Polski przemysł zbyt mało zautomatyzowany. Ustępujemy większości krajów europejskich, również sąsiadom

CEO Magazyn Polska

Na 10 tys. pracowników przemysłu przypada zaledwie 19 robotów. Nie tylko brakuje nam dużo do czołówki europejskiej, ale wyprzedzają nas kraje, które jeszcze kilka lat temu były na zbliżonym poziomie, jak Czechy czy Węgry. Perspektywy są jednak dobre. Polska jest w czołówce Europy pod względem łatwości pozyskiwania środków finansowych, dlatego przy współpracy z odpowiednimi partnerami mamy szansę dogonić kraje zachodnie.

Pod względem innowacyjności Polska jest w ogonie Europy. Europejski raport innowacyjności wskazuje, że na inwestycje przeznaczamy 0,9 proc. PKB, czyli ponaddwukrotnie mniej niż średnia europejska (2,06 proc.). Środki pochodzą głównie z sektora publicznego – zaledwie 37,2 proc. badań przeprowadza sektor przedsiębiorstw, w UE średnia wynosi 63 proc.

Mamy jednak na dobrym poziomie dostęp do finansowania, a to zazwyczaj jest problemem. Według Banku Światowego i raportu „Doing Business” jesteśmy na drugim miejscu w Europie pod tym względem. Myślę, że musimy zrobić krok naprzód z odpowiednimi partnerami, a wtedy wszystko będzie znacznie łatwiejsze – mówi Jędrzej Kowalczyk, prezes firmy FANUC Polska, lidera w dziedzinie automatyki przemysłowej.

Polska ma duży potencjał, jednak od kilku lat zmienia się niewiele. Pokazuje to przykład wykorzystania technologii w naszym kraju. Na 10 tys. pracowników przemysłu przypada 19 robotów. Z najnowszego raportu IFR „Industrial robots” wynika, że średnia w Unii to 82. Brakuje nam dużo do światowych potęg, np. w Niemczech to 282 roboty, a w Japonii 323. Wyprzedzają nas także kraje sąsiednie.

W Czechach, Słowacji czy na Węgrzech ten wskaźnik jest czterokrotnie wyższy niż w Polsce. Niestety, niepokojące jest to, że jeszcze dwa lata temu byliśmy na zbliżonym poziomie, ale od tego czasu nie wykonaliśmy znacznego wzrostu – wskazuje Kowalczyk.

Stopień robotyzacji w polskim przemyśle rośnie, choć znacznie wolniej niż w innych krajach. W latach 2003-2012 gęstość robotów wzrosła z 2 do 18. Wskaźnik na poziomie 19 jest zaś o 140 proc. wyższy niż w 2007 roku. Dzięki dostawcom technologii i ich współpracy z polskimi producentami można jednak dogonić Europę.

Wierzę, że uzyskanie średniej europejskiej jest możliwe, nawet w perspektywie pięciu lat. Musielibyśmy jednak zmienić sposób myślenia na bardziej perspektywiczny i już dzisiaj wykonać właściwą pracę. Oczywiście jest lepiej, sprzedaż robotów wzrasta, ale nieporównywalnie z tym, co możemy zaobserwować w innych krajach – analizuje prezes FANUC Polska.

Według GUS-u obecnie w polskich zakładach produkcyjnych pracuje 7,3 tys. robotów przemysłowych i ponad 12,5 tys. centrów obróbkowych. Coraz lepsze statystyki notują też firmy zajmujące się sprzedażą inteligentnych urządzeń. Z danych FANUC Polska wynika, że tempo sprzedaży rośnie dwucyfrowo. W latach 2012-2013 firma zanotowała 60 proc. wzrost sprzedaży.

Sprzedaż robotów polskiego oddziału stanowi 1 proc. całej sprzedaży robotów przemysłowych notowanej przez koncern w Europie. W zakresie sprzedaży robomaszyn i technologii CNC [komputerowe sterowanie urządzeń – red.] generujemy znacznie więcej. Jesteśmy krajem z dużym potencjałem produkcyjnym i tym samym technologie, które są u nas znane od lat, radzą sobie znacznie lepiej niż te, które są dopiero wprowadzane na rynek – tłumaczy Jędrzej Kowalczyk.

Zyski aptek rosną trzy razy wolniej niż sprzedaż leków. Branżę czeka konsolidacja

dr Jarosław Frąckowiak, prezes PharmaExpert

Ten rok może być rekordowy dla rynku farmaceutycznego. Wartość sprzedaży wzrosła względem ubiegłego roku o 7,7 proc. Nie przekłada się to jednak na zyski aptek. Statystyczna rośnie w tempie trzykrotnie mniejszym niż rynek – o 2,7 proc. Powodem są niższe marże, a wpływ ma na to również wzrost liczby placówek. Dla nieusieciowionych oznacza to konieczność współpracy, dlatego przyszłością będzie łączenie się umową franczyzową i konsolidacja branży.

Przez pierwszych pięć miesięcy rynek wzrósł o 7,7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, ale statystyczna apteka rośnie tylko o 2,7 proc. Dzieje się tak, ponieważ mamy dużo więcej aptek. Ich liczba rośnie lawinowo, w tym momencie jest ich ponad 14,4 tys. – mówi agencji Newseria dr Jarosław Frąckowiak, prezes PharmaExpert.

Jeszcze rok temu liczba aptek nie przekraczała 14 tys. Choć część placówek jest zamykana, szybko pojawiają się nowe. Większość z nich to apteki sieciowe, które powstają przede wszystkim w atrakcyjnych lokalizacjach – albo na miejscu tych, które zniknęły z rynku, albo w centrach handlowych. Większy wybór aptek wpływa na mniejsze obroty.

Przeciętna apteka ma obrót około 170 tys. zł, ale już sieciowa – 220 tys. zł. Apteka niezależna czy należąca do mikrosieci ma obroty bliżej 150 tys. zł. Te dysproporcje są duże także w liczbie pacjentów – przekonuje ekspert.

Gwałtowny przyrost liczby aptek wpływa również na spadek marży. Ogólny spadek wynosi 5 proc., dla leków refundowanych – 5,2 proc., dla pełnopłatnych leków na receptę – 7,5 proc., a dla produktów sprzedawanych na receptę – 8,2 proc. Tracą na tym przede wszystkim mniejsze niezależne apteki, które samodzielnie zaopatrują się w leki i trudno im uzyskać duże zniżki w hurtowniach.

Rynek jest nieskonsolidowany. Sieci aptecznych, które mają 5 i więcej aptek, jest na rynku aż 330. To 5,6 tys. aptek, co oznacza, że 39 proc. aptek jest usieciowionych. Mikrosieci to 1,6 tys. placówek, pozostałe to apteki niezależne, które coraz szybciej uczą się ze sobą współpracować i tworzą np. grupy zakupowe – wskazuje Frąckowiak.

Analitycy Euler Hermes prognozują, że o ile w 2013 roku niezależne apteki stanowiły jeszcze 40 proc. ogółu aptek, to w najbliższych latach ich liczba nie przekroczy 30 proc. Przy zaostrzającej się konkurencji małe apteki będą zmuszone ze sobą współpracować, co pozwoli im utrzymać się na rynku.

Obecnie za połowę wartości rynku odpowiada 39 proc. sieciowych aptek. Jak podkreśla prezes PharmaExpert, o sukcesie apteki w dużej mierze decyduje lokalizacja.

Gwarantuje ona ruch pacjentów. Drugim elementem jest właśnie liczba pacjentów. Przeciętna apteka sieciowa ma ponad 4 tys. pacjentów w miesiącu, apteka niezależna czy z mniejszych sieci już tylko 3 tys. To bardzo duża różnica – mówi Frąckowiak.

Istotny jest również koszyk zakupowy, czyli pieniądze, jakie klienci zostawiają podczas wizyty w aptece. Część aptek próbuje różnicować ofertę, łączą model sprzedażowy np. z drogerią, przyciągają klientów suplementami diety czy odżywkami. Przy tak dużej liczbie graczy na rynku przyszłością branży jest jednak konsolidacja.

Nieuniknione jest łączenie tych sieci w większe grupy. Rozwój franczyzy jest także szalenie ważnym trendem na rynku. Apteki pozostają niezależne, ale wiążą się umową franczyzową z kimś, kto tę franczyzę oferuje. Takich aptek na rynku pojawia się coraz więcej i na pewno będzie to kontynuowane – analizuje Frąckowiak.

Ponad ośmiu kandydatów na jedno miejsce na Politechnice Warszawskiej. Na większości kierunków lepsze wyniki niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Średnio o jedno miejsce na Politechnice Warszawskiej ubiegało się więcej niż ośmiu kandydatów. Najbardziej obleganym kierunkiem jest automatyka i robotyka na kilku wydziałach uczelni. Dużym powodzeniem cieszyła się także tegoroczna nowość – geoinformatyka, gdzie na 30 miejsc zgłosiło się ponad 900 osób. To jeden z pierwszych uruchamianych przez PW kierunków praktycznych. Będzie ich więcej, bo rośnie zainteresowanie kandydatów takimi studiami.

Cały czas Politechnika Warszawska cieszy się dużym powodzeniem. 8,14 kandydata na jedno miejsce to bardzo dobry wynik w świetle tego, że mamy niż demograficzny i liczba maturzystów spada – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Wieczorek, prorektor ds. studenckich Politechniki Warszawskiej. – Cieszy również to, że średni wynik, z którym przyjmujemy, na 44 naszych kierunkach z 50 jest wyższy niż połowa wymaganych punktów.

Wzrost tego wskaźnika cieszy tym bardziej, że wyniki matury były procentowo gorsze, szczególnie z matematyki, niż w ubiegłym roku.

Od kilku lat absolutnych hitem wśród kandydatów jest automatyka i robotyka. Ten kierunek jest na kilku wydziałach. W tym roku najpopularniejsze były te na Wydziale Elektroniki oraz Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa – wymienia prorektor Politechniki Warszawskiej. – Dużym powodzeniem cieszą się kierunki, które kandydaci identyfikują z założeniami praktycznymi i możliwością pracy w przemyśle. To dało się wyraźnie zaobserwować.

Przykładem jest uruchomiony w ubiegłym roku kierunek inżynieria pojazdów elektrycznych i hybrydowych na Wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych. W tegorocznej rekrutacji cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem. Podobnie jak międzywydziałowy kierunek inżyniera biomedyczna realizowany przez Wydział Mechatroniki i Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych. Tu o jedno miejsce ubiegało się 20 kandydatów.

– W tym roku otworzyliśmy nowy kierunek na Wydziale Geodezji i Kartografii – geoinformatyka. To okazało się być absolutnym hitem – 30 kandydatów na jedno miejsce, choć trzeba uczciwie przyznać, że przy niewielkiej liczbie miejsc. Nie wiedzieliśmy, jakie będzie zainteresowanie, ale okazało się, że śmiało mogliśmy założyć większą liczbę kandydatów. Przy 30 miejscach mieliśmy ponad 900 kandydatów – mówi Władysław Wieczorek.

Jak tłumaczy, geoinformatyka to jeden z pierwszych kierunków realizowanych na warszawskiej uczelni jako kierunek praktyczny, a nie akademicki. W ramach studiów przewidziane są wykłady specjalistów z firm geoinformatycznych, wykładowców zagranicznych oraz trzy miesiące praktyki produkcyjnej.

Jak wskazują władze Politechniki Warszawskiej, powstanie kierunku wynika z analizy rynku pracy i zapotrzebowania na specjalistów łączących umiejętności informatyczne z wykształceniem geodezyjno-kartograficznym. Potrzeba rozwoju kierunku wynika z faktu, że większość obecnie funkcjonujących systemów informatycznych używa dostępu do wszelkiego rodzaju map cyfrowych, począwszy od map adresowych, poprzez zdjęcia lotnicze i satelitarne, a na trójwymiarowych modelach miast i infrastruktury kończąc.

Przybywa pasjonatów kolekcjonerskich aut. We wrześniu duża aukcja na Stadionie Narodowym

CEO Magazyn Polska

W połowie września w Warszawie odbędzie się duża aukcja samochodów zabytkowych. Dla kolekcjonerów dostępne będą auta o wartości od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych. W Polsce tego typu aukcje to nowość. W krajach zachodnich, gdzie również rynek aut kolekcjonerskich jest większy i bardziej rozwinięty, stanowią one ważną część branży.

Pierwszą aukcję planujemy na 17 września, odbędzie się ona na Stadionie Narodowym. Będzie ją poprzedzał dzień wystawowy, podczas którego będzie można zobaczyć samochody. Obejrzeć tę wystawę będą mogły wyłącznie osób autentycznie zainteresowanych tymi autami – mówi agencji Newseria Michał Wróbel, dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego wyspecjalizowanego w motoryzacji zabytkowej, organizatora aukcji. – Spodziewamy się wystawienia 60 aut w bardzo szerokim przekroju cenowym.

Na aukcji znajdą się modele już od 18-20 tys. zł. Najdroższe będą kosztowały kilka milionów.

Mając świadomość, jak polski rynek wygląda, prawie 2/3 tych samochodów będzie kosztować poniżej 90 tys. zł. To naszym zdaniem sugeruje sukces sprzedażowy – mówi Wróbel.

Aukcje oldtimerów stały się popularne w latach 80., głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie. Rynki zabytkowych samochodów są od lat wspierane działalnością domów aukcyjnych. Kilka z nich zdominowało światowy rynek. Z danych Ardor Auctions wynika, że organizując aukcje w największych stolicach Europy, potrafią one wygenerować przychód ponad 400 mln dolarów. Na tego typu wydarzeniach często sprzedawane są auta należące do gwiazd lub charakterystyczne dla jakiejś produkcji filmowej. Często też padają rekordowe kwoty.

Staramy się jak najbardziej się zbliżyć do tego, w jaki sposób są przeprowadzane aukcje za granicą, czyli przygotowujemy pełny katalog, który będzie dostępny także w formie papierowej. Zostanie on wydany trzy tygodnie przed aukcją, planujemy sprowadzić wszystkie samochody na Stadion Narodowy, jak to robią zagraniczne domy aukcyjne w momencie przeprowadzania licytacji. Do tego będą też dostępne wszystkie dokumenty tych samochodów w klaserach – wymienia Michał Wróbel.

Jak podkreśla, największą różnicą będzie cena

Liczba samochodów o wartości przewyższającej 100 tys. euro na aukcjach zagranicznych jest bardzo wysoka. U nas jednak to będzie kwestia jednostkowa, ok. 10 samochodów – mówi dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions.

W Polsce do tej pory transakcje kupna-sprzedaży zabytkowych samochodów to transakcje prywatne, między kolekcjonerami. Jak podkreśla Wróbel, upublicznienie cen pozwoli na uporządkowanie rynku i jego faktyczną ocenę. Zadaniem Domu Aukcyjnego Ardor Auctions ma być również łączenie sprzedających z potencjalnymi nabywcami.

Mamy na przykład sytuację, że w rodzinie od dłuższego czasu jest jakieś ciekawe auto, np. youngtimer, kupiony jako nowy przez ojca czy dziadka. I teraz jest wystawiany na aukcję, bo auto od tej pory nie zmieniło właściciela – mówi Michał Wróbel. – Mogą być też przypadki kolekcjonerów posiadających 10 czy 20 samochodów, którzy chcą przewietrzyć garaż i wystawiają u nas dwa, trzy czy cztery samochody.

Eksperci oceniają, że w Polsce rynek zabytkowych aut rośnie w tempie 30 proc. rocznie. Jeśli nie nastąpi pogorszenie w gospodarce, to ma szanse na dalsze silne, dwucyfrowe wzrosty.

Polacy coraz chętniej wyjeżdżają na urlop w pojedynkę. Za wakacyjny wyjazd płacą więcej niż rodziny

CEO Magazyn Polska

1/4 wszystkich wyjeżdżających na urlop Polaków to single. W przeciwieństwie do turystów z dziećmi single nastawieni są głównie na zwiedzanie i zabawę. Chętnie wybierają też hotele wyłącznie dla dorosłych. Najpopularniejszy kierunek dla osób podróżujących to Egipt i Wyspy Kanaryjskie.

Podczas urlopu single poszukują przede wszystkim możliwości zwiedzania nowych miejsc, dopiero na drugim miejscu znajdują się takie rozrywki, jak plażowanie czy zabawy w klubach. Chętnie uprawiają też sporty, np. nurkowanie czy kitesurfing. Z raportu Travelplanet.pl wynika, że samotnie znacznie częściej podróżują kobiety niż mężczyźni.

– Single szukają przede wszystkim hoteli, gdzie nie będzie dużo rodzin z dziećmi, wybierają hotele tylko dla dorosłych, a takie są już praktycznie na wszystkich kierunkach, w Egipcie, Turcji czy Chorwacji, również na kierunkach egzotycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Klaudyna Mortka z portalu Wakacje.pl.

Najpopularniejszym kierunkiem podróży wśród singli jest Egipt. Polacy wyjeżdżający na urlop w pojedynkę, zwłaszcza Ci lubiący nurkowanie, najchętniej wybierają takie kurorty, jak Szarm el-Szejk i Hurghada. Osoby nastawione wyłącznie na zwiedzanie chętnie decydują się na wycieczki objazdowe – w ich przypadku najpopularniejsze destynacje to Włochy, Tajlandia i Maroko.

Kolejny kierunek popularny wśród singli to Wyspy Kanaryjskie, które zapewniają rozrywkę. To jest nastawienie się na poznawanie nowych ludzi, na odpoczynek, na pewną pogodę. Popularne są również kierunki egzotyczne, jak Dominikana, Tajlandia. To kierunki, które single wybierają również objazdowo, ale nastawiają się na hotele tylko dla dorosłych – mówi Klaudyna Mortka.

Biura podróży wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów i przygotowują coraz ciekawsze oferty dla osób podróżujących samotnie. W propozycjach dla singli znajdują się hotele, w których można bardzo aktywnie spędzić czas, np. na rozrywkach sportowych lub zabawach klubowych. Wielu touroperatorów stara się też wybierać miejsca noclegowe tylko dla dorosłych lub takie, które mają wydzielone części dla osób podróżujących samotnie i rodzin z dziećmi.

Wybieramy Egipt, który jest rajem dla nurków. Wybieramy Riwierę Turecką tętniącą życiem czy Wyspy Kanaryjskie, gdzie w hotelach znajdziemy ofertę umożliwiającą nam uprawianie różnego rodzaju sportów, czy to wodnych, czy biegania, gdzie jest bardzo dobra infrastruktura dla osób aktywnych – mówi Klaudyna Mortka.

