Elektrobudowa zamierza ponadtrzykrotnie zwiększyć udział eksportu w przychodach

Jacek Faltynowicz, prezes zarządu Elektrobudowy SA

Elektrobudowa chce, by 30 proc. jej przychodów pochodziło z zagranicy. Spółka wiąże spore nadzieje ze swymi inwestycjami w innowacyjne technologie energetyczne. Dostrzega bowiem, że na świecie napowietrzne instalacje wysokonapięciowe będą coraz częściej zastępowane przez rozwiązania wnętrzowe. Oferuje więc rozwiązania, które mogą być stosowane w podobnych inwestycjach i liczy na zamówienia z Polski i ze świata. 

Elektrobudowa deklaruje, że ekspansja zagraniczna to jeden z jej celów strategicznych.  Liczy, że międzynarodowe kontrakty mogą mieć znacznie większy niż obecnie udział w jej przychodach.

– Ponieważ mamy wysokie udziały w rynku polskim, nie powinniśmy ich w sposób istotny podwyższać, by nie doprowadzić do spadku rentowności przez wojnę cenową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Faltynowicz, prezes zarządu Elektrobudowy SA. – Chcąc się rozwijać, musimy znaleźć rynek alternatywny. I tutaj możemy się posłużyć dwiema klasycznymi strategiami. Po pierwsze, mając produkt, alokować go na rynek nieznany i my raczej w tym kierunku idziemy, bądź dysponując rynkiem, alokować tam nowe produkty.

Najnowsze wyniki finansowe Grupy Kapitałowej Elektrobudowa okazały się, jak podkreśliła spółka w komunikacie, znacznie lepsze od tych z ubiegłego roku jak i od oczekiwań rynkowych ekspertów. Skonsolidowany zysk netto  przypadający na akcjonariuszy spółki w I półroczu  przekraczał 27 mln zł i był o ponad 25 mln zł wyższy niż rok wcześniej. O 34 proc. wzrosły przychody firmy ze sprzedaży, sięgając 593 mln zł. Prognoza Grupy na 2015 rok zakłada uzyskanie niemal 1,2 mld zł przychodów ze sprzedaży i 45 mln zł zysku netto. Spółka nie wyklucza przy tym jej podniesienia.

– Wybrane segmenty rynku zagranicznego są bardzo atrakcyjne, a wydaje mi się, że powinniśmy zwiększać udział eksportu w przychodach Elektrobudowy do poziomu rzędu 30 proc. i taka powinna być nasza strategia na najbliższe lata – deklaruje Jacek Faltynowicz.

W sprzedaży grupy kapitałowej eksport stanowił ponad 9 proc. przychodów, w przychodach samej spółki niespełna 8 proc.

Wśród najważniejszych planów strategicznych spółki, obok rozwoju eksportu usług, prezes wymienia sprzedaż innowacyjnej konstrukcji swojej firmy, czyli rozdzielni OPTIMA 145, działającej w instalacjach wysokonapięciowych do 145 tys. woltów. Jak ocenia, jest to przedsięwzięcie strategiczne w perspektywie najbliższych 20 lat. W portfelu spółki są już zamówienia na tę konstrukcję warte 50 mln zł.

– Uważamy, że w wysokich napięciach czas izolacji powietrznej powoli dobiega końca, będzie zastępowany izolacją gazową SF6 i będzie szedł w kierunku rozwiązań wnętrzowych, a nie napowietrznych. Żeby tam skutecznie konkurować, przeprowadziliśmy program rozwojowy. Skonstruowaliśmy i zbudowaliśmy rozdzielnicę osłoniętą gazem na napięcie 145 kV. Ona będzie się dobrze sprzedawać w najbliższym czasie.

Elektrobudowa na rynku polskim jest liderem w produkcji rozdzielnic niskiego oraz średniego napięcia. Uzupełniając swą ofertę o rozdzielnicę wysokonapięciową, firma liczy na to, że uda jej się poprawić zyski ze sprzedaży.

– Jeżeli dobrze zorganizujemy swoje kompetencje, to podwyższy to w istotny sposób nasze marże  prognozuje prezes Jacek Faltynowicz z Elektrobudowy.

Jak dodaje, obecnie na rynku energetycznym rozwija się nie tyle firmy tanie, ile oferujące wysokiej jakości rozwiązania. Na taka ofertę stawia spółka.

– Przede wszystkim zaawansowane usługi elektroinstalacyjne. I tu chciałem zwrócić uwagę na jedno: czas, w którym mogliśmy konkurować wyłącznie ceną robocizny, już się skończył.

Emitenci instrumentów finansowych muszą się przygotować do uzyskania pełnej skuteczności przez Rozporządzenie MAR i Dyrektywę MAD

Karol Szymański

Rynek kapitałowy czekają duże zmiany. Rozporządzenie MAR i dyrektywa MAD dla emitentów instrumentów finansowych oznaczają rewolucję w raportowaniu. Wyłącznie na nich będzie bowiem spoczywał obowiązek identyfikacji zdarzeń o potencjale cenotwórczym i podjęcie decyzji o przekazaniu informacji o tych zdarzeniach do publicznej wiadomości. Co więcej, obowiązki informacyjne będą spoczywać również na tych emitentach, których akcje zostały wprowadzone wyłącznie do alternatywnego systemu obrotu, czyli na NewConnect. Rozporządzenie MAR znosi też dualizm w zakresie bieżących obowiązków informacyjnych.

Najistotniejszymi zmianami, które zbliżają się na kapitałowym rynku europejskim, w tym polskim, dotyczą obowiązków informacyjnych emitentów instrumentów finansowych dopuszczonych do obrotu zarówno na rynku regulowanym, jak i w ramach alternatywnego systemu obrotu. Uzyskanie pełnej skuteczności przez rozporządzenie MAR i dyrektywę MAD nastąpi 3 lipca 2016 roku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Karol Szymański, ekspert w kancelarii RKKW – KWAŚNICKI, WRÓBEL & Partnerzy.

Od przyszłego roku emitentów czekają rewolucyjne zmiany. Obecnie publikacja przez spółki publiczne, których akcje zostały dopuszczone do obrotu na rynku regulowanym, bieżących informacji na ich temat wynika albo z zakwalifikowania danego zdarzenia jako informacji poufnej (zgodnie z ustawą o obrocie instrumentami finansowymi) albo jako informacji bieżącej określonej precyzyjnie w rozporządzeniu Ministra Finansów w sprawie informacji bieżących i okresowych. W odniesieniu zaś do emitentów, których akcje zostały wprowadzone wyłącznie do alternatywnego systemu obrotu (NewConnect), teoretycznie w ogóle nie występuje obowiązek przekazywania do publicznej wiadomości informacji poufnych, zaś informacje bieżące zostały skatalogowane w regulaminie przyjętym przez organizatora obrotu (Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie).

Wraz z rozpoczęciem, od lipca przyszłego roku, bezpośredniego obowiązywania nowych regulacji unijnych wspomniany dualizm zostanie zniesiony. Obowiązek publikacji informacji bieżących będzie ujednolicony na terenie całej Unii, a jedynym kryterium ma być definicja informacji poufnej z rozporządzenia MAR.

Emitenci będą musieli przyjąć kalkę tylko informacji poufnej i przez jej pryzmat stwierdzić, co się dzieje w spółce, co będzie finalnie interesowało inwestorów i co będzie informacją cenotwórczą, czyli będzie wymagało publikowania stosownego raportu – wyjaśnia ekspert kancelarii RKKW.

Według Karola Szymańskiego istotne jest to, aby emitenci starali się już obecnie, jeszcze przed wejściem w życie nowego prawa, opracować obszary, w których mogą występować informacje przydatne inwestorom i akcjonariuszom. Ważne jest przygotowanie procedur, które będą wspomagały obowiązki informacyjne.

Najważniejsza zmiana, która budzi pewną obawę emitentów, to usunięcie katalogu zdarzeń istotnych i zastąpienie tego czujnością emitentów oraz koniecznością decydowania o tym, które wydarzenia i okoliczności są informacją poufną – informuje Szymański. – Emitenci muszą się przygotować i nauczyć zawczasu wyłapywać tego typu informacje.

Ponadto, jak wyjaśnia Karol Szymański, jednolitym obowiązkiem raportowania zostaną objęte wszystkie spółki, także te notowane na rynku NewConnect. Jak podkreśla ekspert, oznacza to bardzo dużą zmianę, dlatego emitenci papierów wartościowych z tzw. mniejszego rynku giełdowego powinni wykorzystać pozostały czas na dostosowanie się do wprowadzanych zmian.

Będą musieli się przestawić na podwyższony standard raportowania, bo regulacje wynikające z rozporządzenia MAR są na pewno bardziej skomplikowane niż obowiązki, które ciążą na nich aktualnie – ocenia Szymański.

Rozporządzenie MAR rozszerza również katalog przypadków, w których będzie można legalnie ujawnić informacje poufne w drodze badania rynku, czyli przekazania informacji potencjalnym inwestorom, aby zainteresować ich ofertą nabycia danych instrumentów finansowych. Większy będzie zakres zakazu wykorzystywania i ujawniania informacji poufnych, zniesiony zostanie także termin 24 godzin na upublicznienie poufnej informacji, pozostanie natomiast wymóg dokonania tej czynności w sposób niezwłoczny.

Przedłuża się aukcja na częstotliwości LTE. Budowa szybkiego mobilnego internetu w Polsce może się opóźnić

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP

Ponad 6,8 mld zł tyle wynosi łączna wartość ofert w aukcji na częstotliwości z pasma 800 MHz oraz 2,6 GHz. Aukcja trwa już osiem miesięcy, a jej zakończenie będzie możliwe, kiedy licytujący przestaną podbijać cenę. Operatorzy jednak nie ustępują. Eksperci podkreślają, że szybkie zakończenie aukcji będzie korzystne dla wszystkich stron rynku.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zakończyło konsultacje społeczne projektu rozporządzenia w sprawie aukcji na częstotliwości LTE. Ma ono umożliwić szybkie zakończenie aukcji trwającej od lutego 2015.

Wydaje mi się, że można było bardziej precyzyjnie zapisać w nim niektóre rzeczy. Tak to niestety bywa u nas, że urzędnicy dają szansę do popracowania prawnikom i z pewnością się tak stanie. Ważne jednak, że rozporządzenie jest i jeśli zakończy cały proces aukcyjny, to będzie dobrze – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Operatorzy wytrwale licytują, bo to ostatnie tak cenne częstotliwości, jakie UKE ma na sprzedaż. Nie ustępują pola rywalom, mimo że pierwotnie mówiło się o niższych kwotach. Każdy z nich ma własne interesy, niektórzy wręcz skrajnie rozbieżne. Suma kwot zadeklarowanych w licytacji przekroczyła w ostatniej rundzie 6,8 mld złotych. Oznacza to ponadczterokrotny wzrost w stosunku do początkowych ofert.

Najwyższy czas, żeby tę sprawę dokończyć. Przed wyborami dobrze by było podjąć tę decyzję. To leży w interesie nas wszystkich, zarówno klientów , jak i przedsiębiorców – przekonuje Andrzej Malinowski.

Eksperci podkreślają, że tylko w teorii to dobra sytuacja dla budżetu państwa. Bilans zysków i strat może być niekorzystny dla polskiej gospodarki. Przedłużająca się licytacja i rosnące dramatycznie ceny mogą opóźnić proces budowy szybkiego mobilnego internetu w Polsce. Niewykluczone, że toczy się również gra, aby licytację doprowadzić do absurdu i rozpocząć cały proces na nowo.

To opóźnienie wytyka nam zresztą także Komisja Europejska – mówi prezydent Pracodawców RP. – Apeluję więc w imieniu polskich pracodawców i polskich przedsiębiorców, by zakończyć tę aukcję jak najszybciej.

Wytyczne Europejskiej Agendy Cyfrowej mówią, że do 2020 roku wszyscy Europejczycy powinni uzyskać dostęp do łącza internetowego o przepustowości ponad 30 Mb/s, a połowa gospodarstw domowych – do internetu o przepustowości przekraczającej 100 Mb/s. Bez LTE trudno będzie jednak zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na większą przepustowość.

Jak podkreślają eksperci BCC, ceny w Polsce są relatywnie wysokie w porównaniu z wycenami pasma w aukcjach w innych krajach europejskich. Większe kwoty licytowano tylko w Niemczech, Austrii i we Włoszech.

Starzejące się społeczeństwo to coraz większy problem dla systemu opieki zdrowotnej. Bez odpowiednich rozwiązań chorzy nie będą mogli liczyć na skuteczną pomoc

Krystyna Lewkowicz

Osoby w wieku poprodukcyjnym stanowią coraz większą część społeczeństwa. Według danych GUS udział osób powyżej 65 roku życia w całym społeczeństwie do 2030 roku zwiększy się blisko dwukrotnie i osiągnie ponad 23 proc. Jest to wyzwaniem dla systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Szczególnie istotne jest to w przypadku chorób hematoonkologicznych, dotykających najczęściej osoby starsze. Konieczne jest zatem stworzenie spójnego systemu opieki, który zagwarantuje leczenie według jednolitych standardów.

– Starzejące się społeczeństwo to nie jest polska domena, to jest trend występujący na całym świecie. Trzeba to traktować jako coś naturalnego, z czym muszą się po prostu zmierzyć zarówno lekarze, ekonomiści, politycy, jak i socjologowie – mówi Krystyna Lewkowicz, prezes Fundacji Ogólnopolskie Porozumienie Uniwersytetów Trzeciego Wieku.

Ekspert zwraca uwagę na problem opieki zdrowotnej w tej grupie społecznej. Dziś grupa 65+ jest co prawda znacznie bardziej aktywna zawodowo i społecznie niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, mimo to z racji swojego wieku jest bardziej narażona na liczne schorzenia i choroby (w tym choroby hemantoonklogiczne) niż ludzie młodsi.

Niewątpliwie jednym z najważniejszych wyzwań onkohematologii czy problematyki chorób nowotworowych jest zbudowanie w Polsce systemu, który pozwoli wszystkich pacjentów diagnozować i leczyć według ustalonych standardów – tłumaczy Krzysztof Warzocha, dyrektor Centrum Onkologii Instytutu Marii Skłodowskiej-Curie i dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii.

W ocenie rozmówcy za stworzenie odpowiednich standardów leczenia powinny odpowiadać towarzystwa naukowe. Jednocześnie ważne jest powołanie do życia instytucji koordynującej te działania i stanowiącej łącznik między środowiskiem naukowym a Ministerstwem Zdrowia i NFZ. Dzięki temu wypracowane rozwiązania będą dostępne we wszystkich ośrodkach, realizujących świadczenia onkologiczne i onkohematologiczne.

– Dążymy do tego, aby po pierwsze ujednolicić nasze postępowanie diagnostyczno-lecznicze i po drugie, aby to leczenie odbywało się w ośrodkach certyfikowanych do określonych sytuacji klinicznych – wyjaśnia Warzocha w rozmowie z agencją Newseria.

Onkohematologia jest dziedziną dotyczącą problematyki chorób nowotworowych krwi, na które zapadają osoby w różnym wieku. Problem w największym stopniu dotyczy jednak osób starszych, czyli właśnie grupy 65+.

Niestety, z definicji wiele z tych chorób jest nieuleczalnych. Nasza strategia postępowania u takich pacjentów w wielu wypadkach nie powinna jednak zakładać od samego początku działań radykalnych, ale sensownie nastawione leczenie o charakterze objawowym czy nawet paliatywnym – tłumaczy prezes Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie.

Jak wyjaśnia, nie u każdego chorego na nowotwór za cel można stawiać pełne wyzdrowienie. Dlatego zdaniem Krzysztofa Warzochy w wielu przypadkach leczenie powinno głównie koncentrować się na poprawie jakości i wydłużeniu życia pacjenta.

Rosnąca liczba osób w wieku powyżej 65 roku życia jest więc wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego liczba seniorów w naszym kraju do 2030 roku zwiększy się niemal dwukrotnie i osiągnie poziom 23,3 proc. ogółu społeczeństwa.

– Należałoby zacząć od tego, że trzeba zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia, bo skoro będziemy mieć więcej zdarzeń medycznych, to oczywiście będzie potrzeba więcej środków finansowych – mówi Tomasz Latos, poseł na Sejm, przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia.

Parlamentarzysta uważa, że kwestie zdrowotne powinny stać się priorytetem w polityce rządu. Równie istotną sprawą jest odpowiednie przygotowanie całego systemu opieki na prognozowany wzrost liczby osób wymagających leczenia.

– Mówimy tu o większej liczbie geriatrów, którzy będą w tym systemie, o stworzeniu odpowiednich warunków do działań pielęgnacyjnych również w domu osoby chorej, osoby starszej, a więc odpowiednim systemie finansowania takiej opieki – wylicza poseł.

Tomasz Latos uważa, że obecny poziom wydatków na leczenie nowotworowe jest zbyt niski, a wprowadzony niedawno pakiet onkologiczny nie pomógł w rozwiązaniu tego problemu.

– Choć jest pakiet onkologiczny, to już po wykryciu choroby i po wdrożeniu leczenia, terminy kolejnych wizyt są odległe, a pieniędzy brakuje. Jeżeli mamy skutecznie walczyć z chorobami onkologicznymi, to trzeba onkologii zapewnić właściwe i większe niż do tej pory finansowanie – podsumowuje przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia.

Problem związany z obciążeniem polskiego systemu opieki zdrowotnej, w tym leczenia onkologicznego, będzie w kolejnych latach coraz istotniejszy. GUS prognozuje, że za 35 lat emeryci będą stanowić niemal 1/3 całej populacji Polski.

Osoby prywatne coraz częściej inwestują w turbiny wiatrowe. Potencjał zysku to kilkanaście procent rocznie

Piotr Lisiecki

Rynek energetyki wiatrowej jest zdominowany przez duże przedsiębiorstwa. Główną przyczyną są wysokie koszty inwestycji. Rozwiązaniem dla mniejszych podmiotów jest model oparty na zrzeszeniu grupy inwestorów indywidualnych w jednej spółce celowej. Dzięki temu możliwy jest dostęp do perspektywicznego segmentu rynku. Można na tym zarobić nawet kilkanaście procent rocznie.

