Na inwestycje na Mazowszu potrzeba kilku miliardów złotych. Zmiany w janosikowym niewiele pomogą

CEO Magazyn Polska

Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił decyzje resortu finansów, który domagał się od Mazowsza zapłaty zaległych rat janosikowego – w sumie ponad 200 mln zł. Władze województwa już zażądały zwrotu jednej raty, ok. 60 mln zł, która została ściągnięta z kont Mazowsza. Potrzeby inwestycyjne województwa są ogromne, a w ciągu 10 lat oddało ono z tytułu janosikowego ponad 6 mld zł.

Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że Ministerstwo Finansów powinno wziąć pod uwagę trudną sytuację finansową Mazowsza, które musiało zaciągać kredyty na poczet wpłat w ramach janosikowego. Powołał się również na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał przepis o janosikowym za częściowo niekonstytucyjny. W Sejmie trwają prace nad zmianami w prawie dotyczącym tej daniny płaconej przez bogatsze regiony na rzecz najbiedniejszych – jak przekonuje Adam Struzik – zaproponowany projekt nie rozwiązuje jednak problemu.

– Obszar potencjalnych inwestycji to są miliardy złotych, a oszczędności z janosikowego, które wynikałyby ze zmniejszonej wpłaty, to ok. 250 mln zł rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Projekt zmian, nad którym pracuje Sejm, zakłada podniesienie progu dochodów, od którego województwa będą dokonywały wpłat na rzecz innych województw. Jeśli dochody na jednego mieszkańca będą wyższe niż 125 proc. (dotychczas 110 proc.) średnich dochodów, województwo będzie musiało zapłacić, jednak mniej niż do tej pory. Wpłaty nie będą mogły też być wyższe niż 35 proc. dochodów podatkowych. Do Sejmu trafił też alternatywny projekt przygotowany przez Mazowsze i ekspertów od prawa i finansów.

Oszczędności, które mogą przynieść województwu mazowieckiemu zmiany w ustawie o dochodach jednostek samorządu terytorialnego, to kropla w morzu potrzeb. Na inwestycje m.in. w infrastrukturę i służbę zdrowia potrzeba kilku miliardów złotych. Mazowsze przez 10 lat funkcjonowania dotychczasowych przepisów oddało ponad 6 mld zł.

– Problemem są przede wszystkim inwestycje drogowe. Mamy ponad 3 tys. km dróg, ponad 400 mostów. Część jest naprawdę w złym stanie technicznym. Ponadto mamy do zbudowania szereg obwodnic, których nie jesteśmy w stanie zrealizować ze środków europejskich, bo tych zabrakło – tłumaczy Struzik.

Jak podkreśla marszałek, istnieje ryzyko, że w nowej perspektywie finansowej inwestycje drogowe też nie będą możliwe do zrealizowania, bo mniej środków trafi na drogi. Unia zamierza przeznaczać pieniądze na inwestycje w ramach transeuropejskiej sieci transportowej (TEN-T).

Pieniędzy potrzebują również szpitale, które częściowo nie spełniają unijnych wymagań. W złym stanie są przede wszystkim placówki psychiatryczne. Wyzwaniem jest budowa nowego szpitala w Drewnicy.

– Musimy kontynuować modernizację innych placówek zdrowotnych. Jest też szereg instytucji zdrowia i edukacyjnych, w których jest do zrealizowania wiele niezbędnych remontów – ocenia Struzik. – Ponadto mamy głęboko niedofinansowane wydatki bieżące w kulturze, edukacji, w ogóle nie wspieramy organizacji pozarządowych, co do tej pory było na Mazowszu realizowane.

Pieniądze są także potrzebne na rozwój Kolei Mazowieckich. Samorząd województwa mazowieckiego zobowiązał się w umowie z 2009 roku, że do 2024 będzie co roku przekazywał spółce 250 mln zł. Z uwagi na trudną sytuację finansową często brakowało środków na dotację.

Jak zapewnia Struzik, sprzedaż Kolei Mazowieckich można na razie wykluczyć, bo wiązałoby się to ze zwrotem dotacji unijnych.

– Dokonujemy ciągle nowych zakupów przy udziale środków europejskich, co wydłuża trwałość projektu, dlatego prywatyzacja to raczej temat odległej przyszłości. Koleje wymagają dalszej modernizacji, zwłaszcza rozwoju zapleczy, gdzie pociągi mogą być konserwowane. To obszar, który podobnie zresztą jak Warszawska Kolej Dojazdowa, wymaga w dalszym ciągu inwestycji – ocenia Adam Struzik.

Pralniomaty mają powtórzyć sukces paczkomatów. Możliwa ekspansja zagraniczna

CEO Magazyn Polska

150 pralniomatów pojawi się w najbliższych miesiącach w Warszawie i Krakowie. W planach partnerów, czyli firm Aqmet, InPost i sieci 5àSec jest kolejnych 100 maszyn w największych miastach Polski. Logistyczna spółka spodziewa się powtórki sukcesu paczkomatów, ponieważ będzie mogła zapewnić ceny niższe od tych w tradycyjnych pralniach. Jednocześnie klienci mają oszczędzać czas, który do tej pory tracili na dojazd do centrów handlowych.

Pierwsze 50 urządzeń stanęło właśnie w Warszawie i Krakowie. Sam pilotaż rozpoczął się już pół roku temu na dwóch maszynach. Testowaliśmy, jaki jest odbiór ze strony klientów, co trzeba usprawnić. W ciągu najbliższych kilku miesięcy maszyn będzie 150, rozlokowanych w większości w pobliżu centrów biurowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Brzoska, prezes zarządu grupy Integer.pl, właściciela InPostu. – To jest klient, który najczęściej nie ma czasu, by prać, prasować albo jeździć do stacjonarnych pralni, które często są lokowane w centrach handlowych.

Klient może zostawić brudne ubrania w dowolnym pralniomacie i odebrać je – wyprane i wyprasowane – następnego dnia. Ubrania są przewożone przez kuriera specjalnym samochodem, z podziałem na strefę brudną i czystą.

Według Brzoski pralniomaty HiShine są pierwszą tego typu usługą na świecie, a ich przewagą nad tradycyjnymi pralniami ma być szybkość i oszczędność czasu. Atutem ma być również najniższa możliwa cena rynkowa, która – jak zapewniają przedstawiciele firmy – jest 15 proc. niższa niż w pralniach tradycyjnych. W zależności od wybranego standardu usługi za wypranie i wyprasowanie koszuli trzeba zapłacić 5,90–11,80 zł. W przypadku kurtki puchowej ok. 42,49–76,48 zł. Brzoska podkreśla, że zaletą jest również szeroki wachlarz usług, co powinna zapewnić współpraca z EBS – operatorem pralni francuskiej sieci 5àSec.

Klienci nawet idąc do pracy, mogą zostawiać swoje koszule i następnego dnia je odbierać, nie tracąc czasu na to, by parkować samochód, pójść do centrum handlowego i stać w kolejce. Skracamy zdecydowanie czas oddawania brudnych rzeczy i odbierania czystych – tłumaczy Brzoska.

Po ulokowaniu 150 maszyn w Krakowie i Warszawie spółka chce postawić jeszcze 100 pralniomatów w innych wielkich aglomeracjach – Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi oraz na Górnym Śląsku. W dalszej przyszłości prezes grupy Integer nie wyklucza wejścia na rynki w kolejnych miejscowościach, także poza granicami kraju.

Jeżeli ten koncept w Polsce się przyjmie, a pierwsze dni funkcjonowania na rynku polskim już pokazują, że chyba jest to strzał w dziesiątkę, nie wykluczamy roll-outu, czyli rozwoju organicznego w innych krajach, również we współpracy z naszymi partnerami – mówi Rafał Brzoska.

Efekty synergii sprawiają, że projekt nie wymaga dużych nakładów finansowych ze strony grupy Integer. W krótkim terminie dodatkowe koszty wynikają głównie z marketingu oraz promocji, ale są dzielone na wszystkich partnerów.

InPost nie będzie nigdy pralnią, a EBS, który jest operatorem pralni w Polsce, nigdy nie będzie firmą logistyczną. Tutaj w sposób naturalny się uzupełniamy. Ten projekt nie wymaga na tym etapie żadnych nakładów inwestycyjnych ze strony grupy Integer, więc myślę, że same rezultaty, które już wyglądają bardzo obiecująco, a nie obciążają naszego wyniku w tej chwili, mogą być z punktu widzenia inwestora bardzo ciekawym projektem – uważa prezes Integera.

W dłuższej perspektywie pralniomaty mają być jednym z głównych filarów biznesu spółki Integer, obok paczkomatów. Docelowa rentowność ma wynieść nawet kilkadziesiąt procent dzięki ograniczeniu kosztów logistycznych oraz najmu powierzchni.

Kumulujemy dużą liczbę jednostek w ramach danego miasta, czyli jeżeli mamy 30 tego typu punktów automatycznych, to tak, jakbyśmy otworzyli 30 pralni, nie płacąc wysokiego czynszu w centrach handlowych. Więc z tego punktu widzenia marżowość tego biznesu docelowo może być na poziomie kilkudziesięciu procent – przewiduje Brzoska.

Ceny usług IT w Polsce zbliżają się do zachodnich. Nasz rynek staje się bardzo atrakcyjny dla międzynarodowych firm z branży

CEO Magazyn Polska

Ceny usług informatycznych w Polsce zbliżają się do tych na Zachodzie, a jakościowo już im dorównują. W ten sposób nasz rynek staje się coraz bardziej atrakcyjny dla międzynarodowych firm. W kraju zwiększać zaangażowanie chce również Ericpol, największy polski eksporter z branży teleinformatycznej.

Okazuje się, że ceny, które jesteśmy tu w stanie uzyskać za nasze usługi, powoli zaczynają się zbliżać do cen zachodnich – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Topór, menadżer ds. rozwoju spółki Ericpol. – W związku z tym coraz bardziej opłaca się pracować na rynek polski także z tego powodu, że jest po prostu bliżej, to naturalne, że chcemy i powinniśmy działać tutaj. Powoli się okazuje, że jesteśmy w stanie pracować w Polsce i uzyskiwać takie same efekty, jak na rynkach zachodnich.

Ericpol zatrudnia w całej Europie blisko 2 tys. pracowników, ma siedzibę w Polsce i oddziały w kilku krajach. Blisko 90 proc. przychodów spółki pochodzi z zagranicznych rynków, ale udział polskiego ma się w najbliższym czasie zwiększać. Mają to zapewnić m.in. projekty dla administracji oraz rozwiązania dla biznesu oraz branży medycznej, logistycznej i automotive.

W perspektywie 5 czy 10 lat  cena i jakość, czyli finalny produkt, na rynku polskim i na Zachodzie będą porównywalne – podkreśla przedstawiciel spółki Ericpol. – Nie ma szans, żeby istniejący jeszcze dzisiaj rozdźwięk dało się długo utrzymać.

Jak wynika z przygotowanego pod patronatem resortu gospodarki raportu Computerworld TOP 200, w roku 2013 w branży IT w Polsce działały 302 firmy o rocznych przychodach przekraczających 1 mln zł. Było ich o jedną trzecią więcej niże przed rokiem. Ich łączne przychody wzrosły w zeszłym roku o 17 proc., sięgając 50,5 mld zł.

Polski rynek usług informatycznych jest bardzo rozwinięty i bardzo konkurencyjny – ocenia Mariusz Topór. – Działa na nim dużo firm: małych, średnich i dużych, które mają już swoich stałych klientów, mają bardzo dobre relacje w pewnych obszarach, mają dobre produkty, umieją na polskim rynku funkcjonować w bardzo dobry sposób. Wejście na ten rynek, od razu z dużym sukcesem, byłoby bardzo trudne, ponieważ wymagałoby bardzo dużych inwestycji i wiązałoby się z dużym ryzykiem.

Ericpol odniósł międzynarodowy sukces, dostarczając usługi informatyczne w krajach Europy Zachodniej i Skandynawii. Spółka przyznaje, że dotychczas nie doceniała rynku polskiego. Dziś odnalezienie się tu jest dla niej ciekawym wyzwaniem.

Widzimy szansę w tym, że jesteśmy w stanie dostarczać to, czego klient oczekuje, bazując na doświadczeniach z pracy z klientami zagranicznymi. Są takie trzy najważniejsze elementy: zmieścić się w budżecie, zmieścić się w harmonogramie i dostarczyć to z odpowiednią jakością. Wbrew pozorom umiejętność robienia czegoś takiego nie jest powszechna – zaznacza Mariusz Topór.

MF zaprasza do testowania Uniwersalnej Bramki Dokumentów

Przypominamy o możliwości testowania Uniwersalnej Bramki Dokumentów (UBD) przeznaczonej do przesyłania przez płatników informacji PIT-11, PIT-8C, PIT-R i deklaracji PIT-40 w postaci dokumentów wielopozycyjnych.

Środowisko testowe zostało Państwu udostępnione na stronie Finanse :

  • w zakładce Do pobrania – umieszczono Specyfikację Wejścia-Wyjścia UBD dla środowiska testowego,
  • w zakładce Struktury dokumentów XML – umieszczono Wzory dokumentów do testów Uniwersalnej Bramki Dokumentów.

W związku z planowanymi zmianami w projekcie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, od 1 stycznia 2015 r. każdy płatnik mający obowiązek sporządzenia informacji lub rocznego obliczenia podatku dla więcej niż pięciu podatników (osób fizycznych) będzie zobowiązany do wysłania formularzy, deklaracji podatkowych do urzędu skarbowego wyłącznie przez Internet.

Aby usprawnić składanie deklaracji drogą elektroniczną zostanie uruchomiona Uniwersalna Bramka Dokumentów (UBD), będąca nowym, intuicyjnym kanałem służącym do wysyłania e-deklaracji. Dzięki niej będzie możliwe złożenie w ramach jednej transmisji danych do 20000 dokumentów oraz pobranie jednego UPO (Urzędowe Poświadczenie Odbioru) dla całej wysyłki. Wprowadzono nowe schematy informacji PIT-11, PIT-8C, PIT-R oraz deklaracji PIT-40, które w UBD zostały oznaczone: PIT-11Z, PIT-8CZ, PIT-RZ oraz deklaracja PIT-40Z. Płatnicy zaliczek na podatek dochodowy będący osobami fizycznymi będą mogli podpisać wysyłane dokumenty danymi autoryzującymi (imię, nazwisko, data urodzenia, NIP, przychód). Składanie korekt oraz pojedynczych deklaracji będzie możliwe przy użyciu bramki e-Deklaracje.

Więcej informacji nt. tego rozwiązania znajdą Państwo w zakładce „Dla Płatników”.

Serdecznie zachęcamy do testowania bramki. Wszelkie pytania i problemy techniczne prosimy zgłaszać za pomocą korespondencji mailowej na adres [email protected].

Czas na zmiany w pracy tymczasowej

Wprowadzenie gwarancji finansowych oraz obowiązku corocznego przedkładania zaświadczeń o niezaleganiu ze składkami na ZUS i zaliczkami do urzędów skarbowych pozwoliłoby podnieść jakość usług na rynku pracy tymczasowej – uznały Polskie Forum HR, Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia oraz Ogólnopolski Konwent Agencji Pracy, które wspólnie z Konfederacją Lewiatan przygotowały rekomendacje dla tej branży.

29 września br. odbyła się konferencja, na której omówione zostały główne wyzwania przed jakimi stoi ten dynamicznie rozwijający się sektor.

Dziś branża liczy ponad 4,9 tys. zarejestrowanych agencji zatrudnienia zatrudniających rocznie ponad 500 tys. pracowników tymczasowych. Od kilku lat rok do roku obserwujemy wzrost liczby pracowników tymczasowych na poziomie kilkunastu procent, nadal jednak daleko nam do wykorzystania tej formy zatrudnienia na poziomie zbliżonym do średniej europejskiej. Możemy spodziewać się, że najbliższe lata przyniosą rosnące zainteresowanie pracą tymczasową. Zdaniem organizacji reprezentujących sektor, w celu pełnego wykorzystania potencjału jaki daje praca tymczasowa, w interesie branży jest zapewnienie, aby jej rozwój był jednoznaczny ze wzrostem standardów usług oferowanych przez agencje oraz z większym wykorzystaniem tej formy zatrudnienia jako istotnego elementu efektywnie funkcjonującego rynku pracy.

