Już co drugi z ponad 14 mln użytkowników sieci Play korzysta z oferty abonamentowej. Prezes firmy przewiduje dalszy wzrost udziału tej grupy klientów. Na koniec ubiegłego roku Play miał już ponad jedną czwartą całego polskiego rynku. W tym roku operator skupi się na inwestycjach związanych z budową stacji LTE.
– Patrząc na sytuację zarówno na rynku, jak i w Play, można zauważyć, że coraz więcej klientów prepaidowych przechodzi na abonament – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jørgen Bang-Jensen, prezes Play. – Myślę, że w 2016 roku będziemy w dalszym ciągu obserwować kurczenie się rynku telefonów na kartę i rosnącą liczbę klientów abonamentowych.
Play odnotował w ubiegłym roku zrównanie się liczby klientów telefonów postpaidowych z korzystającymi z oferty na kartę. Oznacza to wzrost udziału abonentów sieci o 2,7 pkt proc. wobec 2014 roku. Jak przekonuje Bang-Jensen, skłania ich do tej zmiany oferta smartfonów oraz inne promocje, które operatorzy przygotowują dla abonentów.
– Na rynku pojawią się nowe oferty jeszcze lepiej odpowiadające na potrzeby klientów. Zobaczymy też nowe modele telefonów – zapowiada Jørgen Bang-Jensen. – Propozycje chińskich producentów będą coraz bardziej interesujące – zarówno pod względem jakości, jak i ceny. To będzie główny kierunek rozwoju.
Miniony rok był dla najmłodszego polskiego operatora wyjątkowo udany. Liczba wszystkich klientów sieci wzrosła o 1,86 mln, czyli o ponad 15 proc. Przychody zwiększyły się o przeszło jedną piątą do 5,3 mld zł. EBITDA Playa wzrosła o 44 proc. do ponad 1,5 mld zł.
– W 2016 roku mamy zamiar się rozwijać, ale oczywiste jest dla nas to, że nie powtórzymy wzrostu z roku 2015 roku, który był rekordowo dobry – utrzymuje Jørgen Bang-Jensen.
Rosnące przychody i wynik EBITDA sprawiły, że udział sieci Play w rynku wzrósł o 3,8 pkt proc. Dziś operator ma jedną czwartą rynku, co oznacza, że dogonił dotychczasową wielką trójkę, czyli Orange, T-Mobile i Plus.
W ubiegłym roku Play wziął udział w aukcji dodatkowych częstotliwości LTE i został jednym z jej zwycięzców, uzyskując jeden blok częstotliwości 800 MHz oraz cztery bloki częstotliwości 2600 MHz. Na początku lutego operator wpłacił 1,7 mld zł za nabyte bloki i rozpoczął proces wdrażania ponad tysiąca stacji LTE. Mają zostać uruchomione w I połowie roku. W marcu działać będzie już ok. 200 stacji. Dzięki nowym częstotliwościom Play chce zbudować nowoczesną i najlepszą sieć LTE, a tym samym rozwijać oferty transmisji danych. Operator już teraz chwali się pięciokrotnym wzrostem użycia transferu danych LTE.
– W ubiegłym roku mieliśmy do czynienia ze znaczącym, bo 150-procentowym, wzrostem użycia transferu danych w ogóle, a wykorzystanie go przez smartfony wzrosło aż o 300 procent – mówi Bang-Jensen.
Ponad 700 firm zbankrutuje w tym roku w Polsce, wynika z prognozy KUKE. Główną przyczyną niewypłacalności firm jest nieterminowe spłacanie faktur przez ich klientów. W najlepszym wypadku brak należnych pieniędzy na rachunku ogranicza ich możliwości inwestycyjne, w najgorszym same stają się dłużnikami.
– Często przedsiębiorcy dbają bardziej o klienta, niż nie o to, żeby się obronić przed nieterminowymi płatnościami – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Agnieszka Surowiec z zajmującej się wierzytelnościami firmy Intrum Justitia. – Najczęściej powodem nieterminowych płatności jest niesprawdzenie kontrahenta. W takich przypadkach polecamy weryfikację lub monitoring i rozmowę na temat tego, jakie terminy płatności dla przedsiębiorcy są najbardziej efektywne. Po to, żeby obie strony znalazły się we wspólnym miejscu.
Intrum Justitia przygotowała raport o płatnościach w całej Europie. W badaniu wzięło udział ponad tysiąc firm z 21 krajów podzielonych na cztery obszary. Najlepiej swoje zobowiązania spłacają kontrahenci z Europy Północnej, najgorzej – z Południowej. Wschodnia część kontynentu, do której zaliczono Polskę, uplasowała się na trzecim miejscu.
– Niższa płynność finansowa przede wszystkim obniża możliwości inwestycyjne – przekonuje Surowiec. – Wpływa też mocno na redukcję w przedsiębiorstwach. Jeżeli płatności są regulowane nieterminowo, to przedsiębiorcy nie mogą inwestować. Niestety, czasami też wymaga to redukcji zatrudnienia. Wyobraźmy sobie, jakby wyglądała sytuacja przedsiębiorców, gdyby mieli te pieniądze, które corocznie muszą odpisywać w straty. One mogłyby być przeznaczone na rozwój.
Z Europejskiego Raportu Płatności 2015 wynika, że rocznie europejskim firmom z powodu nieuiszczonych płatności przepada 3,1 proc. dochodu. Odpowiada to 290 mld euro. Aż 70 proc. firm wskazuje na opóźnienia w płatnościach jako główną przyczynę swoich problemów z płynnością. Sześciu na dziesięciu przedsiębiorców uważa te opóźnienia za działanie celowe kontrahentów. 40 proc. przedsiębiorców w całej Europie jest przekonanych, że to właśnie nieterminowo regulowane należności hamują rozwój ich firm i stanowią przeszkodę w zatrudnianiu nowych pracowników. W Polsce odpowiedź taką wskazał co czwarty pytany.
– Spirala zadłużenia jest bardzo powszechnym zjawiskiem. Wewnątrz firmy obserwujemy to na przykład wtedy, kiedy dłużnik staje się naszym klientem. Wynika to z tego, że jeżeli faktura przez dłuższy czas jest nieopłacona, to niestety przedsiębiorca nie ma pieniędzy na to, żeby uregulować swoje zobowiązania. Często w ten sposób sam staje się dłużnikiem.
Jak podkreśla Agnieszka Surowiec, firmy często zabezpieczają się przed nieterminowymi płatnościami, stosując przedpłatę (47 proc. ankietowanych) lub żądając wystawienia czeku. Ekspertka zachęca też do weryfikowania wiarygodności kontrahentów przed zawarciem umowy.
Ponad trzy czwarte przedsiębiorstw poszukuje oszczędności w wydatkach związanych z wyjazdami służbowymi. Najczęściej rozważają ograniczenie ich liczby lub obniżenie standardu podróży lub hotelu. W przypadku organizacji, których roczny budżet na wyjazdy wynosi co najmniej 75 000–100 000 zł, opłacalne może być korzystanie z usług agentów zewnętrznych. Na razie tylko co czwarta firma za ich pośrednictwem planuje podróże.
– Rynek podróży służbowych w Polsce ponownie rośnie po tym, jak w czasie kryzysu, od 2009 roku, spadał – mówi agencji Newseria Biznes Michał Leman, prezes zarządu LOT Travel. – Okazało się, że podróże w firmach są elementem nieodzownym. Nie wystarczy załatwić czegoś za pomocą e-maili, czy wideokonferencji. Bezpośrednie spotkania, w trakcie których omawiane są szczegóły dotyczące umów i współpracy, często są niezbędne, dlatego większość firm nadal poszukuje w tym obszarze oszczędności.
Jak wynika z raportu LOT Travel, najpopularniejszym środkiem transportu w krajowych podróżach służbowych jest samochód firmowy, z którego korzysta 65 proc. firm. Do podróży służbowych najczęściej wybierany jest samolot. Bez względu na branżę oraz wielkość przedsiębiorstwa z tego środka transportu korzysta 83 proc. podmiotów.
Wbrew powszechnemu przekonaniu najczęściej z takich wyjazdów korzystają nie prezesi i członkowie zarządów, ale osoby piastujące funkcje operacyjne (specjaliści). Tylko w przypadku wyjazdów zagranicznych przeważają dyrektorzy (74 proc.). Pracownicy operacyjni zajmują drugą pozycję (58 proc.), trzecią – członkowie zarządu (47 proc.).
– Około 80 proc. firm w przyszłym roku chciałoby zoptymalizować koszty podróży, natomiast widać, że nie za bardzo mają pomysł, jak to zrobić. Jednym pomysłem jest likwidacja części podróży, innym próba oszczędzenia na rezerwowanych przelotach czy hotelach – mówi Leman.
Najważniejszym kryterium przy planowaniu podróży, jak deklaruje 85 proc. przedsiębiorstw, pozostaje cena. Często organizacją podróży zajmują się osoby czy działy wewnątrz firmy. Wciąż rzadko firmy korzystają z usług wyspecjalizowanych w tym agencji (26 proc. firm to robi).
– Naszym zdaniem jest to duży błąd. Zewnętrzny agent potrafi znaleźć oszczędności, zracjonalizować tę podróż nie tylko pod kątem ceny, lecz także pod kątem jakości, komfortu i czasu podróży. To szczególnie ważne w przypadku podróży osób na wyższych szczeblach zarządczych – mówi prezes Lot Travel.
Jak podkreśla, jeśli firma rocznie przeznacza na podróże służbowe co najmniej 75 tys. zł, powinna rozważyć skorzystanie z pomocy zewnętrznej agencji.
– Czas pracy menadżera i jego stawka godzinowa są na podobnym poziomie co cena biletu. Każde wydłużenie przelotu, np. o 60 minut, stanowi stratę dla firmy, bo w tym czasie osoba nie można raczej efektywnie pracować. Bardzo niewiele firm na razie bierze to pod uwagę – mówi Leman. – Klientów czasami dziwi to, że najpierw chcemy długo badać ich potrzeby, rozmawiać, kto podróżuje, w jaki sposób i na jak długo. Dopiero potem dostosujemy ofertę, propozycję stawek i konkretnych rozwiązań.
Ze względu na wyższy wolumen agent pomaga też podpisać korzystne umowy, np. z sieciami hotelowymi, na stałe, obniżone stawki.
– Żadna firma tego w ten sposób nie wynegocjuje, bo specjalista przychodzi z dużą grupą potencjalnych klientów i w związku z tym może uzyskać dużo niższe ceny – przekonuje Michał Leman.
Polska Centralna wraz z Łodzią to najbardziej pożądana lokalizacja logistyczna w Europie Środkowo-Wschodniej i piąta w Europie – wynika z raportu Prologis. Rośnie również znaczenie całego regionu na tle Starego Kontynentu. Inwestorów przyciągają tu atrakcyjne ceny nieruchomości oraz dostępność i wciąż stosunkowo niski koszt siły roboczej.
– Jak wynika z badań, które przeprowadziliśmy z Eyefortransport, Polskę Centralną jest na bardzo wysokim, piątym miejscu wśród lokalizacji europejskich. To tzw. złoty trójkąt między Piotrkowem, Łodzią i Strykowem. Jest to lokalizacja oferująca jako jedyna według naszych respondentów połączenie dobrej infrastruktury, która dalej w Polsce się rozwija ze względu na koniec budowy autostrady A1, z idealnym miksem kosztów nieruchomości, ich dostępności i kosztów pracy – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Sapek, senior vice president i country manager Prologis na Polskę.
Wciąż najbardziej pożądane lokalizacje w Europie znajdują się wzdłuż międzynarodowych i globalnych szlaków tranzytowych w sąsiedztwie najważniejszych rynków konsumenckich. Te warunki spełniają przede wszystkim kraje Beneluksu. Najwyższą pozycję utrzymują holenderskie miasta: Venlo, które obroniło pierwsze miejsce uzyskane w 2013 r., oraz Rotterdam, który jest ważnym portem na zachodzie kraju. Polskę Centralną wyprzedza jeszcze m.in. niemiecki Düsseldorf.
W związku z planowanymi przekształceniami istniejących sieci dystrybucyjnych w sieci ogólnoeuropejskie właśnie rynki Europy Środkowo-Wschodniej staną się lokalizacjami preferowanymi.
– Na pewno dla branży logistycznej rozwój infrastruktury jest jednym z ważniejszych elementów. Infrastruktura drogowa w Europie Zachodniej jest już dobrze rozwinięta. Przez ostatnie kilka lat w Polsce i w Europie Centralnej mieliśmy bardzo duży rozwój infrastruktury. Sądzę, że to jest czynnik, który w coraz mniejszym stopniu będzie dawał przewagę Europie Zachodniej – stwierdza Paweł Sapek.
To już jest widoczne. Najmocniej w rankingu europejskim tracą Liège, Paryż, Bruksela, Madryt i Niemcy Centralne, a także położone blisko portów lotniczych centra dystrybucyjne, w tym Frankfurt i Amsterdam-Schiphol. Natomiast rynki Europy Środkowo-Wschodniej zanotowały największe wzrosty. Łącznie osiem lokalizacji trafiło do ogólnoeuropejskiego rankingu, a w 2013 roku było ich tylko cztery.
W raporcie zwraca się uwagę na to, że kluczowym kryterium dla najemców jest dostępność pracowników i ich koszt. W północno-zachodniej części Europy i w Wielkiej Brytanii o pracownika znacznie trudniej. Kryterium to zyskuje więc na znaczeniu. Niskie koszty to także mocna strona naszego kraju. Właśnie Polska Centralna jako jedyna znalazła się w czołowej dziesiątce rankingu pod względem kryterium kosztów pracy i koszty nieruchomości. Na dodatek, wraz z Łodzią, oceniona została przez ankietowanych jako najbardziej pożądana lokalizacja logistyczna w Europie Środkowo-Wschodniej. Na kolejnych miejscach znalazły się: Stambuł, Praga, Bukareszt i Budapeszt. Na 10. pozycji znalazł się region Polski Zachodniej.
– Jednym z trendów, który zauważyliśmy w tym roku, był wzrost zainteresowania ze strony branży e-commerce, która się rozwija i musi lokować swoje centra dystrybucyjne bliżej klientów i bliżej większych miast ze względu na wymagane czasy dostaw. Oczywiście są to też lokalizacje, które potrafią zapewnić dużo siły roboczej – mówi Paweł Sapek.
Przygotowany przez Prologis i ETF raport „Rozwój sieci nieruchomości logistycznych w Europie” jest drugim z kolei takim opracowaniem (pierwsze badanie przeprowadzono w 2013 r.). EFT zaprosił najemców magazynów (216 respondentów) z różnych sektorów do oceny 100 lokalizacji pod kątem jedenastu kryteriów zdefiniowanych jako kluczowe.
Pracownicy z pokolenia Y, czyli urodzeni między 1983 a 1994 rokiem, coraz częściej opierają swoją karierę na wartościach osobistych. Blisko połowa przyznała, że odmówiła wykonania w pracy zadania, które kłóciło z ich zasadami etycznymi – wynika z badania Deloitte. System wartości ma coraz większe znaczenie również dla innych grup pracowników oraz dla pracodawców. Na pierwszym miejscu stawiane są rodzina i zdrowie, a następnie uczciwość.
– Zarówno w biznesie, jak i w życiu prywatnym wartości mają istotne znaczenie. Na pierwszym miejscu bezwzględnie jest szczęście rodzinne, na drugim szeroko rozumiane zdrowie, później uczciwość – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Nowak, dyrektor zarządzający w firmie doradczej Okaeri Consulting. – Miałem przyjemność pracować z pracodawcami z listy „Forbesa”. Co ciekawe, każdy z nich wskazywał, że rodzina miała kolosalne znaczenie dla osiągnięcia sukcesu w biznesie.
Jak wynika z badania Okaeri Consulting i Human Graph wbrew dość powszechnej opinii wyższe wartości, w tym religia, są istotne, zarówno dla pracodawców, jak i pracowników. Poproszeni o wskazanie trzech wartości, które powinny być ważne dla osoby pragnącej osiągnąć sukces w biznesie, obie grupy najczęściej wskazywały „uczciwe życie”. Odpowiedzi takiej udzieliło 51 proc. pracodawców i 38 proc. zatrudnionych.
– Tu dysproporcja jest dosyć duża. Podobne były w pytaniach o inne wartości. Dla pracowników ważna jest przyjaźń. Wskazało ją 14 proc. ankietowanych., a wśród pracodawców – tylko 1 proc. To jest granica błędu statystycznego – mówi ekspert.
Nowak podkreśla, że w miejscu pracy często toczą się rozmowy na temat wyznawanych wartości. Eksperci podkreślają, że tego typu rozmowy na temat wartości pozwalają w sposób jednoznaczny i czytelny ustalić zasady współpracy w zespołach. Większość badanych potwierdza, że takie rozmowy mają miejsce między podwładnymi (72 proc.) oraz między przełożonymi (87 proc.).
– Trochę inaczej to wygląda, kiedy pytamy wprost o rozmowy na temat religii. Tu gros pracodawców boi przyznać, że rozmawia o kwestiach religii, bo znacznie mniej wskazuje, że takie rozmowy mają miejsce – wyjaśnia Michał Nowak.
Ponad połowa pracowników zadeklarowała, że temat ten przejawia się w rozmowach z przełożonymi. Z kolei do takich rozmów z podwładnymi przyznaje się 35 proc. pracodawców.
Według badania Okaeri Consulting t\9 proc. badanych pracowników i 6 proc. pracodawców uważa, że wiara religijna powinna przyświecać osobom, które chcą osiągnąć sukces w biznesie. Ankieta wykazała związek między taką deklaracją a podkreśleniem znaczenia uczciwości w biznesie. Zarówno dla jednej, jak i drugiej grupy wiara okazała się być ważniejsza niż sukces czy sława.
– Ponad 17 proc. pracodawców i 13 proc. pracowników wskazało, że wiara i wartości religijne mają znaczenie w prowadzeniu biznesu i osiągnięcie sukcesu w ich branży – dodaje Nowak.
Według prezydenckiego projektu pomocy „frankowiczom” kredyty osób zadłużonych we frankach szwajcarskich zostaną przewalutowane po „kursie sprawiedliwym”. Dla banków oznacza to duże (nawet 40-milionowe) straty. W przyrodzie jednak nic nie ginie – zostaną one wyrównane na klientach, którzy muszą liczyć się ze wzrostem kosztów produktów bankowych.
„Kurs sprawiedliwy” to kurs, według którego – w przypadku wejścia ustawy – zadłużone osoby będą mogły przewalutować swoje kredyty we frankach szwajcarskich. Dla każdego zadłużonego zostanie on wyliczony indywidualnie według specjalnego algorytmu. Aby ustalić swój „kurs sprawiedliwy”, można skorzystać z kalkulatora dostępnego na oficjalnej stronie internetowej Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Projekt ustawy zakłada również, że banki zwrócą „frankowiczom” spready walutowe. Ponadto będą oni mogli przenieść własność zadłużonej nieruchomości na bank w zamian za zwolnienie z długu.