– Budowa nawet niewielkiej farmy wiatrowej wiąże się z wydatkami idącymi w miliony złotych. Inwestycja w tylko jedna dwumegawatową turbinę to koszt 12-13 mln zł. Przedsiębiorca, który może liczyć na sfinansowanie np. 70 proc. kosztów takiego przedsięwzięcia przez bank, pozostałe 3-4 mln zł musi zapewnić z własnych środków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Lisiecki, dyrektor zarządzający ds. sprzedaży korporacyjnej w BOŚ Banku.

Tak duże wymagania kapitałowe stanowiły do tej pory dla mniejszych inwestorów barierę nie do pokonania. Energy Invest Group SA znalazło jednak sposób na zdobycie finansowania. W przypadku inwestycji realizowanej przez spółkę celową zarządzaną przez EIG SA środki pochodzą od indywidualnych inwestorów, którzy w zamian za wkład kapitałowy obejmują notarialnie udziały w spółce celowej. Stają się tym samym współwłaścicielami wiatraka i zarabiać będą na energii z wiatru.

– Powstało swego rodzaju konsorcjum indywidualnych inwestorów. To niewątpliwie nowość na tym rynku, na którym przeważają duzi gracze: rodzime spółki energetyczne i zachodnie koncerny. To oryginalny pomysł na to, żeby zebrać kapitał, ale dający możliwość mniejszym inwestorom, którzy chcieliby wejść w tego typu inwestycje, żeby mogli mieć swój udział i mogli zrealizować swoje marzenia – podkreśla przedstawiciel BOŚ Banku.

Dwie spółki celowe EIG Ekologiczna Elektrownia 4 i EIG Ekologiczna Elektrownia 5, zrzeszające grupę inwestorów indywidualnych, otrzymały pod koniec sierpnia 2015 roku kredyty inwestycyjne na budowę siłowni wiatrowych. Kredytodawcą jest Bank Ochrony Środowiska, a łączna kwota finansowania to 16 mln złotych

– Jesteśmy jedyną firmą w Polsce, która dokonała właśnie takiej inwestycji, czyli gdzie duża grupa drobnych inwestorów finansuje przedsięwzięcie wiatrowe. Projekt docenił Bank Ochrony Środowiska, od lat obecny na rynku finansowania farm wiatrowych, i udzielił finansowania, pomagając w ten sposób zrealizować nasz plan – mówi Marcin Orkisz, prezes Energy Invest Group.

Jak zapewnia, pozyskanie finansowania od dużego banku jest gwarancją opłacalności inwestycji. Według prezesa EIG rentowność takiego przedsięwzięcia jest dwucyfrowa w skali roku.

– Zyskowność tego typu inwestycji możemy szacować na poziomie kilkunastu procent w skali roku. Oczywiście każda inwestycja to inna lokalizacja, inna wietrzność, dlatego trudno dokładnie przewidzieć jej zyskowność – mówi Marcin Orkisz.

Dla banku najważniejsze jest bezpieczeństwo projektu oraz wysoka efektywność pracy instalacji wiatrowych i tak jest w przypadku elektrowni wiatrowych EIG. Zdaniem Piotra Lisieckiego z BOŚ Banku projekt daje duże szanse na to, aby wypracowywać odpowiednio wysokie nadwyżki finansowe dla jego udziałowców

Każda wspierana przez nas inwestycja musi generować nadwyżkę finansową – to w końcu gwarancja bezproblemowej spłaty zadłużenia. Inwestycja EIG znajduje się na terenie o dobrych warunkach wietrzności, a to z kolei przekłada się na produktywność instalacji. Przedsięwzięcie powinno zatem wypracowywać odpowiednio wysokie nadwyżki finansowe, dające odpowiednio wysoki zwrot z zainwestowanego kapitału – mówi Piotr Lisiecki.

Jak zapowiada Marcin Orkisz, realizacja dwóch pilotażowych inwestycji to dopiero początek.

– Będą kolejne inwestycje, jesteśmy na to przygotowani, wspólnie z deweloperem prowadzimy już projekty przewidziane na przyszły rok, inwestorzy już przystępują do kolejnych spółek, więc w przyszłym roku kilkanaście inwestycji tego typu zostanie uruchomionych – informuje prezes EIG.

Pozytywny wpływ na branżę powinnymieć także nowe regulacje prawne, które wejdą w życie od 1 stycznia 2016 roku. Wówczas obowiązywać zacznie system aukcyjny, dzięki któremu producenci będą mogli zagwarantować sobie stałą cenę odkupu energii na okres najbliższych 15 lat.

Coraz więcej hybryd w ofercie polskich wypożyczalni aut. Rusza wspólny projekt Toyoty i sieci Avis

Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland

40 hybrydowych modeli Toyoty Auris trafi do oferty polskich wypożyczalni Avis. Do tej pory wypożyczalnie w Polsce miały pojedyncze auta z hybrydowym napędem, a sieć Avis jako pierwsza na rynku przygotowała wyodrębnioną grupę takich samochodów dla klientów. Firmy liczą, że w ten sposób do hybrydowego napędu przekona się więcej kierowców. Atutem oferty ma być koszt wypożyczenia, który dzięki niewielkiemu zużyciu paliwa będzie w ostatecznym rozrachunku niższy niż tradycyjnego samochodu.

Jeszcze niedawno hybrydy były postrzegane jako bardzo drogie, a teraz są coraz bardziej dostępne, do tego stopnia, że będą dostępne w wielu wypożyczalniach samochodów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland.

Różnica w cenach samochodów z tradycyjnym napędem i z napędem hybrydowym jest coraz mniejsza. Te drugie w ostatnich latach znacząco potaniały. Dziś takie modele są od kilku do maksymalnie kilkunastu tysięcy złotych droże niż samochody podobnej klasy i marki z tradycyjnym napędem. Dlatego zainteresowanie kierowców hybrydami rośnie. Widać to po wynikach sprzedaży – w I półroczu Polacy kupili ich o 50 proc. więcej niż rok wcześniej. Teraz będą one dostępne również w wypożyczalniach sieci Avis.

Avis jako pierwsza wypożyczalnia w Europie Środkowo-Wschodniej wprowadziła do oferty wynajmu samochody z silnikiem hybrydowym – mówi Radosław Lesiak, prezes Avis Polska. – Wybraliśmy model Toyota Auris w wersji kombi ze względu na jego walory ekonomiczne, tj. małe zużycie paliwa oraz bardzo dużą funkcjonalność nadwozia.

Do wypożyczalni w całej Polsce, głównie na lotniskach, trafi na początek 40 samochodów Toyota Auris. To pierwsza tak liczna partia tych modeli dla wypożyczalni. Inne sieci mają w swoich ofertach pojedyncze sztuki.

Oferta wynajmu samochodów z silnikiem hybrydowym została skalkulowana w taki sposób, aby mogli z niej skorzystać klienci oczekujący samochodu wielkości średniej, nazywanych potocznie kompaktowymi – mówi Lesiak.

Wypożyczenie tego auta po odliczeniu oszczędności na paliwie tak naprawdę będzie tańsze niż wypożyczenie auta konwencjonalnego – podkreśla Pawlak.

Przewagą hybryd jest niższy koszt eksploatacji. Samochody te są zasilane na przemian energią elektryczną oraz benzyną. Dzięki temu kierowca korzysta z dynamicznego i taniego silnika elektrycznego i dopiero gdy to paliwo się kończy, przechodzi na droższy napęd spalinowy, który pracując, napędza wóz i ponownie ładuje akumulator.

Jak mówi prezes polskiej filii Toyoty, wypożyczenie hybrydowego Aurisa to dobra okazja, żeby poznać technologię XXI wieku. Avis Polska liczy, że hybrydowy model spotka się z dużym zainteresowaniem klientów wypożyczalni.

Dodatkowym walorem jest to, że samochody wyposażone są, jak wszystkie hybrydy, w automatyczną skrzynię biegów, co w znacznym stopniu podnosi przyjemność podróżowania – mówi prezes sieci Avis. – Wynik tego eksperymentu będzie dla nas wskazówką do rozwoju tego segmentu w naszej ofercie.

Przygotowując ofertę wynajmu pojazdów hybrydowych, Avis oraz Toyota Motor Polska myślały też o ochronie środowiska. By podkreślić ekologiczne walory tego typu napędu, wypożyczalnia wsparła szczytny cel.

Wynajmując samochód hybrydowy w naszej sieci, klienci przyłączają się do akcji charytatywnej i wspierają ochronę morświna bałtyckiego – mówi Radosław Lesiak.

McDonald’s testuje nowy koncept produktowy. Goście sami będą mogli komponować swoje kanapki

0

Krzysztof Kłapa

Polska jest pierwszym europejskim rynkiem, na którym McDonald’s testuje nowy koncept. Obok standardowych dań oferowanych przez sieć będzie też możliwość skomponowania własnego burgera. Oferta ma przyciągnąć do restauracji nowych klientów, którzy za każdym razem oczekują czegoś nowego. Koncept testowany będzie na razie w trzech restauracjach, a z czasem ma być rozszerzany na cały kraj.

To, co dzisiaj proponujemy, czyli Create Your Taste, to projekt dotyczący produktów, a tak naprawdę wyjście naprzeciw oczekiwaniom naszych konsumentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych i zasobów ludzkich McDonald’s Polska. – Od dzisiaj według tego projektu każdy może zaprojektować, wykreować i stworzyć własnego burgera, używając do tego nowoczesnej technologii, naszego doradztwa i listy kilkudziesięciu składników.

Sieć testuje nowe rozwiązania, by sprostać zmieniającym się preferencjom klientów na rynku restauracyjnym. Jak podkreśla Kłapa, kiedyś sukces McDonald’s opierał się na tym, że była to znana światowa marka, która weszła na polski rynek. Dziś, żeby utrzymać klientów, trzeba im proponować coś nowego.

W ramach testowego programu w wybranych polskich lokalach McDonald’s klient będzie mógł wybrać kanapkę z dodatkami w dowolnych konfiguracjach. Do wyboru jest aż 28 produktów. Można zdecydować, czy burger ma być bardziej czy mniej pikantny, można zwiększyć zawartość mięsa, warzyw czy sosów w kanapce. Klient może zdecydować się na danie bardziej orientalne lub tradycyjne, z określonymi dodatkami i pieczywem.

Wyszliśmy naprzeciw oczekiwaniom dzisiejszego konsumenta, który – jak pokazują badania i nasze obserwacje – przestaje być konsumentem masowym – podkreśla Krzysztof Kłapa. – To jest ktoś, kto oczekuje indywidualnego podejścia, kto ma swoje oczekiwania, dlatego McDonald’s – firma obsługująca codziennie miliony osób na świecie – idzie w tym kierunku.

Polska jest pierwszym krajem Europy, gdzie McDonald’s wprowadził swój nowy pomysł. Podobne rozwiązanie dotąd wprowadzono zaledwie w kilku krajach na świecie. Na razie testuje go w trzech wybranych restauracjach (dwóch w samej Warszawie i jednej w Bielawie).

Centrala otworzyła atlas i wskazała kontur z napisem Polska – mówi dyrektor w McDonald’s Polska. – To nie jest przypadkowe. Mówię to z pełną odpowiedzialnością jako członek polskiego zespołu McDonald’s Polska. Dzięki naszym pracownikom, gościom i wszystkiemu, co w Polsce robimy, zasłużyliśmy na to, żeby być rynkiem testowym dla całej Europy.

Jak podkreśla, sieć liczy na entuzjastyczne przyjęcie tego projektu przez klientów. Pierwsze reakcje wskazują, że rozwój konceptu będzie szybszy, niż zakładano.

To oczywiście nie jest projekt skierowany do każdego klienta. Nie znikają więc z naszej oferty produkty dobrze znane, nie znikają promocje ani oferta McCafé. Ale wiemy, że są konsumenci, którzy na tę propozycję odpowiedzą pozytywnie – mówi Kłapa. – Wierzymy, że trafimy do klientów młodych, do osób, które do tej pory nie do końca znajdowały coś dla siebie w McDonald’s oraz że przyciągniemy także nowych klientów.

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

W 2015 r. Coface prognozuje spadek liczby upadłości w Europie Zachodniej o 7 proc.

Na koniec 2015 r. Coface przewiduje zmniejszenie liczby bankructw w krajach Europy Zachodniej o 7 proc. To kontynuacja trendu spadającej liczby upadłości z 2014 r. (-9 proc.). Chociaż coraz więcej przedsiębiorstw ogłasza niewypłacalność we Włoszech i Norwegii, na państwa te pozytywnie wpłynie umiarkowana poprawa sytuacji w strefie euro. Lepiej jest natomiast w Niemczech, Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Holandii, Portugalii, Wielkiej Brytanii i Szwecji.

Mapa upadłości w badanych krajach
źródło: Coface

Zróżnicowane spadki w zależności od kraju

W 10 z 12 analizowanych państw (z wyjątkiem Norwegii i Włoch) zauważono wyraźną poprawę, jednak jej dynamika różni się w zależności od kraju, a obecnych poziomów niewypłacalności nie można jeszcze porównać do tych sprzed kryzysu. Większość państw w istocie nie wróciła jeszcze do stanu sprzed 2008 r. Jest to zauważalne na południu Europy – we Włoszech, Portugalii i Hiszpanii, gdzie utrzymująca się stopa bezrobocia osłabia potencjał wzrostu.

upadłości firm w Europie na przestrzeni 2011-2014
źródło: Coface

Perspektywy są jednak coraz lepsze, głównie dzięki konsumpcji prywatnej: PKB w strefie euro wzrosło w drugim kwartale 2015 r. o 0,3 proc., potwierdzając ożywienie gospodarcze. Coface przewiduje, że wzrost w strefie euro osiągnie 1,5 proc. w 2015 r. i 1,6 proc. w 2016 r., przy początkowym poziomie 0,9 proc. w 2014 r.

Państwa importujące towary do strefy odniosły ponadto korzyści z osłabienia EUR i spadku cen ropy naftowej. Należy jednak uważnie obserwować ryzyko związane z wolniejszym wzrostem w krajach wschodzących.

W strefie euro zauważalny jest także niski poziom inwestycji. Również w tym obszarze nie osiągnięto poziomów sprzed kryzysu (19,5 proc. PKB w 2014 r. w porównaniu z 23 proc. w 2007 r.). Mimo korzystniejszych warunków finansowania, związanych ze spadkiem stóp procentowych, rynek inwestycji nie wrócił do poprzedniego stanu. Słaba dynamika, w odniesieniu do oczekiwanego popytu, zniechęca inwestorów biznesowych. Przedsiębiorstwa ograniczyły wykorzystanie swoich możliwości w związku z kryzysem, co przyniosło też osłabienie inwestycji produkcyjnych. Od początku roku zanotowano jednak umiarkowaną poprawę dzięki konsumpcji prywatnej i lepszemu klimatowi gospodarczemu.

2015 rok kontynuacją roku 2014

Prognozy upadłości firm w Europie
źródło: Coface

W 2015 r. Coface przewiduje dalsze spadki, średnio o 7 proc., w dwunastu analizowanych państwach Europy Zachodniej.

Model prognozowania opracowany przez Coface uwzględnia szereg zmiennych, np. klimat gospodarczy, inwestycje oraz liczbę wydanych pozwoleń budowlanych.

Warunki wzrostu w strefie euro będą szczególnie korzystne w Holandii, Hiszpanii i Portugalii. Oczekiwane spadki będą za to mniej widoczne w Niemczech (-2 proc.) i we Francji (-3 proc.).

Włochy i Norwegia, dwa państwa oznaczone czerwoną flagą w 2014 r., zachowają ten status także w 2015 r. Poziom likwidacji przedsiębiorstw nadal będzie rosnąć. We Włoszech (gdzie szacuje się, że wzrośnie on o 7 proc. w 2015 r., po wzroście o 11 proc. w 2014 r.); ryzyko niewypłacalności dodatkowo zwiększa duża liczba małych przedsiębiorstw, których sytuacja jest mniej stabilna niż firm większych. W Norwegii, która jest siódmym na świecie eksporterem ropy naftowej, rosnąca liczba niewypłacalnych przedsiębiorstw (+6 proc. w latach 2014 i 2015) odzwierciedla spadek cen ropy naftowej.

Ranking najtańszych ubezpieczeń samochodowych – sierpień 2015

Rankingowi faworyci nadal zajmują czołowe pozycje

Sierpniowy ranking porównywarki Ubea.pl podobnie jak poprzednie zestawienia, opiera się na niezmiennych zasadach oceny ubezpieczycieli. W sierpniu każde z klasyfikowanych towarzystw również oceniono w skali od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach ulokował się na ostatniej pozycji. Firma z najwyższą liczbą punktów (5,00 pkt), musiałaby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji wykonanej przez internautów” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl. 

W praktyce skrajne wyniki punktowe (0,00 pkt lub 5,00 pkt), nie są notowane. Od 1 do 31 sierpnia b.r. najwyższą notę otrzymały firmy:

  • Liberty Ubezpieczenia: 4,45 punktu – ranking pakietów OC + AC
  • Link4: 4,43 punktu – ranking pakietów OC + AC + NNW
  • You Can Drive (Ergo Hestia): 4,21 punktu – ranking OC
  • Link4: 3,94 punktu – ranking pakietów OC + NNW

Podane wyniki wskazują, że pakiety oferowane przez Link4, Liberty Ubezpieczenia oraz You Can Drive w swojej kategorii wygrały najwięcej sierpniowych kalkulacji. Warto zwrócić uwagę, że w każdej z czterech części rankingu zwycięzca się nie zmienił (w porównywaniu z lipcem b.r.). Podobnie jak w poprzednich edycjach rankingu, czołowe pozycje zajmowali również dwaj inni ubezpieczyciele – AXA Direct oraz Aviva.

Nina Kuczyńska informuje, że w kalkulacjach wykonanych od 1 do 31 sierpnia, na ostatnim miejscu najczęściej plasowały się pakiety OC + AC i OC + NNW sprzedawane przez Proamę (wynik odpowiednio: 0,56 punktu i 0,75 punktu). Niski wynik punktowy uzyskały też firmy Ergo Hestia (poza markami MTU i You Can Drive) oraz UNIQA (zobacz: rankingi OC i OC + AC + NNW).