Obserwując sytuację na rynku widzimy wiele przykładów negatywnych praktyk, które wpływają na wizerunek całej branży. Duża fluktuacja podmiotów, częsty brak przygotowania merytorycznego pracowników agencji czy w końcu brak zabezpieczeń finansowych są źródłem wielu nadużyć. Mając to na uwadze, organizacje reprezentujące sektor przy współpracy z Konfederacją Lewiatan opracowały listę rekomendacji, których celem jest podniesienie jakości usług na rynku agencji. Jednym z głównych postulatów jest wprowadzenie gwarancji finansowych oraz obowiązku corocznego przedkładania zaświadczeń o niezaleganiu ze składkami na ZUS i zaliczkami do US. – Dziś jedynie Wielka Brytania i Niemcy wyprzedzają nas w rankingu największej liczby agencji w Europie. Tylko w zeszłym roku swoją działalność rozpoczęło ponad 1,2 tys. firm podczas gdy około 700 zostało wykreślonych z Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia. Nie mamy w Polsce żadnych wymagań w stosunku do podmiotu prowadzących działalność agencji zatrudnienia. Wszystko to przekłada się na bardzo różnorodną jakość świadczonych usług oraz liczbę występujących nadużyć – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.

– Musimy pamiętać o znaczeniu sektora w budowaniu efektywnego rynku pracy, dlatego wśród rekomendacji znalazły się również postulaty w zakresie lepszego wykorzystania pracy tymczasowej jako pełnoprawnej formy zatrudnienia, tu szczególną uwagę chciałbym zwrócić na postulat otwarcia dostępu pracy tymczasowej do sektora publicznego- dodaje Jarosław Adamkiewicz, Prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Dodatkowo Polskie Forum HR, Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia oraz Ogólnopolski Konwent Agencji Pracy zobowiązały się do przestrzegania zapisów Kodeksu Dobrych Praktyk, który reguluje zasady świadczenia usług oraz współpracy agencji zatrudnienia. Jak podkreśla Dawid Seifert, Prezes Ogólnopolskiego Konwentu Agencji Pracy: „Wiele zależy od działań mających na celu samoregulacje branży dlatego będziemy dokładać wszelkich starań aby zachęcać podmioty funkcjonujące na rynku do zrzeszania się”.

Agencje zatrudnienia są ważnym elementem rynku pracy, na którym spoczywa odpowiedzialność za ponad pół miliona pracowników. Prowadzenie działalności agencji zgodnej z przepisami prawa oraz zgodnie z dobrymi praktykami przyjętymi w branży jest nie tylko gwarancją odniesienia sukcesu w biznesie ale również czynnikiem w znacznym stopniu wpływającym na poprawę sytuacji na rynku pracy.

Konfederacja Lewiatan

Benefit Systems SA wprowadzi do obrotu prawie 70 tys. akcji serii C

W związku z założeniami programu motywacyjnego spółki, Benefit Systems wypuści akcje serii C, na co otrzymała zgodę zarządu GPW.

Zarząd GPW postanowił  dopuścić i wprowadzić z dniem 2 października 2014 r. w trybie zwykłym do obrotu giełdowego na rynku równoległym 68 720 akcji zwykłych na okaziciela serii C spółki Benefit Systems. Akcje będą miały wartość nominalną 1 zł każda. Istnieje warunek dokonania rejestracji papierów przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych S.A. z dniem 2 października 2014 roku.

Emisja akcji serii C wprowadzonych i dopuszczonych do obrotu giełdowego na podstawie ww. uchwały została przeprowadzona zgodnie z zasadami Programu Motywacyjnego na lata 2011-2013 opisanym szczegółowo w prospekcie emisyjnym spółki.

Asus powalczy o kilkuprocentowy udział w rynku smartfonów w Polsce

ASUS wchodzi do Polski z trzema modelami smartfonów i chce znaleźć się w pierwszej piątce najpopularniejszych producentów tych urządzeń w kraju.

ASUS chce być czołowym graczem na rynku smartfonów. Jego celem jest znalezienie się w pierwszej piątce pod względem udziału w rynku, wynika z rozmowy z przedstawicielem ASUS-a w Polsce. Producent chce przekonać klientów do swoich produktów dobrym stosunkiem jakości do ceny. Smartfony ZenFone na początku nie będą dostępne u operatorów komórkowych, a jedynie w sprzedaży detalicznej.

ASUS wprowadził na polski rynek trzy smartfony z serii ZenFone o różnym rozmiarze ekranu i specyfikacjach technicznych. Ceny modeli – w zależności od wielkości i specyfikacji – będą na poziomie 499–899 zł.

Celem ASUS-a jest znalezienie się w pierwszej piątce producentów A-brandowych, oznacza to kilka procent całej sprzedaży.

Nie musimy niczego udowadniać na rynku smartfonów. Oczywiście mamy swoje ambicje, cele, natomiast nie zakładamy, że od razu będzie to pierwsza trójka w segmencie telefonów – powiedziała w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Stanik, country manager ASUS Polska.

Stanik jednak przypomina, że obecnie polskie statystyki, zdominowane przez Samsunga i Apple’a, są nieco zaburzone, bo wliczane są telefony reeksportowane. Ma się to zmienić w przyszłym roku, co pozwoli realniej ocenić, jaki udział w rynku smartfonów używanych przez polskich konsumentów mają poszczególni producenci.

Na początku smartfony ASUS-a pojawią się jedynie w sprzedaży detalicznej. W ofercie operatorów mogą pojawić się po jakimś czasie. Spowalnia to m.in. konieczność wprowadzenia danego modelu do całego europejskiego katalogu tych operatorów, którzy działają również na innych rynkach (T-Mobile i Orange). Prace nad tym jednak trwają i mogą zakończyć się sukcesem w przyszłym roku. Nie bez znaczenia jest rozwój technologii LTE, która wymusza modernizację oferty urządzeń, podkreśla Stanik.

Czy spalanie odpadów jest przyjazne środowisku?

Niezwykle ważnym, jeśli nie najważniejszym, aspektem w racjonalnej utylizacji odpadów komunalnych jest dbałość o środowisko naturalne. Podejmowane działania powinny przede wszystkim uwzględniać troskę o zapobieganie skażeniu powietrza, wody i gleby. O efektywnej i ekologicznej gospodarce odpadami komunalnymi mówi Piotr Pędzik z West Real Estate SA.

Panuje powszechne przekonanie, że segregacja odpadów komunalnych i należyte ich składowanie jest bezpieczne dla środowiska. Warto jednak pamiętać, że naturalnemu rozkładowi ulegają jedynie substancje organiczne i tylko one umożliwiają gromadzenie biogazu bogatego w metan i tlenek węgla. „Dziś jedyną skuteczną metodą pozbycia się nadmiaru odpadów jest termiczne spalenie. Podobnie jest w przypadku konglomeratu substancji, które składowane nawet przez kilkadziesiąt lat nie uległy degradacji. Rozwiązaniem tego problemu jest pirolityczna i fluidalna utylizacja odpadów. Gazy emitowane do atmosfery pozbawione są tlenków azotu i siarki, aromatycznego węgla oraz sadzy. Pokazują to nie tylko wyniki naszych badań, ale można to naocznie sprawdzić podczas spalania – wydobywający się dym jest przezroczysty i – co ważne – bezwonny. Dzieje się tak, gdyż proces termicznej utylizacji odpadów komunalnych jest całkowity i zupełny, czyli nie zawiera żadnych palnych składników gazu. Co więcej, popiół, który powstał w trakcie spalania nie ma w swoim składzie żadnych części palnych i może być wykorzystywany w budownictwie i drogownictwie.” – wyjaśnia Piotr Pędzik z notowanej na NewConnect spółki West Real Estate.

Krajowe oraz międzynarodowe ustawodawstwo obliguje władze samorządowe do odbierania oraz utylizacji odpadów komunalnych. Mieszkańcy niemal od roku są zobowiązani do segregowania śmieci. Warto jednak zaznaczyć, że za nowymi regulacjami nie ruszyły inwestycje w obszarze gospodarki odpadami. „Aktualnie w Polsce funkcjonuje jedna spalarnia, która prowadzi termiczną utylizację odpadów komunalnych. Jak na tak duży kraj oraz ilość produkowanych śmieci to stanowczo za mało. Co prawda, w planach jest zbudowanie instalacji w Białymstoku, Koninie, Szczecinie, Poznaniu oraz Krakowie, ale to wciąż jest to za mało, aby efektywnie rozprawić się z wzrastającą falą surowców, których nie można przetworzyć w inny sposób. Szacuję, że na terenie Polski wybudowanie 70-ciu, może 80-ciu tego rodzaju zakładów przyniosłoby żądany efekt. Obawiam się jednak, że dopóki samorządowcy będą mogli unikać inwestycji związanych z budową spalarni śmieci, nie powstaną kolejne tego typu obiekty. Przyczyn takiej sytuacji należy przede wszystkim upatrywać w ekonomii i finansowaniu tego rodzaju przedsięwzięcia. Występuje bowiem wiele obostrzeń dla inwestorów i wykonawców spalarni. Co więcej, koszt całej inwestycji to wciąż kwota nieosiągalna dla wielu samorządów i bez wsparcia ze strony centralnego budżetu bądź celowych środków unijnych nie będą one w stanie samodzielnie sfinansować takiego przedsięwzięcia. Ważne jednak jest, aby już teraz prowadzić szeroką akcję edukacyjną – budować świadomość i wiedzę społeczeństwa na temat konieczności powstawania termicznych spalarni śmieci. Warto jednoznacznie zaznaczyć, że termiczne spalanie nie ma alternatywy w zakresie efektywnej utylizacji odpadów komunalnych.” – konkluduje Piotr Pędzik z firmy West Real Estate SA.

Racjonalne zaplanowanie utylizacji odpadów komunalnych już dziś, w przyszłości da gwarancję efektywnego zarządzania tonami papieru, szkła, plastiku czy odpadów organicznych. Inwestycja w termiczną spalarnię śmieci pozwoli na wiele lat wyeliminować problem zalegających na wysypiskach odpadów i zahamować powstawanie nowych składowisk. Pirolityczna i fluidalna utylizacja odpadów pozwoli nie tylko zlikwidować produkowane na bieżąco odpady, ale także problem zagrażających środowisku i składowanych przez wiele lat śmieci.

 

Coface: Rosną zagraniczne należności polskich firm

W związku z ciągłym wzrostem sprzedaży polskich firm na rynki zagraniczne, rośnie także liczba niezapłaconych należności przez zagranicznych kontrahentów. Cierpi branża tekstylna, spożywcza i transportowa.

Terminy spłat należności dla polskich firm od zagranicznych partnerów biznesowych rosną, podaje Coface. Krajowi przedsiębiorcy mają problem z odzyskiwaniem pieniędzy ze względu na różnice językowe czy kulturowe lub po prostu przez odległość dzielącą kontrahentów.

Wraz ze wzrostem sprzedaży na rynki zagraniczne, rosną należności polskich firm ze względu na opieszałość kontrahentów.

Wraz ze wzrostem zainteresowania rynkami zagranicznymi pojawiają się też problemy z należnościami. Dłużnicy zagraniczni wcale nie są bardziej skłonni do tego, by w terminie bądź by w ogóle regulować swoje zobowiązania. I pojawia się duży problem, bo jak windykować należność od firmy, która prowadzi działalność daleko, gdzie obowiązują zupełnie inne normy prawne, kultura, obyczaj, a często także jest bariera językowa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zauważa Szymon Wiliński, dyrektor ds. rozwoju usług informacji i windykacji Coface.

Zobowiązań w terminie nie płacą m.in. przedsiębiorstwa włoskie, niemieckie, holenderskie i francuskie, wylicza Coface.

W ostatnim czasie widzimy w Europie Zachodniej wzrost zapytań z branży tekstylnej, mięsnej, owocowo-warzywnej – wyjaśnia Wiliński. – Na południu Europy nasi klienci mają natomiast problemy z odzyskaniem należności od branży transportowej.

Destatis: CPI we wrześniu 0,8 proc. rdr.

Wskaźnik inflacji w Niemczech na niezmienionym poziomie we wrześniu.

Inflacja CPI w Niemczech we wrześniu pozostała w ujęciu rocznym na tym samym poziomie – 0,8 proc., co w sierpniu, wynika ze wstępnych danych niemieckiego urzędu statystycznego Destatis.

Najbardziej wzrosły w ujęciu rocznym ceny żywności, o 0,9 proc. w porównaniu do 0,3 proc. w sierpniu.

Przyspiesza spadek cen energii. We wrześniu było to -2,2 proc, w sierpniu, -1,9 proc. w ujęciu rocznym.

Autopromocja i jej rola w biznesie

Nie trzeba nikomu tłumaczyć jak wielką rolę w biznesie odgrywa dobra autopromocja, czasem zwana też po prostu umiejętnością sprzedaży samego siebie. Jak skupić uwagę innych podczas autoprezentacji? Jak właściwie wejść w interakcję ze słuchaczami? Oto kilka cennych porad.

Po pierwsze

Przede wszystkim stój do słuchaczy przodem. Nigdy nie czytaj też całego tekstu z kartki. Notatki mogą być twoim wsparciem, punktem odniesienia, słuchacze muszą jednak widzieć że mówisz „z głowy”. Prezentacja czytana z kartki często buduje bowiem poczucie, że czytający nie zastanawia się nad tym co mówi, jego głos staje się automatycznie monotonny, nienaturalny i nieprzekonujący.

Przerywaj swoją rozmowę pytaniami. „Czy wszystko jest zrozumiałe? Czy mają Państwo jakieś pytania dotyczące tej części prezentacji? Jak Państwo oceniacie…?” To nie tylko grzeczność i atencja skierowana w stronę słuchaczy, ale również dobry sposób na wzbudzenie interakcji. Pytanie zadane po każdej części przemówienia, zmusza słuchacza do natychmiastowego podsumowania dostarczonej mu treści oraz do zapamiętania tego, co najważniejsze.

Po drugie

Rozluźnić atmosferę i przełamać pierwsze lody pomogą dowcipy, zabawne historie wtrącone w treść przemówienia. Niemniej jednak nie zawsze sięgnięcie po nie jest po prostu stosowne, trzeba więc najpierw dokładnie rozważyć czy i po jakie anegdoty ewentualnie sięgnąć. Innym dobrym sposobem wzbudzenia zainteresowania słuchaczy już na samym początku, jest zadanie im zagadki oraz informacja, że jej rozwiązanie znajdą oni w treści wystąpienia. Dzięki temu, słuchacze z większą uwagą będą śledzić to, co o czym mówisz.

Porównania doskonale działają na wyobraźnię. Być może dana kwestia zawarta w prezentacji kojarzy się z czymś pozornie zupełnie abstrakcyjnym. Niemniej jednak, sięgnięcie po takie skojarzenia pozwoli znacznie skuteczniej wyjaśnić słuchaczom zagadnienia, które mogą wydawać się nudne lub trudne – mówi Katarzyna Kłopotek, Junior PR Specialist GRUPA 365 NET.

Po trzecie

Postaraj się kontrolować swoją mowę ciała. Stój prosto, nie garb się ani nie przekrzywiaj na boki. Podkreślaj zmianą pozycji ważne punkty w prezentacji. Poruszanie się, np. wykonywanie niewielkich kroków pomoże utrzymać spokój. Odnosząc się do slajdów, wskazuj na nie ręką lub skieruj na nie spojrzenie. Ręce zajmij trzymaniem notatek, przesadne nimi gestykulowanie najłatwiej rozprasza słuchaczy.

W końcu kwestią dosyć trudną jednak bardzo ważną jest utrzymywanie kontaktu wzrokowego z publicznością. Dzięki temu przekonujemy słuchaczy o naszym zaangażowaniu i pewności siebie. Tu pomoże również naturalny i przyjazny wyraz twarzy.

Zmiany przepisów w szkolnictwie wyższym

Koniec z płaceniem za naukę na drugim lub trzecim kierunku studiów. Od 1 października wchodzą w życie przepisy wycofujące te opłaty. Ale nowelizacja prawa o szkolnictwie wyższym przynosi również inne udogodnienia.

