Rola żeglugi bliskiego zasięgu będzie rosła. Pośrednio wpłynie na to pandemia

Pandemia i związane z nią ograniczenia wpłynęły na mniejsze obroty portów morskich, zmniejszone tymczasowo przewozy towarowe i pasażerskie oraz kłopoty marynarzy. Branża przygotowuje się na różne scenariusze uwzględniające dalsze rozprzestrzenianie się koronawirusa. Jednym z możliwych skutków może być zwiększenie roli żeglugi bliskiego zasięgu, czyli np. między portami w Europie. – Przez lockdown wielu producentów zrozumiało, że błędem jest prowadzenie produkcji daleko, np. w Azji, a to pociągnie za sobą rozwój rodzimej produkcji, a więc i zapotrzebowanie na transport – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk, prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Wszystkie przedsiębiorstwa żeglugowe chcą dalej funkcjonować, więc albo tną koszty, albo zmniejszają prędkość statków, albo idą w nowoczesne, bardziej ekologiczne statki, napędzane wodorem, LNG. To są pomysły na to, żeby dostosować się do przyszłości, bo rynek po COVID-19 już nie będzie taki sam. To już nie będą tylko długie trasy, bo jednak produkcja rodzima zacznie się odradzać – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Arciszewska-Mielewczyk. – Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby zatrzymać całą gospodarkę i czekać, aż śrubka, bez której nie można skręcić mebla, przyjdzie z Chin.

Jej zdaniem to może spowodować skrócenie łańcucha dostaw, a więc wzrost znaczenia żeglugi bliskiego zasięgu i zmiany jej funkcjonowania. Transport morski ma istotne znaczenie dla handlu europejskiego – tą drogą przewożonych jest ok. 90 proc. towarów w wymianie z krajami trzecimi i 40 proc. towarów w ramach UE.

To również zmiany w żegludze śródlądowej, bo to jest ze sobą powiązane – podkreśla prezes Polskich Linii Oceanicznych. – To już na pewno nie będą takie przewozy jak przed COVID-em. Będziemy skupiać się na nowych technologiach, ekologii. Mamy szansę połączenia żeglugi z przemysłem stoczniowym, ponieważ to są dwie dziedziny, które bez siebie nie mogą funkcjonować. Możemy technologicznie konkurować z Chinami, bo mamy potencjał intelektualny w Polsce, bardzo dobrze wykształcone kadry.

Dużą szansą dla polskich stoczni będzie m.in. projekt budowy farm wiatrowych na Bałtyku, który ma się rozpocząć wkrótce. Polskie firmy z sektora morskiego już dziś są znaczącym graczem w branży offshore, dostarczając wyspecjalizowany sprzęt i usługi. Do tego jednak potrzebne jest wsparcie tego sektora przez państwo.

– Potrzebne są szybkie, zdecydowane decyzje, tak jak to robią inne kraje europejskie, dotując swoje przedsiębiorstwa. Przykładem mogą być Niemcy czy Francja – podkreśla prezes PLO.

Pandemia i lockdown, choć obeszły się z transportem morskim nieco łagodniej niż z innymi gałęziami, nie pozostały bez negatywnego wpływu na sektor. Jak wynika z danych GUS, w połowie roku drogą morską przewieziono w Polsce ponad 3,6 mln ton towarów, o 14,2 proc. mniej niż rok wcześniej, a obroty ładunkowe w portach morskich w tym czasie wyniosły 43,5 mln ton, czyli o 10,6 proc. mniej niż przed rokiem. Mniejsze obroty odnotowano we wszystkich rodzajach ładunków, a największy spadek w przeładunku ładunków masowych ciekłych – o 24,3 proc., w tym ropy naftowej o 32,2 proc. Jednak już w czerwcu widoczne były zdecydowane wzrosty przewozów tą drogą.

COVID-19 spowodował, że również przewozy pasażerskie odczuły jego skutki. Niemniej jednak ruch się odbudowuje. Mimo pandemii trzeba być przygotowanym na to, co się stanie, biorąc pod uwagę różne scenariusze. Musimy dostosowywać się do zapotrzebowania, budować promy większe, nowocześniejsze, żebyśmy mogli pływać, nawet jeśli COVID-19 z nami pozostanie – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. – Niedługo będziemy w Gdyni otwierać przystań promową, a więc unowocześniamy nasze porty, chcemy być przygotowani do coraz dłuższych, większych i nowoczesnych jednostek.

Jedną z najważniejszych inwestycji w polskich portach morskich ostatnich lat jest budowa nowego terminalu portowego w Gdyni. Pozwoli on na przyjmowanie promów pasażerskich o długości do 245 metrów (obecny terminal przy Nabrzeżu Helskim może przyjmować promy do 175 metrów długości), umożliwi łatwiejsze manewrowanie promami, a czas ich pobytu w porcie będzie krótszy. Lokalizacja nowego terminalu ułatwi także pasażerom dojazd do centrum Gdyni. Zakończenie budowy zaplanowano na koniec 2021 roku.

Pandemia wpłynęła również na pracę samych marynarzy. W początkowej fazie pojawiły się trudności z wymianą załóg na statkach. Marynarze nie mogli zejść na ląd i wrócić do domu z uwagi na obostrzenia obowiązujące w danym państwie.

– Bez specjalnych korytarzy, które ułatwią marynarzom powrót do kraju i umożliwią wymianę załogi na statkach, funkcjonowanie tej grupy zawodowej jest bardzo trudne – zauważa prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Polska rozważa wdrożenie koncepcji tzw. wirtualnego prosumenta. Dzięki temu w fotowoltaikę mogliby inwestować mieszkańcy bloków i dużych miast

Polska rozwablża wprowadzenie koncepcji tzw. wirtualnego prosumenta. Zakłada ona, że producentami energii mogą zostać nawet te podmioty (firmy i osoby), które nie mają gdzie wybudować własnego źródła OZE. Na początku tego roku taką możliwość wdrożyła już Litwa. Dzięki nowym przepisom możliwość zainwestowania w instalacje fotowoltaiczne miałyby nawet osoby mieszkające w blokach i dużych miastach. – Widzimy zainteresowanie tym rozwiązaniem ze strony Polski, prowadzone są prawne analizy możliwości jego wprowadzenia. Myślę, że to nastąpi prędzej niż później – mówi Simonas Šileikis, prezes Green Genius Poland, firmy oferującej takie inwestycje na Litwie.

Po uchwaleniu odpowiednich przepisów, które są jednymi z najbardziej nowatorskich w UE, na Litwie pojawiły się nowe możliwości związane z tzw. zdalnymi elektrowniami słonecznymi. Dają one możliwość właściwie każdemu obywatelowi nabyć część elektrowni fotowoltaicznej działającej na terenie kraju, niekoniecznie w pobliżu miejsca zamieszkania. Dotyczy to nawet mieszkańców bloków w miastach – oni też mogą w ten sposób ograniczać koszty zużywanej energii – mówi agencji Newseria Biznes Simonas Šileikis. – Widzimy zainteresowanie tym rozwiązaniem ze strony Polski. Prowadzone są prawne analizy możliwości jego wprowadzenia. Myślę, że nastąpi to prędzej niż później, bo to rozwiązanie jest korzystne zarówno dla rządu, jak i społeczeństwa i środowiska.

Zapis na temat wirtualnego czy zbiorowego prosumenta miałby się znaleźć w nowelizacji ustawy o OZE. W czerwcu br. o takich pracach mówił Przemysław Hofman z Ministerstwa Rozwoju na kongresie PV-CON 2020. Koncepcja ta była jednym z rozwiązań rekomendowanych przez EY w raporcie przygotowanym jeszcze dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii we wrześniu ubiegłego roku („Koncepcja zmian regulacji wspierających rozwój energetyki prosumenckiej”). Wskazał on, że podobne rozwiązania działają już m.in. w USA, gdzie w 11 stanach odbiorcy mogą dzielić się energią z jednego źródła OZE, oraz w Grecji, we Włoszech, na Cyprze i we Francji, gdzie pilotaż takiego rozwiązania prowadzi koncern EDF.

Koncepcja wirtualnego prosumenta przyczynia się do rozwoju energetyki prosumenckiej i byłaby korzystna zwłaszcza dla jednostek samorządu terytorialnego, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, klastrów energii, biurowców i budynków zajmowanych przez wiele różnych podmiotów czy nawet sąsiadów, którzy są zlokalizowani blisko siebie w sieci dystrybucyjnej, co pozwala im dzielić się wyprodukowaną energią. Jak wskazuje EY, to rozwiązanie może też wpłynąć pozytywnie na sieć, bo energia byłaby wytwarzana i konsumowana lokalnie.

Jak podkreśla prezes Green Genius Poland, polska infrastruktura energetyczna wymaga dostosowania do rosnącej roli energetyki rozproszonej i prosumenckiej.

Rozwój inwestycji w fotowoltaikę w ogromnej mierze zależy od dostępnej infrastruktury energetycznej. Trzeba poświęcić więcej uwagi możliwościom przyjęcia przez nią dodatkowych ilości mocy wytwarzanej ze źródeł odnawialnych, np. energii słonecznej czy wiatrowej. Kraje, w których infrastruktura energetyczna powstała wiele lat temu, w pewnym momencie staną przed wyzwaniem związanym z tzw. wąskim gardłem mocy. Polska go nie uniknie – ocenia.

Według danych przekazanych do PSE przez operatorów systemów dystrybucyjnych – 1 sierpnia br. moc zainstalowana w instalacjach PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła ponad 2,2 GW. Oznacza to wzrost o ponad 156 proc. rok do roku i o 7,2 proc. w ujęciu miesięcznym.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce głównym obszarem inwestycji w OZE. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki w 2014 roku moc z tego źródła w sieci wynosiła 20 MW, a prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej mówią o tym, że w 2025 roku ma to być 7,8 GW (raport „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”).

Mile widziane byłoby nieco większe wsparcie dla dużych instalacji i poświęcenie im większej uwagi, żeby cały proces inwestycyjny był prostszy, a inwestycja bardziej wydajna. W ostatecznym rozrachunku przyczyniłoby się to do niższych cen energii – wskazuje Simonas Šileikis.

Jak ocenia, generalnie w Polsce nie ma jednak większych barier, które utrudniałyby inwestowanie w fotowoltaikę, a otoczenie regulacyjne sprzyja inwestorom. W dobrym kierunku rozwija się system aukcyjny, a pomniejsze problemy rynek powinien naturalnie sam wyregulować.

W tej chwili polski rynek fotowoltaiczny przeżywa prawdziwy rozkwit. W porównaniu do innych państw w Europie jest jednym z najbardziej atrakcyjnych i interesujących kierunków dla inwestorów. Żartobliwie mówimy, że teraz co drugi Polak inwestuje w fotowoltaikę. To pewna przesada, ale duży popyt znacznie przyczynia się do wzrostu tego sektora i zwiększania ilości dostępnej energii z ekologicznych źródeł – mówi prezes Green Genius Poland.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. W naszym kraju to właśnie w segmencie mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy. Według danych PTPiREE przytaczanych przez resort rozwoju na koniec czerwca br. funkcjonowało w Polsce ponad 262,3 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 1,7 GW. To oznacza wzrost o prawie 41 proc. wobec I kwartału br. i aż o 69,8 proc. w porównaniu do końca ubiegłego roku.

Jesteśmy przekonani, że w ciągu najbliższych kilku lat polski rynek dołączy do europejskiej czołówki pod względem rozwoju produkcji energii z instalacji fotowoltaicznych – ocenia Simonas Šileikis.

W Europie fotowoltaika pokrywa w tej chwili ok. 3 proc. całkowitego zapotrzebowania na energię w UE przy szacowanym potencjale sięgającym 15 proc. przed 2030 rokiem – wynika z opublikowanego w maju raportu Solar Europe Now. Roczne obroty europejskiej branży PV są szacowane na ok. 5 mld euro. Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków PV na Starym Kontynencie. W tej chwili pod względem rocznego przyrostu mocy zainstalowanych zajmuje w UE piątą pozycję i według prognoz IEO utrzyma ją także w tym roku.

Jadwiga Emilewicz: Liczymy na przyjęcie drugiej tarczy dla turystyki na najbliższym posiedzeniu Sejmu. 300 mln zł trafi do turystów w ramach Funduszu Zwrotów

W czwartek 10 września senatorowie zgłosili kolejne poprawki do ustawy ws. kolejnej tarczy dla turystyki i ponownie skierowali projekt do senackiej Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności. – Mamy nadzieję, że Sejm na najbliższym posiedzeniu przyjmie tę ustawę – mówi wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Branża bardzo liczy na nowe instrumenty wsparcia, m.in. uruchomienie Turystycznego Funduszu Zwrotów, z którego będą wypłacane środki za wykupione przed pandemią wyjazdy.

Mamy nadzieję, że na najbliższym posiedzeniu Sejm przyjmie ustawę, w której jest kilka rozwiązań dotyczących sytuacji covidowej, w tym uruchomienie Funduszu Zwrotów przy Turystycznym Funduszu Gwarancyjnym. To ok. 300 mln zł, a beneficjentem tych środków będą turyści. Każdy, kto przed pandemią SARS-CoV-2 przedpłacił wycieczkę lub wyjazd turystyczny, a ten się nie odbył z powodu koronawirusa, będzie mógł zwrócić się do tego funduszu. Jednocześnie będą do niego aplikować firmy, które będą musiały przedstawić opłacone drogą bezgotówkową wycieczki. Wówczas na podstawie oświadczeń zweryfikowanych w ciągu maksymalnie 30 dni środki będą wypłacane bezpośrednio na konta, ale nie firm, tylko turystów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz.

Drugi element wsparcia dla turystyki to przedłużenie postojowego i zawieszenia składek na ubezpieczenia społeczne dla pilotów, przewodników i przewoźników autokarowych, którzy w tym roku nie mają szans na odbicie i poprawę swojej kondycji finansowej.

To także wypłata postojowego dla najmniejszych przewoźników, pilotów i przewodników, którzy nie rejestrowali spadku w ujęciu marzec do kwietnia czy luty do kwietnia, ponieważ oni tradycyjnie są pracownikami sezonowymi: odwieszają działalność w kwietniu, a kończą we wrześniu, a w sezonie jesienno-zimowym po prostu nie działają. Dla nich także mamy w tej ustawie wsparcie – wyjaśnia minister rozwoju podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Jak podkreśla, rząd teraz skupia się na pomocy sektorowej. Nie ma w planach wprowadzenia kolejnych tarcz skierowanych do ogółu firm. To efekt względnie stabilnej sytuacji w gospodarce. Według danych Ministerstwa Rozwoju do 4 września br. wartość pomocy udzielonej przedsiębiorstwom w ramach rządowych tarcz antykryzysowych wyniosła 135 mld zł. Lwia część, prawie 60,5 mld zł, to subwencje z Tarczy Finansowej PFR.

– Po dwóch kwartałach najtrudniejszego okresu gospodarczego historii Polski po 1989 roku możemy powiedzieć z umiarkowanym optymizmem, że gospodarka radzi sobie względnie dobrze. To pierwsze dwa kwartały po 1989 roku, kiedy mówimy o recesji technicznej, ale jednak jest ona jedną z płytszych w Europie – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Według danych GUS w II kwartale br. PKB Polski skurczył się o 8,2 proc. rok do roku i 8,9 proc. w ujęciu kwartalnym. Z kolei według Eurostatu spadek wyniósł odpowiednio 7,9 proc. i 8,9 proc. Jeszcze w połowie sierpnia wstępne, niepełne szacunki Eurostatu wskazywały, że polska gospodarka w II kwartale będzie trzecim krajem z najmniejszym spadkiem w całej UE, ustępując tylko Litwie i Finlandii.

Uaktualnione dane opublikowane w tym tygodniu pokazują, że Polska znalazła się pod tym względem na szóstym miejscu w UE. Lepiej od nas poradziły sobie Irlandia (-3,7 proc. r/r), Litwa (-4,0 proc.), Finlandia (-6,3 proc.), Estonia (-6,5 proc.) i Szwecja (-7,7 proc.). Na kryzysie wywołanym pandemią o wiele bardziej ucierpiały natomiast Hiszpania (-22,1 proc. r/r), Wielka Brytania (-21,7 proc.) oraz Francja (-18,9 proc.). Sąsiednie Niemcy odnotowały w II kwartale spadek PKB o 11,3 proc. w ujęciu rocznym, z kolei Czechy – o 11 proc. Wzrost gospodarczy całej strefy euro był o 14,7 proc. niższy niż przed rokiem, natomiast spadek dla całej UE sięgnął 13,9 proc. i był największym od 1995 roku, od kiedy Eurostat zaczął prowadzić pomiary.

Wstępne dane dotyczące III kwartału wskazują też, że powoli następuje odbudowa aktywności i popytu (wg GUS w lipcu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 1,1 proc. r/r, a w porównaniu z czerwcem br. wzrosła o 3,4 proc., rośnie też konsumpcja). Prognozy dla Polski podnieśli w ostatnim tygodniu ekonomiści Banku Pekao SA i Credit Agricole, według których krajowa gospodarka w tym roku skurczy się o 2,4 proc. i 2,8 proc. Z kolei PIE szacuje spadek o 3,5 proc. r/r w III kwartale oraz o 3,1 proc. w całym 2020 roku.

Widzimy już jaskółki odbicia, od czerwca rośnie produkcja przemysłowa, konsumpcja rośnie na niskim poziomie, utrzymują się inwestycje – mówi Jadwiga Emilewicz. – Dziś koncentrujemy się przede wszystkim na tym, aby utrzymać poziom inwestycji i aby te inwestycje publiczne trafiały na rynek. Stąd Fundusz Inwestycji Lokalnych.

Dwucyfrowe tąpnięcie w inwestycjach (o 10,9 proc. r/r) – obok spadku konsumpcji – było jedną z głównych składowych spadku krajowego PKB w II kwartale. Dlatego też resorty rozwoju i finansów pracują nad pakietem rozwiązań, które mają pobudzić prywatne inwestycje oraz zachęcić do lokowania w Polsce kapitału. Drugi element to publiczne wydatki inwestycyjne, a za ok. 40 proc. z nich odpowiadają samorządy. W związku z tym mogą one liczyć na 6 mld zł z rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Środki przeznaczone dla gmin (w tym wiejskich), powiatów i miast – do nawet 93 mln zł – mogą trafiać m.in. na drogi, remonty szkół, budowę żłobków czy inwestycje w wodociągi.  Pieniądze mają spływać na konta samorządów szybko i bez zbędnej biurokracji.

Jednocześnie – jak podkreśla wicepremier – rząd chce jak najszybciej zaangażować do odbudowy gospodarki środki unijne, wynegocjowane w ramach nowej siedmiolatki. To ponad 750 mld zł w ramach unijnego budżetu i Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy, który ma podnieść gospodarki państw UE z kryzysu wywołanego pandemią SARS-CoV-2.

Te 60 mld euro z funduszu odbudowy chcielibyśmy zacząć inwestować już w przyszłym roku – zapowiada wicepremier i minister rozwoju.

Czym właściwie jest PKB (Produkt Krajowy Brutto)?

Czym jest wskaźnik PKB, jak go rozumieć i na ile pokazuje on rzeczywistą kondycję gospodarki? Czy są lepsze metody mierzenia dobrobytu?

Główny Urząd Statystyczny podał w piątek, 14 sierpnia flash szacunek, z którego wynika, że Produkt Krajowy Brutto w II kwartale 2020 roku spadł o 8,2 proc. rdr wobec wzrostu na poziomie 2,0 proc. rdr w I kw. 2020 r. Z kolei kwartał do kwartału PKB spadł o 8,9 proc. Co to w praktyce oznacza i jak rozumieć odczyty związane z Produktem Krajowym Brutto?

Czym właściwie jest PKB?

Definicja Produktu Krajowego Brutto brzmi następująco:

Produkt Krajowy Brutto (PKB) jest to suma wartości produktów finalnych wytworzonych na terenie danego kraju w ciągu jednego roku i wyrażona w cenach rynkowych. 

Z tej książkowej definicji wynikają cztery następujące wnioski istotne przy interpretacji PKB oraz jego wskaźnika i stopy:

  • Rachunek PKB ograniczony jest do terytorium danego kraju. Oznacza to, że przy rachunku PKB nie ma znaczenia kto jest właścicielem czynników wytwórczych; ważne jest to, aby zainstalowane one były w granicach danego kraju.

Inaczej jest w przypadku Produktu Narodowego Brutto (PNB). PNB jest to suma produktów finalnych wytworzonych przez czynniki wytwórcze będące własnością podmiotów danego kraju, niezależnie od tego, w którym miejscu na świecie są one zainstalowane. W Polsce nie prowadzi się – jak do tej pory – rachunku PNB, ponieważ skala polskich inwestycji za granicą jest jeszcze stosunkowo niewielka.

  • Patrząc na PKB od strony struktury realnych produktów i usług, do PKB zalicza się tylko produkcję finalną, tzn. tę która została zakończona w danym roku i przeznaczona jest na cele konsumpcji lub inwestycji. Przyrost zapasów i produkcja w toku nie wchodzi do rachunku PKB.

Patrząc na PKB od strony wartości produkcji finalnej, to wartość PKB jest tzw. wartością dodaną brutto wyrażoną w cenach rynkowych. Oznacza to, że każda transakcja, która nie przeszła przez procedurę kupna-sprzedaży na rynku i tym samym nie została oficjalnie zarejestrowana nie jest uwzględniona w rachunku PKB.

  • PKB odzwierciedla skumulowany efekt aktywności gospodarczej w jednym roku. Oznacza to, że PKB jest miarą strumienia, tzn. przyrostu bogactwa narodowego osiągniętego z aktywności gospodarczej jednego roku. PKB nie pokazuje wcześniej zgromadzonego zasobu bogactwa narodu. Dlatego też PKB jest lepszym miernikiem wzrostu gospodarczego niż miarą dobrobytu społecznego.

Wskaźnik czy stopa wzrostu PKB?

Wskaźnik PKB – to relacja poziomu PKB w roku (okresie) t do poziomu PKB w roku (innym okresie) t-1. Może być np. rok do roku (rdr). Wskaźnik ten informuje o tym, jaki procent PKB z roku t-1 stanowi PKB wypracowany w roku t. Np. 103% przy wzroście PKB lub 95% przy jego spadku.

Stopa wzrostu PKB (również ujemna) jest to relacja przyrostu PKB do jego poziomu z roku wyjściowego i oznacza o ile procent wzrósł (spadł) PKB w badanym okresie. Np. PKB wzrósł o 3% lub spadł o -5%.

Wskaźnik PKB oraz stopę wzrostu PKB stosuje się w różnych wariantach analizy ekonomicznej w zależności od celu badawczego.

Reasumując, Produkt Krajowy Brutto oraz wskaźniki i stopy jego wzrostu to w uproszczeniu różne miary przyrostu tego samego krajowego bogactwa.

Dr Piotr Maszczyk, ekonomista SGH i wykładowca Prasowej Akademii Pieniądza zwrócił uwagę, że wskaźnik PKB jest miarą względnie młodą, bo jest stosowany dopiero od drugiej dekady XX wieku. „Parametr ten określa łączną wartość dóbr i usług wytworzonych na terenie jakiegoś kraju. Mamy też Produkt Narodowy Brutto (PNB), który w większym stopniu odnosi się do narodowości, czy też obywatelstwa tych, którzy w produkcję dóbr byli zaangażowani” – wyjaśnił dr Maszczyk.

Informacyjna wartość PKB (wskaźnika lub jego stopy)

PKB jest źródłem wielu wartościowych informacji. Znaczenie i wartość analityczna tego wskaźnika jest uzależniona od zastosowanej metody jego szacowania.

Do wartości PKB można dojść trzema sposobami:

  • Wykorzystując tzw. metodę zakładową. Od produkcji globalnej odejmuje się zużycie pośrednie i w ten sposób uzyskujemy wartość nowowytworzoną w danym roku czyli wartość dodaną brutto w cenach rynkowych czyli PKB. Tę metodę stosuje GUS przy obliczaniu PKB.
  • Wykorzystując podejście wydatkowe. Sumuje się wszystkie wydatki skierowane na zakup dóbr finalnych, czyli dodaje się do siebie wydatki konsumpcyjne, inwestycyjne, rządowe oraz saldo wymiany z zagranicą. Jest to spojrzenie na PKB od strony struktury globalnego popytu.
  • Wykorzystując podejście dochodowe. Ponieważ przy produkcji dóbr finalnych „zatrudnione” są czynniki produkcji: praca kapitał i państwo, sumuje się wszystkie wypłacone tym czynnikom dochody. Dlatego od strony dochodowej PKB jest równy sumie: płac, zysków oraz podatków.

W tym miejscu należy podkreślić ważny fakt. Wartość PKB w przedstawionych trzech perspektywach, w tym samym okresie czasu, jest dokładnie taka sama. Różne są jedynie poszczególne składowe, które determinują ostateczną wartość produktu PKB. Już w tym kontekście widać, iż analiza PKB może przynieść bardzo wiele wartościowych informacji. Na początku wspomniano, iż w II kwartale 2020 roku wartość PKB spadła o 8,2 proc. rdr. Co to oznacza dla całej gospodarki, dla przedsiębiorstw oraz dla gospodarstw domowych? Czy spadek ten jest wynikiem spadku wartości produkcji globalnej, czy wzrostu zużycia pośredniego? To wskazywałoby najprawdopodobniej na spadek wartości dodanej brutto w polskiej gospodarce (perspektywa pierwsza). Czy może spadek PKB jest skutkiem obniżenia konsumpcji, a może spadkiem wartości akumulacji brutto? A może przyczyną jest pogorszenie bilansu handlu zagranicznego? (perspektywa druga). W końcu, może wspomniany spadek PKB jest skutkiem obniżenia dochodów w gospodarce? (perspektywa trzecia). Na te i jeszcze wiele innych pytań udzielenie odpowiedzi jest możliwe dzięki szczegółowej analizie wewnętrznej struktury PKB. Choć sam wskaźnik PKB mówi nam tylko o końcowym, zagregowanym rezultacie funkcjonowania gospodarki krajowej, to jednak znajomość sposobu jego szacowania pozwala na wyciągnięcie wielu wniosków na temat przyczyn określonego stanu rzeczy.

Wady i zalety PKB jako miernika wzrostu i dobrobytu społecznego

Do podstawowych zalet wskaźnika PKB należą powszechność jego stosowania oraz prostota, która wynika z tego, że łatwo jest go wytłumaczyć, bo pokazuje ile dóbr i usług wytworzono. Mimo iż od kilkunastu lat pojawiają się alternatywne metody mierzenia rozwoju gospodarczego nadal wielu ekonomistów na świecie nie wyobraża sobie rezygnacji z posługiwania się tym parametrem.

Wskaźnik PKB ma jednak szereg wad. Przede wszystkim nie pokazuje prawdziwej siły gospodarczej, ponieważ nie ujawnia wcześniej zgromadzonego bogactwa. Wskazuje głównie, czy akurat teraz idzie dobrze, czy źle i jak szybko nam się (z grubsza) poprawia lub pogarsza.

Niedoskonałością wskaźnika PKB jest też to, że abstrahuje od tego jak jest dzielony wypracowany majątek. Co prawda poza globalną wartością PKB liczony jest też PKB per capita (na głowę), ale ten drugi wskaźnik jedynie uśrednia ilość wytworzonych dóbr i usług nie mówiąc nic o ich podziale.

Wskaźnik PKB jest też dość nieprecyzyjny. Wartość PKB rośnie bowiem wraz ze wzrostem wartości dóbr i usług. Tymczasem nie zawsze wzrost wartości tego co wytwarzamy jest korzystny. Przykładem może być tu sytuacja, w której zostaje zmniejszona skala korków w Warszawie. Wtedy co prawda zmaleje zużycie paliwa, co oznacza, że PKB w Polsce też zmaleje. Ale czy jest to powód do niezadowolenia?

Ponadto w PKB nie ujawnia się części efektów działalności gospodarczej prowadzonej poza wiedzą i zasięgiem władzy państwa, czyli np. „czarnej strefy”. Z kolei tzw. „szara strefa”, w której ukrywana jest przed opodatkowaniem część zajęć i dochodów, jest najczęściej oszacowana jedynie z grubsza.

Do PKB nie jest wliczana praca na własne potrzeby. Dobrze obrazuje to sytuacja, kiedy ktoś wybuduje dom własnymi rękoma, bez korzystania ze specjalistów, bez wystawiania faktur, rachunków – w tej sytuacji PKB nie wzrośnie. Ale już ten sam dom zbudowany przez wynajętą firmę budowlaną powiększy PKB. Podobnie obiad zjedzony w domu nie powiększa PKB, a obiad zjedzony w restauracji już tak.

PKB nie uwzględnia też strat i uszczerbków w środowisku naturalnym powodowanych przez procesy produkcyjne, nie mierzy jakości naszego życia, nie mierzy poziomu edukacji, poziomu debaty politycznej, stanu naszego zdrowia i wielu innych aspektów.

Mimo tylu niedoskonałości i wad całkowita rezygnacja z tego wskaźnika wydaje się obecnie mało prawdopodobna, ponieważ nie wymyślono jeszcze innej, lepszej miary, która miałaby mniej wad niż PKB.

