Dobre wyniki finansowe deweloperów giełdowych za pierwsze półrocze

Jak się okazuje, sezon publikacji półrocznych wyników finansowych spółek notowanych na GPW ponownie ucieszył, a zapewne również i pozytywnie zaskoczył akcjonariuszy większości spółek deweloperskich. Tym razem za sprawą pandemii i lockdownu tego typu rozstrzygnięcie nie było kwestią oczywistą.

Jak wynika z informacji zebranych przez portal RynekPierwotny.pl wyniki finansowe netto notowanych na GPW reprezentantów branży deweloperskiej o profilu mieszkaniowym w pierwszym półroczu br. okazały się ponownie bardzo dobre, zwłaszcza jeśli uwzględnić bezprecedensową specyfikę okresu, którego dotyczą. Trzynastka największych i najbardziej rozpoznawalnych polskich firm deweloperskich budujących lokale mieszkalne na sprzedaż, zarobiła od stycznia do czerwca 2020 roku na czysto ponad 382 mln zł, czyli zaledwie o 12,5 procent mniej licząc rok do roku. Co więcej, ujemna dynamika jest efektem spadku zysków praktycznie tylko jednej firmy. Wykres – wyniki finansowe deweloperów giełdowych – I poł. 2020

Pozycję rynkowych liderów w kwestii zdolności generowania zysków z działalności deweloperskiej potwierdziło kilka spółek, jak zwykle z niezawodnym Dom Development na czele. W omawianym okresie doskonale poradziły sobie także Archicom, Lokum Deweloper, Atal, Ronson, Marvipol oraz Inpro.

Tym razem negatywnym bohaterem sezonu publikacji półrocznych raportów finansowych deweloperów, którego wyniki mocno zaważyły na ogólnym wrażeniu, okazała się Develia. Zyski tego weterana notowań giełdowych okazały się słabsze rok do roku aż o 93 procent, co gorsza jednak nominalnie spadły o grubo ponad 100 mln zł. Zarząd dewelopera tłumaczy taki stan rzeczy blisko trzyipółkrotnym spadkiem wolumenu przekazań w minionym półroczu licząc rok do roku, a także negatywnym wpływem na wyniki zdarzeń jednorazowych jak np. przeszacowania wartości nieruchomości. Gdyby jednak pominąć pechowy przypadek Develii, sumaryczny wynik pozostałej stawki prezentowanych spółek okazałby się rok do roku równo o jedną piątą lepszy, co chyba najlepiej obrazuje bieżącą sytuację finansową branży deweloperskiej.
Analizując wyniki finansowe firm deweloperskich, których podstawowym przedmiotem działalności jest budownictwo mieszkaniowe, należy wziąć pod uwagę jeden ważny aspekt. Chodzi mianowicie o to, że w tym segmencie rynku nieruchomości tego typu parametr jak zysk netto, choć jest wiarygodnym wskaźnikiem kondycji finansowej spółki, nie musi do końca odzwierciedlać bieżącego stanu koniunktury rynkowej, ani też nawet bieżącej sytuacji poszczególnych firm. Osiągnięty zysk netto jest bowiem efektem tzw. przekazań, a więc zawarcia ostatecznych umów przeniesienia własności lokali pochodzących ze sprzedaży, a ściślej przedsprzedaży poprzednich okresów. Jest to więc bardziej efekt działalności operacyjnej sprzed kilku kwartałów, aniżeli aktywności gospodarczej z okresu, którego dotyczy.

Mimo to jednak, aby doszło do przekazania lokalu deweloperskiego i ujawnienia wypracowanego zeń wyniku finansowego w bilansie dewelopera, musi on przede wszystkim dokończyć inwestycję, uzyskać prawo jej użytkowania, przeprowadzić proces odbiorów lokali przez nabywców, i w końcu podpisać z nimi końcowe akty notarialne przenoszące własność. Jak widać po prezentowanych wynikach, cały ten proces nie został w sposób widoczny zakłócony okolicznościami pandemii i lockdownu, co może budzić respekt i za co należą się deweloperom słowa uznania.

Z kolei potwierdzoną już niejednokrotnie normą z przeszłości jest zazwyczaj mniej lub bardziej znacząca poprawa wyniku finansowego netto większości deweloperów mieszkaniowych w drugim półroczu. Czy tego typu tendencja ma szanse na utrzymanie także w roku bieżącym?

Wolumen tegorocznych przekazań najprawdopodobniej nie będzie rekordowy, trudno jednak oczekiwać jego gwałtownego tąpnięcia. Deweloperzy mieszkaniowi do chwili materializacji zagrożenia epidemicznego w marcu br. mieli bowiem bliskie rekordowym statystyki przedsprzedaży. A to oznacza kontynuację co najmniej zadowalającej passy zyskowności większości firm budujących mieszkania na sprzedaż nie tylko w roku bieżącym, ale także w 2021. Pytanie jednak, czy podobnie optymistyczne prognozy będzie można już w niedalekiej przyszłości formułować po publikacjach kolejnych wyników kontraktacji deweloperów mieszkaniowych.

Dlaczego RPP chce osłabienia złotego?

Rada Polityki Pieniężnej chce, aby złoty był słabszy. Na kurs polskiej waluty nie powinno to jednak wpłynąć, złoty może być słabszy z innych powodów.

– Patrząc na zachowania banków centralnych, na które wywierana jest duża presja żeby przywrócić dobrą koniunkturę gospodarczą, słaba waluta wydaje się atrakcyjnym narzędziem do tego celu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Słabsza waluta sprawia, że eksport jest bardziej konkurencyjny, a na konkurencyjności traci import z innych krajów.

Jednak na światowych rynkach mamy obecnie taką sytuację, że także inne kraje chciałyby, aby ich waluta też była słabsza. I wiele banków centralnych poluzowuje swoją politykę pieniężną. Dlatego skutki działań banków centralnych nawzajem się znoszą (osłabiają).

Osłabienie złotego było widoczne wiosną, ale w ostatnich tygodniach ten efekt został skorygowany. Za euro płacimy ponad 4,40 zł, a kurs dolara znajduje się ponad poziomem 3,70 zł.

– Nastawienie RPP wobec złotego nie będzie miało istotnego wpływu na kurs polskiej waluty także z tego względu, że jeżeli przeanalizujemy długoterminowo kurs złotego po skorygowaniu o inflację i popatrzymy na kursy walut naszych najważniejszych partnerów handlowych, to obecna wycena złotego jest bliska równowagi – wyjaśnia ekspert XTB.

Do poważnego osłabienia złotego doszłoby wówczas, gdyby inwestorzy ocenili znacznie gorzej sytuację na tzw. rynkach wschodzących. Chyba, że sytuacja polskiej gospodarki stanie się wyjątkowa pośród tej grupy krajów, a zwłaszcza wśród UE, która przygotowała potężny pakiet właśnie gospodarczego wsparcia finansowego.

Wynagrodzenia rosną, ale wolniej

Dane GUS dotyczące zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu 2020 roku pozwalają na umiarkowany optymizm. W sierpniu zatrudnienie wyniosło 6295 tys. osób, co oznacza, że w stosunku do poprzedniego miesiąca zwiększyło się o 0,7 proc.

Mimo iż w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, nadal obserwujemy spadek zatrudnienia wynoszący 1,5% , widać, że kolejne miesiące po „zamrożeniu” gospodarki przynoszą stopniowy wzrost liczby etatów. To efekt przywracania miejsc pracy sprzed pandemii, przyjęć w poszczególnych firmach, a także powrotu pracowników z zasiłków opiekuńczych. Nadal jednak poziom zatrudnienia nie odrobił spadków, które obserwowaliśmy od marca do maja, ale od czerwca widać systematyczny wzrost liczby zatrudnionych w przedsiębiorstwach.

Przeciętne wynagrodzenie pracowników w sierpniu 2020 roku wynosiło 5337,65 zł i było niższe od tego wypłaconego w lipcu. Nie jest to jednak wynik osłabienia kondycji przedsiębiorstw, ale raczej sezonowości wypłat dodatkowych świadczeń takich jak premie, nagrody kwartalne. W stosunku do wynagrodzeń wypłaconych rok temu, przeciętna płaca wzrosła o 4,1% czyli o 214,39 zł. Wzrost płac nie jest już tak szybki jak miało to miejsce w ubiegłym roku (płace rosły w tempie 6,8% r/r), ale też – wbrew przewidywaniom – epidemia COVID-19 nie spowodowała zamrożenia płac czy ich obniżki.

Patrząc na dane GUS można być umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o kondycję rynku pracy – niewielki wzrost zatrudnienia i wolniejszy wzrost płac przy jednocześnie ograniczonych stosunkowo nielicznych zgłoszeniach zwolnień grupowych pozwalają stwierdzić, że prognozy wskazujące na dwucyfrowe bezrobocie na koniec roku nie spełnią się.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Nowe prawo budowlane: instalacje fotowoltaiczne bezpieczniejsze, ale bardziej kosztowne

19 września wchodzi w życie nowelizacja ustawy o prawie budowlanym. Wprowadza ona m.in. nowe obowiązki dla planujących instalacje fotowoltaiczne o mocy większej niż 6,5 kWp. Celem zmian jest podniesienie bezpieczeństwa pożarowego, jednak niektóre zapisy art. 29 ust. 2 ustawy są niejasne i mogą być trudne w interpretacji dla użytkowników, projektantów oraz instalatorów. Nowelizacja może też utrudnić rozwój OZE w Polsce.

Mniejsze ryzyko pożaru

Każdy, kto planuje zakup instalacji fotowoltaicznej o mocy powyżej 6,5 kWp, będzie miał obowiązek uzgodnienia projektu technicznego z rzeczoznawcą do spraw zabezpieczeń przeciwpożarowych. Instalacja będzie musiała też zostać zgłoszona do miejskiej lub powiatowej komendy Państwowej Straży Pożarnej. W przypadku instalacji fotowoltaicznej przekraczającej moc 50 kWp trzeba natomiast dodatkowo zdobyć pozwolenie na budowę.

Zmiana przepisów to szansa na zwiększenie bezpieczeństwa pożarowego instalacji w Polsce. W dużej mierze zależy ono od fachowego montażu i systematycznych przeglądów, jednak równie istotny jest prawidłowy dobór środków ochrony. W dotychczasowych projektach często nie były uwzględniane podstawowe zabezpieczenia, takie jak detektory iskrzenia czy wyłączniki przeciwpożarowe, które pozwalają na odłączenie od reszty instalacji będących pod napięciem paneli PV. Obowiązek zgłoszenia projektu instalacji do Państwowej Straży Pożarnej ułatwi też służbom prowadzenie ewentualnej akcji ratowniczo-gaśniczej. Strażacy będą mieli bowiem dostęp do precyzyjnych informacji o lokalizacji poszczególnych przewodów czy paneli.

Szerokie pole do interpretacji

Ustawa nie precyzuje jednak jaki zakres projektu powinien zostać uzgodniony z rzeczoznawcą. Nie wskazuje także modelowego systemu zabezpieczeń. Problemem jest również brak konkretnych wytycznych dotyczących ochrony mikroinstalacji o mocy poniżej 6,5 kWp. Zapisy wprowadzają więc znaczne trudności w interpretacji. Każdy wykonawca może do pewnego stopnia działać na własną rękę, wdrażając różne rozwiązania, nie zawsze najbardziej korzystne i adekwatne dla danego budynku.

Dom jednorodzinny jak centrum handlowe

Nowelizacja rozgranicza instalacje na te o mocy do 6,5 kWp oraz większej. Nie jest to jednak jasne kryterium, gdyż w obydwu grupach mogą wystąpić te same niepożądane zjawiska. W przepisach nie jest też brany pod uwagę typ budynku. W efekcie dom o większym zapotrzebowaniu może trafić do tej samej kategorii, co mała galeria handlowa. Instalacja o mocy 10 kWp, dofinansowywana z programu Mój Prąd, może być bowiem zamontowana zarówno na dachu budynku jednorodzinnego, jak i małego centrum usługowego. Rozwiązania techniczne dla obu budynków będą się jednak znacznie różnić i powinno to być uwzględniane przez nowe prawo. Bardziej precyzyjnym zapisem byłby więc wymóg konsultowania każdej instalacji bez względu na jej moc oraz określenie minimalnego zestawu środków ochrony.

Nowe prawo zahamuje rozwój OZE?

Obowiązek uzgodnienia projektu z rzeczoznawcą może zwiększać koszty inwestycji dla użytkownika. Jeśli specjalista wprowadzi dodatkowe zalecenia i poprawki, projektant oraz instalator będą musieli się do nich zastosować. Nakłady związane ze zmianami i zabezpieczeniami poniesie jednak sam inwestor.

Moc fotowoltaiki w Polsce wzrosła w tym roku o 156%, w porównaniu z 2019 rokiem. Potencjał instalacji jest oceniany na aż 16 GW do 2040 roku. Znaczna jego część to małe instalacje dachowe.[1] Efekty zmian w ustawie będzie można ocenić dopiero po pewnym czasie. Mogą one jednak w negatywny sposób odbić się na rozwoju odnawialnych źródeł energii w Polsce, wpływając na wzrost kosztów instalacji oraz utrudniając i opóźniając cały proces inwestycyjny.

[1] Według założeń Polityki Energetycznej Polski

Autor: Bartłomiej Jaworski, Product Manager w firmie Eaton

Europejscy konsumenci nadal głęboko w lesie

Wszystkie oczy skierowane są obecnie na europejskich konsumentów, gdyż to prywatna konsumpcja jest kluczem do stwierdzenia formy i szybkości powrotu do normalności po pandemii Covid-19. Niemniej, biorąc pod uwagę brak istotnej poprawy w zakresie konsumpcji prywatnej po gwałtownym spadku wydatków konsumenckich w pierwszym półroczu 2020 roku, który zdecydowanie przewyższył wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia w czasie Wielkiego Kryzysu Finansowego oraz kryzysu w strefie euro, to prognozy w zakresie poprawy sytuacji gospodarczej – zdaniem ekspertów Euler Hermes – pozostaną raczej mało optymistyczne.

Rys. 1: Maksymalny spadek konsumpcji prywatnej w strefie euro w porównaniu z poziomem sprzed kryzysu

Maksymalny spadek konsumpcji prywatnej w strefie euro w porównaniu z poziomem sprzed kryzysu
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.
*Prognoza na pierwszą połowę 2020 roku

To tłumaczy powszechną ekscytację z powodu widocznej poprawy sytuacji w zakresie europejskiej sprzedaży detalicznej, która przyjęła kształt litery V i która pojawiła się, gdy od końca kwietnia rządy krajów w regionie znosiły obostrzenia nałożone wraz z lockdownem. Szereg dużych europejskich gospodarek, w tym tak poważni gracze, jak Niemcy, Francja, Niderlandy czy Wielka Brytania, ponownie osiągnęło – lub wręcz przekroczyło – poziom sprzedaży z lutego, czyli sprzed kryzysu.

Rys. 2: Sprzedaż detaliczna, wyjątkiem pojazdów mechanicznych, indeks: luty 2020=100

Sprzedaż detaliczna, wyjątkiem pojazdów mechanicznych, indeks luty 2020=100
Źródło: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.

Zdaniem ekonomistów Euler Hermes uderzające jest to, że obecne tempo poprawy sytuacji w handlu detalicznym zdecydowanie przewyższa to, czego świadkami byliśmy w następstwie Wielkiego Kryzysu Finansowego oraz kryzysu kredytowego w strefie euro.

Rys. 3: Porównanie poprawy sytuacji w handlu detalicznym strefy euro (indeks: 100= poziom przed kryzysem, w miesiącach)

Porównanie poprawy sytuacji w handlu detalicznym strefy euro
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.

Odbicie w kształcie litery V w zakresie handlu detalicznego w bezpośrednim następstwie kryzysu nie jest jednak równoznaczne z wystąpieniem takiego samego wzorca w zakresie poprawy sytuacji związanej z konsumpcją prywatną. Zdaniem Euler Hermes istnieją – w szczególności – trzy powody, dla których sytuacja w zakresie konsumpcji w Europie będzie raczej oderwana od tendencji w zakresie handlu detalicznego:

Sprzedaż detaliczna ≠ konsumpcja prywatna: Tak naprawdę, sprzedaż detaliczna nie jest szczególnie dobrym wyznacznikiem nastrojów wśród konsumentów. Stanowi ona bowiem zaledwie około 45% prywatnej konsumpcji, natomiast pozostała część to przede wszystkim wydatki związane z utrzymaniem gospodarstwa domowego oraz usługami. To właśnie te ostatnie (około 25% całości) w nieproporcjonalnie większym stopniu odczują wpływ obecnego kryzysu, ponieważ ludzie redukują „wydatki społeczne” w obawie przed zakażeniem. 

Rys. 4: Wskaźnik ufności konsumenckiej: grudzień 2019 a najnowsze dostępne dane

Wskaźnik ufności konsumenckiej grudzień 2019 a najnowsze dostępne dane
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.

Lepszym miernikiem perspektyw w zakresie konsumpcji prywatnej jest zatem wskaźnik ufności konsumenckiej, który w gospodarkach europejskich utrzymuje się na poziomie dość niskim, poniżej wartości średniej, przy jednoczesnych niebotycznie wysokich planach oszczędnościowych.

Rys. 5: Wskaźnik ufności konsumenckiej w strefie euro – Oszczędności obecnie (skala prawa) a oszczędności w ciągu najbliższych 12 miesięcy (skala lewa)

Wskaźnik ufności konsumenckiej w strefie euro
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.

Towary trwałego użytku – bądźmy gotowi na zmiany w kształcie litery W w handlu detalicznym: Jednym z elementów gwałtownego odbicia w handlu detalicznym było chwilowe ożywienie w zakresie towarów trwałego użytku, które raczej nie będzie długotrwałe. Dla przykładu: meble, a także towary związane z rekreacją i kulturą wykazały się dość dużą odpornością w drugim kwartale roku, ponieważ konsumenci wydawali większą część dochodu rozporządzalnego na upiększanie domu i ogrodu, a także urządzenie wirtualnego biura na czas lockdownu. Dodatkowym bodźcem okazało się tymczasowe obniżenie podatku VAT w Niemczech. Nie spodziewamy się, aby wydatki na tego rodzaju dobra trwałe (około 11% całkowitej prywatnej konsumpcji), które są zwykle dość ściśle powiązane z cyklem gospodarczym, mogły jeszcze długo bronić się przed spadkami na skutek pandemii Covid-19.

Rys. 6: Konsumpcja prywatna w strefie euro według składowych (% całości)

Konsumpcja prywatna w strefie euro według składowych
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.
Uwaga: Pozycja „transport” nie uwzględnia zakupu pojazdów

Jest to tym bardziej prawdopodobne, że bezrobocie będzie nadal wzrastać w ciągu nadchodzących miesięcy w miarę wycofywania programów wsparcia w zakresie utraconego dochodu oraz w miarę wzrostu liczby upadłości firm. Trzeba przyznać, że nawet bez dużej drugiej fali zakażeń, odbicie handlu detalicznego w kształcie litery V okaże się po prostu pierwszą połową procesu poprawy sytuacji w kształcie litery W.

  1. Pamiętajmy o szczególnych czynnikach hamujących konsumpcję, związanych z Covid-19: Obok zwykłych ofiar recesji, takich jak sektory cyklicznych dóbr trwałych, lecz także odzieży i obuwia, szczególne cechy związane ze spowolnieniem wynikającym z Covid-19, tj. utrzymująca się obawa przed zakażeniem, będą powodować ogromną presję w zakresie innych składowych konsumpcyjnych. Wrażliwe na skutki Covid-19 elementy to głównie „wydatki społeczne”, a zatem obejmują transport, restauracje i hotele, a także usługi segmentu rekreacji i kultury. Te wrażliwe komponenty odpowiadają za niemal jedną czwartą (23%) całkowitej konsumpcji prywatnej w strefie euro. Powrót do wzorców związanych z wydatkami, jakie występowały przed kryzysem, będzie zatem uzależniony od dostępności i szerokiej dystrybucji szczepionki.

Co zatem oznaczają wszystkie powyższe obserwacje z punktu widzenia perspektyw poprawy sytuacji w gospodarkach europejskich? Uwzględnienie recesji i czynników wrażliwych na skutki pandemii Covid-19 jako składowych krajowego PKB pokazuje, jak bardzo zróżnicowane są perspektywy poprawy sytuacji w Europie. Suma komponentów konsumpcyjnych narażonych na ryzyko w związku z obecnym spowolnieniem waha się od 13% PKB w Belgii, do dwukrotnie wyższej wartości 26% w Grecji. Co ciekawe, obliczenia Euler Hermes wykazały większe ryzyko w zakresie poprawy poziomu konsumpcji prywatnej w Grecji, Portugalii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii niż we Włoszech.

Rys. 7: Recesja i wrażliwe na skutki Covid-19 komponenty konsumpcji (% PKB)

Recesja i wrażliwe na skutki Covid-19 komponenty konsumpcji
Źródła: Refinitiv, Dział Analiz Allianz.

Jaki okaże się wpływ na firmy? Odbicie aktywności dostrzegalne w wielu sektorach napędzanych konsumpcją będzie prawdopodobnie krótkotrwałe. W szczególności zaś firmy z sektora handlu detalicznego nie powinny spodziewać się pełnej i trwałej poprawy poziomu sprzedaży. Wzrost sprzedaży, który nastąpił po lockdownie, i w ramach którego konsumenci w pewnym stopniu nadrabiali stracony czas stopniowo zaniknie, a konsumenci zaczną odczuwać nieprzyjemne skutki wzrostu bezrobocia. Tymczasem marże zysku będą nadal pod wpływem presji związanej z cenami, a także pod wpływem dodatkowych kosztów związanych z prowadzeniem sklepów w czasie poważnego kryzysu sanitarnego.

Ponadto, poniższe wykresy potwierdzają, że po rozluźnieniu dotkliwych obostrzeń, jakie zaczęło mieć miejsce począwszy od końca kwietnia, także w Polsce sprzedaż detaliczna najwyraźniej odczuła dynamiczną poprawę sytuacji w kształcie litery V. Tymczasem poprawa pod względem ufności konsumenckiej była w okresie od maja do lipca o wiele bardziej skromna; widoczne jest także ponowne pogorszenie (choć niewielkie) poziomu ufności w sierpniu. Załamanie ufności konsumentów na wykresie Rys. 9. sugeruje, że „Wyprzedzający Wskaźnik Ufności Konsumenckiej” opracowany przez GUS uległ bardziej istotnemu pogorszeniu niż wskaźnik sytuacji „Bieżącej”. Różowa linia oznacza, że „Obecne Poważne Zakupy” mniej ucierpiały w czasie lockdownu, ponieważ konsumenci wydawali więcej na towary trwałe, lecz zakupy tego rodzaju są zwykle jednorazowe i ten segment sprzedaży detalicznej będzie prawdopodobnie doświadczał poprawy kondycji w kształcie litery W. Ogólnie rzecz biorąc, tak jak w gospodarkach zachodnioeuropejskich, konsumpcja prywatna w Polsce prawdopodobnie doświadczy poprawy sytuacji w kształcie litery W.

Rys. 8: Sprzedaż detaliczna w Polsce vs. wskaźnik ufności konsumenckiej w PolsceSprzedaż detaliczna w Polsce vs wskaźnik ufności konsumenckiej w Polsce

Rys. 9: Wskaźnik ufności konsumenckiej w PolsceWskaźnik ufności konsumenckiej w Polsce

Autorzy: Katharina Utermöhl, Cfa
Starszy Ekonomista Na Europę Allianz

Aurélien Duthoit
Analityk Sektora Euler Hermes

Manfred Stamer
Starszy Ekonomista Ds. Wschodzących Rynków Europejskich I Bliskiego Wschodu Euler Hermes

Euler Hermes: Optymizm co do stałego odbicia w konsumpcji, także w Polsce, jest przedwczesny

Sprzedaż detaliczna to nie konsumpcja, a odbicie konsumpcji nie ma charakteru stałego i nie zmierza w prosty sposób do odbudowy stanu sprzed kryzysu – wynika z badań Allianz Research i Dział Badań Ekonomicznych Euler Hermes.

Jak będzie wpływać na firmy odbudowa konsumpcji: spowolniona, przez pewien okres odłożona w czasie, w wielu wypadkach przebiegająca w kształcie litery „W” (z kolejnymi czasowymi spadkami)?

Odbicie aktywności dostrzegalne w wielu sektorach napędzanych konsumpcją jest prawdopodobnie krótkotrwałe. W szczególności zaś firmy z sektora handlu detalicznego nie powinny spodziewać się pełnej i trwałej poprawy poziomu sprzedaży. Wzrost sprzedaży, który nastąpił po lockdownie, i w ramach którego konsumenci w pewnym stopniu nadrabiali stracony czas stopniowo zaniknie, a konsumenci zaczną odczuwać nieprzyjemne skutki wzrostu bezrobocia. Tymczasem marże zysku będą nadal pod wpływem presji związanej z cenami, a także pod wpływem dodatkowych kosztów związanych z prowadzeniem sklepów w czasie poważnego kryzysu sanitarnego.

Spadek konsumpcji w strefie Euro był nawet 10-krotnie wyższy, niż w wyniku kryzysu finansowego z lat 2007-2008, stąd prognozy w zakresie poprawy sytuacji gospodarczej, w tym i odbicia w konsumpcji pozostają mało optymistyczne. Pomimo uderzająco szybkiego odbicia w handlu detalicznym, nie oznacza to równie szybkiego (i trwałego) odbicia w konsumpcji prywatnej. Także w Polsce.

