Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym tygodniu po zakończeniu trzeciego lockdownu o ok. 20 proc. niższa

Wskaźnik PRCH Daily Footfall Index opisujący poziom odwiedzalności w galeriach handlowych, w pierwszym tygodniu lutego był średnio o 20 proc. niższy w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Największą popularnością cieszyła się sobota, 6 lutego, gdy odwiedzalność wyniosła 82 proc. wartości ubiegłorocznych. Większe zainteresowanie klientów zakupami w pierwszym tygodniu handlu po 5 tygodniach lockdownu, to efekt odrabiania zaległości zakupowych. Przewidujemy, że odwiedzalność w kolejnych tygodniach będzie na poziomie ok. 70-75 proc. w stosunku do ub. roku.

Zebrane od obiektów handlowych dane pokazują, że konsumenci czekali na możliwość zrobienia stacjonarnych zakupów i odłożyli je w czasie, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się takie kategorie zakupowe, jak odzież i obuwie ze względu długi czas zamknięcia sklepów, powrót najmłodszych  dzieci do szkół i zmieniające się warunki pogodowe.

PRCH Daily Footfall Index PRCH pokazuje, że najwyższa odwiedzalność w porównaniu do poprzedniego roku została odnotowana w średniej wielkości centrach handlowych (o powierzchni 20-40 tys. mkw. GLA). Dane nie wskazują wyraźnych różnic w odwiedzalności pomiędzy poszczególnymi regionami kraju, nieznacznie mniej kupujących odnotowano w regionie wschodnim, północno i południowo-zachodnim.

Branża centrów handlowych apeluje do kupujących o odpowiedzialność i troskę o bezpieczeństwo własne i pozostałych osób przebywających na terenie obiektów handlowych. PRCH w ramach akcji edukacyjnej #KupujeBezpiecznie, jak również właściciele i zarządzający obiektami handlowymi stale przypominają konsumentom o zasadach bezpiecznych zakupów. Pamiętajmy, że bezpieczeństwo zależy także od odpowiedzialności odwiedzających je klientów i rzetelnego stosowania się do zasad DDM. Dlatego raz jeszcze przypominamy, że w czasie wizyty w centrum handlowym należy bezwzględnie zachowywać dystans od innych kupujących, dezynfekować ręce i używać maseczki w prawidłowy sposób. Bądźmy uprzejmi i cierpliwi, słuchajmy komunikatów głosowych i reagujmy na polecenia obsługi. Nasze zdrowie, to zdrowie naszych najbliższych. Dbajmy o siebie nawzajem.

Nestlé stawia na rolnictwo regeneracyjne – również w Polsce

Zmiany klimatyczne to ogromne zagrożenie dla przyszłości żywności. Jej produkcja jest jednym z głównych źródeł emisji gazów cieplarnianych. Z tego względu zrównoważenie całego systemu jest dziś kluczowym krokiem. W zaprezentowanej przez Nestlé mapie drogowej do osiągnięcia zerowej emisji netto do 2050 roku ważnym punktem są działania w obszarze rolnictwa regeneracyjnego[1]. W ciągu pięciu lat firma będzie w ten sposób pozyskiwać 20% kluczowych surowców, zaś do 2030 roku – połowę.  

Jak podkreśla Artur Jankowski, prezes Nestlé w Polsce: Jako wiodący producent żywności, patrzymy w przyszłość całego sektora. W Polsce już dziś wszystkie nasze fabryki korzystają z odnawialnej energii elektrycznej, dynamicznie optymalizujemy nasze procesy i zmieniamy portfolio produktów. W 2021 roku ważnym obszarem będzie także współpraca z lokalnymi dostawcami. Pragniemy inspirować ich, by wspólnie z nami tworzyli dobrą żywność – taką, która podnosi jakość życia ludzi i jest wyrazem szacunku dla naszej planety.

Rolnictwo regeneracyjne znajdzie się w centrum działań realizowanych dla rolników w Polsce. Istotnym obszarem będzie rozpoczęcie analizy obiegu dwutlenku węgla w gospodarstwach. Celem badań jest optymalizacja obiegu składników odżywczych i zwiększanie zawartości węgla organicznego w glebie. W pierwszej kolejności w projekt będą zaangażowani rolnicy współpracujący z fabryką Nestlé w Rzeszowie.

Prowadzone będą także działania edukacyjne, w tym warsztaty online oraz wykłady z zakresu odpowiedniej kultywacji ukierunkowanej na regenerację gleby oraz zwiększenie biomasy realizowane we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Te ostanie, realizowane są w ramach trzeciej edycji programu wsparcia zrównoważonych upraw buraka ćwikłowego. Drugim kontynuowanym programem jest Młody Rolnik, dzięki któremu młodzi przedsiębiorcy będą mieli dostęp do wsparcia ekspertów oraz otrzymają programy do zarządzania gospodarstwem.

Obecnie w zakresie zrównoważonego rolnictwa w Polsce z Nestlé współpracuje blisko 60 dostawców kluczowych warzyw i owoców – jabłek, marchwi, dyni i buraka ćwikłowego.

– Zrównoważony system żywnościowy wymaga[2], by produkcja żywności odbywała się w myśl zasad rolnictwa regeneracyjnego, którego podstawą jest ochrona gleby, cykli wodnych i bioróżnorodności. W Polsce już od dawna blisko współpracujemy z rolnikami oraz środowiskiem naukowym, by przyczyniać się do pozytywnych zmian w prowadzeniu lokalnych gospodarstw i ograniczania ich wpływu na środowisko. W nadchodzących latach będziemy dodatkowo intensyfikować nasze działania w tym obszarze – mówi Tomasz Korytkowski, Kierownik ds. Integracji i Zrównoważonego Rozwoju Nestlé w Polsce.

Zobowiązania Nestlé na świecie i w regionie

W ramach globalnego zobowiązania do 2030 roku firma ograniczy swoją emisję dwutlenku węgla o połowę, by w 2050 roku osiągnąć zerową emisję netto. W ciągu najbliższych pięciu lat firma przewiduje inwestycje o łącznej wartości 3,2 mld CHF, które przyspieszą realizację tych zobowiązań. Z tej kwoty 1,2 mld CHF przeznaczone będzie na wsparcie rolnictwa regeneracyjnego w łańcuchu dostaw firmy.

 

Jak podkreślają przedstawiciele firmy, ponad 2/3 emisji dwutlenku węgla Nestlé w wymiarze globalnym ma źródło właśnie w surowcach pochodzenia rolnego. Z tego względu firma zainwestuje w działania, które pozwolą zastąpić intensywne praktyki rolnictwem regeneracyjnym – z korzyścią dla przyrody i dochodów rolników. Pozostałe obszary zmian to m.in. optymalizacja funkcjonowania fabryk i przejście na 100% odnawialnej energii elektrycznej we wszystkich oddziałach firmy do 2025 roku, transformacja portfolio produktów i rozwój w obszarze żywności na bazie roślin, a także dalsze intensywne prace nad opakowaniami tak, by do 2025 roku wszystkie nadawały się do recyklingu lub ponownego wykorzystania.

– Pragniemy być wzorem w dążeniu do zerowej emisji netto dla całego przemysłu spożywczego. Obecnie w Europie Środkowo-Wschodniej obsługujemy 70 milionów konsumentów. Tutaj też odbywa się znaczna część naszej produkcji. Tak silna obecność w regionie pomoże nam skutecznie rozwijać rolnictwo regeneracyjne wśród lokalnych społeczności. Pozwoli nam także zwiększać skalę działań w kierunku zrównoważonego rozwoju poprzez przejście na zieloną energię elektryczną, wspieranie ekologicznego transportu oraz rozszerzenie gamy marek neutralnych pod względem emisji. Wszystko to, by nasi konsumenci mogli lepiej żyć, wybierając produkty dobre dla nich oraz planety – komentuje Michiel Kernkamp, CEO Nestlé w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

[1] Rolnictwo regeneracyjne – podejście do systemów żywnościowych i rolniczych oparte na ochronie i odnowie. Skupia się ono na regeneracji wierzchniej warstwy gleby, zwiększeniu bioróżnorodności, poprawie obiegu wody, wzmocnieniu ekosystemów, wspieraniu biosekwestracji, zwiększeniu odporności na zmiany klimatu oraz wzmocnieniu kondycji i żyzności gleby rolnej.

[2] Zrównoważony system żywnościowy – zespół procesów towarzyszących produkcji żywności, który zapewnia wysoką jakość produktów, przy zachowaniu równowagi środowiskowej, ekonomicznej i społecznej.

Pandemia COVID-19 zwiększyła podatność Europy na zagrożenia w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego

Pandemia COVID-19 zwiększyła podatność Europy na zagrożenia w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego, a aktualne praktyki rolnicze nadal szkodzą środowisku – podkreśla Komitet Regionów. Samorządowcy zaproponowali zestaw środków wspierających agroekologię w UE.

Jak wskazują samorządowcy, agroekologia zmniejsza ślad węglowy rolnictwa i sprzyja odbudowie różnorodności biologicznej. Przywraca też żyzność gleby, zapobiega zanieczyszczaniu powietrza i wody, zwiększa odporność ekonomiczną i społeczną gospodarstw rolnych oraz zapewnia zdrową i dostępną żywność.

Przedstawiciele Komitetu Regionów podkreślają, że rolnictwo zajmuje połowę terytorium lądowego Europy i emituje 10 proc. rocznych emisji dwutlenku węgla w UE. Ich zdaniem, trwająca obecnie reforma wspólnej polityki rolnej (WPR) ma więc kluczowe znaczenie dla realizacji Europejskiego Zielonego Ładu – unijnej strategii osiągania neutralności klimatycznej do 2050 r.

Członkowie KR są przy tym zgodni, że reforma WPR jest niepowtarzalną okazją do „zazielenienia” sektora rolnego, zmniejszenia jego negatywnego wpływu na środowisko i zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego w UE.

W ocenie samorządowców, agroekologii – opartej na małych i średnich gospodarstwach – nie da się rozwinąć, jeżeli płatności bezpośrednie w ramach WPR nadal będą przydzielane na hektar, a nie na osobę aktywną w gospodarstwie. Dlatego KR proponuje stopniowe przejście od płatności podstawowej na hektar do płatności podstawowej uzależnionej od liczby osób pracujących w gospodarstwie oraz przydzielenie płatności bezpośrednich przede wszystkim na małe i średnie gospodarstwa agroekologiczne.

Członkowie organu doradczego UE wzywają Komisję Europejską do przedstawienia nowej europejskiej dyrektywy w sprawie gleb rolnych, aby powstrzymać spadek zawartości materii organicznej w glebie, zatrzymać erozję i priorytetowo traktować życie glebowe w praktykach rolniczych.

KR apeluje też do Komisji i państw członkowskich, by dalej promowały rozwój krótkich łańcuchów dostaw. Zaleca szkolenia techniczne i doradztwo w zakresie krótkich łańcuchów dostaw i przetwarzania produktów rolnych na małą skalę.

Samorządowcy domagają się ponadto przyjęcia nowych przepisów dotyczących gruntów rolnych i zabudowy, rozwijania chronionych obszarów rolnych, tworzenia gospodarstw pokazowych w dziedzinie agroekologii, chcą także narzędzi do monitorowania realizacji transformacji agroekologicznej.

Unijne zgromadzenie władz lokalnych i regionalnych wzywa również, by opracowano prawodawstwo UE wykluczające nasiona zmodyfikowane genetycznie lub zmutagenizowane oraz by zaprzestano przywozu produktów rolnych, które nie spełniają europejskich społecznych i środowiskowych norm produkcji.

Aby przyspieszyć transformację ekologiczną w rolnictwie, KR zaleca państwom członkowskim wprowadzenie systemu premii i kar w ramach ekoprogramów nowej wspólnej polityki rolnej. Na przykład: premia za większą dywersyfikację upraw finansowana z obniżki nałożonej z powodu stosowania nawozów chemicznych, pestycydów i antybiotyków, premia za hodowlę pastwiskową finansowana z obniżki nałożonej z powodu emisji gazów cieplarnianych, wypłacana proporcjonalnie do liczby hodowanych przeżuwaczy. W ocenie samorządowców, ekoprogramy powinny stanowić co najmniej 30 proc. środków pierwszego filaru.

Członkowie KR-u nalegają też na przekształcenie obecnej hodowli w hodowlę przewidującą w jak największym stopniu chów wolnowybiegowy i samowystarczalność w żywieniu zwierząt. KR wzywa jednocześnie do zaprzestania chowu klatkowego.

Aby zachęcić do zrównoważonej konsumpcji i produkcji, KR proponuje obniżenie podatku VAT na produkty ekologiczne, lokalne i sezonowe, wprowadzenie bonów żywnościowych na produkty „z najbliższej okolicy” oraz wykorzystywanie znacznego odsetka takich produktów w gastronomii.

Komitet proponuje „długie umowy na innowacje agroekologiczne” między grupami rolników a władzami lokalnymi lub regionalnymi oraz podkreśla potrzebę wzmocnienia pozycji rolników w łańcuchu wartości w sektorze spożywczym.

Samorządowcy wzywają UE do koordynowania i animowania sieci gmin, które zdecydowały się podjąć działania na rzecz odpornych i zrównoważonych systemów rolniczych i żywnościowych, tak jak to miało miejsce w przypadku Porozumienia Burmistrzów w sprawie Klimatu i Energii.

Przyjęta przez Komitet Regionów opinia w sprawie agroekologii trafi teraz do unijnych instytucji, jako oficjalne stanowisko władz samorządowych UE.

kic/

Źródło informacji: Serwis Samorządowy PAP

Bitcoin znów bije rekordy

Handel kryptowalutami okazuje się ostatnio na tyle zyskownym zajęciem, że dołączyła do niego Tesla. Już nie tylko Elon Musk wspiera inwestycje swoimi wypowiedziami, ale również zaangażowano tam potężne środki.

Dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat bilansu handlowego Niemiec. Nadwyżka handlowa wzrosła zgodnie z oczekiwaniami o 0,1 mld zł. Powodem jest spadek importu o 0,1% i wzrost eksportu o 0,1%. Warto zaznaczyć, że analitycy spodziewali się spadku o odpowiednio 1,1% i 1,3%. Jest to zatem korzystny odczyt dla tamtejszej gospodarki, szczególnie w obliczu obecnego kryzysu i umocnienia euro względem dolara w ostatnich kwartałach. Dane te powodują zresztą kolejną podwyżkę cen euro względem dolara.

Słabsze dane z Włoch

Po lepszych danych z Niemiec przyszedł czas na słabszy odczyt z Włoch. Produkcja przemysłowa spada o 0,2%, co jest znacznie gorszym wynikiem od oczekiwanego wzrostu o 0,3%. Z drugiej strony miesiąc temu był to spadek o 1,4%, zatem kierunek zmian jest korzystny. Odczyt ten nie zatrzymał dzisiejszego ruchy euro w górę.

Bitcoin znów szybuje w górę

Najważniejsza kryptowaluta świata idzie wyraźnie w górę po informacjach, że Tesla skupiła ją za równowartość 1,5 mld USD. Wartość ta oczywiście wzrosła w wyniku tej informacji i spółka posiada większy zasób. Ta informacja plus fakt, że za produkty spółki być może będzie można płacić kryptowalutami, jest jednym z ważnych powodów ostatnich wzrostów. W tym tygodniu mieliśmy drugi w historii ruch powyżej 40 000 dolarów za bitcoina, dzisiaj rano jednak osiągnęliśmy aż 48 000 dolarów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Transformacja cyfrowa w handlu B2B musi znacząco przyspieszyć i podążyć za trendami wdrożonymi w B2C

  • Dynamicznie zmieniający się ekosystem gospodarczy, pandemia i coraz większe zainteresowanie otwieraniem kolejnych kanałów sprzedaży skłoniły Unity Group do prześledzenia procesów transformacji handlu w segmencie B2B.
  • Wspólnie z agencją badawczą CubeResearch Unity Group przeprowadziło szeroko zakrojone badanie*. Jego głównym celem było sprawdzenie poziomu i potencjału cyfrowej transformacji handlu w firmach działających w modelu B2B na polskim rynku.
  • Z raportu wynika, że 57 proc. badanych odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży. Ponad 80 proc. ankietowanych firm prowadzi sprzedaż online, ale dla 79 proc. tej grupy stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów – jak poprawić te notowania i wykorzystać potencjał?

Transformacja cyfrowa: obecnie na rynku dominują dwa skrajne trendy w zakresie funkcjonowania przedsiębiorstw w obszarze cyfryzacji. Podmioty będące już w zaawansowanej fazie procesu transformacji wiedzą, co i jak chcą osiągnąć, co chciałyby dalej zmieniać. Często nie mają one jednak wystarczającej ilości zasobów – przede wszystkim czasu i ludzi – by dalej te zmiany przeprowadzać. Z drugiej strony widać także grupę firm, które mają czas oraz pracowników, ale nie odczuwają potrzeby zmiany lub brakuje im pomysłów na to, jakiego rodzaju unowocześnienia wprowadzić. Mimo trendów tempo, w jakim postępuje na przestrzeni ostatnich lat transformacja cyfrowa biznesu, zwłaszcza handlu, jest błyskawiczna. Liczby dot. sprzedaży w kanale B2B na światło dzienne wydobyła w raporcie „Polski rynek B2B vs Cyfrowy Megatrend” spółka Unity Group. Do komentowania danych zaproszono ekspertów z PFR, LPP SA, eRecruiter, Selena FM S.A i in.

Cel, który przyświecał nam podczas tworzenia raportu, był jasny chcieliśmy sprawdzić poziom i potencjał cyfrowej transformacji handlu w firmach działających w modelu B2B na polskim rynku. Już dzisiaj e-sprzedaż ma możliwość dynamicznego rozwoju, lecz na kawałek tego tortu mają szansę tylko ci, którzy dogonią resztę rynku w kontekście transformacji cyfrowej. Co ciekawe, z naszych obserwacji wynika, że B2B powoli zaczyna adaptować trendy rozwinięte przez B2C, a siłą napędową całego procesu są szybko przebiegające zmiany potrzeb klientów B2B. Jako firma zajmująca się uruchamianiem kanałów B2B, obserwujemy ten trend od ponad 10 lat, ale od zeszłego roku on bardzo dynamicznie przyspieszył, ponieważ od czasu wybuchu pandemii kanał online był dla wielu firm jedyną możliwością prowadzenia sprzedaży – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner, Unity Group.

– Co więcej, dochodzi do swoistej „konsumeryzacji B2B”, która oznacza, że klienci przyzwyczajeni do standardów B2C będą oczekiwać tego samego komfortu zakupów także w obszarze biznesowym, a firmy tego sektora muszą podjąć rękawicę, ponieważ pandemia spowodowała, iż walka o klienta w sieci będzie teraz jeszcze bardziej zawzięta – dodaje Grzegorz Rudno-Rudziński.

Zmiana zachowań konsumenckich to nie tymczasowa sytuacja, a raczej trwały zwrot w preferencjach zakupowych. Dlatego dziś rynek jest dużo bardziej zainteresowany inwestycjami w innowacyjne rozwiązania, które mogą pomóc wyprzedzić konkurencję oraz się od niej odróżnić. Podobnie jak wśród priorytetowych projektów rozwojowych zyskuje na znaczeniu automatyzacja procesów, która pozwala się zabezpieczyć przed nieprzewidzianymi sytuacjami, takimi jak wystąpiły w ostatnim roku. Co to oznacza? Według Grzegorza Rudno-Rudzińskiego w 2021 roku pytanie nie brzmi już czy warto zainwestować w realizację cyfrowej transformacji handlu, ale jak to zrobić szybko i optymalnie kosztowo, bo każdy dzień zwłoki pogłębia trudną sytuację wielu firm i oddala szansę wykorzystania zachodzących zmian.

Niewykorzystany potencjał

sprzedaż internetowaZgodnie z badaniem ponad 80 proc. ankietowanych firm prowadzi sprzedaż online, ale dla 79 proc. tej grupy stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów. Z kanału online nie korzysta jedynie 16 proc. biznesów B2B. Wśród firm handlowych cyfrowe kanały sprzedaży są jednak szczególnie ważne – tam odsetek takich, którzy nie prowadzą sprzedaży internetowej, kurczy się do zaledwie 4 proc.

O obrotach w online powyżej 20 proc. może mówić jedno na dziesięć przedsiębiorstw, przy czym w handlu i usługach już ponad 14 proc. firm cieszy się taką strukturą obrotów. Oznacza to, że dla handlu i usług digitalizacja sprzedaży B2B, rozumiana jako zmiana technologiczna, przekroczyła próg adopcji na rynku.

Strategia rozwoju e-commerce wymaga myślenia długofalowego i wielowątkowego. Należy unikać skupiania się wyłącznie na aplikacji sprzedażowej, która jest oczywiście ważna, ale też bezpośrednio związana z wieloma innymi systemami firmy. Staramy się działać wyprzedzająco, przygotowując nasze platformy tak, aby mogły się łatwo skalować i być gotowe na różne scenariusze. Efekty tego zaowocowały podczas lockdownu, którego oczywiście nikt nie przewidział, ale systemy były gotowe do szybkiej adaptacji na potrzeby zmiany strategii sprzedaży. To oraz nasza metodyka pracy (agile) pozwoliły nam wykorzystać szanse, jakie przyniósł kryzys – mówi Arkadiusz Wróbel, dyrektor IT, LPP S.A.

Pandemia zmienną jest

Ponad połowa badanych podmiotów odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży, przy czym dla firm o rocznych obrotach powyżej 50 milionów zł odsetek ten wrasta do ponad 60 proc., a wśród firm z obrotami do 50 milionów zł jest on mniejszy – zbliżony do 40 proc.

Respondenci jako główny powód wprowadzania nowych rozwiązań w tym obszarze wskazywali podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc). Na pandemię wskazało 26 proc. badanych.

cyfrowa transformacja sprzedaży

Transformacja bez planu i motywacji

Wyniki przeprowadzonego badania pokazują wyraźny rozdźwięk w postrzeganiu gotowości organizacji w modelu B2B do zmiany pomiędzy właścicielami, zarządami i kierownikami. Im niżej w strukturze, tym większy sceptycyzm wobec zmian. Wynika to z faktu, że właściciele oceniają swoje wizje i pomysły w perspektywie czasowej od 12 do 24 miesięcy. Natomiast kierownicy i wiele zarządów funkcjonują w systemie premiowym, więc ich plany dotyczą perspektywy krótszej niż rok. Dla nich transformacja to często tylko dodatkowa praca, za którą nie zostaną nagrodzeni w horyzoncie czasowym, w którym się poruszają – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Ponad połowa badanych firm (54 proc.) nie posiada strategii transformacji cyfrowej. Jednocześnie te firmy, które posiadają taką strategię lub są w trakcie jej opracowywania (pozostałe 46 proc. ankietowanych), jeśli wdrożą ją z sukcesem, mogą liczyć na skokowy wzrost poziomu ich digitalizacji. Co istotne, wśród nich tylko około 19 proc. firm zadeklarowało w sposób zdecydowany, że posiada strategię cyfrową, a 18 proc., że prowadzi transformację cyfrową.

Sprzedaż online a posiadana architektura systemów IT

Podstawą systemów IT są wdrażane już od lat 90. ubiegłego wieku w fazie digitalizacji tradycyjnych kanałów sprzedaży CRM (system zarządzania relacjami z klientami) i ERP (system do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa). Posiada je lub w ciągu roku planuje wdrożyć 75 proc. firm. Natomiast rozwiązania typu WMS (zarządzanie procesami magazynowymi) i CMS (system do zarządzania treścią) osiągną niebawem poziom 70-proc. upowszechnienia. Są to systemy bazowe dla automatyzacji handlu. Drugą falę digitalizacji i transformacji cyfrowej wyznaczają rozwiązania e-commerce, Business Intelligence (analityka biznesowa, BI) i POS, które posiada ok. 42 proc. firm. Eksperci Unity Group oceniają , że docelowo w ciągu roku poziom ten powinien wzrosnąć do blisko 60 proc.

– Zaskoczeniem przeprowadzonego badania jest to, że pomimo trudnych warunków pandemii aż 37 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz BI. To oznacza, że te firmy nie będą w stanie ocenić co i jak sprzedają, a tym bardziej nie będą w stanie samodzielnie sprzedawać online – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Które rozwiązania są przez firmy pomijane najczęściej? Bardzo niedocenione pozostają rozwiązania służące do integracji – tych  nie planuje wdrażać aż 60 proc. firm. Odróżnia to analizowaną branżę B2B od dojrzałej branży B2C. Na drugim biegunie są narzędzia typu PIM (systemy zarządzania informacją produktową), które z całej architektury omnichannel notują najszybsze tempo wzrostu. Co prawda posiada je obecnie zaledwie 20 proc. firm, ale kolejne 30 proc. ma w planach ich wdrożenie. To słuszny kierunek, bo dobra jakość i spójność opisów produktów jest kluczowa w marketingu online.

Badanie wyraźnie również pokazało, że firmy osiągające istotną skalę przychodów online inwestują nie tylko w sam front e-commerce, ale w całą architekturę rozwiązań, budującą fundament omnichannel.

*Prezentowane wnioski stworzono na podstawie wyników badania zrealizowanego w październiku 2020 roku na próbie 502 osób decyzyjnych w firmach z sektora B2B. Zostało ono przeprowadzone metodą łączoną CATI (wywiady telefoniczne) i CAWI (wywiady online). W badaniu zastosowano ważenie danych tak, aby struktura odpowiedzi lepiej oddawała rzeczywistą sytuację w firmach.

Ekologia vs lotnictwo. Istnieje kompromis, ale czy mamy tyle czasu?

Czy lotnictwo może być ekologiczne? Bez zbędnych dywagacji — tak, może, ale potrzeba na to chęci, czasu, kapitału i świata bez covidu (niekoniecznie w tej kolejności). Czy rynek już teraz proponuje konkretne rozwiązania? Na to pytanie z kolei nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pochylmy się przez moment nad dostępnymi rozwiązaniami. Kompromis istnieje, ale zawsze jest pewne “ale”.

Pandemia zamroziła branżę, ale czy trend jest w odwrocie?

