Polska nie jest przygotowana na ewentualny światowy kryzys. Trzeba zrównoważyć wpływy budżetowe z wydatkami

CEO Magazyn Polska

Na razie polska gospodarka jest w dobrej kondycji. PKB w całym 2015 roku wzrósł o 3,6 proc., a w czwartym kwartale o 3,9 proc. To jeden z najlepszych wyników w Europie. Nad światowymi rynkami wisi jednak groźba tąpnięcia w Chinach, co pociągnęłoby za sobą kłopoty gospodarki niemieckiej, będącej najważniejszym partnerem handlowym Polski. Wówczas nierównowaga w finansach publicznych, czyli zbyt wysoki deficyt budżetowy, stanowiłaby czynnik zniechęcający inwestorów do polskiego rynku. A oni i tak już są mocno zniechęceni.

– Patrząc na wskaźniki makro, przynajmniej te ostatnie za 2015 rok, widzimy, że mamy bardzo dobrą sytuację gospodarczą, solidny wzrost oparty na popycie wewnętrznym, zarówno w konsumpcji gospodarstw domowych, jak i w inwestycjach. Wszystko wskazuje na to, że te dobre tendencje utrzymają się również w 2016 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.

Według opracowań Głównego Urzędu Statystycznego w IV kw. najsilniejszym składnikiem PKB tradycyjnie okazał się popyt konsumpcyjny. Odpowiada on za dwie trzecie jego wartości. Przez cały rok tempo wzrostu konsumpcji utrzymało się na poziomie 3,1 proc. Nieco mocniejsze niż w III kwartale okazały się też inwestycje. Wzrosły one o 4,9 proc. (w III kwartale o 4,6 proc.). Wojciechowski zwraca jednak uwagę na to, że obecna korzystna sytuacja może ulec znacznemu pogorszeniu w krótkim czasie, z powodu czynników zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych.

– Nigdy nie można wykluczyć pewnych elementów ryzyka, które mogą wystąpić. Głównym takim czynnikiem niepewności, który jawi się na horyzoncie, jest sytuacja w Chinach. Od pewnego czasu Chiny notują spowolnienie tempa wzrostu gospodarki. To nie jest dramatyczne wyhamowanie, ale jednak – zwraca uwagę Wojciechowski. – Są tam duże problemy w sektorze finansowym. Wiele przedsiębiorstw jest nadmiernie zadłużonych. Nie można wykluczyć scenariusza, w którym ta sytuacja w Chinach nie to, że wymknie się spod kontroli, ale przerodzi się w bardziej poważny kryzys finansowy, co z kolei mogłoby osłabić aktywność gospodarczą w strefie euro, w szczególności w Niemczech, a to odbiłoby się rykoszetem na nas.

W ubiegłym roku chiński PKB wzrósł o 6,9 proc., co jak na tamtejsze oczekiwania i przyzwyczajenia jest wynikiem niskim.

Polska gospodarka, choć w tej chwili jest w dobrej kondycji, może zdaniem ekonomisty osunąć się w pułapkę deficytu. Zwiększone wydatki państwa powodują, że mimo korzystnej sytuacji gospodarczej utrzymanie deficytu budżetowego w 3,4-proc. ryzach może być zagrożone.

– Patrzę z pewną obawą na sytuację w polityce fiskalnej, bo mamy solidny wzrost gospodarczy, a jednocześnie mamy deficyt finansów publicznych bliski 3 proc. PKB. To nie jest zdrowa sytuacja. W takiej sytuacji gospodarczej, czyli przy wzroście powyżej 3 proc. opartym głównie na popycie wewnętrznym, powinniśmy mieć zrównoważony budżet, a może nawet lekką nadwyżkę – przekonuje Wojciechowski. – Tutaj tkwi największe ryzyko wewnętrzne i główne wyzwanie dla rządu i polityków, aby ograniczać ten deficyt, a nie zwiększać. Patrząc na dotychczasowe działania rządu, raczej mamy wzrost wydatków w stosunku do rekompensujących je dochodów, które mają sfinansować te dodatkowe wydatki.

Polska gospodarka urosła w ub.r. o 3,6 proc., zaś w IV kw. nawet o 3,9 proc. To jeden z lepszych wyników w Europie. Mimo to rząd, jak podkreślają ekonomiści, zamiast korzystać z pozytywnej koniunktury mnoży wydatki, co nie sprzyja ograniczeniu deficytu. Na 2016 rok zaplanowano rekordową dziurę budżetowa w wysokości niemal 55 mld zł.

– Na pewno utrzymując dużą nierównowagę w finansach publicznych przy relatywnie dobrym wzroście gospodarczym, pokazujemy inwestorom, że nie potrafimy zrównoważyć dochodów i wydatków – przestrzega główny ekonomista Plus Banku. – W sytuacji, kiedy rzeczywiście nastąpiłoby pogorszenie w otoczeniu zewnętrznym, silne wyhamowanie tempa wzrostu w Chinach i u innych naszych partnerów handlowych, to oczywiście nie można wykluczyć, że to dotknęłoby znacząco Polskę. To, co powinniśmy robić, to dbać o zrównoważenie finansów publicznych tak, żeby te negatywne konsekwencje były jak najmniej dotkliwe dla nas.

Uspokojenie na rynkach globalnych może zachęcić inwestorów do powrotu do Polski

CEO Magazyn Polska

Niepokojące dane z chińskiej gospodarki oraz wciąż taniejąca ropa naftowa spowodowały, że początek roku na światowych rynkach finansowych był nerwowy. Z kolei w Polsce obniżka ratingu, dokonana przez S&P w połowie stycznia, przełożyła się negatywnie na notowania złotego i koszty długu. Jednak dobre informacje z polskiej gospodarki wyciszyły na razie początkowe niepokoje, a gdyby doszło do uspokojenia sytuacji na surowcach oraz na rynku chińskim, byłaby szansa na powrót do wzrostów na giełdzie.

Początek roku był bardzo nerwowy na rynkach finansowych zarówno na świecie, jak i w Polsce. Inwestorów niepokoiło wiele czynników. Na świecie była to przede wszystkim obawa o spowolnienie wzrostu gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Adamiak, dyrektor Biura Strategii Rynkowych w PKO Banku Polskim. – Mieliśmy słabe dane gospodarcze z Chin, co skutkowało spadkiem cen surowców. To z kolei wzbudziło obawy o wypłacalność niektórych krajów, a to przełożyło się na rynki finansowe i mocno zaniepokoiło inwestorów.

Chiński PKB w ubiegłym roku wzrósł o 6,9 proc., a według styczniowych prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego w tym roku wzrośnie o 6,3 proc. Wskaźnik PMI dla chińskiego przemysłu pozostaje pod kreską (czyli poniżej granicy 50 pkt) od marca 2015 roku. W ubiegłym miesiącu znów odnotowano jego spadek do 48 pkt. Zdaniem Mariusza Adamiaka spowolnienie tempa rozwoju jest skutkiem przestawiania chińskiej gospodarki z modelu przemysłowo-eksportowego na konsumpcyjny.

Uspokojenie sytuacji w Chinach, ustabilizowanie wzrostu gospodarczego i nastrojów inwestorów na pewno pomogłoby rynkom finansowym – mówi Mariusz Adamiak. – Barometrem dla rynków są ceny ropy. One są wskaźnikiem popytu globalnego oraz perspektyw gospodarczych rynków wschodzących, bo duża ich część jest producentami ropy, a co za tym idzie – są one uzależnione od notowań tego surowca.

Od połowy lutego baryłka teksańskiej ropy WTI podrożała już o ponad 8 dolarów, czyli prawie o 30 proc. Zdaniem Mariusza Adamiaka, choć ogromne zapasy ropy nie pozwolą w najbliższym czasie na znaczące odbicie cen tego surowca, to potencjał spadkowy jest już mocno ograniczony. Ropa wciąż jest jednak tańsza o ponad 6 proc. niż na przełomie roku, w ciągu trzech lat jej cena spadła o ponad 60 proc. To powoduje kłopoty krajów takich jak Rosja czy Wenezuela. Polska przez większość światowych inwestorów postrzegana jest jako rynek wschodzący, podobnie jak wspomniane gospodarki. Do tego dochodzą czynniki wewnętrzne.

W Polsce na początku roku również mieliśmy do czynienia z dosyć zmiennymi nastrojami. Było to spowodowane przede wszystkim obawami inwestorów o dyscyplinę fiskalną, ponieważ program rządu zakłada spory wzrost wydatków i pojawiły się wątpliwości o możliwość ich sfinansowania – przypomina Mariusz Adamiak. – Ostatnie tygodnie przyniosły jednak spore uspokojenie w tej kwestii. Retoryka wypowiedzi członków rządu odpowiedzialnych za gospodarkę dąży zdecydowanie w kierunku uspokojenia nastrojów rynkowych i pogodzenia planów wydatkowych z możliwymi do osiągnięcia wpływami.

Po gwałtownym spadku wartości złotego w połowie stycznia, gdy agencja Standard & Poor’s obniżyła rating Polski do poziomu BBB+, polska waluta zyskała już ponad 5 proc. Kurs EUR/PLN znajduje się obecnie na poziomie najniższym od dwóch miesięcy. Także rentowności polskich obligacji wyraźnie cofnęły się ze szczytów osiągniętych na początku roku.

Zdaniem Mariusza Adamiaka ważnym czynnikiem stabilizującym nastroje inwestorów w Polsce jest również bardzo mocny wzrost gospodarki. W całym 2015 roku dynamika PKB wyniosła 3,6 proc., a w IV kw. gospodarka rozwijała się w tempie 3,9 proc rdr., czyli najszybciej od czterech lat.

W perspektywie dalszych kwartałów bardzo istotne jest to, żeby inwestorzy odzyskali jasność sytuacji co do polityki państwa wobec głównych sektorów notowanych na tej giełdzie – zwraca uwagę Mariusz Adamiak.

Dyrektor biura strategii rynkowych PKO Banku Polskiego przypomina, że giełda to nie tylko indeksy, lecz także poszczególne spółki, których wyceny przekładają się na obraz całego rynku. Na naszej warszawskiej giełdzie dominują takie sektory jak bankowy czy energetyczny i dlatego w ostatnim czasie nastroje na polskiej giełdzie pozostawały pod wpływem dyskontowania możliwych scenariuszy dla tych sektorów.

Resort zdrowia zapowiada poprawę dostępu do nowoczesnych terapii onkologicznych. Także dla pacjentów z rzadkimi postaciami raka

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Zdrowia pracuje nad zmianami w pakiecie onkologicznym. Mają one poszerzyć możliwości diagnostyki i leczenia oraz doprowadzić do objęcia opieką większej liczby pacjentów i zmniejszenia biurokracji. Ministerstwo zamierza ponadto ułatwić chorym dostęp do nowoczesnych terapii dotyczy to zwłaszcza pacjentów cierpiących na nowotwory rzadkie lub znajdujących się w terminalnym stadium choroby.

Według Fundacji Watch Health Care 250 innowacyjnych leków oraz blisko 1000 innowacyjnych technologii nielekowych nie podlega w Polsce refundacji. Większość z nich to terapie onkologiczne – według raportu Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia refundacja nie obejmuje 1/3 z 30 analizowanych w raporcie leków onkologicznych. Dostęp do innowacyjnych terapii mają poprawić zmiany w ustawie refundacyjnej, nad którymi pracuje obecnie resort zdrowia. Dotyczyć one będą przede wszystkim terapii stosowanych w leczeniu bardzo rzadkich nowotworów, a więc dotyczących niewielkiej grupy pacjentów, oraz chorych w schyłkowej fazie życia.

Jeśli będą dostępne technologie medyczne i leki, które wydłużają w istotny sposób życie w fazach terminalnych chorób nowotworowych, to będą one preferowane. To nie znaczy, że od razu otworzymy się bez żadnego względu na ceny tych leków, ale będą uzyskiwać one preferencyjne punkty w rankingach podczas podejmowania decyzji refundacyjnych i cenowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Łanda, wiceminister zdrowia.

Zdaniem wielu lekarzy i środowisk pacjenckich problemem polskiej onkologii jest zbyt długi okres oczekiwania na objęcie leku refundacją przez Agencję Oceny Technologii Medycznych. Według nich okres ten może wynosić nawet dwa lata, czyli półtora roku dłużej niż przewiduje Dyrektywa Przejrzystości Komisji Europejskiej. Wiceminister zdrowia zapewnia jednak, że tak długi czas oczekiwania na ocenę ma miejsce jedynie w sporadycznych przypadkach.

– W większości przypadków wydłużenia czasu powyżej 180 dni podmioty odpowiedzialne, czyli firmy farmaceutyczne zawieszają proces, a wtedy stoper jest zatrzymywany. Czas na rozpatrzenie wniosku refundacyjnego ponownie płynie wówczas, gdy firma go odblokuje – mówi Krzysztof Łanda.

Wiceminister zapowiada także zmianę stylu dialogu pomiędzy resortem zdrowia a firmami farmaceutycznymi w zakresie refundowania leków onkologicznych. W ministerstwie trwają obecnie prace nad zwiększeniem kompetencji Komisji Ekonomicznej, której zadaniem jest negocjowanie cen leków z koncernami farmaceutycznymi. Zdaniem wiceministra zmianie powinny także ulec zasady stosowania instrumentów dzielenia ryzyka.

W resorcie trwają ponadto prace nad zmianami w pakiecie onkologicznym. Mają one uprościć dokumentację i wprowadzić sprawniejszy system finansowania.

Trzeba uprościć sprawozdawczość, czyli walczymy z biurokracją. Oprócz tego chcemy poszerzyć możliwości leczenia oraz diagnostyki. Czyli tam, gdzie w tej chwili jest zupełnie niepotrzebna blokada, będziemy starali się objąć opieką znacznie większą liczbę pacjentów i w znacznie prostszy do rozpatrzenia sposób – mówi Krzysztof Łanda.

Zmiany mają dotyczyć m.in. karty diagnostyki i leczenia onkologicznego, sposobu funkcjonowania konsyliów oraz leczenia paliatywnego i hospicyjnego, które będą zwolnione z obowiązujących obecnie limitów. Wiceminister uważa, że pakiet onkologiczny w pewnym stopniu spełnia pokładane w nim oczekiwania – znacznie skrócił bowiem czas pomiędzy rozpoznaniem choroby nowotworowej a wdrożeniem pierwszego leczenia.

Z drugiej strony trzeba ten pakiet poprawić, bo rzeczywiście nakłada irracjonalne obowiązki biurokratyczne na lekarzy, którzy powinni się skupić na pacjencie, a nie na wypełnianiu różnego rodzaju kwitków, których potem nikt nie analizuje i które do niczego tak naprawdę nie służą – mówi Krzysztof Łanda.

Pakiet onkologiczny został wprowadzony 1 stycznia 2015 roku. Jego celem było poprawienie jakości opieki nad pacjentami onkologicznymi i przyspieszenie ich leczenia poprzez usprawnienie procesów diagnostyczno-terapeutycznych. 

Prezes KIGC: Plan Morawieckiego przyspieszy rozwój firm. Dzięki większym inwestycjom i wykorzystaniu know-how firm z zagranicznym kapitałem zwiększy się konkurencyjność gospodarki

CEO Magazyn Polska

Rozwój Polski oparty na inwestycjach firm i innowacjach to słuszny kierunek – ocenia plan Morawieckiego Jacek Czech, prezes Krajowej Izby Gospodarki Cyfrowej. Trzeba do tego wykorzystać unijne środki i know-how firm z sektora ICT działających w Polsce. Aktywny udział państwa, które nie tylko nadzoruje, lecz także inicjuje procesy gospodarcze, może pozwolić na szybszy rozwój przedsiębiorstw, a co za tym idzie – także gospodarki.

