Pandemia przetasowała ofertę benefitów. Priorytetem komfort pracy i zdrowie pracowników

Ostatnie miesiące dla wielu przedsiębiorstw były czasem próby i egzaminem z umiejętności zarządzania sytuacją kryzysową. Pracodawcy stanęli przed wieloma trudnymi decyzjami dotyczącymi m.in. redukcji etatów czy optymalizacji kosztów. Jak wynika z najnowszego raportu Nationale-Nederlanden „Benefity pracownicze w dobie pandemii” co drugi polski przedsiębiorca przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję finansową jego firmy. Pomimo ewentualnych trudności blisko osiem na dziesięć firm deklaruje, że oferuje swoim pracownikom pozapłacowe korzyści. W tym niepewnym czasie na znaczeniu najbardziej zyskała możliwość pracy zdalnej – na taką odpowiedź wskazuje ponad jedna trzecia respondentów.

Bolesne skutki pandemii

Wśród przedsiębiorców uczestniczących w badaniu Nationale-Nederlanden blisko 60 proc. przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na sytuację finansową ich firmy. W tej grupie największe problemy zgłaszają przedsiębiorstwa z sektora handlowo-usługowego. Aż dwie trzecie przedstawicieli firm handlowych potwierdza, że w wyniku trwającej pandemii ich sytuacja finansowa uległa pogorszeniu. W przypadku ponad jednej trzeciej firm, pandemia nie spowodowała zmian sytuacji finansowej. Natomiast pozytywne oddziaływanie nowej sytuacji na firmowy budżet zauważa zaledwie 5 proc. ankietowanych przedsiębiorców.

Zdalnie, czyli korzystniej

Pomimo trudnej sytuacji rynkowej niewiele jest dziś firm, które nie oferowałyby swoim pracownikom pozapłacowych korzyści. Blisko 80 proc. przepytanych przedsiębiorców potwierdza, że osoby zatrudnione w ich organizacji mogą skorzystać z różnego rodzaju benefitów. Ankietowani potwierdzają, że wśród oferowanych przez nich świadczeń pozapłacowych, często znajdują się szkolenia zawodowe (49 proc.) oraz możliwość pracy zdalnej (43 proc.). Ze względu na wprowadzone obostrzenia ta ostatnia korzyść cieszy się coraz większą popularnością. I choć praca zdalna już wcześniej miała całkiem spore grono zwolenników, to właśnie w czasie pandemii najbardziej zyskała na znaczeniu. Tak przynajmniej uważa 38 proc. badanych przedsiębiorców.

– Praca realizowana zdalnie jest naturalną konsekwencją wydarzeń ostatnich miesięcy. Już teraz widzimy, że przestaje być ona postrzegana jako benefit, a staje się zwyczajną formą wykonywania obowiązków zawodowych. Nasze wcześniejsze badania pokazały, że wielu pracowników chciałoby już na stałe działać w takim modelu. Rolą mądrego i odpowiedzialnego pracodawcy jest zapewnienie osobom zatrudnionym bezpiecznych warunków pracy – niezależnie od tego, czy pracują w biurze czy we własnym domu. Jednym z elementów ochrony może być właśnie grupowe ubezpieczenie na życie. Niezbędne w tym zakresie jest także uregulowanie kwestii związanych z pracą zdalną – mówi Ewa Dąbrowska, Dyrektor Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Raport pokazuje również, że w ciągu ostatniego roku, ze względu na pandemię i wprowadzone obostrzenia na znaczeniu straciły przede wszystkim takie benefity jak karta umożliwiająca korzystanie z obiektów sportowych, a także szkolenia zawodowe i rozwojowe. Na takie odpowiedzi wskazało odpowiednio 45 i 30 proc. przedsiębiorców.

Polisa na życie stałym elementem oferty benefitowej

Choć badanie Nationale-Nederlanden wyraźnie pokazuje, że w czasie pandemii doszło do przetasowań w ofercie świadczeń pozapłacowych, to jedna rzecz nie ulega zmianie – grupowa polisa na życie pozostaje najpopularniejszym benefitem oferowanym przez firmy. Potwierdza to aż sześciu na dziesięciu ankietowanych pracodawców. Zdecydowana większość respondentów, bo aż 94 proc., wskazuje, że udostępnianie pracownikom ubezpieczenia na życie jest świadczeniem oferowanym od kilku lat. Jedynie nieliczne przedsiębiorstwa wprowadziły ten benefit dopiero w ubiegłym roku wraz z pojawieniem się zagrożenia epidemiologicznego.

Duże zainteresowanie firm grupowymi polisami na życie potwierdza również ostatni raport Komisji Nadzoru Finansowego. Z udostępnionych danych wynika, że zakłady ubezpieczeń na koniec III kwartałów 2020 roku zebrały z tytułu ubezpieczeń grupowych składkę brutto w wysokości 6,42 mld zł. To wzrost o 0,1 mld zł w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r.

– Warto podkreślić, że dziś ubezpieczenie grupowe na życie to nie tylko świadczenie na wypadek najgorszego. Produkty te coraz częściej rozwijane są jako element ochrony zdrowia i wsparcia w razie ciężkich zachorowań czy niezdolności do pracy. Te komponenty są często odpowiedzią na największe wyzwania i ryzyka, jakie wiążą się np. z chorobami cywilizacyjnymi ¬¬– mówi Ewa Dąbrowska.

Pracodawcy angażują się w składki

Wśród organizacji, które oferują pracownikom grupowe ubezpieczenie na życie, ponad połowa pracodawców deklaruje, że finansuje im składki. Ponad jedna czwarta przedsiębiorców (27 proc.) wskazuje, że pokrywa ich koszt w całości, natomiast 28 proc., że partycypuje w nich częściowo. Zazwyczaj wysokość składki jest kwotą stałą i według co drugiego przedsiębiorcy wynosi około 50 zł na osobę.

– Te deklaracje wydają się zbyt optymistyczne. Zgodnie z danymi rynkowymi na udział w finansowaniu ubezpieczenia decyduje się dziś około 15 proc. firm. Widzimy tu jednak potencjał do zmiany. Z myślą o zdrowiu i bezpieczeństwie osób zatrudnionych wiele firm zaczyna interesować się tym rozwiązaniem i coraz chętniej zgłaszają też gotowość do włączania się w składkę. Kryzys zdrowotny związany z koronawirusem tylko potwierdził, jak opłacalna i ważna jest inwestycja w profilaktykę i zdrowie pracowników. Dlatego sądzę, że coraz więcej pracodawców będzie decydować się na partycypację w kosztach związanych z tym świadczeniem – dodaje Ewa Dąbrowska.

Co ciekawe, firmy deklarujące sponsorowanie pracownikom grupowej polisy na życie, jako główny powód wskazują na chęć budowania lojalności pracowników (55 proc. wskazań), a następnie politykę wizerunkową firmy (41 proc. wskazań). Mniejsze znaczenie mają dla nich zachęty podatkowe i kwestia odprawy pośmiertnej.

Pracodawcy chcą dbać o dobrostan pracowników

Co druga firma biorąca udział w badaniu Nationale-Nederlanden byłaby zainteresowania dodatkowymi benefitami dla swoich pracowników. W tej grupie ponad jedna czwarta rozważa rozszerzenie pakietu korzyści pozapłacowych o takie, które dbałyby o dobrostan pracownika m.in. mental wellness i work-life balance. Natomiast blisko jedna piąta pracodawców deklaruje zainteresowanie benefitami wokół profilaktyki onkologicznej.

– Z naszych obserwacji wynika, że tematy związane z well-being są dziś bardzo istotne dla pracujących Polaków. Pandemia tylko zwiększyła ich obawy o zdrowie i bezpieczeństwo. Nic dziwnego, że część firm rozważa wprowadzenie świadczeń dopasowanych do obecnej sytuacji. Nie mam wątpliwości, że oferta benefitowa firm będzie się zmieniać i stanie się bardziej różnorodna i dostosowana do indywidualnych potrzeb pracownika oraz jego stylu życia – podsumowuje ekspertka Nationale-Nederlanden.

InPost wprowadzi się do budynku X20

Firma InPost jeszcze w tym roku wprowadzi się do warszawskiego biurowca X20, zlokalizowanego przy ulicy Czerniakowskiej 87a. W budynku zajmie około 3 800 m kw. W procesie najmu InPost doradzała międzynarodowa firma doradcza Knight Frank. Budynek X20 został zrealizowany przez White Star Real Estate i AIG Global Real Estate.

InPost lider wśród platform dostaw dla e-commerce w Europie. Firma jest pionierem i liderem na rynku automatyzacji dostaw przesyłek – wyznacza niedościgniony standard w szybkości i elastyczności doręczeń. Obecnie tylko w Polsce posiada ponad 10 000 Paczkomatów. Ciągły rozwój organizacji oraz liczne udogodnienia, w tym możliwość dostarczenia przesyłki pod wskazany adres, brak konieczności drukowania etykiet czy prosta nawigacja w dedykowanej aplikacji, sprawiają że według badań Gemius Paczkomaty®  są najczęściej wybieraną formą dostawy.

Biurowiec X20 to nowoczesny budynek klasy A, zlokalizowany na warszawskim Dolnym Mokotowie, którego budowa zakończyła się w 2020 roku. Powierzchnia biurowa tego sześciokondygnacyjnego budynku biurowego wynosi 16 000 m kw.

„Jesteśmy jedną z najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Polsce i Europie, ostatnio zadebiutowaliśmy na giełdzie EURONEXT Amsterdam. W związku z tym rośnie także liczebność naszego zespołu w Warszawie. Nowoczesna powierzchnia biurowa przy ulicy Czerniakowskiej ma zapewnić naszym pracownikom przyjazne i zrównoważone warunki pracy,”skomentował Marcin Pulchny, Wiceprezes Zarządu InPost.

„Dziękujemy całemu zespołowi InPost za zaufanie, jakim obdarzyli nas w procesie poszukiwania biura i na etapie negocjowania umowy. Wierzymy, że budynek X20 w całości spełni wymagania naszego klienta w zakresie tworzenia przyjaznego i nowoczesnego środowiska pracy,” – skomentował Jakub Denus, Senior Associate, Dział Reprezentacji Najemcy w Knight Frank.

“Niezmiernie cieszymy się, że firma InPost dołączy do grona wyjątkowych najemców w naszym budynku. Transakcja z InPost jest dla nas sygnałem, iż mimo trudnego dla wszystkich roku 2020, najemcy finalizują założone plany. Bazując na naszym wieloletnim doświadczeniu, nie tylko w zakresie realizowania projektów biurowych, lecz również w zarządzaniu nimi, dołożymy wszelkich starań, aby stworzyć firmie InPost najlepsze warunki do pracy i dalszego rozwoju, w środowisku rozpoznawalnych i dynamicznie rozwijających się firm, które tworzą najemcy X20. Dziękujemy również Knight Frank za profesjonalną obsługę procesu najemcy, na najwyższym poziomie doradztwa,” – skomentował Bartosz Prytuła, Partner Zarządzający w Polsce, White Star Real Estate.

InPost planuje stawianie 100 nowych Paczkomatów tygodniowo

InPost – uruchomił Paczkomat® nr 11.000, który stanął w Zakopanem przy ulicy Walkosze 4C. InPost planuje dalszy rozwój swojej sieci w Wielkiej Brytanii, a także w innych krajach w Europie. W styczniu 2021 InPost z sukcesem zadebiutował na giełdzie EURONEXT Amsterdam.

„Chcemy, aby każdy nasz klient – niezależnie, czy mieszka w jednym z największych miast w Polsce, średnim czy małym miasteczku lub na wsi – miał do swojego Paczkomatu® jak najbliżej. Nie ma tygodnia, żeby nie trafiały do nas prośby od lokalnych społeczności o Paczkomat® w nowej dzielnicy, na kolejnej ulicy, czy też w kolejnej gminie. Dlatego nie zwalniamy i realizujemy nasz plan rozwoju sieci – planując stawianie w 2021 roku 100 nowych maszyn tygodniowo. Warto podkreślić, że kluczowi gracze na rynku FMCG i e-commerce widzą przyszłość w Paczkomatach® i podpisują z nami kolejne umowy. To pokazuje, że nasza strategia, którą realizujemy od ponad 11 lat, sprawdza się i ma nadal duży potencjał. Jako pionier i lider tego rynku chcemy rozwijać się także w Europie – działamy w Wielkiej Brytanii, do której w tylko w tym roku trafi od 1 do 2 tys. nowych maszyn. Widzimy, że kolejne kraje szukają takich rozwiązań, zwłaszcza po doświadczeniach związanych z pandemią koronawirusa” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.

Kalkulator śladu węglowego wskazuje, że gdyby tradycyjne dostawy kurierem do domu były zastąpione dostawą do Paczkomatu®, redukcja emisji CO2 sięgnęłaby nawet 75%[1]. Dostarczenie paczki do maszyny InPost oznacza co najmniej 0,35 kg mniej emisji CO2 do atmosfery na każdą przesyłkę. Tym samym InPost jest najbardziej neutralnym dla środowiska dostawcą usług logistycznych.

W 2020 roku InPost wdrożył nową, rewolucyjną usługę nadawania przesyłek przez aplikację. Nadaje się je w Paczkomatach® InPost – do innego Paczkomatu® lub na wskazany adres domowy. Na paczce nie trzeba naklejać żadnych etykiet – wystarczy wygenerowany elektronicznie QR kod lub kod nadania w aplikacji. Za paczkę można zapłacić kodem BLIK. Kolejne możliwości płatności pojawią się w aplikacji na początku 2021 roku: karta płatnicza, szybkie przelewy (pay-by-link), Apple Pay, Google Pay. Status nadanej paczki można śledzić oczywiście w aplikacji, ale także na stronie inpost.pl w sekcji „Śledzenie paczki” oraz przez chatbota, wpisując 24 cyfrowy numer przesyłki. Dzięki aplikacji, przy jednym Paczkomacie® przesyłki może odbierać kilka osób jednocześnie, bez konieczności stania w kolejce. Aplikację InPost Mobile można pobrać ze sklepów Google Play, App Store i Huawei AppGallery. Aplikacja InPost Mobile ma już 5,7 mln aktywnych użytkowników.

Z InPost można skontaktować się także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.

InPost wprowadził też usługę „Paczka w Weekend” – z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe. Umożliwia ona dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki są dostarczane do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi do soboty do godziny 13:00.

Liczba Paczkomatów® (11.000 urządzeń w Polsce) ponad dwukrotnie przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (4600[2]). Paczkomaty® InPost dostępne są w Polsce także przy sklepach: Dino, Lidl, Kaufland, sieci sklepów Delikatesy Centrum organizowanych przez Grupę Eurocash, a także w Centrach Handlowych Auchan. InPost podpisał również umowę z siecią sklepów Auchan na dostawę Lodówkomatów. Funkcjonalności maszyn lodówkowych InPost pozwalają na bezpieczne przechowanie i odbiór żywności, napojów oraz mrożonek zamówionych przez Internet w Auchan Direct. Według badań Kantar TNS aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost.

Ponadto InPost – odpowiadając na zapotrzebowanie rynku – uruchomił Paczkomaty® InDoor, przeznaczone specjalnie do instalacji wewnątrz budynków. Dzięki Paczkomatom® InDoor właściciele nieruchomości zapewniają swoim mieszkańcom i najemcom najkorzystniejszą i najpopularniejszą opcję odbioru zakupów. Jednocześnie przyciągają okolicznych mieszkańców do danej lokalizacji – co pozwala generować dodatkowe zyski sklepom i punktom usługowym.

Według raportu Gemius[3] Paczkomaty® są najczęściej wybieraną formą dostawy – wyprzedziły kurierów. Taki typ dostawy towaru preferuje aż 61% kupujących w Internecie. Oznacza to wzrost popularności usługi wśród internatów aż o 9 punktów procentowych w porównaniu do wyników raportu za 2019 rok. Po raz pierwszy w historii Paczkomaty® pobiły w popularności dostawy kurierem, które wybiera 55% badanych – jest to pierwszy tego typu wynik na świecie. Ponadto, aż 68% badanych deklaruje, że możliwość odbioru zakupów przez urządzenia InPost motywują ich do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – jest to wzrost o 7 punktów procentowych więcej z roku na rok.

InPost od 2019 roku jest liderem w wynajmie powierzchni magazynowych w Polsce. W zeszłym roku firma wynajęła łącznie 107 950 m² – to 4% całkowitego popytu netto w kraju[4]. InPost był także liderem w branży KEP w zakresie powierzchni oddanej do użytku w 2019 r – w sumie 57 863 m² – wyprzedzając tym samym na podium DHL oraz Pocztę Polską. Lokalizacje uruchomione przez InPost w 2019 roku pozycjonują spółkę w Top 3 najbardziej aktywnych podmiotów e-commerce na rynku logistyki magazynowej – InPost ustępuje pod tym względem jedynie Amazon i Zalando, globalnym gigantom e-sprzedaży.

InPost inwestuje także w ekologiczny transport. Firma rozszerzyła swoją flotę samochodów elektrycznych o 40 nowych Nissanów e-NV200 XL Voltia i zapowiada zakup kolejnych. Samochody zapewniają zasięg do 200 km w mieście, 8m³ przestrzeni ładunkowej oraz ładowność 580 kg.

InPost wprowadza systematycznie nowe usługi – w 2020 roku uruchomił specjalistyczne Paczkomaty® Urząd 24, które przekazał na potrzeby Urzędów Miast, m.in. w Krakowie, Gorzowie Wielkopolskim, Nowym Targu, Wołominie, Brodnicy, Wolsztynie oraz Koszalinie. Pozwalają one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez potrzeby wchodzenia do budynku i bezpośredniego kontaktu z urzędnikami. Planowane są kolejne instalacje maszyn przy urzędach w całej Polsce – InPost prowadzi rozmowy z kilkudziesięcioma kolejnymi miastami.

InPost wprowadził także usługę logistyczną InPost Fullfilment, dedykowaną klientom biznesowym. Firma udostępnia infrastrukturę oraz know-how i wspiera klientów na każdym etapie procesów magazynowych. InPost jako partner logistyczny oferuje najwyższą jakość usług i automatyzację całego procesu logistycznego w oparciu o własne doświadczenie. Dzięki usłudze InPost Fulfillment przedsiębiorcy e-commerce mogą się skupić na rozwoju własnego biznesu i nie martwić się o kwestie związane z zapleczem magazynowym, pakowaniem towaru i wysyłką.

[1] Źródło: Kalkulator śladu węglowego InPost B2B, dane własne InPost

[2] Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

[3] Gemius dla e-Commerce Polska, E-commerce w Polsce 2020, N=1544, marzec 2020

[4] Źródło: Cresa Polska, Industrial Research Forum (IRF)

Aktywność fizyczna stała się sposobem na wsparcie zdrowia i łagodzenie stresu związanego z pandemią. Polacy chcą kontynuować treningi, ale potrzebują do tego otwartej infrastruktury sportowej

0

W trakcie pandemii 41 proc. aktywnych Polaków łagodzi negatywne skutki stresu za pomocą aktywności fizycznej, zaś dla 79 proc. z nich regularny ruch jest skuteczną metodą poprawy samopoczucia i zwiększenia efektywności w pracy – wynika z badania MultiSport Index 2020. Obecnie aż 3/4 ćwiczących Polaków deklaruje, że niezależnie od rozwoju sytuacji epidemiologicznej nie rezygnuje z aktywności fizycznej. Jednak jej poziom, jak pokazują badania, w dużej mierze zależny jest od dostępu do obiektów sportowych.

Przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Niestety wraz z wiosennym lockdownem blisko połowa z nas znacznie ograniczyła treningi, głównie z powodu utrudnionego dostępu do obiektów sportowych. Ogólny poziom aktywności fizycznej społeczeństwa spadł w tym okresie do 61 proc. – wynika z  badania MultiSport Index 2020, przeprowadzonego przez Kantar na zlecenie Benefit Systems.

– Pandemia koronawirusa, a przede wszystkim przedłużające się zamknięcie obiektów sportowych, dobitnie pokazało, że aktywność fizyczna polskiego społeczeństwa zależy przede wszystkim od dostępności infrastruktury sportowej. Co ciekawe, aż 94 proc. osób, które wróciły latem do klubów fitness po ich ponownym otwarciu, deklarowało poczucie całkowitego bezpieczeństwa podczas treningów. To  bardzo dobry prognostyk – mówi Bartosz Józefiak, członek zarządu Benefit Systems SA.

Polacy dostrzegają niekorzystne efekty braku aktywności fizycznej. W badaniu Kantar ¾ osób, które ograniczyły ruch, zadeklarowało pogorszenie samopoczucia, 65 proc. zauważyło negatywny wpływ bezruchu na zdrowie, a 61 proc. na sylwetkę.

– Przedłużająca się pandemia negatywnie wpłynęła na zdrowie, samopoczucie i wagę Polaków. Dlatego mieszkańcy Polski doceniają korzystny wpływ uprawiania sportu na ich codzienne funkcjonowanie, a największą motywacją do podejmowania aktywności jest troska o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. 41 proc. aktywnych Polaków zauważa, że wysiłek fizyczny łagodzi stres związany z pandemią i przedłużającym się poczuciem niepewności – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Aktywność fizyczna ma także ogromne znaczenie dla pracujących Polaków – zdecydowana większość społeczeństwa (79 proc.) deklaruje, że regularny ruch poprawia samopoczucie i efektywność w pracy. – 3/4 osób aktywnych fizycznie nie chce rezygnować ze sportu bez względu na dalszy rozwój pandemii – dodaje Mateusz Banaszkiewicz.

– Pamiętajmy, że głównym problemem zdrowotnym naszego społeczeństwa są choroby cywilizacyjne związane z niedoborem ruchu, takie jak cukrzyca, choroba niedokrwienna serca, nadwaga i otyłość. Cały czas główną przyczyną zgonów nie jest nowy koronawirus, ale choroby serca i nowotwory. Dzięki zwiększonej aktywności fizycznej możemy przeciwdziałać rozwojowi chorób cywilizacyjnych i pośrednio przeciwdziałać zgonom z ich powodu – mówi dr hab. n. med. Ernest Kuchar, specjalista medycyny sportowej i chorób zakaźnych z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Niedobór ruchu jest o tyle niepokojącym zjawiskiem, że właśnie aktywność fizyczna stanowi jeden z kluczowych czynników warunkujących odporność organizmu. To oznacza, że jest również częścią profilaktyki przed zakażeniem koronawirusem.

– Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zwiększyła zalecaną dawkę ruchu ze 150 minut aktywności o umiarkowanej intensywności do aż 300 tygodniowo oraz z 75 do 150 minut tygodniowo w przypadku aktywności intensywnej. WHO, zdając sobie sprawę z niekorzystnego wpływu niedoboru ruchu na stan zdrowia, w tym także na odporność, zachęca do kontynuowania aktywności fizycznej również w trakcie pandemii. Dlatego niesłychanie ważne jest zwiększenie dostępności obiektów sportowych, ponieważ w naszych warunkach klimatycznych bardzo trudno jest zachować aktywność ruchową bez dostępu do odpowiedniej infrastruktury – mówi dr Ernest Kuchar.

Statystyki Instytutu Badań Strukturalnych wskazują, że gdyby co drugi nieaktywny Polak zaczął ćwiczyć, koszty systemu opieki zdrowotnej spadłyby o 440 mln zł. Liczba hospitalizacji również zmniejszyłaby się w skali roku, np. o 14 proc. w związku z chorobami układu krążenia czy cukrzycą. Spadłyby też wskaźniki zwolnień lekarskich z tytułu choroby własnej, a koszty absencji chorobowej byłyby mniejsze o 3 mld zł.

– W tym momencie najważniejsze jest zachęcanie Polaków do aktywności fizycznej, a przede wszystkim jak najszybsze umożliwienie im powrotu do obiektów sportowych takich jak kluby fitness czy siłownie. Polacy powinni mieć dostęp do całej infrastruktury sportowej, by wznowić regularne treningi poprawiające kondycję i budujące odporność. Takie działanie będzie miało pozytywny wpływ w krótkim okresie na ich zdrowie psychofizyczne, a długofalowo także na stan zdrowia publicznego w naszym kraju oraz na gospodarkę – podkreśla Bartosz Józefiak.

Obecnie, w związku z decyzjami rządu, większość obiektów sportowych nadal pozostaje zamknięta. Nie podano też informacji o terminie ponownego odmrożenia tego sektora gospodarki. Eksperci z niepokojem obserwują zmiany zachodzące w zdrowiu Polaków, którzy bez regularnego ruchu już teraz cierpią na liczne schorzenia związane z siedzącym trybem życia i izolacją społeczną.

– Ponowne otwarcie obiektów sportowo-rekreacyjnych jest niezwykle ważne. Tak samo istotne jest zachęcanie Polaków do uprawiania sportu, ponieważ przynosi to liczne pozytywne rezultaty. Z badania MultiSport Index 2020 wynika, że pracownicy posiadający benefity pozapłacowe związane ze sportem i rekreacją są bardziej aktywni. W czasie pandemii utrzymują aktywność fizyczną na wyższym poziomie niż pozostała część społeczeństwa – wskazuje członek zarządu Benefit Systems SA. – Elementem aktywizacji sportowej w czasie lockdownu były też ćwiczenia w domu, z wykorzystaniem rozwiązań takich jak treningi online. ¾ użytkowników karty MultiSport podczas wiosennej izolacji korzystało z możliwości ćwiczeń w warunkach domowych i jest to wynik dwukrotnie wyższy od średniej dla tych pracowników, którzy takiego benefitu nie posiadają.

W październiku ubiegłego roku – kiedy działalność wielu obiektów sportowych została ponownie ograniczona – popularność treningów online wśród użytkowników Programu MultiSport wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem tego roku. Obecnie w ramach karty MultiSport dostępne są m.in. treningi Yes2move.com oraz partnerskich obiektów sportowych, kurs jogi online oraz kurs mindfulness, a także porady ekspertów czy kreator diet.

FPP: Podwyżki VAT i akcyzy należy wstrzymać w czasie pandemii. Rząd powinien szukać wpływów do budżetu z innych źródeł

Federacja Przedsiębiorców Polskich opracowała dla rządu szereg rekomendacji dotyczących polityki fiskalnej na najbliższe lata. Odpowiednie zmiany w tym zakresie mogą zapewnić gospodarce impuls do wzrostu po koronakryzysie – i to bez sięgania do kieszeni Polaków. Według ekspertów zamiast zmieniać stawki akcyzy jeszcze przed nowymi rekomendacjami Unii Europejskiej, rząd powinien skupić się na realnym uszczelnieniu podatku CIT dla wielkich, zagranicznych korporacji.