Wakacje dla singli najczęściej są droższe niż oferty dla osób podróżujących w towarzystwie. Wynika to głównie z wysokich dopłat za pokój jednoosobowy –mogą one sięgać nawet 1/3 całego kosztu wyjazdu. Jest to jedna z przyczyn, dla których single wybierają hotele o niższym standardzie niż rodziny z dziećmi lub pary. Większy koszt urlopu singli wynika też w dużej mierze z tego, że wybierają oni częściej niż pary i rodziny kierunki egzotyczne.

Ceny nowej Hondy HR-V

Oddział Hondy w Polsce poinformował, iż ceny nowej, bazowej odmiany Comfort subkompaktowego crossovera HR-V będą rozpoczynały się od 77 000 zł, natomiast flagowa odmiana Elegance została wyceniona na 84 000 zł.

Honda HR-V wyróżnia się eleganckimi liniami typowymi dla aut coupé oraz masywną posturą SUV-a. Wnętrze auta oferuje pasażerom pojemny bagażnik (470 litrów przy uniesionych oparciach tylnych foteli,  1533 litrów – po ich złożeniu), wiodącą w klasie przestronność oraz rozbudowane możliwości w zakresie konfiguracji siedzeń, dzięki zastosowaniu opracowanego przez Hondę systemu Magic Seats.

Już w podstawowej wersji wyposażenia – Comfort – klienci otrzymają bez dopłaty klimatyzację, tempomat oraz automatyczne reflektory.

Średnia wersja wyposażenia – Elegance – oferowana w cenie od 84 000 zł, zawiera dodatkowo automatyczne wycieraczki, przednie i tylne czujniki parkowania oraz system audio z sześcioma głośnikami. Ponadto, opracowana przez Hondę koncepcja „Smart Touch” obejmuje dotykowy panel klimatyzacji.

W najbogatszej wersji wyposażenia – Executive (od 96 500 zł) –  znajdzie się również skórzana tapicerka, system komfortowego dostępu oraz kamera cofania. Poczucie przestronności wnętrza potęguje niespotykane w tej klasie elektrycznie otwierane i uchylane panoramiczne okno dachowe. Uzupełnieniem całości są 17-calowe obręcze aluminiowe.

Zaawansowany system multimedialny Honda Connect

Klienci, którzy wybiorą wersję Elegance lub Executive, będą również mogli skorzystać ze standardowego systemu multimedialnego Honda Connect, który działa w oparciu o system operacyjny Android, dzięki czemu wszystkie operacje można wykonywać za pomocą dotyku. Nowy system zapewnia łatwą obsługę aplikacji za pośrednictwem siedmiocalowego ekranu dotykowego umieszczonego w desce rozdzielczej.

Ponadto, system Honda Connect jest oferowany z fabrycznie zainstalowanymi aplikacjami i umożliwia dodawanie aplikacji za pomocą dedykowanej usługi Honda App Center. System daje szybki dostęp do usług internetowych, takich jak przeglądarka, wiadomości podawane w czasie rzeczywistym, informacje o pogodzie i utrudnieniach w ruchu, a także do serwisów społecznościowych i stacji muzycznych.

Zintegrowana nawigacja Garmin została standardowo zainstalowana w wersji Executive i jest dostępna opcjonalnie w wersji Elegance.

Zaawansowane systemy bezpieczeństwa

Nowa Honda HR-V została zaprojektowana pod kątem uzyskania maksymalnej liczby pięciu gwiazdek w testach zderzeniowych instytutu Euro NCAP, dlatego wszystkie europejskie wersje tego modelu będą wyposażone standardowo w opracowany przez Hondę system aktywnego hamowania w ruchu miejskim (CTBA). Ponadto, odmiany Elegance oraz Executive otrzymają pakiet rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa o nazwie Advanced Driver Assist System, działających w oparciu o szereg specjalnych czujników. W jego skład wchodzą takie rozwiązania, jak system ostrzegania przed kolizją, system rozpoznawania znaków drogowych, inteligentny ogranicznik prędkości, system ostrzegania o zjeżdżaniu z pasa ruchu oraz system automatycznych świateł drogowych.

 

Doskonałe właściwości jezdne i duża wydajność

Nowa Honda HR-V oferuje bardzo dobre wrażenia z jazdy oraz wysoką wydajność, dzięki zastosowaniu nowoczesnych jednostek napędowych – silnika wysokoprężnego o pojemności 1,6 litra i-DTEC i mocy maksymalnej 120 KM oraz silnika benzynowego o pojemności 1,5 litra i-VTEC, rozwijającego moc maksymalną 130 KM.

Honda HR-V dostępna będzie zarówno w manualną skrzynią sześciobiegową, jak i nowoopracowaną przekładnię CVT (tylko w połączeniu z silnikiem benzynowym). Emisja CO2 w tym modelu rozpoczyna się już od 104 g/km. Układ sterowania przekładnią CVT został zaprojektowany specjalnie z uwzględnieniem wymagań europejskich klientów.

Wiesław Kołodziej, Prezes Zarządu polskiego oddziału Honda Motor Europe, powiedział: „Szesnaście lat temu zadebiutowała pierwsza generacja Hondy HR-V, która dała początek segmentowi niewielkich crossoverów. Obecnie wprowadzamy na rynek następcę tego modelu, który oferuje nowoczesny design, przestronne wnętrze, nowej generacji silniki i szereg zaawansowanych rozwiązań technicznych. Mamy nadzieję, że będzie on cieszył się dużym zainteresowaniem.”

 

„2015 rok to dla nas bardzo intensywny okres, gdyż niemal wszystkie modele samochodów z aktualnej oferty firmy zostały odświeżone lub są zupełnie nowe. Cieszę się, że za pośrednictwem tych niezwykle atrakcyjnych produktów będziemy mogli przypomnieć o zaletach Hondy naszym lojalnym klientom i dać je poznać tym nowym.”

Cennik nowej Hondy HR-V

 

Model Silnik Skrzynia biegów CO2 (g/km) Zużycie paliwa (l/100km) Cena (zł)
Comfort 1,5 litra i-VTEC Manualna 130 5,6 77 000
Comfort 1,6 litra i-DTEC Manualna 104 4,0 86 000
Elegance 1,5 litra i-VTEC Manualna 130 5,6 84 000
Elegance 1,5 litra i-VTEC CVT 120 5,2 89 000
Elegance 1,6 litra i-DTEC Manualna 104 4,0 93 000
Executive 1,5 litra i-VTEC Manualna 134 5,7 96 500
Executive 1,5 litra i-VTEC CVT 125 5,2 101 500
Executive 1,6 litra i-DTEC Manualna 108 4,1 105 500

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Raport na temat technologii mobilnych w biznesie

Trudno dziś wyobrazić sobie życie bez wszechobecnej technologii, a wielu z nas nie umie już funkcjonować bez urządzeń mobilnych. Według raportu Global Mobile Data Traffic Forecast wydanego na początku tego roku przez Cisco, smartfony w roku 2014 wygenerowały 30 razy więcej ruchu niż cały Internet w roku 2000. Coraz trudniej będzie więc prowadzić biznes, stroniąc od nowoczesnych rozwiązań. Przedsiębiorcy także są co do tego zgodni – aż 96% z nich uważa, że technologie i rozwiązania mobilne pomagają w prowadzeniu firmy – wynika z najnowszego sondażu firmy Tax Care, przeprowadzonego pod koniec czerwca na grupie prawie 800 respondentów. Najważniejsze, by zdobycze nowoczesnej technologii wykorzystać dla podniesienia konkurencyjności swojej działalności na rynku.

Raport na temat technologii mobilnych w biznesieAż 80% zapytanych przez Tax Care przedsiębiorców uważa, że technologie mobilne to przyszłość biznesu, bo już teraz wszystko dzieje się w sieci, natomiast co piąty ankietowany twierdzi, że to uzupełnienie klasycznych rozwiązań, z których można korzystać doraźnie. I choć aplikacje mobilne pokrywają dziś całe spektrum potrzeb biznesowych, ich potencjał nie jest jeszcze powszechnie wykorzystywany. Powody? Połowa respondentów twierdzi, że największą barierą w korzystaniu z technologii mobilnych w biznesie jest niewiedza i nieumiejętność posługiwania się nimi, 28% wskazuje na strach, że są one mało bezpieczne, 13% podkreśla brak dostępu do informacji o istnieniu takich ulepszeń, a 9% brak odpowiedniego sprzętu, na przykład smartfona. Choć to akurat dynamicznie się zmienia – udział smartfonów wśród użytkowników telefonów komórkowych wzrósł do 44%, podczas gdy w 2011 stanowił jedynie 11%.[1]

Łatwiej w biznesieRaport na temat technologii mobilnych w biznesie

Każda pojawiająca się na rynku nowa technologia mobilna ma spełniać jeden podstawowy cel: uprościć nam życie. Coraz więcej czynności da się zrealizować za pomocą różnego rodzaju aplikacji. Ale choć przelew do ZUS można dziś wykonać stojąc w korku, wciąż trzeba pamiętać, by środki z rachunku przelać. Nie dziwi więc fakt, że aż 45% badanych przez Tax Care przedsiębiorców uznało, że najważniejszą technologią mobilną, która ułatwiłaby im prowadzenie biznesu jest aplikacja przypominająca o terminach płatności rat, podatków i innych zobowiązań. Co ciekawe, 15% ucieszyłoby się z aplikacji pomagającej monitorować pracę ludzi w terenie, kolejne 15% uznało, że firmę prowadzi się łatwiej mając mobilne konto bankowe zarządzane z telefonu komórkowego, a 16% badanych wskazało na „chmurę” do przechowywania dokumentów i udostępniania ich innym, na przykład księgowemu.

Warto iść z duchem czasu

„Chmura” to tylko jedno z rozwiązań wspierających dzisiaj prowadzenie biznesu, niezależnie od branży, w której działamy. Czym więc kuszą nas inne dostępne na rynku technologie? I tu znowu odwołamy się do czerwcowego sondażu Tax Care. Ponad 43% pytanych w nim przedsiębiorców uznało, że tym, co przekonuje ich do korzystania z technologii mobilnych jest dostępność narzędzi potrzebnych do pracy 24h i w każdym miejscu na ziemi. Ten aspekt nabiera znaczenia zwłaszcza w okresie wakacyjnym. Któż nie chciałby wypocząć z dala od domu, nie tracąc przy tym kontroli nad prowadzoną przez siebie działalnością? Co trzeci przedsiębiorca wskazuje na oszczędność czasu, którego nigdy za wiele, 18% uznaje, że warto korzystać z nowoczesnych technologii, bo to upraszcza procesy i zadania, natomiast dla 7% głównym argumentem jest bezpieczeństwo.

Wiedza o technologiach mobilnych – skąd ją czerpać?

Internet i technologie mobilne determinują dziś niemal każdą sferę naszej działalności, a więc także prowadzenie biznesu. Dlatego tak ważne jest, by nie zostawać w tyle i na bieżąco śledzić możliwości, jakie ze sobą niosą. Ponad jedna trzecia zapytanych przedsiębiorców wiedzę o technologiach mobilnych pozyskuje z mediów, gazet i artykułów w Internecie, 17% od znajomych, którzy z nich korzystają, a 6% z zainteresowaniem ogląda materiały w serwisie Youtube, które prezentują, jak krok po kroku korzystać z danego sprzętu czy aplikacji. Ale aż 40% utrzymuje, że wiedzę tę chętnie czerpie ze szkoleń i warsztatów dla przedsiębiorców.

– Doskonałą okazją do podzielenia się swoim doświadczeniem, także w zakresie wykorzystania technologii mobilnych w różnych branżach będzie cykl konferencji organizowany w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu przez fundację Twoja Inicjatywa!. Z własnych obserwacji wiem, że tego typu spotkania pozwalają wymienić się wiedzą i sprzyjają nawiązywaniu nowych kontaktów biznesowych – mówi Adam Głos, prezes firmy Tax Care, partnera wydarzenia. To wartość dodana, bo już sam program konferencji „12 kroków do sukcesu” przedstawia wszystkie aspekty związane z prowadzeniem własnego biznesu. A podział na 4 moduły tematyczne, takie jak Planowanie, Zarządzanie, Promocja, Sprzedaż sprawia, że każdy z uczestników znajdzie w nim coś dla siebie. Do sukcesu przedsiębiorców inspirować będą także m.in. Jacek Walkiewicz, Tomasz Kammel, czy Otylia Jędrzejczak. Obecnie trwają zapisy i przedsprzedaż z 30% rabatem. Więcej szczegółów można znaleźć na www.12krokowdosukcesu.pl

[1] Badanie „Preferencje konsumentów rynku telekomunikacyjnego w latach 2011 – 2014” przeprowadzone przez UKE (Urząd Komunikacji Elektronicznej).

Ile zarabiają Polacy w Irlandii?

Irlandia kilka lat temu przestała być „ekonomiczną Zieloną Wyspą”. Kryzys z 2008 roku uderzył praktycznie we wszystkie wskaźniki makroekonomiczne. W najbardziej dotkliwym 2009 roku, gospodarka irlandzka skurczyła się aż o 6,4%. Pomimo tego Polacy nie zrezygnowali z emigracji. Co prawda w ostatnich latach liczba polskich pracowników mieszkających w Irlandii z roku na rok malała, jednak kraj ten w 2013 roku nadal pozostawał trzecim najpopularniejszym kierunkiem polskiej emigracji po Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Jakie są zarobki Polaków na Zielonej Wyspie? Okazuje się, że wysokość zarobków Polaków za granicą zależy od długości czasu trwania emigracji. Jak wynika z raportu NBP, najniższe wynagrodzenia otrzymywali pracujący krótko, tzn. do jednego roku. Przeciętnie płacono im 1 300 EUR miesięcznie. Ci, którzy zdecydowali się pozostać dłużej w Irlandii (powyżej 3 lat), zarabiali nawet o 400 EUR więcej.

Wykres 1. Przeciętne miesięczne wynagrodzenia Polaków w Irlandii w zależności od długości trwania emigracji (2012, brutto w EUR)

Przeciętne miesięczne wynagrodzenia Polaków w Irlandii w zależności od długości trwania emigracji
Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie badania sondażowego
przeprowadzonego w 2012 roku przez NBP wśród emigrantów pracujących za granicą

Jakie stawki oferowane są na Zielonej Wyspie?

Jak wynika z danych NBP, Polacy mieszkający w Irlandii są zatrudniani głównie przy pracach fizycznych. Aż 30% respondentów wykonywało prace proste, takie jak zbieranie owoców, bycie pokojówką, kelnerem czy robotnikiem budowlanym. Z kolei 29% pracujących to robotnicy wykwalifikowani – spawacze, murarze, operatorzy maszyn, fryzjerzy lub krawcy.

Z analizy ofert pracy zamieszczonych na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES (Dane o zarobkach należy traktować orientacyjnie, gdyż wynagrodzenia podawane na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES mogą być nieco wyższe niż oferowane przez prywatne agencje pracy za granicą czy w szarej strefie. Wynika, że w przytoczonych zawodach wynagrodzenia są dość zróżnicowane. Najniższe godzinowe stawki spośród analizowanych, oferowane są osobom wykonującym prace proste lub zatrudnionym w handlu i usługach – mediana zarobków podawanych w ofertach pracy wynosi 9,00 EUR na godzinę. Przeliczając tę kwotę na złotówki daje do sumę około 6 300 PLN miesięcznie (Stawki obliczono przemnażając je przez 8 godzin, 21 dni (średnia liczba dni pracujących w 2015 roku) oraz kurs EUR/PLN. Obliczenia dokonane są na podstawie kursu walut z dnia 26.06.2015 roku.)

Robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy mogą otrzymywać przeciętnie 10,00 EUR na godzinę, czyli około 7 000 PLN miesięcznie. Praca pracowników obsługi biurowej jak również kierowców i operatorów pojazdów wyceniana jest na około 11,00 EUR na godzinę (mniej więcej 7 700 PLN miesięcznie). Mediana godzinowych zarobków robotników obróbki metali i mechaników wynosi zaś 12,00 EUR, co daje w przeliczeniu około 8 400 PLN miesięcznie.

W analizowanych ogłoszeniach EURES najwyższe stawki oferowane były robotnikom budowlanym i górnikom – mediana godzinowych zarobków wyniosła nieco powyżej 17 EUR. W przeliczeniu na złotówki daje to kwotę około 11 900 PLN miesięcznie.

Tabela 1. Godzinowe stawki wynagrodzeń
w wybranych grupach zawodowych w Irlandii w 2015 roku (brutto, w EUR)

n 25% zarabia poniżej mediana 25% zarabia powyżej
prace proste, handel, usługi 47 8,65 9,00 9,50
robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy 29 8,80 10,00 12,00
pracownicy obsługi biurowej 51 10,00 10,94 13,02
kierowcy i operatorzy pojazdów 50 10,67 11,00 14,44
robotnicy obróbki metali, mechanicy maszyn 50 8,65 12,00 14,06
robotnicy budowlani, robotnicy kopalnictwa, górnicy 22 14,06 17,03 17,65

Źródło: Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie
ofert pracy zamieszczonych na Europejskim Portalu Mobilności Zawodowej EURES
Andrzej Kuczara, Marta Kowalówka Sedlak & Sedlak

Komputronik utrzymuje tendencję wzrostową

Komputronik S.A. w rozpoczętym 1 kwietnia pierwszym kwartale roku obrotowego 2015/2016 odnotował wzrost zysku handlowego ze sprzedaży towarów i usług na poziomie 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

W pierwszym kwartale Komputronik w ujęciu jednostkowym osiągnął szacunkowy zysk handlowy ze sprzedaży towarów i usług o wartości około 37 mln zł, wobec 31,1 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wzrost odnotowano także na poziomie szacunkowych przychodów handlowych ze sprzedaży towarów i usług. W ujęciu jednostkowym wyniosły one ok. 536 mln zł, co wobec przychodów wynoszących 469,4 mln zł w pierwszym kwartale ubiegłego roku daje wzrost na poziomie 14,2%.

We wstępnych danych z działalności handlowej z pierwszego kwartału uwzględniono dochód ze sprzedaży w spółce zależnej Komputronik Biznes, oferującej kompleksową obsługę przedsiębiorstw i instytucji. Zabieg ten umożliwił zachowanie porównywalności danych, ponieważ w pierwszym kwartale roku 2014/2015, w ramach obsługi przedsiębiorstw, część dochodu wypracowano w ramach spółki Komputronik.

