RODO a Brexit – przekazywanie danych osobowych do państw trzecich

Aby zgodnie z RODO przekazać dane do państwa trzeciego – konieczne jest zastosowanie odpowiedniego mechanizmu transferu danych. Wybór mechanizmu transferu wymaga przeprowadzenia kilkuetapowej analizy oraz jej udokumentowania (aby zapewnić zgodność z zasadą rozliczalności). Stosowne regulacje znajdują się Rozdziale V RODO.

Należy jednak pamiętać, iż w pierwszej kolejności jednak – przekazywanie danych do państw trzecich powinno zostać ocenione przez pryzmat zgodności z ogólnymi zasadami ochrony danych osobowych, a dopiero potem – przez pryzmat zgodności z przepisami Rozdziału V.

Poniżej przedstawiamy najważniejsze etapy wyboru mechanizmu transferu danych do państw trzecich:

1. Czy odbiorca danych znajduje się w państwie trzecim?

Przed transferem danych do innego państwa, należy upewnić się, czy odbiorca danych znajduje się w państwie trzecim. Państwo trzecie w rozumieniu RODO to państwo spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG tworzą państwa Unii Europejskiej oraz Islandia, Liechtenstein i Norwegia). Warto zwrócić szczególną uwagę na współpracę z odbiorcami danych z Wielkiej Brytanii. W momencie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, Wielka Brytania najprawdopodobniej stanie się państwem trzecim.

Prezes UODO wskazuje, iż na wypadek Brexitu, każdy administrator lub podmiot przetwarzający, którzy obecnie przekazują dane do Wielkiej Brytanii, powinni:

  • zidentyfikować, jakie dane, w jakich celach i na jakiej podstawie prawnej są obecnie przekazywane do Wielkiej Brytanii;
  • zdecydować, czy te transfery będą kontynuowane po Brexicie;
  • wybrać i wdrożyć odpowiedni mechanizm, bądź podstawę prawną umożliwiającą przekazywanie danych;
  • w razie potrzeby zmodyfikować wewnętrzną dokumentację przetwarzania danych, w tym rejestr czynności przetwarzania, klauzule informacyjne, istniejące wiążące reguły korporacyjne; a także –
    śledzić informacje dotyczące przebiegu procesu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, gdyż nie jest jeszcze pewne na jakich zasadach to nastąpi, co może mieć wpływ na obowiązki związane z transferem danych.[1]

2. Czy Komisja Europejska wydała decyzję stwierdzającą odpowiedni stopień ochrony?

Kolejnym krokiem jest wybór mechanizmu transferu danych do państwa trzeciego. W pierwszej kolejności należy sprawdzić, czy Komisja Europejska (KE) wydała decyzję potwierdzającą, że państwo trzecie zapewnia odpowiedni stopień ochrony. Dzięki takiej decyzji przekazywanie danych nie jest obwarowane dodatkowymi wymogami – w szczególności nie wymaga zezwolenia właściwego organu nadzoru ani wdrożenia szczególnych zabezpieczeń. Decyzje Komisji publikowane są w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. Aktualnie KE wydała takie decyzje w stosunku do następujących państw: Andora, Argentyna, Kanada, Wyspy Owcze, Guernsey, Izrael, Wyspa Man, Japonia, Jersey, Nowa Zelandia, Szwajcaria, Urugwaj oraz USA (w ramach Privacy Shield)[2].

3. Czy podmiot przekazujący dane zapewnia odpowiednie zabezpieczenia?

W przypadku braku decyzji KE, administrator lub podmiot przetwarzający mogą przekazać dane osobowe do państwa trzeciego wyłącznie, gdy zapewnią odpowiednie zabezpieczenia, i pod warunkiem, że obowiązują egzekwowalne prawa osób, których dane dotyczą, i skuteczne środki ochrony prawnej. Celem jest zapewnienie analogicznej ochrony podmiotowi danych, jaka przysługiwałaby mu w sytuacji przetwarzania jego danych wewnątrz Unii Europejskiej.

Do odpowiednich zabezpieczeń należą:

Wiążące reguły korporacyjne – czyli ustalone w ramach międzynarodowych grup przedsiębiorców zasady transferu danych, zatwierdzone przez organ nadzorczy, zgodnie z mechanizmem spójności; wiążące reguły korporacyjne są tworzone na potrzeby konkretnej grupy.

Standardowe klauzule ochrony danych – są to standardowe klauzule umowne przyjęte przez Komisję Europejską lub przez organ nadzorczy i zatwierdzone przez KE. Klauzule te powinny zostać zawarte w umowie z odbiorcą danych; mogą one stanowić element innej umowy, np. o świadczenie usług. Klauzule publikowane są w formie decyzji KE w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej.

Zatwierdzone kodeksy postępowania – są to kodeksy postępowania mające pomóc we właściwym stosowaniu RODO, opracowane przez zrzeszenia i inne podmioty reprezentujące określone kategorie przedsiębiorców. Zastosowanie tego mechanizmu polega na zaakceptowaniu i przyjęciu takiego kodeksu przez podmiot z państwa trzeciego będący odbiorcą danych. Kodeks postępowania może być uznany za „odpowiednie zabezpieczenie” dopiero po zatwierdzeniu go przez właściwy organ nadzoru. Aktualnie w Polsce żaden ze zgłoszonych kodeksów nie został formalnie zatwierdzony przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Zatwierdzony mechanizm certyfikacji – czyli uzyskanie przez odbiorcę danych w państwie trzecim certyfikacji, mającej świadczyć o zgodności operacji przetwarzania z RODO.

Przekazanie danych w oparciu o wskazane powyżej zabezpieczenia nie będzie wymagać zgód organów nadzorczych.

Klauzule umowne między podmiotem przekazującym dane a odbiorcą danych w państwie trzecim – mechanizm ten polega na zawarciu w umowie odpowiednich klauzul umownych zapewniających bezpieczeństwo danych osobowych oraz skuteczną realizację praw podmiotów danych. Niemniej jednak transfer danych z wykorzystaniem tego mechanizmu wymaga dodatkowego zezwolenia właściwego organu nadzoru.

Podmiot planujący przekazanie danych osobowych do państw trzecich powinien przeanalizować, które z odpowiednich zabezpieczeń może znaleźć zastosowanie w określonej sytuacji. Wybór będzie zależał od tego, czy przekazanie danych odbywa się w ramach grupy przedsiębiorstw, czy odbiorca danych legitymuje się zatwierdzonym certyfikatem albo czy zechce podpisać umowę zawierającą odpowiednie klauzule ochrony danych bądź przyjąć właściwy kodeks postępowania. Oprócz wdrożenia odpowiednich zabezpieczeń należy dodatkowo zapewnić, iż transfer danych nie wpłynie negatywnie na możliwość skutecznego egzekwowania praw podmiotów danych.

Autorzy:

  • Agata Jankowska-Galińska, Radca prawny, Senior Managing Associate Deloitte Legal
  • Julia Rojewska, Senior Associate, Aplikantka adwokacka Deloitte Legal

[1] https://uodo.gov.pl/pl/138/665
[2] https://ec.europa.eu/info/law/law-topic/data-protection/international-dimension-data-protection/adequacy-decisions_en#relatedlinks

Auxilia S.A. wypracowała ponad 1,37 mln zł zysku netto w 2 kw. 2019 r.

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, wypracowała ponad 1,37 mln zł zysku netto w 2 kw. 2019 r. na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie blisko 3,89 mln zł. Grupa notuje wyraźną poprawę wyników finansowych dzięki skalowaniu działań sprzedażowych oraz optymalizacji kosztów funkcjonowania.

Spółka osiągnęła na poziomie skonsolidowanym w 2 kw. 2019 r. ponad 1.371 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 3.889 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku skonsolidowany zysk netto Auxilia S.A. sięgnął 430 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 2.726 tys. zł. Po dwóch kwartałach 2019 r. zysk netto Grupy przekracza 2.575 tys. zł wobec 685 tys. zł rok wcześniej, a przychody netto ze sprzedaży wzrosły do 7.528 tys. zł z 5.600 tys. zł. Istotna poprawa wyników finansowych Spółki to efekt prowadzenia skutecznej polityki sprzedażowej oraz redukcji kosztów działalności. Zarząd Auxilia S.A. bardzo dobrze ocenia osiągnięte wyniki i liczy na ich dalszy wzrost.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Jesteśmy niezwykle usatysfakcjonowani wypracowanymi przez Grupę wynikami finansowymi, bowiem wykazują one bardzo dużą progresję w ujęciu rdr. Skalowanie działań sprzedażowych, rozszerzanie oferty oraz optymalizowanie kosztów działalności przyniosło oczekiwane rezultaty i zaowocowało znaczącym wzrostem rentowności. W kolejnych kwartałach będziemy dążyli do utrzymania pozytywnego trendu poprzez kontynuowanie dotychczasowych działań. Jesteśmy przekonani, że wpłynie to bardzo dobrze na budowanie wartości całej Grupy, co będzie miało odzwierciedlenie w naszej wycenie rynkowej.” – podkreśla Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

W drugim kwartale br. Emitent kontynuował nawiązaną współpracę z PHI Wierzytelności S.A. opartą na ramowej umowie o współpracy w ramach quasi-sekurytyzacyjnego modelu monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu, co służy skróceniu cyklu konwersji gotówki w sprawach, w których nie występuje element wypłaty odszkodowania na etapie polubownym. Spółka dokonała tym samym kolejnych transakcji zbycia wierzytelności poprzez cesję wierzytelności odszkodowawczych o łącznej szacunkowej wartości sięgającej ok. 1,75 mln zł.

Auxilia S.A. skutecznie skaluje działania sprzedażowe w obszarze odszkodowań dla biznesu oraz w zakresie testowo wprowadzonej w minionym roku usługi abonamentowej dla klientów biznesowych. Przekłada się to zarówno na wzrost wartości zakontraktowanego portfela roszczeń odszkodowawczych dla biznesu, jak i wzrost liczby sprzedanych umów oraz generowanych przychodów. Spółka pracuje również nad rozszerzeniem oferty produktowej w zakresie odszkodowań dla biznesu na kolejne sektory branżowe oraz zmodyfikowała i dostosowała funkcjonujący w ramach Grupy Kapitałowej System Utrzymania Klienta do aktualnych wymogów rynkowych oraz potrzeb klientów.

„Nasza współpraca z PHI Wierzytelności S.A. przebiega bardzo dobrze i w drugim kwartale zrealizowaliśmy z tym podmiotem kolejne transakcje o wartości ok. 1,75 mln zł. Skalowanie działań sprzedażowych pozwala nam zwiększać zakontraktowany portfel roszczeń odszkodowawczych dla biznesu oraz liczbę podpisywanych umów. Chcemy rozszerzać naszą ofertę produktową w zakresie odszkodowań dla biznesu na kolejne sektory branżowe. W tym kwartale zaplanowaliśmy działania mające na celu testowanie sprzedaży nowego produktu. Optymalizujemy też proces zarządzania strukturą sprzedażową, aby efektywniej wykorzystywać posiadane zasoby oraz pracujemy nad pozycjonowaniem marki Auxilia w Internecie przy użyciu narzędzi content marketingu.” – dodaje Kamila Barszczewska.

Auxilia S.A. zakończyła 2018 rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 1,33 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły w minionym roku blisko 11 mln zł. W pierwszym kwartale tego roku Spółka zaktualizowała strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie się ona koncentrowała na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

Zarząd Spółki przyjął również politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Spółkę wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy.

Zwyczaje finansowe Polaków. Polacy lubią szukać oszczędności i uwielbiają obniżki

Ponad połowa rodaków kupuje głównie na promocjach, dwóch na pięciu nie zaparkuje jeśli trzeba będzie za to zapłacić, a co trzeci nie wyciągnie grosza na napiwek. Wielu też nie zrobi zakupów przez internet jeśli trzeba będzie dołożyć za dostawę, nie poczęstuje papierosem i nie wrzuci do puszki na pomoc humanitarną, ale na zaproszenie gości prawie każdy znajdzie pieniądze – wynika z badania „Zwyczaje finansowe Polaków” przeprowadzonego przez Quality Watch dla BIG InfoMonitor. Powód? Nie stać nas, takie mamy nawyki, jesteśmy oszczędni, skąpi, przerastają nas rosnące koszty życia, albo przytłaczają długi. Sprawdziliśmy, z czym i u kogo jest najtrudniej.

Choć rosną wynagrodzenia, pakiety socjalne, bezrobocie jest rekordowo niskie i sytuacja na rynku pracy sprzyja pracownikom, to jednak budżety domowe wielu Polaków wciąż kuleją, a wyższe zarobki często nie przekładają się na oszczędności. Jak pokazuje cykliczne badanie CBOS na temat zadowolenia Polaków z życia w różnych jego sferach, co dziesiąty rodak jest niezadowolony ze swoich perspektyw finansowych na najbliższy czas, a aż 40 proc. liczy na poprawę swojej sytuacji finansowej jeszcze w tym roku. Zadowolenie w tym obszarze jest więc umiarkowane. Cały czas wiele osób musi myśleć co zrobić, aby na wszystko wystarczyło. Wpływa to na codzienne zachowania, kształtuje nawyki zakupowe i zachowania związanie z wydawaniem pieniędzy. Zdarza się, że zakorzenione przez lata przyzwyczajenia biorą górę nawet wtedy, gdy na konto wpływa już znacznie więcej.

Promocje najbardziej lubią panie i mieszkańcy Podkarpacia

Jak wynika z badania zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch, ponad połowa Polaków (52 proc.) przyznaje, że kupuje głównie na promocjach. Miłośnicy okazji i obniżek przeważają niemal w każdej grupie wiekowej i w każdym województwie. Na czele znalazły się jednak Podkarpacie (57 proc.) i Śląsk (56 proc.), a jeśli chodzi o płeć, to polowanie na promocje zdecydowanie jest domeną kobiet (59 proc.).

Na płatne parkowanie najbardziej żal pieniędzy młodym kierowcom

Na pewno większość respondentów chciałaby też darmowego miejsca parkingowego dla swojego samochodu, bo aż 40 proc. badanych jeździ do chwili, aż znajdzie miejsce, gdzie można samochód postawić bez opłat. Pieniędzy na parking, szczególnie żal młodym, poczatkującym kierowcom, między 18 a 24 rokiem życia (48 proc.). W tym akurat przypadku wiele oczywiście zależy m.in. od miejsca zamieszkania i opłat jakie trzeba tam ponosić. Jeśli chodzi o szukanie darmowych miejsc do parkowania – robi to 50 proc. respondentów – wyróżniają się mieszkańcy Pomorza, na drugim biegunie jest woj. zachodniopomorskie – 24 proc.

Z którymi zwyczajami się utożsamiasz?

na czym lubimy oszczędzać
Źródło: badanie BIG InfoMonitor

O napiwek najtrudniej w Kujawsko-Pomorskiem

W zestawieniu zwyczajów i sposobów na ograniczenie wydatków, po zakupach na promocjach i parkowaniu za darmo, na trzecim miejscu, znalazł się zwyczaj nie dawania napiwków. Nie wręcza ich w ogóle 1/3 badanych, w tym aż co druga osoba w wieku 18-24 lat (49 proc.) oraz 45 proc. emerytów. Szanse kelnera wyraźnie rosną jeśli klienci mają między 35 a 54 lata. Pracujący jako kelnerzy w województwach kujawsko-pomorskim, zachodniopomorskim oraz wielkopolskim  (kolejno 42 proc. i po 40 proc.), mogą nie dostawać napiwków, zaś już na Podlasiu zdecydowanie częściej (23 proc.).

Papierosami nie częstują panowie po 64 roku życia

Inny sposób na oszczędności – wskazany przez co piątego badanego – to odmowa poczęstowania papierosem. Biorąc pod uwagę, że pali ok. jednej trzeciej dorosłego społeczeństwa, to jest to bardzo wysoki wynik. Widać, że w przypadku tak drogiego nałogu nie ma już miejsca na szczodrobliwość. Swoich papierosów bardziej pożałują innym palaczom panowie (27 proc.), niż panie ( 17 proc.). A już niemal na pewno nie wyciągną paczki mężczyźni po 64 roku życia z regionu kujawsko-pomorskiego, bo właśnie po 64 roku życia i w tym województwie chęć dzielenia się papierosami jest najniższa. Ale już młodzi, między 18 a 24 rokiem życia (14 proc.), również skorzy oszczędzać na różne sposoby, papierosa akurat by nie odmówili, szczególnie jeśli mieszkają na Mazowszu czy w Świętokrzyskiem.

Nie każdy chce dać pieniądze na cele charytatywne

Skromne budżety, przekonania, czy też po prostu skąpstwo sprawiają także, że niemal jeden na pięciu rodaków nie sięgnie po pieniądze na cele charytatywne oraz społeczne. Do pomocy nieco trudniej przekonać mężczyzn – 22 proc. oraz osoby starsze (65-74 lata) – 25 proc. Chęcią pomagania różnimy się również w zależności od miejsca zamieszkania. Z badania wynika, że najtrudniej będzie zakończyć sukcesem zbiórkę pieniędzy na cele społeczne i charytatywne na Warmii i Mazurach (29 proc. niechętnych do finansowania takich akcji), a najwięcej osób gotowych się dzielić jest w województwie łódzkim (13 proc. przeciwników).

W poszukiwaniu darmowych przesyłek

Na czym jeszcze można zaoszczędzić? Na opłacie za dostawę zakupów zrobionych w sieci. Wirtualne sklepy powinny wziąć pod uwagę, że co szósty rodak szuka opcji, w której nie musi płacić i stara się szukać do skutku. Wśród 16 proc. zwolenników takiego cięcia kosztów są zarówno kobiety jak i mężczyźni, najczęściej między 35 a 44 rokiem życia. Co może wydać się zaskakujące, najrzadziej zwracają uwagę na darmową dostawę e-zakupów osoby między 18 a 24 rokiem życia. Statystycznie najczęściej kupuje w sieci tylko wtedy, gdy przesyłka jest za darmo ten, kto mieszka w Opolskiem (31 proc.), podczas gdy osoby ze świętokrzyskiego przywiązują do tego niewielką wagę (8 proc.).

Polska gościnność i „happy hours” górą u kobiet i najmłodszych

Nie ma wątpliwości, że przyjmowanie gości potrafi być kosztowne. Czy to przyjęcie, domówka czy choćby zaproszenie na kawę, trzeba się przygotować i mieć na poczęstunek. Jednak polska gościnność wciąż górą nad finansami, bo z myślą o zmniejszeniu wydatków, nie wpuści do domu gości jedynie 13 proc. badanych. Im młodsza osoba, tym bardziej towarzyska i to bez względu na koszty. A jeśli jest kobietą, to już zaproszenie niemal pewne. Znaczenie ma także region, na Podkarpaciu i w Wielkopolsce chętnych do oszczędzania na gościach jest najmniej, tylko po 7 proc., ale już na Dolnym Śląsku niemal co piąty mieszkaniec deklaruje, że gości nie zaprasza.

Swoich zwolenników – 12 proc., mają też tzw. „happy hours”, czyli oferta restauracji w określonych godzinach, w ciągu których obowiązują niższe ceny na określone menu. Choć w Polsce to wciąż rzadkość, jeśli się pojawia, częściej zwracają uwagę na „happy hours” kobiety oraz osoby do 34 roku życia.

Lepiej zarabiamy, ale też coraz bardziej się zadłużamy
Źródło: badanie BIG InfoMonitor

Lepiej zarabiamy, ale też coraz bardziej się zadłużamy

W opinii ekspertów BIG InfoMonitor, następstwa zachowań finansowych Polaków mogą być uzależnione od wielu czynników. Wśród nich na pewno znajdują się problemy finansowe związane z popełnionymi wcześniej błędami, czy też nieprzemyślanymi decyzjami. Jak wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, prawie 9 proc. populacji dorosłych Polaków, czyli co jedenasty rodak ma jakieś zobowiązania, których nie jest w stanie spłacać w terminie. Są to m.in. czynsz, rachunek za telefon i internet, telewizję kablową, alimenty, koszty sądowe, kara za jazdę bez ważnego biletu, raty za zakupiony sprzęt RTV lub AGD czy też raty pożyczek i kredytów, głównie konsumpcyjnych. W pierwszym półroczu liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o ponad 18 tys. do blisko 2,8 mln osób. Z tego niemal dwie trzecie stanowią mężczyźni, może właśnie dlatego panowie częściej są skłonni zaoszczędzić na częstowaniu papierosami, udzielaniu pomocy i zapraszaniu gości, przynajmniej w deklaracjach.

*Badanie zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, techniką komputerowo wspomaganych wywiadów internetowych (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1296 dorosłych mieszkańców Polski, listopad 2018 r.

W tym tygodniu lepiej omijać hipermarkety i dyskonty. Polacy ruszają po artykuły szkolne

Według badania Hiper-Com Poland i Grupy Mobilnej Qpony-Blix, aż 90% konsumentów kupuje art. szkolne w sierpniu. Prawie połowa z nich odkłada je na ostatni tydzień wakacji, bo liczy na lepsze promocje. Jednak o wyborze konkretnych produktów zadecyduje ich jakość – 36%. Mniej ważne będą rabaty – 19%, a także ceny – 11%. Dość istotny będzie wygląd – 14%. Ciekawe jest też to, że większość ankietowanych zamierza kompletować wyprawki nawet w 3-4 placówkach. Rodzice najchętniej będą kierowali się do hipermarketów i dyskontów. I tam też rozegra się główna walka o przejęcie tegorocznego budżetu Polaków.

Zakupy last minute

Większość konsumentów deklaruje zakup art. szkolnych w sierpniu. Aż 46% odkłada to na ostatni tydzień wakacji. Tylko 9% badanych nabyło już takie produkty w lipcu. Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland, przypomina, że w okresie wakacji pojawiają się wydatki związane z wyjazdami urlopowymi. Dlatego rodzice wolą zaczekać z kupnem wyprawki do końca sezonu.

– To jest okazjonalny zakup, który od lat mobilizuje cały handel. Niektórzy pracownicy bywają poddawani szkoleniom pod kątem doradztwa w zakresie produktów szkolnych. Klienci są więc pewni, że nie muszą specjalnie zabiegać o towar, który czeka niemal w każdym sklepie. To przejaw zaufania do rynku – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Ankietowani, którzy mają jeszcze tego typu zakupy przed sobą, czekają głównie na atrakcyjne promocje – 51%. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, potwierdza, że na przełomie sierpnia i września większość sieci handlowych oferuje art. szkolne w najlepszych cenach. Jednak konsumenci muszą również liczyć się z tym, że asortyment będzie już nieco „przebrany”. Wymagający klienci powinni to wziąć pod uwagę.

– Okres zakupów przyborów szkolnych występuje sezonowo. Zarówno producenci, jak i sprzedawcy zdają sobie sprawę z tego, że jeśli nie pozbędą się tego typu towarów najpóźniej początkiem września, to będą zmuszeni ponosić koszty składowania ich przez kolejny rok. To skutkuje najkorzystniejszymi promocjami – zwraca uwagę Justyna Lewandowska z Hiper-Com Poland.

W lipcu konsumenci nie mieli czasu na takie zakupy. Tak twierdzi 21% badanych. Brakowało też dobrych promocji – 13%. I był mały wybór asortymentu – 11%. Dr Faliński wyjaśnia, że handel nie chce, by produkty zalegały na półkach zbyt wcześnie, gdy nie interesują klientów. To generowałoby duże straty.

– Promocje na powrót do szkoły pojawiają się już w drugiej połowie lipca, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w sierpniu. Dopiero pod koniec wakacji sieci handlowe zachęcają klientów do tego typu zakupów. Prezentują swoje oferty nie tylko w dedykowanych modułach na okładkach gazetek, ale również przygotowują specjalne publikacje o tej tematyce – dodaje ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Oczekiwania klientów

Z badania wynika, że jakość jest szczególnie ważna dla klientów – 36%. Ankietowani zwracają również uwagę na promocje – 19%, a także na wygląd przyborów – 14%. Mniej istotne są dla nich ostateczne ceny – 11%. Z jednej strony konsumenci oczekują dobrego gatunku, a z drugiej – obniżek. Dr Faliński uważa, że te wymagania się nie wykluczają. Polacy chcą kupić dużo funkcjonalnych i estetycznych produktów za jak najmniej pieniędzy. Jak mówi Marcin Lenkiewicz, to tzw. złoty środek.

– Programy socjalne widocznie podniosły poziom zamożności społeczeństwa. Wiele rodzin może teraz wydać więcej pieniędzy na wyprawkę dla dziecka. Jednak dla części klientów, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, głównym czynnikiem warunkującym zakup danego artykułu wciąż będzie cena. Polacy z założenia są oszczędni, ale coraz bardziej stawiają na jakość, bo lepsze gatunkowo produkty dłużej im służą. I to właśnie się opłaca – podkreśla Justyna Lewandowska.

Z kolei ekonomista Marek Zuber stwierdza, że powodem zwiększenia istotności jakości towaru przy decyzjach zakupowych jest poprawa sytuacji finansowej polskich rodzin. Jednak programy socjalne nie są jedyną przyczyną takiego stanu rzeczy. Zdaniem eksperta, większe znaczenie ma wzrost pensji i poprawa dostępności pracy. W ciągu ostatnich pięciu lat minimalne wynagrodzenie wzrosło o ponad 35%, a średnie – o przeszło 30%. Więcej środków do dyspozycji oznacza zmianę preferencji klientów.

– Już w zeszłym roku widoczny był efekt 500 plus. W br. możliwości zakupowe polskich rodzin jeszcze bardziej wzrosły wraz z wynagrodzeniami rodziców i emeryturami dziadków. Spodziewam się, że tym razem sieci handlowe odnotują zdecydowanie większe zyski niż w poprzednich latach – przewiduje dr Maria Andrzej Faliński.