Uśredniona skala emisji CO2 przez całą branżę lotniczą pod koniec pierwszej dekady lat 2000. obejmowała wskaźnik rzędu 2,5 proc. Niewiele, choć nie jest to liczba stała. Dla przykładu tylko przez cały rok 2018 sektor przyczynił się do emisji prawie 900 mln ton dwutlenku węgla. W tamtym okresie cała Polska wygenerowała trzykrotnie mniejszy współczynnik, a branża dobiła do 3-proc. udziału w emisji. Czy to jedyny “wkład” lotnictwa w proces ocieplania klimatu? Niestety nie. Podróże drogą powietrzną to także emisja tlenków azotu, siarki, sadzy oraz pary wodnej. Ponadto, kursy przyczyniają się do tworzenia chmur pierzastych, czyli cirrusów, które szczególnie nocą podnoszą temperaturę atmosfery.

Całokształt emisji powoduje, iż lotnictwo jest odpowiedzialne za 5 proc. globalnego efektu cieplarnianego. Według platformy Flightradar24 jeszcze przed pandemią sektor komercyjny realizował od 160 do nawet 180 tys. kursów dziennie. Skala zapotrzebowania? Pre-covidowy trend obejmował 3 proc. społeczeństwa, które regularnie korzystało z usług linii. Raport Parlamentu Europejskiego “Emission Reduction Targets for International Aviation and Shipping” zwracał uwagę, że tendencja jest wzrostowa i tylko między rokiem 1990 a 2012 zainteresowanie podróżami powietrznymi wzrosło o 75 proc. Prognozy (bez uwzględnienia lockdownowego zastoju) mówią o nawet siedmiokrotnym wzroście do 2050 roku. W takim scenariuszu branża odpowiadałaby za blisko 20 proc. globalnej emisji.

Linie zaczynają myśleć o środowisku, ale czy działają?

Najwięksi przewoźnicy jeszcze przed pandemią zaczęli publikować sprawozdania o wpływie floty na środowisko naturalne. Dla przykładu, w Europie najmniej emisyjną linią jest węgierski Wizz Air, który generuje relatywnie niski wskaźnik rzędu 56 g dwutlenku węgla na pasażerokilometr. Główny konkurent spółki Józsefa Váradia, czyli irlandzki Ryanair przyczynia się z kolei do emisji 67 g CO2 na pasażerokilometr. Bierzmy jednak pod uwagę potencjalne nieścisłości w raportowaniu o wpływie na środowisko, ponieważ wiele danych może nie obejmować m.in. wcześniej wspomnianych tlenków siarki, czy azotu. Biorąc pod uwagę wyłącznie CO2, warto zwrócić uwagę również na amerykańską linię Alaska Airlines, która według badań z 2017 roku zespołu Transition Pathway Initiative sytuuje się z wynikiem 91 g.

W przypadku wielu przewoźników nie ma jednak miejsca na jasne deklaracje względem zeroemisyjności. Wyjątkiem (przynajmniej hipotetycznym) wydaje się australijski Qantas, który w listopadzie 2019 roku ogłosił plan neutralności klimatycznej (cezurą jest rok 2050). W ciągu następnej dekady spółka chce przeznaczyć 34 mln dolarów na “rozwój zrównoważonej produkcji paliwa lotniczego”. Co więcej, wcześniejszy program “Future Planet” od 2007 roku przyczynił się do zrównoważenia 3 mln ton emisji. Przy okazji deklaracji sprzed dwóch lat dyrektor generalny Qantas, Alan Joyce poruszył bardzo ważny aspekt całego zjawiska. Biznesmen podkreślił, że “to [przedsięwzięcie] ambitne, ale możliwe do osiągnięcia […] rozwiązanie nie polega po prostu na „lataniu mniej”, ale na uczynieniu latania bardziej zrównoważonym”.

Opcji jest sporo, ale czy mamy czas?

Pamiętajmy, że temat wpływu lotnictwa na planetę nie ogranicza się do emisji gazów. Przykładowo, z problemem dużej ilości plastiku mierzył się emiracki Etihad oraz portugalski Hi Fly. Obie linie w 2019 roku realizowały kursy wolne od tworzyw sztucznych, chociażby serwując posiłki na biodegradowalnych tackach. Portugalczycy poszli nawet o krok dalej, ponieważ według deklaracji prezesa spółki Paulo Mirpuri’ego od 1 stycznia 2020 roku linia realizuje połączenia wyłącznie oparte na obsłudze w duchu eko. Pionierem takiego podejścia na rynku amerykańskim były Delta Airlines, jednak przodują, jak to się w tej kategorii przyjęło, Skandynawowie.

SAS, czyli Scandinavian Airlines wprowadziły do swojej ofertę zakupu miejsc w tych maszynach floty, które napędzane są biopaliwem. Według deklaracji samego przewoźnika taki wybór oznacza redukcję CO2 o nawet 80 proc. Właśnie kwestia paliwa będzie decydującym obszarem, który może nakreślić dalszy rozwój branży. Według analityków duże statki powietrzne, a przede wszystkim tzw. czterosilnikowce odejdą do lamusa wraz z dynamicznymi inwestycjami w maszyny dwusilnikowe. Drugą stroną medalu jest z kolei czas — znaczące zmiany mogą nastąpić w ciągu najbliższej dekady, a realnie — dwóch. Bodźcem na rzecz linii proekologicznej okazuje się covid, chociaż bez wkładu na odnawialne źródła energii, istnieje ryzyko, że branża nie osiągnie celu do roku 2050.

I właśnie — na czym polega w tym wszystkim rola OZE? Projekty samolotów napędzanych wodorem, biopaliwem, a nawet panelami PV są możliwe pod warunkiem realnego zainteresowania inwestorów rozwojem źródeł odnawialnych. W tej kategorii kluczowe mogą się okazać regionalne rynki zielonej energii, które będą rzutować na sytuację miejscowych linii. Jeśli dodać dwa do dwóch, Skandynawowie są w najlepszej sytuacji, jeśli chodzi o holistyczny rozwój sektora. Czy w tym temacie również Polska ma coś do zaoferowania? Jak najbardziej, ale po kolei — najpierw inwestujemy w krajowy sektor źródeł odnawialnych, a następnie korzystajmy z wyników prac na polu lotnictwa.

Autor: Sebastian Jabłoński — prezes Zarządu spółki Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.).

ABM i NAWA zawarły porozumienie na rzecz umiędzynarodowienia nauk medycznych

Prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński oraz Dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej dr Grażyna Żebrowska podpisali porozumienie o współpracy, mające na celu wsparcie umiędzynarodowienia i promocji nauki, innowacji oraz polskich jednostek zorientowanych na ochronę zdrowia.

Internacjonalizacja polskiej nauki stanowi dziś jedno z największych wyzwań, będących siłą napędową dla rozwoju krajowych badań. Drogą do stopniowego zwiększania widoczności krajowych wyników badawczych na arenie międzynarodowej  jest zwiększenie intensywności współpracy naukowców z różnych placówek na całym świecie.

Współpraca międzynarodowa najlepszych zespołów badawczych z Polski wprowadzi nas w nowy wymiar nauk medycznych. Dzięki wspólnym grantom NAWA i ABM będziemy mogli wykorzystać zbieżne kompetencje obu podmiotów, w celu budowania najwyższych światowych standardów w nauce. Polskie zespoły badawcze w niczym nie ustępują zagranicznym i jestem pewien, że dzięki naszym działaniom będziemy mogli maksymalnie wykorzystać ich potencjał. Ma to szczególne znaczenie w rozwoju biotechnologii i badań klinicznych, które w dzisiejszych czasach mają wymiar globalny. Ten kolejny obszar współpracy międzyinstytucjonalnej, po Narodowym Centrum Nauki, umożliwi nam skuteczne wsparcie polskich naukowców i wielopłaszczyznowe budowanie pozycji polskiej nauki na arenie międzynarodowej– podkreśla Prezes ABM dr n. med. Radosław Sierpiński.

Porozumienie o współpracy ABM i NAWA otwiera drogę do wzmocnienia działań, które umożliwią badaczom realizację projektów naukowych w międzynarodowym środowisku. Pozwoli to na wymianę doświadczeń z najlepszymi naukowcami z całego świata i wiodącymi ośrodkami naukowymi. Polscy badacze zyskają nie tylko szansę na udział w międzynarodowych projektach, ale także będą mieli okazję do budowanie polskiej marki badań klinicznych.

Rozpoczęta współpraca pozwoli na podniesienie poziomu prowadzonych badań naukowych oraz zwiększenie ich znaczenia w środowisku naukowym. Podjęte działania to ważny krok w budowaniu polskiego potencjału międzynarodowych badań klinicznych w tak ważnych dziedzinach jak m.in. onkologia, choroby rzadkie lub innowacyjne terapie. Na połączeniu działań najważniejszych krajowych instytucji wspierających rozwój nauki oraz innowacji skorzystają nie tylko naukowcy, ale także pacjenci którzy będą mieli dostęp do najnowocześniejszych terapii.

Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej ma za zadanie tworzyć przestrzeń do rozwoju polskiej nauki i wspierać jej dynamiczny rozwój, szczególnie w obszarze współpracy międzynarodowej. To porozumienie wzmacnia obecność NAWA w obszarze nauk medycznych. Kryzys zdrowotny, pokazuje dobitnie potrzebę wzmocnienia współpracy międzynarodowej w badaniach naukowych. Idealnym przykładem jest współpraca przy tworzeniu szczepionki przeciw COVID-19, która powstawała przy współpracy specjalistów z wielu krajów. My chcemy ze swojej strony zrobić wszystko, żeby nasz potencjał naukowy był wykorzystywany w jak najlepszy sposób. A w obliczu kolejnych przełomowych odkryć, tego typu badania i projekty mogły mieć miejsce właśnie w naszym kraju – podsumowuje Dyrektor NAWA dr Grażyna Żebrowska.

Pracownicy z Ukrainy czują się w Polsce bezpiecznie, ale boją się utraty pracy

Do Polski znowu chętnie napływają pracownicy ze wschodu. Na koniec 2020 roku było ich niemal o 55 tys. więcej niż przed pandemią. Największą grupę pracujących cudzoziemców, bo aż 73%, stanowią obywatele Ukrainy. Według raportu agencji pracy OTTO Work Force aż 84% pracowników tymczasowych z Ukrainy czuje się w Polsce bezpiecznie mimo pandemii, ale ponad połowa badanych boi się utraty pracy.

Na koniec 2020 roku w ZUS zarejestrowanych było 725 tys. cudzoziemców, a to około 55 tys. więcej niż w lutym, czyli przed pandemią. Największą grupę pracowników wciąż stanowią obywatele Ukrainy. Na koniec ubiegłego roku w ZUS zarejestrowanych ich było ponad 532 tys., co oznacza, że trzech na czterech cudzoziemców pracujących w Polsce pochodzi z Ukrainy. Kolejne największe grupy pracowników z zagranicy stanowią Białorusini (6,9%) i Gruzini (1,8%).

“W związku z pandemią cudzoziemców, spoza Unii Europejskiej, przekraczających polską granicę nadal obowiązuje kwarantanna. Mimo to coraz więcej Ukraińców decyduje się na przejście izolacji i powrót do pracy w Polsce. Główną motywacją jest oczywiście czynnik ekonomiczny. W tej chwili bezrobocie w Polsce kształtuje się na poziomie 6,2%, podczas gdy na Ukrainie wynosi już 9,5%. Co ważne zarobki na Ukrainie są wciąż niewspółmierne do kosztów życia. Ceny produktów spożywczych w Polsce i na Ukrainie są zbliżone, podczas gdy płaca minimalna na Ukrainie jest o 70% niższa niż w Polsce i wynosi około 618 złotych netto”  mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Ukraińcy czują się w pracy bezpiecznie

Pandemia wpłynęła na organizację pracy niemal we wszystkich przedsiębiorstwach. Firmy uruchomiły szereg procedur i obostrzeń, których pracownicy muszą na co dzień przestrzegać. W badaniu aż 84% pracowników tymczasowych z Ukrainy wskazało, że ma poczucie, że pracodawca dba o ich bezpieczeństwo w czasie pandemii. Spośród ankietowanych 6% nie potrafiło jednoznacznie określić odpowiedzi na pytanie o poczucie bezpieczeństwa, a 10% odpowiedziało przecząco.

Czy ma Pan/i poczucie, że pracodawca dba o bezpieczeństwo pracowników w czasie pandemii?

Ukraińcy czują się w pracy bezpiecznie
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

Strach przed utratą pracy

Trudna sytuacja epidemiologiczna, i co za tym idzie gospodarcza, przekłada się na postrzeganie przez Ukraińców stabilności zatrudnienia w Polsce. Spośród badanych pracowników tymczasowych ponad połowa (57%) boi się utraty pracy w Polsce, a tylko 20% nie ma obaw o swoje zatrudnienie.

“Niepewna sytuacja epidemiologiczna z pewnością przekłada się na poczucie braku stabilności zatrudnienia. Jednak według naszych obserwacji ten strach wśród pracowników tymczasowych z Ukrainy jest nieuzasadniony. Wśród polskich firm nadal jest bardzo duże zapotrzebowanie na pracowników ze wschodu. Obecnie najmocniej zabiegają  o nich branże produkcyjna i logistyczna. Szczególnie w logistyce popyt na pracowników z państw wschodnich wciąż wzrasta, co spowodowane jest m.in. rozwojem branży e-commerce” mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Czy boi się Pan/i utraty pracy w Polsce?

boi się Pan i utraty pracy w Polsce

Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

W najbliższych miesiącach obraz migracji pracowników ze wschodu będzie się zapewne kształtował w zależności od sytuacji w ich ojczystych krajach oraz w Polsce. Obecnie, według raportu OTTO Work Force, aż 70% pracowników z Ukrainy chce nadal pracować w Polsce, a 21% respondentów nie jest w stanie określić swoich planów na 2021. Spośród badanych 13% chce ściągnąć do Polski swoją rodzinę, a tylko 7% Ukraińców rozważa wyjazd do pracy do innego kraju niż Polska.

Zmiana właściciela PragmaGO SA

Zarząd PragmaGO SA poinformował o zakończeniu wezwania do zapisywania się na sprzedaż akcji PragmaGO SA ogłoszonego przez Polish Enterprise Fund VIII, fundusz private equity zarządzanego przez Enterprise Investors (EI). W jego wyniku Enterprise Investors stał się właścicielem 79% akcji i kontroluje Spółkę.

Zarządzający PragmaGO argumentują, że inwestycja typu smart money w okresie intensywnego rozwoju w zakresie technologii i nowych rynków jest dla spółki optymalnym rozwiązaniem. Dzięki pozyskaniu kwalifikowanego inwestora, znaczącym dokapitalizowaniu, a także wsparciu kompetencyjnym fintech zamierza przyspieszyć tempo i szybciej realizować swoje cele strategiczne.

„Decyzja funduszu o inwestycji była poprzedzona głęboką analizą rynku i środowiska konkurencyjnego, w którym działa PragmaGO. Ostatecznie fundusz zdecydował o inwestycji w spółkę po wnikliwym zapoznaniu się z realizowaną przez nas strategią oraz jej efektami. Jest to jasny dowód na to, że PragmaGO wśród spółek finansowo-technologicznych w naszym kraju wyróżnia się odważną strategią, dysponuje zaawansowanymi i ciągle rozwijanymi narzędziami IT, kompetentnym zespołem i skutecznie zdobywa nowe kanały dystrybucji” – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PragmaGO

O atrakcyjności inwestycji zdecydował model biznesowy spółki, tj. koncentracja na zautomatyzowanych procesach online oraz aliansach dystrybucyjnych z licznymi partnerami.

„Model dystrybucji PragmaGO jest oparty na czterech stabilnych  kanałach, z których kluczowa jest dystrybucja systemowa, tj. dostarczanie usług finansowych do ekosystemów naszych partnerów. Model ten polega na integracjach technologicznych, a kompetencje IT stanowią przewagę konkurencyjną PragmaGO. Potwierdzeniem stabilności kanałów, na które postawiliśmy, jest fakt, że także w okresie pandemii spółka realizuje rekordowe obroty” – komentuje Wiceprezes Daniel Mączyński.

Enterprise Investors specjalizuje się w wykupach spółek średniej wielkości oraz finansowaniu rozwoju dynamicznie rosnących przedsiębiorstw z różnych sektorów gospodarki. Działa od 1990 roku – jest najstarszą oraz jedną z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. Enterprise Investors stworzyło do tej pory 9 funduszy o łącznym kapitale przekraczającym 2,5 miliarda euro.

Obligacje Skarbu Państwa wracają do łask. Wyjście na zero nadal kusi oszczędzających?

W momencie, gdy większość banków komercyjnych wycofywało się z preferencyjnych stawek na lokatach, państwo ponownie wita amatorów papierów dłużnych. Rok 2020 zakończono powrotem kapitału do czteroletnich obligacji antyinflacyjnych oraz papierów trzymiesięcznych. Czy słusznie?

Krótkie lokowanie, a więc ucieczka przed inflacją

Według sprawozdań Ministerstwa Finansów popyt na detaliczne obligacje Skarbu Państwa osiągnął poziom 28,4 mld zł. Poprzedni rekord? Mierny w porównaniu z ostatnim grudniem. W roku 2019 zainteresowanie papierami dłużnymi szacowało się na 17,3 mld zł. W tym sezonie na fali były przede wszystkim dwa typy obligacji. Pierwsze miesiące 2020 roku minęły pod znakiem czteroletnich obligacji antyinflacyjnych, natomiast druga połowa roku skupiła się wokół trzymiesięcznych krótkoterminówek. Koniec końców zainteresowanie obydwoma rodzajami było wyrównane, ale tylko w sensie nominalnym – popyt na czteroletnie wyceniono na 11,2 mld zł, co stanowiło 39,5 proc. całego rynku, a na trzymiesięczne – 10,6 mld zł, czyli 37,2 proc.

Ostatecznie to trzymiesięczne papiery dłużne wiodły prym w rocznym zestawieniu, ponieważ 54,6 proc. sprzedanych w grudniu obligacji to właśnie krótkoterminówki oprocentowane na 0,5 proc. Wniosek? Inwestorzy na moment lokowali środki, aby uciec przed inflacją. Nic dodać, nic ująć. Obligacje nadal pozostają względnie bezpieczną przystanią w niepewnych czasach. Pomimo marnej stopy zwrotu, i tak jest lepiej, niż w większości banków komercyjnych, gdzie 0,3 proc. staje się covidowym standardem. Kolejnym bodźcem do wejścia w portfelowy deal było widmo następnych obniżek ze strony Ministerstwa Finansów.

Ministerstwo w centrum zainteresowania

Jeszcze w lipcu resort finansów ogłosił, że nie planuje kolejnych obniżek procentowych obligacji. Półprocentowa stopa zwrotu była 5-krotnie większa, niż wynosi stopa referencyjna w Narodowym Banku Polskim (najniższa w historii 0,1-proc.). Papiery dwuletnie nadal objęte są 1 proc., trzyletnie (w pierwszym okresie odsetkowym) wypłacą 1,1 proc., a obligacje indeksowane inflacją w pierwszym roku przyniosą 1,3 proc. (czteroletnie) oraz 1,7 proc. (dziesięcioletnie). Jeśli chodzi o beneficjentów programu „Rodzina 500+”, ministerstwo proponuje z kolei 1,5 proc. w pierwszym roku w przypadku obligacji sześcioletnich i 2 proc. przy okazji dwunastoletnich [stan na styczeń 2021 roku].

Nie wdając się w motywy polityczne, które mogły odgrywać większą rolę przed wyborami prezydenckimi, Ministerstwo Finansów najpewniej nie chciało całkowitej zapaści w popycie na papiery dłużne. Efekt? W ogólnym rozrachunku również sam grudzień okazał się rekordowy. W ostatnim miesiącu 2020 roku zakupiono obligacje wyceniane na 2,47 mld zł, a jest to wynik nie tylko wyższy o 25,8 proc. od listopadowego, ale także prześciga notowania sprzed roku na poziomie 50,3-proc. awansu.

Dla leniwych?

Popyt na obligacje Skarbu Państwa nie jest napędzany wyłącznie marną alternatywą ze strony banków komercyjnych. Resort umożliwia opcję zakupu papierów dłużnych szybko, sprawnie i przede wszystkim — bez większych stresów. Transakcja mobilna to skuteczny bodziec głównie dla zmęczonych formalnościami inwestorów (a raczej oszczędzających) na poziomie jednostkowym. Powiedzmy sobie szczerze, obligacje stały się kuszącą opcją dla osób indywidualnych, niekoniecznie dla spółek. Faktycznie, ukłon w stronę rodzin, a także pojedynczych osób fizycznych daje efekty. Udział z poziomu serwisu zakup.obligacjeskarbowe.pl szacowano na 35 proc.

Czy obligacje są jedyną opcją? Bardzo kuszące było złoto, srebro i ogólnie — fundusze inwestycyjne. Również warto odważyć się przy okazji inwestowania w start-upy, szczególnie działające w sektorze e-commerce. Interesującym wariantem są także fintechy, digital marketing i e-grocery. W tych kategoriach otwiera się pole do popisu dla samych spółek i funduszy skupiających start-upy. Warto wyjść naprzeciw potencjalnym inwestorom, którzy nie mają większego backgroundu, doświadczenia i rozbudowanego portfolio. Śmiech śmiechem, sporo można się nauczyć właśnie od Ministerstwa Finansów w kwestii user i customer experience.

Oszczędzanie w dobie koronawirusa to przede wszystkim powrót do macierzy, czyli obligacji skarbowych. Co ważne jednak resort nie jest jedyną przystanią, która powinna zadomowić się w świadomości początkujących, a także zachowawczych inwestorów. Opcji jest sporo, więc podążajmy za trendami. Warunkiem jest otwartość ze strony samych spółek poszukujących inwestorów.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintech’u Provema.

2020 r. w Krakowie z dobrym wolumenem transakcji

Kraków zakończył ubiegły rok z wolumenem transakcji na poziomie 157 700 mkw., co w skali kraju niezmiennie plasuje miasto na 1. miejscu pod względem popytu wśród miast regionalnych. Całkowita podaż przestrzeni biurowej osiągnęła poziom prawie 1,55 mln mkw. – wynika z najnowszych danych Colliers.

Więcej renegocjacji i podnajmów

— Pandemia Covid-19 miała oczywiście bardzo duży wpływ na rynek biurowy w Krakowie. W ciągu kilku ostatnich miesięcy bardzo wielu najemców redefiniuje swoje potrzeby w zakresie powierzchni biurowej — mówi Anna Galicka-Bieda, partner, dyrektor regionalny Colliers w Krakowie.

Jedną z istotnych zmian na lokalnym rynku jest znaczący wzrost liczby renegocjacji w wolumenie umów zawieranych na krakowskim rynku biurowym. W 2020 roku ich udział wyniósł 46%, gdzie dla porównania w całym roku 2019 było to 33%.

— Pandemia zdecydowanie wpłynęła na decyzje najemców. Odnotowany wzrost udziału renegocjacji w wolumenie transakcji był z jednej strony wynikiem naturalnego przedłużania kończących się umów, z drugiej zaś strony wynikał z szukania oszczędności w pierwszych miesiącach pandemii. I tu zarówno wynajmujący, jak i najemcy wykazali się dużą elastycznością, o czym świadczy duży udział w renegocjacjach umów krótkoterminowych — mówi Anna Galicka-Bieda.

W poszukiwaniu oszczędności wiele firm zdecydowało się także na podnajem swojej przestrzeni biurowej. Według danych Colliers w ramach ofert podnajmu w ubiegłym roku dostępnych było w Krakowie ok. 35 tys. mkw.

Relokacje

Na rynku nie zabrakło jednak firm, które mimo pandemii zdecydowały się na relokację swojej siedziby. Wśród klientów Colliers biuro zmieniły m.in. Lufthansa Group Business Services, która wynajęła ponad 8 300 mkw. w budynku Wadowicka 3b czy firma Nokia, która podpisała umowę najmu prawie 3 900 tys. mkw. w budynku Buma Square.

— Relokacje, zaraz po nowych umowach najmu, to główne transakcje, w których doradzaliśmy naszym klientom w 2020 roku w Krakowie. Łącznie braliśmy udział w podpisaniu umów na najem 32 400 mkw. powierzchni biurowej, co w sytuacji pandemii jest bardzo dobrym wynikiem. Wolumen ten nie różnił się znacząco w stosunku do innych lat. Zauważamy, że pomimo wyjątkowej sytuacji wywołanej przez pandemię, zagraniczne firmy nadal decydują się na przenoszenie swoich procesów do Krakowa  — mówi Anna Galicka-Bieda.

Jak przewidują eksperci z krakowskiego biura Colliers, trend migracji biznesu może przybierać w przyszłości na sile.

— W najbliższych latach firmy mogą chętniej decydować się na zmianę swojej lokalizacji. Z punktu widzenia ekonomicznego takie rozwiązanie może okazać się bardziej optymalnym niż pozostanie w dotychczasowym budynku. Przy odnotowywanej wzrastającej liczbie pustostanów wynajmujący będą skłonni proponować korzystne warunki finansowe. Dodatkowo przebudowa aktualnie wynajmowanej powierzchni, aby dostosować ją do nowych, post-pandemicznych potrzeb firmy, może być droższa  i trudniejsza  do zrealizowania niż budowa biura od podstaw w nowym budynku — prognozuje Adam Florczyk, senior associate w Dziale Powierzchni Biurowych Colliers w Krakowie.

Więcej biur, więcej możliwości

Mimo początkowych obaw, pandemia nie zahamowała aktywności deweloperów biurowych w Krakowie. Po oddaniu ponad 140 tys. mkw. w 2020 roku, całkowita podaż na lokalnym rynku osiągnęła 1,55 mln mkw. W budowie jest obecnie 14 projektów o łącznej powierzchni ponad 135 tys. mkw. To daje najemcom duży wybór podczas poszukiwań biura idealnie odpowiadającego potrzebom ich organizacji.

—  Obecny moment jest dla najemców dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się, jak będzie wyglądać praca ich organizacji w najbliższej przyszłości, zbadania potrzeb pracowników w tym zakresie, a w ślad za tym wybranie najlepszego rozwiązania: dostosowanie, przebudowa obecnej powierzchni biurowej i przedłużenie umowy najmu, czy też decyzja o relokacji i zaprojektowanie nowej przestrzeni od podstaw. Zachęcamy organizacje do sprawdzenia swoich potrzeb oraz do weryfikacji możliwości, jakie rynek jest im w stanie zaoferować — dodaje Adam Florczyk.

