Gospodarka polska utrzymuje bardzo dobrą dynamikę

Miniony tydzień był bardzo interesujący z punktu widzenia statystyk makroekonomicznych. Poznaliśmy kwietniowe dane z polskiego rynku pracy, przemysłu oraz dla sprzedaży detalicznej. Patrząc na te wyniki można powiedzieć, że krajowa gospodarka rozpoczęła II kwartał w bardzo dobrej formie. Międzyroczny wzrost płac sięgnął 7,1%. Dane wykazały także umiarkowane spowolnienie wzrostu zatrudnienia na poziomie 2,9%. Produkcja przemysłowa w kwietniu wzrosła o 6,5% rok do roku, co potwierdza, że aktywność przemysłowa w Polsce pozostaje bardzo solidna i to pomimo słabego rozwoju przemysłu w Niemczech i polskiego indeksu PMI poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. w tym roku. Sprzedaż detaliczna w kwietniu wzrosła międzyrocznie do solidnych 11,9%, a po odliczeniu efektu Wielkanocy jest oczywiste, że konsumpcja gospodarstw domowych będzie nadal kluczowym czynnikiem wzrostu PKB. Pozytywne kwietniowe wyniki zostały również docenione przez Prezesa NBP, A. Glapińskiego, który powiedział, że PKB w tym roku może wzrosnąć o ponad 4,5% (aktualna prognoza NBP wynosi 4%).

Złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się i jego piątkowy kurs był na poziomie 4,29 EUR/PLN. Eurodolar na koniec minionego tygodnia wynosił 1,12 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Hej Google, jak się ma rynek Smart Home? – Świetnie, a będzie jeszcze lepiej, donoszą analitycy z Parks Associates

Firmy już mają wystarczające zaplecze technologiczne, by zaoferować unikalne doświadczenia użytkownikom smart home – twierdzi firma analityczna Parks Associates. Jednocześnie wciąż stoją przed trudnym wyzwaniem — przekonania konsumentów, że ta technologia to coś więcej niż gaszenie światła za pomocą telefonu. By tak się stało — producenci smart home, muszą lepiej poznać swoich odbiorców. Ostatnie badanie na temat zwyczajów konsumenckich dobitnie pokazuje, że ludzie uwielbiają kupować inteligentne gadżety dla domu, mimo że nie do końca rozumieją w jaki sposób, wspomniane urządzenia działają.

Parks Associates, firma badawcza skupiająca się na trendach konsumenckich w ramach segmentu połączonych urządzeń i związanych z nimi usługami, opublikowała swoje kwartalne badania konsumenckie, przeprowadzone na grupie 10 tys. osób. Wyniki sondażu pokazują firmom nową perspektywę, dzięki której mogą projektować oraz budować produkty i usługi, zmieniające inteligentny dom z odległej futurystycznej koncepcji na istotną ludzką rzeczywistość.

Technologia w domu, dziś gotowa na wyzwania jutra!

Analiza przeprowadzona przez specjalistów z Parks w drugim kwartale 2019 r. wykazała, że 36% domów wyposażonych w łącza szerokopasmowe posiada co najmniej jedno podłączone urządzenie, co stanowi wzrost o 32% w porównaniu z wynikiem sprzed trzech lat. Taki sam odsetek domów uzbrojonych w łącze szerokopasmowe, posiada inteligentne głośniki, takie jak Amazon Echo lub Google Mini, które znacznie przyczyniły się do popularyzacji technologii dla inteligentnych domów – dla wielu osób to pierwsze zetknięcie z tą koncepcją.

  • “Konsumenci pokochali inteligentne głośniki, które wprowadzają pierwiastek science-fiction do każdego domu. Asystent głosowy wbudowany w urządzenie może przypomnieć o spotkaniu, sprawdzić pogodę na najbliższe 10 dni lub zamówić bilety w Flixbus na wakacyjny wyjazd, albo też obiad przez Pyszne.pl, gdyby okazało się, że pogoda pokrzyżowała nam plany i zamiast gofrów na piaszczystej plaży, wybraliśmy pizzę na miękkiej kanapie.” – tłumaczy fenomen inteligentnych głośników Marcin Kotarski Product Manager z Rettig Heating, które produkuje rozwiązania do inteligentnych domów pod marką Purmo.

Ale najpierw — poznajmy się lepiej

Brad Russell, dyrektor działu badań z Parks, zwrócił uwagę na fakt, że średnia liczba podłączonych urządzeń w domu szerokopasmowym również rośnie, osiągając 10,4 urządzeń w 2018 r.. Wśród podzbioru domów szerokopasmowych, które posiadają co najmniej jedno podłączone urządzenie, średnia liczba posiadanych urządzeń wynosiła aż sześć, co tylko potwierdza, że to coraz silniejsza grupa produktowa.

Badania Parksów nad czynnikami wpływającymi na decyzje zakupowe konsumentów wykazały, że najważniejszą kwestią, przytaczaną przez prawie dwie trzecie (64%) ankietowanych, było to, czy produkt współpracował z istniejącym inteligentnym głośnikiem obsługującym głos. Dobre recenzje znalazły się na drugim miejscu na poziomie 61%, a względy związane z marką były na ogół niższe. Wiadomo już, co motywuje konsumentów do zakupu, a co odstrasza?

  • “Biorąc pod uwagę liczbę połączonych urządzeń, można odnieść wrażenie, że rynek inteligentnego domu jest na dobrej drodze do dojrzałości. W rzeczywistości segment ten, znajduje się tuż za linią startu. Więc co powstrzymuje nas przed masową adopcją? Brak dostatecznej wiedzy, wiele osób wciąż nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie — jakie korzyści osiągną dzięki tej technologii.” – komentuje sytuację rynkową Emilia Dudek, Marketing Manager z Rettig Heating, firmy popularyzującej rozwiązania smart home w Polsce.

Potwierdzają to badania Parks Associates, które dowodzą, że głównym powodem, dla którego nie kupowano produktów z kat. inteligentnego domu, było to, że konsumenci, nie potrafili zrozumieć, jak taki zakup może korzystnie wpłynąć na zmianę ich stylu życia (54% ankietowanych). Na kolejnych miejscach uplasowały się: obawa przed nową technologią oraz dla zaledwie 1 na 4 osoby — obawy dotyczące prywatności i bezpieczeństwa.

  • Technologia ta oferuje wachlarz możliwości, które nie kończą się na tym, że domownik obsługuje oświetlenie z poziomu smartfona. Rozwiązanie to jest szczególnie przydatne, gdy właśnie nie ma nas w domu, a potrzebujemy np. otworzyć bramę dla kuriera, podlać trawnik lub ogrzać podłogę przed naszym powrotem. Idealnie wpisuje się to w koncepcję rozwiązań instalacyjnych wysokiej klasy.” – Katarzyna Kopycka, specjalista ds. marketingu z Rettig Heating.

Dzięki Toyocie i blockchain każdy będzie mógł swobodnie handlować energią

Wyobraź sobie, że jako właściciel mieszkania czy domu jesteś aktywnym graczem na giełdzie energii elektrycznej. Sztuczna inteligencja oraz technologia blockchain pracują dla ciebie, nie tylko aby obniżyć twoje rachunki za prąd, ale żeby przynosić ci zyski. Pomagają im w tym panele fotowoltaiczne na dachu, powerwall, czyli inteligentny akumulator na ścianie przedpokoju, a także ładowany z gniazdka samochód hybrydowy lub elektryczny w garażu. Toyota właśnie testuje taki system w Japonii.

Giełda energii dla każdego

Toyota we współpracy z Uniwersytetem Tokijskim i firmą TRENDE rozpoczynają testy systemu handlu energią elektryczną między indywidualnymi odbiorcami oraz prosumentami. Do systemu włączone są panele fotowoltaiczne na dachach prywatnych domów czy biurowców, systemy magazynowania energii, a także zelektryfikowane samochody i ładowarki w biurowcach dla pracowników. Transakcje zawierane będą bezpośrednio na zasadzie Peer to Peer w oparciu o technologię blockchain.

Test zostanie przeprowadzony w ośrodku badawczym Toyoty Higashi-Fuji Technical Center oraz w okolicach. Jest to pierwszy na świecie test systemu handlu elektrycznością między indywidualnymi użytkownikami, który wykorzystuje hybrydy plug-in jako magazyn i źródło prądu, a także prywatne panele fotowoltaiczne i akumulatorowe magazyny energii. Test będzie trwał od czerwca 2019 do maja 2020.

Czy to się opłaca

Celem programu jest sprawdzenie korzyści ekonomicznych z włączenia do systemu obrotu energią prosumentów, produkujących prąd i handlujących nim bezpośrednio z odbiorcami za pośrednictwem giełdy energii, po cenach odpowiadających bieżącej podaży i popytowi. Pilotaż pozwoli ocenić wykonalność dwukierunkowego, autonomicznego systemu dostarczania energii bezpośrednio między indywidualnymi użytkownikami, a nie tylko między prosumentem a zakładem energetycznym.

Czy to może działać

Kolejne kroki programu testowego Toyoty to stworzenie i wypróbowanie technicznych możliwości przesyłania prądu między prosumentami, takimi jak gospodarstwa domowe i prywatne firmy. Zostanie w nich zainstalowany oparty na sztucznej inteligencji system zarządzania przepływem i handlem energią, czyli tzw. wirtualny agent. Urządzenie to będzie automatycznie składało zamówienia sprzedaży lub zakupu na giełdzie energii, w oparciu o zużycie prądu oraz przewidywaną produkcję energii przez włączone do systemu panele fotowoltaiczne. Transakcje między indywidualnymi użytkownikami będą przeprowadzane na podstawie algorytmu, który dopasuje oferty kupna i sprzedaży złożone przez wirtualnych agentów każdego domu lub firmy. Ceny prądu w obrocie będą się wahać w zależności od aktualnego poziomu podaży i popytu.

Japonia stawia na prosumentów energii

Wraz z popularyzacją w Japonii takich rozwiązań jak panele fotowoltaiczne, akumulatorowe magazyny energii czy zelektryfikowane samochody, system energetyczny tego kraju przechodzi radykalną transformację, przestawiając się stopniowo z tradycyjnych, wielkoskalowych zakładów produkujących prąd na system prosumencki, w którym firmy i prywatni użytkownicy posiadają własne źródła energii. Nowy system Toyoty ma za zadanie zoptymalizowanie wydajności systemu energetycznego tego kraju.

Polska branża cyfrowa za wnioskiem rządu do TSUE ws. ACTA2

Związek Cyfrowa Polska, który reprezentuje największe firmy branży cyfrowej w Polsce popiera decyzję polskiego rządu, który zdecydował się na złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącej Dyrektywy w sprawie praw autorskich, zwanej ACTA2. – Dobrze, że Polska nie potraktowała tej sprawy jako przegranej i wychodzi z inicjatywą, aby zatrzymać wprowadzanie szkodliwego prawa – ocenia prezes Michał Kanownik.

Związek Cyfrowa Polska wspólne z innymi polskimi organizacjami przedsiębiorców, konsumentów oraz reprezentujących środowiska start-upowe, studenckie i naukowe wielokrotnie apelowali do eurodeputowanych  w trakcie prac nad Dyrektywą w sprawie praw autorskich, aby nie wprowadzali w życie niektórych zapisów. – Cieszę się, że dla polskiego rządu, tak, jak i wcześniej dla części polskich eurodeputowanych wolność słowa w internecie jest ważna i nie ulegają lobbingowi największych koncernów medialnych – mówi Michał Kanownik. I podkreśla: – Ostrzegaliśmy, że nowe przepisy są za daleko idące. Mogą bowiem zagrażać wolności słowa, ograniczać dostęp do informacji, kultury i wszelkiego kontentu, który znajduje się w internecie.

Unijna dyrektywa w prawie praw autorskich ma zmienić zasady publikowania i monitorowania treści w internecie. Szczególne kontrowersje wzbudza artykuł, który zobowiązują serwisy internetowe do prewencyjnej kontroli wszystkich treści, jakie zamieszczają użytkownicy pod kątem praw autorskich, nawet wtedy, gdy nie zostały zgłoszone żadne naruszenie praw autorskich. A to w ocenie przeciwników Dyrektywy może doprowadzić do wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

W obecnej sytuacji, zdaniem Michała Kanownika należy poczekać na decyzję TSUE i na razie nie śpieszyć się z implementacją przepisów – państwa UE mają dwa lata na wdrożenie przepisów.

Skarga do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej została złożona w piątek. Polski rząd podnosi zarzut naruszenia polskiej konstytucji oraz prawa unijnego – Karty Praw Podstawowych UE. Oba dokumenty gwarantują swobodę wypowiedzi. Tymczasem w przekonaniu polskiego rządu przyjęte przez Parlament Europejski rozwiązania mają charakter cenzury prewencyjnej i zagrażają wolności wypowiedzi w internecie.

Czy osoba niespłacająca zobowiązań finansowych może wziąć pożyczkę?

Niespłacone zobowiązania finansowe, nieuregulowane w terminie faktury, brak kontaktu z firmą windykacyjną lub z wierzycielem – to tylko kilka przykładowych sytuacji, przez które można zostać dopisanym na „listę dłużników”, czyli do rejestru prowadzonego przez jedno z Biur Informacji Gospodarczej (BIG). Jakie mogą być tego konsekwencje i jak się przed nimi ustrzec?

Gdy osoba zadłużona znajdzie się na takiej liście może mieć trudności z zaciągnięciem nowych pożyczek i kredytów, zakupem mieszkania, telewizora, czy telefonu na raty. Zdarza się, że przyczyną niepłacenia zobowiązań jest wypadek, choroba lub utrata pracy, a osoba zadłużona, która chce utrzymać płynność finansową, potrzebuje kolejnej pożyczki. Kiedy może liczyć na dodatkowe środki? Jak może zwiększyć szanse na uzyskanie kredytu? Oto kilka wskazówek.

Krok 1 – porozumienie z wierzycielem

Jeżeli konsument (lub firma) ma problemy ze spłatą zadłużenia, a chciałby zaciągnąć nową pożyczkę, powinien dobrowolnie porozumieć się z wierzycielem, by zapobiec upublicznieniu danych w rejestrach BIG. Warto przypomnieć, że firma, której kontrahent zalega z płatnościami może wpisać go do BIG bez wyroku sądowego, a jedynie na podstawie podpisanej umowy lub niezapłaconej mu faktury. Może to zrobić już po 30 dniach od powstania zaległości. Aby zgłosić osobę zadłużoną do BIG, osoba prywatna potrzebuje wyroku sądowego z klauzulą wykonalności. Kolejnym warunkiem dopisania zadłużenia do BIG jest kwota zaległości, która w przypadku konsumentów musi przekraczać 200 zł, a w przypadku przedsiębiorców – 500 zł.

Warto pamiętać, że wierzyciel (np. firma windykacyjna) przed wpisaniem konsumenta do bazy powinien go o tym poinformować. Przedsiębiorca, który chce dopisać do BIG zalegającą z płatnością firmę, ma obowiązek wysłać do niej (30 dni przed dokonaniem wpisu do rejestru) wezwanie do zapłaty. W wezwaniu powinna znaleźć się informacja, że w przypadku niespłacenia należności, informacja o zadłużeniu znajdzie się w konkretnym BIG-u. Podobnie jest, kiedy firma chce dopisać do BIG osobę prywatną. Wierzyciel powinien uzyskać wyrok sądowy z klauzulą wykonalności. Następnie ma obowiązek wysłać osobie zadłużonej wezwanie do zapłaty na 14 dni przed przekazaniem danych do rejestru. Takie zawiadomienie musi wysłać listem poleconym lub doręczyć je osobiście. Jeżeli wierzyciel dopisze zadłużenie do bazy dłużników, konsument może stracić szansę ubiegania się o pożyczkę nie tylko w banku, ale również w instytucjach pozabankowych. Dlatego warto rozmawiać z wierzycielem, zarówno pierwotnym (np. firmą telekomunikacyjną, spółdzielnią mieszkaniową), jak i wtórnym (np. firmą windykacyjną), ustalić dogodny harmonogram spłat oraz uregulować swoje zobowiązania. Dzięki temu można zapobiec wpisaniu do bazy dłużników.

Krok 2 – wykreślenie z rejestru

Co zrobić, jeśli wierzyciel już dopisał nas do rejestru? Raz na pół roku można nieodpłatnie sprawdzić swoje dane w bazach Biur Informacji Gospodarczej. W ten sposób można dowiedzieć się, czy na niej jesteśmy, kto nas do takiej bazy wpisał i z jakiego powodu oraz czy – w ciągu ostatniego roku – ktoś szukał w BIG informacji na nasz temat. Jeżeli osoba zadłużona została wpisana do BIG z negatywnymi informacjami o zadłużeniu, ale w międzyczasie spłaciła swoje zobowiązania, może w ten sposób dowiedzieć się, czy została wykreślona z rejestru. Każdy wierzyciel lub firma windykacyjna ma obowiązek zaktualizować dane dotyczące zadłużenia lub je usunąć, jeśli zostało ono spłacone.

Jeżeli przysłowiowy Kowalski trafił na listę BIG niesłusznie lub dane dotyczące jego zadłużenia są niewłaściwe, może wnioskować do wierzyciela o poprawę lub wykreślenie takich informacji. To bardzo ważne, by zwrócić się z tym do wierzyciela, a nie danego biura informacji gospodarczej, w którym znalazły się informacje o zadłużeniu. Jeśli tak się nie stanie, wtedy może złożyć reklamację i udowodnić, że znaleźliśmy się niesłusznie w BIG. Wtedy to BIG kontaktuje się i wyjaśnia sprawę z wierzycielem.

– Warto podkreślić, że nie ma żadnych podstaw, by informacja o zadłużeniu pozostawała w Biurach Informacji Gospodarczej, jeżeli zadłużony konsument ureguluje zaległe zobowiązania. W takim przypadku wierzyciel, który dokonał zgłoszenia ma 14 dni na usunięcie danych osoby lub firmy z rejestru. Jeżeli tego nie zrobi, grozi mu grzywna – mówi Andrzej Roter, Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. – Niemniej istotna jest sytuacja, w której osoba zadłużona spłaciła część swoich zobowiązań. Takie zdarzenie również należy odnotować w bazie, a wierzyciel ma dwa tygodnie na dokonanie aktualizacji – dodaje.

Krok 3 – budowanie pozytywnej historii kredytowej

Biura Informacji Gospodarczej zbierają również dane pozytywne świadczące o tym, że konsumenci spłacają swoje zobowiązania rzetelnie i w terminie. Warto próbować odbudować dobrą opinię poprzez tworzenie pozytywnej historii płatniczej. Takie działania wpływają m.in. na zwiększenie zdolności kredytowej.

Warto pamiętać, że unikanie monitów z banku, czy wezwań do zapłaty z firmy windykacyjnej nie poprawi naszej sytuacji finansowej, wręcz przeciwnie – pogorszy ją. Dlatego trzeba rozmawiać z wierzycielem, odbierać telefony od firmy windykacyjnej, ustalić wspólnie plan spłaty zadłużenia – czy to w dogodnych ratach rozłożonych na dłuższy okres czasu, czy w inny sposób, który zaproponuje wierzyciel.

Kampania reklamowa dobrze ZAPROGRAMOWANA

Kampania reklamowa, która pojawia się tylko przy określonej pogodzie? Promocja produktów w momencie, gdy wzrasta sprzedaż konkurencji? Świat reklamy internetowej ulega ciągłym przeobrażeniom. Trendem, który rozpycha się na świecie, ale także w Polsce i zmienia układ sił na rynku reklamy internetowej jest tzw. programatyczny zakup reklam, czyli programmatic.

Kupowanie reklam w modelu programmatic to rynkowy trend.  Niewątpliwie dzieje się tak, ponieważ programmatic jest niezwykle efektywny. Krzysztof Czok z firmy Społeczności, tłumacząc zasady działania programmatic, podkreśla, że jest to narzędzie dość skomplikowane, które polega na kupowaniu i sprzedawaniu reklam na zasadzie zautomatyzowanych aukcji lub też bez aukcji, ale po stawkach wcześniej ustalonych z wydawcą. Reklamodawca określa, w jakich stawkach jest skłonny kupić reklamy i jaką grupą odbiorców jest zainteresowany. Na tej podstawie zostaje zaplanowana kampania. System szuka miejsc u wydawców, a gdy znajdzie odpowiednie, następuje automatyczna licytacja. Reklamy są sprzedawane w modelu eCPM (efektywny przychód z tysiąca wyświetleń).

Obecnie w Polsce najwięcej zakupów powierzchni reklamowej w modelu programmatic dokonują w imieniu klientów domy mediowe. Inaczej jest na zachodzie. Tam klienci coraz częściej tworzą w swoich firmach działy zakupów funkcjonujące w tym modelu. Nasz rynek też w niedalekiej przyszłości czeka podobna zmiana. Są już pierwsi reklamodawcy, którzy zdecydowali się na taki krok. Sytuację na rynku zmieniło także wprowadzenie RODO. Programmatic wykorzystuje dane, a reklamodawcy chcą mieć je u siebie. Klienci dbają o dane i nie chcą, by one „wędrowały” po rynku. Wolą mieć je pod kontrolą.

Programmatic zmienił reklamę online

W latach 90-tych, by kupić lub sprzedać akcje firm notowanych na warszawskiej giełdzie, musieliśmy się udać do biura maklerskiego. Zlecenia były wysyłane na przykład faksem. Dzisiaj nie musimy już tego robić. Możemy kupować akcje z całego świata, dzięki specjalnym aplikacjom udostępnianym przez banki. Wszystko mamy w telefonie. Analogiczne zmiany zaszły w reklamie internetowej. Całość działań dzieje się w czasie rzeczywistym. Możemy więc reagować na bieżąco. Powstały platformy do kupowania reklamy internetowej. Jest to system aukcyjny, polegający na tym, że kto zapłaci najwięcej, ten kupuje powierzchnię na reklamę. Wszystko jest zautomatyzowane, a kampania jest na bieżąco optymalizowana, co pozwala efektywniej wydawać budżet. W każdym momencie widzimy, które grupy użytkowników aktualnie lepiej konwertują, możemy więc na nie właśnie przesuwać środki z grup, które nie są aktywne. Oczywiście w innych rozwiązaniach także możemy optymalizować kampanie, ale kupujemy przeważnie kliki w określonym targecie lub konkretną powierzchnię reklamową. Natomiast w zakupie programatycznym kupujemy nie tylko wybranego odbiorcę, ale mamy dostęp do dodatkowej wiedzy o nim, np. o decyzjach zakupowych. Programmatic oferuje nam dużo większą ilość danych, które agreguje z bardzo wielu źródeł, np. mogą to być dane od wydawców. Baza targetowania jest bardziej rozbudowana niż w Google Ads. Dla skutecznych kampanii to bardzo ważne, by szczegółowo móc określać intencje zakupowe klientów. Możemy też tak uruchomić kampanię, by odnosiła się ona chociażby do pogody. Przykład – z dowolnym wyprzedzeniem możemy zaplanować w ten sposób skuteczną kampanię dla serwisu wymiany opon. Zawieramy w niej informację, że ma wystartować w momencie, kiedy spadnie śnieg. Kampania ruszy automatycznie, a my możemy się skupić na sprzedaży. Inny przykład – posiadamy zagregowane dane z sieci aptek. Widzimy, kiedy kupowana jest większa ilość leków na przeziębienie i w jakich regionach. I na podstawie takich danych możemy idealnie zaprogramować kampanię dla produktu wzmacniającego odporność.

Programmatic a Google Ads

– „W programmaticu korzystamy np. z bardziej zaawansowanych formatów reklamowych. To tak zwane rich-media. To kreacje, w których jest możliwa interakcja użytkownika, np. wideo, gra, ankieta, mapa, playlista czy też galeria produktów. Bardziej zaawansowana reklama skuteczniej przyciąga uwagę. W tym modelu możemy także kupować bardzo atrakcyjne miejsca reklamowe na jakościowych serwisach, nie mając dużego budżetu. Na rynku działa wiele platform do zakupu programatycznego. My stworzyliśmy narzędzie korzystające z technologii adserwerowej – tri-table, które pozwala sprzedawać powierzchnię w modelu programatycznym w ponad dwudziestu zintegrowanych platformach. W naszej sieci jest już ponad 420 witryn, dzięki czemu oferujemy dostęp do ponad 20 milinów realnych użytkowników” – tłumaczy Krzysztof Czok, Board Member, sieć reklamowa Społeczności.

Kampanie programatyczne mogą również mieć charakter wizerunkowy, co początkowo było problemem, bo dla kampanii wizerunkowej bardzo ważny jest zasięg. Dziś nie jest to już przeszkodą. Bardzo ważna jest elastyczność tego rozwiązania. Możemy dopasować je do każdej potrzeby. Z jednej strony wydawcy uzyskują dodatkowe przychody, gdyż ich powierzchnia jest sprzedawana w dobrych cenach, z drugiej reklamodawcy otrzymują odpowiednich jakościowo użytkowników.

Rozwiązanie tylko dla dużych firm?

Najwięcej reklam w tym modelu emitują duże firmy, ale nie oznacza to, że tylko one mogą sobie pozwolić na programatyczny zakup reklam. Z sukcesami mogą z niego korzystać również małe firmy lub instytucje, gdyż nie ma progu wejścia, np. minimalnego budżetu. Obecnie problemem może być właściwe zaplanowanie kampanii i dostęp do niezbędnych narzędzi, dlatego lepiej skorzystać z usług agencji reklamowej, która posiada media plannerów z niezbędną wiedzą i doświadczeniem. Jednak to również będzie się zmieniało i niedługo uruchomienie kampanii będzie prostsze, a dostęp do narzędzi większy.

Allen Waugerman prezesem i dyrektorem generalnym Lexmark

Zarząd firmy Lexmark jednogłośnie wybrał Allena Waugermana na stanowisko prezesa i dyrektora generalnego.