Liczba i typy sklepów

Aż 43% badanych zadeklarowało, że będzie kompletowało wyprawkę szkolną dla dziecka w 3 placówkach. Z kolei 27% wymieniło 4 sklepy. Mniej osób będzie robiło zakupy w 1 miejscu lub w 2 punktach sprzedaży – po 11%. To oznacza, że większość klientów odwiedzi kilka sieci handlowych. Jak wynika z obserwacji Marcina Lenkiewicza, Polacy nie są lojalnymi shopperami. Lubią mieć możliwość wyboru i porównania cen w różnych kanałach sprzedaży.

– Kryteria wyboru akcesoriów szkolnych mogą być rozmaite w zależności od rodzaju produktu i wieku ucznia. Czasem wystarczającym argumentem jest atrakcyjna cena, ale np. w przypadku plecaków ważniejsze może być bezpieczeństwo. Trzeba też dodać, że w jednym sklepie nie zawsze udaje się skomponować całą wyprawkę, odpowiadającą oczekiwaniom rodzica i dziecka. Dlatego konsumenci odwiedzają kilka placówek, czasem pod wpływem impulsu lub przy okazji innych zakupów – zauważa Elżbieta Szarejko z Centrum Monitorowania Rynku (CMR).

Według wskazań, konsumenci wybierają się głównie do hipermarketów – 39%, a także do dyskontów – 27%. Na trzecim miejscu są hurtownie – 13%. Poza pierwszą trójką znalazły się sieci convenience – 9%, supermarkety – 5%, jak również cash&carry – 5%. Katarzyna Grochowska zaznacza, że sklepy o największej powierzchni zapewniają klientom najszerszy asortyment. Dyskonty w tym okresie również oferują przybory szkolne w atrakcyjnych cenach, ale w zdecydowanie mniejszej ilości. W pozostałych formatach wybór też będzie węższy niż w hipermarketach, a ceny powinny być wyższe niż w dyskontach.

– Udział hipermarketów mógłby być większy, ale w mniejszych miejscowościach po prostu ich nie ma. Supermarket – o ile jest w najbliższej okolicy – oferuje zwykle droższy asortyment. Dlatego spora grupa konsumentów zostanie niejako skazana na dyskont, który zresztą jak co roku będzie nieźle przygotowany na tzw. szkolne żniwa – podsumowuje dr Faliński.

Badanie zostało zrealizowane przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix w dniach 05-16.08.2019. Odbyło się na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa oraz ich najbliższych okolic, w tym 11 średnich i mniejszych miejscowości. Analizą objęto 49 hipermarketów, 47 dyskontów, 42 supermarkety i 49 sieci convenience oraz 47 sklepów typu cash&carry. Łącznie przeprowadzono 1006 wywiadów bezpośrednich w 234 placówkach. Wśród ankietowanych było 58% kobiet i 42% mężczyzn, w wieku od 18 do 49 lat.

Teatr jednego aktora

Jackson Hole miało być dla rynków najważniejszym wydarzeniem ubiegłego tygodnia, ale „wymiana ognia” między Chinami i Trumpem przyćmiła wszystko. Cła odwetowe Chin szybko spotkały się z ostrą kontrą USA, a rynki doświadczyły kolejnego uderzenia awersji do ryzyka. Tylko po to, by dziś rano usłyszeć od Trumpa, że „Chiny dzwoniły i chcą wznowić rozmowy handlowe”.

Który to już raz jesteśmy świadkami histerii Trumpa, kiedy sprawy nie idą po jego myśli? W piątek dwukrotnie przekonaliśmy się, co oznacza niezadowolenie prezydenta USA, jeśli jego „wola” nie jest respektowana. Najpierw Trump skrytykował szefa Fed, kiedy jego przemówienie w Jackson Hole nie wywołało silnego osłabienia dolara. Prezydent retorycznie zapytał, kto jest „naszym” większym wrogiem, szef Fed Jay Powell czy prezydent Chin Xi? Później Trump podniósł wojnę handlową z Chinami na wyższy poziom. Chiny zakomunikowały nowe cła na towary z USA warte 75 mld USD, na co Trump odpowiedział podwyższeniem ceł z 25 proc. do 30 proc. na warte 250 mld USD towary. Dodatkowo cła na warte 300 mld USD towary zostały podwyższone z 10 proc. do 15 proc. W efekcie w nowy tydzień rynki wchodziły z nasileniem awersji do ryzyka i ucieczki w stronę JPY i złota. Tylko po to, aby przed rozpoczęciem sesji w Europie usłyszeć od Trumpa, że Chiny chcą wznowienia rozmów handlowych.

Pierwotna panika została złagodzona, ale przysłowiowe mleko się rozlało. Inwestorzy nie będą dyskontować ostatniej eskalacji wojny handlowej jako wyraz taktycznego blefu. Muszą wyceniać faktyczny wzrost ceł i zakłócenia w handlu międzynarodowym niezależnie od tego, kto z czym do kogo później zadzwonił. Ponadto jest jeden czynnik, który nie maleje po dzisiejszym komunikacie o telefonie z Pekinu. To nieobliczalność Trumpa, który bynajmniej nie myśli o ekonomicznych konsekwencjach swoich działań. Piątkowe załamanie S&P500 o prawie 3 proc. nie bierze się z obaw o zakłócenie dostaw z Chin. Trump rozważa też nakazanie amerykańskim firmom wycofanie się z produkcji w Chinach. I dla każdego jest jasne, że nie obędzie się to bezkosztowo. Wydaje się, że perspektyw wojny handlowej nie można oceniać z użyciem ekonomicznie racjonalnych zasad. Efekty uboczne dla gospodarki USA mogą być poważne i wymagać zdecydowanej reakcji Fed. Rynek zakładający 100 pb obniżek do przyszłego roku nie musi być daleki od czekającej nas rzeczywistości, nawet jeśli sam Fed nie chce jeszcze tego przyznać. A jeśli Jay Powell i reszta FOMC będzie się opierał presji luzowania, furia Trumpa i tutaj może zostać szybko przekuta w akty wykonawcze. Jest to scenariusz wyraźnie negatywny dla USD, nawet jeśli krótkoterminowo dolar zyskuje kosztem walut ryzykownych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Goldman Sachs International emitentem certyfikatów strukturyzowanych na GPW

  • 26 sierpnia tego roku na GPW po raz pierwszy zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane, których emitentem jest Goldman Sachs International
  • Instrumentami bazowymi są indeksy: WIG20, STOXX Europe 600 Automobiles & Parts Price EUR oraz Nikkei 225
  • Goldman Sachs International jest szóstym emitentem produktów strukturyzowanych notowanych na GPW

26 sierpnia 2019 r. do obrotu giełdowego trafiły trzy nowe certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez Goldman Sachs International. Instrumentami bazowymi są indeksy: WIG20, STOXX Europe 600 Automobiles & Parts Price EUR oraz Nikkei 225.

– W ostatnim czasie obserwujemy ożywienie na rynku certyfikatów strukturyzowanych na GPW, które nas cieszy. Świadczy o tym m.in. wzrost zainteresowania nowych emitentów wprowadzaniem kolejnych produktów strukturyzowanych do obrotu. Z kolei inwestorzy doceniają notowane na rynku wtórnym instrumenty ze względu na płynność, bieżącą wycenę i możliwość zamknięcia pozycji podczas każdej sesji giełdowej. Giełdowy rynek instrumentów strukturyzowanych stanowi bardzo interesującą propozycję, szczególnie dla inwestorów indywidualnych. Kupując odpowiedni instrument strukturyzowany na GPW, inwestor może mieć ekspozycję na zmiany cen różnych aktywów bazowych: surowców, metali szlachetnych, towarów rolnych, zagranicznych akcji, czy indeksów giełd zagranicznych. O płynność i wycenę instrumentów na tym rynku dbają animatorzy obrotu, czyli uznane instytucje finansowe, ułatwiając inwestorom zawarcie transakcji – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

– Cieszymy się, że możemy rozszerzyć swoją obecność w Polscę wprowadzając do obrotu na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych certyfikaty strukturyzowane, których emitentem jest Goldman Sachs International. To okazja, by zwiększyć stopień zaznajomienia rynku z produktami strukturyzowanymi oraz zacieśnić współpracę z lokalnymi dystrybutorami – mówi Radovan Radman, Dyrektor Zarządzający w Dziale Instrumentów Finansowych Goldman Sachs.

Do obrotu giełdowego zostały wprowadzone trzy certyfikaty z terminem ostatniego notowania przypadającym na: maj 2024r. (WIG20), lipiec 2024 r. (STOXX Europe 600 Automobiles & Parts Price EUR) i sierpień 2024 r. (Nikkei 225). Cena emisyjna każdego wyniosła 100 PLN. Nowy instrument będzie notowany na GPW w Systemie Animatora Rynku. Dystrybutorem certyfikatu jest Alior Bank.

Dokładamy wszelkich starań, aby oferta Private Banking spełniała indywidulane potrzeby i oczekiwania naszych klientów oraz wykraczała poza powszechnie dostępne standardy. Dbamy o to, aby dostarczać nowoczesne rozwiązania dla inwestorów, co umożliwia współpraca z jednym z największych banków inwestycyjnych na świecie jakim jest Goldman Sachs. Oferowane rozwiązania przez Goldman Sachs i Alior Bank dają możliwość dywersyfikacji portfela inwestycyjnego, szeroki dostęp do rynków, a także ekspozycję na trudno dostępne indeksy. Mamy nadzieję, że produkty tego emitenta otworzą perspektywy i będą spełniały oczekiwania naszych inwestorów – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku.

Karol Wyka w zarządzie HB Reavis w Polsce

Od sierpnia br. Karol Wyka objął stanowisko członka zarządu HB Reavis Poland. Ponadto, nadal będzie on pełnił funkcję dyrektora ds. wynajmu dbającego o relacje z obecnymi i potencjalnymi klientami, dla których HB Reavis tworzy nowoczesne i zdrowe środowiska pracy.

Cieszę się, że Karol dołączył do zarządu. Jego bogate doświadczenie, trwałe relacje z klientami i wiedza o rynku nieruchomości odegrały kluczową rolę w dynamicznym rozwoju naszej firmy. Jestem przekonany, że obecność Karola w strukturach zarządczych skutecznie przyczyni się do kolejnych sukcesów HB Reavis w Polsce.
-skomentował nominację Peter Pecnik, prezes zarządu HB Reavis Poland.

Karol Wyka – HB Reavis
Karol Wyka – HB Reavis

Karol Wyka posiada dziesięcioletnie doświadczenie zawodowe i bogatą wiedzę w dziedzinie nieruchomości komercyjnych. Związany ze spółką od 2013 roku, pracował nad wieloma znaczącymi transakcjami z firmami, które działają lub wkrótce przeniosą swoje siedziby do biurowców HB Reavis. Wśród jego zadań pozostaje zarządzanie 12-osobowym zespołem odpowiedzialnym za wynajem powierzchni we wszystkich budynkach HB Reavis, w tym kampusu biurowego Forest oraz wielofunkcyjnego kompleksu Varso Place. Na kilka miesięcy przed ukończeniem hotelowa wieża Varso 1 jest już wynajęta w 85%, a sąsiedni biurowiec Varso 2 może pochwalić się 75% poziomem wynajęcia.

Zanim dołączył do zespołu HB Reavis, pracował w firmie doradczej Nuvalu Polska. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz stypendystą Uniwersytetu Otago w Nowej Zelandii.

Poza Wyką, w warszawskich strukturach zarządu HB Reavis znajduje się prezes firmy Peter Pecnik oraz członek zarządu Sebastian Proć, który nadzoruje pracę działu akwizycji, a od sierpnia br. sprawuje również pieczę nad działem developmentu odpowiedzialnym za realizację projektów w Polsce. Stanowisko kierownicze w polskim oddziale HB Reavis piastuje również Jadwiga Kosińska, która zarządza budowlanym ramieniem firmy – HB Reavis Construction.

Kredyty we franku wciąż bolą Polaków. Banki nie chcą słyszeć o odwalutowaniu

Z powodu nieprecyzyjnych zapisów dotyczących walutowania i niezgodnych z prawem klauzul, umowy kredytów we franku szwajcarskim są dzisiaj wyniszczające dla kredytobiorców. Po umocnieniu się waluty szwajcarskiej w stosunku do polskiej złotówki raty kredytów bardzo wzrosły, a tysiące ludzi mieszkało w domach zagrożonych odebraniem przez bank. Horror „frankowiczów” trwa do dzisiaj, mimo przygotowanej ustawy o odwalutowaniu kredytów we franku i wprowadzonej ustawy restrukturyzującej – która pozwala na wydłużenie spłaty kredytu lub nawet na umorzenie długu. Przeciwko tym działaniom od lat bowiem lobbują bankowcy, a lipcowe nowelizacje ustawy restrukturyzacyjnej wywołały kolejną falę sprzeciwu. Banki utrzymują, że odwalutowanie lub restrukturyzacja kredytów frankowych może doprowadzić do ich bankructwa. Eksperci twierdzą jednak, że to gołosłowne argumenty.

– Nikt nie przedstawił opinii publicznej rzetelnego, niezależnego raportu, określającego skutki tego rodzaju działań. Nie ma raportu, który by pokazał, że nastąpi destabilizacja banków albo pojawi się konieczność ich dokapitalizowania. Banki szantażują obywateli i polityków – grożąc, że upadną pod ciężarem własnej niekompetencji – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów. –  Nie wiemy, jakie będą skutki odwalutowania. Wiemy jednak na pewno, że kwoty podawane przez banki są niewiarygodne, bo nie zostały potwierdzone przez żaden niezależny raport. Jeżeli ktoś przedstawi opinii publicznej nie uwikłany w interesy sektora bankowego raport o skutkach odwalutowania, będziemy mogli rzetelnie dyskutować o tym problemie. Na razie słuchamy narracji jednej ze stron, która nie chce oddać pieniędzy otrzymanych niezgodnie z prawem – podsumowuje Modzelewski.

Brakuje lekarzy, a liczba świadczeń medycznych systematycznie rośnie. Efektem może być wzrost cen usług medycznych

Brakuje lekarzy, a liczba świadczeń medycznych systematycznie rośnie. Efektem może być wzrost cen usług medycznych 1

Starzejące się społeczeństwo, zwiększony popyt na świadczenia medyczne, inwestycje w nowoczesne technologie, deficyt lekarzy i pielęgniarek, który pociąga za sobą podwyżki wynagrodzeń – to sprawia, że koszty opieki zdrowotnej w Polsce rosną. Dotyczy to zarówno publicznej, jak i prywatnej służby zdrowia, która musi waloryzować ceny usług medycznych, żeby utrzymać wysoką jakość świadczeń. Rozwiązaniem, które stwarza duże szanse na optymalizację kosztów obsługi medycznej, będzie rozwój telemedycyny.

W Polsce na jednego lekarza przypada średnio 3 tys. konsultacji rocznie. Średnia europejska to 2,1 tys., a na przykład w Szwecji na jednego lekarza przypada ich tylko 680. To pokazuje, z jakim wyzwaniem mierzą się wszystkie podmioty medyczne w Polsce. Mamy też dużą emigrację kadry medycznej, przez co coraz trudniej jest pozyskać dobry personel. Jeżeli chcemy pozyskać najlepszych lekarzy i pielęgniarki, musimy im po prostu więcej zapłacić, a to bezpośrednio wpływa na koszty funkcjonowania naszej organizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Białkowski, dyrektor zarządzający usług biznesowych Medicover Polska.

Jak wynika z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego przez OECD i Komisję Europejską, Polska ma najmniej lekarzy w Europie. Na 1 tys. mieszkańców przypada 2,4 lekarza przy średniej europejskiej na poziomie 3,8. Dla porównania w sąsiednich Czechach ten wskaźnik wynosi 3,7, a w Austrii – 5,1. Od kilku lat lekarzy powoli przybywa, ale z drugiej strony problemem jest rosnący wskaźnik emigracji, bo medyków z Polski rekrutuje m.in. brytyjski National Health Service (NHS).

Według majowego raportu ManpowerGroup („Niedobór talentów w służbie zdrowia”) obecnie 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, 68 proc. szuka lekarzy, a 13 proc. – położnych. Co więcej, średnia wieku wśród pielęgniarek sukcesywnie wzrasta i obecnie wynosi około 50 lat. Na nieco ponad 280 tys. zarejestrowanych pielęgniarek tylko ok. 30 tys. jest w przedziale wiekowym 21–40 lat. Z danych Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych wynika, że statystycznie na 1 tys. mieszkańców przypada 5,4 pielęgniarki, co plasuje Polskę w ogonie krajów OECD (w Szwajcarii ten wskaźnik wynosi 16, a w Niemczech – 11,3).

Niedobory kadrowe w służbie zdrowia to problem, zwłaszcza w świetle danych GUS, z których wynika, że liczba konsultacji lekarskich od lat systematycznie wzrasta. W 2017 roku zrealizowano 169,4 mln wizyt lekarskich w POZ. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat zwiększyła się o 5 proc. Co istotne, najdynamiczniej rośnie liczba porad udzielanych osobom w wieku 40–65 lat (raport PIU „Finansowanie opieki zdrowotnej pracowników 2018”).

Rosnąca liczba badań i konsultacji jest wyzwaniem. W Medicover w ciągu ostatnich 3 lat obserwujemy wzrost liczby pacjentów z chorobami tarczycy o 30 proc. On też się przekłada na wzrost kosztów – mówi Artur Białkowski. – Kolejnym wyzwaniem dla rynku opieki medycznej jest starzejące się społeczeństwo. Do 2050 roku co trzeci mieszkaniec Europy będzie osobą starszą, a w Polsce 40 proc. społeczeństwa będą stanowić osoby powyżej 60. roku życia.

Polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się na tle Unii Europejskiej. Według danych GUS w 2020 roku liczba seniorów urośnie do ok. 9,6 mln osób, które będą stanowiły prawie 20 proc. całego społeczeństwa. Dekadę później liczba ta wzrośnie do 10 mln, a seniorzy będą stanowić prawie jedną trzecią ludności kraju. Szybkie starzenie się społeczeństwa oznacza, że w nadchodzących latach sektor medyczny stanie przed wieloma wyzwaniami, związanymi ze zwiększonym popytem na świadczenia medyczne i większą częstotliwością występowania chorób przewlekłych.

Kolejnym czynnikiem, który wpływa na wzrost kosztów opieki medycznej, jest też cyfryzacja sektora medycznego oraz konieczność inwestowania w nowoczesne technologie i sprzęt diagnostyczny.

Ponosimy m.in. koszty inwestycji w ochronę danych medycznych. Zmiany prawne, w tym RODO, powodują, że trzeba budować nowe systemy, nowe zabezpieczenia dla tych danych, co oczywiście rodzi dodatkowe koszty – podkreśla Artur Białkowski. – Coraz rzadziej korzystamy z usług takich jak rentgen, zastępując je nowymi technologiami, zwiększamy dostępność do rezonansu magnetycznego czy tomografii komputerowej. Szerszy jest też zakres diagnostyki dla kobiet w ciąży. To wszystko przekłada się na dużo lepszą jakość diagnostyki i skuteczność leczenia, ale jednocześnie generuje wyższe koszty opieki medycznej.

Widzimy, że rosnące koszty opieki zdrowotnej skłaniają coraz więcej firm z naszej branży do waloryzacji cen usług medycznych. To pozwala utrzymać wysoką jakość obsługi i reinwestować pieniądze w rozbudowę naszej sieci placówek medycznych. Dla przykładu, tylko w ubiegłym roku otworzyliśmy 3 nowe centra medyczne i 3 wysokospecjalistyczne kliniki stomatologiczne oraz rozbudowaliśmy i zmodernizowaliśmy 8 istniejących centrów medycznych. Ponadto do naszej sieci placówek partnerskich dołączyło 330 nowych jednostek – dodaje Krzysztof Świetlik, dyrektor ds. sprzedaży Medicover Polska.

Jak podkreśla, duże szanse na optymalizację kosztów obsługi medycznej stwarza telemedycyna. Według szwedzkiej firmy badawczej Berg Insight w 2022 roku z systemów telemedycznych będzie korzystać już 16,5 mln Europejczyków (wobec 5,9 mln w 2016 roku). Medicover szacuje, że prawie jedna czwarta wizyt w placówkach stacjonarnych mogłaby być realizowana zdalnie.

Pacjenci z każdym rokiem coraz chętniej korzystają z takiej formy obsługi. Od momentu uruchomienia naszej platformy telemedycznej w 2012 roku udzieliliśmy im już blisko 1 mln porad. W tym roku mamy ich już blisko 150 tys. Ich wolumen rośnie z roku na rok o 40–50 proc. Od grudnia ubiegłego roku wdrożyliśmy w Medicover e-recepty, które także cieszą się coraz większą popularnością, zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów. Pozwala to zredukować liczbę wizyt w centrach medycznych i nasze koszty, a dla pacjentów jest ułatwieniem życia i oszczędza ich cenny czas – podkreśla Krzysztof Świetlik.

Trwają rozmowy w sprawie zakupu 32 myśliwców F-35 od Amerykanów. Eksperci krytykują sposób prowadzenia negocjacji

Trwają rozmowy w sprawie zakupu 32 myśliwców F-35 od Amerykanów. Eksperci krytykują sposób prowadzenia negocjacji 2

W ramach programu Harpia – jednego z największych programów modernizacyjnych Sił Zbrojnych – Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza kupić 32 wielozadaniowe myśliwce piątej generacji F-35. Jak poinformował szef resortu Mariusz Błaszczak, rozmowy na ten temat są bardzo intensywne, a do sfinalizowania transakcji nie jest daleko. Z nieoficjalnych informacji wynika, że miałaby ona kosztować ok. 17 mld zł, a do sfinansowania zakupu supernowoczesnych myśliwców rozważana jest specjalna specustawa. Część ekspertów krytykuje jednak zarówno kształt negocjacji, jak i pośpiech, z jakim MON dąży do zakupu nowych maszyn.

– Jak rozumiem, decyzji w sprawie zakupu F-35 jeszcze nie ma, jest jej zapowiedź, więc sprawa nie jest jeszcze zamknięta. Natomiast nic na razie nie wskazuje na to, żeby to zwiększało naszą samodzielność strategiczną, technologiczną czy chociażby jeśli chodzi o budowę własnych możliwości produkcyjnych. To musi martwić, bo największym wyzwaniem dla Polski jest właśnie budowa samodzielnego potencjału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Radziejewski, politolog, dyrektor i założyciel Nowej Konfederacji.

Produkowany przez amerykański koncern Lockheed Martin F-35 Lightning II to myśliwiec piątej generacji, wielozadaniowy samolot bojowy o obniżonej wykrywalności dla radarów. W kwietniu przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Obrony oficjalnie poinformował w Waszyngtonie, że USA rozważają sprzedaż takich maszyn pięciu państwom – w tym Polsce. Krótko potem szef MON Mariusz Błaszczak poinformował, że rozmowy na ten temat są bardzo zaawansowane.

MON zamierza kupić 32 wielozadaniowe myśliwce w ramach programu Harpia – jednego z największych programów modernizacyjnych Sił Zbrojnych. Jak zapowiedział w maju wiceminister Wojciech Skurkiewicz, pierwsza eskadra ma trafić do Polski jeszcze przed 2026 rokiem, druga zostanie zamówiona po tym terminie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że miałaby ona kosztować ok. 17 mld zł, a w celu sfinansowania zakupu supernowoczesnych myśliwców rozważana jest specjalna specustawa.

– Oczywiście stać nas na F-35, ale nieoczywisty jest bilans kosztów do efektów. To będą ogromne pieniądze i pytanie, czy nie lepiej byłoby je wydać po prostu na coś innego. Można by zastanowić się nad takimi opcjami, jak zakup szwedzkich myśliwców z większymi możliwościami współudziału w ich produkcji. One zapewne miałyby niższą wartość bojową, ale z drugiej strony – zapewniałyby nam dużo więcej w zakresie rozwijania własnego przemysłu obronnego. W przypadku F-35 ten bilans kosztów i zysków wygląda dość wątpliwie, tzn. wydamy ogromne pieniądze na coś, co nie zbuduje naszej samodzielności strategicznej – ocenia Bartłomiej Radziejewski.

Jak podkreśla, Polska powinna przede wszystkim postawić na podnoszenie swojej samodzielności strategicznej i technologicznej oraz budowanie możliwości produkcyjnych. Tymczasem zakup F-35 nie daje nawet gwarancji, że Polska będzie mogła w ogóle efektywnie korzystać z nich bez amerykańskiego wsparcia.

– F-35 to supernowoczesna, bardzo groźna broń, która zwiększy polski potencjał odstraszania, Jednocześnie wszystko wskazuje na to, że F-35 będzie poza polską efektywną kontrolą. Nie mamy ani systemu identyfikacji celów, ani systemów łączności, które pozwoliłyby nam bez zgody efektywnej i bez efektywnego amerykańskiego wsparcia po prostu używać tych samolotów. To sprawia, że z jednej strony nasza zdolność bojowa i zdolność odstraszania bardzo poważnie rośnie, ale z drugiej strony jeszcze bardziej uzależniamy się w tym względzie od Amerykanów. Nie możemy być pewni, czy w sytuacji kolejnego, ewentualnego resetu amerykańsko-rosyjskiego będziemy w stanie efektywnie z tej broni skorzystać – mówi Bartłomiej Radziejewski.

Nasz rozmówca krytykuje również kształt negocjacji i pośpiech, z jakim MON dąży do sfinalizowania transakcji, wskazując, że aby poprawić swoją pozycję negocjacyjną, rząd powinien przynajmniej upozorować, że bierze pod uwagę także innych oferentów.

– Nie należałoby z góry mówić, że jest to dla nas jedyna opcja. Należałoby przynajmniej upozorować, że rozważamy zakup Eurofightera czy Gripenów, żeby wprowadzić u naszych amerykańskich partnerów element niepewności i uzyskać więcej – podkreśla politolog Bartłomiej Radziejewski – Jeżeli bierzemy broń od Amerykanów, to dobry kierunek, bo jest to najlepszy producent najnowocześniejszej i najbardziej zabójczej broni. Jednak żeby uzyskać od Amerykanów lepsze oferty, powinniśmy przynajmniej pozorować, że mamy alternatywy. My otwarcie komunikujemy, że jesteśmy zainteresowani tylko ofertami amerykańskimi, czym sami sobie zawężamy możliwość manewru i pole do negocjacji. To jest strzał w kolano.