Ranking OC dla kierowców (sierpień 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w sierpniu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do lipca 2015 r.
1. You Can Drive (Ergo Hestia) 4,21 ↔ (0)
2. Aviva 3,95 ↔ (0)
3. Liberty Ubezpieczenia 3,86 ↔ (0)
4. AXA Direct 3,81 ↗ (+2)
5. MTU (Ergo Hestia) 3,71 ↗ (+2)
6. Proama 3,68 ↗ (+2)
7. Link4 3,68 ↘ (-3)
8. Generali Direct 3,52 ↘ (-3)
9. TUW „TUW” 3,18 ↑ (+5)
10. TUW TUZ 3,14 ↘ (-1)
11. Gothaer 2,84 ↗ (+1)
12. UNIQA 2,76 ↗ (+1)
13. Ergo Hestia 2,50 ↘ (-3)

 

Ranking pakietów OC + NNW dla kierowców (sierpień 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w sierpniu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do lipca 2015 r.
1. Link4 3,94 ↔ (0)
2. AXA Direct 3,89 ↗ (+4)
3. Aviva 3,81 ↘ (-1)
4. MTU (Ergo Hestia) 3,74 ↗ (+4)
5. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,68 ↔ (0)
6. Generali Direct 3,43 ↗ (+1)
7. Liberty Ubezpieczenia 3,40 ↘ (-3)
8. TUW TUZ 3,11 ↗ (+1)
9. Gothaer 2,61 ↗ (+2)
10. UNIQA 2,33 ↗ (+3)
11. Proama 0,75 ↗ (+1)

 

Ranking pakietów OC + AC dla kierowców (sierpień 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w sierpniu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do lipca 2015 r.
1. Liberty Ubezpieczenia 4,45 ↔ (0)
2. Link4 4,40 ↔ (0)
3. AXA Direct 3,96 ↗ (+1)
4. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,72 ↗ (+2)
5. Aviva 3,62 ↔ (0)
6. Gothaer 3,43 ↗ (+1)
7. MTU (Ergo Hestia) 3,08 ↗ (+3)
8. Generali Direct 2,85 ↗ (+1)
9.  TUW TUZ  2,69 ↗ (+2)
10. UNIQA 2,28 ↗ (+3)
11. Proama 0,56 ↓ (-8)

 

Ranking pakietów OC + AC + NNW dla kierowców (sierpień 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w sierpniu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do lipca 2015 r.
1. Link4 4,43 ↔ (0)
2. Liberty Ubezpieczenia 4,42 ↗ (+1)
3. AXA Direct 4,15 ↗ (+1)
4. Aviva 3,71 ↗ (+2)
5. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,57 ↗ (+2)
6. Gothaer 3,33 ↗ (+2)
7. MTU (Ergo Hestia) 3,18 ↗ (+3)
8. Generali Direct 3,05 ↗ (+1)
9. TUW TUZ 2,73 ↗ (+2)
10. UNIQA 2,31 ↗ (+2)

 

Metodologia tworzenia rankingów: wynik punktowy jest ustalany na podstawie kalkulacji składek, które użytkownicy serwisu Ubea.pl wykonali w ostatnich 30 dniach. Najlepszy możliwy wynik to 5,00 punktów, a najgorszy to 0,00 punktów.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ubea.pl

Niektóre firmy zaliczyły spory awans w klasyfikacji …

Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl zaznacza, że wśród zwycięzców sierpniowego rankingu nie doszło do żadnych zmian. Były one jednak widoczne w przypadku ubezpieczycieli zajmujących nieco dalsze miejsca. W porównaniu do lipca bieżącego roku, swoją pozycję znacząco poprawiły następujące firmy:

  • TUW „TUW” – miesięczny awans o pięć pozycji w rankingu polis OC
  • AXA Direct – miesięczny awans o cztery pozycje w rankingu pakietów OC + NNW
  • MTU (marka Ergo Hestia) – miesięczny awans o cztery pozycje w rankingu pakietów OC + NNW

W sierpniowej edycji rankingu najtańszych polis OC, znacznie niższe miejsce zajęło jedno towarzystwo ubezpieczeniowe. Firma Proama odnotowała miesięczny spadek o osiem pozycji w rankingu pakietów OC + AC

W przyszłym miesiącu będzie już można podsumować zmiany dotyczące trzeciego kwartału i dziewięciu miesięcy bieżącego roku. „Na razie wciąż widoczna jest dominacja czterech – pięciu firm ubezpieczeniowych, które systematycznie zajmują wysokie pozycje. Wszystko może się zmienić, jeżeli wspomniani ubezpieczyciele wprowadzą niekorzystne zmiany w swojej ofercie” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Jak wielkie inwestycje wpływają na miasta

Zmieniają przestrzeń w obrębie kwartału ulic i promieniują na dalsze części miasta. Bywa, że martwą historyczną przestrzeń przywracają do życia. Trudno stwierdzić, że wpływają na funkcjonowanie całej metropolii, ale poprawiają jakość przestrzeni publicznych i wzbogacają życie mieszkańców. Jak wielkie inwestycje wpływają na miasta?

Jest dużo czynników, które decydują o tym, jak inwestycja wpłynie na miasto i czy będzie to wpływ pozytywny. Urbanista wskaże na funkcję, dostępność, jakość przestrzeni publicznej, powiązania funkcjonalne z otoczeniem, generowane ruchy. Dla architekta ważna będzie architektura i jakość techniczna obiektu, z kolei władze spojrzą na problem pod kątem rozwoju miasta. Dopiero kompozycja wszystkich czynników decyduje o dopasowaniu inwestycji. Dlatego trudno o jedną łatwą odpowiedź na to pytanie.

– Nigdy nie wiemy, jakie efekty przyniesie inwestycja, rozumiana jako poważne przekształcenie przestrzeni miejskiej. Czasami znaczenie inwestycji jest ogromne oraz przynosi wielkie i – co ważne – pozytywne przekształcenia całej struktury miejskiej. Tak było w przypadku przebudowy centrum Bilbao, która – o czym często się zapomina – opierała się na dążeniu do doprowadzenia do zerowego deficytu miasta, nie zaś do powierzchownego i lokalnego „upiększenia” – mówi Izabela Mironowicz,  urbanistka z Politechniki Wrocławskiej.

Modelowe osiedle

Mironowicz podkreśla, że największy wpływ na miasto wywierają wielkie przekształcenia urbanistyczne, które obejmują zmiany tkanki miejskiej, infrastruktury i mają wpływ na rozwój ekonomiczny czy społeczny danych obszarów. Dużo rzadziej zdarza się, aby taką inwestycją był pojedynczy obiekt. – Pod względem urbanistycznym to się niemal nie zdarza – mówi Izabela Mironowicz, która wskazuje jednak pozytywne przykłady z przeszłości Wrocławia. – Dawniej takimi inwestycjami były tereny wystawowe z Halą Stulecia czy kompleks Stadionu Olimpijskiego. Jednak one nie obejmowały pojedynczego obiektu, a cały kompleks miejski.

Wybudowana na początku XX wieku Hala Stulecia i otaczające ją tereny są dzisiaj jednym z najchętniej odwiedzanych przez wrocławian i turystów miejsc. Hala projektu Maksa Berga została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO. Znaczenie tej inwestycji dla Wrocławia podkreśla prezydent miasta Rafał Dutkiewicz, który wskazuje również na nieco dalsze, ale równie niezwykłe otoczenie hali.

– To modelowe osiedle WUWA wzniesione w ramach wystawy z roku 1929, która prezentowała wzorcowe osiedla. W jego projektowaniu brali udział najwybitniejsi architekci związani ze środowiskiem ówczesnej wrocławskiej awangardy, a była to jedna z ośmiu podobnych inicjatyw w Europie, zrealizowanych na przełomie lat 20. i 30. XX wieku – mówi Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia.

W ramach Europejskiej Stolicy Kultury 2016 we Wrocławiu powstaje współczesne modelowe osiedle – WUWA 2 – które projektowało blisko 40 architektów. Ma być w pełni ekologiczne, z zagospodarowaną przestrzenią publiczną. Powstaną tam przedszkole, szkoła, dom kultury, kościół, osiedlowy bazarek, dom opieki, boiska czy siedziba lekarza rodzinnego.

Kultura w kopalni

Przekształcenie tkanki miejskiej i wprowadzenie nowych funkcji nie zawsze przebiega od podstaw, tj. od budowy nowych budynków czy osiedli. Bywa, że rewitalizowane są dawne miejskie przestrzenie, które straciły swoją funkcję, a nawet popadły w ruinę. Zdegradowane obszary historyczne czy poprzemysłowe poddawane są gruntownej odnowie, która potrafi podnieść status nie tylko zaniedbanej okolicy, ale nawet całego miasta. I jest to często zasługa działań prywatnych inwestorów.

Sztokholm, Wiedeń, Londyn i Essen to miasta, w których już udało się przeprowadzić wzorcową rewitalizację lub jest ona stopniowo realizowana. Szczególnym przypadkiem jest główny ośrodek Zagłębia Ruhry – to właśnie w Essen teren dawnej kopalni przekształcono w nowoczesny ośrodek kulturalny. Kompleks Zeche Zollverein, zbudowany w stylu Bauhausu, skupia galerie, przestrzenie wystawowe, siedziby firm, a także muzeum. Jeszcze w latach 90. nikt nie odwiedziłby terenu kopalni z własnej, nieprzymuszonej woli, tymczasem obecnie jest to słynne na całą Europę centrum sztuki
i designu.

W Sztokholmie dobrym przykładem rewitalizacji jest osiedle mieszkaniowe Hammarby Sjöstad, które do 2018 roku powstanie na terenach przemysłowych. W dzielnicy będzie mieszkać ok. 20 tys. osób, a kompleks ten będzie najbardziej ekologicznym, energooszczędnym i przyjaznym środowisku osiedlem w stolicy Szwecji. Wiedeń ma słynną gazownię, która została przerobiona na nowoczesne Gasometer-City, a w Londynie stara elektrownia Battersea przekształci się w nowoczesną przestrzeń biurowo-handlowo-mieszkaniową. Wróćmy do Polski.

Ciekawym i złożonym przypadkiem jest Łódź – miasto, które jeszcze dekadę temu nie miało do zaoferowania wiele więcej niż zatłoczoną ulicę Piotrkowską. W 2006 roku na terenie XIX-wiecznej fabryki płótna powstała Manufaktura, główny ośrodek handlowo-rozrywkowy miasta. Krok dalej poszły władze miasta, które postanowiły stworzyć Nowe Centrum Łodzi. Ambitny projekt zakłada rewitalizację zaniedbanego kwartału śródmieścia o ogromnej powierzchni (ponad 100 ha). Przemianę przechodzi dworzec Łódź Fabryczna i budynki dawnej elektrociepłowni. Ogromne zmiany widać też w Katowicach, Krakowie i we Wrocławiu.

Symbol miasta

Prezydent Wrocławia jest przekonany, że takie duże inwestycje mają ogromne znaczenie, wpływają na miasto i dają impuls do kolejnych zmian. – Ponadto, są potwierdzeniem pewnego statusu miejsca, w którym powstają. Potrafią tworzyć nowe przestrzenie, w których dochodzi do interakcji społecznych. Z czasem stają się nieodłącznym elementem krajobrazu miasta, potrafią być jego znakami rozpoznawalnymi – mówi Rafał Dutkiewicz.

Jako współczesny przykład wskazuje OVO Wrocław. To wielofunkcyjny kompleks, w którym znajdą się zarówno apartamenty i biura, jak i luksusowy hotel, restauracja, klub fitness czy lokale handlowo-usługowe. Budynek wyrasta w miejscu, które przez lata leżało odłogiem, niezagospodarowane i bez atrakcyjnej wizji. Realizacja inwestycji niedługo osiągnie półmetek, a już w 2016 roku wprowadzą się tu mieszkańcy, do biur firmy, natomiast z hotelu zaczną korzystać pierwsi goście. Wizjonerska architektura oraz otwarta koncepcja budynku wpłynie także na wszystkich wrocławian i przyjezdnych.

– OVO Wrocław z pewnością stanie się istotną częścią miasta, jednym z jego symboli. Osobiście bardzo cieszę się, że projekt budynku nawiązuje do koncepcji wrocławskiej architektury – mówi Rafał Dutkiewicz. – Wrocław to miasto bardzo różnorodne, także pod względem architektury, gdzie zabytkowe kamienice sąsiadują ze szklanymi biurowcami. OVO Wrocław w dużej mierze jest odbiciem panującej we Wrocławiu energii. Dla miasta oznacza zarówno korzyści ekonomiczne, nowe miejsca pracy, jak i realizację idei przyjaznej oraz wielokulturowej europejskiej metropolii.

Taki był też zamysł inwestora. – Futurystyczny i wielofunkcyjny kompleks to właściwie miasto w mieście – dynamiczne, pełne życia, nieustannie coś się w nim dzieje. Idea OVO idealnie współgra z ideą Wrocławia jako miasta otwartego, przyjaznego, a także Europejskiej Stolicy Kultury – mówi Shuckie Ovadiah, inwestor i CEO OVO Wrocław. – Inwestycja odmieni tę część miasta, a przede wszystkim zagospodaruje kwartał ulic, który przez lata był niezagospodarowany i czekał na wizję z prawdziwego zdarzenia.

Efektowną metamorfozę przeszedł w ostatnich latach Kraków. W okolicach Dworca Głównego powstało nowe centrum, odwołujące się do projektu „Nowe Miasto”, zakładającego budowę dzielnicy biurowo-handlowej zintegrowanej z Krakowskim Centrum Komunikacyjnym. W tym rejonie wyrosła Galeria Krakowska połączona z nową, podziemną halą dworca kolejowego, a także dworzec autobusowy, tunel dla samochodów, podziemna linia Szybkiego Tramwaju, hotele oraz Angel City – nowoczesna przestrzeń biurowo-mieszkalna. Widać więc, że duży udział w inwestycjach miał prywatny kapitał.

Generowanie aktywności

Inwestor, który wybudował Angel City, zrealizował również dwa inne projekty mające na celu m.in. rewitalizację zaniedbanych terenów. Apartamentowiec Angel Plaza zajął miejsce pustej działki po hali Klubu Sportowego „Wawel”. Podobnie było z terenem przy zbiegu ulic Koletek i Sukienniczej, który przez lata pokrywały zarośla, a gdzie dzisiaj znajduje się ekskluzywny kompleks Angel Wawel.

– Naszym celem było wprowadzenie zmian korzystnych nie tylko dla przyszłych mieszkańców budynku, ale też  dla osób mieszkających w pobliżu inwestycji i dla całego otoczenia, a w szerszym kontekście, także miasta – mówi Ron Ben Shahar, partner Angel Poland Group. – Inwestycja korzystnie wpływa na wzrost poziomu bezpieczeństwa w okolicy, jej estetykę i potencjał komercyjny. We wszystkich naszych projektach duży nacisk kładziemy na wkład w rewitalizację. Zależy nam na wprowadzaniu nowej jakości tam, gdzie dotychczasowy stan lokalizacji negatywnie wpływał na jej odbiór.

Angel Wawel, podobnie jak Angel Plaza przy ulicy Zwierzynieckiej czy Angel City między Pawią a Warszawską, wpłynie na zwiększenie liczby kawiarni, restauracji oraz lokali usługowo-handlowych. Już działa tu nowoczesna przestrzeń coworkingowa Idea Hub.

Opuszczone i zdegradowane przestrzenie zazwyczaj zniechęcają do inwestycji, ale realizacja projektu miejskiego czy też deweloperskiego podnosi status okolicy. Kraków, Katowice, Łódź czy Wrocław jeszcze do niedawna mogły wstydzić się niektórych miejsc – czasem położonych nawet blisko centrum. Dziś sytuacja ulega zmianie, zarówno dzięki wysiłkom władz i inwestorów, którzy wpływają na miasto. Jednak pojedyncza inwestycja może być za mała, aby skutecznie zmienić miejską tkankę. Metamorfozę należy oceniać przez pryzmat wymienionych na początku czynników.

– Pamiętajmy, że jakkolwiek istotna dla inwestora jest to w skali urbanistycznej inwestycja lokalna, obejmująca bardzo ściśle zdefiniowany kwartał zabudowy. Może więc stanowić dopiero początek istotnych przekształceń – mówi Izabela Mironowicz. – Ważne jest jednak, aby inwestycja dopasowała się do miejsca w tym sensie, że respektować będzie prawo do miasta wszystkich użytkowników przestrzeni, że przyczyni się do poprawy jakości przestrzeni publicznych i wzbogaci życie miejskie. Że nie będzie stanowić zamkniętej skorupy, lecz będzie generować rozmaite aktywności – kończy urbanistka.

CIOs przeprofilowują pracowników IT, aby rozwijać ich kompetencje w zakresie cyfryzacji

0

Badanie przeprowadzone przez firmę analityczno-doradczą Gartner pokazuje, że 46 procent organizacji opracowało strategię biznesu cyfrowego, co daje 23-procentowy wzrost rok do roku. Wyniki badania świadczą o tym, że cyfryzacja staje się kluczowym zagadnieniem w firmach, co dla kadry zarządzającej IT oznacza wymóg doboru pracowników o umiejętnościach mogących zagwarantować skuteczną realizację strategii cyfrowej.

“Wdrożenie biznesu cyfrowego pokazuje zmianę podejścia do IT i biznesu, przy równoczesnym pojawieniu się nowych możliwości. CIO potrzebują więc pracowników z odpowiednimi umiejętnościami i nastawieniem”, powiedział Mark Coleman, Research Director, Gartner. Do 2018 roku, biznes cyfrowy wygeneruje 500-procentowy wzrost liczby stanowisk dla specjalistów w obszarze cyfryzacji.

Badanie zostało przeprowadzone w listopadzie 2014 roku wśród 359 liderów IT i biznesu, reprezentujących firmy z Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, EMEA, Azji i Pacyfiku. Jego głównym celem było wykazanie na jakim etapie procesu przekształcania się w biznes cyfrowy znajdują się organizacje oraz na ile dostosowały zespoły IT, praktyki i procesy, by zapewnić efektywną transformację w kierunku biznesu cyfrowego.