Wzrost znaczenia Workplace Design

Bez względu na rozwiązanie, na które zdecydują się najemcy, pewne jest, że przestrzeń biurowa w wielu firmach będzie musiała przejść metamorfozę. Pandemia postawiła bowiem przed wieloma najemcami nowe wyzwanie – hybrydowy model pracy. W efekcie, firmy stają przed wyzwaniem zaplanowania z pomocą ekspertów, jak powinna wyglądać przyszłość ich biura oraz jak przemodelować przestrzeń, by była ona przystosowana do zmieniających się potrzeb użytkowników. To z kolei pozwala szacować wzrost zapotrzebowania na usługi Workplace Design.

— Z ankiet przeprowadzonych przez Colliers w pierwszym półroczu 2020 r. wynika, że zdecydowana większość pracowników była zadowolona z możliwości zdalnego wykonywania obowiązków. Pod koniec roku jednak coraz częściej odbieraliśmy sygnały, że brakuje im możliwości kontaktu z zespołem, a niektóre firmy zaczęły zauważać spadek efektywności i motywacji w swoich zespołach. Takie obserwacje każą zastanowić się nad tym, w jaką stronę powinien zmieniać się model funkcjonowania organizacji i przestrzeń biurowa, tak by pracownicy chcieli do niej wracać. Niektórzy dobrze czują się w pracy zdalnej, inni potrzebują pracować z biura, a pozostali chętnie korzystaliby z biur typu flex. Pracodawcy muszą wziąć pod uwagę różnorodne potrzeby pracowników, do czego niezbędna będzie reorganizacja przestrzeni biurowej tak, by było w niej więcej miejsca na kreatywną wymianę myśli czy interakcje między pracownikami. Ruchy organizacji w tym zakresie zauważalne są już teraz – w 2020 r. nasz dział Workplace w Krakowie zaprojektował powierzchnię o łącznym metrażu ponad 21 tys. mkw., co przekłada się na 2364 stanowiska do pracy. Colliers wyszedł również naprzeciw oczekiwaniom pracowników w kwestii przestrzeni elastycznych i uruchomił nowe narzędzie Colliers Mobility Pass umożliwiające dostęp do wielu biur elastycznych w Polsce — mówi Anna Galicka-Bieda.

Z czym przyjdzie się mierzyć deweloperom w 2021 roku?

Rok 2020 przyniósł ze sobą dużo zmian na różnych płaszczyznach. Nie ominęły one również rynku nieruchomości. Co przyniesie 2021? Czego mogą spodziewać się deweloperzy i z jakimi utrudnieniami przyjdzie im się mierzyć?

Deficyt gruntów pod inwestycje

Problemem, od którego warto zacząć i z którym deweloperzy mierzą się już od kilku lat, jest niewystarczająca ilość dostępnych gruntów. Zasób atrakcyjnych działek jest obecnie mocno ograniczony i na rynku cały czas brakuje odpowiedniej ilości przygotowanych terenów inwestycyjnych do budowy mieszkań. Szczególnie jest to zauważalne w centralnych częściach dużych miastach. To właśnie te działki są najbardziej pożądane i sprzedają się najszybciej, a wiadomo, że ich liczba nie jest nieskończona. Podobnie jest z lokalizacjami, które posiadają wygodne połączenia komunikacyjne z pozostałymi częściami miasta. Deficyt wpływa na wzrost cen dostępnych działek, a w efekcie – na wyższe ceny mieszkań. W tej sytuacji, odpowiednie zabezpieczenie banków ziemi staje się sporym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest udostępnienie deweloperom gruntów będących w posiadaniu Skarbu Państwa. Bardzo często są to ogromne tereny z potencjałem, lecz bez konkretnego przeznaczenia.

Zróżnicowane oczekiwania sąsiadów

Z pewnością niejeden deweloper ma w swoim portfolio sąsiadów, którym pomysł realizacji danej inwestycji się nie podoba. Często dochodzi do protestów wobec decyzji administracyjnych, a nawet blokowania inwestycji. Mieszkańcy oraz użytkownicy okolicznych terenów zgłaszają swoje niezadowolenie przede wszystkim do wydziałów architektury urzędów, co wpływa na procesy uzyskiwania pozwoleń na budowę czy wydawania decyzji o warunkach zabudowy. To z kolei przekłada się na wydłużające się w czasie procedury i opóźnienia w starcie projektu. Z tym niestety spotkać się może każdy deweloper. Niechęć i niezadowolenie często wynikają z braku pełnej wiedzy lub błędnych, mylących informacji. Nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji, często inwestor jest pod ścianą i musi decydować czy odłożyć projekt na półkę czy zgodzić się np. na zmniejszenie powierzchni użytkowej budynku – w praktyce oznacza to zmniejszenie liczby kondygnacji i odsunięcie się od granic działki. Często sąsiadom nie chodzi o samo protestowanie dla protestowania, lecz o zmuszenie inwestora do remontu elewacji swojego budynku lub zapłaty znacznej kwoty.

Wydłużające się procedury

Z realizacją inwestycji nierozłącznie powiązane są wspomniane już różnego rodzaju uzgodnienia i decyzje. Opóźnienia przy ich wydawaniu, z którymi mierzą się niemal wszyscy deweloperzy – wywołane nie tylko przez opór sąsiadów – mają bezpośredni wpływ na wiele kwestii. Mowa tu o braku możliwości startu budowy, przesunięciach w terminach oddania inwestycji czy zamrożeniu środków finansowych przez banki. To w efekcie przekłada się na wyższe ceny mieszkań.

Potrzeba dobrej współpracy

Kolejnym wyzwaniem, które także pojawia się coraz częściej i z którym na pewno jako deweloperzy będziemy borykać się nie tylko w 2021 roku, jest uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania, pomimo braku budżetu na zapisane w tych planach budowy dróg i niezbędnej infrastruktury. Sprawa nie staje się prostsza nawet wtedy, gdy deweloper chce partycypować w finansowaniu tych projektów. Potrzebna jest standaryzacja kosztów ponoszonych przez inwestora i ustalenie jednakowej opłaty dla wszystkich. Jest to o tyle istotne, że deweloperzy realizując dany projekt chcą dostarczać coś więcej i mieć wpływ na rozwój dzielnicy. Niezbędne jest nawiązywanie efektywnego dialogu z władzami miast i dzielnic. Finalnie wszyscy mamy ten sam cel – rozwijać polskie miasta i czynić je dobrym miejscem do zamieszkania.

Sytuacja epidemiczna w kraju również nie sprzyja działaniom. Mimo dużych chęci deweloperów i realnych możliwości realizacji planów, spotykamy się z odmowami, odwoływaniem ważnych spotkań z brakiem możliwości ustalenia kolejnej, konkretnej daty – właśnie ze względu na COVID-19. Automatycznie blokuje lub przesuwa nam to założone cele.

Wszystkie wyżej wymienione utrudniania nie są niczym nowym. To sytuacje bardzo dobrze znane deweloperom, do których pewnie większość zdążyła się już przyzwyczaić i z którymi będziemy się mierzyć również w latach kolejnych. Jeśli chodzi o 2021 rok, to wiele nadal będzie zależało od sytuacji epidemicznej. Natomiast w SGI, mimo wszystkich wyzwań, które stawia przed nami pandemia, z optymizmem patrzymy w przyszłość. Będziemy konsekwentnie realizować nasze plany rozwoju, w razie potrzeby dostosowując je do zmieniającej się sytuacji. Wkroczyliśmy w ten rok z nową energią i dużą motywacją do dalszych działań.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Liderki biznesu chcą wykorzystać szanse, jakie przynosi nowa rzeczywistość

Wyniki specjalnego, globalnego badania KPMG na temat opinii menedżerek pełniących funkcje zarządcze w firmach wskazały, że pandemia COVID-19 może wspierać niwelowanie nierówności ze względu na płeć, jednak aby osiągnąć parytet w zarządach spółek muszą nastąpić radykalne zmiany. Jeżeli chodzi natomiast o Polskę, 48% respondentek optymistycznie patrzy w przyszłość. Pomimo negatywnych skutków pandemii uważają, że zarządzane przez nie firmy będą się rozwijały w perspektywie nadchodzących 3 lat. Aby osiągnąć zakładane cele planują przede wszystkim skupić się na zapewnieniu organicznego wzrostu organizacji. Jednocześnie kobiety realnie podchodzą do nowej rzeczywistości – 8 na 10 respondentek zarządzających firmami obserwuje w swoich organizacjach przyspieszenie cyfrowej transformacji w wyniku pandemii COVID-19, a ponad połowa kobiet zarządzających firmami w Polsce deklaruje, że w wyniku pandemii ich firmy planują zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Wyniki badania KPMG wskazują, że kobiety stojące na czele firm na całym świecie wykorzystują niecodzienny moment w historii, aby nie tylko maksymalnie ochronić przedsiębiorstwa przed negatywnymi skutkami pandemii, ale przygotować je do dalszego rozwoju w rzeczywistości post-COVID. W wyniku pandemii dla liderek firm najważniejsze i najczęściej wskazywane wyzwania były identyczne – zabezpieczenie długotrwałych relacji z klientami, zapewnienie płynności finansowej firmy oraz zapewnienie bezpieczeństwa zatrudnionym pracownikom.

Chociaż 42% kobiet zarządzających firmami na świecie i 32% w Polsce wyraża opinię, że COVID-19 nie spowolni postępu w zakresie zwiększania różnorodności i otwartości w firmach, to jednocześnie 92% liderek na świecie i 78% w Polsce uważa, że wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia, aby zapewnić różnorodność płci w zarządach i na stanowiskach kierowniczych.

Pandemia przyspieszyła projekty dot. transformacji cyfrowej w 4 na 5 firmach

Aż 4 na 5 kobiet zarządzających firmami zarówno globalnie, jak i w Polsce przyznało, że w odpowiedzi na kryzys przyspieszono projekty transformacji cyfrowej ich firm. Ponadto ponad połowa respondentek potwierdziła, że model biznesowy ich organizacji pozwolił na lepsze dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Było to niezwykle istotne, ponieważ redukcja kosztów jest często postrzegana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów, w jaki przedsiębiorstwa radzą sobie z bezpośrednimi skutkami kryzysu. Ograniczenie inwestycji w projekty, takie jak digitalizacja i innowacje, może jednak być strategią bardzo krótkoterminową, zwłaszcza że 9 na 10 liderek z Polski jest zdania, że firmy działające i rozwijające się w gospodarce cyfrowej wyjdą zwycięsko z obecnego kryzysu. Równocześnie 92% kobiet zarządzających firmami na świecie i 87% w Polsce przyznaje, że w ich firmach wciąż jest miejsce na ulepszenie procesów innowacyjnych oraz sposobu ich realizacji. 94% liderek z Polski przyznało, że zamierzają zwiększać wykorzystanie cyfrowych narzędzi ułatwiających komunikację i współpracę w organizacji. Ma to związek z dynamicznym rozwojem nowej kultury pracy, wymuszonym przez pracę w trybie zdalnym. 65% kobiet na kierowniczych stanowiskach na świecie potwierdza, że w ich organizacjach zaszły znaczące zmiany w polityce firmy, aby ten rozwój kultury pracy umożliwić. Z drugiej strony, popularyzacja pracy w trybie zdalnym powoduje, że 59% liderek globalnie i 51% w Polsce przyznaje, że ich firmy zamierzają zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Popularyzacja pracy w trybie zdalnym w perspektywie długofalowej implikuje zmiany w różnych obszarach działalności – 36% respondentek z Polski przyznało, że dzięki pracy zdalnej zdecydowanie poszerzyła się potencjalna pula talentów, która może dołączyć do ich organizacji. Oprócz wykwalifikowanych pracowników, aby się rozwijać i sprostać wyzwaniom gospodarki cyfrowej, aż 71% respondentek badania z Polski wskazuje, że najważniejszą kwestią, na której będą się skupiać ich firmy w ciągu trzech lat, będą procesy automatyzacji i robotyzacji. W dalszej kolejności wskazują również na rozwój usług chmurowych, sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

42% liderek z Polski jest przekonanych o wzroście firmy w najbliższej przyszłości

Kryzys związany z COVID-19 doprowadził do gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego w wielu krajach. Analitycy spodziewają się długotrwałego negatywnego wpływu pandemii na gospodarkę światową. Rządy na całym świecie próbują przeciwdziałać negatywnym skutkom gospodarczym za pomocą środków finansowych i regulacyjnych. Biorąc pod uwagę wzrost w ciągu najbliższych trzech lat, liderki na całym świecie wydają się być optymistkami. Ponad połowa (58% wskazań) kobiet z całego świata wyraża przekonanie lub zdecydowane przekonanie co do perspektyw rozwoju swojej firmy w  nadchodzących 3 latach. Kobiety zarządzające firmami w Polsce wyrażają większy pesymizm odnośnie spodziewanego wzrostu zarządzanych przez nie firm – 42% liderek z Polski jest przekonanych lub zdecydowanie przekonanych o rozwoju organizacji w najbliższej przyszłości. Większy pesymizm widać również w przypadku prognozowanego wzrostu gospodarczego na świecie. W Polsce takie przekonanie wyraża zaledwie 16% kobiet ze ścisłego kierownictwa firm, podczas gdy globalnie 29% liderek prognozuje wzrost światowej gospodarki w perspektywie nadchodzących 3 lat.

W celu osiągnięcia zakładanego wzrostu, ponad 60% liderek z Polski zamierza przede wszystkim skupić się na strategii zakładającej rozwój organiczny organizacji. Kluczowe mogą się także okazać transakcje M&A oraz strategiczne sojusze z innymi firmami, na które wskazuje ponad 1/3 respondentek badania. Z drugiej strony kobiety zarządzające firmami w Polsce wskazują, że oprócz zagrożenia wynikającego z pandemii, w nadchodzących 3 latach największym wyzwaniem, które może zagrozić zakładanemu wzrostowi będzie ryzyko operacyjne – wskazało na nie blisko 1/4 respondentek biorących udział w badaniu KPMG. Problematyczna może być również wysokość stóp procentowych oraz ryzyko regulacyjne – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

Walka ze zmianami klimatycznymi po wygaśnięciu pandemii nabierze większego znaczenia

Kwestie związane z czynnikami ESG, czyli aspektami dot. ochrony środowiska, polityki społecznej i ładu korporacyjnego zaczynają odgrywać coraz większą rolę, nie tylko dla firm, ale również dla wszystkich interesariuszy. Szczególnie widoczne jest to na poziomie globalnym – gdzie 90% liderek przyznało, że jednym z warunków zapewnienia zakładanego wzrostu organizacji będzie sprostanie oczekiwaniom wszystkich interesariuszy, nie tylko udziałowców. W Polsce z takim poglądem zgadza się 65% liderek z kierownictwa firm. Niestety pandemia COVID-19 doprowadziła wiele organizacji do zrewidowania swoich planów w zakresie zrównoważonego rozwoju i w efekcie przesunięcia ich realizacji w czasie, aby stawić czoła innym, przede wszystkim ekonomicznym konsekwencjom kryzysu. Niemniej jednak 42% światowych liderek uważa, że działania mające na celu walkę ze zmianami klimatu będą miały jeszcze większe znaczenie w rzeczywistości post-COVID-19. Tymczasem w Polsce zaledwie 26% kobiet na kierowniczych stanowiskach wyraża podobne przekonanie. 58% respondentek badania w Polsce uważa, że temat ochrony środowiska pozostanie tak samo aktualny jak przed wybuchem pandemii.

Migracja oraz integracja i zagadnienia dot. nierówności społecznych najważniejszymi wyzwaniami globalnymi dla liderek z Polski

Kobiety zarządzające firmami w Polsce, jako największe wyzwania, z którymi muszą się mierzyć wymieniły kwestie związane z migracją oraz integracją (35% wskazań). Na kolejnych miejscach (29% wskazań) znalazły się kwestie związane z nierównościami społecznymi, oraz wykorzystywanie prywatnych danych do celów komercyjnych. W ujęciu globalnym największym wyzwaniem wskazywanym przez 43% liderek są kwestie związane ze zmianami klimatycznymi. 41% kobiet stojących na czele organizacji na całym świecie, jako drugie największe wyzwanie, z którym muszą się mierzyć wskazały kwestie związane z nierównością płci, na którą wskazało 13% respondentek z Polski. Trzecim, wskazywanym globalnie zagrożeniem jest likwidacja miejsc pracy spowodowana coraz powszechniejszą automatyzacją oraz rozwojem nowoczesnych technologii.

Raport dostępny jest na stronie internetowej kpmg.pl.

Przebudzenie na rynku walutowym

Rynek walutowy jako ostatni odpowiada na poprawiający się klimat inwestycyjny i wczoraj obserwowaliśmy zmiany zgodne ze strategią reflacyjną i wzrostem apetytu na ryzyko. Katalizatorem są postępy w uchwalaniu planu fiskalnego w USA. USD traci do głównych, ale powoli, gdyż chronią go obawy o wzrost inflacji.

Dobra postawa rynków akcji, nowe rekordy indeksów i ropa naftowa powyżej 60 USD za baryłkę – to są oznaki poprawy apetytu na ryzyko i powoli zaczynają one przenikać także na rynek walutowy. Ponieważ szum informacyjny wokół szczepionek zmienia się na bardziej pozytywny (pochwały tempa szczepień wygrywa z troskami o problemy z dostawami), łatwiej jest skupić uwagę na tych czynnikach, które wspierają oczekiwania odbicia ożywienia globalnego w dalszej części roku. Tematem tygodnia pozostaje determinacja Demokratów w uchwaleniu pakietu fiskalnego opiewającego na 1,9 bln USD. Finalnie prawdopodobnie będzie mniej, ale prawdopodobnie wciąż powyżej 1 bln USD. W Senacie już zatwierdzono rezolucje budżetową, co pozwoli zatwierdzić część wydatków bez konieczności ugadywania się z Republikanami. A to już wystarcza, by tworzyć podstawę dla odbudowy rajdu ryzyka w szerszym ujęciu niż tylko w postaci hossy na Wall Street. Szybsze ożywienie w USA z pomocą ekspansji fiskalnej może być kołem zamachowym dla globalnego wzrostu. Ponadto więcej pieniędzy wydawanych w USA uderzy w dolara poprzez powiększanie podwójnego deficytu (budżetowego i na rachunku bieżącym). Razem wspiera to aktywa ryzykowne. Z drugiej strony w USA rosną oczekiwania inflacyjne i ciągną w górę rentowności obligacji skarbowych, gdyż inwestorzy nie potrafią odpuścić spekulacji, że Fed będzie zmuszony wcześniej normalizować swoją politykę. Pomimo tego, że sam Fed jasno deklaruje, że jeszcze przez długi czas nie będzie dyskusji o ograniczaniu QE czy podwyżkach stóp procentowych. Wczoraj Barkin z Fed zbagatelizował ryzyko inflacyjne, a on sam skupia się na średniookresowych oczekiwaniach inflacyjnych. Tymczasem Mester przypomniała, że polityka Fed będzie akomodacyjna przez bardzo długi czas, a ostatnia zmienność na rynku nie jest oznaką rosnącej niestabilności finansowej. To raczej jednak nie uciszy spekulacji i dlatego rynek FX ociąga się z wyceną trendu reflacyjnego w porównaniu do innych klas aktywów. Nie ma jeszcze tak silnej chęci inwestorów, by wrócić do czystej sprzedaży USD za inne waluty. Ale ruch ten raczkuje. EUR/USD zbliża się do 1,21, GBP/USD pod 1,38 jest najwyżej od prawie dwóch lat, wraca popyt na waluty surowcowe i rynków wschodzących. Dziś prawdopodobnie będzie postępować dalsze badanie rynku, na ile powrót słabości USD jest trwały. Nowe doniesienia o postępach w pracach nad pakietem fiskalnym w Waszyngtonie będą podsycać apetyt na ryzyko. Testem nastrojów powinny być dopiero jutrzejsze dane o inflacji CPI z USA i późniejsze wystąpienie prezesa Fed Powella.

Lepsze nastroje inwestycyjne na rynkach finansowych sprzyjają aprecjacji złotego i w poniedziałek EUR/PLN obniżył się pod 4,48. Lokalnie złotego wspiera brak sygnałów z NBP mogących sugerować rychłość interwencji przeciwko sile waluty, ale ewentualna reakcji banku centralnego nie jest całkowicie do wykluczenia i to spowalnia tempo umocnienia. Zachowanie kursu wygląda trochę tak, jakby uczestnicy rynku byli zadowoleni ze zdobywania 0,5-1,0 grosza dziennie, by za szybko nie zdenerwować NBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stanowisko Instytutu Staszica w związku z akcją dyskredytowania karabinka GROT

Silny, nowoczesny przemysł zbrojeniowy w Polsce jest elementem narodowego bezpieczeństwa. Znalazło to zresztą odzwierciedlenie w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, wedle której priorytetem jest „zbudowanie zdolności do rozwoju technologii oraz do produkcji zasobów strategicznych w czasie pokoju, kryzysu i wojny”. Oczywiście o rozwoju tego przemysłu należy myśleć także w kontekście eksportu i zdolności do konkurowania na zagranicznych rynkach. Dlatego wszelkiego rodzaju doniesienia dyskredytujące polski przemysł obronny powinny być szybko i sprawnie wyjaśniane – nie tylko pod kątem ich wiarygodności, ale również tego, jakie grupy wpływu za nimi stoją.

Elementem rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego jest produkcja uzbrojenia opartego o polskie konstrukcje. Jak wspomniano, takie uzbrojenie może nie tylko trafiać na wyposażenie polskich jednostek, ale i trafiać do innych krajów. Dyskusja wokół publikacji medialnych jednego z portali, dotyczących karabinka GROT, uświadomiła opinii publicznej, że gra toczy się o wysoką stawkę, a narzędziem są również fake newsy.

GROT pod ostrzałem

Karabinek GROT to pierwsza od czasów II RP oryginalna polska konstrukcja karabinka.  W latach 2017-2020 Fabryka Broni „Łucznik” dostarczyła do Sił Zbrojnych RP 43 700 sztuk tej broni. Od stycznia br. do jednostek trafiają już najnowsze wersje karabinka – wersja A2 (obecnie ok. 7 tys. egzemplarzy). Należy podkreślić, że MSBS GROT jest konstrukcją cały czas rozwijaną i doskonaloną, począwszy od wersji początkowej A0 z roku 2015, poprzez wersje A1 i A2, aż do obecnie projektowanych kolejnych nowych wersji. Wady konstrukcyjne, które stwierdzono na początkowym etapie (2015 r.) zostały już usunięte. Zresztą takie „wady wieku dziecięcego” towarzyszą każdej nowej konstrukcji. Niemniej to one stały się pretekstem do uderzenia w polski przemysł obronny, chociaż wersja A0 nie znajduje się na wyposażeniu jednostek. Według informacji Fabryki Broni dostarczono dotąd ponad 43 000 egzemplarzy różnych wersji, zaś liczba reklamacji jest niewielka. Nie stwierdzono także przypadków obrażeń u osób używających karabinka.

Doniesienia nt. rzekomych wad karabinka, ujawnionych – podobno – w wyniku testu, którego warunki przeprowadzenia, prawidłowość i wiarygodność pozostają nieznane, zostały przez wielu ekspertów uznane za niewiarygodne. Jest oczywiste, że nie może i nie powinno być żadnej „taryfy ulgowej” dla broni produkowanej przez polskie zakłady – tylko dlatego, że to broń polska – ale też kolportowane w przestrzeni publicznej zarzuty muszą mieć pokrycie w faktach. Faktów zaś nie ustala się w oparciu o zdjęcia z portali społecznościowych, a w oparciu o testy, przeprowadzane zgodnie z normami obronnymi. W tym przypadku, jak wskazał producent karabinka, takiej rzetelności nie dochowano.

Polityczne walki ze szkodą dla obronności

Na ostrą krytykę zasługuje wykorzystywanie ataków na polski przemysł zbrojeniowy do prowadzenia politycznych walk. Wystąpienia polityków, dyskredytujące polski przemysł zbrojeniowy, były słyszane za granicą, także w Rosji. Znamienny jest fakt, że za krytykę w imieniu partii politycznych wzięli się nie eksperci, a politycy uważający, że samo zasiadanie w sejmowych komisjach i zespołach zajmujących się obronnością czyni z nich ekspertów. W przeciwieństwie do będących laikami w tym obszarze polityków (na szczęście nie tak licznych) środowisko branżowe – m.in. w plasowanych w mediach wypowiedziach – podkreśla, że jest to konstrukcja dobra i przyszłościowa, choć  borykająca się, jak każdy nowy produkt, z pewnymi chorobami wieku dziecięcego. Problemy są jednak na bieżąco rozwiązywane przez producenta, a broń w ciągu 5 lat przeszła istotne dla użytkownika modyfikacje.

Poważne oskarżenia wymagają poważnych dowodów na ich poparcie. Uderzenie w polski przemysł zbrojeniowy nie może być traktowane jako sposób na zwiększenie czytelnictwa medium ani jako narzędzie w partyjnych walkach. Przeciwnie, wzmocnienie polskiego potencjału obronnego i wsparcie polskiego przemysłu zbrojeniowego jest kwestią, która musi być wyłączana spod bieżących sporów; nieprawdziwe zarzuty uderzają nie tylko w polskie zakłady, służąc zagranicznej konkurencji, ale finalnie szkodzą narodowemu bezpieczeństwu.