W kolejnej dekadzie coraz dłuższe fale upałów staną się powszechne. Rząd chce przystosować gospodarkę do zmian klimatycznych

W kolejnej dekadzie coraz dłuższe fale upałów staną się powszechne. Rząd chce przystosować gospodarkę do zmian klimatycznych 3

W 41 miastach Polski mieszkańcy są narażeni na większe ryzyko występowania chorób układu krążenia czy układu oddechowego w związku z ekstremalnymi zjawiskami klimatycznymi. W 36 miastach nawałnice, powodzie i ekstremalne temperatury mogą zakłócać funkcjonowanie transportu, a w 14 – sektora energetycznego. Na przestrzeni kolejnej dekady powszechne będą w Polsce coraz dłuższe fale upałów i  krótkie, ale intensywne opady deszczu, które będą powodować lokalne zalania i podtopienia – wynika z nowej „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku”. Dokument będzie podstawą do inwestowania środków z UE, tworzenia nowego prawa i modernizowania infrastruktury tak, aby polska gospodarka zaadaptowała się do skutków zmian klimatycznych.

„Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku” skupia się na wyzwaniach związanych z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, rozwojem gospodarczym, zapewnieniem właściwych warunków życia ludziom i zapewnieniem bezpieczeństwa ekologicznego. Jeżeli chcemy się rozwijać zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju, zapewnić dynamiczny rozwój gospodarczy przy jednoczesnym zachowaniu zasobów przyrodniczych, to musimy mieć strategiczny dokument, dzięki któremu, konstruując przepisy o ochronie środowiska, będziemy wiedzieć, że zmierzamy w dobrym kierunku – mówi agencji Newseria Biznes wiceminister środowiska Sławomir Mazurek.

Jak podkreśla, „Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku” – podpisana przez premiera na początku sierpnia – współgra z rządową Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Dokument wyznacza kierunki działań w obszarze środowiska i gospodarki wodnej oraz będzie kluczową strategią w tym obszarze, stanowiąc podstawę do przyszłych działań legislacyjnych i inwestowania środków UE z perspektywy finansowej na lata 2021–2027. Jest to również pierwsza przyjęta strategia z dziewięciu takich dokumentów, opracowywanych równolegle przez poszczególne ministerstwa, które razem będą wyznaczać kierunki rozwoju kraju.

Ta strategia odpowiada też na bieżące trendy, związane z gospodarką obiegu zamkniętego czy ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Proponujemy w niej szereg działań i adresujemy także te kwestie, które dotyczą innowacyjności oraz programowania odpowiednich instrumentów finansowych i prawnych do walki z tymi wyzwaniami – mówi Sławomir Mazurek.

Nieodpowiednia jakość powietrza, niska zasobność wód, skutki postępujących zmian klimatycznych i deficyt narzędzi kreowania ładu przestrzennego – to jedne z głównych problemów środowiskowych wymienionych w nowej strategii ekologicznej. Wyzwaniem dla Polski jest zapewnienie właściwego systemu finansowania przedsięwzięć środowiskowych, tak żeby działania sektora prywatnego i publicznego (zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym) były skoordynowane i wzajemnie się uzupełniały.

Szeroko poruszanym zagadnieniem w nowej strategii są ekstremalne zjawiska pogodowe i ich wpływ na gospodarkę. Dokument typuje 41 miast w Polsce, w których zdrowie i bezpieczeństwo mieszkańców są najbardziej narażone na negatywne skutki ekstremalnych zjawisk klimatycznych, m.in. ze względu na wzrost ryzyka nasilenia się chorób układu krążenia czy układu oddechowego. W 36 miastach wzrost intensywności zagrożeń – opadów deszczu, ekstremalnych temperatur, nawałnic czy powodzi – może w przyszłości zakłócić funkcjonowanie transportu. Z kolei w 14 miastach zmiany klimatyczne mogą zakłócać funkcjonowanie sektora energetycznego (np. opady śniegu czy marznącego deszczu mogą powodować awarie sieci niskiego napięcia i nawet kilkudniowe braki zasilania).

Wszystko, co dotyczy ekstremalnych zjawisk pogodowych i tego, w jaki sposób mamy się do nich adaptować, jest ważnym kierunkiem interwencji. Tutaj z pomocą przychodzą miejskie plany adaptacji. Ministerstwo Środowiska we współpracy z samorządami i organizacjami pozarządowymi wypracowało dla 44 miast powyżej 100 tys. właściwe instrumenty interwencji, np. na wypadek ekstremalnych deszczy czy długotrwałych susz. Są tam zapisane konkretne działania, dotyczące np. rozwoju błękitnej, zielonej infrastruktury czy likwidacji miejskich wysp ciepła. Przygotowaliśmy już miejskie plany, ale chcemy nimi objąć także inne obszary Polski – tereny wiejskie i mniejsze miasta – podkreśla Sławomir Mazurek.

Oprócz miast zaadaptowania do nowych warunków będą wymagać całe sektory gospodarki, takie jak np. transport i budownictwo, szczególnie podatne na ekstremalne zjawiska (np. silne wiatry, nawalne deszcze i burze, powodzie, osuwiska, śnieg, lód, skrajne temperatury i brak widoczności). Dlatego nowo przyjęta polityka ma też wyznaczać standardy do opracowywania nowych projektów infrastruktury transportowej i modernizacji już istniejącej.

Najpilniejsze działania są też związane z poprawą jakości powietrza. To jeden z głównych priorytetów, realizowany już w ramach programu „Czyste Powietrze”, który przeznaczy 103 mld zł w ciągu 10 lat na wymianę źródeł ciepła, głęboką termomodernizację i zastosowanie OZE w gospodarstwach domowych. Kwestia poprawy jakości powietrza i likwidacji niskiej emisji jest bardzo ważna. Możemy także wymienić programy NFOŚIGW związane z rozwojem sieci ciepłowniczej, energii odnawialnej na terenach rolniczych. Wszystkie te działania wynikają bezpośrednio z „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku” – mówi wiceminister środowiska.

Jak podkreśla, dokument ten pozwoli podejść do tematu ochrony środowiska kompleksowo i przyczyni się do wypełnienia przez Polskę międzynarodowych zobowiązań w tym zakresie, wynikających chociażby z polityki klimatycznej UE.

Przeniesienie zasobów do chmury pomaga zmniejszyć rachunki za energię. Firmy mogą zaoszczędzić do 40 proc.

Przeniesienie zasobów do chmury pomaga zmniejszyć rachunki za energię. Firmy mogą zaoszczędzić do 40 proc. 4

Usługi chmurowe zdobywają coraz większą popularność. W Polsce wykorzystuje je na razie raptem co 10. przedsiębiorstwo, więc rynek wciąż ma duży potencjał. Przede wszystkim ze względu na korzyści, jakie daje, czyli podniesienie poziomu bezpieczeństwa danych w firmie oraz brak konieczności inwestowania w zakup i utrzymanie sprzętu IT. W kontekście drastycznych podwyżek cen energii dla polskich firm dużą zaletą może się okazać możliwość zoptymalizowania jej zużycia i obniżenia rachunków.

– W przypadku małych i średnich przedsiębiorstw, które mają swoje lokalne serwerownie, bardzo często ceny prądu były liczone ogólnie, czyli serwerownia i ceny prądu w biurze były liczone jako jeden koszt. Tymczasem według badań Pike Research przeniesienie danych firmy do chmury może zmniejszyć koszty prądu o 38 proc., co jest naprawdę bardzo dużą oszczędnością – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu Aruba Cloud na Europę Środkowo-Wschodnią.

Rosnące ceny energii w Polsce powodują, że większość przedsiębiorstw szuka w tej chwili możliwości optymalizacji tego obszaru i sposobów na ograniczanie zużycia. Dzięki tzw. ustawie prądowej mikro- i małe przedsiębiorstwa nie zapłacą w drugiej połowie tego roku wyższych rachunków za energię elektryczną (ustawa zamroziła je na poziomie z czerwca ubiegłego roku), ale w 2020 roku ustawowe mechanizmy gwarancji cen stracą ważność i przedsiębiorstwa muszą się liczyć z tym, że uwolniona cena energii elektrycznej wzrośnie nawet o 30 do 50 proc. Tymczasem dla wielu przedsiębiorstw cena energii jest w budżecie istotnym kosztem.

– Serwerownie, które są budowane specjalnie dla dostawców chmury, są zoptymalizowane pod kątem wykorzystania energii i prądu w przeciwieństwie do lokalnych serwerowni, które zużywają go więcej – mówi Marcin Zmaczyński.

Jak podkreśla, usługi w chmurze eliminują również konieczność wyposażenia i utrzymania serwerowni, dzięki czemu firmy mogą zaoszczędzić także na kosztach sprzętu. Infrastrukturą zarządza dostawca usług chmurowych, co pozwala przedsiębiorstwu skupić się na strategicznej działalności.

– Kolejną kwestią jest tzw. dług technologiczny. Bardzo często małe i średnie przedsiębiorstwa oszczędzają na zaktualizowaniu swojego sprzętu zgodnie z zasadą, że dopóki działa, to jest dobrze. Tymczasem przez to działają na przestarzałym sprzęcie i oprogramowaniu. W przypadku chmury wszystkie części składowe infrastruktury chmurowej są na bieżąco aktualizowane i amortyzowane. Dlatego przedsiębiorstwa, które zdecydują się na przeniesienie swoich danych do chmury, mogą się pozbyć kolejnego problemu, jakim jest dług technologiczny – mówi Marcin Zmaczyński.

Kolejną istotną zaletą chmury jest bezpieczeństwo. Usługi chmurowe są po pierwsze uniezależnione od czynników zewnętrznych, takich jak pożary czy powodzie, ale i w pełni zabezpieczone przez cyberatakami.

– Wszystkie dane w chmurze są szyfrowane. Co więcej, my – jako dostawcy chmury – tak naprawdę też nie mamy do nich dostępu. Te dane są bezpieczne. Problemem, jeżeli chodzi o kwestie ataków, z jakimi borykają się dostawcy chmury, są najczęściej ataki DDoS-owe, polegające na zapchaniu łączy, przez co strona czy dane mogą być przez jakiś czas niedostępne. Ale dostawcy chmury świetnie sobie radzą z takimi atakami i potrafią je w odpowiedni sposób odeprzeć, dzięki czemu o wielu z nich nawet nie słyszymy – mówi Marcin Zmaczyński.

Cloud computing zdobywa coraz większą popularność. Według prognoz Gartnera globalny rynek chmury publicznej tylko w tym roku ma wzrosnąć o 17,3 proc. i osiągnąć wartość 206,2 mld dol. Coraz więcej firm decyduje się też na chmury prywatne i hybrydowe (połączenie chmury prywatnej i publicznej) albo tzw. multicloud, czyli korzystanie z infrastruktury różnych dostawców usług chmurowych.

– Tzw. multicloud, czyli dywersyfikacja dostawców usług chmurowych, jest najbardziej optymalną strategią, rekomendowaną przez największe instytucje. Także ostatni raport Della potwierdza, że właśnie multicloud, czyli tzw. chmura hybrydowa polegająca na wyborze dwóch do trzech dostawców, jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem – mówi Marcin Zmaczyński.

Według danych GUS-u w Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje na razie zaledwie 11,5 proc. przedsiębiorstw, przy czym jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Dla porównania, według danych Eurostatu z usług chmurowych korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), a w Finlandii ten odsetek jest jeszcze wyższy (65 proc.). Polskie firmy decydują się też głównie na podstawowe funkcjonalności – spośród usług oferowanych w chmurze w ubiegłym roku najczęściej kupowane były te związane z udostępnianiem poczty e-mail.

Rośnie popularność polskich artystów za granicą. Podbój innych rynków bez wsparcia państwa może być jednak trudny

0

Rośnie popularność polskich artystów za granicą. Podbój innych rynków bez wsparcia państwa może być jednak trudny 5

Po raz pierwszy w historii za pracę polskiego artysty, popularnego na świecie, płaci się więcej w Polsce niż za granicą. Rodzimi artyści są jednak także cenieni i rozpoznawani za granicą – dotyczy to przede wszystkich tych, których dzieła osiągają największe kwoty na aukcjach. Twórczość Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego choć w Polsce biją rekordy aukcyjne, są doceniane i na zagranicznych rynkach. Polska sztuka ma ogromną wartość. – Artyści potrzebują jednak wsparcia, także finansowego, i większej promocji za granicą – przekonuje Jacek Łydżba, artysta, malarz.

– Polskie malarstwo będzie poszukiwane i będzie coraz droższe, powoli już tak się dzieje, ale to zobaczymy za parę lat. Polska sztuka jest coraz droższa i te rekordy cenowe są pobijane właściwie z roku na rok. Ale to właściwie też nie chodzi o pieniądze i o cenę, tylko chodzi o to, że ta polska sztuka funkcjonuje w świadomości innych ludzi, a cena nie jest odbiciem wartości obrazu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Łydżba, artysta, malarz.

Z danych portalu Artinfo wynika, że ubiegły rok był rekordowy pod względem liczby sprzedanych dzieł, ale również i cen, jakie kolekcjonerzy byli w stanie zapłacić za twórczość najpopularniejszych artystów. Obrót sięgnął rekordowych 252 mln, a jeszcze na początku lat 2000 rocznie było to 60–80 mln. Przeprowadzono 302 aukcje, w poprzednich latach było ich średnio nieco ponad 100. Sprzedano blisko 15 tys. dzieł, padł też cenowy rekord. To wszystko pokazuje, że polski rynek sztuki rośnie w siłę. Także polscy artyści są rozpoznawani i cenieni za granicą.

– Polska sztuka bierze udział w dialogu artystycznym. Proponujemy też własny styl, własne pomysły i one są zauważane na świecie. Rzeźba Romka Stańczaka na Biennale w Wenecji została zauważona i wyróżniona. Ten polski pawilon był jednym z ważniejszych na Biennale. Polacy biorą udział w dokumentach w Kassel, w Bazylei, w bardzo wielu prestiżowych miejscach i je po prostu się widzi. Nie ma miejsca, gdzie nie byłoby polskich artystów i polskiej sztuki – tłumaczy Jacek Łydżba.

Jeszcze kilka lat temu największe zainteresowanie budziła sztuka dawna, np. obrazy Jana Matejki czy Stanisława Wyspiańskiego. Obecnie jednak sytuacja się zmieniła, a rekordowe transakcje dotyczyły sztuki współczesnej. Warto choćby wspomnieć pracę Wojciecha Fangora. Obraz M 39 osiągnął cenę 4,7 mln zł. Choć wciąż jeszcze za dzieła najpopularniejszych polskich artystów (m.in. Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego) płaci się więcej w kraju niż za granicą, to na aukcjach pojawia się coraz więcej zagranicznych kolekcjonerów.

– Polscy artyści są poszukiwani za granicą. Już od wielu lat bierzemy udział w tym dialogu artystycznym. Polscy artyści istnieją w świecie i są bardzo dobrze sprzedawani, bardzo dobrze prezentowani. Ale żeby ich wartość była jeszcze bardziej znacząca, to polscy kolekcjonerzy czy polskie władze powinny jeszcze bardziej się w to zaangażować – przekonuje Łydżba.

Zdaniem artysty konieczna jest większa promocja nie tylko samych dzieł, lecz także w ogóle polskiego rynku sztuki. W przewodnikach powinny być zaznaczone wszystkie galerie sztuki, miejsca, gdzie można podziwiać rzeźby czy obrazy. Niezbędne jest też wsparcie, także finansowe.

– Problem z promowaniem polskiej sztuki polega na tym, że to niestety wymaga też nakładów finansowych i organizacyjnych. I to nie zawsze jest takie w stu procentach dlatego, że te wydatki finansowe oczywiście są potrzebne, bo promocja niestety kosztuje, na Zachodzie są to ogromne pieniądze, bo trzeba wydać katalog, trzeba promować artystę w mediach i to wymaga dużego wysiłku organizacyjnego i finansowego – ocenia Łydżba.

Także sami artyści potrzebują pomocy – nie tylko finansowej, lecz także logistycznej. Poczucia, że mogą liczyć na wsparcie państwa. Tym bardziej że polska sztuka ma dużo do zaoferowania.

– Wartości, które proponuje polska sztuka, są ogromne – od realistycznych, moralnych poprzez abstrakcyjne i uniwersalne. Wachlarz jest ogromny – podkreśla Jacek Łydżba.

Ekspert rynku: Kryptowaluty już rywalizują z oficjalnymi środkami płatniczymi. Do gry wchodzą najwięksi internetowi giganci

Ekspert rynku: Kryptowaluty już rywalizują z oficjalnymi środkami płatniczymi. Do gry wchodzą najwięksi internetowi giganci 6

Mimo że Facebook nie wydał jeszcze własnej kryptowaluty, o Librze jest już głośno. Oczekiwania są ogromne, a do biznesu dołączyło już wiele renomowanych firm, jak Uber, Vodafone czy MasterCard. Docelowo do 2020 roku Stowarzyszenie Libra ma już liczyć 100 firm. Sami użytkownicy również czekają. Libra może być przełomem w świecie szybkich, bezpiecznych i tanich płatności online, już na starcie budzi jednak spore obawy. Zdaniem części ekspertów Libra może zagrozić kursowi dolara. Współzałożyciel Facebooka Chris Hughes ocenia zaś, że Libra przeniesie władzę z banków centralnych do korporacji.

– W 2020 roku będziemy mieli do czynienia z w pełni operacyjną kryptowalutą, jaką będzie Libra. Ona już jest w dużej mierze przygotowana przez Facebooka i około 28 innych, bardzo dużych podmiotów, których liczba będzie wzrastała. Każdy z tych podmiotów musi mieć wartość rynkową co najmniej miliarda dolarów, 20 mln klientów i włożyć 10 mln dolarów w ten projekt. To ogromne pieniądze, które umożliwiły przygotowanie kryptowaluty Libra, która będzie stanowiła zupełne novum – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje ekonomista Sławomir Horbaczewski.

Libra ma być dostępna z poziomu komunikatora i powiązana z tradycyjnymi walutami. Zaproponowana przez największą sieć społecznościową na świecie z założenia ma stworzyć proste, przyjazne dla użytkowników środowisko finansowe. Zgodnie z zapowiedziami ma też rozwiązać problem braku dostępu miliarda ludzi do usług bankowych, a tym samym – do wygodnych, szybkich i tanich transakcji. Blockchain Libra rozwiąże główne problemy wszystkich rozproszonych ksiąg rachunkowych – będzie skalowalny, co oznacza, że ​​będzie mógł rosnąć i zarządzać miliardami użytkowników i transakcji, a przy tym całkowicie zabezpieczony.

– To krok naprzód, próba powiedzenia, że owszem, jest to kryptowaluta, ale zdecydowanie mniej spekulacyjna. Stabilnie oferująca nowe możliwości na rynku finansowym. Facebook ma 2,7 mld użytkowników, zatem wystarczy, że jakaś drobna część z nich skorzysta z Libry i już mamy do czynienia z dziesiątkami milionów użytkowników – przekonuje Sławomir Horbaczewski.

Kryptowaluty ma niewielki odsetek osób. Libra może być pod tym względem prawdziwą rewolucją, a jej zastosowanie praktycznie nieograniczone. Wynajem mieszkania lub samochodu, przenoszenie pieniędzy między użytkownikami, zakupy. Obecnie szanse, że właściciel mieszkania lub pojazdu, partner czy sprzedawca akceptuje bitcoiny, są niewielkie, a przede wszystkim znacznie niższe niż szansa, że mają profil na Facebooku lub używają WhatsAppa i Instagrama. Dlatego Libra ułatwi transakcje miliardom osób na całym świecie. Zwłaszcza że wiele renomowanych firm już dołączyło do Libra Association, która zarządza kryptowalutą. Stowarzyszenie ma 28 członków założycieli, w tym PayPal, Visa, Vodafone, MasterCard, Uber czy Spotify, ale do 2020 roku ma mieć już 100 członków.

– Mówimy o kryptowalutach ostrożnie, staramy się wprowadzać różnego rodzaju regulacje, które będą zapobiegały nadużyciom. Za chwilę możemy mieć do czynienia z kryptowalutami, które będą zdecydowanie bezpieczniejsze, stabilniejsze i które rzeczywiście zaczną o tyle zagrażać pieniądzom tzw. fiducjarnym, emitowanym przez banki centralne, że będzie to naturalny, kolejny etap rozwoju rynku. Wolne rynki nie mają tak naprawdę ekonomicznych ograniczeń i kryptowaluty to bardzo silnie pokazują – przekonuje ekspert.

Libra budzi jednak obawy u części ekspertów, którzy oceniają, że nowa cyfrowa waluta może zachwiać kursem dolara. Współzałożyciel Facebooka Chris Hughes nazwał możliwość sukcesu nowej kryptowaluty jako przerażającą i stwierdził, że Libra przeniesie władzę z banków centralnych do korporacji. Kryptowaluta napotyka też sprzeciw ze strony amerykańskich ustawodawców. Obawiają się oni naruszenia bezpieczeństwa danych użytkownika, zwłaszcza w kontekście niedawnych skandali – Przewodniczy House Financial Services Committee wezwał Facebooka m.in. właśnie dlatego do wstrzymania rozwoju nowej cyfrowej monety.

Libra nie jest jedyną nowością na rynku, która może całkowicie zmienić oblicze kryptowalut. Największa na świecie giełda kryptowalut, Binance, uruchamia projekt Venus. Celem jest stworzenie lokalnych kryptowalut oraz aktywów cyfrowych na całym świecie. Prawdopodobnie więc Binance będzie współpracować z rządami określonych państw w procesie tworzenia ich własnych walut cyfrowych, choć zdaniem ekspertów skupi się na rynku azjatyckim.

Kryptowaluty to tylko część nowego cyfrowego świata. Coraz więcej państw wdraża technologię blockchain, bezpośrednio powiązaną z cyfrowymi walutami, ale działającą także samodzielnie. Całkowicie bezpieczna, odporna na ataki hakerskie, wprowadza zupełnie nowy system zabezpieczeń.

– Ludzie nie wiedzą jeszcze, co to jest blockchain, a bardzo wiele krajów, organizacji i potężnych koncernów już oficjalnie zaczyna stosować tę technologię. Umożliwia funkcjonowanie, przechowywanie, zapisywanie i przekazywanie danych w taki sposób, żeby nikt nie mógł tych danych w przyszłości w jakikolwiek sposób zmienić – tłumaczy Sławomir Horbaczewski.

Według analityków MarketsandMarkets globalny rynek kryptowalut osiągnie w 2025 r. wartość 1,5 mld dol.

Polska z coraz silniejszą pozycją na światowym rynku gier. Przyszłością branży będzie e-sport i rozszerzona rzeczywistość

Polska z coraz silniejszą pozycją na światowym rynku gier. Przyszłością branży będzie e-sport i rozszerzona rzeczywistość 7

Granie to już nie tylko sposób na zapewnienie sobie rozrywki, lecz także coraz częściej bardzo wysokich zarobków, zwłaszcza w obszarze e-sportu. Do branży rozrywkowej coraz mocniej wchodzi wirtualna i rozszerzona rzeczywistość. Z roku na rok rośnie wiek statystycznego gracza. Obecnie po ten rodzaj rozrywki sięgają w dużej mierze osoby w wieku powyżej 30 lat. Polska staje się coraz bardziej liczącym się krajem na dynamicznie rozwijającym się rynku gier.

– Rynek producenta gier w Polsce jest bardzo interesujący, dlatego że powstają co rusz nowe studia, a już jest ich całkiem sporo. Polska powoli staje się powerhousem pod względem produkcji gier komputerowych. To, co jest interesujące na rynku konsumenta, to wzrastający wiek tego konsumenta. Coraz więcej osób w przedziale 30+ nadal regularnie gra w gry. Do tego dochodzi dużo młodych osób. Z tego powodu rynek konsumenta również będzie rósł –mówi agencji Newseria Innowacje Jarosław Kotowski, prezes zarządu Noobz from Poland.

Rynek gier wideo coraz bardziej ewoluuje. Coraz większym segmentem staje się e-sport. Coraz bardziej zaawansowana, a tym samym popularniejsza, jest też wirtualna i rozszerzona rzeczywistość w grach. Mimo pojawiania się coraz to nowszych technologii na rynku przeciętny gracz nie należy do najmłodszych, plasuje się w gronie millenialsów. Według Entertainment Software Association przeciętny gracz-mężczyzna ma 33 lata. W przypadku kobiet jest to 37 lat.

Z kolei e-sportem interesuje się już bardziej młodsze pokolenie. Według gamesindustry.biz 37 proc. użytkowników YouTube Gaming to osoby w wieku od 16 do 24 lat, a 36 proc. mieści się w przedziale 25–34 lat. Platformy do strumieniowej transmisji rozgrywek skupiają się głównie na turniejach e-sportowych. To jedna z najbardziej rozwijających się, a zarazem dochodowych gałęzi rynku gier. Coraz więcej zarabiają także sami e-sportowcy.

– Osoby grające w e-sport wygrywają całkiem duże kwoty. Pojawia się coraz więcej możliwości zarobku dla graczy i ten rynek będzie się profesjonalizował w taki sposób, że również gracze będą partycypowali w zyskach z gier komputerowych. Największe kwoty do zarobienia pojawią się w ramach partycypacji w turniejach – mówi prezes Noobz from Poland.

Polski zespół Virtus.pro jest notowany jako jeden z najlepiej zarabiających w turniejach Counter–Strike. Jego roczne wpływy z nagród sięgały niemal miliona dolarów. Według danych Investment Bank łączna pula nagród w e-sporcie w 2018 roku sięgnęła kwoty 121,1 mln dol. Zarabiać na grach można jednak nie tylko w ramach e-sportu. Coraz bardziej dochodowym biznesem jest np. sprzedawanie postaci i przedmiotów z gier.