– Warto wesprzeć program Mateusza Morawieckiego – to jedyny dziś kierunek, który jest w stanie przyczynić się do rozwoju Polski. Wielu polskich przedsiębiorców patrzy na ten plan pozytywnie, choć wciąż jeszcze zostało bardzo dużo szczegółów do określenia – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Czech, prezes Krajowej Izby Gospodarki Cyfrowej. – Plan sprzyja rozwojowi polskiej gospodarki, a to jest dla wszystkich najważniejsze.

Jednym z filarów „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” przygotowanego przez wicepremiera jest rozwój innowacyjnych firm poprzez budowę przyjaznego otoczenia dla biznesu i wsparcia innowacji. Resort rozwoju zapowiada przygotowanie pakietu dla przedsiębiorców i innowacji. W jego ramach znajdzie się m.in. nowa ustawa o innowacyjności, która pojawi się w I połowie 2017 roku. Resort chce także uruchomić program wsparcia dla start-upów i zreformować instytuty naukowo-badawcze,

Morawiecki podkreśla, że strategiczny rozwój Polski powinien się opierać na polskich firmach i oszczędnościach. Rozwój na kredyt nie wystarczy, aby wzmocnić innowacyjność, konieczne są własne oszczędności, zwłaszcza że 82,5 mld euro środków unijnych przeznaczonych dla Polski to prawdopodobnie ostatni tak duży zastrzyk pieniędzy. Obecnie wydatki na badania i rozwój to mniej niż 1 proc. PKB, a zaledwie sześć polskich firm można zaliczyć do grona światowych championów.

Nie ma innej możliwości zwiększenia przychodów i wartości firmy niż poprzez inwestowanie w nowe technologie. To absolutna podstawa. Do 2020 roku mamy bardzo dużo środków unijnych i trzeba je racjonalnie wykorzystać. Zwracam też uwagę na to, co znalazło się w planie, czy to, by środki były inwestowane, a nie wydatkowane. To zasadnicza różnica – podkreśla Czech.

Plan Morawieckiego zakłada, że w ciągu najbliższych 25 lat inwestycje w polskiej gospodarce sięgną biliona złotych, z czego ok. 20 proc. mają wnieść przedsiębiorcy. Firmy mają obecnie na kontach dużo wolnych środków, których nie przeznaczają jednak na inwestycje. Obecnie zaledwie 13 proc. małych i średnich przedsiębiorstw wprowadza innowacje (przy unijnej średniej na poziomie 31 proc.).

Zdaniem ekspertów skłonienie firm do inwestowania będzie możliwe tylko dzięki lepszym warunkom do prowadzenia działalności. Konieczne jest też zniesienie barier, które zniechęcają firmy do wydatków na badania. Czech przekonuje, że w budowanie potencjału polskiej gospodarki warto zaangażować zagraniczne firmy.

– Firmy z sektora ICT na rynku polskim stanowią ogromną siłę innowacyjną. Mają przewagę nad małymi firmami, ponieważ posiadają know-how. Jest szereg firmy w tym sektorze, które budują silną pozycję w Polsce, współpracując lokalnie na rynku z mniejszymi firmami i budując łańcuch gospodarczy pozytywnie wpływający na rozwój Polski – wskazuje prezes KIGC. – Jest wiele firm, choćby informatycznych, które zatrudniają dużą liczbę polskich specjalistów. To układ win-win, czyli wygrywa na tym każdy. Wsparcie państwa, wsparcie instytucjonalne jest niezmiernie ważne. Jeżeli korzysta na tym firma i jej pracownicy, to na końcu najbardziej skorzysta klient.

Pisma procesowe będzie można składać przez internet. To przyspieszy i ułatwi postępowania sądowe

CEO Magazyn Polska

Od września 2016 roku składanie pism procesowych będzie możliwe przez internet, a postępowanie dowodowe będzie mogło być przeprowadzone z wykorzystaniem środków komunikacji na odległość. Umożliwią to zmiany w Kodeksie postępowania cywilnego. Pozwolą one skrócić czas postępowania i oszczędzić koszty. Dużo będzie jednak zależało od gotowości sędziów i stron w sprawie do skorzystania z nowych środków. 

Zmiany w Kodeksie postępowania cywilnego uwzględniają rozwój technologiczny. Nowe przepisy mają na celu przede wszystkim umożliwienie informatycznego wnoszenia pism procesowych. Takie rozwiązanie jest możliwe w wielu krajach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Halwa, partner zarządzający w Kancelarii Schoenherr.

Dzięki nowym przepisom będzie można za pośrednictwem systemu teleinformatycznego wnosić i doręczać pisma w każdej sprawie, a nie tylko w elektronicznym postępowaniu upominawczym, jak obecnie. Droga wnoszenia pism będzie wybierana oddzielnie w każdej sprawie. Co więcej, na każdym etapie będzie można zrezygnować z wcześniej dokonanego wyboru.

Zmiany pozwolą przyspieszyć postępowanie. Obecnie pozwy nadaje się na poczcie, w sądzie trafiają do odpowiedniego wydziału, co jak podkreśla Halwa, nie tylko oznacza dodatkowe koszty, lecz także wydłuża czas.

Wnoszenie drogą internetową pism procesowych oznacza, po pierwsze, zmniejszenie obciążeń organizacyjnych, zarówno po stronie sądu, jak i kancelarii. Po drugie, przyspieszenie procesu, bo pismo dociera od razu tam, gdzie powinno – tłumaczy radca prawny.

Nowelizacja przepisów pozwoli też na prowadzenie posiedzeń sądowych i dowodów za pomocą takich urządzeń, które umożliwiają dokonywanie tego na odległość. Komunikacja na odległość również pozwoli oszczędzić czas i koszty, choć zdaniem eksperta z oceną należy się wstrzymać i poczekać na wprowadzenie nowych przepisów w praktyce sądowej.

Obecnie wiemy o kilku środkach komunikacji. Teletransmisja jest już dopuszczalna w niektórych krajach, u nas dotychczas takiej możliwości nie było. Takim środkiem może być również konferencja, nie za pomocą środków czysto telekomunikacyjnych, a bardziej informatycznych. Zobaczymy jednak, jaka będzie praktyka sądów w tym zakresie – ocenia Paweł Halwa.

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego wejdzie w życie we wrześniu br. Halwa pozytywnie ocenia zmiany i wskazuje, że idą zgodnie z duchem czasu. Jeszcze kilkanaście lat temu elektroniczne wnoszenie pism procesowych czy teletransmisje mogłyby się spotkać z barierą środowiska sędziowskiego. Obecnie powinno być inaczej, jednak dużo zależy od indywidualnej decyzji sędziów.

Organizowanie postępowania dowodowego z nowymi możliwościami powinno pozwolić na znaczące skrócenie czasu jego trwania. W praktyce dużo zależy od liczby spraw prowadzonych przez sędziego, na ile będzie on korzystał z nowych środków i na ile strony będą chciały z nich korzystać. Nie wszyscy i nie od pierwszego dnia będą korzystali ze wszystkich dobrodziejstw tej nowej ustawy – przekonuje partner zarządzający Kancelarii Schoenherr.

Doświadczenie innych krajów, gdzie zostały wprowadzone podobne przepisy, pokazuje, że dzięki nim znacznie usprawniono postępowanie, także dla większości profesjonalnych pełnomocników.

W Austrii podobna metoda elektronicznego składania pism procesowych jest szeroko wykorzystywana. Praktycznie wszyscy zawodowi pełnomocnicy w ten sposób składają pisma, co ułatwia obieg dokumentów i przyspiesza organizowanie posiedzeń sądowych. Dlatego uważam, że to na pewno obiecujący kierunek zmian – ocenia Paweł Halwa.

Sieć Stokrotka powiększy się w tym roku o 100 placówek

0

CEO Magazyn Polska

Emperia Holding, właściciel i franczyzodawca sieci Stokrotka, planuje uruchomienie 100 nowych placówek w 2016 roku, z czego połowy we franczyzie. Zarząd grupy liczy na to, że w połowie roku na jej wyniki zacznie oddziaływać pozytywny wpływ wzrostu cen żywności i napojów.

Stokrotka to ta część biznesu, której zarząd poświęca najwięcej czasu i nad którą dużo pracujemy, aby poprawiać efektywność – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Cezary Baran, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Emperia Holding. – Ten rok powinien przynieść kontynuację zapoczątkowanego w 2015 roku bardzo pozytywnego trendu rozwoju organicznego. Chcemy otworzyć co najmniej 100 nowych lokalizacji. Spodziewamy się też istotnego przyrostu sklepów franczyzowych.

W 2015 roku grupa Emperia miała 2,1 mld zł przychodów i 48,3 mln zł zysku netto. To wzrost o odpowiednio 6 proc. i 58,4 proc. Sam segment detaliczny zwiększył sprzedaż do 2,05 mld zł i osiągnął 6,9 mln zł zysku wobec 10,9 mln zł straty rok wcześniej.

Sieć Stokrotka liczyła na koniec grudnia 327 sklepów, w tym 241 supermarketów, 56 marketów i 30 sklepów we franczyzie. W ubiegłym roku otwarto 80, a zamknięto 5 sklepów. Wśród zaplanowanych przez sieć 100 nowych sklepów ma być 20 supermarketów, 30 marketów i 50 sklepów we franczyzie. Średnia powierzchnia nowo otwartych placówek w ubiegłym roku wynosiła 476 mkw.

Polski konsument bardzo często dzieli swoje zakupy pomiędzy różne podmioty, szukając najlepszych okazji. Chodzi nie tylko o okazje cenowe, co jest szansą dla takich sieci jak Stokrotka, gdzie konkurujemy zarówno ceną, jak i ofertą asortymentową i dodatkowymi usługami dla konsumentów – podkreśla Cezary Baran. – Znajdujemy swoje miejsce na rynku, oferując trochę inny zakres usług niż ci, którzy dzisiaj proponują najniższe ceny. Dowodem na to są chociażby bardzo optymistyczne odczyty, jeśli chodzi o sprzedaż like for like [na porównywalnej powierzchni – red.] w I kw. tego roku.

Ubiegły rok był dla firm handlowych trudny ze względu na utrzymującą się przez cały ten okres deflację. Spadek cen rozpoczął się w połowie 2014 roku. Choć ekonomiści przewidują, że w bieżącym roku deflacja przerodzi się w końcu inflację, zwłaszcza w obliczu niskiej bazy (czyli danych z ubiegłego roku, które są podstawą do porównania), to termin odwrócenia trendu coraz bardziej odsuwa się w czasie. W styczniu ceny spadły o 0,7 proc. wobec 0,5 proc. w grudniu. Sama żywność wraz z napojami alkoholowymi i bezalkoholowymi oraz wyrobami tytoniowymi delikatnie drożeje od września ubiegłego roku. Są to jednak wzrosty nieprzekraczające 0,5 proc.

– Z deflacją rzeczywiście mamy problem – przyznaje Cezary Baran. – Sytuacja trochę się poprawiła pod koniec roku, ale ciągle nie widać dramatycznego przesunięcia w kierunku inflacji. Oczekujemy, że w połowie roku powinniśmy zaobserwować przyrost inflacji na artykułach spożywczych. Mimo naszych optymistycznych wizji przyszłości, które mieliśmy jeszcze w końcówce ubiegłego roku, dzisiaj nie ma powodów do tego, by myśleć, że klienci będą zwiększali wydatki. Co nie zmienia faktu, że różnie oceniany przez rynek program „Rodzina 500 plus” powinien przynieść zwiększenie wydatków również na artykuły spożywcze.

5 proc. Polaków ma objawy pracoholizmu. Często zaburzenie to jest mylone z pracowitością i zaangażowaniem w obowiązki

CEO Magazyn Polska

Psychologowie szacują, że 5 proc. pracowników może być pracoholikami. Ponieważ nie jest to duży odsetek, często problem jest bagatelizowany – podkreśla psycholog Igor Rotberg. Pracoholizm często mylony jest z pracowitością, nie ma jednak wiele wspólnego z liczbą godzin spędzanych w pracy. Pracoholik to osoba patologicznie skoncentrowana na pracy, o niskiej samoocenie, dlatego bierze na siebie kolejne obowiązki tylko po to, by spełnić oczekiwania szefa.

Szacuje się, że pracoholicy stanowią mniej więcej 5 proc. populacji. W jednej firmie odsetek ten może być większy, w drugiej mniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Igor Rotberg, psycholog i psychoterapeuta. – Może się wydawać, że to niewiele. Dlatego jest to dana, która może być zignorowana. Skoro jest ich tylko 5 proc., to nie warto się nimi zajmować, tymczasem problem istnieje.

Zdaniem Igora Rotberga, waga problemu może być pomniejszana, zwłaszcza że poświęcanie się pracy i bycie pochłoniętym sprawami zawodowymi przez otoczenie często postrzegane są jako oznaka zaangażowania i poważnego traktowania swoich obowiązków. Z najnowszego rankingu OECD wynika, że statystyczny Polak w ciągu roku poświęca na pracę aż 1918 godzin, co daje nam 5. miejsce na świecie wśród państw tej organizacji i 2. miejsce w UE.

 Choć z badań społecznych wynika, że Polska jest krajem dosyć zapracowanym, to trzeba pamiętać o tym, że pracoholizm nie wiąże się z liczbą godzin spędzanych w pracy. Nie jest to ten czynnik, który nam mówi o tym, że ktoś jest pracoholikiem lub nie. W związku z tym badania mówiące o tym, że Polacy bardzo długo pracują, nie są wiążące dla kwestii pracoholizmu – mówi Igor Rotberg.

Granica oddzielająca rzetelne wypełnianie zadań powierzonych przez szefa od pracoholizmu jest bardzo cienka. Jak podkreśla Rotberg, tym, co powoduje zjawisko pracoholizmu, jest przede wszystkim niska samoocena pracownika.

Wpływ na nią mają czynniki zewnętrzne, opinie innych osób, dlatego pracoholik bardzo przeżywa każdą porażkę i trudno mu zaakceptować własne niedoskonałości. Drugim czynnikiem jest fakt, że pracoholik ma motywację zewnętrzną i wykonuje daną pracę przede wszystkim po to, żeby spełnić oczekiwania innych osób. Brakuje mu ciekawości dotyczącej pracy, zainteresowania, bardziej jest to spełnianie standardów związanych z wymaganiami pracodawcy lub współpracowników – tłumaczy Igor Rotberg.

Psychologowie wskazują, że dążenie do nierealistycznie wysokich standardów i stres zawodowy mogą być przyczyną głębokiej frustracji. Choć przez otoczenie pracoholik postrzegany jest jako wzorowy pracownik, to on sam ma niskie poczucie własnej wartości i nie wierzy w swoje możliwości. Niemniej jednak podejmuje każde wyzwanie, za wszelką cenę stara się mu sprostać i pracuje jeszcze bardziej intensywnie, nakręcając tym samym błędną spiralę.