Trend konsolidacyjny – ze wsparciem państwa

Obecna sytuacja gospodarcza zobowiązuje wszystkich – także polityków – do refleksji nad koniecznością rozwijania potencjału produkcyjnego dla kluczowych obszarów gospodarki na terenie kraju, w państwowych rękach. Polski przemysł obronny zalicza się do tych gałęzi gospodarki, których dobra kondycja powinna być identyfikowana jako istotny interes bezpieczeństwa Państwa. Zarówno strategiczne trendy światowe, jak i wyzwania związane z utrudnieniami w zakresie łańcuchów logistycznych wynikające z pandemii COVID-19, jasno pokazują, że osiągnięcie wymaganego poziomu niezależności i bezpieczeństwa w zakresie produkcji zbrojeniowej jest sprawą kluczową. Idąc za przykładem nie tylko światowych potęg, ale również państw takich jak Turcja, Korea Południowa, Izrael, Indie, a nawet Czechy, kraje byłej Jugosławii czy Tajlandia do zabezpieczenia potrzeb własnych sił zbrojnych niezbędne jest wsparcie rozwoju kompetencji i działalności w zakresie rodzimej produkcji wojskowej. Ten trend jest widoczny w ostatnich latach, czego efektem są m.in. projekty takie jak REGINA, RAK czy właśnie MSBS GROT. Oczywiście tu mamy wciąż wiele pól, segmentów, gdzie krajowy przemysł powinien być liderem danych projektów – mówimy tu m.in. o systemie obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu NAREW, Nowym Bojowym Pływającym Wozie Piechoty (NBPWP), znanym pod kryptonimem BORSUK czy systemie wieżowym ZSSW-30. Czy polskie ambicje zbrojeniowe powinny się na tym kończyć? Z pewnością nie.

Przemysł zbrojeniowy na świecie jest ważną gałęzią gospodarki, której odpowiednia organizacja wymaga istotnych nakładów pieniężnych, odpowiedniego otoczenia prawnego i pozafinansowego wsparcia państwa, jednak w perspektywie średnio i długoterminowej wartość własnego przemysłu obronnego zdecydowanie przewyższa nakłady, zarówno z punktu widzenia gospodarczego jak i zapewnienie bezpieczeństwa. Szczególnie widać to w okresie obecnej pandemii, gdzie światowym trendem jest dążenie do utrzymania budżetów zbrojeniowych i pomoc państwa dla własnego sektora produkcji militarnej, co ma zarówno zapewnić bezpieczeństwo jak i wesprzeć odbudowę gospodarki, przeznaczając dla przemysłu zbrojeniowego rolę jednego z kół zamachowych.

Silne trendy konsolidacyjne w przemyśle zbrojeniowym (mi.n. powstanie francusko-niemieckiego KNDS, wykupienie przez Kongsberga 49,9% akcji Patria) i powstanie nowych znaczących podmiotów (mi.n. turecki Aselsan) wskazują zarówno na powszechną świadomość istnienia strategicznej konieczności posiadania na swoim terytorium silnego przemysłu zbrojeniowego, jak również wzrastającą konkurencję w sektorze. Podmioty z branży obronnej działając przy bezpośrednim i pośrednim wsparciu państw macierzystych, generują potencjał do wspierania zdolności bojowej własnych armii, jak i do konkurowania na rynkach międzynarodowych. Ze względu na olbrzymie zasoby kapitałowe i informacyjne światowych potentatów sektora obronnego, bez odpowiedniego wsparcia, lokalne podmioty nie będą w stanie efektywnie rozwijać perspektywicznych
i konkurencyjnych produktów.

Z korzyścią dla polskiej gospodarki

Jeżeli dążymy do rozwoju naszej gospodarki a nie do dotowania gospodarek innych krajów, róbmy wszystko by maksymalnie stymulować i wykorzystywać potencjał krajowy. Znaczenie takich projektów jak MSBS GROT jest nie do przecenienia zarówno dla wojska jak i dla przemysłu, a konsekwencje decyzji o sposobach realizacji programu kluczowe dla gospodarki, Sił Zbrojnych i bezpieczeństwa państwa. Tutaj można posłużyć się przykładem KTO Rosomak – gdzie w przypadku podwozia, przy polonizacji rzędu 93% (czyli 93% stanowi produkcja krajowa głównych zespołów i podzespołów) koszty cyklu życia samej platformy są bardzo tanie, co pozwala Siłom Zbrojnych na utrzymywanie ich dużej liczby w pełnej sprawności w linii i częste ćwiczenia.

Niedawno rząd wspierał kampanię społeczną promującą kupowanie polskich produktów. Opublikowano wówczas dane, które jasno wskazują na zysk dla państwa wynikający z kupowania produktów i usług spełniających kryteria „polskości”. Mowa o takich, które są wytwarzanych w Polsce przez przedsiębiorstwa z polskim kapitałem. Z każdej złotówki wydanej na taki produkt do krajowej gospodarki wraca ponad 70 (79 dokładnie) groszy.

Przy okazji promowania swojego rozwiązania w programie pk. NAREW, mamy do czynienia z analogiczną sytuacją – analizy i symulację zakładają, że w przypadku powierzenia programu do realizacji w krajowym przemyśle zbrojeniowym ok. 50% wartości kontraktu wraca do budżetu – PIT, CIT, VAT, ZUS, podatki lokalne. Na każde sto złotych wydanych u nas 50 złotych wróci do budżetu. Równie istotny jest fakt, że środki wydane na utrzymanie sprawności oraz eksploatację systemu w okresie jego cyklu życia również zostaną wydane w kraju – koszt zakupu systemu i potrzebnych licencji oraz technologii to ok. 20-25% wartości całego kontraktu – pozostałe pieniądze zostaną wydane na jego utrzymanie, serwis, modernizacje.

Rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego w ostatnich latach jest dziełem różnych rządzących ekip, dlatego może być powodem do dumy i powinien zostać wyjęty spod politycznych walk. Posługiwanie się na forum publicznym bezpodstawnymi oskarżeniami cieszy zagranicznych konkurentów i niechętne Polsce kraje, ale szkodzi interesowi narodowemu, który przecież nie ma partyjnych barw.

Biznes po Brexicie

Brexit już teraz mocno wpływa na biznes. Brytyjskie firmy, chcąc zapewnić sobie swobodę handlu z Europą, przenoszą się lub zakładają oddziały m.in. w Holandii i Austrii. Na tym trendzie skorzystać mogłaby także Polska.

Wielka Brytania definitywnie opuściła Unię Europejską, jednak Brytyjczycy nie zamierzają czekać z założonymi rękami i patrzeć, jak budowana latami współpraca ich firm z  zagranicznymi kontrahentami ulega rozpadowi.

– W Holandii i Austrii wiele firm logistycznych zostało zasypanych zapytaniami z firm brytyjskich, które chcą przenieść część swojej działalności na teren UE i potrzebują partnera logistycznego oraz fabryki. Dla wielu europejskich firm oznacza to szybki rozwój i potrzebę zatrudnienia pracowników – mówi Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group. – Byłoby dobrze, gdyby również Polska skorzystała z tej tendencji, na której obecnie zarabiają przede wszystkim kraje tzw. starej Unii – podkreśla.

Handel bez cła, ale…

Teoretycznie można by sądzić, że zmieniło się niewiele. Umowa o handlu między Unią Europejską a Wielką Brytanią stwierdza, że „cła na wszystkie towary pochodzące z terytorium drugiej Strony są zakazane”. Zatem towar nie zostanie oclony, jeżeli udowodni się, że pochodzi z Unii Europejskiej lub Zjednoczonego Królestwa.

Praktyka nie jest jednak tak różowa. Kluczową rolę odgrywają tu reguły pochodzenia, określające jakie produkty traktowane są jako wyprodukowane przez kraj należący do Unii Europejskiej lub Wielką Brytanię. Wniosek o preferencyjne traktowanie taryfowe musi złożyć importer, a jego treść opiera się na oświadczeniu eksportera lub wiedzy importera, że dany produkt spełnia warunki pochodzenia z kraju jednej ze stron.

Choć brak ceł ułatwia handel między Wspólnotą a Wielką Brytanią, to trzeba pamiętać, że brexit spowodował utworzenie dwóch osobnych porządków prawnych, przywrócił wszelkie formalności celne i kontrole graniczne. Poza tym cło to nie jedyna opłata, jaką należy uiścić przy imporcie towaru. Nie wolno zapominać o kosztach, jakie niosą za sobą dodatkowe formalności, magazyny, procedura graniczna, deklaracje celne i kwestie związane z rozliczaniem podatków (w tym VAT). Nie da się ukryć, że wszystko to będzie miało wpływ na końcowe ceny towarów. W niektórych przypadkach dalsza wymiana handlowa może stać się po prostu nieopłacalna.

Pomimo umowy z Unią Europejską, konsekwencje brexitu dla Wielkiej Brytanii są ogromne. Na przełomie roku 2020/2021 więcej niż 1000 słów mówiły obrazy z terminalu promowego Hook of Hollan i kolejki na granicach, w jakich musieli stać kierowcy „tirów”. Celnicy zabierali kierowcom żywność (nawet kanapki), bowiem na teren UE nie wolno wwozić mięsa, warzyw, owoców, ryb, itp. Niejednokrotnie ludzie zostawali bez wody.

Daily Mail wskazywał na chaos spowodowany biurokracją związaną z brexitem w portach, na potwierdzenie pokazując puste półki supermarketów. Jak podaje Interia, francuska administracja ostrzegła, że poważnie potraktuje kontrole i nie będzie stosować żadnego okresu przejściowego. Operator promowy DFDS zgłosił natomiast dużą liczbę ciężarówek, które są zatrzymywane z powodu braku lub nieprawidłowych dokumentów.

Brexit szczególnie odczują przedsiębiorcy, którzy wykorzystywali Wielką Brytanię jako bazę dystrybucyjną w handlu ze Wspólnotą. Towary (takie jak ubrania czy sprzęt elektroniczny) pochodzące np. z Bangladeszu zostaną teraz oclone przy wwozie do Wielkiej Brytanii. Przy ich sprzedaży do UE ponownie będą obowiązywały cła. Takie produkty nie są bowiem nawet w połowie wytwarzane w Wielkiej Brytanii. Konieczne są także deklaracje pochodzenia produktów, certyfikaty weterynaryjne, certyfikaty norm produktowych itp.

Firmy brytyjskie uciekają do Unii

Unia Europejska to największy rynek zbytu dla Wielkiej Brytanii. Dla wielu firm z Anglii, Walii czy Szkocji handel ze wspólnotą to warunek przetrwania. Badanie przeprowadzone przez Institute of Directors (IOD) w 2019 r. wykazało, że prawie co trzecia brytyjska firma (29 proc.) rozważa choćby częściową „ucieczkę” za granicę. W badaniu wzięło udział prawie 1.200 firm, z czego 11 proc. podało, że ze względu na brexit już przeniosło część swojej działalności biznesowej.

Aż 70 proc. firm przenoszących się lub planujących taki krok decydowało się na nową lokalizację w obszarze Unii Europejskiej. To wielka szansa dla krajów Wspólnoty. Dla Wielkiej Brytanii oznacza to utratę miejsc pracy, zagrożenie dla działalności gospodarczej i dochodów podatkowych w kraju.

Dokąd najchętniej przenoszą się brytyjskie firmy? Nie lada gratką okazują się być Holandia i Austria. Jak podaje brytyjski Guardian, Lyne Biewinga z Holendersko-Brytyjskiej Izby Handlowej twierdzi, że od kilku tygodni jej zespół „dzień i noc” pracuje nad zapytaniami od firm brytyjskich. Istnieje wiele powodów, dla których firmy mogą zdecydować się na wyjazd do Holandii. Oba kraje łączą 400-letnie stosunki handlowe, oba mają dostęp do Morza Północnego. Odległość geograficzna jest niewielka i co nie bez znaczenia, posiadają naprawdę dobrą infrastrukturę logistyczną z największym portem w Europie, Rotterdamem, a także lotniskiem Schiphol w Amsterdamie. Nie bez znaczenia jest też bardzo dobra znajomość języka angielskiego wśród Holendrów (angielski należy do języków urzędowych w tym kraju).

Sami Holendrzy są bardzo przychylni Brytyjczykom chcącym przenieść biznes do tulipanowego królestwa. Lyne Biewinga zapewnia, że Holandia pomaga firmom obejść problemy graniczne i dodatkowe opłaty, a także papierkową robotę i dodatkowe podatki wynikające z brexitu. Wskazuje, że z Holandii mogą znacznie swobodniej rozprowadzać swoje towary.

Z kolei austriacka minister ds. spraw gospodarczych Margarete Schramböck twierdzi, że ​​liczba zapytań ze strony firm brytyjskich, która i tak był od kilku lat była wysoka – od 1 stycznia 2021 r. wzrosła trzykrotnie.

Według Austriackiej Agencji Biznesu w 2019 r. i 2020 r. 50 brytyjskich firm (lub posiadających siedzibę w Wielkiej Brytanii) rozpoczęło działalność w Austrii. To najczęściej firmy z branży IT oraz badawczo-rozwojowej. Już kilka lat temu Austria stworzyła specjalny program, który ułatwia start i prowadzenie tego rodzaju działalności na obszarze kraju. Jak widać, okazał się skuteczny.

Niemałym zainteresowaniem cieszy się też Belgia. Brytyjsko-Belgijska Izba Handlowa twierdzi, że napływa zdecydowanie więcej zapytań o możliwość przeniesienia działalności na terytorium tego państwa. O otwarciu nowej filii w Brukseli zdecydował już brytyjski Lloyd’s of London skupiający firmy ubezpieczeniowe. Z kolei czołowy brytyjski producent sera cheddar, Simon Spurrell, ogłosił, że inwestycję o wartości miliona funtów przeniesie do Francji.

The Observer ujawnił, że Departament Handlu Międzynarodowego doradzał brytyjskim firmom, które martwią się nowymi obciążeniami, kontrolami celnymi i dodatkowymi kosztami transportu towarów, aby utworzyły na terytorium UE magazyny, składy lub przeniosły tam infrastrukturę.

– Powszechnie wiadomo, że zawsze dobrze jest być blisko klientów. Rynek europejski jest rynkiem jednolitym, dlatego chcąc sprzedawać w Europie, najlepiej pozostać na rynku wspólnotowym – mówi Urszula Rąbkowska.

Czy Polska skorzysta na brexicie?

Skoro Brytyjczykom opłaca się korzystanie z europejskiej infrastruktury, naturalnym kierunkiem może być również Polska. I nie jest to wyłącznie myślenie życzeniowe.

Jak podaje Gazeta Wyborcza brytyjska filia szwajcarskiego koncernu Nestle chce przenieść do Polski produkcję wafelków Blue Riband. To 300 miejsc pracy. Firma uzasadnia, że decyzję o przeniesieniu fabryk podjęto, aby brytyjskie zakłady koncernu „działały w sposób bardziej efektywny” i były w stanie zachować konkurencyjność „w szybko zmieniającym się otoczeniu”. Przeniesienie ma umożliwić „uproszczenie operacji” firmy.

Również Huf UK, brytyjski producent części do aut zamknął zakład w Tipton i przeniósł miejsca pracy do Polski i Rumunii. Brytyjska firma dostarczała swoje produkty m.in. do Jaguara, Land Rovera, BMW, Daimlera, Hondy i Volvo. W 2017 roku miała 50,6 mln GBP obrotów. Pracownikom zakładów w Tipton zaoferowano możliwość zgłoszenia się do pracy w fabrykach w Polsce i Rumunii, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę, że część z nich to mieszkańcy tych krajów.

To wielka szansa dla Polski, tym bardziej, że Wielka Brytania jest drugim pod względem wielkości, za Niemcami, odbiorcą polskich produktów rolno-spożywczych. Do brytyjskich sklepów trafia ok. 9 proc. polskiego eksportu z sektora rolno-spożywczego.

Wśród towarów eksportowanych do Wielkiej Brytanii dominują produkty szeroko rozumianego sektora maszynowego, części motoryzacyjne, meble, wyroby z drewna, kosmetyki, chemikalia, ale też artykuły rolno-spożywcze. Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą polskich usług – drugim po Niemczech.

– Być może Polska, ze względnie tanią siłą roboczą, dobrym zapleczem transportowo-logistycznym oraz rozwiniętą bazą technologiczną mogłaby być atrakcyjna dla Wielkiej Brytanii. Warto byłoby iść śladami Austrii, która stworzyła ciekawe programy dla przedsiębiorstw, chcących przenieść produkcję lub zaplecze techniczno-spedycyjne na jej terytorium – zauważa Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group.

Ewentualne wątpliwości wśród brytyjskich przedsiębiorców może wzbudzać sytuacja polityczna Polski. Głównie chodzi o tendencje mogące prowadzić w stronę „polexitu”. Same argumenty ekonomiczne wydają się przemawiać na korzyść naszego kraju, choć w Polsce brakować może ułatwień i zachęt dla potencjalnych inwestorów.

Austria i Holandia dostrzegły w brexicie szansę i robią wiele, by ją wykorzystać. W Polsce te możliwości dopiero teraz zaczyna się zauważać.

ZPP: Wyeliminujmy płacę minimalną w mikrofirmach

  • Pandemia najsilniej uderza w najmniejsze przedsiębiorstwa. Wiele z nich jest zagrożonych. Pomóżmy im likwidując płacę minimalną w mikrofirmach.
  • W tym samym celu należy wprowadzić prosty sposób opodatkowania firm generujących przychody nie wyższe, niż 120 tys. zł rocznie: jednolity podatek w wysokości 20% od przychodu, obejmujący PIT i ZUS.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców niejednokrotnie już opisywał destrukcyjny wpływ pandemii i wprowadzanych ograniczeń działalności przedsiębiorstw na gospodarkę. Jakkolwiek w skali makro statystyki nie wyglądają fatalnie (pierwsza od trzydziestu lat recesja jest jednak faktem), niektóre branże odczuwają skutki kryzysu szczególnie dotkliwie. Jak w większości przypadków, najbardziej narażone na bankructwa i zwolnienia są mikroprzedsiębiorstwa. Nie mają one zapasu kapitału, który umożliwiłby im przetrwanie trudnego czasu.

Zwracamy uwagę na fakt, że niektóre z sektorów objętych ograniczeniami są w znacznej mierze zbudowane z najmniejszych podmiotów. Co więcej, pewna część tych firm może być wykluczona z możliwości ubiegania się o kluczowe instrumenty wsparcia, z uwagi na niespełnianie niektórych kryteriów (w tym – przede wszystkim – kryterium zatrudnienia na podstawie kodeksowej umowy o pracę). Wynika to przede wszystkim ze specyfiki prowadzonej działalności, a w głównej mierze cech takich, jak sezonowość, czy oparcie zespołu na studentach i młodych ludziach dopiero wchodzących na rynek pracy. W sektorze usług jest to stosunkowo częste, a jednocześnie jest to właśnie sektor w największym stopniu dotknięty ograniczeniami.

Jednocześnie rozczarowuje brak analogicznych decyzji w odniesieniu do gastronomii i branży fitness. Wciąż nie wiemy również, jakie obiektywne cele i warunki muszą zostać spełnione, aby przedsiębiorcy tychże branż mogli powrócić do prowadzenia bieżącej działalności.

Obawiamy się, że przedłużające się restrykcje (którym konsekwentnie się sprzeciwiamy) mogą doprowadzić do zapaści mikrobiznesu. Mając to na uwadze, wydaje się że zasadne jest wprowadzenie programu ukierunkowanego precyzyjnie na wsparcie najmniejszych przedsiębiorców. Proponujemy, by program ten składał się co najmniej z dwóch elementów, które przedstawiamy poniżej.

Powrót do pierwotnej koncepcji „małej działalności gospodarczej”

Już kilka lat temu Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaprojektował rozwiązanie mające pomóc najmniejszym działalnościom gospodarczym, dla których obowiązek płacenia zryczałtowanych składek na ubezpieczenia społeczne, niezależnie od uzyskiwanych przychodów, wiąże się ze spadkiem rentowności prowadzonej działalności do poziomu, w którym utrzymanie się z niej staje się prawdziwym wyzwaniem. Oczywiście dla większości przedsiębiorców ryczałtowy ZUS jest rozwiązaniem korzystnym, jednak istnieje wspomniana wyżej grupa, w przypadku której konieczność uiszczania rosnących z roku na rok kwot powoduje realne trudności w utrzymaniu się.

Proponowaliśmy, by przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na najmniejszą skalę (przychody nie przekraczające kilkudziesięciu tysięcy złotych w skali roku), mieli możliwość rozliczania się z fiskusem i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych za pomocą jednolitej, prostej daniny uiszczanej od przychodu, zawierającej w sobie zarówno podatek dochodowy, jak i wszelkie należne składki.

Nasze postulaty znalazły pewne odzwierciedlenie we wprowadzonej przez rząd formule „mały ZUS plus”. Ulga ta ewoluowała, jednak nawet w obecnej, rozszerzonej formie nie uwzględnia ona wszystkich elementów zawartych w naszej koncepcji. Przede wszystkim, zgodnie z nazwą, dotyczy ona wyłącznie składek na ubezpieczenia społeczne, podczas gdy pierwotna propozycja „małej działalności gospodarczej” obejmowała również podatek dochodowy. Inna jest również konstrukcja samego rozwiązania – zamiast prostego iloczynu stawki i osiągniętego w danym miesiącu przychodu, „mały ZUS plus” wymaga ustalenia przeciętnego miesięcznego dochodu z działalności gospodarczej, przemnożenia go przez współczynnik 0,5 i – na końcu – porównania rezultatu z kwotą 30% minimalnego wynagrodzenia i 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego.

Abstrahując od bardziej skomplikowanej struktury, główną różnicą między zrealizowaną koncepcją „małego ZUSu plus”, a zaprezentowanym przez ZPP pomysłem „małej działalności gospodarczej”, jest fakt czasowego ograniczenia omawianej ulgi w składkach na ubezpieczenia społeczne – korzystać z niej można jedynie przez trzy lata w pięcioletnim okresie.

W rezultacie, problem najmniejszych firm generujących niskie dochody, z których po opłaceniu wszelkich należnych danin publicznoprawnych, w kieszeni właściciela pozostaje niewielka kwota, pozostaje aktualny. Kluczową zaletą koncepcji promowanej przez ZPP jest jego systemowe rozwiązanie. Uważamy wobec powyższego, że planem minimum jest rezygnacja z czasowego ograniczenia „małego ZUSu plus”, a docelowo dążyć powinniśmy do wdrożenia pierwotnego pomysłu na regulację „małej działalności gospodarczej”, tak by najmniejsze podmioty mogły rozliczać się w prosty sposób, a ich obciążenia były wprost uzależnione od generowanego przychodu. Stawka takiego podatku powinna oscylować wokół 20% – dla znacznej części najmniejszych działalności będzie to sumarycznie niższe obciążenie, niż skumulowane kwoty składek na ubezpieczenia społeczne i podatku PIT.

Zniesienie pensji minimalnej w mikroprzedsiębiorstwach

Mimo, że rynek pracy relatywnie dobrze poradził sobie z problemami wywołanymi epidemią koronawirusa, to widoczne są już pierwsze ewidentne oznaki osłabienia. Bezrobocie rejestrowane w styczniu sięgnęło pułapu 6,5%, najwyższego od kilku lat. Sukcesywnie maleje również liczba nowych ofert pracy – jesienią 2020 roku liczba ogłoszeń była przeciętnie o ponad 25% niższa, niż rok wcześniej.

Warto zwrócić uwagę na fakt częściowej regionalizacji problemu bezrobocia, wynikającej m.in. ze stosunkowo silniejszego oddziaływania pandemii na np. miejscowości o charakterze kurortów. Dla przykładu w powiecie kołobrzeskim stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła przez pandemię trzykrotnie (sic!).

Trzeba zauważyć również, że branże objęte restrykcjami (gastronomia, hotelarstwo, puby, placówki kultury etc.) są sektorami, w których tradycyjnie pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywa znaczna część młodych ludzi, również studentów. Zwolnienia wynikające choćby z administracyjnego zakazu prowadzenia działalności są dla tych pracowników o tyle trudniejsze, że znacznie trudniej, niż w normalnych warunkach, jest im znaleźć alternatywne miejsce pracy. W świecie przed pandemią COVID-19, młody człowiek rozpoczynający karierę zawodową np. w restauracji, mógł w razie potrzeby łatwo znaleźć zatrudnienie w barze, kinie, czy hotelu. W realiach naznaczonych lockdownem, pole manewru jest w takim przypadku znacznie ograniczone.

Powyższe wnioski wydają się być potwierdzone pojawiającymi się coraz częściej głosami ekspertów, zgodnie z którymi epidemia koronawirusa najsilniej uderza w aktywne zawodowo młode osoby – jest to obserwacja nieograniczona wyłącznie do Polski, lecz tycząca się całego globu, zwłaszcza że większość państw zdecydowała się na wprowadzenie podobnych ograniczeń i restrykcji.

Mając na uwadze powyższe, uważamy że warto stworzyć wentyl bezpieczeństwa mitygujący ryzyka dla rynku pracy wynikające z trudnej sytuacji spowodowanej pandemią. W tej chwili wielu przedsiębiorców utrzymuje jeszcze miejsca pracy, wbrew rachunkowi ekonomicznemu. Nie minie jednak dużo czasu, zanim bezwzględna kalkulacja zmusi ich do redukcji etatów, a to zjawisko może lawinowo objąć branże, których działalność jest ograniczona. W rezultacie, niewykluczony jest powrót do znanych sprzed lat, dwucyfrowych stóp bezrobocia w Polsce. Trudności w znalezieniu zatrudnienia miałyby w takim układzie przede wszystkim osoby młode (niedoświadczone) i nisko wykwalifikowane.

Aby zapobiec realizacji tego scenariusza, proponujemy rozważenie odważnego ruchu, jakim byłoby wprowadzenie progu wielkości przedsiębiorstwa, od którego zaczęłyby obowiązywać przepisy dot. wynagrodzenia minimalnego. Do pewnego stopnia analogiczne rozwiązanie funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie federalne przepisy dot. płacy minimalnej obejmują firmy uzyskujące przychód przekraczający 500 tys. dolarów rocznie. Na polskim gruncie, wyjściowym punktem odniesienia mogliby być mikroprzedsiębiorcy, choć dyskusja dot. progu, po przekroczeniu którego przedsiębiorcę obowiązywałyby przepisy regulujące pensję minimalną, powinna być otwarta.

