Rynek centrów danych EMEA rośnie o 21%, a warszawski potroi się w ciągu następnych pięciu lat

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała najnowszy raport „EMEA Data Centre Update”, w którym podsumowuje pierwsze półrocze 2025 roku na rynku centrów przetwarzania danych w regionie EMEA. Wynika z niego, że moc obiektów tego typu w regionie wzrosła w ujęciu rocznym o 21% do 10,3 gigawatów (GW). Ponadto w budowie znajdują się obecnie centra o całkowitej mocy 2,6 GW, a na etapie planowania są kolejne (11,5 GW). Oznacza to, że całkowity pipeline wynosi obecnie24,4 GW mocy, co przekłada się na wzrost aż o 43% w skali roku. Z kolei warszawski rynek centrów danych ma szansę potroić się w ciągu następnych pięciu lat.

Raport Cushman & Wakefield zawiera najnowszy EMEA Data Centre Maturity Index, przedstawiający zestawienie 31 rynków w oparciu o 15 parametrów, takich jak poziom zasobów, obecność hiperskalerów i moc istniejących obiektów. Wyróżniono cztery kategorie rynków: dominujące, o ugruntowanej pozycji, rozwijające się i wschodzące. Podział ten umożliwia ocenę potencjału rozwoju oraz ułatwia inwestorom i deweloperom zidentyfikowanie strategicznych okazji w regionie.

Opracowanie wskazuje na utrzymującą się dominację rynków określanych skrótem FLAPD (Frankfurt, Londyn, Amsterdam, Paryż i Dublin), do których niedawno dołączył Mediolan. Na te sześć rynków przypada ponad 45% mocy funkcjonujących centrów danych oraz blisko połowa obiektów znajdujących się w fazie przygotowania. Największym rynkiem w regionie EMEA pozostaje Londyn, który może się pochwalić centrami przetwarzania danych o mocy 1189 megawatów (MW) oraz projektami w trakcie realizacji o planowanej mocy 1678 MW.

Obecnie obserwujemy bardziej równomierny rozwój regionu. Rynki FLAPD nadal mają kluczowe znaczenie, jednak nowe szanse otwierają się przed mniejszymi miastami i bardziej oddalonymi kampusami, które oferują skalę, możliwości zrównoważonego rozwoju i strategiczną łączność. Na przyspieszenie tego trendu wpływa rozwój AI oraz rosnące zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Inwestorzy odpowiadają na te zmiany odważnymi strategiami wybiegającymi w przyszłość,” tłumaczy Andrew Fray, Prezes, EMEA Data Centres, Cushman & Wakefield.

Do gry wkraczają mniejsze lokalizacje – Warszawa wśród rynków rozwijających się

Jak wskazuje raport, w pierwszej połowie 2025 roku do grona rynków o ugruntowanej pozycji awansowała Lizbona, co było rezultatem realizacji inwestycji Start Campus o mocy 1,2 GW. Taki sam status uzyskał Sztokholm, natomiast Lagos i Ateny znalazły się wśród rynków rozwijających się. Z kolei po raz pierwszy w historii w rankingu pojawił się region Groningen/Eemshaven jako rynek rozwijający się.

Rynki rozwijające się (developing markets) dysponują mocami centrów danych mieszczącymi się w przedziale od 150 MW do 300 MW – biorąc pod uwagę zarówno ich aktualną pojemność operacyjną, jak i zobowiązania inwestycyjne. Do kategorii tej należą: Groningen/Eemshaven, Zurych, Warszawa, Tel Awiw, Kopenhaga, Lagos i Ateny. Łącznie rynki te odpowiadają za 6,7% mocy operacyjnej w regionie EMEA (693 MW), a ich pipeline wynosi łącznie 815 MW.

Warszawa konsekwentnie umacnia swoją pozycję jako kluczowy hub infrastruktury cyfrowej w Polsce – obecnie dysponuje 147 MW mocy operacyjnej i pipeline’em na poziomie 109 MW. Szacuje się, że do 2030 roku rynek centrów danych w Polsce potroi się, osiągając ponad 500 MW, z czego znacząca część tej mocy będzie służyć usługom opartym na sztucznej inteligencji (AI). Stolica korzysta z przyjaznego otoczenia regulacyjnego, silnego popytu ze strony dużych firm oraz relatywnie niskich ograniczeń planistycznych, co czyni ją preferowaną lokalizacją zarówno dla dostawców typu hyperscale, jak i colocation,” komentuje Kamil Żach, Account Executive, Poland Data Centre Advisory Team, Cushman & Wakefield.

Nowe inwestycje koncentrują się w strefach podmiejskich, takich jak Duchnice czy Ursus, gdzie dostępność gruntów i elastyczne przepisy zagospodarowania przestrzennego sprzyjają realizacji dużych kampusów. Pozycja Warszawy umacnia się też dzięki rządowemu projektowi utworzenia Krajowego Centrum Przetwarzania Danych. Istotnym wyzwaniem pozostają zaś kwestie bezpieczeństwa energetycznego i zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to zresztą także pozostałych rynków centrów danych w regionie EMEA.

Zrównoważony rozwój i bezpieczeństwo w dalszym ciągu wpływają na kształt rynku. Operatorzy poruszają się w gąszczu regulacji planistycznych, przy ograniczonej dostępności gruntów inwestycyjnych i źródeł zasilania, a także w warunkach coraz bardziej rygorystycznych norm środowiskowych. Wszystkie te czynniki przekładają się na wzrost kosztów i wydłużenie terminów realizacji inwestycji. Jednak pomimo tych wyzwań wskaźniki zaufania inwestorów utrzymują się na wysokim poziomie, czego dowodem jest znaczny napływ kapitału zarówno na rynki wschodzące, jak i te o ugruntowanej pozycji,” podsumowuje Laura Shepherd, EMEA Data Centre Advisory, Cushman & Wakefield.

Labubu bije rekordy – Pop Mart z 400% wzrostem zysków w pół roku

Labubu to dziś jedna z najgorętszych marek świata. Pluszaki w estetyce ugly-cute w kilka miesięcy stały się globalną ikoną i symbolem nowej ekonomii doświadczenia. Ich producent w pierwszym półroczu zwiększył zyski o prawie 400 proc., a jego kapitalizacja giełdowa sięgnęła 74 mld dolarów. Właściciel Labubu jest wart więcej niż Barbie, Transformers i Hello Kitty razem wzięte. Choć w Polsce nie ma jeszcze sklepów Pop Mart, zabawki tej firmy cieszą się u nas ogromnym powodzeniem. Labubu pokazuje, jak zmienia się konsumpcja młodych i jak skutecznie można monetyzować emocje.

Producentem Labubu jest Pop Mart, chińska firma, która zaczynała jako sklep z gadżetami. Formuła sprzedaży figurek jest prosta: blind box, czyli zapieczętowane pudełko z niespodzianką odkrywaną dopiero przy otwarciu. Starszym pokoleniom przypomina to emocje związane z jajkami niespodziankami, lecz dostosowane do czasów TikToka i Instagrama. Sam zakup staje się tu spektaklem, a unboxing można pokazać na jednej z platform społecznościowych. Nie kupujesz tylko zabawki, lecz fragment wspólnej tożsamości i nowe doświadczenie.

We wtorek Pop Mart opublikował wyniki za pierwsze półrocze 2025, potwierdzając, że Labubu-mania to nie chwilowa moda, lecz potężny biznes. Przychody wzrosły o 204 proc. rok do roku, osiągając 13,88 mld juanów, czyli 1,93 mld dolarów. Zysk netto zwiększył się czterokrotnie do 4,57 mld juanów, co oznacza wzrost o 396 proc. Po publikacji wyników kurs wzrósł o 12 proc., osiągając kolejny rekord wszech czasów. Od początku roku akcje urosły o 247 proc., a w ciągu ostatnich 12 miesięcy aż o 583 proc.

Sama linia Potworów, której główną gwiazdą jest Labubu, przyniosła 670 mln dolarów. To ponad siedmiokrotnie więcej niż rok wcześniej. Wartość ta jest niemal dwukrotnie większa niż sprzedaż wszystkich produktów Barbie w tym samym okresie, wynosząca 374 mln dolarów. To efekt tego, że, kupujący Labubu to w znacznie większym stopniu osoby dorosłe, zwykle z pokolenia Z, które są w stanie wydawać więcej niż rodzice kupujący zabawki dla swoich dzieci. To także symboliczna zmiana kulturowa, bo nowa globalna ikona nie rodzi się już w USA, lecz w Chinach.

Sukces Labubu napędza także inne produkty Pop Mart. Najbardziej imponujący jest boom na pluszaki. W pół roku ich sprzedaż osiągnęła 6,14 mld juanów, co oznacza wzrost o 1 276 proc. i dało tej linii aż 44 proc. udział w przychodach wobec 9,8 proc. rok wcześniej. Marża brutto wzrosła z 64 do 70,3 proc. Tak wysoki poziom zwykle kojarzy się z sektorem dóbr niematerialnych, a nie fizycznych produktów. Pop Mart zawdzięcza go niskim kosztom produkcji i wysokim cenom sprzedaży.

Firma dynamicznie rozwija ekspansję globalną, starając się jak najlepiej wykorzystać obecny boom. W regionie Azji i Pacyfiku, poza Chinami, przychody wzrosły o 258 proc. W obu Amerykach skok wyniósł 1 142 proc., a w 2025 roku otwarto tam 19 nowych sklepów. W samych Stanach Zjednoczonych sprzedaż na TikToku zwiększyła się o 2 033 proc., z 14,7 do ponad 315 mln juanów. W Europie wzrost sięgnął 729 proc. Łącznie Pop Mart prowadzi dziś 571 sklepów w 18 krajach i 2 597 automatów sprzedających figurki i zabawki. W Europie Centralnej sklepów nie ma, najbliższe znajdziemy we Francji, Anglii, Włoszech i Hiszpanii.

Firma konsekwentnie buduje społeczność klientów i ich lojalność. Ponad 91 proc. sprzedaży pochodzi od osób powracających, co pokazuje, że Pop Mart nie oferuje wyłącznie zabawek, lecz poczucie przynależności. Polowanie na blind box staje się społecznym rytuałem.

Efekt widać bezpośrednio w wycenie giełdowej. Pod koniec 2023 roku Pop Mart wart był 3,44 mld dolarów, podczas gdy dziś jego kapitalizacja przekroczyła 47 mld. W mniej niż dwa lata firma urosła piętnastokrotnie, przeskakując historycznych gigantów produkujących zabawki. Hasbro jest dziś wyceniane na 11,23 mld dolarów, Sanrio na 12,46 mld, a Mattel na 5,69 mld wobec wcześniejszych 6,67 mld. To awans, który najlepiej pokazuje zmianę epoki, w której Labubu wyprzedza Barbie, Transformers i Hello Kitty razem wzięte.

Ryzyka i wyzwania stojące przed firmą są jednak poważne. Ponad jedna trzecia przychodów pochodzi z Labubu, co jest klasycznym przykładem nadmiernej koncentracji. Jeśli hype zgaśnie, efekt będzie natychmiastowy. W Chinach media państwowe już krytykowały blind boxy, porównując je do hazardu i sugerując ograniczenia dla nieletnich. Rynek wtórny, na którym rzadkie figurki osiągają nawet 2 000 dolarów, wskazuje na coraz bardziej spekulacyjny charakter.

Prognozowany wskaźnik cena do zysku (P/E) dla akcji Pop Mart wynosi 36,5x na koniec 2025 i 28,4x na 2026. To poziomy kilkukrotnie wyższe niż u większości konkurentów: Hasbro 16x, Sanrio 38x, Mattel zaledwie 11x. To jednak wyceny oparte na założeniu, że obecny wzrost zostanie utrzymany. Prawdziwym testem będzie zdolność powtórzenia efektu Labubu przy innych produktach. Dziś centra handlowe i luksusowe marki otwierają się na współpracę, zwabione hype’em. Aby jednak zamienić go w trwałe źródło przychodów, potrzebna będzie kreatywna ciągłość i umiejętność przekuwania emocji w długotrwałą lojalność.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Cyfrowa Polska: opłata reprograficzna w obecnym kształcie to „podatek od nowoczesności”. Jest apel do resortu kultury

Związek Cyfrowa Polska, reprezentujący producentów i dystrybutorów sprzętu elektronicznego, zaapelował do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o natychmiastowe wstrzymanie prac nad projektem rozszerzenia katalogu urządzeń objętych opłatą reprograficzną. Organizacja w piśmie skierowanym do resortu w ramach konsultacji społecznych ostrzega, że proponowane zmiany przekształcą rekompensatę dla twórców w powszechny „podatek od elektroniki”, który najbardziej uderzy w polskich przedsiębiorców i konsumentów.

Projekt ministerialnego rozporządzenia, nad którego treścią trwają konsultacje, zakłada, że obowiązek uiszczania dodatkowej opłaty dotknie m.in. smartfony, tablety, laptopy i telewizory. Wysokość opłaty – 1 proc. ceny sprzedaży urządzenia – miałaby stanowić rekompensatę dla twórców z tytułu prywatnego kopiowania chronionych utworów.

Resort kultury przekonuje, że zmiany są konieczne, aby dostosować przepisy do realiów rynkowych i zapewnić artystom „godziwe wynagrodzenie”. Jednak zdaniem branży cyfrowej proponowane rozwiązania, zamiast wspierać twórców, obciążą przede wszystkim konsumentów i polskich importerów sprzętu.

Konsument zapłaci kilka razy za to samo

Opłata reprograficzna powinna być precyzyjną rekompensatą za realną szkodę wynikającą z prywatnego kopiowania, a nie daniną nakładaną na smartfony, laptopy czy telewizory, które służą przede wszystkim do korzystania z legalnych treści – podkreśla Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Związek w piśmie skierowanym do resortu kultury wskazuje, że współczesny sposób korzystania z kultury to zazwyczaj streaming i dostęp licencjonowany, a nie domowe kopiowanie muzyki czy filmów. W ocenie ekspertów rozszerzanie katalogu urządzeń o nowoczesne sprzęty wypacza sens opłaty, która zgodnie z prawem Unii Europejskiej powinna kompensować tylko rzeczywistą szkodę twórców.

Organizacja ostrzega również przed podwójnym obciążaniem konsumentów. Nowa tabela obejmuje równolegle urządzenia i ich akcesoria. Dla przykładu: smartfon i używaną z nim kartę pamięci, albo komputer i dysk zewnętrzny. W efekcie klient zapłaci kilka razy, choć żadna dodatkowa szkoda po stronie twórców nie powstaje.

Problemy z redystrybucją

Cyfrowa Polska w liście zwraca uwagę także na sposób, w jaki dziś dystrybuowane są środki, jakimi dysponują organizacje zbiorowego zarządzania. Z danych za lata 2019–2023 wynika, że łączna kwota niewypłaconych twórcom pieniędzy sięgnęła prawie 1,7 miliarda złotych, a koszty działalności OZZ rosły szybciej niż same wpływy. Kontrola resortu kultury w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich wykazała ponadto wydatki niezgodne z przeznaczeniem, w tym zakupy alkoholu czy utrzymywanie luksusowych samochodów.

Dokładanie nowych obciążeń do systemu, który już dziś nie potrafi terminowo i przejrzyście rozliczać się z twórcami, to rozwiązanie pozorne. Zamiast większych wypłat dla artystów dostaniemy wyższe ceny elektroniki i jeszcze większe rezerwy na kontach organizacji zbiorowego zarządzania – przewiduje Michał Kanownik. I dodaje, że dodatkowym kosztem proponowanych rozwiązań będzie trudna sytuacja rodzimych przedsiębiorstw. Zagraniczni sprzedawcy, zwłaszcza ci działający przez chińskie platformy e-commerce, często unikną nowej opłaty, zyskując nieuczciwą przewagę cenową.

Apel o debatę

Związek Cyfrowa Polska w piśmie skierowanym w ramach konsultacji społecznych wezwał resort kultury do wstrzymania prac nad projektem i powołania grupy roboczej z udziałem wszystkich stron – zarówno przedstawicieli branży, jak i twórców. Postuluje też, by lista urządzeń objętych opłatą była ustalana na podstawie regularnych badań rynku prywatnego kopiowania, a nie arbitralnych decyzji administracyjnych.

Jeśli chcemy chronić twórców i jednocześnie nie szkodzić konsumentom oraz polskim firmom, musimy zbudować system oparty na danych, przejrzystości i proporcjonalności. Obecny projekt to podatek od nowoczesności, który nie spełnia tych kryteriów – podsumowuje Michał Kanownik.

Work-life balance w praktyce – Adgar Poland otwiera boisko do siatkówki plażowej

Adgar Poland otworzył nową przestrzeń sportową przy kompleksie Adgar Plaza na warszawskim Służewcu. Tuż obok biurowców powstała strefa sportowa z boiskiem do siatkówki plażowej – idealna na firmową integrację, sportowy event czy popołudniową aktywność pracowników. Mogą z niej korzystać bezpłatnie najemcy oraz – odpłatnie – pozostali chętni, zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorami. To miejsce wyróżnia tę lokalizację na tle typowych ofert rynkowych, odpowiada na oczekiwania osób pracujących w biurach i sprzyja budowaniu relacji wśród społeczności.

Gorąca atmosfera rywalizacji, okrzyki radości i muzyka unosząca się w powietrzu – tak rozpoczęła się historia nowego boiska do siatkówki plażowej w sercu warszawskiego Służewca. Położone w kompleksie Adgar Plaza, otoczone miękkim piaskiem
i pozytywną energią, stało się przestrzenią sprzyjającą aktywności i spotkaniom. Mogą z niej korzystać wszyscy najemcy – zarówno w przerwie od pracy, jak i po godzinach – a jej obecność doskonale wpisuje się w filozofię Adgar Poland: tworzyć miejsca, które łączą ludzi, wspierają zdrowie i pozwalają złapać oddech od codziennych obowiązków. Inauguracyjny turniej zgromadził drużyny reprezentujące najemców biurowców Adgar Poland, dostarczając sportowych emocji, zdrowej rywalizacji i ducha fair play.
Po udanym debiucie już zaplanowano wrześniową odsłonę zmagań, która ponownie stanie się okazją do wspólnej zabawy i integracji.Adgar Poland otwiera boisko do siatkówki plażowej

Od lat podkreślamy, że nowoczesne miejsce pracy to nie tylko ergonomiczne meble biurowe i szybkie Wi-Fi, ale też przestrzeń sprzyjająca budowaniu relacji i zachowaniu równowagi między pracą a życiem. Boisko przy Adgar Plaza jest dokładnie takim miejscem” – mówi Monika Szelenberger, Head of Asset & Leasing Management w Adgar Poland.

„To także wyróżnik naszej oferty, dalece wykraczający poza klasyczne benefity pracownicze, jak karta na siłownię czy zajęcia jogi na tarasie. Szukamy takich rozwiązań, które pozwalają łączyć aktywność z budowaniem relacji
międzyludzkichi to boisko jest tego najlepszym przykładem.

Adgar Poland otwiera boisko do siatkówki plażowej (2)Inwestycja zresztą idealnie wpisuje się w aktualne trendy i oczekiwania pracowników. Jak wynika z raportu Activy „Inicjatywy sportowe w firmach na poważnie”[1], aż 74 proc. zatrudnionych chciałoby, aby ich firma aktywnie zachęcała do ruchu poprzez konkretne inicjatywy sportowe. 86 proc. badanych wskazuje, że aktywność fizyczna pomaga im w dbaniu o zdrowie, a 93 proc. dostrzega jej pozytywny wpływ na
samopoczucie psychiczne. Pracownicy szczególnie doceniają dostępność infrastruktury sportowej w miejscu pracy oraz możliwość wspólnego uczestnictwa
w aktywnościach z koleżankami i kolegami z zespołu. Firmy, które konsekwentnie inwestują w dobrostan pracowników zyskują nie tylko zaangażowanie, ale i lojalność – wskaźnik retencji talentów może wzrosnąć nawet o 10–20 proc.

Korzystając z boiska do siatkówki trudno nie zwrócić uwagi na nowy mural zdobiący elewację usytuowanego obok budynku. Przedstawia on scenkę gry w siatkówkę na tle znanych elementów stołecznego krajobrazu, takich jak Pałac Kultury czy warszawski tramwaj, ale co ważne – zawiera również charakterystyczne budynki z portfolio Adgar Poland w Stolicy, symbolicznie łącząc je w jedną, spójną miejską opowieść. „Nasz mural nie jest jedynie ozdobą tego miejsca, to także nasza wizualna deklaracja przynależności do miasta i jego energii” – dodaje Monika Szelenberger.

Adgar Poland otwiera boisko do siatkówki plażowej

Oddanie nowego boiska do siatkówki to kolejny z wielu dowodów na to, jak Adgar Poland realizuje swoje hasło „Tu chcesz mieć biuro”. To następny krok w strategii tworzenia miastotwórczych lokalizacji, które żyją także poza godzinami pracy i łączą funkcje biurowe z rekreacją, kulturą i zdrowiem. Kilka minut spacerem od Adgar Plaza, przy Adgar BIT, funkcjonuje letni amfiteatr z ofertą wydarzeń kulturalnych nie tylko dla najemców, ale i społeczności okolicznych mieszkańców, a w kompleksie Adgar Park West na Ochocie dostępny jest chill-out room – kolejne niestandardowe udogodnienie w portfolio spółki. Adgar Poland wspiera aktywność nie tylko na piasku – w każdy wtorek najemcy mogą dołączyć do bezpłatnych treningów biegowych organizowanych wspólnie z marką ASICS. To właśnie takie inwestycje i inicjatywy pozwalają tworzyć nowoczesne przestrzenie urbanistyczne, w których praca i życie harmonijnie się przenikają.

Więcej o Adgar Poland: https://www.adgar.pl/

[1] https://raport.activy.app/2024

Ceny paliw znów lekko w dół – benzyna tańsza o 1 gr, diesel o 4 gr

W minionym tygodniu ceny paliw ponownie nieznacznie spadły. Cena benzyny 95 obniżyła się o 1 grosz za litr, a cena oleju napędowego o 4 grosze za litr. Notowania ropy Brent na giełdzie w Rotterdamie spadły o niecałego dolara za baryłkę, do poziomu poniżej 66 USD, ostatnio obserwowanego na przełomie czerwca i lipca.

W reakcji na zakończenie rozmów między Trumpem a Zełenskim oraz w oczekiwaniu na nadchodzące negocjacje trójstronne — które potencjalnie mogłyby doprowadzić do zawarcia porozumienia pokojowego i zniesienia sankcji na rosyjską ropę, zwiększając tym samym jej dostępność na rynkach światowych — cena ropy Brent odnotowała niewielki spadek. Zniżka ta była jednak umiarkowana, ponieważ rynki pozostają sceptyczne wobec szybkiego zawieszenia broni z uwagi na utrzymujące się kluczowe spory między Rosją a Ukrainą.

Na rynek wpływa również zapowiedź prezydenta Trumpa o wprowadzeniu nowego cła na indyjskie zakupy rosyjskiej ropy, które ma wejść w życie pod koniec sierpnia. Oznacza to, że czas na osiągnięcie porozumienia, które pozwoliłoby uniknąć zakłóceń na światowym rynku ropy, jest ograniczony. Z kolei przed głębszym spadkiem cen powstrzymał rynek ostatni atak na rurociąg „Przyjaźń”, transportujący rosyjską ropę na Węgry i Słowację.

Jeśli ceny ropy utrzymają się na obecnym poziomie, ceny paliw powinny pozostać względnie stabilne, a ewentualne wahania nie powinny przekroczyć kilku groszy na litrze. Natomiast w sytuacji, gdyby cena ropy Brent utrzymywała się poniżej 64 USD za baryłkę przez kilka kolejnych tygodni — jak to miało miejsce w kwietniu i maju — możliwy jest bardziej znaczący spadek cen paliw.

Komentarz przygotował Marcin Wawrzkiewicz, Country Manager Malcom Finance w Polsce

Wynagrodzenia wzrosły mniej niż zakładały prognozy. Średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw wyniosła 8 905 zł brutto

W lipcu 2025 roku przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 7,6 proc. rok do roku, co było wyraźnie poniżej rynkowych prognoz zakładających wzrost o 8,6 proc. Średnia płaca brutto w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób, z wyłączeniem jednostek sektora publicznego (administracja, edukacja, ochrona zdrowia, pomoc społeczna), wyniosła 8 905,63 zł.

Z wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej wynika, że jednym z głównych czynników proinflacyjnych pozostaje wciąż silna presja płacowa. Lipcowy odczyt, znacząco niższy od oczekiwań, może jednak otworzyć przestrzeń do rozpoczęcia cyklu obniżek stóp procentowych, zamiast dotychczasowych pojedynczych dostosowań. Ekonomiści przewidują, że do końca roku stopy procentowe mogą zostać obniżone łącznie o około 50 punktów bazowych.

Autor: Jan Karczewski, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski

Profesjonaliści chcą się rozwijać, ale brakuje im czasu i środków

Nauka nowych rzeczy oraz regularny rozwój kompetencji to fundament budowania silnych zespołów i utrzymywania wskaźników gospodarczych na wysokim poziomie. Postawa uczenia się przez całe życie w różnych kontekstach, czyli tzw. life-long learning, jest kluczowa w dzisiejszych, dynamicznie zmieniających się czasach. Rozwój osobisty nie powinien zatem kończyć się wraz z zakończeniem edukacji czy wyjściem z pracy. Tymczasem jak wynika z najnowszego badania Hays Poland, zaledwie połowa specjalistów i menedżerów podejmuje się dodatkowej edukacji formalnej lub zorganizowanej.

  • 50 proc. specjalistów i menedżerów poszerza swoją wiedzę i podnosi kompetencje poza miejscem pracy, przede wszystkim z uwagi na chęć rozwoju i ciekawość świata.
  • Profesjonaliści najczęściej wybierają studia podyplomowe (23 proc.), zajęcia językowe (19 proc.) lub programy certyfikacyjne (17 proc.).
  • Osoby, które nie uczą się na własną rękę, najczęściej argumentują to brakiem czasu (48 proc.) lub środków finansowych (18 proc.).

Analiza danych Eurostatu zrealizowana przez Polski Instytut Ekonomiczny pokazuje, że w Polsce odsetek osób dorosłych, które uczą się, studiują lub biorą udział w szkoleniach podnoszących kwalifikacje, jest jednym z najniższych w Europie. W 2022 roku było to 24 proc., co stanowi wynik blisko dwukrotnie niższy od średniej w Unii Europejskiej. Rzadziej od Polaków dodatkowo uczyli się tylko Bułgarzy i Grecy. Chociaż najnowsze badanie Hays Poland pokazuje nieco bardziej optymistyczne wnioski na temat rozwoju specjalistów i menedżerów, to nadal pozostaje duże pole do poprawy.

Co drugi profesjonalista uczy się poza pracą

Otwartość na regularną naukę musi rosnąć. Wymagają tego cyfryzacja obejmująca coraz więcej obszarów naszego życia, zmieniające się potrzeby rynkowe, a także konieczność zadbania o aktywność zawodową pracowników w starzejącym się społeczeństwie. Dostrzegają to nie tylko pracodawcy, ale przede wszystkim specjaliści, którzy na własną rękę podejmują się edukacji poza miejscem pracy.

Potwierdzają to wyniki najnowszego badania agencji doradztwa personalnego Hays Poland przeprowadzonego w sierpniu 2025 roku wśród blisko 1200 specjalistów i menedżerów. Równo 50 proc. profesjonalistów przyznaje bowiem, że prywatnie podejmuje się dodatkowej edukacji formalnej lub zorganizowanej.

W jakiej formie uczysz się poza pracą?

Studia podyplomowe 23%
Zajęcia językowe, korepetycje 19%
Program certyfikacyjny 17%
Mentoring/ coaching 11%
Kurs zawodowy 11%
Akademia rozwojowa 7%
Innej* 13%

Źródło: badanie Hays Poland, sierpień 2025.

Wyłącznie respondenci, którzy podejmują się edukacji formalnej lub zorganizowanej. Możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi.
* Wśród innych respondenci najczęściej wskazywali na zaoczne studia I i II stopnia

Profesjonaliści najczęściej uczęszczają na studia podyplomowe, zajęcia językowe czy też biorą udział w programach certyfikacyjnych. Co dziesiąty ankietowany korzysta z mentoringu bądź coachingu lub jest w trakcie kursu zawodowego. Najmniejszą popularnością cieszą się akademie rozwojowe.

Wśród profesjonalistów rośnie świadomość, że nic nie pozostanie takie, jakie jest teraz. Przez całe życie – zarówno prywatne, jak i zawodowe – będziemy dopasowywać siebie i swoje kompetencje do nowych okoliczności oraz ról, w które wchodzimy. Powodzenie tego procesu jest uzależnione od elastyczności, otwartości na zmiany i gotowości do nauki. W dzisiejszych czasach niezbędny jest zatem rozwój nie tylko wymiernych umiejętności, ale i wiedzy oraz postaw – podkreśla Justyna Chmielewska, dyrektor w Hays Poland.

Edukacja przede wszystkim dla siebie

Nauka podejmowana przez profesjonalistów sprzyja rozwojowi i utrzymywaniu ich konkurencyjności na rynku pracy. Skutecznie bowiem poszerza ich wiedzę specjalizacyjną (studia, certyfikacje) i udoskonala kompetencje językowe (korepetycje, konwersacje). Jednak możliwość poprawy swojej sytuacji zawodowej nie jest głównym powodem, dla którego profesjonaliści decydują się na podjęcie dodatkowej edukacji. Najwięcej, bo 27 proc. ankietowanych przyznaje, że uczy się z naturalnej potrzeby rozwoju i ciekawości świata. Chęć rozwoju kariery uplasowała się na drugim miejscu, a za nią – pragnienie realizacji marzeń.

Nauka przez całe życie to nie tylko szansa na wzmocnienie swojej pozycji na rynku pracy. To przede wszystkim możliwość lepszego wglądu w siebie, rozwoju zainteresowań, poznania nowych osób, podejmowania lepszych decyzji, rozwiązywania problemów i uniknięcia rutyny. Rozwój powinien być częścią naszego życia, zwłaszcza gdy jest on procesem tak wielowymiarowym. W praktyce może on bowiem oznaczać pozyskiwanie nowych i udoskonalanie już istniejących kompetencji miękkich i twardych, wzmacnianie swoich uniwersalnych umiejętności interpersonalnych czy też poszerzanie wiedzy – dodaje ekspertka Hays.

Czy na ten moment pracownicy myślą o rozwoju jako długofalowej inwestycji w siebie? Tylko częściowo, bowiem chęć zabezpieczenia przyszłości jest argumentem, za którym opowiedziało się 9 proc. respondentów. Pozytywnym wnioskiem jest natomiast to, że zaledwie 3 proc. z nich uczy się w czasie wolnym, ponieważ nie ma takiej możliwości w miejscu zatrudnienia. Może to oznaczać, że pracodawcy coraz skuteczniej odpowiadają na potrzeby rozwojowe swoich pracowników.

Co powoduje, że uczysz się poza pracą?