Często wydaje się, że pracoholik jest bardzo dobrym pracownikiem, wiąże się to z odpowiedzialnością, sumiennością i pracowitością. Nie dostrzega się negatywnych skutków pracoholizmu dla osoby doświadczającej tego zaburzenia takich jak np. frustracja czy negatywnego wpływu na bliskie relacje z rodziną czy ze znajomymi – wyjaśnia Igor Rotberg.

Dla pracoholików życie rodzinne może być z jednej strony przeszkodą w pracy, ale jednocześnie pewnym punktem odniesienia, źródłem motywacji. Igor Rotberg podkreśla, że problemu nie można jednak bagatelizować i pracoholizm – tak, jak każde inne uzależnienie – powinien być leczony.

Przyczyna pracoholizmu tkwi na ogół w wewnętrznych procesach psychicznych danej osoby i często są to procesy nieuświadomione. W związku z tym trudno jest namówić pracoholika do pójścia do terapeuty – dodaje Igor Rotberg. – Ważne jest, i dobrze byłoby to propagować wśród pracodawców, żeby środowisko pracy zwracało uwagę na to, czy zaangażowanie pracownika wynika z pracowitości i zainteresowania pracą, czy jest to raczej uzależnienie od pracy.

Psychologowie tłumaczą, że pracoholizm grozi wypaleniem zawodowym oraz poważnymi problemami ze zdrowiem.

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

UNIMOT zawarł strategiczne umowy związane z obowiązkowymi zapasami paliw

UNIMOT S.A., niezależny importer paliw, zawarł strategiczne umowy z Operatorem Logistycznym Paliw Płynnych oraz trzema bankami, które umożliwiają samodzielne utrzymywanie obowiązkowych zapasów paliw. O tym co to oznacza dla Spółki mówi nam jej Prezes Robert Brzozowski.

Polityka banków centralnych zaważy na kursie złotego. Frank może podrożeć, ale nie gwałtownie

CEO Magazyn Polska

Polski złoty w perspektywie kolejnych miesięcy prawdopodobnie osłabi się do dolara i za amerykańską walutę będzie trzeba płacić więcej niż 4 zł. Natomiast obecny poziom euro powinien się utrzymać, jest nawet szansa na niewielkie osłabienie europejskiej waluty. Frank pozostanie mocny, ale skoku podobnego do tego z połowy stycznia 2015 r. nie należy się obawiać.

– Złoty w dużej mierze jest uzależniony od tego, co się będzie działo na głównej parze walutowej, czyli na euro-dolarze. Tutaj mamy dość ciekawą przyszłość, dlatego że jest rozbieżność w polityce monetarnej Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Leściorz, dyrektor ds. sprzedaży i edukacji CMC Markets. – W najbliższym czasie planowane jest obniżanie stóp procentowych i luzowanie polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny, co będzie sprzyjało osłabianiu się euro. Z kolei dolar będzie zyskiwał na potencjalnym zacieśnianiu polityki monetarnej. Być może nie na najbliższym posiedzeniu, które się odbędzie w marcu, tylko na kolejnych, ale inwestorów i rynek to czeka.

Kolejne posiedzenie Rezerwy Federalnej planowane jest na 15-16 marca. To jedno z tych posiedzeń, po których wydany zostanie komunikat z najnowszymi prognozami makroekonomicznymi. Będzie miał on wpływ na notowania dolara, bo rynek wciąż nie jest pewien, ile podwyżek stóp planuje na ten rok Fed. W grudniu nastąpiła pierwsza od niemal dekady podwyżka o 25 punktów bazowych.

– Zatem względem dolara polski złoty będzie zapewne się osłabiał. Ta bariera 4 zł, od której rynek odbija się przez cały czas i która na razie wydaje nieprzekraczalna, siłą rzeczy w perspektywie kilku miesięcy zostanie przebita. Natomiast, jeżeli chodzi o euro, to tutaj te poziomy w okolicach 4,30-4,25 są jak najbardziej osiągalne –  prognozuje Leściorz.

Przez ostatni miesiąc złoty umocnił się zarówno do dolara, jak i euro, choć ruch wobec europejskiej waluty jest głębszy i wynosi 2 proc. W przypadku dolara jest to 1,25 proc. Jednak analitycy uważają to umocnienie jedynie za korektę. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dolar umocnił się do złotego o 7,5 proc., euro o ponad 4 proc., a frank o ponad 3 proc.

– Na polskiej walucie odnotowujemy dość dużą zmienność, która przyciąga z pewnością przede wszystkim tych inwestorów, którzy przeprowadzają transakcje w krótkim horyzoncie czasowym. Mówimy tu o day-tradingu, swing-tradingu, czyli bardzo krótkoterminowych transakcjach – zauważa Leściorz. – Natomiast inwestorzy, którzy są mniej skłonni do ryzyka raczej kierują się ku bardziej bezpiecznym aktywom. Mam na myśli np. złoto, które w ostatnim czasie za takie jest uznawane. Czy też inne, jeżeli już mówimy o rynku walutowym, to waluty takie jak frank czy jen.

Złoto, od kilku lat przeceniane, w tym roku zyskało już niemal 17 proc. Złoty do jena stracił od początku roku prawie 7 proc.

Zdaniem Macieja Leściorza kluczowa dla poziomów złotego będzie w najbliższych miesiącach polityka głównych banków centralnych – EBC, Fedu czy Narodowego Banku Szwajcarii. Dane makroekonomiczne nie pozostaną bez znaczenia, jednak ich wpływ na notowania walut może być różnoraki.

– W dalszym ciągu bardzo ważne będą dane z amerykańskiego rynku pracy, czyli zatrudnienie w sektorze pozarolniczym – radzi dyrektor ds. sprzedaży i edukacji CMC Markets. – Choć akurat dane z rynku amerykańskiego już od lat nie zawsze współgrają z tym, co się dzieje na rynku, dlatego że dobre dane czasem powodują wzrosty, czasem spadki. Zatem można tu uzasadniać jedno i drugie pozytywnymi, jak i negatywnymi danymi. Ważne są również dane dotyczące sytuacji w przemyśle amerykańskim.

Informacje o rynku pracy w USA rynek pozna w najbliższy piątek 4 marca. Dzień wcześniej ujawnione zostaną dane o zamówieniach w przemyśle, a 16 marca – o produkcji przemysłowej.

– Jeżeli chodzi o franka, to powróciła jego funkcja jako waluty bezpiecznej. Zatem w sytuacji dużej zmienności, wzrostu awersji do ryzyka ponownie, inwestorzy uciekną do tej waluty – przewiduje Leściorz. – Tutaj jest jedna wielka niewiadoma. Podobnie jak 15 stycznia 2015 roku bank Szwajcarii zaskoczył zakończeniem utrzymywania poziomu interwencji na rynku walutowym. Dlatego niewykluczone jest, że zaskoczy teraz czymś odwrotnym, czyli ponownie podejmie decyzję o interwencji.

W połowie stycznia ub. roku SNB niespodziewanie zakończył utrzymywanie sztywnego kursu franka do euro na poziomie przynajmniej 1,20 (przynajmniej tyle franków trzeba było zapłacić za euro). Po uwolnieniu kursu szwajcarska waluta zaczęła się szybko umacniać. W pewnym momencie frank był nawet silniejszy od euro. Dziś europejska waluta kosztuje 1,08 franka.

– Jeżeli polski złoty będzie się osłabiał ze względu na sytuację globalną na rynkach, to również względem franka szwajcarskiego. Dlatego jest ryzyko dalszych wzrostów również przede wszystkim względem polskiego złotego. W pewnym sensie uderzy to w kredytobiorców, przy czym musimy pamiętać, że takie ruchy, jakie obserwowaliśmy już ponad rok temu raczej nie zagrażają kredytobiorcom. Zatem pod tym względem byłbym spokojny, raczej mówimy o ruchach rzędu kilkunastu groszy na parze frank-złoty.

Qumak chce zwiększyć rentowność. 2016 rok będzie okresem dyscypliny budżetowej

CEO Magazyn Polska

W tym roku spółka chce utrzymać zysk na podobnym poziomie, jednak przychody Qumaka mogą być niższe o ok. jedną piątą od ubiegłorocznych. Firma szykuje się do urealnienia poziomu zatrudnienia, będzie także rozwijać outsourcing pracowników. Jednocześnie spółka będzie inwestować w rozwój własnych produktów, w czym pomogą jej środki unijne.

– Nie przewidujemy większych planów inwestycyjnych na ten rok. Jedyne rzeczy, które chcemy rozwijać, to własne produkty, ale chcemy wspomóc się finansowaniem unijnym. Nie powinno to bardzo naruszyć zasobów finansowych spółki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Tiahnybok, p.o. prezesa spółki Qumak.

Spółka jest integratorem technologicznym, prowadzi kompleksową obsługę wdrożeń w kilkunastu obszarach technologicznych, zapewnia swoim klientom wsparcie techniczne i serwisowe oraz rozbudowę rozwiązań w miarę zmieniających się potrzeb.

– Obecnie rozwijamy własne produkty – mówi Tiahnybok. – Najnowszym, który możemy pokazać, jest symulator lokomotywy. Nad kolejnymi trwają intensywne prace. Dotyczą one głównie obszarów software’owych, IT i bezpieczeństwa, ale jeszcze za wcześnie, żeby mówić o szczegółach.

W 2015 roku Qumak osiągnął rekordowe przychody w wysokości 780 mln zł. To o ponad 34 proc. więcej niż w 2014 roku. Miał też 7,9 mln zł skonsolidowanego zysku netto, wobec 4 mln zł straty rok wcześniej.

– Na pewno 2015 rok był czasem bardzo wyjątkowym. Osiągnęliśmy rekordową wartość sprzedaży – podsumowuje wyniki p.o. prezesa Qumaka. – Liczymy się z tym, że 2016 rok będzie trochę skromniejszy. Nie uda nam się powtórzyć tak wysokiego przychodu. Poprzez redukcję kosztów i zwiększenie rentowności projektów chcemy osiągnąć jednak zbliżony poziom zysku.

Po 4 kwartałach 2015 r. Qumak miał rentowność brutto sprzedaży na poziomie 6,03 proc. wobec 3,3 proc. rok wcześniej. Spółka poprawiła rentowność zysku operacyjnego, która wyniosła 1,26 proc., zysku EBITDA – 1,67 proc., a rentowność netto osiągnęła 1,05 proc.

– Jeżeli spojrzelibyśmy na wynik oczyszczony z rezerw, byłby to jeden z najwyższych historycznie – mówi Tiahnybok. – Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy osiągać podobne poziomy zysku, jednak nie będą one już obciążane rezerwami.

Wynik netto oczyszczony z rezerw wyniósł 15,4 mln zł, co oznacza, że był najwyższy w historii spółki. Szef Qumaka podkreśla również, że na koniec roku grupa miała rekordowe zasoby gotówki na poziomie 67 mln zł, i to mimo spłaty dużej części zadłużenia w ostatnim kwartale. Wszystko dzięki wypracowaniu w 2015 roku cash flow (przepływów pieniężnych) na poziomie 50 mln zł.

– W tym roku skupimy się na rygorystycznym pilnowaniu kosztów. Rozwój będzie dotyczyć wyłącznie nowych produktów. W tej chwili stoimy przed dużym wyzwaniem dostosowania firmy do mniejszych o około 20 proc. przychodów. – zapowiada Tiahnybok. – W związku z tym nie przewidujemy przyrostu zatrudnienia, tym bardziej że mamy wiele powielających się kompetencji w ramach spółki. To będzie pole do prac nad poprawą efektywności – częściowo przez ograniczenia dublujących się kompetencji, częściowo poprzez ich outsourcowanie.

Szef spółki zapewnia jednak, że Qumak nie będzie wprowadzał żadnego programu zwolnień grupowych. W ramach swoich wewnętrznych zasobów będzie zajmować się poszukiwaniem i czasowym delegowaniem swoich specjalistów do innych firm. Dzięki temu spółka zachowa kompetencje do czasu uruchomienia projektów finansowanych z nowej perspektywy UE 2014–2020.

Ograniczony dostęp do innowacyjnych leków dla pacjentów z chorobami rzadkimi i hematoonkologicznymi. Resort zdrowia zapowiada zmiany

CEO Magazyn Polska

Na choroby rzadkie, w tym choroby krwi i układu krwiotwórczego, cierpi blisko 3 mln Polaków. Niestety, pacjenci mają ograniczony dostęp do innowacyjnych leków, które przedłużają im życie i poprawiają jego jakość. Resort zdrowia zapowiada wznowienie prac nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich zakładającym m.in. uruchomienie oddzielnej ścieżki refundacyjnej dla leków sierocych. 

Na choroby rzadkie cierpi ok. 6–8 proc. społeczeństwa, czyli nawet 3 mln Polaków. 75 proc. z tych schorzeń to choroby, na które zapadają dzieci; do schorzeń rzadkich należy jednak zdecydowana większość chorób hematoonkologicznych, atakujących krew i układ krwiotwórczy. W przebiegu tych chorób stosowane są najczęściej niezwykle skuteczne innowacyjne terapie, które nie tylko przedłużają życie pacjenta, lecz także znacznie poprawiają jego jakość. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych technologii medycznych, które przegrywają konkurencję z terapiami na choroby powszechne. 

Jako hematolodzy możemy się czuć niedoceniani. Reprezentujemy dziedzinę niszową, większość chorób hematoonkologicznych to choroby rzadkie. W związku z tym często nie są postrzegane jako palące problemy do załatwienia. I tutaj mamy pewne uczucie niedoszacowania naszych potrzeb i naszego status quo – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Sacha, lekarz pracujący w Klinice Hematologii Collegium Medicum UJ w Krakowie.

W Unii Europejskiej zarejestrowanych jest obecnie blisko 90 leków sierocych, podczas gdy w Polsce programem refundacyjnym objętych jest tylko 21 z nich. Na terapie stosowane w leczeniu chorób rzadkich Narodowy Fundusz Zdrowia co roku przeznacza ok. 150 mln zł – zdaniem ekspertów kwota ta powinna być zwiększona minimum dwukrotnie. By poprawiła się sytuacja pacjentów z chorobami rzadkimi, niezbędne jest porozumienie między lekarzami a środowiskami pacjenckimi oraz resortem zdrowia, którego efektem byłaby lepsza dostępność leków.

To mogłoby zbudować sensowny konsensus, który mógłby doprowadzać do większej dostępności leków. Chodzi o lepsze programy lekowe, szybszą reakcja na ich modyfikację, skrócenie czasu ich wprowadzania i wreszcie wypracowanie takich mechanizmów, które udostępniłyby naszym pacjentom innowacyjne cząsteczki powszechnie stosowane na świecie – mówi Tomasz Sacha.

Jedną z chorób rzadkich niedostrzeganych przez polski system opieki zdrowotnej jest mielofibroza, zwana także włóknieniem samoistnym szpiku, czyli choroba nowotworowa szpiku kostnego o nieznanej przyczynie. Polega ona na nadmiernym rozroście jednej lub kliku linii komórkowych szpiku. W Polsce cierpi na nią ok. 1 tys. osób. Mielofibroza dotyczy przede wszystkim osób starszych, rzadko występuje u pacjentów poniżej 60 roku życia. Nadzieją dla chorych jest inhibitor genu JAK2, zarejestrowany w Polsce, ale nie objęty refundacją. Negatywna decyzja refundacyjna została podjęta na podstawie oceny efektywności kosztowej. Zdaniem eksperta kryterium to nie powinno być stosowane w przypadku chorób rzadkich.

