjonowanej pozycji ze sklepu internetowego, użytkownik określa jaką maksymalną kwotę jest w stanie za nią zapłacić. Gdy cena produktu spadnie wystarczająco, informacja natychmiast pojawia się u niego na skrzynce. Błyskawiczne powiadomienia pozwalają na równie szybką reakcję konsumenta, która w przypadku rozchwytywanych produktów jest kluczem do sfinalizowania transakcji.

Obecnie o użyteczności Okazjonera nie trzeba nikogo przekonywać, jednak droga do jego powstania nie była usłana różami. Pomysł powstał w głowie Łukasza, po tym jak kolejny raz sprawdzał, czy obniżono gdzieś ceny sprzętu potrzebnego do realizacji jego sportowych pasji. Koncepcją projektu podzielił się z Piotrem Niteckim, programistą i właścicielem sklepu Ogrodosfera.pl.

Podekscytowany opowiedziałem mu o pomyśle, a tu cisza. Pomyślałem, że chyba nie podziela mojego optymizmu. Zastanawiałem się, czy szukać innego partnera, czy może odpuścić. Po dwóch tygodniach bez żadnego kontaktu, na mojej skrzynce pocztowej pojawił się mail. Jego treść przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Piotr przesłał mi gotowy algorytm zbudowany na prowizorycznej platformie — wspomina Łukasz Hirsch.

Zderzenie z rzeczywistością

Na fali sukcesu, twórcy serwisu postanowili poinformować o nim media. Dziś mówią otwarcie, że była to zbyt pochopna decyzja. Pierwotny kod okazał się mocno niedopracowany i nie wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. By pokonać problemy techniczne, potrzebna była pomoc doświadczonych programistów. Po dłuższym okresie poszukiwania odpowiedniego partnera, Łukasz nawiązał współpracę z agencją interaktywną KERRIS. To jej Okazjoner zawdzięcza szereg udoskonaleń i nowych funkcjonalności, takich jak np. sekcja „moja lista” umożliwiająca sortowanie produktów po dacie dodania czy zmianie statusu. Obecnie narzędzie działa zgodnie z założeniami, o czym przekonali się już pierwsi użytkownicy, którzy za jego pośrednictwem dokonali udanych zakupów, oszczędzając przy tym pokaźne kwoty.

Model biznesowy

Okazjoner.pl jest darmowym narzędziem dla konsumentów. Swoje przychody uzależnia od współpracy ze sklepami, co na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwne. Przecież z jego powodu internauci przestają zaglądać na strony e-sklepów, by monitorować ceny produktów. Z drugiej strony, praktyka pokazuje, że w natłoku codziennych obowiązków często zapominamy o rzeczach, które planowaliśmy kupić. Niewiele osób jest wystarczająco zdeterminowanych, by przez długi okres śledzić ceny nawet najbardziej atrakcyjnych przedmiotów. Okazjoner nie pozwoli zapomnieć swoim użytkownikom o monitorowanych produktach, błyskawicznie informując ich o satysfakcjonujących obniżkach cenowych, gdy tylko się pojawią. Dla sklepów internetowych oznacza to zwiększenie sprzedaży. To właśnie dlatego twórcy startupu stawiają na rozwój w kierunku sieci afiliacyjnej. Wbrew pozorom, taka strategia wcale nie koliduje z jego nadrzędną misją. Ponadto, marce zależy na dotarciu do smartshoperów, czyli osób wyczekujących okazji lub niekupujących wcale. To zupełnie inna grupa docelowa niż użytkownicy wyszukiwarek cenowych.

Chciałbym, żeby Okazjoner był swojego rodzaju „Janosikiem” dla kupujących online. Informowanie o obniżkach cen to kluczowa funkcja, ale atrakcyjne mogą stać się również przedstawione na wykresach dane. Na ich podstawie będzie można określić, kiedy w skali roku ceny wybranych produktów są najkorzystniejsze. Większość sklepów zawyża ceny przed wyprzedażą, by chwilę później mocno je zredukować. Są to tanie sztuczki, które nijak mają się do faktycznych obniżek — przekonuje Hirsch.

W niedalekiej przyszłości planuje on także podpisanie umowy z kilkoma dużymi sklepami internetowymi tak, by umieścić na platformie przeznaczone im podsekcje. W dłuższej perspektywie, współpraca z firmami prowadzącymi sprzedaż online ma ma być wzbogacona o możliwość pozyskiwania danych dotyczących cen, po jakich użytkownicy Okazjonera chcieliby kupować wybrane produkty. Takie informacje mają pomagać w kreowaniu optymalnej polityki cenowej i tworzeniu atrakcyjnych promocji.

Polska jest 3 krajem w Europie pod względem liczby agencji pracy

Według danych GUS, stopa bezrobocia rejestrowanego osiągnęła w sierpniu br. rekordowo niski poziom i wyniosła 8,5%. Jednocześnie coraz więcej mówi się o skutkach tworzącego się w Polsce rynku pracownika, problemach rodzimych przedsiębiorców z pozyskaniem wykwalifikowanych specjalistów oraz rosnących kosztach procesów rekrutacyjnych. Między innymi z tego powodu systematycznie rośnie zainteresowanie usługami agencji pracy. Tylko w ubiegłym roku za ich pośrednictwem zatrudnienie znalazło ponad milion osób, w tym ponad 280 tysięcy na terenie Polski.

Coraz większe problemy pracodawców z dotarciem do kandydatów o określonych kwalifikacjach, to sytuacja, która stwarza doskonałe szanse dla rozwoju rynku firm rekrutacyjnych. Polska jest trzecim krajem w Europie , za Wielką Brytanią i Niemcami, pod względem ilości agencji pracy. Obecnie w Krajowym Rejestrze Agencji Zatrudnienia znajduje się prawie 7000 aktywnych podmiotów. Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej tylko ubiegłym roku powstało ich niemal 1000. W bieżącym już ponad 800.  Rozwojowi branży HR sprzyja również coraz lepsza sytuacja pracowników na rynku. Jak twierdzi dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan dr Grzegorz Baczewski, powołując się na dane GUS, w pierwszym kwartale 2016 r. mieliśmy niemal 360 tys. wolnych miejsc pracy w gospodarce. – To o 26,5 proc. więcej niż przed rokiem i niemal 30 proc. więcej niż w poprzednim kwartale. Gospodarka cierpi już nie tylko na brak fachowców, ale także po prostu na brak rąk do pracy – dodaje.

Specjaliści dyktują warunki…

Najnowsze badania opinii polskich pracowników dowodzą, że coraz pewniej czują się oni na rynku pracy. Sukcesywnie zmniejsza się liczba osób, które obawiają się utraty zatrudnienia, rośnie natomiast odsetek przekonanych o tym, że szybko znajdą nowe zajęcie. Zmiany te zauważają również pracodawcy:

Dzisiaj przychodzi młody człowiek i pyta: „Ile zarobię na rękę? Co od was dostanę?”. Za moich czasów to wyglądało inaczej. Rynek pracownika w Polsce jest już namacalny. Sami mamy duży problem z zatrudnieniem osób – powiedziała w rozmowie z Business Insider Polska Irena Eris, współwłaścicielka firmy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris.

Choć według wielu ekspertów jeszcze za wcześnie, aby mówić w Polsce o rynku pracownika, rosnący deficyt wysoko wykwalifikowanych kadr sprawia, że w niektórych branżach to właśnie one zaczynają dyktować warunki ewentualnej współpracy. W związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś niedobór chociażby specjalistów IT w naszym kraju sięga ponad 50 tys. osób, a deficyt rośnie co roku o kolejne 3-5%. Również w przypadku innych branż, zwłaszcza tych odznaczających się wysokim poziomem specjalizacji, coraz trudniej jest pozyskać pracowników o odpowiednich kompetencjach.

… a koszty rekrutacji rosną!