Potrzeba rozwoju, ciekawość świata 27%
Chęć rozwoju kariery 26%
Chęć realizacji marzeń 12%
Chęć utrzymania konkurencyjności 10%
Chęć zabezpieczenia przyszłości 9%
Możliwość networkingu 5%
Chęć przebranżowienia się/ założenia biznesu 5%
Atrakcyjne dofinansowanie z pracy 3%
Brak możliwości rozwoju w pracy 3%
Inne* 1%

Źródło: badanie Hays Poland, sierpień 2025.
Wyłącznie respondenci, którzy podejmują się edukacji formalnej lub zorganizowanej. Możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi.
* Wśród innych respondenci najczęściej wskazywali na to, że chcą robić coś dla siebie i inspirować innych

Brak czasu to brak rozwoju

Wciąż jednak aż połowa pracowników nie uczy się w formie zorganizowanej poza miejscem pracy. Część z nich z pewnością poszerza kompetencje we własnym zakresie, mniej lub bardziej regularnie pogłębiając wiedzę poprzez uczestnictwo w pojedynczych szkoleniach, poznając nowe narzędzia metodą prób i błędów czy też korzystając z różnorodnych źródeł informacji. Inni mogą jednak nie podejmować żadnych działań rozwojowych. W perspektywie długofalowej może to mieć negatywny wpływ nie tylko na ich sytuację zawodową, ale nawet stanowić wyzwanie gospodarcze. Niewystarczające zaangażowanie populacji osób dorosłych w naukę oznacza bowiem mniejsze szanse na postęp i zwiększanie innowacyjności całej gospodarki.

Co jednak powoduje, że co drugi specjalista nie podejmuje się żadnej formy formalnej lub zorganizowanej edukacji poza miejscem zatrudnienia? Z odpowiedzi respondentów wynika, że główną przyczyną jest brak czasu. Blisko 1/5 ankietowanych przyznaje również, że nie ma wystarczających środków finansowych lub na rynku brakuje oferty edukacyjnej, odpowiadającej ich oczekiwaniom. Tylko 5 proc. przyznaje, że nie uczy się, ponieważ nie ma na to chęci.

Dlaczego nie uczysz się poza pracą?

Brak czasu 48%
Brak środków finansowych 18%
Brak opowiadających mi rozwiązań 17%
Brak chęci 5%
Brak motywacji 3%
Inne 9%

Źródło: badanie Hays Poland, sierpień 2025.
Wyłącznie respondenci, którzy nie podejmują się edukacji formalnej lub zorganizowanej. Możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi.
* Wśród innych respondenci najczęściej wskazywali na gap year i plan podjęcia się edukacji w najbliższym czasie

Nie ma prostych rozwiązań dla problemu braku czasu na rozwój osobisty. Warto jednak podkreślić, że wygospodarowanie nawet jednej godziny na naukę w tygodniu jest bardzo cenne. Może bowiem umożliwić udział w zajęciach językowych, spotkaniu mentoringowym czy zrealizowaniu jednej lekcji kursu online. Pomocną dłoń mogą wyciągnąć również pracodawcy, umożliwiając pracownikom naukę w godzinach pracy czy też dostęp do platformy zapewniającej kursy, niekoniecznie związane ze stanowiskiem pracy.

Na jakim polu warto się rozwijać?

Nauka będzie najbardziej przyjemna wtedy, gdy będzie dobrowolna, angażująca i związana z indywidualnymi zainteresowaniami. Jednocześnie warto przyjrzeć się obecnym i potencjalnym zmianom zapotrzebowania kompetencyjnego na obecnym stanowisku i uwzględnić je w wyborze formy i zakresu nauki. Jeśli wybór ścieżki dalszej edukacji okaże się problematyczny, warto zacząć od lepszego poznania siebie i swoich mocnych stron, np. rozwiązując test Gallupa. Dobrze jest też postawić na zakres uniwersalny, związany np. z kompetencjami miękkimi.

Kompetencje miękkie są w dzisiejszym świecie niezwykle potrzebne. Obecnie najbardziej pożądanymi przez pracodawców umiejętnościami są myślenie analityczne, ale też kreatywne i krytyczne, komunikacja, samoświadomość i zdolność pracy w grupie. Na stanowiskach liderskich kluczowe jest również empatyczne przywództwo i dopasowywanie się do zmian –  wymienia Justyna Chmielewska i dodaje – W natłoku haseł związanych z cennymi kompetencjami miękkimi czy też umiejętnościami przyszłości nietrudno jest się pogubić. Stąd w całym procesie niezbędne jest wnikliwe śledzenie trendów, nawiązywanie relacji z ekspertami w danej dziedzinie, a także cierpliwość i wyrozumiałość względem siebie.

Możliwości jest wiele – kursy online, szkolenia stacjonarne, programy certyfikacyjne, coaching – a część z nich nawet bezpłatna. Na początek najważniejsza jest jednak chęć i świadomość korzyści płynących z proaktywnego podejścia do samorozwoju.

Pracownicy IT boją się AI – co czwarty obawia się zastąpienia przez sztuczną inteligencję

Niepewność gospodarcza, konkurencja z zagranicy i szybki rozwój sztucznej inteligencji to trzy największe zagrożenia, jakie widzą dziś pracownicy IT w Polsce. Aż 35% z nich myśli o zmianie pracy w ciągu najbliższych miesięcy, a co czwarty boi się, że jego obowiązki przejmie AI. Mimo tych obaw specjaliści IT pozostają pewni swoich kompetencji i coraz częściej oczekują od pracodawców nie tylko bezpieczeństwa zatrudnienia, lecz także realnych możliwości rozwoju.

Ponad jedna trzecia specjalistów IT w Polsce chce w ciągu najbliższych sześciu miesięcy zmienić pracę. Co piąty (21%) obawia się utraty obecnego stanowiska, a aż jedna trzecia (33%) brała udział w rekrutacji w ostatnim półroczu. Największe zagrożenia dla kariery widzą w niestabilnej gospodarce (35%), tańszej konkurencji z zagranicy (25%) oraz ryzyku zastąpienia ich przez AI i nowe technologie (23%).

– Rynek IT stopniowo się normalizuje. Nadal pozostaje stosunkowo chłonny, szczególnie w obszarach takich jak data science czy AI, jednak firmy ostrożniej tworzą nowe etaty i dokładniej selekcjonują kandydatów. To powoduje, że część specjalistów obawia się utraty pracy, co wynika z rosnącej konkurencji, presji na efektywność oraz niepewności związanej z automatyzacją – mówi Adam Jakubowski, menedżer i ekspert rynku pracy IT w Experis. – AI najmocniej uderzy w role IT oparte na rutynie i powtarzalnych zadaniach. Najbardziej narażeni są testerzy manualni, junior developerzy popularnych języków, helpdesk pierwszej linii, twórcy prostych stron www oraz juniorzy w analizie danych czy raportowaniu, bo te obszary szybko przejmuje najnowsza technologia. Mniejsze ryzyko dotyczy ról wymagających znajomości architektury systemów, integracji, big data, cyberbezpieczeństwa, AI/ML i kreatywnego rozwiązywania problemów, gdzie tu sztuczna inteligencja pełni funkcję wsparcia, a nie zastępstwa. Aby uniknąć zastąpienia przez sztuczną inteligencję, kluczowe jest ciągłe uczenie się i rozwój, z naciskiem na umiejętności miękkie, takie jak komunikacja, praca zespołowa, rozwiązywanie problemów, bo to kompetencje, które wyjątkowo trudno zautomatyzować. Dodatkowym zabezpieczeniem jest zrozumienie biznesu, czyli świadomość, jak nasza praca wpływa na koszty, przychody czy satysfakcję klienta oraz specjalizacja w niszowych, ale krytycznych dla firmy technologiach – podpowiada Jakubowski.

Co drugi specjalista IT pracuje pod presją

Blisko co drugi przedstawiciel branży IT (49%) zmaga się na co dzień z wysokim poziomem stresu. Do tego dochodzi problem braku równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, na który skarży się niemal co czwarty badany (23%). Dodatkowo prawie połowa czuje znudzenie obowiązkami (49%) albo niedocenienie w pracy (45%). Negatywnie wpływa też brak elastyczności, aż 42% pracowników narzeka na sztywny grafik. Mimo wysokiego stresu, większość specjalistów IT dostrzega cel i sens codziennych obowiązków, na co wskazuje aż 80% z nich. Dodatkowo 83% badanych podkreśla, że ich osobiste wartości są spójne z kulturą organizacyjną firmy.

Według eksperta wysoki poziom stresu w branży IT wynika z medialnego szumu wokół AI, presji związanej z jej wdrażaniem w organizacjach oraz procesu normalizacji rynku, który po latach dynamicznych wzrostów staje się bardziej wymagający i konkurencyjny. – Mimo obciążeń pracownicy IT wciąż dostrzegają sens swojej pracy, ponieważ ich działania realnie wpływają na rozwój biznesu i innowacje. Silna identyfikacja z wartościami firm wynika z kultury organizacyjnej, która podkreśla misję, cele i daje poczucie udziału w czymś ważnym, a nie tylko wykonywania zadań technicznych – dodaje przedstawiciel Experis.

Pewni swoich kompetencji, szukają możliwości awansu

Aż 96% pracowników IT jest przekonanych, że posiada odpowiednie doświadczenie i umiejętności, aby skutecznie realizować swoje obowiązki zawodowe. Jednak co trzeci (29%) nie widzi szans na rozwój czy awans u obecnego pracodawcy. Z badania wynika również, że 78% przedstawicieli branży czuje się pewnie w korzystaniu z najnowszych technologii, a tyle samo (78%) dostrzega w swojej firmie wystarczające możliwości zdobywania doświadczenia potrzebnego do realizacji celów zawodowych. Co drugi (53%) awansował w ciągu ostatnich 6 miesięcy, a 63% jest zadowolonych ze swoim zarobków.

– Najważniejszym elementem zatrzymywania talentów w IT jest rozwój kompetencji – szkolenia i dostęp do nowych technologii. Równocześnie warto stawiać na transparentną komunikację, kulturę otwartego feedbacku i spójność działań z deklaracjami firmy. Taka autentyczność buduje zaufanie, zmniejsza frustrację i ogranicza rotację, nawet w obliczu niepewności rynkowej – podsumowuje Adam Jakubowski.

Badanie ManpowerGroup „Globalny Barometr Talentów 2025” zostało przeprowadzone w dniach od 14 marca do 11 kwietnia 2025 roku. Objęło ponad 13 000 pracowników z 19 krajów na całym świecie, w tym blisko 500 respondentów z Polski.

Sektor hutniczy coraz bardziej zadłużony. Zadłużenie sięga 420 mln zł – wzrost o ponad 30% rdr

Zaległe zadłużenie kredytowe i pozakredytowe producentów metali wyniosło w połowie drugiego kwartału tego roku blisko 420 mln zł – wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK. Choć hutnictwo i obróbka metali to ważne elementy polskiej gospodarki – od 2023 roku zapotrzebowanie na produkcję stali czy aluminium zalicza poważne wahania. Zadłużenie sektora produkcji metali nie maleje, zatory płatnicze nasilają się, a niesolidnych dłużników przybywa. Branża metalowa zmaga się nie tylko ze spadkiem marż i rentowności, ale też nieuczciwymi kontrahentami.

Mimo sukcesywnie rosnącej automatyzacji i robotyzacji przemysłu ciężkiego, dzięki którym udaje się redukować koszty, wiele firm z branży metalowej odczuwa obecnie poważne trudności finansowe. Dane z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK pokazują, że tempo wzrostu przeterminowanego zadłużenia producentów metalu (PKD 24 – huty stali czy przedsiębiorstwa metali niezależnych) – nie zwalnia i na koniec czerwca 2025 roku wartość ta sięgnęła prawie 420 mln zł. To wzrost o 30,4 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Na sytuację tę wpływ mają zarówno czynniki zewnętrzne (np. wahania rynku globalnego) i wewnętrzne (np. rosnące koszty produkcji). Nie brakuje też niesolidnych kontrahentów, którzy zwlekają z opłacaniem faktur w ustalonym terminie. Dodatkowo w całej branży utrzymuje się wysoki odsetek firm z problemami finansowymi – 7,6 proc., ale są segmenty gdzie jest jeszcze wyższy, np. wśród producentów drutu, czy producentów cynku i ołowiu – ponad 12 proc., a w odlewnictwie staliwa nawet 20 proc. Z badań Bibby Financial Service przeprowadzonych przez Keralla Research wynika, że niemal 55 proc. przedsiębiorstw deklaruje zaległe zadłużenia w nieopłaconych fakturach przez ich kontrahentów, których mediana sięgnęła w czerwcu b.r. 200 tys. zł.[1]

— Zatory płatnicze w branży metalowej nie tylko się utrzymują, ale w ostatnich miesiącach wyraźnie się nasilają. To efekt trudnej sytuacji rynkowej – niskiej sprzedaży, braku nowych klientów, spadku marż czy narastających problemów kadrowych. Przedsiębiorcy zmagają się z opóźnieniami płatności ze strony kontrahentów, co skutkuje brakiem środków na bieżącą działalność, które według badań Keralla Research deklaruje aż 14 proc. firm. Coraz częściej mamy do czynienia z niesolidnymi dłużnikami, a zamrożone środki w niezapłaconych fakturach posiada ponad połowa badanych przedsiębiorstw branży metalowej. W tak wymagającym otoczeniu coraz większego znaczenia nabiera więc ocena wiarygodności płatniczej partnerów biznesowych. Wiedza o ich kondycji finansowej pozwala unikać ryzykownych decyzji i zabezpieczać własną działalność przed nieprzewidywalnymi stratami. Bowiem tylko biznes prowadzony z wiarygodnym i rzetelnym partnerem ma szansę na długoterminowy rozwój — mówi Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor.

Dane z baz BIG InfoMonitor i BIK wykazują, że znaczna część zaległości dotyczy sektora produkcji wyrobów i stopów aluminium (PKD 2442B), którego poziom zadłużenia zwiększył się z około 3 mln zł do 63 mln zł w stosunku do ubiegłego roku. Wzrosła również liczba firm z zaległościami finansowymi w sektorze metali szlachetnych i metali niezależnych (PKD 244), a poziom zadłużenia rok do roku skoczył o 285,5 proc. sięgając wartości prawie 86 mln zł. Podmioty związane z odlewnictwem metali – głównie żeliwa (PKD 2451Z) – również mierzą się z dużym wzrostem zaległości finansowych, które w czerwcu b.r. przekroczyły 29 mln zł.

— Statystyki GUS mogą sugerować poprawę sytuacji branży – produkcja wyrobów z metali wzrosła w maju o 11,8 proc. r/r, a metali hutniczych o 10,5 proc.[2] – jednak z perspektywy firm nie widać trwałego odbicia. Co trzecie przedsiębiorstwo narzeka na brak nowych klientów, a niemal tyle samo obserwuje spadek rentowności i zyskowności. Głównym wyzwaniem są koszty energii, a do tego problemem okazuje się być malejąca liczba zamówień i trudności z utrzymaniem płynności finansowej. Cały sektor metali staje dziś przed koniecznością przetrwania okresu wyjątkowo trudnej koniunktury — komentuje Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Od kosztów energii po presję importową – co osłabia rentowność hutnictwa?

Polski przemysł hutniczy znalazł się w wyjątkowo trudnym położeniu. Z jednej strony zmaga się z dynamicznie rosnącymi kosztami produkcji – od energii po surowce – czy niesolidnymi kontrahentami, a z drugiej, z falą tanich, gotowych wyrobów napływających z rynków zewnętrznych, głównie z Azji. Jak wynika z badań Keralla Research, aż 47 proc. firm przetwarzających metale wskazuje, że to wzrost cen energii wpływa na negatywną sytuację przedsiębiorstw. Dla 38 proc. jest to wzrost cen surowców, natomiast 30 proc. badanych firm wiążę ją z konfliktem handlowym na linii Stany Zjednoczone – Chiny.

— Zmiana relacji handlowych pomiędzy USA a Chinami ma znacznie szerszy zasięg, niż tylko te dwa kraje. Jej skutki dotykają również polski rynek hutniczy — mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor. — Zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw, rosnące koszty surowców oraz reorganizacja międzynarodowego handlu sprawiają, że rodzimi producenci muszą działać w warunkach coraz większej niepewności. Z jednej strony obserwujemy wzrost kosztów produkcji i logistyki, z drugiej – zmiany w popycie zarówno lokalnym jak i globalnym oraz przekierowanie części handlu, co może oznaczać zarówno nowe szanse eksportowe, jak i ryzyko utraty dotychczasowych rynków zbytu. Ta niestabilność utrudnia planowanie i inwestycje, które wymagają długoterminowej przewidywalności, a jednocześnie obciąża rentowność sektora hutniczego w Polsce — tłumaczy.

Rodzima produkcja stali i metali niezależnych czy aluminium staje się coraz mniej konkurencyjna kosztowo. Przedsiębiorstwa z sektora hutniczego nie tylko muszą mierzyć się z globalną nadprodukcją, ale również z brakiem zdecydowanych działań ochronnych ze strony instytucji unijnych. W efekcie rynek zalewany jest stalą spoza wspólnoty, podczas gdy krajowe huty walczą o utrzymanie rentowności i klientów. Sytuację dodatkowo pogarsza brak szybkich decyzji legislacyjnych i wsparcia ze strony administracji publicznej – zarówno na poziomie krajowym, jak i unijnym. Sektor oczekuje na realne narzędzia ochronne i instrumenty pomocowe, które mogłyby wyrównać szanse w tej nierównej konkurencji.

– Na problem ten nakładają się także głębokie zmiany strukturalne w gospodarce. Transformacja energetyczna, rosnące koszty emisji oraz nowe wymogi w ramach polityki Zielonego Ładu, które generują kolejne obciążenia dla branży. W międzyczasie spada zużycie stali – zarówno w przemyśle, jak i w budownictwie – co pogłębia problemy z utrzymaniem płynności i efektywnością operacyjną zakładów hutniczych – komentuje dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor. – Wydatki obronne mogą stać się istotnym bodźcem dla rozwoju firm z branży metalowej, ale tylko pod warunkiem, że będą mądrze spożytkowane. Chodzi o to, aby poprzez offset te środki wspierały rozwój krajowych przedsiębiorstw, bo wtedy takie inwestycje będą miały charakter mnożnikowy – podsumowuje dr hab. Waldemar Rogowski.

[1] https://www.bibbyfinancialservices.pl/centrum-wiedzy/artykuly/2025/sektor-metali-2025

[2] https://ssgk.stat.gov.pl/04.2025/Przemysl.html

Frankowicze częściej wybierają ugody – sądy notują wyraźny spadek nowych spraw

W I połowie 2025 roku do CEIDG wpłynęło 99,8 tys. wniosków o zamknięcie jednoosobowej działalności gospodarczej. To o 0,1% więcej niż w analogicznym okresie 2024 roku, kiedy takich przypadków odnotowano 99,6 tys. Widać też, że w analizowanych półroczach złożono mniej wniosków o zamknięcie niż o otwarcie. Jednak w sześciu województwach było ostatnio odwrotnie. Ponadto z danych wynika, że w sześć miesięcy 2025 roku do ww. rejestru wpłynęło 179,4 tys. wniosków o zawieszenie JDG. To o 0,2% więcej niż rok wcześniej.

W I połowie 2025 roku do 47 sądów okręgowych w całej Polsce wpłynęło ok. 25,5 tys. pozwów w sprawach frankowych. W analogicznym okresie zeszłego roku odnotowano ich blisko 40 tys. To spadek o 36,5% rdr. Natomiast w niektórych sądach wyniósł on nawet 60% rdr. Ponadto w I półroczu br. pozwów frankowych było mniej niż załatwionych tego typu spraw. Z kolei w I połowie ub.r. sytuacja była odwrotna.

Spada liczba pozwów składanych w sprawach frankowych. W I połowie br. wpłynęło ich do sądów ok. 25,5 tys. To o 36,5% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich ok. 40 tys. Tak wynika z danych udostępnionych przez 47 sądów okręgowych z całej Polski. Konrad Trzaskowski, adwokat z KKG Legal, uważa, że spadek liczby nowych pozwów jest przede wszystkim wynikiem wyczerpywania się puli potencjalnych spraw frankowych.

– Pulę tę stanowią bowiem tylko ci kredytobiorcy, którzy skłonni byli wdać się w spór z bankiem, a nie są to wszyscy kredytobiorcy. Zwłaszcza wśród tych, którzy spłacili już swoje kredyty lata temu, zainteresowanie pozwami było niższe. Sprawy frankowe są głośne od lat, szczególnie po wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubak z 2019 roku. Minęło od niego już sześć lat, więc każdy frankowicz, który był skłonny wdać się w spór z bankiem, zdążył już wystąpić z pozwem. Spadek liczby nowych spraw jest więc czymś naturalnym – dodaje mec. Trzaskowski.

Z kolei radca prawny Adrian Goska z kancelarii SubiGo postrzega spadek liczby nowych pozwów frankowych w I połowie br. jako wyraźny sygnał, że sytuacja zaczyna się stabilizować. – Można to odczytywać jako naturalny etap dojrzewania całego zjawiska. Przez ostatnie lata tysiące kredytobiorców podejmowały działania prawne, często zakończone sukcesem. To przyczyniło się do uporządkowania wielu spraw i jasnego ukształtowania linii orzeczniczej. Dziś osoby posiadające kredyty we frankach mają do dyspozycji szeroki wachlarz możliwości – od drogi sądowej po coraz częściej wybierane porozumienia z bankami – wyjaśnia mec. Goska.

Do tego mec. Konrad Trzaskowski dodaje, że spadek liczby nowych pozwów wynika również z ogromnej popularności ugód z bankami. Ekspert przekonuje, że są one najtańszym rozwiązaniem dla obu stron, pozwalającym rozliczyć roszczenia. Co za tym idzie, kredytobiorca unika w takim scenariuszu drugiego kosztownego procesu – tym razem z powództwa banku.

– Z mojej wiedzy wynika, że wszystkie banki posiadające istotny portfel kredytów frankowych oferują kredytobiorcom zawieranie ugód. Ich warunki są już obecnie bardzo korzystne dla kredytobiorców, w praktyce zbliżone do kredytu darmowego. Z tego powodu nie widzę przestrzeni do istotnych zmian propozycji ugodowych na korzyść konsumentów. Już obecnie banki oferują prawie wszystko, co klient może – po kilku latach i przy poniesieniu znacznych kosztów – uzyskać w procesie – zauważa mec. Trzaskowski.

Jednak na rynku panuje pewnego rodzaju utarty schemat. Dla przykładu mec. Adrian Goska radzi kredytobiorcom, by decydowali się na ugodę dopiero po wniesieniu pozwu, bo z jego doświadczenia wynika, że mogą wtedy wynegocjować najlepsze warunki. Już sam fakt zainicjowania postępowania sądowego często działa mobilizująco na instytucje finansowe, które – widząc determinację klienta – są skłonne do większych ustępstw.

– W takich przypadkach banki znacznie częściej wychodzą z propozycjami, które są o wiele bardziej atrakcyjne niż pierwotne oferty. Zdarza się, że różnica wynosi nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych na korzyść kredytobiorcy. Dlatego też wielu frankowiczów decyduje się na złożenie pozwu właśnie po to, by zwiększyć swoją pozycję negocjacyjną i otworzyć sobie drogę do znacznie lepszego porozumienia – wyjaśnia ekspert z kancelarii SubiGo.

Liczba nowych spraw frankowych zmalała we wszystkich sądach okręgowych. W każdym przypadku zanotowano dwucyfrowe spadki w porównaniu z I połową ubiegłego roku, a w niektórych sądach różnica wyniosła nawet blisko 60% rdr. Mec. Adrian Goska doprecyzowuje, że najwięcej spraw wciąż wpływa do sądów w dużych miastach, takich jak Warszawa, Gdańsk, Poznań czy Kraków. I to też idealnie widać po danych z sądów.

– To naturalne, ponieważ w największych miastach zawierano najwięcej kredytów we frankach, zwłaszcza w związku z wyższymi cenami nieruchomości. Mieszkańcy dużych miast mają także łatwiejszy dostęp do kancelarii wyspecjalizowanych w tego typu sprawach, co z pewnością sprzyja aktywności procesowej. Jednocześnie fakt, że we wszystkich sądach okręgowych liczba spraw zmniejszyła się rok do roku, często nawet o ponad 50%, wskazuje na wyraźne uspokojenie sytuacji i porządkowanie napływu nowych spraw – uważa radca prawny Adrian Goska.

Natomiast mec. Konrad Trzaskowski jest zdania, że rozpoznawanie spraw frankowych w sądach w mniejszych miastach przebiega relatywnie sprawnie. W jego ocenie, problemem nadal pozostaje sytuacja w Warszawie.

– Tu Sąd Okręgowy jest nadal znacząco obciążony sprawami z lat ubiegłych i to niezależnie od zdecydowanie mniejszego ich napływu, szczególnie w wyniku zmian legislacyjnych w zakresie właściwości miejscowej sprzed kilku lat. Każdy spadek wpływu nowych spraw frankowych musi więc cieszyć z perspektywy czasu rozpoznawania w sądach nie tylko tych spraw, ale też innych sporów cywilnych – twierdzi ekspert z KKG Legal.

Z danych wynika również, że do sądów okręgowych w I poł. br. liczba pozwów frankowych była mniejsza niż liczba załatwionych spraw frankowych (wpływ ok. 25,5 tys., załatwienia – 47 tys.). Natomiast w I połowie ub.r. pozwów było więcej niż zakończonych spraw (odpowiednio ok. 40 tys. i ok. 35,5 tys.). Mec. Adrian Goska zauważa, że to wyraźna zmiana w porównaniu z ubiegłym rokiem, kiedy to wpływ przewyższał liczbę rozstrzygnięć. W jego ocenie, to dowód na to, że sądy z dużą skutecznością radzą sobie z rozpoznawaniem spraw i sukcesywnie nadrabiają wcześniejsze zaległości.

– Wszystko to pozwala z ostrożnym optymizmem patrzeć na najbliższe miesiące i lata. Liczba nowych spraw prawdopodobnie będzie stopniowo maleć, co nie oznacza jednak, że temat się zakończył – wręcz przeciwnie. Z mojego doświadczenia wynika, że wiele osób dopiero teraz rozważa podjęcie działań, mając dostęp do bogatego orzecznictwa i korzystnych rozstrzygnięć. Każdy kredytobiorca może dziś spokojnie i świadomie zdecydować, która droga – sądowa czy ugodowa – jest dla niego najlepsza – podsumowuje ekspert z kancelarii SubiGo.

ORLEN niemal podwaja EBITDA LIFO – 9,2 mld zł zysku operacyjnego w II kwartale 2025 r.

0

Grupa ORLEN w drugim kwartale br. niemal podwoiła (r/r) zysk operacyjny EBITDA LIFO, który wyniósł 9,2 mld zł. Koncern wypracował także 1,8 mld zł zysku netto. Inwestycje w pierwszym półroczu 2025 r. wyniosły blisko 14 mld zł i obejmowały strategiczne projekty rozwojowe, wspierające transformację energetyczną.

– Za nami bardzo dobry kwartał, w którym wypracowaliśmy wysokie zyski. Konsekwentnie realizowaliśmy nasze zobowiązania. Przede wszystkim uwolniliśmy cały region od ropy naftowej z Rosji. Skutecznie zamknęliśmy ten rozdział i dziś już wszystkie nasze rafinerie przerabiają surowiec pochodzący z innych rejonów świata. Zwiększamy bezpieczeństwo, kontynuując wielkie inwestycje w energetyce. Efektem tych działań są kolejne wiatraki na pierwszej w Polsce farmie wiatrowej na Morzu Bałtyckim. W przyszłym roku do polskich domów i przemysłu popłynie z niej czysta energia elektryczna. Niezależnie od prowadzonych inwestycji w centrum naszych działań pozostają klienci, którym oferowaliśmy najtańszą od trzech lat energię. Od lipca 7 milionów Polaków oraz instytucje użyteczności publicznej otrzymują niższe o prawie 15 procent rachunki za gaz, co oznacza nawet 1000 zł oszczędności w skali roku. Prowadzimy biznes odpowiedzialnie, utrzymując zaufanie rynku – mówi Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN.

W drugim kwartale 2025 r. Grupa ORLEN wypracowała:

  • Przychody na poziomie 60,7 mld zł
  • EBITDA LIFO w wysokości 9,2 mld zł
  • Przepływy z działalności operacyjnej na poziomie 10,5 mld zł

Wyniki segmentów

Wyższy o 4,5 mld zł (r/r) zysk EBITDA na poziomie 3,5 mld zł wypracował segment Upstream&Supply. Łączna średnia produkcja węglowodorów wyniosła w tym czasie 182 tys. kboe/d, z czego ponad 70 proc. stanowił gaz, wydobywany głównie z norweskich i polskich złóż, a blisko 30 proc. stanowiła ropa i LNG.

Wysoki przerób ropy oraz dobre otoczenie makroekonomiczne w rafinerii, pomimo spadku marż, miały kluczowe znaczenie dla wyniku EBITDA LIFO na poziomie 2,2 mld zł, osiągniętego przez segment Downstream. Jednocześnie nadal utrzymywało się trudne otoczenie rynkowe dla petrochemii. W drugim kwartale br. rafinerie należące do Grupy ORLEN przerobiły 9,8 mln ton ropy – o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Ponownie mocną pozycję potwierdził segment Energy, który dzięki konsekwentnie realizowanym inwestycjom wypracował zysk EBITDA na poziomie 2,2 mld zł, wyższy o 368 mln zł (r/r). Na wynik miała wpływ głównie zwiększona dystrybucja gazu i energii elektrycznej, wyższa sprzedaż ciepła, Łączna moc zainstalowana w Grupie ORLEN wyniosła 6,2 GWe, z czego w OZE wzrosła o 0,6 GW (r/r). W tym czasie wyprodukowano 3,8 TWh energii elektrycznej, więcej o 27 proc. (r/r).

EBITDA segmentu Consumers&Products wyniosła w drugim kwartale br. 2 mld zł i była wyższa o 363 mln (r/r). Zgodnie z nową strategią koncernu, segment ten integruje obecnie sprzedaż nośników energii: gazu, energii elektrycznej oraz paliw do odbiorców końcowych. Wzrosła sprzedaż gazu i energii elektrycznej, w tym o ponad 70 proc. na rynku elektromobilności.

– Omawiając nasze wyniki należy zwrócić szczególną uwagę na dobrą kontrybucję każdego z segmentów. To potwierdzenie odporności naszego modelu biznesowego na zmienność na rynkach oraz ich sezonowość. Wysokie przepływy z działalności operacyjnej wspierają realizację projektów inwestycyjnych oraz naszą politykę dywidendy. Już 1 września wypłacimy naszym akcjonariuszom najwyższą w historii – mówi Magdalena Bartoś, Wiceprezes Zarządu ORLEN ds. Finansowych.

W drugim kwartale br. Grupa ORLEN wygenerowała 10,5 mld zł przepływów z działalności operacyjnej, a wskaźnik długu netto do zysku operacyjnego EBITDA na koniec minionego kwartału wyniósł (-)0,08 i był jednym z najniższych spośród spółek całego sektora. ORLEN utrzymał najwyższe w historii oceny ratingowe – A3 przyznaną przez Agencję Moody’s Investors Service i „BBB+” przyznaną przez Agencję Fitch Ratings. To potwierdza stabilne fundamenty finansowe koncernu i wysoki potencjał do realizacji inwestycji transformacyjnych.

Na ich sfinansowanie ORLEN pozyskał w czerwcu br. 2,5 mld zł, z powodzeniem przeprowadzając emisję zielonych euroobligacji. Oferta spółki spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem – popyt aż 2,5-krotnie przewyższył wielkość emisji.

Inwestycje w bezpieczeństwo

Grupa ORLEN inwestuje w bezpieczeństwo energetyczne Polski i całego regionu. Koncern w czerwcu zakończył ostatni kontrakt na dostawy surowca ze wschodu. To oznacza, że ORLEN i cały region nie jest już związany z rosyjskimi podmiotami żadnymi umowami na dostawę ropy naftowej. Obecnie w rafineriach ORLEN przetwarzany jest surowiec z Bliskiego Wschodu i Zatoki Perskiej, Morza Północnego, Afryki oraz obu Ameryk.