– Powołując się na ten parametr, minister odmówił ostatnio refundacji tego leku dla pacjentów. Niestety, jesteśmy jednym z niewielu krajów europejskich, w którym nie możemy stosować leku istotnie zmniejszającego objawy tej choroby, ale co równie ważne, przedłużającego przeżycie. To przedłużenie przeżycia dotyczy 50 proc. chorych, którzy biorą ten lek – mówi prof. Tomasz Sacha.

Resort zdrowia zapowiada wznowienie prac nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Mają się one zakończyć w ciągu kilku najbliższych miesięcy, a nad ich przebiegiem czuwać będzie nowo powstały Zespół ds. Chorób Rzadkich przy ministrze zdrowia. Plan ma zwiększyć dostęp do leków sierocych, głównie poprzez stworzenie oddzielnej ścieżki refundacyjnej, poprawić standardy leczenia pacjentów z chorobami rzadkimi, przyczynić się do stworzenia ośrodków referencyjnych oraz zapewnić odpowiednią opiekę socjalną dla chorych i ich rodzin.

Raj podatkowy za miedzą. Słowacja nowym celem polskich przedsiębiorców

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba firm pośredniczących w założeniu biznesu lub zatrudnianiu na Słowacji. Powodem są niższe stawki ubezpieczeniowe i niższy VAT u naszych południowych sąsiadów. Warunki są atrakcyjne zwłaszcza dla branży transportowej.

– Raje podatkowe są bardzo cenną i potrzebną instytucją. Trzeba pamiętać o tym, że kiedy u nas rosną składki na ubezpieczenie społeczne, a także ogólne koszty prowadzenia działalności gospodarczej, raj podatkowy jest ciekawą alternatywą dla prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Jurczak, adwokat ze spółki konsultingowej WFY Group. – Oprócz tych tradycyjnych i dobrze znanych, jak chociażby Luksemburg czy wyspy na kanale La Manche, warto także wspomnieć o kraju, który jest blisko, czyli Słowacji.

Największą zmorą polskich przedsiębiorców są składki na ubezpieczenia. W przypadku umowy o pracę poza wynagrodzeniem brutto płaconym pracownikowi, pracodawca odprowadza jeszcze ok. 20 proc. tej kwoty tytułem składek. Od początku tego roku przedsiębiorcy muszą też płacić składki emerytalne od umów-zlecenia oraz składki na ubezpieczenie zdrowotne do wysokości pensji minimalnej.

Ponadto mimo lat zapewnień o wprowadzeniu „jednego okienka” i innych udogodnień dla przedsiębiorców, polscy biznesmeni wciąż skarżą się nie tylko na nadmierny fiskalizm państwa, lecz także na nieprzychylność urzędników.

– Prawodawstwo słowackie w przeciwieństwie do polskiego przewiduje szereg udogodnień dla przedsiębiorców. W szczególności należy wspomnieć o tym, że mamy tam niższe podatki – wskazuje Jurczak. – Podstawowa stawka podatku VAT wynosi tam 20 proc., podczas gdy w Polsce jest to 23 proc. Ponadto mamy także niższe stawki podatku dochodowego zarówno od osób fizycznych, jak i od osób prawnych. Także z uwagi na rozbudowany system ulg dla przedsiębiorców możemy powiedzieć, że realne obciążenie z tytułu podatków dochodowych jest dużo niższe niż w Polsce.

W Polsce podatek dochodowy w zależności od wysokości dochodu wynosi 18 lub 32 proc. Na Słowacji natomiast odpowiednio 19 i 25 proc. (wyższa stawka dotyczy zarabiających powyżej 3300 euro miesięcznie, czyli ok. 1 proc. osób).

Natomiast podatek VAT jest znacząco niższy, bo wynosi 20 proc., a nie jak w Polsce – 23 proc. Niższe stawki w Unii Europejskiej obowiązują tylko w Luksemburgu (15 proc.), na Malcie (18 proc.) oraz na Cyprze i w Niemczech (19 proc.)

– Prowadzenie działalności gospodarczej na Słowacji wydaje się być szczególnie atrakcyjne dla firm z branży transportowej. Należy pamiętać, że po pierwsze na Słowacji nie mamy akcyzy od środków transportu, po drugie, nie ma także podatku od środków transportu, a po trzecie, VAT od nabycia pojazdu można w całości wliczyć w koszty. Nie ma obowiązku prowadzenia kosztochłonnej i czasochłonnej ewidencji przebiegu pojazdów – komentuje Jurczak.

Na Słowacji od zakupu samochodu oraz paliwa do niego można odliczyć pełną kwotę VAT. Ponadto także amortyzacja odliczana jest od całego kosztu zakupu. Tymczasem w Polsce przepisy pozwalają na odliczenie 50 proc. od aut wykorzystywanych zarówno do działalności gospodarczej, jak i do prywatnej, a polski rząd wystąpił do Komisji Europejskiej o zgodę na przedłużenie tego przepisu do końca 2019 r.

Jurczak dodaje, że Słowacja nie stosuje podatku od środków transportu. Z szacunków wynika, że firma transportowa dysponująca setką TIR-ów może rocznie zaoszczędzić nawet 300 tys. złotych, jeśli przeniesie biznes na Słowację.

Dodatkowym argumentem są różnice w odpowiedzialności cywilnej członków zarządu.

– W Polsce mamy bardzo surową odpowiedzialność członków zarządu przewidzianą w art. 299 Kodeksu spółek handlowych, a  także art. 116 ordynacji podatkowej. Ogólnie członek zarządu odpowiada całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki, podczas gdy na Słowacji członek zarządu co do zasady nie ponosi odpowiedzialności za zobowiązania spółki tak cywilne, jak i podatkowe – mówi Michał Jurczak. – Można przypisać tę odpowiedzialność jedynie w sytuacji, kiedy udowodnimy mu, że zobowiązania powstały z winy umyślnej – dodaje.

Statystyczny polski kierowca traci w korkach 3,3 tys. zł rocznie. Najbardziej poszkodowani są wrocławianie i krakowiacy

CEO Magazyn Polska

3,8 mld zł kosztowały w 2015 roku polskich pracujących kierowców korki w siedmiu największych polskich miastach. Oznacza to wzrost wobec poprzedniego roku, w którym udało się nieco zredukować te wartości. Na statystycznego kierowcę przypada więc 3 350 zł rocznie. Nominalnie najwięcej tracą właściciele aut w Warszawie, jednak ze względu na różnice w zarobkach procentowo bardziej poszkodowani są wrocławianie czy krakowiacy.

Koszty korków rosną, po pierwsze dlatego, że rosną średnie wynagrodzenia. Jeżeli jesteśmy bogatsi, to czas, który tracimy jest droższy. Druga rzecz, rosną nam opóźnienia powodowane przez korki. W czterech z siedmiu analizowanych miast ten czas opóźnień wzrósł, w tym w dwóch wzrósł bardzo znacząco – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Consulting.

Dodatkowym elementem pogarszającym statystyki jest spadek bezrobocia, czyli wzrost zatrudnienia. To powoduje, że więcej osób w godzinach szczytu próbuje się przemieścić z miejsca na miejsce, co potęguje tłok na ulicach.

W porównaniu z 2014 rokiem najmocniej czas opóźnień w korkach wydłużył się w Krakowie i Poznaniu – o ponad godzinę miesięcznie. Niewiele lepiej jest w Warszawie, gdzie różnica wynosi 44 minuty.

Z przeprowadzonej przez firmę konsultingową Deloitte i serwis Targeo.pl analizy wynika, że pracujący kierowcy w siedmiu największych miastach Polski – Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu i Gdańsku – stracili łącznie w korkach w 2015 r. średnio 14,6 mln zł dziennie, czyli prawie 321 mln zł miesięcznie i ponad 3,8 mld zł rocznie. Na statystycznego kierowcę przypadło w całym roku 3 350 zł, czyli 70 proc. średniej miesięcznej pensji. Rok wcześniej było to 64 proc. średniej miesięcznej pensji.

Średni koszt w skali makro wzrósł rok do roku o 12 proc., natomiast w skali mikro, na przeciętnego kierowcę – aż o 18 proc.

Choć nominalnie najwięcej pieniędzy w korkach zostawiają warszawiacy, to ze względu na relatywnie wysokie zarobki ich obciążenie pozostaje na poziomie średniej krajowej, czyli 70 proc. miesięcznego wynagrodzenia w skali roku. Gorzej wygląda sytuacja w Poznaniu, którego mieszkańcy tracą 74 proc. pensji i Krakowie – 78 proc. Najbardziej poszkodowani są wrocławianie, którzy tracą rocznie 81 proc. miesięcznej płacy.

Są też miasta, w których sytuacja się poprawia. Gdańsk jest rekordzistą – tam poprawa jest bardzo duża, zarówno w czasie straconym w korkach, jak i w kosztach – mówi Antczak. – Jeszcze 5 lat temu mieszkańcy Gdańska tracili 68 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia na stanie w korkach, a obecnie tylko 43 proc. Ale miasto wykorzystywało wszystkie możliwe rezerwy, usprawniając transport, budując drogi tam, gdzie należało to budować, aby usuwać wąskie gardła.

Stolica Pomorza może pochwalić największym spadkiem miesięcznego czasu stania w korkach w ciągu pięciu lat: z 7 godzin 18 minut w 2010 roku do 5 godzin w 2015. Poza Gdańskiem skrócenie tego czasu udało się osiągnąć jedynie Poznaniowi (o 3 minuty w perspektywie pięcioletniej, ale wobec 2014 roku nastąpił wzrost o godzinę i kwadrans) i Warszawie (o 47 minut, ale w ciągu roku nastąpił wzrost o 44 minuty).

Mamy coraz wyraźniej zarysowaną granicę między czterema najbardziej zakorkowanymi miastami a pozostałymi – mówi Rafał Mikołajczak, prezes zarządu Indigo, operatora serwisu Targeo.pl. – Czasy tracone przez kierowców miesięcznie w każdym z tych zakorkowanych miast to ponad 8 godzin. Natomiast w pozostałej trójce to od 5 do 6 godzin w skali miesiąca. Podobnie to wygląda w wymiarze kosztowym. W Warszawie koszt na kierowcę to prawie 4 tys. zł rocznie, natomiast Gdańsk, Łódź i Katowice to są koszty w okolicach 2 tys. zł na kierowcę.

W przypadku części miast najnowsze wyliczenia nie odbiegają od tych z 2010 roku, gdy powstawała pierwsza edycja raportu, co wskazywałoby na niską efektywność polityki transportowej w najbardziej zakorkowanych miastach w Polsce.

W swoich rekomendacjach kładziemy nacisk na wykorzystanie prostych rezerw. Widać, że to przynosi efekty, bo w każdym miejscu, gdzie inwestycje prowadziły do usuwania wąskich gardeł, widać wyraźną poprawę płynności transportu – radzi Mikołajczak. – Pokazujemy też, że np. przepis o zakazie wjazdu na skrzyżowanie, kiedy nie można z niego zjechać, nie jest w Polsce egzekwowany. Bardzo często prowadzi to do eskalacji problemów w godzinach szczytu i w takich ekstremalnych sytuacjach jak pierwsze opady śniegu czy inne ponadprzeciętne utrudnienia w ruchu.

Większość pań z okazji Dnia Kobiet dostanie prezent. Co piąty mężczyzna nie zamierza świętować

CEO Magazyn Polska

Dzień Kobiet to dla większości kobiet i mężczyzn ważna okazja do świętowania. Uczcić ten dzień zamierza w tym roku 75 proc. panów – wynika z Barometru Providenta. Większość deklaruje zakup kwiatów, pozostali zdecydują się na drobny prezent. Co piąty mężczyzna nie planuje nic na ten dzień – to single albo osoby, które nie uznają tego święta. Wydatki zależą od wieku. Im młodszy mężczyzna, tym szerzej otworzy portfel.

Jak pokazują wyniki Barometru Providenta, 75 proc. badanych mężczyzn postanowiło w tym roku ponownie uczcić ten dzień. Ponad 60 proc. z nich kupi kwiaty, 20 proc. planuje kupić drobny prezent, a kilka procent zorganizuje przyjęcie lub poświęci trochę czasu swojej pani, żeby spędziła go w sposób, który uważa za najbardziej atrakcyjny – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Badania pokazują, że Dzień Kobiet to wciąż ważne święto dla Polaków. Tylko 20 proc. mężczyzn wskazuje, że nie zamierza w żaden sposób świętować tego dnia. Przede wszystkim ma to związek z brakiem bliskiej osoby, z którą mogliby uczcić ten dzień (56 proc.), lub nieuznawaniem święta (19 proc.). Pozostali wskazują, że nie stać ich na prezent (10 proc.) albo że swoją partnerkę obdarowują na co dzień (6 proc.).

Przeciętnie wydamy na Dzień Kobiet około 60 zł. Jest to jednak uzależnione od wieku respondenta. Osoby w grupie młodych dorosłych, czyli w wieku 29–39 lat, wydadzą około 80 zł. Dojrzalsi panowie, powyżej 59 roku życia, wydadzą średnio około 30 zł – wskazuje ekspert Providenta.

Większość kobiet oczekuje tego dnia specjalnego traktowania i dowodów szacunku. Większości wystarczą kwiaty lub drobny dowód pamięci. Im starsza kobieta, tym bardziej spada przywiązanie do święta, część seniorek uważa je za mało znaczące.

Z okazji Dnia Kobiet Provident sprawdził również, z jakiego aspektu swojego życia panie są obecnie najbardziej dumne lub zadowolone. Wyniki wskazują, że większość z nich to tradycjonalistki. Najważniejsze jest życie prywatne, mniejszą wagę przywiązują zaś do osiągniętego sukcesu.

Ponad połowa zwraca uwagę na fakt, że jest dumna z tego, co osiąga w swoim życiu rodzinnym. Około 20 proc. zwróciło uwagę na zadowolenie z aspektów rozwoju osobistego, a 7 proc. jest zadowolonych ze swojego życia zawodowego – podkreśla Przemysław Kasza.

Big data zmienia branżę energetyczną. Dzięki analizie danych firmy lepiej dostosują ofertę do klientów i przewidzą awarie

Paweł Korzec, senior manager system engineering w firmie VMware

Zastosowanie rozwiązań IT w branży energetycznej staje się coraz powszechniejsze. Szczególną rolę odgrywa w ich przypadku analiza wielkich zbiorów danych. Dzięki big data firmy mogą dostosowywać ofertę do zachowań i potrzeb poszczególnych klientów, mogą też zapobiegać awariom. Szczególnie istotna pozostaje kwestia ochrony informacji.

Śmiało można powiedzieć, że nadszedł czas rozwoju IT w branży energetycznej, bardzo ważnym trendem będzie też wykorzystanie big data. Polska musi przygotować się do negocjacji umów międzynarodowych w kontekście pakietów klimatycznych, szczególnie w ramach Unii Europejskiej. Temat analizy dużych zbiorów danych na pewno się pojawi i myślę, że stanie się wręcz potrzebą rządzących – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Korzec, senior manager system engineering w firmie VMware.

Dzięki zastosowaniu analizy dużych zbiorów danych możliwe jest dokonanie kompleksowej oceny sytuacji energetycznej państwa.

Big data zmienia też biznes. Firmy energetyczne – podobnie jak banki czy telekomy – stają się właścicielami ogromnych zbiorów informacji dotyczących swoich klientów, ich zachowań, nawyków czy potrzeb.