Ustawa wprowadza studia dualne. To nowatorskie rozwiązanie polega na łączeniu nauki z pracą oferowaną przez przedsiębiorców. Nowelizacja przewiduje też między innymi obowiązek trzymiesięcznych praktyk zawodowych na studiach o profilu praktycznym. Ma to pomóc młodym ludziom w odnalezieniu się na rynku pracy i dostosowaniu do wymagań pracodawców – wyjaśnia Łukasz Szelecki, rzecznik prasowy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ponadto pracodawcy mają mieć większy wpływ na powstawanie nowych kierunków i będą mogli prowadzić zajęcia na uczelni.

„Uczenie się przez całe życie” – to kolejna zmiana, skierowana głównie do osób dorosłych, które chcą uzupełnić swoje wykształcenie. „Uczelnie będą uznawać wiedzę i umiejętności uzyskane na szkoleniach, kursach lub w pracy zawodowej i zaliczać je na poczet studiów”– mówi serwisowi infoWire.pl Łukasz Szelecki. Poza tym nie będą mogły pobierać od studentów żadnych opłat, które nie zostały zawarte w umowie.

Zmiany dotyczą także samych uczelni wyższych. Będą one mogły tworzyć między sobą tzw. związki uczelni. Ma to na celu ułatwienie pozyskiwania funduszy unijnych. Ponadto ustawa wprowadza „uwłaszczenie naukowców”. Pracownik naukowy będzie miał trzy miesiące na porozumienie się z uczelnią w kwestii komercjalizacji wynalazku. Jeśli w tym terminie uczelnia nie zgłosi zainteresowania odkryciem, prawa do komercjalizacji mogą przejść na naukowca.

Koszty energii zależne od grupy taryfowej

Najlepszym sposobem na znalezienie oszczędności w firmie jest kontrola struktury zużycia energii. Weryfikację kosztów przedsiębiorca może przeprowadzić samodzielnie, badając nie tylko zużycie energii elektrycznej, ale również wody, ciepła i gazu. Bardzo miarodajne jest przeprowadzenie audytu energetycznego, w trakcie którego dokonuje się dokładnego przeglądu zużycia mediów, instalacji wewnętrznych, sieci, ogrzewania, a nawet kanalizacji. Pozwala to nie tylko na dobór odpowiedniej taryfy, ale także na zaprojektowanie inwestycji powodujących wzrost efektywności energetycznej przedsiębiorstwa. Niewielu przedsiębiorców wie, że często wystarczy dobrać odpowiednią grupę taryfową, aby znacznie obniżyć wydatki. Warto o tym pomyśleć zwłaszcza teraz, przed nadejściem sezonu zimowego, kiedy pobór energii wzrasta drastycznie, co wpływa na znaczne podwyższenie rachunków.

Dla kogo jaka grupa taryfowa?

Urząd Regulacji Energetyki wyszczególnia grupy taryfowe, które oznaczone są symbolem litery i cyfry. Grupa taryfowa A przeznaczona jest dla dużych podmiotów, np. hut, stoczni i kopalni. Zasilane są one z sieci wysokiego napięcia, wynoszącego od 110 kV. Grupę B wybierają instytucje, które mają własne układy pomiarowe, np. szkoły, centra handlowe, obiekty rekreacyjno – rozrywkowe, fabryki. Grupie C przypisani są zazwyczaj mali i średni przedsiębiorcy, jak sklepy, czy restauracje. Korzystają one z sieci niskiego napięcia do 1 kV. Grupę G stosują głównie gospodarstwa domowe, ale także lokale mające charakter zbiorowego zamieszkania, jak np. akademik.  Grupa taryfowa R to stawki opłat stosowane w rozliczeniach z odbiorcami bez liczników, ustanawiana jest dla tymczasowego miejsca poboru prądu, często przy pracach budowlanych.

Ceny dla konkretnej grupy taryfowej precyzuje wartość mocy umownej – gdy jest mniejsza, niż 40 kW, ma symbol „1”, gdy większa – symbol „2”. Wielkość opłaty zależy także od przyporządkowania do jednej z trzech rozliczeniowych stref czasowych, gdzie „1” to jednostrefowa, czyli stawka stała przez całą dobę, „2” – dwustrefowa – i „3” – trzystrefowa – tutaj doba dzieli się na pory godzinowe. Dla przykładu: jeśli wybierzemy grupę dla małych i średnich przedsiębiorców, gdzie wartość mocy umownej będzie mniejsza niż 40 kW i będziemy się rozliczać dwustrefowo, symbol naszej grupy to C 12.

Dobierz grupę taryfową, zyskasz pieniądze

Grupa taryfowa powinna być dostosowana do profilu działalności i nie należy tutaj skupiać się wyłącznie na cenie, ale także na zużyciu energii w określonych godzinach. Jak mówi ekspert spółki Energia Dla Firm, Jacek Dudek:  – Małe i średnie przedsiębiorstwa najczęściej wybierają grupę C11, w ramach której – energia elektryczna w ciągu doby rozliczana jest na podstawie jednolitej stawki bez względu na porę dnia. Jeśli wielkość zużycia energii w naszej firmie jest zmienna w ciągu doby, warto zastanowić się nad zmianą grupy taryfowej na wielostrefową.

W grupie taryfowej dwustrefowej doba podzielona jest na sztywne przedziały godzinowe, określone w dokumencie zatwierdzanym przez lokalnego dystrybutora, np. w Warszawie w okresie od 1 kwietnia do 30 września strefy szczytowe obowiązują w godzinach 8 – 11 i 20 – 21. W przypadku zapisanej mocy umownej o wartości do 40 kW, firmy mają do wyboru również taryfy wielostrefowe jak np. C12a i C12b.

Jacek Dudek radzi: – Aby prawidłowo określić w jakich godzinach zużywamy najwięcej energii elektrycznej, należy przeanalizować szczegółowo dobowy profil swojego zużycia w perspektywie kilkunastu miesięcy. Może okazać się bowiem, że np. 80% energii zużywane jest w strefie szczytowej i zamiast zyskać na zaplanowanej zmianie będziemy niepotrzebnie przepłacać.

Optymalne dopasowanie grupy taryfowej wiąże się z analizą struktury zużycia energii elektrycznej w perspektywie przynajmniej roku. Okres 12 miesięcy pozwala na dokładne określenie, czy opłacalne jest zmiana grupy taryfowej np. z C11 na C12a, a nie na C12b. Decyzja o zmianie grupy taryfowej np. z jednostrefowej C11 na dwustrefową C12a okazuje się oczywista w momencie, kiedy stawki w strefie szczytowej i pozaszczytowej są niższe od stawki wskazanej w jednostrefowej grupie taryfowej. Zazwyczaj jednak spotykamy się z sytuacją kiedy cena za energię w strefie szczytowej jest znacznie wyższa od ceny wskazanej w C11, zaś cena w strefie pozaszczytowej znacznie niższa.

Czy to kosztuje?

Zmiana grupy taryfowej pomiędzy strefami wiąże się z operacją wymiany licznika. Jest ona bezpłatna dla wszystkich odbiorców z grup „G” i „C” raz na 12 miesięcy. O instalację odpowiedniego urządzenia zadba Operator Systemu Dystrybucyjnego, ponieważ jest on właścicielem układu pomiarowego i odpowiada za dostarczenie do sprzedawcy energii elektrycznej odpowiednich danych. Niestety, odbiorcy z grup „A” i „B”, oraz ci, którzy nie mają liczników z godzinową rejestracją danych, muszą zadbać o ich wymianę samodzielnie, co wiąże się z dodatkowymi kosztami. Warto jednak przeanalizować tę decyzję, ponieważ kosztowna zmiana licznika, może szybko przynieść duże zyski, gdy kwoty na rachunkach ulegną znacznemu zmniejszeniu. Warto skorzystać z symulacji, które tworzą audytorzy energetyczni – pokaże ona dokładnie roczne koszty zużycia energii i dystrybucji i szacowany zysk przedsiębiorcy po wdrożeniu nowych rozwiązań do firmy. Duże oszczędności można odnotować nawet przy niewielkim zużyciu energii.

Dlaczego GPW wycofuje się z nowych indeksów i połączenia z Wiedniem

Zarząd GPW zrezygnował z najważniejszego projektu ostatnich lat, czyli połączenia z giełdą w Wiedniu. Analizy opłacalności fuzji trwały od kwietnia ubiegłego roku. – Za tą decyzją przemówił rachunek ekonomiczny. Obecnie najważniejszym wyzwaniem dla GPW jest doprowadzenie do wzrostu płynności na rynku, co gwarantuje jego rozwój – tłumaczy wiceminister skarbu Wojciech Kowalczyk. W rękach Skarbu Państwa jest prawie 14,7 mln akcji, które daje ponad 50 proc. głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Portal Money.pl poprosił branżowych ekspertów o ocenę i tego faktu, i zapowiedzi likwidacji indeksów WIG30 i WIG250.

Eksperci pytani przez Money.pl popierają decyzję o rezygnacji z fuzji. Uważają, że angażowanie czasu i pieniędzy w niepewne przedsięwzięcie byłoby w tym momencie podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka.

Nigdy nie byłem zwolennikiem połączenia z Wiedniem – komentuje w Money.pl Jan Mazurek, ekspert BCC ds. rynku kapitałowego. – Fuzje często kończą się niepowodzeniem. Spotykają się dwie różne kultury korporacyjne. Giełda austriacka ma większą renomę i znacznie dłuższą historię niż GPW. Przy połączeniu bylibyśmy na gorszej pozycji.

Trzeba pamiętać, że fuzja była pomysłem Wiednia – dodaje Łukasz Bugaj, główny analityk giełdowy DM BOŚ. – Akcjonariusze tamtejszej giełdy chcą wyjść z inwestycji i liczyli, że ich udziały przejmie GPW.

Wiedeń stoi na czele CEE Stock Exchange Group, która oprócz niej zrzesza giełdy w Pradze, Budapeszcie i w Lublanie. Potencjał rozwoju, w przypadku pomyślnego połączenia, byłby więc ogromny, jednak tylko w przypadku gdyby to GPW przejęła konkurenta i miała decydujący głos o dalszym kierunku ewolucji projektu. Nie mamy jednak aż tak dużej siły przebicia, żeby dyktować warunki. Choć jesteśmy liderem regionu pod względem wielkości rynku akcji, to do najważniejszych graczy Europy jest bardzo nam daleko.
CEO Magazyn Polska

* dane uwzględniają kontrolowane w ramach grupy giełdy zagraniczne
Źródło: Federation of European Securities Exchanges i World Federation of Exchanges

 

Już w 2009 roku Niemcy chcieli przejąć GPW. Eksperci przestrzegali wtedy przed nie do końca znanymi intencjami tego typu inwestora. Deustche Borse, po przejęciu giełdy w Warszawie, mogłaby doprowadzić do marginalizacji rodzimego rynku poprzez np. przeprowadzkę największych spółek na własny parkiet.

Przejęcie zależy od właścicieli, a decydujący głos ma na giełdzie Skarb Państwa. – Nie sądzę żeby coś takiego wchodziło w grę, ale nic nie można wykluczyć. Kilka lat temu był nawet poruszany ten temat, ale krytyka ze strony środowiska finansowego była na tyle duża, że pozostało tak jak jest – przypomina Jan Mazurek z BCC.

Przerwanie prac zmierzających w kierunku połączenia warszawskiego parkietu z giełdą z Austrii to nie jedyny projekt, który był oczkiem w głowie poprzedniego prezesa Adama Maciejewskiego, a od którego odcina się jego zastępca Paweł Tamborski. Niecałe dwa tygodnie temu nowy prezes poinformował o rezygnacji z wprowadzenia kontraktów terminowych na indeks WIG30. Najważniejszym benchmarkiem ma być ponownie WIG20, który miał zniknąć z końcem przyszłego roku. Jednocześnie GPW rezygnuje z indeksów WIG50 i WIG250 na rzecz starych i sprawdzonych mWIG40 i sWIG80.

Byłem zdecydowany zwolennikiem rezygnacji z WIG20 na rzecz indeksu uwzględniającego szersze grono spółek – przyznaje ekspert BCC, który brał udział w konsultacjach dotyczących zmian w indeksach za rządów Adama Maciejewskiego. Podkreśla, że przez ostatnie lata liczba spółek z GPW wzrosła tak znacząco, że dla lepszego odzwierciedlenia rynku akcji w Polsce trzeba wprowadzić zmiany. – Zupełnie nie rozumiem dlaczego to wszystko odkręcać – dziwi się Mazurek.

Pozostali pytani przez Money.pl eksperci zwracają uwagę na to, że nowe indeksy niewiele zmieniły pod względem aktywności inwestorów. Same zmiany strategii GPW w większości też specjalnie nie dziwią ekspertów. Podkreślają jednak, że wiele do życzenia pozostawia sposób, w jaki zostały odkręcone decyzje poprzedniego prezesa. Tamborskiemu zarzuca się przede wszystkim słabą komunikację z inwestorami, którzy źle reagują na tego typu niespodzianki.

Sytuacja z pewnością nie powinna wyglądać tak, że co kilka miesięcy zmieniają się indeksy. To wywołuje poczucie niestabilności. Jednak za zaistniałą sytuację nie obwiniałbym obecnego zarządu, gdyż to nie on był autorem decyzji o wprowadzeniu nowych indeksów, która z czasem okazała się po prostu błędem – komentuje Łukasz Bugaj z DM BOŚ.

Warszawska giełda jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków akcji w Europie. Pod względem przyrostu liczby nowych spółek, jak i dynamiki rocznych obrotów wyprzedzamy wszystkie rynki większe od GPW pod względem kapitalizacji. W latach 2012/2013 obroty rosły u nas w tempie 23 proc. Dla porównania wartość transakcji na giełdzie wiedeńskiej w tym samym czasie zwiększyła się o 7 proc., a na niemieckiej Deutsche Borse o 3 proc.

Ronson: Trzy etapy osiedla Naturalis sprzedane w 75 proc.

Ronson sprzedaje mieszkania w Łomiankach ze względu na niższą niż w Warszawie cenę.

Ronson Development sprzedał 75 proc. ze 172 mieszkań na trzech etapach osiedla Naturalis w podwarszawskich Łomiankach. Generalnym wykonawcą osiedla pomiędzy ul. Wiślaną i Fabryczną była firma Kalter, a projekt przygotowała pracownia CK Architekci.

Do kupienia pozostało jeszcze 45 lokali o powierzchniach od 57 do 81 metrów kwadratowych przy cenach od 5,2 tys. zł za metr kwadratowy – podał deweloper. Wcześniej dostępne były lokale od 32 mkw.

Znacząco niższa cena metra kwadratowego w Łomiankach niż w Warszawie sprawia, że to miasto zyskuje na popularności jako alternatywa dla mieszkania w stolicy. Ponadto, dzięki rozbudowanej w ostatnich latach infrastrukturze, Łomianki jeszcze bardziej przybliżyły się do Warszawy – mówi Andrzej Gutowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.

Sprawdź, która umowa o pracę ci się należy

Pracodawca nie powinien narzucać rodzaju umowy o pracę. Niestety, pracownik zazwyczaj jest słabszą stroną stosunku pracy.

Umowę na czas określony można otrzymać dwukrotnie. Trzecia umowa zgodnie z prawem musi być zawarta na czas nieokreślony, bez względu na wolę pracodawcy. Ale uwaga! Pomiędzy wygaśnięciem jednej umowy a podpisaniem kolejnej nie może minąć miesiąc. Niestety, pracodawcy, aby obejść przepis, zawierają długoterminowe umowy na czas określony albo przedłużają okres między zakończeniem jednej umowy a zawarciem kolejnej do ponad 30 dni – mówi serwisowi infoWire.pl Marta Kosakowska, aplikant adwokacki z TGC Corporate Lawyers.

Umowa na czas określony podpisana minimalnie na okres 6 miesięcy może zostać wypowiedziana, gdy zawiera taką klauzulę. Okres wypowiedzenia wynosi 2 tygodnie. Pracodawca nie ma obowiązku uzasadnić wypowiedzenia, a pracownik może domagać się jedynie odszkodowania. W przypadku umowy na czas nieokreślony wypowiedzenie musi być uzasadnione. „Bezpodstawnie wypowiedziana umowa pozwala pracownikowi domagać się odszkodowania, przywrócenia do pracy lub uznania wypowiedzenia za niebyłe”– wyjaśnia prawniczka.