Reasumując, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że pandemia może doprowadzić do degradacji mikroprzedsiębiorczości w Polsce. O skali tego zjawiska, jak i jego czasowym wymiarze, trudno jest w tej chwili przesądzać, jednak nie ulega wątpliwości, że zasadne jest zaproponowanie programu regulacyjnego wsparcia mikrofirm w celu przetrwania trudnego czasu i odbudowy po epidemii. Uważamy, że zaprezentowane wyżej dwie koncepcje: powrotu do pomysłu „małej działalności gospodarczej” oraz wyłączenia najmniejszych firm z zakresu przepisów regulujących płacę minimalną, przysłużyłyby się temu celowi.

W styczniu strajk kobiet był popularniejszy niż WOŚP. Najaktywniejsze miasta w sieci to Warszawa, Łódź i Poznań

Październikowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, orzekający niekonstytucyjność przepisów dopuszczających aborcję z powodu trwałych i nieodwracalnych wad płodu, mimo pandemii oraz zakazu zgromadzeń, stał się powodem ogromnych protestów w całym kraju. Jego publikacja w styczniu tego roku w Dzienniku Ustaw nie wywołała równie gwałtownych reakcji – jednak, jak wynika z danych internetowych zebranych przez SentiOne – zainteresowanie tematem było bardzo duże, mimo to aż o 80 proc. mniejsze niż w październiku i odnotowało 698 mln wyświetleń. Mężczyźni angażowali się w dyskusje o strajku tak samo często, jak kobiety.SentiOne_StrajkKobiet-10miast_liczba_oznaczen_w_social_media SentiOne_StrajkKobiet-Rozklad_wzmianek_w_czasie

Strajkujące miasta w sieci

Nie jest zaskoczeniem, że największe zainteresowanie protestami widać było w dużych miastach. Jak wynika z monitoringu Internetu przeprowadzonego przez SentiOne, w Warszawie w mediach społecznościowych w styczniu zameldowało się 3447 osób, używając jednocześnie sformułowań „protest kobiet”, „strajk kobiet”, „to jest wojna”, „wypierdalać” czy „czarny protest”. Na drugim miejscu znalazła się Łódź, w której zameldowało się już tylko 895 osób, na trzecim Poznań – 412 osób, a na czwartym Kraków – 357 osób.

Protesty to główny temat w sieci i popularniejszy niż WOŚP, Albicla i morsowanie

W październiku zasięg wyświetleń wzmianek powiązanych z protestami osiągnął oszałamiającą liczbę 3,5 mld. W styczniu liczba ta była o 80 proc. mniejsza – jednak 698 mln wyświetleń to nadal bardzo dużo. Dla porównania: hasło „WOŚP” odnotowało w styczniu 218 mln wyświetleń, „Albicla” (polski portal społecznościowy uruchomiony w styczniu 2021 r.) 26 mln wyświetleń, a ostatni hit Internetu – „morsowanie” – 22 mln wyświetleń.

Najmniej w dyskusje o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama

O protestach najczęściej dyskutowano w social media. Aż 43 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 46 proc. w styczniu pochodziło z Facebooka, z Twittera natomiast odpowiednio 35 proc. i 36 proc. wszystkich wzmianek. Daleko za nimi pozostawały portale internetowe, głównie informacyjne i kobiece – 19 proc. wzmianek w październiku i 18 proc. w styczniu. Najmniej w rozmowy o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama – 1 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 0,27 proc. w styczniu. Uczestnicy dyskusji najczęściej używali hashtagów #strajkkobiet, #pieklokobiet i #wyroknakobiety.

Kobiety i mężczyźni tak samo zaangażowani

Najwięcej wzmianek odnotowano oczywiście w Polsce – ponad 2 mln wzmianek przez cały okres od października 2020 do końca stycznia 2021. Na drugim miejscu znalazły się Stany Zjednoczone – ponad 57 tys. wzmianek, a na trzecim Wielka Brytania – ponad 30 tys. wzmianek. Co ciekawe, mężczyźni angażowali się w rozmowy o protestach tak samo często, jak kobiety. W październiku stanowili 50,7 proc., a w styczniu 53 proc. uczestników dyskusji.

Czy czeka nas pandemia cyberataków? Prognozy na 2021 rok

Ransomware, phishing, czy też dezinformacja – metody cyberprzestępców znamy, jednak wciąż ich działania ewoluują, więc aby zapewnić bezpieczeństwo danych firmy konieczne jest nieustanne doskonalenie zabezpieczeń i podnoszenie wiedzy w temacie cybersecurity. Jak rysuje się 2021 r. w kontekście cyberprzestępstw? W jaki sposób chronić zasoby firmy przed niepożądanymi atakami?

Rok temu Fujitsu prognozowało, że 2020 będzie czasem wzmożonej liczby cyberataków. Wiele prognoz na 2020 r. okazało się nietrafnych, gdyż sytuację na rynkach pokrzyżował kryzys wywołany pandemią. Niestety, kwestia zwiększającej się liczby cyberprzestępstw jest wręcz niedoszacowana. Ataki hakerskie – ransomware, phishing, malware i inne – stały się innym rodzajem pandemii, która uderzyła w przedsiębiorstwa, mierzące się w tym czasie także z wieloma nowymi wyzwaniami m.in. pracą zdalną.

Szacuje się, że w 2021 r. ataki ransomware będą występować co 11 sekund, a wartość globalnych szkód, które może wywołać wyniesie nawet 20 bln dolarów. Działalność hakerska będzie jeszcze intensywniejsza, a praca hybrydowa lub zdalna wymaga dodatkwego zabezpieczenia cennych danych.

Co robić? W jaki sposób zabezpieczyć zasoby firmy przed wyciekiem? W jaki sposób uchronić biznes przed nadciągającą lawiną ataków hakerskich? Fujitsu przygotowało prognozy w zakresie cybersecurity na 2021 r.

Hakerzy wykorzystują Home Office

Przejście na pracę zdalną na tak dużą skalę, jak w 2020 r., dotychczas nie miało miejsca. Wiele przedsiębiorstw wcześniej nie prowadziła takiego modelu pracy, a obawa o bezpieczeństwo pracowników i szereg restrykcji, wymusiły szybkie i sprawne przejście na home office. Sytuacja ta utrzymuje się nadal, wiele firm wciąż funkcjonuje w modelu pracy zdalnej, co z pewnością w dużej mierze także w 2021 r. będzie podtrzymywane. Home office na tak dużą skalę zwiększa przestrzeń do cyberataku.

– Warto podkreślić, że działania hakerskie są coraz lepiej dostosowywane, ukierunkowane i spersonalizowane, więc szczególnie e-maile typu spear-phishing mogą być niebezpieczne, gdyż poziom ich wiarygodności jest coraz większy. Niestety organizacji jest niezwykle trudno uchronić się przed tym rodzajem ataku – tutaj szczególny nacisk powinien zostać położony na edukację pracowników oraz stałe ostrzeżenia przed tego rodzaju przestępstwami – mówi Jarosław Cichoszewski, Presales Consultant Fujitsu Poland.

Praca z domu także na nowo zdefiniowała formy komunikacji i zmieniła nawyki pracownicze. Elementy te stawiają przed usługami wiele nowych wyzwań, które muszą korelować z oczekiwaniami pracowników w nowej rzeczywistości, a jednocześnie spełniać swoje naczelne role. Dlatego też należy zwrócić uwagę, że zabezpieczenia, jak i procedury zwiększające poziom ochrony zasobów firmy – powinny one zostać dostosowane do nowego modelu pracy i oczekiwań użytkowników, zapewniając kompromis pomiędzy wysokim komfortem użytkowania, a bezpieczeństwem danych.

– Z perspektywy przedsiębiorstwa koniecznie musimy zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt zwiększonego ryzyka cyberataków. Z racji, że rok 2020 upłynął pod hasłem pandemii, firmy notowały wiele strat, co z pewnością ma swoje przełożenie w budżetach na 2021 r. Ta sytuacja w wielu przypadkach wymusi na przedsiębiorstwach staranną ocenę priorytetów wydatków. Być może przełoży się to również na ograniczenie inwestycji w dostosowanie zabezpieczeń zasobów, co w konsekwencji niesie większe ryzyko ataku lub późne wykrycie zagrożenia, czy też wycieku danych – dodaje Jarosław Cichoszewski.

Wymuszenie, szantaż, haracz – ransomware

W 2020 r. rekordowa wartość okupu, której zażądali cyberprzestępcy wyniosła 15 mln dolarów. Ransomware to niestety wciąż najbardziej kosztowna forma ataku, które nieustannie ewoluuje, zwiększa zarówno swoją częstotliwość, jak i skalę. Dla porównania w 2019 r. szacowano, że wartość szkód wyrządzonych poprzez ransomware wynoszą ok. 11,5 mld dolarów, a obecnie mówi się, że ta wartość wzrośnie o nawet 9 mld dolarów.

Działania cyberprzestępców w obrębie ransomware są coraz bardziej zaawansowane i wyrafinowane. W tym celu coraz częściej wykorzystywana jest sztuczna inteligencja, co także mocno utrudnia wykrywanie potencjalnych zagrożeń.

– Wyciek lub całkowita strata danych to więcej niż utrata zaufania i reputacji firmy – koszty postępowań sądowych, koszty odbudowy zasobów i ich ochrona, szkolenia pracowników, czy nawet konieczność zamknięcia działalności, to inne konsekwencje dotykające organizacje, które padły ofiarą ransomware. Musimy mieć świadomość, że wielu z takich ataków można by uniknąć, stosując lepsze zabezpieczenia danych, czy też lepiej dobierając rozwiązania informatyczne. Ataki te są automatyzowane i możemy spodziewać się, że będzie ich coraz więcej. Dlatego, aby uchronić się przed nimi konieczne jest stałe poszerzanie wiedzy w zakresie cybersecurity oraz wdrażanie skutecznych systemów i procedur, które zabezpieczą dane firmy przed obecnymi oraz nowymi zagrożeniami – mówi Wojciech Wróbel, Data Protection Business Development Manager w Fujitsu Poland.

Era dezinformacji

W ostatnim czasie wzrosło także ryzyko ataków dezinformacyjnych. W kwietniu brytyjskie National Cyber Security Center zgłosiło, że przeciwdziałało aż 2000 oszustwom, w tym zlikwidowało 471 fałszywych sklepów internetowych wykorzystujących osoby szukające usług związanych z koronawirusem, a także 200 stron phishingowych. W marcu 2020 r. firma Check Point poinformowała o gwałtownym wzroście liczby rejestracji nazw domen związanych ze słowem Zoom, które przestępcy wykorzystują z uwagi na rosnącą popularność usług spotkań i konferencji online.

Należy spodziewać, że w 2021 r. podobne działania ze strony cyberprzestępców nie będą słabnąć, a kampanie mające na celu np. zachęcenie do szczepień dadzą dodatkową przestrzeń do podobnych ataków dezinformacyjnych.

– Kryzys wywołany pandemią zmusił nas do wielu zmian: zmiana modelu pracy i nawyków pracowników, wprowadzenie nowych narzędzi cyfrowych – czy też przedefiniował formy komunikacji biznesowej. Wszystkie te elementy umożliwiają firmom nieprzerwaną realizację swoich najważniejszych zadań, ale także stwarzają dość komfortowe warunki dla wszelkiego typu cyberataków. Metody działania hakerów są coraz bardziej wyrafinowane i zmasowane, co znacznie utrudnia wprowadzenie rozwiązań, które zapewnią danym przedsiębiorstwa absolutne bezpieczeństwo. Świadomość skali problemów, znajomość metod stosowanych w cyberprzestępczości oraz odpowiednie zabezpieczenie zasobów firmy znacząco zwiększają poziom ochrony danych i biznesowego bezpieczeństwa firmy, i to powinno stać się jednym z priorytetów przedsiębiorstw w 2021 r. – podsumowuje Wojciech Wróbel.

CD Projekt zaatakowany ekspert od cyberbezpieczeństwa komentuje

Cyberpunk to gra, w której firma CD Projekt stworzyła alternatywną wizję przyszłości, a jej scenariusz ma miejsce w świecie wszechobecnych hakerów. Rzeczywistość pokazuje jednak, że ogromna skala ataków hakerskich, nie jest scenariuszem futurystycznej gry. To dzieje się tu i teraz, a twórcy Cyberpunk’a nie tylko zostali ofiarą ataku, ale również doznali zaszyfrowania danych z żądaniem okupu. Takim okolicznościom zazwyczaj towarzyszy równocześnie groźba upublicznienia danych. Możliwym rozwiązaniem jest wcześniejsze wprowadzenie odpowiednich procedur reagowania na incydent wraz ze strategią zarządzania kryzysowego. Kluczowe jest jednak w pierwszej kolejności przejście audytu inwentaryzacyjnego w aspekcie cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa informacji, gdzie zdefiniowane zostaną kluczowe dla danej firmy obszary, które należy chronić. Dopiero taka analiza ryzyka pozwala na ewentualne jego mitygowanie. Dotyczy to w zasadzie niemal każdej jednej firmy, bez względu na jej rozmiar” – tłumaczy Rafał Jaworski z ProtecHut.

63 proc. firm przed upadłością było notowanych w KRD

Druga połowa 2020 r. przyniosła upadłość 210 firm. 63 proc. z nich było notowanych Krajowym Rejestrze Długów w dniu ogłoszenia upadłości przez sąd. W przypadku połowy upadłych firm bankructwo widać było na horyzoncie już pół roku wcześniej.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2020 r. polskie sądy ogłosiły upadłość obejmującą likwidację majątku 210 firm (dane na podstawie daty postanowienia sądu). Jak wskazują eksperci Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, 63 proc. z tych firm było notowanych w KRD w dniu upadłości, a łączna wartość ich zobowiązań wynosiła 23,2 mln zł. W 49 proc. sygnały o niewypłacalności widać było już na pół roku przed ogłoszeniem upadłości. Z kolei 41 proc. firm było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów na rok przed ogłoszeniem bankructwa.

Od lat obserwujemy, że pierwsze informacje o przyszłych bankrutach pojawiają się w Krajowym Rejestrze Długów na rok i wcześniej przed ogłoszeniem upadłości. Niestety w ubiegłym roku, mimo mniejszej liczby bankructw w drugiej jego połowie, odsetek bankrutów, którzy byli notowani w KRD już 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości, wzrósł z 37,8 proc. do 41,4 proc. To jednak, jaki ostatecznie był wpływ pandemii na liczbę bankructw, zobaczymy tak naprawdę dopiero w tym roku – wskazuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów i dodaje: – Informacja o tym, że firma posiada zaległe zobowiązania finansowe, powinna być dla każdego przedsiębiorcy sygnałem ostrzegawczym. W drugiej połowie roku firmy, które zbankrutowały, naraziły na straty 284 wierzycieli, zalegając im na łączną kwotę ponad 23 milionów złotych. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie i monitorowanie kontrahentów przed nawiązaniem współpracy z nimi i w trakcie trwania umowy.

Upadłość a zadłużenie

Największą kwotę swoim wierzycielom winne były przedsiębiorstwa z Lubuskiego. Wartość zadłużenia sięgnęła prawie 6,8 mln zł. Za nimi uplasowali się bankruci z Mazowsza z 4,2 mln zł długu i Śląska, którzy mieli do oddania 3,7 mln zł. W województwach mazowieckim i śląskim upadłych dłużników było także najwięcej.

Co ciekawe, wśród bankrutów notowanych w KRD mniejszość stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Kwota ich należności stanowi jedną piątą całego zadłużenia wśród przedsiębiorstw. Reszta to długi spółek.

Analizując dane przez pryzmat branż, widać, że najwięcej zobowiązań mają firmy budowlane – 338, zaś najwyższe zadłużenie należy do firm z branży rolniczej (7,1 mln zł).

Kolejne w stawce zadłużenia (z 4,3 mln zł długu) były podmioty z sektora przetwórstwa przemysłowego. Z tej branży wywodziła się prawie co czwarta upadła firma z długami (23 proc.). Bankruci z sektora budownictwa pozostawili po sobie 3,7 mln zł, zaś z handlu ponad 3,1 mln zł. Z tego sektora, podobnie jak w przypadku przetwórstwa przemysłowego, pochodził blisko co czwarty dłużnik.

Należności bankruci mieli spłacić najczęściej funduszom poręczeniowym i pożyczkowym (6,8 mln zł), bankom (3,1 mln zł) oraz firmom leasingowym (1,3 mln zł).

Są też branże, które w czasie pandemii radzą sobie nad wyraz dobrze. W nadchodzącym czasie będziemy więc zapewne obserwować wyraźne zróżnicowanie sytuacji różnych branż, także w gronie bankrutów. Narastanie tego zjawiska tam, gdzie pandemia uczyniła największe spustoszenia, a wygasające programy pomocowe nie są w stanie zrekompensować przedsiębiorcom strat, i zmniejszanie się go w gronie tych, którzy w nowej rzeczywistości radzą sobie lepiej. Z drugiej strony trzeba jednak też pamiętać, że gospodarka to system naczyń połączonych i jeśli kryzys będzie się przedłużał, uderzy koniec końców we wszystkich – zaznacza Adam Łącki.

Szczerość podstawą negocjacji

Proces odzyskania należności od przedsiębiorstw zagrożonych niewypłacalnością jest bardzo złożony. Jak przyznają eksperci od windykacji, jeśli firma sama nie powie, że ma poważne problemy finansowe, to oni o tym nie wiedzą. Negocjatorzy zawsze starają się tak ułożyć plan spłat, aby firma zachowała „moce produkcyjne” i mogła zarabiać, a w efekcie oddać należności i dalej funkcjonować.

Problemy finansowe nie pojawiają się nagle, zazwyczaj narastają powoli. Na jedną firmę notowaną w KRD, która ogłosiła upadłość, przypadało średnio trzech wierzycieli. Przedsiębiorstwa zlecające profesjonalną windykację muszą wiedzieć, że im szybciej upomną się o zapłatę, tym większe szanse mają na sukces. A firmy zagrożone upadłością w rozmowach z negocjatorem powinny szczerze mówić o swoich problemach finansowych. Profesjonalna firma windykacyjna jest w stanie pomóc im przebudować portfel płatności w taki sposób, aby przedsiębiorstwo  mogło spłacić swoje zobowiązania, ale równocześnie nadal funkcjonować i sprzedawać swoje produkty. Wierzycielom, którzy kierują faktury do windykacji, zależy na odzyskaniu pieniędzy, a nie na tym, aby ich kontrahent zbankrutował. Bo wtedy nie dostaną ani złotówki – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Odwilż w upadłościach?

W 2020 r. wiele wskazywało na to, że ryzyko upadłości biznesów jest wyższe. Część branż z dnia na dzień straciła możliwość prowadzenia działalności, wiele przedsiębiorstw funkcjonowała w ograniczonym zakresie. Toteż pod koniec roku spodziewano się wyraźnego wzrostu bankructw. Jednak największa fala upadłości związana była z samym wybuchem pandemii i przypadła na pierwszą połowę ubiegłego roku. Wtedy to sądy przyjęły wnioski o upadłość 286 firm, o jedną czwartą więcej niż w kolejnym półroczu. Znacznie wyższa była także suma zadłużenia bankrutów, która w momencie ich upadłości opiewała na ponad 50 mln zł, wynika z danych KRD.

Liczba samych bankructw w biznesie w ciągu całego 2020 r. była zbliżona do poziomu notowanego w 2019 r. Jednak nie wszystkie firmy zmagające się z niewypłacalnością mogły skorzystać z opcji ogłoszenia upadłości. Wg danych COIG, sądy więcej wniosków o upadłość oddaliły, aniżeli zatwierdziły. Pełniejszy obraz zagrożenia niewypłacalnością w biznesie pokazuje więc połączenie danych dla upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych. W tym przypadku wzrost rok do roku wyniósł 32 proc.

Patrząc na dane Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej widać, że w drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła też liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. O ile w czerwcu liczba jednoosobowych działalności gospodarczych, które rozpoczęły lub odwiesiły działalność była o 125 proc. wyższa, niż tych, które ją zamknęły lub zawiesiły, o tyle w grudniu mieliśmy sytuację odwrotną. 71 proc. więcej firm zawiesiło lub zamknęło działalność niż ją założyło lub wznowiło. To może więc oznaczać, że w dobie kryzysu firmy nie liczą na odmianę losu i aby uniknąć bankructwa zawczasu kończą swój biznes – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu KRD BIG SA.

Cyfrowa Polska dołączyła do Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy

Związek Cyfrowa Polska został członkiem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy, którego jednym z głównych celów jest promowanie najwyższych standardów komunikacji. – Nowoczesne technologie są dziś ważnym nośnikiem reklam. Dlatego branża cyfrowa powinna robić wszystko, by przekazy te były rzetelne i odpowiedzialne – mówi prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik.

Michał Kanownik podkreśla, że jego Związek zawsze promował wszelkie inicjatywy mające na celu stosowanie dobrych praktyk. – Cyfrowa Polska chce też aktywnie uczestniczyć w przedsięwzięciach dążących do samoregulacji branży reklamowej w Polsce, która w dużej mierze rozwija się dziś cyfrowo – zaznacza.

­– Rada Reklamy kładzie nacisk na etyczny aspekt przekazów reklamowych, zwłaszcza gdy powszechnie korzystamy z nowoczesnych technologii. Dlatego bardzo cieszymy się, że Cyfrowa Polska dzieli z nami te wartości i jako przedstawiciel branży cyfrowej włącza się w prace naszej organizacji” – powiedziała Agnieszka Kępińska – Sadowska, prezes Rady Reklamy

Związek Cyfrowa Polska jest branżową organizacją pracodawców – zrzesza największe w Polsce firmy z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii, w tym producentów, importerów i dystrybutorów. Głównym celem organizacji jest dbanie o rozwój tego sektora w Polsce. Związek wspiera członków w wyzwaniach regulacyjnych i buduję platformę dialogu z interesariuszami, dzieląc się doświadczeniem biznesowym, zarówno krajowym, jak i globalnym

Z kolei misją Związku Stowarzyszeń Rady Reklamy jest eliminowanie nieetycznego i nieuczciwego przekazu reklamowego oraz promowanie najwyższych standardów komunikacji poprzez upowszechnianie Kodeksu Etyki Reklamy oraz nadzór nad przestrzeganiem jego zapisów.

Rada Reklamy od 2006 roku działa na rzecz samoregulacji, regularnie rozszerzając Kodeks Etyki Reklamy o nowe zobowiązania samoregulacyjne branży reklamowej w Polsce, wierząc głęboko, że jest to właściwa i skuteczna forma kreowania właściwych standardów na rynku. W krajach takich jak Polska, gdzie samoregulacja środowiskowa działa jak należy i jest regularnie poszerzana, nie ma potrzeby tworzenia szczegółowych przepisów prawnych.

Organizacja liczy obecnie 30 członków. Rada Reklamy jest członkiem The European Advertising Standards Alliance (EASA) – międzynarodowej organizacji zrzeszającej organizacje samoregulacyjne z 26 krajów.

Rekordowy obrót Notino: ponad 560 milionów Euro w 2020 roku

Notino zakończyło 2020 rok z rekordowym obrotem na poziomie ponad 560 milionów Euro[1]. Wyniki odnotowane przez czeskiego giganta branży kosmetycznej są wyższe aż o 42 procent w porównaniu rok do roku. Polski rynek odpowiada za 19,5 procent wypracowanego rocznego obrotu marki. Liczba klientów perfumerii wzrosła w 2020 roku o 3,5 miliona, co w podsumowaniu oznacza już ponad 16,5 miliona osób korzystających z oferty perfumerii.

W ubiegłym roku najsilniejszą kategorią sprzedażową produktów niezmiennie pozostawały perfumy – obrót z ich sprzedaży wzrósł o 22 procent w porównaniu rok do roku. Wysoki, bo 50-procentowy wzrost odnotowała kategoria kosmetyków kolorowych oraz produktów do pielęgnacji włosów i skóry twarzy, których obroty były wyższe aż o 70 procent. Łącznie lider branży beauty i e-commerce sprzedał ponad 55 milionów produktów.

Sprzedaż perfum stanowi połowę wyniku finansowego wypracowanego przez Notino i od dawna jest siłą napędową do zwiększania naszych obrotów. W ubiegłym roku obserwowaliśmy ekstremalny wzrost w kategorii kosmetyków. Zdajemy sobie sprawę, że kosmetyki są obecnie tym, czego poszukują i potrzebują nasi klienci, dlatego dokładamy starań, by wciąż poszerzać ofertę produktów do makijażu oraz pielęgnacji włosów i skóry twarzy komentuje Zbyněk Kocián, dyrektor generalny Notino.

Rok 2020 był rekordowy dla Notino nie tylko pod względem obrotów. Firma nadała ponad 12 milionów przesyłek w całej Europie, a w szczycie sezonu, przypadającym na czas promocji Black Friday, obsłużyła 140 000 zamówień jednego dnia. Średnia dzienna liczba obsługiwanych przesyłek w ciągu roku wyniosła około 30 000 sztuk. Liczba klientów perfumerii wzrosła w 2020 roku o 3,5 miliona, co w podsumowaniu oznacza już ponad 16,5 miliona osób korzystających z oferty Notino. Firma, która jest obecna na 24 rynkach do tej pory obsługiwała swoich klientów z jedynego punktu dystrybucyjnego w Czechach. W 2020 roku uruchomiła drugie centrum logistyczne w Rumunii, które będzie obsługiwało dostawę przesyłek m.in. do Grecji czy Bułgarii.

Centrum dystrybucyjne Notino w Rumunii
Centrum dystrybucyjne Notino w Rumunii

W czasach trwającej pandemii COVID-19 granice, które dotychczas nie stanowiły problemu w Unii Europejskiej, nagle stały się utrudnieniem. Zależy nam na tym, aby nasi klienci niezmiennie otrzymywali swoje zamówienia nie tylko na czas, ale nawet szybciej niż do tej pory. Wierzymy, że w osiągnięciu tego celu pomocne będzie nasze nowe centrum dystrybucyjne, które zostało zlokalizowane w Bukareszcie. Dzięki temu możemy przenieść doświadczenie zakupowe w Internecie na nowy, wyższy poziom. Decentralizacja zarządzania i magazynowania jest dla Notino równoznaczna z dalszą ekspansją firmy na rynki zagraniczne – dodaje Kocián.

