Księgować samodzielnie czy przez biuro?

Osoby rozpoczynające działalność gospodarczą, jeśli chcą, mogą powierzyć wszystkie sprawy rozliczeniowe biuru rachunkowemu, ale do wyboru mają także samodzielne księgowanie przy wykorzystaniu odpowiedniego oprogramowania lub korzystanie z systemów internetowych. Co wybrać?

Teoretycznie przedsiębiorca może w dowolnej chwili powierzyć księgowanie dokumentów firmie rachunkowej lub przejść na dowolnie wybrany program do księgowania. W praktyce jednak zmiany w tym zakresie są bardzo kłopotliwe – wiążą się z koniecznością przeniesienia danych do nowego systemu, a to z kolei może wiązać się z komplikacjami natury zarówno technicznej, jak i organizacyjnej. Dlatego takiego wyboru najlepiej dokonać raz a dobrze.

Biuro rachunkowe

Wielu osobom rozpoczynającym działalność gospodarczą najbardziej oczywistym rozwiązaniem wydaje się powierzenie całości dokumentacji księgowej biuru rachunkowemu. Wynika to ze zdroworozsądkowego podejścia. Wielu przedsiębiorców myśli następująco: „skoro nie jestem specjalistą od księgowości, sprawy rachunkowe przekażę profesjonalistom”. Biura rachunkowe świadczą usługi w cenach już od kilkuset złotych miesięcznie i zazwyczaj chętnie prowadzą całość spraw księgowych, a czasem mogą nawet wystawiać faktury z upoważnienia przedsiębiorcy.

Z drugiej strony, osoba zakładająca firmę nie może całkowicie zrezygnować z myślenia o finansach firmy. Tak czy inaczej będzie musiała poznać podstawowe przepisy określające jej prawa i obowiązki jako przedsiębiorcy czy też pracodawcy. Poza tym wykonywanie podstawowych czynności rachunkowych, takich jak wystawianie faktur, będzie przebiegało znacznie szybciej, jeśli przedsiębiorca będzie to robił samodzielnie.

Pewnym utrudnieniem w kontaktach z biurem rachunkowym może być konieczność dostarczania dokumentów przynajmniej raz w miesiącu. Jeśli do firmy część faktur wpływa w postaci papierowej, a część elektronicznie, kontakt e-mailowy nie będzie wystarczający.

Poza tym przedsiębiorca nie będzie miał bieżącego dostępu do wszystkich swoich danych finansowych, statystyk, faktur. Za każdym razem, kiedy będzie ich potrzebował, konieczne okaże się zwrócenie w tej sprawie do księgowych.

Samodzielna księgowość

Biorąc pod uwagę powyższe niedogodności, warto się zastanowić, czy nie korzystniej zająć się księgowością całkowicie samodzielne lub przynajmniej z wykorzystaniem gotowych programów. W przypadku uproszczonej księgowości nie będzie to bardzo trudne, choć zarówno na naukę obsługi programu, jak i na wprowadzanie wszystkich danych przedsiębiorca musi znaleźć czas.

Zaletą okaże się jednorazowy koszt, zazwyczaj kilkusetzłotowy. To jednak nie wszystko, ponieważ okresowo programy mogą wymagać dodatkowo płatnych aktualizacji. Korzystanie z nich jest jednak niezbędne, aby program był zgodny z obecnym stanem prawnym. Warto także na bieżąco wykonywać kopie zapasowe, dzięki którym nie stracimy danych nawet w przypadku awarii komputera. Zaniedbanie tego obowiązku może się zemścić w najmniej oczekiwanym momencie.

System on-line

Jeszcze inne możliwości dają programy księgowe dostępne przez internet, choć i one mają wady. Najbardziej charakterystyczną stanowi fakt, że aby z nich korzystać, trzeba być podłączonym do sieci. W przypadku współczesnych komputerów nie jest to już jednak żadne ograniczenie. Niedogodnością może być natomiast koszt. Dostęp do programu rozliczany jest zazwyczaj miesięcznie, w formie niewielkiego abonamentu (czasem w wysokości zaledwie kilkunastu złotych), ale w perspektywie 10 lub 20 lat łączne koszty mogą okazać się wyższe niż w przypadku programu z pudełka.

Warto jednak zwrócić uwagę, że w przypadku systemu on-line nie musimy martwić się o aktualizacje (zadba o nie administrator systemu), a dostęp do programu możemy uzyskiwać z dowolnego komputera bez instalacji. Program jest umieszczony na serwerze zewnętrznym, ale dzięki protokołowi HTTPS każde połączenie jest szyfrowane, a więc dane firmy są bezpieczne.

Dodatkowo, w najbardziej rozbudowanych systemach możemy ustalić konkretne adresy IP, z których połączenie będzie akceptowane przez program. Dzięki temu ktoś, kto pracuje z dokumentami księgowymi zawsze w tej samej lokalizacji zyska dodatkowe zabezpieczenie przed nieuprawnionym dostępem.

W zależności od oczekiwań, przedsiębiorcy mogą wybierać spośród wielu różnych programów. Do najpopularniejszych na rynku należą systemy InFakt.pl, wFirma.pl, a wśród bardziej rozbudowanych – Systim.pl. Ten ostatni, poza księgowaniem i wystawianiem faktur, posiada także funkcje drukowania paragonów fiskalnych, obsługi magazynu, zamówień, zarządzania relacjami z klientami (CRM) oraz integrację z Allegro.

Decydując się na program tego typu, warto sprawdzić, czy w przyszłości umożliwi on dostęp do systemu kilku pracownikom. Nawet jeśli w chwili rozpoczynania działalności przedsiębiorca decyduje się na samodzielne wykonywanie wszystkich operacji, w przyszłości być może postanowi scedować zadania księgowe na pracowników – warto, aby miał wtedy taką możliwość.

A gdyby tak połączyć siły?

Pamiętajmy, że zarówno program z pudełka, jak i dostępny przez internet będzie wymagał od przedsiębiorcy (lub jego pracowników) systematyczności w wykonywaniu bieżących operacji. Wystawiania faktur, monitorowania wpłat od klientów czy tym bardziej obowiązków podatkowych nie można zaniedbać. I pod tym jednym względem nawet najnowocześniejsza technika nie wygra z prawdziwym, skrupulatnym księgowym z krwi i kości.

Istnieje jednak możliwość połączenia korzyści wynikających z posiadania dostępu do aplikacji on-line i jednocześnie ze współpracy z biurem rachunkowym. Pracę z programem można zorganizować w ten sposób, aby przedsiębiorca samodzielnie wykonywał podstawowe czynności, np. wystawiał faktury, uzupełniał „kilometrówkę”, a księgowa, mając również dostęp do aplikacji, może je księgować i realizować bardziej złożone operacje. Wszystko to może odbywać się w tym samym programie, bez przenoszenia i przepisywania danych.

W ten sposób możemy wyeliminować większość problemów wynikających z opisanych powyżej metod księgowania stosowanych pojedynczo. Warto podkreślić, że dzięki takiemu rozwiązaniu, zarówno przedsiębiorca, jak i pracownik biura rachunkowego ma dostęp do wszystkich danych finansowych firmy w czasie rzeczywistym.

Bierzesz kredyt hipoteczny? Potrzebujesz więcej gotówki

Od stycznia ten, kto chce kupić mieszkanie na kredyt, musi wnieść co najmniej 10% wkładu własnego. Jest to dwukrotnie więcej niż w roku ubiegłym. To jednak nie koniec wzrostu wkładu własnego – w 2016 r. będzie on wynosił 15%, a w 2017 – aż 20.

„Warto pamiętać, że wkład własny to niejedyna gotówka, której potrzebujemy, gdy kupujemy mieszkanie na kredyt. Trzeba też uwzględnić koszty okołotransakcyjne i okołokredytowe: wszelkiego rodzaju opłaty notarialne, opłaty sądowe, podatek od czynności cywilnoprawnych, prowizje dla banku, ubezpieczenie itd. Tak naprawdę, jeżeli ktoś kupuje mieszkanie na rynku wtórnym, to w tej chwili, żeby zaciągnąć kredyt, musi mieć w gotówce nie 10, ale prawie 20% wartości nieruchomości” – mówi serwisowi infoWire.pl Marcin Krasoń z Home Broker.

W kolejnych latach zaciągnięcie kredytu hipotecznego – z powodu dalszego wzrostu wkładu własnego – będzie jednak jeszcze trudniejsze. Część osób zapewne zdecyduje się poszukać mieszkania na rynku najmu. Na szczęście kwotę powyżej 10% wkładu własnego będzie można ubezpieczyć, więc obowiązkowa minimalna gotówka już nie wzrośnie (choć będzie trzeba oczywiście zapłacić za ubezpieczenie) – informuje analityk rynku nieruchomości.

Czy wprowadzona zmiana sprawi, że Polacy będą w tym roku sięgać po kredyty hipoteczne rzadziej niż w ubiegłym? Zdaniem Marcina Krasonia żadnej rewolucji nie należy się spodziewać. Co prawda popyt na kredyty może być mniejszy w pierwszych miesiącach roku, ale później rynek przyzwyczai się do nowej sytuacji i wszystko powinno wrócić do normy.

Na czym polskie firmy mogą zaoszczędzić w 2015 roku dzięki informatyce przemysłowej?

W 2015 roku polskie przedsiębiorstwa będą zainteresowane głównie narzędziami pozwalającymi na obniżenie kosztów posiadania infrastruktury oraz produkcji i szybsze podejmowanie decyzji biznesowych – prognozują analitycy firmy ASTOR, która zaopatruje w specjalistyczne oprogramowanie już 1/3 polskich firm przemysłowych. Eksperci przewidują, że sektorami najczęściej sięgającymi po tego typu rozwiązania będą: energetyka, przemysł petrochemiczny, branża hutnicza, branża spożywcza oraz jednostki infrastrukturalne.

Z podsumowania roku, przeprowadzonego przez analityków ASTOR, firmy działającej w branży automatyki, robotyki i IT dla przemysłu wynika, że w 2014 roku polskie przedsiębiorstwa chętnie inwestowały w rozwiązania, które pozwalały im na obniżenie całkowitego kosztu posiadania infrastruktury oraz narzędzia analityczne przyczyniające się do szybszego podejmowania decyzji biznesowych i redukcji kosztów produkcji. Tendencja ta utrzyma się także w 2015 roku, a w orbicie zainteresowań przedsiębiorców z branż takich jak m.in. energetyka, petrochemia, hutnictwo czy sektor spożywczy, znajdą się dodatkowo: specjalistyczne urządzenia i rozwiązania mobilne, a także systemy eksperckie, wspierające pracowników w rozwiązywaniu złożonych zagadnień z pogranicza techniki, biznesu, jakości produktów, oczekiwań klientów i finansów – prognozują specjaliści.

Niższe koszty posiadania infrastruktury – pomoże telemetria

Pod pojęciem „rozwiązania, które obniżają całkowity koszt posiadania infrastruktury” kryje się cały zestaw gotowych i dedykowanych narzędzi, po które sięgać mogą zarówno firmy usługowe, jak i produkcyjne. Te ostatnie, coraz częściej interesują się m.in. monitoringiem mediów produkcyjnych. Odpowiednio skonfigurowany system z tego zakresu pozwala na znaczne oszczędności energii wykorzystywanej przez maszyny, podzespoły i całe linie produkcyjne. Inną metodą na realne oszczędności, dostępną także dla firm usługowych, jest zainstalowanie rozwiązań pozwalających na obniżanie kosztów utrzymania infrastruktury budynkowej. Tzw. inteligentne budynki to obecnie już nie tylko nowoczesne inwestycje powstające od podstaw, ale także np. starsze biurowce, w których zainstalowano rozwiązania z zakresu automatyki budynkowej. W 2014 roku polskie firmy często sięgały także po systemy zdalnego monitoringu i sterowania, pozwalające m.in. na obniżenie kosztów awarii i zapewnienie ciągłości pracy. Zdaniem ekspertów – w 2015, wiele nowych rozwiązań tego typu będzie powstawało przy udziale telemetrii:

– W rozproszonych geograficznie instalacjach, istotnym zagadnieniem jest kontrola obiektów i urządzeń. Dla takich aplikacji powstają nowoczesne systemy monitoringu i zdalnego sterowania, opracowane w oparciu o najnowsze technologie z dziedziny informatyki, automatyki oraz telemetrii. Mogą one działać zarówno niezależnie, jako lokalny układ sterowania i monitoringu, jak również współpracować z istniejącymi już w przedsiębiorstwie aplikacjami tego typu. Tym samym powstaje rozproszony system z funkcją zdalnego sterowania i gromadzenia danych telemetrycznych z oddalonych obiektów – mówi Stefan Życzkowski, prezes ASTOR.

W praktyce, takie rozwiązania pozwolą nie tylko na oszczędności w sferze kosztów produkcji, ale także m.in. logistyki, dzięki eliminacji konieczności wyjazdów do obiektów technologicznych w celach kontrolnych lub pomiarowych. W Polsce funkcjonują już setki takich systemów monitoringu i zdalnego sterowania, m.in.: w branży wodno-kanalizacyjnej, energetyce, górnictwie, produkcji i transporcie.

Podejmowanie decyzji biznesowych przyspiesza

Ze względu na rosnący poziom automatyzacji polskich fabryk, coraz większą rolę w 2015 roku będą także odgrywały systemy pozwalające na automatyczne pozyskiwanie danych o produkcji wprost z maszyn i urządzeń produkcyjnych, takie jak Wonderware MES. Już od dłuższego czasu dynamicznie rośnie także ilość danych i informacji dostarczanych osobom odpowiedzialnym za prowadzenie analiz. Konsekwencją tego – jest wzrost popularności systemów klasy Business Intelligence, pozwalających na sprawne zapanowanie nad dużymi wolumenami danych i podejmowanie szybszych i trafniejszych decyzji. Specjaliści podkreślają, że kolejnym etapem będzie wykorzystywanie systemów klasy EMI, umożliwiających szybki dostęp do wiarygodnych danych produkcyjnych i osadzenie ich w kontekście innych informacji np. związanych z kosztami.

Rok 2015 to także – według ekspertów ASTOR – czas, gdy papierowe formy raportowania oraz gromadzenia dokumentacji będą coraz bardziej odchodzić w niepamięć, także w działach utrzymania ruchu. Coraz śmielej, wkraczać będą bowiem do nich przemysłowe systemy informatyczne. Elastyczne rozwiązania CMMS takie jak np. Profesal Maintenance pozwolą na lepsze zapanowanie nad parkiem maszynowym oraz zwiększenie efektywności pracowników utrzymania ruchu, dzięki przyspieszonemu dostępowi do informacji o harmonogramach przeglądów, awariach, stanach magazynu części zamiennych czy dokumentacji w postaci cyfrowej.

Jaki będzie 2015 rok dla rynku e-booków?

Utrzymanie dwucyfrowej dynamiki wzrostu rynku e-booków, wartość sprzedaży na poziomie 60 mln złotych w 2015. Virtualo, największy dystrybutor e-książek prognozuje, iż bieżący rok przyniesie dalszy dynamiczny rozwój polskiego rynku książek elektronicznych.

Patrząc na obecny rok z perspektywy 2014, który zdecydowanie wzmocnił pozycję e-booków na rynku książki w Polsce, prognozy dalszego rozwoju rynku e-książek są optymistyczne. Według szacunków Virtualo, sprzedaż netto na rynku e-booków w Polsce w 2016 roku ma szansę osiągnąć poziom nawet 80 mln złotych. Dobra dynamika wzrostu sprzedaży, rosnąca dostępność tytułów w wersji elektronicznej i coraz większa popularność e-książek,  tak ma wyglądać 2015 rok dla polskiego rynku e-booków.
„Rok 2015 planujemy zakończyć jeszcze lepszym wynikiem niż 2014. Chcemy jeszcze aktywniej niż do tej pory promować e-czytelnictwo i przekonywać tych, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z e-bookami, że warto sięgnąć po e-książki, gdyż to, co naprawdę się liczy to treść, a nie forma. Czekają nas nowe projekty i nowe wyzwania, którymi chcielibyśmy zaskoczyć e-czytelników. Liczymy również, że 2015 r. przyniesie zmiany na lepsze w kwestii zmniejszenia VATu na e-booki„ – komentuje Robert Rybski, Prezes Virtualo. 

Aby weryfikować jak zmienia się polski rynek e-booków i jakie ma dalsze perspektywy, firma Virtualo na podstawie danych z lat 2010-2014 przygotowała raport opisujący rozwój i zmiany na rynku e-booków. Analizując e-czytelnictwo oraz dynamikę sprzedaży powstał dokument, w którym znalazły się najważniejsze dane na temat powstania i wzrostu polskiego rynku e-książki. Raport został objęty patronatem merytorycznym Biblioteki Analiz. Do współpracy w jego powstaniu zaproszono przedstawicieli znanych polskich wydawnictw oraz blogerów i właścicieli najpopularniejszych serwisów zajmujących się e-książkami.W raporcie Virtualo przedstawiono najważniejsze tematy związane z rynkiem e-booków w Polsce m.in.: aspekt ceny, dostępność nowości i backlisty, piractwo internetowe, stawkę VAT oraz ofertę e-czytników i liczbę e-czytelników.

Mimo iż ostatni rok nie przyniósł technologicznej rewolucji na rynku e-książki ani zrównania stawki VAT na e-booki i książki papierowe to, jak pokazują prognozy sprzedażowe Virtualo, bieżący rok ma być dobry dla e-booków.

Są pieniądze na zakładanie firm w 2015 roku. Duże pieniądze

Masz pomysł na biznes, ale brakuje Ci kapitału na jego realizację? Wbrew utartym stereotypom możliwości sfinansowania startu w biznesie nie brakuje. Blisko 27 tys. nowych firm może powstać w 2015 roku tylko z puli przygotowanej na bezzwrotne dotacje z urzędów pracy – wynika z danych, do których dotarł Bankier.pl. A to tylko jeden z wielu sposobów zdobycia środków na założenie firmy w tym roku.

Są pieniądze dla przedsiębiorczych i wystarczy trochę wysiłku, by po nie sięgnąć. Obok popularnych bezzwrotnych dotacji z urzędu pracy, na młodych przedsiębiorców czeka w tym roku pula ponad 150 mln zł preferencyjnych pożyczek na zakładanie biznesów. W ramach programu „Pierwszy biznes – wsparcie w starcie”, studenci i absolwenci mogą sięgnąć po maksymalnie 75 tys. zł.

Osoby z pomysłami w sektorze IT mogą po pieniądze wybrać się do inkubatorów technologicznych. Podmioty te w jeden pomysł mogą zainwestować nawet 200 tys. euro, obejmując nie więcej niż 50% udziałów. Jak dowiedział się Bankier.pl pulą wolnych środków na inwestycje w perspektywiczne startupy wciąż dysponują takie podmioty jak AIP Seed Capital, Akcelerator Innowacji NOT czy IdeaLab. Na ciekawe pomysły czekają także inwestorzy zrzeszeni w sieciach aniołów biznesu. Są to osoby fizyczne lub przedsiębiorcy, którzy inwestują w przedsięwzięcia na wczesnym etapie ich rozwoju. Tylko w ramach PSAB-I aniołowie biznesu zadeklarowali około 300 mln zł na inwestycje w start-upy o wysokim potencjale wzrostu – wynika z danych uzyskanych przez Bankier.pl. Młodych przedsiębiorców zapraszają do zgłaszania projektów także przedstawiciele sieci AMBER czy Lewiatan Business Angels.

– Przyznanie wsparcia dla początkującego przedsiębiorcy i jego wysokość zależy od wielu czynników. Dla anioła biznesu obok pomysłu najważniejsze są kompetencje zespołu, który ma ideę wcielić w życie. Nawet najbardziej innowacyjny projekt jest bowiem niewiele wart bez odpowiednich ludzi – tłumaczy Grzegorz Marynowicz. – Paleta możliwości dla osób przedsiębiorczych jest duża, toteż zarówno twórca innowacyjnej technologii, jaki i pomysłodawca przysłowiowego warzywniaka mają szansę na pozyskanie w 2015 roku finansowego zastrzyku – mówi Grzegorz Marynowicz, analityk portalu Bankier.pl.

Czy już niedługo będziemy jeździli wyłącznie elektrykami?

Nowe preferencje konsumentów – tzw. pokolenia Y – oraz moda na ekologię, w połączeniu z regulacjami rządowymi wpływają na rozwój innowacji i technologii w motoryzacji. Jednym z najbardziej zauważalnych obecnie trendów jest rozwój segmentu aut elektrycznych, które do roku 2020 stanowić mogą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Globalny rynek samochodowy

Globalny zasięg produkcji i sprzedaży samochodów, z którym mamy dzisiaj do czynienia wymusza procesy konsolidacyjne (np. Fiat przejął Chryslera, a Volkswagen Porsche). Obecnie dziesięciu głównych producentów samochodów wytwarza ponad 77 proc. łącznej światowej produkcji aut. Rozwój rynku w Chinach i Indiach wymusi dalszą konsolidację producentów i możliwe, że do 2020 r. obecny poziom koncentracji głównych grup producenckich będzie o połowę większy i będzie wynosił 5-6 grup.