W Polsce obowiązują 4 rodzaje umów o pracę: na czas nieokreślony, określony, wykonania określonej pracy oraz zastępstwa pracownika. Wszystkie te umowy mogą być poprzedzone umową na okres próbny, który wynosi maksymalnie 3 miesiące.

Polscy finansiści wśród najlepszych na świecie

Finansiści znad Wisły słyną ze swoich wysokich kompetencji. Jak podaje ACCA, międzynarodowa organizacja zrzeszająca ekspertów finansowych, to właśnie Polacy wypadają na egzaminach kwalifikacyjnych najlepiej – i robią to konsekwentnie już od kilku lat.

Polscy specjaliści finansowi należą do najbardziej utalentowanych i kompetentnych na świecie. Według danych międzynarodowej organizacji ACCA (the Association of Chartered Certified Accountants), zrzeszającej ekspertów z zakresu zarządzania finansami, wyniki, jakie Polacy osiągają na egzaminach kwalifikacyjnych, plasują ich sporo powyżej średniej. Analiza, która ujawniła ten trend, została po raz pierwszy przeprowadzona 2,5 roku temu. Od tego czasu odbyło się już pięć sesji egzaminacyjnych, w których Polacy konsekwentnie potwierdzali swoją przewagę nad studentami z innych krajów, za każdym razem przekraczając średnią światową w największej liczbie dostępnych egzaminów. W grudniu 2013 roku uzyskali ponadprzeciętny wynik w 15, a w czerwcu 2014 roku w 14 z 16 egzaminów, które są uwzględniane w analizie (wliczając różne ich warianty). W ścisłej czołówce rankingu znajdują się także Czechy, Irlandia i Malta. Jednak – jak wynika z zestawienia – to polscy studenci wyróżniają się regularnością w osiąganiu dobrych rezultatów.

Wiodąca pozycja Polski w zestawieniu świadczy o niezmiennie stałym, wysokim przygotowaniu polskich specjalistów do egzaminów kwalifikacyjnych, które wymagają przecież nie tylko gruntownej wiedzy merytorycznej, ale też innych, pozafinansowych kompetencji, m.in. umiejętności analizowania danych, wyciągania wniosków i szybkiego podejmowania decyzji. W międzynarodowym środowisku biznesowym to cechy niezbędne – mówi Karen Yates, Head of Education, ACCA Emerging Europe.

Rekord za rekordem

ACCA regularnie wyróżnia najlepiej zdających studentów, organizując spotkania po każdej sesji i wręczając okolicznościowe dyplomy i upominki. To również okazja, by wyróżnić studentów, którzy w jednym z egzaminów osiągnęli najwyższy rezultat ze wszystkich zdających w sesji – to tzw. globalni laureaci nagród. Tylko w ciągu ostatniego roku polski oddział organizacji odnotował aż dwa takie światowe rekordy. Na ostatnim spotkaniu „ACCA Student Awards”, w czwartek 25 września w Warszawie, nagrodę odebrała Beata Rusinowicz, Site Controlling Manager w Alstom Transport, która w niedawnej, czerwcowej sesji zdobyła największą spośród 24 633 osób zdających liczbę punktów (92 pkt na 100 możliwych) na egzaminie F9: Financial Management. – Sukces jest zawsze wypadkową wielu czynników. W tym przypadku podstawą jest zamiłowanie do finansów, systematyczna nauka i sporo praktyki w rozwiązywaniu zadań. Kluczowe jest też wsparcie ze strony pracodawcy, bo przygotowania do egzaminów ACCA są bardzo czasochłonne – powiedziała polska rekordzistka na uroczystości rozdaniu nagród.

Nieco wcześniej, bo w grudniu 2013 roku, polskich finansistów rozsławiła w świecie Elżbieta Kondratowicz, Credit Team Manager w Shell Business Operations Kraków, uzyskując najwyższy w historii wynik (98 pkt na 100) z egzaminu F4: Corporate and Business Law.

Żeby zdać egzamin ACCA, wymagane jest zdobycie przynajmniej 50 punktów, czyli połowę puli. Studenci dużo uwagi poświęcają na odpowiednie przygotowanie się, by w ograniczonym czasie trwania egzaminu bezpiecznie zdobyć punkty gwarantujące jego zdanie. Zdobycie powyżej 90 proc. na którymkolwiek z egzaminów jest na całym świecie uważane za niebywały sukces – tłumaczy Magdalena Hernandez, Dyrektor Zarządzająca, ACCA Emerging Europe.

Klucz do kariery

Nic dziwnego, że polscy finansiści są tak popularni wśród zagranicznych pracodawców. I nie dotyczy to już tylko tych specjalistów, którzy wyjechali z kraju w poszukiwaniu lepszych warunków finansowych, bo coraz częściej to światowe koncerny chcą rozwijać biznes nad Wisłą. Według danych pochodzących z raportu ABSL (Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych) za 2014 rok, w Polsce istnieje obecnie ponad 470 nowoczesnych centrów biznesowych z obcym kapitałem, w których finanse i księgowość stanowią najbardziej popularną specjalizację. Liderem pod względem zatrudnienia w sektorze BPO/SSC jest Kraków – tam w zagranicznych centrach usług pracuje ponad 30 tys. mieszkańców miasta.

Właśnie w Krakowie, w Shell Business Operations Kraków, pracuje od 2012 roku Elżbieta Kondratowicz, ubiegłoroczna polska rekordzistka. Firma – podobnie zresztą jak Alstom Transport, który zatrudnia drugą polską laureatkę, Beatę Rusinowicz – ma status Akredytowanego Pracodawcy ACCA, co wiąże się z licznymi udogodnieniami dla tych, którzy chcą zdobyć prestiżową kwalifikację. Studenci mogą liczyć zarówno na wsparcie finansowe (w postaci opłat egzaminacyjnych czy składek członkowskich), jak i merytoryczne (warsztaty, konferencje, szkolenia i opieka mentora). Obecnie w krakowskim oddziale Shell Business Operations pracuje aż 54 członków i studentów ACCA, a sama kwalifikacja jest ważną częścią rozwoju kadr finansowych w firmie.

Alstom Transport dopiero w tym roku dołączył do grona Akredytowanych Pracodawców ACCA, ale również kładzie duży nacisk na rozwój i zdobywanie kwalifikacji przez swoich finansistów. Tu przykład płynie z góry – Grzegorz Mączyński, CFO Alstom Transport w Polsce, jest członkiem ACCA od 2008 i docenia wartość wiedzy i praktycznych umiejętności zdobytych w toku przygotowań do egzaminów ACCA. – ACCA to bez wątpienia znak jakości dla specjalistów z zakresu finansów, dlatego zachęcamy naszych pracowników do podejmowania wyzwania, jakim jest kwalifikacja ACCA i wspieramy ich w jej uzyskaniu. Korzyści są obupólne – nasi finansiści zyskują wartościowe kompetencje, a my zmotywowanego i kompetentnego współpracownika – tłumaczy Grzegorz Mączyński.

O krok od sukcesu

Pracodawcy tacy jak Shell Business Operations Kraków i Alstom Transport sprawiają, że polscy finansiści coraz liczniej doceniają wagę kwalifikacji zawodowych. Dzięki temu zwiększają się ich szanse na międzynarodową karierę. Warto bowiem pamiętać, że w wielu krajach certyfikat nie jest, jak w Polsce, dodatkowym atutem danego specjalisty, ale rynkowym standardem, który muszą spełnić wszyscy kandydaci do pracy w sektorze finansowym. Tak działa m.in. rynek w Wielkiej Brytanii.

Właśnie ze względu na międzynarodową renomę certyfikatu Beata Rusinowicz, tegoroczna laureatka nagrody światowej, zdecydowała się rozpocząć kwalifikację ACCA. – Kwalifikacja jest rozpoznawalna na całym świecie i pozwala budować karierę za granicą. W czasach globalizacji to zaleta szczególnie istotna – tłumaczy.

 

 

   

KE: Spada wskaźnik koniunktury w strefie euro

Wskaźnik koniunktury gospodarczej w strefie euro spadł we wrześniu do 99,9 pkt

Wskaźnik koniunktury gospodarczej strefy euro spadł we wrześniu o 0,7 pkt m/m do 99,9 pkt, podała Komisja Europejska.

Wskaźnik nastrojów biznesu odnotował we wrześniu spadek o 0,09 pkt w stosunku do sierpnia do poziomu 0,07 pkt.

Dziecko może poskromić „wariata drogowego”

Czy dziecko ma wpływ na poprawę zachowania rodziców za kierownicą? Wyniki badania zrealizowanego w ramach kampanii Fundacji PZU „Kochasz? Powiedz STOP Wariatom Drogowym” pokazują, że tak. Zdaniem aż 73% kierowców to właśnie obecność dzieci w samochodzie skłania do bardziej ostrożnej jazdy.

Raport „Z bliskimi po drodze”* pokazał, że ponad połowie kierowców (58%) zdarza się prowadzić samochód, którego pasażerem jest dziecko. Najwięcej, bo aż 74%, takich osób jest w grupie wiekowej od 30 do 39 lat. Z dzieckiem częściej jeżdżą kobiety (37%) niż mężczyźni (28%) i to na ich zachowanie za kierownicą najmłodsi pasażerowiemają największy wpływ.

Z dziećmi najostrożniej

Kierowcy przyznają, że sama obecność innych osób w samochodzie skłania ich do ostrożniejszej jazdy. Aż 39% badanych  przyznaje, że zachowuje się inaczej, gdy jadą sami, niż wtedy, gdy w aucie znajduje się pasażer. Warto zauważyć, że właśnie obecność najmłodszych skłania do zmiany zachowania. Aż 73% kierowców przyznało, że w towarzystwie dzieci jeździ ostrożniej.

Zmiana zachowania, polegająca na dostosowaniu się do przepisów, występuje najczęściej, gdy pasażerem jest osoba, która ma wyższą pozycję w hierarchii społecznej niż kierowca, np. rodzice. Na poprawę zachowania możemy liczyć także wtedy, gdy pasażer wymaga opieki kierowcy, co sprawia, że czuje się za niego odpowiedzialny. Tak jest w przypadku dzieci towarzyszących w podróży – tłumaczy Andrzej Markowski, psycholog ruchu drogowego, ekspert kampanii „Kochasz? Powiedz STOP Wariatom Drogowym”.

Uczmy dzieci reagowania

Jednak nie tylko obecność innej osoby w samochodzie wpływa na zmianę zachowania kierowcy. Dla poprawy bezpieczeństwa jazdy niezwykle ważna jest również reakcja pasażera na niewłaściwe zachowania prowadzącego pojazd. Również dzieci powinny zwracać uwagę rodzicom, gdy czują się zagrożone. W przypadku blisko co piątej kobiety (19%) i 13% mężczyzn to właśnie dziecko ma na nich największy wpływ w trakcie prowadzenia samochodu. Jednak tylko 7% kierowców przyznaje, że dzieci zwracają im uwagę na niewłaściwe zachowanie za kierownicą.

Dajmy dobry przykład

Ważne jest, aby dzieci, których niewłaściwe zachowanie rodziców niepokoi, mówiły o tym otwarcie. Rodzice natomiast powinni pamiętać, że dziecko uczy się od nas i istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości będzie powielać nasze złe nawyki. Warto się zastanowić czy chcielibyśmy, aby nasze dzieci  prowadziły auto tak jak my? Już teraz powinniśmy zadbać o to żeby nie wychowywać kolejnych pokoleń „wariatów drogowych” – dodaje  Andrzej Markowski.

Organizatorem kampanii „Kochasz? Powiedz STOP Wariatom Drogowym” jest Fundacja PZU. Celem akcji jest włączenie pasażerów w działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa na drodze, poprzez reagowanie i wpływanie na zachowania kierowców oraz zachęcanie ich do ostrożnej jazdy.

*Raport „Z bliskimi po drodze” został przygotowany na podstawie badania opinii publicznej, przeprowadzonego w maju 2014 roku przez TNS Polska, metodą wywiadów telefonicznych (CATI), na reprezentatywnej próbie 500 kierowców i 500 pasażerów w wieku 15 lat i więcej.

UOKiK: Reklamy Alior Banku, BGŻ, Euro Banku i Providentu mogły wprowadzać w błąd

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciwko bankom i pożyczkodawcy, których reklamy mogły wprowadzić klientów w błąd i przez to mogli oni podjąć niekorzystne dla nich decyzje finansowe.

UOKiK wszczął postępowania administracyjne przeciwko czterem instytucjom finansowym: Alior Bank z kampanią „Gwarancja najniższej raty”, Bank Gospodarki Żywnościowej z kampanią „Orzech odsetkowy”, Euro Bank z kampanią „Warto sprawdzić jakość i cenę. Kredyt gotówkowy z atrakcyjnym oprocentowaniem już od 5,7 proc.” oraz Provident Polska z kampanią „Spróbuj i zostań”.

Wątpliwości urzędu wzbudził sposób informowania o kosztach kredytu: czas, w którym wyświetlane były ważne dla konsumenta informacje o oprocentowaniu, całkowitej kwocie do zapłaty, czy Rzeczywistej Rocznej Stopie Oprocentowania był nieproporcjonalnie krótki do całego przekazu. W przypadku reklamy 30-sekundowej, jeden z banków wyświetlał informacje o kosztach przez pięć sekund, inny – przez dwie. Ponadto napisane zostały bardzo małą czcionką. W związku z tym, UOKiK ma zastrzeżenia do tego, czy konsument oglądający reklamę był w stanie zapoznać się z jej treścią – czyli czy po jej obejrzeniu wiedział, jakie koszty będzie musiał ponieść.

WSA: Województwo mazowieckie wygrało spór o 200 mln zł janosikowego

Wg decyzji sądu administracyjnego z 29 września 2014 r. mazowieckie nie musi wypłacać zaległych rat janosikowego.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił decyzje ministra finansów, które mówiły o zapłacie przez województwo mazowieckie czterech ostatnich miesięcznych rat tzw. janosikowego za 2013 r., czyli łącznie ponad 200 mln zł. Mazowsze jest największym płatnikiem tego specjalnego systemu subwencji dla biedniejszych województw.

Sąd powołał się na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który w marcu 2014 r. orzekł, że przepis dotyczący janosikowego jest częściowo niezgodny z Konstytucją. TK dał na zmianę tego przepisu 18 miesięcy, ale mimo że nadal obowiązuje, WSA stwierdził, zapis nie musi już być stosowany.

Według WSA, wpłaty janosikowego nie powinny przekroczyć 30 proc. dochodów podatkowych samorządu, jeśli ten ma funkcjonować bez przeszkód i realizować własne zadania.

W kwietniu konta województwa mazowieckiego zostało zajęte przez MF w związku z niezapłaconą ratą janosikowego w wysokości 60 mln zł. Mazowsze ma problem z wypłatą zobowiązania i zdecydowało się w I połowie roku na zaciągnięcie pożyczki z budżetu w wysokości 400 mln zł, aby móc zapłacić ciążące na nim Janosikowe.

GUS: Najnowsza rewizja PKB wg ESA2010 pokazuje wyższy realny wzrost PKB w 2013 r.

Najnowsza rewizja PKB, w której GUS zastosował rekomendowany system ESA2010 pokazuje, że wzrost PKB w latach 20022013 różnił się o ok. 1 pkt proc. w górę lub w dół, w zależności od roku. Czarna strefa ma niższy niż 1-procentowy udział w PKB kraju.

Wg najnowszej rewizji danych o PKB podanych przez GUS wyliczonej według nowego Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych i Regionalnych, które po raz pierwszy w historii uwzględniają dochody z handlu narkotykami, przemytu oraz prostytucji, zmiany w dynamice realnej PKB wahały się w latach 2002–2013 od -1,2 pkt proc. do +1,0 pkt proc.

Zmianę in minus zanotowano w latach 2003, 2004, 2005, 2008, 2010, 2012. Największe osłabienie wg nowych wyliczeń zanotowano w 2008 r. – o -1,2 pkt. proc. Wg zrewidowanych danych dynamika PKB była wyższa w latach 2007, 2009, 2011, 2013, najwięcej w 2009 r., o +1,0 pkt proc.