Obserwowane w niektórych branżach tendencje do umacniania się rynku pracowników generują dodatkowe wydatki po stronie firm. Nie tylko zwiększa się presja na płace, ale rosną również koszty rekrutacji. Jak wynika z badania SARATOGA Human Capital Benchmarking, wydatki związane z pozyskaniem nowego pracownika wzrosły o 40 proc. Średni koszt rekrutacji to 2640 zł. W przypadku firm produkcyjnych wzrasta on nawet do 4300 zł. Proces ten pochłania też o 43 proc. więcej czasu niż przed czterema laty. Dlatego sukcesywnie zwiększa się liczba przedsiębiorców korzystających z usług agencji specjalizujących się w pośrednictwie na rynku pracy, które są w stanie przeprowadzić procesy rekrutacyjne szybciej, taniej i efektywniej niż sami pracodawcy.

Zmienia się nie tylko rynek pracy, ale również mentalność pracodawców, którzy przez lata przyzwyczajeni byli do tego, że wystarczyło zamieścić ogłoszenie w prasie, aby móc przebierać wśród kandydatów. Dziś to już nie działa. Coraz trudniej jest dotrzeć do najlepszych kandydatów na rynku i dopasować kwalifikacje do specyfiki stanowiska, a to generuje dla firm dodatkowe koszty. Dlatego pracodawcy coraz częściej zlecają procesy rekrutacyjne podmiotom zewnętrznym, które mają o wiele szerszy wachlarz narzędzi umożliwiający pozyskiwanie pracowników, nawet tych aktywnie nie poszukujących zatrudnienia. Co więcej, wyspecjalizowane firmy z obszaru HR potrafią dotrzeć do pracownika o wiele szybciej niż sam pracodawca, a to sprzyja minimalizacji kosztów i generuje większy popyt na oferowane przez nas usługi – twierdzi Anna Kowalczyk, Finance & SSC Division Manager w Relyon Recruitment & IT Services, jednej z czołowych polskich firm rekrutujących.

Rynek firm rekrutacyjnych rośnie dynamicznie!

Rosnące zapotrzebowanie na usługi związane z pozyskiwaniem pracowników sprzyja nie tylko rozwojowi wiodących polskich firm rekrutacyjnych, ale także powstawaniu nowych. Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, na koniec 2015 r. funkcjonowało w kraju 6 081 podmiotów posiadających wpis do Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia, czyli o 924 więcej niż w roku 2014. Obecnie znajduje się w nim 6918 aktywnych podmiotów. Jak twierdzi Anna Kowalczyk z Relyon Recruitment & IT Services dynamiczny rozwój rynku firm świadczących usługi pośrednictwa pracy jest związany również ze zwiększonym napływem do Polski inwestycji zagranicznych.

Sytuacja robi się bardziej poważna i nagląca, kiedy mówimy o firmach dopiero wchodzących wchodzą na polski rynek, dla których sprawność i efektywność rekrutacji często decyduje o zysku lub stracie, a nawet powodzeniu całej inwestycji. Zagraniczni inwestorzy, nie znając specyfiku polskiego rynku pracy, często decydują się na zlecenie procesów rekrutacyjnych firmom zewnętrznym, mając świadomość, że one, ze względu na wysoki poziom specjalizacji zrobią to szybciej i taniej. A to nakręca koniunkturę – dodaje.

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wyniku świadczonej usługi pośrednictwa pracy zatrudnienie lub inną pracę zarobkową na terenie kraju w 2015 r. otrzymało 278 062 osoby. W porównaniu do 2014 r. liczba zatrudnionych wzrosła o 57 640 osób.

Minimalne wynagrodzenie w 2017 r. wyniesie 2000 zł brutto

Wynagrodzenie minimalne w 2017 r. wyniesie 2000 zł. Jest to wzrost o 150,00 zł w stosunku do roku 2016 – obecnie minimalne wynagrodzenie wynosi 1850,00 zł. Warto przypomnieć, że określona w rozporządzeniu kwota wynagrodzenia minimalnego jest stawką brutto.

Co składa się na wynagrodzenie minimalne?

Minimalne wynagrodzenie jest to gwarantowana przez ustawodawcę stawka wynagrodzenia, jaką powinien otrzymać pracownik za pełny miesięczny wymiar czasu pracy, bez względu na rodzaj świadczonej pracy, posiadane kwalifikacje, a także ilość i rodzaj składników wynagrodzenia. Aby ustalić, czy pracownik otrzymał w danym miesiącu płacę minimalną należy uwzględnić składniki wynagrodzenia i świadczenia wynikające ze stosunku pracy, które zaliczane są przez GUS do wynagrodzeń osobowych, z wyłączeniem świadczeń wskazanych w art. 6 ust 5 ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, tj. nagrody jubileuszowej, odprawy pieniężnej przysługującej pracownikowi w związku z przejściem na emeryturę lub rentę z tytułu niezdolności do pracy oraz wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych. W art. 6 ust. 5 ustawy znajduje się zamknięty katalog wyłączeń, który od 2017 r. zostanie powiększony o dodatek do wynagrodzenia za pracę w porze nocnej. W efekcie również ten składnik wynagrodzenia nie będzie mógł być uwzględniony przy obliczaniu płacy minimalnej. Dzięki temu pracownicy pracujący w nocy zarobią więcej, gdyż otrzymają co najmniej wynagrodzenie minimalne powiększone o dodatek za pracę w tym czasie.

Co jeszcze się zmieni?

Od 2017 r. uchylone zostaną przepisy dopuszczające, aby wynagrodzenie w pierwszym roku pracy pracownika zatrudnionego na pełen etat wynosiło 80% minimalnego wynagrodzenia za pracę. W efekcie każdy pracownik zatrudniony na pełen etat, bez względu na staż pracy, otrzyma wynagrodzenie w wysokości co najmniej minimalnego wynagrodzenia za pracę.

Zmiany w umowach zlecenia – minimalna stawka godzinowa

Ponadto od stycznia 2017 r. wprowadzona zostanie minimalna stawka godzinowa dla osób zatrudnionych w oparciu o umowę zlecenia lub umowę o świadczenie usług, a także tzw. samozatrudnionych. Minimalna stawka godzinowa w 2017 r. wynosić będzie 13 zł. Kwotą wyjściową dla ustalenia stawki godzinowej w 2017 r. jest kwota 12 zł, która została zwaloryzowana o wskaźnik wynikający z podzielenia wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonej na 2017 r., przez wysokość minimalnego wynagrodzenia w 2016 r. (wskaźnik zaokrągla się do pełnych dziesiątek, w ten sposób, że końcówki poniżej 5 groszy pomija się, a końcówki od 5 groszy zaokrągla się w górę).

Są wyjątki

Ustawa przewiduje jednak wyłączenia od konieczności stosowania minimalnej stawki godzinowej. Przykładowo spod stawki minimalnej wyłączone będą te umowy, w których o miejscu i czasie wykonania zlecenia lub świadczenia usług decyduje przyjmujący zlecenie lub świadczący usługi, a przysługujące mu wynagrodzenie jest uzależnione wyłącznie od rezultatu wykonania zlecenia lub świadczenia usług.

Podstawa prawna:

Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 9 września 2016 r. w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2017 r. (Dz.U. z 2016 r. poz. 1456)

Ustawa z dnia 22 lipca 2016 r. o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2016 poz. 1265)

Autor: Hanna Gałęzowska, Aplikantka Radcowska, specjalista ds. prawnych w Impel Business Solutions Sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu

Przyszłość e-reklamy: programmatic, aplikacje mobilne i lojalny klient

Rewolucja w kupowaniu powierzchni reklamowych, zmiana podejścia do programmatic, zwrot w stronę aplikacji mobilnych, a do tego walka o lojalność klienta – oto kluczowe trendy w e- reklamie. Co jeszcze nas czeka w ciągu najbliższych miesięcy?

Czy można wreszcie mówić o „roku mobile”? Jak na przestrzeni lat zmieniło się podejście marketerów, wydawców i reklamodawców do programmatic? W jaki sposób można skutecznie zawalczyć o klienta? Eksperci z Sociomantic Labs oraz prelegenci DMH 2016 wskazują wspólnie najważniejsze kierunki rozwoju e-reklamy.