W 2020 roku firma powiększyła liczbę swoich sklepów stacjonarnych w Polsce otwierając swoją największą i najnowocześniejszą perfumerię w warszawskim centrum handlowym Westfield Arkadia. Wnętrze nowego oddziału Notino to wyjątkowe połączenie unikalnego designu i nowoczesnych technologii zapewniających najwyższy poziom świadczonych usług. Dzięki technologiom Youth Finder i Shade Finder firmy Lancôme, w sklepie można przeprowadzić diagnostykę skóry lub dobrać odpowiedni odcień podkładu. Wyjątkowym rozwiązaniem – jedynym tego rodzaju w Polsce – jest fragrance finder AirParfum.

Notino prowadzi sklepy stacjonarne łącznie w 9 krajach, w tym w Polsce, Czechach i Austrii.

[1] Kurs z dnia 5.02.2021

Marketing medyczny staje się coraz ważniejszy

Jeszcze jakiś czas temu nikt nie pomyślałby nawet, że lekarz musi się w jakikolwiek sposób reklamować. W końcu jego usługi zawsze są potrzebne i to pacjenci zabiegają zwykle o jego uwagę – a nie odwrotnie. Sytuacja na rynku uległa jednak zmianie i pomimo, że prawo zabrania lekarzowi namawiania ludzi do skorzystania ze swojego gabinetu – nie oznacza to, że o marketing nie należy dbać w ogóle.

Powód tego wszystkiego jest bardzo prosty – mamy coraz więcej lekarzy, którzy również uważają, że są najlepsi w swojej specjalizacji. Nagle okazało się, że w jednym mieście nie potrzeba aż 10 dentystów i każdy z nich musi w jakiś sposób wyróżnić się na tle innych – bez tego jest niestety narażony na brak zarobków i konieczność zamknięcia gabinetu. 

Co może nas wyróżnić? 

Na początek koniecznie umieśćmy na swojej stronie informacje o tych kompetencjach, które sprawiają, że jesteśmy lepsi od innych. Jeżeli mamy więcej ukończonych kursów i różne certyfikaty, które gwarantują nam szersze uprawnienia – taka informacja musi pojawić się na stronie internetowej. Podobnie w przypadku, gdy oferujemy możliwość odbycia wizyty w formie zdalnej. Obecnie jest to coraz bardziej pożądany sposób leczenia, który nie jest wciąż dostępny w każdej placówce – jeżeli będziemy oferować taką opcje to na pewno zyskamy dużo w oczach pacjenta. 

Możemy zainwestować także w konto na portalu społecznościowym, które będzie powiązane z naszą stroną. Niektórzy pacjenci wolą taki sposób porozumiewania się w celu umówienia wizyty lub szybkiego uzyskania informacji – na maila zwrotnego czasami trzeba zbyt długo czekać, a nie każdy lubi prowadzić rozmowy telefoniczne. 

Co będzie dalej? 

W najbliższych latach możemy spodziewać się, że lekarze będą coraz częściej zatrudniali specjalne firmy, które zawodowo zajmują się tworzeniem kampanii marketingowych. Marketing medyczny będzie się rozwijał i jeżeli nie będziemy chcieli brać w tym udziału – zostaniemy na uboczu. Pamiętajmy, że chaos na naszej stronie internetowej sprawi, że pacjent będzie sobie wyobrażał, że tak samo wygląda nasz gabinet. 

Musimy wzbudzać zaufanie zarówno podczas wizyty, jak i na stronie, która nas reprezentuje. Brak wystarczającej ilości informacji spowoduje, że nikt się o nas nie dowie – a wtedy nikt nie będzie się zapisywał. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją przygodę z prywatnym gabinetem to koniecznie zabierzmy się za to dobrze od razu – później marketing medyczny będzie ciągle schodził na dalszy plan i stracimy w ten sposób bardzo dużo pieniędzy. Dlatego opracowanie strategii warto zlecić specjalistom, np. agencja marketingu lokalnego Simpliteca.com

Alimenciarze zalegają już blisko 13 mld. Średni dług to ponad 42 tys. złotych. Rekordzista ze Śląska zalega blisko 800 tys.

Jak wynika z analizy danych, pochodzących z trzech największych rejestrów długów,  zaległości alimenciarzy wynosiły na koniec ubiegłego roku od ponad 11,2 mld zł do przeszło 12,9 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie przekroczyło już 42 tys. zł. To oznacza, że tylko w ciągu ostatniego roku podskoczyło o 1,5-2 tys. zł. Rekordzista z województwa śląskiego ma do uregulowania blisko 800 tys. zł. Z danych również wynika, że zdecydowana większość dłużników to mężczyźni.

Na koniec 2020 roku zadłużenie alimentacyjne w Krajowym Rejestrze Długów wyniosło ponad 12,9 mld zł. To o przeszło 666 mln zł więcej niż 12 miesięcy wcześniej, kiedy kwota ta nieznacznie przekroczyła 12,2 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie z tego tytułu zwiększyło się o ponad 2 tys. złotych, tj. z blisko 41 tys. do prawie 43 tys. złotych.

– Od 1 października ub.r. wzrosło kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego z 800 do 900 zł. To jeden z czynników wpływających na zwiększenie liczby wpisów dotyczących zadłużenia alimentacyjnego. Ponadto docierają do nas sygnały z MOPS-ów i GOPS-ów, że z powodu pandemii część dłużników nie mogła podjąć pracy, a tym samym nie była w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków – podkreśla Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska z Krajowego Rejestru Długów.

W grudniu ub.r. największa kwota do oddania należała do mieszkańca woj. śląskiego, który miał do uregulowania ponad 439 tys. zł. Patrząc na poszczególne województwa, najbardziej zadłużone były osoby z mazowieckiego – przeszło 1,7 mld zł, śląskiego – blisko 1,6 mld zł oraz dolnośląskiego – ponad 1,2 mld zł. Natomiast 234 mln zł wynoszą długi alimenciarzy, którzy nie zostali przypisani do żadnego z  obszaru.

– W 2019 roku najwięcej zadłużonych alimenciarzy było w wieku 46-55 lat. Rok później najliczniejszą grupę tworzyli mężczyźni z przedziału wiekowego 36-45 lat. Można zatem zauważyć, że przybywa dłużników w młodszych grupach wiekowych, a ubywa – w starszych. Zawsze jednak przewagę stanowią osoby z miasta niż ze wsi – analizuje ekspert z KRD.

Z kolei alimenciarze z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor mieli ostatnio do spłacenia ponad 11,2 mld złotych. To niespełna 204 mln mniej niż na koniec 2019 roku. W tym okresie liczba takich dłużników spadła o przeszło 15 tys. W grudniu ub.r. było ich niespełna 272 tysięcy, a rok wcześniej – niemal 287 tys. Średni dług na osobę zwiększył się o około 1,5 tys. złotych, z blisko 40 tys. do ponad 41 tys. złotych. Najwyższy był w województwie świętokrzyskim i wyniósł prawie 46,5 tys. złotych.

– Spadki liczby dłużników wynikają z dwóch powodów. Niektórzy spłacili zaległość, a innym pomogły przepisy. One nakazały usunięcie osób z rejestru BIG z długami powstałymi wcześniej niż przed 6 laty. Takich przypadków w minionym roku było ponad 7 tys. W tym samym okresie gminy przekazały nam ponad 23,5 tys. kolejnych dłużników alimentacyjnych. Najwięcej w lipcu – 2655, a także w marcu – 2586 osób – analizuje Diana Borowiecka z BIG InfoMonitor.

Ostatnio najliczniejszą grupę dłużników stanowili mieszkańcy województwa śląskiego – prawie 36 tys. (w 2019 roku – ponad 37,3 tys.). Wśród nich był 55-latek mający do uregulowania przeszło 776 tys. złotych. Tam łączna kwota zaległości wyniosła ponad 1,4 mld złotych. Dalej widzimy woj. mazowieckie – przeszło 1,25 mld zł, a za nim – dolnośląskie – niespełna 1,1 mld złotych.

– Teraz niepłacącym jest łatwiej się tłumaczyć. Obok pracy na czarno wymieniają też brak przelewów od pracodawców. Albo bez ogródek przerzucają całą winę na koronakryzys. Jednak 1 grudnia 2020 r. weszła w życie kolejna część przyjętych wcześniej rozwiązań zapobiegających unikaniu płacenia alimentów. W kodeksie pracy rozszerzony został katalog kar oraz wykroczeń wymierzony przeciw pracodawcy, który zatrudnia na czarno lub zataja wysokość wynagrodzenia dłużnika alimentacyjnego – zaznacza ekspert z BIG InfoMonitor.

Natomiast w bazie ERIF BIG SA długi osób zalegających z alimentami wzrosły w ciągu roku o ponad 400 mln zł. Na koniec grudnia ub.r. zobowiązania te wyniosły przeszło 12,7 mld złotych, a rok wcześniej – ponad 12,3 mld. W tym czasie średnie zadłużenie zwiększyło się z 40 tys. na 42,5 tys. złotych. Zmniejszyła się za to rekordowa kwota do oddania. Ostatnio jedna z osób miała do uregulowania z tego tytułu niemalże 559 tys. zł, a w 2019 roku zestawienie otwierał wynik 702 tys. złotych.

– Biura Informacji Gospodarczej nie posiadają danych dotyczących powodów niepłacenia alimentów. Nie możemy więc jednoznacznie stwierdzić czy i w jaki sposób pandemia wpłynęła na statystyki z 2020 roku. Natomiast obserwowany wzrost wartości długów alimentacyjnych i ich średniej wysokości w porównaniu z 2019 rokiem jest zbliżony do poprzednich lat – mówi Aleksandra Wilczak-Grzesik z ERIF BIG SA.

Ostatnio najwięcej osób niepłacących alimentów pochodziło z województwa śląskiego – 35,7 tys. osób (w 2019 roku – ponad 36,5 tys.), a najmniej – z opolskiego – 5 tys. (5,1 tys.). Zobowiązania tych pierwszych wyniosły prawie 1,5 mld złotych (wcześniej – ponad 1,4 mld), drugich – 204 mln (poprzednio ponad 204 mln zł).

– Zdecydowaną większość osób, które nie wywiązywały się z obowiązków rodzicielskich w analizowanych okresach, stanowili mężczyźni – 94%. W 2019 roku najwięcej było ich w wieku 35-44 lata, a rok później – w przedziale wiekowym 45-54 lata. Natomiast kobiety zalegające z płatnościami mają najczęściej 35-44 lata – podsumowuje ekspert ERIF Biuro Informacji Gospodarczej.

Upadłości konsumenckie w czasach pandemii biją rekordy popularności. „Możliwe nawet 15 tysięcy w roku 2021”

Temat upadłości konsumenckich nie jest sprawą nową, ale nie da się ukryć, że rok 2020 dał tej sprawie zupełnie nowe życie. Pandemia COVID-19 spowodowała, że wielu Polaków znalazło się w trudnej sytuacji finansowej, a ułatwienia legislacyjne sprawiły, że dostępność do upadłości jest relatywnie łatwiejsza niż wcześniej. Czy Polacy są przekonani do rozpoczynania nowego życia po upadłości konsumenckiej? Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska rośnie świadomość zalet tego rozwiązania, ale społeczeństwo musi być również poinformowane o obowiązkach i konsekwencjach upadłości konsumenckiej. – Rok 2020 był rekordowy jeżeli chodzi o liczbę zapytań w tej sprawie. Nie ulega jednak wątpliwości, że społeczeństwo musi być na bieżąco z wiedzą z czym wiąże się decyzja o upadłości i jakie konsekwencje za sobą niesie – mówi Katarzyna Michalska, ekspert ds. restrukturyzacji, dodając, że w obecnym kształcie upadłość konsumencka może być dla wielu osób bardzo atrakcyjna.

Nowe życie bez windykatorów i wezwań do zapłaty? Możliwe dzięki upadłości konsumenckiej

Zmiany legislacyjne doprowadziły do tego, że upadłość konsumencka staje się atrakcyjna nie tylko dla tych, którzy znaleźli się w tarapatach finansowych ze swojej winy, ale i dla tych, co problemy finansowe mają poprzez np. nienależyte  rozporządzanie majątkiem. Oczywiście nie jest tak, że każdy, kto złoży wniosek do sądu, bez problemu otrzyma decyzje. Na pewno jednak jest tak, że łatwiej jest o upadłość konsumencką niż jeszcze kilka lat temu.

– Świadomość, że nie musimy żyć z długami i możemy rozpocząć nowe życie jest na pewno bardzo cenna i dla wielu osób atrakcyjna. Wierzyciele będą korzystać, bo jest szansa na etapowe odzyskanie należności, a dłużnik będzie mógł odzyskać spokój bez windykatorów czy perspektywy utraty całkowitej majątku – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy. – Zachęcam osoby, które są zagrożone niewypłacalnością do rozważenia upadłości konsumenckiej. Zachęcam  również do konsultowania się ze specjalistami jakie mamy opcje działania; może rozwiązaniem byłaby restrukturyzacja zadłużenia, pozasądowe ugody z wierzycielami. Zdecydowanie odradzamy zaciąganie kolejnych zobowiązań by spalać stare długi – dodaje Filip Kiżuk.

Otoczenie gospodarcze roku 2020 i 2021 bardzo sprzyja upadłościom konsumenckim. Pandemia koronawirusa doprowadziła do bankructwa wiele firm. Recesja jest największa od trzech dekad, a wiele osób straciło pracę. To czynnik sprawiający, że osoby chcące poradzić sobie z zadłużeniem mogą skierować swoją uwagę właśnie w stronę upadłości konsumenckich.

„Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej”

W latach 2015-2018 ilość ogłaszanych upadłości konsumenckich wahała się od 6-8 tysięcy rocznie. Według przewidywań w roku 2020 i 2021  te statystyki grubo przekroczą 10 tysięcy, a może nawet 12. To dowód na trudną sytuacje gospodarczą, wzrost znaczenia instytucji upadłości konsumenckiej oraz zainteresowanie chęcią rozwiązania swoich problemów finansowych w sposób zgodny z prawem. Ilość zapytań o upadłości jest rekordowa, ale może to nie przynieść pełnego odzwierciedlenia w statystykach ze względu na spowolnienie pracy sądów w czasie pandemii.

– Skala problemu rośnie, bo ma związek z gospodarką i tym, co się dzieje w biznesie. Grupa osób objęta ryzykiem upadłości konsumenckiej wzrosła. Mówimy o fali zbliżających się upadłości konsumenckich, co zauważają często osoby między 30-40 rokiem życia, obciążone pożyczkami, leasingami i kredytami mieszkaniowymi. To często dramatyczne sytuacje, bo po zwolnieniach z pracy niektórzy popadają w depresję, nie mogą znaleźć pracy lub znajdują takie zatrudnienie, które nie daje im możliwości spłacenia zobowiązań. Spodziewamy się, że upadłości konsumenckich będzie coraz więcej, bo lockdown nie ustępuje, a zwolnień jest coraz więcej mimo Tarcz Finansowych i Tarcz Antykryzysowych. Po telefonach, wiadomościach i pytaniach widzimy, że tempo będzie rosnąć, trudno tylko ocenić jego dynamikę – mówi Katarzyna Michalska.

– Jestem przekonany, że w roku 2020 padnie rekord, a w 2021 kolejny. To będą liczy przekraczające 10 tysięcy, a może nawet zbliżenie się do 15 tysięcy – dodaje Filip Kiżuk.  Dla kogo upadłość konsumencka jest więc najlepszym rozwiązaniem? – Dla tych, którzy chcą żyć bez długów i są gotowi uczciwie poświęcić swój dotychczasowy dorobek żeby spłacić zadłużenie. Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej. To może być krok do lepszego życia – mówi Katarzyna Michalska.

Wyhamowały spekulacje na srebrze. Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach

Rada Polityki Pieniężnej na posiedzeniu w środę 3. lutego utrzymała, zgodnie z oczekiwaniami, wszystkie stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Potwierdziła również kontynuację programu skupu obligacji Skarbu Państwa i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa. W piątek odbyła się konferencja prezesa NBP, na której po raz pierwszy od dawna w wypowiedzi prezesa NBP pojawiło się stwierdzenie o „możliwej podwyżce stóp procentowych”. Oczywiście jest to jednak tylko scenariusz na dalszą przyszłość, tj. rok 2022, i jedynie w przypadku znacznego wzrostu inflacji.

W minionym tygodniu ciekawie kształtował się rynek metali szlachetnych. W poniedziałek 1. lutego cena uncji srebra przebiła 30 USD, osiągając najwyższy poziom od niemal 8 lat. W kolejnych dniach nastąpiła jednak korekta i srebro zakończyło tydzień ceną $26,9, czyli niemal identyczną jak w piątek 27.01. Mimo, że za tak dynamicznym wzrostem ceny srebra stała spekulacja ze strony indywidualnych inwestorów, to wyższe ceny srebra mają uzasadnienie w analizie fundamentalnej. Srebro ma ogromne znaczenie w transformacji energetycznej, która już się zaczęła, więc spodziewany jest wzrost popytu na ten metal, co powinno przełożyć się na wzrosty cen. Kurs złota z kolei obniżył się w minionym tygodniu o blisko 2%. Siła relatywna srebra do złota jest coraz bardziej widoczna.

Po kończących styczeń spadkach na Wall Street, indeksy takie jak S&P 500 i Nasdaq 100 powróciły do ustalania historycznych rekordów już w czwartek 4.02. Nowy szczyt wyznaczył także zrzeszający mniejsze amerykańskie spółki indeks Russell 2000. Tak dobre nastroje z ostatnich tygodni niestety ominęły nasz rodzimy rynek. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,83% w ostatnim tygodniu. Lepiej poradziły sobie średnie i małe spółki – mWIG40 wzrósł 1,36%, a sWig80 1,53%.

Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach. Wyhamowały spekulacje na srebrze, po tym jak ustabilizował się również rynek akcji. Uwaga rynków jest obecnie zwrócona w kierunku wypowiedzi przedstawicieli najważniejszych banków centralnych oraz znaczących instytucji rynku finansowego. W tym tygodniu zaplanowane jest wystąpienie przewodniczącego FED – J. Powella (środa 10.02). Ważnym impulsem zmian mogą być również ustalenia dotyczące nowego pakietu fiskalnego, o wartość 1,9 mld USD.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Rośnie standard pracy w dyskontach. Mniej skarg na prace w dużych sklepach

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom od wielu lat zajmuje się wspieraniem pracowników, którzy z różnych powodów popadają w konflikty ze swoimi pracodawcami. Wiele tematów dotyczy np. Nieregularnych wynagrodzeń, zwolnień bez powodu czy zachowań mobbingowych. W pierwszych miesiącach naszej działalności wiele osób skarżyło się na pracę w dyskontach. Jak to się zmieniało na przestrzeni ostatnich lat? Radykalnie. – Obecnie takich zgłoszeń jest niewiele, a jeżeli już są to częściej dotyczą relacji pracownik-klient niż pracownik pracodawca – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Praca na kasie nie jest już wstydem. W dyskontach pracują już nauczyciele, ludzie kultury, pracownicy gastronomii…

Od momentu gdy praca „na kasie” była wstydem minęło już kilka lat. Obecnie dyskonty kreują się na pracodawców premium, którzy nie tylko regularnie podnoszą wynagrodzenia swoim pracownikom, ale i dbają o nich oferując benefity, premie i programy rozwojowe niemożliwe do osiągnięcia np. w budżetówce czy w wielu korporacjach. Dla wielu osób praca w sklepie wciąż jest pracą poniżej ambicji, ale w czasach pandemii koronawirusa pracodawca zatrudniający i regularnie płacący wysokie wynagrodzenia staje się bardzo atrakcyjny.

– Miałam okazję rozmawiać ostatnio z szefem związku zawodowego w jednej z dużych sieci dyskontowych. Dowiedziałam się, że nabór prowadzony jest regularnie, pracowników przybywa i są to osoby po których jeszcze kilka lat temu nie spodziewalibyśmy się dyspozycji do pracy w sieciówkach. To ludzie po studiach, nauczyciele, pracownicy branży kreatywnej. Nie ma już wstydu pracy w takim sklepie, bo wynagrodzenia tam dynamicznie rosną, podobnie jak standard pracy. Uważamy, że handel się mocno ucywilizował i choć zarządzanie korporacyjne może budzić pewne konflikty i handel w dyskontach ma swoją specyfikę to na pewno ostatnie lata przynoszą bardzo pozytywne zmiany – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Pracownicy dyskontów mogą liczyć na wyższe wynagrodzenia, premię i benefity. Muszą jednak być gotowi do pracy w późnych godzinach wieczornych oraz muszą spodziewać się bieżących interakcji z klientami, co w czasach pandemii jest dla niektórych zniechęcające.

Na co się skarzą pracownicy dyskontów? Częściej na klientów niż na pracodawców…

Prezes Małgorzata Marczulewska przyznaje, że niegdyś skarg na prace w dyskontach było więcej. Dotyczyły one np. mobbingu, różnicowaniu w siatce wynagrodzeń, konieczności pracy w niedzielę czy np. przerzucaniu pracownika „od sklepu do sklepu” w ramach jednej sieci. Obecnie skarg jest mniej.

– Widzimy zdecydowaną poprawę. W roku 2017 najwięcej mieliśmy skarg na prace sezonowe w kurortach, a potem właśnie na dyskonty. Obecnie taka sytuacja nie ma miejsca i skargi są incydentalne. Wiosną pojawiło się kilka wiadomości o brak wystarczającego zabezpieczenia przed koronawirusem czy o konieczność pracy w nocy, co nie podobało się pracownikom. Nasi prawnicy konsultowali te sprawy, ale trudno jest skarżyć się na coś, co sklep wprowadza jako pewien standard pracy – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Więcej skarg dotyczyło relacji klient – pracownik. Mowa choćby o obsłudze klientów bez maseczek czy klientów w czasie godzin dla seniorów. Powodowało to wiele sytuacji konfliktowych – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Wyższe wynagrodzenia w dyskontach to dobra wiadomość. – Jedyne czego nie rozumiem to różnicowanie ze względy na regiony w Polsce i na lokalizacje sklepów. Moim zdaniem siatka płac powinna być sprawiedliwa dla wszystkich pracowników. Wysokość deklarowanych podwyżek robi wrażenie i oceniana może być tylko pozytywnie – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

FPP radzi rządowi: nie podwyższajcie podatków, stymulujcie popyt

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) rekomenduje rządowi działania, które pomogą wyjść z kryzysu gospodarczego, bez obciążania kieszeni Polaków i przedsiębiorców. Rekomendacja polityki finansowej FPP w czasach korona-kryzysu nie zaleca zwiększania i wprowadzania nowych podatków i akcyz. Ekonomiści radzą, by zamiast podwyższania podatku VAT, zwiększyć wpływy z niego za pomocą stymulowania gospodarki i wspierania popytu. Rekomendacje FPP pozwalają uniknąć przeniesienia kosztów podatkowych na konsumentów, a także nie dopuścić do zwiększenia szarej strefy. Dotyczą zarówno CIT – rozumianego jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy do budżetu, akcyzy – jako regulacji wpływającej na postawy konsumentów, lecz płaconej realnie z kieszeni obywateli oraz VAT – który może zwiększać wpływy do budżetu przy jednoczesnym stymulowaniu gospodarki. Patriotyzm gospodarczy to uczciwy CIT lub inwestycje.

– Staramy się pokazać rządowi, że da się z jednej strony zwiększać wpływy do budżetu, a z drugiej strony nie obciążać konsumenta. Większe wpływy z VAT-u możemy uzyskać przez pobudzanie gospodarki. Zalecamy również ostrożność w manipulowaniu akcyzą, gdyż ona pochodzi z kieszeni konsumenta – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Proste zwiększanie stawek akcyzy w okresie pandemii i kryzysu gospodarczego jest nieracjonalne i szkodliwe dla gospodarki, bo obniża siłę nabywczą Polaków na wszystkie towary i usługi – nie tylko te objęte akcyzą. Nie ma aktualnie żadnych przesłanek merytorycznych do dokonywania rewolucji w systemie akcyzy, a podejmowanie tego tematu w okresie destabilizacji gospodarczej – podczas gdy wielu przedsiębiorców zmaga się ze skutkami epidemii, walczy o zachowanie łańcucha wartości i miejsc pracy – jest szczególnie nieodpowiedzialne. W tej układance bardzo ważny jest także podatek CIT. Patriotyzm gospodarczy, o którym tak często się mówi, powinien polegać na tym, żeby płacić CIT w Polsce. To zwiększy wpływy do budżetu i środki na rozwój i inwestycje. Rekomendujemy rządowi zdecydowane działania ratujące miejsca pracy w najbardziej zagrożonych sektorach. Jednym z takich projektów jest bon żywnościowy, który może uratować branżę gastronomiczną w Polsce. Bon żywnościowy już funkcjonuje w obiegu polskim, jest jednak marginalnie wykorzystywany, ze względu na jego wysokie opodatkowanie. Jeżeli zdejmiemy z niego ciężar podatkowy, możemy zarówno zwiększyć wpływy do budżetu państwa, jak i pobudzić rynek gastronomiczny. Wyliczyliśmy, że takie działanie może uratować 100 tysięcy miejsc pracy – podkreśla Kowalski.

Co zapewni przedsiębiorcom energię i ciepło za kilka lat? Kogeneracja

Zgodnie z danymi Polskich Sieci Elektroenergetycznych w sierpniu 2020 roku aż 78% energii elektrycznej w Polsce było produkowane z węgla brunatnego i kamiennego. Z kolei według raportu „Ciepłownictwo w Polsce” z 2019 roku do celów grzewczych zużywamy rocznie 26 mln ton tego surowca. Rządzący wiedzą, że musimy szukać alternatyw, bo inaczej zmusi nas do tego uciekający czas. Polska gospodarka nie jest jednak gotowa, zarówno od strony technicznej jak i ekonomicznej, na całościowe przejście na źródła bezemisyjne. Rozwiązaniem, które okazuje się być w zasięgu, jest kogeneracja gazowa.

Unia nakazuje przejść na niskoemisyjne źródła. Po co sięgną przedsiębiorcy?

Europa zdecydowała o zwiększeniu poziomu ambicji klimatycznych. Rada Europejska w grudniu zeszłego roku zatwierdziła nowy cel dotyczący redukcji emisji do roku 2030 o co najmniej 55% w porównaniu z poziomem z roku 1990. Przejście na niskoemisyjne rozwiązania energetyczne zdaje się być dla przedsiębiorców już nie tylko stopniowo wdrażanym procesem, a wręcz koniecznością.