W zaangażowanie Grupy ORLEN w bezpieczeństwo regionu wpisują się także podpisane w ostatnich miesiącach umowy z ukraińskim Naftogazem. W ich ramach wolumen dostaw gazu ziemnego do Ukrainy wzrósł do ponad 430 mln m sześc. Błękitne paliwo pochodzące ze Stanów Zjednoczonych odbierane jest w gazoportach w Polsce i na Litwie.

ORLEN i Naftogaz podpisały również memorandum o współpracy przy projektach wydobywczych, rozwoju segmentu downstream oraz wzmocnieniu relacji transgranicznych i handlowych. To ważny krok w budowaniu pozycji koncernu na ukraińskim rynku.

W minionych miesiącach ukończona została rozbudowa Terminalu Gazu Płynnego w Szczecinie, dzięki czemu osiągnął on przepustowość 400 tys. ton LPG rocznie. Cały kontrakt o wartości 150 mln zł zrealizowały polskie firmy.

Systematycznie rozwijana jest także krajowa produkcja gazu. ORLEN zwiększył o 700 mln m sześc. zasoby wydobywalne gazu ziemnego ze złoża Trzebusz, zlokalizowanego w gminie Trzebiatów, w województwie zachodniopomorskim. Dzięki temu łączne zasoby wydobywalne gazu ziemnego w tym rejonie wzrosły do 2,3 mld m sześc.

Koncern inwestuje także w nowoczesne technologie. Niemal 2 mld zł pozyskane z Krajowego Planu Odbudowy ORLEN przeznaczy na budowę kolejnych dwóch instalacji wodorowych. Wykorzystanie wodoru, a także gazu ziemnego lub ich mieszanek w dowolnych proporcjach w pełni zautomatyzowanym procesie zapewnia już innowacyjna technologia Multifuel, której komercjalizację Grupa ORLEN rozpoczęła jako pierwsza na świecie.

ORLEN wprowadził do oferty także nowy rodzaj paliwa – SAF, które jest wytwarzane z surowców odnawialnych lub odpadowych i pozwala na znaczne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, zarówno na etapie produkcji, jak i w trakcie spalania przez samoloty.

W minionym kwartale ORLEN kontynuował kluczowe projekty energetyczne. Priorytetem jest budowa morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku, z której pierwsze megawatogodziny energii popłyną już w przyszłym roku. Na farmie Baltic Power zainstalowana jest już ponad połowa fundamentów oraz 5 turbin wiatrowych. Rozwijany jest także drugi projekt – Baltic East – o mocy 1 GW. Sąsiaduje on z koncesją Baltic Power. Do przeprowadzenia badań dna morza wybrano polskie firmy, a część tych badań została już zakończona.

W czerwcu spółka ORLEN Neptun uruchomiła w Świnoujściu terminal instalacyjny dla morskich farm wiatrowych. To pierwszy w Polsce i jeden z najnowocześniejszych w Europie tego typu obiektów, który będzie kluczowym zapleczem koncernu dla realizacji projektów wiatrowych drugiej fazy. Z terminala korzystać będą także zewnętrzni operatorzy. Obecnie podpisane są już dwie długoterminowe umowy z kluczowymi firmami działającymi na rynku offshore.

ORLEN realizuje też wielki program modernizacji polskich sieci energetycznych na północy Polski, na który pozyskał preferencyjne finansowanie 7,7 mld zł z KPO. Od początku tego roku wybudowano i zmodernizowano niemal 1800 km sieci oraz przyłączono 16,7 tys. nowych odbiorców energii elektrycznej.

Skuteczna transformacja energetyczna musi być wsparta narzędziami cyfrowymi. Dlatego Grupa ORLEN zrealizuje największe wdrożenie AI w Europie Środkowej. Zainicjowane we współpracy z Microsoft rozwiązania wesprą nie tylko obszar energetyki, ale także cyberbezpieczeństwo, procesy produkcyjne, analizę danych oraz zwiększą efektywność pracowników koncernu.

Środa na rynkach: inflacja w UK, gołębi RBNZ i słabszy sentyment

Środa przynosi pewne ożywienie w kalendarzu makro. Wyższe od oczekiwań dane inflacyjne z Wielkiej Brytanii rozniecają spekulacje wokół przyszłych decyzji Banku Anglii. Po drugiej stronie globu bank centralny Nowej Zelandii zaskoczył inwestorów gołębim nastawieniem. Na szerokim rynku powoli można dostrzec objawy pogarszającego się sentymentu.

Inflacja w górę, GBP spokojny

Wielka Brytania coraz mocniej odróżnia się od reszty największych gospodarek świata. Niestety wiele wskazuje na jeden z najbardziej niebezpiecznych scenariuszy, czyli stagflację: połączenie niskiego tempa PKB z wysoką inflacją. W drugim kwartale (w porównaniu z pierwszym) wzrost gospodarczy wyniósł jedynie 0,3%. Najnowsze dane o dynamice cen wskazują na ich najszybszy wzrost w ujęciu rocznym od 18 miesięcy. Lipcowy wskaźnik CPI wyniósł 3,8% (bazowy odpowiednik, czyli bez cen energii i żywności był identyczny), co jest najwyższym rezultatem od początku 2024 roku. Co więcej, przyspieszyła też inflacja sektora usług (aż do 5%), która jest jednym z najbardziej obserwowanych indeksów przez Bank Anglii. Władza monetarna zdaje się powoli nie mieć wyboru i w obliczu najwyższej inflacji wśród państw G-7 (najbardziej rozwinięte gospodarki globu) będzie zmuszona wstrzymywać się z obniżkami stóp procentowych. Już decyzja o cięciu o 25 pb na ostatnim posiedzeniu przeszła z problemami (5 do 4 głosów), a teraz rynek wycenia kolejny ruch najwcześniej w marcu 2026 roku. Co ciekawe inwestorzy zareagowali bardzo spokojnie na dzisiejsze odczyty, co może oznaczać, że nie zmieniają one rynkowego scenariusza bazowego. Główny indeks londyńskiej giełdy zwyżkuje po południu o 0,3%, a funt szterling jest blisko poziomów dzisiejszego otwarcia. Kurs GBP/USD oscyluje wokół 1,35 $, kurs EUR/GBP nie oddala się od 0,86 £, a kurs GBP/PLN jest blisko 4,92 zł.

Rozgniecione kiwi

Zgodnie z definicją antypodów (przeciwna strona globu), w zupełnie innym miejscu znajduje się Nowa Zelandia. Bank Rezerwy Nowej Zelandii zgodnie z oczekiwaniami obniżył główną stopę procentową o 25 pb do równych 3%. Jednak po raz kolejny dostaliśmy dowód na to, że istotniejszy od samej decyzji banku centralnego może być przekaz kreowany przez władzę monetarną. RBNZ wybrzmiał zaskakująco gołębio dla rynków. Decydenci nie tylko obniżyli swoje prognozy dla poziomu kosztu pieniądza do końca roku (co sugeruje nawet jeszcze dwa cięcia w tym okresie). Dwoje członków tego gremium już dziś głosowało za obniżką o 50 pb. Bank centralny jasno formułuje przekaz, że nowozelandzka gospodarka potrzebuje większej stymulacji także ze strony polityki pieniężnej. Taka zmiana nastawienia RBNZ musiała się spotkać z rynkową reakcją, a ta przekłada się na mocne uderzenie w dolara nowozelandzkiego. Kiwi traci drastycznie na szerokim rynku w trakcie środowej sesji i znalazło się na poziomach widzianych ostatnio w kwietniu. Kurs NZD/USD zniżkuje aż o 1,2% do niewiele ponad 0,58 $, a NZD/PLN spada do 2,125 zł.

Czy PLN musi się obawiać?

W trakcie środowej sesji inwestorzy mają coraz większy problem z kreacją pozytywnych nastrojów (zresztą ten kierunek już wczoraj zasygnalizował Wall Street). Azjatyckie parkiety próbowały jeszcze walczyć, ale tylko Szanghaj wykazał witalność i poszedł w górę o 1%, a już Tokio zaliczyło mocny zjazd o 1,5%. W Europie nastroje są mieszane, o godz. 14 dobrze radzi sobie amsterdamski AEX (+0,6%), minimalnie nad kreską znajduje się paryski CAC40 (+0,14%), ale niedźwiedzie zdominowały już mediolański FTSE MIB (-0,15%), madrycki IBEX35 (-0,2%) czy wreszcie frankfurcki DAX (-0,35%). W naszym regionie pozytywnie wyróżnia się Budapeszt, gdzie BUX zwyżkuje aż o 1%. Niestety na drugim biegunie jest Warszawa, a WIG20 spada o 0,8%.

Tymczasem na rynku walutowym korona szwedzka zachowuje się spokojnie po zgodnym z oczekiwaniami utrzymaniu stóp procentowych przez Bank Szwecji na poziomie 2% (kurs SEK/PLN balansuje na równych 0,38 zł). Kurs EUR/USD odbija po wczorajszych spadkach i wraca powyżej 1,165 $. Pod lekką presją (jak cały koszyk walut CEE) znajduje się dziś polski złoty, kurs EUR/PLN jest blisko 4,25 zł, a kurs USD/PLN nie oddala się od 3,65 zł.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

Fundusze private equity wracają do inwestycji w Europie Środkowej – raport Deloitte

Fundusze private equity w Europie Środkowej wciąż deklarują gotowość do realizacji nowych transakcji, dostrzegając poprawiające się warunki finansowania i oznaki powrotu do inwestycji większej skali. Jednocześnie dojrzałość finansowa i operacyjna spółek staje się kluczowym czynnikiem ich atrakcyjności dla inwestorów. Jak wynika z najnowszej edycji raportu „Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, już 54 proc. respondentów planuje w nadchodzących miesiącach skupić się na nowych inwestycjach, a 39 proc. spodziewa się, że będą one miały większą skalę niż dotychczas. Te tendencje może wspierać rosnący optymizm dotyczący dostępności finansowania dłużnego – poprawy w tym zakresie spodziewa się 41 proc. ankietowanych, co stanowi najwyższy wynik od dekady.

Indeks Zaufania, publikowany przez Deloitte od ponad dwudziestu lat, w najnowszej edycji potwierdza utrzymujące się pozytywne nastawienie inwestorów private equity w Europie Środkowej. W bieżącym badaniu jego wartość wyniosła 133 punkty – to zauważalny wzrost w odniesieniu do wyniku z początku roku i jeden z najwyższych poziomów od 2022 r. Rezultat ten znacząco przekracza średnią historyczną indeksu, która wynosi 116 punktów.

Powrót indeksu na wyższe poziomy to pozytywny sygnał. Stanowi potwierdzenie, że mimo utrzymującej się niepewności makroekonomicznej, inwestorzy w Europie Środkowej wciąż widzą przestrzeń do działania i mają doświadczenie, które pozwala im podejmować trafne decyzje w wymagającym otoczeniu. Dodatkowo, coraz większa dostępność finansowania – zarówno ze strony banków, jak i instytucji alternatywnych – sprawia, że region jest dziś dobrze przygotowany do dalszego rozwoju inwestycji i firm. – mówi Michał Tokarski, partner zarządzający działem Advisory Deloitte w Polsce, lider Zespołu M&A.

Stabilizacja sprzyja inwestycyjnej aktywności

Wśród uczestników badania przeważa przekonanie o stabilizacji warunków gospodarczych w regionie – 58 proc. respondentów nie spodziewa się większych wahań, a niemal co czwarty prognozuje poprawę. Odsetek osób oczekujących pogorszenia trendów gospodarczych spadł z 22 do 18 proc. Autorzy opracowania zwracają uwagę, że mimo niepewności związanej z międzynarodową polityką handlową, Europa Środkowa utrzymuje tempo wzrostu przewyższające prognozy dla całej Unii Europejskiej. Polska – jako największa gospodarka regionu – ma kontynuować stabilny rozwój w latach 2025–2026, napędzany przez inwestycje i konsumpcję prywatną.

Na większą aktywność inwestycyjną w regionie może wpłynąć także rosnąca dostępność finansowania dłużnego. Odsetek ankietowanych spodziewających się poprawy warunków w tym zakresie wzrósł z 31 do 41 proc., a ponad połowa nie przewiduje większych zmian. To najbardziej optymistyczne nastroje w tym obszarze od dekady, co może świadczyć o szerszym dostępie do źródeł finansowania – zarówno tradycyjnych, jak i alternatywnych – oferowanych przez instytucje lokalne i globalne. Trend ten znajduje również odzwierciedlenie w analizach dotyczących rynku private debt, opracowanych przez Deloitte we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Inwestorów Kapitałowych.

Inwestorzy kontynuują sprawdzone strategie

Utrzymująca się dostępność kapitału oraz bardziej przewidywalne otoczenie makroekonomiczne znajdują odzwierciedlenie w planach inwestorów. Struktura deklarowanych priorytetów nie zmieniła się względem poprzedniej edycji badania – ponad połowa respondentów (54 proc.) zamierza koncentrować się na poszukiwaniu nowych inwestycji, 30 proc. stawia na dalsze podnoszenie wyceny obecnego portfela, a 16 proc. planuje skupić się na pozyskiwaniu nowych funduszy.

Wraz z utrzymującym się zainteresowaniem inwestorów nowymi transakcjami zmieniają się też oczekiwania co do ich skali. 39 proc. respondentów prognozuje wzrost średniej wartości transakcji. To wyraźna zmiana względem poprzedniej edycji badania i powrót do nastrojów z lata 2024 roku. Z kolei odsetek inwestorów prognozujących spadek zmniejszył się z 16 proc. do zaledwie 3 proc. Warto jednak pamiętać, że Europa Środkowa pozostaje rynkiem średnich transakcji – duże przejęcia są nadal wyjątkiem. Wzrost wartości może więc wynikać nie tyle z pojedynczych dużych transakcji, co z intensyfikacji strategii buy-and-build. – podkreśla Michał Tokarski

Równolegle z oczekiwanym wzrostem skali transakcji inwestorzy zakładają, że ogólny, wolumenowy poziom aktywności rynkowej pozostanie stabilny. Taki scenariusz wskazało 61 proc. respondentów, co oznacza wzrost o 14 p.p. w stosunku do poprzedniego opracowania (47 proc.). Odsetek spodziewających się zwiększenia aktywności spadł z 39 do 28 proc., a tych przewidujących jej ograniczenie – z 14 do 11 proc. Stabilne pozostają również prognozy dotyczące efektywności finansowej inwestycji, czyli finalnego zwrotu z zainwestowanego kapitału. Czterech na dziesięciu uczestników badania oczekuje jej poprawy, a ponad połowa (53 proc.) zakłada, że poziom efektywności utrzyma się na dotychczasowym poziomie.

Preferencje inwestorów coraz częściej kierują się w stronę firm o ugruntowanej pozycji rynkowej. Ponad połowa badanych (55 proc.) wskazuje, że to one będą przyciągać największą konkurencję inwestycyjną. Na dalszych pozycjach znalazły się średniej wielkości firmy wzrostowe (39 proc., wobec 42 proc. wcześniej), a zainteresowanie start-upami spadło do 5 proc., w stosunku do 9 proc. w poprzedniej edycji badania.

Stabilizacja oczekiwań cenowych

Oceny dotyczące wycen po stronie sprzedających pozostają zróżnicowane, ale ich rozkład wyraźnie się stabilizuje. Na wzrost oczekiwań cenowych wskazało 10 proc. ankietowanych – wobec 3 proc. pół roku wcześniej, a odsetek obserwujących spadki zmniejszył się z 31 do 24 proc. Połowa badanych nie dostrzegła żadnych zmian.

W porównaniu z poprzednią edycją widać, że rozkład oczekiwań inwestorów staje się bardziej zrównoważony. Maleje liczba osób zakładających skrajne scenariusze, a większość, bo 62 proc. respondentów spodziewa się, że ceny pozostaną na obecnym poziomie. Co istotne, odsetek przewidujących spadki zmniejszył się o połowę – wynosi 11 proc. i dziś jest taki sam, jak tych prognozujących wzrosty. Taka zmiana nie jest przypadkowa. Sprzedający mieli czas, żeby oswoić się z nowymi realiami i zrewidować swoje oczekiwania, często przy wsparciu doradców. Część z nich wzmocniła swoje firmy i liczy na wyceny, które to odzwierciedlają. Inni z kolei podejmują decyzje o sprzedaży, odpowiadając na zmieniające się otoczenie rynkowe lub nowe kierunki rozwoju. – mówi Arkadiusz Strasz, partner w dziale Advisory, M&A Transaction Services, Deloitte.

W ramach letniej edycji badania zapytano inwestorów również o ich spojrzenie na otoczenie transakcyjne i strategie tworzenia wartości. Ponad połowa respondentów (55 proc.) wskazuje, że ich głównym narzędziem pozostaje poprawa operacyjna, a 37 proc. uznaje ją obecnie za jedyną wiarygodną ścieżkę wzrostu. Jednocześnie nieco ponad jedna trzecia uczestników dostrzega spadek liczby potencjalnych nabywców, podczas gdy 46 proc. nie zauważa zmian. Tylko 14 proc. odnotowało wzrost aktywności inwestorów ze Stanów Zjednoczonych.

O badaniu

Badanie CE PE Confidence Survey od 2003 r. co 6 miesięcy śledzi zmieniające się nastroje inwestorów w Europie Środkowej. Obecna edycja skupia się na ich oczekiwaniach na drugą połowę 2025 r.

Na podstawie zbiorczych wyników kalkulowany jest tzw. „Confidence Index” – Indeks Zaufania, stanowiący wskaźnik nastrojów wśród zarządzających funduszami Private Equity. Indeks Zaufania jest średnią z 7 indeksów uzyskanych z pierwszych 7 pytań ankietowych. Wskaźnik przestawia zmianę odczuć pozytywnych w stosunku do łącznej liczy odpowiedzi pozytywnych i negatywnych (odpowiedzi neutralnie nie są brane pod uwagę) w porównaniu do pierwszej edycji badania z wiosny 2003 r. (wyjściowa baza 100 pkt.). Pytania w ankiecie dotyczą m.in. sytuacji gospodarczej, nastrojów i oczekiwań funduszy PE odnośnie do rynku transakcyjnego, spodziewanych parametrów transakcyjnych oraz aktywności funduszy.

Sztuczna inteligencja dla turystyki. Rusza nowy nabór projektów NCBR

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło kolejny nabór w programie strategicznym INFOSTRATEG, którego celem jest rozwój rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Tym razem projekty mają dotyczyć opracowania narzędzi i algorytmów SI wspierających rozwój gospodarczy w obszarze turystyki. Inicjatorem naboru jest Ministerstwo Sportu i Turystyki, a na dofinansowanie przeznaczono 44 mln zł.

Nowe narzędzia dla branży turystycznej

Systemy, które powstaną w ramach konkursu, mają pomóc branży turystycznej i transportowej w ocenie atrakcyjności oferty, planowaniu zasobów oraz analizie skuteczności działań promocyjnych. Rozwiązania będą oparte na przetwarzaniu danych w czasie rzeczywistym i algorytmach SI, łączących informacje z wielu źródeł:

  • portali rezerwacyjnych,
  • baz turystycznych, rejestrów państwowych i samorządowych,
  • danych o transakcjach i trendach w wyszukiwarkach,
  • mediów społecznościowych,
  • zanonimizowanych danych od operatorów telekomunikacyjnych.

Jak podkreśla Magdalena Kołodziejska, zastępczyni dyrektora NCBR, narzędzie ma być przydatne zarówno dla instytucji publicznych, jak i przedsiębiorców, a w efekcie także dla samych turystów:

System zwiększy dostęp do rzetelnej wiedzy, umożliwiającej podejmowanie świadomych decyzji strategicznych i operacyjnych w sektorze publicznym i prywatnym. Pomoże też w kierowaniu ruchem turystycznym w sposób bardziej zrównoważony i dostosowany do możliwości regionu.

Zasady konkursu i trzy etapy selekcji

Do konkursu mogą zgłaszać się jednostki naukowe, przedsiębiorstwa oraz ich konsorcja (do trzech podmiotów). Projekty muszą obejmować eksperymentalne prace rozwojowe oraz mogą uwzględniać badania podstawowe, przemysłowe i prace przedwdrożeniowe.

Realizacja przewidziana jest w trzech fazach:

  • Faza I – maks. 6 mln zł, czas trwania 6 miesięcy,
  • Faza II – maks. 2 mln zł, czas trwania 6 miesięcy,
  • Faza III – maks. 22 mln zł, czas trwania 28 miesięcy.

Po każdej fazie przeprowadzona zostanie selekcja – do II etapu przejdą maksymalnie dwa projekty, a do ostatniej fazy tylko jeden najlepiej oceniony. Łączny czas realizacji projektów wyniesie 40 miesięcy.

Nabór wniosków potrwa od 18 września do 5 grudnia 2025 r. (do godz. 16:00).

INFOSTRATEG – wsparcie dla polskich rozwiązań AI

Program INFOSTRATEG został uruchomiony w celu rozwoju krajowych kompetencji w dziedzinie sztucznej inteligencji i blockchainu. Jego zadania obejmują m.in.:

  • budowę zbiorów danych testowych i tworzenie standardów oceny rozwiązań,
  • wzmacnianie potencjału badawczego i rynkowego polskich zespołów IT,
  • rozwój narzędzi wykorzystujących sieci neuronowe w automatyzacji i robotyce,
  • zastosowanie technologii blockchain w gospodarce cyfrowej,
  • tworzenie innowacyjnych rozwiązań opartych o uczenie maszynowe zwiększających jakość usług i efektywność procesów.

UODO: przepisy o kontroli operacyjnej Policji wymagają zmian po wyroku TSUE

0

Przepisy regulujące stosowanie kontroli operacyjnej przez Policję w Polsce nie zapewniają właściwego poziomu ochrony prawa do prywatności i ochrony danych osobowych – ocenił Urząd Ochrony Danych Osobowych. To wniosek wynikający z wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 4 października 2024 r. w sprawie C-548/21, CG v Bezirkshauptmannschaft Landeck.

Zastępczyni prezesa UODO, Agnieszka Grzelak, skierowała w tej sprawie pismo do ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego, wskazując na konieczność pilnych zmian legislacyjnych.

Stanowisko TSUE

Trybunał uznał, że zatrzymanie telefonu komórkowego przez Policję i korzystanie z niego w celu pozyskania zawartych w nim danych stanowi przetwarzanie danych osobowych w rozumieniu dyrektywy policyjnej 2016/680 – nawet w sytuacji, gdy organ ścigania nie uzyska faktycznego dostępu do tych danych ze względów technicznych.

TSUE podkreślił, że dostęp do pełnej zawartości telefonu oznacza poważną ingerencję w prawa podstawowe jednostki, gdyż pozwala na odtworzenie szczegółowego obrazu życia prywatnego. Dane mogą obejmować m.in. wiadomości, zdjęcia, historię przeglądania Internetu czy informacje o stanie zdrowia, orientacji seksualnej i poglądach politycznych.

Zgodnie z wyrokiem, możliwość uzyskania przez organy wglądu do danych osobowych w celu zapobiegania przestępstwom i ich ścigania jest dopuszczalna, ale tylko wtedy, gdy przepisy:

  • precyzyjnie określają katalog przestępstw, w związku z którymi można sięgnąć po takie środki,
  • przewidują gwarancje proporcjonalności,
  • oraz uzależniają ich stosowanie – poza pilnymi, wyjątkowo uzasadnionymi przypadkami – od uprzedniej kontroli sądu lub niezależnego organu administracyjnego.

Zastrzeżenia wobec polskich regulacji

W ocenie UODO, obowiązujące przepisy – w szczególności art. 19 ustawy o Policji – nie spełniają wskazanych standardów. Aktualne rozwiązania:

  • nie wymagają od sądu uzasadnienia postanowienia o zarządzeniu kontroli, co czyni kontrolę sądową iluzoryczną,
  • nie przewidują poinformowania osoby o zastosowaniu wobec niej kontroli operacyjnej,
  • nie zapewniają prawa do skorzystania ze środka odwoławczego,
  • a ponadto posługują się zbyt szerokim katalogiem przestępstw, który może stanowić podstawę zastosowania kontroli.

Postulat zmian legislacyjnych

Po analizie orzeczenia TSUE, prezes UODO stwierdził, że konieczne jest pilne dostosowanie polskich regulacji do wymogów wynikających z prawa unijnego oraz Karty praw podstawowych UE. Jak wskazano, tylko wtedy możliwe będzie zapewnienie realnej ochrony prawa do prywatności i ochrony danych osobowych osób objętych działaniami Policji.

Mandat na Lotnisku Chopina – pasażerka ukarana za fotografowanie kontroli paszportowej

Podróże lotnicze zawsze wymagają od pasażerów zachowania szczególnej ostrożności i przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Każdy terminal, kontrola paszportowa czy punkt kontroli bezpieczeństwa to miejsca, w których obowiązują ściśle określone przepisy mające chronić zarówno pasażerów, jak i personel lotniska. Niestety, nie wszyscy pamiętają, że nawet pozornie niewinne działania, takie jak zrobienie zdjęcia telefonem, mogą prowadzić do poważnych konsekwencji. Przekonała się o tym podróżna z Gruzji, która podczas oczekiwania w kolejce do kontroli paszportowej na Lotnisku Chopina postanowiła sfotografować stanowiska odprawy. Jej działania zostały zauważone przez służby graniczne, które natychmiast przypomniały, że w tej strefie obowiązuje całkowity zakaz fotografowania. Incydent zakończył się nałożeniem mandatu i pokazuje, jak ważne jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa na lotnisku, nawet w codziennych sytuacjach.

Incydent podczas kontroli paszportowej

Jak relacjonują świadkowie, kobieta wyciągnęła telefon i zaczęła fotografować zarówno swoją kartę pokładową, jak i fragmenty stanowiska kontroli. Taki czyn zwrócił uwagę służb granicznych, które przypomniały, że robienie zdjęć w strefie kontroli paszportowej jest zabronione ze względów bezpieczeństwa.

Strażnicy graniczni zauważyli naruszenie przepisów i natychmiast podjęli interwencję. Gruzinka została ukarana mandatem, a po uregulowaniu grzywny mogła kontynuować dalszą podróż – opuściła lotnisko z mandatem.

– „Fotografowanie w tym miejscu może utrudniać pracę funkcjonariuszy oraz stwarzać ryzyko naruszenia prywatności innych pasażerów. Przepisy są jasne – takie zachowanie nie jest dozwolone” – tłumaczy rzeczniczka Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej, major Dagmara Bielec.

Zakaz fotografowania i apel do podróżnych

Rzeczniczka podkreśliła, że na terenie lotniska obowiązuje zakaz fotografowania obszarów kontroli granicznej. Nie wolno robić zdjęć urządzeń ani stanowisk służb granicznych.

  • „Apelujemy do wszystkich podróżnych: zanim sięgniesz po smartfona i zrobisz zdjęcie na lotnisku, upewnij się, że fotografowanie w danym miejscu jest dozwolone. W strefach kontroli granicznej aparat – nawet w telefonie – powinien pozostać wyłączony. Bezpieczeństwo granicy to wspólna sprawa” – dodała.

Jak uniknąć problemów na lotnisku? Porady eksperta ds. pasażerów

Ekspert ds. podróży lotniczych z AirCashBack podkreśla, że pasażerowie mają obowiązek przestrzegania regulaminów lotniskowych..Każdy podróżny powinien znać podstawowe zasady bezpieczeństwa obowiązujące na lotnisku. Nieznajomość przepisów nie zwalnia z odpowiedzialności. Mandaty i inne sankcje mogą być nakładane natychmiast, dlatego warto uważnie obserwować oznakowanie i stosować się do instrukcji personelu – mówi specjalista.

Co jest zabronione na lotnisku? Wskazówki dla podróżnych

Aby uniknąć problemów, warto pamiętać o kilku podstawowych zasadach:

  • Zakaz fotografowania i filmowania w strefach kontroli paszportowej, bezpieczeństwa pasażerów i bagażu oraz w strefach akcji ratowniczych i rozpoznania minersko-pirotechnicznego.
  • Nie używaj urządzeń mobilnych w miejscach oznaczonych jako strefy zakazane, nawet do robienia krótkich selfie czy zdjęć dokumentów.
  • Zwracaj uwagę na znaki i piktogramy informujące o ograniczeniach w danym obszarze lotniska.
  • Przestrzegaj instrukcji służb lotniskowych – ich zadaniem jest ochrona bezpieczeństwa pasażerów i procedur granicznych

Nawet pozornie niewinne czynności, takie jak robienie zdjęć, mogą prowadzić do konsekwencji prawnych w newralgicznych strefach lotniskowych. Lotniska stają się coraz bardziej cyfrowe, a pasażerowie chętnie dzielą się wrażeniami z podróży w mediach społecznościowych, jednak warto zawsze sprawdzić, gdzie można fotografować, a gdzie należy zachować szczególną ostrożność.

UOKiK ukarał przedsiębiorców za zatory płatnicze – ponad 3,3 mln zł kar

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył w ostatnim czasie kary finansowe na przedsiębiorców, którzy generowali zatory płatnicze. Łączna wartość sankcji przekroczyła 3,3 mln zł, a dodatkowo w jednej sprawie wydano decyzję o karze ponad 450 tys. zł za nieudzielenie wymaganych informacji.

W sprawach zatorów płatniczych jesteśmy zarówno pierwszą, jak i drugą instancją, ponieważ rozpatrujemy również odwołania ukaranych przedsiębiorców. Tylko w ramach ostatnich postępowań przeanalizowaliśmy prawie 320 tysięcy faktur wystawionych przez ponad 9 tysięcy dostawców – podkreślił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Kary dla 11 przedsiębiorców

Sankcje objęły spółki z różnych branż: motoryzacyjnej, opakowań, energetyki wiatrowej, budowlanej, maszynowej, kosmetycznej, spożywczej i farmaceutycznej. Najwyższą karę otrzymała firma Medi&More – ponad 1 mln zł.

Pozostałe ukarane spółki to m.in.:

  • WISS Samochody Specjalne – 614 tys. zł,
  • Amcor Specialty Cartons Polska – 124 tys. zł,
  • Vestas-Poland – 82 tys. zł,
  • Marelli Aftermarket Poland – 126 tys. zł,
  • Robyg Construction – 62 tys. zł,
  • Superior Industries Production Poland – 287 tys. zł,
  • Contimax – 340 tys. zł,
  • Cetes Cosmetics Poland – 457 tys. zł,
  • Velvet Care – 181 tys. zł,
  • LiuGong Dressta Machinery – 298 tys. zł.

Sześciu z jedenastu przedsiębiorców nie kwestionowało decyzji i skorzystało z możliwości obniżenia kary o 20 proc.

Przy ustalaniu wysokości sankcji urząd uwzględniał nie tylko skalę i długość opóźnień, ale także czynniki łagodzące, takie jak działania ograniczające ryzyko kolejnych opóźnień czy aktywna współpraca z UOKiK. W dwóch przypadkach obniżono kary, ponieważ spółki wykazały, że same padły ofiarą zatorów płatniczych.

Kara za brak współpracy

Prezes UOKiK nałożył także karę 456,3 tys. zł na spółkę Neptun z Lublina za nieterminowe i niekompletne odpowiedzi na wezwania w toku postępowania. Firma spóźniała się nawet o 107 dni, co znacząco utrudniło prowadzenie sprawy.

Zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych, każdy przedsiębiorca ma obowiązek przekazywać na żądanie Prezesa UOKiK pełne i terminowe informacje. Brak współpracy może skutkować sankcją sięgającą nawet 5 proc. rocznego przychodu, jednak nie więcej niż równowartość 50 mln euro.