Mobile rośnie w siłę, ale wciąż daleko mu do desktopu

W 2013 roku kanał mobilny stanowił zaledwie 11 proc. udziału wydatków w branży e-commerce, natomiast do 2020 roku szacuje się, że osiągnie 45 proc. Rosnące znaczenie urządzeń mobilnych nie oznacza schyłku desktopu. Według danych Google’a, zaprezentowanych podczas DMH 2016 przez Allegro, pomimo że w 2015 roku w Czarny Piątek 60 proc. ruchu e-commerce pochodziło z mobile, to jednak tylko poniżej 30 proc. obrotu pochodziło wówczas ze sprzedaży za pośrednictwem mobilnych urządzeń. Pokazuje to, że choć ludzie aktywnie poszukują informacji za pomocą smartfonów czy tabletów, to wciąż wolą finalizować sprzedaż na desktopie. Jak podaje Allegro, 10 proc. użytkowników największej platformy e-commerce w Polsce dokonuje zakupów tylko przez smartfony, a kolejne 10 proc. korzysta zarówno z telefonu, jak i z komputera. Pozostałe 80 proc. kupuje wyłącznie na desktopie, choć niejednokrotnie przegląda ofertę również w kanale mobilnym.

Programmatic oznacza jakość

Na przestrzeni ostatnich lat technologię programmatic wykorzystywano tylko i wyłącznie do sprzedaży powierzchni reklamowej, której nie udało się sprzedać w inny sposób. Obecnie nastawienie do programmatic szybko się zmienia. Jak podkreślają eksperci obecni na DMH 2016 za pośrednictwem ciągle udoskonalanej i efektywnej technologii sprzedaje się również najlepsze powierzchnie reklamowe. Rośnie też znaczenie Programmatic Direct. W przyszłości do sprzedaży bezpośredniej między wydawcami a firmami działającymi w ramach programmatic przyłączy się więcej graczy, ich działania będzie charakteryzować większa transparentność.

Lojalny klient to sukces firmy

W celu zwiększenia lojalności należy inwestować długoterminowo oraz poznać cykl życia klienta. Podczas DMH 2016 ekspert z NC+ wskazał kilka skutecznych sposobów, aby skłonić konsumentów nie tylko do zrobienia jednorazowych zakupów, ale przede wszystkim do tego, żeby chcieli z produktów i usług danej firmy jeszcze niejednokrotnie skorzystać. Po pierwsze, należy odpowiadać na potrzeby klienta lub dawać mu narzędzia, które to umożliwią (w tym tkwi siła m.in. aplikacji mobilnych – tworzy się je po to, aby użytkownikowi w czymś pomóc, np. dojechać we wskazane miejsce, poznać najważniejsze newsy itd.). Po drugie, firma musi być przejrzysta i otwarta jako organizacja. Po trzecie, trzeba robić wszystko, aby zaangażować klienta.

Aplikacja mobilna, czyli idealne narzędzie sprzedażowe

Aplikacje mobilne, z których korzysta 75 proc. posiadaczy smartfonów, mają ogromny potencjał sprzedażowy. I tak np. umożliwienie szybkich płatności w aplikacji Allegro sprawiło, że więcej jej użytkowników zaczęło robić spontaniczne zakupy i wydawać średnio o 34 proc. więcej niż konsumenci korzystający ze strony mobilnej, ale wciąż o 1/5 mniej niż klient kupujący w desktopie. Głównym wyzwaniem marketerów jest sprawienie, aby osoby, które ściągnęły daną aplikację na telefon, aktywnie z niej korzystały. Eksperci z Sociomantic Labs wskazują, że przy organizacji kampanii promocyjnej w aplikacji warto pamiętać o kilku zasadach. Po pierwsze, marketerzy powinni ustawić sobie dobry cel sprzedażowy. Po drugie, zoptymalizować wyszukiwanie aplikacji w App Store. Po trzecie, znaleźć odpowiednich partnerów technicznych aplikacji i na koniec zadbać o tworzenie lojalności wśród klientów.

O przyszłości e-reklamy dyskutowali eksperci podczas trzeciej edycji konferencji Digital Marketing Heroes poświęconej marketingowi cyfrowemu w Europie Środkowo-Wschodniej, organizowanej cyklicznie przez Sociomantic Labs. Tegoroczne DMH, którego sponsorem została Grupa Allegro, poprowadził znany YouTuber, Radosław Kotarski z Polimatów. Sponsorem muzycznym wydarzenia była firma technologiczna OpenX.

W branży e-reklamy zmiany zachodzą błyskawicznie i nic nie zapowiada, aby ta prawidłowość miała się kiedykolwiek zmienić. Coraz doskonalsze, coraz bardziej ekonomiczne narzędzia oparte na nowych technologiach, stale ewoluujący i świadomy swoich oczekiwań konsument, wymagają ciągłej aktualizacji wiedzy oraz elastycznego podejścia do nowości oraz nieszablonowych rozwiązań w marketingu.

Andrzej Arendarski: Trzeba odpolitycznić kwestie uzbrojenia

Kwestie zamówień zbrojeniowych powinny być możliwie odpolitycznione Powinna istnieć instytucja zajmująca się zakupami dla armii, która byłaby trwalsza niż poszczególne rządy i kreowałaby partnerów również do przedsięwzięć gospodarczych  na lata, do inwestycji. To idealizm, natomiast warto się pokusić, by chociaż trochę odpolitycznić przetargi na uzbrojenie dla polskiej armii.

– Im więcej słucham komentarzy na temat głośnej ostatnio sprawy anulowanego kontraktu na zakup śmigłowców dla polskiej armii, tym bardziej jestem zdesperowany, ponieważ komentarze różnią się od siebie o 180 stopni i są ze sobą sprzeczne – mówi agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Jedni wychwalają, że jest to maszyna wspaniała i taka, jakiej potrzebujemy, jest w umiarkowanej cenie i spowoduje rozbudowę naszego potencjału produkcyjnego. Inni mówią, że są inne, bardziej przydatne śmigłowce, a już w Polsce produkowane. Nie wiadomo kto zerwał ten kontrakt. Czy zrobiła to strona polska, czy zerwał Airbus? Jest tutaj dużo niejasności, ale jedna rzecz wydaje mi się ważna i nasuwa mi dwa wnioski. Ta sprawa była od początku prowadzona w dziwny sposób. Same warunki zamówienia były przesądzające, że jest jeden zwycięzca tego przetargu. Jeśli chodzi o sprawę zerwania kontaktu, to również ma ona miejsce w najgorszym momencie. Brak jakichkolwiek działań dyplomatycznych. Nawet najgorsze sprawy można załatwiać w inny sposób, a później rozstać się w przyjaźni, a jeśli nie, to przynajmniej neutralnie. Możemy być pewni, że Francja nie będzie obecnie wielkim admiratorem Rządu Polskiego. Może to znaleźć przełożenie w różnych sprawach, szczególnie na forum Unii Europejskiej – dodaje Arendarski.

Płaca minimalna. Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia ostrzega pracodawców

Przepisy o minimalnym wynagrodzeniu za godzinę pracy w przypadku umów zleceń oraz umów o świadczenie usług z pewnymi wyłączeniami wejdą w życie już w styczniu 2017 roku. Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia (SAZ) pozytywnie ocenia nadchodzącą zmianę. Niemniej, zdaniem ekspertów SAZ, po wprowadzeniu minimalnej płacy godzinowej w wysokości 13 zł brutto, wzrosnąć może ilość podmiotów operujących w szarej strefie. Wpływ na to może mieć m.in. brak regionalizacji przepisu, czyli brak dopasowania wysokości stawki do zamożności poszczególnych regionów Polski. SAZ ostrzega pracodawców użytkowników przed zawieraniem umów z pośrednikami oferującymi niższe niż 13 zł stawki godzinowe. Radzi weryfikować podmioty uczestniczące w pośrednictwie zatrudnienia oraz przypomina, że za niewypłacenie należnych pracownikom kwot wynagrodzenia oraz opłat ubezpieczeniowych mogą odpowiadać również pracodawcy użytkownicy.

Wprowadzenie stawki godzinowej w wysokości 13 zł brutto jest de facto realizacją zapowiedzi premier Beaty Szydło przedstawionej w jej expose. Zmiana obejmie pracowników zatrudnionych w ramach umowy zlecenia oraz umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy o zleceniu, z pewnymi wyłączeniami.