Allen Waugerman for Lexmark
Allen Waugerman for Lexmark, Monday Feb. 12, 2018 in Lexington, Ky. Photo by Mark Mahan

Allen Waugerman jest związany z Lexmark od momentu powstania firmy w 1991 roku. W tym czasie pełnił różne funkcje zarządcze, w tym czasowo kierował firmą podczas wakatu na stanowisku dyrektora generalnego. Od 2016 roku Waugerman pełnił w Lexmark funkcję starszego wiceprezesa i dyrektora ds. technologii.

Allen Waugerman został wybrany na obecne stanowisko po szeroko zakrojonych poszukiwaniach, w których wzięto pod uwagę wielu wysoko wykwalifikowanych kandydatów. Zastąpił Richa Gerusona, który odszedł z firmy w listopadzie 2018 roku.

„Mamy przyjemność powołać Allena na stanowisko prezesa i dyrektora generalnego”, powiedział Mickey Kantor, szef rady nadzworczej Lexmark. „Wnosi on silne przywództwo, uczciwość, głęboką wiedzę na temat technologii i udokumentowane osiągnięcia, co czyni go właściwą osobą do poprowadzenia firmy w kierunku dalszego globalnego rozwoju.”

Allen Waugerman uzyskał dyplom w dziedzinie elektrotechniki na Uniwersytecie w Kentucky. Jest członkiem Rady Doradczej Dziekana w University of Kentucky College of Engineering i zasiada w zarządzie YMCA Central Kentucky.

„Jestem dumny z ostatnich osiągnięć firmy Lexmark, w tym z największego w naszej historii wprowadzenia produktu na rynek oraz rozwoju nowych rozwiązań i usług, takich jak oferta usług
w chmurze”, powiedział Waugerman. „Z niecierpliwością czekam na wykorzystanie naszych mocnych stron i technologii do dalszego globalnego wzrostu i sukcesu w przyszłości.”

Bez powszechnego dostępu do analityki nie dojdzie do cyfrowej transformacji

W świecie biznesu cyfrowa transformacja jest jednym z najbardziej popularnych haseł ostatnich lat. Nikogo nie trzeba przekonywać o korzyściach, które niesie ze sobą wdrażanie nowych technologii. Zdaniem ekspertów SAS prawdziwe wyzwanie stanowi umiejętne wykorzystanie zarówno implementowanych rozwiązań, jak i danych, którymi dysponuje organizacja. Systemy analityczne stały się narzędziem pierwszej potrzeby, gdyż to one pozwalają na uzyskanie wiedzy niezbędnej do konkurowania na cyfrowym rynku. Rosnącej roli analityki i sztucznej inteligencji oraz wyzwaniom, którym muszą stawić czoła firmy przechodzące zmiany polegające na cyfryzacji procesów było poświęcone SAS Forum Polska 2019, jedno z najważniejszych spotkań ekspertów, praktyków i użytkowników analityki w Polsce.

Analityka przestała być narzędziem zarezerwowanym dla największych firm, które dysponują rozbudowanymi zespołami specjalistów na stanowiskach data scientist. Oferty dostawców systemów analitycznych są coraz bardziej elastyczne i dostosowane do potrzeb również mniejszych organizacji. Analityka wspiera budowanie relacji z klientami, pozwala optymalizować dostępność towaru w sieci, pomaga zapobiegać awariom maszyn i urządzeń. Jest także kluczowym narzędziem w prewencji nadużyć i zarządzaniu ryzykiem. Niestety na drodze do efektywnego jej wykorzystania stoją: niska jakość danych, którymi dysponują przedsiębiorstwa, brak wykwalifikowanych kadr czy wsparcia operacyjnego.

Bezużyteczne dane

Jak podaje Gartner, nawet 90% pozyskiwanych danych może być bezużyteczna, gdy przedsiębiorstwa nie wiedzą, w jaki sposób odpowiednio i efektywnie je analizować. Przeszkodę stanowi brak wiedzy pozwalającej zrozumieć, jak działają systemy analityczne. Trudno wtedy zaufać wygenrowanym przez nie wynikom i podejmować świadome decyzje biznesowe dotyczące kluczowych obszarów działania firmy. Kolejnym problemem jest zbyt duże rozproszenie technologii i brak narzędzi, które pozwalałyby na zarządzanie całym cyklem analitycznym.

Dostepne dziś narzędzia analityczne są na tyle intuicyjne, że zarówno przedstawciele biznesu, jak i działów IT mogą świadomie z nich korzystać. Wiele procesów, począwszy od zbierania i przygotowywania danych, po tworzenie, wdrażanie i zarządzanie modelami analitycznymi jest obecnie zautomatyzowanych. Dzięki temu nawet osoby, które nie posiadają wiedzy technicznej, są w stanie zrozumieć, w jaki sposób system wygenerował określone wyniki. Rozwija się nowa grupa użytkowników analityki, tzw Citizen Data Scientists – mówi Miłosz Trawczyński, Business Consulting Manager, SAS Polska.  

Eksperci podkreślają, że niezwykle ważne jest holistyczne podejście do kwestii analityki i wdrażnie systemów, które pozwolą na przetwarzanie również nieustrukturyzowanych informacji. Platforma SAS analizuje i aktualizuje dane pochodzące z różnych źródeł, w tym dokumentów tekstowych, zdjęć i obrazów czy mediów społecznościowych, co ważne również w czasie rzeczywistym. Ogromne znaczenie ma kompatybilność i otwartość na różnorodne rozwiązania w ramach środowiska analitycznego organizacji, również technologie open source.

 Polskie firmy dyskutują o analityce

Potrzeba powszechnego wykorzystania analityki była jednym z głównych tematów poruszanych podczas SAS Forum Polska 2019, które odbyło się w dniach 20 – 24 maja 2019 w SAS Innovation Hub, w Warszawie. Program obejmował 5 osobnych wydarzeń, poświęconych obszarom biznesowym, w których analityka ma ugruntowane zastosowanie. Eksperci SAS zaprezentowali nowoczesne narzędzia i najlepsze praktyki oraz dyskutowali wraz z zaproszonymi gośćmi o tym, jak dzięki powszechnemu wykorzystaniu analityki przedsiębiorstwa mogą kreować innowacje i optymalizować działania. Tegoroczna edycja SAS Forum obejmowała następujące bloki tematyczne:

  • AI & Analytics – Praktyczne zastosowania nowoczesnej analityki opartej o sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe we współczesnym biznesie.
  • Customer Intelligence – Nowoczesne strategie marketingowe wspierane przez sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.
  • Fraud & Security – Wykrywanie nadużyć i nieprawidłowości w codziennych procesach biznesowych.
  • Risk & Compliance – Cyfryzacja procesów zarządzania ryzykiem.

Analityka w każdej branży

Trudno wskazać branżę, w której analityka nie odgrywałaby kluczowej roli. Podczas konferencji zostały zaprezentowane przykłady projektów zrealizowanych w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym, telekomunikacyjnym, przemysłowym i publicznym. Lista prezentowanych zagadnień obejmowała między innymi tematy, takie jak: sztuczna inteligencja w praktycznych zastosowaniach, operacjonalizacja modeli analitycznych, wykorzystanie metod artificial intelligence i machine learning do optymalizacji kontaktów z klientami, real-time marketing, analityka kanałów cyfrowych, zdarzeń i ścieżek klienckich, wykrywanie nadużyć w czasie rzeczywistym, efektywna analiza śledcza, weryfikacja i optymalizacja procesów zakupowych w organizacji, optymalizacja łańcucha dostaw, governance, risk and compliance i wiele innych. W przerwach pomiędzy prezentacjami w Strefie Demo uczestnicy mieli okazję sprawdzić w praktyce możliwości najnowszych technologii analitycznych opartych m.in. o nową generację silnika analitycznego SAS Viya.

Partnerami SAS Forum Polska 2019 były firmy: Amazon Web Services, Billennium, Intel oraz VMware.

Prawa i obowiązki pracowników przy kontrolach zwolnień lekarskich

Pracownik przebywający na zwolnieniu chorobowym jest zobowiązany przez prawo do wykorzystywania go zgodnie z przeznaczeniem, co może być przedmiotem kontroli zleconej przez pracodawcę. Przepisy dotyczące trybu i zasad przeprowadzania kontroli oraz konsekwencji ich utrudniania przez pracownika objaśnia Justyna Szczepańska-Grygiel, radca prawny współpracujący z Conperio – najbardziej doświadczoną w problematyce absencji chorobowej firmą konsultingową na polskim rynku.

Prawo pracodawcy do kontroli zwolnień chorobowych

Zjawisko rosnącej absencji chorobowej w Polsce, którego wskaźniki przekraczają średnią europejską, coraz bardziej daje się we znaki nie tylko pracodawcom, ale i pracownikom. Nieobecność jednego członka załogi sprawia, że jego obowiązki spadają na innych. Generuje to napięcia, spory i poczucie niesprawiedliwości. Zwłaszcza, jeżeli zwolnienia lekarskie okazują się sposobem na przedłużenie urlopu, podjęcie dodatkowego zajęcia czy załatwienie prywatnych spraw w godzinach pracy. Poprawa wydajności firmy oraz budowa zaufania wewnątrz załogi w dużej mierze zależą od wprowadzenia efektywnych mechanizmów zarządzania problemem absencji chorobowej. Taki cel mają zewnętrzne kontrole prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich, z których coraz częściej korzystają firmy z wielu różnych branż.

Przepisy prawa w tej materii są jasne – pracodawca zatrudniający więcej niż 20 pracowników, który ma wątpliwości czy wykorzystują oni zwolnienia lekarskie zgodnie z ich celem np. czy nie wykonują w tym czasie innej pracy zarobkowej albo przedłużają urlop wypoczynkowy, może przeprowadzić kontrolę w tym zakresie – podkreśla Justyna Szczepańska-Grygiel, radca prawny współpracujący z firmą Conperio, specjalizującą się w zarządzaniu absencją chorobowa w przedsiębiorstwach. Ekspert dodaje, że kontrole muszą być przeprowadzane zgodne z obowiązującymi przepisami – Kontrolerzy nie powinni być przypadkowymi osobami – właściwe wykonanie czynności zależy od kompetencji osób kontrolujących oraz doświadczenia, pozwalającego na dobór właściwych narzędzi i przeprowadzenie kontroli w odpowiednim miejscu i czasie. – mówi Justyna Szczepańska-Grygiel.

Obowiązki pracownika podczas kontroli

Obowiązkiem pracownika jest natomiast poddanie się ewentualnym kontrolom i pełna współpraca z osobami, które je przeprowadzają. Wynika to z zasady lojalnego zachowania w stosunku do pracodawcy, a także w szczególności z art. 100 par. 2 ust. 4 Kodeksu pracy – nakazu dbałości pracownika o dobro zakładu pracy.

– Pracownik, który nie wypełnia takiego obowiązku i odmawia poddania się kontroli, naraża się na daleko idące konsekwencje, a mianowicie ryzyko uznania przez pracodawcę, że zwolnienie lekarskie jest przez niego wykorzystywane niezgodnie z jego celem. W takiej sytuacji w pierwszej kolejności, na podstawie art. 17 ustawy
o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby
i macierzyństwa, pracownik traci prawo do odpowiednio; wynagrodzenia chorobowego lub zasiłku chorobowego za cały okres choroby –
wyjaśnia Justyna Szczepańska-Grygiel. Radca prawny dodaje, że w zależności od okoliczności konkretnego przypadku, uniemożliwienie przeprowadzenia kontroli przez pracownika może skutkować zaistnieniem przesłanek uzasadniających rozwiązanie przez pracodawcę umowy o pracę z pracownikiem za wypowiedzeniem, a w sytuacjach rażących, przy zachowaniu nadzwyczajnej ostrożności przez pracodawcę, nawet zwolnieniem dyscyplinarnym.

Dobre praktyki przy kontrolach

Aby zmienić negatywne, stereotypowe postrzeganie kontroli przez pracowników, Justyna Szczepańska-Grygiel rekomenduje pracodawcom stosowanie dobrych praktyk w zakresie ich przeprowadzania. Po pierwsze, załoga powinna być w sposób rzetelny poinformowana o celach i podstawach prawnych kontroli. – Stosowne zapisy należy wprowadzić w szczególności do regulaminów pracy lub zarządzeń wewnętrznych – mówi współpracująca z firmą Conperio prawniczka. Po drugie, przed podjęciem ostatecznych decyzji w stosunku do pracownika, który nie poddał się kontroli, powinno się przyjąć od niego stosowne wyjaśnienia. Ekspert podkreśla również, że kontrole powinny być przeprowadzane w taki sposób, aby nie naruszać dóbr osobistych pracownika. – Niedopuszczalnym jest chociażby naruszanie tajemnicy lekarskiej, czyli dociekliwe dopytywanie o przebieg choroby lub zmuszanie do opisywania szczegółowo dolegliwości.

Kontrole zwolnień chorobowych, odpowiednio komunikowane i przeprowadzane, skutkują poprawą wydajności firmy oraz budową zaufania wewnątrz załogi. Ustawodawca określając obowiązki pracowników w zakresie prawidłowego wykorzystywania zwolnień lekarskich, jednocześnie zapewnia im ochronę prywatności i dóbr osobistych, nie ograniczając przy tym pracodawcy możliwości eliminowania patologii związanych z ich nadużywaniem..

Podstawa prawna przeprowadzania kontroli

Tryb i zasady przeprowadzania kontroli prawidłowości wykorzystania zwolnień lekarskich w sposób szczegółowy regulują:

– ustawa z dnia 25 czerwca 1999 r. o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa

– rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 27 lipca 1999 r. w sprawie szczegółowych zasad i trybu kontroli prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich od pracy

Henryk Orfinger: w eksporcie liczy się zaufanie i przezorność

Doświadczeni przedsiębiorcy ostrzegają, że działalność eksportowa w istotny sposób różni się od prowadzeniu firmy na rynku krajowym. Pracując z zagranicznymi klientami warto brać pod uwagę ryzyko związane z sytuacją gospodarczą i polityczną, która panuje w ich krajach. Stosunkowo wolny od ryzyka jest eksport na rynki zachodnioeuropejskie. To kraje poukładane i dobrze zarządzane, podobnie jak państwa Bałtyckie, czyli Litwa, Łotwa i Estonia. Współpraca z klientami bliskowschodnimi i afrykańskimi może się wiązać z większym ryzykiem. Chociaż obecnie sytuacja gospodarcza w tych krajach pozwala na owocną współpracę, warto zwracać uwagę na rozwój wydarzeń politycznych, które mogą mieć wpływ na działalność klientów.

–  Taki jest charakter współpracy z Rosją, której działanie można porównać do sinusoidy. Albo było super, albo zaczynał się dołek. Klient, który od nas kupował przez lata, nagle przestawał istnieć – powiedział serwisowi eNewsroom Henryk Orfinger, prezes zarządu Dr Irena Eris. – Prowadzenie eksportu wymaga dużej dyscypliny i dużego zaangażowania w kwestie związane z płynnością i zobowiązaniami klientów. Istnieją ubezpieczenia państwowe eksportu, ale nie dają gwarancji pomocy. Warto więc zabezpieczyć się samemu. Po pierwsze: z każdym nowym klientem zacząć od przedpłaty. Z klientami, z którymi współpracujemy już jakiś czas, połowę kwoty przyjmujemy w przedpłacie, połowę po terminie. Natomiast zakupy z płatnością odroczoną mogą realizować klienci, którzy spędzili z nami parę lat i mają już u nas zaufanie – zaleca Orfinger.

Kupuj teraz, płać później. Odroczone płatności w smartfonach

Co roku Polacy coraz chętniej pożyczają pieniądze „na raty”. Dane BIK wskazują, że dynamika tego rynku wynosi ok 14 proc. rocznie. Dzięki tej formie finansowania potrzeba konsumpcyjna jest realizowana tu i teraz, bez zakłócenia równowagi domowego budżetu. Jak przekonują eksperci ITMAGINATION rosnące zapotrzebowanie klientów na wygodne formy odroczonej płatności będzie coraz silniejszym trendem obejmującym szeroką grupę towarów – również w takich kategoriach, jak np. odzież. Potencjał rozwoju usługi „kup teraz, zapłać później” leży w przyzwyczajeniach klientów, ich potrzebie prywatności i nowych możliwościach aplikacji mobilnych dostępnych na nasze smartfony.

Wraz z rosnącą popularnością bankowości cyfrowej maleją kolejki w oddziałach banków. Coraz więcej czynności związanych z naszymi finansami wykonujemy zdalnie i mobilnie. Dotyczy to tak prostych, codziennych potrzeb jak płatność bezgotówkowa w sklepie oraz bardziej złożonych procesów jak uzyskanie kredytu gotówkowego czy ratalnego. Jak pokazało badanie przeprowadzone przez ITMAGINATION, Polacy chcą mieć możliwość kredytowania swoich potrzeb za pośrednictwem smartfona. Prawie jedna trzecia osób zarabiających powyżej 5000 zł netto zaciągnęłaby kredyt poprzez aplikację mobilną, gdyby miała taką możliwość.

Online nie będzie miał monopolu na klienta

Dziś, gdy klient potrzebuje konkretnego produktu, zawsze go znajdzie. Jeśli nie będzie on dostępny w sklepie stacjonarnym, najprawdopodobniej czeka w internetowym. Jeśli nie w sklepie krajowym, to z pewnością jest w zagranicznym. Wraz z rosnącym wachlarzem możliwości i sposobów dokonywania zakupów, rosną też potrzeby i oczekiwania konsumentów. Tak wobec e-commerce jak i tradycyjnych, naziemnych sieci.

Według badania przeprowadzonego przez L’Observatoire Cetelem BNP Paribas Personal Finance, nawet 60 proc. osób w wieku 18-35 lat, podobnie jak starsze pokolenia, przywiązuje dużą wagę do możliwości obejrzenia i dotknięcia produktu. Dlatego mimo możliwości jakie dają sklepy online, wciąż chętnie zaglądamy do punktów, gdzie z towarem możemy się zapoznać „w realu”.  Problem sklepów zaczyna się wówczas, gdy z powodu długich kolejek do kas konsumenci rezygnują z finalizacją zakupu.

Dodatkowym wyzwaniem, z którym muszą zmierzyć się sklepy stacjonarne, jest brak w portfelu klienta kwoty niezbędnej na dokonanie zakupu. Konsumenci powoli przyzwyczajają się do tego, że w sklepach internetowych dostępna jest oferta finansowania zakupionych towarów – np. poprzez program ratalny. W niektórych branżach, jak przykładowo elektronika czy AGD, jest ona wręcz nieodłącznym krokiem procesu. Im bardziej jesteśmy do tego przyzwyczajeni online, tym bardziej brakuje nam tego w sklepach tradycyjnych – przekonuje Adam J. Kępa, VP & Head of Growth ITMAGINATION.

Technologia w służbie prywatności

Dzisiaj, w handlu tradycyjnym skorzystanie z kredytu ratalnego nieodłącznie wiąże się z koniecznością rozmowy z pracownikiem punktu kredytowego na terenie sklepu. Mimo, że większość operatorów kredytów ratalnych jest w stanie bardzo szybko przeprowadzić proces oceny kredytowej, tak, aby klient mógł wyjść ze sklepu z pożądanym towarem kupionym na raty, w wielu przypadkach, z powodu kolejek do punktu kredytowego, klient obejdzie się smakiem.

Jak pokazuje badanie wykonane na zlecenie ITMAGINATION, co piąty Polak w wieku 30-39 lat skorzystałby z możliwości zaciągnięcia kredytu za pomocą aplikacji mobilnej, aby uniknąć konieczności rozmowy z pracownikiem banku – w oddziale lub np. w punkcie z ratami na terenie sklepu.

– Rozmowa o naszych zarobkach, posiadanych kredytach czy innych zobowiązaniach, jak np. alimenty to w gruncie rzeczy bardzo intymne i delikatne zagadnienie. Jeśli połączymy ten fakt z ryzykiem odmowy finansowania, nie dziwi nas, że dla wielu klientów sama myśl o przejściu procesu aplikacji o kredyt w publicznym miejscu, jakim jest sklep, jest odstraszająca. Szczęśliwie dostępne dziś technologie pozwalają sprzedawcom usunąć tą barierę – przekonuje Marzena Sokołowska z ITMAGINATION. Mowa o aplikacjach typu „Pay Later”.

 Kupuj teraz, płać później

Jak działa taka forma płatności? Po zeskanowaniu metki towaru w aplikacji mobilnej, stworzonej właśnie do robienia zakupów, klient od razu otrzymuje ofertę finansowania: w formie odroczonej płatności lub zapłaty w ratach.

– Tego typu oferty skierowane są przede wszystkim do osób młodych, tzw. „Millenialsów”, którzy wolą swoje codzienne potrzeby załatwiać w świecie cyfrowym i preferują rozwiązania wykorzystujące nowe technologie, również w finansach. W wielu przypadkach wybierają komunikację online, rezygnując z komunikacji „w realu” – co dotyczy również kontaktu z przedstawicielem banku – wyjaśnia Marzena Sokołowska.

Nie bez znaczenia jest też obawa przed nieuprawnionym wykorzystaniem naszych danych. Nawet 35 proc. ankietowanych przez ITMAGINATION Polaków nie zaciągnęłoby pożyczki lub kredytu nie mając pewności, kto będzie przechowywał ich dane.

Jak podkreślają eksperci ITMAGINATION udostępnienie przez bank lub sklep aplikacji umożliwiającej płatność w modelu „kup teraz, zapłać później” otwiera nowe możliwości i udogodnienia dla klientów.  Wyobraźmy sobie, że sklep online lub sklep stacjonarny daje klientowi możliwość dokonywania zakupów i co ważne również ich zwrotu w przeciągu np. 14 dni, bez konieczności dokonania zapłaty za towar w chwili zakupu. Klient płaci za wybrane produkty po dwóch tygodniach, ale tylko za te towary, które obejrzał, zmierzył, sprawdził i zdecydował się zatrzymać. Podstawą płatności jest jedna faktura. Dzięki temu mamy jedną a nie wiele transakcji. Pieniądze konsumenta nie są przetrzymywane przez sklep, a z kolei sam sprzedawca nie musi ponosić kosztów skomplikowanego procesu obsługi zwrotów i rozliczeń z klientami – wyjaśnia Marzena Sokołowska.

Finansowanie zakupów w modelu „pay later” jest dostępne w coraz większej grupie sklepów stacjonarnych. Możliwość odroczenia terminu płatności lub zapłaty za towar w ratach oferują m.in. tak popularne sieci, jak H&M, Topshop czy Dorothy Perkins. W Polsce z podobnej usługi można skorzystać np. w sklepie Duka natomiast w Wielkiej Brytanii czy USA takie usługi stają się głównym narzędziem w walce o pozyskanie klienta.

IATA: CPK to projekt strategiczny

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) rozpoczyna współpracę z CPK. Powstał Komitet Konsultacyjny, który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbędzie się 18 lipca w Warszawie.

Airport Consultative Committee (ACC) został powołany przez IATA we współpracy ze spółką Centralny Port Komunikacyjny. W skład tego podmiotu wejdą przedstawiciele linii lotniczych, którzy planują korzystać z nowego lotniska. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników (także niezrzeszonych w tej organizacji). Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina takich jak m.in. LOT, British Airways, Air France, KLM, Alitalia, Lufthansa, Swiss, SAS, Norwegian, Finnair, TAP, CSA, Air Baltic, Aerofłot, UIA, Belavia, El Al, Air China, Turkish Airlines, Emirates, Qatar Airways – oraz innych sieciowych przewoźników będą to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.

– Nasze działanie jest starannie przemyślane. Nie da się dobrze zaplanować lotniska, nie pytając się o zdanie tych, którzy będą z niego korzystać, czyli przede wszystkim przewoźników lotniczych. Konsekwentnie budujemy bazę wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego, czyli masterplanu Portu Lotniczego Solidarność  – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Inauguracyjne spotkanie zostało wyznaczone w Warszawie na 18 lipca, a jeszcze w tym roku odbędą się kolejne. Działalność ACC będzie miała na celu weryfikację założeń koncepcyjnych CPK, uzgodnienie ich z potrzebami przewoźników, wprowadzenie do koncepcji ewentualnych korekt oraz wstępną analizę kosztów i korzyści. Cel jest taki, żeby planowane rozwiązania były zgodne z oczekiwaniami i potrzebami przewoźników: technicznymi, operacyjnymi i finansowymi.

Bardzo cenimy wiedzę i doświadczenie ekspertów IATA, dlatego zależy nam na przeprowadzeniu jak najszerszych konsultacji z branżą przewoźników lotniczych. Chcemy, żeby ich efektem było powstanie nowego portu lotniczego między Warszawą i Łodzią, który uwzględnia potrzeby wszystkich jego klientów: przewoźników, firm działających w porcie i świadczących dla niego usługi, a przede wszystkim pasażerów – mówi Dariusz Sawicki, członek zarządu CPK ds. części lotniskowej inwestycji.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z bliskiej współpracy z CPK przy tym kluczowym projekcie dla transportu lotniczego w Europie. Według prognoz europejski popyt na podróże wzrośnie do 2037 r. o ok. 50 proc., dlatego niezbędna jest budowa infrastruktury, która będzie w stanie na to zapotrzebowanie odpowiedzieć. Cieszymy się, że poprzez projekt CPK możemy zaoferować pasażerom rozwiązanie, na które czekają – mówi Rafael Schvartzman, wiceprezes IATA odpowiedzialny za Europę.

Uzgodnione przez CPK i IATA zasady zarządzania projektem stanowią, że – poza zwyczajowo wybieranym przez uczestników ACC przewodniczącym Komitetu Konsultacyjnego –współprzewodniczącym będzie przedstawiciel CPK. Pozwoli to spółce na lepsze i bardziej efektywne prowadzenie całego procesu konsultacji.

ACC to kolejny krok w ramach konsultacji z partnerami CPK. Przypomnijmy, że w połowie kwietnia spółka CPK rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. W inauguracyjnym spotkaniu wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm takich jak m.in. LOT, Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, LOT AMS, LS Airport Services, Polski Holding Hotelowy, FedEx, DHL, UPS i TNT Express.