„Powierzchowna digitalizacja nie wprowadzi organizacji do nowej cyfrowej gospodarki, ani też nie przyniesie trwałych rezultatów,” powiedział Mark Coleman. „Jednakże, zapewniając obecnym pracownikom IT dostęp do w pełni cyfrowego środowiska pracy, organizacje mogą łatwo zintegrować się z zewnętrznym, cyfrowym światem”.

CIOs potrzebują dziś osób z odpowiednimi umiejętnościami, które pozwolą na przemodelowanie stanowisk IT, tak, by odpowiadały wymaganiom ery cyfrowej. Ewolucja zawodów IT wydaje się nieunikniona.

Ewolucja zawodów IT

Wyniki badania wskazały na dużą wagę stanowisk, które przyczyniają się do zmiany kształtu kadry IT na ukierunkowaną na cyfryzację. Badanie wykazało, że w bankowości istnieje wyższe zapotrzebowanie na dyrektorów ds. danych (Chief Data Officers) oraz specjalistów ds. zarządzania ryzykiem (Risk Management Specialists), niż ma to miejsce w branżach produkcyjnych i usługowych. Organizacje rządowe wykazują również wyższe zapotrzebowanie na architektów informacji niż sektor produkcji i usług.

Badanie wykazało, że od roku 2016 w regionie EMEA będzie wyższe zapotrzebowanie na stanowisko Social Network Miner/Analyst niż w Ameryce Północnej. Patrząc na popyt na nie w konkretnych sektorach, będzie on wyższy w organizacjach usługowych niż w bankowości. Co więcej, wyższe zapotrzebowanie na stanowiska Chief Digital Officer oraz Data Scientist wykazują organizacje obecnie korzystające z niektórych form pracy w modelu Agile, niż te, które nie posiadają planu wdrożenia bimodalnego IT lub pracy w modelu Agile w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Potrzebne typy pracowników

W badaniu respondenci zostali poproszeni o określenie profilu pracowników IT w oparciu o zakres ich wiedzy zawodowej, umiejętności i doświadczenia. Uzyskane odpowiedzi wskazały, że do 2017 roku, 27 procent pracowników IT w organizacjach będą stanowić osoby typu ‘Versatilists’ (patrz Rys.1). Są to pracownicy, którzy poszerzają swoje kompetencje, są otwarci na nowe perspektywy, łatwo budują relacje, co w rezultacie pozwala na stworzenie sieci wsparcia i kontaktów.

Rys.1. Podział typów pracowników IT w roku 2014 oraz 2017Podział typów pracowników IT w roku 2014 oraz 2017

Żródło: Gartner (wrzesień 2015)

Równocześnie, respondenci wskazali, że do końca 2017 roku zredukują liczbę Specjalistów [1] (-5 procent), pracowników o profilu ogólnym, tzw. ‘Generalists’ [2] (-2 procent) oraz pracowników o ograniczonych kompetencjach [3] (-5 procent).

Z perspektywy regionów, organizacje w regionie EMEA mają dziś wyższy średni odsetek pracowników typu ‘Versatilists’ (17 procent) niż te w Ameryce Północnej (11 procent). Rozpatrując wielkość organizacji, małe posiadają wyższy średni odsetek pracowników typu ‘Versatilists’ (19 procent) niż te dużych rozmiarów (12 procent).

Organizacje, które wdrożyły formy pracy w modelu Agile, do 2017 roku będą posiadały wyższy średni odsetek pracowników typu ‘Versatilists’ (29 procent), niż firmy, które nie posiadają planu wdrożenia bimodalnego IT lub nie zaimplementowały modelu Agile w ciągu najbliższych 12 miesięcy (24 procent).

„Stworzenie cyfrowego środowiska pracy może tylko zwiększyć zaangażowanie i efektywność pracowników”, powiedział Coleman. „Dodatkowo, zwiększy elastyczność pracowników oraz pozwoli na wykorzystanie stylów pracy i technologii zorientowanych na klienta, co może prowadzić do nowych i bardziej skutecznych sposobów pracy.”

Mark Coleman omówi szerzej tematykę wyzwań organizacji w kontekście biznesu cyfrowego i wpływu na pracowników działów IT podczas seminarium Gartner CIO Day 2015, które od będzie się 15 września w Warszawie.

[1] Profesjonalista, który posiada głębokie umiejętności techniczne w wąskim zakresie, co daje mu wiedzę rozpoznawalną przez specjalistów w określonej dziedzinie, ale rzadko znaną poza ich bezpośrednim obszarem zainteresowań.

[2] Profesjonalista posiadający szeroki zakres wiedzy i stosunkowo płytkie umiejętności, pozwalające mu zareagować lub działać dość szybko, ale pobieżnie.

[3] Profesjonalista, który ma ograniczony zakres umiejętności, bądź rozpoczynający pracę na danym stanowisku, bądź na wczesnym etapie przekwalifikowania do pracy w danym obszarze.

Do zespołu PAYBACK, dołączyła Anna Muszyńska-Jurków

0

Do zespołu PAYBACK, dołączyła Anna Muszyńska-Jurków. Z dniem 1 sierpnia objęła stanowisko Head of HR.

ANNA MUSZYŃSKA-JURKÓW NOWĄ HEAD OF HR W PAYBACK
ANNA MUSZYŃSKA-JURKÓW NOWĄ HEAD OF HR W PAYBACK

Anna Muszyńska-Jurków sprawuje funkcję Head of HR w PAYBACK od 1 sierpnia 2015 r. Jest odpowiedzialna za budowanie strategii HR i rozwój organizacji. W zakres jej kompetencji wchodzą m. in. budowanie i rozwój zespołu managerskiego, zarządzanie talentami, tworzenie programów rozwojowych, inicjowanie projektów wpływających na kulturę wewnętrzną firmy i zwiększanie efektywności organizacji. Ponadto, do jej obowiązków należy podejmowanie działań wpływających na kreowanie wizerunku PAYBACK jako pracodawcy, a także usprawnienie procesów i polityk wewnętrznych.

Anna Muszyńska-Jurków jest specjalistą w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi. Posiada wieloletnie doświadczenie w tworzeniu i wdrażaniu strategii personalnej, a także koordynowaniu procesów „ludzkich”. Zajmowała się wspieraniem zarówno managerów w efektywnym zarządzaniu zespołami, jak i pracowników, np. w temacie indywidualnego rozwoju zawodowego. Jest inicjatorką projektów wpływających na zaangażowanie i satysfakcję z pracy oraz działań w zakresie Work-Life Balance. Jest certyfikowanym coachem MBTI oraz Extended Disc. Zanim podjęła pracę w Loyalty Partner Polska, współpracowała z Microsoft oraz Johnson & Johnson. Była również prelegentką wielu konferencji, m.in. Kongresu Kadr.

Farmaceutyczny koncern Pfizer planuje otworzyć centrum innowacji terapeutycznych. Polscy naukowcy będą tam pracować nad medycznymi wynalazkami

Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska

Centrum innowacji terapeutycznych Pfizer Polska to rodzaj ośrodka naukowo-konsultacyjnego dla twórców nowych leków, gdzie zdolni naukowcy i twórcy start-upów będą mogli sprawdzać przydatność swoich pomysłów.

– Pfizer globalnie ma ogromne doświadczenie w tworzeniu centrów innowacji terapeutycznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska. – Te centra odgrywają ogromną krytyczną rolę w wytwarzaniu i w mówieniu „tak” nowej molekule, nowej innowacji tworzonej przez start-upy. Każdy, ktokolwiek wymyśli coś nowego i będzie myślał, że potencjalnie jest to fantastyczny lek, może zgłosić się do takiego centrum, a ono oceni szanse komercjalizacji tego leku.

Obecnie, by skorzystać z podobnego rozwiązania, trzeba jechać do Stanów Zjednoczonych lub Europy Zachodniej, np. Wielkiej Brytanii, gdzie Pfizer otworzył już podobne instytucje. Teraz jest szansa, że w ciągu najbliższych dwóch lat takie centrum powstanie w Polsce.

– Mamy już sześć takich centrów w Ameryce, przy najlepszych uniwersytetach. Moim marzeniem i tym, nad czym pracuję od ponad roku, jest próba przeniesienia tej idei do Polski i zbudowania w oparciu o zaplecze i doświadczenie polskich naukowców, bo laboratoria i naukowców mamy świetnych, takiego centrum innowacji terapeutycznej na tę część Europy, gdzie moglibyśmy oceniać szanse i potencjał innowacyjny tej części regionu, tej części Europy deklaruje Dorota Hryniewiecka-Firlej. – Europa Zachodnia korzysta z takiego centrum w Anglii.

Prezes Pfizer Polska mówi, że ideę stworzenia centrum innowacji terapeutycznych traktuje jako osobiste wyzwanie i ma nadzieję, że uda się tę inwestycję w Polsce zacząć i z sukcesem zakończyć. Ma to być szansa nie tylko dla nowych firm i osób z pomysłem, lecz także dla krajowych ośrodków akademickich.

– W tej chwili trudno powiedzieć dokładnie, o którym uniwersytecie mówimy. Współpracujemy z większością uniwersytetów medycznych w Polsce, to jest trochę jednak inna płaszczyzna, inna platforma współpracy, bo w zakresie badań klinicznych, których też mamy w Polsce bardzo dużo, właściwie współpracujemy ze wszystkimi uczelniami.

Koncerny farmaceutyczne oceniają, że w Polsce najlepiej sprzedaje się medycyna wysokospecjalistyczna. Dla Pfizera np. produktem numer jeden jest Enbrel, lek, który stosowany jest w reumatoidalnym zapaleniu stawów i młodzieńczym idiopatycznym zapaleniu stawów. Jednak polski rynek, podobnie jak cała Europa Środkowa, to dla firm farmaceutycznych nie tylko szanse, lecz także specyficzne wyzwania.

– Odpowiadając za to przedsiębiorstwo w Polsce, ale też znając kolegów i koleżanki z tej części Europy, muszę powiedzieć, że borykamy się z bardzo podobnymi wyzwaniami ocenia prezes Dorota Hryniewiecka-Firlej z Pfizer Polska. Brakuje nam nieco bardziej długofalowej przewidywalności decyzji politycznych, a co z tym związane – decyzji refundacyjnych. Często nasze plany zostają zniweczone z powodu właśnie takich czy innych rozstrzygnięć, natomiast moim obowiązkiem jest zaplanowanie rozwoju w perspektywie nie tylko przyszłego roku, lecz także najbliższych 5 czy 10 lat. To też określa nasze możliwości inwestycyjne.

Wywiadownia gospodarcza Bisnode: zagraniczne firmy płacą w Polsce mniej podatku dochodowego

0

CEO Magazyn Polska

Największe polskie spółki, które są w rękach rodzimych właścicieli, płacą znacznie większy podatek dochodowy niż te, których właścicielami są obcokrajowcy – wynika z badania wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Spółki należące do kapitału zagranicznego dysponują lepszymi doradcami, transferują też część pieniędzy do spółek matek za granicę. Niestety, w obu grupach mimo wzrostu przychodów największych firm z roku na rok wyraźnie widać spadek pieniędzy wpływających do budżetu państwa z tytułu podatku dochodowego.

Przebadaliśmy odpowiednio 500 firm, których głównym właścicielem jest osoba z Polski, i 500 firm będących w rękach podmiotów zagranicznych. Różnica jest kolosalna – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska. – Nasze analizy pokazały, że polskie firmy w porównaniu z zagranicznymi płacą znacznie więcej podatku dochodowego – dodał.

Według analizy Bisnode Polska w 2013 roku 500 największych pod względem przychodów firm mających polskiego właściciela wykazało 835,8 mld zł przychodu i niemalże 28 mld zysku. Do budżetu państwa odprowadziły ponad 6,2 mld zł z tytułu podatku dochodowego. To 0,75 proc. przychodu i 22,4 proc. zysku. Natomiast 500 największych zagranicznych spółek działających w Polsce, mających w stu procentach właścicieli z zagranicy, w 2013 roku wykazało ponad 458,9 mld zł przychodu i 19,7 mld zł zysku. Z tego tytułu zapłaciły ponad 2,8 mld zł podatku dochodowego. Stanowi to 0,62 proc. przychodu oraz 14,4 proc. zysku.

Firmy zagraniczne w wielu wypadkach nie tylko wykorzystują swoich doskonałych doradców, którzy znajdują dziury w podatku CIT, lecz także wyprowadzają zyski za granicę – tłumaczy Robert Kremser. – Efekt jest taki, że polskie firmy płacą więcej podatku, a firmy zagraniczne, wykorzystując luki prawne i mogąc wyprowadzić zyski za granicę, pokazują mniej zysków i płacą mniejsze podatki – dodaje.

Podsumowując, w latach 2011-2013 pół tysiąca największych pod względem przychodów polskich spółek odprowadziło z tytułu podatku dochodowego 22,4 mld zł, co stanowi 0,96 proc. ich przychodów i 22 proc. zysku. W tym samym okresie największe pod względem przychodów firmy zagraniczne działające w Polsce odprowadziły ok. 9,5 mld zł podatku dochodowego, co stanowi 0,7 proc. ich przychodów i 17,5 proc. zysku.

Ekspert Bisnode Polska zauważa także inny trend. Z roku na rok zarówno zagraniczne, jak i polskie firmy płacą mniej podatków. Jak podkreśla Robert Kremser, wynika to często nie z mniejszych przychodów, a z coraz sprawniejszego wykorzystywania luk w prawie.

Polskie firmy wykazują coraz mniej zysku, ale ten podatek cały czas płacą. Firmy zagraniczne tego zysku też mniej wykazują, ale nie z tego powodu, że biznes im się kurczy, tylko dlatego że wysyłają do swoich zagranicznych spółek takie ilości tego podatku, że tutaj do opodatkowania zostaje bardzo niska część. Często też firmy zagraniczne specjalnie pokazują straty, żeby opodatkowania w ogóle uniknąć – tłumaczy Kremser. – Zagraniczne firmy nie będą się wykazywały specjalnie wielką moralnością i martwiły o nasze sprawy fiskalne, tylko będą wykorzystywały tę możliwość i będzie tego podatku od nich coraz mniej – dodaje.

W 2011 roku odprowadzony podatek dochodowy w przypadku polskich firm wynosił 8,5 mld złotych, czyli 1,2 proc. przychodów i 20,2 proc. zysku. W 2012 roku zapłaciły 7,5 mld zł podatku dochodowego, czyli 0,96 proc. przychodów i 24,3 proc. zysków. Rok później było to już tylko 6,2 mld zł, czyli 0,75 proc. przychodów i 22,4 proc. zysku. Warto zauważyć, że we wspomnianym okresie łączne przychody tych firm wzrosły z 708 mld do 835,8 mld zł.

W przypadku największych zagranicznych firm w 2011 roku odprowadzony podatek dochodowy wyniósł 3,5 mld zł, czyli 0,8 proc. przychodów i 21 proc. zysków. W 2012 roku było to 3 mld zł, czyli 1,7 proc. przychodów i 17,2 proc. zysków. W 2013 roku zapłacono 2,8 proc. podatku dochodowego, czyli 0,62 proc. przychodów i 14,4 proc. zysków. Przychody wzrosły zaś z niespełna 428,5 mld zł w 2011 r. do niemal 459 mld zł w 2013 r.

Polimex-Mostostal spodziewa się dobrych wyników w II półroczu. Spółka większość kontraktów zamierza pozyskać z energetyki i budownictwa przemysłowego

Joanna Makowiecka-Gaca, prezes zarządu Polimeksu-Mostostalu

Polimex-Mostostal zapowiada, że zamierza się trzymać z dala od budownictwa drogowego. Firma po zagrażających bankructwem kłopotach z ubiegłych lat wyszła na prostą i poprawia wyniki. Chce utrzymać tę pozytywną tendencję, koncentrując się na pozyskaniu kontraktów w energetyce, przemyśle paliwowym oraz budownictwie przemysłowym. W sektorze naftowym szuka kontraktów za granicą i chce z kontraktów podwykonawczych iść w kierunku głównego wykonawstwa.

– Prawie każdy segment biznesowy u nas przyczynia się do tych wyników, jeden lepiej, drugi mniej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Joanna Makowiecka-Gaca, prezes zarządu Polimeksu-Mostostalu, komentując działalność spółki w pierwszym półroczu 2015 r. – Natomiast, co jest ważne, wprowadziliśmy taki reżim wynikowy, odpowiedzialności za wyniki wszystkich naszych segmentów i obszarów biznesowych i widać tego efekty. Muszę przyznać, że dużym kontrybutorem jest działalność produkcyjna, ale nie tylko. Nowo postawione spółki zaczęły zarabiać pieniądze i widzę tutaj trend.

W I półroczu grupa miała 1,12 mld zł przychodów, czyli o 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny sięgnął niemal 59 mln zł wobec przeszło 92 mln zł straty rok wcześniej. Na czysto Polimex zarobił ponad 37,5 mln zł, podczas gdy przed rokiem miał 84,6 mln zł straty netto.

– Inwestycji jest sporo, zresztą rynki energetyczne, na które się orientujemy, sporo przetarły, jesteśmy już w prekwalifikacjach, spodziewam się i mam nadzieję na jakieś rozstrzygnięcia. Być może te procesy wyboru będą jeszcze w tym roku prowadzone i składamy tutaj sporo ofert. Jeśli chodzi o ciekawy rynek, to na pewno nafta, gaz i chemia, on się rozwija. Tu należy powiedzieć, że też będziemy wchodzi na obce rynki, bo Polimex może być dobrem eksportowym.

Polimex-Mostostal zaznacza jednak, że obecnie spółka będzie się koncentrować na tym, na czym zna się najlepiej. Nie zamierza więc walczyć o kontrakty w każdej branży budowlanej, tym bardziej że są dziedziny, w których konkurencja jest tak duża, że trudno o zyski. Te segmenty, na które spółka postawiła, powinny jednak generować duże marże.