„Przewalutowanie kredytu po »kursie sprawiedliwym« w większości przypadków będzie opłacalne. Nie mamy jednak pewności, jak będzie on liczony od 2000 do 2005 r. Dostępny kalkulator zawiera bowiem tylko przeliczniki właśnie od 2005 r., chyba dlatego, że w poprzednich latach był dosyć wysoki WIBOR, który niekorzystnie wpłynąłby na kalkulację” – mówi serwisowi infoWire.pl Cezary Szewczak z firmy Open Finance.
Opinia Komisji Nadzoru Finansowego na temat prezydenckiego projektu nie była do końca pozytywna. Jest więc możliwe, że niektóre jego zapisy zostaną jeszcze zmienione.
Jesteśmy niezwykle przedsiębiorczym narodem. Potwierdzają to wyniki badań – aż 71% Polaków ma pozytywne nastawienie do przedsiębiorczości[1]. Znajdujemy się nieznacznie poniżej średniej europejskiej, która wynosi 72% oraz światowej, sięgającej 76%[2]. Polska awansowała również o trzy pozycje w prestiżowym rankingu Doing Business 2016, a tym samym zajęła 25. miejsce na 189 krajów[3]. W ostatnich latach obserwujemy w naszym kraju wyraźny wzrost gospodarczy[4]. Jak twierdzą eksperci, żeby utrzymać tempo tego wzrostu w nadchodzącym roku, warto właściwie ukierunkowywać kreatywną energię polskich przedsiębiorców poprzez zwiększanie innowacyjności, konkurencyjności oraz tworzenie nowych miejsc pracy.
Ranking Doing Business odzwierciedla łatwość prowadzenia działalności gospodarczej. W ostatnich latach Polska zrobiła kolosalny postęp – sześć lat temu w zestawieniu Banku Światowego Polska zajęła bardzo odległe, bo aż 76. miejsce. W Unii Europejskiej byliśmy lepsi tylko od Grecji[5].
-„Łatwość zakładania działalności gospodarczej w Polsce, a także coraz mniej pojawiających się problemów na dalszych etapach prowadzenia biznesu, wpływają pozytywnie na gospodarczy postęp Polski. Wykorzystując przedsiębiorczy potencjał Polaków i ich kreatywność, nowe miejsca pracy mogą być tworzone niejako „oddolnie”. Awans w rankingu odzwierciedlającym potencjał biznesu na 25. miejsce stanowi również zachętę dla potencjalnych inwestorów – tam, gdzie istnieje mniej barier związanych z wchodzeniem na rynek, przedsiębiorcy są bardziej skłonni do zakładania własnych firm” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes zarządu Loyd S.A.
Entuzjastyczne nastawienie do przedsiębiorczości i do edukacji biznesowej to jedno, chęć założenia własnej działalności to zupełnie inna kwestia. Gotowość do podjęcia pracy w takiej formie wyraziło 38% respondentów[6]. Główną barierą, która zniechęca do rozpoczęcia własnego biznesu, jest strach i nie jest to charakterystyczne wyłącznie dla Polaków – to przeszkoda ogólnoświatowa. Samozatrudnienie wiąże się z pewny ryzykiem, które nie zawsze da się przewidzieć na początku działalności.
Jak wynika z raportu PARP, w Polsce w 2012 r. funkcjonowało prawie 86% firm z rocznym stażem[7]. 70% przedsiębiorstw przetrwało 2 lata na rynku, z kolei 54% istniało zaledwie rok dłużej. Do końca 2013 r. wskaźnik przetrwania firm do trzeciego roku zmniejszał się, zaś w 2014 miało miejsce niewielkie odbicie. Może to być dowód na stopniową profesjonalizację biznesu i na to, że polscy przedsiębiorcy dojrzewają do działań rozwojowych.
„99,8%[8] przedsiębiorstw w Polsce stanowią małe i średnie firmy, dlatego też są one tak bardzo ważnym segmentem naszej gospodarki. Skupiając się na ich edukacji i dając im merytoryczne przygotowanie, zminimalizujemy paraliżujący strach, który ogarnia potencjalnych właścicieli firm. Przedsiębiorcy muszą być w swoich działaniach innowacyjni i elastyczni, muszą umieć dostosowywać się do dynamicznie zmieniającej się sytuacji rynkowej – umiejętność wcielania tej wiedzy w praktykę biznesową zmniejszy ryzyko porażki i niepowodzenia. Rezultatem ich działań będzie z kolei kontynuacja pozytywnych tendencji, m.in. coraz więcej firm przetrwa najtrudniejsze trzy pierwsze lata działalności” – zauważa Bartosz Kaczmarczyk.
O tym, że MŚP odgrywają bardzo ważną rolę w polskiej gospodarce, świadczy udział firm z tego sektora w tworzeniu PKB – ich wkład to prawie 50%, w tym 30% to mikroprzedsiębiorstwa[9]. Wśród osób pracujących w przedsiębiorstwach, 70% stanowią osoby pracujące w małych i średnich firmach, z czego ponad 50% to pracownicy małych firm
W ostatnich dniach mogliśmy zapoznać się z wieloma komentarzami dotyczącymi wpływu ewentualnego Brexitu na gospodarkę Wielkiej Brytanii, od nierealistycznie optymistycznych – że doprowadzi on w przyszłości do 10% wzrostu standardów życia Brytyjczyków – do zupełnie ponurych, mówiących o pogorszeniu się wyników brytyjskiej gospodarki w skutek przedłużającej się recesji.
Tymczasem trudno jest wysuwać tego typu twierdzenia bez uprzedniego dokonania różnego rodzaju założeń i to nie tylko dotyczących przyszłych relacji Wielkiej Brytanii z Europą.
Skok w nieznane
Jak skuteczna okaże się Wielka Brytania w negocjowaniu porozumień handlowych z resztą świata możemy tylko zgadywać. Określenie kierunku przyszłej polityki rządu brytyjskiego i tego, jak bardzo okaże się skuteczny, byłoby skokiem w nieznane. Na tyle, na ile mogą okazać się użyteczne, analizy OECD poddają w wątpliwość sugestię, że to jakoby narzucane przez Brukselę regulacje oraz przepisy dotyczące zatrudnienia są kluczowymi czynnikami hamującymi brytyjski biznes.
Na tym tle nie zaskakuje wcale to, że w debacie na temat Brexitu, wewnątrz jak i na zewnątrz Zjednoczonego Królestwa, bardzo ważną rolę (jeśli nie ważniejszą od ekonomii) odgrywają emocje. I chcąc być fair, być może nie jest to zupełnie pozbawiona rozsądku podstawa, w oparciu o którą należałoby ten spór rozpatrywać.
W końcu, utworzenie pierwotnej organizacji (Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej) w latach 50-tych było w dużej mierze odpowiedzią na polityczne turbulencje, które dokonały wcześniej spustoszeń na całym kontynencie.
Rynki nie znoszą niepewności
Powiedziawszy to trudno nie być przynajmniej odrobinę zaniepokojonym o możliwe konsekwencje głosowania w sprawie Brexitu w najbliższym czasie (bez względu na to, jak długa okaże się ta historia). Rynki nie znoszą niepewności i mogą, jak mogliśmy się o tym niedawno przekonać, odpowiedzieć dość gwałtownie na całą sytuację i, twierdziłbym, irracjonalnie do napływających informacji. Obserwacje płynące z przygotowań do szkockiego referendum są całkiem jasne wraz z inwestorami podejmującymi decyzje o wycofaniu się z zaangażowania w projekty inwestycyjne w Szkocji na ostatniej prostej przed głosowaniem – potwierdzają to dane RICS Commercial Property Market Survey pokazujące spadek zapytań inwestorów w tym kraju w trzecim i czwartym kwartale 2014 r. (głosowanie odbyło się we wrześniu tego samego roku). Odpływ inwestorów uległ następnie odwróceniu i nacjonaliści mogą się upierać, że stało by się tak bez względu na wynik referendum, wraz z rozstrzygnięciem spornej kwestii.
Osobiście nie wierzę, że byłoby to wówczas takie proste i daleki jestem od bycia pewnym, że tak będzie gdy elektorat Wielkiej Brytanii zdecyduje się poprzeć Brexit. Uwolnienie Wielkiej Bretanii od dotychczasowych, budowanych latami porozumień i nadanie im nowych ram może być dla Brytyjczyków okazją ale na pewno nie zwiększy pewności ani jasności co do ich najbliższej przyszłości.
Nowy lepszy świat
Przed nami do wykonania ogrom pracy i moje przeczucie jest takie, że przedsiębiorcy i inwestorzy będą stąpać ostrożnie do czasu aż zdobędą lepszą wizję tego jak rzeczywiście wygląda ten nowy lepszy świat.
Simon Rubinsohn, główny ekonomista RICS
Komentarz polskiego eksperta:
„Wyjście Wielkiej Brytanii z UE może spowodować pewne komplikacje natury prawnej dla inwestorów rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, chociażby ze względu na już zawarte umowy, które bazują na prawie Wielkiej Brytanii czy określają sąd właściwy dla rozstrzygania sporów w Wielkiej Brytanii ze względu na lokalizację siedziby najemcy. Jednakże Brexit może mieć również pozytywny efekt na wolumen transakcji w Polsce, jeśli inwestorzy zdecydują się zainwestować kapitał dotąd przeznaczony na rynek UK w innych krajach, w tym w Polsce”, Małgorzata Cieślak-Belgy MRICS, Partner, REINO Partners:
Czy można znaleźć zatrudnienie aktywnie go nie szukając? Okazuje się, że tak. Wystarczy zrobić kilka prostych rzeczy, a praca sama nas znajdzie.
Nowoczesne technologie zagościły już praktycznie we wszystkich dziedzinach naszego życia. Także rynek rekrutacyjny nie pozostaje w tyle. Tu coraz częściej liczy się czas, pieniądze i trafne decyzje. Pracodawcy oraz rekruterzy coraz chętniej wykorzystują nowoczesne metody bezpośredniego dotarcia do kandydatów, tzw. direct search. Zdając sobie z tego sprawę, kandydaci robią wszystko, aby łatwiej było ich znaleźć.
Raz, ale dobrze
Punktem wyjścia dla osób, które chcą być widoczne na rynku pracy, są serwisy rekrutacyjno-społecznościowe. Dysponują one coraz większymi możliwościami technologicznymi, które odpowiednio łączą pracodawców z najbardziej odpowiadającymi im kandydatami. Dobrze przygotowany profil zawodowy pracownika może przyciągać rekruterów jak magnes. Aby jednak łatwo można było dotrzeć do kandydata i zachęcić rekrutera do kontaktu, trzeba taki profil profesjonalnie przygotować. – Ważne jest, aby uzupełnić profil w całości, co będzie też mówiło o tym, że kandydat niczego nie ukrywa. Rekruter powinien znaleźć w nim wszystkie niezbędne dla niego informacje. Istotnym elementem jest także zdjęcie, dzięki któremu stajemy się bardziej wiarygodni – wyjaśnia Ewa Iżykowska, ekspert z GoldenLine, największego serwisu rekrutacyjnego. – Uzupełniając konto, w kilku zdaniach zaprezentujmy swoje doświadczenie zawodowe i posiadane kompetencje. Rubryki „profil zawodowy” i „podsumowanie zawodowe”, to najważniejsze elementy profilu. Dodatkowo, wpisując określone wyrażenia prezentujące nasze umiejętności zawodowe pamiętajmy, że są to swego rodzaju słowa kluczowe, po których rekruter też jest w stanie nas wyszukać – dodaje Iżykowska. Chwalmy się konkretnymi umiejętnościami i osiągnięciami zawodowymi, które je potwierdzają. Referencje od współpracowników czy byłych przełożonych robią na rekruterach dobre wrażenie. Pozytywna opinia o naszej osobie, wyrażona przez innych, podpisana z imienia i nazwiska, zwiększa wiarygodność kandydata. Warto więc takie opinie gromadzić.
Krok dalej
Serwisy często proponują szereg dodatkowych możliwości dla osób zainteresowanych otrzymywaniem ofert zatrudnienia. – Posiadając w serwisie uzupełniony profil zawodowy, a dodatkowo włączając opcję „szukam pracy”, można otrzymywać oferty pracy na nasz adres mailowy lub wiadomości bezpośrednio od rekruterów – informuje Ewa Iżykowska z GoldenLine. Jeśli dodatkowo wykorzystamy inne dostępne funkcje, które serwisy proponują swoim użytkownikom w coraz większym zakresie, jak np. przeszukamy aktualne oferty pracy umieszczane w danym serwisie, uaktywnimy się na profilach pracodawców, u których chcielibyśmy pracować czy zaangażujemy w dyskusje na forach tematycznych, to prawdopodobieństwo znalezienia pracy jest jeszcze większe.
Największe serwisy rekrutacyjne przyciągają zarówno kandydatów szukających pracy, jak również tych, którzy w danym momencie jej nie szukają. Osoby aktywne zawodowo zdają sobie sprawę z tego, że warto odpowiednio prezentować się na rynku pracy poprzez profile zawodowe, do których mają dostęp rekruterzy. Dzięki temu nawet nie szukając aktywnie pracy możemy otrzymać propozycje zatrudnienia, z których być może zechcemy skorzystać. Liczba profili zawodowych w sieci stale rośnie. Największy na polskim rynku serwis rekrutacyjny z takimi profilami – GoldenLine.pl – przekroczył już 2 mln użytkowników. Co ciekawe, coraz częściej sami pracodawcy już nie tylko szukają pracowników w takich serwisach, ale chcą w nich kreować wizerunek poprzez swoje profile firmowe. Serwisy rekrutacyjno-społecznościowe stają się więc pierwszym wyborem przy poszukiwaniu pracy lub pracowników.
Zakup mieszkania to obecnie nie lada wydatek, stąd też zainteresowanie kredytami hipotecznymi z roku na rok wzrasta. Sprawdź, gdzie w lutym opłaca się wziąć kredyt hipoteczny.
Zobowiązanie hipoteczne to jeden z najpopularniejszych sposobów na sfinansowanie zakupu mieszkania. Wg raportu AMRON-SARFiN 4/2015, przygotowanego przez ZBP, w samym IV kw. 2015 r. zawarto ponad 48,7 tys. umów o kredyt mieszkaniowy. Co ciekawe, liczba wszystkich aktywnych umów kredytowych wynosi dziś 1,995 mln sztuk.
Analitycy porównywarki finansowej Comperia.pl przygotowali ranking kredytów hipotecznych. – W raporcie AMRON_SARFiN ZBP czytamy, że średnia wysokość zobowiązania hipotecznego w IV kwartale 2015 r. wyniosła nieco ponad 214 tys. zł. Stąd też w naszym rankingu przyjęliśmy, że dany kredyt zostanie zaczerpnięty na 30 lat w kwocie 300 tys. zł. – mówi Jacek Kasperczyk, analityk Comperia.pl.
Dla przyjętych założeń najlepsze kredyty hipoteczne oferują:
TOP5 kredytów hipotecznych na kwotę 214 tys. zł (wartość nieruchomości 300 tys. zł), okres spłaty 30 lat, raty równe
Obecnie najlepszy kredyt hipoteczny znajdziemy w banku PKO BP. Oprocentowanie rzeczywiste tego produktu wynosi 3,36 proc. Istotną kwestią jest jeszcze to, że wspomniana instytucja nie pobiera prowizji za udzielenie tego zobowiązania.
Drugie miejsce zajął Bank BPH, gdzie rzeczywista roczna stopa oprocentowania tego kredytu wynosi 3,51 proc. Niestety w odróżnieniu od zwycięzcy, osoba zainteresowana tym rozwiązaniem musi liczyć się z koniecznością zapłacenia prowizji za udzielenie tego zobowiązania w wysokości 5 proc.
Pierwszą trójkę zestawienia na najlepszy kredyt hipoteczny zamyka oferta Banku Zachodniego WBK, w przypadku której oprocentowanie rzeczywiste wynosi 3,59 proc. a prowizja za jego udzielenie przyjmuje wartość 2 proc.
Miejsca tuż za podium zajęły odpowiednio kredyty hipoteczne dostępne w Banku BPS oraz Banku Pekao. Co ważne, oprocentowanie rzeczywiste tych zobowiązań przyjmuje wartości od 3,81 do 3,92 proc., ale w obydwu tych przypadkach konieczne jest uiszczenie prowizji za udzielenie tych kredytów.
– Rzeczywista roczna stopa oprocentowania najlepszych kredytów hipotecznych nie przekracza poziomu 4 proc., co jest wartością bardzo atrakcyjną. Dla przypomnienia warto dodać, że średnia rynkowa dla przyjętych parametrów wynosi 4,35 proc. Tym samym dobrze widać, że wymienione w rankingu produkty należą do ścisłej czołówki. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.
Firma doradcza Deloitte rozpoczyna coroczną rekrutację. Od 1 marca br. do 10 kwietnia br. czeka na zgłoszenia kandydatów: studentów (co najmniej trzeciego roku studiów) i absolwentów uczelni wyższych. Oferty czekają na osoby do zespołów Audytu, Doradztwa Podatkowego, Kancelarii Prawniczej, Doradztwa Finansowego oraz Konsultingu. Można także aplikować do nowo utworzonych zespołów: Digital, Sustainability Consulting oraz Deloitte Central Europe Business Services Center w Rzeszowie. Do 23 marca br. można także zgłosić się na wybrane certyfikowane warsztaty w ramach Akademii Biznesu: Akademii Podatkowej, Akademii Rachunkowości, Quants Academy i Cyber Academy.
Jak co roku rekrutacja jest prowadzona z myślą o wszystkich lokalnych oddziałach firmy, zarówno w Warszawie, jak i Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Rzeszowie i Szczecinie.
Chętni kandydaci, którzy mają zdolności analityczne i są nastawieni na rozwój, powinni wysłać swoje aplikacje do 10 kwietnia br. za pośrednictwem strony www.deloitte.com/pl/kariera. Zgłaszać się mogą studenci i absolwenci przede wszystkim kierunków biznesowych, ekonomicznych, informatycznych, technicznych oraz prawa i administracji. Niezależne od kierunku studiów, najważniejsze są jednak umiejętności pracy w zespole, dobra znajomość języka angielskiego, chęć uczenia się, innowacyjne podejście i predyspozycje przywódcze. Rekrutacja jest kilkuetapowa i obejmuje, m.in.: testy on-line, kilkugodzinne spotkanie weryfikujące umiejętności kandydatów oraz rozmowę kwalifikacyjną.