Czym jest kogeneracja gazowa?

Kogeneracja to skojarzona produkcja, która w jednym procesie technologicznym – spalania np. gazu lub biogazu – łączy wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. Dzięki takiemu rozwiązaniu przedsiębiorca może wykorzystać pierwotną energię znacznie efektywniej niż w przypadku produkcji w źródłach konwencjonalnych. Decydując się na wprowadzenie kogeneracji mamy do wyboru różne rozwiązania technologiczne, które można dopasować do możliwości firmy. Dla mniejszych mocy wykorzystuje się silniki gazowe, dla większych (głównie w przypadku elektrowni, lub elektrociepłowni gazowych o mocy kilkudziesięciu MW) stosuje się turbiny gazowe.

Dlaczego kogeneracja to opłacalna przyszłość w energetyce?

Kogeneracja to przede wszystkim ograniczenie emisji szkodliwych gazów cieplarnianych (m. in. dwutlenku węgla, tlenków siarki oraz azotu) i pyłów do atmosfery. Jednak poza aspektem środowiskowym jest jeszcze seria argumentów, które potwierdzają, że proces ten jest korzystnym rozwiązaniem dla przedsiębiorcy.

Straty energii pierwotnej niezbędnej do wytworzenia tej samej ilości prądu i ciepła w przypadku kogeneracji wynoszą około 40% mniej niż w przypadku konwencjonalnych metod. Wyższa wydajność energetyczna jest oszczędnością dla przedsiębiorcy, a produkcja energii pochodzącej z kogeneracji jest tańsza niż jej zakup z sieci.

Ponadto obecnie średni okres zwrotu nakładów finansowych w przypadku zastosowania kogeneracji jako źródła ciepła wynosi kilka lat.

Co więcej, od 2018 roku w Polsce obowiązuje system wsparcia, który zapewnia dopłaty do energii elektrycznej wytworzonej z kogeneracji gazowej. Wysokość premii uzależniona jest od mocy i stanu (np. nowa, istniejąca, zmodernizowana) instalacji.

Niewątpliwą zaletą kogeneracji gazowej jest również to, że przy odpowiednim zasilaniu nie jest ona zależna od dostępu do sieci gazowej. Mowa tu o zastosowaniu skroplonego gazu ziemnego (LNG) do zasilania jednostki kogeneracji. Dzięki jego wdrożeniu instalacja jest niezależna od gazociągów, których dostępność jest nadal w niektórych rejonach Polski ograniczona.

Zwiększenie popytu na LNG jako skutek przejścia na kogenerację

Większość instalacji kogeneracyjnych będzie budowana na sieci, ale część z nich zastosuje też rozwiązanie z gazem skroplonym, czyli LNG. – W ramach badania rynku, które zostało przeprowadzone dla przyszłej instalacji FSRU w Gdańsku, przygotowaliśmy szacunki na temat rozwoju LNG w kogeneracji. W przypadku, gdy zaledwie 10% kogeneratorów będzie zasilana LNG, to w 2026 roku wolumen może przekroczyć 50 tys. ton. Jest to prawie 2800 standardowych cystern drogowych. To imponująca liczba, która równie dobrze może okazać się jeszcze większa w rzeczywistości” – mówił dr Lech Wojciechowski, Kierownik Zespołu Badań i Strategii DUON podczas Konferencji Polskiej Platformy LNG 2020.

Zgodnie z danymi publikowanymi przez URE w roku 2019 w formie płynnej terminal w Świnoujściu sprzedał LNG w ilości 667 296,241 MWh, co odpowiada około 44 tys. ton.

Jakie są prognozy na przyszłość?

Kogeneracja to rozwiązanie aktualnie stosowane, które na pewno będzie notowało dynamiczny rozwój w perspektywie najbliższych 5 lat i służyło produkcji energii przynajmniej przez kolejną dekadę. W późniejszej perspektywie branża może pójść w kierunku biometanu i bioLNG, dzięki którym dotychczasowe źródła zasilania mogą zmienić status na czysto zielony.

Kolejny pozew producenta karabinka Grot

8 lutego 2021 r. Fabryka Broni „Łucznik” sp. z o.o. złożyła w Sądzie Okręgowym w Radomiu kolejny pozew, związany z nieprawdziwymi informacjami, zawartymi w publikacjach portalu Onet.pl. Pozew o ochronę dóbr osobistych oraz zadośćuczynienie w kwocie 1 000 000 zł został skierowany przeciwko wydawcy portalu, Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. oraz cytowanemu w publikacjach w roli eksperta Pawłowi Mosznerowi. W pozwie znalazło się również żądanie opublikowania przeprosin za naruszenie dóbr osobistych oraz usunięcia ze stron artykułu, zawierającego nieprawdziwe twierdzenia ws. rzekomych nieprawidłowości w wytwarzaniu broni przez spółkę Fabryka Broni „Łucznik” – Radom sp. z o.o.

Fabryk Broni „Łucznik” sp. z o.o. zapewnia, że karabinek MSBS Grot spełnia wymagania określone w specyfikacjach technicznych. Jest to konstrukcja przebadana, sprawdzona, funkcjonalna i bezpieczna dla użytkownika, co w swoich opiniach podkreślają również niezależni eksperci. Podjęte kroki prawne mają na celu ochronę dobrego imienia Fabryki i jej załogi, której profesjonalizm i jakość pracy zostały poddane w wątpliwość.

Zarząd Fabryki Broni „Łucznik” – Radom sp. z o. o.

Rząd zapowiada przyspieszenie inwestycji w bezpieczną infrastrukturę drogową. W kolejnych latach wyda na ten cel 2,5 mld zł

Kończą się prace nad Programem Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021–2024. Zakłada on projekty warte 2,5 mld zł z Krajowego Funduszu Drogowego, obejmujące m.in. przebudowę skrzyżowań czy budowę lewoskrętów. Ważnym obszarem inwestycji będzie również poprawa bezpieczeństwa pieszych. W tym celu powstaną nowe chodniki i kładki, a przejścia będą lepiej oznakowane i doświetlone.

 Podstawowym celem szerokich, systemowych działań jest ograniczenie liczby wypadków, spowodowanie, by nasze drogi były bezpieczniejsze. Koncentrujemy się na obszarze przejść dla pieszych, ale nasze inwestycje drogowe będą też ukierunkowane na budowę chodników, ciągów pieszo-rowerowych, bezpiecznych skrzyżowań i rond. Takie działania realizowane przez Ministerstwo Infrastruktury będą miały miejsce w ciągu najbliższych czterech lat – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Polskie drogi należą do najmniej bezpiecznych w Europie. W 2019 roku, jak wynika z danych Komedy Głównej Policji, doszło do blisko 30,3 tys. wypadków, w których zginęło ponad 2,9 tys. osób, a rannych zostało niemal 35,5 tys. Choć w ostatnich latach zmniejsza się liczba wypadków i osób rannych, rośnie liczba osób zabitych. Około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków stanowią piesi i inni niechronieni uczestnicy ruchu drogowego. Z udziałem pieszych odnotowano w całym roku 7 tys. wypadków, z czego połowa miała miejsce na przejściach dla pieszych.

Dlatego Ministerstwo Infrastruktury chce poprawić bezpieczeństwo w tym obszarze. Jednym z elementów będzie zmiana przepisów ruchu drogowego – od czerwca piesi wkraczający na pasy będą mieli pierwszeństwo, będą też kary za korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę. Kolejny element to inwestycje w infrastrukturę, w tym przejścia dla pieszych.

– W tym roku ruszymy z większym nasileniem tych inwestycji. Chcemy do tego wykorzystać wytyczne, które pokazują, jak powinno wyglądać bezpieczne przejście dla pieszych. Powinny być oświetlone, odpowiednio oznakowane, nie mogą być zasłonięte – zapowiada Rafał Weber.

Analiza „Mankamenty przejść dla pieszych na drogach krajowych w zarządzie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad” wskazuje, że najczęściej pojawiające się zagrożenia to brak lub niewystarczające urządzenia dla niewidomych (70 proc. skontrolowanych przejść), brak lub niepełne oznakowanie poziome (24 proc.), bardzo wysoka prędkość pojazdów (22 proc.), krawędź przejścia, która nie chroni pieszego (16 proc.) oraz zjazdy w sąsiedztwie przejść ograniczające widoczność (15 proc.). GDDKiA ocenia, że każde przejście dla pieszych powinno być dobrze oświetlone i wyznaczone tam, gdzie jest skuteczna możliwość redukcji prędkości przed przejściem do 50 km/h. Podobnych wytycznych jest jeszcze 15.

– Przejście musi być z dalszej odległości widoczne przez kierującego pojazdem tak, aby mógł on w odpowiedni sposób zareagować, zredukować prędkość czy całkowicie zahamować, w zależności od sytuacji, ale musi wiedzieć z pewnym wyprzedzeniem, że do takiej reakcji musi dojść – wskazuje wiceminister infrastruktury.

Oprócz zmian na przejściach dla pieszych bezpieczeństwo mają zwiększyć planowane inwestycje drogowe. W 2020 roku GDDKiA oddała do użytku blisko 138 km dróg. Ten rok zapowiada się jeszcze bardziej ambitnie – do końca 2021 roku kierowcy mają mieć do dyspozycji co najmniej 385,5 km nowych dróg, w tym ok. 40 km autostrad i 308 km dróg ekspresowych.

Budujemy w głównej mierze drogi szybkiego ruchu, autostrady i drogi ekspresowe, dzięki czemu na nie przenosi się ruch ciężki, ruch tranzytowy, ale też ruch osobowy dalekobieżny. Na tych drogach nie ma pieszych i rowerzystów, więc jest zdecydowanie bezpieczniej – tłumaczy Rafał Weber.

Pomóc mają także realizowane inwestycje w ramach zaplanowanego na 10 lat programu budowy 100 obwodnic o łącznej długości ok. 830 km. Będą to trasy o najwyższych parametrach technicznych, dostosowane do przenoszenia obciążenia 11,5 t/oś. Trwają też inwestycje w starodroża, czyli pozostałości dróg istniejących w przeszłości, by były gotowe do przejazdu pojazdów o obciążeniu 11,5 ton.

– Mamy też ogromny program wsparcia dla dróg samorządowych. Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg to na przestrzeni 10 lat już ponad 39 mld zł, chcemy w ten sposób dofinansować drogi gminne, powiatowe i w pewnym zakresie wojewódzkie. Potrzebujemy trochę czasu, aby te wszystkie inwestycje zrealizować, ale efekty już są widoczne – zapewnia wiceminister.

W pierwszych dniach lutego Ministerstwo Infrastruktury zatwierdziło programy inwestycji dla zadań drogowych w ośmiu województwach (dolnośląskim, śląskim, podkarpackim, wielopolskim, warmińsko-mazurskim, łódzkim, podlaskim i opolskim). Wszystkie one są związane z poprawą bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego. W sumie prawie 580 mln zł trafi w kolejnych kilku latach m.in. na budowę chodników, ścieżek rowerowych, zatok autobusowych i kładek dla pieszych.

Pracodawcy RP: Liczymy na ponowne konsultacje ustawy o krajowym cyberbezpieczeństwie. Budowa sieci 5G w Polsce już jest opóźniona

Około 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa, ponad 21 mld zł obniżenia PKB i 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, która musiałaby zostać częściowo przeniesiona na klientów, a także prawdopodobne spory prawne i opóźnienia we wdrażaniu sieci 5G, które będą kosztować krajową gospodarkę kolejne miliardy – to potencjalne skutki nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, oszacowane przez Audytel i kancelarię Dentons. Projekt, który w ocenie rynku i prawników zawiera cały szereg wad prawnych, jest już na etapie rządowych uzgodnień, ale eksperci apelują o poddanie go konsultacjom publicznym m.in. ze względu na daleko idące konsekwencje gospodarcze, jakie będzie mieć jego uchwalenie.

– Procedura powstawania tej ustawy jest oryginalna. Zaczęło się od zbyt krótkiego terminu na konsultacje, następnie na niemal kwartał zapadła cisza, a po niej pokazano nową wersję projektu, która nie podlega już konsultacjom, mimo że znalazło się w niej sporo całkowicie nowych rozwiązań i propozycji. Przykładowo ma powstać narodowy operator, któremu zostaną przyznane bardzo cenne dobra, jakimi są częstotliwości niezbędne do budowy sieci 5G w Polsce. O takich sprawach na pewno powinno się rozmawiać z przedsiębiorcami i rynkiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Pierwszy projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, zaprezentowany na początku września ub.r., wywołał kontrowersje wśród ekspertów i całego rynku telekomunikacyjnego m.in. ze względu na ekspresowy, 14-dniowy termin konsultacji publicznych czy też zapisy, które pozwalają wykluczyć część dostawców infrastruktury 5G na podstawie niejasnych kryteriów (np. takich, czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). W ocenie prawników, jak i Rządowego Centrum Legislacji projekt zawierał też cały szereg wad prawnych i był sprzeczny nie tylko z krajowymi, lecz także międzynarodowymi i unijnymi przepisami dotyczącymi m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej.

Po otrzymaniu ponad 750 uwag od ekspertów, instytucji branżowych i przedsiębiorców w styczniu tego roku pojawiła się nowa propozycja zmian. Tylko w kosmetycznym stopniu uwzględniła ona jednak uwagi i zastrzeżenia zgłoszone w toku publicznych konsultacji.

– Te przepisy wprost ingerują w to, jak przedsiębiorcy mają prowadzić swoje biznesy. Mogą m.in. zmusić ich do wymiany używanego sprzętu oraz oprogramowania w wyniku decyzji podjętej przez grono decydentów na podstawie niejasnych przesłanek, prawdopodobnie motywowanych politycznie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Bez jej uchwalenia nie ruszy aukcja UKE na częstotliwości niezbędne dla budowy nowego standardu. Nowe przepisy mają też określić kryteria oceny dostawców infrastruktury dla tej technologii. Tymczasem już teraz wprowadzenie sieci nowej generacji w Polsce jest opóźnione względem innych krajów europejskich.

– Czechy w ubiegłym roku rozdysponowały już częstotliwości 5G. W Polsce z kolei 30 grudnia 2020 roku weszło w życie rozporządzenie ministra cyfryzacji w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług. Te przepisy były konsultowane przez niemal sześć miesięcy przez cały rynek i miały gwarantować bezpieczeństwo sieci. Dokumentacja aukcyjna również wydaje się być gotowa. Dlatego trudno jest racjonalnie wyjaśnić dalsze wstrzymywanie postępu technologicznego – podkreśla prezydent Pracodawców RP. – Polska na pewno znajduje się pod presją czasu, bo budowa sieci 5G jest u nas opóźniona. Nie może być to jednak argumentem za dopychaniem złych rozwiązań kolanem.

Eksperci wskazują, że ujęty w nowelizacji ustawy mechanizm wykluczania konkretnych firm na podstawie kryteriów narodowościowych uderzy głównie w chińskie koncerny technologiczne. Firmy uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka zostaną wykluczone z polskiego rynku, bez realnej możliwości odwołania się od tej decyzji.

 Jeśli ustawa zostanie przyjęta w takim kształcie, to oznacza wzrost ryzyka i wzrost kosztów prowadzenia biznesu dla przedsiębiorstw telekomunikacyjnych i teleinformatycznych. Wzrośnie koszt inwestycji w infrastrukturę, a budowa sieci 5G w Polsce jeszcze bardziej się opóźni. Czyli będzie dokładnie na odwrót, niż być powinno, bo mieliśmy przecież rozwijać infrastrukturę cyfrową i przyspieszać z digitalizacją w administracji i biznesie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowy raport, opracowany przez Audytel i kancelarię Dentons na zlecenie Huaweia, pokazuje, że wykluczenie tego producenta z polskiego rynku może wywołać łączne straty dla krajowej gospodarki sięgające nawet 44 mld zł – w tym między innymi 21,5 mld zł straty wynikającej z obniżenia PKB, ok. 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa i ponad 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, którzy byliby zmuszeni do wymiany sprzętu sieciowego. Skutkiem wdrożenia noweli ustawy o KSC i wykluczenia Huaweia byłyby też dalsze opóźnienia w budowie sieci 5G, sięgające nawet trzech lat, tymczasem każde sześć miesięcy takiego opóźnienia zwiększyłoby i tak już ujemne saldo skutków ekonomicznych o dodatkowe 16–17 mld zł.

Najnowszy projekt nowelizacji ustawy o KSC trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji oraz ds. Europejskich. Eksperci ds. prawa, instytucje branżowe i podmioty działające w branży telko apelują jednak o ponowne poddanie go konsultacjom publicznym.

 Z zapowiedzi strony rządowej wynika, że ten projekt ma być przyjęty niemal natychmiast przez Radę Ministrów. Z perspektywy proceduralnej zawsze jednak istnieje możliwość przekazania projektu do ponownych konsultacji. To zależy jedynie od dobrej woli osób decyzyjnych – mówi prezydent Pracodawców RP. – W przypadku poważnych wątpliwości, które zgłaszane są przez organizacje pracodawców oraz izby branżowe, należałoby się zatrzymać i zastanowić. Do końca wierzymy, że z uwagi na tak poważne zmiany premier uwzględni jednak głos strony społecznej i skieruje nowy projekt ustawy do konsultacji, a następnie zorganizuje dyskusję z tymi podmiotami, które sformułują uwagi oraz propozycje poprawek.

Opracowany przez Polaków innowacyjny system montażu okien ma szansę stać się światowym standardem. Pozwoli na ogromną redukcję emisji CO2

Sektor budownictwa ma do odegrania ważną rolę w dążeniu do neutralności klimatycznej. Dziś budynki mieszkalne konsumują bowiem więcej energii niż transport i przemysł, odpowiadając za ok. 38 proc. krajowej emisji CO2 – wynika z danych zawartych w raporcie WWF Polska. Głębokie zmiany w branży wspomagają nie tylko nowe przepisy krajowe i unijne, regulujące warunki techniczne budów, ale także nowinki techniczne, które producenci materiałów budowlanych wprowadzają na rynek. Taki cel przyświecał m.in. Grupie Selena w pracach nad nowym standardem uszczelniania i izolacji połączeń ościeżnic z ościeżami WINS.

– Dekarbonizacja we współczesnym świecie ma bardzo wiele oblicz i one są związane z bardzo szeroką i wieloraką aktywnością człowieka. Dotyczy m.in. budownictwa, bo budynek to miejsce, które chroni człowieka przed różnego rodzaju negatywnymi oddziaływaniami pogody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA. – Chodzi o to, by budynki przestały zużywać tak wiele ciepła i energii oraz emitować tak wiele CO2, żeby nadal chroniły człowieka, ale bez kosztów dla przyrody.

Z listopadowego raportu „Zeroemisyjna Polska 2050”, który został opracowany przez WWF Polska we współpracy m.in. z Krajową Agencją Poszanowania Energii (KAPE), wynika, że to właśnie budynki konsumują w Polsce najwięcej energii więcej niż transport i przemysł. W sumie zużywają ok. 41 proc. energii pierwotnej, odpowiadając jednocześnie za ok. 38 proc. krajowej emisji CO2.

Wynika to z faktu, że większość budynków jest zazwyczaj nieocieplona albo ocieplona nieprawidłowo i wyposażona w przestarzałe kotły na paliwa stałe, które w ogromnym stopniu przyczyniają się do emisji z sektora. Ich głęboka termomodernizacja pozwoliłaby na zmniejszenie zużycia energii od 35 do nawet 85 proc., a według KAPE w efekcie możliwe byłoby zredukowanie ponad 46 mln ton CO2 i niemal 90 tys. ton pyłów rocznie.

– UE chce osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku. Budynki są bardzo ważnym obszarem w dążeniu do tej neutralności i w ciągu kolejnych 30 lat musimy przeprowadzić proces dekarbonizacji, żeby to rzeczywiście miało szansę się zadziać – mówi Alicja Kuczera, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego (PLGBC). – Wpływ budynków na środowisko jest bowiem kolosalny. W Europie są odpowiedzialne za ok. 33 proc. wykorzystywanej wody, 50 proc. zużycia zasobów naturalnych i 30 proc. generowanych odpadów.

Poprawę efektywności energetycznej budynków powoli wymusza unijne prawodawstwo – w tym m.in. dyrektywa EPBD, dzięki której Unia Europejska chce zredukować zużycie energii i emisję CO2 w budownictwie. W Polsce nowe warunki techniczne zaczęły obowiązywać z początkiem tego roku. W efekcie znacznie zaostrzone zostały m.in. współczynniki zużycia energii i przenikania ciepła w budynkach oraz wymogi dotyczące izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Wymusi to np. stosowanie okien i drzwi o wyższych parametrach energooszczędności, a dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej.

– Wszystkie działania, które będą komasowane dookoła budynków, zmniejszające ich zużycie energii, zmierzające do budowania w bardziej zrównoważony sposób, to działania dla dobra wspólnego, bo przyczyniają się do osiągnięcia neutralności klimatycznej – mówi Alicja Kuczera.

Jak podkreśla, działania regulacyjne to jeden aspekt, ale dekarbonizacja wymaga zaangażowania i współpracy wszystkich uczestników rynku.

– Począwszy od inwestorów, deweloperów, wykonawców i architektów, którzy to wszystko projektują, oraz administracji krajowej, która musi nadać temu całe ramy prawne, przez administrację lokalną, firmy dostarczające materiały i technologie budowlane, bo one też są bardzo ważne, aż po nas, czyli zwykłych Kowalskich, użytkowników budynków – wymienia dyrektor zarządzająca PLGBC. – Wszystkie te działania, które przyspieszą nam ten proces, szczególnie w najbliższych 5–10 latach, są szalenie potrzebne.

Poprawie efektywności budynków służą także nowe rozwiązania i nowinki techniczne wprowadzane na rynek przez branżę budowlaną. W ten sposób swoją cegiełkę do stopniowej dekarbonizacji sektora chce dołożyć Grupa Selena, która jest jednym z największych producentów i dystrybutorów chemii budowlanej na skalę globalną (operuje na ponad 100 rynkach zagranicznych). W styczniu dołączyła do Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego – PLGBC, które skupia firmy, instytucje i najlepszych ekspertów z branży green building i od lat upowszechnia w Polsce zrównoważone budownictwo. Selena prawie od początku swojej działalności wprowadza też na rynek produkty, które obniżają straty ciepła w budynkach i zmniejszają ich zapotrzebowanie na energię – zarówno do ogrzewania, jak i chłodzenia.

– Byliśmy jedną z pierwszych w Polsce firm, która wprowadziła na rynek piany montażowe albo uszczelniacze. Na początku lat 2000 stworzyliśmy nowy standard pian montażowych oparty na Tytan 65, który miał tak dobre parametry techniczne, że w ciągu pięciu lat stał się liderem na tak odległych rynkach jak Korea Południowa, Rosja, Kazachstan, Ukraina, Czechy, Kanada, Finlandia i oczywiście również w Polsce – mówi prezes Seleny.

Grono ekspertów firmy wraz z wewnętrznym działem R&D oraz instalatorami okien od ubiegłego roku pracowało nad nowym standardem uszczelniania i izolacji połączeń ościeżnic z ościeżami WINS, który ma być odpowiedzią na potrzeby branży budowlanej.

– Standard WINS zmierza do osiągnięcia dwóch celów: redukcji mostków termicznych i związanej z tym utraty ciepła, a dzięki temu również redukcji zużycia energii elektrycznej i emisji CO2. Z drugiej strony ułatwia pracę montażysty czy instalatora w trakcie montażu okna. Jest to pierwszy na świecie system, który jest tak prosty w użyciu, dlatego staramy się doprowadzić do tego, aby stał się standardem światowym – mówi Krzysztof Domarecki.

– Tego typu systemy bardzo pomagają we wznoszeniu budynków szczelnych, które nie mają strat ciepła. W tej chwili ogromną bolączką jest to, że mamy superdrogie okna o najwyższych parametrach, bo rzeczywiście wymogi, które weszły od stycznia 2021 roku, narzucają wysokie standardy producentom okien, ale w momencie, kiedy przychodzi do osadzenia ich w budynku, pojawia się duży problem. Tworzą się mostki cieplne: ciepłe powietrze ucieka, a wlatuje zimne. Dlatego potrzebne są tego typu systemy, które są łatwe i szybkie w montażu, dzięki czemu energochłonność budynku zmaleje – mówi Alicja Kuczera.

Prezes Seleny ocenia, że nowo opracowany standard WINS przyczyni się do redukcji zużycia energii nie tylko w nowych budynkach, lecz także już istniejących.

– Nasz zespół pracował nad tym wynalazkiem ponad pięć lat. Teraz największe wyzwanie to pokazać je instalatorom i architektom w całej Europie, nauczyć ich nowych technologii, więc bardzo dużo pracy przed nami. Ale liczę na to, że korzyścią będą megatony redukcji emisji CO2 – podkreśla Krzysztof Domarecki.

Pandemia zaostrzyła konkurencję w e-handlu. Sprzedawcy szukają wyróżników i stawiają na nowe technologie jak rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja

Pandemia COVID-19 sprawiła, że duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, ale z drugiej strony – zaostrzyła też konkurencję w e-commerce. W efekcie sprzedawcy muszą inwestować w nowe narzędzia i technologie pozwalające im lepiej docierać do klientów. Ci wręcz oczekują takich rozwiązań jak wideo produktowe czy wirtualne przymierzalnie. Jak wynika z badań e-Izby, korzysta z nich już ponad połowa internautów w trakcie zakupów online. Rozwiązania oparte na nowoczesnych technologiach pomagają również zmniejszyć liczbę zwrotów we wrażliwej pod tym względem branży fashion.

– Widzimy znaczny wzrost sprzedaży w związku z pandemią. Gros klientów, nie mogąc skorzystać z galerii handlowych i sklepów stacjonarnych, przeniosło się do internetu i tam szukało interesujących ich towarów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Błażej Jarosiewicz, kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl, producenta zimowych akcesoriów. – Rosnąca popularność zakupów przez internet, coraz lepsze metody płatności i coraz szybsze dostawy zatrzymają w tym kanale sporą część klientów, która w dobie pandemii była zmuszona do zakupów w sieci.

