Rynek nie spodziewa się podwyżki stóp procentowych w USA. Najważniejszy jednak będzie komunikat Fedu

Ignacy Morawski

Prawdopodobieństwo, że Fed podniesie stopy procentowe już na obecnym posiedzeniu, szacowane jest na około 25 proc. Główny ekonomista BIZ Banku Ignacy Morawski uważa jednak, że jest ono wyższe. Argumentem za podwyżkami stóp jest ryzyko pojawienia się w najbliższych kwartałach presji inflacyjnej.

– Wycena kontraktów terminowych i ogólnie instrumentów finansowych sugeruje, że ryzyko podwyżki stóp procentowych wynosi około 25 proc., czyli nie jest wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.

W ocenie eksperta prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych już podczas obecnego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jest jednak wyższe, niż oczekuje rynek. Niezależnie od tego, co zrobi Fed, dla inwestorów kluczowy będzie komunikat towarzyszący podjętej decyzji.

– Nie jest istotne, kiedy będzie pierwsza podwyżka, czy to będzie we wrześniu, czy w październiku, czy w grudniu. Dla rynku finansowego najważniejsza jest ścieżka stóp procentowych, tego, jak one będą wyglądały w przeciągu kilku lat – wyjaśnia Morawski.

W obecnej chwili rynek finansowy prognozuje, że stopa referencyjna Fedu do końca 2017 roku osiągnie poziom 1,5 proc. Oznacza to, że inwestorzy spodziewają się raczej dość powolnego tempa podwyżek. Kluczową zmienną dla rynków jest właśnie projekcja stóp procentowych na najbliższe dwa lata.

– Za rozpoczęciem podwyżek stóp procentowych przemawia przede wszystkim fakt, że bezrobocie w USA zbliża się do 5 proc., niedługo spadnie poniżej 5 proc. i jeżeli zostanie utrzymane takie tempo spadku jak do tej pory, to w końcu płace muszą zacząć rosnąć, a to się przełoży na wyższą inflację – tłumaczy główny ekonomista BIZ Banku.

Oczekiwane pojawienie się presji inflacyjnej w Stanach Zjednoczonych stanowi argument dla możliwie szybkiego rozpoczęcia serii podwyżek stóp procentowych. Lepszym rozwiązaniem są bowiem stopniowe podwyżki niż szybkie wzrost w momencie materializacji ryzyka związanego z inflacją.

Argument przeciw jest taki, że mimo spadającego bezrobocia w tym momencie wzrost płac w USA jest umiarkowany. Inflacja jest bardzo stabilna, a jednocześnie na świecie mamy do czynienia ze spadkiem cen surowców, co jeszcze obniża presję inflacyjną – komentuje Morawski.

Mieszane dane napływające z rynku pracy stanowią argument, który nakazuje przełożyć podwyżki stóp procentowych na przyszły rok. Wówczas Fed zyska pewność, co do skali ożywienia w amerykańskiej gospodarce.

– Wynika z tego, że jak zwykle przy każdej decyzji w sprawie stóp procentowych kluczowa jest ocena tego, na ile istnieje zagrożenie, że przyspieszające w przyszłości płace zaczną prowadzić do coraz wyższej inflacji – wyjaśnia.

Ekspert jest zdania, że ryzyko wystąpienia dużej inflacji w Stanach Zjednoczonych jest raczej niewielkie. Amerykański Bank Centralny prawdopodobnie zdecyduje się na wcześniejsze podwyżki stóp procentowych w celu przygotowania gospodarki na ewentualną presję cenową w przyszłości.

Polskie firmy w tyle za czeskimi i słowackimi pod względem korzystania z narzędzi big data. Pozwoliłyby one im udoskonalić starategię i zwiększyć sprzedaż

Łukasz Kapuśniak

Big data, czyli duże zbiory informacji cyfrowych, których przetwarzanie i analiza prowadzi do zdobycia nowej wiedzy, to dla polskich przedsiębiorstw wciąż obce zagadnienie. Tymczasem zbiory te pozwalają na optymalizację strategii nawet niewielkiej firmy. Dzięki nim walka konkurencyjna może być przeniesiona z poziomu ceny czy dostępności na obszar związany z wiedzą na temat rynku. Najbardziej skorzystać mogą firmy sprzedające produkty i usługi klientowi końcowemu.

Powodów korzystania z big data w nikłym stopniu przez krajowe firmy jest wiele – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Kapuśniak, odpowiedzialny za rozwój tej technologii w oferującej rozwiązania oparte na chmurze obliczeniowej spółce Cloud Technologies. – W przypadku internetu Polacy są już bardzo zaawansowanymi, świadomymi użytkownikami. Natomiast biznes jest zawsze kilka kroków za zachodnią konkurencją.

Z badań firmy Intel wynika, że jedynie 18 proc. firm w Polsce korzysta z analiz wykonanych na big data. Tymczasem w Czechach jest to już ponad 33 proc. firm, na Słowacji – 30,7 proc., a na Węgrzech – 19,3 proc. Jeśli nowi przedsiębiorcy zdecydują się na zastosowanie tych rozwiązań zgodnie z deklaracjami, na koniec roku Polska powinna wyprzedzić Węgry. Do wprowadzenia tych narzędzi w naszym kraju przymierza się kolejne 6,7 proc. firm, a na Węgrzech połowa tego odsetka. Zdaniem Łukasza Kapuśniaka właściciele przedsiębiorstw i osoby zarządzające wolą korzystać z rozwiązań starszych, ale już sprawdzony.

Nie chcemy modyfikować tego, co już raz robiliśmy, jak nam się wydaje, dobrze – uważa Łukasz Kapuśniak. – Jako polski biznes nie chcemy angażować się w technologie czy rozwiązania, które są bądź to ryzykowne, bądź nie do końca zrozumiałe. Niezbyt lubimy zmieniać przyjętą filozofię pracy.

Jak w niedawnej rozmowie z Newserią przekonywał Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies, wielu krajowych przedsiębiorców deklaruje, że chce rozwijać swoje firmy w kierunku big data, ale obecnie tylko niewielka ich część jest w stanie korzystać z tego narzędzia efektywnie. Jak oceniają eksperci analityczno-doradczej firmy Gartner do 2020 roku big data doprowadzi do przekształcenia i dalszego zdigitalizowania lub eliminacji 80 proc. procesów biznesowych oraz produktów. Biorąc pod uwagę efekt działania względem ponoszonych z tego tytułu kosztów, tego rodzaju narzędzia – zdaniem Łukasza Kapuśniaka – nie są zbyt drogie. To rozwiązania w pełni skalowalne, które sprawiają, że w każdym poszczególnym przypadku efekt można dostosować do zakładanych kosztów.

Wdrożenia big data zwykle wiążą się z zaangażowaniem zarówno czasu, jak i poważnych zmian w strukturze organizacji firmy bądź sposobie podejmowania decyzji, sprzedawania danych produktów czy usług – zauważa Łukasz Kapuśniak. – Bardziej jest to zatem kwestia problematyki zarządzania czasem i zmianami w strukturze organizacji, które muszą być przedsięwzięte, zanim będziemy mogli wdrożyć jakiekolwiek z metod big data.

Skutek jednak – zdaniem eksperta – znacznie przewyższa nakłady. Big Data pozwala bowiem na optymalizację strategii, rozpatrywanie działania biznesu na nowych poziomach abstrakcji. Dzięki temu walka konkurencyjna może być przeniesiona na obszar związany bardziej z wiedzą niż z ceną, dostępnością usługi czy produktu.

Firmy mogą wykorzystywać dane do zmian w systemie wprowadzania produktów na rynek, ich promowania, dostarczania produktów lub usług klientom po optymalnej cenie. Najlepsze rezultaty daje jednak wdrożenie tego rodzaju technologii w sektorze business-to-consumer, czyli wszędzie tam, gdzie prowadzi się dużo sprzedaży wysokowolumenowej, czyli w takich sektorach jak e-commerce, usługi bankowe czy usługi telekomunikacyjne.

Czwarta rewolucja przemysłowa dociera do Polski. Zaowocuje produkcją dostosowaną do potrzeb klientów

Paweł Stefański

W ciągu kolejnych dwóch dekad światową produkcję czekają zmiany, często określane mianem kolejnej rewolucji przemysłowej. W związku z przenoszeniem fabryk do krajów, gdzie są niższe koszty, państwa Europy Zachodniej planują zreorganizować przemysł tak, by w jak najlepszy sposób wykorzystać najnowsze technologie informatyczne oraz by dostosować się do potrzeb rynku. Polscy przedsiębiorcy również wychodzą naprzeciw tym zmianom, promując idee inteligentnych fabryk.

Przede wszystkim chcemy informować o potrzebie rozmowy, potrzebie myślenia na temat przemysłu 4.0. Żebyśmy pobudzali siebie nawzajem do tworzenia czegoś nowego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Stefański, prezes zarządu Balluff. – Chcemy też pokazać przykłady tego, jak polskie firmy realizują założenia czwartej rewolucji przemysłowej – dodaje.

Inicjatywa Przemysłu 4.0, zwana także czwartą rewolucją przemysłową, pochodzi z Niemiec. Tamtejszy rząd federalny od kilku lat promuje intensywniejsze wykorzystanie technologii informacyjnych i internetu w klasycznych gałęziach przemysłu. Polega to na tworzeniu szybszych, bardziej elastycznych i bardziej wydajnych procesów produkcji oraz szybkim dostosowaniu ich do indywidualnych potrzeb klientów.

Wszystko ma służyć zwiększeniu konkurencyjności w obliczu ciągłego przenoszenia produkcji z Europy Zachodniej do krajów o niższych kosztach. Przede wszystkim na Daleki Wschód, a także do Europy Wschodniej.

W Polsce dopiero kilka firm zachęca do wdrażania innowacyjnych systemów produkcji. W stolicy Dolnego Śląska powstała grupa wspierająca idee Przemysłu 4.0.

Chcemy dzielić się naszą wiedzą, doświadczeniami i spostrzeżeniami – przekonuje Paweł Stefański. – Cieszyć nas będzie, jeżeli choćby jednej osobie bądź dwóm osobom damy impuls do działania i kontynuowania właśnie takiej drogi rozwoju – dodaje.

Rodzimi przedstawiciele firm technologicznych twierdzą, że w Polsce połączenie niskich kosztów z ideami czwartej rewolucji przemysłowej może być dla naszej produkcji niezwykle lukratywne. Według nich konieczne jest stworzenie inteligentnych fabryk, które charakteryzować się będą wysokim poziomem elastyczności produkcji i wydajnością zasobów.

Funkcjonowanie takich fabryk ma być możliwe dzięki powszechnej integracji sensorów, wykorzystaniu dużych zbiorów danych do modelowania i adaptacji procesów czy połączeniu maszyn z internetem w celu zwiększenia wydajności komunikacji i interakcji.

Firmy Balluff, Fanuc, Lapp Group i Wago, specjalizujące się w dziedzinach nowych technologii produkcji, postawiły sobie za cel promocję nowych rozwiązań produkcyjnych, dlatego organizują w październiku we Wrocławiu konferencję Fabryka Przyszłości.

Podczas konferencji chcemy pokazać przykłady tego, jak polskie firmy realizują założenia czwartej rewolucji przemysłowej rodem z fabryki przyszłości. Chcemy również pokazać to, co się dzieje na polskich uczelniach, jak podchodzą one do tego tematu i jak realizują swoje programy badawcze zmierzające w kierunku rozwoju nowych technologii, które można wykorzystać w przemyśle – tłumaczy Paweł Stefański. – I wreszcie chcemy również dać garść informacji na temat pozyskiwania środków, które są przeznaczone właśnie na inwestycje, na nowe technologie – dodaje.

PGNiG: W Polsce można już znieść taryfy gazowe, szczególnie dla dużych odbiorców. Rynek poradzi sobie z regulacją cen

Mariusz Zawisza

Polski rynek gazu dojrzał już do zniesienia taryf gazowych – ocenia Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Szczególnie dotyczy to dużych odbiorców. Spółka w tym roku kilkakrotnie obniżała ceny surowca dla odbiorców detalicznych i hurtowych. Rosnąca konkurencja powoduje, że rynek poradzi sobie z regulacją cen – podkreśla prezes spółki.

Uważamy, że rynek jest już tak dojrzały, a dostawców, którzy skutecznie potrafią na tym rynku działać, jest na tyle dużo, że sposób taryfikacji jest pewnym anachronizmem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Zawisza, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. – Rynek sam sobie poradzi z cenami. To jest zderzenie popytu i podaży. A zdrowa walka o klienta powinna się odbywać bez udziału cen regulowanych.

Jak podkreśla, dotyczy to w szczególności dużych odbiorców surowca. I taka sytuacja de facto już ma miejsce. Mimo obowiązywania taryfy od września należąca do gazowego potentata spółka PGNiG Obrót Detaliczny po raz drugi w tym roku obniżyła ceny gazu ziemnego wysokometanowego dla odbiorców detalicznych oraz małych i średnich firm. Dla klientów hurtowych cenę w 2015 roku obniżano trzykrotnie. W rezultacie skumulowana obniżka wyniosła ponad 8 proc. dla klientów detalicznych oraz 15,2 proc. dla klientów hurtowych.

Dla rozwoju rynku kluczowe znaczenie ma także zmiana w zakresie obciążeń związanych z utrzymywaniem zapasów gazu ziemnego w magazynach.

Stoimy na stanowisku, że w równym zakresie także inne podmioty powinny być obciążone tym obowiązkiem. Miałoby to wpływ na poprawę bezpieczeństwa. Obowiązek ten nie powinien spoczywać na jednym podmiocie, czyli na Polskim Górnictwie Naftowym i Gazownictwie, ale również na innych graczach – przekonywał prezes PGNiG podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdrój.

Ustawa o zapasach nakazuje ich utrzymywanie wszystkim firmom, które importują powyżej 100 mln m3 paliwa rocznie. Przedsiębiorcy starają się więc nie przekraczać tego limitu, co oznacza, że zapasy utrzymuje dziś przede wszystkim PGNiG. To zaś wpływa na rozwój rynku i konkurencyjność podmiotów.

Kolejny element kluczowy dla rynku to odejście od obowiązku dywersyfikacji źródeł dostaw. Rynek jest już na tyle dojrzały dzięki rozbudowaniu interkonektorów czy dzięki uruchomieniu niebawem terminala LNG, że w zasadzie moglibyśmy zupełnie od tego wymogu odejść – mówi Zawisza.

Z gazoportem w Świnoujściu, którego komercyjna eksploatacja rozpocznie się w II kwartale przyszłego roku, wiąże się jeszcze jeden postulat PGNiG – socjalizacja, czyli podział kosztów utrzymania terminala między jego użytkowników.

Cel jest taki, aby terminal ze swoimi stawkami stał się realnym źródłem dywersyfikacji i podaży gazu w kraju, żeby nie odstraszał wysokimi stawkami regazyfikacji. Z kolei stawki wejścia na granicy z terminala do systemu gazowego również powinny być zmniejszone w taki sposób, aby była to zachęta dla innych podmiotów do wchodzenia w relację biznesową z terminalem – mówi Zawisza.

ZUS sprawdza pracodawców. W ubiegłym roku 43 tys. z ponad 80 tys. kontroli wykazało nieprawidłowości

0

Elżbieta Żurek

Tylko w ubiegłym roku ZUS przeprowadził ponad 80 tys. kontroli płatników składek, które pozwalają m.in. sprawdzić, czy pracodawcy wywiązują się ze swoich obowiązków względem pracowników. Z tego w blisko 43 tys. przypadków ujawniono nieprawidłowości. Kontrole z zasady mają stać na straży praw ubezpieczonych, ale pomagają też płatnikom w realizacji ich obowiązków.

Kontrole są ustawowym zadaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Mają one za zadanie sprawdzić, jak płatnicy składek wywiązują się z obowiązków. Stoją także na straży praw ubezpieczonych, tak aby wszyscy ubezpieczeni wykonujący pracę w równych warunkach byli objęci ubezpieczeniami społecznymi – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Elżbieta Żurek z Departamentu Kontroli Płatników Składek ZUS.

Podczas wizyty Zakład może sprawdzić, czy płatnik dobrze wywiązuje się ze swoich zadań w zakresie ubezpieczeń społecznych. To przede wszystkim zgłoszenie pracowników do ubezpieczeń oraz weryfikacja obliczania i opłacania składek, do których pobierania zobowiązany jest ZUS. Sprawdzane są również opracowywane wnioski o świadczenia emerytalno-rentowe i zaświadczenia dla celów ubezpieczeń społecznych.

Kontroli nie należy się bać. Oprócz tego, że pozwalają one ocenić prawidłowość wykonywania zadań, to również pomagają płatnikom składek w realizacji obowiązków nałożonych ustawą – podkreśla Żurek.

Kontrola nie może zostać przeprowadzona bez wcześniejszego zawiadomienia. Musi być ono przesłane na piśmie. Kontrola nie powinna się rozpocząć wcześniej niż 7 dni po dostarczeniu zawiadomienia do płatnika i nie później niż 30 dni od doręczenia. Jeśli upłynie więcej czasu, ZUS będzie musiał wysłać ponownie zawiadomienie. Musi się w nim znaleźć informacja o kontrolerze, a poprzez kontakt z nim można ustalić termin kontroli, jej zakres i okres, za który należy przygotować dokumenty.

Każdy płatnik składek powinien przygotowywać się do tej potencjalnej kontroli ZUS przez cały okres prowadzenia swojej działalności. Powinien przez cały okres prowadzenia działalności skrupulatnie przechowywać dokumentację i prawidłowo ją sporządzać. Najlepiej na bieżąco wyjaśniać z ZUS-em wszelkie wątpliwości, tak żeby uniknąć konieczności prowadzenia tej kontroli w ogóle – przekonuje Małgorzata Czerwińska z Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

W ubiegłym roku ZUS przeprowadził 81 tys. kontroli, w 43 tys. przypadków ujawniono różnorodne nieprawidłowości. W 2013 roku na 78 tys. kontroli nieprawidłowości ujawniono w ponad 50 tys. przypadków.

Czas trwania kontroli zależy przede wszystkim od wielkości przedsiębiorstwa. W mikroprzedsiębiorstwach może być to maksymalnie 12 dni roboczych, w małych – 18 dni, średnich – 24, a w pozostałych – 48 dni. Kontrola płatnika, który nie jest przedsiębiorcą, nie powinna natomiast trwać dłużej niż miesiąc, tylko w uzasadnionych przypadkach może zostać wydłużona do dwóch miesięcy.

Płatnik w terminie trzech dni roboczych od momentu rozpoczęcia czynności kontrolnych może złożyć pisemny sprzeciw wobec rozpoczęcia takiej kontroli. Sprzeciw ten jest rozpoznawany w terminie kolejnych trzech dni roboczych przez ZUS i w efekcie wydawane jest postanowienie o zaprzestaniu kontroli albo jej kontynuowaniu – zaznacza Czerwińska.

Postanowienie ZUS-u płatnik może zaskarżyć w terminie do trzech dni, a Zakład powinien rozpatrzeć zażalenie w ciągu siedmiu dni. Jeśli się spóźni, to uznaje się, że sprzeciw był słuszny.

Efektem przeprowadzonej kontroli jest raport, do którego w ciągu 14 dni płatnik może zgłosić zastrzeżenia. Kontroler je rozpatruje i może wówczas podjąć decyzję o przeprowadzeniu dodatkowych czynności. Taki poprawiony raport również musi zostać przekazany płatnikowi.

Wtedy płatnik dobrowolnie wykonuje zalecenia pokontrolne – powinien to zrobić w terminie 30 dni od doręczenia finalnego protokołu. Jeśli nie, Zakład ma możliwość nałożenia kar. Ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych określa katalog wykroczeń przeciwko przepisom ustawy, za popełnienie których płatnik może zostać obciążony karą grzywny do 5 tys. zł – wyjaśnia Małgorzata Czerwińska.

Polska stopniowo uniezależnia się od rosyjskiego gazu. Kolejne interkonektory oraz terminal LNG poprawią bezpieczeństwo energetyczne

Zdzisław Gawlik

Bezpieczeństwo dostaw błękitnego paliwa do Polski z roku na rok rośnie. Możliwości odbioru gazu ziemnego z kierunków zachodniego i południowego od 2009 roku wzrosły ponaddziesięciokrotnie. Interkonektory łączące krajowy system przesyłowy ze słowackim, czeskim i litewskim oraz gazoport w Świnoujściu poprawią jeszcze bezpieczeństwo energetyczne kraju. Dzięki temu wzmocni się pozycja Polski w negocjacjach z dostawcą ze Wschodu.