Interwencje miękkie zamiast kar

UOKiK stosuje także tzw. wystąpienia miękkie, które mają charakter prewencyjny. Przedsiębiorcy otrzymują w nich informacje o zauważonych nieprawidłowościach i potencjalnych konsekwencjach. W lipcu urząd wysłał 22 takie sygnały ostrzegawcze, a od początku roku – już 128.

Kurs funta pod presją inflacji – lipcowy odczyt najwyższy od 18 miesięcy

W lipcu inflacja w Wielkiej Brytanii wzrosła do poziomu 3,8% rok do roku, osiągając najwyższą wartość od 18 miesięcy. Głównymi motorami wzrostu były rosnące ceny paliw, żywności oraz usług transportowych. Odczyt ten przekroczył oczekiwania ekonomistów, którzy prognozowali inflację na poziomie 3,7%, i jednocześnie potwierdził wcześniejsze przewidywania Banku Anglii. Szczególne znaczenie ma inflacja w sektorze usług, który uznawany jest za kluczowy wskaźnik presji cenowej w gospodarce. W lipcu sięgnęła ona 5%, przewyższając prognozy na poziomie 4,9%. Szczególnie dynamiczny wzrost – o 30,2% w ujęciu miesięcznym – odnotowano w przypadku cen biletów lotniczych, co urząd statystyczny ONS tłumaczy zwiększonym popytem wynikającym z sezonu wakacyjnego i szkolnych ferii.

Również ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w ujęciu rocznym o 4,9%. Na podwyżki szczególnie wpłynęły produkty takie jak wołowina, czekolada i kawa, co przełożyło się na dodatkową presję inflacyjną w gospodarstwach domowych. Utrzymujący się wysoki poziom inflacji komplikuje sytuację Banku Anglii, który może być zmuszony do bardziej ostrożnego podejścia w zakresie luzowania polityki pieniężnej. Choć rynki nadal dopuszczają możliwość jednej obniżki stóp procentowych do końca roku, prawdopodobieństwo takiego ruchu spadło do około 40%, co stanowi wyraźną korektę względem wcześniejszych, bardziej optymistycznych oczekiwań.

Analitycy Bloomberg Economics zaznaczają, że choć lipcowy wzrost inflacji był wyższy od ich prognoz, to w dużej mierze wynikał z czynników tymczasowych, takich jak wzrost cen lotów. W związku z tym wciąż przewidują obniżkę stóp w listopadzie, choć jednocześnie zaznaczają, że kolejne dane makroekonomiczne mogą wpłynąć na rewizję tych prognoz. Na tle pogarszającej się sytuacji cenowej rząd premiera Keira Starmera znajduje się pod rosnącą presją społeczną i polityczną. Inflacja obniża siłę nabywczą gospodarstw domowych, a krytycy wskazują na kwietniowe podwyżki podatków i płacy minimalnej jako istotne czynniki dodatkowo obciążające budżety obywateli. Minister finansów Rachel Reeves przyznaje, że sytuacja gospodarcza uległa poprawie w porównaniu z okresem rządów poprzedniego gabinetu, ale – jak podkreśla – „wciąż pozostaje wiele do zrobienia”.

Tymczasem kurs GBP/USD znajduje się w kluczowym technicznym punkcie zwrotnym. Para walutowa od połowy stycznia do końca czerwca poruszała się w kanale wzrostowym, z którego wybiła się w połowie lipca. Wyznaczając nowy niższy dołek na poczatku sierpnia, para walutowa pokonałą zakres największej korekty w ostatnim ruchu wzrostowym, co może wskazuje na rosnącą presję spadkową. W ostatni czwartek cena testowała okolice oporu na poziomie 1,36, gdzie wypada prawe ramię formacji RGR (głowa z ramionami). Utrzymujące się trudności z przebiciem tego poziomu mogą sugerować realizację scenariusza spadkowego, którego potencjalny zasięg wypada w okolicach 1,29. Wybicie się z szerokiego przedziału konsolidacji 1,3140–1,36 przesądzi o dalszym kierunku notowań w nadchodzących tygodniach.

Autor: Krzysztof Kamiński – OANDA TMS

Najem mieszkań w Polsce coraz droższy. Średnie stawki wzrosły o 5,3% rok do roku

0

Najem mieszkania w dużych miastach drożeje i zbliża się do 80 zł za metr w Warszawie. Z raportu Rankomat.pl i Rentier.io wynika, że przewaga cenowa stolicy nad resztą miast topnieje, bo w drugim pod względem kosztów Gdańsku metr kwadratowy kosztuje już 70 zł. To oznacza, że za najem 50-metrowego mieszkania, bez rachunków, trzeba zapłacić miesięcznie od 1965 zł w Częstochowie do 3940 zł w Warszawie. Przynajmniej 3 tys. zł czynszu trzeba wydadzą najemcy w Gdyni, Wrocławiu, Krakowie i Gdańsku. A jeśli zestawić średnią miesięczną stawkę czynszu z ratą kredytu, to jedynie w 4 na 17 miast kredyt będzie tańszy niż najem.

Ceny najmu za m2 – drogie miasta w wakacje drożeją

W lipcu 2025 r. przeciętny koszt najmu w przeliczeniu na metr kwadratowy najwięcej kosztował tam, gdzie nieruchomości są najdroższe. W Warszawie trzeba zapłacić 79 zł/m2 samego czynszu, a więc bez opłat licznikowych i administracyjnych. W porównaniu z poprzednim miesiącem widać niewielki, ale jednak regularny trend wzrostowy. Stawka metrowa za najem wzrosła nie tylko w stolicy (z 78 na 79 zł), ale i w innych topowych miastach Polski, jak Gdańsk (z 67 na 70 zł), Kraków (z 66 na 68 zł) czy Wrocław (z 65 na 66 zł). Za to pozostała praktycznie bez zmian w najtańszych miastach z notowania, czyli Radomiu (42 zł) i Częstochowie (39 zł). Można zaryzykować tezę, że popyt na najem stale dotyczy miast uznawanych za najdroższe i najbardziej atrakcyjne pod względem rynku pracy i oferty edukacyjnej.

– Najważniejszym czynnikiem sukcesu wynajmu obecnie nadal pozostaje lokalizacja, ale nie gwarantuje ona powodzenia sama w sobie. Mieszkanie powinno być dopasowane do różnych grup najemców, od studentów, przez młodych pracowników, po cudzoziemców. Bliskość uczelni, możliwość pracy zdalnej i dobry standard wyposażenia znacząco zwiększają szanse na szybki i stabilny wynajem – podkreśla Anton Bubiel, prezes Rentier.io.

najem 0725 m2Dynamika zmian stawek za najem w przeliczeniu na 1m2 jest różna, gdy wziąć pod uwagę okres miesięczny i roczny.

W porównaniu do cen sprzed miesiąca cena najmu we wszystkich 17 miastach wzrosła o 1,08%. Warto odnotować, małe bo małe, ale jednak spadki, jak w Szczecinie (-2,5%), Sosnowcu (-1,9%), Białymstoku (-1,2%), Gdyni (-0,8%) czy Radomiu (-0,5%). Najmocniej przez miesiąc podrożał najem w Gdańsku, o 5%.

Z kolei przez rok stawki najmu wzrosły średnio we wszystkich miastach o 5,31%. Spadków żadnych nie było, jedynie Częstochowa zanotowała brak zmiany. Stawki rosły od 1,5% w Radomiu, przez 7,4% w Katowicach do aż 11% w Sosnowcu.

Lipiec to tradycyjnie jeden z najbardziej aktywnych miesięcy na rynku wynajmu mieszkań. Właściciele lokali kontaktują się z dotychczasowymi najemcami, aby ustalić przedłużenie umów na kolejny rok, a mieszkania, które nie zostają w rękach obecnych lokatorów, wracają na rynek, zwiększając podaż. Letni okres poszukiwań to także czas, gdy swoją aktywność rozpoczynają nowi studenci przygotowujący się do nowego roku akademickiego – dodaje Anton Bubiel.

W Sosnowcu i Szczecinie rata kredytu niższa niż najem

Alternatywą dla najmu mieszkania jest spłacanie takiego lokalu z kredytu hipotecznego. Jednak nie w każdym mieście kredyt równa się niskie koszty. Na 17 zestawionych miast tylko w 4 rata za kredyt jest obecnie niższa niż czynsz na najem. Tymi wyjątkami są Częstochowa (tu różnica wynosi zaledwie 7 zł), Łódź (różnica 13 zł), Szczecin (różnica 34 zł) i Sosnowiec (różnica już bardziej wyraźna, bo 195 zł na korzyść raty kredytu).

W pozostałych 13 miastach rata za kredyt jest wyższa niż rata za najem, zakładając, że wkład własny wynosi 10% i okres spłaty to 30 lat. W Krakowie rata kredytu mieszkania 50 m2 jest wyższa o 877 zł od miesięcznego najmu. W Warszawie różnica też jest spora (867 zł) i co ciekawe w Toruniu (559 zł). Minimalnie droższy kredyt od najmu występuje w Lublinie (251 zł), Bydgoszczy (207 zł) i Radomiu (150 zł).

– Prognozy na kolejne miesiące wskazują na stabilizację stawek czynszów. Brakuje istotnych czynników popytowych — obniżone stopy procentowe zachęcają część najemców do zakupu własnego mieszkania, napływ cudzoziemców nie wzrasta, a podaż zwiększa rosnąca oferta profesjonalnych podmiotów wynajmujących (tzw. PRS-ów) i planowane wejście REIT-ów, czyli funduszy inwestujących w nieruchomości na późniejszy wynajem. To wszystko może oznaczać większą konkurencję cenową i wolniejsze tempo wzrostu stawek. – komentuje Anton Bubiel, prezes Rentier.io.

najemVSkredyt 0725W przypadku zarówno najmu, jak i mieszkania na kredyt część opłat stanowić będzie ubezpieczenie mieszkania. Taka polisa nie zawsze jest obowiązkowa dla najemców, ale chroni finansowo lokatorów w razie wyrządzenia przez nich szkody na nie swoim mieszkaniu. W przypadku kredytobiorców to obowiązek wymagany przez bank i wystarczy już polisa w podstawowym zakresie, a więc na wypadek skutków żywiołów przyrody, pożaru czy zalania.

Metodologia

Powyższa analiza dotyczy mieszkań występujących w ogłoszeniach internetowych z okresu od 1 do 31 lipca 2025 r. dla 17 miast. Wyliczenia sporządzono na podstawie 25 tys. ogłoszeń najmu. Publikujemy wyniki tylko, gdy liczba ogłoszeń jest nie mniejsza niż 100.

Polacy pytają AI, gdzie jechać na wakacje

  • Największe biura podróży w Polsce wciąż nie wykorzystują swoich szans, jakie daje im boom na wyszukiwanie za pomocą np. ChatGPT. Raport „Biura podroży w erze AI” wskazuje na szybko rosnąca rolę AI w podejmowaniu decyzji konsumenckich dot. wyjazdów wakacyjnych oraz preferowanych pośredników.
  • Badacze za pomocą narzędzia Sorikko w zautomatyzowany sposób, przez kilka tygodni, tysiące razy zasypywali AI pytaniami imitującymi zachowania Polaków planujących wakacje. Wiedzą już, jakie strony internetowe oraz firmy poleca np. ChatGPT czy Gemini lub Grok. Analiza pokazuje nie tylko zasięgi liderów rynku w AI, ale i sentyment, jakim sztuczna inteligencja darzy dane marki.
  • Monitoring polskojęzycznego AI i umiejętne SEO w modelach językowych stają się kluczowe. Według doświadczeń praktyków z branży, konsumenci bazujący na rekomendacjach sztucznej inteligencji są nawet 3-krotnie bardziej skłonni do zakupów w segmencie travel od osób korzystających z pomocy klasycznej wyszukiwarki[1].

Warszawa, 20 sierpnia 2025 – Według ostatnich badań, ponad 89% konsumentów[2] chce korzystać ze sztucznej inteligencji podczas planowania przyszłych podróży. Jednocześnie asystenci AI są przez nas uważani za bardziej wiarygodne źródło informacji niż blogerzy podróżniczy lub influencerzy w mediach społecznościowych a 41 proc.[3] Polaków deklaruje wprost, że „ufa AI”. Sorikko.com sprawdziło, jaki wpływ ma AI na branżę travel w Polsce, której liderzy tylko w zeszłym roku wygenerowali ponad 21 mld zł przychodów.

– To tektoniczna zmiana: w ostatnich 12 miesiącach globalna liczba użytkowników ChatGPT wzrosła 5-krotnie a liczba interakcji z AI rośnie w jeszcze szybszym tempie. Ta dynamika obejmuje również Polskę. To oznacza nowe szanse, ale i zagrożenia dla biznesów mających swoją ugruntowaną pozycję w „starym”, cyfrowym świecie. Z tygodnia na tydzień klasyczne SEO w wyszukiwarkach i przychód z niego traci swoją pozycję na rzecz pozycjonowania i ruchu generowanego z zapytań z modeli językowych. Konsumenci coraz częściej wybierają rozmowę z AI zamiast przeszukiwania sieci. To tam pytają ChatGPT „gdzie jest teraz ciepłe lato i gdzie mogę spędzić tydzień za 5 tys. zł” zamiast ślęczeć nad wyszukiwaniami w Google’u – podkreśla Jakub Mazurkiewicz, CEO Sorikko, firmy dostarczającej narzędzie do automatycznego monitoringu marek w AI.

CHATGPT: ZDROWE KALORIE DLA BRANŻY TRAVEL

Jak wynika z raportu „Biura podróży w erze AI”, największe biura podróży w Polsce nie wykorzystują wszystkich szans, jakie daje im rozwój wyszukiwań w modelach LLM. Analitycy Sorikko, wyliczyli, że 3 największe działające w Polsce biura podróży czyli Itaka, TUI oraz Rainbow dominują pod kątem obecności w odpowiedziach najpopularniejszych modelach sztucznej inteligencji. Różnice między nimi nie przekraczają 2 pkt. proc. – według danych zawartych w raporcie, wymienione marki idą łeb w łeb i występują w niemal 90 proc. odpowiedzi z Gemini, Groka, Deepseeka czy ChatGTP. Kolejne firmy turystyczne w zestawieniu są już zdecydowanie rzadziej wymieniane przez AI. Coral Travel notuje wynik na poziomie 44 proc. a Exim Tours pojawia się już jedynie w 26 proc. przypadków.

– Intensywna obecność w LLM-ach jest kluczowa z kilku powodów, także dlatego, że ruch przychodzący z tego kanału jest zdecydowanie bardziej efektywny, kaloryczny biznesowo niż ten z organicznych wyszukiwań w wyszukiwarkach czy z płatnych kampanii w Google’u lub w mediach społecznościowych. Jednocześnie w dialogu z AI użytkownicy często zatrzymują się na jego pierwszych rekomendacjach. A to oznacza, że dla czołówki branży turystycznej odpowiednie pozycjonowanie w rekomendacjach AI w Polsce możne oznaczać miliony złotych zysków rocznie – zaznacza Jakub Mazurkiewicz z Sorikko.

LLM-Y PREMIUJĄ LIDERÓW, ALE LUBIĄ NISZE

Badania Sorikko pokazują również, że modele językowe w rozmawiając z Polakami o podróżach wyraźnie premiują 3 największe biura podróży. W statystykach tzw. udziału w głosie (share of voice), liderzy zajmują po nieco ponad 15 proc. przestrzeni rekomendacji AI, co daje im łącznie 46 proc. udziału w głosie. Kolejne w rankingu marki, te o mniejszej sile wpływu na AI mogły liczyć na maksymalnie 5-7 proc. przestrzeni w odpowiedziach sztucznej inteligencji.

– Nie oznacza to jednak, że sfera marketingu w LLM-ach w sektorze travel jak i w innych sektorach jest zabetonowana. W przypadku pytań bardziej szczegółowych np. dotyczących wakacji w konkretnej destynacji i formule dodatkową premię dostawały biura podróży specjalizujące się w np. wakacjach na greckich wyspach. W wynikach pojawiały się także nierzadko marki nieobecne na polskim rynku, co pokazuje pewną agnostyczność modeli językowych i przestrzeń, którą mogą zagospodarować lokalne firmy – uważa Wojtek Skowronek CTO, cofounder Sorikko.com.

NOWE ROZDANIE W SEO: REDDIT MA ZNACZENIE

Autorzy raportu wskazują, że także mniejsze marki mogą w nowej rzeczywistości zdobyć dużo wyższą pozycję niż w klasycznych wyszukiwarkach. LLM-y patrzą bowiem na kwestie rekomendacji zdecydowanie bardziej holistycznie. AI kontekstowo bada wiele aspektów w tym samym czasie, ważąc ich wiarygodności i autorskość. Użytkownicy to uwielbiają i głosują za tym swoimi portfelami. W samym USA 40 proc. podróżnych[4] w [3] ostatnim czasie korzystało z sugestii AI przy planowaniu podróży.

– Marketing w sieci ma nowe rozdanie. W tej grze jest dużo więcej zmiennych. AI premiuje media własne, ale i publikacje w niezależnych źródłach o wysokiej reputacji, zapracowane np. przez PR. Mocny wpływ na LLM-y mają rankingi oraz zestawienia, do tego opinie tworzone przez użytkowników internetu, także te publikowane w niedocenianych w Polsce serwisach typu Reddit czy Trustpilot. Czasem nawet niszowy, ale fachowo zrobiony film z YouTube’a może mieć wpływ na odpowiedź AI, stąd konieczność adresowania różnych kanałów i mulitmodalność treści – zauważa Jakub Mazurkiewicz.

[1] case study prezentowane przez Johna Lyotiera, CEO TravelAI https://www.linkedin.com/posts/johnlyotier_i-hesitated-writing-this-post-it-is-the-activity-7341642719817015296-hI4g?utm_source=share&utm_medium=member_desktop&rcm=ACoAAAChlKwBPHRzI2udZPCKRc7HVXn_UHZjjcg

[2]https://content.presspage.com/uploads/685/f7f5bfb0-55d7-464e-b4f3-6793df36e43b/booking.com-theglobalaisentimentreport2025-final.pdf?10000

[3] https://assets.kpmg.com/content/dam/kpmg/pl/pdf/2025/07/pl-Raport-KPMG-w-Polsce-KPMG-AI-Trust-2025-web.pdf

[4] https://www.cint.com/blog/cintsnap-survey-uncovers-2024-holiday-travel-trends-and-the-use-of-ai-in-travel-planning/

Czy nowa funkcja mapy na Instagramie okaże się poważnym zagrożeniem? Eksperci ostrzegają

0

Kiedy Instagram po cichu wprowadził nową funkcję „Friend Map” („Mapa znajomych”), została ona przedstawiona jako świetny sposób na zobaczenie, gdzie znajdują się nasi znajomi oraz na odkrywanie miejsc wspólnych spotkań. Jednak premiera funkcji wywołała od razu obawy – i to z całkiem uzasadnionych powodów. Udostępnianie lokalizacji to nie tylko kwestia wygody, ale także zaufania, bezpieczeństwa i kontroli nad własnymi danymi osobowymi – uważa Amit Wigman z zespołu eksperckiego CTO Check Point Software Technologies.

Choć Meta zapewnia, że funkcja jest dobrowolna (opt-in), to jej włączenie może prowadzić do znacznie większych konsekwencji niż tylko spontaniczne spotkania. Zaciera ona granicę między zagrożeniami dla prywatności w sieci a bezpieczeństwem fizycznym, narażając użytkowników na ataki ukierunkowane, stalking czy niechciane profilowanie. Konstrukcja tej funkcji, w połączeniu z presją społeczną, jaka towarzyszy korzystaniu z Instagrama, sprawia, że nawet ostrożni użytkownicy mogą ujawniać więcej informacji o swoich zwyczajach i przemieszczaniu się, niż początkowo zamierzali.

O danych słów kilka   

Po włączeniu funkcji Instagram Map rejestruje dwa główne typy danych o lokalizacji:

  1. Logi lokalizacji wyzwalane przez aplikację– ostatnia lokalizacja zapisywana jest przy każdym otwarciu lub ponownym uruchomieniu aplikacji.
  2. Dane lokalizacji oparte na treściach– wszystkie Reels, Stories lub posty w feedzie oznaczone lokalizacją są indeksowane i powiązywane z Twoim profilem.

Te wpisy tworzą historię przemieszczania się z oznaczeniem czasu, nawet jeśli nie jest to ciągłe śledzenie GPS. Powtarzające się meldunki w tych samych miejscach pozwalają z dużą dokładnością wywnioskować adres domowy i miejsca pracy, trasy podróży oraz często odwiedzane punkty – zauważa ekspert Check Pointa.

Dane przechowywane są centralnie na serwerach Meta – w tej samej infrastrukturze, z której korzystają Instagram, Facebook, Messenger i inne usługi. Firma nie określa, jak długo przechowuje te informacje, używając ogólnego sformułowania „tak długo, jak to konieczne” na potrzeby świadczenia usług, analiz, zgodności z prawem i celów komercyjnych. W odróżnieniu od usług lokalizacyjnych, w których priorytetem jest bezpieczeństwo, dane te nie są szyfrowane metodą end-to-end, co oznacza, że dostęp do nich mogą mieć systemy Meta, a potencjalnie także jej pracownicy. Centralizacja tych informacji czyni je również atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców. W przypadku naruszenia bezpieczeństwa mogą oni przechwycić nie tylko loginy i hasła, ale też szczegółową mapę miejsc, w których przebywali użytkownicy.

Ponieważ Instagram jest częścią większego ekosystemu reklamowego Meta, dane te mogą być powiązane z szerszym profilem zachowań użytkownika. Umożliwia to wyjątkowo precyzyjne targetowanie reklam – np. dotarcie do osób, które w tygodniu odwiedzają określoną siłownię albo w sobotnie poranki bywają w konkretnej kawiarni. Jednak ta sama precyzja może posłużyć do działań złośliwych.

Podwójne zagrożenie: ryzyko fizyczne i cyfrowe

Ryzyka związane z udostępnianiem lokalizacji można podzielić na dwie kategorie – i problem w tym, że mogą się one przenikać.

Od strony fizycznej, ujawnienie miejsca pobytu może umożliwić stalking, nękanie czy niechciane spotkania. Napastnik, który odkryje Twój codzienny dojazd, ulubiony bar czy trasę joggingu, może zaplanować bezpośredni kontakt. Przestępcy wykorzystywali też oznaczenia lokalizacji w mediach społecznościowych, by ustalić, kiedy ktoś jest poza domem – i czy w tym czasie dokonać włamania. W przypadku nieletnich ryzyko jest jeszcze większe – ujawnione lokalizacje mogą ułatwić namierzenie i zbliżenie się do dziecka.

Od strony cyfrowej, dane o lokalizacji stają się narzędziem profilowania. Platforma reklamowa Meta może łączyć je z historią przeglądania, zakupami i danymi demograficznymi, aby tworzyć bardzo szczegółowe segmenty odbiorców. Może to służyć nie tylko reklamom, ale też kampaniom dezinformacyjnym, oszustwom czy phishingowi, wykorzystującym znajomość zwyczajów do zdobycia zaufania.

Instagram vs. Snapchat i Apple Find My

Na pierwszy rzut oka Instagram Friend Map może wydawać się podobny do Apple Find My czy Snapchat Snap Map, ale różnią się one znacząco.

  • Apple Find My stosuje pełne szyfrowanie end-to-end – lokalizacja jest zaszyfrowana na urządzeniu nadawcy i może być odszyfrowana tylko na urządzeniu odbiorcy. Apple nie ma dostępu do tych danych. Funkcja służy bezpieczeństwu i odzyskiwaniu urządzeń, a nie celom społecznym czy reklamowym.
  • Snapchat Snap Map jest opcjonalny, ale miał udokumentowane przypadki nadużyć – nawet tryb Ghost Mode nie zawsze chronił użytkowników przed namierzeniem.
  • Instagram Friend Map różni się tym, że łączy dane lokalizacyjne z całym ekosystemem Meta, działa w ramach platformy napędzanej reklamami i posiada komercyjną motywację do gromadzenia i analizowania danych. Meta w ostatnich miesiącach doświadczyła też kilku dużych wycieków danych, co czyni ją atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców.

Mapa znajomych czy mapa zagrożeń?

Z punktu widzenia bezpieczeństwa, funkcja ta szybko wzbudziła zainteresowanie cyberprzestępców. Już po kilku dniach od premiery na forach pojawiły się dyskusje o możliwości odwrócenia inżynierii API, aby poznać szczegóły przechowywania i przesyłania danych. Pojawiły się też rozmowy o masowym scrapowaniu danych lokalizacyjnych i łączeniu ich z informacjami z innych źródeł w celu identyfikacji osób.

Takie metody nie są nowe – były stosowane m.in. w głośnych przypadkach ujawnienia lokalizacji przez Snapchata, włamań związanych z geotagami na Instagramie i Facebooku czy w wycieku map aktywności Strava, który ujawnił lokalizacje baz wojskowych.

Jak zmniejszyć ryzyko?

Amit Wigman z Check Pointa sugeruje kilka działań zaradczych. Po pierwsze, wyłączenie udostępniania lokalizacji: Wiadomości → Mapa → Ustawienia → Udostępnianie lokalizacji → „Nikt”. Po drugie, ograniczenie uprawnień aplikacji: w ustawieniach prywatności telefonu ustaw dostęp do lokalizacji dla Instagrama na „Podczas używania aplikacji” lub wyłącz go całkowicie. I w końcu, przeglądanie listy obserwujących: usuwaj osoby, których nie znasz lub którym nie ufasz w realnym życiu.

Dodatkowy zabezpieczeniem będzie wyłącznie doraźnego udostępniania: jeśli włączasz lokalizację w konkretnym celu, wyłącz ją zaraz po, aby uniknąć tworzenia długoterminowej historii lokalizacji.

Na rynek najmu wracają studenci, więc mieszkań zaczyna ubywać. A co z czynszem?

Sierpień to tradycyjnie okres, w którym mieszkań na wynajem poszukują przede wszystkim studenci, ale także rodziny z dziećmi w wieku szkolnym. Z każdym tygodniem upolowanie okazji będzie więc coraz trudniejsze. W Warszawie, Krakowie i Wrocławiu oferta mieszkań kurczy się już od trzech miesięcy, a lipiec przyniósł wzrost mediany czynszów.

Rynek najmu charakteryzuje się sezonowością. Zimą popyt zamiera, wiosną ożywia się, a apogeum osiąga wczesną jesienią, kiedy mieszkań szukają studenci. Podobnie jest też w tym roku. Niepokoić może jednak szybszy niż zwykle spadek liczby mieszkań w ofercie. Mniej było ich o tej porze roku w 2022 r., gdy do Polski napłynęła fala uchodźców z Ukrainy – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl.

Z danych przeszukiwarki portali nieruchomości Adradar wynika, że w lipcu na rynku najmu w całym kraju pojawiło się 53,5 tys. nowych unikalnych ofert wynajmu mieszkań, czyli o 14% więcej niż w czerwcu. Wycofano ich natomiast ok. 56,5 tys., czyli o 18% więcej. W efekcie ich oferta skurczyła się z 75 tys. do 72 tys., czyli o 4%.

Mieszkaniowy rynek najmu

Marek Wielgo zwraca uwagę, że oferta jest o przeszło 6% mniejsza niż przed rokiem. Przy czym zwykle o tej porze roku rosła liczba mieszkań na wynajem dostępnych na rynku, natomiast w tym roku wyraźnie się kurczy. I to jeszcze zanim zaczął się tzw. wysoki sezon. Np. w marcu najemcy szukający mieszkania w Warszawie mogli przebierać wśród 19,3 tys. ofert. W czerwcu było ich 14,7 tys., a w lipcu – 13,9 tys. Drugi miesiąc z rzędu oferta w stolicy skurczyła się aż o 5%!

W pozostałych metropoliach było z tym różnie ze względu na lokalne uwarunkowania. O 3% ubyło w lipcu mieszkań na wynajem w Krakowie (do 6,3 tys.) i o 2% we Wrocławiu (do 5,2 tys.), a to jedne z największych ośrodków akademickich w kraju.

Natomiast aż o 9% zwiększył się wybór mieszkań w Gdańsku (do 2,5 tys.). Tyle tylko, że wciąż jest on w tym mieście o ponad jedną piątą mniejszy niż w końcówce ubiegłego roku. O 7% wzrosła też w lipcu oferta w Łodzi (do 3 tys.) i o 6% w Poznaniu (do 3,4 tys.). Poziom z czerwca utrzymał się w Katowicach, gdzie dostępnych na rynku było pod koniec lipca ok. 2,3 tys. lokali.

Liczba unikalnych ofert wynajmu mieszkań_lipiec 2025

Jaki wpływ miała sytuacja podażowa na czynsze?

Wygląda na to, że szczególnie osoby chcące studiować w Warszawie muszą się liczyć z coraz większym wydatkiem. Najtańsze lokale znikają bowiem z rynku. Z danych portalu GetHome.pl wynika, że w stolicy mediana czynszu (ok. 4,7 tys. zł) była o 2% wyższa niż czerwcu. O 3% wzrosła też w Poznaniu (do 2,6 tys. zł) i o 1% – we Wrocławiu (do przeszło 2,8 tys. zł). Przy czym w tym ostatnim mieście, przeciętna stawka czynszu poszła w górę, mimo wzrostu oferty. Może to świadczyć o tym, że na rynek trafiły stosunkowo drogie lokale, a zaczęły z niego znikać najtańsze.

W pozostałych metropoliach mediana czynszu, która jest bardziej zbliżona do „typowej” stawki czynszu niż średnia, utrzymała poziom z czerwca. W Krakowie mediana wynosiła w lipcu 3 tys. zł, w Gdańsku – 3,2 tys. zł, w Łodzi – 2,2 tys. zł, a w Katowicach – 2,1 tys. zł.

Mediana miesięcznego czynszu_lipiec 2025

Już tylko w dwóch metropoliach, w Warszawie i Wrocławiu, dostępne na rynku mieszkania na wynajem są wciąż średnio tańsze niż w końcówce ubiegłego roku. Wiele jednak wskazuje na to, że najpóźniej we wrześniu we wszystkich metropoliach odnotujemy wzrost przeciętnych stawek czynszów – zauważa Marek Wielgo. I dodaje, że budżet, którym dysponują studentki i studenci raczej nielicznym umożliwia samodzielny najem mieszkania. Kawalerka jest luksusem, dlatego najczęściej szukają oni większych lokali, w których mogliby dokwaterować koleżanki lub kolegów, i dzięki temu zredukować wydatki.

Najpewniej dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że najdroższym miejscem do studiowania jest Warszawa. Z danych serwisu GetHome.pl wynika, że mediana czynszu dla mieszkań dwupokojowych wynosiła tu w lipcu ok. 3,8 tys. zł miesięcznie, a trzypokojowych – ok. 5,5 tys. zł. Nieco taniej jest w Gdańsku, Wrocławiu i Krakowie. W tych miastach mediana miesięcznego czynszu dla mieszkań dwupokojowych wynosiła w lipcu ok. 2,8-3 tys. zł, a dla trzypokojowych odpowiednio:4,2 tys., 3,5 tys. i 3,9 tys. zł. Najtańsze są Łódź i Katowice z medianą czynszu dla dwupokojowych mieszkań na poziomie 2,1-2,3 tys. zł, a dla trzypokojowych – 3,2 -2,5 tys. zł.