Osoby zainteresowane technologią mogą znaleźć zatrudnienie w dziale Konsultingu, który w ostatnich latach mocno rozwija kilka innowacyjnych produktów: Finevare (narzędzie do wyceny wg MSSF oraz analizy ryzyka kredytowego) czy Exante (zintegrowany system zarzadzania ryzykiem). Taka opcja może być szczególnie interesująca dla studentów kierunków technicznych, inżynieryjnych, matematycznych, informatycznych i ekonometrycznych.
„Tegoroczną nowością jest możliwość odbycia praktyk i zdobycia zatrudnienia w Deloitte Digital, który w ramach Deloitte działa od października ubiegłego roku. To połączenie agencji interaktywnej, doradztwa strategicznego oraz firmy technologicznej, dlatego szukamy kandydatów, którzy są kreatywni, a jednocześnie nowoczesne technologie nie mają dla nich tajemnic” – mówi Krzysztof Kwiecień, Dyrektor Działu Human Resources w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.
Oprócz działającego w Warszawie i Łodzi Deloitte Digital, młodzi ludzie mogą również szukać zatrudnienia w otwartym we wrześniu ub. roku Deloitte CE Business Services Center w Rzeszowie, które jako centrum usług wspólnych świadczy usługi związane z audytem, księgowością, obsługą IT, administracją i zarządzaniem ryzykiem dla biur Deloitte z 18 krajów.
Akademia Biznesu Deloitte
Deloitte zaprasza studentów do udziału w kolejnym cyklu bezpłatnych certyfikowanych warsztatów w ramach Akademii Biznesu. Podczas Akademii Podatkowej, Rachunkowości, Quants i Cyber Academy będzie można poszerzyć swoją wiedzę akademicką o praktyczne aspekty oraz doświadczyć pracy konsultanta biznesowego. Uczestnicy warsztatów zyskują nową wiedzę, sieć kontaktów biznesowych oraz perspektywę przyszłej pracy lub praktyk w Deloitte. Na warsztaty można aplikować on-line do 23 marca br.
Elastyczny czas i miejsce pracy
Studentom i absolwentom uczelni wyższych Deloitte oferuje stałe zatrudnienie lub płatne praktyki w wybranym zespole. Praktyki trwają od trzech do siedmiu miesięcy w zależności od wybranego działu, z możliwością późniejszego zatrudnienia. Polityka elastycznego czasu i miejsca pracy stwarza możliwość łączenia studiów z pracą projektową w Deloitte.
Deloitte oferuje również program praktyk międzynarodowych „Deloitte European Intership Program”, odbywających się w okresie wakacji w jednym z europejskich biur sieci Deloitte a następnie w polskim oddziale. Dla studentów prawa i administracji od drugiego roku studiów Deloitte przygotował program TaxTrack, dający możliwość poznania pracy doradcy podatkowego w mniejszym niż praktyki zakresie.
Tegoroczną nowością jest oferta pracy w ramach programu Bachelor Track, który studentom, którzy ukończyli studia I stopnia i chcą przed rozpoczęciem studiów II stopnia nabrać kilkumiesięcznego doświadczenia zawodowego, daje taką możliwość w dziale audytu Deloitte.
O Żołnierzach Wyklętych przypomina tysiącom warszawiaków banner na Rotundzie z napisem „1 marca Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Dziękujemy”. Celem inicjatywy jest oddanie hołdu bohaterom, popularyzacja ich święta oraz przybliżenie historii i losów Żołnierzy Wyklętych.
– Dla PKO Banku Polskiego zaangażowanie w upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych jest bardzo naturalne. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy bankiem polskim i wszystkie tematy związane z naszą historią, z naszymi dziejami są bardzo ważne. Po drugie temat taki jak Żołnierze Wyklęci, który tak mocno splata się z naszą historią przez lata był zapomniany – mówi newsrm.tv Michał Kuczmierowski, dyrektor Departamentu Marketingu PKO Banku Polskiego.
PKO Bank Polski jest sponsorem zaplanowanego na 1 marca (Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”) – w warszawskim budynku Reduta Banku Polskiego – koncertu „Niezłomnym honor” poświęconego Żołnierzom Wyklętym. W wydarzeniu upamiętniającym uczestników antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia wezmą udział m.in. Sebastian Karpiel-Bułecka, Organek, Kasia Kowalska, Katy Carr i Maleo Reggae Rockers. Koncert zobaczą również widzowie TVP1.
Dzięki wsparciu Banku telewizyjna Jedynka wyemituje też cykl 7 filmów zatytułowanych „Siedem sylwetek Żołnierzy Wyklętych”. Pokaże też koncert „Cześć i Chwała Bohaterom. W wierszu i boju”,w trakcie którego członkowie formacji Contra Mundum wykonają utwory rockowe, uzupełnione fragmentami wierszy najsłynniejszych polskich autorów. Jesteśmy również partnerem projektu ”Wilczy ślad . Piosenki Niezłomnych”(29 lutego, Teatr Buffo w Warszawie) – koncertu partyzanckich piosenek – w nowych aranżacjach Lidii i Marcina Pospieszalskich – w wykonaniu Lidii Pospieszalskiej i Garwolińskiego Teatru Muzycznego „Od Czapy”, prowadzonego przez Fundację Sztafeta, organizatora koncertu. Gościem specjalnym będzie Józef Bandzo, Żołnierz Niezłomny 3 i 5 Brygady Wileńskiej.
Bohaterowie antykomunistycznego podziemia
Nazwy Żołnierze Wyklęci zaczęto używać na początku lat 90. W ten sposób określa się członków ruchu partyzanckiego, którzy nie złożyli broni po zakończeniu II wojny światowej. Szacuje się, że do takich grup konspiracyjnych w 1945 r. należało ponad 100 tys. osób. W walce partyzantów z komunistyczną władzą zginęło około 15 tys. osób. Pozostali przy życiu byli poddawani represjom i oskarżani o zdradę. W niepodległej Polsce przywrócono im należną cześć. A takie nazwiska jak generał Emil Fieldorf „Nil”, rotmistrz Witold Pilecki, Jan Rodowicz „Anoda” czy Danuta Siedzikówna „Inka” stały się znane nie tylko wąskiemu gronu specjalistów, ale przede wszystkim młodemu pokoleniu.
Misję kształtowania tożsamości narodowej oraz popularyzacji historii i tradycji Bank realizuje m.in. poprzez patronaty.Jest partnerem wydarzeń organizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego czy odbywającej się pod hasłem „Zabiegaj o pamięć” – Warszawskiej Triady Biegowej.
PKO Bank Polski jest również sponsorem Biegów Wilczym Tropem w Świdniku i Stalowej Woli.
Lexus, luksusowa marka koncernu Toyota, po raz piąty z rzędu zdobyła pierwsze miejsce w rankingu podsumowującym badania niezawodności przeprowadzone przez firmę J.D. Power. Modele sprzedawane w USA przez Toyota Motor Sales zdobyły w swych segmentach sześć nagród i zajęły cztery miejsca w pierwszej dziesiątce najlepszych aut, zaś marka Toyota uplasowała się na czwartej pozycji ogólnego zestawienia oraz na pierwszym miejscu wśród marek popularnych.
Przeprowadzone przez J.D. Power and Associates badanie Vehicle Dependability Study (VDS) stanowi podsumowanie liczby problemów z samochodami, zgłoszonych przez właścicieli pojazdów wyprodukowanych w roku 2013 w trzecim roku eksploatacji.
Oprócz najlepszego wyniku w klasyfikacji ogólnej, Lexus uzyskał trzy wyróżnienia w odrębnych kategoriach. Lexus ES został uznany za najbardziej niezawodny model klasy premium z najniższą średnią liczbą problemów na 100 pojazdów – 95 (PP100, problems per 100 vehicles) i uzyskał najwyższą pozycję w segmencie Compact Premium. Lexus GS zwyciężył w segmencie Midsize Premium, zaś Lexus GX – w segmencie Midsize Premium SUV, tuż przed Lexusem RX.
Marka Toyota zajęła w zestawieniu ogólnym czwarte miejsce oraz najwyższą pozycję wśród marek popularnych, ze wskaźnikiem PP100 równym 113, uzyskując przy tym w odrębnych kategoriach trzy wyróżnienia. Toyota Prius v zdeklasowała konkurencję w segmencie Compact Multi-Purpose Vehicle, popularna w USA Toyota Sienna zwyciężyła wśród minivanów, a Toyota Tundra zajęła pierwsze miejsce wśród dużych pickupów.
Jak podkreśla w raporcie VDS firma J.D. Power, niezawodność w dłuższym okresie eksploatacji stanowi ważny czynnik wyboru przy zakupie samochodu, wpływając na przywiązanie klienta do marki, a także na wartość pojazdu przy odsprzedaży.
Wyniki badania VDS to kolejne potwierdzenie jakości samochodów i uznania rynku dla marek Lexus i Toyota. Z najnowszych sukcesów japońskiego koncernu na tym polu można wymienić nagrody dla pojazdów o najwyższej wartości odsprzedaży (Best Resale Value Awards 2016) przyznane przez Kelley Blue Book dla 11 modeli marek Toyota i Lexus (dla Lexusa po raz piąty z rzędu), a także nagrody Kelley Blue Book dla modeli Toyota Corolla, Camry, Prius c i Highlander Hybrid oraz Lexus RX i LS jako pojazdów o najniższym pięcioletnim koszcie posiadania w swoich segmentach.
Co Big Data daje CRM? Wywiad z Piotrem Prajsnarem, CEO Cloud Technologies
Współczesne firmy szukają coraz bardziej inteligentnego oprogramowania. Raport Accenture Technology Vision donosi, że 35 proc. przedsiębiorstw mocno inwestuje dziś w technologie cyfrowe, traktując je jako priorytetowe w swojej strategii biznesowej. Z tego powodu coraz częściej w firmach goszczą są np. systemy klasy CRM. Jednak zawarte w nich informacje nie wystarczają w pełni do skutecznej monetyzacji klienta. Ratunkiem okazuje się wówczas Big Data.
System CRM najczęściej kojarzy się z usługą do przechowywania informacji i danych z różnych źródeł. Firmy przechowują w nich np. informacje o swoich klientach, w tym dane kontaktowe czy historie zakupów. Czy jednak są jakieś funkcje, które mogą okazać się przydatne dla firm, a jednak nie wszystkie systemy CRM je oferują?
Piotr Prajsnar: CRM to przede wszystkim system do przechowywania danych o relacjach z klientami. I właśnie to słówko „przechowywanie” jest tutaj kluczowe. CRM-y to repozytoria danych. Najczęściej jednak zawierają tylko te informacje, które wiążą się z procesem obsługi klienta, a więc zaledwie pewnym wycinkiem relacji z klientem. Dane zawarte w CRM-ach to tylko wierzchołek góry lodowej informacji, które firma może pozyskać o kliencie. Poza tym dane zgromadzone w systemach CRM nie pozwalają na pełną, 360-stopniową ocenę każdego klienta. Choćbyśmy dysponowali nawet najbardziej wyrafinowanym i zaawansowanym systemem CRM, to i tak będą mu umykać szczegółowe dane o zachowaniach klientów, które przedsiębiorstwo mogłoby zmonetyzować. Przykładowo: system CRM wskaże nam klienta, który jest zainteresowany zakupem naszego produktu – ale może już nie zdiagnozować, jaki procent zainteresowanych klientów faktycznie posiada zasoby finansowe do zakupu tego właśnie, konkretnego towaru. Systemy CRM są zatem dość mocno ograniczone funkcjonalnie i z biznesowego punktu widzenia dane w nich zgromadzone nie są wystarczające do pełnej monetyzacji klienta. Można jednak rozbudować ich funkcjonalność, wykorzystując dane pochodzące z zewnętrznych platform Big Data, tzw. Data Managment Platform (DMP). Big Data to naturalny sojusznik systemów CRM. DMP to narzędzie gromadzące dane o internautach z wielu różnych, rozsianych po Sieci źródeł, a następnie precyzyjnie segmentujące je pod konkretne typy klientów, np. z uwagi na ich płeć, wiek, wykształcenie, zainteresowania, intencje zakupowe, hobby, miejsce zamieszkania etc. Zebranie takich informacji na własną rękę zajęłoby firmie szmat czasu. Dlatego z pomocą przychodzą zewnętrzne platformy Big Data, które zaczynają odgrywać coraz istotniejszą rolę w dzisiejszym krajobrazie biznesowym. W najnowszym raporcie autorstwa firmy Gartner czytamy, że dzięki analityce Big Data do 2020 roku aż 80 proc. procesów biznesowych w firmach zostanie zmodernizowanych. W ciągu najbliższych dwóch lat 7 na 10 przedsiębiorstw zamierza zwiększyć wydatki na analizę dużych zbiorów danych.
W Polsce platformą DMP, która wspomaga systemy CRM, jest choćby BehavioralEngine. To największy zbiór danych o internautach przechowywany w chmurze obliczeniowej w tej części Europy. Dziennie przetwarza około 5 TB surowych danych. Zawiera zarówno dane typu 1st party jak i typu 3rd party data z Internetu, serwisów społecznościowych, ale także baz danych offline i innych. Zawarte są w niej profile behawioralne przeszło 40 mln użytkowników, pozwalające wzbogacić systemy CRM w firmach. To właśnie dzięki połączeniu systemów CRM z DMP, danych firmy i danych zewnętrznych, przed przedsiębiorstwem otwierają się nowe możliwości biznesowe. Dane z wielu źródeł pozwalają bowiem zbudować precyzyjny profil zachowań klienta i uzyskać pełną, 360-stopniową wiedzę na jego temat. Oczywiście z zachowaniem jego pełnej anonimowości.
Dlatego postawiłbym sprawę nieco inaczej. O ile funkcjonalności poszczególnych systemów CRM-owych są do siebie zasadniczo zbliżone, o tyle czynnikiem, który je wzajemnie różnicuje w bodajże największym stopniu, jest skala pozyskiwania danych z zewnętrznych platform Big Data. Im więcej danych i im większa ich różnorodność – tym większa efektywność systemu CRM. IDC podaje, że już teraz 70 proc. dużych firm posiłkuje się danymi o użytkownikach gromadzonymi i przetwarzanymi przez zewnętrzne platformy Big Data, zaś do 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje. Oznacza to, że ściślejsza integracja systemów CRM z rozwiązaniami analityki Big Data to najbliższa przyszłość.
Jakie zadania firma może zrealizować z wykorzystaniem CRM-ów, mimo że wcześniej zupełnie nie kojarzyły się one z tymi systemami? Czy CRM-y w ostatnich latach stały się bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami?
Piotr Prajsnar: Systemy CRM są obecnie wykorzystywane głównie do zarządzania relacjami z klientami, ale na poziomie elementarnym. Niestety, funkcjonalność takich systemów, bazujących wyłącznie na wewnętrznych danych firmy, ogranicza się do dwóch bliźniaczych kwestii. Pierwsza z nich to „przypomnieć o przedłużeniu umowy aktualnym klientom”. Druga „przypomnieć się z ofertą potencjalnym klientom”. Natomiast dzięki zastosowaniu danych z zewnętrznych platform DMP firma może zoptymalizować swoje relacje z klientami i przenieść je na bardziej zaawansowany poziom. Dzięki Big Data CRM-y mogą zacząć na poważnie budować relację z klientami. Integracja CRM z platformami typu DMP (np. behavioralengine.com – największą platformą DMP w tej części Europy) to także nowe możliwości w zakresie marketingu on-line: spersonalizowane reklamy, mailing behawioralny w czasie rzeczywistym, nowych możliwości upsellingu, etc. To zatem pierwszy krok do prawdziwej automatyzacji marketingu.
Niektóre systemy CRM pozwalają na doinstalowywanie narzędzi firm trzecich i można je rozbudowywać, wskutek czego stają czasami się dość zawiłe w obsłudze i oferują możliwości, których większość osób nie wykorzysta. Czy CRM powinien być obsługiwany przede wszystkim przez pracowników mających wiedzę techniczną i informatyków? Gdzie leży granica pomiędzy CRM-em łatwym w obsłudze, a takim, z którego obsługą nie poradzi sobie np. handlowiec?
Piotr Prajsnar: Większość dobrze zaprojektowanych systemów biznesowych wyposażona jest w API, które umożliwia integrację z innymi modułami. W żaden sposób nie powinno się to jednak odbijać na łatwości obsługi oprogramowania, które jest skierowane do końcowego użytkownika. Handlowiec powinien być beneficjentem analityki Big Data, przy czym wcale nie musi być on w pełni świadomy złożoności wszelkich mechanizmów, jakie w niej zachodzą. Pamiętajmy, że bardziej zaawansowane systemy CRM są w stanie z łatwością zwizualizować dane dostarczone przez platformę DMP, dzięki czemu np. handlowcy czy marketingowcy dysponują przejrzystymi informacjami o swoich klientach, podanymi niemalże jak na tacy. System CRM korzystający z zewnętrznych danych z DMP nie powinien być dla nikogo jakąś ezoteryczną wiedzą czy elitarnym narzędziem, które potrafi obsługiwać garstka ludzi. Przeciwnie: powinien stanowić łatwe i poręczne narzędzie, które będzie potrafił obsłużyć każdy pracownik firmy.
Poza oszczędnością czasu, jakie są największe korzyści związane z korzystaniem z systemu CRM?
Piotr Prajsnar: Przypuszczalnie główną korzyścią jest lepsza koordynacja działań firmy wobec klientów oraz partnerów biznesowych, a także zachowanie indywidualnego kontekstu dla każdego klienta lub potencjalnego klienta. Poza tym dobrze wdrożony system CRM to także większe bezpieczeństwo kluczowych danych przedsiębiorstwa, czyli informacji o klientach. Jeśli natomiast firmą powiążą swoje systemy CRM z rozwiązaniami z zakresu Big Data – mogą przekuć go w maszynkę do pieniędzy. Zewnętrzne dane pozwalają na lepszą monetyzację klientów. To właśnie wieloźródłowa Big Data, informacje o klientach, okazują się dziś najcenniejszym, strategicznym wręcz zasobem, jakimi dysponują firmy. Te cyfrowe zasoby można śmiało przekuć w całkiem „analogowy” kapitał. Firmy mają się po co schylać, ponieważ według raportu „The Value of Our Digital Identity”, autorstwa Boston Consulting Group, wartość anonimowych danych zgromadzonych o internautach z Unii Europejskiej, w 2020 roku zbliży się do okrągłego biliona EUR.
Analityka danych daje firmie możliwość pełniejszego rozpoznania internetowych profili zachowań klientów. Wykorzystując dane z zewnętrznych platform Big Data, systemy CRM stają się tym samym maszynkami do robienia pieniędzy. Inteligentny software to nic innego, jak oprogramowanie myślące przez pryzmat Big Data.
Czy na systemie CRM mogą skorzystać firmy zatrudniające nie więcej niż np. 15 pracowników? Czy są to rozwiązania również dla małych firm?