Początek roku obrachunkowego udowadnia stabilność naszych wyników. Oczekujemy podobnych tendencji także w kolejnych miesiącach. Uruchomienie nowego, większego magazynu centralnego uwolniło duży potencjał do wzrostu biznesu. Przeprowadzka pozwoli m.in. na zwiększenie dostępności asortymentu RTV i AGD, którego ekspozycję stale poszerzamy, udostępniając klientom nowe kategorie produktowe – komentuje Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A. Drugi kwartał roku kalendarzowego to specyficzny okres pod względem zakupowym. Zwiększony popyt konsumpcyjny można było zaobserwować zwłaszcza w maju, co wiązało się m.in. z zakupem prezentów komunijnych. Czerwiec, a więc koniec roku szkolnego i rozpoczynające się wakacje, to także okres zakupowy. Wiele osób wymienia wtedy sprzęt elektroniczny bądź szuka nowinek technologicznych i ciekawych wakacyjnych gadżetów – dodaje.

We wstępnych danych pochodzących z systemów sprzedaży uwzględniono prognozy dotyczące otrzymania bonusów i premii posprzedażnych, nie uwzględniono natomiast funduszy marketingowych od producentów na częściowe refinansowanie działań promocyjnych.

Nowy dyrektor generalny Bibby Financial Services

Jerzy Dąbrowski został dyrektorem generalnym i prezesem zarządu spółki faktoringowej Bibby Financial Services. Dotychczasowy jej szef, Krzysztof Kuniewicz, awansował i pełni teraz funkcję dyrektora operacyjnego na region europejski (Head of Operations – Europe).

– Bibby Financial Services wyróżnia się na rynku ofertą rozwiązań faktoringowych dla małych i średnich przedsiębiorstw, a także dla firm startujących, będących w fazie rozwoju lub posiadających ciekawe kontrakty. To między innymi ten charakterystyczny rys spowodował, że jestem z nimi -opowiada Jerzy Dąbrowski, związany wcześniej z Bankiem Millennium, w którym zarządzał Departamentem Faktoringu i Finansowania Handlu.

Jego zdaniem rynek faktoringowy nadal będzie rósł. – Jak obserwuję, coraz częściej osoby zarządzające finansami w polskich firmach konstruują swoje prognozy w obszarze przepływów w oparciu o rozwiązania faktoringowe, które wygładzają niedopasowania kwotowo-czasowe po stronie należności i zobowiązań – twierdzi.

Ze względu na zróżnicowane potrzeby przedsiębiorstw, na rynku jest miejsce zarówno dla faktoringu świadczonego przez banki, jak i dla niezależnych spółek faktoringowych, które często cechują się większą elastycznością. – Bibby potrafi dostrzec i wycenić te atuty firmy, które dla innych mogą być zupełnie bez znaczenia -dodaje Dąbrowski. – Dlatego staje się partnerem wielu małych i średnich przedsiębiorstw, którym towarzyszy w rozwoju przez wiele lat.

Ale nowy dyrektor generalny zapowiada jednocześnie, że Bibby Financial Services sukcesywnie będzie rozwijać ofertę także dla większych podmiotów.

Jerzy Dąbrowski to doświadczony specjalista w zakresie faktoringu i finansowania handlu. Z rynkiem faktoringowym związany jest od 2002 roku, ostatnio pracował jako starszy dyrektor zarządzający Departamentem Faktoringu i Finansowania Handlu w Banku Millennium. Wcześniej zajmował stanowiska menadżerskie w Pekao Faktoring (Grupa Unicredit) i Banku Raiffeisen. W marcu br. Walne Zgromadzenie Członków Polskiego Związku Faktorów powołało Jerzego Dąbrowskiego na stanowisko wiceprzewodniczącego Komitetu Wykonawczego Związku, w pracach którego od lat bierze aktywny udział. Absolwent Instytutu Ekonomii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w którym przez 4 lata był również pracownikiem naukowym w Katedrze Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych.

Krzysztof Kuniewicz, dotychczasowy dyrektor generalny, który współtworzył polski oddział Bibby Financial Services, awansował w strukturach Grupy i od 1 lipca br. pełni funkcję dyrektora operacyjnego na region europejski (Head of Operations – Europe). Do jego obowiązków należy m.in. monitorowanie jakości obsługi klientów, nadzorowanie projektów rozwoju w regionie oraz wdrożeń IT. Krzysztof Kuniewicz został także powołany do zarządu Bibby Financial Services Polska na kolejną kadencję.

W zarządzie Bibby Financial Services Polska Sp. z o.o. zasiadają obecnie: Jerzy Dąbrowski (powołany z dniem 1 lipca 2015 na stanowisko prezesa zarządu), Krzysztof Kuniewicz, Graham Byrne i Chris Parle.

Bibby Financial Services ma również nowego szefa na cały region europejski, czyli osiem rynków z wyłączeniem Wielkiej Brytanii (która jest dla spółki rynkiem macierzystym). Nowym CEO został Steven Box, który przeszedł do Bibby Financial Services z globalnego banku HSBC, gdzie pracował przez 35 lat, z czego 20 w obszarze finansowania należności. Ostatnio na stanowisku Global Head of Receivables Finance (od listopada 2014), a wcześniej przez trzy lata nadzorował 20 rynków jako European Head of Trade, Receivables and Equipment Finance.

Spacerując po linie, czyli pomiędzy płynnością a efektywnością finansową

Z badań przeprowadzonych w 2014 r. przez CBOS na zlecenie Konfederacji Lewiatan wynika, że ponad 50% mikro, małych i średnich przedsiębiorstw (MMŚP) woli rozwijać biznes wolniej, ale opierając się wyłącznie na własnych zasobach finansowych. Jakie implikacje ma ten fakt dla płynności i efektywności finansowej przedsiębiorstwa?

Wyniki przytoczonego raportu doprecyzowują, że deklarowana niechęć do korzystania z zewnętrznego finansowania (kredyt, pożyczka, leasing), nawet kosztem wolniejszego rozwoju firmy, dotyczy w największym stopniu mniejszych podmiotów gospodarczych.  Główną przyczyną jest ich relatywna słabość kapitałowa i stosunkowo niewielka wartość majątku, który mógłby stanowić zabezpieczenie dla zewnętrznego finansowania.

Prowadzenie małego przedsiębiorstwa lub praca na własny rachunek to ciągłe wyrzeczenia. W obu przypadkach, jeśli myślimy o rozwoju, niezbędne jest ciągłe poszukiwanie nowych możliwości i wykorzystywanie nadarzających się okazji. Kluczem do prężnego rozwoju biznesu, szczególnie w przypadku małych aktywów, jest efektywność. Nie tylko czasowa, ale także finansowa – mówi Adam Lipka-Bebeniec, zastępca dyrektora regionalnego w departamencie ds. klientów instytucjonalnych Union Investment TFI.

Płynność a efektywność finansowa

Zarządzanie finansami – niezależnie od tego, czy wykonujemy wolny zawód, czy prowadzimy mniejszą lub większą firmę – jest nieodłącznie związane z dwoma wskaźnikami: płynnością oraz efektywnością.

Utrzymanie prawidłowego wskaźnika bieżącej płynności, a tym samym relacji pomiędzy zobowiązaniami a posiadanymi środkami obrotowymi, jest niezbędnym warunkiem prawidłowego funkcjonowania firmy. Bez niej niemożliwe jest terminowe regulowanie zobowiązań – opłacanie faktur, składek ubezpieczeniowych, wynagrodzeń, podatków czy rat kredytów.

Wydawałoby się, że dobrze prosperująca firma, której wartość miesięcznych obciążeń nie przekracza przychodów, nie powinna mieć problemów z płynnością. Jednak nie oznacza to braku jakichkolwiek ryzyk. Terminy płatności za faktury przekraczające 90 dni nie są niczym niezwykłym, a zdarzają się i dłuższe. Takie okoliczności wymagają utrzymywania odpowiednich osadów finansowych pozwalających na realizację bieżących zobowiązań przynajmniej do czasu spłynięcia należności. Należy przy tym uważać, by nie popaść w nadmiernie asekuracyjne zarządzanie środkami firmy.  Jak ostrzega Adam Lipka-Bebeniec, taka praktyka prowadzi do obniżenia efektywności środków obrotowych.

Schemat tego procesu za każdym razem wygląda podobnie. – Przedsiębiorca, chcąc zachować płynność i swobodę w bieżącym dysponowaniu kapitałem, wpływającym na firmowe konto nieregularnie i w różnych kwotach, pozostawia większość albo wręcz całość tych środków na rachunku bankowym, często sprzężonym z lokatą overnight. Środki te przetrzymuje dotąd, aż uzbiera się wystarczająca kwota, by założyć lokatę bankową lub firma zrealizuje zaplanowaną płatność do kontrahenta – tłumaczy ekspert Union Investment TFI. Po podliczeniu na koniec miesiąca okazuje się, że znaczna część pieniędzy leży na rachunku bieżącym z obniżoną efektywnością przychodową.

Jak zwiększyć efektywność bieżących nadwyżek?

Paleta rozwiązań, z których może skorzystać przedsiębiorca lokujący bieżące nadwyżki finansowe firmy, jest relatywnie niewielka. Wynika to bezpośrednio z określonych oczekiwań względem takiego narzędzia. – Dla przedsiębiorcy kluczowe jest bezpieczeństwo deponowanych środków. Drugi warunek to szybki dostęp do zgromadzonych środków i elastyczność we wpłatach i wypłatach­ – mówi Adam Lipka-Bebeniec.

Jakie produkty spełniają te kryteria? Z oferty banku, rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe oraz depozyty jednodniowe, tzw. overnighty. Lokata bankowa, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że istnieją lokaty tygodniowe, nie spełniają już warunku płynności. Natomiast z oferty Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) powyższe warunki spełniają fundusze pieniężne, charakteryzujące się najwyższym poziomem bezpieczeństwa.

Jeśli przyjmiemy założenie, że nasza gotówka ma być dostępna od ręki, wybór ogranicza się w zasadzie do overnightu i funduszu. Gdy dodatkowo dołożymy do tego jeszcze solidne oprocentowanie, pozostaje tylko fundusz. Jakie są zasadnicze różnice pomiędzy tymi produktami?

Pod względem płynności i elastyczności z overnightem może konkurować tylko ROR, ale fundusz pieniężny jest tuż za nim. Po zleceniu wypłaty do określonej godziny, środki z funduszu mogą zostać przelane na konto firmy już na następny dzień – tłumaczy Adam Lipka-Bebeniec. – Ponadto, podczas gdy w przypadku lokaty nocnej oprocentowanie z góry znane, fundusz nie gwarantuje określonego zysku. Niemniej, jak pokazuje porównanie z minionych okresów, najlepsze rozwiązania na rynku regularnie wypracowują stopy zwrotu przekraczające możliwości lokaty bankowej – dodaje. Niska efektywność depozytów overnight wynika z faktu, że ich oprocentowanie zwykle jest zmienne i oparte o wskaźnik WIBID O/N. To narzędzie przestaje więc wystarczać. Szczególnie teraz, w środowisku niskich stóp procentowych. – Obecnie zysk z lokaty overnight często nieznacznie przekracza 1 procent w skali roku. Fundusz pieniężny jest w stanie w tych samych warunkach rynkowych zarobić znacznie więcej  – mówi ekspert.

Jak pokazują powyższe argumenty, fundusz inwestycyjny pieniężny – dzięki swojej dochodowości, łatwości w zarządzaniu i elastyczności – powinien być doskonałym uzupełnieniem wachlarza produktów wykorzystywanych obecnie przez małe firmy czy przedstawicieli wolnych zawodów. A wyciągając wnioski z doświadczeń innych warto pamiętać, że o efektywność finansową należy dbać zarówno mając duże, jak i nieco mniejsze środki. To zawsze się opłaca.

Toyota drugą marką w Polsce – wyniki po 6 miesiącach 2015 roku

Po 6 miesiącach 2015 roku Toyota zajmuje w rankingu rejestracji nowych samochodów w Polsce drugie miejsce. Marka zyskuje względem zeszłego roku 8,5%, osiągając niemal 10-procentowy udział w rynku. W kolejnych miesiącach roku Toyota zakłada dalsze umocnienie pozycji rynkowej, dzięki wprowadzeniu do salonów dwóch nowych modeli: kompaktowego Aurisa po modernizacji i Avensisa.

Łącznie Polacy zarejestrowali w pierwszych sześciu miesiącach 2015 roku 17 528 nowych samochodów Toyoty, co daje firmie awans na drugie miejsce na rynku i wzrost o 8,53% względem zeszłego roku. Zwiększył się także udział japońskiej marki w całym rynku, do 9,86%.

Najczęściej wybieranymi modelami Toyoty w Polsce są miejski Yaris, kompaktowe Auris i Corolla, oraz SUV RAV4.

Najlepiej sprzedające się modele Toyoty w Polsce

Model Liczba rejestracji (sty-cze 2015)
Yaris 4939
Auris 4529
Corolla 2371
RAV4 1924
Avensis 1586
Aygo 1152

Nieustannym powodzeniem Polaków cieszy się miejski Yaris (+43% względem zeszłego roku), odnotowując doskonałe wyniki sprzedaży zarówno dla firm, jak i dla klientów indywidualnych. Numerem 1. wśród kompaktowych sedanów w Polsce jest niezmiennie Corolla, z ponad 30-procentowym udziałem w swoim segmencie. Największymi wzrostami cieszy się miejskie AYGO, które zyskuje względem zeszłego roku aż 104% i zajmuje drugie miejsce na rynku w segmencie A.

W drugiej połowie roku Toyota zakłada dalsze umacnianie pozycji rynkowej, dzięki wprowadzeniu dwóch nowości: zmodernizowanych modeli Avensis i Auris. Avensis miał już swoją premierę w czerwcu br., znajdując w nowej odsłonie ponad 1000 klientów. Auris debiutuje we wszystkich salonach w Polsce w dniach 18-19 lipca.

Ile musimy mieć na mieszkanie w Warszawie

Na Białołęce zamieszkamy na swoim za 6 tys. zł za metr, a za mieszkanie od dewelopera na Mokotowie zapłacimy ponad 8,5 tys. zł/ m kw. Kwota, jaką nabywcy mieszkań w Warszawie muszą wydać na ich zakup zależy przede wszystkim od tego, w której dzielnicy planują zamieszkać. Lokalizacja jest głównym wyznacznikiem ceny metra kwadratowego w stołecznych projektach deweloperskich. Drugim, decydującym czynnikiem jest standard mieszkania.

W praktyce większość decyzji o zakupie podejmowana jest w oparciu o zdolność kredytową nabywców, ponieważ warszawskie nieruchomości najczęściej kupowane są za pożyczone pieniądze. Wstępne kryteria poszukiwania ofert weryfikuje niejednokrotnie ocena banku, co do wysokości kredytu, możliwego do uzyskania przez kupującego.
A trzeba przyznać, że banki są teraz gotowe pożyczyć nie mało, kredyty hipoteczne są zaś najtańsze w historii. Niskie oprocentowanie powoduje, że zdolność kredytowa jest wyższa i zobowiązanie zaciągnąć można na wyższą kwotę niż wcześniej.

Przy przeciętnych dochodach rodzina dostanie prawie pół miliona kredytu

Analitycy finansowi obliczają, że trzyosobowa rodzina osiągająca miesięczny dochód w wysokości 5 tys. zł netto może pożyczyć ponad 460 tys. zł, przy 30 letniej spłacie zadłużenia. Warunkiem jest korzystanie z rachunku i karty kredytowej banku i najczęściej wykupienie dodatkowego ubezpieczenia.

Wśród stołecznych mieszkań budowanych w segmencie popularnym największym powodzeniem cieszą się te lokale, których cena nie przekracza 350 tys. zł. Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa S.A. zauważa, że młodzi najczęściej poszukują ofert, które mieszczą się w limitach programu MdM. – Rządowa dopłata do kredytu to duże ułatwienie, szczególnie dla osób, które mają trudności ze zgromadzeniem funduszy na obowiązkowy wkład własny do kredytu, który w tym roku wynosi minimum 10 proc., a od przyszłego wzrośnie do 15 proc. wartości mieszkania – przyznaje Wojciech Stisz.

– Najwięcej mieszkań, które w Warszawie można kupić z dopłatą znajduje się w inwestycjach zlokalizowanych na Białołęce. W osiedlu Tarasy Dionizosa, które budujemy w tej dzielnicy wszystkie mieszkania obejmuje MdM. W przypadku zakupu niektórych lokali także garaż i wykończenie mieszkania można objąć dopłatą – informuje Wojciech Stisz. Przyznaje, że w inwestycji przy ul. Winorośli największym zainteresowaniem nabywców cieszą się najmniejsze mieszkania dwupokojowe w kwocie ok. 200 tys. zł.

Białołęka, Targówek i Bemowo najtańsze w Warszawie

W warszawskiej Białołęce deweloperzy oferują jedne z najtańszych mieszkań w mieście. Średnia cena ofertowa w tej dzielnicy kształtuje się na poziomie 6,1 tys. zł/ m kw., podają analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl. Nieco drożej jest na Targówku, gdzie za metr nowego mieszkania zapłacimy średnio o 200 zł więcej.
Wybierając mieszkanie w inwestycji budowanej na Bemowie trzeba liczyć się z wydatkiem ok. 6,8 tys. zł/ m kw., a w Wilanowie nowy lokal kosztuje przeciętnie 7 tys. zł/ m kw.

Bliżej centrum miasta, na warszawskiej Woli deweloperzy wyceniają mieszkania średnio na 7, 4 tys. zł/m kw. A żeby zamieszkać na Bielanach, których dużym atutem jest metro, trzeba wydać najczęściej 7,5 tys. zł/ m kw.

W podobnej cenie jak na Bielanach można kupić mieszkanie na Pradze Północ, choć na terenie tej dzielnicy powstają też inwestycje oferujące lokale w wysokim standardzie, które kosztują często ponad 10 tys. zł/ m kw.

Do droższych warszawskich dzielnic należy Ochota, w której oferta deweloperska jest skromna. Budowane tam mieszkania wystawione są na sprzedaż za ponad 8 tys. zł/ m kw. Osoby, które upatrzyły sobie Żoliborz muszą wydać jeszcze więcej.

Modny Żoliborz w cenie Mokotowa

W żoliborskich projektach deweloperskich czekają mieszkania w cenach, które przekraczają zwykle 8,5 tys. zł/ mkw. Podobne stawki obowiązują na Mokotowie. Najwyższe ceny nieruchomości w mieście są oczywiście w Śródmieściu. W centrum powstają m.in. budynki klasy premium, w których na zakup apartamentu mogą pozwolić sobie nieliczne osoby.