– Orientując je w kierunku budownictwa przemysłowego, tam, gdzie jest trochę technologii, tam, gdzie ten biznes po stronie inwestora kreuje bardziej partnerskie relacje zwraca uwagę prezes zarządu Polimeksu-Mostostalu. – On w ogóle jest lepszy niż budownictwo infrastrukturalne czy liniowe, a nawet budownictwo ogólne, gdzie nie chcemy stawiać nóg. Przeorientowaliśmy biznes i mam nadzieję, że zaczniemy być polskim liderem w budownictwie przemysłowym, a w efekcie oceniamy wszystkie te rynki perspektywicznie, również jeśli chodzi o marże.

Szefowa spółki liczy, że kolejne kwartały będą potwierdzały, że Polimex-Mostostal obrał właściwą strategię, że firma już jest nowym organizmem, strukturalnie poukładanym i konkurencyjnym cenowo. Chce, by stała się biznesem, który będzie bardziej stabilny i przewidywalny, o stałych bądź stabilnie rosnących przychodach.

Poza zamówieniami krajowymi Polimex-Mostostal zamierza też walczyć o kontrakty na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w biznesie naftowym.

– Nafta i gaz to branża, w której już funkcjonujemy, i to w dużej mierze w Europie Zachodniej – deklaruje prezes Joanna Makowiecka-Gaca z Polimeksu-Mostostalu. Mamy tam już kilka kontraktów i muszę przyznać, że jest duży sentyment do Polimeksu. W momencie, kiedy już widać, że następuje stabilizacja grupy i kłopoty przeszłości są za nami, coraz więcej partnerów zagranicznych zaprasza nas do złożenia ofert i spodziewam się, że będziemy wychodzić z modelu podwykonawczego w kierunku generalnego wykonawstwa, co tym bardziej może generować lepsze marże.

A. Halicki: Przed nami rewolucja w e-handlu. Poprawia się infrastruktura i kompetencje cyfrowe Polaków

Andrzej Halicki

W tym roku branża e-handlu może wzrosnąć o ponad 15 proc., do blisko 32 mld zł. Dynamicznie rośnie też liczba e-klientów kupujących przez urządzenia mobilne. Dalszy szybki rozwój jest pewny. Umożliwi go rozbudowa infrastruktury dostępowej, która gwarantuje szybkie łącze, i pocztowej, która ułatwi i przyspieszy dostawy towarów. Także kompetencje cyfrowe Polaków są coraz większe, choć wciąż zbyt małe – podkreśla minister administracji i cyfryzacji.

Z raportu GUS „Społeczeństwo informacyjne w Polsce” z 2014 roku wynika, że obecnie internet dociera do ponad 75 proc. gospodarstw domowych. Do końca tego roku sieć szerokopasmowa ma objąć cały kraj, a wedle zapowiedzi resortu, do 2020 roku wszyscy mieszkańcy powinni mieć dostęp do internetu o prędkości minimum 30 Mb/s. Powszechny dostęp do sieci oznacza rosnące przychody e-handlu.

– W ostatnim czasie Polska bardzo mocno poprawiła infrastrukturę dostępu do szerokopasmowego internetu. Szybko przełamujemy bariery technologiczne, ale przed nami wciąż jeszcze wyzwanie związane z kompetencjami cyfrowymi i barierą mentalną. Kiedy szukamy informacji, internet jest powszechny, ale wciąż rzadko korzystamy z niego, kiedy chcemy coś kupić – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji, podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Badanie przeprowadzone w ubiegłym roku przez CBOS pokazuje, że zakupy w internecie robi już niemal połowa Polaków.

– Jeszcze 10 lat temu nikły odsetek Polaków kupował w internecie, dzisiaj to doświadczenie ma już za sobą ponad 40 proc. z ich, ale to ciągle mało w stosunku do społeczeństw zachodnich – mówi Halicki. – Powszechny dostęp i zdolność do korzystania z internetu ma wpływ na rozwój e-commerce i usług, które są możliwe do wykonywania online. Wydaje się, że przed nami rewolucja, która pozwoli nam bardzo szybko zdynamizować e-commerce.

Polacy otwierają się na nowe technologie. Z internetu korzystają nie tylko po to, by sprawdzić informacje, lecz także po to, by skontaktować się z urzędem. Coraz więcej osób korzysta z Platformy Usług Administracyjnych Publicznej (ePUAP), na której z tygodnia na tydzień przybywa e-usług. Trwają też rozmowy, by od przyszłego roku poprzez platformę można było dokonywać płatności.

Postęp widać również w e-handlu. Jak wynika z raportu firmy PMR, w 2014 roku wartość rynku e-commerce wyniosła 27,5 mld zł, a w tym roku może wzrosnąć do 31,8 mld (ponad 15-proc. wzrost).

Jeszcze lepiej wygląda sytuacja branży m-commerce. Pod tym względem Polska jest liderem Europy, a w ubiegłym roku wartość branży wzrosła o 113 proc., do poziomu ok. 1 mld zł. W tym roku może być to już 2,5 mld zł – wynika z raportu „Handel mobilny w praktyce 2014” przygotowany przez mGenerator.pl.

E-commerce i m-commerce przybliżają świat. Mamy możliwość wyboru asortymentu z całego świata. Sposób wyboru produktów, a następnie możliwości zobaczenia ich w świecie realnym powodują, że rozwój rynku przebiega w dynamiczny sposób – wskazuje Janusz Wojtas, członek zarządu Poczty Polskiej, w której strategia e-commerce zajmuje kluczową pozycję.

Z raportu PMR wynika, że różnice w cenie są często kluczowym kryterium wyboru między sklepem tradycyjnym a internetowym. Dlatego dla rozwoju e-handlu ważne są również coraz niższe opłaty za przesyłkę.

Wprowadziliśmy pakiet e-commerce, którego cena pojedynczej przesyłki jest praktycznie równa cenie biletu komunikacji miejskiej – zaznacza Wojtas. – Jeżeli sami pojechalibyśmy na zakupy, to koszty samego transportu będą większe niż koszty zamówienia tego przez internet.

Dostawy paczek i przesyłek dla e-handlu mają być – zgodnie ze strategią Poczty Polskiej – głównym obszarem wzrostu spółki. Do 2020 roku przychody z tego segmentu mają być dwukrotnie wyższe i sięgnąć 1,5 mld zł.

Z punktu widzenia kupujących istotna jest również pewność dostawy, że przesyłka – jak zapewnia sklep – dotrze do nich za dzień lub za dwa dni – mówi Janusz Wojtas. – Drugi aspekt to wybór możliwości odbioru przesyłki, czy to ma być kurier, czy odbiór w punkcie, np. na stacji 24-godzinnej czy w punkcie samoobsługowym.

Dlatego oprócz oferty dla sprzedających Poczta rozszerza również możliwości odbioru dla klientów kupujących przez internet. Spółka zamierza rozwijać sieć urządzeń samoobsługowych – w ciągu pięciu lat ma być ich ok. tysiąca. Sieć punktów odbioru paczek (placówek pocztowych i u zewnętrznych partnerów) wzrośnie do ok. 10 tys.

Dokończenie budowy terminalu LNG jeszcze w tym roku. Polska bliska dywersyfikacji dostaw gazu

Robert Zajdler

Porozumienie między Polskim LNG a konsorcjum odpowiedzialnym za budowę terminalu LNG w Świnoujściu, na czele z włoską firmą Saipem, jest – jak twierdzą eksperci – korzystne dla polskiej strony. Inwestycja warta niemal 2,5 mld zł ma być ukończona jeszcze w tym roku. Jej wykonawca przyjął na siebie wyższe kary umowne, wziął odpowiedzialność za pierwszą dostawę LNG (zapłaci za nią, jeżeli nie będzie gotowy jej odebrać), a także zaakceptował dodatkowy, niezależny audyt technologiczny całej instalacji, potwierdzający jakość jej wykonania. Dzięki terminalowi w połowie przyszłego roku Polska będzie miała możliwość zakupu skroplonego gazu z dowolnego miejsca na świecie.

Obie strony ugodowo załatwiły kwestie sporne. Polskiej spółce udało się doprowadzić do tego, że budowa terminalu będzie dokończona do końca tego roku. Włosi zgodzili się na audyt technologiczny. Strona polska będzie miała dzięki temu dodatkową gwarancję, że wszystko jest dobrze wykonane – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Robert Zajdler, ekspert rynku energetycznego z Instytutu Sobieskiego. – Trzecia kwestia to kary. Jeśli teraz Włosi nie wywiążą się z terminów, to w tym aneksie podobno są zapisy mówiące o wysokich karach – dodaje.

Spór o finalizację kontraktu między włoską spółką Saipem, stojącą na czele konsorcjum wykonawczego, a Polskim LNG trwał od kilku miesięcy. Kością niezgody był m.in. brak wyznaczonego terminu oddania instalacji. Wskutek ugody włoska firma jeszcze w tym roku ma dokończyć budowę i odebrać pierwszy transport LNG, który wykorzystany zostanie do rozruchu technologicznego. Sprawdzona zostanie cała instalacja, a gaz do tego wykorzystany zostanie następnie wtłoczony do polskiej sieci przesyłowej i trafi do naszych domów. Będzie to więc faktyczne uruchomienie całej instalacji. Pierwszy metanowiec przypłynie do Świnoujścia do końca roku.

Drugi techniczny metanowiec przypłynie w I kwartale przyszłego roku, a potem zacznie się komercyjna eksploatacja terminalu – powiedział dr Robert Zajdler podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdrój.

Konsorcjum przyjęło na siebie odpowiedzialność za pierwszą dostawę LNG. Zapłaci za nią, jeżeli nie będzie gotowe jej odebrać. Podwyższono także wysokość kar umownych. Wartość kontraktu jednak nie uległa zmianie.

Ekspert z Instytutu Sobieskiego przekonuje, że wszystkie inne rozwiązania bez wątpienia wiązałyby się z poniesieniem dużo większych kosztów przez Polaków.

Alternatywą byłaby zmiana firmy, która miałaby ten terminal dokończyć. To wiązałoby się z szeregiem problemów natury prawnej, np. z tym, czy nowy podmiot wziąłby odpowiedzialność za prace, które wykonał poprzednik. To duże komplikacje, które na pewno wydłużyłyby termin oddania terminalu do użytku – twierdzi Zajdler. – Pewnie należałoby założyć, że w takim przypadku koszty zakończenia budowy byłyby wielokrotnie wyższe niż te, które wynikają z porozumienia z Włochami.

Konsorcjum wykonawcze otrzyma za budowę 2,4 mld zł. Według ostatnich raportów projekt wykonany jest w 98,2 proc. Na miejscu znajdują się już wszystkie urządzenia. Trwają ostatnie prace budowlane i próby przygotowawcze, które są konieczne przed pierwszymi rozruchami instalacji. Dziennie na miejscu pracuje około 1000 osób.

Terminal LNG w Świnoujściu przede wszystkim ma służyć dywersyfikacji dostaw gazu do Polski i obniżeniu ich kosztów. Jak przekonuje Zajdler, dzięki zakupom skroplonego gazu przez terminal obniżyć się mogą również ceny gazu importowanego tradycyjnymi gazociągami.

Dzięki terminalowi będziemy mieć możliwość kupna gazu praktycznie w każdym zakątku świata, gdzie jest produkowany. Do tej pory gaz mógł być dostarczany tylko rurami, więc jest to bardzo potrzebna dywersyfikacja – twierdzi ekspert. – To powoduje, że możemy korzystać z uwarunkowań globalnego rynku gazu, czyli jeśli gaz na rynkach będzie tanieć, to jest szansa, że z tego skorzystamy.

Jak podkreśla, dywersyfikacja oznacza także większe bezpieczeństwo dostaw surowca do Polski.

11 mld zł wpływów do budżetu z produkcji i sprzedaży alkoholu. Przemysł spirytusowy chce obniżenia akcyzy

Leszek Wiwała, prezes zarządu Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy

W ciągu siedmiu miesięcy 2015 roku produkcja wódki wzrosła o 19 proc. To wciąż mniej niż w ubiegłych latach, ale sytuacja w branży po 15-proc. podwyżce akcyzy powoli się stabilizuje. Pozycję przemysłu spirytusowego, który dziś generuje ok. 100 tys. miejsc pracy w gospodarce, mogłyby wzmocnić ujednolicone dla wszystkich producentów alkoholi przepisy oraz obniżka akcyzy, co najmniej do stawki niemieckiej. Dziś z tytułu podatków i opłat branża przekazuje do budżetu 11 mld zł rocznie. Współpraca z administracją mogłaby też zwiększyć eksport.

Branża nie oczekuje od polityków nic nadzwyczajnego, tylko sprawiedliwego i równego traktowania. Każdy alkohol to alkohol i przepisy dotyczące napojów alkoholowych nie powinny być rozbieżne – mówi Leszek Wiwała, prezes zarządu Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Obecnie dla różnych alkoholi obowiązują różne stawki akcyzy. To sprawia, że 5-proc. napój gin z tonikiem jest trzy razy wyżej opodatkowany niż 5-proc. piwo. Od stycznia 2014 roku akcyza wzrosła o 15 proc., ale tylko na mocne alkohole, w efekcie czego produkcja wódki spadła o ponad 20 proc. Znacznie mniejsze obłożenie podatkiem jest w przypadku piwa, wina oraz cydru. Inne są też regulacje dotyczące reklamowania produktów.

Stawka akcyzy powinna być odniesiona do czystego alkoholu. Równe powinny być też prawa do komunikowania się. Przede wszystkim przepisy powinny być przejrzyste i nie powinny budzić wątpliwości interpretacyjnych – mówi Wiwała.

Prezes ZPPPS zauważa, że we wszystkich państwach ościennych stawki podatkowe na wyroby alkoholowe są niższe niż w Polsce. Pod względem opodatkowania wyrobów alkoholowych przewyższamy nawet dużo bogatsze Niemcy. Związek ocenia, że obniżenie podatku mogłoby pomóc firmom zwiększyć inwestycje na rynkach zagranicznych.

Polska wódka ma swoją tradycję, ma bardzo wysoką jakość. Zdołaliśmy dzięki polskiej wódce stworzyć rynek wódek top premium w Stanach Zjednoczonych. Ale żebyśmy mogli pójść dalej, to musimy mieć więcej pieniędzy na inwestycje, czyli akcyza powinna być trochę niższa – wyjaśnia Wiwała.

Zdaniem eksperta, by eksport mógł być dalej rozwijany, potrzebne jest wsparcie ze strony administracji i dyplomacji. Dzięki współpracy wszystkich stron łatwiej byłoby lokalizować chłonne rynki, szczególnie w krajach rozwijających się.

Dzisiaj wysyłamy około 20 proc. produkcji w świat, a chcielibyśmy tak jak francuscy producenci koniaku czy producenci whisky wysyłać 90 proc. To jest możliwe, tylko żebyśmy mogli to osiągnąć, musimy mieć wsparcie ze strony administracji ekonomicznej – podsumowuje Wiwała.

Jak podkreśla Arkadiusz Bąk, wiceminister gospodarki, branża spirytusowa może być polskim hitem eksportowym. Stanowi również istotny segment polskiej gospodarki. Przy produkcji w zakładach zatrudnionych jest około 4,5 tys. pracowników, a dalsze 100 tys. miejsc pracy wiąże się z otoczeniem branży.

11 mld zł rocznie wpływów do budżetu to są liczby, które pokazują miejsce tego przemysłu w polskiej gospodarce, to jest bardzo ważne miejsce – ocenia Arkadiusz Bąk.

Jego zdaniem współpraca administracji i producentów alkoholi jest konieczna ze względu na specyfikę rynku.

Myślę, że jesteśmy w stanie równie, a może bardziej skutecznie, bronić bezpiecznego spożycia alkoholu, jednocześnie nie dociskając branży – mówi wiceminister. – Legislacja powinna iść w tę stronę, aby nie dociskać przemysłu spirytusowego, robimy to wspólnie ze Związkiem. Od ostatniego kongresu udało się uchwalić dwie inicjatywy, które zostały przyjęte i to jest już spory krok naprzód.

Nowe propozycje zmian legislacyjnych wspierających rozwój branży spirytusowej – dotyczące m.in. jednolitych przepisów i obniżki akcyzy – trafiły do białej księgi „Wizja 2020”.

Przetwarzanie odpadów i odzyskiwanie z nich energii największymi inwestycjami samorządowymi w ciągu najbliższych 5 lat

Gérard Bourland

Gospodarka odpadami i inwestycje w sieć ciepłowniczą to dziedziny, w których intensywnie rozwija się współpraca między firmami a władzami samorządowymi. Wspólne projekty wymagają jednak specjalnego podejścia obu stron. Część z nich – szczególnie te największe, jak np. spalarnie odpadów – może być realizowana w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego. Niestety, ich wdrażanie często jest zbyt powolne. 

W ocenie specjalistów w ciągu najbliższych pięciu lat przetwarzanie odpadów i odzyskiwanie z nich energii będzie obszarem największych inwestycji lokalnych w Polsce. Nowoczesne technologie z zakresu gospodarki odpadami wymagają dużych nakładów, dlatego samorządy nie są w stanie takich inwestycji realizować samodzielnie. Nie wystarcza nawet wsparcie unijne, dlatego poszukiwane są inne formy finansowania nowoczesnych instalacji.

Jednym ze sposobów, jaki mogą stosować samorządy, by uniknąć konieczności prywatyzacji aktywów, jest powierzenie eksploatacji profesjonalnemu operatorowi, jakim jest Veolia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Gérard Bourland, dyrektor generalny grupy Veolia w Polsce. – Wiele mówi się także o partnerstwie publiczno-prywatnym (PPP). Moim zdaniem w takim modelu powinny być realizowane tylko duże inwestycje. PPP jest dobrym narzędziem, problem jednak polega na tym, że tempo jego wdrażania w Polsce jest bardzo wolne.

Jego zdaniem model PPP sprawdzi się np. przy budowie spalarni odpadów. Planowanie takiej inwestycji zajmuje jednak sporo czasu. Doliczając do tego czas potrzebny na realizację PPP, który w niektórych przypadkach wynosi trzy lata, uruchomienie inwestycji w tym modelu możliwe byłoby najwcześniej ok. 2019 roku.