Mediana miesięcznego czynszu w lipcu 2025

Ekspert portalu GetHome.pl przyznaje, że w praktyce czynsze mogą być niższe, gdyż serwis podaje stawki ofertowe. Studenci celują zaś zazwyczaj w lokale tańsze od średniej rynkowej. Ponadto w każdym z ośrodków akademickich czynsze są zróżnicowane, a ich wysokość zależy przede wszystkim od lokalizacji, ale także od standardu. Oczywiście dla ogromnej większości studentek i studentów to lokalizacja ma kluczowe znaczenie. Nie chcą oni tracić czasu na długie dojazdy na uczelnię z odległych zakątków. Ponadto chcą korzystać z atrakcji, które oferuje im miasto.

Marek Wielgo radzi studentkom i studentom chcącym nająć mieszkanie, aby kierowali się 10 zasadami:

  1. Nie warto zwlekać z poszukiwaniem odpowiedniego lokum, bo z każdym tygodniem upolowanie okazji będzie coraz trudniejsze.
  2. Trzeba zachować czujność, bo w tym okresie aktywizują się oszuści otwierający sezonowe „agencje”.
  3. Umowa najmu jest bardzo ważnym dokumentem, bo określa prawa i obowiązki stron.
  4. Wynajmujący mieszkanie może zaproponować zawarcie umowy najmu okazjonalnego Warto spróbować wynegocjować opust w czynszu za związane z tym niedogodności.
  5. Nie należy akceptować zapewnień wynajmującego, że podpisanie umowy nie jest konieczne i że wystarczy ustne porozumienie.
  6. Kwoty podawane w serwisach ogłoszeniowych za wynajęcie często bardzo podobnych mieszkań potrafią się znacznie różnić.
  7. Oczywiście warto negocjować wysokość czynszu, czyli wynagrodzenia dla właściciela za użyczenie lokalu.
  8. Aby uniknąć problemów w kwestii stanu mieszkania przed i po zakończeniu umowy najmu, należy sporządzić protokół zdawczo-odbiorczy.
  9. Warto także spisać stan liczników, by nie ponosić kosztów, które wygenerowali poprzedni lokatorzy.
  10. I rozważyć ubezpieczenie mieszkania, nawet jeśli wynajmujący już to zrobił, bo jego polisa nie obejmuje rzeczy najemcy, np. komputera.

Na koniec dobra wiadomość. 22 sierpnia 2025 r. wejdzie w życie nowelizacja ustawy o społecznych formach rozwoju mieszkalnictwa, która zakłada wsparcie budowy i remontów akademików (nawet 80% kosztów inwestycji). Ministerstwo Rozwoju i Technologii deklaruje, że na ten cel będzie przeznaczanych co roku 10% środków z Funduszu Dopłat przy Banku Gospodarstwa Krajowego. Ma to ułatwić dostęp do nauki młodzieży spoza dużych miast.

Tymczasem – jak podaje GUS – w ciągu ostatnich pięciu lat liczba akademików należących do uczelni publicznych skurczyła się z 471 do 434. W 2019 r. mogły przyjąć ponad 123 tys. żaków. W ubiegłym roku miejsc w akademikach było niespełna 112 tys.  W praktyce może być nawet o 30 tys. mniej z powodu fatalnego stanu technicznego budynków. Z danych GUS wynika, że z akademików korzystało w ubiegłym roku zaledwie ok. 6,4% ogółu studiującej młodzieży.

Ponieważ miejsc w akademikach jest za mało, więc studentki i studenci najmują mieszkania. W efekcie na rynku jest ich mniej dla tych, którzy chcieliby się usamodzielnić – komentuje Marek Wielgo.

Narodowy Bank Ukrainy obniża prognozy dotyczące powrotu Ukraińców aż pięciokrotnie

Narodowy Bank Ukrainy (NBU) w najnowszym raporcie dotyczącym inflacji zrewidował prognozy dotyczące migracji: zamiast oczekiwanych 500 tys. Ukraińców, którzy mieli powrócić do 2027 roku, teraz przewiduje jedynie 100 tys. Jednocześnie NBU prognozuje nową falę emigracji – nawet do 400 tys. osób w latach 2026–2027.

NBU podkreśla, że długotrwały odpływ migracyjny i powolny powrót obywateli pogłębia deficyt siły roboczej, zwłaszcza w poszczególnych regionach i branżach. To z kolei spowalnia odbudowę gospodarczą kraju i powoduje szybszy wzrost wynagrodzeń niż wydajności pracy, co dodatkowo nasila presję inflacyjną.

Specjaliści Centrum Analitycznego Gremi Personal uważają, że prognozy NBU dotyczące migracji nie powinny być traktowane dosłownie ani wywoływać paniki. Owszem, odpływ Ukraińców z kraju trwa i w pierwszej kolejności wynika to z kwestii bezpieczeństwa – pełnoskalowej wojny z Rosją. Według danych NBU, w pierwszym półroczu 2025 roku liczba ukraińskich migrantów wzrosła zaledwie o 60 tys. osób, podczas gdy w analogicznym okresie 2024 roku – aż o 200 tys. Z kolei dane ONZ pokazują, że 1 lipca 2025 roku poza granicami Ukrainy przebywało 5,6 mln obywateli. Jednocześnie, według Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji do 1 kwietnia br. do ojczyzny wróciło już 4,14 mln Ukraińców spośród tych, którzy wyjechali na początku wojny.

Jeśli chodzi o prognozy, dalsza dynamika migracji zależeć będzie przede wszystkim od rozwoju sytuacji w Ukrainie: scenariuszy zakończenia wojny, odbudowy gospodarczej, skali inwestycji i innych czynników. – uważa Oleg Rudenko z Centrum Analitycznego Gremi Personal.

Potwierdzają to także prognozy NBU. Według zakładanego optymistycznego scenariusza, poprawa sytuacji bezpieczeństwa przyczyni się do szybszego powrotu migrantów – nie o 100 tys., lecz nawet 700 tys. osób w latach 2026–2027.

Choć sytuacja demograficzna w Ukrainie rzeczywiście budzi obawy, potencjał do powrotów pozostaje znaczący, szczególnie w długoterminowej perspektywie. – uważa Rudenko.

Jednym z głównych argumentów sprzyjających powrotom są nastroje panujące wśród Ukraińców za granicą. Wiosną 2025 roku Centrum Analityczne przeprowadził badanie wśród obywateli Ukrainy tymczasowo przebywających w Polsce. Wyniki pokazały, że 70% respondentów potencjalnie rozważa powrót do kraju. W tym 17,9% deklaruje, że wróci natychmiast, gdy tylko będzie to bezpieczne, a 45,3% waha się, ale nie wyklucza powrotu.

Decyzja o powrocie zależy przede wszystkim od bezpieczeństwa, a nie tylko od poziomu wynagrodzeń. Ludzie chcą mieszkać u siebie – w znanym otoczeniu, we własnym domu, blisko rodziny. Ten czynnik jest niedoceniany w makroekonomicznych kalkulacjach. – podkreśla Rudenko.

Jeśli chodzi o kryzys kadrowy, który faktycznie pogłębia się wskutek migracji i o którym mówi NBU, analitycy Gremi Personal zwracają uwagę, że należy patrzeć nie tylko na sytuację bieżącą, ale i na globalne procesy makroekonomiczne, które mogą działać na korzyść Ukrainy.

Światowy rynek pracy słabnie. Międzynarodowa Organizacja Pracy obniżyła prognozę liczby nowych miejsc pracy w 2025 roku o 12% – z 60 mln do 53 mln. Z kolei realny wzrost płac skorygowanych w krajach G7 spadł z 2,8% w 2023 roku do 1,3% w pierwszym kwartale 2025 roku.

Spowolnienie gospodarcze w UE, USA i Azji (m.in. w związku z decyzjami politycznymi, jak wypowiedzi Donalda Trumpa) prowadzi do zmniejszenia popytu na siłę roboczą. Na rozwinięte rynki coraz mocniej będzie napierać migracja zarobkowa z tzw. globalnego Południa, co zwiększy podaż pracy. Dodatkowo, UE może zrewidować warunki pobytu Ukraińców (np. ograniczając świadczenia). W tym kontekście Ukraina – pod warunkiem zakończenia wojny – zyska przewagę w przyciąganiu obywateli z powrotem: deficyt kadr, rosnące płace, znajome środowisko (w tym własne mieszkania) sprzyjają decyzjom o powrocie. – wyjaśnia analityk Gremi Personal.

Innymi słowy, powojenna stabilizacja otworzy nowe możliwości dla powrotu Ukraińców do ojczyzny.

Kiedy pojawią się projekty inwestycyjne, a biznes znów zacznie się rozwijać, zapotrzebowanie na pracowników będzie rosło. Ukraińcy za granicą uważnie to obserwują i są gotowi wracać, gdy zobaczą realne perspektywy. – podsumowuje analityk.

300 Plus traci na wartości. Realnie to już tylko 195 zł na wyprawkę szkolną

Wiele osób wciąż wypoczywa na wakacjach, a tymczasem rodzice coraz częściej myślą już o powrocie dzieci do szkoły, który nastąpi za niecałe dwa tygodnie. Choć inflacja wyhamowała, koszty związane z rozpoczęciem roku szkolnego ponownie wzrosły. Jednocześnie spadła realna wartość świadczenia 300 Plus – dziś odpowiada ono 195 zł w cenach z momentu startu programu. W przeciwieństwie do 500 Plus, które zostało zwaloryzowane, 300 Plus nie zmieniło się od początku obowiązywania. W tym roku naukę rozpocznie około 4,5 mln uczniów, a ich rodzice będą mogli skorzystać ze świadczenia.

300 Plus to świadczenie w ramach programu „Dobry start”, które przysługuje rodzicom raz w roku na każde uczące się dziecko do 20. roku życia, a w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami do 24. roku życia, niezależnie od dochodów rodziny. Rodzice lub opiekunowie otrzymują 300 zł na wyprawkę szkolną, aby pokryć część kosztów związanych z początkiem roku szkolnego. Program wprowadzono w czerwcu 2018 roku i od tego czasu kwota nie była waloryzowana. Tymczasem świadczenie 500 Plus zostało podniesione do 800 zł.

Z powodu inflacji realna wartość 300 Plus systematycznie maleje. Obecnie odpowiada 195 zł, czyli 65 proc. pierwotnej wartości z czerwca 2018 roku. Rok temu było to 201 zł. Aby utrzymać wartość świadczenia z czasu startu programu, dziś powinno ono wynosić 461,50 zł.

Świadczenie pokrywa dziś jedynie niewielką część wydatków związanych z wysłaniem dziecka do szkoły. Koszty te sięgają co najmniej 650-850 zł. Przykładowo, komplet nowych podręczników to wydatek rzędu 550-800 zł, choć korzystając z rynku wtórnego można zejść do 200-400 zł. Do tego dochodzi obowiązkowy strój sportowy i buty do WF,  kosztujące minimum 200 zł, a także zeszyty, plecak i piórnik, co oznacza kolejne 200 zł. Wiele rodzin w tym czasie decyduje się również na zakup biurka, odświeżenie wyposażenia pokoju dziecka czy zakup komputera albo tabletu. Okres powrotu do szkoły jest jednym z najważniejszych w roku dla konsumpcji, porównywalnym z okresem przedświątecznym.

Koszty edukacyjne rosną z każdym rokiem. Choć inflacja w ostatnich miesiącach spadła, oznacza to jedynie, że ceny rosną wolniej niż wcześniej. W lipcu 2025 inflacja w Polsce wyniosła 3,1 proc., ale wiele wydatków związanych z edukacją rosło szybciej niż wskaźnik CPI. Najbardziej podrożała żywność i napoje bezalkoholowe – o 4,7 proc., co oznacza wyższe koszty drugich śniadań i przekąsek. Wyraźnie wzrosły także ceny usług edukacyjnych, średnio o 8,6 proc., obejmujących czesne, zajęcia dodatkowe i korepetycje. Droższa była również rekreacja i kultura, o 3,4 proc., czyli książki i aktywności pozaszkolne. Jedynie odzież i obuwie potaniały o 1,3 proc., co oznaczało nieco tańsze zakupy szkolnych butów i ubrań.

Nie wszystkie wydatki w tym roku są wyższe. Znacząco spadły ceny elektroniki – w lipcu 2025 laptopy i tablety były tańsze o ponad 10 proc. niż rok temu. Rodzice mogą więc kupić sprzęt potrzebny do nauki wyraźnie taniej niż wcześniej. Do spadku cen przyczynił się także słabszy dolar, który obniżał koszty importu. Mniej kosztował także transport – paliwo potaniało o 4,6 proc., co ułatwiało dowożenie dzieci do szkoły.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Polskie porty biją rekordy. Baltic Hub zbliża się do pełnej przepustowości

Z perspektywy rynku polskiego rok 2025 przynosi względną stabilizację w transporcie morskim, zwłaszcza w porównaniu z ostatnimi latami, gdy wahania stawek sięgały nawet dziesięciokrotności w skali roku. Na głównym kierunku importowym – z Chin – ostatnie miesiące upłynęły spokojnie, z wyjątkiem krótkiego, dwumiesięcznego okresu w czerwcu i lipcu, kiedy stawki wzrosły dwukrotnie. Przyczyną tego piku była sytuacja po drugiej stronie globu – na szlakach transpacyficznych. Administracja amerykańska ogłosiła czasowe zawieszenie wzrostu ceł na wybrane towary z Państwa Środka, co w ciągu tygodnia przełożyło się na wzrost wolumenów z Chin do USA o około 200%. To spowodowało spiętrzenia w głównych azjatyckich hubach, takich jak chińskie Qingdao czy porty w Azji Południowo-Wschodniej, głównie w Singapurze, a w konsekwencji przełożyło się na opóźnienia w obsłudze ładunków kierowanych do Europy. Początkowo wydawało się, że skutki będą długotrwałe, jednak rynek ustabilizował się stosunkowo szybko.

Z kolei na kierunku USA – czyli głównym kierunku eksportowym dla polskiego transportu morskiego – od dłuższego czasu utrzymuje się stabilna sytuacja. Mimo dynamicznej i zmiennej polityki celnej, notujemy stabilność zarówno cen frachtów, jak i obsługiwanych wolumenów z rynku europejskiego. Widać, że dla biznesu USA – mimo wyzwań – pozostają ważnym rynkiem. Firmy uważnie śledzą sytuację, ale nie podejmują gwałtownych decyzji, takich jak wycofywanie się z tego kierunku. Dotyczy to również branży automotive, szczególnie wrażliwej na zmiany w polityce celnej. W SUUS monitorujemy sytuację celną na bieżąco, wspierając klientów w odprawach, doradztwie i planowaniu strategii transportowej.

Niezależnie od sytuacji na poszczególnych kierunkach, wyzwaniem pozostają operacje w największych portach Europy Zachodniej, co przekłada się efektywność i terminowość przewozów. Kongestia w Hamburgu, Le Havre czy Rotterdamie wynika zarówno z czynników społecznych, takich jak strajki pracowników, jak i z modernizacji infrastruktury – przykładem może być niedawne, czasowe zamknięcie torów dojazdowych we wspomnianym niemieckim terminalu.

Polska jako regionalny hub dystrybucyjny

Polskie porty już dawno przekroczyły poziomy obsługiwanych wolumenów sprzed pandemii. Baltic Hub w 2024 roku osiągnął rekordowy wynik przeładunków, a dane z pierwszego półrocza 2025 wskazują, że ten rezultat zostanie poprawiony. Jednocześnie przepustowość portów zapełnia się szybciej, niż zakładano – nowy terminal T3 o mocy 3,5 mln TEU już w pierwszym roku działalności pracuje na poziomie około 80% wykorzystania.

Rozwój polskich portów ma znaczenie nie tylko dla obsługi krajowego rynku, ale także dla tranzytu towarów do państw Europy Środkowej i Wschodniej, często bez dostępu do morza – Czech, Słowacji, Węgier, Austrii czy Ukrainy. Polska, jako jeden z liderów gospodarczych UE, zaczyna coraz bardziej pełnić rolę regionalnego hubu dystrybucyjnego. Porty są w tym kluczowe – jako „okna na świat” globalnego handlu. W końcu 80–90% globalnej wymiany towarowej odbywa się właśnie frachtem morskim.

Aby wzmacniać tę pozycję, niezbędny jest dalszy rozwój infrastruktury – zarówno stricte portowej, jak i odwozowej – terminali przeładunkowych i linii kolejowych. Ma to kluczowe znaczenie dla skrócenia czasu transportu i zwiększenia konkurencyjności wobec portów niemieckich (które nadal przyciągają np. rynek czeski dzięki sprawnym połączeniom kolejowym) czy południowych, takich jak Koper, Triest czy Rijeka. Widać, że dzisiejsze inwestycje są planowane z myślą o całym systemie logistycznym – logistyka to system naczyń połączonych, a łańcuch dostaw nie kończy się na dostawie do portu.

Transport morski „od drzwi do drzwi”

Klienci oczekują dziś nie tylko przewiezienia kontenera z punktu A do B, ale kompleksowej obsługi całego procesu. W SUUS oferujemy różne gałęzie transportu – morski, kolejowy, lotniczy, drogowy czy rozwiązania intermodalne – tak, aby dopasować usługę do priorytetów klienta: czasu, kosztu lub wymogów branżowych. Na przykład w przypadku przewozu z Chin zapewniamy wiele opcji: serwis morski, kolejowy, lotniczy, a także rozwiązania łączone, np. koleją z Chin do Kazachstanu, a następnie przewóz samolotem.

W transporcie morskim realizujemy zarówno własne konsolidacje drobnicowe na kierunkach Azja i USA, jak również przewozy pełnokontenerowe. Ponadto w przewozach z Azji realizujemy także konsolidacje buyer, które polegają na łączeniu ładunków od wielu dostawców jednego importera (klienta) w jednym kontenerze, aby obniżyć koszty frachtu i usprawnić dostawy. Posiadamy również naszych lokalnych polskojęzycznych przedstawicieli w USA i Chinach, którzy wspierają firmy w operacjach na tych rynkach. Takie holistyczne podejście pozwala nam zachować elastyczność względem potrzeb klientów.

Zapewniamy także pełne wsparcie celne, które w dobie zawirowań w polityce celnej ma duże znaczenie. W ramach uruchomionej jakiś czas temu usługi Customs Control Tower oferujemy kompleksowe wsparcie w odprawach celnych zarówno w kraju nadania, jak i na rynku docelowym. Tego typu rozwiązania mają istotne znaczenie w globalnym handlu.

Kluczowe jest także doradztwo – pomagamy klientowi wybrać opcję, która w danym momencie najlepiej odpowiada jego strategii i sytuacji rynkowej. To podejście pozwala budować długoterminowe relacje i odporne łańcuchy dostaw, co w realiach globalnej zmienności, z którą mamy do czynienia, jest wartością samą w sobie.

Autor: Przemysław Komar, Seafreight Product Director CEE w Rohlig SUUS Logistics

Social media a koncentracja: mózg nastolatka na dopaminowej huśtawce

U osób nadużywających smartfonów – podobnie jak w uzależnieniach od internetu i gier wideo – występuje wspólny mechanizm neurobiologiczny polegający na osłabieniu „centrum dowodzenia” w mózgu.

Media społecznościowe stały się wszechobecnym elementem życia młodzieży. W 2024 roku liczba użytkowników mediów społecznościowych na świecie przekroczyła 5 miliardów, a do 2028 r. może wzrosnąć do 6 miliardów. Szczególnie intensywnie korzystają z nich ludzie młodzi – szacuje się, że 93–97% nastolatków (13–17 lat) używa co najmniej jednej platformy społecznościowej. Przeciętna dziewczyna w wieku 16–24 lat spędza tam ponad 3 godziny dziennie (chłopcy ok. 2,5 godz.)[1]. Tak powszechne i intensywne korzystanie budzi niepokój o wpływ tych platform na rozwijający się mózg. Jako neurochirurg obserwujący zjawiska neurologiczne dostrzegam zjawisko neuropsychologiczne – media społecznościowe mogą kształtować neurobiologię młodego człowieka wpływając na zdolność koncentracji, kontrolę impulsów oraz równowagę między układem limbicznym (emocje, nagroda), a kontrolującą go korą przedczołową.

Dynamicznie rozwijający się mózg nastolatka jest szczególnie wrażliwy na bodźce społeczne i nagradzające. Badania wskazują, że w okresie dojrzewania występuje podwyższona wrażliwość na nagrody – przy równocześnie nie w pełni dojrzałych mechanizmach hamujących w korze czołowej. Innymi słowy, układ nagrody młodego mózgu jest bardzo „podatny na bodźce” – podczas, gdy „hamulec” w postaci kory przedczołowej dopiero się kształtuje. To właśnie może tłumaczyć, dlaczego nastolatkowie są bardziej narażeni na kompulsywne korzystanie z mediów cyfrowych. Koncepcyjne modele neurobiologiczne oraz badania fMRI potwierdzają, że uzależnienia behawioralne (np. od internetu czy mediów społecznościowych) łączą się z uwrażliwieniem na sygnały nagrody (silniejsza reakcja emocjonalna na bodźce, np. „lajki”) przy jednoczesnym osłabieniu kontroli hamującej sprawowanej przez korę przedczołową[2]. Niniejszy artykuł – w formie opinii eksperckiej – omawia najnowsze odkrycia naukowe na ten temat, ze szczególnym uwzględnieniem zaburzeń koncentracji oraz zaburzeń kontroli układu limbicznego przez korę (przed)czołową.

Układ nagrody a ryzyko uzależnienia

Media społecznościowe aktywują układ nagrody w mózgu w sposób podobny do innych nawykowych czynników. Serwisy takie, jak Facebook, Instagram czy TikTok są zaprojektowane tak, by dostarczać użytkownikom natychmiastowych „mikronagród” – np. polubień, powiadomień, nowych postów – co pobudza wyrzut dopaminy w tzw. mezolimbicznym układzie nagrody. Dopamina pełni kluczową rolę w odczuwaniu przyjemności i motywacji; jest uwalniana w mózgu zawsze, gdy doświadczamy czegoś nagradzającego (jedzenie, sukces, interakcje społeczne). Platformy społecznościowe sprytnie to wykorzystują, personalizując treści i stosując algorytmy wzmacniające zaangażowanie użytkownika. W efekcie każde przewinięcie ekranu czy nowy „lajk” dostarcza małą dawkę nagrody, utrwalając nawyk ciągłego sprawdzania telefonu. Jak ujęli to badacze, systemy social mediów zwiększają wyrzut dopaminy poprzez spersonalizowane treści, co silnie wzmacnia zachowanie – użytkownikom coraz trudniej „odłożyć telefon”, oczekując kolejnej nagrody. [3]

Nadmierne pobudzanie układu nagrody może prowadzić do zmian neuroplastycznych podobnych do tych obserwowanych w uzależnieniach od substancji. Częste korzystanie z social mediów zmienia szlaki dopaminowe – pojawia się zjawisko tolerancji i potrzeba coraz większej stymulacji, co sprzyja rozwojowi uzależnienia w sposób analogiczny do nałogu. W istocie obrazowe badania mózgu wykazały, że uzależnienie od mediów społecznościowych wywołuje niektóre zmiany spotykane przy uzależnieniach od narkotyków czy hazardu. Przykładowo, u osób przejawiających objawy “SNS addiction” (uzależnienia od serwisów społecznościowych) stwierdzono zmniejszenie objętości ciała migdałowatego obustronnie – czyli kluczowej struktury limbicznej odpowiadającej za emocje – co jest zmianą analogiczną do obserwowanej w innych uzależnieniach. Jednocześnie nie stwierdzono istotnych ubytków objętości jądra półleżącego (ośrodka nagrody) – co może wskazywać, że w tym typie uzależnienia większą rolę odgrywają mechanizmy impulsywności i reaktywności emocjonalnej (amygdala) niż klasyczne „głód narkotykowy” związany z układem nagrody. [4]

Z perspektywy neurochirurga szczególnie niepokojące jest to, że zmiany neurofizjologiczne towarzyszące nadmiernemu korzystaniu z social mediów mogą utrwalać błędne koło uzależnienia. Każda dawka dopaminowej nagrody online wzmacnia połączenia synaptyczne w obwodach nawyku, podczas gdy obwody kontrolne nie nadążają z hamowaniem impulsu. W miarę upływu czasu obserwujemy więc wzrost pobudliwości układu limbicznego przy jednoczesnym osłabieniu „hamulców” z kory przedczołowej. Taki obraz potwierdzają badania – częste używanie mediów społecznościowych prowadzi do zmian aktywności mózgu: obserwuje się wzmożoną aktywność ciała migdałowatego i innych ośrodków emocji, a także zmiany w aktywności kory czołowej odpowiedzialnej za racjonalną ocenę i kontrolę emocji. Konsekwencją jest podwyższona reaktywność emocjonalna oraz osłabiona zdolność podejmowania decyzji u młodych nałogowych użytkowników social mediów

Innymi słowy, młody człowiek staje się bardziej podatny na bodźce (np. wahania nastroju pod wpływem treści online) i ma trudność z przerwaniem ciągu przyjemnych doznań cyfrowych, mimo iż zdaje sobie sprawę z upływającego czasu czy zaniedbywania obowiązków. [5]

Koncentracja, uwaga i funkcje wykonawcze

Jednym z najczęściej obserwowanych skutków ubocznych intensywnego korzystania z mediów społecznościowych są problemy z koncentracją i uwagą. Młodzi ludzie przeskakujący między powiadomieniami, wiadomościami a strumieniem nowych postów często mają trudność ze skupieniem się na jednej czynności przez dłuższy czas. Badania potwierdzają związek między wysoką aktywnością w mediach cyfrowych a objawami ADHD (zespołu nadpobudliwości z deficytem uwagi). Przełomowe badanie kohortowe opublikowane w JAMA (2018) objęło ponad 2500 nastolatków bez zdiagnozowanego ADHD na początku – wykazało ono, że młodzież korzystająca bardzo często z wielu platform cyfrowych miała istotnie wyższe ryzyko wystąpienia objawów ADHD w ciągu kolejnych 2 lat[6]. Młodzi, którzy w ogóle nie używali często mediów cyfrowych, doświadczali objawów zaburzeń uwagi z częstością ok. 4,6%, podczas gdy w grupie najbardziej aktywnych online (kilka różnych typów aktywności codziennie) odsetek ten wzrósł do ~10%. Autorzy zaobserwowali statystycznie istotną zależność – im więcej czasu i rodzajów aktywności w mediach (social media, gry, video itp.) – tym większe prawdopodobieństwo rozwoju symptomów typu nieuwaga, problemy z utrzymaniem koncentracji czy nadmierna impulsywność. Choć efekt ten był umiarkowany, pozostaje on niepokojący – sugeruje, że nadmiar bodźców cyfrowych może przyczyniać się do trudności szkolnych i behawioralnych typowych dla ADHD.

Dlaczego media społecznościowe mogą zaburzać koncentrację? Po pierwsze, ich konstrukcja sprzyja ciągłemu przełączaniu uwagi. Aplikacje bombardują użytkownika powiadomieniami, aktualizacjami i nieskończonym „feedem” treści. Taki strumień rozpraszaczy odciąga uwagę od zadań wymagających skupienia i wprowadza mózg w stan ciągłego czuwania na nowe bodźce kosztem głębokiej koncentracji.

W literaturze pojawia się nawet pojęcie “ciągłej częściowej uwagi” – użytkownik niby robi różne rzeczy jednocześnie, ale żadnej nie poświęca pełnej uwagi. Współczesne media cyfrowe uczą młodych podzielności uwagi, lecz nie sustained attention (utrzymanej koncentracji) – stąd coraz częstsze skargi nauczycieli i rodziców, że nastolatkowie mają trudność z czytaniem dłuższych tekstów czy wykonywaniem długotrwałych projektów. [7].

Po drugie, chroniczne pobudzanie się wieloma mediami może prowadzić do przeciążenia poznawczego. Mózg młodej osoby, zasypywany setkami informacji dziennie, zaczyna działać bardziej powierzchownie. Uwagę przyciągają ciągle nowe bodźce kosztem pamięci operacyjnej i głębszego przetwarzania informacji. Badania wykazały, że intensywni użytkownicy smartfonów (które stanowią główne narzędzie dostępu do social mediów) prezentują mierzalne deficyty uwagi i kontroli poznawczej. Przykładowo, u młodzieży nadużywającej smartfonów stwierdzono gorsze hamowanie impulsów w testach neuropsychologicznych – w zadaniu typu Go/No-Go wykazywali trudności z powstrzymaniem reakcji na bodziec, czemu towarzyszyły zmiany w zapisie EEG świadczące o słabszej kontroli wykonawczej. Inne analizy potwierdzają obniżoną zdolność skupienia, gorszą pamięć roboczą oraz zwiększoną impulsywność i nadaktywność u osób bardzo intensywnie korzystających z urządzeń cyfrowych[8]. Co ciekawe, wielozadaniowość medialna (jednoczesne korzystanie z kilku mediów) koreluje z większą podatnością na dystraktory – heavy multitaskers notorycznie gorzej wypadają w testach uwagi selektywnej w porównaniu z osobami wykonującymi zadania sekwencyjnie.

Warto podkreślić, że związek mediów społecznościowych z uwagą jest dwukierunkowy. Nadmierne korzystanie może wywoływać objawy deficytu uwagi, ale też osoby z istniejącymi problemami uwagowymi (np. ADHD) częściej popadają w problematyczne używanie mediów online. Najnowsze przeglądy sugerują, że ADHD i uzależnienie od internetu/social mediów współwystępują częściej niż by to wynikało z przypadku – ADHD jest jednym z czynników ryzyka uzależnienia cyfrowego i odwrotnie, przewlekłe stymulowanie się mediami pogarsza koncentrację. Powstaje błędne koło, w którym młody człowiek szukając szybkich bodźców (bo nuży go zwykła nauka) pogłębia jeszcze swoją niezdolność do skupienia się na dłużej.

Kora przedczołowa a kontrola impulsów (układ limbiczny pod nadzorem)

Najbardziej “odroczoną w rozwoju” częścią ludzkiego mózgu jest kora przedczołowa – jej dojrzewanie trwa do około 25. roku życia. To właśnie w płatach czołowych mieszczą się ośrodki funkcji wykonawczych: planowania, przewidywania konsekwencji, hamowania niepożądanych zachowań, kontrolowania impulsów i regulacji emocji. U nastolatków te struktury dopiero się mielinizują i wzmacniają swoje połączenia z resztą mózgu. Układ limbiczny (m.in. ciało migdałowate, prążkowie) odpowiedzialny za popędy i emocje ma zatem u młodych nie do końca sprawny „hamulec” w postaci kory czołowej. Media społecznościowe, z ich atrakcyjnością i natychmiastowością, mogą ten delikatny balans zaburzyć. W normalnych warunkach, gdy doświadczamy czegoś kuszącego (np. tabliczka czekolady, czy kolejny filmik na TikToku), kora przedczołowa potrafi nakazać wstrzymanie się – przypominając o długofalowych celach („ucz się, bo jutro sprawdzian”) lub normach („to już niezdrowe”). Jeśli jednak bodźce nagrody są zbyt częste i intensywne, młody mózg może przyzwyczaić się do ignorowania głosu rozsądku.