O atrakcyjności i wycenie konkretnych lokalizacji decyduje dobra komunikacja z innymi częściami miasta, charakter otoczenia, a szczególnie infrastruktura, jaką oferuje. Chodzi o dostęp do placówek handlowo-usługowych, edukacyjnych, medycznych, czy terenów rekreacyjnych.
Wybór nowych mieszkań w Warszawie jest bardzo duży. Co czwarte mieszkanie oferowane przez deweloperów w kraju powstaje w stolicy. Największy boom budowlany przeżywa warszawska Wola, Białołęka, Mokotów i Żoliborz. Mieszkania od wielu miesięcy rewelacyjnie się sprzedają, bo oferta odpowiada oczekiwaniom kupujących. Deweloperzy mając za sobą wiele lat praktyki projektują lokale, których parametry odzwierciedlającą zapotrzebowanie zgłaszane przez klientów.

Autor: Barc Warszawa SA.

Polska firma dostawcą systemu dla największej telewizji w Arabii Saudyjskiej – MBC

0

„SMS2TV” to  rozwiązanie opracowane przez Wind Mobile, z którego właśnie zaczęła korzystać największa telewizja w Arabii Saudyjskiej – MBC. Nowy system obsługuje abonentów znanego, globalnego operatora – Virgin Mobile.

MBC to największa i najchętniej oglądana telewizja arabskojęzyczna na świecie. W swoim portfolio posiada kilkanaście kanałów tematycznych, których ramówka zawiera takie największe hity oglądalności jak chociażby „Arab Idol” czy „Arabs Got Talent”, które jednorazowo ogląda nawet 100 milionów widzów. Szacunkowy zasięg MBC to z kolei prawie 300 milionów mieszkańców arabskiego świata.

Platforma „SMS2TV”, którą uruchomiła i wdrożyła krakowska Grupa Wind Mobile umożliwia telewidzom m.in. głosowanie podczas programów rozrywkowych za pomocą SMS-ów. System ten jest istotnym przedsięwzięciem zwłaszcza w kraju, w którym programy telewizyjne typu talent show cieszą się tak dużą popularnością. Start komercyjny usługi „SMS2TV” zaplanowano przed muzułmańskim świętem Ramadan. Podczas jego trwania można zaobserwować wyraźne zwiększenie zainteresowania telewizją, a co za tym idzie, także samą usługą – co oczywiście przekłada się na przychody stacji. Projekt w Arabii Saudyjskiej jest dla Wind Mobile kolejnym krokiem w realizowaniu strategii dynamicznej ekspansji zagranicznej.

Bliski Wschód jest dla naszej firmy zupełnie nowym, ekscytującym i bardzo perspektywicznym rynkiem. Ze względu na naszą wieloletnią praktykę i nowatorskie podejście, z pewnością sprostamy wyzwaniom jakie przed nami stawia. Jesteśmy przekonani, że nasze portfolio wzbogaci się o kolejny sukces, a my o niezbędne doświadczenia. Staliśmy się ekspertem w budowaniu wydajnych i innowacyjnych rozwiązań technologicznych, dzięki którym nasi klienci osiągają wyznaczane cele. Nieustannie się rozwijamy, dlatego w niedalekiej przyszłości planujemy uruchomienie szerokiej gamy dodatkowych usług, generujących przychody zarówno dla nas jak i naszego klienta – Virgin Mobile. Dzięki podobnym działaniom konsekwentnie budujemy naszą pozycję na wielu wymagających rynkach telekomunikacyjnych – mówi Jan Wójcik, Członek Zarządu Grupy Wind Mobile.

Polak – milioner: roztropny i hedonistyczny

Najpierw mieszkanie, następnie edukacja dzieci i wsparcie organizacji charytatywnych – to trzy główne cele, na które Polacy wydaliby pieniądze, gdyby wygrali lub otrzymali w spadku 5 mln zł.

Jeśli chodzi o szeroko rozumiane przyjemności, największą popularnością cieszą się dalekie podróże. Spora część ankietowanych skorzystałaby z okazji do spełnienia marzeń o własnej firmie. Jej założenie deklarowała co piąta osoba. W swoim najnowszym badaniu Deutsche Bank, sprawdził, co zrobiliby Polacy, gdyby zostali milionerami.

Czy 5 mln zł to dużo? Przyjmując za GUS, że średnia krajowa pensja brutto w Polsce wynosiła w lutym 2015 r. nieco ponad 4,2 tys. zł, kwota ta stanowi równowartość prawie 1,2 tys. takich pensji. Zakładając, że zadowolilibyśmy się wynagrodzeniem tej wysokości, nawet nie biorąc pod uwagę ewentualnych odsetek zarobionych na takim kapitale, nie musielibyśmy się martwić o pieniądze przez blisko 99 lat. – Dla większości z nas taka perspektywa jest nader kusząca – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej, Deutsche Bank. – To pieniądze pracują na nas, a nie my na nie – dodaje.

Nie ma to jak nieruchomość?

Jak wynika z najnowszego sondażu Deutsche Bank, gdybyśmy niespodziewanie wygrali lub otrzymali w spadku kwotę wynoszącą 5 mln zł, ponad 40 proc. z nas zainwestowałoby ją w nieruchomość – kupiło mieszkanie, zbudowało dom lub nabyło ziemię. Była to najczęściej wskazywana przez ankietowanych odpowiedź.

Polak - milioner: roztropny i hedonistyczny

Zdaniem Moniki Szlosek, ta popularność nieruchomości jest symptomatyczna dla polskiego społeczeństwa. – Co roku w naszych sondażach pytamy Polaków o najbardziej zyskowne formy inwestycji i za każdym razem, to właśnie nieruchomości zdecydowanie wygrywają – komentuje. – W przypadku najnowszego badania mógł zadziałać podobny mechanizm, czyli powszechne przekonanie, że nieruchomości są najbardziej stabilną, bezpieczną i perspektywiczną inwestycją – mówi. – Warto jednak pamiętać, że taka kalkulacja nie zawsze i nie wszędzie się sprawdza, nie tylko dlatego, że ceny nieruchomości mogą się wahać, ale również dlatego, że jako aktywa są one wyjątkowo trudno zbywalne.

W opinii prof. Małgorzaty Bombol ze Szkoły Głównej Handlowej, wyniki badania można również próbować tłumaczyć z punktu widzenia kształtowania się wartości materialistycznych i postmaterialistycznych w społeczeństwie. – Musimy pamiętać, że wielu dorosłych dziś Polaków, funkcjonowało na pewnym etapie w tzw. niedostatku konsumpcyjnym – komentuje. – Z tego właśnie powodu, jeśli już mieliby inwestować, preferują np. nieruchomości, które dają duży spokój oraz pewność, że nigdy już nie odczują oni deprywacji potrzeb. Stąd tak duża popularność zachowań „ostrożnościowych”, charakterystycznych dla osób z większą awersją do ryzyka – zaznacza.

Nie można również wykluczyć, że nagły przypływ tak dużej ilości gotówki, znaczna część Polaków chciałaby wykorzystać do zmiany mieszkania na inne, lepiej zlokalizowane, o większym standardzie i metrażu. Natomiast w przypadku wielu młodszych respondentów, powodem może być po prostu chęć zakupu swojego pierwszego mieszkania i wyprowadzka od rodziców.

Edukacja dzieci to priorytet

Drugą największą grupą respondentów są tacy, którzy dzięki otrzymanym 5 mln zł, chcieliby zapewnić swoim dzieciom wysoki poziom edukacji, np. na zagranicznym uniwersytecie. Takiej odpowiedzi udzieliło 28 proc. ankietowanych. Badanie pokazało ponadto, że zapewnienie dobrego wykształcenia dzieciom to kwestia istotna przede wszystkim dla kobiet.

Jak podkreśla Monika Szlosek z Deutsche Bank, dla osób majętnych dobre wykształcenie dzieci jest zazwyczaj priorytetem. – Taki wydatek można potraktować jako swego rodzaju inwestycję, która prawdopodobnie zaprocentuje w przyszłości, m.in. dlatego, że ci bardziej zamożni rodzice mają nadzieję, że ich potomstwo będzie potrafiło skutecznie zarządzać odziedziczonym kiedyś majątkiem – komentuje.

Hedonistyczny altruista

Co ciekawe, z badania wynika również, że cechuje nas całkiem duża doza altruizmu, przynajmniej na poziome deklaracji. Więcej niż co czwarty badany (27,5 proc.) chciałby podzielić się swoimi pieniędzmi, wspierając wybraną instytucję charytatywną, a niecałe 8 proc. pomogłoby finansowo rodzinie. Taka dobroczynna postawa cechuje przede wszystkim starszych respondentów.

Równocześnie, wielu ankietowanych wykorzystałoby otrzymane 5 mln zł na cele konsumpcyjne, czy wręcz hedonistyczne. Jedna czwarta pojechałaby w daleką podróż, np. dookoła świata (25 proc.), a 9 proc. kupiłoby wakacyjny dom lub apartament za granicą. Ponad 7 proc. chętnie nabyłoby drogi samochód, a niemal identyczny odsetek badanych rzuciłby pracę i już nigdy w życiu, by do niej nie wrócił. Zdaniem prof. Małgorzaty Bombol tę ostatnią odpowiedź można rozumieć jako chęć odczuwania braku przymusu pracy i związanych z tym stanem rygorów.

Milioner roztropny

Z drugiej jednak strony wielu badanych, chciałoby spożytkować 5 mln zł w dużo bardziej roztropny sposób. Co piąty Polak (21 proc.) założyłby własną firmę. Identyczny odsetek ankietowanych otrzymaną sumę umieściłby na lokatach, a 13 proc. spłaciłoby wszystkie swoje zobowiązania i zaległości kredytowe.

Jeśli chodzi o narzędzia inwestycyjne, to 6 proc. respondentów kupiłoby jednostki funduszy inwestycyjnych, a 4 proc. zainwestowałoby w inne instrumenty rynku kapitałowego, np. akcje spółek giełdowych. Dane pokazują, że tego typu postawa częściej występuje wśród mężczyzn. To panowie chętniej skorzystaliby z możliwości zainwestowania i pomnożenia pieniędzy na rynku kapitałowym. Kobiety preferują mniej ryzykowne, konserwatywne narzędzia, takie jak lokaty. Większe zainteresowanie inwestycjami wykazywały również osoby bardziej zamożne.

Pieniądze powinny dla nas pracować

Jest to kolejne badanie, które potwierdza tezę, że Polacy raczej niechętnie korzystają z możliwości, jakie stwarzają inwestycje na rynku kapitałowym. W opinii Moniki Szlosek z Deutsche Bank taka postawa jest błędna, szczególnie jeśli dysponujemy dużym kapitałem. – Warto zadbać przede wszystkim o to, aby nasz kapitał nie kurczył się, ale zaczął na nas pracować i zarabiać. Bezpieczeństwo finansowe, które sobie zapewnimy, będzie sprzyjało realizacji marzeń wymagających większych funduszy – mówi.

Taką właśnie rolę mogą spełniać pieniądze przeznaczone na produkty inwestycyjne, np. fundusze inwestycyjne. Mimo że obarczone są one pewnym ryzykiem, to przy odpowiednio zdywersyfikowanej strukturze portfela, są w stanie pozytywnie reagować nawet na rynkowe zawirowania. – Najważniejszą zaletą funduszy jest ich różnorodność – komentuje Monika Szlosek. – Wachlarz dostępnych typów funduszy jest na tyle różnorodny, że łatwo można znaleźć taką ofertę, która pozwoli nam dostosować inwestycje do naszych oczekiwań, np. pod względem poziomu ryzyka i potencjalnego zwrotu.

Jak zauważa prof. Małgorzata Bombol, szczegółowa analiza wyników badania pokazuje, że popularne wśród respondentów postawy konsumpcyjne, są zazwyczaj równoważone przez postawy bardziej roztropne. Oznacza to, że większość badanych, jeśli już marzy o podróży dookoła świata, równocześnie część pieniędzy zainwestuje w edukację dzieci lub zakup jednostek TFI – mówi. – To optymistyczna informacja, która świadczy o dużej dozie rozsądku w polskim społeczeństwie, którego nawet taka suma nie jest w stanie zaburzyć.

/ Deutsche Bank

Polski Związek Firm Deweloperskich wygrywa w sporze z UOKiK-iem

Zakończył się 5-letni spór Polskiego Związku Firm Deweloperskich z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów dotyczący 2% różnicy w powierzchni projektowanej do wybudowanej. Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił w całości Decyzję Prezesa UOKiK z grudnia 2010r., kwestionującą zapisy Katalogu Zasad Umowy Deweloperskiej (KZUD) opracowanego przez PZFD, które określały dopuszczalny margines oraz przewidywały mechanizm waloryzacji ceny.

Jeszcze przed wejściem w życie tzw. ustawy deweloperskiej chroniącej interesy kupujących mieszkania na rynku pierwotnym, Polski Związek Firm Deweloperskich, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom nabywców, opracował Kodeks Dobrych Praktyk. Dokument regulujący wzajemne prawa i obowiązki na linii klient – deweloper został stworzony we współpracy z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a jego nadrzędnym celem było zapewnienie wysokich standardów świadczeń oferowanych przez członków Związku.
Wraz z dynamicznym rozwojem rynku mieszkaniowego i koniecznością doprecyzowania niektórych norm, Kodeks został uzupełniony o suplement o nazwie Katalog Zasad Umowy Deweloperskiej. Znajdujący się w nim zapis o dopuszczalnej różnicy w powierzchni projektowanej do wybudowanej w wysokości 2% został zakwestionowany przez UOKiK i potraktowano go jako klauzulę abuzywną. PZFD nie zgadzając się z opinią Urzędu i wobec braku innej alternatywy, zaczął dochodzić swoich racji przed organami władzy sądowniczej. Po 5 latach sprawa znalazła swój finał.

Sąd Najwyższy, a za nim Sąd Apelacyjny przyjęły, że kwestionowane postanowienia Kodeksu Dobrych Praktyk nie mają charakteru abuzywnego z uwagi na to, że nie stanowią wzorca umowy. Przede wszystkim jednak sądy nie dopatrzyły się jakiejkolwiek sprzeczności tych postanowień z dobrymi obyczajami czy zasadami współżycia społecznego. W ocenie Sądów, zastrzeżenie, że 2% różnica między powierzchnią lokalu określoną w umowie a powierzchnią rzeczywistą stanowi dozwolone określenie przedmiotu umowy. Innymi słowy, w umowie deweloperskiej możliwe jest sprecyzowanie świadczenia dewelopera za pomocą widełek, przy jednoczesnym uzależnieniu wysokości ceny od rzeczywistej powierzchni lokalu. Tego rodzaju postanowień nie można traktować jako ograniczenia odpowiedzialności dewelopera, a tym samym nie prowadzą one do naruszeń. Trudno bowiem uznać, dlaczego zakazane miałoby być – także w obrocie konsumenckim – opisywanie świadczenia przedsiębiorcy za pomocą widełek wskazujących niewielki (2%) próg tolerancji, który mieści się w granicach dopuszczonych właściwymi normami branżowymi.

Stanowisko Związku potwierdzały również badania i analizy niezależnych ekspertów. Biegli z Politechniki Gdańskiej podali w swojej opinii, że „zachowanie całkowitej zgodności powierzchni z powykonawczej z powierzchnią projektowaną nie jest możliwe ze względu na charakter procesu budowlanego”, a „dopuszczalne różnice pomiędzy projektowaną a rzeczywistą powierzchnią użytkową mieszkań () wynoszą dla budynków murowanych od 4.3% (dla mieszkań o pow. 25 m.kw.) do 2.1 % (dla mieszkań o pow. 100 m.kw.)”. Przewidziana w KZUD tolerancja rzędu 2% mieści się zatem w najbardziej restrykcyjnych granicach tolerancji przewidzianej normami branżowymi, a skoro jakiś obiekt jest wykonany zgodnie z panującymi możliwościami technicznymi, to nie można twierdzić, że naruszono interesy nabywców.

Polski Związek Firm Deweloperskich, mając sądowne potwierdzenie prawidłowości zapisów znajdujących się w Katalogu Zasad Umowy Deweloperskiej, planuje powrócić do zachęcania swoich członków, aby korzystali z norm wypracowanych w KZUD. Misją Związku jest bowiem szerzenie i promowanie uczciwych, a zatem z góry sprecyzowanych, praw i obowiązków obu stron umowy deweloperskiej.

Auto w firmie – leasing czy wynajem?

Dostępność leasingu w ofercie firmy leasingowej raczej nikogo nie zdziwi. Wciąż jednak nie jest oczywiste, że firma leasingowa ma do zaproponowania znacznie więcej ciekawych rozwiązań finansowania, które stanowią alternatywę dla kredytu. Jednym z nich jest wynajem długoterminowy, czyli Full Service Leasing.

Wynajem długoterminowy jest rozwiązaniem dedykowanym dla przedsiębiorców, którzy korzystają z pojazdów osobowych lub dostawczych do prowadzenia swojej podstawowej działalności, a którym nie zależy na wejściu w posiadanie leasingowanego przedmiotu. Dzięki temu rozwiązaniu mogą powierzyć zarządzanie flotą specjalistom i skorzystać z uproszczonych rozliczeń podatkowych z tego tytułu, nie ponosząc odpowiedzialności za ryzyka związane z użytkowaniem aut, jak spadek wartości, wysokość kosztów eksploatacyjnych, ubezpieczenia itp. Dlatego to właśnie pakiet usług pozafinansowych jest czynnikiem stanowiącym o atrakcyjności leasingu full service, a finasowanie jest jedynie środkiem pozyskania pojazdów.

Jedną z zalet jest ułatwione budżetowanie. Klient ponosi koszt ustalonej stawki miesięcznej za użytkowanie pojazdu wraz z pełnym pakietem usług serwisowych w ustalonym okresie i z góry założonym przebiegu rocznym. Gdy przewidywania odnośnie rocznego przebiegu się potwierdzą, Klient jest w stanie zdjąć z siebie odpowiedzialność ponoszenia różnorodnych, często trudnych do przewidzenia kosztów wynikających z eksploatacji auta czy jego napraw. Wszystkie bowiem zawarte są w opłacie uiszczanej na rzecz firmy leasingowej.

Wynajem pozwala mu również obniżyć koszty administracyjne poprzez zastosowanie outsourcingu czynności związanych z zarządzaniem flotą. Z użytkownika zdjęte są tu czynności związane z organizacją zakupu pojazdów, rejestracji, napraw, przeglądów, zakupu i wymiany opon, procesem likwidacji szkód. Jednocześnie firma leasingowa zapewnia mobilność na czas unieruchomienia pojazdu.