Stosowną ustawę uchwalono w lipcu tego roku. Wówczas przedstawiciele odpowiedzialnego za projekt ustawy Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podkreślali, że celem proponowanej zmiany legislacyjnej jest m.in. ograniczenie nadużywania umów cywilnoprawnych przez pracodawców oraz ukrócenie stosowania kilkuzłotowych stawek za godzinę pracy.

W ocenie ekspertów SAZ rządowa propozycja wychodzi na przeciw potrzebie wprowadzenia godnego wynagradzania. Pojawia się jednak wątpliwość jak zachowa się rynek, a w szczególności duże przedsiębiorstwa, zatrudniające pracowników do biznesu sieciowego.

Jednym z zagrożeń, na które zwraca uwagę Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia, jest tempo wprowadzenia zmian. W ocenie ekspertów SAZ, firmy działające na rynku usług sprzątania czy ochrony mogą nie być przygotowane na wypłatę proponowanej przez rząd stawki już od stycznia 2017 roku. Kolejnym niebezpieczeństwem jest brak regionalizacji wysokości stawki minimalnego wynagrodzenia godzinowego. Nie jest tajemnicą, że poziom życia oraz zarobki różnią się w poszczególnych regionach kraju. W miejscowościach, w których do tej pory obowiązywała stawka 7-8 zł brutto za godzinę przy niewielkiej liczbie pracodawców tak szybkie tempo zmian może doprowadzić do odwrotnych od zamierzonych skutków. Brak uwzględnienia tej specyfiki może spowodować upadłość wielu małych i średnich przedsiębiorstw położonych na najmniej zamożnych terenach Polski. Będzie także sprzyjać nadużyciom i szerzeniu szarej strefy na rynku pośrednictwa pracy.

Obawiamy się fali oszustw podobnych do tzw. „afery niderlandzkiej”. Obecnie ponad 500 firm musi zwrócić zaległe składki ZUS wraz z odsetkami, ponieważ kilka lat wcześniej przyjęli zaskakująco tanią ofertę współpracy nie sprawdzając mechanizmów jakie stosowała firma, z którą zawarli umowę” – komentuje Jarosław Adamkiewicz, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, prezes Grupy Wadwicz.

Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia radzi przedsiębiorcom weryfikować podmioty, z usług których korzystają w pozyskiwaniu pracowników. Przestrzega także przed przyjmowaniem ofert zatrudnienia pracowników za kwoty niższe niż 13 zł brutto za godzinę. Jakiego by tłumaczenia nie przedstawił pośrednik, np. dofinansowanie z Unii Europejskiej, warto bardzo dokładnie zweryfikować taki podmiot oraz jego ofertę.

„Pracodawcy użytkownicy winni zdawać sobie sprawę, że w ich interesie jest weryfikacja agencji zatrudniania, a w szczególności monitoring wypłaty minimalnego wynagrodzenia pracownikom tymczasowym zatrudnionym na podstawie umów cywilno-prawnych. Przy obecnym rynku pracownika, w interesie  pracodawców jest sprawdzenie, czy agencja, która ich reprezentuje dba o ich wizerunek dobrego pracodawcy użytkownika i zapewni pracownikom rynkową stawkę. Dodatkowo istnieje również potencjalne ryzyko obciążenia wyrównaniem zaległościami nieuczciwych agencji pracodawców użytkowników– tłumaczy Leszek Zieliński, ekspert Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, prezes Jobman Group.

Przedstawiciele SAZ zwracają także uwagę na możliwość zwiększenia zatrudnienia w oparciu o umowę o dzieło po wejściu w życie nowej regulacji, nawet w przypadkach, kiedy świadczone usługi będą de facto zleceniem. Ten model zatrudnienia będzie bardziej atrakcyjny dla pracodawców ze względu na możliwość ograniczenia kosztów. Dla pracowników oznacza to nie tylko pozbawienie prawa do dni wolnych ale nawet pozbawienie prawa do świadczenia chorobowego. Ograniczeniu może także ulec zawieranie umów o pracę tymczasową, dających pracownikom ochronę ich praw, na rzecz usług outsourcingu.

Polnord wykupi przed terminem obligacje o wartości 7,1 mln zł

Zarząd Polnord uchwalił wcześniejszy wykup obligacji serii NS2 o wartości nominalnej 7.111.400 zł. Jego celem jest umożliwienie Spółce uruchomienia czwartego etapu inwestycji Brzozowy Zakątek.

Obecnie na działce ustanowiona jest hipoteka będąca elementem zabezpieczenia obligacji. Jej wykreślenie umożliwi rozpoczęcie projektu, które planowane jest jeszcze w bieżącym roku.

Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.
Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.

Wcześniejszy wykup części obligacji świadczy o dobrej kondycji finansowej Spółki i wpisuje się w realizację strategii Grupy Kapitałowej zarówno poprzez optymalizację zadłużenia, jak i umożliwienie realizacji kolejnego z zapowiedzianych projektów mieszkaniowych – mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA. – Ostatni kwartał 2016 roku jest dla Grupy czasem wzmożonej pracy nad przygotowaniem kolejnych realizacji. Inauguracja Brzozowego Zakątka IV jest jednym z ostatnich punktów tegorocznego strategicznego planu, jakie zostały jeszcze przed nami – dodaje.

Dzień przedterminowego wykupu ustalono na 13 listopada br. Obligatariusze za każdą obligację otrzymają kwotę równą jej wartości nominalnej, odsetki w kwocie 1,46 zł brutto oraz premię w wysokości 0,50 zł brutto.

Obligacje serii NS2 o łącznej wartości nominalnej 34 mln zł zostały przydzielone 13 lutego 2015 r. Zgodnie z warunkami emisji termin ich wykupu przypada na 13 lutego 2018 r.

Exact Systems kontroluje samochody Renault

Exact Systems rozpoczął współpracę z fabryką samochodów osobowych Oyak Renault w Turcji jako autoryzowany dostawca usług kontroli jakości. Od 1 października br. spółka odpowiada za kontrole produkowanych w tureckim zakładzie modeli, m.in. Clio, Megane czy Fluence. Obecnie Exact Systems działa w 11 krajach europejskich oraz w Chinach.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Po długim okresie audytowania i procesie zatwierdzania, który w przypadku zakładów OEM jest standardem, nasza turecka spółka została wybrana przez Renault jako preferowana firma sortująca. Jesteśmy jedną z największych firm w Europie kontrolujących jakość, co powoduje, że możemy zapewnić tureckiej fabryce znakomitą jakość usług, gwarantowaną przez zespół młodych pracowników odpowiednio przygotowanych do wykonywanych kontroli – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Umowa z zakładem Oyak Renault w Bursie obowiązuje od 1 października br. na okres 22 miesięcy. W tym momencie do prac związanych z kontrolą jakości produkowanych przez Renault samochodów Exact Systems codziennie deleguje ok. 50 osób, do końca roku liczba kontrolerów jakości może zwiększyć się do 100, a docelowo ma wynieść nawet 200 pracowników.

Turecka spółka jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się w Grupie Exact Systems. Spółka w I półroczu br. skontrolowała niemal 44 mln części, co oznacza aż 45% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Exact Systems codziennie w Turcji deleguje ponad 300 osób do pracy w 40 zakładach produkcyjnych.

Zostanie autoryzowanym dostawcą Renault to ogromna szansa do dalszego rozwoju sieci naszych klientów w Turcji. Renault to numer 1, jeśli chodzi o produkcję samochodów osobowych w Turcji. Producent na co dzień współpracuje z 1000 dostawców, w tym z 700 międzynarodowymi i 300 lokalnymi. To atrakcyjna baza potencjalnych klientów. Z częścią z nich już współpracujemy, z pozostałymi mam nadzieję, że nawiążemy relacje w przyszłości – podkreśla Jarosław Kochański, członek zarządu Exact Systems, odpowiedzialny za rozwój rynków zagranicznych.

Bursa to czwarte pod względem wielkości miasto Turcji, leżące w północno-zachodniej części kraju. Działa tutaj bardzo silnie rozwinięty przemysł motoryzacyjny. Swoje zakłady produkcyjne, poza Renault, ma tutaj Fiat oraz najwięksi dostawcy części jak Bosch Automotive, Faurecia czy Valeo.