Badania neurobiologiczne dostarczają dowodów na osłabienie działania kory przedczołowej u osób nadużywających smartfonów i social mediów. Po pierwsze, zaobserwowano zmiany strukturalne świadczące o możliwym regresie lub zahamowaniu rozwoju tych obszarów. Przykładowo, u młodych dorosłych z tzw. problematic smartphone use stwierdzono zmniejszenie objętości istoty szarej w bocznej korze orbitofrontalnej – części płata czołowego odpowiadającej za ocenę wartości bodźców i hamowanie reakcji. Co więcej, im mniejsza objętość tej okolicy, tym wyższy wynik osoby w skali uzależnienia od smartfona (istniała korelacja ujemna). Podobne zmiany wykazano w przedniej części zakrętu obręczy (ACC), która wchodzi w skład sieci hamowania reakcji i regulacji emocjonalnej – nadmierne korzystanie z telefonu wiązało się z redukcją objętości również i tej struktury. Innymi słowy, mózgi „uzależnionych” od urządzeń cyfrowych wykazywały cechy zbliżone do obserwowanych u osób z uzależnieniami od substancji: osłabienie fizycznych substratów kontroli (mniej istoty szarej w kluczowych rejonach czołowych). Potwierdzają to też badania funkcjonalne – u nałogowych użytkowników smartfonów obserwuje się niższą aktywność przedniego zakrętu obręczy oraz zaburzone wzorce połączeń w sieci czołowo-wyspowej (insula) podczas zadań wymagających kontroli emocji. Co ważne, redukcja objętości ACC u osób nadużywających smartfonów jest podobna do zmian opisywanych w uzależnieniach od internetu i gier wideo – sugeruje to wspólny mechanizm neurobiologiczny polegający na osłabieniu „centrum dowodzenia” w mózgu. [9]

Po drugie długotrwałe, intensywne korzystanie z mediów cyfrowych może zmieniać organizację połączeń między korą przedczołową a strukturami limbicznymi. W badaniu obejmującym nastolatków przeanalizowano dane z dużego projektu rozwojowego (ABCD Study) i wykazano, że większa ilość czasu spędzana w social media koreluje z mniejszą objętością kluczowych struktur podkorowych oraz z osłabioną łącznością funkcjonalną między korą a ośrodkami podkorowymi. Dokładniej, u młodzieży częściej używającej social mediów zaobserwowano mniejszy hipokamp, prążkowie (jądro ogoniaste) oraz wzgórze w porównaniu z rówieśnikami stroniącymi od tych mediów. Hipokamp odpowiada m.in. za pamięć i regulację stresu, zaś prążkowie i wzgórze uczestniczą w kontroli motywacji oraz filtrowaniu informacji czuciowych – ich pomniejszenie może więc odzwierciedlać negatywny wpływ nadmiernej stymulacji cyfrowej na rozwój tych funkcji. Ponadto, wysokie wykorzystanie ekranów wiązało się z redukcją spoczynkowej łączności funkcjonalnej pomiędzy korowymi sieciami poznawczymi a licznymi strukturami podkorowymi[10]. Tłumacząc z języka nauki: u „cyfrowo przeciążonych” nastolatków obwody komunikacji między ośrodkami kontroli w korze a układem limbicznym były słabiej zsynchronizowane. Można to interpretować jako osłabienie top-down control, czyli kontroli „z góry na dół” – kora przedczołowa gorzej komunikuje się z układem limbicznym, przez co trudniej jej hamować impulsy i regulować emocje generowane w tych prymitywniejszych rejonach mózgu. Jest to dokładnie ten mechanizm, którego zaburzenia obawiamy się u młodych nałogowych użytkowników mediów społecznościowych: emocje zaczynają brać górę nad rozsądkiem.

Warto zauważyć, że nie wszystkie badania wskazują na strukturalne uszkodzenie kory czołowej – niektóre sugerują wręcz pewną nadaktywność kompensacyjną tych obszarów. Przykładowo, długofalowe badanie fMRI nastolatków wykazało, że u młodych nałogowo sprawdzających social media (kilkanaście razy dziennie Facebook/Instagram/Snapchat) z czasem wzrastała aktywność kory przedczołowej (DLPFC) w odpowiedzi na oczekiwanie bodźca społecznego. Być może jest to próba kompensacji – kora próbuje intensywniej pracować, by okiełznać silnie pobudliwy układ nagrody reagujący na sygnały społeczne. Równocześnie u tych osób wzrastała aktywność ciała migdałowatego i prążkowia podczas oczekiwania na nagrodę społeczną, tymczasem u rówieśników nieuzależnionych reakcje te malały z wiekiem (co jest prawdopodobnie zdrową adaptacją). To longitudinalne badanie sugeruje zatem, że stałe „podsycanie” mózgu bodźcami z mediów społecznościowych może zmieniać trajektorię rozwojową połączeń między korą a układem limbicznym. Nastolatek nieuzależniony z wiekiem uczy się coraz lepiej kontrolować emocje (mniej reakcji amygdali na bodźce społeczne), podczas gdy nastolatek uzależniony idzie w odwrotnym kierunku – jego mózg staje się coraz bardziej wyczulony na nagrody społeczne, a kora musi pracować ponadnormatywnie, by nadążyć za rosnącą stymulacją.[11]

Reasumując, z perspektywy neurochirurga i neurobiologa wpływ mediów społecznościowych na układ kontroli poznawczej jest realny. Widzimy dowody zarówno strukturalne – zmiany w objętości kory czołowej i połączeń z limbicznymi strukturami, jak i funkcjonalne – zmieniona aktywność podczas zadań wymagających kontroli. Oznacza to, że nadmierne korzystanie z tych mediów w okresie dojrzewania może zmieniać rozwój mózgu, potencjalnie skutkując dorosłym osobnikiem bardziej impulsywnym, mniej odpornym na rozproszenie i silniej uzależnionym od szybkich nagród. Choć mózg nastolatka cechuje się ogromną neuroplastycznością – czyli zdolnością do zmian pod wpływem doświadczeń – co jest zjawiskiem pozytywnym (uczenie się, adaptacja), to ta sama plastyczność oznacza również podatność na czynniki szkodliwe. Jeżeli środowisko dostarcza głównie chaotycznych, krótkotrwałych bodźców i nie wymaga długiego skupienia – mózg dostosuje się do takich warunków. Jak ujął to jeden z autorów: „Neurony ludzkiej kory i struktur podkorowych są wysoce plastyczne; różne formy używania mediów cyfrowych mogą wpływać na różne aspekty mózgu… np. używanie ekranów dotykowych przeobraża korę czuciową palców, a media społecznościowe potrafią zmienić anatomię i funkcje mózgu w obszarach przetwarzania emocji i interakcji społecznych, zwłaszcza u nastolatków**”.[12]

Rekomendacje i wnioski

Jak zatem chronić młody mózg w dobie wszechobecnych mediów społecznościowych? Mając świadomość opisanych powyżej zagrożeń zarówno młodzi użytkownicy, rodzice, jak i decydenci mogą podjąć szereg działań prewencyjnych. Oto kilka rekomendacji z perspektywy eksperta neurochirurga:

  • Ustal ograniczenia czasowe: Nadmierna ekspozycja jest głównym problemem, dlatego limituj dzienny czas spędzany na social media. Badania sugerują, że im więcej godzin online, tym większe ryzyko negatywnych skutków (np. każda dodatkowa godzina powiązana jest ze wzrostem objawów depresyjnych o 13%).[13] Rozsądnym limitem dla nastolatka może być np. maksymalnie 1–2 godziny dziennie aktywności rekreacyjnej w social mediach. Pomocne bywa korzystanie z aplikacji monitorujących czas użycia lub wbudowanych narzędzi kontroli rodzicielskiej.
  • Planuj przerwy i higienę cyfrową: Nawet podczas dozwolonego korzystania rób regularne przerwy. Na przykład zasada „15 minut przerwy po każdej godzinie online” pozwala mózgowi odpocząć od ciągłej stymulacji. Unikaj używania telefonu tuż przed snem – niebieskie światło i ciągłe powiadomienia zaburzają rytm dobowy i pogarszają sen, który jest kluczowy dla konsolidacji pamięci i regeneracji mózgu. Warto wprowadzić zasadę odkładania urządzeń na noc (np. na godzinę przed snem żadnych ekranów) oraz braku telefonu przy łóżku w nocy. Rano mózg odwdzięczy się lepszą koncentracją.
  • Wyłącz powiadomienia „push”: Ciągłe dźwięki, wibracje i bannery na ekranie to wrogowie skupienia. Zaleca się wyciszenie zbędnych powiadomień (np. z mediów społecznościowych, które nie są pilne) lub ustawienie telefonu w tryb Nie przeszkadzać na czas nauki, czy spotkań rodzinnych. W ten sposób młody człowiek uczy się, że to on panuje nad technologią, a nie odwrotnie. Można też korzystać z trybu czarno-białego ekranu lub aplikacji blokujących na pewien czas dostęp do rozpraszających serwisów, co zmniejsza atrakcyjność bodźców.
  • Wzmacniaj inne aktywności nagradzające: Aby zrównoważyć „dietę dopaminową” młodego mózgu, zachęcaj do aktywności poza siecią, które również dają satysfakcję. Sport, sztuka, spotkania towarzyskie offline, hobby wymagające skupienia (np. modelarstwo, gra na instrumencie) – wszystkie one pozwalają doświadczać nagrody i przyjemności w zdrowszy sposób, rozwijając jednocześnie cierpliwość i samokontrolę. Regularny wysiłek fizyczny ma dodatkową zaletę: obniża poziom stresu i korzystnie wpływa na neurochemię mózgu, pomagając „spalić” nadmiar napięcia nagromadzonego przez ciągłe korzystanie z elektroniki.
  • Edukacja i świadomość: Warto, by młodzi ludzie zrozumieli mechanizmy rządzące mediami społecznościowymi. Włączaj w szkołach i domach rozmowy o tym, jak działają algorytmy – że platformy celowo personalizują treści, by przykuć naszą uwagę dla zysku reklamodawców. Taka media literacy (edukacja medialna) już od szkoły podstawowej może wykształcić bardziej krytyczne podejście: nastolatek będzie świadomy, że ciągłe przewijanie nie wynika z jego „słabości charakteru”, tylko jest efektem celowego designu aplikacji. Świadomość ta bywa pierwszym krokiem do bardziej kontrolowanego użycia. Wprowadzanie warsztatów z higieny cyfrowej i psychologicznych skutków social mediów do programów szkolnych jest mocno rekomendowane przez ekspertów. [14]
  • Zaangażowanie rodziców i opiekunów: Rodzina powinna ustalić jasne zasady korzystania z urządzeń. Dobrą praktyką jest np. używanie internetu tylko we wspólnych przestrzeniach domu, a nie w izolacji (żadnych telefonów w sypialni nastolatka późno w nocy). Wspólne posiłki i wieczory bez telefonów (odkładamy je do koszyka przed kolacją) pomogą odbudować nawyk głębszych rozmów i koncentracji na tu i teraz. Rodzice powinni też być wyrozumiali – zamiast wyłącznie zakazów, lepiej rozmawiać o balansie między życiem online i offline. Ważne jest, by nie dopuszczać do izolacji społecznej młodej osoby – jeśli zauważamy, że nastolatek zamyka się w świecie wirtualnym, trzeba podjąć działania: zachęcić do wyjścia z rówieśnikami „na żywo”, zainteresować jakąś aktywnością grupową poza internetem. [15]
  • Wzajemne wsparcie i profesjonalna pomoc: W szkołach i społecznościach warto tworzyć grupy wsparcia rówieśników dotyczące rozsądnego korzystania z mediów społecznościowych. Młodzież chętnie dyskutuje między sobą – stworzenie przestrzeni, gdzie mogą dzielić się strategiami (np. „co mi pomaga ograniczyć scrollowanie przed snem”) bardzo ułatwia zmianę nawyków. Jeśli natomiast problem jest poważny – nastolatek przejawia objawy uzależnienia (niemożność ograniczenia mimo konsekwencji, wycofanie społeczne, zaniedbywanie obowiązków, objawy abstynencyjne jak niepokój bez telefonu) – warto skorzystać z pomocy specjalisty. Psycholog czy psychiatra dziecięcy znający się na uzależnieniach behawioralnych może pomóc wypracować plan działania, a w razie potrzeby wdrożyć terapię (np. poznawczobehawioralną) ukierunkowaną na trening samokontroli, regulację emocji i budowanie zdrowszych nawyków.
  • Odpowiedzialność platform i polityka publiczna: Na szerszym poziomie, konieczne są działania systemowe. Eksperci podkreślają, że firmy technologiczne powinny brać odpowiedzialność za dobrostan użytkowników – np. implementować mechanizmy zachęcające do przerw (niektóre aplikacje już oferują przypomnienia „zrób przerwę” po długim czasie przewijania). Regulacje prawne mogą wymagać większej transparentności algorytmów oraz ochrony nieletnich przed szkodliwymi treściami. Dobrym krokiem są inicjatywy w rodzaju pozwów przeciw korporacjom technologicznym za celowe projektowanie uzależniających funkcji dla dzieci. Społeczeństwo musi wypracować standardy, które przedkładają dobro użytkownika nad zysk – analogicznie, jak uregulowano rynek żywności czy używek w trosce o zdrowie publiczne. [16]

Podsumowując, wpływ mediów społecznościowych na mózg młodego człowieka jest złożony i wielowymiarowy. Z perspektywy neurochirurgicznej i neuropsychologicznej widzimy wyraźnie, że „życie online” kształtuje plastyczny nastoletni mózg: wzmacnia połączenia nagrody, ćwiczy szybkie przerzucanie uwagi kosztem jej głębi, a jednocześnie może opóźniać rozwój mechanizmów samokontroli. Objawiać się to może problemami z koncentracją, impulsywnością, skłonnością do uzależniających zachowań, a nawet zmianami strukturalnymi (np. mniejsza objętość niektórych struktur). Nie oznacza to jednak, że technologia jest wyłącznie złem – umiarkowane korzystanie, świadome i zbalansowane innymi aktywnościami, prawdopodobnie nie wyrządzi szkód, a może przynieść korzyści (np. kontakt z wiedzą, możliwość wsparcia społecznego online). Klucz tkwi w umiarze i edukacji. Mózg nastolatka ma ogromne zdolności adaptacyjne – jeśli stworzymy mu zdrowe warunki, potrafi wykształcić odporność na rozproszenia i nauczyć się rozsądnego korzystania z nowoczesnych narzędzi. Jako neurochirurg apeluję zatem: traktujmy higienę cyfrową jako element dbania o zdrowie mózgu młodego pokolenia. Rozumiejąc mechanizmy neurobiologiczne opisane powyżej, możemy lepiej kształtować nawyki i polityki, które pozwolą cieszyć się osiągnięciami technologii bez utraty kontroli nad własnym umysłem.

dr Łukasz Rakasz, Ordynator Oddziału Neurochirurgii Dziecięcej w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Niekłańskiej, Forum Ekspertów Ad Rem

Źródła: Badania i publikacje naukowe wykorzystane w tekście pochodzą m.in. z baz PubMed i PMC, w tym najnowsze prace (2023–2025) oraz kluczowe wcześniejsze studia dla kontekstu. Wszystkie cytowane fragmenty oznaczono odnośnikami zgodnie z podanym numerem (np. 8, 36 itp.), co pozwala zainteresowanym czytelnikom sięgnąć do oryginalnych opracowań. Łącznie malują one spójny obraz – media społecznościowe to potężny bodziec dla nastoletniego mózgu, który przy braku ograniczeń może zaburzyć rozwój funkcji poznawczych i emocjonalnych 8 22 . Pamiętajmy jednak, że odpowiednie działania profilaktyczne i świadome użytkowanie mogą zminimalizować te negatywne wpływy, pozwalając młodym czerpać z cyfrowego świata to, co najlepsze, bez nadmiernego kosztu dla ich zdrowia neurologicznego.

[1] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[2] Brain anatomy alterations associated with Social Networking Site (SNS) addiction | Scientific Reports

https://www.nature.com/articles/srep45064?error=cookies_not_supported&code=e1817e60-4a12-43d9-b3de-c67980f9542c

[3] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[4] Brain anatomy alterations associated with Social Networking Site (SNS) addiction | Scientific Reports

https://www.nature.com/articles/srep45064?error=cookies_not_supported&code=e1817e60-4a12-43d9-b3de-c67980f9542c

[5] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[6] Association of Digital Media Use With Subsequent Symptoms of Attention-Deficit/Hyperactivity

Disorder Among Adolescents – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC6553065/

[7] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[8] Excessive Smartphone Use Is Associated With Health Problems in Adolescents and Young Adults – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8204720/

[9] Excessive Smartphone Use Is Associated With Health Problems in Adolescents and Young Adults – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8204720/

[10] Screen Media Use Affects Subcortical Structures, Resting-State Functional Connectivity, and Mental Health Problems in Early Adolescence https://www.mdpi.com/2076-3425/13/10/1452

[11] Association of Habitual Checking Behaviors on Social Media With Longitudinal Functional Brain Development – PubMed https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/36595277/

[12] Screen Media Use Affects Subcortical Structures, Resting-State Functional Connectivity, and Mental Health Problems in Early Adolescence https://www.mdpi.com/2076-3425/13/10/1452

[13] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[14] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[15] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[16] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

Salesforce: 70% CFO było konserwatywnych wobec AI pięć lat temu, dziś tylko 4%

Najnowsze badania Salesforce pokazują, że dyrektorzy finansowi zasadniczo zmienili swoje podejście do sztucznej inteligencji (AI), przechodząc od „ostrożnych inwestorów” do „strategicznych beneficjentów”, którzy stawiają na AI nie tylko w celu redukcji kosztów, lecz także jako kluczowy motor długoterminowego wzrostu przychodów. 

Aż 70% z 261 przebadanych globalnych dyrektorów finansowych deklarowało, że w roku 2020 stosowało konserwatywną strategię AI. W obecnych czasach ten odsetek spadł do zaledwie 4%. Ta szybka transformacja podkreśla powszechne uznanie wśród liderów finansowych, że AI to już nie tylko rozwijająca się technologia, lecz kluczowe narzędzie służące zwiększeniu efektywności, optymalizacji operacji i wspieraniu kluczowego, długoterminowego wzrostu.

Zmiana podejścia dyrektorów finansowych względem oceny zwrotu z inwestycji (ROI), wynikająca z wprowadzenia „agentów AI” (AI agents), czyli „cyfrowej siły roboczej” zdolnej do autonomicznego wykonywania zadań, stanowi wyjaśnienie tej transformacji. Ponad połowa (61%) dyrektorów finansowych przypisuje tej technologii zmianę kryteriów oceny ROI — wykraczających poza tradycyjne miary na rzecz szerszego zakresu wyników biznesowych.

„Wprowadzenie cyfrowej siły roboczej to nie tylko ulepszenie techniczne — to zdecydowany i strategiczny zwrot dla dyrektorów finansowych,” powiedziała Robin Washington, prezes i dyrektor finansowy operacyjny w Salesforce. „Dzięki agentom AI nie tylko przekształcamy modele biznesowe — zasadniczo zmieniamy całą funkcję CFO. To wymaga nowego sposobu myślenia, rozszerzającego rolę od strażników finansów do architektów warto-ści przedsiębiorstwa opartej na agentach.”

W zeszłym roku 65% dyrektorów finansowych odczuwało presję przyspieszenia zwrotu z inwestycji w technologię. Obecnie dostrzegają oni, że wartość AI to nie tylko krótkoterminowa redukcja kosztów, lecz także długofalowe efekty biznesowe — takie jak generowanie przychodów, wzrost produktywności i poprawa podejmowania decyzji — obszary, w których agenci AI są szczególnie efektywni.

Jeden z respondentów badania stwierdził: „Zwrot z inwestycji w starsze technologie zazwyczaj zależał od natychmiastowych, mierzalnych rezultatów, podczas gdy zyski z AI mogą kumulować się w dłuższym okresie dzięki trwającemu procesowi i tworzeniu nowych modeli biznesowych.”

Dane liczbowe:

  • Zmiana strategii AI:
  • pięć lat temu 70% dyrektorów finansowych stosowało konserwatywne podejście do AI;
  • dwa lata temu było to 34%.
  • Obecnie tylko 4% utrzymuje konserwatywną strategię, a jedna trzecia przyjęła oficjalnie agresywne podejście.
  • Budżet AI:
    • Średnio dyrektorzy finansowi przeznaczają 25% obecnego całkowitego budżetu AI na agentów AI.
    • 61% CFO uważa agentów AI (cyfrową siłę roboczą) za istotne i uważa, że będą oni kluczowi do konkurowania w obecnym środowisku ekonomicznym.
    • 64% CFO twierdzi, że agenci AI zmieniają sposób, w jaki przedsiębiorstwa wydają pieniądze, zaś 35% z nich mówi, że wymaga to bardziej ryzykownego podejścia do inwestycji technologicznych.
  • Wpływ agentów AI:
    • 74% CFO uważa, że agenci AI nie tylko obniżą koszty, ale także zwiększą przychody.
    • CFO implementujący agentów AI oczekują, że zwiększą one przychody firmy o niemal 20%.
    • 72% CFO twierdzi, że agenci AI przekształcą model biznesowy ich organizacji.
    • 55% CFO uważa, że agenci AI przejmą więcej zadań strategicznych niż rutynowych.

Redefinicja ROI:

  • 61% CFO mówi, że agenci AI zmieniają sposób oceny ROI; ocena technologii przesunęła się od skupienia na natychmiastowych zwrotach finansowych do korzyści długoterminowych, opartych na wynikach biznesowych.
  • Najważniejsze czynniki oceny ROI w kontekście AI:
    • Oszczędności kosztów, poprawa bezpieczeństwa i zgodności, oraz wzrost przychodów (łącznie na pierwszym miejscu).
    • Poprawa produktywności lub efektywności (drugie miejsce).
    • Lepsze podejmowanie decyzji (trzecie miejsce).
  • CFO postrzegają AI jako cenne narzędzie poprawiające kontrolę finansową — dzięki śledzeniu budżetu w czasie rzeczywistym, zwiększa się dokładność prognozowania i ochrona ROI przed nadmiernymi wydatkami.

Obawy CFO:

  • Główne źródła niepokoju to:
    • Zagrożenia związane z bezpieczeństwem lub prywatnością (66%).
    • Długi okres, w jakim można oczekiwać zwrotu z inwestycji (56%).

Euvic na NewConnect po przejęciu EO Networks – druga największa spółka rynku z wyceną 700 mln zł

  • Jedna z największych grup technologicznych w Polsce chce wkrótce sfinalizować odwrotne przejęcie notowanego na NewConnect EO Networks SA.
  • W efekcie Euvic SA na NewConnect ma być notowany jako 2. największa spółka pod kątem kapitalizacji.
  • Spółki, których Euvic SA jest akcjonariuszem zatrudniają niemal 6 tys. osób. Zarząd  Grupy zapowiada, że teraz czas na konsolidację i profesjonalizację Grupy oraz kolejne akwizycje

Wobec ogłoszonego planu odwrotnego przejęcia poprzez połączenie notowanego na NewConnect EO Networks SA i Euvic SA, pozostającego dotąd poza giełdą, notowana spółka zmieni nazwę na Euvic SA. Jednocześnie na parkiecie powstanie podmiot z drugą największą (po PGM SA) kapitalizacją na NewConnect o rynkowej wycenie sięgającej niemal 700 mln zł i skonsolidowanych przychodach przekraczających 750 mln zł rocznie*. Dla Euvic SA ogłoszony plan odwrotnego przejęcia to początek szerszej, konsolidacji spółek w ramach Grupy, ale także plan na nowe akwizycje. To także sygnał dla rynku, że jeden z liderów polskiej sceny technologicznej zaczyna kolejną fazę rozwoju.

– Nasze wcześniejsze zapowiedzi oraz plany nabierają realnych kształtów, choć nieco innych niż pierwotnie zakładałem. Prowadzimy fundamentalnie zdrowy, rosnący i nowoczesny biznes ze sporym udziałem eksportu. Poznaliśmy się dobrze w ramach Grupy i teraz przychodzi czas na prawdziwą konsolidację. Formuła spółki z notowanymi akcjami z pewnością ułatwi ten proces. Myślimy przy tym już o przenosinach na główny parkiet GPW i pozyskaniu dodatkowego kapitału podkreśla Wojciech Wolny, prezes zarządu Euvic SA.

Zarząd Euvic SA zapowiada dalszą konsolidację polskiego rynku, ale i patrzy dużo dalej. Już po pojawieniu się na giełdzie chce pozyskać kapitał na dużą akwizycję zagraniczną. Jak twierdzi Łukasz Czernecki – wiceprezes zarządu, rozmowy z potencjalnym podmiotem zaczynają nabierać konkretnych kształtów. Obecność na giełdzie to dla Euvic SA także możliwość budowy programu opcji na akcje dla kluczowych pracowników Grupy, a także większa wiarygodność w oczach kontrahentów i nowe możliwości dla części akcjonariuszy.

W transakcji odwrotnego przejęcia na wycenę Euvic SA złożyły się pakiety akcji i udziałów w szeregu szybkorosnących spółkach z Grupy. Główną składową jest biznes Euvic SA, oszacowany na ponad 200 mln zł. Do tego, do wyceny 688 mln zł dokładają się również inne, wartościowe spółki technologiczne, generujące dobre wyniki finansowe i mające perspektywy wzrostu w najbliższych latach. To m.in. Euvic IT SA (wycena na poziomie 97 mln zł), E1S (70 mln zł), Sirocco Mobile (28 mln zł), Softiq (23 mln zł) czy Speednet (21 mln zł). Na wartość giełdowego Euvica pracują również udziały w oddziałach międzynarodowych czyli w Euvic Szwecja (16 mln zł), Euvic USA (12 mln zł) i spółkach w Ukrainie (ich wartość oszacowano na 28 mln zł). Euvic SA, zgodnie z umową, przejmie też wkrótce 50,1% akcji w Senetic SA, generującym ponad 600 mln przychodu i 15 mln zł zysku.

Sophos: luki w zabezpieczeniach główną przyczyną ataków ransomware

Jak pokazuje globalne badanie firmy Sophos, w ostatnim roku do ataków ransomware na firmy najczęściej dochodziło z powodu nieuświadomionych podatności w zabezpieczeniach (40% wskazań), znanych, lecz zignorowanych słabych punktów infrastruktury IT (38%) oraz zawodnych narzędzi ochronnych, które nie były w stanie powstrzymać ataku (37%). Respondenci z różnych branż wskazywali odmienne czynniki stojące za naruszeniami systemów w ich przedsiębiorstwach, co odzwierciedla specyficzne wyzwania dotyczące cyberbezpieczeństwa w poszczególnych obszarach działalności. Jednak niezależnie od branży, brak proaktywnej strategii ochrony zostawia cyberprzestępcom przestrzeń do działania.

Atakujący aktywnie korzystają z możliwości wchodzenia do systemów swoich ofiar poprzez luki w zabezpieczeniach, których obecności administratorzy IT w firmach nie są świadomi. Na ten czynnik jako główny powód incydentów wskazali respondenci badania pracujący w szkolnictwie wyższym (49%), usługach profesjonalnych i handlu detalicznym (po 46%) oraz w finansach i ubezpieczeniach (44%). Zapewnienie pełnej widoczności i szybkiego wykrywania takich podatności, szczególnie gdy infrastruktura jest rozproszona i ma wiele punktów dostępu do sieci, stanowi niemałe wyzwanie.

Drugą stroną problemu z lukami w zabezpieczeniach jest bagatelizowanie znanych podatności. Na to źródło ataków ransomware wskazało 45% respondentów pracujących w administracji rządowej, 42% z branży IT i telekomunikacji oraz 41% w budownictwie i nieruchomościach. Powody takiego stanu rzeczy mogą być różne: od zwykłej prokrastynacji i przesuwania priorytetów biznesowych, przez ograniczenia budżetowe oraz kadrowe, po brak akceptacji dla przerw serwisowych. Niezależnie od przyczyny, skutek jest ten sam: pozostawione otwarte drzwi, z których cyberprzestępcy chętnie korzystają.

Nigdy nie można zakładać, że luka, która dziś nie sprawia problemu, nie zostanie wykorzystana przez cyberprzestępców jutro. Każda podatność może stać się punktem wejścia ataku, zagrażając nie tylko pojedynczemu urządzeniu, ale całemu systemowi IT w firmie. Regularne skanowanie sieci pod kątem niezałatanych luk w zabezpieczeniach, natychmiastowe wdrażanie poprawek oraz okresowe testy penetracyjne powinny być standardem, a nie wyjątkiem w polityce bezpieczeństwa. Narzędzia, które nie są poddawane testom, stanowią jedynie iluzję ochrony – podkreśla Chester Wisniewski, dyrektor ds. technologii w firmie Sophos.

Gdy brakuje ludzi i umiejętności…

Nawet najbardziej zaawansowane systemy zabezpieczeń tracą skuteczność, jeśli nie korzystają z nich odpowiednio wyszkoleni specjaliści. Ponad 40% respondentów z branży energetycznej, przemysłowej oraz budowlanej wskazało, że najczęstszą przyczyną udanego ataku ransomware w ich przedsiębiorstwach był brak wystarczającej wiedzy lub umiejętności, które pozwoliłyby wykryć i zatrzymać atak ransomware na czas. W ochronie zdrowia oraz szkolnictwie główną słabością, która doprowadziła do ataku, okazał się niedobór personelu odpowiedzialnego za stałe monitorowanie infrastruktury IT. Wspólnym mianownikiem w obu przypadkach był brak zdolności do szybkiego wykrycia i neutralizacji zagrożenia w momencie, gdy jest ono jeszcze możliwe do opanowania.

Stały monitoring bezpieczeństwa systemów IT jest krytycznym elementem utrzymania ciągłości ich działania oraz ochrony przed atakami. Firmy, które nie mają własnych zespołów odpowiedzialnych za wykrywanie incydentów i reagowanie na nie, mogą skorzystać z zewnętrznych ekspertów, zyskując w ten sposób całodobową ochronę swojej sieci. Do zabezpieczenia złożonych środowisk warto rozważyć wdrożenie takich systemów jak EDR (Endpoint Detection Response) czy XDR (Extended Detection Response), które gromadzą dane z różnych źródeł, zapewniają analizę podatności w szerokiej skali oraz umożliwiają automatyczne reagowanie na incydenty – wskazuje Chester Wisniewski.

Wielowarstwowe zabezpieczenia w walce z ransomware

Jak wykazało badanie Sophos, istnieją również branże, w których zagrożenie atakami ransomware wynika przede wszystkim z braku wdrożenia niezbędnych zabezpieczeń. W podmiotach świadczących usługi finansowe aż 44% respondentów przyznało, że nie posiadało wymaganych narzędzi ochronnych, a w samorządach lokalnych odsetek ten wyniósł 40%. W niektórych przypadkach to właśnie zawodne zabezpieczenia nie były w stanie powstrzymać ataku. Z takim problemem najczęściej mierzyły się firmy z branży medialnej i rozrywkowej (41%) oraz transportu i logistyki (41%).

Skuteczna obrona przed ransomware zaczyna się dużo wcześniej niż moment ataku. Połączenie proaktywnej ochrony urządzeń, stałego monitoringu i pracy posiadającego odpowiednie kompetencje zespołu pozwala wykrywać zagrożenia i reagować, zanim wyrządzą one szkody. W środowisku, w którym cyberprzestępcy stale szukają najsłabszego punktu zabezpieczeń, taka wielowarstwowa architektura pozwala na utrzymanie szczelności cyfrowej ochrony.

O raporcie

Dane z raportu „State of Ransomware 2025” pochodzą z badania przeprowadzonego wśród 3,4 tys. liderów IT oraz cyberbezpieczeństwa w okresie od stycznia do marca 2025 roku. Badanych pytano o ich doświadczenia związane z ransomware w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Respondenci pochodzili z 17 krajów z obu Ameryk, Europy, Azji i rejonu Pacyfiku. Badane firmy zatrudniały od 100 do 5 tys. pracowników, a ich roczne przychody wahały się od 5 milionów dolarów do ponad 50 miliardów dolarów.

Jak obniżyć koszty pakowania produktów spożywczych do wysyłki? Sprawdź 5 konkretnych sposobów optymalizacji!