  1. Sprzedaż detaliczna ≠ konsumpcja prywatna: Tak naprawdę, sprzedaż detaliczna nie jest szczególnie dobrym wyznacznikiem nastrojów wśród konsumentów. Stanowi ona bowiem zaledwie około 45% prywatnej konsumpcji
  2. Towary trwałego użytku – bądźmy gotowi na zmiany w kształcie litery W w handlu detalicznym, także w Polsce
  3. Czynniki hamujące konsumpcję, związane z Covid-19: głównie „wydatki społeczne”, a zatem transport, restauracje i hotele, a także usługi segmentu rekreacji i kultury. Te wrażliwe komponenty odpowiadają za niemal jedną czwartą (23%) całkowitej konsumpcji prywatnej w strefie euro. Powrót do wzorców związanych z wydatkami, jakie występowały przed kryzysem, będzie zatem uzależniony od dostępności i szerokiej dystrybucji szczepionki.

Polska – konsumpcja prywatna również prawdopodobnie odbudowywać się będzie w kształcie litery W

Po rozluźnieniu dotkliwych obostrzeń, jakie zaczęło mieć miejsce począwszy od końca kwietnia, także w Polsce sprzedaż detaliczna najwyraźniej odczuła dynamiczną poprawę sytuacji w kształcie litery V. Tymczasem poprawa pod względem ufności konsumenckiej była w okresie od maja do lipca o wiele bardziej skromna; widoczne jest także ponowne pogorszenie (choć niewielkie) poziomu ufności w sierpniu. Załamanie ufności konsumentów na poniższym wykresie sugeruje, że „Wyprzedzający Wskaźnik Ufności Konsumenckiej” opracowany przez GUS uległ bardziej istotnemu pogorszeniu niż wskaźnik sytuacji „Bieżącej”. Różowa linia oznacza, że „Obecne Poważne Zakupy” mniej ucierpiały w czasie lockdownu, ponieważ konsumenci wydawali więcej na towary trwałe, lecz zakupy tego rodzaju są zwykle jednorazowe i ten segment sprzedaży detalicznej będzie prawdopodobnie doświadczał poprawy kondycji w kształcie litery W. Ogólnie rzecz biorąc, tak jak w gospodarkach zachodnioeuropejskich, konsumpcja prywatna w Polsce prawdopodobnie doświadczy poprawy sytuacji w kształcie litery W.

Sprzedaż detaliczna w Polsce vs. wskaźnik ufności konsumenckiej w PolsceSprzedaż detaliczna w Polsce vs wskaźnik ufności konsumenckiej w Polsce

Wskaźnik ufności konsumenckiej w PolsceWskaźnik ufności konsumenckiej w Polsce

Funt na warunkowym zwolnieniu

Niezdecydowanie zagościło na rynkach finansowych z mieszanym wydźwiękiem handlu na rynku akcji przy powrocie słabości USD. GBP otrząsnął się spod ciężaru gołębich sygnałów z Banku Anglii. NZD zyskuje po słowach ministra finansów, który wątpi w prędkie luzowanie RBNZ.

Pomimo wyraźnych sugestii z Banku Anglii o potencjalnym wprowadzeniu ujemnych stóp procentowych, funt nie został posłany w otchłań. Duża w tym zasługa w powrocie słabości dolara (pełne wymazanie spadków GBP/USD, podczas gdy EUR/GBP jest wyżej), jednak od strony ciężaru wczorajszych informacji od BoE można było oczekiwać silniejszej reakcji. Bank zasygnalizował, że rozpoczęte zostały prace nad mechanizmem, jak najlepiej zaimplementować ujemne stopy procentowe. Jakkolwiek obecnie obniżka głównej stopy z poziomu 0,1 proc. nie jest konieczna, tak bank chce być przygotowany na sytuację nadzwyczajną. Źródeł ryzyk nie brakuje: brexit, wygaśnięcie rządowego wsparcia dla rynku pracy, druga fala pandemii. Jest tutaj sporo zagrożeń, które mogą negatywnie odbić się na optymistycznych prognozach BoE z sierpnia, które oparte były m.in. na podpisaniu kompleksowej umowy o wolnym handlu z UE. Przy aktualnym zamieszaniu wokół Internal Market Bill jest niemal pewne, że nic kompleksowego nie zostanie uzgodnione. Jednak wciąż możemy liczyć przynajmniej na umowę ramową dla podtrzymania relacji handlowych. Rząd w Londynie może też przedłużyć wsparcie dla rynku pracy. Najgorszy scenariusz dla funta nie jest jeszcze przesądzony. Nawet jeśli kolejne posiedzenie BoE w listopadzie przyniesie obniżkę stopy procentowej, to w pierwszym kroku będzie to ruch do 0 proc., co nie będzie jeszcze wyróżniać BoE na tle innych banków centralnych (i nie uderza w GBP). Perspektywa ujemnego oprocentowania to temat na przyszły rok, a w międzyczasie przewinie się jeszcze wiele innych czynników. Funt otrzymał warunkowe zwolnienie: tylko jeśli negocjacje brexitu oraz perspektywy ożywienia pójdą w złą stronę, BoE nie będzie miał innego wyjścia, jak rozszerzyć ekspansję monetarną. Póki jednak sprawa jest otwarta, funt będzie wspierany popytową presją z GBP/USD.

Perspektywy polityki monetarnej i szanse na ujemne oprocentowanie stały się też ważnym elementem oceny fundamentów dolara nowozelandzkiego. Ryzyko kolejnego cięcia przez RBNZ ciążyło nad kiwi od czasu, kiedy prezes Orr zasygnalizowało przygotowania banku do użycia nowych narzędzi do walki z deflacyjnym otoczeniem. Jednak dziś minister finansów Nowej Zelandii zasugerował, że RBNZ nie dokona zmian w polityce pieniężnej przynajmniej do marca przyszłego roku. Na papierze słowa ministra wiele nie zmieniły, gdyż jeszcze przed jego wypowiedzią rynek stopy procentowej dyskontował pełną obniżkę (o min. 25 pb) nie wcześniej, jak na posiedzeniu w kwietniu 2021 r. Jednak dla posiedzeń banku do kwietnia premia za ryzyko dodatkowego luzowania spada. Razem z nią wyparowuję popularne ostatnio różnicowanie NZD z AUD właśnie pod kątem perspektywy polityki pieniężnej. Kiwi może mieć teraz łatwiej w korzystaniu na okresach wzrostu apetytu na ryzyko. Dziś rano nowe tegoroczne szczyty NZD/USD są tego dowodem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Krajobraz po bitwie. Wyniki sektora przedsiębiorstw w pierwszym półroczu 2020 roku

Polskie przedsiębiorstwa relatywnie dobrze poradziły sobie z wyzwaniami biznesowymi, jakie postawiła przed nimi pierwsza faza kryzysu COVID-19 – wynika z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao S.A. Choć nie udało się uniknąć spadku przychodów przez firmy, i tak łagodzonego przez niektóre elementy tarcz antykryzysowych, to jednak dość skutecznie neutralizowały one ten ubytek dzięki optymalizacji kosztów, twierdzą eksperci.

Najnowszy raport Banku Pekao S.A. „Krajobraz po bitwie. Wyniki sektora przedsiębiorstw w pierwszym półroczu 2020 roku” wskazuje na spadek zysków polskich przedsiębiorstw o 18 proc. względem analogicznego okresu w 2019 roku. W dużej mierze wynikał on jednak z księgowych efektów niekorzystnego otoczenia makroekonomicznego, negatywnie rzutujących na wynik z działalności finansowej. Biorąc pod uwagę wyłącznie wyniki działalności operacyjnej firm w całej Unii Europejskiej, możemy jednak mówić o relatywnie dobrej kondycji rodzimych przedsiębiorstw. Według danych Eurostat Polska była jednym z zaledwie trzech krajów UE, w których spółki były w stanie w kryzysowym drugim kwartale roku zwiększyć r/r swoją nadwyżkę operacyjną brutto.

Kryzys związany z pandemią COVID-19 wyróżnia się na tle tych, z którymi krajowa gospodarka zmagała się w przeszłości. O ile sektor MŚP radził sobie z kryzysem o wiele lepiej niż można było zakładać, to wpływ „światowego lockdownu” na największe firmy był relatywnie silny. W tej grupie skala spadku przychodów ze sprzedaży okazała się być największa i wyniosła 6 proc. r/r. Przyczyny tego stanu rzeczy należy upatrywać w silniejszej ekspozycji dużych koncernów na sprzedaż zagraniczną, która w warunkach bardzo trudnej sytuacji epidemicznej w wielu krajach Europy Zachodniej ucierpiała zdecydowanie mocniej aniżeli popyt krajowy, choć niemały wpływ na mniejszą skalę spadków przychodów małych i średnich podmiotów miały w 2Q20 również niektóre elementy tarczy (dofinansowanie kosztów pracy).

Polskie przedsiębiorstwa poradziły sobie nad wyraz dobrze w sytuacji, na którą nikt nie był w stanie się przygotować. Pomogła mniejsza skala recesji niż na Zachodzie, dość elastyczne dostosowania po stronie kosztowej firm, ale też znaczne – w relacji do skali działalności – wsparcie finansowe państwa, widoczne już w wynikach drugiego kwartału. Wszystko to zadziałało stabilizująco na sytuację krajowych podmiotów w pierwszej, krytycznej fazie kryzysu, co być może pomoże uniknąć kulminacji problemów w kolejnych okresach. Tym bardziej, że w mijającym właśnie kwartale obserwujemy ożywienie gospodarcze, którego motorem napędowym jest rosnąca konsumpcja oraz odradzający się eksport. Jeżeli taki stan rzeczy będzie utrzymywał się również na jesieni, będziemy mogli mówić o realnym wychodzeniu z kryzysu – tłumaczy Ernest Pytlarczyk, Główny Ekonomista Banku Pekao S.A.

Polska zalicza się do wąskiej grupy krajów, w których pracownicy odczuli skutki kryzysu mocniej niż ich pracodawcy. Ci pierwsi tylko pozornie jednak zaliczają się do przegranych obecnego kryzysu. Zastosowanie elastycznych rozwiązań w zakresie wymiaru czasu pracy oraz tzw. „postojowego” pozwoliło bowiem uniknąć fali zwolnień, a skala spadku średnich wynagrodzeń była i tak mniejsza niż w przypadku pozostałych krajów UE.

Jednocześnie obecny kryzys w coraz większym stopniu przyjmuje charakter sektorowy. Eksperci Pekao wzięli pod lupę wyniki finansowe w pierwszej połowie 2020 roku w rozbiciu na poszczególne branże gospodarki, analizując gdzie pogorszyły się one w największym stopniu, a gdzie wręcz uległy poprawie. Stworzona na potrzeby tego ćwiczenia ocena potwierdziła większość oczekiwań co do kondycji firm (np. odporność dóbr pierwszej potrzeby i usług cyfrowych czy silne uderzenie w sektory przemysłowe o eksportowym profilu oraz w usługi czasu wolnego), ale też przyniosła nieco niespodzianek – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.

Choć firmy wciąż odczuwają dużą niepewność związaną z rozwojem sytuacji epidemicznej i jej oddziaływaniem na gospodarkę, to, zdaniem ekonomistów Pekao, możemy już mówić o stopniowym powrocie do normalności. Według prognoz Banku Pekao S.A. PKB naszego kraju w III kw. 2020 wzrośnie o ok. 8 proc. w ujęciu kw./kw.

Kluczowe dla wychodzenia z kryzysu przez poszczególne przedsiębiorstwa mogą okazać się długofalowe efekty wprowadzonych programów pomocowych czy tarczy antykryzysowej. Dla części z nich, zwłaszcza tych funkcjonujących w najbardziej wrażliwych sektorach gospodarki,  dopiero kolejne kwartały mogą jednak okazać się prawdziwym testem. Nieuchronne w ich przypadku wydają się m.in. dalsze działania optymalizacyjne, w tym w zakresie kosztów pracy (a więc również zatrudnienia).

Zadłużenie Polaków bije kolejne rekordy. Powodem pandemia koronawirusa i brak umiejętności oszczędzania

Spirala zadłużenia już się nie kręci. Ona wręcz wiruje! Polacy mają 90 miliardów złotych długów, a ta liczba będzie szybko rosnąć.

Nie ma żadnej innowacji w stwierdzeniu, że pandemia koronawirusa doprowadziła do tego, że wielu Polaków ma problem z bieżącym regulowaniem swoich zobowiązań finansowych. W kryzysie są Ci, którzy zarabiali niezbyt wiele, i teraz stracili część swoich przychodów, a w sytuacji wręcz dramatycznej są osoby, które jeszcze przed pandemią borykały się z problemami finansowymi. Z ostatniego badania firmy BIG Info Monitor wynika, że w czasie pandemii koronawirusa zadłużenie Polaków wzrosło o… 1,2 miliarda złotych i przekroczyło już 90 miliardów złotych. – To oznacza, że spirala zadłużenia już nie kręci się, ona wręcz wiruje – przyznaje Małgorzata Marczulewska, Prezes Grupy AVERTO. – Wiele firm ma poważne problemy finansowe, widzimy to po rosnącej ilości spraw przekazywanych do windykacji. Pozytywną tendencją jest fakt, że coraz częściej trafiają do nas „młodsze” długi, czyli faktury nieopłacone nawet od kilkunastu dni. Wcześniej najczęściej  zaległość musiała mieć kilka miesięcy, aby trafiła do windykatora – dodaje Prezes Grupy AVERTO.

Rosną długi Polaków, bo pandemia nie mija.  „Parasol ochronny  pandemii powoli się kończy, a wiele firm nadal nie funkcjonuje tak jak kiedyś”

Pracownia BIG Info Monitor zaprezentowała bardzo interesujące dane za lipiec 2020 roku – wynika z nich, że mimo możliwości skorzystania z wakacji kredytowych, zadłużenie Polaków rośnie w zastraszającym tempie. Zaległości z tytułu  bieżących  zobowiązań ma już blisko 3 miliony osób! Co ciekawe łączna suma zadłużenia przekracza już 90 miliardów złotych, a powiększyła się o ponad miliard w zaledwie kwartał. Jak wskazują specjaliści przyczyna zapaści jest oczywista – to efekt lockdownu i postępujących problemów gospodarczych wynikających z pandemii koronawirusa.

– Spodziewam się, że to jeszcze nie koniec wzrostów zadłużeń. Najwięcej zaległości mamy w wyniku nieopłaconych faktur. Jeżeli przedsiębiorca musi wybierać co zapłacić w pierwszej kolejności, to najpierw opłacane są wynagrodzenia pracowników, rozliczenia z ZUS, US, a dopiero potem inne zobowiązania. Jeżeli mówimy o osobach fizycznych to lockdown bardzo skutecznie „obciął” wiele wynagrodzeń i wiele osób pozbawił pracy. Do nas jako do windykatorów w ostatnim czasie zgłasza się rekordowa liczba klientów i są to windykacje podejmowane zarówno wobec firm jak i osób fizycznych, które np. od jakiegoś czasu nie regulują swoich zobowiązań. Spodziewam się, że w strukturze zadłużenia o której dzisiaj rozmawiamy są także zaległości wobec banków, szczególnie zaległości hipoteczne – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Grupy AVERTO.

Wakacje kredytowe pomagały przedsiębiorcom i osobom fizycznym, wiele osób korzystało z rozmaitych form wsparcia antykryzysowego, ale ten parasol ochronny po pandemii powoli się kończy, a wiele firm nadal nie funkcjonuje tak jak przed pandemią. – Średnia wynagrodzeń spada, ludzie nie mają dobrego nastroju jeżeli chodzi o bieżące zarobki i sytuacje gospodarczą. Niestety zaległości będą rosły. Podobnie będzie w firmach. Spodziewam się, że najbliższe miesiące przyniosą upadłości firm z branży turystycznej, rozrywkowej czy transportowej. Poważne problemy finansowe mają miejsce także w przemyśle – mówi Małgorzata Marczulewska.

Dramaty młodych kredytobiorców. Zasada „zadłużaj się, jakby jutra nie było” fatalnie zweryfikowana przez pandemię

Doświadczenia windykatorów nie są najkorzystniejsze. W ostatnich miesiącach spraw do rozwiązania jest więcej i podejmowane są one wobec osób, które straciły płynność finansową w ostatnim czasie:  – Gospodarczy huragan, którego świadkiem byliśmy kilka miesięcy temu nadal funkcjonuje. Gdy prowadzimy czynności windykacyjne jest całe mnóstwo przedsiębiorców i osób fizycznych, które przyznają wprost, że ich problemy wynikają z pandemii koronawirusa. Jesień może doprowadzić do kolejnych zapaści i wzrostu produkcji długów. Największe problemy finansowe mają firmy średniej wielkości oraz osoby między 30-40 rokiem życia. To osoby, które tracą pracę lub muszą udać się na dłuższe urlopy bezpłatne, nie mają oszczędności, mają kredyty np. na mieszkanie czy na samochód. Kryzys gospodarczy uderza w takie osoby najmocniej. Miałam okazję rozmawiać ostatnio z młodym małżeństwem, które znalazło się na liście windykacyjnej. Bardzo dynamiczni, rzutcy ludzie – mężczyzna stracił pracę jako menadżer w dużej firmie, a żona została objęta programem obniżonych świadczeń w ramach tarczy antykryzysowej. W ciągu kilku miesięcy popadli w takie długi, że  rozpoczęto proces windykacyjny. Piękne mieszkanie na kredyt, samochód w leasingu, wyposażenie mieszkania w drogim stylu i jeszcze raty za wesele sprzed dwóch lat. Czy rok temu ktoś myślał, że może przyjść pandemia i nasze kontrolowane zadłużenie nagle stanie się kamieniem przywiązanym do nogi? Nie, nikt o tym nie myślał. Wielu młodych ludzi i wielu przedsiębiorców utonie w długach – mówi Małgorzata Marczulewska.

Niektórzy masowo „produkują” długi, bo czują się bezkarni

Wracając do statystyk BIG Info Monitor….. Wynika z nich, że największe zadłużenie mamy w bankach. W województwie zachodniopomorskim średnia zaległych długów to ponad 28 tysięcy złotych na mieszkańca. Jesteśmy jednym z pięciu regionów powyżej średniej ogólnopolskiej. Najbardziej nierzetelny dłużnik ma ponad… 74 milionów złotych zaległości. W naszym regionie ten wskaźnik wygląda „skromniej”, bo najbardziej zadłużony mieszkaniec ma zaległości na poziomie ponad 12 milionów złotych.

– Nałogowych dłużników też jest coraz więcej. Rekordzista w Szczecinie ma ponad 400 otwartych egzekucji komorniczych. To fatalna sytuacja z której ciężko wyjść oraz fatalna sytuacja dla całej gospodarki, bo przecież to pieniądze, których się prawdopodobnie nie wyegzekwuje. Zadłużenie rośnie, bo niektórzy czują się bezkarni, kombinują, uciekają od zobowiązań. Bardzo często przepisy prawa gospodarczego tworzą teoretycy, oni nie mają do czynienia z praktyką przez co nasze prawo daje pole do popisu oszustom. Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy mają problemy, bo ich firma upadła lub stało się jakieś zdarzenie losowe, takich sytuacji mamy dużo. Niestety nie brakuje oszustów, którzy wręcz nałogowo produkują długi, zaciągają zobowiązania, których nie spłacają i powodują, że problemy mają także inne firmy, które miesiącami próbują wyegzekwować od takich oszustów swoje pieniądze – mówi Małgorzata Marczulewska.

W artykule opieraliśmy się na statystykach Info Dług przygotowanych przez BIG Info Monitor. Serdecznie zachęcamy do zapoznania się z publikacją.

Czy opieka psychologiczna powinna być elementem medycyny pracy?

  • 14 września br. Komisja Ekspertów ds. Ochrony Zdrowia Psychicznego przy Rzeczniku Praw Obywatelskich zaprezentowała kierunki zmian, jakie powinny jej zdaniem zajść w ochronie zdrowia psychicznego.
  • Według ekspertów rynku ubezpieczeń stały dostęp do psychologa powinien być też elementem medycyny pracy – zwłaszcza po pandemii.
  • Ubezpieczenia grupowe pracowników zapewniają szybki dostęp do pomocy.

Rzecznik Praw Obywatelskich alarmuje: ochrona zdrowia psychicznego przechodzi głęboki kryzys. Aby z niego wyjść, niezbędne są pilne rozwiązania systemowe celem zapewnienia równego dostępu do efektywnego leczenia. Zwłaszcza że należy się spodziewać nowych problemów wywołanych przez izolację i stres związany z pandemią.

Rosnące zagrożenie dla zdrowia

Zalecenia Komisji Ekspertów przy Rzeczniku Zdrowia Psychicznego obejmują rozwój wsparcia terapeutycznego i społecznego w środowisku, z wykorzystaniem potencjału „asystentów zdrowienia” – osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego, które mogą wspierać innych. Izolacja szpitalna powinna być ostatecznością, realizowaną jak najkrócej i na jak najmniejszym oddziale szpitalnym. Obecnie polski system leczenia w ogóle nie koncentruje się na pacjencie i na organizacji terapii, ale na przestrzeganiu procedur.

Tymczasem sytuacja robi się dramatyczna. Według naszych statystyk liczba wizyt psychiatrycznych i psychologicznych od początku pandemii wzrosła aż 2,5-krotnie. W dodatku najbardziej narażone na problemy są osoby młode, do 39 r. życia, które rezerwują 45% wizyt. Skoro więc zaczynamy pracować nad systemem opieki psychologicznej, i nawet pracodawcy widzą, że problem narasta, to włączmy tę opiekę do obowiązkowych świadczeń z zakresu medycyny pracy – mówi Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Rośnie świadomość potrzeby opieki psychologicznej dla pracowników

Ochrona zdrowia psychicznego pracowników staje się istotna w oczach pracodawców, którzy zdają sobie sprawę, jak ważnym elementem naszego samopoczucia oraz funkcjonowania firmy jest równowaga psychiczna. W końcu depresja ma wpływ nie tylko na życie prywatne, ale też i zawodowe. Przemęczenie wynikające z zaburzeń snu, spadek koncentracji i szybkości reakcji, rozdrażnienie i brak motywacji – to wszystko są skutki nieleczonej depresji, a jednocześnie powody braku produktywności pracownika. Zwiększają one ryzyko wypadków, przez co stanowią też bezpośrednie zagrożenie fizyczne.

Z tego względu pracodawcy, oprócz zapewnienia dostępu do odpowiednich specjalistów, powinni też dbać o regularne informowanie pracowników o możliwościach otrzymania pomocy i zachęcać do korzystania z niej w razie potrzeby. Tym bardziej, że wszelkie rodzaju zaburzenia psychiczne przestają być powoli tematem tabu – coraz więcej osób chce szukać pomocy, szczególnie w tak wyjątkowej sytuacji, jak obecnie. Z takich działań płyną same korzyści, zarówno dla pracowników, jak i pracodawcy. Na szczęście ci ostatni to rozumieją – zamiast rezygnować z grupowych ubezpieczeń zdrowotnych, na co zanosiło się na początku pandemii, starają się jedynie modyfikować ich zakres.

„Koniec alfabetu” cierpi najmocniej

Tytułowy „koniec alfabetu”, czyli przedstawiciele pokoleń X i Y borykają się z większą liczbą ogólnych problemów zdrowotnych niż ich rodzice przed kilkoma dekadami. Częściej diagnozowane są u nich również zaburzenia psychologiczne, na co według ekspertów wpływ ma większa otwartość młodych pokoleń na szukanie pomocy. Z danych SALTUS Ubezpieczenia wynika, że nie tylko wzrasta liczba osób szukających pomocy, ale też dynamika, z jaką ten problem narasta. Przed pandemią dwukrotny wzrost zainteresowania nastąpił w ciągu 3 lat. Teraz wystarczył nieco ponad miesiąc, żeby dynamika była jeszcze większa.

Medycyna pracy często traktowana jest wyłącznie jako obowiązek, który nie ma znaczącego przełożenia na codzienną działalność firmy. Tymczasem dobrze skonstruowana ochrona zdrowotna może być nieocenionym wsparciem dla firmy, szansą na zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa.

W świetle przepisów każdy pracodawca zobowiązany jest do organizowania badań wstępnych, okresowych i kontrolnych dla swoich pracowników. Według mnie warto rozszerzyć tę listę o obowiązkowe badania psychologiczne. To niezwykle istotne ze względu na różne potrzeby medyczne pokoleń funkcjonujących obecnie na rynku pracy. Analizując ofertę ubezpieczyciela, należy zatem odpowiednio dobrać proponowane programy profilaktyczne uwzględniające np. problemy neurologiczne, z którymi borykają się Millenialsi. Dopiero taka „celowana” medycyna pracy stanowi realną, namacalną pomoc – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

Kolejna próba opodatkowania spółek komandytowych podatkiem CIT

Spółki komandytowe stają się w Polsce coraz bardziej popularne, co wynika z dwóch głównych czynników. Mniejsze przedsiębiorstwa funkcjonują w Polsce w dużej mierze w formie spółek osobowych, co wynika z niższego poziomu formalizmu związanego z ich prowadzeniem. Spółka komandytowa jest tymczasem jedyną spółką osobową umożliwiającą ograniczenie odpowiedzialności wspólników. Ponadto, w przeciwieństwie do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, będącej podatnikiem CIT, nie występuje w jej przypadku zjawisko podwójnego opodatkowania (na poziomie spółki i na poziomie wspólnika).

Tym samym, spółka komandytowa stanowi atrakcyjną alternatywę dla niewielkich przedsiębiorców, którzy nie są jeszcze gotowi na rozbudowę swojej działalności do rozmiarów uzasadniających przekształcenie w spółkę kapitałową, ale chcą zabezpieczyć się przed nieograniczoną odpowiedzialnością za zobowiązania spółki.

Propozycję opodatkowania spółek komandytowych podatkiem CIT należy uznać wobec powyższego za nietrafioną i prowadzącą do zmniejszenia popularności spółki komandytowej jako formy prowadzenia działalności gospodarczej. Zwiększenie obciążenia podatkowego spółek komandytowych spowoduje, że część przedsiębiorców zrezygnuje z prowadzenia działalności w tej formie. Co więcej, jest to propozycja karkołomna. Pierwsze wątpliwości pojawiają się już bowiem z punktu widzenia przejrzystości systemu podatkowego. Podatek CIT to podatek dochodowy od osób prawnych. Spółka komandytowa nie posiada osobowości prawnej – stąd też, konsekwentnie, w aktualnym stanie prawnym podatnikami podatku dochodowego są jej wspólnicy, a nie sama spółka.