To bardzo odległa perspektywa – powiedział Bourland podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju. – Model PPP będzie skuteczny, ale tylko jeśli proces decyzyjny zostanie przyspieszony.

Jakość współpracy prywatnych firm z samorządami uzależniona jest od podejścia obu stron. Wiele też zależy od tego, czy inwestorem jest duże czy małe miasto.

W dużych ośrodkach władze profesjonalnie podchodzą do inwestycji. Są dobrym partnerem, wszystkie kwestie są wspólnie dyskutowane, a władze miast kontrolują cały proces – zauważa Gérard Bourland. – Władze mniejszych miast nie zawsze mają doświadczenie w realizacji takich projektów, nie dysponują także odpowiednimi zasobami ludzkimi i dlatego zapewniamy im więcej wsparcia, służymy radą. Niezależnie jednak od skali projektu, dobre partnerstwo wymaga zaangażowania obu stron. Każda z nich musi aktywnie współpracować.

Jak podkreśla, trudno o jeden dobry przepis na współpracę między samorządami a sektorem prywatnym.

Musimy wskazywać naszym partnerom, co nowego dzieje się w kwestii energetyki, OZE czy biomasy oraz jak to działa. Musimy też zrozumieć potrzeby danego miasta – czy chodzi o obniżenie cen, czy rewitalizację części miasta. Kiedy mamy wiedzę na temat wszystkich składników, możemy zaproponować odpowiednie rozwiązanie. Przedstawiamy to, co naszym zdaniem powinno zostać wykonane. Omawiamy projekt z władzami miasta, by upewnić się, że wiedzą o nim wszystko i zgadzają się z nami, a następnie możemy przystąpić do jego realizacji – wyjaśnia proces współpracy Bourland.

Grupa Veolia w Polsce współpracuje z samorządami przede wszystkim w dziedzinie energetyki. Spółka zarządza sieciami ciepłowniczymi w 40 miastach Polski. Współpraca dotyczy także kwestii wodociągowych – firma zarządza siecią wodociągową w Tarnowskich Górach.

W kwestii energii jest jeszcze wiele do zrobienia – ocenia dyrektor generalny grupy Veolia w Polsce. – Kolejne budynki są podłączane do sieci ciepłowniczej, dzięki czemu zmniejsza się emisja dwutlenku węgla. W dziedzinie wodociągów nie widzimy tak wielu perspektyw w najbliższym czasie, ponieważ miasta – w dużej mierze dzięki wsparciu z UE – odnowiły swoją infrastrukturę i teraz koncentrują się na jej eksploatacji.

Najbardziej perspektywicznym dla spółki obszarem działalności jest gospodarka odpadami, konkretnie segment ich przetwarzania i pozyskiwania z nich energii.

Nowa Astra w sprzedaży już na początku listopada. W wyposażeniu dostępne innowacyjne systemy wsparcia kierowcy

Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland

Osobisty opiekun kierowcy OnStar, który automatycznie wezwie pomoc w razie wypadku, stała łączność z internetem i system multimedialny – to nowinki technologiczne, które mają zachęcić klientów do zakupu Astry piątej generacji. Produkowana w gliwickiej fabryce nowa wersja popularnego modelu Opla ma zwiększyć sprzedaż koncernu. Linie produkcyjne ruszą pełną parą pod koniec września.

Opel Astra V jest naszpikowany nowinkami technologicznymi. Może być na stałe podłączony do internetu, co pozwala kierowcy i pasażerom na stały dostęp do aktualnych informacji m.in. o sytuacji na drogach.

Od początku w modelach Astry nowej generacji dostępny będzie system OnStar, czyli opiekun osobisty użytkownika samochodu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland. – Poza tym bardzo ciekawe rozwiązanie multimedialne, czyli system IntelliLink, oraz możliwość pełnej integracji smartfona z samochodem i wykorzystanie tego, co daje nam telefon na ekranie dotykowym samochodu.

W ramach systemu Opel OnStar, w który wyposażone są już Ople w 13 krajach, kierowca może liczyć na wsparcie m.in. w sytuacjach kryzysowych. W razie kolizji system automatycznie wzywa pomoc ratunkową. Na co dzień sprawdzi, czy na trasie nie ma korków, gdzie znajduje się najbliższa stacja benzynowa oraz czy restauracja, do której zmierzają pasażerowie, jest czynna.

Z kolei IntelliLink to system multimedialny, który ułatwia korzystanie z funkcji smartfona i dostępnych na nim aplikacji w samochodzie, m.in. umożliwia komunikację, odtwarzanie muzyki czy korzystanie z map. Jak podkreśla Mieczkowski, klienci salonów samochodowych coraz częściej oczekują integracji auta z urządzeniem mobilnym.

Wyróżnikiem nowej Astry mają być też innowacje ułatwiające prowadzenie samochodu, zwiększające bezpieczeństwo oraz komfort podróżowania.

W zakresie bezpieczeństwa najważniejszy jest zupełnie nowy system oświetlenia. Nowa model ma to, czego żaden inny Opel nie ma, czyli w pełni LED-owe, matrycowe światła, które pozwalają na dużo lepsze oświetlenie drogi przed kierowcą, jednocześnie nieoślepiające innych użytkowników. Pozwala to na dużo szybsze rozpoznanie ewentualnych przeszkód przed samochodem, nawet do 40 metrów wcześniej – wyjaśnia dyrektor GM w Polsce.

Wśród innych rozwiązań w nowej Astrze znalazły się takie elementy, jak system rozpoznawania znaków drogowych, monitorowanie odległości od poprzedzającego auta, system ostrzegania o pojeździe w martwym polu czy alarm kolizji z funkcją automatycznego hamowania.

Ciekawym rozwiązaniem, które wprowadziliśmy po raz pierwszy w Astrze, jest – oprócz bardzo wygodnych, świetnie regulowanych siedzeń – możliwość uruchomienia masażu, co przy dłuższych podróżach będzie się dobrze sprawdzać – mówi Mieczkowski.

Opel Astra V także wyglądem różni się od poprzednika. Auto zostało odchudzone – nawet o 200 kg – co poprawia jego parametry jezdne, czyli dynamikę, prowadzenie i zużycie paliwa.

Nowa Astra została zaprojektowana w ten sposób, aby udostępniając większą przestrzeń wewnątrz, być jednocześnie samochodem bardziej kompaktowym, czyli wymiary zewnętrzne zmniejszyły się, ale wewnątrz samochód daje użytkownikom więcej miejsca – podkreśla Mieczkowski.

Oficjalna premiera Astry będzie miała miejsce 15 września, na targach we Frankfurcie. W sprzedaży pojawi się na początku listopada. Podstawowa wersja auta kosztuje niecałe 60 tys. zł.

Rośnie znaczenie aluminium w branży motoryzacyjnej. Rozwój rynku aut sprzyja krajowym producentom surowca

Szymon Adamczyk

Rozwój rynku motoryzacyjnego oznacza dobre perspektywy dla producentów stopów aluminiowych. Wśród producentów aut rośnie zapotrzebowanie na ten surowiec, dzięki czemu waga pojazdów spada i poprawiają się ich parametry jezdne. W I półroczu rejestracje nowych samochodów w UE wzrosły o ponad 8 proc., ożywienie notuje się też w polskich fabrykach samochodów.

Obserwujemy dalszy wzrost zapotrzebowania na stopy aluminiowe w przemyśle motoryzacyjnym. Poprzedni kwartał i poprzednie półrocze były okresem wzrostu rejestracji pojazdów samochodowych w Unii Europejskiej. W II kwartale 2015 roku ten wzrost wyniósł 8 proc. III kwartał będzie bardzo przyzwoity, bo zamówienia są realizowane i wiemy, jakie to są wolumeny. Zapotrzebowanie branży motoryzacyjnej jest dość wysokie. Takie same przesłanki mamy na IV kwartał – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Szymon Adamczyk, dyrektor zarządzający Alumetalu.

Branża motoryzacyjna jest jednym z głównych odbiorców wyrobów aluminiowych. Aluminium, jako lekki metal, coraz częściej wypiera z konstrukcji ciężką stal. Jak podaje Grupa Kęty w swoim raporcie, dziś udział ten średnio wynosi ok. 9 proc., w ciągu kolejnych pięciu lat ma jednak wzrosnąć do 10,5 proc.

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA) ocenia, że w czerwcu w Unii Europejskiej zostało zarejestrowanych ponad 1,3 mln nowych samochodów, czyli ok. 15 proc. więcej niż rok wcześniej. W całym pierwszym półroczu rejestracja wzrosła o 8,2 proc. w skali roku. Równie dobrze wygląda sytuacja na rodzimym rynku. W lipcu z polskich fabryk wyjechało blisko 65 tys. aut, czyli 14 proc. więcej niż przed rokiem.

Alumetal od wielu lat dostarcza stopy aluminiowe klientom zlokalizowanym w całej Europie. Nie mówię o rynku polskim, w którym jesteśmy dominującym dostawcą. Wzrost sprzedaży zagranicznej jest naturalny. Alumetal ciągle rośnie, z roku na rok sprzedajemy coraz więcej stopów aluminiowych, a rynek polski ma już ograniczone możliwości konsumpcji – mówi Adamczyk.

W I półroczu 2015 r. Alumetal miał 31,38 mln zł skonsolidowanego zysku netto przy 27,95 mln zł zysku rok wcześniej. Przychody ze sprzedaży wyniosły ponad 752 mln zł w porównaniu z 616,60 mln zł rok wcześniej. Firma szacuje swoje udziały w Polsce na ok. 50 proc., dlatego szuka nowych rynków. Jest już najważniejszym graczem w Europie Środkowo-Wschodniej. W kolejnych miesiącach rozpocznie budowę zakładu produkcyjnego w węgierskim Komarom.

Budowa zakładu w Nowej Soli pozwoliła w ciągu trzech lat zwiększyć zdolności produkcyjne o 60 proc. Konsumpcja rynku polskiego tak szybko nie jest w stanie rosnąć, dlatego pozyskujemy nowych klientów w krajach, w których działamy, a działamy w całej Europie – zaznacza dyrektor Alumetalu.

Firmom z branży nie muszą zagrażać niższe ceny aluminium. Giełdowa wartość tony aluminium wynosi nieco ponad 1,6 tys. dol. W ciągu roku spadła o blisko 16 proc.

Ceny sprzedaży mogą być niższe niż średnio w I półroczu 2015 roku, natomiast to nie musi automatycznie oznaczać spadku marż. Jesteśmy graczem, który kontroluje marże. Jeśli ceny sprzedaży spadają, to w krótszej perspektywie również surowce złomowe dostosują swoją cenę do danej ceny – tłumaczy Szymon Adamczyk.

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ceny węgla już nie wrócą do dawnych poziomów. Polskie kopalnie są skazane na restrukturyzację

Marcin Gątarz

Ceny węgla na rynku są niskie i nic nie wskazuje na to, by miały znacząco wzrosnąć. To fatalna prognoza dla polskiej branży wydobywczej. W tej sytuacji powinna ona kontynuować restrukturyzacje, zamykać zbyt drogie kopalnie i zwalniać zbędnych pracowników.

Ostatnie miesiące nie przyniosły wyraźnego przełomu na rynku węglowym. Przeciwnie, pod koniec sierpnia cena tony węgla ARA, czyli kupowanego w portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, spadła poniżej 54 dolarów. To najniższy poziom w tym roku i mniej niż połowa tego, co za węgiel płacono w 2011 roku.

Cały czas sytuacja na rynku węgla jest trudna, zarówno na rynku węgla energetycznego, co ma znaczenie dla spółek takich jak Bogdanka czy śląskie kopalnie, jak i na rynku węgla koksowego, co oczywiście przekłada się na bardzo słabe wyniki i problemy finansowe Jastrzębskiej Spółki Węglowej ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Gątarz, analityk Pekao Investment Banking. Niestety, także perspektywy dla rynku węgla energetycznego i koksowego są mało sprzyjające i wydaje się, że nie należy się spodziewać ich odbicia w najbliższych kwartałach.

Szans na poprawę sytuacji analitycy na razie nie dostrzegają. Przeciwnie, jak zaznacza Marcin Gątarz, w tej chwili trudno prognozować mocne odbicie cen w dającej się przewidzieć przyszłości, chociażby nawet kilku lat. Wszystko dlatego, że na świecie obserwuje się odchodzenie od węgla i tendencję do zmniejszania emisyjności instalacji energetycznych.

Mamy dużego gracza, zarówno na rynku węgla energetycznego, jak i koksowego, czyli Chiny. Wydaje się jednak, że obserwujemy pewne spowolnienie w tempie rozwoju gospodarczego tego kraju. Z drugiej strony odejście w pewnym stopniu od bazowania na węglu, także na węglu importowanym, również w pewnym stopniu wpływa to na rynek węgla importowanego. Od strony popytowej chyba trudno zakładać, że nastąpi jakieś nagłe ożywienie. Za to od wielu kwartałów słyszymy o racjonalizacji po stronie podażowej, czyli zamykaniu kopalń. Wszystko wskazuje jednak na to, że to wciąż odbywa się zbyt wolno, aby zrównoważyć słabnący popyt.

To oznacza, że polskie kopalnie mogą walczyć o odwleczenie czekających je reform, ale trudnych decyzji uniknąć im się nie uda.

Wydaje się, że spółki nie mają już dzisiaj wyjścia, szczególnie, jeśli chodzi o długo odwlekane rozwiązanie kwestii pracowniczych, zmniejszenie zatrudnienia uważa analityk Pekao Investment Banking. – Widać, że jest pewien postęp, szczególnie, jeśli spojrzymy na Jastrzębską Spółkę Węglową, gdzie te dane są dla nas najbardziej dostępne, bo jest to spółka notowana na giełdzie. Widać, że zarówno w ostatnich kwartałach, jak i w zamiarach zarządu pewne działania, które do tej pory nie były widoczne, są wykonywane, czyli zatrudnienie jest ograniczane. Nie zatrudnia się już nowych pracowników na miejsca tych, którzy wcześniej odeszli na emeryturę.

Szczególnie spółki państwowe wymagają głębokiej restrukturyzacji. Mimo że teoretycznie już się ona w tej chwili się toczy, to jej efekty jeszcze nie są zbyt dobrze widoczne. Przychody Grupy Kapitałowej Jastrzębskiej Spółki Węglowej za I półrocze 2015 roku przekraczały 3,5 mld zł i były o niemal 12 proc. wyższe niż rok wcześniej. Strata operacyjna grupy wzrosła jednak z 383 mln zł do 681 mln zł, a strata netto z 341 mln zł do 623,5 mln zł.

W Jastrzębskiej Spółce Węglowej jest nowy prezes i nowy program poprawy wyników mówi Marcin Gątarz z Pekao Investment Banking. W przypadku Kompanii Węglowej mamy pewne doniesienia dotyczące poprawy wyników i efektywności tej spółki. Natomiast wydaje się, że wciąż jeszcze to może nie być wystarczające, aby w długim terminie utrzymać rentowność i działalność tych spółek. Pewnie dalsze działania restrukturyzacyjne będą konieczne w dalszej części roku i w 2016 roku.

Instytut Hotelarstwa: inwestycja w apartament hotelowy lub hotel to dobre zabezpieczenie na emeryturę

Jacek Piasta

Obecnie w Polsce budowanych jest około 80 nowych hoteli – wynika z szacunków Instytutu Hotelarstwa. Dalsze 100 projektów jest na etapie przygotowania. Jacek Piasta, ekspert branży, zauważa jednak znaczny spadek zainteresowania inwestycjami w segmencie hotelowym. Jeszcze w latach 2006-2007 liczba planowanych realizacji była trzykrotnie wyższa. Powodem spadku jest długi czas zwrotu z inwestycji oraz koncentracja spółek deweloperskich na projektach mieszkaniowych.

– W ostatni latach największe inwestycje w hotele czy w aparthotele realizowane były przez deweloperów. Dzisiaj to już dla nich nieopłacalny segment rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Piasta z Instytutu Hotelarstwa.

Według raportu NBP średnia rentowność firm deweloperskich w Polsce wynosiła ponad 20 procent. Podobne wnioski płyną także z publikacji CEE Property Group. Analitycy doradczej spółki zwracają jednak uwagę na dość duże różnice w stopie zwrotu, zależnie od lokalizacji inwestycji. Przypominają także o kosztach kredytowania, które muszą być uwzględnione w kalkulacjach.

– Hotele to zupełnie inny rodzaj inwestycji, tutaj przyjmuje się, że nakłady na hotel w polskich realiach zwracają się w okresie od 8 do 12 lat – wyjaśnia ekspert Instytutu Hotelarstwa.

Znacznie dłuższy okres zwrotu i niższa rentowność inwestycji sprawiają, że rynek hotelowy nie stanowi obecnie atrakcyjnego miejsca dla firm deweloperskich. Zupełnie inaczej jest w przypadku prywatnych osób z wolnym kapitałem oraz przedsiębiorców szukających możliwości zdywersyfikowania swoich usług.

– Tłumaczę inwestorom, że hotelarstwo jest jak rolnictwo, wymaga kilku lat inwestycji, ale hotel dobrze prowadzony, jest znakomitym funduszem emerytalnym. Po spłaceniu kredytu co miesiąc powinna zostawać w gospodarstwie domowym zacna sumka pieniędzy pozwalająca dobrze żyć – zaznacza ekspert.

Z szacunków Instytutu Hotelarstwa wynika, że w Polsce aktualnie planowanych jest około 100 projektów hoteli. Jak mówi Jacek Piasta, taka liczba stanowi w ostatnich latach pewną roczną normę, jednak w stosunku do szczytu rynkowej hossy, który przypadł na lata 2006-2007, jest to aż 2-3-krotnie mniej.

– Hoteli w budowie, na różnym etapie, jest w tej chwili około 80 na terenie całej Polski – informuje ekspert.

Według danych GUS za lipiec 2014 roku łączna liczba hoteli w naszym kraju wynosiła 2250. Segment cechował się dużą dynamiką wzrostu. W ciągu roku przybyło ponad 140 nowych hoteli (wzrost 6,8 proc. rok do roku). Cała branża obiektów turystycznych rosła dużo wolniej (wzrost o 1,1 proc. rok do roku).