– Polityka fiskalna powinna być odpowiedzialna. Zwłaszcza w czasie pandemii ma to duże znaczenie zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla przeciętnego Kowalskiego. Dlatego należałoby się zastanowić, czy konieczne jest właśnie w tym czasie podnoszenie podatków pośrednich, które tak czy inaczej na końcu zapłaci konsument. Podatki takie jak VAT czy akcyza przynajmniej w tym czasie powinny być wstrzymane, ewentualnie należy zastanowić się nad poszukaniem innych wpływów do budżetu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Kowalski, prezes Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Polityka fiskalna zapewnia nie tylko wpływy do państwowej kasy, ale ma też duży wpływ na stymulowanie gospodarki, szarą strefę czy nawyki konsumenckie. Właściwie ukształtowana, może zapewnić odbicie gospodarcze po koronakryzysie i wesprzeć branże, które najbardziej ucierpiały w czasie pandemii COVID-19. Co istotne, bez konieczności nakładów ze strony budżetu państwa ani przenoszenia kosztów podatkowych na konsumentów.

Według ekspertów rząd musi też mieć na względzie fakt, że podatek akcyzowy wpływa na wielkość szarej strefy, jak również jest narzędziem kształtowania polityki prozdrowotnej państwa. Dobrze oddaje to przykład niższego opodatkowania akcyzą tzw. nowatorskich wyrobów tytoniowych (podgrzewaczy tytoniu i e-papierosów), które – ze względu na potencjalnie niższą szkodliwość dla zdrowia – mogą ograniczyć np. koszty związane z leczeniem chorób odtytoniowych.

– Wyroby nowatorskie na dzisiaj są w Polsce łagodniej opodatkowane, dlatego że są po prostu mniej szkodliwe i zawierają mniej nikotyny. Gros produktów nowatorskich zostało już przebadanych i są nawet zalecenia amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków, według których rzeczywiście mają one mniejszy wpływ na zachorowania na raka. Dlatego uważamy, że wyroby nowatorskie powinny być traktowane jednak trochę lepiej niż tradycyjne wyroby tytoniowe – podkreśla prezes Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Jak wskazuje, od stycznia ubiegłego roku branża i konsumenci w Polsce musieli już zmierzyć się z podwyżką akcyzy na wyroby tytoniowe o 10 proc. Z kolei w tej chwili na poziomie Komisji Europejskiej trwają też prace nad przygotowaniem nowej dyrektywy tytoniowej. Dlatego kolejna podwyżka stawek obecnie byłaby bezcelowa i mogłaby zaszkodzić stabilności rynku.

Według FPP pojawiające się w ostatnim czasie apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są całkowicie nietrafione. Jak twierdzi federacja, stoją za nimi zachodnie korporacje, które nie chcą płacić podatków dochodowych i próbują przerzucić koszt walki z pandemią na konsumentów. Tezy te więc nie tylko opierają się na nieprawdziwych danych i błędnych wyliczeniach – ale są też szkodliwe dla obywateli i budżetu państwa. Akcyza jest bowiem podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w jej stawkach – np. w motoryzacji, napojach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką” i w żadnej mierze z niej nie wynikają. Samo pojęcie „luki” sugeruje, że w systemie podatkowym jest jakaś nieszczelność, że system nie funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem różnice w stawce akcyzy pomiędzy poszczególnymi kategoriami produktów akcyzowych nie są „luką”, lecz uzasadnionym elementem polityki państwa. Tak jest w całej Europie w odniesieniu do różnego rodzajów dóbr – takich jak zielona energia, samochody, paliwa, alkohol, tytoń itd. Według FPP chwytliwe hasła dotyczące rzekomego „manipulowania” akcyzą przy najniższym w historii poziomie szarej strefy są czystą grą lobbingową na rzecz jednej kategorii kosztem innej i wątpliwe z punktu widzenia uczciwej konkurencji.

Dlatego według Federacji Przedsiębiorców Polskich obecny system akcyzy powinien pozostać nienaruszony – zwłaszcza że dopiero co (w październiku 2020 roku) opodatkowano nowe kategorie wyrobów. Jeżeli zaś rozważano by zmiany w akcyzie w celu zwiększenia dochodów budżetowych, to należałoby wówczas zmienić strukturę sposobu obliczania tego podatku na np. wyroby tytoniowe i podnieść stawki dla wyrobów najbardziej szkodliwych (czyli np. dla tradycyjnych papierosów i dla mocnych alkoholi), utrzymując bądź zmniejszając stawki dla wyrobów mniej szkodliwych (nowatorskich wyrobów tytoniowych, płynów do papierosów elektronicznych produkowanych przez polskie MŚP oraz dla alkoholi słabych, typu piwo) – można przeczytać w komunikacie FPP

Według federacji aktualna polityka akcyzowa jest efektywna zarówno od strony fiskalnej, jak i prospołecznej, dlatego na razie nie należy jej zmieniać. Zmiany powinny jednak zajść w podatku VAT, który efektywnie skonstruowany może być dla rządu efektywnym narzędziem stymulowania całej gospodarki po koronakryzysie. Przykładem jest wysunięta przez FPP propozycja wprowadzenia zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników, które byłyby dobrowolnie finansowane przez pracodawców.

Federacja Przedsiębiorców Polskich przygotowała w tym celu zbiór rekomendacji dla rządu obejmujących VAT, akcyzę i CIT, rozumiany jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy budżetowe. Według FPP wyeliminowanie agresywnej optymalizacji w celu uniknięcia CIT-u przyniosłoby znaczące wpływy, stawiając ten podatek na drugim miejscu największych źródeł dochodów budżetowych.

– CIT to trzeci co do wielkości podatek, który wpływa do budżetu, i uszczelnienie go jest bardzo ważne. Natomiast ta kwestia jest złożona. Wszyscy powinniśmy płacić podatek CIT i nie unikać go, bo na tym opiera się zwiększenie wpływów do budżetu państwa i dalsza redystrybucja tych wpływów. Należy się jednak nad nim mocno zastanowić – wskazuje Marek Kowalski.

Według FPP zagraniczne firmy, które prowadzą działalność w Polsce, powinny bezwzględnie odprowadzać CIT na tutejszym rynku. Wpływy z tego tytułu byłyby porównywalne do całej odprowadzanej akcyzy. Ta jest jednak podatkiem płaconym realnie z kieszeni Polaków. Dlatego podniesienie jej stawek – w czasie kryzysu i szalejącej pandemii – obniżyłoby ich siłę nabywczą i odbiło się na sprzedaży wszystkich towarów i usług, nie tylko tych objętych akcyzą.

Eksperci wyliczyli, że wprowadzenie takiego rozwiązania już w pierwszym roku przyniosłoby wpłaty z tytułu VAT i CIT sięgające 500 mln zł, a do 2025 roku przekroczyłyby one 1 mld zł rocznie. Efektem byłoby także nawet 7,6 mld zł dodatkowego PKB, wzrost przychodów rolników o 560 mln zł rocznie i wzrost obrotów gastronomii nawet o 4,1 mld zł, co z kolei uratowałoby zatrudnienie nawet 100 tys. pracowników tej branży.

 

Komunikat Federacji Przedsiębiorców Polskich:

Strona główna

 

Katarzyna Pankiewicz wzmocniła zespół Golden Star Group

Do zespołu Golden Star Group, globalnej firmy inwestycyjnej, dołączyła Katarzyna Pankiewicz. Korzystając z ponad 25-letniego doświadczenia na międzynarodowych rynkach nieruchomości, odpowiada za wynajem nieruchomości biurowych znajdujących się w portfolio firmy w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem kompleksu Oxygen Park w Warszawie.

– Jest nam niezmiernie miło powitać Katarzynę jako Senior Leasing Managera w naszym zespole w Polsce. Katarzyna będzie koordynowała strategię komercjalizacji projektów biurowych, znajdujących się w naszym polskim portfelu. Jesteśmy przekonani, że jej wiedza, doskonała znajomość lokalnego rynku oraz oczekiwań najemców, przełożą się na sukcesy w komercjalizacji poszczególnych projektów i rozwój całego naszego portfolio – powiedział Gal Peleg, CEO Golden Star Group.

Katarzyna Pankiewicz posiada 25-letnie doświadczenie zawodowe, zdobyte w międzynarodowych firmach o profilu deweloperskim i inwestycyjnym. Przed dołączeniem do Golden Star Group, przez 7 lat pełniła funkcję Dyrektora ds. Wynajmu i Sprzedaży powierzchni biurowych w firmie Yareal. Wcześniej, przez ponad 16 lat pracowała w GTC, gdzie zajmowała stanowisko Dyrektora Komercyjnego, odpowiedzialnego za leasing wszystkich budynków znajdujących się w portfelu firmy.

– Niezwykle cieszę się z podjęcia nowej roli, w której będę miała przyjemność pracować w Golden Star Group i koordynować działania komercjalizacyjne dla nieruchomości biurowych, charakteryzujących się najwyższą jakością, dogodną lokalizacją oraz licznymi rozwiązaniami, przekładającymi się na komfort i bezpieczeństwo najemców. Moje działania będą koncentrowały się w pierwszej kolejności na warszawskim rynku biurowym i przygotowaniu nowoczesnych rozwiązań przestrzennych, które w pełni odpowiedzą na dynamicznie zmieniające się potrzeby naszych Klientów – skomentowała Katarzyna Pankiewicz, Senior Leasing Manager w Golden Star Group.

Oxygen Park, którego komercjalizację koordynuje Katarzyna Pankiewicz, to nowoczesny kompleks biurowy, zlokalizowany bezpośrednio przy Alejach Jerozolimskich w biznesowym obszarze Warszawy. Projekt składa się z dwóch sześciokondygnacyjnych budynków o łącznej powierzchni najmu ponad

18 000 m kw. Oxygen Park został zaprojektowany, aby zapewnić jak najlepsze i najbardziej komfortowe środowisko pracy. Całkowicie przeszklona fasada gwarantuje maksymalne doświetlenie światłem dziennym, a otwierane okna umożliwiają wentylację pomieszczeń świeżym powietrzem. Oprócz najwyższej jakości powierzchni biurowych, do dyspozycji najemców Oxygen Park są również zielone patio ze strefą relaksu oraz punkty handlowo-usługowe, obejmujące m.in. kantynę i piekarnię. W kompleksie przygotowano również 162 miejsca parkingowe w garażu podziemnym, stojaki rowerowe oraz szatnie z prysznicami. Projekt architektoniczny Oxygen Park powstał w renomowanej pracowni JEMS Architekci, a inwestycja została oddana do użytku w 2013 r.

Branża IT odporna na koronakryzys. Wyzwaniem stają się najnowsze technologie, takie jak automatyzacja i sztuczna inteligencja

Pandemia zmieniła oblicze biznesu oraz firm z branży IT. Według styczniowego raportu Banku Pekao sektor oprogramowania i usług IT rozwijał się w ostatnich latach dwukrotnie szybciej niż średnio cała polska gospodarka. Dane za I półrocze 2020 roku wskazują co prawda na niższą dynamikę tego sektora, jednak notowany jest wzrost, podczas gdy niemal cała gospodarka zaliczyła znaczące spadki. Branżę napędzać będzie nie tylko potrzeba cyfryzacji biznesu, lecz także wykorzystanie najnowszych technologii, takich jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe. Zmieniające się środowisko to jednak także wyzwanie dla firm i działów IT.

– Pandemia znacząco przyspieszyła zmiany, które były wprowadzane przez działy IT. W ciągu kilku dni, tygodni trzeba było się przestawić z pracy biurowej na pracę zdalną, a w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia czy administracja publiczna to nie były oczywiste sposoby pracy, było dużo ograniczeń, regulacji, które trzeba było bardzo szybko dostosować do zmieniającego się świata. I na pewno przyspieszyły wszystkie zmiany, które były zaplanowane, przechodzenie do cyfryzacji wszystkich procesów tak, żeby każdy mógł z dowolnego miejsca zrealizować to, co wcześniej było wykonywane często ręcznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Biegun, członek zarządu firmy RevDeBug.

W czasie kryzysu wywołanego przez pandemię COVID-19 branża oprogramowania i usług IT okazała się być jednym z sektorów najbardziej odpornych na załamanie gospodarcze. Z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao „Oprogramowanie i usługi IT. Charakterystyka branży, perspektywy rozwojowe, główne obszary” wynika, że nagłe przeniesienie części życia zawodowego i prywatnego do kanałów zdalnych przyspieszyło proces transformacji cyfrowej, a istotną rolę odegrał w tym również wzmożony popyt na rozrywkę domową.

Według styczniowego raportu Pekao SA cała branża IT w Polsce osiąga przychody rzędu 85 mld zł, nie licząc obrotów mikrofirm. Sektor oprogramowania i usług IT generuje ok. 55 mld zł, czyli ok. 2/3 całej branży informatycznej, a zdaniem ekspertów udział ten systematycznie rośnie i zmierza do wartości powyżej 70 proc. Dane za I półrocze 2020 roku wskazują co prawda na niższą dynamikę tego sektora (wzrost o 6 proc. r/r), jednak to bardzo dobry wynik na tle całej gospodarki, w której większość branż zaliczyła znaczące spadki.

Nie oznacza to jednak, że branża przez pandemię nie odczuła żadnych kłopotów.

– Obecnie pracownicy działów IT borykają się najczęściej z problemami braku zasobów, ponieważ trzeba dostarczać oprogramowanie szybciej, trzeba więcej rzeczy cyfryzować, wdrażać nowe rozwiązania. I to, czego zawsze brakuje, to jest czas i zasoby. I oczywiście pojawiają się rzeczy specyficzne dla poszczególnych firm, czyli zmiany prawne, ale to zawsze kończy się tym samym, po prostu jest za mało zasobów. Obecnie według badań w Polsce brakuje około 200 tys. programistów, prawdopodobnie ta liczba jeszcze bardziej wzrośnie – wskazuje Piotr Biegun.

Krajobraz branży IT po pandemii powinien być bardzo pozytywny. Większość raportów branżowych mówi o tym, że wydatki w obszarze IT będą dynamicznie wzrastać. Ich wzrost powiązany jest z zapotrzebowaniem biznesu na nowe rozwiązania, oprogramowanie czy funkcjonalności i to powoduje, że firmy będą zatrudniać coraz więcej pracowników do działów IT i wydawać coraz więcej środków na nowe rozwiązania z tego obszaru.

– Rzeczą, która się mocno zmieni w świecie IT, jest to, że będziemy dużo rzeczy automatyzowali, będzie się pojawiało coraz więcej sztucznej inteligencji, machine learningu i to będzie powodowało nowe utrudnienia, z którymi będziemy musieli sobie poradzić. Z jednej strony będziemy mogli szybciej rozwiązywać bardziej skomplikowane problemy, ale w momencie, kiedy utracimy kontrolę nad tym, jak pewne rzeczy działają, będzie to też wymagało dostosowania się działów IT do nowej sytuacji – wskazuje ekspert.

Jak podkreśla, po ustaniu pandemii cały czas będzie dynamicznie wzrastać zapotrzebowanie na usługi działów IT.

– Będziemy mieli potrzebę cyfryzacji istniejących procesów, wdrażania nowych rozwiązań. Ciekawsze wydaje się to, co się dzieje w poszczególnych segmentach w samym IT, ponieważ wydatki w IT będą rosły po kilka procent rok do roku, natomiast obszary takie jak np. sztuczna inteligencja, machine learning będą rosły kilka razy szybciej – podkreśla członek zarządu firmy RevDeBug.

Wymiana energii między konsumentami pozwoli kupować ją po dużo niższych stawkach. Przyszłością branży jest technologia blockchain

Dzięki platformom sprzedaży łączącym bezpośrednio dostawców energii z konsumentami będzie można dokonywać transakcji po dużo niższych niż dotychczas cenach. Taki model już dziś sprawdza się m.in. w USA czy Niemczech, jednak w Polsce nie został jeszcze wdrożony z uwagi na obowiązujące prawo. Wprowadzenie go może przyspieszyć dynamiczny wzrost popularności energii odnawialnej, w tym paneli fotowoltaicznych. W skutecznych i bezpiecznych transakcjach pomoże natomiast technologia blockchain.

– Jest bardzo duży potencjał w digitalizacji energetyki – wszystkich spraw związanych z transakcją czy ułatwieniem procesu zmiany sprzedawcy bądź procesu zawarcia umowy na instalację fotowoltaiczną. To rynek, który jest związany z bardzo dużą biurokracją, która nie zawsze jest potrzebna i są sposoby, żeby to rozwiązać inaczej. Będziemy zaskoczeni postępem pod tym względem – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Emmanuel Lickel-Skiba, założyciel portalu dobryprad.pl.

Na świecie coraz mocniej odczuwalny jest trend decentralizacji sprzedaży energii elektrycznej. Na popularności zyskują platformy P2P, które bezpośrednio łączą dostawców i odbiorców prądu. Według autorów raportu, sporządzonego przez Międzynarodową Agencję Energii Odnawialnej, taki model sprzedaży sprawdzi się przede wszystkim w energetyce odnawialnej – dzięki bezpośredniej sprzedaży umożliwia wzmocnienie pozycji konsumentów, a także pozwala lepiej zarządzać energią poprzez równoważenie jej popytu i podaży.

– W Nowym Jorku właściciele dachów mieli możliwość zainstalować panele i handlować energią z sąsiadami, którzy nie mieli dostępu do paneli. Oczywiście ten sprawdzian miał charakter pilotażowy, ale okazał się prawidłowy, funkcjonujący. Powinniśmy wziąć przykład z USA i wdrożyć własne pilotaże na przykład w sektorze energetycznym w Polsce – wskazuje ekspert.

Według Technavio rynek obrotu energią elektryczną będzie rósł w średniorocznym tempie sięgającym 10 proc. Jednym z głównych czynników napędzających będzie wdrożenie technologii blockchain w procesie sprzedaży. Platformy wymiany działają już m.in. w USA, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Według raportu IRENA dzięki decentralizacji procesu sprzedaży australijska platforma Power Ledger pozwoliła odbiorcom energii zaoszczędzić na rachunkach średnio około 420 dol.

W Polsce taka wymiana handlowa nie jest na razie możliwa z uwagi na obowiązujące prawo. W najbliższych latach może jednak stać się rzeczywistością. Sprzyjać temu będzie przede wszystkim większa dostępność paneli fotowoltaicznych, których ceny będą spadać. W efekcie coraz więcej gospodarstw zacznie produkować energię, co będzie sprzyjało tworzeniu rynku łączącego dostawców i odbiorców.

– W związku z uwolnieniem tego rynku, ale też z decentralizacją rynku energii będziemy stopniowo widzieć odpowiednie rozwiązania prawne, które pozwolą odbiorcy indywidualnemu, który generuje dużo energii elektrycznej, np. z paneli fotowoltaicznych, odsprzedać tę energię swoim sąsiadom. Takie rozwiązania jeszcze nie istnieją w Polsce, ale będą powoli wdrażane, bo jest to w interesie każdego państwa, odbiorców, ale też operatorów sieci dystrybucyjnych, żeby każdy z nas był w stanie w ramach swoich możliwości generować energię – przekonuje Emmanuel Lickel-Skiba.

Tymczasem w skali światowej obserwowany jest duży wzrost zainteresowania technologią blockchain na rynku energetycznym. Według raportu sporządzonego przez QY Research rynek ten do 2025 roku przekroczy wartość miliarda dolarów. Dla porównania w 2019 roku było to 430 mln dol.

Czy wzrośnie akcyza na piwo?

W czasach kryzysu naturalne jest to, że rząd poszukuje nowych źródeł wpływów do skarbu państwa. Wiele propozycji mających podratować państwowy budżet obraca się wokół podatku akcyzowego i podatku VAT. Jedna z nich dotyczy podniesienia stawki podatku akcyzowego na wyroby alkoholowe, a w szczególności na piwo. Autorzy projektu chcą, by stawka akcyzy na piwo została zrównana ze stawką, która teraz nałożona jest na alkohole spirytusowe – takie jak wódki. Propozycja ta spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem browarników, dla których zmiana stawek może oznaczać utracenie konkurencyjności na rynku alkoholi.

– Projekt zrównania stawek na wódkę i piwo należy odebrać jako chęć przejęcia rynku piwa przez wyroby spirytusowe – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Bronicki, doradca podatkowy w BBGTAX. – Gdyby projekt ten został wprowadzony w życie, zagrożone byłoby istnienie wiele browarów – szczególnie tych małych. Zrównanie stawek akcyzowych w dużym stopniu uderzyłoby by w duże browary, które straciłyby dużą część rynku – ale przede wszystkim w browary małe. Mali przedsiębiorcy produkujący piwo korzystają co prawda z ulgi, w postaci połowy stawki podatku akcyzowego. Jednak zastosowanie stawki akcyzowej używanej przy wódce sprawiłoby, że opodatkowanie piwa wzrosłoby nawet czterokrotnie. To bardzo odciążyłoby rynek browarniczy – przestrzega Bronicki.

Różne stawki akcyzy to świadoma decyzja ustawodawcy

Rozmowa o systemie podatkowym często prowadzi do użycia sformułowania “luka prawna”. Luki w systemie podatkowym służą firmom i osobom fizycznym do omijania płacenia danin. Jednak w przypadku niektórych podatków powinniśmy być bardzo ostrożni z używaniem tego sformułowania. Jednym z nich jest akcyza. Apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są po prostu nietrafione. Są to najczęściej tezy firm zagranicznych, które mimo wysokich obrotów deklarują relatywnie niski podatek dochodowy w Polsce – a całość podatków próbują przerzucić na polskich konsumentów – i to w ramach ceny wyrobów ich rynkowych konkurentów. Padające w przestrzeni medialnej kwoty i liczby również opierają się na nierealnych założeniach, jakoby cena produktów nie miała wpływu na ich popyt, a więc że można dowolnie zwiększyć opodatkowanie akcyzą, a społeczeństwo kupi tyle samo produktów.

– To, że mamy różne stawki akcyzy na różne produkty absolutnie nie oznacza, że mamy do czynienia z lukami prawnymi. Nałożenie różnej wysokości akcyzy jest świadomą decyzją ustawodawcy – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o. – Jeśli ustawodawca zdecydował się opodatkować niżej auta elektryczne i auta hybrydowe od starych diesli, nie jest to żadna luka prawna – tylko świadoma decyzja. To samo dotyczy nowatorskich wyrobów tytoniowych, gdy porównujemy je do papierosów. Nie można mówić o żadnej luce: jest to świadoma decyzja ustawodawcy, podyktowana względami zdrowia publicznego i kosztu produkcji konkretnych wyrobów Zwiększenie akcyzy na jedną grupę wyrobów raczej przeniesie konsumpcję na inną kategorię wyrobów – np. zwiększenie akcyzy i wzrost cen piwa, skłoni społeczeństwo do picia wódki, a wzrost akcyzy na mniej szkodliwy tzw. podgrzewany tytoń spowoduje powrót do bardziej szkodliwych tradycyjnych papierosów.  Akcyza jest obecnie podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w stawkach akcyzy – np. w motoryzacji, wyrobach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką” –  wyjaśnia Rutkowski.

Jak nic się nie zmieni, to sprawy frankowiczów będą się ciągnąć w sądach przez następnych kilkanaście lat

Ten rok może być dla banków trudniejszy niż ubiegły pod względem liczby pozwów oraz unieważnionych umów kredytowych. Obecnie ok. 8% frankowiczów dochodzi swoich praw. Wkrótce drugie tyle może się na to zdecydować. Banki będą chciały złagodzić skutki tej walki, ale nie należy oczekiwać, że zaczną zawierać masowe ugody. Raczej zwrócą się o pomoc do państwa. Niemniej trudno uwierzyć, że taka sytuacja nastąpi w tym roku. Z kolei brak zmian spowoduje, że spory sądowe będą się ciągnęły aż do czasu wygaśnięcia umów. To w praktyce oznacza, że temat nie zniknie z przestrzeni publicznej jeszcze przez co najmniej kilkanaście lat.

Więcej pozwów

Dotychczas dopiero ok. 8% frankowiczów rozpoczęło starania w zakresie dochodzenia swoich roszczeń. Wyraźnie odczuwalny jest jednak wzrost zainteresowania tego typu postępowaniami. W zeszłym roku liczba nowych spraw kredytowych w niektórych kancelariach podwoiła się. Można zatem przewidywać, że w tym roku kolejne kilka bądź kilkanaście procent kredytobiorców złoży swoje pozwy. Patrząc zatem na sytuację, ostrożnie można szacować, że w całym kraju nawet 15-18% frankowiczów zacznie dochodzić swoich praw w procesach sądowych.

O przyszłości spraw frankowych w dużej mierze decydować będzie też sytuacja gospodarcza. Jeśli frank zdrożeje lub z powodów ekonomicznych, wynikających np. bezpośrednio z lockdownu, spłata rat okaże się zbyt trudna, to zapewne jeszcze więcej osób będzie chciało przeciwdziałać rosnącym zobowiązaniom, występując przeciwko bankom lub zaprzestając spłaty kredytu. Pogorszenie się sytuacji materialnej w wyniku pandemii może zmotywować wielu ludzi do pozbycia się wieloletnich obciążeń.

Dlatego rok 2021 będzie wyjątkowy pod względem kierowanych roszczeń. Odsetek wygranych spraw jest coraz wyższy. Kredytobiorcy właściwie codziennie mają możliwość zapoznania się z kolejnymi uzasadnieniami wyroków związanych z tożsamymi umowami kredytowymi jak te, które będą ich wiązać jeszcze przez kilka lub kilkanaście lat. To bardzo zachęca do dochodzenia swoich praw.

Banki walczą o swoje

Już pod koniec ub.r. przedstawiciele sektora bankowego zorientowali się, że ogromny przyrost nowych spraw może doprowadzić do poważnego kryzysu finansowego i upadłości wielu banków. Coraz głośniej słychać więc nawoływanie do przedstawiania kredytobiorcom propozycji ugodowych, które złagodzą poważne skutki toczącej się walki. Jednak na podstawie dotychczasowych obserwacji można wnioskować, że bankom wcale nie zależy na ugodach. Pod pretekstem starań o nie zapewne będą chciały w tym roku wymóc na Skarbie Państwa ustępstwa dla siebie. Trudno się jednak spodziewać, że NBP zgodzi się np. na dopłaty do każdego kredytu.

Podmioty rynku finansowego rozpoczęły rozmowy zmierzające do rozwiązania problemu frankowego. Jednak na ten moment nie wynika z nich nic, co realnie można by było wprowadzić. Banki raczej nie uzyskają pomocy państwa w formie ustawowej regulacji, choć to pewnie byłoby dla nich obecnie najlepszym rozwiązaniem.

Banki są już pod ścianą. W odpowiedzi na korzystne dla frankowiczów rozstrzygnięcia, polegające na unieważnianiu umów bądź eliminowaniu z nich niedozwolonych postanowień, zaczęły stosować politykę „zastraszania”. Polega ona na informowaniu kredytobiorców o możliwych przyszłych roszczeniach z tytułu korzystania z kapitału banku w przypadku uznania umowy za nieważną. Jednak nie ma do nich skutecznych podstaw prawnych, co potwierdzają orzeczenia sądów w pierwszych tego typu sprawach. Niewykluczone jest więc, że w tym roku banki będą szukały nowych pomysłów na zniechęcanie kredytobiorców do prowadzenia postępowań sądowych.

Zapchane sądy

Nie należy się spodziewać, że w tym roku zostanie rozwiązany problemem przewlekłości postępowań. Jest on bardzo złożony i wynika przede wszystkim z braków kadrowych. Wprawdzie w Sądzie Okręgowym w Warszawie powstaje nowy wydział przeznaczony tylko i wyłącznie do orzekania w sprawach frankowych. Jednak to niestety może sprawić, że kredytobiorcy będą jeszcze dłużej czekali na rozstrzygnięcia. Ministerstwo Sprawiedliwości nie widzi bowiem możliwości powołania dodatkowych etatów dla sędziów mających orzekać w tym wydziale.

Obecnie sprawy frankowe są rozpoznawane przez sześć wydziałów Sądu Okręgowego w Warszawie. Gdy powstanie nowa jednostka, wszystkie nowe postępowania będą kierowane do „wydziału kredytów frankowych”, w którym to jednak będzie orzekać tylko siedmiu lub ośmiu sędziów. Tym samym szybciej będą wydawane wyroki w innych sprawach rzeczowo właściwych dla tego sądu. Istnieje więc obawa, że dla kredytobiorców powstanie dedykowanego wydziału nic nie zmieni. Dalej na rozstrzygnięcie będą czekać latami.

Tylko nieliczni sędziowie mają już wypracowane podejście w sprawach kredytowych. Niestety większość z nich w dalszym ciągu błądzi, przesłuchując wszystkich zgłaszanych przez banki świadków, także tych, którzy nigdy nie mieli styczności z kredytobiorcami. Dotychczas średni czas oczekiwania na nieprawomocne rozstrzygniecie wynosił dwa lata. W Gdańsku czy w Warszawie proces w pierwszej instancji trwał około trzech lat. Natomiast w mniejszych miastach, takich jak np. Olsztyn, Białystok czy Toruń, postępowania kończą się już po roku.

Można stwierdzić, że procesy hamuje sceptyczne podejście samych sędziów do szybkiego wydawania wyroków i oddalania bezzasadnych wniosków dowodowych składanych przez banki. Opóźnienia generuje również powoływanie biegłych, którzy sporządzają swoje opinie średnio przez 6-8 miesięcy. Następnie banki składają do nich zastrzeżenia i zadają kolejne pytania, a to wiąże się z koniecznością wydania opinii uzupełniających w okresie kolejnych kilku miesięcy. Trudno przewidywać, że w tym roku tego typu praktyki samoistnie się zmienią.

Problem do rozwiązania

Sędzia, który na co dzień wydaje wyroki w tego typu sprawach, mając dostęp do orzeczeń bazujących na tożsamych wzorcach umów kredytowych, powinien pomijać wnioski dowodowe zgłaszane przez strony, które nie mają znaczenia w zakresie dochodzonego roszczenia. W przypadku wyroków ustalających, że umowa kredytu jest nieważna nie ma potrzeby przesłuchiwania świadków ani sporządzania opinii przez biegłego. W takiej sytuacji czas rozpoznania sprawy skraca się do minimum, tj. właściwie do jednej rozprawy, po której zapadałby wyrok. Ocenie podlega bowiem wyłącznie treść umowy. Jednak w praktyce to się prawie nie zdarza.

Jeszcze bardziej niezrozumiałym zjawiskiem jest niestosowanie przez sędziów art. 1561 k.p.c. Dzięki nowelizacji procedury cywilnej z dnia 4 lipca 2019 r. możliwe jest pouczenie stron o prawdopodobnym rozstrzygnięciu sprawy. To pozwalałoby na zawarcie większej liczby ugód. Wysyłając pozew do banku, sąd powinien poinformować o prawdopodobnym rozstrzygnięciu, a wtedy bank mógłby sam zainicjować rozmowy ugodowe i zaproponować korzystną dla obu stron ugodę. Bez tak jednoznacznych działań ze strony orzekających, będziemy mieli w 2021 roku kolejne informacje prasowe o rekordowych referatach sędziów i brakach miejsc na akta w sądowych szafach.

Można też z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że sprawy frankowiczów będą się toczyły jeszcze przez dobrych kilkanaście lat, czyli dopóki będą obowiązywały umowy kredytowe. Po spłaceniu zobowiązań więcej osób będzie zainteresowanych pójściem do sądów w celu dochodzenia roszczeń finansowych, bo znikną ich obawy np. przed egzekucją wynikającą z zabezpieczeń, tj. przejęcia nieruchomości przez bank. Niestety, ale w dalszym ciągu bardzo często kredytobiorcy przychodzący do kancelarii mając tego typu obawy.

Frankowicze często oczekują jedynie gwarancji, że sądy w Polsce będą respektowały obecne prawo, szczególnie to unijne. Jednak niestety sądy w Polsce nigdy nie zapewniały jednolitego orzecznictwa. Nie zmieni tego nawet oczekiwana uchwała Sądu Najwyższego, mająca na celu ujednolicenie stanowiska sądów w zakresie rozliczeń stron w sytuacji stwierdzenia nieważności umowy. Prezesi bądź przewodniczący wydziałów powinni zacząć kontrolować to, czy sędziowie, których wyroki są uchylane przez sądy odwoławcze, w kolejnych sprawach wyciągają z tego jakiekolwiek wnioski.

Oczywiście każda sprawa frankowa może w jakimś stopniu różnić się od poprzedniej. Do tego przegrana nie musi być wcale „winą” sędziego nierespektującego prawa oraz orzekającego wbrew orzecznictwu TSUE. Może być np. konsekwencją błędów procesowych, nieprawidłowego sformułowania roszczeń, braku prawidłowej argumentacji, nierzetelności dokonanych wyliczeń, a także nieprzedstawienia stosownych dokumentów pozwalających udowodnić dochodzone roszczenie. Banki wyolbrzymiają znaczenie nieistotnych okoliczności i wytkną każdy zauważony błąd.

Autorem publikacji jest adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal

„#Szczepimy się!”. Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych

W połowie stycznia ruszył ogólnopolski program szczepień przeciw COVID-19. Analitycy Gemius i PBI sprawdzili, w jaki sposób przełożyło się to na zainteresowanie internautów stronami rządowym. Analizę uzupełniono o dane dotyczące kampanii Ministerstwa Zdrowia pod hasłem „#Szczepimy się”, zachęcającej do szczepień.

Możliwość zgłoszenia chęci szczepienia, a także rejestracji na nie, została udostępniona 15 stycznia za pośrednictwem witryny https://szczepimysie.pacjent.gov.pl/, stanowiącej część serwisu Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia – www.pacjent.gov.pl. Dużą porcję informacji znaleźć też można na stronie https://www.gov.pl/web/szczepimysie (część serwisu www.gov.pl), do której kieruje kampania promocyjna „Szczepimy się”, a także na witrynie NFZ – https://www.nfz.gov.pl/, dlatego też analiza objęła wszystkie te serwisy.

Jak wynika z danych, 15 stycznia, a więc w dniu uruchomienia rejestracji online, na wszystkich analizowanych stronach nastąpił wzrost liczby użytkowników (RU), przy czym największy skok zaobserwować można było w przypadku witryn www.gov.pl (1,9 mln RU) oraz www.pacjent.gov.pl (1,8 mln RU). Stronę Narodowego Funduszu Zdrowia także odwiedziło więcej internautów niż zwykle (254 tys. RU), chociaż różnica nie była tu tak znacząca, jak w przypadku dwóch wcześniej wymienionych serwisów. 22 stycznia, a więc w dniu udostępnienia rejestracji pacjentom powyżej 70 r.ż., również dało się zauważyć wzrost liczby internautów na witrynie www.pacjent.gov.pl (859,9 tys. RU), jednak mniej spektakularny niż tydzień wcześniej. Na wszystkich omawianych stronach liczba internautów wzrosła też 25 stycznia, w dniu startu szczepień seniorów, przy czym najbardziej widoczne jest to w przypadku www.gov.pl (973,3 tys.).Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych

Zwiększona aktywność internautów na omawianych witrynach odzwierciedlona jest również w liczbie wygenerowanych odsłon. Szczególnie duży wzrost widoczny jest w przypadku strony www.pacjent.gov.pl, na której 15 stycznia odnotowano aż 14,2 mln odsłon – o 10,9 mln więcej niż dzień wcześniej. Skok liczby odsłon na stronie www.gov.pl był znacznie mniejszy, choć również zauważalny – z 3,5 na 8,1 mln (14 vs 15 stycznia 2021). W dniu uruchomienia rejestracji dla pacjentów 70+ nastąpił wzrost liczby odsłon na obu stronach (3,7 mln na www.gov.pl i 6,2 mln na www.pacjent.gov.pl). Na uwagę ponownie zasługuje 25 stycznia – liczba generowanych odsłon wzrosła wówczas na wszystkich analizowanych witrynach (2,3 mln na www.nfz.gov.pl, 3,7 mln na www.gov.pl oraz 5,9 mln na www.pacjent.gov.pl).

Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych 2
Źródło: Mediapanel, styczeń 2021

Uruchomieniu programu szczepień towarzyszyły też szeroko zakrojone działania promocyjne w ramach ogólnopolskiej kampanii „#Szczepimy się”. Tylko w styczniu reklamy emitowane w ramach kampanii – zarówno w kanałach digital, jak i radiu i telewizji – dotarły do 31,4 mln użytkowników, przy łącznej liczbie kontaktów reklamowych na poziomie 1,2 mld.

Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych 3
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów

Szczególnie intensywne działania reklamowe prowadzono w radiu – to właśnie w tym medium wolumen wygenerowanych kontaktów reklamowych był w styczniu największy i osiągnął 640,1 tys.

Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych 4
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów

Jednocześnie warto zauważyć, że największy zasięg udało się osiągnąć w przypadku telewizji – spoty emitowane w tym kanale dotarły do 28,8 mln odbiorców (88,13%). Natomiast łączny zasięg kampanii w styczniu to 95,9%.

Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych 5
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów

Warto zwrócić też uwagę na intensyfikację działań reklamowych (wyrażoną poprzez liczbę wskaźnika Ad Contacts) począwszy od 12 stycznia, a więc tuż przed uruchomieniem rejestracji na szczepienia.

Ogólnopolski program szczepień przez pryzmat oglądalności stron rządowych 6
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów

Największy zasięg, spośród wszystkich działań reklamowych, osiągnął 15-sekundowy spot telewizyjny:Największy zasięg, spośród wszystkich działań reklamowych, osiągnął 15-sekundowy spot telewizyjny

Dotarł on do 83,14% odbiorców, co przekłada się na 27,2 mln RU, 216,7 mln kontaktów reklamowych oraz 662 GRP. Czas kontaktu z reklamą wyniósł w tym przypadku 13,4 s na użytkownika. Warto jednak podkreślić, że działania realizowane w kanałach digital cechowały się dużą efektywnością – reklamy na PC oraz Mobile dotarły do 21,1 mln RU przy jedynie 189,5 mln kontaktów reklamowych.

PE zatwierdził 672,5 mld euro na walkę z pandemią. Warunek – przestrzeganie praworządności

Parlament Europejski zatwierdził w środę Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, który ma pomóc państwom Unii radzić sobie ze skutkami pandemii. 672,5 mld euro będzie skierowane na dotacje i pożyczki dla krajów członkowskich. Warunek – przestrzeganie praworządności.

Rozporządzenie dotyczące celów, finansowania i zasad dostępu do Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności przyjęto 582 głosami za, przy 40 głosach przeciw i 69 wstrzymujących się. Instrument ten jest najważniejszym elementem pakietu na rzecz odbudowy Next Generation EU o wartości 750 mld euro.

Kwota 672,5 mld euro będzie dostępna w postaci dotacji i pożyczek, z których będzie można finansować krajowe środki mające złagodzić gospodarcze i społeczne skutki pandemii. Z instrumentu można finansować również pokrewne projekty, których realizacja rozpoczęła się 1 lutego 2020 roku lub później. Środki finansowe będą dostępne przez trzy lata. Rządy państw członkowskich UE będą mogły zwracać się o zaliczki w wysokości maksymalnie 13 proc. na realizację swoich planów odbudowy i zwiększania odporności.

Do finansowania kwalifikują się krajowe plany odbudowy i zwiększania odporności, które dotyczą najważniejszych dziedzin polityki UE, tj. zielonej transformacji (z uwzględnieniem bioróżnorodności), transformacji cyfrowej, spójności gospodarczej i konkurencyjności, a także spójności społecznej i terytorialnej. Finansowanie można także otrzymać na realizację projektów, które dotyczą instytucjonalnej reakcji na kryzys i zapewniają wsparcie w przygotowaniu się do niego, oraz projektów dotyczących polityki względem dzieci i młodzieży, w tym kształcenia i umiejętności.

W każdym planie krajowym co najmniej 37 proc. budżetu należy przeznaczyć na klimat, a co najmniej 20 proc. – na działania w dziedzinie cyfryzacji. Plany muszą również mieć trwałe skutki społeczne i gospodarcze, mają obejmować kompleksowe reformy i solidne pakiety inwestycyjne i nie mogą znacząco utrudniać realizacji celów środowiskowych.

Rozporządzenie stanowi także, że fundusze z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności przysługują tylko tym państwom członkowskim, które przestrzegają praworządności i szanują podstawowe prawa Unii Europejskiej.

Właściwe komisje Parlamentu mogą zwrócić się do Komisji Europejskiej, która jest odpowiedzialna za nadzór nad wdrażaniem Instrumentu, by raz na dwa miesiące zaprezentowała stan odbudowy Unii Europejskiej i sposób realizacji przez państwa członkowskie celów pośrednich i końcowych. Komisja ma ponadto udostępnić państwom członkowskim zintegrowany system informowania i monitorowania, w którym znajdą one porównywalne informacje na temat sposobu wykorzystywania środków.

Zadowolenie z przyjęcia przez PE Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności wyraziła Komisja Europejska. Jak podkreśliła, Instrument odegra decydującą rolę, pomagając Europie w przezwyciężeniu gospodarczo-społecznych skutków pandemii.

Po formalnym zatwierdzeniu rozporządzenia przez Radę UE, dokument wejdzie w życie po opublikowaniu w Dzienniku Urzędowym UE.

SpeedUp Energy Innovation inwestuje w estońskie drony inspekcyjne HEPTA

SpeedUp Energy Innovation ogłosił swoją najnowszą zagraniczną inwestycję. Fundusz zainwestował w HEPTA Airborne, spółkę  technologiczną z Estonii, opracowującą pierwszy autonomiczny system inspekcji sieci elektroenergetycznej. W transakcji uczestniczą także EIT InnoEnergy oraz pozostali, wcześniejsi inwestorzy spółki – fundusze z Litwy (Contrarian Ventures), Łotwy (Expansion Capital),  Estonii (ThorGateVentures) oraz Markku Jääskelainen. Łączna wartość inwestycji to 2 miliony Euro.

HEPTA to już dziś uznana w Estonii firma. Obecnie najważniejszym produktem w jej portfolio jest  hybrydowy dron inspekcyjny, z silnikiem spalinowo-elektrycznym. Inwestycja, której przewodzi Speedup Energy Innovation, zostanie przeznaczona na poszerzenie oferty o sprzedawaną w modelu SaaS platformę uBird zapewniającą cyfrowy sposób kontroli infrastruktury sieci poprzez automatyzację inspekcji, a także analizę danych. HEPTA planuje też dywersyfikację swojego modelu biznesowego i wejście na kolejne rynki geograficzne. W pierwszym etapie firma chce skupić się na Polsce, krajach skandynawskich i bałtyckich oraz na Ukrainie.

Widzimy duży trend wzrostowy w obszarze automatyzacji inspekcji linii energetycznych w najbliższych latach, którego Hepta już teraz jest liderem. Kiedy pojawia się temat „transformacji energetycznej”, można pomyśleć, że dotyczy on głównie odnawialnych źródeł energii. Jest w tym oczywiście racja, ale to stwierdzenie niewystarczająco obrazujące temat. Pomimo nowych metod produkcyjnych, istnieje duży obszar dotyczący cyfryzacji innych aspektów energetyki. Na całym świecie istnieje 100 milionów kilometrów linii energetycznych a 97% z nich jest dziś  sprawdzanych ręcznie. Jest to spora przestrzeń dla cyfrowych rewolucji i jest to obszar specjalizacji Hepta. Dzięki inwestycji możliwy stanie się proces automatyzacji inspekcji linii energetycznych i analizy danych w oparciu o uczenie maszynowe. – mówi Bartłomiej Gola, partner zarządzający funduszu Speedup Energy Innovation.

Obecnie na świecie analiza sieci energetycznych przeprowadzana jest często niedokładnymi i czasochłonnymi metodami „na piechotę” lub za pomocą oblotów helikopterami. Hepta Airborne, sprawia, że proces inspekcji jest bezpieczniejszy, bardziej  wygodny i po prostu szybszy. Dzięki wykorzystaniu narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, firma automatyzuje kontrolę  stanu linii energetycznych i ich otoczenia, wykorzystując analizę danych pozyskiwanych za pomocą  dronów, helikopterów oraz satelity. System HEPTA oparty jest na automatycznej analizie dużych zbiorów danych, z wykorzystaniem opartej o Machine Learning technologii Image Recognition umożliwiającej monitoring otoczenia sieci energetycznej – w szczególności przyrostów roślinności. Pozwala również między innymi na wykorzystanie danych ze zmodyfikowanych inteligentnych czujników pomiarowych i bezzałogowych śmigłowców (UAV). Hepta oferuje pełną obsługę, od gromadzenia danych po ich analizę.  Wszystkie dane są dostarczane do „uBird”, które na ich podstawie automatycznie wykrywa uszkodzone linie energetyczne i inne wady infrastruktury.

Jak informuje CEO firmy Hepta, Henri Klemmer, rozwiązania Hepta zwiększają dokładność wyników końcowych o ponad 33% w porównaniu z metodami konwencjonalnymi. Oznacza to, że oprogramowanie „uBird”  wykrywa więcej błędów niż obecnie stosowane metody –  w ciągu 5 minut jest w stanie zebrać dane z ponad 250 km  linii elektroenergetycznych i zamienić je w przydatne wyniki końcowe. Jeden inżynier na wykonanie tego zadania potrzebuje ok. 30 dni. Osiągnęliśmy już nawet 400% większą dokładność, znajdując setki więcej usterek na pojedynczą linię energetyczną, niż w przypadku metod konwencjonalnych. – komentuje Henri Klemmer.

Kolejnym dużym problemem w tym obszarze, którego szybsze i bardziej wydajne rozwiązanie próbują znaleźć firmy energetyczne, są przerwy w dostawie prądu wywołane np. nagłymi zjawiskami atmosferycznymi. Drony Hepta mogą latać przy silnym wietrze – osiągającym 20 metrów na sekundę i więcej. Drony Hepta mogą latać bez przerwy do trzech godzin.

Plany na rozwój

Plany rozwojowe Hepta obejmują budowę tzw. digital twins, czyli cyfrowych bliźniaków tradycyjnych procesów dla różnych infrastruktur i gałęzi przemysłu –  sieci gazociągowych, kolejnictwa czy sektora telekomunikacyjnego. W 2021 roku firma planuje wprowadzić algorytmy, które będą zbierały i uwzględniały w analizie informacje o wilgotności, glebie i pogodzie. Pozwoli to symulować rzeczywiste warunki w środowisku cyfrowym i przewidywać przyszłe scenariusze i potencjalne wypadki. Możliwe będzie uzyskanie symulacji wegetacji drzew wokół sieci, czy burzy przechodzącej przez dany obszar w oparciu o prognozy pogody. Ma to pozwolić na przykład na identyfikację miejsc potencjalnie narażonych na uszkodzenia.

Hepta stworzyła innowacyjną i zrównoważoną technologię monitorowania infrastruktury, która jest realizowana za pomocą dronów. Zgodnie z naszymi prognozami i badaniami rynku uważamy, że istnieje ogromna potrzeba rozwiązań technologicznych i biznesowych Hepta Airborne nie tylko w Europie, ale również w innych częściach świata. W samej tylko Unii Europejskiej mamy ponad 11 milionów kilometrów linii energetycznych, których inspekcje prowadzone są w 90% przez tradycyjne patrole. Wierzymy w technologię Hepta, dlatego oprócz inwestycji finansowej staramy się wspierać spółkę w rozwoju modelu biznesowego i dotarciu do nowych rynków i klientów. – komentuje Łukasz Skarka, zarządzający portfelem inwestycyjnym EIT InnoEnergy Central Europe.

Jest to pierwsza w tym roku inwestycja cross borderowa funduszu SpeedUp Energy Innovation, zarządzanego przez  SpeedUp Management, spółkę rozwijaną przez Bartłomieja Golę, Tomasza Czaplińskiego, Marcina Fejfera, Kubę Dudka i Monikę Synoradzką, specjalizującą się w zarządzaniu funduszami typu VC i CVC. SpeedUp Energy Innovation planuje w najbliższych latach rozwój i koncentrację działań inwestycyjnych w obszarze transakcji międzynarodowych. Inwestycja w HEPTA Airborne przeprowadzona została w popularnej wśród amerykańskich funduszy venture formie convertible bond –  finalna wycena ustalona zostanie ustalana przy kolejnej rundzie inwestycyjnej. Zespół SpeedUp Energy Innovation nie zwalnia tempa i pracuje nad kolejnymi inwestycjami w spółki działające w obszarze energetyki, które zostaną ogłoszone w najbliższym czasie.

Autonomiczny transport przyszłości

Efektywność transportu decyduje o rozwoju gospodarek, wpływa na projektowane naszego otoczenia, kształtuje styl życia, nawyki, kulturę. Według ekspertów, automatyzacja transportu może przyczynić się m.in. do zwiększenia bezpieczeństwa, poprawy jakości środowiska czy rozwoju nowych gałęzi gospodarki oraz oszczędności. Dzięki niej koszty samej tylko emisji CO2 w przypadku Polski mogłyby spaść o ponad 600 mln zł rocznie. Transport autonomiczny to jeden z trendów opisanych w 9. edycji raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pt. „Monitoring trendów w innowacyjności”.

Efektywność transportu jest niezwykle ważna dla rozwoju gospodarek, wpływa na projektowanie naszego otoczenia, kształtuje styl życia, nawyki i kulturę. Autonomia transportu byłaby rozwiązaniem wielu problemów współczesności, w tym związanych z wielozadaniowością i starzeniem się społeczeństwa.

Autorzy raportu „Autonomiczny transport przyszłości” (2020 r.), przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny wspólnie z Ministerstwem Infrastruktury, wskazują, że do 2040 r. automatyzacja pozwoli na obniżenie zapotrzebowania na kierowców o 10 proc., jednocześnie podniesie znacząco komfort pracy kierowcy, zmniejszy jego odpowiedzialność i stres. Dodatkowo koszty pracy w branży transportowej po wprowadzeniu autonomicznych ciężarówek mogłyby spaść nawet o 10 proc. (ok. 2 mld zł), a koszty zużycia paliwa i materiałów w transporcie o 5 proc. (1,7 mld zł).

Zyska na tym również środowisko. Wdrożenie rozwiązań opartych na automatyzacji, takich jak np. platooning (zestawianie konwojów z pojazdów ciężarowych) daje szansę na zmniejszenie zużycia paliwa przez samochody ciężarowe o 4 proc., a emisji CO2 o 10 proc. W przypadku Polski oznaczałoby to obniżenie kosztów emisji o ponad 600 mln zł rocznie.

Już teraz korzystamy z mniej lub bardziej zautomatyzowanych pojazdów. W pociągach, samolotach i statkach automatyczne systemy sterowania rozwijają się od lat. Lecz najistotniejszy z punktu zarówno globalnej gospodarki, jak i przeciętnego człowieka jest transport drogowy – zauważa Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.

Wśród licznych korzyści wynikających z rozwoju tej dziedziny technologii warto wyróżnić poprawę bezpieczeństwa (głównie na drogach) i związane z nią oszczędności – według wyliczeń amerykańskiego biura Roland Berger z 2016 r., prognozowano że w 2040 r. dzięki zastosowaniu rozwiązań automatycznych liczba wypadków może być niższa nawet o 90 proc. Przy powyższym założeniu, eliminacja kosztów związanych z kolizjami drogowymi dałaby oszczędności rzędu ponad 50 mld zł rocznie.

Podczas pandemii prace nabrały tempa

Jeśli chodzi o automatyzację aut, pionierem jest Japonia, która jako pierwsza na świecie oficjalnie dopuściła do ruchu po drogach publicznych auta seryjnie wyposażone w tryb jazdy autonomicznej poziomu 3 (warunkowo zautomatyzowane – pojazd wyposażony w zautomatyzowany system prowadzenia we wszystkich aspektach jazdy). Z pierwszej homologacji skorzystała Honda. Pierwszym modelem przystosowanym do jazdy automatycznej ma być Honda Legend.

Wybuch epidemii koronawirusa sprawił, że wiele projektów samojezdnych robotów czy dronów znacznie przyspieszyło. Z fazy badań i testów weszły do etapu pilotażu i faktycznych wdrożeń. Przykładów jest wiele: od robo-taksówek Google po BSP (bezzałogowe statki powietrzne) dostarczające próbki medyczne do szpitali m.in. w Polsce – wymienia Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.

Joint venture Hyundaia i firmy Aptiv uruchomiło specjalną usługę dostaw żywności pojazdami autonomicznymi dla mieszkańców Las Vegas. To samo robi Cruise w San Francisco, a TuSimple (w firmę zainwestował kurierski UPS) – przy wykorzystaniu 40 samojezdnych ciężarówek – obsługuje w czasie kryzysu bank żywności w Teksasie. Startup Beep wozi próbki pobrane od pacjentów potencjalnie chorych na COVID-19 na terenie kampusu Mayo Clinic na Florydzie, Neolix środki medyczne w Pekinie, zaś JD.com w Wuhan. Te technologie właśnie teraz świetnie się sprawdzają, ograniczając kontakty między ludźmi. Przykłady można mnożyć.

Automatyzacja ratunkiem dla przyszłych pokoleń?