W przeszłości dokonano już poszerzenia kręgu podatników podatku CIT o spółki komandytowo-akcyjne – wówczas można było dopatrywać się w tym działaniu pewnej logiki, z uwagi na mieszany charakter tej spółki. W przypadku spółki komandytowej o takiej logice nie może być mowy, co rodzi pytanie o to, czy w przyszłości można spodziewać się objęcia podatkiem CIT kolejnych kategorii spółek osobowych – już w projektowanych przepisach przewiduje się bowiem opodatkowanie CIT niektórych spółek jawnych.

Kluczowym argumentem wykorzystywanym w uzasadnieniu do już opublikowanego projektu ustawy jest przeciwdziałanie optymalizacji podatkowej. Istotnie, jednym z istotniejszych aspektów polityki podatkowej ostatnich lat jest postępujące uszczelnianie systemu. Spory sukces, wygenerowany przede wszystkim przez pakiet paliwowy i wprowadzenie jednolitych plików kontrolnych, odniesiono w zakresie podatku VAT.

Wciąż nierozwiązany pozostaje rzeczywiście problem agresywnej optymalizacji w zakresie podatku CIT. Wystarczy wspomnieć, że aż 7 spośród 10 największych podatników tego podatku to spółki Skarbu Państwa. W 2017 roku przeciętne obciążenie przychodu podatnika CIT wyniosło zaledwie 0,72 proc., a podatek w jakiejkolwiek wysokości zapłaciło jedynie 38 proc. podatników. Prawodawca podejmuje rozmaite działania ukierunkowane na zmianę tego stanu rzeczy – od wprowadzania specjalnych podatków sektorowych (których przedmiotem jest zresztą często przychód, a nie dochód), do implementowania szczególnych przepisów, takich jak ogólna klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania, czy regulacje dotyczące raportowania schematów podatkowych. Jak do tej pory, prowadzone działania nie powstrzymały agresywnych schematów optymalizacyjnych. Trudno zatem przypuszczać, by procedowana zmiana przyczyniła się do uszczelnienia systemu.

Wątpliwa wydaje się być również logika stojąca za proponowanym rozwiązaniem. Jako że same spółki komandytowe są w tej chwili transparentne podatkowo, podatek dochodowy płacą wspólnicy. Wtłaczając spółki komandytowe do pełnego luk i wątpliwości interpretacyjnych systemu CIT, projektodawca może wręcz stymulować uruchomienie po stronie tych podmiotów działań optymalizacyjnych, do tej pory nie stosowanych z uwagi na bezpośrednie opodatkowanie dochodu wspólnika, a nie spółki. Co więcej, zaproponowane przez Ministerstwo Finansów przepisy, zwalniające z opodatkowania podatkiem dochodowym przychodów komandytariuszy w tych spółkach, w których powiązania między wspólnikami nie wskazują na „optymalizacyjny cel” ich utworzenia, dodatkowo komplikują system, mimo słusznej intencji ograniczenia negatywnego wpływu projektowanych rozwiązań na uczciwie funkcjonujące spółki komandytowe.

Należy podkreślić, że to nie pierwsza próba opodatkowania spółek komandytowych podatkiem CIT – przewidujący takie rozwiązanie projekt ustawy powstał już w 2013 roku, jednak wówczas z akurat tego elementu zrezygnowano na etapie prac komisji sejmowej. Mamy nadzieję, że i w tym przypadku projektodawca zrewiduje pierwotne założenia i zdecyduje się na usunięcie z przedstawionego projektu przepisów dotyczących opodatkowania spółek komandytowych podatkiem CIT.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Zmiany klimatu determinują nasze zdrowie

Jak wynika z szacunków Światowej Organizacji Zdrowia, zmiany klimatu powodują obecnie bezpośrednio ponad 140 tysięcy zgonów rocznie przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji[1]. Prognozuje się, że do 2030 roku liczba ta może wzrosnąć o 250 tysięcy zgonów rocznie spowodowanych m.in. malarią, stresem cieplnym, biegunką i niedożywieniem[2]. W skali globalnej bezpośrednie koszty ekonomiczne zmian klimatu związane z pogorszeniem zdrowia mogą wynieść nawet 4 miliardy dolarów rocznie[3]. O wpływie zmian klimatu i towarzyszącym im zjawiskom na zdrowie opowiada Krzysztof Skotak, kierownik Ośrodka Zintegrowanych Badań Środowiska IOŚ-PIB.

Według raportu Global Risks Report 2018, opracowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne, największym zagrożeniem dla ładu i stabilizacji światowej w perspektywie następnej dekady są ekstremalne zjawiska pogodowe[4]. W związku z obserwowanymi zmianami klimatu, będą one nawiedzać nas coraz częściej. Wyniki badań potwierdzają interakcje i powiązania wskaźników zmian klimatu ze zdrowiem populacji generalnej. Powiązania te mają zarówno charakter bezpośredniego zagrożenia (przykładowo zgony powodowane występowaniem ekstremalnych zjawisk pogodowych takich jak burze i tornada), jak i pośredni (np. zachorowania na choroby przenoszone wektorowo przez komary). Choroby wektorowe już teraz stanowią ponad 17% wszystkich schorzeń zakaźnych, powodując ponad 700 tysięcy zgonów rocznie[5]. Zdecydowana większość szacowanych skutków zdrowotnych łączonych ze zmianami klimatu dotyczy pośredniego wpływu i powiązanych złożonych procesów ekologicznych (utrata bioróżnorodności, degradacja ekosystemów) i społecznych (migracje ludności i występowanie konfliktów na tle ekonomicznym i społecznym).

Zmiany klimatu a zdrowie

Do najważniejszych globalnie skutków zdrowotnych zmian klimatu zaliczyć należy choroby wodozależne, przenoszone przez wektory (komary, kleszcze), powodowane zanieczyszczeniem powietrza, choroby będące konsekwencją przeżytych stresów związanych ze zjawiskami ekstremalnymi oraz choroby wynikające z występowania wysokich temperatur i susz.

Mówiąc o wpływie zmian klimatu na ludzkie zdrowie, nie sposób pominąć fal upałów. Przykładowo fala upałów w sierpniu 2003 roku w Europie doprowadziła do 70 tysięcy zgonów w 12 krajach.  Zmiany klimatu mają także związek ze wzrostem występowania chorób alergicznych. W czasie upałów przy stagnacji powietrza i braku opadów rośnie stężenie alergenów i pyłków w powietrzu. W ciągu ostatnich kilkunastu lat podwoiła się liczba chorych na alergiczny nieżyt nosa i astmę oskrzelową – komentuje Krzysztof Skotak, kierownik Ośrodka Zintegrowanych Badań Środowiska IOŚ-PIB, realizujące projekt Klimada 2.0. Są to zmiany, które w sposób pośredni skorelowane są ze zmianami klimatu. Nie są one bezpośrednio kojarzone z danym zjawiskiem, nie mniej jednak zależności pomiędzy wskaźnikami klimatycznymi zdrowotnymi są bardzo istotne.

Obserwowane zmiany temperatury, częstości występowania opadów w powiązaniu z obserwowanymi częstymi okresami stagnacji powietrza wpływają bezpośrednio na poziom jego zanieczyszczenia, który już obecnie stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia. Zmiany klimatu sprzyjają przemianom chemicznym zachodzącym w atmosferze, ułatwiają ich przenoszenie na dalekie odległości oraz następnie ich depozycję. Głównymi zanieczyszczeniami powietrza związanymi ze zmianami klimatu są ozon (tworzony w wyniku reakcji fotochemicznych przy wzroście temperatury i udziale promieniowania w obecności innych związków chemicznych – prekursorów ozonu) oraz pył zawieszony (emitowany m.in. w wyniku pożarów lasów oraz wtórnego unosu z terenów suchych). Drobny pył zawieszony jest klasyfikowany przez WHO na pierwszym miejscu wśród środowiskowych zagrożeń jako zanieczyszczenie powietrza istotnie zagrażające zdrowiu i życiu. W przypadku pyłu trudno jest określić bezpieczny poziom, poniżej którego nie obserwuje się negatywnych skutków dla zdrowia[6].

Główne zdrowotne zagrożenia klimatyczne dla Europy

Obecnie na kontynencie europejskim zidentyfikowano cztery główne zdrowotne zagrożenia klimatyczne, które mogą być traktowane odrębnie w ocenie ryzyka i nie są łączone z bardziej ogólnymi wskaźnikami zmian klimatu. Są to temperatury ekstremalne wspomniane już choroby przenoszone przez wektory, choroby przenoszone przez wodę i żywność oraz powodzie (dotyczy zarówno powodzi przybrzeżnych, jak i rzecznych).

Faktycznie, zmiany klimatu poprzez niedobory wody i susze na danych obszarach mogą mieć poważne implikacje dla bezpieczeństwa żywnościowego i tym samym poziomu ubóstwa poprzez wzrost cen żywności i pośrednio wpływać na zdolności systemów opieki zdrowotnej do radzenia sobie z pojawiającymi się zagrożeniami dla zdrowia.

Często możemy spotkać się z dyskusyjnymi  opiniami, że zmiany klimatu pozytywnie wpłyną na polskie rolnictwo. Faktycznie, scenariusze klimatyczne wskazują na wydłużanie się okresu wegetacyjnego w Polsce. Nie jest to w żaden sposób zaskakujące, ponieważ takie tendencje obserwujemy już od dłuższego czasu. W trzydziestoleciu 1971-2000 okres wegetacyjny w Polsce trwał ok. 214 dni, natomiast prognozuje się, że w okresie 2021-2050 ma on trwać 230 dni, zaś w latach 2071-2100 – 255 dni. Nie mniej jednak, warto zwrócić uwagę, że w naszych warunkach klimatycznych o kondycji roślin decydują: opady atmosferyczne i temperatura. W Polsce obydwa te elementy mogą występować zarówno w nadmiarze, jak i w niedoborze. Takie ekstrema są niekorzystne dla rolnictwa. Jak wskazują obecne scenariusze klimatyczne przygotowane przez badaczy z naszego Instytutu, w Polsce możemy spodziewać się wydłużenie się okresów susz oraz generalnego wzrostu wysokości i intensywności opadów, co może skutkować negatywnie na wielkość plonów – dodaje Krzysztof Skotak, kierownik Ośrodka Zintegrowanych Badań Środowiska IOŚ-PIB.

Wzrost częstotliwości występowania powodzi, gwałtownych burz i huraganów jest kolejnym i powszechnie odczuwalnym zagrożeniem dla zdrowia związanym ze zmianami klimatu. W przypadku tych zjawisk poza bezpośrednim zagrożeniem należy liczyć się również z długoterminowym wpływem na jakość życia i nie rzadko diagnozowanymi problemami psychicznymi wynikającymi z utraty mienia oraz poczucia bezpieczeństwa. Zdrowotne skutki zagrożeń klimatycznych mogą być wzmacniane i modyfikowane przez czynniki społeczne i ekonomiczne.

Wpływ zmian klimatu na zdrowie w populacji generalnej nie jest równomierny. Badania naukowe wskazują na grupy ludności szczególnie wrażliwe na wpływ zmian klimatycznych, którego uwarunkowania wynikają m.in. z istniejących nierówności społeczno-ekonomicznych, norm kulturowych czy czynników fizjologicznych. Do grup tych należą dzieci, osoby starsze oraz osoby z istniejącymi problemami zdrowotnymi, w tym niepełnosprawni. Zmianami klimatu dotknięte mogą być szczególnie osoby bezdomne, biedne i zmarginalizowane społecznie. Dlatego niemal pewne jest, że skutki zmieniającego się klimatu dotkną najbiedniejsze i najbardziej wrażliwe społeczności w pierwszej kolejności. Co więcej, szacuje się, że wzajemnie powiązania systemów klimatycznych z ekosystemami i demografią mogą zaburzyć obecne warunki rozwoju całych populacji.

[1] J. M. Harris, B. Roach, A.-M. Codur, The Economics of Global Climate Change, Somerville: Global Development and Environment Institute 2017, s. 2.

[2] http://www.who.int/publications/10-year-review/ health-guardian/en/

[3] http://www.who.int/en/news-room/fact- -sheets/detail/climate-change-and-health

[4] http://www3.weforum.org/docs/WEF_GRR18_Report.pdf

[5] https://www.who.int/news-room/fact-sheets/detail/vector-borne-diseases

[6]  Pyły drobne w atmosferze. Kompendium wiedzy o zanieczyszczeniu powietrza pyłem zawieszonym w Polsce.. BMŚ 2016 http://powietrze.gios.gov.pl/pjp/publications/card/2054

Pełna składka ZUS od każdej umowy zlecenia

Temat pełnego oskładkowania umów zlecenia powraca jako przedmiot prac legislacyjnych. Wprowadzenie zmian w zakresie oskładkowania umów zlecenia planowane było już dużo wcześniej, jednak prace nad tym projektem zostały odłożone w czasie. Eksperci KPMG w Polsce zwracają uwagę na fakt, że nowe regulacje z jednej strony wiążą się ze zwiększeniem wpływów dla sektora publicznego, ale z drugiej strony mocno uderzą w finanse zarówno zleceniodawców, jak i zleceniobiorców, którzy w dalszym ciągu odczuwają skutki związane z recesją związaną z pandemią koronawirusa. Niewykluczone, że w większości przypadków podatnicy nie będą przygotowani na takie dodatkowe obciążenia.

Projektowana przez rząd zmiana zakłada bowiem rozszerzenie zakresu umów zlecenia, od których ubezpieczeni będą zobowiązani opłacać składki ZUS. Wskutek zmiany, osoby fizyczne wykonujące pracę na podstawie umowy zlecenia, które dotychczas nie płaciły składek ZUS od części swojego wynagrodzenia, zobowiązane będą do uiszczania tych należności.

Zasady odprowadzania składek ZUS z umowy zlecenia przed i po zmianach

Zgodnie z obowiązującymi przepisami, obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym podlegają osoby fizyczne wykonujące pracę m.in. na podstawie umowy zlecenia. W sytuacji, gdy zleceniobiorca podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu na innej podstawie, np. na podstawie innej umowy zlecenia, występuje tzw. zbieg tytułów. W przypadku kilku umów zlecenia, jeżeli łączna podstawa wymiaru składek z tych tytułów osiąga kwotę minimalnego wynagrodzenia (w 2020 r. kwotę 2 600 zł), zleceniobiorca nie podlega obowiązkowym ubezpieczeniom od kolejnych umów.

Zgodnie z projektowaną zmianą, w sytuacji wystąpienia zbiegu tytułów ubezpieczenia, zleceniobiorca ma podlegać obowiązkowo ubezpieczeniom od kolejnych umów, niezależnie od wysokości łącznej podstawy wymiaru składek z tych tytułów.

Przykładowo, gdy przychód uzyskany w danym miesiącu z umów zlecenia wyniósł: z umowy A – 1 100 zł, z umowy B – 300 zł, z umowy C – 2 400 zł, z umowy D – 700 zł, to łączna podstawa wymiaru składek z umów A i B nie osiągnęła minimalnego wynagrodzenia, dlatego obowiązek ubezpieczeń rodzi także umowa C. Według obecnie obowiązujących przepisów, umowa D nie rodzi już obowiązku do ubezpieczeń. Po zmianie, każda z w/w umów rodzić będzie obowiązek do ubezpieczeń.

Planowane zmiany dotkną przede wszystkim te osoby, które poza wynagrodzeniem, np. z umowy zlecenia na kwotę co najmniej minimalnej płacy, wykonują dodatkowo inne zlecenia. Obecnie w takiej sytuacji, nie podlegają oni obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu od kolejnych umów, a jedynie zobowiązani są do opłacania składki zdrowotnej. Po zmianie przepisów, również wynagrodzenie z pozostałych umów będzie podlegać ubezpieczeniu społecznemu – mówi Sebastian Kałuża, doradca podatkowy w zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Dodatkowe oskładkowanie umów zlecenia spowoduje wzrost kosztów zatrudnienia

Należy mieć również na uwadze, iż po wprowadzeniu planowanych zmian, zleceniodawca będzie zobowiązany do odprowadzenia swojej części składek na ubezpieczenie społeczne do ZUS od wszystkich zawartych z danym zleceniobiorcą umów zlecenia, co niewątpliwie zwiększy łączny koszt zatrudnienia takiej osoby.

Warto zaznaczyć, iż są to już kolejne niekorzystne zmiany w zakresie ubezpieczeń społecznych, nad którymi w ostatnim czasie trwają prace. Pod koniec ubiegłego roku procedowano zniesienie limitu 30-krotności składek na ZUS, z czego jednak ostatecznie się wycofano. Zmiana w zakresie pełnego oskładkowania umów zlecenia, spowoduje zarówno wzrost kosztów po stronie zleceniodawców, jak i pomniejszenie wynagrodzenia netto po stronie zleceniobiorców. Mając na uwadze, iż duża grupa podatników w dalszym ciągu odczuwa negatywne skutki związane z pandemią koronawirusa, to wprowadzenie kolejnych obciążeń publicznoprawnych, może przyczynić się do powiększenia tzw. szarej strefy – mówi Grzegorz Grochowina, starszy menedżer w zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Ochrona danych klientów instytucji finansowych musi nadążać za rozwojem i możliwościami technologii

Rozwój technologiczny pociąga za sobą coraz większe zainteresowanie zagadnieniami związanymi z ochroną prywatności. Na kwestie dotyczące pozyskiwania i wykorzystywania danych zwracają uwagę nie tylko konsumenci, ale także instytucje finansowe, w tym banki i ubezpieczyciele. Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Reimagining customer privacy for the digital age. Going beyond compliance in financial services” wskazują, że by wyjść naprzeciw przyszłym zagrożeniom sektor finansowy już teraz powinien na nowo przemyśleć swoje podejście do prywatności, przyjmując bardziej proaktywną postawę i skupiając się na strategii.

W świetle postępu technologicznego, zmian regulacyjnych, takich jak choćby wprowadzenie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO), ale także pandemii, która sprawiła, że wzrosła nasza aktywność w Internecie, kwestia prywatności staje się coraz bardziej złożonym i ważnym zagadnieniem. Problem ten dotyczy między innymi instytucji finansowych, dla których dane klientów są kluczowym zasobem. Celem raportu Deloitte jest wskazanie instytucjom finansowym, w jaki sposób mogą przygotować się na nadchodzące zmiany, zachowując zgodność z istniejącymi regulacjami, a także jak wykorzystywać nowe źródła danych oraz różne innowacje z korzyścią zarówno dla klientów, jak i dla samych instytucji.

Jak zauważają eksperci Deloitte, dobrym przykładem obrazującym jak technologia wpływa na utratę kontroli nad danymi są media społecznościowe. Ponad 90 proc. użytkowników uważa, że technologie odebrały im kontrolę nad tym, kto i w jaki sposób przetwarza informacje na ich temat. Wcześniejsze badanie Deloitte pokazało, że jedynie 15 proc. ankietowanych wyraziło chęć podzielenia się z dostawcami usług swoją aktywnością w zakresie przeglądania stron internetowych i tylko 12 proc. – informacjami, jakie publikują w social mediach.

Oprócz istniejącego od dawna obowiązku instytucji finansowych do zachowania danych klientów w tajemnicy, wprowadzenie regulacji dotyczących ochrony danych osobowych, czyli RODO jeszcze zaostrzyło tę dyskusję. Jeśli jednak instytucje finansowe w pełni ujawnią źródło danych i powód ich gromadzenia, być może uda się zmniejszyć obawy, a także ograniczyć zakres przekazywanych danych tylko do tych, które są niezbędne do realizacji konkretnej usługi. Na popularności zyskują także koncepcje self-soverign identity, które zakładają, że zakres ujawnianych przez użytkownika danych, np. do dokonania transakcji finansowej nie zawsze musi być tak obszerny jak wymaga się obecnie
– mówi Mateusz Ordyk, Radca prawny, Partner w Deloitte Legal.

Różne wymiary prywatności

Eksperci Deloitte zidentyfikowali 8 typów informacji, które o swoich klientach gromadzą instytucje finansowe. Klasyfikacja ta pokazuje, jak wiele wymiarów ma w dzisiejszych czasach prywatność. Zwraca też uwagę na to, jak ważne jest, aby liderzy instytucji myśleli szerzej o gromadzeniu, przechowywaniu, przetwarzaniu oraz ochronie posiadanych przez nich danych. Do najważniejszych rodzajów prywatności w branży usług finansowych eksperci Deloitte zaliczyli: tradycyjne identyfikatory (wszelkie standardowe dane osobowe, takie jak imię i nazwisko, adres, data urodzenia itp.), zachowania i działania (np. zakupy, transakcje finansowe, zwyczaje związane z przeglądaniem stron internetowych oraz inne), myśli i odczucia (opinie klientów na różne tematy, w tym te dotyczące firm czy marek), obrazy (zdjęcia zrobione przez osoby fizyczne, samoloty, drony itd.), dane biometryczne (np. rysy twarzy), komunikację (porozumiewanie się między klientem a instytucją finansową za pośrednictwem poczty e-mail, mediów społecznościowych czy też telefonu), dane lokalizacyjne (informacje o geolokalizacji danej osoby lub rzeczy) oraz przynależność do grup społecznych (społeczności, do których należy osoba fizyczna, wskazujące na poglądy polityczne, hobby czy poglądy religijne).

W wielu przypadkach klienci mają świadomość, że ich dane osobowe są gromadzone. Jest tak na przykład w sytuacji, gdy właściciel pojazdu zgadza się na monitorowanie jego jazdy w zamian za obniżenie składki na ubezpieczenie samochodu. Natomiast niektóre rodzaje bezpośredniego zbierania danych oraz sposób ich wykorzystywania mogą już nie być dla nich tak oczywiste. Dzieje się tak po części dlatego, że standardowe polityki prywatności są dość długie, często posługują się trudnym do zrozumienia językiem, bądź po prostu nie opisują dokładnie do czego dane są używane – mówi Ewelina Witek, Adwokat, CIPP/E, CIPM, Senior Managing Associate w Deloitte Legal.

Koszt rozwoju technologicznego

Autorzy raportu przewidują, że w ciągu najbliższych kilku lat instytucje finansowe będą w coraz większym stopniu wykorzystywać nowe technologie do obsługi konsumenckiej. Wirtualni asystenci, drony czy też czujniki przekazujące informacje o klientach (np. urządzenia wearables) to tylko niektóre z nich. Sposób oddziaływania wykorzystywanych rozwiązań na prywatność różnił się będzie w zależności od zastosowanych rozwiązań. Głównym wyzwaniem sektora finansowego jest natomiast optymalizacja wykorzystania danych przy jednoczesnym zapewnieniu zgodności z obowiązującymi przepisami.

Instytucje finansowe zdają sobie doskonale sprawę, że dane, które posiadają są jednym z największych kapitałów. Ich połączenie z informacjami z mediów społecznościowych, geolokalizacji czy zachowań zakupowych pozwala na lepsze profilowanie klienta pod kątem jego potrzeb, preferencji czy wiarygodności kredytowej. Można znacznie poprawić sposób wykorzystanie tych informacji przez banki, ale jednym z największych wyzwań pozostaje wciąż ochrona prywatności i danych – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, Lider zarządzania ryzykiem oraz doradztwa regulacyjnego dla sektora finansowego Deloitte w Polsce.

Niektóre technologie stanowią większe zagrożenie dla prywatności niż inne. Aby określić prawdopodobieństwo naruszenia ochrony danych eksperci Deloitte przeanalizowali osiem obszarów, w których występują największe zagrożenia. Ich poziom różni się w zależności od rodzaju zastosowanego narzędzia. Badania pokazują, że najwięcej zastrzeżeń budzą technologie służące do monitorowania aktywności użytkowników w Internecie (przeglądanie stron internetowych, wiadomości e-mail, komunikatorów internetowych) oraz w mediach społecznościowych. Narzędzia te mają największy potencjał do ingerencji w prywatność użytkowników. W sferę prywatną jednostki w znaczącym stopniu wkraczają także wearables (ubrania i akcesoria elektroniczne lub zaawansowane technologie elektroniczne), drony i wirtualni asystenci.

Co ciekawe, wyniki analiz wskazują, że narzędziami o najmniejszym potencjale naruszenia prywatności są technologie biometryczne.

Koszt ponoszą nie tylko konsumenci, ale również instytucje finansowe. Te z nich, które nie posiadają odpowiedniej strategii, polityk oraz narzędzi pozwalających na zarządzanie danymi oraz ocenę zagrożeń dla prywatności, mogą stanowić spory problem dla samych siebie. Potencjalną pułapką może być na przykład podejmowanie przez nie decyzji dotyczących klientów na podstawie danych uzyskanych od stron trzecich, np. brokerów danych – mówi Ewelina Witek.

Prywatność z innej perspektywy

Czy istniejące polityki ochrony danych są wystarczające dla zapewnienia prywatności w dobie szybko rozwijających się technologii? Podczas analizy losowo wybranych 12 z największych podmiotów w sektorze usług finansowych okazało się, że ich polityki są skonstruowane tak, aby jedynie dopełnić obowiązujących wymogów prawnych. Zdaniem ekspertów Deloitte, aby poprawić poziom zaufania konsumentów, instytucje finansowe powinny na nowo przemyśleć swoje podejście do prywatności, przyjmując bardziej proaktywną i strategiczną perspektywę. Konieczne jest spojrzenie na prywatność z szerszej perspektywy, uwzględniając różne jej formy, stosowane technologie oraz dokonując przeglądu istniejących polityk. Należałoby ponadto chronić dane konsumentów, stosując najnowocześniejsze rozwiązania cyfrowe, jednocześnie poszukując rozwiązań korzystnych zarówno dla instytucji finansowych, jak i dla klientów. Na koniec osoby odpowiedzialne za ochronę danych w instytucjach finansowych muszą otrzymać uprawnienia do tworzenia nowych strategii zarządzania danymi.