Dlatego w obszarze energetyki niezwykle istotna jest kwestia ochrony danych osobowych. Ich utrata może negatywnie wpływać na wizerunek marki, ostatecznie zapłacą za to zarządy firm, które są odpowiedzialne za te informacje – podkreśla Paweł Korzec.

Gromadzenie danych pociąga za sobą pewne obowiązki, ale to przede wszystkim duża szansa dla firm. Zaawansowana analiza potrzebna jest m.in. do przewidywania zachowań klientów czy zapobiegania awariom w blokach energetycznych. Przedstawiciel VMware zauważa, że dane na ten temat już są dostępne, a wyzwaniem jest jedynie zastosowanie odpowiednich systemów służących do ich analizy.

VMware jest częścią dużego systemu Predix oferowanego przez firmę GE. Na tej platformie są już gotowe moduły energetyczne, moduły programowe służące do tego, aby wykorzystywać analitykę big data w kontekście przewidywania awarii i zachowań użytkowników – podkreśla Korzec.

Odpowiednie oprogramowanie w zakresie analityki hurtowej danych jest już powszechnie dostępne. Jak podkreśla Paweł Korzec, nie są to projekty, które trwają latami, ale maksymalnie 2–3 miesiące.

Na pewno wszystkie znaczące przedsiębiorstwa już zaczynają wdrażać projekty w zakresie analityki big data, niektóre już je mają. Polskie firmy energetyczne w tej chwili dojrzewają do tego tematu – tłumaczy Paweł Korzec.

Jak podkreśla, pieniądze z UE na pewno przyczynią się do inwestycji w zaawansowane narzędzia i systemy IT.

Rynek reklamy czuły na zmiany polityczne. Branża obawia się ograniczenia reklam w TVP i cięć wydatków reklamodawców z branży finansowej i handlowej

CEO Magazyn Polska

Szacowany na 6,5 mld zł rynek reklamy w tym roku będzie w pewnym stopniu kształtowany przez czynniki polityczne. Z jednej strony branża pilnie śledzi zmiany w TVP. Trudno jednak przewidzieć, czy i jak zmieni się polityka handlowa oraz oglądalność pod wpływem zmian programowych. Z drugiej strony jest ryzyko, że obciążenia podatkowe wpłyną na budżety reklamowe firm z branży finansowej oraz handlowej. 

Po wyborach parlamentarnych i prezydenckich w Polsce nadeszła zmiana, która dla jednych jest dobra, dla innych gorsza. Obawiam się, że dla rynku reklamowego akurat nie jest to dobry prognostyk. W tym roku jego wzrost może być zagrożony – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bierzyński, ekspert rynku reklamy, prezes zarządu Omnicom Media Group.

Jak zauważa Bierzyński, niepewność na rynku po stronie podaż wiążą się ze zmianami władz telewizji publicznej.

Prezes Jacek Kurski uspokajał rynek i domy mediowe, że nic się nie zmieni, politykę zostawi za drzwiami, a w telewizji zajmie się biznesem – mówi Bierzyński. – To był miód na nasze serca, wydawało się, że zbudował kredyt zaufania wśród swoich i naszych klientów, bo wszyscy czekali na taki sygnał. Zaraz potem nastąpiły jednak dwie bardzo istotne dymisje w biurze reklamy, łącznie z szefem, Marcinem Gudowiczem. Był to dla nas bardzo zły sygnał.

Branża zastanawia się, czy nastąpią zmiany w polityce handlowej oraz jak zmiany programowe w kanałach TVP wpłyną na oglądalność, która ma duży wpływ na reklamodawców i domy mediowe.

Duża niepewność pojawiła się także po stronie popytu. Banki, instytucje finansowe i towarzystwa ubezpieczeniowe zostały obłożone nowym podatkiem. Trwają prace nad kolejnymi przepisami, które mogą mieć negatywny wpływ na sektor finansowy, czyli ustawą o kredytach frankowych.

Na pewno to się odbije na wielkości budżetów promocyjnych, bo reklama jest pierwszą dziedziną, w której firmy wszelkiego rodzaju szukają oszczędności – wskazuje Jakub Bierzyński. – Jeżeli sektor dostaje strzał na kilkadziesiąt miliardów złotych, to będzie szukać ratunku, żeby cyfry nie wyszły im na czerwono. Zawsze pierwsze do cięcia, bo najłatwiejsze do uwolnienia, są budżety reklamowe i mediowe. Obawiam się więc perturbacji.

To samo dotyczy sieci handlowych, hipermarketów oraz ogólnie krajowego handlu, który ma zostać być objęty nowym podatkiem od sprzedaży detalicznej.

Z tej branży także wywodzi się bardzo wielu reklamodawców – przekonuje Jakub Bierzyński. – Mówimy nie tylko o produktach spożywczych, lecz także stacjach benzynowych, sprzęcie AGD, handlu internetowym, sieciach handlowych, supermarketach itd. Tutaj także widać istotne polityczne zagrożenie po stronie demand.

Jak wynika z analizy Codemedia, sieci handlowe Lidl, Tesco i Kaufland znalazły się w czołówce marek, które w 2015 roku najaktywniej docierały z telewizyjną promocją swoich produktów do konsumentów.

Rozwój sytuacji na rynku reklamy telewizyjnej będzie w dużej mierze wpływał także na kanał online i jego poszczególne segmenty, m.in. wideo.

Wideo do tej pory traktowane było jako suplement kampanii telewizyjnych, teraz coraz częściej uważane jest za ich substytut – tłumaczy Jakub Bierzyński. – Rynek telewizyjny jest całkowicie wypełniony, wszystkie zasoby zostały sprzedane i jeśli na skutek działań programowych telewizji publicznej w sposób istotny obniży się oglądalność, to pieniądze popłyną do kanału online. Nie będzie już miejsca w telewizji na te budżety, a w związku z tym internet przeżyje boom.

Wciąż otwarte jest pytanie o ewentualną skalę tego zjawiska.

W ciągu pierwszych kilku tygodni „Wiadomości”, główny program informacyjny telewizji publicznej, straciły prawie pół miliona widzów, czyli bardzo dużo – zauważa Jakub Bierzyński. – Jeżeli telewizja, jako medium, podąży tym szlakiem, to możemy się spodziewać boomu na rynku reklamy online. To jednorazowe wydarzenia natury politycznej, które bardzo istotnie przekładają się na rynek reklamy. Natomiast skali tego oddziaływania nikt nie jest w stanie obecnie przewidzieć.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW w lutym 2016 r.

  • Spadek wartości obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń1 na Głównym Rynku o 7,9% rdr przy rosnącej liczbie transakcji (+26,8% rdr)
  • Blisko 60-procentowy wzrost wolumenu obrotu kontraktami terminowymi na indeksyi kontraktami terminowymi na akcje – łącznie 489,1 tys. szt.
  • Wzrost wartości emisji obligacji notowanych na rynku Catalyst o 10,3% rdr do 70,2 mld zł
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi o 13,6% do poziomu 6,2 TWh

Obroty akcjami na Głównym Rynku w ramach arkusza zleceń osiągnęły w lutym 2015 r. wartość 13,8 mld zł, czyli o 7,9% mniej niż rok wcześniej, a łączna wartość obrotów akcjami wyniosła 14,1 mld zł, co oznacza spadek o 12,3% w porównaniu do lutego 2015 r. Liczba transakcji w minionym miesiącu wyniosła 1,5 mln odnotowując wzrost o 26,8% rok do roku.

Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wyniosła w lutym 2016 r. 135,8 mln zł, co oznacza spadek o 7,2% rdr, a średnia dzienna wartość obrotu wyniosła 6,5 mln zł.

W lutym 2016 r. wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 377,2 tys. szt., co oznacza wzrost o 60,0% wobec lutego 2015 r. Również wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł w porównaniu do lutego 2015 r. – o 55,6%, do poziomu 111,9 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wyniosła na koniec lutego 2016 r. 70,2 mld zł, co oznacza wzrost o 10,3% wobec lutego 2015 r. Wartość obrotów na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła o 2,0% rok do roku, do poziomu 186,2 mln zł.

Łączna wartość obrotów na rynku TBSP w lutym 2016 r. osiągnęła poziom 21,9 mld zł, co oznacza spadek o 56,1% wobec lutego 2015 r.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w lutym 2016 r. wyniósł 10,9 TWh wobec 14,5 TWh rok wcześniej. Wolumen obrotu gazem ziemnym na rynku spot wzrósł w lutym 2016 r. o 135,4% rok do roku, do poziomu 1,9 TWh, a łączny wolumen obrotu gazem ziemnym na rynkach spot i terminowym wyniósł 8,6 TWh w porównaniu do 9,3 TWh w styczniu 2016 r. i 12,4 TWh w lutym 2015 r.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi w lutym 2016 r. wyniósł 6,2 TWh co oznacza wzrost o 13,6% w stosunku do lutego 2015 r.

Kapitalizacja 433 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec lutego 2016 r. wyniosła 506,6 mld zł (116,2 mld EUR). Łączna kapitalizacja 486 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec lutego tego roku 963,7 mld zł (221,1 mld EUR).

Na rynku głównym w lutym 2016 r. zadebiutowała spółka SARE (przejście z NewConnect), a wartość jej emisji wyniosła 0,78 mln zł. Na NewConnect zadebiutowały: MED-GALICJA (wartość oferty 0,46 mln zł) oraz INDOS (wartość nowej emisji 2,27 mln zł).
Na rynku Catalyst w lutym zadebiutowały spółki: J.W. CONSTRUCTION HOLDING (wartość emisji obligacji korporacyjnych 120 mln zł) oraz POLSKA GRUPA FARMACEUTYCZNA (wartość emisji obligacji korporacyjnych 100 mln zł).

W lutym 2016 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, o jedną więcej niż rok wcześniej.
___
1 transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nową kampania Wedel sięga po młodego klienta

Wedle to jedna z marek, które na polskim rynku ma ogromną tradycję. Od lat firma borykała się z lojalnością części klientów, którzy co prawda znają i cenią markę, to jednak podczas zakupów decyduje się na inny wybór. Problem dotyczy właśnie młodszych klientów, tych między 18 a 35 rokiem życia. – Obecna kampania ma na celu przyciągnięcie klientów młodych i zwrócić ich uwagę na to czym Wedel od zawsze był. To od zawsze była marka dynamiczna i innowacyjna. Komunikacja w ostatnich latach nie zawsze taka była, stąd taka zmiana – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Herma, dyrektor sprzedaży i marketingu LOTTE Wedel Sp. z o.o.

Według raportów KPMG wartość polskiego rynku słodyczy wynosiła w 2013 roku ponad 12,7 mld zł. W porównaniu z krajami Europy Zachodniej ma on wciąż potencjał rozwoju. Konsumpcja wyrobów czekoladowo- -cukierniczych w Polsce jest niemal trzykrotnie niższa niż w takich krajach jak Wielka Brytania, Szwajcaria czy Belgia. Pewną rolę odgrywają odmienne gusta Polaków, ale nie bez znaczenia jest poziom zamożności naszego społeczeństwa w porównaniu z krajami tzw. starej UE.

Złoty ma podstawy, żeby się umacniać

To była zmiana zaskakująca dla rynku, nastąpiła bez wcześniejszego obniżenia perspektywy ratingu do negatywnej. Część z analityków podkreśla, że ruch ze strony agencji był co najmniej przedwczesny, a nawet zbyt agresywny.
Obniżenie ratingu ze strony S&P spowodowało, że początek roku nie należał do najłatwiejszych dla naszej waluty. Złoty dość mocno stracił na wartości. Para walutowa EURO/PLN znalazła się powyżej 4,5 zł, co zdaniem ekspertów było mocno przereagowane.
Obecnie nie ma twardych podstaw do dalszego osłabiania się naszej waluty. – Jeżeli nie zobaczymy wzrostu deficytu, albo zagrożenia dla dyscypliny fiskalnej, to raczej fundamenty naszej gospodarki są solidne. Dodatkowo jeżeli uwzględnimy tendencje do łagodzenia polityki monetarnej w Strefie Euro, to widzimy podstawy do umacniania się naszej waluty – mówi w rozmowie z MarketNews24 Arkadiusz Trzciołek z XTB.

Wpływ rządowych programów na ceny mieszkań

Bogata oferta rynku pierwotnego przełożyła się na stabilizację cen transakcyjnych w większości lokalizacji w naszym kraju. Do wzrostów doszło jedynie w trzech największych lokalizacjach, gdzie zainteresowanie kupowaniem mieszkań było najwyższe. W odniesieniu do IV kwartału 2014 roku, wzrosty cen odnotowano we Wrocławiu o 157 zł/m2, Warszawie o 147 zł/m2, oraz w Krakowie 133 zł/m2.
-Wszystkie największe rynki lokalne w Polsce są dość płytkie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON. – Zmiany o 100-150 zł za metr kwadratowy nie świadczą o jakimś trendzie.
Z wysokiego popytu na rynku mieszkaniowym, zwłaszcza w IV kw. ubr., zadowoleni byli deweloperzy,dla których wyniki sprzedaży w 2015 r. porównywalne były z wynikami z lat przedkryzysowych. Ten optymizm przełożył się na dalszy wzrost liczby uzyskanych pozwoleń na budowę – o 20%, jak również wzrost liczby rozpoczynanych budów – o 14%, co oznacza rekordowe wyniki, najlepsze od 2008 roku.
Obecnie obowiązujący program rządowy Mieszkanie dla Młodych, podobnie jak poprzedni, czyli Rodzina na Swoim przycznia się poprzez dopłaty do wzrostu popytu na nowe mieszkania. Zwiększony popyt ma wpływ na ceny.
-Sztucznie podnoszony przez dotacje rządowe popyt przyczynia się do wzrostu cen, ale tam, gdzie na taki wzrost mogą sobie pozwolić deweloperzy – mów J.Furga. I dodaje, że nie spodziewa się wzrostu cen na pierwotnym rynku mieszkaniowym w 2016 r.

Akcje i indeksy

Dziś Łukasz Bugaj, Analityk DM BOŚ postara się wytłumaczyć nam czym są akcje i indeksy giełdowe. Wiemy, że indeksy giełdowe grupują akcje i starają się „wygładzić” zmiany poszczególnych spółek, tak aby pokazać pewne tendencje. Wiemy też czym jest WIG20. Nie wszystko jednak jest takie proste, a warszawski parkiet, to nie tylko tych 20 spółek. I o tym właśnie w dzisiejszym komentarzu Łukasza Bugaja.

W najbliższych miesiącach polski złoty osłabi się do poziomu 4,50–4,60 za euro. Będzie tracić także wobec franka szwajcarskiego

CEO Magazyn Polska

W najbliższych miesiącach polski złoty w stosunku do głównych walut świata będzie tracił na wartości – uważa Filip Nowicki z Superfund TFI. Jego zdaniem jeszcze w tym roku euro może kosztować nawet 4,60 zł. Kurs franka może wzrosnąć do ok. 4,15 zł. Powodem słabości krajowej waluty jest negatywny sentyment panujący wobec rynków wschodzących. Złoty będzie tracił także pod wpływem czynników wewnętrznych – nadmiernych wydatków  socjalnych i oczekiwanych problemów z przyszłorocznym deficytem budżetowym.