– Rozwijać się będą różnego rodzaju markety, gdzie można sprzedawać np. skiny czy przedmioty w grach. W przypadku niektórych tego typu rzeczy kwoty również potrafią być już wysokie. To wszystko zależy od gry, bo każda gra ma trochę swoją specyfikę. Każdy gatunek ma swoją specyfikę. Zdarzają się przypadki, kiedy proste skiny do gry potrafią być naprawdę bardzo drogie – twierdzi Jarosław Kotowski.

Kolejnym trendem rozwojowym branży gier ma być w najbliższych latach – zdaniem eksperta – rozwój wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Na razie dominującym segmentem rynku są jednak tradycyjne gry, do których gracze zasiadają przed ekranem komputera. Mimo to coraz wierniejsze oddanie rzeczywistości w VR sprawi, że w najbliższych latach gracze chętniej będą sięgać po ten rodzaj rozrywki.

Westworld Awakening, najnowsza gra VR wyprodukowana przez HBO i studio Survios, oferuje unikatową mechanikę ruchu. Postać biegnie wówczas, gdy gracz porusza rękami w sposób charakterystyczny dla biegu. Dzięki temu mózg gracza uznaje, że faktycznie się porusza, przez co udaje się m.in. uniknąć nieprzyjemnych dolegliwości związanych z poruszaniem się w wirtualnym świecie przy nałożonych goglach VR.

– Gry na pewno będą coraz bardziej realistyczne, coraz bardziej intensywne. Doświadczenia graczy będą coraz bardziej przypominały realne życie. Pojawi się spora przestrzeń dla rozszerzonej rzeczywistości – przewiduje ekspert.

Z najnowszego raportu Newzoo wynika, że w 2019 r. globalny rynek gier wygeneruje przychody w wysokości 152 mld dol., co stanowi wzrost o 9,6 proc. rok do roku. Zdaniem analityków jednym z kluczowych trendów będzie rozwijanie gier w chmurze, które pozwoli na rozszerzenie dostępu do rynku gier premium. Polski rynek gier komputerowych i wideo jest wart niemal 550 mln dol. Daje nam to 24. pozycję na świecie.

Wymiana franków dla firm – gdzie najtaniej?

Przedsiębiorcy prowadzący firmy otwarte na rynek zagraniczny na co dzień posługiwać muszą się nie tylko walutą polską, ale także walutami obcymi. Chcąc dokonać przewalutowania określonej sumy pieniędzy właściciele wybierają z reguły tradycyjne metody wymiany franków CHF na złotówki PLN. Dlatego też w tym celu udają się do placówki bankowej lub pobliskiego kantoru. Wbrew ogólnie panującym przekonaniom dokonywanie transakcji między krajowych związanych z usługami importu bądź eksportu mogą być jeszcze tańsze. 

frank szwajcarski

Szwajcaria jest pięknym i bogatym krajem, który większości z nas kojarzy się głównie z popularnymi kredytami hipotecznymi we frankach chętnie zaciąganymi przez naszych obywateli. Wiele polskich firm prowadzi także interesy z lokalnymi kontrahentami co po części zmusza ich do regularnej wymiany PLN na CHF i odwrotnie. Koszty związane z opłatami przewalutowania franka zwłaszcza w sytuacji, kiedy dysponujemy dużą sumą pieniędzy są niestety często bardzo wysokie. Przedsiębiorcy poszukujący sposobu na obniżenie tych kosztów coraz częściej decydują się na zamianę tradycyjnych stacjonarnych kantorów na nowoczesne platformy wymiany walut. Jednym z zaufanych serwisów jest Walutomat, umożliwiająca przeprowadzanie transakcji w trybie online. Oferta przystosowana jest zarówno do klientów indywidualnych, jak i firm. Jeżeli chodzi o prowizję to wynosi ona jedynie 0,2 %, z kolei cała transakcja wymiany franków odbywa się za pośrednictwem platformy bez konieczności opuszczania biura.

Zastanawiasz się jaka jest aktualna cena szwajcarskiego franka? Odpowiedź na to pytanie znajdziesz na stronie internetowej https://www.walutomat.pl/kursy-walut/chf-pln/. Dostępne tam informacje z pewnością są dużym ułatwieniem dla użytkowników korzystających z platform wymiany walu. Dzięki posiadaniu tej wiedzy będziemy pewni, że postępujemy w sposób racjonalny i odpowiedzialny co w przypadku prowadzenia własnej działalności gospodarczej jest kwestią obowiązkową.

Niezależnie od tego, czy jesteś właścicielem małej firmy czy też dużego przedsiębiorstwa zajmującego się handlem zagranicznym to umiejętnie przeprowadzanie poszczególnych transakcji, w tym wymiany waluty szwajcarskiej CHF na polską PLN i odwrotnie – PLN na CHF jest kluczem do sukcesu. Korzystanie z usług kantoru internetowego jest rewelacyjnym sposobem na ograniczenie kosztów związanych z przewalutowaniem do zbędnego minimum. Co więcej przedsiębiorcy oszczędzają nie tylko pieniądze, ale także i czas.

Trendy na rynku żywności. 25 sierpnia – Dzień Polskiej Żywności

W 2018 r. średnie miesięczne bilansowe spożycie mięsa przypadające na jednego Polaka wyniosło ok. 6,38 kg, czyli 76,5 kg rocznie. To wzrost o 6 proc. w porównaniu do 2003 r. Znacznie wzrosło spożycie cukru w analizowanym okresie (2003 r. – 2018 r.) – aż o 23 proc. i w 2018 r. wynosiło ono średnio w miesiącu ok. 3,88 kg, czyli 46,5 kg rocznie na jedną osobę. Co ciekawe, trend miesięcznego zużycia tych produktów w gospodarstwach domowych w przeliczeniu na jedną osobę wygląda inaczej i na przestrzeni 15 lat (2003 r. – 2018 r.) jest malejący. W przypadku cukru spadek wyniósł 45 proc. i spożycie w 2018 r. osiągnęło 0,94 kg. Z kolei konsumpcja mięsa wyniosła 5,2 kg i była niższa o 7 proc. w porównaniu do 2003 r.– wynika z analizy ekspertów ING Banku Śląskiego na podstawie danych GUS i IERiGŻ-PIB.

25 sierpnia obchodzony jest Dzień Polskiej Żywności, który ma na celu promocję krajowych producentów żywności i artykułów spożywczych.

Zgodnie z danymi Instytutu Ekonomiki i Gospodarki Żywnościowej konsumpcja żywności w domu w przeciwieństwie do danych bilansowych nie obejmuje artykułów żywnościowych spożytych w zakładach gastronomicznych oraz w zamkniętych placówkach żywienia zbiorowego, czyli m.in. w szkołach, przedszkolach, szpitalach. Ze względu na odmienną metodologię, dane pochodzące z budżetów gospodarstw domowych nie są bezpośrednio porównywalne z danymi bilansowymi.

Niższa konsumpcja cukru w gospodarstwach domowych wynika z ograniczenia samodzielnie przyrządzanych dań na rzecz jedzenia poza domem. Zwiększona konsumpcja „na mieście” ma z kolei odzwierciedlenie w bilansowym wzroście spożycia cukru, które jest skutkiem dużego udziału w diecie gotowych, przetworzonych produktów, których istotnym składnikiem jest właśnie cukier.

Ponadto patrząc na ostatni okres mogła mieć na to wpływ cena. W 2018 r. średnia stawka za kilogram cukru białego typu kryształ wynosiła według danych GUS 2,14 zł. To blisko 30% mniej niż rok wcześniej (3,04 zł/kg).

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku mięsa – Polacy samodzielnie przygotowują mniej posiłków i częściej spożywają je poza domem, co istotnie wpływa na rosnące spożycie w ujęciu bilansowym. Dodatnio na konsumpcję mięsa oddziałuje też wzrost dochodów społeczeństwa.

Mniej owoców, warzyw, mleka i jaj

W analizowanym okresie (2003 r. – 2018 r.) spadło średniomiesięczne spożycie owoców w gospodarstwach domowych o 6 proc. i wyniosło 3,75 kg w 2018 r.

Polacy spożywają znacznie mnie warzyw. W 2018 r. średniomiesięczne spożycie wyniosło 7,92 kg, co oznacza spadek o ponad 37% w porównaniu z 2003 r. kiedy to ta wartość wynosiła 12,67 kg. W 2018 r. zanotowaliśmy również mniejsze średniomiesięczne spożycie mleka i jaj o około 30 proc. w porównaniu do danych z 2003 r. – mówi Artur Waraksa, analityk ING Banku Śląskiego.

Mleko, podobnie jak m.in. cukier czy mięso, w ujęciu bilansowym odnotowało wzrost spożycia. W 2003 r. średnio spożycie wyniosło 181 litrów (15,1 litrów miesięcznie), w 2018 r. było o 23% wyższe i wyniosło 225 litrów (18,8 litrów miesięcznie). W przypadku masła widać większą stabilność, 4,7 kg (0,39 kg miesięcznie) w 2003 r. wobec 4,4 kg (0,37 kg miesięcznie) w 2018 r., czyli o 6%mniej.

Spadek średniomiesięcznego spożycia w gospodarstwach domowych jest zauważalny w przypadku oleju i tłuszczu – 1,07 kg, czyli 33% mniej w porównaniu do 2003 r.). Konsumpcja sera i twarogów utrzymuje się na zbliżonym poziomie 0,87 kg (spadek o 2,2% w porównaniu do 2003 r.).

Eksport żywności z nadwyżką z bilansie

W 2018 r. wartość eksportu z Polski wyniosła 221 mld euro. Import był większy i osiągnął 226,1 mld euro (bilans -5,1 mld euro). Artykuły rolno-spożywcze stanowiły 13% (29,3 mld euro) w ogólnym wolumenie polskiego eksportu i znajdowały się na trzecim miejscu pod względem udziału po wyrobach elektromaszynowych i chemicznych. Sytuacja utrzymuje się również w 2019 r. (13,4% po pierwszych pięciu miesiącach). Polskie artykuły rolne spożywcze charakteryzują się dużą nadwyżką w bilansie handlowym – dodatnie saldo sięga blisko 10 mld euro.

Drób polskim hitem eksportowym

Polskim hitem eksportowym w Unii Europejskiej jest drób. W 2018 r. wartość eksportu tego mięsa wyniosła aż 2 772,9 mln euro. Polska to największy producent drobiu w Unii Europejskiej. Głównymi odbiorcami są kraje zachodniej Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Holandia, Francja), jednak krajowy surowiec trafia również do Wietnamu i Hongkongu.

W 2018 r. eksport cukrów i słodkich przetworów z Polski wyniósł 2 465 mln euro. Sam cukier stanowił w całości relatywnie niewielki udział, bo tylko 6% wartości (151 mln euro). Najwięcej poza granice kraju wysłano przetworzonych wyrobów cukierniczych zawierających kakao. Ich wartość w poprzednim roku sięgnęła 1 472 mln euro.

Warto zwrócić także uwagę na krajową wołowinę. Mimo, że Polska nie jest wyjątkowo dużym producentem mięsa wołowego (siódme miejsce w Unii Europejskiej) ponad 80% surowca jest przeznaczane na eksport. Wynika to m.in. z bardzo niskiego spożycia krajowego (najmniejsze w UE) i konkurencyjnej ceny w stosunku do innych producentów. W 2018 r. wartość wyeksportowanego bydła i wołowiny poza granice Polski wyniosła 1 651,8 mln euro.

Polacy lokują miliardy w obligacjach. Większość realnie nie zarabia

Detaliczne obligacje skarbowe cieszą się wzięciem. Co jest niepokojące, to wciąż bardzo duża popularność obligacji trzymiesięcznych – 31% sprzedaży i dwuletnich – 21,4% sprzedaży. Ich dość niskie oprocentowanie, odpowiednio 1,5% i 2,1% w skali roku, powoduje, że większość inwestorów może na tych papierach.

Chodzi o to, że w wyniku działania inflacji siła nabywcza pieniędzy zainwestowanych w te papiery najprawdopodobniej stopnieje, a więc po zakończeniu inwestycji za kapitał wraz z odsetkami będzie można kupić mniej niż dziś. Czemu więc te papiery cieszą się aż tak dużą popularnością? Ich przewagą jest przede wszystkim krótki horyzont inwestycyjny, stałe oprocentowanie i brak konieczności czasochłonnego polowania na promocyjne oferty bankowych depozytów. Obligacje detaliczne można bowiem kupić przez internet poświęcając na cały proces zaledwie kilka minut.

Cieszyć powinien rosnący popyt na obligacje o dłuższej zapadalności. W tym przypadku oprocentowanie znane jest tylko dla pierwszego roku, a w kolejnych wyznaczane jest poprzez dodanie marży do wskaźnika inflacji raportowanego przez GUS.

– W efekcie papiery te są dobrą tarczą przed utratą wartości przez oszczędności. I tak w lipcu obligacje czteroletnie odpowiadały za ponad 1/3 całej sprzedaży papierów detalicznych (36,2%). Ich zaletą jest to, że po pierwszym roku oszczędzania z oprocentowaniem na poziomie 2,4% można dzięki nim zarobić 1,25 pkt. proc. ponad inflację – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. – Realnie papiery te chronią więc wartość nabywczą oszczędności póki inflacja nie przekroczy poziomu 6,6%.

Jeszcze lepiej sprawdzają się w tej roli papiery dziesięcioletnie. Te są w pierwszym roku oprocentowanie na 2,7%, ale potem ich oprocentowanie wynosi 1,5 pkt. proc. ponad inflację. Dzięki temu ich posiadacz po uwzględnieniu tzw. podatku Belki realnie zarabia póki inflacja nie przekroczy poziomu 7,9%.

Wciąż niewielką popularności cieszą się za to obligacje rodzinne – sześcioletnie i dwunastoletnie. Na nie w lipcu Polacy wydali niecałe 6 mln złotych. Choć są to papiery o najwyższym oprocentowaniu, to niestety skorzystać z nich mogą tylko beneficjenci programu 500+, a do tego kupić je można tylko za kwotę otrzymaną w ramach tego świadczenia.

Skala sprzedaży wszystkich detalicznych obligacji skarbowych jest co najmniej imponująca. Pomimo wakacji – z reguły nie sprzyjających oszczędzaniu – w samym tylko lipcu br. Polacy kupili aż 15 milionów 712 tysięcy 311 detalicznych obligacji skarbowych o łącznej wartości ponad 1,57 mld złotych.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 26-30 VIII

Inwestorzy powątpiewają w szanse na uratowanie globalnego ożywienia i kolejne słabe dane będą ich w tym myśleniu utwierdzać. Duża niepewność wokół czynników geopolitycznych będzie napędzać pesymizm, ale też oczekiwania na kolektywną odpowiedź banków centralnych i polityki fiskalnej. Szanse na zrywy optymizmu nie są wykluczone, ale raczej nie należy ich szukać w kalendarzu publikacji. Zagrożenia czają się w niemieckim Ifo, zamówieniach na dobra trwale, indeksie nastrojów konsumentów i Chicago PMI z USA oraz PKB z Kanady.

Przyszły tydzień: zamówienia na dobra trwałe, nastroje konsumentów i biznesu w USA, Ifo z Niemiec, HICP z Eurolandu, PKB, CPI z Polski, CAPEX z Australii, PKB z Kanady

USA

W USA regionalne wskaźniki koniunktury (pon, wt, pt) dadzą pierwsze wskazówki, jak zaostrzanie polityki handlowej z Chinami przekłada się na perspektywy przemysłu wytwórczego. Zamówienia na dobra trwałe (pon) będą dobrym wskaźnikiem dotychczasowej kondycji gospodarki i chęci inwestycyjnych firm, choć jeszcze sprzed eskalacji wojen handlowych. Sytuację po stronie konsumenckiej pozwolą ocenić indeks Conference Board (wt) i Uniwersytetu Michigan (pt). Rozczarowujące dane będą miały większe oddziaływanie.

Strefa euro

W Eurolandzie główna uwaga będzie na niemieckim Ifo (pon) i inflacji HICP (pt). Za nami w tym miesiącu najniższy od czasów kryzysu ZEW, ale też lekkie odbicie PMI. Ogólnie jednak indeks klimatu biznesu Ifo nie pokaże pokrzepiających wskazań; z drugiej strony rynek nie oczekuje niczego dobrego. Inflacja w Eurolandzie dalej pozostaje dużo poniżej celu EBC (1 proc. vs 2 proc.) – kolejny powód, by nie zwlekać z luzowaniem monetarnym. Perspektywa dużego pakietu monetarnego EBC jest kotwicą dla EUR, która nie pozwala na wyskok nad powierzchnie.

Wielka Brytania

Przed nami w teorii cichy tydzień po stronie wydarzeń z Wielkiej Brytanii, choć na weekendowym szczycie G7 we Francji temat irlandzkiego backstopu będzie jednym z gorętszych tematów. W minionych dniach rynek funta ożywił się na spekulacjach o możliwym ukłonie UE w stronę alternatywnych rozwiązań, ale w naszej ocenie rynek nadinterpretuje wysyłane sygnały i nie widzimy podstaw do obniżenia ryzyka bezumownego brexitu. Funt jest za wysoko.

Polska

W Polsce oczekujemy wyciszenia presji inflacyjnej (pt) po ostatniej fali wzrostowej, choć traktujemy to jako stan przed dalszym wzrostem w stronę 3 proc. do końca roku. W szczegółowych szacunkach PKB (pt) interesujący będzie wkład inwestycji i konsumpcji we wzrost. Dane powinny mieć marginalny wpływ na złotego, gdzie widzimy dalsze podwyższone ryzyko negatywnej reakcji na załamanie sentymentu. Dalej jednak traktujemy to jako fundamentalnie nieuzasadniony stan przejściowy i w kolejnych tygodniach oczekujemy powrotu w stronę 4,30 za euro.

Japonia

Prognozy dla produkcji przemysłowej z Japonii (pt) zakładają płaski odczyt m/m, co oznacza dalsze osłabienie w wartościach rocznych. Mimo to sierpień i wrzesień mogą jeszcze przynieść ożywienie produkcji pod wyprzedające zamówienia przed październikową podwyżką VAT. Oczyszczając jednak dane ze zdarzeń nadzwyczajnych, gospodarka podlega pod pogorszenie sytuacji globalnej i będzie wzrastała presja na Bank Japonii. Ale bez jednoznacznej reakcji BoJ, rynek nie zrezygnuje z transferów w stronę JPY w trybie risk-off.

Australia i Nowa Zelandia

W Australii wydatki na inwestycje przedsiębiorstw (czw) pozwolą ocenić chęci firm do rozwoju biznesu i relatywnie stare dane (za II kw.) jeszcze mogą zaskakiwać pozytywnie. Lipcowe pozwolenia na budowę (pt) domów pokażą, czy rynek odbija po zastoju z pierwszego półrocza. Będą do ostatnie wskazania przed wrześniowym posiedzeniem RBA, na którym nie spodziewamy się obniżki stopy kasowej. Mimo to pozycja aussie jest bardzo krucha. W Nowej Zelandii bilans handlowy (pon) i pozwolenia na budowę (pt) raczej nie wybiją się ponad wpływ generalnego sentymentu.

Kanada

W Kanadzie czerwcowy odczyt PKB (pt) może jeszcze pokazać względne optymistyczny obraz gospodarki, jednak obecnie ważniejsze są zagrożenia dla przyszłego ożywienia z tytułu eskalacji wojen handlowych. Stąd dobry odczyt może być tylko przejściowym przerywnikiem, jeśli generalny sentyment pozostanie negatywny dla ryzykownych aktywów, w tym walut surowcowych. Pole do aprecjacji CAD bynajmniej nie leży w rękach czynników lokalnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Minister Sprawiedliwości proponuje kodeks etycznego zachowania sędziów w internecie

Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zwrócił się do Krajowej Rady Sądownictwa z apelem o przygotowanie kodeksu etyki, który będzie regulował zachowanie sędziów w internetowych mediach społecznościowych. Inicjatywa ma na celu oczyszczenie środowiska sędziowskiego z zachowań niegodnych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości.

– Sprawowane godności sędziego to wielki przywilej, ale też ograniczenia. Jednym z nich powinna stać się zasada szczególnej powściągliwości w korzystaniu z mediów społecznościowych – podkreśla Zbigniew Ziobro.

Minister wyraża przekonanie, że Krajowa Rada Sądownictwa jest właściwym gremium do opracowania specjalnego kodeksu etycznego, we współpracy z samymi sędziami i wszystkimi środowiskami prawniczymi. W ocenie Zbigniewa Ziobro, w kodeksie powinny znaleźć się oczekiwane przez społeczeństwo regulacje, które będą przeciwdziałać łamaniu przez sędziów zasady apartyjności i apolityczności. Zasady etyczne, jak sądzi minister, nie mogą zezwalać na anonimowe angażowanie się sędziów w mediach społecznościowych i komentowanie wyroków, w tym własnych. Obywatele oczekują też, by sędziowie nie posługiwali się nienawistnym językiem, nie używali wulgaryzmów, nie publikowali obscenicznych zdjęć i nie przekraczali granic dobrego smaku.

Propozycja Ministra Sprawiedliwości związana jest z koniecznością uporządkowania sytuacji w środowisku sędziowskim. Zarówno związanej z tym, że niektórzy sędziowie, pracujący dotąd w Ministerstwie Sprawiedliwości, pomylili role, do jakich zostali powołani, jak też z licznymi przypadkami wypowiedzi o charakterze manifestów politycznych. Przykłady takich zachowań sędziów to porównanie pracy CBA do metod stalinowskich, przyrównanie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego do Adolfa Hitlera, wzywanie do zemsty na sędziach zaangażowanych w reformę sądownictwa, grożenie kandydatom do Sądu Najwyższego, że zostaną rozliczeni „za zamach na państwo”, czy oferowanie na Twitterze – osobie podającej się za znanego dziennikarza – pomocy w zwalczaniu jednej z partii politycznych.

Stawki podatkowe w 2019 roku i zerowy PIT dla młodych

obraz_1W związku z pojawiającymi się często niepełnymi informacjami, w zakresie nowych stawek podatków i ulg dla młodych, warto przypomnieć jakie stawki podatkowe obowiązują w 2019 roku. Poniżej odpowiadamy na pytania, czy PIT dla młodych stanowi nową stawkę podatkową, czy nie.

Podstawowe progi podatkowe – skala podatkowa

Według obowiązujących w 2019 roku stawek skali podatkowej, podatek zależny jest od podstawy obliczenia podatku w złotych i wynosi odpowiednio:

  • dla kwoty do 85 528 zł (pierwszy próg podatkowy) 18 % minus kwota zmniejszająca podatek;
  • dla kwoty ponad 85 528 zł (drugi próg podatkowy) 15 395,04 zł plus 32 % nadwyżki ponad 85 528 zł minus kwota zmniejszająca podatek.

Obecnie możliwości kwoty zmniejszające podatek kształtują się w zależności od uzyskanego dochodu i ustawodawca ustalił je na następujące sumy:

  • do kwoty dochodu 8000 zł – kwota zmniejszająca podatek to 1440 zł;
  • od kwoty dochodu 8000 do 13 000 złotych – kwota zmniejszająca podatek wynika z obliczenia 1 440 zł pomniejszonego o kwotę obliczoną według wzoru: 883 zł 98 gr × (podstawa obliczenia podatku – 8 000 zł) ÷ 5 000 zł;
  • od kwoty dochodu 13 000 do 85 528 złotych – kwota zmniejszająca podatek to 556,02 zł;
  • od kwoty dochodu 85 528 do 127 000 złotych – kwota zmniejszająca podatek wynika z obliczenia 556 zł 02 gr pomniejszone o kwotę obliczoną według wzoru: 556 zł 02 gr × (podstawa obliczenia podatku – 85 528 zł) ÷ 41 472 zł.

Inne stawki podatku

Ustawodawca ustanowił 19 % podatek od dochodów:

  • z pozarolniczej działalności gospodarczej lub z działów specjalnych produkcji rolnej (w przypadku złożenia odpowiedniego oświadczenia);
  • od dochodów z kapitałów pieniężnych;
  • od dochodu uzyskanego z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw;
  • od dochodów zagranicznej jednostki kontrolowanej;
  • od dochodów z niezrealizowanych zysków, gdy ustalana jest wartość podatkowa składnika majątku.

Dodatkowo, możliwe jest stosowanie stawki 5% podatku, od kwalifikowanego dochodu z odpowiednich (kwalifikowanych) praw własności intelektualnej.

Stawki ryczałtowe dla przychodów ewidencjonowanych

Dokładne stawki podatkowe oraz odpowiedni opis kategorii, czy też zaliczanych do nich działalności należy weryfikować bezpośrednio w aktach prawnych. Można jednak podać zgeneralizowane, główne kategorie, których dotyczyć będą odpowiednie stawki podatku. Są to:

  • 20 % dla tak zwanych wolnych zawodów;
  • 17 % dla przychodów dla niektórych usług niematerialnych (m.in. pośrednictwo w handlu hurtowym, hoteli, wynajmu samochodów osobowych itp.);
  • 12,5 % dla przychodów z najmu i o podobnym charakterze, w przypadku nadwyżki ponad 100 000 zł, oraz dla niektórych usług gastronomicznych związanych ze sprzedażą napojów alkoholowych;
  • 8,5 % dla przychodów z niektórych usług, najmu i umów o podobnym charakterze do kwoty limitu maksymalnego 100 000 zł;
  • 5,5 % dla przychodów z działalności wytwórczej oraz robót budowlanych;
  • 3,0 % dla przychodów z usług w handlu, oraz części gastronomii, a także dla odsetek od środków na rachunkach bankowych;
  • 2 % dla przychodów ze sprzedaży produktów roślinnych i zwierzęcych, z własnych upraw lub hodowli, pod warunkiem, że będą przetworzone w sposób inny niż przemysłowy.