Przemyślana strategia pozwoli instytucjom finansowym nie tylko przygotować się na zachodzące zmiany w zgodzie z istniejącymi regulacjami, ale też zbudować zaufanie wśród klientów. Miejsce szablonowych przekazów powinna zająć jasna komunikacja na temat tego, jak podmioty świadczące usługi finansowe chronią dane swoich klientów
– mówi Agata Jankowska-Galińska, Radca prawny, Senior Managing Associate w Deloitte Legal.

Ile pieniędzy z Unii Europejskiej na polskie rolnictwo i sadownictwo?

Nowy budżet Unii Europejskiej – ustalany na szczycie w Brukseli – znaczy bardzo wiele dla polskich sadowników. Dotyczą ich głównie zmiany w polityce rolnej, dofinansowaniach i mechanizmach rynkowych. Najważniejsze jest jednak to, ile pieniędzy z unijnych dofinansowań trafi do Polski. Na razie wygląda na to, że tych środków będzie dużo. Nie wiadomo jednak, jakie kwoty zostaną przeznaczone na sektor rolniczy. Większość środków unijnych dotyczyć będzie naprawy sytuacji gospodarczej po epidemii koronawirusa. Mają stymulować rynki narodowe i pomagać tym branżom, które ucierpiały podczas kryzysu. Wśród nich znajdą się pewnie branża przetwórcza, produkcyjna i handlowa. Nie ma jednak bezpośrednich sygnałów wskazujących na to, że część tych środków trafi do rolników. Nie mogą oni liczyć również na wzrost standardowych dopłat do hektara uprawy.

– Nie będzie wielkiej zmiany w wysokości dopłat unijnych do hektara uprawy. Nie uda nam się pewnie osiągnąć średniego poziomu unijnego, ze względu na stosunkowo niski koszt uprawy w Polsce. Jeśli więc te dopłaty się nie zmienią, bardzo istotny okaże się drugi filar dofinansowań – czyli środki na modernizację gospodarstw i infrastruktury firm handlowych oraz przetwórczych. Niestety mamy bardzo niepokojące sygnały, że tych środków może być nawet o 40% mniej – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Jeśli te przewidywania się potwierdzą – proces modernizacji polskiej wsi, dostosowania jej do warunków rynkowych i podniesienia jej konkurencyjności może być wyhamowany. Dotyczy to także polskiego sadownictwa, które już znajduje się w dosyć trudnej sytuacji. Jesteśmy w okresie przejściowym po wprowadzeniu rosyjskiego embarga, w wyniku którego utraciliśmy największy na świecie rynek zbytu. Póki co nie mamy w zastępstwie jeszcze nic. Musimy się więc dostosować i przebranżowić, by odpowiadać na potrzeby innych rynków europejskich i światowych. Chodzi o modernizację odmian owoców, modeli sadów, zabezpieczenia przed przymrozkami, gradem i suszą. Będziemy więc walczyli, żeby te okrojone środki z Drugiego Filaru Wspólnej Polityki Rolnej sfinansowały dobre, przemyślane i efektywne działania – wychodzące naprzeciw oczekiwaniom branży. Na przykład zakładanie nowoczesnych plantacji i sadów, poprawę infrastruktury handlowej, działania proekologiczne. Dzięki temu polskie owoce będą miały większe szanse na światowym rynku sadowniczym – przekonuje Maliszewski.

Śląsk wspiera innowacyjne firmy technologiczne. Doinwestuje m.in. budowę pierwszej w pełni polskiej baterii dla samochodów elektrycznych

Ponad 260 zgłoszonych projektów i 20 mln zł na dokapitalizowanie małych i średnich firm, które inwestują w nowe technologie – to efekt działalności Śląskiego Funduszu Rozwoju. Projekt jest elementem Śląskiego Pakietu dla Gospodarki realizowanego przez samorząd województwa w ramach uzupełnienia rządowej tarczy antykryzysowej. – Inwestycje, w które się angażujemy, wpisują się w globalne trendy, takie jak elektromobilność, zielona energia czy automatyka i robotyka. To pierwszy krok do transformacji gospodarczej regionu śląskiego – mówi Marcin Wilk, prezes zarządu Śląskiego Funduszu Rozwoju.

Śląski Pakiet dla Gospodarki to wsparcie dla firm, które są najistotniejsze dla rozwoju regionu śląskiego. Powstał z inicjatywy marszałka Jakuba Chełstowskiego. Jest finansowany z funduszy unijnych zarządzanych z poziomu województwa i obejmuje pięć filarów: pożyczki obrotowe i płynnościowe, wsparcie pracodawców, wsparcie bezzwrotne, działania wspierające i wejścia kapitałowe. Budżet dwóch etapów całego projektu to 1,4 mld zł.

– Piąty filar, czyli wejścia kapitałowe, jest realizowany przez Śląski Fundusz Rozwoju. W pierwszym etapie przeznaczymy na ten cel 20 mln zł. Wsparcie jest skierowane do przedsiębiorstw, które realizują projekty z wykorzystaniem nowych technologii i chcą się rozwijać w modelu globalnym – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Wilk.

Firmy ogłosiły ponad 260 projektów. Wybrane przedsięwzięcia zostaną dokapitalizowane przez Śląski Fundusz Rozwoju, który stanie się partnerem biznesowym. W zamian za wniesiony kapitał fundusz otrzyma udziały w przedsiębiorstwie przy konkretnie przewidzianym horyzoncie czasowym inwestycji.

Maksymalnie po upływie od trzech do pięciu lat Śląski Fundusz Rozwoju wyjdzie ze spółki, aby jego założyciele mogli rozwijać projekt samodzielnie – dodaje prezes Śląskiego Funduszu Rozwoju.

Pierwsze projekty zostały już wybrane do współpracy w ramach wejścia kapitałowego. Jest to m.in. projekt budowy pierwszej polskiej baterii litowo-jonowej do pojazdów elektrycznych, do dronów oraz cywilnych lekkich statków powietrznych. Kolejne przedsięwzięcie to stworzenie magazynów energii dla przydomowych mikroelektrowni fotowoltaicznych, ale także do zastosowania w energetyce zawodowej. ŚFR zainwestuje również w stworzenie spółki, która ma świadczyć usługi w zakresie Przemysłu 4.0 z wykorzystaniem zrobotyzowanych stanowisk laserowych.

– To trzy pierwsze transakcje, które zrealizujemy we wrześniu – podkreśla Marcin Wilk.

Kolejne projekty czekające na wsparcie to m.in. budowa linii technologicznej do recyklingu odpadów opakowaniowych na biopaliwo stałe, stworzenie platformy Digital Silesia czy budowa Laboratorium Biotechnologii Nowotworowej. Pieniądze na innowacyjne przedsięwzięcia przekażą także koinwestorzy, m.in. fundusze Alfa i fundusze korporacyjne.

Śląsk to najbardziej zurbanizowany i uprzemysłowiony region w Polsce. Kilkadziesiąt procent naszego PKB to branża automotive, ale też sektory oparte na nowych technologiach, medycynie, ICT, programowaniu. Odczyty GUS wskazują, że wcale nie jest tak źle, dużego spadku bezrobocia nie ma, a firmy, które wprowadziły procesy cyfryzacji, dalej świadczą usługi. W związku z tym jesteśmy dobrej myśli i spodziewamy się widocznych efektów wpompowania 1,4 mld zł w lokalną gospodarkę – dodaje prezes Śląskiego Funduszu Rozwoju.

Twórcy projektu zakładają, że zastrzyk finansowy umożliwi innowacyjnym firmom wdrożenie nowych, ulepszonych produktów i usług oraz zwiększy ich możliwości kapitałowe, odporność na wahania koniunkturalne, a nawet załamania rynku. W dłuższej perspektywie inwestycja powinna zapewnić także zwrot kapitału dla inwestora, czyli samorządu województwa.

 W następnych miesiącach tego roku planujemy realizować kolejne wejścia kapitałowe, a w czwartym kwartale uruchomimy nowy produkt – pożyczkę innowacyjną – zapowiada Marcin Wilk. – Będzie to pożyczka preferencyjna, przeznaczona dla małych i średnich przedsiębiorstw z województwa śląskiego z przeznaczeniem na rozwój innowacji w naszym regionie. Z kolei w pierwszym kwartale 2021 roku uruchomimy poręczenia i reporęczenia do zabezpieczenia transakcji gospodarczych przedsiębiorstw.

Jak podkreśla ekspert, spowolnienie w gospodarce wywołane pandemią koronawirusa może oznaczać trudniejszy dostęp do finansowania dla wielu firm. Stąd oferta preferencyjnych pożyczek.

– Banki komercyjne ograniczają dostęp do finansowania dla klientów z gorszym standingiem finansowym lub też tych, którzy w ich opinii wyrażają wyższy poziom ryzyka – podkreśla prezes ŚFR. – Z tej perspektywy takie projekty jak Śląski Pakiet dla Gospodarki mogą być odpowiedzią na ograniczony dostęp do finansowania, zarówno obrotowego, jak i rozwojowego, dla innowacyjnych firm.

Nowe prawo budowlane wchodzi w życie 19 września. Uprości przygotowania do budowy domu i przyspieszy inwestycję

Nowe prawo budowlane wprowadza zmiany mające ułatwić i przyspieszyć proces inwestycyjny. Jedną z nich jest podział projektu budowlanego na trzy odrębne części. Prostsze ma być uzyskanie pozwolenia na budowę oraz przeniesienie decyzji o pozwoleniu na budowę, a dodatkowo zwiększy się lista inwestycji, które nie będą wymagały pozwoleń. Nowe prawo ułatwi też legalizację części samowoli budowlanych. – Usystematyzowanie przepisów sprawi, że łatwiej będzie zwykłemu Kowalskiemu – ocenia Konrad Młynkiewicz z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

– Już 19 września tego roku wejdą w życie zmiany w ustawie Prawo budowlane. Są one bardzo szerokie, w dużej części systematyzują przepisy i pozwalają łatwiej odczytać wiele norm, natomiast zmienia się kilka elementów bardzo istotnych z punktu widzenia procesu inwestycyjnego. Zmiana, która przez projektodawcę była wskazana jako ta najważniejsza, to podział projektu budowlanego – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Młynkiewicz, radca prawny, dyrektor Działu Prawa Administracyjnego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Dotychczas projekt budowlany stanowił jednolity dokument zawierający plan zagospodarowania działki, projekt architektoniczny oraz projekt techniczny. Po zmianie przepisów będzie rozdzielony na trzy odrębne części. Na podstawie dwóch pierwszych dokumentów (projekt zagospodarowania działki lub terenu oraz projekt architektoniczno-budowlany) organ administracyjny będzie udzielał pozwolenia na budowę. Z kolei projekt techniczny, obejmujący opisy instalacji i wyliczenia wytrzymałościowe, nie będzie weryfikowany przez urząd, tylko trafi bezpośrednio do organu nadzoru budowlanego.

– Inwestor dużo szybciej może przygotować projekt budowlany w tej części, która jest składana do urzędu, więc szybciej będzie mógł rozpocząć formalności, a tym samym wcześniej rozpocząć samą inwestycję – wskazuje ekspert Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy. – Jednak jest to zmiana, która budzi wątpliwości, podobnie jak każde tak duże novum w prawie budowlanym. Architekci muszą w dosyć krótkim czasie przestawić się i zacząć pracę już według nowych standardów projektów budowlanych.

Nowe przepisy upraszczają też postępowanie legalizacyjne dla samowoli budowlanych, czyli budynków, które powstały bez wydanego pozwolenia. Warunkiem jest, by od zakończenia budowy upłynęło co najmniej 20 lat. Taka regulacja według założeń ma zachęcić właścicieli do zgłaszania obiektów wzniesionych nielegalnie.

Jeżeli w ciągu tych 20 lat nie wydano decyzji o nakazie rozbiórki, nadzór budowlany nie stwierdził, że jest to samowola, to inwestor będzie mógł zainicjować proces legalizacji i w bardzo uproszczony sposób jej dokonać. Nie będzie opłaty karnej ani legalizacyjnej, nie będzie badania zgodności z planem miejscowym, weryfikowane będzie jedynie to, czy obiekt może być bezpiecznie użytkowany. Specjalistyczna opinia o tym, czy obiekt jest bezpieczny, będzie podstawą do legalizacji – podkreśla radca prawny.

Nowelizacja prawa budowlanego określa termin, po którego upływie nie będzie można stwierdzić nieważności decyzji o pozwoleniu na budowę oraz decyzji o pozwoleniu na użytkowanie. Od 19 września wyniesie on pięć lat.

 Inwestor nie będzie w nieskończoność obawiał się, czy na pewno ktoś nie będzie próbował wzruszyć jego decyzji. To zmiana bardzo korzystna, oczekiwana na rynku i można się o niej wypowiadać w samych superlatywach. Są pewne wątpliwości, czy te pięć lat to wystarczający termin, w niektórych sytuacjach może to być mało, ale nie ma złotego środka i trzeba było przyjąć jakąś datę – ocenia Konrad Młynkiewicz.

W nowej ustawie znacznie łatwiej będzie odnaleźć informacje o tym, w jakich przypadkach inwestor może budować bez konieczności uzyskania pozwolenia, na podstawie tylko zgłoszenia budowy lub bez jakichkolwiek formalności. Do tej pory było to rozproszone po wielu artykułach, a niektóre sformułowania budziły wątpliwości interpretacyjne.

– Teraz usystematyzowano to i pokazano wprost te inwestycje. W ten sposób łatwo ustalić, jakie formalności są konieczne dla rozpoczęcia inwestycji – mówi ekspert Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy. – Jeżeli chodzi o budowy domów jednorodzinnych czy budynków wokół domów, tutaj dużych zmian nie ma. Jedną z nich jest budowa przydomowych tarasów naziemnych. Jest wskazane wprost, że jeżeli nie przekracza on 35 mkw., może być realizowany bez jakichkolwiek formalności budowlanych.

Nowelizacja ustawy upraszcza też procedurę przeniesienia decyzji o pozwoleniu na budowę. To zmiana bardzo oczekiwana przez rynek.

– Dotychczas jeśli nabywaliśmy nieruchomość, której budowa była w trakcie albo jeszcze się nie rozpoczęła, żeby przenieść pozwolenie na jej budowę, trzeba było mieć zgodę podmiotu, na rzecz którego wydano to pozwolenie. W końcu po wielu latach i wielu problemach prawnych na tym tle pojawia się przepis, który mówi, że jeżeli nabywamy nieruchomość i jest pozwolenie na budowę, to nie potrzebujemy zgody poprzedniego dysponenta – tłumaczy Konrad Młynkiewicz. – Właściwy organ na nasz wniosek niemalże automatycznie musi przenieść pozwolenie na budowę, jeżeli oświadczymy, że posiadamy prawo do tej nieruchomości.

Rząd zmienia ustawę o cyberbezpieczeństwie. Zdaniem ekspertów może to negatywnie wpłynąć na wdrażanie w Polsce sieci 5G

Projekt zmian w ustawie o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa wprowadza duże zmiany w sektorze telekomunikacyjnym i będzie mieć istotny wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Zawarte w nich przepisy budzą wątpliwości rynkowych graczy, którzy wskazują na luki i niezgodność z innymi aktami prawnymi. Kontrowersyjny jest także tryb procedowania projektu. Trafił on do publicznych konsultacji 8 września, a na przesyłanie opinii resort cyfryzacji dał stowarzyszeniom branżowym, przedsiębiorcom i instytutom naukowym tylko 14 dni. Termin ekspresowych konsultacji upływa na początku przyszłego tygodnia. Eksperci zauważają, że termin powinien być przynajmniej dwukrotnie dłuższy.

Projekt ustawy o KSC wprowadza cenzurę internetu, przyznając rządowemu pełnomocnikowi ds. cyberbezpieczeństwa możliwość wydawania  bezpośrednich nakazów zabezpieczających. W drodze tego nakazu będzie można odciąć konkretne zasoby, IP albo konkretne serwery od polskiego internetu. Oczywiście intencją jest zapewnienie nam bezpieczeństwa. Jednak kryteria, które są zawarte w tym projekcie ustawy, są poza jakąkolwiek kontrolą sądową i tak szerokie, że właściwie mogą służyć do dowolnego celu – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Busiło, prawnik, specjalista ds. telekomunikacji i mediów, wspólnik w Kancelarii Bącal Busiło.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru, który obowiązuje od połowy 2018 roku. Ministerstwo Cyfryzacji szykuje właśnie nowelizację tej ustawy, która będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego.

Jak podkreśla ekspert, nowelizacja ustawy o KSC wprowadza koordynację sektora telekomunikacyjnego z sektorem cyberbezpieczeństwa.

– Oznacza to, że poddaje sektor telekomunikacyjny, który cały czas rządzi się swoimi prawami, pod regulacje sektora horyzontalnego, pod regulacje ustawy o cyberbezpieczeństwie – mówi Mariusz Busiło.

W ocenie prawnika ten kierunek jest słuszny, dobrym pomysłem jest także utworzenie CIRT-u telco (zespół, do którego są raportowane incydenty naruszenia bezpieczeństwa), co zostało zaproponowane w projekcie.

Jednak zupełnie niewłaściwe wydaje się przesuwanie całego tego systemu, który dziś działa dobrze. Przecież operatorzy telekomunikacyjni od lat zapewniają we właściwy sposób bezpieczeństwo sieci i usług telekomunikacyjnych. W ostatnich latach zostały wdrożone przepisy zgodne z dyrektywami unijnymi, a przez 25 lat istnienia sieci telekomunikacyjnych w Polsce nie zdarzył się właściwie żaden duży incydent. Co więcej, w projekcie prawa komunikacji elektronicznej są już przygotowane zapisy, które też są zgodne z Europejskim kodeksem łączności elektronicznej. Dlatego bardzo dziwne jest wprowadzanie równoległej regulacji, tylko w zupełnie innej ustawie – mówi wspólnik w Kancelarii Bącal Busiło.

Jak podkreśla, projekt nowelizacji ustawy o KSC wprowadza też niejasne kryteria oceny dostawców, którzy będą dostarczać oprogramowanie i infrastrukturę dla sieci 5G w Polsce.

Ten projekt wprowadza możliwość wykluczania z polskiego rynku dostawców przez organ, który nie do końca jest zgodny z Kodeksem postępowania administracyjnego, od którego decyzji nie ma odwołań i nie ma kontroli niezależnych sądów – podkreśla Mariusz Busiło.

Oceny dostawców infrastruktury dla sieci 5G w Polsce ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Weźmie ono pod uwagę takie kryteria jak m.in. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka.

– Branża telekomunikacyjna jest zaskoczona tym, że jakieś kolegium – czyli np. kilku ministrów, którzy wyjdą z rządu i założą inne szaty – będzie decydować w formie opinii o tym, jak mają być prowadzone inwestycje prywatne. Mocno szokuje fakt, że ktoś będzie decydować o tym według niejasnych kryteriów – mówi prawnik.

Resort uzasadnia, że zmiany wynikają z zaleceń europejskich. Nowelizacja ma bowiem wdrożyć standardy opublikowane w tzw. 5G Toolbox, czyli zestawie narzędzi przygotowanych przez Komisję Europejską i Agencję Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA). Ten dokument, przyjęty na początku tego roku, ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Państwa UE zobowiązały się w nim do zaostrzenia wymogów bezpieczeństwa infrastruktury telekomunikacyjnej.

– Co ciekawe, w Polsce 5G Toolbox został już wdrożony w drodze rozporządzenia z art. 175d ustawy Prawo telekomunikacyjne. Negocjacje i rozmowy nad tym rozporządzeniem oraz konsultacje społeczne trwały w sumie sześć miesięcy. Projekt został przyjęty i czeka na wejście w życie – mówi Mariusz Busiło. – Jednocześnie pojawia się konkurencyjny projekt, ze znacznie dalej idącymi kompetencjami Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, w dodatku nieprzejrzystymi, jeśli chodzi o procedury działania tego organu. Poprzednie regulacje właściwie idą do kosza, a na skonsultowanie nowego projektu jest raptem 14 dni. Czyli ta sama materia, która wcześniej była konsultowana przez sześć miesięcy i dzięki temu wypracowano kompromis z rynkiem i specjalistami od cyberbezpieczeństwa, poszła do kosza, a teraz w dwa tygodnie próbuje się zaproponować nowe rozwiązania.

Projekt zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa trafił do publicznych konsultacji 8 września. Termin ekspresowych konsultacji upływa na początku przyszłego tygodnia.

Przy tak szerokim projekcie, rodzącym tak daleko idące skutki społeczne, gospodarcze i polityczne, ten termin powinien wynosić co najmniej 30 dni. Skrócenie tego czasu jest całkowicie nieuzasadnione. O ile wiem, operatorzy telekomunikacyjni i izby gospodarcze będą wnioskowały o wydłużenie tego czasu, ale trudno prognozować, z jakim skutkiem – mówi wspólnik w Kancelarii Bącal Busiło. – Izby reprezentujące branżę telekomunikacyjną w tej chwili analizują ten projekt ustawy i jeszcze nie wypracowały stanowiska. Czternaście dni to zbyt krótko, a termin mija w przyszłym tygodniu.

Handel przyspiesza z cyfryzacją. Pierwsze centra handlowe w pełni zautomatyzowały swoje programy lojalnościowe

0

Blisko 2/3 Polaków należy do przynajmniej jednego programu lojalnościowego, a 72 proc. korzysta z niego w aplikacji mobilnej. Galerie stawiają mocny akcent na ich wygodę i rozbudowę o kolejne funkcjonalności. Dlatego warszawskie centra: Galeria Mokotów i Westfield Arkadia oraz wrocławska Wroclavia całkiem zdigitalizowały swój program lojalnościowy, poszerzając go o cashback, czyli zwrot części pieniędzy za zakupy. – Cyfryzacja centrów handlowych jest naturalnym procesem i będziemy dalej wychodzić naprzeciw potrzebom klientów w tym zakresie – zapowiada Kamila Mąsior, digital manager w Unibail-Rodamco-Westfield.

– Widzimy popularność programów lojalnościowych na polskim rynku, zwłaszcza w branży handlu. Według badań 2/3 Polaków należy do przynajmniej jednego programu lojalnościowego marki bądź centrum handlowego – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamila Mąsior.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania ARC Rynek i Opinia, najczęściej uzyskiwaną przez konsumentów korzyścią są rabaty i zniżki na zakup produktów bądź usług. Uczestnicy programów lojalnościowych wykazują też coraz większą aktywność. Ponad 40 proc. z nich na bieżąco monitoruje status w programie i stara się zawsze korzystać z dostępnych zniżek i nagród. Z roku na rok istotnie wzrasta także odsetek konsumentów, którzy korzystają z aplikacji mobilnych programów lojalnościowych (do 72 proc. z 60 proc. jeszcze rok wcześniej).

W naszych centrach handlowych programy lojalnościowe funkcjonują już od kilku lat, powstały w wyniku naszej obserwacji trendów rynkowych. Teraz zdecydowaliśmy się wyjść naprzeciw oczekiwaniom naszych klientów i rynku, rozwijając ich nową formułę – wskazuje digital manager w Unibail-Rodamco-Westfield.

W ramach swojego programu lojalnościowego dla stałych klientów centra handlowe Unibail-Rodamco-Westfield wprowadziły cashback, czyli możliwość otrzymania zwrotu części pieniędzy wydawanych na zakupy. Ta opcja jest już dostępna w warszawskiej Galerii Mokotów i Westfield Arkadia. Uczestnicy programów lojalnościowych obu galerii do tej pory mogli liczyć m.in. na dostęp do dedykowanych usług premium, rabatów i specjalnych zaproszeń na wydarzenia VIP. Cashback jest nowym elementem programu.

Zasady są bardzo proste. Klient musi wydać w centrum handlowym przynajmniej 30 zł, za co każdorazowo otrzymuje 30 punktów. Po zgromadzeniu 300 punktów otrzymuje cashback w wysokości 30 zł bezpośrednio na swoje konto bankowe. Program działa w każdym sklepie centrum handlowego i łączy się ze wszystkimi promocjami, akcjami specjalnymi czy rabatami obowiązującymi u najemców – wyjaśnia Kamila Mąsior. – To innowacja na rynku, do tej pory żadne centrum handlowe nie stosowało takiego programu lojalnościowego.

Zbierając punkty, klient może otrzymać w ramach cashbacku nawet 150 zł zwrotu za zakupy rocznie – przelewem, prosto na konto bankowe. Punkty za zakupy zliczają się same – bezobsługowo i bezpiecznie. W tym celu wystarczy swoje konto bankowe spiąć z systemem programu lojalnościowego.

– Innowacyjność tej funkcjonalności polega na zautomatyzowaniu całego procesu nagradzania klienta. Naliczanie punktów odbywa się samoczynnie, jeśli klient wyrazi zgodę na podłączenie swojego konta bankowego do naszego systemu lojalnościowego. Automatycznie przekazywane są też wpłaty gotówkowe bezpośrednio na jego konto. Wszystko odbywa się online, w środowisku digitalowym – tłumaczy digital manager w Unibail-Rodamco-Westfield.

– Automatyzacja w aplikacjach mobilnych, w tym np. programach lojalnościowych, jest coraz częstsza, niewątpliwie wygodna i często pojawiają się pytania: czy jest bezpieczna? To oczywiście płynne pojęcie, zagrożenia zmieniają się wraz z postępem technologicznym i wielu z nich jeszcze nie jesteśmy świadomi, natomiast dla klientów jest to kierunek bezpieczny. W tym przypadku – co nie jest regułą – prawo wydaje się wyprzedzać postęp technologiczny. Rynek może korzystać z już istniejących, od lat wypracowywanych na poziomie ponadnarodowym regulacji – podkreśla Paweł Mering, ekspert ds. prawa w nowych technologiach z portalu Bezprawnik.pl.

Jak wskazuje, aplikacje powiązane z kontem bankowym, które umożliwiają korzystanie z usług online, są coraz popularniejsze i bezpieczne, pod warunkiem że zostały wydane przez zaufany podmiot i pochodzą ze sprawdzonego źródła.

Sama procedura podłączenia rachunku bankowego do aplikacji mobilnej wynika z unijnej dyrektywy PSD2. Operator aplikacji zyskuje dostęp do rachunku jedynie w ograniczonym zakresie – nie widzi na nim nic więcej ponad to, na co wyrazimy zgodę – tłumaczy Paweł Mering. – Prawo unijne wręcz nakłania, aby instytucje rynku finansowego się integrowały, także z podmiotami komercyjnymi. Istnieją też fundamenty prawne zapewniające bezpieczeństwo takich rozwiązań.

Digitalizacja następuje w każdej branży. Cyfryzacja centrów handlowych też jest naturalnym procesem i na pewno będziemy wychodzić dalej naprzeciw potrzebom klientów w tym zakresie. W przyszłości planujemy dalszą cyfryzację i zaskakiwanie klientów kolejnymi możliwościami – dodaje Kamila Mąsior.

Aby skorzystać z cashbacku w należących do grupy Westfield Arkadii, Galerii Mokotów i Wroclavii, należy założyć konto na stronie internetowej lub w aplikacji mobilnej centrum handlowego, wypełniając prosty formularz. Klienci, którzy już są członkami programu lojalnościowego, mogą aktywować tę funkcję od razu po zalogowaniu.

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne ławki ładują telefony energią słoneczną, a wiaty autobusowe zdalnie zarządzają rozkładami jazdy

Rosną inwestycje w zieloną energię. Na świecie powstały już np. statek z solarnymi żaglami, fotowoltaiczna autostrada, a nawet owadobójcza lampa z panelem fotowoltaicznym. Także miasta stawiają na energię słoneczną. W Los Angeles już ponad połowa infrastruktury miejskiej jest zasilana słońcem, począwszy od parkomatów po oświetlenie drogowe. Podobnie może być także w Polsce. Polska firma oferuje inteligentne solarne ławki generujące energię, którą można wykorzystać do zasilania smartfonów czy tabletów. Rocznie jedna ławka może doładować nawet 15 tys. telefonów.

Coraz więcej urządzeń korzysta z zielonej energii, a większość krajów stawia sobie za cel zmniejszenie emisji CO2. W efekcie powstała już np. pierwsza fotowoltaiczna autostrada, a organizacja Peace Boat zaprezentowała Ecoship, czyli ekologiczny statek wycieczkowy, którego żagle generują prąd z energii słonecznej. W ekologiczny sposób można też pozbyć się owadów, dzięki owadobójczym lampom, których działanie jest oparte na fotowoltaice.

Także miasta rozbudowują ekologiczną infrastrukturę. Przykładem może być Los Angeles, gdzie energią słoneczną jest zasilana połowa miejskiej infrastruktury. Są to m.in. parkometry, lampy czy ławki. Podobnie może być także w Polsce.

– W naszej ofercie znajdują się ławki solarne, które dzięki energii pozyskanej ze słońca ładują akumulatory, a następnie tę energię wykorzystujemy po to, żeby dać ją użytkownikom – udostępniamy gniazda USB, ładowarki indukcyjne. W ławkach znajduje się też bardzo dużo sensorów, które zbierają dane z siatki miejskiej. Te dane następnie wysyłamy do panelu zdalnego zarządzania, dzięki któremu miasto może optymalizować działanie przestrzeni publicznej – mówi agencji Newseria Innowacje Piotr Hołubowicz, prezes firmy SEEDiA.

Inteligentne ławki są całkowicie zasilane energią słoneczną, mogą służyć jako punkt dostępowy do internetu i ładować urządzenia mobilne, również za pomocą indukcji. Ze statystyk wynika, że średnio jedna ławka naładuje rocznie nawet 15 tys. smartfonów.

– Ławka zawiera panel 90 W, natomiast my stworzyliśmy system, który zarządza tym, w jaki sposób tę energię wykorzystujemy. Jeśli więc ławka jest przeładowana, wtedy wszystkie funkcje pracują na 100 proc., natomiast jeśli jest poniżej określonego poziomu energetycznego, wtedy funkcje działają tylko na życzenie użytkownika – zaznacza Piotr Hołubowicz.

Ławki solarne są nie tylko zeroemisyjne, ale tworzą też sieć smart city i mogą wzmocnić więzi miasta ze swoimi mieszkańcami. Mogą informować o ważnych wydarzeniach w okolicy. Ponadto mają też np. sensory smogu i pogody, które monitorują jakość powietrza i wskaźniki pogodowe.

– Ławki są już dostępne w kilkudziesięciu polskich miastach, nie tylko tych dużych. Dzisiaj stoi w nich  już ponad 180 instalacji, więc mapa instalacji jest już dosyć gęsto zasiana – zapewnia prezes SEEDiA.

Firma ma w ofercie nie tylko inteligentne ławki. Także kosze na śmieci, które same informują, kiedy należy je opróżnić, i miejskie kioski, czyli przestrzeń do komunikacji z mieszkańcami, które umożliwiają zbieranie ich opinii o ergonomii miasta.

– W zeszłym roku wprowadziliśmy do oferty wiaty autobusowe, które są autonomiczne energetycznie, mają funkcję zdalnego zarządzania rozkładami jazdy. A teraz dokładamy do oferty wiaty ładujące hulajnogi elektryczne, żeby trochę uporządkować przestrzeń publiczną – wskazuje Piotr Hołubowicz.

Coraz więcej polskich patentów związanych z ochroną przed koronawirusem. W Urzędzie Patentowym RP już ok. 100 zgłoszeń dotyczy COVID-19

Od rozpoczęcia pandemii liczba zgłoszeń wynalazków w Urzędzie Patentowym wzrosła o ponad 5 proc. – Obecnie ponad 100 jest bezpośrednio związanych z ochroną przed COVID-19 – mówi Edyta Demby-Siwek, prezes Urzędu Patentowego RP. W Polsce pojawiły się już np. urządzenia dezynfekujące, które samoistnie i pod ciśnieniem rozpylają mgiełkę, od razu pokrywającą całą powierzchnię dłoni. Powstały też bramy dezynfekujące oparte na działaniu światła UVC czy namiot barierowy.

– Od momentu, kiedy zaczęła się pandemia, liczba zgłoszeń wynalazków w Urzędzie Patentowym wzrosła o ponad 5 proc. Mam wrażenie, że nasi wynalazcy zeszli do garaży i zaczęli tworzyć prototypy wynalazków. Około 100 zgłoszeń jest bezpośrednio związanych z ochroną przed COVID-19. To nie są oczywiście szczepionki, ale wszystkie produkty, które mają nas uchronić przed zakażeniem – mówi agencji Newseria Innowacje Edyta Demby-Siwek.

W ciągu ostatniej dekady liczba polskich zgłoszeń patentowych składanych do Europejskiego Urzędu Patentowego (EPO) wzrosła o ponad połowę, z 205 w 2010 r. do 469 w 2019 roku. Ten wzrost może być jednak jeszcze większy, bo podczas pandemii nie brakuje polskich wynalazków, które mają pomóc chronić przed zakażeniem koronawirusem.

To np. namiot barierowy, opracowany przez naukowców Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, którego produkcja kosztuje zaledwie kilkaset złotych i skutecznie obniża ryzyko zakażenia. Z kolei student z Łodzi opracował urządzenie, które samoistnie i pod ciśnieniem rozpyla środek dezynfekujący na ręce, a mgiełka pokrywa natychmiast całe dłonie. Innym przykładem może być brama dezynfekująca, która wykorzystuje promieniowanie UVC, zabójcze dla wirusów.

– Zazwyczaj są to produkty do dezynfekcji, ubrania ochronne czy te związane z designem. Mamy zgłoszenia różnego rodzaju maseczek ochronnych o finezyjnych kształtach czy elementach graficznych. Również znaki towarowe i logo zawierają elementy nawiązujące do pandemii. Jest to koronaparty, koronaafterparty, koronababy, tak że nasi twórcy są bardzo kreatywni w czasach pandemii – wymienia prezes Urzędu Patentowego RP.

Polscy naukowcy opracowali już m.in. biomaseczki z filtrem roślinnym czy maseczki samoprzylepne. Powstały też takie, które zabijają koronawirusa. Także na świecie wynalazcy prześcigają się w tworzeniu produktów związanych z SARS-CoV-2. W Indonezji np. powstały maseczki z plastikowym, przezroczystym fragmentem na ustach, które umożliwiają komunikację podczas pandemii osobom głuchym, czytającym z ruchu warg.

W Singapurze dystansu społecznego między ludźmi pilnował wyprodukowany specjalnie do tego zadania inteligentny robot. Z kolei w jednym z hoteli w Japonii „Pepper”, czyli humanoidalny robot, pomaga osobom z łagodnymi objawami koronawirusa i skutecznie zastępuje personel.

Rozliczenia podatkowe – ważne informacje

Rozliczenia podatkowe niemal zawsze przynoszą nieskończoną liczbę pytań i dylematów. Z tego reż względu, zanim zaczniemy całą procedurę, sprawdźmy najważniejsze informacje dotyczące rozliczeń. Jakie są najczęściej zadawane pytania w tej dziedzinie? 

Prowadzenie własnej działalności gospodarczej wiąże się z wieloma obowiązkami. Dotyczą one jednak nie tylko działań mających na celu rozwój biznesu, ale i wszelkie formalności, które dla zdecydowanej większości przedsiębiorców nie kojarzą się z niczym przyjemnym. Tak jest na przykład ze wszystkimi związanymi z koniecznością wykonywania rozliczeń podatkowych. Od tego nie ucieknie żaden przedsiębiorca, a jednocześnie wszelkie sprawy księgowe sprawiają przeważnie naprawdę wiele trudności. Przeważnie kwestie z nimi związane są po prostu niejasne, gdyż ich zrozumienie wymaga dość specjalistycznej wiedzy. Z tego też powodu, zanim zaczniemy zajmować się rozliczeniami, koniecznie dowiedzmy się, jak w łatwy sposób uniknąć najczęściej pojawiających się problemów. Co warto wiedzieć o dziedzinie, jaką są rozliczenia podatkowe?

Czym jest zwolnienie z VAT-u i kto może z tego skorzystać?

Rozliczenia podatkowe wzbudzają wiele wątpliwości, jednak jednymi z największych są zazwyczaj wszelkie zwolnienia. Większość osób doskonale wie, że każdy, kto prowadzi swą działalność gospodarczą, staje się równocześnie podatnikiem VAT. Okazuje się jednak, że nie wszyscy przedsiębiorcy muszą podlegać takiemu obowiązkowi. Pojawia się więc pytanie, jak to właściwie możliwe? Przecież wystawianie faktur VAT, to domena przedsiębiorców. Nie każdy podatnik musi rozliczać VAT, gdyż w wielu sytuacjach występuje możliwość skorzystania ze zwolnienia z takiego właśnie podatki.

Oczywiście, aby otrzymać taki przywilej, spełnić należy pewne odgórnie ustalone warunki i wymagania. Takich sytuacji może być wiele. Jedną z mich jest na przykład nieprzekroczenie limitu obrotów rocznych. Zwolnienie z VAT może także przysługiwać ze względu na rodzaj towarów lub usług będących przedmiotem sprzedaży. Zwolnienie z VAT otrzymać można także, jeśli przy rejestracji firmy nie zarejestruje się jej po prostu jako płatnika VAT. W takim przypadku proces ten nastąpi automatycznie.

Jak sprawdzić, czy kontrahent jest VAT-owcem?

Jeśli chodzi o rozliczenia podatkowe, wiele pytań pojawia się także w kwestii faktur VAT wystawianych przez kontrahentów. W takich sytuacjach bowiem to przedsiębiorca zobowiązany jest do dokładnego sprawdzenia takiego kontrahenta. Rozliczenia podatkowe mają być jasne i klarowne, dlatego też bardzo ważne jest, by zweryfikować, czy wystawiający taką fakturę jest płatnikiem VAT. Jak zrobić to szybko i bez zbędnych formalności? W tym pomoże nam biała lista podatników VAT. Jest to rejestr, w którym znajdziemy wszelkie dane na ten temat. W celu ich uzyskania należy podać między innymi NIP i REGON sprawdzanego kontrahenta.

Czym jest jednolity plik kontrolny i jak z niego korzystać?

Jednolity plik kontrolny w dużym skrócie nazwać możemy sposobem komunikacji z organami skarbowymi. Jest to nic innego jak zbiór informacji o operacjach gospodarczych za dany okres w firmie. Dzięki temu w łatwy sposób przekazać można je do wglądu na przykład kontroli skarbowej. Jednolity plik kontrolny jest rozwiązaniem informatycznym, w którym e-deklaracje przesyłane są bezpośrednio przez dany program w postaci elektronicznej. Tym samym e deklaracje pozwalają ułatwić i przyspieszyć procesy kontroli poszczególnych działalności, co jest ogromną korzyścią zarówno dla organów skarbowych, jak i przedsiębiorców.

Ekologia? Tak, ale tylko Na Pokaz

W obliczu dużej popularności mody na ekologię, nie wszyscy traktują ją poważnie i nie wszyscy mają wobec niej szczere zamiary. 13% Polaków wykorzystuje ją jedynie w celu stworzenia lepszego obrazu siebie w oczach innych – wynika z drugiej edycji badania EKOBAROMETR Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Kto wykorzystuje ekologię do własnych celów?

Segment Eko Na Pokaz opisuje osoby, które nie mają do końca szczerych zamiarów związanych z ekologią. Według badania EKOBAROMETR, w polskim społeczeństwie jest ich 13%, tj. około 5 mln. Nieznacznie więcej jest w tym segmencie mężczyzn (53%). W porównaniu do innych wyróżnionych segmentów, osoby Eko Na Pokaz są stosunkowo młode – ich średnia wieku wynosi 44 lata, a 59% osób z tego segmentu jest poniżej 45 roku życia. Segment ten częściej mieszka na wsi (43%) czy w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców (31%).

Ekologia nie jest głównym priorytetem tego segmentu – mniej niż połowa badanych z tej grupy deklarowała, że wartości ekologiczne są ważne w ich życiu (Ogółem – 54%). Ich małe zainteresowanie ekologią przekłada się również na niski poziom znajomości różnych jej aspektów. Aż 52% z nich wskazało błędną definicję greenwashingu, zjawiska polegającego na pozornej trosce przedsiębiorstw o stan środowiska w celu kreowania się jako pro-eko firma.

W  dobie dominacji mediów społecznościowych i silnej presji kreowania wizerunku, kwestią czasu jest, kiedy w społeczeństwie pojawią się osoby dostrzegające w ekologii szansę na własną promocję. Eko Na Pokaz bardziej przekładają swoje personalne korzyści nad faktyczną ochronę środowiska – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Należy też pamiętać, że jest to segment stosunkowo młody. Można się zastanawiać, na ile w miarę dojrzewania tych osób, zaczną oni doceniać ekologię i działać na jej rzecz ze względów altruistycznych, a nie dla osiągnięcia osobistych korzyści.

Eko w słowach, nie zawsze w czynach

Osoby Eko Na Pokaz najczęściej wśród segmentów wskazywały, że pouczają swoich znajomych, gdy ci nie zachowują się ekologicznie (71%, Ogółem – 45%) oraz umieszczają w mediach społecznościowych porady jak być bardziej eko (67%, Ogółem – 23%). Jednak w przypadku codziennych czynności pro-ekologicznych wykazują mniejsze zaangażowanie niż ogół społeczeństwa. 78% osób z tego segmentu regularnie segreguje śmieci czy chodzi do sklepów z własnymi torbami na zakupy, kiedy takie czynności wykonuje 86% ogółu społeczeństwa. Co ciekawe, Eko Na Pokaz znacznie częściej niż reszta wskazywali, że mając możliwość kupiliby produkty opatrzone certyfikatem bio (72%, Ogółem – 59%).(3) EKO Na Pokaz Czynności na pokaz

Osoby z segmentu Eko Na Pokaz rzadziej niż ogół społeczeństwa wykonują codzienne czynności pro-ekologiczne. Niemniej ta różnica nie jest na tyle duża, żeby wnioskować o braku zainteresowania tych osób ekologią i stanem środowiska­ – komentuje Zimolzak. Ze względu na  swoją dużą chęć wybierania produktów opatrzonych certyfikatami bio, segment Eko Na Pokaz stanowi bardzo ważną grupę odbiorców takich produktów. Co więcej, dzięki poruszaniu tematyki ekologicznej w mediach społecznościowych wspomagają oni społeczną konwersację na owe tematy sprawiając, że ekologia i produkty ekologiczne nie są znane tylko i wyłącznie osobom bardzo dobrze zorientowanym w tej tematyce. Oczywiście, byłoby lepiej, żeby ich aktywności były wyważone w tonie i jednocześnie motywujące innych do dalszych działań ekologicznych – dodaje Zimolzak.

Opis badania

Badanie ma charakter cykliczny (trackingowy). Prezentowane wyniki dotyczące obszaru społecznego są sumą dwóch pomiarów zrealizowanych przez SW RESEARCH w czerwcu (4-24.06.2020 r.) oraz w marcu (2-24.03.2020 r.) metodą wywiadów on-line (CAWI). W ramach badania przeprowadzono w sumie 2 991 ankiet (Pomiar II – 1 515, Pomiar I – 1 476) z użytkownikami panelu badawczego SW Panel. Realizacja kolejnej fali planowana jest we wrześniu 2020 r.

O projekcie

Projekt EKOBAROMETR to cykl badań poświęcony analizie aktualnych postaw i nastrojów polskich konsumentów wobec szeroko pojętej ekologii obecnej w różnych sferach codziennego życia. Jedną z nich jest wymiar społeczny, ukazujący m.in. jak Polacy podchodzą do ekologii jako takiej i jak różnią się między sobą ich postawy wobec środowiska. Drugą sferą jest obszar komunikacji marketingowej, ukazujący m.in. jak konsumenci odbierają reklamy wykorzystujące motywy ekologiczne.

Tak popularne i szerokie pojęcie jak ekologia, może wzbudzać bardzo zróżnicowane emocje. Jedni widzą w niej obszar wymagający wiele pracy i wysiłku dla wspólnego dobra, drudzy dostrzegają w niej możliwości dla biznesowych zabiegów marketingowych. Natomiast jeszcze inni widzą w ekologii przede wszystkim okazję do wypromowania samych siebie. W celu pogłębienia wiedzy na temat postaw społecznych związanych z ekologią, Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research wzbogaciła swój cykliczny projekt EKOBAROMETR o blok pytań dotyczących społecznego wymiaru ekologii. Rezultatem jest mapa pięciu różnych od siebie osobowości ekologicznych, które zostały opisane przez SW Research jako:

  1. Eko Na Pokaz,
  2. Eko Entuzjaści,
  3. Eko Zagubieni,
  4. Eko Troskliwi,
  5. Krytycy Ekomarketingu.

W Łodzi o innowacjach, które służą klimatowi

– W nowej perspektywie finansowej Funduszy Europejskich na lata 2021-2027 dużą część środków będziemy kierować na rozwiązania proekologiczne. Zależy nam zarówno na rozwoju nowych technologii, jak i wprowadzaniu oraz udoskonalaniu rozwiązań przyczyniających się do ochrony środowiska – zapowiedział w czwartek podczas konferencji „Cyfryzujemy Polskę – technologia szansą dla klimatu” wiceminister Funduszy i Polityki Regionalnej Waldemar Buda.

Konferencja „Cyfryzujemy Polskę – technologia szansą dla klimatu” pod patronatem Ministerstwa Klimatu oraz Ministerstwa Cyfryzacji odbyła się w czwartek w Centrum Kreatywności Fabryka na terenie Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Organizatorem był Związek Cyfrowa Polska, reprezentujący polską branżę nowych technologii. W spotkaniu wzięli udział przedsiębiorcy, organizacje pozarządowe oraz start-upy, które zaprezentowały swoje osiągnięcia w zakresie ochrony klimatu.

Konferencję otworzył wiceminister Funduszy i Polityki Regionalnej Waldemar Buda, który zaznaczył, że rozwiązania i technologie, które są związane z procesem cyfryzacji, mogą znacząco przyczynić się do ochrony środowiska i łagodzenia zmian klimatu. – W Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej wspieramy rozwiązania, które są innowacyjne i wpływają na rozwój gospodarki. To kierunek zgodny z rekomendacjami Komisji Europejskiej – mówił wiceminister Buda. I dodał: – Dlatego w nowej perspektywie finansowej Funduszy Europejskich na lata 2021-2027 dużą część środków będziemy kierować na rozwiązania proekologiczne. Zależy nam zarówno na rozwoju nowych technologii, jak i wprowadzaniu oraz udoskonalaniu rozwiązań przyczyniających się do ochrony środowiska.

Z kolei prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik nie ma wątpliwości, że postępujące zmiany klimatyczne to duże wyzwanie dla całego świata. – Cyfrowa technologia wprowadza szczególne standardy w kwestiach związanych z klimatem, pomaga chronić klimat. Dlatego warto umiejętnie sięgać po innowacje technologiczne, które pozytywnie mogą wpływać na procesy związane ze zmianami środowiska – podkreślił Michał Kanownik. Zdaniem prezesa Cyfrowej Polski to właśnie rozwiązania cyfrowe najlepiej sprawdzają się w rozwiązywaniu różnych problemów. – Pandemia pokazała, na ile nowe technologie są częścią naszego życia. To dzięki nim w czasach pandemii mogliśmy w miarę normalnie funkcjonować – dodał Michał Kanownik.

Zdaniem prezesa Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Marka Michalika już dziś polscy przedsiębiorcy mogą pochwalić się wieloma świetnymi rozwiązaniami, które wspierają działania proklimatyczne i redukują negatywny wpływ na środowisko. – Może nie wszyscy jeszcze zdają sobie sprawę, jak te innowacje wykorzystywać. Dlatego sądzę, że warto m.in. poprzez takie wydarzenia, jak dziś stale podnosić świadomość społeczeństwa na temat tego, jak nowoczesne technologie mogą pomóc klimatowi i ochronie środowiska – powiedział Marek Michalik.

Polska Chemia ma strategiczne znaczenie dla krajowej gospodarki

– Jesteśmy strategiczną branżą, która potrzebuje partnerskiego traktowania i dialogu z administracją. Apelujemy, by tak nas zacząć traktować. Chemia leczy, żywi, ubiera, chroni i zwłaszcza w obecnych czasach nie jest to puste hasło, tylko najcelniejszy opis znaczenia, jakie sektor odgrywa dla całej gospodarki i codziennego życia każdego z nas – tymi słowami dr inż. Tomasz Zieliński, Prezes Zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC) podsumowuje najważniejsze wydarzenie sektora chemicznego.

16 września odbyło się największe wydarzenie w branży chemicznej, VII Kongres Polska Chemia. Polska Izba Przemysłu Chemicznego (PIPC) kierując się troską o bezpieczeństwo uczestników i ekspertów w czasie pandemii COVID-19, postanowiła zorganizować kongres
w wyjątkowej formule telewizji online. W trakcie wydarzenia przedstawiciele świata nauki, biznesu, organizacji branżowych oraz administracji UE i państwowej wielokrotnie podkreślali, że Polska Chemia ma strategiczne znaczenie dla narodowej gospodarki, co jest szczególnie zauważalne w czasie pandemii koronawirusa.

Strategiczna rola Polskiej Chemii

To już 7. edycja Kongresu Polska Chemia, który stał się jednym z najważniejszych w branży w Europie. 2020 rok to trudny czas pandemii, która wpłynęła na całą gospodarkę. Wpłynęła także na formułę kongresu, która w tym roku odbywa się w formie programu telewizyjnego online. Pandemia uświadomiła natomiast wielu osobom jak ważną, strategiczną rolę w gospodarce zajmuje Polska Chemia. Firmy z sektora odpowiadają m.in. za produkcję wielu komponentów do produkcji środków medycznych, płynów do dezynfekcji itp., bez których walka z wirusem COVID-19 byłaby niemożliwa – mówi dr inż. Tomasz Zieliński, Prezes Zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.

Strategiczną rolę Polskiej Chemii dostrzega także dr Krzysztof Mazur, Podsekretarz Stanu
w Ministerstwie Rozwoju. W trakcie wydarzenia podkreślał on, że branża chemiczna odgrywa strategiczną rolę, nie tylko ze względu na liczbę przedsiębiorstw, ani też dlatego, że sektor chemiczny jest trzeci, jeżeli chodzi o liczbę zatrudnionych pracowników w Polsce. Jako główny powód podał on natomiast argument, że branża chemiczna stanowi horyzontalne wsparcie dla innych sektorów przemysłowych. Komponenty chemiczne są przecież niezbędne dla innych branż. Zdaniem ministra Mazura w dobie pandemii uświadomiliśmy sobie, że potrzebujemy także pewnej relokacji produkcji w Europie. Co jest tendencją pozytywną. Wiele firm zastanawia się, aby do Polski przenosić swoją produkcję i nasz kraj powinien
to wykorzystać.

O strategicznej roli Polskiej Chemii mówiła także Małgorzata Jarosińska–Jedynak, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej. Ona także podkreśliła, że znaczenie Polskiej Chemii było szczególnie widoczne na początku pandemii. Jej zdaniem silna pozycja sektora chemicznego i jego różnorodność, potencjał naukowo-badawczy może stać się siłą napędową polskiej gospodarki. Im bardziej innowacyjne będą przedsiębiorstwa chemiczne, tym łatwiej uda się im zachować konkurencyjność. Dobrą wiadomością dla branży jest fakt, że nowa perspektywa finansowa UE niesie ze sobą środki na rozwój innowacji firm.