Rynek e-grocery w Polsce, czyli segment sprzedaży artykułów spożywczych online, choć stanowi obecnie niewielką część całego handlu detalicznego, bo zaledwie około 2% całkowitej sprzedaży produktów spożywczych – wykazuje niezwykle wysoką dynamikę wzrostu i znaczący potencjał rozwoju. Jest to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów w polskim e-commerce, co widać również na bardziej rozwiniętych rynkach, takich jak Wielka Brytania, gdzie udział e-grocery sięga już 12%.

Wyzwania rynku e-grocery

Pomimo obiecujących perspektyw, rynek supermarketów internetowych w Polsce jest niezwykle wymagający i kapitałochłonny. Bariera wejścia jest wysoka, a branża zmaga się z wieloma wyzwaniami, takimi jak:

  • niska jednostkowa wartość produktów, co wymaga sprzedaży ogromnych wolumenów, aby osiągnąć rentowność;
  • komplikowana logistyka, w tym zarządzanie szerokim asortymentem (od mrożonek, przez produkty wymagające chłodzenia, po chemię domową), kontrola jakości i dat ważności oraz optymalizacja dostaw „ostatniej mili”;
  • specyficzne nawyki polskich konsumentów, którzy są przyzwyczajeni do częstych wizyt w sklepach stacjonarnych (nawet 2-3 razy w tygodniu) i preferują samodzielny wybór świeżych produktów;
  • wyśrubowane oczekiwania klientów dotyczące kompletności zamówienia i terminowości dostaw, wynikające z bardzo konkurencyjnego rynku tradycyjnego.

W Polsce funkcjonują różne modele e-grocery, od tradycyjnych sieci handlowych wykorzystujących swoje sklepy jako magazyny, przez tzw. „Quick Commerce” (szybkie dostawy małego asortymentu), po „pure playerów” – firmy takie jak Frisco czy Mamyito, które koncentrują się wyłącznie na sprzedaży online.

Zoptymalizuj koszty pakowania żywności w swoim e-commerce

Niezależnie od wybranego modelu działania, utrzymanie rentowności wymaga optymalizacji kosztów, a tymi są także materiały opakowaniowe. Warto przyjrzeć się tej pozycji w budżecie i przeanalizować system pakowania, ponieważ często proste zmiany mogą przyspieszyć pracę w magazynie i zredukować koszty biznesu. Poniżej znajdziesz 5 konkretnych sposobów rekomendowanych przez ekspertów PakujTo, które możesz wdrożyć u siebie już dziś.

Sposób 1 – Folia stretch – kupujesz netto czy brutto?

Folia stretch to jeden z najczęściej stosowanych materiałów do paletyzacji w branży spożywczej. Przy zakupie nie wystarczy porównać ceny za rolkę. Kluczowe jest to, czy cena dotyczy wagi brutto (z gilzą), czy netto (samej folii). Różnica 0,25 kg na gilzie przy 100 rolkach to już 25 kg, za które płacisz, ale nie wykorzystujesz do pakowania.

Rozwiązanie? Rozważ zakup folii bezgilzowej, która eliminuje ten problem. Płacisz tylko za materiał, który faktycznie wykorzystujesz. Dodatkowo pozbywasz się problemu utylizacji gilz i oszczędzasz miejsce w magazynie.

Sposób 2 – Folia bąbelkowa i pianka PE w arkuszach – bez docinania

Jeśli pakujesz przetwory, napoje lub inne produkty w powtarzalnych rozmiarach, możesz zyskać czas i ograniczyć zużycie materiału dzięki perforacji wprowadzonej na rolkę o zadanych przez Ciebie wymiarach. Zamiast docinać folię czy piankę z rolki, pracownik odrywa gotowy arkusz, a wielkość arkuszy ustalasz indywidualnie przy składaniu zamówienia. Takie rozwiązanie oznacza:

  • szybszy proces pakowania,
  • mniej odpadów,
  • standaryzację ilości zużywanego materiału.

Dzięki temu łatwiej przewidzisz, jakich zapasów opakowań potrzebujesz i zwiększysz liczbę paczek pakowanych w jednostce czasu.

Sposób 3 – Zbyt duże kartony to więcej wypełniacza i wyższy koszt transportu

Nadmiar pustej przestrzeni w paczce to nie tylko dodatkowy koszt materiałów opakowaniowych (wypełniacze), ale też wyższe koszty transportu (większa objętość = wyższa stawka).

Rozwiązanie:

  • analiza SKU i najczęstszych konfiguracji koszyków zakupowych,
  • optymalizacja rozmiarów kartonów do tych kombinacji,
  • wykorzystanie kartonów z automatycznym dnem dla przyspieszenia procesu.

W praktyce nawet 10 zoptymalizowanych rozmiarów kartonów może pokryć większość zamówień, ograniczając overpackaging.

Jeśli do wypełniania pustych przestrzeni wykorzystujesz folię bąbelkową, to zamiast klasycznej folii z małymi bąblami (średnica ok. 0,9 cm) zastosuj folię FILL&WRAP z dużymi bąblami (średnica ok. 3 cm) – dzięki temu tym samym odcinkiem materiału wypełnisz efektywniej więcej przestrzeni.

W sklepach internetowych wysyłających produkty delikatne jak przetwory, miody, soki w szklanych butelkach, dobry wypełniacz jest fundamentem procesu pakowania. Wówczas rekomenduję klientom stosowanie folii z dużymi bąblami, bo nada się ona zarówno do owijania każdego z produktów, jak i wypełnienia pustych przestrzeni – to spora oszczędność w składowaniu materiałów i ich zamawianiu. Wyjątkiem są sytuacje, w których produkt jest niewielki – wówczas łatwiej jest owinąć go folią z małymi bąblami – wskazuje Wojciech Szafranek – doradca z PakujTo.pl.

Mały i duży bąbel - folia bąbelkowaSposób 4 – Zmiana formy materiału = mniej operacji = więcej oszczędności

Pakujesz słoiki w folię bąbelkową, a potem zabezpieczasz je taśmą? Rozważ zamianę klasycznej folii bąbelkowej w rolce na gotowe woreczki z folii bąbelkowej z paskiem kleju prosto od producenta. Wkładasz produkt, zaklejasz i gotowe!

Korzyści z takiej zmiany to:

  • skrócenie czasu pakowania,
  • standaryzacja procesu,
  • mniej materiału zużywanego przez pracowników,
  • bardziej przewidywalne zużycie opakowań,
  • mniejsze ryzyko reklamacji (każdy produkt zabezpieczony jest w ten sam sposób).

woreczki z folii bąbelkowej - pakujto

Sposób 5 – Ciężkie produkty? Postaw na taśmy spinające i wzmacniane kartony

Pakowanie butelek z olejem, zgrzewek napojów czy puszek wymaga szczególnej uwagi. Klasyczne kartony mogą nie wytrzymać dużego ciężaru, a dodatkowe warstwy folii stretch podnoszą koszty procesu. W takiej sytuacji warto:

  • zastosować kartony wzmacniane (5-warstwowe),
  • wykorzystać taśmy spinające (PP lub PET), które stabilizują paczki bez potrzeby wielokrotnego owijania,
  • w przypadku produktów suchych, które mogą ulec przemoczeniu – dodać wzmocnienie w postaci pianki PE na spodzie kartonu, by uniknąć zawilgoceniu przy paletyzacji.

Taśma PP lub PET dodatkowo będzie ułatwieniem dla kuriera i klienta, którym łatwiej będzie paczkę przenosić.

Warto również zweryfikować, czy przy stosowaniu taśm bandujących niezbędne jest używanie kartonów wzmacnianych – czasem bowiem taśmy na tyle zabezpieczają przesyłkę, że możesz zoptymalizować koszt kartonów, stawiając na te nieco cieńsze.

Podsumowanie

Każdy niepotrzebny centymetr folii, zbyt duży karton czy dodatkowa warstwa materiału to nie tylko złotówki, które uciekają z marży, ale też potencjalne opóźnienia, reklamacje i nadmiar odpadów.

Jak pokazują opisane przykłady, optymalizacja nie oznacza rewolucji. To często kilka prostych zmian – przejście z klasycznych rolek na te z perforacją, dopasowanie kartonów do najczęstszych zamówień, czy zastosowanie taśm spinających przy ciężkich produktach.

Dla sklepów online z żywnością, gdzie tempo jest wysokie, a błędy kosztowne, dobrze dobrany system pakowania to przewaga konkurencyjna. Przynosi szybsze pakowanie, mniej reklamacji i niższy koszt operacyjny per paczka. A w świecie, gdzie liczy się każda sekunda i każdy grosz — to przewaga, której nie warto lekceważyć. Jeśli zastanawiasz się, jakie jeszcze zmiany możesz wprowadzić w swojej firmie, aby obniżyć koszty, skontaktuj się z doradcami PakujTo – pomogą Ci, wykorzystując ponad 30-letnie doświadczenie firmy w pracy z organizacjami z wielu branż.

Pilotaż czterodniowego dnia pracy. Przedsiębiorcy są sceptyczni

Od 14 sierpnia firmy chcące wziąć udział w pilotażu zmian w strukturze godzin pracy, mogą starać się o dofinansowanie z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Testowane są dwa rozwiązania: czterodniowy tydzień pracy lub skrócenie dnia pracy z 8 do 6 godzin. Program jest dobrowolny, ale od zainteresowania nim oraz wniosków z pilotażu zależy przyszłość zmian w strukturze godzin pracy w Polsce. – Program jest dobrowolny, więc spodziewam się, że firmy biorące w nim udział są świadome konsekwencji zmian w firmach i chcą po prostu sprawdzić, jak taki inny tydzień pracy wpłynie na efektywność pracowników, wykonywane zadania czy sprawność operacyjną firmy. Moje rozmowy z przedsiębiorcami wskazują jednak dość jednoznacznie, że większość jest sceptyczna. Polska gospodarka na takie zmiany nie jest gotowa – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Przedsiębiorcy obawiają się kosztów i chaosu”

W opinii Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pilotaż ma charakter eksperymentalny i ma na celu zbadanie wpływu skróconego czasu pracy na różne aspekty funkcjonowania przedsiębiorstw i pracowników.

– Eksperymenty mają to do siebie, że kończą się albo dobrze albo źle. Czy przedsiębiorcy mają czas i są gotowi na eksperymenty w strukturze pracy? Czy ich pracownicy zaakceptują zmiany, a potem ewentualne powroty do starych metod działania, gdy pilotaż się nie sprawdzi? Czy ekwiwalent przygotowany przez ministerstwo jest wystarczający, by pokryć straty wynikające z innego tempa operacyjnego? Pytań jest wiele – przyznaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Przedsiębiorcy do pilotażu podchodzą sceptycznie z prostego powodu: nie jesteśmy w stanie ocenić, jak zmiana w trybie pracy, czyli np. wolne piątki, wpłynie długofalowo na operacyjną efektywność przedsiębiorstwa. Problemem może być także kadrowe zapełnienie luk powstałych w wyniku skrócenia tygodnia pracy, bo oczywiście nie wszystkie branże mogą pozwolić sobie na „wolny piątek”. Pracę więc w innym trybie wykona ktoś inny. W niektórych branżach braki kadrowe są dotkliwe. Opanowanie takiego harmonogramu pracy w wielu firmach będzie wyzwaniem, które spowoduje chaos, a w efekcie może odbić się na relacjach w firmie, wynikach przedsiębiorstwie i jakości obsługi klienta – mówi Hanna Mojsiuk.

– Jestem bardzo ciekawa wniosków z pilotażu. Być może to właśnie będzie najlepszy sondaż dla tego pomysłu. Empiryczne doświadczenie firm – przyznaje prezes Mojsiuk.

Eksperci rynku pracy o branżach, które mogą wdrożyć zmiany

Eksperci rynku pracy przyznają, że pilotaż Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki społecznej nie musi być złym pomysłem i na pewno jest lepszym rozwiązaniem niż wdrażania rozwiązań we wszystkich firmach.

– Czterodniowy tydzień pracy czy skrócenie dziennego czasu pracy w Polsce nie jest możliwe we wszystkich branżach. Trudno wyobrazić sobie jak np. przemysł, górnictwo, przetwórstwo, transport, logistyka czy handel nagle przechodzą w taki tryb. Nie ma szans, by w cztery dni wyrobić pięciodniową normę bez straty operacyjnej. Oczywiście wiele zależy od motywacji pracowników i sprawności kadry menadżerskiej i zarządzającej, ale taki tryb pracy po prostu nie sprawdzi się w każdej branży – mówi Anna Sudolska, ekspertka rynku pracy Idea HR Group.

– Krótszy tydzień pracy bez straty efektywności może sprawdzić się np. w marketingu, administracji, pracach kreatywnych czy w urzędach – dodaje ekspertka.

– Pilotaż nie jest złym pomysłem i sam zastanawiam się nad jego zastosowaniem w swojej firmie. Jego popularność będzie świetną wykładnią tego, czy przedsiębiorcy są tematem zainteresowani i czy będzie to dla nich rozwiązanie optymalne, czy nie ma szans na jego zastosowanie. Rynek pracy się zmienia, a oferta dla pracowników coraz częściej obejmuje np. możliwość pracy zdalnej czy właśnie elastyczne dni pracy – przyznaje Kamil Zieliński, ekspert rynku pracy z firmy 7HR.

Do 15 października 2025 roku nastąpi rozstrzygnięcie naboru oraz publikacja listy pracodawców, którzy zakwalifikowali się do pilotażu. Po opublikowaniu listy projektów pilotażowych rekomendowanych do realizacji nastąpi etap podpisywania umów.

Sezonowość na stacjach paliw: najwięcej klientów w lipcu, sierpniu i październiku, najmniej w lutym

0

Analiza zachowań 1,4 mln konsumentów, którzy w ciągu roku odwiedzili 5,1 tys. stacji paliw w całym kraju, wykazała, że największy ruch występował w lipcu i sierpniu, a także w październiku 2024 roku. Od listopada ub.r. wizyt znacząco ubywało aż do lutego br. W przypadku liczby unikalnych klientów widać identyczną sezonowość, tylko skala zmian jest mniejsza. Najwyższe wartości odnotowano w lipcu, sierpniu i październiku 2024 roku, a najniższe – w lutym 2025 roku. Z raportu wiadomo też, że na przestrzeni 12 miesięcy średni czas przebywania klientów na stacjach wahał się od 5 min. i 52 sek. w listopadzie ub.r. do 6 min. i 23 sek. w lutym tego roku. Najmocniejsze natężenie ruchu obserwowano w piątki – 16,2% wszystkich wizyt, a najsłabsze w niedziele – 11,7%. Najmniej odwiedzin było od północy do godz. 4.00. Z kolei ich szczyt przypadał na 15:00 – 7,6%.

Raport firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH, obejmujący dane z okresu od lipca 2024 roku do czerwca 2025 roku, pokazuje wyraźną sezonowość w zachowaniach konsumentów na stacjach paliw. W okresie 12 analizowanych miesięcy największy ruch odnotowano w wakacje, tj. w lipcu (o 15% więcej wizyt niż średnio w badanym okresie) i sierpniu (o 18% więcej wizyt), a następnie w październiku ub.r. (o 17% więcej wizyt). Od listopada 2024 roku liczba wizyt znacząco spadała, osiągając najniższy poziom w lutym 2025 roku (o 13% mniej wizyt niż średnio w badanym okresie). W czerwcu 2025 roku nastąpił początek kolejnego sezonowego wzrostu (o 6% mniej wizyt).

– Jest to typowe dla sezonu wakacyjnego oraz okresu zwiększonej mobilności w październiku. Wrzesień to dla wielu osób miesiąc przejściowy. Nie wszyscy konsumenci wracają już w pełni do regularnych nawyków. Natomiast w październiku studenci powracają na uczelnie, a niektórzy aktywni zawodowo konsumenci – do pracy po urlopach. Z kolei najzimniejsze miesiące to czas wyraźnego spadku aktywności na stacjach, co może być związane z mniej sprzyjającymi warunkami pogodowymi oraz mniejszą liczbą wyjazdów. Po lutym następuje stopniowe odbudowanie ruchu, jednak wartości utrzymują się poniżej średniej – komentuje Weronika Piekarska, współautorka raportu z Proxi.cloud.

Jak wynika z raportu, w przypadku liczby unikalnych klientów również widoczna jest sezonowość. Jednak skala zmian jest wyraźnie mniejsza niż w kwestii wizyt. Najwyższe wartości wskaźnika odnotowano w miesiącach letnich – w lipcu (o 5% więcej klientów niż średnia dla badanego okresu) i w sierpniu (o 7% więcej) 2024 roku, a także w październiku (o 4% więcej). Spadek liczby unikalnych klientów nastąpił w okresie zimowym, osiągając najniższy poziom w lutym 2025 roku (o 6% mniej klientów niż średnia). W kolejnych miesiącach liczba odwiedzających stopniowo rosła, by w maju osiągnąć wartość równą średniej.

– Populacja klientów odwiedzających stacje paliw pozostaje relatywnie stała. Zmienia się natomiast częstotliwość wizyt, czyli ci sami konsumenci odwiedzają je częściej latem i rzadziej zimą. Z perspektywy biznesowej to cenna informacja. Stabilna grupa klientów daje możliwość budowania lojalności i dopasowywania oferty do sezonowych zachowań. W praktyce oznacza to, że stacje paliw mogą latem koncentrować się na sprzedaży impulsowej i kampaniach promujących produkty „na drogę”, a zimą utrzymywać kontakt z klientem, np. przez oferty łączone, które zachęcają do częstszych wizyt na stacji, mimo mniejszej mobilności – analizuje Mateusz Nowak, współautor raportu z Proxi.cloud.

Choć dane obejmują tylko jeden pełny sezon wakacyjny, tj. zeszłe lato, autorzy raportu zauważają, że zarówno liczba klientów, jak i częstotliwość ich wizyt (np. 3,97 wizyty na osobę w sierpniu) są wysokie. – Jeśli obecne trendy mobilności, turystyki krajowej i zachowań zakupowych utrzymają się lub nasilą, np. ze względu na pogodę, ceny paliw i działania marketingowe, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ruch w tym sezonie wakacyjnym może być równie duży lub większy niż rok temu – szczególnie w sierpniu – uważa Weronika Piekarska.

Z kolei średni czas przebywania klientów na stacjach paliw w analizowanym okresie utrzymywał się na dość stabilnym poziomie. Wahał się między 5 minutami i 52 sekundami (listopad 2024 r.) a 6 minutami i 23 sekundami (luty 2025 r.). – Oznacza to, że różnice w długości wizyt są relatywnie niewielkie, co wskazuje na ugruntowane i powtarzalne wzorce zachowań zakupowych. Najkrótszy czas wizyt przypadał od października do grudnia 2024 roku, kiedy to średnia długość pobytu na stacji spadła poniżej 6 minut – informuje Weronika Piekarska.

W analizowanym okresie największe natężenie ruchu, odpowiadające za 16,2% wszystkich wizyt, zaobserwowano w piątki. Od poniedziałku do czwartku rozkład był dość równomierny (od 14,4% do 14,9%), co wskazuje na stabilny ruch w dni robocze. Sobota (13,7%) zanotowała nieco niższą aktywność. Natomiast niedziela (11,7%) była dniem o najmniejszym ruchu na stacjach.

– Piątkowy wzrost ruchu można tłumaczyć kilkoma czynnikami. Kierowcy przygotowują się do weekendu. Tankują przed wyjazdami. Unikają zakupów w sobotę i niedzielę. Planują też z wyprzedzeniem dojazdy do pracy w nadchodzącym tygodniu. To sprawia, że piątek staje się dniem o największym potencjale sprzedażowym – nie tylko w zakresie paliwa, ale również produktów dodatkowych. Warto w tym czasie wzmacniać ofertę handlową, zwiększać zatowarowanie i wprowadzać atrakcyjne promocje, które zwiększą wartość koszyka zakupowego – zwraca uwagę Mateusz Nowak.

Ponadto raport wykazał, że w ciągu całego roku ruch na stacjach paliw zaczynał wyraźnie wzrastać od godziny 5:00, osiągając pierwszy szczyt między 7:00 a 9:00 (6,2% i 6,3%). – Moim zdaniem, to pokrywało się z porannymi dojazdami wielu osób do pracy. Tankowanie rano jest dla nich naturalnym elementem logistyki dnia, podobnie jak kawa na wynos czy zakupy na śniadanie – wyjaśnia Weronika Piekarska.

Po lekkim spadku w godzinach okołopołudniowych, druga fala wzmożonych wizyt przypadała od 15:00 do 16:00. W tych godzinach zanotowano najwyższe wartości (7,6% i 7,5%). – Może to sugerować powroty z pracy oraz zakupy popołudniowe. Po godzinie 17:00 ruch stopniowo spadał, a od 21:00 zaczynał wyraźnie się wygaszać. Najmniejsza liczba wizyt przypadała na godziny nocne, tj. 0:00-4:00. To typowe dla działalności tego typu obiektów – stwierdza analityk Maciej Kamiński z UCE RESEARCH.

Dane pokazują też, z jakiej odległości względem stacji paliw przyjeżdżają klienci. W analizowanym okresie największą grupę – aż 33,4% wszystkich wizyt – stanowiły osoby pokonujące dystans ponad 20 km. Znaczący udział miały również wizyty klientów przyjeżdżających z bliższych stref, tj. poniżej 1 km (16,1%) oraz 2-5 km (15,9%).

– To zestawienie jasno pokazuje, że stacje paliw obsługują dwa różne typy klientów – lokalnych mieszkańców i osoby będące w trasie. Każda z tych grup ma inne potrzeby. Klient z sąsiedztwa wraca regularnie. Można go angażować np. poprzez programy lojalnościowe, promocje śniadaniowe czy rabaty na myjnię. Klient „z trasy” często kupuje paliwo i coś na szybko. Stąd warto mieć zawsze gotowe do sprzedaży zestawy podróżne, napoje i przekąski – przekonuje Weronika Piekarska.

Jak podsumowuje Mateusz Nowak, wielu klientów to mieszkańcy bezpośredniego sąsiedztwa lub okolicznych dzielnic. Tak wysoki udział klientów przyjeżdżających z większych odległości wynika z faktu, że wiele stacji paliw znajduje się przy głównych trasach przelotowych, autostradach, drogach ekspresowych oraz węzłach komunikacyjnych, a nie wyłącznie w sąsiedztwie osiedli mieszkaniowych. Dlatego przy planowaniu ofert promocyjnych i działań marketingowych kluczowe jest uwzględnienie charakteru i lokalizacji konkretnej stacji. Inne potrzeby mają kierowcy tranzytowi, a inne klienci lokalni.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone w oparciu o dane zbierane od lipca 2024 roku do czerwca 2025 roku. Obserwowano zachowania 1,4 mln konsumentów odwiedzających stacje paliw. Obecność była interpretowana jako wizyta klienta, gdy trwała co najmniej 30 sekund i nie więcej niż 1 godzinę. Zbadano ruch w ponad 5,1 tys. placówek, których lokalizacje zostały pozyskane ze stron internetowych oraz z Google Maps. Badaniem objęto stacje takich sieci, jak Orlen, BP, Circle K, AS 24, Huzar, Amic, MOL, Shell, Avia, Moya, Slovnaft Partner oraz IDS. Dane zostały zgromadzone poprzez sieć aplikacji mobilnych wykorzystujących autorską technologię opartą o geofencing – metodę identyfikacji wejść i wyjść z wyznaczonych stref, wykorzystującą usługi lokalizacji urządzeń mobilnych. Rozwiązanie pozwala zbierać dane pasywnie oraz cechuje się dużą dokładnością lokalizowania użytkownika (od 2 do 20 metrów, w zależności od metody ustalania pozycji przez urządzenie mobilne). Technologia ta zapewnia pełną kontrolę nad dokładnością lokalizacji, a promień każdego geofencingu dostosowany jest do wielkości poszczególnych budynków. Ponadto, znany jest czas przebywania użytkowników w danej lokalizacji, co stanowi dodatkowy poziom ochrony przed zliczaniem okolicznego ruchu pieszego czy ruchu pracowników badanych POS.

Twardy kurs Australii wobec social mediów dla dzieci

Australia wprowadza unikalne i surowe w skali globalnej przepisy, które teoretycznie mogą uniemożliwić osobom poniżej 16. roku życia zakładanie kont na platformach takich jak Facebook, Instagram, TikTok, Snapchat, X, a od grudnia 2025 także YouTube. Choć młodzież nadal będzie mogła oglądać materiały, platformom zabronione będzie tworzenie kont przez nieletnich. To nowa odpowiedź na narastające wyzwania związane z cyfrowym dobrostanem dzieci, jednak jak pokazuje praktyka, zakazy nie są najbardziej efektywnym rozwiązaniem.

Decyzja australijskiego rządu jest reakcją na rosnącą liczbę sygnałów o szkodliwym wpływie mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne najmłodszych. W raporcie tamtejszego regulatora eSafety Commissioner aż 37% dzieci przyznało, że zetknęło się z treściami szkodliwymi na YouTube. Rozszerzenie zakazu na tę platformę, pierwotnie postrzeganą jako edukacyjną, tylko potwierdza, jak złożony i niejednoznaczny stał się dziś cyfrowy krajobraz. Platformy, które nie wdrożą skutecznych mechanizmów weryfikacji wieku, będą musiały liczyć się z karami sięgającymi niemal 50 mln dolarów australijskich. To jedno z pierwszych tak zdecydowanych działań na świecie, mające na celu „odcięcie dzieci od algorytmów” – jak tłumaczą to przedstawiciele australijskiego rządu.

Czy inne kraje pójdą w ślad Australii? Część obserwatorów wskazuje na podobne tendencje w USA i Wielkiej Brytanii. W Europie jednak przeważa inne podejście. Zamiast systemowych zakazów – stawia się na edukację cyfrową, odpowiedzialność rodziców i rozwój technologii wspierających świadome korzystanie z Internetu. Na znaczeniu zyskują rozwiązania, które nie tyle ograniczają dostęp, co pomagają wychwycić pierwsze symptomy ryzykownych zachowań — hejtu, uwodzenia, wycofania emocjonalnego — bez naruszania prywatności dziecka. Zakazy jako takie nie są natomiast skutecznym rozwiązaniem. Bez wsparcia i czasu poświęconego przez najbliższe osoby na dialog oraz zrozumienie, długofalowe efekty nie zostaną osiągnięte. Chwilowy wstrząs wywołany przez zakazy to jedynie kolejne wyzwanie, które najmłodsi bez kłopotu będą w stanie obejść.

Zaawansowane narzędzia, coraz częściej oparte na analizie behawioralnej i sztucznej inteligencji, działają na zasadzie dyskretnego systemu wczesnego ostrzegania. Nie ingerują w treść rozmów, nie przechwytują danych — jedynie wysyłają sygnał, że coś może wymagać uwagi rodzica. To subtelna, ale skuteczna alternatywa wobec odgórnych zakazów. Co więcej, pomagają zbudować pomost między pokoleniami — wspierając rozmowę i zaufanie zamiast pełnej kontroli. Nie sposób pominąć roli relacji rodzinnych. Technologia może być tym „cyfrowym uchem”, które zauważy zmianę rytmu dnia, niepokojące frazy czy kontakt z obcym numerem — zanim problem przybierze realną formę. Europa w tym modelu nie eliminuje obecności dzieci w sieci, ale wzmacnia kompetencje dorosłych i udostępnia im narzędzia, które pozwalają reagować z wyprzedzeniem – mówi Paweł Biadała, CEO Locon, który rozwija funkcję opartą na analizie kontekstu zachowań online w ramach aplikacji Bezpieczna Rodzina.

Australia obrała twardy kurs. Europa stawia na zrównoważenie technologii, edukacji i odpowiedzialnego rodzicielstwa. Obie ścieżki mają wspólny cel — ochronę dziecka. Pytanie nie brzmi więc: zakazywać czy nie zakazywać, ale jak skutecznie wspierać dzieci w świecie, w którym codzienność i technologia są nierozerwalnie splecione. W tym kontekście to właśnie odpowiedzialne wsparcie – nie zawsze widoczne, ale obecne – może okazać się najbardziej skuteczną formą cyfrowej opieki.

Immersion Games ogłasza nową strategię Crypto Treasury i stawia na Bitcoina

Immersion Games na początku sierpnia ogłosiło nową Strategię Crypto Treasury, zgodnie z którą chce się koncentrować na aktywach cyfrowych, w tym zarządzaniu rezerwami finansowymi poprzez inwestycje w Bitcoin. Zgodnie z listem intencyjnym, spółka będzie mogła pozyskać 4 mln zł w ramach emisji akcji oraz do 502 mln zł w ramach emisji obligacji zamiennych na akcje.

– Podpisanie listu intencyjnego z doradcą inwestycyjnym jest dla nas strategicznym krokiem w kierunku realizacji nowej strategii, zapewniając finansowanie w dwóch etapach – zgodnie z jej założeniami. Naszym celem jest transparentna i długoterminowa budowa wartości, dlatego tak elastyczne i oparte o mechanizmy rynkowe finansowanie, jest jej idealnym dopełnieniem. – komentuje Piotr Sobiś, członek zarządu Immersion Games.

Podpisanie listu intencyjnego z ABO Securities Alpha Blue Ocean Transaction Advisory Services Holding Ltd. w zakresie zaangażowania kapitałowego inwestora zewnętrznego będzie wymagać zawarcia odrębnej umowy inwestycyjnej. Zgodnie z ustalonymi warunkami, finansowanie oparte o obligacje zamienne na akcje będzie transzowane, a wartość pojedynczej transzy wyniesie od 2,5 mln zł do 5 mln zł. Zostanie ono poprzedzone bezpośrednią inwestycją kapitałową w nowo emitowane akcje o wartości 4 mln zł.

W najbliższych tygodniach Zarząd planuje zwołanie Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, podczas którego Akcjonariusze zdecydują o zmianie nazwy spółki oraz emisji obligacji i akcji wynikających z listu intencyjnego. Przy czym emisje będą mogły zostać przeprowadzone dopiero po zawarciu wspomnianej umowy inwestycyjnej.

Spółka prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami, które są zainteresowane inwestycją w spółkę w modelu „equity for crypto”, co pozwoli na dalsze wzmocnienie pozycji finansowej spółki. Równolegle spółka pozyskuje partnerów technologicznych w obszarze blockchain oraz kryptowalut.

– Rozmowy są na zaawansowanym etapie i wkrótce będziemy ogłaszać strategiczne partnerstwa technologiczne, umożliwiające realizację nowej strategii. Jednocześnie intensywnie pracujemy nad polityką inwestycyjną, którą będziemy chcieli ogłosić jeszcze przed Walnym Zgromadzeniem. Będzie ona precyzować zasady bezpieczeństwa, przechowywania i raportowania alokacji środków pieniężnych w Bitcoin.  Chcemy być maksymalnie transparentni. – komentuje Jakub Bartoszek, Chief Crypto Officer.

Jakub Bartoszek to przedsiębiorca i innowator związany z branżą nowych technologii, blockchain oraz Web3. Doświadczenie zdobywał budując serwerownie wysokiej mocy obliczeniowej w Polsce, Ukrainie, Iranie i na Syberii. Jest twórcą sieci kantorów kryptowalut i metali szlachetnych Cashify oraz kampanii edukacyjnej „Kryptoscamy: nie daj się oszustom!”

Immersion Games jest pierwszą tak innowacyjną spółką notowaną na NewConnect, która działa w obszarze technologii, finansów oraz kryptoaktywów, która wykorzystuje potencjał Bitcoina jako globalnego i zdecentralizowanego aktywa i buduje długoterminową wartość dla akcjonariuszy.