– Na rynku walutowym mamy wyraźne wzrosty. Jeszcze niedawno za euro płaciliśmy 4,10 zł, dzisiaj blisko 4,40 zł. Powodem jest, po pierwsze, obniżka ratingu Polski, po drugie, wcześniej mieliśmy w kraju zmianę władzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Filip Nowicki, doradca inwestycyjny Superfund TFI.

Podobny trend widoczny jest także w przypadku innych walut. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy polski złoty w stosunku do dolara amerykańskiego osłabił się o blisko 6 procent. Obecnie kurs tej pary walutowej waha się w okolicach 3,98–4,00. Nieco mniejsze są straty wobec franka szwajcarskiego. Od początku października 2015 roku polski złoty w stosunku do helweckiej waluty osłabił się o około 3 proc.

– Do złotego jesteśmy nastawieni negatywnie. Uważamy, że będzie się on osłabiać i jest to kwestia dwóch rodzajów czynników. Przede wszystkim są to czynniki globalne, takie jak słaby sentyment do rynków wschodzących. Jesteśmy ciągle zdecydowanie rynkiem wschodzącym – tłumaczy Filip Nowicki.

Analityk dodaje, że negatywny sentyment wobec polskiego złotego został niedawno wzmocniony poprzez obniżkę ratingu kredytowego Polski. W połowie stycznia 2016 roku agencja S&P obcięła ocenę wiarygodności naszego kraju o jeden stopień do poziomu BBB+ z perspektywą negatywną.

– W tej chwili inwestorzy globalni będą naszą walutę bardziej sprzedawać niż kupować, przez co polski złoty będzie się osłabiać – przewiduje.

Ponadto przedstawiciel Superfund TFI uważa, że na kondycję złotego wpływ będą miały także czynniki krajowe. Szczególnie istotne będzie II półrocze roku, kiedy w parlamencie zacznie się toczyć dyskusja na temat kształtu przyszłorocznego budżetu.

­– Uważamy, że deficyt budżetowy będzie wyższy od spodziewanego, co będzie pokłosiem przede wszystkim programu socjalnego 500+ i nienadążającymi za nim wpływami budżetowymi. Dzisiaj nie widać, żeby te wpływy budżetowe miały wyraźnie przyspieszyć – stwierdza.

Nowicki jest zdania, że z tego powodu polski złoty nadal będzie tracił do głównych walut świata. Spodziewa się, że jeszcze w tym roku za euro będzie trzeba płacić około 4,50–4,60 zł. Polska waluta w najbliższych miesiącach będzie traciła także wobec franka szwajcarskiego. Tu analityk Superfund TFI docelowy poziom widzi w okolicach 4,10–4,15 zł.

– Będzie to konsekwencją tych samych czynników lokalnych, które wpływają na wartość złotego do euro czy do dolara, czyli przede wszystkim wzrostu deficytu, który będzie słabo postrzegany przez rynki kapitałowe – wyjaśnia.

Ekspert zauważa przy tym, że Szwajcarski Bank Narodowy może tak jak EBC próbować osłabiać walutę. Zaznacza, że powodem jest silny frank i niska opłacalność działalności dla tamtejszych eksporterów.

– Mocny frank szwajcarski bardzo ciąży tamtejszej gospodarce z powodu spadku konkurencyjności na globalnych rynkach. Przede wszystkim już po ostatnich danych widzimy, że eksport szwajcarski spadł o 8 proc. i raczej ta tendencja będzie się pogłębiać w kolejnych miesiącach z uwagi na wysoki kurs franka – podsumowuje.

W styczniu szwajcarski eksport spadł trzeci miesiąc z rzędu, o 1,1 proc. wobec grudnia i o 3,9 proc. wobec stycznia 2015 r. Najmocniejszy spadek zaobserwowano w przemyśle maszynowym i elektronicznym oraz eksporcie zegarków – odpowiednio o 11 i 8 proc. rok do roku.

Expom planuje rozwój na kolejnych rynkach. Rozważa fuzję lub współpracę kapitałową z innymi firmami

CEO Magazyn Polska

Specjalizująca się w branży morskiej i offshore spółka Expom z Kurzętnika pod Olsztynem kontynuuje inwestycje w rozwój i unowocześnianie parku maszynowego oraz umiejętności pracowników. Na te cele przeznaczy w 2016 roku do 1,2 mln euro. Analizuje też rynek pod kątem partnera do przejęcia, by móc zaoferować swoim kontrahentom bardziej kompleksową realizację projektu. 

– W 2016 roku będziemy kontynuować niwelowanie tzw. wąskiego gardła produkcyjnego, które jest bardzo istotne dla wydajności i redukcji kosztów – mówi agencji informacyjnej Newseria  Rafał Domżalski, prezes Expom SA. – Planujemy i mamy już zaangażowane środki w II etap modernizacji całego systemu antykorozji w spółce. Poza tym dalej inwestujemy w obróbkę wielkogabarytowych konstrukcji spawanych. Trzeci temat to inwestycje w naszą załogę w ramach Akademii Expom. Będziemy w tym roku szkolili nie tylko pion menadżerów, lecz także szeregowych pracowników.

Łączny poziom inwestycji zaplanowanych na ten rok przez Expom to 1–1,2 mln euro. Expom jest istniejącą od ponad 60 lat spółką produkującą wielkogabartowe konstrukcje stalowe, w tym dźwigi i żurawiki, głównie dla branży wydobywczej, morskiej i energetycznej. Dysponuje pięcioma wciąż unowocześnianymi halami produkcyjnymi o łącznej powierzchni 6,5 tys. mkw. Mimo spadku zamówień ze strony branży związanej z wydobyciem coraz tańszej ropy naftowej spółka pozyskała nowych klientów w innych segmentach przemysłu i nie przewiduje spadku przychodów.

W 2016 roku planujemy utrzymać wynik sprzedaży z 2015 roku. Zakładamy nawet kontynuację wzrostu, który notujemy w spółce od 2012 roku – deklaruje Domżalski. – Natomiast pod względem udziału eksportu nadal stawiam na 97–98 proc. eksportu w naszym portfelu sprzedaży.

Expom dostarcza swoje produkty m.in. do Europy Zachodniej i Północnej, Dubaju, Singapuru i USA. W ubiegłym roku spółka brała udział w rządowej misji do Iranu i nie wyklucza pozyskania klientów także i w tym kraju. Głównym rynkiem wciąż pozostają kraje skandynawskie oraz Niemcy, Holandia i Wielka Brytania. A to – zdaniem prezesa – partnerzy wymagający coraz bardziej kompleksowej obsługi. Dlatego, jak zapowiada Rafał Domżalski, Expom rozważa fuzję z firmą, która uzupełniłaby jego kompetencje.

– Obserwujemy, że na rynku Europy Zachodniej coraz więcej kontrahentów szuka dostawców w Europie Środkowo-Wschodniej. Takich, którzy są w stanie zaprojektować całościowe rozwiązania technologiczne, wyprodukować i wdrożyć do istniejącego procesu technologicznego, produkcji albo dla nowej inwestycji – mówi prezes Expomu. – Jeżeli rozpatrujemy pewne rozwiązania mające na celu fuzję czy współpracę kapitałową z innymi firmami, to głównie przyglądamy się firmom, które mogą rozszerzyć nasz portfel usług i obsługę naszych kontrahentów.

Rafał Domżalski deklaruje, że Expom rozgląda się na rynku w poszukiwaniu partnera i w perspektywie kilku lat do takiego połączenia może dojść.

Najwcześniej w kilkuletniej perspektywie rozważać też może ewentualne wejście na Giełdę Papierów Wartościowych.

– Spółka Expom na tę chwilę nie planuje wejścia na Giełdę Papierów Wartościowych – mówi Domżalski. Nie wyklucza jednak: – Być może stanie się to w kolejnych latach.

Zasiłek macierzyński i inne świadczenia mogą być wypłacane w innym kraju, niż zostały nabyte do nich prawa

CEO Magazyn Polska

Zasiłek chorobowy, macierzyński czy opiekuńczy mogą być pobierane w innym kraju, niż ubezpieczony nabył do nich prawa. Umożliwia to koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego. Każdy kraj Unii Europejskiej wymaga innych dokumentów, które pozwolą na wypłatę świadczenia. Dokumenty nie muszą być tłumaczone na język kraju, w którym ubezpieczony przebywa, nie mogą też zostać z tego powodu odrzucone. Obowiązek szukania brakujących informacji i ich weryfikowania spoczywa na tym urzędzie, do którego składany jest wniosek.

Koordynacją systemów zabezpieczenia społecznego są objęte w Polsce wszystkie świadczenia pieniężne z tytułu choroby, w tym spowodowanej wypadkiem przy pracy lub chorobą zawodową oraz świadczenia z tytułu macierzyństwa. To m.in. zasiłek chorobowy z ubezpieczenia chorobowego lub wypadkowego, zasiłek macierzyński i zasiłek opiekuńczy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Gawroński z Departamentu Zasiłków w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Świadczenia przyznaje i wypłaca ten kraj, w którym dana osoba jest ubezpieczona. Zgodnie z przepisami wspólnotowymi będą one wypłacane także wówczas, gdy ktoś mieszka na stałe lub przebywa w innym państwie niż to, w którym jest ubezpieczony i z którego pobiera świadczenia. Koordynacja dotyczy nie tylko państw Unii Europejskiej, lecz także tych, z którymi Polskę łączą umowy o zabezpieczeniu społecznym – USA, Kanada, Australia, Ukraina, Mołdawia czy państwa byłej Jugosławii.

Jeśli dana osoba zachoruje w innym kraju niż ten, w którym jest ubezpieczona, powinna uzyskać zaświadczenie o niezdolności do pracy i niezwłocznie dostarczyć je do właściwej instytucji z tego kraju, w którym podlega ubezpieczeniu.

Osoba, która otrzymała zagraniczne zaświadczenie lekarskie, nie musi go tłumaczyć, jeżeli zostało wystawione na terytorium Unii Europejskiej, krajów EFTA, czyli Norwegia lub Szwajcaria, oraz na terytorium państw stron umów międzynarodowych w zakresie zabezpieczenia społecznego, których stroną jest Polska, o ile zostało wystawione w językach urzędowych tych państw. W przypadku odmowy przyznania świadczeń pieniężnych właściwa instytucja powinna wydać w tej sprawie odpowiednią decyzję, od której ubezpieczony będzie mógł się odwołać – wyjaśnia Gawroński.

Przepisy Unii Europejskiej nie wprowadzają jednolitych warunków nabywania prawa do świadczeń emerytalno-rentowych. Pozostaje to wewnętrzną regulacją poszczególnych państw, które warunki określają samodzielnie. Dlatego też w każdym kraju mogą być wymagane inne dokumenty do przedstawienia w momencie ubiegania się o wypłatę środków z tego tytułu. Dzięki przepisom o koordynacji wniosek można złożyć w dowolnym państwie członkowskim. Obecnie może to dotyczyć ponad 10 proc. aktywnych zawodowo Polaków, którzy pracują poza granicami kraju.

Jeżeli polski obywatel, który wcześniej pracował w Irlandii i Wielkiej Brytanii postanowi spędzić emeryturę w Hiszpanii, to właściwą instytucją będzie odpowiednik naszego ZUS-u w Hiszpanii. Ta instytucja będzie prowadzić procedurę z inicjatywy wnioskodawcy wedle własnego prawa, również potrzebne dokumenty będą takie, jak wskazuje prawo hiszpańskie. Należy też odróżnić dokumenty, które są konieczne do złożenia wniosku o wypłatę tych świadczeń, od tych, które są konieczne do ustalenia, czy prawo do nich przysługuje i w jakiej wysokości – wskazuje Katarzyna Magnuska, radca prawny w Kancelarii Bird & Bird Maciej Gawroński SK.

Przede wszystkim dokumenty muszą potwierdzać fakt podlegania ubezpieczeniom społecznym ze wszystkich krajów oraz tytuł, z którego dana osoba im podlegała. Jeśli była to praca, warto przedstawić także nadany przez właściwą instytucję numer ubezpieczenia lub ewidencyjny. Informacja o pracodawcy pozwoli natomiast łatwiej zidentyfikować wnioskodawcę i zweryfikować przedstawione informacje.

Konieczne jest również wskazanie dokumentów potwierdzających miejsce zamieszkania. Ma to znaczenie przy ubieganiu się o świadczenia z krajów skandynawskich, gdzie oprócz stażu pracy dla objęcia ubezpieczeniem ważny jest też okres zamieszkiwania w danym kraju. Należy też przedstawić informację lub dokumenty, które wykażą samozatrudnienie, prowadzenie indywidualnej działalności gospodarczej, jej rodzaj, w jakim kraju była prowadzona i gdzie była jej siedziba – przypomina radca prawny.

Dużym ułatwieniem jest również fakt, że nie ma obowiązku, by dokumenty były sporządzone w tym języku, w którym działa instytucja, do której są składane. Choć, jak zaznacza ekspertka, może to przyspieszyć całą procedurę, to urząd nie może odmówić przyjęcia dokumentów w innym języku.

Co istotne, w przypadku braku części dokumentów, obowiązek ich poszukiwania i weryfikacji spoczywa na tym urzędzie, do którego został złożony wniosek.

W naszym przykładzie hiszpański odpowiednik ZUS zwraca się do swoich odpowiedników we wszystkich krajach, w których dany wnioskodawca był ubezpieczony, z prośbą o nadesłanie wszystkich dokumentów i informacji bądź ich weryfikację. Dzięki temu będzie mógł ostatecznie bądź jak daleko jest to możliwe ustalić, w jakim okresie dany wnioskodawca był ubezpieczony, z jakiego tytułu i w jakiej wysokości przysługują mu świadczenia – podkreśla Katarzyna Magnuska.

W ubiegłym roku pacjenci 75+ kupili leki na receptę o wartości 4 mld zł. W tym roku ich wydatki mają znacząco spaść

CEO Magazyn Polska

Trwają prace nad ustawą o bezpłatnych lekach dla osób powyżej 75 roku życia. To duża ulga dla seniorów. W samym tylko 2015 r. wydali oni na sprzedawane na receptę farmaceutyki 4,3 mld zł – wynika z danych IMS Health. W tym roku, po wejściu w życie ustawy, wydatki seniorów na leki refundowane mają być o 40 proc. niższe.

Oszacowaliśmy, że w 2015 roku pacjenci w wieku powyżej 75 roku życia zakupili na receptę leki w kwocie około 4,3 mld zł. Jest to wartość rynku leków na receptę podana w cenach detalicznych brutto – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Leoszkiewicz z IMS Health.

Spora część z tych leków została wykupiona pełnopłatnie (1,8 mld zł). Leki wykupione ze zniżką (bezpłatnie, na ryczałt, na 30 proc. lub na 50 proc.) kosztowały starszych pacjentów ok. 800 mln zł. Narodowy Fundusz Zdrowia dopłacił do nich ok. 1,7 mld zł.

Pacjenci w wieku powyżej 75 roku życia nabyli 189 mln opakowań leków na receptę. Przyjmując założenie, że pacjentów, którzy dokonali zakupu takich medykamentów, było około 3 mln, okaże się, że średnio jeden pacjent w jednym miesiącu wykupił 5 opakowań – informuje Katarzyna Leoszkiewicz.

Można więc przyjąć, że senior wydaje na niezbędne farmaceutyki średnio 119 zł miesięcznie. To wysoki wydatek, szczególnie dla osób pobierających niskie świadczenia emerytalne. Dlatego część z nich w ogóle nie wykupuje przepisanych leków, przerywa leczenie lub w ogóle go nie podejmuje.