Powiększać się też będzie regionalne rozwarstwienie klientów – na rynkach wschodzących wzrośnie popyt na auta wyższych klas kosztem aut najtańszych, z kolei na rynkach rozwiniętych będzie rósł popyt na auta zaawansowane technologicznie (skomputeryzowane, zintegrowane ze smartfonem). Na zmiany w preferencjach będą też silnie wpływać nowe pokolenia klientów, o często innych niż dzisiaj oczekiwaniach wobec samochodów, rodzaju ich napędu czy wyposażenia.

Czas na zielone auta / Eco-Friendly Cars

Nowe preferencje konsumentów (por. Pokolenie Y wyzwaniem dla branży motoryzacyjnej), w połączeniu z regulacjami rządowymi wpływają na rozwój innowacji w motoryzacji. Jednym z dostrzegalnych już obecnie trendów jest pojawie się aut elektrycznych. Szacunki Deloitte wskazują (raport „A new era. Accelerating toward 2020 – an automotive industry transformed”), że do 2020 r. „zielone auta” stanowić będą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Obecnie hybrydy i elektryki stanowią ułamek procenta sprzedaży nowych aut. Na przykład w Niemczech w 2009 r. z 49,6 mln sprzedanych aut hybryd sprzedano jedynie nieco ponad 22 tys., a elektryków tylko 1,5 tys. Największą barierą dla tych ostatnich jest koszt, zasięg, brak infrastruktury i zachęt regulacyjnych (korzystanie w centrach miast) oraz bodźców podatkowych. Jednak pojawianie się nowych, coraz efektywniejszych modeli aut elektrycznych oraz zachęty podatkowe będą w nadchodzących latach silnym bodźcem do ich zakupów w krajach Europy Zachodniej i USA, początek tego trendu możemy już obecnie obserwować w Norwegii” – mówi Paweł Wójtowicz,Kierownik Biura Przemysłu Wytwórczego i Motoryzacyjnego w Banku DNB Polska.

W produkcji elektryków zderzają się ze sobą dwa nurty – auta z ograniczonym zasięgiem do korzystania w miastach, będące substytutem drugiego auta w gospodarstwie domowym lub auta w pełni porównywalne z samochodami spalinowymi. Pierwszy typ zdają się preferować firmy niemieckie, francuskie i japońskie (Daimler, BMW, Nissan, Toyota), a drugi – firmy amerykańskie (a właściwie jedna firma – Tesla)” – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Co nas czeka?

Produkcja samochodów z alternatywnymi wobec elektrycznego (i spalinowego) źródłami napędu również ma wysoką dynamikę, a sprzedaż aut hybrydowych, na biopaliwa czy gaz znacząco przewyższa auta elektryczne. Istnieje tu jednak lokalna specyfika, np. floty samochodów ciężarowych w USA przestawiają się na korzystanie z gazu łupkowego, a samochodów pasażerskich i ciężarowych w Brazylii na biopaliwo – z trzciny cukrowej. W obu przypadkach powodem jest różnica w cenie w porównaniu z paliwami ropopochodnymi.

Natomiast produkcja samochodów na rynki rozwijające się będzie nadal zdominowana przez auta spalinowe, co spowodowane jest niższą ceną paliwa niż w krajach rozwiniętych (gdzie podatki stanowią połowę ceny), słabszych wymogów regulacyjnych, rosnącej efektywności silników spalinowych oraz spadających cen ropy i gazu.

W ostatecznym rozrachunku to klienci dokonają świadomego wyboru środka transportu i preferowanej marki samochodu. Jak pokazała historia masowej motoryzacji, która liczy sobie przecież zaledwie 100 lat, bardzo wiele może się jeszcze zmienić, oprócz tego, że ludzie chcą coraz więcej i wygodniej się przemieszczać. A do tego konieczny jest samochód, taki jaki dzisiaj znamy, przynajmniej jeszcze przez pierwszą połowę XXI wieku” – dodaje Paweł Wójtowicz.

Boruta-Zachem liczy na duży wzrost przychodów dzięki nowej inwestycji. Spółka chce przyspieszyć uruchomienie linii produkcyjnej biosurfaktantów

0

CEO Magazyn Polska

Boruta-Zachem zamierza przyspieszyć uruchomienie nowej linii produkcyjnej biosurfaktantów. Inwestycja, która ma zwielokrotnić przychody spółki, może ruszyć w lipcu br. W tym samym czasie spółka chce przenieść się na główny parkiet GPW.

Chemiczna spółka Boruta-Zachem od połowy 2014 roku notowana jest na NewConnect, jednak dla firmy to jedynie etap w drodze na główny rynek warszawskiej giełdy. Jej udziałowcy zdecydowali, że doradcą i instytucją, która napisze prospekt emisyjny, będzie Mercurius Dom Maklerski. Debiut Boruty-Zachem na głównym parkiecie GPW planowany jest w połowie roku.

Jednym z powodów jest możliwość pozyskiwania większych pieniędzy, gdyż mamy dosyć bogate portfolio projektów, które chcemy realizować w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu Boruty-Zachem. – Ważna jest też wiarygodność spółki oraz to, że rynek regulowany jest zdecydowanie mniej podatny na różnego typu zawirowania. Natomiast NewConnect jest, co można zaobserwować po naszej spółce, dość chwiejnym rynkiem.

Na razie Boruta-Zachem finalizuje budowę linii produkcyjnej biosurfaktantów z biomasy rzepakowej. To bardzo nowoczesna technologia używana przy wytwarzaniu preparatów czyszczących, stosowanych zarówno w gospodarstwach domowych, jak i w przemyśle. Dzięki szczególnym właściwościom biosurfaktanty stosowane są m.in. do czyszczenia cystern i statków oraz zmniejszania szkód powstałych w wyniku wycieków ropy naftowej.

Zgodnie z harmonogramem w umowie z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości inwestycja powinna być zakończona z końcem tego roku. Natomiast widzimy możliwość zakończenia jej znacznie wcześniej, nawet w lipcu, może w sierpniu tego roku podkreśla Marcin Pawlikowski.

Jak zaznacza, inwestycja finansowana jest ze środków unijnych oraz własnych. Pieniądze od inwestorów giełdowych nie są więc spółce niezbędne.

Na razie się przyglądamy zaznacza wiceprezes zarządu Boruty-Zachem. Mamy zapewnione finansowanie. Do tej pory wkład własny jest w formie pożyczki od akcjonariuszy spółki. Będziemy chcieli na pewno przeprowadzić emisję, natomiast nie mamy pośpiechu, gdyż spółka nie posiada żadnych kredytów i żadnego długu poza tą pożyczką, dlatego najpierw chcemy pokazać inwestorom naszą inwestycję oraz to, jakie przełożenie ma ta inwestycja na nasze wyniki, a dopiero później ewentualnie rozmawiać o podwyższeniu kapitału i emisji.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów zeszłego roku spółka osiągnęła niemal 15,9 mln zł przychodu oraz ponad 0,5 mln zł zysku netto. Przychody w całym 2013 roku przekraczały 19,8 mln zł, a zysk netto 1,3 mln zł. Boruta-Zachem oczekuje, że w związku z nową inwestycją wyniki spółki zdecydowanie się poprawią.

 Do tej pory nie raportowaliśmy żadnych prognoz – deklaruje  wiceprezes Marcin Pawlikowski z zarządu Boruty-Zachem.Jeżeli będziemy raportować prognozy, to oczywiście zrobimy to za pomocą raportu bieżącego. Inwestycja jest znacząca dla naszej spółki, bo do tej pory przynosiła Borucie-Zachem przychód rzędu 20 mln zł rocznie. Jest to inwestycja ponad 30 mln zł netto i ona ma zwielokrotnić przychody. Mamy wejść na zupełnie inne poziomy, jeżeli chodzi o wyniki finansowe.

City Index: Ceny surowców mogą jeszcze spaść

CEO Magazyn Polska

Obawy o niski globalny wzrost gospodarczy i tendencje deflacyjne spychają notowania surowców w dół. Ropa naftowa w ciągu roku staniała o ponad 50 proc., węgiel o 25 proc., a miedź o ponad jedną piątą. Ze względu na inwestycyjny charakter miedzi oraz wysoki popyt w Chinach jest ona bezpieczniejszym aktywem, choć niewykluczone, że jej wartość może się trochę obniżyć.

Na rynku surowców mamy olbrzymi ruch. Osoby, które w zeszłym roku zdecydowały się otwierać pozycje na spadek ropy naftowej i węgla, mogły naprawdę zarobić krocie. Miedź spadła o 20 proc., ropa – 50 proc. A to wszystko ma związek z tendencjami deflacyjnymi na świecie i można założyć, że one będą się utrzymywać albo przynajmniej będą kłopoty z tym związane – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index, firmy oferującej zawieranie transakcji na rynku Forex i kontraktów CFD.

Wyrównany sezonowo grudniowy odczyt inflacji CPI w ujęciu miesięcznym w Stanach Zjednoczonych wyniósł -0,4 proc., w Wielkiej Brytanii wzrósł o 0,5 proc., a w Niemczech 0,2 proc – to najniższy odczyt od 14 lat. Z kolei dla całej strefy euro ceny konsumencie w ostatnim miesiącu 2014 roku spadły o 0,3 proc. Nawet Chiny notują przynajmniej słabsze tempo wzrostu cen. W grudniu 2013 r. było to +2,5 proc. rok do roku, a 12 miesięcy później już 1,5 proc. w ujęciu rocznym.

Wardyn uzupełnia, że innym powodem niekorzystnych notowań surowców są obawy o wzrost gospodarczy na świecie. Bank Światowy niedawno obniżył globalny wzrost gospodarczy w 2015 roku z 3,4 proc. do 3 proc., z kolei MFW również dokonał korekty w dół do 3,5 proc. (spadek o 0,3 proc.).

Wzrost gospodarczy to kolejny argument za tym, żeby jednak ceny surowców były niższe. Słabnie import w Chinach, więc to są czynniki przemawiające za tym, że obecne na świecie presje deflacyjne będę wywoływać słabość surowców – prognozuje ekspert.

Zdaniem przedstawiciela City Index sytuacja nie jest korzystna na wielu rynkach, m.in. ropy czy węgla. Notowania miedzi mogą zachowywać się nieco lepiej ze względu na inwestycyjny charakter tego aktywa oraz jego uzależnienie od rynku chińskiego. Jak podaje agencja Bloomberg, w grudniu Chiny sprowadziły prawie 90 mln ton rud żelaza, co stanowi najwyższy wskaźnik w historii. Mimo to i ten surowiec może jeszcze trochę potanieć.

Nasi analitycy zwrócili uwagę na miedź. Po zmianie prognoz Banku Światowego co do wzrostu gospodarczego i przy obecnym cyklu rosnących zapasów i historycznych ruchach tego surowca jest jeszcze miejsce nawet na 15-proc. spadek – mówi Łukasz Wardyn.

W ostatnich kilkunastu dniach ceny miedzi poruszają się w korytarzu 5,5-5,7 tys. dolarów za tonę. Analityk zaznacza jednak, że przy tak niestabilnych rynkach nie istnieje możliwość ich racjonalnej prognozy i oceny.

Stara praktyka spekulanta mówi, żeby trzymać się trendu, trend jest twoim przyjacielem, a w tym momencie jest on spadkowy, więc myślę, że lepiej nie szukać dna, bo to po prostu może za dużo kosztować – podsumowuje dyrektor zarządzający City Index.

Rozpoczęła się sprzedaż pierwszego modelu wirtualnej rzeczywistości. W ciągu kilkunastu miesięcy nastąpi boom

Wirtualna rzeczywistość trafia pod strzechy – od grudnia w sprzedaży są pierwsze wirtualne gogle, co dla sektora wysokich technologii stanowi kamień milowy. W 2016 roku podobne produkty mogą być już powszechne, co starają się wykorzystać także polskie firmy, takie jak Immersion. Spółka działa 8 miesięcy na rynku, otworzyła przedstawicielstwa w Turcji i Izraelu i obecnie poszukuje inwestora branżowego, który pozwoliłby jej na podwyższenie kapitału i dalszy rozwój. 

Na rynku wirtualnej rzeczywistości (czyli specjalnych gogli pozwalających m.in. odbyć wirtualny spacer po wybranym hotelu, muzeum czy obiekcie turystycznym, a w przypadku fanów gier komputerowych – przenieść się w świat gier online) kilka tygodni temu Samsung wprowadził do sprzedaży swój pierwszy komercyjny produkt – Gear VR (w cenie 200 dolarów), który dla branży jest momentem przełomowym.

Do tej pory pracowaliśmy na prototypach, czyli urządzeniach typu Oculus Rift, które były dostępne tylko dla wąskiej liczby testerów. Mogliśmy je sprowadzać w bardzo ograniczonej ilości, więc to były rozwiązania, które mogliśmy tylko umieścić w punkcie sprzedaży, na targach czy w salonie samochodowym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Baczyński, prezes firmy Immersion, zajmującej się rozwojem nowych technologii. – Teraz to się zmienia, ponieważ użytkownicy zaczynają mieć te urządzenia u siebie w domach. Teraz możemy tworzyć aplikacje, które sprzedajemy bezpośrednio do użytkownika końcowego za pomocą sieci sprzedażowych, takich jak Play firmy Google bądź Apple Store.

Konkurencja w sektorze rozwoju wirtualnej rzeczywistości to przede wszystkim firmy tworzące gry i firmy istniejące w branży rozrywkowej. Podmiotów, które robią aplikacje użytkowe, jest mniej. W Polsce istnieje już kilkanaście –  w większości młodych – firm, które działają w podobnym profilu rynkowym jak Immersion. To m.in. Vrizzmo, a z konkurentów zza granicy francuski Archos, czy amerykański Oculus VR.

– Prawdziwy boom na tym rynku, który przełoży się na powstanie wielu firm tego typu, to moment, w którym takie urządzenia jak Oculus Rift będą już dostępne w sklepach, czyli nie będą już prototypami, które trzeba sprowadzać na przykład ze Stanów Zjednoczonych – przekonuje Piotr Baczyński. – Technologia ta może być powszechna już w 2016 roku, co zwiększy liczbę klientów końcowych, ale przyczyni się także do tego, że fascynacja takimi produktami wśród ludzi będzie stopniowo spadać.

W jego ocenie 2015 rok dla Immersion będzie dobry. Firma kończy drugi etap finansowania poprzez zwiększenie kapitału spółki. Baczyński widzi zainteresowania inwestorów zarówno z Polski, jak i Stanów Zjednoczonych oraz wierzy w duży wpływ firmy w rozwój technologii wirtualnej rzeczywistości w Europie.

Każdego miesiąca nowe branże zwracają się do nas i my także wyszukujemy partnerów z bardzo różnych obszarów rynku. Natomiast nasze plany na najbliższy rok koncentrują się na pierwszych komercyjnie dostępnych wyświetlaczach wirtualnej rzeczywistości – zaznacza prezes spółki Immersion. – W ciągu pierwszych 8 miesięcy działalności udało nam się podpisać kontrakty z wieloma największymi deweloperami oprogramowania w Europie. Mamy otwarte przedstawicielstwo w Turcji i Izraelu, jesteśmy też coraz bliżej otwarcia przedstawicielstwa w Stanach Zjednoczonych

Firma technologiczna potrzebuje przede wszystkim kapitału, który jest konsumowany głównie przez wysokiej jakości oprogramowanie, sprzęt oraz programistów, wywodzących się często z branży gier komputerowych.

Na rynku kapitału jest teraz sporo i w większości przedstawiciele funduszy inwestycyjnych venture capital sami wyszukują spółki z branży technologicznej. Jest to ciekawa współpraca i bardzo dobry okres do prowadzenia innowacyjnej działalności – mówi Baczyński.

Dla Immersion przy wyborze inwestora najważniejsza jest wartość dodana, którą może on wnieść do spółki. Kapitał pozostaje na drugim miejscu.

Nasza spółka jest tworzona przez młodych ludzi, nie mamy doświadczenia w wielu aspektach działań biznesowych, więc osoby z rozbudowaną siecią kontaktów, know-how i doświadczeniem są u nas mile widziane. Ważne są także osoby, które stają się partnerami, które nam pomagają rozwinąć firmę to są właśnie inwestorzy, których szukamy – podsumowuje prezes firmy Immersion.

Lasy Państwowe wydadzą 700 mln zł na inwestycje. Większość pójdzie na drogi

700 mln złotych planują wydać w 2015 roku na inwestycje Lasy Państwowe. Niemal drugie tyle mają nadzieję pozyskać w najbliższych latach z budżetu Unii Europejskiej. Gros pieniędzy zostanie przeznaczone na budowę dróg leśnych.

– W 2015 roku planujemy przeznaczyć około 700 mln zł na inwestycje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Wasiak, dyrektor generalny Lasów Państwowych.Tradycyjnie od kilku lat 70 proc. inwestycji to budownictwo drogowe, które służy ochronie przeciwpożarowej i lepszemu wykorzystaniu dróg do transportu drewna, ale też służy społeczeństwu, bo daje możliwość uczęszczania do lasu, korzystania z dróg leśnych, które równocześnie mogą być i ścieżkami rowerowymi, i miejscami do spacerów.

W ubiegłym roku Lasy Państwowe zmniejszyły swoje inwestycje z 1 mld zł do ok. 700 mln ze względu na ustawowy wymóg przekazania do budżetu państwa 800 mln zł. W Polsce powierzchnia lasów jest systematycznie powiększana. Zalesienie kraju zostało zwiększone z 21 proc. w roku 1945 do ponad 29 proc. obecnie. Zgodnie z „Krajowym programem zwiększania lesistości” w roku 2020 lasy mają zajmować 30 proc. powierzchni Polski. 30 lat później ta powierzchnia ma wzrosnąć do 33 proc. Jednak drogi i zalesianie to nie jedyne wydatki.

Mamy też dużą substancję mieszkaniową i 500 budynków administracyjnych. To pociąga rokrocznie inwestycje w granicach 100 mln zł w zakresie ich utrzymania czy modernizacji – przyznaje Adam Wasiak. – Pozostałe planowane kwoty to około 200 mln zł na wspólne przedsięwzięcia z samorządami, również na inwestycje drogowe, oraz współfinansowanie inwestycji, na które mamy nadzieję otrzymać pieniądze z Unii Europejskiej. Myślę tu przede wszystkim o małej retencji nizinnej.

Mała retencja nizinna, czyli gromadzenie wody na terenach nizinnych, to bardzo istotny program i dla różnorodności biologicznej w lasach, i dla ochrony przed powodziami. Dlatego współfinansować go będzie Unia Europejska.

We wstępnych analizach na cały okres programowania chcielibyśmy pozyskać z Unii od 500 do 600 mln zł z nowej perspektywy – podkreśla dyrektor generalny Lasów Państwowych.Jeżeli to się uda, to myślę, że będzie to duży sukces i Lasów Państwowych, i naszego kraju.

Pieniądze z Unii Europejskiej w ramach perspektywy 2014-2020 zasilać będą polską gospodarkę w ramach wielu programów. Do Lasów Państwowych mogą trafić środki przeznaczone zarówno na ochronę środowiska, modernizację zaniedbanych regionów, jak i usprawnienie transportu czy nowe technologie.

Jesteśmy na etapie podpisywania umów w tym zakresie. Przygotowujemy się na duży program termomodernizacji naszych budynków, połączony z ich adaptacją do odnawialnych źródeł energii – deklaruje Adam Wasiak. – To również jeden z dużych programów unijnych, w którym zamierzamy uczestniczyć. Jak w poprzedniej perspektywie aktywnie bierzemy udział we wszelkich przedsięwzięciach z zakresu ochrony przyrody na terenie Lasów Państwowych, mówię  tu o ochronie żubrów i restytucji populacji głuszca – działania w tym zakresie są dla nas bardzo ważne.

Lasy zajmują 29,2 proc. terytorium Polski, rosną na obszarze 9,1 mln ha. Z tego prawie 7,6 mln ha zarządzane jest przez Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe.

Rok po pełnym wprowadzeniu ustawy śmieciowej resort środowiska zadowolony z efektów

Od roku w całym kraju obowiązuje nowy system gospodarowania śmieciami. Z punktu widzenia resortu środowiska reforma zakończyła się sukcesem, choć pojawiły się problemy związane z monopolistyczną pozycją niektórych regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych. Ministerstwo nie planuje w tym roku kolejnych nowelizacji ustawy, ale liczy na działania ze strony UOKiK-u.

Na pewno sama idea przekazania władztwa nad odpadami samorządom okazała się dobrym pomysłem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Ostapiuk, wiceminister środowiska. Dodaje: ‒ Dzisiaj występuje bardzo nieprzewidywalny aspekt, a mianowicie niektóre regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK), niestety, ustalają zbyt wysokie ceny za swoje usługi. W sposób nieuzasadniony podnoszą ceny za przetwarzanie odpadów.

Przekazanie gospodarowania odpadami komunalnymi do samorządów nastąpiło w całym kraju 1 lipca 2013 r. Tylko w Warszawie okres przejściowy zakończył się 1 lutego 2014 r.

Ostapiuk podkreśla, że tylko w niewielkiej części gmin pojawiły się problemy ze zorganizowaniem systemu odbioru odpadów oraz uchwaleniem stawek. W większości samorządów podjęto rozsądne decyzje dotyczące wyceny tej usługi. Jak zwraca uwagę wiceminister, z punktu widzenia systemu oraz dobra obywateli tak samo groźne były zbyt wysokie stawki, jak i zbyt niskie, które najczęściej oznaczały bardzo niską częstotliwość odbioru odpadów.