Kanał e-commerce zanotował skokowy wzrost popularności w czasie lockdownu i ograniczeń związanych z pandemią COVID-19, kiedy stacjonarne sklepy były zamknięte albo tradycyjne zakupy wiązały się z obawą przed zakażeniem. Jak wynika z danych Gemiusa, jeszcze na samym początku pandemii (w marcu ub.r.) zakupy w internecie robiło już 73 proc. polskich internautów. Z kolei wrześniowe badanie Dentsu Aegis pokazało, że przez COVID-19 prawie połowa konsumentów (49 proc.) zaczęła częściej wybierać ten kanał zakupowy. Pandemia sprawiła więc, że duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, a do e-commerce przekonały się nawet osoby, które dotychczas były w sieci bierne i korzystały wyłącznie z tradycyjnych kanałów zakupowych.

– Obecnie sprzedajemy wyłącznie przez internet, głównie przez naszą stronę internetową i przez popularny portal sprzedażowy. W listopadzie ubiegłego roku weszliśmy na niemiecki Amazon i warto było podjąć ten krok. W tym momencie zastanawiamy się już nad wejściem na kolejne rynki, również z wykorzystaniem sklepu Amazona – mówi Błażej Jarosiewicz.

W tej chwili sprzedaż za pośrednictwem tej platformy stanowi wartościowo już prawie blisko 30 proc. całkowitej sprzedaży w segmencie B2C. Współpraca z Amazonem i rosnąca popularność e-commerce, przyspieszona dodatkowo pandemią SARS-CoV-2, pozytywnie odbiła się też na wynikach marki, która od września do stycznia zanotowała w sumie ponad 350-proc. wzrost sprzedaży w B2C, trzykrotnie zwiększyła przychód i pozyskała ok. 83 proc. więcej nowych użytkowników. Co istotne, 75 proc. całego ruchu w sklepie internetowym generują obecnie urządzenia mobilne.

Szybki rozwój internetowego handlu nie tylko napędza wyniki, ale powoduje też, że w kanale e-commerce zaostrza się konkurencja. To z kolei wymusza na firmach i sprzedawcach inwestycje w nowe rozwiązania i technologie, pozwalające im lepiej docierać do klientów.

– Rynek e-commerce jest bardzo dynamiczny. Nie idąc do przodu, będziemy się cofać, w związku z czym staramy się cały czas pracować nad nowymi rozwiązaniami. Chcemy wprowadzić algorytmy sztucznej inteligencji do sklepu internetowego, tak aby w lepszy sposób dopasowywać ofertę do preferencji klienta – wyjaśnia kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl.

Klienci wręcz oczekują nowoczesnych, coraz wygodniejszych rozwiązań. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, ponad połowa (55 proc.) internautów w trakcie zakupów online korzysta już z nowoczesnych rozwiązań zakupowych typu wideo produktowe czy wirtualne przymierzalnie. W największym stopniu dotyczy to młodszej generacji, w wieku 15–24 lata.

– Najważniejsze są trzy aspekty: dostępność produktów, jak najszersza widoczność oferty i możliwość wyróżnienia się – wymienia Błażej Jarosiewicz. – Właśnie w celu wyróżnienia się na tym dosyć szerokim rynku poprosiliśmy firmę Sensi Labs o stworzenie dla nas narzędzia, jakim jest wirtualna przymierzalnia PaMaMi Fit It. Aplikacja zmienia ekran telefonu w wirtualną przymierzalnię, w której możemy sprawdzić, jak będziemy wyglądać w konkretnym modelu i kolorze czapki. Pozwala też zrobić i zapisać zdjęcie, podzielić się nim na portalu społecznościowym czy obejrzeć model czapki w 3D.

Z wirtualnych przymierzalni, opartych na rozszerzonej rzeczywistości, korzystało w ubiegłym roku raptem ok. 6 proc. kupujących w sieci – wynika z raportu e-Izby. To narzędzie powoli, ale stopniowo zyskuje jednak popularność, ponieważ rozwiązuje jeden z największych problemów internetowych zakupów, czyli brak możliwości wcześniejszej przymiarki. Z danych Gemiusa wynika, że klienci niekupujący online (jest ich 27 proc.) jako najczęstszą przyczynę wskazują właśnie brak możliwości fizycznego kontaktu z produktem i przetestowania go przed zakupem. Dotyczy to głównie branży fashion, czyli zakupów ubrań i dodatków.

– Zakupy online w branży fashion są trudne, bo nie widzimy siebie, nie widzimy, jak będziemy wyglądać w danym ubraniu. Widzimy tylko modela bądź modelkę. Tutaj z pomocą przychodzi nasza aplikacja PaMaMi Fit It, w której można się przejrzeć, zobaczyć, czy dany produkt będzie pasował, i zadecydować, czy chcemy go kupić, czy nie – mówi ekspert z PaMaMi.pl.

Wirtualne przymierzalnie bazujące na AR sprawdzą się zwłaszcza w zakupach ubrań czy dodatków, ale w e-commerce dopiero zdobywają popularność i na razie wdrożenia nie są zbyt liczne. Wcześniej jako jedna z pierwszych powstała m.in. wirtualna przymierzalnia Glasses Click & Fit przeznaczona dla producentów okularów, dystrybutorów i sklepów optycznych, która pozwala dopasować oprawki okularów do kształtu twarzy.

– Wprowadzając tę aplikację, liczyliśmy przede wszystkim na efekt pierwszeństwa. W branży fashion chcieliśmy być pierwsi z zastosowaniem rozszerzonej rzeczywistości i to nam się udało – mówi Błażej Jarosiewicz. – Spodziewamy się, że dzięki temu narzędziu będziemy też mieć mniej zwrotów.

Jak podkreśla, PaMaMi zamierza inwestować w kolejne rozwiązania i technologie, które pozwolą marce wyróżnić się w e-commerce i będą stanowić o przewadze nad konkurencją. Poza wirtualną przymierzalnią w tej chwili marka wykorzystuje też m.in. algorytmy sztucznej inteligencji, które wspomagają proces prezentowania spersonalizowanej oferty dla klienta.

– Rynek e-commerce ogólnie będzie się cały czas rozwijał w kierunku nowych technologii. Branży fashion również to dotyczy – mówi kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl.

W polskiej bazie naukowcy symulują warunki panujące w kosmosie. Badania pomogą agencjom kosmicznym w załogowych misjach na Księżyc i Marsa

Symulowana załogowa misja kosmiczna pozwoli sprawdzić wpływ przymusowej izolacji na człowieka. Naukowcy badają, jak zmienia się układ nerwowy przy długotrwałym przebywaniu w jednym pomieszczeniu. Warunki panujące w habitacie są analogiczne do tych, jakie mają panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. W polskiej bazie Lunares prowadzone są też eksperymenty dotyczące m.in. wpływu mikrograwitacji na procesy biologiczne.

– Misja izolacyjna w habitacie badawczym Lunares to tzw. misja analogowa, symulowana, która może mieć różne cele, ale głównie są to cele badawcze. Jest to próba zasymulowania pewnych warunków, których możemy się spodziewać w kosmosie, i sprawdzenia, jak będą sobie radzili w nich ludzie. Ta zasymulowana przestrzeń spełnia rolę bazy kosmicznej, gdzie ludzie żyją, śpią i pracują bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez okien, bez kontaktu z najbliższymi. Taka misja trwa dwa tygodnie – mówi agencji Newseria Innowacje Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

Habitat Lunares to pierwsza tego typu baza w Polsce. Powstała, aby móc przetestować ludzi w warunkach osamotnienia, życia i pracy na bardzo małej przestrzeni. Warunki, jakie panują w habitacie, do złudzenia przypominają te, które będą panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. Takie testy mogą mieć kluczowe znaczenie dla misji kosmicznych. Sprawdzą gotowość astronautów do pracy pod presją i w osamotnieniu.

– Astronauci z jednej strony muszą doglądać habitatu, spożycia wody, energii, produkują szarą wodę, którą następnie mogą wykorzystać np. do spuszczania toalety czy do uprawy żywności. My już takie eksperymenty robimy. Jeśli chcą wyjść, muszą założyć skafander kosmiczny i wypełnić scenariusz spaceru, jednak pozostają na terenie zamkniętej, odizolowanej od środowiska powierzchni 300 mkw. w specjalnie do tego przygotowanym, podłączonym do habitatu hangarze wojskowym – tłumaczy Leszek Orzechowski.

Jak przekonuje ekspert, baza to idealne miejsce do sprawdzenia, jak ludzie radzą sobie w ekstremalnych sytuacjach. Kiedy wystartuje misja, na badania będzie już za późno. Tymczasem powodzenie misji kosmicznych w dużej mierze zależy właśnie od człowieka i jego umiejętności radzenia sobie w trudnych warunkach. Stąd np. testy przerwania skafandra.

– To są też testy fizjologiczne, badamy załogę przed pobytem i po nim rezonansem magnetycznym, patrzymy, jak takie zamknięcie wpływa na ich poczucie równowagi, poczucie postrzegania przestrzennego. Bo jeżeli się poleci gdziekolwiek dalej, po długiej drodze wysiądzie się ze statku kosmicznego, to może nie być to takie bezpieczne, jak byśmy sobie to wyobrażali – wskazuje architekt Space is More.

Naukowcy testowali już wytrzymałość człowieka przy przesunięciu rytmu dobowego, badania z wykorzystaniem iluzji czasu były unikalne na skalę światową. Stworzono też fizjologiczną lampę, która dzięki emitowaniu na odpowiedniej częstotliwości fal UV działa na organizm człowieka podobnie jak słońce. W bazie testuje się też wpływ diety liofilizowanej podczas misji kosmicznych na funkcjonowanie człowieka.

– Sprawdzamy z Pomorskim Uniwersytetem Medycznym, jak wpływa taka dieta na florę bakteryjną jamy ustnej, przewodu pokarmowego, na gromadzenie się osadu czy płytki nazębnej. W każdym zakątku fizjonomii jest miejsce na interesujące badania i dlatego zamykamy je w pięciomisjowych kampaniach, gdzie mamy ustalone główne warunki, które są w habitacie, możemy je też powtórzyć – zaznacza ekspert.

Podczas misji sprawdzany będzie też wpływ ograniczonego ruchu i przymusu noszenia skafandra na narządy ruchu. Jeśli ucierpi zmysł równowagi czy postawa ciała, naukowcy będą chcieli opracować zestaw ćwiczeń fizycznych, które pomogą utrzymać sprawność.

– Współpracują z nami agencje kosmiczne. Nasza placówka powstała oddolnie, ma tę zaletę, że możemy współpracować dość sprawnie z kimkolwiek, więc przybywają do nas naukowcy z różnych agencji kosmicznych i to się po prostu agencjom kosmicznym przydaje. Baza znajduje się w Polsce, więc my trochę ten kosmos załogowy sprowadzamy do nas, na zachodzie Europy o wiele trudniej zdobyć np. zgodę rady bioetycznej na badania na ludziach w zakresie izolacji – wskazuje Leszek Orzechowski.

Rosnąca liczba aut napędza rozwój aplikacji do współdzielenia miejsc parkingowych. W przyszłości autonomiczne pojazdy same będą je odnajdywać

Zapotrzebowanie na innowacyjne parkingi będzie rosło, ponieważ zwiększa się liczba aut, a ekonomia wymusza na dostawcach usług parkingowych optymalizację kosztów i zwiększenie dostępności miejsc parkingowych. Obecnie rozwiązaniem mogą być aplikacje pomagające współdzielić miejsce parkingowe, czyli udostępniać je wówczas, gdy właściciel z niego nie korzysta. – W przyszłości autonomiczne samochody będą zintegrowane z innowacyjnymi rozwiązaniami parkingowymi, co pozwoli im samodzielnie odnaleźć miejsce i zaparkować – podkreśla Paweł Postupalski, założyciel Parkey.

W czasie pandemii koronawirusa problemy z parkowaniem wcale się nie zmniejszyły. Liczba aut w stolicy przekracza 1,5 mln, a pandemia spowodowała jeszcze zwiększenie ruchu na rzecz samochodów osobowych, gdyż wielu kierowców na co dzień dojeżdżających do pracy komunikacją miejską obawia się teraz zakażenia. Z kłopotami ze znalezieniem wolnego miejsca borykają się zarówno mieszkańcy Warszawy, jak i pracownicy firm codziennie docierający do pracy. Nie pomogły wprowadzane zmiany w Strefach Płatnego Parkowania Niestrzeżonego ani też zastosowanie nowoczesnych rozwiązań do e-kontroli.

– Na pewno potrzebne są innowacyjne rozwiązania parkingowe, ponieważ coraz trudniej jest zaparkować na mieście. Szczególnie dobrym przykładem jest Warszawa, gdzie obszar płatnego parkingu został zwiększony, a jednocześnie zostały podniesione koszty parkingowe. Zatem możliwość wykorzystania rozwiązań z obszaru IT, żeby ułatwić osobom dojeżdżającym do pracy czy szukającym miejsca parkingowego, jest naturalną potrzebą rynku czy konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Postupalski, założyciel Parkey.

Zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania w obszarze parkowania będzie rosło, ponieważ liczba aut wciąż się zwiększa, a ekonomia wymusza na dostawcach takich usług jak parkingi optymalizację kosztów i zwiększenie dostępności miejsc. Przykładem mogą być nie tylko parkingi publiczne czy biurowe, ale także inne parkingi „pod chmurką” – przy lotniskach czy w centrach handlowych, które też będą chciały jak najbardziej ułatwić proces parkingowy. Innowacje pomogą zarówno użytkownikom, kierowcom, którzy będą mieli ułatwiony proces parkowania, jak i właścicielom parkingów, którzy będą w ten sposób zwiększali swoje przychody.

Innowacyjnym podejściem może być współdzielenie miejsc parkingowych, wpisujące się w coraz popularniejszą ekonomię współdzielenia.

– Jedną z koncepcji, którą rozważamy,  jest wykorzystanie aplikacji mobilnej do współdzielenia miejsc parkingowych w osiedlach mieszkaniowych. Mogłoby to polegać na tym, że mieszkańcy danego osiedla nie mają wykupionych miejsc na stałe, tylko współdzielą je na zasadzie rezerwacji. Dzięki temu unikają kosztów związanych z opłatą, wykupieniem od dewelopera miejsca parkingowego, a ich miesięczne koszty są związane z tym, że płacą po prostu dzienną opłatę parkingową, a nie miesięczną, która jest dosyć wysoka w Warszawie – wskazuje założyciel Parkey.

Budowana przez start-up platforma oferowana jest firmom wynajmującym przestrzeń parkingową w budynkach biurowych, jednak w przyszłości może sprawdzić się także na prywatnych osiedlach mieszkaniowych. Ideą aplikacji jest umożliwienie zmotoryzowanym współdzielenia miejsc parkingowych pomiędzy sobą w celu jak najlepszego wykorzystania przestrzeni parkingowej.

– Z punktu widzenia całego osiedla ta koncepcja polegałaby na tym, że osoba, która nie korzysta w danym dniu z miejsca parkingowego, bo jest przykładowo na wakacjach, nie rezerwuje miejsc, a osoby, które chcą w dany dzień zaparkować, rezerwują to miejsce z wyprzedzeniem i mają zagwarantowane, że będą miały gdzie zaparkować – tłumaczy ekspert.

W przyszłości wsparciem dla problemów z parkowaniem mogą się też okazać nowoczesne technologie oparte na internecie rzeczy czy też autonomii pojazdów.

– IoT w połączeniu z koncepcjami związanymi ze smart building to jest coś, co nas czeka w najbliższym czasie. Z kolei, kiedy auta samojezdne zaczną być normą i będą zintegrowane z nowoczesnymi rozwiązaniami parkingowymi, samochód sam będzie wiedział, dokąd pojechać i gdzie zaparkować – podsumowuje Paweł Postupalski.

Jak rok 2021 zmieni podejście do potrzeb i oczekiwań inwestorów?

Ostatni rok zmienił wiele priorytetów w branży nieruchomości, zwłaszcza dla tych, którzy w nie inwestują. Na próbę została wystawiona elastyczność głównie najemców i właścicieli. Zmieniły się również potrzeby i oczekiwania inwestorów, których w przyszłym roku czeka większa ostrożność w procesach decyzyjnych. Jakie nieruchomości będą cieszyć się największym zainteresowaniem? Jakie kryteria będą brane pod uwagę przy zakupie nieruchomości?

Reorganizacja potrzeb

Pomimo wszelkich zmian spowodowanych pandemią nieruchomości w tym i kolejnych latach wciąż będą stanowić doskonałą alternatywę dla innych inwestycji. Obserwowane jest zainteresowanie nieruchomościami w najlepszych lokalizacjach, choć one mogą nie pokrywać się z tymi uważanymi do tej pory za te najbardziej pożądane. Ostrożność inwestorów objawiać się będzie w dokładniejszym badaniu inwestycji oraz jej najemców. Inwestorzy muszą się bowiem liczyć ze skutkami wprowadzonego lockdownu, takimi jak spadki obrotów, redukcje czynszów lub nawet okresy bezczynszowe. Istotne będzie sprawdzenie alternatyw dla obecnej funkcji, którą spełniają wynajmowane powierzchnie. Widać wzmożone zainteresowanie tymi nieruchomościami, które poradziły sobie najlepiej w czasie zamrożenia gospodarki, np. retail parkami czy magazynami. Wielu inwestorów zwraca się w kierunku nieruchomości alternatywnych, jak np. mieszkania na wynajem (BTR) czy domy senioralne.

Powierzchnie na czasie

Handel stacjonarny, który dotkliwie odczuł skutki pandemii, przeniósł się do sieci. Jesteśmy świadkami niebywałego rozwoju e-commerce w naszym kraju. Od jakiegoś czasu magazyny to najbardziej atrakcyjny rodzaj nieruchomości dla inwestorów.

Zakupy przez internet to nie tylko magazyn, ale i rozbudowana sieć logistyczna oraz centrala, która zajmuje się zamówieniami. Pozycja powierzchni magazynowych wzrosła w Polsce przez pandemię, ale również inne czynniki. Należą do nich niższe niż w Europie Zachodniej stawki czynszu i koszty obsługi personelu, jak również coraz lepsza sieć drogowa. Dowodem tej pozycji jest m.in. fakt wejścia Amazon, lidera e-commerce na świecie na rynek polski. Magazyny znajdują się w czołówce atrakcyjnych nieruchomości dla inwestorów w tym roku – mówi Małgorzata Cieślak-Belgy, Investment Director CEE w MNK Partners.

Wymagania na miarę

Czy biurowce oraz nieruchomości z przestrzeniami biurowymi wciąż będą interesujące? Home office mógł to chwilowo zachwiać, ale pracownicy wracają do biur, choć zazwyczaj w systemie hybrydowym. Spodziewany efekt w postaci redukcji powierzchni powinien być mniejszy niż początkowo sądzono, ponieważ wymagania minimalnej powierzchni na stanowisko pracy najprawdopodobniej ulegną zwiększeniu, a wielu najemców kładzie ogromny nacisk na bezpieczeństwo pracy i komfort zatrudnionych. Budynki powinny być technologicznie zaawansowane, by dostosować je do obecnych wymagań pracy (telekonferencje, lepsza jakość powietrza etc.), by zmniejszyć koszty eksploatacyjne, ale również wpłynąć na istotną obecnie ochronę środowiska. Na wadze zyskują systemy oszczędzania energii, np. montaż paneli słonecznych. Ochrona środowiska i tzw, szeroko pojęte sustainability, to podejście istotne nie tylko dla inwestorów, ale również dla banków i najemców.

Wśród niektórych sektorów rynku widać wyraźny wzrost  zainteresowania inwestorów. Są to BTR, czyli nieruchomości mieszkaniowe na wynajem, senior housing oraz akademiki, mimo że mocno ucierpiały podczas pandemii. Z pewnością należy również wymienić wspomniane wcześniej powierzchnie magazynowe, które wiodą prym przez rozwój e-commerce.

Aktywa TFI Allianz Polska przekroczyły 4 mld zł

Wartość aktywów TFI Allianz Polska wzrosła w styczniu o 124 mln zł i pierwszy raz w historii spółki przekroczyła 4 mld zł. Wartość nabyć netto w pierwszym miesiącu 2021 roku wyniosła 89,4 mln zł.

Mimo tego, że styczeń na rynkach finansowych cechowała dość duża zmienność, był to dobry miesiąc dla naszych funduszy. Wysokie nabycia obserwowaliśmy w dalszym ciągu głównie w funduszach dłużnych, jednak od kilku miesięcy widzimy rosnące zainteresowanie funduszami inwestującymi w akcje spółek zagranicznych. Szczególnym powodzeniem cieszyły się nasze fundusze tworzone we współpracy z Allianz Global Investors, nowość w ofercie – Allianz China A-Shares oraz Allianz Artificial Intelligence. Subfundusz Allianz China A-Shares – uruchomiony w końcu października ubiegłego roku, wypracował w styczniu najlepszą stopę zwrotu wśród wszystkich funduszy akcji azjatyckich dostępnych na rynku +5,8%. Fundusz od początku działalności na koniec stycznia pozwolił zarobić swoim uczestnikom 22,8%. Technologiczny Allianz Artificial Intelligence, z nieco dłuższą historią działalności, w styczniu wypracował stopę zwrotu +6,0%, a za 2020 może pochwalić się imponującym wynikiem +85,1% – komentuje Anna Bąkała Członek Zarządu, TFI Allianz Polska SA.

Wzrost naszych aktywów zawdzięczamy nie tylko dobrej sytuacji na rynkach w ostatnich miesiącach ubiegłego roku, ale też pozyskaniu nowych klientów. W ubiegłym roku zakończyliśmy proces przejmowania dużego programu emerytalnego, który ma udział we wzroście aktywów. Poza tym rosną aktywa funduszy zdefiniowanej daty w ramach PPK, w których oszczędza z nami już ponad 2 tys. pracodawców. Wartość tych aktywów wzrosła w styczniu do ponad 95 mln zł – zauważa Rafał Szwabo (Dyrektor ds. Planów Emerytalnych/TFI Allianz Polska SA).

Kiedy COVID-19 jest chorobą zawodową?

  • COVID-19 jako choroba zakaźna może być chorobą zawodową według Ministerstwa Zdrowia.
  • Obowiązkiem pracodawców jest zapobieganie zachorowaniom.
  • W ramach działań profilaktycznych firma może zorganizować badania przesiewowe lub punkt szczepień w swojej siedzibie.

Niepokój pracowników związany z koronawirusem nie maleje. Ewentualnym zarażeniem martwi się wielu pracowników, którzy nie mogą wykonywać swojej pracy zdalnie. Już na początku pandemii pojawiło się też pytanie, czy COVID-19 może być chorobą zawodową. Naczelna Rada Lekarska uznała, że tak. Co to oznacza dla pracowników i pracodawców?

Za chorobę zawodową może być uznany każdy problem zdrowotny wywołany działaniem czynników szkodliwych dla zdrowia występujących w środowisku pracy albo w związku ze sposobem wykonywania pracy. Oznacza to, że zarażenie koronawirusem w pracy może mieścić się w tej definicji. Obowiązkiem pracodawców jest zatem zapobieganie infekcjom oraz ułatwienie dostępu do odpowiednich działań profilaktycznych. W przypadku koronawirusa profilaktyką, oprócz zachowania reżimu sanitarnego, może być regularna organizacja testów przesiewowych dla pracowników, a także zorganizowanie szczepień w siedzibie firmy – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

O co może zadbać pracodawca?

Jak pokazuje życie, choroby zakaźne nieustannie ewoluują i pracodawcy, decydując, jakie badania i konsultacje kontrolne uwzględnić w działaniach profilaktycznych w ramach medycyny pracy, powinni o tym pamiętać. Na szczęście pandemia spowodowała ogólny wzrost świadomości na temat chorób zakaźnych. Zagrożenie dla zdrowia, jakie stanowią, oraz możliwość zablokowania całych gałęzi gospodarki sprawiły, że firmy coraz częściej zaczynają uwzględniać w zakresie zamawianych świadczeń również diagnostykę tego rodzaju infekcji. Stąd ciągły wzrost zapotrzebowania na związane z tym świadczenia, na czele właśnie z diagnostyką i ochroną pod kątem zarażenia SARS-CoV-2.

Już od jakiegoś czasu pracodawcy za pośrednictwem m.in. ubezpieczeń grupowych mogą zorganizować w siedzibie firmy badania przesiewowe. Z kolei Narodowy Program Szczepień przeciw COVID-19 przewiduje możliwość zorganizowania na miejscu u przedsiębiorcy, mobilnego punktu szczepień. Jego przygotowanie, obsługa i szczepienie są bezpłatne. Jednostki medyczne, które mogą taki punkt obsłużyć, zaczęły już informować firmy o takiej możliwości. To ważne wsparcie dla przedsiębiorców, które pozwoli im na bezpieczną pracę i szybszy powrót do funkcjonowania w lżejszym reżimie sanitarnym – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Co daje uznanie choroby za zawodową?

Jeśli zachorowanie nastąpi w związku z wykonywaną pracą, a stan zdrowia pracownika po przejściu koronawirusa pogorszy się na tyle, że nie będzie już mógł pracować na swoim stanowisku, pracodawca będzie miał obowiązek przeniesienia go do innej pracy. Za obniżone z tego powodu wynagrodzenie pracownikowi będzie przysługiwać dodatek wyrównawczy przez okres do 6 miesięcy. Jeśli w tym czasie otrzyma potwierdzenie, że COVID-19 w jego przypadku jest chorobą zawodową, a przyznane świadczenia z ZUS nie wystarczą, będzie mógł też wystąpić do pracodawcy o odszkodowanie.

Co ciekawe, wystąpienie objawów koronawirusa już po ustaniu pracy w warunkach narażenia nie przekreśla możliwości stwierdzenia choroby zawodowej. To o tyle ważne, że zgodnie z wieloma doniesieniami ze świata medycyny negatywne skutki zachorowania na COVID-19 trwają bądź ujawniają się nawet całe miesiące po przejściu choroby. Zakres świadczeń z tytułu choroby zawodowej uzależniony będzie od skutków zdrowotnych, jakie spowoduje ona w organizmie, oraz od ich wpływu na zdolność do wykonywania pracy.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia