Salesforce przedstawia nową generację Field Service

Salesforce ogłasza nową odsłonę usługi Salesforce Field Service, która dzięki wspomaganiu przez sztuczną inteligencję jest w stanie dostarczyć najwyższej jakości narzędzia do usług świadczonych niestacjonarnie. Zbudowany w oparciu o pierwszy na świecie system – CRM Salesforce – Field Service obejmuje nowe możliwości w zakresie planowania i optymalizacji terminów spotkań, zarządzania komunikatami oraz wglądu w wydajność zasobów czy zautomatyzowaną komunikację z klientem. Dzięki tym udogodnieniom, pracownicy mogą wykonywać swoje obowiązki kompleksowo i zawsze na czas.

Wraz z rozpoczęciem pandemii przedsiębiorstwa, których głównym źródłem dochodu było świadczenie usług w terenie musiały wstrzymać swoją działalność. W wyniku nałożonych restrykcji i zaleceń o zachowaniu dystansu społecznego praca opierająca się na kontakcie z klientem była niemożliwa. Takie „zawieszenie” nie mogło potrwać długo – aparaty medyczne, urządzenia klimatyzacyjne, maszyny linii montażowych i inne urządzenia nadal potrzebowały serwisu, naprawy lub wymiany. W związku z tym, aby móc bezpiecznie powrócić do pracy, Salesforce opracował nową generację narzędzia Field Service, przeznaczonego do obsługi i zarządzania zleceniami w terenie. Po początkowym spadku w marcu, Salesforce Field Service odnotował znaczny wzrost (ponad 50%) liczby użytkowników między kwietniem a lipcem 2020 roku. Obecnie firmy starają się nadrobić zaległości powstałe w momencie lockdownu, o czym świadczy 20-procentowy wzrost zainteresowania rozwiązaniem niż przed okresem Covid-19.

Co nowego w Salesforce Field Service?

Dynamic Priority umożliwia dyspozytorom skupienie się na zadaniach, które mają największe znaczenie, dzięki inteligentnym funkcjom planowania i optymalizacji, które automatycznie ustalają priorytety zadań w oparciu o umowę z klientem lub pilność wykonania usługi. Na przykład, jeśli konserwacja jest konieczna lub zbliża się termin wygaśnięcia gwarancji, zlecenie to automatycznie otrzyma wyższy priorytet niż inne.

– Einstein Recommendation Builder umożliwia organizacjom szybkie wdrożenie modeli uczenia maszynowego w celu poprawy jakości usług, w tym wskazówek opartych na sztucznej inteligencji, tak aby zapewnić mobilnym pracownikom zawsze odpowiednie rozwiązania dla danego zadania. Einstein skanuje poprzednie zlecenia w poszukiwaniu podobnych okoliczności, aby na ich podstawie określić komponenty potrzebne do finalizacji bieżącego polecenia.

– Asset 360 to nowy zestaw  zarządzania aktywami stworzony przez ServiceMax we współpracy z Salesforce. Dzięki Asset 360 firmy będą miały pełny wgląd w bazę, umowy serwisowe i wydajność sprzętu. W rezultacie firmy będą mogły zmaksymalizować sprawność wykonania zadania oraz zmniejszyć koszty operacyjne. Więcej szczegółów tutaj.

– Appointment Assistant to funkcja która wykorzystując opcję lokalizacji poprzez GPS automatycznie aktualizuje czas przybycia serwisanta. Taka możliwość ułatwia zachowanie dystansu społecznego i wszelkich zasad bezpieczeństwa – klient odpowiednio wcześnie uprzedzony o wizycie pracowników, może przygotować się na przyjazd zespołu technicznego lub opuścić lokalizację.

Teraz bardziej niż kiedykolwiek ważne jest, aby serwisanci dysponowali niezawodnym sprzętem, informacjami i narzędziami, które usprawnią przebieg realizacji zadania i poprawią wskaźnik napraw. Wieloletnie doświadczenie i innowacje w branży pozwoliły udoskonalić Salesforce Field Service i wzmocnić jego wydajność, tak aby przedsiębiorstwa z różnych sektorów rynku mogły wykonywać swoje obowiązki rzetelnie, na najwyższym poziomie jednocześnie dbając o bezpieczeństwo pracowników i klientów.

W skład innowacji wykorzystanych do tworzenia nowej generacji produktu Salesforce Field Service wchodzi ubiegłoroczne nabycie ClickSoftware – lidera w zarządzaniu usługami mobilnymi. Połączenie sił Salesforce i ClickSoftware umożliwiło opracowanie niezawodnego narzędzia do pracy w terenie, wraz ze wszystkimi wymogami organizacji serwisowych. Potwierdzeniem skuteczności Salesforce Field Service jest przyznanie miana lidera przez Gartner Magic Quadrant for Field Service Management.

W jaki sposób organizacje w różnych branżach i regionach korzystają z usług Salesforce Field Service?

Wielu klientów z różnych regionów i branż korzysta z usług Salesforce Field Service w unikalny sposób, aby dalej stale się rozwijać i zwiększać swój dochód. Poniżej zestawienie kilku przykładów firm, które z powodzeniem wykorzystały Salesforce Field Service w swojej działalności.

AAA Carolinas, regionalny automobilklub w USA od ponad 100 lat, zapewnia swoim członkom pełen zakres usług turystycznych, ubezpieczeniowych, finansowych i motoryzacyjnych. „Salesforce pomaga nam w realizacji naszego celu, jakim jest pogłębianie relacji z klientami”, powiedział George Figueiredo, wiceprezes ds. usług motoryzacyjnych. „Włączenie Salesforce Field Service do naszej oferty usług pomoże nam zapewnić kompleksowe i spójne wsparcie od momentu, gdy klient zadzwoni do nas, aż gdy nasi technicy zapewnią niezbędną obsługę. Nowe możliwości pozwolą zmaksymalizować zasoby i zapewnić, że pracownicy są wyposażeni w odpowiednie informacje i sprzęt, aby jak najlepiej obsługiwać 2,2 miliona członków.”

Greenthumb, firma zajmująca się pracami ogrodowymi, przeprowadza około 2,5 miliona zleceń rocznie od klientów w całej Wielkiej Brytanii. Zaledwie kilka miesięcy po wdrożeniu usługi Salesforce Field Service, Greenthumb zaczął oszczędzać pieniądze i środowisko. Inteligentniejsze planowanie umożliwiło ekipie terenowej wykonywanie co najmniej jednego dodatkowego zlecenia na każdego pracownika dziennie, dzięki czemu firma wygenerowała większy przychód. „Efektywne wyznaczanie tras załogom pozwoli zaoszczędzić prawdopodobnie ponad 400 000 funtów na rocznych kosztach paliwa”, powiedział Paul Edwards, dyrektor zarządzający. „Bez konieczności składania zamówień na papierze – uda nam się nie tylko zaoszczędzić na wydatkach związanych z zakupem arkuszy, ale również będziemy działać bardziej proekologicznie. Stopniowe zastępowanie tradycyjnej poczty cyfrową, zmniejszy zapotrzebowanie na papier aż o trzy miliony arkuszy rocznie. Ponadto, dzięki błyskawicznej pracy systemu jesteśmy w stanie odpowiadać na zapytania klientów średnio o 45 sekund szybciej niż dotychczas”.

Hologic, firma z branży technologii medycznych, koncentrująca się przede wszystkim na zdrowiu kobiet, wybrała Salesforce Field Service, aby przeanalizować wszystkie swoje produkty na stronie danego klienta, ustalić, na jakiej wersji oprogramowania się znajduje i przeanalizować historię swoich usług. Taki poziom widoczności pozwoli pracownikom Hologic na bardziej efektywne świadczenie usług, ponieważ będą mieli wszystkie potrzebne informacje w zasięgu ręki. „Jednym z naszych głównych wyzwań była praca naszego zespołu w oparciu o arkusz kalkulacyjny w trybie offline, co było czasochłonne i niedokładne”, powiedział Matthew Faherty, IS Manager, Customer Experience Solutions. „Dzięki usłudze Salesforce Field Service osiągnęliśmy lepszy czas i jakość obsługi, dzięki czemu mamy pewność, że nasza działalność poprawia stan zdrowia kobiet na całym świecie”.

St. Francis Healthcare System – gdy tylko wybuchła pandemia, St Francis szybko uruchomił nowy program dostarczania posiłków dla seniorów w ciągu zaledwie kilku dni, przy wsparciu partnera Pacific Point i Salesforce Account Team. Korzystając z usług Salesforce Field Service, St. Francis mógł koordynować wysyłkę posiłków z lokalnych restauracji i sprawnie synchronizować pracę dostawców. W trzecim miesiącu od początku powstania projektu, St Francis dostarczył ponad 50.000 posiłków dla seniorów.

W czasie kryzysu COVID-19 pracownicy firmy Wartner rozszerzyli swoje usługi o możliwość wyprania odzieży należącej do personelu medycznego pracującego w paryskich szpitalach. Poprzez zarządzanie zamówieniami przez Salesforce Field Service i Community Cloud, Wartner obsłużył aż 8.000 tysięcy zleceń. W szczytowym momencie, dzięki rozwiązaniu Wartnera medycy mogli czuć się bezpiecznie, dzięki zapewnieniu najwyższego stopnia bezpieczeństwa i higieny. Akcją objętych zostało 60 paryskich szpitali, obsługując tym samym 90.000 pracowników w ciągu jednego tygodnia – oszczędzając czas i pieniądze w momencie, gdy każda sekunda jest na wagę złota.

WBP Group, jedna z największych, niezależnych australijskich firm zajmująca się wyceną i doradztwem w zakresie nieruchomości, musiała zmienić sposób działania, aby zminimalizować kontakt pomiędzy pracownikami a klientami w dobie COVID-19. Usługa Service Cloud pozwoliła na szybkie uruchomienie wirtualnych wycen, realizując bezpieczną, bezkontaktową obsługę klientów, natomiast Salesforce Field Service umożliwił lepszą efektywność planowania terminów spotkań. Rozwiązanie sprawdziło się na tyle dobrze, że firma nie planuje z niego rezygnować.

Toksyczny fundusz VC zniszczy twój biznes

Dobry fundusz VC znacząco przyspieszy rozwój spółki, wzniesie ją na nowy poziom i pozwoli uniknąć wielu typowych błędów. Przeciętny fundusz VC trochę wesprze, da zastrzyk finansowy i nie będzie przeszkadzał. Toksyczny fundusz VC wydrenuje start-up z pieniędzy, utrudni działalność operacyjną, a w skrajnym przypadku zniszczy biznes. Jak je odróżnić?

Sytuacja na polskim rynku VC jest wyjątkowa – ok. 130 działających funduszy to historycznie najlepszy bilans. Środki można pozyskać z wielu źródeł, więc rokowania dla start-upów są generalnie korzystne. Często pokutuje jednak opinia, że to niezwykle trudny proces, dlatego trzeba wysłać decka do wszystkich i przyjmować każdą propozycję, która się pojawi. Założenie nie dość, że błędne to często okazuje się brzemienne w skutkach dla founderów. Obecnie biznes spełniający kryteria VC względnie szybko zbiera rundy, a brak zainteresowania często jest efektem błędów popełnianych przez przedsiębiorców, których można uniknąć. Zakładając jednak pozytywny scenariusz, rozmowy prowadzone będą z kilkoma VC – kluczowe na tym etapie jest to, by zadawać trafne pytania i nabrać pewności, że osoby po drugiej stronie są godnymi partnerami.

Na co zwracać uwagę w pierwszych rozmowach?

Rozmawiając z funduszem, trzeba przede wszystkim zweryfikować, na co możemy liczyć w ramach współpracy poza kapitałem. Dobry VC będzie nas wspierać w wielu aspektach. Przygotowanie strategii marketingowej, optymalizacja struktury spółki, przygotowanie do kolejnej rundy, „otwieranie drzwi” na spotkania – to przykładowe obszary, w ramach których można otrzymać pomoc. Trzeba oczywiście pamiętać, że rolą inwestora jest doradztwo, wskazywanie kierunków, pomoc w rozwiązywaniu problemów – nie aktywne zarządzanie spółką i wykonywanie zadań na poziomie operacyjnym. Chcąc oszacować potencjał, należy zapytać wprost: jak wygląda bieg wydarzeń po kulminacyjnej wizycie u notariusza? Kto będzie bezpośrednim kontaktem po stronie funduszu? Jak często będą spotkania/calle i co się będzie działo w ich ramach? Jakie fundusz ma doświadczenie w interesujących nas obszarach? Jakie przykładowe problemy rozwiązywał w innych spółkach z portfela? Należy uważnie słuchać, a następnie … skontaktować się bezpośrednio ze spółkami portfelowymi, żeby zderzyć odpowiedzi z rzeczywistością. Jeśli pojawia się wyraźny dysonans – lepiej odpuścić zawczasu.

Kolejna kwestia to ludzie. Warto prześledzić background partnerów zarządzających i kluczowego zespołu. To, co robili w przeszłości, bazując choćby na Linkedin, w połączeniu z tym, co znajdziemy w Google, da nam pewien obraz tego, w czym dana osoba się specjalizuje. Jeśli przykładowo widzimy, że ktoś zajmował się wyłącznie pozyskiwaniem dotacji lub controllingiem, możemy wnioskować, że raczej nie pomoże nam on w kwestiach skalowania czy określenia jak targetować sprzedaż na rynku b2b. Optymalnie: zespół powinien być zdywersyfikowany w zakresie umiejętności, by uzyskać pełne spektrum wsparcia. Istotną rolę odgrywają w tym kontekście venture partnerzy – po tym kim są możemy też określić rangę funduszu.

Trzeci aspekt, jaki warto wziąć pod lupę to portfel inwestycyjny. Przede wszystkim powinien być on zbieżny z sektorem, w którym działamy. Tym sposobem nabierzemy pewności, że fundusz ma pragmatyczne doświadczenia w tym, czym chcemy się zajmować. Jeśli strategia jest stricte oportunistyczna, tj. fundusz inwestuje we wszystko, co może przynieść profit, warto zastanowić się, co de facto wie o naszym rynku i jak to przełoży się na potencjalną pomoc. Warto zweryfikować też możliwość współpracy z innymi spółkami portfelowymi – czy jest potencjał do komplementarnych działań, korzystania z ich usług czy wymiany unikalnej wiedzy. To, co powinno wzbudzić wątpliwość, to występowanie podmiotów, które są bezpośrednią konkurencją. Jak wtedy fundusz zamierza im obiektywnie pomagać?

Czego się wystrzegać?

Rozmawiając o współpracy i wsparciu, należy zapytać też o drugą stronę medalu tj. jak wygląda wpływ na działalność operacyjną oraz controlling. Trzeba uważać na podmioty aspirujące do zdominowania codziennego biznesu. Jeśli fundusz już w pierwszych rozmowach mówi np. o zabezpieczeniu sobie miejsca w zarządzie z łączną reprezentacją, a w dodatku przy wysokim wynagrodzeniu, które obciąży spółkę – powinno to wzmożyć naszą czujność. Warto zapytać wprost, czy należy spodziewać się jakichś kosztów związanych z VC w prowadzonej działalności, a jeśli tak, to jakich i w jakiej wysokości – budżet powinien być transparentny.

W zakresie mechanizmów nadzoru, trzeba zweryfikować ich głębokość – czy jest to fundusz typu hands on, który będzie wymagał kontrasygnaty każdego przelewu, w jakie aspekty może ingerować w oparciu o umowę inwestycyjną, jak wyglądają potencjalne KPI dla spółki itd. Trzeba zrozumieć celowość podejmowanych działań, bo jasne jest to, że VC musi dbać o bezpieczeństwo kapitału swoich inwestorów, jednak musi być to wyważone i zgodne ze standardami rynkowymi. Ważna jest również obfitość obowiązków informacyjnych w ramach relacji inwestorskich – jakie dokumenty należy przygotować, w jakiej częstotliwości – grunt, by formalności nie zaczęły przysłaniać realnego biznesu.

Istotnym aspektem jest również strategia rozwoju dla spółki, w kontekście założeń samego funduszu. Jeśli wynika z niej, że ma on niezwykle krótki horyzont inwestycyjny, może próbować na siłę wdrażać działania zwiększające waluację, które są korzystne jedynie w krótkim terminie. Może też stawiać nierealnie ambitne cele spółce połączone z opcją PUT – jeśli founder ich nie osiągnie, zmuszony jest do odkupu udziałów po odpowiednio wysokiej wycenie lub np. zmuszać do jak najszybszego IPO na NewConnect, gdy spółka nie jest jeszcze na to gotowa.

Najważniejszy wniosek jest taki, by proces negocjacji z funduszem był faktycznie rozmową, w ramach której nie tylko opowiadamy, ale również pytamy o fundamentalne kwestie dotyczące potencjalnej współpracy. Jeśli już na wczesnym etapie zapala się wiele sygnałów ostrzegawczych: zdecydowanie należy odpuścić i szukać innego VC, a w skrajnej sytuacji rozważyć inne formy finansowania. Zdecydowanie lepiej jest funkcjonować samodzielnie z ograniczoną pulą środków niż z toksycznym wspólnikiem, który wesprze nas krótkoterminowo poprzez kapitał, a później będzie wyłącznie kulą u nogi hamującą rozwój spółki.

Autor: Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Usługi na ruchomym majątku rzeczowym w rozumieniu ustawy o podatku VAT

Współpraca międzynarodowa oraz swoboda przepływu usług otwierają nowe możliwości świadczenia usług w różnych krajach. W poszukiwaniu większych zysków polscy podatnicy często decydują się na świadczenie usług na powierzonych materiałach bądź z częściowym wykorzystaniem swoich zasobów. Powstaje pytanie, czy w takich sytuacjach mamy do czynienia ze sprzedażą usług, czy towarów oraz jak prawidłowo rozliczyć tę transakcję na potrzeby podatkowe.

Świadczenie usług a dostawa towarów

Usługi mogą być wykonywane na materiałach własnych oraz powierzonych przez klienta. Takie usługi nie mogą zostać zakwalifikowane jako dostawa towarów. Usługi na ruchomym majątku rzeczowym to świadczenia mające na celu wytworzenie (przetworzenie), uszlachetnianie, przerób, serwis, ulepszenie, usługi montażowe i instalacyjne towarów z materiałów powierzonych.

Rozróżnienie pomiędzy dostawą towarów a świadczeniem usługi jest w tym przypadku trudne i może generować problemy podatkowe. Należy zwrócić uwagę, że świadczenie usługi na ruchomym majątku rzeczowym dotyczy jedynie usługi, czyli jeżeli wraz z usługą transportujemy do danego kraju także niezbędne materiały, mamy wówczas do czynienia zasadniczo z wewnątrzwspólnotową dostawą. Przykładowo więc, jeżeli polski podatnik ma wyprodukować na rzecz litewskiego podatnika określoną liczbę kłódek, to w przypadku, gdy wykona to na materiale kontrahenta, będziemy mieli do czynienia ze świadczeniem usługi na majątku ruchomym. Natomiast w przypadku dostarczenia własnego towaru będzie to WDT.

Trudniejsza kwestia dotyczy wykonania ulepszeń/uszlachetnień/przerobu/montażu na majątku rzeczowym. W sytuacji, gdy podatnik razem ze świadczoną usługą ulepszenia instaluje dodatkowe elementy, które zostały wcześniej przetransportowane z terytorium innego państwa członkowskiego, to jeżeli te dodatkowe elementy stanowią po wykonaniu usługi integralną część majątku rzeczowego, na którym wykonywana była usługa, to w takim przypadku mamy do czynienia jedynie ze świadczeniem usługi na majątku rzeczowym. Przykładem może być ulepszenie maszyny do produkcji kłódek o nowe moduły np. wstawiania dodatkowych zabezpieczeń.

Kolejna sytuacja dotyczy podatnika dodającego swoje materiały do finalnego produktu. Przykładowo w przypadku kłódek polski podatnik dodawałby zasłonkę na kluczyk, która stanowi niewielką część ceny kłódki. W takiej sytuacji również nie ma WDT, a jedynie świadczenie usługi na majątku ruchomym, ponieważ wartość dodawanych przez podatnika materiałów, będących jego własnością jest bardzo niewielka. Niektóre interpretacje mówią nawet o tym, że wartość wykorzystywanych materiałów własnych przez zleceniobiorcę nie może przekroczyć 50% (por. interpretacja z 9 marca 2016 r., sygn. IPTPP2/4512-637/15-3/SM).

Można zatem podsumować, że istotę świadczenia usługi na ruchomym majątku rzeczowym stanowią czynności przetwarzania materiału powierzonego przez zleceniodawcę tak, żeby otrzymać pożądany przez niego wyrób, przy czym wartość wykorzystanych towarów własnych w stosunku do wartości końcowego wyrobu musi być niewielka (a na pewno mniejsza niż 50%).

Miejsce świadczenia i obowiązek podatkowy

Gdy już wiadomo, czy świadczenia na rzecz zagranicznych podmiotów są sprzedażą usług, czy towarów, należy ustalić miejsce opodatkowania usługi. Miejsce opodatkowania w przypadku usług na rzeczowym majątku ruchomym uzależnione jest od statusu nabywcy. Zgodnie z treścią art. 28h pkt 2) ustawy o VAT miejscem opodatkowania usług na rzeczowym majątku ruchomym świadczonych na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT jest miejsce, gdzie usługi te są faktycznie wykonywane. Oznacza to więc, że polski podatnik musiałby zarejestrować się na potrzeby VAT w kraju, na terytorium którego świadczy usługi na rzecz nie-podatników, zastosować prawidłową stawkę VAT, złożyć deklarację podatkową oraz rozliczyć się z tamtejszym fiskusem. Ten wyjątek od zasady ogólnej uzależniony jest od miejsca faktycznego wykonania usługi. Zatem podatnik decydujący się na świadczenie usług na rzecz zagranicznych osób fizycznych niebędących podatnikami VAT powinien zwrócić szczególną uwagę na ten przepis. Przykładowo w sytuacji przygranicznego zakładu naprawy pojazdów dokonującego napraw zarówno w Polsce, jak i za granicą zastosowanie mogą mieć dwa reżimy podatkowe.

W przypadku usług świadczonych na rzecz podatnika VAT miejscem opodatkowania jest zgodnie z zasadami ogólnymi miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej. W takim przypadku polski podatnik wystawi fakturę z informacją o odwrotnym obciążeniu oraz wykaże ją w deklaracji jako niepodlegającą opodatkowaniu w Polsce.

Momentem powstania obowiązku podatkowego jest zgodnie z zasadą ogólną moment wykonania usługi. W tym okresie podatnik powinien wykazać we właściwej deklaracji daną transakcję. Oczywiście w przypadku, gdy miejscem świadczenia będzie terytorium innego kraju, zastosowanie znajdą przepisy właściwe dla tego kraju.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski robot na polu kukurydzy

Inteligentny robot polowy pomoże w uprawie kukurydzy. Projekt uzyskał ponad 12 mln zł dofinansowania z Funduszy Europejskich (POIR) w konkursie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju „Szybka Ścieżka”.

Precyzja działania robota polowego umożliwi znaczne zmniejszenie zużycia nawozów i środków ochrony roślin. Będzie siał, pielił, monitorował stan uprawy i prowadził selektywne opryski. A wszystko to zgodnie z nowoczesną wiedzą agrotechniczną i ekologią.

– Robot zostanie zbudowany wyłącznie przez polskie podmioty. Z dumą pokażemy światu, że Polak potrafi – zapewnia Michał Zabost, manager ds. innowacji i rozwoju biznesu w UNIA Sp. z o.o.

To właśnie ta firma, o tradycjach sięgających 1882 r., jest liderem konsorcjum, które rozpoczyna pracę nad budową urządzenia. W projekt zaangażowały się ponadto dwa podmioty z Sieci Badawczej Łukasiewicz: Przemysłowy Instytut Maszyn Rolniczych oraz Instytut Lotnictwa.

Umowa podpisana z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) zakłada dofinansowanie wartego 15 830 142,87 zł projektu kwotą 12 068 727,27 zł. Są to środki z Funduszy Europejskich, z Programu Inteligentny Rozwój.

Precyzja upraw, bezpieczeństwo żywności

– Rolnictwo precyzyjne jest branżą przyszłości, szczególnie jeśli chodzi o Polskę. Innowacje w rolnictwie, w tym te związane z automatyzacją maszyn i procesów, to priorytetowy obszar wspierany przez Fundusze Europejskie, które przyspieszają w ten sposób jakościową zmianę na wsi. Warto z tych możliwości korzystać nie tylko z myślą o gromadzeniu know-how niezbędnego do produkcji kolejnych maszyn, ale także dla wzmacniania marki, jaką jest polska zdrowa żywność – mówi Anna Gembicka, pełnomocnik rządu do spraw lokalnych inicjatyw społecznych, wiceminister funduszy i polityki regionalnej odpowiedzialna w MFiPR za POIR.

Prowadzenie upraw zgodnie z celami Rolnictwa 4.0 oznacza m.in. obniżenie kosztów działalności gospodarstwa rolnego i podniesienie jego dochodowości. Przyczynia się też do wzrostu efektywności dzięki przyspieszeniu prac rolnych, w tym zbiorów. Ogranicza problem braku rąk do pracy. Inna korzyść to optymalizacja zużycia surowców i środków produkcji rolnej.

– Patrząc z perspektywy globalnej, autonomiczne roboty polowe to błyskawicznie rozwijająca się dziedzina w obszarze technologii maszyn rolniczych. Obserwujemy, że ten trend coraz śmielej zaznacza się także w projektach, które zgłaszają do NCBR przedsiębiorcy i naukowcy. Prace badawczo-rozwojowe dotyczące robotyzacji, automatyzacji czy uczenia maszynowego już wkrótce będą procentować wdrożeniami ich efektów w polskich gospodarstwach, przyczyniając się do ich konkurencyjności wskazuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Mam jeszcze jedną dobrą wiadomość. Już 10 września br. rozpoczynamy nabór wniosków w naszym nowym konkursie, oferującym wsparcie innowacyjnych technologii w sektorze rolnym – Szybka Ścieżka „Agrotech” – dodaje.

Dla dużych i małych

Robot polowy przeznaczony do siewu i pielęgnacji kukurydzy w uprawie szerokorzędowej powstaje z myślą o wykorzystaniu go zarówno w gospodarstwach wielkotowarowych, jak i w małych ekologicznych gospodarstwach.

Jego pomysłodawcy na bieżąco śledzą zmiany zachodzące w rolnictwie, nie tylko w kraju, ale także za granicą. – Kurs na robotyzację w branży agro jest zauważalny od lat. Zaczęło się od wdrażania takich rozwiązań w sektorze produkcji zwierzęcej – głównie w mleczarstwie. Jednak po kilku latach również produkcja roślinna stała się polem do popisu dla robotyki. W naszym przedsiębiorstwie dostrzegliśmy ten trend i gdy pojawiła się okazja stworzenia w pełni polskiego robota, postanowiliśmy z niej skorzystać – relacjonuje Michał Zabost.

Areał zasiewów kukurydzy w Polsce (na ziarno i na paszę) wzrósł od 728 tys. ha w 2010 r. do 1154 tys. ha w 2017 r. przy jednocześnie rosnącym imporcie kukurydzy, co zdaniem pomysłodawców innowacyjnego urządzenia świadczy o potrzebie dalszego rozwoju tej uprawy w naszym kraju.

– Rolnicy uprawiający kukurydzę borykają się dziś z wieloma problemami agrotechnicznymi. Większość z nich rozwiązywana jest za pomocą chemii. Ale wszyscy widzimy, że prawo międzynarodowe (a szczególnie to w Unii Europejskiej) zaczyna bardzo mocno ograniczać możliwości stosowania zabiegów chemicznych w ochronie roślin przed agrofagami, czyli różnymi patogenami, szkodnikami, chwastami. Tu będzie konieczne zdefiniowane problemu ochrony na nowo. Niezbędna będzie choćby bardzo wysoka precyzja w dawkowaniu substancji aktywnych – bezpośrednio na konkretną roślinę. To samo dotyczy aplikacji nawozów sztucznych, na których dziś opiera się rolnictwo. UNIA ma wieloletnie doświadczenie w produkcji sprzętu to precyzyjnego nawożenia i ochronny roślin. Wprowadzimy do projektu naszą najlepszą wiedzę i wybitnych specjalistów – zaznacza Michał Zabost, manager ds. innowacji i rozwoju biznesu w spółce UNIA.

Kukurydza to zaledwie początek. Dalekosiężna wizja rozwoju robota obejmuje szerokie możliwości jego zastosowania, przede wszystkim w przypadku innych upraw szerokorzędowych, takich jak buraki cukrowe, ziemniaki, a także uprawy warzywnicze.

Ze sterowaniem satelitarnym

Maszyna zostanie wyposażona w złożony system sensorów, układ przetwarzający pozyskiwane dane oraz precyzyjny system sterowania realizacją procesów agrotechnicznych. Jej główna zaleta dla użytkowników to precyzja działania, umożliwiająca znaczne zmniejszenie zużycia nawozów i środków ochrony roślin.

– Jeśli ktoś obserwuje rozwój robotyki agrarnej, widzi, że dzisiejsze rozwiązania skupiają się prawie w każdym przypadku na mechanicznym zwalczaniu chwastów. Nasz projekt zakłada zbudowanie robota uniwersalnego, o bardzo szerokim spektrum zastosowań. Robot będzie wyposażony w najnowsze technologie: począwszy od zaawansowanych rozwiązań mechatronicznych, przez spektrofotometrię, aż po sterowanie satelitarne. Wszystko to ma na celu zapewnienie precyzyjnej, inteligentnej i autonomicznej pracy – podkreśla Michał Zabost.

Robot ma być stosowany we wszystkich etapach produkcji rolnej: od siewu aż do zakończenia wegetacji – póki co z wyjątkiem zbioru.

Prace w projekcie już ruszyły. Spotkania grup roboczych w ramach konsorcjum z Łukasiewicz – Instytutu Lotnictwa oraz Łukasiewicz – Przemysłowy Instytut Maszyn Rolniczych odbywają się regularnie od paru miesięcy. – UNIA tak jak każdy z konsorcjantów pracuje nad zagadnieniami, które zostały przypisane w projekcie. Jednak to nasza firma jako lider projektu koordynuje działania, bo w ostatecznym rozrachunku, po zakończeniu projektu, to UNIA będzie odpowiedzialna za wprowadzenie robota na rynek i jego późniejszą komercjalizację – tłumaczy Michał Zabost. Do projektu z naszej strony zaangażowaliśmy naszych najlepszych inżynierów i specjalistów od innowacji w rolnictwie. Są to ludzie, którzy znają się nie tylko na konstrukcji, ale są też swego rodzaju wizjonerami, którzy na podstawie analiz danych są w stanie w dużym stopniu wnioskować o przyszłości i kierunkach rozwoju branży rolnej – dodaje.

Finalizacja prac projektowych ma nastąpić w 2023 roku. Nabywcami robota polowego będą właściciele gospodarstw rolnych zajmujących się produkcją kukurydzy. Wstępne plany sprzedażowe to kilkadziesiąt sztuk urządzenia rocznie.

– Aktualnie obserwujemy, że potencjał rynku jest w fazie początkowego wzrostu. Na świecie działają firmy, które cały czas pracują nad podobnymi rozwiązaniami. Angażują się w to wielkie koncerny, co wyraźnie pokazuje, że jest to właściwy kierunek – mówi przedstawiciel spółki UNIA.

Największe wyzwanie? – Jak zwykle przy tak zaawansowanych projektach największym wyzwaniem jest przyszłość, czyli przewidywanie tego, jak rozwinie się rolnictwo za co najmniej 5-10 lat. Branża rolna przeżywa obecnie istną rewolucję, zarówno jeśli chodzi o dostęp do wysokich technologii, jak i zmiany pokoleniowe oraz mentalnościowe. Prawdziwą sztuką jest dziś przewidzenie oczekiwań potencjalnych użytkowników naszego robota – wskazuje Michał Zabost.

Masz pomysł na innowacje w rolnictwie?

Dobra informacja dla podmiotów, które szukają finansowego wsparcia dla swoich pomysłów z obszaru nowych technologii w sektorze rolnym jest taka, że już od 10 września do 6 listopada br. można będzie aplikować w konkursie Szybka Ścieżka „Agrotech”. 100 mln zł z Funduszy Europejskich (POIR) przeznaczone jest w nim na wsparcie innowacyjnych technologii w sektorze rolnym. Celem tej inicjatywy jest podniesienie konkurencyjności polskich firm pracujących nad projektami z zakresu robotyzacji i automatyzacji, cyfryzacji czy produkcji rolno-spożywczej przyjaznej środowisku.

O dofinansowanie w konkursie Szybka Ścieżka „Agrotech” mogą ubiegać się przedsiębiorstwa, zarówno MŚP, jak i duże firmy, a także konsorcja składające się z przedsiębiorców lub przedsiębiorców i jednostek naukowych.

Z kolei 14 września br. zakończy się nabór wniosków w horyzontalnym, czyli bez ograniczeń tematycznych, konkursie Szybka Ścieżka, także realizowanym ze środków POIR. Jego budżet to 300 mln zł. Trwająca obecnie druga runda naboru to szansa dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw oraz ich konsorcjów, również z udziałem jednostek naukowych. Oba konkursy przeznaczone są dla regionów słabiej rozwiniętych. Oznacza to, że miejsce prowadzenia prac badawczo-rozwojowych musi znajdować się poza województwem mazowieckim.

OCERT – standaryzacja szkoleń w zakresie robotyki chirurgicznej w Europie z udziałem polskiego przedstawiciela Centrum Chirurgii Robotycznej, dr. Pawła Wisza

Właśnie zakończyło się czwarte spotkanie ds. standaryzacji szkoleń w zakresie chirurgii robotycznej w Europie – OCERT IV. OCERT to cykl międzynarodowych spotkań eksperckich zainicjowanych przez centrum szkoleniowe ORSI Academy w Belgii. Celem OCERT IV, podobnie jak poprzednich trzech edycji, jest ustalenie w gronie specjalistów w zakresie robotyki chirurgicznej z całego świata ogólnych zasad standaryzacji, walidacji i certyfikacji szkoleń. Po stronie ekspertów w czwartym spotkaniu cyklu OCERT kolejny raz wziął udział dr Paweł Wisz, specjalista z zakresu urologii robotycznej z Centrum Chirurgii Robotycznej krakowskiego Szpitala na Klinach i międzynarodowy trener w ORSI Academy.

Robotyka chirurgiczna to obecnie jedna z najszybciej rozwijających się nowoczesnych gałęzi medycyny. W związku z rosnącym wśród pacjentów zapotrzebowaniem na precyzyjne i małoinwazyjne operacje przeprowadzane z wykorzystaniem robotów chirurgicznych takich, jak robot da Vinci, rośnie też rola centrów szkoleniowych, w których adepci chirurgii robotycznej mogą zdobywać i podnosić swoje kwalifikacje. Kolejną kwestią jest rosnąca konkurencja na rynku robotyki chirurgicznej. Na horyzoncie widać już 5 potencjalnych konkurentów dla najpowszechniejszego systemu da Vinci. Są to systemy Cambrige, system Medtronic, konsorcjum Google oraz J&J oraz  Avatera. Dużą niespodziankę sprawił światu projekt Medicaroid – „hinotoriTM Surgical Robot System”, który w sierpniu 2020 r. otrzymał zatwierdzenie do użytkowania japońskiego regulatora. Jest to pierwszy wyprodukowany w Japonii zrobotyzowany system chirurgiczny.

Dlatego, by zapewnić jak najwyższe standardy bezpieczeństwa zabiegów, wiodący na świecie Instytut Chirurgii Robotycznej przy belgijskim Szpitalu OLV (ORSI) zainicjował cykl spotkań międzynarodowych ekspertów pod nazwą OCERT (ang. OLV Robotic Surgery Institute (ORSI) Consensus Meeting on European Robotic Training). Ich celem jest ustalenie ogólnych wytycznych dla metodologii szkoleń w zakresie chirurgii robotycznej.

W szczególności dostrzeżono konieczność odejścia od tradycyjnego szkolenia przez obserwację i doświadczenie (zgodnie z regułą zaproponowaną przez słynnego amerykańskiego chirurga przełomu XIX i XX w. Williama Stewarta Halsteda, uznawanego za ojca nowoczesnej chirurgii – „See one, do one, teach one” czyli „Zobacz procedurę, wykonaj ją, ucz jej innych”) na rzecz wyznaczenia standaryzowanych, międzynarodowych ścieżek szkoleń, które będą gwarancją najwyższego poziomu usług przez proces ich walidacji i certyfikacji.

W tym celu eksperci zarekomendowali m.in. wdrożenie tzw. metodologii PBP (proficiency-based progression), czyli systemu systematycznego pomiaru efektywności danego operatora w odniesieniu do wyników najbardziej doświadczonych i najwyżej wykwalifikowanych chirurgów na etapie szkolenia z użyciem symulatorów.

Pozwoli to na zdobycie przez uczestnika szkolenia wymiernego doświadczenia, potwierdzonego odpowiednim certyfikatem, zanim przystąpi on do pracy z pacjentami, zapewniając najwyższe bezpieczeństwo prowadzonych w przyszłości zabiegówmówi dr Paweł Wisz ekspert chirurgii robotycznej, Członek zarządu w Europejskim Robotycznym Towarzystwie Urologicznym (ERUS), odpowiedzialny za kwestie szkoleń.

Wprowadzono m.in. rozróżnienie pomiędzy tzw. podstawowym szkoleniem dotyczącym urządzenia (ang. basic device training, czyli BDT), które pozwala na poznanie sposobu jego obsługi, a podstawowym szkoleniem umiejętności posługiwania się urządzeniem (ang. basic skills training, czyli BST). Ten pierwszy rodzaj szkolenia, zapewniany przez jego producenta, jest obowiązkowy dla wszystkich osób uczestniczących w operacji ma za zadanie nabyć umiejętności posługiwania się danym urządzeniem.

Ustalono również, że szkolenia robotyczne powinny spełniać tzw. regułę czterech A: Awareness, czyli świadomość tego, jak ważne jest zapewnienie najwyższej jakości szkoleń; Agreement – zgoda na to, że szkolenia powinny być prowadzone przez stowarzyszenia naukowe; Accessibility – dostępność szkoleń dla wszystkich adeptów i praktyków chirurgii robotycznej w celu podniesienia jakości zabiegów; oraz Affordability, czyli system wspólnego finansowania szkoleń przez narodowe systemy ochrony zdrowia, stowarzyszenia oraz sektor medyczny.

 – Celem ostatniego spotkania było m.in. omówienie skuteczności i celowości stosowania PBP (proficiency-based progression). W tym celu stworzona została metodologia do poszczególnych etapów operacji a następnie na 2 grupach naukowo udowodniono zdecydowanie większą skuteczność, a co za tym idzie, większe bezpieczeństwo dla pacjentów wśród operatorów szkolonych według PBP vs zwykłe szkolenie dodaje dr Paweł Wisz.

W spotkaniach organizowanych pod egidą ORSI uczestniczą przedstawiciele międzynarodowych stowarzyszeń naukowych, akademii medycznych, sektora medycznego, instytucji rządowych oraz ubezpieczycieli. W gronie ekspertów w spotkaniu uczestniczył  dr Paweł Wisz, pracujący na co dzień w Centrum Chirurgii Robotycznej w krakowskim Szpitalu na Klinach, międzynarodowy trener z akredytacją Akademii ORSI w gronie ekspertów reprezentował praktyków.

Branża budowlana alarmuje: wyhamowywanie inwestycji wywoła wyniszczającą wojnę cenową

Zatrzymanie inwestycji samorządowych w Polsce w wyniku pandemii spowodowało, że firmy budowlane zaczęły w drugiej połowie 2020 roku składać coraz bardziej agresywne oferty w pozostałych ogłaszanych przetargach – przestrzegali uczestnicy debaty podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (2-4 września 2020 r.).

„Obawiam się, że przez najbliższe 2-3 lata będziemy, jako branża, zabijali się cenowo” – powiedział Artur Popko, wiceprezes Budimex S.A.

Spadek cen oferowanych w przetargach na budowę dróg potwierdził Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. „W tym roku podpisywaliśmy umowy za budowę drogi kategorii S w cenie rzędu 42-43 mln zł za kilometr. Obecnie te same firmy podają cenę o 10 mln zł niższą” – mówił Żuchowski, podając jako przykład przetarg na S19 na Podlasiu.

Wyraził obawę, że niedoszacowanie kosztów może w przyszłości skutkować problemami z dokończeniem budowy przez wykonawców. Dlatego – jak zapewnił – GDDKiA wszystkie otwarte oferty przekazuje do analizy przez Radę Ekspertów branżowych przy ministrze infrastruktury oraz do zespołów z udziałem przedstawicieli sektora bankowego.
Według Artura Popko, branża budowlana – w której pracuje w Polsce około miliona osób i która odpowiada za 10 proc. polskiego PKB – jest jedną z najmniej dotkniętych przez skutki gospodarcze pandemii koronawirusa (np. w przypadku Budimeksu spadek w wartości realizowanych kontraktów wyniósł jedynie 5 proc. w lipcu, w porównaniu do lipca roku poprzedniego).

Jednak przedsiębiorcy obawiają się, że w kolejnych 2-3 latach zabraknie środków na inwestycje prywatne i samorządowe. „Już dzisiaj zauważamy, że inwestycje samorządowe zostały właściwie zupełnie wstrzymane” – mówił wiceprezes Budimeksu.

Według niego, w tej sytuacji branża bardzo liczy na zapowiedziane przez minister Jadwigę Emilewicz wsparcie samorządów przez rząd od września kwotą 12 mld na inwestycje.
Firmy budowlane apelują też do takich inwestorów jak GDDKiA czy PKP Polskie Linie Kolejowe o przyspieszenie kolejnych inwestycji w nowej unijnej perspektywie finansowej na lata 2021-2027.

„Branża budowlana jest rozpędzona i jest przygotowana do realizacji wielomiliardowych inwestycji, dlatego tak istotna jest dynamika w ogłaszaniu przyszłych przetargów” – powiedziała podczas debaty Marita Szustak, prezes Izby Gospodarczej Transportu Lądowego i firmy Track Tec Construction.

W odpowiedzi p.o. szefa Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zapowiedział, że już na 16 września zaplanowano kolejne spotkanie z branżą budowlaną, aby poinformować o zadaniach inwestycyjnych planowanych na 2021 rok.

Z kolei członek zarządu ds. inwestycji PKP PLK Arnold Bresch podkreślił, że spółka ma już przygotowane projekty, dokumentacje i studia wykonalności, aby od początku nowej perspektywy finansowej wprowadzać wykonawców na place budowy.

„Pozytywnym sygnałem dla rynku powinny być domykane obecnie nowe programy np. program odbudowy” – mówił Bresch. Według niego, w ramach programu będą realizowane zarówno duże projekty, jak też drobne zadania dla mniejszych firm.

„Jeśli przetargi będą dzielone na mniejsze, to rynek będzie stabilny, a oferowane przez wykonawców ceny będą mniej zróżnicowane” – podsumowała Marita Szustak.

Uczestnicy debaty apelowali też o większą elastyczność do polskiego sektora bankowego, aby obniżył marże dla firm budowlanych na zaliczki niezbędne do rozpoczęcia budowy.
Dyskutowano też o proponowanym przez rząd oraz drogowe i kolejowe spółki skarbu państwa systemie certyfikowania wykonawców. Miałby on premiować w przetargach rzetelne firmy „kosztem tych, co psują rynek”. Zdaniem branży budowlanej, pomysł jest dobry, ale jego wprowadzenie może zająć wiele lat.

Przedstawiciele firm budowlanych pozytywnie oceniali też wprowadzane zmiany w prawie o zamówieniach publicznych. Według wiceprezesa Budimeksu, nowe prawo jest bardzo prowykonawcze i wprowadza partnerstwo obu stron w umowach: zamawiającego i wykonawcy.

„Będziemy mieli waloryzowane kontrakty, będą ograniczone kary, nie zawsze cena będzie decydowała o wyborze i będzie mogło być premiowane skrócenie terminu realizacji projektu” – podkreślał Artur Popko. Apelował do GDDKiA i PKP PLK o wynegocjowanie umów w taki sposób, żeby ryzyko realizacji inwestycji nie spoczywało tylko i wyłącznie na wykonawcy.

W tym kontekście wskazał na proponowane przez wykonawców innowacyjne rozwiązania, wynikające m.in. z polityki ekologicznej Unii Europejskiej. „Takie innowacje kosztują i oczekujemy, że będą one premiowane w przetargach przez zamawiających” – mówił wiceprezes Budimeksu. Według niego, obecnie wykonawcy często nie proponują nowych technologii, ponieważ ich zastosowanie wiąże się z dużym ryzykiem dla wykonawcy, przy oczekiwanej przez inwestora 10-letniej gwarancji.

Stanowisko Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych w sprawie egzekwowania przepisów dotyczących obowiązku zasłaniania nosa i ust

Polska Rada Centrów Handlowych apeluje o pilne doprecyzowanie przepisów regulujących uprawnienia i obowiązki osób przebywających w miejscach handlu i usług w czasie epidemii oraz określenie konsekwencji dla tych, którzy nie będą ich przestrzegać.

Z zaniepokojeniem obserwujemy coraz większą liczbę klientów, którzy odmawiają zasłaniania nosa i ust w miejscach handlu, zapowiadane są zorganizowane protesty, a odwiedzający nas klienci posługują się specjalnie przygotowanymi oświadczeniami. Ze względu na nieprecyzyjne przepisy jako  branża zostaliśmy postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Właściciele, zarządcy i najemcy centrów handlowych nie mają żadnych skutecznych instrumentów, by egzekwować obowiązki zmierzające do ochrony zdrowia i życia klientów oraz pracowników. Pilnie potrzebne są odpowiednie, jednoznaczne regulacje, pozwalające na korzystanie z usług handlowych wyłącznie osobom nie narażającym innych na zakażenie.

Polska Rada Centrów Handlowych zwróciła się na początku sierpnia br. z prośbą do Ministerstwa Zdrowia o wprowadzenie jednoznacznego rozwiązania prawnego, które pozwoli nie wpuścić i nie obsłużyć klientów nienoszących masek ochronnych na terenie sklepów w centrach handlowych. Otrzymaliśmy odpowiedź wskazującą, iż kwestie te uregulowane są w rozporządzeniu Rady Ministrów z 7 sierpnia 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, które z kolei stanowi wykonanie upoważnienia zawartego w przepisach ustawy z 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi.

Praktyka pokazuje jednak, że egzekwowanie wprowadzonego obowiązku jest istotnie utrudnione, a czasem wręcz nierealne ze względu na możliwą odpowiedzialność sprzedawców, w tym także wykroczeniową, którzy odmawiają obsługi klientów niestosujących się do konieczności zakrywania ust i nosa. Konieczna jest ochrona sprzedawców i usługodawców w takich sytuacjach, a nie zagrożenie grzywną, tak jak to miało miejsce w przypadku wyroku sądu z Suwałk.

Troska o bezpieczeństwo i komfort klientów jest dla nas priorytetem, stąd poza działaniami z zakresu bezpieczeństwa sanitarnego, centra handlowe aktywnie włączyły się w edukowanie klientów i promowanie dobrych praktyk podczas zakupów w ramach ogólnopolskiej akcji #kupujebezpiecznie, nad którą patronat objęło Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Rozwoju.

Dziękujemy wszystkim Klientom, którzy wyrażają troskę o innych i respektują obowiązek zasłaniania nosa i ust. W tych trudnych czasach kierujmy się rozsądkiem i chrońmy najbliższych oraz szanujmy pracę pracowników wszystkich miejsc handlu i usług, którzy codziennie narażają swoje zdrowie kontaktując się z setkami osób.

Lęk przed koronawirusem spowodował nagły wzrost ubezpieczeń zdrowotnych

Według opublikowanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń danych liczba osób objętych w ramach dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych na koniec I półrocza 2020 roku wynosiła ponad 3 mln. To o 13,1% więcej niż rok wcześniej. Wydaliśmy na nie łącznie 500 mln zł.

Ubezpieczenia zdrowotne nieustannie zyskują na popularności, a zmiana sytuacji społeczno-gospodarczej w wyniku pandemii koronawirusa jeszcze ją wzmocniła. Choć w momencie ogłoszenia epidemii zainteresowanie osłabło, to zaledwie po półtora miesiąca nie tylko wróciło do poprzedniego poziomu, ale wręcz wzrosło. Zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i firm. Uważam, że ten trend się utrzyma, ponieważ zagrożenie, z którym wszyscy się mierzymy, spowodowało, że będziemy lepiej dbać o zdrowie, niż dotychczas. Słowo „profilaktyka” nabrało nowego znaczenia i mocy. Dlatego w długofalowej perspektywie spodziewam się jeszcze większego wzrostu sprzedaży ubezpieczeń zdrowotnych, a także na życie.

Usługi zdalne będą podstawą oferty

Zmianie uległo jednak podejście do wyboru polisy. Najważniejszym elementem ubezpieczenia stał się zakres usług zdalnych. Telemedycyna traktowana dotychczas jako dodatek jest jednym z podstawowych świadczeń, z których będą korzystali ubezpieczeni. Spodziewam się zatem, że w najbliższych miesiącach nastąpi dynamiczny rozwój oferty ubezpieczycieli w tym obszarze. Możliwości, jakie dają współczesne rozwiązania technologiczne, powodują, że usługi zdalne nie będą ograniczone wyłącznie do rozmowy z lekarzem przez telefon czy komunikator internetowy. Już teraz dostępne są na rynku urządzenia do stałego, samodzielnego monitorowania stanu zdrowia, np. wykonywania EKG. Wyniki badania są automatycznie wysyłane do lekarza prowadzącego, żeby w razie potrzeby mógł on od razu podjąć stosowne działania. Co więcej, w niektórych przypadkach personel medyczny placówek posiadających wyjątkowo rozwiniętą infrastrukturę medyczną jest w stanie przeprowadzać zdalnie nawet poważne operacje i zabiegi (np. dzięki wykorzystaniu robota daVinci), konsultować działania na sali operacyjnej czy doradzać ratownikom medycznym podczas interwencji związanych np. z ratowaniem ofiar wypadków.

Na znaczeniu zyskuje wsparcie psychologiczne

Innym obszarem, który zyskuje na znaczeniu, jest opieka psychologiczna. Sytuacja kryzysowa wywołana pandemią spowodowała, że więcej osób niż dotychczas zaczęło szukać wsparcia. Nie umknęło to uwadze pracodawców, którzy wiedzą, jak duży wpływ na funkcjonowanie firmy ma równowaga psychiczna pracowników. Stany depresyjne wpływają nie tylko na efektywność i wydajność pracowników. Obniżona koncentracja i przemęczenie mogą prowadzić do sytuacji, w których powstaje wręcz fizyczne zagrożenie dla zatrudnionych. Dlatego świadczenia psychiatryczne i psychologiczne oferowane w ramach grupowego ubezpieczenia zdrowotnego dołączyły do elementów ochrony najbardziej pożądanych przez pracodawców. Jednak samo zapewnienie dostępu do specjalistów to nie wszystko. Pracownicy powinni być też regularnie informowani o możliwościach otrzymania pomocy i zachęcani do skorzystania z niej w razie potrzeby. Dzięki temu będą mieli wsparcie w kryzysowych sytuacjach oraz przełamane zostaną pewne bariery obyczajowe, które dotychczas ograniczały dostęp do świadczeń.

„Nowa profilaktyka”

Przyszłością ubezpieczeń zdrowotnych są zatem zdalna pomoc i samodzielne monitorowanie zdrowia oraz zmiana podejścia do wsparcia psychologicznego. „Nowa profilaktyka” realizowana w większym stopniu z domu będzie szczególnie przydatna w leczeniu chorób przewlekłych, chorób układu oddechowego i układu krążenia, cukrzycy. Z kolei przełamanie kolejnych tabu dotyczących zdrowia psychicznego umożliwi większej liczbie osób otrzymanie pomocy, o którą do tej pory wstydzili się zwrócić.

Robert Łoś, Prezes SALTUS Ubezpieczenia

Ekonomiści o skutkach ewent. jesiennego lockdownu: Czeka nas poważna nawet trzyletnia recesja

Wprowadzenie na jesień lockdownu takiego jak wiosną jest mało prawdopodobne. Jednak eksperci nie wykluczają powtórzenia scenariusza sprzed kilku miesięcy, jeśli gwałtownie wzrośnie liczba zachorowań. Możliwe są za to obostrzenia lokalne i w wybranych branżach. Wiosenna izolacja kosztowała gospodarkę ponad 50 mld zł. W przypadku kolejnego byłoby to nawet 150 mld zł. Państwo nie będzie w stanie pożyczyć takich pieniędzy, a ich dodrukowanie oznaczałoby poważne problemy ekonomiczne. Na ewentualne ograniczenia powinny przygotować się przede wszystkim sektory, w których spotykają się duże grupy osób.

Zamrożenie gospodarki

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania nt. możliwości wprowadzenia lockdownu jesienią. Jak stwierdza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, mało prawdopodobne jest powtórzenie tak mocnych obostrzeń, jakie były na początku pandemii. One nie gwarantują bezpieczeństwa życia i zdrowia obywateli, a na to powinien być położony główny akcent. Ponadto dziś już wiemy, że walka z wirusem będzie trudna i nie zakończy się raczej w tym roku. A społeczeństwo i gospodarka muszą przecież funkcjonować.

– Jeśli zajdzie konieczność, to nie będzie wyboru i lockdown będzie musiał być zastosowany. Ale tylko w naprawdę czarnym scenariuszu, w którym dojdzie do bardzo dużego wzrostu liczby zachorowań. Wówczas koszty staną się sprawą drugorzędną, bo nie będzie innego wyjścia. Jednak zamrożenie gospodarki to nie jest najlepsza metoda. Skuteczność bardziej zależy od tego, na ile sprawnie działa system ochrony zdrowia w połączeniu z narzędziami, które pozwalają na izolowanie osób zarażonych i najbardziej narażonych – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Zdaniem ekonomisty Marka Zubera, nie będzie lockdownu takiego jak wiosną. Ale ekspert wyobraża sobie tzw. model krzyżowy. Oznacza to, że możliwe są wyłączenia wybranych rejonów Polski. Tak zrobiono w Wuhan. Jednocześnie może dojść do ograniczeń na terenie całego kraju w tych branżach, w których bardzo łatwo jest o przenoszenie wirusa.

– Jeśli dojdzie do lockdownu, to będzie się on różnił od tego wiosennego. Natomiast największy problem może być w przypadku zamknięcia szkół. W takiej sytuacji z rynku pracy zostanie wyłączona duża część siły roboczej. Państwo będzie więc musiało rekompensować, głównie kobietom, pozostanie w domu i opiekę nad dziećmi. To niekorzystnie wpłynie na całą gospodarkę, nie mówiąc już o jakości zdalnej edukacji – mówi ekonomista prof. Krzysztof Piech z Uczeni Łazarskiego.

Wysoka cena

Polskie PKB w skali kwartału to ok. 500 mld zł, co podkreśla prof. Orłowski. I dodaje, że wiosenny lockdown kosztował gospodarkę ponad 50 mld zł. Gdyby po raz drugi wprowadzono takie rozwiązanie, to prawdopodobnie koszty byłyby bardzo zbliżone lub nawet większe. Jednak to nie są wszystkie wydatki państwa, dlatego że mamy jeszcze Tarczę Antykryzysową i kredyty na ożywienie inwestycji, po to by zwalczać recesję.

– Budżet państwa wytrzymał 3 miesiące lockdownu. Natomiast na dłuższą metę może być to dużo trudniejsze. Grozi nam dalsze pogłębienie recesji gospodarczej. Ponadto będziemy jeszcze importowali zagraniczne impulsy kryzysowe. Czeka nas dwuletnia czy nawet trzyletnia recesja. W tym roku, wbrew pozorom, będzie jeszcze dość słaba. Najtrudniejszej sytuacji należy spodziewać się w latach 2021-2022, kiedy zjawiska recesyjne będą powoli się rozprzestrzeniały – mówi prof. Piech.

Jak zaznacza Marek Zuber, powtórzenie lockdownu takiego jak wiosną oznaczałoby katastrofę dla gospodarki. Chcąc uratować sytuację, potrzebne byłoby prawdopodobnie ok. 150 mld zł. Ekspert zaznacza, że państwo nie będzie w stanie pożyczyć takiej sumy. Natomiast dodrukowanie pieniędzy, kolejnych dziesiątek a może setek miliardów złotych, musiałoby doprowadzić do zdestabilizowania całej równowagi makroekonomicznej, a także gigantycznego wzrostu inflacji.

– Na ten rok początkowo zakładano budżet z zerowym deficytem. Dziś już wiemy, że przy minusie pojawi się ok. 110 mld złotych. To efekt wydatków antypandemicznych i mniejszych wpływów z różnych podatków, bo spadła produkcja i sprzedaż. Powtórzenie scenariusza z wiosny byłoby właściwie skazaniem wielu przedsiębiorstw na bankructwo, zwłaszcza w turystyce czy sferze rozrywki. Lockdown jest kosztowny oraz niekoniecznie skuteczny, nie zwiększa przecież odporności – podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Wirusowe zagrożenie

W opinii Marka Zubera, najbardziej narażone na zamrożenie są branże, w których obcy sobie ludzie spotykają się w dużych grupach. To m.in. turystyka z gastronomią, imprezy masowe, ale również szkoły i uczelnie. Ekspert chroniłby wszystko, co jest związane z przemysłem i z usługami pracującymi dla niego. To jest szalenie istotny element polskiej gospodarki. Gdyby tam dochodziło do wzrostu zachorowań, to trzeba wyłączać poszczególne przedsiębiorstwa i robić przymusową kwarantannę. Coś podobnego było z kopalniami.

– Z myślą o ewentualnych ograniczeniach powinny zabezpieczyć się generalnie branże usługowe. Przy tym turystyka ma już stracony w dużej mierze rok, a wiele firm transportowych ledwo przetrwało. Na początku pandemii panowała duża panika, nie tylko w Polsce. Nie było wiadomo, jak sytuacja się będzie rozwijać. Dziś wiedza z tego zakresu jest szersza. Wbrew pozorom np. zakłady fryzjerskie nie są jakimś dużym epicentrum potencjalnych zakażeń – dodaje prof. Krzysztof Piech.

Z kolei prof. Mączyńska zaznacza, że ogniskami zapalnymi były wesela. Ale rząd nie powinien wprowadzać zakazu ich organizacji, tylko skupić się na nakazie regulacyjnym. Ekspert ma na myśli m.in. ograniczoną liczbę osób czy odpowiednie warunki dystansowania się przestrzennego. Część tych przepisów już funkcjonuje, tylko niestety tragicznie jest lekceważona. Wystarczy popatrzeć, co się działo na nadmorskich plażach i w innych miejscowościach. Tutaj pokazane jest też naigrywanie się z prawa.

– Zamykanie gospodarki to jest kosztowne uderzenie cepem zamiast chirurgicznego działania. Potrzebna jest grupa ekspertów, przede wszystkim epidemiologów oraz ekonomistów, którzy będą w stanie znaleźć optymalne rozwiązania. Powinny one ograniczyć liczbę zachorowań, ale też minimalizować koszty. To oczywiście wymaga analizy poszczególnych sektorów. Dla przykładu, część handlu wciąż jest fatalnie dotknięta przez lockdown, a w tym samym czasie e-commerce kwitnie – stwierdza prof. Orłowski.

Natomiast prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego nie jest pewna, czy rząd powinien w ogóle rozważać kwestie dot. zamrażania gospodarki. W przypadku biznesu lepiej byłoby, żeby przedsiębiorcy sami decydowali. Natomiast rządzący powinni wprowadzić reguły bezpieczeństwa i je rygorystycznie egzekwować. Według prof. Mączyńskiej, lockdown to bardzo prosta, wręcz prostacka metoda, a do tego problematyczna i bardzo zawodna, bo zamyka np. całą turystykę. Znacznie trudniejsze jest wdrożenie regulacji, które pozwolą na funkcjonowanie hoteli w określonych warunkach bezpieczeństwa.

Specjaliści z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi pomogą dzieciom z atopowym zapaleniem skóry

Specjaliści z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, dzięki wsparciu Agencji Badań Medycznych pomogą dzieciom z atopowym zapaleniem skóry. 16 mln grant pozwoli na uruchomienie pierwszego na świecie badania klinicznego u pacjentów z  umiarkowaną i ciężka postacią AZS, od 2 roku życia.

Atopowe zapalenie skóry (AZS) jest ciężką chorobą zapalną, dotyczącą głównie populacji pediatrycznej. Według badań epidemiologicznych choruje na nie około 8% dzieci w Polsce, przy czym zdecydowana większość przypadków rozwija się do 5 roku życia. Jest to choroba charakteryzująca się zmianami zapalnymi na skórze, w najcięższych przypadkach obejmują one nawet 80-90% powierzchni, powodująca dodatkowo przesuszenie skóry oraz silny, uporczywy świąd.

depresja/”>depresja konsekwencją AZS

Zamiany skórne są przyczyną wielu problemów pacjentów z AZS, między innymi ze względu na zaburzenia snu spowodowane świądem, niepokój, zaburzenia zachowania, stany lękowe, a nawet stany subdepresyjne. U części chorych rozwija się depresja, a nawet myśli samobójcze. Ponadto około 30-40% chorych na AZS ma współistnienie innych chorób z kręgu atopii, takich jak nietolerancje, czy alergie pokarmowe, alergiczny nieżyt nosa lub astmę. AZS jest chorobą o bardzo złożonej i wciąż nie do końca poznanej patogenezie, biorą w jego rozwoju udział czynniki genetyczne, immunologiczne oraz środowiskowe.

Bez terapii i refundacji

Mimo wciąż prowadzonych badań nie ma obecnie satysfakcjonujących metod terapeutycznych szczególnie dla populacji pediatrycznej, których skuteczność i bezpieczeństwo potwierdzone byłyby badaniami klinicznymi. Istnieje obecnie jedyny zarejestrowany dla populacji lek – dupilumab – lek biologiczny, który EMA dopuściła do stosowania w Europie dla chorych z umiarkowaną i  ciężka postacią AZS od 6 r.ż.

W Polsce na razie nie jest objęty refundacją, ponadto nie zabezpiecza młodszych dzieci. Doświadczenia kliniczne i stosowana praktyka polega na leczeniu najmłodszych pacjentów lekami immunosupresyjnymi, m.in. metotreksatem i cyklosporyną, jednak off-label, czyli poza wskazaniami refundacyjnymi. Stąd też nasz projekt ma na celu przeprowadzenie pierwszego na świecie, randomizowanego, podwójnie zaślepionego i kontrolowanego placebo badania klinicznego u pacjentów z  umiarkowaną i ciężka postacią AZS, od 2 r.ż.

Holistyczna opieka nad pacjentem

Celem badania jest określenie skuteczności oraz bezpieczeństwa cyklosporyny i metotreksatu w populacji pediatrycznej, ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych pacjentów. W projekcie zaplanowane są liczne badania oraz konsultacje, mające na celu objęcie tej szczególnej grupy chorych opieką holistyczna, tak aby jeszcze bardziej poznać ich problemy w zakresie zdrowia fizycznego oraz psychicznego. Projekt jest unikatowy i uzyskane wyniki będą miały bardzo ważne implikacje kliniczne.

Nasz projekt zakłada przeprowadzenie po raz pierwszy na świecie badania klinicznego w grupie pacjentów pediatrycznych na AZS od 2 roku życia, mającego na celu określenie bezpieczeństwa i skuteczności terapii cyklosporyną i metotreksatem. Przeprowadzone szeroko badania i konsultacje przyczynią się do lepszego zrozumienia istoty choroby i umożliwią klinicystom prowadzenie bezpiecznej i skutecznej terapii w oparciu o uzyskanie obiektywnych wyników badania” – podkreśla koordynator projektu prof. dr hab. n.med. Joanna Narbutt.

Michalewski: kryzys może też stwarzać nowe możliwości rozwoju polskich firm

„Istnieje możliwość połączenia basenu Morza Czarnego z portami Bałtyku, dzięki któremu transport z tamtego rejonu do Gdańska trwałby zaledwie 4-5 dni” – powiedział Sławomir Michalewski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w Zarządzie Morskiego Portu Gdańsk S.A. podczas panelu poświęconego logistyce na XII Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.

Wyjaśnił, że do realizacji takiego przedsięwzięcia niezbędna byłaby współpraca z Polskimi Kolejami Państwowymi oraz z kolejami ukraińskimi z rejonu Odessy. „To są takie przewagi, których nie ma żaden kraj na zachód od nas i w naszym interesie jest budowanie tych przewag wspólnie z naszymi kontrahentami” – podkreślił wiceprezes Michalewski.

O zaletach położenia Polski dla rozwoju spedycji i logistyki mówił też otwierający dyskusję Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury. „Polska ma szczególne walory geograficzne, które może nie są do końca wykorzystane. Rolą rządu, rolą państwa jest wykorzystanie tego potencjału i wzmacnianie tych obszarów, które mamy dane od Boga i historii” – zaznaczył Andrzej Adamczyk.

Jego zdaniem dobra logistyka to „swoisty silnik rozwoju gospodarczego państwa”. „Państwo powinno wykorzystać wszystkie możliwości, wszystkie atrybuty, które posiada, aby umożliwić funkcjonowanie często bardzo skomplikowanych łańcuchów dostaw, które budują logistycy” – powiedział minister infrastruktury.

Paneliści zastanawiali się też nad wpływem pandemii koronawirusa na skalę przewozów. W opinii Sławomira Michalewskiego wiele jest racji w powiedzeniu, że najlepsze pieniądze robi się w czasie kryzysu. „Pandemia koronawirusa jest pewnego rodzaju kryzysem, więc zasadne jest pytanie, które przedsiębiorstwa wyjdą z niego obronną ręką. Z dużą satysfakcją obserwuję, że polscy przedsiębiorcy wykazują ogromną elastyczność, jeśli chodzi o dostosowywanie się do tych warunków, z którymi się teraz spotkali” – stwierdził Michalewski.

Jak wyjaśnił Port Gdańsk, choć oczywiście odczuł negatywny efekt koronawirusa, to jednak już odrabia straty. „Po pierwszej połowie roku był to spadek przeładunku na poziomie 15 proc., po 7 miesiącach jest to niecałe 14 proc.” – wyjaśnił wiceprezes.

Dodał, że w dziedzinie transportu intermodalnego (przewozy kontenerowe) te spadki były minimalne, na poziomie ok. 4 proc. „Radzimy sobie zdecydowanie lepiej niż nasi zachodni konkurenci, którzy odnotowali kilkunastoprocentowe spadki, jeżeli chodzi o przeładunki kontenerów” – powiedział.

Według Michalewskiego w ostatnim okresie pojawiły się szanse na pozyskanie nowych rynków przez polskich operatorów. „To, że w Polsce buduje się tyle dróg dobrej jakości w kierunkach północ-południe, wschód-zachód oraz rozbudowuje się możliwości przeładunkowe w portach powoduje również, że zmieniają się trasy ładunków do portu – wyjaśniał. – Obserwujemy to choćby na przykładzie bananów, które dotychczas trafiały do Polski w zasadzie tylko przez porty niemieckie. W tej chwili, po siedmiu miesiącach przeładowaliśmy 115 tys. ton bananów, które wchodzą na polski rynek, dzięki polskiej firmie”.

Wiceprezes ds. finansowych Zarządu Morskiego Portu Gdańsk S.A. wyraził też zadowolenie, że w porcie działa największy światowy operator kontenerowy PSA International, ale udziałowcem tego terminala jest również Polski Fundusz Rozwoju. „To też pokazuje, gdzie są nasze granice rozwoju. Teoretycznie nie istnieją, ponieważ za największym na świecie operatorem kontenerowym, który przeładował w ubiegłym roku 80 mln kontenerów, podążają również firmy logistyczne, więc to jest ogromna szansa. Ale można ją wykorzystać tylko wtedy, gdy możemy pokazać tym klientom doskonałą sieć dróg, doskonałą sieć połączeń kolejowych. I to się dzieje – podkreślił Michalewski. – Jesteśmy dużym optymistą, jeśli chodzi o korzyści, które mogą płynąć dla polskiej gospodarki w czasie postcovidowym” – dodał.

Idealne auto elektryczne? Wyniki badania Castrol

W najnowszym badaniu Castrol przeanalizowano czynniki, które mogą przyspieszyć popularyzację samochodów elektrycznych. 

Kierowcy chcieliby, aby cena samochodów elektrycznych wynosiła 130 000 PLN (36 000 USD), a przy tym powinny się one ładować średnio 31 minut i mieć zasięg 469 km

  • Nowe badanie pokazuje warunki, jakie musiałyby zostać spełnione, aby większość konsumentów rozważyła zmianę samochodu na elektryczny.
  • Dyrektor generalny Castrol Mandhir Singh wyjaśnia, w jaki sposób samochody elektryczne mogą odegrać ważną rolę w procesie redukcji emisji dwutlenku węgla w sektorze motoryzacyjnym.
  • Castrol to światowy lider w dziedzinie specjalistycznych olejów przekładniowych, płynów chłodzących i środków smarnych do samochodów elektrycznych.

Opublikowane przez Castrol nowe badanie powstało na podstawie opinii konsumentów, opiekunów flot oraz liderów przemysłu motoryzacyjnego na całym świecie. Ma na celu zaprezentowanie czynników mających wpływ na decyzje dotyczące zakupu pojazdów elektrycznych.

Aby większość społeczeństwa szybko przeszła na samochody elektryczne, cena takich pojazdów nie może przekraczać 130 000 PLN (36 000 USD), czas ładowania 31 minut, a ponadto muszą one zapewniać zasięg 469 km na jednym ładowaniu. Szacuje się, że rynek pojazdów elektrycznych może być wart 367 miliardów USD rocznie do 2025 r.[1], jeśli zostaną spełnione wszystkie trzy wymienione wyżej warunki. Oprócz tego znaczenie ma m.in. odpowiednia infrastruktura: 70% ankietowanych konsumentów uważa, że większość nowych samochodów będzie miała napęd elektryczny, gdy stacje ładowania będą tak łatwo dostępne jak stacje paliw.

Mandhir Singh, dyrektor generalny Castrol, wyjaśnia: „W przypadku branży motoryzacyjnej, na którą pandemia koronawirusa miała znaczny wpływ, samochody elektryczne mogą odgrywać główną rolę w przyspieszeniu redukcji emisji dwutlenku węgla. Badanie przeprowadzone przez Castrol wykazało, że konsumenci mają pozytywne nastawienie do przejścia na samochody elektryczne do 2024 r., jednak aby to pozytywne nastawienie przełożyło się na decyzje dotyczące zakupów, musimy się bardziej zaangażować w ten proces. Trzy warunki wynikające z badania Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych jasno wskazują, na czym branża motoryzacyjna powinna się skupić, aby zwiększyć tempo „rewolucji elektrycznej”.

Badanie Castrol opiera się na ośmiu rynkach pojazdów elektrycznych na świecie (Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Japonia, Norwegia, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone)  i analizuje pięć kluczowych wyzwań, z którymi należy się zmierzyć, aby wspierać dalszy rozwój rynku samochodów elektrycznych. Wyjaśnia ponadto różnice priorytetów konsumentów i opiekunów flot.

Kluczowe wnioski z badań opinii, które zostały przeprowadzone od grudnia 2019 r. do stycznia 2020 r., są m.in. następujące:

2024 — rok samochodów elektrycznych?

Z badania wynika, że kierowcy rozważają zakup samochodu elektrycznego do 2024 roku. Niemal dwie trzecie (61%) badanych osób mówi jednak, że woli „poczekać i zobaczyć, jak sytuacja się rozwinie”. Z kolei ponad połowa (54%) opiekunów flot mówi, że czekają, aż konkurencja przejdzie na samochody elektryczne, zanim podejmą decyzję.

Cena jest bardzo ważna

Cena jest głównym czynnikiem wpływającym na tempo popularyzacji samochodów elektrycznych. 63% badanych twierdzi, że zakup samochodu elektrycznego przekracza obecnie ich budżet. Badania dowiodły, że błędne wyobrażenia na temat kosztów konserwacji mogą powstrzymywać konsumentów przed przejściem na samochód elektryczny, ponieważ 65% z nich uważa, że utrzymanie samochodu elektrycznego jest bardziej kosztowne niż pojazdu z silnikiem spalinowym.

Chociaż kwota 130 000 PLN (36 000 USD) jest punktem krytycznym, biorąc pod uwagę średnią światową, różni się ona w zależności od rynku. Przeciętny japoński konsument jest gotów zapłacić maksymalnie 160 000 PLN (43 000 USD), podczas gdy konsumenci brytyjscy nie chcą przekraczać 110 000 PLN (30 000 USD).

Wymóg krótszego czasu ładowania

Konsumenci uznali czas ładowania za drugą najważniejszą barierę dla popularyzacji samochodów elektrycznych. Średni maksymalny czas ładowania, jaki osoby biorące udział w badaniu uznały za możliwy do zaakceptowania, wynosi 31 minut. Dwóch na trzech konsumentów uważa, że pojazdy elektryczne będą dominować na drogach tylko, gdy ich naładowanie będzie zajmowało w przybliżeniu tyle samo czasu, co napełnienie zbiornika paliwem w przypadku pojazdów spalinowych.

Konsumenci naprawdę martwią się, czy zasięg pojazdu będzie wystarczający

Zasięg jest trzecim co do ważności czynnikiem dla konsumentów. Trzy z pięciu badanych osób obawiają się, że może to być istotną przeszkodą w popularyzacji samochodów elektrycznych. Przeciętny kierowca oczekuje, że po jednym ładowaniu będzie mógł pokonać 469 km, czyli w przybliżeniu odległość z Londynu do Paryża. Jest to zaledwie 72 km więcej, niż specjaliści z branży samochodów elektrycznych mogą zaoferować już teraz (zgodnie z odpowiedziami, jakich udzielili w ankiecie). Dwóch na trzech konsumentów biorących udział w badaniu korzysta jednak z samochodu głównie podczas dojazdów do pracy lub na krótkich trasach. Może to oznaczać, że właśnie „niepokój dotyczący zasięgu” sprawia, iż preferują oni pojazdy mogące pokonać znaczną odległość na jednym ładowaniu.

Mandhir Singh, dyrektor generalny Castrol, dodaje: „Branża motoryzacyjna już pokazała, jak wiele może osiągnąć. Podczas pandemii koronawirusa udało się przestawić zakłady produkcyjne na produkcję urządzeń medycznych, które były znacznie bardziej potrzebne niż samochody. Wyzwaniem będzie teraz zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i przyspieszenie przejścia na samochody elektryczne. Punkt wyjścia jest już dobry — technologie stosowane w samochodach elektrycznych są stale udoskonalane.

Zmniejszenie kosztów i czasu ładowania pojazdów elektrycznych przy jednoczesnym zwiększeniu zasięgu, infrastruktury i oferty pojazdów będzie mieć decydujące znaczenie dla przekonania konsumentów do zmiany”.

Raport Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych zawierający szczegóły badania i jego wyniki można pobrać tutaj: www.castrol.com/EV.

Dodatkowe informacje

Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych: Punkty krytyczne popularyzacji samochodów elektrycznych to pięć kluczowych wyzwań, które należy pokonać, aby przyspieszyć tempo wdrażania tego rodzaju pojazdów. Nasze badanie prezentuje poglądy niemal 10 000 konsumentów, opiekunów flot oraz specjalistów z branży na ośmiu rynkach samochodów elektrycznych na świecie. Koncentrujemy się na tzw. „punktach krytycznych”, czyli cenie, czasie ładowania i zasięgu, które należy osiągnąć, aby samochody elektryczne stały się popularne. Badanie opinii przeprowadzone w grudniu 2019 r. i styczniu 2020 r.

Pozostałe ważne wnioski z badania:

Siedemdziesiąt procent ankietowanych konsumentów uważa, że większość nowych samochodów będzie miała napęd elektryczny, gdy stacje ładowania będą tak łatwo dostępne jak stacje paliw, a dwie trzecie sądzi, że ważnym czynnikiem wpływającym na decyzję o zakupie takiego samochodu jest tempo ładowania w szybkich punktach ładowania. 64% konsumentów stwierdziło, że rozważyłoby zakup samochodu elektrycznego, jeśli infrastruktura stacji ładowania byłaby dostosowana do ich potrzeb. Chociaż preferowaliby ładowanie samochodu w domu, udostępnienie odpowiedniej sieci stacji ładowania znacznie wpłynęłoby na wzrost sprzedaży. Ponadto 6 na 10 konsumentów oczekuje, że energia elektryczna w punktach ładowania będzie pochodzić z odnawialnych źródeł.

[1] Zgodnie z modelem ekonomicznym opracowanym z wykorzystaniem danych historycznych pochodzących sprzed kryzysu związanego z epidemią COVID-19. Pełną metodologię można znaleźć na str. 43 raportu „Accelerating the EVolution” (Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych).

[2] Na podstawie danych LMCA dot. 20 wiodących producentów OEM (sprzedaż nowych samochodów) w 2019 r. Używany do fabrycznego zalania silników OEM

Accenture, wspólnie ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie, uruchamia studia podyplomowe „Transformacja Cyfrowa”

W październiku br. Accenture, wspólnie ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie, uruchamia interdyscyplinarny kierunek studiów podyplomowych „Transformacja Cyfrowa”. Celem studiów jest dostarczenie wiedzy i umiejętności pozwalających w sposób świadomy zaplanować oraz przeprowadzić transformację cyfrową w przedsiębiorstwie lub stworzyć całkiem nową cyfrową organizację. Zapisy na studia już trwają.

Studia są przeznaczone dla wszystkich zainteresowanych cyfryzacją i niekoniecznie wymagają wcześniejszego doświadczenia w branży IT. Uczestnicy studiów – przyszli liderzy transformacji cyfrowej – zdobędą wiedzę, a także umiejętności w zakresie tworzenia strategii cyfrowych, rozpoznawania potrzeb klientów, tworzenia innowacyjnych produktów i usług odpowiadających na te potrzeby oraz wykorzystywania najnowszych technologii w usprawnianiu działań operacyjnych w organizacjach.

– Trwa era transformacji cyfrowej, organizacje modyfikują swoje modele biznesowe, wdrażają nowe technologie do usprawnienia działalności operacyjnej czy personalizowania oferty dla klientów. Przez pandemię zmiany te zachodzą szybciej, niż mogliśmy się spodziewać. Będzie miało to swoje odzwierciedlenie na rynku pracy, na którym sukces osiągną ci, którzy będą posiadać interdyscyplinarną wiedzę i doświadczenie – mówi dr Dominika Bosek-Rak, Kierownik Podyplomowych Studiów Transformacja Cyfrowa, Research Specialist, Accenture. – Transformacja cyfrowa obejmuje wszystkie obszary działalności organizacji, dlatego bardzo ważne jest, żeby osoba, która prowadzi ją w firmie czy instytucji, potrafiła odpowiednio zaplanować taki proces, wykorzystać najnowsze technologie oraz, aby rozumiała cele organizacji. Dzięki odpowiednio opracowanemu programowi studiów słuchacze zdobędą niezbędne kompetencje do prowadzenia takich przedsięwzięć. Warto także podkreślić, że kierunek, który jest tworzony we współpracy z partnerem merytorycznym, gwarantuje, iż absolwenci będą gotowi od razu wejść na rynek pracy i wykorzystać wiedzę w praktyce – dodaje dr Dominika Bosek-Rak.

Z uwagi na dynamicznie zachodzące zmiany w dziedzinie nowych technologii oraz kryzys wywołany pandemią, na rynku pracy jest zapotrzebowanie na specjalistów z nowym doświadczeniem. Jak wynika z raportu Accenture „COVID-19: Driving European competitiveness and innovation”, prawie ¾ europejskich przedsiębiorców ma zamiar inwestować w transformację cyfrową. Natomiast aż 81% respondentów wskazało, że szczególną rolę w przyspieszeniu transformacji cyfrowej odegra chmura.

Eksperci podkreślają, że w „nowej, postpandemicznej rzeczywistości” w biznesie liczyć się będzie elastyczność, odporność i zwinność organizacji. 53% firm w Europie zamierza całkowicie przejść na pracę w trybie zdalnym, a tym samym zapewnić swoim klientom oraz pracownikom nowe technologie, które pozwolą dostosowywać się do stale zmieniającej się sytuacji na rynku. Firmy, które zatrudnią pracowników otwartych na zmiany, a także dostosowujących się do sytuacji rynkowej i wymogów organizacji, odniosą największy sukces.

– W Polsce można zauważyć proces cyfryzacji przedsiębiorstw i instytucji publicznych. Potwierdza to chociażby coraz większe wykorzystanie rozwiązań chmurowych oraz inwestycje największych dostawców chmury w Polsce. Mowa tutaj o globalnych graczach, tj. Google, Microsoft, a także Chmurze Krajowej, która odgrywa ważną rolę w rozwoju i wdrażaniu chmury na polskim rynku. Niewątpliwie inwestycje gigantów technologicznych na polskim rynku pomogą w cyfryzacji polskiej gospodarki, a także przyspieszą jej rozwój. Jestem przekonany, że to pociągnie za sobą rozwój gospodarczy i społeczny. Pandemia uświadomiła wielu firmom, że transformacja cyfrowa jest nieunikniona, a te organizacje, które chcą pozostać konkurencyjne, muszą się zmieniać. Wdrażanie nowych technologii to również inwestycja w ludzi. Przedsiębiorstwa muszą zrozumieć funkcjonowanie nowych platform, tak aby móc w pełni korzystać z ich potencjału. Jednocześnie muszą się liczyć z tym, że będą musiały uzupełnić kwalifikacje, tak aby w obszarze IT zapewniony był odpowiednio przygotowany personel – mówi Mariusz Chudy, Managing Director, Intelligent Cloud & Infrastructure, Accenture. – Wiele mówi się o zapotrzebowaniu na specjalistów IT i inwestycji w ludzi. Jednak poza ekspertami zajmującymi się konkretnymi technologiami, potrzebni są również liderzy zmian. Osoby, które mają odpowiednią wiedzę i umiejętności, żeby przeprowadzić firmę przez złożony proces transformacji cyfrowej. Accenture zatrudnia w Polsce ponad 2000 wyspecjalizowanych ekspertów zajmujących się transformacjami chmurowymi oraz nowoczesnymi technologiami. Mamy wiedzę, doświadczenie i odpowiednie zaplecze. Jako partner merytoryczny studiów podyplomowych „Transformacja cyfrowa” chcemy się tą wiedzą dzielić – dodaje Mariusz Chudy.

Gadżety do pracy zdalnej na home office

Pracując w domu, korzysta się z wielu przywilejów – samodzielna organizacja czasu, brak dojazdów czy możliwość zachowania niezależności to najważniejsze i najbardziej doceniane z nich. Dla wydajności wykonywanych obowiązków liczy się ergonomiczna przestrzeń, którą warto odpowiednio zaaranżować. W tym celu przydatne są różne gadżety do pracy zdalnej. Zobacz, w co najlepiej zainwestować, żeby zadbać o swój komfort i efektywność.

Praca zdalna w dobie koronawirusa

W domu pracują nie tylko freelancerzy. Ostatnie wydarzenia związane z pandemią zmusiły wiele osób do wprowadzenia poważnych zmian w życiu zawodowym. Wykonywanie swoich codziennych, biurowych obowiązków w mieszkaniu niejednokrotnie jest sporym wyzwaniem. Trudności towarzyszące wynikają przede wszystkim z tak zwanych rozpraszaczy – czyli nie tylko obecności innych domowników, ale również licznych obowiązków domowych.

Oddzielenie sfery prywatnej od zawodowej zdecydowanie ułatwia skupienie. Warto więc zorganizować sobie małe biuro i wyposażyć je w niezbędne akcesoria.

Pomocne gadżety do pracy na home office

Aby realizować swoje zadania wygodnie i sprawnie, przyda się nie tylko biurko i komfortowe krzesło. Praktyczne gadżety do biura pomogą organizować czas, pamiętać o ważnych terminach oraz umożliwią posiadanie najistotniejszych danych w zasięgu ręki. Zobacz popularne i niezwykle użyteczne przedmioty, które trzeba mieć, pracując zdalnie!

Kamera internetowa

Podstawowe akcesorium do komunikacji ze współpracownikami i klientami w czasach dystansowania społecznego. Większość laptopów w standardzie jest wyposażona w kamery internetowe, jednak jakość rejestrowanego obrazu nie zawsze jest powalająca. Ponadto zewnętrzna kamerka przyda się szczególnie tym, którzy cenią sobie pracę na komputerze stacjonarnym.

Kalendarz

W nim zapiszesz planowane spotkania i konferencje, zanotujesz numery telefonów oraz dane kontrahentów. Przeważnie znajdziesz też miejsce na luźne notatki, gdzie możesz umieścić uwagi lub indywidualne wskazówki dotyczące klientów. Dzięki terminarzowi utrzymasz porządek na biurku, ograniczysz ilość luźnych karteczek z zapiskami. Zyskasz pewność, że wszystkie ważne informacje znajdują się w jednym miejscu.

Pamięć USB/Pendrive

Pracując zdalnie najprawdopodobniej będziesz korzystać z transferu danych w chmurze, jednak są sytuacje, w których klasyczny pendrive sprawdzi się najlepiej. Doskonale nada się do przenoszenia danych między domowymi urządzeniami, a w przypadku awarii drukarki pozwoli zabrać niezbędne dokumenty do najbliższego punktu druku. Wybierając pendrive z nadrukiem, zyskasz nie tylko przenośne centrum danych ale także dodatkową możliwość autopromocji.

Wiatraczek USB

Docenisz go szczególnie w upalne dni. Jeśli przyzwyczaiłeś się do klimatyzacji w biurze, ten gadżet stanowi namiastkę w domowym zaciszu. Większość modeli umożliwia regulację mocy obrotów, dzięki czemu z łatwością dostosujesz ustawienia do swoich preferencji. Co ważne, dzięki wtyczce USB nie potrzebujesz dodatkowego gniazdka, aby wentylator działał!

Słuchawki z mikrofonem

Wyzwaniem, z jakim wiąże się biurowa praca zdalna, jest prowadzenie rozmów i konsultacji telefonicznych, gdy w domu przebywają inni mieszkańcy, a zwłaszcza dzieci. Chcąc nieco wygłuszyć hałas oraz móc w pełni skupić się na rozmówcy, warto mieć słuchawki z mikrofonem. Przydatne gadżety do biura powinny ułatwiać wykonywanie codziennych obowiązków w warunkach domowych.

Gdzie kupić gadżety do zdalnej pracy?

Wiele sklepów internetowych posiada bogatą ofertę funkcjonalnych artykułów do domowego biura, jednak warto rozważyć zaopatrzenie się w nie bezpośrednio u producenta gadżetów reklamowych. Z jednej strony pozwala to zamówić komplet akcesoriów w jednym miejscu, a z drugiej umożliwia obniżenie całkowitego kosztu i dodatkową personalizację produktu. Jest to szczególnie korzystna opcja dla firm, które ze względu na epidemię były zmuszone zmienić tryb pracy na home office.

Kryzys w handlu trwa. Wyniki raportu Handel 2020. Wpływ COVID-19 na handel 2020/2021

Powierzchnie handlowe w centrach handlowych w różnym stopniu dotknięte są skutkami pandemii. Kryzys w handlu trwa. Dalsze samoograniczanie się konsumentów i wstrzymywanie wydatków mogą jeszcze uderzyć w najemców z każdej branży.

Struktura sieci polskiego handlu to ponad 335 tys. sklepów stacjonarnych (oraz 32 tys. sklepów internetowych). Z 437 miliardów złotych wydanych w handlu przed pandemią, około 29 proc. tej kwoty zagospodarowały sklepy w centrach handlowych, a 9 proc. sklepy w kanale e-commerce.

W ramach powyższego krajobrazu polskiego handlu zawsze występowały istotne regionalne różnice w zakresie redystrybucji siły nabywczej. Ograniczenia spowodowane przez pandemię jeszcze bardziej wyostrzają te różnice. Narzucone przez rząd ograniczenia pandemiczne i ograniczona przez konsumentów skłonność do zakupów różnicują regionalną skalę spadków wydatków na handel i usługi nie tylko pomiędzy branżami, ale także w kanałach, w których konsumenci robią zakupy.

I tak w perspektywie regionalnej, w zależności od czasu powrotu aktywności konsumenckiej do poziomów sprzed pandemii, największe straty w wydatkach w handlu) prognozowane są w aglomeracjach krakowskiej, poznańskiej, warszawskiej i wrocławskiej – mogą one sięgnąć tam nawet 21 procent. 17 procent mogą sięgnąć w aglomeracjach szczecińskiej i trójmiejskiej, a 16 procent w aglomeracji łódzkiej i konurbacji katowickiej.

W perspektywie branżowej modelowym przypadkiem dla całej Polski, najlepiej ilustrującym efekty spadków w handlu, jest poznański rynek centrów handlowych. Według analityków GfK ograniczanie wydatków w handlu i kurczenie się „masy” pieniądza proporcjonalnie największe straty wygeneruje w branży jubilersko-biżuteryjnej. Maksymalny spadek siły nabywczej na te kategorie produktów szacowany jest na około 54 proc. (spadek z 26 na 12 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni sklepowej w centrum handlowym). Równie istotny spadek siły nabywczej lokowanej przez konsumentów dotyczy gastronomii i jest szacowany w granicach 50 proc. (spadek z 20 na 10 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni usługowej). Z kolei 40-procentowe spadki są udziałem branży wyposażenia mieszkań (szacowane ograniczenie siły nabywczej z poziomu 15 do poziomu 9 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni) oraz branży rozrywkowej (ograniczenie z dotychczasowego poziomu 7 tys. PLN do poziomu 4 tys. PLN). W pozostałych branżach, które również istotnie i zauważalnie cierpią w okresie pandemii, czyli modowej, obuwniczej oraz art. sportowych, spadki wynikające z ograniczania konsumenckiej siły nabywczej w handlu szacowane są na około 35 proc. z każdego metra kwadratowego powierzchni sklepowej, licząc w stosunku do okresu sprzed pandemii.
Centra handlowe – redukcja liczby sklepówSpadki wydatków konsumenckich w handlu będą zwiększać konkurencję między centrami handlowymi – komentuje Przemysław Dwojak, senior director sales effectiveness w GfK. Wciąż realną groźbą jest redukcja liczby sklepów w branżach najbardziej dotkniętych przez kryzys. To jeden z negatywnych skutków pandemii, z którymi starają się od wielu tygodni uporać najemcy i wynajmujący. Równolegle wzrost popularności kanału online może doprowadzać do odpływu klientów z centrów handlowych. O tym, jak centra handlowe będą sobie radzić z tym negatywnym dla nich trendem będzie decydować charakterystyki ich działalności oraz obszaru handlowego (catchmentu) – specyfika demograficzna mieszkańców, ich zamożność i struktura wydatków w handlu oraz zamiłowanie do zakupów online. Spośród 572 dużych centrów handlowych, 31 proc. centrów o charakterze lifestylowym (szeroka oferta modowa, gastronomiczna i rozrywkowa) oraz 18 proc. centrów o charakterze funkcjonalnym, działa na obszarach o wysokich wydatkach mieszkańców w kanale online. Dla kontrastu, inny segment, obejmuje 15 proc. centrów lifestylowych oraz 13,5 proc. centrów funkcjonalnych, których potencjalni klienci, mimo wysokiej zamożności, przejawiają (a przynajmniej przejawiali przed pandemią) zdecydowanie mniejszą skłonność do zakupów online. Czyli stanowili stabilną bazę klientów offline. Takie różnice w strukturach poszczególnych catchmentów mogą zdecydować o przyszłości poszczególnych centów handlowych.

Outsourcing czy managed services?

W ostatnim czasie obserwujemy coraz większą popularność tzw. managed services, czyli modelu holistycznego outsourcingu. Najczęściej dotyczy on procesów IT. Dlaczego? Aby były maksymalnie zoptymalizowane, wymagają eksperckiej wiedzy oraz zaawansowanej infrastruktury. Obecnie niemal każdy biznes funkcjonuje w mniejszym lub większym stopniu dzięki rozwiązaniom informatycznym. W związku z tym wymagania wobec firm świadczących tego typu usługi znacząco wzrosły.

Managed services, czyli outsourcing 360o

W dużym uproszczeniu managed services to ewolucja klasycznego modelu outsourcingu. W podstawowej formie firma zwraca się do zewnętrznego partnera z prośbą o wykonanie określonego zadnia, np. analizy, audytu czy zarządzania informacją.

W ramach managed services firma świadcząca takie usługi w całości przejmuje procesy IT związane z określonym aspektem działalności zleceniodawcy – mówi Piotr Siarkiewicz, South Branch Director w Avenga. – W przypadku naszej firmy oddelegowujemy dedykowany zespół ludzi do bieżącej pracy w wewnętrznych strukturach biznesu Klienta oraz udostępniamy swoją infrastrukturę, a także narzędzia, dzięki którym przeprowadzamy określone działania.

Świadcząc usługi managed services usługodawca staje się niejako kolejną komórką przedsiębiorstwa zlecającego procesy. Przejmuje tym samym pełną odpowiedzialność za realizację powierzonych zadań.

Wieloaspektowa optymalizacja

Do podstawowych korzyści wynikających z wykorzystania managed services zaliczyć można dostęp do szeroko rozumianego know-how oraz optymalizację finansową. W przypadku procesów IT wiedza oraz infrastruktura są kluczowe dla poprawnej realizacji zadań.

Realizując zlecane nam zadania, przygotowujemy, implementujemy oraz stale rozwijamy i utrzymujemy wdrażane rozwiązania mówi Piotr Siarkiewicz.Dedykowany każdemu klientowi zespół ekspertów monitoruje poprawne działanie systemów oraz czuwa nad ich prawidłowym funkcjonowaniem 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu. Dzięki temu nasi Klienci mogą skoncentrować się na kluczowych aspektach działalności swojej firmy, prowadząc tym samym do rozwoju swojego biznesu. Dużym atutem managed services jest także fakt, iż jako firma zewnętrzna patrzymy na procesy w sposób obiektywny oraz „świeżym okiem”. Możemy dzięki temu w bardzo szybki sposób znaleźć niedoskonałości oraz zaproponować odpowiednie zmiany.

Managed services pozwalają także na optymalizację finansową firm. Nie muszą one tworzyć dedykowanych działów, czy zatrudniać wykwalifikowanych specjalistów. Zlecenie tych zadań na zewnątrz jest tańsze oraz gwarantuje, iż będą one zrealizowane na najwyższym poziomie.

Holistyczne spojrzenie

Coraz więcej firm, także w Polsce, przekonuje się do wykorzystania modelu managed services. Jak estymują eksperci, globalny rynek tego typu usług może zwiększyć się do 2025 roku nawet o 48%, osiągając wartość 329,1 miliarda dolarów[1]. Z czego wynika rosnąca popularność? Jednym z kluczowych czynników są zintegrowane działania, jakie zapewnia ten rodzaj outsourcingu.

Firmy realizujące usługi managed services dysponują własnymi centrami danych, które zapewniają bezpieczeństwo oraz wysoką wydajność środowisk operacyjnych. W związku z coraz popularniejszym modelem prowadzenia biznesu w oparciu o środowiska chmurowe pomagają one także w konfigurowaniu i implementacji określonych narzędzi oraz usług. Dedykowane zespoły specjalistów, poza bieżącą, operacyjną pracą, odpowiedzialne są również za utrzymanie ciągłości realizacji zadań i eliminowanie potencjalnych zagrożeń już na samym początku. – podsumowuje Piotr Siarkiewicz.

[1] https://www.marketsandmarkets.com/Market-Reports/managed-services-market-1141.html

Rozwój portów morskich kluczowy dla strategii transportowej Polski

Konieczność budowy zrównoważonego i spójnego systemu transportu – podkreślali uczestnicy debaty o strategii transportowej dla Polski. Odbyła się ona w ramach XII edycji Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach w dn. 2-4 września 2020 roku.

Otwierający debatę Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury, poinformował o wypełnieniu deklaracji z 2015 roku związanej z normalizacją sytuacji na rynku zamówień publicznych dużych inwestycji. W jego opinii polscy przedsiębiorcy mogą z większym spokojem planować swoje działania w odniesieniu do strategii transportowej.

Minister resortu infrastruktury wskazywał na dużą liczbę już gotowych projektów dla nowej perspektywy unijnej, modernizację szlaków kolejowych i drogowych. Przypomniał też kluczowe inwestycje, takie jak droga Via Carpatia czy Centralny Port Komunikacyjny, mające wprowadzić nową jakość w systemie komunikacyjnym państwa.

Grzegorz Witkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zaobserwował duży rozmach inwestycyjny, o czym – według niego – świadczy wygospodarowanie w tym roku 20 mld zł na cele związane z gospodarką morską. W przyszłym roku będzie to już 30 mld zł.

„Po raz pierwszy od 50 lat rozwijamy duży program inwestycyjny budowy nowych portów w Gdańsku i Gdyni. W 2019 roku z samym polskich portów budżet państwa otrzymał z opłat celno-skarbowych 40 mld zł. Dla naszych południowych sąsiadów porty w Gdańsku, Gdyni i Świnoujściu stają się główną bramą eksportu” – zaznaczył Witkowski.

Sławomir Michalewski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w Zarządzie Morskiego Portu Gdańsk S.A. zaznaczył, że nawet 90 proc. światowego transportu towarów odbywa się drogą morską. To jego zdaniem dobitnie oddaje kluczową rolę żeglugi światowej w całym systemie transportowym.

W kwestii strategii transportowej Michalewski zwracał też uwagę na dłuższą perspektywę inwestycyjną (20-25 lat), a także konieczność połączenia portów morskich z całym zapleczem transportowym. Według danych UNCTAD (Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju) w 2018 roku drogą morską przewieziono 11 mld ton towarów.

„Port Gdański to największy port w Polsce. W ubiegłym roku przeładowano w nim 52 mln ton. Łącznie wszystkie porty przeładowały 108 mln ton oraz 3 mln kontenerów. Musimy mieć tę świadomość, że bez naszego udziału nadal największym polskim portem byłby Hamburg. Ta struktura się jednak zmienia” – podkreślał Sławomir Michalewski.

W ramach inwestycji o wartości 1,5 mld zł odbywających się na zapleczu Portu Gdańsk budowane jest obecnie 70 km torów, 223 rozjazdy, trzy obiekty mostowe, a także modernizuje się trzy stacje towarowe. Po zakończeniu tego procesu udział transportu kolejowego w obsłudze portu z 35 proc. uda się podnieść ponad poziom 40 proc.

„Bez kolei porty nie istnieją. Musimy mieć świadomość, że statek kontenerowy spędza w porcie średnio 0,7 dnia. Statki masowe spędzają w porcie ponad dwa dni. Szybkość, z jaką dociera ładunek do portu i z niego wyjeżdża oraz rata ładunkowa, jaką jesteśmy w stanie zaoferować, decyduje o konkurencyjności naszego portu” – stwierdził Michalewski.

Port Gdański znalazł się w zestawieniu 15 największych portów kontenerowych w Europie, o czym Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej informowało w lutym tego roku. Ranking przygotował Theo Notteboom, profesor ekonomii portów i gospodarki morskiej oraz zarządzania na Szanghajskim Uniwersytecie Morskim.

Sławomir Michalewski stwierdził, że rekordowa skala inwestycji na zapleczu Portu Gdańskiego świadczy o rosnącej roli Polski jako centrum transportowego dla krajów sąsiadujących bez dostępu do morza. W tym kontekście wspomniał o projekcie Portu Centralnego mającego służyć geopolitycznym celom na kolejne 20-30 lat.

List intencyjny PKN ORLEN i PGNiG w sprawie wspólnych inwestycji w energetykę gazową i biogaz

PKN ORLEN i Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo rozpoczynają analizę możliwości realizacji wspólnych inwestycji w energetykę gazową i biogaz. Zarządy obu spółek podpisały list intencyjny dotyczący potencjalnej współpracy przy budowie bloku parowo-gazowego w Ostrołęce oraz rozwoju biogazowni.

– Chcemy maksymalnie wykorzystać potencjały naszych spółek, aby osiągać wymierne korzyści biznesowe. Współpracując możemy efektywniej realizować inwestycje wpisujące się w proces transformacji energetycznej. List intencyjny z PGNiG to kolejny krok PKN ORLEN przybliżający nas do budowy elektrowni Ostrołęka w technologii gazowej, a także do zintensyfikowania działań na rzecz powstania sieci biogazowni. To dobry przykład kooperacji polskich spółek ukierunkowany na rozwój ich działalności i wzmacnianie polskiej gospodarki w zgodzie z europejską polityką energetyczną – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zgodnie z podpisanym listem, w ramach analizy, strony ustalą najważniejsze zasady potencjalnej współpracy, w tym dotyczące jej warunków prawnych, technicznych i finansowych. Strony zakładają, że w przypadku pozytywnego wyniku analiz, wiążące projekty umów dotyczących współpracy zostaną opracowane do 30 października 2020 roku.

– Możliwe zaangażowanie PGNiG w budowę bloku gazowo-parowego w Elektrowni Ostrołęka postrzegamy jako szansę na budowę wartości spółki i wzmocnienie jej pozycji na rynku gazu ziemnego oraz w segmencie wytwarzania energii – podkreśla Jerzy Kwieciński, Prezes Zarządu PGNiG SA. – Połączenie kompetencji i zasobów PGNiG i PKN ORLEN może też przyczynić się do zdynamizowania krajowego rynku biogazu i efektywnej transformacji polskiej energetyki w oparciu o alternatywne paliwa gazowe.

Zawarty w liście intencyjnym zakres wspólnych projektów obejmuje budowę elektrowni gazowej w Ostrołęce o mocy ok. 750 MW do końca 2024 roku. Zaangażowanie PGNiG i PKN ORLEN w tę inwestycję miałoby charakter wspólnego przedsięwzięcia (joint venture).

Projekt rozwoju biogazowni obejmuje prowadzenie analiz i prac rozwojowych, w tym akwizycje i rozbudowę testowych biogazowni oraz uruchomienie pilotażowej produkcji. Budowa bazy technologicznej, naukowej, prawnej i ekonomicznej ma pozwolić na stworzenie do końca 2025 roku ogólnopolskiej sieci biogazowni.

Projekt wpisuje się w prowadzone przez Grupę ORLEN analizy dotyczące możliwości produkcji biogazu, co jest zgodne ze strategicznym kierunkiem rozwoju nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania. Spółka ORLEN Południe w lipcu br. podpisała list intencyjny ze spółką H.CEGIELSKI-POZNAŃ, Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa i Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu dotyczący możliwości budowy 20 biogazowni rolniczych. Zostałyby one oparte o innowacyjną polską technologię, która umożliwi zagospodarowanie substratów z gospodarstw rolnych i ich przetworzenie na energię elektryczną oraz biometan. Realizacja projektu będzie oznaczała dla spółki ORLEN Południe utworzenie nowej linii biznesowej i wzbogacenie jej portfolio o kolejny bioprodukt. Współpraca z PGNiG w obszarze biogazu oznaczałaby stworzenie kompleksowej bazy, która gwarantowałaby efektywny rozwój tego typu projektów.

Rynek pracownika czy rynek pracodawcy? Nowe różnice na rynku pracy

W związku z pandemią dużo zaczęło się mówić, że to koniec rynku pracownika. Niektórzy pracodawcy odczuli ulgę i celowo przekazywali takie informacje, żeby „zmotywować” pracowników do działania. Pojawiło się wiele publikacji o rynku pracodawcy, a jednocześnie mogliśmy obserwować przekazy o nowych zwolnieniach, co podsycało strach i budziło obawy wśród ludzi. Zagłębiając się jednak w ten temat, okazuje się, że to kwestia znacznie bardziej złożona. Nie można jednoznacznie twierdzić, że nadszedł czas sprzyjający wyłącznie pracodawcom. Pojawia się dużo nowych pytań i niewiadomych.

Czarne i białe

Przyglądając się uważnie kryzysowi i związanym z nim zwolnieniom można wskazać wiele argumentów przemawiających za tym, że trudno ogólnie myśleć o rynku pracy, jak o rynku pracodawcy. W kryzysie szczególnie wyraźnie ujawniły się mocne i słabe strony pracowników oraz różnice pomiędzy pracownikami najlepszymi i ocenianymi jako przeciętni. Nie każdy pracownik w kryzysie jest zagrożony. Najlepsi ludzie zostali w firmach i nadal walczą o siebie i pracodawcę. Dzięki ich ciężkiej pracy firmy wychodzą z kryzysu, a ich pewność siebie i pozycja umacnia się. Czy w takim razie ta grupa ludzi nadal należy do rynku pracownika? Z pewnością po kryzysie będą mogli negocjować nowe warunki pracy z pracodawcami, jeśli kondycja firmy będzie dobra. Na rynku pracy są widoczne awanse, więc pod tym względem nic się nie zmieniło. Najlepsze osoby pomimo kryzysu są stale doceniane.

COVID spowodował, że wiele osób straciło jednak pracę, ale też często był jedynie pretekstem do zwolnienia mniej rokujących pracowników. Firmy zwolniły pracowników, którzy np. od dawna nie realizowali celów biznesowych, ale byli nadal w organizacji ze względu na chęć utrzymania dobrej atmosfery w zespole. Czy pracownicy z oceną poniżej przeciętnej, którzy znów trafili na rynek pracy, wskoczyli na rynek pracodawcy?

Wyniki pracuj.pl pokazują, że wiele zwolnionych osób jest skłonnych przebranżowić się lub przyjąć pracę poniżej kwalifikacji, a nawet obniżyć swoje oczekiwania finansowe, by zdobyć zatrudnienie. Możemy tu mówić o jeszcze większej dysproporcji, jaka ujawnia się pomiędzy najlepszymi fachowcami i osobami ze znacznie niższymi kompetencjami i możliwościami.

Trzecia grupa to taka, gdzie na rynek pracy trafiły całe działy w tym świetni eksperci ponieważ kryzys spowodował, że przedsiębiorstwa zamykały oddziały bądź likwidowały całe działy.

Rodzi się pytanie, w jaki sposób zweryfikować kandydatów do pracy, którzy wrócili na rynek pracy? Którą grupę reprezentują?

Przede wszystkim należy jeszcze mocniej postawić na profesjonalny, wieloetapowy proces rekrutacyjny, podczas którego rekruterzy będą bardzo mocno weryfikować potencjał pracowników. Sprawdzać referencje i powody rozstania z poprzednim pracodawcą, robić Assessment Center i zadania, podczas których będą mogli ocenić kompetencje w praktyce, ale również weryfikować kandydatów pod kątem dopasowania do organizacji. To, że ktoś nie sprawdził się w innej firmie nie oznacza przecież, że w nowej organizacji będzie podobnie.  Od rekrutacji zależy bardzo wiele, jeżeli błędy zostaną popełnione już na stracie potem trudno je będzie naprawić.

Uwypuklone dysproporcje pocovidowe

Kolejna, jaskrawa dysproporcja, jaką możemy dostrzec w obecnej sytuacji dotyczy płci, ale i osób z dziećmi, czy bezdzietnych. Podczas lockdown-u to jednak kobiety w większości pracowały w domu, jednocześnie opiekując się dziećmi. Ich produktywność zawodowa była więc mniejsza w porównaniu z mężczyznami, którzy w tym czasie mogli pracować dłużej i cały swój czas poświęcać firmie. Niezależnie od kompetencji zawodowych obu stron, mężczyźni mogli być oceniani wyżej ze względu na lepsze efekty pracy. Kobiety, które dzieliły swój czas na opiekę nad dziećmi i pracę mogą teraz na tym samym stanowisku zarabiać znacznie mniej niż mężczyźni. Powstaje więc pytanie, czy jest to sprawiedliwe?

Z perspektywy praw człowieka i kobiet, nie do końca. Natomiast z drugiej strony nie ma powodu, aby pracodawca miał za to w pełni odpowiadać. Pracodawca nie może przecież wnikać w życie prywatne pracownika, bo to dane wrażliwe. Przełożony może jedynie oceniać kompetencje i efekty wykonywanej pracy. Porównując więc kilka osób na tym samym stanowisku, nie wchodząc w życie prywatne tych osób, ma prawo oceniać tych pracowników w różny sposób, proporcjonalny do ich wkładu pracy, liczby przepracowanych godzin oraz efektów i wyróżnić najlepszych w jego ocenie.

Wyjątkowość tej sytuacji sprawia, że opinie są niejednoznaczne. Nie wiadomo, czy Państwo powinno pomóc, czy pracodawca powinien przyjąć inne zasady na czas pandemii, czy np. pracownicy powinni przeorganizować swój czas pracy dzieląc go efektywniej na dom i prywatne obowiązki.

W atmosferze COVID-u jeszcze większego znaczenia nabrały również kwestie dotyczące umów. W ostatnim czasie częściej traciły pracę osoby zatrudnione na czas określony czy będące na umowach cywilno-prawnych. Dlatego teraz umowa o pracę będzie jeszcze bardziej pożądana przez pracowników, bo daje większe poczucie bezpieczeństwa.

Wirus dokonał wyraźnego podziału także, jeśli chodzi o rynek pracy w poszczególnych branżach. Możemy obserwować dziś branże, które mają się świetnie, gdzie jest jeszcze większe zapotrzebowanie na pracowników. To m.in. sektor IT i szeroko rozumianych nowoczesnych technologii, a także branża logistyczna, magazynowa i budowlana, czy segment związany z energią odnawialną. Widoczne jest również większe zapotrzebowanie na specjalistów świadczących usługi doradcze dotyczące usprawniania procesów. Firmy potrzebują bowiem analiz, by móc zoptymalizować i przystosować sposób działania do nowych warunków.

Przez COVID najbardziej ucierpiały z kolei firmy związane z różnego rodzaju usługami, czy branża produkcyjna, gdzie wdrażana jest automatyzacja i robotyzacja. Pracę straciło również wielu handlowców, działy rekrutacyjne i HR, czy szeroko rozumiany marketing.

Niepewność po obu stronach

Według badań pracuj.pl około 77 proc. pracowników nadal chętnie zmieniłoby firmę, gdyby otrzymało lepszą ofertę finansową, a 44-60 proc. osób obawia się obniżki warunków bądź utraty obecnej pracy. Z jednej strony widoczny jest więc duży niepokój pracowników, a z drugiej przesłanki do tego, że pracodawcy mogą mieć podstawy do obaw i poczucie braku stabilizacji przy tak dużej ilości pracowników, którzy pójdą za lepiej płatną pracą. Jak zatem połączyć interesy obu stron? Budować bezpieczne środowisko pracy i poczucie przynależności zespołu do marki? Czy sposobem na zwiększenie motywacji pracownika jest podwyżka?

To z jednej strony najszybsze rozwiązanie i zawsze pożądane przez pracowników, ale nie do końca skuteczne, a na pewno nie w dłużej perspektywie. Obecnie również w wielu przypadkach niemożliwe ze względu na duże spowolnienie gospodarki przy jednoczesnych wyższych kosztach utrzymania przedsiębiorstw. Wiele firm po prostu nie stać na podwyżki. Proces natomiast jest bardzo złożony. Przedsiębiorcy powinni postawić na świadome zarządzanie swoją organizacją, usprawnianie procesów, edukację kadry managerskiej, a także opartą na analizie rekrutację pracowników. Tak by do firmy nie trafiały osoby przypadkowe, ale takie które będą świetnie pasowały i współpracowały z resztą zespołu.

Dopasowanie do organizacji będzie bardzo mocno wpływało na motywację i chęć rozwoju w konkretnej firmie. Dbanie o zespół, szacunek do ludzi, wywiązywanie się z obietnic, ale przede wszystkim szczere i dojrzałe rozmowy oraz włączanie pracowników do podejmowania firmowych decyzji czy realizacji wspólnych projektów da im poczucie sprawczości, a co za tym idzie będzie motywowało do pracy w takim zespole.

Pracownicy natomiast, zamiast od razu uciekać do innej firmy w momencie napotkanej trudności czy niezadowolenia z roli bądź wynagrodzenia,  powinni zaufać obecnemu pracodawcy i dać szansę obu stronom na przeanalizowanie swojej pracy i obecnej pozycji oraz znaleźć wspólne rozwiązania, które będą satysfakcjonujące dla obu stron. Bo często nie dostrzegamy możliwości, jakie mamy w obecnej organizacji.

W kryzysie każdy potrzebuje wsparcia, docenienia, czy pochwały. Ta zasada dotyczy również managerów. Pracownicy chcą być docenieni, oczekują szacunku, ale czy pamiętają o tym, by doceniać swoich szefów? Czy potrafią podziękować za poświęcenie i wsparcie?

To nasz wspólny czas

To jest czas, żeby obie strony myślały podobnymi kategoriami. Obie strony pomyślały o drugim człowieku, szanowały się wzajemnie, rozumiały i doceniały swoją, ciężką pracę. To właśnie teraz, zarówno pracodawcy, jak i pracownicy powinni wyciągnąć ręce na pokład i pokazać, że stanowią jedną drużynę. Tylko wspólnie można stworzyć najlepsze inicjatywy, wielkie projekty i odbudować gospodarkę tak, aby nam wszystkim lepiej się żyło, pracowało z uśmiechem i w spełnieniu zawodowym.

Mikroprzedsiębiorcy zaciągnęli w tym roku o 30 proc. kredytów mniej. Akcja kredytowa powoli się ożywia, ale wciąż jest dużo słabsza niż rok temu

W lipcu br. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom o 37 proc. mniej kredytów w ujęciu liczbowym i o prawie 28 proc. w ujęciu wartościowym w porównaniu z lipcem ubiegłego roku. W porównaniu jednak do czerwca br. widoczny jest już dynamiczny wzrost w większości segmentów rynku. Pogarsza się za to indeks jakości kredytów dla mikroprzedsiębiorców, co oznacza, że firmy mają coraz więcej kłopotów ze spłatą zobowiązań. – Może to w przyszłości wpłynąć na politykę banków wobec małych firm i ograniczyć finansowanie tego segmentu gospodarki – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Akcję kredytową skierowaną przez banki do mikroprzedsiębiorców w pierwszych siedmiu miesiącach 2020 roku można podzielić na trzy okresy: normalny – od stycznia do połowy marca, okres lockdownowy, czyli marzec, kwiecień i początek maja, oraz okres rozmrażania gospodarki. W tym czasie, w ujęciu rok do roku, niestety akcja kredytowa banków bardzo spadła, bo aż o 32,6 proc. W siedmiu pierwszych miesiącach 2020 roku banki łącznie udzieliły około 74 tys. kredytów na kwotę 9,18 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski.

Spadki dotyczą praktycznie wszystkich segmentów produktów. W segmencie kredytów inwestycyjnych w okresie styczeń–lipiec banki udzieliły 5 tys. kredytów, co oznacza spadek o prawie 31 proc. W ujęciu wartościowym kredyty inwestycyjne opiewały na 1,38 mld zł (spadek o prawie 42 proc.). W przypadku kredytów obrotowych było ich 25,8 tys. (spadek wyniósł 31,7 proc.), a opiewały łącznie na prawie 4 mld zł, czyli o 26 proc. mniej niż przed rokiem. Kredytów w rachunku bieżącym było ok. 20,6 tys. na kwotę około 2,5 mld zł (spadek o ok. 27 proc.).

W ujęciu wartościowym w okresie pierwszych siedmiu miesięcy 2020 roku duże spadki dotyczyły właściwie wszystkich sektorów kredytobiorców, czyli usług, budownictwa i handlu, ale najwyższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów udzielanych mikroprzedsiębiorcom sektora przemysłowego, bo tam spadek wynosi około 34 proc. Z kolei w budownictwie dynamika spadku była najniższa – w tej branży banki udzieliły ok. 25 proc. mniej kredytów – dodaje analityk BIK.

Jak podkreśla, widać już pewne symptomy wzrostu akcji kredytowej. W lipcu w stosunku do czerwca tego roku banki udzieliły o 30 proc. więcej kredytów na kwotę wyższą o jedną piątą. W ujęciu liczbowym było to najbardziej widoczne w odniesieniu do kredytów udzielanych firmom z sektora usług (+35 proc.) oraz handlu (+30,9 proc.).

– Także w ujęciu wartościowym najwyższe dynamiki dotyczą kredytów udzielanych w sektorze usług i handlu – wzrost wyniósł odpowiednio 22,3 proc. i 20,4 proc. lipiec 2020 do czerwca 2020 roku. Są to pierwsze symptomy ożywienia akcji kredytowej dla mikroprzedsiębiorców, ale tylko w ujęciu miesiąc do miesiąca tego roku – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

W ujęciu miesięcznym poprawia się również Indeks Jakości Portfeli Kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom. Ten wskaźnik pozwala ocenić, jak firmy radzą sobie ze spłatą zaciągniętych zobowiązań. Wciąż jednak jest on na wysokim poziomie. Niekorzystnie wypadają kredyty obrotowe, gdzie indeks szkodowości wyniósł w lipcu 13,8 proc. Z kolei w ujęciu sektorowym najgorzej ze spłatą kredytów radzą sobie firmy usługowe, a dodatkowo indeks dla kredytów mikroprzedsiębiorców świadczących usługi uległ wyraźnemu pogorszeniu (wzrost szkodowości o 1,69 proc.). W ostatnich 12 miesiącach polepszył się jedynie Indeks Jakości Kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora budowlanego.

Niepokojącym zjawiskiem jest stałe pogarszanie się odczytu Indeksu Jakości Portfeli Kredytów dla mikroprzedsiębiorców. Obserwujemy to zjawisko już od pięciu lat – zauważa analityk BIK. – W 2016 roku średnia wartość indeksu dla wszystkich kredytów udzielanych małym firmom wynosiła 4,84 proc. Lipcowy odczyt wyniósł 6,8 proc. Wzrost szkodowości, który nastąpił w ciągu tych pięciu lat i dalej jest widoczny, może powodować dużą ostrożność banków w zakresie udzielania kredytów małym firmom. Mam na myśli wzrost ceny, czyli marży za ryzyko kredytowe, a ponadto większe mogą być również oczekiwania co do jakości przedstawianych zabezpieczeń.

Zdaniem ekonomisty może to w konsekwencji istotnie ograniczyć finansowanie mikroprzedsiębiorstw, które są szczególnie ważne w czasie odmrażania gospodarki i mogą istotnie przyczynić się do powrotu na ścieżkę wzrostu gospodarczego.

Polska w czołówce państw w Europie pod względem liczby samobójstw i prób samobójczych młodych ludzi. Problem w czasie pandemii może narastać

Permanentne obniżenie nastroju i poczucie lęku wśród dzieci i młodzieży jest coraz częstszym problemem w Polsce. Według wyników badania Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę z 2018 roku co szósty nastolatek przynajmniej raz w życiu się okaleczał, 7 proc. badanych próbowało popełnić samobójstwo. Pandemia koronawirusa może przyczynić się do pogłębiania kryzysu. Psychoterapeutka i specjalistka od uzależnień Magdalena Waszczyńska-Warda tłumaczy, że dzieci bardzo potrzebują wsparcia rodziny oraz rówieśników. Pozostawione same sobie często nie potrafią poradzić sobie z otaczającymi je problemami.

– Problem samobójstw wśród nastolatków oraz młodszych dzieci niestety jest coraz większy. Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że Polska jest na niechlubnym drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw i prób samobójczych młodych ludzi – mówi agencji Newseria Lifestyle Magdalena Waszczyńska-Warda, psychoterapeutka dzieci i młodzieży, specjalistka terapii uzależnień w Zakładzie Medycznym „KAAR-MED”.

Z raportu Komendy Głównej Policji wynika, że tylko w 2019 roku w przedziale wiekowym od 13. do 19. roku życia samobójstwo popełniły 94 osoby, natomiast w przedziale od 19 do 24 lat aż 360. Dane z roku na rok są porównywalne, co oznacza, że problem nie maleje.

Do jego narastania może przyczynić się okres pandemii, który był i jest niezwykle trudnym czasem dla dzieci. Zamknięcie w domach mogło przyczynić się do pogorszenia stanu psychicznego oraz obniżenia nastroju.

– Nie ma badań, które pokazują, czy problem nasilił się w czasie pandemii. Będzie można to stwierdzić, gdy zapanujemy nad COVID-em. Obecnie jednak przypuszczamy, że tak się stało, ponieważ dzieci zamknięte w domu nie miały dostępu do relacji społecznych. Jeżeli więź z rodzicami już wcześniej była zaburzona, gdy dziecko musiało przebywać z nimi przez cały czas i nie mogło porozmawiać ze swoimi rówieśnikami, stało się jeszcze bardziej wycofane – tłumaczy psychoterapeutka.

Czasem przyczyną złego samopoczucia jest odwrotna sytuacja, kiedy dziecko nie radzi sobie w szkole, w kontaktach z rówieśnikami. Wtedy powinno liczyć na wsparcie w domu. Szkoła i dom to główne obszary funkcjonowania dziecka. Gdy zarówno w jednym, jak i drugim miejscu młody człowiek czuje się porzucony, prawdopodobieństwo myśli samobójczych znacznie wzrasta. Nastolatek ma poczucie samotności i nie wie, do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc. Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że aż 57 proc. badanych nastolatków doświadczyło przemocy rówieśniczej, natomiast 41 proc. z nich padło ofiarami przemocy ze strony bliskich dorosłych. Ponadto 7 proc. nastolatków doświadczyło wykorzystywania seksualnego.

– Czasem bywa tak, że dziecko w kontaktach z rówieśnikami zachowuje się normalnie, jest pogodne i radosne. Jednak w środku odczuwa pustkę, napięcie i obniżony nastrój ostrzega Magdalena Waszczyńska-Warda. – Czasami ofiary samobójstw przed ich popełnieniem mają dobry nastrój, ponieważ podjęły już decyzję o targnięciu się na swoje życie. To paradoks, który należy wziąć pod uwagę. Jeżeli zatem dziecko przez długi czas ma obniżone samopoczucie i następuje nagła, nieuzasadniona poprawa,  powinniśmy mieć się na baczności.

Relacje z najbliższymi mają największe znaczenie przy identyfikacji problemu i zapobieganiu najgorszemu scenariuszowi. Rodzice powinni obserwować zmiany nastrojów swojego dziecka i pod żadnym pozorem nie mogą ich lekceważyć. To właśnie one są pierwszym symptomem myśli samobójczych.

– Sygnałem alarmowym jest wycofanie. Kiedy dziecko zamyka się w pokoju, nie chce rozmawiać, nie ma z nim kontaktu emocjonalnego, jest rozdrażnione, leży na łóżku i patrzy w jeden punkt albo skupia się tylko na jednej czynności, na przykład na telefonie, powinniśmy się zaniepokoić. Groźnym symptomem jest również samookaleczanie, chociaż ono nie zawsze świadczy o chęci popełnienia samobójstwa – zaznacza psychoterapeutka.

Organizatorzy sportowych imprez masowych liczą straty. W Polsce od marca odwołano lub przełożono kilka tysięcy wydarzeń

0

Od marca odwołano lub przeniesiono kilka tysięcy masowych imprez sportowych. Dla kilkudziesięciu tysięcy osób, które pracują nie tylko po stronie organizatorów wydarzenia, ale też jako podwykonawcy, zamrożenie imprez masowych oznacza ogromne straty. Niedawno powołany Związek Organizatorów Sportu Masowego postuluje zwiększenie limitu uczestników imprez, który dziś wynosi 250 osób, i opracowanie standardów pozwalających odblokować branżę. – Powinniśmy patrzeć w perspektywie roku 2021, bo ten jest już spisany na straty – przekonuje Piotr Jakóbik ze Sport Evolution.

– W obecnych uwarunkowaniach prawnych mogą się odbywać jedynie małe, lokalne wydarzenia do 250 osób, a to oznacza, że duzi organizatorzy, którzy posiadają eventy o skali kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy uczestników, mają związane ręce – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Jakóbik, dyrektor marketingu Sport Evolution, organizatora m.in. zawodów IRONMAN.