Capgemini poszukuje w Polsce nowych pracowników, przede wszystkim osób o wysokich kwalifikacjach

Marek Grodziński

Capgemini Polska, jeden z wiodących dostawców usług informatycznych, konsultingowych i outsourcingowych, planuje systematycznie zwiększać zatrudnienie. Poszukiwani będą szczególnie pracownicy z branży finansowej, świadczący usługi na rzecz firm ubezpieczeniowych, banków oraz instytucji rynku kapitałowego.

W tym roku Capgemini Polska łącznie zatrudni kilkaset nowych osób. Także w kolejnych latach rekrutacja ma być kontynuowana. Jest to możliwe dzięki dobrej kondycji firmy.

– Nasza firma cały czas dynamicznie rośnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Grodziński, dyrektor europejskiej sieci centrów BPO Capgemini i członek zarządu Capgemini Polska, członek zarządu ABSL. – Niedługo będziemy obchodzić 20. rocznicę naszej działalności w Polsce. Zaczynaliśmy od 6 osób w 1996 roku. W 2015 przekroczyliśmy poziom 6 tys. pracowników.

Klienci Capgemini to przede wszystkim duże międzynarodowe korporacje. Jak informuje Marek Grodziński, firma świadczy również usługi na rzecz biznesu w Polsce. Zdecydowana większość prowadzonych nad Wisłą projektów to jednak usługi na eksport.

– Będziemy nadal rosnąć. Mamy dosyć ambitne plany rozwoju, szczególnie w tej działce, z której ja się wywodzę, czyli Business Process Outsourcing. Nowi klienci, nowe procesy, zdecydowanie pozytywne myślenie o przyszłości deklaruje członek zarządu Capgemini Polska.

Marek Grodziński informuje, że jego firma świadczy usługi wymagające coraz wyższych kompetencji.

– Zaczynaliśmy od prostych usług księgowo-finansowych, dzisiaj dostarczamy bardzo zaawansowane usługi z obszaru finansów, księgowości, zaopatrzenia, HR. Obsługujemy nawet procesy prawne czy marketing. Cały czas dokładamy nowe tematy do tego, co robimy. W tym roku startujemy z kolejnym nowym procesem – zarządzaniem łańcuchem dostaw. Rozwijamy też portfolio klientów, których obsługujemy

Poza tradycyjnymi usługami, takimi jak obsługa IT, księgowości czy zarządzania zasobami ludzkimi, firmy z sektora usług coraz bardziej poszerzają zakres swoich kompetencji, szczególnie pracując na rzecz międzynarodowych klientów.

– Dla polskiego rynku świadczymy przede wszystkim usługi technologiczne – mówi Marek Grodziński. – Natomiast, jeżeli chodzi o działkę BPO, to naszymi klientami są przede wszystkim korporacje międzynarodowe. Nasza strategia jest klarowna, mamy kilka konkretnych sektorów, w których się poruszamy, to m.in. media, produkcja, energetyka, dystrybucja dóbr konsumpcyjnych oraz usługi finansowe.

Obecnie na polskim rynku usług biznesowych liczy się kilka miast. Liderem jest Kraków, a kolejne ważne ośrodki to Warszawa i Wrocław. Rozwój branży postępuje jednak tak szybko, że firmy już myślą o kolejnych lokalizacjach dla swoich inwestycji.

– Zastanawiamy się nad tym przyznaje dyrektor europejskiej sieci centrów BPO Capgemini i członek zarządu Capgemini Polska, członek zarządu ABSL. W miastach, w których już działamy, osiągamy dużą liczbę zatrudnionych. Przyglądamy się też innym lokalizacjom, jako potencjalnym miejscom do rozwoju naszej firmy, ale żadne decyzje jeszcze nie zapadły.

Zmienią się zasady zbierania elektrośmieci

Anna Wójcik

Parlament kończy prace nad nową ustawą o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym. Przepisy zobowiązują sprzedawców detalicznych do nieodpłatnego przyjęcia niektórych zużytych urządzeń bez konieczności kupienia nowego produktu. Sprzedawca, który dostarczy towar do domu, musi odebrać stary produkt, nie wymagając z tego tytułu dodatkowej opłaty. Ponadto ustawa wprowadza zakaz zbiórki niekompletnych urządzeń.

Celem wprowadzenia nowej ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym jest uporządkowanie dotychczasowego funkcjonowania systemu zbierania i przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, a także wprowadzenie dodatkowych udogodnień dla konsumentów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Wójcik, kierownik ds. ochrony środowiska i specjalista ds. transportu towarów niebezpiecznych (ADR) w firmie Stena Recykling.

Obowiązek umieszczenia w krajowym systemie prawnym obligujących do tego zapisów wprowadza dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2012/19/UE z 4 lipca 2012 r. w sprawie zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE). Odpowiednią ustawę Sejm uchwalił w połowie lipca br. Po poprawkach Senatu wróciła ona do izby niższej parlamentu.

Dla firm zbierających odpady najistotniejszą zmianą jest zakaz zbierania niekompletnego sprzętu – wskazuje Anna Wójcik. – Takie przedmioty konsumenci będą mogli pozostawić tylko w wyznaczonych miejscach, tzw. punktach selektywnej zbiórki odpadów, czyli PSZOK-ach, bądź w ramach systemu gminnego, czyli w ramach mobilnej zbiórki zużytego sprzętu.

Konsumenci będą też mogli oddawać taki sprzęt do zakładu przetwarzania zużytego sprzętu. Ograniczenie to ma zminimalizować zjawisko nielegalnego demontażu zużytego sprzętu w celu sprzedaży jego elementów w punktach skupu złomu. Postępowanie takie jest bowiem niebezpieczne dla ludzi i środowiska.

Nowa ustawa zobowiązuje sprzedawców detalicznych prowadzących sklepy o powierzchni nie mniejszej niż 400 mkw. do nieodpłatnego przyjęcia zużytego sprzętu, którego żaden z zewnętrznych wymiarów nie będzie dłuższy niż 25 cm (np. elektryczna szczoteczka do zębów, ładowarka czy suszarka do włosów) bez konieczności kupienia nowego towaru. Sprzedawca detaliczny i hurtowy, który dostarczy przy tym nowy produkt konsumentowi do domu, np. przywiezie lodówkę, musi odebrać stary, nie wymagając z tego tytułu dodatkowej opłaty.

Największym dla nas wyzwaniem będzie przeszkolenie pracowników – informuje Anna Wójcik. – Zmiany będą polegały również na tym, że nowa ustawa wprowadza obowiązek audytowania przedsiębiorcy przez weryfikatorów EMAS, jednostki bądź osoby, które według rozporządzenia unijnego dotyczącego zarządzania środowiskowego będą do tego upoważnione. Oznacza to dla nas dodatkowe koszty, które trzeba będzie ponosić na poczet przeprowadzenia takiej procedury.

Od 1 lipca 2006 roku Główny Inspektorat Ochrony Środowiska prowadzi rejestr przedsiębiorców zajmujących się odzyskiem elektrycznym i elektronicznym. Pod koniec ubiegłego roku wpisanych do niego było 16 001 organizacji, w tym 5 626 przedsiębiorców prowadzących działalność w zakresie wprowadzania sprzętu na rynek, 13 330 zajmujących się zbieraniem zużytych produktów, 180 zakładów przetwarzania, 120 firm trudniących się recyklingiem, 14 prowadzących działalność w zakresie innym niż recykling procesów odzysku oraz osiem wykonujących tego rodzaju usługi innych organizacji.

Wprowadzone w ustawie zmiany budzą wątpliwości, czy istniejące podmioty będą w stanie zebrać cały zużyty sprzęt z rynku – zauważa Anna Wójcik.

Polska będzie musiała zwiększyć masę zebranego sprzętu przypadającą na jednego mieszkańca z 4 kg (ok. 170 tys. ton) do ok. 10 kg (385 tys. ton), czyli o blisko 230 proc.

Do końca 2015 roku przedsiębiorca, który wprowadza sprzęt do gospodarstw domowych, będzie musiał osiągnąć poziom zbierania zużytego sprzętu pochodzącego z tych gospodarstw w wysokości 35 proc. masy sprzętu sprzedanego rok wcześniej. Współczynnik ma jednak rosnąć i docelowo w 2021 wynieść 65 proc.

Użytkownicy chmur obliczeniowych boją się utraty danych

Xawery Konarski

Bezpieczeństwo chmur obliczeniowych zależy od samych jej użytkowników. Należy pilnować, by w umowach z dostawcą tej usługi znalazły się odpowiednie klauzule dotyczące ochrony danych oraz ich transparentności. Dobrym kryterium wyboru chmury są jej certyfikaty. Zarówno Komisja Europejska, jak i polscy regulatorzy nie chcą tworzyć osobnego prawa dla tego typu usług.

Nie będzie na razie odrębnych przepisów prawnych dotyczących chmur obliczeniowych. Przepisy, które dotyczą szczególnie danych osobowych, już są stosowane. Dodatkowo Komisja Europejska zaleca dodatkowe klauzule umowne i certyfikaty – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Xawery Konarski, partner w kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jak wyjaśnia Konarski, chmury obliczeniowe to przyszłość. Tego nie kwestionuje nikt ani w Komisji Europejskiej, ani wśród polskich regulatorów. Dzięki nim firmy mogą zmniejszyć koszty, a do tego zyskać dostęp do usług, które inaczej byłyby poza ich zasięgiem. Ta wygoda niesie jednak ze sobą zagrożenia.

Według użytkowników dwa podstawowe ryzyka związane z chmurami obliczeniowymi dotyczą bezpieczeństwa danych oraz transparentności. To pierwsze ma wymiar zarówno cyfrowy (dane mogą być wykradzione), jak i fizyczny (dane mogą ulec zniszczeniu). Z kolei transparentność dotyczy przede wszystkim wymiaru geograficznego, powierzając swoje dane firmie świadczącej usługę chmury obliczeniowej, czasem trudno zorientować się, gdzie fizycznie znajdują się serwery z danymi.

Nie oznacza to, że chmura obliczeniowa nie jest w jakiś sposób regulowana tym, co już obecnie mamy w prawie, chodzi tu zarówno o prawo polskie, jak i o unijne – zastrzega Konarski.

Ekspert podkreśla, że Polska, uczestnicząc w pracach na forum europejskim, od dawna bierze udział w regulacji chmury. Większość zasad to nie twarde prawo, a jedynie zbiór zaleceń.

Komisja Europejska i polscy regulatorzy, szczególnie Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, limitują ryzyko na dwa sposoby. Po pierwsze treść umów na stronach GIODO czy innych regulatorów znajdują się wzorce klauzul, które powinny się znaleźć w umowie, np. dotyczących tego, jak często powinny być robione kopie naszych danych – wyjaśnia Konarski.

Takie klauzule – wprawdzie nieobowiązkowe, ale coraz częściej stosowane – zabezpieczają użytkowników chmur przed utratą danych. Czasem mogą one być przechowywane tylko w jednym miejscu i brak kopii zapasowej zagroziłby dalszemu funkcjonowaniu danego przedsiębiorstwa.

Jeszcze lepszą gwarancją bezpieczeństwa dla użytkowników chmur obliczeniowych są certyfikaty firm je dostarczających. Zapewniają one, że dany podmiot przestrzega odpowiednich standardów.

 Są certyfikaty powszechnie uznanych organizacji światowych, które od lat takie usługi świadczą i które mogą stwierdzić, czy dana polityka zarządzania danymi, np. w Wietnamie, czyli tam, gdzie raczej nie pojedziemy ani my, ani nasza firma consultingowa, działa zgodnie ze standardami przyjętymi powszechnie. Na pewno certyfikacja jest przyszłością – prognozuje Konarski.

Ekspert zwraca uwagę na to, że teraz to od klientów zależy, czy wymagają od dostawców chmur obliczeniowych certyfikatów, ale w przyszłości niewykluczone, że obowiązek ich stosowania wprowadzi Komisja Europejska.

Konarski dodaje, że cała dyskusja toczy się przy braku ścisłej definicji tego, czym jest chmura obliczeniowa. Niektórzy zwracają uwagę na różnice w znaczeniu oryginalnego angielskiego terminu „cloud computing” i polskiego odpowiednika, czyli chmury obliczeniowej. Konarski podkreśla jednak, że precyzyjna definicja nie jest potrzebna i że potrzebują jej nie prawnicy, a jedynie osoby zajmujące się budowaniem systemów zarządzania danymi.

Nowe przepisy dotyczące upadłości spółek. Osoby kierujące firmą „z tylnego fotela” także będzie można pociągnąć do odpowiedzialności

Adam Miłosz

Od nowego roku wejdą w życie znowelizowane przepisy prawa upadłościowego, które rozszerzają odpowiedzialność za nieterminowe zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości spółki na prokurentów i osoby zarządzające nią nieoficjalnie. Do tej pory odpowiedzialność ta ciążyła jedynie na członkach zarządu i wspólnikach spółek osobowych. Teraz również prokurentom będzie grozić odpowiedzialność finansowa za długi spółki oraz zakaz prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku niedochowania terminu na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości.

Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 stycznia 2016 roku, mogą być niekorzystne dla prokurentów spółek. Ci wraz z członkami zarządu (lub wspólnikami spółek osobowych) odpowiedzialni będą za złożenie w odpowiednim momencie wniosku o ogłoszenie upadłości spółki lub otwarcie w tym czasie postępowania restrukturyzacyjnego. Do tej pory odpowiedzialność ta ciążyła jedynie na „osobach, które mają prawo reprezentować podmiot”. W praktyce według orzeczeń sądowych przepis ten dotyczył przede członków zarządu i wspólników spółek osobowych.

Jak wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Miłosz z kancelarii GALT, odpowiedzialność za brak złożenia odpowiedniego dokumentu spadnie nie tylko na prokurentów, lecz także osoby faktycznie zarządzające spółką.

Odpowiedzialność będzie dotyczyć także osób zarządzających spółką z tylnego siedzenia – wskazuje Adam Miłosz.

Ich odpowiedzialność będzie jednak bardzo trudna do wykazania, ponieważ jest ona ograniczona jedynie do przyczynienia się do niezłożenia przez właściwie osoby wniosku o ogłoszenie upadłości spółki w terminie. Pozostaje jednak nałożenie zakazu prowadzenia działalności.

Jeśli wierzyciel jest w stanie wykazać, że wszystkie decyzje w spółce podejmuje np. właściciel, który nie pełni w spółce żadnej formalnej funkcji, i to ta osoba w rzeczywistości tą spółką zarządzała, a w szczególności zadecydowała o niezłożeniu w odpowiednim terminie wniosku o ogłoszenie upadłości spółki, to będzie mógł doprowadzić do tego, żeby na tę osobę nałożono zakaz prowadzenia działalności – dodaje Miłosz.

Jak wyjaśnia prawnik, zakaz prowadzenia działalności może okazać się niezwykle dotkliwy. W przypadku takiego orzeczenia sądu dana osoba nie tylko nie będzie mogła prowadzić działalności gospodarczej, lecz także być w przyszłości członkiem zarządu czy rady nadzorczej, zarówno w spółkach handlowych i firmach, jak i na przykład w fundacjach.

Taka osoba jest praktycznie wyłączona z całego życia gospodarczego – twierdzi Adam Miłosz.

Nowe przepisy mają na celu poszerzenie kręgu osób odpowiedzialnych za upadłość spółki. To z kolei ma przyczynić się do większej przejrzystości kontroli przedsiębiorstw będących w tarapatach finansowych. Zmiany są jednak dość kontrowersyjne, bo instrumenty kontroli finansowej spółki dla prokurentów są niewspółmiernie mniejsze od tych, którymi dysponują członkowie zarządu czy wspólnicy spółek osobowych.

Polska chemia stawia na innowacje. To zwiększy szanse na sukces eksportowy

Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego

Polskie firmy chemiczne coraz bardziej stawiają na innowacyjność – rosną ich wydatki na badania i rozwój, poszukują nowych projektów. Innowacyjne produkty umożliwiają firmom zwiększenie udziałów na rynkach zagranicznych, a to przekłada się na korzyść dla całej gospodarki. Szacuje się, że jedno miejsce pracy w chemii generuje od dwóch do ośmiu miejsc pracy w innych branżach.

Spółki polskiego przemysłu chemicznego inwestują w Polsce, tu tworzą miejsca pracy. To jest dobra perspektywa dla wzmocnienia polskiego PKB i gospodarki. Trzeba wprowadzać wszelkie mechanizmy wspierające rozwój tego sektor tak, żeby jak najwięcej tych inwestycji zostało w Polsce – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.

W samej branży chemicznej pracuje ponad 250 tys. osób, ale ma ona też duży wpływ na inne sektory gospodarki. Szacuje się, że 70 proc. produktów wytworzonych przez firmy trafia do innych działów gospodarki. Jedno miejsce pracy w branży chemicznej generuje od dwóch do ośmiu miejsc pracy w innych dziedzinach.

Polska chemia jest jeszcze w trendzie wzrostowym. Cały czas dostosowujemy się w pewnych trendach, systemach inwestowania, planach rozwoju, innowacji, badań czy rozwoju. Staramy się dorównać standardom, które wyznacza nam dziś chociażby Europa Zachodnia. Z tym co roku jest coraz lepiej – mówi Zieliński.

Jak podkreśla ekspert, polskie spółki coraz więcej inwestują w badania i rozwój. Innowacyjność staje się podstawą rozwoju każdej firmy.

Spółki poszukują coraz więcej innowacyjnych rozwiązań, uruchamiają coraz więcej własnych programów, centrów badawczych i coraz więcej pieniędzy przeznaczają na poszukiwania projektów o charakterze innowacyjnym – mówi prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.

Przemysł chemiczny ma ograniczone możliwości szukania oszczędności na podstawowych surowcach wykorzystywanych do produkcji (ropa naftowa i gaz), których ceny są kształtowane przez rynek. Kluczem do zwiększania konkurencyjności są więc innowacje. Zieliński ocenia, że na nadgonienie w tym zakresie państw Europy Zachodniej polskiej chemii potrzeba kilku lat.