PIT dla młodych nie jest nową stawką podatkową

Od 1 sierpnia 2019 roku ustawodawca wprowadził nowy program wspierania młodych pracowników (w rozumieniu stosunków pracy oraz umów zlecenia). Nowy, tak zwany „PIT zerowy”, polega w dużym uproszczeniu na zwolnieniu z podatku dochodowego osób fizycznych, które nie ukończyły jeszcze 26 roku życia. Dodatkowo, wprowadzono limit do kwoty 85 528 zł. Po przekroczeniu tej kwoty, nadwyżka będzie opodatkowywana według skali podatkowej. Zerowy PIT dla młodych nie jest jednak nowym progiem podatkowym, a nową ulgą podatkową.

Jackson Hole

Nie najgorsze dane z polskiej gospodarki wciąż w cieniu rynkowych niepewności. Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się ze zmianami. Jeszcze “tylko” Powell i weekend.

Złotówka w piątek

Mijający tydzień upłynął znacznie spokojniej niż poprzedni. Co prawda złotówka nadal traci w stosunku do głównych walut, ale ruchy nie są już tak gwałtowne, jak miało to miejsce jeszcze kilka dni temu. Wczorajsze pozytywne odczyty wyników sprzedaży detalicznej w Polsce, biorąc pod uwagę sytuację na rynkach światowych, nie miały większego wpływu na wycenę naszej waluty. Również publikacja protokołu z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej nie wniosła nic nowego. Członkowie RPP nadal bronią swojego zdania o utrzymaniu aktualnego kursu polityki monetarnej. W piątkowe przedpołudnie za euro zapłacimy 4,35 zł. Dolar amerykański wyceniany jest na 3,93 zł. Cena franka szwajcarskiego oraz funta wynoszą odpowiednio 3,99 zł i 4,81 zł.

Lepiej, chociaż nadal słabo

Wczoraj poznaliśmy też odczyty indeksów PMI dla przemysłu i usług w strefie euro. Co prawda wynik dla przemysłu okazał się lepszy od oczekiwań, ale 47 punktów wciąż nie jest wynikiem zadowalającym. Inwestorów mogła jednak zaskoczyć publikacja z Francji, gdzie indeks dla tej gałęzi gospodarki wyniósł ponad 50 punktów. Z kolei w sektorze usług wynik jest jeszcze korzystniejszy. PMI dla strefy euro wyniósł 53,4 pkt i też okazał się lepszy od prognoz. Wobec słabej sytuacji gospodarczej na Starym Kontynencie członkowie EBC będą najprawdopodobniej zmuszeni do podjęcia jakichś działań. Jednak wczorajszy komunikat (minutki z ostatniego posiedzenia) europejskiego regulatora nie przyniósł żadnych konkretów.

Weekend na horyzoncie

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny nie zawiera wielu istotnych odczytów dla inwestorów. Publikacjami wartymi odnotowania będą popołudniowe wyniki sprzedaży detalicznej w Kanadzie oraz sprzedaż nowych domów w USA. Z punktu widzenia rynków najważniejszym wydarzeniem końcówki tygodnia będzie wystąpienie prezesa Fed podczas sympozjum w Jackson Hole. Będzie to o tyle ważne przemówienie, że Stany Zjednoczone stoją przed wizją recesji i negatywnymi konsekwencjami wojny handlowej, a Rezerwa Federalna bez przerwy mierzy się z naciskami Donalda Trumpa w sprawie polityki monetarnej.

Mateusz Wielewicki, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Powell chciałby zadowolić wszystkich. Nie może

Sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole to zawsze okazja to wyznaczania kierunku dla polityki pieniężnej, choć przedstawiciele instytucji monetarnych nie zawsze z niej korzystają. Oczekiwania przed inauguracyjnym przemówieniem szefa Fed. J. Powella sugerują gołębi wydźwięk, ale pośród inwestorów panuje ostrożne podejście na wypadek, gdyby oczywiste nie było oczywiste. Wszystko dlatego, że Powell chciałby zadowolić wszystkich (rynek, frakcje w Fed, Trumpa), co jest jednak niemożliwe.

O zaplanowanym na 16:00 polskiego czasu wystąpieniu Powella mówi się od początku tygodnia i nie można mu odebrać istotności. Ton wypowiedzi Powella powinien być wyraźnie inny od jego ostatniego wystąpienia na konferencji po posiedzeniu FOMC 31 lipca. Wówczas twierdził on, że gospodarka wprawdzie doświadcza osłabienia aktywności, ale ogólnie wszystko jest w porządku, a decyzja o obniżce stóp procentowych jest tylko skromnym dostosowaniem w środku cyklu koniunkturalnego. Ale następnego dnia prezydent Trump zelektryzował rynki decyzją o rozszerzeniu ceł importowych na wszystkie towary sprowadzane z Chin, z czego zrodziła się panika o nieuchronne zmierzanie ku recesji. Z tego względu byłoby naturalne, gdyby Powella podkreślił istotne pogorszenie warunków gospodarczych (patrz spadek PMI dla przemysłu pod 50 pkt w sierpniu), zagrożenia z tytułu wojen handlowych i oznaki słabnięcia ożywienia globalnego (głównie w Chinach i Europie). Jakiekolwiek sugestie, że Fed musi odpowiedzieć na zmieniające się otoczenie i być elastyczny z prowadzoną strategią otworzą drogę do ugruntowania oczekiwań dla wrześniowego cięcia stóp procentowych o 25 pb i być może kolejnego w grudniu.

Rynek stopy procentowej aktualnie wycenia 54 pb obniżek do końca roku, co oczywiście jest więcej niż dwa kroki po 25 pb. Nie oznacza to jednak, że spodziewana gołębiość Powella jest w pełni w cenach. Po pierwsze rynek zawsze preferuje był bardziej gołębi w wycenie niż wynika ze stanowiska Fed. W trakcie cyklu zacieśniania monetarnego krzywa rynkowa zawsze była poniżej prognoz Fed, ale także i teraz, przy zwrocie w gołębią stronę, rynek preferuje bardziej pesymistyczne nastawienie. Inaczej mówić, jeśli Powell da zielone światło dla dwóch kolejnych obniżek w tym roku, rynek będzie chciał wyceniać 3 (czyli ok. 75 pb). To luźna reguła, która jednak w przeszłości zwykła się sprawdzać, a teraz pokazuje, że jest pole do negatywnej reakcji USD. Dodatkowo, biorąc pod uwagę, że o wystąpieniu Powella mówi się cały tydzień, a w tym czasie indeks dolarowy prawie nie zmienił swojego położenia (+0,2 proc.), można przyjąć, że inwestorzy czekają na potwierdzenie.

Czy istnieje ryzyko, że Powell rozczaruje? Oczywiście (i też dlatego rynek nie sprzedaje dolara z wyprzedzeniem). Prezes Fed w lipcu pokazał, jak bardzo mu zależy na szukaniu sposobu do przekazania racji wszystkich członków Komitetu: gołębich, neutralnych i jastrzębich. A przedstawiciele wszystkich obozów są obecni w szeregach FOMC, o czym mogliśmy się przekonać analizując minutki z lipcowego posiedzenia. Wówczas pojawiły się głosy za cięciem o 50 pb, ale też kilku członków nie chciało w ogóle obniżać stóp. Ostatnie komentarze członków Fed także wysyłają mieszane sygnały. W rezultacie Powell może nie czuć się dziś w obowiązku silnie zarysowywać strategii banku i ograniczy się do powtórzenia przekazu z konferencji prasowej po lipcowym posiedzeniu FOMC. Ale czy ktoś mu teraz uwierzy, że przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło? I czy Powell liczy się z konsekwencjami, że aprecjacja USD (w przypadku neutralnego tonu wystąpienia) wywoła ostrą reakcję prezydenta Trumpa? Panie Powell, nie da się zadowolić wszystkich naraz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz więcej obcokrajowców legalnie pracuje w Polsce. Ukraińcy ciągle najliczniejsi

Polska jest atrakcyjnym celem emigracji zarobkowej dla naszych wschodnich sąsiadów. Tę destynację wybierają nie tylko obywatele Ukrainy, chociaż ci stanowią zdecydowaną większość. Imigrantów przyciągają duże ośrodki miejskie – 59,81% obcokrajowców skupiona jest w trzech województwach.

W drugim kwartale 2019 roku liczba cudzoziemców zatrudnionych w Polsce na umowie o pracę, umowie zlecenie lub prowadzących pozarolniczą działalność wyniosła ponad 644 tysiące osób. Na polskim rynku pracy zatrudniono więc o niemal 35 tysięcy obcokrajowców więcej niż w pierwszym kwartale 2019. Dynamika wzrostu w ujęciu kwartalnym wyniosła 5,68% – wynika z danych opublikowanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

Ukraińcy ciągle najliczniejsi

Polska jest ciągle atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej dla naszych wschodnich sąsiadów. Pracownicy z Ukrainy to zdecydowana większość obcokrajowców zarejestrowanych w ZUS – w drugim kwartale 2019 roku stanowili oni 74,72%. Mimo większej liczby pracowników z Ukrainy, całkowity udział osób tej narodowości wśród zarejestrowanych cudzoziemców zmalał o 0,65 punktu procentowego.

Duże ośrodki przyciągają cudzoziemców

W pierwszym kwartale składki do ZUS odprowadzało prawie 453 tysiące obywateli Ukrainy, w drugim kwartale już 481 tysięcy – oznacza to wzrost w ujęciu kwartalnym o 6,32%.

Drugą najliczniejszą grupą cudzoziemców legalnie pracujących w Polsce stanowią obywatele Białorusi. W pierwszym kwartale tego roku 36 109 Białorusinów pracowało w

oparciu o umowę o pracę, zlecenie lub prowadziło pozarolniczą działalność. W drugim kwartale było ich już ponad 38 tysięcy, co oznacza wzrost o 6,42%

Najwięcej cudzoziemców zarejestrowanych było w województwach: mazowieckim – niemal 165 tysięcy osób (wzrost w ujęciu kwartalnym o 1,88%), wielkopolskim – 63 tysiące osób (wzrost w ujęciu kwartalnym o 5,94%) i dolnośląskim – prawie 60 tysięcy osób (wzrost w ujęciu kwartalnym o 6,63%).

– Na Dolnym Śląsku widoczny jest deficyt na kierowców samochodów osobowych i dostawczych. Przemysł motoryzacyjny w tym obszarze jest jednym z najszybciej rozwijających się. Ta gałąź przemysłu należy do liderów branż na Dolnym Śląsku i sektorów z największymi inwestycjami. W minionym roku odnotowano ponad półtora tysiąca ofert dla kierowców z województwa dolnośląskiego. Zapotrzebowanie na pracowników będzie więc rosło, przynajmniej do 2025 roku, liczba pracujących obcokrajowców w tym rejonie również będzie utrzymywała tendencję wzrostową – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Podział spółki przez wydzielenie a przychody i koszty

Restrukturyzacje przedsiębiorstw są jednym z elementów ich funkcjonowania. Najczęściej jest to bardzo złożony proces wymagający analizy na płaszczyźnie wielu obszarów. Jednym ze sposobów restrukturyzacji działalności jest dokonanie podziału przez wydzielenie. Podział taki polega na przeniesieniu tylko części majątku spółki dzielonej na już istniejącą lub nowo zawiązaną spółkę kapitałową zwaną spółką wydzielaną, w zamian za udziały lub akcje, które spółka wydzielana wydaje wszystkim bądź niektórym wspólnikom (akcjonariuszom) spółki dzielonej, przy jednoczesnym założeniu, że spółka dzielona nie traci swej podmiotowości prawnej, a jedynie zmniejsza swój majątek o część przeniesioną do spółki wydzielanej. Na gruncie podatkowym taki podział jest bardzo skomplikowany i wymaga dokładnej analizy. Jednym z obszarów ryzyka nieprawidłowości podatkowych jest rozliczenie przychodów i kosztów pomiędzy spółką dzieloną a wydzielaną. Dokładna wcześniejsza analiza tego wątku pomaga uniknąć problemów na etapie wydzielenia albo już po nim.

Podział przez wydzielenie

Skutkiem podziału przez wydzielenie jest między innymi przejście określonych w planie podziału części praw spółki dzielonej na inną spółkę w drodze sukcesji uniwersalnej częściowej. Przedmiotem sukcesji są wszelkie skonkretyzowane prawa i obowiązki podatkowe istniejące na dzień podziału. Zgodnie z art. 93c Ordynacji podatkowej przedmiotem sukcesji prawno-podatkowej będą jedynie te prawa i obowiązki dzielonej osoby prawnej, które pozostają w związku z przydzielonymi w planie podziału składnikami majątku.

W literaturze przedmiotu podkreśla się, że z literalnej wykładni 93 o.p. wynika, iż decydujące znaczenie ma okoliczność, czy dane prawo lub obowiązek powstało i istniało przed dniem wydzielenia. W przepisie tym ustawodawca posłużył się czasem teraźniejszym. Stąd przedmiotem sukcesji mogą być wyłącznie prawa i obowiązki, które na dzień wydzielenia „pozostają” jeszcze w związku z przydzielonymi spółce przejmującej składnikami majątku.

Skutki podatkowe – wstęp

Literalna wykładnia powyższego przepisu pozwala stwierdzić, że jeżeli dane prawo bądź obowiązek powstało przed dniem wydzielenia lub dotyczy okresu poprzedzającego podział, powinno być rozliczone w tym właśnie czasie. W takim przypadku skutki podatkowe związane z podziałem ściśle wiążą się z rozliczeniami podatkowymi spółki dzielonej, tj. na dzień wydzielenia nie „pozostają” w związku z wydzielanym majątkiem zorganizowanej części przedsiębiorstwa.

Z drugiej strony w przypadku, gdy dane prawo bądź obowiązek powstało w dniu wydzielenia lub po tej dacie (tj. „pozostaje” w dniu wydzielenia w związku ze składnikami majątku podlegającymi podziałowi), związane z nim rozliczenia podatkowe powinny dotyczyć wyłącznie spółki przejmującej lub nowo zawiązanej.

Konkludując powyższe, art. 93c o.p. należy rozumieć jako kontynuację od dnia wydzielenia rozliczeń podatkowych prowadzonych dotychczas przez spółkę dzieloną, a nie jako przejęcie przez spółkę przejmującą/nowo zawiązaną całości rozliczeń podatkowych wydzielanej części przedsiębiorstwa z okresu przed podziałem.

Przykład

Dla zobrazowania powyższego stwierdzenia można posłużyć się przykładem kosztów innych niż bezpośrednio związanych z przychodami, czyli tzw. kosztów pośrednich. Zgodnie z ustawami o podatku dochodowym za dzień poniesienia kosztu uzyskania przychodów uważa się dzień, na który ujęto koszt w księgach rachunkowych (zaksięgowano) na podstawie otrzymanej faktury (rachunku) albo dzień, na który ujęto koszt na podstawie innego dowodu w przypadku braku faktury (rachunku), z wyjątkiem sytuacji, gdy dotyczyłoby to ujętych jako koszty rezerw albo biernych rozliczeń międzyokresowych kosztów. Oznacza to przykładowo, że jeżeli faktura została otrzymana i zaksięgowana w grudniu 2018 r., podział nastąpił od 1 stycznia 2019 r., to faktura ta powinna zostać rozpoznana w kosztach 2018 r. przez spółkę dzieloną. Z kolei, jeżeli faktura została otrzymana i zaksięgowana w 2019 r. i dotyczy kosztów pośrednich świadczeń wykonanych w 2018 r. dotyczących wydzielanej zorganizowanej części przedsiębiorstwa, to co do zasady powinna zostać ujęta jako koszt 2019 r. w spółce przejmującej/nowo powstałej.

Wyrok NSA

W wyroku z 4 czerwca 2019 r. (sygn. akt II FSK 1789/17) Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że przychody i koszty powstałe przed dniem podziału powinny być przypisane spółkom dzielonym, natomiast spółce wydzielonej należy przypisać tylko przychody i koszty powstałe oraz potrącane począwszy od dnia wydzielenia. Sprawa dotyczyła wydatku związanego z podatkiem od nieruchomości należnym za miesiąc podziału przez wydzielenie, poniesionym przez spółkę dzieloną przed dniem wydzielenia. NSA uznał, że wydatek ten uległ konkretyzacji na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych przed dniem wydzielenia i w konsekwencji nie może być przedmiotem sukcesji podatkowej na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych, o której mowa w przepisie art. 93c § 1 o.p.

Podsumowanie

Wyrok NSA jest kolejnym wyrokiem pokazującym, że tematyka prawidłowego ujęcia różnych zdarzeń związanych z podziałem przez wydzielenie nie jest prosta i prowadzi do wielu sporów pomiędzy organami i podatnikami. W konsekwencji bardzo ważne jest odpowiednie przeanalizowanie skutków podatkowych na różnych płaszczyznach, przed przeprowadzeniem transakcji. Warto przy tej okazji skorzystać z pomocy doświadczonych doradców, którzy znają orzeczenia sądów i praktykę podatkową i potrafią nie tylko wskazać wszystkie tematy do analizy, ale także podpowiedzą jak uniknąć nieprawidłowości i niepotrzebnego sporu z organami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Societe Generale nowym emitentem certyfikatów strukturyzowanych na GPW

  • 23 sierpnia tego roku na GPW zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez Societe Generale
  • Instrumentami bazowymi są indeksy: DivDAX Price Index EUR oraz STOXX® 600 Telecommunications
  • Societe Generale jest piątym emitentem produktów strukturyzowanych notowanym na GPW

23 sierpnia 2019 r. do obrotu giełdowego trafiły dwa nowe certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez Societe Generale. Instrumentami bazowymi są indeksy: DivDAX Price Index EUR oraz STOXX® 600 Telecommunications.

– Nowe instrumenty finansowe wprowadzane przez Bank Societe Generale poszerzą ofertę produktów GPW w segmencie certyfikatów strukturyzowanych. Nowe certyfikaty Societe Generale oparte są na indeksie DivDAX, który obejmuje 15 spółek notowanych na giełdzie niemieckiej wypłacających wysokie dywidendy oraz na indeksie STOXX Europe 600 Index Telecommunications, w skład którego wchodzą spółki z sektora telekomunikacyjnego. Mamy nadzieję, że również te instrumenty zainteresują polskich inwestorów. Obecnie GPW notuje około 1300 różnych instrumentów strukturyzowanych i ich liczba systematycznie rośnie. Rosną również obroty na tym rynku. Od początku roku do końca lipca wzrosły prawie o 40% w porównaniu z rokiem ubiegłym – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

– Jesteśmy dumni z faktu, że Societe Generale po raz pierwszy został emitentem produktów strukturyzowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Nowo wyemitowane instrumenty przyczyniają się do wzrostu atrakcyjności i rozwoju tego segmentu oraz wzmacniają naszą wiodącą pozycję na rynkach globalnych, jak również pozycję lidera w zakresie produktów strukturyzowanych. Od prawie 30 lat oferujemy naszym klientom w Polsce innowacyjne rozwiązania o wysokiej wartości dodanej w postaci produktów strukturyzowanych, wykorzystując naszą wiedzę z zakresu inżynierii finansowej, która stanowi rdzeń DNA Banku – mówi Krzysztof Walenczak, Dyrektor Generalny Societe Generale Oddział w Polsce.

Do obrotu giełdowego zostały wprowadzone dwa certyfikaty z terminem ostatniego notowania przypadającym na: marzec 2024 r. (DivDAX Price Index EUR) oraz maj 2024 r. (STOXX® 600 Telecommunications). Cena emisyjna każdego wyniosła 100 PLN. Nowy instrument będzie notowany na GPW w Systemie Animatora Rynku. Dystrybutorem certyfikatów jest Alior Bank.

– Dbamy o to, aby oferta produktowa dla naszych klientów bankowości prywatnej była atrakcyjna i umożliwiała dywersyfikowanie portfela inwestycyjnego, dlatego udostępniamy certyfikaty inwestycyjne, jako jeden z wielu elementów jego budowy. Polegamy wyłącznie na renomowanych partnerach. Jednym z kluczowych warunków, jakie im stawiamy, to konieczność notowania certyfikatów na polskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Płynność instrumentu i dostęp do notowań on-line pomagają w bieżącym zarządzaniu portfelem – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku.

Informacje na temat instrumentów dostępne są w dokumentach Kluczowe Informacje dla Inwestora (KID) na stronach: https://regulatory.sgmarkets.com/public/api/kid/isin/XS1907206244?lang=pol oraz

https://regulatory.sgmarkets.com/public/api/kid/isin/XS1968512837?lang=pol

Na warszawskiej giełdzie notowanych jest ponad 1300 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mają duży wybór zróżnicowanych instrumentów bazowych: akcji, koszyków akcji, indeksów czy produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.

Wzrost polskiej gospodarki napędzany jest głównie konsumpcją

W tym tygodniu poznaliśmy kilka interesujących danych z polskiej gospodarki. Warto wspomnieć m.in. o wynikach z rynku pracy. Wynagrodzenia w Polsce wzrosły w lipcu br. aż o 7,4%. Sytuacja pracowników wciąż się poprawia, co wzmacnia konsumpcję. Dowodem na to jest również wzrost sprzedaży detalicznej, która w lipcu wzrosła o 7,4% w rocznym porównaniu. Z drugiej strony, przemysł lekko spowalnia. Produkcja przemysłowa wzrosła w lipcu, biorąc pod uwagę korekcję sezonową, o 3,7%. To trochę uspokoiło atmosferę na rynkach po czerwcowym spadku, ale nadal jest to wolniejszy wzrost, niż ten do jakiego byliśmy przyzwyczajeni w ostatnich latach. Sytuacja raczej nie będzie się też poprawiać, ponieważ niemiecki przemysł przeżywa obecnie gorszy okres.

W związku z zmieniającym się otoczeniem ekonomicznym rozpoczęły się również spekulacje na temat tego, że NBP mogłaby w przyszłości zacząć rozmyślać o zmianie stóp procentowych. Z ostatniego protokołu NBP wynika, że dwóch przedstawicieli zarządu banku głosowało za podniesieniem stóp procentowych. Pozostali członkowie pozostali nie wyrazili poparcia dla takiego ruchu. Stopy procentowe nie powinny więc ulec zmianie na najbliższym posiedzeniu.

Złoty w tym tygodniu się osłabił, szczególnie w stosunku do zyskującego na wartości franka szwajcarskiego. Natomiast w piątek rano kurs złotówki do euro był na poziomie 4,36 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie wynosił 1,11 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Wojny handlowe – zmagania USA i Chin o dominację w światowej gospodarce

W przeszłości przez ponad tysiąc lat Jedwabny Szlak był najważniejszym na świecie szlakiem handlowym, łączącym Chiny z Europą. Obecnie Chiny starają się odtworzyć Jedwabny Szlak, wykorzystując do tego celu sieci szybkich kolei, nowoczesne autostrady, lotniska, porty morskie, sieci energetyczne oraz infrastrukturę informatyczną. Pekin zamierza połączyć handlowo obszar od wybrzeży Pacyfiku po zachodnią Europę. Nowy Szlak Jedwabny jest największą inwestycją infrastrukturalną w historii. Zmienia zasady funkcjonujące w geopolityce obowiązujące na przestrzeni ostatnich 150 lat. Połączenie Europy i Azji lądowymi szlakami handlowymi uniezależnia dziesiątki krajów od szlaków morskich, kończąc tym samym zależność od Stanów Zjednoczonych, które dominują militarnie na oceanach. Inicjatywa „Jeden Pas, Jedna Droga” („One Belt and One Way”) związana jest z projektami Stref Ekonomicznych Nowego Szlaku Jedwabnego i Morskiego Szlaku Jedwabnego XXI Wieku, które zostały zainicjowane przez prezydenta Chin Xi Jinpinga w 2013 r. Zakładają one wsparcie krajów partnerskich położonych wzdłuż planowanych szlaków w zakresie budowy niezbędnej dla ich funkcjonowania infrastruktury.

W uzupełnieniu transkontynentalnych szlaków kolejowych i drogowych Chiny planują utworzenie nowych szlaków morskich łączących porty tego kraju z wybrzeżami Eurazji. Centralne miejsce w tych planach zajmuje stworzenie Morskiego Szlaku Jedwabnego przebiegającego przez morza Południowo-wschodniej Azji i Ocean Indyjski. Jedną z ważniejszych inwestycji przybliżających Morski Szlak Jedwabny do przyjaznych Chinom wybrzeży Kambodży, Tajlandii i Birmy jest planowana budowa Kanału Kra (inna nazwa: Kanał Tajlandzki – przyp. aut.), przecinającego Południową Tajlandię i redukującego znaczenie Cieśniny Malakka, kontrolowanej przez siły morskie USA.

Nie można powiedzieć, aby Amerykanie bagatelizowali wzrost ekonomicznej potęgi Chin. Waszyngton słusznie dostrzegł w inicjatywie „Jeden Pas, Jedna Droga” poważne zagrożenie dla swojej globalnej dominacji. Amerykańscy stratedzy pilnie śledzą zmiany ekonomiczne na świecie i sugerują władzom podejmowanie stosownych kroków. W związku z zagrożeniem w postaci ekonomicznej ekspansji Chin jeszcze za prezydentur G. Buscha Juniora i Baraka Obamy, Stany Zjednoczone podjęły realizację trzech ważnych projektów, które miały stanowić przeciwwagę dla niewygodnych z punktu widzenia USA chińskich inicjatyw, tj. TTIP (ang. Transatlantic Trade and Investment Partnership), TTP (ang. Trans-Pacific Partnership) i TiSA (ang. Trade in Services Agreement). Wymienione umowy gospodarcze, negocjowane przez lata z państwami basenów Oceanu Atlantyckiego i Spokojnego, (np. TTIP od 2003 r.), w swoim zamiarze miały skupić wokół Stanów Zjednoczonych państwa tych regionów, co w warunkach wzrastającej konfrontacji z Pekinem stanowiło dla Stanów Zjednoczonych istotny, globalny wymiar. Jednak administracja Donalda Trumpa wycofała się z tych negocjowanych, a nawet, jak w przypadku TTP, już podpisanych porozumień, wybierając drogę otwartej konfrontacji z Chinami.