Choć w tej chwili rozwój autonomicznego transportu drogowego, hamują m.in. koszty (niezbędna jest m.in. odpowiednia infrastruktura), czy aspekty prawne (kto ponosi odpowiedzialność w razie wypadku z udziałem autonomicznego pojazdu), to nie ma wątpliwości, że jest naszą przyszłością.

Inwestowanie w mobilność autonomiczną spowoduje spadek liczby pojazdów, zwiększenie przepustowości dróg i mniejsze zapotrzebowania na miejsca parkingowe. Odzyskanie części przestrzeni miejskiej, zajętej obecnie przez parkingi stanowiłoby szansę rozwojową dla miast. W pełni autonomiczny transport podniesie także jakość życia starszych i niepełnosprawnych osób, które nie są w stanie prowadzić.

Gatta w sanacji – priorytetem jest ciągłość produkcji i sprzedaży

W związku pandemią COVID-19 oraz obostrzeniami związanymi z zakazem handlu spółki zarządzające marką GATTA rozpoczęły postępowanie sanacyjne. Dzięki temu utrzymana zostanie ciągłość produkcji i sprzedaży. Wszystkie placówki oferujące produkty GATTA mają gwarancję stałego zatowarowania, ochronione zostaną także miejsca pracy.

Patryk Filipiak
dr Patryk Filipiak, zarządca restrukturyzacyjny spółek, prezes zarządu ZFR S.A.
„Postępowanie restrukturyzacyjne to najlepsze rozwiązanie, chroniące przedsiębiorstwo w obliczu pandemii COVID-19. Pozwala na prowadzenie rozmów z kontrahentami bez uszczerbku dla ciągłości biznesu i bez zmian w zarządzie spółki. Dzięki temu można uniknąć upadłości i ochronić miejsca pracy. Dla naszych partnerów to szansa na uzyskanie wyższego poziomu spłaty: układ i kontynuacja działalności są korzystniejsze niż likwidacja firmy. Wtedy na uprzywilejowanej pozycji stoją w zasadzie wyłącznie wierzyciele hipoteczni i zastawnicy. W ramach postępowania spółka musi prowadzić bardzo konserwatywną politykę płynnościową – wszystkie bieżące płatności powinny być regulowane na bieżąco. Dla firm handlowych obecnie największym wyzwaniem są czynsze za lokale. Choć państwo narzuciło model, w ramach którego centra handlowe nie pobierają czynszów za okres, gdy sklepy są zamknięte, to wymagane były aneksy korzystne dla wynajmujących Zazwyczaj wiązały się ze zrzeczeniem się przez najemcę dochodzenia w przyszłości roszczeń odszkodowawczych z tytułu pandemii. Obniżka czynszu była możliwa na kilka miesięcy w zamian za wydłużenie umowy najmu na warunkach sprzed lockdownu o kilkanaście, kilkadziesiąt miesięcy. Było to de facto przesunięcie płatności w czasie, a nie obniżka. Najemcy nie mogą wycofać się z lokalizacji i muszą trwać do czasu zakończenia umowy. Za wyjście z lokalu przed końcem umowy grożą im bardzo wysokie kary umowne. Wyjątkiem jest postępowanie sanacyjne, które daje możliwość najemcy odstąpienia – za zgodą sądu – od każdej umowy najmu” – wyjaśnia dr Patryk Filipiak, zarządca restrukturyzacyjny spółek, prezes zarządu ZFR S.A.

„Zarówno sklepy stacjonarne, jak i sklep internetowy działają płynnie, codzienna sprzedaż oraz wysyłki są realizowane zgodnie z zamówieniami, konsumenci mają stały i swobodny dostęp do pełnej oferty produktowej, a także bez przeszkód mogą korzystać m.in. z prawa do reklamacji czy zwrotu zakupionego towaru. Naszym celem jest utrzymanie pozycji lidera w produkcji wyrobów pończoszniczych w Polsce. Nie chcemy zmniejszać naszej sieci sprzedaży – jednak zweryfikujemy swoją obecność w galeriach handlowych. To obecnie najmniej efektywny i bardzo kosztochłonny kanał sprzedaży ze względu na długotrwałe zamknięcia i zmianę przyzwyczajeń konsumentów. Każdą lokalizację zbadamy pod kątem rentowności i wyników. Jeśli wynajmujący wyrażą chęć renegocjacji czynszów, będziemy otwarci na rozmowy. Jednak jeśli nie uda się osiągnąć oczekiwanej rentowności konkretnych salonów, będziemy niestety musieli odstąpić od tych umów najmu – na co pozwala nam postępowanie sanacyjne.” – mówi adw. Tomasz Henclewski, pełnomocnik spółki FERAX, Kancelaria Henclewski & Wyjatek.

Sąd Rejonowy dla Łodzi – Śródmieścia w Łodzi, XIV Wydział Gospodarczy do Spraw Upadłościowych i Restrukturyzacyjnych wyraził zgodę na rozpoczęcie procesu sanacyjnego wobec spółek FERAX Sp. z o.o. oraz Wola Sp. z o.o.

Praca 4.0 czy bezrobocie technologiczne

Pandemia Covid-19 zmieniła rynek pracy. Można sobie zadać pytanie, czy te zmiany to rewolucja, po której już nic nie będzie takie samo, czy po prostu przyspieszenie procesów, które przebiegały powoli, a teraz po prostu nasiliły się pod wpływem okoliczności zewnętrznych.

– Jednym z pierwszych widocznych trendów jest upowszechnienie się pracy zdalnej. Krokiem milowym było na pewno pojawienie się tego pojęcia w prawie. Wcześniej mieliśmy tylko telepracę. Przeregulowaną, nieco z innego świata, a tym samym rzadko stosowaną. Jeden przepis z tzw. ustawy antycovidowowej wystarczył, aby to co było rzeczywistością wielu pracowników nagle stało się zauważonym faktem prawnym – mówi Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Wraz z upowszechnieniem pracy zdalnej wzrosło znaczenie takich kompetencji pracowniczych jak: organizacja pracy własnej, szczególnie w sytuacji, kiedy czasowo brak jest bezpośredniego nadzoru, umiejętne łączenie obowiązków zawodowych i pozazawodowych w tym samym czasie, co było zadaniem szczególnie rodziców mających pod opieką dzieci, które nie mogły w tym czasie korzystać z żłobków i przedszkoli, a także – co wcześniej było wielokrotnie podnoszone – kompetencje cyfrowe.

Właściwie każdy pracownik, który z dnia na dzień trafił z realizacją własnych zadań w zacisze swojego domu, musiał zmierzyć się z koniecznością nauki (często samodzielnej) programów, które umożliwiały na przykład wirtualne spotkania. Warto również podkreślić, że od osobistych cech charakteru zależało i zależy to, jak pracownicy radzą sobie z pracą zdalną – dla jednych jest to rozwiązanie sprzyjające skupieniu, a tym samym efektywności, dla innych – wzmaga poczucie odosobnienia, oderwania od firmy, a tym samym obniża ich efektywność i poziom kreatywności. Oczywiście można sobie zadać pytanie, czy dalekosiężnym skutkiem upowszechnienia pracy zdalnej nie będzie migracja części pracowników, również – a może przede wszystkim – wysokowykwalifikowanych i dobrze zarabiających do mniejszych miejscowości w Polsce, oferujących możliwość innego stylu życia.

– Pandemia przyspieszyła procesy automatyzacji, które już obserwowaliśmy w 2019 i na początku 2020 r. Główną przyczyną decyzji firm o zastąpieniu pracy ludzkiej rozwiązaniami technologicznymi była coraz mniejsza dostępność pracowników (to efekt trendów demograficznych) i rosnących kosztów pracy (za sprawą znacznego wzrostu płacy minimalnej, ale też zwiększania się oczekiwań płacowych pracowników). Kalkulacje ekonomiczne i trudności w rekrutacji powodowały decyzje o inwestycjach w bazę techniczną – podkreśla Monika Fedorczuk.

Od marca ubiegłego roku doszła do tego obawa przed zarażeniem i przenoszeniem wirusa. Początek pandemii to również bardzo restrykcyjne zalecenia dotyczące kwarantanny pracowników w przypadku stwierdzenia zakażenia. Na to nałożyły się rozwiązania pozwalające rodzicom korzystać z zasiłku opiekuńczego, co w części firm znacznie zmniejszyło liczbę pracujących. Przed poważnym problemem stanęły sieci handlowe, produkcja i wszystkie te branże, gdzie trudno jest wyeliminować bezpośredni kontakt. Tam gdzie było to możliwe i gdzie istniały środki na takie inwestycje, widoczny jest postęp automatyzacji. Ich wskaźnikiem może być choćby proporcja pomiędzy kasami samoobsługowymi a tymi tradycyjnymi.

– Zmiany, które zachodzą na rynku pracy mogą nasilić zjawisko bezrobocia technologicznego, o czym stosunkowo rzadko wspominano w ostatnich latach. Osoby bez umiejętności pozwalających na odnalezienie się w zakładzie pracy o wyższym stopniu zautomatyzowania czy gorzej radzące sobie w świecie zdominowanym przez spotkania on-line są zagrożone utratą pracy lub wykonywaniem pracy poniżej ich rzeczywistych kwalifikacji (rozumianych jako sumę wszystkich umiejętności i wiedzy), a tym samym gorzej opłacane. Dlatego też nie możemy ulec przekonaniu, że niskie bezrobocie rejestrowane i to według BAEL jest dowodem na dobrą sytuację na rynku pracy. Jeśli nadal wskaźniki będą utrzymywały się na stosunkowo niskim poziomie, to oznacza, że mamy darowany ekstra czas na zajęcie się realnymi problemami rynku pracy. Jeśli prześpimy ten moment, plan wyjścia z pułapki niskiego dochodu może pozostać tylko ambitnym zamierzeniem – dodaje Monika Fedorczuk.

Sprawnie funkcjonujący rynek pracy będzie ważnym elementem odbudowy gospodarki w okresie wychodzenia z pandemii. Proces definiowania celów i środków, jakie mają służyć wsparciu rynku pracy, został już rozpoczęty.

PGE i Ørsted wspólnie zbudują morskie farmy wiatrowe na Bałtyku

PGE Polska Grupa Energetyczna i Ørsted podpisały umowę o utworzeniu spółki joint venture 50/50, której celem będzie rozwój, budowa i eksploatacja dwóch morskich projektów wiatrowych na Morzu Bałtyckim o łącznej mocy do 2,5 GW.

Ørsted obejmie nowe udziały stanowiące 50% kapitału zakładowego w dwóch projektach morskich elektrowni wiatrowych PGE: Elektrownia Wiatrowa Baltica-3 sp. z o.o. („Baltica 3”) o mocy ok. 1 GW oraz Elektrownia Wiatrowa Baltica-2 sp z o.o. („Baltica 2) o mocy ok. 1,5 GW za kwotę 657 mln zł.

Oba projekty PGE kwalifikują się do uczestnictwa w 2021 r. w pierwszej fazie działania systemu wsparcia dla morskiej energetyki wiatrowej w Polsce dla farm o łącznej mocy wynoszącej 5,9 GW. Najbardziej zaawansowanym z projektów jest projekt Baltica 3, który może zacząć produkować energię elektryczną w 2026 roku.

Zamknięcie transakcji jest przewidywane w I kwartale 2021 r., pod warunkiem uzyskania zgody organu regulacyjnego.

Morska energetyka wiatrowa to ogromna szansa dla polskiej gospodarki i polskich przedsiębiorców. Szacuje się, że ponad 100 krajowych podmiotów z powodzeniem może zostać włączonych w procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych w polskiej części Morza Bałtyckiego. Potencjał morskiej energetyki na Bałtyku oceniany jest na ok. 11 GW do 2040 r., a szacowana łączna wartość inwestycji w morskie projekty wiatrowe to nawet 160 mld zł. Potencjał Morza Bałtyckiego w kontekście pozyskiwania energii z morskich farm wiatrowych jest ogromny. Dlatego też, liczymy, że nasza współpraca przyczyni się do wykorzystania posiadanych doświadczeń i sprawnego przygotowania obu projektów do etapu eksploatacji. Szczególnie, że plany PGE w zakresie rozwoju morskiej energetyki wiatrowej są ambitne. Do 2040 roku chcemy posiadać co najmniej 6,5 GW zainstalowanej mocy offshore – powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Polska staje się liderem w dziedzinie morskiej energetyki wiatrowej na Morzu Bałtyckim i z niecierpliwością czekamy na wejście na polski rynek w ramach spółki joint venture z PGE. Transakcja ta stanowi połączenie osiągnięć firmy Ørsted w zakresie rozwoju i budowy wielkoskalowych morskich elektrowni wiatrowych z rozległą wiedzą i doświadczeniem PGE na temat polskiego rynku energetycznego i jego regulacji. Nasza nowa spółka joint venture jest mocno zdeterminowana do realizacji ambitnych planów polskiego rządu w zakresie rozwoju morskiej energetyki wiatrowej – powiedział Martin Neubert, wiceprezes Ørsted Offshore.

Z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie wspólnego projektu budowy morskich farm wiatrowych Baltica-2 i Baltica-3 wraz z firmą Ørsted. Dwa projekty, które wspólnie zrealizujemy, należą do jednych z najbardziej zaawansowanych projektów offshore w Polsce. Zapewnią zieloną energię 4 milionom gospodarstw domowych i pozwolą uniknąć emisji ponad 8 milionów ton CO2 rocznie. Udział PGE w nakładach inwestycyjnych na realizację projektu Baltica 2 i 3 stanowi nasz bardzo ważny wkład w transformację energetyczną Polski – dodała Monika Morawiecka, prezes zarządu PGE Baltica.

Decyzja polskiego rządu, o wsparciu 11 GW mocy w morskiej energetyce wiatrowej do 2027 r. jest doskonałym punktem wyjścia do transformacji energetyki. Jest to również kamień węgielny pod budowę nowego ośrodka przemysłowego dla morskiej energetyki wiatrowej w regionie Morza Bałtyckiego. Wiążemy duże nadzieje ze współpracą z PGE. Wspólnie będziemy inwestować w rozwój odnawialnych źródeł energii na Morzu Bałtyckim, wspierać działalność biznesową wokół tworzącego się sektora oraz wzmacniać lokalny łańcuch dostaw i tworzyć w Polsce przemysł, który może wygenerować tysiące miejsc pracy w obszarze produkcji, eksploatacji i konserwacji morskich farm wiatrowych – dodaje Rasmus Errboe, wiceprezes Ørsted Offshore, odpowiedzialny za Europę kontynentalną.

W ramach porozumienia, Ørsted i PGE wspólnie ustanowią ramy działania, które umożliwią skuteczną integrację oraz wykorzystanie mocnych stron i wiedzy obu partnerów. Połączenie światowej klasy doświadczenia Ørsted w obszarze morskiej energetyki wiatrowej z wiedzą i doświadczeniem PGE na polskim rynku energetycznym stworzy solidne podstawy do skutecznej realizacji największego portfela projektów morskich farm wiatrowych w I rundzie alokacji w 2021 r.

Raiffeisen Bank pozywa Dziubaków i domaga się blisko 800 tys. zł

Raiffeisen Bank domaga się od państwa Dziubaków, którzy wygrali sprawę przed TSUE, zwrotu zwaloryzowanego o inflację kapitału oraz kosztów poniesionych w związku z bezumownym korzystaniem z pieniędzy, po stwierdzeniu nieważności umowy o kredyt we frankach – podaje serwis Prawo.pl. Umowa opiewała na 400 tys. złotych, bank żąda blisko dwa razy tyle.

Rozstrzygnięcie 3 października 2019 roku przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytań prejudycjalnych w sprawie Justyny i Kamila Dziubaków przeważyło szalę na korzyść frankowiczów w sporach z bankami. Po tym, jak dzięki TSUE 3 stycznia 2020 roku Sąd Okręgowy w Warszawie unieważnił ich umowę, bank pozwał ich o 790 995,07 złotych.

Raiffeisen Bank wyjaśnił serwisowi Prawo.pl, że koszty obejmują równowartość użyczonego kapitału w złotówkach wraz z jego waloryzacją o wskaźnik inflacji (zgodnie z danymi GUS), a także poniesiony przez bank koszt obsługi kredytu, wyliczony w oparciu o dane ze sprawozdań finansowych banku. „Bank podkreśla, że nie ubiega się o wynagrodzenie za bezumowne korzystanie z kapitału. I zaznacza, że decyzja o pozwie była konieczna ze względu na ochronę interesu wszystkich klientów banku – m.in. depozytariuszy, akcjonariuszy” – tłumaczy bank.

„Będziemy walczyć do końca, bo to roszczenie jest bezprawne” – mówi serwisowi Prawo.pl Agnieszka Plejewska, adwokat i pełnomocnik państwa Dziubaków. Prawnicy broniący frankowiczów zwracają uwagę, że choć bank mówi o kosztach poniesionych w związku z bezumownym korzystaniem z kapitału, to ma na myśli wynagrodzenie.

Jak informuje portal, o tym, że bankom nie powinno przysługiwać wynagrodzenie za korzystanie z ich kapitału po unieważnieniu umowy, przekonani są: Rzecznik Praw Obywatelskich, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a także Rzecznik Finansowy. 25 marca głos w tej sprawie ma zabrać Sąd Najwyższy.

Dolar dalej słabnie

Słaba passa dolara trwająca od piątku jest wciąż kontynuowana. Euro w tym czasie podrożało już niemal 2 centy, a patrząc na reakcje rynków na dane makroekonomiczne dolar może być nadal pod presją.

Wzrost cen w Niemczech

Nad ranem poznaliśmy poziom wzrostu cen u naszego zachodniego sąsiada. W ciągu roku wzrósł on do 1,0%, co dokładnie pokryło się z oczekiwaniami analityków. Jest to w dalszym ciągu relatywnie niski poziom, aczkolwiek patrząc na sytuację ekonomiczną widać powody ograniczające wzrost cen. Dane te zostały jednak dobrze odebrane przez rynki i euro kontynuowało swój marsz w górę względem dolara.

Rosnące bezrobocie w Turcji

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat bezrobocia w Turcji. Wzrosło ono do 12,9% wobec oczekiwanego poziomu 12,7%. W tym miejscu należy przypomnieć, że 12,7% to najniższy poziom od końca 2018 roku. W związku z czym trudno obecny poziom uznać za wysoki, pomimo tego, że w wielu państwach byłaby to tragedia. Waluta zareagowała na tę decyzję spokojnie. Lira turecka w dalszym ciągu kontynuuje dobrą passę wywołaną podwyżką stóp procentowych. Kraj ten podobnie jak inne państwa na początku pandemii ciął stopy procentowe, jednakże w związku z gwałtowną utratą wartości waluty i rosnącą inflacją pod koniec roku gwałtownie je podniósł. Ruch ten nie tylko ustabilizował lirę, ale spowodował odzyskanie sporej części strat, od początku listopada lira zyskała imponujące 15% względem euro.

Szwecja nie zmienia stóp procentowych

Dzisiaj poznaliśmy decyzję centralnego banku Szwecji w sprawie stóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami analityków utrzymano poziom 0% na głównej stopie procentowej. Patrząc na reakcję rynków w tym silne umocnienie korony szwedzkiej względem euro po publikacji widać, że nie wszyscy inwestorzy byli zgodni co do kierunku zmian.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:00 – USA – wnioski o kredyt hipoteczny,
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
20:00 – USA – budżet federalny.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Koło naukowe, które nakręca młodych ludzi do pomagania innym

Ul, który dba o życie pszczół, cyfrowy mechanizm dla baletnicy, która przeszła amputację nogi czy też elektroniczna proteza ręki – w zakończonej, 8. edycji Koła Naukowego ABB młodzi ludzie pokazali, że chcą łączyć technologię z odpowiedzialnością społeczną. Nic nie wskazuje na to, aby ten trend się zmienił. Właśnie ruszył nabór do kolejnej edycji.

Pani Karolina od dziecka marzyła o balecie. Na lekcje uczęszczała kilka razy w tygodniu, jeszcze na krótko przed urodzeniem córki była bardzo aktywną osobą. Jednak nieszczęśliwy wypadek wywrócił jej życie do góry nogami. Historia pani Karoliny – baletnicy, której lekarze musieli amputować nogę, zainspirowała studentki do stworzenia prototypu elastycznej protezy. Z mięśnia czworogłowego uda pobierane są impulsy nerwowe, sygnał biegnie do mikrokontrolera, który steruje serwomechanizmem. Ten z kolei porusza syntetyczną stopą. Test prototypu, przeprowadzony przez panią Karolinę na sali baletowej, wypadł pomyślnie.

– Największym wyzwaniem, jakie napotkałyśmy po drodze, było napisanie programu sterującego – mówi Anna Wątek, jedna z dwóch autorek projektu. W tym jednak pomogli specjaliści z ABB.Re ABB baletnica

– Studenci mają w sobie zapał, żeby zmieniać świat. Nie ograniczają ich formalne bariery, bo często po prostu nie zdają sobie z nich sprawy. Ma to swoje duże plusy, bo młodzi ludzie nie widzą przeciwności, które zauważyliby ich starsi koledzy, więc prą naprzód. Wkładają w te projekty swoją pasję i czas, a my dajemy im wsparcie merytoryczne i finansowe, żeby pomóc im wprowadzać oryginalne pomysły w życie – wyjaśnia Robert Fiołek, pracownik Korporacyjnego Centrum Technologicznego ABB w Krakowie i jeden z opiekunów Koła Naukowego.
To właśnie jednostka badawczo-rozwojowa ABB stoi za inicjatywą, w ramach której studenci i uczniowie szkół technicznych mogą wcielać w życie swoje pomysły (również te na pierwszy rzut oka dość awangardowe) z zakresu mechatroniki, elektroniki, energetyki, inżynierii materiałowej, informatyki oraz innych pokrewnych dziedzin. Co istotne, zawodowi naukowcy z międzynarodowej korporacji nie wyręczają młodszych kolegów w realizacji, ale dają narzędzia i przede wszystkim bezcenny „know-how”. Uczestnicy Koła rozwijają swoje pomysły przez 10 miesięcy – samodzielnie lub zespołowo. Pracują nad nimi we własnym zakresie, a eksperci ABB monitorują postępy, wspierając młodych ludzi również w kwestiach technicznych i organizacyjnych.

Re ABB kolo naukowe 010– W tym roku zespoły uczestników Koła rozwijały cztery projekty: robota o nazwie Kanalia przeznaczonego do badania systemów kanalizacyjnych, specjalistycznej protezy nogi dla baletnicy, systemu walczącego z roztoczami zagrażającymi pszczelim rodzinom oraz elektronicznej protezy ręki. Tematyka tych przedsięwzięć pokazuje, że młodzi ludzie coraz chętniej łączą technologie z odpowiedzialnością społeczną. Chcą zmieniać rzeczywistość na lepsze i wydaje mi się, że tego typu projekty są dla nich najbardziej satysfakcjonujące – mówi Przemysław Zakrzewski, dyrektor Korporacyjnego Centrum Technologicznego ABB w Krakowie.

Jak dodaje, Koło Naukowe ma pokazywać, że nauka jest dla wszystkich, a w realizacji dobrych pomysłów można liczyć na wsparcie osób, które mają już za sobą drogę, jaką młodzi dopiero rozpoczynają. W ciągu ostatnich ośmiu lat w inicjatywie wzięło udział kilkudziesięciu studentów i uczniów. Bilans jest imponujący. Samouczący się robot „Julia”, inteligentny kosz na śmieci, elektroniczny układ do wykrywania i powiadamiania o wystąpieniu padaczki, maszyna do robienia pierogów czy automatyczny transporter dla górnictwa – to tylko co bardziej oryginale projekty, jakie rozwijali uczestnicy poprzednich edycji.

Jak pokazała historia, udział w Kole to nie tylko poszerzanie wiedzy z zakresu technologii i realizacji projektów. Uczestnicy rozwijają swoje umiejętności miękkie i inne kompetencje, które później ułatwiają im odnalezienie się w rzeczywistości, gdzie nauka musi przenikać się z biznesem. Niektórzy z nich otrzymują możliwość dalszego rozwijania skrzydeł podczas stażu w ABB. Dla innych udział w Kole to furtka do komercjalizacji projektu lub pokazania go większej społeczności. Tak było m.in. w przypadku zeszłorocznej uczestniczki, Agnieszki Tkaczyk, której pomysł na elektroniczną protezę dłoni, sterowaną impulsami mięśniowymi zdobył pierwszą nagrodę w kategorii „Studencki projekt roku” w prestiżowym, ogólnopolskim konkursie Pro Juvenes.

Korporacyjne Centrum Technologiczne ABB od lat angażuje się we współpracę z polskimi uczelniami oraz organizację inicjatyw dla studentów. Oprócz Koła Naukowego jest m.in. pomysłodawcą wydarzenia „Piękna płeć, piękny umysł”, Akademii Centrum Technologicznego ABB czy Konkursu o Nagrodę ABB. Realizuje także indywidualne projekty, m.in. z Akademią Górniczo-Hutniczą, Politechniką Warszawską, Gdańską, Łódzką czy Krakowską – od badań nad materiałami funkcjonalnymi po wykorzystanie sztucznej inteligencji w muzyce.

– Uważamy, że wspieranie takich inicjatyw oraz lokalnych społeczności to nasza odpowiedzialność. Chcemy dzielić się wiedzą i pomagać uczelniom w tworzeniu nieszablonowych projektów, a także w docieraniu z nimi do młodych naukowców. Dodatkowo, w ramach naszych inicjatyw, takich jak choćby Koło Naukowe, szukamy pasjonatów, którzy chcą zrobić coś nowego, mają świeże spojrzenie na problem, który jest im bliski. Pokazujemy im, że chcieć to móc – dodaje Przemysław Zakrzewski.

Nabór do kolejnej edycji Koła Naukowego ABB już się rozpoczął. Aby zgłosić swój projekt, należy wypełnić formularz dostępny na stronie internetowej abb.pl/kolonaukowe. Zgłoszenia przyjmowane są do 12 marca.

Droższe „małpki” w małych sklepach nadal lądują w co trzynastym koszyku

Opłata od „małpek” przyczyniła się do wzrostu cen detalicznych wódek o pojemnościach 100 i 200 mililitrów w handlu tradycyjnym. Od początku stycznia 2021 wyraźnie widoczny był stopniowy wzrost cen „małpek”. Do początku lutego wzrosty sięgnęły nawet 26% dla najpopularniejszych wódek czystych i 22% dla kolorowych. Województwa podkarpackie i lubelskie wyróżniły się znacznie niższym wzrostem cen niż reszta kraju. Natomiast liczba „małpek” sprzedanych w całym kraju nie spadła aż tak znacząco jak można byłoby się spodziewać – wynika z danych M/platform zrzeszającej 12 tysięcy małych sklepów detalicznych.