– Systematycznie z każdym dniem, miesiącem i rokiem bezpieczeństwo energetyczne Polski się poprawia, i to w kwestii zarówno dostępu do energii elektrycznej, jak i wszelkiego typu węglowodorów, czyli paliw płynnych i gazu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zdzisław Gawlik, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.

Przyczynia się do tego przede wszystkim rozbudowa infrastruktury, zarówno wewnątrz kraju, jak i połączenia transgraniczne.

Gaz-System, krajowy operator systemu rozprowadzania błękitnego paliwa, planuje wybudowanie do roku 2023 około 2 tys. nowych gazociągów w zachodniej, południowej i wschodniej Polsce. Tego rodzaju inwestycje łączyły krajową sieć dotychczas głównie z Niemcami (między innymi rewers fizyczny w miejscowości Mallnow).

Interkonektory sprawiły, że możliwość uzyskiwania dostaw gazu z różnych części Europy jest coraz większa – zauważa Zdzisław Gawlik. – Dotąd mieliśmy w zasadzie tylko jednego dostawcę. W stosunku do 2009 roku możliwość dostępu do gazu dostarczanego zza południowej czy zachodniej granicy Polski zwiększyła się ponaddziesięciokrotnie.

Dla bezpieczeństwa energetycznego kraju i regionu Europy Środkowo-Wschodniej kluczowe będzie dokończenie wspieranej przez UE budowy korytarza gazowego Północ-Południe, który ma pozwolić na pełną integrację infrastruktury przesyłowej w tej części Europy. W lipcu br. państwa członkowskie UE zatwierdziły pomoc finansową dla kolejnych dwóch polskich projektów w ramach funduszu Connecting Europe Facility (CEF). Pierwszy z nich to połączenie gazowe Polska-Czechy, które otrzymało wsparcie w wysokości wyniesie 62,6 mln euro na prace budowlane. Drugi dotyczy połączenia Polska-Dania (Baltic Pipe) – tu zostanie przekazane 400 tys. euro  na prace przygotowawcze. Ich realizacją zajmie się Gaz-System wraz z partnerami z Czech i Danii.

W konkursach w ramach CEF organizowanych w 2014 roku dofinansowanie otrzymały połączenie gazowe z Litwą (w wysokości przeszło 300 mln euro), Czechami (w wysokości 1,5 mln euro) oraz Słowacją (pomoc na sfinansowanie prac przygotowawczych o wartości 4,6 mln euro).

Budżet funduszu na energetykę w obecnej perspektywie finansowej wynosi ponad 5 mld euro.

Z punktu widzenia oceny uruchomienia tych urządzeń jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: mamy większe możliwości negocjacyjne przy dostawach gazu z każdej części świata, zwłaszcza paliwa, które dotąd było dostarczane ze strony wschodniej – podkreśla Zdzisław Gawlik.

Wzmacnianiu bezpieczeństwa energetycznego kraju, a także pozycji Polski w negocjacji z Gazpromem służyć ma także uruchomienie terminalu LNG w Świnoujściu. Zgodnie z porozumieniem zawartym w ubiegłym tygodniu między spółką Polskie LNG a wykonawcą, czyli konsorcjum Saipem, rozruch techniczny inwestycji ma się rozpocząć w grudniu. W II kwartale 2016 roku terminal rozpocznie działalność komercyjną.

Skoro mamy już możliwość wyboru, a nie jak dotąd konieczność brania tylko z jednego punktu, to w konsekwencji nasze zdolności negocjacyjne są większe i każdy końcowy odbiorca gazu to odczuwa – tłumaczy Zdzisław Gawlik. – Dowodzi tego ostatnia decyzja PGNiG i Urzędu Regulacji Energetyki dotycząca redukcji stawek za błękitne paliwo.

Skumulowana obniżka cen gazu wysokometanowego w 2015 r. wyniosła ponad 8 proc. dla klientów indywidualnych (detalicznych) oraz 15,2 proc. dla odbiorców hurtowych (bez uwzględnienia programów rabatowych).

Spowolnienie w Chinach zmusza polskich eksporterów do szukania nowych rynków zbytu. Wspiera ich resort gospodarki

Janusz Piechociński

Chińska gospodarka wyhamowuje. Nawet według oficjalnych – uważanych za przesadnie optymistyczne – danych ma w tym roku wzrosnąć tylko o 7 proc. Spada również zapotrzebowanie Chin na importowane produkty – w ciągu roku o blisko 14 proc. Słabsza koniunktura może przełożyć się na niepewność inwestycyjną i zmniejszyć tempo wzrostu światowej gospodarki. Dlatego polskie firmy powinny szukać nowych rynków zbytu. Pomóc w tym mają takie programy resortu gospodarki, jak Go Africa, Go India, a także nowy Go Iran.

Zawirowania w chińskiej gospodarce przynoszą przede wszystkim niepewność, załamania na giełdach i wiele poważnych pytań o kondycję światowej gospodarki. Czy rzeczywiście jesteśmy w fazie wychodzenia ze światowego przesilenia, czy po okresie wpompowania pustych pieniędzy budżetowych wyczerpały się możliwości rozwojowe, o czym świadczy spadek cen właściwie wszystkich surowców oraz spadek zamówień na przewozy w handlu morskim, szczególnie między Azją i Chinami a resztą świata – mówi agencji Newseria Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Z danych chińskiego Głównego Urzędu Celnego wynika, że liczony w dolarach eksport spadł w sierpniu o 5,5 proc. w skali roku, zaś import – o 13,8 proc. To m.in. efekt taniejących surowców, których odbiorcą są Chiny. Gospodarka Państwa Środka hamuje – w drugim kwartale tempo wzrostu gospodarczego wyniosło 7 proc., podobnie jak w pierwszym, a odczyt za ubiegły rok skorygowano w dół do 7,3 proc. Według szacunków analityków w sierpniu tempo to spadło do 6,6 proc. Zawirowania w chińskiej gospodarce mogą się odbić na światowych rynkach. Jak jednak podkreśla Piechociński, Polska nie powinna tego mocno odczuć.

Mamy co prawda z Chinami wielki deficyt handlowy, ale pamiętajmy, że największa po chińskiej gospodarka i światowy eksporter, czyli Niemcy, to miejsce odbioru ponad 28 proc. polskich produktów, akcesoriów i podzespołów – podkreśla wicepremier w rozmowie podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Resort gospodarki, opierając się na danych GUS-u, podaje, że w 2014 roku polski eksport do Chin wzrósł o 5,6 proc. i wyniósł 1,7 mld euro. Jeszcze więcej, bo o 19 proc., wzrósł import, aż do 17,4 mld euro. Tym samym niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro, do 15,7 mld euro.

Znacznie bardziej spowolnienie chińskiej gospodarki mogą odczuć inne kraje.

To dramat Afryki, bo będzie mniejsze zapotrzebowanie na surowce. To także wzrost nacjonalizmów w handlu międzynarodowym, a to przekłada się na dodatkową niepewność inwestycyjną – ocenia Piechociński. – To oznacza, że możliwa jest stagnacji w światowej gospodarce, zwiększenie ceny pieniądza i przesunięcie inwestycji. W związku z tym polska gospodarka potrzebuje więcej aktywności i stabilności.

Polskie firmy coraz chętniej włączają się w wymianę handlową z zagranicą. Rośnie wartość eksportu i udział w światowym wywozie towarów. Z danych resortu wynika, że od 1991 roku wzrósł on blisko 15-krotnie, do ponad 222 mld dol. w 2014 roku. Resort gospodarki chce zachęcić polskie przedsiębiorstwa do większej aktywności na zagranicznych rynkach, nie tylko europejskich. Dlatego ministerstwo od kilku lat realizuje programy, które mają promować polską gospodarkę na obcych rynkach. Przyniosły one wymierne skutki.

W ubiegłym roku wymiana handlowa między Polską a Indiami wyniosła już 2,3 mld euro, przy 1,7 mld w 2013 roku. Projekt Go Africa pozwolił zwiększyć aktywność polskich firm z sektorów budowlanego, wydobywczego, energetycznego, elektromaszynowego czy technologii informacyjnej. Przed rozpoczęciem projektu eksport z Polski do Afryki prowadziło 2,68 tys. firm, rok później było ich już o blisko 280 więcej. Polski eksport do Afryki wzrósł w latach 2012-2014 o 37 proc.

Trzeba pilnować konkurencyjności naszej gospodarki, nie lekceważyć żadnego rynku i pamiętać, że nie tylko w imporcie energii warto dywersyfikować nasz koszyk eksportowy. Stąd programy Go China, Go India, Go Africa, Go Arabia i Go Arctic, a za chwilę duża polska misja gospodarcza do Iranu [25-27 września – red.]. Coraz aktywniej chcemy wchodzić na północno-zachodnią półkulę, a także na trudny, ale ciekawy rynek brazylijski – podkreśla Janusz Piechociński.

Polski eksport do Iranu wyniósł w 2014 roku blisko 35 mln euro, a import 22,4 mln euro. Potencjał nie jest jednak wykorzystywany. Iran jest dużym importerem żywności. Aż 85 proc. produktów rolno-spożywczych jest sprowadzanych z zagranicy.

Nowe pokolenie klientów wpływa na zmiany w centrach handlowych. Rośnie rola nowych technologii

Anna Bartoszewicz-Wnuk

Do 2017 roku na polskim rynku przybędzie 2 mln mkw. powierzchni handlowej. Wraz ze wzrostem liczby centrów handlowych widać wyraźną zmianę zachowań klientów. Większość z nich to bywalcy, którzy centra traktują jako miejsca do spędzenia wolnego czasu i chętnie korzystają z ich oferty usług i rozrywki. Z kolei 30 proc. klientów to entuzjaści zakupów. Duże różnice widać także w nawykach zakupowych przedstawicieli pokolenia X i Y. Do wszystkich tych grup centra muszą dostosować swoje oferty.

– Obecnie rynek powierzchni handlowych w Polsce to 9 mln mkw. Prognozujemy, że do 2017 roku w Polsce będziemy mieć 11 mln mkw. Wraz z przyrostem powierzchni centrów handlowych zmieniają się również zachowania konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor działu badań rynku i doradztwa w JLL, firmie doradzającej w dziedzinie nieruchomości i zarządzania inwestycjami.

Jak podkreśla, klient jest coraz bardziej świadomy, lepiej poinformowany i bardziej wymagający. Oczekuje większej wygody kupowania. Chce, by zakupy były tak proste i szybkie jak w internecie. Ma też większe oczekiwania wobec oferty pozazakupowej obiektów.

– Liczba klientów w centrach handlowych systematycznie rośnie, zwłaszcza w centrach wielofunkcyjnych, które mają miejsca rozrywki, jak kina czy kluby fitness – mówi Jolanta Wawrzyszuk, dyrektor ds. operacyjnych w Atrium Poland.

Badania przeprowadzone wśród klientów centrów handlowych wskazują jednak, że pod względem preferencji i nawyków zakupowych mogą oni znacząco się różnić.

Wspólnie z firmą Atrium przedstawiliśmy podejście behawioralne, które angażuje również pewne cechy psychograficzne klientów. Wyodrębniliśmy wśród nich entuzjastów i bywalców galerii handlowych, a w ramach tych grup dokonaliśmy dalszej segmentacji. Podzieliliśmy odwiedzających galerie handlowe na pięć sylwetek, mówić dokładniej: stylów zakupowych. Każdy obiekt handlowy w Polsce powinien poznać swojego klienta właśnie behawioralnie, a nie demograficznie – mówi Bartoszewicz-Wnuk

Entuzjaści to osoby, które bardzo lubią spędzać czas i robić zakupy w galeriach handlowych. Stanowią oni 30 proc. klientów. Wśród nich są zakupoholicy oraz multiuserzy, czyli osoby, które są na bieżąco z promocjami i korzystają z całego spektrum oferty centrum. Pozostałe 70 proc. to bywalcy, czyli mniej zaangażowani odwiedzający. Wśród tej grupy eksperci wyróżnili trzy typy: towarzyski okazjonalny (traktujący wyjście do centrum jako rozrywkę), niezaangażowany shopper (racjonalny zakupowicz, głównie mody) oraz zadaniowy supermarketowicz (odwiedzający centra relatywnie najrzadziej, ze sprecyzowaną listą zakupów).

Ciekawe różnice występują również w podejściu między pokoleniem X a Y oraz między dużymi miastami, największymi aglomeracjami a ośrodkami miejskimi poniżej 100 tys. mieszkańców – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Pokolenie Y, czyli urodzeni między 1984 a 1995 rokiem, to zupełnie inni klienci niż przedstawiciele pokolenia X (1961-1983). Iksy raczej przychodzą do centrum handlowego z określonym i sprecyzowanym planem. Igreki z kolei częściej szukają inspiracji, bez określonego planu i częściej kupują rzeczy impulsywnie. Pokolenie X częściej wybiera się na zakupy z partnerem lub partnerką, pokolenie Y – sami lub ze znajomymi.

Ludzie z pokolenie X często kupują produkty spożywcze i przemysłowe, rzadziej odzież. Pokolenie Y bardzo chętnie inspiruje się i robi zakupy modowe. Igreki częściej korzystają z oferty food courtów i dużo intensywniej „konsumują” centra handlowe, korzystając z ich bardzo szerokiej oferty: restauracji, kawiarni i kina. Traktują je jako miejsce spotkań, również biznesowych, a także nauki – mówi Małgorzata Komarczuk, dyrektor ds. marketingu w Atrium Poland.

Jak wyjaśnia Anna Bartoszewicz-Wnuk, centra handlowe muszą dostosować ofertę do różnych stylów zakupowych. Chociaż działania marketingowe i komunikacyjne nakierowane są na przedstawicieli dominującego stylu zakupowego, to jednak pozostałe grupy również powinny znaleźć coś dla siebie.

Wśród elementów, które są oczekiwane przez klientów, można wymienić m.in. punkt odbioru towarów zamówionych w internecie z możliwością przymierzenia i ewentualnego zwrotu, punkt informacyjny, szatnię, a nawet opiekę ze strony concierge, czyli osoby, która pomoże nam nieść zakupy, zaniesie je do samochodu, być może nawet zaopiekuje się naszymi dziećmi w trakcie dokonywania zakupów – wyjaśnia ekspertka JLL.

Dla obu grup coraz ważniejsze stają się nowe technologie. 71 proc. iksów i 86 proc. igreków ma smartfon. Młodsi konsumenci w przedziale wiekowym 20-34 lata stale są online, często czytają fora internetowe przed zakupem oraz recenzują produkty. Obie grupy są też aktywne w mediach społecznościowych.

Centra handlowe stawiają głównie na technologie i aplikacje, które są najbardziej dostępne i najbardziej powszechne. Obecnie stosujemy głównie strony internetowe, ale dostępne przez telefon. Komunikujemy się z naszymi klientami także przez najbardziej popularne aplikacje jak Facebook, a w mniejszych miastach np. przez Naszą Klasę – wyjaśnia Jolanta Wawrzyszuk.

Mimo bardzo dużej aktywności w internecie blisko dwie trzecie ankietowanych sporadycznie odwiedza strony internetowe centrów handlowych, a ponad połowa nie śledzi profili tych obiektów.

IMM: O skuteczności monitorowania internetu i portali społecznościowych decyduje odpowiedni dobór aplikacji

Łukasz Jadaś

Monitoring mediów jest dla firm ważnym narzędziem, które nie tylko służy mierzeniu skuteczności działań marketingowych, budowania brandu, promocji produktów i usług, lecz także pozwala zapobiec ewentualnemu kryzysowi w mediach. Eksperci podkreślają, że ważny jest wybór odpowiedniej aplikacji, która pozwoli dokonać pełnej i przejrzystej analizy. Źle dobrana może wręcz zaszkodzić wizerunkowi firmy.

Kluczowy w uniknięciu wszelkich niedogodności związanych ze złym monitoringiem internetu jest wybór dobrej aplikacji takiej, która po pierwsze pozwoli na bieżąco monitorować nieograniczoną liczbę słów kluczowych, i która nie będzie limitowała liczby wzmianek, jakie uzyskujemy w monitoringu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitorowania Mediów.

Po pierwsze, według niego, ważne jest, by monitoring mediów był wolny od spamu.

Tylko wtedy będziemy mogli pracować na czystych wynikach, nie tracąc czasu na odsiewanie i filtrowanie ich własnoręcznie – wyjaśnia Łukasz Jadaś.

Dobry monitoring mediów powinien przedstawiać pełny obraz firmy, jaki wyłania się z internetu, i wymiany zdań w mediach społecznościowych. Ograniczanie go do kilku słów kluczowych odmienianych przez przypadki często nie wystarcza. Łukasz Jadaś przypomina, że język, którym posługują się internauci, zmienia się niezwykle szybko. Dotyczy to również nazw własnych, marek, a nawet nazwisk konkretnych osób.

Warto zwrócić uwagę na liczbę słów kluczowych, które można monitorować. W IMM zmieniliśmy limity tak, że w ramach jednego pakietu można było sprawdzać wszystkie wersje danego słowa, a także różne określenia, na przykład slangowe – wymienia Łukasz Jadaś. – W internecie często nie kupujemy w Biedronce, tylko w Biedrze. Nie mówimy, że poszliśmy na koncert Iron Maiden, tylko na Ironów – wyjaśnia.

Kolejną istotną kwestią jest cel monitorowania mediów. Z jednej strony może ono służyć długofalowej analizie pokazującej wydźwięk, częstotliwość i kontekst komentarzy lub publikacji, a z drugiej może być narzędzie szybkiego reagowania w social mediach.

Jeżeli chcemy wykorzystywać monitoring do bieżącej proaktywnej obsługi klienta, wtedy na pewno najbardziej będzie dla nas ważny fakt szybkości, czyli jak szybko wzmianka na temat naszej marki, firmy czy produktu pojawi się u nas na platformie w wynikach – twierdzi Jadaś.

Szybkie informowanie o dyskusji na temat firmy w sieci dotyczy nie tylko kontaktu z potencjalnymi klientami, lecz także reakcji na krytykę. Ekspert z IMM przypomina, że najnowsze aplikacje są w stanie wysłać SMS do klienta, gdy tylko w sieci pojawiają się na jego temat negatywne komentarze i publikacje. Daje to szansę na szybką reakcję i pokazanie internautom, że ich opinia jest dla danej firmy ważna.

Aplikacja do wyszukiwania wzmianek na temat firmy powinna być według Łukasza Jadasia wykorzystywana stale, choć w przypadku różnych branż częstotliwość występowania szukanych sformułowań będzie różna w zależności od np. pory roku.

– Intensywność wzmianek w wielu branżach jest bardzo uzależniona od okresu w roku. Przykładowo sprawdziliśmy, że wzmianki na temat chorób, przeziębień i grypy mamy przed sobą – twierdzi Jadaś. – Zaczyna się okres przeziębień, więc to jest np. dla firm farmaceutycznych dobra okazja do tego, żeby sprawdzić, kto na Twitterze narzeka na to, że ma kaszel, kto narzeka na to, że ma katar, i zaproponować swoją ofertę – dodaje.

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Kapitan Cichocki podjął 3 próbę opłynięcia świata bez zawijania do portu

Kapitan Tomasz Cichocki znów wypłynął w rejs dookoła świata. Jego celem jest opłynięcie globu jachtem żaglowym, w trybie non stop, czyli bez zawijania do portów i pomocy z innych jednostek.

Tomasz Cichocki jest żeglarzem z przeszło 40-letnim doświadczeniem. W realizowaniu marzeń to  postać z pewnością godna naśladowania. Próbę opłynięcia globu bez zawijania do portów podejmuje po raz trzeci. Pierwsza miała miejsce w 2011 roku – wówczas w ciągu 312 dni udało się opłynąć kulę ziemską, jednak na skutek awarii płetwy sterowej oraz kontuzji Kapitana konieczny był postój w Port Elizabeth w RPA. Podczas drugiej próby jacht musiał zawinąć do portu z powodu złamanego w czasie potężnego sztormu masztu. Tym razem Kapitan nie mógł kontynuować rejsu, ale  jak najszybciej rozpoczął przygotowania do kolejnej wyprawy. Mimo dwóch nieudanych prób Kapitanowi nawet przez myśl nie przeszło, by się poddać. Poprzednich rejsów nie rozpatruje w kategorii porażki, lecz raczej cennego doświadczenia na drodze do realizacji celu.