Nie zmieniła się dynamika realna w 2006 r., w porównaniu z 2005 r. a był to wzrost PKB o 6,2 proc.

Rewizja rachunków narodowych spowodowana jest wymogiem wdrożenia do statystyk krajowych państw należących do UE nowego systemu ESA2010, czyli Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych i Regionalnych w Unii Europejskiej. Wynika to z rozporządzenia PE.

Wpływ wprowadzonych zmian na poziom absolutny produktu krajowego brutto (wartość PKB wyrażona w cenach bieżących) waha się od +0,1 proc. do +1,7 proc. Największą zmianę poziomu absolutnego zanotowano w 2013 r. – wzrost o 26306 mln zł., najmniejszą zaś w 2008 r. – wzrost o 1814 mln zł.

Od strony tworzenia PKB rewizja nie spowodowała istotnej zmiany wpływu poszczególnych rodzajów działalności na tempo wzrostu gospodarczego. Nie zanotowano znaczących zmian, w stosunku do opublikowanych przed rewizją w dynamikach realnych w poszczególnych sekcjach według klasyfikacji PKD2007 za lata 2003–2012.

Po raz pierwszy w wyliczeniu PKB i jego wzrostu uwzględniono, zgodnie z założeniami, czarną strefę. Największy udział działalności nielegalnej zauważono w 2012 i 2013 roku, kiedy było to 0,79 proc. W 2000 roku było to 0,48 proc. Większość dochodów pochodzi z produkcji i przemytu narkotyków, jest to około 0,6 proc. PKB. Prostytucja ma udział niższy niż pół procent, natomiast przemyt papierosów to ok. 1 proc. PKB, wynika z danych za lata 1995, 200, 2010, 2011–2013.

Reklamy usług finansowych – postępowania UOKiK

Zrozumiałe, czytelne i jednoznaczne – takie powinny być reklamy i oferty produktów finansowych, w tym kredytów konsumenckich. Prezes Urzędu wszczął postępowania przeciwko czterem instytucjom finansowym, podczas których sprawdzi, czy konsument oglądający reklamy nie był wprowadzany w błąd i miał szansę zapoznać się z ich treścią

Dorota Karczewska, Wiceprezes UOKiK
Wypowiedź Doroty Karczewskiej, Wiceprezes UOKiK

Łukasz Wroński, Zastępca Dyrektora Departamentu Polityki Konsumenckiej UOKiK
Wypowiedź Łukasza Wrońskiego, Zastępcy Dyrektora Departamentu Ochrony Interesów Konsumentów w UOKiK

Na rynku usług finansowych szczególnie niekorzystna dla słabszych uczestników rynku jest asymetria informacji pomiędzy nimi, a instytucjami oferującymi często skomplikowane produkty kredytowe, ubezpieczeniowe  czy inwestycyjne. Skutkuje to tym, że konsumenci pod wpływem błędnych lub niepełnych informacji często podejmują niekorzystne dla siebie decyzje. Najczęstsze problemy związane z reklamą produktów finansowych to: zbyt mała czcionka i krótki czas wyświetlania informacji o rzeczywistych kosztach, brak informacji o tym, że promocje dotyczą wybranych klientów oraz sugestie, że oferowany produkt to wyjątkowa okazja na rynku.

– Każdy konsument ma prawo to rzetelnej, pełnej i jasnej informacji o produkcie lub usłudze finansowej aby móc porównać oferty na rynku i podjąć optymalną dla siebie decyzję –  powiedział Adam Jasser, Prezes UOKiK.

17 września zostały wszczęte postępowania administracyjne przeciwko czterem instytucjom finansowym: Alior Bank (kampania „Gwarancja najniższej raty”), Bank Gospodarki Żywnościowej (kampania „Orzech odsetkowy”), Euro Bank (kampania „Warto sprawdzić jakość i cenę. Kredyt gotówkowy z atrakcyjnym oprocentowaniem już od 5,7 proc.”), Provident Polska (kampania „Spróbuj i zostań”).

Wątpliwości Urzędu wzbudził sposób informowania o kosztach kredytu: czas, w którym wyświetlane były ważne dla konsumenta informacje o oprocentowaniu, całkowitej kwocie do zapłaty, czy Rzeczywistej Rocznej Stopie Oprocentowania był nieproporcjonalnie krótki do całego przekazu. W przypadku reklamy 30-sekundowej, jeden z banków wyświetlał informacje o kosztach przez pięć sekund, inny – przez dwie. Ponadto napisane zostały bardzo małą czcionką. W związku z tym, UOKiK ma zastrzeżenia do tego, czy konsument oglądający reklamę był w stanie zapoznać się z jej treścią – czyli czy po jej obejrzeniu wiedział, jakie koszty będzie musiał ponieść.

Postępowania są efektem bieżącego monitorowania przez UOKiK rynku finansowego i sygnałów, że dochodzi na nim do wykorzystywania braku specjalistycznej wiedzy konsumentów o produktach finansowych.

Banki i inne instytucje finansowe powinny być wzorem uczciwości kupieckiej, polegającej na tym, że na każdym etapie jasno, rzetelnie i obiektywnie informują one o warunkach, kosztach i ryzykach, a także pomagają dobrać produkt do rzeczywistych potrzeb i możliwości klienta – powiedział Prezes Jasser.

Te zasady wynikają zarówno z uznanych międzynarodowo dobrych praktyk, rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego jak i przepisów prawa. Odpowiedzią na naruszenia będą zdecydowane działania Urzędu, takie jak wszczęte postępowanie kwestionujące telewizyjne reklamy kredytów konsumenckich – dodał.

Jeżeli w wyniku postępowania okaże się, że przedsiębiorcy naruszyli zbiorowe interesy konsumentów, może zostać nałożona na nich kara finansowa w wysokości do 10 proc. ubiegłorocznego przychodu.

Niezależnie od obecnych postępowań, UOKiK przeprowadzi szersze badanie reklam produktów  finansowych obecnych na polskim rynku jeszcze w tym roku, ze szczególnym uwzględnieniem okresu przedświątecznego kiedy wielu Polaków zaciąga kredyty konsumenckie. Wyniki analiz Urząd przedstawi w pierwszym kwartale 2015 roku.

Konsumentom i przedsiębiorcom przypominamy, że zgodnie z ustawą o kredycie konsumenckim, jeżeli instytucja finansowa w reklamie informuje o kosztach kredytu, to musi podać także:

1.     stopę oprocentowania kredytu wraz z wyodrębnieniem opłat uwzględnianych w całkowitym koszcie pożyczki (np. prowizje, opłaty za odbiór rat w domu klienta, koszty przygotowania umowy czy składek ubezpieczeniowych),

2.     całkowitą kwotę kredytu (czyli ile kredytu dostanie konsument),

3.   rzeczywistą roczną stopę oprocentowania – czyli oficjalne, wymagane przepisami, wyliczenie służące konsumentowi do porównania kosztów kredytów oferowanych przez różne instytucje finansowe. Uwzględnia się w nim nie tylko oprocentowanie pożyczanych pieniędzy, lecz także część pozostałych kosztów kredytu (w tym prowizje),

4.     w odpowiednich przypadkach: czas obowiązywania umowy, całkowitą kwotę do zapłaty przez konsumenta oraz wysokość rat.

5.     Dane te muszą być czytelne, zrozumiałe i jasne dla konsumenta.

Przy ocenianiu oferty przedstawionej w reklamach kredytów konsumenckich należy pamiętać, że nie zawsze niskie oprocentowanie czy też brak prowizji oznacza, że otrzyma się tani kredyt. Kredytodawcy pobierają różne inne opłaty dodatkowe, które sprawiają że koszt kredytu znacznie wzrasta. Dlatego nie należy kierować się eksponowaną przez kredytodawców „promocyjną” wysokością oprocentowania prezentowaną w reklamach. Wskaźnikiem, który w prosty sposób pozwoli ocenić atrakcyjność kredytu jest rzeczywista roczna stopa oprocentowania.

 

Ożywienie na rynku motoryzacyjnym w Europie. Izo-Blok wchodzi na GPW i szuka możliwości przejęć

CEO Magazyn Polska

Produkujący tworzywa sztuczne firma Izo-Blok korzysta na ożywieniu w europejskim przemyśle motoryzacyjnym. Spółka uruchamia produkcję w trzecim zakładzie w Chorzowie i szuka możliwości przejęć m.in. w Czechach i Niemczech. Do końca roku Izo-Blok ma przejść z NewConnect na rynek główny GPW, co ułatwi sfinansowanie ewentualnych akwizycji.

– Rynek wygląda bardzo dobrze. Dzisiaj nie ma żadnych negatywnych czynników, jeżeli chodzi o grupę klientów, którą obsługujemy. To klienci, którym biznes idzie bardzo dobrze i którzy dużo eksportują na rynki Ameryki Północnej i Azji, a z tym idzie też sprzedaż naszych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Skrzydlak, prezes zarządu Izo-Blok SA.

Przemysł motoryzacyjny odpowiada za blisko 98 proc. przychodów producenta tworzyw sztucznych. W obecnym roku obrachunkowym (maj 2014 r. – kwiecień 2015 r.) wzrost przychodów ze sprzedaży mają zapewnić projekty dla Volkswagena i Jaguara-Land Rovera, będzie to widoczne w wynikach za trzeci i czwarty kwartał – zapowiada Skrzydlak. Obecnie trwają prace przygotowawcze do uruchomienia produkcji w zakładzie w Chorzowie.

Start produkcji nastąpi w listopadzie tego roku. To są produkty, które powinny nam dać około 10 proc. wzrostu przychodów w stosunku do poprzedniego roku obrachunkowego. Następny rok obrachunkowy powinien być pełnym rokiem, w którym będziemy obecni w tych projektach, i to powinno oznaczać większą dynamikę wzrostu – uważa prezes Izo–Bloku.

Izo-Blok chce wykorzystać dobrą koniunkturę na rynku motoryzacyjnym oraz wyniki finansowe (76,89 mln zł przychodów ze sprzedaży, 10,17 mln zł zysku operacyjnego oraz 8,48 mln zł zysku netto w roku obrotowym 2013/2014) do wejścia na rynek regulowany GPW. Spółka kończy obecnie prace nad prospektem emisyjnym i szacuje, że od grudnia br. będzie notowana już na rynku głównym. Ten ruch ma pomóc pozyskać spółce nowych, stabilnych akcjonariuszy, choć przeniesieniu z NewConnect na rynek główny nie będzie towarzyszyła dodatkowa emisja akcji.

Poszerzy się grupa akcjonariuszy, którzy będą mogli inwestować w nasze akcje. Przeniesiemy się na rynek, który bardziej przystaje do naszych planów, które są bardzo ambitne. Inwestorzy, którzy do tej pory nie mogli inwestować na rynku NewConnect z różnych powodów, będą mogli tym razem zainwestować w nasze akcje, gdy będziemy na rynku głównym – mówi Skrzydlak.

Emisja akcji oraz długu nie jest wykluczona, jeśli pojawią się możliwości akwizycji – informowała spółka we wrześniu br. Izo-Blok poszukuje spółek do przejęcia m.in. na rynkach czeskim i niemieckim.

Patrząc na średnią wielkość podmiotów, które są na tym rynku obecne, trzeba brać pod uwagę nakłady w wysokości ok.  10-15 mln euro. To jest kwota, którą należałoby przeznaczyć na akwizycję, aby skutecznie jej dokonać – ocenia Przemysław Skrzydlak.

Petrolinvest: MŚ nie przedłuża koncesji dla spółki zależnej Silurian

Petrolinvest stracił dwie koncesje na wydobycie ropy i gazu. Ministerstwo Środowiska nie przedłużyło koncesji przyznanych spółce zależnej Silurian.

Ministerstwo Środowiska zakończyło, bez rozpoznania złożonych wniosków postępowania w sprawie przedłużenia dwóch koncesji na poszukiwanie złóż ropy naftowej i gazu ziemnego udzielonych spółce Silurian Sp. z o.o., która jest podmiotem zależnym od Petrolinvest. Spółka Petrolinvest posiada 91,70 proc. udziałów w Silurianie.

Pierwsza koncesja o nr 36/2011/p na poszukiwania złóż ropy naftowej i gazu ziemnego obejmuje obszar Maków Mazowiecki o powierzchni 699,17 km kw., druga obejmuje obszar Chodel o powierzchni 188,54 km kw.

Zarząd spółki wyjaśnia, że zakończenie procedowania przedłużenia wskazanych powyżej koncesji nastąpiło w związku z brakiem możliwości udokumentowania na moment obecny zabezpieczenia finansowania przedsięwzięcia w obszarze poszukiwań gazu łupkowego, wynikającym z opóźnień w pozyskaniu inwestora zainteresowanego podjęciem współpracy na rozpoczętych przez spółkę inwestycjach – komentuje Petrolinvest w komunikacie.

I Forum Sektora Wołowiny zorganizowane przez Polskie Zrzeszenie Producentów Bydła Mięsnego

Pod hasłem „Polska wołowina – wołowina z przyszłością” odbyło się I Forum Sektora Wołowiny zorganizowane przez Polskie Zrzeszenie Producentów Bydła Mięsnego. Spotkanie było okazją do dyskusji organizacji branżowych, zakładów przetwórczych, hodowców oraz instytucji rządowych i reprezentujących handel na temat bieżącej sytuacji sektora i możliwości jego rozwoju.

Konsument poszukuje produktu atrakcyjnego, łatwego w przygotowaniu, o dobrej relacji jakości do ceny. A branża wołowa powinna poszukiwać nowych sposobów na wyróżnienie się na rynku i kreowanie mody na to mięso w Polsce z uwagi na duży niewykorzystany potencjał, jaki jest w rynku krajowym. Ważnym aspektem jest podnoszenie opłacalności produkcji i konkurencja na rynku światowym nie poprzez najniższą cenę, ale przede wszystkim poprzez wysoką jakość w tym gwarantowaną systemami jakości. Zdobywanie rynków muzułmańskich jest dużym wyzwaniem dla przetwórców i eksporterów wołowiny w aktualnym stanie prawnym, ale należy ten wysiłek podejmować przy wsparciu rządu. Do zmiany prawa w zakresie uboju sektor będzie w dalszym ciągu dążyć. Poszukiwanie nowych rynków zbytu dla polskiej wołowiny to tylko jedna z możliwości rozwoju.

Bardzo ważna jest również współpraca nauki z praktyką i prowadzenie badań nad rozwiązywaniem aktualnych problemów dla zwiększenia skali innowacyjności w poprawie efektywności, marketingu, konkurencyjności. Tym bardziej, że w kolejnej perspektywie unijnej na lata 2014-2020 środki na prace badawcze będą pięciokrotnie wyższe. Polski sektor wołowiny zauważył we wdrażaniu innowacji takich jak np. produkcja w systemach jakości, metody obiektywnej klasyfikacji EUROP z wykorzystaniem technologii analizy obrazu czy  szeroko rozumiana standaryzacja elementów wołowych, w tym w szczególności zgodnie z tłumaczoną właśnie na język polski normą UNECE. Wydłużanie okresu trwałości mięsa wołowego poprzez doskonalenie procedur kontroli jakości daje szansę podniesienia cen na polską wołowinę w eksporcie. To tylko niektóre tematy i wnioski, jakie zostały poruszone podczas Forum.

Dyskusję prowadził gospodarz i główny organizator – prezes PZPBM Jerzy Wierzbicki, który uważa, że „nie ma powodu, żeby polska wołowina nie miała być najlepsza w Europie. Nasz eksport jest na poziomie Kanady, która zajmuje siódmą pozycję w światowych rankingach. Jednak ciągle mamy problem niskiej ceny uzyskiwanej za wołowinę, która jest znacznie poniżej europejskiej średniej. To z pewnością jedno z naszych wyznań na kolejne lata.”

I Forum Sektora Wołowiny to okazja do wypracowania wspólnego, mocnego głosu branży, która potrzebuje integracji i silnej reprezentacji. Podczas sesji panelowych dyskutowano o możliwościach wsparcia sektora wołowiny ze strony państwa, omawiano główne problemy i możliwości ich rozwiązania, przekonywano o potrzebie wzmocnienia współpracy nauki z przemysłem, dokonywaniu zmian w łańcuchu dostaw i w systemie standaryzacji elementów wołowych. Zaś panel podsumowujący odbywał się pod hasłem „Sektor wołowy polską inteligentną specjalizacją”.

Ważnym elementem Forum była prelekcja eksperta do spraw jakości – Roda Polkinghorne’a. Australijczyk podzielił się swoimi doświadczeniami i zaprezentował MSA (Meat Standard Australia) – najdynamiczniej rozwijający się system klasyfikacji jakości mięsa wołowego na świecie. Przedstawił również sprawozdanie z audytu, jaki został przeprowadzony w polskich zakładach w ramach projektu naukowego ProOptiBeef prowadzonego przez Zrzeszenie w ramach konsorcjum z SGGW w Warszawie i UWM w Olsztynie.

Drugi dzień Forum to cześć warsztatowa, na której hodowcy, przetwórcy oraz dystrybutorzy prowadzili w grupach dyskusje na temat najważniejszych zagadnień związanych z modelem biznesowym dla sektora wołowiny.

I Forum Sektora Wołowiny za nami. Spotkanie potwierdziło, że branża mięsna potrzebuje integracji i wypracowania wspólnego stanowiska, ponad podziałami.

Kontrowersyjne limity sprzedaży telefonów komórkowych

Wprowadzenie dziennego limitu sprzedaży (w tym, np. smartfonów) dla jednego nabywcy w wysokości 20 000 zł oraz dziennego limitu dostaw dokonanych na rzecz jednego nabywcy w jednym punkcie sprzedaży w wysokości 10 000 zł, po przekroczeniu których sprzedaż zostaje objęta mechanizmem odwrotnego obciążenia budzi duże zastrzeżenia – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Postulujemy rezygnację z określania dziennego limitu wartości sprzedaży na rzecz np. limitu obejmującego wartość pojedynczej transakcji sprzedaży (pojedynczej faktury) – mówi Agnieszka Rylska członkini Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

W projekcie ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw przewidziano wprowadzenie mechanizmu odwrotnego obciążenia podatkiem VAT w obrocie telefonami komórkowymi (w tym smartfonami), w transakcjach zawieranych pomiędzy podatnikami VAT. Mechanizm odwrotnego obciążenia polega na tym, że dokonujący dostawy towarów nie rozlicza od sprzedaży należnego podatku VAT. Sprzedaż jest dokonywana w cenach netto. Podatek należny jest rozliczany przez nabywcę towarów. Podatek należny stanowi dla nabywcy jednocześnie podatek naliczony podlegający odliczeniu. Przykładowo przedsiębiorca telekomunikacyjny przy nabyciu telefonów naliczy podatek należny i jednocześnie wykaże go, jako podatek naliczony. Rozliczenie następuje w deklaracji podatkowej. Przy sprzedaży telefonów na rzecz czynnych podatników VAT przedsiębiorca telekomunikacyjny nie doliczy do ceny netto kwoty podatku należnego.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan limity wartości sprzedaży uniemożliwiają prowadzenie działalności według ogólnie przyjętych reguł, gdzie w momencie dokonania sprzedaży wystawiana jest faktura z określoną stawką podatku VAT. Przykładowo dla operatorów telekomunikacyjnych obrót telefonami stanowi znaczącą część działalności, jeśli chodzi o ilość i częstotliwość transakcji. Występują transakcje dokonywane jednego dnia z jednym kontrahentem, których pojedyncza wartość nie przekracza 20 000 zł, ale łączna już tak. Wprowadzenie dziennego limitu wartości sprzedaży uniemożliwi wypełnienie obowiązku wystawienia faktury i odpowiedniego opodatkowania transakcji. Należy przy tym zauważyć, że procesy sprzedaży, wystawiania i ewidencjonowania faktur są zautomatyzowane, a samo fakturowanie odbywa się na bieżąco. W momencie dokonania transakcji nie wiadomo, jaka będzie wartość sprzedaży dla jednego kontrahenta na koniec dnia. To samo dotyczy transakcji zakupu. Ponadto, duże firmy telekomunikacyjne posiadają oddziały w różnych miastach oraz zatrudniają setki przedstawicieli handlowych we wszystkich regionach kraju. Nie będzie wyjątkiem sytuacja, gdy jednego dnia dokonana zostanie sprzedaż dla tego samego podmiotu, poprzez salony położone w różnych miejscowościach w Polsce. Wspomniane firmy telekomunikacyjne nie są w stanie tego monitorować.

– Nasz sprzeciw budzi również propozycja wprowadzenia obowiązku sporządzania informacji podsumowującej w obrocie krajowym, obejmującej transakcje objęte mechanizmem odwrotnego obciążenia. Obowiązek sporządzania informacji podsumowującej stanowi istotne obciążenie dla podatników wymagające poniesienia określonych kosztów finansowych z tytułu zmian w systemach księgowych oraz dodatkowych nakładów pracy. Zwłaszcza dla operatorów telekomunikacyjnych z uwagi na znaczącą ilość transakcji sprzedaży, których przedmiotem są telefony – dodaje ekspertka Rady Podatkowej.

Zdaniem Lewiatana wprowadzenie projektowanych przepisów wymaga odpowiednio długiego (co najmniej 6 miesięcznego) vacatio legis. Biorąc pod uwagę przebieg procesu legislacyjnego, okres pomiędzy możliwym uchwaleniem ustawy a planowaną datą jej wejścia w życie, tj. 1 stycznia 2015 r., będzie on niewystarczający do wprowadzenia odpowiednich zmian organizacyjnych i przede wszystkim niezbędnych zmian w systemach księgowych.

NIK o programie wspierającym wyprawkę szkolną

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapewniło w ostatnich latach środki na realizację rządowego programu „Wyprawka szkolna” w wysokości umożliwiającej zaspokojenie szacowanych potrzeb. Choć wsparcia udzielono niemal wszystkim rodzinom, które złożyły wnioski o pomoc, to niestety blisko połowa pieniędzy zaplanowanych na dofinansowanie zakupu podręczników i materiałów dydaktycznych pozostała niewykorzystana. Tym samym pomoc nie dotarła do wszystkich uczniów z rodzin znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej i życiowej, bo w programie początkowo zbytnio zawężano krąg uprawnionych, a gminy i szkoły nieskutecznie informowały o możliwości uzyskania wsparcia oraz nadmiernie biurokratyzowały proces ubiegania się o pomoc.

W MEN, na podstawie zdiagnozowanych potrzeb społecznych (w oparciu o rzetelne dane, nadesłane przez wojewodów i ministrów prowadzących szkoły) opracowano założenia programu oraz zaplanowano jego efekty. W badanym okresie realizacja programu w skali kraju nie przyniosła jednak oczekiwanych rezultatów. W 2012 r. udzielono pomocy 332 tys. uczniów, czyli 60 proc. uprawnionym do otrzymania wsparcia, a w 2013 r. 386 tys. uczniów (67 proc. uprawnionych). W badanych latach wykorzystano odpowiednio 54 proc. (z zaplanowanych w 2012 roku 140 mln zł) i 55 proc. (z zaplanowanych w 2013 roku 179,5 mln zł) przeznaczonych na ten cel pieniędzy.

Na podstawie kontroli przeprowadzonej w województwie świętokrzyskim NIK stwierdziła, że stosunkowo niski poziom realizacji programu wynikał m.in. ze zbędnego formalizmu.  Wymagano od rodziców nadmiernie szczegółowego udokumentowania sytuacji materialnej i życiowej oraz zupełnie niepotrzebnie spełnienia więcej niż jednego kryterium, warunkującego uzyskanie pomocy. Krótki czas wyznaczony na składanie wniosków nie pozwalał wielu rodzicom na zgromadzenie rozbudowanej dokumentacji, a pracownikom szkół na pełną diagnozę sytuacji rodzinnej i życiowej uczniów. Rodziny wielodzietne lub znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej w niskim stopniu korzystały z możliwości uzyskania pomocy, a gminy niewystarczająco skutecznie starały się pomóc tym rodzinom w aplikowaniu o środki dostępne w ramach programu. Kontrolowane gminy nie wykorzystały dostępnych możliwości informowania o zasadach udzielania wsparcia, nie wskazywały także wszystkim uprawnionym, w tym rodzinom wielodzietnym i uczniom niepełnosprawnym, sposobów ubiegania się o pomoc.

Obniżenie skuteczności pomocy w skali ogólnopolskiej wynikało jednak także z przyjętych w rządowym programie rozwiązań, które automatycznie wyłączyły część uczniów z grupy uprawnionych do uzyskania wsparcia. Np. w programie na rok 2012 ograniczono możliwość korzystania z dofinansowania przez tych uczniów z klas pierwszych szkół podstawowych, którzy pochodzili z zamożniejszych rodzin wielodzietnych.

Nie uwzględniono w programie także części uczniów klas pierwszych z ponadgimnazjalnych szkół zawodowych, prowadzonych przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Ministra Środowiska oraz Ministra Obrony Narodowej.

Program nie stworzył warunków do skutecznej pomocy uczniom szkół zawodowych, nie przewidywał bowiem możliwości refundowania kosztów podręczników do kształcenia w zawodach. Z dofinansowania nie zawsze mogły skorzystać wszystkie rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej, gdyż do udziału w programie nie byli uprawnieni m.in. uczniowie słabosłyszący, a także uczniowie z niepełnosprawnością ruchową oraz uczniowie z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera. Części przygotowanych środków nie wykorzystano także z powodu braku szerokiej oferty wydawniczej podręczników, przeznaczonych dla uczniów niepełnosprawnych, szczególnie dla uczniów z lekkim upośledzeniem umysłowym oraz uczniów niesłyszących.

MEN poprawiało jednak z roku na rok rządowy program „Wyprawka szkolna”. NIK poświadcza, że większość wprowadzonych zmian spowodowała zwiększenie liczby odbiorców i poprawiła jego skuteczność:

  • podwyższono podstawę obliczania dochodu, uprawniającego do skorzystania z programu dla uczniów klas pierwszych szkół podstawowych,
  • włączono do programu na 2013 r. uczniów niepełnosprawnych z upośledzeniem umysłowym w stopniu umiarkowanym i znacznym oraz zróżnicowano kwoty dofinansowania w zależności od wybranego dla nich rodzaju podręczników,
  • podniesiono kwoty dofinansowania do podręczników dla wszystkich grup uczniów, co umożliwiło refundację większości wydatków poniesionych na zakup podręczników do kształcenia ogólnego.

Nauczyciele uczestniczący w przeprowadzonej ankiecie w kontrolowanych szkołach województwa świętokrzyskiego wysoko ocenili przydatność programu w lepszym zaopatrzeniu uczniów w podręczniki. Ankietowani rodzice wskazywali z kolei, że ubieganiu się o pomoc najczęściej (37 proc.) przeszkadzały krótkie terminy wnioskowania, trudności w wypełnieniu wniosku, skomplikowane procedury oraz konieczność oczekiwania na refundację poniesionych wcześniej kosztów zakupu podręczników.

W MEN skutecznie realizowano w badanym okresie zadania związane z zapewnieniem środków na realizację programu. W latach 2012 – 2013 uruchomiono środki w wysokości umożliwiającej zaspokojenie szacowanych potrzeb, zgłoszonych przez wojewodów i ministrów prowadzących szkoły. Dotacja była przekazywana gminom i szkołom w wysokości i terminach przedstawionych w programie.

KHW porozumiał się ze związkami

0

Pracownicy kopalni Kazimierz-Juliusz zostaną przeniesieni do KHW, sama kopalnia ma zostać likwidowana.

Po 12 godzinach negocjacji  związkowców z przedstawicielami rządu i spółki KHW SA w śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, w nocy 28 września 2014 osiągnięto porozumienie.

Przedstawiciele organizacji związkowych podpisali porozumienie z zarządem Katowickiego Holdingu Węglowego SA ws. pracy w kopalni Kazimierz-Juliusz w Sosnowcu.

Zgodnie z założeniami ogólnymi załoga kopalni w Sosnowcu przechodzi do KHW SA, które oddeleguje część pracowników do wykonywania zadań w Kazimierzu-Juliuszu, która nadal będzie prowadzona jako niezależna spółka Kazimierz-Juliusz sp. z o.o. Wg planu, spółka ma zostać w niedługim czasie przejęta przez Spółkę Restrukturyzacji Górnictwa, która dokona procesu likwidacji kopalni. Działalność wydobywcza zakładu będzie prowadzona tak długo jak okaże się to ekonomicznie opłacalne. Przejście i przyjęcie załogi Kazimierza-Juliusza do KHW SA odbywać się ma na zasadach obowiązujących w holdingu.

Strona rządowa reprezentowana przez upoważnionych członków Międzyresortowego Zespołu ds restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego, wiceministrów gospodarki pp.  Jerzego Pietrewicza i Tomasza Pietrewicza oraz przewodniczącego Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów p. Jana Krzysztofa Bieleckiego zobowiązała się do jak najszybszego spowodowania zmian w przepisach, co ma umożliwić SRK przejęcie kopalni. Ma też zapewnić dofinansowanie na ten cel, obejmujący m.in. także pokrycie zaległych zobowiązań Kazimierz-Juliusz sp. z o.o. wobec pracowników oraz innych wierzycieli.

Ceny mleka coraz niższe, ale produkcja rośnie. Duże gospodarstwa szykują się do zniesienia kwot mlecznych

CEO Magazyn Polska

W pierwszym półroczu na rynku pojawiło się o 7 proc. więcej mleka niż przed rokiem. Coraz więcej produkują największe gospodarstwa. Niskie ceny powodują jednak, że z rynku mleka wycofują się najmniejsi producenci. Duże gospodarstwa szykują się do zniesienia kwot od przyszłego roku i produkują coraz więcej, bo dla nich mimo niskich cen  jest to opłacalne.

Skup w tym roku w pierwszym półroczu był o 7 proc. wyższy niż w ubiegłym roku. Natomiast powoli odchodzą od produkcji mleka ci najmniejsi producenci, którzy mają jedną, dwie, trzy krowy, czyli ci, którzy tak naprawdę produkowali na własne potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marta Skrzypczyk, koordynator zespołu analiz sektora rolno-spożywczego, analityk rynku mleka w Banku Gospodarki Żywnościowej.

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego cena skupu mleka w sierpniu 2014 r. wynosiła 1,28 zł za litr. Było to o 4,3 proc. mniej niż w lipcu 2014 r. i 3,6 proc. mniej niż w sierpniu 2013 r.

Skrzypczyk podkreśla, że dla małych producentów taka cena jest już na granicy opłacalności, dlatego wielu z nich decyduje się na wycofanie z tego rynku.

Dla dużych producentów ceny są jednak wciąż do przyjęcia. Niską cenę skupu gospodarstwa kompensują zwiększoną sprzedażą. Produkcja będzie dalej rosnąć, bo liderzy rynku wciąż skupują nowe grunty i zwiększają możliwości produkcyjne. Plany te wynikają przede wszystkim z zapowiadanego na 1 maja 2015 r. zniesienia kwot mlecznych w UE. Ta decyzja oznacza, że polscy producenci nie będą już ograniczani wspólnotowymi ustaleniami, dlatego będą mogli zwiększyć produkcję.

Te największe gospodarstwa już się do tego przygotowują, czyli zakupują ziemię, rozbudowują się. To powoduje, że one cały czas zwiększają produkcję, nawet spadki cen nie zatrzymają tego procesu – podkreśla Skrzypczyk. ‒ Towarowość, siła pojedynczego gospodarstwa, rośnie.

Dodaje, że widać różnice pomiędzy regionami kraju. Ponieważ transport mleka opłaca się na odległość do ok. 100 kilometrów, ceny są najniższe na południu Polski. Tam brakuje bowiem dużych mleczarni, nie ma więc popytu na mleko. To prowadzi do wycofywania się gospodarstw z hodowli bydła.

Natomiast rozwija się produkcja mleka na Podlasiu, w województwie mazowieckim oraz wielkopolskim. To są te regiony, gdzie cały czas rośnie pogłowie bydła, myślę, że ich znaczenie też będzie rosło. Ale nie chodzi tylko o to, że tam są dobre warunki do produkcji mleka, to jest oczywiście ważne,  bo to wpływa na koszty, tam są też umiejscowione największe mleczarnie, które dużo płacą – mówi Marta Skrzypczyk.

Ocenia, że regionalizacja hodowli będzie postępować. Marta Skrzypczyk podkreśla, że o ile mleczarnie mają komfortową sytuację, bo wszędzie znajdą dostawców mleka, to gospodarstwa planujące produkcję mleka mogę rozwijać się tylko tam, gdzie mają rynek zbytu.

Komentarz indeksowy BossaFX 29 września 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 29 września 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Firmy z branży jubilerskiej notują zyski. Briju otwiera kolejne sklepy

0

CEO Magazyn Polska

Do końca roku firma jubilerska Briju zamierza uruchomić cztery sklepy – 30 września rozpocznie działalność placówka w jednej z wrocławskich galerii handlowych. Cel na przyszły rok to kolejne 20 sklepów. Spółka przez rozbudowę sieci chce zwiększać rozpoznawalność marki i zmniejszać dystans dzielący ją od liderów rynku.

– W kolejnych kwartałach nasz firma skupi się na otwieraniu kolejnych sklepów w polskich miastach – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Piotrowski, prezes zarządu Briju. – W tej chwili prowadzimy negocjacje i rozmowy z funduszami inwestycyjnymi posiadającymi galerie handlowe. Niektóre umowy na przyszły rok mamy już podpisane, więc ze spokojem patrzymy w przyszłość.

W 2013 roku grupa Briju rozpoczęła sprzedaż wyrobów jubilerskich w oparciu o własną sieć sprzedaży, w ramach której w drugiej połowie roku uruchomiła pierwsze sklepy własne i franczyzowe. Od 30 września działalność rozpocznie sklep w Arkadach Wrocławskich, kolejne będą placówki w Pile i Starachowicach.

Dodatkowo w Toruniu, Wrocławiu, Bielsku-Białej i Rzeszowie. Chcemy także otworzyć lokal w Warszawie, jednak czekamy na odpowiednią lokalizację. Zależy nam bowiem, by lokalizacje te były na wysokim poziomie – mówi prezes zarządu Briju.

Jak podkreślono w sprawozdaniu z działalności za I półrocze br., działanie kreujące markę i rozwijające sieć sprzedaży, prowadzą do celu, jakim jest zdobycie pozycji jednego z liderów rynku jubilerskiego w Polsce. Dziś za 60 proc. obrotów na rynku odpowiadają trzy wielkie marki: W. Kruk, Apart i Yes. Pozostałe 40 proc. to małe i średnie sklepy oraz warsztaty. Eksperci szacują, że obroty na rynku sięgają dziś 1,4 mld zł i prognozują dalszy wzrost sprzedaży.

W ramach kreowania własnej marki Briju wprowadziła do swojej oferty kolekcje, takie jak BRIJU Crisscut (linia diamentów Crisscut), BRIJU Me&You (linia obrączek), BRIJU Diamonds (linia diamentów klasycznych), czy BRIJU Illumini (linia produktów dla dzieci). Obecnie oferta rozszerzana jest o nowe rodzaje produktów.

Wchodzimy zarówno w kategorię zegarków, jak i w inne produkty, które chcemy wprowadzić do naszych sklepów, aby rozszerzyć naszą ofertę – mówi Piotrowski.

Spółka osiągnęła zamierzone cele za I półrocze 2014 r. Zysk netto firmy wyniósł 2,825 mln zł wobec 717 tys. zł przed rokiem. Przychód netto wyniósł 167,22 mln zł, z tego ponad 161 mln to przychody ze sprzedaży segmentu surowce (o jedną trzecią wyższe niż przed rokiem, co jest efektem wzrostu obrotów w zakresie handlu srebrem). O 20 proc. spadły za to przychody ze sprzedaży w segmencie wyrobów jubilerskich, co było następstwem spadku o 15 proc. ceny złota w porównywanych okresach oraz wzrostem o 24 proc. liczby wykonanych usług przerobu.

Duża część wykonywanych wyrobów odbywa się na zasadzie usługowej – mówi Piotrowski. – Klient przekazuje nam surowiec, a my wykonujemy dla niego usługi. Obniżenie cen surowców sprawia, że mamy czasem trochę mniejsze przychody, ale mimo to generujemy ten sam zysk, który założyliśmy.

Grupa eksportuje również swoje produkty, głównie do państw Europy Zachodniej (m.in. Niemiec, Belgii, Włoch, Hiszpanii) i krajów sąsiednich (Czech, Słowacji, Litwy, Łotwy).

Udostępnianie swojej własności za pieniądze coraz powszechniejsze. Rozwiązania prawne nie zawsze nadążają za zmieniającą się rzeczywistością

CEO Magazyn Polska

Ekonomia dzielona, czyli wzajemne pożyczanie sobie różnych przedmiotów i usług odpłatnie lub nie, dzięki dostępnej technologii rozwija się na niespotykaną dotąd skalę. Rynek ten w USA wart jest obecnie 26 mld dolarów rocznie. Przejazdy samochodowe bez korporacji taksówkowych i krótkoterminowy wynajem mieszkań bez potrzeby korzystania z hotelu to sztandarowe przykłady masowych i globalnych już usług, z których może skorzystać w praktyce niemal każdy konsument na świecie. Pojawiają się jednak wątpliwości, czy są one zgodne z prawem.

Ekonomia dzielona sprowadza się do tego, że ktoś dzieli się tym, co ma, poprzez wymianę albo bezpłatne lub płatne użyczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sacha, prezes zarządu iParkomat. – To przeciwieństwo posiadania rzeczy na własność.

W ekonomii dzielonej (sharing economy) ważniejsza od posiadania na wyłączność jest możliwości korzystania z danego przedmiotu i czerpania z niego wartości użytkowej.

Przykładowo, jeśli ma wiertarkę i dotychczas czasami pożyczałem ją sąsiadowi na zasadzie dobrosąsiedzkiej pomocy, to teraz mogę ją wystawić do internetu i ogłosić, że chętnie się nią podzielę za opłatą. Przecież używam wiertarki średnio raz do roku, a przez resztę czasu ten sprzęt jest bezużyteczny – wyjaśnia Sacha. – Mogę ze swoich rzeczy uczynić aktywa i na nich zarabiać. Dochodzi do tego, że każdy konsument, który ma coś użytecznego i jest gotowy się tym podzielić, staje się swego rodzaju mikroprzedsiębiorcą. Z drugiej strony po co kupować na własność coś, czego na co dzień nie potrzebuję, skoro mogę to na chwilę wypożyczyć?

Według szacunków przeciętny Amerykanin ma 300 przedmiotów, z których używa codziennie 200, a pozostałą setką może się podzielić. To ogromny potencjał dla sharing economy.

Ekonomia dzielona to swego rodzaju rewolucja – mówi Sacha. – Te usługi tak się rozprzestrzeniają, że rynek ten w USA już w 2012 r. był wart 26 mld dolarów – mówi Sacha. – Kluczową rolę na tym rynku odgrywa technologia internetową, która umożliwia szybki i bezpośredni kontakt pomiędzy osobami na całym świecie. Efektem takiego działania są ogromne globalne serwisy, takie jak amerykańskie Airbnb, Uber czy francuski BlaBlaCar.

Airbnb to platforma umożliwiająca upublicznianie ofert i wynajem przez internet miejsc na całym świecie. Jak podaje Airbnb.pl obecnie jest na niej dostępnych ponad 800 tysięcy ofert w 190 krajach, a liczba zarejestrowanych osób przekracza 17 mln. Siedziba firmy mieści się w San Francisco.

Niedawno w Polsce zaistniała także inna charakterystyczna dla ekonomii dzielonej firma – Uber, również rodem z San Francisco, oferująca aplikacje na telefon i umożliwiająca kontaktowanie się z kierowcami niekoniecznie zrzeszonymi w korporacjach taksówkarskich po to, by umówić się na przejazd samochodem. W sierpniu sąd w Niemczech nakazał firmie zaniechanie działalności w tym kraju, ostatecznie jednak pozwolono jej działać. aż do czasu ogłoszenia ostatecznego wyroku sądu, co ma nastąpić jeszcze w tym roku.

Obecnie Airbnb i Uber mają problemy prawne w niektórych krajach świata – mówi Sacha. –. Prawo ze swojej natury jest retroaktywne i czas pokaże, czy i kiedy nadąży ono za masowym trendem ekonomii dzielonej.

Umowa o współpracy z chińską prowincją Zhejiang podpisana

0

CEO Magazyn Polska

W chińskim mieście Hangzou, skąd pochodzi internetowy sklep Alibaba – rekordzista wszech czasów, jeśli chodzi o wielkość IPO (24 mld dolarów), podpisano umowę o strategicznej współpracy gospodarczej i technologicznej pomiędzy Chinese-Polish Cooperation Forum a China Council for Promotion of International Trade of Zhejiang Provincial Committee (CCPIT).

Umowa o strategicznej współpracy gospodarczej i technologicznej pomiędzy Chinese Polish Cooperation Forum a China Council for Promotion of International Trade of Zhejiang Provincial Committee (CCPIT) została podpisana w Hangzou, ośrodku administracyjnym prowincji Zhejiang, jak dowiedziała się agencja informacyjna Newseria Inwestor.

Do końca roku CHPCF i CCPIT wypracują strategię działań, dzięki której w przyszłym roku zrealizowanych zostanie m.in. kilka projektów B2B i B2C. W najszybciej rozwijającej się chińskiej prowincji Zhejiang inwestują takie koncerny jak Siemens, Motorola czy Toshiba, stamtąd pochodzi firma Alibaba, która niedawno zadebiutowała na nowojorskiej giełdzie.

W podpisaniu umowy uczestniczyli, na zaproszenie stowarzyszenia CHPCF oraz Chińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, posłowie na Sejm RP z PO, PIS, PSL oraz sekretarz generalny SLD.

CHPCF zapowiedziało organizację konferencji z udziałem polskich firm zainteresowanych wymianą handlową w prowincji Zhejiang w I poł. 2015 r.

Rosnąca wymiana handlowa z Chinami i współpraca z prowincją Zhejiang to duża szansa dla polskich przedsiębiorców, którzy potrzebują wsparcia i tzw. dyplomacji ekonomicznej, aby móc z sukcesem wejść do Chin. To ogromny rynek, dlatego polskie firmy powinny skoncentrować się na wybranej jego części – powiedział Bartosz Michalak, prezes stowarzyszenia CHPCF. –  Nasze Stowarzyszenie współpracuje z prowincją Zhejiang, której PKB stanowi 17 proc. całego PKB Chin. Ten perspektywiczny region jest jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo w Chinach  i bardzo otwarty na współpracę z Polską – dodał prezes Michalak.

Problem korków przed punktami poboru opłat na autostradach mógłby rozwiązać elektroniczny system identyfikacji pojazdów

CEO Magazyn Polska

Zastosowany w Polsce system manualnego poboru opłat za korzystanie z autostrad uważany jest za niewydolny. Zdaniem Krzysztofa Króla, doradcy Prezydenta RP, rozwiązaniem sytuacji jest system elektronicznej identyfikacji pojazdów. Opłaty za korzystanie z dróg należących zarówno do GDDKiA, jak i do prywatnych koncesjonariuszy byłyby pobierane automatycznie, podobnie jak ma to miejsce w przypadku naliczania opłat u operatorów telekomunikacyjnych.

Według  Krzysztofa Króla, społecznego doradcy Prezydenta RP i analityka społeczeństwa informacyjnego, obecny system poboru opłat jest archaiczny.

Gdybyśmy porównywali manualny sposób zapłaty za przejazd do usług telekomunikacyjnych, to mielibyśmy w centralach telekomunikacyjnych panie, które przełączają ręcznie kabelki – uważa Krzysztof Król. – System opłat autostradowych zatrzymał się w rozwoju kilkadziesiąt lat temu, dlatego zdecydowanie powinniśmy to zmienić.

Jego zdaniem rozwiązaniem nie są winiety, które również są przestarzałe, lecz system elektronicznej identyfikacji pojazdów. Opłaty za korzystanie z dróg należących zarówno do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA), jak i do prywatnych koncesjonariuszy byłyby pobierane automatycznie, podobnie jak ma to miejsce w przypadku usług telekomunikacyjnych.

Mamy doświadczenia z rozwoju telefonii komórkowej, gdzie każdy aparat jest identyfikowany, rozliczane są rozmowy przychodzące, wychodzące, w roamingu, łączenie różnych operatorów – zauważa Król. – To jest znacznie bardziej skomplikowany system niż w przypadku opłat autostradowych. Nowe rozwiązanie spowodowałoby praktycznie wyeliminowanie szlabanów. Przecież nie po to się buduje autostrady, żeby stać w korkach.

Tego rodzaju system pozwoliłby dodatkowo włączyć do niego inne usługi komunalne związane z korzystaniem z samochodu, takie jak parkowanie.

– W tej chwili mamy pieniądze unijne, które bardzo dobrze wykorzystujemy. One jednak za chwilę się skończą. Nowe autostrady, mosty i wiadukty mogą być budowane w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego, łączącego inwestycji państwowe z prywatnymi. Ich właściciele będą liczyli na szybki zwrot zainwestowanego kapitału. A to umożliwia wyłącznie taki system poboru opłat. Jeśli wprowadzimy elektroniczną identyfikację, to za każdy przejazd będzie można pobrać 50 groszy, 1 zł lub 1,5 zł, tak żeby inwestorowi i systemowi PPP to się opłaciło – mówi Krzysztof Król.

Koniec tanich sklepów internetowych. E-commerce będzie rywalizował technologią i bezpieczeństwem, ale nie ceną

CEO Magazyn Polska

Zakupy w sklepach internetowych nie będą już taniały. Mimo to ten kanał sprzedaży w dalszym ciągu ma się rozwijać w tempie 20-25 proc. rocznie. Przedsiębiorcy będą musieli szukać nowych sposobów, by wyróżnić się i przyciągnąć klientów. To może oznaczać problemy dla tych, którzy nie znajdą innowacyjnych pomysłów. Na branżę wpłyną też nowe wymogi prawne, które wchodzą w życie w grudniu tego roku.

Sklepy internetowe doszły do bariery możliwości konkurowania za pomocą ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Berezowski, partner zarządzający CubeResearch, firmy badającej rynek e-commerce. ‒ Mniejszym sklepom będzie trudniej. One będą się rozwijały, muszą znaleźć metody, które pozwolą im wyróżnić się i przyciągnąć klientów do swojej oferty.

Jak wynika z badania CubeResearch i Shopera, którego wyniki zostały zaprezentowane podczas konferencji „Co nakręca e-commerce ‒ e-handel w czasach zmiany”, w ostatnim roku już tylko 20 proc. sklepów internetowych zadeklarowało spadek cen. W jednej czwartej ceny wzrosły, a u ponad połowie pozostały bez zmian. Berezowski ocenia, że takiego trendu należy się spodziewać. Według niego w najbliższej przyszłości zakupy przez internet przestaną być tańsze niż w sklepach tradycyjnych. Taką samą tendencję od kilku lat można zaobserwować na dojrzalszych rynkach zachodnioeuropejskich.

Mimo to Berezowski nie spodziewa się zahamowania rozwoju rynku. Badania pokazują, że jest wręcz przeciwnie – dwie trzecie przedsiębiorców z branży e-commerce oczekuje wzrostu sprzedaży w przyszłym roku. Niemal 80 proc. liczy na zwiększenie liczby klientów, ale już tylko 8 proc. przewiduje obniżki cen. Berezowski zauważa, że cały rynek e-commerce powinien rosnąć o 20-25 proc. rocznie.

Rynek jest tak nasycony, że nie ma miejsca na błędy. Według badań CubeResearch i Shopera aż 79 proc. przedsiębiorców e-commerce ocenia konkurencję jako dużą lub bardzo dużą, a 46 proc. identyfikuje rywali jako barierę ograniczającą rozwój.

Sklepy będą musiały wyróżnić się na tle konkurencji już nie tylko grafiką, lecz chociażby wykorzystaniem technologii – przewiduje Jacek Zientkiewicz, marketing manager Shopera.

Przykładem jest rozwinięta przez Shopera technologia Responsive Web Design, która umożliwia wykorzystanie takiego samego układu i struktury na wszystkich typach urządzeń – od smartfonów po komputery.