Średnie stosowane ceny są aprobowane przez ludzi. W wielu przypadkach ceny są niższe, aniżeli były w przeszłości, kiedy obywatele mieli umowę podpisaną bezpośrednio z przedsiębiorstwami – twierdzi Ostapiuk.

Innego zdania są jednak eksperci z Instytutu Sobieskiego, którzy wyliczyli w listopadzie ubiegłego roku, że po zmianie systemu gospodarowania odpadami średnie ceny za ich wywóz wzrosły średnio o 30 proc.

Te zbyt wysokie stawki to są jednak pojedyncze, sporadyczne przypadki. Myślę, że najbliższe zmiany w gminach, weryfikacje planów gospodarki odpadami i uchwał lokalnych spowodują, że te stawki będą się normalizować – zapowiada Ostapiuk.

Przyznaje jednak, że po wprowadzeniu nowych przepisów ujawnił się nieprzewidziany przez ustawodawcę problem. Dotyczy on jednak bardziej prawa konkurencji i kompetencji UOKiK-u niż ustawy, za którą odpowiada Ministerstwo Środowiska.

Ustawa nakazuje wywóz odpadów w danym regionie do lokalnego RIPOK-u. W regionach, gdzie takich instalacji jest kilka, konkurencja prowadzi do spadku cen i lepszej jakości usług. Są jednak w Polsce takie gminy, gdzie jest tylko jeden lub dwa RIPOK-i. Tam, jak przyznaje Ostapiuk, spółki zarządzające instalacjami często dyktują bardzo wysokie ceny. Prawo zabrania jednak samorządom szukania tańszej oferty w innych regionach.

Nie chcę mówić o zmowach cenowych czy celowym działaniu, bo tego jeszcze nie udowodniliśmy, ale takie przypadki występują – mówi wiceminister środowiska.

Dodaje, że pojawiła się również rywalizacja między samorządami. Gminy zakładają spółki, które walczą o zamówienie na wywóz śmieci w sąsiednich regionach. To działanie nie jest zakazane prawem, o ile odpady trafiają do właściwego RIPOK-u. Ostapiuk wyjaśnia, że samorządy niechętnie jednak godzą się na taką konkurencję ze strony sąsiadów. Nie mogą jej zakazać, ale starają się narzucać jak najbardziej niekorzystne dla nich warunki realizacji odbiorów i płatności.

Resort chce wdrożyć działania, które mają rozwiązać obydwa problemy. Będzie to się jednak działo poprzez współpracę z UOKiK-iem i rozporządzenia, a nie kolejną nowelizację ustawy. Ta ma pozostać w swoim obecnym kształcie, podpisanym przez prezydenta pod koniec 2014 r.

Nie chciałbym, żebyśmy w 2015 r. dalej grzebali przy nowelizacji ustaw okołoodpadowych, mimo że z pewnością znalazłyby się sprawy do przedyskutowania, bo życie niesie bezustanne sugestie i propozycje – mówi Ostapiuk. ‒ Bardzo bym chciał, żeby 2015 r. był okresem stabilności prawa, tym bardziej że na podstawie drugiej nowelizacji, a mianowicie ustawy o odpadach, samorządy wojewódzkie, i urzędy marszałkowskie muszą dokonać weryfikacji wojewódzkich planów gospodarki odpadami.

Jak podkreśla, weryfikacja tych planów jest warunkiem koniecznym, narzuconym przez Komisję Europejską, otrzymania unijnych pieniędzy na gospodarkę odpadami. Chodzi przede wszystkim o równomierne rozłożenie na terenie kraju instalacji do przetwarzania odpadów. Może to oznaczać, że w jednych regionach niektóre instalacje zostaną zlikwidowane, a w innych będą budowane nowe.

Rośnie popularność walut skandynawskich w rozliczeniach handlowych. Przedsiębiorcy szukają alternatywy dla UE i Rosji

Polskie firmy, handlując z krajami skandynawskimi, coraz częściej rezygnują z rozliczeń w dolarach czy euro i wybierają lokalne waluty, np. koronę szwedzką i norweską. To wynik zwracania większej uwagi na rynki północnej Europy oraz spadku dysproporcji między wahaniami dolara bądź euro w stosunku do mniej popularnych walut. Firmy z sektora MSP miesięcznie wymieniają nawet milion koron.

W najbliższych miesiącach zamierzamy rozszerzać ofertę walut skandynawskich. W tym momencie w odpowiedzi na oczekiwania klientów wprowadziliśmy koronę norweską, w planach jest także korona szwedzka ‒ wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Jak dodaje, poza koroną szwedzką firma planuje także zaoferować walutę czeską, co wynika ze wzrostu aktywności przedsiębiorstw w państwach ościennych, w Skandynawii i Czechach. Firmy dokonują transakcji w walucie lokalnej, dlatego muszą dostosować swój handel zagraniczny do wymiany takich walut.

Korony norweskie i szwedzkie są w pewnym sensie walutami bezpieczniejszymi od złotówki, bo dotyczą bardziej rozwiniętych gospodarek. Jednakże są tak samo narażone na czynniki zewnętrzne, gdyż gospodarki tych krajów są dużo mniejsze niż gospodarka UE, która mimo to  cały czas przeżywa kryzys ‒ zauważa Paciorkowski.

Korona norweska została wprowadzona na przełomie listopada i grudnia, a w I kwartale 2015 roku w ofercie firmy znajdą się pozostałe planowane waluty. Aforti Exchange rozważa również posiadanie w swoim portfelu rubla rosyjskiego. Nie są to jednak najbliższe plany, ze względu na niestabilną sytuację w Rosji.

Dłuższy plan związany z wprowadzeniem rubla wynika z tego, że mieliśmy do czynienia z bardzo silnym osłabieniem tej waluty. Zakładamy, że to było mocno spekulacyjne zachowanie rynku. Już widać pewną stabilizację i najbliższy kwartał pokaże nawet w technicznym aspekcie, jaka jest realna wycena tej waluty ‒ mówi Paciorkowski. ‒ Przedsiębiorstwa muszą dostosować swój biznes do tego typu zachowania waluty, dlatego dużo wcześniejsze wejście jest jeszcze po prostu zbyt ryzykowne.

Jak tłumaczy ekspert, zapotrzebowanie na korony norweskie i szwedzkie to łącznie dziesiątki, a nawet  setki milionów tych walut. W tym momencie małe i średnie przedsiębiorstwa miesięcznie wymieniają wolumeny rzędu nawet do miliona koron. Jego zdaniem potencjał takich walut cały czas rośnie, bo nawet część firm, które wcześniej rozliczały się ze Skandynawią w dolarach, przechodzi na koronę szwedzką czy norweską.

To alternatywa dla handlu z Unią Europejską czy Rosją. Z tego względu obserwujemy, że coraz więcej firm idzie w tym kierunku, tym bardziej że jest to rynek jeszcze nie w pełni spenetrowany przez przedsiębiorstwa ‒ ocenia dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange. ‒ Stąd też widzimy swoją szansę, bo wiemy, że konkurencja nie ma w swojej ofercie takiej regularnej wymiany w tych walutach, a my oprócz tego jeszcze posiłkujemy się całym działem analiz, który dodatkowo pomaga klientom w podjęciu decyzji o momencie wymiany, który jest kluczowy dla rentowności.

Zdaniem Paciorkowskiego zmienność na koronach jest bardzo duża ze względu na rozmiar rynku, który jest mniejszy od rynku dolara czy euro, choć w ostatnim czasie wahania te są porównywalne, gdyż w ogólnym ujęciu rynki są niestabilne, a cały kapitał szuka bezpiecznej przystani.

Kiedyś trendy były kilkuletnie, w tym momencie czasem w ciągu kilku miesięcy dochodzi do kompletnego przejścia kapitału z euro w kierunku tych bardziej ryzykownych walut, jak złoty czy korony, i po kilku miesiącach znowu wracają do dolara ‒ wyjaśnia Marek Paciorkowski.

Według ubiegłorocznego raportu serwisu strefawalut.pl w latach 2011-2013 w e-kantorach obroty wzrosły z 3,2 mld zł do prawie 20 mld zł. To m.in. pokłosie kilkukrotnie mniejszego spreadu przy wymianie w sieci oraz docenienia przez Polaków wygody i szybkości takich transakcji.

Pizza Hut otwiera nowy typ restauracji

0

CEO Magazyn Polska

W Bielsku-Białej powstała pierwsza w Polsce restauracja Pizza Hut Express. Przygotowanie pizzy w jednym z pięciu najpopularniejszych smaków będzie trwać maksymalnie 5 minut. Sieć w ten sposób chce odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie na szybki posiłek, jedzony w drodze do domu lub podczas przerwy w pracy. Kolejny lokal Pizza Hut Express zostanie otwarty we Wrocławiu. Tempo rozwoju sieci będzie uzależnione od zainteresowania klientów.

 Z tą ofertą chcemy trafić do wszystkich tych, którzy mają mniej czasu i chcą szybko zjeść najlepszej jakości pizzę przygotowywaną na ich oczach ze świeżych składników najlepszej jakości – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Rybak, brand president marki Pizza Hut. ‒ Pierwszą restaurację już otworzyliśmy w centrum handlowym Sfera w Bielsku-Białej, kolejną za chwilę otworzymy we Wrocławiu.

Jak podkreśla, lokale będą otwierane na początku w centrach handlowych, w następnej kolejności sieć będzie rozwijana w centrach miast, na dworcach czy w innych punktach przesiadkowych.

W restauracjach nowego typu dostępnych będzie pięć najpopularniejszych smaków pizzy. Klienci będą mogli też dowolnie komponować własną pizzę z trzech składników. Ograniczone menu oraz specjalny piec przystosowany do szybkiego wypieku pozwalają na przygotowanie pizzy w zaledwie pięć minut.

Wśród dostępnych smaków są pizze margherita, hawajska, prosciutto e rucola, farmerska i pepperoni.

Polska jest jednym z pierwszych rynków, na których rozwijana będzie sieć restauracji Pizza Hut Express. Pierwszą placówkę otwarto 28 stycznia, kolejne restauracje w tym formacie mają być otwierane jeszcze w tym roku. Damian Rybak zaznacza, że już w ciągu kilku pierwszych dni bielską restaurację odwiedziło kilka tysięcy klientów, a ich opinie są pozytywne.

Wyniki testu i reakcje klientów będą wpływały na to, w jakim tempie i w jakiej formie będziemy dalej rozwijać ten format – zapewnia Rybak.

Pizza Hut oferuje już sprzedaż kawałków pizzy na wynos w niektórych spośród swoich 59 restauracji w Polsce. Pizza Hut Express idzie krok dalej, bo każdy klient może obserwować, jak wypiekana jest zamówiona pizza o 23-centymetrowej średnicy. Pizza jest sprzedawana w cenie od 9,95 do 14,95 zł.

Nowe polisy na nowe zagrożenia. Firmy mogą się ubezpieczyć od ataków hakerów i błędów w zarządzaniu

Rośnie zainteresowanie firm nowymi rodzajami polis, które zabezpieczają przed zagrożeniami współczesnego świata. Można już nie tylko ubezpieczyć władze firmy od odpowiedzialności za błędne decyzje, lecz także całe przedsiębiorstwo od konsekwencji ataku hakerów. Z raportu PwC wynika, że światowe koncerny tracą na cyberatakach od 375 mld do 575 mld dol.

W ostatnim roku liczba cyberataków na świecie wzrosła o blisko 50 proc., co oznacza ponad 117 tys. włamań dziennie – wynika z grudniowego raportu PwC. Skala zjawiska w podobnym tempie rośnie również w Polsce. Straty są znaczące. PwC wyliczył, że światowa gospodarka może na tym tracić nawet 575 mld dol.

Obserwujemy z roku na rok coraz więcej realnych szkód i strat zarówno w instytucjach publicznych, jak i firmach  mówi agencji informacyjnej Newseria Dominik Stachiewicz, członek zarządu brokera ubezpieczeniowego Donoria. – Na świecie również obserwujemy wzmożoną aktywność hakerską. W zeszłym roku w Polsce także mieliśmy kilka bardzo medialnych sytuacji, dlatego naszym zdaniem ubezpieczenia od tego typu przestępstw będzie wykupowane w Polsce coraz częściej.

Rosnące zagrożenie powoduje, że na Zachodzie cyberubezpieczenia już stały się popularne, a w niektórych przypadkach wręcz obowiązkowe. Polskie firmy także zaczynają dostrzegać rosnące potencjalne zagrożenia.

Jest to ubezpieczenie, które chroni w przypadku utraty danych, zabezpieczając instytucję, która została na nią narażona. Ochrona działa niezależnie od tego, czy utratę spowodował atak z zewnątrz, hakerski, czy był ona wynikiem działań wewnątrz spółki informuje Dominik Stachiewicz.

Na razie tego typu ubezpieczenia oferuje w Polsce tylko jedna firma. W ramach polisy CyberEdge od AIG ubezpieczyciel pokrywa konsekwencje finansowe utraty lub bezprawnego użycia danych klientów lub pracowników, wycieku informacji handlowych oraz pokrywa koszty ich odzyskania lub odtworzenia. Zajmuje się też przypadkami, gdy przestępcy szantażują firmę i żądają okupu, grożąc ujawnieniem poufnych informacji.

– Dzisiaj ubezpieczyciele podchodzą dość wnikliwie do analizy ryzyka. Oczywiście potrzebna jest pełna informacja o tym, jakie to jest ryzyko i w jaki sposób dane są zabezpieczone – mówi Stachiewicz. – Ceny może nie są niskie, ale nie ma konkurencji. Spodziewamy się, że wraz z pojawieniem się oferty innych ubezpieczycieli będą spadały.

Przedstawiciel Donorii zakłada, że cyberpolisy przebiją się na polskim rynku podobnie, jak wcześniej przebiło się ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej członków zarządów i rad nadzorczych spółek. Tego typu polisy są coraz częściej kupowane przez firmy i to nie tylko te największe.

Również członkowie zarządów średnich i małych spółek dostrzegają potrzebę wykupienia tego typu ubezpieczenia podkreśla członek zarządu Donorii. Podobnie jak przy innych ubezpieczeniach cena tego typu polis znacząco spadła. Zwiększyła się nam liczba ubezpieczycieli, którzy oferują to ubezpieczenie. Dzisiaj mamy już kilku graczy, którzy walczą o klientów nie tylko ceną, lecz także warunkami.

Polisy te opiewają na coraz wyższe kwoty. W niektórych segmentach spółek roszczenia wobec ich władz pojawiają się w ok. 10 proc. firm. Wykupiona polisa chroni nie tylko majątki członków zarządu czy rady nadzorczej, lecz także same spółki.

– Ubezpieczyciele poszerzyli spektrum spółek, które mogą być objęte tego typu ubezpieczeniem. Kiedyś nie można było ubezpieczyć spółki nowej, start-upu. Dzisiaj nie jest to może łatwe, ale jak najbardziej możliwe do zrobienia. Możemy ubezpieczyć spółkę, która jest start-upem, z dobrym biznesplanem, gwarantującą stabilny rozwój – mówi Stachiewicz.

Coraz więcej inwestycji deweloperskich. Rośnie sprzedaż materiałów budowlanych do wykańczania domów i mieszkań

Liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia, rośnie w tempie dwucyfrowym. Przybywa także rozpoczętych inwestycji. W tym roku ma zostać oddanych do użytku znacznie więcej lokali niż w ubiegłym. To z kolei przełoży się na rosnącą sprzedaż materiałów wykończeniowych.

W 2014 roku spadła liczba mieszkań oddanych do użytku w Polsce. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, do końca roku było ich ponad 143 tys., o ponad jeden proc. mniej niż w roku 2013. Jednocześnie w zeszłym roku wydano pozwolenie na budowę przeszło 156 tys. mieszkań, czyli o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. Liczba rozpoczętych inwestycji także wzrosła, aż o 16,3 proc. W rezultacie w budowie było ponad 148 tys. mieszkań.

Grupa Atlas, której materiały używane są na wszystkich etapach budowy, dostrzega, że rośnie popyt na te, które potrzebne są na końcowym etapie prac.

– Zaczynamy od fundamentów, kończymy na dachu i produktach potrzebnych do wykończenia mieszkania czy domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Kisiel, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas.W tej chwili widzimy dosyć duży wzrost sprzedaży tynków wewnętrznych, co dobrze wróży, bo jest znakiem tego, że kończą się inwestycje deweloperskie.

Dla Grupy Atlas rynek budownictwa mieszkaniowego jest najważniejszym segmentem rynku, na którym sprzedaje swe produkty. Istotne jest jeszcze budownictwo kubaturowe, czyli inwestycje deweloperskie w biura, magazyny czy obiekty handlowe.

To są obszary, na których się koncentrujemy – deklaruje Paweł Kisiel. Budownictwo indywidualne jest dla nas o tyle istotne, że jeżeli spojrzymy na liczbę mieszkań oddanych do użytku, to ten segment stanowi ponad 50 proc. Budownictwo deweloperskie to czterdzieści kilka procent. Natomiast jeżeli spojrzymy na powierzchnię, to budownictwo indywidualne stanowi ponad 70 proc.

Dlatego Atlas dużo uwagi poświęca edukowaniu klientów. Firma zdaje sobie sprawę z tego, że inwestorzy indywidualni nie są specjalistami z doświadczeniem na budowlanym rynku. Na ogół w ciągu całego życia budują jedną nieruchomość, sporadycznie dwie lub trzy.

Nasi doradcy techniczni mają edukować – podkreśla wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas. – Nie chodzi o to, żeby wydać dużo pieniędzy na budowę domu, tylko o to, żeby ten dom czy mieszkanie zrobić porządnie, z porządnych materiałów. Wydatki na chemię budowlaną nie są tak znaczne, a problemy wynikające z użycia niewłaściwych materiałów są bardzo duże.

Grupa Atlas koncentruje się również na współpracy z wykonawcami inwestycji. W polskim modelu budownictwa indywidualnego to oni na ogół podejmują decyzje w imieniu klienta. Kupujący mieszkanie często uzgadnia, jaki projekt ma być zrealizowany, szczegóły techniczne pozostawiając zakontraktowanej firmie.

– Pracujemy z bardzo dużą liczbą firm wykonawczych, bardzo dużo inwestujemy w szkolenia. Chcemy by doradcy techniczni pracowali w terenie tak, by nie tylko sprzedawali produkty Atlasa, lecz także edukowali rynek – opowiada Paweł Kisiel. Na rynku mamy do czynienia z problemem jakości materiałów budowlanych i świadomości konsumentów.

Boruta-Zachem dzięki taniej metodzie produkcji chce walczyć o swoją pozycję na rynku wartym 30 miliardów dolarów

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie popyt na bardziej ekologiczne półprodukty chemiczne wykorzystywane m.in. w kosmetykach czy środkach czystości. Światowy rynek substancji dodawanych m.in. do mydeł i płynów do naczyń (tzw. surfaktantów) wart jest 30 mld dolarów, a jego siłą napędową mają być właśnie produkty pochodzenia naturalnego. Rezygnację ze starszych, szkodliwych substancji nakazuje UE. Barierą jest wysoki koszt produkcji, ale polska spółka chemiczna Boruta Zachem obniżyła koszty dzięki produkcji na bazie śruty rzepakowej.

Biosurfaktanty to substancje, które poprzez zmianę właściwości cieczy mogą być wykorzystywane np. w środkach czyszczących, kosmetykach, lekach, a nawet w transporcie ropy naftowej.

To dziedzina, na której przede wszystkim chcemy się skupiać. Uważamy, że ma potężny potencjał. Rynek surfaktantów chemicznych jest wart ponad 30 mld dolarów rocznie. Z biegiem czasu dyrektywy unijne będą coraz bardziej szły w stronę ekologii, przerobu biomasy, więc surfaktanty pochodzenia ekologicznego na pewno będą wypierały surfaktanty pochodzenia chemicznego. Mają ogromny potencjał wzrostu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu spółki Boruta-Zachem.

Spółka Boruta-Zachem do tej pory zajmowała się przede wszystkim produkcją barwników i pigmentów. W 2013 r. uzyskała z tej działalności niemal 19 mln zł przychodów i 1,3 mln zł zysku netto. Wśród klientów Boruty-Zachem są m.in. najwięksi producenci farb i lakierów w Polsce, tacy jak Tikkurila, AkzoNobel i Śnieżka. Barwniki spółki znajdują się również w kostkach toaletowych, produktach chemii budowlanej (m.in. silikonach, akrylach, fugach), papierze czy produktach włókienniczych.

Te same branże korzystają z surfaktantów, czyli środków powierzchniowo czynnych.

Dlatego pomysł na produkcję ekologicznych surfaktantów wyszedł od naszych klientów. W naszym portfolio klientów jest ok. 300 znaczących w Polsce firm i widzimy, że mają duże zapotrzebowanie na surfaktanty pochodzenia ekologicznego, gdyż substancje pochodzenia chemicznego rodzą niesamowite problemy, chociażby z odprowadzaniem ścieków, kanalizacji. Rosną np. koszty odprowadzenia tych ścieków – tłumaczy Pawlikowski.

Spółka chce umacniać swoją pozycję na tym rynku głównie dzięki uruchomieniu nowej linii produkcyjnej biosurfaktantów. Pod koniec ubiegłego roku podpisała kontrakt z odbiorcą ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich na 100 ton produktów z tej fabryki. Umowa warta jest 82,5 mln zł.