Obok kilku innych podatków z dniem 1 stycznia 2021 roku weszła w życie opłata od tzw. „małpek”, czyli napojów alkoholowych o pojemności mniejszej niż 300 mililitrów, a konsumenci i analitycy przystąpili do porównywania cen obecnych do ubiegłorocznych. Analiza danych tygodniowych z M/platform potwierdza, iż w sklepach handlu tradycyjnego, zgodnie z przewidywaniami, ciężar nowej opłaty został w praktyce przeniesiony na konsumenta i od początku stycznia widoczny był stopniowy wzrost cen tego typu produktów. W analizie na uwagę zasługują jednak wyniki dotyczące liczby sprzedanych „małpek” – pomimo wzrostu cen, rotacja nie spadła aż tak znacząco jak można byłoby się spodziewać – oraz różnice regionalne, najwyraźniej widoczne w województwach wschodnich.

W jednej z największych pod względem wartości sprzedaży kategorii w Polsce – kategorii wódki – największe zmiany odczuwalne w portfelach konsumentów zaobserwować można było w ostatnim tygodniu stycznia 2021 roku, kiedy w stosunku do średnich cen z okresu listopad-grudzień 2020 zapłaciliśmy za najmniejsze pojemności wódek nawet do 22% więcej w przypadku wódek czystych oraz do 18% więcej w przypadku wódek kolorowych.

Wzrosty cen najpopularniejszych wódek czystych w opakowaniach 100 i 200 mililitrów widoczne były w zdecydowanej większości województw i wahały się od kilkunastu do nawet 26%. Bardzo podobny trend zaobserwować można było w przypadku wódek kolorowych w małych opakowaniach, przy czym w ich przypadku były to głównie wzrosty w przedziale od kilku do kilkunastu procent. Zarówno w przypadku wódek czystych, jak i kolorowych szczególnie wyraźnie wzrosły ceny produktów będących liderami sprzedaży w swoich segmentach.

Ceny w górę, ale popyt nie spada aż tak znacząco

Podwyżkom cen nie towarzyszył jednak znaczący spadek rotacji małych opakowań tego trunku. W styczniu 2021 roku rotacja „małpek” w przypadku wódki czystej była jedynie o 1,3% niższa niż średnia w ostatnich dwóch miesiącach poprzedniego roku. Nieco większy spadek rotacji, bo blisko 4%, towarzyszył małym opakowaniom wódki kolorowej. Płacimy zatem więcej, ale tymczasem wyższe ceny ograniczają nasze zakupy „małpek” w nie aż tak wielkim stopniu i każdego dnia pojawiają się one na co trzynastym paragonie pochodzącym z tradycyjnego sklepu.

Opłata od „małpek” jest już widoczna w małych sklepach. Ceny wódek o pojemnościach 100 i 200 mililitrów rosną, choć nie wszędzie tak samo szybko. Średnia podwyżka dla segmentu wódek białych to obecnie 26% względem okresu listopad-grudzień 2020, a dla kolorowych odpowiednio 22%. „Stare” ceny zniknęły szybko wraz z wyczerpaniem się zapasów z 2020 roku. Są to produkty o tradycyjnie wysokiej rotacji, które pomimo istotnej zmiany cen, odnotowały spadek średniej rotacji o 1,3% dla wódek białych oraz 4% dla kolorowych, chociaż na poziomie poszczególnych produktów można było zaobserwować zmiany o silniejszym charakterze. „Małpki” nadal pojawiają się na co trzynastym paragonie pochodzącym z tradycyjnego sklepu – mówi Ewa Rybołowicz, dyrektor ds. analiz rynkowych w Comp Centrum Innowacji, dostawcy technologii stojącej za M/platform.

Na wschodzie taniej

Zauważalną różnicę w stosunku do pozostałych województw można było natomiast zaobserwować w województwach graniczących z Ukrainą. W województwie podkarpackim wzrosty cen w segmencie wódek czystych nie przekroczyły 15-17% dla kilku najchętniej wybieranych produktów, a dla większości zmieniły się o 6-8%. W przypadku wódek kolorowych, znacząco niższe podwyżki cen w stosunku do pozostałych rejonów Polski widoczne były w województwie podkarpackim, ale także lubelskim.


Badaniami objęto próbkę n = 8629 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród ponad 12 tysięcy sklepów, które przystąpiły do M/platform.

Atak na CD Projekt – komentarz Check Pointa

CD Projekt RED, stojący za hitami Cyberpunk 2077 oraz Wiedźmin, poinformował o poważnym naruszeniu bezpieczeństwa swojej sieci.

Cyberprzestępcy świętują Dzień Bezpiecznego Internetu (przypadający na 9 lutego) na swój, specyficzny sposób. Ataki ransomware są zagrożeniem dla każdej firmy, a w ostatnich tygodniach zaobserwowaliśmy dramatyczny ich wzrost. W ciągu ostatniego roku oprogramowanie ransomware miało wpływ na około 1% organizacji na świecie, ale 2021 może okazać się rokiem ransomware: w styczniu aż 7% europejskich organizacji spotkało się z atakami ransomware. Nasze badania pokazują, że w ujęciu globalnym średnio co 10 sekund organizacja staje się ofiarą oprogramowania ransomware.

Konsekwencją tego typu ataków może być bardzo wysoki okup za uwolnienie danych, a wytropienie napastników w przypadku płatności bitcoinem jest praktycznie niemożliwe.

Jak na razie nie posiadamy precyzyjnych informacji na temat tego konkretnego przypadku (ataku na CD Projekt – przyp. red), ale z dostępnych informacji wynika, że nie był to tradycyjny atak ransomware, a tzw. podwójne wymuszenie, w którym hakerzy najpierw wydobywają duże ilości poufnych informacji, zanim zaszyfrują bazy danych ofiary, a następnie grożą, że je opublikują, jeśli nie zostaną spełnione żądania okupu. W trzecim kwartale 2020 roku prawie połowa wszystkich incydentów z udziałem ransomware posiadała właśnie taki schemat.

Jest to trend, który będzie się nadal rozwijał, ponieważ wywierana jest tu dodatkowa presja na organizacje, aby opłaciły okup. W innym przypadku ryzykują np. nałożenie poważnych grzywn ze strony organów nadzorujących dane osobowe.

Zalecamy by wszystkie organizacje broniły się przed rosnącym zagrożeniem ransomware za pomocą rozwiązań, które mogą zapobiegać takim atakom i wyciekom danych, a także rekomendujemy by szkolić pracowników w zakresie zagrożeń związanych z wiadomościami typu phishing. To właśnie za pomocą ataków phishingowych uruchamianych jest wiele exploitów ransomware.

– w imieniu firmy Check Point w Polsce wypowiada się Wojciech Głażewski, Country Manager.

Związek Cyfrowa Polska powołał Komitet ds. Cyberbezpieczeństwa

W Związku Cyfrowa Polska powstał nowy Komitet, który będzie zajmować się kwestiami dotyczącymi cyberbezpieczeństwa. – To odpowiedź na dzisiejsze potrzeby, z którymi mierzy się rynek cyfrowy i nowoczesnych technologii. Zwłaszcza, że na horyzoncie mamy sieć piątej generacji – mówi prezes Związku Michał Kanownik.

Firmy, które weszły w skład Komitetu ds. Cyberbezpieczeństwa to: Asseco, Ericsson, HP, HPE, IS-Wireless oraz Samsung. Do jego zadań będzie należało m.in. monitorowanie i opiniowanie projektów ustaw oraz innych regulacji prawnych z zakresu cyberbezpieczeństwa, doradzanie w kwestiach związanych z bezpiecznym prowadzeniem biznesu, podnoszenie świadomości dot. cyberbezpieczeństwa wśród przedsiębiorców i administracji publicznej.

Najróżniejsze ekspertyzy pokazują, że w Polsce cały czas niestety brakuje wiedzy, jak bezpiecznie korzystać z narzędzi cyfrowych. Dlatego bardzo ważnym wyzwaniem jest budowanie takiej świadomości – ocenia Michał Kanownik. I podkreśla, że w perspektywie uruchomienia 5G cyberbezpieczeństwo staje się kluczowe dla funkcjonowania całego państwa. – Sieć piątej generacji przyniesie nam wiele nowych usług i narzędzi na nieznaną dotąd skalę. Zapewnienie bezpieczeństwa cybernetycznego będzie miało fundamentalne znaczenie do rozwoju wszystkich sektorów gospodarki – dodaje Michał Kanownik.

Sektor nowoczesnego handlu przechodzi ciężki test, fundamentalne zmiany stają się faktem

Rok 2020 na rynku nieruchomości handlowych w Polsce, ale również w skali globalnej, został zdominowany przez pandemię COVID-19. Branża modowa oraz rozrywkowo-gastronomiczna w największym stopniu odczuły skutki kilkukrotnych „lockdownów” oraz obostrzeń sanitarnych.

W ciągu ostatnich kilku lat segment nowoczesnego handlu w Polsce wszedł w fazę dojrzałości, tempo przyrostu nowej powierzchni wyraźnie zwolniło, a rynek kształtują raczej zmiany jakościowe, niż ilościowe. Jeszcze na początku 2020 r. prognozy dotyczące kondycji sektora obiektów handlowych były optymistyczne, nawet pomimo coraz wyraźniej postępujących zmian w trendach konsumenckich, rosnącej roli e-handlu czy narastającej tendencji klientów do zakupów w małych, lokalnych „centrach zakupów”. Po wybuchu pandemii COVID-19 zarówno właściciele centrów handlowych, jak i najemcy , zwłaszcza z sektora rozrywki, ale również pozostałych branż, zamiast planować dalsze etapy rozwoju zaczęli walczyć o przetrwanie w niepewnych warunkach rynkowych – kolejnych ograniczeń działalności i funkcjonowania w dobie surowych reżimów sanitarnych. Polska Rada Centrów Handlowych szacuje utracone obroty najemców z powodu trzykrotnego ograniczenia funkcjonowania obiektów handlowych w Polsce na kwotę ok. 30 mld zł. Wiosenny „lockdown” skutkował spadkiem przychodów na ponad 17,5 mld zł. Listopadowe zamknięcia w galeriach przyniosły ok. 8 mld zł strat w obrotach, a konsekwencją wprowadzenia kolejnych ograniczeń w handlu od 28 grudnia 2020 roku będzie dziura w obrotach branży na poziomie ponad 4 mld zł. Branża rozrywkowa, która nawet w czasie otwarcia obiektów handlowych pozostawała zamknięta albo działała w bardzo ograniczonym zakresie, poniesie największe straty.

W 2020 r. wolumen nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce przyrósł jedynie o ok. 330 tys. m kw. Od kilkunastu kwartałów najszybsze tempo wzrostu notują rynki handlowe miast o liczbie mieszkańców do 100 tys. W minionym roku właśnie w miastach tej wielkości dostarczono ponad 50% podaży nowej powierzchni, zazwyczaj w formacie małych parków lub centrów handlowych. Segment takich obiektów pełniących funkcję lokalnych centrów zakupów wciąż notuje dynamiczne wskaźniki wzrostu, do czego przyczynia się kombinacja kilku sprzyjających czynników. Obecna praktyka pokazuje, że to właśnie obiekty typu „convenience” obsługujące lokalne społeczności, z rozbudowaną ofertą „codziennych zakupów”, zlokalizowane blisko domu, a także z racji niedużych rozmiarów zapewniające lepsze poczucie bezpieczeństwa, mogą pochwalić się najlepszą kondycją w obecnych, pełnych niespodziewanych wyzwań czasach ograniczenia życia społecznego. Rok 2020 zdecydowanie należał do tego sektora.

Na rynki największych aglomeracji przypadło jedynie ok. 24% nowej powierzchni handlowej. W minionym roku żaden z nowych obiektów handlowych oddanych do użytkowania nie przekroczył 25 tys. m kw. powierzchni. W formacie centrów handlowych największe otwarcia 2020 r. to Galeria Wiślanka w Żorach (20 tys. m kw.) i Dekada w Nysie (19 tys. m kw.).

Na koniec grudnia 2020 r. w budowie było ok. 352 tys. m kw. powierzchni najmu, z planowanym terminem ukończenia do końca 2021 r. W dłuższej perspektywie spodziewamy się jeszcze większego ograniczenia wolumenu nowej podaży, gdyż pandemia spowodowała wstrzymanie decyzji dotyczących dużej ilości planowanych inwestycji, co spowoduje znaczne opóźnienia ich realizacji.

Z wolumenu budowanej obecnie powierzchni największa część – ok. 67% – przypadnie miastom o liczbie mieszkańców do 100 tys. Warto podkreślić wysoki udział formatu parków handlowych, który stanowi około 34% realizowanej obecnie nowej powierzchni. Dominują projekty małe, o powierzchni najmu 5-10 tys. m kw., ulokowane w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys. Format ten, generujący zarówno niższe koszty budowy, jak i działalności operacyjnej, wciąż cieszy się stabilnym poziomem zainteresowania ze strony najemców. Tylko około 13% budowanej obecnie powierzchni zasili rynki największych metropolii, o liczbie mieszkańców przekraczającej 400 tys.

Pandemia i wszystkie związane z nią obostrzenia nakładane na segment handlu stacjonarnego przyspieszyły wzrost sektora e-commerce w Polsce. Według różnych szacunków, wartość sprzedaży przez internet powiększyła się w 2020 r. o 25-30%, czyli uzyskała tempo rozwoju nienotowane od kilku lat. Zgodnie z danymi GUS podczas pierwszego „lockdownu” udział sprzedaży e-commerce w wartości sprzedaży detalicznej w kwietniu osiągnął rekordową wartość 11,9%. W kolejnych miesiącach, w związku z luzowaniem obostrzeń i otwarciem branży handlu stacjonarnego, udział ten stabilizował się stopniowo do poziomu ok. 6%-7% w okresie wakacyjnym. Kolejne ograniczenia nałożone na centra handlowe w listopadzie ponownie spowodowały wzrost udział e-handlu do poziomu 11,4%. Tak wysoki udział sprzedaży przez internet w wartości sprzedaży detalicznej jest efektem nie tylko ograniczeń w działalności tradycyjnych obiektów handlowych, ale i coraz szybciej postępujących zmian w zachowaniach zakupowych polskiego konsumenta. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na rosnącą grupę klientów starszego pokolenia, z których niektórzy po raz pierwszy dokonali e-zakapów w czasie pandemii, oraz rosnącej popularności zakupów spożywczych on-line. Dynamicznie rosnący udział e-commerce i szansa, jaką daje „omnichannel” na kontynuowanie działalności w dobie surowych ograniczeń pandemicznych, skłoniły wiele sieci handlowych do zwiększenia inwestycji w technologie umożliwiające sprzedaż online. W kolejnych latach spodziewamy się wzmocnienia tego trendu, zwłaszcza w kontekście spodziewanego wejścia na polski rynek globalnych platform zakupowych takich jak Amazon czy Alibaba.

Chociaż w obecnej pandemicznej rzeczywistości rynkowej częściej docierają głosy o zamykaniu niż otwieraniu lokalizacji handlowych, w 2020 roku odnotowano jednak wejście na polski rynek nowych marek, które są ważnym aspektem dla rozwoju sektora handlowego w Polsce. Najbardziej spektakularnym i długo oczekiwanym debiutem było otwarcie sklepu Primark w warszawskiej Galerii Młociny oraz Urban Outfitters w Elektrowni Powiśle. Sukcesywnie ogłaszane są kolejne lokalizacje tego giganta w wiodących centrach handlowych.

Jaki będzie rok 2021 w sektorze handlowym?

Fundamentalne zmiany w obrazie nowoczesnego handlu w Polsce mogą jeszcze przyspieszyć. Wraz ze zmianą zachowań konsumenta trend związany z „lokalnością” życia został dostrzeżony przez wielu najemców, którzy do tej pory zazwyczaj lokowali swoje sklepy w galeriach handlowych. Przyszłość przyniesie dalszy wzrost inwestycji w małe centra i parki handlowe o profilu zakupów codziennych. Ekspansja operatorów handlowych z ofertą o profilu „ekonomicznym” nie będzie zwalniać tempa. Z kolei najbardziej dotknięte pandemią sektory – gastronomiczny i rozrywkowy będą poszukiwać nowych modeli funkcjonowania. Nasileniu ulegnie również tendencja do zastępowania starych formatów handlowych, których formuła już się wyczerpała, nowymi rozwiązaniami łączącymi kilka różnorodnych funkcjonalności. Niebagatelna będzie też waga nowoczesnych technologii i ich implementacja w działalności sieci handlowych, która może zadecydować o zajęciu najlepszych pozycji w walce o portfel konsumenta w czasach zmian strukturalnych – Fabrice Paumelle, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Początek roku trudny dla firm

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) wyniósł w lutym 77,8 pkt., co oznacza spadek o 8,1 pkt. w porównaniu do wyniku ze stycznia. Odzwierciedleniem pogarszającej się koniunktury są zmniejszone przychody, które zanotowało 60 proc. badanych firm. Najtrudniejszą sytuację obserwujemy w sektorze MMSP, w którym aż 70 proc. przedsiębiorstw odnotowało spadki sprzedaży. Najlepiej  swoją sytuację  oceniły firmy produkcyjne, w których lutowy odczyt wyniósł 111,2 pkt. – jak wynika z drugiego notowania wskaźnika opracowanego  przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego.

Lutowy niski poziom MIK jest przede wszystkim efektem spadku sprzedaży, który zgłosiło 60 proc badanych firm. Wzrostu przychodów doświadczyła co dwunasta firma (8 proc.). Najczęściej spadek wartości sprzedaży deklarowały mikro- i małe firmy oraz branże: budownictwo, handel i produkcja. Wyjątkiem jest logistyka i transport (TSL), w których odsetek firm ze spadkiem sprzedaży zmniejszył się o 6 pkt. proc. m/m.

Miesięczny Indeks Koniunktury według branżMiesięczny Indeks Koniunktury według branż

Miesięczny Indeks Koniunktury według wielkości przedsiębiorstwMiesięczny Indeks Koniunktury luty

Koniunktura dla polskich przedsiębiorstw znalazła się pod presją trwającej pandemii
i związanych z nią restrykcji. W lutym obserwujemy dalszy negatywny wpływ koniunktury na sytuację firm, szczególnie mikro, małych i średnich. Niższy poziom MIK w lutym spowodowany był głównie spadkami wartości sprzedaży obserwowanymi przede wszystkim w budownictwie i usługach. Wśród pozytywnych czynników należy wymienić ocenę płynności finansowej przedsiębiorstw. Większość ma wystarczające środki finansowe pozwalające na funkcjonowanie na rynku ponad 3 miesiące, choć w handlu o 11 pkt. proc. zmalała pula tych przedsiębiorstw w relacji m/m. Na rynku pracy widoczny jest również mniejszy entuzjazm, zarówno pod względem potencjalnych rekrutacji, jak
i podwyżek, choć bilans nadal jest pozytywny i potwierdza stabilizację w tym wymiarze
powiedziała Katarzyna Dębkowska, kierownik Zespołu Foresightu Gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Sytuacja finansowa firm

Odsetek firm deklarujących płynność finansową pozwalającą na prowadzenie działalności dłużej niż trzy miesiące zmniejszył się z 57 proc. w styczniu do 55 proc. w lutym. Jednocześnie zwiększył się udział firm nieposiadających płynności finansowej (z 6 do 8 proc.). Istotne różnice w zakresie posiadanej płynności finansowej występują ze względu na wielkość firmy. O ile płynność wystarczającą na funkcjonowanie firmy dłużej niż trzy miesiące wykazuje ok. 3/4 firm średnich i dużych, to w przypadku mikro i małych jest to mniej niż połowa. Brak płynności sygnalizuje najwięcej jednostek produkcyjnych i usługowych (odpowiednio 15 proc. i 12 proc.). W porównaniu z poprzednim miesiącem wyraźnie wzrósł odsetek firm produkcyjnych sygnalizujących niedostateczną płynność (o 12 pkt. proc.), głównie za sprawą mikro- i małych przedsiębiorstw produkcyjnych. Zaobserwowano też niewielkie pogorszenie w zakresie dostępu do finansowania zewnętrznego. Na trudności w tym obszarze wskazało 33 proc. firm (w styczniu 27 proc.). Wydatki inwestycyjne na wyższym lub takim samym poziomie, jak w poprzednich trzech miesiącach, wskazało 38 proc. przedsiębiorstw, o 5 pkt. proc. mniej niż miesiąc temu.
W blisko co piątej firmie (19 proc.) wydatki inwestycyjne wzrosły. Są to najczęściej przedsiębiorstwa średniej wielkości (23 proc.) oraz branży handlowej i TSL (po 21 proc.).

Wyniki MIK luty 2021 r.  potwierdzają silne zróżnicowanie oddziaływania kryzysu na firmy w zależności od ich wielkości i branży. Zdecydowanie najlepiej swoją sytuację oceniają duże firmy przemysłowe i budowlane, a zdecydowanie najgorzej mikro- i małe przedsiębiorstwa z branż usługowych i handlowych. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że szczególnie w tym drugim przypadku występuje bardzo silne zróżnicowanie wewnętrzne – nie tylko między poszczególnymi branżami, ale także konkretnymi specjalizacjami czy wręcz lokalizacjami, w których działają firmy. Zróżnicowanie to jest wyzwaniem dla polityki gospodarczej, gdyż utrudnia dobre dopasowanie rozwiązań antykryzysowych.  Jest też wyzwaniem dla instytucji finansujących, ponieważ zwiększa poziom ryzyka ich działalności. Firmy, szczególnie mniejsze, odczuwają to w postaci utrudnienia w dostępie do finansowania zewnętrznego oraz zaniechania lub redukowania wydatków inwestycyjnych. Jako bank rozwoju dostarczamy rozwiązania rynkowe ułatwiające firmom dostęp do finansowania powiedział Mateusz Walewski, Główny Ekonomista BGK.

Brak wydatków inwestycyjnych w ostatnich trzech miesiącach deklaruje ponad połowa firm (51 proc.), wśród nich blisko co druga nie inwestowała z powodu braku możliwości finansowych. Ten powód wskazywały głównie firmy małe (31 proc.) oraz usługowe
i handlowe (po 29 proc.).

Perspektywy na kolejne miesiące

Indeks diagnostyczny wyznaczony na podstawie aktualnej wartości sprzedaży, liczby nowych zamówień, mocy produkcyjnych oraz poziomu inwestycji wskazuje na dość negatywną ocenę koniunktury gospodarczej. Mniej pesymistyczna jest ocena przyszłości. Indeks prognostyczny wyznaczony na podstawie ocen przedsiębiorców dotyczących planowanej wielkości sprzedaży, planów dotyczących zatrudnienia i wynagrodzeń pracowników oraz oceny płynności finansowej wskazuje jednak nadal na dość negatywną ocenę przyszłości i plasuje się poniżej ustalonego na 100 pkt. poziomu neutralnego.

Miesięczny Indeks Koniunktury diagnostyczny i prognostycznyMiesięczny Indeks Koniunktury diagnostyczny i prognostyczny

Nota metodologiczna

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) jest narzędziem badającym nastroje gospodarcze przedsiębiorstw w Polsce opracowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny oraz Bank Gospodarstwa Krajowego. MIK powstaje co miesiąc na podstawie pomiarów dokonanych w siedmiu kluczowych obszarach działalności przedsiębiorstw: wartość sprzedaży, nowe zamówienia, zatrudnienie, wynagrodzenia, moce produkcyjne, wydatki inwestycyjne, sytuacja finansowa. Poziomy liczbowe MIK obliczamy na podstawie wyników badań ankietowych przeprowadzanych na reprezentatywnej próbie 500 przedsiębiorstw w czterech kategoriach wielkościowych i pięciu branżowych. Poziomy MIK przyjmują wartości z przedziału <0;200>, a punkt odniesienia wskaźnika stanowi odczyt 100, który jest poziomem neutralnym.

Łódzki rynek powierzchni biurowych z wysokim popytem w 2020 r.

Łódzki rynek powierzchni biurowych, w trudnym 2020 roku zanotował bardzo dobry wynik, bliski rekordu popytu z 2016 roku. Według danych Colliers podpisano umowy na łącznie 62,4 tys. mkw. – prawie o 10 tys. mkw. więcej niż w 2019 i jedynie niecałe 5 tys. mkw. mniej niż w najlepszym pod względem popytu roku 2016. W strukturze popytu dominowały nowe umowy.

Na ten wynik złożyły się przede wszystkim bardzo dobre pierwsze dwa kwartały 2020 r. W I kw. wynajęto aż 36 tys. mkw. powierzchni biurowej, ponad 20 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2019. Główny udział w kształtowaniu zeszłorocznego popytu miała jedna z największych transakcji najmu w Polsce, czyli przednajem 16,3 tys. mkw. firmy Fujitsu w kompleksie Fuzja – nowym projekcie mixed-use budowanym przez firmę Echo Investment, do którego firma wprowadzi się już w maju 2022 roku. Najemcę w tej transakcji reprezentowała firma Colliers.

— Łącznie w 2020 roku wspieraliśmy najemców w 10 transakcjach na prawie 27 tys. mkw., a wynajmującym doradzaliśmy w 3 transakcjach na sumę ponad 4,2 tys. mkw. Jest to szczególnie ważny dla nas rok, bo mierzyliśmy się ze świadomością wyzwań, jakie stanęły przed zarządami naszych klientów. Te doświadczenia pomogły nam świadomie określić, czego teraz poszukują: elastyczności, oszczędności, bezpieczeństwa i nowych technologii — mówi Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny łódzkiego biura Colliers.

Nowe punkty na mapie biurowej

Wysokiemu popytowi towarzyszy w tym roku relatywnie wysoka nowa podaż. W 2020 do użytku oddano 50,8 tys. mkw. nowej powierzchni, co stanowiło 16% spadek w porównaniu do 2019 r. Zakończone zostały największe, długo wyczekiwane projekty, w tym realizowany przez firmę Skanska drugi z budynków kompleksu Brama Miasta, o powierzchni biurowej 14,1 tys. mkw., zlokalizowany tuż przy dworcu kolejowym Łódź Fabryczna oraz Hi Piotrkowska – wielofunkcyjny kompleks firmy MMG przy centrum przesiadkowym zwanym Stajnią Jednorożców, o łącznej powierzchni biurowej 21 tys. mkw. W 2020 r. do użytkowania oddano również obiekty Cross Point C (5,3 tys. mkw., Mermaid), Łódź.Work (4,5 tys. mkw., Okam) oraz Zielony by Synergia (4,4 tys. mkw., Synergia). Około 1/3 tej powierzchni została już wynajęta.