Inwestorzy private equity odporni na niepewność spowodowaną Brexitem

Osłabł nieco optymizm w ocenie sytuacji ekonomicznej w Europie Środkowej wśród przedstawicieli funduszy private equity obecnych w regionie. Nadal pozostaje jednak na dość wysokim poziomie. W ciągu pół roku odsetek osób oczekujących, że sytuacja się poprawi spadł z 24 do zaledwie 7 proc. W ciągu najbliższych miesięcy 70 proc. reprezentantów PE będzie koncentrować się na nowych inwestycjach. Z 5 do 13 proc. wzrósł odsetek tych, którzy przewidują, że najbardziej zacięta konkurencja pomiędzy funduszami w obszarze inwestycji będzie dotyczyła start-upów. To główne wnioski z kolejnej edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazała, że dobre nastroje co do sytuacji gospodarczej, widoczne pół roku temu, nie są już tak silnie odczuwane. Potwierdza to wysokość tzw. indeksu optymizmu (CE Private Equity Confidence Index), który wynosi obecnie 109 punktów. Jeszcze sześć miesięcy wcześniej wskazywał on 124. „To wciąż jednak zachęcający wynik. Fundusze private equity z Europy Środkowej charakteryzują się dużą odpornością, mimo niepewnej sytuacji gospodarczej i politycznej, spowodowanej m.in. przez Brexit. Warto zauważyć, że nastroje są lepsze niż rok temu, gdy już było wiadomo, że referendum w Wielkiej Brytanii się odbędzie” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Deloitte Central Europe.

W obecnej edycji badania jedynie 7 proc. przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy ulegną poprawie. To ponad trzy razy mniej respondentów niż wiosną 2016 roku, kiedy taką opinię wyrażało jedynie 24 proc. Z 27 do 30 proc. zwiększył się odsetek inwestorów oczekujących pogorszenia warunków rynkowych. Natomiast 63 proc. badanych przewiduje, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni, co wskazuje na wysoki poziom stabilizacji.

Aż 70 proc. respondentów w okresie najbliższych sześciu miesięcy poświęci się nowym inwestycjom. Pół roku wcześniej taką odpowiedź wskazywało 73 proc. przedstawicieli funduszy. Mimo tego niewielkiego spadku, wciąż możemy mówić o najlepszym wyniku od 2011 roku. Odsetek ankietowanych, którzy będą koncentrować się na poszukiwaniu nowych funduszy spadł w ciągu roku z 11 do 7 proc.

Z kolei 23 proc. ankietowanych zamierza skupić się na zarządzaniu swoim portfelem inwestycji.

47 proc. przedstawicieli funduszy PE prognozuje, że w najbliższych miesiącach więcej kupi niż sprzeda, podczas gdy rok temu taką deklarację złożyło 51 proc. Jedynie 13 proc. wyraziło przeciwną opinię. Z kolei 40 proc. inwestorów deklaruje, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć. Pół roku wcześniej było to 27 proc. Ankietowani uważają, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy dominującą formą wychodzenia z inwestycji będzie sprzedaż strategicznym inwestorom (70 proc.), a 30 proc. sądzi, że będzie to raczej sprzedaż innemu funduszowi PE. Co ciekawe żaden z ankietowanych nie wskazał na sprzedaż udziałów poprzez wejście firmy na giełdę.

Warto zaznaczyć, że z 30 do 33 proc. wzrosła liczba tych inwestorów, którzy przewidują, że aktywność transakcyjna na rynku wzrośnie. Aż 57 proc. badanych spodziewa się, że pozostanie ona na niezmienionym poziomie. Zdecydowana większość ankietowanych (67 proc.) nie prognozuje żadnych istotnych zmian w wielkości średnich transakcji. Pół roku wcześniej było to 81 proc. Z 3 do 13 proc. wzrosła liczba osób, które uważają, że rozmiar tych transakcji spadnie.

Aż 67 proc. ankietowanych przewiduje, że najbardziej zacięta konkurencja pomiędzy funduszami w obszarze inwestycji będzie dotyczyła liderów rynku, a co ciekawe 13 proc. spodziewa się jej w odniesieniu do start-upów. Pół roku wcześniej było to jedynie 5 proc. Ten wzrost dokonał się kosztem średnich przedsiębiorstw, na które obecnie wskazuje 20 proc. To najniższy wskaźnik w historii badania.

Co ciekawe, w porównaniu do wiosny 2016 r., z 14 do 7 proc. spadł odsetek ankietowanych, którzy wierzą w zwiększenie dostępności finansowania dłużnego. Aż 83 proc. respondentów, o 13 pp. więcej niż pół roku temu uważa, że pozostanie ono bez zmian.

Prawie połowa wszystkich ankietowanych (47 proc.) spodziewa się poprawy efektywności swych inwestycji finansowych, a taka sama część uważa, że pozostanie ona na tym samym poziomie, co sześć miesięcy temu. Tylko 7 proc. przewiduje jej spadek.

W ciągu kolejnych sześciu miesięcy przedstawiciele private equity w 53 proc. chcą się skoncentrować na wzroście przychodów, a 10 proc. na redukcji kosztów. Z kolei 37 proc. respondentów oba te priorytety traktuje na równi.

 „Region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem oferującym inwestorom private equity szerokie możliwości inwestycyjne. Wpływają na to m.in. dobre prognozy gospodarcze, które przewidują wzrost PKB w wysokości 2,9 proc. w trzecim kwartale tego roku. Jednocześnie inwestorzy muszą być przygotowani na to, co wydarzy się po faktycznym opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, bo skutki tego wydarzenia mogą być odczuwalne przez wszystkie państwa członkowskie, w tym prawdopodobnie również te z regionu Europy Środkowej” – podsumowuje Mark Jung.

W Grupie Mobilis najdynamiczniej rozwija się segment komunikacji miejskiej

W Grupie Mobilis najdynamiczniej rozwija się segment komunikacji miejskiej 9
W ostatnim czasie w Grupie Mobilis, jednej z największych krajowych firm przewozów autobusowych, najdynamiczniej rozwijał się segment przewozów miejskich. Zdaniem prezesa Dariusza Załuski dużym sukcesem przedsiębiorstwa było podpisanie umowy z Warszawą.

– Bardzo dynamicznie rozwija się nam biznes komunikacji miejskiej i w tym zakresie osiągamy spore sukcesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Załuska, prezes zarządu Mobilis sp. z o.o. – Jednym z nich było wygranie przetargu na dostawę autobusów dla Warszawy. Oba kontrakty łącznie na 108 pojazdów uruchomiliśmy na początku sierpnia.

Do Grupy Mobilis, jak wskazuje Dariusz Załuska, należy kilkanaście podmiotów, wśród których dominującą rolę odgrywa spółka nosząca nazwę grupy (Mobilis). Ma ona większościowe udziały łącznie w dziesięciu innych spółkach transportowych – PKS-ach). Podstawowymi obszarami działalności Grupy są  komunikacja miejska i międzymiastowa. Pierwsza jest realizowana przede wszystkim przez Mobilis, a druga – spółki zależne.

W połowie lutego Warszawa podpisało ze spółką Mobilis umowę, na podstawie której przewoźnik przez siedem i pół roku ma świadczyć usługi przewozowe z wykorzystaniem pięćdziesięciu czterech dziewięciometrowych pojazdów i takiej samej liczby przegubowców (w sumie około ośmiu milionów tzw. wozokilometrów rocznie). W przetargu Mobilis zadeklarował stawkę na poziomie 6,77 zł (wozy krótkie) i 8,29 zł brutto (przegubowce). Autobusy wyjechały na trasy na początku sierpnia tego roku. Maksymalna wartość obu umów za cały okres świadczenia usług wyniesie ponad 572 mln zł.

– To dosyć duże osiągnięcie, bo pod każdym względem wymagania tego kontraktu były bardzo wysokie, niemniej zaoferowaliśmy bardzo atrakcyjną cenę przy jednoczesnym uwzględnieniu oczekiwań zamawiającego – wyjaśnia Dariusz Załuska. – Drugi sektor jest trochę trudniejszy, bo mamy w nim do czynienia z innym rodzajem konkurencji. W komunikacji miejskiej rywalizujemy w momencie ogłoszenia i składania ofert do przetargu, natomiast w międzymiastowej konkurujemy każdego dnia, o każdej godzinie, bo ten rynek bardzo dynamicznie się zmienia.

Rośnie liczba przewoźników, dynamicznie powiększają się tabory. Jak wynika z analizy portalu Infobus.pl, w pierwszej połowie tego roku, pomimo słabych pierwszych trzech miesięcy, odnotowano rekordową sprzedaż nowych autobusów. W tym czasie na drogi wyjechały 942 pojazdy, o 27 sztuk więcej (około trzech proc.) niż w tym samym okresie rok wcześniej. Najwyższa miesięczna różnica miała miejsce w kwietniu, kiedy to zarejestrowano o 115 autobusów więcej (20,9 proc.) niż dwanaście miesięcy wcześniej.

– Na przestrzeni ostatnich kilku lat zostały wprowadzone nowe standardy, pojawili się nowi operatorzy i rynek stał się bardzo konkurencyjny, co wymaga od nas zdecydowanych działań – zauważa Dariusz Załuska. – Obecnie jesteśmy w trakcie analizowania zmian i dostosowania się do nich.

Mobilis jest dzisiaj największą krajową firmą transportową specjalizującą się w przewozach pasażerskich na terenie Polski i poza jej granicami. Obecnie obsługuje warszawskie i krakowskie miejskie linie autobusowe. Flota Grupy składa się z ponad 1,5 tys. pojazdów takich marek, jak Solaris, Iveco, Skania, Solbus, Autosan, Volvo i Man. Grupa jest udziałowcem holenderskiej spółki EBS Transportation BV, która obsługuje komunikację podmiejską w Amsterdamie w  Holandii. 100 proc. udziałów w firmie Mobilis należy do spółki Egged, będącej największym przewoźnikiem autobusowym w Izraelu i jednym z liderów tego rodzaju transportu na świecie.

– W skali całego kraju, jeśli chodzi o liczbę autobusów w ruchu, to jesteśmy jednym z największych podmiotów, biorąc pod uwagę potencjał całej Grupy –precyzuje Dariusz Załuska. – Nasza działalność jest jednak skoncentrowana geograficznie, bo działamy głównie w północnej części Mazowsza, gdzie mamy dość silną pozycję, ale nie jest ona dominująca ani monopolistyczna. Operujemy w kilku obszarach komunikacji, tj. dalekobieżnej, lokalnej i zapewniamy dowóz dzieci do szkół i pracowników do dużych zakładów pracy.

W segmencie komunikacji dalekobieżnej, jak twierdzi Dariusz Załuska, ostatni kwartał także był dla przedsiębiorstwa korzystny.

– Był to dla nas dosyć dobry okres, bo wykonaliśmy większość zamierzeń, które sobie planowaliśmy – precyzuje Dariusz Załuska. – Tylko komunikację czysto lokalną, z uwagi na okres wakacyjny, realizowaliśmy w znacznie mniejszym zakresie, ale tak jest co roku.

M. Kiepas (easyMarkets): Główne światowe rynki czekają w IV kwartale roku spadki. Wyjątkami mogą być Londyn i Tokio

M. Kiepas (easyMarkets): Główne światowe rynki czekają w IV kwartale roku spadki. Wyjątkami mogą być Londyn i Tokio 10
Inwestorzy nie powinni spodziewać się wzrostów w ostatnim kwartale roku. Mimo że amerykański indeks S&P 500 osiągnął w tym roku rekordowe poziomy, a główne europejskie indeksy nie są od nich odległe, to końcówka roku raczej będzie nerwowa. Wszystko przez powrót obaw o brexit, wybory i potencjalną podwyżkę stóp w Stanach oraz obawy o stymulus w Europie. Dzięki słabej walucie wyjątkami mogą być rynki brytyjski i japoński.

– Jesień będzie chłodna nie tylko w pogodzie, lecz także prawdopodobnie na rynkach akcji. Przed światowymi giełdami stoi zbyt wiele wyzwań, jest zbyt wiele czynników ryzyka, natomiast na horyzoncie brakuje swego rodzaju czynników pozytywnych, które mogłyby pchnąć indeksy do góry – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets.

Obawy inwestorów budzi zarówno sytuacja w USA, jak i w Europie. Z jednej strony odżyły obawy związane z opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię, gdyż premier Theresa May określiła termin brexitu, który nastąpić ma najpóźniej do końca I kwartału 2019 roku. To zrodziło obawy rynków, że rozstanie ze wspólnotą nie przebiegnie w sposób łagodny, a przepływ towarów, usług i pracowników przez kanał La Manche się skomplikuje. Z drugiej strony jak miecz Damoklesa wisi nad rynkami potencjalna podwyżka stóp procentowych w Stanach, która spodziewana jest w grudniu. Do tego dochodzi niepewność związana z wynikiem wyborów prezydenckich w USA, które odbędą się w listopadzie.

– Z punktu widzenia rynków Trump jest gorszym wyborem niż Clinton nie dlatego, że ma gorszy program wyborczy, ale przede wszystkim dlatego, że z jego osobą wiąże się większa niepewność. A wiadomo, dla inwestorów niepewność, nieprzewidywalność jest gorsza niż stabilność –  wyjaśnia Kiepas. – Wśród innych potencjalnych czynników ryzyka, które mogą zachęcać i prawdopodobnie będą zachęcać do realizacji zysków, trzeba wspomnieć chociażby niedawne plotki o tym, że Europejski Bank Centralny może powoli ograniczać skup obligacji.

EBC w marcu 2015 r. zaczął skupować co miesiąc z rynku obligacje warte do 60 mld euro. Po roku zwiększył tę kwotę do 80 mld euro miesięcznie. Program zgodnie z planem ma się zakończyć w marcu 2017 roku. Tymczasem agencja Bloomberg, powołując się na źródła w banku, poinformowała, że bank zacznie ograniczać program pomocowy o 10 mld euro miesięcznie. Choć taki krok oznaczać będzie, że EBC widzi oznaki poprawy sytuacji gospodarczej, indeksy raczej zareagują negatywnie.

– Światowe giełdy już od dawna są oderwane od fundamentów. Proszę zwrócić uwagę na to, że naprawdę duże kapitały są umiejscowione na tych największych rynkach. Na giełdach mniejszych, na rynkach wschodzących, w krajach, w których wzrost gospodarczy jest relatywnie wyższy niż w ustabilizowanych gospodarkach, trendy są horyzontalne, a często dominują spadki, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych, mimo że przecież zyski spółek amerykańskich spadają od sześciu kwartałów, indeksy gdzieś znajdują się stosunkowo blisko rekordowych poziomów – wskazuje główny analityk easyMarkets.

Amerykański indeks S&P 500 w połowie sierpnia pobił nowy rekord zamknięcia na poziomie 2190 pkt. Obecnie jest zaledwie 50 pkt poniżej tego poziomu. W tym samym czasie swój rekord pobił Dow Jones i od tej pory także stracił mniej niż 3 proc. Niemiecki DAX od szczytu z początku marca ubiegłego roku odległy jest już o 12 proc., ale licząc od początku br. niemal już odrobił straty. Według Marcina Kiepasa w ostatnim kwartale większość największych giełd zaliczy jednak spadki, nawet dwucyfrowe.

– Oczekuję, że największe światowe giełdy mogą spaść od 5 nawet do 10 proc. Być może wyjątkiem będzie parkiet w Londynie, który i tak już w tym roku radzi sobie dobrze, co jest pochodną bardzo słabego zachowania brytyjskiej waluty – przewiduje.Wynika to z faktu, że słaby funt wzmacnia kurs akcji eksporterów, bo przekłada się na ich lepsze wyniki finansowe. Drugim rynkiem, który może się spisywać relatywnie dobrze, będzie giełda japońska, i to też wiązałoby się ze słabą walutą. W ostatnim czasie, kiedy działania banku centralnego Japonii nie przynoszą określonych rezultatów, japoński jen powoli zaczyna tracić na wartości. Być może jesteśmy na samym początku jego wyraźniejszego osłabienia, co siłą rzeczy musiałoby się też przełożyć na notowania japońskiej giełdy.