Pawlikowski podkreśla, że choć w Unii Europejskiej jest duża presja na wykorzystanie biosurfaktantów, barierą w ich popularyzacji jest wysoki koszt produkcji, a w szczególności ceny pożywek. Boruta-Zachem opracowała jednak technologię, która daje bardzo dobre rezultaty produkcyjne przy zachowaniu niskich kosztów. Wykorzystuje ona powszechnie dostępny w Polsce rzepak.

Polska jest jednym z wiodących producentów rzepaku w Europie, a województwo kujawsko-pomorskie i Bydgoszcz, czyli centrum naszego regionu, są położone w zagłębiu rzepakowym. Dlatego staraliśmy się wszystkie nasze badania prowadzić na śrucie rzepakowej i w połączeniu z odpowiednimi szczepami bakterii okazało się, że nasz pomysł był strzałem w dziesiątkę, że ta technologia jest wydajna – mówi Pawlikowski.

Biosurfaktant produkowany przez Borutę-Zachem już po kilku dniach degraduje się w 67 proc., co oznacza, że produkt ten niemal całkowicie rozkłada się bardzo szybko. W przypadku tradycyjnych surfaktantów chemicznych w tak krótkim czasie nie obserwuje się rozkładu produktu.

Innowacje są ważne również w innych segmentach działalności spółki. Boruta-Zachem opracowała m.in. nanoopatrunki, czyli innowacyjne opatrunki wykorzystujące nanostruktury dwutlenku krzemu z dodatkami kwasów. Umożliwiają one skuteczne leczenie ran bez wykorzystania antybiotyków. W ubiegłym roku opracowany we współpracy z naukowcami projekt został zgłoszony do konkursu o dofinansowanie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, nie otrzymał jednak środków.

Czekamy na nowe programy, które będą rozpisane w nowej perspektywie unijnej. Będziemy się starali o dofinansowanie na nanoopatrunki – zapowiada Pawlikowski.

Auta w wersji podstawowej nie sprzedają się tak dobrze. Polacy częściej kupują droższe i lepiej wyposażone samochody

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej wybierają samochody droższe i lepiej wyposażone. Przy wyborze istotna jest dla nich kwestia spalania i ekologii, jednak sprzedaż aut najbardziej ekologicznych nie jest jeszcze na wysokim poziomie. Klientów mogłyby zmotywować zmiany w podatkach.

– Temat aut ekologicznych jest bardzo modny. Na wielu rynkach w Europie te samochody bardzo zyskują na znaczeniu. Niewątpliwie mają na to wpływ uwarunkowania prawne, szczególnie system podatkowy mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – W Polsce bazujemy raczej na bardzo archaicznych podatkach, dlatego akcyza zależna od pojemności samochodu.

W Polsce nabywca nowego samochodu płaci akcyzę 3,1 proc. za samochód o pojemności silnika do 2 l oraz 18,6 proc. za pojazd o większym silniku. Inaczej niż w wielu innych krajach Unii Europejskiej nie ma znaczenia to, czy auto jest ekologiczne, czy nie.

Nie ma to nic wspólnego z ekologią ocenia Łukasz Paździor. – W Europie większa sprzedaż aut ekologicznych motywowana jest rozwiązaniami podatkowymi, których w Polsce brakuje. Mazda oferuje ekologiczne samochody, więc jak najbardziej jesteśmy za tego typu rozwiązaniami i mamy nadzieję, że niedługo nastąpią zmiany w podatkach.

W ubiegłym roku na polskich drogach przybyło ponad 327 tys. nowych samochodów osobowych. To o 12,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Polacy przy wyborze samochodu są raczej konserwatywni. Częściej jednak wybierają samochody z bogatym wyposażeniem.

Coraz więcej osób kupuje droższe auta, czyli te z pełnym wyposażeniem, bardzo często są to samochody ze skrzyniami automatycznymi informuje dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – Również w przypadku Mazdy widzimy trend, że kupowane są auta bardzo bogato wyposażone. Mamy bardzo małą sprzedaż samochodów z najniższymi specyfikacjami. Na tej podstawie wnioskujemy, że klient dba o swoją wygodę i komfort podróżowania.

To oznacza, że w Polsce sprawdza się strategia, w której o klienta walczy się jakością, a nie ceną.

Część marek prowadzi agresywne akcje wyprzedażowe, co tak naprawdę nie do końca w długiej perspektywie musi być korzystne dla klienta – podkreśla Łukasz Paździor.Przy odsprzedaży ma znaczenie wartość rezydualna. Jeżeli są bardzo agresywne akcje promocyjne, ma to finalnie wpływ na cenę odsprzedaży. My staramy się budować politykę długofalową, czyli nie jesteśmy agresywni w wyprzedażach, ale z drugiej strony oferujemy klientowi w odsprzedaży wysoką wartość rezydualną. Myślę, że to jest lepsze rozwiązania niż sprzedawanie aut w niskich cenach.

Emigracja już nie tylko za pieniędzmi, lecz także coraz częściej za większymi możliwościami rozwoju

CEO Magazyn Polska

Polscy emigranci coraz częściej szukają za granicą szans na rozwój zawodowy, a nie tylko wyższej płacy. Najwięcej osób wciąż wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, ale rośnie także popularność innych krajów, np. Niemiec. Coraz częściej emigrują też osoby wykształcone i z doświadczeniem, mają dobrzece płatną pracę.

W ostatnich latach mamy do czynienia ze zmianą profilu emigrujących osób z Polski. Coraz więcej jest takich Polaków, którzy decydują się na wyjazd mimo że mają pracę w Polsce. To jest dość duża zmiana – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Karolina Grot, ekspertka Instytutu Spraw Publicznych.

Grot ocenia, że do emigracji zachęcają Polaków już nie tylko wyższe płace i niższe bezrobocie za granicą. To były dominujące czynniki w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Analityczka ISP przypomina, że wtedy wiele osób emigrowało na krótko, po czym wracało do kraju. Wielu z nich potem decydowało się na kolejny wyjazd.

Mieliśmy do czynienia z taką migracją wahadłową. Tuż po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu się zagranicznych rynków pracy dla nas dotyczyło to rynku brytyjskiego, irlandzkiego i szwedzkiego, takie scenariusze dominowały wśród wyjeżdżających Polaków – mówi Grot. ‒ Polacy jednak szybko zauważyli, że za granicą nie czekają na nich tylko lepsze warunki zatrudnienia.

W pierwszych latach członkostwa w UE wśród emigrantów dominowali ludzie, którzy w Polsce nie mogli znaleźć pracy w ogóle lub musieli pracować poza zawodem. Emigrację wiązali z szansą na szybki zarobek, który pozwalał albo na zaoszczędzenie środków, albo na wysyłanie ich do pozostawionej w kraju rodziny.

Wielu z nich dostrzegło w tym czasie, że w krajach zachodniej Europy mogą liczyć nie tylko na lepsze wynagrodzenie, lecz także na bardziej stabilne zatrudnienie. To spowodowało, że zaczęli wyjeżdżać na dłużej. Lepsze perspektywy na Zachodzie zachęciły także do wyjazdu te osoby, które mają w Polsce prace i zdobyły już w kraju doświadczenie zawodowe.

Wśród Polaków wyjeżdżających do Niemiec i Wielkiej Brytanii jest coraz więcej osób, które pracują w swoim zawodzie. Nie zatrudniają się one długotrwale na stanowiskach, które nie odpowiadają ich wykształceniu, lecz aspirują do tego, by wykonywać pracę, która jest zgodna z ich kwalifikacjami – mówi Grot.

Coraz więcej osób szuka pracy za granicą, jeszcze kiedy są w Polsce, planując tę decyzję z wyprzedzeniem. Po znalezieniu szansy na rozwój zawodowy za granicą Polacy chętniej niż przed kilkoma laty podejmują decyzję o pozostaniu w kraju emigracji na stałe.

Wśród najczęściej wybieranych krajów emigracji Polaków nadal dominuje Wielka Brytania, gdzie Polacy stanowią drugą co do liczebności po obywatelach Indii mniejszość narodową. Wiele osób wyjeżdża też do Niemiec, Holandii (gdzie dominują pracownicy sezonowi), Irlandii, a także krajów skandynawskich. Jak wynika z danych za 2013 r., do samych tylko Niemiec wyjechało wtedy ok. 200 tys. Polaków. Spośród ponad 1,2 mln imigrantów, którzy osiedlili się u naszych zachodnich sąsiadów w tym roku, Polacy byli najliczniejszą grupą i stanowili ponad 16 proc.

Wyjeżdżasz za granicę? Nie zapomnij włączyć roamingu

Chcesz przesyłać zdjęcia do znajomych, sprawdzać pocztę elektroniczną, być w kontakcie telefonicznym z szefem? – kiedy wyjeżdżasz za granicę, pamiętaj o aktywacji roamingu.

O włączeniu roamingu warto pomyśleć jeszcze przed przekroczeniem granicy. Usługa ta zazwyczaj zostaje aktywowana już w momencie podpisania umowy z operatorem. W niektórych przypadkach może on poprosić o podanie numeru karty kredytowej lub wpłatę kaucji w ramach zabezpieczenia.

„Już na etapie pakowania walizki powinniśmy wykonać telefon do operatora naszej sieci komórkowej, by dowiedzieć się, czy roaming jest włączony dla danej karty SIM oraz jakie pakiety minut i transmisji danych obejmuje nasza taryfa” – mówi serwisowi infoWire.pl Witold Tomaszewski, redaktor naczelny portalu Telepolis.pl. Większość operatorów oferuje pakiety roamingowe w ramach promocji w taryfach średnich i wyższych.

Obecnie, kiedy wyjeżdżamy do krajów Unii Europejskiej, nie musimy obawiać się wysokich rachunków za używanie telefonu. Za połączenie wychodzące zapłacimy nie więcej niż 97 gr, za przychodzące – maksymalnie 25 gr, a koszt przesyłania 1 MB danych to 1 zł i 2 gr. Komisja Europejska chce, aby od 15 grudnia 2015 r. opłaty za roaming zostały zniesione w Unii całkowicie. Użytkownicy telefonów komórkowych mają płacić takie stawki za połączenia, SMS-y i internet, jakie obowiązują w ich krajach, bez względu na to, w którym państwie UE się znajdują.

Niestety ceny za korzystanie z roamingu nie są już tak atrakcyjne np. w Egipcie czy Tunezji. „Koszt minuty połączenia jest tam na poziomie, jaki obowiązywał pięć lat temu w Europie” – informuje ekspert. Dlatego kiedy wyjeżdżamy poza UE, opłacalne może okazać się kupno lokalnej karty prepaid. Należy jednak pamiętać, że w niektórych krajach mogą ją nabyć tylko stali mieszkańcy, a przy zakupie praktycznie zawsze trzeba mieć dowód osobisty lub paszport.

PMI wystrzelił, przemysł będzie zatrudniać

Styczniowy indeks PMI wzrósł z 52,8 pkt. do 55,2 pkt., osiągając najwyższą wartość od lutego 2014 roku – podał bank HSBC.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Przemysł sygnalizuje zdecydowaną poprawę koniunktury, głównie za sprawą rynku wewnętrznego, ale także nowych zamówień eksportowych. W efekcie przedsiębiorstwa planują wzrost zatrudnienia, co jest bardzo ważne z punktu widzenia całej gospodarki. Potwierdza to nasze prognozy, że w tym roku będziemy mieli do czynienia z „walką o pracowników” w niektórych zawodach, w tym o inżynierów i techników. Powinno to wpłynąć na stabilny wzrost spożycia gospodarstw domowych, główną składową PKB.

Po raz pierwszy od 2011 roku tak wyraźnie wzrosły zaległości produkcyjne, co tylko wskazuje na rosnącą liczbę nowych zamówień. Jednocześnie jednak firmy są ciągle ostrożne w powiększaniu zapasów. I mimo, że ich aktywność zakupowa rośnie, to tworząc zapasy nie chcą wyprzedzać popytu rynkowego. A to oznacza, że zapasy będą, podobnie jak w 2014 roku, w relatywnie niewielkim stopniu czynnikiem wzrostu PKB.

W tym kontekście, ciekawie jaką decyzję w sprawie stóp procentowych podejmie Rada Polityki Pieniężnej. Pamiętamy, że w listopadzie 2014 roku poprawa wskaźnika PMI była głównym powodem decyzji o niekontynuowaniu obniżki podstawowej stopy procentowej.

Konfederacja Lewiatan

Upadłość konsumencka – tańsza i łatwiejsza

Do tej pory, aby ogłosić bankructwo, trzeba było wykazać, że do niewypłacalności doszło z przyczyn wyjątkowych i niezależnych od dłużnika. Ponadto konsument musiał mieć pieniądze na pokrycie postępowania. Od 1 stycznia regulacje się zmieniły.

Jak zaznacza w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl radca prawny Piotr Zimmerman z kancelarii prawnej Zimmerman i Wspólnicy, od 2015 r., aby móc ogłosić upadłość konsumencką, nie musimy mieć środków na pokrycie kosztów postępowania. Poniesie je za konsumenta Skarb Państwa – konieczne będzie jednak ich zwrócenie. „Kolejna zmiana dotyczy okoliczności, które spowodowały niewypłacalność. Nie muszą być już one wyjątkowe, ale nie mogą powstać w wyniku rażącego zaniedbania ze strony dłużnika” – zaznacza prawnik. Oprócz tego skrócony został okres, w którym po ogłoszeniu upadłości konsument jest zobowiązany spłacać wierzycieli, z pięciu lat – do trzech.

Bankructwo może ogłosić każda osoba fizyczna, która nie prowadzi działalności gospodarczej. Pierwszym etapem jest złożenie wniosku do sądu. Może on ogłosić upadłość konsumencką lub wniosek oddalić. Następnie – jeśli ogłoszono bankructwo – wdrażane jest postępowanie upadłościowe: sąd wyznacza syndyka, który odbiera nam majątek, wycenia go i sprzedaje. Otrzymane pieniądze są rozdzielane pomiędzy wierzycieli – wyjaśnia ekspert.

Spieniężany jest cały majątek, również nieruchomości. Aby konsument nie wylądował na bruku, z uzyskanych pieniędzy wydziela mu się kwotę równą przeciętnej wysokości czynszu mieszkaniowego na danym obszarze za okres od 12 do 24 miesięcy.

Instytucja upadłości konsumenckiej funkcjonuje w Polsce od czterech lat. W czasie obowiązywania dotychczasowych regulacji konsumenci złożyli zaledwie 2161 wniosków upadłościowych. Czy nowelizacja spowoduje zwiększenie zainteresowania? Prawdopodobnie tak, bo osób, które chcą pozbyć się zadłużenia, a nie są w stanie go spłacić, jest naprawdę dużo.

Punkty za liczbę etatów w firmie naruszają ustawę

Obowiązek zatrudniania na umowę o pracę będzie wpływał korzystnie na realizację zamówień publicznych tylko wtedy, gdy będzie on wykorzystywany w sposób logiczny i zgodnie z intencją ustawodawcy. Niestety, już pojawiają się pierwsze przypadki mylnej interpretacji nowych przepisów, co skutkuje weryfikacją przez zamawiającego zatrudnienia w całej firmie wykonawcy, naruszając tym samym ustawę o swobodzie działalności gospodarczej – przestrzega Rada Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Zapis w znowelizowanej ustawie Prawo zamówień publicznych, który umożliwia zamawiającemu uwzględnienie w SIWZ obowiązku zatrudniania przez wykonawcę pracowników – dedykowanych do wykonania wskazanego zamówienia – na umowę o pracę, to niewątpliwie przełom w dążeniu do profesjonalizacji bardzo istotnej części polskiego rynku. Racjonalne wykorzystywanie tej zasady niesie ze sobą same zalety – zwiększa poziom bezpieczeństwa pracowników, prowadzi do podwyższenia jakości przetargów publicznych, podczas których wyłaniana jest firma realizująca usługę oraz zapewnia dodatkowe wpływy do budżetu państwa.

– Trzeba podkreślić, że weryfikacji nie powinna być poddawana łączna liczba etatów w całej firmie wykonawcy – a wyłącznie zatrudnienie w kontekście wypełniania przedmiotowego zlecenia. W związku z tym punktowanie oferenta za politykę kadrową w skali całego przedsiębiorstwa jest niezgodne z zapisem w ustawie Prawo zamówień publicznych. Artykuł 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Pzp ustala możliwość zobowiązania wykonawców lub podwykonawców do zatrudniania na podstawie umowy o pracę osób wykonujących czynności w trakcie realizacji zamówienia na roboty budowlane lub usługi. Oznacza to, iż oferent powinien – w przypadku takiego wymagania zamawiającego – zatrudnić pracowników na umowę o pracę do wykonania wskazanego zamówienia. Doliczanie punktów – i tym samym ocenianie ofert złożonych w procesie zamówienia publicznego – za łączną liczbę etatów w firmie oferenta w żaden sposób nie wypełnia wymogów art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Pzp i jest sprzeczne z intencją ustawodawcy. Należy również wyraźnie zaznaczyć, że takie działanie jest niezgodne z art. 6.1 Ustawy o swobodzie działalności gospodarczej – mówi Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Niestety, doświadczenie pokazuje, że intencja ustawodawcy nie zawsze znajduje pełne odzwierciedlenie w konkretnych postępowaniach przetargowych. Chodzi o sytuację, w której zamawiający zdecydował się przyznawać punkty w postępowaniu przetargowym w zależności od łącznej liczby pracowników zatrudnionych w danym przedsiębiorstwie na umowę o pracę. Przykład takiego działania można odnaleźć w przetargu Miejskiego Zarządu Dróg w Kielcach, który punktował firmy zatrudniające co najmniej połowę pracowników na umowy o pracę na czas nieokreślony. To nieodosobniony przypadek, gdyż gmina Biała Podlaska wymagała od wykonawców złożenia oświadczenia, w którym deklarowali, że posiadają 95% etatowych pracowników. W Człuchowie natomiast Straż Gminna premiowała Wykonawcę, który opierał zatrudnienie o umowy o pracę – ale w skali całej firmy – bez uwzględnienia tego wymogu w kontekście wykonania powierzonego zamówienia.

Niezwykle istotny jest fakt, że mylna interpretacja artykułu 29 ust. 4 pkt 4 znowelizowanej ustawy o zamówieniach publicznych nie daje żadnej gwarancji – a to było zamierzeniem Ustawodawcy – na to, że przy realizowaniu zamówień publicznych będą pracować etatowi pracownicy. Odwołując się do powyższych przykładów, oferenci wykazują – w skali całego przedsiębiorstwa – duży odsetek osób zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę. Nie oznacza to jednak, że intencja ustawodawcy zostaje respektowana, gdyż niekoniecznie do realizacji wygranego zamówienia kierowani są pracownicy etatowi. W żadnym bowiem z wymienionych przypadków w SIWZ nie zawarto takich wymogów.

To zjawisko może wpływać na mnożenie się sytuacji, w których de facto nadal utrzyma się dyktat najniższej ceny. Umiejętnie skonstruowany konkurs ofert powinien uwzględniać rzeczywiste koszty zatrudnienia osób na umowach o pracę, co powinno odzwierciedlać się w kalkulacji budżetowej zarówno po stronie zamawiającego, jak i wykonawcy. Tymczasem pierwsze niewłaściwe interpretacje noweli ustawy Pzp nie dają żadnej pewności, że kolejne przetargi będą preferowały oferentów, którzy zapewnią zatrudnienie na umowę o pracę wśród osób realnie wykonujących konkretne zamówienia publiczne.

Konfederacja Lewiatan

Nieprzerwany wzrost na rynku leasingu

Polska branża leasingowa 2014 rok zaliczyła do udanych. Firmy raportujące do Związku Polskiego Leasingu, członka Konfederacji Lewiatan, wypracowały 21,3 proc. wzrost i łączne finansowanie na poziomie 42,8 mld zł, przy czym w przeważającej części były to transakcje odnoszące się do dóbr ruchomych. Łączna wartość aktywnego portfela branży na koniec 2014r. (78,3 mld zł) jest porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych, udzielonych firmom przez banki.

Warszawa, 02.02.2015: Związek Polskiego Leasingu odpowiadający za 90 proc. polskiego rynku leasingu, podał, że branża leasingowa w 2014 roku wypracowała 21,3 proc. wzrost liczony rok do roku. Łącznie sfinansowano transakcje o wartości 42,8 mld zł, co wskazuje na dalszy dynamiczny rozwój rynku leasingu w Polsce (po wyniku 35,3 mld zł i 13 proc. dynamice w 2013r.).

„Wyniki wypracowane przez branże leasingową w ubiegłym roku pozwalają liczyć na dalszy rozwój i jeszcze większą popularność leasingu wśród przedsiębiorców. Badanie „Monitoring kondycji sektora MMŚP 2014″, zrealizowane przez CBOS w 2014 roku pokazuje, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa w celach inwestycyjnych częściej korzystają z leasingu niż kredytu . Wskazują na to także zaprezentowane przez nas dane, które potwierdzają, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy wartość aktywnego portfela firm leasingowych rosła dwa razy szybciej niż wartość salda kredytów inwestycyjnych” – powiedział Wojciech Rybak, Wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego, Związku Polskiego Leasingu.

Obraz i trendy widoczne na rynku

Struktura łącznego rynku finansowania pozostaje w miarę zrównoważona; 36,4 proc. stanowią transakcje dotyczące pojazdów lekkich, dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony, 33,1 proc. to maszyny i inne urządzenia w tym IT, a transport ciężki stanowi 26,7 proc. całego rynku. W Polsce, w dalszym ciągu udział finansowania nieruchomości jest znacznie niższy niż w Europie i wynosi 2,9 proc.

W 2014 roku, podobnie jak w latach ubiegłych, pojazdy lekkie były kluczowym motorem rozwoju polskiego rynku leasingu. Wysoka całoroczna dynamika osiągnięta w tym segmencie (39 proc. wzrost r/r i wartość transakcji na poziomie 15,5 mld zł) była możliwa głównie, dzięki wynikom wypracowanym przez firmy w I kwartale (kiedy za sprawą okienka kratkowego, finasowanie pojazdów lekkich wzrosło o 79 proc.), oraz korzystnym przepisom dla leasingu aut z segmentu premium w kolejnych miesiącach.

Drugim segmentem, który zanotował stabilny wzrost, są maszyny i urządzenia, liczone łącznie z IT. Za 17 proc. dynamikę oraz finansowanie na poziomie 14,1 mld zł odpowiadają: wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w firmach, środki unijne na rolnictwo oraz odbicie w budownictwie (zauważalny wzrost finansowania maszyn budowalnych o 52 proc.).

Finansowanie transportu ciężkiego, do którego zostały zaliczone pojazdy ciężarowe, statki, samoloty i inne pojazdy, jest trzecim, co do wielkości obszarem pracy firm leasingowych. W 2014 firmy wypracowały 13 proc. wzrost oraz finansowanie na poziomie 11,4 mld zł. Rozwojowi rynku sprzyjało zainteresowanie pojazdami ciężarowymi z normą emisji Europ 5 z tzw. listy derogacyjnej, w pierwszych miesiącach roku. Wysoka dynamika została utrzymana do końca III kwartału roku, mimo trudnej sytuacji zewnętrznej.

W ostatnim kwartale odnotowano spadek finansowania pojazdów ciężarowych, który należy łączyć z wysoką bazą z 2013, związaną z masowymi zakupami pojazdów przed wprowadzeniem w życie nowej, podwyższonej normy emisji spalin. W nawiązaniu do sytuacji na rynku transportu, firmy leasingowe nie odnotowały pogorszenia jakości portfela branży transportowej, w porównaniu do średniej dla całego portfela.

Rynek nieruchomości, stanowiący mniej niż 3 proc. transakcji realizowanych przez firmy leasingowe, zakończył rok z 23,5 proc. spadkiem (przy wartość transakcji 1,25 mld zł), przy czym warto zauważyć, iż w IV kwartale sfinansowano 52,4 proc. całorocznej produkcji. Branża odnotowała spadek liczby zawieranych umów, przy jednoczesnym wzroście średniej wartości kontraktu.

Wyniki badania koniunktury branży leasingowej Związek Polskiego Leasingu po raz kolejny podał wyniki badania koniunktury branży leasingowej, zrealizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach leasingowych. Ankietowane firmy oczekują stabilizacji jakości portfela leasingowego, stopniowego wzrostu zatrudnienia oraz istotnego spadku dynamiki dla nowej produkcji

Eksperci firm leasingowych uważają, że w I kwartale 2015 (w stosunku do IV kwartału ubiegłego roku), będą zauważalne: spadek poziomu finansowania pojazdów lekkich oraz stabilizacja sytuacji w grupach środków trwałych związanych z transportem ciężkim i nieruchomościami. Najlepsze perspektywy mają sektory maszyn i IT.

Prognozy na 2015 rok dla branży leasingowej

W 2015 roku branża leasingowa oczekuje wzrostu na poziomie 11,2 proc. Według Dyrektora ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL, Marcina Nieplowicza, dynamika rynku leasingu będzie zgodna z oczekiwanym wzrostem inwestycji prywatnych. Stabilny i zrównoważony wzrost gospodarczy będzie wspierał inwestycje firm. Będzie to szczególnie odczuwalne przy finansowaniu maszyn i pojazdów w II półroczu 2015r. Niewątpliwie rynek odczuje także wpływ okienka kratkowego na wyniki I kwartału 2015r. w finansowaniu samochodów OSD (osobowe i dostawcze do 3,5 tony). Rynek samochodów ciężarowych może doświadczyć stabilizacji w I kwartale 2015r. ze względu na bazę z 2013 z wysoką liczbą rejestracji nowych Euro z listy derogacyjnej. W kolejnych kwartałach wpływ będzie miała także stopniowa poprawa koniunktury w strefie Euro, szczególnie w Niemczech.

Branża oczekuje również kontynuacji odbicia na rynku maszyn budowalnych, wspieranej zaliczkowym wydawaniem pieniędzy z nowej perspektywy unijnej. Rynek maszyn będzie się dalej wzmacniał, dzięki wysokiemu poziomowi wykorzystania zdolności produkcyjnych. Nieznaczne odbicie ma być także udziałem rynku nieruchomości.

Ile kosztuje reklama online w branży budowlanej – prognoza na 2015 rok

Mimo stopniowego ożywienia na rynku budowlanym, ceny materiałów nadal pozostają na rekordowo niskim poziomie. Mniejsze zyski mogłyby stanowić motor napędowy do podwyżek, jednak duża konkurencyjność branży utrudnia zwiększanie rentowności tą drogą. Blink.pl przeprowadził badanie pokazujące jak w wyeksponowaniu oferty może pomóc reklama online – jak przedstawiają się szacunkowe koszty oraz przewidywane efekty takiej kampanii?

Zgodnie z prognozami opublikowanymi przez firmę badawczą IBP Research, rynek materiałów budowlanych w 2014 roku osiągnął wartość ok. 45 mld zł (rynek dystrybucji po odliczeniu sprzedaży bezpośredniej – 38 mld zł). Przez ostatnie 2 lata w branży budowlanej odnotowywano konsekwentne, kilkuprocentowe spadki. Dopiero teraz, w 2015 roku ma nastąpić ożywienie szacowane na ok. 6 proc.

Co hamuje rozwój polskich firm budowlanych? Przede wszystkim zbyt skomplikowane procedury administracyjne oraz wysokie koszty pracy. Problemem są także rekordowo niskie ceny materiałów budowlanych oraz niemożność zastosowania podwyżek wynikająca ze zbyt dużej konkurencyjności tego sektora gospodarki. Jak przekonują specjaliści, odpowiedź na te wyzwania może tkwić w rynku reklamy online. Jego potencjał już od pewnego czasu zauważany jest przez branżę, szczególnie polskie sklepy i markety budowlane.

Świadomi przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że aby zarobić, często trzeba zainwestować w reklamę. Nierzadko to internet kształtuje przekonania konsumentów na temat różnego rodzaju dóbr i nie bez powodu, jako medium reklamowe, zdobywa rosnący udział w budżetach przeznaczonych na promocję. Na pewno szczególną uwagę warto zwrócić w kierunku kampanii linków sponsorowanych w wyszukiwarce Google. Taka reklama pozwala na szybkie i precyzyjne dotarcie z przekazem do właściwych grup docelowych oraz osiąganie wysokich wyników jakościowych, przekładających się na wzrost zainteresowania ofertą reklamodawcy – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, agencji specjalizującej się w hostingu oraz kampaniach SEM i SEO. Firma właśnie przeprowadziła badanie pokazujące wydatki na reklamę w wyszukiwarce Google symulowane dla statystycznego, polskiego przedsiębiorstwa sprzedającego materiały budowlane (producenta, dystrybutora czy marketu).

260 tys. potencjalnych klientów w jeden miesiąc

Analizując warunki determinujące reklamę AdWords w branży materiałów budowanych, Blink.pl pod uwagę wziął zestaw 15-tu fraz reprezentujących ten rynek. Wśród zbadanych słów znalazły się takie wyrażenia, jak: „beton”, „cegły”, „cement”, „gips”, „gładź”, „keramzyt”, „kruszywo”, „piasek”, „prefabrykaty”, „pustaki”, „stal konstrukcyjna”, „tynk”, „wylewka”, „zaprawa” oraz „żwir”. Założono kampanię ogólnopolską w tzw. sieci wyszukiwania obejmującej słowa z analizowanej listy (czyli reklamę docierającą do osób wpisujących frazy w okno wyszukiwarki). Badanie przeprowadzono w styczniu 2015 roku. Symulowano wyniki, jakie uzyskałby reklamodawca wydatkujący budżet dzienny w wysokości 2 500 zł netto i płacący maksymalną cenę – 5 zł netto za pojedyncze kliknięcie w reklamę. Analiza pokazała, że inwestycja na tym poziomie pozwoli osiągnąć efekt kształtujący się na poziomie 260 tys. wyświetleń reklam miesięcznie.

Warto nadmienić, że przyjęta strategia w sieci wyszukiwania nie wyczerpała potencjału reklamowego dla słów kluczowych. Do wykorzystania zawsze pozostaje sieć display, w której reklama wyświetla się kontekstowo, czyli w zależności od treści znajdujących się na stronie czy zainteresowań użytkowników – doprecyzowuje dr inż. Artur Pajkert, ekspert z Blink.pl.

Ile dokładnie kosztuje reklama materiałów budowlanych?

Aby oszacować koszty reklamy w wyszukiwarce Google dla branży budowlanej, Blink.pl przeprowadził symulację z podziałem na poszczególne słowa kluczowe. Sprawdzając potencjał każdego z nich okazało się, że najwięcej przyjdzie zapłacić za kliknięcie w reklamę ukazującą się po wpisaniu słowa „wylewki” – 4,24 zł netto. Co ciekawe, większość słów definiujących materiały podstawowe (np. „beton”, „żwir”, „zaprawa”, „cement” czy „gips”) – nie różni się znacznie pod kątem ogólnego kosztu kliknięcia w kampanii ogólnopolskiej. Zazwyczaj można liczyć na uzyskanie cen rzędu ok. 2 zł netto za kliknięcie.

Dodatkowo Blink.pl sprawdził, które materiały budowlane należą do najczęściej poszukiwanych w internecie. Liderem zestawienia okazał się być „beton” – frazy związane z tym słowem wpisywane są w wyszukiwarkę średnio 67 tys. razy miesięcznie! Za wyświetlenie reklamy po tej frazie zapłacimy 2,08 zł netto.

Kolejne miejsca przypadły słowom – „cegły” (blisko 50 tys. miesięcznych wyszukiań) oraz „pustaki”, których co miesiąc średnio poszukuje 24,5 tys. polskich klientów. Za kliknięcie w te reklamy zapłacimy kolejno 1,33 oraz 1,18 zł netto.

W których województwach firmy budowlane zrobią największy biznes?

Nie jest wielką niespodzianką, że największa liczba kliknięć dla analizowanego zestawu fraz miała miejsce w województwie mazowieckim – 10,6 tys. Zwiększoną aktywność internautów zainteresowanych materiałami budowlanymi zanotowano także w województwach śląskim (4,5 tys. kliknięć w reklamy), małopolskim (4,2 tys.) oraz wielkopolskim (3,4 tys.). Szacunkowa wartość miesięcznych wyświetleń reklam w całej polskiej branży budowlanej wyniosła ponad ćwierć miliona, natomiast liczba kliknięć – prawie 40 tys. Warto jeszcze raz podkreślić, że chodzi o wyświetlenia w sieci wyszukiwania, a nie sieci display, a więc wyświetlanie reklamy użytkownikowi, który właśnie wpisał w wyszukiwarkę frazę zawierającą słowo z wybranej listy.

 

Kultura, sztuka i szeroko rozumiana branża kreatywna jako sektor gospodarki, to ponad 7 milionów miejsc pracy i 4,2% PKB całej Unii Europejskiej

Branża kreatywna z przychodami ponad pół biliona EUR (535,9 miliardów) to jeden z ważniejszych sektorów gospodarki Unii Europejskiej. W ramach branży najaktywniejsze były 3 obszary: sztuki wizualne, reklama oraz telewizja. W sumie w 2012 r. odpowiadały one za ponad połowę wszystkich przychodów – wynika z raportu EY „Kultura jako źródło wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej. Analiza rynków kreatywnych” .

– Kultura i sztuka mogą odegrać kluczową rolę w uzdrowieniu europejskiej gospodarki. Jest to  sektor stanowiący o konkurencyjności Europy – mówi Zbigniew Jusis, Partner w Dziale Doradztwa Transakcyjnego EY.

Próbę zanalizowania znaczenia kultury i sztuki dla unijnej gospodarki podjęto po raz pierwszy. Raport EY obejmuje 11 obszarów szeroko rozumianej branży kreatywnej: architekturę, gazety i czasopisma, gry wideo, film, książki, muzykę, sztuki sceniczne i wizualne, telewizję, radio oraz reklamę.

Sektor dla młodych

Cały sektor zatrudnia w Europie ponad 7 milionów osób, przede wszystkim w sztukach scenicznych i wizualnych oraz w muzyce. Jest trzecim największym pracodawcą po budownictwie oraz przetwórstwie żywności. Prawie 1/5 to młodzi ludzie, w wieku 15-29 lat (19,1%), czyli o 0,5% więcej niż we wszystkich sektorach gospodarki. W Europie Środkowo-Wschodniej ten wskaźnik jest jeszcze wyższy – tam w kulturze i sztuce pracuje o 1,3% więcej niż w pozostałych sektorach.

Kultura i sztuka dotkliwie odczuły kryzys gospodarczy, a zwłaszcza wstrzymanie państwowych dotacji. W latach 2003 – 2008 wydatki budżetowe na kulturę i sztukę w całej Unii rosły 5% rocznie. W latach 2008 – 2012 spadały o 1%. Największe cięcia miały miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej oraz Południowej.

Gra o pierwszeństwo

Spośród badanych obszarów aż trzy wykazują wzrost przychodów. Najdynamiczniej rozwijają się gry wideo z 9% wzrostem. Jednocześnie są najbardziej innowacyjne.

– Gry wideo to jedna z największych i najdynamiczniej się rozwijających branż rozrywkowych, w której europejskie firmy bezpośrednio i skutecznie konkurują z największymi globalnymi graczami. Uniwersalną atrakcyjność gier stanowi między innymi unikalna fuzja szeregu obszarów artystycznych i kreatywnych oraz innowacyjnych technologii – tłumaczy Adam Kiciński, prezes CD Projekt SA.

5% wzrostu zanotowały sztuki wizualne, przede wszystkim dzięki rynkowi dzieł sztuki, który szybko się odbudował po kryzysie gospodarczym. Dodatkowo przychody napędzają muzea, wśród 10 najczęściej odwiedzanych muzeów na świecie 7 to instytucje europejskie, z Luwrem i prawie 10 milionami zwiedzających, British Museum (5,58 miliona) oraz londyńskim Tate Modern (5,3 miliona zwiedzających) na czele.

Ostatnim segmentem na podium jest telewizja. Co prawda w wyniku kryzysu spadły bezpośrednie przychody z reklam, ale prawie 2% wzrost generują telewizje płatne oraz VOD. Europejczycy, jak wynika z raportu EY, wciąż kochają telewizję, poświęcają jej średnio prawie 4 godziny dziennie. Generalnie Europa jest drugim największym na świecie rynkiem telewizyjnym, zaraz po Ameryce Północnej. Ponad połowę przychodów generują 3 kraje – Wielka Brytania, Francja oraz Niemcy.

Największe spadki przychodów

3 obszary zanotowały poważne spadki – muzyka, reklama oraz gazety i czasopisma. Przychody z tradycyjnych metod sprzedaży na rynku muzycznym spadły w ciągu ostatnich 5 lat o 16%, ale za to w internecie muzyki sprzedaje się aż o 109% więcej. Internet generuje już 32% przychodów całego sektora muzycznego.

Rynek reklamy to barometr sytuacji gospodarczej. W kryzysie budżety reklamowe jako pierwsze padają ofiarą cięcia kosztów. Dlatego przychody rynku reklamowego w ciągu ostatnich 5 lat spadły aż o 7%. Polepszająca się sytuacja w Europie powoduje, że powoli trend się odwraca. Ale zmieniają się oczekiwania reklamodawców. Stopniowo przenoszą swoja działania do internetu i serwisów społecznościowych, wycofując się z tradycyjnych kanałów reklamowych, jak prasa, radio i telewizja.

Rynek prasy drukowanej w Europie przeżywa poważne problemy, jego przychody od 2008 roku spadły o 5,7%. W drugiej połowie lat 90. gazety i czasopisma zdobywały 35% całego rynku reklamy. W 2012 roku mają już tylko 20%. Wszystkie wydawnictwa borykają się ze zmianami technologicznymi. Urządzenia mobilne spowodowały, że ludzie chcą mieć dostęp do informacji w każdym momencie i w każdym miejscu. Dlatego niektóre gazety albo w ogóle rezygnują z druku, albo starają się łączyć druk z portalami internetowymi oferując część informacji za darmo.

Kolejnym obszarem spadków są książki – przychody ze sprzedaży zmalały o 5%. I to mimo wskazywania przez 68% Europejczyków książek jako drugiego, po telewizji i radiu, sposobu spędzania wolnego czasu. Europa jest też w tyle w porównaniu z USA jeśli chodzi o rynek e-booków. Tylko 3% przychodów pochodzi z ich sprzedaży (w Stanach Zjednoczonych jest to 20%).

– Spadająca sprzedaż książek z jednej strony smuci, ale trzeba pamiętać, że żyjemy w bardzo „szybkich” czasach, gdzie większość treści jest przyswajana przez użytkowników „on the go” i “on mobile”. Na tradycyjne czytanie mamy coraz mniej czasu, ale książka jest tak naprawdę tylko formą, a sama treść może istnieć niezależnie od niej. Dlatego kluczowe jest dopasowanie formy treści do sposobu i miejsca ich używania. Trzeba sprawiać, żeby treści były łatwo dostępne. Rynek audiobooków i ebooków, mimo, że ciągle mniejszy od książki drukowanej, bardzo szybko się rozwija i będzie dalej rósł, co będzie tworzyć nowe branże, nowe miejsca pracy, wymagać będzie budowania nowych umiejętności. Obecna sytuacja na rynku to po prostu ogromna szansa na zwiększenie ilość fajnych i wartościowych treści (książek), która może dotrzeć to odbiorców – tłumaczy Marcin Beme, twórca Audioteki.

Przystanek na miarę Europy

Kryzys gospodarczy oraz cięcia wydatków budżetowych uderzyły w sztuki sceniczne. Liczba osób chodzących do teatrów zmniejszyła się o 5%, a uczestników  koncertów jest o 2% mniej. Nadal jednak to właśnie koncerty i festiwale muzyczne przynoszą ponad 1/3 przychodów tego obszaru. Wśród największych w Europie festiwali muzycznych znalazł się polski Przystanek Woodstock z ponad połową miliona uczestników.

Ogólnie przychody rynku filmowego spadły o 1%, ale przychody samych kin wzrosły o 2,4%. Największym zagrożeniem jest digitalizacja oraz piractwo, sprzedaż płyt DVD zmalała o 12%, a rosnąca sprzedaż płyt Blueray nie równoważy tego spadku.

Kultura przez telefon

Badanie EY pokazuje, że 70% czasu spędzanego ze smartfonem lub tabletem to konsumpcja kultury. W ciągu ostatnich 10 lat internet wygenerował dodatkowe 30 miliardów EUR przychodów. Wszystkie obszary tego sektora gospodarki szybko nauczyły się wykorzystywać nowoczesne technologie i teraz są źródłem innowacyjności oraz kreatywności, łącząc tradycyjne kanały komunikacji z nowoczesnymi.

Kolejny intensywny rok na rynku inwestycyjnym w Polsce

Rok 2014 był kolejnym bardzo intensywnym okresem na polskim rynku transakcji inwestycyjnych w segmencie nieruchomości komercyjnych. Całkowity wolumen transakcji wyniósł 3,03 mld euro, co stanowiło prawie połowę wartości umów kupna/sprzedaży odnotowanych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Osiągnięty wolumen był porównywalny do wartości z 2013 r. i o 22% przewyższał wartość transakcji sfinalizowanych w 2012 r.

W drugiej połowie 2014 r. zawarto umowy kupna/sprzedaży na łączną kwotę 1,64 miliarda euro, z czego aż 1,16 miliarda euro dotyczyło transakcji sfinalizowanych w czwartym kwartale 2014 r.

W 2014 r. na rynku inwestycyjnym dominowały transakcje w sektorze nieruchomości biurowych, na które przypadło ponad 50% wartości umów kupna/sprzedaży o łącznej wartości 1,54 miliarda euro. Wśród pięciu największych transakcji w 2014 r., trzy dotyczyły nieruchomości biurowych, a kolejna z dominującym udziałem komponentu biurowego.

Podobnie jak w poprzednich latach, wzrosła wartość transakcji w sektorze logistyczno-przemysłowym. Wolumen tych transakcji wyniósł w ubiegłym roku 2014 r. 706 mln euro, co stanowiło 23% wartości wszystkich transakcji sfinalizowanych w 2014 roku. Na sektor nieruchomości handlowych przypadło 562 mln euro stanowiące 19% udziału w całkowitej wartości transakcji. Słabsza aktywność tego segmentu wynikała z małej dostępności nieruchomości typu prime.