Zgodnie z planami Ministerstwa Zdrowia ma się to zmienić. Ministerialny projekt przyjęty 9 lutego przez rząd zakłada, że część leków będzie dla osób powyżej 75 roku życia dostępna bezpłatnie. Znajdą się one na odrębnym wykazie listy leków refundowanych. Pierwszy wykaz – zgodnie z zapowiedziami – minister zdrowia ustali do 1 września 2016 roku. Będzie on stopniowo rozszerzany. Jak ocenia resort zdrowia, tylko w tym roku dzięki nowym przepisom rachunki seniorów mają zmniejszyć się o 40 proc. W kolejnych latach – wraz ze wzrostem finansowania programu – ich wydatki spadną o ponad 60 proc.

Z naszych wyliczeń wynika, że seniorzy najczęściej skupują leki stosowane w nadciśnieniu tętniczym, w chorobach dróg oddechowych, przy cukrzycy czy hipercholesterolemii. Jest to duży pakiet chorób przewlekłych – mówi Katarzyna Leoszkiewicz.

Medykamenty te pod względem liczby zakupionych opakowań stanowią ponad 40 proc. wszystkich leków wykupionych na receptę przez pacjentów z grupy 75+.

Poczta zaoferuje ubezpieczenie sprzętu domowego i elektroniki. Przepięcia elektryczne są coraz częstszą przyczyną wypłaty odszkodowań

CEO Magazyn Polska

Nagłe i krótkotrwałe skoki napięcia mogą zniszczyć sprzęt elektroniczny, RTV i AGD. To częsty powód wypłacania odszkodowań z ubezpieczeń mieszkania czy domu. Dla osób, które takiego zabezpieczenia nie mają lub których polisa nie obejmuje przepięć, spółka Ubezpieczenia Pocztowe wprowadza na rynek ubezpieczenie „Bezpieczny prąd”, które gwarantuje odszkodowanie do 5 tys. zł w przypadku zniszczeń sprzętu. Firma liczy, że nowy produkt na rynku może przyciągnąć nawet kilkaset tysięcy osób miesięcznie.

„Bezpieczny prąd” to produkt bardzo prosty, skierowany do ludzi, których nie stać na pełne ubezpieczenie mieszkania. Można ubezpieczyć elektronikę do kilku tysięcy sumy ubezpieczenia w bardzo prostym i przejrzystym procesie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Olech, prezes Ubezpieczeń Pocztowych.

W Polsce na ubezpieczenie mieszkań decyduje się wciąż niewielu Polaków. Wedle szacunków ok. 30 proc. zabezpiecza nieruchomości, w tym część ze względu na wymagania banku przy udzielaniu kredytu hipotecznego. Ci, którzy decydują się na taki krok, ubezpieczają przede wszystkim mury. Nie wszystkie polisy obejmują też szkody powstałe na skutek zjawisk atmosferycznych.

Zdecydowaliśmy się zaproponować produkt, który jest odpowiedzią na potrzebę zabezpieczenia tego, co jest jednym z największych elementów majątkowych w przeciętnej rodzinie. Korzyścią jest prosty proces i niewysoka cena, bo produkt kosztuje bez wyjątku 2 zł miesięcznie – wskazuje Olech.

Jak zaznacza prezes Ubezpieczeń Pocztowych, od kilku do kilkunastu procent odszkodowań przy ubezpieczeniu mieszkań jest wypłacanych w związku z przepięciami elektrycznymi. Te zaś zdarzają się stosunkowo często, nie tylko ze względu na zdarzenia atmosferyczne, jak np. uderzenia pioruna, lecz także ze względu na skoki napięcia związane z wyłączaniem i ponownym włączaniem dostaw. Takie zdarzenia mogą nie tylko uszkodzić, lecz także zniszczyć sprzęt elektroniczny.

To ubezpieczenie nie ma praktycznie żadnych wyłączeń. W przypadku zdarzeń losowych wynikających z awarii prądu czy przepięcia pokrywa ono szkody do kwoty 5 tys. zł bez żadnych wyłączeń – podkreśla prezes.

Ubezpieczenie jest skierowane do wszystkich osób, które rachunki za prąd opłacają na poczcie. Formalności zostały ograniczone do minimum, a koszt ochrony to 7 gr dziennie. Całe ubezpieczenie można wykupić za 4 zł na 60 dni. Wszyscy, którzy zdecydują się na jego zakup, otrzymają ogólne warunki ubezpieczenia, na których wskazana będzie data rozpoczęcia ochrony. Dokument ten będzie jednocześnie potwierdzeniem przystąpienia do ubezpieczenia.

– To pewnego rodzaju eksperyment. Wydaje mi się, że to ubezpieczenie może być popularne, zwłaszcza wśród osób, które skrupulatnie liczą domowy budżet i nie od razu są gotowe na zawarcie pełnego ubezpieczenia. Dlatego myślę, że jesteśmy w stanie pozyskać kilkaset tysięcy klientów miesięcznie – ocenia Artur Olech.

Popyt na bakalie wciąż rośnie. Ich producenci mają jednak problem ze wzrostem cen owoców i nasion

CEO Magazyn Polska

Niezmiennie rosnący trend zdrowego stylu życia i odżywiania powoduje, że producenci żywności z tego segmentu nie muszą się martwić o brak popytu na swoje produkty. Dotyczy to także rynku zaliczających się do tej grupy bakalii. Producentów martwią jednak wysokie ceny nasion i owoców, słabość złotego, która podnosi koszty importu, oraz wpływ sytuacji geopolitycznej na prowadzenie biznesu.

Jest jeden megatrend na świecie, z którego korzystają bakalie. To jest trend prozdrowotnego odżywiania, który dotarł również do Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski, prezes Bakallandu. – Jako dominujący gracz na tym rynku mamy za zadanie ukazywać prozdrowotność bakalii, bo to jedne z najmniej przetworzonych produktów spożywczych, które zawierają praktycznie wszystkie niezbędne składniki, których potrzebuje człowiek.

Rynek bakalii paczkowanych w Polsce wart jest ok. 700 mln zł rocznie. Do tego należy dodać kilkaset milionów bakalii sprzedawanych na wagę, głównie w sieciach handlowych. Bakalland jest liderem rynku. Po połączeniu z Delectą ma w ofercie kilkanaście kategorii produktów. Kilka lat temu spółka weszła też w segment batonów zbożowych.

W Polsce mamy do czynienia z coraz bardziej widocznym trendem spożywania bakalii jako przekąski. Można je konsumować w samochodzie, w biurze, w domu i na spacerze. Ten trend sprzyja rozwojowi całej kategorii bakalii – podkreśla Moczulski.

Choć producenci bakalii na brak konsumentów narzekać nie mogą, to z niepokojem patrzą na kolejne miesiące. Jest to branża bazująca na imporcie. Z jednej strony narażona na odczuwalny w ostatnich latach wzrost cen owoców i nasion ze względu na ekstremalne warunki pogodowe, np. w Kalifornii czy w Turcji, z drugiej – na zagrażające stabilności biznesu i planowaniu finansowania zmiany kursowe.

Dla importerów pomarańczy, soków czy bakalii może to być rok wyzwania, jeśli chodzi o waluty – przewiduje Moczulski. – Kiedy agencja Standard and Poor’s obniżyła rating, to w ciągu kilku godzin kurs wzrósł o kilkanaście groszy, co dla importerów wiąże się z bardzo znaczącym wzrostem kosztów.

W połowie stycznia jedna z trzech dominujących na rynku usług ratingowych agencji niespodziewanie obniżyła ocenę Polski o jeden poziom, choć analitycy oczekiwali jedynie niewielkiego pogorszenia perspektywy. To pociągnęło w dół notowania. Trend osłabienia złotego wobec dolara, w którym kupuje Bakalland, trwa jednak od połowy 2014 roku. Polska waluta potaniała w tym czasie o jedną czwartą. Zagrożeniem dla dalszych losów polskiej waluty jest sytuacja międzynarodowa. Podobnie jak dla biznesu transgranicznego.

Trudno mówić o definitywnym zakończeniu kryzysu w Europie. Nie wiadomo, jak to się przełoży na rynek polski – mówi prezes Bakallandu. – Do tego dochodzi sytuacja związana z niepewnością polityczną w Europie, chociażby w związku z kryzysem osadników, który w tej chwili jest coraz bardziej widoczny, i z dalszymi losami Ukrainy. Te elementy będą miały na pewno wpływ na nie tylko przemysł spożywczy, lecz także na inne sektory gospodarki.

Receptą na trudności są przede wszystkim innowacje oraz dbałość o jakość. Bakalland wprowadza do oferty nowe produkty oraz monitoruje jakość surowców już na etapie uprawy na plantacjach zlokalizowanych na niemalże wszystkich kontynentach.

CRIF Polska: Rynek gier komputerowych to przede wszystkim CD Projekt. Firma stała się już marką światową

CEO Magazyn Polska

Wiedźmin 3: Dziki Gon” była najczęściej wymienianą grą w publikacjach medialnych w ubiegłym roku. Od momentu wprowadzenia jej na rynek w Polsce sprzedano 375 tys. egzemplarzy gry (wraz z dodatkiem „Serca z kamienia”), a na całym świecie ponad 6 mln. Zdaniem wywiadowni gospodarczej CRIF Polska, producent gry jest absolutnym liderem rynku i staje się światową marką.

– Firma wypływa na głęboki i szeroki ocean, tak naprawdę staje się marką światową. To firma, która ma ambicje stać się trzecim największym producentem gier na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dominik Lewandowski, dyrektor ds. rozwoju odpowiedzialny za markę CRIBIS.pl w CRIF Polska. – Życzylibyśmy sobie tego, żebyśmy mieli taką markę, która trzęsie rynkiem gier komputerowych nie tylko w Polsce, lecz przede wszystkim na świecie.

W ciągu trzech kwartałów 2015 roku CD Projekt miał niemal 626 mln zł skonsolidowanych przychodów (dane za cały rok opublikowane zostaną 10 marca). To niemal sześciokrotnie więcej niż rok wcześniej. Zysk netto wyniósł niemal 277 mln zł wobec niespełna 2,7 mln zł rok wcześniej.

– Moim zdaniem czynnikiem sukcesu tej firmy były osoby, które nią zarządzały, pasjonaci gier, którzy doskonale znali ten rynek. Wiedzieli, czego rynek potrzebuje, byli bardzo blisko graczy, w związku z powyższym mieli wszelkie niezbędne informacje do podejmowania właściwych decyzji – przekonuje Lewandowski. – Widać, że firma zaczyna odcinać kupony od swojej strategii, która była ukierunkowana na to, aby tworzyć najlepszej jakości produkty i z dość dużym rozmachem.

Jak utrzymuje, spółka na polskim rynku już jest potentatem, który nie ma sobie równych, a każda kolejna gra czy dodatek do niej jest wyczekiwany przez graczy. Obecnie czekają oni na publikację dodatku Wiedźmin 3: Krew i wino. Pierwotnie był on zapowiadany na I kw. tego roku, nieoficjalnie jednak mówi się o przesunięciu premiery na koniec I połowy roku. 7 proc. kosztu rozszerzenia gry ma być współfinansowane ze środków Unii Europejskiej. Oznacza to, że CD Projekt dostanie ze wspólnoty 150 tys. euro.

– Naszym zdaniem należałoby uważać na wszelkiego rodzaju koniunkturę i nowinki związane z technologiami, dlatego że rynek technologiczny jest bardzo dynamiczny. Z roku na rok pojawiają się zupełnie nowe rzeczy na rynku, więc trzeba to śledzić, ale biorąc pod uwagę doświadczenia zarządzających tą firmą, myślę że doskonale zdają sobie sprawę z tego, co trzeba robić, żeby dalej tę firmę rozwijać i jak budować marki takie jak chociażby „Wiedźmin” – podkreśla Lewandowski.

Rośnie sprzedaż urządzeń ogrodniczych. Duża popularnością cieszą się inteligentne kosiarki

CEO Magazyn Polska

Przyszłością rynku ogrodniczego są nowoczesne, inteligentne urządzenia. Rośnie zainteresowanie klientów automatycznym sprzętem, który wykona za nich pracę. Producenci urządzeń muszą się dostosowywać do zmieniających się trendów rynkowych. Z jednej strony przydomowe ogródki stają się coraz mniejsze, z drugiej – w miastach przybywa terenów zielonych, a do ich obsługi potrzebny jest sprzęt nie tylko sprawny, lecz także cichy.

– W branży ogrodniczej obserwujemy szereg trendów, które będą wyraźnie zmieniały rynek i które nasi klienci zauważą w przyszłości. W miastach mamy większą ilość terenów zielonych, jest oczekiwanie, aby prace związane z ich pielęgnacją były wykonywane ciszej i sprawniej. Z drugiej strony w podmiejskich terenach zielonych widzimy, że ogrody stają się coraz mniejsze. To wszystko wymaga zmian w sprzęcie, aby był on lepiej dopasowany do potrzeb klientów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Konieczny, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Branża ogrodnicza ma przed sobą dobre perspektywy. Coraz więcej ludzi przeprowadza się do domów jednorodzinnych i dba o przydomowe ogródki. Ważnym klientem są także działkowicze. Pod względem wielkości ogrodów działkowych Polska jest w czołówce europejskiej – tak wynika z badań prof. Andrzeja Mizgajskiego z Zakładu Geografii Kompleksowej UAM w Poznaniu.

Choć wydatki Polaków na zieleń są wciąż niższe niż w krajach europejskich, to systematycznie rosną, a dobre perspektywy czekają przede wszystkim segment sprzętu ogrodniczego.  

Społeczeństwo się bogaci. Jest większe zainteresowanie sprzętem mechanicznym. Coraz mniej pracy wykonujemy ręcznie, a jeśli już, to klienci chcą kupować sprzęt, który będzie pomagał wykonywać tę pracę łatwiej i wygodniej. Jesteśmy na to przygotowani – przekonuje Konieczny. – Dostępne są urządzenia bateryjne i akumulatorowe, ciche, ekonomiczne, niewytwarzające spalin i dużo łatwiejsze w obsłudze.

Choć zakup tego typu urządzeń jest dla portfela większym obciążeniem niż zakup tradycyjnego, to jak przekonuje ekspert, wydatki szybko się zwrócą, zwłaszcza że w perspektywie wielu lat użytkowania koszty obsługi urządzeń akumulatorowych są znacznie niższe niż w przypadku tradycyjnych, spalinowych. Zredukowany w nich został zakres prac konserwacyjnych niezbędnych do prawidłowej eksploatacji, a napęd elektryczny pozwolił wyeliminować emisję zanieczyszczeń.

Rozwój technologii sprawił, że urządzenia potrafią się komunikować z ludźmi i przekazywać między sobą informacje. Powoli staje się to również nieodzowną częścią pielęgnacji zieleni. Niedawno Husqvarna zaprezentowała prototyp inteligentnej baterii litowej ze zintegrowanym modułem Bluetooth. Można ją połączyć ze smartfonem i w ten sposób przekazywać informację o wykonywanej pracy, np. innym członkom zespołu.

Pozwoli ona na dodatkowe rozszerzenie możliwości urządzeń, które już dzisiaj są na rynku. Zapewnią np. możliwość dodatkowej ochrony przed kradzieżą, informacje, które operator maszyny będzie mógł wykorzystać, aby lepiej wykonać swoją pracę. Takie rozwiązania będą dostępne już wkrótce, w ciągu najbliższych 2–3 lat – zapowiada ekspert Husqvarny.