W swój trzeci samotny rejs Tomasz Cichocki wypłynął jachtem „Glaspo” w sobotę, 12.09.2015 o 10 rano, z portu Atlantico w Leixões nieopodal Porto w północnej Portugalii.  Przy wyjściu z portu z honorami towarzyszyła tomkowi załoga Pogorii, wszyscy uczestnicy „Szkoły pod Żaglami” Kapitana Krzysztofa Baranowskiego.

Szacuje się, że dystans 30000 mil morskich pokona w ok 250 dni. Dokładnej daty powrotu nie da się jednak przewidzieć, gdyż w rzeczywistości trasę wyznacza prognoza pogody. Jacht popłynie pomiędzy Maderą a Wyspami Kanaryjskimi w kierunku brazylijskiego Recife. Następnie, korzystając z prądu brazylijskiego, przepłynie wzdłuż Ameryki Południowej aż do 36 równoleżnika południowego. Na tej szerokości zmieni kurs na wschód i schodząc coraz niżej minie Przylądek Dobrej Nadziei w odległości około 200 mil od lądu. Płynąc pomiędzy 40 a 50 równoleżnikiem południowym, przepłynie Ocean Indyjski i skieruje się w stronę Pacyfiku, mijając od południa Australię i Nową Zelandię. Na Oceanie Spokojnym jacht będzie schodził aż do 58 równoleżnika południowego, aby przejść Cieśninę Drake’a i Przylądek Horn. Ostatni etap to rejs na północ przez Atlantyk i powrót w okolicach kwietnia do mariny Atlantico w Leixões.

Przez ponad 8 miesięcy na wodach całego świata Kapitan będzie musiał liczyć tylko na siebie. Zabiera ze sobą 1200 litrów wody oraz blisko 1 tonę żywności. Na oceanie będzie funkcjonował w wyznaczonym rytmie – po 40 minutach aktywności następuje 20 minut snu. Oczywiście poza sztormami, które w brutalny sposób narzucają swój własny rytm, często przez kilka dni nie pozwalając na zmrużenia oka. Najcięższe warunki i najtrudniejsze wyzwania czekają Kapitana na Oceanie Indyjskim oraz w okolicy  Przylądka Horn, który łączy Pacyfik z Atlantykiem.

Jacht „Glaspo” to  ta sama jednostka, którą Kapitan drugi raz próbował opłynąć świat. Uszkodzony wówczas maszt został wymieniony na grubszy i szerszy. Jacht  posiada też dwa stery – to z kolei wniosek z doświadczenia po pierwszym rejsie, gdzie uszkodzeniu uległa płetwa sterowa.

Kapitan, bogatszy o doświadczenia z poprzednich rejsów, świadomość tego co go czeka, a także pełen jeszcze większej pokory dla oceanu, płynie walczyć o zrealizowanie podjętego wyzwania.

Niech tym razem wiatr będzie pomyślny!

Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015 – przedsiębiorcy i urzędnicy nie stosują się do zaleceń ekspertów

Blisko 45 proc. polskich przedsiębiorców i pracowników administracji publicznej deklaruje, że dokumentacja zawierająca poufne dane jest niszczona poza organizacją, w której się znajduje[1]. Według ekspertów kilkukrotnie zwiększa to ryzyko wycieku poufnych danych z przedsiębiorstwa czy urzędu. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem w tym zakresie jest utylizacja wszelkich nośników wrażliwych danych w miejscu ich przechowywania. Nawet najmniejszy wyciek poufnych danych naraża firmy i instytucje państwowe na ogromne straty wizerunkowe, jak i finansowe. Marcin Sobaniec z HSM Polska w 4 krokach radzi jak uniknąć wycieku poufnych danych z firmy.

„Wyciek danych z przedsiębiorstwa to zmora większości biznesmenów, urzędników i administratorów bezpieczeństwa. Widmo utraty poufnych danych petentów, klientów, kontrahentów czy partnerów biznesowych spędza sen z powiek i jest realnym zagrożeniem dla firm i instytucji publicznych. Skutki utraty firmowych bądź urzędniczych dokumentów mogą być bardzo dotkliwe, jeżeli nie zadbamy o odpowiednią infrastrukturę biurową i szkolenia dla pracowników. Nie ważne czy mówimy o firmie czy urzędzie – liczy się to, aby o bezpieczeństwo dokumentacji dbali pracownicy wszystkich szczebli, nie tylko kadra zarządzająca czy administratorzy bezpieczeństwa oraz IT. Jak się okazuje, newralgiczne dane można utracić na każdym etapie przeprowadzania utylizacji. Porównując skalę możliwych strat i nakłady środków na właściwe zabezpieczenie nośników danych – koszty związane z bezpieczeństwem nie są wysokie, ani też sam proces – skomplikowany. Wystarczy, że zastosujemy się do kilku kluczowych zasad zgodnych z normami bezpieczeństwa i zainwestujemy w nowoczesny sprzęt biurowy. Pamiętajmy, że ponad 90 proc. wycieków zawiera dane osobowe!” – komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Jak poprawisz bezpieczeństwo informacji w swojej firmie? Oto cztery kroki do osiągnięcia sukcesu:

  1. Zorganizuj copyroom – to specjalistyczne pomieszczenie służbowe dedykowane m.in. prawidłowej utylizacji dokumentów. Dzięki temu, że jest ono zabezpieczone przed osobami niepowołanymi oraz monitorowane można sprawować stałą kontrolę nad przeprowadzanymi procesami.
  2. Niszcz dokumenty w firmie – najlepiej ograniczyć ingerencję osób trzecich w proces utylizacji i archiwizacji dokumentów. Outsourcing usług związanych z niszczeniem dokumentów nie jest dobrą praktyką. Im mniej osób ma dostęp do twoich dokumentów tym większe prawdopodobieństwo, że nie wpadną one w niepowołane ręce. Zlecając niszczenie firmom zewnętrznym zwiększasz możliwość wycieku danych.
  3. Edukuj pracowników – przeprowadź szkolenia dla wszystkich pracowników organizacji w celu zaznajomienia ich z zasadami bezpieczeństwa informacji w pracy. Postaraj się, aby gruntowną wiedzę otrzymał każdy, nawet szeregowy pracownik, bo wbrew pozorom to właśnie oni mają często istotny wpływ na losy przedsiębiorstwa.
  4. Stosuj normę DIN 66399 –  musisz informować swoich podwładnych o konieczności stosowania w codziennym życiu jednej z podstawowych norm bezpieczeństwa informacji jaką jest DIN 66399, która pozwala usystematyzować procesy biurowe i ochronić organizację przed czyhającymi zagrożeniami.

Raport „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015” przeprowadzony przez HSM Polska kompleksowo przedstawia proces utylizacji papierowych i cyfrowych nośników poufnych danych oraz poziom zastosowania norm bezpieczeństwa informacji przez polskich przedsiębiorców i urzędników. Wyniki badania pozwalają przedstawić nie tylko aktualną sytuację w tym temacie, ale także wysnuć prognozy na przyszłość. Niniejszy raport to przede wszystkim wielowymiarowe przedstawienie zgromadzonych liczb, danych i staty­styk, obrazujących budowanie świadomości o tym jakie ryzyko niesie za sobą nieprzestrzeganie podstawowych założeń polityki bezpieczeństwa informacji. Jednym z głównym obiektów naszych badań stał się proces utylizacji nośników zawierających poufne dane.

[1] HSM Polska – „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015”

Rosną obawy o kondycję Państwa Środka

Chińska giełda drugi dzień z rzędu wyraźnie spada. Przy takiej skali przeceny rosną obawy czy rządowe działania, aby powstrzymać odpływ kapitału, nie spalą przypadkiem na panewce.

Druga największa gospodarka świata opublikowała w niedzielę gorsze od oczekiwań dane odnośnie produkcji przemysłowej. Wyniosła ona 6,1% wobec prognoz 6,4%. Słabsze były także inwestycje w środki trwałe. W efekcie w poniedziałek chiński parkiet spadł 2,7 %, a dzisiejsze spadki sięgnęły 3%. Niewykluczone, że Ludowy Bank Chin wprowadzi po raz kolejny sztuczne pobudzanie gospodarki poprzez zmiany w ustalaniu kursu juana do dolara. Celem takiego ruchu jest osłabienie swojej własnej waluty, aby zwiększyć konkurencyjność cenową dla eksportu oraz powiększyć marże producentom.

Na eurodolarze obserwujemy od wczoraj wyhamowanie blisko 2-tygodniowych wzrostów. Skala ruchu podobnie jak na amerykańskich indeksach jest niewielka i bardzo możliwe, że do czwartku, czyli do decyzji Fed o stopach procentowych, będziemy się poruszać właśnie w takim obszarze niskiej zmienności.

Kalendarz makro jest dziś dość bogaty w ważne dane. O godz. 10:30 z Wielkiej Brytanii poznamy inflację producencką oraz konsumencką. O godz. 11:00 Niemcy opublikują indeks nastrojów konsumenckich ZEW. O 14:00 dowiemy się jaka była inflacja w Polsce za miesiąc sierpień. O 14:30 mamy informacje odnośnie sprzedaży detalicznej z USA. Kolejne dane ze Stanów ukażą się o 15:15 – produkcja przemysłowa, a o 16:00 – zapasy niesprzedanych towarów.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2610, przeszedł w fazę korekty. Uformowała się formacja trójkąta z górnym ograniczeniem na poziomie 4,2430. Obecnie kurs dotarł do linii wsparcia na poziomie 4,2040. W przypadku dalszych spadków kolejne wsparcie stanowi 50% zniesienie Fibonacciego, czyli poziom 4,1800.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs CHF/PLN od początku lipca znajduje się w trendzie spadkowym. Kurs zbliża się obecnie do linii wsparcia na poziomie 3,8050. Aktualnie górne ograniczenie wyrysowanego kanału spadkowego znajduje się na poziomie 3,8920. W przypadku ruchu na północ, istotnym poziomem bedzie 3,8670, czyli 23,6% zniesienia Fibonacciego.

USD/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs USD/PLN od początku sierpnia znajduje się w trendzie spadkowym. Górne ograniczenie w średnim terminie stanowi poziom 3,7850. W ostatnich dniach kurs poszybował gwałtownie w dół, dzięki czemu udało się wyrysować kanał spadkowy o dość dużym nachyleniu. Górne ograniczenie tego kanału znajduje się na poziomie 3,7250, natomiast wsparcie na poziomie 3,6900.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs GBP/PLN od kilkudziesięciu dni znajduje się w trendzie spadkowym, w ostatnich dniach siła dynamika spadków zyskała na sile. Wyrysowaną formację trójkąta stanowi linia oporu na poziomie 5,8000 oraz linia wsparcia na poziomie 5,7170. W przypadku korekty ważnym poziomem jest 5,7850, czyli 23,6% wsparcie Fibonacciego.

Krzysztof Furmańczak – analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Uszkodzona przesyłka – jak wyegzekwować zwrot pieniędzy za niepełnowartościowy towar?

Problem: Klient zostało oszukany przez firmę kurierską i/lub nadawcę przesyłki. Po rozpakowaniu paczki towar okazał się zupełnie zniszczony i niezdatny do użytkowania. Kurier sporządził protokół szkody, ale wcześniej pobrał należność, co było warunkiem odebrania i otwarcia paczki. Przesyłka leży w niezmienionym stanie od stycznia br., a klient pojedynkuje się z nadawcą, firmą kurierską, ubezpieczalnią oraz serwisem aukcyjnym. Czy istnieją możliwości/działania, które można jeszcze podjąć, by wyegzekwować zwrot pieniędzy? Gdzie należy się zgłosić?

Odpowiedzi udziela Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Uszkodzenia przesyłek nadanych, a następnie dostarczanych przez firmy kurierskie nie zdarzają się często. Jednak w przypadku, kiedy taka sytuacja ma już miejsce, pojawiają się liczne trudności w uzyskaniu odszkodowania za jej uszkodzenie. Powstaje pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za jej uszkodzenie i zobowiązany jest do pokrycia wynikłej szkody: nadawca, firma kurierska czy może ubezpieczyciel?

Jak zaplanować działanie?

Jak opisano w przykładzie, pierwszym (słusznym) działaniem było sporządzenie protokołu w obecności kuriera, w którym zostały zawarte wszelkie okoliczności doręczenia przesyłki, jak również dostrzeżone nieprawidłowości, w tym przypadku znaczne uszkodzenie reflektora w postaci stłuczonego szkła.

Kolejnym krokiem jest zgłoszenie powstania szkody do przewoźnika. Z opisu nie wynika, o jaki podmiot chodzi, należy więc odnaleźć na jego stronie internetowej lub w dostarczonej dokumentacji, jak przebiega postępowanie reklamacyjne. Firmy kurierskie odrębnie bowiem regulują powyższe kwestie. Bardzo istotne jest, aby dopełnić wszelkich wskazanych tam wymogów, np. obowiązku dostarczenia danych dokumentów, takich jak: list przewozowy jako potwierdzenie nadania przesyłki, potwierdzenie wartości uszkodzonego przedmiotu czy sporządzony protokół szkody.

Odpowiedź powinna zostać udzielona niezwłocznie, czyli nie później niż w terminie 30 dni od dnia przyjęcia reklamacji przez przewoźnika. Co ważne, w sytuacji nieudzielenia odpowiedzi należy przyjąć, iż reklamacja została uwzględniona.

W przypadku nieuwzględnienia reklamacji (tj. decyzji odmownej) należy skontaktować się z przewoźnikiem, żądając ponownego rozpatrzenia sprawy, argumentując, iż przesyłka została dostarczona jako uszkodzona, a także zostało to starannie udokumentowane, jak również spełnione zostały pozostałe wymogi – także te, na które powołuje się przewoźnik w decyzji odmownej. W przypadku dalszego negowania odpowiedzialności pozostaje możliwość sądowego dochodzenia roszczeń.

Co w ostateczności?

Z podanego stanu faktycznego wynika, iż przedmiotowe postępowanie likwidacyjne trwa bardzo długo. Wydaje się, iż jest to sytuacja niedopuszczalna. Należy podjąć kroki mające na celu usprawnienie realizacji obowiązku odszkodowawczego firmy kurierskiej, gdyż co do zasady to na niej spoczywa odpowiedzialność za dostarczenie przesyłki w należytym stanie.

Z opisu nie wynika, czy firma kurierska poniosła odpowiedzialność za uszkodzenie przesyłki czy może powstała ona np. na skutek wadliwego zapakowania reflektora przez sprzedającego. W takiej sytuacji odpowiedzialność poniesie ten drugi i to do niego należy kierować wszelkie roszczenia.

Wspomniano, iż zakup został dokonany przy pomocy znanego serwisu aukcyjnego. Warto skorzystać więc z instrumentów ochrony proponowanych przez dany portal. Program Ochrony Kupujących umożliwia uzyskanie rekompensaty do 10.000 zł za nieudane transakcje przeprowadzone w serwisie. Należy jednak spełnić szereg przesłanek, wymienionych na stronie internetowej, takich jak: zgłoszenie sprawy na Policję i dostarczenie postanowienia o wszczęciu dochodzenia/śledztwa. Należy również zachować określone przez zespół portalu terminy. W przedmiotowej sprawie nie jest możliwe skorzystanie z danego Programu, albowiem od dnia zakupu minęło więcej niż 120 dni.

Jeżeli od daty wpływu reklamacji do przewoźnika minęło ponad 30 dni, należy powołać się na konieczność uwzględnienia reklamacji z uwagi tylko na upływ tego terminu. Ponadto można rozważyć możliwość zgłoszenia sprawy do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie stosowania przez przewoźnika praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów. Ewentualne kary wymierzane w razie stwierdzenia takich działań potrafią skutecznie zmobilizować przedsiębiorców do naprawienia szkody. W sytuacji, gdy przedsięwzięte działania nie dadzą rezultatu, należy oczywiście skierować sprawę na drogę postępowania sądowego.

Urlop macierzyński i co dalej?

Urlop macierzyński to niezbywalne prawo każdej świeżo upieczonej mamy, zatrudnionej na podstawie umowy o pracę. Po jego zakończeniu może ona jeszcze wydłużyć go o dodatkowy urlop macierzyński, a później  o urlop rodzicielski. Suma tych wszystkich dni wolnych daje rok, który matka może spędzić z dzieckiem. Urlop jednak się kończy, a kobieta staje przed dylematem – co dalej? Zostać w domu z dzieckiem, a może wrócić do pracy? A może połączyć te dwa elementy i pracować w domu? Tę decyzję należy dokładnie przemyśleć i podjąć ją samodzielnie, nie zwracając uwagi na naciski lub sugestie otoczenia.  

Dla niektórych kobiet pozostanie w domu z dzieckiem jest koniecznością – nie mogą liczyć na pomoc rodziny w opiece nad dzieckiem, brakuje im funduszy na zatrudnienie opiekunki lub dla ich dzieci zabrakło miejsca w żłobku. To sytuacje skrajne, choć nie tak rzadkie w dzisiejszych czasach. Niekiedy jednak to nie sytuacja materialna lub rodzinna wymusza odłożenie podjęcia pracy zawodowej na później – dla niektórych mam najważniejszą rolą jest właśnie rola matki i ona daje im najwięcej satysfakcji i spełnienia.

Mama i urlop wychowawczy

Właśnie dla takich kobiet najlepszym rozwiązaniem będzie urlop wychowawczy, zwłaszcza jeżeli sytuacja finansowa rodziny na to pozwala. Musi jednak zostać spełnionych kilka warunków – między innymi mama, która chce zostać jeszcze przez jakiś czas z dzieckiem, musi być zatrudniona na podstawie umowy o pracę co  najmniej 6 miesięcy. Mamy pracujące na podstawie umów cywilnoprawnych nie mają niestety możliwości opiekowania się potomkiem w domu przez kolejne 36 miesięcy.

Mama i powrót do pracy

Dla niektórych kobiet równie ważne,  co macierzyństwo jest osiągnięcie odpowiedniej pozycji zawodowej.  Posiadanie dzieci nie ogranicza ich możliwości ani ambicji i w żaden sposób nie umniejsza to ich talentów macierzyńskich. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci – jeżeli więc czujemy, że kolejne miesiące w domu nie będą nam służyły, zdecydujmy się na powrót na rynek pracy.

Jeżeli mama uzna, że warto zacząć z powrotem pracować, czeka ją kolejny dylemat – wrócić do poprzedniego miejsca pracy czy poszukać zatrudnienia gdzie indziej. Każde z tych rozwiązań ma swoje zalety.

Powrót do poprzedniego miejsca pracy daje pewien komfort – kobieta zna swoje obowiązki, innych pracowników, atmosferę firmy i kierunek, w którym ona zmierza, łatwiej jest się więc dopasować i łagodniej z powrotem wchodzi w tryb  pracy. Inną korzyścią z takiego rozwiązania jest swego rodzaju pewność zatrudnienia – pracodawca jest zobowiązany zapewnić wracającej z urlopu macierzyńskiego pracownicy warunki zatrudnienia sprzed urlopu. Nie może także bez jej zgody zmieniać warunków umowy o pracę. Może zaproponować jej inne stanowisko pracy, jednak musi być ono zgodne z jej kwalifikacjami i wykształceniem, zaś wynagrodzenie nie może być niższe niż to, które otrzymywała wcześniej. Choć brzmi to dobrze i zachęca kobiety do powiększania rodziny, założenia kodeksu pracy nie zawsze zgadzają się z rzeczywistością.

Mama i praca zdalna

Dla wielu mam dobrym rozwiązaniem okazuje się praca zdalna – pozwala zostać w domu           i osobiście doglądać dziecka, a jednocześnie rozwijać się zawodowo. Coraz więcej firm umożliwia swoim pracownicom pracę z domu. Dla nich samych również oznacza to spore korzyści – nie tylko zmniejsza liczbę wykorzystywanych urlopów wychowawczych i  ogranicza koszty funkcjonowania firmy, ale także pozwala zachować dla firmy doświadczonego                  i wartościowego pracownika. Zazwyczaj dla obu stron to korzystny układ, jednak od pracownicy wymaga zdolności organizacyjnych, samozaparcia i konsekwencji. Nie do przecenienia jest jednak sukces, jakim jest połączenie przebywania z dzieckiem                         i obserwowanie jego rozwoju z pracą zawodową.