Inwestor CPK zapoznał partnerów z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawił roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca maja do CPK wpłynęło ponad 400 uwag i propozycji dotyczących  infrastruktury planowanego lotniska, m.in. obsługi samolotów, pasażerskiej, bagażowej, cargo, zaplecza technicznego itd.

W  tym roku CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. W tym roku CPK zleci też plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. masterplan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy nowego portu lotniczego.

Rewolucja kraftowa na rynku alkoholi mocnych? Trwa zbiórka crowdfundingowa Mazurskiej Manufaktury Alkoholi

Mazurska Manufaktura Alkoholi – rodzinna firma produkująca wódki i nalewki kraftowe chce powtórzyć sukces działających na konkurencyjnym rynku browarów rzemieślniczych. W tym celu wyemitowała na portalu equity crowdfundingowym akcje o wartości 4 mln zł. Jak dotąd Spółka zebrała ponad 860 tys. zł, a wśród jej akcjonariuszy znalazła się m.in. Magda Gessler. Zbiórka kapitału zaplanowana jest do końca maja.

Zgodnie z wynikami badania zrealizowanego w 2019 roku przez agencję badawczą Puzzle Research, co piąty pijący respondent zmienił w ciągu ostatnich dwóch lat swoje zwyczaje dotyczące spożycia alkoholu. Wśród najważniejszych zmian wymienia się sięganie po jakościowe alkohole[1] – Polacy poszukują nowych smaków wśród oferty lokalnych, mniejszych producentów. Zwiększa się również znaczenie segmentu alkoholi premium. Jak wynika z badań Nielsena, udział segmentu alkoholi premium w całej kategorii wzrósł w ubiegłym roku aż o 9,4 proc. w ujęciu rocznym. Jednocześnie, udział trunków mainstreamowych stanowiących największy segment, wzrósł jedynie o 1 proc[2].

Debiut kraftowych alkoholi mocnych

Rosnącą świadomość polskich konsumentów, która ma odzwierciedlenie chociażby w trwającej w ostatnich latach piwnej rewolucji postanowiła wykorzystać Mazurska Manufaktura Alkoholi. To mała, rodzinna firma ze Szczytna, z siedzibą w historycznym browarze założonym w 1898 roku. To właśnie w tych zabytkowych budynkach produkowane było legendarne już piwo Jurand. Działająca od 2001roku Spółka została przejęta w październiku 2016 roku przez Jakuba Gromka, który rozpoczął trwającą niemal dwa lata gruntowną restrukturyzację firmy. Pozwoliła ona m.in. na zwiększenie możliwości produkcyjnych zakładu i rozszerzenie portfela produktowego o nieznane dotąd w Polsce wysokoprocentowe wyroby kraftowe. – W maju br. rozpoczęliśmy produkcję wódek i nalewek kraftowych. Tworzymy je metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł,  w małych partiach i w oparciu o tradycyjne receptury – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.

W planach 1 proc. udziału rynku oraz giełda

Aby w pełni wykorzystać potencjał zmieniających się trendów rynkowych, firma rozpoczęła współpracę z platformą Beesfund.com, gdzie od kwietnia br. trwa kampania crowdfundingowa z ofertą akcji Spółki. W ramach finansowania społecznościowego Mazurska Manufaktura Alkoholi chce pozyskać 4 mln zł, co stanowi 12,5 proc. akcji przedsiębiorstwa. Firma wyemitowała łącznie niemal 143 tys. akcji, każda po 29,75 zł.  – Zebrany kapitał chcemy przeznaczyć na dalszy rozwój gamy wódek kraftowych, jak również na doposażenie i rozwój zakładu oraz dokończenie certyfikacji jakościowej IFS – mówi Jakub Gromek. – Celem emisji akcji jest także zbudowanie wokół naszej marki sieci ambasadorów – miłośników dobrych, jakościowych alkoholi – dodaje Gromek. Celem długoterminowym firmy jest uzyskanie 1 proc. udziałów wartościowych w rynku napojów spirytusowych w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe. W perspektywie pięciu lat spółka chce także wejść na New Connect lub Giełdę Papierów Wartościowych.

% dla Inwestorów

Każdy nowy Inwestor, który nabędzie co najmniej jedną akcję Spółki o wartości 29,75 zł otrzyma Certyfikat Akcjonariusza oraz zaproszenie na coroczne walne zgromadzenie akcjonariuszy. Mazurska Manufaktura Alkoholi przygotowała również dodatkowe niespodzianki dla osób, które zakupią większą liczbę akcji. W zależności od wartości pakietu (od 250, 500, 1000 lub 2000 zł), nowi akcjonariusze otrzymają także limitowane, dedykowane alkohole z gamy produktów Spółki. Inwestorzy, którzy zakupią akcje o wartości co najmniej 2 000 zł, zostaną ponadto uhonorowani imienną cegiełką w tzw. hall of fame stworzonym w historycznym browarze.

Spółka, w którą uwierzyła znana restauratorka

Jak dotąd, Mazurska Manufaktura Alkoholi zebrała ponad 860 tys. zł. Wśród nowych Inwestorów pojawiła się ceniona polska restauratorka Magda Gessler, która nabyła akcje o wartości 400 tys. zł i zaangażowała się w promocję emisji. – Tak duża inwestycja ze strony cenionego w branży kulinarnej autorytetu jest dla nas ogromnym wyróżnieniem, ale i potwierdzeniem, że nasza działalność i pomysł na rozwój mają ogromny potencjał – mówi Jakub Gromek. Przedstawiciele firmy podkreślają, że istotnym argumentem dla potencjalnych Inwestorów jest nie tylko atrakcyjny pomysł na biznes, ale fakt, że Mazurska Manufaktura Alkoholi nie jest debiutantem w swojej branży, ale dobrze prosperującą firmą rodzinną z wieloletnią tradycją. – Nasza sprzedaż w roku 2018 w stosunku do roku poprzedniego wzrosła z 178 tys. butelek rocznie do 477 tys. butelek. W roku 2019 przewidujemy ponad 2 mln sprzedanych butelek. Co więcej, dzięki restrukturyzacji zakładu możliwości produkcyjne przy pracy na jedną zmianę ocenia się na 12,5 mln butelek, co daje nam ogromne możliwości wzrostu – dodaje Gromek.

Zbiórka planowana jest do końca maja. Więcej informacji na jej temat można znaleźć na: https://mazurskamanufaktura.beesfund.com/

[1] http://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/polacy-lubia-zmieniac-zwyczaje-pijac-alkohole-szukaja-zroznicowania-i-lubia-testowac-badanie,171321.html

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wartosc-rynku-alkoholi-w-polsce

Grupa TAURON po pierwszym kwartale 2019 r.

  • Wzrost przychodów ze sprzedaży o 15 proc. r/r (do 5,3 mld zł)
  • EBITDA na poziomie 1,2 mld zł, marża EBITDA: 22,8 proc.
  • Nakłady inwestycyjne w wysokości 727 mln zł (wzrost o 20 proc. r/r). Wyższy capex w segmentach: Dystrybucja (351 mln zł) i Wytwarzanie (236 mln zł)
  • Zaawansowanie budowy bloku 910 MW w Jaworznie: powyżej 90 proc.
  • Długoterminowy rating na poziomie „BBB” z perspektywą stabilną potwierdzony przez agencję ratingową Fitch
  • Wskaźnik dług netto/EBITDA[1] na poziomie 2,74x

(wszystkie dane skonsolidowane za I kwartał 2019 r.)

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

 W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa TAURON osiągnęła bardzo dobre wyniki finansowe, które były wyższe od oczekiwanych przez rynek – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. –Nasza największa inwestycja, blok o mocy 910 MW w Jaworznie, znajduje się w końcowej fazie realizacji. Na koniec pierwszego kwartału zaawansowanie tego projektu przekroczyło 90 proc. Blok będzie spełniał surowe normy z zakresu ochrony środowiska i pozwoli wyłączyć z eksploatacji nasze najstarsze jednostki wytwórcze. Chciałbym także podkreślić, że w I kwartale przyłączyliśmy do naszej sieci dystrybucyjnej 2,5 tys. odnawialnych źródeł energii o łącznej mocy blisko 35 MW, czyli ponad dwa razy większej niż rok wcześniej – dodaje Filip Grzegorczyk.

Marek Wadowski
08.02.2017 Warszawa,
n/z prez. Marek Wadowski TAURON
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl

– Sytuacja finansowa Grupy jest stabilna. Mamy zagwarantowane finansowanie na poziomie 4,6 mld zł.Nasza kondycja finansowa i płynnościowa została oceniona przez agencję ratingową Fitch, która potwierdziła długoterminowy rating na poziomie „BBB” z perspektywą stabilną – mówi Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. finansów.

Dane operacyjne

Kluczowe parametry operacyjne J.m. I kwartał 2019 r. I kwartał 2018 r. Zmiana
Dystrybucja energii elektrycznej TWh 13,54 13,42 1%
Liczba klientów – Dystrybucja tys. 5 612 5 546 1%
Wytwarzanie energii elektrycznej (produkcja brutto Grupy), w tym: TWh 3,82 3,94 -3%
wytwarzanie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych (biomasa, wiatr, woda) TWh 0,39 0,24 65%
Wytwarzanie ciepła PJ 4,76 5,68 -16%
Sprzedaż ciepła PJ 6,76 7,69 -12%
Sprzedaż detaliczna energii elektrycznej
(przez segment Sprzedaż i Wytwarzanie)
TWh 8,93 9,28 -4%
Produkcja węgla handlowego mln ton 1,26 1,42 -11%
Sprzedaż węgla handlowego mln ton 1,20 1,43 -16%

 

W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa TAURON wyprodukowała 3,8 TWh energii elektrycznej, tj. o 3 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (3,9 TWh). Zmniejszenie wolumenu produkcji energii było konsekwencją przyjętej strategii produkcyjno-handlowej oraz wysokiej generacji energii ze źródeł wiatrowych.

Produkcja ciepła osiągnęła poziom 4,8 PJ, a jego sprzedaż wyniosła 6,8 PJ. Na spadek produkcji i sprzedaży ciepła wpłynęły wyższe temperatury zewnętrzne i związane z nimi mniejsze zapotrzebowanie odbiorców na ciepło.

Grupa TAURON odnotowała 1-proc. wzrost wolumenu dystrybucji energii elektrycznej. Liczba klientów przyłączonych do sieci wzrosła o 66 tys. (do 5,6 mln). Zwiększenie wolumenu dostawy energii do klientów końcowych było wynikiem korzystnej koniunktury gospodarczej i wyższego poboru energii elektrycznej przez odbiorców przemysłowych.

W pierwszym kwartale 2019 r. sprzedaż detaliczna energii elektrycznej wyniosła 8,9 TWh i była o 4 proc r/r niższa niż w analogicznym okresie 2018 r.

Produkcja węgla handlowego osiągnęła poziom 1,3 mln ton, co oznacza spadek o 11 proc. r/r. Było to następstwem trudnych warunków geologicznych w ZG Janina oraz opóźnienia rozruchu jednej ze ścian w ZG Sobieski.

W pierwszym kwartale 2019 r. 49 proc. zapotrzebowania spółek segmentu Wytwarzanie na węgiel do produkcji energii elektrycznej i ciepła zostało pokryte surowcem pochodzącym z zakładów górniczych Grupy TAURON.

Wyniki finansowe

Kluczowe parametry finansowe
(w mln zł)
I kwartał 2019 r. I kwartał 2018 r. Zmiana
Przychody ze sprzedaży 5 313 4 637 15%
EBIT 728 875 -17%
EBITDA 1 212 1 326 -9%
Marża EBITDA 22,8% 28,6% -5,8 p.p
Zysk netto 525 637 -18%
Marża zysku netto 9,9% 13,7% -3,9 p.p.
Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 524 636 -18%

W pierwszym kwartale 2019 r. przychody Grupy TAURON wzrosły do 5,3 mld zł, tj. o 15 proc. r/r. Wzrost przychodów ze sprzedaży był przede wszystkim konsekwencją uzyskiwania wyższych cen sprzedaży energii elektrycznej.

Grupa TAURON wypracowała EBITDA na poziomie 1,2 mld zł (spadek o 9 proc. r/r). Największy udział w łącznej EBITDA Grupy miał segment Dystrybucja (56 proc.), którego EBITDA wyniosła 681 mld zł i zanotowała 8 proc. wzrost r/r. Drugim najistotniejszym pod tym względem obszarem był Segment Wytwarzanie (32 proc. udział w EBITDA Grupy). EBITDA tego segmentu osiągnęła poziom 387 mln zł. Spadek EBITDA Grupy r/r spowodowany był przede wszystkim rozwiązaniem – w pierwszym kwartale 2018 r. – rezerwy na świadczenia pracownicze w wysokości 230 mln zł, co pozytywnie wpłynęło na wyniki finansowe tego okresu.

Zysk netto Grupy TAURON przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 524 mln zł (spadek o 18 proc. r/r).

Inwestycje

Nakłady inwestycyjne Grupy TAURON w pierwszym kwartale 2019 r. wyniosły 727 mln zł i były wyższe o 20 proc. w porównaniu z wydatkami poniesionymi w 2018 r. (606 mln zł). Na wzrost nakładów wpłynęły przede wszystkim wyższe inwestycje w obszarach: Dystrybucja (wzrost o 82 mln zł) i Wydobycie (wzrost o 42 mln zł). W segmencie Dystrybucja, w którym łączny capex wyniósł 351 mln zł, największe środki zostały przeznaczone na modernizację sieci dystrybucyjnej (200 mln zł) oraz budowę nowych przyłączy (126 mln zł). Natomiast nakłady w segmencie Wytwarzanie (236 mln zł) związane były głównie z budową bloku o mocy 910 MW w Jaworznie.

Zadłużenie i finansowanie

W pierwszym kwartale 2019 r. zobowiązania finansowe netto wzrosły do poziomu 10,2 mld zł, tj. o 8 proc. w porównaniu ze stanem na koniec 2018 r. Wskaźnik długu netto (bez zadłużenia wynikającego z wyemitowanych obligacji podporządkowanych w wysokości 1,96 mld zł) do EBITDA na koniec pierwszego kwartału osiągnął poziom 2,74x. Sytuacja finansowa Grupy TAURON jest dobra, co potwierdziła agencja Fitch Ratings utrzymując długoterminowy rating na poziomie BBB z perspektywą stabilną.

[1] Bez zadłużenia wynikającego z wyemitowanych obligacji podporządkowanych w wysokości 1,96 mld zł

Toyota DLA CIEBIE – nowy program leasingu konsumenckiego

Toyota wprowadziła nową ofertę finansowania, która umożliwia osobom prywatnym korzystanie z nowego samochodu przy bardzo niskiej racie. Toyota DLA CIEBIE to program skierowany do klientów indywidualnych na warunkach dostępnych dotychczas wyłącznie dla przedsiębiorców.

Program jest oparty na umowie leasingu operacyjnego i tak skonstruowany, by raty pokrywały użytkowanie samochodu, czyli jego utratę wartości w okresie objętym umową. Dzięki temu raty są znacznie niższe niż w przypadku standardowego kredytu. Po zakończeniu umowy samochód wraca do dealera, a użytkownik może podpisać umowę na nowy model. Program umożliwia korzystanie cały czas z nowego samochodu Toyoty oraz dostosowywanie co 2-3 lata wielkości i charakteru auta do aktualnych potrzeb.

Program Toyota DLA CIEBIE daje też możliwość wyboru wielu usług w jednej racie. Obok finansowania auta można wybrać pełną obsługę serwisową, pełne ubezpieczenie OC, AC i NW, zakup, przechowywanie i zmianę opon, opiekę Assistance oraz auto zastępcze. Przez cały czas umowy kierowca korzysta z kompleksowej obsługi autoryzowanych serwisów marki Toyota. Kiedy okres finansowania się skończy, można również wykupić auto po cenie rynkowej.

„Toyota DLA CIEBIE to oferta dla tych kierowców, którzy nie chcą się przywiązywać do jednego samochodu na długie lata, a nad posiadanie auta na własność przedkładają swobodę wyboru pojazdu co 2-3 lata. Atrakcyjne raty oraz komfort polegania we wszystkich sprawach związanych z samochodem na profesjonalnej obsłudze naszych dealerów i autoryzowanych serwisów dodatkowo uatrakcyjnia tą ofertę. Sprzedaż tej usługi rozpoczęliśmy w połowie lutego, a wyniki już zaskakują nas samych. Teraz klienci indywidualni mogą korzystać z formy finansowania oraz wsparcia posprzedażnego, które wcześniej były zarezerwowane dla dużych firm, dysponujących flotą kilkudziesięciu samochodów. Ta oferta pozwala z łatwością dostosowywać model samochodu do aktualnych potrzeb kierowcy bez problemów związanych ze sprzedażą poprzedniego pojazdu i przy maksymalnie uproszczonej procedurze nabycia nowego auta” – powiedziała Anna Burakowska, dyrektor Toyota Fleet Management Solutions w Toyota Motor Poland.

Zakup samochodu w programie Toyota DLA CIEBIE umożliwia dopełnienie wszystkich formalności w jednym miejscu oraz skorzystanie z uproszczonej procedury leasingowej, szybszej niż w kredycie. Klienci otrzymują więcej niż nowy samochód – płacą tylko za użytkowanie auta bez konieczności jego kupowania. Dzięki niskim ratom mogą sobie pozwolić na korzystanie z samochodu wyższej klasy. Toyota DLA CIEBIE to kompleksowa usługa w jednej niskiej racie oraz opieka przez 24 godziny na dobę.

Elemental Holding – wyniki finansowe za I kw. 2019 r.

Elemental Holding – europejski lider w recyklingu elektroniki i katalizatorów – w pierwszym kwartale 2019 roku osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 500,34 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 17,18 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej 6,14 mln zł. Od 1 września 2019 roku wejdzie w życie obowiązkowy split-payment dla sektorów m.in. odpadów, surowców wtórnych i złomu.

Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding

Spodziewamy się, że bieżący rok będzie nadal trudny w sektorze recyklingu metali nieżelaznych – przygotowujemy się na spadek cen złomu na światowych rynkach oraz malejącą sprzedaż wyrobów stalowych. Sytuacji nie polepszają także decyzje dużych koncernów, które stopniowo ograniczają produkcję stali w Polsce. Stąd nasza coraz większa koncentracja na wysokomarżowych segmentach. Umacnianie pozycji w Europie – dzięki naszym zakładom w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i na Litwie – wymaga budowania istotnych przewag, by efektywnie konkurować z wielomiliardowymi, międzynarodowymi korporacjami. Dlatego intensywnie pracujemy nad zwiększaniem możliwości operacyjnych spółek z naszej Grupy. Kluczowe jest dla nas zbudowanie silnego, światowego podmiotu – tym samym wymaga to inwestycji, a nie wyłącznie koncentracji na wynikach finansowych. Dodatkowo przygotowujemy się na obowiązek split-paymentu, który w naszej branży będzie wymagany pod karą sankcji od 1 września 2019 roku” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.

W listopadzie 2018 Elemental Holding podpisał 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.

W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.

Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały (m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.

W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:

  • uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
  • transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
  • umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej UAB „EMP recycling”
  • zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii. 
  • zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
  • zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.

W Europie prawie po staremu

Czołowe partie proeuropejskie zachowały wyraźną przewagę w europarlamencie (ok. 2/3 miejsc), podczas gdy mieszanka anty-establishmentowych, eurosceptycznych i populistycznych partii może zyskać ok. 28 proc. miejsc, nieco mniej od posiadanych dotychczas. Taki jest główny przekaz po wynikach po przeliczeniu prawie wszystkich głosów i może oferować delikatny impuls dla umocnienia euro. Ale pewnie nie dziś, gdyż główne rynki pozostaną uśpione w obliczu święta w Wielkiej Brytanii i USA.

Chociaż centro-prawicowe i centro-lewicowe koalicje utraciły razem kontrolę nad parlamentem (spadek do 44 proc. z 56 proc. w 2014 r.), to razem Liberałami (14 proc.) i Zielonymi (9 proc.) będą w stanie utrzymać politykę europejską na dotychczasowych torach: stopniowa integracja strefy euro, kontynuacja polityki imigracyjnej, twarde stanowisko w sprawie brexitu, czy sprzeciw wobec protekcjonistycznie polityce handlowej USA. Wyniki są zbliżone do oczekiwań, ale na przestrzeni tygodnia mogą być marginalnie pozytywne dla EUR. Możliwy jest efekt ulgi, że ugrupowania antyeuropejskie nie uzyskują rosnącego poparcia. Poza wyjątkowymi sytuacjami (Francja, Wielka Brytania) obserwowane jest zwycięstwo partii mainstreamowych i proeuropejskich, co przy najwyższej w historii frekwencji (51 proc.) implikuje, że eurosceptycyzm wciąż jest w mniejszości. Dodatkowo czynnikiem ryzyka może okazać się dyskusja nad stanowiskami w Brukseli. Już jutro rozpoczną się rozmowy nad nominacjami m.in. na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Jeśli ta pozycja przypadnie Niemcowi (pod uwagę brany jest Manfred Weber), niemiecka kandydatura odpadnie z walki o fotel szefa EBC. W przeciwnej kombinacji szef Bundesbanku Weidmann może liczyć na przyjęcie kontroli w EBC, co sugeruje bardziej jastrzębią politykę w przyszłości. Dla EUR oznaczałoby osłabienie premii za ryzyko głębszego luzowania polityki monetarnej.

Na krajowym rynku złoty rano pozostaje stabilny blisko 4,29 za euro. Wygrana PiS w wyborach do europarlamentu powinna umniejszyć ryzyko zwiększeni ekspansji fiskalnej w przygotowaniach do jesiennych wyborów parlamentarnych. Wynik nie jest zaskoczeniem, więc złotego nie powinno tyczyć odreagowanie premii za ryzyko. Mimo to rozliczenia na koniec miesiąca mogą mieć większe znaczenie dla zmienności i jeśli sentyment rynkowy nie ulegnie istotnemu pogorszeniu, możemy zobaczyć umocnienie złotego po bezowocnych próbach jego osłabienia w połowie maja.

Poza tym w obliczu dnia wolnego w Wielkiej Brytanii i USA zapowiada się senny poniedziałek. W kalendarzu brakuje istotnych publikacji, a stopę bezrobocia z Polski taką nazwać nie można. Usłyszymy też komentarz od Coeure’a z EBC. Dalej w tygodniu rynek podtrzyma uwagę na sporze handlowym USA-Chiny i jego konsekwencjach dla globalnego ożywienia. Rośnie wrażliwość inwestorów na zaskoczenia w publikacjach makro z większą uwagą przypisywaną tym negatywnym. Szczególnie analizowane będą indeksy nastrojów konsumentów w strefie euro (wtorek) i USA (wtorek) oraz PMI z Chin (piątek).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

RAPORT: Prześwietlamy zarobki freelancerów w 2019 r.

Ile zarabiają wolni strzelcy w Polsce? Jakie usługi najlepiej świadczyć, aby uzyskiwać najwyższe wynagrodzenia? Jakim doświadczeniem i stażem trzeba dysponować, aby skutecznie pozyskiwać klientów? Ile można mieć urlopu, a ile trzeba pracować, żeby zarabiać kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie jako freelancer?

W Polsce wolni strzelcy świadczący elektroniczne usługi dla biznesu to już ponad 220 tysięczna armia, z czego 115 tysięcy utrzymuje się tylko i wyłącznie w  ten sposób. Ich wynagrodzenie w dużej mierze, zależy od branży, w której pracują. W przypadku copywriterów najczęściej trafia się dużo zleceń o niewielkiej wartości. Z kolei graficy zazwyczaj pracują przy kompleksowych projektach, których budżety są wyższe. Prym wiodą jednak programiści, których zarobki jako „wolnych strzelców” są najwyższe. Kto i ile zarabia w polskiej branży freelancingu? Najpopularniejsza w Polsce platforma dedykowana freelancerom – Useme.eu – przebadała ich w 2019 roku i przedstawia raport na temat zarobków polskich wolnych strzelców.

Z roku na rok więcej

Wynagrodzenia freelancerów, którzy świadczą elektroniczne usługi dla biznesu, tj. przede wszystkim prace związane z tworzeniem szeroko rozumianego contentu, w tym fotografii, wideo, animacji czy tłumaczenie tekstów (47% badanych), grafiki (24% respondentów) oraz usług IT i programowania (22% badanych osób), stopniową rosną przez ostatnie lata.

Liczba osób zarabiających powyżej 5 tys. zł na rękę urosła w 2019 r. w stosunku do roku ubiegłego o 5,3%, uzyskując wynik na poziomie 8,53%. Wśród nich jest wielu wolnych strzelców, których zarobki przekraczają 15 tys. zł netto miesięcznie. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu platformy Useme.eu.

Co miesiąc między 3 a 5 tys. zł na rękę otrzymuje wynagrodzenie blisko 13% respondentów, a 14,1% zarabia między 2 a 3 tys. zł. Dorabiając do etatu 21,9% wolnych strzelców otrzymuje od 1 do 2 tys. zł, a 42,2% do 1 tys. zł.

Oczywiście, najwięcej zarabiają freelancerzy oferujący usługi programistyczne i IT. W tej grupie powyżej 5 tys. zł co miesiąc zarabia aż 33% badanych, a pomiędzy 3 a 5 tys. zł 20%. Druga najlepiej zarabiającą „kastą” wśród wolnych strzelców są graficy. Powyżej 5 tys. zł otrzymuje miesięcznie 19% badanych, a w przedziale 3-5 tys. zł aż 43%.

W jaki sposób pozyskują i ilu klientów obsługują?

Większość wolnych strzelców bazuje przede wszystkich na trzech podstawowych metodach pozyskania klientów. Najwięcej (60,7%) współpracuje ze stałymi klientami, 58,3% respondentów korzysta z poleceń i rekomendacji, a blisko połowa (48,6%) korzysta także z portali ogłoszeniowych takich jak Useme.eu.