Trzeci rok z rzędu rosło zainteresowanie inwestorów rynkami regionalnymi. Udział wartości transakcji inwestycyjnych zawartych na rynkach regionalnych systematycznie rośnie (wzrost z 48% w 2011 r. do 68% w 2014 r.). W sektorze biurowym zaobserwować można dalszy wzrost zainteresowania inwestorów najwyższej klasy nieruchomościami zlokalizowanymi w miastach regionalnych, szczególnie w ośrodkach o ugruntowanej pozycji na rynku BPO/SSC. Trend ten jest również widoczny w segmencie nieruchomości handlowych, gdzie właśnie na rynkach regionalnych zawarto transakcje o wartości 310 mln euro, co stanowiło ponad połowę wolumenu transakcyjnego uzyskanego w 2014 r. w tym sektorze.

Stopy kapitalizacji dla najwyższej klasy biurowców na koniec 2014 r. spadły nieznacznie poniżej 6,00%, natomiast dla najlepiej pozycjonowanych centrów handlowych pozostały na stabilnym poziomie 5,75%. W 2014 r., w konsekwencji rosnącej atrakcyjności sektora magazynowego, stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości magazynowych obniżyły się z 7,75% do średnio 7,5%.

Według DTZ, wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze handlowym w 2015 r. powinien znacznie przekroczyć wartość uzyskaną w 2014 r., dzięki zwiększonej dostępności produktu inwestycyjnego najwyższej klasy, wystawionego na sprzedaż pod koniec minionego roku. Finalizacja toczących się obecnie procesów zakupu/sprzedaży powinna nastąpić w pierwszych miesiącach obecnego roku. Przewidywanych jest również kilka transakcji pojedynczymi aktywami o wartości przewyższającej 100 mln euro każda.

Obserwowalny jest także wzrost zainteresowania inwestorów drugorzędnymi aktywami, które posiadają istotny potencjał rozwoju. Spodziewamy się kolejnych akwizycji aktywów tego typu zlokalizowanych w miastach regionalnych. Na sprzedaż może zostać wystawionych kilka portfeli nieruchomości handlowych, włącznie z relatywnie nowym formatem małych obiektów typu „convenience” w reakcji na popyt ze strony nowych na rynku graczy z segmentu instytucjonalnego.

Prognozowany wolumen transakcji na rynku nieruchomości biurowych w bieżącym roku może być niższy od wyniku osiągniętego w 2014 r. ze względu na niekorzystną korelację takich czynników jak: rosnąca podaż dostępnej na rynku powierzchni, wzrost poziomu pustostanów i możliwa kompresja stawek czynszów.

W 2015 r. rynek logistyczno-magazynowy wciąż pozostanie atrakcyjny dla inwestorów, jakkolwiek powtórzenie rekordowego wyniku z 2014 r. może być trudne do osiągnięcia ze względu na ograniczoną podaż aktywów typu prime o znaczącej wartości przeznaczonych do sprzedaży. Rekordowo niskie stopy pustostanów mogą wpłynąć na zwiększenie ilości inwestycji spekulacyjnych, które trafią na rynek w 2015 r.

Stopy kapitalizacji dla biurowców klasy prime w 2015 r. powinny oscylować w okolicach 6,00%. Stopy dla najlepszych nieruchomości handlowych ustabilizują się na poziomie 5,75%, W sektorze magazynowym, w wyniku silnego popytu inwestorów, w 2015 r. może nastąpić dalsza kompresja stóp kapitalizacji poniżej 7,50%.

Polska gospodarka nabiera tempa – poziom PKB wzrasta

Rok 2014 był dobry dla polskiej gospodarki – według wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) produkt krajowy brutto (PKB) wzrósł o 3,3% w stosunku do roku poprzedniego.

Dla porównania wzrost PKB w roku 2013 wyniósł 1,7%, więc są powody do zadowolenia. „To bardzo dobry wynik. Pamiętajmy, że Polska jako jeden jedyny kraj utrzymała tak długo, nawet w okresie kryzysu, dodatni wzrost PKB. Jest to wyjątkowa sytuacja” – ocenia w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Artur Satora, rzecznik prasowy GUS.

„Bardzo duże znaczenie dla przyrostu PKB miały spożycie oraz nakłady inwestycyjne, które po pewnym okresie załamania znów zaczęły dawać znać o sobie i osiągnęły dość wysoki wzrost” – wyjaśnia rozmówca.

Pracownicy GUS obliczyli ponadto dynamikę PKB w województwach za rok 2013 (nie są to szacunki ostateczne). „Najlepsze przyrosty PKB osiągnęły województwa podkarpackie, wielkopolskie i podlaskie, z tym że w tym pierwszym i trzecim wynikało to z dość niskiej bazy w roku 2012” – mówi Artur Satora. Najsłabsze wyniki uzyskały natomiast województwa śląskie i świętokrzyskie. W przypadku tego ostatniego mamy do czynienia ze spadkiem PKB w porównaniu z rokiem poprzednim.

II Ogólnopolska Konferencja pt.: „Tereny Inwestycyjne w Polsce” już w maju

Po sukcesie pierwszego spotkania poświęconego gruntom pod inwestycje, serwis Tereny Inwestycyjne Info ma przyjemność po raz kolejny zaprosić do uczestnictwa w II Ogólnopolskiej Konferencji pt.: „Tereny Inwestycyjne w Polsce”. Konferencja odbędzie się 20 maja 2015 roku. Spotkanie w gronie ekspertów stanie się okazją do wymiany poglądów i doświadczeń związanych z inwestowaniem w grunty inwestycyjne.

W trakcie II edycji Konferencji poruszymy tematy związane z trendami na rynku powierzchni magazynowych i biurowych, w szczególności w kontekście właściwego wyboru działki pod przyszłe  inwestycje. Zastanowimy się również nad możliwościami podniesienia atrakcyjności inwestycyjnej terenu pod obiekt rekreacyjny (uzdrowisko, hotel, centrum konferencyjne).

Analizując atrakcyjność działek inwestycyjnych nie można zapomnieć  o znaczeniu planowania przestrzennego, które będzie tematem kolejnego panelu. Właściwie przygotowany plan miejscowy ułatwia również inwestycje przemysłowe, o czym porozmawiamy podczas dyskusji dotyczącej zakupu terenu pod zakład produkcyjny.

– Konferencja to unikalna okazja do rozmów poświęconych ściśle zagadnieniom związanym z terenami inwestycyjnymi. Zainteresowanie ubiegłoroczną edycją pokazuje, że istnieje potrzeba tego typu spotkań – mówi Marta Śniegocka, redaktor naczelna serwisu Tereny Inwestycyjne Info.

Do udziału w Konferencji zachęcamy władze samorządowe, właścicieli oraz przedstawicieli spółek inwestujących na rynku centrów handlowych, biurowców, magazynów, obiektów przemysłowych i hoteli, szefów największych agencji doradczych oraz przedstawicieli otoczenia biznesu.

Więcej na temat konferencji na: www.terenyinwestycyjne.info

Zachowania i preferencje wyborcze Polaków w styczniu 2015

Gdyby wybory parlamentarne miały odbyć się w styczniu, to wzięłaby w nich udział ponad połowa dorosłych Polaków (58 proc.). Najwięcej głosów otrzymałaby Platforma Obywatelska (39 proc.) oraz Prawo i Sprawiedliwość (38 proc.) – wyniki styczniowej fali badania* GfK Polonia na temat preferencji partyjnych Polaków.

W porównaniu z grudniową falą badania notowania PO pozostały na niemal niezmienionym poziomie, natomiast notowania PiS spadły o 2 punkty proc., do 37, 7 proc. Do Sejmu dostałyby się jeszcze: Polskie Stronnictwo Ludowe (8,3 proc.) oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej (6,3 proc.).
Poza parlamentem znalazłyby się: Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke (2,2 proc.), Twój Ruch (1,5 proc.), Partia Kobiet (1,2 proc.), Sprawiedliwa Polska Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobro (0,9 proc.), Unia Pracy (0,7 proc.), Prawica Rzeczpospolitej (0,6 proc.), Stronnictwo Demokratyczne (0,4 proc.), Unia Polityki Realnej (0,3 proc.), Liga polskich Rodzin (0,2 proc.). Powyższy procentowy rozkład głosów uwzględnia także kategorię „inna partia”, na którą wskazał 1 proc. respondentów.

Prezentowane wyniki preferencji wyborczych obliczono na podstawie połączonych dwóch kategorii respondentów, którzy zadeklarowali swój udział w wyborach – tych, którzy wskazali jakąś partię oraz tych, którzy jeszcze się wahają, na jakie ugrupowanie głosować (wynik imputowany**).

Frekwencja
W styczniu ponad połowa respondentów (58 proc.) deklaruje, że wzięłaby udział w wyborach (20 proc. zdecydowanie tak; 38 proc. raczej tak). W wyborach nie wzięłoby udziału 34 proc. respondentów (24 proc. zdecydowanie nie; 10 proc. raczej nie). 8 proc. Polaków nie jest pewnych udziału w wyborach.

Gospodarka w 2015

Według analityków mBanku tegoroczne tempo wzrostu PKB w Polsce wyniesie 3,5%. Na dobre wyniki gospodarcze wpłynie przede wszystkim stabilne tempo wzrostu konsumpcji, a także niesłabnąca dynamika inwestycji wspierana przez wciąż wysoką atrakcyjność Polski w tym obszarze.

Gospodarce pomoże także rok wyborczy i związane z nim spodziewane przyspieszenie inwestycji infrastrukturalnych. W skali globalnej oczekiwane jest dalsze ożywienie w USA i stabilizacja finansowa w Europie poprzez akcję luzowania ilościowego prowadzoną przez Europejski Bank Centralny. 2015 rok będzie jednak rokiem testowania szeroko rozumianej integralności strefy euro (pokłosie wyborów w Grecji, możliwa powtórka w Hiszpanii) oraz ryzyk związanych z sytuacją na Wschodzie, począwszy od ryzyka intensyfikacji samego konfliktu zbrojnego po dalszą eskalację skutków gospodarczych i finansowych.

Gospodarka globalna

Kryzys na rynkach wschodzących i niskie ceny ropy są głównymi przyczynami deflacji z strefie euro i bardzo niskiej inflacji w krajach rozwiniętych. Ryzyko deflacyjne potęgowane jest przez możliwość dalszego osłabiania się dynamiki wzrostu gospodarczego i konkurencyjności Chin, a co za tym idzie dewaluacji juana.

Pomimo wciąż niezadowalających perspektyw rozwoju w Europie, najbliższe 12 miesięcy przyniesie ustabilizowanie systemu finansowego w państwach strefy euro. Można spodziewać się także symbolicznego, cyklicznego przyspieszenia wzrostu gospodarczego za sprawą deprecjacji wspólnej waluty, dalszych obniżek stóp oprocentowania kredytów i niskich cen ropy naftowej, sprzyjających utrzymaniu już i tak obecnie przyzwoitych wzrostów konsumpcji.  Według ekspertów banku, strefa euro nie jest jednak zdolna w średnim okresie do generowania wzrostu gospodarczego w tempie porównywalnym do innych rynków rozwiniętych – ten pogląd będzie pokutował w oczekiwaniu tylko tymczasowych efektów gospodarczych poluzowania ilościowego, które potrwa zapewne dłużej niż tylko do połowy 2016 roku.

Analitycy mBanku zupełnie inaczej oceniają sytuację w Stanach Zjednoczonych. Za Oceanem spodziewany jest stabilny wzrost, choć niska inflacja i (na razie) powoli rosnące płace tymczasowo maskują konieczność szybkiego zacieśnienia polityki pieniężnej. Jest jednak pogląd pochopny. Analitycy mBanku spodziewają się, że Fed dokona zacieśnienia polityki pieniężnej na zasadzie ideologicznej już w 2015 roku. Umocnienie dolara będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskim poziomie.

Gospodarka polska

W 2015 roku oczekiwane jest 3,5% tempo wzrostu polskiego PKB. Wprawdzie jeszcze początek roku może przynieść pewne wyhamowanie dynamiki PKB, w kolejnych kwartałach przyspieszenie będzie jednostajne i na koniec bieżącego roku wzrost może wynieść powyżej 4%. Wzrost gospodarczy będzie wspierany przez rosnącą konsumpcję. Ożywienie na rynku pracy i stabilny wzrost dochodów obywateli utrzymywać się będzie w całym 2015 roku.

W ocenie analityków mBanku nie ma podstaw do zmniejszenia dynamiki inwestycji. Atrakcyjność Polski, jako miejsca do lokowania inwestycji, wzmacniana jest przez niskie stopy procentowe, silny popyt wewnętrzny czy niskie płace w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Dodatkowo kalendarz wyborczy będzie skłaniał decydentów do przyspieszania realizacji inwestycji infrastrukturalnych.

Przez większą cześć roku polska gospodarka będzie się zmagać z deflacją. Splot czynników zewnętrznych ( cena ropy, ceny żywności, kursy walut) z niską presją inflacyjną w kategoriach bazowych, sprawi, że inflacja wzrośnie tylko nieznacznie do końca 2015. Rada Polityki Pieniężnej nadal będzie pod presją globalnej deflacji. Dlatego prognozowana obniżka stóp procentowych może być większa niż 50 punktów bazowych.

Rentowność Skarbowych Papierów Wartościowych będzie jeszcze spadać. Polskie obligacje wspierać będzie atrakcyjna realna rentowność i globalny trend poszukiwania dochodu. Polskie obligacje, w ocenie inwestorów, nadal będą oferowały możliwość osiągnięcia satysfakcjonującej stopy zwrotu przy relatywnie niewielkim ryzyku  – szczególnie wobec obligacji państw strefy euro

2015 rok będzie rokiem aprecjacji złotego. Wpływać na to będą najpierw relatywnie wysokie realne stopy procentowe w Polsce, europejskie QE i możliwość instalacji carry trades, później natomiast – cykliczne przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Szczegółowe informacje i prezentacje prognoz gospodarczych na 2015 dostępne są na stronach banku.

Kredyty hipoteczne zdrożały w 2/3 banków

W ciągu ostatnich 12 miesięcy banki podniosły ceny kredytów hipotecznych. Z danych Bankier.pl wynika, że dwie trzecie instytucji narzuca klientom wyższe marże niż przed rokiem. Podwyżki zamaskował spadek stóp procentowych – klienci i tak płacą niższe raty niż w styczniu 2014 r.

Po serii obniżek stóp procentowych wskaźnik WIBOR 3M znalazł się na rekordowo niskim poziomie – ok. 2 proc. Wraz z obniżaniem się ceny pieniądza na rynku międzybankowym tanieją kredyty hipoteczne. WIBOR jest bowiem składową oprocentowania takich zobowiązań, obok narzucanej przez bank marży.

Porównaliśmy wyniki styczniowych rankingów hipotek Bankier.pl z 2014 i 2015 r. Kredyty hipoteczne są dziś najtańsze w historii – taki wniosek można wysnuć przyglądając się wysokości raty zobowiązania zaciąganego w styczniu. W rzeczywistości jednak przez ostatnie 12 miesięcy wiele banków podniosło cenę pożyczanego pieniądza –  komentuje dr Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Złudzenie taniego kredytu

W styczniowym rankingu kredytów hipotecznych Bankier.pl poprosiliśmy banki o przygotowanie ofert dla dokładnie takiego samego profilu kredytobiorcy co rok wcześniej. Bezdzietne małżeństwo z Łodzi osiągające łączny dochód netto 6 tys. zł, stara się o kredyt z 20-procentowym wkładem własnym, na 30 lat. W tym roku zwycięzcą był Bank BPH, w którym miesięczna rata zobowiązania na 196 tys. zł wyniosła 872 zł (marża 1,35 pp.). W styczniu 2014 r. przewodził Bank BPS z ratą na poziomie 943 zł (marża 1,39 pp.).

Marżę poniżej 1,50 pp. proponowało przed rokiem 7 instytucji, a w tym miesiącu już tylko dwa banki. W ciągu 12 miesięcy 12 instytucji podniosło cenę pieniądza, 5 – obniżyło, a jeden bank (Raiffeisen Polbank) utrzymał marżę na tym samym poziomie. Najbardziej cenę kredytu podniósł Alior Bank (o 0,8 pp.) i Bank Pocztowy (o 0,73 pp.).

W warunkach spadających stóp procentowych łatwo przeoczyć niekorzystne tendencje w cennikach kredytowych banków. Są one jednak faktem.

Osoby, które dziś decydują się na kredyt powinny pamiętać, że jeszcze kilka lat temu WIBOR sięgał 7 proc. i nie jest wykluczone, że w przyszłości może on wrócić na podobne poziomy. Szok dla domowych finansów nie będzie tak nagły, jak w przypadku kredytów walutowych, ale już dziś warto przygotowywać się na koniec taniego kredytu – komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

V Polsko-Francuskie Konsultacje Międzyrządowe w Paryżu

Ministrowie Finansów Polski i Francji uzgodnili zakres intensywnej współpracy dwustronnej oraz na forum Unii Europejskiej

W dniu 30 stycznia br. Minister Finansów Mateusz Szczurek towarzyszył Pani Premier Ewie Kopacz w trakcie V Polsko-Francuskich Konsultacji Międzyrządowych w Paryżu. W trakcie wizyty odbyły się także dwustronne konsultacje między Ministrem Szczurkiem a francuskim Ministrem Finansów Michelem .

Ministrowie potwierdzili poparcie dla jak najszybszego utworzenia Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFSI). Obecnie toczą się uzgodnienia między państwami członkowskimi nad projektem aktu prawnego powołującego Fundusz, przedstawionym przez KE w połowie stycznia br., w dużej mierze na bazie polskich propozycji z września ubr. Przyjęcie rozporządzenia w tej sprawie ma nastąpić w połowie roku. Ministrowie zgodnie uznali, że szczególną wartością EFSI powinno być umożliwienie wdrożenia projektów, które do tej pory nie znajdywały finansowania ze strony środków czysto prywatnych czy też finansowanych ze środków z budżetu unijnego. W tym kontekście dyskutowali o znaczeniu narodowych wkładów kapitałowych do EFSI. Działania EBI, a następnie EFSI, powinny umożliwić mobilizację środków sektora prywatnego, poprzez ich powiązanie ze środkami publicznymi, w celu sfinansowania projektów inwestycyjnych w kluczowych obszarach gospodarki, w efekcie pobudzając wzrost gospodarczy w Europie.

Tematem rozmów był także coroczny budżet Unii Europejskiej, którego oba państwa są beneficjentami. Ministrowie potwierdzili znaczenie, jakie przywiązują do negocjacji budżetowych. W świetle obserwowanych szczególnie w ostatnich latach napięć na linii między płatnikami netto a beneficjentami netto tego budżetu, wyrazili zainteresowanie sprawnym przebiegiem tegorocznej procedury budżetowej.

Minister Szczurek podziękował także Ministrowi Sapin za wsparcie ze strony Francji w zabiegach Polski o członkostwo w Grupie Zadaniowej ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy i wyraził oczekiwanie, że wsparcie to będzie kontynuowane w trakcie negocjacji nad rozszerzeniem Grupy. Grupa została utworzona podczas Szczytu Państw G-7 w Paryżu w 1989 r. Jej zadaniem jest określanie technik i trendów w obszarze prania pieniędzy, jak też ocena działań podejmowanych na poziomie krajowym i międzynarodowym w obszarze walki z tym zjawiskiem.

Ministrowie, w ślad za uzgodnieniami i dyskusjami na posiedzeniu ECOFIN 27 stycznia br., omówili także dalsze wspólne działania na rzecz przeciwdziałania unikaniu opodatkowania oraz zapewnienia większej spójności rozwiązań w tym zakresie w poszczególnych państwach członkowskich UE. Oba kraje są także nastawione na walkę z agresywnym planowaniem podatkowym przez grupy przedsiębiorstw. Współpraca obejmuje również zapobieganie praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. W tym roku będą toczyły się prace nad unijnymi przepisami w zakresie tzw. erozji bazy podatkowej i przenoszenia zysków. Celem tych prac będzie wypracowanie rozwiązań, które pozwolą zmniejszyć skalę nadużyć podatkowych w transakcjach międzynarodowych. Ministrowie uznali te prace za jeden ze wspólnych priorytetów na nadchodzące miesiące.

Oba ministerstwa pogłębią także współpracę w zakresie usprawniania procesu budżetowego, w szczególności poprzez wypracowanie docelowej zadaniowej klasyfikacji budżetu oraz mechanizmy przeglądu wydatków publicznych. Eksperci z polskiego Ministerstwa Finansów odbędą w najbliższym czasie wizytę studyjną u swoich francuskich kolegów. Głównym tematem będzie budżet zadaniowy oraz zasady zarządzania środkami publicznymi.

Wspólnym priorytetem będzie także zacieśnienie współpracy w szerszym, obejmującym Niemcy, formacie Trójkąta Weimarskiego w obszarze ekonomiczno-finansowym. Ministrowie uzgodnili rozpoczęcie przygotowań do spotkania w tym gronie w Warszawie.

NIK o usamodzielnianiu dzieci z rodzin zastępczych i domów dziecka

Dla dużej części wychowanków z rodzin zastępczych i domów dziecka próby wejścia w dorosłość po 18. roku życia nie kończą się najlepiej: powiększają kolejki bezrobotnych w urzędach pracy i pobierają zapomogi z opieki społecznej. Wielu rezygnuje i wraca z powrotem do pieczy zastępczej, blokując miejsca dla młodszych. Powodem jest przede wszystkim brak mieszkań i pracy oraz mizerne świadczenia finansowe. Samodzielnie mieszkający wychowanek może liczyć na 500 zł za kontynuowanie nauki.