Obecnie amerykańscy eksperci coraz większe znaczenie zaczynają przypisywać zjawiskom ekonomicznym, będącym rezultatem koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku, a które nazywają „chińską bronią ekonomiczną”. W dużym uproszczeniu pojęcie to oznacza chińską kontrolę (lub przynajmniej wpływ) na globalne łańcuchy logistyczne[1].

O ile wcześniej amerykańskich zwolenników wojny gospodarczej i handlowej z Chinami martwiły głównie ogromne chińskie inwestycje w amerykańskie obligacje rządowe, a także tzw. pułapka zadłużenia, w którą według Amerykanów Pekin popycha swoich afrykańskich i azjatyckich partnerów w ramach projektu „Jeden Pas – Jedna Droga”, o tyle obecnie amerykańscy eksperci uświadomili sobie, że wpływ Chin na światową, a pośrednio również na amerykańską gospodarkę, wykracza daleko poza sektor finansowy.

Jest bardzo prawdopodobne, że ewolucja postrzegania światowych procesów ekonomicznych w USA wpłynie na środki, które Waszyngton podejmie w celu storpedowania rozwoju chińskiej gospodarki i politycznych wpływów Pekinu w innych krajach, w tym nawet w niektórych krajach UE, a także w Rosji.

Christopher O’di, znany członek organizacji pozarządowych Business Executives for National Security i Naval War College Foundation, wyjaśnia ten problem na stronach National Review w sposób następujący: „Dominacja Chin w światowej produkcji przemysłowej opiera się na trzech segmentach, które świadczą o ich możliwościach biznesowych, a które de facto powstały, jako produkt uboczny industrializacji tego kraju. Są to:

  • budowa i eksploatacja portów,
  • tworzenie logistyki i sieci transportu kontenerowego,
  • tworzenie sieci informatyczno-telekomunikacyjnych.

Ciągle rozwijana przez Chiny światowa infrastruktura handlowa pozwala im zaoferować zagranicznym firmom wygodny handel detaliczny na terenie tego kraju, tanią produkcję i niezawodną dystrybucję towarów z nadmorskich terenów przemysłowych Chin. Chińska sieć portowo-logistyczna zapewnia również swego rodzaju cyber-nadzór nad procesami produkcji i dystrybucji towarów, co zwiększa chińskie możliwości finansowe w krajach zachodnich, a jednocześnie zapewnia Chinom całodobową obecność w tzw. „światowym oceanie”. Grozi to ograniczeniem dostępu amerykańskich sił morskich, do ciągle rosnącej liczby obiektów komercyjnych i portów, znajdujących się w pod chińską kontrolą”.

Amerykańsko-chińska rozgrywka ekonomiczno-finansowa pośrednio uderza również w Rosję i jej interesy, ponieważ amerykańska wojna gospodarcza z Chinami niemal nieuchronnie będzie miała „wymiar arktyczny”. Dotąd, tj. jeszcze przed rozpoczęciem rosyjsko-chińskiej współpracy w Arktyce, Waszyngton, dzięki swej dominacji na morzach, mógł w każdej chwili za pomocą swoich sił morskich zablokować chiński handel zagraniczny, zamykając dla chińskich towarów tradycyjne, strategiczne przejścia morskie. Dlatego dostęp do alternatywnego szlaku transportowego tzw. Północnej Drogi Morskiej jest ważnym elementem gwarantującym bezpieczny rozwój chińskiej gospodarki.

Moskwa, promując ideę „Północnej Drogi Morskiej” (znajdującej się pod rosyjską kontrolą i pod ochroną rosyjskich sił zbrojnych), pozbawia Waszyngton najważniejszego atutu w konfrontacji z Chinami, a to nie może nie martwić Amerykanów, którzy już rozważają, jak wpłynąć na Rosję, aby ta odstąpiła od jednostronnego kontrolowania tej alternatywnej drogi morskiej. Aktywna dyskusja ekspercka na ten temat toczy się w zasadzie we wszystkich znaczących zachodnich mediach, a wiele publikacji otwarcie nawołuje do podjęcia jakichś form walki z Rosją w Arktyce. Jako przykład można przytoczyć stosunkowo świeży tekst w japońskiej agencji informacji gospodarczej Nikkei, w którym brytyjski dziennikarz Humphrey Hawksley pisze:

„Jednym z najważniejszych przejawów, praktycznych rezultatów wizyty chińskiego prezydenta Xi Jinpinga w Rosji w czerwcu br. (2019 r. – przyp. aut.), było utworzenie wspólnego chińsko-rosyjskiego przedsiębiorstwa, w celu budowy floty tankowców klasy lodowej. Lista sygnatariuszy projektu obejmuje chińskie konsorcjum żeglugowe Cosco, rosyjską firmę żeglugową Sovkomflot, rosyjską firmę energetyczną Novatek i chiński fundusz Jedwabnego Szlaku – Beijing Silk Road Fund. Topniejący lód, otwarcie szlaków handlowych i rosnące roszczenia terytorialne wielu krajów do terenów arktycznych, zamieniają ten niegdyś zapomniany region w strefę ogromnego zainteresowania nie tylko wielkich mocarstw, a Stany Zjednoczone otwarcie określają Arktykę, jako arenę globalnej konkurencji. Idea wzmocnienia rosyjsko-chińskiego sojuszu w Arktyce łączy w sobie sprawowaną przez Moskwę kontrolę nad większością linii brzegowej tzw. wschodniego przejścia arktycznego oraz potęgę gospodarczą Chin i ich determinację do rozszerzenia łańcucha dostaw i wpływu na polarną Północ”.

USA nie tylko przekonują kraje Trzeciego Świata, że Pekin poprzez swoje projekty infrastrukturalne próbuje doprowadzić je do finansowego zniewolenia. Wiele wskazuje także na to, że cała chińska infrastruktura, firmy logistyczne i portowe mogą stać się „drugim, zbiorowym Huawei” – w tym sensie, że administracja Trumpa prawdopodobnie będzie stosowała wobec europejskich, azjatyckich, a zwłaszcza afrykańskich partnerów Chin tzw. opcję binarną, która oznacza, że albo chińskie firmy zostaną natychmiast wydalone ze wszystkich portów, albo Stany Zjednoczone umieszczą te „niesubordynowane” kraje na listach naruszających amerykańskie sankcje. Wszystkim opornym grożą konsekwencje natury dyplomatycznej, politycznej i gospodarczej, czyli środki analogiczne do tych, jakie Amerykanie zastosowali wobec krajów, które zgodziły się dopuścić produkty Huawei na własny rynek usług telekomunikacyjnych[2]. W ten sam sposób mogą zostać potraktowane firmy logistyczne i przemysłowe z innych krajów, które współpracują z chińskimi partnerami, z chińskimi operatorami portowymi, a zwłaszcza z chińskim Funduszem Jedwabnego Szlaku.

Pierwsze efekty już są widoczne. Jak zauważono w raporcie „Economist Intelligence Unit”[3], w ciągu ostatniego roku kilka projektów chińskiej inicjatywy doświadczyło opóźnień, zawieszenia lub całkowitego anulowania „ze względu na sceptycyzm i sprzeciw rządów państw w nich uczestniczących”. I tak Pakistan ogłosił, że redukuje chińskie kredyty na projekty kolejowe o jedną czwartą, z 8,2 miliarda dolarów do 6,2 miliarda, i odkłada na czas nieokreślony finansowany przez Pekin projekt przystosowania do eksploatacji złóż węgla o wartości 2 miliardów dolarów. W Mjanma (ang. Myanmar, daw. Birma) zmieniono wspierany przez Chiny projekt budowy głębokowodnego portu, obniżając koszt budowy prawie sześciokrotnie: z 7,3 miliarda do 1,3 miliarda dolarów. Sierra Leone, jeden z najbiedniejszych krajów Afryki, porzucił plany budowy za chińskie pieniądze portu lotniczego o wartości 318 milionów dolarów, a Malezja zawiesiła finansowane przez Chiny projekty na kwotę 22 miliardów dolarów, „dopóki kraj nie będzie mógł sobie na to pozwolić”.

 

Podczas listopadowego szczytu APEC Chiny wyraziły gotowość przekazania 4 miliardów dolarów na budowę dróg dla państw wyspiarskich Pacyfiku, co spotkało się z natychmiastową ripostą Amerykanów. W reakcji na chińską propozycję wiceprezydent USA Mike Pence powiedział, że Waszyngton ma lepszą propozycję, „nie ciągnąc swoich partnerów w otchłań długów, które pozbawiają je niezależności”. Jako przykład podał planowaną rozbudowę przez ExxonMobil zakładu w stolicy Papui-Nowej Gwinei, obiecując „wielomiliardowe inwestycje” i dodał, że Stany Zjednoczone wraz z Australią, Japonią i Nową Zelandią zapewnią dostęp do elektryczności 70 procentom ludności kraju (obecnie energia elektryczna jest dostępna tylko dla 13 procent ludności).

W ostatnich latach nie tylko Stany Zjednoczone, ale i ich sojusznicy próbują ograniczyć ekspansję Chin na Pacyfiku. W 2016 r. Japonia zaproponowała własną alternatywę dla chińskiej „Jeden Pas i Jedna Droga” – inicjatywę zwaną „Wolna i Otwarta Wizja Regionu Indo-Pacyficznego”. Jej oficjalnym celem jest „zjednoczenie państw Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, Azji i Afryki, pomagając przekształcić tę część świata w przestrzeń gospodarki rynkowej i praworządności, wolną od stosowania siły lub przemocy”. Jednak inicjatorzy projektu otwarcie nazywają swoje działania pierwszym praktycznym krokiem do stworzenia przeciwwagi dla chińskiego programu „One Belt and One Way”.

Japonia, Australia i Stany Zjednoczone podpisały memorandum w sprawie wspierania dużych projektów infrastrukturalnych i energetycznych w rejonie Pacyfiku. Pierwszą pozycją na tej liście została fabryka LNG w Papui-Nowej Gwinei. Porozumienie w tej sprawie, na szczycie APEC, w listopadzie ubiegłego roku, podpisały: japoński Bank Współpracy Międzynarodowej, amerykańska Korporacja Prywatnych Inwestycji Zagranicznych oraz australijska Korporacja Finansowania i Ubezpieczenia Eksportu. Stany Zjednoczone, Japonia i Australia zamierzają zainwestować w budowę zakładu do produkcji skroplonego gazu ziemnego (LNG) w Papui-Nowej Gwinei 1 miliard dolarów. Ogłoszono, że te trzy kraje są gotowe sfinansować także inne projekty infrastrukturalne w regionie Azji i Pacyfiku, które „pomogą zaspokoić potrzeby regionu bez zmuszania ich do ponoszenia kosztów nadmiernego zadłużenia”. Wzmianka o nadmiernym zadłużaniu jest wyraźnym atakiem na chińską globalną inicjatywę „Jeden pas, jedna droga”.

Zachodzi pytanie, kto ma większe szanse na dominację ekonomiczną w Trzecim Świecie?

Japoński rząd zainwestował w projekty „Wizji” około 1,8 miliarda dolarów. To jednak mniej niż jeden procent chińskiej inwestycji w „Pas i Drogę”, przekraczającej 200 miliardów dolarów. Według prognoz banku Morgan Stanley do 2027 r. kwota chińskich inwestycji Nowego Jedwabnego Szlaku przekroczy 1,3 biliona dolarów.

Australia jest gotowa wydać 2,2 miliarda dolarów na wsparcie swoich firm w zagraniczne projekty w regionie Pacyfiku. Oznacza to, że nawet ich łączne wydatki z Japonią są lekceważąco małe w porównaniu z chińskimi. Waszyngton w ogóle stara się nie tracić pieniędzy, woląc wywierać presję na Pekin i jego partnerów z „Pasa i Drogi” za pomocą sankcji handlowych. Dla przykładu pod koniec czerwca 2019 r. władze amerykańskie nałożyły grzywnę na kilka spółek będących rezydentami specjalnej strefy ekonomicznej Sihanoukville w Kambodży. Strefa ta powstała jako wspólny projekt Chin i Kambodży w ramach inicjatywy „Jeden pas i jedna droga”. Powodem sankcji były oskarżenia firm z Kambodży o re-eksport chińskich produktów do Stanów Zjednoczonych z pominięciem zakazów wprowadzonych przez Waszyngton.

Pomimo tych doraźnych sukcesów ograniczone zasoby finansowe nie pozwalają uczestnikom triady Japonia-Australia-USA zatrzymać chińskiej ekspansji, chociaż starają się, jak tylko mogą, psuć Pekinowi koniunkturę.

Nieco korzyści z tej sytuacji czerpią kraje rozwijające się, które mogą rozgrywać konflikt obu stron, negocjując bardziej korzystne dla siebie warunki. A Pekin musi brać pod uwagę obawy swoich partnerów dotyczące „pułapek zadłużenia”, którymi Zachód straszy kraje podejmujące próby współpracy z Chinami. To m.in. dla uspokojenia państw partnerskich końcowy dokument corocznego forum „One Belt and One Way” (odbyło się w kwietniu 2019 r.) zawierał postanowienia dotyczące konieczności zabezpieczenia „zdolności kredytowej” uczestników tej inicjatywy, a także przejrzystości warunków finansowania i „praworządności” w sporach między krajami.

Rozgrywka chińsko-amerykańska o dominację w światowej geopolityce i geoekonomii nabiera tempa i przybiera różne formy. Do lamusa odchodzą zasady równoprawnej gospodarki rynkowej. Dominują cła zaporowe i sankcje ekonomiczne, ale pojawiają się również zakazy wykorzystywania produktów chińskich firm na rynku amerykańskim, motywowane względami bezpieczeństwa (przypadek Huawei) i chińskie retorsje w postaci podwyższenia ceł dla USA na chińskie produkty, w tym „przebój” eksportowy – metale ziem rzadkich[4].

Trzeba jednak mieć świadomość, że obaj „aktorzy” mają w zanadrzu jeszcze wiele potężnych argumentów. W chińskich „rękach” znajdują się ogromne inwestycje w amerykańskie obligacje rządowe (ponad 1,1 biliona dolarów), które mogą zostać wykorzystane w celu uderzenia w gospodarkę USA. Z kolei, gdyby Stany Zjednoczone zdecydowały się na rozwiązanie ostateczne tj. na przerwanie chińskich łańcuchów logistycznych poprzez zablokowanie kluczowych szlaków transportowych (Cieśniny Malakka, Ormuz i Bab el-Mandab, Kanały Sueski i Panamski), to nie tylko Grecja, Włochy i Sri Lanka (są to tylko niektóre kraje, które aktywnie współpracują z Chinami w ramach współpracy portowo-logistycznej koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku) znajdą się „pod ogniem” amerykańskiej blokady, ale także Rosja.

W tym scenariuszu Północna Droga Morska wzdłuż syberyjskich wybrzeży Rosji może okazać się jedyną alternatywą transportową dla Chin, którą również należałoby zamknąć. Jednak żądania, aby Rosja zamknęła ten szlak transportowy dla chińskich statków lub przekazała go pod „zarząd międzynarodowy”, wydaje się mało realistyczne, nawet w obliczu drastycznych sankcji, które USA mogłyby nałożyć na Rosję.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk. Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[1] Łańcuch logistyczny – to łańcuch transportowo-magazynowy, który stanowi technologiczne połączenie punktów magazynowych i przeładunkowych drogami przewozu towarów. Poszczególne działania w ramach funkcjonowania łańcucha logistycznego to kolejne etapy całego procesu przepływu towarów i usług od producenta do konsumenta. Wszystkie operacje oraz procesy zamówień i polityki zapasów poszczególnych ogniw tego łańcucha są organizacyjnie i finansowo skoordynowane.

[2] Blokowanie przez Stany Zjednoczone dostępu Huawei do kluczowych rynków międzynarodowych nie można jeszcze uznać za zakończone sukcesem, ponieważ nawet amerykańscy partnerzy z NATO, wśród których wyróżniają się Niemcy, nadal opierają się amerykańskiej presji i podtrzymują zamiar współpracy z chińskim potentatem. Poza tym Chiny mają czym odpowiedzieć na amerykańskie sankcje (patrz: http://vismagna.pl/files/artykul-2019-3.pdf – przyp. aut.). Jednak Waszyngton właśnie rozpoczął kampanię presji i naiwnością byłoby sądzić, że pomimo pewnych uzgodnień pomiędzy prezydentami USA i Chin (podczas szczytu „Dwudziestki” w czerwcu 2019 r. w Osace) nt. złagodzenia restrykcji wobec Huawei, sankcje nie będą stosowane. Wkrótce europejskie firmy telekomunikacyjne i banki, które współpracują z Huawei, mogą znaleźć się na listach sankcji.

[3] The Economist Intelligence Unit (EIU) to brytyjska firma w ramach grupy Economist, która zapewnia usługi prognozowania i doradztwa poprzez badania i analizy, takie jak miesięczne raporty krajowe, pięcioletnie prognozy gospodarcze dla kraju, raporty dotyczące usług związanych z ryzykiem kraju oraz raporty branżowe.

EIU ma kilka biur na całym świecie, w tym dwa biura w Chinach i jedno w Hong Kongu.

[4] Patrz: http://vismagna.pl/files/artykul-2019-3.pdf – przyp. aut.

Rosną koszty pracy, kierowców brakuje – polską branżę transportową czeka spowolnienie

Przewoźnicy operujący na terenie Europy, muszą się w najbliższych latach liczyć z wieloma barierami w rozwoju. Wiadomo, że koszty ich działalności będą rosły, między innymi z powodu zmian prawnych związanych z wyczekiwanym z niepokojem przez branżę pakietem mobilności, podwyżek myta w wielu krajach czy też nasilających się obostrzeń w ruchu w Austrii. Polska, dotychczasowy absolutny lider w transporcie drogowym w Europie, ma w tej sytuacji najwięcej do stracenia.

Kierowców brakuje i lepiej raczej nie będzie

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

O ile jednym z podstawowych wyzwań dla sektora transportowego jest niedobór pracowników, o tyle wydaje się, że wszystkie kraje (nawet patrząc w skali świata) jadą w tym względzie na jednym wózku. Przykładowo w Niemczech brakuje ponad 40 tysięcy kierowców ciężarówek, podobnie we Francji, a zmiany demograficzne będą ten deficyt pogłębiać. W odpowiednio mniejszej Holandii pod koniec 2017 roku brakowało aż 7 tys. kierowców. W Austrii natomiast 77 proc. przewoźników z powodu braku siły roboczej musi rezygnować z przyjmowania części zleceń. W Polsce dane z 2016 r. mówią o 100 tys. dodatkowych osób, które potrzebne są do pracy za kierownicą ciężarówki. Jednak trzeba zaznaczyć, że przy rosnącym tempie wzrostu przewozu towarów przez polskich przedsiębiorców (szacowanym na 2,5-3 proc. rocznie w okresie 2016-2025) niedobór ten będzie coraz bardziej odczuwalny – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). Polska rozwiązuje swój problem na dziś, zatrudniając kierowców spoza UE, głównie Ukraińców. Istnieje jednak ryzyko, że Niemcy, z proponowanymi zmianami w polityce migracyjnej oraz atrakcyjnymi inicjatywami skierowanymi do obcokrajowców, mogą niebawem podebrać polskim przewoźnikom część ukraińskich pracowników. Pozytywne zmiany na rodzimym rynku pracy mogą przyjść wraz ze zwiększeniem dostępu do szkolnictwa zawodowego: pod koniec 2018 r. prezydent RP podpisał ustawę, która ma ułatwić zdobywanie uprawnień do kierowania ciężarówkami.

Rosną koszty pracy

Poza problemami czysto kadrowymi, które niezaprzeczalnie ciągną branżę w dół, przewoźnicy z Europy muszą się mierzyć z rosnącymi kosztami pracy i obciążeniami administracyjnymi. Przykładem są tu wprowadzone w styczniu 2015 r. przez Niemców przepisy o płacy minimalnej i delegowaniu pracowników – tzw. MiLoG, a następnie, podobne w zamyśle, ustanowione przez Francuzów Loi Macron. Zdaniem ekspertów OCRK przepisy te, w związku z podniesieniem wynagrodzenia kierowców, wpłynęły na podwyższenie kosztów pracy łącznie nawet o około 20 proc. Nic dziwnego, skoro stawka wynagrodzenia minimalnego dla kierowcy oddelegowanego do wykonywania obowiązków zawodowych w Niemczech wynosi w 2019 r. 9,19 euro brutto za godzinę, we Francji jest to zaś co najmniej 9,88 euro brutto. Do wzrostu tych kosztów bezpośrednich dochodzi szereg określonych wymogów administracyjnych (m.in. wyznaczenie przedstawiciela na terytorium kraju delegowania czy zatrudnienie personelu, który zajmowałby się rozliczaniem kierowców delegowanych), zatem niepewność prawna i ryzyko prowadzonej działalności także rosną. Wielu przedsiębiorców woli w takiej sytuacji przekazać wszelkie formalności, w tym powierzyć rozliczanie pracowników według prawa na przykład MiLoG czy Loi Macron zewnętrznym, wyspecjalizowanym firmom.

Pakiet mobilności w drodze: odchodzimy od wolnego rynku?

Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo
Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo

Dopiero jednak pakiet mobilności, który, przynajmniej teoretycznie, ma zostać finalnie zatwierdzony przed 30 lipca 2020 r., powinien zapewnić jednolite standardy prawne w kwestii delegowania pracowników wysokomobilnych. Generuje on jednak ogromny spór, którego istotą jest niezgodność interesów „starej Unii” (zwłaszcza Francji i Niemiec) oraz popierających prorynkowe rozwiązania państw „nowej Unii” wraz z krajami peryferyjnymi (takimi jak Irlandia i Portugalia). Wiadomo, że stanowisko Rady Unii Europejskiej (a także zbliżone do niego stanowisko Parlamentu Europejskiego) jest wyjątkowo nieprzychylne interesom Europy Środkowo-Wschodniej i uważane za protekcjonistyczne. Według Bartosza Najmana, wiceprezesa OCRK oraz Inelo: Nowy skład Europarlamentu jest jeszcze bardziej protekcjonistyczny, co będzie przejawiać się zamykaniem rynków wewnętrznych państw Wspólnoty z Europy Zachodniej. Wydaje się zatem, że losy pakietu mobilności są przesądzone, a przynajmniej jego główne elementy, w tym ograniczenie dostępu do wolnej i swobodnej wymiany towarowej między krajami członkowskimi.

W dużej części ograniczone zostaną operacje kabotażowe, których kierowcy polskich ciężarówek wykonują najwięcej, bo aż 40 proc. Druga jest Rumunia z 9-proc. udziałem, co pokazuje tylko, w jakim stopniu międzynarodowy transport po europejskich drogach zależy obecnie od polskich przedsiębiorców. To na pewno ulegnie zmianie, bo nowe prawo nazwane pakietem mobilności z pewnością wejdzie w życie. Pytanie tylko, kiedy?

Kierowcy nie mają gdzie odpoczywać…

Zakaz spędzania 45-godzinnego odpoczynku w kabinie także komplikuje działania przewoźników. Egzekwują go już takie kraje jak Belgia, Francja, Niemcy i Holandia, Włochy oraz Hiszpania, choć zasadniczo obowiązuje on w całej Unii Europejskiej. Za złamanie zakazu karany jest zarówno przewoźnik, jak i kierowca. We Francji grzywna sięgać może nawet 30 tys. euro. W Danii wprowadzono w związku

z tym ograniczenie czasowe na parkingach dla ciężarówek (postój może trwać nie dłużej niż 25 godzin). Z drugiej strony infrastruktura dla aut ciężarowych w Europie jest niedostosowana do wygórowanych wymogów regulujących czas pracy i odpoczynku kierowców. Brakuje miejsc postojowych (w samych Niemczech 31 tys.), niewiele jest też prawdziwie bezpiecznych parkingów. Skutek? Mandaty za przekroczenie czasu pracy oraz rosnąca liczba kradzieży ładunków, czyli dodatkowe koszty.

Rosnące opłaty na europejskich drogach

Kolejną kłodą rzucaną pod nogi przewoźników drogowych w Europie są ograniczenia w ruchu ciężarówek stosowane w Tyrolu w Austrii. Życie uprzykrzają tam truckerom tzw. odprawy blokowe powodujące wielokilometrowe korki, jak również sektorowy zakaz ruchu, który będzie jeszcze poszerzany o kolejne grupy towarów. Pojazdy stare, niespełniające wyśrubowanych norm emisji, będą musiały prędzej czy później zniknąć z dróg Tyrolu (Euro 4 od sierpnia br., Euro 5 w 2021 r.), a pojazdy Euro 6 będą obciążone wyższymi opłatami. Tyrolczycy chcą także wprowadzić myto korytarzowe z Monachium do Werony, ale to równałoby się podniesieniu stawek w regionach przyległych w Niemczech i we Włoszech. Ich wzrost oraz zwiększanie ilości płatnych dróg to zresztą tendencja widoczna w całej Europie. W 2019 r. rosną opłaty na drogach niemieckich, francuskich, węgierskich, a w 2023 r. zostaną one po raz pierwszy wprowadzone w Holandii. W największym stopniu kosztami obciążani są właściciele starych, nieekologicznych pojazdów. Przypomnijmy: według danych PZPM normę Euro 6 spełnia tylko 17,5 proc. ciężarówek.

Łukasz Włoch, ekspert OCRK ocenia, że brak wykwalifikowanej kadry do pracy w transporcie drogowym utrzyma się jako główne wyzwanie, któremu właściciele firm będą musieli sprostać. Niedawno zapytaliśmy naszych partnerów biznesowych o to, czego obawiają się najbardziej. Ponad połowa respondentów wskazała właśnie braki kadrowe. Dopiero na drugim i trzecim miejscu znalazły się odpowiednio trudności ze zrozumieniem skomplikowanych przepisów w polskim ustawodawstwie (38 proc.) i regulacje organów UE, w tym pakiet mobilności (33 proc.). Przedsiębiorcy skupiają się na sytuacji tu i teraz, ale coraz bardziej świadomie i z niepokojem patrzą też w przyszłość.