Mama i działalność gospodarcza

Kobietom, które zdecydowały się na dziecko, nic nie jest straszne, często więc zakładają własną działalność gospodarczą.  Kusząca w takiej sytuacji jest zwłaszcza możliwość samodzielnego ustalania zakresu obowiązków i organizacji pracy.

Samo założenie działalności gospodarczej nie jest trudne – wystarczy wypełnić formularz CEDIG -1  i zgłosić ją do rejestru przedsiębiorców – CEIDG,  właściwego urzędu skarbowego, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, także Głównego Urzędu Statystycznego (ważną kwestią jest również wybór formy opodatkowania). Zgłoszenie do rejestru przedsiębiorców nie jest absorbujące – można dokonać go przez Internet i w ciągu 7 dni wystarczy złożyć w ZUS zgłoszenie do ubezpieczeń. Później wystarczy już tylko wyrobić pieczątkę i założyć osobne konto bankowe (choć nie przy wszystkich rodzajach działalności gospodarczej jest to wymagane, łatwiej dzięki temu kontrolować finanse firmy).

Decyzje każdego członka rodziny wpływają na jej funkcjonowanie, jednak te podejmowane przez matkę mają szczególne znaczenie. To ona zazwyczaj w większym stopniu zajmuje się niemowlęciem, dlatego jej decyzja o powrocie do pracy, założeniu działalności gospodarczej lub pozostaniu w domu oddziałuje najbardziej na dziecko. Przy całej trosce o potomka nie powinny zapominać o swoich ambicjach i marzeniach. Jeżeli przemawia za tym sytuacja rodzinna i finansowa, nie powinny się wahać, ale tak pokierować swoim życiem, by czerpać z niego satysfakcję.

Anna Hugiel – Lazarowicz, wfirma.pl

Ważna będzie każda minuta

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

Już w czwartek Fed zadecyduje o kształcie polityki monetarnej w USA. W rezultacie na rynkach akcji panuje bardzo duża zmienność. W przypadku amerykańskiego indeksu giełdowego S&P 500 wahania dziennie oscylują wokół 2–3%, a przypomnę, że przez bardzo długi czas amplituda dziennych odchyleń nie przekraczała 1% i już ta wartość była uznawana za wysoką. Oczywiście zmienność dotyczy giełd na całym świecie i obejmuje również takie indeksy, jak Euro Stoxx 50, Nikkei, aż po australijski ASX 200. Moim zdaniem nerwowość utrzyma się aż do czwartku, a o tym, czy w przypadku podwyżki stóp procentowych w USA rynek nawiedzi gwałtowniejsza korekta, czy nie, zadecyduje punkt, w którym znajdzie się rynek na chwilę przed ogłoszeniem decyzji. Jeśli wcześniej notowania istotnie spadną, reakcja może się okazać łagodniejsza. Jeśli urosną, po decyzji może przyjść dotkliwe rozczarowanie.

Decyzji Fedu nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Warto więc przeanalizować, co w kontekście przyszłej koniunktury na rynkach podpowiadają dane makro.

Jeszcze do lipca odczyty z gospodarki oraz wskaźniki wyprzedzające PMI i OECD dla wielu światowych gospodarek utrzymywały się na wysokich poziomach, wskazując na trend wzrostowy. Sierpniowe odczyty wskaźników wyprzedzających dla gospodarek okazały się w dużej mierze gorsze od oczekiwań. Oczywiście nie należy mylić tej obniżki z diametralnym odwróceniem tendencji, jednak nakazuje ona pewną ostrożność i pilniejszą obserwację przy okazji kolejnych, wrześniowych odczytów.

W tym pogarszającym się obrazie można oczywiście znaleźć kraje wyróżniające się na plus. W Europie niewątpliwie Szwajcaria i Włochy. W Azji na pewno Japonia, a ponadto Indie, które jako jedyny rynek wschodzący mogą się pochwalić pozytywnymi prognozami. Warto jednak pamiętać, że do momentu decyzji Fedu dane makro nie będą miały żadnego znaczenia dla inwestorów.

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

Oczy inwestorów zwrócone na Fed

Zakończył się sezon publikacji wyników finansowych spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Czy inwestorzy zdążyli już je na chłodno zdyskontować?

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Wyniki finansowe polskich spółek za II kwartał są neutralne, natomiast ich wpływ na zachowanie cen akcji w poszczególnych segmentach jest zróżnicowany. W przypadku małych i średnich przedsiębiorstw, które do niedawna cieszyły się dużym zainteresowaniem inwestorów, obserwujemy osłabienie dynamiki popytu. Przekłada się to również na ujemny bilans napływów do funduszy inwestycyjnych. Natomiast paradoksalnie do łask wracają akcje bankowe, które jeszcze niedawno traciły średnio nawet po 20%. Inwestorzy zaczynają je powoli akumulować, licząc na to, że powyborcza rzeczywistość okaże się bardziej racjonalna niż radykalne przedwyborcze obietnice. Ogólnie jednak wśród inwestorów przeważa niepokój.

Wydaje się, że podobne obawy inwestorzy żywią obecnie wobec Niemiec?

Rzeczywiście. Choć i tutaj ostrożne podejście do akcji ma swoje uzasadnienie. Niemiecka gospodarka (a co za tym idzie struktura indeksu DAX) jest wyeksponowana na globalny eksport. Spory udział mają w niej firmy przemysłowe, w szczególności motoryzacyjne. To tłumaczy wrażliwość niemieckiej giełdy na ostatnie, słabsze dane z Chin. Bo o ile w pierwszych pięciu miesiącach DAX był bardzo mocny i szybko piął się w górę (na fali oczekiwań, że słabe euro pomoże niemieckim eksporterom), o tyle po niepokojących sygnałach z chińskiej gospodarki szybko oddał wcześniejsze wzrosty.

Kiedy możemy liczyć na poprawę sentymentu?

Kamieniem milowym będzie decyzja Fedu w sprawie podwyżek stóp procentowych. Dlatego im bliżej posiedzenia, tym uważniej inwestorzy spoglądają w kierunku USA. Rozwiązanie tej nurtującej inwestorów kwestii to katalizator zmian sentymentu.

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI, o decyzjach zakupowych inwestorów na GPW oraz zachowaniu niemieckiej giełdy.

W wakacje rekordowa sprzedaż samochodów osobowych w Polsce i Europie

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że salony samochodowe w Unii Europejskiej miały pracowite wakacje. Sprzedaż nowych samochodów osobowych wzrosła zarówno w lipcu jak i sierpniu, odpowiednio o 9,5% i 11% r/r. W Polsce było jeszcze lepiej – liczba rejestracji nowych osobówek w miesiącach wakacyjnych była najwyższa od kilkunastu lat (+16% w lipcu i +18% r/r w sierpniu). Przedstawiciele Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, podkreślają, że ścieżkę wzrostów utrzymujemy dzięki zakupom firmowym. Klienci indywidualni wciąż zdecydowanie częściej wybierają auta używane.

W lipcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 29 654 nowych samochodów osobowych, czyli aż o 16% więcej niż w tym samym miesiącu 2014 r. Natomiast w sierpniu Polacy zarejestrowali 23 559 osobówek (+17,8% r/r). To w sumie daje 230 985 samochodów osobowych  zarejestrowanych od początku roku., co oznacza 4,3% dynamikę rok do roku[1]. – Tegoroczne wakacje, podobnie jak te w ubiegłym roku, okazały się pracowite dla salonów samochodowych. Zarówno w lipcu, jak i sierpniu odnotowaliśmy rekordowe wzrosty w porównaniu do wyników z kilku  ostatnich lat. To cieszy, jednak musimy wziąć pod uwagę, że ten optymizm zawdzięczamy przede wszystkim firmom. Ich udział w zakupach oscylował na poziomie 70%, podczas gdy klienci indywidualni korzystali z wakacji i zdecydowanie rzadziej myśleli o zakupie nowego samochodu – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

Europa rośnie nieprzerwanie od dwóch lat

Na europejskim rynku samochodów osobowych w wakacje utrzymywał się wzrostowy trend rozpoczęty dwa lata temu. Sierpień był dwudziestym czwartym miesiącem z rzędu, w którym sprzedaż samochodów osobowych w UE odnotowała wzrost. Europejczycy kupili niemal 745 tys. nowych osobówek, czyli o ponad 11% r/r więcej niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. Lipiec, jak to bywa najczęściej, był zdecydowanie lepszy – producenci sprzedali ponad 1,1 mln aut osobowych (+9,5% r/r). Łącznie, po ośmiu miesiącach w UE zarejestrowano ponad 9 mln aut, co daje 8,6% dynamikę r/r.[2] – Sytuacja na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych w Europie jest bardzo stabilna. Obserwujemy comiesięczne wzrosty na największych rynkach takich jak Niemcy, Wielka  Brytania czy Francja, ale także w Hiszpanii i Włoszech. Pozytywną perspektywę sprzedaży samochodów w kolejnych miesiącach potwierdza również fakt obecnej wysokiej produkcji wśród producentów samochodowych oraz sektora poddostawczego, który realizuje złożone w salonach zamówienia. Oczywiście przekłada się to również na ilość zleceń kontroli jakości, które otrzymujemy z tych fabryk – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Od stycznia do sierpnia najwięcej nowych samochodów osobowych wyjechało z salonów
w Niemczech (2,1 mln; +5,6 r/r). Na drugim miejscu znalazła się fenomenalna Wielka Brytania z 1,6 mln zarejestrowanych osobówek (+6,7% r/r), która od czterdziestu dwóch miesięcy z rzędu odnotowuje wzrosty. Trzecie miejsce przypadło Francji (1,3 mln; +5,9% r/r).

W Polsce nadal liderem Skoda, w UE Volkswagen

W ciągu ośmiu miesięcy tego roku najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda, za nią uplasowali się Toyota i Volkswagen. Numerem jeden wśród modeli pozostaje Oktavia. W Europie nadal najlepiej radzi sobie marka Volkswagen
z ponad 1 mln sprzedanych aut.

2015 rok zakończymy w Polsce na plusie

Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, uważa, że rekordowe wyniki sprzedaży w miesiącach wakacyjnych pozwalają z optymizmem patrzeć na wrzesień i ostatni kwartał tego roku. – Liczba 340-350 tys. rejestracji nowych osobówek w tym roku, co da nam ok. 4-7% wzrost r/r, wydaje się jak najbardziej realna. Pomocne w osiągnięciu tego wyniku z pewnością są spadające ceny paliwa, możliwość odliczania VAT-u od paliwa wśród przedsiębiorców oraz uruchamiane przez dilerów samochodowych już od września wyprzedaże roczników. Nadal jednak uważam, że zarówno klienci indywidualni, jak i firmy, potrzebują wsparcia od rządu, na przykład w postaci dopłat do zakupu nowego samochodu, jak to miało miejsce w Hiszpanii, czy poprzez rezygnację z obostrzeń w doliczeniu VAT, z czym mieliśmy do czynienia na Słowacji – ocenia przedstawiciel Exact Systems.

[1] Na podstawie danych PZPM: http://www.pzpm.org.pl/pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Sierpien-2015r

[2] Dane ACEA obejmujące państwa członkowskie Unii Europejskiej, poza Maltą

Polski eksport na wschód jest coraz mniejszy. Rosja traci na znaczeniu bo polskie firmy znalazły lepszych partnerów na świecie

Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny ds. oceny ryzyka Atradius Credit Insurance

Rynek rosyjski ma coraz mniejsze znaczenie dla polskiej gospodarki. Wynika to zarówno z sankcji, jakimi Moskwa obłożyła część polskich towarów, jak i z kryzysu, w jakim pogrąża się gospodarka tego kraju. Rosjanie coraz mniej kupują, a tamtejsze firmy mają problemy z płatnościami.

W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku, jak podał GUS, polski eksport, liczony w złotych wzrósł o 5,9 proc. Jego wartość sięgała prawie 422,8 mld zł. Do Rosji trafiło w tym czasie tylko 2,9 proc. towarów wyeksportowanych przez polskie firmy, gdy jeszcze w analogicznym okresie ubiegłego roku sprzedaż towarów i usług do Rosji stanowiła 4,3 proc. polskiego eksportu. Wartość wysłanych nad Wołgę towarów spadła tym samym o niemal 30 proc., licząc w złotych, a o 42 proc., licząc w dolarach.

– Generalnie ten rynek ma coraz mniejsze albo nie aż takie duże znaczenie jak miał 10 lat temu dla Polski, dlatego też udział dla większości polskich eksporterów tego rynku w całości przychodów nie jest aż tak znaczący, żeby mógł zatrząść nimi w posadach podkreśla  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny ds. oceny ryzyka Atradius Credit Insurance. – Oczywiście słyszymy o różnych przypadkach, typu upadłość firmy Atlantic, której problemy na Ukrainie czy Rosji miały duży wpływ, ale mamy też firmy takie jak LPP czy inne, które działają na tamtym rynku i one sobie z tym radzą.

Od czasu aneksji Krymu i zaostrzenia konfliktu z Ukraina, Rosja ma coraz większe problemy. Unijne i amerykańskie sankcje ograniczyły dostęp tego kraju do inwestycji i kredytów, a konsekwentne starania USA o obniżenie światowych cen ropy sprawiły, że dochody Rosji ze sprzedaży tego surowca radykalnie spadły. W rezultacie PKB wzrosło tam w zeszłym roku o 0,6 proc, a w obecny, według różnych szacunków ma spaść o 3 do 5 proc. W pierwszym półroczu rosyjska gospodarka skurczyła się o 3,5 proc. Rezerwy walutowe tego kraju, które jeszcze w końcówce ubiegłego roku wynosiły ok. 400 mld dolarów, obecnie zamykają się kwotą 358 mld dolarów.

– Rosyjski popyt wewnętrzny jest kiepski, wystarczy tutaj zobaczyć popyt i sprzedaż nowych aut w Rosji zwraca uwagę Arkadiusz Taraszkiewicz. – Było to 900 tys. z kawałkiem za pierwsze 6 miesięcy, to był spadek prawie 30 proc. rok do roku. Samochody są dobrem luksusowym, na które ludzie sobie pozwalają jak wszystko idzie dobrze i to pokazuje jak ludzie zaczynają zaciskać pasa, zaczynają od samochodów, przechodzą na tańsze produkty, żeby ograniczyć wydatki. Ten rynek zarówno dla polskich producentów, jak i partnerów z Europy Zachodniej będzie bardzo trudny w najbliższych miesiącach, tym bardziej, że sytuacja polityczna wciąż jest daleka od rozwiązania i wiele może się zdarzyć w kontekście porozumień mińskich i dalszej sytuacji na Ukrainie.

Słabnąca rosyjska gospodarka przekłada się też na coraz trudniejszą współpracę z tamtejszymi firmami. Od czasu nałożenia na ten kraj sankcji związanych z zajęciem Krymu coraz bardziej brakuje im gotówki.

– Firmy coraz częściej starają się zatkać tę dziurę płynnościową poprzez przedłużanie terminów płatności do dostawców nie tylko z Polski, ale z innych krajów mówi dyrektor regionalny ds. oceny ryzyka Atradius Credit Insurance. I to jest widoczne. Czyli tam, gdzie firmy do tej pory były dosyć sporo zadłużone mają problemy z uzyskaniem nowego finansowania bądź jego przedłużenia, pierwsze, co robią, to zatrzymują płatności do swoich kontrahentów zagranicznych, a bardziej faworyzując lokalnych kontrahentów.

Generalnie można jednak powiedzieć, że polski handel z Rosją ustabilizował się na obecnym poziomie. Ryzyko w relacjach z tym krajem jest spore, ale znane.

– Ryzyko jest niejako już wzięte pod uwagę przez zarządzających firmami, które współpracują lub eksportują do Rosji  ocenia Arkadiusz Taraszkiewicz z Atradius Credit Insurance. Czyli firmy biorą pod uwagę zarówno nieprzewidywalność kursów walut, mówimy tutaj o rublu w stosunku do euro czy dolara, jak i również problemy rosyjskich przedsiębiorstw w zaciąganiu nowych pożyczek czy kredytów jak również ten aspekt sankcji, gdzie wiadomo, że niektóre produkty nie mogą być eksportowane w związku z sankcjami ze strony Rosji, albo niektóre nie mogą być eksportowane w związku z sankcjami ze strony Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych. 

Zmniejszył się nie tylko polski eksport do Rosji, ale i import z tego kraju. Jeszcze przed rokiem udział Rosji w imporcie wynosił 11 proc. i dawał jej drugie po Niemczech miejsce wśród krajów, z których Polska sprowadzała towary. Od stycznia do lipca 2015 r. udział ten nie sięgnął nawet 8 proc., a na pozycji wicelidera Rosję zastąpiły Chiny.

Intrum Justitia chce działać na rynku wierzytelności energetycznych. Planuje też podwoić swój udział w rynku spraw na zlecenie klientów

Jolanta Piasecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Intrum Justitia

Polski rynek wierzytelności czeka ożywienie, gdy trafią tam niezapłacone rachunki za gaz czy energię elektryczną. Na razie dostawcy w Polsce nie korzystają z outsourcingu energetycznego, ale ponieważ jest on stosowany w innych krajach, jest tylko kwestią czasu to, by trafił i tu – uważa specjalizująca się w windykacji firma Intrum Justitia.

Prawidłowo prowadzona windykacja pozwala ograniczać zatory płatnicze, które są jedną z najpoważniejszych przeszkód w rozwoju firm. Tymczasem z raportu na temat zaległości płatniczych firmy Bisnode D&B wynika, że w Polsce na czas płaci się 44 proc. faktur. To najlepszy wynik od pięciu lat, w zeszłym roku zaległości płatnicze w Polsce sięgały 14 mld zł. Z możliwości, jakie rynek oferuje firmom windykacyjnym, chce skorzystać Intrum Justitia.

– Jesteśmy dużą firmą zatrudniającą około 600 osób, dynamicznie lokującą zatrudnienie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jolanta Piasecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Intrum Justitia. – Na pewno planujemy inwestycje w kupno kolejnych portfeli, bo to jest rynek, który wciąż jest i przez wiele lat jeszcze pozostanie dla nas interesujący, chcemy także zwiększyć nasz udziału w rynku obsługi na zlecenie.

Z raportu Konfederacji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że liczba wierzytelności zarządzanych przez firmy skupione w KPF w ciągu 5 lat wzrosła 2,5-krotnie, a ich nominalna wartość w tym okresie zwiększyła się prawie 3-krotnie, do ponad 58 mld zł w I kwartale 2015 roku. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku wzrost wyniósł niemal 27 proc.

– Za rok chcielibyśmy co najmniej podwoić nasz udział w rynku spraw na zlecenie naszych klientów, czyli osiągnąć minimum 14-15 proc. udziału w rynku deklaruje  Jolanta Piasecka. Chcielibyśmy także, żeby nasze rozmowy z sektorem, który nie outsourcuje wierzytelności, przyniosły wreszcie oczekiwany skutek i abyśmy mogli te firmy wdrażać w procesy windykacyjne.

Chodzi o sektor energetyczny, w którym windykacja na zlecenie jest w Polsce śladowa. Natomiast, jak podkreśla Piasecka, w Skandynawii wszystkie firmy energetyczne zlecają na zewnątrz odzyskiwanie zaległych płatności.

– Dostrzegamy na polskim rynku znaczącą lukę zwraca uwagę dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Intrum Justitia. Krajowe spółki energetyczne praktycznie nie handlują swymi trudnymi wierzytelnościami. Tymczasem zaległe rachunki za prąd czy gaz, zarówno klientów indywidualnych, jak i firm, byłyby bardzo atrakcyjnymi walorami dla branży windykacyjnej.

Intrum Justitia jest firmą skandynawską. Powstała w 1923 roku w Szwecji i obecnie prowadzi bezpośrednią działalność w 20 krajach. Jest notowana na Sztokholmskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

Geotrans liczy na wyższe przychody w 2016 r. Z powodu nowego prawa przetargi powinny opiewać na wyższe kwoty

0

Roczna produkcja komunalnych osadów ściekowych w Polsce wynosi ok. 650 tys. ton. Według prognoz do końca dekady ich ilość może wzrosnąć o kolejne 100 tys. Dodatkowo od 1 stycznia 2016 roku w życie wchodzi przepis zakazujący oczyszczalniom składowania odpadów tego typu. Spółka Geotrans specjalizująca się w zagospodarowaniu ścieków liczy na wzrost osadów do utylizacji i tym samym zwiększenie wartości ogłaszanych przetargów. Na przyszły rok zapowiada pierwszą ewentualną akwizycję.