Do najważniejszych projektów typu mixed-use na rynku łódzkim zalicza się centrum Monopolis – miejsce, w którym biznes spotyka się ze sztuką, dobrą kuchnią i rozrywką. Przestrzeń powstała w budynku Monopolu Wódczanego, wchodzącego w skład kompleksu fabrycznego wybudowanego w roku 1902, który swoją pierwotną działalność zakończył w 2008 r. Teraz przemysłowy charakter fabryki odzyskał dawny blask, czego potwierdzeniem jest otrzymanie prestiżowej nagrody MIPIM Awards.

— Nowe inwestycje dostarczają na rynek unikatową w skali miasta jakość pracy i łączą nowoczesność z prawdziwie łódzkim charakterem. W planach na najbliższe dwa lata jest oddanie blisko 45 tys. mkw. powierzchni biurowej będącej obecnie w budowie, która może stanowić atrakcyjny wybór dla rozwijającego się intensywnie sektora nowoczesnych usług dla biznesu, a także firm z branży IT czy produkcyjnej. Zauważamy również zainteresowanie Łodzią zagranicznych firm, szukających optymalizacji kosztów poprzez relokację niektórych funkcji do krajów takich jak Polska — mówi Marcin Włodarczyk.

Więcej wolnej powierzchni

Wysoka podaż w 2020 r. przyczyniła się do wzrostu wskaźnika pustostanów. Obecnie do wynajęcia jest ponad 94 tys. mkw. co stanowi 16,4% całej powierzchni biurowej w mieście, o 5,2 punktów procentowych więcej niż w 2019 r. Jest to najwyższy wskaźnik pustostanów od 2013 r. Na jego zwiększenie w następnych kilkunastu miesiącach może wpłynąć zakończenie budowy II fazy Monopolis (8,6 tys. mkw.), React (15 tys. mkw.) i Fuzji (ok. 20 tys. mkw.), planowane na lata 2021-2022. Część tych obiektów została już jednak skomercjalizowana.

Na wzrost wskaźnika pustostanów wpływa również to, że wiele firm nie zdecydowało się jeszcze na powrót do biur z pracy zdalnej lub pozostało przy modelu hybrydowym. Eksperci Colliers szacują, że z przestrzeni biurowej korzysta obecnie ok. 8-15% pracowników, w zależności m.in. od wielkości i struktury działania firmy. W większości to duże korporacje decydują się na pozostawienie swojego zespołu w domu – odsetek osób przychodzących do biura spada tu nawet do 3-7%. Natomiast małe firmy, 5-10-osobowe, często całkowicie powróciły do stacjonarnego modelu pracy.

— Przewidujemy, że wraz z wychodzeniem z obostrzeń pandemicznych sytuacja na rynku nieruchomości zacznie się normalizować — mówi Andrzej Szczepanik, ekspert z łódzkiego biura Colliers.

— Spodziewamy się, że w 2021 r. wskaźnik pustostanów będzie jednak dalej rosnąć. Będzie to częściowo wynik utrzymania się trendu podnajmowania niewykorzystanej powierzchni – na krok ten decyduje się wiele firm, poszukujących dodatkowych oszczędności. Jesteśmy obecnie świadkami przeobrażania się modelu pracy i weryfikacji przez organizacje ich potrzeb lokalowych. Rozluźnianie obostrzeń może spowodować, że firmy będą bardziej skłonne podejmować wiążące decyzje w odniesieniu do zapotrzebowania na powierzchnię biurową w przyszłości. Pierwsze kwartały 2021 r. są dobrym momentem na rozpoczęcie procesu zmiany i zaplanowania, w jaki sposób dostosować powierzchnię biurową do nowych modeli pracy i wyzwań przyszłości — podsumowuje Andrzej Szczepanik.

Złoty pozostaje mocny, a NBP tym razem wspiera walutę

W ciągu ostatniej doby nic konkretnego nie aspirowało do miana katalizatora zmian rynkowych, ale w tle dominuje pozytywny sentyment, który pomaga ryzykownym aktywom. Dolar traci czwarty dzień z rzędu przy powrocie strategii reflacyjnej, a dziś dodatkowe impulsy mogą pojawić się po odczycie inflacji CPI z USA i przemówieniu prezesa Powella. Złoty pozostaje mocny, a NBP tym razem wspiera walutę.

Wiadomości takie, jak np. o zaszczepieniu przeciw COVID-19 co dziesiątej osoby w USA pomagają przywrócić oczekiwania na odbicie globalnego ożywienia i skłaniają do odnowienia pozycji w aktywach ryzykownych. Podobnie każda kolejna informacja o postępach w uchwalaniu planu fiskalnego w USA utrzymuje indeksy na Wall Street wysoko, co daje sygnał dla wzrostów giełd dookoła świata. Mimo że gospodarka USA ma się mieć lepiej, ma to większe znaczenie dla generalnego apetytu na ryzyko niż miałoby wspierać USD. Silne odbicie notują waluty surowcowe, jak NOK, NZD i AUD. EUR/USD wrócił powyżej 1,21 i daje sygnał dla innych crossów z USD, że jest potencjał na ruch wyżej. Pod warunkiem, że dzisiejsze wydarzenia w tym nie przeszkodzą. Uwaga jest na styczniowym odczycie inflacji CPI oraz wieczornym wystąpieniu prezesa Fed Powella. Główna dyskusja w odniesieniu do polityki Fed krąży wokół tego, czy napędzana przyspieszającym ożywieniem inflacja nie zmusi Fed do szybszego ograniczania luzowania. Wyższy odczyt CPI mógłby wspierać te spekulacje, ciągnąc w górę rentowności obligacji skarbowych i dolara. Sądzę jednak, że Fed jest bardziej cierpliwy w reagowaniu na wzrost inflacji i oczekiwań inflacyjnych, niż rynek aktualnie szacuje. Skutkiem tego realne stopy procentowe (nominalne oprocentowanie skorygowane o inflację) powinny pozostać nisko, co w średnim terminie będzie negatywnie odbijać się na wycenie dolara. Bardzo możliwe, że dziś wieczorem prezes Fed przypomni, że dyskusja o ograniczaniu QE czy podwyżkach stóp procentowych nie pojawi się na posiedzeniach FOMC jeszcze przez wiele miesięcy. W takim układzie ewentualny podskok USD dziś po południu (gdyby CPI wypadło powyżej prognoz) może być krótkotrwały.

Zewnętrzny klimat inwestycyjny pozostają sprzyjający dla walut rynków wschodzących, co widać też po notowaniach złotego. EUR/PLN ociera się o 4,47 i jest coraz bliżej technicznego wsparcia na 4,45. Ale aprecjacja polskiej waluty nie postępuje szybko, na co zapewne wpływ ma ostrożna postawa inwestorów przy niezerowym ryzyko interwencji NBP. Tymczasem bank centralny zabrał głos w sprawie swojego udziału w przewalutowaniu bankowych kredytów we franku szwajcarskim. W ostatnich dniach rozpoczęła się dyskusja, jak na złotego wpłynęłaby konieczność przewalutowania kredytów przez banki, jeśli zostałyby do tego prawnie zmuszone. Jeśli jednak franki pochodziłyby z rezerw NBP, a nie z rynku, zniknęłoby zagrożenie nagłego osłabienia złotego. Wczoraj NBP poinformował, że jest gotowy do ewentualnego zaangażowania w proces przewalutowania, ale postawił warunki, m.in. udział dużej ilości instytucji i kredytobiorców, a także wyeliminowanie wątpliwości prawnych. Stanowisko NBP jest bardzo ważne i gotowość pomocy powinna hamować przed tworzeniem się negatywnej premii za ryzyko w wycenie złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Oceniając transakcje między podmiotami powiązanymi, organy nie mogą stracić z pola widzenia racjonalności gospodarczej

W wyniku kontroli podatkowej fiskus stwierdził, że firma zaniżyła o blisko pół miliona złotych wykazany w roku podatkowym przychód, niedopuszczalnie pomniejszając wysokość prowizji za poręczenia kredytów bankowych wobec swoich podmiotów powiązanych. Po stronie przedsiębiorcy stanął Naczelny Sąd Administracyjny, orzekając, że organy podatkowe nie wykazały, jakoby powiązania między spółkami miały wpływ na narzucenie warunków przeprowadzonych transakcji, a które to warunki miałyby odbiegać od tych, jakie przyjęłyby podmioty od siebie niezależne, zwłaszcza gdy ustalona wysokość marży mieściła się w rynkowych normach.

Organ stwierdził zaniżenie wysokości prowizji za poręczenie kredytowe

Spółka z o.o. działająca na rynku sprzedaży używanych pojazdów ciężarowych należała do grupy spółek. W 2011 r. udzieliła innym przedsiębiorcom z grupy poręczeń kredytów bankowych, za co pobierała prowizję w wysokości 0,25% kwartalnie od salda poręczanego kredytu. Spółka wykazała z tego tytułu roczny przychód w wysokości 359 793,29 zł. Ale naczelnik urzędu skarbowego po przeprowadzeniu kontroli podatkowej oszacował, że przychód ten powinien wynosić 849 209,51 zł. Stąd w opinii organu przedsiębiorca zaniżył wykazany przychód o 489 318,97 zł.

Dyrektor izby administracji skarbowej jako organ odwoławczy podtrzymał w mocy rozstrzygnięcie naczelnika, stwierdzając, że spółka przy ustalaniu stawki wynagrodzenia za poręczenie kredytów porównała cenę przedmiotu transakcji między podmiotami powiązanymi z ceną przedmiotu transakcji stosowaną w porównywalnych transakcjach przez podmioty niepowiązane. Wysokość swojej prowizji ustaliła natomiast w oparciu o informacje uzyskane tylko z jednego banku. Z kolei według organu podatkowego spółka powinna zastosować metodę porównywalnej ceny niekontrolowanej w oparciu o porównanie zewnętrzne. Pozyskując informacje z czterech innych banków, które wskazywały wyższe wartości prowizji, fiskus stwierdził, że spółka powinna przy ustalaniu swojej marży wziąć pod uwagę przedział wartości rynkowych, a nie jedno wskazanie od jednego banku.

Spółka jest sama sobie winna, że organ musiał przystąpić do oszacowania jej dochodu

Za niezasadne dyrektor uznał zarzuty odwołania, jakoby przyjęte przez organy do porównania informacje z innych banków nie uwzględniają indywidualnej sytuacji finansowej podmiotów, ich ratingów, wiarygodności finansowej, wskaźników finansowych oraz innych danych wpływających na wiarygodność podmiotu. W opinii organu ustalanie dochodu w drodze szacowania obarczone jest ryzykiem, że ustalenie to nie będzie dokładnie takie samo, jak dochód rzeczywisty. Ale ryzyko to obarcza podatnika, który prowadzi swoją ewidencję przychodów w sposób nierzetelny.

Organ zauważył również, że wskazana przez spółkę wysokość prowizji 0,25% została ustalona w oparciu o indywidualne negocjacje stawki z bankiem, a do tego nie w 2011 r., a w 2016 r., czyli dopiero w związku z przeprowadzoną w spółce kontrolą podatkową. Dokumentacja podatkowa za 2011 r., uwzględniająca przychód z tytułu udzielenia poręczeń, nie była więc prowadzona na bieżąco, a przyjęty przez spółkę wskaźnik prowizji nie był wskaźnikiem rynkowym, obowiązującym w 2011 r.

Fiskus wyliczył stawkę prowizji na podstawie rynkowej średniej arytmetycznej

Spółka wniosła skargę na decyzję fiskusa. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Olsztynie stanął jednak po stronie organów podatkowych, stwierdzając, że w sposób przekonujący wykazały, iż przy dokonaniu przedmiotowych transakcji poręczenia spółka z o.o. nie stosowała cen rynkowych. Zgodził się również, że istniejące pomiędzy spółkami grupy powiązania miały wpływ na poziom marży ustalonej przez skarżącą spółkę za poręczenie kredytu. Stwierdził ponadto, że naczelnik urzędu skarbowego, występując do większej liczby banków trudniących się profesjonalnym udzielaniem poręczeń kredytowych o udzielenie informacji w zakresie wysokości prowizji i opłat stosowanych w 2011 r., słusznie ustalił, w oparciu o dane z 5 banków (wliczając ten wskazany przez spółkę), które pobierały wynagrodzenie w przedziale od 0,25% do 0,75% kwartalnie, marżę za takie poręczenia na poziomie 0,59% kwartalnie.

Pytanie o racjonalność

Od tego wyroku spółka wniosła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Podniosła w niej, że ustaliła wysokość prowizji za swoje poręczenie kredytowe w oparciu o poziom rynkowy takich prowizji. Natomiast organy błędnie uznały, że słusznie ustalają ją na poziomie rynkowym, czyniąc to jedynie w oparciu o ceny ofertowe. Spółka nie rozumiała też, dlaczego organy ustalają wartość marży poprzez wyliczenie średniej arytmetycznej marży wykazanych przez wybrane banki, a nie przyjmują, że uzasadnionym w tym przypadku było po prostu przyjęcie najniższej opłaty, jaką spółka powiązana musiałaby zapłacić podmiotowi spoza grupy spółek.

Arm’s length principle

NSA wskazał na przepis art. 11 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych w brzmieniu z 2011 r., regulujący zagadnienie cen transferowych stosowanych między podmiotami powiązanymi. W przepisie tym zawarta jest reguła stosowania ceny rynkowej, z ang. arm’s length principle, a więc wymagająca ustalania pomiędzy takimi podmiotami cen w sposób, w jaki ustaliłyby je między sobą podmioty od siebie niezależne, działając w warunkach rynkowych i podobnych okolicznościach faktycznych. Natomiast jeśli w takich podobnych warunkach rynkowych i faktycznych podmioty powiązane postanowią zawrzeć transakcję odbiegającą od tych, jakie zawierają podmioty niepowiązane, a i wystąpią inne okoliczności, o których mowa w art. 11 ustawy o CIT, wówczas urząd skarbowy może domagać się od przedsiębiorców korekty.

Sąd zwrócił uwagę, że przy dokonywaniu oceny co do wpływu powiązań między podmiotami na ustalenie lub narzucenie warunków, różniących się od warunków, które ustaliłyby między sobą niezależne podmioty, nie wolno stracić z pola widzenia gospodarczej racjonalności przeprowadzanej transakcji, w tym racjonalności uzgodnionej w jej ramach ceny. Jak przypomniał NSA, organy na podstawie zebranych ofert z 5 banków ustaliły, że kwestionowana stawka prowizji od salda poręczanego kredytu wahała się w granicach od 0,25% do 0,75% kwartalnie, i na tej podstawie wyliczyły średnią wynoszącą 0,59%. Naczelny Sąd Administracyjny w listopadzie 2020 r. uchylił zaskarżony przez spółkę wyrok WSA w Olsztynie, wydany na korzyść fiskusa, bo jak orzekł:

„…dokonana analiza przez organy podatkowe zebranego w sprawie materiału dowodowego nie wykazuje bezspornie, że istniejące powiązania między spółkami miały wpływ na ustalenie lub narzucenie warunków, różniących się od warunków, które ustaliłyby między sobą niezależne podmioty w sytuacji, gdy ustalona przez skarżącą wysokość wynagrodzenia za udzielenie poręczenia podmiotom powiązanym mieściła się w przedziale cen stosowanych za tego typu usługi przez podmioty niezależne (0,25%)” (wyrok z 18 listopada 2020 r., sygn. akt II FSK 1949/18).

Podsumowanie

To kolejny, zresztą jeden z wielu przykładów potwierdzających, że przedsiębiorcy mogą skutecznie walczyć z urzędniczym bezprawiem, i zwycięsko kończyć spór z organami w ochronie swojego majątku. A spoglądając na takie, skierowane przeciwko firmom działania organów, można odnieść wrażenie, że dla obrony interesów fiskusa urzędnicy niejako z automatu podejmują niekorzystne wobec przedsiębiorcy rozstrzygnięcia, być może licząc, że nie podejmie on sądowej walki w obronie swoich interesów. A nawet jeśli, to co fiskus ma do stracenia…

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

2021 rok oczami deweloperów. Co przyniesie przyszłość?

2020 rok na długo zapadnie w pamięci jako jeden z najbardziej nieprzewidywalnych okresów w światowej gospodarce. Branża deweloperska w Polsce poradziła sobie jednak nad wyraz dobrze z kryzysem. Portal RynekPierwotny.pl postanowił więc zadać pytanie liderom rynku deweloperskiego czego spodziewają się i na co przygotowują w 2021 roku.

W nadchodzącym roku możemy liczyć na kontynuację trendu zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych – jako ochrona kapitału przed inflacją, a także długoterminowa lokata. Nieruchomości od dawna są postrzegane jako jedna z najbardziej bezpiecznych form lokowania środków – nie tylko generują przypływy w postaci dochodów z najmu, ale w długoterminowej perspektywie mieszkanie w dobrej lokalizacji może przynieść zysk ze sprzedaży. Natomiast wśród klientów zainteresowanych zakupem nieruchomości pod własne cele mieszkaniowe, rosnącą popularnością cieszą się przestronne balkony, loggie, tarasy oraz ogródki stanowiące dodatkową przestrzeń życiową.

Jednym z najbardziej docenianych atutów mieszkania staje się elastyczna przestrzeń, którą można przearanżować w zależności od aktualnych potrzeb. Nabywcy coraz częściej oczekują także korzystnej oferty programów wykończeniowych, które umożliwiają dopasowanie projektu mieszkania do indywidualnych potrzeb. Potwierdza to fakt, że blisko połowa klientów ATAL decyduje się na zakup mieszkania wykończonego pod klucz w programie ATAL Design.

W przyszłym roku zapewne jeszcze większego znaczenia nabierać będzie marka dewelopera. Z naszych obserwacji wynika, że klienci zwracają obecnie większą uwagę na to, które firmy są odporne na ewentualne trudności i rynkowe perturbacje. Istotne stają się gwarancja bezpieczeństwa zakupu, stabilność finansowa oraz brak opóźnień na budowach i przy oddawaniu mieszkań.

2020 był też rokiem przełomowym, jeśli chodzi o digitalizację procesu sprzedaży. Widzimy, jak chętnie klienci korzystają ze zdalnych form kontaktu i porównania oferty, które rozszerzyliśmy w tym roku o możliwość podpisania umów rezerwacyjnych. Takie możliwości na stałe zostaną na rynku mieszkaniowym. I choć nadal wiele osób preferuje kontakt osobisty w biurze sprzedaży, to sądzimy, że kanał online będzie systematycznie zyskiwał na znaczeniu.

ZBIGNIEW JUROSZEK, PREZES ZARZĄDU ATAL S.A.

Ostatnie miesiące pokazały, że branża deweloperska jest stosunkowo stabilna, nawet w niepewnym otoczeniu. Dotyczy to szczególnie segmentu popularnego, w którym działa Develia, i w którym popyt na mieszkania jest największy, a ceny stabilne. Oczywiście sytuacja wciąż jest dynamiczna, dlatego deweloperzy nadal powinni uważnie obserwować rynek i się dostosowywać.

Spodziewam się, że jeszcze przez dłuższy czas gospodarka będzie odczuwać skutki lockdownu, co może w pewnym stopniu przełożyć się na sprzedaż mieszkań. Jednak prognozując sytuację, należy wziąć pod uwagę, że już od sześciu kwartałów liczba inwestycji wprowadzanych na rynek systematycznie spada. Jest to konsekwencja głównie mniejszej liczby wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę, ale także ograniczonej ilości gruntów. W związku z mniejszą podażą mieszkań, tempo ich sprzedaży utrzyma się i deweloperzy nie będą mieli przesłanek do obniżki cen.

Ponadto można spodziewać się, że nieruchomości nadal będą dla inwestorów atrakcyjną formą lokowania środków, a po wygaśnięciu pandemii, osoby, które wstrzymywały się z zakupem mieszkania ze względu na niepewność, wrócą do biur sprzedaży. Ich potrzeby mieszkaniowe nadal są aktualne i jest to kwestia czasu, kiedy zdecydują się na zakup. W związku z tym Develia przygotowuje kolejne inwestycje deweloperskie do realizacji. Bank gruntów grupy Develia to 7550 lokali. W zależności od sytuacji na rynku, będziemy uruchamiać nowe inwestycje w następnych miesiącach.

MIROSŁAW KUJAWSKI, CZŁONEK ZARZĄDU DEVELIA S.A.

Określenie kondycji polskiej gospodarki w najbliższych miesiącach jest w tej chwili niezwykle trudne. Jednak wydaje się, że sam rynek mieszkaniowy będzie odporny na zawirowania związane z pandemią, podobnie jak to miało miejsce w 2020 roku.

Kluczowa jest obserwacja czynników, które dotychczas wspierały popyt na mieszkania: rynek pracy, stopy procentowe oraz dostępność kredytów. Jednocześnie zyskowność deweloperów mieszkaniowych nadal będzie pozostawać pod silnym wpływem cen gruntów i kosztów realizacji inwestycji. W obecnej sytuacji rynkowej istotne jest posiadanie pewnych i stabilnych źródeł finansowania.

GRZEGORZ SMOLIŃSKI, DYREKTOR DZIAŁU SPRZEDAŻY,

PROKURENT W DOM DEVELOPMENT S.A.

W 2021 roku zakładamy, że sytuacja na świecie, jak i w polskiej gospodarce zacznie się stabilizować. Możliwość szczepienia na COVID-19 oraz bezpieczniejsza sytuacja na rynku pracy przełoży się na wzrost popytu wśród osób szukających pierwszego mieszkania, które w 2020 r. zawiesiły swoje plany ze względu na niepewność sytuacji zdrowotnej czy zatrudnienia.

Jesteśmy przekonani, że niezależnie od finalnych konsekwencji epidemii, nadal będzie istniał duży, naturalny popyt na mieszkania – przede wszystkim w miastach o najsilniejszej gospodarce i rynku pracy. Dodatkowo przewidujemy, że w związku ze zmianą modelu życia i łączenia pracy z czasem prywatnym pojawi się duża grupa klientów, która będzie chciała zmienić swoje mieszkanie na bardziej dopasowane do swoich potrzeb. Powyższe zmiany, a także stały niedobór mieszkań w Polsce powoduje, że popyt na mieszkania jest niezmiennie wysoki.

Dodatkowo uważamy, że utrzyma się wysoki popyt na mieszkania ze strony inwestorów indywidualnych, ponieważ w długiej perspektywie nieruchomości wciąż są jedną z najbezpieczniejszych klas aktywów, a działek pod świetne lokalizacje na rynku jest bardzo mało.

DAWID WRONA,

DYREKTOR SPRZEDAŻY W DZIALE PROJEKTÓW

MIESZKANIOWYCH W ECHO INVESTMENT S.A.

Jeśli chodzi o rok 2021, zakładamy stopniowe obniżanie ryzyka i niepewności będących pochodną sytuacji pandemicznej w kraju oraz zrównoważony rozwój rynku deweloperskiego.

Czynniki takie, jak wciąż niezaspokojone potrzeby mieszkaniowe Polaków oraz fakt, że nieruchomości są jedną z najbardziej atrakcyjnych form inwestowania kapitału, zwłaszcza w czasach turbulencji gospodarczych, niskich stóp procentowych i stosunkowo wysokiego ryzyka utraty wartości pieniądza w czasie, pozwalają sądzić, że sytuacja w branży w rozpoczynającym się roku pozostanie dobra. W kolejnych miesiącach liczba mieszkań oddawanych do użytkowania powinna wzrastać z podobną dynamiką, jak w ostatnim czasie, wraz z postępem rozpoczętych jeszcze przed pandemią inwestycji. Wprawdzie w minionym roku branża mieszkaniowa odnotowała spadek liczby nowo rozpoczynanych budów, ale prognozujemy, że w br. sytuacja powinna się unormować.

Z dniem 1 stycznia weszła w życie nowelizacja prawa budowlanego, której zapowiedź wywołała kumulację wniosków o pozwolenia na budowę jeszcze w końcówce grudnia. Ich wydanie nastąpi już w bieżącym kwartale 2021 r. i da początek nowym inwestycjom nieruchomościowych, a powstające w nich mieszkania będą odpowiadać na niesłabnące zainteresowanie zakupem ze strony klientów zarówno podstawowych, jak i inwestycyjnych.

NIKODEM ISKRA,

PREZES ZARZĄDU MURAPOL S.A.

W branży nieruchomości mieszkaniowych na 2021 rok zakładamy wzrost popytu inwestycyjnego – zwłaszcza, że WIBOR jest rekordowo niski, co może zachęcać do inwestycji w nieruchomości. Lokowanie kapitału w nieruchomości daje obecnie znacznie wyższe stopy zwrotu niż lokaty bankowe czy na rynku kapitałowym. Jako dobrą lokatę klienci będą coraz częściej postrzegać mikroapartamenty. Nieduże metraże i promocyjne ceny lokali pozwalają na szeroki wybór dla każdego. Taka inwestycja jest jeszcze bardziej opłacalna w przypadku skorzystania z opcji odliczenia podatku VAT.

Sądzimy, że ceny mieszkań w 2021 roku nie będą spadać – w niektórych lokalizacjach nawet wzrosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Klienci szukają coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami – w dobrych lokalizacjach. Doceniają też wsparcie w obszarze procedur kredytowych – przyspieszenia i ułatwienia możliwości otrzymania kredytu. Dlatego mamy specjalne umowy z bankami, aby zrealizować te oczekiwania.

Grupa ROBYG ma obszerny bank ziemi, który zabezpiecza naszą działalność na kolejne 3-4 lata. W latach 2019-2020 roku sfinalizowaliśmy znaczące zakupy gruntów na łącznie ponad 10 tys. mieszkań. W Warszawie i Gdańsku mamy ugruntowaną pozycję na rynku inwestycji mieszkaniowych, rozwijamy się także intensywnie we Wrocławiu i Poznaniu. W ofercie zapewniamy klientom atrakcyjne lokalizacje, ale nie spoczywamy na laurach.

Mamy zabezpieczone środki na zakupy gruntów i kolejne inwestycje. Naszym celem jest utrzymanie dotychczasowego poziomu działalności – co oznacza sprawne uruchamianie kolejnych projektów osiedli. W 2021 roku będziemy kontynuować dotychczasową strategię i rozwijać się zgodnie z założeniami. Wierzymy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych będzie odporny na koronawirusa.

JOANNA CHOJECKA,

DYREKTOR DS. SPRZEDAŻY I MARKETINGU

NA WARSZAWĘ I WROCŁAW W ROBYG S.A.

Prognozowanie 2021 roku przypomina obecnie wróżenie z fusów. Dużo zależy od tego, jak inne branże wybronią się z pandemii i jak sama pandemia będzie się rozwijać. Według mojej oceny rynek skurczy się o ok. 10-20%, jeśli chodzi o wolumen sprzedaży. Mniejsza będzie też skala uruchomień ze strony deweloperów. Ceny pozostaną stabilne, z lekką tendencją zwyżkową.