Według Bartosza Najmana, wiceprezesa OCRK, Inelo: Polską branżę transportową czeka lekkie spowolnienie, a to z powodu zmian, jakie szykuje nam Bruksela. Niemniej dobrze zarządzane, przygotowane do zmian firmy powinny się przed nim uchronić. O ile przewoźnicy faktycznie funkcjonują

w trudnych warunkach – różne prawo w poszczególnych krajach Wspólnoty dotyczące choćby delegowania i płacy minimalnej – to jednakowe dla wszystkich zasady powinny być przemyślane, tworzone w myśl Unii wolnego rynku i procedowane w sposób transparentny, co do tej pory było wątpliwe.

NCBR przyznało GPW dofinansowanie z funduszy unijnych na prace badawczo-rozwojowe związane z budową systemu GPW Data

  • Budżet projektu szacowany jest na około 8,3 mln zł, z czego 4,2 mln zł będzie pochodzić z dofinansowania przez NCBR
  • Wdrożenie projektu planowane jest na drugą połowę 2021 r.
  • Budowa systemu GPW Data jest jedną z inicjatyw strategicznych #GPW2022

21 sierpnia 2019 r. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) opublikowało listę ocenionych projektów złożonych w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020. Na liście wybranych do dofinansowania znalazł się projekt Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) „Platforma GPW Data jako innowacyjny system wykorzystujący techniki sztucznej inteligencji celem wspierania decyzji inwestycyjnych na rynku kapitałowym”. Jego koszt szacuje się na 8,3 mln zł, z czego dofinansowanie NCBR wyniesie 4,2 mln zł.

– Projekt GPW Data jest jedną z naszych kluczowych inicjatyw strategicznych i wpisuje się w Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego zakładającą m.in. wprowadzenie elektronicznych standardów raportowania w technologii „Inline eXtensible Business Reporting Language” ( iXBRL). Umożliwienie automatyzacji procesu udostępniania oraz analizy danych giełdowych jest bardzo istotne dla rozwoju polskiego rynku kapitałowego. Ten projekt pozwoli nam wyznaczyć nowe trendy w tworzeniu nowoczesnych rozwiązań technologicznych na polskim rynku kapitałowym – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Projekt GPW Data będzie bazował na metodach uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji i pozwoli uczestnikom rynku kapitałowego optymalniej i szybciej niż obecnie podejmować decyzje związane z inwestowaniem na giełdzie. System GPW Data umożliwi szybkie udostępnianie danych rynkowych, ich analizę i przetwarzanie oraz budowanie przez inwestorów własnych algorytmów transakcyjnych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

– Wprowadzenie nowoczesnych, innowacyjnych narzędzi ułatwiających analizę danych rynkowych oraz proces inwestowania, a także pozwalających na dalszy rozwój nowoczesnych form obrotu, w tym handlu algorytmicznego, jest bardzo ważne dla rozwoju i podnoszenia konkurencyjności polskiego rynku kapitałowego. Udział handlu algorytmicznego w obrotach akcjami na GPW wynosi około 10%, natomiast na największych platformach obrotu w Europie i w USA jest to około 70% (dane z 2018 r.). Zaimplementowanie podobnego systemu przez inne, rozwinięte giełdy, przełożyło się zarówno na wzrost zainteresowania inwestorów notowanymi spółkami, jak i na wzrost obrotów – dodaje Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Prace nad Projektem rozpoczną się w bieżącym roku, a pierwszym etapem będzie budowa modeli raportowania finansowego zgodnych z obowiązującymi standardami sprawozdawczości elektronicznej. Kolejne działania skoncentrują się na budowie systemu raportowania, a następnie na udostępnianiu narzędzi wspierających inwestowanie. Wdrożenie projektu planowane jest w drugiej połowie 2021 r.

Projekt GPW Data jest realizowany w ramach inicjatyw strategicznych GPW i jest związany z obszarem biznesu informacyjnego Giełdy. Jego rozwój jest istotny z punktu widzenia dywersyfikacji przychodów Grupy Kapitałowej GPW.

Od 1 września 2019 r. zmiany w opodatkowaniu mieszkań. Pierwsze zasiedlenie w świetle nowelizacji ustawy o VAT

Od 1 września 2019 r. wejdzie w życie istotna nowelizacja ustawy o VAT, szczególnie istotna dla branży deweloperskiej, a dotycząca definicji pierwszego zasiedlenia.

Pierwszym zasiedleniem od września będzie już nie tylko oddanie budynku do użytkowania pierwszemu nabywcy lub użytkownikowi. Jest to także rozpoczęcie użytkowania budynków na potrzeby własne przez dewelopera.

– Definicja pierwszego zasiedlenia jest bardzo istotna dla ustalenia czy zbycie nieruchomości zabudowanej powinno być opodatkowane stawką VAT. Dotychczas w stosowana w polskim prawie definicja zasiedlenia odwoływała się do transakcji podlegającej opodatkowaniu i tylko ta transakcja wywoływała skutek pierwszego zasiedlenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – W konsekwencji tego nawet nieruchomości, które były wybudowane i użytkowane przez kilka lat przez podatnika, w momencie ich zbycia nie były traktowane jako zasiedlone.

Praktyka ta została zakwestionowana przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Stąd też zmiany w ustawie o VAT. Orzeczenie Trybunału daje podstawę do wznowienia postępowań zakończonych ostatecznymi decyzjami organów podatkowych.

16 listopada 2017 r. TSUE wydał wyrok w sprawie Kozuba Premium Selection sp. z o.o. przeciwko Dyrektorowi Izby Skarbowej w Warszawie (C-308/16), w którym orzekł, że przepisy polskiej ustawy o VAT są niezgodne z regulacjami unijnymi w zakresie warunków zwolnienia z VAT dostawy budynków.

– Od 1 września 2019 r. sprzedaż lub inna forma zbycia nieruchomości, która była użytkowana przez podatnika przez ponad dwa lata, będzie zwolniona z opodatkowania podatkiem VAT – wyjaśnia W.Kotowski z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Wróciła tendencja mocnego wzrostu wynagrodzeń

Wynagrodzenia znów rosną w tempie przekraczającym 7 proc. Jednak tak wysokie tempo powinno utrzymać się do wiosny. Natomiast realny wzrost dochodów będzie niższy ze względu na inflację.

Nominalna dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób w lipcu wyniosła 7,4% r/r wobec 5,3% w czerwcu, kształtując się powyżej prognozy analityków rynkowych 7,1%. W ujęciu realnym, czyli po skorygowaniu o zmiany cen, wynagrodzenia w firmach wzrosły w lipcu o 4,4% r/r (wobec 2,6% w czerwcu).

– Obawy, że rynek pracy nie jest już tak bardzo dobry dla pracownika zostały rozwiane przez lipcowe dane, które pokazały ponowne przyspieszenie dynamiki płac przy nadal dużym wzroście zatrudnienia bliskim 3 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Konsument ma więc powody, aby nadal zwiększać swoje wydatki, co jest korzystne dla polskiej gospodarki.

Duży wzrost dochodów gospodarstw domowych jest też związany ze zwiększonymi transwerami socjalnymi. To także wpływa na konsumpcję.

– Taka sytuacja może się utrzymać do wczesnej wiosny przyszłego roku – ocenia ekspert.

To z kilku powodów, ze względu na słabsze tempo wzrostu PKB, ale także na tzw.efekt bazy dotyczący wzrostów wynagrodzeń.

W Polsce poza budownictwem nie widać efektów dobrej koniunktury. Niewypłacalności lipiec 2019

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W lipcu 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 74 niewypłacalnych polskich firmach wobec 69 w lipcu 2018 roku – wzrost o 7% w porównaniu r/r
  • Od początku roku do końca lipca opublikowano informacje o 577 niewypłacalnych firm wobec 580 w analogicznym okresie przed rokiem
  • Kluczem do niewypłacalności jest skala działalności determinująca z reguły model biznesowy i rentowność omawianych firm
  • Najwięcej niewypłacalności było w sektorze przemysłowym (22) i usługowym (21) oraz w handlu hurtowym (12).
  • Największy wzrost r/r liczby niewypłacalności w województwach mazowieckim (+9) oraz warmińsko-mazurskim (+7): to tam działały firmy spożywcze (i producenci żywności), mali hurtownicy, małe firmy obsługujące inne przedsiębiorstwa (Mazowsze)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Skala działalności

To na ten aspekt działalności przedsiębiorstw, które w ubiegłym miesiącu znalazły się na liście opublikowanych niewypłacalności warto zwrócić uwagę. Jak rzadko kiedy bowiem w poprzednim miesiącu struktura tych firm w poszczególnych sektorach jest tak jednolita: stosunkowo duzi, chociaż nie najwięksi producenci żywności (przedział obrotów 25-100 mln złotych w skali roku), trochę mniejsze, bardziej regionalne, chociaż nie najmniejsze firmy budowlane (średni obrót kilkanaście milionów złotych firm ogólnobudowlanych i nawet 30-50 mln złotych wśród firm prac wyspecjalizowanych). Małe hurtownie – bo trudno inaczej określić skalę działalności firm, które z natury powinny realizować duży obrót, a w ich przypadku zamykał się on w granicach kilku milionów złotych. Podobnie raczej mała była skala działalności niewypłacalnych firm usługowych doradzających biznesowi.

Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce
Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce

Te tendencje w zakresie niewypłacalności świadczą o coraz trudniejszym otoczeniu handlowym, w jakim działają polscy przedsiębiorcy. Znaczny wzrost kosztów materiałów i pracy wywiera presję na już i tak niskie marże. Przetrwać mogą tylko te firmy, które dysponują silnymi finansami lub są w stanie szybko i skutecznie dostosować swój model biznesowy do tych wyzwań. Najbardziej zagrożone są firmy średniej wielkości, którym brakuje korzyści skali większych konkurentów i elastyczności mniejszych, niszowych graczy. Ponadto średnie przedsiębiorstwa są zazwyczaj słabo skapitalizowane i tym samym bardziej narażone na wstrząsy, takie jak utrata dużego klienta, jego niewypłacalność lub problemy z realizacją umów. Ich rynkowy staż i wcześniejsze osiągnięcia nie gwarantują dalszych sukcesów, dlatego tak istotne jest ścisłe monitorowanie płynności finansowej, a więc przede wszystkim kredytu udzielanego odbiorcom – uważa Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce.Niewypłacalności lipiec 2019

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

To nie dekoniunktura w poszczególnych branżach, a raczej kwestie konkurencyjności wypychały z rynku firmy o określonej wielkości, co rzutowało na ich możliwości biznesowe – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. I tak: w produkcji żywności partnerami dla dużych dystrybutorów są równie duże konglomeraty dostarczające żywność pod wieloma różnymi markami, a na drugim biegunie – dobrze prosperują także mali, lokalni prężni dostawcy produktów bardziej niszowych, np. ekologicznych. Podobnie w budownictwie – najwięksi wykonawcy mogą zdywersyfikować portfel zamówień na tyle, by zniwelować sobie straty na poszczególnych inwestycjach, czerpiąc jednocześnie premię z niższych jednostkowych kosztów z racji skali swojej działalności. Również najmniejsze firmy są gremialnie w dobrej sytuacji – ba, nie mogą nadążyć z popytem i przebierają w ofertach na realizację małych, a więc i stosunkowo bezpiecznych oraz wysoko marżowych prac budowlanych. W najgorszej sytuacji są firmy średnie, z reguły lokalni podwykonawcy większych inwestycji, bo przy ich skali działalności ponoszą już wysokie koszty stałe, nie mają takiej elastyczności w zmianie zleceń jak firmy najmniejsze, ani jeszcze takich korzyści z efektu skali jak firmy największe.

Czy zawsze jedynym rozwiązaniem jest budowa jak największej skali działalności, by tym wygrać z konkurencją? Nie zawsze, chociaż prawie – istnieje bowiem miejsce także dla firm małych, trafiających w aktualne czasowo i miejscowo nisze (jak wspomniany popyt na zdrową żywność w dużych aglomeracjach). Tak więc de facto to nie skala działalności, ale raczej rentowność (często się z nią jednak wiążąca) jest podstawą do dalszego „być albo nie być” większości polskich firm. Ile z nich, nawet jeśli ekspansywnie (planowo) nie rośnie, to przynajmniej weryfikuje swój model działalności, dostosowuje koszty do aktualnej a przede wszystkim prognozowanej średnio rynkowej rentowności?

Produkcja żywności – niewypłacalność zarówno przetwórców, jak i bezpośrednio wytwórców płodów rolnych

Dotychczas w publikacjach o niewypłacalnościach pojawiali się producenci żywności, byli to jednak de facto przetwórcy (także w lipcu – tym razem 3 firmy). W lipcu, a więc symptomatycznie – w czasie żniw opublikowano informacje o niewypłacalności również producentów płodów rolnych – z kategorii „uprawa zbóż, uprawy rolne”. Tylko, czy aż (w skali jednego miesiąca) cztery niewypłacalności – popyt konsumpcyjny na żywność i wzrost jej cen nie mówią wszystkiego o produkcji żywności, przede wszystkim o jej rentowności.

Usługi – w sektorze obsługi biznesu w cenie są obecnie możliwości, jakie mogą zaoferować większe podmioty

Ponownie w statystyce niewypłacalności widoczne są dwa rodzaje firm usługowych – gastronomiczne oraz doradcze (wspomaganie działalności na różnych polach – finansów, marketingu, kadru, pośrednictwa etc.). W lipcu niewypłacalne były 4 firmy z pierwszej wspomnianej grupy oraz 8 firm z tej drugiej – obsługujących działalność innych firm od strony finansowo-organizacyjnej. Skala tego zjawiska nie współgra z równolegle obserwowanym trendem do skupiania się przedsiębiorstw na działalności podstawowej i korzystaniu w związku z tym w coraz większym stopniu z wyspecjalizowanych firm nie tylko serwisowych, ale także doradczych, szkoleniowych etc.

Większość, jeśli nie wszystkie z niewypłacalnych firmy nie były debiutantami – działały na rynku od lat, jednak… nie wyszły ponad kilku milionowy próg obrotów (z jednym wyjątkiem). Biorąc to wszystko pod uwagę można stwierdzić, iż przyczyną ich kłopotów nie był z reguły brak popytu, czy może wzrost kosztów pracy (uderzający w pierwszym rzędzie m.in. w firmy gastronomiczne, ochrony czy utrzymania czystości). Paradoksalnie – gdy rynek zaczął dynamicznie rosnąć, zaczął się równocześnie koncentrować – tak jak w innych sektorach większe, prężniejsze firmy odbierają premię za swoją skalę działalności i wiążąca się z tym m.in. szerszą paletę komplementarnych usług, innowacyjność, wdrożenie procesów (m.in. monitorowania i poprawy jakości) etc. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż firmy-klienci korzystający z ich usług również rośli i z czasem poszukiwali firm doradczych oferujących im właśnie nowe możliwości, dostosowane do ich zmieniających się potrzeb.

Handel hurtowy wraca do korzeni tego określenia, a więc skali działalności

Kłopoty firm hurtowych można wytłumaczyć bardzo podobnie jak usługowych, bez zagłębiania się w branżową naturę podażowo-popytową – a więc oddaniem udziałów w rynku na rzecz większych podmiotów, o czym świadczy to, iż poza jednym wyjątkiem niewypłacalne w ubiegłym miesiącu hurtownie były gremialnie firmami o obrocie maksymalnie kilku milionów złotych, a niektóre jedynie 1-2 mln. Wielu prężnych detalistów ma obroty wyższe, niż ci hurtownicy.Niewypłacalności lipiec 2019 2 Niewypłacalności lipiec 2019 3

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Polska będzie mogła kupować tańszy gaz od różnych producentów. Wkrótce spodziewane jest pozwolenie na budowę i wybór wykonawcy podmorskiego odcinka Baltic Pipe

Polska będzie mogła kupować tańszy gaz od różnych producentów. Wkrótce spodziewane jest pozwolenie na budowę i wybór wykonawcy podmorskiego odcinka Baltic Pipe 8

Budowa Baltic Pipe oznacza niższe ceny i większe bezpieczeństwo dostaw – mówi Tomasz Stępień, prezes Gaz-System. Jak podkreśla, niedługo projekt powinien uzyskać pozwolenia na budowę, a na przełomie tego i przyszłego roku będą uruchamiane kolejne przetargi na dostawy dla tej inwestycji. Błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym ma popłynąć do Polski w październiku 2022 roku i pozwoli uniezależnić się od dostaw z Rosji, skąd pochodzi obecnie ok. 90 proc. importowanego gazu.

Program Baltic Pipe jest na etapie końcowym uzyskiwania pozwoleń i początku procesu zakupowego. Zgromadziliśmy wszystkie decyzje lokalizacyjne jeśli chodzi o tłocznie gazu, teraz czekamy na uzyskanie pozwoleń na budowę, których spodziewamy się w najbliższym czasie, i zaczynamy kupować. Pierwszy ważny przetarg na sprężarki wygrała firma Solar Turbines. Na przełomie tego i 2020 roku będziemy uruchamiać kolejne przetargi, tak aby w I kwartale 2020 wszystkie dostawy potrzebne do tej inwestycji były zrealizowane – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Stępień, prezes Gaz-System.

Baltic Pipe jest inwestycją strategiczną dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Gazociąg na dnie Morza Północnego połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i do odbiorców w sąsiednich krajach. Cała inwestycja ma być gotowa w październiku 2022 roku i według zapewnień jest realizowana zgodnie z harmonogramem. Przetarg na wykonanie podmorskiego odcinka gazociągu ma ruszyć w I kwartale przyszłego roku.

Co warte podkreślenia, Baltic Pipe wpisuje się w szerszą koncepcję inwestycyjną. Dzięki niej w Polsce będzie możliwe rozprowadzanie gazu z kierunków innych niż dotychczasowe, ale nie na zasadzie jednostkowych kontraktów, ale systemowo. To zaspokoi przyszłe zapotrzebowanie polskiej gospodarki na gaz ziemny na wiele lat. Możliwy będzie zakup gazu po konkurencyjnych cenach, w zasadzie od nieograniczonej liczby producentów. Dzisiaj mamy jeden dominujący szlak, kontrakt i jednego dominującego dostawcę. Ta inwestycja oznacza więc niższe ceny, a po drugie większe bezpieczeństwo dostaw – mówi Tomasz Stępień.

Przepustowość Baltic Pipe ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok. 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz. Błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym popłynie do Polski za trzy lata i pozwoli uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji. Właśnie w 2022 roku kończy się kontrakt jamalski na dostawy gazu zawarty przez PGNiG z rosyjskim Gazpromem, którego pozycja monopolisty umożliwia narzucanie nierynkowych cen. Tymczasem Polska jest uzależniona od importu gazu – z zagranicy pochodzi 70 proc. tego surowca, przy czym 90 proc. importu to właśnie gaz rosyjski.

Baltic Pipe powstanie łącznym kosztem około 1,6 mld euro. Nowy korytarz dostaw gazu na europejski rynek został przez Komisję uznany za jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych UE i objęty wsparciem finansowym. Inwestycja jest realizowana wspólnie przez operatorów przesyłowych – polski Gaz-System i duński Energinet.

Gaz-System odpowiada za budowę gazociągu pod Morzem Bałtyckim (przebieg nitki został wybrany w styczniu br., liczy ok. 275 km i po polskiej stronie kończy się w okolicach Niechorza) oraz rozbudowę polskiego systemu przesyłowego. Po polskiej stronie projekt obejmuje szereg inwestycji: budowę tłoczni gazu w Gustorzynie i rozbudowę dwóch innych – w Goleniowie i Odolanowie – oraz budowę gazociągów: relacji Goleniów–Lwówek i drugiego, łączącego gazociąg Baltic Pipe z polskim systemem przesyłowym.

Jedna tłocznia zostanie wybudowana w Danii i umożliwi przesył gazu z szelfu norweskiego do Polski. Natomiast po Polsce musimy ten gaz rozprowadzić. Umowa, którą niedawno podpisaliśmy, zaspokaja 100 proc. potrzeb na sprężanie dla programu Baltic Pipe – mówi Tomasz Stępień.

Zawarty przez Gaz-System w połowie sierpnia kontrakt jest wart 550 mln zł i obejmuje dostawę oraz 10-letni serwis agregatów sprężarkowych do trzech tłoczni gazu ziemnego (Goleniów, Gustorzyn, Odolanów) w ramach Baltic Pipe. Umowa zawarta z amerykańską firmą Solar Turbines jest pierwszą umową inwestorską w ramach realizacji projektu i jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu.

Tłocznie, na których zostaną zainstalowane te sprężarki, dadzą nam możliwość przesyłu gazu, nie tylko z Baltic Pipe, lecz także z terminala LNG i z FSRU, czyli technologii LNG na statku pływającym w Zatoce Gdańskiej, po całym kraju – mówi Tomasz Stępień.

Kluczowa dla dywersyfikacji dostaw gazu do Polski jest także rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu, która zakłada zwiększenie jego mocy regazyfikacyjnych o 50 proc. (do 7,5 mld m3 gazu rocznie) do końca 2021 roku.

W czerwcu 2016 roku oddaliśmy do eksploatacji terminal LNG. Od tego momentu obserwujemy skokowy wzrost zapotrzebowania na usługę przesyłową, co wiąże się ze wzrostem na zapotrzebowanie na gaz ziemny. Jest on na tyle duży, że w naszych planach biznesowych uwzględniamy już inwestycje, które będą realizowane po 2022 roku. Jedną z nich jest terminal pływający czy też technologia regazyfikacji gazu skroplonego na pokładzie specjalistycznych statków. Taki statek – wraz z infrastrukturą, która umożliwi odebranie tego gazu – planujemy wybudować do 2024 roku w Zatoce Gdańskiej – mówi prezes Gaz-System.

Psychiatria w reformie. Resort zdrowia chce odbudować kadry i poprawić opiekę psychiatryczną dla dzieci i młodzieży

Psychiatria w reformie. Resort zdrowia chce odbudować kadry i poprawić opiekę psychiatryczną dla dzieci i młodzieży 9

Psychiatria – przez lata zaniedbywana – jest na etapie głębokiej reformy, ale ten proces nie potrwa miesiąc czy nawet rok – mówi minister zdrowia Łukasz Szumowski. Jak ocenił, wprowadzony w ubiegłym roku pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego działa dobrze i zostanie rozszerzony. Niedługo ruszy też kompleksowa reforma psychiatrii dzieci i młodzieży, wśród których zaburzenia psychiczne są coraz częstszym problemem. Celem jest to, żeby opieka psychiatryczna była łatwiej dostępna, dostosowanego do indywidualnych potrzeb pacjentów i nie wiązała się z długimi pobytami na oddziałach psychiatrycznych.

– Zmiana jest fundamentalna, bo przechodzimy od opieki zinstytucjonalizowanej, gdzie pierwszym kontaktem często był oddział psychiatryczny, do opieki środowiskowej. Pilotaż działa od roku i objął swoim zasięgiem 3 mln osób. Jest to opieka populacyjna, są Centra Zdrowia Psychicznego, gdzie pacjent może przyjść do koordynatora z ulicy i zadać mu pytanie, dlatego że jest czegoś ciekawy, potrzebuje pomocy on sam lub ktoś z bliskich mu osób – mówi agencji Newseria Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

W ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego w lipcu ubiegłego roku wystartował pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego. Obecnie jest w Polsce 27 takich ośrodków, które obejmują swoim zasięgiem około 10 proc. populacji kraju, czyli ok. 3 mln Polaków. Do programu dołączane są w tej chwili kolejne placówki, część z nich rozszerza swoją działalność.

– Liczę, że po tym rozszerzeniu opieką środowiskową będzie objętych już około 5–6 mln osób. To jest rewolucja w psychiatrii, która jest niezbędna i która może przybliżyć nas do normalności, oczekiwanej przez polskich pacjentów. Liczę na efekt kuli śniegowej i na to, że za chwilę dołączą kolejne miejsca, w których pomoc będzie łatwo dostępna i nie będzie się wiązać z izolacją na oddziale – mówi Łukasz Szumowski.

Do Centrum Zdrowia Psychicznego można się zgłosić bez zapisów i bez skierowania (od pon. do pt. w godz. 8.00–18.00), żeby skonsultować dolegliwości i w razie potrzeby rozpocząć leczenie. Pomoc psychiatryczna jest udzielana także osobom nieubezpieczonym. Jeżeli przyjmujący w Punkcie Zgłoszeniowo-Koordynacyjnym psychiatra, psycholog bądź pielęgniarka psychiatryczna uzna, że przypadek jest pilny, pomoc jest udzielana w ciągu 72 godzin. W CZP pacjentowi stawiana jest wstępna diagnoza, a plan leczenia układany indywidualnie.

Wsparcie w ramach CZP kierowane jest do osób dorosłych, ale niedługo ruszy kompleksowa reforma psychiatrii dzieci i młodzieży, wśród których zaburzenia psychiczne są coraz częstszym problemem.

– Zaczynamy niedługo taki sam pilotaż, ale kierowany do dzieci i młodzieży, z trzema poziomami referencyjności. Pierwszy poziom będzie odmedykalizowany – dzieckiem będzie się zajmować nie psychiatra, tylko psycholog, psychoterapeuta lub pedagog. Dopiero na drugim poziomie wchodzi psychiatra i oddział dzienny, bez pobytu długoterminowego. Specjalistyczne oddziały psychiatryczne będą zarezerwowane dla najcięższych przypadków. To pozwoli wyjść szerzej do ludzi z pomocą psychiatryczną, a wiemy, że u dzieci i młodzież choroby, depresje, uzależnienia i zaburzenia odżywiania są coraz większym problemem – mówi Łukasz Szumowski.