Inwestycje, innowacje i neutralność klimatyczna

Wśród głównych tematów poruszanych w trakcie VII Kongresu Polska Chemia można było wyodrębnić główne nurty. Eksperci często dyskutowali na temat pro-środowiskowych regulacji unijnych, inwestycji i innowacji. Zdaniem Adama Guibourgé-Czetwertyńskiego, Podsekretarza Stanu w Ministerstwie Klimatu, branża chemiczna jest strategiczna dla osiągnięcia celów klimatycznych, gdyż wiele rozwiązań, które są Polsce potrzebne do osiągniecia tych celów może dostarczyć właśnie Polska Chemia. Rząd opracował kilka dokumentów, które określają kierunki transformacji klimatycznej, są to np. Krajowy plan na rzecz energii i klimatu, strategia rozwoju niskoemisyjnego czy polityka energetyczna Polski. Duże znaczenie w transformacji związanej z Europejskim Zielonym Ładem będzie miał Fundusz Modernizacyjny, jego środki nie będą ograniczone do samej energetyki, ale też będzie on funkcjonował w innych sektorach przemysłowych. Dobrą informacją jest, że spółki chemiczne też będą mogły ubiegać się o dofinansowanie. Unia Europejska przygotowała także fundusz innowacyjny, kierowany do najbardziej innowacyjnych projektów, również takich, które będą wdrażane na skalę komercyjną.

W programie kongresu wiele miejsca poświecono także inwestycjom, które branża chemiczna chętnie wykorzystuje by stawać się coraz bardziej konkurencyjną i innowacyjną. Jedną z nich jest projekt Polimery Police Grupy Azoty S.A., Partnera Strategicznego wydarzenia. Inicjatywa ta, to największy projekt chemiczny w Polsce z zastosowaniem zaawansowanych technologii. Ma on znaczenie strategiczne dla gospodarki, a wybór propanu jako surowca dla Grupy Azoty zwiększy konkurencyjność firmy. Projekt znacząco wpłynie na polską gospodarkę poprzez eksport produktów, a także zaspokoi popyt krajowy. Również reprezentanci drugiego Partnera Strategicznego, PKN Orlen S.A. podkreślali znaczenie rozwoju branży i stałego budowania przewag konkurencyjnych, m.in. poprzez spełnianie pro-środowiskowych wymagań UE. Przedstawiciele PKN Orlen przypomnieli, iż do 2050 roku koncern, jako pierwsza firma petrochemiczna w naszej części Europy chce osiągnąć neutralność klimatyczną.

Trendem w Polskiej Chemii, który pojawiał się w wielu wystąpieniach ekspertów w trakcie kongresu są innowacje. Co ciekawe, często temat ten był powiązany z Europejskim Zielonym Ładem i innymi proekologicznymi inicjatywami UE. Zdaniem części ekspertów wyzwania związanie z neutralnością klimatyczną są niezbędne i stanowią szansę dla Polskiej Chemii. Pozwalają zachować i wzmacniać konkurencyjność przedsiębiorstw.

VII Kongres Polska Chemia

VII Kongres Polska Chemia odbył się 16 września 2020 w formie innowacyjnej telewizji online. Wydarzenie skupiało się wokół trzech obszarów tematycznych: gospodarka, środowisko, człowiek. W trakcie debat i paneli poruszane były zagadnienia, które są obecnie najważniejsze dla sektora chemicznego i całego przemysłu, uwzględniając oczywiście wpływ pandemii COVID-19. Przemysł chemiczny czeka wiele wyzwań, m.in. skutki kilkumiesięcznego zamrożenia gospodarki, intensyfikacja aktywności regulacyjnej UE i nowe trendy, które zaczynają odgrywać kluczową rolę w rozwoju Polskiej Chemii. Zagadnienia środowiskowe, takie jak np. Europejski Zielony Ład, będą szczególnie istotne w ciągu najbliższych lat, co z pewnością przełoży się na całą gospodarkę. W trakcie wydarzenia poruszono także wiele innych kwestii, takich jak: inwestycje, innowacje, rozwój kadr, transport i dystrybucja oraz technologie 4.0. W trakcie kongresu udział wzięło blisko 70 prelegentów –  ekspertów ze świata administracji, nauki, mediów i biznesu.

Zdalna praca bez barier

Z dnia na dzień coraz bardziej przyzwyczajamy się do pracy zdalnej. Okazało się, że formuła wymuszona przez pandemię, przynosi wiele korzyści zarówno dla pracodawców jak i pracowników. Boom na pracę zdalną to też świetna szansa dla osób niepełnosprawnych, by z większym powodzeniem ubiegać się o wymarzoną posadę.

Korzyści ze zdalnej pracy to po pierwsze oszczędności w związku z brakiem potrzeby wynajmowania biura czy dojazdu do miejsca pracy. Po drugie to rozszerzone możliwości zatrudniania – pracownicy mogą pochodzić z odległej miejscowości, mieć różne zobowiązania, które nie pozwalają na codzienne wyjście z domu, czy zmagać się z ograniczającymi ich niepełnosprawnościami.

Ta ostatni grupa często może pochwalić się świetnym wykształceniem, znajomością języków obcych i doskonałym przygotowaniem do pracy w różnorodnych dziedzinach. Mimo swoich atutów, wielu niepełnosprawnych wciąż czuje się wykluczonych w związku ze swoimi dolegliwościami, uniemożliwiającymi np. swobodne poruszanie się i docieranie każdego dnia do biur. Nie dla nich jest pęd współczesnego świata, wciąż nie do końca przyjazne architektonicznie miasta czy hałas codzienności, jaki wiąże się ze standardowym sposobem zatrudnienia. Ponieważ nie mogą się swobodnie przemieszczać, pozostają w czterech ścianach i nie wykorzystują swojego potencjału – ze stratą nie tylko dla nich samych, ale też dla potencjalnych pracodawców.

Lęk przed tym, czego nie znamy

Informatyzacja przynosi coraz więcej narzędzi umożliwiających zdalne wykonywanie obowiązków. W związku z tym temat niepełnosprawności w pracy powinien być właściwie drugorzędny. Niby tak jest, ale w praktyce ten problem jest wciąż żywy. Pracodawcy nadal niezbyt chętnie zatrudniają osoby niepełnosprawne. Najczęściej wynika to z błędnych wyobrażeń o sytuacji zdrowotnej danej osoby oraz z lęku przed tym, czego nie znamy.

Obawy pracodawców są związane przede wszystkim z tym, że niepełnosprawni pracownicy będą zbyt często korzystać ze zwolnień chorobowych, wydłużonego urlopu czy skróconego czasu pracy – mówi Iwona Lewandowska z BPO Network, firmy już od kilku lat pośredniczącej w zatrudnianiu pracowników w sposób zdalny. Pracowników niepełnosprawnych utożsamia się błędnie z „chorowitością”, niewydajnością i brakiem możliwości zachowania kontroli nad tym, co robią – szczególnie w trybie zdalnym. Pracodawcy boją się też na pewno kwestii prawnych i skarbowych związanych z wymogami PFRON-u. Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę, że opłaty na PFRON i tak są obowiązkowe – niezależnie od tego, kogo zatrudniamy. Jeśli jednak zdecydujemy się na pracowników niepełnosprawnych – możemy liczyć na dofinansowania, a także na pomoc takich firm jak nasza w przejściu przez różne procedury prawno-skarbowe.

Gdy kilka miesięcy temu nasz pędzący świat na chwilę się zatrzymał, wyraźniej dostrzeżono korzyści płynące ze zdalnego zatrudnienia, a firmy rozpoczęły wdrażanie procesów, mające na celu uruchomienie pracy bez barier. Nagle każdy lepiej zrozumiał, czym są ograniczenia – każdy to poczuł w większym lub mniejszym stopniu. Po pierwszym szoku, zrozumieliśmy też, że choć nie możemy swobodnie wychodzić z domu, to jednak musimy dalej żyć, jeść, płacić rachunki. Zaczęliśmy zastanawiać się więc nad rozwiązaniem… i znaleźliśmy je w postaci pracy zdalnej.

Te przemyślenia to chleb powszedni każdej osoby, która boryka się z niepełnosprawnością. Z jednej strony jest ciągły strach przed tym, jak to będzie, z drugiej szansa na rozwój, swoiste wyzwanie podjęcia kroków, mających na celu wirtualny rozwój i wyjście z trudnej sytuacji obronną ręką.

W nowej rzeczywistości upatrujemy więc wielką szansę dla osób niepełnosprawnych – mówi Iwona Lewandowska. Dzięki pandemii zdalne życie zaczęło być tematem szerzej dyskutowanym w mediach. Coś, co do tej pory wydawało się niemożliwe, nagle stało się wykonalne i, jak się okazało, świat wszedł w nowy tryb właściwie bez większego trudu. Pandemia sprawiła też, że pracodawcy stają się bardziej empatyczni i są w stanie lepiej wyobrazić sobie to, jak mogą czuć się pracownicy zamknięci w domach. Poza tym uczymy się urządzania wirtualnych biur, z dnia na dzień stajemy się bogatsi w doświadczenia i nabieramy zaufania do tej formy zatrudnienia.

Pokonać ograniczenia

Do tej pory mało kto doświadczył zjawiska znanego jako kwarantanna, czyli zamknięcie
w domach. Jedną z grup, które na pewno to przeżyły są niepełnosprawni.  Świat z barierami istniał dla nich od początku ich zmagań z niepełnosprawnościami. Co z tego, że zdobywali wykształcenie, sumiennie odbywali praktyki – skoro potem nikt nie chciał ich zatrudnić… Każdy z nich ma swoją historię i każdy w jakimś większym lub mniejszym stopniu wierzy w to, że któregoś dnia znajdą wymarzoną pracę, czując, że to będzie najlepsza terapia, wzmacniająca ich poczucie własnej wartości polepszająca stan zdrowia.

Z kolei pracodawcy, którzy podejmują się zatrudnienia osób niepełnosprawnych, poza tym, że mają w swoim zespole rzetelnych pracowników, dostrzegają wiele dodatkowych plusów z tej sytuacji. Zatrudnianie osób z niepełnosprawnością wzmacnia wizerunek pracodawcy i wpisuje się w politykę odpowiedzialności społecznej – mówi Joanna Olszewska, CEO w BPO Network, która od wielu lat pracuje nad poprawą świadomości na temat zatrudniania osób z niepełnosprawnością na otwartym rynku pracy. W dobie internetu gorąco zachęcam, by jak najczęściej inwestować w zdalne zatrudnienie właśnie pracowników z niepełnosprawnościami. Poza tym, że zapewnimy sobie „niewidzialną rękę na rynku pracy”, zyskujemy wykwalifikowanych i lojalnych specjalistów, a także dajemy innym ludziom ogromną szansę na rehabilitację i rozwój zawodowy.

FIRE 2020 – najgorętsze wydarzenie marketingu nieruchomości

Dwa dni, kilkudziesięciu uznanych ekspertów i kilkaset widzów – tak w skrócie można podsumować tegoroczną edycję FIRE Real Estate Marketing Forum, która odbywała się w dniach 9-10 września w warszawskim hotelu Westin. Wydarzenie zgromadziło specjalistów ds. marketingu i sprzedaży największych firm z branży deweloperskiej, przedstawicieli domów mediowych, agencji strategicznych, doradczych oraz eventowych, a także media branżowe i niezależnych ekspertów. Dlaczego FIRE 2020 spotkało się z tak dużym zainteresowaniem gości oraz widzów?

Udział w wydarzeniu to doskonała okazja do zapoznania się z najnowszymi trendami, wymiany wiedzy i doświadczeń z najlepszymi ekspertami z branży, a także nawiązania nowych kontaktów biznesowych.  – Ułatwiła to także tradycyjna formuła spotkań – to jedno z niewielu w tym sezonie wydarzeń, które odbywało się w pełni „na żywo”. Dużym plusem było także umożliwienie transmisji online wszystkich wystąpień i paneli dyskusyjnych – mówi Łukasz Matyński z domu mediowego Media Choice, jeden z prelegentów FIRE 2020.

Perspektywy rozwoju po pandemii

Główne hasło kolejnej edycji FIRE ujęto w słowach „praktyka, nie teoria”, stawiając przede wszystkim na prezentację rozwiązań i narzędzi w powszechnym użyciu, przykładów realizacji projektów, które łączą doświadczenie różnych podmiotów pracujących na rynku nieruchomości. Jednym z głównych tematów podczas konferencji była pandemia koronawirusa i jej wpływ na zmiany strategii rozwoju, modyfikacje kanałów i narzędzi marketingu, a także dynamikę sprzedaży w każdym segmencie nieruchomości. Większość ekspertów zgodziła się z określeniem COVID-19 mianem ekonomicznego „czarnego łabędzia”, czyli trudno przewidywalnego, wręcz nieprawdopodobnego zjawiska, które wywiera ogromny, negatywny wpływ na otoczenie. Podczas wydarzenia przedstawiono najważniejsze skutki lockdownu, najciekawsze strategie radzenia sobie w pandemicznej rzeczywistości oraz najnowsze prognozy dotyczące przyszłości polskiego rynku nieruchomości.

Bogaty program dyskusji panelowych

W programie wydarzenia zaplanowano wystąpienia oraz cykl warsztatów, które krok po kroku przedstawiały cały przekrój kampanii marketingowej dla firm z branży nieruchomości. Pojawiły się zatem tematy związane z identyfikacją potrzeb, budowaniem strategii komunikacji, briefowaniem i określaniem grup docelowych, ale też szczegółowym doborem narzędzi, optymalizacją działań reklamowych, eventami promocyjnymi, a nawet obsługą posprzedażową. Wśród prelegentów i panelistów ze strony firm deweloperskich pojawili się m.in.  przedstawiciele firm takich jak Echo Investment, Yareal Polska, Angel Poland Group, Euro Styl czy OKAM Capital. Główne tematy paneli dyskusyjnych z ich udziałem to przede wszystkim czynniki wpływające na wybór danej inwestycji, technologie wspierające sprzedaż, a także wyznaczanie głównych USP i budżetowanie działań promocyjnych. Z udziałem ekspertów zgromadzeni goście poszukiwali także odpowiedzi na pytanie o to, jak sprawnie budować pomost komunikacyjny między lokalną społecznością a deweloperem oraz jak sprawnie rozwiązywać kwestie praw autorskich związanych z projektowaniem materiałów marketingowych. W debatach o przyszłości branży wzięli także udział przedstawiciele Polskiego Związku Firm Deweloperskich oraz Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego.

Skuteczne narzędzia okiem praktyków

Nie zabrakło także specjalistów z agencji i domów mediowych, które na co dzień wspierają deweloperów w prowadzeniu wszelkiego rodzaju działań marketingowych. To m.in. Media Choice, Publicon, Bees&Honey, Avocado czy Plej. Z tego segmentu wystąpień można było dowiedzieć się, jak precyzyjnie docierać do nowych grup docelowych, jak napisać dobry brief, jak wyznaczyć KPI projektu, jak przygotować efektywny media plan i jakie wnioski wyciągać na jego podstawie. – Jednym z najważniejszych elementów wydarzenia była właśnie dyskusja o kluczowych wskaźnikach efektywności. Odpowiednie ich wyznaczenie, szczególnie w trakcie pandemii, to podstawa kampanii reklamowej. A przecież to ona jest elementem spinającym wszystkie działania marketingowe w każdym segmencie rynku nieruchomości. Cieszę się, że mogliśmy podzielić się swoją wiedzą w tym zakresie i wymienić się opiniami w gronie praktyków – wspomina Łukasz Matyński z Media Choice.

Trendy i nowe technologie

Niezależni eksperci z agencji badawczych oraz firm technologicznych przedstawili także innowacyjne rozwiązania w zakresie projektowania doświadczeń klientów, service design, interaktywnych rozwiązań multimedialnych czy technologii VR i AR. Zastanawiano się także nad wpływem nurtu wellbeing na oczekiwania klientów, a także współpracą pomiędzy architektami i marketingowcami w celu lepszej komunikacji o zmieniających się potrzebach grup docelowych. Z kolei goście specjalni: dr Joanna Heidtmann i Zuzanna Skalska poruszyli tematy związane z psychologią zachowań konsumenckich, poszukiwaniem niestandardowych rozwiązań w niepewnych czasach oraz najnowszymi trendami w światowej gospodarce, które będą miały największy wpływ na marketing nieruchomości.

Saule oraz Columbus zrealizują zielone projekty energetyczne dla Miasta Piastowa

Saule Technologies, spółka produkująca elastyczne ogniwa fotowoltaiczne na bazie technologii perowskitowej oraz Columbus Energy podpisały list intencyjny z Miastem Piastowem na projekty objęte umowami PPA (Power Purchase Agreements) o znaczącej wartości. Środki na inwestycje zostaną w całości przekazane przez Columbus Energy. Ponadto Saule Technologies pracuje razem z przedstawicielami miasta nad koncepcją New City. Wielofunkcyjne Centrum Miasta Piastowa, w ramach której Piastów zamierza przekształcić centrum miasta w ekologiczny obszar, czerpiący energię z paneli fotowoltaicznych na bazie perowskitów.

New City. Wielofunkcyjne Centrum Miasta Piastowa

Do uroczystego podpisania listu intencyjnego pomiędzy Saule Technologies, Columbus Energy oraz władzami miasta doszło w trakcie wydarzenia Perovskite Day, zorganizowanego w Piastowie. Efektem będzie dalsza współpraca przy projekcie New City. Wielofunkcyjne Centrum Miasta Piastowa, zakładającym transformację energetyczną miejscowości. W jej ramach w mieście pojawią się instalacje fotowoltaiczne, a także będą prowadzone działania z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami w celu popularyzacji tego typu rozwiązań. Całkowita wartość inwestycji w ekologiczną infrastrukturę energetyczną zostanie pokryta przez Columbus Energy. Miasto będzie dzierżawiło instalacje od spółki oraz odbierało prąd, który uda się pozyskać z paneli. Podczas wydarzenia odbyła się też oficjalna premiera teasera New City w którym można odnaleźć zastosowania produktów Saule Technologies w przestrzeni miejskiej. Całość można obejrzeć pod tym adresem: https://www.piastow.pl/newcity-wielofunkcyjne-centrum-miasta-piastowa/nowoczesne-technologie-w-piastowie

Idea New City. Wielofunkcyjne Centrum Miasta Piastowa zrodziła się kilkanaście miesięcy temu, gdy Miasto Piastów przystąpiło do konkursu „Rozwój Lokalny” finansowanego z Funduszy Norweskich i Funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Koncepcja obejmuje zmiany w ścisłym centrum, zajmujące obszar około 20% powierzchni miasta. W jej ramach budynki administracji publicznej mają zostać wyposażone w panele fotowoltaiczne na bazie perowskitów – krystalicznych minerałów, które w wielu aspektach wypierają już krzem. Po ulicach mają zacząć poruszać się elektryczne autobusy, w przestrzeni publicznej pojawią się także przystanki komunikacji miejskiej z tablicami ogłoszeń zasilanymi energią słoneczną oraz solarne carporty i stacje ładowania rowerów czy hulajnóg elektrycznych (urządzeń zaprojektowanych przez Saule Technologies). Projekt przeszedł już do drugiego etapu programu „Rozwój Lokalny”, w ramach którego o dofinansowanie starało się 213 miast. W drugim etapie biorą udział 54, a dofinansowanie otrzyma łącznie 15 miast. Decyzja zostanie ogłoszona w drugiej połowie 2020 roku.

– Zamierzamy być miastem przyjaznym środowisku, dzięki nowoczesnym panelom fotowoltaicznym zainstalowanym na obiektach należących do miasta, a także elektrycznym autobusom, solarnym stacjom ładowania rowerów czy samochodów. Chcieliśmy znaleźć partnera, który pomoże nam w tym, żeby technologia była znakiem jakości New City. Z Saule nawiązaliśmy współpracę wiosną tego roku, gdy dostrzegłem informację na temat carportu oferowanego przez spółkę. Postanowiliśmy sprowadzić taki carport do Piastowa i skontaktowaliśmy się z Saule. Gdy, na prośbę przedstawicieli firmy, zademonstrowaliśmy projekt, którego carport miałby być częścią, Saule Technologies zaoferowało swoją pomoc przy rozwijaniu koncepcji New City powiedział Grzegorz Szuplewski, Burmistrz Piastowa.

– Razem z naszym partnerem z Columbus Energy chcemy doradzać polskim gminom, które są pewnymi partnerami biznesowymi, zarówno w zakresie systemowych rozwiązań energetycznych, ale też ich finansowania i kompleksowego wdrożenia. Każda gmina w Polsce potrzebuje transformacji energetycznej, jednak najczęściej infrastruktura administracji publicznej nie pozwala na zastosowanie tradycyjnych paneli krzemowych, które są ciężkie i przekroczyłyby możliwości nośne starszych budynków. Odpowiedzią na ten problem mogą być lekkie, cienkie ogniwa fotowoltaiczne na bazie perowskitów. Ich dużym atutem jest fakt, że oprócz dachów, można je instalować także na elewacjach, czyniąc budynki w pełni niezależnymi energetycznie. Co więcej ogniwa te mogą być dopasowane kolorystycznie do powierzchni, czyniąc je niemal niewidocznymi powiedział Piotr Krych, CEO Saule Technologies.

Nowa forma zdalnych zakupów. Jakie powinny być automaty na żywność?

Operatorzy automatów do odbioru przesyłek konsekwentnie szukają rozwiązań, które z perspektywy konsumentów będą jak najbardziej wygodne, wydajne i pozwolą zaoszczędzić jakże cenny czas. W natłoku codziennych obowiązków coraz trudniej wygospodarować chwilę na porządne zakupy, nie wspominając o obecności w domu podczas wizyty kuriera. Automaty na żywność muszą być nie tylko proste w obsłudze, ale przede wszystkim wytrzymałe i odpowiednio dostosowane do zakupów online.

Rynek e-commerce rośnie w skali globalnej bardzo szybko, jednak w Polsce takie rozwiązania wciąż cieszą się umiarkowanym zainteresowaniem konsumentów. Wynika to z wieloletnich przyzwyczajeń, braku świadomości czy rozpoznawalności tego typu usług, ale również jest efektem ograniczonego zaufania do automatów, które przecież muszą utrzymać żywność w odpowiedniej temperaturze i jakości. Warto jednak iść z duchem czasu oraz otwierać się na nową generację klientów, dla których Internet nie jest tylko źródłem wiedzy, lecz w głównej mierze sposobem na optymalizację czasu. Innym aspektem jest rzecz jasna pandemia koronawirusa – przyspieszyła wszelkie możliwe procesy online, których głównym beneficjentem okazał się cały sektor
e-commerce.

Bezpieczeństwo i jakość produktów

Na rynku nie brakuje zaawansowanych technologicznie urządzeń, które pozwalają utrzymywać żywność w odpowiednich warunkach. Automaty umożliwiają przekazywanie zakupów e-grocery z wykorzystaniem specjalnych pojemników utrzymujących temperaturę. Żywność może być w nich bezpiecznie przechowywana. Pozwala to na wydawanie zakupów spożywczych z wykorzystaniem urządzeń działających na zasadach agnostycznych, czyli dostępnych dla wszystkich kurierów.

Pandemia zrewolucjonizowała sposób życia konsumentów. Za naszą zachodnią granicą, w Niemczech automaty z żywnością cieszą się bardzo dużą popularnością. Zakupy w podróży czy w przysłowiowym „biegu” za pomocą smartfona są realizowane coraz chętniej, a jako punkt odbioru wskazuje się właśnie automat. Takie rozwiązanie ułatwia bieżące funkcjonowanie, tym bardziej że czasu na zakupy jest coraz mniej i nie trzeba czekać w domu o określonej porze na wizytę kuriera.

Z perspektywy sieci handlowej, dla której czas pracy kurierów jest bezcenny, dostarczenie kilkunastu zamówień do jednego urządzenia jest bardzo efektywne. Należy jednak mieć na uwadze, że urządzenie z żywnością jest droższe w eksploatacji od zwykłego automatu. Wystarczy wspomnieć o tym, że część skrytek musi uwzględniać funkcję lodówki, co wprost podnosi koszt instalacji oraz użytkowania. Taka maszyna jest również w stanie „obsłużyć” w tym samym czasie mniejszą liczbę klientów niż tradycyjne urządzenie. Nie zmienia to jednak faktu, że najbliższa przyszłość wymusi na producentach i sprzedawcach wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, często bez względu na koszty, tym bardziej że zwrot z inwestycji może okazać się bardzo kuszącą perspektywą.

Łukasz Łukasiewicz, Operations Manager SwipBox Polska

Jak staż pracy wpływa na wymiar urlopu

Przywilejem każdego pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę jest prawo do urlopu wypoczynkowego. Jego wymiar zależny jest od kilku czynników, m.in. od stażu pracy. Choć obliczanie stażu pracy może wydawać się nieskomplikowanym procesem, to podczas jego wyliczania mogą pojawić się pewne wątpliwości.

Od czego zależy wymiar urlopu poszczególnego pracownika?

Długość urlopu wypoczynkowego przysługującego danemu pracownikowi obliczana jest indywidualnie na podstawie przepisów Prawa Pracy i zależy m.in. od długości stażu pracy danej osoby. Punktem wyjścia przy ustalaniu wymiaru urlopu jest okres 10 lat. Osobom, których okres zatrudnienia jest krótszy niż 10 lat, przysługuje 20 dni urlopu, natomiast osobom z okresem zatrudnienia powyżej 10 lat należy się 26 dni. Liczba przysługujących pracownikowi dni urlopu może ulec zmianie na korzyść pracownika na podstawie wewnętrznych regulacji danego zakładu pracy.

Czy wymiar urlopu może zostać pomniejszony?