Styczeń i luty 2021 roku będą raczej miesiącami słabszymi. Natomiast informacje o szczepionce dają nadzieję, że od wiosny wrócimy na dobre tory. My w RONSONIE założyliśmy oczywiście pozytywny scenariusz, który przewiduje uruchamianie kolejnych etapów naszych inwestycji, kończenie już rozpoczętych i powiększanie banku ziemi.

ANDRZEJ GUTOWSKI,

WICEPREZES ZARZĄDU, RONSON DEVELOPMENT S.A.

W 2021 roku będziemy kontynuować i rozwijać wszystkie rozwiązania, nad którymi pracujemy już od dawna. Wiemy, że klienci w dalszym ciągu chcą lokować pieniądze w nieruchomościach – zakup mieszkania wciąż postrzegany jest jako bezpieczna forma inwestycji. Dlatego też w Skanska zamierzamy nadal stosować rozwiązania wpływające na komfort życia i bezpieczeństwo mieszkańców, które w 2020 roku stały się dla klientów niezwykle istotne: zieleń na terenie osiedla; podział osiedli na strefę publiczną, półprywatną i prywatną; oddzielne balkony, duże okna, zapewniające światło dzienne w mieszkaniach i wiele, wiele innych. Widzimy duży potencjał w tego typu podejściu do funkcjonalności i jakości w przestrzeniach mieszkalnych.

Planujemy również konsekwentnie rozwijać zielone rozwiązania Skanska. Zamierzamy przystąpić do kolejnych certyfikacji środowiskowych w systemie BREEAM, które zyskają jeszcze większe znaczenie w 2021 roku. Zatem istotne będzie dla nas stosowanie w inwestycjach mieszkaniowych, m.in.: paneli fotowoltaicznych; filtrów antysmogowych; systemów, które ułatwią zarządzanie energią w mieszkaniach i pozwolą mieszkańcom poczynić oszczędności na rachunkach za jej zużycie. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że klienci doceniają naszą jakość, świadomość środowiskową oraz innowacyjne rozwiązania, które wprowadzamy na naszych inwestycjach, a te wpisane są na stałe w filozofię Skanska.

Co więcej, wszystkie proekologiczne praktyki i działania, które podejmiemy w 2021 roku, pozwolą nam również przybliżyć się do zrealizowania naszego zobowiązania środowiskowego – ograniczenia emisji dwutlenku węgla o 50 proc. do 2030 roku, a w konsekwencji osiągnięcie zerowej emisji netto do roku 2045.

ALEKSANDRA GOLLER,

DYREKTOR DS. SPRZEDAŻY I MARKETINGU W SPÓŁCE MIESZKANIOWE SKANSKA

Jak działają promocje bankowe i jak z nich skorzystać?

Nowoczesne banki robią wszystko by zdobyć klientów. Reklama typu ulotki i banery wiszące w miastach nie wywierają na klientach już praktycznie żadnego wrażenia. Dobry bank pozwoli klientom bawić się zarabianiem na swoich produktach. Pozwala również generować oszczędności na opłatach bankowych.

Wyścig o klienta trwa w każdej branży. Banki starają się zdobywać klientów w rozmaity sposób. To co sprawdzało się dawniej, dzisiaj może wcale nie działać. Marketing skuteczny w XX wieku w ogóle nie musi sprawdzać się współcześnie. Czasy, w których klienci nie mieli zbyt dużego wyboru dotyczącego banków, przeszły już do historii. Dzisiaj przeciętny klient oczekuje od banku zaangażowania – to bank ma kusić klientów i rywalizować w promocjach bankowych z innymi bankami. Nowoczesny klient doskonale wie, że bank, który nie oferuje żadnych korzyści, nie jest bankiem godnym wieloletniej współpracy.

Firma a dobry rachunek bankowy

Klienci nie powinni się godzić na sytuacje, w których to gołym okiem widać, że ze współpracy z bankiem może nic nie wynikać. Czyli otwierają firmowe konto i nie dostają za to nic w zamian. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: zazwyczaj generują spore obroty na koncie, przechowują środki pieniężne, korzystają z rozmaitych opcji kredytowania bieżącej działalności gospodarczej. Z powodu stanu epidemii w Polsce banki zmieniły opłaty, zatem raczej nie można spodziewać się bezpłatnego prowadzenia rachunku bankowego. Wyjątkiem mogą być konta dla jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie faktycznie funkcjonują oferty prowadzenia rachunku za zero zł. Najnowszy ranking kont firmowych 2021 ułatwi znalezienie najkorzystniejszej oferty na prowadzenie konta dla biznesu.

Które banki najlepiej rozumieją potrzeby klientów?

Banki XXI-go wieku doskonale wiedzą, że klienci szukają dobrych okazji – w tym przypadku idealne są promocje finansowe. Czasy pandemii to znakomity moment by zastanowić się nad własnymi finansami osobistymi i dokonać zmiany banku lub firmy ubezpieczeniowej. Zwolnienie stylu życia pozwala mieć czas na dokonywanie analiz dotyczących własnych potrzeb finansowych. Jest to moment dobry na zmiany – jeśli do tej pory ktoś nie miał satysfakcji ze współpracy z bankiem, to ma teraz czas by bank zmienić na inny. Przy zmianie można uzyskać na przykład dodatkowe środki na rachunku bankowym przy spełnieniu warunków obowiązującej promocji, można otrzymać środki na zakupy do sklepu współpracującego z bankiem w ramach akcji promocyjnej lub skorzystać na najniższej w Polsce bankowej tabeli opłat związanych z prowadzeniem konta. 

Czy rzeczywiście można zarobić na bankach?

Ludzie często słyszą od swoich znajomych: „zarabiaj na bankach„. Niektórzy podchodzą do tematu z niedowierzaniem, ale przecież przykładem mogą być kreatywne promocje niektórych banków, które dawały możliwość odzyskania jakiegoś procentu z zakupów. Nie jest więc to hasło – reklama, ale fakt autentyczny. Na bankach można zarobić, kwoty zależą od skali zaangażowania. Obecnie banki bardzo chętnie oferują dodatkową gotówkę dla nowych klientów w zamian za założenie rachunku bankowego. Mogą oferować też inne rozwiązania typu vouchery do sklepów partnerskich. By zarobić na banku trzeba zapoznać się z regulaminem promocji – bez spełnienia warunków nie będzie zysku. Jeśli dopilnuje się zasad i terminów, to należy spodziewać się obiecanego przez bank wpływu na konto. 

Rynek biurowy w Warszawie – podsumowanie 2020 r. i trendy na 2021

Na zmagającym się ze skutkami pandemii rynku biurowym w Warszawie w 2020 r., pomimo pobicia rekordu pod względem wielkości pojedynczej transakcji najmu, odnotowano najniższy od dziesięciu lat popyt, przy jednej z najwyższych w historii podaży nowej powierzchni, podaje firma doradcza Savills. Presji nie poddają się czynsze, które póki co utrzymują się na stabilnym poziomie, a stopa pustostanów nadal nie osiągnęła poziomów z czasów ostatniej górki podażowej sprzed pięciu lat.

Jak wynika z najnowszego raportu firmy doradczej Savills, w 2020 roku Warszawa wzbogaciła się o 314 000 m kw. nowej powierzchni biurowej, co zwiększyło jej całkowite zasoby do 5,9 mln m kw. Do tej pory w stolicy tylko raz, w 2016 r., przybyło więcej powierzchni biurowej. Około połowę nowej podaży stanowiły obiekty oddane do użytku w okolicy ronda Daszyńskiego. Niewątpliwie był to również rok dużych inwestycji, gdyż na tak wysoki wolumen złożyło się zaledwie 12 projektów. Największe z nich to: The Warsaw HUB B i C (88 900 m kw.), Mennica Legacy Tower (47 900 m kw., wieża) oraz Varso I i II (46 600 m kw.). Na koniec grudnia 2020 r. w budowie pozostawało ok. 559 000 (wliczając Skyliner, oddany do użytku w styczniu 2021 r.), czyli najmniej od 10 lat. Ponad 90% tej powierzchni to projekty rozpoczęte jeszcze przed pandemią.

Zgodnie z danymi Savills, w 2020 r. w Warszawie podpisano umowy najmu na 602 000 m kw. powierzchni biurowej, co oznacza spadek o 31 p.p. rdr i stanowi najniższy wynik od 2011 r. Pomimo bardzo ostrożnej postawy przyjętej w wyniku pandemii przez większość najemców, wielu z nich zdecydowało się na zwiększenie powierzchni w ramach aktualnie zajmowanego biura. Udział ekspansji (8,7%) był w 2020 r. wyższy niż rok wcześniej (6,5%).

Zgodnie z prognozami, w drugiej połowie roku, w następstwie pandemii, wzrósł udział renegocjacji, jednakże aktywność na rynku najmu, wbrew obawom, nie ograniczyła się jedynie do przedłużeń umów. W tym okresie najemcy niemal tak samo często decydowali się pozostać w obecnej siedzibie, jak przenieść się do nowej lokalizacji. W skali całego roku przedłużenia aktualnych umów stanowiły 37% wszystkich transakcji, a więc o zaledwie 3 p.p. więcej niż rok temu.

Na rynku odnotowano również znaczący wzrost ofert biur dostępny w formie podnajmu. Szacuje się, że na koniec grudnia 2020 r. w tej formule w Warszawie dostępnych było ponad 110 000 m kw. Całkowita powierzchnia, jaką udało się wynająć w tej formule w całym zeszłym roku, to jednak zaledwie ok. 15 000 m kw.

„W 2020 r. aktywność na rynku najmu powierzchni biurowej w Warszawie była zauważalnie niższa, niż rok wcześniej, co jest jednak zrozumiałe w obliczu wyzwań, z jakimi przyszło się mierzyć firmom w obliczu pandemii. Popyt na poziomie ponad 600 000 m kw. pokazuje jednak, że rynek się nie zatrzymał. Zdecydowaną większość wolumenu transakcji najmu stanowiły przy tym nowe umowy, w tym umowy przednajmu. Wielu najemców odłożyło w czasie decyzje dotyczące biur, ale nie mogą być one odwlekane w nieskończoność. W 2021 r. coraz więcej firm będzie wybierać gdzie i w jakim trybie chciałyby, by w przyszłości pracowali ich pracownicy” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja właściciela, Savills.

W 2020 r., pomimo pandemii, podpisano największą umowę najmu w historii warszawskiego rynku biurowego. Nowa siedziba główna PZU o powierzchni 46 500 m kw. mieścić się będzie w budynku wieżowym Generation Park Y. Drugą pod względem wielkości (20 000 m kw.) umowę najmu podpisała firma DSV w nowo wybudowanej siedzibie na warszawskim Służewcu. Mokotów był drugą najpopularniejszą lokalizacją pod względem ilości wynajętej powierzchni biurowej w 2020 r., co pokazuje, że ta część Warszawy nadal potrafi przyciągać najemców. Trzecia na podium transakcja, czyli renegocjacja i ekspansja Poczty Polskiej w Domaniewska Office Hub (19 800 m kw.), to potwierdzenie, że spółki z udziałem Skarbu Państwa zadomowiły się już w nowoczesnych obiektach biurowych.

 

„Po fali podnajmów, która zalała rynek biurowy w 2020 r. kolejnym etapem optymalizacji kosztów najmu może być chęć poszukiwania alternatywnych lokalizacji. Zyskać na tym mogą starsze biurowce, zwłaszcza te w lokalizacjach pozacentralnych o niższym czynszu oraz obiekty, które w czasie pandemii przeszły modernizację i oferują obecnie zbliżoną jakość do nowych projektów. Jeśli ostrożne podejście deweloperów do rozpoczynania nowych inwestycji utrzymałoby się w dłuższej perspektywie, to za kilka lat tendencja powrotów najemców do starszych biurowców będzie jeszcze silniej odczuwalna, ze względu na ryzyko pojawienia się luki podażowej” – dodaje Daniel Czarnecki.

 

Na koniec grudnia 2020 r. współczynnik powierzchni niewynajętej w Warszawie wyniósł 9,9%, co oznacza wzrost o 2,1 p.p. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Jak podaje Savills, zauważalna jest różnica pomiędzy budynkami starszymi, mającymi 10 lub więcej lat, w których poziom pustostanów wynosi 11,7%, a budynkami, które powstały po 2010 r., gdzie średni wakat spada do 7,6%.

 

Pomimo niższej aktywności najemców, w 2020 r. czynsze za nowoczesną powierzchnię biurową pozostały na niezmienionym poziomie. Zgodnie z danymi Savills, w najlepszych lokalizacjach centralnych utrzymują się one w przedziale 22,5 – 25,5 euro za m kw. miesięcznie, a na Służewcu, największym pozacentralnym obszarze biznesowym stolicy, wynoszą od 13 do 15 euro za m kw. miesięcznie. Najemcy mogą jednak liczyć na dodatkowe pakiety zachęt, zwłaszcza w starszych budynkach.

„Nadal jest za wcześnie, by określić w jakim zakresie w dalszej przyszłości stosowany będzie model pracy zdalnej, jednak funkcjonowanie większości przedsiębiorstw całkowicie bez wykorzystania powierzchni biurowej wydaje się bardzo mało prawdopodobne. Rynek niewątpliwie jest w trakcie transformacji. Pomimo wciąż niskiego obłożenia powierzchni biurowej, pustostany nie przekroczyły poziomu, jaki odnotowywany był w stolicy w latach 2014-2016. Presji nie poddają się póki co również czynsze. Te dane, w połączeniu z naturalnym potencjałem biznesowym, jakim dysponuje Warszawa, pozwalają z optymizmem spoglądać na przyszłość rynku biurowego” – podsumowuje Daniel Czarnecki z Savills.

Czemu e-papierosy mają niższą akcyzę?

Na różnice między akcyzą nakładaną na tradycyjne wyroby tytoniowe i wyroby nowatorskie wpływa kilka czynników. Jednego z nich trzeba szukać u samego źródła akcyzy, czyli obowiązku nakładania dodatkowego podatku na wyroby tytoniowe, narzuconego Polsce przez dyrektywę Unijną. Wymaga ona od państw członkowskich nakładania co najmniej minimalnych stawek akcyzowych na wyroby tytoniowe, szczególnie papierosy. Inaczej jest w przypadku wyrobów nowatorskich: nie jesteśmy zobligowani przez UE do nałożenia na nie akcyzy. Akcyzy służą – oprócz celów fiskalnych – także jako instrument polityki prozdrowotnej, czy – w wypadku akcyz od wyrobów energetycznych – prośrodowiskowej. Unia Europejska między innymi dlatego przeprowadziła ograniczoną jedynie harmonizację akcyz, aby państwa członkowskie mogły za ich pomocą realizować funkcje pozafiskalne. W części korzystanie z pozafiskalnych funkcji akcyz jest prawnym obowiązkiem państw członkowskich UE – np. w stosunku do papierosów na mocy ramowej konwencji WHO o ograniczeniu użycia tytoniu. Ponadto w najbliższej przyszłości można spodziewać się zmian dyrektywy tytoniowej – UE przyjmie ogólne zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, płynu do e-papierosów i innych wyrobów alternatywnych. Należy poczekać na te regulacje, aby uniknąć kolejnych zmian zasad opodatkowania, w tym stawek.

– Członkowie Unii Europejskiej muszą nakładać akcyzę na papierosy, z zastosowaniem co najmniej minimalnych stawek przewidzianych w dyrektywie 2011/64. Jeśli chodzi jednak o wyroby nowatorskie, które od kilku lat wchodzą na rynek – takie jak e-papierosy – nie są one objęte harmonizacją opodatkowania. Państwa członkowskie nie muszą więc na te wyroby nakładać podatku akcyzowego – powiedział serwisowi eNewsroom dr hab. Krzysztof Lasiński-Sulecki, profesor Katedry Prawa Finansów Publicznych wydziału Prawa i Administracji na UMK w Toruniu. – Niemniej jednak w Polsce nakładana jest już akcyza na wyroby nowatorskie. Nasze regulacje wpisują się tutaj w pewne trendy, występujące również w innych państwach członkowskich Unii. Jednak tak, jak w większości państw, które zdecydowały się na opodatkowanie wyrobów nowatorskich – tak i u nas akcyza ta jest zdecydowanie niższa niż w przypadku papierosów. Taki stan rzeczy wynika z tego, że akcyza od wyrobów tytoniowych ma pełnić funkcje o charakterze pozafiskalnym. Wpływ akcyzy na cenę produktu ma zniechęcić część konsumentów do używania papierosów. Taka praktyka wynika z prawa międzynarodowego, z konwencji zawartych w ramach Światowej Organizacji Zdrowia. Dlatego wysokość akcyzy z założenia wpływa na zachowania konsumenckie. Mniejsze opodatkowanie mniej szkodliwych wyrobów nowatorskich może pozytywnie wpłynąć na stan zdrowia publicznego – ocenia Sulecki.

W czasie pandemii wzrosła rola PR-u w biznesie. Agencje coraz częściej współtworzą strategie firmy, a nie tylko je komunikują

COVID-19 nie pozostał bez wpływu na kondycję branży public relations, ale po przejściowych trudnościach większość działających w Polsce agencji PR spodziewa się powrotu na ścieżkę wzrostu w I kwartale bądź w połowie tego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Związek Firm Public Relations. Co istotne, pandemia przyczyniła się do wzrostu znaczenia branży, bo w czasie koronakryzysu PR okazał się dla biznesu na wagę złota, a rola profesjonalnych doradców do spraw komunikacji rosła. Zapowiedzi odrodzenia w branży widać m.in. po rekordowej liczbie zgłoszeń do tegorocznej edycji konkursu Złote Spinacze, nagradzającego najlepsze kampanie PR.

Istotną zmianą, która z nami pozostanie po pandemii, dotyczy roli public relations. To już nie jest tylko kanał komunikacji i promocji. Firmy i organizacje sięgnęły po tę dyscyplinę jako funkcję zarządzania, włączając ją w planowanie biznesowej komunikacji, a nie dołączając na kolejnym etapie tego procesu. To jest dobry trend, którego realizacja wiąże się z korzyściami dla biznesu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Jarosz, prezes Związku Firm Public Relations.

Branża PR już od kilku lat coraz bardziej zyskuje na znaczeniu, przesuwając się w kierunku doradztwa strategicznego. Potwierdza to też najnowszy „World PR Report 2020–2021” przygotowany przez International Communications Consultancy Organisation (ICCO). Zdaniem 41 proc. ankietowanych CEO i dyrektorów agencji PR to właśnie doradztwo strategiczne będzie głównym motorem wzrostu branży w perspektywie nadchodzących pięciu lat. Kolejne pod względem liczby wskazań jest zarządzanie strategią korporacyjną – 35 proc. Eksperci prognozują, że coraz mniejszą rolę w branży będzie za to odgrywać obszar komunikacji marketingowej.

– Pandemia powiedziała „sprawdzam” w wielu aspektach funkcjonowania gospodarczego, biznesowego i społecznego, tak też było w naszej branży. Uważam jednak, że solidny serwis w PR opierający się na wartościach i profesjonalnym standardzie się obroni. Paradoksalnie można powiedzieć, że pandemia wpływa na profesjonalizację usług naszego sektora – przekonuje Adam Jarosz.

Eksperci twierdzą, że COVID-owy rok nauczył agencje PR dużej elastyczności w planowaniu – nie tylko w działaniach na rzecz klienta, lecz również własnych inicjatyw. Możliwe, że robienie planów z rocznym wyprzedzeniem odejdzie w zapomnienie, a zastąpi je planowanie bardziej krótkoterminowe – na pół roku lub kwartał do przodu.

– To był rok bezprecedensowej zmiany, której branża PR doświadczała podwójnie – po pierwsze, sama jej podlegała, po drugie, jeszcze w niej towarzyszyła klientom, bo nie można mówić o profesjonalnym, efektywnym zarządzaniu zmianą bez komunikacji PR – mówi prezes Związku Firm PR. – Wydaje się, że zmiana będzie stałym elementem naszej rzeczywistości, w związku z tym bardziej racjonalne – zamiast pisania szeregu scenariuszy na różne przypadki – będzie po prostu jej doświadczanie, czerpanie z niej i wyciąganie wniosków do bieżącej i przyszłej działalności.

W czasie pandemii PR okazał się być na wagę złota dla firm, które musiały komunikować swoim inwestorom, pracownikom i konsumentom m.in. o działaniach podejmowanych w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

Jak podkreśla Adam Jarosz, branża PR jako jedna z pierwszych przystosowała się do nowych realiów i przeniosła pracę w tryb zdalny już na samym początku pandemii. Z tym jednak wciąż wiąże się wiele wyzwań.

 PR jest pracą na relacjach. Klienci oczekują tego, że my tę relację będziemy kultywować, a oni będą odnosić z niej korzyści. Kluczem do relacji jest bycie w łączności – mówi ekspert. – To dotyczy także pracowników. Wyzwaniem jest zadbanie o talenty. Praca w izolacji, na odległość niesie ze sobą również  negatywne konsekwencje, w związku z tym zadaniem menedżerów jest przyjrzeć się tym relacjom po to, aby utrzymać zmotywowane zespoły.

COVID-19 nie pozostał bez wpływu na kondycję branży. Badanie przeprowadzone przez Związek Firm PR w połowie ubiegłego roku pokazało, że co trzecią agencję PR dotknęły obniżki wynagrodzeń, a 39 proc. było zmuszonych ciąć zatrudnienie. Najdotkliwiej ucierpiały małe podmioty, zatrudniające do 20 osób. Prawie co piąta mała agencja podczas pierwszej fali pandemii (18 proc.) zanotowała aż 50-proc. spadek przychodów.

Także globalne badanie przeprowadzone przez ICCO pokazuje, że agencje PR odczuły wpływ koronawirusa w postaci odwołanych i opóźnionych kampanii (62 proc.), straty przychodów (46 proc.) czy opóźnionych płatności od klientów (38 proc.)

– Jeżeli chodzi o zmiany budżetów klientów w kontekście pandemii, sytuacja jest bardzo różnorodna, będziemy mogli pewnie o tym więcej powiedzieć za parę miesięcy. W perspektywie krótko- i średnioterminowej możemy mówić o pewnych spadkach – mówi prezes ZFPR.

Po przejściowych trudnościach spowodowanych pandemią większość działających w Polsce agencji PR spodziewa się powrotu na ścieżkę wzrostu w I kwartale bądź w połowie tego roku.

– 2020 był rokiem niebywałej energii w środowisku PR-owym od pierwszego dnia pandemii – determinacja do realizacji nowych celów funkcjonowania i naszej pracy dla klientów. Tę energię pamiętam z początku swojej pracy zawodowej, z lat 90., choć wtedy przyczyny były inne – dodaje Adam Jarosz. – Ta energia znalazła też ujście w realizacjach projektów public relations, co odzwierciedla rekordowa liczba zgłoszeń do tegorocznej edycji konkursu Złote Spinacze.

Organizowany przez ZFPR konkurs Złote Spinacze – który odbył się w tym roku po raz 18. – nagradza najskuteczniejsze, najbardziej kreatywne i najlepiej przygotowane projekty i kampanie PR. W tym roku – spośród rekordowej jak dotąd liczby 394 zgłoszeń – jury przyznało 21 Złotych, 32 Srebrne oraz 26 Brązowych Spinaczy w 33 kategoriach konkursowych. Największym powodzeniem cieszyła się nowa kategoria – Covid-19 PR Response, utworzona w związku z globalną pandemią. Z okazji jubileuszu 20-lecia ZFPR w tym roku przyznana została również dodatkowa nagroda specjalna dla przełomowej kampanii PR, która znacząco wpłynęła na rozwój całej branży. Tytuł ten trafił do Hill+Knowlton Strategies, GSK, Polskiej Unii Onkologii oraz Fabryki Komunikacji Społecznej za projekt Ogólnopolski Program dla Młodzieży „Mam Haka na Raka”.

To już ostatnia prosta do wprowadzenia nowego systemu opłat drogowych. Testowany e-TOLL zacznie działać od kwietnia

Trwają testy oprogramowania dla e-TOLL, czyli nowego systemu poboru opłat za przejazd drogami krajowymi aut powyżej 3,5 tony. Komercyjne wdrożenie nastąpi w kwietniu, a z końcem czerwca już w pełni zastąpi on obecny system viaTOLL. Przygotowany i wdrażany przez Ministerstwo Finansów e-TOLL będzie bazował na geolokalizacji, a dane lokalizacyjne kierowców będą przekazywane na cztery różne sposoby, m.in. przez aplikację mobilną lub urządzenia pokładowe. Będzie także zintegrowany z unijnym systemem EETS.

 W projekcie budowy nowego systemu poboru opłat drogowych e-TOLL, zbudowanego w technologii pozycjonowania satelitarnego, weszliśmy w etap testów. Weryfikujemy, czy przygotowane przez nas oprogramowanie spełnia wszystkie wymagania, jest stabilne i jest gotowe do uruchomienia produkcyjnego – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Testujący system kierowcy i eksperci Instytutu Łączności sprawdzają m.in. gotowość systemu do rejestracji pojazdów, użytkowników oraz urządzeń zbierających dane o lokalizacji.

– Realizujemy także testy w obszarze przejazdów po drogach płatnych w Polsce i weryfikujemy, czy przygotowane przez nas oprogramowanie, a w szczególności aplikacja mobilna i inne urządzenia do przekazywania danych geolokalizacyjnych działają poprawnie, przekazują dane dobrej jakości, a następnie, czy na podstawie tych danych nasze komponenty w sposób poprawny naliczają opłatę za zrealizowany przejazd – wyjaśnia Przemysław Koch.

Nowy system poboru opłat drogowych e-TOLL za przejazd pojazdów o masie powyżej 3,5 tony po drogach krajowych zastąpi wykorzystywany dotychczas viaTOLL. Zgodnie z grudniową decyzją resortu finansów wyłączenie obecnego nastąpi z końcem czerwca br. Nowy na starcie ma obsługiwać 1,5 mln pojazdów.

– Projekt prowadzimy w ten sposób, aby dać użytkownikom dróg płatnych komfort przejścia ze starego systemu viaTOLL na nowy system e-TOLL w okresie przejściowym. Planujemy, że potrwa on mniej więcej od kwietnia do końca czerwca 2021 roku. W tym okresie przejściowym kierowca, przewoźnik będzie mógł wybrać dogodny dla siebie moment, w którym przełączy się ze starego systemu na nowy – tłumaczy pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Nowy system poboru opłat drogowych ma być bardziej efektywny, a przy tym bardziej nowoczesny od stosowanego obecnie. Zgodnie z zapowiedziami resortu finansów ma być także wygodniejszy dla kierowców. Nie będzie wymagał kontaktu z urzędnikami, a cała obsługa będzie możliwa za pośrednictwem uruchomionego niedawno e-Urzędu Skarbowego.