Ostatni dzwonek na import z Chin w 2025 roku – zdąż przed sezonem świątecznym

Import z Chin od lat jest fundamentem biznesu dla wielu polskich przedsiębiorców. To właśnie w Państwie Środka powstają produkty, które zapełniają półki europejskich sklepów przed najważniejszym okresem sprzedażowym – świętami Bożego Narodzenia. Jednak rok 2025 stawia przed importerami szczególne wyzwania. Dlaczego? Bo właśnie teraz wchodzimy w kluczowy sezon produkcyjny przed świętami, a dodatkowo światowa logistyka wciąż zmaga się z problemami. Statki zamiast korzystać z Kanału Sueskiego często zmuszone są do opływania Afryki, co wydłuża czas dostawy nawet o kilka tygodni i podnosi koszty transportu. To oznacza jedno: jeśli planujesz import z Chin na rok 2025 – teraz jest ostatni moment, by zdążyć przed szczytem sezonu.

1. Sezon produkcyjny w Chinach – dlaczego to „ostatni dzwonek”?

Chiny funkcjonują w cyklach produkcyjnych ściśle powiązanych z globalnym kalendarzem sprzedaży. Najważniejszy z nich to okres przygotowań przed Bożym Narodzeniem, który zaczyna się już latem i trwa do jesieni.

Dlaczego ma to tak duże znaczenie?

  • Wzrost liczby zamówień – fabryki są przeciążone i priorytetowo traktują największych klientów. Mniejsze firmy często muszą liczyć się z wydłużonym czasem realizacji.

  • Kolejki w produkcji – czas realizacji zamówienia, który poza sezonem wynosi 30–40 dni, może się wydłużyć nawet do 60–90 dni.

  • Niedobory materiałów – przy wzmożonym popycie rośnie ryzyko opóźnień w dostawach komponentów i półproduktów.

? To właśnie dlatego importerzy, którzy składają zamówienia w sierpniu, wrześniu czy październiku, często nie zdążają z dostawą na czas. W 2025 roku to ryzyko jest jeszcze większe przez problemy transportowe.

2. Problemy w logistyce – transport coraz dłuższy i droższy

Od końca 2023 roku globalny transport morski boryka się z kryzysem. Ataki na statki w rejonie Morza Czerwonego sprawiły, że wielu armatorów unika Kanału Sueskiego i kieruje swoje statki dłuższą trasą – opływając Afrykę.

Co to oznacza dla importu z Chin?

  • Wydłużenie trasy o 2–4 tygodnie – fracht morski, który wcześniej trwał ok. 30–35 dni, dziś może zająć nawet 50 dni.

  • Wyższe koszty transportu – dłuższa trasa to wyższe opłaty paliwowe i mniejsza dostępność kontenerów.

  • Ryzyko spiętrzenia w portach europejskich – kiedy statki docierają z opóźnieniem, porty są przeciążone i dochodzi do dodatkowych przestojów w przeładunkach.

? Jeśli dodamy do tego sezonowe spiętrzenie zamówień przed świętami, okazuje się, że import z Chin w 2025 roku wymaga dużo wcześniejszego planowania niż jeszcze kilka lat temu.

3. Dlaczego teraz musisz działać?

Jeśli planujesz sprowadzać towar na okres świąteczny, to musisz uwzględnić:

  1. Czas produkcji w Chinach – średnio 30–60 dni, w sezonie nawet dłużej.

  2. Transport morski – obecnie ok. 45–55 dni zamiast standardowych 30–35 dni.

  3. Odprawa celna i dystrybucja w Europie – minimum 7–14 dni.

Podsumowując: od momentu złożenia zamówienia do pojawienia się towaru w Twoim magazynie może minąć nawet 3–4 miesiące. To oznacza, że sierpień i wrzesień 2025 to absolutnie ostatni moment, by zamówić towary na sezon bożonarodzeniowy.

4. Najczęstsze błędy importerów w sezonie

Początkujący przedsiębiorcy często nie doceniają skali sezonowych wyzwań. Oto najczęstsze błędy:

  • Zbyt późne składanie zamówień – zamówienie złożone w październiku rzadko zdąży na grudniową sprzedaż.

  • Brak kontroli jakości – presja czasu sprawia, że niektórzy rezygnują z inspekcji towaru. Efekt? Wadliwy produkt w szczycie sprzedaży.

  • Nieprzewidziane koszty transportu – brak kalkulacji przy wydłużonych trasach i dodatkowych opłatach.

  • Brak zabezpieczenia dokumentacji – w pośpiechu importerzy pomijają kwestie certyfikatów i zgodności z normami UE, co grozi zatrzymaniem towaru na granicy.

5. Jak przygotować się do importu w 2025 roku?

a) Planuj z wyprzedzeniem

Złóż zamówienia odpowiednio wcześnie – najlepiej już teraz, jeśli chcesz zdążyć przed świętami.

b) Zadbaj o logistykę

Sprawdź dostępne opcje transportu: fracht morski, kolejowy lub lotniczy. Czasem warto zapłacić więcej za szybszą opcję, by uniknąć braku towaru na półkach w grudniu.

c) Weryfikuj dostawców

W sezonie rośnie liczba oszustw i ofert od niesprawdzonych fabryk. Dokładna weryfikacja to konieczność.

d) Nie oszczędzaj na jakości i dokumentacji

To Ty odpowiadasz przed prawem UE za zgodność produktu. Brak odpowiednich certyfikatów może zniweczyć cały import.

6. Dlaczego warto się szkolić przed pierwszym importem?

Import w 2025 roku wymaga jeszcze większej wiedzy niż wcześniej. Problemy logistyczne, dłuższe terminy produkcji i zaostrzone przepisy sprawiają, że amatorskie podejście szybko kończy się stratą pieniędzy.

? Dlatego warto postawić na kursy online omawiające temat: import z Chin, które w prosty i praktyczny sposób przeprowadzają przez cały proces:

  • jak znaleźć i zweryfikować dostawcę,

  • jak policzyć wszystkie koszty (produkcja, transport, cło, VAT),

  • jak przygotować się do odprawy celnej,

  • jak negocjować i kontrolować jakość,

  • jak uniknąć pułapek sezonowych.

Na stronie MountainBusiness.eu znajdziesz kursy online stworzone z myślą o osobach, które chcą bezpiecznie wejść w import i zdążyć przed sezonem świątecznym.

Podsumowanie

Rok 2025 to wyjątkowy czas dla importerów. Z jednej strony wchodzimy w najważniejszy sezon sprzedażowy przed Bożym Narodzeniem, z drugiej – logistyka na świecie pozostaje nieprzewidywalna, a transport morski trwa znacznie dłużej niż kiedyś.

Dlatego właśnie teraz jest ostatni dzwonek na import z Chin, jeśli chcesz, by Twój towar trafił na polski rynek przed końcem roku.

? Zamiast ryzykować, zainwestuj w wiedzę i przygotuj się profesjonalnie. Sprawdź kursy na MountainBusiness.eu i dowiedz się, jak krok po kroku przeprowadzić import z Chin w 2025 roku – bez opóźnień i bez kosztownych błędów.

Elastyczne godziny pracy ważniejsze dla Polaków niż 4-dniowy tydzień

0

Niedługo wystartuje pilotażowy program skróconego czasu pracy, ale czy zatrudnieni w Polsce faktycznie chcą pracować krócej? Okazuje się, że skrócony czas pracy nie tylko nie jest najważniejszy, ale nawet nie jest w TOP 3 preferowanej elastycznej formy pracy. Najistotniejsze są bowiem elastyczny czas pracy (38,2 proc.), praca hybrydowa (32,6 proc.) i praca zdalna (23,4 proc.). To wnioski z najnowszego międzynarodowego badania przeprowadzonego przez SD Worx, wiodącego europejskiego dostawcę rozwiązań HR, wśród 5 625 menedżerów HR i 16 000 pracowników z 16 krajów Europy.

Pilotaż skróconego czasu pracy w Polsce startuje już 14 sierpnia, a wybrane organizacje będą go testować od 2026 roku. Jego ideą jest poprawa jakości życia pracowników, wzrost efektywności i przygotowanie rynku pracy na zmiany technologiczne. Głównym motywatorem proponowanych zmian jest poprawa równowagi między życiem prywatnym a zawodowym pracowników, ale też stworzenie im większych możliwości samorozwoju, zachęcenie do dłuższej aktywności zawodowej i przeciwdziałanie ryzyku wypalenia zawodowego. Rozwiązanie to może mieć ogromny wpływ na kulturę pracy w firmach, bowiem według danych Eurostatu Polacy znajdują się w czołówce najbardziej zapracowanych narodów. Tygodniowy wymiar czasu pracy w 2024 r. wyniósł aż 38,9 godziny wobec unijnej średniej 36 godzin. Ale czy faktycznie zaproponowany program jest odpowiedzią na potrzeby pracowników?

„Przed pracodawcami, którzy rozważają udział w ministerialnym programie skróconego czasu pracy, stoją trudne decyzje biznesowe. Sam program zaproponowany przez MRPiPS jest bardziej elastyczny, niż się o nim mówi, jednak pracodawcy powinni skupić się na dwóch niezwykle ważnych kwestiach. Pierwsza to prawidłowe zaplanowanie programu, który ma być wdrożony w danej organizacji. Ministerstwo będzie oczekiwać konkretów, dlatego firmy powinny podejść do programu ze świadomością, że nie jest to projekt miękki i nie powinno się składać wniosków ogólnych, opartych o wzory. Powinno sporządzać się je w oparciu o bardzo rzetelnie przygotowany szkielet prawno-payrollowy, który jednocześnie pozwoli uniknąć beneficjentom projektu wielu niepotrzebnych ryzyk. Drugą priorytetową kwestią jest zarządzanie oczekiwaniami pracowników. Tu kluczowa będzie właściwa komunikacja. Przed aplikacją do pilotażu, warto w przystępny sposób – np. poprzez zapisy w porozumieniach – zakomunikować pracownikom dlaczego przystępujemy do projektu, jak będzie wyglądał, ale również poinformować, że po zakończeniu możemy wrócić do poprzedniej formy pracy, jeśli testowany system nie sprawdzi się w naszej organizacjitłumaczy Marcin Sanetra, radca prawny, partner w kancelarii PCS I choć przepisy Kodeksu Pracy są dość elastyczne w kontekście tego projektu, to jednak należy pamiętać, że mimo uczestnictwa w pilotażu, system nie zwalnia pracodawców z odpowiedzialności prawnej wobec pracowników.”

„Ogromną zaletą pilotażowego programu skróconego czasu pracy jest fakt, że firmy zaczęły przyglądać się swoim organizacjom, aby świadomie mierzyć siły na zamiary, nim przystąpią do projektu” komentuje Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.

Najnowsze badanie „HR & Payroll Pulse Europe 2025” przeprowadzone przez SD Worx pokazuje, że skrócony czas pracy wcale nie jest na podium preferencji polskich pracowników. Na pytanie o preferowaną elastyczną formę zatrudnienia największy odsetek zatrudnionych nad Wisłą wskazał elastyczne godziny pracy (38,2 proc.). Na podium znalazły się również możliwość pracy hybrydowej (32,6 proc.) i praca zdalna (23,4 proc.). Co ciekawe, podobnie kształtuje się średnia ze wszystkich 16 badanych krajów – Europejczycy również na pierwszym miejscu wskazali elastyczny czas pracy (41,5 proc.), pracę hybrydową (33,7 proc.) i pracę zdalną (24,8 proc.).

Jednak problematyka, na którą odpowiada pilotaż jest jak najbardziej realna. Według najnowszych danych zgromadzonych przez SD Worx ponad połowa polskich pracowników (53,2 proc.) uważa że ich praca jest wymagająca psychicznie lub stresująca. Również niemal co trzeci pracownik (29,8 proc.) twierdzi, że praca w jego organizacji negatywnie wpływa na jego zdrowie psychiczne. A to może prowadzić do przedwczesnego wypalenia zawodowego. Co więcej, tylko połowa Polaków (52,4 proc.) uważa, że udaje im się zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

„Talenty niezależnie od wieku czy płci najbardziej cenią sobie elastyczność pracy. Zmiana widoczna jest również w podejściu firm – jak pokazuje nasze najnowsze badanie aż 64,7 proc. polskich pracodawców wspiera elastyczne ścieżki kariery. Zmiana jest nieunikniona – już dziś niemal połowa (43,6 proc.) polskich pracodawców obawia się, że w najbliższych latach problem niedoboru talentów będzie coraz bardziej odczuwalny. Pracodawcy decydujący się na skrócenie tygodnia pracy muszą wziąć pod uwagę wiele składowych, aby zaproponować pracownikom najbardziej korzystną formę, zarazem najbardziej dopasowaną do swojego biznesu. W wielu przypadkach może się bowiem okazać, że samo skrócenie dnia pracy nie będzie korzystne ani dla firmy, ani dla zatrudnionych w niej osób. Elastyczność powinna więc dotyczyć nie tylko formy świadczenia pracy, ale też podejścia do nowych możliwości dbania o dobrostan talentów”– komentuje Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.

Zgodnie z pierwszą oficjalną próbą wdrożenia na szeroką skalę skróconego tygodnia wykonywania działań zarobkowych, pracodawcy będą mogli na różne sposoby skrócić tydzień pracy na przykład poprzez: wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy z 8 lub 10 godzinnym dniem pracy (w takim przypadku to nie będzie skrócenie czasu pracy, tylko zmiana systemu, bowiem wymiar etatu to wciąż 40 h), redukcje godzin pracy do 6 godzin dziennie, zaoferowanie pracownikom więcej dni urlopu w skali roku lub zaproponować autorski model skróconego tygodnia pracy, dopasowany do specyfiki firmy. W badaniu przeprowadzonym przez SD Worx pracownicy wskazali również preferowane formy skróconego czasu pracy. Poza wymienionym wyżej podium wśród preferowanych przez Polaków elastycznych form pracy znalazły się kolejno: 6-godzinny dzień pracy, czyli skrócony czas pracy dziennie przy zachowaniu pełnego etatu (22,3 proc.), 4-dniowy tydzień pracy, czyli praca w pełnym wymiarze godzin przez cztery dni (18,9 proc.) oraz skompresowane tygodnie pracy (mniej dni roboczych z większą liczbą godzin pracy dziennie) (13,8 proc.).

Analizując zainteresowanie poszczególnymi rozwiązaniami wśród 16 krajów Europy okazuje się, że Europejczycy wybierali najczęściej kolejno: 4-dniowy tydzień pracy (24,7 proc.), 6-godzinny dzień pracy (22,9 proc.) i skompresowany tydzień pracy (18,9 proc.). Najbardziej otwarci na skompresowany tydzień pracy są Francuzi – już co czwarty francuski pracownik (27,6 proc.) optował za tą opcją elastycznej formy pracy. A najmniej przekonani do tego pomysłu na tle całej Europy byli Polacy. Z kolei idea 6-godzinnego dnia pracy miała najwięcej zwolenników w Szwecji (42,2 proc.), a najmniej podobała się Francuzom (10 proc.). Natomiast opcje 4-dniowego tygodnia pracy wybierali najczęściej mieszkańcy Szwecji (31,6 proc.), Wielkiej Brytanii (29 proc.), Chorwacji (29,3 proc.) i Finlandii (29,2 proc.).

Przedsiębiorcy apelują o konstruktywną współpracę prezydenta z rządem

Podczas kampanii wyborczej Karol Nawrocki składał wiele obietnic związanych z gospodarką. Wśród nich znalazły się m.in. PIT 0 dla rodzin wychowujących co najmniej dwoje dzieci, obniżenie stawki VAT do 22 proc. czy redukcja cen energii. Business Centre Club podkreśla jednak, że przedsiębiorcy patrzą szerzej niż tylko na konkretne obietnice wyborcze. Liczą przede wszystkim na konstruktywną współpracę nowego prezydenta z rządem, unikanie blokowania kluczowych ustaw oraz poprawę jakości dialogu ze środowiskiem biznesu w duchu ponadpartyjnej współpracy.

Stabilność to fundament rozwoju

Jak podkreśla BCC, biznes funkcjonuje najgorzej w warunkach niestabilności, braku spójności i przewidywalności. Gospodarka potrzebuje jasnych i trwałych reguł gry. Przedsiębiorcy oczekują stabilnego otoczenia prawnego, prostych i przejrzystych przepisów podatkowych, partnerskiego podejścia administracji skarbowej i urzędów, a także realnego słuchania i konsultowania zmian z organizacjami reprezentującymi pracodawców. Niezbędne jest odejście od wprowadzania prawa w sposób nagły i krótkowzroczny, bez analizy długofalowych skutków dla gospodarki.

– Biznes nie oczekuje od prezydenta Nawrockiego cudów, lecz otwartości na dobre propozycje, niezależnie z której strony politycznej one pochodzą Nie stać nas na „wojnę na górze” –  podkreśla Jacek Goliszewski, prezes BCC.

Rozwiązania ponad podziałami

BCC ma doświadczenie we współpracy z różnymi rządami i prezydentami, reprezentującymi każdą opcję polityczną. Pomysły korzystne dla gospodarki – takie jak uregulowanie naliczania składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, obniżka VAT czy uproszczenie systemu podatkowego – mogą pojawić się w programach wszystkich partii.

Jak dodaje, prezes ZP BCC Łukasz Bernatowicz:

Rolą głowy państwa jest ich dostrzeżenie i wspieranie, a nie automatyczne odrzucanie. Jak zauważa prezes organizacji, długopis może nie jest najgroźniejszą bronią, ale niewłaściwie użyty potrafi wyrządzić poważne szkody.

Rada Dialogu Społecznego – niewykorzystany potencjał

BCC podobnie jak całe środowisko pracodawców oczekują także większego wsparcia dla Rady Dialogu Społecznego, której prezydent patronuje. Wzmocnienie kompetencji Rady oraz wprowadzenie obowiązku przeprowadzania konsultacji w określonym terminie przed uchwaleniem ustaw dotyczących prawa pracy, podatków czy gospodarki, pozwoliłoby na wdrażanie rozwiązań po rzetelnych analizach i w oparciu o opinie ekspertów. Taki model działania ante factum, a nie dopiero post factum, sprzyjałby jakości stanowionego prawa.

Priorytet: gospodarka ponad podziałami

Z perspektywy przedsiębiorców, jednym z największych problemów jest nadal niestabilność otoczenia prawnego, szczególnie w obszarze prawa gospodarczego i podatkowego.  Dlatego prezes organizacji podkreślają:

–  Mamy szczerą nadzieję, że prezydent elekt i rząd podejmą konstruktywną współpracę ponad podziałami politycznymi, której nadrzędnym celem będzie interes polskiej gospodarki.

Czy nowa prezydentura to szansa na odbudowanie zaufania pomiędzy władzą publiczną a środowiskiem biznesowym – na tym etapie pozostaje otwartym.

Wspólnym mianownikiem wszystkich działań powinny być: stabilność, przewidywalność i otwartość na dialog. – podsumowuje Sandra Żywicka-Sztul, dyrektor ds. Analiz i Inicjatyw Gospodarczych BCC.

Tylko w takich warunkach polscy przedsiębiorcy mogą budować konkurencyjność, inwestować, tworzyć nowe miejsca pracy i realnie przyczyniać się do wzrostu gospodarczego kraju i tym samym do sukcesu Polski.

Liczba niewypłacalności w Polsce najwyższa w historii – dominuje sektor usług

0

W pierwszej połowie 2025 roku w Polsce niewypłacalność ogłosiło 3 745 firm. Stanowi to wzrost o 17,7% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2024. Jak wskazują eksperci z firmy Coface, która co kwartał przygotowuje raport dotyczący niewypłacalności, po raz kolejny padł rekord. Co więcej, do końca czerwca płynność finansową utraciło więcej przedsiębiorstw niż w ciągu całego 2022 roku. Która branża ucierpiała najbardziej i z czego wynika ta dynamika wzrostu?

Rozwój gospodarczy w Polsce w pierwszej połowie 2025 roku pozostał stabilny, nawet pomimo napięć handlowych oraz konfliktu na Bliskim Wschodzie. Szacowany wzrost PKB plasuje się na poziomie 3%, inflacja się obniżyła, a większa siła nabywcza oraz wyższe zaufanie konsumenckie pozwoliło na mocniejszą dynamikę sprzedaży detalicznej. Pomimo tego sytuacja polskich przedsiębiorstw nadal jest trudna.

Eksperci z Coface podkreślają, że zjawisko rosnącej niewypłacalności i restrukturyzacji to naturalny proces gospodarczy. Właśnie dzięki niemu zasoby trafiają do firm, które są lepiej zarządzane. Wybór restrukturyzacji zamiast likwidacji pomaga także zachować miejsca pracy. Zainteresowanie przedsiębiorstw tą opcją widać również w danych – w drugim kwartale 2025 roku aż 3545 z 3745 postępowań dotyczyło właśnie restrukturyzacji, co stanowi ponad 94% wszystkich przypadków. To tzw. kreatywna destrukcja w praktyce. Nie można jednak zapominać o innych czynnikach wpływających na rekordową liczbę niewypłacalności.

– Rosnące koszty, w tym wysoki udział płac w strukturze wydatków, w połączeniu z trudnościami w przenoszeniu tych kosztów na ceny produktów i usług, skutkują rekordowo niską rentownością. Inflacja producencka utrzymuje się na zerowym poziomie, a ceny konsumenckie (CPI) również nie wskazują na łatwość w przenoszeniu rosnących kosztów – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Dodatkowo niepewność gospodarcza, wynikająca m.in. z wojen handlowych, osiągnęła poziomy porównywalne z początkiem pandemii COVID-19 – blisko 8% przedsiębiorstw badanych przez Narodowy Bank Polski wskazuje ją jako kluczową barierę rozwoju. Wysokie stopy procentowe oraz zmienność cen surowców energetycznych, napędzana m.in. konfliktem na Bliskim Wschodzie i wzrostem detalicznych cen paliw o około 8%, dodatkowo pogarszają nastroje wśród firm prywatnych oraz zwiększają koszty operacyjne – wyjaśnia ekspert.

Niewypłacalność w poszczególnych branżach

Sektor usług znalazł się na czele zestawienia branż z największą liczbą niewypłacalności w pierwszym półroczu 2025 roku. Niewypłacalność ogłosiło tu 1065 przedsiębiorstw, co stanowi 28% całej liczby niewypłacalności. Na drugim miejscu znalazł się handel (744 firmy – 20% całej liczby niewypłacalności). Branża ta korzysta z rosnącej siły nabywczej polskich gospodarstw domowych oraz z ich zmniejszonej skłonności do oszczędzania, w związku z czym odnotowała spadek niewypłacalności w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2024. Z kolei sektor budowlany (643 firmy – 17%) wykazał się najwyższą dynamiką wzrostu niewypłacalności. Branża ta jest zduszona niskim popytem. Nie pomaga jej również wolny napływ funduszy europejskich.

– Co szóste odnotowane postępowanie insolwencyjne dotyczy branży budowlanej. To prawie 30-procentowy wzrost liczby postępowań w stosunku do analogicznego okresu w 2024 roku. Ta wysoka dynamika wskazuje, że sytuację w tym obszarze – mimo raportowanego w czerwcu odbicia po słabszych miesiącach – nadal należy uznać za złożoną – mówi Paweł Tobis, Wiceprezes Zarządu do Spraw Operacyjnych i Oceny Ryzyka Coface. – Skarżąca się na spadek wykorzystania mocy produkcyjnej branża nadal oczekuje na ożywienie, w tym szczególnie w inwestycjach publicznych, takich jak budownictwo drogowe, kolejowe, energetyka czy sektor obronny.

Jedyną branżą, w której liczba niewypłacalności spadła, tak jak to było w roku 2024, okazało się rolnictwo.

Co czeka nas w nadchodzących miesiącach?

Eksperci z Coface wskazują, że pod koniec 2025 roku prawdopodobnie padnie kolejny rekord liczby niewypłacalnych firm. Trend wzrostowy może się utrzymać również w 2026 roku, zbliżając się do poziomu 6 000 przypadków rocznie. Ekonomiści uspokajają jednak, że prognozy dotyczące nadchodzących miesięcy są raczej pozytywne.

– Perspektywy na drugą połowę 2025 roku wskazują na stopniową poprawę kondycji przedsiębiorstw, ale ich sytuacja pozostanie wymagająca. Coraz mniej firm planuje podwyżki wynagrodzeń, a porozumienie handlowe między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi może zwiększyć przewidywalność globalnej polityki handlowej, choć jej efekty mogą być widoczne z opóźnieniem. Dotychczasowe oraz oczekiwane obniżki stóp procentowych powinny również ułatwić przedsiębiorcom dostęp do finansowania oraz zwiększyć atrakcyjność inwestycji – mówi dr Mateusz Dadej. – Co więcej, chociaż wysoki poziom niewypłacalności może na pierwszy rzut oka budzić niepokój, to, z punktu widzenia efektywności gospodarki, jest to raczej zjawisko pożądane. Szczególnie jeśli nie wynika z wahań koniunkturalnych. Sprawne wchodzenie firm na rynek jest równie istotne, co ich wychodzenie lub restrukturyzacja w momencie, gdy nie są w stanie sprostać zmieniającym się warunkom gospodarczym – podsumowuje ekspert.

Dane z pierwszej połowy 2025 roku pokazują, że odporność firm na presję kosztową, niestabilność otoczenia i zmieniające się warunki rynkowe staje się kluczowym czynnikiem przetrwania. Wysoka liczba restrukturyzacji sugeruje, że zamiast biernie znikać z rynku, wiele przedsiębiorstw aktywnie szuka nowych ścieżek adaptacji – nawet jeśli oznacza to trudne decyzje.

Polska druga w Europie Środkowej pod względem liczby cyberataków

W ostatnich tygodniach na świecie – także w Polsce – odnotowano gwałtowny wzrost liczby cyberataków. Średnio jest ich o 10 proc. więcej niż w 2024 roku. Szczególnie niepokojące dane płyną z raportu firmy Check Point Software Technologies, który alarmuje o skokowym wzroście ataków ransomware w Europie.  

Choć ogólny wolumen ataków w Europie był nieco niższy niż w niektórych innych regionach świata, to właśnie tutaj odnotowano największy wzrost rok do roku – aż o 15%. Czyni to Europę najszybciej rosnącym celem cyberprzestępców. Jednocześnie udział naszego regionu w globalnej liczbie ataków ransomware (dla okupu) wyniósł 25%, co wyraźnie pokazuje rosnące zainteresowanie grup wymuszających okup tym rynkiem.

Jak zauważyli analitycy Check Point ofiarami ataków dla okupu są najczęściej usługi biznesowe – 10,5%, instytucje opieki zdrowotnej – 9,7%, produkcja przemysłowa – 9,4%, budownictwo i inżynieria – 9,2% a także firmy z sektora dóbr konsumpcyjnych i usługi – 7,2%.

Wzrost zainteresowania atakami ransomware, wynika przede wszystkim z pobudek finansowych. – Lipcowe dane pokazują, że ransomware rozwija się w błyskawicznym tempie. Grupy takie jak Qilin rozszerzają działalność na cele o najwyższym potencjale zarobku. Ataki te dotykają każdej branży i każdego regionu. Jedyną skuteczną odpowiedzią są strategie prewencyjne oparte na sztucznej inteligencji – komentuje Lotem Finkelstein, dyrektor ds. wywiadu i badań nad zagrożeniami w Check Point Software Technologies.

Niepokojące dane nt. liczby cyberataków dotyczą również Europy Środkowej. Polska zajmuje drugie miejsce wśród państw tego regionu. Najwięcej ataków odnotowano w Czechach (2198 tygodniowo), następnie w Polsce (1848), na Węgrzech (1760) i Słowacji (1748). Dla porównania, Niemcy odpierają średnio 1 164 ataki tygodniowo. Polska doświadcza więc niemal 60% ataków więcej niż nasi zachodni sąsiedzi.

Liczba cyberataków (tygodniowo/organizację) w krajach regionu Europy Środkowej

Liczba cyberataków

  • Czechy – 2198
  • Polska – 1848
  • Węgry – 1760
  • Słowacja – 1748
  • Niemcy – 1164

Jak ustalili analitycy Check Pointa, w Polsce do najbardziej zagrożonych (i najczęściej atakowanych) sektorów należy energetyka (2383 ataki tygodniowo), instytucje finansowe (2.104) i administracja publiczna (2101). W Czechach to instytucje finansowe (2.581) i administracja publiczna (2344). W Niemczech hakerzy najczęściej atakują sektor edukacji (2.711) i energetyczny (2145).

UODO: wyrok TSUE może doprecyzować polskie przepisy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), Mirosław Wróblewski, rekomenduje udział Polski w postępowaniu przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w sprawie dotyczącej przetwarzania danych osobowych przez estońską jednostkę analityki finansowej. Jego zdaniem rozstrzygnięcie tej sprawy może mieć istotne znaczenie dla doprecyzowania polskich przepisów ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu oraz ustalenia, które przepisy o ochronie danych mają w takich sytuacjach zastosowanie.

Sprawa C-222/25 – tło postępowania

Postępowanie przed TSUE zostało wszczęte na wniosek sądu estońskiego w ramach sprawy C-222/25 Rahapesu Andmebüroo. Dotyczy ono pytań prejudycjalnych w zakresie stosowania przepisów RODO oraz dyrektywy policyjnej 2016/680 w kontekście działalności podmiotów zajmujących się analizą transakcji finansowych.

Sprawę zainicjował obywatel Estonii, który zwrócił się do jednostki analityki finansowej Rahapesu Andmebüroo (RAB) o informację, czy przekazywała ona jego dane instytucjom kredytowym w Estonii lub za granicą, a także zagranicznym organom. Pytał również o istnienie dokumentacji kontrolnej dotyczącej jego osoby z lat 2012–2015 oraz o ewentualne zapytania kierowane do władz Stanów Zjednoczonych. RAB odmówiła udzielenia odpowiedzi, argumentując, że w walce z praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu kluczowe jest utrzymywanie w tajemnicy gromadzonych i przekazywanych danych.

Estoński organ nadzorczy Andmekaitse Inspektsioon (AKI) uznał skargę obywatela i nakazał ponowne rozpatrzenie wniosku, a następnie – po kolejnej odmowie – wydał decyzję zobowiązującą RAB do przekazania danych. Organ powołał się na prawa wynikające z RODO. Mimo to jednostka analityki finansowej nie ujawniła informacji. Sprawa trafiła do estońskich sądów administracyjnych i Sądu Najwyższego, który skierował pytania do TSUE.

Znaczenie sprawy dla Polski

Prezes UODO podkreśla, że sprawa może mieć bezpośredni wpływ na interpretację polskich przepisów dotyczących jednostek analityki finansowej. W jego ocenie nie można przyjąć, że całość działań takich instytucji jest regulowana wyłącznie przez przepisy dyrektywy policyjnej. Powinny one podlegać także RODO, które w art. 15 gwarantuje osobie, której dane dotyczą, prawo dostępu do informacji o ich przetwarzaniu. Prawo to znajduje odzwierciedlenie również w art. 8 ust. 2 Karty Praw Podstawowych UE.

Zgodnie z art. 23 RODO możliwe jest ograniczenie prawa dostępu, jeśli wymaga tego ważny interes publiczny – np. bezpieczeństwo państwa czy ochrona gospodarki. Jednak ograniczenia muszą wynikać z jasnych przepisów, które określają m.in. zakres danych, okres ich przetwarzania i podmioty uprawnione do ich przetwarzania.

Konieczność doprecyzowania polskich regulacji

UODO wskazuje, że obecne brzmienie ustawy z 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu nie precyzuje jednoznacznie, czy osoba, której dane były przetwarzane przez instytucję finansową, może korzystać z prawa dostępu do informacji na podstawie RODO, czy też obowiązują ją przepisy wdrażające dyrektywę policyjną 2016/680. Rozstrzygnięcie TSUE może pomóc w wyjaśnieniu tej kwestii.