W celu uzyskania comiesięcznego wynagrodzenia, co trzeci badany (36%) podejmuje się realizacji od 1 do 3 zleceń w miesiącu, 22,3% od trzech do pięciu, a 13,6% od pięciu do dziesięciu. Co siódmy respondent (13,6%) podejmuje się powyżej 10 zleceń miesięcznie.

Jak rozliczają zlecenia?

Freelancerzy w Polsce korzystają przede wszystkim z czterech metod rozliczania się z klientami, z czego dwie pierwsze są tymi głównymi. Blisko co drugi z badanych wykorzystuje do tego celu platformę Useme.eu, a 46,2% pracuje na umowę o dzieło. Co czwarty wystawia fakturę VAT, a 17,7% pracuje na umowę zlecenie.

Wolni strzelcy, ale jednak dużo pracujący profesjonaliści

Typowy polski freelancer, to osoba która wiele godzin poświecą na pracę, a relatywnie mało odpoczywa. Ponad połowa badanych (58,15%) bierze w ciągu roku urlop, który trwa krócej niż tydzień (34,29%), odpoczywa tylko w weekendy lub deklaruje, że nie bierze urlopu w ogóle (23,86%). Nieco ponad 40% respondentów dysponuje 2 tygodniowym lub dłuższym wypoczynkiem. Oznacza to, że liczba freelancerów, którzy mogą sobie pozwolić na dłuższym urlop zwiększyła się w ciągu ostatniego roku o blisko 2%.

Coraz dłużej w branży

Większość, tj. 3/4 respondentów, to osoby pracujące jako wolni strzelcy krócej niż 5 lat. Jedynie co szósty (15,01%) zajmuje się tym fachem przez okres 5-10 lat. Blisko co dziesiąty (9,05%) badany pracuje dłużej niż 10 lat. Na uwagę zasługuje fakt, że w porównaniu z rokiem 2018, zmniejszyła się o blisko 4% liczba nowicjuszy w tej branży, tzn. osób które pracują w niej krócej niż rok. Wzrosła natomiast liczba wolnych strzelców, którzy pracują dłużej niż 1-2 lat o ponad 2% i 3-5 lat o ponad 3%. Widać zatem, że osoby które spróbowały tej formy zatrudnienia, jak i zupełnie nowego stylu życia – niezależności – praktykują ją dalej.

Największy przyrost freelancerów następuje w branży programistycznej i szeroko pojętych usługach IT, w tym tworzeniu stron internetowych i aplikacji mobilnych. –  mówi Przemysław Głośny  z Useme.eu. – Tu jednak następuje też największy odpływ wolnych strzelców, którzy są kuszeni bardzo dobrymi zarobkami na stałych posadach w firmach – coraz częściej na zdalnych stanowiskach pracy, jako mobilni specjaliści. Ogólny podział kategorii prac freelancerskich w Polsce nie odbiega od światowych trendów – ok. 80% wszystkich wolnych strzelców to programiści, graficy i osoby zajmujące się tekstami, np. copywriting, tłumaczenia, etc. – dodaje Głośny z Useme.eu.

W badaniu wzięło udział 1242 freelancerów i zostało ono przeprowadzone w okresie I–III 2019 roku metodą CAWI. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5%), pochodzące z dużych (38,0%) i średnich miast (21,7%). W bieżącym roku odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (50,4% do 49,6%).

Polscy i amerykańscy lekarze badają możliwość wykorzystania krwi pępowinowej w leczeniu autyzmu. Wstępne wyniki są obiecujące

Polscy i amerykańscy lekarze badają możliwość wykorzystania krwi pępowinowej w leczeniu autyzmu. Wstępne wyniki są obiecujące 1

Krew pępowinową – cenne źródło komórek macierzystych – coraz częściej pobiera się w celu zamrożenia i późniejszego wykorzystania w leczeniu. Dotąd była stosowana głównie w hematoonkologii, ale polscy i amerykańcy naukowcy prowadzą badania nad jej wykorzystaniem w takich schorzeniach jak autyzm czy mózgowe porażenie dziecięce. – Wstępne wyniki są obiecujące, ale potwierdzenie skuteczności terapii wymaga prowadzenia dalszych prac – mówi prof. Joanne Kurtzberg, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej.

Krew pępowinowa pozostaje w pępowinie i łożysku po narodzinach dziecka. Jest bogatym źródłem komórek macierzystych, które podobnie jak komórki szpiku mogą być przeszczepiane w celu odbudowy układu krwiotwórczego czy odpornościowego.

Krew pępowinową wykorzystywano początkowo jako źródło komórek macierzystych do przeszczepów w leczeniu chorób genetycznych dotyczących mózgu. W wyniku przeszczepu dziecko otrzymuje nowe komórki macierzyste dawcy, wolne od problemów, jakie występują w jego własnych komórkach. Zaobserwowaliśmy, że docierające do mózgu komórki z krwi pępowinowej mogą łagodzić stany zapalne, wspierać proces mielinizacji, czyli tworzenia osłonki wokół włókien nerwowych w mózgu, a także wspomagać pracę tego organu. Zaczęliśmy więc rozważać możliwość zastosowania krwi pępowinowej w postaci wlewu, szczególnie z wykorzystaniem komórek własnych dziecka, aby zweryfikować, czy jej działanie byłoby podobne w przypadku chorób nieuwarunkowanych genetycznie, jak MPD czy autyzm – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Joanne Kurtzberg z amerykańskiego Duke University.

Prof. Kurtzberg, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej, podkreśla, że bez leczenia pacjenci z mózgowym porażeniem dziecięcym pozostają niepełnosprawni przez całe życie, wymagają specjalistycznej opieki i pomocy w poruszaniu się. W większości nigdy nie będą w stanie funkcjonować w pełni samodzielnie. To samo dotyczy dzieci autystycznych. Szacuje się, że w tej grupie chorych ok. 70 proc. przez całe życie będzie musiało mieszkać w różnego rodzaju placówkach opiekuńczych.

Mamy nadzieję, że terapie komórkami macierzystymi doprowadzą do poprawy wspomnianych statystyk. Wiemy na przykład, że w przypadku dzieci z MPD leczenie to zdecydowanie poprawia sprawność ruchową, a tym samym może zwiększyć poziom samodzielności. Jednak wciąż nie wiemy, kiedy najlepiej rozpocząć leczenie i czy można zastosować komórki dawców u dzieci, u których nie ma możliwości użycia komórek własnych. Nie wiadomo też, czy chorych należy leczyć w wieku wczesnodziecięcym czy można też później. Pozostaje więc jeszcze wiele kwestii do rozstrzygnięcia – mówi prof. Joanne Kurtzberg.

Jak podkreśla, badania dotyczące tego, czy autologiczna krew pępowinowa może pomóc dzieciom cierpiącym na mózgowe porażenie dziecięce, autyzm czy niedotlenienie okołoporodowe, dają jak na razie obiecujące wyniki, ale potwierdzenie skuteczności terapii wymaga prowadzenia dalszych badań.

U dzieci z autyzmem obserwujemy złagodzenie objawów tego zespołu. Część z nich staje się bardziej otwarta, lepiej się komunikuje, szczególnie jeśli chodzi o rozwój mowy, a część wykazuje mniejszą liczbę objawów obsesyjno-kompulsyjnych – mówi prof. Joanne Kurtzberg. – W leczeniu dzieci z autyzmem obserwujemy korzystne wyniki leczenia krótkoterminowego, trwającego 6–12 miesięcy. Nie wiemy jednak, czy te rezultaty będą długotrwałe, czy też konieczne będzie zastosowanie dodatkowego leczenia w przyszłości. Wciąż prowadzimy badania w tym zakresie.

W Polsce podobne prace dotyczące wykorzystania komórek macierzystych z krwi pępowinowej u dzieci z autyzmem prowadzą również lekarze z Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego.

W ramach eksperymentu medycznego wykonaliśmy dwa podania krwi pępowinowej u dzieci z autyzmem. W jednym przypadku była to krew allogeniczna [od dawcy – red.], w drugim autologiczna [krew własna biorcy – red.]. W przypadku dwójki pacjentów rodzice już zauważyli pewną poprawę. Jedno z dzieci miesiąc po zabiegu zaczęło wymawiać pojedyncze słowa, choć wcześniej nie mówiło – mówi prof. Krzysztof Kałwak z Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak podkreśla, trudno na razie mówić o magicznym efekcie działania substancji chemicznych zawartych we krwi pępowinowej, bo na szczegółowe analizy trzeba zaczekać około roku od jej podania, a dwójka pacjentów powinna zostać jeszcze oceniona przez neuropsychologów. Natomiast samo podanie komórek macierzystych z krwi pępowinowej jest zabiegiem bardzo prostym i w pełni bezpiecznym dla pacjenta.

– Podanie to nie wymaga chemioterapii, leków immunosupresyjnych. Wymaga tylko 3–4-godzinnego pobytu w ambulatorium kliniki mającej bank komórek krwiotwórczych, bo te komórki trzeba gdzieś przechować i muszą być zamrożone do momentu podania. Na tym polega cała filozofia – mówi prof. Krzysztof Kałwak.

Z danych PBKM wynika, że w Polsce na bankowanie krwi pępowinowej decyduje się około 2 proc. rodzących kobiet czy rodzin.

– Według statystyk amerykańskich banków wykorzystywana jest mniej więcej jedna porcja na tysiąc. Natomiast stopień wykorzystania będzie wzrastać wraz z upływem czasu – ocenia dr Tomasz Baran, członek zarządu Polskiego Banku Komórek Macierzystych.

Istotne znaczenie ma przy tym ilość pobranego materiału.

Ilość krwi pępowinowej ma znaczenie, a dokładniej zależy nam na komórkach macierzystych, które są w tej krwi zawarte. Panuje zasada „im więcej, tym lepiej”. W świetle dostępnych już badań widać, że zarówno w tych klasycznych wskazaniach do wykorzystania komórek z krwi pępowinowej w obszarze hematoonkologii, jak i w nowych wskazaniach, jak autyzm czy mózgowe porażenie dziecięce, potrzebna jest określona dawka, czyli 20–25 mln komórek na kilogram masy ciała. I efekt terapeutyczny koreluje z tą dawką – mówi dr Tomasz Baran.

Jak podaje PBKM, jeszcze do niedawna krew pępowinowa była traktowana jako odpad. W tej chwili coraz częściej pobiera się ją w celu wyizolowania komórek macierzystych do przechowywania i późniejszego wykorzystania w leczeniu.

Rodzice, którzy chcieliby wykorzystać pobraną wcześniej krew pępowinową, powinni się przede wszystkim zgłosić do swojego banku komórek macierzystych. My również możemy wskazać sposób, ewentualnie poinformować, jeśli takiej możliwości nie ma. Procedura wygląda w ten sposób, że po ustaleniu miejsca, gdzie komórki macierzyste będą wydane, my ustalamy logistykę bezpośrednio z tym ośrodkiem, szpitalem czy kliniką transplantologiczną i dostarczamy materiał dla pacjenta, który jest gotowy do terapii – dodaje dr Tomasz Baran.

Prof. Kurtzberg z amerykańskiego Duke University, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej, przyjechała w maju do Warszawy na zaproszenie PBKM, żeby wygłosić wykład dotyczący wyników swoich badań nad wykorzystaniem krwi pępowinowej w leczeniu dzieci chorych neurologicznie. Wykład zainaugurował cykl konferencji medycznych „Cord blood an interdyscyplinary approach” skierowanych do środowiska medycznego.

Branża bankowa tnie zatrudnienie. Tradycyjne placówki tracą na znaczeniu

Branża bankowa tnie zatrudnienie. Tradycyjne placówki tracą na znaczeniu 2

W ciągu dekady zatrudnienie w bankowości spadło o blisko 20 tys. i zapowiadane są dalsze redukcje. Zdaniem ekspertów to przede wszystkim efekt zmieniających się preferencji klientów. Obecnie 17 mln osób regularnie korzysta z bankowości internetowej, a 11 mln – z mobilnej. Zamiast wizyty w oddziale banku wybierają kontakt elektroniczny. Dlatego banki inwestują w obsługę online. Dzisiaj nawet kwestie dotyczące zobowiązań i kredytów omawiane są online i mailowo – podkreśla Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

– Zatrudnienie w polskiej bankowości zmienia się bardzo dynamicznie, w zasadzie od dekady notujemy notoryczne spadki liczby etatów w tej branży. Od 2008 roku branża zredukowała około 20 tys. etatów, a w samym 2018 roku było to prawie 3 tys. etatów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres, oferującej usługi HR dla biznesu.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec lutego 2019 roku zatrudnienie w bankowości wynosiło 161 tys. osób. Dla porównania, w rekordowym 2008 roku, było to ponad 181 tys. osób. W ciągu dekady branża skurczyła się o ok. 11 proc. Zamykane są także placówki banków. Tylko w 2018 roku ich liczba zmalała o 527.

Trend redukcji liczby pracowników prawdopodobnie będzie się utrzymywał, także ze względu na fuzje i przejęcia zachodzące w sektorze. Santander Bank, który pod koniec 2018 roku przejął wydzieloną część Deutsche Bank Polska, zapowiadał, że do końca tego roku zwolni 1,4 tys. osób. BNP Paribas, który przejął część Raiffeisen Polbank, zredukuje zatrudnienie o 2,2 tys. Również Bank Pekao SA zapowiedział już, że zwolni blisko tysiąc osób, a kilkuset innym zmieni warunki zatrudnienia. Osoby z kompetencjami cyfrowymi mogą jednak być spokojne o pracę w sektorze.

– Banki z pewnością będą szukały osób, które z jednej strony mają wiedzę finansową, z drugiej strony świetnie poruszają się w świecie cyfrowym i nie mają problemów z tym, żeby korzystać z obszarów cyfryzacji. Myślę, że te osoby mogą być spokojne o zatrudnienie – podkreśla Cezary Maciołek. – Trzeba się charakteryzować umiejętnością przekwalifikowania i dopasowania do aktualnych potrzeb sektora.

Sytuacja na rynku jest wymuszana przez zmieniające się preferencje klientów.

– Zmienia się model obsługi klienta. Klient dzisiaj chce większość spraw załatwić mobilnie bądź za pośrednictwem infolinii. Zdecydowana większość banków poszła w tym kierunku i zaczęła budować huby obsługi klienta, gdzie można telefonicznie lub online załatwić zdecydowaną większość spraw – tłumaczy Cezary Maciołek.

Portal PRNews podaje, że na koniec 2018 roku 35 mln klientów miało z bankami podpisaną umową umożliwiającą korzystanie z bankowości elektronicznej, z czego aktywnie korzystało z tej możliwości 15 mln osób. Z kolei użytkowników bankowości mobilnej, którzy przynajmniej raz w miesiącu logują się do banku z urządzenia mobilnego, jest w Polsce już ponad 11 mln.

Dla millenialsów czy przedstawicieli pokolenia Y cyfryzacja i kontakt online są ważniejsze niż wizyta w tradycyjnej placówce. Dlatego przyszłością banków będą innowacyjne usługi. Serwis Finextra, który powołuje się na raport firmy badawczej AT Kearney, podaje, że zamykanie placówek jest w dłuższej perspektywie nieopłacalne, a rozwiązaniem mogłoby być łączenie usług bankowych z np. możliwością zrobienia zakupów.

– Placówki generalnie będą dużo bardziej mobilne, będą pojawiały się w miejscach, gdzie są duże skupiska ludzi, m.in. w centrach handlowych – mówi ekspert. – Banki powinny budować huby obsługi finansowej, co się zresztą dzieje. Widzimy to po współpracy z sektorem finansowym i trwających rekrutacjach. Chodzi o to, aby obsługiwać klienta online o różnej porze dnia i w każdej możliwej sprawie.

Przyczyną, dla której banki redukują zatrudnienie, jest też potrzeba cięcia kosztów. Podatek bankowy w połączeniu z obciążeniami na Bankowy Fundusz Gwarancyjny sprawiają, że rentowność sektora spada. Pokazują to już wyniki banków po I kwartale 2019 roku.

– Jeśli spada rentowność, to trzeba szukać optymalizacji i redukcji kosztów. Dzisiaj banki w dużym zakresie idą w kierunku budowania algorytmów, robotów, automatyzowania swoich procesów i załatwiania spraw online, tak jak dzisiaj funkcjonuje konsument – tłumaczy wiceprezes Grupy Progres.

Polscy producenci cementu walczą z emisją dwutlenku węgla. Są pod tym względem w światowej czołówce

Polscy producenci cementu walczą z emisją dwutlenku węgla. Są pod tym względem w światowej czołówce 3

Polityka klimatyczna i przydział darmowych alokacji dwutlenku węgla do produkcji cementu to dla branży historyczne wyzwanie, które może zagrozić konkurencyjności polskich producentów. Zwłaszcza że na polskim rynku rośnie import spoza Unii Europejskiej, a polskie cementownie nie są w stanie konkurować cenowo z cementem przywożonym z Białorusi czy Ukrainy, które nie są obciążone polityką klimatyczną. Branża wszelkimi dostępnymi sposobami stara się jednak redukować emisję i już w tej chwili polscy producenci należą do światowej czołówki pod względem ograniczania szkodliwego wpływu na środowisko.

Największym wyzwaniem jest dla nas redukcja emisji dwutlenku węgla i przydział darmowych alokacji dwutlenku węgla do produkcji cementu. Przemysł cementowy robi wszystko, żeby ograniczać emisję jednostkową, ale z drugiej strony przydziały darmowych alokacji są znacząco niższe niż nasze potrzeby produkcyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ernest Jelito, prezes Górażdże Cement SA i Stowarzyszenia Producentów Cementu w Polsce.

Jak podkreśla, może to doprowadzić do zachwiania konkurencyjności polskich producentów. Zwłaszcza w Polsce, bo krajowy rynek też jest narażony na import cementu z innych państw spoza UE, w których nie ma polityki klimatycznej i opłat za emisję dwutlenku węgla, np. z Białorusi czy Ukrainy.

Branża szacuje, że w tym roku uprawnienia do emisji będą kosztowały ok. 30 euro, a w kolejnych latach znacząco więcej.

To dla nas zagrożenie, ponieważ cena emisji dwutlenku węgla bardzo mocno wpłynie na nasze koszty produkcji. Trwają dyskusje na temat wielkości wskaźników redukcyjnych. Mimo że zrobiliśmy duży postęp w stosunku do 2000 roku, to jednak wskaźniki przewidywane na najbliższy okres alokacji są znacząco niższe, poniżej rzeczywistej emisji dwutlenku węgla na jednostkę produkcji – mówi Ernest Jelito. – Oczekujemy jednak, że w momencie, kiedy nastąpi zachwianie równowagi konkurencji, zostaniemy w jakiś sposób ochronieni przez rządzących, bo sami nie damy sobie rady.

Jak wynika z danych SPC, w Polsce cement wytwarzany jest w 14 zakładach należących do 9 producentów. Te bezpośrednio zatrudniają ok. 4 tys. osób, natomiast pośrednio generują ok. 25 tys. miejsc pracy. Dzięki dwóm dekadom i inwestycjom przekraczającym 10 mld złotych polskie zakłady cementowe należą do najnowocześniejszych w Europie.

Polski przemysł cementowy jest bardzo nowoczesny, w związku z tym nie potrzebujemy gwałtownych inwestycji w technologie. Natomiast przed nami jest digitalizacja, automatyzacja i produkty innowacyjne, żeby m.in. sprostać oczekiwaniom polityki klimatycznej, obniżyć emisję dwutlenku węgla – mówi Ernest Jelito.

Dane SPC pokazują, że od 2001 roku emisja dwutlenku węgla na 1 tonę klinkieru wynosiła 988 kg, natomiast w tej chwili jest na poziomie 807 kg, co oznacza 18-proc. redukcję. Około 2/3 emisji dwutlenku węgla z cementowni powstaje jednak podczas produkcji klinkieru – kiedy węglan wapnia jest rozkładany na tlenek wapnia i dwutlenek węgla, i tej emisji nie da się całkowicie wyeliminować.

Dzisiaj przemysł cementowy nie ma takiej technologii, którą w rewolucyjny sposób obniżamy emisję dwutlenku węgla. Natomiast staramy się to robić drobnymi krokami, które są dzisiaj w naszym zasięgu – staramy się obniżyć ilość klinkieru w cemencie, zużywać jak najwięcej biomasy. Szukamy też surowców, które już są zdekarbonizowane, czyli pozbawione dwutlenku węgla, i wykorzystujemy je w przemyśle cementowym. Dążymy też do obniżenia zużycia energii elektrycznej – wymienia Ernest Jelito.

Jak podkreśla, przemysł cementowy ma istotną rolę w zagospodarowaniu odpadów w Polsce. W formie paliw alternatywnych wykorzystuje on ok. 10 proc. odpadów komunalnych.

Jesteśmy znaczącym graczem na rynku paliw odpadowych, ale równocześnie zużywamy prawie 5 mln różnego typu surowców odpadowych czy produktów ubocznych, co mocno wpływa na gospodarkę tych materiałów w Polsce, obniżenie ich składowania czy też redukcję emisyjności – podkreśla Ernest Jelito.

Prezes Górażdże Cement podkreśla, że polskie cementownie w 100 proc. spełniają normy polityki klimatycznej UE i już w tej chwili należą do światowej czołówki pod względem redukcji wpływu na środowisko. Rozwijają m.in. technologię produkcji klinkieru, żeby zmniejszyć zużycie energii podczas produkcji.

– Z jednej strony rozumiemy politykę klimatyczną i robimy wszystko, żeby się w nią wpisać i obniżyć emisję dwutlenku węgla. Z drugiej strony podkreślamy też niską emisyjność wynikającą z używania betonu w budownictwie. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale beton w porównaniu do innych materiałów budowlanych charakteryzuje się niską emisyjnością i tzw. niskim śladem węglowym – mówi Ernest Jelito.

Polska jest w tej chwili 3. największym w Europie producentem cementu, po Niemczech i Włoszech. Branża jest w bardzo dobrej kondycji. Według danych GUS tylko w marcu produkcja zwiększyła się o 38,8 proc. w ujęciu rocznym i 82,8 proc. w ujęciu miesięcznym. W całym 2018 roku produkcja cementu w Polsce osiągnęła poziom 18,940 mln ton. To oznacza, że przekroczyła nawet rekordowy poziom z 2011 roku (18,7 mln ton), kiedy sprzedaż cementu napędzały inwestycje przed turniejem Euro 2012.

– Od dwóch lat mamy bardzo dobry rynek, zużycie cementu jest bardzo wysokie. Widzimy, że ten i przyszły rok będą na zbliżonym poziomie. Dziś mamy bardziej rozłożoną konsumpcję cementu na branżę budowlaną, infrastrukturę, również na prefabrykację, czyli jest stabilny wzrost we wszystkich sektorach –mówi Ernest Jelito. – Branża budowlana podąża za wzrostem gospodarczym, widzimy duże ożywienie w inwestycjach, nie tylko tych państwowych, infrastrukturalnych, lecz także w inwestycjach w różnego rodzaju powierzchnie magazynowe albo hale produkcyjne. Jesteśmy bezpośrednio związani ze wzrostem gospodarczym. Kiedy gospodarka się rozwija, przemysł cementowy tez to odczuwa.

Ziemniaki w sklepach muszą być znakowane symbolem flagi kraju pochodzenia. Weszły w życie nowe przepisy

Ziemniaki w sklepach muszą być znakowane symbolem flagi kraju pochodzenia. Weszły w życie nowe przepisy 4

Według rozporządzenia ministra rolnictwa przy sklepowych stoiskach z ziemniakami konsumenci powinni zobaczyć informację i flagę kraju, z którego pochodzą warzywa. Na razie dotyczy to tylko ziemniaków luzem, dla pakowanych regulacja zacznie obowiązywać od 2020 roku. Nowe przepisy mają wspierać konsumencki patriotyzm. Obowiązek znakowania i poinformowania klientów o kraju pochodzenia ziemniaków spoczywa głównie na sprzedawcach, ale na kolejne regulacje w zakresie znakowania żywności od 2020 roku muszą się przygotować też producenci.

 Konsumenci są coraz bardziej zainteresowani nie tylko tym, czy żywność jest zdrowa, lecz także tym, skąd pochodzi. Prawodawca mocno śledzi trendy konsumenckie i rzeczywiście – zarówno w Polsce, jak i innych krajach UE – wprowadzane są coraz to nowe regulacje w tym zakresie. Przykładowo, we Włoszech istnieje obowiązek informowania o  pochodzeniu ryżu albo mąki, z której został wyprodukowany makaron z pszenicy twardej. W Hiszpanii mamy obowiązek podawania pochodzenia mleka. Nasz prawodawca uznał, że dla polskiego konsumenta istotna jest informacja o pochodzeniu ziemniaków – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Szymecka-Wesołowska, prawnik, wspólnik w Centrum Prawa Żywnościowego.

26 maja br. weszła w życie nowa regulacja w zakresie znakowania pochodzenia ziemniaków w obrocie detalicznym. Odpowiednie rozporządzenie w tej sprawie pod koniec kwietna podpisał minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski. Zmiana ma m.in. zapobiegać przepakowywaniu i sprzedawaniu zagranicznych warzyw jako polskie.

Nowe przepisy oznaczają, że we wszystkich sklepach i na straganach, przy stoiskach z ziemniakami, konsumenci powinni zobaczyć informację i flagę kraju, z którego pochodzą warzywa.

– W przypadku ziemniaków pakowanych ustawodawca daje trochę więcej czasu, ponieważ warzywa bez tej informacji na opakowaniu mogą być sprzedawane jeszcze do końca roku – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Obowiązek informowania o pochodzeniu ziemniaków będzie w głównej mierze ciążył na sprzedawcach. Ci muszą zadbać o to, żeby taka informacja znalazła się w dokumentach, które otrzymują od dostawców, a następnie przenieść ją na wywieszkę przy stoisku z warzywami.