Obserwujemy jako Polska Izba Przemysłu Chemicznego, że potrzeby branży w zakresie wprowadzania innowacji są olbrzymie. Na pewno potencjał, który drzemie w polskim przemyśle, w spółkach, zarówno małych i średnich, jak i tych największych, jest ogromny. Potrzebujemy jednak motorów napędowych, żeby ten potencjał przekuć w konkretne efekty produktowe – mówi Zieliński.

Jednym z motorów napędowych mogą być pieniądze z nowej perspektywy UE. W przygotowaniu jest program sektorowy INNOCHEM, w ramach którego będzie można uzyskać dofinansowanie na innowacyjne projekty. Przedstawiciele branży liczą na to, że przyczyni on się również do zacieśniania współpracy między przemysłem a nauką. Innym motorem napędowym mogłyby być np. ulgi podatkowe dla innowacyjnego przemysłu.

Innowacyjne produkty z reguły mogą być sprzedane wszędzie, na całym świecie. Dzisiaj bazowe produkty polskiego przemysłu chemicznego trafiają praktycznie w każde miejsce w kraju. Polskie firmy inwestują nie tylko w kraju, lecz także są obecne w innych krajach. Jak widzimy globalizacja rynku chemicznego następuje i będzie się stale intensyfikować – podkreśla Tomasz Zieliński.

Wiele wypadków w Polsce spowodowanych jest złym stanem technicznym aut. Statystyki zaniżają te dane

Bartłomiej Morzycki, prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego

Według danych policji w 2014 roku jedynie kilkadziesiąt wypadków z ponad 34 tysięcy spowodowanych było niesprawnością techniczną samochodów. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że polskie statystyki zaniżają rzeczywistą liczbę wypadków, do których doszło ze względu na zły stan techniczny aut. Potwierdza to także raport Najwyższej Izby Kontroli, który informuje, że stacje kontroli pojazdów nadzorowane są nieprawidłowo, a wiele aut w ogóle nie powinno wyjeżdżać na drogi.

Mamy do czynienia ze statystykami, które pokazują, że stan techniczny pojazdów w niewielkim stopniu wpływa na bezpieczeństwo. W Polsce metodologia raportowania o wypadkach drogowych jest taka, że inne ich przyczyny, jak np. stan techniczny pojazdu, rzadko są brane pod uwagę – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Bartłomiej Morzycki, prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego. – Dane policyjne w tym akurat aspekcie nie są do końca wiarygodne.

Według danych policji w 2014 roku na ponad 34 tysiące wypadków jedynie w 44 stwierdzono, że przyczyną były usterki techniczne pojazdów. W wyniku takich zdarzeń zginęło 5 osób, a 59 zostało rannych. Samych usterek było natomiast 88, przy czym w jednym pojeździe mogło ich występować kilka jednocześnie. Do najczęstszych należą brak w oświetleniu, niewłaściwy stan hamulców, usterki układu kierowniczego oraz zużyte ogumienie.

Zdaniem Morzyckiego o błędnych statystykach mogą świadczyć dane z innych krajów.

Jeżeli w Niemczech zgodnie z niemieckimi statystykami około 10 proc. wypadków powodowanych jest właśnie przez niewłaściwy stan techniczny pojazdów, to w Polsce prawdopodobnie skala jest taka sama albo nawet większa. Nasze samochody statystycznie nie są lepsze od samochodów niemieckich – mówi Morzycki.

Zaznacza jednak, że z roku na rok stan techniczny pojazdów na polskich drogach się poprawia, choć nie brakuje zagrożeń.

Niestety, utrzymująca się od lat fala napływu pojazdów z zagranicy, wśród nich aut wiekowych i po wypadkach, rodzi pewne niebezpieczeństwa – tłumaczy Bartłomiej Morzycki.

Dodatkowym problemem, jak podkreśla, jest nie do końca szczelny system kontroli technicznej pojazdów. Wątpliwości co do tego ma również Najwyższa Izba Kontroli, która w raporcie dotyczącym bezpieczeństwa ruchu drogowego z 2014 roku wyraziła zaniepokojenie funkcjonowaniem stacji kontroli pojazdów.

Według NIK nadzór starostów nad stacjami kontroli pojazdów sprawowany był nierzetelnie oraz z naruszeniem obowiązujących przepisów prawa. Jedna czwarta starostów w ogóle nie przeprowadzała kontroli stacji, a ponad 30 proc. z nich nadawało uprawnienia diagnostom, którzy nie mieli odpowiedniego doświadczenia i przeszkolenia.

Dochodziło także do sytuacji, w których stacje kontroli pojazdów nawet przez kilka lat działały bez odpowiednich pozwoleń i uprawnień bądź pracowały w nich osoby karane lub podejrzane o fałszowanie wpisów umożliwiających dopuszczenie pojazdów do ruchu drogowego.

Od lat apelujemy do władz o to, żeby uszczelnić system i żeby skończyć z pewnymi patologiami, mowa tu o sytuacjach, kiedy diagnosta przymyka oko na różne nieprawidłowości – twierdzi Bartłomiej Morzycki. – Dla wielu kierowców wciąż stan techniczny pojazdu traktowany jest jak kwestia drugorzędna. Ważne jest to, żeby zdobyć pieczątkę, a nie żeby mieć sprawny pojazd, co w którymś momencie krytycznym może doprowadzić do nieszczęścia.

Według NIK średni wiek samochodów w Polsce to około 16 lat.

Edukacja kierowców tym zakresie to tylko jedno z koniecznych działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach. Innym jest rzetelne szkolenie i egzaminowanie przyszłych użytkowników dróg, a także doskonalenie przepisów prawnych.

W ostatnim czasie wprowadzono wiele zmian, jak chociażby automatyczny system kontroli prędkości czy przepisy pozwalające na zatrzymywanie prawa jazdy w przypadku przekroczenia prędkości o ponad 50 km/h w obszarze zabudowanym. To, jak pokazują statystyki, okazało się dość skutecznym narzędziem w walce z tymi, którzy te przepisy łamią – mówi Morzycki. – Obawiam się jednak, że najważniejsza zmiana, czyli zmiana mentalności polskich kierowców, to proces powolny i jeszcze kilka lat musi upłynąć, zanim będziemy mogli porównywać się z krajami Europy Zachodniej.

Na rynku prasowym przybywa tytułów. Polacy chętnie sięgają po pisma o zdrowiu, kuchni czy historii

0

CEO Magazyn Polska

Wśród czytelników prasy jest zapotrzebowanie na nowe tytuły. Jak pokazał przykład segmentu tygodników opinii, który znacząco rozrósł się w ostatnich czterech latach, nowe pozycje nie odbierają czytelników istniejącym tytułom, lecz przyciągają nowych. Rośnie także udział prasy kobiecej. Polacy coraz chętniej sięgają po pisma o charakterze poradnikowo-hobbistycznym. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się tytuły o zdrowiu, rekreacji, kuchni i historii.

Najbardziej rozbudował się segment prasy kobiecej. Jej udział rośnie z roku na rok i jest tam największa chęć powoływania nowych tytułów w stosunku do potrzeb. W tej chwili cały segment pism tzw. relaksowych, czyli dotyczących zdrowia oraz sportu i rekreacji ciągnie ten rynek – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

Dużym zainteresowaniem czytelników cieszą się gazety o kuchni i gotowaniu. Taki sam trend występuje w przypadku programów telewizyjnych. Polacy chcą coraz więcej wiedzieć o gotowaniu, chcą odkrywać nowe smaki, a dodatkowo z kuchnią coraz częściej łączą spotkania towarzyskie.

W wyborach czytelników widać także rosnący trend prozdrowotny. Polacy dużo czytają o zdrowym odżywianiu, dietach czy treningach. Ostatnio segment ten wzbogacił się o trzy tytuły. Stale powiększa się także segment pism yellow, czyli gazet plotkarskich.

Bardzo mocny jest także segment pism historycznych. Nastała moda na historię, tak samo jak na psychologię, a więc jest coraz większe zapotrzebowanie na wiedzę specjalistyczną – mówi Hoffman.

Tę tendencję dostrzegają też tradycyjni wydawcy. Tytuły znane na rynku od lat uzupełniane są dodatkami specjalistycznymi (naukowymi, historycznymi, psychologicznymi), które często też stają się samodzielnymi pismami.

Jak podkreśla Hoffman, przykład segmentu tygodników opinii pokazuje, że wchodzące na rynek tytuły nie muszą odbierać czytelników już istniejącym gazetom, mogą za to przyciągać nowych.

Od 4 lat obserwowaliśmy, że rósł segment czasopism opinii – podkreśla Maciej Hoffman. – Monopol „Wprost”, „Newsweeka”, „Polityki” i „Niedzieli” już się skończył, a powstały nowe tytuły, np. „W sieci”, „Uważam Rze” i inne, które ten rynek powiększyły. Okazało się, że jest znacząca grupa czytelników, którzy po prostu byli do tej pory niezagospodarowani, bo istniejącym tytułom nie spadło albo niewiele spadło czytelnictwo.

Rynek Pracy Specjalistów w sierpniu 2015 r

W sierpniu 2015 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano 35 033 oferty pracy. W porównaniu do sierpnia 2014 roku (30 701 ofert) jest to wzrost o 14%. Najwięcej ofert pracy napłynęło z branż handel i sprzedaż, bankowość, finanse, ubezpieczenia oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie. Najwięcej pracy dla specjalistów było w województwie mazowieckim, dolnośląskim i małopolskim.

 Jak wynika z najnowszych danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia rejestrowanego w sierpniu spadła do 10%. To najniższy wynik od 2008 roku. Dane portalu Pracuj.pl potwierdzają utrzymującą się wzrostową dynamikę rynku pracy, jednocześnie wskazując na branże o największym zapotrzebowaniu na pracowników oraz najbardziej poszukiwanych specjalistów.

 Kluczowe branże

W sierpniu 2015 r. najwięcej ofert na Pracuj.pl pochodziło z branż handel i sprzedaż – było to 7229 ofert, co stanowiło 20% wszystkich opublikowanych w sierpniu ogłoszeń. Na drugim miejscu uplasowała się branża bankowość, finanse, ubezpieczenia; z niej pochodziło 5130 ofert pracy. Pozycję branż o dużym zapotrzebowaniu na pracowników utrzymują także telekomunikacja i zaawansowane technologie (2873 ofert), przemysł ciężki (2830 ofert) oraz budownictwo i nieruchomości, przemysł lekki, transport i logistyka.

Największe wzrosty liczby publikowanych ofert pracy, porównując rok do roku, zanotowano z takich branż jak budownictwo i nieruchomości – wzrost o 28%, przemysł lekki –  wzrost o 14% oraz handel i sprzedaż – wzrost o 13%. Znaczący wzrost (18%) odnotowano także w branży transport i logistyka. Sytuacja ta wynika, m.in. ze spadających cen paliw oraz ożywienia gospodarczego, które przekłada się na większy wolumen przewożonych towarów.

 Jakich specjalistów poszukiwano w sierpniu?

Podczas ostatniego miesiąca wakacji najwięcej ogłoszeń na Pracuj.pl pojawiło się dla specjalistów ds. handlu i sprzedaży – 12 996 ofert (wzrost liczby ogłoszeń o 11% rok do roku). Kolejną grupą poszukiwanych ekspertów byli specjaliści ds. obsługi klienta (wzrost zapotrzebowania o 24% rok do roku). Znaczący wzrost zapotrzebowania nastąpił także na specjalistów IT. W sierpniu 2015 r. pracodawcy skierowali do nich o 15% więcej ogłoszeń niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

W sierpniu wiele ogłoszeń skierowano także specjalistów ds. finansów (15% ogólnej liczby ogłoszeń). Liczba ogłoszeń dedykowana tym ekspertom wzrosła o 4% w ujęciu rok do roku.

 W jakich województwach było najwięcej ofert pracy?

W sierpniu na Pracuj.pl najwięcej ogłoszeń o pracę opublikowali pracodawcy z województwa mazowieckiego, oferty pracy z tego województwa stanowiły 22% wszystkich ogłoszeń. Znacząca liczba ofert pojawiła się również w województwie dolnośląskim (10% wszystkich ogłoszeń), małopolskim  (10% wszystkich ogłoszeń), śląskim (9% wszystkich ogłoszeń) oraz wielkopolskim (8% wszystkich ogłoszeń).

W województwie mazowieckim najczęściej poszukiwano specjalistów ds. handlu i sprzedaży, specjalistów ds. IT (14% wzrostu zapotrzebowania rok do roku z tego województwa), specjalistów ds. obsługi klienta oraz specjalistów ds. finansów. Ogłoszenia dla tych pracowników stanowiły 85% wszystkich ofert w województwie pomorskim. W województwie śląskim poszukiwano przede wszystkim specjalistów handlu i sprzedaży, obsługi klienta oraz inżynierów. Także w województwie dolnośląskim najbardziej poszukiwanymi pracownikami byli specjaliści handlu i sprzedaży oraz obsługi klienta, jednak największe wzrosty zapotrzebowania rok do roku z tego województwa odnotowano dla specjalistów IT (31%) oraz osób odpowiedzialnych za finanse (26% ).

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Szukasz pracy? Wykształcenie to nie wszystko

Wiedza i wykształcenie to nie wszystko, czego oczekuje od ciebie potencjalny pracodawca. Ważne są również kompetencje miękkie – pracownicy, którzy mają je rozwinięte, są coraz bardziej pożądani na rynku pracy.

Kompetencje miękkie są związane z cechami psychofizycznymi. Dotyczą zachowań i postaw człowieka, a przejawiają się w różnych umiejętnościach: interpersonalnych, zarządzania własną osobą oraz motywowania się. „Pracodawcy poszukują osób charakteryzujących się wysoką komunikatywnością, dynamizmem, kreatywnością, umiejętnością pracy w zespole, umiejętnością zarządzania czasem oraz odpornością na stres” – mówi serwisowi infoWire.pl specjalista ds. rekrutacji Beata Piechocka z agencji pracy tymczasowej Timberworks.

Sprzedawca czy specjalista ds. kontaktu z klientem to stanowiska dla osób, które wykazują bardzo dobrze rozwinięte kompetencje miękkie. Z kolei twarde są wymagane w zawodach bazujących na znajomości języków obcych, wiedzy specjalistycznej i umiejętności obsługi programów komputerowych. Kompetencje te jest łatwiej ocenić. Można je potwierdzić dyplomami czy certyfikatami oraz rozwijać przez naukę, udział w szkoleniach, kursach, a także pracę na danym stanowisku. Ćwiczenie kompetencji miękkich jest trudniejsze i bardziej złożone.

Obecnie wykształcenie akademickie traci na rzecz praktyki. Odpowiedzią na tę sytuację jest Polska Rama Kwalifikacji. „Pozwoli ona uporządkować umiejętności i kwalifikacje osób, które mają doświadczenie, ale niepotwierdzone odpowiednimi dyplomami. Dzięki temu będzie można szybciej znaleźć wymarzoną pracę” – podkreśla ekspertka.

Rynek e-commerce to już ponad 5% wartości handlu detalicznego w Polsce

e-commerceHandel detaliczny w internecie jest bardzo stabilnie rozwijającym się kanałem sprzedaży rynku detalicznego w Polsce. Jak pokazują nasze prognozy, w tym roku jego wartość przekroczy 30 mld zł, a do końca dekady jeszcze się podwoi, jak pokazuje analiza PMR zaprezentowana w najnowszym raporcie „Handel internetowy w Polsce 2015. Analiza i prognoza rozwoju rynku e-commerce na lata 2015-2020”.

Cały rynek detaliczny jest podzielony na wiele kanałów sprzedaży. Od sklepów wielkopowierzchniowych, po mniejsze sklepy (jak sklepy ogólnospożywcze czy specjalistyczne) po handel w kioskach czy na bazarach. W zasadzie wszystkie kanały przeżywają większe lub mniejsze problemy, a niektóre kanały w ostatnich latach całkowicie się zmieniły np. dyskonty. E-handel jest tym kanałem na rynku detalicznym, który notuje stabilną dynamikę wzrostu, niezależnie od sytuacji na całym rynku. Choć ostatnie lata przyniosły deflację, czy inne turbulencje, to kanał internetowy cały czas wzrastał w tempie dwucyfrowym.

Co więcej, Polski e-rynek jest wciąż we wstępnej fazie wzrostu. Choć z roku na rok staje się także rynkiem bardziej dojrzałym, co już widać w wysokim nasyceniu tego kanału w niektórych sektorach handlu detalicznego – np. w segmencie RTV, AGD i elektroniki użytkowej. Z drugiej strony są segmenty, jak handel spożywczy, handel produktami dla dzieci, czy DIY, które wciąż cechują się bardzo wczesną fazą rozwoju (pierwszy wspomniany), czy wysokim rozdrobnieniem (pozostałe dwa).

Wartość i dynamika internetowej sprzedaży detalicznej w Polsce 2011-2015

Zmiany w zakresie technologii informatycznej oraz przyzwyczajeń konsumentów sprawiają, że z roku na rok rośnie liczba osób stale korzystających z internetu i dokonujących zakupów w tym kanale sprzedaży. Powszechnym staje się dostęp do taniego, szybkiego internetu w gospodarstwach domowych czy w smartfonach, co pokazują np. statystyki GUS.

Dodatkowo, nie tylko wygoda, ale wciąż różnice cenowe są kluczowymi czynnikami wpływającymi na popularność rynku e-commerce. Co więcej, wraz ze wzrostem strategii omnichannel, znaczenie kanałów zdalnego zakupu i obsługi klienta będzie rosło w całej gospodarce. Nowinki technologiczne oraz nowoczesne proklienckie podejście do serwisu, sprawiają, że e-zakupy stają się prostsze i wygodniejsze, nawet w przypadku zakupów wieloproduktowych.

Wzrost dynamiki w najbliższych latach będzie związany z dynamicznym rozwojem sklepów dużych graczy oraz ogólnie prognozowaną lepszą kondycją gospodarki. Jak pokazują nasze prognozy, do końca dekady wartość całego detalicznego e-handlu podwoi się i będzie bliska 10% udziałowi całego handlu detalicznego.

 

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Handel internetowy w Polsce 2015.

Autor raportu: Jarosław Frontczak