Minister podkreśla też, że w Polsce psychiatria była dziedziną zaniedbywaną i pomijaną przez wiele lat i dopiero w tej chwili zaczyna się jej kompleksowa reforma, która jest jednak procesem trudnym i wymagającym czasu. W przyszłym roku powinien być gotowy projekt ustawy, która wprowadzi w Polsce nowy model opieki psychiatrycznej.

– Odrabiamy straty. Robimy to najszybciej, jak się da, ale na pewno nie da się tego zrobić w miesiąc czy rok – mówi minister zdrowia.

Jednym z kluczowych problemów w psychiatrii są w tej chwili m.in. braki kadrowe. Resort pracuje obecnie nad wytyczeniem ram dla tej specjalizacji i ocenia, że dostępność pomocy psychiatrycznej powinno poprawić wprowadzenie do systemu również psychologów i terapeutów.

 W tej chwili 70 proc. porad w Centrach Zdrowia Psychicznego i w poradniach psychiatrycznych jest udzielana przez psychiatrów. Mamy ich mało, ale być może te proporcje mogłyby zostać odwrócone i większość porad mogliby udzielać psycholodzy, psychoterapeuci czy pedagodzy, a psychiatra byłby tylko medyczną częścią zespołu terapeutycznego – mówi Łukasz Szumowski. – Z drugiej strony, odbudowujemy kadrę, liczba psychiatrów w Polsce rośnie i w tym kierunku kształci się znacznie więcej osób niż do tej pory, ale to trwa. Nie możemy pójść na skróty i dać uprawnień ludziom, którzy nie mają kompetencji i wiedzy, dlatego że jakość jest tutaj niezwykle ważna.

Coraz więcej Polaków przygotowuje przetwory. Robią to głównie kobiety, ale panowie specjalizują się w nalewkach

Coraz więcej Polaków przygotowuje przetwory. Robią to głównie kobiety, ale panowie specjalizują się w nalewkach 10

Nawet 75 proc. Polaków deklaruje, że robi przetwory na zimę. W spiżarniach będą królować ogórki kiszone, dżemy i konfitury, soki, a także nalewki – wynika z Barometru Providenta. Choć przetwory to domena przede wszystkim osób starszych, to także i młodzi coraz częściej kultywują tradycję. Weki to gwarancja smaku i naturalnych składników, a część osób przygotowuje przetwory ze względu na oszczędności.

– Chęć przygotowania przetworów na zimę deklaruje 75 proc. badanych. Zaskakuje nas ten wynik o tyle, że jest to o 26 pkt proc. więcej niż w ubiegłym roku. Głównym powodem, dla którego robimy przetwory, jest z jednej strony kultywowanie tradycji, z drugiej chęć zdrowego odżywiania. Robiąc przetwory samodzielnie, mamy świadomości, co jemy i w jaki sposób przyrządzamy posiłki  – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Jeszcze w 2018 roku zapasy na zimę planowało zrobić 49 proc. Polaków. Stopniowo jednak sporządzanie domowych przetworów wraca do łask. Samodzielnie przygotowane produkty są tańsze niż te kupowane w sklepach, a przy tym znacznie zdrowsze – bez konserwantów i sztucznych barwników, z mniejszą zawartością cukru.

Weki z reguły przyrządzają osoby powyżej 59 roku życia (w tej grupie wiekowej niemal 80 proc. przyszykuje marynaty na zimę) i osoby młode (75 proc. osób w wieku 25–39 lat).

– Przetworami również interesują się osoby młodsze, poniżej 25 roku życia. Bardzo chętnie kultywując tradycje rodzinne, wracają do sposobu przygotowania warzyw, owoców, kiszonek – mówi Karolina Łuczak.

W domowych spiżarniach znajdą się przede wszystkim kiszone ogórki, dżemy i konfitury owocowe oraz soki i syropy owocowe. To raczej domena kobiet, mężczyźni przy przygotowywaniu przetworów skupiają się raczej na nalewkach – blisko 30 proc. z nich wskazuje, że będzie produkować domowe trunki.

– Zdecydowanie częściej przetwory robią mieszkańcy wsi i mniejszych miejscowości. Warzywa, owoce czy grzyby pochodzą z miejsca, w którym mieszkają, często z przydomowego ogródka lub lasu. Jeśli chodzi o mieszkańców miast, to tutaj owoce i warzywa pochodzą przede wszystkim z targowisk lub są prezentem od rodziny czy przyjaciół z przydomowego ogródka – mówi Łuczak.

Z Barometru Providenta wynika, że niemal 85 proc. mieszkańców wsi przygotowuje przetwory, w dużych miastach – 63 proc. Zdecydowana większość (75 proc.) z tych, którzy deklarują przygotowanie zapasów, wykorzysta swoje zbiory – przede wszystkim osoby młode (83 proc. osób w przedziale wiekowym 25–39 lat) i mieszkańcy wsi (ponad 90 proc.).

– Grupa 38 proc. badanych przygotowuje zapasy na całą zimę tak, żeby wystarczyło do kolejnego sezonu. Najbardziej szczodrzy są seniorzy, którzy przygotowują tego jeszcze więcej i swoimi zapasami obdarowują rodzinę i bliskich – zauważa ekspertka Providenta.

Najmłodsi (15–24 lata) i ci mieszkający w pojedynkę, jeśli już przygotowują weki, to najwyżej kilka słoików. Przetwory to dla nich powrót do przeszłości i bardziej stylowy dodatek do wnętrza niż zapasy na zimę.

– Zapasy robią osoby głównie z rodzin wielodzietnych, rodzin wielopokoleniowych. Rodziny 5-osobowe czy większe przygotowują zapasy na cała zimę. Zdecydowanie mniej zapasów przygotowują single – wymienia Karolina Łuczak.

Prawidłowe oszacowanie wartości czynszu to duży problem przy transakcjach najmu. Pomocne są internetowe porównywarki

Prawidłowe oszacowanie wartości czynszu to duży problem przy transakcjach najmu. Pomocne są internetowe porównywarki 11

Na polskim rynku co roku dochodzi do nawet 1 mln transakcji najmu. Określenie wartości czynszu najmu stanowi częsty problem zarówno dla właścicieli mieszkań, jak i potencjalnych lokatorów. Wynajmującym i najemcom przychodzi z pomocą technologia – internetowe porównywarki agregują dane z portali ogłoszeniowych i na tej podstawie tworzą automatyczną kalkulację ceny. Zdarza się jednak, że nie biorą pod uwagę indywidualnych atutów danej nieruchomości, jak np. widok z okna, na co właściciele mieszkań powinni zwracać uwagę.

– Błędy w oszacowaniu ceny najmu skutkują tym, że wynajmujący wystawiają ofertę albo po zaniżonej cenie, przez co nie czerpią maksymalnych korzyści z wynajmu nieruchomości, albo z kolei zawyżają cenę, w związku z czym nie znajdują chętnych, żeby taką nieruchomość wynająć – mówi agencji Newseria Biznes Anton Bubiel, prezes zarządu platformy Rentier.io.

Nie istnieje ogólnodostępna baza cen transakcyjnych, w której wynajmujący bądź osoby zainteresowane najmem mogłyby sprawdzić wartość czynszu dla poszczególnych typów nieruchomości w danej lokalizacji. Jedynym źródłem takiej wiedzy było dotychczas porównywanie cen na portalach ogłoszeniowych. Problem pojawia się wtedy, kiedy w danej chwili na rynku nikt nie oferuje podobnego typu nieruchomości i trudno jest uzyskać wiarygodne dane porównawcze.

– Poza tym ceny ofertowe nie zawsze są reprezentatywne i wymagana jest analiza większej liczby danych, żeby znaleźć odpowiedź – mówi Anton Bubiel.

Przy szacowaniu wartości czynszu właściciel może skorzystać z pomocy specjalisty – zarówno pośrednicy nieruchomości, jak i firmy zajmujące się obsługą najmu nieruchomości czy doradzające w zakresie inwestycji w nieruchomości na wynajem zazwyczaj orientują się w lokalnym rynku i są w stanie wesprzeć klientów w tym zakresie.

– Pojawiają się też różnego rodzaju serwisy, które agregują dane z ogłoszeń i informacje o transakcjach, dzięki czemu pozawalają automatycznie znaleźć odpowiedź na pytanie, za ile możemy wynająć nieruchomość w określonej lokalizacji – mówi Anton Bubiel.

Na zachodnich rynkach – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii – od dawna istnieją tego typu narzędzia. Ich zasada działania jest prosta – algorytmy wyszukują mieszkania o zbliżonych parametrach wśród aktualnych i historycznych ofert na portalach ogłoszeniowych i na tej podstawie tworzą automatyczną kalkulację. Na polskim rynku takie narzędzia dopiero zaczynają się pojawiać, są wśród nich m.in. Urban.one, Ceny.szybko.pl czy platforma Rentier.io.

Automatyczne szacowanie ceny najmu jest korzystne zarówno z punktu widzenia właścicieli mieszkań, jak i przyszłych lokatorów. Pierwsi mogą sprawdzić, czy ich oferta nie jest zbyt niska albo zbyt wysoka i zorientować się w okolicznej konkurencji. Z kolei drudzy mogą sprawdzić, czy wysokość miesięcznego najmu, którą proponuje właściciel, jest powyżej czy poniżej cen podobnych nieruchomości w okolicy.

– Zarówno w przypadku analizy przeprowadzonej we własnym zakresie, jak i w przypadku analiz przeprowadzanych za pomocą różnego rodzaju narzędzi w grę wchodzą czynniki subiektywne, na które należy zwracać uwagę. Przykładowo, narzędzia analityczne nie biorą pod uwagę widoku z okna, a czasami może to być istotny atut określonej nieruchomości, decydujący o popycie – mówi Anton Bubiel.

Jak podkreśla, przy szacowaniu wartości czynszu najmu właściciel mieszkania powinien uwzględnić indywidualne cechy nieruchomości i sprecyzować, do jakiej grupy klientów chce kierować swoją ofertę.

– Jeżeli są to studenci, to zwracamy uwagę na to, czy w pobliżu naszej lokalizacji znajdują się uczelnie. Natomiast w przypadku par lub osób pracujących ważny jest wygodny dojazd do miejsca pracy albo infrastruktura w okolicy nieruchomości, którą wynajmujemy – mówi Anton Bubiel. – Coraz częściej także wyposażenie odgrywa istotną rolę. Potencjalni najemcy często pytają, czy w mieszkaniu jest zmywarka, oczekują, że będzie dostępny internet i telewizja. 

Szkolenie pilota samolotów rejsowych kosztuje nawet 250 tys. zł. Większość kandydatów finansuje je z własnej kieszeni

Szkolenie pilota samolotów rejsowych kosztuje nawet 250 tys. zł. Większość kandydatów finansuje je z własnej kieszeni 12

W ciągu kilku nadchodzących dekad technologie najprawdopodobniej zastąpią pilotów, ale jak na razie ta profesja ma dobrą passę w związku z dynamicznym rozwojem rynku lotniczego. Piloci mogą liczyć na ciekawą pracę i dobre zarobki, ale wymagany jest nienaganny stan zdrowia i odpowiedzialność, a kształcenie jest długie i wieloetapowe. Wyszkolenie pilota samolotów rejsowych to koszt nawet 250 tys. zł i większość kandydatów finansuje go z własnej kieszeni. Taki wydatek może jednak zwrócić się już w 23 lata się po rozpoczęciu pracy w zawodzie.

Według szacunków Boeinga w ciągu najbliższych 20 lat na całym świecie zabraknie nawet 600 tys. przedstawicieli tej profesji. Duży popyt przy niskiej podaży nowych kadr oznacza dla pilotów rynek pracownika i dobre zarobki, ale za około 50–70 lat zawód ten zacznie stopniowo zanikać.

W świetle rozwoju technologii informatycznych prawdopodobnie pilota w kokpicie również kiedyś zastąpi komputer. W tym sensie zawód pilota wydaje się być zawodem przeszłości, bo najbardziej prestiżowy był w drugiej połowie XX wieku. Natomiast w najbliższych kilkudziesięciu latach jest to wciąż zawód absolutnie perspektywiczny. Pilotów na rynku brakuje, więc będzie dla nich dużo dobrze płatnej pracy w wielu ciekawych krajach świata – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Benke, pilot liniowy, prezes zarządu Bartolini Air.

Kandydaci do tego zawodu muszą się charakteryzować przede wszystkim dobrym stanem zdrowia i przejść badania lekarskie, które zagwarantują, że nie stracą świadomości w powietrzu i nie przestaną panować nad samolotem.

Na drugim miejscu są predyspozycje i one już nie są takie oczywiste. Myślę, że większość osób mogłaby zostać pilotami, bo nie jest to zawód o wiele trudniejszy niż inne. Na pewno wymaga gotowości do wzięcia odpowiedzialności. Według mnie w ogóle nie jest to zawód niebezpieczny, stresujący, natomiast na pewno trzeba być osobą odpowiedzialną i umieć traktować sprawy poważnie – podkreśla Jakub Benke.

Kandydat na pilota musi też wykazać się pracowitością, bo zdobywanie kompetencji oznacza wielogodzinną naukę, pracę i wiele różnego typu egzaminów. Szkolenie pilotów dzieli się na część teoretyczną i praktyczną. Składa się z kilku etapów, z których pierwszym jest szkolenie do licencji turystycznej.

Zaczynamy od podstaw teorii, następnie latamy małą awionetką, czyli małym samolotem tłokowym. Uzyskujemy licencję turystyczną, a następnie poszczególne, dodatkowe uprawnienia – aż do licencji zawodowej i licencji liniowej zamrożonej. Cały czas latamy tylko niedużymi samolotami tłokowymi, tyle że coraz bardziej skomplikowanymi, czyli dwusilnikowymi, z chowanym podwoziem. Chodzi o to, żeby to szkolenie nie było aż tak bardzo drogie, bo ono i tak nie należy do najtańszych – mówi Jakub Benke.

Jak ocenia, w Polsce system szkolenia lotniczego jest dość rozwinięty. Istnieje raptem kilka szkół publicznych, które szkolą pilotów, ale na rynku funkcjonuje wiele podmiotów prywatnych. Większość pilotów finansuje szkolenie ze środków własnych, natomiast wymaga to inwestycji rzędu 250 tys. zł. To koszt, który wiele osób powstrzymuje przed wybraniem tej drogi zawodowej. Jak podkreśla ekspert, przy obecnej dobrej koniunkturze na rynku taka inwestycja może jednak szybko się zwrócić – nawet w 2–3 lata po rozpoczęciu pracy w kokpicie samolotu rejsowego.

Po przejściu wieloetapowego szkolenia i uzyskaniu licencji liniowej zamrożonej pilot może się już zatrudnić w linii lotniczej i zasiąść w prawym fotelu pierwszego oficera w dużym samolocie odrzutowym. Przedtem musi jednak przejść jeszcze jedno, trwające średnio od 2 do 4 tygodni szkolenie na dany typ samolotu rejsowego.

Kiedy kandydat na pilota uzyska już licencję zawodową i dostanie pracę w linii lotniczej, ta linia wysyła go na szkolenie np. na typ samolotu Airbus 320 czy Boeing 737. Ono odbywa się już w pełni na symulatorze, z wyjątkiem nauki lądowań. Jest sześć lądowań, które wykonuje się prawdziwym, pustym samolotem bez pasażerów. Wynika to z faktu, że techniki lądowania symulatorów nie są w stanie idealnie tego oddać i ten element jest niezastąpiony. Natomiast gdy przechodzimy do samolotów odrzutowych, na których godzina lotu jest już bardzo droga, rzeczywiście symulatory zaczynają zajmować pierwsze miejsce w szkoleniu – prezes zarządu Bartolini Air.

Postępuje miniaturyzacja elektroniki. Mniejsze niż obecnie stosowane w smartfonach czujniki pozwolą na umieszczenie w nim pojemniejszej baterii

Postępuje miniaturyzacja elektroniki. Mniejsze niż obecnie stosowane w smartfonach czujniki pozwolą na umieszczenie w nim pojemniejszej baterii 13

Czujniki są obecne w każdym smartfonie. Odpowiadają m.in. za redukcję szumów podczas rozmowy czy wykrywania położenia urządzenia. Ich dziesięciokrotne zmniejszenie może pozwolić np. montować większe baterie w smartfonach, a co za tym idzie – wydłużyć ich czas pracy. Czujniki przewodnictwa kostnego z kolei już wkrótce trafią do słuchawek dousznych, co pozwoli słyszeć otoczenie przy jednoczesnym korzystaniu ze słuchawek. 

– Jesteśmy w stanie znacznie zmniejszyć czujniki w stosunku do obecnych rozmiarów. Opracowujemy wszystkie rodzaje czujników, począwszy od detektorów ruchu, poprzez czujniki przewodnictwa kostnego, żyroskopy i akcelerometry, aż po mikrofony i kompasy. W przypadku smartfonów mniejsze czujniki pozwalają zaoszczędzić miejsce np. na większą baterię, co jest niezwykle istotne, bo umożliwia dłuższy czas pracy telefonu – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Innowacje Josep Montanya z Nanusens.

Miniaturyzacja jest jednym z największych wyzwań, jakie stawia sobie branża elektroniczna, by mogła się dalej rozwijać. Wykorzystywana jeszcze na początku XX wieku 3,5–calowa dyskietka komputerowa mogła pomieścić na taśmie magnetycznej na powierzchni mieszczącej się w dłoni zaledwie 1 megabajt danych. Obecnie na podobnej powierzchni inżynierowie IBM byli w stanie zmieścić 330 terabajtów danych. Rozwój nanotechnologii pozwala pracować na materiałach o średnicy tysiąckrotnie mniejszej od średnicy włosa.

Stworzony w technologii CMOS czujnik Nanosens MEMS, przeznaczony do stosowania w słuchawkach dousznych, jest dziesięciokrotnie mniejszy od konwencjonalnych czujników mikromechanicznych. Zajmuje on objętość jednego milimetra sześciennego. Dzięki temu w niewielkim urządzeniu zwalnia się bardzo dużo przestrzeni, która może zostać wykorzystana np. do zamontowania pojemniejszej baterii.

Dzięki mniejszym czujnikom, możliwe jest także zamontowanie ich większej liczby, co zwiększą wygodę użytkowania słuchawek. Czujniki oparte na przewodnictwie kostnym, wykrywając głos użytkownika, uruchomią redukcję szumów. Inne, dzięki detekcji ruchu, wykryją, kiedy urządzenie znajduje się w kanale ucha, a kiedy w kieszeni. Dzięki temu słuchawki nie będą niepotrzebnie włączone, gdy ktoś z nich rzeczywiście nie korzysta.

– Główne zastosowanie tej technologii to słuchawki douszne, a więc także smartfony czy internet rzeczy. Wszystkie te urządzenia potrzebują mniejszych czujników, a my potrafimy je zmniejszyć bardzo skutecznie. Szczególnie jeśli chodzi o słuchawki – to rynek, na którym w krótszej perspektywie możemy spodziewać się prawdziwego boomu, dlatego to na nim się skupiamy – wskazuje Josep Montanya.

Nanusens do opracowywania swoich rozwiązań korzysta z systemów pamięci budowanych w technologii CMOS, umożliwiającej zmieszczenie bardzo dużej liczby tranzystorów na jednostce powierzchni płytki krzemu. W praktyce oznacza to znikomy pobór mocy i możliwość pracy w bardzo szerokim zakresie temperatur. Technologia pozwoli na opracowanie szeregu różnych czujników.

– W tym roku zajmujemy się tworzeniem próbek czujników bezwładnościowych, a więc detektorów ruchu i czujników przewodnictwa kostnego. Nasz pierwszy prototyp – czujnik ruchu dla branży słuchawek dousznych – pojawi  się w sprzedaży we wrześniu – zapowiada przedstawiciel Nanusens.

Obecnie światowym liderem w produkcji takich czujników jest Bosch, odpowiedzialny za wdrożenia MEMS w połowie smartfonów produkowanych na świecie. Czujniki mikromechaniczne mogą służyć do mierzenia ciśnienia, przyspieszenia, ruchu obrotowego czy analizowania pola magnetycznego Ziemi. W telefonach są odpowiedzialne m.in. za działanie systemów wykrywających, czy smartfon trzymamy poziomo czy pionowo, a także za redukcję szumów i rejestrowanie mowy. Czujnikami MEMS naszpikowane są też systemy wspomagające jazdę. We współczesnym samochodzie bywa zamontowanych nawet 50 takich czujników.

Według analityków z Market Research Future światowy rynek MEMS i innych czujników elektronicznych osiągnie do 2023 roku wartość przeszło 26 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie powyżej 10 proc.

Branża gamingowa przenosi się na smartfony i urządzenia mobilne. Pojawiają się pierwsze przenośne sprzęty do grania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości

Branża gamingowa przenosi się na smartfony i urządzenia mobilne. Pojawiają się pierwsze przenośne sprzęty do grania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości 14

Pojawienie się smartfonów projektowanych z myślą o graczach sprawiło, że deweloperzy pokładają coraz większe nadzieje w branży mobilnej. Przekłada się to nie tylko na rosnącą liczbę tytułów klasy premium, które trafiają do sklepów mobilnych. Twórcy coraz chętniej eksperymentują także z technologiami wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, które mogą zwiększyć wrażenia, jakie gracz odbiera z rozgrywki.

Osiem lat po premierze pierwszej pełnoprawnej wersji Minecrafta firma Microsoft postanowiła przenieść ten tytuł w nową rzeczywistość. W tym roku na rynku zadebiutuje Minecraft Earth, innowacyjna odsłona gry osadzona w rzeczywistości rozszerzonej. Ten ruch jest odpowiedzią na rosnące zainteresowanie graczy nowymi technologiami mobilnymi i próbą wpisania się w sukces takich tytułów, jak Pokemon GO czy Harry Potter Wizards Unite.

Za oba te tytuły odpowiada ten sam wydawca, studio Niantic, które wyspecjalizowało się w tworzeniu aplikacji wykorzystujących rzeczywistość rozszerzoną. Popularna marka i innowacyjna technologia mogą nie wystarczyć, aby Minecraft Earth spotkał się z równie ciepłym przyjęciem ze strony graczy. Wielu twórców gier mobilnych próbowało swoich sił w branży AR i nie wszystkim udało się odnieść sukces.

– Największym problemem technologii augmented reality jest fakt, że trzeba chodzić z urządzeniem i wymachiwać telefonem w przestrzeni. Z kolei największą przeszkodą w wirtualnej rzeczywistości jest logistyka. Obecne urządzenia mają duże wymagania sprzętowe, kable plączące się po podłodze i stacje bazowe, które trzeba porozstawiać. Pierwsze zestawy nie pozwalały na poruszanie się, co często powodowało mdłości, ale nowsze zestawy już rozwiązały ten problem – aplikacje i gry VR-owe są już na dużo wyższym poziomie, a PlayStation wypuściło swój zestaw VR. Wygląda na to, że rynek VR będzie się powoli rozwijał – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Kuczera, prezes zarządu Vixa Games.

Branżę VR od lat wspierają czołowi producenci elektroniki użytkowej. Samsung promuje swoje smartfony z linii Galaxy S jako idealny sprzęt do grania w rzeczywistości wirtualnej za pośrednictwem zestawu Gear VR. Potencjał tego segmentu doceniają także inżynierowie Oculusa, którzy opracowali w pełni niezależny, mobilnym zestaw do wirtualnej rzeczywistości – Oculus Quest. W urządzeniu zamontowano wszystkie niezbędne podzespoły, dzięki czemu nie trzeba podpinać do niego ani komputera, ani smartfona, aby uruchomić gry w VR.

Mobilne zestawy VR mają jednak swoje ograniczenia. Sprzęty obecnej generacji nie są tak zaawansowane, aby pozwalały z wysoką precyzją śledzić położenie gracza oraz otaczających go obiektów tak, jak czynią to pecetowe czy konsolowe gogle wirtualnej rzeczywistości.

– Zestawy VR są zdecydowanie stacjonarne i nawet jeżeli byłyby na tyle mobilne, że moglibyśmy korzystać z nich w pomieszczeniu, to kto ostrzeże nas, że ktoś się zbliża? Będziemy na siebie wpadać. Zatem zdecydowanie to są urządzenia stacjonarne. Nie sądzę, żeby stały się mobilne w najbliższej przyszłości, 5G raczej w tym nie pomoże – twierdzi ekspert.

Technologia 5G może odegrać jednak inną, równie znaczącą rolę w rozwoju branży gier mobilnych. W tym roku zadebiutuje kilka usług gamingowych bazujących na chmurze danych. Na jesieni Apple zaprezentuje platformę Arcade, a Google rozpocznie wdrażanie serwisu Stadia, który umożliwi uruchamianie tytułów klasy AAA (z bardzo dużymi wymaganiami sprzętowymi) m.in. za pośrednictwem smartfonów oraz tabletów.

Do płynnego grania za pośrednictwem chmury wymagany jest dostęp do szybkiego internetu. I o ile w warunkach domowych nie powinno być z tym problemu, o tyle do grania poza domem konieczne może się okazać skorzystanie z sieci 5G. Firmy technologiczne powoli przygotowują się do wsparcia tej technologii i wypuszczają na rynek pierwsze smartfony wyposażone w moduły 5G. Sprzęty takie zapowiedziały m.in. Samsung, Huawei czy Xiaomi.

– Rynek gier jest ogromny i rośnie w zastraszającym tempie. Kiedyś granie było traktowane jako zabawa dla dzieci, teraz jest to normalne. To nic dziwnego, gdy dorosły włączy Wiedźmina III w ramach relaksu. Mamy w Polsce bardzo dobre studia, które produkują bardzo dobrej jakości gry. Na polskim rynku jest duży potencjał, żeby robić jeszcze więcej, jeszcze lepszych gier – uważa Łukasz Kuczera.

Według Research and Markets globalna wartość branży gier mobilnych w 2017 roku przekroczyła 48 mld dol. Szacuje się, że do 2026 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,6 proc.