– W przypadku ziemniaków pakowanych ta informacja powinna się znaleźć już bezpośrednio na opakowaniu – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Prawniczka ocenia, że celem nowych przepisów jest wspieranie konsumenckiego patriotyzmu, który coraz silnej zaznacza się na rynku żywności. Badanie Ipsos „Moda na polskość” pokazało, że 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski niż importowany.

 Ten nowy obowiązek nie wynika z tego, że polski ziemniak jest zdrowszy albo lepszej jakości niż ten pochodzący z Niemiec, Francji czy innego kraju. Chodzi bardziej o poinformowanie konsumenta, że to jest lokalny ziemniak. Są klienci, którzy zwracają na to szczególną uwagę – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Jak podkreśla, producenci na rynku spożywczym muszą się przygotować także na inne zmiany w zakresie deklarowania pochodzenia produktów. 1 kwietnia 2020 roku wchodzi w życie nowa regulacja, która wymusza obowiązek podawania pochodzenia podstawowego składnika produktu przetworzonego.

– Przykładowo, jeśli na sosie pomidorowym będziemy mieć informację: wyprodukowano w Polsce, bo rzeczywiście zakład przetwórczy przygotował ten sos w Polsce, ale pomidory pochodzą z Hiszpanii, to na etykiecie tego produktu producent powinien poinformować konsumenta o kraju pochodzeniu podstawowego składnika. Co ciekawe, producenci będą mieć tutaj kilka możliwości. Mogą napisać: „pomidory pochodzą z Hiszpanii”, „pomidory pochodzą z Unii Europejskiej”, albo „pomidory nie pochodzą z Polski”, więc wachlarz możliwości jest dość szeroki – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Ponad 2,3 mln odwiedzających Toruń. Przemysł turystyczny drugim największym pracodawcą w mieście

Ponad 2,3 mln odwiedzających Toruń. Przemysł turystyczny drugim największym pracodawcą w mieście 5

Toruń to nie tylko Kopernik i pierniki, o czym przekonuje się blisko 2 mln turystów. Ich liczba co roku rośnie. Sprzyja temu długi sezon turystyczny – choć szczyt przypada w sierpniu, goście odwiedzają Toruń praktycznie przez cały rok. Doceniają przede wszystkim atmosferę miasta – odrestaurowane zabytki, kamienice i ulice. Turyści chcą tu przyjeżdżać wielokrotnie, bo za każdym razem odkrywają coś nowego – podkreśla Szymon Wiśniewski, dyrektor Toruńskiej Informacji Turystycznej.

– Co roku do Torunia przyjeżdża ponad 2 mln turystów. Przede wszystkim są to Polacy, mniej więcej 20 proc. stanowią są goście z zagranicy. Co istotne, Toruń ma bardzo dobre opinie wśród turystów, którzy chętnie polecają miasto albo przyjeżdżają tutaj po raz kolejny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Wiśniewski, dyrektor Toruńskiej Informacji Turystycznej.

Z XIV edycji raportu Ośrodka Informacji Turystycznej z badań nad strukturą i wielkością przyjazdowego ruchu turystycznego wynika, że Toruń w 2018 roku odwiedziło 2,3 mln osób. Większość wyjeżdżała zadowolona – 97,7 proc. Polaków i 98,2 proc. osób zza granicy podało, że będzie rekomendować Toruń jako miasto, do którego warto przyjechać.

Przyjezdni zostawiają też w Toruniu coraz więcej pieniędzy – w 2018 roku było to średnio 251 zł (rok wcześniej – 218 zł). Zdecydowanie więcej, bo nawet 400 zł, zostawiają turyści spoza Polski.

Turystyka jest bardzo ważną gałęzią gospodarki w Toruniu. Według naszych szacunków przemysł turystyczny jest drugim największym pracodawcą w mieście po Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. To tysiące osób, które bezpośrednio są zaangażowane w pracy przy obsłudze ruchu turystycznego – wskazuje Szymon Wiśniewski.

GUS podaje, że w 2018 roku w Toruniu nocowało ponad 360 tys. osób. Według OIT ich liczba sięgała pół miliona. Rozwojowi turystyki sprzyja coraz szybciej rozwijająca się sieć noclegowa – obecnie dostępnych jest ok. 6 tys. miejsc noclegowych w 2,3 tys. pokoi. Coraz więcej jest apartamentów, zwłaszcza blisko centrum.

– Średnia długość pobytu w Toruniu to 1,56 dnia, czyli turyści z Polski spędzają tu średnio półtorej doby, natomiast zagraniczni – średnio prawie 3 doby. To jest zrozumiałe, przyjeżdżają tutaj z reguły raz, nie tak często jak Polacy i chcą tutaj spędzić więcej czasu, żeby lepiej poznać miasto – tłumaczy Szymon Wiśniewski.

Ponad 85 proc. turystów stanowią Polacy, zwłaszcza z województwa kujawsko-pomorskiego (35,2 proc.), mazowieckiego (12,5 proc.), pomorskiego (9,1 proc.), łódzkiego (7,7 proc.) i wielkopolskiego (7,6 proc.). Rośnie też liczba gości z zagranicy.

– Wśród gości zagranicznych, podobnie jak w całej Polsce, najczęściej mamy turystów z Niemiec. Stanowią oni ponad 40 proc. ogółu turystów zagranicznych odwiedzających Toruń – wskazuje Szymon Wiśniewski.

Goście przyjeżdżają niemal przez cały rok, choć jak przyznaje dyrektor TIT, szczyt sezonu przypada w lecie, przede wszystkim sierpniu.

– Sezon wydłużył się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Możemy zauważyć, że zaczyna się w marcu, a kończy się około 11 listopada. Wszystko jest w dużej mierze uzależnione od pogody, ale generalnie sezon trwa od późnej zimy do końca jesieni – ocenia Wiśniewski.

Połowa turystów jako cel wizyty wskazała zwiedzanie. Większość z nich kojarzy Toruń z Mikołajem Kopernikiem i piernikami, ale największą zaletą miasta według odwiedzających jest jego atmosfera. Zwracają uwagę na odrestaurowane zabytki, kamienice i ulice.

 Magnesem przyciągającym do Torunia jest toruńska starówka, pierniki i Mikołaj Kopernik. Jedno z pytań, które zadajemy podczas ankiet, dotyczy tego, która to jest wizyta w Toruniu. Większość Polaków mówi, że to już jest dziesiąty raz i więcej. Zatem turyści ciągle chcą tu przyjeżdżać, bo ciągle odkrywają coś nowego – przekonuje Wiśniewski.

Jak podkreśla ekspert, Toruń to jednak nie tylko pierniki czy zabytki związane z Kopernikiem, lecz także szeroka oferta dla każdego.

 Planujemy dużą wystawę poświęconą dojrzewaniu młodzieży, która będzie częścią toruńskiego Młyna Wiedzy. To takie miejsce, gdzie można „dotknąć” nauki. Drugą inwestycją, której otwarcie jest planowane na wiosnę przyszłego roku, jest muzeum toruńskiej fortyfikacji – wymienia dyrektor TIT.

Satelity radarowe pomogą uniknąć katastrof naturalnych. Pozwolą przewidzieć ryzyko powodzi i suszy, ostrzegą przed huraganami

Satelity radarowe pomogą uniknąć katastrof naturalnych. Pozwolą przewidzieć ryzyko powodzi i suszy, ostrzegą przed huraganami 6

Powódź w Chinach w 1970 roku zabiła niemal 4 mln ludzi. Tsunami z 2004 roku, które uderzyło w Tajlandię, Sri Lankę, Indonezję i inne kraje regionu, zabiło ponad 300 tys. osób, a cyklon Nargis w Birmie – blisko 140 tys. To tylko przykłady katastrof naturalnych, których szkody w przyszłości będzie można zminimalizować. Dzięki satelitom radarowym, które na bieżąco obrazują całą powierzchnię Ziemi, będzie można szybciej reagować na kryzysy i katastrofy naturalne. We współpracy z satelitami, które ostrzegają przed zbliżającymi się cyklonami czy powstającym tsunami, pozwolą uratować setki tysięcy osób.

Badając powierzchnię Ziemi, satelity dostarczają wiele potrzebnych informacji – sprawdzają głębokość lodu, wilgotność gleby, oceniają stan wód. W sytuacji zagrożenia mogą się okazać niezbędne – ostrzegą przed zbliżającą się np. powodzią, pomogą ocenić, jaki stan zabezpieczeń będzie najlepszy, tym samym pomogą zapobiec katastrofie.

Europejski satelita ADM-Aeolus, nazwany na cześć Eola, strażnika wiatrów w mitologii greckiej, opisywany jest jako wielki krok naprzód w prognozowaniu pogody na świecie. Sonda wykorzystuje nową technologię laserową do pomiaru prędkości wiatru na całym świecie w czasie niemal rzeczywistym. Naukowcy oceniają, że dzięki takim badaniom uda się zminimalizować zagrożenie uderzeniem tsunami czy cyklonów. Satelita został wystrzelony na orbitę 22 sierpnia 2018 r. i do tej pory przechodzi testy. Europejska agencja kosmiczna niedawno poinformowała, że już wkrótce z danych dostarczanych przez Aeolusa będą mogli skorzystać meteorologowie z całego świata.

Z kolei satelita okołobiegunowy Sentinel-1A (wyniesiony na orbitę w kwietniu 2014 roku) oraz bliźniaczy satelita Sentinel-1B (wyniesiony na orbitę w kwietniu 2016 roli) są przeznaczone do obrazowania radarowego, monitorując w ten sposób powierzchnię Ziemi, mapują lasy i wody, są też niezwykle pomocne przy wszelkich sytuacjach kryzysowych. To tylko jeden z przykładów satelitów, które potencjalnie mogą uratować tysiące osób.

– Satelita mikrofalowy w programie Copernicus Sentinel-1, nazwany satelitą radarowym, działa na lotniskach tak jak radar. Wysyła wiązkę mikrofalową i odbiera po jakimś czasie, a czas powrotu takiej wiązki określa pewne cechy powierzchni Ziemi, w tym powierzchni np. roślinnej. Wykorzystywany jest w tej chwili do określania wilgotności gleby, co wpływa na plony i jaka jest wilgotność w pewnych okresach rozwoju roślin. Ale również do monitorowania zagrożeń powodziowych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Katarzyna Dąbrowska-Zielińska, profesor i kierownik Centrum Teledetekcji Instytutu Geodezji i Kartografii w Warszawie.

Meteorolodzy i naukowcy ostrzegają przed skutkami zmian klimatycznych. Deszcze mogą padać częściej i mogą być bardziej intensywne, tym samym częściej mogą się zdarzać powodzie i będą znacznie groźniejsze. Choćby powódź, która w 2013 roku nawiedziła dorzecze Dunaju, okazała się największą od co najmniej 512 lat. Zalane zostały znaczne obszary Niemiec, Czech, Austrii, Słowacji, Węgier, Bułgarii i Rumunii.

Raport Europejskiej Agencji Środowiska wskazuje, że do 2050 roku szkody materialne i związane z tym koszty z powodu powodzi mogą się zwiększyć aż pięciokrotnie. Od 1980 roku w Europie odnotowano 3,5 tysiąca powodzi, tylko np. w 2010 roku było ich 321 w 27 krajach. Powódź oceniana jako jedna z największych w historii, w 1970 roku w Chinach zabiła niemal 4 mln osób. Dzięki satelitom takiej katastrofy będzie można uniknąć. Z drugiej strony satelity pozwolą też ocenić ryzyko suszy.

– Satelity pomagają w klęskach żywiołowych związanych z rozprzestrzenianiem się pożarów, z powodziami i rozprzestrzenianiem się fali powodziowej. Pozwalają też ocenić degradację związaną z suszami, gdzie należy określić, jakie są prognozy rozszerzenia się tej degradacji i zmniejszania plonów. W przyszłości także w Polsce będzie nieuniknione nawadnianie, a satelity podpowiedzą, w jakim czasie należy nawadniać pola i ile tej wody rzeczywiście potrzeba, żeby jej nie marnować – wskazuje ekspertka.

Coraz większa popularność serwisów takich jak Netflix czy YouTube wymusza stosowanie nowoczesnych sieci. Połączenie przyspieszają punkty wymiany ruchu

Coraz większa popularność serwisów takich jak Netflix czy YouTube wymusza stosowanie nowoczesnych sieci. Połączenie przyspieszają punkty wymiany ruchu 7

Internet to duża grupa niezależnych sieci, które zgadzają się na współdzielenie ruchu. Bez tej umowy użytkownicy dwóch różnych sieci nie mogliby wysyłać do siebie nawet e-maila. Punkty wymiany internetowej są istotną częścią tego systemu. To alternatywa dla tradycyjnego dostępu do zasobów internetu. Z takich punktów korzystają przede wszystkim operatorzy telekomunikacyjni, telewizje kablowe, platformy streamingowe czy media społecznościowe. Bez nich internet nie mógłby funkcjonować. 

– Punkty wymiany ruchu sieciowego to takie miejsca wirtualne, gdzie contentodawcy i odbiorcy ruchu internetowego spotykają się po to, żeby wymieniać się nim w optymalny sposób. Można powiedzieć, że jest to jedna z nieodzownych składowych internetu. Taką analogią mogłoby być targowisko połączone z ofertą „jedz, ile możesz”, czyli uczestnicy płacą tylko za wejście do takiego punktu, natomiast każdy później może brać i dawać bez ograniczeń – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Mikołajski, menedżer produktu w Atmanie.

Punkty wymiany ruchu sieciowego (ang. Internet Exchange Point, IXP) to tak naprawdę trzon internetu. Choć zwykły użytkownik zwykle nie wie, że istnieją, to właśnie dzięki nim – zwłaszcza w coraz bardziej cyfrowym świecie i rozwoju big data – można się szybko łączyć z siecią, komunikować, wymieniać informacje. W szerszym ujęciu IXP-y to miejsca, w których dostawcy usług internetowych łączą się ze sobą. Takie lokalizacje brzegowe sieci umożliwiają dostawcom udostępnianie swojego ruchu IP poza własną sieć i pozyskiwanie do niej ruchu z sieci innych dostawców. Poszczególne firmy, które przyłączają się do IXP, korzystają z krótszej drogi do swoich miejsc docelowych w internecie w postaci innych sieci, co zmniejsza opóźnienia, czas połączenia i koszty ogólne.

Łącza lokalne są często do dziesięciu razy szybsze ze względu na zmniejszone opóźnienie w ruchu, dla użytkowników IXP oznacza to większą przepustowość łączy i przede wszystkim – mniejsze koszty.

– Czas dostępu jest bardzo ważny, w szczególności w erze treści wideo, popularnych platform VOD. Jest bardzo ważne, żeby końcowy odbiorca znajdował się możliwie najbliżej serwera, który tę treść dostarcza. W związku z tym sieci dostarczające treści (CDN) korzystają z takich punktów, żeby znajdować się w możliwie wielu lokalizacjach, a dostawcy internetu (ISP) korzystają, żeby z tych punktów w możliwie bliskich dla siebie miejscach odbierać content w nieograniczonych ilościach – wskazuje Robert Mikołajski.

Ze względu na nieograniczony zasięg i szybkie dotarcie z punktów wymiany ruchu korzystają przede wszystkim operatorzy telekomunikacyjni i firmy świadczące usługi dostępu internetu. To także telewizje kablowe i platformy streamingowe, media społecznościowe, platformy gier i firmy hostingowe. Raport Global Internet Phenomena opublikowany w 2018 roku przez Sandvine podaje, że użytkownicy Netflix generują 15 proc. ruchu w internecie – najwięcej z platform świadczących streaming wideo. Te zaś łącznie odpowiadają za 58 proc. ruchu internetowego na świecie.

Za największy IXP w Polsce uznaje się PLIX, zarządzany obecnie przez Equinix. Dużym punktem jest Thinx stworzony przez Atmana z ruchem na poziomie 500 Gb/s.

– Punkt wymiany ruchu Thinx jest skierowany do obu stron, czyli zarówno do dostawców internetu dla końcowych użytkowników, jak i dla contentodawców. Ostatnio dołączył do nas Netflix, ale mamy też wiele innych platform i contentodawców, chociażby Google. Jest bardzo ważne, żeby serwery przetrzymujące zawartość takich serwisów jak YouTube były zlokalizowane bardzo blisko użytkownika końcowego i znajdowały się w profesjonalnym centrum danych gwarantującym bezpieczeństwo – przekonuje ekspert.

Thinx jako jedyny jest ulokowany w profesjonalnym data center. W jednym porcie umożliwia zestawianie wielu usług. Zapewnia nielimitowany dostęp do zasobów największych światowych dostawców sieci i uczestników innych polskich PWR-ów. Niedawno pozyskał serwis streamingowy Netflix, który obecnie korzysta w PWR Thinx z portu o przepustowości 100 Gb/s. W PWR Thinx są też dostępne zasoby YouTube, Twitch czy takich platform wideo, jak IPLA, TVN Player i TVP.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Spór handlowy USA-Chiny i jego konsekwencje dla globalnego ożywienia zaczynają szkodzić ryzykownym aktywom. Rośnie wrażliwość inwestorów na zaskoczenia w publikacjach makro z większą uwagą przypisywaną tym negatywnym. W przyszłym tygodniu szczególnie analizowane będą indeksy nastrojów konsumentów w strefie euro i USA oraz PMI z Chin.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów/PCE Core z USA, polityka w Eurolandzie/Wlk. Brytanii, PMI z Chin, CAPEX z Australii, Bank Kanady

USA

W USA tydzień startuje od wtorku. Indeks nastrojów konsumentów (wt) dostarczy informacji o odporności gospodarstw domowych na ożywienie sporu handlowego. Regionalne wskaźniki koniunktury (m.in. Chicago PMI – pt) pomogą ocenić kondycję przemysłu, szczególnie po sygnałach alarmowych wysłanych przez krajowe indeksy PMI. Po drugim odczycie PKB za I kw. (czw) oczekuje się rewizji w dół. Rynek będzie też śledził odczyt PCE Core (pt), biorąc pod uwagę dyskusję Fed o przejściowym charakterze osłabienia ścieżki inflacji. Dane stanowią ryzyko dla USD, który w przeciwnym razie pozostanie bezpieczną przystanią.

Strefa euro

W strefie euro indeksy nastrojów biznesu (wt) powinny wskazać na negatywną reakcję na napięcia w globalnej polityce handlowej. Wstępne szacunki inflacji z Niemiec (pt) prawdopodobnie przyniosą spadek rocznej dynamiki cen po odjęciu sezonowego skoku cen w kwietniu (świąteczne podwyżki). Jedynym pozytywnym impulsem mogącym wesprzeć EUR może być rozczarowujący wynik eurosceptyków w wyborach do europarlamentu.
Spokojny i skrócony (święto w poniedziałek) tydzień w Wielkiej Brytanii pozwoli na ocenę sytuacji po ogłoszonej rezygnacji Theresy May ze stanowiska premier i lidera Partii Konserwatywnej. Rynek będzie śledził informacje o zgłaszanych kandydaturach do konkursu na przewodnictwo w partii z największymi szansami przyznawanymi Borisowi Johnsonowi. Z perspektywy GBP drogą po linii najmniejszego oporu jest dalsze osłabienie, gdyż wzrasta ryzyko bezumownego brexitu jako opcji wybranej przez rząd lub wymuszonej w październiku przez UE na koniec okresu negocjacyjnego.

Polska

Z Polski otrzymamy dane o kwietniowej stopie bezrobocia (pon) oraz szczegółowe dane o PKB za I kw. (pt), ale w obu przypadkach jest mało prawdopodobne, abyśmy zobaczyli reakcję złotego. Rozliczenia na koniec miesiąca mogą mieć większe znaczenie dla zmienności i jeśli sentyment rynkowy nie ulegnie istotnemu pogorszeniu, możemy zobaczyć umocnienie złotego po bezowocnych próbach jego osłabienia w połowie maja.
W Chinach PMI dla przemysłu i usług (pt) rzucą więcej światła na siłę odbicia aktywności biznesowej, gdyż kwietniowe dane nie potwierdziły kontynuacji odbicia ożywienia po marcu. Zaognienie sporu handlowego z USA zapewne zaszkodzi nowym zamówieniom i przyszłym oczekiwaniom firm. Ryzykiem jest, że wskaźnik dla przemysłu powróci pod 50 pkt., świadczą co kurczeniu się sektora, ale paradoksalnie rynek może to odczytać jako dobrą wiadomość implikującą reakcję władz w Pekinie.

Australia

W Australii czeka nas spokojny tydzień z drugorzędnymi danymi o pozwoleniach na budowę i planowanymi wydatkami inwestycyjnymi przedsiębiorstw (czw). Rynek nieruchomości pozostaje w trajektorii spadkowej, a dane o CAPEX będą ważnym barometrem nastrojów przedsiębiorstw. Dane nie pomogą wiele AUD, który pozostaje pod presją oczekiwań obniżki stóp procentowych na następnym posiedzeniu RBA.

Kanada

W Kanadzie posiedzenie banku centralnego (śr) oraz dane o PKB (pt) będą w centrum uwagi. Gospodarka Kanady nie jest niewrażliwa na wpływ czynników zewnętrznych, jednak imponująco silna postawa rynku pracy oferuje tarczę ochronną. Pierwszy kwartał powinien przynieść przyspieszenie wzrostu gospodarczego, po części przez niski punkt odniesienia w postaci słabego IV kw. ub.r. Bank Kanady ostatnim razem w kwietniu przeszedł do neutralnego nastawienia i na najbliższym posiedzeniu powinien utrzymać stanowisko wait-nad-see. Szczególnie, że w ostatnich miesiącach inflacja zakotwiczyła się blisko środka przedziału celu 1-3 proc. Rynek nie oczekuje niczego przełomowego po decyzji BoC i CAD powinien kontynuować ruch w trendzie bocznym.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Potrzebujemy coraz więcej cudzoziemców, ale nadal nie mamy strategii migracyjnej

Polscy przedsiębiorcy szukają teraz pracowników w Brazylii. Zatrudnianie cudzoziemców byłoby łatwiejsze, gdyby rząd przedstawił strategię migracyjną. Może skończyłaby się gra pozorów, że ograniczamy napływ cudzoziemców, gdy rekordowe jest ich zatrudnienie

W gospodarce mamy 400 tys. wolnych miejsc pracy. Napływ cudzoziemców z Ukrainy jest coraz mniejszy. Przedsiębiorcy szukają pracowników w coraz bardziej odległych krajach. Ostatnio nawet w Brazylii.

Jednak związane są z tym problemy natury prawnej. Uproszczonymi procedurami przy zatrudnianiu objęci są migranci z krajów b.ZSRR, bardziej odległych państw już to nie dotyczy.

– Brakuje rządowej strategii migracyjnej, pracodawcy nie wiedzą co rząd planuje, a przecież brak pracowników to największy problem polskich firm – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Kolejne animozje na linii USA-Chiny

Chiny zażądały zwrotu misiów panda wypożyczonych do amerykańskiego zoo. Chcą też blokować import metali ziem rzadkich. Wojna handlowa rozprzestrzenia się na różne obszary.

Pandy były wypożyczone ze względu na realizację programu ochrony tego gatunku zwierząt, a więc i tak wróciłyby do Chin.

– To jest tylko wymiana drobnych uszczypliwości, które zaostrzają konflikt – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Chiny chcą też ograniczyć dostęp amerykańskiego przemysłu do metali ziem rzadkich. Metale te stanowią siódmą część wszystkich pierwiastków występujących w naturze. Wbrew nazwie, nie wszystkie występują w przyrodzie rzadko, np. cer i itr są odpowiednio 25. i 30. najczęściej występującym pierwiastkiem, wielokrotnie przewyższając dostępność np. molibdenu. Jednak niektóre HREE, jak terb i tul, występują w skorupie w kilkukrotnie mniejszej ilości niż molibden.

– Nie są to więc metale tak niedostępne, że ograniczenie dostępu do nich będzie miało poważne konsekwencje dla światowej gospodarki, to znów jest wymiana wzajemnych uszczypliwości – wyjaśnia ekspert. – Ważniejsze będą skutki ograniczenia przez Google współpracy z Huawei, wszystkie te nowe zdarzenia ograniczają szanse na zakończenie wojen handlowych.

Przyszłość handlu należy do…

Rozwój nowych trendów przebiega zgodnie z funkcją wykładniczą. Na początku zmiany są niewielkie, dzieją się powoli i są niezauważane przez większość tych, których dotyczą. Przyspieszenie jest gwałtowne i wtedy na dołączenie do trendu i zmianę może być za późno. W taki właśnie sposób traciły na znaczeniu wielkie firmy: Nokia, która zignorowała rozwój smartfonów, Blackberry, Kodak, IBM – zmuszony do zmiany branży i wiele innych.

We always overestimate the change that will occur in the next two years and underestimate the change that will occur in the next ten. -Bill Gates

Funkcja retailu

Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, RTV EURO AGD
Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, RTV EURO AGD

Retail, co do zasady, pełni dwie funkcje: logistyczną i informacyjną. Jest platformą wymiany dóbr oraz platformą wymiany informacji – dostarcza konsumentom informacje o sprzedawanym produkcie, a producentom informacje o konsumencie. Obie te funkcje ulegają w ostatnich latach rewolucyjnym zmianom. Przyczyną jest gwałtowny rozwój technologii informatycznych oraz dynamiczne zmiany zachowań konsumenckich i sposobów absorbcji informacji. Z tego względu retail jest obecnie branżą, która najszybciej wykorzystuje nowe technologie i podlega bardzo dynamicznej transformacji. Jestem przekonany, że już w ciągu najbliższych 5 lat pracownicy retailu, a także działów handlowych i marketingu po stronie producenta, będą zmuszeni do głębokich zmian w zakresie organizacji i sposobów działania, bo tego będzie wymagał klient. W niektórych obszarach nowe trendy są już wyraźnie widoczne, a w niektórych kierunek zmian nie jest jeszcze finalnie sprecyzowany.