Źródło informacji: Serwis Samorządowy PAP

Ulgi na robotyzację i prototypy pobudzą innowacyjność polskich firm. Nowe rozwiązania mają ruszyć już 1 stycznia

Koronawirus obnażył słabości tych biznesów, które przez lata unikały cyfryzacji. Restrykcje pandemiczne okazały się najmniej dotkliwe dla tych firm, które przeszły proces transformacji cyfrowej i nie stroniły od rozwiązań automatyzujących pracę. Aby pomóc wyjść polskim firmom z kryzysu pandemicznego i poprawić innowacyjność rodzimego sektora technologicznego, Ministerstwo Rozwoju we współpracy z Ministerstwem Finansów planuje wdrożyć ulgi podatkowe dla firm, które zainwestują w technologie automatyzujące oraz roboty.

– Rok do roku coraz więcej firm korzysta z ulgi na badania i rozwój, a to jest obszar, który m.in. decyduje o innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Podobnie jest z automatyzacją i robotyzacją. Jest bardzo dużo badań, które pokazują, że automatyzacja przemysłu pozytywnie przekłada się na konkurencyjność i efektywność, a z czasem również na zdolności eksportowe firm. A w tym obszarze Polska jest trochę do tyłu i to nie tylko w stosunku do światowych liderów, typu Korea Południowa czy Niemcy, ale również w stosunku do innych krajów regionu, takich jak Słowacja, Czechy czy Węgry – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Ulga na inwestycje w rozwiązania z sektora automatyzacji przemysłowej i robotyzacji zaproponowana przez Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Finansów pozwoliłaby odliczyć 150 proc. podstawy opodatkowania na zakup sprzętu niezbędnego do prowadzenia biznesu. Zgodnie z założeniami byłaby rozliczana w ramach CIT oraz PIT dla przedsiębiorców i umożliwiłaby sfinansowanie zakupu robotów, robotów współpracujących (kobotów) czy zautomatyzowanych linii produkcyjnych.

Program będzie skierowany do szerokiego grona odbiorców i pozwoli pozyskać środki na modernizację biznesów z wielu sektorów gospodarki.

– Chcielibyśmy, żeby już od 1 stycznia ulga znalazła się w polskim systemie prawnym i była skonstruowana w taki sam sposób jak ulga na badania i rozwój, czyli z listą na poziomie przepisów, listą kwalifikowanych wydatków. To też w żaden sposób nie przeszkadzałoby w amortyzacji tych środków – tłumaczy Marek Niedużak.

Równolegle do niej miałaby funkcjonować ulga na prototypy zaproponowana przez Ministerstwo Finansów. Nowe rozwiązania prawne mają stanowić rodzaj zachęty dla przedsiębiorców do inwestowania w nowe, przyszłościowe technologie, a co za tym idzie, stanowić narzędzie do walki z kryzysem pandemicznym.

– Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć skutków wprowadzenia tych przepisów. Jednak jeżeli w obszarze automatyzacji będą one podobne jak w uldze na badania i rozwój, gdzie widzimy rok do roku wzrosty typu 20–30 proc., zarówno jeśli chodzi o liczbę korzystających firm, jak i kwotę środków przeznaczonych na wydatki, to będzie sukces, bo to oznacza, że mamy dodatkowy fiskalny impuls dla polskich firm, by były bardziej efektywne i nowoczesne – twierdzi podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Także Unia Europejska przeznaczy na inwestycje z zakresu m.in. automatyzacji, robotyzacji i cyfryzacji kwotę 100 mln dol., jednak w obszarze rolnictwa. Celem projektu, który wystartował 10 września, jest umocnienie pozycji polskiego sektora spożywczego przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii w ramach inwestycji z unijnego Programu Inteligentny Rozwój.

Według analityków z firmy Fortune Business Insights wartość globalnego rynku automatyzacji przemysłu w 2019 roku wyniosła blisko 169 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 326 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,9 proc.

W tym roku serwisy VOD zanotują rekordowy wzrost. Rosnąca liczba widzów przyciąga do Polski kolejnych graczy

0

Platformy VOD w okresie lockdownu notowały rekordowe zainteresowanie. Teraz liczba użytkowników nieco spadła, ale i tak jest – w większości serwisów – wyższa niż przed rokiem. PMR szacuje, że cały ten rok będzie rekordowo dobry dla branży, a w kolejnych latach trend wzrostowy się utrzyma. Platformy zyskiwały głównie na tym, że z powodu zamknięcia kin producenci i dystrybutorzy przenosili na nie kinowe premiery. Dotychczas walka toczyła się o to, aby czas pomiędzy kinem a dostępem do filmów drogą internetową był wydłużony.

 Przed koronawirusem starcia między największymi formami dystrybucji, czyli kinem, telewizją a sekcją VOD, były bardzo widoczne. Lobby telewizyjne nie zgadzało się, żeby część dystrybucji przenieść do internetu, również ze względu na budżety i realizacje finansowe produkcji. Kiedy kina generowały ponad 60 proc. przychodu z danego filmu, miały decydujący głos w kwestii formy i możliwości dystrybucji czy czasu między udostępnieniem filmu w internecie a premierą kinową. Dzisiaj wszyscy musimy się dostosować do nowych realiów – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Troszczyńska, właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Te nowe realia to przede wszystkim zamknięte przez kilka miesięcy kina i małe zainteresowanie widzów po otwarciu obiektów. Jak podaje portal Wirtualnemedia.pl za Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, w lipcu do kin wybrało się niecałe 533 tys. osób, podczas gdy rok temu było to 4,9 mln. Drugi aspekt nowej rzeczywistości to większa popularność serwisów VOD.

– W czasach lockdownu rozwiązania VOD były jedynym możliwym dostępem do kultury audiowizualnej – mówi Justyna Troszczyńska. – To był największy boom i największy wzrost liczby subskrybentów, ponieważ ludzie łaknęli rozrywki. W okresie pandemii zainteresowanie serwisami streamingowymi było rekordowe.

Jak wskazywał raport serwisu Reelgood, w ciągu kilku tygodni konsumpcja filmów na tych platformach wzrosła o ponad 400 proc. W Polsce, według danych z badania Gemius/PBI opracowanych przez Wirtualnemedia.pl, w czasie izolacji społecznej Netflix zanotował rekordową liczbę 5,68 mln użytkowników i 92,89 mln odsłon. Wyniki za lipiec to 4,9 mln oglądających oraz 78,14 mln odsłon. To mniej niż w poprzednich miesiącach, ale i tak dużo więcej niż przed rokiem.

Platformy streamingowe rosły w siłę m.in. dlatego, że w związku z zamknięciem kin część producentów i dystrybutorów filmowych zdecydowała się na zmianę w modelu dystrybucji nowych tytułów.

– Jeżeli kina są zamknięte, nie możemy wprowadzać filmów, które już zostały wyprodukowane i na tę premierę czekały. Te filmy bardzo często zaczynają swoją promocję marketingową i PR-ową nawet rok przed premierą kinową. Jeżeli zostałyby schowane do szuflady, najprawdopodobniej nie miałyby w przyszłości szansy na odrobienie strat – tłumaczy właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Badanie przeprowadzone przez Ernst & Young na zlecenie National Association of Theater Owners (Narodowe Stowarzyszenie Właścicieli Kin) wskazuje, że im dłuższy czas między premierą kinową a obiegiem na VOD czy innych nośnikach, tym większe zyski dla wszystkich. Film, który trafia do obiegu domowego 108 dni po premierze kinowej, przynosi 1,75 mln dol. zysku więcej, niż gdyby trafił na VOD 10 dni wcześniej. W okresie pandemii jednak producenci i dystrybutorzy musieli dotrzeć do widzów w inny sposób, właśnie poprzez serwisy streamingowe.

 Z uwagi na przeniesienie części premier do strefy internetowej największe studia amerykańskie i polskie zdecydowały się, by ich produkcje były dostępne wcześniej. Do tej pory największa walka toczyła się o to, aby czas pomiędzy kinem a dostępem do filmów drogą internetową był wydłużony, ostatnimi czasy było to nawet 40 dni, a w porozumieniu z dystrybutorami i producentami kina zgadzały się na skrócenie tego okresu w zależności od popularności filmu w kinie – wskazuje Justyna Troszczyńska.

W okresie pandemii niecałe dwa tygodnie po premierze film „Sala samobójców. Hejter” był dostępny w płatnej ofercie serwisu Player.pl. Z kolei horror „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, którego premierę kinową początkowo przełożono, ostatecznie trafił na platformę Netflix. W USA jeszcze w marcu wytwórnia Universal Pictures zapowiedziała, że swoje najnowsze filmy będące w dystrybucji kinowej udostępni na platformach VOD. Po otwarciu kin w Polsce z początkiem czerwca i w lipcu sytuacja powoli się zmienia, jednak w związku z dalszymi obostrzeniami i małym zainteresowaniem widzów część premier została wstrzymana.

Jak ocenia ekspertka, niezależnie od rozwoju pandemii serwisy VOD będą przyciągać coraz więcej użytkowników. Koronawirus tylko ten wzrost przyspieszył. Jak wskazuje raport PMR, rynek jest wart 1 mld zł. W kolejnych pięciu latach tempo wzrostu powinno wynieść średniorocznie 8,1 proc.

– Nasz rynek stał się atrakcyjny nie tylko dla rodzimych podmiotów, które mają za sobą telewizję, ale również dla zagranicznych inwestorów i platform. Stąd mamy również prognozy na 2021 rok. W Polsce pojawi się Disney+, czekamy na Amazona, który będzie dużo bardziej rozwinięty. Rozpoczyna się ekspansja oferty HBO Max – wymienia właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun. – W tym zakresie konkurencyjność naszego rynku robi się bardzo duża, natomiast jest on już dosyć mocno nasycony, dlatego nie możemy mówić o pozyskiwaniu nowych subskrybentów, ale na pewno o przejmowaniu od innych subskrybentów bądź abonentów telewizji płatnych.

Promieniowanie UVC skuteczną metodą walki z koronawirusem. Promienniki nowej generacji mogą sprawdzić się także w domach

Już od pierwszych dni pandemii koronawirusa naukowcy i epidemiolodzy eksperymentowali z wykorzystaniem promienników UVC w roli narzędzi do błyskawicznej dezynfekcji przestrzeni wspólnych. Z systemów bazujących na promieniowaniu ultrafioletowym korzystały do tej pory głównie szpitale oraz branża transportowa. W przyszłości technologia tego typu może być w pełni bezpieczna dla ludzi i trafić także do użytku domowego.

– Przeprowadziliśmy badania z Uniwersytetem Bostońskim i w warunkach laboratoryjnych udało nam się potwierdzić, że promienniki UVC marki Philips, przy zastosowaniu dawki 5 mJ/cm2, są w stanie zdezaktywować w 99% wirus SARS-CoV-2 w ciągu zaledwie 6 sekund. Z natury promieniowanie UVC jest niebezpieczne dla organizmów żywych, więc nie należy napromieniowywać bezpośrednio ludzi, zwierząt i roślin. Jednak mamy w swojej ofercie urządzenia, które są tak skonstruowane, aby w trakcie ich działania w danej przestrzeni mogli przebywać ludzie. – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Agata Iwańska, manager ds. rozwoju biznesu w Signify Poland.

O skuteczności promieniowania ultrafioletowego w walce z koronawirusem przekonuje Centralny Instytut Ochrony Pracy – Państwowy Instytut Badawczy, powołując się na prace naukowe Narodowej Komisji Zdrowia w Chinach. Badania dowiodły, że SARS-CoV-2 wykazuje wysoką wrażliwość na promieniowanie ultrafioletowe w zakresie UVC. 30-minutowa sesja dezynfekująca wykorzystująca promieniowanie o natężeniu co najmniej 1,5 W/mkw pozwala skutecznie usunąć koronawirusa z całego pomieszczenia.

– Promienniki UVC to źródła światła emitujące promieniowanie ultrafioletowe z zakresu od 200 do 280 nanometrów, które ma charakter biobójczy. Wirus SARS-CoV-2 jest podatny na to promieniowanie, które rozkłada jego RNA, przez co nie może się dalej replikować i staje się nieszkodliwy dla ludzi – tłumaczy Agata Iwańska.

Firma Signify zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny problem, który stoi na drodze do upowszechnienia się systemów dezynfekcji UVC. W trakcie użytkowania niektóre urządzenia UVC wytwarzają duże ilości ozonu, który może być niebezpieczny dla ludzi po zakończeniu procesu dezynfekcji.

– Nasze promienniki wykonane są ze specjalnego szkła i dzięki temu nie generują szkodliwego ozonu w trakcie pracy. O ile przestrzeń po napromieniowaniu UVC staje się zupełnie bezpieczna dla ludzi, o tyle po naozonowaniu należy ją wywietrzyć. Dlatego ważne jest, aby źródła UVC nie wytwarzały ozonu. przekonuje ekspertka.

Systemy dezynfekcyjne wykorzystujące promieniowanie UVC były używane przez polskie firmy już od pierwszych tygodni od wybuchu pandemii. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Krakowie już od 6 kwietnia wdrożyło system dezynfekcji pojazdów z wykorzystaniem promienników UVC PERUN,które powszechnie stosuje się w salach szpitalnych oraz gabinetach zabiegowych.

Przyszłością tej branży mogą okazać się promienniki nowej generacji, nad którymi pracują naukowcy z Center for Radiological Research na Uniwersytecie Columbia. Badacze eksperymentują z falami UVC o krótszych długościach, które byłyby bezpieczne dla komórek ludzkiego ciała, a jednocześnie pozwalałyby na skuteczną dezynfekcję w miejscach najbardziej narażonych na transmisję wirusów: na lotniskach, w pojazdach komunikacji miejskiej czy halach sportowych.

Promieniowanie UVC okazało się skuteczną formą dezynfekcji, która znacznie redukuje zagrożenie zarażeniem np. gruźlicą. Z kolei podczas pandemii pojawiła się potrzeba dostosowania technologii stosowanej dotychczas w szpitalach do warunków pozaszpitalnych. Jeżeli używamy promienników w sposób bezpieczny, mogą one znaleźć bardzo szerokie zastosowanie w skutecznej dezynfekcji mówi Agata Iwańska z Signify Poland.

Według raportu analityków z firmy Allied Market Research, który uwzględnia pandemiczną sytuację, rynek dezynfekcji promiennikami UVC osiągnie do 2027 roku wartość 5,7 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 17 proc. średniorocznie.

System ERP w chmurze – czy warto korzystać z cloud computing?

Rozwiązania IT to w obecnych czasach nieodzowny czynnik determinujący biznesowe realia. W dobie rosnącej konkurencyjności przedsiębiorstwa muszą sięgać po narzędzia informatyczne pozwalające na optymalizację ich wewnętrznych procesów, budowanie wydajności i efektywną analitykę – w tym po zintegrowane systemy ERP. Nowe możliwości użytkowania zaawansowanego oprogramowania dla firm stwarza technologia chmury obliczeniowej, wykorzystywana m.in. w systemie Microsoft Dynamics 365 Business Central. Rozwiązanie Microsoft dedykowane przedsiębiorcom jeszcze tylko do końca września 2020 jest dostępne w promocyjnej, o połowę niższej cenie. Czy warto zatem zarządzać firmą z programem czerpiącym z zyskującej na popularności chmury obliczeniowej oraz – przede wszystkim – z czym wiąże się taka możliwość?

Chmura obliczeniowa – czym jest?

Chmura obliczeniowa (ang. cloud computing) to nowoczesny model przetwarzania danych przy użyciu sieci internetowej. Użytkownicy mają możliwość korzystania z jej zasobów bez konieczności kupna licencji oraz budowy własnych struktur informatycznych, co stanowi podstawową właściwość odróżniającą chmurę od tradycyjnej formy obsługi oprogramowania. Specyfika rozwiązania wiąże się z dużą wygodą i wyraźnymi korzyściami w zakresie finansów, bezpieczeństwa, mobilności czy dopasowania do potrzeb konkretnej organizacji.

Zgodnie z najnowszym raportem Panorama Consulting Group – The 2020 ERP Report – już 62,70% organizacji korzystających z oprogramowania ERP zdecydowało się na implementację w ramach platformy chmurowej. Jakie główne korzyści niesie ze sobą taki wybór, zwłaszcza w zestawieniu z klasyczną formą usługi?

Oszczędność

Stosunkowo niskie koszty inwestycji w oprogramowanie obsługiwane z poziomu chmury to podstawowy atut, który w dużej mierze determinuje docelowych użytkowników cloud computing. Są to przede wszystkim organizacje z sektora małych i średnich firm – nie muszą one inwestować w budowę własnych struktur informatycznych, ich późniejszy serwis czy kadrę IT, bowiem komplet usług otrzymują z zewnętrznego serwera obsługiwanego przez usługodawcę. Dzięki niskiej barierze wejścia świat biznesowych technologii pozostaje dla nich otwarty.

Nieco inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku dużych organizacji, które zazwyczaj dysponują już wewnętrzną infrastrukturą niezbędną do wdrożenia systemów. Po szczegółowej analizie może bowiem okazać się, iż ostateczny bilans finansów przedstawi się dla nich lepiej przy wykorzystaniu tradycyjnych serwerów.

Szeroka dostępność

Chmura obliczeniowa podąża z trendem mobilności, który w ciągu minionych kilku miesięcy przeistoczył się właściwie w standard. Sytuacja epidemiologiczna zmusiła firmy do przejścia w zdalny model pracy, nawet jeżeli uprzednio pracodawcy nie skłaniali się ku tej formie działań.

Dziś natomiast wiele przedsiębiorstw deklaruje pozostanie przy „home office” w dłuższej perspektywie czasu, czemu sprzyja z kolei technologia chmurowa. Użytkownicy mogą korzystać ze spójnego środowiska pracy, niezbędnych baz danych oraz posiadać kontrolę nad wszystkimi procesami jedynie za pośrednictwem urządzeń mobilnych z dostępem do internetu. Lokalizacja – o ile gwarantuje dobre łącze sieciowe – nie ma tutaj znaczenia.

Dostosowanie do potrzeb i wygoda

Oprogramowanie ERP w modelu chmurowym zapewnia wysoki stopień kontroli nad danymi i mocą obliczeniową. Wskaźniki wydajności mogą być bowiem modyfikowane przez użytkowników w dowolnej chwili i na dowolny okres czasu – dłuższy bądź krótszy, zależny od potrzeb przedsiębiorstwa. Dzięki skalowalności mamy także realny wpływ na ponoszone koszty, gdyż płacimy za faktycznie wykorzystane zasoby. Ponadto, przedsiębiorcy korzystający z systemu ERP w chmurze będą mogli liczyć na bieżące aktualizowanie oprogramowań bez dodatkowych kosztów, co pozostaje w zakresie obowiązków dostawcy rozwiązania – podobnie jak kompleksowa obsługa serwera.

Bezpieczeństwo

Dość powszechna obawa przed niewystarczającą ochroną danych stanowi niestety częsty powód, przez który potencjalni użytkownicy nie podejmują się wdrożeń chmury, która – owszem – jak każde rozwiązanie IT nie może zagwarantować 100% bezpieczeństwa, jednak margines błędu jest w tym wypadku minimalny. Dane zgromadzone w obrębie platformy chmurowej chronione są szeregiem obwarowań, licznymi replikacjami, a co więcej – pozostają odporne na fizyczne uszkodzenia, inaczej niż w przypadku tradycyjnych serwerów wewnętrznych.

Liderzy chmury – Dynamics 365 Business Central

W czołówce dostawców chmury publicznej, zarówno na rynku polskim, jak i światowym, od lat plasuje się m.in. Microsoft, będący właścicielem drugiej co do wielkości w skali globalnej platformy Microsoft Azure. Platforma obsługuje równie znany system ERP – Microsoft Dynamics 365 Business Central, dostępny w modelu tradycyjnym, chmurowym oraz łączonym.

Użytkownicy korzystać mogą z różnych typów licencji, dzięki czemu możliwy jest dobór funkcjonalności skrojonych pod potrzeby konkretnego przedsiębiorstwa oraz specyfikę danej branży. System ERP od Microsoft pozwala na integrację oraz optymalizację procesów w takich obszarach, jak: zarządzanie finansami, projektami, sprzedażą i usługami, łańcuchem dostaw, produkcja czy analiza i raportowanie. Dodatkowe korzyści stwarzają także liczne rozwiązania aplikacyjne, zdolne do poszerzania podstawowych możliwości systemu.

Sprawdź promocyjny koszt systemu ERP

Oprogramowanie Dynamics 365 Business Central w wariancie cloud computing do końca września 2020 zakupić można w ramach promocyjnej oferty – 50% realizowanej przez strategicznego partnera Microsoft – firmę technologiczną IT.integro. Ze względu na swoje właściwości rozwiązanie dedykowane jest przede wszystkim sektorowi MŚP, którego przedsiębiorstwa dzięki rabatowej ofercie zyskać mogą:

  • zintegrowane środowisko wymiany danych, jakim jest system ERP,
  • dodatkowe narzędzie analityki biznesowej,
  • aplikacje znanego pakietu Microsoft/Office 365 sprzyjające pracy zdalnej.

Zachęcamy do zapoznania się ze szczegółami specyfiki systemu na stronie https://www.dynamics365bc.pl/erp-w-chmurze/, gdzie szybko i w trybie online obliczysz koszt zakupu rozwiązania wspierającego rozwój firm na ścieżce cyfrowej transformacji.

Co zmienia nowa strategia prowadzenia polityki pieniężnej w USA

Fed ogłosił założenia swojej nowej strategii monetarnej. Celem staje się przegrzanie rynku pracy. Co to oznacza i czy tym śladem pójdą inne banki centralne?

Najważniejszą zmianą jest nowe podejście do celu inflacyjnego, który odtąd traktowany będzie jako średni pożądany poziom inflacji. Po okresie, w którym inflacja w USA utrzymywała się poniżej celu inflacyjnego (2%) Rezerwa Federalna będzie akceptowała kształtowanie się dynamiki cen umiarkowanie powyżej celu. Takie podejście będzie umożliwiało Rezerwie Federalnej jak najdłuższe prowadzenie łagodnej polityki pieniężnej w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego i wsparcia rynku pracy nawet w warunkach narastającej presji inflacyjnej.

Decyzje Fed uzależnione będą od „skali spadku zatrudnienia względem swojego maksymalnego poziomu”, podczas gdy wcześniej brał on pod uwagę „skalę odchyleń zatrudnienia od swojego maksymalnego poziomu”.

Tym samym ewentualny spadek stopy bezrobocia poniżej poziomu naturalnego, wiążący się ze wzrostem presji inflacyjnej, będzie do pewnego stopnia tolerowany. Celem takiej polityki jest przegrzanie rynku pracy w celu wzrostu zatrudnienia w najsłabszych ekonomicznie grupach społecznych.

– Ostatnie doświadczenia dotyczące cyklu koniunkturalnego pokazują, że rynek pracy może być bardzo mocny i jednocześnie nie musi to powodować bardzo dużego wzrostu inflacji, a tak bywało w przeszłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Fed sugeruje, że chce doprowadzić do takiej sytuacji, że gdy rynek będzie przegrzany, stopa bezrobocia będzie bardzo niska i osoby, które dotąd nie mogły znaleźć zatrudnienia znajdą pracę i będą z niej zadowolone.

Ta decyzja powinna wywoływać wątpliwości, ponieważ rolą banków centralnych jest stabilizowanie gospodarki, aby nie ulegała nadmiernym wahaniom. Takie działania, o których wspomina obecnie Fed, mogą jednak bardziej zaszkodzić niż pomóc najuboższym.

– Nie jest tak, że można doprowadzić do przegrzania gospodarki i taki stan utrzymywać przez dwadzieścia lat – komentuje ekspert XTB. – Próbowano czegoś podobnego w 2018 i 2019 r.i bezrobocie stało się bardzo niskie, ale teraz te osoby są najbardziej poszkodowane.

Efektem niekonwencjonalnych działań Fed jest już bańka spekulacyjna na notowaniach giełdowych spółek technologicznych. Wcześniej czy później doprowadzi to do niebezpiecznego wstrząsu.

Polityka Fed raczej sprzyja D.Trumpowi, ale wynik wyborów prezydenckich w USA wydaje się bardzo niepewny.

– Niezależnie kto wygra wybory, taka polityka Fed będzie mu jednak potrzebna, ze względu na rekordowe zadłużenie USA – dodaje P.Kwiecień.

Wiele państw niebezpiecznie zwiększyło swoje zadłużenie. Nie tylko strategia Fed prowadzi do nowych, nieznanych dotąd zagrożeń.

Eksperci: bez nowych spalarni nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów w Polsce

Bez odzysku energii z odpadów nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów. Jednak, aby wypełnić lukę inwestycyjną w tym zakresie potrzebne jest stabilne prawo i odpowiednie finansowanie – mówili uczestnicy debaty poświęconej przyszłości spalarni w Polsce, która odbyła się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Otwierając debatę wiceminister klimatu Jacek Ozdoba wyraził nadzieję, że zaproponowane przez jego resort w sierpniu br. założenia reformy gospodarki odpadami zostaną wdrożone. Zwrócił przy tym uwagę, że ministerstwo wycofało się w pomysłu wydania rozporządzenia z listą zakładów termicznego przekształcania odpadów.

Jego zdaniem to uwolni rynek i umożliwi szybsze uzupełnienie luki inwestycyjnej w tym zakresie, co w przyszłości obniży koszty dla samorządów. „Chciałbym, żeby to się odbyło w formie wykorzystania instalacji w ciepłownictwie, najlepiej w tych niższych instalacjach, a więc najbardziej ekonomicznie uzasadnionych, a także istniejących instalacjach” – mówił wiceminister.

Prezes FBSerwis S.A. Artur Pielech podkreślił, że jeszcze 6 lat temu z powodu wysokich kosztów nie wierzył w sens budowy spalarni w Polsce. „Dziś weryfikuję swoją wypowiedź, ponieważ mówiłem to wtedy, kiedy polskie gminy musiały płacić co najwyżej 500 zł za odbiór i zagospodarowanie odpadów. Dziś płacą od 1000 zł w górę” – mówił.

Jego zdaniem przyczyną tej sytuacji jest brak odpowiednich instalacji, które byłyby w stanie efektywnie zagospodarować odpady nie nadające się do recyklingu. A tych z każdym rokiem Polacy produkują coraz więcej.

„Oznacza to, że doszliśmy szybko do wniosku, że bez odzysku energii z odpadów nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów” – zaznaczył Pielech.

Prezes FBSerwis zadeklarował, że jego firma jest gotowa zainwestować i podjąć ryzyko budowy nowych instalacji. „Mimo, że absolutnie uważam, że recykling jest najskuteczniejszą i najbardziej słuszną formą zagospodarowania odpadów to niektórych odpadów, z powodu np. zanieczyszczenia, po prostu nie da się poddać recyklingowi. W tej sytuacji powinniśmy je spalić i przynajmniej odzyskać energię” – mówił Pielech.

Uczestnicy debaty zwracali uwagę, że do wypełnienia luki inwestycyjnej w zakresie instalacji termicznego przekształcania odpadów konieczne jest stabilne i przewidywalne prawo, które pozwoli na planowanie tego typu przedsięwzięć w długiej perspektywie.

„Jako nowa ekipa zarządzająca miastem podejmując decyzje o nastawieniu na odpowiednie tory systemu musimy wiedzieć w jaki sposób organizować system na kolejne lata jeżeli nie na dziesięciolecia. W tym kontekście mam nadzieję, że wejdą w życie zapowiadane przez resort klimatu zmiany bo one w niezwykły sposób wpływają na podejmowanie decyzji w zakresie spalarni” – mówił Adam Zawada, wiceprezydent Wrocławia, który musiał wycofać się w 2015 r. z budowy miejskiej spalarni.

Jego zdaniem drugim kluczowym czynnikiem jest finansowanie. „Widać, że tych pieniędzy jest na rynku za mało. Z nadzieją więc patrzymy np. na niemieckie rozwiązania dotyczące rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań, czy możliwości finansowania inwestycji w formule PPP” – podkreślił wiceprezydent Wrocławia.

Również Mirosław Skowron, członek zarządu CIECH S.A. ocenił, że ustawodawstwo powinno iść w takim kierunku, aby inwestycje w termiczne przekształcanie odpadów były długofalowo opłacalne.

Tegoroczne Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbywa się w dniach 8-10 września. Główną osią dyskusji Forum są najważniejsze wyzwania o charakterze politycznym, społecznym i gospodarczym, jakie stoją przed Europą Środkowo-Wschodnią.

Sukcesorzy polskich firm rodzinnych spotkają̨ się̨ w Poznaniu na V Kongresie NextG. FUTURE of NEXTgen

Już po raz piąty sukcesorzy z polskich firm rodzinnych wymienią się doświadczeniami na Kongresie NextG, który odbędzie się̨ w dniach 5 i 6 października 2020 roku w samym sercu Poznania – Concordii Design. Organizatorem wydarzenia jest Instytut Biznesu Rodzinnego. Kongres dedykowany jest młodemu pokoleniu przedsiębiorców z polskich firm rodzinnych, a tematyka wiodąca spotkania skupia się na digitalizacji, kompetencjach przyszłości, trendach biznesowych i roli sukcesorów w przyszłości polskiej gospodarki.

Uczestnicy wydarzenia to głównie młodzi sukcesorzy pochodzący z rodzin biznesowych. Przyjeżdżają̨ do Poznania, bo chcą̨ wymienić́ się̨ doświadczeniami z innymi uczestnikami, którzy tak jak oni, stoją przez wyzwaniem sukcesyjnym i biznesowym w swoich rodzimych firmach. „Wiemy, że zaledwie 8% sukcesorów chce przejąć́ firmę̨ rodzinną po rodzicach. Dlatego podczas Kongresu NextG polscy sukcesorzy słyszą historie zarówno sukcesów i porażek swojego pokolenia w firmach i poza nimi. Konfrontują swoje wyobrażenia o przejęciu firmy rodzinnej z rzeczywistością zbudowaną przez swoich rodziców czy dziadków. Młodzi przedsiębiorcy dzielą się tutaj swoimi doświadczeniami i nawiązują relacje, które niejednokrotnie zostają z nimi na długie lata” – mówi prezes Instytutu Rodzinnego dr Adrianna Lewandowska, MBA.

Tegoroczna edycja Kongresu NextG FUTURE of NEXTgen skupia się na podejściu praktycznym do biznesu i nadchodzących zmian gospodarczych. Dlatego do prelekcji, dyskusji zaproszeni zostali czołowi zagraniczni eksperci z obszaru firm rodzinnych, między innymi Susanne Bransgrove czy Guillermo Salazar. Wystąpią także polscy praktycy i mówcy; Zofia Dzik z Instytutu Humanites, dr Marta Widz, Roman Wieczorek, Szymon Trzebiatowski oraz dr Adrianna Lewandowska z ramienia Instytutu Biznesu Rodzinnego. Dotychczas, w latach 2016, 2017, 2018, 2019, w NextG wzięło łącznie udział ponad 800 sukcesorów z firm takich jak: Altom Design, Ania Kruk, Dr Irena Eris, Graal, Inglot, Kazar, Kupiec, Kross, Oceanic, Oknoplast, Mitcar, Wojas, Wajnert Meble, ZPUE oraz Zbyszko.

Wydarzenie będzie w całości hybrydowe – z możliwością wzięcia udziału w formule stacjonarnej dla ograniczonej liczby uczestników (ze względów bezpieczeństwa) oraz w dwóch wersjach ONLINE – dla wszystkich tych, którzy wybiorą zdalne uczestnictwo w konferencji. Wirtualna wejściówka na Kongres NextG to niezwykła możliwość personalizacji agendy i dopasowania jej do własnych potrzeb.

Instytut Biznesu Rodzinnego to Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych w Polsce i za granicą. Wiodącą misją działań Instytutu jest profesjonalizacja polskich przedsiębiorstw rodzinnych poprzez doradztwo w zakresie procesu sukcesji, strategii międzypokoleniowych i Konstytucji Firm Rodzinnych, szerzenie wiedzy, dobrych praktyk, prowadzenie i publikowanie wyników badań naukowych oraz wymianę̨ doświadczeń́ krajowych i zagranicznych. Każdego roku Instytut organizuje szereg wydarzeń́ dedykowanych firmom rodzinnym, które zawsze są unikatową platformą wymiany doświadczeń́ i okazją do nawiązania bezcennych relacji biznesowych.

Ponad połowa załadowanych ciężarówek w UE nie jest wykorzystana optymalnie

Każdy kilometr się liczy, dlatego w transporcie drogowym towarów warto je liczyć dokładnie. Według American Transportation Research Institute około 20 proc. odległości pokonywanej przez kierowców ciężarówek nie generuje przychodów. Rzeczywista liczba nierentownych tras może być jeszcze wyższa. Europejski system przewozów również mierzy się z problemami wydajności pojazdów ciężarowych. Efektywność transportu drogowego to podstawa, gdyż to on odpowiada za 76,7 proc. całego przewozu ładunków w UE.[1] Dlatego w najbliższej przyszłości to właśnie wzrost wydajności w operacjach transportowo-spedycyjnych, skuteczna analiza danych oraz sprawne reagowanie na zmiany w sektorze TSL będą kluczowe, by przewoźnik zachował konkurencyjność. Na tym polu przedsiębiorców wspierają narzędzia cyfrowe takie jak telematyka lub TMS (system zarządzania transportem).

Systemy informatyczne w transporcie – prognozy ekspertów

W przyszłości to nie cena, czyli stawki za fracht, może być głównym kryterium wyboru podwykonawcy. Transport, spedycja i logistyka rozwijają krok po kroku narzędzia informatyczne. Wdrażają je do swoich firm, by zamówienia i zlecenia były obsługiwane w modelu SaaS. Branża dostrzega potencjał w analizowaniu dużej ilości danych gromadzonych w czasie rzeczywistym. Co więcej, zaczyna wykorzystywać je tak, by wszelkie procesy udoskonalać i przyspieszać. Rynek ewoluuje i coraz częściej będziemy mieć do czynienia z transportem 4.0. Dlatego nie cena, a elastyczność, sprawność w działaniu i umiejętne zarządzanie taborem będą mieć znaczenie przy wyborze firmy do współpracy. Ponadto firmy, które jako pierwsze zdiagnozują nieefektywne zarządzanie flotą z uwagi na niskie stawki za frachty i brak narzędzi cyfrowych do odpowiedniego planowania zleceń, będą wygrane, bo bardziej konkurencyjne na rynku międzynarodowych przewozów drogowych niż te, które będą tkwić w starym offline-owym modelu – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert Grupy Inelo, GBOX.

„Transport przyszłości” PwC wskazuje, że ponad połowa zapytanych przedstawicieli sektora przewozów drogowych jest przekonanych, iż to digitalizacja pozwoli im zwiększyć przychody. W najnowszym raporcie European Road Transportation Survey 2020 czytamy, że aż 74 proc. respondentów – przewoźników, kierowców i spedytorów – wskazuje na cyfryzację jako główny motor napędowy rozwoju ich biznesu.

Zarządzanie transportem w przedsiębiorstwie. W czym upatrujemy ulepszeń?

Kooperacja między załadowcami a zleceniobiorcami i truckerami, automatyzacja przesyłanych dokumentów, komunikacja z kierowcami oraz transparentność w realizowaniu operacji – to główne oraz najczęściej wskazywane atuty narzędzi informatycznych – jak system telematyczny czy TMS – używanych w przedsiębiorstwach transportowo-spedycyjnych. Przewoźnicy, czy kierowcy widzą nadchodzące zmiany również w analizie gromadzonych informacji, które są podstawą podejmowania trafnych biznesowo decyzji oraz optymalizują przekazywanie danych, co przekłada się na oszczędność czasu.

– Digitalizacja transportu zaczyna już być rozumiana jako nowy model prowadzenia biznesu w międzynarodowym środowisku przewozów drogowych i staje się koniecznym elementem walki konkurencyjnej. Rodzimi przedsiębiorcy przekonują się do niej stopniowo. Jako pierwszy krok wybierają takie rozwiązania, które teraz ułatwiają im realizowanie frachtów oraz na bieżąco wgląd w status wykonywanych zleceń. W dłuższej perspektywie dostrzegają szansę w automatyzacji skomplikowanych procesów, dzięki temu oszczędzają czas, a także pieniądze, ale też unikają błędów ludzkich. Wdrożenie u zintegrowanych systemów do zarządzania transportem i cyfryzacja, pozwala osiągnąć trwały wzrost efektywności, tak istotny dla firm transportowych czy spedycyjnych, które konkurują z międzynarodowymi operatorami logistycznymi – mówi Magda Magnuszewska, CEO Grupy Inelo.

System TMS sprawi, że transport drogowy jest efektywny?

Zintegrowana Telematyka i TMS pozwalają tak zarządzać taborem, by było jak najmniej przestojów i pustych przejazdów. Decyzje podejmowane są szybciej, ponieważ mamy dostęp do wielu danych równocześnie, czego nie daje nam GPS; możemy też efektywnie planować koszty frachtów, a więc rentowność. Z ankiety European Road Transportation z lipca 2020 roku wynika, że efektywność operacji transportowych i wydajność ciężarówek mierzona jest m.in. na podstawie krótszego czasu oczekiwania na załadunek czy rozładunek, sprawnemu kontraktowaniu kolejnych zleceń w oparciu o przepustowość dostępnych pojazdów oraz zdecydowanie mniej tzw. papierologii. Liczą się także aktualizowanie na bieżąco przebiegi zlecenia oraz odpowiedzialne i wiarygodne przewidywanie momentu przyjazdu do wyznaczonej lokalizacji.

– To tylko potwierdza słuszność obranego przez nas kierunku digitalizowania polskiego transportu drogowego. Realizowany przez nas projekt badawczo-rozwojowy wspierany przez fundusz NCBiR opiera się między innymi na usprawnianiu funkcji szacowania czasu dojazdu (ETA). I to na niespotykaną dotąd skalę, gdyż dzięki integracji danych z systemów mapowych z informacjami o dostępnym czasie pracy kierowców oraz zgodnie ze wszystkimi obowiązującymi regulacjami uzyskujemy narzędzie, które dokładnie estymuje termin wykonania zlecenia transportowego. Wzrasta efektywność eksploatowania floty. Oszczędzamy pieniądze, paliwo i czas. Sztuczna inteligencja również będzie wkraczać w sektor TSL, a nasz projekt jest tego dowodem – wyjaśnia Magda Magnuszewska, Grupa Inelo.

TMS transport i logistyka, bo liczy się każdy kilometr

Wśród trendów technologicznych mających największy wpływ w niedalekiej przyszłości na pierwszym miejscu wymieniana jest transmisja i analiza danych z postępów operacji transportowo-spedycyjnych.[2] Dane wypływają zarówno od kierowców ciężarówek, jak i centrów logistycznych czy informacji z dróg. Podstawą są teraz dane w systemie SaaS przetwarzane przez systemy do zarządzania transportem TMS czy choćby telematykę. Następna jest sztuczna inteligencja w transporcie, a dopiero później wskazywane są autonomiczne czy elektryczne samochody ciężarowe.

– Według dostępnych wyliczeń 25 proc. pojazdów w transporcie towarów notuje puste przebiegi. Natomiast aż 54 proc. załadowanych tirów jeżdżących w granicach państw UE jest niewykorzystywanych optymalnie. Czy się opłaca? Nie. Dlatego w przyszłości nie cena, a wydajność i umiejętność analizowania danych i podejmowania rentownych decyzji przy wsparciu narzędzi IT będzie kluczem do sukcesu – podsumowuje Tomasz Czyż, GBOX.

[1] Statista, 2020.

[2] 8 trends disrupting Logistics transportation DHL, 2020.

Jak pandemia zmieniła Polaków? Jakie mamy wnioski na przyszłość? Wyniki badania

Lęk o zdrowie swoje i najbliższych, brak poczucia bezpieczeństwa i stabilności oraz strach przed wizją nadchodzącego kryzysu to zdaniem Polaków główne uczucia, które wyzwoliła w nas epidemia koronawirusa. Ale mimo, iż z obawą patrzymy w przyszłość, wielu z nas zaczęło też postrzegać swoje życie jako o wiele bardziej wartościowe, zaczęliśmy doceniać i cieszyć się tym, co mamy i relacjami z ludźmi, którzy są nam najbliżsi. Wnioski, które wyciągamy z lekcji, jaką jest dla nas epidemia Covid-19, są pouczające i budujące na przyszłość – tak wynika z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Funduszu Rozwoju. Czy można mówić o tym, że jako społeczeństwo ulegliśmy przemianie? W ramach kampanii Solidarni Zwyciężymy zbieramy i pokazujemy opinii publicznej przykłady takich przemian.

W badaniu przeprowadzonym w ramach kampanii „Solidarni Zwyciężymy” zapytano Polaków, jakie wnioski na przyszłość powinniśmy jako społeczeństwo wyciągnąć z kilku miesięcy zmagań z pandemią. Jak pokazują wyniki, 33,9% Polaków zgodnie uważa, że trzeba zacząć doceniać to, co się ma oraz zacząć cieszyć się nawet z drobnych rzeczy. Zbliżona liczba badanych (33,5%) wskazuje także, że pandemia uświadomiła im, że w życiu najważniejsza jest rodzina i najbliższe osoby. Wnioski, jakie płyną dla nas z tego okresu, dotyczą jednak nie tylko zmiany postrzegania tego, czym jesteśmy otoczeni na co dzień, ale również myślenia o przyszłości. Blisko 30% Polaków uważa, że obecna sytuacja powinna nauczyć nas także, że w życiu istotna jest umiejętność dostosowania się do nowych warunków – trzeba być elastycznym i przygotowanym na zmiany, jakie przynosi rzeczywistość, a co się z tym wiąże, trzeba przykładać dużą wagę do różnych form zabezpieczania się na przyszłość – podkreśla to co czwarta badana osoba (24,5%).

Badanie potwierdziło, że pandemia, a co za tym idzie konieczność odnalezienia się praktycznie z dnia na dzień w zupełnie nowej rzeczywistości pełnej licznych ograniczeń, wyzwoliła w Polakach przede wszystkim strach i lęk. Aż 44,3% badanych wskazało, że głównie czuło strach o zdrowie swoje i najbliższych, a 34,9% wskazywało także na lęk o najbliższą przyszłość. Blisko co trzeci badany (28,8%) zmagał się też z brakiem poczucia bezpieczeństwa i stabilności oraz odczuwał strach przed wizją nadchodzącego kryzysu gospodarczego. Pandemia była w tym kontekście srogą lekcją dla nas wszystkich.

Zalew trudnych dla wszystkich uczuć w okolicznościach sprzyjających podjęciu refleksji sprawił, że wielu z nas zaczęło jednak dostrzegać dobro, jakie spotyka ich w życiu: doceniać nie tylko to, co mamy (24,3%), ale również obecne w ich życiu relacje międzyludzkie (18,3%). Część badanych zauważa także, że napotkane trudności wyzwoliły w Polakach nowe siły, aktywne szukanie rozwiązań, jak radzić sobie z nowymi wyzwaniami oraz solidarność w działaniu, troskę i pomoc niesioną innym. Negatywne emocje w okresie zmagań z pandemią przerodziły się w wartościowe wnioski. Ponad 17% badanych za najważniejsze, czego powinna nauczyć nas pandemia, uznało niepoddawanie się pesymizmowi i patrzenie z nadzieją w przyszłość oraz szukanie możliwości angażowania się w pomoc innym, szczególnie tym, którzy mają w życiu trudniej od nas.Wyniki badania_infografika

Mimo, że pandemia koronawirusa była dla wszystkich szokiem – okresem gwałtownych i niespodziewanych zmian nie tylko w życiu każdego z nas, ale też w gospodarce i funkcjonowaniu firm, to jako społeczeństwo w tych trudnych warunkach zdaliśmy egzamin z solidarności międzyludzkiej. W walkę ze skutkami pandemii zaangażowała się spora liczba instytucji i służb, ale również ogromna liczba zwykłych ludzi, cichych bohaterów, o których nie dowiemy się z pierwszych stron gazet. Takich historii w ramach kampanii Solidarni Zwyciężymy mamy zgłoszonych ponad 130, a na pewno jest ich znacznie więcej. Co warte uwagi, historie zgłaszane w konkursie pokazują, że bardzo często nie był to jednorazowy zryw, ale początek długofalowej, często bezinteresownej pomocy niesionej potrzebującym i działań na rzecz wspólnego dobra. Paradoksalnie pandemia spowodowała, że jako społeczeństwo staliśmy się trochę bardziej wrażliwi na siebie nawzajem – powiedział Paweł Borys, Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

Do tej pory wyróżnionych zostało 12 zwycięzców konkursu ogłoszonego w ramach kampanii „Solidarni Zwyciężymy”. Obecnie zakończyła się ostatnia z trzech części w której wyłonionych zostało 6 kolejnych zwycięzców. Są to osoby prywatne i firmy, które wyróżniły się nie tylko solidarnością w działaniu i troską o dobro innych ludzi, ale również kreatywnością i innowacyjnością w działaniach oraz przede wszystkim błyskawiczną reakcją i gotowością do wprowadzenia zmian. Zwycięzcy poza promocją własnych działań, otrzymają możliwość przeznaczenia 10 000 zł na wsparcie wybranej przez siebie w zgłoszeniu fundacji lub organizacji. Wszystkie historie zgłoszone w konkursie, w tym te zwycięskie, opublikowane są na stronie internetowej kampanii www.solidarnizwyciezymy.pl.

Eye-tracking – w jaki sposób reklamy wielkopowierzchniowe zaburzają odbiór przestrzeni polskich miast?

Najnowsze technologie i współczesna wiedza pomagają architektom bardzo precyzyjnie projektować przestrzeń miejską. Nowoczesne rozwiązania opracowane przez firmę Designbotic już w najbliższej przyszłości mogą sprawić, że komfort i przyjemność wynikająca z przebywania w miastach ulegną znacznej poprawie. Wszystko dzięki wykorzystaniu techniki o nazwie eye-tracking, umożliwiającej śledzenie punktów skupienia wzroku użytkowników.

Jeszcze do niedawna urządzenia służące do pomiarów biometrycznych, czyli badania reakcji i struktury ludzkiego ciała, były zarezerwowane wyłącznie dla specjalistycznych ośrodków badawczych. Postępująca miniaturyzacja podzespołów oraz obniżenie kosztów ich produkcji sprawiły, że z czasem zaawansowane technologie stały się dostępne niemal dla każdego, ułatwiając wiele aspektów codziennego życia.

Możliwość odblokowania komputera czy telefonu przy użyciu odcisku palca, rozpoznawanie twarzy, zegarki mierzące puls i ilość kroków to rozwiązania występujące dziś powszechnie.

Ta technologiczna rewolucja daje również szansę lepszego projektowania miast, a dzięki temu -podniesienia jakości życia mieszkańców. Dzięki niej, jesteśmy w stanie wyciągać wnioski na temat przeszłości przestrzeni polskich miast, m.in. ich mało spójnego i pełnego reklam oblicza lat 90’ ubiegłego wieku.

Współczesne podejście zakłada ścisłą współpracę architektów i urbanistów, która znacząco ułatwi planowanie przestrzenne i lepsze współegzystowanie pewnych obiektów. Dzięki technice eye-tracking i badaniom, które firma Designbotic przeprowadziła na architektach, wyraźnie widać, że reklamy w przestrzeni publicznej rozpraszają uwagę, odbierają przyjemność i obniżają komfort wynikający z przebywania w niej.

_Narzędzia oraz metody wykorzystywane w innych branżach często nieoczekiwanie znajdują swoje zastosowanie w dziedzinie architektury.

Do niedawna druk 3D czy wirtualna rzeczywistość wydawały się przepowiednią dalekiej przyszłości, natomiast dziś stanowią kolejne narzędzie w rękach inżynierów. Obserwując współczesny rozwój technologii, którego domeną jest często zdrowie i komfort użytkownika, możemy spodziewać się podobnej rewolucji w projektowaniu architektonicznym oraz podejściu do środowiska zabudowanego._ – mówi Kacper Radziszewski z firmy Designbotic.

Eye-tracking w architekturze

Naukowe dowody potwierdzające dominację zmysłu wzroku pochodzą jeszcze z lat 80’ ubiegłego wieku. Szereg badań wykonywanych na przestrzeni lat jednoznacznie dowiódł, że to właśnie zapis wizualnych bodźców jest w ludzkiej pamięci najsilniejszy i co za tym idzie – najmocniej wpływa na bezpośredni sposób postrzegania otaczającej przestrzeni. W ten właśnie sposób architektura postanowiła sięgnąć po dokonania okulografii (ang. eye-tracking), techniki polegającej na śledzeniu ruchu gałek ocznych, stosowanej od ponad 100 lat w dziedzinach takich, jak medycyna, psychologia czy marketing.

Wszystko po to, aby móc precyzyjnie ustalić punkt skupienia ludzkiego wzroku, analizując jednocześnie bezpośrednią tego przyczynę.

Zastosowanie tej metody ułatwia zrozumienie reakcji użytkowników na otaczająca ich przestrzeń, a także wprowadza ich mierzalność.

Polskie miasta a ustawa krajobrazowa

Celem eksperymentu przeprowadzonego przez Designbotic na architektach pracowni Roark Studio było zbadanie wpływu reklam wielkoformatowych na odbiór przestrzeni polskich miast. Wśród wybranych lokalizacji znalazły się: Rynek we Wrocławiu i Poznaniu, Galeria Handlowa Manhattan w Gdańsku, Dom Handlowy Central w Białymstoku oraz skrzyżowanie ulicy Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi w Warszawie.

W badaniu porównano oryginalne zdjęcia miast z modyfikacjami, w których przypomniano, jak może wyglądać przestrzeń miasta zdominowana przez reklamy. Jedynie w przypadku Warszawy wykorzystano oryginalne zdjęcie najbliższego otoczenia budynku rotundy z lipca tego roku, w otoczeniu reklam wielkoformatowych, widniejących na wszystkich pobliskich budynkach. Warto przypomnieć, że 25 lutego tego roku, decyzją wojewody mazowieckiego, tzw. uchwała krajobrazowa, mająca na celu uregulowanie lokalizacji i formy materiałów reklamowych w przestrzeni miasta została unieważniona.

Wyniki badań

W trakcie badania przedstawiono wybrane przestrzenie 30 osobom, których ruch gałki ocznej został zarejestrowany przy pomocy specjalnego urządzenia służącego do okulografii. Precyzyjnie zarejestrowane pomiary umożliwiły poznanie zachowania ludzkiego wzroku jako reakcji na przestrzeń miasta. Dzięki analizie pomiaru, możliwe było zbadanie, które elementy obserwowane są jako pierwsze, które przykuwają naszą uwagę oraz do których najczęściej powracamy wzrokiem.

W pierwszych 2 sekundach obserwatorzy skanowali równomiernie całość przestrzeni, jednak z upływem czasu częściej i na dłużej powracali do obszarów zajętych przez reklamy, co w rezultacie skutkowało spędzeniem 35% czasu na obserwacji treści reklamowych, które dominują zmysł wzroku, pomimo zajmowania względnie małego obszaru w skali zdjęć. Z kolei przestrzenie publiczne, pozbawione elementów reklamowych, umożliwiały naturalny, swobodniejszy oraz indywidualny dla każdego człowieka ruch gałki ocznej, skupiając wzrok na elementach architektonicznych, infrastrukturze oraz osobach znajdujących się w przestrzeni.

_Architekci kształtując przestrzeń publiczną zwracają uwagę na proporcje wnętrz urbanistycznych, kompozycję, dobór materiałów elewacyjnych, zieleń i inne elementy, których obecność pozytywnie wpłynie na użytkownika. Nasza pracownia wzięła udział w badaniu eye-tracking, aby sprawdzić jak bardzo reklamy wielkopowierzchniowe zaburzają odbiór przestrzeni w miastach. Uzyskane efekty potwierdzają nasze przypuszczenia – iż tego typu reklamy odbierają użytkownikom znaczną część uwagi. Ma to wpływ nie tylko na zubożenie doznań, ale również negatywnie wpływa na bezpieczeństwo pieszych._  – mówi Jakub Bladowski, prezes pracowni architektonicznej Roark Studio.

PARP: W ciągu roku liczba ofert pracy w e-commerce wzrosła o 40 proc.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w lipcu br. wyniosła 6,1 proc. i w porównaniu z poprzednim miesiącem utrzymała się na takim samym poziomie. Jak wynika z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań. Sierpień 2020”, w porównaniu do czerwca 2020 r. w lipcu do polskich urzędów pracy zgłoszono o 10,9 proc. więcej wakatów. W strukturze zatrudnienia rośnie liczba bezrobotnych kobiet (53,9 proc.). Na rynku pracy mają problemy również najmłodsi pracownicy.

Raport przygotowany przez PARP przedstawia syntetyczne wyniki aktualnych badań i analiz, dotyczących polskiego i międzynarodowego rynku pracy. To cykliczna comiesięczna publikacja, którą Agencja przygotowuje na potrzeby Rady Programowej ds. Kompetencji koordynującej działanie systemu Sektorowych Rad ds. Kompetencji. Omawiany raport dotyczy okresu od 21 lipca do 19 sierpnia 2020 r.

Więcej wakatów, wyższe wynagrodzenia

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w lipcu 2020 r. wyniosła 6,1 proc. i w porównaniu z poprzednim miesiącem pozostała bez zmian. W urzędach pracy zarejestrowanych było łącznie 1,03 mln osób– o 3,7 tys. więcej niż w czerwcu br. W ujęciu rocznym to wzrost o 0,9 proc. W badanym okresie rosła również liczba wakatów. Według wstępnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w lipcu do urzędów pracy zgłoszono 103,4 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, tj. o 10,2 tys. ofert więcej niż w czerwcu br.

Z danych przedstawionych w raporcie PARP wynika, że jeszcze w czerwcu wzrost stopy bezrobocia odczuli mieszkańcy 10 z 16 województw, w lipcu już tylko 3: dolnośląskiego, łódzkiego i świętokrzyskiego. Najwyższy wskaźnik odnotowano w: warmińsko-mazurskim (10,1 proc.), podkarpackim (9,0 proc.), kujawsko-pomorskim (8,7 proc.) i świętokrzyskim (8,6 proc.). Najniższy wskaźnik wystąpił w wielkopolskim (3,7 proc.), śląskim (4,7 proc.), mazowieckim (5,1 proc.) i małopolskim (5,2 proc.).

Nadal z większymi problemami na rynku pracy borykają się kobiety. W wyniku rządowych ograniczeń związanych z pandemią prawie 4 na 10 pracowników w Europie rozpoczęło telepracę. Kobiety w dużej mierze nie mogły skorzystać z tej możliwości, ponieważ częściej wykonują zawody wymagające fizycznej obecności. To właśnie w handlu czy usługach najczęściej likwidowano miejsca pracy, a na tym najbardziej ucierpiały właśnie kobiety. W czerwcu w strukturze osób bezrobotnych panie stanowiły 53,7 proc., a w lipcu ich udział wzrósł do 53,9 proc. – mówi Daniel Nowak, ekspert Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Bez względu na płeć, rośnie przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw. Z danych GUS wynika, że w lipcu 2020 r. wyniosło 5381,65 zł i w porównaniu z czerwcem 2020 r. wzrosło o 1,8 p.p., natomiast w porównaniu z lipcem 2019 – o 3,8 p.p.

Wsparcie państwa pomogło uratować miejsca pracy

Dla przedsiębiorców, których dotknął kryzys, wsparciem była rządowa pomoc. Według danych MRPiPS w ramach tarczy antykryzysowej trafiło do nich do tej pory ponad 128 mld zł. Najwięcej pieniędzy przeznaczono na zwolnienia i ulgi w ramach składek na ubezpieczenia społeczne (17,0 mld zł), dofinansowanie do wynagrodzenia (14,2 mld zł), umarzalne pożyczki dla mikroprzedsiębiorców (9,08 mld zł) i świadczenia postojowe (4,8 mld zł). – Dane pokazują, że przedsiębiorcy oczekiwali pomocy ze strony państwa, a kiedy ta się pojawiła, chętnie po nią sięgnęli. Z dofinansowania do wynagrodzenia skorzystało 3,44 mln pracowników, a mikrofirmom udzielono aż 1,82 mln umarzalnych pożyczek. Ta pomoc na pewno przyczyniła się do zachowania miejsc pracy. Jak wynika z badania przeprowadzonego wspólnie z Bankiem Światowym, tylko 4 proc. mikro-, małych i średnich firm zdecydowało się na zwolnienia w czasie lockdownu – mówi Piotr Krasiński, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Rośnie znaczenie sfery cyfrowej

Telepraca, traktowana przed pandemią jako przywilej, teraz jest codziennością. W Finlandii blisko 60 proc. pracowników przestawiło się na pracę w domu, w Luksemburgu, Niderlandach, Belgii i Danii było ich ponad 50 proc., a w Irlandii, Austrii, Włoszech i Szwecji ok. 40 proc. pracowników pracowało w systemie teleworkingu. W Unii telepracę rozpoczęło średnio 24 proc. pracowników, którzy nigdy wcześniej nie pracowali z domu i aż 56 proc. tych, którzy wcześniej pracowali z domu jedynie okazjonalnie.

Postępującą digitalizację widać również w ofertach pracy, które znaleźć można w Internecie. W ostatnich miesiącach wiele firm zmieniło swój model biznesowy i rozpoczęło lub poszerzyło działalność w sieci. W związku z tym wyraźnie wzrosła liczba ofert dot. e-commerce – pojawiło się ich aż 40 proc. więcej niż rok wcześniej. Największy spadek (39 proc.) widać z kolei w grupie kasjerów i sprzedawców.

Potwierdzają to również dane Grant Thornton. W lipcu 2020 r. pierwszy raz od marca odnotowano w Polsce większy popyt na pracowników umysłowych niż fizycznych. Odsetek ofert skierowanych do osób poszukujących pracy umysłowej wyniósł 52 proc., a do pracy fizycznej – 48 proc.

Renta dożywotnia. 5 podpowiedzi jak uniknąć pułapek

Niedawno temat renty dożywotniej znów trafił na wokandę. Wszystko za sprawą Ministerstwa Sprawiedliwości, które pracuje nad zmianami art. 388 Kodeksu cywilnego. To jeden z przepisów, którego nowelizacja miałaby ograniczyć skalę nadużyć i wyłudzeń w różnych obszarach życia. Chodzi nie tylko o umowy zawierane na sprzedaż garnków, koców, czy długoterminowych i nieopłacalnych produktów finansowych. Zmiany w art. 388 będą dotyczyć również rynku hipoteki odwróconej i umów renty dożywotniej. To branża, która mimo wielu postulatów wciąż nie doczekała się odrębnych regulacji, a potrzebuje ich jak żadna inna. Czy po nowelizacji przepisów seniorzy, którzy chcą podpisać umowę renty dożywotniej, a boją się utraty prawa własności do nieruchomości będą mogli spać spokojnie?

Na planowanych zmianach w KC może skorzystać m.in. branża hipoteki odwróconej. Przypomnijmy, że (w założeniu) artykuł 388 KC miał chronić osoby w ciężkiej sytuacji, niedoświadczone, zniedołężniałe lub posiadające niewystarczającą wiedzę – przed podpisaniem niekorzystnej dla siebie umowy, a właściwie doprowadzić do jej unieważnienia lub przeprowadzenia innych działań, które mogłyby zmierzać do rozwiązania umowy. Eksperci rynkowi nieraz podkreślali, że przepisy w obecnym kształcie nie były wystarczające. Planowane zmiany mają dać oręże osobom, które czują się wyzyskane.

– Warto przypomnieć, że obecnie, osoba, która podpisała niekorzystną dla siebie umowę ma dwa lata na jej zakwestionowanie. Ministerstwo Sprawiedliwości planuje taką zmianę przepisów, która umożliwi unieważnienie całej umowy na wniosek osoby wyzyskanej, choć oczywiście poszkodowany będzie mógł zdecydować, czy taką umowę chce unieważnić, czy doprowadzić do jej zmiany. Resort chce również, by uprawnienia wyzyskanego nie wygasały, lecz ulegały przedawnieniu (zastosowany zostałby podstawowy termin przedawnienia wynoszący 6 lat). W praktyce oznaczałoby to wydłużenie terminu, w którym osoba wyzyskana mogłaby skorzystać z przysługujących jej uprawnień, z 2 do 6 lat – mówi Małgorzata Rosińska, Kierownik Departamentu Prawnego Funduszu Hipotecznego DOM.

Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM przyznaje, że – mimo nowelizacji art. 388 KC – która jest oczywiście potrzebna, nie można zapominać o wznowieniu prac nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym. – Każde przepisy, które chronią konsumentów przed wyłudzeniami są na wagę złota, ale pamiętajmy, że rynek hipoteki odwróconej działa w Polsce od ponad 10 lat, funkcjonują na nim zarówno instytucje profesjonalne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych, jak i osoby prywatne lub podmioty nieprofesjonalne, więc wciąż słyszymy o wyłudzeniach i oszustwach dotykających seniorów. Dedykowane tej usłudze przepisy, regulujące ten rynek w sposób pełny i kompleksowy są konieczne – twierdzi.

Jednocześnie przypomina szereg kwestii, o których warto pamiętać podpisując umowę renty dożywotniej. Oto najważniejsze z nich.

Zweryfikuj firmę, z którą zamierzasz podpisać umowę

W przypadku umowy podpisywanej z firmą, warto sprawdzić jej status prawny, kapitał zakładowy, doświadczenie i kompetencje. Dobrze dowiedzieć się, czy jest zrzeszona w organizacjach branżowych np. Związku Przedsiębiorstw Finansowych oraz czy przestrzega norm etycznych np. Zasad Dobrych Praktyk ZPF lub tzw. „Dziesiątki EPPARG” – zbioru norm etycznych dla europejskich podmiotów ustanowionych w ramach największej brytyjskiej organizacji zrzeszającej firmy oferujące tą usługę (European Pensions and Property Asset Release Group). Warto zweryfikować jakie opinie na temat danej firmy krążą w Internecie, co piszą o niej media, czy w sieci nie ma negatywnych artykułów i ostrzeżeń innych konsumentów. Dobrze, jeżeli taka organizacja jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych i jej wyniki finansowe są jawne (a co za tym idzie transparentne).

Sprawdź jakie są intencje osoby prywatnej

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, zwłaszcza jeśli jest to osoba nieznajoma. Warto przypomnieć, że w obecnej sytuacji prawnej każdy może podpisać z seniorem umowę renty dożywotniej. Taką umowę mogą zawrzeć np. sąsiedzi, koledzy, dalsi znajomi lub nieznajomi. Wiele mówi się o nadużyciach, wyłudzeniach, źle skonstruowanych umowach, a w rezultacie seniorach, którzy stracili cały dorobek życia, czyli własne mieszkanie. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że liczba umów zawieranych z profesjonalnymi podmiotami, czyli funduszami hipotecznymi to zaledwie 1 proc. całego rynku. Resztę stanowią kontrakty prywatne i tutaj należy wykazać się dużą czujnością.

Upewnij się, że będziesz dostawać pieniądze dożywotnio

To, że osoba prywatna chce zawrzeć z seniorem umowę i wypłacać mu świadczenia pieniężne nie musi od razu stanowić zagrożenia, ale warto sprawdzić intencje takiej osoby, jej wiarygodność, a przede wszystkim kondycję finansową. Mimo dobrych chęci wciąż najważniejsza jest gwarancja wypłacania świadczeń pieniężnych aż do śmierci (oraz odpowiednie zapisy w umowie, które to gwarantują). Fundusze hipoteczne wypłacają świadczenia dożywotnio, niezależnie od tego, czy senior będzie żył
5, 10, czy 25 lat. To zobowiązanie, którego osoby prywatne mogą nie unieść, zwłaszcza w tak długiej perspektywie czasu.

Zadbaj o formalności

Proces podpisania profesjonalnej umowy jest zazwyczaj wieloetapowy. Najpierw powinna być przeprowadzona wstępna wycena nieruchomości, a na jej podstawie prognoza renty dożywotniej. – Po wstępnej wycenie i prognozie przedstawiamy seniorowi propozycję umowy, którą może spokojnie przeanalizować, przemyśleć, zastanowić się. Jeżeli jest zainteresowany, to podpisujemy z nim umowę przedwstępną i zaczynamy kompletować wszystkie dokumenty potrzebne do podpisania umowy przyrzeczonej. Co ważne, zanim taka umowa przyrzeczona zostanie podpisana, powoływany jest niezależny rzeczoznawca majątkowy, który przygotowuje operat z dokładną wyceną nieruchomości. Umowa przyrzeczona jest podpisywana w formie aktu notarialnego – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Podkreśla, że do oszacowania wysokości świadczeń wykorzystywany jest złożony model opracowany przez aktuariuszy i specjalistów z szeroką wiedzą finansową i prawną, a takich kompetencji nie posiadają zazwyczaj osoby prywatne.

Przeczytaj dokładnie umowę. Skonsultuj ją z kimś

Renta dożywotnia opiera się na instytucji Dożywocia (Kodeks Cywilny, art. 908-916) lub umowie Renty (Kodeks Cywilny, art. 903-907). – W umowie z funduszem znajduje się szereg zapisów gwarantujących seniorowi bezpieczeństwo. Najważniejszy jest zapis o służebności osobistej mieszkania. Dzięki niemu senior jest uprawniony do dożywotniego korzystania z lokalu. Kolejną ważną rzeczą jest uregulowanie kwestii dotyczących sytuacji, gdy jedna ze stron nie wywiązuje się z obowiązków określonych w umowie. Przykładowo – jeśli senior nie otrzymuje świadczeń pieniężnych lub innych świadczeń określonych w umowie dożywocia to ma prawo wytoczyć powództwo o zasądzenie tychże świadczeń (w przypadku świadczeń pieniężnych), a nawet może wystąpić o odszkodowanie za nienależyte wykonanie umowy. W wyjątkowych przypadkach umowa ta może zostać rozwiązana przez sąd – przypomina Robert Majkowski.

Przypilnuj, żeby świadczenia były wpisane do umowy

Wysokość świadczeń wyliczana w funduszach hipotecznych zależy od wielu czynników – przede wszystkim oczekiwanej długości życia, na którą – podobnie jak przy ustalaniu świadczeń emerytalnych wypłacanych przez ZUS – wpływ ma wiek i płeć seniora. Ważna jest również wartość nieruchomości, która będzie przedmiotem umowy. Co ważne – wysokość świadczeń jest wpisywana do umowy z funduszem. W przypadku umów z osobami indywidualnymi często strony „umawiają się” ustnie jaka będzie wysokość świadczeń, ale do umowy wpisują wartość zaniżoną – później trudno wyegzekwować świadczenia, które nie są regulowane ani w terminie ani w wysokości, którą się ustaliło.

Dobre perspektywy dla rozwoju rynku robotyki chirurgicznej w Polsce

Jedną z konsekwencji pandemii koronawirusa jest kolejny skok technologiczny w medycynie. Na blokach operacyjnych i w opiece nad pacjentami coraz większą rolę odgrywają systemy robotyczne. W Polsce jest dziś 11 autoryzowanych robotów chirurgicznych da Vinci, ale w najbliższych latach ich liczba ma szansę dynamicznie rosnąć – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2020” opublikowanego przez Upper Finance i PMR.

Do tej pory na świecie zainstalowano około 5,7 tys. urządzeń da Vinci, przy pomocy których wykonano już ponad 7,2 mln operacji. Autorzy raportu oszacowali wartość światowego rynku urządzeń da Vinci na niemal 4,5 mld USD w 2019 r., to jest o 20 proc. więcej w niż w roku poprzednim. Największa liczba aparatów znajduje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden przypada na około 90 tys. mieszkańców. W Polsce jeden aparat da Vinci przypada na aż 3,4 mln mieszkańców – to znaczący wzrost w stosunku do ubiegłego roku, gdy jeden robot przypadał na 6,4 mln mieszkańców, wtedy jeszcze podobnie jak w krajach azjatyckich.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy obserwowaliśmy dynamiczny wzrost polskiego rynku robotyki chirurgicznej. Z naszych analiz wynika, że w kraju wielkości Polski powinno być około 40–50 robotów chirurgicznych. Biorąc pod uwagę stopień rozwoju rynku, sposób finansowania opieki zdrowotnej oraz warunki makroekonomiczne, spodziewamy się w sumie około 40 instalacji w ciągu najbliższych 5 lat. Będzie to oznaczało wzrost wartości rynku z obecnych 166 mln zł do niemal 570 mln zł do końca 2025 roku. Tak wysoka dynamika wynika nie tylko z trendu zakupu nowych aparatów przez polskie placówki medyczne, ale też z rosnącej liczby zastosowań poszczególnych aparatów. Szacujemy, że w analizowanym przez nas okresie efektywność aparatów wzrośnie przynajmniej dwukrotnie, co ma związek z większą świadomością tej technologii wśród specjalistów i pacjentówwyjaśnia Joanna Szyman, wiceprezes Grupy Upper Finance.

W 2019 roku wykonano w Polsce około 900 procedur chirurgicznych przy wsparciu systemu da Vinci. Wartość rynku w 2019 roku wyniosła 85,8 mln zł. W pierwszym kwartale 2020 roku nastąpił 51-proc. wzrost liczby wykonanych zabiegów (rok do roku). Wzrost ten mógłby być znacznie wyższy, gdyby nie pandemia, która wpłynęła na dynamikę pracy niektórych ośrodków. Autorzy raportu wskazują jednak, że mimo tych przeszkód 2020 rok zakończy się niezwykle dynamicznym wzrostem rynku.

 – Zakładamy również, że dynamika rynku byłaby jeszcze wyższa w sytuacji wprowadzenia osobnego programu finansowania procedur robotycznych przez NFZ. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało takie zmiany, jednak na czas opracowania niniejszego raportu moment zrealizowania tych obietnic był trudny do przewidzenia. Spodziewamy się jednak, że taki ruch jest nieunikniony ze względu na korzyści jakie daje ta metoda, znaczne zaangażowanie środków publicznych w zakupy systemów robotycznych oraz rosnącą liczbę jednostek publicznych, posiadających system chirurgiczny da Vinci. Nie bez znaczenia jest również to, że sam producent wciąż udoskonala i rozwija to narzędzie. Szybki wzrost to również wynik niskiej penetracji rynku – przykładowo, w Stanach Zjednoczonych chirurgia robotyczna ma nawet 98% penetracji w procedurach urologicznych, natomiast w naszym kraju zakres ten, mimo oczywistych korzyści, wciąż jest niewielki – zaznacza Monika Stefańczyk, dyrektor działu analiz rynku ochrony zdrowia w PMR.

Obecnie na świecie najwięcej procedur z pomocą urządzeń da Vinci wykonuje się w dziedzinie chirurgii ogólnej. Jest to specjalizacja, która zanotowała najbardziej dynamiczny wzrost pod względem liczby wykonywanych procedur – ze znikomej liczby operacji w 2008 roku do około 485 tys. procedur na koniec 2019 roku. Inne popularne zastosowania chirurgii robotycznej to ginekologia i urologia. Każda z tych specjalizacji zanotowała w zeszłym roku wzrost w stosunku do 2018 roku. Liczba wykonywanych procedur to ponad 300 tys. rocznie dla każdej z nich (około 320 tys. dla ginekologii i ok. 340 tys. dla urologii). W Polsce wykonuje się procedury również w wymienionych dziedzinach. Na świecie coraz częściej robot znajduje zastosowanie w chirurgii klatki piersiowej oraz chirurgii głowy i szyi, tzw. Transoral Robotic Surgery (TORS).

– Zakładając, że obecny trend wzrostu operacji robotycznych utrzyma się na zbliżonym poziomie, można prognozować, że już w ciągu najbliższych kilku lat operacje z wykorzystaniem robotów medycznych staną się w niektórych dziedzinach medycyny najpowszechniejszą praktyką chirurgiczną, wyprzedzając tradycyjne i laparoskopowe metody. Będą one się popularyzować w coraz szerszej grupie specjalizacji, ułatwiając pracę lekarzom, ale co najważniejsze, dawać najwyższe poczucie bezpieczeństwa i komfortu pacjentom w szybkim powrocie do zdrowia. Warto pamiętać, że systemy robotyczne, choć niezwykle doskonałe, to wciąż jedynie narzędzia w rękach lekarza, które mają za zadanie polepszyć bezpieczeństwo, jak i jakość wykonywanych zabiegów. Dlatego tak mocno akcentujemy wagę szkoleń robotycznychpodkreśla dr Paweł Wisz, urolog, członek zarządu w Europejskim Robotycznym Towarzystwie Urologicznym (ERUS).

Jak wskazują autorzy raportu, pandemia i zagrożenia związane z COVID-19 pokazują dodatkowe zalety robotyki chirurgicznej. Z powodu epidemii koronawirusa pacjentów dotknęły duże ograniczenia w funkcjonowaniu placówek ochrony zdrowia, a w bankach krwi występowały braki. Nowego znaczenia nabrała dostępność łóżek, intensywnej terapii, a jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa stało się zachowywanie dystansu. W tym kontekście kluczowe stają się wartości chirurgii robotycznej, jak: możliwość dokładnego przygotowania i zaplanowania zabiegu; ograniczenie urazu operacyjnego (małe nacięcia, małe blizny, mniejsze ryzyko infekcji); wyjątkowa precyzja operacji (skuteczność radykalnej operacji, czystość onkologiczna, możliwość uniknięcia kolejnych etapów leczenia); a także wygodna i ergonomiczna pozycja pracy lekarza operatora (z możliwością zastosowania dystansu).

Samoobsługowe kasy przyszłości. Firma Plastream z grantem od NCBR

Krótsze kolejki w sklepach, szybsze i przede wszystkim wygodniejsze zakupy. To już niedługo będzie możliwe dzięki realizacji innowacyjnego projektu systemu dla kas samoobsługowych, opartego o technologię rozpoznawania produktów na obrazie. Na ten cel spółka Plastream otrzymała ponad 6 milionów złotych dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, w ramach realizowanego z Funduszy Europejskich konkursu Szybka Ścieżka. To ostatni dzwonek dla firm, które chciałyby także uzyskać dofinansowanie na prace B+R w konkursie – nabór trwa tylko do 14 września.

Kasy samoobsługowe są dostępne w sklepach detalicznych od około dziesięciu lat. Światowy debiut tych urządzeń miał miejsce 14 lat wcześniej w jednym z supermarketów w Nowym Jorku. Wprowadzenie kas samoobsługowych miało na celu przyspieszenie całego procesu zakupowego. Jest to też obecnie jeden z głównych czynników determinujących zmiany w sprzedaży detalicznej. Już w 2017 roku badania wykazały, że wśród polskich konsumentów kolejki do kas to jeden z najbardziej frustrujących elementów procesu zakupowego.

Wprowadzanie kas samoobsługowych m.in. w wielu popularnych sieciach handlowych przyspiesza cały proces zakupów. Badania potwierdzają, że Polacy lubią „zakupowe” innowacje technologiczne i aktywnie z nich korzystają. – W ostatnich kilku latach nastąpił bardzo dynamiczny wzrost liczby kas samoobsługowych w sieciach handlowych. Popyt na ich zastosowanie wynika głównie z systematycznego wzrostu akceptacji mobilnych form płatności (wzrost poczucia bezpieczeństwa klientów do dokonywania płatności bezgotówkowych), chęci zrobienia szybszych zakupów i irytacji wynikającej z konieczności stania w kolejce, czy w ostatnich miesiącach większej akceptacji dla kas samoobsługowych wynikającej z pandemii Covid tłumaczy Piotr Wardaszko, prezes zarządu spółki Plastream.

Nowa jakość na rynku

Obecnie zdecydowaną przewagę na rynku mają kasy, w których proces rozpoznawania produktów odbywa się poprzez fizyczne przyłożenie kodu kreskowego produktu do skanera. Ale coraz częściej pojawiają się na rynku kasy, w których taka czynność nie jest konieczna, ponieważ prawidłowe odczytanie produktu odbywa się poprzez czytniki RFID lub kamery.

Powszechny wzrost akceptacji klientów dla kas samoobsługowych, nacisk klientów na szybkość transakcji oraz jej wygodę stał się genezą zbudowania takiej kasy przy wykorzystaniu środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Nasza firma w ubiegłym roku przy współpracy z jedną z największych sieci handlu detalicznych wykorzystywała już podobne technologie. Wyniki współpracy okazały się na tyle obiecujące, że zdecydowaliśmy się zbudować własną technologię opartą na model rozpoznawania produktów dostępnych w sklepie za pomocą wizji komputerowej – dodaje Rafał Wyderka, wiceprezes zarządu spółki Plastream.

Głównym celem projektu realizowanego przez Plastream jest opracowanie innowacyjnego systemu dla kas samoobsługowych opartego o technologię rozpoznawania produktów na obrazie (Computer Vision), umożliwiającego sieciom handlowym skrócenie kolejek poprzez szybszy proces płacenia za produkty oraz zaoferowanie klientom wygodniejszych zakupów, dzięki eliminacji konieczności szukania kodu kreskowego na produkcie.

– Prościej, szybciej, bezpieczniej – tak będziemy robić zakupy w stacjonarnych sklepach przyszłości. Dlatego już dziś szukamy projektów, które mają potencjał, by przybliżać nas do takiego scenariusza zakupów. Projekt Plastream wyróżnia się sposobem identyfikacji produktów w sklepie. Inaczej niż w tradycyjnych kasach samoobsługowych produkty będą rozpoznawane poprzez technologię wizyjną a nie poprzez kody kreskowe, dzięki czemu do minimum ograniczony zostanie fizyczny kontakt z produktem, zakupy staną się szybsze oraz wygodniejsze – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Innowacja oparta jest na technologii prawidłowego i szybkiego rozpoznawania produktów widocznych na ekranie. Zestaw kamer będzie widział produkty położone na kasie, a dzięki kamerom będzie możliwe przesłanie obrazu do aplikacji, która zamieni obraz w dane alfanumeryczne. Te po przepuszczeniu przez sieci neuronowe (sieci konwolucyjne) oraz przy wykorzystaniu techniki deep learningowe (nauczanie głębokie) dadzą odpowiedź jaki obraz widzi kamera / kamery (co się na nim znajduje), wskazując produkt posiadający w systemie kasowym swoją charakterystykę (SKU).

Z pomysłem na rynek

Firma Plastream już od 3 lat realizuje projekty oparte o prace nad budowaniem wartości biznesowej o technologie rozpoznawania obiektów na obrazie video. Od tego czasu firma zbudowała algorytmy oraz modele, które wspierają klasyfikację i detekcję obiektów na obrazie w branży mediowej oraz e-commerce. Wszystkie realizowane projekty rozpoczynały prace badawczo-rozwojowe, w których uczestniczyli klienci firmy. Od 2018 firma Plastream zaangażowała się w rozwój technologii rozpoznawania produktów na obrazie z kamer dla sektora handlu detalicznego. W 2020 pozyskała inwestora, zaangażowanego w rozwój technologii dla branży retail.

– Odbiorcą wizyjnych kas samoobsługowych będą sieci handlu detalicznego, sieci gastronomiczne, punkty usługowe, którym będzie zależało na szybkiej i wygodnej obsłudze klienta ograniczając do minimum proces fizycznego kontaktu ze sprzedawcą lub z samymi produktami – wyjaśnia wiceprezes zarządu spółki Plastream.

Firma podpisała umowę o dofinansowanie z Narodowego Centrum badań i Rozwoju w efekcie pozytywnej oceny wniosku złożonego w konkursie Szybka Ścieżka, realizowanym w ramach Funduszy Europejskich – Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.

Projekt nie mógłby zostać zrealizowany bez wsparcia NCBR. Innowacyjność produktu, specyfika procesu badawczego oraz kapitałochłonność projektu wymaga wsparcia finansowego jakie zapewniają środki uruchomione w ramach „Szybkiej Ścieżki” NCBR – ocenia Rafał Wyderka. – W ramach własnego budżetu nie bylibyśmy w stanie przeprowadzić tak szerokich badań i prac rozwojowych nad produktem, której innowacyjność rozpatrywana może być w skali światowej, poprzez wpływ wyników projektu na rynek wyboru technologii (RFID, kody kreskowe), które usprawniają proces obsługi klienta w sieciach handlu detalicznego.

Ostatni dzwonek na wsparcie w trwającej perspektywie unijnej

Przedsiębiorcy z sektora MŚP mają jeszcze szansę na uzyskanie dofinansowania innowacyjnych projektów. Muszą się jednak spieszyć – nabór w konkursie Szybka Ścieżka trwa do 14 września. Dofinansowanie w konkursie Szybka Ścieżka przyznawane jest na badania przemysłowe i/lub eksperymentalne prace rozwojowe (obowiązkowy element), ewentualnie uzupełnione o prace przedwdrożeniowe, których efektem jest opracowanie innowacyjnego rozwiązania możliwego do wdrożenia w działalności gospodarczej. Konkurs cechuje brak ograniczeń tematycznych – projekty muszą się jedynie wpisywać w Krajowe Inteligentne Specjalizacje. Konkurs przeznaczony jest dla regionów słabiej rozwiniętych, co oznacza, że miejsce prowadzenia prac badawczo-rozwojowych musi znajdować się poza województwem mazowieckim. Łączny budżet, o jaki mogą starać się przedsiębiorstwa to 200 milionów złotych.

Konkurs „Szybka Ścieżka” finansowany jest z Funduszy Europejskich w ramach Działania 1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Projekty B+R przedsiębiorstw”, Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Mierzyć to, co istotne – IT VS potrzeby biznesu

Wszystko co odgrywa dziś rolę w biznesie, jest powiązane z zagadnieniem mierzalności. Niektórzy oceniają produktywność, zyski i efektywność, inni skupiają się na wydajności lub ryzyku. Każda część biznesu – od marketingu do finansów i IT mierzy swoje cele na różne sposoby. Wszystkich zaś łączą dane, które pozwalają porównać wskaźniki i ocenić poprawę lub pogorszenie sytuacji.

W przypadku IT, dane te znajdują się w całym spektrum aplikacji oraz infrastruktury ich dostarczania i bezpieczeństwa. Problemem nie jest więc brak danych. IT zwykle mierzy się z ich tak ogromną ilością, że ich jedyne wykorzystanie to generowanie tygodniowych grafików i wizualizacji, które kończą w archiwalnych prezentacjach.

Dane wpływające z monitoringu wydajności aplikacji lub zbierane z ciągle rotujących dzienników serwerów www i zapór są agregowane przez systemy, które mają w domyśle wyszukiwać w nich wartości biznesowe. W rzeczywistości jednak rzadko się to zdarza. Zakres wiedzy potrzebnej do poruszania się w takim ogromie danych, nie mówiąc już o wyławianiu z niego wartościowych informacji, jest przytłaczający.

Niezgodność (brak standaryzacji) formatów stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej. Brak kontekstu w połączeniu z niemożnością powiązania transakcji z procesami biznesowymi jest jak przepaść, której większość organizacji nie może przeskoczyć. A oznacza to utratę potencjału możliwości wnioskowania na podstawie danych. Nie jest to możliwe w przypadku, gdy punkty w których dane się znajdują i ich źródła są od siebie oderwane.

Zadanie to dodatkowo utrudnia szybka transformacja biznesu z modelu, który skupiał się na cyfrowych możliwościach (aplikacje) do cyfrowych przepływów pracy (procesy biznesowe). Zrozumienie działania pojedynczej aplikacji jest łatwe. Natomiast zrozumienie działania przepływów pracy wymaga manualnego śledzenia ścieżki między aplikacjami, a może nawet całymi środowiskami. Już sama optymalizacja i ochrona aplikacji jest w tym przypadku ogromnym wyzwaniem, natomiast podobne działania dla procesów można określić syzyfową pracą.

Prawdziwym problemem jest widoczność. Trudnością nie jest jej uzyskanie – a możliwości jej wykorzystania. Wolumen danych jest zbyt obszerny, jego powiązanie z biznesem niewielkie, a nasze możliwości do wyciągania z nich wniosków przytłaczająco trudne.

Z punktu widzenia IT konieczne jest jednak mierzenie wyników biznesowych. Nie wystarczą zestawienia metryczne dla działania poszczególnych aplikacji. Chodzi o zestawienia pokazujące wydajność przepływów biznesowych. Co to oznacza w praktyce? Zamiast informacji: „Aplikacja A odpowiada na zapytanie poniżej 3 s.” zespół IT powinien przekazać: „Klienci mogą wygenerować konto poniżej 10 s.”.

Realizacja tak monumentalnego zadania wymaga zastosowania platform do analizy zdolnych do pozyskiwania informacji z aplikacji, urządzeń użytkowników końcowych, infrastruktury dostarczania i bezpieczeństwa, a nawet od dostawców chmury. Do tego celu konieczne jest ustrukturyzowanie telemetrii i jej standaryzacja. Wówczas możliwe jest wzbogacenie jej o kontekst zanim zostanie przeanalizowana przez narzędzia wspomagane sztuczną inteligencją zdolne do wyszukania cennych wniosków, zarówno dla biznesu jak i IT.IT VS potrzeby biznesu

To jest bardzo ważny element cyfrowej transformacji dowolnego biznesu: ewolucja od monitoringu działania aplikacji do monitoringu doświadczeń cyfrowych. W chwili, gdy każdy biznes staje się firmą technologiczną, angażującą poprzez technologię klientów, pracowników i cały ekosystem, musi mieć zdolność mierzenia tego, co istotne – wspomnianych wskaźników biznesowych. Może się to stać rzeczywistością jedynie wtedy, gdy zaczniemy wykorzystywać dane zbierane w IT, w sposób, który umożliwi ich traktowanie jako danych biznesowych.

Oznacza to gromadzenie danych telemetrycznych, analizowanie cyfrowych przepływów pracy i generowanie przydatnych informacji. Będą one miały kluczowe znaczenie dla oferowania cyfrowych doświadczeń, których klienci oczekują.

Lori MacVittie, Principal Technical Evangelist, Office of the CTO, F5

Mobile gaming w służbie brand safety – pod względem bezpieczeństwa gry biją na głowę aplikacje

Wycofanie się z płatnych kampanii największych reklamodawców znanej platformy społecznościowej spowodowało stratę rzędu 7 mld. dolarów w ciągu zaledwie jednego dnia. Z kolei bojkot reklamowy w popularnym serwisie streamingowym skutkował wycofaniem działań na tej platformie ponad 250 firm i utratą setek milionów dolarów. Głośna kilka lat temu akcja aktywistów Sleeping Giants względem serwisu Breitbart sprawiła, że ponad 4 tys. reklamodawców (90 proc.) umieściło tę witrynę na czarnej liście reklamowej. To pokazuje skalę problemu związanego z brand safety, a jednocześnie, jak ważne jest bezpieczeństwo marek. Niestety white i blacklisty, wykluczenia, ustawienia na platformach programatycznych czy zewnętrzne narzędzia monitorujące nie dają stuprocentowej pewności i mają swoje wady. Co zatem robić? W poszukiwaniu najbezpieczniejszego środowiska dla reklamy warto spojrzeć w stronę mobile gamingu, który jest ponad 3-krotnie bezpieczniejszy, niż media społecznościowe, zajmujące niechlubne pierwsze miejsce w dostarczaniu użytkownikom fałszywych czy obraźliwych treści[1].

Brand safety spędza sen z powiek marketerom i brand menadżerom, którzy czuwają nad kampaniami w digitalu, a to dlatego, że często o ewentualnych kryzysach dowiadują się dopiero od konsumentów. W dobie cyfrowej rewolucji dzielenie się informacją odbywa się na przestrzeni nanosekund, a od małej wpadki do gigantycznego kryzysu wizerunkowego marki dzieli zazwyczaj niewielki krok. Szczególnie, jeśli firma zostanie dostrzeżona przez organizację, taką jak Sleeping Giants, która na swoim popularnym profilu niejednokrotnie pokazywała, jak wielkie koncerny swoimi budżetami wspierały witryny z fałszywymi, niebezpiecznymi czy obraźliwymi treściami.

Nie możemy zapominać, że odbiorcy bardziej niż kiedykolwiek są wyczuleni na przejrzystość czy wiarygodność marki i jeśli dostrzegą niespójność w tym obszarze, bardzo szybko ją wychwytują i publicznie piętnują. To sprawia, że zapewnienie bezpieczeństwa staje się sporym wyzwaniem, a zarazem priorytetem. Blisko połowa uczestników badania Brand Safety Survey przyznała, że obecność reklamy znanego brandu w kontrowersyjnym otoczeniu wpłynęłaby negatywnie na sposób postrzegania marki do tego stopnia, że mogliby z niej zrezygnować. Dostrzegamy znacznie większe ryzyko w przypadku platform społecznościowych – to tutaj tak naprawdę mamy najmniejszą kontrolę nad otoczeniem reklamowym, a jednocześnie możemy spotkać najwięcej treści niedozwolonych. Co ważne, od tych kanałów 3-krotnie bezpieczniejszy jest mobile gaming, którego potencjał właśnie teraz dostrzegają marki – mówi Michał Pietruszka, Head of Mobile Product z agencji Mobiem.

W planowaniu działań reklamowych nie pomaga również fakt, że dostępne narzędzia wspierające brand safety nie dają gwarancji uchronienia firmy przed kryzysem, a dodatkowo, nierzadko mają znaczący wpływ na ograniczenie zasięgu prowadzonych kampanii i ich końcowy koszt.

Z badania firmy CHEQ, zajmującej się bezpieczeństwem cybernetycznym oraz Digiday, przeprowadzonego na ponad 300 podmiotach wynika, że aż 96 proc. marek korzysta z narzędzi do monitorowania bezpieczeństwa od roku lub dłużej. Jednocześnie marketerzy dostrzegli, że dostępne rozwiązania nie radzą sobie w odpowiedni sposób z problemem brand safety. Aż 99 proc. chciałoby otrzymać narzędzie, które zapewni bezpieczeństwo bez ograniczania zasięgu, a co za tym idzie bez zwiększania kosztów przeprowadzania takiej kampanii. Zgodni są również wydawcy – 8 na 10 uważa, że dostępne narzędzia kontrolowania reklam nadmiernie ograniczają treści, co negatywnie odbija się również na ich biznesie.[2]

W AdColony jedną z najistotniejszych kwestii jest bezpieczeństwo reklamowanych marek, a także to – w jakim kontekście pojawiają się brandy. Jako pierwsi na rynku jesteśmy w pełni zintegrowani z systemami Moat, Integral Ad Science i DoubleVerify, wykorzystywanymi do potrzeb pomiarów w aplikacjach, które zapewniają bezpieczeństwo marki. Reklamy wideo w aplikacjach inicjowane przez użytkownika okazują się najskuteczniejszym formatem reklamowym, dostępnym w mediach cyfrowych. W przeprowadzanych badaniach zauważyliśmy, że taka forma reklamy jest bardziej przyjazna użytkownikowi, ale przede wszystkim przynosi lepsze rezultaty, w porównaniu z promocją w Internecie mobilnym. Chcemy, aby reklama w aplikacjach była w 100% przejrzysta, tak aby marketerzy mogli rzetelnie porównywać efektywność kampanii w aplikacjach z innymi formatami reklamowymi, aby mogli angażować wymierne budżety i mieć pewność co do słuszności wydania każdej złotówkimówi Warrick Billingham, VP Sales EMEA & LATAM, AdColony.

Narzędzia w służbie brand safety

Najczęściej wykorzystywane mechanizmy dla zapewnienia bezpieczeństwa marki, to white i blacklisty, targetowanie po słowach kluczowych czy zewnętrzne systemy monitoringu i blokowania odsłon reklam, jak Double Verify, MOAT lub Gemius. Niestety praktyka pokazuje, że żadna z tych metod nie jest w 100 procentach skuteczna. W przypadku list – klienci bardzo często umieszczają na nich nawet 300 tys. witryn i 1,5 tys. aplikacji[3]. To w naturalny sposób ogranicza możliwości kampanii i zwiększa ich koszt. Słowa kluczowe dobrane nieodpowiednio, również mogą wpłynąć na zasięg kampanii. Przykładem jest słowo „strzelanie”, które może być użyte w różnych kontekstach, niekoniecznie związanych z przemocą.

– Znacznie większą kontrolę mamy nad reklamami wyświetlanymi w grach mobilnych. Wybierając do współpracy największe platformy reklamowe, jak np. AdColony, z którymi współpracujemy, możemy zadbać o jakość i bezpieczeństwo prowadzonych kampanii. Ta zaawansowana platforma posiada rozbudowane systemy antyfraudowe i podchodzi rygorystycznie do selekcji wydawców. Dodatkowo ma również zaawansowane możliwości w zakresie analizy danych, a bezpośrednie integracje poprzez SDK z aplikacjami pozwalają na prowadzenie analiz behawioralnych graczy. Umożliwia to precyzyjne targetowanie właściwych użytkowników. Dzięki temu, przekaz zawsze jest dostosowany do wieku odbiorców i kontekstowo umieszczany w bezpiecznym dla marek otoczeniu – tłumaczy Radosław Włoda, Dyrektor Handlowy Mobiem.

Po pierwsze nie szkodzić: reklama w mobile gamingu a brand safety

W badaniu Brand Safety Survey 2019 wykazano, że w grach mobilnych ryzyko natrafienia na fake newsy jest 6-krotnie mniejsze niż na popularnej niebieskiej platformie, a styczność z obraźliwym contentem 3-krotnie mniejsza, niż we wspomnianym kanale. Reklama za pośrednictwem mobile gamingu wygrywa również z mediami społecznościowymi i serwisami streamingowymi. Co istotne – blisko 70 proc. graczy uznaje gry mobilne za bezpieczne i zaufane, a 8 na 10 chce oglądać reklamy w zamian za dodatkowe bonusy w grze.[4] Jakie jeszcze powody przemawiają za tym, aby włączyć gry mobilne do strategii bezpieczeństwa marki?

  • aplikacje gier mobilnych są praktycznie wolne od nieodpowiednich treści – reklamy są emitowane w ramach sesji gry, a programiści zazwyczaj nie dają możliwości generowania treści przez użytkowników,
  • w mobile gamingu mamy większą kontrolę nad tym, w jakim otoczeniu wyświetlane są reklamy, eliminując jednocześnie strach przed reklamą w otwartych kanałach społecznościowych,
  • technologie w mobile gamingu pozwalają precyzyjnie mierzyć skuteczność kampanii w czasie rzeczywistym, analizować czas ekspozycji reklamy, jej widoczność,
  • środowisko graczy stanowi zróżnicowaną grupę odbiorców – przedział wiekowy 16-45+, z czego 47,5 proc. stanowią mężczyźni, a 52,5 proc. kobiety – reklama może być targetowana pod realnych użytkowników,
  • formaty reklam natywnych zapewniają dodatkową warstwę bezpieczeństwa – w szczególności pełnoekranowe formaty statyczne i wideo gwarantują, że obok grafiki nie pojawi się nic innego,
  • gry mobilne gwarantują wzbogacone wrażenia reklamowe, dostarczając interaktywne, angażujące i nienachalne formaty, które są oglądane z większą świadomością i zaangażowaniem,
  • Brand Suitability (przydatność marki) w obszarze mobile gamingu – mamy kontrolę nie tylko nad tym, czy reklamy są umieszczane w otoczeniu szkodliwych treści, ale także w otoczeniu niezgodnym z wartościami danej marki, choć lokowane w odpowiednim kontekście.

[1] AdColony, Brand Safety Survey 2019

[2] https://www.cheq.ai/digidaybrandsafety

[3] IAB, Brand Safety, lipiec 2020

[4] Dane źródłowe_Agencja marketingu mobilnego Mobiem

Commander ’85 – dreszczowiec sci-fi od Gaming Factory zadebiutuje na PC i konsoli Microsoftu 30 września

Gaming Factory, producent i wydawca gier komputerowych na PC i konsole, ogłasza datę premiery Commander ’85. Gra z portfolio wydawniczego spółki 30 września zadebiutuje jednocześnie w wersji na komputery stacjonarne oraz konsole XboxOne. Wraz z ogłoszeniem daty premiery, na platformie Steam, zamieszczony został zwiastun zapowiadający tytuł. Producentem gry jest studio The Moonwalls. Rolę współwydawcy pełni Ultimata Games.

Commander ‘85 to dreszczowiec science fiction, który pozwoli graczom decydować o losach świata dzięki zaawansowanemu systemowi komunikowania się człowieka z maszyną. W tym celu będą musieli zdobyć zaufanie komputera wyposażonego w sztuczną inteligencję i upewnić się, że jego nastawienie będzie pozytywne. – Gra rozpoczyna się niewinnie. Bohater dostaje na urodziny pozornie zwykły prezent – supernowoczesny komputer, wyposażony w sztuczna inteligencję. Szybko okaże się, że mądra maszyna na zawsze zmieni życie bohaterów i zburzy spokój sennych przedmieść Chicago. Wojskowe eksperymenty wymkną się spod kontroli, a świat stanie na progu wojny nuklearnej. Razem z paczką przyjaciół i z pomocą szalonego naukowca gracz spróbuje doprowadzić do zakończenia Zimnej Wojny, a jednocześnie odkryć tajemnice komputerów marki Commander i sekretu incydentu w Roswell – mówi Mateusz Adamkiewicz, prezes zarządu Gaming Factory S.A.

Przedstawiona w grze historia inspirowana jest kulturą i technologią lat 80. XX wieku. Dzięki setkom możliwości i losowym zdarzeniom fabularnym każda rozgrywka będzie inna, a podjęte w grze decyzje doprowadzą graczy do jednego z trzech możliwych zakończeń. – Losowo generowane elementy otoczenia i fabuły sprawią, że każda przygoda będzie ekscytująca i ciekawa. Dodatkowym urozmaiceniem rozgrywki będą liczne zadania dodatkowe i opcjonalne aktywności. Na potrzeby gry stworzono stacje radiowe, z audycjami, reklamami i muzyką, dzięki którym jeszcze lepiej będzie można wczuć się klimat lat 80. Grafika przedstawiona w grze inspirowana jest nagraniami z kaset VHS – dodaje Mateusz Adamkiewicz.

Commander ’85 będzie dostępny w wersji na PC i konsoli Microsoftu 30 września.  Producentem tytułu  jest studio The Moonwalls. Za wydanie projektu odpowiadają Gaming Factory oraz Ultimate Games.

We wrześniu Gaming Factory udostępniło pierwszy zwiastun zapowiadający Big Battle: Defend the Wall. Gra z gatunku tower defense umożliwi graczom przygotowanie strategii wojennej, w tym m.in. zarządzania obroną, dowodzeniem żołnierzami, czy niesieniem pomocy lokalnej społeczności. PC- towa wersja projektu trafi do sprzedaży jesienią 2021 roku. Docelowo tytuł ukaże się także na konsolach Xbox One, PlayStation oraz Nintendo Switch.

W sierpniu na platformie Steam Spółka zaprezentowała projekt ze swojego portfolio produkcyjno-wydawniczego – Pizza Simulator. Tytuł zadebiutuje w wersji na PC oraz konsole Sony i Microsoftu w 2021 roku. Docelowo gra będzie dostępna w kilku wersjach językowych: polskim, angielskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, włoskim, portugalskim i rosyjskim.

Gaming Factory jednocześnie pracuje nad nowymi projektami. Premiery kilku z nich zaplanowane są jeszcze w tym roku, chodzi m.in. Bakery Simulator, Farming Life, czy Castle Flipper.

DRAGO entertainment realizuje kolejny etap w drodze na NewConnect

W najbliższy poniedziałek, 14 września rozpocznie się pierwsza runda kampanii crowdinwestingowej w ramach pierwszej transzy emisji, dedykowanej większym inwestorom. Zapisy będą prowadzone przez tydzień. Ich celem będzie pozyskanie kapitału, który pozwoli osiągnąć próg dojścia emisji do skutku (1 mln zł). 22 września przeprowadzimy kolejną transzę, również o wartości 1 mln zł, która zostanie zaprezentowana na CrowdConnect.pl. Cena emisyjna w obu transzach będzie taka sama. Naszym celem jest pozyskanie łącznie 2 mln zł  – informuje Joanna Tynor, prezes zarządu DRAGO entertainment. – Środki z emisji przeznaczymy na stworzenie trzech, zupełnie nowych autorskich projektów oraz realizację projektów realizowanych w ramach umowy inwestycyjnej z 2019 roku, zgodnie z ogłoszoną wówczas strategią.  Część kwoty posłuży nam także na sfinalizowanie prac przy grze Red Frost oraz wsparcie marketingowe zapowiedzianych na 2021 rok symulatorów – dodaje Joanna Tynor.

Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji będzie Dom Maklerski INC S.A.

Studio niedawno rozpoczęło pracę nad nową produkcją – Winter Survival Simulator. Tytuł inspirowany jest wyprawami znanego podróżnika, Marka Kamińskiego – pierwszego zdobywcy obu biegunów Ziemi. Podróżnik pełni rolę konsultanta na etapie tworzenia projektu. – WSS to nasz nowy projekt, który podobnie jak Red Frost, będzie utrzymany w survivalowej konwencji. Aby ta górska przygoda jak najbardziej odzwierciedlała prawdziwą wyprawę, przy tworzeniu gry konsultujemy się z Markiem Kamińskim, znanym podróżnikiem i pierwszym na świecie zdobywcą obu biegunów. Inspirujemy się jego licznymi wyprawami i korzystamy z jego doświadczeń. Liczymy, że zimowa odsłona survivalu, zyska szerokie grono fanów – dodaje Joanna Tynor.

Gracz będzie wędrował po parku stanowym w USA wśród wzgórz Mount Washington. Niespodziewanie jego wyprawa przeobrazi się w pełną grozy i niepewności walkę o przetrwanie. W czasie rozgrywki będzie można doświadczyć zimna, pragnienia, głodu i skrajnego wyczerpania. Projekt zostanie wzbogacony dynamicznym systemem zmiany pogody, a sama fabuła będzie bardzo realistyczna. Premiera Winter Survival Simulator, planowana jest na pierwszą połowę 2021 roku. Wcześniej studio udostępni darmowe demo gry. Prace nad tytułem wspiera Movie Games, które pełni rolę wydawcy projektu.

DRAGO entertainment obecnie buduje silną wishlistę autorskich tytułów. Wśród nich jest m.in. Gas Station Simulator, Food Truck Simulator, Airport Contraband i Detective Simulator, na produkcje których Studio pozyskało środki w ramach przeprowadzonej w grudniu ub. roku kampanii crowdfundingowej. – Warto podkreślić, że wciąż jeszcze dysponujemy kapitałem z zeszłorocznej kampanii na dokończenie produkcji, które wówczas zapowiedzieliśmy. Podjęliśmy decyzję, że chcemy jeszcze mocniej wesprzeć ich promocję i podjąć dedykowane temu działania marketingowe, na co przeznaczymy niewielką część pozyskanej kwoty– informuje Joanna Tynor.

Spółka obecnie przygotowuje się do konsolowego wydania autorskiej gry Treasure Hunter Simulator, która obecnie jest dostępna w wersji na PC. Portem tytułu w wersji na Xbox One oraz PlayStation zajmuje się spółka MD Games, portem na konsole Nintendo Switch – spółka UF Games.

Po zakończeniu emisji, DRAGO entertainment planuje debiut na rynku NewConnect.

Korporacyjny wynajem mieszkań dla rozproszonych zespołów

Rozproszone środowisko pracy z systemem biur satelickich, które przynosi COVID, tworzy znakomitą perspektywę dla korporacyjnego wynajmu mieszkań i apartamentów.

Nieopłacalne lokaty bankowe są dziś masowo likwidowane, a wycofywane z nich miliardy od wielu tygodni trafiają na rynek mieszkaniowy. Osoby poszukujące bezpiecznej przystani inwestycyjnej wybierają nieruchomości, by chronić swoje oszczędności. Jeśli ich zakup jest przemyślany, wartość inwestycji w dłuższej perspektywie rośnie. Wiadomo też, że nieruchomość przeznaczona pod wynajem staje się również źródłem regularnego dochodu. Może przynieść nawet 6 proc. zwrotu rocznie. Trzeba jednak umiejętnie zainwestować i przygotować lokal pod konkretnego najemcę.

Perspektywa nauki i pracy zdalnej spowodowała, że z rynku najmu odpłynęła część studentów i najemców pracujących poza miejscem zamieszkania. Studenci stanowią jednak niedużą grupę najemców, w zależności od miasta około 10-25 proc. Te lukę na rynku najmu wypełnią teraz osoby, które mają dziś kłopot z uzyskaniem kredytu na mieszkanie. A nie jest ich mało, bo banki bardzo skrupulatnie analizują obecnie sytuację ubiegających się o finansowanie, całkowicie wykluczając wnioskodawców, którzy reprezentują niektóre branże. Kredyty są droższe, a do tego trzeba mieć dwa razy większy wkład własny niż wcześniej. Osobom, które będą musiały zrezygnować z kupna mieszkania pozostaje więc wynajem.

Firmy poszukują nowego rodzaju biur

Dla inwestujących w nieruchomości najbardziej optymistyczne sygnały płyną natomiast z przechodzącego dziś szybką transformację rynku biur. Sytuacja związana z epidemią wymaga bowiem od firm wdrożenia zupełnie nowych rozwiązań i tworzenia innych środowisk pracy niż dotychczasowe. Wirus zmienił sposób myślenia o przestrzeni biurowej i miejscu pracy oraz oczekiwania pracowników, którzy wymagają dziś od pracodawców większej elastyczności. Chcą mieć swobodę w decydowaniu o tym, gdzie będą pracować. Firmy wprowadzają więc zmiany dla ich większej wygody.

Praca przestała być zogniskowana w siedzibach usytuowanych w największych zagłębiach biurowych. Po wprowadzeniu systemu pracy rotacyjnej, dzielonej pomiędzy pracę zdalną i w biurze, firmy przygotowują się teraz do wdrażania rozproszonych środowisk pracy, opartych na siatkach biur satelickich i systemach hybrydowych. Elastyczność w podejściu do sposobu świadczenia pracy nie wiąże się z rezygnacją z biur, ale ze zmianą ich formy. Nie wszystkie procesy w przedsiębiorstwach można przecież przeprowadzać zdalnie. Okazało się też, że ludzie potrzebują kontaktu ze współpracownikami, poza tym nie wszyscy mogą na stałe pracować z domu. Za tworzeniem systemów biur satelickich przemawia również bezpieczeństwo pracy.

Miejsca pracy dla rozproszonych zespołów

Dla efektywnego działania konieczne jest zabezpieczenie miejsc do pracy w rozproszonych zespołach. Firmy zaczynają doceniać lokalizacje poza centrum. Rezygnują z części powierzchni w dużych obiektach biurowych na rzecz mniejszych przestrzeni. Składają się na nie powierzchnie do pracy rozlokowane w różnych częściach miasta. W lokalizacjach, do których pracownicy mieszkający w poszczególnych dzielnicach mogą łatwo dotrzeć. W nowych schematach pracy firmy łączą home office z pracą w siedzibie i licznych mniejszych biurach, z których pracownicy mogą korzystać w zależności od potrzeb.

Biuro „idzie” za pracownikiem do jego miejsca zamieszkania. A to otwiera znacznie większe niż dotąd możliwości dla rozwoju wynajmu korporacyjnego. Wszystko wskazuje na to, że firmy coraz liczniej będą zmieniać model działania ze skonsolidowanego na rozproszony, zapewniając w ten sposób pracownikom odpowiednią infrastrukturę, by móc przyciągnąć jak najwięcej najzdolniejszych ludzi. Mniejsze biura zlokalizowane będą także na terenie inwestycji mieszkaniowych, w tym również w miejscach znacznie oddalonych od centrum oraz w miejscowościach pod miastem.

Podkręcony trend

Ewolucja środowiska pracy, stwarzająca w największych ośrodkach miejskich w Polsce szersze perspektywy dla wynajmu apartamentów i mieszkań na biura to świetna wiadomość dla inwestorów. Firma jest bowiem najbardziej stabilnym i solidnym najemcą, zabezpieczającym właścicielowi długoterminowy, regularny dochód. Ale to przecież nie nowość, w rzeczywistości covidowej trend związany z lokowaniem biur w apartamentach przybierze jednak znacznie na sile.

Z wynajmu korporacyjnego korzystają już od lat firmy, które wolą pracować w kamienicach i dobrze zlokalizowanych budynkach mieszkalnych. Ten rodzaj najmu najbardziej rozwinął się w Warszawie. Największym powodzeniem wśród firm cieszą się budynki położone m.in. przy ulicy Kruczej, Świętokrzyskiej, Grzybowskiej, alejach Jerozolimskich, czy kamienice w okolicy placu Zbawiciela i placu Trzech Krzyży. Często wszystkie lokale w budynkach znajdujących się w tym rejonie wynajmowane są na cele firmowe.

W Trójmieście wynajem korporacyjny rozwijał się dotychczas głównie w pobliżu skupisk biznesowych. W Gdańsku najatrakcyjniejsze dla firm były nieruchomości usytuowane w pobliżu Olivia Business Centre i na Przymorzu oraz nowe obiekty mieszkaniowe położone w pobliżu Starego Miasta. Przede wszystkim w budynkach znajdujących się na linii jednej z głównych arterii komunikacyjnych Gdańska, alei Grunwaldzkiej oraz w centralnej części miasta na terenie tzw. Młodego Miasta. W Gdyni największym powodzeniem cieszyły się Śródmieście i Orłowo, w Sopocie natomiast bardziej popularna jest górna część kurortu.

Potencjał trójmiejskiego biznesu

Nie bez znaczenia jest też fakt, że przed locdownem w Trójmieście, w którym LBC INVEST  ma swoją siedzibę, notowany był najniższy poziom pustostanów biurowych w kraju. Brakowało biur do wynajęcia. Trójmiasto jest czwartym ośrodkiem biznesowym w Polsce. Powierzchni pod biura poszukują tu firmy z sektora bankowego, transportowego, z segmentu nowoczesnych usług dla biznesu i nowych technologii, centra produkcyjne, ośrodki badań i rozwoju, a także firmy związane z obrotem towarów drogą morską, które korzystają z morskiego węzła przeładunkowego. O stabilności trójmiejskiego rynku wynajmu może świadczyć też fakt, że podczas gdy w czasie minionych wakacji w całym kraju stawki najmu spadały, w Gdyni wzrosły o około 8 proc.

Większość apartamentów, których do tej pory poszukiwaliśmy dla naszych kontrahentów przeznaczona była dla zamiejscowych pracowników firm na cele mieszkaniowe. Teraz przewagę zyskuje wynajem pod biura. W ostatnich tygodniach zwróciło się do nas kilka firm chcących podpisać umowy na wynajem apartamentów sprofilowanych do pracy. Spływają również zapytania od osób zainteresowanych inwestowaniem w nieruchomości pod wynajem korporacyjny. Finalizujemy teraz więcej takich transakcji niż wcześniej.

Poszukujemy też nieruchomości dla jednego z norweskich kontrahentów, który planuje jeszcze w tym roku zakup pierwszej transzy kilkudziesięciu mieszkań z rynku deweloperskiego w Gdyni. Zamierza przeznaczyć je na biura dla swoich pracowników. Mieszkania zostaną wykończone pod klucz i zaaranżowane pod home office. Podobnym rozwiązaniem w różnych lokalizacjach zainteresowani są też inni skandynawscy przedsiębiorcy, z którymi współpracujemy.

LBC INVEST specjalizuje się w wynajmie korporacyjnym, który obejmuje kompleksową obsługę, zarówno firm, jak i właścicieli nieruchomości. Na zlecenie nabywcy nasza firma zajmuje się, nie tylko wszystkimi formalnościami związanymi z wyborem i zakupem nieruchomości, ale również całościowym przygotowaniem apartamentu pod wynajem, przeprowadzeniem selekcji i weryfikacji potencjalnych najemców, dostarczeniem inwestorowi klienta, obsługą najmu oraz późniejszą, ewentualną sprzedażą lokalu.

Wynajem krótkoterminowy w defensywie

Jeśli mówimy o trójmiejskim rynku najmu nie sposób nie wspomnieć również o wynajmie krótkoterminowym, który właśnie w Trójmieście rozwijał się dotychczas niezwykle szybko. Najwięcej condohoteli i obiektów z apartamentami na wynajem otwierało się w Gdańsku. W 2019 roku uruchomiony został m.in. budynek apartamentowy w projekcie Granaria na Wyspie Spichrzów, oferujący ponad 130 lokali, apartamentowiec w inwestycji Deo Plaza z 120 lokalami na wynajem, czy Baltica Towers z przeszło 130 apartamentami.

Jeśli nie wybuchłaby pandemia ten segment rynku w Trójmieście szybko zwiększałby swój potencjał, choć jego oferta już wcześniej była na tyle duża, że niektórzy inwestorzy ponosili nawet straty z tytułu wynajmu sezonowego. W obliczu blokady turystycznej i połączeń komunikacyjnych, szczególnie drogą lotniczą prognozy dla krótkoterminowego wynajmu diametralnie się zmieniły. Inwestorzy, którzy nabyli lokale w condohotelach i jednostki mieszkalne w obiektach z apartamentami wypoczynkowymi nie mogą teraz liczyć na zysk, ani zmienić formy najmu, bo układy funkcjonalne mieszkań przeznaczonych pod wynajem krótkoterminowy nie są odpowiednie pod długoterminowy wynajem korporacyjny. Deweloperzy natomiast wstrzymają tego typu projekty.

Autor: Agata Karolina Lasota, dyrektor zarządzająca LBC Invest

Marczuk o tarczy antykryzysowej: państwo stanęło na wysokości zadania

Przedsiębiorcy, korzystając z rozwiązań tarczy antykryzysowej uwierzyli, że państwo stanęło na wysokości zadania w tym najtrudniejszym dla nich momencie – ocenił na Forum Ekonomicznym w Karpaczu wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju Bartosz Marczuk.

W trakcie panelu dotyczącego Tarczy Antykryzysowej i Tarczy Finansowej Marczuk odniósł się do pytania o wnioski z ich wprowadzenia. Jak ocenił, przede wszystkim sprawdziło się e-państwo, natomiast należy kontynuować cyfryzację.

Zwrócił też uwagę na element współpracy w ramach administracji. „To, co udało się w czasie pandemii Covid-19, to dobra współpraca pomiędzy różnymi instytucjami i ministerstwami. +Silosowość+, która doskwierała w administracji, stopniowo odchodzi w przeszłość” – ocenił.

Zdaniem wiceszefa PFR, tarcze pokazały też, że warto być uczciwym i uczciwie zatrudniać, ponieważ przedsiębiorcy, którzy opłacali za swoich pracowników składki do ZUS, otrzymali wsparcie.

Według niego tarcze dały fundament do budowania dobrych relacji pomiędzy państwem i przedsiębiorcami.

„Przedsiębiorcy, korzystając z rozwiązań tarczy, czy to nie płacąc ZUS-u, czy otrzymując wsparcie z Polskiego Funduszu Rozwoju, uwierzyli, że państwo stanęło na wysokości zadania, że rzeczywiście im pomogło w tym najtrudniejszym dla nich momencie” – przekonywał.

Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Gertruda Uścińska zauważała, że w ostatnich latach zmianie uległ wizerunek ZUS, co wynika z kluczowych reform, jak elektroniczne zwolnienia czy e-składka.

„Gdyby nie determinacja i profesjonalizm wprowadzenia (…) elektronicznych zwolnień, to w 2020 r., kiedy w marcu zostało wystawionych prawie 3,3 mln zwolnień, zatopilibyśmy się w papierach (..) czyli procesy wcześniej wcale nie projektowane na to, że będzie pandemia, tylko na to, żeby usprawnić działanie ZUS (…) zostały przez nas świetnie wykorzystane w tym okresie kryzysowym” – podkreśliła.

Według wiceministra rozwoju Roberta Nowickiego gospodarka oparta na wiedzy i na danych pokazuje, że w chwilach kryzysu można zarządzać państwem, posiadając te dane, co stanowi przewagę nad innymi krajami w zakresie szybkości reagowania.

Podobnie jest z biznesem, stąd – w ocenie wiceministra – zmiany legislacyjne, które mają pobudzić inwestycje.

Estoński CIT (proinwestycyjny system opodatkowania) ma wyjść naprzeciw przedsiębiorcom, podobnie jak ulga na robotyzację. Potrzebujemy w tej chwili procesów automatyzacji” – podkreślił.

Członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego Tomasz Robaczyński wyraził nadzieję, że wchodzimy obecnie w trzeci, „pocovidowy” etap wsparcia przedsiębiorstw.

„Etap pierwszy to tak naprawdę było ratowanie przedsiębiorców, etap drugi to zapewnienie im płynności finansowej, teraz wchodzimy – mam nadzieję – już w ten trzeci etap, w którym zwiększa się rola Banku Gospodarstwa Krajowego, jako tego banku państwowego, wpierającego rozwój, jak również banków komercyjnych, całego systemu bankowego” – zauważył Robaczyński.

Jego zdaniem konieczne jest dostarczenie finansowania przedsiębiorcom, zarówno do zapewnienia płynności finansowej jak i do realizacji nowych inwestycji.

„Dlatego Bank Gospodarstwa Krajowego zarówno kontynuuje dystrybucję produktów, które już miał, a które zostały zmienione w czasie +covidu+, jak również wchodzi z nowym i produktami, chociażby z gwarancjami faktoringowymi” – zauważył.

Prezes Instytutu Myśli Schumana prof. Zbigniew Krysiak ocenił z kolei, że na kryzysach również się zarabia, powstaje też potencjał do silniejszego rozwoju gospodarczego. „Mamy taką możliwość, taką sytuację w Polsce. Model gospodarki bardziej odporny na pandemie czy kryzysy” – ocenił.

Prof. Krysiak mówił o stworzeniu tarczy rozwojowej, „tarczy 590”, opartej o patriotyzm gospodarczy, zakładającej jak największy eksport i jak najmniejszy import.

„Na import różnych towarów wydajemy 700 mld rocznie, czyli to jest około 50 mld miesięcznie (…) i to trafia do przedsiębiorstw za granicą. W mojej opinii można by zatrzymać ok. 10 mld miesięcznie, to oznacza ok. 120 mld rocznie” – szacował.

Trwające do czwartku trzydniowe Forum Ekonomiczne to jedna z najważniejszych w Europie Środkowo-Wschodniej konferencji o tematyce politycznej, gospodarczej i społecznej. Podczas tegorocznego forum odbywa się około 150 wydarzeń, w których uczestniczy kilka tysięcy gości: polityków, samorządowców, naukowców, dziennikarzy i działaczy społecznych.

Pandemia szansą rozwoju czy upadkiem polskiego lotnictwa

Epidemia koronawirusa, która wstrzymała ruch lotniczy na świecie, zmusiła branżę do wypracowania nowych procedur. Jeśli zostanie odbudowane zaufanie ludzi do podróżowania, jest szansa, że polski sektor lotniczy wyjdzie z kryzysu obronną ręka – takie wnioski płyną z panelu „Ekonomiczne skutki COVID-19 dla lotnictwa cywilnego”, który miał miejsce podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

„Każdy kryzys to szansa na rozwój” – stwierdził na początku spotkania Marcin Horała, wiceminister infrastruktury, pełnomocnik rządu ds. CPK. „Można to zdefiniować tak: rozwijaj się albo giń. Ci, którzy przetrwają, będą mieli szanse wejść na przeczyszczone pole” – mówił wiceminister. Przywołał tu strategię stosowaną przez niemiecki rząd względem Lufthansy, w którą są pompowane potężne pieniądze, praktycznie bez ograniczeń.

Stwierdził jednocześnie, że Polska znajduje się w trudnej sytuacji, bo jest średnim państwem ze średniej wielkości sektorem lotniczym. Za dużym, żeby upaść, za małym żeby wygrać bez walki.

„Za parę lat zobaczymy, jak ten rynek wygląda, pewnie sporo podmiotów z niego wypadnie, ale może się okazać, że te polskie zostaną i łatwiej im się będzie rozwijać. Nie możemy być za mali, bo mali nie przetrwają, tylko wejście na większy, wyższy poziom da nam szansę rozwoju” – powiedział wiceminister. Według niego stąd tak ważna jest inwestycja związana z powstaniem Centralnego Portu Komunikacyjnego, który już w 2027 roku pozwoli Polsce dołączyć do pierwszej ligi lotniczej w Europie.

Epidemia koronawirusa całkowicie zmieniła obraz polskiego i światowego lotnictwa, wstrzymany został ruch lotniczy. „Oczywiście krakowskie lotnisko jako lotnisko wojskowe, lotnisko, na którym funkcjonuje lotnicze pogotowie ratunkowe cały czas funkcjonowało, bo zapewnialiśmy bezpieczeństwo Rzeczpospolitej, ale ruch cywilny zamarł. Dzisiaj, po kilku miesiącach zamknięcia ruchu lotniczego i granic, powoli, ale systematycznie wracamy do życia” – mówił w trakcie panelu Radosław Włoszek, prezes Kraków Airport.

Zwrócił jednocześnie uwagę, że koronakryzys nie jest jedynym takim kryzysem, jaki na przestrzeni ostatnich kilku dekad dotknął lotnictwo na świecie. Były np. wybuchy wulkanu (2010 r.) czy zamachy (2001 r.).

Każdy taki kryzys udało się pokonać, bo zaufanie do latania zostało odbudowane. „To obecnie nasze największe wyzwanie, przekonać ludzi, by ponownie zaczęli podróżować przy pomocy samolotów” – powiedział prezes Włoszek. Najważniejsze jest także utrzymanie miejsc pracy nie tylko na krakowskim lotnisku, które wciąż pozostaje bramą gospodarczą i turystyczną dla Krakowa i Małopolski, ale dla całego regionu.

Aktualna sytuacja powrotu do normalności to duże zagrożenie, ale i gigantyczna szansa na ucieczkę do przodu i rozwój. „Z jednej strony przenieśliśmy się do roku 2005, 2006, bo poziom ruchu na polskim niebie jest taki, jak był 15, 16 lat temu. Ale musimy uciekać do przodu, jak powiedział pan minister Horała. PAŻP przygotowuje się do cyfryzacji, automatyzacji i informatyzacji zarządzania ruchem lotniczym nie tylko w przestrzeni powietrznej Polski, ale i przestrzeni europejskiej” – powiedział Janusz Janiszewski, prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Jednym z kluczowych działań w tym zakresie będzie budowa nowoczesnego systemu zarządzania ruchem lotniczym oraz budowa centrum przetwarzania danych lotniczych. Inwestycje te mają zostać zrealizowane do 2024 roku.

W podobnym duchu wypowiadał się Grzegorz Biedroń, prezes Małopolskiej Organizacji Turystycznej. „Chciałbym w tym wszystkim widzieć szansę. Tak jak było w czasie kryzysu z lat 2008-2009, który przyniósł umocnienie pozycji Polski we wszystkich wymiarach, jeśli chodzi o gospodarkę, w tym również w turystyce. Zmniejszyliśmy wtedy dystans do najwyżej rozwiniętych państw europejskich i świata” – powiedział prezes Biedroń.

Według niego, z kryzysu obronną ręka wyjdą ci, którzy pamiętają, że każdy kryzys się kiedyś kończy. Ci, którzy nie wierzą w katastroficzne przepowiednie.

Komentarz ZPP ws. konieczności wprowadzenia przepisów umożliwiających personelowi odmowę wpuszczenia do lokalu i obsługi klienta bez maseczki

Rozporządzenie Rady Ministrów z 7 sierpnia 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii wprowadza obowiązek zakrywania nosa i ust w przestrzeniach zamkniętych, w tym m.in. lokalach gastronomicznych (do momentu zajęcia miejsca przy stoliku), czy w sklepach. Niestety, w obrocie prawnym nie funkcjonuje norma wprost umożliwiająca przedsiębiorcy bądź personelowi odmówienie wstępu do lokalu klientowi nie stosującemu się do wskazanego obowiązku. Ta niejasna sytuacja generuje liczne konflikty – zarówno pomiędzy obsługą lokali i klientami, jak i pomiędzy przedsiębiorcami a personelem. Uważamy wobec tego za zasadne, by zmodyfikować przepisy przedmiotowego rozporządzenia w taki sposób, aby uwzględnić w nim regulację wprost uprawniającą przedsiębiorców i ich personel do odmowy wpuszczenia do lokalu i odmowy obsługi klientów nie stosujących się do nakazu zakrywania nosa i ust.

Opisywany problem nie jest nowy i biznes musi się z nim mierzyć w zasadzie od momentu wprowadzenia obowiązku zakrywania ust i nosa. Jeszcze na początku sierpnia Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zwrócił się do Ministra Zdrowia z prośbą o wykładnię obowiązujących przepisów w zakresie noszenia masek w sklepach. Zgodnie z przedstawioną przez resort interpretacją, konieczność zakrycia ust i nosa w lokalu powinna być rozumiana jako warunek początkowy dla skutecznego skorzystania z oferty sprzedaży przez kupującego. Opierając się na klauzulach generalnych zawartych w Kodeksie cywilnym oraz przywołując orzecznictwo Sądu Najwyższego, Ministerstwo wywodziło, że już na gruncie obowiązujących przepisów pracownik obiektu handlowego ma możliwość odmowy dokonania sprzedaży w przypadku, w którym klient sklepu, wbrew obowiązkowi, nie zakrywa ust i nosa.

Mimo oficjalnie zaprezentowanej przez Ministerstwo interpretacji, problem nie przestał być aktualny, a przedsiębiorcy i ich personel wciąż mają wątpliwości jak traktować klientów wchodzących do lokalu z odkrytymi ustami i nosem. Znane są przypadki, w których zwrócenie uwagi na konieczność zakrycia ust i nosa spowodowało agresywne zachowanie klientów twierdzących, że personel nie ma prawa odmówić im obsługi. Kłopot prawny stał się tym bardziej palący, gdy Sąd Rejonowy w Suwałkach stwierdził, że ekspedientka odmawiająca sprzedaży artykułów spożywczych klientowi bez maseczki dopuściła się wykroczenia polegającego na odmówieniu sprzedaży towaru bez uzasadnionej przyczyny i skazał ją na karę grzywny.

Pandemia koronawirusa to szczególne okoliczności, w ramach których przedsiębiorcy muszą się mierzyć ze znacznym stopniem niestabilności otoczenia, w którym funkcjonują. Powiat, w którym prowadzą firmę, może z tygodnia na tydzień trafić do strefy objętej dodatkowymi obostrzeniami. Co więcej, w niektórych branżach popyt na usługi i towary wciąż stanowi ułamek popytu odnotowywanego przed pandemią. Mając to na uwadze, prawodawca powinien działać tak, by tam gdzie jest to możliwe, zapewniać firmom i pracownikom pewien poziom komfortu i bezpieczeństwa. Jeśli częścią polityki „antycovidowej” jest utrzymanie obowiązku noszenia masek w przestrzeniach zamkniętych, przedsiębiorcy i personel muszą mieć możliwość odmowy obsługi klienta nierealizującego tego obowiązku, bez narażania się na konsekwencje prawne.

W związku z powyższym, ZPP apeluje o pilne znowelizowanie rozporządzenia z 7 sierpnia w taki sposób, by przedsiębiorcy i ich pracownicy byli wprost uprawnieni do odmowy wstępu do lokalu bądź obsługi osób, które nie zastosowały się do obowiązku zakrywania ust i nosa. Co więcej, przedsiębiorcy i personel powinni być w tych przypadkach uprawnieni również do weryfikacji dokumentów potwierdzających ewentualną niemożność realizacji powyższego obowiązku. Odpowiednich modyfikacji, uwzględniających powyższe zmiany w rozporządzeniu, należałoby dokonać również w zakresie wytycznych dla funkcjonowania gastronomii w trakcie epidemii opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju i Główny Inspektorat Sanitarny. Jesteśmy przekonani, że wprowadzenie postulowanych zmian pomoże skutecznie przeciwdziałać rozwojowi epidemii, a jednocześnie zapewni przedsiębiorcom i ich personelowi możliwość realizowania postanowień rozporządzenia bez konieczności narażania się na ewentualne konsekwencje prawne.

Analityka w czasie rzeczywistym pomoże firmom szybciej reagować na zmiany nawyków konsumentów

Trwający kryzys pandemii COVID-19 spowodował znaczące zmiany w przepływie strumieni finansowych. Część klientów straciła pracę, niektórym zredukowano wynagrodzenie. Wpłynęło to na ich nawyki związane zarówno z oszczędzaniem, jak i wydawaniem pieniędzy. Firmy muszą podejmować szybkie decyzje, aby odpowiadać na potrzeby zmieniającego się rynku. O tym, jak systemy analityczne mogą pomóc zrealizować ten cel, dyskutować będą przedstawiciele nauki i biznesu podczas wirtualnej konferencji Advanced Analytics and Data Science 2020.

Trudno określić, które zmiany w zachowaniach konsumentów pozostaną z nami na dłużej, a które ustąpią po zakończeniu pandemii. Długoterminowymi skutkami koronawirusa są zwiększenie się ryzyka kredytowego kontrahentów, jak również zwiększający się odsetek klientów windykowanych. Oznacza to, że instytucje finansowe muszą szybko przeorganizować procesy pożyczkowe i wdrożyć bardziej restrykcyjne polityki scoringowe. To z kolei może prowadzić do zbyt częstego kwalifikowania klientów jako niewiarygodnych. Takie działanie skutkuje decyzją odmowną o przyznaniu kredytu, stratą przychodu dla banku i niezrealizowaną inwestycją organizacji czy osoby, która ubiegała się o pożyczkę. W szerszej perspektywie oznacza to negatywny wpływ na poszczególne firmy, a także na gospodarkę całego państwa.

Szybkie analizy w niepewnych czasach

Firmy codziennie analizują ogromną ilość zewnętrznych i wewnętrznych informacji o klientach. Dzięki jednolitym platformom automatyzującym wszystkie etapy cyklu życia modeli analitycznych, takim jak SAS Viya, obecnie procesy te zajmują znacząco mniej czasu niż kiedyś. Samo modelowanie również uległo skróceniu dzięki postępowi technologicznemu, np. dostępności technologii in-memory, polegającej na przetwarzaniu danych w szybkiej pamięci RAM. W efekcie biznes może szybko przejść od fazy projektowej do praktycznego wykorzystania efektów procesów analitycznych.

Szybkość podejmowania decyzji zawsze odgrywała kluczową rolę w każdej branży. Obecnie analiza danych w czasie rzeczywistym jest jeszcze ważniejsza. Zachowania konsumentów stają się coraz mniej przewidywalne. Firmy muszą błyskawicznie określać możliwości pozyskania i utrzymania klienta, a także oceniać jego wiarygodność i szacować ryzyko wystąpienia nadużyć. Z pomocą przychodzi analityka, w tym również algorytmy Artificial Intelligence – mówi Łukasz Libuda, Principal Business Solutions Manager w SAS Polska.

Procesy analityczne cechuje duża złożoność. Współpraca wielu użytkowników niejednokrotnie wiąże się z tym, że korzystają oni z różnych systemów czy języków programowania. Mając to na uwadze, SAS dostosował swoje rozwiązania do potrzeb współpracy np. z programistami czy twórcami modeli analitycznych, korzystającymi z narzędzi open source czy interaktywnych kreatorów no-code/low-code. W projekty z zakresu analityki zaangażowane są osoby o różnym stopniu zaawansowania. Część z nich nie ma odpowiedniej wiedzy, aby móc samodzielnie tworzyć i udoskonalać modele analityczne. System SAS oferuje wsparcie technologiczne podpowiadając użytkownikowi, jakie kroki powinien wykonać, dysponując określonym zestawem danych. Nie oznacza to oczywiście, że narzędzia analityczne same podejmują decyzje biznesowe.

Kompetencje analityczne wciąż poszukiwane

Firmy muszą budować wewnętrzne kompetencje w obszarze zaawansowanej analityki. Dlatego bardzo ważna jest współpraca biznesu z uczelniami wyższymi w zakresie kształcenia kadr i rozwijania odpowiednich kompetencji, zwłaszcza w obszarach analitycznych wykorzystujących sztuczną inteligencję, która jest dziedziną podlegającą nieustannym zmianom i ciągłej ewolucji.

Uczelnie wyższe muszą na bieżąco reagować na rozwój technologii oraz wynikające z tego zmiany rynkowe i dostosowywać programy nauczania do aktualnych potrzeb przedsiębiorstw. Specjaliści na stanowiskach data scientist, których kształcimy w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, między innymi na kierunku Analiza Danych – Big Data odgrywają coraz większą rolę w swoich organizacjach – mówi Ewa Frątczak, Profesor SGH, kierownik Zakładu Metod Statystycznych i Analiz Biznesowych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Jaka będzie nowa cyfrowa normalność w biznesie?

Analityka w czasie rzeczywistym wspierana przez sztuczną inteligencję to ważne narzędzie w rękach decydentów działających w realiach cyfrowej ekonomii. Szybkość decyzji zwiększa konkurencyjność na niezwykle rozproszonych i szybkozmiennych rynkach. Jednocześnie wszyscy chcą tworzyć długoterminowe strategie działania w sytuacji, gdy o przyszłości wiadomo bardzo niewiele. Organizacje, które wykorzystują systemy scenariuszowe czy też stress testowe, mogą przygotować się na nadchodzące miesiące i w bardziej trafny sposób zaplanować działania w perspektywie długoterminowej. W tym celu firmy wykorzystują zaawansowane modele analityczne, budują eksperckie reguły biznesowe oraz analizują wszelkie możliwe ścieżki rozwoju.

W realiach tak zwanej nowej normalności firmy potrzebują wsparcia technologii i wiedzy płynącej z danych w coraz szerszym zakresie. Wychodząc naprzeciw tym potrzebom, w bieżącym roku akademickim na kierunku Analiza Danych – Big Data wprowadzamy nowy przedmiot kierunkowy „Real Time Analytics”, który łączy nowoczesne technologie z zaawansowaną analityką biznesową. Pracujemy też nad otwarciem nowej generacji studiów podyplomowych. Naszym celem jest wykształcenie kolejnych pokoleń analityków, którzy posiadają niezbędną wiedzę i kompetencje w zakresie modelowania i analizy danych w czasie rzeczywistym – mówi profesor Ewa Frątczak.

Spotkanie ekspertów

Na temat roli analityki na zmieniających się rynkach dyskutować będą przedstawiciele sektora nauki, biznesu i technologii podczas wirtualnej konferencji Advanced Analytics and Data Science. Spotkanie organizuje Szkoła Główna Handlowa w Warszawie we współpracy z SAS. Tematem przewodnim siódmej edycji wydarzenia, które odbędzie się 14 września 2020 r., będzie Real-Time Analytics & Cybersecurity.

Patronat honorowy nad wydarzeniem objął Rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie – profesor Piotr Wachowiak. W programie znajdą się między innymi: wnioski z globalnych doświadczeń dotyczących wykorzystania technologii AI i machine learning w biznesie oraz najlepsze praktyki w zakresie zastosowania Real-Time Analytics w obszarach takich jak: risk management, credit scoring, customer intelligence czy fraud detection. Zaprezentowane zostaną także najnowsze narzędzia i rozwiązania oraz praktyczne przykłady ich zastosowania w różnych branżach.

Program konferencji i formularz rejestracyjny znajdują się na stronie: https://www.sas.com/pl_pl/events/20/aa-ds.html

GIAP oraz estoński startup EyeVi Technologies będą mapować polskie drogi

  • Wzrasta zapotrzebowanie na cyfrowe mapowanie dróg. Technologia ta będzie już niedługo wykorzystywana powszechnie przez administrację publiczną oraz GDDKiA. Pilotażowy projekt przeprowadzony będzie w gminie Lubawa na Mazurach.
  • GIAP wspólnie z estońskim startupem EyeVi Technologies zrealizują projekt mapy 3D o wysokiej rozdzielczości do analizy, zarządzania i planowania prac budowlanych i remontowych. Dzięki połączeniu kompetencji czas przetwarzania danych skrócony zostanie kilkanaście razy.
  • Rynek usług mapowania cyfrowego w Polsce według wstępnych szacunków sięga 300 milionów złotych.

Tylko w zeszłym roku Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w Polsce udostępniła 460 km nowych dróg[1]. Nowo powstałe kilometry to tylko część zrealizowanych projektów, ponieważ łączna długość przekazanych do użytku dróg w 2019 sięga 960 km[2]. Za drugim rekordowym wynikiem GDDKiA stoi nie tylko efektywna realizacja prac remontowych i budowlanych, ale też prace urzędników związane z analizą, planowaniem i zarządzaniem projektowym. Nadzorowanie oraz inspekcja dróg stają się coraz ważniejszym zadaniem, a nowe połączenia ciągle się mnożą. Na szczęście czasochłonne i kosztowne procesy usprawnić pomaga technologia. Nadchodzi era cyfryzacji infrastruktury. Jedna z wiodących spółek dostarczających rozwiązania IT dla sektora publicznego w Polsce, GIAP, od kilku lat pracuje nad rozwiązaniem, które umożliwi zarządzanie drogami przy wykorzystaniu wysokorozdzielczej ortofotomapy. W celu przyspieszenia i optymalizacji kosztowej procesu opracowywania danych drogowych, spółka weszła w partnerstwo z estońską firmą EyeVi Technologies, która dostarcza m.in. oprogramowanie do mapowania dla firm i organizacji zajmujących się zarządzaniem infrastrukturą transportową. Startup zdążył już zdobyć uznanie w 10 krajach na całym świecie, a teraz we współpracy z GIAP będzie tworzyć mapy cyfrowe polskich dróg.

Widzimy ogromny potencjał w zastosowaniu automatyzacji digitalizacji, jako wsparcia dla administracji sektora publicznego zajmującej się zarządzaniem infrastrukturą. Dokładne ortofotomapy są rewolucyjnym narzędziem usprawniającym procesy operacyjne związane z obsługą coraz bardziej złożonych projektów, tworzeniem książek dróg, a nawet automatyczną detekcją znaków. Tworzymy unikalny produkt, nasza ortofotomapa jest tworzona poniżej poziomu drzew, a więc droga nie jest przesłaniana przez drzewa, tak często występujące przy drogach. Zdigitalizowane w ten sposób drogi można efektywniej monitorować, analizować i planować za pomocą automatycznej zdalnej inspekcji. To także znacznie obniża koszty robót drogowych. Połączenie naszych kompetencji z EyeVi pozwoli nam skalować usługę cyfrowego mapowania na poziom ogólnokrajowy – mówi Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP.

Z naszej strony widzimy ogromny potencjał polskiego rynku, a współpraca z GIAP pomoże nam skutecznie wprowadzić na ten rynek nasza autorską technologie i przyczyni się do jej dalszego rozwoju – dodaje Gaspar Anton, dyrektor generalny EyeVi Technologies.

Optymalizacja zarządzania i przewidywane oszczędności napędzają popyt. Wartość cyfrowego mapowania wraz z oprogramowaniem w miejscowości wiejskiej to 1000 zł za kilometr drogi, a w dużych miastach ze względu na znacząco większą liczbę elementów i obszaru dróg cena będzie wyższa. Obliczona w ten sposób wartość polskiego rynku usług mapowania cyfrowego sięga 300 milionów złotych. Biorąc pod uwagę potrzebę regularnej aktualizacji map, zapotrzebowanie będzie mieć charakter długoterminowy.

Analizując perspektywy tego rynku szukaliśmy przystępnego cenowo oprogramowania, które pozwoliłoby skrócić proces opracowania zebranych w terenie danych. Znalezienie startupu, który właśnie specjalizuje się w tworzeniu takiego oprogramowania i nawiązanie z nim współpracy, uważamy za szczególny sukces. Dzięki, ich rozwiązaniu przekształcenie materiałów graficznych w ortofotomozaiki, zajmuje 14 razy mniej czasu niż dotychczas, co w znacznym stopniu obniża koszt tej usługi. Jeśli wcześniej na przetwarzanie danych trzeba byłoby czekać do dwóch tygodni, obecnie możemy mówić o obróbce zdjęć pozyskanych jednego dnia już w ciągu dnia kolejnego. W ten sposób angażując technologię partnerów EyeVi udało nam się wygrać pierwsze przetargi na realizację mapowania cyfrowego dróg w dwóch gminach województwa warmińsko-mazurskiego. Będzie to okazja na pierwsze w Polsce przetestowanie tej technologii – podkreśla Pan Sławomir.

Za pomocą kamery sferycznej, podobnej do takich, z jakich korzysta też Google, czy TomTom, zamontowanej na dachu samochodu, najpierw robione są zdjęcia wybranej drogi. Rozdzielczość takich zdjęć pozwala nie tylko rozpoznać znaki drogowe, czy zauważyć różnego rodzaju usterki, ale nawet policzyć kostki chodnika. Kamera współpracuje ze skanerem laserowym LiDAR oraz oprogramowaniem sztucznej inteligencji do wyodrębniania cech obiektów z zebranych danych. Później za pomocą specjalnego oprogramowania ze zdobytych w ten sposób materiałów graficznych tworzone są ortofotomozaiki czyli bardzo dokładna prezentacja danego terenu, modele 3D oraz dane wektorowe dróg.

Cyfrowe dane drogowe mogą być skutecznie wykorzystane do sprawdzenia stanu drogi bez konieczności prac inspekcyjnych w terenie, np. do analizy usterek i planowania prac remontowych, sporządzenia planów utrzymania i predykcji kosztów, mapowania i mierzenia obiektów przydrożnych, zarządzania ruchem drogowym poprzez rozstawienie znaków. Na przykład w Szwecji, podobne mapy są często stosowane podczas planowania i realizacji budowy autostrad. Drogi w Finlandii i Wielkiej Brytanii są także analizowane i zarządzane za pomocą usług EyeVi. Z kolei w Estonii technologia została wykorzystana do sporządzenia aplikacji do zarządzania ruchem samochodu autonomicznego, a skumulowane w ten sposób dane można będzie wykorzystać dla rozwoju inteligentnych miast. Wcześniejsze doświadczenie estońskiego startupu wskazuje na rosnące zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania geodezyjne również w inżynierii i przemyśle.

GIAP to polski dostawca rozwiązań technologicznych dla sektora publicznego. Podstawową specjalizacją spółki jest tworzenie oprogramowania GIS, a głównym produktem jest Samorządowa Platforma Danych Przestrzennych (SPDP) wspierająca realizację zadań administracji samorządowej. W jej skład wchodzą aplikacje dedykowane poszczególnym dziedzinom, portale mapowe, aplikacje mobile, e-usługi oraz przetwarzanie danych przestrzennych.

[1] https://auto.wprost.pl/aktualnosci/10285385/rekordowy-rok-2019-powstalo-460-km-nowych-drog.html

[2] https://auto.wprost.pl/aktualnosci/10285385/rekordowy-rok-2019-powstalo-460-km-nowych-drog.html

Proteon Pharmaceuticals – strategiczne partnerstwo handlowe z DuPont Animal Nutrition

Proteon Pharmaceuticals, polska firma biotechnologiczna i lider technologii bakteriofagowej w dodatkach paszowych dla zwierząt hodowlanych, podjęła strategiczne partnerstwo z DuPont Animal Nutrition, oddziałem DuPont Nutrition & Biosciences (DuPont),  w zakresie dystrybucji innowacyjnych rozwiązań Proteonu. Celem współpracy jest wprowadzenie w wybranych krajach oferowanych przez Proteon rozwiązań bakteriofagowych dla producentów drobiu. Dzięki znanej i zaufanej marce lidera rynkowego DuPont, lokalni producenci w krajach objętych dystrybucją korporacji będą mogli korzystać z najnowocześniejszych rozwiązań ochrony zdrowia ptactwa hodowlanego. Współpraca firm rozszerzy ofertę DuPont i obszaru sprzedaży Proteon Pharmaceuticals oraz będzie znaczącym wsparciem dla globalnych działań zmierzających do ograniczania oporności na środki przeciwbakteryjne (AMR) u zwierząt hodowlanych.

Impulsem do uruchomienia przez Proteon inwestycji w technologie bakteriofagowe było rosnące w skali globalnej zagrożenie antybiotykoopornością. Nowoczesna analityka
i genomika umożliwiły naukowcom firmy prowadzenie badań przesiewowych oraz identyfikację konkretnych bakteriofagów przeciwdziałających określonym zagrożeniom bakteryjnym u zwierząt i ryb hodowlanych. Opracowane rozwiązania mają znaczący wpływ na bezpieczeństwo pasz i żywności. Nowatorska w przemyśle drobiarskim technologia Proteon Pharmaceuticals, jest już stosowana przez hodowców drobiu w kilku krajach europejskich i azjatyckich. Rozwiązania Proteon nie tylko zapewniają bezpieczeństwo biologiczne, ale też poprawiają wydajność i jakość produkcji.

„Jesteśmy głęboko przekonani, że produkty bakteriofagowe są przyszłością dla zdrowia i żywienia zwierząt i ryb hodowlanych, oraz że pomogą ograniczyć stosowanie antybiotyków w hodowlach. Zminimalizowanie antybiotykooporności bakterii przyczyni się również do poprawy zdrowia konsumentów” – powiedział prof. Jarosław Dastych, Prezes Zarządu Proteon Pharmaceuticals. „Cieszymy się, że wspólnie z firmą DuPont możemy rozpowszechniać nasze rozwiązania bakteriofagowe, i że nasza współpraca przyniesie wymierne korzyści producentom drobiu na całym świecie”.

„Proteon Pharmaceuticals jest pionierem w technologii bakteriofagowej stosowanej w dodatkach paszowych dla zwierząt hodowlanych. Rozwijając tę technologię przez 10 lat, przetestowali swoje rozwiązania w Europie i Azji zarówno pod względem skuteczności, jak i stabilności ”- powiedział Aart Materboer, Business Leader, DuPont Animal Nutrition. „Ta technologia pasuje do naszego podejścia nutribiotycznego. Z przyjemnością dodajemy ją do portfolio naszych rozwiązań dla producentów drobiu”.

„Czynnikami decydującymi o nawiązaniu współpracy pomiędzy Proteon Pharmaceuticals i globalną firmą, jaką jest DuPont, były bogate doświadczenie naukowe pracowników Proteon oraz wiodąca pozycja naszej spółki wśród firm o podobnym profilu na całym świecie.” powiedział Nipun Gupta, Chief Commercial Officer, Proteon Pharmaceuticals.

KIH: rząd podejmuje kroki, aby zapewnić stabilne finansowanie systemu ochrony zdrowia

Koalicja Izb Handlowych, reprezentująca sześć międzynarodowych izb handlowych i gospodarczych w Polsce, współpracujących na rzecz wspólnego dialogu, wspierającego zapewnienie finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce na poziomie średniej państw Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organisation for Economic Co-operation and Development – OECD) oraz poprawy dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej, pozytywnie odnosi się do przyjętych przez rząd projektów ustaw budżetowych. W opinii organizacji reprezentujących zagranicznych inwestorów pozwolą one zapewnić stabilne finansowanie ochrony zdrowia, a realizacja ustawy „6 proc. PKB” na zdrowie wydaje się niezagrożona. Przedstawiciele Koalicji zauważają, że przed resortem zdrowia kluczowe decyzje o podziale dodatkowych środków.

W ostatnim tygodniu doszło do publikacji dwóch ważnych projektów ustaw – nowelizacji obowiązującej ustawy budżetowej oraz ustawy budżetowej na 2021 r. Obydwa dokumenty mają zasadnicze znaczenie dla finansowania systemu ochrony zdrowia. Kryzys gospodarczy spowodowany epidemią COVID-19 oraz rosnące zobowiązania budżetu państwa związane z realizacją ustawy „6 proc. PKB na zdrowie” sprawiają, że rząd będzie zobowiązany do poszukiwania środków na ochronę zdrowia w budżecie centralnym.

Według przedłożonego projektu nowelizacji ustawy budżetowej, w rezerwie ministra zdrowia znajdą się dodatkowe dwa miliardy złotych. Przewidujemy, że znaczna część tej kwoty trafi w postaci dotacji celowej do Narodowego Funduszu Zdrowia pod koniec roku. Zapewnienie dodatkowego źródła finansowania dla płatnika publicznego w roku recesji jest dobrym pomysłem – ocenia Jacek Graliński, przedstawiciel Koalicji Izb Handlowych, przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham.

Zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych w przyszłym roku na ten cel powinno trafić 120,5 mld zł, czyli niemal 14 mld zł więcej niż w roku bieżącym. Według danych zawartych w prognozie przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia na lata 2021-2023, suma składek na ubezpieczenie w przyszłym roku wyniesie 95,5 mld zł. Pozostała kwota, uzupełniająca różnicę pomiędzy zebranymi składkami a zapisami ustawy określającej minimalny próg nakładów na ochronę zdrowia, jest uzupełniana z budżetu państwa. W wyniku tego przyjęty przez Radę Ministrów projekt ustawy budżetowej na przyszły rok przewiduje wzrost nakładów na ochronę zdrowia o 12,9
mld zł wyższy niż w okresie poprzednim, co oznacza ponad dwukrotny wzrost.
W uzasadnieniu do projektu rząd wskazuje, że tak mocny wzrost wynika z chęci zapewnienia nakładów na poziomie gwarantującym zachowanie ciągłości działań systemu ochrony zdrowia.

Znaczna część środków z przyszłorocznej ustawy budżetowej trafi do płatnika publicznego. Na dzisiaj nie znamy jednak projektu planu finansowego NFZ na kolejny rok, co nie pozwala ocenić jak będą alokowane te środki – mówi Jacek Graliński i dodaje: liczymy, że ich znacząca część trafi na zapewnienie pacjentom dostępu do skutecznej i bezpiecznej farmakoterapii, zgodnie z zapisami dokumentu strategicznego „Polityka lekowa państwa na lata 2018-2022”. Dostrzeżenie znaczenia tej dziedziny widzimy chociażby w prezydenckim projekcie ustawy o Funduszu Medycznym i mamy nadzieję, że rząd będzie kontynuował ten kierunek.

Projekt nowelizacji ustawy budżetowej trafił do Sejmu i został nadany mu numer druku sejmowego. Pierwsze posiedzenie, na którym parlament mógłby zająć się regulacją, rozpoczyna się w przyszłym tygodniu. Ustawa budżetowa na kolejny rok została przyjęta przez Radę Ministrów i skierowana do konsultacji z partnerami społecznymi. Zazwyczaj procedowanie projektu odbywa się w czwartym kwartale roku poprzedzającego wejście w życie nowego budżetu.

Urząd Skarbowy nie chciał zwrócić spółce VAT, bo nie wierzył w jej pomysł, a i wspólnicy byli za młodzi

Spółka inwestująca w stworzenie linii produkcyjnej wniosła o zwrot nadwyżki zapłaconego VAT przy zakupie środków trwałych. Jednak urząd skarbowy wstrzymał należny jej zwrot, bo stwierdził, że cały pomysł biznesowy spółki jest mało realny do zrealizowania, a finansujący go wspólnicy nie posiadają doświadczenia w życiu gospodarczym, gdyż są za młodzi. Rozpoznający skargę spółki Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi stanął po jej stronie, wskazując, że organ podatkowy nie jest podmiotem powołanym profesjonalnie i ustrojowo do dokonywania oceny ryzyka działalności gospodarczej (wyrok WSA w Łodzi z 10 czerwca 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 252/20).

Zwrot VAT z tytułu wydatków inwestycyjnych

Przedsiębiorcy zawiązali spółkę z o.o. Celem jej działalności miało być przetwarzanie odpadów oraz tworzyw sztucznych i odzyskiwanie z nich surowców wtórnych. Spółka potrzebowała kapitału do stworzenia linii technologicznej, stąd dwaj jej udziałowcy udzielili spółce na ten cel pożyczki w wysokości 3 mln zł. W złożonej deklaracji VAT-7 za grudzień 2017 r. spółka wykazała nadwyżkę podatku od towarów i usług naliczonego nad należnym, której źródłem były wydatki poniesione na zakup środków trwałych do stworzenia ww. linii technologicznej.

Organ wszczął kontrolę

W kwietniu 2018 r. naczelnik urzędu skarbowego wszczął wobec spółki kontrolę podatkową w celu sprawdzenia prawidłowości dokonywanych przez nią rozliczeń w VAT, jak i zasadności wnioskowanego zwrotu. Zakończył ją dopiero 13 września 2018 r. i stwierdził na jej podstawie, że zamiarem przedsiębiorców w momencie ponoszenia wydatków nie było wykorzystanie nabytych towarów i usług do czynności opodatkowanych, a więc zasadność zwrotu nadwyżki podatku naliczonego nad należnym wymaga dodatkowego zweryfikowania już w ramach postępowania podatkowego. Wydał więc postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT spółce do 29 marca 2019 r., a postanowienie to utrzymał w mocy organ odwoławczy w grudniu 2018 r.

Za młodzi wspólnicy i za duża inwestycja

Organom nie spodobały się powiązania osobowe między spółką a głównym jej dostawcą. Ale przede wszystkim urzędnicy doszli do przekonania, że przedsięwzięcie gospodarcze spółki w postaci budowy linii technologicznej do produkcji regranulatu z odpadów i tworzyw sztucznych jest nierealne. U podstaw takiego stanowiska legły następujące ustalenia kontroli:

  • wartość kompletnej linii technologicznej oscyluje wokół kwot 15-20 mln zł, podczas gdy spółka dysponuje środkami w wysokości zaledwie 3 mln zł, a pochodzącymi z pożyczek od udziałowców spółki, którymi są osoby młode, poniżej 30 roku życia, niemające doświadczenia w życiu gospodarczym,
  • spółka nie posiada żadnego majątku ani bazy technicznej,
  • nie rozpoczęła procesu rekrutacji pracowników, a wg dokonanych ustaleń zatrudniać ma 25 osób w systemie czterozmianowym,
  • spółka nie zawarła żadnych niezbędnych przy tego typu przedsięwzięciu porozumień handlowych,
  • nie posiada zezwolenia na działalność, którą chce wykonywać za pomocą nabytych środków trwałych.

Brak wiary urzędników w sukces przedsięwzięcia

Spółka wniosła skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi, do której sąd w pełni się przychylił. W pierwszej kolejności zwrócił uwagę, że zaskarżona przez przedsiębiorców procedura wstrzymania zwrotu nadpłaconego podatku nie została uruchomiona przez organy w wyniku podejrzenia spółki o udział w oszustwie, próbie wyłudzenia VAT, a z powodu braku wiary urzędników w ekonomiczny sens podejmowanego przez nią przedsięwzięcia.

Samozwańczy krytyk biznesu

Sąd podkreślił, że organ podatkowy nie jest podmiotem profesjonalnym, predestynowanym do dokonywania oceny szans przeprowadzanych przez przedsiębiorców działań w ramach podejmowania ryzyka gospodarczego. Organy miarkują w niniejszej sprawie całkowitą wartość inwestycji z wielkością posiadanych przez spółkę środków, podczas gdy nie zbadały, na czym polega budowa spornej linii technologicznej, w jakich etapach się odbywa, a więc i na jakim etapie przedsiębiorcy zmuszeni będą do ponoszenia określonej wielkości wydatków.

Obalone wszystkie zarzuty organów

WSA odrzucił także zarzut fiskusa co do niewystępowania przez spółkę o uzyskanie zezwoleń na gromadzenie odpadów, podczas gdy wskazywała ona wyraźnie, że o takie można wystąpić dopiero po uzyskaniu korzystnej decyzji w przedmiocie uwarunkowań środowiskowych przedsięwzięcia, a proces ten jest długi i skomplikowany. Argumentem do odebrania przedsiębiorcom prawa do odliczenia VAT nie może być również ich młody wiek, jak i fakt finansowania zakupów z udzielonych przez nich pożyczek. Wreszcie sąd zaznaczył, że nie może za tym przemawiać także wartość inwestycji, szacowana na ok. 25-30 mln zł, skoro spółka wyjaśniła, że minimalny koszt wystarczający do uruchomienia spornej linii technologicznej to tylko 4,5 mln zł. A znaczna część tej kwoty tj. 3 mln zł jest już w posiadaniu spółki. Co więcej, technologia, jaką chcą zastosować do jej stworzenia przedsiębiorcy, pozwala znacznie obniżyć całkowity koszt jej budowy. Organy zapominają również, że powołany przez nie w toku kontroli podatkowej biegły ocenił, że inwestycja spółki jest przedsięwzięciem innowacyjnym i pionierskim na rynku.

Organy podatkowe nie są powołane do oceny ryzyka gospodarczego

Łódzki sąd obalił także zarzuty organów odnośnie do nieposiadania przez spółkę majątku czy budynków. Spółka zawarła bowiem umowę dzierżawy nieruchomości, która pozwala jej na prowadzenie działalności gospodarczej. Także zatrudnianie pracowników na obecnym etapie inwestycji byłoby irracjonalne. WSA nie podzielił też stanowiska organów, jakoby przedsiębiorcy nie mieli koniecznej bazy technicznej ani niezbędnych umów z dostawcami. W ocenie sądu nie może ono się obronić, skoro wszelkie działania spółki są właśnie nakierowane na stworzenie takiej bazy. Wyrokiem z 10 czerwca 2020 r. WSA uchylił postanowienie dyrektora izby skarbowej oraz poprzedzające je postanowienie naczelnika urzędu skarbowego przedłużające termin zwrotu VAT spółce. Sąd orzekł, że ocena ryzyka działalności gospodarczej nie może być dokonywana przez „niepowołany profesjonalnie i ustrojowo podmiot”, jakim jest organ podatkowy, a Finansowanie przez osoby prawne zakupów ze środków pochodzących z pożyczek udzielonych przez wspólników nie jest sprzeczne z prawem, choćby wspólnicy byli osobami młodymi i nie mieli doświadczenia biznesowego” (sygn. akt I SA/Łd 252/20).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Quo vadis, strefo euro? Ropa naftowa kontynuuje spadki

Dziś przed nami najważniejsze wydarzenie tego tygodnia dla rynków, czyli posiedzenie europejskiej władzy monetarnej. Praktycznie nikt nie spodziewa się, aby zapadła decyzja o zmianie stóp procentowych, dlatego tym większej wagi nabiera konferencja prasowa po spotkaniu decydentów.

W oczekiwaniu na EBC

Po wakacyjnym uśpieniu wrzesień nie pozwala nam na nudę. Ruch na rynkach zintensyfikował się, a zmiany potrafią być gwałtowne. Ponieważ w tym tygodniu kalendarz makro nie rozpieszczał, tym bardziej wzrosło (zawsze istotne) znaczenie posiedzenia EBC. Niestety, jak to już często bywało, władza monetarna Starego Kontynentu musi reagować na wydarzenia, zamiast je kreować. Oczekuje się odpowiedzi Rady Zarządzającej na ogłoszoną niedawno zmianę strategii Fed. Poinformował o niej na sympozjum Jackson Hole prezes Rezerwy Jerome Powell (w dużym uproszczeniu chodzi o zmianę w podejściu do celu inflacyjnego). Europejskiemu regulatorowi trudno reagować poprzez kolejne cięcia stóp, bo i nie za bardzo jest już z czego ciąć. Nie łatwo też zapowiedzieć zwiększenie skupu aktywów, bo już teraz dzieje się to na ogromną skalę. Dlatego pewnie nie bez powodu pojawiły się przecieki, jakoby decydenci ogłosili dziś, że wciąż zapatrują się pozytywnie na perspektywy odbicia gospodarczego w Europie, co miałoby trochę uspokoić napiętą sytuację. Oby nie były to tylko pobożne życzenia EBC. Mimo tych przecieków wielu obserwatorów liczy na jakąś (najlepiej nie jedną) wypowiedź dotyczącą sytuacji na rynku forex, a konkretnie zbyt silnego euro, które może się przyczyniać do wolniejszego powrotu na ścieżkę wzrostu na Starym Kontynencie. Od wczoraj, po kilku dniach deprecjacji EUR na głównej parze walutowej świata, znów obserwujemy wzrosty, które już doprowadziły kurs EUR/USD powyżej 1,183.

Raz w górę, raz w dół

Po chwilowym załamaniu na rynkach kapitałowych, które w dużej mierze spowodowane było przeceną spółek technologicznych wchodzących w skład indeksu Nasdaq, byki próbują wrócić do gry. Wczoraj giełdy znów zaświeciły się na zielono i rosły w tempie nawet ponad 2% (2,1% DAX, 2% S&P500, a główny winowajca wcześniejszych spadków, czyli Nasdaq o 2,7%). Chociaż w trakcie czwartkowej sesji znów obserwujemy zniżki (w Londynie i  Warszawie sięgają one nawet -0,8%), to zapewne dopiero sytuacja po posiedzeniu EBC, a następnie otwarcie nowojorskiego parkietu dadzą nam odpowiedź, czy inwestorzy zamierzają zmienić swoje nastawienie, czy jednak dobrze im w różowych okularach i będą przeć do przodu (czyli do góry w kontekście wykresów).

Czarne złoto(?)

O przecenie na pewno możemy mówić w kontekście ropy naftowej. Po wczorajszym lekkim odbiciu dziś spadki są kontynuowane. Ropa Brent w czwartek przed godz. 12 zniżkuje o 1,2%, zbliżając się do 40 $ za baryłkę (-5 $ od początku miesiąca), a wycena ropy WTI spada  już o 1,5% i jest w okolicach 37,5 $ za baryłkę (-6 $ od początku września). Na czarnym złocie najlepiej widać, że globalnej gospodarce daleko do powrotu na ścieżkę stabilnego wzrostu. Zapotrzebowanie spada na całym świecie, w ostatnim czasie szczególnie w Indiach (będących bardzo chłonnym rynkiem), druga fala pandemii wpływa na transport, w tym lotniczy, OPEC planuje zwiększenie wydobycia zamiast zmniejszenia, a w USA znów rosną zapasy czarnego złota. Nie jest to najlepszy czas dla tego surowca.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – strefa euro – konferencja prasowa EBC,

14:30 – USA – dane z rynku pracy i wskaźnik PPI.

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Parki handlowe i centra convenience w Polsce | Raport

Parki handlowe mogą odpowiadać za nawet 40% nowej powierzchni handlowej oddanej w tym roku.

Parki handlowe są największymi beneficjentami zmian strukturalnych ostatniego 10-lecia. Ich ilość zwiększyła się dwukrotnie, a udział w całkowitej podaży powierzchni handlowej w Polsce wzrósł o 4 p.p. Bardzo dobrą sytuację w tym segmencie obiektów handlowych potwierdza pierwsze półrocze tego roku – do użytku oddano wtedy blisko 148 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej w obiektach wielkopowierzchniowych (GLA >5 000 mkw.), z czego 67% przypadło na osiem nowych parków handlowych i trzy rozbudowy obiektów istniejących. Prawie 450 000 mkw. powierzchni najmu (GLA) wciąż pozostaje w realizacji z terminem oddania w 2020 i 2021 roku. Parki handlowe stanowią blisko 26% tej podaży.

JLL i Trei Real Estate Poland w najnowszym raporcie „Parki handlowe i centra convenience w Polsce” podsumowują sytuację na koniec I półrocza w segmencie tych projektów handlowych oraz przedstawiają jego perspektywy rozwoju w kolejnych miesiącach.

Jak wygląda podaż tego typu projektów?

Wybuch epidemii COVID-19 z pewnością spowolnił aktywność deweloperską w Polsce. Pomimo tego, segment mniejszych, opartych na wygodzie, obiektów handlowych ma się bardzo dobrze.

Centra convenience pojawiły się jako odpowiedź rynku na zmieniające się potrzeby klientów w zakresie szybkich, codziennych zakupów, oraz na rosnące nasycenie powierzchnią centrów handlowych. Trend ten jeszcze bardziej wzmocniła globalna pandemia. Zamknięci w domach konsumenci na nowo zaczęli doceniać lokalność. Niektórzy ponownie odkryli swoje najbliższe sąsiedztwo i zaczęli bardziej doceniać małe, rodzinne firmy i lokalne produkty. Jedną z najczęściej spotykanych grup najemców w tej klasie aktywów, biorąc pod uwagę liczbę sklepów, są tzw. value retailers, jak Tedi, KiK, czy Dealz. Co więcej, marki te często rozpoczynają swoją ekspansję właśnie w mniejszych miastach, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Zmieniające się potrzeby klientów zaowocowały doskonałymi wynikami, jeśli chodzi o nową podaż, uwzględniającą otwarcia kolejnych parków handlowych, zarówno regionalnych, jak i tradycyjnych, oraz centrów convenience. W I połowie 2020 roku w tym segmencie nieruchomości handlowych rynek wzbogacił się łącznie o 130 000 mkw.. W rezultacie zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej w parkach handlowych i centrach typu convenience w Polsce osiągnęły 2,6 mln mkw., z czego większość (54%) wciąż przypadła na parki regionalne (GLA powyżej 10 000 mkw.)

Przed nami nowe otwarcia

Aktualnie w realizacji pozostaje ok. 171 000 mkw. powierzchni w ramach parków handlowych i centrów convenience, co oznacza, że odpowiadają one za 34% całkowitej podaży w budowie. Pod względem liczby projektów, 18 z 33 budowanych aktualnie obiektów to małe centra convenience. W przypadku parków regionalnych możemy mówić o budowie tylko dwóch nieruchomości tego typu. Są to Karuzela Ełk (16 000 mkw. GLA) oraz Ptak Market w Rzgowie (10 000 mkw. w dwóch fazach). Warto też podkreślić, że aż 40% nowych obiektów powstaje w małych miastach (poniżej 50 000 mieszkańców). Tradycyjne parki handlowe (GLA od 5 000 do 9 999 mkw.) to domena dwóch deweloperów – Trei Real Estate Poland i Saller . Obie firmy są także liderami rynku pod względem posiadanej powierzchni handlowej w obiektach z segmentu convenience (GLA z przedziału 2 000 mkw. – 4 999 mkw.).

W pierwszej połowie 2020 roku otworzyliśmy dwa parki handlowe w Jaworze i Płocku. W sierpniu natomiast ruszył nasz obiekt w Solcu Kujawskim. Do grudnia planujemy ukończenie kolejnych inwestycji w Częstochowie, Zielonce, Łukowie i Władysławowie. Przez ostatnie lata konsekwentnie wzmacnialiśmy sieć Vendo Parków w Polsce, co w tym roku pozwoliło nam dojść do poziomu aż siedmiu oddawanych do użytku obiektów rocznie. Zamierzamy utrzymać takie tempo rozwoju również w przyszłości. Naszą strategią jest inwestowanie w małych miastach i przemyślane dobieranie portfolio najemców. Dążymy do tego, aby nasze Vendo Parki miały w ofercie marki debiutujące na rynkach, na które wchodzimy, mówi Jacek Wesołowski, Dyrektor Zarządzający, Trei Real Estate Poland.

Podaż parków handlowych i centrów convenience rozkłada się nierównomiernie w zależności od wielkości miasta. Dwa przeciwległe bieguny koncentracji tego typu obiektów to główne aglomeracje oraz miasta liczące mniej niż 100 000 mieszkańców.
Centra convenience dominują w małych miastach, gdzie stanowią niejednokrotnie jedyny nowoczesny obiekt handlowy. Ten typ nieruchomości handlowych odpowiada za 63% podaży na rynkach posiadających mniej niż 50 000 mieszańców. Parki regionalne natomiast to domena głównych aglomeracji. Tradycyjne parki handlowe są z kolei spotykane w każdej klasie wielkościowej miast, natomiast najwięcej podaży przypada na najmniejsze miasta (50%), a w dalszej kolejności na główne aglomeracje – prawie 20%, wskazuje Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

Czynsze przemawiają na korzyść parków handlowych

Parki handlowe oraz obiekty typu convenience przyciągają najemców oferując koszty najmu znacznie niższe niż te w centrach handlowych. W najlepszych obiektach w miastach regionalnych poziom stawek czynszowych dla lokali ok. 2 000 mkw. wynosi aktualnie 8 – 12 euro/ mkw./ miesiąc przy opłatach eksploatacyjnych na poziomie 1,5 – 2 euro/ mkw./ miesiąc.

COVID-19 i nowa normalność

Konsumenci potrzebują czasu, aby ponownie czuć się swobodnie i bezpiecznie w sklepach stacjonarnych. Niemniej jednak, średnia odwiedzalność centrów handlowych w lipcu 2020 roku wyniosła 78% poziomu z poprzedniego roku (dane Retail Institute). Klienci zdecydowanie najszybciej wracają do najmniejszych obiektów handlowych, które dynamicznie, z sukcesem pozyskiwały klientów i aktualnie przewyższają średnie poziomy odwiedzalności. Teraz, gdy bezpieczeństwo stało się jendym z głównych kryteriów wyboru miejsca zakupów, ze szczególnym akcentem na możliwość zachowania dystansu społecznego, duże powierzchnie handlowe z niewielkimi częściami wspólnymi cieszą się większą popularnością.

W obliczu pandemii małe formaty handlowe zareagowały bardzo szybko. Byliśmy jedną z trzech firm reprezentujących społeczność zrzeszającą większość właścicieli parków handlowych działających w Polsce w rozmowach z najemcami. Od kwietnia toczyły się negocjacje z 38 sieciami i firmami prowadzącymi ponad 900 sklepów w więcej niż 200 obiektach na terenie całego kraju. Podczas lockdownu wyraźnie ucierpiały branże odzieżowa i sportowa, a najmniej spożywcza i drogerie. Wypracowaliśmy zatem rozwiązania indywidualne, dopasowane do kondycji finansowej danej firmy. Dzięki nim, z końcem maja, wszystkie objęte negocjacjami parki handlowe w kraju były już otwarte, podsumowuje Jacek Wesołowski, Dyrektor Zarządzający, Trei Real Estate Poland.

Izraelski MON rekomenduje aplikację Usecrypt jako bezpieczną

Polska technologia, która w 2019 roku trafiła w ręce izraelsko-amerykańskiego funduszu, zarządzanego przez syna byłego premiera Izraela Icchaka Rabina, teraz znalazła uznanie Ministerstwa Obrony Izraela. Instytucja ta rekomenduje kryptograficzną technologię Usecrypt jako bezpieczną dla instytucji publicznych.

W 2018 roku gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych i podsekretarz stanu w resorcie obrony, wystawiał pozytywne oceny komunikatorowi Usecrypt Messenger*, chwaląc m.in. jego wyjątkowe zabezpieczenia przed cyberatakami. Zamiast trafić do m.in. państwowych instytucji, w 2019 roku został przejęty przez fundusz Lazar Vision Fund, specjalizujący się w inwestycjach w nowe technologie.

Teraz, po licznych testach izraelskich ekspertów ds. bezpieczeństwa aplikacja znalazła się w gronie rekomendowanych zabezpieczeń Izraelskiego MON. Jak wynika z opinii Ministerstwa Obrony Izraela strategiczny charakter systemu Usecrypt powoduje, że nie może on być udostępniany takim państwom jak Iran, Korea Północna, Sudan, Syria lub Kuba.

Usecrypt Messenger wykrywa i uniemożliwia nieautoryzowany dostęp do aplikacji zabezpieczając ją przed atakami hakerów i malwarem. W obliczu rosnącej liczby ataków oraz masowej inwigilacji, Usecrypt zapewnia poufność czatów oraz połączeń głosowych, dzięki opatentowanej technologii niezależnego szyfrowania oraz kontroli bezpieczeństwa aplikacji – mówi Yuval Rabin, partner w funduszu Lazar, posiadający ponad 30-letnie doświadczenie w sprzedaży i wdrożeniach innowacyjnych systemów IT w USA, Europie Zachodniej oraz Izraelu. Yuval Rabin obecnie koncentruje się na wspieraniu spółek posiadających najbardziej innowacyjne technologie.

W ocenie specjalistów instytucje publiczne powinny mieć wprowadzone wielopoziomowe procedury bezpieczeństwa, nie tylko na poziomie komputerów, lecz telefonów. Dziś nie wystarcza jedynie tzw. polityka czystego pulpitu i czystego biurka, wszelkich systemów antywirusowych i antywłamaniowych. Telefon, na którym przechowywane i przetwarzane są liczne dane powinien być zabezpieczony szyfrowanym komunikatorem.

Rynek izraelski jest niezwykle wymagający, jeśli chodzi o szyfrowanie, a nasze usługi znane są z najwyższych standardów. W związku z tym zezwolenie na sprzedaż UseCrypt w Izraelu potwierdza wysoki poziom bezpieczeństwa aplikacji – mówi Ishai Abiri, właściciel ebusinessDesign, dystrybutor UseCrypt w Izraelu i wieloletni dyrektor w HP.

Różne grupy ekspertów, w tym twórcy aplikacji, badacze cyberbezpieczeństwa i aktywiści, tacy jak Ashkan Soltani z Federalnej Komisji Handlu lub Daniel Gillmor z ACLU, podnoszą fundamentalne pytania dotyczące stanu naszej prywatności w kontekście ciągłego udostępniania danych o sobie. – Żadna z firm do tej pory nie zaproponowała produktu, który zapewni prywatność użytkowników na pierwszym miejscu – komentuje Yuval Rabin.

Przekazywane dane osobowe, poufne informacje prawno-finansowe wymagają całkowitego bezpieczeństwa – kryptograficznego zabezpieczenia – takiego jak Usecrypt, które przede wszystkim nie pozwala użytkownikowi wykonać połączenia lub go odebrać, jeżeli telefon jest zhakowany. Uniemożliwia też ściągnięcie historii z komunikacji.

– Bardzo istotnym aspektem jest wykorzystanie danych z naszego urządzenia mobilnego do przeprowadzenia ataku na strukturę teleinformacyjną firmy lub placówki, w której pracujemy lub piastujemy ważną lub pośrednią funkcję. W naszych telefonach, tabletach, przechowujemy bezwiednie wiele informacji, które mogą stworzyć olbrzymie możliwości cyberprzestępcy. Dlatego potrzebny jest bezpieczny system komunikacji – podkreśla Adam Maruszczak, ekspert ds. bezpieczeństwa z firmy AMC Consulting.

W Polsce o bezpieczeństwie komunikatorów było głośno w 2018 roku, gdy okazało się, że wielu polityków używa aplikacji WhatsApp. W lutym br. Komisja Europejska zaleciła swoim pracownikom, aby przestawili się na aplikację Signal ze względu na rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa i prywatności danych w WhatsAppie. Tymczasem w lipcu br. serwis informacyjny TVN24 podał, że zatrzymanie byłego ministra Sławomira Nowaka i jego współpracowników, związane było z wyciekiem treści SMS i rozmów, przekazywanych za pomocą aplikacji szyfrujących Signal, Telegram czy Threema. Popularne, bezpłatne komunikatory stały się źródłem ataku dla zwykłych użytkowników. Przekonał się o tym jeden z najbogatszych ludzi świata – telefon Jeffa Bezosa został zhakowany po rozmowie przez WhatsApp z księciem Arabii Saudyjskiej.

HUB4Fintech S.A. podpisała z MINUTOR Energia Sp. z o.o. list intencyjny w sprawie połączenia spółek

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała list intencyjny w sprawie połączenia z MINUTOR Energia Sp. z o.o. działającą w branży OZE. Spółki rozpoczęły prace nad Term Sheet, a jego podpisanie ma nastąpić do 30 października 2020 r.

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.) podpisała z MINUTOR Energia Sp. z o.o. list intencyjny w sprawie połączenia obu spółek. Podmioty podjęły negocjacje odnośnie fuzji, bowiem dostrzegły korzyści płynące z zacieśnienia współpracy pomiędzy nimi oraz możliwości wykorzystania synergii płynącej z posiadanego doświadczenia i wzajemnych potencjałów. Planowany sposób połączenia to połączenie przez przejęcie, tj. przez przeniesienie całego majątku MINUTOR Energia Sp. z o.o. (spółka przejmowana) na HUB4Fintech S.A. (spółka przejmująca) w zamian za wydanie dotychczasowym udziałowcom MINUTOR Energia, akcji HUB4FINTECH. Istotną intencją stron jest to, aby po planowanym połączeniu powstał podmiot o mocnej pozycji konkurencyjnej w branży OZE. Podpisanie listu intencyjnego otwiera etap prac nad przygotowaniem Term Sheet (porozumienia w sprawie podstawowych warunków transakcji), którego podpisanie powinno nastąpić do 30 października 2020 r. Zarząd HUB4Fintech S.A. liczy, że połączenie może przynieść duże korzyści obu spółkom.

„Podpisanie listu intencyjnego potwierdza zamiary stron w kierunku wspólnego działania w obszarze odnawialnych źródeł energii, wykorzystując synergię doświadczeń, kompetencji oraz wartości, jakimi kierują się obie spółki. HUB4Fintech S.A. już wcześniej dostrzegł potencjał rynku OZE i możliwość połączenia klasycznych modeli dystrybucji z usługami fintech. Połączenie kompetencji obu firm pozwoli zbudować ofertę rozwiązań innowacyjnych na skalę krajową i agresywniej skonsumować udział w tym perspektywicznym rynku OZE.” – wyjaśnia Mirosław Januszewski, Prezes Zarządu Spółki HUB4Fintech S.A.

„Wejście na rynek NewConnect przez tzw. „odwrotne połączenie” wpisuje się w nasze plany związane z upublicznieniem spółki. Bycie spółką publiczną w czasie, kiedy podmioty z branży OZE należą do jednych z najatrakcyjniejszych dla inwestorów, na pewno przyczyni się do rozwoju naszego biznesu i budowania wzrostu wartości Spółki. Chcemy zwiększać skalę działalności w kolejnych regionach kraju oraz realizować nowe projekty farm fotowoltaicznych.” – dodaje Zbisław Lasek, Prezes Zarządu Spółki MINUTOR Energia Sp. z o.o.

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.) to spółka notowana na rynku NewConnect od października 2017 r. Jej dotychczasowym obszarem działalności były usługi szkoleniowe, informatyczne i doradcze dla sektora publicznego. Jednym z głównych akcjonariuszy Spółki jest Artur Górski.

Rzecznik MŚP występuje do Minister Rozwoju z prośbą o wsparcie postulatu zniesienia obowiązku odbycia kwarantanny przez cudzoziemców przekraczających zewnętrzną granicę państwową

Rzecznik MŚP występuje do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz z prośbą o wsparcie postulatu zmiany rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 7 sierpnia 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii poprzez zniesienie obowiązku odbycia kwarantanny przez cudzoziemców przekraczających zewnętrzną granicę państwową.

Do Rzecznika MŚP doszły sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla przedsiębiorców zatrudniających cudzoziemców zza wschodniej granicy RP, którzy wskazali, że obowiązujące przepisy w zakresie ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii przewidują obowiązkową 14-dniową kwarantannę po przekroczeniu tzw. zewnętrznej granicy państwowej. Tym samym, pracownicy wracający na weekend do domu np. na Ukrainie czy Białorusi, po przekroczeniu granicy nie mogli wrócić do pracy w Polsce przed odbyciem ww. 14-dniowej kwarantanny.

W związku z powyższym, pismem z dnia 30 lipca 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Zdrowia z wnioskiem o rozważenie podjęcia działań legislacyjnych zmierzających do likwidacji ograniczeń z tym związanych. Rzecznik MŚP wskazał m.in. że analogiczna regulacja jeszcze do niedawna była stosowana również na wewnętrznej granicy UE. W ocenie Rzecznika MŚP, pożądanym jest, aby powyższa regulacja została również zniesiona lub ograniczona na granicy zewnętrznej dla osób zatrudnionych przez polskich przedsiębiorców.

Powyższe wnioski Rzecznika MŚP częściowo zostały spełnione. W rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 1 września 2020 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz. U. z 2020 r. poz. 1505) skrócono okres obowiązkowej kwarantanny do 10 dni. Dodatkowo, w przypadku osób, które uzyskały ujemny wynik testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2 wykonanego przed dniem wejścia w życie tego rozporządzenia, albo osoby, której obowiązkowa kwarantanna trwała już co najmniej 10 dni, została ona skrócona do dnia następującego po dniu wejścia w życie rozporządzenia, tj. 3 września 2020 r.

Tym niemniej, pismem z dnia 9 września 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił dodatkowo do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz z prośbą o wsparcie proponowanych rozwiązań zmierzających do całkowitej likwidacji obowiązku odbycia kwarantanny przez osoby przekraczające zewnętrzną granicę państwową.

Dziś uwaga skupia się na decyzji EBC. Co usłyszymy?

Apetyt na ryzyko przebudził się w środę jako potrzebna korekta po serii spadków, ale nie obyło się bez zachęt w postaci informacji związanych ze szczepionkami oraz przecieków z EBC. Dziś uwaga skupia się właśnie na decyzji EBC i konferencji prasowej prezes Lagarde, gdzie pytaniem jest: jak bardzo gołębi będzie wydźwięk?

Po czwartkowej decyzji Europejskiego Banku Centralnego nie spodziewamy się zmian w parametrach polityki pieniężnej, jak również zakładamy brak sygnałów o szykowanej zmianie nastawienia. Mimo to EBC podkreśli gotowość do działania i może wskazać warunki dla dodatkowego luzowania. Z uwagi na komentarze członków EBC nt. euro oraz liczne doniesienia prasowe o zaniepokojeniu Rady Zarządzającej siłą waluty jest prawdopodobne, że w dzisiejszym komunikacie zostanie zawarty fragment o ryzyku nadmiernej aprecjacji euro. Ale jest mało prawdopodobne, aby prezes Lagarde wyrażała wyraźne obawy o poziom euro i raczej ograniczy swoją wypowiedź do stwierdzenia, że bank przygląda się sytuacji na rynku walutowym. Oczekuję, że posiedzenie i konferencja dostarczą gołębich sygnałów sugerujących utrzymanie akomodacyjnego nastawienia z potencjalnym rozszerzeniem ekspansji monetarnej i zmianą strategii w niedalekiej przyszłości w kierunku tolerowania wyższej inflacji (czyt. odroczenie terminu startu normalizacji polityki).

Jakkolwiek całość w swej naturze powinna wybrzmiewać gołębio, istotne jest jak przekaz ustawia się w relacji do oczekiwań rynkowych. A te w ostatnich dniach były budowane w stronę mocniejszego zaakcentowania niezadowolenia z siły euro oraz wyrażenia obaw dotyczących niskiej inflacji (-0,2 proc. r/r). Wczoraj z tego balonu oczekiwań upuszczone zostało nieco powietrza wraz z anonimowymi przeciekami z EBC, według których nowe prognozy gospodarcze banku mają wyrażać wzrost zaufania decydentów w perspektywy odbicia gospodarczego. Zatem z lepszymi prognozami PKB trudno zbudować przekaz niepokoju i rychłości rozszerzenia ekspansji monetarnej. Przecieki pomogły w odbiciu EUR/USD, choć kurs ma jeszcze daleko do zeszłotygodniowego szczytu w pobliżu 1,20, a część zjazdu była związana z dyskontem gołębiego ryzyka wokół posiedzenia EBC. Dalej uważam, że na koniec dnia przekaz EBC okaże się niewystarczający, by uzasadniać EUR/USD na tak niskich poziomach. Jednak biorąc pod uwagę zamieszanie wywołane wczorajszymi przeciekami, zachowanie euro po publikacji komunikatu (13:45) i w trakcie konferencji (14:30) może być szarpane w obu kierunkach.

Jednocześnie podtrzymanie gołębiego nastawienia w ogólnym ujęciu może być czynnikiem stabilizującym nastroje na rynku akcji (gwarancja ultra-luźnej polityki i nadpłynności na rynkach finansowych) i może zahamować ucieczkę kapitału w USD – dodatkowy impuls, by przywrócić wzrosty EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tylko co piąta galeria handlowa wykorzystuje geofencing do komunikacji z klientami

Analiza rynku wykazała, że nie wszystkie centra handlowe znają możliwości geofencingu. Dla niektórych jest on mało istotny, a część nie wyobraża sobie bez tego nowoczesnego handlu. Według szacunków firmy technologicznej Proxi.cloud, tylko nieco ponad 20% obiektów prowadzi z klientami komunikację w oparciu o kontekst lokalizacji. Zdaniem ekspertów, wkrótce może jednak nastąpić dynamiczny wzrost. Galerie potrzebują teraz aktywnie zachęcać konsumentów do wizyt i informować ich o możliwości dokonania bezpiecznych zakupów.

Potrzebna edukacja

Wielu ekspertów twierdzi, że galerie handlowe muszą przyspieszyć rozwój technologiczny, żeby pokonać skutki zakazu handlu i przede wszystkim pandemii. Chcąc wyjść większym frontem do klientów, powinny pomyśleć np. o rozwiązaniach związanych z geofencingiem. Analitycy z MondayNews zwrócili się do tego typu podmiotów z prośbą o komentarz w tej sprawie. Zapytali je również, czy stosowały takie narzędzia w ub.r. i czy planują je wykorzystywać w br. Sporo obiektów odmówiło odpowiedzi. Natomiast część z nich prosiła o wyjaśnienie, czym właściwie jest geofencing.

– Nie jest to technologia wyjątkowo przez nas stosowana. Oczywiście mieliśmy kampanie, które ją wykorzystywały. Z naszej perspektywy, geofencing ma większe zastosowanie w przypadku ofert konkretnych najemców. Może służyć do przyciągania klientów, którzy znajdują się w galerii, ale nie mają motywacji do odwiedzenia danego sklepu. W naszym interesie jest raczej geotargetowanie, pokazujące zasięgi oddziaływania poszczególnych centrów – stwierdza Dominik Piwek z firmy NEPI Rockcastle, będącej właścicielem 12 galerii w Polsce, m.in. obiektu Bonarka City Center w Krakowie.

Łódzka Manufaktura nie korzysta z geofencingu. – Nie odrzucamy możliwości komunikacji z klientami, którzy aktualnie przebywają w centrum. Zamieszczamy reklamy np. poprzez sieć Wi-Fi. Nie planujemy jednak zastosowania ww. rozwiązania. Natomiast obserwujemy, jak ta technologia się rozwija i jakie niesie możliwości. Śledzimy najnowsze trendy i staramy się je wykorzystywać w działaniach marketingowych, które zlecamy specjalistom – wyjaśnia Monika Długosz-Łempicka z Manufaktury.

W Sky Tower we Wrocławiu i w Arkadach Wrocławskich również nie wprowadzono geofencingu, o czym informuje Magdalena Wiewiór ze spółki Develia. I zaznacza, że w przyszłości nie jest jednak wykluczone korzystanie z tego typu narzędzi.

– Komunikację z klientami z wykorzystaniem kontekstu lokalizacji, tak jak ma to miejsce w przypadku geofencingu, prowadzi około 20% galerii handlowych w całej Polsce. W związku z obecną sytuacją wszystkie centra handlowe w kraju starają się zachęcać klientów do wizyt. Z tego też powodu odsetek obiektów korzystających z ww. rozwiązania może wzrastać w kolejnych miesiącach – przewiduje dr Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Kto z tego korzysta?

Jak zauważa Anna Żukowska z Atrium Copernicus w Toruniu, ta technika lokalizacji nabiera coraz większego znaczenia w marketingu galerii handlowych, chociaż nie tylko. Trudno sobie wyobrazić nowoczesny handel bez tego rozwiązania. Dlatego jest ono stosowane w toruńskim obiekcie.

– Geofencing stwarza szansę na lepsze dotarcie z przekazem do potencjalnych klientów. Oferuje nowoczesny system komunikacji z konsumentami i dlatego coraz częściej jest wykorzystywany w wielu usługach. Widzimy jego potencjał i planujemy jego wdrożenie podczas realizacji jesiennych akcji – zapowiada Joanna Plata z Atrium Plejada w Bytomiu.

Jedna z ubiegłorocznych kampanii, wykorzystujących geofencing, promowała jubileuszowy koncert Domu Mody Klif w Warszawie. – Zależało nam na wzmocnieniu promocji wydarzenia, szczególnie pośród mieszkańców nowych osiedli premium Żoliborza i Woli. W podobny sposób komunikowaliśmy konkurs „Z miłości do Gdyni” w naszym trójmiejskim obiekcie. W strategii wybranych nieruchomości mamy wpisane działania w oparciu o elementy profilowania i geofencingu. Szczególną uwagę będziemy zwracać na kontekst, w którym osadzone będą planowane kampanie – podkreśla Sylwia Wiszowata-Łazarz z firmy Cushman & Wakefield.

Natomiast Izabella Knitter z Galerii Pomorskiej zapewnia, że obiekt korzysta zarówno z geofencingu, jak i z microfencingu. W pierwszym przypadku dane geolokalizacyjne, które są anonimizowane, służą do zrozumienia potrzeb klientów i określenia ich najczęstszych lokalizacji. Ponadto użytkownicy dedykowanej aplikacji są powiadamiani o ciekawych wydarzeniach w centrum handlowym, gdy znajdą się w jego okolicy. Z kolei microfencing, bazujący na infrastrukturze opartej na beaconach, pozwala na przyznawanie punktów lojalnościowych za zakupy, wizyty i aktywność w aplikacji.

– We współpracy z aplikacjami partnerskimi prowadzimy działania oparte na wykorzystaniu technologii push i beaconów. W pierwszym kwartale br. zostały one czasowo wstrzymane w związku z częściowym ograniczeniem handlu, ale ostatnio to wznowiliśmy. Zamierzamy je kontynuować i rozszerzać sieć beaconów w naszym obiekcie oraz wprowadzać nowe funkcjonalności – mówi Krzysztof Sajnóg ze stołecznej galerii Blue City.

Z kolei Kamila Mąsior z Grupy Unibail-Rodamco-Westfield informuje, że warszawskie centra handlowe, tj. Westfield Arkadia, Galeria Mokotów i Galeria Wileńska, a także wrocławski obiekt Wroclavia korzystają z narzędzi opartych na geofencingu. Były i wciąż są stosowane rozwiązania mające na celu komunikację z użytkownikami aplikacji mobilnych. Po wkroczeniu na teren centrum URW mogą oni otrzymywać komunikaty typu push. Obecnie trwają prace nad narzędziem, które będzie badało efektywność takiej formy kontaktu z klientami.

Wzrośnie rola geofencingu

– Dotychczas galerie handlowe korzystały z geofencingu we własnych aplikacjach mobilnych. Rzadziej wykorzystywały możliwość dotarcia z reklamami banerowymi. Coraz mocniej walcząc o wizytę klienta w obiekcie, będą częściej sięgały po rozwiązania dające sposobność zmierzenia ich efektów. Takie możliwości daje np. reklama w Internecie w oparciu o geofencing – komentuje dr Łuczak.

Tymczasem Filip Beźnicki z Havas Media Group nie ma wątpliwości, że wkrótce geofencing będzie szeroko wykorzystywany przez galerie. Oprócz dotychczasowych komunikatów promocyjnych pojawią się jeszcze ciekawsze opcje. Jedną z nich może być przesyłanie konsumentowi danych, ile osób jest aktualnie w galerii lub w danym sklepie. Dzięki temu klient zyska poczucie, że zakupy mogą być relatywnie bezpieczne. To narzędzie będzie też służyć do wyrównywania trafficu w poszczególnych dniach tygodnia. Wysyłając bardzo atrakcyjne oferty na poniedziałek, wtorek czy środę, galeria będzie mogła zmniejszyć tłok w weekend.

– W dobie pandemii klienci przemieszczają się mniej niż zwykle. Z tego tytułu reklamy w radiu czy na bilbordach mają mniejsze zasięgi niż przed pandemią. Do tego konsumpcja mediów elektronicznych znacznie wzrosła. Dlatego w kolejnych miesiącach powinno się zwiększyć zainteresowanie nowymi technologiami. Naturalnie przełoży się to na wzrost wartości rynku usług geofencingowych – prognozuje ekspert z Proxi.cloud.

Zdaniem specjalisty z Havas Media Group, bardzo ciekawą funkcją geofencingu jest możliwość mierzenia efektu ROPO (Research Online, Purchase Offline). Gdyby udało się pozyskać wiarygodne dane dla wybranych kategorii, galerie mogą udowodnić, że konsumenci nadal wiele rzeczy wolą kupować offline. Pozwoliłoby im to efektywniej targetować komunikację, nawet gdy klienci nie byliby w okolicy.

– Z pewnością to narzędzie będzie służyło lepszemu targetowaniu reklam w Internecie. Ponadto będzie rosło jego znaczenie w kontekście analityki i poznania klienta. Dzięki niemu galerie będą mogły prowadzić dużo szersze analizy związane m.in. z tym, jak często i z jakiego powodu konsumenci je odwiedzają – podsumowuje dr Krzysztof Łuczak.

E-konferencja dla przedstawicieli biznesu | Dynamics Business Forum

Firma technologiczna IT.integro po raz kolejny zaprasza przedstawicieli przedsiębiorstw na konferencję poświęconą roli nowych technologii w biznesie. Edycja 2020 roku odbędzie się wirtualnie pod szyldem Dynamics Business Forum on-line, a tematem przewodnim są inteligentne technologie w biznesie. Uczestnicy mogą wybrać jeden z dwóch dostępnych terminów – 14.10.2020 lub 27.10.2020 i bezpłatnie się zarejestrować.

O Dynamics Business Forum

Idea spotkań z przedstawicielami biznesu po raz pierwszy została zrealizowana w 2016 roku i od tamtej pory na cykliczne konferencje zarejestrowało się ponad 1000 uczestników. Tegoroczna edycja Dynamics Business Forum on-line po raz pierwszy odbędzie się wirtualnie, a jej program został przygotowany dla małych, średnich i dużych przedsiębiorstw z różnych branż.

Do wzięcia udziału zapraszamy specjalistów oraz przedsiębiorców, którzy chcą zgłębić trendy oraz nowe technologie dla biznesu. Poznaj narzędzia, które pozwalają firmom na przeprowadzenie transformacji cyfrowej. Zmiana modelu biznesowego jest konieczna ze względu na postęp technologiczny, nasilającą się konkurencyjność – została jednak przyspieszona przez konsekwencje COVID-19 i nagłe zmiany zachowań konsumentów. Jeśli chcesz poznać rozwiązania, które pozwolą Ci zmienić strategię i zadbać o stabilność Twojego przedsiębiorstwa, weź udział w Dynamics Business Forum on-line.

Jedyne takie wydarzenie w 2020 roku!

 

  • 9 prelekcji o trendach, rozwiązaniach technologicznych
  • Odpowiedź na aktualne wyzwania przedsiębiorców
  • Tematy z różnych obszarów biznesu
  • Zastosowanie nowych technologii w biznesie
  • Bezpośrednie spotkanie z ekspertami ERP
  • Dyskusje tematyczne

Zarejestruj się na bezpłatną konferencję!

14.10.2020 lub 27.10.2020
9:00 – 15:15

Dynamics Business Forum

Agenda

Prelekcje obejmą tematy związane z trendami w biznesie i na rynku technologii wykorzystywanej w przedsiębiorstwach. Jest ona odpowiedzią na wyzwania przedsiębiorców, których dotknęły skutki COVID-19. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom mogą one wdrożyć nową strategię. Jej podstawą natomiast jest system ERP z zastosowaniem takich rozwiązań jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe, OCR, Business Intelligence, Internet Rzeczy, chmurę obliczeniową czy Industry 4.0. Podczas 9 prelekcji eksperci ERP zaprezentują także działanie oprogramowania pod kątem kluczowych funkcjonalności.

  1. W jakim kierunku zmierza świat nowoczesnych technologii – analiza trendów
  2. One Microsoft, czyli jak ścisła integracja rozwiązań zmienia biznes – wprowadzenie do możliwości systemu ERP
  3. Księgowość w systemie ERP – czyli jak zapewnić swojej firmie lepszą widoczność finansową
  4. Nowoczesny controlling w systemie ERP
  5. HR & Payroll Manager – nowości w obszarze zarządzania procesami kadrowo-płacowymi
  6. Zarządzanie projektami – jak realizować projekty na czas i w granicach budżetu
  7. Nowy wymiar produkcji z systemem ERP
  8. Narzędzia wykorzystywane w projektach grupowych
  9. System ERP w chmurze jako naturalny trend rozwoju firm

Po prelekcjach zapraszamy do wzięcia udziału w jednej z tematycznych dyskusji, które poprowadzą eksperci od procesów biznesowych oraz ERP w wirtualnych pokojach. Tematy do wyboru to:

  • Trendy nowoczesnej technologii
  • Księgowość i nowoczesny controlling
  • HR & Payroll Manager
  • Zarządzanie projektami
  • Nowy wymiar produkcji
  • Narzędzia wykorzystywane w ekspansji międzynarodowej

Sprawdź pełną agendę wydarzenia i zarejestruj się na Dynamics Business Forum!

Patronat medialny wydarzenia objęły, Wirtualna Polska, Money.pl, Portal Przemysłowy, ERP-view.pl, MagazynIT.pl, ERP24.pl, ceo.com.pl, Top Logistyk, Kaizen, Logistyczny.com, Wydawnictwo Medialog oraz Magazynowanie i Dystrybucja.

Emergency office – trend biurowy wspierający zarządzanie kryzysem

Po miesiącach zawieszenia firmy ponownie otwierają swoje siedziby. Według badań Grafton Recruitment i CBRE aż 9 na 10 przedsiębiorstw pracujących zdalnie od pojawienia się COVID-19 planowało przynajmniej częściowy powrót do biur po wakacjach. Jednocześnie jednak ich modele pracy się redefiniują, a jednym z priorytetów jest bezpieczeństwo oraz zachowanie ciągłości działań. Jak zauważają eksperci Chillispaces.com, w nowych okolicznościach na znaczeniu będzie zyskiwał trend emergency office – „ratunkowych” elastycznych biur, stanowiących błyskawiczne zabezpieczenie dla firm w nagłych wypadkach.

O czym piszemy?

  • Od ponad 50 do 90% firm planuje powroty do biur po wakacjach.
  • Priorytetem przy powrotach jest bezpieczeństwo i zachowanie ciągłości operacji.
  • Tzw. biura zapasowe budzą rosnące zainteresowanie najemców.
  • Emergency office to zjawisko dopasowane do specyfiki modelu flex office.
  • Biura zapasowe popularne są m.in. wśród firm IT, e-commerce i instytucji finansowych.

Biuro reagujące na kryzys

W ostatnim czasie na znaczeniu przybiera pojęcie elastycznego środowiska pracy. Według badania JLL „When home is the new office” 42% respondentów przed wybuchem COVID-19 albo w ogóle nie korzystało z home office, albo pracowało z domu zaledwie jeden dzień w miesiącu. Tymczasem zyskujący na znaczeniu hybrydowy model wykonywania obowiązków skłania firmy do opracowania nowych schematów działania. Jednym z kluczowych czynników jest przewidywanie zagrożeń i posiadanie gotowego do bezzwłocznego wdrożenia scenariusza działania.

W przypadku pojawienia się ogniska koronawirusa w firmie lub innego zdarzenia losowego jak pożar, zalanie bądź awaria zasilania fundamentalna jest możliwość szybkiej relokacji do zapasowych biur. Takie biuro powinno gwarantować natychmiastowy dostęp do sprzętu, infrastruktury IT oraz linii telefonicznej. Operatorzy elastycznych powierzchni serwisowanych obserwują coraz większe zainteresowanie tą formą usług. Jak zauważa Piotr Augustyn, Współwłaściciel Chillispaces.com – jednej z czołowych sieci flex office w Polsce – firma dostaje coraz więcej zapytań dotyczących możliwości wynajmu „zapasowych” przestrzeni od marek, które przed pandemią skupiały się na tradycyjnym wynajmie biur.

Ostatnie miesiące były sprawdzianem dla przedsiębiorstw. Kryzys zweryfikował przygotowanie technologiczne wielu podmiotów i zaburzył procesy biznesowe. Dziś zachowanie ciągłości działań jest kluczowe, nikt nie chce powtórzyć scenariusza z marca. Jednym ze sposobów na to jest zadbanie o zastępczą przestrzeń do pracy, dostępną w ciągu zaledwie kilku godzin. Model emergency office zyskuje na popularności między innymi wśród firm IT i instytucji świadczących usługi finansowe, a także branży e-commerce. Jego bezwzględną zaletą jest możliwość przeniesienia strategicznych pracowników do innego biura oferującego kompletne zaplecze infrastrukturalne i teleinformatyczne – mówi Piotr Augustyn, Współwłaściciel Chillispaces.com i Rise.pl.

Zwinniejszy model zyskuje na znaczeniu

Możliwość zachowania zwinności w przydzielaniu powierzchni biurowej i doborze warunków najmu do faktycznych oczekiwań najemców charakteryzuje rynek flex office. Pandemia przyspiesza rozwój tego atrakcyjnego modelu najmu, dynamicznie rosnącego od kilku lat. Według raportu firmy JLL, w latach 2014-2019 rynek flex office na świecie urósł o 25%. Jak dodają badacze, elastyczne modele najmu mają do 2030 roku objąć aż 30% przestrzeni biurowej na świecie. To właśnie w przestrzeniach flex office tego typu firmy najczęściej szukają zapasowych biur. Emergency office stanowią zazwyczaj wydzielone przestrzenie w obiektach serwisowanych, spełniające wszelkie normy bezpieczeństwa. Oferują także całodobową obsługę operatorską. Dzięki temu firmy równolegle i bez zakłóceń mogą prowadzić działania biznesowe i usuwać skutki katastrof.

Należy pamiętać, że w przeszłości mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju kryzysami, zapewne czekają nas także kolejne nieoczekiwane wyzwania. To, w jaki sposób stawimy im czoła przełoży się na kondycję biznesu w ujęciu długoterminowym. Usługa biura zapasowego daje bufor bezpieczeństwa, przy jednoczesnej optymalizacji kosztów. Klient nie płaci za utrzymanie własnej przestrzeni emergency office, specjalistów z zakresu IT czy sprzęt komputerowy. Co więcej, ten rodzaj oferty dostępny jest w opcji „na żądanie” i zapewnia wsparcie office managera, stabilne łącze internetowe oraz helpdesk IT. Tym samym pozwala wznowić działalność firmy w ciągu kilku godzin i uniknąć szkód zarówno finansowych, jak i wizerunkowych – wyjaśnia Robert Jarząbek, Współwłaściciel Chillispaces.com i Rise.pl.

Powrót do nowej rzeczywistości

Rozwój sektora emergency office wiąże się także z pojęciem odpowiedzialności. Według analizy Deloitte „Workforce Strategies for Post-COVID Recovery” w wyniku pandemii COVID-19 aż 2,7 miliarda ludzi, czyli ponad czterech na pięciu pracowników na świecie, zostało dotkniętych lockdownem i zamknięciem w domu. Część z nich właśnie wraca do biur. Patrząc na polskie warunki, 32% przedsiębiorstw powróciło do stacjonarnego trybu pracy, a następne 26% planuje ten krok w ciągu najbliższych trzech miesięcy – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Hays Poland. Jeszcze odważniejsze prognozy przedstawiły Grafton Recruitment i CBRE – według ich analizy przynajmniej częściowy powrót do biur po wakacjach zapowiadało w sierpniu 9 na 10 firm. Włączenie lokalizacji zapasowych do strategii firmy z jednej strony pozwala na utrzymanie w gotowości wydzielonej przestrzeni biurowej, z drugiej umożliwia pracownikom bezpieczne wykonywanie obowiązków, pomimo wystąpienia sytuacji kryzysowej.

Nowa mocna marka na rynku flex

Rosnąca rola elastycznych biur jest widoczna także po rosnącej liczbie dostępnych atrakcyjnych przestrzeni do wynajmu. W sierpniu br. rozpoczęcie działalności zapowiedziało Chillispaces.com – nowa marka stworzona przez Rise.pl, jednego z liderów rynku flex office w Polsce. Już na przełomie 2020/2021 dysponować będzie ona portfolio 11 lokalizacji w pięciu miastach Polski o łącznej powierzchni ponad 24 000 mkw. Obecnie firma oferuje klientom siedem nowocześnie zaaranżowanych, elastycznych biur w Krakowie. Po uruchomieniu planowanych lokalizacji przestrzeń biur oferowanych przez firmę wzrośnie o około 70%.