Wymiar urlopu wypoczynkowego może zostać proporcjonalnie obniżony w sytuacji, gdy nieobecność pracownika w czasie danego roku kalendarzowego wynosi co najmniej 1 miesiąc (liczony jako 30 dni kalendarzowych (Art. 1552)) oraz dotyczy:

  • bezpłatnego urlopu,
  • urlopu wychowawczego,
  • tymczasowego aresztowania,
  • odbywania kary pozbawienia wolności,
  • nieusprawiedliwionej obecności w pracy,
  • odbywania zasadniczej służby wojskowej bądź jej form zastępczych.

Szczególnym przypadkiem pomniejszenia wymiaru urlopu wypoczynkowego jest urlop wychowawczy. W tym przypadku zgodnie z przepisami z dnia 13 października 2013 roku proporcjonalne obniżenie urlopu jest możliwe wyłącznie w przypadku, gdy pracownik 1 stycznia danego roku pozostawał na urlopie wychowawczym, w wyniku czego nie nabył prawa do urlopu. Jeśli pracownik nabył prawo do urlopu wypoczynkowego (urlop wychowawczy przypada po 1 stycznia), a jego nieobecność związana z urlopem wychowawczym była rozpoczęta i zakończona w tym samym roku kalendarzowym, to pracodawca nie ma prawa pomniejszyć tego urlopu.

Co to jest staż pracy i co się do niego wlicza?

Staż pracy to suma okresów zatrudnienia. Ustalenie długości stażu pracy jest istotne nie tylko w przypadku ustalenia wymiaru urlopu, ale również podczas określania okresu wypowiedzenia, prawa do emerytury, odprawy, czy nagród jubileuszowych. Oprócz okresów zatrudnienia (bez względu na wymiar etatu lub tryb rozwiązania umowy) do stażu pracy zalicza się również okres służby wojskowej, okres urlopu wychowawczego. Na staż pracy wpływ ma również rodzaj ukończonej szkoły i wynosi odpowiednio:

  • 3 lata w przypadku zasadniczej szkoły zawodowej,
  • 4 lata w przypadku średniej szkoły ogólnokształcącej,
  • 5 lat w przypadku średniej szkoły zawodowej,
  • 6 lat w przypadku szkoły policealnej,
  • 8 lat w przypadku szkoły wyższej.

Wymiar urlopu obliczany jest na podstawie udokumentowanych okresów. W przypadku gdy okresy nauki i pracy nakładają się, do stażu wliczany jest korzystniejszy dla pracownika wariant. Do stażu pracy nie wliczamy natomiast okresów zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych oraz okresów prowadzenia działalności gospodarczej.

Anna Nieroda, Ekspert ds. kadr i płac w MDDP Outsourcing w Warszawie

ZPP krytycznie o zakazie hodowli zwierząt futerkowych

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców krytycznie ocenia plan ustawy o ochronie zwierząt w zakresie zakazu hodowli zwierząt futerkowych, zakazu uboju rytualnego oraz możliwości odbierania zwierząt przez organizacje społeczne oraz nadanie im prawa do wejścia na teren nieruchomości bez zgody lub pomimo sprzeciwu jej właściciela. Dział hodowli zwierząt futerkowych oraz uboju rytualnego w istocie niczym się nie różnią od innych działów przemysłowej produkcji zwierząt i ich likwidacja ma charakter wyłącznie ideologiczny. W nowym raporcie ZPP podaje także dane dot. hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.

ZPP w swoim raporcie zaznacza, że dopuszczenie do gwałtownej likwidacji całej branży wiązałoby się z negatywnymi skutkami gospodarczymi, a przede wszystkim wpłynęłoby na zmniejszenie poczucia bezpieczeństwa prawnego przedsiębiorców w Polsce. Związek podkreśla, że wiele firm ma wieloletnie zobowiązania finansowe – dla nich uniemożliwienie prowadzenia biznesu może okazać się szczególnie dotkliwe.

– Zakaz hodowli zwierząt futerkowych oraz uboju rytualnego stanowi niebezpieczny precedens, który w dłuższym okresie może doprowadzić do uniemożliwienia hodowli zwierząt na cele spożywcze. Ani bowiem hodowla zwierząt futerkowych, ani ubój rytualny, nie różnią się „okrucieństwem” od analogicznych działów produkcji rolnej. Konsekwentna realizacja założeń stojących za procedowanym w tej chwili projektem ustawy doprowadziłaby w oczywisty sposób do zniszczenia polskiego sektora produkcji rolnej, wartego miliardy euro. Jedynym beneficjentem tego rozwiązania będą rynki zachodnie, deklaratywnie „prozwierzęce”, jednak w praktyce konsekwentnie wspierające własny interes gospodarczy – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

– Fermy futrzarskie stanowią istotną część rolnictwa, również w państwach silnie kojarzonych z ochroną praw zwierząt. Mowa tutaj o państwach skandynawskich, a przede wszystkim Danii. Polska tymczasem jest drugim producentem skór zwierząt futerkowych w Europie. Zamknięcie tak prosperującej branży byłoby ewenementem. Rynek przejmą zagraniczni producenci. – stwierdza Piotr Palutkiewicz, z-ca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Zgodnie z najnowszymi danymi w Polsce działa 810 ferm hodujących zwierzęta futerkowe. Wg szacunków ZPP, pojedyncze duże gospodarstwo na koniec 2020 roku opłaci średnio podatki w wysokości 503,5 tys. zł (gdzie 90% tej kwoty stanowią podatki VAT, składki i PIT-y pracowników i właścicieli). Dla małej fermy wartość danin szacuje się na 100,3 tys. zł.

Istotnym odnotowania jest fakt, że w branży ulokowanym jest niemal w całości z polski kapitał. Aż 92 procent właścicieli ferm deklaruje, że nie korzysta i nigdy nie korzystała z zagranicznych źródeł finansowania. 95% produkcji futer przeznaczanych jest na eksport, co przynosi przychody w kwocie około 1,5 miliarda złotych rocznie – podaje Związek.

– Zamknięcie branży będzie się wiązało z wypłatą odszkodowań dla rolników. Bazując na kalkulacjach dotyczących kwot odszkodowań wypłacanych w Czechach, Holandii czy Norwegii, a także biorąc pod uwagę wielkość rynku w Polsce (810 aktywnych ferm, ponad 6,3 mln hodowanych zwierząt), można oszacować kwotę odszkodowań wynikających z wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych na ok. 2,7 mld zł. – ocenia Kamila Sotomska, Analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP i dodaje – Gospodarka straci podwójnie – raz przez likwidację podmiotów gospodarczych i wszelkie wynikające z tego konsekwencje, po wtóre przez konieczność wypłaty odszkodowań z budżetu państwa.

– Jesteśmy tez całkowicie załamani sposobem procedowania tej ustawy. Nie ma żadnego interesu publicznego, żeby to robić po nocach, w 48 godzin, bez konsultacji, analiz, dyskusji. Po tym wydarzeniu ryzyko regulacyjne inwestycji radykalnie wzrośnie i będzie miało katastrofalny wpływ na i tak już niski poziom inwestycji – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

Deflacja w Unii. FED bez zmian

Rezerwa Federalna postanowiła nie tylko nie zaskoczyć rynków, ale opublikować wskazówki na przyszłość mające nas tylko utwierdzić, że dużo się musi zmienić, by doszło do zmiany polityki. Wynagrodzenia w Polsce rosną powyżej oczekiwań.

FED niczym nie zaskakuje

Posiedzenie FED-u okazało się zgodne z oczekiwaniami. Rekordowo niskie stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie 0-0,25% do końca 2023 roku. Pojawił się co prawda haczyk w postaci rosnącej inflacji, ale już teraz zapowiedziano, że docelowy jej poziom to 2%. Dodano również, że czasowo dopuszczalne jest przekroczenie tego poziomu, gdyż chodzi o średni poziom tego wskaźnika. Inwestorzy wyraźnie spodziewali się dodatkowych działań w ramach pobudzania gospodarki, które nie nastąpiły. W rezultacie byliśmy świadkami umacniania się dolara.

Wynagrodzenia w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj dane GUS na temat rynku pracy. Zatrudnienie w ujęciu rocznym spada o 1,5%, co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Wynagrodzenia rosną z kolei o 4,1%, czyli 0,1% powyżej oczekiwań. W rezultacie mamy w Polsce średnią pensję na poziomie 5337 zł brutto. Mowa o przedsiębiorstwach zatrudniających przynajmniej 10 pracowników. Dane te nie miały większego wpływu na złotego, gdyż były niemal równe oczekiwaniom analityków.

Deflacja w Unii

Średni poziom inflacji w Unii Europejskiej wyniósł właśnie wg. danych Eurostatu -0,2%. Oznacza to, że mamy do czynienia z deflacją. Patrząc na sytuację w poprzednim kryzysie trudno nie zauważyć pewnego podobieństwa. Europie relatywnie łatwo przyszło ustabilizowanie gospodarki, problem był natomiast z przywróceniem jej na ścieżkę wzrostu i wyrwaniem z marazmu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Tower Investments aktualizuje strategię i rozszerza działalność o produkcję spożywczą i delikatesy internetowe

Tower Investments, warszawska spółka notowana na GPW od 2017 roku, opublikowała aktualizację strategii na lata 2017-2022. Poza kontynuacją podstawowej działalności związanej z szeroko rozumianymi projektami developerskimi, Tower Investments rozszerza działalność o produkcję spożywczą i delikatesy internetowe.

Od 2017 roku grupa Tower Investments zakontraktowała ponad 40 projektów deweloperskich. Do końca 2022 roku planuje co najmniej kolejnych 30 projektów obejmujących markety spożywcze, obiekty usługowe, parki handlowe i projekty mieszkaniowe.

– Nadal będziemy skupiać się na naszej podstawowej działalności, ale zmiany rynkowe i pandemia COVID 19 sprawiły, że zdecydowaliśmy o jej rozszerzeniu pozostając jednak w obrębie szeroko rozumianego rynku spożywczego. Chcemy przez to zdywersyfikować źródła przychodów tak by nasz biznes był bardziej bezpieczny. Po blisko rocznych badaniach możliwości, zidentyfikowaliśmy dwa nowe obszary, w których możemy budować kompetencje. Jest to produkcja wyrobów cukierniczych wspierana bliską współpracą z braćmi Gessler oraz dostawa wysokiej jakości produktów spożywczych poprzez delikatesy internetowe Deli2.pl – zapowiada Bartosz Kazimierczuk, prezes Tower Investments.  

Pomysł z produkcją słodyczy związany jest z przejęciem w 2019 roku zakładu produkcyjnego w okolicach Torunia. Doświadczenia zespołu w branży spożywczej, analiza rynku pakowanych wyrobów cukierniczych oraz przejęcia zakładu produkcyjnego sprawiły, że podjęliśmy decyzję o stworzeniu nowej marki wspólnie z braćmi Gessler- tłumaczy Bartosz Kazimierczuk.  Projekt zakłada koncentrację na pakowanych wyrobach cukierniczych przeznaczonych do handlu detalicznego oraz mieszankach spożywczych. Zdolności produkcyjne zakładu wynoszą obecnie ponad 1000 ton ciast pakowanych oraz 2000 ton mieszanek spożywczych rocznie.

33 lata temu, z moim bratem, Piotrem Gesslerem, otworzyliśmy kawiarnię w Pałacu Błękitnym – „Gessler i Synowie”. Mentorem był nam Tata, Zbigniew Gessler, wybitny Cukiernik, Przewodniczący Związku Cukierników Polskich, Starszy Cechu, z ramienia Rzemiosła, Poseł na Sejm. Przez wszystkie te lata, obaj robiliśmy ciasta, przyjmowaliśmy gości w naszych cukierniach i restauracjach, zawsze kierując się zasadą, którą przekazał nam Ojciec – ‘Gość jest Święty!’. Każde ugotowane danie i każde upieczone ciasto ma być zrobione najlepiej jak potrafimy. Takie też zasady przekazujemy Manufakturze Gessler, która to według naszych (i naszego Taty) receptur rozpoczyna produkcję Ciast Regionalnych podkreśla Adam Gessler.

Delikatesy internetowe, które jeszcze w tym roku wystartują w Warszawie pod adresem Deli2.pl, będą rozwijane w największych polskich aglomeracjach i zaoferują najwyższej jakości produkty spożywcze. Po upadku takich sieci stacjonarnych jak Bomi czy Alma, a także w następstwie epidemii COVID-19, na rynku pojawiło się miejsce dla tego typu projektu. – Rosnące znaczenie e-commerce i e-grocery, doświadczenia z ostatnich miesięcy pandemii, zainspirowały nas do stworzenia nowatorskiego serwisu zakupowego dla wymagających klientów w największych aglomeracjach. Istniejące serwisy delivery oferują podstawowe produkty spożywcze. Brak jest oferty delikatesowej- podkreśla prezes Tower Investments.

W celu realizacji projektów zostały powołane dwie spółki w których Tower Investments objął większościowe udziały: Deli 2 S.A. oraz Manufaktura Gessler S.A.

USA chcą gospodarczego rozwodu z Chinami. Kto zyskuje a kto traci?

O amerykańsko-chińskim konflikcie handlowym ostatnio mówi się nieco mniej. Jednak nie oznacza to, że traci on na swojej intensywności. Jest wręcz przeciwnie. Wygląda na to, że wkrótce będziemy świadkami decydującej rozgrywki.

Stany Zjednoczone, jako największa gospodarka świata, z reguły kierują się w swojej polityce dość specyficzną logiką. Nie boją się wzrostu znaczenia i siły innych państw. Wręcz przeciwnie, uważają, że właśnie z silnymi i bogatymi partnerami robi się najlepsze interesy. Między innymi dlatego po drugiej wojnie światowej USA zainwestowały ogromne środki w plan Marshalla oraz inne formy pomocy dla Europy Zachodniej i Japonii. Dlatego też mają często nieproporcjonalnie duży udział w finansowaniu takich instytucji jak ONZ, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. W Ameryce zawsze uważano, że należy wspierać ogólnoświatowy rozwój gospodarczy.

Ameryce wyrasta równorzędny partner

Jednak coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, czy tę logikę można zastosować do współczesnych Chin. Czy potężne i bogate Chiny rzeczywiście są w interesie Stanów Zjednoczonych? Nie ma wątpliwości, że z Waszyngtonu inaczej patrzy się na Niemcy, Japonię, Wielką Brytanię czy Rosję a inaczej na Chiny. Na mapie świata po raz pierwszy pojawiło się państwo, którego Stany Zjednoczone mogą się obawiać.

W USA coraz bardziej powszechne staje się przekonanie, że obie gospodarki są ze sobą za bardzo powiązane. Za szczególnie niebezpieczny uważany jest chiński monopol na produkcję niezbędnych składników do popularnych lekarstw. Podobnie jest z produkcją części do artykułów elektronicznych. Hiperglobalizacja doprowadziła do tego, że Stany Zjednoczone straciły możliwość samodzielnej produkcji wielu niezbędnych artykułów. Istotnym powodem do obaw jest też chińskie podejście do demokracji i praw człowieka.

Kto zyskuje a kto traci

Według najczęściej przyjmowanej optyki, intensywne kontakty handlowe pomiędzy oboma krajami doprowadziły do tego, że amerykańskie miejsca pracy zostały wyeksportowane do Chin. Okazuje się jednak, że ten pogląd ma się nijak do rzeczywistości. Już od dłuższego czasu bezrobocie spada w Stanach Zjednoczonych a rośnie w Chinach. Nie jest więc prawdą, że wyłącznie Chiny odnoszą korzyści z dostępu do amerykańskiego rynku. Dla amerykańskich korporacji możliwość produkcji w Chinach oznacza radykalny spadek kosztów. Na przykład w przypadku produkcji iPhone’a zysk pozostający w Chinach jest około 10 krotnie niższy niż osiągany przez firmę Apple. Amerykańskie firmy po prostu robią świetny interes na produkcji w Chinach.

Inaczej mówiąc – Stany Zjednoczone i państwa Europy zachodniej konsumują owoce pracy chińskich pracowników. I w długiej perspektywie właśnie to jest dla Chin niekorzystne. Co prawda konsumpcja w Chinach dynamicznie rośnie ale PKB na mieszkańca tylko nieznacznie przekracza 10 000 $. Chiński wzrost, choć imponujący w procentach, jest cały czas znacznie niższy od amerykańskiego w wartościach bezwzględnych.

Znaczenie powiązań USA i Chin będzie spadać

Wygląda na to, że w dłuższej perspektywie obydwa kraje będą się potrzebowały coraz mniej. I będzie to rozwód nie z nienawiści a z rozsądku. USA obawiają się chińskiego wzrostu i chcą chronić własną gospodarkę a jednocześnie w interesie Chin jest konsumpcja owoców własnej pracy. Ponadto postęp technologiczny i automatyzacja produkcji już w najbliższych latach mogą doprowadzić do tego, że coraz bardziej będzie spadać znaczenie niewykwalifikowanej siły roboczej. Spadną koszty produkcji w USA i Europie Zachodniej i produkcja w Chinach przestanie być tak opłacalna.

Rozważając scenariusze konfliktu amerykańsko chińskiego nie można zapominać o tym, że istnieje jeszcze jeden gracz, który ma ambicję aby włączyć się do rozgrywki. Chodzi oczywiście o Indie, gdzie aktualnie koszty produkcji są znacznie niższe niż w Chinach. Indie jako państwo demokratyczne i szanujące prawa człowieka, mogą być znacznie bardziej pożądanym partnerem dla państw Zachodu.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema

Rośnie popyt na zielone centra danych. Powód? Rosnące koszty energii i emisja CO2

181,91 mld USD – taką wartość ma osiągnąć rynek „zielonych” centrów danych do 2025 r. – wynika z analiz firmy Mordor Intelligence. Oznacza to wzrost r/r na poziomie 23,01% w ciągu 5 lat. Warto przypomnieć, że jeszcze w 2019 r. wartość rynku szacowano na 53,19 mld dolarów. 

Z roku na rok coraz więcej obiektów data center będzie zasilanych „zieloną” energią. To główny wniosek jaki wyłania się z raportu „Green Data Center Market – Growth, Trends and Forecast (2020 – 2025)” przygotowanego przez firmę analityczną Mordor Intelligence. Google zapowiedział, że do 2030 r. zamierza korzystać tylko z bezemisyjnych źródeł energii. Z kolei Microsoft testuje zasilanie centrum danych technologią wodorową i z powodzeniem realizuje od dwóch lat projekt Natick. Wnioski z eksperymentu mają być podstawą do tworzenia programów zrównoważonego rozwoju dla centrów danych.

Coraz więcej danych, coraz większa emisja

Zdaniem analityków głównym powodem szybkiego rozwoju centrów danych zasilanych energią odnawialną są regulacje. Wymuszają one na operatorach zmniejszenie zużycia prądu i redukcję śladu węglowego. Głosy na ten temat pojawiają się zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej. Strategia Komisji Europejskiej zakłada, że do 2030 r. centra danych powinny być neutralne emisyjnie. Choć nie ma jeszcze szczegółowych wytycznych, unijni urzędnicy zwracają uwagę, że sektor ICT odpowiada już dzisiaj za 5% do 9% światowego zużycia energii i ponad 2% całkowitej emisji CO2. W 2030 r. zużycie energii elektrycznej przez same tylko centra danych wzrośnie z obecnych 2% do aż 8%.

Przeniesienie wielu naszych aktywności do sfery online: pracy, edukacji, zdrowia czy zakupów sprawia, że liczba cyfrowych danych wrasta gigantycznie. Jeszcze zanim pandemia przyśpieszyła digitalizację i wdrażanie technologii 5G, Internetu Rzeczy czy chmury obliczeniowej, mówiono o tsunami danych. To bardzo sprzyja rozwojowi rynku centrów danych i jednocześnie zwiększa konsumpcję energii elektrycznej. Niektóre data center zużywają jej dzisiaj tyle, ile małe miasto. – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl, która zapowiedziała w sierpniu br. rozbudowę swojego kampusu data center w Poznaniu. Jego moc wzrośnie z 8MW do aż 42MW (megawat) i będzie on w całości zasilany energią ze źródeł odnawialnych.  – Podejmowanie działań ograniczających negatywny wpływ centrów danych na środowisko jest niezbędne. Co ważne i co mnie osobiście cieszy, coraz więcej klientów ma wpisaną redukcję CO2 do swoich korporacyjnych wartości i chętniej wybierają do współpracy partnerów działających zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to także hyperscalerów, którzy kolokują swoje serwery w centrach danych spełniających wymagania dotyczące niskiej emisji CO2 – dodaje Wojciech Stramski.

Rosnący popyt na energię elektryczną przez centra danych dobrze ilustrują dane firmy Mordor Intelligence. Szacuje się, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych w 2013 r. zużyły one 91 mld kilowatogodzin energii elektrycznej emitując przy tym do atmosfery 97 mln ton CO2. W tym roku zużycie energii przez data center ma sięgnąć 139 mld kilowatogodzin, a emisja CO2 do atmosfery wynieść 147 mln ton. Te liczby cały czas rosną. Huawei szacuje, że popyt na usługi centrodanowe ma wzrosnąć do 2030 r. od 3 do nawet 10 razy.

Wysokie rachunki za prąd

Nie bez znaczenia dla rozwoju zielonych centrów danych są także rosnące koszty energii.
Z raportu „Green Data Center Market – Growth, Trends and Forecast (2020 – 2025)” wynika, że rachunki jakie płacą amerykańskie centra danych wzrosły z 9 mld dolarów w 2013 r. do 13,7 mld dolarów w tym roku. Również w Polsce należy liczyć się w kolejnych latach z rosnącymi cenami energii elektrycznej, które na tle UE wciąż należą do niskich. Dostawcy z sektora Data Center będą więc szukać zielonych rozwiązań, które ograniczą ich rachunki.

„Rozwiązania technologiczne, które pozwalają zmniejszyć zużycie energii są przy wdrożeniu droższe od standardowych, ale pozwalają uzyskać oszczędności w długofalowej perspektywie. Pamiętajmy o tym, że prąd wykorzystywany do zasilania i chłodzenia serwerów to jedna z najważniejszych pozycji na liście kosztów data center. W praktyce, im niższe jest zużycie prądu, tym niższe mogą być rachunki dla klienta końcowego  – zwraca uwagę Michał Grzybkowski, Executive VP Technology w Beyond.pl. – Już samo wykorzystanie energii cieplnej z serwerowni do ogrzewania budynku biurowego i technicznego czy chłodzenie adiabatyczne data center, które wykorzystujemy w naszym kampusie, daje namacalne korzyści, a to tylko część ze stosowanych obecnie rozwiązań” – dodaje Michał Grzybkowski.

Data Center 2 spółki Beyond.pl będąc zasilane „zieloną” energią jest uznane za jedno
z najbardziej efektywnych kosztowo obiektów w Polsce. Przy pełnym wykorzystaniu mocy Data Center osiąga poziom PUE poniżej 1.2, podczas gdy średnia rynkowa w Polsce wynosi
1.4-1.6.

Przykładem zagranicznym zielonego Data Center jest projekt zrealizowany w norweskiej kopalni Lefdal. Tamtejsze centrum przetwarzania danych zbudowano 150 metrów w głąb góry, w dawnej kopalni. Jest zasilane wyłącznie energią odnawialną generowaną lokalnie, ainfrastruktura energetyczna dostarcza czystą energię generowaną przez cztery hydroelektrownie lodowcowe i dwie farmy wiatrowe.

Polityka ograniczająca emisję gazów cieplarnianych i promująca zrównoważony rozwój będzie miała swoje reperkusje na rynku przetwarzania danych, szczególnie że wciąż niewielu dostawców wykorzystuje „zielone” technologie. Prognozy przewidują największy wzrost inwestycji w zielone centra danych w Azji i Australii, nieco mniejszy w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Niższe inwestycje są prognozowane w Afryce i Ameryce Południowej.

Co przyciąga Polaków do chmury?

Bezpieczeństwo danych to główny czynnik, który przyciąga polskich przedsiębiorców do chmury, tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Aruba Cloud. Firmy zwracają uwagę nie tylko na certyfikaty, jakimi mogą pochwalić się dostawcy, ale także na to, gdzie znajdują się centra danych i czy podlegają one europejskiej legislacji. Okazuje się, że na przeszkodzie często stają wewnętrzne procedury wdrożone w firmach.

Przede wszystkim bezpieczeństwo

Już 33 proc. polskich średnich i dużych przedsiębiorców wykorzystuje cloud computing w swojej firmie. Tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Aruba Cloud i Intel. Wybierając tę usługę, podstawowym czynnikiem branym pod uwagę są certyfikaty jakimi może pochwalić się dostawca chmury – tak deklaruje 37 proc. badanych. Równie istotna okazuje się cena, na tę kwestię również zwraca uwagę 37 proc. średnich i dużych firm. Na kolejnej pozycji, ze wskazaniem ze strony 14 proc. respondentów, znalazła się gwarancja nieprzerwanego świadczenia usługi. Takie wyniki zdaniem Marcina Zmaczyńskiego, CEE of Marketing w Aruba Cloud stawiają polski rynek w pozytywnym świetle. – Fakt, że wybór odpowiedniego dostawcy poprzedza dokładna analiza bezpieczeństwa i ograniczanie potencjalnego ryzyka, pokazuje, że stajemy się dojrzałym rynkiem, który rozumie, jak wiele zależy od tego, komu powierzymy nasze dane. Jednocześnie umacnia się przekonanie, środowisko chmurowe może pomóc zagwarantować cyfrowe bezpieczeństwo wewnątrz organizacji.