Big Data & AI

Obserwując wydarzenia branżowe, jak choćby NRF w Nowym Jorku, odnosi się wrażenie, że nie uczestniczy się w spotkaniach retailowych, ale w kongresach high-tech, oprogramowania czy konferencjach statystyczno-matematycznych. Tematyka takich wydarzeń została zdominowana przez kwestie związane z zarządzaniem dużymi bazami danych. Dyskutuje się o tym, jak te dane wykorzystać, żeby najefektywniej skomunikować się z klientem, jak najlepiej dopasować ofertę, jak zainspirować klienta i kreować nowe potrzeby, jakie nowe produkty przygotować. Big Data to modny temat, ale w retailu to już nie jest nowy trend tylko rzeczywistość. Dzisiaj do analizy danych wprowadza się coraz bardziej zaawansowane algorytmy oraz rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji. Dopiero fascynowaliśmy się możliwościami algorytmów, które znajdą korelacje między zjawiskami, które na pierwszy rzut oka nie są ze sobą powiązane, a już rzeczywistością stały się algorytmy, które same się uczą i poprawiają swoje formuły. Takie rozwiązania pracują w wielu aplikacjach, których używamy na co dzień, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Technologie związane z pozyskiwaniem i wykorzystaniem danych są w tej chwili głównym motorem zmian i nowych trendów w handlu. Bardzo wyraźnie widać to na styku online i offline.

Offline jak online

Online to prawdziwy raj dla marketera. Aktywność konsumenta w sklepie internetowym jest prosta do śledzenia i łatwo kwantyfikowalna, szybko można ją przełożyć na dane behawioralne i demograficzne, informacje o preferencjach czy przebiegu procesu decyzyjnego. A od tego już tylko krok do analiz predyktywnych, do określenia przyszłych potrzeb klienta i jego kolejnych aktywności w sieci – i finalnie precyzyjnego dopasowania oferty, zanim jeszcze klient uświadomi sobie swoje potrzeby zakupowe. Wszystko to jest możliwe dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji i machine learning, bo gigantyczne zbiory informacji wymagają przetworzenia i odfiltrowania właściwych danych i zależności między zjawiskami, które faktycznie mają wpływ na decyzje zakupowe.

Ale retailerzy są już krok dalej. Intensywnie rozwijają technologie pozwalające na uzyskanie podobnych informacji ze sklepu stacjonarnego. Szybko rozwijają się narzędzia pozwalające na mapowanie aktywności klienta, dzięki którym można zbudować bazę wiedzy o tym, jak porusza się po sklepie, które produkty go interesują, ile czasu i w jaki sposób je ogląda. Te dane są już dostępne nie tylko z poziomu sklepu, ale również na poziomie półki. Efektywne połączenie ich z danymi online’owymi pozwala na precyzyjne projektowanie doświadczenia klienta oraz skuteczne oferowanie interesujących go produktów.

Dzięki takim rozwiązaniom retailer pogłębia swoją wiedzę każdego dnia, z każdą transakcją. Doskonale wie, kim jest jego klient, jakie ma potrzeby i jakim językiem do niego mówić w określonych punktach kontaktu. Co więcej, jest w stanie podzielić się tymi informacjami, by producent zoptymalizował ofertę i dostosował ją do aktualnych potrzeb rynku. Dzięki analizie danych z ruchu online i offline można precyzyjnie planować dostawy i zatowarowanie, potrzebne zmiany w cenie i reakcje konsumenckie, a to pozwoli już na poziomie produkcji zareagować na sprzedaż bieżącą i predykcje popytu na dany produkt. Mając narzędzia, oprzyrządowanie i wiedzę pozwalającą precyzyjnie dotrzeć do klienta, retail stanie się niebawem nie tylko platformą wymiany dóbr, ale autentycznymi drzwiami do konsumenta.

Automatyzacja procesów sprzedaży

Dysponując taką ilością danych, planowanie popytu staje się coraz precyzyjniejsze. Zasadniczo zmienia to tradycyjne spojrzenie na sprzedaż i relację dostawca – retail. W najbliższym czasie zmieni się rola działów handlowych producenta i retailu. Już dzisiaj wielkość zamówień jest wynikiem planu wielkości odsprzedaży. W wielu firmach zamówienia generowane są automatycznie i stają się domeną z pogranicza handlu i logistyki. Nie ma miejsca na rozmowy handlowe sprzed kilku lat i umawianie transakcji na bazie negocjacji. Z excelem trudno się negocjuje. Klasyczny handlowiec musi ewoluować w stronę marketingowca, analityka i business planera z perfekcyjną znajomością onlinowych metod sprzedaży. Funkcjonujący dzisiaj podział sprzedaży i marketingu jest archaizmem. Online wymusza zarządzanie całym procesem, a nie dzielenie go na obszary. Szybkość działań na to nie pozwala.

W najbliższych latach zniknie z rynku wiele dzisiejszych funkcji handlowych i marketingowych. Zostaną one zastąpione przez nowe, wymagające innej, bardziej kompleksowej wiedzy, ze szczególnym uwzględnieniem metod ilościowych.

Digital natives

Zmiany w sposobach komunikacji z klientem wymuszone są zupełnie nowymi sposobami absorbcji informacji. Do niedawna wiedza o produkcie była elitarnym dobrem, którym doradca w sklepie dzielił się z klientami. Internet zrewolucjonizował dostęp do informacji i sposób ich pozyskiwania. Klienci są coraz bardziej świadomi, mają błyskawiczny dostęp nie tylko do danych, ale również opinii, analiz, wyników testów. Narzędzia cyfrowe przyczyniły się do demokratyzacji informacji, więc ekonomiczne pojęcie nierównowagi informacji i premia z niego płynąca zmalały do zera. Nowoczesny, wymagający klient nie przychodzi do sklepu tylko po poradę, częściej chce otrzymać potwierdzenie i sprawdzenie informacji, które zdobył w sieci. Wymaga więc kompetentnego sprzedawcy-specjalisty. Wspierają to także zmiany demograficzne. Pokolenie digital natives, dla którego świat online i offline przenikają się, oczekujące szybkiego zaspokojenia potrzeb i błyskawicznej odpowiedzi ze strony retailera korzysta głównie z narzędzi cyfrowych.

Logistyka i zwroty produktów

Zwroty to temat, który do niedawna nadmiernie nie pochłaniał uwagi retailu. Logistyka głównie koncentrowała się na części procesu od fabryki do konsumenta. Sprzedaż onlinowa wprowadziła jednak zmianę zachowań klienta. Możliwość zwrotu zagwarantowana prawnie oraz darmowe zwroty mocno promowane przez niektóre firmy, jako ich przewaga konkurencyjna i model biznesowy, spowodowały, że klienci zaczęli korzystać z tej opcji na masową skalę. Coraz częściej zamawiają kilka produktów, wybierają ten, który chcą kupić, a resztę zwracają. W nowoczesnym handlu, przy dużej skali działania, jest to bardzo poważne wyzwanie, którym trzeba umiejętnie zarządzać.

Liberalizacja podejścia do zwrotów, wymuszona częściowo presją ze strony konsumentów, spowodowała zasadnicze zmiany na rynku. Liczba zwrotów jest obecnie tak duża, że obsługa całego procesu stała się istotnym zagadnieniem logistyczno-operacyjnym. Magazyn, który służył wcześniej wyłącznie do wysyłki jest teraz także miejscem alokowania towarów od klientów. Część produktów niekoniecznie nadaje się do ponownego obiegu – samo uszkodzenie opakowania (szczególnie w branży elektroniki użytkowej) powoduje, że produkt definiowany jest już jako niepełnowartościowy. Cały proces wymaga zatem ewaluacji i kompletnej przebudowy, bo dwukierunkowy obieg produktów nie tylko generuje koszty, ale powoduje też zmiany operacyjne.

Sprzedaż multidyscyplinarna

W ciągu najbliższych 10 lat sprzedaż będzie zupełnie czymś innym niż jest dotychczas. Postęp automatyzacji spowoduje, że predykcja popytu poszczególnych produktów będzie bazowała na estymacjach i analizach tworzonych przez sztuczną inteligencję. Przewidywania dotyczące trendów konsumenckich i rozwoju rynku będą wynikały z analiz ogromnych baz danych. Działania marketingowe będą precyzyjne, łatwo mierzalne i skuteczne. Zarządzanie całym procesem będzie oparte o wskaźniki, statystykę i korelacje. Już dzisiaj handel detaliczny to jedna z najciekawszych, najbardziej dynamicznych i innowacyjnych branż. Sprzedaż staje się dziedziną multidyscyplinarną, łączącą marketing, logistykę, zarządzanie danymi, statystykę i zaawansowane umiejętności analityczne. Tylko dzięki tak wysokim kompetencjom handlowcy będą mogli efektywnie wykorzystać wiedzę i dane dotyczące klienta, a jednocześnie skutecznie współpracować w relacji producent – retail. Retail już te dane ma, więc drzwi do klienta są uchylone.

Nowela ustawy o KZN – długo oczekiwana, pytanie na ile skuteczna?

Proces legislacyjny nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości dobiega końca. Bez wątpienia jest to akt prawny o fundamentalnym znaczeniu nie tylko dla realizacji i powodzenia sztandarowego rządowego programu Mieszkanie Plus (M+), ale całej krajowej mieszkaniówki. Jakie zmiany wprowadzi i czy okażą się one przysłowiowym strzałem w dziesiątkę?

Odpłatne przekazywanie gruntów szansą na sukces?

Pierwotna odsłona ustawy o KZN z września 2017 roku okazała się niestety klasycznym niewypałem legislacyjnym o nietrafionych założeniach i wyjątkowo słabej efektywności. W rezultacie praktycznie wszystkie jej najważniejsze cele, czyli pozyskanie gruntów pod program M+, włączenie do niego branży deweloperskiej, czy wreszcie idea czynszów normowanych, okazały się chybione. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl co prawda do Zasobu zgłoszono aż pół miliona działek, ale w końcowym efekcie dało się z tego zbioru wyselekcjonować zaledwie 500 parceli mniej lub bardziej nadających się pod budownictwo mieszkaniowe.

Przygotowywana od zeszłego roku i uchwalona ostatnio przez Sejm nowelizacja ma więc za zadanie wyeliminować nieefektywne założenia obowiązujących przepisów. W pierwszym rzędzie zrezygnowano z czynszów normowanych, jako bodaj najbardziej nieprzemyślanego ich zapisu. Oznacza to, że czynsze w lokalach M+ jeśli nawet nie będą stuprocentowo rynkowe, to na pewno do rynkowych bardzo zbliżone. Natomiast dostępność mieszkań w ramach programu będzie wspierana dopłatami do czynszów, które przynajmniej teoretycznie funkcjonują już od początku br.

Z kolei wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl szansą na sukces budowy banku ziemi KZN ma być odpłatne przekazywanie do Zasobu nieruchomości na podstawie wcześniej udostępnionych wykazów przez jednoosobowe spółki Skarbu Państwa oraz Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa i Agencję Mienia Wojskowego w zamian za udział w dochodach ze zbycia nieruchomości. Nowela zakłada m.in., że agencje państwowe czy spółki, które będą przekazywały do KZN ziemię, otrzymają za nią 90 proc. ceny rynkowej, natomiast 10 proc. jej wartości trafi do KZN. To właśnie zachęta materialna zabezpieczająca interesy majątkowe państwowych agend, której wprowadzenia nie przewidziała pierwotna wersja ustawy, ma być gwarantem skuteczności pozyskania zakładanego wolumenu gruntów pod w sumie 100 tys. lokali na planowanych osiedlach M+.

Poza tym nowela umożliwia tworzenie spółek celowych KZN  z udziałem innych podmiotów niż jednostki samorządu terytorialnego i ich związki, a więc m.in. ze spółkami Skarbu Państwa i funduszami inwestycyjnymi.

Specustawa do poprawki

Nowelizacja ustawy o KZN dokonuje również oczekiwanych i koniecznych korekt w innych aktach prawnych. Bardzo ważnym tego typu posunięciem wydaje się zmiana artykułu 18. ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących czyli tzw. specustawy mieszkaniowej.

Wyeliminowane zostaną wymogi dotyczące dostępu do placówek edukacyjnych. Znikną zapisy o warunku odległości inwestycji od szkół podstawowych i przedszkoli, a także zapewnieniu w tych placówkach odpowiednich ilości miejsc dla dzieci z planowanej inwestycji. Co jednak najważniejsze, inwestorowi odpadnie obowiązek uzyskania zaświadczenia wójta, burmistrza lub prezydenta miasta o spełnieniu wszystkich tych warunków, co – jak się okazało w praktyce – graniczyło z cudem. W ten sposób zniknie główny „hamulcowy” zapis specustawy mieszkaniowej, zdecydowanie utrudniający dotychczas realizację jej rynkowej misji. Z kolei władzom miejscowym zostanie w ten sposób wytrącony z rąk jedyny skuteczny oręż służący zwalczaniu „lex deweloper”.

Limity dopłat mocno w górę

Jak wskazują eksperci portalu RynekPierwotny.pl nowela ustawy o KZN wprowadza też bardzo istotne zmiany w ustawie o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania, czyli w tzw. ustawie o dopłatach do czynszów regulującej program Mieszkanie na Start. W efekcie po wejściu w życie nowych przepisów znacznie poszerzy się krąg potencjalnych beneficjentów programu. W jaki sposób?

Zgodnie z nowelizacją ustawy o KZN jednoosobowemu gospodarstwu domowemu będzie przysługiwała dopłata jeżeli jego średni miesięczny dochód nie przekroczy przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej publikowanego przez GUS. Dla porównania aktualnie limit ten wynosi 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Za każdą kolejną osobę w gospodarstwie domowym limit ten zwiększany będzie o 40 p.p., a nie jak obecnie o 30 p.p. Oznacza to, że w przypadku dwuosobowego gospodarstwa limit wynosi 140 proc. przeciętnego wynagrodzenia wg GUS, a w przypadku trzyosobowego aż 180 proc. W praktyce dochód netto singla uprawnionego do dopłat w ramach Mieszkania na Start wzrośnie z bardzo skromnych 2230 zł do prawie 3700 zł, natomiast dla najbardziej reprezentatywnej 3-osobowej rodziny z 4400 zł do 6570 zł.

Tego typu posunięcie należy ocenić jednoznacznie pozytywnie. Analitycy portalu RynekPierwotny.pl już dawno sygnalizowali, że limity w programie dopłat do czynszów są zdecydowanie zaniżone, zwłaszcza w odniesieniu do największych aglomeracji z Warszawą na czele. Innymi słowy, przy pierwotnych limitach beneficjentom programu po zainkasowaniu dopłaty i poniesieniu kosztów rynkowego czynszu najmu, mediów oraz pozostałych stałych opłat pozostały na życie miesięczny budżet nie gwarantowałby nawet minimum socjalnego. Teraz sytuacja ta zmieni się o 180 stopni.

Osobną kwestią jest dostępność mieszkań kwalifikujących się do programu dopłat. W tej chwili ich wolumen można liczyć zaledwie w setkach jednostek w skali całego kraju. Jeśli do programu Mieszkanie Plus nie dołączą już niebawem na odpowiednią skalę prywatni inwestorzy i deweloperzy, o wietrze w żaglach programu Mieszkanie na Start jeszcze bardzo długo nie da się nawet pomarzyć.

W sumie założenia poprawionej ustawy o KZN wydają się być z pewnością dalece bardziej realne i perspektywiczne od tych zawartych w wersji pierwotnej. Choć w dalszym ciągu nie gwarantują na 100 procent zakładanego, pełnego sukcesu w efektywnym pozyskiwaniu gruntów pod M+ i oczekiwanego przyśpieszenia jego realizacji, to na pewno są niezbędnym i pożądanym krokiem w jak najbardziej właściwym kierunku. Niestety, bardzo trudno na dziś dzień przewidzieć na ile skutecznym.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

RODO: minął rok, wątpliwości te same

  • Mimo że RODO obowiązuje już rok, przedsiębiorcy wciąż nie potrafią prawidłowo określić swojej roli w procesie przetwarzania danych.
  • Dla sektora MSP dostosowanie technologiczne do przepisów nadal pozostaje wyzwaniem.

Choć mija już rok od wejścia w życie unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), to polskiemu biznesowi nadal nie udało się w pełni dostosować do wynikających z niego obowiązków. Wydawać by się mogło, że widmo wysokich kar skutecznie skłoni przedsiębiorców do podjęcia stosownych działań, jednak po etapie początkowego zamieszania działania podejmowane przez przedstawicieli biznesu wyhamowały. Sytuacji znacząco nie zmienił także fakt nałożenia pierwszych kar. W marcu tego roku UODO nałożyło milionową karę na firmę Bisnode za brak wypełnienia obowiązku informacyjnego. Z kolei niedawno jeden ze związków piłkarskich został wezwany do zapłaty prawie 56 tys. złotych za nieskuteczne usunięcie upublicznionych danych. Niewykluczone, że niedługo pojawią się kolejne, gdyż do urzędu wpłynęło już ponad 5 tys. skarg i zawiadomień.

Część wątpliwości polskich przedsiębiorców odnośnie RODO wynika z samej konstrukcji przepisów. Rozporządzenie wyznacza pewne ramy i standardy, a nie wskazuje konkretne rozwiązania, do czego przyzwyczaił firmy dotychczasowy polski porządek prawny. W związku z tym powstało wiele wątpliwości, a podejmowane przez niektórych czynności czasami są nieadekwatne do prowadzonych działań. Problem ten dotyka w szczególności przedstawicieli sektora MSP, którzy często nie mają tak rozbudowanego zaplecza technologicznego oraz doradztwa prawnego, jak duże firmy i korporacje – wskazuje radca prawny dr hab. Katarzyna Malinowska współpracująca ze Stowarzyszeniem Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Najważniejsze problemy polskich przedsiębiorców

Wśród najczęściej spotykanych wątpliwości i problemów, z jakimi do dziś mierzą się polscy przedsiębiorcy, należy prawidłowe określenie ich roli w procesie przetwarzania danych osobowych oraz zapewnienie odpowiedniej infrastruktury i ochrony technologicznej do ich przechowywania. Należy pamiętać, że RODO wprowadza dwa typy uczestników tzw. łańcucha przetwarzania danych osobowych – administratora oraz procesora danych. W świetle przepisów o celu i sposobie przetwarzania danych decyduje administrator, a procesor wykorzystuje je w zakresie wskazanym mu przez administratora. Mimo roku obowiązywania nowych przepisów nadal dochodzi na tym polu do sporów pomiędzy firmami. Powszechną praktyką było masowe podpisywanie umów powierzenia danych ze wszystkimi partnerami biznesowymi, niezależnie od tego, czy faktycznie przetwarzają one gromadzone przez administratora dane, czy nie i w jakiej występują roli. Dochodziło zatem do podpisywania umów, które nie były zgodne ze stanem faktycznym.

Zjawisko to jest o tyle niebezpieczne, że odpowiedzialność za ewentualne naruszenie danych osobowych ponosi zasadniczo administrator, choć w pewnych wypadkach będzie ona spoczywała także na procesorze. Co więcej, nieprawidłowe określenie roli poszczególnych firm w procesie przetwarzania danych może doprowadzić też do niedopełnienia obowiązków informacyjnych wobec UODO i klientów, co jest szczególnie istotne w sytuacji naruszenia ochrony takich danych. Zbyt późna reakcja na atak może też doprowadzić do zwiększenia jego skali, np. w postaci szerszego rozpowszechnienia złośliwego oprogramowania. Skutkiem tego mogą być dodatkowe kary. W związku z tym, niezależnie od roli, jaką firma pełni w procesie przetwarzania danych, konieczne jest rozważenie metod zarządzenia ryzykiem odpowiedzialności zarówno cywilnej, jak i administracyjnej. Pewną odpowiedzią na zapotrzebowanie w tym zakresie są oferowane na rynku ubezpieczenia od zagrożeń cybernetycznych. Należy jednak podkreślić, że nie mogą one wyeliminować potrzeby dołożenia należytych starań w procesie zarządzania przedsiębiorstwem  – dodaje Katarzyna Malinowska.

Drugim problemem, który dotyka firmy z sektora MSP w związku z RODO, jest zapewnienie odpowiednich środków technologicznych do bezpiecznego przechowywania danych. Większość małych, a także średnich firm zazwyczaj nie stosuje zaawansowanych systemów informatycznych ani procedur bezpieczeństwa. W związku z tym nie dość, że są bardziej narażeni na atak, to również wzrasta ryzyko nieumyślnego upublicznienia danych. W takiej sytuacji pomocna może okazać się współpraca z profesjonalnym pośrednikiem ubezpieczeniowym. Broker nie tylko pomoże dobrać odpowiednią ochronę ubezpieczeniową, lecz także jest w stanie uświadomić całe spektrum ryzyk, także nieubezpieczalnych i wskazać konieczne do podjęcia środki służące minimalizacji cyber ryzyka w przedsiębiorstwie.

Jaką ochronę zapewnia cyberpolisa?

Standardowe polisy od zagrożeń cybernetycznych przewidują nie tylko wypłatę środków na pokrycie kosztów związanych z likwidacją zagrożenia oraz naprawą ich skutków, ale również na przeprowadzenie akcji informacyjnej wśród osób, których dane mogły wyciec. Co więcej, zakładają przekazanie przedsiębiorcy środków koniecznych do wypłaty ewentualnych zadośćuczynień. Ubezpieczenie może również uwzględniać pokrycie kosztów postępowań sądowych, a w szczególnych wypadkach również kar administracyjnych.

Niestety istnieje szereg sytuacji, w których towarzystwo ubezpieczeń może odmówić pomocy w ramach polisy. Najczęściej dochodzi do tego w przypadku, gdy firma nie posiada zabezpieczenia antywirusowego, bądź korzysta z nielegalnego oprogramowania. Wyłączone spod ochrony są też zdarzenia, których przyczyną jest zgubienie lub kradzież sprzętu, za którego pośrednictwem dojdzie do ataku – zauważa Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Ceny cyberpolis wynoszą obecnie od 0,5% do 2% sumy gwarancyjnej, w zależności od zakresu polisy oraz posiadanych przez firmę zabezpieczeń, stosowanych procedur bezpieczeństwa oraz poziomu udziału własnego w szkodzie.

Źródło: Stowarzyszenie Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych

Wielofunkcyjne kompleksy podbijają rynek różnorodnością usług

Firmy poszukujące biur stawiają dziś przede wszystkim na powierzchnie w obiektach oferujących różnego rodzaju funkcje, projektowanych zgodnie z koncepcją work-life balance      

Bartłomiej Zagrodnik - Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz

Nowe kompleksy aranżowane są teraz głównie z myślą o wygodzie użytkowników. Komfort najemców to podstawowy wyznacznik w procesie przygotowywania inwestycji komercyjnych. – Rynek należy dziś do projektów oferujących różnorodne funkcje, z dobrze zaplanowanymi częściami wspólnymi, wykorzystujących nie tylko najnowsze rozwiązania technologiczne, ale również potencjał przestrzeni publicznych – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Wśród nowych przedsięwzięć wiele jest dużych, złożonych inwestycji, w których teren wokół budynków zagospodarowywany jest w taki sposób, by obiekt był jak najbardziej atrakcyjny dla pracowników biur i okolicznych mieszkańców.

– Biurowiec to już nie tylko miejsce do pracy, ale także relaksu i spędzania wolnego czasu. Wielofunkcyjny charakter powstających obiektów jest bez wątpienia znacznie atrakcyjniejszy dla najemców niż projekty stricte biurowe. Im więcej funkcji i praktycznych udogodnień znajdujących się w obrębie i w pobliżu nieruchomości, tym lokalizacja jest ciekawsza dla firm poszukujących biur – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Na początku była Warsaw Spire

Prekursorem wdrażania zasad zrównoważonego rozwoju przy realizacji projektów jest firma Ghelamco, której flagowa inwestycja Warsaw Spire stała się jednym z najbardziej znanych obiektów w Warszawie. Centralnym punktem projektu usytuowanego w pobliżu Ronda Daszyńskiego jest Plac Europejski, wysokiej jakości otwarta przestrzeń publiczna z restauracjami, kawiarniami i galerią sztuki na świeżym powietrzu.

O zapotrzebowaniu na kompleksy typu mixed-use i ich przewadze konkurencyjnej na rynku świadczyć może choćby sukces stołecznego Konesera, czy Browarów Warszawskich. Ale także spadek zainteresowania mono-biurowym Służewcem Przemysłowym, który zmierza teraz w stronę poszerzenia gamy usług i funkcji, by na powrót zainteresować najemców swoją ofertą biurową. Podobny trend możemy obserwować również na rynku mieszkaniowym, na którym najwyżej punktowane przez najemców są nieruchomości oferujące rozwiązania co-livingowe, w tym wielofunkcyjne przestrzenie wspólne.

Biurowce i browar

W zagospodarowywaniu rozległych terenów położonych w centrach miast i tworzeniu zintegrowanej tkanki miejskiej specjalizuje się Echo Investment, realizujące multifunkcyjne Browary Warszawskie. Około 50 proc. powierzchni, która powstanie w tej inwestycji będą stanowiły biura. W kompleksie znajdą się cztery biurowce, pięć budynków mieszkalnych, ponad 8 tys. mkw. powierzchni przeznaczonej na usługi, handel i gastronomię, a także przestrzenie publiczne z miejskimi skwerami, kameralnymi uliczkami i zielenią. Ukończony pod koniec ubiegłego roku pierwszy biurowiec w tej inwestycji – Biura przy Bramie został już przez dewelopera sprzedany.

Teraz w kwartale ulic Grzybowska, Krochmalna, Wronia i Chłodna prowadzone są prace przy realizacji kolejnych budynków biurowych. Biura przy Willi i Biura przy Warzelni położone będą w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowej Warzelni, w której znajdzie się restauracja i zostanie uruchomiony browar. Architektura Biur przy Warzelni pozwali też na bezpośrednie przejście do XIX-wiecznych Piwnic Czasu, gdzie mieścić się będzie klimatyczny kompleks gastronomiczny z kilkunastoma restauracjami, kawiarniami i pubami. Będzie tam można też skorzystać z zacisza Ogrodu Centralnego, a jedno z przejść połączy Rynek Warzelni z Placem Dolnym.