Co roku blisko sześć z prawie 70 tys. wychowanków domów dziecka, rodzin zastępczych i placówek opiekuńczo – wychowawczych osiąga pełnoletność. Część, ucząc się dalej, pozostaje jeszcze przez jakiś czas – do 25 roku życia – w pieczy zastępczej, część decyduje się rozpocząć samodzielne życie, nawet mimo braku wsparcia rodziny naturalnej. Jednak wychowankowie z rodzin zastępczych i domów dziecka, gdy opuszczają pieczę często mają problemy z najprostszymi sprawami: ze zrobieniem zakupów, gospodarowaniem pieniędzmi, gotowaniem. Są też bardziej narażeni na bezdomność, bezrobocie, wejście w konflikt z prawem. Dlatego tak ważna jest skuteczna pomoc państwa w ich usamodzielnianiu, aby znaleźli swoje miejsce w społeczeństwie.

Wychowankowie o trudnościach: „Proces usamodzielnienia nie był dokładnie wytłumaczony. Motanie w głowie, tak to nazwę.” (Bielsko Biała)

„Najtrudniejsze było załatwienie mieszkania socjalnego, załatwienie konta w banku, zgłoszenie się do nowej szkoły i załatwienie dokumentów związanych z przyjęciem, wyprowadzka z domu dziecka w sensie fizycznym, czyli transport moich rzeczy, załatwienie zapisania się do nowej przychodni lekarskiej, wyrobienie dowodu osobistego.” (Ząbkowice Śląskie)

Obowiązującą od 1 stycznia 2012 r. ustawą o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej państwo zmieniło zasady wsparcia dla osób usamodzielniających się. Jednak zdaniem NIK nowo wprowadzony system jest nieskuteczny. Duża część wychowanków pieczy zastępczej nie staje się samodzielna, lecz po prostu z jednej formy pomocy przechodzi pod inną: korzysta z pomocy społecznej i zasiłków dla bezrobotnych.

Spośród próby blisko tysiąca wychowanków, którzy podjęli próbę usamodzielnienia, 23 proc. korzystało ze świadczeń pomocy społecznej. 31 proc. zarejestrowało się w powiatowych urzędach pracy, 14 proc. przerwało proces usamodzielnienia, a kolejne 14 proc. wróciło do patologicznego środowiska, z którego wcześniej trafiło do pieczy zastępczej.

Finanse

Kontrola NIK wykazała, że całe wsparcie państwa, jakie przysługuje młodemu człowiekowi opuszczającemu placówkę lub rodzinę zastępczą, w praktyce sprowadza się głównie do doraźnej, minimalnej pomocy finansowej. Jest to tym bardziej niepokojące, że uzyskanie świadczeń pieniężnych często traktowane jest przez wychowanków jako cel, a nie element procesu usamodzielniania.

Wychowankowi opuszczającemu dom dziecka czy rodzinę zastępczą przysługują świadczenia:

  • jednorazowe – na zagospodarowanie w wysokości ok. 1500 zł i na usamodzielnienie od 1650 zł do 6600 zł (w zależności od okresu przebywania w pieczy zastępczej) oraz
  • miesięczne – 500 zł – na kontynuowanie nauki.

W praktyce oznacza to, że młodemu człowiekowi, który np. chce się uczyć i jeszcze nie podejmuje pracy, comiesięczne świadczenie w wysokości 500 zł musi wystarczyć na wszystko: na opłacenie mieszkania, jedzenia i nauki.

W ocenie wychowanków pomoc na kontynuowanie nauki jest niewystarczająca – jeśli nie towarzyszy jej zatrudnienie lub wsparcie finansowe to wychowanek tak naprawdę nie ma możliwości dalszego uczenia się.

„Nie da się przeżyć za 500 zł, wiadomo żywność, odzież, a gdzie mieszkać? Jak opłacić czynsz? Ciąganie się po koleżankach nie jest fajnym doświadczeniem. PCPR w ogóle nie interesuje się wychowankami w procesie usamodzielnienia…” (Bielsko Biała)

„Trzeba zapewnić lepszy start w samodzielne życie. Kwota, którą dostają wychowankowie po przejściach na program usamodzielnienia zbyt często nie starcza nawet na jedzenie itd.” (Kielce)

Fiasko misji opiekunów usamodzielnienia

Osoba usamodzielniana na rok przed osiągnięciem pełnoletności powinna wskazać opiekuna usamodzielnienia, jednak przepisy nie precyzują ani zadań, ani kwalifikacji, ani też kompetencji osoby, która ma takim opiekunem zostać.

Pracownicy centrów pomocy rodzinie są zgodni: brakuje kompetentnych, przeszkolonych opiekunów usamodzielniania. W obecnej sytuacji najlepszymi kandydatami są opiekunowie z niespokrewnionych rodzin zastępczych. Jednak z ustaleń kontroli NIK wynika, że rzeczywistymi opiekunami usamodzielnienia nagminnie zostawały osoby przypadkowe – bez kwalifikacji do pełnienia tej funkcji i bez możliwości realnego wspierania wychowanka w procesie usamodzielnienia.

W rodzinach zastępczych spokrewnionych, opiekunami zostają przeważnie osoby bliskie, np. dziadkowie lub rodzeństwo. Często zdarza się, że tuż przed usamodzielnieniem dziecka, zaczynają się nim interesować rodzice biologiczni, wcześniej pozbawieni praw rodzicielskich. Oni również wskazywani są jako opiekunowie. Jak twierdzą w ankietach przeprowadzonych przez NIK pracownicy centrów pomocy rodzinie, opiekunowie spokrewnieni z reguły nie angażują się w proces usamodzielnienia dziecka. Takie osoby na względzie mają przede wszystkim korzyści płynące z przysługującej mu pomocy finansowej.

W przypadku wychowanków placówek opiekuńczo-wychowawczych opiekunami często zostają dotychczasowi wychowawcy, którzy dobrze znają młodego człowieka oraz mają wykształcenie i umiejętności pedagogiczne. W tym wypadku jednak problemem jest brak czasu wychowawców, którzy w pełnym wymiarze opiekują się przede wszystkim dziećmi pozostającymi w placówce.

W ten sposób w większości przypadków rola wybranych opiekunów – spokrewnionych, czy też nie – ogranicza się więc najczęściej do opiniowania wniosków, np. o pomoc pieniężną lub o przyznanie mieszkania. Zdarza się też, że ci „papierowi opiekunowie” rezygnują w przypadku pierwszych kłopotów z wychowankiem. Z drugiej strony Izba zauważa, że opiekunowie wykonują swoją pracę nieodpłatnie, nie otrzymują żadnego wsparcia np. psychologa, doradcy zawodowego lub prawnika. Kluczowym jednak dla niepowodzenia misji opiekunów usamodzielnienia wydaje się fakt, iż tak naprawdę nie otrzymali oni od państwa żadnych uprawnień, aby choć w części móc wypełniać swoje zadania i realnie wspierać młodego człowieka w jego wchodzeniu w dorosłość: np. ze względu na ochronę danych osobowych nie mogą nawet dowiedzieć się, jak wychowanek radzi sobie w szkole, ani czy regularnie opłaca rachunki.

O współpracy i o tym, jak złożone problemy napotykają mówią opiekunowie i wychowankowie:

„Coś takiego, jak współpraca z opiekunem nie istnieje. Spotkania organizowane by mieć podpis na papierach, a żeby przypodobać się dyrekcji PCPRu pracownicy kombinują, jak tu ograniczyć koszty pomocy”. (Legionowo)

„… Moim problemem jest to, że czuję się odpowiedzialna za losy podopiecznej, natomiast brak mi jakichkolwiek prawnych narzędzi, żebym mogła cokolwiek działać, dowiedzieć się, jaka jest faktyczna sytuacja np. w szkole, lub czy opłacane są rachunki (ochrona danych osobowych). Tak naprawdę to funkcja jest raczej fikcyjna. Prawdziwa jest tylko moja podopieczna i zawsze ją będę wspierać i dopingować” (Kielce).

„Współpraca z opiekunem PCPR przebiega pomyślnie, jednak decyzje jakie podejmuję jako osoba dorosła nie powinny być kwestionowane i omawiane wraz z resztą pracowników PCPR. (…) Uważam, że opiekunowie powinni więcej czasu poświęcać na indywidualną rozmowę, bez udziału osób trzecich, w ten sposób wychowankowie czuliby się swobodniej i chętniej otwieraliby się chcąc np. poradzić się …” (Ostrowiec Świętokrzyski)

Program usamodzielnienia, czyli to tylko formalność

Najpóźniej na miesiąc przed osiągnięciem pełnoletności osoba usamodzielniana powinna – przy wsparciu opiekuna – spisać Indywidualny Program Usamodzielniania. W założeniu ma być to plan drogi życiowej młodego człowieka, który określa m.in. sposób zdobywania kwalifikacji zawodowych, podjęcia zatrudnienia, uzyskania odpowiednich warunków mieszkaniowych. Jak wynika z kontroli NIK plany te jednak nie tylko nie stanowią wsparcia, nie są wskazówką dla młodych ludzi, ale wręcz nie spełniają żadnej roli, oprócz dopełnienia administracyjnego obowiązku uzyskania pomocy finansowej. Jak podkreślają opiekunowie wychowanków dzieje się tak dlatego, że plany:

  • powstają zbyt późno: zarówno kierownicy kontrolowanych centrów pomocy, jak i ankietowani przez NIK opiekunowie, wskazywali, że proces planowania przyszłości wychowanków powinien się rozpoczynać przed ukończeniem gimnazjum, w wieku 15-16 lat, po to, by zapobiegać np. przypadkowemu wyborowi szkoły i mobilizować do wcześniejszego wytyczania drogi życiowej;
  • są pisane na kolanie: w zdecydowanej większości przypadków dokumenty te spisywane są w ciągu jednego dnia, często tylko po to, aby spełnić formalny wymóg uzyskania przysługującej pomocy finansowej;
  • są przygotowywane przez młode osoby, które najczęściej nie mają sprecyzowanych oczekiwań co do własnej przyszłości i nie są świadome ważności tych działań.

W rezultacie plany usamodzielniania nie są przestrzegane – jak ustaliła NIK ¼ wychowanków pieczy zastępczej nie realizowała zawartych w nich deklaracji. Wychowankowie często przerywali naukę lub kilkakrotnie zmieniali szkoły, część, po uzyskaniu pomocy finansowej, całkowicie przerywała realizowanie programu i zrywała kontakty z centrami pomocy.

Nie wolno nadzorować

Powiatowe centra pomocy rodzinie nie mają narzędzi, aby nadzorować proces usamodzielnienia. Nie mogą rozliczać wychowanków z przyznanej pomocy ani sprawdzać, czy świadczenia zostały wykorzystane zgodnie z wnioskami. Dodatkowo NIK zwraca uwagę na fakt, że z powodu braku podstawy prawnej, także po zakończeniu procesu usamodzielnienia nie można śledzić losów byłych wychowanków, chociaż mogłoby to pomóc w ocenie skuteczności procesów usamodzielniania. Monitorowanie losów wychowanków ogranicza się więc głównie do egzekwowania zaświadczeń o kontynuowaniu nauki.

Osoby usamodzielniane najczęściej korzystały z pomocy na kontynuowanie nauki. Robiły to tym chętniej, że przyznanie pomocy na ten cel jest praktycznie bezwarunkowe i nienaruszalne, nie zależy bowiem ani od efektów kształcenia, ani nawet od frekwencji. W połowie objętych kontrolą centrów zwracano uwagę, że prowadzi to do nadużyć polegających na pozorowaniu kształcenia, którego celem było uzyskanie nie wykształcenia, ale świadczeń finansowych. Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie w żadnym wypadku bowiem, nawet przy alarmująco niskiej frekwencji, nie mają podstaw, aby przestać wypłacać świadczenia. W przypadku skreślenia z listy słuchaczy, aby nie stracić pieniędzy, wychowankowie po prostu zapisują się do kolejnej szkoły.

Nie mają pracy ani dachu nad głową

Największym problemem dla usamodzielnianych wychowanków było uzyskanie pomocy w znalezieniu zatrudnienia. Działania objętych kontrolą centrach pomocy rodzinie ograniczały się do skierowania poszukującego pracy wychowanka do powiatowego urzędu pracy. Niestety większości z nich bardzo trudno odnaleźć się na obecnym rynku pracy, przede wszystkim z uwagi na niski poziom wykształcenia, krótki staż pracy lub brak jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego.

Ustawa o pieczy zastępczej przewiduje pomoc także w uzyskaniu odpowiednich warunków mieszkaniowych, ale nie precyzuje, na czym miałaby ona polegać. Zdaniem NIK pozostawienie tego w gestii powiatów jest błędem, bo w kwestii przydziału mieszkań, socjalnych czy też komunalnych, nie mają one takich możliwości jak gminy. Pomoc Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie sprowadza się tylko do napisania pisma popierającego wychowanka do urzędów gmin. Tymczasem okres oczekiwania na lokal w zależności od gminy, może wynosić od kilku miesięcy do nawet kilkunastu lat. „Centra Pomocy może mają procedury usamodzielnienia, ale wdrożenie ich jest nierealne. Wychowanek opuszcza rodzinę zastępczą i dokąd ma pójść – na ulicę?” – pyta osoba usamodzielniana. Taką pojedynczą, drastyczną sytuację stwierdzono w Katowicach, gdzie z powodu niewystarczającej bazy mieszkaniowej, wychowanków pieczy zastępczej odsyłano do noclegowni dla bezdomnych.

NIK zwraca uwagę, że bardzo dobrym, ale rzadko wykorzystywanym rozwiązaniem jest kierowanie młodych osób do mieszkań chronionych, w których mogą przebywać do czasu otrzymania lokalu z zasobów gminy. Dają one nie tylko dach nad głową, ale także możliwość nauki samodzielnego życia. Ich mieszkańcy są pod opieką specjalistów, którzy regularnie sprawdzają, jak wychowankowie sobie radzą. W objętych kontrolą 25 jednostkach z pobytu w mieszkaniach chronionych w 2012 r. korzystało 107 usamodzielnianych wychowanków, a w 2013 – 163.

Może dłużej zostać w pieczy zastępczej

Młodzi ludzie mogą także wybrać zupełnie inną drogę i pozostać w pieczy zastępczej do 25 roku życia pod warunkiem, że nadal będą się uczyć. We wszystkich jednostkach objętych kontrolą po wejściu w życie ustawy o pieczy zastępczej nastąpił znaczny wzrost liczby pełnoletnich wychowanków, pozostających w dotychczasowych miejscach. W 2013 r. liczba ta w stosunku do roku poprzedniego wzrosła o 12,6 proc. Powodem jest przede wszystkim brak mieszkań i pracy, ale też wyższe świadczenia finansowe w przypadku pozostawania w pieczy zastępczej, niż gdyby ją opuścili. Przykładowo, na wychowanków pozostających w rodzinach zastępczych spokrewnionych miesięczne świadczenie wynosi 660 zł, a w rodzinach niespokrewnionych lub rodzinnym domu dziecka – 1.000 zł. Samodzielnie mieszkający wychowanek może liczyć głównie na świadczenie na kontynuowanie nauki w kwocie 500 zł. W konsekwencji zauważalnie zmniejszyła się liczba dostępnych miejsc w rodzinach zastępczych niespokrewnionych. Istotny jest jednak zdaniem Izby fakt, że młodzi ludzie zyskują w ten sposób więcej czasu na przygotowanie do samodzielnego życia i zdobycie wykształcenia.

Wnioski NIK

W świetle wyników kontroli NIK dobrze widoczna jest potrzeba jest stworzenie całościowego systemu, w którym młodzi ludzie opuszczający pieczę zastępczą, mieliby zapewnione odpowiednie wsparcie finansowe, emocjonalne i społeczne. W związku z tym konieczne jest podjęcie przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej pilnych działań na rzecz przygotowania kompleksowych rozwiązań, uwzględniających m.in.:

  • przeprowadzanie już na wstępnym etapie procesu usamodzielnienia wychowanków całościowej oceny sytuacji osobistej, rodzinnej, materialnej oraz jego predyspozycji oraz konsultacji z psychologiem i / lub doradcą zawodowym, jako podstawy do zaplanowania indywidualnego procesu usamodzielniania;
  • prowadzenie specjalnych kursów oraz treningów, jeszcze w okresie pobytu w pieczy zastępczej, przygotowujących młodych ludzi do samodzielności;
  • odpowiednie wsparcie psychologiczne i społeczne wychowanków, np. poprzez tworzenie grup wsparcia;
  • określenie zadań opiekuna usamodzielnienia oraz stworzenie warunków dla skutecznego pełnienia tej funkcji.

Orlen szuka nowych kierunków rozwoju. Spadki cen ropy to zyski na produkcji oraz straty na złożach i zapasach

0

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny ropy na świecie oznaczają spadek wartości zapasów oraz ograniczenie inwestycji wydobywczych PKN Orlen. Za to na produkcji i sprzedaży paliw koncern zarabia znacznie lepiej. Wobec strat i zysków związanych z sytuacją na świecie płocka petrochemia poszukuje nowych kierunków rozwoju.  

Myślę, że sukcesem w tym roku będzie utrzymanie marży downstream na poziomie około 11 dolarów, co przy dużo wyższym kursie dolar/złoty będzie bardzo pozytywne dla PKN-u mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Szlaga, analityk Trigon DM.Jeżeli chodzi o marże rafineryjne, to I połowa roku ma niską bazę, więc uważam, że tutaj będzie dość łatwo pobić marże z 2014 roku. Moment prawdy będzie w III kw. tego roku, w III kw. 2014 r. marże nagle eksplodowały.

PKN Orlen przystosowany jest do przetwarzania ropy Ural ze złóż rosyjskich. Jej cena jest niższa od ropy Brent i ta różnica jest składową zysku płockiego koncernu. W rezultacie marże spółki są ostatnio bardzo wysokie i jak wiele wskazuje, utrzymają się na atrakcyjnym poziomie także w tym roku. Mimo tych dobrych wyników Orlen miał w ostatnim kwartale zeszłego roku ponad 1,1 mld zł straty netto. Było to związane z przeszacowaniem zapasów obowiązkowych ropy, których wartość w związku ze spadkami cen na rynkach światowych zmalała o blisko 1,6 mld zł. Orlen musiał też przeszacować wartość swych kanadyjskich złóż.

 Z powodu dużych spadków cen ropy doszło do przeszacowania w dół wartości inwestycji, ale jest to trend, który będzie widoczny na całym świecie podkreśla Kamil Szlaga. – Wydobycie stopniowo wzrasta w Kanadzie, jest to zgodne z tym, co mówił zarząd. Spółka nadal zamierza inwestować w nowe odwierty i zwiększać wydobycie.

Orlen sporo inwestuje też w poszukiwania złóż niekonwencjonalnych w Polsce. Na razie bez spektakularnych sukcesów. Tu jednak nikt takich szybko nie oczekuje.

To są trudne projekty, geologia jest trudna, poza tym technologia nie jest do końca dostosowana – ocenia analityk Trigon DM.Myślę, że potrzeba cierpliwości także od strony spółek jako inwestorów. Niestety, nie ma żadnych spektakularnych efektów pozytywnych, które byłyby dobrym sygnałem dla kolejnych inwestorów, że jednak warto próbować. Myślę, że tu cały czas na efekty trzeba cierpliwie czekać. Te efekty mogą się pojawić, ale nie od razu.

Projekty wydobywcze i przemysłowe to jednak niejedyny kierunek rozwoju płockiej spółki. Orlen dysponuje dziś siecią ponad 2,6 tys. stacji benzynowych, gdzie sprzedaje swoje paliwa. Dziś jednak paliwowe stacje wypracowują zyski także dzięki sprzedaży innych produktów. Dlatego Orlen postanowił budować sieć Stop Cafe. Punkty gastronomiczne tej matki otwarto już na ponad 1,2 tys. stacji.

To jest bardzo dobry kierunek, gdyż stacje paliw przekształcają się powoli w sklepy detaliczne, oferując klientom coś więcej niż tylko czyste tankowanie – uważa Kamil Szlaga z Trigon DM. Jest to trend dość rozwinięty już w Ameryce i Europie Zachodniej. Marże na paliwach są coraz niższe i uważam, że takie pozostaną. Atrakcyjna oferta pozapaliwowa przyciąga z jednej strony klientów do sklepu, a z drugiej strony pozwala generować dużo wyższe zyski.

Forbis Group planuje podwoić zatrudnienie. Spółka chce oferować swoje usługi na nowych rynkach

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Forbis Group chce w tym roku utrzymać wysokie tempo rozwoju i poszerzyć zakres działalności. W związku z tym spółka zamierza zwiększyć zatrudnienie, być może nawet podwoić.

Specjalizująca się w projektowaniu i realizacji sklepów dla sieci handlowych spółka mogła się w ubiegłym roku pochwalić się 20-proc. wzrostem. Podobnego tempa rozwoju oczekuje także w 2015 roku.

Zatrudnienie w zeszłym roku wzrosło o 100 proc. W tym roku spodziewamy się dalszego wzrostu z racji tego, że przybywa nam klientów i pracujemy nad nowymi kontraktami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Powierza, dyrektor zarządzający, członek zarządu Forbis Group. Wzrost zatrudnienia jest nieunikniony i niezbędny, byśmy mogli zaoferować usługi najwyższej jakości. Chcemy utrzymać tempo wzrostu zatrudnienia na podobnym poziomie.