Piotr Prajsnar: To nie rozmiar zespołu odgrywa pierwszoplanową rolę, lecz ilość obsługiwanych klientów oraz sposób działania handlowców. System CRM zdecydowanie częściej jest wykorzystywany przez firmy działające w segmencie B2B. Firma badawcza Gartner prognozuje, że w tym roku rynek rozwiązań CRM wzrośnie niemal o 15 proc., zaś wdrożenia w modelu SaaS lub oparte na chmurze stanowić będą ponad 40 proc. wszystkich implementacji CRM. Za rok będzie to już ponad 50 proc. Tymczasem jeszcze kilka lat temu CRM-y były domeną głównie dużych firm i korporacji. Teraz z powodzeniem korzysta z niego sektor MŚP. W epoce cyfrowej nawet małe i średnie biznesy nie mogą pozwolić sobie na ignorowanie danych o internautach, ponieważ straci konkurencyjność na rynku. W raporcie CapGemini „Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business” czytamy, że na ponad 1 000 przebadanych firm aż 2/3 z nich zdaje sobie sprawę, że zaniedbanie wdrożenia nowych narzędzi biznesowych z zakresu analityki danych grozi po prostu stagnacją firmy. Ta prawidłowość tyczy się zarówno małych, jak i dużych graczy na rynku.
Ostatnie tygodnie dla osób zarabiających w funtach to nie był lekki okres. Brytyjskiej walucie ciąży widmo referendum i Brexitu. Kolejny członek RPP wypowiada się negatywnie na temat obniżki stóp procentowych w Polsce. Dobre dane z USA przyjęte bez echa.
Ciężkie chwilę muszą przeżywać osoby zarabiające obecnie w funtach. Od kilku tygodni brytyjska waluta systematycznie traci względem niemal wszystkiego. Tempo spadku w lutym wynosi mniej więcej 10 groszy na tydzień. Wczorajsze neutralne dane nic w tym temacie nie zmieniły. Gospodarka rośnie zgodnie z oczekiwaniami o 1,9% w skali roku. To spadek z 2,1%, ale przewidziany przez analityków. Dlaczego zatem funt tak mocno traci? W ostatnich negocjacjach na linii Bruksela-Londyn chyba żadnej stronie nie udało się uzyskać zadowalającego kompromisu. Rynki boją się, że Brytyjczycy opuszczą wspólnotę, a wtedy znaczenie Wielkiej Brytanii i Londynu jako centrum finansowego powinno osłabnąć. Efektem tego lęku jest obecny ruch na funcie. Pytanie gdzie się zakończy obecny trend pozostaje otwarte. Możliwe jest także, że całe obawy są już w cenie, a kurs dalej osłabiają spekulanci. Wtedy za kilka dni zobaczymy imponujący wzrost w ramach realizacji zysków. Z drugiej strony może to być tylko początek ruchu, który sięgnie znacznie dalej. Jedno jest pewne, do czerwcowego referendum będzie się na pewno niemało działo na funcie.
Profesor Osiatyński, członek Rady Polityki Pieniężnej, wypowiedział się na temat przyszłej polityki tego gremium. Dostrzegł, że to nie dostępność źródeł finansowania jest hamulcem w inwestowaniu dla firm. Zwrócił również uwagę na stabilność systemu bankowego. W sytuacji, w której znajduje się Europa Zachodnia, ujemne stopy procentowe powodują, że banki dopłacają do depozytów. W swojej wypowiedzi powrócił do koncepcji przeczekania najbliższych miesięcy na obecnym poziomie stóp procentowych. Zwrócił również uwagę, na konieczność rozważenia terminu podwyżek stóp procentowych. Niska inflacja spowodowana jest cenami surowców. Gdyby nastąpiło odbicie na rynkach surowcowych, a stopy pozostawałyby zbyt niskie, moglibyśmy oglądać nie deflacje, a inflację i to nawet powyżej celu NBP. Nie obniżanie stóp procentowych to dobry sygnał dla osób zainteresowanych mocnym złotym.
Rynki niemal zignorowały wczorajsze dane z USA. O ile liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych była właściwie równa oczekiwaniom (tak można odebrać odchylenia poniżej 1% w przypadku tygodniowych danych o dużej zmienności), o tyle bardzo dobrze wypadły zamówienia. Wariant na dobra trwałego użytku wzrósł o 4,9% wobec oczekiwanych 2,5%. Z kolei bez środków transportu podniósł się o 1,8% przy oczekiwaniach na poziomie 0,2%. Nie wpłynęło to jednak na kurs EUR/USD, który wczoraj bardzo leniwie poruszał się w trendzie bocznym.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
14:00 – Niemcy – wstępne dane na temat inflacji,
14:30 – USA – dochody i wydatki amerykanów oraz wzrost PKB.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 26.11.2015 do 26.02.2016
Kurs EUR/PLN utworzył trend spadkowy. Dla ruchu w górę oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na poziomie 4,4500, a po przebiciu tego pułapu następnym oporem będzie 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3550.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 26.11.2015 do 26.02.2016
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend boczny. Najbliższym oporem są okolice 4,0150, gdzie znajdują się linia łącząca ostatnie maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linii łącząca minima lokalne na poziomie 3,9550.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 26.11.2015 do 26.02.2016
Kursowi USD/PLN po silnych spadkach utworzył krótkoterminowy trend wzrostowy. Nowym oporem jest linia łącząca maksima lokalne na 3,9850, a po jej przebiciu kolejnym oporem są maksima na 4,1350. Dla obecnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum lokalne na 3,8950.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 26.11.2015 do 26.02.2016
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,7000, a następnie górne ograniczenie trendu spadkowego w okolicach 5,8000. W przypadku kontynuacji spadków wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,5000.
Pomimo przedłużającej się deflacji Rada Polityki Pieniężnej nie powinna dalej obniżać stóp procentowych uważa – prof. Jerzy Osiatyński, członek RPP. Jedną z przyczyn jest fakt, że to nie brak dostępu do kredytów hamuje inwestycje firm. Drugą jest troska o stabilność i tak obciążonego już systemu bankowego.
– Obniżanie stóp referencyjnych banku centralnego byłoby dzisiaj niewłaściwe. Nie dlatego, żeby nie było przestrzeni, bo w wielu bankach centralnych, zwłaszcza w Europie, mamy zerowe albo ujemne stopy referencyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Jerzy Osiatyński, członek Rady Polityki Pieniężnej. – W dzisiejszych warunkach nie brak kredytu jest podstawową przyczyną, dla której przedsiębiorstwa nie zaciągają kredytów inwestycyjnych czy zaciągają je w znacznie mniejszej skali, ale nie w takiej, jaka mogłaby wywołać dostateczny wzrost inwestycji, który generowałby nowe miejsca pracy.
W Europejskim Banku Centralnym stopa depozytowa (po której banki przechowują pieniądze w EBC) pozostaje ujemna od czerwca 2014 roku. Oznacza to, że banki muszą za depozyty dopłacać. Dodatkowo bank centralny strefy euro od niemal roku pompuje w rynek co miesiąc 60 mld euro w postaci skupu obligacji. Program, który początkowo miał potrwać do września 2016 roku, już kilka miesięcy temu przedłużony został do marca 2017 r.
Od grudnia 2014 roku ujemna jest także stopa depozytowa w Szwajcarskim Banku Narodowym. Ma to zniechęcić banki do składania depozytów w bankach centralnych i udzielania kredytów firmom na inwestycje i rozwój. Także w Polsce, choć stopy są wciąż dodatnie, pozostają najniższe w historii, a o dwucyfrowych poziomach sprzed kilkunastu lat można zapomnieć.
– Obniżyliśmy stopy procentowe w ostatnich miesiącach dwukrotnie, ale skuteczność tego ruchu dla pobudzania i przyspieszenia popytu na kredyt okazała się niewielka – mówi Osiatyński. – Mimo że te zmiany stóp referencyjnych banku centralnego niewątpliwie przełożyły się na stopy, które żądają banki komercyjne od udzielanych kredytów, zwłaszcza jeśli chodzi o kredyty mieszkaniowe, a także i w innych grupach kredytów.
RPP po raz ostatni obniżyła stopy procentowe w marcu ubiegłego roku, pięć miesięcy po poprzedniej obniżce. Obie sięgnęły pół punktu procentowego. Nie zahamowało to jednak trwającego od połowy 2014 roku spadku cen.
– Obawiam się, że deflacja będzie trwała dłużej, niż sądziliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Prawdopodobnie skończy się gdzieś w III kw. tego roku. Należy pamiętać jednak o tym, że przecież celem inflacyjnym banku jest 2,5 proc. i może się okazać, że na tej dolnej granicy 1,5 proc. wzrostu cen znajdziemy się dopiero pod koniec przyszłego roku. Powstaje wobec tego pytanie o przestrzeń dla ewentualnych zmian stóp procentowych – mówi członek RPP.
Zdaniem prof. Jerzego Osiatyńskiego polska gospodarka może jeszcze sięgnąć po rezerwy bezrobotnych, którzy mimo najniższej od stopy bezrobocia od maja 2008 roku (nie licząc trzech ostatnich miesięcy) wciąż stanowią niewykorzystaną siłę roboczą. Ich zatrudnienie spowoduje presję płacową, która z kolei może się odbić na poziomie cen, jeśli nie w tym, to w kolejnym roku.
– Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy gospodarka w dzisiejszej Polsce nadal ma pewne rezerwy – przekonuje prof. Osiatyński. – Nadal mamy bezrobocie i z całą pewnością daleki jestem od twierdzenia, że ci, którzy dzisiaj są bezrobotnymi, są bezrobotnymi tylko dlatego, że nie chce im się pracować, albo tylko dlatego, że chcą mieć ubezpieczenia zdrowotne czy socjalne. Rzeczywiście jest autentyczne bezrobocie i nadal są nie w pełni wykorzystane zdolności wytwórcze.
Z tego powodu członek RPP uważa, że dalsze obniżanie stóp procentowych byłoby niewskazane. Zdaniem Osiatyńskiego należałoby nawet się zastanowić nad ich stopniowym podnoszeniem. Zwłaszcza że – jak przypomina – między decyzją Rady a jej realnymi skutkami dla gospodarki upływa zwykle rok – półtora.
– Być może powinniśmy stopniowo zmieniać nastawienie, a w każdym razie zastanawiać się nad tym, czy nie powinniśmy zmienić nastawienia co do przyszłych zmian polityki stóp referencyjnych banku centralnego – przekonuje. – Mówię to z pewną ostrożnością i nie mam wyrobionego zdania do końca w tej sprawie. Niewątpliwie jednak, jeżeli jeszcze pół roku temu uważałem, że stopy procentowe należy obniżać, to patrząc na to, jaką mamy dynamikę wzrostu, na zmiany w odchyleniu od dochodu narodowego, nie jestem pewien, czy to nie jest pora, żeby raczej zacząć zmieniać nasze nastawienie w polityce pieniężnej.
Od początku roku złoto zanotowało przeszło 15-procentowy wzrost. Jego cena jest obecnie najwyższa od 12 miesięcy. Inwestorzy za jedną uncję płacą ponad 1237 USD. Notowania złota wspiera wzrost awersji do ryzyka na rynkach finansowych – głównie w sektorze bankowym. Zarząd niemieckiego Deutsche Banku poinformował, że w zeszłym roku jego strata wyniosła prawie 7 mld euro. Rynki boją się, że problemy banku przełożą się na inne instytucje i szukają tzw. bezpiecznych przystani. Jedną z nich jest złoto.
– Złoto wybiło się z tzw. klina kończącego, który sugeruje możliwość wzrostów do okolic 1,3 tys. dolarów za uncję. Cena złota de facto zrealizowała już większość tego ruchu i potwierdza możliwość zakończenia czteroletniej korekty spadkowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Działek, analityk techniczny Domu Maklerskiego BZ WBK.
Od początku roku złoto jest jednym z najlepiej radzących sobie aktywów. W ciągu zaledwie 7 tygodni cena kruszcu zanotowała przeszło 16–procentowy wzrost. Obecnie inwestorzy za jedną uncję płacą około 1240 dolarów. To najwyższy poziom od blisko 12 miesięcy.
– Tu zarówno działa prawo ekonomii sugerujące nam, że wydobycie złota przy cenie ok. 1 tys. dol. za uncję było jednak nierentowne. Z drugiej strony za ten silny ruch, odpowiada wzrost ryzyka na rynkach – tłumaczy Działek.
Analityk tłumaczy, że złoto traktowane jest jako tradycyjna tzw. bezpieczna przystań, czyli miejsce gdzie w razie podwyższonego ryzyka rynkowego inwestorzy przenoszą swój kapitał. Oprócz niego podobną rolę w globalnej gospodarce pełnią także dolar amerykański oraz obligacje Niemiec czy Szwajcarii.
– Tutaj powodem wzrostu ryzyka jest Deutsche Bank i całe zawirowania związane z tym jednym bankiem, które przeniosły się na globalny sektor finansowy. Deutsche Bank zanotował potężną stratę sięgającą niemal 7 mld euro i musi się restrukturyzować – wyjaśnia.
W 2015 roku Deutsche Bank zanotował stratę na poziomie 6,7 mld euro. W opinii analityka DM BZ WBK mimo problemów, niemiecki rząd raczej nie dopuści do bankructwa banku. Z aktywami na poziomie 1,7 bln euro jest on jedną z największych instytucji finansowych świata, a jego ewentualna upadłość byłaby, jak podkreślają eksperci, katastrofalna dla światowej gospodarki.
– Natomiast ryzyko bankructwa wciąż jest bardzo duże. Instrument, który mierzy ryzyko bankructwa tego podmiotu, czyli CDS-y – one z poziomu 100 punktów wyskoczyły do 240, a wycena banku spadła do wieloletnich minimów – zauważa Marcin Działek.
Inwestorzy za jedną akcję Deutsche Banku płacą obecnie 15,10-15,15 euro. Jest to najniższy poziom od przełomu 2008/2009 roku i bankructwa Lehman Brothers. Wzrost ryzyka przelał się także na cały globalny sektor finansowy. Ekspert wskazuje tu głównie na banki w Japonii oraz francuskie Société Générale, które w ostatnim czasie zanotowały blisko 10–procentowe spadki.
– Takie otoczenie to jest raj dla złota. Sytuacja na globalnym rynku finansowym spowodowała silny wystrzał cen złota. Jest to walor, który w tym momencie najwyraźniej pokazuje odwrócenie trendów. Również ze względu na tę silną zwyżkę jest najmniej atrakcyjny inwestycyjnie – stwierdza.
Doradca DM BZ WBK dodaje, że w najbliższych miesiącach sytuację na światowym rynku bankowym w największym stopniu determinować będzie polityka prowadzona przez poszczególne banki centralne – głównie Fed, Bank Japonii, a także EBC.
– One determinują koszt pieniądza na rynku. Wspierają także płynność sektora, która nie jest zagrożona, bo większość banków komercyjnych nie ma problemów z płynnością. Raczej idzie to w drugą stronę. Społeczeństwa są po prostu na tyle zadłużone, że nie ma tylu chętnych do brania kredytu – mówi.
Jego zdaniem nieco gorsze perspektywy rysują się dla polskich banków. Nasze instytucje finansowe narażone są na ryzyko polityczne, które w ostatnim czasie zmaterializowało się pod postacią tzw. podatku bankowego. Obecnie największym zagrożeniem jest natomiast tzw. reforma frankowa, która może poważnie zagrozić płynności sektora.
– Sektor bankowy w Polsce już dostosował się i zdyskontował zarówno bankructwa banków spółdzielczych, czyli składkę, którą musi płacić do Funduszu Gwarancyjnego, jak i zdyskontował podatek bankowy. Z tym sobie poradził – podsumowuje.
Liczne błędy proceduralne i naruszenia ustawy offsetowej sprawiają, że przetarg na wielozadaniowe śmigłowce powinien zostać unieważniony – podkreślają przedstawiciele PZL-Świdnik. Na drugą połowę marca zapowiadana jest kolejna rozprawa w tej sprawie, ale polski producent śmigłowców liczy, że rozstrzygnięcia dokona sam MON. Tym bardziej że przeciągająca się sprawa może w konsekwencji dużo kosztować budżet państwa.
W styczniu ruszył proces wytoczony Inspektoratowi Uzbrojenia MON przez PZL-Świdnik, firmę, której oferta na śmigłowce wielozadaniowe została odrzucona ze względów proceduralnych.
– Niedawno odbyło się pierwsze posiedzenie sądu, było to zapoznanie sędzi prowadzącej ze sprawą i ze stanowiskiem stron. Kolejne posiedzenie będzie miało miejsce w drugiej połowie marca, widać więc, że sąd nadaje sprawie duże tempo – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Finmeccanica Helicopter Division. – Występujemy o to, żeby przetarg został zamknięty bez wyboru zwycięzcy ze względu na liczne naruszenia prawa i procedury postępowania. Wymaga tego sama reguła postępowania przyjęta przez zamawiającego, który z niezrozumiałych powodów sam jej nie przestrzegał.
W ubiegłym roku MON odrzuciło oferty PZL-Świdnik ze śmigłowcem AW149 oraz konsorcjum Sikorsky Aircraft i PZL Mielec z maszyną Black Hawk w przetargu na zakup 50 wielozadaniowych śmigłowców dla wojska. Do końcowego etapu postępowania został dopuszczony śmigłowiec Caracal produkcji Airbus Helicopters. MON wskazał, że przyczyną odrzucenia ofert były błędy formalne.
– Zarzuty prawne dotyczą zarówno naruszeń procedury i reguł postępowania, jak i złamania ustaw, w tym dwa bardzo poważne (red. naruszenia) w zakresie ustawy offsetowej. To powoduje, że umowa offsetowa, gdyby została podpisana, okaże się nieważna, a wówczas całe postępowanie również będzie nieważne – przekonuje Krystowski.
Podkreśla, że wątpliwości budzi też fakt wyboru jednego typu śmigłowca do siedmiu różnych rodzajów misji. Istotne byłoby też zastąpienie śmigłowców morskich Mi-14 i lekkich Mi-2 nową maszyną, a nie wybór następcy śmigłowców transportowych Mi-8/ Mi-17, które wciąż mogą jeszcze pełnić swoją funkcję. Dlatego też, jak podkreśla Krystowski, MON powinien raz jeszcze przyjrzeć się przetargowi, a jeśli uzna, że naruszenia były poważne, to powinien zamknąć postępowanie.
– Wówczas nasze wnioski do sądu okażą się bezprzedmiotowe i wycofamy pozew – zapowiada wiceprezes Finmeccanica Helicopter Division. – Gdyby jednak się okazało, że będziemy musieli czekać na rozstrzygnięcie postępowania sądowego, pojawia się ogromne ryzyko dla Skarbu Państwa. W naszym przekonaniu dojdzie do zamknięcia postępowania na drodze sądowej, ale jeżeli już wtedy rozpoczną się dostawy, to konsekwencje w postaci potencjalnych odszkodowań nie tylko dla nas, lecz także dla firmy Airbus mogą być ogromne.