– Jesteśmy jedną z większych firm zajmujących się stricte zagospodarowaniem osadów ściekowych. Rozwijamy się poprzez ekspansję geograficzną, w ten sposób pozyskujemy nowe obszary rynku, oraz poszerzamy zakres na tych obszarach, na których jesteśmy obecni – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Weremczuk, prezes zarządu Geotrans.

Jak tłumaczy Weremczuk, Geotrans obsługuje bądź obsługiwał wszystkie największe przetargi na zagospodarowanie komunalnych osadów ściekowych na terenie województw dolnośląskiego oraz opolskiego. Z jednej strony pozwoliło to na bardzo dobre poznanie specyfiki lokalnego rynku, z drugiej ograniczenie się do obszaru tylko tych regionów hamowało nasz rozwój. W związku z tym spółka rozpoczęła ekspansję geograficzną, rozszerzając zasięg działania na kolejne województwa. Wywodząca się z Wrocławia spółka działa już także w Lubuskiem, Wielkopolsce, Małopolsce i na Górnym Śląsku. Za dwa lata ma być obecna także w województwach kujawsko-pomorskim, pomorskim, zachodniopomorskim, łódzkim, świętokrzyskim i na Mazowszu.

Nadzieje na wzrost przychodów Geotrans wiąże jednak nie tylko z ekspansją geograficzną.

– Również zmiany prawa, które nadejdą z nowym rokiem, związane z zakazem magazynowania ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych spowodują zwiększone ilości osadów w przetargach, więc te przetargi będą na wyższe kwoty – wyjaśnia prezes wrocławskiej spółki.

Strategia spółki Geotrans nie wyklucza także rozwoju poprzez akwizycję, a według prezesa Weremczuka pierwsze przejęcie może mieć miejsce już w przyszłym roku.

– Największym cenotwórczym elementem jest transport, czyli odległość miejsca zagospodarowania od oczyszczalni ścieków, z której odpad byłby odbierany, to jest jedna kwestia – tłumaczy Przemysław Weremczuk.

Drugim z czynników wpływającą na rentowność spółek z branży są koszty zagospodarowania odpadów. Ponoszone nakłady zależą w duże mierze od lokalizacji obiektów służących do utylizacji. Zdaniem prezesa zarządu giełdowej spółki ogólny obraz rynku zależy głównie od konkurencji i kwot uzyskiwanych w przetargach.

– Trudno jest mi o tym mówić, ponieważ każdy przetarg rządzi się swoimi prawami i swoimi cenami. Konkurencja go tak naprawdę ustala – podsumowuje Przemysław Weremczuk.

Spółka Geotrans w I półroczu bieżącego roku miała 3,1 mln zł przychodów (wzrost o 31 proc. rok do roku). Zysk operacyjny wyniósł niemal 974 mln zł, dwa i pół razy więcej niż rok wcześniej. Zysk netto zamknął się natomiast kwotą ponad 927 tys. zł, co oznacza ponadtrzyipółkrotny wzrost. Wrocławska firma jest niedawnym debiutantem giełdowym. Akcje spółki weszły do obrotu na rynku NewConnect 18 sierpnia 2015 roku. W ciągu dwóch lat może nastąpić ich przeniesienie na rynek główny.

L. Balcerowicz: bez niezbędnych reform gospodarczych Polska przestanie doganiać bogatsze kraje Zachodu

Leszek Balcerowicz

Największe problemy, z którymi boryka się polska gospodarka, to starzejące się społeczeństwo i coraz mniej rąk do pracy, niska stopa inwestycji oraz słaby poziom ogólnej efektywności – wynika z raportu Forum Obywatelskiego Rozwoju. Na pozytywny scenariusz rozwoju gospodarczego mamy szansę, ale pod warunkiem wprowadzenia zmian w polityce oraz przeprowadzenia gruntownych reform gospodarczych. W przeciwnym razie ponownie zaczniemy tracić dystans do państw Zachodu.

Scenariusz braku reform, zarówno tych rynkowych, jak i tych dotyczących funkcjonowania państwa, np. wymiaru sprawiedliwości, oznaczałby, że Polska przestanie praktycznie doganiać bogatsze kraje Zachodu po 25 latach dużego sukcesu. To by oznaczało, że nadal setki tysięcy ludzi wyjeżdżałyby z Polski w poszukiwaniu lepszej pracy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju.

W praktyce dogonienie nawet mniej zamożnych państw Europy Zachodniej, jak Włoch czy Hiszpanii, stanie się mało realne.

Druga opcja wskazywana przez Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) to scenariusz kryzysowy. W tym przypadku nie tylko brakuje głębokich reform, lecz także występują antyreformy, czyli np. obniżenie wieku emerytalnego, a także gwałtowne pogorszenie stanu finansów publicznych i upolitycznianie gospodarki.

W tym scenariuszu najprawdopodobniej Polska zaczęłaby się cofać wobec krajów rozwiniętych i groziłby nam poważny kryzys fiskalny – mówi Balcerowicz.

Eksperci FOR wskazują na podstawie doświadczeń innych krajów, że kryzys w finansach publicznych może oznaczać spadek PKB o co najmniej 5-10 proc.

Jedyny dobry scenariusz, który proponujemy, to jest scenariusz kompleksowych reform, które nie są wcale bolesne. Często używa się sloganu, że reformy zawsze są bolesne. Owszem są, ale dla polityków, którzy lubią dużo władzy w gospodarce, lubią przedsiębiorstwa państwowe, żeby wywierać bezpośrednio interwencje, lubią uchwalać dużo praw bez kontroli. Natomiast dla społeczeństwa reformy oznaczają poprawę warunków życia – mówi prof. Leszek Balcerowicz.

Ekonomista podkreśla, że są trzy główne zagrożenia dla dalszego rozwoju gospodarki. Po pierwsze, grozi nam spadek zatrudnienia. To przede wszystkim efekt zmian demograficznych. Eksperci FOR podkreślają, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie spadać (do 2040 roku może spaść o 2,4 mln osób). Po obniżce wieku emerytalnego do 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet spadek sięgnąłby 4,5 mln osób.

Reformy powinny więc dotyczyć aktywności zawodowej osób starszych (np. przez eliminację możliwości przedwczesnego opuszczania rynku pracy), kobiet (łatwiejsze łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych), a szczególnie osób młodych, ułatwiając im wejście na rynek pracy.

To wymaga również rozumnej polityki imigracyjnej. Niemcy przyjmują setki tysięcy uchodźców nie tylko z poczucia odruchu moralnego, co jest bardzo chwalebne, lecz także z czystej kalkulacji, że potrzebują więcej młodych ludzi, którzy pracowaliby na starszych Niemców – ocenia Balcerowicz.

Drugim istotnym problem jest niska stopa inwestycji, która decyduje o ilości kapitału w gospodarce. FOR podkreśla, że należy ona do najniższych w regionie. W ostatniej dekadzie średnia stopa inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej wynosiła 26 proc., a w Polsce – 21 proc.

To jest w dużej mierze spowodowane tym, że mamy zalew złego prawa tworzonego w parlamencie, proponowanego przez rządy i przez różne partie polityczne – ocenia przewodniczący Rady FOR. – W 2014 roku uchwalono w Polsce kilka razy więcej ustaw niż w Czechach i na Słowacji. To jest biegunka legislacyjna, która przechodzi w orgię podlizywania się grupom nacisku, np. frankowiczom.

FOR rekomenduje m.in. uproszczenie systemu podatkowego i usprawnienie działalności sądów.

Balcerowicz negatywnie ocenia tempo wzrostu ogólnej efektywności gospodarki.

Na nią składają się zmiany strukturalne, innowacyjność, transfer technologii i usuwanie marnotrawstwa. Tempo wzrostu jest nadal dodatnie, ale o wiele niższe niż było parę lat temu i za tym kryje się brak konkurencji, subsydiowanie niewydajnych sektorów, np. kopalń, czy spowalnianie reform w rolnictwie w postaci przechodzenia do innych sektorów – wymienia Balcerowicz.

Dla przykładu, 40 mld zł dotacji dla rolnictwa zachęca do pozostawania w tym sektorze. Z drugiej strony przejście do innych sektorów jest utrudnione, np. z racji braku mieszkań na wynajem w rozwijających się miastach. Szybszemu wzrostowi produktywności może sprzyjać dokończenie prywatyzacji oraz eliminacja regulacji ograniczających zakres konkurencji.

Dotychczasowe prognozy gospodarcze dla Polski są relatywnie korzystne. Zagrożenia, o których mówię, nie dotyczą najbliższego roku czy dwóch, ale dalszej perspektywy. A jeżeli na świecie miało być trudniej, co jest prawdopodobne ze względu na poważne problemy Chin i kłopoty z wyjściem z tej bardzo łatwej polityki monetarnej przez kraje strefy euro, to tym bardziej w Polsce potrzebne są wzmacniające reformy – podkreśla Balcerowicz.

Francuzi oferują Polsce okręty podwodne i rakiety manewrujące z pełną autonomią w ich wykorzystaniu i serwisowaniu

Xavier Mesnet

Przetarg na trzy okręty podwodne dla Marynarki Wojennej może zostać rozpisany w najbliższych miesiącach. Jeden z oferentów, stocznia DCNS, deklaruje, że zakup francuskich okrętów wraz z pociskami manewrującymi da polskiej armii pełną niezależność w ich eksploatowaniu. Sposób ich wykorzystania zależny będzie wyłącznie od decyzji polskich władz. Dodatkowo okręty będą w pełni serwisowane przez polskie stocznie, co wzmocni krajowy przemysł.

Zgodnie z zapowiedziami MON trzy okręty podwodne mają być zakupione wraz z pociskami manewrującymi. Francuski koncern deklaruje, że proponowane okręty klasy Scorpène będą posiadały w pełni zintegrowane pociski manewrujące NCM, produkcji francuskiego oddziału koncernu MBDA. To ma gwarantować Polsce pełną niezależność w ich wykorzystaniu. Jak podkreślają jego przedstawiciele, to odróżnia francuską ofertę od konkurencji.

Głównym celem naszej oferty jest zaoferowanie Polsce niezależności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Xavier Mesnet, dyrektor ds. marketingu i rozwoju w pionie okrętów podwodnych w DCNS. – To autonomia w dwóch aspektach. Pierwszy z nich to niezależność w operacyjnym wykorzystania okrętu Scorpène wraz z napędem niezależnym od powietrza AIP i pociskami manewrującymi, które są w pełni zintegrowane z tym okrętem. Integracja pocisków NCM przetestowana została przez nas w ramach francuskiego programu budowy okrętów podwodnych Barracuda, z których pierwszy zwodowany zostanie w przyszłym roku.

Pociski manewrujące to kluczowy element nowoczesnych okrętów podwodnych. Dzięki nim polskie okręty będą mogły odstraszać wroga. Taka broń oznacza, że posiadający ją kraj może wykonać dotkliwe uderzenie na strategiczne cele ewentualnego agresora. Pociskami dalekiego zasięgu można precyzyjnie atakować cele położone wiele setek kilometrów w głębi lądu, a dzięki umieszczeniu ich na okrętach podwodnych są bardzo trudne do wykrycia i zniszczenia przez nieprzyjaciela. Zwiększa się też znacznie liczba potencjalnych celów, bo okręty mogą stacjonować daleko od polskich granic.

DCNS proponuje, by okręty były budowane w gdyńskiej stoczni Nauta. Oba podmioty już dziś ściśle współpracują. Choć pierwsza jednostka powstać ma w większości we Francji, to przewidziany jest znaczący udział polskich pracowników w jej budowie. Kolejne okręty powstać mają już w polskiej stoczni. Sama budowa będzie się wiązała ze stworzeniem ok. tysiąca miejsc pracy. Wiele osób znajdzie też zatrudnienie w procesie serwisowania okrętów przez kolejne 30-40 lat.

Drugim aspektem jest niezależność w serwisowaniu okrętów – deklaruje Mesnet. – Nasza oferta zapewnia, że Polska będzie całkowicie autonomiczna w zakresie serwisowania i remontowania okrętów podwodnych. To oznacza, że będziemy szkolić pracowników i przekazywać im wiedzę, zarówno we Francji, jak i w Polsce, tak by polski przemysł mógł uczestniczyć w budowie okrętów i zupełnie samodzielnie je serwisować. Według zapowiedzi koncernu ma to pomóc budować potencjał polskiego przemysłu stoczniowego.

Przetarg na zakup trzech okrętów podwodnych o wartości ponad 7,5 mld zł może zostać rozpisany w najbliższych miesiącach. Zgodnie z zapowiedziami podpisanie umowy miałoby nastąpić najpóźniej na początku 2017 roku. W latach 2020-2025 jednostki mają być dostarczone polskiej armii.

Pendolino przyciąga pasażerów do PKP Intercity. Spółka po raz pierwszy od lat notuje wzrosty frekwencji

Jacek Leonkiewicz, prezes PKP Intercity

PKP Intercity odzyskuje pasażerów. Do końca sierpnia spółka przewiozła blisko 20 mln pasażerów, czyli o 20 proc. więcej niż przed rokiem. Polacy doceniają nowy tabor, w tym Pendolino, szybsze przejazdy i tańsze bilety. Plan na cały rok zakłada 30 mln pasażerów. Byłoby to niemal o 5 mln więcej niż rok temu.

To jest pierwszy rok od wielu lat, kiedy w PKP Intercity liczba pasażerów rośnie. Pasażerowie głosują nogami, ewidentnie podoba im się nowy tabor – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Leonkiewicz, prezes PKP Intercity. – Ale sam tabor to nie wszystko. Znacznie skracamy czasy przejazdów, dopasowujemy oferty do potrzeb naszych klientów, naszych pasażerów. To wszystko sprawia, że ludzie wracają.

Ostatnie dane Urzędu Transportu Kolejowego obejmują okres od stycznia do lipca – w tym czasie PKP Intercity przewiozło ok. 17 mln pasażerów. Udział przewoźnika w rynku wzrósł do 10,5 proc. W sierpniu ruch wzrósł o 27 proc. w ujęciu rocznym – spółka przewiozła 3,2 mln pasażerów.

Przewoźnik już od początku roku co miesiąc zwiększa liczbę pasażerów w stosunku do 2014 r. Od marca wzrosty są dwucyfrowe. Jednak w poprzednich latach PKP Intercity traciło pasażerów. Najlepszy wynik (51,7 mln osób) odnotowało w 2009 r. po przejęciu połączeń dalekobieżnych od Przewozów Regionalnych. Po pięciu latach spadków w 2013 r. spółka przewiozła jedynie 25,5 mln pasażerów.

PKP Intercity wraca do gry i jesteśmy bezkonkurencyjni na wielu relacjach – zapowiada Leonkiewicz. Ocenia: – To w dużej mierze dzięki Pendolino. Wprowadzenie tych pociągów spowodowało naturalny wzrost pasażerów na relacjach, na których ten pociąg się porusza. Oprócz tego było też magnesem dla pasażerów, którzy podróżują na relacjach, gdzie tego pociągu nie ma.

Pociągi ED250, czyli produkowane przez Alstom składy Pendolino, zostały wprowadzone na tory 14 grudnia 2014 r. Kursują na trasach z Warszawy do Trójmiasta, Krakowa, Katowic i Wrocławia. PKP Intercity wdrożyło już do ruchu wszystkie 20 składów Pendolino.

– Niebawem będziemy prezentowali zarys naszego nowego rozkładu jazdy, który wprowadzamy od grudnia tego roku. Zakłada on znaczne zwiększenie pracy eksploatacyjnej. Jeszcze bardziej zagęścimy relacje, jeszcze więcej pociągów będzie na obsługiwanych relacjach. Pojawimy się w kilku nowych miejscach i stale skracamy czasy, więc atrakcyjność jeżdżenia z PKP Intercity jeszcze wzrośnie – zapowiada Leonkiewicz.

W nowym rozkładzie przewoźnik wykorzysta nowe elektryczne zespoły trakcyjne szwajcarskiego Stadlera (model FLIRT3) i bydgoskiej Pesy (nowy model DART). PKP Intercity zamówiło po 20 składów. Dzięki nowym lokomotywom spalinowym spółka będzie mogła przywrócić połączenia m.in. do Ełku i Suwałk, Jasła i Zagórza, Zamościa oraz Gorzowa Wielkopolskiego.

Rynek maszyn budowlanych i rolniczych wzrośnie dzięki pieniądzom z UE. Producenci maszyn górniczych szukają szans za granicą

Polscy producenci maszyn dobrze sobie radzą, choć nie we wszystkich segmentach perspektywy są równie obiecujące. Branża maszyn budowlanych i rolniczych przygotowuje się na zwiększone zamówienia w związku z uruchomieniem funduszy unijnych. Z kolei trudna sytuacja polskich kopalni zmusza producentów maszyn górniczych do szukania odbiorców na innych rynkach.

Dynamika rynku maszyn będzie dość mocno związana ze wzrostem PKB. W tym roku wzrost produkcji przemysłowej wyniósł 4,6 proc. i to się pewnie utrzyma. W latach 2016-2020 możliwe jest nawet lekkie przyspieszenie, ale to zależy od kilku czynników – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny ds. oceny ryzyka w specjalizującej się w ubezpieczeniach kredytu kupieckiego firmie Atradius Credit Insurance.

Jednym z nich jest skala inwestycji w infrastrukturę. W tym obszarze – w związku z uruchomieniem pieniędzy unijnych – producenci liczą na większe zapotrzebowanie na maszyny budowlane, co będzie skutkować wyższą sprzedażą. Drugim ważnym czynnikiem jest sytuacja na rynkach zagranicznych, m.in. francuskim, niemieckim czy włoskim, które są istotne dla branży motoryzacyjnej.

Do tego trzeba dodać również programy rządowe dotyczące inwestycji w przemysł energetyczny. Myślę, że wzrost będzie się utrzymywał zdrowo powyżej 4 proc. w najbliższych 3-4 latach – ocenia Taraszkiewicz.

Jak podkreśla, rynek motoryzacyjny, czyli produkcja samochodów, części samochodowych, naczep i ciągników, rośnie w zależności od miesiąca w tempie 8-14 proc. w ujęciu rocznym. Dla tego sektora prognozy są bardzo korzystne, podobnie jak dla maszyn budowlanych, których sprzedaż również zaczyna powoli rosnąć. Na uruchomieniu unijnych dopłat skorzysta również branża maszyn rolniczych.

Na drugim krańcu lokalnego rynku są urządzenia związane z górnictwem. Tutaj, niestety, popyt się kurczy, bo ceny węgla spadają, czego skutkiem są mniejsze przychody kopalń – mówi Taraszkiewicz. – Krajowi producenci muszą ratować się poprzez szukanie nowych obszarów zbytu. W związku z tym dosyć mocno stawiają na eksport nawet na tak odległe rynki jak Indonezja, Chiny czy Wietnam.

Atrakcyjnym rynkiem dla producentów maszyn była do tej pory Rosja. Jeszcze kilka lat temu trafiało tam 30 proc. krajowej produkcji. W ubiegłym roku eksport spadł o 14 proc., a w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku – o 31 proc.

Tamtejszy rynek dla Polski jest i będzie bardzo trudny – przekonuje Arkadiusz Taraszkiewicz. – Chodzi mi o ograniczenia wydane przez Rosję, redukujące zakupy maszyn przez tamtejsze samorządy, instytucje czy firmy państwowe. Obecnie podczas przetargów nie mogą one brać europejskich maszyn pod uwagę.

Sankcjom towarzyszy również spowolnienie gospodarcze, które ogranicza możliwości zakupowe rosyjskich firm. To rodzi problemy również w innych państwach. Rosja była czwartym co do wielkości rynkiem eksportowym dla niemieckich maszyn, dziś spadła na dziesiątą pozycję.

Jak ocenia Taraszkiewicz, polskie firmy powinny poradzić sobie ze znalezieniem alternatywnych odbiorców w innych krajach. Muszą jednak brać pod uwagę sytuację na innych rynkach zagranicznych. Problemem jest m.in. spowolnienie tempa rozwoju gospodarczego w Chinach i Brazylii.