Miejsca do pracy i życia

Inwestor przygotowuje w Warszawie także budowę wielofunkcyjnej inwestycji Towarowa 22, a w Łodzi planuje zagospodarowanie prawie 8-hektarowego terenu dawnej fabryki Karola Scheiblera, gdzie ma powstać 90 tys. mkw. powierzchni mieszkaniowej, biurowej i usługowej, a także lokale gastronomiczne, handlowe oraz obiekty kulturalne. Na łódzką inwestycję przy ulicy Tymienieckiego złoży się 20 budynków, a w jej sercu zajdzie się zabytkowa elektrociepłownia. Kompleks wypełnią mieszkania, biura, sklepy, lokale gastronomiczne i obiekty kulturalne. Powstaną też place miejskie, przestrzenie wspólne i tereny zielone o łącznej powierzchni 40 tys. mkw. Będą miejsca parkingowe dla car sharingu, ścieżki rowerowe i stacje serwisowe dla rowerów. Obiekt stanie się miejscem pracy i życia dla około 6 tys. osób.

Przygotowywana Towarowa 22 będzie również inwestycją miastotwórczą. Deweloper podkreśla, że będzie to projekt komercyjny skoncentrowany na człowieku, bo w biurowej okolicy ludzie potrzebują miejsca do spędzania ze sobą czasu. Na obszarze 6,5 ha w centrum Warszawy powstanie 230 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni użytkowej. W środkowej części kompleksu położony będzie plac Kazimierza Wielkiego z odnowionym pawilonem Domu Słowa Polskiego i przykrytą szklanym dachem, odtworzoną ulicą Wronią. W inwestycji zaplanowano 25 proc. zabudowy dla handlu i tyle samo powierzchni biurowej, a także hotel, mieszkania, teatr, kino festiwalowe oraz dwuhektarowy zielony plac. Koncept handlowy, obliczony na 70 tys. mkw. powierzchni stworzony zostanie w zupełnie nowej formule niż tradycyjne galerie. Centralnym elementem będzie tu ulica handlowa wypełniona butikami, restauracjami i usługami.

Biura, usługi, handel, rozrywka i kultura

W założenia zrównoważonego rozwoju wpisuje się też inwestycja oparta na rewitalizacji zabudowań dawnej fabryki Norblina, której realizacja ruszyła w ubiegłym roku. Projekt, który Grupa Capital Park realizuje na ponad 2 hektarowym terenie pomiędzy ulicami Prostą, Łucką i Żelazną przyniesie Warszawie ponad 64 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni użytkowej, w tym 39 tys. mkw. powierzchni biurowej, zaaranżowanej w postindustrialnym, loftowym klimacie i 24 tys. mkw. powierzchni poświęconej funkcji rozrywkowo-usługowo-handlowo-kulturalnej. Miejsce to będzie otwartą mini-dzielnicą z kilkunastoma budynkami usytuowanymi pośród wewnętrznych uliczek.

Zgodnie z trendem związanym ze spędzaniem czasu w duchu slow life zaaranżowany został też projekt Elektrowni Powiśle. Inwestycja wkrótce zostanie oddana. Trzy biurowce, oferujące blisko 22 tys. mkw. powierzchni, które w niej powstały są już niemal całkowicie wynajęte. Na terenie inwestycji położonej na warszawskim Powiślu znajdują się także luksusowe apartamenty na wynajem oraz butikowy hotel. Ofertę uzupełnią ekskluzywne butiki i strefa gastronomiczna, która łączyć będzie otwartą przestrzeń z jedzeniem i tradycyjne restauracje. Znajdzie się w niej kilkadziesiąt różnorodnych konceptów kulinarnych. Beauty Hall na powierzchni 1500 mkw. skupi zaś kompleksowe usługi beauty i wellness.

Różnorodnością funkcji cieszyć się będą również użytkownicy inwestycji Varso Place usytuowanej w pobliżu warszawskiego Dworca Centralnego. W skład projektu HB Reavis wejdzie biurowa wieża Varso Tower, a także Varso 1 i Varso 2, w których działać będzie m.in. pierwszy w Polsce designerski hotel NYX, należący do sieci Leonardo Hotels. Inwestycja przyniesie łącznie 144 tys. mkw. powierzchni do wynajęcia. Poza nowoczesną powierzchnią biurową znajdą się tu także ogólnodostępne pasaże ze sklepami, restauracjami, kawiarniami i lokalami usługowymi. 53-piętrowy wysokościowiec już za dwa lata przyniesie miastu wyjątkową atrakcję. Mieścił będzie panoramiczną restaurację i bar oraz publiczny taras widokowy, położony na wysokości 230 metrów.

Tarasy widokowe i schody hiszpańskie

O miejsca, których funkcją będzie integrowanie zarówno mieszkańców, turystów, jak i miłośników prestiżowych wydarzeń i środowisk biznesowych wzbogaci się też niebawem Olivia Star, najwyższy budynek w Polsce Północnej, będący częścią kompleksu Olivia Business Centre. Na wysokości 150 metrów w budynku powstanie taras zapewniający widok na Zatokę Gdańską, Gdynię, Gdańsk i Sopot oraz Trójmiejski Park Krajobrazowy. Poza punktem widokowym, nowa przestrzeń zapewni atrakcyjną ofertę kulinarną. Na 33. piętrze otwarta zostanie restauracja, którą poprowadzi jeden z najbardziej utytułowanych szefów kuchni na świecie. Na najwyższych piętrach zaaranżowana zostanie także przestrzeń o charakterze centrum konferencyjnego. Przewidziana jest tam również kameralna powierzchnia wystawiennicza, w której odbywać będą się różnego rodzaju spotkania.

Funkcję miejsca spotkań pełnić będą również potężne „schody hiszpańskie”, zaprojektowane na wzór rzymskich, które znajdą się w lobby warszawskiego biurowca Skyliner firmy Karimpol. Przeszklony hall wejściowy 195 metrowego wysokościowca powstającego przy rondzie Daszyńskiego otoczony zostanie kolumnadą 16 metrowych słupów. Okazałe schody, które będą w nim ulokowane połączą wnętrze hallu z zewnętrznym pasażem publicznym. Lobby w zależności od potrzeby stanie się miejscem spektakularnego pokazu mody, widownią wydarzenia teatralnego, pokazu kinowego, czy galerią dzieł sztuki. Projekt tej inwestycji także zapewnia cały szereg ogólnodostępnych usług. Na 30 poziomach w budynku mieścić się będą biura, a 4 przeznaczone będą na cele handlowo-usługowe. Na ponad 3 tys. mkw. powierzchni znajdą się sklepy, restauracje, kawiarnie, czy fitness. Wieża zaoferuje również dwupoziomowy Skybar z widokiem na panoramę miasta, położony na wysokości 165 metrów.

Smartfony i sztuczna inteligencja

Same budynki biurowe też są dziś interaktywne. Oferują użyteczne udogodnienia, a planowane powierzchnie wspólne i lokowane w nich strefy coworkingowe ułatwiają nawiązywanie relacji i wymianę myśli, sprzyjających rozwojowi biznesu. Korzystanie z sal konferencyjnych, parkingu, lobby recepcyjnego do rejestracji gości, czy urządzeń biurowych możliwe jest już przy użyciu aplikacji obsługiwanych za pomocą smartfonów.

Funkcjonalność budynków dzięki najnowszym technologiom jest wciąż polepszana. Niedawno Microsoft i spółka biurowa Skanska podpisały porozumienie o strategicznej współpracy w obszarze PropTech. Zakłada ona wymianę wiedzy i wykorzystanie rozwiązań z zakresu zaawansowanej analityki danych, mechanizmów AI i chmury obliczeniowej do tworzenia przełomowych innowacji dla branży nieruchomości biurowych. W efekcie pozwoli to uzyskać pogłębione wnioski z użytkowania budynków. Dane zbierane z setek czujników i systemów budynkowych pozwolą na analizowanie wielu parametrów, w tym sposobu wykorzystania części wspólnych i powierzchni do pracy, by zrozumieć potrzeby najemców i możliwie najbardziej efektywne wykorzystać przestrzeń. Dzięki czemu możliwe będzie dostosowywanie powierzchni do wymagań użytkowników, na przykład poprzez jej rearanżację czy zmianę funkcji użytkowych. Co ostatecznie doprowadzi do tego, że inteligentne budynki same będą tworzyć i dostosowywać swoje przestrzenie do preferencji najemców.

Cięższe czasy dla kredytobiorców walutowych?

Frank po raz kolejny zbliża się do wartości 3,85 złotego. Są to ważne poziomy, gdyż właśnie od nich w ciągu ostatniego roku już dwukrotnie odbijał się kurs. Zatem im bardziej będziemy się do nich zbliżać, tym większy niepokój może się pojawiać w sercach kredytobiorców.

Frank najdroższy od końca marca

Kredytobiorcy frankowi znowu z niepokojem patrzą na kursy walut. Powodem jest ruch wzrostowy szwajcarskiej waluty. Od początku maja podrożała już prawie 10 groszy, niemal osiągając poziom górki z przełomu marca i kwietnia. W ciągu ostatniego roku tak wysoko helwecka waluta była tylko kilkukrotnie i to podczas pojedynczych wybić w górę. Co powoduje, że akurat frank drożeje? Biorąc pod uwagę, że rośnie względem większości głównych walut, a nie jedynie złotego, to powodów należy szukać raczej w Szwajcarii, a nie w Polsce. CHF uchodzi za bezpieczne miejsce do trzymania środków w trudnych czasach, podobnie jak złoto. Wojna handlowa i sytuacja gospodarcza Europy, w tym szczególnie Niemiec, sugerują, że ciężki okres może być przed nami. Potwierdzeniem niekorzystnej sytuacji gospodarczej i słabszych perspektyw mogą być indeksy koniunktury – wczorajszy indeks PMI pokazał wskazania recesyjne i był gorszy od oczekiwań. Wpływ wspomnianej wcześniej tendencji widać dobrze po relacji euro do franka. Rok temu za euro płacono 1,16 franka, dzisiaj już tylko 1,12. Proporcjonalnie taka zmiana powoduje, że przy tym samym kursie euro do złotego, frank powinien podrożeć o około 13-14 groszy. Dlaczego to tak ważne? Jeżeli euro wróci w okolice 4,40 zł, gdzie było przez chwilę rok temu, to CHF dotrze się niemal o 4 złote.

Karuzela cen ropy

Słabe indeksy koniunktury oraz kontynuowana wojna handlowa powodują, że coraz więcej analiz wskazuje, iż popyt na ropę nie będzie tak duży, jak wcześniej sądzono. W rezultacie utrzymanie ograniczeń produkcji przez OPEC wcale nie musi powodować braku surowca na rynkach. Z tego powodu ropa brent, notowana na giełdzie w Londynie, w ciągu tygodnia zanurkowała z poziomu 73 dolarów za baryłkę do 68. Tylko wczoraj w szczytowym momencie czarne złoto traciło na wartości 4 USD na baryłce. Później przyszła korekta, która zmniejszyła skalę spadków. Wpływ tych ruchów widać również na rynkach walutowych. Rubel jako typowa waluta powiązana z surowcami poszedł w dół około 1%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Art Games Studio na NewConnect

Za nami kolejny udany debiut spółki gamingowej na parkiecie NewConnect. Pierwsze transakcje na akcjach zawarto po kursie 3 zł – o 50 procent wyższym niż kurs odniesienia. To 7 debiut w tym roku, a Art Games Studio stał się 386. spółką notowaną na NewConnect.

Art Games Studio to spółka z branży gier wideo, która skupia się na produkcji i dystrybucji nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone, niewielkie zespoły deweloperskie. Ostatnio firma zacieśniła współpracę z głównym akcjonariuszem Gaming Factory poprzez podpisanie ramowej umowy o współpracy. W jej akcjonariacie pojawiło się też dwóch nowych inwestorów instytucjonalnych.

Debiuty spółek gamingowych przyzwyczajają do tego, że są przyjmowane na parkiecie z entuzjazmem. Tym razem jest podobnie.

Art Games Studio S.A. została założona w lipcu 2017 r. W planach Spółki znajduje się znaczące zwiększenie skali działalności, rozwój zespołu i poszerzenie portfolia wydawniczego o kilka nowych tytułów, których wydawcą jest notowane na NewConnect Ultimate Games. To pierwsza spółka z Grupy Gaming Factory, skupiającej się na inwestowaniu w polską branżę gier komputerowych, która zadebiutowała na giełdzie.

Polacy umieją godzić kościół i zakupy w niedzielę – raport

Co zakupy oznaczają dla ludzi, którzy deklarują, że są wierzący i praktykujący? Jakie postawy wobec zakazu handlu prezentują? Takie i inne pytania postawiły sobie domy badawcze, sprawdzając rozpowszechniony pogląd, iż niedzielne zakupy przeszkadzają w kultywowaniu praktyk religijnych i spędzaniu czasu z rodziną. Wyniki badań nie potwierdzają tej tezy – Polacy podchodzą do kwestii wiary elastycznie, łącząc realizację obowiązku niedzielnego z zakupami w gronie najbliższych.

Ustawa o zakazie handlu w niedzielę, która stopniowo ogranicza ilość dni w roku, kiedy możemy zrobić zakupy, miała na celu wyznaczyć Polakom dzień na spędzanie czasu z rodziną – jednak nie spotkała się z jednoznacznym poparciem społeczeństwa. Dowodzą tego również wyniki najnowszych badań, przeprowadzonych przez dwie agencje badawcze – Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research i Danae. Przeprowadzona diagnoza społeczna wykazuje, że zakaz handlu w niedziele jest dla wielu anachronizmem w stosunku do zmian w stylu życia, elastycznych form pracy, czy własnych działalności gospodarczych – zarówno dla osób wierzących, jak i dystansujących się od nauk kościoła.

 „Przykazanie przykazaniem, a życie życiem”

Według badań SW Research, ponad połowa ankietowanych (52%) robiła zakupy w przynajmniej kilka niedziel miesięcznie przed wprowadzeniem ustawy o ograniczeniu handlu. Co piątemu respondentowi zdarzało się to około raz na 4-5 tygodni. Jedynie 6% deklaruje, że nigdy nie korzystało z niedziel handlowych. Najwięcej ankietowanych robiło zakupy kilka razy w miesiącu. Co istotne, nie ma pod tym względem różnicy między osobami wierzącymi i niewierzącymi.

infografikaW wywiadach swobodnych prowadzonych przez Danae badani prezentowali kilka sposobów uzasadniania swojego stosunku do robienia zakupów w niedzielę, czyli „dzień święty”. Wśród najczęściej występujących opinii można wyróżnić 4 segmenty osób:

  • Zdystansowani wobec religii. Niektóre osoby deklarują znaczne oddalenie wobec spraw wiary, inni z kolei określają się jako osoby wierzące, ale na swój własny, prywatny sposób. Osoby te mają przekonanie, że przykazania religijne ich nie dotyczą i nie zamierzają się do nich stosować.
  • Zdystansowani wobec kościoła. Osoby te uważają siebie za wierzące, jednak praktykują nieregularnie lub wcale. Twierdzą, że kościół w Polsce utracił moralne prawo do wydawania zaleceń wiernym odnośnie właściwego postępowania. Część osób z obu powyższych grup wyraża wręcz złość, że duchowni starają się narzucić swoją wizję sposobu spędzania wolnego czasu.
  • Umiarkowani. Osoby z tej grupy określają siebie jako wierzące, praktykują raczej niezbyt regularnie. Chętnie poznają nowe miejsca czy uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych. W codziennym życiu są pragmatyczni – jeżeli niedziela jest dla nich wygodnym dniem na zrobienie zakupów, chętnie z tego korzystają, łącząc zakupy np. ze spacerem czy rodzinną wycieczką do kina. Uważają, że robienie zakupów w niedzielę nie stoi w sprzeczności z przykazaniem, gdyż zakupy to nie praca, a jeden ze sposobów na wspólne spędzenie czasu przez rodzinę i wzmacnianie więzi z bliskimi.
  • Tradycjonaliści. Osoby z tej grupy regularnie praktykują. Badani raczej unikają robienia zakupów w niedzielę i oceniają je jako niewłaściwy sposób spędzania czasu, ponieważ powinno się pielęgnować bycie razem z rodziną. Równocześnie niektóre z tych osób przyznawały, że w czasach, gdy wszystkie niedziele były handlowe, zdarzało im się robić zakupy w ten dzień, zaniedbując nawet praktyki religijne.

Praca w niedzielę? Czasem trzeba

Pani Milena, właścicielka stoiska w galerii handlowej została zapytana, czy nie ma sprzeczności z trzecim przykazaniem, jeśli rano miałaby iść na mszę, a po południu na zakupy – Niby jest, ale wiadomo, że każdy grzeszy każdego dnia. Gdybyśmy mieli nic nie robić, to bylibyśmy biedni. – odpowiada. A później dodaje – To jest wolna wola każdej osoby. Teraz wiemy, co się dzieje w tych kościołach. Ja się modlę kiedy chcę, idę do kościoła kiedy chcę, niekoniecznie na mszę, wolę iść do kościoła jak jest już pusto, modlić się można wszędzie. Teraz jest rewia mody. Msze są o różnych porach i jak ktoś ma ochotę, to sobie na nią idzie.

Pani Aneta, kosmetyczka ze Skarżyska Kamiennego o swoim nastawieniu do kościoła i pracy
w niedzielę mówi – Moi rodzice byli bardzo wierzący, ja też jestem wierząca, ale mniej praktykująca ze względu na to, co się dzieje na świecie, ale co do moich rodziców, to oni zawsze w niedzielę pracowali, bo było zbieranie zboża czy kukurydzy. Rolnik czasami nie ma wyjścia i idzie w niedzielę w pole, jak wie, że w poniedziałek ma padać deszcz. – kwituje. Zapytana, czy myśli, że w niedziele niehandlowe ludzie częściej chodzą do kościoła, stanowczo zaprzecza – jak trwoga, to do Boga i zawsze tak było. Nie wierzę w to, że jak jest wolna niedziela, to ludzie polecieli do kościoła. Przecież w kościele msze są o różnych godzinach i mogą iść przed czy po pracy.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Pani Krystyna, pracująca w spółdzielni, nie widzi wpływu niedziel niehandlowych na swoją praktykę religijną – myślę, że to chyba to wynika z samego faktu, jakim się jest katolikiem, bo jeżeli człowiek ma swoje zasady i jest człowiekiem wierzącym, to on zrobi wszystko, żeby pójść do kościółka. Od nas samych to zależy.

Pogodzenie sacrum i profanum nie stanowi problemu dla pana Jana, urzędnika spod Sochaczewa – Jak ktoś chce iść do kościoła i później do sklepu, to można zrealizować jedno i drugie. Jedno drugiemu nie wchodzi w drogę. A czy 3. przykazanie jeszcze żyje wśród ludzi? Pewnie tak, ale rozluźnia się je. To nie jest to, co było kiedyś. Inaczej podchodziło się i do życia, i do praktyk religijnych – dodaje.

Pani Ela z podwarszawskiej wsi opowiada, co obecnie znaczy dzień święty święcić dla jej rodziny – myślę, że jak ktoś chodził do kościoła, to i tak chodzi. Ma ten obowiązek i wie, że niedziela to jest dzień święty. Niby mama zawsze mi powtarzała: nie prasuj, bo to niedziela. Ale kiedy to robić, jak niedziela jest takim dniem, kiedy ja właśnie mogę usiąść, poprasować i telewizję przy tym obejrzeć. – mówi. Nie widzi też zmian w społeczeństwie – Ja myślę, że jeżeli ktoś chodził do kościoła i jest wierzący, to się nic nie zmieniło. Nawet jak miał zrobić zakupy, to zrobił, a jak nie jeździł, to nie jeździ. Nie zauważyłam, żeby było mniej ludzi w kościołach, kiedy jest niedziela handlowa, a kiedy niehandlowa. Jak chodzi się do kościoła, to widzi się przeważnie te same twarze cały czas – podsumowuje.

Pan Jan nie zgadza się z opinią, że rodziny spędzają więcej czasu ze sobą dzięki wolnym niedzielom – kto jak spędzał, tak spędza. Jeżeli w rodzinie źle się dzieje czy w małżeństwie się nie układa, to myślę, że tutaj nie ma nic wspólnego, czy to jest handlowa niedziela, czy nie – mówi.

Co ciekawe, osoby pracujące zawodowo w niedziele, np. w gastronomii czy w handlu nie były postrzegane przez badanych jako naruszające zasady religijne nawet przez osoby o podejściu bardziej tradycyjnym. – Staram się nie pracować w niedzielę. – mówi pracownik naukowy – Ale bardziej to dotyczy to tego, żeby nie pracować w ogródku. Bo trochę się wstydzę, co sąsiedzi powiedzą. – przyznaje.

***

Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 13 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.

Warszawa goni londyńskie City, a biur wciąż brakuje

Warszawski rynek nieruchomości biurowych jest obecnie najbardziej aktywny od czasu transformacji ustrojowej – wskazują twórcy raportu CBRE „Poland Market Outlook 2019”. W stolicy jest już 5,5 mln mkw. biur. Coraz bliżej nam do londyńskiego City, które dysponuje obecnie 6,8 mln mkw. przestrzeni. Na laurach nie spoczywają także polskie rynki regionalne, wśród których w I kwartale 2019 roku prym wiodły Kraków i Poznań.

Sytuacja na rynku biurowym jest paradoksalna – w Warszawie cały czas dużo się buduje, ale jednocześnie popyt ze strony najemców jest bardzo duży. Ze względu na to, że duża część nowych budynków będzie gotowa w 2020 roku, mamy do czynienia z luką podażową. Wpływa to wyraźnie na zachowania najemców, którzy czując presję szybciej podejmują decyzje. Ze względu na bardziej wymagający rynek pracy, jeszcze większe znaczenie ma atrakcyjna lokalizacja biura, ale także jego wykończenie i wyposażenie. Najemcy dużo chętniej decydują się na przykład na współpracę z architektem wnętrz. Jakość biura ma szczególne znaczenie dla firm, które planują zatrudnianie nowych pracowników – mówi Aleksander Hofmann, Zastępca Dyrektora w Dziale Powierzchni Biurowych CBRE.

A będzie tylko lepiej…

Jak dodają eksperci CBRE, na warszawskim rynku biurowym aktywna jest obecnie większość najważniejszych najemców. Wiele dużych firm, które od lat zajmowały swoje siedziby, poszukuje nowych lokalizacji i dąży do poprawy środowiska pracy. Te tendencje napędza rynek pracownika – potrzeba przyciągania najlepszych specjalistów atrakcyjnym wizualnie i komfortowym, a czasem także prestiżowym budynkiem i adresem. Zainteresowanie biurowcami wzrosło także ze względu na konsolidacje wielu firm, np. w sektorze finansowym.

Jeśli tempo wzrostu się utrzyma to do końca 2021 r. ilość powierzchni biurowej w Warszawie przekroczy 6,5 mln mkw. Powierzchnia w budowie na terenie miasta stanowi ponad 13% całkowitych zasobów, co jest jednym z najwyższych wyników w Europie. Najwięcej nowych projektów powstaje obecnie w centrum stolicy – łącznie aż około 600 tys. mkw. Większość z nich zostanie oddanych do użytkowania dopiero w 2020 i 2021 roku, dlatego aktualnie obserwujemy lukę podażową. Większość powierzchni w najatrakcyjniejszych lokalizacjach jest wynajęta. Znaczny wskaźnik pustostanów występuje wciąż na Służewcu Przemysłowym. Większe metraże są też dostępne na Woli, ale negocjacje ich najmu są prowadzone z dużym wyprzedzeniem.

…także w regionach

Najwięcej metrów kwadratowych przybyło w Krakowie i Poznaniu, w każdym z nich po ponad 46 tys.  mkw. Swoje silne pozycje utrzymują także Wrocław, Trójmiasto, Metropolia Górnośląsko-Zagłębiowska (GMZ), Łódź, Szczecin oraz Lublin. Wliczając projekty, których rozpoczęcie budowy jest planowane w ciągu najbliższych trzech lat, we wszystkich ośmiu wspomnianych miastach regionalnych powinno przybyć łącznie ponad 1,3 mln mkw.

Jak wskazują eksperci CBRE, widać wyraźny rozwój rynku biurowego w obrębie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Na znaczeniu zyskują nie tylko Katowice, ale także m.in. Bytom, Chorzów, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Ruda Śląska, Sosnowiec, Tychy oraz Zabrze. Cały obszar GZM to obecnie ponad 680 tys. mkw.

Uber branży rekrutacyjnej właśnie nadjeżdża: od tej chwili każdy może zarabiać na rekrutacji

Powszechnie wiadomo, że relacje i znajomości są na wagę złota. Od tej chwili jednak każdy może naprawdę zarabiać, pomagając przyjaciołom i znajomym w znalezieniu pracy. Polski rynek pracy stale się rozwija i jest obecnie niezwykle chłonny, jednak temu dynamicznemu wzrostowi towarzyszą coraz większe trudności firm w pozyskiwaniu odpowiednich pracowników. Dojrzały węgierski start-up Talentuno postanowił znaleźć rozwiązanie tego problemu. To platforma, która właśnie startuje w Polsce, a swoją potęgę buduje na crowdsourcingu. Ten wielopoziomowy start-up ma być tym dla branży rekrutacji, czym Uber stał się dla przewozów taksówkowych, a AirBnB dla krótkoterminowego wynajmu mieszkań. 

Potęga crowdsourcingu zdemokratyzuje branżę rekrutacyjną

Talentuno wprowadza powiew świeżości oraz rewolucjonizuje skostniały i przestarzały system rekrutacji oparty na agencjach i firmach zatrudniających specjalistów ds. HR, rekruterów i headhunterów. Start-up, który wystartował we wrześniu 2018 r., odniósł ogromny sukces na Węgrzech, rewolucjonizując jednocześnie lokalny rynek pracy. Polska jest drugim krajem, w którym będzie działać ta nowoczesna platforma łącząca firmy, rekruterów-freelancerów i kandydatów.