Rosnące dochody skłaniają Polaków do oszczędzania. 25 proc. odkłada z myślą o dzieciach

Coraz więcej Polaków regularnie oszczędza – odłożone pieniądze ma ok. 45 proc. społeczeństwa. Jak wynika z badań, zdecydowana większość gospodarstw domowych dysponuje środkami na zaspokojenie bieżących potrzeb. Ten odsetek znacząco wzrósł w ciągu ostatnich lat. Do oszczędzania motywuje nas zarówno wzrost dochodów, jak i chęć zabezpieczenia przyszłości finansowej rodziny. Nie jesteśmy jednak skłonni do ryzyka, dlatego wybieramy bezpieczne strategie finansowe. Produkt inwestycyjny ma zaledwie co dziesiąty Polak.

– W ciągu ostatnich 20 lat Polacy bardzo zmienili swoje podejście do zarządzania finansami – mówi agencji Newseria Biznes Edyta Fundowicz, dyrektor ds. portfela produktowego Nationale-Nederlanden. – Jak wynika z badania GfK Polonia, przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden, polskie rodziny mają coraz więcej pieniędzy na dodatkowe oszczędności. Odsetek gospodarstw domowych, których stałe dochody pozwalają na zaspokojenie bieżących potrzeb, wzrósł z 36 proc. w 1995 roku do 81 proc. w 2015 roku. Mamy więc możliwość decydowania o tym, co z tymi nadwyżkami finansowymi zrobić i na co je przeznaczyć.

Potwierdzają to dane z „Diagnozy Społecznej” prowadzonej pod kierunkiem prof. Janusza Czapińskiego, które pokazują że obecnie już 45 proc. Polaków ma oszczędności. W 2000 roku ten odsetek wynosił zaledwie 24 proc., a w 2009 roku – 32 proc.

 Do odkładania środków finansowych motywują nas zarówno czynniki racjonalne, np. wzrost dochodów, jak i emocjonalne. Dla Polaków najważniejsze są rodzina i zdrowie. Dlatego wcale nie dziwi fakt, że chcemy zadbać o przyszłość swoją i swoich najbliższych i zabezpieczyć ich od strony finansowej – ocenia Edyta Fundowicz.

Takie wnioski płyną również z II edycji „Badania spójności społecznej” GUS zrealizowanej w I połowie 2015 roku. 66 proc. ankietowanych Polaków wskazało zdrowie jako najważniejszą dla nich wartość. Znaczący odsetek (ok. 23 proc.) umieszcza wysoko w hierarchii wartości również rodzinę i szczęście rodzinne.

Z badania GfK Polonia dla Nationale-Nederlanden wynika natomiast, że Polakom dużo bliższe jest oszczędzanie, niż inwestowanie pieniędzy. 51 proc. respondentów ma konto oszczędnościowe, a 48 proc. ubezpieczenie na życie (łącznie z grupowym), natomiast produkt inwestycyjny ma raptem co dziesiąty.

Polacy nie lubią ryzyka i bez względu na płeć, wiek czy finanse wolą dbać o to, co już udało im się osiągnąć. Zwłaszcza że pomimo zmian ustrojowych, obecne pokolenie jest wciąż niejako na dorobku. Dlatego większość wybiera bezpieczne strategie finansowe. Zwolennicy ryzyka związanego z inwestowaniem są w mniejszości (43 proc. versus 33 proc.). Drugi istotny czynnik, który sprawia, że Polacy wolą oszczędzać pieniądze, zamiast je inwestować, to brak wystarczającej wiedzy w tym zakresie.

 Z deklaracji dotyczących tego, na co Polacy zamierzają wydać pieniądze z programu „Rodzina 500 plus” wynika, że poza konsumpcją chcą te środki bezpiecznie zaoszczędzić. Tak wskazuje 19 proc. respondentów, zaś 4 proc. deklaruje, że wykupi polisę ubezpieczeniową – podaje Edyta Fundowicz.

Aby zachęcić Polaków do systematycznego oszczędzania, produkty finansowe powinny być przede wszystkim bezpieczne, zapewniać dostęp do zgromadzonych środków w dowolnym momencie oraz gwarantować całkowitą ochronę kapitału. Zgodnie z raportem TNS „Skłonność Polaków do dodatkowego oszczędzania na emeryturę – mit czy rzeczywistość?” 42 proc. badanych chciałoby móc wycofać pieniądze w dowolnym momencie. Dla ponad połowy kluczowe jest, aby produkt umożliwiający dodatkowe oszczędzanie był objęty gwarancją zwrotu całego zainwestowanego kapitału. Natomiast 30 proc. chciałoby mieć możliwość czasowego zawieszania wpłat.

W ten sposób swoje oferty starają się budować instytucje finansowej. W Nationale-Nederlanden jedną z dostępnych form odkładania na przyszłość jest ubezpieczenie na życie z opcją inwestycyjną „Sposób na przyszłość”. Skierowane do klientów rozwiązanie oferuje połączenie ochrony na wypadek zdarzeń losowych z gromadzeniem kapitału, który może zostać przeznaczony na dowolny cel.

– W ramach tej polisy klienci mogą również wykupić pakiet Strażnika Przyszłości dla swojego dziecka. Wśród korzyści należy wymienić pełną ochronę kapitału, oraz premię w wysokości do 500 zł co rok. Te pieniądze klienci mogą przeznaczyć na dowolny cel w zależności od ich decyzji. Taka polisa wydaję się być dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza że badania Nationale-Nederlanden pokazują, że o przyszłości dzieci myślą już rodziny z dochodem 1000 zł na osobę – mówi Edyta Fundowicz.

25 proc. badanych Polaków deklaruje, że do oszczędzania skłania ich chęć zabezpieczenia przyszłości swoich dzieci.

Polska nie wykorzystuje możliwości Planu Junckera. Proponowane projekty inwestycyjne mają małą szansę na uzyskanie wsparcia

Polska nie wykorzystuje możliwości Planu Junckera. Proponowane projekty inwestycyjne mają małą szansę na uzyskanie wsparcia 11
Europa Środkowo-Wschodnia nie wykorzystuje w pełni możliwości, które stwarza Plan Junckera. W ciągu roku funkcjonowania Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych na inwestycje w „nowych” państwach UE trafiło zaledwie 8 proc. wsparcia. Gwarancje wsparcia finansowego otrzymało dotychczas tylko dziewięć polskich inwestycji. Kolejne proponowane projekty mają małą szansę na uzyskanie wsparcia w ramach EFIS, ponieważ nie wpisują się w strategiczne cele UE dotyczące ochrony klimatu i transformacji energetycznej – ostrzegają eksperci Polskiej Zielonej Sieci.

 Według najnowszych danych Europejskiego Banku Inwestycyjnego Plan Junckera działa i wszystko jest na dobrej drodze do pobudzenia inwestycji w europejską gospodarkę. Problem tkwi w tym, że 92 proc. całego wsparcia trafiło do krajów starej unijnej piętnastki, natomiast tylko 8 proc. do krajów Europy Środkowej i Wschodniej, czyli nowych państw członkowskich Unii Europejskiej. To jest dysproporcja, którą Europejski Bank Inwestycyjny zauważył i wskazał, że w przyszłości trzeba będzie to naprawić – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Zygmunt, ekspertka Polskiej Zielonej Sieci, będącej częścią organizacji CEE Bankwatch Network, która monitoruje wydawanie środków publicznych.

Na początku października Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) opublikował raport zawierający ocenę funkcjonowania Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFIS). To kluczowy filar tzw. Planu Junckera, którego celem jest pobudzenie europejskich inwestycji wartych ponad 300 mld euro. Plan Junckera zakłada, że powinny być to przedsięwzięcia zgodne ze strategicznymi celami Europy, a więc inwestycje w strategiczną infrastrukturę, służące innowacyjności, przestawianiu europejskiej gospodarki na odnawialne źródła energii oraz poprawie efektywności energetycznej.

Na mapie działania funduszu Polska oraz inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej stanowią białą plamę. Te wnioski pokrywają się z ustaleniami wspólnego raportu organizacji CEE Bankwatch, WWF, Counter Balance i CAN Europe, który został zaprezentowany w Brukseli. Autorzy dokumentu również wskazują na ogromną dysproporcję w rozdysponowaniu środków na niekorzyść krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

– Wydaje się, że te kraje nie zaproponowały dotychczas wystarczająco dobrych projektów inwestycyjnych, które mogłyby zostać objęte wsparciem. Trzeba pamiętać, że Plan Junckera działa w ten sposób, że kraje członkowskie przedstawiają projekty, które następnie są obejmowane gwarancjami bankowymi w ramach funduszu. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej zostały w tyle dlatego, że prawdopodobnie przedstawiły zbyt mało projektów albo nie spełniły one kryteriów, przykładowo nie były zgodne z europejską polityką klimatyczną – mówi Izabela Zygmunt.