Imprezy masowe, w tym również sportowe, jako pierwsze były odwoływane w związku z pandemią koronawirusa. Choć większość branż wróciła lub wraca do normalności, w przypadku dużych eventów obostrzenia nie zostały poluzowane. Obecne przepisy pozwalają na start w imprezach masowych maksymalnie 250 osobom.

– Wielu z nas funkcjonuje wyłącznie dzięki tymczasowej, doraźnej pomocy rządowej, którą udało się w ostatnich miesiącach otrzymać. Najgorsze w tym wszystkim, że cały czas nie wiemy, co dalej. W przeciwieństwie do wielu branż, które w ostatnich tygodniach zostały przywrócone do życia, my nadal działamy w zawieszeniu – mówi dyrektor marketingu Sport Evolution.

Szacuje się, że w imprezach sportowych – biegowych, przeszkodowych czy kolarskich –  w Polsce co roku bierze udział ok. 1,5 mln zawodników. W całym sektorze pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób – to nie tylko organizatorzy wydarzeń, ale i firmy związane z turystyką, gastronomią czy podwykonawcy – np. producenci  gadżetów, które otrzymują zawodnicy. Większość mogła liczyć na wsparcie w ramach tarczy antykryzysowej, ale takie samo jak wszystkie pozostałe branże.

– Według obecnych zapowiedzi rządowych taka pomoc nie będzie już kontynuowana. I tu pojawia się problem, bo na horyzoncie nie ma nowej pomocy, ale nie widać też światełka w tunelu, abyśmy mogli zacząć normalnie działać – ocenia Piotr Jakóbik.

Przedstawiciele branży, w tym Sport Evolution, połączyli siły i założyli Związek Organizatorów Sportu Masowego. Jego celem było wypracowanie wspólnych postulatów i procedur, które pozwolą na normalne funkcjonowanie w nowym reżimie sanitarnym. Zostały one już przedstawione stronie rządowej. Związek chce m.in. zwiększenia limitu uczestników imprez do 5 tys. osób czy wypracowania bazowego standardu w zakresie reżimu sanitarnego.

–  Nie widzimy logiki w tym, że wiele podobnych branż zostało odblokowanych, a my nadal stoimy w miejscu. Możemy dać przykład chociażby Ekstraklasy piłkarskiej. Na ostatnim meczu Legii i Jagiellonii mieliśmy 10 tys. kibiców siedzących na jednym stadionie, a my nadal tkwimy w sytuacji, w której możemy wpuścić na trasę biegu czy wyścigu kolarskiego tylko 250 uczestników – podkreśla przedstawiciel Sport Evolution..

Mimo restrykcyjnych obostrzeń branża stara się powoli wracać do organizacji imprez. W najbliższy weekend w Gdyni odbędzie się Enea IRONMAN, do tej pory największa triathlonowa impreza w Polsce. Organizatorzy wspólnie z miastem, służbami i sanepidem ustaliły na początku sierpnia szczegółowy plan działań i zmian w trasach biegowych i kolarskich oraz zmian w programie imprezy w nowym reżimie sanitarnym. Triathloniści będą startować w grupach do 250 osób, a przed startem będą zobowiązani do noszenia maseczek. Ograniczono także liczbę personelu i wolontariuszy.

Związek liczy, że uda się wypracować porozumienie z rządem, tym samym imprezy masowe będą mogły być już wkrótce organizowane przy złagodzonych obostrzeniach.

– Wydaje się, że sezon 2020 jest dla nas stracony. Mamy już prawie końcówkę roku i większość dużych imprez sportowych została już odwołana lub przeniesiona na kolejny sezon. Powinniśmy patrzeć w perspektywie roku 2021 tak, abyśmy w przyszły sezon weszli z gotowymi standardami i procedurami, które pozwolą na organizację takich imprez w sposób bezpieczny – mówi Piotr Jakóbik.

Rząd musi szukać nowych sposobów na pobudzenie wzrostu gospodarki. Motorem mogą być inwestycje w technologie niskoemisyjne

Według lipcowej prognozy Komisji Europejskiej i założeń rządu w tym roku polskie PKB skurczy się o 4,6 proc. Poradzenie sobie ze spowolnieniem wywołanym pandemią SARS-CoV-2 nie jest jednak jedynym wyzwaniem dla polskiej gospodarki. Jest nim też konieczność odchodzenia od węgla i coraz ostrzejsza polityka klimatyczna UE. Jak podkreśla prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych Marcin Korolec, oba te wyzwania można połączyć, a środkiem do celu może być budowanie innowacyjnej gospodarki. Jednym ze sposobów dojścia do niej może być na przykład program przechodzenia na elektryczny transport publiczny.

– Wchodzimy w kryzys wywołany pandemią i próbujemy kształtować różne instrumenty pomocowe dla firm. Dla branż dotkniętych skutkami kryzysu należałoby szukać takich instrumentów wsparcia, aby przy okazji zmieniać polską gospodarkę w kierunku niskoemisyjnej, tańszej, która również w długiej perspektywie może mieć przewagę na jednolitym rynku europejskim. Trzeba szukać obszarów, które mogą być motorami wzrostu gospodarczego, łącząc różne wyzwania – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Korolec.

Według lipcowej prognozy Komisji Europejskiej w tym roku polskie PKB skurczy się o 4,6 proc. To oznacza pogorszenie o 0,3 pkt proc. względem wiosennej prognozy. Z kolei na 2021 rok prognozowany jest 4,3-proc. wzrost (wobec +4,1 proc. wcześniej). Według danych GUS polski PKB w II kwartale br. skurczył się ponad 8 proc. r/r. Można wnioskować, że w ocenie KE polska gospodarka dość szybko odrobi straty wywołane pandemią SARS-CoV-2, a na tle całej Unii (dla której w tym roku prognozowany jest spadek -8,7 proc.) wypada relatywnie dobrze.

Spodziewana recesja, wywołana pandemią koronawirusa i trzymiesięcznym lockdownem, nie jest jednak jedynym wyzwaniem dla polskiej gospodarki. W dłuższej perspektywie jest nim też konieczność odchodzenia od wysokoemisyjnych źródeł energii i coraz ostrzejsza polityka klimatyczna Unii Europejskiej, do której Polska będzie musiała się dostosować.

Powinniśmy szukać takich programów, które łączą różne elementy: miejsca pracy, perspektywę obniżania kosztów i ochronę środowiska – mówi prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Wyobrażam sobie, że idealnym projektem byłoby wprowadzenie programu masowej elektryfikacji transportu publicznego w Polsce. Jesteśmy wśród największych producentów autobusów w Europie, mamy znakomite fabryki, a finanse samorządów są dziś mocno uszczuplone obniżką wpływów z podatków. Przy założeniu, że wymieniamy cały tabor na elektryczny, zadbalibyśmy o miejsca pracy, obniżylibyśmy emisję i poprawili  jakość powietrza. Przy okazji napęd elektryczny jest ok. 60–80 proc. tańszy od spalinowego, więc byłaby to też pomoc dla samorządów.

Jak podkreśla, Polska musi szukać takich dróg wychodzenia z kryzysu, które będą budować przewagę konkurencyjną krajowej gospodarki w długiej perspektywie i przyczynią się do jej stabilnego wzrostu. Powinniśmy też jak najszybciej włączyć się w realizację polityki klimatycznej UE, co odbędzie się nie tylko z korzyścią dla środowiska, ale i przyczyni się do wzrostu innowacyjności.

– Najlepszym instrumentem, żeby promować transformację polskiej gospodarki i pomagać wychodzić z kryzysu, jest system dotacji albo obniżenia podatków. Jednak pierwszoplanową decyzją rządu powinno być jednoznaczne przyłączenie się do europejskiego dążenia do neutralności klimatycznej Europy w 2050 roku – mówi Marcin Korolec. – Program wychodzenia z kryzysu, który został zaproponowany przez Komisję Europejską, to są ogromne środki finansowe, warunkowane jednak realizacją tego wielkiego celu.

Unia Europejska upatruje szansy rozwoju gospodarczego właśnie w transformacji energetyki. Na lipcowym szczycie przywódców państw członkowskich uzgodniono szczegóły wieloletniego budżetu UE na lata 2021–2027 oraz Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy. Jak poinformowała Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Polska będzie mogła skorzystać z ok. 139 mld euro w formie dotacji i 34 mld euro w pożyczkach (w cenach bieżących). W tym są środki przeznaczone na sprawiedliwą transformację klimatyczną.

– Jeśli chcemy korzystać z tych środków europejskich, musimy wpisać się w realizację tego celu – podkreśla prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwijać i dalej rozszerzać programy takie jak np. Mój Prąd. Zadbalibyśmy o miejsca pracy, a jednocześnie obniżalibyśmy cenę prądu w polskiej sieci. Tym sposobem myślenia powinien się kierować polski rząd.

Jak wskazuje raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, Polska ma szansę osiągnąć neutralność sektora energii w 2056 roku. To optymistyczny wariant kalkulacji opartych na zakładanym roku dekarbonizacji w pozostałych krajach UE oraz wynikach wskaźnika Energy Transition Index Światowego Forum Ekonomicznego. Dziś w tym rankingu Polska zajmuje 75. miejsce wśród 115 krajów, ale w samej UE zajmuje przedostatnią pozycję. Eksperci PIE podkreślają, że jako jedyny kraj nie podała planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. Tylko trzy kraje UE deklarują, że zrobią to wcześniej, niż zakłada cel, czyli przed 2050 rokiem. Najwcześniej ma szansę osiągnąć neutralność Finlandia w 2035 roku, pięć lat później Austria, a 10 lat potem Szwecja.

Drukowane panele fotowoltaiczne zrewolucjonizują rynek. Już wkrótce pojawią się na budynkach, samochodach czy sprzętach elektronicznych

Panele fotowoltaiczne pierwszej generacji nie nadążają za dynamicznym rozwojem sektora zielonej energii. Aby zauważalnie zwiększyć udział OZE w miksie energetycznym, konieczne będzie wdrożenie nowych metod produkcyjnych, które pozwolą efektywniej wykorzystać energię słoneczną. Pomóc mogą w tym panele perowskitowe przystosowane do pracy w nietypowych warunkach. Dzięki lżejszej konstrukcji, elastycznej strukturze i częściowej przezroczystości można stosować je m.in. w sektorze budowlanym czy transportowym. Dodatkowo można je drukować.

– Panele fotowoltaiczne to przyszłość, ponieważ energia ze słońca jest nieograniczona. Ograniczone są natomiast miejsca, gdzie można zainstalować tradycyjne panele – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies.

Główną przewagą paneli perowskitowych nad tymi krzemowymi jest ich wszechstronność. Ogniwa wykonane przy wykorzystaniu tego minerału krystalicznego potrafią pobierać energię nawet przy niepełnym nasłonecznieniu. Z tego powodu nadają się do stosowania w krajach, w których wykorzystanie paneli krzemowych do zwiększenia udziału OZE w miksie energetycznym byłoby nieefektywne. Ponadto najcieńsze ogniwa perowskitowe wykonane w technologii ekstrakcji mają postać cienkiego, 20-nanometrowego filmu. Dzięki temu nadają się do stosowania m.in. na elewacjach przeszklonych budynków, gdyż w takiej formie są częściowo przezroczyste.

– Potrzebne są nowe rozwiązania, bo jest jeszcze mnóstwo obszarów, które moglibyśmy wykorzystać na panele oparte na nowych technologiach. Moglibyśmy pokrywać nimi te budynki, dla których zwykłe panele są za ciężkie. Albo w miastach, na zurbanizowanych obszarach, na fasadach budynków. Moglibyśmy pokrywać nimi również mniejsze rzeczy – sprzęty elektroniczne, samochody czy żagle – wymienia Olga Malinkiewicz.

Firma Skanska już w 2018 roku rozpoczęła program testów pilotażowych technologii perowskitowej od Saule Technologies. Deweloper pokrył fasadę warszawskiego biurowca Spark prototypowymi ogniwami, aby przekonać się, jak wykorzystanie paneli tego typu wpłynie na projektowanie budynków. Testy zakończyły się sukcesem i dowiodły, że ogniwa perowskitowe nadają się do ścisłej integracji z fasadą biurowców.

– Technologia perowskitowa tak bardzo poszerzy zakres zastosowań paneli słonecznych, że będzie stosowana na szeroką skalę. Najpierw w obszarach, w których niemożliwe jest wykorzystanie zwykłej technologii krzemowej, a następnie również zamiast samego krzemu. W dalszej przyszłości można perowskit połączyć z krzemem, mamy tutaj nieograniczone możliwości. Obecnie pierwsze moduły schodzą z pierwszej linii produkcyjnej na świecie i od tego momentu zaczynamy odliczanie. W ciągu kilku lat na pewno będziemy mieli tę technologię widoczną na budynkach – przekonuje ekspertka.

Potencjałem perowskitów zainteresowała się krakowska spółka z sektora energetyki odnawialnej Columbus Energy, która zainwestuje 10 mln euro w rozwój Saule Technologies. Tym samym stała się największym udziałowcem firmy i zyskała prawo do pierwszeństwa zakupu nowych ogniw. Columbus Energy planuje rozpocząć dystrybucję polskich ogniw perowskitowych.

– Stworzyliśmy ogniwo, które jest cienkie, elastyczne, kolorowe i niemal nic nie waży. A jednocześnie jego wydajność jest taka jak paneli krzemowych. I trzeba zaznaczyć, że jest wydrukowane. Dużą siłą tej technologii jest metoda produkcji, która nie powoduje zatruwania środowiska ani powstawania odpadów, do której nie potrzeba ciężkiego przemysłu, a służy do generowania energii elektrycznej – podkreśla Olga Malinkiewicz.

Pierwsze ogniwa od Saule Technologies powinny trafić na rynek na początku 2021 roku. Firma podpisała umowę z producentami urządzeń z zakresu internetu rzeczy, którzy planują wykorzystać panele do produkcji inteligentnych czujników nowej generacji przeznaczonych m.in. do użytku wewnątrz budynków.

Drukowane w 3D panele fotowoltaiczne zrewolucjonizują rynek. Już wkrótce pojawią się na budynkach, samochodach czy sprzętach elektronicznych

Panele fotowoltaiczne pierwszej generacji nie nadążają za dynamicznym rozwojem sektora zielonej energii. Aby zauważalnie zwiększyć udział OZE w miksie energetycznym, konieczne będzie wdrożenie nowych metod produkcyjnych, które pozwolą efektywniej wykorzystać energię słoneczną. Pomóc mogą w tym panele perowskitowe przystosowane do pracy w nietypowych warunkach. Dzięki lżejszej konstrukcji, elastycznej strukturze i częściowej przezroczystości można stosować je m.in. w sektorze budowlanym czy transportowym. Dodatkowo można je drukować w 3D.

– Panele fotowoltaiczne to przyszłość, ponieważ energia ze słońca jest nieograniczona. Ograniczone są natomiast miejsca, gdzie można zainstalować tradycyjne panele – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies.

Główną przewagą paneli perowskitowych nad tymi krzemowymi jest ich wszechstronność. Ogniwa wykonane przy wykorzystaniu tego minerału krystalicznego potrafią pobierać energię nawet przy niepełnym nasłonecznieniu. Z tego powodu nadają się do stosowania w krajach, w których wykorzystanie paneli krzemowych do zwiększenia udziału OZE w miksie energetycznym byłoby nieefektywne. Ponadto najcieńsze ogniwa perowskitowe wykonane w technologii ekstrakcji mają postać cienkiego, 20-nanometrowego filmu. Dzięki temu nadają się do stosowania m.in. na elewacjach przeszklonych budynków, gdyż w takiej formie są częściowo przezroczyste.

– Potrzebne są nowe rozwiązania, bo jest jeszcze mnóstwo obszarów, które moglibyśmy wykorzystać na panele oparte na nowych technologiach. Moglibyśmy pokrywać nimi te budynki, dla których zwykłe panele są za ciężkie. Albo w miastach, na zurbanizowanych obszarach, na fasadach budynków. Moglibyśmy pokrywać nimi również mniejsze rzeczy – sprzęty elektroniczne, samochody czy żagle – wymienia Olga Malinkiewicz.

Firma Skanska już w 2018 roku rozpoczęła program testów pilotażowych technologii perowskitowej od Saule Technologies. Deweloper pokrył fasadę warszawskiego biurowca Spark prototypowymi ogniwami, aby przekonać się, jak wykorzystanie paneli tego typu wpłynie na projektowanie budynków. Testy zakończyły się sukcesem i dowiodły, że ogniwa perowskitowe nadają się do ścisłej integracji z fasadą biurowców.

– Technologia perowskitowa tak bardzo poszerzy zakres zastosowań paneli słonecznych, że będzie stosowana na szeroką skalę. Najpierw w obszarach, w których niemożliwe jest wykorzystanie zwykłej technologii krzemowej, a następnie również zamiast samego krzemu. W dalszej przyszłości można perowskit połączyć z krzemem, mamy tutaj nieograniczone możliwości. Obecnie pierwsze moduły schodzą z pierwszej linii produkcyjnej na świecie i od tego momentu zaczynamy odliczanie. W ciągu kilku lat na pewno będziemy mieli tę technologię widoczną na budynkach – przekonuje ekspertka.

Potencjałem perowskitów zainteresowała się krakowska spółka z sektora energetyki odnawialnej Columbus Energy, która zainwestuje 10 mln euro w rozwój Saule Technologies. Tym samym stała się największym udziałowcem firmy i zyskała prawo do pierwszeństwa zakupu nowych ogniw. Columbus Energy planuje rozpocząć dystrybucję polskich ogniw perowskitowych.

– Stworzyliśmy ogniwo, które jest cienkie, elastyczne, kolorowe i niemal nic nie waży. A jednocześnie jego wydajność jest taka jak paneli krzemowych. I trzeba zaznaczyć, że jest wydrukowane. Dużą siłą tej technologii jest metoda produkcji, która nie powoduje zatruwania środowiska ani powstawania odpadów, do której nie potrzeba ciężkiego przemysłu, a służy do generowania energii elektrycznej – podkreśla Olga Malinkiewicz.

Pierwsze ogniwa od Saule Technologies powinny trafić na rynek na początku 2021 roku. Firma podpisała umowę z producentami urządzeń z zakresu internetu rzeczy, którzy planują wykorzystać panele do produkcji inteligentnych czujników nowej generacji przeznaczonych m.in. do użytku wewnątrz budynków.

Żel antybakteryjny na bazie roślin zabija koronawirusa równie skutecznie, co środki na bazie alkoholu. Niszczy też inne wirusy i bakterie [DEPESZA]

Od bioluminescencyjnych zestawów po dezynfekujące roboty – największe firmy na świecie badają innowacyjne technologie, które mogą pomóc w skutecznej walce z koronawirusem. Naukowcy odkryli, że dla wirusów zabójcze może okazać się światło UV-C, powstają specjalne powłoki antybakteryjne. Okazuje się, że także część roślin wykazuje właściwości, które mogą zabijać koronawirusa. Firma Hydromer ogłosiła, że jej roślinna linia produktów do dezynfekcji zabija niemal w 100 proc. wirusa SARS-Cov-2.

Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska udostępniła przeszukiwalną bazę danych produktów, które okazały się skuteczne przeciwko koronawirusowi. Lista zawiera kilka ekologicznych środków czyszczących, które powstały na bazie roślin. Pomagają  w dezynfekcji, jednak nieznana jest ich skuteczność w zabijaniu wirusów. Eksperci z Emory School of Medicine twierdzą, że wciąż jeszcze potrzeba badań nad skutecznością naturalnych produktów z roślin przeciwko koronawirusowi. Jak dotąd lista EPA zawiera pewne „bezpieczniejsze” środki dezynfekujące, takie jak kwas cytrynowy i alkohol.

Okazuje się jednak, że rośliny mogą być całkiem skuteczne w zwalczaniu koronawirusa. Firma Hydromer ogłosiła, że linia produktów EscenciaProtect wykazała znaczne zmniejszenie wzrostu wirusa wywołującego COVID-19. Testy , które przeprowadziło zewnętrzne laboratorium „Institute for Antiviral Research” na Uniwersytecie Utah wykazało, że przy rozcieńczeniach w 15-minutowych i 1-godzinnych odstępach czasu, ilość koronawirusa zmniejszała się poniżej granicy wykrywalności.

– Posiadamy jedną z pierwszych bardziej ekologicznych alternatyw dla środków odkażających na bazie alkoholu, którą przetestowaliśmy i wprowadziliśmy do globalnej sprzedaży jako odpowiedź na pandemię COVID-19 – podkreśla Peter M. von Dyck, dyrektor generalny Hydromer.

Produkty Hydromer mogą być stosowane niemal we wszystkich pomieszczeniach, także tam gdzie dezynfekcja alkoholem nie jest najlepszym rozwiązaniem. Może też być wykorzystywana znacznie szerzej, niż np. dostępne już na rynku samojeżdżące roboty, które dezynfekują pomieszczenia światłem UV-C.  