Z perspektywy przedsiębiorców ważne jest też, że klient korzysta z siły zakupowej wynajmującego i może zaliczyć koszt miesięcznej raty do kosztów uzyskania przychodu. W zależności od sposobu użytkowania floty (mieszany lub wyłącznie do działalności gospodarczej), klient może odliczyć 50% lub 100 % podatku VAT od wydatków związanych z najmem, leasingiem, dzierżawą, eksploatacją, opłatą serwisową oraz paliwem. A co najważniejsze, klient nie ponosi ryzyka spadku wartości końcowej, a pojazdy są środkiem trwałym Wynajmującego. Pozwala mu to na wykorzystanie środków finansowych na podstawową działalność gospodarczą i zwiększenie płynności finansowej. Dla wielu przedsiębiorców ważna jest możliwość wymiany sprzętu na nowy po wygaśnięciu umowy wynajmu.

Dla firmy, dla której ważne jest skupienie się na podstawowej działalności i umożliwienie własnym pracownikom wykonywanie zadań biznesowych bez utrudnień wynikających z czynności związanych z użytkowaniem pojazdu, oferta najmu długoterminowego z pełnym pakietem usług (Full Service Leasing) wydaje się bardzo dobrym rozwiązaniem. Przeniesienie funkcji zarządzania flotą samochodową do wyspecjalizowanych partnerów z branży CFM przyniesie wymierne korzyści. A po zakończeniu umowy, przedsiębiorca będzie mógł wybrać ponownie nowe pojazdy.

Beata Majewska, ekspert Raiffeisen Leasing

Co tak naprawdę podpisali Grecy?

Dziwnym nie jest, że Ateny niechętnie publikowały wczoraj detale porozumienia. W negocjacjach doszło niemal do zupełnej kapitulacji. Trzeba oddać przywódcom unijnym, że dopięli finalnie swego, nie dając jednocześnie sygnału innym państwom, że warto iść drogą Grecji.

Co tak naprawdę podpisano wczoraj na koniec negocjacji z Grecją? W dokumencie Grecy zgodzili się na “pierwszy zestaw legislacyjny” w celu odzyskania zaufania. Zestaw ten jest konkretnie wymieniony. Jest to między innymi: podwyżka VAT, a konkretnie likwidacja większości ulg, między innymi dla sektora turystycznego; podniesienie wieku emerytalnego. Takie detale jak uszczelnienie systemu podatkowego czy administracji, w tym głównie sądownictwa, pojawiały się w każdym dokumencie. Warto zwrócić uwagę na silne zaakcentowanie zmian w organach statystycznych, by nie dochodziło do zafałszowywania wyników. Dane prezentowane przez tamtejszy odpowiednik GUS są uważane za umiarkowanie wiarygodne.

Dodatkowo wymogiem jest udanie się po pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Tej samej instytucji, której Grecja przestała płacić w czerwcu, a kolejnej raty nie zapłaciła wczoraj. Fundusz znany jest z udzielania pożyczek pod warunkiem reform gospodarczych, zatem należy spodziewać się kolejnych ciężkich negocjacji. Jak widać obietnice złożone w referendum nie są wiążące dla Syrizy, gdyż gdyby szanowała głos swoich obywateli nie mogłaby podpisać już tego dokumentu.

Ostatnim ważnym elementem jest wymuszenie na Grecji wprowadzenia dyrektywy BRRD. Co to za zjawisko? Chodzi o dokument na temat likwidacji niewypłacalnych banków. Zamiast opcji standardowej tzw. bail-out, gdzie na bankructwo niewypłacalnej jednostki składali się obywatele, znajduje się tam zapis o tzw. bail-in. Znanym z Cypru rozwiązaniu, gdzie wierzyciele i deponenci składali się na niewypłacalność banku. W tym kontekście osoby, które zostały z większą gotówką w greckim banku muszą czuć się naprawdę źle.

Grecka strategia negocjacyjna nie cofa się przed bardzo dziwnymi sztuczkami. Obecnie, by wywrzeć presję na swoich partnerów, premier Cipras wyraźnie straszy Rosją. Kraj ten wyraził nawet oficjalną chęć wzięcia udziału w prywatyzacji greckich przedsiębiorstw. Rosja, która sama ma problemy z regulowaniem zobowiązań, jak widać szybciej rezygnuje z wypłat emerytur niż z planów mocarstwowych. Jaki realny wpływ będzie mieć udział Rosji w ratowaniu Grecji? Unia Europejska będzie musiała dać prawdopodobnie łagodniejsze warunki tak, żeby nie wpuszczać Aten w strefę wpływów Moskwy. Takie podejście do negocjacji jest ostatnią szansą Syrizy, by uratować twarz.

Nie tylko złe dane nadchodzą ze świata. Kolejne potencjalne zagrożenie, którym były negocjacje atomowe z Iranem zakończyło się sukcesem. Jaki wpływ ma Iran na rynki walutowe? Teoretycznie niewielki, aczkolwiek ma wpływ na ceny ropy, które już wielokrotnie pokazały, że potrafią namieszać na rynkach.

EUR/PLNKomentarz walutowy 14.07.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 14.04.2015 do 14.07.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1450.

CHF/PLNKomentarz walutowy 14.07.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 14.04.2015 do 14.07.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Aktualnie obserwujemy odreagowanie tego ruchu. Kolejnym ważnym technicznie poziomem jest testowane wczoraj 38,2% zniesienie Fibonacciego tj. 3,9630

USD/PLNKomentarz walutowy 14.07.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.04.2015 do 14.07.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.

GBP/PLNKomentarz walutowy 14.07.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 14.04.2015 do 14.07.2015

Kurs GBP/PLN wyłamał się z trendu wzrostowego. W tym przypadku wsparciami powinny być kolejne poziomy Fibonacciego zlokalizowane w okolicach 5,7650 oraz 5,70.

Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W zeszłym roku banki w Polsce zarobiły ponad 16,2 mld zł. Mimo optymizmu w branży obecny rok może być słabszy

Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk DM BPS

Według badania KPMG większość przedstawicieli banków spodziewa się w tym roku wzrostu przychodów i zysków. Po rekordowym 2014 roku, kiedy zysk netto sektora bankowego w Polsce wyniósł ponad 16,2 miliarda złotych, bieżący może okazać się jednak słabszy. Niskie stopy procentowe, podwyżki opłat dna rzecz BFG oraz cięcie stawek intercharge – to tylko niektóre czynniki ograniczające przychody banków. Niepewność budzą także prognozy wyniku jesiennych wyborów parlamentarnych.

– Gospodarka rozwija się w dosyć dobrym tempie, a to powinno sprzyjać rozwojowi sektora bankowego ze względu na to, że banki finansują gospodarkę, jest pozytywny rozwój, więc bilanse powinny rosnąć – prognozuje Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk DM BPS w rozmowie z agencją Newseria Inwestor.

Na kondycję sektora bankowego wpływa jednak również wiele negatywnych czynników. Cięcie stóp procentowych, obniżenie stawek intercharge od opłat kartami do maksymalnie 0,5 proc. oraz Rekomendacja U dotyczącą usług typu bancassurance ograniczają przychody sektora.

– Po stronie kosztowej mamy podwyżkę opłat na rzecz BFG, również spowodowaną sytuacją w SKOK-ach. Jest bardzo dużo czynników regulacyjnych, które negatywnie wpływają na cały sektor bankowy i powodują, że te zyski są niższe niż były w poprzednich latach – podkreśla Czajkowska-Bałdyga.

Od 2015 roku obowiązują nowe stawki opłat obowiązkowych na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W przypadku banków ich wysokość wynosi 1,89 proc. wielkości posiadanych aktywów oraz zobowiązań pozabilansowych. W ujęciu nominalnym są to około 2 mld zł. W 2014 roku opłata na rzecz BFG wynosiła 1 proc.

– W tym momencie wydaje się, że scenariusze ewentualnych zmian po wyborach parlamentarnych jesienią są jak najbardziej negatywne. Mamy tutaj scenariusz dotyczący ewentualnego podatku bankowego – komentuje analityk DM BPS.

Marta Czajkowska-Bałdyga wskazuje również na ewentualne rozwiązania ustawowe mające pomóc osobom zadłużonym we frankach szwajcarskich, które również mogą mieć negatywny wpływ na bieżące wyceny banków.

– W tym momencie ostatnie spadki to jest moim zdaniem próba oszacowania i z pewnym prawdopodobieństwem założenie przez rynek właśnie tego negatywnego scenariusza, czyli wygranych wyborów przez bardziej populistyczną partię i ewentualnego wprowadzenia tych negatywnych dla całego sektora rozwiązań – wyjaśnia.

Indeks WIG-banki jest jednym z najgorzej radzących sobie segmentów warszawskiej giełdy. Wskaźnik od początku roku znajduje się blisko 12 proc. pod kreską. Dla porównania indeks szerokiego rynku WIG po sześciu miesiącach notuje 2-procentowy wzrost.

Według Czajkowskiej-Bałdygi druga połowa roku może być lepsza dla sektora bankowego. Wyraźny wzrost gospodarczy w połączeniu z dobrymi odczytami pozostały wskaźników koniunktury powinien pozytywnie przełożyć się na wyceny banków.

– 2016 rok to jedna wielka niewiadoma. Pod względem koniunktury gospodarczej wydaje się, że powinno być in plus dla banków. Czynniki regulacyjne to jest największa niewiadoma i największe zagrożenie dla sektora bankowego – podkreśla ekonomistka Domu Maklerskiego BPS.

W 2014 roku zysk netto polskiego sektora bankowego wyniósł 16,23 mld zł i był o 7 proc. wyższy niż rok wcześniej.

BNP Paribas Real Estate wzmacnia zespół ekspertów w Rumunii

0

BNP Paribas Real Estate, powiększa ofertę o usługi związane z wynajmem powierzchni biurowej na rynku rumuńskim. W związku z ekspansją firmy do zespołu ekspertów BNP Paribas Real Estate dołączył Louis – Maxime Juhel, który objął stanowisko Starszego Konsultanta. Jego celem będzie rozwój usług doradczych w obszarze wynajmu powierzchni biurowej.

Louis- Maxime Juhel
Louis- Maxime Juhel

Louis- Maxime Juhel jest absolwentem Oxford Brookes University. Posiada pięcioletnie doświadczenie na europejskim rynku nieruchomości, z czego rok spędził we Francji, a cztery lata w Rumunii, gdzie karierę rozpoczął w szeregach firmy AEW Europe jako Asset Manager. Był odpowiedzialny za rozwój portfolio wycenianego na 130 milionów euro. Louis-Maxime stworzył również dwie prężnie rozwijające się wyszukiwarki powierzchni biurowej oraz powierzchni magazynowej i logistycznej. Obecnie portale odnotowują ponad 100 tysięcy unikalnych wizyt w ciągu miesiąca.

BNP Paribas Real Estate na terenie Rumunii świadczy usługi w zakresie czterech linii biznesowych: wynajem powierzchni biurowej i handlowej, rynki kapitałowe, zarządzanie nieruchomościami i wyceny. Wszystkie departamenty wspierane są przez Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, który dostarcza informacji ułatwiając klientom BNP Paribas Real Estate podejmowanie najlepszych długoterminowych decyzji biznesowych.

Co sądzą warszawiacy o M2?

Długo wyczekiwane oddanie centralnego odcinka drugiej linii metra zostało pozytywnie przyjęte przez mieszkańców stolicy. Do ostatniego dnia trwały prace wykończeniowe mające zapewnić bezpieczeństwo i komfort podróżującym. Co sądzą warszawiacy o M2? Czy mają zastrzeżenia dotyczące oznakowania przejść czy miejsc użyteczności publicznej? Te oraz inne pytania TestMeToo™ zadało blisko 2100 ankietowanym w sondażu przeprowadzonym na przełomie maja i czerwca br.Warszawska II linia metra M2 - opinie

TestMeToo™ zapytało podróżnych o ich wrażenia dotyczące oznakowania na peronach metra oraz informacji dostępnych na stacjach. Jeśli chodzi o komunikaty głosowe na peronach drugiej linii, zdecydowana większość osób – aż 69% – uważa je za zrozumiałe, a blisko 38% za odpowiednio zsynchronizowane z metrem. Niewielka liczba podróżnych twierdzi, iż są za głośne lub za ciche (odpowiednio 7% i 11%).

Warszawska II linia metra M2 - opinie

Ważnym punktem na mapie obu linii metra warszawskiego jest stacja Świętokrzyska, która stanowi węzeł przesiadkowy pomiędzy starą a nową nitką. Obecnie 34,6% podróżujących przesiada się między I i II linią. TestMeToo™ zapytało te osoby, co sądzą o oznakowaniu tej stacji i czy napotkali trudności z odnalezieniem drogi. Aż 1/3 przyznała, że miała trudności i szukała odpowiednich znaków, a 14% osób miało nie tylko problem z przesiadką, lecz także z samym odszukaniem znaków. Osoby, korzystające po raz pierwszy z rozbudowanej stacji Świętokrzyska, miały trudności z wyjściem na powierzchnię w konkretnym miejscu i narzekały na mało szczegółowe znaki. Tabliczki okazały się na tyle mylące, że wiele osób poszukiwało wyjścia, wielokrotnie wychodząc na powierzchnię w nieodpowiednim miejscu. Kłopotliwe okazało się również oznakowanie wind, szczególnie dla niepełnosprawnych lub matek z wózkami. Wiele osób sugerowało, aby na tablicach z planami stacji zaznaczyć punkt „tu jesteś”, który pozwoliłby podróżnym na łatwiejsze zorientowanie się w przestrzeni.

Warszawska II linia metra M2 - opinie

Miejsca użyteczności publicznej, takie jak toalety oraz bankomaty, zostały ocenione przez 41% ankietowanych jako widoczne, a 36% przyznało, że system informacji jest jasny i czytelny.

Podczas badania zebrano 172 sugestie dotyczące zmian. Wielokrotnie pojawiały się głosy dotyczące oznakowania punktów informacyjnych oraz miejsca, w którym znajduje się defibrylator. Podróżni przyznali, że są one często zasłonięte kolumnami podtrzymującymi. Warszawiacy wyrażali również obawy o bezpieczeństwo osób znajdujących się w pobliżu kolumn. W związku z tym, że przestrzeń pomiędzy krawędzią peronu a kolumną jest dosyć wąska, ankietowani informowali, iż nie czują się bezpiecznie. Ich zdaniem kolumny stanowią również przeszkodę dla osób na wózkach inwalidzkich lub matek z wózkami.

Sprzedaż Grupy Magellan w pierwszym półroczu 2015 roku

0

Grupa Kapitałowa Magellan – międzynarodowa instytucja na rynku usług finansowych dla podmiotów z sektora medycznego i jednostek samorządów terytorialnych – zamknęła pierwsze półrocze 2015 roku z dobrymi wynikami sprzedażowymi.

Od stycznia do czerwca br. Grupa podpisała umowy o łącznej wartości 983,4 mln zł. Wartość kontraktacji wzrosła o 59,1 mln zł, tj. o 6% w stosunku do 6 miesięcy 2014 roku. W pierwszym półroczu 2015 wartość kontraktacji bilansowej* Grupy Kapitałowej Magellan wyniosła 671 mln zł i była wyższa o 64,4 mln zł, tj. o 11% w stosunku do analogicznego okresu 2014 roku. Natomiast kontraktacja pozabilansowa* w okresie 6 miesięcy 2015 roku wynosiła 312,4 mln zł i była niższa o 2% od kontraktacji okresu porównywalnego.

W drugim kwartale 2015 roku kontraktacja bilansowa Grupy miała wartość 361,1 mln zł, co oznacza wzrost o 12% w porównaniu do drugiego kwartału 2014 roku. Wartość kontraktacji bilansowej IIQ 2015 była o 17% wyższa w stosunku do jej wartości w IQ 2015. Kontraktacja bilansowa IIQ 2015 roku stanowi 54% kontraktacji bilansowej zrealizowanej w I półroczu 2015 roku.

– Mimo dużej konkurencji Grupa Magellan utrzymuje wzrostową tendencję sprzedaży. Działalność Grupy nastawiona jest na regularną współpracę z dotychczasowymi klientami oraz pozyskiwanie i budowanie relacji z nowymi kontrahentami. Znajduje to odzwierciedlenie w stale poprawiającej się kontraktacji bilansowej – mówi Krzysztof Kawalec, prezes zarządu Magellan S.A. – Spodziewamy się, że otoczenie gospodarcze nadal będzie wymagające, dlatego będziemy zwiększać konkurencyjność i zdolność Grupy do bardziej elastycznego i efektywnego reagowania na zmiany zachodzące na rynku. – dodaje Krzysztof Kawalec.

*Kontraktacja bilansowa odpowiada aktywom finansowym, które w wyniku podpisanych umów ujęte zostały w aktywach Grupy w ciągu poszczególnych okresów. Kontraktację pozabilansową stanowią zawarte umowy ramowe i warunkowe dotyczące produktów oferowanych przez Grupę.

Magellan S.A. jest notowany na GPW od 1 października 2007 roku.

Jarosław Świgulski został szefem Mars Food na Amerykę Północną

0
Jarosław Świgulski został szefem Mars Food na Amerykę Północną
Jarosław Świgulski

Jarosław Świgulski, który rozpoczynał swoją przygodę zawodową w Polsce, został szefem Mars Food na Amerykę Północną. Polak od 1 lipca br. jest odpowiedzialny za strategię rozwoju oraz działalność operacyjną firmy na rynkach w USA i w Kanadzie. Będzie też odpowiadał za strategię i inwestycje w segmencie Food w Brazylii, a także za globalną strategię marki Uncle Ben’s.

Rośnie liczba Polaków obejmujących wysokie stanowiska kierownicze stanowiska w największych firmach na świecie. Coraz częściej to właśnie zagraniczne oddziały międzynarodowych firm przyciągają do siebie najlepsze polskie talenty, czego przykładem jest kariera Jarosława Świgulskiego, który w 2006 r. dołączył do Mars Polska na stanowisko dyrektora generalnego, a obecnie został szefem Mars Food na Amerykę Północną.

– Od początku mojej kariery pragnąłem rozwijać się zawodowo na arenie międzynarodowej. Moja poprzednia rola, w której odpowiadałem za rynek europejski oraz ta nowa, w której będę odpowiadał za rynek północnoamerykański to zwieńczenie tych aspiracji – mówi Jarosław Świgulski, prezydent Mars Food na Amerykę Północną i dodaje: – Mars to firma międzynarodowa. W 11-osobowym globalnym zarządzie segmentu Food, którego będę członkiem, mamy przedstawicieli 10 narodowości. Takie podejście daje firmie przewagę konkurencyjną, która przekłada się na wyniki biznesowe. Mars jest firmą wymagającą, ale dającą wspaniałe możliwości rozwoju już na najwcześniejszym etapie kariery zawodowej. Mocno stawiamy na budowanie odpowiedniego zaangażowania i optymalne planowanie rozwoju pracowników. O sile każdej firmy decydują bowiem jej zaangażowane, dobrze zgrane zespoły, złożone z osób o uzupełniających się umiejętnościach.  