Biedronka ufundowała stypendia dla młodych sportowców. Na ten cel trafi 150 tys. zł

0

Natalia Partyka

Dwunastu młodych sportowców otrzymało stypendium z Funduszu Stypendialnego Natalii Partyki. Na ten cel przeznaczono 150 tys. zł. Partnerem projektu jest Jeronimo Martins Polska. To kolejna inicjatywa właściciela sieci Biedronka wspierająca młodych sportowców.

Natalia Partyka, tenisistka stołowa, zawodniczka reprezentująca Polskę na olimpiadach i paraolimpiadach, opowiada, że sama mogła rozwijać swą karierę dzięki wsparciu wielu osób. Gdy władze rodzinnego Gdańska odmówiły jej przyznania stypendium, pomoc otrzymała od ludzi, którzy w nią uwierzyli. Stąd pomysł, by taką samą pomoc organizować dla innych zdolnych sportowców. Fundusz powstał, aby wspierać sportowców w wieku od 16 do 22 lat.

Nie da się ukryć, że sport nie istniałby bez pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Natalia Partyka, pomysłodawczyni i ambasadorka Funduszu Stypendialnego. – Jest dużo barier do pokonania przez sportowców, niestety, często sprawy finansowe ograniczają nas tak, że każdy zastrzyk gotówki, każde dodatkowe pieniądze, jakie otrzymuje sportowiec, to jest coś, co może przeznaczyć na rozwój, na zdobywanie nowych umiejętności i doświadczeń, na wyjazdy na różne zawody.

Szczególnie dla początkujących sportowców ma to ogromne znaczenie. Fundusz Stypendialny został utworzony przez Natalię Partykę i Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce we współpracy z Fundacją Dobra Sieć.

Partyka przyznaje, że gdyby nie sieć Biedronka, trudno byłoby uruchomić fundusz stypendialny. Przedstawiciele sieci przypominają, że ich pomysł na sukces biznesowy opierał się na dostarczaniu łatwo dostępnych produktów. Teraz uważają, że podobnie powinno być w przypadku rozwoju utalentowanych ludzi. Oni też powinni mieć łatwiejszy dostęp do wsparcia. To już kolejna związana ze sportem inicjatywa Jeronimo Martins Polska.

Ważne projekty związane ze sportem to przede wszystkim partnerstwo z polską reprezentacją, wsparcie dla młodych piłkarzy, zarówno tych z domów dziecka (wspieramy coroczne rozgrywki dzieci z domów dziecka), jak i tych z Akademii Młodych Orłów – wymienia Alfred Kubczak, dyrektor ds. korporacyjnych w Jeronimo Martins Polska. – Akademia Młodych Orłów to wspólna inicjatywa z PZPN-em, która wspiera młodych ludzi przychodzących na Orliki, gdzie pod okiem trenerów rozpoczynają swoje kariery sportowe. Również nasi pracownicy mają swoje ligi, więc wiele dzieje się także wewnątrz firmy.

Dzięki wsparciu Biedronki 12 młodych zdolnych sportowców otrzyma roczne stypendia w wysokości od 10 do 15 tysięcy złotych. Wśród stypendystów jest lekkoatletka Maria Andrejczyk, europejska mistrzyni juniorów w rzucie oszczepem.

Kwota stypendium to 1 tys. zł miesięcznie przez 10 miesięcy. Przeznaczę to przede wszystkim na kupno dobrych oszczepów, ponieważ w placówce, w której trenuję, ich brakuje. Są tu oszczepy bardzo miękkie, którymi nie da się daleko rzucać. Poza tym sprzęt sportowy, kolce do rzucania i ubrania, bo lekkoatletka musi także ładnie wyglądać – podkreśla Andrejczyk.

Inwestycje w sprzęt planuje też inny z laureatów, Jakub Brzeziński, uczeń szkoły mistrzostwa sportowego, który trenuje kajakarstwo slalomowe.

Moim największym osiągnięciem jak na razie jest wicemistrzostwo świata do lat 23, które zdobyłem w tym roku, w kwietniu, w Brazylii. Poza tym medalem mam medal mistrzostw świata i dwa medale Europy – wymienia Brzeziński. – Stypendium jest w wysokości 15 tys. zł na rok. Przeznaczę je na sprzęt sportowy. Jest on dość drogi, sam kajak kosztuje 8-10 tys. zł, do tego dochodzą wiosła. To ważne, bo wiosła często się łamią i trzeba kupować nowe.

Wśród stypendystów są również m.in. narciarz Szymon Bębenek, zwycięzca międzynarodowych zawodów FIS w Abetone (Włochy 2014), Krzysztof Gała, trzykrotny Mistrz Polski Juniorów w łyżwiarstwie figurowym oraz zapaśniczka Aleksandra Wólczyńska, brązowa medalistka mistrzostw świata z 2014 r.

W ramach projektu ruszyła również pierwsza polska platforma crowdfundingowa dla sportowców DamNaSport.pl. Dzięki niej sportowcy mogą zorganizować zbiórkę pieniędzy na cele związane z rozwojem ich kariery sportowej, np. na zakup sprzętu sportowego czy wyjazd na zawody, a internauci – wspierać sportowców w rozwoju i osiąganiu sukcesów.

Połowa gospodarstw domowych robi przetwory na zimę. To dla nich sposób na oszczędności i zdrowe odżywianie

Przemysław Kasza

Zapasy na zimę przygotowuje co druga rodzina. Wśród gospodarstw domowych liczących ponad pięć osób wskaźnik ten wzrasta do 84 proc. Motywuje ich przede wszystkim możliwość oszczędzania i zdrowego odżywiania. Ci, którzy przetworów nie robią, wskazują, że główną przyczyną jest brak czasu i możliwość znalezienia tańszych odpowiedników w sklepie.

Ok. 45 proc. mieszkańców dużych miast i 60 proc. mieszkańców wsi przygotowuje przetwory na zimę. Można więc powiedzieć, że połowa gospodarstw domowych w Polsce robi zapasy na zimę – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.

Większy odsetek osób z terenów wiejskich może wynikać przede wszystkim z większej dostępności surowców. 60 proc. owoców i warzyw pochodzi z własnej działki, pola czy sadu. Ok. 30 proc. dostaje surowce od rodziny i znajomych.

Badania Providenta pokazują, że im większa rodzina, tym więcej przetworów. W gospodarstwach zamieszkiwanych przez co najmniej pięć osób przetwory robi 84 proc. z nich.

 Zarówno w przypadku singli, jak i gospodarstw, które już są opuszczonymi gniazdami, odsetek ten wynosi około 30 proc. – wyjaśnia Kasza.

40 proc. fanów przetworów robi zapasy, które mają starczyć na całą zimę. Co czwarty przygotowuje kilka symbolicznych słoików.

Dostępność warzyw i owoców po niższych cenach, a przez to oszczędność to główna zachęta do robienia przetworów na zimę. Inny aspekt to chęć zdrowego odżywiania. Kiedy samodzielnie przygotowujemy przetwory, to kontrolujemy, co wkładamy do słoików, a dzięki temu mamy pewność, że nie ma tam żadnych konserwantów i sztucznych składników. To jest bardzo ważne, szczególnie dla osób, które mają małe dzieci – mówi Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska.

Prawie co piąty badany podkreśla, że słoiki to realne oszczędności i obniżenie kosztów podczas zimy. Tu jednak zdania są podzielone. 42 proc. tych, którzy nie robią przetworów, twierdz, że jest to nieopłacalne. Osoby o najniższym statusie ekonomicznym rzadziej przygotowują przetwory niż osoby z gospodarstw domowych o lepszym statusie. Uważają, że mogą znaleźć w sklepie tańsze zamienniki.

Trzech na dziesięciu badanych wskazuje, że robienie przetworów to domowa tradycja. Korzystają przy tym ze sprawdzonych przepisów swoich mam lub babć. Łuczak podkreśla, że moda na przygotowywanie własnych przetworów wraca i jest coraz bardziej widoczna wśród mieszkańców dużych miast.

Obserwujemy nowe trendy przygotowywania niewielkich ilości przetworów, takich specjalności domu będących wariacjami na temat przepisów przeczytanych w internecie czy obejrzanych w telewizji – mówi Kasza.

Ci, którzy przetworów nie robią, tłumaczą to głównie brakiem czasu (48 proc.). Wśród przyczyn wymieniają także brak umiejętności (36 proc.) oraz brak miejsca do przechowywania (16 proc).

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nowa aplikacja Mercedes me i usługi mobilne dla używanych Mercedesów

Mercedes me zapewnia klientom dostęp do osobistego, ekskluzywnego świata Mercedes-Benz. Pod tą nazwą kryje się pakiet usług mobilnych, a wśród nich – wprowadzony przed rokiem w Europie system Mercedes connect me, zapewniający połączenie z autem w dowolnym czasie i z dowolnego miejsca. Już wkrótce będzie on także dostępny dla tych pojazdów, które nie zostały fabrycznie wyposażone w moduł Mercedes me. Wiosną 2016 roku na europejski rynek trafi specjalny adapter dla 24 serii modelowych Mercedes-Benz produkowanych od roku 2002. Umożliwi on wygodny i bezpieczny dostęp do informacji o samochodzie za pomocą urządzeń mobilnych.

Usługi mobilne Mercedes me dla właścicieli używanych Mercedesów
Usługi mobilne Mercedes me dla właścicieli używanych Mercedesów

Kolejnym przydatnym rozwiązaniem jest nowa aplikacja Mercedes me na smartfony z systemami iOS i Android. Pozwala ona sprawdzić lub zdalnie uruchomić działanie licznych funkcji pojazdu, takich jak ogrzewanie postojowe czy centralny zamek. Po połączeniu iPhone’a z Apple Watch ma również funkcję nawigacji od drzwi do drzwi. Aplikację będzie można pobrać bezpłatnie począwszy od jesieni 2015 roku, zaledwie niecałe 4 miesiące po prezentacji jej prototypowej wersji.

Adapter Mercedes connect me

Mercedes connect me AdapterJak dotychczas system Mercedes connect me oferowany był wyłącznie dla nabywców nowych samochodów – niezbędny moduł COM z kartą SIM od wiosny 2014 roku montowano na pokładzie praktycznie wszystkich serii modelowych. Już niedługo także właściciele używanych Mercedesów będą mogli połączyć się ze swoimi pojazdami i dołączyć do świata Mercedes me. Wiosną 2016 roku w autoryzowanych placówkach serwisowych Mercedes-Benz pojawi się możliwość doposażenia w adapter Mercedes connect me, przeznaczony dla 24 serii modelowych produkowanych od 2002 roku.

„Coraz więcej klientów chce łączyć się ze swoim autem. Dzięki udostępnieniu usług Mercedes connect me dla używanych pojazdów możemy spełnić życzenie milionów klientów” – wyjaśnia Ola Källenius, Członek Zarządu koncernu Daimler odpowiedzialny za marketing i sprzedaż w oddziale osobowych Mercedesów. „Kolejne modele Mercedesa mogą teraz stać się częścią cyfrowego stylu życia, a ich właściciele zyskają osobisty dostęp do świata Mercedes me”.

Autoryzowany dealer podłączy adapter Mercedes me do interfejsu diagnostycznego i przeprowadzi niezbędne modyfikacje. Aby korzystać z dostępnych usług, klient musi zainstalować na swoim smartfonie aplikację Mercedes connect me i zarejestrować się na portalu Mercedes me (http://mercedes.me). Adapter komunikuje się ze smartfonem za pośrednictwem Bluetooth, a aplikacja wymaga dostępu do internetu. W adapter można doposażyć 24 serie modelowe Mercedes-Benz produkowane od 2002 roku, w tym liczne modele sprzedawane na wielką skalę, m.in. Klasę E (typoszereg 211 wytwarzany od roku 2002), Klasę C (typoszereg 204, w ofercie od wiosny 2007 r.) czy Klasę A (typoszeregi 169 i 176, na rynku od połowy 2004 r.). W przyszłości ich właściciele będą mogli cieszyć się wygodnym dostępem do informacji na temat swojego auta i korzystać zarówno z usług mobilnych, jak i tych z zakresu bezpieczeństwa, zabezpieczeń czy obsługi serwisowej. Lista wszystkich modeli z możliwością doposażenia w nowy adapter zostanie 15 września opublikowana na stronie http://mercedes.me/adapter.

Nowa aplikacja Mercedes me

nowa aplikacja Mercedes me

nowa aplikacja Mercedes me

Kolejnym elementem inicjatywy produktowej Mercedes connect me na targach motoryzacyjnych we Frankfurcie jest nowa aplikacja natywna Mercedes me dla smartfonów z systemami iOS i Android oraz zegarka Apple Watch. Zapewnia ona jeszcze wygodniejszy dostęp do usług Mercedes me. Poza dostępem do informacji o aucie dostarcza ona klientom precyzyjne informacje na temat trasy dojazdu do najważniejszych dla nich miejsc. Ulubione cele można dodawać do aplikacji w zaciszu domu lub biura, bez konieczności wprowadzania ich poprzez system multimedialny w pojeździe. Kolejna nowa funkcja zintegrowana z aplikacją to nawigacja od drzwi do drzwi, która w pierwszej kolejności wskazuje kierowcy drogę dojścia pieszo do samochodu. Po odpaleniu silnika komunikuje się z systemem pokładowym i uruchamia prowadzenie do miejsca docelowego. Jeśli auto jest zaparkowane w pobliżu miejsca docelowego, trasa zostaje przeliczona i przekazana do aplikacji. Wskazówki mogą być również prezentowane na ekranie zegarka Apple Watch.

Aplikacja została opracowana w ramach globalnej sieci R&D koncernu Daimler, przez ekspertów z Sunnyvale w Kalifornii oraz Sindelfingen. „To nie przypadek, że aplikację Mercedes me udało nam się opracować w bardzo krótkim czasie” – mówi prof. Thomas Weber, Członek Zarządu koncernu Daimler odpowiedzialny za badania i rozwój osobowych Mercedesów. „Nasze centra badawczo-rozwojowe są zlokalizowane na całym świecie. Poza dostępem do wiedzy technicznej umożliwia to nam również odpowiadanie na specyficzne potrzeby rynków. Zdolności inżynierów w połączeniu z kulturą innowacji pozwalają na szybkie wprowadzanie nowinek w naszych pojazdach i nadążenie za tempem rozwoju elektroniki użytkowej”.

Aplikację Mercedes me będzie można bezpłatnie pobrać z iTunes i Google Play od jesieni 2015 roku.

Mercedes connect me: przegląd aktualnych usług

Usługi Mercedes connect me pozwalają łączyć się z pojazdem z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. Ich lista obejmuje:

  • pomoc w razie wypadku lub awarii (zapewnia połączenie z biurem obsługi klienta oraz stosowną pomoc);
  • zarządzanie obsługą serwisową (pojazd samodzielnie wysyła do serwisu dane dotyczące bieżących potrzeb eksploatacyjnych, a serwis na tej podstawie przygotowuje zakres przeglądu);
  • system alarmowy Mercedes-Benz;
  • telediagnostykę (pojazd wykrywa, które z podlegających diagnostyce części wymagają wymiany, przekazuje te informacje do serwisu, a dealer kontaktuje się z klientem w celu umówienia terminu przeglądu);
  • precyzyjne informacje o ruchu drogowym w czasie rzeczywistym (w połączeniu z COMAND Online oraz Audio 20 Garmin Map Pilot)

„Połączony zawsze i inteligentnie” – oto motto usług Mercedes connect me. Klienci mają dostęp do swojego auta w każdym miejscu i o każdej porze. Poza szerokim zakresem informacji na temat samochodu mogą również zdalnie sterować wybranymi jego funkcjami, np. ogrzewaniem postojowym lub centralnym zamkiem. W tym wypadku niezbędny jest pakiet zdalnego dostępu online (Remote Online), w nowych autach dostępny na życzenie w połączeniu z systemami multimedialnymi Audio 20 CD lub Audio 20 USB lub seryjny (modele wyposażone w COMAND Online i pojazdy Mercedes-Benz z napędem elektrycznym). Przez pierwsze 3 lata usługi są bezpłatne; później abonament można przedłużyć za dodatkową opłatą.

Zakres usług Remote Online obejmuje:

  • lokalizator zaparkowanego samochodu o zasięgu 1,5 km, umożliwiający dotarcie do auta za pomocą smartfona (przydatny np. w nieznanym mieście);
  • śledzenie pojazdu – wskazuje aktualną jego pozycję w oparciu o sygnał GPS (gdy usługa jest aktywna, w pojeździe wyświetla się specjalny symbol);
  • geofencing – informuje, czy samochód znajduje się aktualnie we wcześniej zdefiniowanej strefie na mapie, wjeżdża do niej lub ją opuszcza;
  • zdalnie otwieranie i zamykanie pojazdu, np. gdy kierowca zapomni zamknąć drzwi;
  • zdalny dostęp do statusu pojazdu i informacji takich jak poziom paliwa czy przewidywany zasięg;
  • programowanie ogrzewania postojowego, jeśli znajduje się ono na wyposażeniu pojazdu;
  • wysyłanie tras nawigacji z portalu lub aplikacji Mercedes me do systemu multimedialnego pojazdu;
  • w przypadku modeli elektrycznych i hybrydowych – także kontrolę ładowania i funkcji wstępnego schładzania lub podgrzewania kabiny.

By ochronić informacje i systemy pojazdu przed nieuprawnionym dostępem, usługi Mercedes connect me oraz Remote Online nie korzystają z bezpośredniego połączenia samochodu z internetem, ale z zabezpieczonego połączenia VPN z podlegającą specjalnej ochronie jednostką obsługi Daimlera. Ta sama jednostka służy jako brama sieciowa dla zewnętrznych usługodawców i anonimowych zapytań z samochodu. Zapewnia to wysoki poziom bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu dalszej cyfryzacji samochodów. Wszelkie informacje gromadzone są w ramach umów lub za zgodą klientów i podlegają ochronie prawnej. Klienci mogą wyłączać poszczególne usługi w dowolnym momencie trwania umowy.

Multimedia: perspektywa na przyszłość

Od kompleksowej integracji smartfona przez hotspot WLAN aż do informacji o ruchu drogowym w czasie rzeczywistym i serwisu pogodowego czy aplikacji z wiadomościami – systemy multimedialne Mercedes-Benz zapewniają najnowocześniejszy standard informacji i rozrywki w połączeniu z intuicyjnym sterowaniem.

Następna generacja Klasy E, której premierę zaplanowano na początek przyszłego roku, zaoferuje kolejne innowacje, takie jak komunikacja Car-to-X. Umożliwia ona wymianę informacji z innymi pojazdami, np. na temat sytuacji na drodze. Rolę kluczyka samochodu będzie mógł pełnić smartfon właściciela, służący zarówno do otwarcia drzwi, jak i uruchomienia silnika. I jeszcze jedna nowość – funkcja zdalnego parkowania, która pozwoli zajmować i opuszczać miejsca parkingowe zdalnie, za pomocą aplikacji na smartfona. Wszelkie czynności – kierowanie, hamowanie i zmiana kierunku jazdy – będą odbywać się automatycznie, o ile kierowca potwierdzi je na ekranie swojego urządzenia. W rezultacie samochód może parkować nawet na najwęższych miejscach.

Od początku 2016 roku wybrane modele dostępne będą z interfejsami Apple CarPlay i MirrorLink. Przykładowo, Apple CarPlay zapewnia dostęp do aplikacji i funkcji smartfona, w tym odtwarzacza muzyki, sterowania głosowego Siri oraz skrzynki wiadomości SMS oraz e-mail. MirrorLink wspiera szereg użytecznych aplikacji, m.in. radio internetowe, system komunikacji drogowej iCoyote czy lokalizator Glympse.

Wynajmujesz prywatnie mieszkanie? Fiskus może to podważyć

Z początkiem roku akademickiego na rynku najmu mieszkań zaczyna się spory ruch. Studenci szukają wymarzonych i niedrogich mieszkań, a ich właściciele chcą przede wszystkim na nich zarobić i jak najkorzystniej rozliczyć to z fiskusem. A nie jest to wbrew pozorom takie proste. Trzeba uważać wybierając formę opodatkowania. Granica między wynajmem nieruchomości w charakterze osoby prywatnej i jako przedsiębiorca jest bardzo płynna.