Krystowski dodaje, że gdyby MON rozpisał nowy przetarg, PZL-Świdnik jest gotowy ponownie w nim wystartować. Wykluczenie z przetargu już negatywnie wpłynęło na stan zatrudnienia w polskich firmach, które w nim wystartowały. PZL-Świdnik w ubiegłym roku zwolnił ok. 100 pracowników, a ryzyko dalszego ograniczania zatrudnienia w dalszym ciągu jest wysokie. Pracę w PZL Mielec straciło ok. 500 osób.
– To bardzo poważne decyzje gospodarcze, ale też odbijające się na życiu zwykłych ludzi, naszych pracowników – podkreśla Krystowski.
Jak wskazuje wiceprezes Finmeccanica Helicopter Division, mimo przegranego przetargu 2015 był kolejnym rokiem wzrostu firmy, a główną część przychodów spółki pochodziła z eksportu. Śmigłowce ze Świdnika trafiły do Ugandy, Hiszpanii, podpisano umowę z Czechami oraz na dostawę polskich maszyn do Chin. Ponadto firma na bieżąco dostarcza lotnicze komponenty i usługi serwisowe dla śmigłowcowej floty Sił Zbrojnych RP.
– Nasza firma wspólnie z kolegami z Mielca odpowiada za ponad połowę całego polskiego eksportu uzbrojenia – mówi Krzysztof Krystowski. – W tym roku będziemy realizowali o kolejne zlecenia zarówno dla klientów krajowych, jak i zagranicznych, dlatego uważamy, że 2016 rok okaże się dobry dla firmy.
Cyberprzestępcy nieustannie doskonaloną swoje umiejętności. Wraz z rozwojem technologicznym przybywa też obszarów, które można wykorzystać do ataku na organizację. W dużym przedsiębiorstwie potencjalnych miejsc jest 150–200 – wynika z wyliczeń Deloitte. Żeby ograniczać zagrożenie, kluczowe jest poznanie tych punktów i rozwój systemów zabezpieczających.
Skala potencjalnych skutków ataku na infrastrukturę IT sprawia, że problem cyberbezpieczeństwa staje się kwestią strategiczną firm.
– Kwestia świadomości zagrożeń dotyczy zarówno małych, jak i dużych firm. Właściciel, który zarządza małą firmą, wie, jakie są podstawowe problemy jego firmy, jakich zagrożeń się obawia, a to pierwszy krok do zapobiegania cyberprzestępczości. Barierą dla małej firmy może być brak know-how, bo nie stać jej na zatrudnienie specjalisty od cyberbezpieczeństwa. Takie usługi trzeba kupić na rynku komercyjnym – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Bojanowski, partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte w Europie Środkowej.
W średnich i większych przedsiębiorstwach odpowiedzialność za ten obszar przesuwa się z działów IT w kierunku członków zarządu. Jak wskazuje Bojanowski, problemem jest jednak to, by świadomość zagrożeń przełożyć na odpowiednie działania. Tymczasem w przypadku większości firm temat jest delegowany na służby informatyczne.
– Jak pokazuje nasze badanie, zaledwie 15–20 proc. punktów styku pomiędzy firmą a internetem jest w gestii działów IT. O pozostałych służby informatyczne często nie wiedzą – przekonuje ekspert Deloitte. – Duża firma, w której pracuje kilkuset pracowników, tworzy około 200 punktów styku z internetem. Każdy z nich może być wykorzystany przez hakerów jako furtka do dostania się do infrastruktury informatycznej.
W mniejszych przedsiębiorstwach punktów dostępu jest 20–50, tym samym skala zagrożenia jest mniejsza. Punktami dostępu mogą być strony internetowe i media społecznościowe, na których aktywni są pracownicy i sama firma, używane aplikacje mobilne oraz infrastruktura techniczna. Potencjalne niebezpieczeństwo stwarzają również dostawcy usług, którzy sami mogą stać się celem cyberataku.
– Nie należy się skupiać na ochronie głównego łącza internetowego strony www, bo żaden rozsądny haker nie będzie się włamywał taką drogą. Skupmy się na drobnych ankietach, formularzach, informacjach wymienianych z dostawcami. Każdy z nich jest potencjalnym źródłem dla hakera, żeby mógł dotrzeć do naszej firmy i wykorzystać zdobytą wiedzę do swoich celów – podkreśla Bojanowski.
Aby wyznaczyć priorytety w zakresie ochrony, dobrze jest próbować „zrozumieć” hakera, czyli zastanowić się, jakimi informacjami może być zainteresowany i w jaki sposób może przeprowadzić ewentualny atak. Kluczowe jest również poznanie i właściwe zarządzenie ekspozycją na zagrożenia. W ten sposób będzie można dobrać odpowiednie narzędzia ochrony, tak by móc skutecznie obronić się przed atakiem lub na niego odpowiedzieć.
– Musimy się zastanowić, czy bardziej zależy nam na ochronie wizerunku firmy, informacji zgromadzonych na serwerach czy ochronie konta bankowego. Jeśli odpowiemy na pytanie, jakiej informacji chcemy chronić, na tej podstawie można podejmować skoordynowane działania mające na celu zabezpieczenie przed cyberprzestępcami – tłumaczy ekspert.
Każdy haker ma inną taktykę i cel, reakcja powinna więc być dostosowana do rodzaju działań. Ataki mogą mieć również inną dynamikę, przypadkowe, wynikające ze słabych zabezpieczeń lub błędów w systemie, czy realizowane przez dłuższy czas. W przypadku części hakerów celem jest sukces medialny. Jeszcze inni nastawieni są na zyski, najgroźniejsi zaś są cyberprzestępcy, którzy w ramach międzynarodowego szpiegostwa są angażowani przez agendy rządowe.
– Cyberprzestępcy profesjonalizują się i rozwijają umiejętności. W ślad za tym powinien iść rozwój narzędzi technicznych systemów informatycznych, które służą do diagnozowania cyberataków. Istotne jest to, aby narzędzia były wykorzystywane na bieżąco i wciąż modernizowane. Te najnowsze potrafią się uczyć podczas wykorzystywania, jeśli są rzeczywiście zainstalowane, a nie kiedy stoją na półce w serwerowni – wskazuje przedstawiciel Deloitte.
Ofiarami cyberprzestępców padają banki, instytucje ubezpieczeniowe, firmy telekomunikacyjne, serwisy aukcyjne oraz agendy rządowe. Jak przekonuje Bojanowski, Polska – ze względu na brak wspólnej waluty – może się czuć nieco bezpieczniejsza, przede wszystkim w zakresie cyberataków nastawionych na korzyści finansowe.
– Natomiast pod względem cyberaktywistów sytuacja jest odwrotna. Im więcej gorących tematów w życiu politycznym, w opinii publicznej, tym można się spodziewać ich zwiększonej aktywności. Myślę, że nie powiedzieli oni jeszcze ostatniego słowa – podkreśla Jakub Bojanowski.
Ministerstwa podsumowują pierwsze 100 dni. W resorcie zdrowia rozpoczęły się prace nad trzema dużymi nowelizacjami: prawa farmaceutycznego, ustawy refundacyjnej oraz ustawy o świadczeniach zdrowotnych. Wiceminister Krzysztof Łanda zapowiada, że najważniejsze prace koncepcyjne mają się zakończyć w połowie roku, a część zmian wejdzie w życie na przełomie tego i przyszłego roku.
– Przez pierwsze trzy miesiące prowadzimy bardzo intensywny dialog ze środowiskami zewnętrznymi tak, żeby rozpoznać, jakie są najpilniejsze potrzeby. Drugą kwestią jest przejmowanie departamentów i odpowiednie ustawianie kadr, tak by były bardziej wydajne. To także oczywiście początek prac koncepcyjnych nad wieloma ustawami – podsumowuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Krzysztof Łanda, wiceminister zdrowia.
Rozpoczęły się już prace nad dużymi nowelizacjami: ustawy refundacyjnej, ustawy o świadczeniach zdrowotnych oraz prawa farmaceutycznego. O potrzebie zdecydowanych działań legislacyjnych przekonywała Naczelna Izba Aptekarska, która wskazywała na problemy w zakresie sytuacji ekonomicznej aptek i dostępu pacjentów do leków refundowanych. Eksperci postulowali reglamentowanie leków ratujących zdrowie i życie, limitowanie ich dostaw do aptek w związku z prowadzeniem przez niektóre firmy farmaceutyczne sprzedaży bezpośredniej. Przygotowany przez NIA „Pakiet dla farmacji” zakłada uchwalenie przepisów zapewniających dostęp do leków refundowanych i wprowadzenie zasady, że aptekę mogą prowadzić wyłącznie farmaceuci.
– Przygotowaliśmy już ustawę o ratunkowym dostępie do technologii medycznych. Trwają też prace nad ustawą o zawodzie farmaceuty, a także wiele innych niezbędnych ustaw – mówi wiceminister zdrowia. – Jesteśmy w fazie prac koncepcyjnych. Chciałbym, żeby te najważniejsze zakończyły się do czerwca. Druga połowa roku to droga legislacyjna. Mam nadzieję, że na początku przyszłego roku, a być może już pod koniec tego roku zacznie obowiązywać wiele nowych aktów prawnych.
Na konieczność wprowadzenia ustawy o zawodzie farmaceuty wskazywali przedstawiciele branży. Przekonywali, że obecnie obowiązujące przepisy nie regulują relacji między farmaceutą a pacjentem, lekarzem a pracodawcą, co prowadzi do patologii.
Utworzenie specjalnego funduszu ratunkowego ma natomiast pozwolić na opłacanie terapii nieuwzględnionych w ustawie refundacyjnej i koszyku świadczeń gwarantowanych. Mógłby być wykorzystywany w sytuacjach wyjątkowych, kiedy niezbędne jest leczenie ratunkowe. Obecnie brakuje narzędzi prawnych do prowadzenia leczenia w sytuacjach nieuwzględnionych w ustawie refundacyjnej, a dostęp do technologii medycznych jest limitowany. Zgodnie z zapowiedziami będzie można uzyskać zgodę ministra, jeśli dana technologia medyczna zapewni pacjentowi niezbędne i skuteczne leczenie.
– Zrobiliśmy już dużo w zakresie map potrzeb zdrowotnych. Opracowaliśmy narzędzie, które pozwala przenieść informacje z map na plany inwestycyjne w regionach czy województwach. Ma ono bardzo mocny praktyczny aspekt i będzie pomocne wojewodom, marszałkom i oddziałom Narodowego Funduszu Zdrowia – wskazuje Łanda.
Już na początku kadencji wiceminister wskazywał na konieczność racjonalnej taryfikacji. Podkreślał, że wiele świadczeń jest przeszacowanych i w związku z tym płaci się za nie więcej niż w innych krajach europejskich, konieczne są też zmiany w koszyku świadczeń.
– Bardzo szeroko zmieniłem już modus operandi w agencji taryfikacji, która zaczęła w tej chwili zupełnie inaczej działać. Myślę, że podstawowe, najpilniejsze działania w zakresie taryfikacji zakończymy do końca czerwca – ocenia dr Krzysztof Łanda.
2,5 mln Polaków skorzystało w ubiegłym roku z usług assistance. To prawie o połowę więcej niż w 2014 roku. Coraz więcej osób wie też, czym jest assistance i kiedy może się przydać. Najchętniej korzystano z pomocy medycznej, co jest dużą zmianą, bo do tej pory assistance kojarzony był głównie ze wsparciem dla kierowców. Dużą popularnością cieszą się również assistance domowy i turystyczny. Pakiet usług proponowanych przez firmy się powiększa – nowością w ofercie będą m.in. assistance dla rowerów, usługi dla seniorów czy telemedycyna.
– W tym roku do usługodawców assistance w Polsce zadzwoniło ponad 2,5 mln ludzi. Jeżeli popatrzymy, że większość tych osób żyje w rodzinach 3-4-osobowych, to mniej więcej 10 mln ludzi jest świadomych, że firma assistance przyszła z pomocą – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance. – Wzrost jest niebagatelny, bo ponad 40-proc. W 2014 roku z assistance skorzystało 1,8 mln osób.
Jak wynika z badania IPSOS i Mondial Assistance, typowy konsument usług assistance to mieszkaniec dużego miasta, w przedziale wiekowym między 30 a 49 lat i wykształcony. Jedna trzecia użytkowników to pracownicy biurowi, wykwalifikowani specjaliści i osoby na stanowiskach kierowniczych. Wśród posiadaczy coraz więcej jest kobiet (wzrost o 7 pkt proc., dziś stanowią 50 proc. ogółu) i singli (wzrost o 4 pkt proc., do 14 proc.).
Coraz częściej z usług tych korzystają klienci banków (wzrost o 650 tys. osób). Pakiety assistance są bowiem dodawane do różnych produktów finansowych i ubezpieczeniowych, które posiada ponad 18 mln Polaków. Wciąż jednak ok. 40 proc. nie ma świadomości, w jaki sposób mogą skorzystać z assistance, choć z roku na rok statystyki te się poprawiają.
– Dawniej była kojarzona tylko z częścią komunikacyjną. Każdy miał assistance samochodowy, jak samochód się zepsuł, wzywana była pomoc. Dziś coraz częściej kojarzymy assistance ze wszystkimi możliwymi usługami pomocowymi. Są to m.in. usługi travelowe, czyli pomoc za granicą, na wakacjach, coraz więcej jest też usług domowych, np. kiedy zepsuje się pralka – wymienia Frączek.
Jednak statystyki z ubiegłego roku wskazują, że najpopularniejsze i najbardziej cenione stały się usługi medyczne, czyli np. wizyta domowa lekarza. W podziale na płci wygląda to trochę inaczej – dla mężczyzn wciąż najbardziej wartościowe jest assistance samochodowe, a dla kobiet – medyczne.
Pomoc firm oferujących assistance nie ogranicza się tylko do tych czterech segmentów. Klienci mogą liczyć m.in. na wsparcie concierge’a, który pomoże zaplanować podróż, kupi bilety do teatru, zamówi kwiaty, a nawet sprawdzi wynik meczu. Mogą także uzyskać pomoc w razie problemów ze sprzętem elektronicznym, RTV i AGD.
– Rynek nie śpi i assistance się rozwija również produktowo, chociażby o assistance rowerowy. W związku ze starzeniem się społeczeństwa będą rozwijać się dwa obszary – pewne specyficzne usługi dla seniorów oraz monitoring zdalny, czyli teleopieka – mówi prezes Mondial Assistance.
Zdecydowana większość posiadaczy assistance dostrzega atrakcyjność tych usług (ok. 75 proc.). Co więcej, blisko połowa osób, które nie mają takich pakietów, uważa również, że podnoszą one atrakcyjność produktów finansowych i ubezpieczeniowych.
– To są usługi, które się przekładają na lojalność wobec partnera, od którego kupiliśmy lub dostaliśmy ten pakiet. Jeżeli klient ma konto czy kredyt w banku albo polisę u danego ubezpieczyciela, a do tego dostał dodatkowe usługi, które przydadzą się w awaryjnych sytuacjach, to chętniej w danej instytucji czy firmie pozostanie, tym bardziej że odsetek zadowolenia klientów z usług assistance to 95 proc. – mówi Tomasz Frączek.
Sektor kosmiczny jest jedną z najbardziej innowacyjnych gałęzi gospodarki. Mimo że to dopiero początkowa faza jego rozwoju, to coraz więcej firm chce uczestniczyć w ambitnych projektach. Największe perspektywy ma miniaturyzacja satelitów oraz adaptacja rozwiązań technologicznych z innych sektorów. Dla firm z branży kosmicznej najtrudniejsze są pierwsze lata, podczas których trzeba inwestować.
– Coraz więcej firm jest zainteresowanych uczestnictwem w ambitnych projektach kosmicznych i rozwojem w tym obszarze – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments. – Tutaj nie wystarczy uczestniczyć w pojedynczych projektach. Trzeba się rozwijać, żeby nadążyć za światem, a docelowo również opracowywać technologie przełomowe, wyrastające poza wiedzę obecną w innych krajach, chociażby w Unii Europejskiej.
Jak zapowiadał Mateusz Morawiecki, minister rozwoju, innowacyjność ma być motorem krajowej gospodarki, a sektor kosmiczny jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie.
– Sektor kosmiczny jest awangardą rozwoju nowoczesnych technologii w Polsce, nie ma takiego drugiego, w którym miałyby one tak szerokie zastosowanie – wskazuje Grzegorz Brona. – Zaczyna to być nasza specjalizacja.
Największy potencjał rozwoju – zdaniem Grzegorza Brony – obecnie tkwi w satelitach. W ostatnich kilkunastu latach nastąpiła ich bardzo daleko posunięta miniaturyzacja. Satelity, które 20–30 lat temu ważyły pół tony, dzisiaj mogą ważyć 50 kg. Powoduje to istotny spadek ceny wysyłanych w kosmos urządzeń. Z drugiej strony podczas ich budowy wykorzystywane są rozwiązania nieprzeznaczone bezpośrednio dla przemysłu kosmicznego.
– Satelity są dostępne dla coraz szerszego grona odbiorców, nie tylko państwowych, na których przemysł kosmiczny dotychczas bazował, lecz także dla prywatnych – zapewnia Grzegorz Brona. – Wydaje się, że firmy w Polsce powinny inwestować w obszar miniaturyzacji i tworzenia nowych misji kosmicznych na podstawie elementów wziętych z tzw. półki, niekoniecznie kosmicznych. Możemy być tutaj konkurencyjni i szybko wytworzyć know-how.
Sektor kosmiczny jest dość trudny dla firm, które w nim działają. Przez pierwszych kilka lat w takich przedsiębiorstwach trzeba przede wszystkim inwestować. Na początku firmy mają problem ze zgromadzeniem kapitału, który pozwoli na długofalowy rozwój.
– Trudno osiągnąć zadowalający zysk po trzech czy nawet pięciu latach działania spółki kosmicznej, dlatego że poszczególne projekty realizowane są właśnie w perspektywie pięcio-, siedmio- czy nawet dziesięcioletniej – precyzuje Grzegorz Brona.
Coraz więcej firm sektora kosmicznego – zdaniem Brony – łączy się w klastry i zaczyna współpracować na rzecz wspólnej realizacji projektów. Jak podkreśla, Creotech Instruments chce być podmiotem, który będzie budował sieć współpracy między polskimi firmami.
– Nie ma w tej chwili jednego najsilniejszego ośrodka, któremu wszystkie inne można by przyporządkować – tłumaczy Grzegorz Brona. – Jednym z nich jest Warszawa, drugim – Trójmiasto. Trzeci obszar istnieje w okolicach Torunia i Bydgoszczy. Oczywiście Dolina Lotnicza, czyli Rzeszów i wschód Polski również aspirują do roli obszaru, który szybko się rozwija w dziedzinie technologii kosmicznych. Widać, że w całej Polsce rozwija się przemysł kosmiczny, który tak naprawdę dopiero się rodzi.