Profesjonaliści wskazują, że od swoich pracodawców coraz częściej oczekują możliwości dynamicznego rozwoju i perspektyw związanych z rozwojem kariery zawodowej, co potwierdza ostatnie badanie Universum Talent Survey 2015.

Profesjonaliści szukają firm, które charakteryzuje dynamicznie rozwijający się biznes, w których stawiane są ambitne cele i w których będą mogli rozwijać się latami, nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Szerokie możliwości rozwoju stwarzają międzynarodowe firmy, właśnie takie jak Mars. U nas profesjonaliści, absolwenci czy studenci od samego początku mają jasno zarysowaną ścieżkę rozwoju zawodowego. W Mars szukamy osób, które poważnie myślą o swojej karierze, a w przyszłości chciałyby spróbować swoich sił np. na stanowisku dyrektora generalnego –komentuje Maciej Woźny, dyrektor HR w Mars Polska.    

Aktualnie w spółkach z grupy Mars, Incorporated za granicą zatrudnionych jest kilkadziesiąt osób z Polski.

 

W Polsce jest już 50 tys. zabytkowych pojazdów. Przybywa ich w tempie dwucyfrowym

Michał Wróbel, dyrektor generalny Ardor Auctions

Według ubiegłorocznych szacunków wartość rynku zabytkowych samochodów w Europie wyniosła ponad 20 mld euro. Liczba zarejestrowanych pojazdów przekroczyła 1,5 mln. Trend dociera także do Polski. W posiadaniu krajowych kolekcjonerów jest już około 50 tys. samochodów, a dynamika wzrostu jest dwucyfrowa. Ceny osiągane na aukcjach w dalszym ciągu są jednak umiarkowane, co daje dostęp do rynku większej liczbie inwestorów.

– Wszystko zależy tak naprawdę od popytu, podaży i tego, co jest w modzie. W tym momencie np. panuje szał za granicą na Ferrari z lat 70. i 80. Mówimy tutaj o wzrostach 50-80-proc. na przestrzeni 24 miesięcy – mówi Michał Wróbel, dyrektor generalny Ardor Auctions, pytany o potencjalną stopę zwrotu możliwą do osiągnięcia na aukcjach zabytkowych aut.

Rynek aukcyjny samochodów klasycznych jest wciąż bardzo młody. Jego fundamenty są jednak solidne, a charakterystyka inwestorów znacznie różni się od tych obecnych na rynku kapitałowym czy rynkach inwestycji alternatywnych. Osoby biorące udział w aukcjach samochodowych są przede wszystkim zorientowane na jakość produktu. Dopiero w dalszej kolejności pojawia się chęć osiągnięcia wysokiej stropy zwrotu.

– Na rynku następuje pewna moderacja. W przypadku takich samochodów jak Ferrari Testarossa jeszcze tej zimy obserwowaliśmy na aukcjach ceny rzędu 150-160 tys. euro w momencie, kiedy te samochody można było nabyć jeszcze 18 miesięcy temu za 60-70 tys. euro – tłumaczy dyrektor Ardor Auctions.

Aktualna cena aukcyjna Ferrari Testarossa ustabilizowała się na poziomie około 100-115 tys. euro. Interesująco wyglądają także wyniki aukcji innego modelu włoskiego producenta – 27GTB4 z lat 60. Według danych agencji Hagerty, specjalizującej się w ubezpieczeniach zabytkowych pojazdów, cena tego modelu w ciągu ostatnich siedmiu lat wzrosła o 500 proc.

– Ten rynek jest w pewnym sensie zdrowy, nie doszliśmy do takiego momentu, kiedy jest bańka, to mnie bardzo cieszy – ocenia Wróbel.

Umiarkowane ceny samochodów klasycznych osiągane na aukcjach stanowią niewątpliwy atut rynku. Dzięki rozsądnym wycenom dostęp do nich ma o wiele szersza grupa inwestorów. W opinii Michała Wróbla aukcje zabytkowych aut stanowią o wiele stabilniejszą formę lokaty kapitału niż większość innych inwestycji alternatywnych.

W opinii „The Economist” rynek samochodów klasycznych był jedną z najatrakcyjniejszych opcji lokaty kapitału na przestrzeni ostatniej dekady. Potencjalna stopa zwrotu możliwa do osiągnięcia z inwestycji na tym rynku była ponad dwukrotnie wyższa od kupna akcji zaliczanych do indeksu MSCI World.

FANUC Polska zapowiada rozbudowę centrum szkoleniowego oraz laboratorium. 1/3 pracowników koncernu zatrudnionych w Japonii pracuje w dziale R&D

0

Jędrzej Kowalczyk, prezes technologicznej firmy FANUC Polska

Już około 30 proc. zatrudnionych w technologicznej firmie FANUC pracuje w dziale R&D. Polski oddział firmy zapowiada budowę nowego centrum szkoleniowego oraz laboratorium. Poszerzone zaplecze badawczo-rozwojowe z jednej strony ma odpowiedzieć na obecne potrzeby klientów, z drugiej – będzie nakierowane na tworzenie rozwiązań, które będą potrzebne dopiero w przyszłości.

W Polsce staramy się być bardzo blisko naszych klientów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jędrzej Kowalczyk, prezes technologicznej firmy FANUC Polska. – Dlatego niezwykle istotna jest dla nas obecnie inwestycja w nowoczesne centrum szkoleniowe oraz laboratorium. Na razie nie mamy planów dotyczących fuzji i przejęć. Naszą ideą jest to, by wszystkie główne podzespoły były kreowane i produkowane w japońskiej centrali.

W lutym br. japoński FANUC, producent robotów przemysłowych oraz technologii CNC (Computerized Numerical Control, z ang. komputerowego sterowania urządzeń numerycznych), ogłosił, że przeznaczy 130 mld jenów na budowę czterech nowych fabryk oraz takiej samej liczby laboratoriów badawczych w Japonii. Głównym powodem inwestycji jest chęć zwiększenia mocy produkcyjnych systemów CNC, stanowiących element środków automatyzacji przemysłu. Drugą przyczyną jest chęć zwiększenia zaangażowania koncernu w badania i rozwój, co ma pozwolić na poprawę niezawodności i szybkości wytwarzanych produktów.

Ponieważ nasi koledzy z Japonii również inwestują w kolejne laboratoria i nowe fabryki związane z CNC, my również chcemy iść za nimi, by móc być jak najbliżej polskich klientów i ich potrzeb – precyzuje Jędrzej Kowalczyk. – Przede wszystkim planujemy jeszcze bardziej intensywną edukację naszych klientów pod kątem nie tylko wyboru najnowocześniejszej technologii, lecz także tego, jak z niej korzystać. Nie ukrywam, że wciąż potrzebujemy edukacji w zakresie rzeczywistych korzyści oferowanych przez technologię producentom działającym na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Nieustannie angażujemy się też w dalszy rozwój technologii CNC. Obecnie jedna trzecia pracowników FANUC to osoby zatrudnione w dziale R&D.

W związku z tym polska spółka planuje także zwiększenie zatrudnienia, ale nie bezpośrednio w obszarze R&D, lecz w dziale serwisowym.

Wewnętrzna kultura naszej firmy wymaga, aby nowy pracownik zaczynał zawsze od działu serwisu, dzięki czemu może bardzo dokładnie poznać nasze produkty – tłumaczy Jędrzej Kowalczyk. – Potem przechodzi na kolejne stanowiska. Na pewno tak też będzie i tym razem i nowi pracownicy zasilą najpierw struktury serwisowe.

Nowe technologie zdecydowanie tanieją. Jak mówi szef FANUC Polska, za zrobotyzowane stanowisko aplikacji spawalniczej, za które jeszcze 10 lat temu w Stanach Zjednoczonych trzeba było zapłacić około 180 tys. dolarów, obecnie kosztuje 130 tys. dolarów.

To dotyczy nie tylko naszej firmy, lecz także wszystkich przedsiębiorstw z branży nowych technologii – wskazuje prezes Jędrzej Kowalczyk. – Jest to naturalne zjawisko: nowe technologie stają się coraz bardziej popularne, a tym samym łatwiej dostępne dla przemysłu.

Od 2007 r. FANUC jest obecny w Polsce, która z uwagi na niski stopień zrobotyzowania przedsiębiorstw należy do grona najbardziej perspektywicznych rynków dla koncernu. Warto wspomnieć, że Polska jest jednym z najmniej zrobotyzowanych krajów w Europie, gdzie wskaźnik gęstości robotyzacji, czyli liczba robotów zainstalowanych na 10 tys. pracowników przemysłu, wynosi zaledwie 19. Biorąc pod uwagę to, że średnia europejska kształtuje się na poziomie przeszło czterokrotnie wyższym (wskaźnik dla Europy wynosi 82), łatwo zauważyć, że mamy jeszcze bardzo wiele do nadrobienia. Głównym zadaniem polskiego oddziału jest wsparcie klientów w poszukiwaniu nowoczesnych technologii i produktów, które będą odpowiadały ich aktualnym potrzebom.

Mamy największą liczbę zainstalowanych produktów w skali globalnej – chwali Jędrzej Kowalczyk. – Natomiast, oczywiście, działamy w środowisku konkurencyjnym. W Polsce bardzo silnie angażujemy się w promowanie robotyki i uważamy, że każdy prawidłowo zainstalowany robot przemysłowy przyniesie wymierne korzyści dla całej polskiej gospodarki.

Polski sektor bankowy czeka konsolidacja. PZU chce w niej aktywnie uczestniczyć

Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU

Spada liczba banków komercyjnych w Polsce. Jeszcze kilka la temu było ich 50, teraz ich liczba nie przekracza 40. Konsolidacja będzie postępować, bo przy obecnych wymogach biznesowych mniejsze banki nie mają racji bytu. Aktywną rolę w tym procesie chce odgrywać PZU, który czeka na decyzje KNF-u w sprawie przejęcia akcji Alior Banku.

 Jestem w stu procentach pewien, że konsolidacja sektora bankowego musi nastąpić, szczególnie pomiędzy graczami od siódmego do dwudziestego miejsca. Powodem jest to, co się dzieje na świecie, sposób zarządzania bankami, wymogi technologiczne. Wielkość ma znaczenie, banki, które nie są odpowiednio duże, po prostu nie będą w stanie przetrwać – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU.

W Polsce dominują banki, które są spółkami córkami zachodnich banków. Przy ich kłopotach szybciej może nastąpić konsolidacja polskiego sektora. Banków komercyjnych już teraz jest znacznie mniej niż jeszcze kilka lat temu. Według danych KNF w 2011 roku było ich 50, teraz jest poniżej 40. Dodatkowo otoczenie gospodarcze nie sprzyja bankom – na ich niższe przychody wpływają m.in. niskie stopy procentowe (na poziomie 1,50 proc.) i obniżki opłat interchange. Sposobem na przetrwanie coraz częściej staje się konsolidacja.

W tym procesie PZU zamierza aktywnie uczestniczyć.

– Mamy do tego predyspozycje. Po pierwsze jesteśmy instytucją regulowaną, a więc znaną KNF-owi, po drugie mamy kapitał. Ponadto instytucja taka jak PZU jest postrzegana przez naszych inwestorów jako dobrze zarządzana, dlatego mamy możliwość przyciągnięcia dobrych menadżerów do zarządzania tego typu transakcjami – podkreśla Andrzej Klesyk.

Spółka zapowiadała, że chce kupić 2-4 mniejsze banki i docelowo stworzyć mocnego gracza, który dołączy kilku największych banków na polskim banku. Obecnie PZU czeka na decyzje KNF-u, dzięki której będzie mógł przejąć akcje Alior Banku (30 proc. akcji o wartości 1,6 mld zł).

Problemy banków może pogłębić wprowadzenie podatku bankowego, które zapowiada PiS. Podatek od aktywów ma wynieść 0,39 proc. Zdaniem Klesyka podatek zostanie przerzucony przede wszystkim na klientów, w postaci wyższych opłat za prowadzenie konta, korzystanie z kart kredytowych czy bankomatów.

– Rynek już dyskontuje zmniejszenie zysku poszczególnych banków i to widać po wycenach i waluacjach banków na warszawskiej giełdzie – ocenia Andrzej Klesyk.

W ostatnich trzech miesiącach indeks WIG-banki zanotował ponad 10-proc. spadek.

Przez niemiecką płacę minimalną polskie firmy transportowe podniosą ceny przewozów dla firm z Europy Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Płaca minimalna dla kierowców w Niemczech nie odbije się na rentowności firm transportowych, ale spowoduje wzrost cen przewozów i w ten sposób uderzy również w firmy z Europy Zachodniej. Polska branża ocenia tę regulację jako sprzeczną z unijnym prawem oraz zasadą otwartego rynku i cały czas liczy na jej zniesienie.

Branża transportowa to nie jest branża przynosząca bardzo wysokie zyski. W związku z tym, jeżeli rozwiązania niemieckie zostaną utrzymane, należy się spodziewać, że wzrosną koszty, a to będzie miało przełożenie na wzrost cen. Myślę, że branża jest w stanie utrzymać podobne wskaźniki rentowności, natomiast zakończy się to podwyżką cen dla klientów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Oraczewski, dyrektor transportu międzynarodowego w Grupie FM Logistic.

Niemcy wprowadziły płacę minimalną od początku tego roku. Miała ono obowiązywać wszystkich świadczących pracę na terenie tego kraju, w tym również kierowców spoza Niemiec, którzy przejeżdżają przez ich terytorium. Decyzja wzbudziła duże kontrowersje, bo większość usług transportowych w Europie jest świadczonych przez firmy z Polski i innych krajów Europy Środkowej. Na większości tras kierowcy muszą przejeżdżać przez Niemcy.

Komisja Europejska zakwestionowała te przepisy jako sprzeczne z unijną zasadą wspólnego rynku, jednak nie wyjaśniło to wszystkich niejasności. Na razie wiadomo, że przepisy muszą być stosowane w odniesieniu do kierowców zagranicznych wykonujących kabotaż, czyli przewóz wyłącznie krajowy na terenie Niemiec. Przewoźnicy nadal nie wiedzą, jak rozliczać wynagrodzenia osób tylko przejeżdżających przez ten kraj, a na wyjaśnienie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości trzeba będzie poczekać nawet kilka lat.

Jeżeli te regulacje zostaną utrzymane, będzie to miało negatywny wpływ na całą branżę transportową, również na firmy w Europie Zachodniej. Dzisiaj bardzo dużo firm działających w Europie Zachodniej korzysta z przewoźników z Europy Centralnej – podkreśla Oraczewski.

Dodaje, że FM Logistic stara się wspierać przewoźników świadczących usługi dla tej firmy. Na razie jednak dominuje niepewność. Przewoźnicy nie wiedzą przede wszystkim, jak rozliczać wynagrodzenia przy transporcie międzynarodowym z i do Niemiec. Względnie jasna sytuacja jest przy kabotażu (niemiecka płaca minimalna obowiązuje) i tranzycie (nie obowiązuje). Niemiecka płaca minimalna to 8,50 euro netto za godzinę.

Rekordowy popyt i duża aktywność deweloperów na rynku powierzchni magazynowych

0

Pierwsze miesiące tego roku były bardzo dobre dla rynku powierzchni przemysłowo-logistycznych. Prężnie rozwijają się nie tylko dotychczas najpopularniejsze lokalizacje, czyli okolice największych miast, lecz także nowe ośrodki, jak okolice Bydgoszczy, Rzeszowa czy Lublina. Rozwój rynku wpływa na dynamiczny wzrost dostawców wyposażenia.

W I kwartale 2015 roku w Polsce wynajęto lub sprzedano około 640 tys. mkw. powierzchni. To o 30 proc. więcej niż na początku 2014 roku. Jak wynika z danych CBRE, był to jeden z najlepszych kwartałów od 15 lat.

Publikowane dane wskazują na to, że powierzchnia magazynowa rośnie, a także liczba kontraktów, które są podpisywane z uwzględnieniem konkretnego klienta, a więc pod jego potrzeby. Z drugiej strony maleje wskaźnik pustostanów, który na koniec 2014 roku miał najniższy poziom od wielu lat. Każdy hektar, każdy kilometr kwadratowy budowanej powierzchni to dla Wandaleksu szansa na rozwój – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Skrzeczyński, prezes zarządu Wandalex, spółki dostarczającej wyposażenie do magazynów, tj. zintegrowane systemy regałów i przenośników oraz wózki widłowe.

Na początku roku w Polsce wskaźnik pustostanów oscylował wokół 5,6 proc. To o 5 pkt proc. mniej niż rok wcześniej. Malejąca liczba niewynajętych magazynów powoduje, że tym rynkiem interesuje się coraz więcej deweloperów. W I kwartale oddano do użytku 270 tys. mkw. nowej powierzchni. W całym poprzednim roku oddano do użytku 1 mln mkw. powierzchni.

Jak tłumaczy Skrzeczyński, powierzchni magazynowych przybywa już nie tylko w głównych ośrodkach miejskich.

W związku z rozwojem infrastruktury drogowej coraz więcej buduje się w takich miastach, jak Bydgoszcz, Rzeszów czy Lublin – wymienia Marek Skrzeczyński. – W tych miejscach będą powstawać centra dystrybucyjne, więc spodziewamy się, że zapotrzebowanie będzie rosło.

Dynamiczny wzrost rynku pozwala na optymistyczne prognozowanie rozwoju dostawców wyposażenia. Spółka Wandalex zapowiada zwiększanie przychodów średnio o ok. 15 proc. rocznie. W ciągu najbliższych trzech lat chce zdobyć 5 proc. udziałów w krajowym rynku wózków widłowych. Poza sprzedażą i serwisowaniem tych maszyn w ofercie Wandaleksu jest organizacja pracy magazynów: od audytu logistycznego, poprzez zarządzanie projektami, aż po produkcję regałów i przenośników magazynowych. Spółka chce także w większym stopniu zaistnieć na rynkach zagranicznych, współpracuje już z partnerami w krajach bałtyckich, ma też zapytania z rynku białoruskiego.

Geograficzne położenie Polski jest doskonałe z logistycznego punktu widzenia. Patrząc przez pryzmat dzisiejszej polityki, ta korzyść jest nieco mniejsza,  ale to tylko kwestia czasu, bo tam kryje się ogromny rynek – mówi Skrzeczyński.