Z inteligentnych urządzeń ogrodniczych będą mogły korzystać miasta. Dzięki możliwościom przesyłania danych firmy zajmujące się architekturą krajobrazu mogą zwiększyć produktywność pracowników i wykorzystywanych narzędzi. Urządzenia będą mogły same poinformować o konieczności naprawy, przypomną o konserwacji, a także zaplanują pracę użytkowników.

Przygotowaliśmy projekt koncepcyjny nożyc do żywopłotu Ramus. Będzie on w stanie wspomagać planowanie prac i informować o szacunkowym czasie niezbędnym do ich wykonania, ile będzie potrzeba maszyn, co wpłynie na zmniejszenie obciążenia osób, które będą z tymi maszynami pracowały – tłumaczy Konieczny.

Obecnie rynek ogrodniczy w Polsce jest wart ok. 1 mld zł. Spodziewany jest dalszy, stopniowy wzrost, o ok. 1,5–2 proc. rocznie. Sytuacja jest znacznie lepsza niż na rynkach Europy Zachodniej, gdzie sektor jest już rozwinięty i w ostatnich latach notował niewielkie spadki.

Rynek w Polsce jest bardzo obiecujący. Nasi klienci rozglądają się za maszynami coraz bardziej zaawansowanymi. Nasycenie rynku w krajach Europy Zachodniej jest już dość wyraźne, natomiast u nas coraz częściej obserwujemy zainteresowanie maszynami bateryjnymi czy do automatycznego koszenia trawy, dlatego bardzo optymistycznie patrzymy w przyszłość – ocenia Maciej Konieczny.

Klasyfikacja sprzętu oświetleniowego według ustawy o zużytym sprzęcie z dnia 11 września 2015r.

Ustawa z 11 września 2015 r. o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, zastępująca ustawę z 2005 roku, weszła w życie w dniu 1 stycznia 2016 r. Ustawa dokonała w zakresie swojej regulacji wdrożenia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2012/19/UE z dnia 4 lipca 2012 r. w sprawie zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE) (Dz. Urz. UE L 197 z 24.07.2012, str. 38, z późn. zm.) Zgodnie z art. 20 wprowadzający jest obowiązany do osiągnięcia minimalnych rocznych poziomów zbierania zużytego sprzętu z zastrzeżeniem, że poziomy zbiórki są przyporządkowane według 6 grup sprzętu określonych w zał. 1 do ustawy. Należy jednak zaznaczyć, że w okresie przejściowym tj. od dnia wejścia w życie ustawy 1 stycznia 2016r. do dnia 31 grudnia 2017r. utrzymany został dotychczasowy podział na 10 grup sprzętu (załącznik nr 6 do ustawy), po uwzględnieniu zmian wynikających z rozwoju technologicznego.

Rozwój technologiczny a zmiany w klasyfikacji sprzętu oświetleniowego

Obowiązki ustawowe są realizowane w podziale na grupy sprzętu. Wyjątek stanowi grupa sprzętu oświetleniowego, z której wyodrębniono źródła światła, wymagające indywidualnego podejścia i odmiennego sparametryzowania poziomów zbierania, odzysku i recyklingu. Pozostały sprzęt oświetleniowy utworzył podkategorię, która w swojej istocie składa się z opraw oświetleniowych. Specyfikacja sprzętu oświetleniowego określona w ustawie z 2005r. nie uwzględniała półprzewodnikowych źródeł światła (LED), ponieważ ta technologia nie była jeszcze obecna na rynku. Ilości, które pojawiały się w sprzedaży były na tyle nieistotne, że ich klasyfikacja jako „pozostały sprzęt oświetleniowy…” należący do podkategorii opraw oświetleniowych nie miała wpływu na funkcjonowanie systemu. Sytuacja ta, na przestrzeni

10 lat od dnia obowiązywania poprzedniej ustawy, uległa diametralnej zmianie. Rozwój LED-owych źródeł światła znalazł odzwierciedlenie w dyrektywie z 2012r. oraz w nowej ustawie, które uwzględniły ten rodzaj sprzętu w klasyfikacji obowiązującej zarówno w okresie przejściowym do 31 grudnia 2017r. jak i w okresie następnym.

Klasyfikacja sprzętu oświetleniowego w okresie od 1 stycznia 2016 do 31 grudnia 2017

W okresie przejściowym od 1 stycznia 2016r. do 31 grudnia 2017r. źródła światła zostały sklasyfikowane w grupie 5 w załączniku 1 do ustawy. Do wykazu przykładowych rodzajów

źródeł światła ujętych w tej grupie dodano nową pozycję o nazwie „diody elektroluminescencyjne LED”. Zużyte źródła światła i zużyte oprawy oświetleniowe zostały zakwalifikowane do odrębnych strumieni, dla których przyjęto zróżnicowane poziomy obowiązkowej zbiórki. I tak, zgodnie z art. 113 ustawy, dla rodzajów sprzętu przyporządkowanych do opraw oświetleniowych, a mianowicie:

  • opraw oświetleniowych do lamp fluorescencyjnych, z wyjątkiem opraw oświetleniowych stosowanych w gospodarstwach domowych;
  • pozostałego sprzętu oświetleniowego do celów rozprowadzania lub regulacji światła,

z wyjątkiem żarówek żarnikowych obowiązuje 40% minimalny poziom zbierania,

dla rodzajów sprzętu przyporządkowanych do źródeł światła, a mianowicie:

  • prostych lamp fluorescencyjnych;
  • kompaktowych lamp fluorescencyjnych;
  • wysokowydajnych lamp wyładowczych, w tym ciśnieniowych lamp sodowych oraz lamp metalohalogenkowych;
  • lamp sodowych niskoprężnych;
  • diod elektroluminescencyjnych (LED)

obowiązuje 50% minimalny poziom zbierania.

Klasyfikacja sprzętu oświetleniowego w okresie od 1 stycznia 2018 r.

Utrzymanie w nowej ustawie podziału sprzętu oświetleniowego na strumień źródeł światła i opraw oświetleniowych zapewnia spójność procesów związanych z gospodarką tego rodzaju odpadem w okresie przed wejściem w życie nowej ustawy oraz w trakcie jej obowiązywania. Zgodnie z ustawą od roku 2018 obowiązuje klasyfikacja sprzętu według 6-ciu grup określonych w załączniku 1 do ustawy. Sprzęt oświetleniowy sklasyfikowany w grupie nr 3 wymienionego załącznika do ustawy odpowiada rodzajom sprzętu określonych w okresie przed 2018r. jako lampy i zawiera:

  • proste lampy fluorescencyjne;
  • kompaktowe lampy fluorescencyjne;
  • lampy fluorescencyjne;
  • wysokoprężne lampy wyładowcze, w tym ciśnieniowe lampy sodowe oraz lampy metalohalogenkowe;
  • niskoprężne lampy sodowe;
  • diody elektroluminescencyjne (LED)

Pozostały sprzęt oświetleniowy odpowiadający rodzajom sprzętu określonym w okresie przed 2018 r. jako oprawy oświetleniowe został ujęty w grupie 4 (sprzęt wielkogabarytowy) i grupie 5 (sprzęt małogabarytowy).

Diody elektroluminescencyjne (LED)

Umiejscowienie sprzętu określonego jako diody elektroluminescencyjne (LED) w grupie źródeł światła prowadzi do stwierdzenia, że pod tym nieprecyzyjnym określeniem ustawodawca zawarł takie wyroby LED, których specyfika odpowiada temu rodzajowi sprzętu oświetleniowego. Wyróżnikiem i cechą charakterystyczną sprzętu należącego do kategorii źródeł światła jest jego zastosowanie jako odrębny element oprawy oświetleniowej, który podlega wymianie po zużyciu. Taką funkcjonalność mają wszystkie pozycje z kategorii źródła światła, w tym oparte na półprzewodnikowej technologii LED. W nomenklaturze fachowej tego rodzaju lampy LED określane są jako LED-owe zamienniki lamp tradycyjnych (LED retrofit lamps). Należą do nich lampy LED zastępujące żarówki standardowe, halogenowe, świetlówki kompaktowe, liniowe lampy fluorescencyjne, lampy sodowe i metalohalogenkowe, itp. Rozszerzenie w ustawie z 2015r. kategorii źródeł światła o pozycję określoną jako „diody elektroluminescencyjne” nakłada na wprowadzających LED-owe zamienniki lamp tradycyjnych obowiązki, których realizacja następuje według zasad określonych dla kategorii źródeł światła.

Oprawy oświetleniowe z wmontowanym na stałe LED-owym źródłem światła

Rozwój technologii LED powoduje, że w grupie opraw oświetleniowych coraz większą pozycję zajmują oprawy z modułami LED lub panelami LED. Cechą charakterystyczną nowej technologii jest długa żywotność, co prowadzi do rozwoju opraw oświetleniowych, których trwałość świecącego modułu LED jest równa lub wyższa od trwałości samej oprawy.

Wykorzystując te zalety technologii, producenci oferują także oprawy z modułami LED, które nie wymagają wymiany w trakcie eksploatacji. Fakt, że moduł LED jest na stałe zamontowany w oprawie nie zmienia specyficznych cech oprawy, które są podstawą do wyodrębnienia strumienia odpadów z opraw oświetleniowych. O podziale sprzętu oświetleniowego na dwa strumienie odpadów ze źródeł światła i opraw oświetleniowych zdecydowało istotne zróżnicowanie w zakresie masy sprzętu, użytych materiałów, zawartości materiałów niebezpiecznych, technologii zbierania i przetwarzania, itp. Oprawy oświetleniowe, niezależnie od sposobu zamontowania modułu LED, są zbierane i przetwarzane w jednym strumieniu z innymi rodzajami opraw oświetleniowych według zasad określonych w ustawie. Zużyty moduł LED, który trafia do strumienia odpadów jako część oprawy podlega zagospodarowaniu jak każdy inny element oprawy. Należy podkreślić, że w świetle przepisów ustawy, moduły LED stosowane w zintegrowanych oprawach oświetleniowych LED nie są przedmiotem obrotu rynkowego, a stanowią komponenty, które nie podlegają obowiązkom określonym w ustawie.

Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego „Pol-lighting”

Narcyza Barczak-Araszkiewicz

Radosław Sałata objął stanowisko Dyrektora Departamentu Sprzedaży ds. Rynku Prywatnego T-Mobile Polska

Radosław Sałata„W sprzedaży i ze sprzedażą pracuję od zawsze. Jestem w T-Mobile, ponieważ uwielbiam wyzwania i pracę z ludźmi, którzy podchodzą do niej z entuzjazmem” – stwierdza Radek Sałata. Na nowego Dyrektora Sprzedaży czekają ambitne cele. Zgodnie z niedawno ogłoszoną strategią T-Mobile ma stać się operatorem nie tylko chętnie wybieranym przez nowych Klientów, ale również rekomendowanym przez obecnych. Satysfakcja Klienta to główny cel działań T-Mobile, dlatego w ciągu ostatnich paru tygodni zostało wprowadzonych klika zasadniczych zmian: likwidacja opłaty za sprawdzenia konta prepaid, uruchomienie elektronicznej gwarancji i wprowadzenie nowej prostej aplikacji self-care.

Z pewnością  blisko 20-letnie doświadczenie Radka nie tylko z branży telekomunikacyjnej będzie bardzo pomocne w rozwijaniu strategii sprzedaży T-mobile. Tym bardziej że będzie odpowiedzialny za kanały bezpośrednie oraz sprzedaż on line. W swojej karierze nowy Dyrektor Departamentu Sprzedaży ds. Rynku Prywatnego zajmował się rozwojem biznesu, budową i zarządzaniem wieloformatowymi sieciami sprzedaży oraz wprowadzaniem na rynek innowacyjnych produktów i usług. W firmie Polkomtel SA odpowiadał m.in.  za politykę taryfową operatora oraz wdrażanie nowych produktów i usług do sieci dystrybucji. Był jedną z kluczowych osób, które na polski rynek wprowadzały Eurobank EFG pod handlową marką Polbank EFG, gdzie stworzył i zarządzał siecią oddziałów partnerskich, sprzedażą mobilną oraz współpracą z brokerami. W zarządzie Banku Pocztowego nadzorował obszar bankowości instytucjonalnej, skarbu i rozliczeń oraz współpracę z Pocztą Polską. Współpracując z firmą doradczą AT Kearney brał udział  m.in. w projektach restrukturyzacji rozległej sieci detalicznej sprzedaży produktów finansowych oraz przygotowania feasibility study wprowadzenia na rynek nowoczesnej instytucji finansowej z istotną rolą zdalnych kanałów dostępu.

Radosław Sałata zastąpił na tym na stanowisku Wojciecha Kliniewskiego, który zamierza kontynuować karierę w ramach własnego projektu biznesowego.

GPW – profesjonalne tłumaczenia Relacji Inwestorskich

Biuro Tłumaczeń 123Tłumacz.pl przygotowało ofertę bieżącej obsługi serwisu Relacji Inwestorskich (RI). Celem usługi jest przede wszystkim dostosowanie strony do wybranych przez klienta wersji językowych. Współpraca tłumaczy wykwalifikowanych w obrębie łącznie przeszło 40 języków i specjalistów z zakresu rynku giełdowego ma być największym atutem oferty, szczególnie w oczach potencjalnych odbiorców – tj. spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych.
tlumaczRelacje Inwestorskie to szereg działań spółki wpisujących się w kreowanie i realizowanie skutecznych kontaktów z aktualnymi inwestorami. Jako podstawowe medium informacyjne firmy jest to również niezbędne narzędzie służące budowaniu profesjonalnego wizerunku wśród potencjalnych akcjonariuszy.

Mając na uwadze, że współczesny rynek kapitałowy przybrał model w pełni globalny, Biuro Tłumaczeń 123Tłumacz.pl przygotowało specjalną ofertę prowadzenia wielojęzycznego serwisu Relacji Inwestorskich. Korzystając z tej usługi, klient zyskuje udostępnienie w szerokim wachlarzu wybranych przez siebie języków obcych takich danych, jak: wyniki finansowe, dane operacyjne, informacje o nowych kontraktach, czy też odniesionych sukcesach (otrzymane nagrody i wyróżnienia, czołowe miejsca w rankingach branżowych). Jak przekonują eksperci, dzięki wielojęzyczności wzrasta szansa na szersze oddziaływanie spółki i nawiązanie nowych kontaktów z inwestorami, co w rezultacie może przynieść szereg wymiernych korzyści.

Proponowana usługa obejmuje zarówno tłumaczenie zasadniczych treści serwisu Relacji Inwestorskich, jak również bieżącą aktualizację zamieszczanych tam danych – niezależnie od formy, w jakiej są prezentowane (tabele i wykresy notowań spółki oraz forma opisowa aktualności). Oprócz tego oferta przewiduje profesjonalne przekłady raportów, sprawozdań, analiz, prospektów emisyjnych i wielu innych podobnych dokumentów. Mając świadomość, że podstawowym celem strony Relacji Inwestorskich jest prezentowanie akcjonariatowi rzetelnych informacji, 123Tłumacz.pl daje gwarancję profesjonalizmu oraz niekwestionowanej poprawności wykonywanych tłumaczeń i obsługi serwisu.

Więcej informacji na stronie: https://123tlumacz.pl/gpw/