Połowa ludzi na świecie żyje w miastach. Do 2050 roku będzie to już 66 proc. Tak szybka urbanizacja sprawia, że będzie rosło zapotrzebowanie na luksusowe nieruchomości w centrach miast. Już dziś wzrasta sprzedaż apartamentów. Zarządcy tego typu nieruchomości przyciągają klientów nie tylko dobrą lokalizacją, luksusowymi wnętrzami i najlepszymi widokami, lecz także ofertą kulturalną.
– Luksusowe apartamentowce mają szansę stać się centrum kultury. Jest to ogólnoświatowy trend, zauważalny przede wszystkim w Londynie i Nowym Jorku – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Śliwa, communications and art director apartamentowca Cosmopolitan Twarda 4.
Jak podkreśla, przykładem takiej oferty może być współpraca jednego z apartamentowców w Nowym Jorku z brooklyńską akademią muzyczną. Mieszkańcy budynków mogą więc uczestniczyć w różnego typu wydarzeniach artystycznych, a także warsztatach muzycznych czy tanecznych.
– To jest taka wartość dodana, którą w tej chwili inwestorzy chcą zaoferować swoim mieszkańcom. W Cosmopolitanie także chcemy dać naszym mieszkańcom coś więcej niż tylko powierzchnię. Mówimy, że nie sprzedajemy metrów kwadratowych, tylko pewien styl życia na najwyższym poziomie – mówi Śliwa.
Jak podkreśla, to odpowiedź na zapotrzebowani klientów. Apartamenty najczęściej kupują obywatele świata – osoby, które w wielu krajach posiadają nieruchomości i robią interesy. Nabywcami często są menadżerowie wyższego szczebla, właściciele firm, dla których apartament jest mieszkaniem służbowym, również przedstawiciele wolnych zawodów. Przy zakupie apartamentów metraż ma drugorzędne znaczenie, liczy się lokalizacja, prestiż i dodatkowe udogodnienia dla mieszkańców, np. system centralnego sterowania mieszkaniem, siłownia, basen i SPA czy usługi concierge.
– Nasi mieszkańcy czy potencjalni nabywcy to są osoby kosmopolityczne, czyli obywatele świata, którzy jeżdżą po całym świecie, są zajęci, a jednocześnie bardzo się inspirują kulturą, sztuką i architekturą, więc my wychodzimy im naprzeciw z tego typu ofertą – mówi Agnieszka Śliwa.
W kampanii wizerunkowej apartamentowca wzięli udział znani muzycy: Radzimir Dębski, Anna Maria Jopek i Tomasz Stańko. Pod koniec września ubiegłego roku na 42. piętrze Cosmopolitan Twarda 4 zostały zaprezentowane prace znanych artystów takich jak Fangor, Nowosielski czy Sasnal, pochodzące z prywatnej kolekcji Jankilevitsch Collection.
– Pod koniec zeszłego roku otworzyliśmy patio wraz ze starannie wybranymi konceptami kulinarnymi, które stanowią pewne dopełnienie tego, czym jest Cosmopolitan i co oferuje, nie tylko dla mieszkańców, lecz także dla wszystkich warszawiaków czy osób odwiedzających stolicę Polski – mówi Agnieszka Śliwa.
Jak podkreśla, nie jest to jedynie element strategii marketingowej inwestycji.
– Te działania, w których proponujemy kulturę i sztukę, oraz wszystkie eventy, które organizujemy na 42. piętrze dla naszych mieszkańców i nie tylko, są tak naprawdę wpisane w DNA budynku. To jest część osobowości Cosmopolitana – podkreśla Śliwa.
Eksperci oceniają, że zapotrzebowanie na luksusowe apartamenty, szczególnie w centrach dużych miast, będzie rosło. Z raportu KMPG i Reas „Rynek luksusowych nieruchomości w Polsce” wynika, że ten segment wart jest ok. 450 mln zł (transakcje na rynku pierwotnym) i stanowi zdecydowaną większość całego rynku luksusowych nieruchomości. Liczba transakcji waha się rocznie od 160 do 180. W ciągu kilku lat powinna ona wzrosnąć do 250, a ich wartość – przekroczyć 500 mln zł – oceniają eksperci KPMG i Reas.
Po czterech kwartałach 2015 roku Grupa Kopex odnotowała 497,6 mln zł straty netto przypadającej akcjonariuszom jednostki dominującej przy przychodach ponad 1,09 mld złotych. Na pogorszenie raportowanych wyników wpływ miały przede wszystkim niższe przychody z działalności operacyjnej oraz dokonane w kwartale odpisy.
Toyota jest w trakcie wprowadzania w życie opracowywanej przez 3 lata Nowej Architektury Globalnej (TNGA), czyli nowej filozofii projektowania i produkcji samochodów. Zmiany obejmą wszystkie aspekty funkcjonowania japońskiego producenta, łącznie z nowym podejściem do konstruowania fabryk. Niedługo w polskich salonach pojawi się pierwszy model zbudowany według założeń TNGA – Toyota Prius.
Toyota jest znana na całym świecie ze swojego Systemu Produkcji, który wykładany jest na uczelniach i który uratował przed poważnymi kłopotami lub nawet bankructwem już niejedną firmę. Większość producentów samochodów w taki czy inny sposób zaadaptowało sposoby organizacji produkcji, projektowania i zarządzania wypracowane przez Toyotę. Zgodnie z zasadą Kaizen japońska firma metodą drobnych kroków stale udoskonala te procesy.
Pomimo tych sukcesów, potwierdzonych pozycją największego producenta samochodów na świecie, kilka lat temu japońska firma zdecydowała się na przeorganizowanie swojego Systemu Produkcji całkowicie od podstaw. Intensywne planowanie trwało 3 lata i na początku 2015 roku Akio Toyoda ogłosił rozpoczęcie wdrażania nowej architektury i organizacji produkcji o nazwie Toyota New Global Architecture (TNGA). Zmiany dotyczą w zasadzie wszystkich płaszczyzn działania firmy – od procesu projektowania aut przez konstruowanie linii produkcyjnych i fabryk po globalne podejście do części i podzespołów w taki sposób, żeby poszczególne elementy były jak najbardziej uniwersalne i pasowały do maksymalnie wielu modeli. Nowe podejście zakłada niespotykany dotąd stopień elastyczności i uniwersalności, który wynosi na nowy poziom i tak już podziwiany i naśladowany na całym świecie System Produkcji Toyoty.
Fabryki nowej generacji
Tradycyjne fabryki to wielkie struktury pełne ciężkiego sprzętu. Są drogie w budowie i utrzymaniu, dlatego aby ich praca była opłacalna, trzeba stale wykorzystywać co najmniej 75% ich możliwości produkcji. Maszyny są zazwyczaj na tyle drogie, że muszą pracować przez co najmniej 10 lat, aby inwestycja w nie się zwróciła.
Fabryki nowej generacji zaprojektowane według nowej architektury Toyoty to proste, stosunkowo niewielkie, jednokondygnacyjne konstrukcje. Będą tańsze w budowie i w utrzymaniu, m.in. dzięki zużyciu mniejszej ilości prądu, wody i ciepła niż tradycyjne fabryki. Sprzęt na liniach produkcyjnych będzie kompaktowy i niewysoki, dzięki temu będzie można w większym stopniu korzystać z naturalnego światła.
Modułowe linie produkcyjne
Bazując na najważniejszych osiągnięciach swojego słynnego Systemu Produkcji, Toyota opracowała od nowa konstrukcje linii produkcyjnych. Ich modułowa struktura pozwoli szybciej dostosowywać je do zmieniających się modeli oraz łatwiej wprowadzać nowe technologie. Przenośnik taśmowy będzie umocowany bezpośrednio na podłodze i podzielony na segmenty. Można będzie go dowolnie wydłużać lub skracać, po prostu dodając lub odłączając modułowe fragmenty.
Mobilne maszyny produkcyjne
Linie produkcyjne o elastycznej długości służą temu, aby można było łatwo dokładać lub odejmować maszyny produkcyjne. Sprzęt nowej generacji będzie poruszał się na rolkach, nie będzie mocowany na stałe do podłogi. Taka elastyczność pozwoli na częste aktualizowanie wersji modeli i dodawanie nowych elementów wyposażenia.
Mniejsze i wydajniejsze boksy lakiernicze
Toyota wprowadziła nowy pomysł na linie lakiernicze. Współczesne lakiernie o przepustowości 50 tys. samochodów rocznie to ogromne budowle o 10 m wysokości i 187 m długości. Toyota zmniejszyła lakiernię do 6,5 m wysokości i 149 m długości, a dodatkowo wyposażyła ją w system wychwytywania i zbierania rozpryskującego się w powietrzu lakieru. Nowa lakiernia będzie dzięki temu czystsza, oszczędniejsza i bardziej ekologiczna.
Laserowe spawanie styków (LSW)
Technika laserowa zastąpi tradycyjne spawanie, przynosząc ogromną oszczędność czasu. Wykonanie jednego spawu standardową metodą trwa 2-2,5 s, natomiast spaw laserowy zajmuje tylko od 0,3 do 1 s. Laser zapewnia dużo większą wytrzymałość spoin i może obrabiać zarówno stal, jak i aluminium.
Deski rozdzielcze produkowane metodą wylewania
Takie deski rozdzielcze mają najwyższą jakość, jednak są drogie w produkcji. Inżynierowie Toyoty opracowali nową prostą maszynę odlewniczą, która jest o 60% mniejsza, zużywa o 30% mniej energii i obniża koszty o 20%.
Zderzaki na zamówienie
Nowa maszyna odlewnicza pozwala na tak szybką wymianę narzędzi, że zderzaki mogą być produkowane w krótkich seriach, jak tylko przyjdzie zamówienie z montowni danego modelu. Dzięki temu fabryki będą wykorzystywały mniejszą przestrzeń magazynową.
System odzyskiwania ciepła
Toyota opracowała nowy system chemicznego magazynowania energii termicznej, oparty na związkach magnezu, który odzyskuje i przechowuje tracone ciepło. To pozwoli obniżyć emisję dwutlenku węgla ze spalanego gazu o 15%.
Energia słoneczna
Panele fotowoltaiczne zamontowane w fabrykach będą służyły zarówno do wytwarzania energii elektrycznej, jak i do podgrzewania wody. To znacząco obniży zapotrzebowanie fabryk na prąd z zewnętrznych źródeł i zmniejszy ich wpływ na środowisko.
Wykorzystanie zużytych baterii hybrydowych
Toyota prowadzi dwutorową politykę względem zużytych baterii hybrydowych. Akumulatory zbyt słabe, by pracować w samochodzie, mają jeszcze wystarczającą pojemność, żeby służyć do magazynowania energii ze źródeł odnawialnych. Dopiero całkowicie wyeksploatowane ogniwa firma poddaje recyclingowi. Takie magazyny energii służą już m.in. w Parku Narodowym Yellowstone, a teraz znajdą także zastosowanie w nowych fabrykach koncernu.
Grupowanie bliźniaczych modeli
Toyota przenosi produkcję modeli, aby zgrupować podobne auta w tych samych fabrykach. Dzięki temu zwiększa się uniwersalność modułowych linii produkcyjnych i upraszcza logistyka. Wskaźnik średniego wykorzystania linii produkcyjnej w koncernie wzrósł z 70 procent w 2009 roku do ponad 90 procent obecnie. Różne modele podobnej wielkości będą dzieliły wspólne platformy i komponenty, co skróci czas projektowania nowych modeli i zmniejszy jego koszty o co najmniej 20%.
Wdrożenie TNGA sprawi, że budowa fabryk i przygotowywanie linii produkcyjnych będzie szybsze i tańsze, zarządzanie częściami będzie prostsze i pozwoli uwolnić przestrzeń magazynową, a samochody będą powstawały szybciej, zarówno na etapie projektowania, jak i na taśmie produkcyjnej. To pozwoli nie tylko na częstsze odświeżanie modeli i wprowadzanie nowych generacji, ale nawet umożliwi realizowanie zamówień klientów dotyczących wersji wyposażenia od razu na taśmie produkcyjnej czy ułatwi produkcję edycji specjalnych.
Obecnie znamy 2 modele zbudowane według nowej koncepcji – są to Prius, który już zadebiutował w Japonii, a w Polsce pojawi się w pierwszym kwartale tego roku, oraz hybrydowy crossover C-HR, który także trafi do salonów w najbliższych miesiącach. W ciągu kilku lat Toyota zamierza wprowadzić TNGA do połowy swoich modeli na całym świecie.
Umacnianie się dolara wobec euro zostało wczoraj powstrzymane przez pokaźny pakiet słabszych danych makroekonomicznych. Ropa znów drożeje. Słabsze dane ze Szwajcarii przeceniły franka. Giełda w Szanghaju znów w dół.
Środa była dniem słabszych danych zza oceanu. Zaczęło się o 13:00 od wniosków o kredyt hipoteczny. Spadek o 4,3% spowodował, że trwający od rana ruch kierujący zainteresowanie inwestorów z Europy do USA zatrzymał się. Drugie ważne dane nadeszły o 15:45, kiedy to poznaliśmy wstępny odczyt indeksu PMI dla usług. Poziom 49,8 pkt nie zachwycił rynków. Był nie tylko gorszy od psychologicznej granicy 50 pkt, ale również niższy, aż o 3,6 pkt, od oczekiwań. Kolejny cios nadszedł o 16:00 wraz z liczbą sprzedanych nowych domów. Dane z rynku nieruchomości są bardzo ważne w USA, gdyż to tam rozpoczął się kryzys. Liczba nowo sprzedanych lokali wyniosła 494 tys. i była o 5% niższa od oczekiwań. W rezultacie tych danych, nie tylko został wstrzymany ruch na głównej parze walutowej, ale euro odrobiło do dolara ponad pół centa.
O 16:30 poznaliśmy dane na temat zmiany zapasów paliw w USA. Wzrosły zapasy ropy, aczkolwiek spadły rezerwy benzyny i destylatów. Reakcją rynków było podniesienie cen ropy. Wzmocniły się również waluty, które mają największe połączenie z czarnym złotem. Rubel zyskał na wartości około 2%.
Od rana poznaliśmy wskaźnik inflacji Niemiec. W skali roku wyniosła ona 0,4%. Był to wynik zgodny z oczekiwaniami i biorąc pod uwagę zapaść w cenach surowców, nie można się dziwić tym poziomom.
O 9:15 poznaliśmy pakiet danych ze Szwajcarii. Produkcja przemysłowa spada w skali roku o 4,5%, natomiast zamówienia przemysłowe o 7,7%. Są to, obiektywnie mówiąc, słabe odczyty. Inwestorzy spodziewali się złych informacji, aczkolwiek odrobinę lepszych. W rezultacie po tym, jak wczoraj ku przerażeniu kredytobiorców frankowych, oglądaliśmy przez chwilę poziom 4,03 zł za franka, dzisiaj znów wracamy do psychologicznej bariery 4 zł.
Dla odmiany, po ostatnich lepszych sesjach, przypomniała o sobie giełda w Chinach. Indeks w Szanghaju spadł o imponujące 6,4%. Powodem przeceny był najprawdopodobniej wzrost międzybankowej stopy procentowej. Zwiększył on koszt kredytów, co zachęciło inwestorów do wycofywania kapitału z giełdy. Drugim powodem spadków była najprawdopodobniej realizacja zysków na trwającym do wczoraj odbiciu.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:30 – Wielka Brytania – PKB,
11:00 – Strefa Euro – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – zamówienia na dobra oraz wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 25.11.2015 do 25.02.2016
Kurs EUR/PLN utworzył trend spadkowy. Dla ruchu w górę oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na poziomie 4,4500, a po przebiciu tego pułapu następnym oporem będzie 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3550.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 25.11.2015 do 25.02.2016
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend boczny. Najbliższym oporem są okolice 4,0150, gdzie znajdują się linia łącząca ostatnie maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linii łącząca minima lokalne na poziomie 3,9550.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 25.11.2015 do 25.02.2016
Kursowi USD/PLN po silnych spadkach utworzył krótkoterminowy trend wzrostowy. Nowym oporem jest linia łącząca maksima lokalne na 3,9850, a po jej przebiciu kolejnym oporem są maksima na 4,1350. Dla obecnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ostatnie minimum lokalne na 3,8950.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 25.11.2015 do 25.02.2016
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,7000, a następnie górne ograniczenie trendu spadkowego w okolicach 5,8000. W przypadku kontynuacji spadków wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,5100.
Projekt wdrożenia systemu SAP DBM Dealer Business Management w Abdullah Abdulghani & Bros. Co. W.L.L. (AAB), jednego z największych na świecie niezależnych dystrybutorów pojazdów marki Lexus i Toyota, otrzymał złoty medal na SAP 2015 Quality Award w kategorii Business Transformation. Implementacji przewodził zespół Hicron.
SAP DBM (Dealer Business Management) to rozwiązanie dedykowane branży automotive, ściśle połączone z systemem SAP ERP. Unikalne funkcje systemu wspierają procesy planowania zakupów pojazdów, ich importu, sprzedaży, pełnego cyklu usług serwisowych, gwarancyjnych i wsparcia posprzedażnego – elementów charakterystycznych dla działalności importerów i dealerów w sektorze motoryzacyjnym. Właśnie to rozwiązanie, w najnowszej wersji, zespół Hicron wdrożył w Katarze.
Projekt pilotażowy
– O wyjątkowości tego projektu stanowiła nie tylko lokalizacja, lecz także zakres i czas wdrożenia – implementacja SAP DBM w najnowszej wersji 8.0 w firmie AAB zrealizowana przez Hicron była trzecim projektem na świecie i pierwszym o tak szerokiej skali funkcjonalnej. Działania zakończyliśmy zgodnie z wcześniejszymi założeniami: zarówno budżetowymi jak i czasowymi – mówi Grzegorz Buhl, Program Manager i Integration Manager w projekcie.
Wdrożenie objęło różne segmenty działalności oraz spółki córki firmy AAB, w tym między innymi: sprzedaż pojazdów marki Toyota i Lexus, krótko- i długoterminowy wynajem aut, skup i sprzedaż samochodów używanych, a także sprzedaż części samochodowych i materiałów eksploatacyjnych. System wspomaga też obsługę planowania zakupów i sprzedaży pojazdów we wszystkich kanałach dystrybucji, zarządzanie procesami serwisów, gwarancjami i kontraktami serwisowymi.
Podczas realizacji projektu Hicron dostarczył ponad 70% zakresu funkcjonalnego, w tym wszystkie kluczowe dla działania firmy procesy z zakresu Automotive & Parts. Jednocześnie zespół ściśle współpracował z firmami IBM (w zakresie finansów i kontrolingu oraz obszaru CRM) i TCS (w obrębie migracji danych).