Dysproporcja w podziale funduszy jest szczególnie niekorzystna dla państw Europy Środkowej i Wschodniej, ponieważ właśnie w tym regionie znajduje się większość słabiej rozwiniętych obszarów UE. Zalicza się do nich cały obszar Polski, z wyłączeniem województwa mazowieckiego. Dlatego jeśli dotychczasowy trend się utrzyma, Plan Junckera nie spełni jednego z założonych celów, jakim jest wzmocnienie ekonomicznej, społecznej i spójności Unii.

– Na ten moment najwięcej środków trafiło do trzech państw, czyli do Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. Zaproponowane przez nie projekty najlepiej wpisywały się w strategiczne cele Unii Europejskiej. Na przykład Wielka Brytania miała bardzo dobre projekty dotyczące efektywności energetycznej i tam trafiła większość środków na ten cel przeznaczonych – mówi Izabela Zygmunt.

Do wsparcia w ramach EFIS zastało dotychczas zakwalifikowanych tylko 9 polskich przedsięwzięć. Polski rząd zaproponował kolejnych 49 projektów, jednak wśród nich znajduje się aż 10 inwestycji węglowych zaplanowanych przez duże spółki energetyczne oraz kilka przedsięwzięć hydrotechnicznych związanych z planami rozbudowy dróg wodnych na Wiśle i Odrze, które budzą duże kontrowersje. Eksperci zwracają uwagę, że Polsce będzie niezwykle trudno przekonać do tych projektów EFIS, ponieważ stoją w sprzeczności z unijną polityką klimatyczną i przepisami ochrony środowiska. Na polskiej liście jest niewiele propozycji, które wpisywałyby się w założenia Planu Junckera i wymogi EBI.

– Polska uzyskuje mniej wsparcia, niż by mogła. Nadzieja na poprawę jest mała, ponieważ na liście projektów zaproponowanych przez polski rząd są inwestycje, do których ciężko będzie przekonać Europejski bank Inwestycyjny – ocenia Izabela Zygmunt. – Z drugiej strony na polskiej liście jest kilka projektów kolejowych i inwestycji w sieci przesyłowe, które mają większe szanse. Musimy jednak pamiętać, że powinny one wpisywać się w strategiczne cele Unii. Inne kraje wykorzystują tę możliwość, proponują tego typu inwestycje i otrzymują wsparcie, natomiast my stoimy w miejscu.

Kolor turkusowy rewolucjonizuje biznes. Kończy się dobry czas dla nieuczciwych firm

Kolor turkusowy rewolucjonizuje biznes. Kończy się dobry czas dla nieuczciwych firm 12
Jesteśmy u progu rewolucji społecznej i biznesowej: czas cwaniaków się kończy, bo przyszłością jest model oparty na ekonomii wartości – przekonuje Mateusz Zmyślony, dyrektor kreatywny Open Eyes Economy. Ocenia, że konsumenci będą kupowali produkty i usługi od firm uczciwych, społecznie zaangażowanych, które mają otwarte oczy. – Posługując się wartościami umownymi, kiedyś na działalność społeczną firmy wydawały 1 proc. przychodów, wkrótce będą musiały przeznaczyć 30 proc., żeby zatrzymać klientów – mówi Zmyślony.

– Model turkusowej organizacji, podobnie jak model open eyes economy, to dwa podejścia, które pokazują najsilniejszy w tej chwili i wspaniały trend, który zmienia całą światową ekonomię i biznes. To kwestia podejścia do tego, jak należy prowadzić biznes – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Zmyślony, dyrektor kreatywny Open Eyes Economy. – Dotąd oczywiście zdarzało się, że firmy robiły coś dobrego dla ludzi, ale to było przy okazji. Te dwa nowe modele zakładają, że od dziś cała przyszłość gospodarki, firm, biznesu zależy od oparcia się na tych wartościach.

Koncepcja turkusowego biznesu, której autorem jest Frederic Laloux, zakłada, że głównym wyznacznikiem sukcesu nie jest zysk, ale realizacja pewnej misji, zmiana świata na lepsze, zaczynając od własnego miejsca pracy. Według open eyes economy, koncepcji wymyślonej w 2014 roku przez Jerzego Hausnera i Mateusza Zmyślonego, przyszłością są firmy, które cały biznes opierają na wartościach społecznych.

Przebudzeni konsumenci będą kupowali produkty i usługi tylko od firm zaangażowanych społecznie. Jak przekonuje Zmyślony, to w dużej mierze efekt kryzysu zaufania społecznego do biznesu.

– Model turkusowy neguje chciwy biznes. Ten proces już się rozpoczął, a za kilka lat nie będzie już branż, w których firmy będą miały szansę budować swoją wiarygodność w jakikolwiek inny sposób. Jeżeli firmy nie będą przydatne społecznie, zostaną przez społeczeństwo zanegowane. To oznacza, że dla cwaniaków kończy się czas – przekonuje przedstawiciel Open Eyes Economy.

W obecnym modelu Business Of Business Is Business firmy istnieją wyłącznie dla zysku. Według pomysłodawców nowej koncepcji biznesu problemem gospodarek wolnorynkowych jest kryzys idei, efekt zderzenia świata wartości ze światem chciwości. Zysk przestanie być jedynym celem biznesu, stanie się formą nagrody za społeczną świadomość i zaangażowanie firmy w sprawy ważne dla jej klientów. Eksperci podkreślają, że przedsiębiorstwa mają możliwości i zasoby, by zmieniać świat na lepszy.

– Na dłuższą metę 5–10-letnią, nawet najwięksi gracze, wielkie korporacje międzynarodowe, które np. unikają płacenia podatków, zostaną z tego rynku wypchnięte. Warto o tym pamiętać, bo odnosi się to zarówno do sektora małych i średnich przedsiębiorstw, jak i do największych korporacji – wskazuje Zmyślony. 

Taki model mogą stosować wszystkie branże. Istnieją już firmy idee, które bazują na wartościach, a klientów traktują po partnersku, dbają o uczciwą konkurencję, są odpowiedzialne w wymiarze społecznym i ekologicznym. Zdaniem Zmyślonego elementy firmy idei są już widoczne w działaniach takich marek, jak Coca-Cola, Ikea, H&M, Skanska, PZU, KGHM, czy Nespresso.

– Ten trend przeniesie się na wszystkie branże. Już za chwilę ludzie będą chcieli mieszkać w domu zbudowanym ekologicznie, odpowiedzialnie społecznie, w domu pasywnym, wyposażonym w meble z recyklingu – analizuje pomysłodawca nowej koncepcji biznesu.

Polska stoi u progu rewolucji w prowadzeniu biznesu. Gospodarka oparta na wartościach staje się dla konsumentów coraz istotniejsza. To trend, który obecnie popularny jest przede wszystkim w kwestii jedzenia. Kupujemy produkty, które zostały wyprodukowane ekologicznie, sprawdzamy, czy jajko pochodzi od kury z wolnego wybiegu. Kupuje się nie produkt, lecz całą ideę.

– Dziś statystyczny Polak nie przejmuje się tym, jakie ubrania zakłada, bardziej interesuje go za jaką kwotę. Natomiast w Szwecji czy w Niemczech w sklepach odzieżowych często już 70 proc. stanowią „rzeczy świadome”, czyli droższe, ale wytworzone etycznie i ekologicznie. Ten trend na rynkach skandynawskich jest w tym momencie absolutnym standardem – zaznacza Mateusz Zmyślony.

O modelu organizacji turkusowej czy ekonomii otwartych oczu mówi się coraz więcej i coraz częściej. W Warszawie 24 października odbędzie się konferencja „Firma z duszą”. W Krakowie 15–16 listopada zostanie natomiast zorganizowany kongres Open Eyes Economy Summit.