‒ Istnieją możliwości budowania przewagi konkurencyjnej nie tylko za pomocą ceny, lecz także za pomocą innych działań z zakresu choćby marketingu, bezpieczeństwa klientów, budowania lojalności klientów czy nowych sposobów płatności. Chodzi o to, żeby budować wartość dodaną, za którą klient będzie gotowy zapłacić nie najniższą cenę, z czym do tej pory były kojarzone zakupy przez internet – ocenia Berezowski.

Poza końcem obniżek cen i zwrotem w kierunku innych metod pozyskiwania klientów na rynek e-commerce duży wpływ będzie miało też nowe prawo, które wejdzie w życie w grudniu. Ustawa, zgodnie z unijną dyrektywą, powinna obowiązywać już od czerwca. Nałoży ona na przedsiębiorców internetowych wiele nowych obowiązków, w tym związanych z wydłużeniem czasu zwrotu oraz udzielaniem pełniejszej informacji klientom.

Wszystkim wydaje się oczywiste, że będzie trzeba dostosować regulaminy sprzedaży do nowych regulacji prawnych. Natomiast mniej oczywiste jest to, że trzeba będzie dostosować także systemy informatyczne, na przykład do wymogów potwierdzania konsumentowi warunków zawarcia umowy na trwałym nośniku, za który należy uważać także pocztę elektroniczną – podkreśla Maciej Potoczny, radca prawny, partner w Porwisz i Partnerzy – Adwokaci i Radcowie Prawni.

Potoczny zaznacza, że tempo i jakość dostosowania własnego przedsiębiorstwa do zmian może również stanowić istotny element konkurencji. Te sklepy internetowe, które dostosują się do nowych przepisów, unikną sporów z klientami i konieczności płacenia odszkodowań. Równie ważna jest renoma, bo sklepy działające zgodnie z nowym prawem mogą liczyć na pozytywne opinie w internecie – ocenia Potoczny.

Dodaje, że przystosowanie się sklepów internetowych do nowych przepisów wcale nie musi być łatwe. Dla niektórych konieczność udzielenia znacznie obszerniejszej informacji konsumentom może okazać się wyzwaniem. Do tego wiedza o nowych przepisach nie jest kompletna. Choć niemal wszyscy przedsiębiorcy wiedzą o konsumenckim prawie do odstąpienia od umowy, to tylko 64 proc. wie, kiedy nowa ustawa wejdzie w życie, a zaledwie 41 proc. ma świadomość tego, które usługi będą mogły być świadczone w taki sposób jak dziś.

J. Dworak (KRRiT): W ciągu najbliższych lat cyfrowe radio i nowy standard emisji naziemnej telewizji cyfrowej

CEO Magazyn Polska

W perspektywie najbliższych lat radio przejdzie na dystrybucję cyfrową, a telewizja na standard transmisji drugiej generacji – prognozuje Jan Dworak, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. W ciągu dwóch lat powinna zostać uchwalona deregulacja tych mediów. Telekomunikacja zmierza z kolei coraz bardziej w stronę urządzeń mobilnych.

Radio musi przenieść się głównie w sferę cyfrową już powoli się przenosi za sprawą Polskiego Radia. Myślę, że to nastąpi w ciągu najbliższych 10 lat. Telewizja już na szczęście jest cyfrowa, ale będą doskonalone formy dotarcia. Mamy w tej chwili DVB-T1, będzie pewnie DVB-T2 [standard transmisji drugiej generacji ‒ red.]. Już teraz część krajów europejskich się do tego przymierza, my także w perspektywie 10 lat będziemy przechodzili pewnie na ten nowy format – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Dworak, przewodniczący KRRiT.

Cyfryzacja Polskiego Radia rozpoczęła się 1 października 2013 r. i ma objąć cały kraj do 1 grudnia 2020 r. Na razie na przejście na nadawanie cyfrowe nie zdecydowali się nadawcy prywatni. Dworak ocenia jednak, że to się ostatecznie stanie. Choć cyfrowa transmisja w technologii DAB+ wymaga nowoczesnych odbiorników, których wielu Polaków jeszcze nie ma, umożliwia poszerzenie oferty, transmisję m.in. obrazów czy informacji o ruchu drogowym do nawigacji satelitarnych i jest tańsza w emisji.

Bardziej zaawansowany jest proces cyfryzacji telewizji. Naziemna telewizja cyfrowa (multipleks MUX-3) objęła zasięgiem całą Polskę 23 lipca 2013 r. Obecnie na trzech multipleksach nadawane są łącznie 24 stacje. Transmisja danych odbywa się w standardzie DVB-T. Dworak zapowiada, że pomimo zakończenia samego procesu cyfryzacji, to nie koniec zmian, bo w ciągu najbliższych 10 lat możliwe jest przejście na standard DVB-T2, który wykorzystuje znacznie mniej pasma.

Jeśli chodzi o rynek telekomunikacyjny, to teraz jest czas urządzeń mobilnych. Telefonia będzie starała się być i będzie coraz bardziej mobilna w takim sensie, że wszystkie usługi, które do tej pory były zastrzeżone dla stacjonarnych odbiorników, będą znajdowały się w telefonach – prognozuje Dworak.

Dodaje, że na rynek medialny duży wpływ będzie miała deregulacja. Koncesje będą niezbędne tylko dla nadawców naziemnych, bo liczba dostępnych tam kanałów jest ograniczona. Natomiast w przypadku stacji nadawanych satelitarnie, kablowo lub internetowo koncesje będą zniesione. W planach przeprowadzenia deregulacji zgodne są KRRiT oraz rząd. Prace nad odpowiednią ustawą trwają i jak ‒ zapowiada Dworak ‒ dlatego może ona zostać uchwalona w ciągu najbliższych dwóch lat.

ASUS wchodzi na polski rynek smartfonów

CEO Magazyn Polska

ASUS chce być czołowym graczem na rynku smartfonów. Jego celem jest znalezienie się w pierwszej piątce pod względem udziału w rynku. Producent chce przekonać klientów do swoich produktów dobrym stosunkiem jakości do ceny, by to osiągnąć zamierza wykorzystać doświadczenie zdobyte przy tworzeniu innych kategorii produktów IT. Smartfony ZenFone na początku nie będą dostępne u operatorów komórkowych, a jedynie w sprzedaży detalicznej.

W  latach 2009-2010 ASUS miał drobną przygodę z producentem Garmin. Wtedy pojawiały się również pierwsze smartfony Asusa, więc to nie jest dla nas zupełnie nowy rynek. Natomiast prawdziwe otwarcie następuje wraz z całą serią ZenFone’ów wielkości 4, 5 i 6 cali – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Stanik, country manager ASUS Polska. ‒ Celem ASUS-a jest znalezienie się w pierwszej piątce producentów A-brandowych.

ASUS wprowadził na polski rynek trzy smartfony z serii ZenFone o różnym rozmiarze ekranu i specyfikacjach technicznych. Stanik zapowiada, że ich najsilniejszą stroną jest dobry stosunek ceny do jakości. Produkty nie są jednak najtańsze, bo – jak ocenia country manager ASUS-a w Polsce – konsumenci w naszym kraju są skłonni zapłacić nieco więcej za dobrą jakość. Ceny modeli – w zależności od wielkości i specyfikacji – plasują się w przedziale 499–899 zł.

Tajwański producent nigdy nie zajmował się produkcją telefonów komórkowych. Dlatego jego smartfony mogą być oparte jedynie na doświadczeniach z produkcji innych urządzeń mobilnych. To powoduje, że ASUS nie jest obciążony swoją pozycją rynkową i ponosi mniejsze ryzyko niż np. Nokia, która po rozwoju smartfonów straciła dominującą pozycję, jaką miała w segmencie telefonów tradycyjnych.

Nie musimy niczego udowadniać na rynku smartfonów. Oczywiście mamy swoje ambicje, cele, natomiast nie zakładamy, że od razu będzie to pierwsza trójka w segmencie telefonów – podkreśla Stanik.

Na początku smartfony ASUS-a pojawią się jedynie w sprzedaży detalicznej. W ofercie operatorów mogą pojawić się po jakimś czasie. Spowalnia to m.in. konieczność wprowadzenia danego modelu do całego europejskiego katalogu tych operatorów, którzy działają również na innych rynkach (T-Mobile i Orange). Prace nad tym jednak trwają i mogą zakończyć się sukcesem w przyszłym roku. Nie bez znaczenia jest rozwój technologii LTE, która wymusza modernizację oferty urządzeń – ocenia Stanik.

Cel ASUS-a to pierwsza piątka pod względem udziału w rynku smartfonów w Polsce, czyli kilka procent całej sprzedaży. Stanik jednak przypomina, że obecnie polskie statystyki, zdominowane przez Samsunga i Apple’a, są nieco zaburzone, bo wliczane są telefony reeksportowane. Ma się to zmienić w przyszłym roku, co pozwoli realniej ocenić, jaki udział w rynku smartfonów używanych przez polskich konsumentów mają poszczególni producenci.

Coface: polskie firmy mają problem z odzyskiwaniem należności od zagranicznych kontrahentów

CEO Magazyn Polska

Wraz z rosnącą wymianą handlową z zagranicą polskie przedsiębiorstwa zgłaszają coraz więcej problemów z zaległymi płatnościami. Terminy spłat się wydłużają, a samodzielne odzyskiwanie należności – przez znaczną odległość, barierę językową czy kulturową – jest dla polskich firm dużym wyzwaniem.

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wartość sprzedaży zagranicznej w pierwszym półroczu br. wyniosła 80 mld euro (332 mld zł) i była o 5,4 proc. wyższa niż w tym samym okresie 2013 roku. Lepsze wyniki polskie przedsiębiorstwa osiągnęły głównie w wymianie towarowej z krajami rozwiniętymi (Unia Europejska), do których sprzedały towary i usługi za ponad 66,9 mld euro (277 mld zł), czyli o 7,2 proc. więcej niż przed rokiem.

Również przyszłość eksporterów rysuje się korzystnie. Jak prognozuje zajmująca się ubezpieczaniem kontraktów w międzynarodowej wymianie towarowej Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE) sprzedaż zagraniczna w całym bieżącym roku w stosunku do ubiegłego wzrośnie o 8,3 proc. W 2015 roku natomiast może powiększyć się o kolejne 11,1 proc.

Wraz ze wzrostem zainteresowania rynkami zagranicznymi pojawiają się też problemy z należnościami. Dłużnicy zagraniczni wcale nie są bardziej skłonni do tego, by w terminie bądź by w ogóle regulować swoje zobowiązania. I pojawia się duży problem, bo jak windykować należność od firmy, która prowadzi działalność daleko, gdzie obowiązują zupełnie inne normy prawne, kultura, obyczaj, a często także jest bariera językowa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zauważa Szymon Wiliński, dyrektor ds. rozwoju usług informacji i windykacji Coface.

Nie we wszystkich branżach jednak pojawiają się zaległe płatności w takim samym natężeniu.

W ostatnim czasie widzimy w Europie Zachodniej wzrost zapytań z branży tekstylnej, mięsnej, owocowo-warzywnej – informuje Wiliński. – Na południu Europy nasi klienci mają natomiast problemy z odzyskaniem należności od branży transportowej.

Jego zdaniem trudno jednoznacznie wskazać na kraje, w których firmy mają największy problem z terminowymi spłatami należności. Zobowiązań w terminie nie płacą m.in. przedsiębiorstwa włoskie, niemieckie, holenderskie i francuskie.

Na pewno trzeba mieć na uwadze bariery językowe i kulturowe. Na Węgrzech na przykład w większości przypadków tylko szef rozmawia w języku angielskim. Więc jeżeli nie ma go w biurze, to nawet trudno ustalić, kiedy można wykonać kolejny kontakt w celu uzyskania informacji dotyczącej wierzytelności – mówi Wiliński.

W odzyskiwaniu należności przydatna może okazać się pomoc firmy windykacyjnej, która działa na rynkach zagranicznych. Zdaniem eksperta wbrew pozorom może być to tańsze rozwiązanie niż samodzielne działania windykacyjne.

Taką firmę o zasięgu międzynarodowym wyróżnia szybkie sprawdzenie kondycji dłużnika i dobranie metody działań windykacyjnych do konkretnej sprawy – uważa dyrektor ds. rozwoju usług informacji i windykacji Coface.

Zaznacza, że podobnie jak w przypadku zatorów płatniczych w Polsce również przy zagranicznych często kluczowy dla odzyskania należności jest czas. Zdaniem Wilińskiego z rozpoczęciem działań windykacyjnych nie należy zwlekać.

Mieliśmy klienta, który miał dłużnika na Słowacji. Długo zastanawiał się, czy oddać nam sprawę. Kiedy już rozpoczęliśmy proces windykacyjny, okazało się, że dłużnik jest już w upadłości. Wówczas windykacja polubowna nie rozwiązuje problemu. W takiej sytuacji mamy proces upadłościowy, rosną koszty, pojawiają się dodatkowe problemy, a tym samym zmniejszają się szanse na odzyskanie należności – wyjaśnia Wiliński.

T. Czechowicz (MCI): Polscy przedsiębiorcy mają problem z budowaniem długoterminowej strategii

0

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy są bardziej elastyczne niż czeskie i niemieckie, ale gorzej radzą sobie na stabilnych, dojrzałych rynkach. To dlatego, że kreatywności menadżerów rzadko towarzyszy długoterminowa strategia oraz wizja  ocenia Tomasz Czechowicz z MCI Management. Dla coraz większej rzeszy przedsiębiorców krajowy rynek jest już zbyt mały, dlatego narodowe czempiony będą walczyły o pozycję europejskich czempionów.

Większość polskich firm koncentruje się jednak na byciu narodowym czempionem i dopiero raczkuje, jeżeli chodzi o ekspansję międzynarodową. Rynek polski pozwala na tego typu strategie rozwoju, natomiast na małych rynkach przedsiębiorcy nie mają wyboru, muszą od razu iść na rynki międzynarodowe, należy to rozumieć. Myślę, że teraz jest dużo przykładów firm, które z sukcesem zaczynają się rozwijać na rynkach międzynarodowych i one będą inspirowały innych przedsiębiorców do takiego rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Czechowicz, partner zarządzający, chief investment officer w MCI Management.

Atutem polskich przedsiębiorców jest przede wszystkim kreatywność, elastyczność i umiejętność adaptacji do szybko zmieniających się warunków gospodarczych. Pod tym względem polskie firmy wypadają lepiej niż czeskie czy niemieckie – uważa Czechowicz. W ocenie wielu ekspertów i ekonomistów wysoka elastyczność polskich firm pomogła złagodzić skutki światowego kryzysu finansowego – od 2008 r. wysoka dynamika eksportu wydatnie przyczyniła się do utrzymania wzrostu gospodarczego.

O ile jednak polscy przedsiębiorcy wyjątkowo dobrze radzą sobie w trudnych czasach, o tyle ustępują zagranicznym konkurentom w zakresie umiejętności budowania długoterminowej strategii na dojrzałych rynkach – twierdzi zarządzający w MCI Management.

W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z bardzo zmiennym rynkiem, oznacza to umiejętność szybkiego budowania czegoś. Natomiast w sytuacji, kiedy ten rynek staje się mniej dynamiczny i bardziej konkurencyjny, kiedy trzeba się wykazać długoterminową strategią, wizją, taktyką, wtedy typowe polskie przedsiębiorstwo ma trudniejszą sytuację niż przedsiębiorstwo niemieckie czy czeskie.

MCI Management przewiduje, że wraz z okrzepnięciem na polskim rynku wiele firm będzie decydowało się na zagraniczną ekspansję. Fundusz specjalizuje się w inwestowaniu w spółki technologiczne, które mają silną ekspozycję na rozwój internetu.

Cały czas przyglądamy się biznesom e-commerce’owym, zarówno B2C [nastawionym na konsumenta], jaki i B2B [świadczącym usługi innym firmom], czyli właśnie takim firmom, które próbują się przeformować z pozycji narodowego czempiona na pozycję regionalnego czy europejskiego czempiona. Bardzo ciekawą okazją są także inwestycje w rozwój infrastruktury internetowej, firmy telekomunikacyjne, firmy logistyczne, przekształcanie się z tradycyjnych czempionów gospodarki na czempionów gospodarki cyfrowej. Czyli wspieranie tej konwersji z bycia firmą analogową na bycie firmą cyfrową – to są te obszary, którym się aktywnie w tej chwili przyglądamy – wskazuje Czechowicz.