Liczy się lokalizacja

Prócz obawy o zapewnienie stałego dostępu do danych, równie istotne okazuje się zagwarantowanie, by nie miały do nich dostępu służby obcych państw, czy przestępcy zajmujący się szpiegostwem gospodarczym. Dlatego w świadomości respondentów dużą rolę odgrywa fizyczna lokalizacja centrum danych, które zajmuje się przetwarzaniem firmowych plików. Aż 59 proc. badanych uważa, że kraj pochodzenia dostawcy ma znaczenie przy wyborze usługi. Z kolei 44 proc. chce, aby data center podlegały unijnej legislacji. – Firmy rozumieją, że ich dane są tak bezpieczne, jak centrum danych, w którym są przechowywane. Dostawcy, którzy przykładali dużą wagę, by wykorzystywana przez nich infrastruktura spełniała najwyższe standardy bezpieczeństwa, budzą większe zaufanie – komentuje Marcin Zmaczyński. – Ponadto, jeśli autorytet dostawcy podparty jest wiarygodną legislacją, która uniemożliwia nieautoryzowany dostęp do danych, firmy są bardziej skłonne do migracji. Znaczenie lokalizacji pokazuje chociażby niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który stwierdził nieważność umowy o przepływie danych pomiędzy Unią, a USA. Według TSUE, amerykańskie przepisy nie zapewniają ochrony danych osobowych klientów spoza USA przed działaniami agencji bezpieczeństwa NSA.

Jednak do osiągnięcia poziomu implementacji technologii chmurowych, który byłby bliski 50 proc., jak ma to miejsce w krajach skandynawskich, konieczne jest pokonanie kilku istotnych przeszkód. Bezpieczeństwo to nie tylko główny argument za migracją, ale również źródło obaw. Nadal 41 proc. badanych uważa, że obawy o dane to główny czynnik zniechęcający do migracji. Znacznie mniej, bo 23 proc. wskazuje na potencjalne koszty związane z tym procesem. Badacze postanowili także zapytać respondentów, którzy nie zdecydowali się na wykorzystanie chmury w swojej firmie o powód takiej decyzji. Głównym czynnikiem (34 proc.) okazały się wewnętrzne procedury, które na to nie pozwalają. Niewiele mniej, bo 27 proc. wskazało na brak zaufania do tego typu rozwiązań. Z kolei 24 proc. stwierdziło, że rozwiązania chmurowe nie są potrzebne, by ich firmy skutecznie radziły sobie na rynku.

Jako dostawca usług chmurowych cieszymy się rosnącym zaufaniem firm do oferowanych przez nas rozwiązań – podsumowuje Marcin Zmaczyński. – Jednocześnie widzimy, że jeszcze dużo pracy przed nami, by przekonać klientów, że to właśnie chmura jest bezpiecznym, opłacalnym i najbardziej perspektywicznym kierunkiem w rozwoju infrastruktury IT, jaki może obrać firma.INFOGRAFIKA-Co przyciąga Polaków do chmury

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu i lutym br. na próbie 654 średnich (ponad 50 pracowników) i dużych firm (powyżej 250 pracowników), mających siedzibę w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Ankietowanymi były osoby odpowiedzialne w przedsiębiorstwach za infrastrukturę IT. Badanie, na zlecenie Aruba Cloud i Intel, przeprowadziła pracownia badawcza ARC Rynek i Opinia.

Polscy producenci żywności mogą zwiększyć i obronić marżę. Wiele ścieżek, dwa kierunki

Sektor produkcji żywności to jeden z najważniejszych segmentów polskiej gospodarki oraz jeden z liderów rozwoju. Jednak za dynamiczną ekspansję firmy płaciły obniżaniem marż. Nasza pozycja na światowych rynkach jest dosyć silna. Czas więc powalczyć nie tylko o wolumeny, ale też o marże – piszą autorzy raportu „Czas na marże. Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności” przygotowanego dla Santander Bank Polska przez SpotData.

Pandemia koronawirusa była dla producentów żywności dużym wstrząsem, nawet jeżeli branża ta nie była na pierwszym froncie uderzenia kryzysu. Eksport polskiej żywności w niektórych segmentach rynku, jak mięso, spadł gwałtownie, ale rynek jako całość nie zanotował dużych spadków. W kwietniu eksport żywności był zaledwie o 3,5 proc. niższy rok do roku, a w maju był już na plusie. Istnieje szansa, że cały rok zakończy się̨ wynikiem podobnym do 2019 roku, co jeszcze w kwietniu wydawało się̨ mało prawdopodobne.

Polska w światowej ekstraklasie

Mimo trwającej recesji czas już myśleć, co będzie działo się po niej. Najważniejsze trendy gospodarcze z minionych lat powinny zostać utrzymane. A to oznacza, że perspektywy dla ekspansji polskich producentów żywności na świecie są bardzo pozytywne.

Polska może w ciągu dekady wejść do pierwszej dziesiątki największych eksporterów żywności na świecie. Obecnie zajmuje 17. miejsce, ale dystans dzielący ją do miejsca 10. zmniejsza się w tempie ok. 3 pkt proc. rocznie. Jeszcze w momencie wejścia Polski do UE eksport żywności stanowił 22 proc. kraju z 10. miejsca (Belgii), obecnie jest to 68 proc.

– Jest to tym bardziej prawdopodobne, że nasz kraj posiada w tej dziedzinie istotne przewagi konkurencyjne – dobre warunki, solidne firmy, utarte szlaki handlowe, wciąż atrakcyjne koszty pracy. W wielu branżach Polska już jest w pierwszej dziesiątce światowych eksporterów – tak jest w produkcji mięsa i przetworów mięsnych, mleka i nabiału czy produktów mącznych – komentuje Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG Santander Bank Polska.

Awans w światowym systemie handlu żywnością̨ będzie wymagał zmian wśród polskich firm

Wyzwaniem dla Polski jest sprzedawanie towarów do krajów poza UE. Dotyczy to szczególnie żywności przetworzonej, w przypadku której handel na dalekie odległości jest generalnie większy niż w przypadku żywności nieprzetworzonej. W tej kategorii przeciętna odległość pokonywana przez eksportowane z Polski towary żywnościowe jest znacznie mniejsza niż̇ w przypadku Francji, Włoch, Niemiec czy Holandii.

Firmy będą musiały pokonać wiele barier, by awansować w łańcuchach dostaw. Bariery te można podzielić na dwie grupy – biznesowe i regulacyjne.

– Jako oddzielne wyzwanie, któremu w naszym raporcie poświęcamy najwięcej miejsca, traktujemy zdolność awansu na drabinie produkcji, czyli zwiększania marzż na sprzedawanych towarach. Do tego istnieją̨ dwie ścieżki, niekoniecznie się̨ wykluczające, choć inne – jest to albo ścieżka zwiększania stopnia przetworzenia produkowanych towarów, albo ścieżka zwiększania efektów skali poprzez automatyzację i efektywność – komentuje Ignacy Morawski, dyrektor SpotData.

Zostały one określone w raporcie jako ścieżka francuska oraz ścieżka niderlandzka.

W minionej dekadzie polskie firmy doświadczyły silnej presji na marże

– Polskie firmy produkujące żywność rozwijają̨ się̨ bardzo szybko, ale za rozwój płacą
cenę̨ w postaci obniżających się̨ marż. Niskie marże mogą̨ utrudniać́
dalszy rozwój, jeżeli czynią̨ firmę̨ zbyt wrażliwą na wahania kosztów lub uzależnioną
od jednego odbiorcy
– podkreśla Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska.

Od początku dekady wartość dodana generowana na każde euro sprzedaży obniżyła się̨ w Polsce o 1,2 proc. W tym samym czasie analogiczny wskaźnik dla Francji podniósł się̨ o 3,2 proc., dla Niemiec o 1,5 proc., dla Czech o 2,2 proc., dla Węgier o 1,6 proc. Spadek w Polsce jest zatem zjawiskiem wyróżniającym się̨ negatywnie na tle innych krajów europejskich.

Tabela 1. Czynniki zwiększające długookresową presję na marżę w sektorze produkcji żywności

1.     Rozwój łańcuchów dostaw

Duzi producenci z krajów rozwiniętych coraz większą część produkcji zlecają na zewnątrz, często w innych krajach. To daje szanse na rozwój dostawcom, ale też wywiera presję na ich marże.

 

2.     Konsolidacja handlu

Sektor handlowy przechodzi szybką transformację i konsolidację. Większa liczba dużych podmiotów w sektorze sprawia, że dostawy produktów są na gorszej pozycji negocjacyjnej.

 

3.     Rozwój marek własnych

Firmy handlowe coraz większą część sprzedaży realizują pod własnymi markami, dla których firmy produkcyjne są tylko podwykonawcami. To obniża marże producentów.

 

4.     zmiany preferencji

To czynnik mniej widoczny w Polsce a coraz częściej obserwowany w krajach rozwiniętych. Preferencje konsumentów szybko się zmieniają, częściej odwracają się oni od znanych, tradycyjnych marek.

Źródło: Czas na marże. Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności

Wyniki raportu „Czas na marże”, ale też kwestie dot. nowych szans i zagrożeń związanych z pandemią oraz inne wyzwania branży zostaną omówione podczas bezpłatnego webinaru. Wydarzenie odbędzie się 23 września o godz. 14:00. Na wydarzenie można zapisać się na stronie: https://register.gotowebinar.com/register/4175050569386303758.

Wśród zaproszonych prelegentów znajdą się Maciej Kędzierski – CEO Hoogwegt Poland Sp. z o.o., Marcin Świąć – Prezes Zarządu SuperDrob S.A. oraz Ignacy Morawski – Dyrektor SpotData. Moderatorem dyskusji będzie Renata Dutkiewicz, Santander Bank Polska.

Pierwsze badanie polskich użytkowników Pinteresta

Pinterest coraz mocniej otwiera się na e-commerce w Polsce. Rośnie więc potrzeba poznania użytkowników tego medium. Jacy są polscy Pinnersi? Czy platforma ma potencjał sprzedażowy? Open Mobi przedstawia wnioski z przeprowadzonego niedawno badania.

Pinterest na przestrzeni lat z prostego narzędzia do dzielenia się pomysłami znalezionymi w internecie, zmienił się w globalną, wirtualną tablicę inspiracji. Po ponad dekadzie od debiutu z platformy korzysta 367 milionów użytkowników, którzy poszukują na niej ciekawych produktów oraz kreatywnych rozwiązań. Na polskim rynku medium dostępnie jest od 2013 r. i ma 3,7 mln aktywnych użytkowników.

Na Facebooku czy Instagramie użytkownicy dzielą się tym, co się wydarzyło w przeszłości lub dzieje aktualnie w ich życiu. Z klasycznych wyszukiwarek korzystają, gdy mają już gotowy pomysł i wiedzą, czego potrzebują. Na Pintereście skupieni są na przyszłości i planowaniu, są otwarci na nowe rzeczy i rozwiązania. Aż 97% wyszukiwań w tej aplikacji jest niebrandowanych, a więc bez wskazania konkretnej marki. Jednocześnie Pinnersi chętnie realizują pomysły znalezione właśnie tutaj – mówi Magdalena Pietruk, social content manager Open Mobi.

Jaki jest polski Pinners?

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez agencję Open Mobi, najliczniejszą grupę użytkowników w Polsce stanowią osoby w wieku 25-34 lata (47%). Zdecydowana większość Pinnersów to kobiety (86%). – Nie jest to zaskoczeniem, ponieważ właśnie panie uznawane są za głównych inicjatorów zmian i decydentów w wielu obszarach życia domowego. One też najczęściej finalnie dokonują zakupu[1] – zwraca uwagę Pietruk.

72% respondentów badania sprawdza aplikację Pinterest kilka razy dziennie, a aż 92% zagląda do niej przynajmniej raz w ciągu dnia. Prawie połowa Pinnersów w ciągu doby spędza na platformie godzinę, a 1/4 badanych nawet dłużej. 78% ankietowanych korzysta z tej wirtualnej wyszukiwarki przynajmniej 2 lata, a blisko 1/3 od ponad 3 lat.

Polscy Pinnersi szukają na platformie inspiracji prawie z każdej dziedziny życia, ale najbardziej lubią treści dotyczące mody, urody, wnętrz oraz kulinariów. 96% z nich deklaruje, że wcieliło w życie pomysł pochodzący z Pinteresta, a ponad połowa używa tej aplikacji do planowania wydarzeń. – Już teraz 90% naszych respondentów uznało treści pojawiające się w aplikacji za inspirujące do zakupów, a 57% kupiło produkt znaleziony w tym medium. A w Polsce Pinterest tak naprawdę dopiero otwiera się na e-commerce i działania reklamowe – zauważa Magdalena Pietruk.

Osoby korzystające z Pinteresta dbają o swoją kondycję fizyczną. 87% z nich uprawia sport, a 67% deklaruje, że jest aktywna fizycznie co najmniej 2 razy w tygodniu. Najchętniej jeżdżą na rowerze, uprawiają fitness oraz biegają. Zakupy najczęściej robią w sieciach sklepów H&M, Rossmann, IKEA, Biedronka i Castorama. Jeśli nie mają ochoty gotować, zamawiają jedzenie bezpośrednio z restauracji lub poprzez Pyszne.pl.

O badaniu

Badanie „Użytkownik Pinterest w Polsce” przeprowadzone zostało przez agencję Open Mobi między 12 a 29 maja 2020 roku metodą ankietową. Wzięło w nim udział 701 osób. W kwestionariuszu znalazło się 40 pytań dotyczących m.in. demografii, korzystania z aplikacji, szukanych Pinów, a także afiliacji z markami z kategorii uroda, moda, wystrój wnętrz, kulinaria, samochody oraz sport. Wykorzystano pytania jednokrotnego i wielokrotnego wyboru oraz dodatkowe pola na pogłębienie odpowiedzi. To pierwsze badanie polskiej społeczności użytkowników Pinteresta.

Link do raportu: https://www.openmobi.pl/public/raportpinterest/

[1] Mindshare Polska, „Zakupy w polskich domach – kto decyduje, a kto kupuje?”, 2019

Co piąta osoba wydaje ponad 500 zł miesięcznie na e-zakupy według najnowszego raportu „Zakupy online w Polsce 2020”

Według najnowszego raportu ExpertSender Zakupy online w Polsce 2020 Polacy chętnie robią zakupy w e-sklepach. W ciągu miesiąca, 31 proc. badanych stwierdziło, że wydaje od 101 do 300 zł, a 28 proc. że jest to około 301-500 zł. Najbardziej pożądanym udogodnieniem dla co piątego ankietowanego jest szybka i przewidywalna dostawa, natomiast największym utrudnieniem dla 15 proc. wyskakujące reklamy na stronach internetowych. Co ciekawe prawie co 10 osoba zadeklarowała, że nie porzuciła w ostatnim czasie koszyka.

W 2019 roku wartość polskiego e-commerce wyniosła 50 mld zł, a wzrost w bieżącym roku prognozowano na około 20%. Obserwujemy wzmożony ruch w sklepach internetowych, dlatego wartość e-commerce w tym roku może być znacznie większa, niż pierwotnie przewidywano. Klienci chętnie kupują w internecie, tylko 1% ankietowanych twierdzi, że robi to raz na rok. Zwiększone zainteresowanie e-handlem powoduje też zwiększoną konkurencję między sklepami internetowymi. Starają się one przyciągnąć nowych i zatrzymać istniejących klientów wszystkimi możliwymi sposobami. Pomocne w tym jest wykorzystywanie automatyzacji wielokanałowego marketingu — mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender.

Co piąta osoba wydaje ponad 500 zł miesięcznie na e-zakupy

W tym momencie 43 proc. badanych deklaruje, że kupuje online od minimum 8 lat, natomiast 22 proc., że jest to od 4 do 8 lat. Tylko 3 proc. osób robi zakupy online nie dłużej niż rok.

Co ważne na e-zakupy obecnie decydujemy się bardzo często. Na tę sytuację zapewne miała wpływ pandemia COVID-19 i wynikająca z tego kwarantanna społeczna. Tylko 8 proc. ankietowanych stwierdziło, że kupuje online raz na kwartał lub rzadziej. Podczas gdy, 59 proc. twierdzi, że robi minimum raz w miesiącu, a 33 proc. minimum raz w tygodniu.

Inną kwestią są wydatki na zakupy w Internecie. Według deklaracji 31 proc. osób najczęściej wydaje w ciągu miesiąca kwoty rzędu 101-300 zł, a dla 28 proc. to 301-500 zł. Warto też zauważyć, że ponad 500 zł miesięcznie i więcej wydaje aż 22 proc. osób.

64 proc. osób nie potrzebuje sklepu stacjonarnego

Na decyzje zakupowe e-klientów ma wpływ szereg udogodnień. Jeszcze niedawno jednym z ważniejszych z nich był punkt stacjonarny e-sklepu, w którym klient może obejrzeć produkt i/lub odebrać go osobiście. Dziś, aż 64 proc. ankietowanych twierdzi, że nie ma takiej potrzeby.

Z drugiej strony to na co kładzie się szczególny nacisk, jest szybka i przewidywalna dostawa. To najczęściej wskazywana kwestia, która ma pozytywny wpływ na wybór e-sklepu, za którą opowiedziała się co piąta ankietowana osoba. Kolejnymi udogodnieniami, które zachęcają Polaków do zakupów online i są: najniższa cena 16 proc., a także opinie o sklepie 14 proc. i dostępność wielu produktów 13 proc..

91 proc. osób porzuciło koszyki w tym miesiącu

Wśród czynników, które mają największy wpływ na decyzje zakupowe, są także utrudnienia, które skutecznie potrafią odwieźć klienta od zakupu. Na liście najczęściej wskazywanych trudności znalazły się kolejno: wyskakujące reklamy na stronie 15 proc., brak przewidywalnej lub darmowej dostawy 14 proc., reklamy nieinteresujących produktów 13 proc., powtarzające się reklamy 13 proc., skomplikowana strona internetowa 12 proc., brak ulubionych metod płatności 12 proc., utrudniony kontakt ze sprzedawcą/ obsługą klienta 10 proc. i reklamy już zakupionych produktów 11 proc. .

Trudności te, choć nie jedynie, często przekładają się na rezygnację z zakupu. Tak zwane porzucone koszyki, czyli sytuacje, kiedy klient dodaje do koszyka produkt lub usługę jednak nie decyduje się na zakup, a są dość częstym zjawiskiem i dużym wyzwaniem dla e-sprzedawców. Najlepiej obrazują to odpowiedzi ankietowanych, ponieważ aż 91 proc. z nich zadeklarowało, że porzuciło koszyki w ciągu ostatniego miesiąca, w tym 35 proc. osób deklaruje, że robi to dość często, a 18 proc. twierdzi, że zdarza się to bardzo często. To oznacza, że tylko 9 proc. nie zrobiło tego w ciągu ostatniego miesiąca.

Niechętnie kupujemy produkty wielkogabarytowe i kolekcjonerskie

Wśród wielu dostępnych kategorii produktów online i tu klienci mają swoje typy. Podczas gdy w jednych zakupy robione są często, w innych jest to sporadyczne. Respondenci zapytani o to, w których kategoriach nigdy nie zrobili e-zakupów najczęściej wskazywali: samochody i części samochodowe 10 proc. wskazań, materiały budowlane i wykończeniowe 9 proc. wskazań, a także artykuły dla kolekcjonerów 8 proc..

Natomiast najrzadziej zaznaczane były, a więc najchętniej kupowane, kategorie takie jak: książki, płyty i filmy (1 proc.), bilety do kina lub teatru (1,25 proc.), a także multimedia (2 proc.). Co ciekawe 3 proc. ankietowanych stwierdziło, że przynajmniej raz zrobiło zakupy w każdej z możliwych kategorii.

Pełna wersja raportu: https://expertsender.pl/download/zakupy-online-w-polsce-2020/

Paradoks Kota Schrödingera i wybory prezydenckie 2020

Uznanie za obywatela polskiego tuż przed wyborami, tym bardziej podczas stanu epidemii, powoduje powstanie sytuacji, która przypomina tak zwany paradoks Kota Schrödingera. Z jednej strony decyzją wojewody jest już w Polsce o jednego obywatela więcej, z drugiej – dopiero komisja wyborcza w praktyce ma zadecydować, czy ta osoba jest „prawdziwym” obywatelem i czy będzie mogła zrealizować przewidziane w Konstytucji prawo do głosowania.

Konstytucja RP gwarantuje każdemu obywatelowi Polski prawo do głosowania. Ale czy w praktyce cudzoziemiec, który został uznany za obywatela polskiego dwa tygodnie przed wyborami – przez co nie miał czasu ani wyrobić dowodu osobistego, ani zameldować się na pobyt stały na terytorium Polski – mimo wszystko będzie w stanie zrealizować swoje prawo do głosowania? Oto jest pytanie. Zobaczmy jak to wygląda w praktyce.

  1. Krok pierwszy – wpisanie Obywatela Schrödingera do rejestru wyborców.

Rejestr wyborców służy realizacji przez obywateli konstytucyjnie zagwarantowanego czynnego prawa wyborczego: potwierdza zarówno prawo wybierania, jak i prawo wybieralności. Na podstawie danych z rejestru wyborców sporządzane są spisy wyborców uprawnionych do udziału w wyborach. Wyborcy będący obywatelami polskimi, zameldowani na obszarze danej gminy na pobyt stały, są z urzędu wpisywani do rejestru wyborców. Z kolei wyborcy stale zamieszkali na obszarze gminy bez zameldowania na pobyt stały, w tym wyborcy nigdzie niezamieszkali (bezdomni), przebywający na stałe na obszarze danej gminy, wpisywani są do rejestru wyborców, jeżeli złożą w tej sprawie w urzędzie gminy pisemny wniosek. Wniosek powinien zawierać nazwisko, imię (imiona), imię ojca, datę urodzenia oraz numer ewidencyjny PESEL. Do wniosku dołącza się kserokopię ważnego dokumentu stwierdzającego tożsamość wnioskodawcy oraz pisemną deklarację, w której wnioskodawca podaje swoje obywatelstwo i adres stałego zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Decyzję o wpisaniu lub o odmowie wpisania do rejestru wyborców wydaje wójt, w terminie 5 dni od dnia wniesienia wniosku. Wójt przed wydaniem decyzji jest zobowiązany sprawdzić, czy osoba wnosząca wniosek o wpisanie do rejestru wyborców spełnia warunki stałego zamieszkania na obszarze danej gminy. Od decyzji w sprawie odmowy wpisania do rejestru wyborców przysługuje prawo wniesienia skargi do właściwego dla danego miejsca sądu rejonowego. Sąd rozpoznaje skargę w postępowaniu nieprocesowym, w terminie 3 dni od dnia jej doręczenia.

Wynik:

 decyzja wojewody o uznaniu za obywatela polskiego z klauzulą prawomocności, paszport innego kraju, wniosek, zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy wraz z oświadczeniem o zameldowaniu zrobiły swoje – Obywatel Schrödingera skutecznie został wpisany do rejestru wyborców. Udało się!

  1. Krok drugiczy dla komisji wyborczej będzie problemem nieposiadanie polskiego dowodu osobistego? Czy Obywatel Schrödingera będzie mógł oddać swój głos stwierdzając swoją tożsamość na podstawie paszportu rosyjskiego?

Na podstawie art. 52 § 1 Kodeksu Wyborczego przed przystąpieniem do głosowania wyborca okazuje obwodowej komisji wyborczej ds. przeprowadzenia głosowania w obwodzie dokument umożliwiający stwierdzenie jego tożsamości.

Zgodnie z pkt 38 ppkt 1 uchwały nr 210/2019 Państwowej Komisji Wyborczej z dnia 2 września 2019 r. w sprawie wytycznych dla obwodowych komisji wyborczych dotyczących zadań i trybu przygotowania oraz przeprowadzenia głosowania w obwodach głosowania utworzonych w kraju w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 13 października 2019 r. nie musi to być dowód osobisty; wystarczy każdy dokument z fotografią, pod warunkiem, że ustalenie tożsamości wyborcy na jego podstawie nie budzi wątpliwości; wyborca może zatem okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymacja studencka), w tym również dokument, który utracił ważność, pod warunkiem że ustalenie tożsamości na jego podstawie nie budzi wątpliwości.

Stanowisko to znajduje również potwierdzenie w orzeczeniu Sadu Najwyższego z dnia 6 listopada 2019 r. nr I NSW 130/19. Zgodnie z jego treścią, wyborca w celu weryfikacji tożsamości może okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymacja studencka), w tym również dokument, który utracił ważność, pod warunkiem że ustalenie tożsamości na jego podstawie nie budzi wątpliwości; taka weryfikacja odbywa się nie tylko na podstawie zamieszczonej w nim fotografii, ale również danych osobowych (imię, nazwisko, data urodzenia), porównywanych z informacjami zawartymi w wykazie wyborców.

W analogiczny sposób wypowiadał się także Sąd Najwyższy w swoim postanowieniu z dnia 24 czerwca 2019 r., I NSW 15/19, w którym stwierdził, że wyborca może okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymację), i to on decyduje jakim dokumentem się posłuży przed obwodową komisją wyborczą.

Nie ulega wątpliwości, że celem polskiego ustawodawcy było maksymalnie szerokie określenie kategorii dokumentu umożliwiającego stwierdzenie tożsamości wyborcy. Chodziło więc o objęcie nim każdego dokumentu ze zdjęciem zawierającego podstawowe dane osobowe (imię, nazwisko, datę urodzenia), pod warunkiem, że ustalenie tożsamości wyborcy na jego podstawie nie budzi wątpliwości. W związku z powyższym komisja wyborcza prawdopodobnie nie powinna mieć problemów ze stwierdzeniem tożsamości osoby na podstawie karty pobytu, uprawniającej m.in. do potwierdzenia tożsamości cudzoziemca podczas jego pobytu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub paszportu innego państwa. Ale woleliśmy potwierdzić to w praktyce.

Wynik:

w praktyce opisane powyżej zagadnienia zostały potwierdzone i osoba, która nie posiadała polskiego dowodu osobistego i okazała komisji wyborczej swój paszport obywatela Rosji zagłosowała realizując swoje prawo obywatela polskiego.

Artykuł został przygotowany przez:

Valerię Jeleńską, Prezesa Zarządu w JP Business Law Firm

Veronikę Chomicz, prawnika i koordynatora praktyki prawa rosyjskiego w JP Business Law Firm