Forbis Group dotąd specjalizowała się w urządzaniu i wyposażaniu sklepów. Ma biuro projektowe wyspecjalizowane w realizacji zleceń dla handlu detalicznego i własne zaplecze realizacyjne. Wytwarza też meble na potrzeby prowadzonych projektów. Spółka zapowiada, że chce nie tylko zdobyć nowych klientów na rynku, na którym dotychczas prowadziła działalność, lecz także zaproponować swoje usługi na pokrewnych rynkach.

Prowadzimy wzmożone działania mające na celu pozyskanie klientów, czyli galerii handlowych, które w tej chwili albo rozpoczęły, albo rozpoczynają, albo planują rozpoczęcie inwestycji związanych z budową nowych galerii bądź rewitalizacją już istniejących  informuje Marcin Powierza. Stawiamy na projekty i remonty powierzchni wspólnych galerii handlowych, food courtów. Już w ubiegłym roku realizowaliśmy z dużym powodzenie projekty w tym obszarze, a w tym roku będziemy to kontynuować.

Wśród klientów Forbis Group są głównie sieci obuwnicze i odzieżowe: CCC, Prima Moda, Wojas, Potis & Verso, Lacoste, Max Mara, Armani i nie tylko. Spółka podkreśla, że stara się poszerzać portfolio klientów. Obsługuje więc też banki, takie jak PKO BP czy mBank. Działa na rynku usług medycznych , realizowała projekty dla sieci Lux Med, Enel-Med oraz Medicover.

– Chcemy także realizować coraz więcej projektów dla banków, sieci medycznych i aptek informuje dyrektor zarządzający i członek zarządu Forbis Group.  Rynek medyczny w Polsce mocno się rozwija, powstaje wiele nowych prywatnych sieci medyczne, głównie w większych miastach Polski, a my staramy się za nimi podążać.

SEG: GPW powinna ożywić rynek obligacji. Czekają na to inwestorzy oraz szukające kapitału przedsiębiorstwa

CEO Magazyn Polska

Polski rynek obligacji ma wielki, choć niewykorzystywany potencjał. Mimo że wiele firm potrzebuje kapitału, a wielu inwestorów chętnie pożyczyłoby im pieniądze, to papierów dłużnych emituje się bardzo mało. Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych postuluje, by to GPW wzięła na siebie zadanie ułatwienia takich transakcji.

Potencjał rynku jest olbrzymi mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Mirosław Kachniewski, prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – Mamy setki miliardów złotych, które leżą na lokatach o poziomie oprocentowania dużo niższym, niż historycznie był przyjmowany i akceptowany przez inwestorów, przez. W związku z tym oni będą szukać innych form inwestowania, które będą dawały im większy zysk. Wydaje się, że rynek obligacji jest idealnym miejscem, gdzie te pieniądze mogłyby trafić.

Stopy procentowe w Polsce są najniższe w historii. Obecnie banki oferują mniej niż 3 proc. odsetek od kapitału rocznie. Rzeczywista stopa oprocentowania kredytów jest zaś co najmniej dwukrotnie wyższa. Z punktu widzenia inwestora bankowe lokaty są słabo oprocentowane, a czynniki makroekonomiczne powodują, że nie za bardzo opłaca się kupować akcje. Natomiast bardzo atrakcyjny jest dług. Niestety, polski rynek obligacji, choć się rozwija, to nie tak dynamicznie, jak można by tego oczekiwać.

Wydaje się, że największym problemem jest kwestia braku bezpośredniego połączenia czy komunikacji między inwestorami a emitentami – ocenia dr Mirosław Kachniewski.Na pewno jest wiele spółek, które chętnie emitowałyby obligacje, oraz wielu inwestorów, którzy woleliby nabywać obligacje, niż lokować pieniądze w banku, natomiast nie za bardzo jest wola, zresztą jest to całkiem zrozumiałe u pośredników finansowych, by w tych transakcjach pośredniczyć.

Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych postuluje więc, by takim pośrednictwem zajęła się sama GPW.

– Ważne, aby GPW stworzyła platformę, na podstawie której spółki mogłyby emitować obligacje, a inwestorzy w ramach specjalnych sesji giełdowych, jak to kiedyś było w przypadku akcji, mogliby obejmować te obligacje, co byłoby tańsze i ułatwiłoby przepływ pieniądza od inwestorów do emitentów , co byłoby z korzyścią dla obu stron proponuje prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Standardy takiego rynku obligacji można wzorować na zagranicy. Choć nie wszystkie rozwiązania trzeba u nas wprowadzać. Na naszym rynku emisje będą dużo mniejsze, więc nie wszystko musi być tak zorganizowane jak na rynkach globalnych.

Pewnego rodzaju formą uporządkowania tego jest próba działalności agencji ratingu i analiz oraz przygotowania ratingów również dla tych mniejszych emitentów i mniejszych emisji obligacji uważa dr Mirosław Kachniewski ze Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.Nazywam to pewnego rodzaju volks-ratingiem i to rzeczywiście byłoby chyba dobre rozwiązanie, żeby każdy emitent w bardzo tani sposób mógł uzyskać taki rating. Uporządkowałoby to rynek i pozwoliłoby inwestorom na lepsze dopasowanie ich inwestycji do poziomu ryzyka.

Bank SMART wprowadzi pełną ofertę produktów inwestycyjnych. Nadal stawia na rozwój usług mobilnych

CEO Magazyn Polska

W ciągu 6 miesięcy od uruchomienia mobilnego, niskokosztowego Banku SMART podmiot osiągnął swoje cele i wprowadził pełną ofertę rozliczeniowo-oszczędnościową oraz kredytową dla klientów indywidualnych i przedsiębiorców. Obecnie kierownictwo banku planuje skupić się na produktach inwestycyjnych oraz dalszym rozwoju mobilnych funkcjonalności, takich jak logowanie do konta osobistego za pomocą głosu. To przyszłość tej branży, bo zdaniem ekspertów już ponad 3 mln Polaków korzysta z bankowości mobilnej, przechodząc z tradycyjnych kanałów bankowości internetowej i klasycznej bazującej na oddziałach stacjonarnych.

Bank SMART rozwija się bardzo dobrze, zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Przyrost klientów i nasze cele biznesowe osiągają oczekiwane poziomy ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Gawron, senior project manager z Banku SMART.

Bank SMART jest częścią FM Banku PBP SA. Unikatową funkcjonalnością banku jest sterowanie głosowe kontem mobilnym oraz możliwość założenia konta osobistego przez telefon – trzeba tylko zrobić zdjęcie telefonem komórkowym i je wysłać.

Jak dodaje Piotr Gawron, w ciągu roku działalności bankowi udało się zbudować ofertę z pełnym zakresem usług bankowych dla klientów – od części rozliczeniowej, przez oszczędzanie klientów, do części kredytowej. Obecnie Bank SMART rozszerza gamę produktów kredytowych oraz rozważa wprowadzenie gamy produktów inwestycyjnych dla klientów indywidualnych.

Chcielibyśmy w najbliższych dniach udostępnić pewne funkcjonalności, które będą bardzo nowatorskie na rynku. Między innymi planujemy rozbudować naszą bankowość głosową o biometrię, tak by klient mógł się zalogować, używając tylko głosu i by tylko za pomocą głosu mógł z nami „bankować” mobilnie ‒ tłumaczy Piotr Gawron. ‒ Przewidujemy również pojawienie się nowych produktów finansowych, już nie tylko bankowych. Wszystko po to, by sprostać wszelkim potrzebom finansowym klientów.

W ostatnich latach nasilił się trend oferowania klientom mobilnego dostępu do usług bankowych, choć skala i zakres takich rozwiązań jest różny, w zależności od banku i jego strategii.

Wszystkie banki oferują dostęp do swoich systemów transakcyjnych z wykorzystaniem rozwiązań mobilnych – aplikacji bądź stron internetowych przystosowanych do urządzeń mobilnych. Natomiast tylko kilka banków postawiło wyłącznie na ten kanał kontaktu ‒ zaznacza senior project manager w Banku SMART.

Konkurencją dla banku są duzi operatorzy, którzy wchodzą na rynek bankowych usług mobilnych.

Piotr Gawron wyjaśnia, że w ramach urządzeń mobilnych klienci często mają do czynienia z szerszym zakresem usług niż w tradycyjnym kanale internetowym. Chodzi między innymi o wykorzystanie aparatu fotograficznego bądź funkcji głosowych.

Udostępnianie produktów finansowych w sposób przyjazny i prosty to według mnie trend rozwoju bankowości mobilnych w przyszłości. Produkty dostępne w kanale mobilnym mają bardzo często jedną wspólną : są prościej podane i bardziej zrozumiałe dla klientów ‒ przekonuje ekspert.

W jego ocenie o Banku SMART można mówić w kategorii dyskontu finansowego, który oferuje klientom atrakcyjne ceny przy zachowaniu jakości i prostoty produktów i rozwiązań.

Myślę, że bankowość mobilna to przyszłość rynku, dlatego że jest prostsza, wygodniejsza i użyteczniejsza ‒ podsumowuje Piotr Gawron.

Resort finansów będzie integrować systemy e-Cło i e-Podatki. W tym roku pierwsze ułatwienia dla przedsiębiorców

Ministerstwo Finansów przyspiesza e-ofensywę w urzędach celnych i skarbowych. W tym roku będą widoczne pierwsze efekty wdrażanych programów e-Cło i e-Podatki. Pojawi się jedno okienko do rozliczeń celnych i podatkowych, przedsiębiorcy będą mogli skorzystać z Platformy Usług Elektronicznych Służby Celnej. W ramach nowej perspektywy unijnej resort chce integrować oba systemy. Nowe e-rozwiązania mają zmniejszyć kolejki w urzędach oraz zastąpić papierowy obieg dokumentów elektronicznym.

W tym roku najistotniejsze w programie e-Cło jest oddawanie kolejnych usług dla klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów i szef Służby Celnej. – W 2015 roku będziemy widzieli pierwsze efekty wdrożenia programu.

Program e-Cło jest realizowany od 2008 roku. Składa się z 22 projektów i zakłada wprowadzenie szeregu ułatwień w postaci m.in. jednego okienka dla rozliczeń celno-podatkowych, które będzie działać od 1 lipca.

To przede wszystkim lepszy i sprawniejszy system obsługi zgłoszeń w eksporcie i imporcie, obsługa elektronicznych deklaracji akcyzowych i potwierdzenie zapłaty akcyzy z tytułu akcyzy od samochodu poprzez urzędowe potwierdzenie odbioru, czyli bez konieczności zgłaszania się do urzędu – tłumaczy Jacek Kapica.

Wszystkie należności celne, podatkowe i inne będą rozliczane przez jedną Izbę Celną – wybór padł na krakowską. Do tej pory zadanie to było podzielone między 16 placówek wojewódzkich. Nowe rozwiązanie ma zdecydowanie uprościć rozliczenia, a także poprawić komunikację pomiędzy przedsiębiorcami oraz Służbą Celną.

W marcu zostanie uruchomiona Platforma Usług Elektronicznych Służby Celnej (PUESC), stanowiąca wspólny punkt dostępu do wszystkich e-usług Służby Celnej, a od 1 czerwca zacznie działać tzw. zintegrowana obsługa w tranzycie.

Myślimy o tym, jak efektywnie wykorzystać możliwości programu operacyjnego Polska Cyfrowa w kolejnej perspektywie finansowej UE. Istotnym elementem jest stworzenie systemu informacyjnego, który zintegruje usługi celne i podatkowe, czyli to, co dziś jest tworzone w ramach programów e-Cło i e-Podatki. Wszystko po to, by klient, niezależnie od tego, czy jest klientem urzędu skarbowego, czy urzędu celnego, był identyfikowany i by wiedza o nim łatwiej przechodziła między urzędami – wyjaśnia Kapica.

Zamysłem resortu finansów jest większa integracja i przyspieszenie wymiany informacji o kliencie między urzędem celnym i skarbowym. Jacek Kapica podkreśla, że w tym roku skorzystamy z ułatwienia nie tylko w kwestiach celnych, lecz także w kwestiach podatku dochodowego od osób fizycznych (w ramach rozwoju programu e-Podatki).

W kolejnych latach będą oddawane kolejne produkty programu e-Podatki, obsługującego podatek CIT i VAT, a integracja będzie następowała stopniowo w kolejnej perspektywie w ramach Polski Cyfrowej, czyli do roku 2020 – tłumaczy wiceminister finansów.

Jak zaznacza, to oczekiwania klienta powinny determinować dążenie do podnoszenia jakości świadczonych usług dla biznesu i usprawniania obrotu towarowego z zagranicą.

Wiceminister finansów jest świadomy trudności związanych z wprowadzeniem nowych rozwiązań, ale wierzy w ich powodzenie.

Każde wprowadzenie zmiany musi uwzględniać ryzyko i możliwe kłopoty w tym zakresie. Dlatego blisko współpracujemy z kilkoma podmiotami, aby testować nowe rozwiązania w formie pilotażu, by potem płynnie zamieniać jeden system na drugi – podsumowuje Jacek Kapica. – Wierzę, że nie będziemy mieli żadnych problemów przy wdrażaniu. Zabezpieczamy się na takie okoliczności i amortyzujemy wszysktkie zmiany.

Banki obawiają się rządowych regulacji dotyczących kredytów we frankach szwajcarskich

Pomysły polityczne jak restrukturyzacja kredytów i dostosowanie rat do możliwości frankowiczów nie powinny wpłynąć negatywnie na sektor bankowy. Zagrożeniem dla niego jednak cały czas pozostają pomysły przewalutowania kredytów w CHF na złote po kursie z dnia zawarcia umowy, co zrodziłoby kilkudziesięciomiliardowe straty w 5-7 największych bankach. Jednak jest to rozwiązanie mało prawdopodobne, ze względu na małą liczebność kredytobiorców, ich dobrą sytuację finansową oraz świadomość podejmowanego ryzyka.

– Jest różnica pomiędzy efektem zmian w kursie franka szwajcarskiego i jego wpływu na banki a następstwami związanymi np. ze zmianą procedur kredytowych czy rządowymi próbami uregulowania tzw. politycznego problemu frankowiczów – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Chwedoruk, prezes polskiego oddziału banku inwestycyjnego Rothschild.

Według eksperta sama zmiana kursu franka nieznacznie oddziałuje na zwiększenie ryzyka w bankach, czyli wzrost NPL. Do tej pory podwyższenie kursu szwajcarskiej waluty i wysokości rat we frankach (w ciągu 10 lat frank wzmocnił się o ponad połowę) nie miało znaczącego wpływu na spłacalność kredytów. Większe znaczenie miała koniunktura gospodarcza, poziom bezrobocia czy liczba rozwodów.

Na niewielką korelację kursu franka z ryzykiem w bankach wpływa także spadek tego kursu. Po ogłoszeniu decyzji przez SNB 15 stycznia przez kilka kolejnych dni kurs franka szwajcarskiego do złotego oscylował na poziomie 4,30 zł. W ostatnich dniach frank słabnie – teraz ledwo przekracza 4 złote.

Wydaje mi się, że sama sytuacja na rynkach walutowych powinna mieć nieznaczne skutki dla ryzyka portfeli frankowych – ocenia Chwedoruk.

Zdaniem prezesa polskiego Rothschilda propozycje, jak choćby wydłużenie okresu spłat kredytów czy obniżenie rat, nie powinny mieć wpływu na bilanse banków, o ile nie powodowałyby zmniejszenia kwot, które kredytobiorcy muszą spłacić bankom.

Restrukturyzacja kredytów i dostosowanie ich rat do możliwości płatniczych prawdopodobnie będzie robiona w taki sposób, żeby miała neutralny wpływ na wyniki banków – tłumaczy Jacek Chwedoruk. – Banki boją się czegoś innego, a mianowicie rozwiązania politycznego, które redukowałoby sumę zadłużenia frankowego w taki sposób, że kurs przeliczeniowy historyczny byłby znacznie niższy niż bieżący, co w efekcie spowoduje zmniejszenie zobowiązania złotówkowego kredytobiorców i spadek sumy, którą z powrotem dostanie bank.

Wicepremier Janusz Piechociński w ubiegłym tygodniu przedstawił kilka propozycji, które miałyby pomóc frankowiczom. To uwzględnienie przez banki ujemnej stawki LIBOR, bezprowizyjnej zamiany waluty kredytu z franków na złote po kursie równym średniemu kursowi NBP w dniu przewalutowania, wakacje kredytowe na 3 lata oraz ustanowienie limitu wysokości raty do poziomu z końca 2014 roku. Banki z kolei zgodziły się na takie rozłożenie spłat, by pojedyncza rata nie była wyższa niż ta zapłacona w grudniu oraz na uwzględnienie ujemnego LIBOR-u. To o wiele mniej bolesne dla banków niż zaproponowane wcześniej przez samych kredytobiorców pomysły przewalutowania kredytów po kursie z dnia jego zaciągnięcia i ewentualnego wyrównania różnicy pomiędzy już spłaconą sumą we frankach a tą, która zostałaby zapłacona, gdyby kredyt od razu został zaciągnięty w złotych.

Pomysły, które się pojawiały, były wyceniane nawet na kilkadziesiąt miliardów złotych. Pojawiały się one w ramach różnych dyskusji, nawet przez różne strony rozmów: przez administrację rządową, same banki, Związek Banków Polskich czy przedstawicieli środowisk kredytobiorców – zaznacza Chwedoruk.

W jego ocenie przy braku wyboru konkretnego pomysłu o charakterze prawnym, trudno szacować jego wpływ na bilanse banków.

Na dzisiaj wydaje mi się, że nie ma szans na wprowadzenie ustawowego rozwiązania dla kredytów frankowych, dlatego że po pierwsze dotyczy on niewielkiej grupy ludności, po drugie ona nie jest szczególnie biedna czy narażona na negatywne konsekwencje – przekonuje ekspert.

Ekspert podkreśla także, że kredytobiorcy frankowi byli świadomi ryzyka w momencie zawierania umowy.

W listopadzie 2014 roku było 566 tys. kredytów we frankach szwajcarskich, które zaciągnęło 953 tys. osób. Tylko 1,4 proc. z nich nie spłacało terminowo tych zobowiązań.

Narodowe Centrum Studiów Strategicznych: Polska potrzebuje okrętów podwodnych z pociskami manewrującymi. Osobny zakup nie ma sensu

Zakup nowych okrętów podwodnych może zapewnić Polsce większe bezpieczeństwo ‒ oceniają eksperci. By tak się stało, okręty muszą jednak zostać wyposażone w pociski manewrujące. Rząd planuje wydać na trzy okręty 7,5 mld zł. Zdaniem ekspertów w przypadku konfliktu mogą one być dużo ważniejsze niż morskie siły nawodne.

Na pewno nie powinniśmy myśleć o zakupie okrętów podwodnych bez dodatkowych zdolności, takich jak wystrzeliwanie pocisków manewrujących czy operowanie desantem sił specjalnych. Bez takich rozwiązań ten zakup po prostu nie ma sensu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Szatkowski, prezes zarządu Narodowego Centrum Studiów Strategicznych.

Okręty podwodne to kluczowy typ jednostek w przypadku ewentualnego konfliktu, zwłaszcza na Morzu Bałtyckim. Mogą one pozostać niewykryte znacznie dłużej niż flota nawodna, a dzięki wyposażeniu m.in. w pociski manewrujące mogłyby skutecznie zagrażać celom lądowym na terenie nieprzyjaciela, nawet  tym zlokalizowanym kilkaset kilometrów od linii wybrzeża.

Ważne jest nie tylko posiadanie samych pocisków, lecz także autonomia w zakresie ich naprowadzania i wykorzystania, czyli pozyskanie wszelkiej technologii niezbędnej do rażenia celów.

Według Szatkowskiego decyzja o zakupie musi zatem zostać wpisana w strategię długofalowego odstraszania. Jak ocenia Szatkowski, Ministerstwo Obrony Narodowej na razie niewystarczająco odpowiada na pytania o miejsce w takiej strategii systemów uzbrojenia takich jak pociski manewrujące.

Autonomia w wykorzystaniu okrętów podwodnych wymaga nie tylko pozyskania technologii związanych z pociskami manewrującymi, lecz także samodzielnego serwisowania i remontowania tych jednostek.

Oczywiście brak zdolności serwisowych spowodowałby, że od decyzji politycznej innego państwa zależałoby, czy będziemy w stanie te okręty utrzymywać. Poza tym byłoby to niekorzystne ekonomicznie. Na sprzedaży uzbrojenia zarabia się przede wszystkim po sprzedaży, bo zyski w tym okresie późniejszym są dużo większe. Dlatego tak ważne jest, by przenieść te zdolności do kraju, wtedy to my byśmy zarobili, bo podatki z tego biznesu pozostałyby w naszym kraju – podkreśla Szatkowski.

Okręty mogą być także częściowo zbudowane w polskich stoczniach przy współpracy zagranicznych producentów. Szatkowski zwraca uwagę na to, że sam koszt budowy okrętów to niewielka część wydatków.

Jeśli będziemy te okręty przynajmniej częściowo budować w Polsce, to zapewne pozyskamy również większą zdolność ich do serwisowania. Planując tę inwestycję, musimy zatem myśleć nie tylko o samym zakupie okrętów, lecz także o ich całym cyklu życiowym i dopiero na tej podstawie wyliczyć, jaka część pieniędzy pozostanie w kraju, a jaka zostanie przekazana za granicę – apeluje Szatkowski.