Z raportu CBRE wynika, że europejski rynek powierzchni przemysłowo-logistycznych również jest w bardzo dobrej kondycji. Rosnący popyt i malejący wskaźnik pustostanów powodują, że deweloperzy rozszerzają swoje plany inwestycyjne. Szczególnie dotyczy to Francji, Holandii i krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Przedsiębiorcy mogą ograniczyć ryzyko w handlu z krajami rozwijającymi się dzięki kontraktom terminowym

0

Jakub Makurat, dyrektor generalny Ebury Polska

Dzięki transakcjom walutowym typu forward przedsiębiorcy handlujący z krajami spoza Europy mogą znacznie ograniczyć ryzyko wahań kursowych. Tego typu kontrakty pozwalają na zabezpieczenie kursu walut, który w przypadku niektórych krajów może być bardzo zmienny. To szczególnie ważne tam, gdzie występują duże różnice w stopach procentowych.

Eksporterowi zależy przede wszystkim na zapewnieniu sobie określonego poziomu przychodów. Importerowi zaś na tym, żeby zapanować nad kosztami. Stosując instrumenty zabezpieczające, których najlepszym przykładem są transakcje terminowe forward, możemy w danym momencie, kiedy podejmujemy decyzję biznesową, być pewni, po jakim kursie nastąpi rozliczenie w przyszłości – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Makurat, dyrektor generalny Ebury Polska, firmy świadczącej usługi z zakresu handlu walutą i zarządzania ryzykiem kursowym.

Makurat przypomina, że polscy przedsiębiorcy coraz częściej handlują z zagranicznymi kontrahentami spoza Europy i Stanów Zjednoczonych. Rośnie wymiana handlowa z Afryką, Dalekim Wschodem i Ameryką Południową. Według danych GUS-u w 2014 r. wartość eksportu do krajów rozwijających się wzrosła o 6,9 proc. (w złotówkach) do niemal 60 mld zł, a import z tych krajów wzrósł o 16,9 proc. do 156,5 mld zł.

Ta zmiana wiąże się z odejściem od tradycyjnych walut, w których rozliczany jest handel zagraniczny, czyli najczęściej dolara i euro. Ryzyko kursowe par złoty-dolar czy złoty-euro jest stosunkowo niewielkie i nie wymaga od firm mocnego zabezpieczenia.

Zupełnie inaczej jest jednak w przypadku wykorzystywania w rozliczeniach np. nigeryjskiej nairy, tajskiego bahta czy meksykańskiego peso.

Istnieją pewne bariery dotyczące pracy z tymi lokalnymi walutami, zarówno w rozliczeniach bieżących, jak i przede wszystkim w ograniczaniu ryzyka kursowego – podkreśla Makurat. – U nas można zrobić tego typu operacje, można zabezpieczyć ten kurs, umówić się z firmą na to, że rozliczenie nastąpi po kursie z góry ustalonym i nie będzie podlegać wahaniom.

Taki sposób rozliczania eliminuje niepewność, co jest dużą wartością dla przedsiębiorców.

Kontrakt terminowy najczęściej zawierany jest w taki sposób, że przyjęty kurs jest nieco mniej korzystny niż obecnie obowiązujący, ale lepszy od oczekiwanych zmian. W ten sposób pośrednik bierze na siebie część ryzyka – jeśli kurs się nie pogorszy, pośrednik zarabia, ale w przypadku zmiany może ochronić przedsiębiorcę przed dużymi stratami.

To jest ten najważniejszy pozytywny efekt zabezpieczenia, czyli pewność – podkreśla Makurat.

Dodaje, że duże znaczenie przy zawieraniu kontraktów terminowych typu forward mają stopy procentowe w danych krajach. W Polsce, strefie euro, Stanach Zjednoczonych czy Szwajcarii są one obecnie bardzo niskie, czasem nawet ujemne. W wielu krajach rozwijających się lub borykających się z trudną sytuacją gospodarczą stopy referencyjne są jednak dwucyfrowe. Na przykład w Rosji wynoszą 11,5 proc., a w Nigerii 13 proc.

Im większa różnica stóp procentowych, tym większą korzyścią mogą się okazać kontrakty terminowe typu forward na walutach.

Różnica w stopach procentowych ma zasadnicze znaczenie dla transakcji terminowych forward. Im większa różnica, tym dodatkowe punkty forwardowe będą wyższe. Zatem dla przedsiębiorstw, które handlują z krajami, gdzie są wysokie stopy procentowe, punkty forwardowe są wyższe – tłumaczy Makurat.

Polacy jedzą coraz więcej bakalii, choć ich ceny rosną

CEO Magazyn Polska

Rynek bakalii w Polsce cały czas rośnie. Rocznie sprzedaż produktów paczkowanych sięga 700 mln zł, a po doliczeniu tych sprzedawanych luzem wartość wzrasta do miliarda złotych. Niestety, ze względu na wysokie ceny surowców oraz niekorzystny kurs dolara ceny bakalii rosną. Nie wiadomo, jak zareagują na to klienci.

W tej chwili rynkowi bakalii niewątpliwie sprzyja trend zdrowego odżywania i poszukiwania zamienników rzeczy uważanych za niezdrowe, co jest już trendem światowym – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Moczulski, prezes Bakallandu. – Rynek tylko paczkowanych bakalii to około 700 mln zł rocznie. Jeśli dodamy do tego bakalie w luzie, które oceniamy na około 1/3 całej kategorii, to zbliżamy się prawie do miliarda złotych.

Moczulski podkreśla, że Polacy przestali traktować bakalie tylko jako dodatek do ciast. Jeszcze kilka lat temu sprzedaż produktów z tej kategorii była najwyższa w listopadzie i grudniu, czyli przed świętami Bożego Narodzenia, a drugi szczyt występował przed Wielkanocą. Od pewnego czasu bakalie sprzedają się jednak przez cały rok. Wynika to z tego, że wiele osób zastępuje orzechami czy suszonymi owocami niezdrowe przekąski jedzone w ciągu dnia.

Mimo rosnącej popularności bakalii nie wiadomo, jak klienci zareagują na podwyżki cen, a te są nieuchronne, drożeją bowiem surowce.

Sytuacja jest dosyć trudna pod względem kosztowym, bo jesteśmy na etapie, kiedy ceny poszczególnych surowców są na historycznych poziomach. Orzechy wszelkiego rodzaju, śliwka czy morele osiągnęły w tym roku historyczne maksima, podobnie zresztą jak w zeszłym roku – mówi Moczulski.

Podkreśla, że w sektorze bakalii to właśnie koszt surowców jest podstawowym determinantem ceny. Może on stanowić nawet 90 proc. całkowitych kosztów producenta. To znacznie wyższy udział niż w segmencie żywności przetworzonej.

Dodatkowo negatywny wpływ ma drogi dolar, ponieważ większość surowców dla producentów bakalii jest importowana.

Wielu producentów przez jakiś czas wstrzymywało się z podwyżkami i brało na siebie mniejsze marże. Niestety, nie można tego dalej robić, dlatego podnosimy ceny naszych wyrobów gotowych – mówi Moczulski. – Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że przy wyższej cenie możemy natknąć się na jakieś bariery popytowe. Na razie na szczęście jeszcze tego nie widzimy. Musimy po prostu poczekać i w dłuższej perspektywie ocenić, jak to się odbije na rynku. W tej chwili należy podkreślić, że rynek rośnie.

Kreatywne CV ułatwia znalezienie pracy. W niektórych branżach może się jednak nie sprawdzić

CEO Magazyn Polska

CV powinno być spójne z charakterem pracy, o jaką stara się kandydat. Modne obecnie kreatywne CV nie zawsze jest dobrym pomysłem. W takim branżach jak prawo czy księgowość może wręcz zniweczyć szanse kandydata.

Dobrze skonstruowane CV ma pokazywać umiejętności i doświadczenie osoby starającej się o pracę. Powinno być napisane czytelnie, bez błędów gramatycznych, ortograficznych i interpunkcyjnych. Jego zadaniem jest zwrócenie szczególnej uwagi rekrutera, dlatego od pewnego czasu modne stają się kreatywne CV. Pomagają one wyróżnić się w tłumie kontrkandydatów na stanowisko pracy. Kreatywne CV może być napisane niestandardową czcionką, zawierać kolorowe infografiki lub mieć oryginalną formę.

Kandydaci coraz częściej sięgają po niestandardowe formy aplikowania i prześcigają się w dotarciu do wymarzonych pracodawców. Coraz większą popularnością cieszą się dokumenty w formie infografik czy prezentacji wideo. Spotyka się również portfolio w postaci strony internetowej. Ma to zastosowanie w przypadku np. programistów czy grafików – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Krajewski z GoldenLine.pl.

Eksperci podkreślają jednak, że forma CV powinna być dostosowana do stanowiska, na jakie się aplikuje. Kreatywne CV sprawdzi się w branżach, w których od kandydata oczekuje się pomysłowości, nieszablonowego sposobu myślenia i oryginalności. Przed wysłaniem takiego CV warto jednak poradzić się eksperta albo przynajmniej znajomych, którzy obiektywnie ocenią jego jakość. Może się bowiem zdarzyć, że to, co kandydat uważa za kreatywne, w rzeczywistości jest mało gustowne. W niektórych branżach kreatywne CV może ponadto odnieść skutek odwrotny do oczekiwanego.

Złota zasada, która powinna przyświecać kandydatom, to porządne rozeznanie w branży i znajomość firmy, do której chcemy aplikować, specyfika danego stanowiska i tego, czy faktycznie ta kreatywność będzie w cenie. Warto pamiętać o tym, by forma naszego CV nie przerosła treści – mówi Jacek Krajewski.

Specyfikę firmy można poznać, przeglądając m.in. jej stronę internetową lub profile społecznościowe. Można też podejrzeć profile jej pracowników na portalach społecznościowych związanych z rozwojem zawodowym, np. GoldenLine lub LinkedIn. Wątpliwości nie powinni mieć natomiast przedstawiciele takich branż, jak księgowość, prawo, doradztwo podatkowe – tu kreatywne CV raczej się nie sprawdzi.

Chiny, USA i Niemcy najważniejszymi rynkami zbytu Mercedesów Klasy E

Na całym świecie Mercedes-Benz dostarczył już ponad 13 mln egzemplarzy Klasy E w wersjach limuyzna i kombi. „Klasa E to najbardziej wolumenowy model w historii naszej firmy” – mówi Ola Källenius, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialny za sprzedaż i marketing osobowych Mercedesów. „Z takim wynikiem Klasa E jest kluczowym elementem strategii wzrostu Mercedes-Benz 2020”.

W ubiegłym roku limuzyny i kombi Klasy E znalazły na świecie 257 571 nabywców (+6,2%) – wybierał je średnio co szósty nabywca nowego Mercedesa. Niesłabnącą popularnością cieszy się zwłaszcza limuzyna. Tylko w maju br. na jej zakup zdecydowało się 80% klientów. Niemal połowa egzemplarzy modelu trafiła do Państwa Środka lub USA. Klienci z Chin chętnie zamawiają oferowaną wyłącznie tam wersję przedłużaną, z dodatkową ilością miejsca w drugim rzędzie siedzeń (35% dostaw w 2014 r.). W Europie, dla odmiany, istotną rolę odgrywa wariant kombi – w Niemczech sprzedaje się go niemal tyle samo, co limuzyn.

Najpopularniejsze wersje silnikowe i elementy wyposażenia

Limuzyny Klasy E są najchętniej kupowane w wersjach E 350 oraz E 220 BlueTEC – to zasługa, odpowiednio, klientów z USA i Europy. W przypadku kombi królują modele E 200 BlueTEC i E 220 BlueTEC. Nabywcy z Państwa Środka preferują przedłużane limuzyny E 260. Na liście wyposażenia najczęściej przewijają się podgrzewane przednie fotele, wspomaganie parkowania Active Park Assist, a także inteligentne reflektory LED-owe oraz zbiornik paliwa o zwiększonej pojemności.

Produkcja w Sindelfingen i Pekinie

Produkcja przodka Klasy E rozpoczęła się w 1947 roku w fabryce w Sindelfingen, największych zakładach Daimler AG na świecie. To centrum kompetencji w dziedzinie wytwarzania osobowych Mercedesów. W 2006 roku montaż Klasy E rozpoczął się w Pekinie – był to pierwszy model Mercedes-Benz „made in China”. Od 2010 roku jest tam produkowana również odmiana przedłużana, zaprojektowana specjalnie z myślą o potrzebach lokalnego rynku.

Laureatka wielu nagród

Klasa E charakteryzuje się szczególnie niską utratą wartością. W rankingu „Giganci wartości rezydualnej 2019” opublikowanym przez magazyn „Focus Online” i instytut badań rynkowych „Bähr & Fess Forecast” model E 350 BlueTEC został uznany za najlepszy w segmencie pod względem wartości rezydualnej. W najnowszym badaniu jakości samochodów i zadowolenia klientów J.D. Power przeprowadzonym po 3 latach użytkowania Klasa E zajęła pierwsze miejsce w swoim segmencie. W tegorocznym raporcie awaryjności niemieckiej organizacji rzeczoznawców DEKRA model zdobył tytuł „Najlepszego ze wszystkich klas”.

Blisko 70 lat sukcesów

W 1947 roku Mercedes-Benz uruchomił produkcję pierwszego powojennego modelu – 170 V – i zapoczątkował trwającą do dziś historię Klasy E. W 1993 roku, przy okazji liftingu typoszeregu 124, model oficjalnie zyskał swoją obecną nazwę. Kolejna generacja, wprowadzona na rynek w 1995 roku seria 210, wyróżniała się przełomowym designem z charakterystycznymi, podwójnymi przednimi lampami. Następca – typoszereg 211 z 2002 roku – otrzymał szereg innowacyjnych rozwiązań w zakresie ekonomiki i bezpieczeństwa. Obecne wydanie Klasy E (seria 212) trafiło do sprzedaży w 2009 roku. Cztery lata później model otrzymał zaktualizowany design i przeszedł kompleksową modernizację – wzbogacił się m.in. o nowe, wydajne silniki oraz innowacyjne systemy wspomagające.

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Czy świetna passa giełdowych deweloperów jeszcze potrwa?

Polska Agencja Prasowa jak po każdym zakończonym kwartale opublikowała wyniki sprzedaży głównych giełdowych spółek deweloperskich o profilu mieszkaniowym. Tym razem obok wyników kwartalnych jest też okazja do podsumowania półrocznych osiągnięć branżowych tuzów.

Tradycyjnie PAP wytypowała dziesiątkę głównych deweloperów mieszkaniowych notowanych na GPW. Do zestawienia awansował zaledwie dwa tygodnie po giełdowym debiucie cieszyński deweloper Atal, którego wyniki sprzedażowe okazały się jednymi z najlepszych.

Analizując zarówno kwartalne jak i półroczne statystyki sprzedażowe krajowej czołówki deweloperki mieszkaniowej, należy pamiętać o tym, że są one zestawiane z wynikami roku 2014, a więc rekordowego pod względem sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki od zakończenia boomu z lat 2007/2008 – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl.

Wyniki II kwartału, czyli czapki z głów

Prezentowane spółki w drugim kwartale bieżącego roku sprzedały w sumie 3763 lokale, czyli grubo o połowę więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Co istotne, cała dziesiątka zanotowała progres w stosunku do drugiego kwartału ubiegłego roku. Absolutnym liderem poprawy statystyk okazał się Vantage Development, który w omawianym okresie sprzedał prawie 6 razy więcej mieszkań niż rok temu. Podwojonym wynikiem kwartalnym pochwaliły się natomiast Atal i Budimex Nieruchomości. Z kolei Polnord poprawił sprzedaż z zeszłorocznego drugiego kwartału o ponad połowę.

Doskonały rezultat pierwszego półrocza

Bardzo dobry sprzedażowo drugi kwartał bieżącego roku wpłynął na doskonałe wyniki całego pierwszego półrocza. Aż siedem spółek pokazało co najmniej dwucyfrowy procentowo progres sprzedaży okresu pierwszych sześciu miesięcy br. licząc rok do roku. Tego typu sytuacja w pełni odpowiada pojęciu sprzedażowej prosperity największych krajowych spółek deweloperskich o profilu mieszkaniowym – tłumaczy analityki portalu RynekPierwotny.pl.

Dziesiątka branżowych tuzów zakontraktowała w okresie styczeń-czerwiec 2015 roku aż 6742 lokale, czyli prawie dokładnie o jedną trzecią więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Biorąc pod uwagę fakt, że cały rok 2014 był rekordowy pod względem wolumenu sprzedanych mieszkań deweloperskich, wynik pierwszego półrocza tego roku musi budzić prawdziwy respekt.

Liderem dynamiki wzrostu sprzedaży, z półrocznym trzyipółkrotnym progresem rdr, okazał się ponownie Vantage Development. Z kolei Budimex Nieruchomości w omawianym okresie prawie podwoił sprzedaż budowanych przez siebie lokali. Dwucyfrową poprawę zaprezentowały: Atal, Dom Development, JW. Construction, Polnord i Wikana. Ronson Europe sprzedał porównywalną do zeszłorocznej ilość mieszkań, a wyraźny spadek półrocznej sprzedaży zanotował jedynie Marvipol.

Rewelacyjne półrocze giełdowych deweloperów

Taki stan rzeczy potwierdza wciąż bardzo dobrą, a nawet z kwartału na kwartał coraz lepszą kondycję popytowej strony rynku w pierwotnym segmencie rodzimej mieszkaniówki. W kolejnych kwartałach statystyki sprzedażowe stopniowo, w miarę przekazywania zakontraktowanych lokali powinny w sposób zdecydowanie pozytywny przekładać się na wyniki finansowe giełdowych deweloperów, co jest bardzo dobrą wiadomością dla ich akcjonariuszy.

Z drugiej strony jednak nie brakuje argumentów stawiających pod znakiem zapytania utrzymanie w kolejnych miesiącach i kwartałach tak wysokiego tempa sprzedaży mieszkań przez firmy deweloperskie.

Deweloperom będzie coraz trudniej

Wygląda na to, że nad głowami deweloperów mieszkaniowych zaczynają się powoli zbierać ciemne chmury, za sprawą których wyniki sprzedaży w kolejnych kwartalnych okresach mogą okazać się coraz mniej spektakularne. Nie byłaby to najlepsza perspektywa dla przedsiębiorców budujących mieszkania na sprzedaż, zwłaszcza w sytuacji bardzo mocno rozpędzonej deweloperskiej machiny inwestycyjnej. W efekcie na pierwotnym rynku nieruchomości mieszkaniowych mamy rozpoczętą rekordową ilość nowych inwestycji, a w związku z tym także ponadprzeciętną i wciąż zwyżkującą, pomimo bardzo dobrej sprzedaży, ofertę mieszkań z pierwszej ręki.