Nagroda dla zespołu Hicron
Oprócz satysfakcji z udanej finalizacji tego przedsięwzięcia, projekt realizowany przez Hicron został także doceniony w prestiżowym konkursie SAP Quality Award 2015, w którym wyłonione zostały najlepsze wdrożenia zrealizowane w 2015 roku w poszczególnych regionach i krajach. Konkurs ma na celu promowanie najlepszych praktyk oraz wyróżnienie klientów reprezentujących szczególny profesjonalizm podczas realizacji projektów SAP.
– Chcielibyśmy pogratulować AAB i ich partnerom wdrożeniowym zaangażowanym w projekt otrzymania złotego medalu na SAP Quality Awards w regionie MENA. Wyróżnienie jest doskonałą okazją do przyjrzenia się, w jaki sposób stosowanie zasad jakości wdrożeń pomaga skutecznie zarządzać projektami SAP i osiągnąć oczekiwane cele biznesowe – mówi Mehryar Entezari, Quality Manager w SAP MENA.
Wdrożenie w AAB zdobyło pierwszą nagrodę w jednej z najważniejszych kategorii – Business Transformation – dla regionu SAP MENA (Middle East and North Africa), gdzie oceniano duże i złożone projekty. Zespół AAB i Hicron ma teraz szansę na kolejne wyróżnienie. Ostatnim etapem jest uczestnictwo zwycięzców z poszczególnych regionów konkursu w finale regionalnym na poziomie SAP EMEA, gdzie projekty będą oceniane przez jury złożone z zewnętrznych, niezależnych ekspertów branży IT.
Czy wciąż do najbardziej poszukiwanych mieszkań należą najmniejsze metrażowo dwójki i trójki? Czy wybieramy teraz mieszkania o większej powierzchni niż przed rokiem, czy dwoma laty? Portal nieruchomości Dompress.pl przeprowadził sondaż wśród deweloperów.
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp
Zmiana preferencji nabywców w odniesieniu do wielkości mieszkań zauważalna jest od 2 lat. Większe zainteresowanie dotyczy mieszkań trzy i czteropokojowych. Taki trend spowodowany jest wzrostem siły nabywczej klientów oraz dostępnością kredytów. Ważną rolę odgrywa również program MdM, który, w szczególności po zmianie w 2015 roku, preferencyjnie traktuje duże rodziny. Dlatego możemy potwierdzić, że średnia wielkość kupowanych lokali wzrosła. Taki efekt wyraźnie zauważamy w wieloetapowych inwestycjach, takich jak Osiedle Graniczna we Wrocławiu, czy Mała Praga w Warszawie.
Należy podkreślić, że zainteresowanie klientów konkretnymi lokalami, jak i metraż projektowanych mieszkań zależy od inwestycji. Osiedla zlokalizowane w centrach miast przyciągają głównie inwestorów kupujących mieszkania na wynajem. Ten segment klientów zainteresowany jest lokalami o mniejszym metrażu, charakteryzującymi się kompaktowym i funkcjonalnym rozkładem. Takie mieszkania oferujemy na przykład w doskonale zlokalizowanej krakowskiej inwestycji 5 Dzielnica, gdzie ponad 70 proc. oferty stanowią mieszkania jedno i dwupokojowe.
Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord
Przez ostatnich kilka lat niezwykle korzystne warunki rynkowe skłaniały klientów do nabywania mieszkań o większych powierzchniach. Wśród dokonywanych zakupów dominowały przestronne lokale trzy i dwupokojowe, ale coraz częściej wybierane były także lokale z czterema i pięcioma pokojami. W 2016 roku ta tendencja może lekko wyhamować w związku narzuceniem przez banki wyższych marż kredytowych, które przełożą się na wzrost miesięcznej raty kredytu za mieszkanie. Nie spodziewamy się jednak większej zmiany.
Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży w Wawel Service
W ostatnim czasie wzrosła sprzedaż nieco większych, rodzinnych mieszkań. Na przestrzeni ostatnich kilku lat możemy zauważyć wzrost powierzchni „statystycznego mieszkania”. Przyczyn tego zjawiska należy upatrywać m.in. w zmianach dotyczących zasad przyznawania dopłat i limitów cen w programie MdM. Liczba chętnych na zakup subwencjonowanych mieszkań stale rośnie. Ten wzrost można zaobserwować przede wszystkim w przypadku mieszkań trzy i czteropokojowych. Szersze otwarcie programu dopłat przyniosło wymierne skutki. Nasze biura sprzedaży odwiedzają teraz zupełnie nowe grupy klientów.
Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska
Dwójki i trójki to wciąż najbardziej poszukiwane mieszkania, jednak w niektórych lokalizacjach faktycznie widać zwiększone zainteresowanie dużymi mieszkaniami powyżej 90 m kw. Zaobserwowaliśmy taki trend na przykład w inwestycji Kolska od Nowa:), w związku z czym w ofercie drugiego etapu tego projektu znalazło się procentowo więcej dużych mieszkań niż w pierwszym etapie.
Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic
W czasie słabszej koniunktury mieszkania kupują w większości te osoby, które muszą. Jest to zwykle czas dużej niepewności o bezpieczeństwo finansowe i w takim okresie klienci minimalizują koszty. Od kilku kwartałów widoczny jest wyraźny wzrost zainteresowania większymi lokalami z każdej kategorii (2, 3 i 4 pokojowymi). W naszej opinii wynika to z dużego poziomu optymizmu wśród nabywców.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Ubiegły rok był rekordowym pod względem sprzedaży dla deweloperów. Niewątpliwie wpływ na to miała dobra sytuacja materialna klientów oraz dostępność tanich kredytów. Zauważyliśmy wzrost zainteresowania większymi metrażami mieszkań, choć wciąż najbardziej poszukiwane były małe dwójki i trójki. Klienci, którzy szukali mieszkań pod kątem inwestycyjnym, wybierali najczęściej te o najmniejszych powierzchniach, ponieważ ich ceny całkowite są zdecydowanie niższe. Osoby, które myślały o mieszkaniu dla siebie z reguły kupowały lokale o większych metrażach. Dlatego przy nowych projektach staramy się uwzględniać potrzeby wszystkich grup klientów. Jednak biorąc pod uwagę wprowadzenie podatku bankowego, a co za tym idzie perspektywę droższych kredytów, obecnie nie stać będzie niektórych klientów na większe mieszkania pomimo tego, że jeszcze niedawno taki zakup był możliwy.
Lidia Fedorczuk, manager sprzedaży w Atlas Estates
Największym zainteresowaniem klientów cieszą się mieszkania dwupokojowe o powierzchni do ok. 45 m kw. i trzypokojowe do ok. 60 m kw. Klienci pozostają optymistami, jeśli chodzi o przewidywany poziom przyszłych zarobków, a niskie stopy procentowe obniżają koszty kredytów. To sprawia, że średni metraż sprzedawanych mieszkań nieznacznie rośnie, a częstym wyborem są nie tylko dwójki, ale także trójki. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się przy tym lokale maksymalnie funkcjonalne, które na możliwie niewielkim metrażu są w stanie zapewnić określoną liczbę pomieszczeń. Takie mieszkania Atlas Estates oferuje w 2. etapie żoliborskiego osiedla Apartamenty Krasińskiego, którego budowa właśnie rusza.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Obserwujemy wzrost poziomu życia Polaków w porównaniu do lat ubiegłych. Zmienia się też postrzeganie nieruchomości rozumianej jako podstawy do mieszkania, na zakup lokalu w celu długoterminowej inwestycji oraz generowania zysków. Stąd dużym zainteresowaniem cieszy się nasza, warszawska inwestycja Apartamenty Wola Invest. W luksusowym obiekcie hotelowo-apartamentowym nabyć można mieszkanie, a następnie wynająć je operatorowi. Dzięki temu klienci otrzymują stały, gwarantowany zysk na poziomie min. 5 proc. wartości apartamentu rocznie.
Na wyższy standard życia wielu osób wpływ miały także zmiany w programie MdM. Te zmiany przynoszą klientom wzrost wysokości dofinansowania wkładu własnego nawet o 160 procent. Dlatego liczba zainteresowanych mieszkaniami trzy i czteropokojowymi rośnie w Warszawie i innych miastach, a także położonymi w niedalekiej odległości od warszawskiego Bemowa domami w inwestycji Villa Campina. Kwalifikujące się do programu MdM domy można nabyć w cenie od 399 tys. zł po odjęciu rządowej dopłaty.
Katarzyna Pietrzak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Victoria Dom S.A.
W ostatnim czasie obserwujemy duże zainteresowanie mieszkaniami dwu i trzypokojowymi, zarówno tymi mniejszymi, jak i większymi. Rozkłady lokali w naszych inwestycjach są tak przygotowane, aby wszyscy znaleźli coś odpowiedniego dla siebie. Przykładowo w osiedlu Viva Garden 2 najmniejszym i najtańszym mieszkaniem dwupokojowym jest lokal o pow. 33 m kw. w cenie ponad 188 tys. zł. Dla klientów poszukujących trzypokojowych mieszkań w tej inwestycji mamy lokale od 42 m kw. w cenie od przeszło 228 tys. zł, a czteropokojowe lokale mają metraż 58 m kw. i można je nabyć w cenie od 318 tys. zł. W osiedlu Classic 3 mamy mieszkania dla osób, które chcą skorzystać z dopłaty w programie MdM. Osiedle Olesin oraz Park Dworski 2 znajdujące się na warszawskiej Białołęce to inwestycje dla miłośników większych metraży i własnych działek. Inwestycją, która cieszy się największym zainteresowaniem klientów jest osiedle Przy Parku zlokalizowane na warszawskim Targówku.
Aneta Zdulska, dyrektor ds. sprzedaży w WAN S.A.
Odnotowujemy duże zainteresowanie większymi mieszkaniami, o metrażu powyżej 80 m kw., choć wciąż najwięcej zapytań mamy o lokale o mniejszych metrażach. Klineci poszukują najczęściej mieszkań dwupokojowych o powierzchni do 50 m kw. i trzypokojowych liczących do 60 m kw.
Maria Doerre, dyrektor sprzedaży i marketingu w Activ Investment
Osoby, które kupują mieszkania dla siebie do życia faktycznie od pewnego czasu poszukują większych lokali niż dawniej. Szczególnie dotyczy to mieszkań trzypokojowych.
W przypadku lokali kupowanych pod wynajem nadal największym powodzeniem cieszą się małe – jedno i dwupokojowe mieszkania z aneksem kuchennym o powierzchni do 40 m kw.
Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa
Dzięki analizie sprzedaży mieszkań w uruchomionych etapach naszych projektów oraz opiniom i pojawiającym się zapytaniom klientów dostrzegliśmy, iż regularnie wzrasta zainteresowanie większymi mieszkaniami. Tym samym, wprowadzając do sprzedaży kolejne etapy warszawskich inwestycji Miasto Wola i Stacja Kazimierz, przygotowaliśmy w ofercie więcej lokali, odpowiadających temu trendowi. Atutem większych mieszkań, prócz większych możliwości aranżacyjnych, jest również niższa nawet o kilka procent w porównaniu z lokalami jedno i dwupokojowymi cena za metr. Biorąc pod uwagę ostatnie wyniki sprzedaży, możemy stwierdzić, że średni metraż kupowanych lokali sukcesywnie rośnie. Nie oznacza to jednak, że mniejsze lokale tracą na popularności. Małe, funkcjonalne lokale niezmiennie znajdują nabywców już w pierwszych tygodniach od uruchomienia sprzedaży.
Poczta Polska, narodowy operator pocztowy oraz home.pl, lider rynku usług hostingowych w Polsce opracowali wspólną platformę, która pomoże polskim przedsiębiorcom zaistnieć w sieci oraz odnieść sukces. Dlaczego? Bo e-commerce to przyszłość dla jednoosobowych działalności gospodarczych. Potwierdzają to wyniki badania wykonanego przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia, że aż 98 proc. właścicieli sklepów wierzy w dynamiczny wzrost rynku e-commerce w Polsce.
Badanie zrealizował Instytut ARC Rynek i Opinia, specjalizujący się w projektach dla firm z branży e-commerce. Łącznie przeprowadzono 253 ankiety z e-firmami. Co z nich wynika? 39 proc. sklepów internetowych powstało w latach 2010 – 2013. Tylko 26 proc. ma więcej niż 10 lat. To pokazuje, że polscy konsumenci podchodzą z coraz większym zaufaniem do e-sklepów. Wiąże się to z coraz lepiej prowadzonymi platformami sprzedaży oraz całym procesem przekazywania zamówionych dóbr do rąk klienta.
– home.pl startując w 2008 roku z ofertą sklepów internetowych, zdawał sobie sprawę, że polski rynek e-commerce dopiero raczkuje. Polscy konsumenci nie byli przekonani do zakupów przez internet. Ich obawy dotyczyły głównie aspektów bezpieczeństwa transakcji online. Dziś, rynek jest już dojrzały, z perspektywami na dalszy, dynamiczny wzrost. Zauważamy stały wzrost zainteresowania e-commerce wśród naszych klientów. Utrzymujemy już ponad 7000 aktywnych sklepów internetowych. W naszym przekonaniu przedsiębiorstwa sprzedające wyłącznie lokalnie, bez udostępniania swojej oferty w internecie, będą w przyszłości marginalizowane – mówi Dariusz Kowalski, lider zespołu produktowego home.pl.
Wzrost zaufania do e-sklepów odczuli także polscy przedsiębiorcy. 43 proc. przebadanych firm prowadzi sprzedaż już jedynie przez internet. W 32 proc. sklepów tradycyjne kanały sprzedaży generują mniej niż 30 proc. przychodów. Bardzo ważnym ogniwem w sprzedaży internetowej jest połączenie świata cyfrowego (zakup w eSklepie) z światem realnym (dostawa produktu do eKupującego) Prawie połowa badanych sklepów wysyła miesięcznie kilkaset przesyłek. Tylko 13 proc. z nich ma mniej niż 100 zamówień miesięcznie, a 6 proc. więcej niż 5 tys. Aż około 60 proc. e-sklepów wybiera usługi Poczty Polskiej.
– eSprzedajacy wybierający operatora logistycznego najczęściej zwracają uwagę na terminowość i bezpieczeństwo dostawy a także ceny. Doceniają wsparcie informatyczne w procesie nadania i dostawy przesyłki jak również dostęp do pełnej wiedzy on-line o statusie przesyłki. Klienci oczekują od operatora logistycznego także łatwego dostępu do gęstej sieci placówek. Z kolei eKupujący kierują się w dużej mierze wygodą dostawy, rozumianej jako możliwość wyboru dogodnej formy dla siebie (kurier, dostawa do punktu, inne dogodne miejsce dla odbiorcy). Poczta Polska, mająca największą sieć placówek nadawczych jak również punktów odbioru w Polsce zaspokaja potrzeby zarówno eSprzedających i eKupujących w tym aspekcie. – mówi Rafał Pietrwalski, pełniący obowiązki Dyrektora eCommerce w Poczcie Polskiej.
Większość e-sklepów w Polsce (53 proc.) to mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające od dwóch do dziewięciu pracowników. 17 proc. stanowią firmy, gdzie jedynym ich pracownikiem jest właściciel, natomiast 22 proc. sklepów internetowych zatrudnia miedzy 10 a 50 osób. Nie zaskakuje ich forma organizacyjna: 62 proc. to jednoosobowa działalność gospodarcza, 19 proc. sklepów to spółki z o.o., a 7 proc. to spółki jawne.
Z badań wynika także, że przedsiębiorcy doceniają wartość internetu. Aż 98 proc. właścicieli sklepów wierzy w dynamiczny wzrost rynku e-commerce w Polsce.
efirma.poczta-polska.pl to platforma, która zawiera bogatą ofertę produktów. Oprócz pakietów hostingowych czy domen, dostępne będą również takie rozwiązania jak: , VPS (Virtual Private Server), kreator stron www, pakiet Office365 i certyfikaty SSL. Przedsiębiorcy będą mogli skorzystać bezpłatnie z usług biura obsługi klienta oraz pomocy on-line w postaci bazy wiedzy. Świadczone usługi zachowują najwyższe, branżowe standardy, ale ich ceny i parametry są sprofilowane tak, żeby każdy przedsiębiorca mógł je dopasować do swoich potrzeb.
System płatności przez komórkę SkyCash udostępnił nową wersję mobiParking – usługi, która pozwala regulować należność za parkowanie w blisko 40 miastach na terenie całej Polski. Aktualizacja znacznie uprościła proces płatności i zredukowała liczbę kroków potrzebnych do rozpoczęcia oraz zakończenia postoju auta.
Tak jak dotychczas, usługa mobiParking jest dostępna z poziomu menu głównego aplikacji SkyCash. Całkowitemu przemodelowaniu uległ jednak jej wygląd oraz rozmieszczenie poszczególnych funkcji. Dzięki temu wykonanie wszystkich czynności związanych z rozpoczęciem postoju odbywa się teraz na zaledwie dwóch ekranach. Na pierwszym z nich kierowca wybiera auto, które chce zaparkować i określa sposób naliczania opłaty. Po przejściu do kolejnego ekranu może od razu uruchomić parkowanie, bez konieczności zatwierdzania płatności kodem PIN.
W nowej wersji mobiParking usprawniono też sposób zatrzymywania parkowania oraz dodawania i usuwania pojazdów. Czynności te można wykonać bezpośrednio z poziomu ekranu głównego usługi. Nawigację ułatwia ponadto dynamiczne menu boczne, które pozwala uzyskać szybki dostęp do dodatkowych funkcji, jak zasilenie konta czy wyświetlenie informacji o taryfie obowiązującej w danym mieście. Nowością jest również możliwość wygodnego kontrolowania czasu postoju. W dowolnym momencie aplikacja pozwala sprawdzić, ile czasu upłynęło od rozpoczęcia parkowania oraz kiedy zostanie ono zakończone. Każdemu z dodanych do SkyCash pojazdów kierowca może też nadać wybraną przez siebie nazwę. To rozwiązanie powstało przede wszystkim z myślą o osobach, które używają aplikacji zarówno prywatnie, jak i służbowo.
– Jednym z powodów, dla których kierowcy sięgają po naszą aplikację jest wygoda i chęć zaoszczędzenia czasu. Dzięki zupełnie nowemu interfejsowi i ograniczeniu liczby ekranów nowa odsłona mobiParking sprawdza się pod tym kątem jeszcze lepiej – mówi Tomasz Krajewski, prezes SkyCash. – W dalszym ciągu kluczową korzyścią mobiParking pozostaje możliwość płacenia tylko za realny czas postoju, z dokładnością co do minuty – dodaje Krajewski.