Funkcjonują trzy możliwości opodatkowania wynajmu: ryczałt 8,5 proc., ogólna skala podatkowa (18 proc. i 32 proc.), albo podatek liniowy 19 proc. Osoby prywatne mogą zdecydować się na pierwszą albo drugą możliwość, z kolei drugi i trzeci sposób dotyczy wyłącznie prowadzących działalność gospodarczą.

– Osoby fizyczne wynajmując nieruchomość z reguły, jako sposób rozliczenia wybierają ryczałt. Mają wtedy najniższą, 8,5 proc. stawkę podatku od przychodów ewidencjonowanych. Zawsze radzę jednak to dobrze przeanalizować, odnosząc to do sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Jeśli posiadamy zarejestrowaną działalność gospodarczą, której przedmiotem jest m.in. wynajem nieruchomości, wtedy sposób rozliczenia z fiskusem nie nastręcza wielu problemów. Mamy tu do wyboru skalę podatkową albo podatek liniowy. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku osoby fizycznej. Jeśli wynajmuje kilka mieszkań, czerpiąc z tego tytułu spore dochody, fiskus może dopatrzeć się w tym prowadzenia niezarejestrowanej działalności gospodarczej, a tym samym podważyć rozliczanie na podstawie ryczałtu – ostrzega Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.INFOGRAFIKA TAX CARE - Podatek od najmu nieruchomości

Płynna granica

Przychody, jakie uzyskujemy z najmu mogą pochodzić z dwóch źródeł: pozarolniczej działalności gospodarczej (art. 10 ust. 1 pkt 3 ww. ustawy) lub z tytułu najmu, jako samodzielnego źródła przychodów (art. 10 ust. 1 pkt 6 ww. ustawy). Rozliczając więc podatek, najważniejsze jest ustalenie, czy robimy to w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, czy prywatnie. Okazuje się, że granica między najmem w charakterze osoby fizycznej i jako przedsiębiorca jest dość płynna. Jak pokazały liczne interpretacje podatkowe, nawet sam fiskus ma nie lada problem, aby jednoznacznie je określić.

Faktem jest, że w świetle obowiązujących przepisów ryczałt ma zastosowanie do przychodów z najmu, dzierżawy lub innych umów o podobnym charakterze jedynie wtedy, gdy nie są one zawierane w ramach prowadzonej pozarolniczej działalności gospodarczej. A na podstawie przepisów z ustaw o podatkach dochodowych wiemy, że chodzi tu o działalność zarobkową, w tym m.in. usługową, prowadzoną we własnym imieniu, bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły. I właśnie te dwie ostatnie kwestie powinny być decydujące, czy dana osoba może zastosować zryczałtowaną stawkę 8,5 proc. od przychodów uzyskanych z najmu. Jednak problem i niejasność budzi fakt, że żadna z ustaw nie precyzuje, jak należy rozumieć prowadzenie działalności w sposób zorganizowany i ciągły?

– Nie pozostaje więc nic innego, jak zdać się na zdrowy rozsądek zarówno samego podatnika, jak i fiskusa. Jeżeli zatem nie prowadzimy wynajmu na dużą skalę, w sposób zorganizowany i generujący duży zysk, wydaje się, że fiskus nie powinien mieć przesłanek do uznania tego za działalność gospodarczą, a tym samym zastosowanie ryczałtowej 8,5-proc. stawki jest uzasadnione – podpowiada Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Przedsiębiorca a ryczałt 

A czy przedsiębiorca, który niejako przy okazji, poza prowadzoną działalnością gospodarczą wynajmuje mieszkanie, może rozliczyć się na zasadzie ryczałtu? – Teoretycznie tak. Jednak w praktyce, zarówno fiskus, jak i sądy pilnują, aby przedsiębiorcy nie nadużywali prawa do ryczałtu. Bardzo często nie zgadzają się na to, by uznać najem za prywatne źródło zarobkowania, podważając tym samym prawo do rozliczenia na zasadzie ryczałtu. Takie podejście organów zauważyć można w ostatnio wydawanych interpretacjach podatkowych – zauważa Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Poinformuj Urząd Skarbowy

Jeśli wybraliśmy ryczałt 8,5% w ramach najmu prywatnego albo będziemy płacić podatek liniowy w działalności gospodarczej, musimy powiadomić o tym fakcie fiskusa. Ci, którzy rozpoczęli najem w trakcie roku, zgłoszenia opodatkowania w formie ryczałtu powinny dokonać do 20. dnia następnego miesiąca, w którym otrzymano zapłatę za najem, albo do końca roku podatkowego, jeżeli pierwszy taki przychód osiągnięto w grudniu roku podatkowego. Osoby, które zdecydują się na opodatkowanie w formie skali podatkowej nie muszą o tym fakcie informować urzędu. Jeśli najmu dokonujemy w ramach działalności gospodarczej i chcemy się opodatkować podatkiem liniowym, wyboru musimy dokonać przed uzyskaniem pierwszego przychodu i w tym czasie wysłać do urzędu skarbowego odpowiednie zawiadomienie.

Robinson Europe S.A. zwiększa sprzedaż i rozwija Grupę Kapitałową

0

Robinson Europe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się sprzedażą sprzętu wędkarskiego oraz sportowego, zakończyła 3 kw. roku obrotowego 2014/2015 zyskiem netto w wysokości 107 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 4.345 tys. zł. Emitent bardzo dobrze ocenia również rozwój swojej spółki zależnej OUTDOORZY S.A.

Po trzech kwartałach roku obrotowego 2014/2015 Robinson Europe S.A. zanotowała 268 tys. zł zysku netto oraz 12.570 tys. zł przychodów ze sprzedaży. Istotny wpływ na wzrost sprzedaży Spółki ma zwiększanie poziomu zamówień przedsezonowych, co znacząco ułatwia szacowanie zamówień u kontrahentów oraz dostawców. Obecnie Emitent przygotowuje się do sezonu 2016 aktywnie rozwijając kooperację z kluczowymi klientami właśnie w oparciu o zamówienia przedsezonowe. W minionym kwartale Spółka skutecznie realizowała założenia przyjętej strategii rozwoju, zacieśniając tym samym współpracę z czołowymi sieciami hipermarketów w kraju oraz wchodząc ze swoimi produktami do nowych sklepów ze sprzętem wędkarskim.

„Miniony kwartał był dla nas dobrym okresem, bowiem udało nam się konsekwentnie realizować założenia strategii rozwoju. Widoczny wzrost przychodów byłby jeszcze większy, gdyby nie wystąpiły niesprzyjające warunki atmosferyczne do uprawiania wędkarstwa, przejawiające się rekordowo niskim poziomem wód w rzekach i jeziorach. Prowadzone przez nas działania w obszarze marketingu oraz akwizycji nowych sieci handlowych wpłynęły na wzrost kosztów oraz wynik finansowy 3 kw., ale w dłuższej perspektywie pozwolą nam one zwiększać sprzedaż i poprawiać rentowność.” – ocenia Paweł Busz, Członek Zarządu Spółki Robinson Europe S.A.

Grupa Kapitałowa Robinson Europe S.A. wypracowała 119 tys. zł zysku netto w 3 kw. roku obrotowego 2014/2015 przy przychodach na poziomie 5.726 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach skonsolidowany zysk netto Spółki przekracza 350 tys. zł, a wartość sprzedaży wynosi 16.698 tys. zł. Bardzo wysokie obroty, których wartość w minionym kwartale sięgnęła 1.380 tys. zł, zanotowała spółka zależna OUTDOORZY S.A. Dynamika wzrostu przychodów tego podmiotu wyniosła w ujęciu rdr. ponad 136% i wynikała ona głównie z ekspansji na rynki Unii Europejskiej oraz rozwijaniu nawiązanej współpracy z serwisem www.amazdon.de. Zarząd Robinson Europe S.A. przewiduje, że pozytywna tendencja wzrostu przychodów będzie utrzymana w kolejnych kwartałach.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni z rozwoju podmiotu zależnego OUTDOORZY S.A. Widoczny wzrost sprzedaży powinien być kontynuowany w następnych kwartałach, co, mam nadzieję, przełoży się również na wyższe zyski. OUTDOORZY S.A. są już rentowną spółką i cały czas rozbudowują portfolio oferowanego asortymentu o nowe produkty, cechujące się bardzo wysoką jakością. Dzięki obecności w naszej Grupie Kapitałowej podmiotu zajmującego się sprzedażą internetową, jesteśmy w stanie efektywniej oceniać zapotrzebowanie odbiorców indywidualnych na produkty sportowe oraz turystyczne, a także szybciej reagować na nowe trendy na rynku.” – dodaje Busz.

Dobre wyniki finansowe Spółki oraz jej perspektywy rozwoju zostały docenione przez inwestorów. Od początku tego roku kurs akcji Robinson Europe S.A. wzrósł o ponad 90% z poziomu 7,05 zł do 13,50 zł na koniec sesji w dniu 11.09.2015 r. Istotnej poprawie uległa również płynność obrotu akcjami Spółki, a łączna wartość obrotu w okresie maj-lipiec 2015 r. przekroczyła 380 tys. zł.

W marcu 2015 r. obligacje Robinson Europe S.A. zadebiutowały na rynku Catalyst. Spółka z przeprowadzonej emisji pozyskała 1.027 tys. zł, które przeznaczyła m.in. na rozwój swojej głównej linii biznesowej wędkarstwo poprzez zwiększenie zatowarowania magazynu oraz rozszerzenie asortymentu produktów o nowe specjalistyczne marki. Wyemitowane papiery dłużne są zabezpieczonymi obligacjami trzyletnimi o oprocentowaniu zmiennym wynoszącym WIBOR3M + marża w wysokości 7,00% w skali roku.

Spółka Robinson Europe S.A. jest notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r. Głównym przedmiotem jej działalności jest sprzedaż sprzętu wędkarskiego oraz sportowego. Historia przedsiębiorstwa sięga 1991 r., kiedy to obecni Członkowie Zarządu założyli firmę „BIS”, która od wielu lat jest znana w branży wędkarskiej. Robinson Europe S.A. posiada 600.000 szt. akcji stanowiących 75% udziałów w kapitale zakładowym spółki OUTDOORZY S.A., która prowadzi sprzedaż sprzętu sportowego poprzez swój sklep internetowy. Pozostałe 200.000 szt. akcji, które stanowią 25% udziałów w kapitale zakładowym OUTDOORZY S.A., posiada ABS Investment S.A. – partner strategiczny Robinson Europe S.A.

11 rad dla osób współpracujących z partnerami z Japonii – infografika

Kultura azjatycka znacznie różni się od europejskiej. Podczas współpracy, to czy te różnice zostaną wykorzystane jako atut czy jako wada, zależy od tylko i wyłącznie od partnerów biznesowych. Współpraca polsko-japońska się rozwija, czego dowodem jest wydarzenie Japan Business Expo organizowane 8 października w Warszawie. Dlatego, żeby pozyskać nowych partnerów biznesowych, warto być świadomym i wiedzieć jakich zachowań unikać, a jakie są szczególnie cenione.11 rad dla osób współpracujących z partnerami z Japonii - infografika (3)

Biznes po japońsku

W Japonii ogromną rolę przywiązuje się do ceremonii wymiany wizytówek. Należy pamiętać o tym, żeby wizytówkę podawać obiema rękami oraz powtórzyć na głos imię i nazwisko rozmówcy, okazując mu tym samym szacunek. Następnie otrzymane wizytówki należy umieścić w eleganckim wizytowniku lub rozłożyć przed sobą na stole podczas prowadzonych rozmów. Stosowanie się do tych zasad wpłynie pozytywnie na atmosferę spotkania.

„Japończycy są narodem o bardzo silnej i bardzo unikalnej kulturze, która ma swoje odzwierciedlenie w sposobie prowadzenia biznesu. Wystarczy wspomnieć o japońskiej specyfice negocjacji, czy też w ogóle o <nemawashi>, tj. o procesie poznawania się, budowania zaufania przed podjęciem współpracy biznesowej. Oczywiście nieznajomość japońskiej etykiety biznesowej nie przekreśla całkowicie możliwości współpracy, jednak zachowanie zgodne z pewnymi zasadami jest wyrazem szacunku wobec japońskiego partnera, a proszę mi wierzyć, Japończycy na pewno nieprzygotowani do rozmów z Polakami nie będą” – mówi Marek Krasiński, doktor w Katedrze Teorii Organizacji i Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.

Życie codzienne po japońsku

Różnice kulturowe są zauważalne nie tylko podczas współpracy biznesowej, ale również w życiu codziennym. Nie znając zasad panujących w innym kraju, można nieświadomie kogoś urazić lub wprowadzić w zakłopotanie. Będąc w Japonii należy unikać wydmuchiwania nosa w chusteczkę w miejscu publicznym, ponieważ takie zachowanie uznawane jest za niegrzeczne. Natomiast odgłosy siorbania podczas jedzenia makaronu nie powinny nikogo dziwić – jest to uznawane za normalne i naturalne.

Japońskie miasto Takasaki przygotowało infografikę przedstawiającą 11 rad, które znacznie ułatwią współpracę z przedstawicielami Kraju Kwitnącej Wiśni. Więcej wiedzy na temat różnic kulturowych będzie można także zdobyć podczas wydarzenia Japan Business Expo – Takasaki Day, które odbędzie się 8 października w Warszawie. Zainteresowane osoby mogą się bezpłatnie zarejestrować na stronie http://takasaki-expo.com.

Historyczny podział na Polskę A i B widoczny na rynku pracy

Tomasz Hanczarek work servicePolski rynek pracy wykazuje duże zróżnicowanie terytorialne. Każde województwo ma swoją odrębną specyfikę i co istotne, od początku prowadzenia naszego badania widzimy, że nadal utrzymuje się historyczny podział na Polskę A i B. Oczywiście granice tego podziału się przesuwają, ale nadal pozostaje on widoczny – mówi Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A. – Najłatwiej można go dostrzec obserwując wskaźniki makroekonomiczne. Na wschodnich terenach, średnie bezrobocie jest wyższe niż w całej Polsce. W lipcu, w województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim oraz podlaskim wynosiło średnio 12,3%, podczas gdy ogólnopolski odsetek to 10,1%. Wynika to z tego, że na wschodzie mamy do czynienia z mniejszą aktywnością inwestycyjną firm i tym samym mniejszą ilością nowych miejsc pracy. To natomiast skutkuje wyższym odsetkiem osób pozostających bez zatrudnienia – dodaje Tomasz Hanczarek.

Mieszkańcy zachodniej Polski spokojni o zatrudnienie

W regionie południowo-zachodnim, czyli w województwach dolnośląskim i opolskim aż 91% mieszkańców jest spokojnych o obecne miejsce pracy. Równie optymistycznie wyniki prezentują się w zachodnio-pomorskim, lubuskim i wielkopolskim, gdzie tylko 11% pracowników nie jest pewnych swojego zatrudnienia, podczas gdy ogólnopolski odsetek wynosi 19%. Dodatkowo, mieszkańcy obu wskazanych regionów najrzadziej w całej Polsce myślą o zmianie pracy – odpowiednio 14% i 17%, podczas gdy wśród wszystkich Polaków odsetek ten wynosi 21%.

Zamiar zmiany miejsca zatrudnienia najczęściej deklarują pracownicy z regionu wschodniego (25%), w skład którego wchodzą województwa: lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie oraz podlaskie. – Im bliżej wschodniej granicy, tym trudniejsza sytuacja na rynku pracy. To właśnie tam wynagrodzenia nadal są najniższe i w wielu przypadkach oscylują w granicach płacy minimalnej. W związku z tym, mieszkańcy tej części Polski wykazują większą gotowość podjęcia nowej, lepiej płatnej pracy. Dlatego jest to również region objęty największymi deklaracjami chęci emigracji zarobkowej do krajów Unii Europejskiej – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

Regionalny optymizm w kwestii podwyżek  

Właściwie nie ma regionu Polski, w którym duża część zapytanych pracowników spodziewa się obniżenia swojego wynagrodzenia. Najwięcej pracujących optymistów mieszka w województwach dolnośląskim i opolskim. To tam aż 62% pracowników liczy na wzrost płacy. Natomiast w województwach warmińsko-mazurskim, kujawsko-pomorskim i pomorskim na podwyżkę liczy prawie 60% pracowników. Co ciekawe, spokojni o swoje zatrudnienie mieszkańcy północno-zachodniej Polski, są sceptyczni w kwestii wynagrodzeń. Zaledwie 42% oczekuje wzrostu płac. To o 9 p.p. mniej niż średnia ogólnopolska, która wynosi 51%.

Gdzie pracodawcy będą rekrutować?

Mimo że to na wschodzie deklarowana chęć zmiany pracy jest najwyższa, zapotrzebowanie na pracowników będzie największe w zachodniej części Polski. W województwach zachodnio-pomorskim, lubuskim, wielkopolskim, opolskim i dolnośląskim prawie połowa firm planuje rekrutacje w najbliższych miesiącach. Mniej będzie ich w centrum (26%), a najmniej na wschodzie w województwach świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim i podlaskim – jedynie co ósma firma w regionie (13%). – Problem braku nowych rekrutacji na wschodzie Polski jest wynikiem wieloletnich uwarunkowań rynkowych i inwestycyjnych. Jednak można temu zaradzić, zwłaszcza przy dużej skłonności pracowników do zmiany miejsca pracy. Rozwiązaniem może być migracja z terenów nasyconych pracownikami, do tych gdzie zapotrzebowanie jest większe. Zwłaszcza, że w Polsce często zdarza się tak, że tuż obok siebie występują miejsca dotknięte bardzo wysokim oraz relatywnie niskim poziomem bezrobocia. Dzięki zwiększeniu mobilności, osoby wykluczone z rynku pracy, będą  mogły znaleźć zatrudnienie w sąsiedniej miejscowości lub województwie, dzięki czemu wzrosną ich szanse na polepszenie sytuacji życiowej – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Metodologia badania:

Dane zaprezentowane w materiale prasowym są częścią Barometru Rynku Pracy IV i zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=550) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w lipcu 2015 r.

Warszawa stolicą nowych technologii – Mobility Reseller Days

Już za miesiąc Warszawa po raz drugi stanie się stolicą nowych technologii. 7 i 8 października w Warszawskim Centrum EXPO XXI odbędzie się międzynarodowe spotkanie zarówno branży jak i  miłośników nowych technologii – Mobility Reseller Days 2015. Swoje produkty i usługi zaprezentują firmy  z branży IT i Telko z Europy Centralnej i Wschodniej, a w tym roku także z Chin. Udział w MRD jest bezpłatny – wystarczy zarejestrować się na stronie www.mobilityresellerdays.pl. 

Mobility Reseller Days 2015Ideą, która przyświeca Mobility Reseller Days, jest nawiązanie bezpośrednich relacji partnerskich i handlowych. Tegoroczna edycja będzie różnić się od poprzedniej. Pierwszy dzień to spotkanie kierowane do biznesu tj. do osób odpowiedzialnych za kanały sprzedaży, zakupy w sieciach detalicznych, przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw związanych z branżą IT i Telko oraz pracowników i kadry managerskiej największych firm telekomunikacyjnych. Będą najważniejsze osoby z branży, wystawcy oraz ci, którzy szukają relacji biznesowych nie tylko w Polsce.

SAMSUNG CSC
SAMSUNG CSC

„Zauważyliśmy pewną niszę, jeżeli chodzi o eventy branżowe i tak narodziła się idea Mobility Reseller Days. Od pięciu lat organizujemy galę Mobility Trends i widzimy potrzebę spotykania się ludzi z branży IT i Telko. Pierwsza edycja MRD pokazała, że warto się spotkać i nawiązywać bezpośrednie relacje biznesowe. To przekłada się następnie na sukcesy nie tylko sprzedażowe  oferowanych przez wystawców produktów i usług, ale także pozytywnie wpływa na wizerunek marek i ich rozpoznawalność. Dlatego zdecydowaliśmy się na kolejną edycję, ale w nieco zmienionym formacie: dzień dla biznesu i dzień otwarty” – komentuje Tomasz Cieślak, organizator wydarzenia i prezes wydawnictwa MIT MEDIA Group Sp. z o.o.  

Drugi dzień dedykowany jest wszystkim miłośnikom nowych technologii, którzy będą mogli podziwiać na niej ponad 250 urządzeń – największą w Polsce wystawę telefonów. Podczas otwartego dnia MRD będzie można wygrać smartfony, tablety oraz mobilne akcesoria.