Peter Balazsik
Péter Balázsik, Prezes Zarządu i współzałożyciel Talentuno

– Talentuno to platforma, która stawia wyzwanie tradycyjnym modelom rekrutacji i wprowadza rewolucję poprzez uwolnienie siły społeczności i demokratyzację procesów rekrutacyjnych. Dzięki wykorzystaniu crowdsourcingu, czyli siły internetowego tłumu, jesteśmy w stanie odnaleźć odpowiedni talent szybciej, taniej i skuteczniej niż jakiekolwiek inne usługi rekrutacyjne dostępne na rynku – mówi Péter Balázsik, Prezes Zarządu i współzałożyciel Talentuno.

Społeczność Talentuno znajdzie talent dla firmy

Talentuno działa  na zasadzie platformy skupiającej pracodawców oraz kandydatów
a także niezależnych rekruterów, czyli MatchMakers. To oni właśnie stanowią serce platformy. Pracując jako freelancerzy znajdują oni najlepszych kandydatów ze swoich osobistych sieci kontaktów i dopasowują ich do otwartych pozycji dostępnych w systemie. Wykorzystując oferowaną przez Talentuno platformę, każdy może zostać MatchMakerem, czyli polecać swoich znajomych na otwarte stanowiska i zarabiać na tym. Jeśli kandydat zaproponowany przez MatchMakera zostanie wybrany,  odnoszący sukcesy rekruterzy otrzymują prowizję, która będzie osiągać średnio 2100 zł.

Dzięki potędze crowdsourcingu, firmy zyskują dostęp do dużo szerszego grona kandydatów, gdyż teraz mogą korzystać z dużo większej bazy specjalistów, która była dotychczas niedostępna dla nich. Tak to już bywa, że zazwyczaj pierwszą osobą, ktora słyszy o tym, że ktoś chce zmienić pracę, jest przyjaciel lub znajomy. Firmy mogą także zautomatyzować proces wstępnej selekcji, dzięki wbudowanemu w system Talentuno narzędziu do ewaluacji kandydatów. Duża liczba rekruterów rekomendujących kandydatów oraz zautomatyzowany proces preselekcji sprawiają, że Talentuno wprowadzi prawdziwą rewolucję cenową w branży: firmy będą w stanie obniżyć aktualne koszty rekrutacji o ponad 60%.

W przypadku osób poszukujących zatrudnienia, szanse na bycie zaproszonym na rozmowę i znalezienie pracy także znacznie rosną. Ich CV trafia do przypisanego im MatchMakera, któremu zależy na znalezieniu najlepszej oferty pracy dla kandydata i który proaktywnie podchodzi do poszukiwań.

Polski rynek potrzebuje radykalnej zmiany

Jak pokazują badania[1], sytuacja na rynku pracy w Polsce jest od paru lat bardzo dobra. Rośnie ogólna liczba osób pracującących, wzrasta zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw, przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w firmach było w 2018 r. o 7,1% wyższe niż rok wcześniej. Ta korzystna koniunktura to przede wszystkim efekt utrzymującego się wysokiego wzrostu PKB – zwiększył się on realnie o 5,1% w skali roku. Szybki wzrost gospodarczy, wysoki popyt na pracę, szybko rosnące zatrudnienie i spadek bezrobocia to główne czynniki, które sprawiają, że polski rynek pracy zmienia się i rośnie w szybkim tempie. Tym pozytywnym wskaźnikom towarzyszą jednak coraz większe trudności pracodawców z pozyskiwaniem pracowników, których profil zawodowy dokładnie odpowiadałby ich oczekiwaniom. Mimo coraz skuteczniejszych narzędzi i metod dostępnych na rynku, koszty pozyskania specjalistów do firm są dziś ogromne i stale rosną.

Marek Strojkowski
Marek Strojkowski, ekspert rynku pracy i Country Manager Talentuno w Polsce

W Polsce dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na specjalistów. Kolejne międzynarodowe koncerny tworzą tu własne centra usług do obsługi oddziałów swoich spółek z danego regionu lub nawet z całego świata. Tradycyjne metody pozyskiwania pracowników z takich sektorów jak księgowość, IT, obsługa klienta, logistyka, finanse czy HR, nie są już jednak wystarczająco efektywne. Wielkie korporacje i firmy rekrutacyjne nie są w stanie podołać rosnącemu zapotrzebowaniu, bez generowania ogromnych kosztów dla swoich klientów – podsumowuje Marek Strojkowski, ekspert rynku pracy i Country Manager Talentuno w Polsce.

Plany rozwoju Talentuno są ambitne. Firma chce zmienić sposób, w jaki prowadzone są obecnie rekrutacje w Polsce. Do końca roku, portal planuje zachęcić co najmniej 12 000 osób do zarejstrowania się na platformie w roli MatchMakera.

Wyniki osiagnięte na portalu na Węgrzech sa bardzo obiecujące. Udało nam się zgromadzić społeczność ponad 6000 Matchmakerów, którzy zarekomendowali blisko 7000 kandydatów dla naszych firm partnerskich, ponad 100 marek znanych z listy Fortune 500, m.in. Emirates Nokia, Viacom, Electrolux czy BP. Zarządzaliśmy blisko 1500 procesami aplikacji. Wskaźnik ukazujący stosunek wszystkich rekrutacji do tych udanych jest już wyższy niż w całej branży, co świadczy o jego skuteczności – powiedział Péter Balázsik, Prezes Zarządu i współzałożyciel Talentuno.

Wykorzystujący crowdsourcing i oparty na zaawansowanej technologii system Talentuno rusza
oficjalnie w Polsce z dniem 23 maja i wprowadzi do branży rekrutacyjnej rewolucyjną zmianę na miarę tej, jaką Uber wniósł do usług taksówkowych, a AirBnb do wynajmu krótkoterminowego.

[1] Raport „Rynek Pracy w Polsce w 2018 roku” Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, http://psz.praca.gov.pl/documents/10828/9280212/Rynek%20pracy%20w%20Polsce%20w%202018%20roku.pdf/34440f60-5841-4443-8d8b-18d742bf73f7?t=1553497505421

Opodatkowanie transakcji wirtualnych PIT, CIT, VAT, ryczałt …

Transakcje wirtualne to nie tylko popularny ostatnio obrót kryptowalutami. Handel w sieci sięga znacznie dalej. Na przykład amatorzy gier komputerowych są w stanie zapłacić bardzo dużo za wirtualną broń, wyspę lub strój dla swojego fikcyjnego bohatera. Niektórzy nawet z takich wirtualnych transakcji uczynili sobie stałe źródło dochodu. Rosnące zyski wiążą się jednak nieuchronnie z koniecznością rozliczenia takiego dochodu. Jak wygląda opodatkowanie transakcji wirtualnych?

Sprzedaż poza działalnością gospodarczą

Jeżeli sprzedaż wirtualnych przedmiotów nie ma charakteru zorganizowanego, a zatem nie można nazwać jej działalnością gospodarczą, istnieją dwie możliwości rozliczenia uzyskanego przychodu. Pierwszy z nich zakłada, że mamy do czynienia z przychodem z odpłatnego zbycia praw majątkowych. W drugim przypadku natomiast, jeżeli regulamin gry dopuszcza możliwość sprzedaży określonych, wirtualnych przedmiotów, mamy do czynienia z przychodem z tak zwanych innych źródeł. W odniesieniu do obu form zastosowanie znajdzie skala podatkowa i stawka 18% lub 32%. Poza tym konieczne będzie wykazanie przychodu w deklaracji PIT-36. Oczywiście nie jest wykluczone również pomniejszenie uzyskanego przychodu o wydatki faktycznie poniesione w celu nabycia wirtualnych przedmiotów. Istotne jest jednak prawidłowe udokumentowanie takich wydatków. W kontekście transakcji wirtualnych poza działalnością gospodarczą należy również wskazać, że często odbywają się one z udziałem osób małoletnich. Z kolei bazując na przepisach ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, dochody małoletnich co do zasady dolicza się do dochodów rodziców. To oni powinni zatem wykazać uzyskany dochód w składanej deklaracji. Dodatkowo w kontekście wirtualnej sprzedaży prowadzonej poza działalnością gospodarczą należy zauważyć, że tego typu transakcje wiążą się również z koniecznością uiszczenia podatku od czynności cywilnoprawnych. Ten powinien natomiast wynieść 1% wartości transakcji.

Sprzedaż w ramach działalności gospodarczej

Z kolei w sytuacji, gdy sprzedaż określonych, wirtualnych przedmiotów ma charakter zorganizowany i jest źródłem regularnych dochodów, należy już mówić o działalności gospodarczej. Możliwe jest zatem rozliczenie podatku w formie ryczałtu. Transakcje wirtualne kwalifikują się bowiem do tych, pochodzących z działalności usługowych. Zbycie wirtualnych przedmiotów należy zatem opodatkować stawką 3% (ryczałt od przychodów ewidencjonowanych). W tym zakresie istnieje jednak jeden warunek – sprzedawane przedmioty musiały bowiem istnieć już wcześniej i nie podlegać przetworzeniu. Taka interpretacja przepisów podatkowych została potwierdzona między innymi w interpretacji Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 23 stycznia 2018 r., znak 0113-KDIPT2-1.4011.457.2017.1.MM. Z drugiej strony natomiast, jeżeli doszło do samodzielnego wytworzenia sprzedawanych przedmiotów, będziemy już mieli do czynienia ze stawką 8,5%. Takie stanowisko również znalazło swoje potwierdzenie w interpretacji podatkowej Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (z 25 kwietnia 2018 r., znak 0113-KDIPT2-1.4011.107.2018.2MM). Tego typu transakcje mogą nawet spotkać się z jeszcze wyższą stawką – 17%. Jest ona bowiem właściwa dla usług związanych z zapisywaniem programów komputerowych. Skoro zatem sprzedający sam wytworzył produkt i jednocześnie musiał zainstalować dodatkowe programy w celu jego wytworzenia, konieczne będzie zastosowanie stawki 17%. Oczywiście ryczałt od przychodów ewidencjonowanych nie stanowi standardowej, domyślnej metody rozliczania. Właśnie dlatego konieczne jest zgłoszenie tego faktu do właściwego organu skarbowego z zachowaniem ustawowych terminów na dokonanie tej czynności. Osoby fizyczne mogą zdecydować się na tę formę opodatkowania do 20 stycznia lub do 20 dnia miesiąca, następującego po tym, w którym rozpoczęto działalność.

Transakcje wirtualne a podatek VAT

W kontekście transakcji wirtualnych oraz dokonywania ich w ramach prowadzonej działalności gospodarczej istotny jest również podatek VAT. Obrót wirtualnymi przedmiotami niewątpliwie należy uznać za świadczenie usług. Z kolei transakcja zbycia wirtualnego przedmiotu będzie sprzedażą usług elektronicznych, wskazaną w art. 2 pkt 26 ustawy o podatku VAT. Co do zasady stawka podatku wyniesie zatem 23%. Istnieje jednak drobny wyjątek. Jeżeli obrót firmy dotyczący transakcji wirtualnych nie przekroczył w badanym roku kwoty 200 000 zł, możliwe jest skorzystanie ze zwolnienia podmiotowego, wskazanego w art. 113 ustawy o podatku VAT. Dokonana sprzedaż zostanie zatem zwolniona od podatku (do wartości sprzedaży nie zostanie wliczona kwota podatku). Ewentualny obowiązek podatkowy w takiej sytuacji powstanie dopiero wtedy, gdy firma przekroczy 200 000 zł obrotu.

Transakcje wirtualne a prawa autorskie

W kontekście sprzedaży wirtualnych przedmiotów należy również pamiętać, że jako fragmenty kodu programu komputerowego, objęte są one ochroną praw autorskich, zresztą podobnie jak same programy komputerowe. Teoretycznie zatem istnieje pewne ograniczenie, które nie pozwala graczom/użytkownikom programu na swobodną sprzedaż nabytych w ten sposób produktów. Umowa licencyjna, którą akceptuje użytkownik, zawiera bowiem wyłącznie uprawnienie do korzystania z danego dobra, czyli swoistą licencję. Dalsza sprzedaż wirtualnych przedmiotów może natomiast stać się nielegalnym procederem.

Opodatkowanie transakcji wirtualnych

Opodatkowanie transakcji wirtualnych może mieć zatem różny charakter, w zależności od specyfiki danej transakcji oraz systemu powiązań istniejącego pomiędzy poszczególnymi transakcjami. Odmienne zasady będziemy stosować wtedy, gdy mamy do czynienia z jednorazową czynnością, a inne w odniesieniu do czynności stanowiących stałe źródło dochodu. Podobnie odmienności pojawią się wtedy, gdy takiej wirtualnej transakcji próbuje dokonać małoletni oraz wtedy, gdy robią to dorośli. Warto również szczegółowo przeanalizować wszelkie umowy licencyjne i regulaminy konkretnej gry lub programu, ponieważ mogą się tam znajdować postanowienia, które narzucają określony sposób opodatkowania albo wręcz ograniczają możliwość przeprowadzania tego typu transakcji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki,

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Fintech Day in Wrocław – o nowinkach technologicznych w branży finansowej

Już po raz trzeci Wrocław stanie się areną dyskusji finansistów o nowych technologiach w branży. Wszystko to za sprawą konferencji Fintech Day in Wrocław, która odbędzie się 13 czerwca 2019 roku. Podczas wydarzenia, przy współudziale polskich i zagranicznych ekspertów, zostaną poruszone aktualnie najistotniejsze zagadnienia sektora fintech.

plakat_fintech_day_in_wroclawKonferencja została podzielona na cztery bloki tematyczne: Bank-Tech – poświęcony nowym technologiom w sektorze bankowym, Comm-Tech – dedykowany szerokiej komunikacji branży finansowej, IT-Tech – dotyczący rozwiązań informatycznych w branży oraz Loan-Tech – traktujący o tym, czym są nowe technologie dla sektora pożyczkowego. Podczas każdego z modułów konferencji odbędą się prelekcje oraz panele dyskusyjne, w trakcie których zaproszeni eksperci podejmą polemikę na tematy branżowe, podzielą się swoimi doświadczeniami w pracy z nowymi technologiami oraz odpowiedzą na pytanie, dokąd zmierza fintech w rozumieniu rozwiązań dostarczanych całemu rynkowi.

Chcemy stworzyć przestrzeń przyjazną wymianie myśli, opinii i branżowych doświadczeń – mówi Rafał Tomkowicz ze Sfery Finansów S.A., organizator Fintech Day in Wrocław. – Eventy o tematyce fintech cieszą się od kilku lat rosnącym zainteresowaniem, co potwierdza, że branża finansowa jest otwarta na innowacje.

Gościem honorowym konferencji będzie Michael Haenlein – Profesor Marketingu w europejskiej szkole biznesowej ESCP Europe. Jednak na scenie pojawi się więcej ciekawych osobowości, m.in. Dr Barbara Mróz Gorgoń – Adiunkt w Katedrze Marketingu uniwersytetu Ekonomicznego, Maciej Kloze – Vice Prezes Zarządu TU Europa, Piotr Przedlacki – Prezes Zarządu Fines S.A., Damian Ziąber – Dyrektor Biura Komunikacji Korporacyjnej Grupy PZU.

Fintech Day in Wrocław to wydarzenie skierowane do reprezentantów instytucji bankowych, firm pośrednictwa finansowego, instytucji pożyczkowych, dostawców usług i produktów na rynku fintech oraz firm IT dostarczających rozwiązania dla rynku finansowego. Ponadto, przygotowane przez organizatorów panele dyskusyjne z pewnością zainteresują także przedstawicieli firm ubezpieczeniowych, windykacyjnych, kancelarie prawne oraz założycieli startup-ów i osoby szukające ciekawego modelu biznesowego w branży finansowej.

Konferencja odbędzie się w hotelu Mercure w samym sercu Wrocławia. Koszt uczestnictwa wynosi 349 zł netto do dnia 31.05.2019 r. oraz 499 zł w czerwcu. Liczba miejsc jest ograniczona.

Więcej informacji na: targifintech.pl

oraz na stronie wydarzenia: https://www.facebook.com/events/446070949471541/

Kredyt z tzw. umową śmieciową jest możliwy. Ale przed bankiem nie warto „naciągać” rzeczywiści

Część banków pozytywnie rozpatruje wnioski od osób, które uzyskują dochód tylko w oparciu o umowy cywilnoprawne. W tym celu trzeba udokumentować półroczny lub dłuższy okres wykonywania prac dla danego podmiotu. Wpływy na konto powinny być regularne. Istotne są także m.in. stałe wydatki potencjalnego kredytobiorcy. W przypadku odmowy, można liczyć na uzasadnienie takiej odpowiedzi. Najczęściej brak zdolności kredytowej jest związany z kosztami uzyskania przychodu. W takiej sytuacji eksperci doradzają, że przed złożeniem wniosku warto zwiększyć swoje szanse, przygotowując kilka dodatkowych informacji. Wówczas szanse się zwiększają. Jednocześnie specjaliści ostrzegają, że nie warto sztucznie „poprawiać” zdolności we wniosku, bo to może przynieść odwrotny skutek do zamierzonego.    

Poszukiwanie ofert

Specjaliści z branży finansowej potwierdzają, że można uzyskać kredyt na mieszkanie, osiągając tylko dochody z umów o dzieło lub ze zleceń. Jak podkreśla Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors, najpierw trzeba podjąć trud, żeby znaleźć odpowiednie banki. W jednych tacy klienci są z góry skazani na odpowiedź negatywną. Inne niekorzystnie wyliczają dochód potencjalnego kredytobiorcy, co ogranicza szansę uzyskania założonej kwoty finansowania. Są jednak i takie, które przyznają kwotę zbliżoną do tej, jaką wypłacają osobom mającym umowę o pracę. Według eksperta, duże korzyści może przynieść również jednoczesne wnioskowanie o kredyt do kilku banków. Od momentu rozpoczęcia tej procedury do wypłaty środków nierzadko mija miesiąc. Po decyzji odmownej, trzeba zacząć wszystko od początku w innej instytucji.

– Banki mają zróżnicowane procedury i przed złożeniem wniosku należałoby dokładnie sprawdzić stawiane przez nie wymagania. Generalnie podejście do takich klientów nie uległo zmianie w ciągu ostatnich 2-3 lat. Z pewnością trzeba zgromadzić dużo więcej dokumentów niż w przypadku etatowego zatrudnienia. Ważna jest ciągłość umów. One muszą już trwać 6, 12, a nawet 18 miesięcy, ale też obowiązywać w przyszłości przez jakiś czas, wskazany przez bank – komentuje Katarzyna Dmowska, członek zarządu ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.

Jak zauważa Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy z Gold Finance, w większości banków wymagane są umowy trwające minimum rok. Najlepiej, żeby były cykliczne, np. miesięczne. Wówczas analitycy dostrzegą, że jest to tylko pewien zamiennik etatu. Warto też wykazać stały charakter umów z danym podmiotem. To udowodni stabilność naszych przychodów.

– Wiarygodność klienta w oczach banku może zwiększyć wyciąg z rachunku bankowego, który potwierdza wpływy. Z kolei na niekorzyść wpływa brak przelewów na konto, ewentualnie duże odstępy między kolejnymi wynagrodzeniami – dodaje Bartłomiej Marzec, dyrektor Departamentu Produktów Bankowych i Inwestycyjnych w Open Finance.

Natomiast Jarosław Sadowski informuje, że czasami trzeba przedstawić zaświadczenie od pracodawcy, tj. zleceniodawcy. On też może poświadczyć o wysokości wypłacanych przez niego kwot. W takim przypadku kluczowe jest przede wszystkim to, żeby dochody były uzyskiwane od dłuższego czasu. Jak zaznacza Zbigniew Rymkiewicz, doradca kredytowy z Light Finance, jednym z wymogów bywa PIT. Jeśli wnioskodawca nie posiada rocznej deklaracji podatkowej z wykazanym dochodem, to może mieć trudności w uzyskaniu wsparcia finansowego. Ekspert przekonuje, że im dokładniejsze udokumentowanie ciągłości wpływów, tym mocniejsza pozycja klienta względem banku.

Klient pod lupą

– Na zdolność kredytową ma wpływ szereg czynników. Od uzyskiwanych dochodów odejmuje się zazwyczaj wszelkie stałe koszty związane z utrzymaniem i regularnymi zobowiązaniami. Znaczenie ma też liczba osób w gospodarstwie domowym pozostających na utrzymaniu. Nawet przy zbliżonym dochodzie i takim samym typie umowy, zdolność kredytowa Kowalskiego i Nowaka może być bardzo różna – analizuje Bartłomiej Marzec.

Należy też dodać, że instytucje finansujące nie korzystają z jednego schematu obliczeniowego, co podkreśla główny analityk z Expander Advisors. Ekspert zaznacza, że banki mają szczegółowo rozpisane procesy przyznawania kredytu. Zwracają uwagę m.in. na wkład własny, wnioskowaną kwotę, ponoszone koszty oraz na wysokość i źródło dochodu. Klientowi z tzw. śmieciówką często zostanie przyznane mniej środków, niż gdyby miał zatrudnienie etatowe.

– Wiele zależy od tego, jaka kwota netto wynagrodzenia zostanie przyjęta do liczenia zdolności kredytowej. W przypadku umów o dzieło możemy mieć różne koszty uzyskania przychodu. Część banków przyjmuje koszty ustawowe 20%, bez względu na to, co znajduje się na rachunku. Inne bazują na wyliczeniach znajdujących się na tym dokumencie, a więc może to być np. 50% w przypadku umów o dzieło z prawami autorskimi. Są też takie, które opierają się na oświadczeniu klienta – informuje Katarzyna Dmowska.

Źródło uzyskiwania dochodów nie wpływa na warunki cenowe w bankach, co podkreśla Zbigniew Rymkiewicz. Marża, prowizja, a także ewentualne dodatkowe koszty będą takie same dla klienta z umową cywilnoprawną i umową o pracę. W opinii eksperta, złożenie wniosku o kredyt hipoteczny powinno być poprzedzone solidnym zbadaniem konkretnej sytuacji finansowej danego klienta oraz skonfrontowaniem jej z aktualnymi ofertami na rynku.

Odmowa bez tajemnic

– Banki zazwyczaj nie odrzucają wniosku od razu. Jeśli coś wymaga doprecyzowania, to klienci są proszeni o dodatkowe dokumenty. To np. kopie umów, rachunki czy zaświadczenia z urzędu skarbowego o dochodzie. Może to przesądzić o przyznaniu kredytu, choć na kwotę mniejszą od spodziewanej przez klienta. Odrzucenie wniosku jest raczej ostatecznością. W takim przypadku rozwiązaniem może być tylko złożenie wniosku do innego banku – opisuje dyrektor Departamentu Produktów Bankowych i Inwestycyjnych w Open Finance.

Z kolei główny analityk z Expander Advisors podkreśla, że nowa ustawa o kredycie hipotecznym nakazuje podawanie przyczyn odrzucenia wniosku, o ile przyczyną odmowy są informacje zawarte w bazie danych takiej jak np. BIK. Niekiedy wpisy w takich miejscach są jednak błędne. Zdarza się, że ciągle znajduje się tam informacja o zobowiązaniu, które już zostało uregulowane przez daną osobę. Jeśli doszło do pomyłki, to można ponownie złożyć wniosek. Jednak nie ma gwarancji, że wszystko potoczy się po myśli klienta.

– Najczęstszym powodem odmowy jest brak zdolności kredytowej wynikający z tzw. kosztów uzyskania przychodu. W przypadku umów o dzieło można odliczyć od podatku aż do 50% kosztów. Dzięki temu przychód maleje i do zapłacenia jest mniejsza danina. Jednak powoduje to zmniejszenie dochodu netto, który stanowi podstawę do wyliczenia zdolności kredytowej. Jeśli np. Kowalski otrzymuje na konto kwotę x, to bank przyjmie do wyliczeń połowę tej wartości. Dlatego trzeba się zastanowić, czy faktycznie ponosimy takie koszty i czy nie warto zapłacić większego podatku, aby otrzymać odpowiednio wyższą kwotę kredytu – stwierdza Andrzej Łukaszewski.

Większe szanse

Przed złożeniem wniosku można poprawić swoje notowania u bankowców, o czym informuje Jarosław Sadowski. Jeśli klient ma kartę kredytową czy limity debetowe w rachunku, to powinien rozważyć rezygnację z nich, nawet jeśli praktycznie z nich nie korzysta. Dzięki temu wzrośnie szansa na uzyskanie nowego kredytu. Z kolei osoba, która jeszcze nigdy nie korzystała z takiego wsparcia, powinna wyrobić sobie dobrą historię kredytową. Można więc np. kupić jakiś przedmiot na raty i spłacać go terminowo. Dzięki temu w BIK pojawi się pozytywna informacja.

– Możemy też pomyśleć o dołączeniu kogoś do wniosku, kto byłby w stanie nas wspomóc swoją zdolnością kredytową. Z reguły wskazywani są rodzice, ale ich wiek niekoniecznie nam pomoże. Trzeba wtedy poszukać innej osoby. Problemy z uzyskaniem kredytu są dobrym pretekstem do rozmowy z pracodawcą o zmianie formy zatrudnienia lub o podwyżce. W przypadku umowy o pracę możemy uzyskać kredyt nawet po 3 miesiącach – radzi ekspert finansowy z Gold Finance.

Z kolei Jarosław Sadowski przyznaje na koniec, że część Polaków sama sobie szkodzi. Wnioskodawca deklaruje, że np. nie ma dzieci, chociaż jest rodzicem. Kłamstwo ma poprawić zdolność kredytową, ale może doprowadzić do wpisu na tzw. czarną listę. Wtedy taka osoba powinna już zapomnieć o kredycie. Dla banku staje się od razu podejrzanym klientem. I nawet poprawa sytuacji, np. przejście z umowy cywilnoprawnej na etat, tutaj nie pomoże.