Dla deweloperów mieszkaniowych do głównych czynników ryzyka zalicza się perspektywę nowelizacji ustawy deweloperskiej z likwidacją otwartych rachunków powierniczych, rozszerzenie programu dopłat Mieszkanie dla młodych na rynek wtórny, czy wreszcie istotnie wcześniejszy od dotychczasowych oczekiwań start cyklu podwyżek stóp procentowych NBP. Wszystko to stanowi mieszankę, która już w średnim terminie może mocno ograniczyć popyt na mieszkania z rynku pierwotnego – ostrzega Jarosław Jędrzyński z portalu RynekPierwotny.pl.

Notowania wciąż w martwym punkcie

Niestety sprzedażowa prosperity nowych mieszkań wciąż nie przekłada się, i to pomimo szeregu pozytywnych rekomendacji maklerskich, na większe zainteresowanie kupnem akcji deweloperów giełdowych. Jest to już od lat dość mocno utrwalony stan, jednak na tyle ciekawy, że wart odnotowania. Innymi słowy, inwestorzy z rynku nieruchomości na potęgę kupują nowe mieszkania, natomiast inwestorzy giełdowi ignorując ten fakt do kupowania akcji deweloperów raczej się nie palą.

W związku z tym branżowy indeks WIG-deweloperzy od początku br. praktycznie pozostał „na zero”. Z kolei z zaprezentowanych powyżej spółek deweloperskich tylko trzy – Dom Development, JWCH oraz Polnord odnotowały wyraźniejsze zwyżki w granicach 20-40 proc. Pozostałe uległy kosmetycznej przecenie z wyjątkiem Wikany, której akcje spadły o prawie połowę.

Jarosław Jędrzyński – RynekPierwotny.pl

Małżeństwo może pożyczyć na mieszkanie 460 tysięcy

Kredyty hipoteczne są niemal najtańsze w historii, a banki przy niskim oprocentowaniu są skłonne pożyczać spore kwoty. W ciągu kolejnych 2 lat raty kredytów hipotecznych będą rosły – wynika z danych, które przeanalizował Lions Bank.

Najnowsze dane pokazują, że trzyosobowa rodzina z dochodem 5 tys. zł netto może pożyczyć 460,2 tys. zł (mediana) w formie 30-letniego kredytu. Założyliśmy, że kredytobiorcy zobowiązują się do korzystania z bankowego rachunku i karty kredytowej, a w niektórych bankach także kupują dodatkowe ubezpieczenie (o ile jest to niezbędne). Lipcowy wynik jest o 3,5 tys. zł wyższy niż czerwcowy i aż o 43 tys. zł wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Wszystko dzięki wciąż najniższym stopom procentowym w historii. To one przekładają się na spadek oprocentowania i wysokie możliwości pożyczkowe.

Stopy w górę w 2016 roku

Więcej pozytywnych informacji o kolejnych obniżkach kosztu kredytu trudno się jednak dziś spodziewać. Już od maja br. powoli rośnie WIBOR, który jest ważnym składnikiem oprocentowania kredytów. Co więcej prognozy rynkowe sugerują, że ostatnie wzrosty WIBOR-u to tylko początek tendencji, która ma trwać dłuższy czas. Tak przynajmniej wynika z aktualnych notowań kontraktów terminowych na stopę procentową. Zgodnie z nimi WIBOR 3M w perspektywie 9 miesięcy może wzrosnąć do poziomu 1,77% z dzisiejszych 1,72%. Co więcej w dłuższym horyzoncie czasowym (15-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,87%, a za 21 miesięcy jest to już 2,04%. Liczby te są o tyle ważne, że składnikiem oprocentowania kredytu mieszkaniowego w Polsce bardzo często jest właśnie WIBOR 3M. W efekcie, gdy jest on niższy, raty maleją, i odwrotnie.

Co te liczby właściwie znaczą? Gracze rynkowi sądzą, że z dużym prawdopodobieństwem w 2015 roku wciąż będzie można się cieszyć rekordowo niskimi stopami procentowymi, ale już w 2016 roku powinno dojść do pierwszej podwyżki. Co więcej w horyzoncie dwuletnim można się spodziewać przynajmniej 2 decyzji o wzroście kosztu pieniądza – tak przynajmniej wygląda najbardziej prawdopodobny scenariusz, wynikający z najświeższych danych rynkowych. Warto w tym miejscu podkreślić, jeszcze 3 miesiące temu pierwsza podwyżka stóp procentowych spodziewana była raczej na początku 2017 roku, a dziś już prawie rok wcześniej.

W rok rata spadła o 185 zł

Na razie zaś kredytobiorcy mogą cieszyć się z wysokiej zdolności kredytowej i niskich rat. Obecnie przy zaciąganiu kredytu na 300 tys. zł i 30 lat trzeba się liczyć z ratą miesięczną na poziomie 1335 zł (przy założeniu marży na poziomie 1,71%). Rok temu rata kredytu o identycznej wartości wynosiła 1520 zł, czyli była o 185 zł wyższa.

Ale uwaga! Trzeba pamiętać, że zadłużając się dziś – przy niskim poziomie stóp procentowych – można co prawda pożyczyć więcej, ale gdy stopy zaczną rosnąć, wyższa będzie też comiesięczna rata. Dziś za każde pożyczone na 30 lat 100 tys. zł trzeba do banku oddawać co miesiąc średnio 445 zł. Gdyby stopy procentowe faktycznie w ciągu dwóch lat podniesiono o 0,5 pkt. proc. – jak dziś spodziewa się rynek – to rata za identyczny kredyt wzrosłaby do 463 zł miesięcznie. Nie jest jednak wykluczone, że dojdzie do większych podwyżek niż wynika z dzisiejszych prognoz. Warto więc zauważyć, że gdyby stopy procentowe wzrosły do poziomu sprzed obniżek (podstawowa stopa była na poziomie 4,75%, a nie 1,5% jak dziś), rata w przeliczeniu na każde pożyczone 100 tys. zł mogłaby wzrosnąć do poziomu około 640 zł miesięcznie.

Przeciętna marża kredytowa

Możliwości pożyczkowe modelowej rodziny rosną od czwartego kwartału 2012 r. Wtedy to już bowiem rynek zaczął dyskontować oczekiwany początek cyklu obniżek stóp procentowych. Na początku września 2012 r. przykładowa rodzina mogła pożyczyć na mieszkanie 357 tys. zł, a dziś 460,2 tys. zł, czyli o 103,2 tys. zł więcej. W dużej mierze wynika to z faktu, że w trzecim kwartale 2012 r. podstawowa stopa procentowa była na poziomie 4,75%, a dziś jedynie 1,5%.

Inaczej niż stopy procentowe zachowują się marże w bankach komercyjnych. Przeważnie banki podnoszą swoje marże wtedy, gdy koszt pieniądza maleje, a obniżają je, gdy RPP zacieśnia politykę pieniężną. Marże kredytowe wyraźnie wzrastały od roku 2011 do 2014, a najnowsze dane zebrane przez Tax Care sugerują już nie stabilizację, ale nawet pierwsze obniżki. Aktualna średnia to 1,71%, a więc o 0,11 pkt. proc. mniej niż przed rokiem.

Cztery banki dadzą pół miliona za 5 tysięcy

Trzeba oczywiście pamiętać, że oferty banków są bardzo zróżnicowane. Doskonałym tego przykładem jest chociażby kwota kredytu, na którą mogłaby liczyć modelowa rodzina w poszczególnych bankach. Zakładamy, że trzyosobowa rodzina o dochodzie 5 tys. zł netto mieszka w mieście mającym 150 tys. mieszkańców, nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w równych ratach z możliwie niskim wkładem własnym.

Efekt? Cztery banki są skłonne pożyczyć takim kredytobiorcom ponad pół miliona złotych, a więc ponad 100 razy więcej niż wynoszą miesięczne dochody kredytobiorcy. Są to Raiffeisen Polbank, Alior Bank, Bank Pekao S.A., Bank BGŻ BNP Paribas. Na drugim biegunie są Deutsche Bank Polska, PKO BP, mBank i ING Bank Śląski. Według ich deklaracji modelowa rodzina mogłaby liczyć na kredyt w kwocie od 350 do niespełna 400 tys. zł.

Zdolność kredytowa 3-os. rodziny z dochodem 5 tys. zł netto
Bank Maksymalna kwota kredytu (3-os. rodzina)
Alior Bank 553 877 zł
Bank BGŻ BNP Paribas 528 300 zł
Bank BPH* 456 200 zł
Bank Millennium 485 700 zł
Bank Pekao S.A. 553 788 zł
Bank Pocztowy 415 528 zł
Bank Zachodni WBK 469 622 zł
BOŚ S.A. 444 000 zł
Citi Handlowy 435 000 zł
Credit Agricole Bank 431 512 zł
Deutsche Bank Polska 350 000 zł
Eurobank 464 115 zł
Getin Noble Bank 464 645 zł
ING Bank Śląski** 393.886 zł
mBank 388 870 zł
PKO Bank Polski /
PKO Bank Hipoteczny
370 750 zł
Raiffeisen Polbank 560 185 zł
Źródło: ankiety wysłane do banków na początku czerwca 2015 r.
Założenia: 3-osobowa rodzina o dochodzie 5000 zł netto mieszka w mieście o liczbie mieszkańców 150 tys., nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w ratach równych z możliwie niskim wkładem własnym.
* kwota kredytu zawierająca kredytowane koszty (opłaty i prowizje)
** oferta „Niższa marża” z dodatkowym ubezpieczeniem – pakiet życie plus

Bartosz Turek, Lions Bank
Anna Olesiejuk, Tax Care

10 lat na dochodzenie niewypłaconej dywidendy, ale nie w czasie postępowania likwidacyjnego

18 czerwca 2015 r. obradujący w składzie 3 sędziów Sąd Najwyższy (sygn. akt III CZP 31/15) podjął uchwałę, z której wynika, że roszczenie przysługujące wspólnikowi wobec spółki z ograniczoną odpowiedzialnością o wypłatę dywidendy nie ma charakteru roszczenia okresowego.

Najistotniejszą dla przedsiębiorców implikacją tego rozstrzygnięcia jest właściwe zastosowanie okresów przedawnienia. Dla roszczeń o charakterze okresowym przedawnienie wynosiłoby tylko trzy lata, w tym przypadku zastosowanie zaś znajdzie dziesięcioletni okres ogólny. W praktyce oznacza to, że wspólnicy będą mieli 10 lat na dochodzenie od spółki niewypłaconej w poprzednich latach dywidendy.

W przyjętej uchwale Sąd Najwyższy rozstrzygnął także, że trwanie postępowania likwidacyjnego spółki z ograniczoną odpowiedzialnością stanowi przeszkodę dla uwzględnienia roszczenia wspólnika o wypłatę dywidendy uchwalonej jeszcze przed otwarciem likwidacji. Oznacza to, że w czasie trwania likwidacji wspólnik nie może skutecznie domagać się wypłaty udziału w zysku, bez względu na czas powstania roszczenia. Ten pogląd jest spójny z brzmieniem art. 275 § 2 ksh, w myśl którego w okresie likwidacji nie można, nawet częściowo, wypłacać wspólnikom zysków przed spłaceniem wszystkich zobowiązań. Wspólnicy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością powinni zatem o takim stanowisku pamiętać, rozważając podjęcie uchwały o rozwiązaniu i likwidacji spółki.

Źródło: RSM Poland http://www.rsmi.pl

Gdzie chcą mieszkać warszawiacy? To cena decyduje o wyborze

Obecnie w Warszawie mieszka ponad 1 700 000 mieszkańców. Z roku na rok ta liczba się zwiększa. Szacuje się, że do 2035 roku w stolicy Polski będzie mieszkać ok. 1 900 000 mieszkańców, dla których jednym z ważniejszych czynników wyboru Warszawy będzie jakość życia. Mimo że jest ona bardzo ważna, często o wyborze decyduje jednak cena.

Właśnie jakość życia była jednym z tematów tegorocznej konferencji Warsaw Days / Warszawa – miejsce do życia. Według rankingu firmy badawczej Mercer dotyczącego jakości życia, Warszawa zajmuje 79 miejsce spośród kilkuset przebadanych miast świata. Zwycięzcą jest Wiedeń, który wygrywa w większości tego typu rankingów. Rozwój infrastruktury i komunikacji to jedne z czynników, które mogą pozwolić stolicy na awans w kolejnych latach.

Mokotów dominuje

Warszawiacy najchętniej mieszkaliby na Mokotowie. Jak podkreśla Paweł Putkowski, prezes Oddziału Warszawskiego Polskiego Związku Firm Deweloperskich, to dzielnica, która oferuje bardzo dużo atrakcji, a to przyciąga mieszkańców. Są tu parki, szkoły i dobra komunikacja. Decyzję zakupu mieszkania na Mokotowie mogą jednak powstrzymać ceny. – To wciąż jedna z droższych lokalizacji w stolicy – zaznacza Putkowski.

Podobne wnioski dotyczące najlepszej do zamieszkania dzielnicy zaprezentował podczas konferencji Warsaw Days prof. Janusz Czapiński. W oparciu o dane Millward Brown z 2013 roku przedstawił ranking dzielnic w różnych kategoriach. Mokotów zdecydowanie wygrywał zarówno w kategorii zadowolenia z dzielnicy, lokalnego patriotyzmu, jak i zadowolenia z warunków mieszkaniowych. Również w kategorii ogólnego zadowolenia z życia Mokotów wychodzi na prowadzenie.

Co z Białołęką?

Według danych przedstawionych przez prof. Czapińskiego najsłabiej wypada Białołęka. Mieszkańcy tej dzielnicy niezbyt wysoko oceniają zadowolenie z wypoczynku czy z warunków mieszkaniowych. Również w kategorii ogólnej jakości życia ta dzielnica wypada najmniej korzystnie. – Obraz Białołęki powoli się zmienia, ale wciąż jest tu wiele do zrobienia – podkreśla Paweł Putkowski. – Powstają między innymi nowe trasy tramwajowe, które pozwalają na lepszą komunikację z innymi częściami miasta – dodaje.

***

Tegoroczna edycja konferencji Warsaw Days odbyła się pod hasłem „Warszawa – miejsce do życia” i została poświęcona kierunkom rozwoju Warszawy – budownictwu mieszkaniowemu i biurowemu, a także komunikacji i planom rewitalizacji. Uczestnicy poznali również preferencje warszawiaków dotyczące miejsca zamieszkania oraz interpretacje socjologiczne ich wyborów. Konferencję zorganizował Oddział Warszawski PZFD we współpracy z miastem.

 

Najnowszy produkt firmy BalaBit, potrafi zidentyfikować próby nadużyć i kradzieży danych

Blindspotter, najnowszy produkt firmy BalaBit, potrafi zidentyfikować próby nadużyć i kradzieży danych na podstawie nietypowego zachowania użytkownika. Dzięki temu banki, instytucje państwowe i firmy z branży e-commerce mogą skutecznie bronić się przed próbami kradzieży danych przez pracowników, administratorów z najwyższymi uprawnieniami lub przestępcami, którzy uzyskali dostęp do systemu za pomocą skradzionych danych logowania.

Blindspotter w czasie rzeczywistym (lub zbliżonym do rzeczywistego) analizuje i wizualizuje aktywność użytkowników sieci. Na podstawie informacji o uprawnieniach poszczególnych użytkowników i ich regularnych zachowaniach system tworzy ich profile, a następnie wyszukuje nieprawidłowości – np. kiedy administrator loguje się do systemu poza standardowymi godzinami pracy. Blindspotter wykrywa także nieprawidłowości na poziomie wydawanych poleceń. Oznacza to, że gdy administrator używa polecenia innego niż zwykle Blindspotter reaguje automatycznie, zgodnie z ustaloną procedurą, w celu zminimalizowania zagrożenia.

Blindspotter został zaprojektowany po to, by sprostać dzisiejszym kluczowym wyzwaniom bezpieczeństwa oraz stworzyć system ostrzegania o najważniejszych zagrożeniach, takich jak:

Dostęp do sieci za pomocą skradzionych danych logowania

Działanie przestępcy na koncie użytkownika różni się znacznie od aktywności legalnego użytkownika. Atakujący zazwyczaj starają się stworzyć mapę infrastruktury IT atakowanej organizacji poprzez sprawdzanie dostępności różnych usług w systemie lub próbują pobrać duże ilości cennych danych. Blindspotter jest w stanie wykryć i ostrzec osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo firmy o tego rodzaju odchyleniach od standardowych operacji na koncie.

Nadużywanie uprawnień poprzez pracowników lub współpracowników

Blindspotter pomaga wykryć, czy użytkownik o wysokim poziomie uprawnień próbował wykraść, kopiował lub modyfikował wrażliwe dane firmy, które nie są konieczne do jego pracy. W ten sposób można zapobiec naruszeniu ochrony danych.

Wykrywanie nadużyć na automatycznym koncie systemowym

Automatyczne konta systemowe są zwykle tworzone przez administratorów i mają zadanie zwiększenie wydajności pracy przy regularnych zadaniach np. tworzeniu kopii zapasowych bazy danych lub codziennym uruchamianiu poszczególnych usług. Choć ułatwiają pracę administratorom, to równocześnie stwarzają zagrożenie bezpieczeństwa ponieważ korzystają z własnych poświadczeń. W przypadku zaatakowania skryptu, atakujący ma nie tylko dane konta administratora systemu, ale także zyskuje dostęp do wszystkich usług, które ten posiada. Stosując Blindspotter, możliwe jest rozróżnienie planowego działania automatycznego konta systemowego, a ingerencją człowieka w jego pracę.

Analiza informacji pojawiajacych się na ekranie użytkownika

Blindspotter, w połączeniu z urządzeniem Shell Control Box – również oferowanym przez BalaBit – potrafi także analizować informacje pojawiające się na ekranie, w tym wydanych poleceń, zainstalowanego oprogramowania lub dowolnych danych tekstowych. Pozwala to na wykrycie ewentualnych nieprawidłowości, które są oznakami ataku lub poważnego nadużycia uprawnień.

Zoltán Györkő, prezes firmy BalaBit, skomentował:

„Tak naprawdę zagrożeniem dla każdego systemu jest wykorzystanie wysokich uprawnień wewnątrz systemu do wyrządzenia szkody – niezależnie od tego czy jest to ktoś niezwiązany z firmą kto w wyrafinowany sposób uzyskał takie uprawnienia, czy ktoś z wewnątrz firmy, kto próbuje ukraść dane lub w inny sposób zaszkodzić organizacji.

W przeszłości wykrycie takiej aktywności w czasie rzeczywistym było niezwykle trudne. Blindspotter ma na celu wypełnienie tej luki i zapewnienie bezpieczeństwa i ochrony ważnych danych, bez spowalniania codziennej działalności firmy”.