Z nowej odsłony mobiParking mogą już korzystać posiadacze telefonów z systemem Android. Wkrótce usprawniona wersja usługi będzie dostępna także dla użytkowników iPhone’ów. Rozwiązanie pozwala dokonywać płatności za parkowanie w blisko 40 polskich miastach, m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie, Łodzi i Trójmieście. Płacąc za postój kierowcy mogą wybierać spośród trzech dostępnych metod parkowania: na określony czas, za wybraną kwotę lub w systemie Start-Stop, z możliwością zatrzymania naliczania opłaty w dowolnie wybranym momencie. Kierowcy, którzy nie chcą korzystać z aplikacji mobilnej lub nie posiadają odpowiedniego modelu telefonu mogą wnosić opłaty przy użyciu wiadomości SMS, numerów specjalnych USSD oraz kodów IVR.
W 2017 roku budżet państwa może mieć poważne kłopoty z utrzymaniem deficytu na zaplanowanym poziomie. Powodem są przede wszystkim koszty związane z wypłatą świadczeń w ramach programu „Rodzina 500 plus”. W przyszłym roku na ten cel przeznaczone zostanie 23 mld złotych, czyli blisko 8 proc. łącznych dochodów budżetu. Za rok pojawią się także kłopoty po stronie przychodowej. Zabraknie jednorazowych zastrzyków w postaci wpływów z aukcji częstotliwości LTE czy wypłaty wysokiego zysku z NBP.
– W kontekście budżetu na 2017 rok pojawia się dużo znaków zapytania. Mamy tutaj splot negatywnych czynników. Z jednej strony po stronie dochodowej, a z drugiej strony po stronie całorocznych kosztów programu „Rodzina 500 plus” – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.
Według wyliczeń Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyszłoroczne wydatki na realizację tego programu wyniosą ok. 23 mld złotych. W tym roku, kiedy świadczenia będą wypłacane od 1 kwietnia, koszty szacowane są na 17,2 mld złotych.
Zdaniem ekonomistki w 2016 roku problemów uda się jeszcze uniknąć. Powodem są zaplanowane jednorazowe wpływy budżetowe, które pochodzić będą z zakończonej w październiku aukcji częstotliwości LTE. Budżet wspierać będzie także wyższy od planowanego zysk, który osiągnął Narodowy Bank Polski.
– Myślę, że budżet na 2016 rok ma dosyć duże pole elastyczności. Przede wszystkim wynika to z takich jednorazowych niespodzianek, które w tym budżecie mamy – zauważa Petka-Zagajewska.
W zakończonej w październiku 2015 roku licytacji częstotliwości LTE suma zadeklarowanych kwot wyniosła ponad 9,2 mld złotych. Jednocześnie Narodowy Bank Polski przekaże do budżetu 95 proc. zysku osiągniętego w ubiegłym roku. Ustawa w pierwotnej formie przewidywała, że z tego tytułu państwowe finanse wzbogacą się o 3,2 mld złotych. Tymczasem jak podał NBP będzie to 8 mld złotych. Razem z obu źródeł do kasy państwa trafi 17,2 mld złotych.
– Sądzę, że jest to wystarczająco dużo, by nawet w przypadku realizacji jakichś negatywnych czynników ryzyka, np. niższej inflacji czy wolniejszego wzrostu gospodarczego, ten budżet sobie poradził – ocenia Petka-Zagajewska.
Według prognoz, które na początku lutego opublikowała Komisja Europejska, tegoroczny deficyt budżetowy Polski powinien wynieść 2,8 proc., co jest wynikiem o 0,2 p.p. niższym niż w 2015 roku. Zdaniem KE rosnąć będzie natomiast wysokość długu publicznego. Na koniec tego roku jego wartość w stosunku do wielkości PKB ma osiągnąć 52,5 procent.
Ekspertka odnosi się także do sytuacji panującej w polskiej gospodarce. Jej zdaniem zarówno sektor przemysłowy, jak i usługowy są w dobrej kondycji.
– Mamy całkiem solidną dynamikę wzrostu gospodarczego zarówno po stronie przedsiębiorstw przemysłowych, jak po stronie i firm usługowych. Cały czas mamy do czynienia z dosyć dobrą koniunkturą. Chociaż ostatni wskaźnik PMI dla sektora przemysłowego zaskoczył negatywnie, to wciąż pozostawał powyżej poziomu 50 punktów – tłumaczy.
Zdaniem głównej ekonomistki Raiffeisen Polbanku w 2016 roku nastroje powinny pozostać dobre. W jej opinii eksport pozostanie silny, co z kolei będzie miało pozytywne przełożenie na kondycję w polskim sektorze przemysłowym.
– Branża usługowa również będzie korzystać na tej wzrastającej aktywności przemysłu. Wydaje mi się, że na razie w obydwu sektorach powinni przeważać optymiści nad pesymistami – podsumowuje.
Pięcioletni zakaz sprzedaży ziemi, który przewiduje projekt ustawy przygotowany przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, spowoduje wzrost zainteresowania długoterminową dzierżawą ziemi. Minister Krzysztof Jurgiel zdecydował o wstrzymaniu przetargów na sprzedaż ziemi przez ANR. W ubiegłym roku dokonano sprzedaży 75 tys. ha gruntów.
Rząd przyjął projekt ustawy o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz zmianie niektórych ustaw na posiedzeniu 23 lutego. Proponowane przepisy wstrzymują sprzedaż ziemi państwowej na 5 lat. Nabywcami gruntów mają być w zasadzie tylko rolnicy, a zakup gospodarstwa ma się wiązać z obowiązkiem prowadzenia go przez 10 lat. Do wcześniejszej sprzedaży potrzebna będzie decyzja sądu. Nowe regulacje mają obowiązywać od 30 kwietnia 2016 roku.
– W tym roku skupimy się przede wszystkim na przetargach dotyczących długoterminowej dzierżawy gruntów rolnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Witold Strobel, rzecznik prasowy Agencji Nieruchomości Rolnych. – Pozwoli to rolnikom w dłuższym horyzoncie zaplanować produkcję oraz da im stabilność władania tą ziemią.
Choć do projektu zgłoszono ponad 70 poprawek, resort rolnictwa chce wprowadzenia swoich rozwiązań. Organizacje, z którymi konsultowano projekt, wskazują przede wszystkim na ograniczenie praw właścicieli gruntów rolnych.
– Z naszych konsultacji przeprowadzonych zarówno z izbami rolniczymi, jak i innymi środowiskami rolniczymi wynika, że dzierżawa gruntów jest dla rolników jak najbardziej satysfakcjonująca – przekonuje Strobel.
Zaproponowana ustawa ma chronić polską ziemię przed wykupem przez bogatych zachodnich farmerów. 1 maja 2016 roku przestanie bowiem obowiązywać okres ochronny na sprzedaż ziemi na wolnym rynku. Stąd chęć ograniczenia przez rząd możliwości nabywania ziemi. Wyjątkiem mają być tereny przeznaczone na specjalne strefy ekonomiczne, pod budownictwo mieszkaniowe, centra biznesowe, obiekty sportowe oraz działki do 1 hektara.
– Będziemy również zagospodarowywać specyficzne grunty, które są w naszym zasobie. Mianowicie takie, które można przeznaczyć na cele gospodarcze, takie jak parki technologiczne, różnego rodzaju przedsięwzięcia gospodarcze. Ponadto, podobnie jak w ubiegłych latach, będziemy zagospodarowywać zabytki, które posiadamy w naszym zasobie, przekazywać część gruntów gminom, które będą prowadzić różnego rodzaju ważne społecznie przedsięwzięcia – deklaruje Strobel.
W 2015 roku średnia cena państwowych gruntów sprzedana przez ANR wyniosła 29,5 tys. zł za 1 ha i była wyższa od tej z poprzedniego roku o 15 proc. W obrocie prywatnym średnia cena ziemi była wyższa o ponad 9 tys. na 1 ha. Agencja w 2015 roku sprzedała 75 ha gruntów, przy czym najwyższe ceny osiągnięto w województwach kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, a najniższe w lubelskim i podlaskim.
Polska jest wśród czterech krajów najszybciej przeprowadzających proces cyfryzacji – wynika z raportu przygotowanego na zlecenie ThinkTankCyfrowy.pl przez Polityka Insight. Pod względem stopnia cyfryzacji gospodarki wciąż jednak daleko nam do czołówki. Spośród 30 krajów europejskich Polska znalazła się dopiero na 28. pozycji.
– Z raportu „Czas na przyspieszenie. Cyfryzacja Gospodarki Polski” wynika, że Polska ma dużo do nadrobienia w porównaniu do krajów Zachodu, ale też są pozytywne dane. Potwierdzają one, że znajdujemy się wśród krajów, które najszybciej cyfryzują gospodarkę. To dzieje się za sprawą m.in. aktywności przedsiębiorców, rosnących kompetencji cyfrowych Polaków i rosnącej dostępności do usług szerokopasmowego internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Gołos, dyrektor ds. polityki publicznej i spraw korporacyjnych w UPC Polska i współprzewodnicząca ThinkTankCyfrowy.pl.
Od 2008 roku wartość Wskaźnika Cyfryzacji Gospodarki wzrosła w Polsce o 74 proc.
Z raportu wynika jednak, że spośród 30 krajów Europy (UE+ Islandia i Norwegia) Polska plasuje się na 28. miejscu pod względem stopnia cyfryzacji. Jest też na czwartej pozycji od końca pod względem wykorzystywania technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) we wszystkich sektorach gospodarki. Polska otrzymała 33 pkt, czyli połowę tego, co lider zestawienia, czyli Norwegia.
Najbardziej ucyfryzowanymi gospodarkami w Europie są – poza Norwegią – Islandia, Dania, Finlandia, Holandia i Szwecja. Polska należy do grupy outsiderów wraz z Włochami, Chorwacją, Węgrami, Cyprem, Grecją, Bułgarią i Rumunią.
– Ze statystyk paneuropejskich wynika, że w cyfryzacji wciąż jest potencjał dla rozwoju polskiej gospodarki i nie został on jeszcze w pełni wykorzystany. Z raportu Polityki Insight wynika również, że nie jesteśmy liderem w tej materii, a potrzebujemy tego niezmiernie – przekonuje Jakub Turowski, dyrektor ds. polityki publicznej Facebook w Polsce, współprzewodniczący ThinkTankCyfrowy.pl.
Twórcy raportu wskazują na kilka obszarów, które wymagają szczególnej uwagi. Pierwszym z nich jest budowa infrastruktury szerokopasmowej.
– To jest podstawa procesu cyfryzacji. Od tego zaczynają się wszystkie działania, które przyczyniają się do zwiększenia konkurencyjności Polski – podkreśla Patrycja Gołos. – W tym kontekście niezwykle ważne jest wspieranie inwestycji prywatnych inwestorów, operatorów, którzy dzisiaj rozwijają sieci, oraz podnoszenie przepustowości tej infrastruktury, a także docierania do miejsc, w których dzisiaj internet szerokopasmowy nie jest dostępny.
Kolejny ważny obszar to poprawianie kompetencji cyfrowych. Polska pod tym względem zajmuje szóstą lokatę w Europie. Wciąż niewiele osób dorosłych radzi sobie z zaawansowanymi czynnościami. Tylko co dziesiąty Polak ma takie umiejętności. Średnia dla Europy to 15 proc., na Litwie wskaźnik ten wynosi 32 proc., a w Szwecji – 26 proc.
– Nie mówimy o podstawowych kompetencjach cyfrowych takich jak wysyłanie e-maila z załącznikami, ale tych bardziej zaawansowanych, które tworzą już jakąś wartość dodaną w internecie, czyli pisanie kodów, tworzenie usług w internecie – mówi Patryca Gołos. – Trzecim elementem, na który chciałabym zwrócić uwagę, jest kwestia bezpieczeństwa oraz budowania zaufania w świecie cyfrowym. Bez tego nie będzie popytu na usługi oraz otwartości uczestników, a w związku z tym proces rozwoju cyfryzacji nie będzie taki szybki.
Jak podkreśla Jakub Turowski, polskie firmy mają duży potencjał i dzięki innowacyjnym narzędziom cyfrowym mogą się stać firmami globalnymi. Pod względem dynamiki wzrostu w obszarze e-biznesu Polska jest druga – za Węgrami – w Europie. Krajowe firmy coraz chętniej korzystają też z e-commerce.
Liderem w cyfryzacji spośród branż gospodarki jest sektor finansowy. W ogólnoeuropejskim zestawieniu znalazł się on na dziewiątym miejscu. Obecność międzynarodowych graczy powoduje, że tu szybciej przyjmowane są rozwiązania, które na Zachodzie są już standardem. Jak podkreślają eksperci, w niektórych aspektach sektor ten jest nawet bardziej innowacyjny – z powodu pewnych historycznych zapóźnień firmy od razu adaptują najnowsze rozwiązania, zamiast przechodzić przez wszystkie kolejne etapy rozwoju technologicznego. Stąd duży rozwój np. kart zbliżeniowych czy płatności mobilnych.
Zdaniem Turowskiego największy potencjał tkwi przede wszystkim w małych i średnich przedsiębiorstwach, które nie wykorzystują w pełni możliwości drzemiących w ucyfrowieniu działalności firm.
– Polski sektor MŚP może wykorzystywać technologie cyfrowe w zakresie podnoszenia wydajności pracy i otwarcia się na nowe rynki. Zaprezentowany raport podkreśla potencjał, jaki drzemie w polskich firmach w kontekście przyszłego korzystania z rozwiązań cyfrowych, takich jak Facebook, w celu gwarantowania innowacyjnego i zrównoważonego wzrostu – mówi Jakub Turowski. – To oznacza także wyzwania dla decydentów – innowacyjny rozwój małych i średnich firm powinien być kluczowym elementem przyszłych ram regulacyjnych.
Polska jest 10. pod względem poprawiania otoczenia biznesowego.
Liberalizacja rynku gazu i uwolnienie ceny błękitnego paliwa może obniżyć ceny dla klientów indywidualnych. W ubiegłym roku ceny spadły średnio o 17 proc. To przede wszystkim efekt niskich cen ropy. Z kolei do obniżek dla klientów biznesowych przyczyniła się większa konkurencja. Obecnie koncesję na obrót paliwami gazowymi ma ponad 170 podmiotów, a do końca ubiegłego roku na zmianę sprzedawcy zdecydowało się ponad 30 tys. odbiorców.
– Na rynku energii elektrycznej, gdzie uwolnienie cen nastąpiło w obszarze klienta biznesowego, ceny poszły drastycznie w górę. Dlatego rząd i urzędy obawiają się uwolnienia cen na rynku dla klienta indywidualnego. Wydaje mi się, że podobna sytuacja może nastąpić na rynku gazu w obszarze klientów indywidualnych, aczkolwiek ceny dla klientów biznesowych w przypadku paliwa gazowego bardzo mocno spadają. Widać, że PGNiG bardzo walczy o tych klientów – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Damian Lindner, ekspert ds. rynku firmy Energetyczne Centrum SA.
W grudniu zostały zatwierdzone taryfy kluczowych przedsiębiorstw gazowych. Średnia cena wysokometanowego gazu ziemnego dla dużych firm zużywających powyżej 25 mln m3 spadła o 6,8 proc., zaś dla odbiorców hurtowych o 4,6 proc. Taryfy będą obowiązywać do końca marca. W ubiegłym roku doszło do czterech obniżek, w efekcie ceny gazu spadły średnio o 17 proc.
– W najbliższych miesiącach możemy się spodziewać kolejnych obniżek cen gazu. Musimy pamiętać o tym, że sprzedawcy, którzy w tym momencie aktywnie uczestniczą w rynku, będą obniżać ceny w ślad za PGNiG, czyli głównym dostawcą, ze względu na konieczność zachowania oszczędności dla klientów – wskazuje Lindner.
Narastająca konkurencja sprawiła, że PGNiG, krajowy potentat, wprowadził oferty rabatowe dla strategicznych klientów. W efekcie ceny gazu kształtują się poniżej cen ustalonych w taryfach. Jeszcze kilka lat temu PGNiG miał udział w sprzedaży gazu do odbiorców końcowych na poziomie blisko 95 proc. W 2014 roku było to już 89 proc., obecnie szacunki mówią o 85–87 proc. Zdaniem eksperta w najbliższych latach można się spodziewać, że udział PGNiG na rynku będzie stopniowo spadał.
– Klienci, którzy zmieniają sprzedawcę, to ci, którzy mają wyższe zużycie gazu. W ten sposób szukają oszczędności. W PGNiG zostają konsumenci, którzy mają kuchenkę gazową – przekonuje Lindner.
Różnice w cenach pomiędzy poszczególnymi ofertami mogą dać oszczędności rzędu kilkuset złotych w przypadku gospodarstw domowych, które zużywają duże ilości gazu do ogrzewania.
Zgodnie z obowiązującą zasadą TPA (Third Party Access) odbiorcy końcowi mogą indywidualnie korzystać z sieci lokalnego dostawcy w celu dostarczenia gazu lub energii kupionej u dowolnego sprzedawcy. Na swobodę wyboru wpływa stopień świadomości klientów, także łatwość dokonania zmiany czy wielość konkurencyjnych ofert dostępnych na rynku. O ile w 2011 roku zarejestrowano jedynie kilka przypadków zmiany sprzedawcy, to następnie systematycznie rosła do 7 tys. w 2014 roku. Do końca 2015 roku zanotowano już 30,7 tys. zmian sprzedawcy, z czego ponad 23 tys. tylko w ubiegłym roku.
– To trzykrotny wzrost w ciągu jednego roku. W kolejnych latach dynamika będzie prawdopodobnie na równie wysokim poziomie, więc można się spodziewać, że rokrocznie kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 tys. osób może zmienić sprzedawcę – ocenia ekspert firmy Energetyczne Centrum.
Częstsze zmiany sprzedawców to również efekt coraz większej liczby graczy na rynku. Wpłynęła na to również dywersyfikacja dostaw. Wraz z nowymi połączeniami gazociągowymi pojawiły się większe możliwości zakupu gazu. Jeszcze kilka lat temu sytuacja na rynku powodowała, że ceny taryfowe były niższe niż hurtowa cena zakupu gazu, w związku z tym nikomu nie opłacało się wejść na rynek.
– Teraz sytuacja się odwróciła. Nie tylko klienci korzystają na tym, że ceny gazu bardzo spadają, lecz także firmy. Coraz więcej z nich wchodzi w ten obszar i namawia klientów do zmiany sprzedawcy – wskazuje Damian Lindner.
Obecnie koncesje na obrót paliwami gazowymi mają już 173 podmioty (na koniec III kw. 2015 r. było ich 165), a aktywnie działa 58 przedsiębiorstw.
– Oprócz uzyskania koncesji i spełnienia określonych wymagań należy mieć także taryfę zaakceptowaną przez prezesa URE. To proces długi i uciążliwy. Część przedsiębiorstw skupiło się na handlu gazem skierowanym do przedsiębiorstw. Takich firm jak Energetyczne Centrum, które skupiają się na kliencie indywidualnym jest stosunkowo niewiele, zaledwie kilka. W przyszłym roku będzie ich już zapewne kilkanaście – mówi Damian Lindner.