Nowy system będzie oparty na pozycjonowaniu satelitarnym (obecny opiera się na pozycjonowaniu radiowym). Do uiszczenia opłaty, zamiast urządzeń pokładowych służących wyłącznie płatnościom, można wykorzystać cztery różne metody – m.in. aplikację mobilną, urządzenia fabrycznie montowane w pojazdach (zintegrowane systemy lokalizacyjne) połączone z e-TOLL czy urządzenia on-board unit (OBU).

 Ostatnia metoda to EETS, przygotowana przez Unię Europejską i wykorzystywana przez przewoźników poruszających się po drogach UE. Także tych przewoźników będziemy podłączać do naszego systemu, po pozytywnie przeprowadzonych testach akredytacyjnych. Dla przewoźników poruszających się po drogach płatnych w UE będzie to duże ułatwienie, bo jedno urządzenie pozwoli na rozliczenie się za przejazd po drogach płatnych nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Unii – zapowiada Przemysław Koch.

Trwają również prace nad rozszerzeniem funkcjonalności nowego systemu o obsługę pojazdów lekkich. Dzięki temu możliwy będzie przejazd autostradami bez konieczności zatrzymywania pojazdów na bramkach. Jak zapowiada Ministerstwo Finansów, przejazd odcinkami Konin–Stryków (autostrada A2) i Wrocław–Sośnica (autostrada A4) w trybie free flow będzie dostępny od grudnia br.

Do 2022 roku większość firm przeniesie się do kanałów cyfrowych. To czas na inwestycje w poprawę obsługi klienta

COVID-19 wymusił na firmach migrację do kanałów cyfrowych. Tego trendu nie da się już odwrócić, bo w trakcie pandemicznych miesięcy klienci przyzwyczaili się do załatwiania spraw czy kupowania towarów i usług przez internet. Firmy, które chcą utrzymać konkurencyjność w tym cyfrowym środowisku, muszą postawić mocny akcent na customer experience i budowanie pozytywnych doświadczeń klientów. Zwłaszcza że ich oczekiwania dotyczące kanałów cyfrowych i obsługi online w ostatnim roku poszybowały w górę. 

– Do 2022 roku większość firm przeniesie się do kanałów cyfrowych i będzie w stanie zapewniać swoim klientom bardzo dobre doświadczenia cyfrowe. W marcu, gdy wybuchła pandemia, wszyscy zaczęli uświadamiać sobie, że kanał cyfrowy jest ważniejszy, niż im się wcześniej wydawało. Wiele przedsięwzięć związanych z digitalizacją uzyskało zielone światło i trafiło na listę priorytetów, a firmy musiały zacząć działać szybciej i stać się bardziej przewidujące – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Zsolt Balogh, dyrektor generalny na region Europy Środkowo-Wschodniej w Liferay.

Pandemia COVID-19 nawet o kilka lat przyspieszyła procesy cyfryzacji w firmach. Większość z nich podjęła w ostatnich miesiącach intensywne działania w tym zakresie, skupiając się m.in. na wdrożeniu telepracy, przeniesieniu procesów wewnętrznych do online’u czy digitalizacji obsługi i sprzedaży – pokazał wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją” opracowany przez Deloitte, Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems. Firmy musiały w ekspresowym tempie cyfryzować swoje procesy zwłaszcza w pierwszym okresie lockdownu, kiedy restrykcje związane z pandemią były najdotkliwiej odczuwalne.

– Oczekiwania dotyczące kanałów cyfrowych poszybowały w górę w minionym roku – mówi Zsolt Balogh. – Zapewnienie znakomitych doświadczeń klientom w całym cyklu sprzedaży, nie tylko w kontakcie fizycznym, jest niezmiernie ważne. Jeśli firma jest w stanie stworzyć wysokiej jakości warunki w świecie realnym, to chcąc osiągnąć sukces, powinna je przenieść także na grunt cyfrowy, ponieważ dziś już wszystko stało się cyfrowe. Lokalizacja firmy traci na znaczeniu, a konkurencja między firmami się nasila, bo produkty lub usługi można już zamówić z każdego miejsca, kraju, nawet z całego świata. Dlatego tak kluczowe w rywalizacji z innymi jest zapewnienie klientom dobrych doświadczeń.

Dyrektor generalny na region CEE w Liferay wskazuje, że przedsiębiorstwa przechodzą obecnie od budowania doświadczenia klientów na różnych platformach (multichannel) na strategię tworzenia kompleksowego doświadczenia (omnichannel), a 87 proc. deklaruje, że jest to dla nich wręcz kluczowe. Kalifornijska firma, która współpracuje m.in. z T-Mobile, Boschem czy Volkswagenem, wspomaga je w tym procesie za pomocą wielokanałowych platform digital experience (DXP).

 To rozwijająca się kategoria oprogramowania, która odpowiada na potrzeby spółek przechodzących transformację cyfrową, a jej ostatecznym celem jest zapewnienie lepszych doświadczeń klientom – mówi Zsolt Balogh. – Platformy digital experience mogą stanowić jeden produkt lub też zintegrowany pakiet rozwiązań programistycznych. DXP budują architekturę dla firm, która pozwala im digitalizować działalność, zapewniać połączone doświadczenia klientów i zbierać praktyczne informacje na ich temat.

Platforma Liferay ma charakter „open source”, a jej obsługa nie wymaga specjalistycznych umiejętności programistycznych. Dzięki temu np. marketingowcy mogą tworzyć spersonalizowane treści bez potrzeby pisania kodu i publikować je przy użyciu interfejsu użytkownika na platformie DXP. Narzędzie zapewnia też bogaty zestaw funkcji dostępnych „od ręki”, niezależnie od tego, czy firma poszukuje systemu CMS z łatwymi w użyciu szablonami, czy platformy do zarządzania dokumentami.

– Liferay DXP gromadzi wszystkie rozwiązania związane z obecnością w internecie – strony internetowe, portale samoobsługowe dla klientów i pośredników czy platformy internetowe i handlowe, a przy tym zapewnia też kompleksowe narzędzie analityczne. Użytkownik zyskuje dostęp do zintegrowanego pakietu narzędzi, które bardzo dobrze działają razem, a przy okazji do niezbędnych danych analitycznych, które pozwalają mu zaoferować klientom w pełni spersonalizowane doświadczenia – mówi dyrektor generalny na region CEE w Liferay.

Platforma Liferay działa w modelu PaaS (platform as a service, czyli platforma jako usługa), dzięki czemu firma otrzymuje kompletną platformę (sprzęt, oprogramowanie i infrastrukturę) do tworzenia, uruchamiania i zarządzania aplikacjami w chmurze bez konieczności ponoszenia dużych kosztów. Dzięki oparciu się na jednym dostawcy platformy i kodu firma może na dodatek zaoszczędzić na szkoleniach, szkoląc programistów z jednego narzędzia, aby na jego bazie mogli opracować kolejne, dodatkowe rozwiązania dla zespołów.

Co istotne, w ostatnich kilku latach to właśnie usługi chmurowe były głównym kierunkiem cyfrowej transformacji przedsiębiorstw, a pandemia COVID-19 tylko wzmocniła ten trend. Jak wynika z badania EY „Digital Investment Index 2020”, 61 proc. firm na świecie planuje inwestować w rozwiązania chmurowe w kolejnych dwóch latach. Przetwarzanie danych w chmurze zyskuje popularność zwłaszcza wśród firm z MŚP, które zyskują dostęp do oprogramowania użytkowego za pośrednictwem szybkiego łącza internetowego, ale bez konieczności ponoszenia dużych inwestycji.

– Rozwiązania PaaS obejmują infrastrukturę, serwery i sieci pamięci masowych, ale także narzędzia programistyczne typu middleware, narzędzia do analityki biznesowej, systemy zarządzania bazami danych i inne technologie. PaaS projektuje się tak, aby obsługiwać pełny cykl życia aplikacji – tworzenie, testowanie, wdrożenie, zarządzanie i aktualizowanie. To pozwala firmom uniknąć kosztów i złożonego procesu nabywania licencji na oprogramowanie oraz zarządzania nimi, zapewnienia odpowiedniej infrastruktury dla aplikacji, rozwiązań typu middleware i orkiestracji – tym wszystkim zajmuje się właśnie PaaS. Firmy powinny stawiać na to rozwiązanie, ponieważ pozwala im szybciej dotrzeć do rynku, co w dzisiejszych czasach ma niebagatelne znaczenie – mówi Zsolt Balogh.

Branża noclegowa gotowa na otwarcie. Duże zainteresowanie turystów podróżami i wykorzystaniem bonu turystycznego

Zniesienie ograniczeń dotyczących zakwaterowania w hotelach od 12 lutego pozwoli hotelarzom i właścicielom pensjonatów przyjąć połowę maksymalnej liczby gości. Restauracje i bary nadal będą serwowały posiłki na wynos, ale w reżimie sanitarnym czynne będą stoki narciarskie i muzea. Zainteresowanie gości wyraźnie wzrosło od momentu ogłoszenia przez rząd luzowania obostrzeń. – Bon turystyczny może nam mocno pomóc i wypchnąć tę turystykę na inny poziom – mówi Natalia Jaworska z Noclegi.pl.

Branża turystyczna jest jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem podczas pandemii koronawirusa. Według wyliczeń Światowej Organizacji Turystyki w całym 2020 roku spadek liczby turystów sięgnął 74 proc (to ok. 1 mld podróży mniej). Straty szacowane są na 1,3 bln dol. (UNWTO World Tourism Barometer). Co najmniej 100 mln osób pracujących w branży turystycznej na świecie stanęło w obliczu zagrożenia utraty pracy.

Kondycja polskich firm z branży turystycznej również mocno ucierpiała w wyniku pandemii. Z danych Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego wynika, że co piąty hotel w Polsce w grudniu 2020 roku był zamknięty, a w większości działających obiektów frekwencja gości nie przekraczała 10 proc. W 54 proc. hoteli liczba sprzedanych noclegów w ubiegłym roku zmniejszyła się o więcej niż połowę.

Nadzieją dla hoteli jest szybkie zniesienie restrykcji i ożywienie w branży MICE, czyli organizacja różnego rodzaju konferencji, seminariów, spotkań biznesowych – zakłada Natalia Jaworska. – Dużą pomocą ze strony rządu jest uruchomienie bonu turystycznego. Może on pomóc przenieść turystykę na inny poziom. Obecnie obserwujemy, że ponad 85 proc. gości Noclegi.pl od początku stycznia zarezerwowało nocleg z płatnością bonem turystycznym online.

Z początkiem roku rząd wprowadził zmiany w funkcjonowaniu Polskiego Bonu Turystycznego. Można nimi opłacić nie tylko noclegi, lecz również jednodniowe wycieczki oferujące co najmniej dwie różne usługi, np. przejazd autokarem i wizytę w muzeum. Dzięki temu korzyści z bonu odniesie większa grupa przedsiębiorców z branży turystycznej. Kwotę 500 zł na każde dziecko można wykorzystać do końca marca 2022 roku.

Widzimy w bonie duży potencjał. Jeśli restrykcje powoli będą znoszone, jest szansa na to, że branża turystyczna będzie mogła wrócić do normy. Nie wiem, czy nastąpi to po dwóch, czy trzech sezonach, ale dość szybko – mówi ekspertka Noclegi.pl

Jej zdaniem część obiektów noclegowych na pewno wypadnie z rynku i nie przetrwa próby czasu, jednak oferta noclegowa nadal będzie szeroka.

Z reguły obiekty noclegowe po sezonie inwestowały nadwyżki finansowe w rozwój oferty i poprawę standardu usług. W tym roku nie będzie inwestycji i nie możemy się spodziewać, że podniesie się standard hoteli. Będzie to raczej walka o przetrwanie i dotrwanie do kolejnego sezonu – dodaje Natalia Jaworska.

Wśród niewielu dobrych wiadomości jest ta, że na kilkadziesiąt tysięcy obiektów, z którymi współpracuje Noclegi.pl, tylko niewielki odsetek informuje serwis o zamknięciu.

Zdarzają się takie obiekty, które zaprzestają swojej działalności, bo nie są już w stanie wytrzymać presji restrykcji, jednakże nie jest to rażące zjawisko – ocenia ekspertka. – Obecnie ceny noclegów są nieco niższe, jednak po otwarciu hoteli, w miarę spadku dostępności, można się spodziewać wzrostu cen. Tym bardziej że hotelarze będą zainteresowani odrobieniem strat poniesionych podczas pandemii, więc ceny mogą dalej rosnąć.

Jak wynika z badania Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego, w grudniu 2020 roku wskaźnik średniej ceny pozostał na tak samo niskim poziomie jak w listopadzie. 79 proc. hoteli oferowało niższe ceny niż w grudniu 2019 roku, przy czym dla 63 proc. spadki były większe niż o 10 proc. Jednocześnie 18 proc. hoteli utrzymało średnie ceny zbliżone do roku poprzedniego.

– Pandemia już zmieniła branżę turystyczną i sposób podróżowania. Polacy z reguły wybierają obiekty oddalone od miast, głównie domki lub apartamenty, tam gdzie mogą być we własnym gronie. Myślę, że ten trend utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, bo ludzie nadal będą się obawiać zarażenia koronawirusem i ważnym kryterium wyboru noclegu będzie możliwość odizolowania się od pozostałych gości – dodaje Natalia Jaworska.

Jak zaznacza, po pandemii pozostaną również niektóre inne przyzwyczajenia, szczególnie te, które dotyczą higieny. Polacy bardziej niż kiedykolwiek zwracają uwagę na czystość w otoczeniu, używają płynów do dezynfekcji, maseczek i utrzymują dystans społeczny.

Pandemia napędza rynek urządzeń internetu rzeczy. Wyposażone w sztuczną inteligencję pomagają w śledzeniu koronawirusa

Jedną z branż, które najmocniej wykorzystują połączenie sztucznej inteligencji i internetu rzeczy, jest automotive, w tym samochody autonomiczne i elektryczne. Jednak IoT już na dobre zadomowił się także w życiu przeciętnego Kowalskiego, który korzysta już z urządzeń inteligentnego domu czy inteligentnych bransoletek i zegarków monitorujących aktywność czy stan zdrowia. Mocnym impulsem dla branży była też pandemia. – Pandemia koronawirusa wywróciła nasze życie do góry nogami, nie tylko z perspektywy lockdownu, lecz także nowych technologii. Rynek przyniósł nam nowe potrzeby, takie jak np. monitorowanie zachorowań czy identyfikowanie ich źródeł – wskazuje Marcin Mizgalski z Inetum Polska.

– Praktycznie każda dziedzina naszego życia wykorzystuje już w coraz większym stopniu technologie, które podają nam urządzenia IoT. Mówimy tutaj zarówno o rynku konsumenckim, jak również o rynku produkcyjnym czy enterprise. Na rynku konsumenckim Kowalski na szeroką skalę korzysta już z dobrodziejstw, które przynoszą urządzenia IoT. To m.in. bardzo modny ostatnio smart home automation czy też inteligentne bransoletki, zegarki, które wspierają jego aktywność sportową, czy też urządzenia medyczne, które już na dobre zadomowiły się u Kowalskiego i pozwalają mu monitorować stan jego zdrowia – mówi agencji Newseria Innowacje Marcin Mizgalski, dyrektor ds. sprzedaży w Inetum Polska.

W następnych latach czeka nas boom na rynku rozwiązań internetu rzeczy. Według szacunków Gartnera liczba urządzeń IoT miała przekroczyć już w 2020 roku 20 mld. Kolejne 30 mld ma się pojawić do 2030 roku. Największy wpływ IoT jest zauważalny w takich obszarach jak smart city czy automotive. To właśnie inteligentne systemy transportowe, jak również samochody autonomiczne mogą  być największymi beneficjentami technologii internetu rzeczy. Skorzystają na niej również posiadacze aut elektrycznych.

– Samochody autonomiczne wyjeżdżają już na drogę publiczną bez korzystania z kierowcy. Mamy tu do czynienia z połączeniem potężnych technologii, jakie niesie sztuczna inteligencja, z inteligentnymi urządzeniami IoT skomponowanymi w ramach jednego pojazdu. Bardziej przyziemnym przykładem, który jest coraz popularniejszy w Polsce, są samochody elektryczne. Aby skorzystać z publicznej ładowarki, muszą one potrafić dogadać się z nią, tzn. ta ładowarka musi zidentyfikować, że pojazd należy do pana Kowalskiego, umożliwić usługę ładowania energią i na sam koniec musi potrafić rozliczyć się finansowo bez udziału człowieka – tłumaczy Marcin Mizgalski.

Jednym z motorów napędzających branżę IoT jest pandemia koronawirusa, która spowodowała wzrost zainteresowania różnego rodzaju technologiami. Internet rzeczy wykorzystywany jest jednak także do samej walki z wirusem i COVID-19.

– Pandemia koronawirusa wywróciła nasze życie do góry nogami i to nie tylko z perspektywy ogólnoświatowego lockdownu, ale również z perspektywy nowych technologii. Rynek przyniósł nam nowe potrzeby, takie jak np. monitorowanie zachorowań albo identyfikowanie źródła tych zachorowań czy ognisk zapalnych, również w kontekście przeciwdziałania dalszemu rozprzestrzenianiu się zakażeń – mówi ekspert.

Zbieranie danych z różnego rodzaju czujników i urządzeń podłączonych do internetu pomaga m.in. w śledzeniu przyrostu zachorowań na COVID-19. Jak podkreśla Marcin Mizgalski, poza zbieraniem danych potrzebny jest również odpowiedni sposób ich przetwarzania. Tutaj w sukurs przychodzi sztuczna inteligencja.

– Stworzyła się potrzeba wyciągania wniosków, jak przeciwdziałać dalszemu rozprzestrzenianiu się pandemii. I te wnioski możemy budować na bazie coraz większej ilości danych, nie tylko twardych, które pozyskujemy bezpośrednio z monitorujących nas urządzeń, ale też danych kontekstowych. Zaczynamy więc zbierać informacje nie tylko o tym, gdzie mieszkamy, gdzie się przemieszczamy, z kim się spotykamy, ale paradoksalnie zaczynamy się interesować również tym, w jaki sposób żyjemy czy czym się odżywiamy. Do tej pory tak duża ilość danych nie była przez nas korelowana, dane te pochodzą z coraz większej ilości źródeł i my musimy nauczyć się wydobywać te informacje – mówi dyrektor ds. sprzedaży w Inetum Polska.

Rozwiązania IoT bardzo dynamicznie ewoluują, stają się coraz bardziej inteligentne. Zbierają też coraz więcej danych dotyczących ludzi, otoczenia, a nawet innych urządzeń i dzielą się nimi.

– To będzie najprawdopodobniej jeden z głównych trendów, wokół których rozwiązania IoT będą się rozwijać. Wróćmy do przykładu samochodu autonomicznego, w którym to urządzenia badają lokalne warunki atmosferyczne, w jakich dany pojazd się porusza. I te urządzenia między sobą wymieniają informacje o potencjalnym zagrożeniu lub też potrafią przekazać tę informację do pozostałych samochodów, które akurat znajdują się w tej określonej lokalizacji. I to jest jeden z głównych trendów, wokół których właśnie będą ewoluować tzw. urządzenia brzegowe, czyli szeroko pojęte urządzenia edge IoT albo też edge computing – wskazuje Marcin Mizgalski.

Robot polskiej firmy zaproponuje i zrobi drinka. Dzięki sztucznej inteligencji sprawdzi, czy klient jest pełnoletni

Roboty coraz częściej zastępują barmanów. Mieszają drinki, a koktajle można zamówić za pośrednictwem aplikacji lub po prostu wciskając odpowiedni przycisk. Część robotów może zrobić drinka z kilkuset butelek, inne zaprogramowane są na kilka najpopularniejszych. Polski start-up poszedł krok dalej, konstruując autonomicznego robota, który nie tylko przygotuje wybrany drink, ale dzięki sztucznej inteligencji zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie wcześniejszych preferencji klienta. Urządzenie pozwoli skrócić czas oczekiwania na drinka do kilkunastu sekund, a firmom zwiększyć obroty o co najmniej 10 proc.

– Poley.me jest autonomiczną maszyną przygotowującą drinki i pobierającą za nie opłatę. Można powiedzieć, że jest to taka miniaturowa linia produkcyjna, która jest w stanie wykonać różnorodne mieszaniny z dostarczonych płynów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Paśko, wspólnik w Poley.me.

Drinki coraz częściej przygotowywane są już przez roboty. W 2017 roku w Las Vegas otwarto Tipsy Robot, pierwszy na świecie bar na lądzie, w którym zatrudnia się robotycznych barmanów. Wcześniej technologia była stosowana m.in. na statkach wycieczkowych Royal Caribbean. Gdy koktajl jest gotowy, nazwisko gościa pojawia się na dużym ekranie. Następnie klienci skanują kod QR, który został wysłany na ich telefon komórkowy, aby odebrać napój. Robot jest w stanie przygotować 120 koktajli na godzinę. Inne roboty są zintegrowane z mobilną aplikacją, za pomocą której można zamówić konkretnego drinka.

Polacy opracowali natomiast robota, który dzięki sztucznej inteligencji sam zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie preferencji klienta. Według twórców, to technologia z przyszłości, która jest dostępna już dzisiaj.

– Ciekawostką w Cyberpunku jest bardzo ciekawa misja, w której głównym bohaterem jest automat wydający napoje, potrafiący z nami rozmawiać, znający nasze preferencje. Oczywiście, taka wizja maszyny, która z nami rozmawia jest jeszcze odległa, natomiast znając upodobania użytkowników jesteśmy w stanie zasugerować mu ciekawe smaki albo nowe drinki. Dokładnie tak, jak Netflix sugeruje nam ciekawe seriale na podstawie tego, co do tej pory obejrzeliśmy – tłumaczy Kamil Paśko.

Robot polskiej firmy jest też całkowicie bezpieczny, bo dzięki sztucznej inteligencji oceni, czy klient jest pełnoletni. Jak zapowiadają przedstawiciele Poley.me, robot pomoże rozładować kolejki, skróci czas oczekiwania na napój, umożliwi też lokalom gastronomicznym zwiększenie obrotów o co najmniej 10 proc.

– Typowy czas, jaki gość lokalu spędza przy barze wynosi od 1 do nawet 8 minut. Na ten czas składa się przyjęcie zamówienia, przyjęcie płatności, przygotowanie czasem skomplikowanego drinka. Natomiast największą wartością jest czas oczekiwania w kolejce do baru, który może wynosić nawet 30 minut. My ten czas chcemy skrócić o rząd wielkości nawet do kilkunastu sekund – podkreśla ekspert.

Pierwsze roboty mogą stanąć we wrocławskich barach, klubach muzycznych czy pracować podczas imprez masowych w 2022 roku. Powstał już prototyp urządzenia, a jak wskazują przedstawiciele start-upu, rozwiązanie spotkało się z dużym zainteresowaniem, choć początki nie były łatwe.

– Własnymi finansami zbudowaliśmy proof of concept, aby faktycznie udowodnić, że to jest możliwe. Zainteresowanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. W momencie, w którym zrobiliśmy wydarzenie i wystawiliśmy naszą maszynę pierwszy raz, nie dość, że ludzie chcieli z tego korzystać, to jeszcze dzwonili po swoich znajomych i zapraszali ich. Oznaczali nas na Instagramie. Okazuje się, że naprawdę taka maszyna nie tylko potrafi wzbudzić zainteresowanie, lecz także potrafi przynieść dodatkowy przychód dla właścicieli lokali – przekonuje Kamil Paśko.

Pierwsze miasto na świecie zainwestuje w kryptowaluty?

Cena bitcoina we wtorek, 9 lutego biła rekord, przekraczając barierę 48 tys. dolarów. Doszło do tego tuż po ogłoszeniu informacji, że biznesowy gigant firma Tesla kupuje bitcoiny za kwotę 1,5 mld dolarów. Wkrótce Miami na Florydzie może stać się pierwszym miastem na świecie, które zainwestuje w kryptowaluty – pisze Daniel Kostecki, analityk spółki Conotoxia Ltd, świadczącej usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Rok 2021 na rynkach finansowych nie przestaje zaskakiwać, a tempo wydarzeń jest bardzo szybkie. Dolar amerykański i obligacje skarbowe USA zdają się tracić pozycje podstawowych aktywów do utrzymywania w bilansach firm czy nawet samorządów. Miejsce robi sobie nowy nurt, który może bazować na umowie, bo na razie nie na wartości użytkowej. Chodzi o ewentualność inwestycji w kryptowaluty jako dywersyfikację bilansów.

 

Tak właśnie postąpiła firma Tesla, która poinformowała, że idzie w ślady takich spółek jak MicroStrategy czy Square, kupując BTC za kwotę 1,5 mld dolarów. Tesla ma mieć ok. 20 mld wolnych środków i zdecydowała się przeznaczyć 7,5 proc. na zakup najpopularniejszej kryptowaluty.

To wywołało euforię na tym rynku. Dziś rano (wtorek, 9 lutego) kurs BTC/USD wzrósł do ponad 48 tys. Zdaniem obserwatorów rynku decyzja zarządu Tesli może otwierać drogę dla innych spółek, których akcjonariusze mogą niedługo pytać: dlaczego nie przeznaczymy kilku proc. środków na zakup BTC? Pytanie wydaje się zasadne w momencie, gdy oczekiwania inflacyjne w USA pną się w górę, a podaż pieniądza rośnie w rekordowym tempie. Gdy w grę wchodzą dziesiątki czy setki miliardów dolarów, każdy procent straty, ze względu na ujemne realne stopy procentowe, oznacza znaczące kwoty.

Niebawem może się okazać, że kryptowaluty są pożądane jako aktywa rezerwowe, nie tylko dla inwestorów z Wall Street, ale także dla samorządów amerykańskich miast. Już chce się o to ubiegać burmistrz Miami na Florydzie, zwolennik upowszechnienia kryptowalut. Wkrótce Miami może być pierwszym miastem na świecie, które część swojego budżetu ulokuje w bitcoinach. Decyzja może zapaść już w tym tygodniu.

Daniel Kostecki, analityk Conotoxia Ltd., spółki świadczącej usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Powyższa publikacja nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani informacji rekomendującej lub sugerującej strategię inwestycyjną w rozumieniu Rozporządzenia (UE) nr 596/2014 z dnia 16 kwietnia 2014 r. Została ona sporządzona w celach informacyjnych i nie powinna stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Ani autor opracowania, ani Conotoxia Ltd. nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszej publikacji.

76,44 proc. rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy. Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.