„Kolekcjonuje telefony od 11 roku życia. Pierwsza w mojej kolekcji była Motorola cd160, dość pokaźnych rozmiarów aparat z wysuwaną antenką. Na chwilę obecną posiadam 260 egzemplarzy telefonów i niewątpliwie jest to jeden z największych tego typu zbiorów na świecie. Podobnie jak w przypadku innych kolekcjonerów, czasami na konkretny model trzeba polować kilka lat.” – mówi Olaf Czempa, dziennikarz technologiczny, kolekcjoner i pasjonat telefonów komórkowych.

W tym roku podczas MRD odbędzie się debata o odwróconym podatku VAT, w której udział wezmą  eksperci podatkowi z Polski. Targom towarzyszyć będzie także panel konferencyjny, podczas którego będą  poruszone tematy między innymi: przyszłość polskiej gospodarki, systemy zabezpieczeń sieci, nowoczesny marketing czy specyfikacja polskiego rynku telekomunikacyjnego oraz IT. W panelu konferencyjnym uczestniczyć będą przedstawiciele ministerstw oraz specjaliści z branży.

„Każda formuła spotkań biznesowych jest podobna i ma taki sam cel – integrację oraz wsparcie dla firm. Mobility Reseller Days jest wydarzeniem łączącym konferencje, debaty z  prezentacjami produktów i usług. Podczas targów każdy może umówić się na spotkanie z przedstawicielem firmy biorącej udział w wydarzeniu. To właśnie podczas takich bezpośrednich spotkań wymiana doświadczeń, opinii ma największe znaczenie i przynosi wymierne efekty.” – dodaje Tomasz Cieślak.

Potencjał Mobility Reseller Days po raz kolejny dostrzegły takie instytucje państwowe jak: Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy, Ministerstwo Gospodarki, Urząd Komunikacji Elektronicznej oraz Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Columbus Energy S.A. wypełnia prognozy finansowe

1

Columbus Energy S.A., Spółka działająca w branży Odnawialnych Źródeł Energii, wykonała w lipcu oraz sierpniu br. 119 montaży instalacji fotowoltaicznych o łącznej wartości 4,6 mln zł brutto. Spółka zanotowała także łącznie w lipcu i sierpniu br. zysk brutto w wysokości 1,2 mln zł.

W sierpniu 2015 r. Columbus Energy S.A. przedstawiła prognozy finansowe zakładające osiągnięcie w tym roku prawie 4,7 mln zł zysku brutto oraz 20,6 mln zł przychodów brutto ze sprzedaży. W lipcu br. Spółka rozpoczęła swoją właściwą działalność operacyjną, a więc realizację instalacji fotowoltaicznych, i już w pierwszym miesiącu osiągnęła próg rentowności. Prognozowane przychody ze sprzedaży we wrześniu br. mają wynieść 4 mln zł brutto, a zysk brutto ukształtować się na poziomie 1,1 mln zł. Prognoza finansowa Columbus Energy S.A. na IV kwartał 2015 r. przewiduje osiągnięcie zysku brutto w wysokości 4 mln zł przy przychodach brutto na poziomie 12 mln zł. Natomiast w 2016 r. szacowane przychody brutto ze sprzedaży Spółki mają wynieść 145 mln zł.

W związku z dynamicznym rozwojem i realizacją dużej ilości instalacji fotowoltaicznych Spółka otrzymała we wrześniu br. pożyczkę w kwocie 500 tys. zł od swojego głównego Akcjonariusza JR HOLDING S.A. Środki te zostały przeznaczone na zasilenie kapitału obrotowego.

„Minione dwa miesiące były dla Columbus Energy S.A. bardzo dobrym okresem, co potwierdzają osiągnięte wyniki finansowe. Bardzo ważne jest to, że od razu osiągnęliśmy próg rentowności, który potwierdza, że nasz model biznesowy jest efektywny. Plany na kolejne miesiące i kwartały są bardzo ambitne i wierzę, że uda się nam je zrealizować  oraz staniemy się liderem rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. Dzięki otrzymaniu pożyczki od JR HOLDING S.A. posiadamy środki finansowe niezbędne do kontynuowania dalszego dynamicznego rozwoju.” – komentuje Łukasz Górski, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W lipcu 2015 r. Spółka zawarła porozumienie z notowaną na rynku NewConnect Spółką Columbus Capital S.A. odnośnie ustalenia podstawowych warunków połączenia obu podmiotów. Obecnie trwają prace związane z przygotowaniem wycen obydwu spółek. Przeprowadzenie transakcji fuzji ma za zadanie umożliwienie efektywnego wykorzystania potencjału tych podmiotów oraz zbudowania pozycji lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce.

Columbus Energy S.A. prowadzi również rozmowy z funduszami inwestycyjnymi oraz funduszami PE/VC na temat ich możliwego zaangażowania kapitałowego w Spółkę. Zainteresowanie inwestorów instytucjonalnych wynika z dobrych perspektyw dla branży OZE w Polsce w nadchodzących kwartałach i latach, głównie dla rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych, a także z dobrej oceny modelu biznesowego Spółki, jej strategii rozwoju oraz planów sprzedażowych.

„Myślę, że połączenie Columbus Energy S.A. z Columbus Capital S.A. pozwoli obu spółkom na odniesienie istotnych korzyści oraz umożliwi zbudowanie mocnej pozycji rynkowej w branży Odnawialnych Źródeł Energii. Spółka zamierza kontynuować także działalność inwestycyjną oraz zmienić nazwę na Columbus Holding S.A. Długoterminowe plany zakładają także zmianę rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie. Dobre perspektywy dla Columbus Energy S.A. zostały docenione przez inwestorów instytucjonalnych, o czym świadczy ich zainteresowanie Spółką i prowadzone negocjacje w zakresie zaangażowania kapitałowego.” – dodaje Górski.

Głównym Akcjonariuszem Columbus Energy S.A. jest obecnie JR HOLDING S.A., która wraz z podmiotami powiązanymi posiada łącznie 10.307.740 sztuk akcji Spółki, co stanowi 49,50% udziału w jej kapitale zakładowym oraz 46,91% w ogólnej liczbie głosów na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy.

Czy Fed może zaskoczyć?

Weekend w Polsce minął pod znakiem konwencji głównych partii politycznych. Rozmach obietnic wyborczych zyskuje na sile, jednak inwestorzy z przymrużeniem oka patrzą na realność tych obietnic, przez co polska waluta w ostatnich dniach zyskała na wartości. Dzisiejszy dzień może przynieść korektę na wycenie rodzimej waluty.

Ubiegły tydzień minął pod znakiem aprecjacji polskiego złotego. W piątek euro wyceniane było na poziomie 4,20 zł, frank szwajcarski zbliżył się do 3,80 zł, dolar amerykański 3,70 zł, natomiast funt brytyjski 5,72 zł. Kilka sesji spadkowych z rzędu na tych parach walutowych spowodowało, że podaż wyczerpała swój potencjał, co widać było już w piątek na CHF/PLN, kiedy to pod koniec dnia dało się zaobserwować ponad 3-groszowe wzrosty.

Główna para walutowa – eurodolar – od kilku sesji nieprzerwanie kontynuuje marsz na północ. Dziś rano handel na tej parze walutowej odbywa się na poziomie 1,136. Wszyscy z niecierpliwością czekamy na czwartek – godzinę 20:00. Wtedy to poznamy decyzję Fed odnośnie wysokości stóp procentowych.

Jak już wcześniej wspominaliśmy najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada pozostawienie stóp przez FOMC bez zmian i załączenie komunikatu w bardzo jastrzębim tonie. Druga możliwością, którą rynki biorą pod uwagę, jest symboliczna podwyżka kosztów kredytu z wyraźnie gołębim komunikatem.

Może dziwić fakt, że kiedy cała reszta świata luzuje politykę monetarną, szefowa Fed Janet Yellen zapowiada podwyżkę stóp jeszcze w tym roku. Jednak tak naprawdę to właśnie USA są jedynym krajem na świecie, który może się do tego posunąć z korzyścią dla “zielonej” waluty i raczej nikt z analityków nie zaprzeczy temu, że to Amerykanie jako pierwsi pójdą “pod prąd” i zaczną odchodzić od polityki zerowych stóp procentowych.

Kalendarium makroekonomiczne na dzisiaj nie zawiera bardzo istotnych publikacji. Mimo tego inwestorzy powinni zwrócić uwagę na godzinę 11:00, kiedy to poznamy dane nt. produkcji przemysłowej w Strefie Euro (prognozy: 0,2% m/m). Warto również mieć na uwadze publikację NBP, która będzie miała miejsce o 14:00 – poznamy wtedy bilans płatniczy za lipiec.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 14.09.2015
Komentarz walutowy 14.09.2015. Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 14.06.2015 do 14.09.2015

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2610, przeszedł w fazę korekty. Uformowała się formacja trójkąta z górnym ograniczeniem na poziomie 4,2430. Obecnie kurs dotarł do linii wsparcia na poziomie 4,2040. W przypadku dalszych spadków kolejne wsparcie stanowi 50% zniesienie Fibonacciego, czyli poziom 4,1800.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 14.09.2015
Komentarz walutowy 14.09.2015. Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.06.2015 do 14.09.2015

Kurs CHF/PLN od początku lipca znajduje się w trendzie spadkowym. Kurs zbliża się obecnie do linii wsparcia na poziomie 3,8050. Aktualnie górne ograniczenie wyrysowanego kanału spadkowego znajduje się na poziomie 3,8920. W przypadku ruchu na północ, istotnym poziomem bedzie 3,8670, czyli 23,6% zniesienia Fibonacciego.

USD/PLN

Komentarz walutowy 14.09.2015
Komentarz walutowy 14.09.2015. Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 28.07.2015 do 14.09.2015

Kurs USD/PLN od początku sierpnia znajduje się w trendzie spadkowym. Górne ograniczenie w średnim terminie stanowi poziom 3,7850. W ostatnich dniach kurs poszybował gwałtownie w dół, dzięki czemu udało się wyrysować kanał spadkowy o dość dużym nachyleniu. Górne ograniczenie tego kanału znajduje się na poziomie 3,7250, natomiast wsparcie na poziomie 3,6900.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 14.09.2015
Komentarz walutowy 14.09.2015. Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.06.2015 do 14.09.2015

Kurs GBP/PLN od kilkudziesięciu dni znajduje się w trendzie spadkowym, w ostatnich dniach siła dynamika spadków zyskała na sile. Wyrysowaną formację trójkąta stanowi linia oporu na poziomie 5,8000 oraz linia wsparcia na poziomie 5,7170. W przypadku korekty ważnym poziomem jest 5,7850, czyli 23,6% wsparcie Fibonacciego.

Na choroby płuc cierpi ponad 6 mln Polaków. Wiele z nich nie zdaje sobie z tego sprawy

Piotr Dąbrowiecki

Na astmę choruje ponad 4 mln Polaków, a 2,5 mln cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP). Szacuje się, że do 2020 r. stanie się ona trzecią najczęstszą przyczyną zgonów na świecie, zaraz po schorzeniach układu krążenia i nowotworach. Większość chorych nie jest jednak świadoma przyczyn swoich dolegliwości, choć dzięki badaniu spirometrem można łatwo rozpoznać choroby płuc.

W Polsce już ponad 6 mln osób choruje na obturacyjne choroby płuc. Wciąż jednak są one rzadko diagnozowane. Zbyt późno rozpoznane mogą skrócić życie nawet o 15 lat.

Szacuje się, że 4 mln osób zmaga się z astmą oskrzelową, a tylko 2 mln wie, że to właśnie ona stoi u podstawy ich dolegliwości. Źle wygląda też sytuacja przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, na którą choruje 2,5 mln osób, z czego tylko 20 proc. zdaje sobie z tego sprawę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Co roku na POChP umiera w Polsce 17 tys. osób, na świecie – ponad 2,7 mln. To sprawia, że choroba jest na piątym miejscu wśród najczęstszych zabójców, po chorobach serca, udarach, nowotworach i nagłych wypadkach. Liczba zgonów wciąż rośnie i do 2020 roku może stać się trzecią najczęstszą przyczyną śmierci.

Najbardziej zagrożeni POChP są palacze tytoniu, nałóg wywołuje ją w 80 proc. Także życie i praca w atmosferze pełnej zanieczyszczeń powietrza służy rozwojowi choroby. Astmą zagrożeni natomiast są alergicy. Po zmianach skórnych pojawia się katar, później astma oskrzelowa. Również kaszel może być objawem, dlatego nie należy go bagatelizować – wskazuje Dąbrowiecki.

Astma często rozpoczyna się w dzieciństwie, 75 proc. pacjentów pierwsze objawy miało jeszcze przed 5 rokiem życia. Dlatego tak ważne jest to, by rodzice i pediatrzy nie bagatelizowali częstego kaszlu, duszności czy świszczącego oddechu.

Osoby chore na POChP często nawet nie przypuszczają, że u podstawy ich problemów stoi choroba płuc. Za duszność wysiłkową częściej obwiniają choroby układu krążenia. Tymczasem przewlekłe choroby płuc łatwo rozpoznać.

Dwie duże choroby obturacyjne, czyli astma i POChP, manifestują się skurczem oskrzeli. Do jego rozpoznania służy narzędzie zwane spirometrem. On jest w stanie oszacować, jaką mamy pojemność płuc i przepływ powietrza przez poszczególne partie układu oddechowego. Porównując te dwa parametry, mówi nam, czy osoba wykonująca badanie ma obturację – wyjaśnia ekspert WIM.

Badanie spirometrem pomaga ocenić wydolność układu oddechowego, jest też przydatne w oszacowaniu ryzyka pooperacyjnego u osób, które mają być intubowane. Jak podkreśla Piotr Dąbrowiecki, badanie jest nieinwazyjne i zazwyczaj trwa krótko, od 10 do maksymalnie 30 minut, w zależności od pacjenta.

Pacjent wykonuje oddechy do spirometru, musi nabrać dużo powietrza i mocno wypuścić, a wydech musi trwać przynajmniej 6 sekund. Powtarza to do momentu, kiedy technik spirometrii czy lekarz wykonujący badanie stwierdzi, że badanie zostało wykonane prawidłowo technicznie – mówi ekspert.

Badanie i wiedza o chorobach są popularyzowane podczas Polskich Dni Spirometrii. 14 września rusza ich trzecia edycja. Hasłem przewodnim tegorocznej akcji jest „Oddychaj czystym powietrzem”. Chęć udziału zadeklarowało w tym roku ok. 230 placówek. To istotne, bo badania wykonuje tylko znikoma część chorych, większość z nich niewiele też wie o samej chorobie. Z badań TNS OBOP wynika, że 83 proc. osób nie wie, że POChP jest chorobą śmiertelną, a 84 proc. nie zna jej objawów.

Szczególnie adresujemy tę akcję do osób palących tytoń, po 40 roku życia, które mają przewlekłe objawy ze strony układu oddechowego, takie jak kaszel czy duszność wysiłkową. Miejsce, w którym takie badanie można wykonać bezpłatnie, znajdziemy na stronie Federacji. Jest wyszukiwarka ośrodków, które bezpłatnie od 14 do 19 września wykonują badania spirometryczne – mówi Dąbrowiecki.

P.A. NOVA chce zarabiać na obiektach przemysłowych szytych na miarę i rozważa inwestycje mieszkaniowe. Wciąż będzie inwestować w parki handlowe w małych miejscowościach

Ewa Bobkowska

Specjalizująca się w budowie i komercjalizacji obiektów handlowych P.A. NOVA chce zagospodarować niszę w sektorze przemysłowym i budować hale zaspokajające potrzeby konkretnych klientów. Chce też wejść w segment mieszkaniowy, na początek w Przemyślu, potem w Kłodzku. Nie rezygnuje jednak z parków handlowych w mniejszych miastach. 

W tempie takim, jakie założyliśmy, postępuje nasza największa inwestycja, czyli budowa galerii handlowej Galena w Jaworznie, którą zamierzamy otworzyć 20 listopada – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ewa Bobkowska, prezes zarządu spółki deweloperskiej P.A. NOVA. – Tak samo ukończyliśmy dwa parki handlowe w Krośnie i Kamiennej Górze. W tej chwili lokują się tam najemcy i we wrześniu oba, wynajęte w stu procentach, zostaną otwarte dla klientów.

Przedsiębiorstwo specjalizuje się we współpracy z sieciami handlowymi. Obejmuje ona zarówno formę deweloperską (polegającą na pozyskiwaniu nieruchomości gruntowych, formalno-prawnym przygotowaniu inwestycji, realizacji obiektu i sprzedaży zabudowanej nieruchomości), jak i typowe wykonawstwo budowlane. W latach 2002-2012 firma wykonała ponad 50 obiektów handlowych dla odbiorców zewnętrznych. Obecnie głównymi odbiorcami realizowanych inwestycji są sieci Tesco, Kaufland oraz Netto.

Jesteśmy zadowoleni z pierwszego półrocza, przede wszystkim 9,5 mln zł zysku netto to dobry wynik – przekonuje Ewa Bobkowska. – W obiektach własnych, zarówno, jeżeli chodzi o Galenę, jak i parki handlowe, odnieśliśmy wielki sukces. Jest to ciężka praca naszego zespołu, który wynajmuje obiekty, praz efekt współpracy z Maylandem [jedną z czołowych na polskim rynku spółek zajmujących się m.in. wynajmem powierzchni handlowych – red.]. Galenę otworzymy z wynajętą w 99 proc. powierzchnią. Natomiast, jeżeli chodzi o parki handlowe, to mamy je wynajęte w stu procentach.

Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) krajowi konsumenci mają obecnie do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. W budowie znajduje się 30 obiektów tego rodzaju, choć nieco mniejszych. Zdaniem Ewy Bobkowskiej miasta stutysięczne są już pod tym względem nasycone. Na ich terenie nie powinna działać więcej niż jedna galeria handlowa, bo powyżej tego progu zaczyna się komercyjny kanibalizm (nowych klientów nie przybywa, a placówki zabierają sobie jedynie dotychczasowych.

Natomiast widzimy jeszcze dużo możliwości działania w parkach handlowych, w miejscowościach mniejszych, gdzie miks 6-8 najemców jest bardzo pożądany przez klienta, który chce zrobić szybko i blisko domu podstawowe zakupy – uważa Ewa Bobkowska. – Tak samo mocno wchodzimy w segment przemysłowy, czyli duże hale, ale szyte na miarę klienta.

Spółka rozważa także, jak informuje Ewa Bobkowska, rozszerzenie działalności o segment mieszkaniowy.

Myślimy o tym już od jakiegoś czasu, ale na razie sprawy formalno-prawne przeszkadzają nam w tym, by zakończyć proces i uzyskać pozwolenie na budowę w Przemyślu, od której chcieliśmy zacząć – wskazuje Ewa Bobkowska. – Rozważamy także inwestycję w Kłodzku, gdzie mamy teren, ale patrzymy też w stronę mieszkaniówki w mniejszych miastach.

Zapotrzebowanie na super- i hipermarkety – zdaniem prezes spółki P.A. NOVA – będzie nadal, ale w ograniczonej wielkości. W związku z czym część sieci w ogóle wstrzymała się z inwestowaniem. Pole do działania w tym segmencie będzie raczej w mniejszych miejscowościach. Duże obiekty handlowe czeka natomiast okres remontów i modernizacji.

Wiele z nich ma już po kilkanaście lat, przez co obniżył się ich poziom techniczny – argumentuje szefowa P.A.NOVA. – Myślę, że przez najbliższe 2-3 lata sieci przede wszystkim będą wykonywać modernizacje swoich powierzchni handlowych.

Obiekty spółki, jak zapewnia Ewa Bobkowska, cieszą się dużym powodzeniem wynajmujących.

W naszych galeriach mamy bardzo mało pustostanów – informuje Ewa Bobkowska. – W Kluczborku nie mamy ich w ogóle, a po reorganizacji galerii w Przemyślu i dobudowie czterosalowego kina, także tam wszystko będzie wynajęte. Jeśli chodzi o Galenę, to również uważam, że odniesiemy sukces, a w Kędzierzynie-Koźlu mamy jeszcze trzy sklepy do wynajęcia. Co warto zaznaczyć, parki handlowe mamy zajęte w stu procentach.

W pierwszym półroczu br. przychody P.A. NOVA wyniosły 75,64 mln zł i były o przeszło 3 mln zł niższe niż w tym samym okresie 2014 roku. Spółka zarobiła netto 9,4 mln zł, o 1,6 mln zł mniej niż do końca czerwca ubiegłego roku.