Wcześniejsze testy przeprowadzone przez inne zewnętrzne laboratoria wykazały, że produkty EscenciaProtect są również skuteczne przeciwko wielu innym drobnoustrojom, w tym w walce z Salmonellą czy E-Colą.

– Przy tak wielu segmentach rynku zdesperowanych w poszukiwaniu bezalkoholowych środków odkażających, takich jak szkoły, sklepy detaliczne, linie lotnicze i wiele innych, zdaliśmy sobie sprawę, jak ważne było przetestowanie naszej zastrzeżonej technologii pod kątem tego konkretnego wirusa – wskazuje Peter M. von Dyck. – Dostarczamy więc bardzo potrzebną alternatywę dla rozwijającego się rynku środków odkażających.

TMS Brokers rozszerza ofertę o kolejne kontrakty na fundusze ETF

Popularność inwestowania w fundusze ETF rośnie. Między innymi dlatego, że zarządzane są pasywnie, co oznacza mniejsze koszty dla inwestora, a także dlatego, że są dobrym narzędziem do dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. Za pośrednictwem funduszy można inwestować, np. w sektor technologiczny, w złoto, czy w firmy transportowe. Dom Maklerski TMS Brokers wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom klientów i rozszerza ofertę o nowe możliwości inwestowania w kontrakty na fundusze ETF za pomocą intuicyjnej aplikacji.

Fundusze ETF  (ang. Exchange Traded Fund) to rodzaj funduszu inwestycyjnego, którego głównym celem jest naśladowanie zachowania wyznaczonego indeksu. Zyskały ogromną popularność, gdyż cechują je niskie koszty zarządzania i umożliwiają wygodną dywersyfikację portfela.

ETF, tak jak akcje, są notowane na giełdach papierów wartościowych i podlegają regulacjom unijnym. Inwestycja w ETF danego typu nie oznacza włożenia środków w jedną spółkę, tylko przeznaczenia ich na najważniejszych przedstawicieli całego sektora (w odpowiednich proporcjach).

Alternatywa dla ETF

W związku z rosnącą popularnością funduszy ETF – ich ceny poszybowały w górę, dlatego alternatywą są kontrakty CFD oparte o ETF. Podstawową różnicą między nimi jest to, że pierwszy z tych instrumentów jest notowany na giełdzie, natomiast drugi funkcjonuje tylko na rynku pozagiełdowym (OTC). Jak to działa?

– Inwestowanie w ETF polega na tym, że jednym zleceniem można kupić kontrakt na największe światowe koszyki akcji z najciekawszych rynków: nowej technologii, ochrony zdrowia, surowców czy sektora biotechnologii. Alternatywą – angażującą mniej kapitału w transakcję – jest zakup ETF poprzez kontrakty CFD. Na przykład kontrakt CFD na DIA.ETF, czyli kontrakt odzwierciedlający wyniki najstarszego indeksu giełdowego Dow Industrial, który posiada ekspozycję na 30 akcji amerykańskich spółek przemysłowych wchodzących w skład indeksu Dow Jones Industrial. A wszystko z poziomu intuicyjnej aplikacji do mobilnego tradingu TMS Brokers, w której każdy ETF jest dokładnie opisany – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers, autor „Przewodnika po funduszach ETF”.

Kontrakty CFD na ETF, dzięki zastosowaniu dźwigni finansowej, dają większe możliwości zysku, ale zwiększają też ryzyko straty. Przede wszystkim zalety kontraktów CFD  na fundusze ETF to możliwość wykorzystania potencjału różnych sektorów z całego świata. Dzięki nim można budować swój koszyk papierów wartościowych, a w przypadku losowym, np. zamknięcia spółki, zaliczanej do danego funduszu ETF, zarządzający funduszem zastępują ten podmiot innym, spełniającym konkretne warunki. Np. funduszem typu ETF, który replikuje indeks 300 największych i najbardziej płynnych chińskich akcji spółek notowanych na giełdzie w Szanghaju oraz Shenzhen lub Market Vectors Russia, czyli ETF-em, który umożliwiał inwestorom ekspozycję na rosyjski rynek akcyjny. Inwestor nie musi więc przez cały czas przejmować się rynkową zmiennością.

– Jednocześnie – dzięki zastosowaniu mechanizmu dźwigni – można angażować mniejszy kapitał w inwestycje w CFD na ETF niż w regularne fundusze ETF. Kupując CFD na ETF można grać zarówno na wzrosty, jak i na spadki (na niektórych kontraktach na ETF) i w ten sposób wykorzystywać potencjał różnych sektorów z całego świata i dywersyfikować swój portfel inwestycyjny – tłumaczy Zembik i dodaje, że „przygoda z ETF-ami początkującym może kojarzyć się z przytłaczającą ilością informacji, ale to nieprawda. Fundusze ETF zrewolucjonizowały podejście do inwestowania na całym świecie. Za ich pomocą możemy mieć ekspozycję na zagraniczne indeksy, surowce, całe sektory gospodarek, więc warto dowiedzieć się o nich więcej”.

Tylko co dziesiąty pracownik chciałby wrócić z home-office do biura na stałe

Polacy chcieliby pracować zdalnie w większym wymiarze, niż planują to im zaoferować w przyszłości pracodawcy. Podczas gdy połowa firm chciałaby proponować swoim pracownikom pracę zdalną, w różnym wymiarze, tak o potrzebie home-office mówi dziewięciu na 10 zatrudnionych. Najpopularniejszym rozwiązaniem wskazywanym zarówno przez pracowników, jak i pracodawców jest model hybrydowy – pracę w biurze oraz w domu chciałoby łączyć 75% osób, zastosowanie tego rozwiązania planuje 53% firm. To informacje płynące z jeszcze nieopublikowanego raportu ManpowerGroup i HRlink o tym, jak pandemia zmieniła podejście Polaków oraz pracodawców do pracy.

Firmy ManpowerGroup oraz HRlink zapytały polskich pracowników oraz pracodawców o to, jak pandemia zmieniła ich podejście do pracy, również w kontekście planów i oczekiwań dotyczących zdalnego wykonywania obowiązków. Pierwsze wnioski potwierdzają duże różnice w zakresie tego, co zamierzają wdrożyć firmy, a czego oczekują od nich pracownicy.

Aż 88% zapytanych przez ManpowerGroup i HRlink zatrudnionych chciałoby pozostać, w różnym zakresie, przy home-office. W tej grupie 13% osób oczekuje, że będzie mogło pracować z domu w pełnym wymiarze swojego czasu pracy. O modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze i częściowo w trybie zdalnym, mówi 75% ankietowanych. Wśród pracowników stawiających na pracę rotacyjną 54% chciałoby pracować zdalnie do 10 dni w miesiącu, a 46% preferowałoby większą liczbę dni pracy w zaciszu domowym. 12% badanych chciałoby powrócić do biura w pełnym wymiarze swojego czasu pracy.

– Polscy pracownicy dobrze zaadaptowali się do pracy zdalnej i oczekują, aby ten model został wprowadzony przez pracodawców na stałe. Dzięki możliwości home-office zatrudnieni zyskują większą elastyczność, która jest jednym z kluczowych oczekiwań na rynku pracy – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – Organizacje wyrażają jednak mniejszą gotowość zaimplementowania rozwiązań z czasów pandemii w nowej rzeczywistości. Może się to wiązać z potrzebą głębszej integracji zespołu i budowania kultury organizacyjnej poprzez wspólną pracę w biurze. Tradycyjna formuła pracy daje poczucie większej kontroli nad pracownikami i łatwiejszej możliwości weryfikowania realizacji obowiązków czy wyznaczonych celów – dodaje ekspert.

Co na to pracodawcy? 55% z nich planuje pozostać przy pracy zdalnej, w różnym zakresie, z czego 2% chce kontynuować home-office w pełnym wymiarze czasu pracy, a 53% planuje zastosowanie modelu rotacyjnego. Wśród organizacji, które myślą o pracy hybrydowej, 54% chce zaproponować swoim pracownikom do 10 dni pracy z domu, a 46% zamierza oferować większy wymiar dni na home-office. Co czwarta organizacja planuje powrót do pracy z biura w pełnym zakresie, a co piąta nie zna jeszcze swoich planów.

– W „starej rzeczywistości”, przed pojawieniem się wirusa COVID-19, niewiele organizacji pracowało w trybie pracy zdalnej. Wynikało to z różnych przekonań lub stereotypów, z małej wiary w efektywność takiego modelu oraz z niewystarczającego zaufania do pracowników. Pandemia i lockdown zmusiły firmy do nagłego, często z dnia na dzień i bez wcześniejszego przygotowania, przejścia do pracy w pełni zdalnej lub hybrydowej – mówi Arkadiusz Kuchto, założyciel i prezes HRlink. – Po kilku miesiącach okazało się, że ten model sprawdza się oraz dodatkowo poprawia efektywność i wyniki. Ponad połowa ankietowanych przez nas firm i kandydatów deklaruje, że chce pozostać w modelu pracy zdalnej lub hybrydowej oraz wprowadzić to rozwiązanie na stałe. Model pracy zdalnej lub hybrydowej niesie jednak za sobą wiele wyzwań. Wymaga zmiany nastawienia, reorganizacji procesów i zespołów. Przede wszystkim oznacza stałą zmianę w dotychczasowych trendach na przykład dotyczących przeznaczenia powierzchni biurowej i potrzeby bycia w biurze, stosowanych narzędzi i form komunikacji, zmian w systemach motywacyjnych i benefitach, innego podejścia do rekrutacji oraz zupełnie nowego podejścia do budowania i utrzymania relacji w zespole. W nowej rzeczywistości coraz więcej firm będzie sięgało po ten model, jednocześnie coraz lepiej radząc sobie z wyzwaniami i doceniając korzyści wynikające z pracy zdalnej – dodaje przedstawiciel HRlink.

− Pracodawcy przez ostatnie lata inwestowali w powierzchnie biurowe, aby zapewniać coraz większy komfort pracy. W nowoczesnych biurowcach powstawały pokoje do pracy w ciszy, zadań zespołowych, a także przestrzenie do integracji czy wspólnego wypoczynku. Dlatego firmy rozważają całkowity powrót do biur lub wprowadzenie modelu hybrydowego, w ramach którego zespoły mogą pracować rotacyjnie, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym. Takie rozwiązanie jest w stanie pogodzić różne interesy zarówno te związane z elastycznością pracy, jak i te dotyczące integracji czy kontroli pracy. Pozwoli to także na zadbanie o bezpieczeństwo pracowników i zachowanie odpowiedniego dystansu społecznego w przestrzeniach biurowych. Prognozujemy, że mieszany model pracy będzie często spotykanym rozwiązaniem, zwłaszcza w sektorze usług dla biznesu, nowych technologii, finansów, telekomunikacji. Niezbędna będzie dalsza inwestycja w rozwój kompetencji kierowniczych w warunkach zmieniającej się rzeczywistości oraz zadbanie o wzmacnianie motywacji i samodyscypliny pracowników. Kluczowe przy tym jest także utrzymywanie odpowiedniego balansu pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Wiele organizacji będzie stawało przed wyzwaniem związanym ze zmianą kultury organizacyjnej oraz definiowaniem w nowy sposób wizji i strategii z uwzględnieniem nowych form pracy – podsumowuje ekspert Manpower.

Badanie ManpowerGroup i HRlink zostało przeprowadzone w dn. 7-24 sierpnia br. na reprezentatywnej grupie 130 firm oraz 558 pracowników. Przeprowadzone z wykorzystaniem metody CAWI (badanie online).

Badanie Michael Page: Czy Polacy polubili home office?

Firma rekrutacyjna Michael Page zapytała polskich pracowników o to, jak wyglądała ich praca w czasie izolacji społecznej i jak oceniają swoje doświadczenia związane z „home office”. 67% respondentów przyznało, że w czasie kwarantanny społecznej pracowało zdalnie. 73% mogło realizować swoje obowiązki w elastycznych godzinach, a blisko 13% ankietowanych miało zredukowany czas pracy – pokazuje badanie Confidence Index zrealizowane w między lipcem, a sierpniem 2020 r. Czy nowy model wykonywania zadań wpłynął na efektywność pracowników?

Bardziej produktywni, mocniej zmotywowani i usatysfakcjonowani pracą

Okazuje się, że Polacy dobrze odnaleźli się w nowej rzeczywistości i szybko zaadaptowali się w swoich domowych biurach. Większość z nich jest zdania, że pod względem jakości pracy home office zachował status quo lub poprawił wskaźniki. 37% badanych przyznało, że uelastycznienie harmonogramu pracy i wprowadzenie home office wpłynęło na wzrost produktywności, a 52% Polaków nie zauważyło różnicy w efektywności pracy. Jeśli chodzi o kwestię satysfakcji z wykonywanych obowiązków, w przypadku niemal połowy ankietowanych (46%) wskaźnik zadowolenia pozostał na takim samym poziomie, a niemal u co trzeciego respondenta (33%) poprawił się.  Większość badanych (57%) nie odczuła zmian pod kątem motywacji do pracy, jednak już 28% stwierdziło, że ich motywacja wzrosła – pokazuje badanie Michael Page.

Praca w domu wymaga większej samodyscypliny i samodzielności oraz jest niejako kredytem zaufania przyznawanym pracownikowi. Osoba realizująca obowiązki zdalnie ma więcej swobody i elastyczności, co dla niektórych może okazać się motorem napędzającym do działania. Warto jednak pamiętać o tym, że zmiana modelu pracy i brak kontroli oraz konieczność samodzielnej organizacji dnia nie wszystkim pracownikom wychodzi na dobre. Co 10 ankietowany zauważył, że pracując z domu, jego produktywność spadła, a co trzeci (33%) przyznał, że trudno odnaleźć mu się w nowej rutynie domowego biura – komentuje Magdalena Wołowiec, Senior Marketing Executive z Michael Page.

Bolączki domowego biura

Respondenci, którzy wzięli udział w badaniu Michael Page zostali również poproszeni o wskazanie niedogodności wynikających z home office, które mogą wpływać na spadek produktywności. Wg ankietowanych największym problemem jest brak odpowiedniego środowiska pracy (78% wskazań) oraz brak dostępu do profesjonalnych narzędzi, urządzeń czy szybkiej sieci internetowej (56% wskazań). Co oczywiste, realizację zadań zawodowych w domu utrudniała również konieczność opiekowania się dziećmi w tym samym czasie (44% odpowiedzi). Taki sam odsetek badanych (44%) przyznał również, że stres i niepokój związany z sytuacją w kraju i na świecie utrudniał funkcjonowanie.

43% Polaków przyznało, że nie miało żadnego problemu z utrzymaniem wysokiej jakości pracy, realizując zadania z domu. Jednak już 15% stwierdziło, że włożyło ogromny wysiłek w to, aby zachować swoją efektywność. Doświadczenia ostatnich miesięcy dla wielu pracodawców i pracowników były prawdziwym testem pracy zdalnej. Jeszcze przed wprowadzeniem przymusowej izolacji, home office traktowany był jako benefit. Wg ankietowanych tylko 23% firm oferowało pracownikom możliwość stałego przejścia na pracę zdalną, a ponad połowa organizacji pozwala na okazjonalne korzystanie z pracy w domu. Możemy przypuszczać, że teraz zwiększy się odsetek firm oferujących „home office” jako częściowy model realizacji obowiązków – dodaje Magdalena Wołowiec z Michael Page.

82% pracowników jest zdania, że home office odgrywa teraz dużo większą rolę w ich firmie. Niemal 66% przyznało, że nadal chciałoby mieć możliwość korzystania z pracy zdalnej, a 65% respondentów nie miałoby problemu zaakceptować ofertę w całości opartą na pracy z domu.

– Rynek pracy ewoluuje tak, jak i modele realizacji obowiązków. Pracodawcy powinni w miarę możliwości dostosowywać się do preferencji pracowników, mając na uwadze również długofalowe skutki zdalnego zarządzania. Słabsza integracja zespołu czy mniej skuteczna umiejętność kooperacji i pracy w grupie to tylko jedne z wielu efektów ubocznych długookresowego home office. Z perspektywy biznesowej rozsądnym rozwiązaniem jest zachowanie zdrowego balansu. Natomiast, mając na uwadze dobro pracowników, skuteczne wydaje się zaoferowanie możliwości wyboru – w końcu nie wszyscy dobrze odnajdują się w domowych biurach i nie wszyscy mają możliwość zorganizowania go sobie w mieszkaniu – podsumowuje Magdalena Wołowiec.

MINUTOR Energia zmierza na rynek NewConnect

MINUTOR Energia Sp. z o.o., Spółka działająca w branży OZE, specjalizująca się w montażach instalacji fotowoltaicznych, planuje zadebiutować na rynku NewConnect. Spółka rozważa upublicznienie poprzez samodzielny debiut lub przez odwrotne połączenie z podmiotem notowanym.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. to spółka wywodząca się z Grupy MINUTOR Sp. z o.o., świadczącej wysoko wyspecjalizowane usługi techniczne dla przemysłu, która jest rozpoznawalną marką w branży wydobywczej. MINUTOR Energia Sp. z o.o. realizuje montaże instalacji fotowoltaicznych dla klientów indywidualnych oraz biznesowych. Spółka rozpoczęła również realizacją projektów farm fotowoltaicznych i posiada kompetencje do prowadzenia tych przedsięwzięć na każdym ich etapie. Zarząd MINUTOR Energia Sp. z o.o. podjął decyzję o upublicznieniu na rynku NewConnect, bowiem dostrzega wysoki potencjał w wykorzystaniu obecności na rynku publicznym do dalszego rozwoju Spółki i zwiększenia możliwości pozyskiwania kapitału.

„Po latach pracy dla przemysłu wydobywczego, wyciągając wnioski oraz zdobyte doświadczenie w podziemnych zakładach górniczych, postanowiliśmy już w listopadzie 2019 roku, czyli na początku kryzysu w branży górniczej, zwłaszcza w zakresie węgla energetycznego, wykorzystać nasze zasoby, zaplecze techniczne, management przy pełnym wsparciu naszego działu energomechanicznego na budowę nowej odnogi MINUTOR Sp. z o.o., z której się wywodzimy. Nowy oddział w ramach firmy miał za zadani rozwinięcie usług związanych z instalacjami fotowoltaicznymi dla przemysłu, biznesu i gospodarstw domowych. Udało nam się to na tyle, że powołaliśmy do życia spółkę MINUTOR Energia Sp. z o.o., która w 100% przejmuje kompetencje powołanej w zeszłym roku marki, tak by przez dalszy wzrost sprzedaży, rozrost działu wykonawczego, a co najważniejsze zrealizowania planów inwestycji w farmy fotowoltaiczne, zapewnić stabilny przychód na kolejne lata dla Spółki i wygenerować realną, a zarazem wysoką wartość dla wszystkich inwestorów, którzy w nas uwierzą na tym, jak i każdym z późniejszych etapów.” – komentuje Zbisław Lasek, Prezes Zarządu Spółki MINUTOR Energia Sp. z o.o.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. rozważa dwie możliwości wejścia na rynek NewConnect. Pierwszą z nich jest klasyczny debiut, który byłby poprzedzony przekształceniem w spółkę akcyjną i ofertą prywatną. Pozyskane z niej środki zostałyby przeznaczone na dalszy rozwój prowadzonego biznesu. Drugim wariantem jest odwrotne połączenie z podmiotem już notowanym na rynku NewConnect. Zarząd Spółki obecnie nie wyklucza żadnej ze ścieżek.

„Rynek NewConnect i obecność na nim sprzyjają rozwojowi spółek z branży tzw. „zielonej energii”. Chcemy wykorzystać tą koniunkturę do upublicznienia Spółki, co z pewnością pozwoli nam na przyśpieszenie ekspansji terytorialnej oraz realizowanie nowych projektów farm fotowoltaicznych. Wywodzimy się z branży górniczej, ale dostrzegamy zmiany klimatyczne i chcemy wykorzystać nasze kompetencje oraz zasoby do budowy odnawialnych źródeł energii. O kolejnych krokach związanych z naszym debiutem na rynku NewConnect będziemy na bieżąco informowali rynek.” – zakończył Prezes Zarządu MINUTOR Energia Sp. z o.o.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. to podmiot działający w branży odnawialnych źródeł energii i specjalizujący się w montażach instalacji fotowoltaicznych dla domów, klientów biznesowych oraz realizowaniu farm fotowoltaicznych. Marka MINUTOR Energia została powołana w 2019 r. przez MINUTOR Sp. z o.o. – podmiot świadczący wysoko wyspecjalizowane usługi techniczne dla przemysłu, głównie wydobywczego. Jednym z inwestorów MINUTOR Energia Sp. z o.o. jest Artur Górski specjalizujący się transakcjach M&A na rynku NewConnect oraz GPW.

Do śląskich sądów trafiło mniej wniosków o ogłoszenie upadłości. Eksperci: Uderzenie nadejdzie jesienią

W ciągu trzech miesięcy o 37% zmalała liczba złożonych wniosków o ogłoszenie upadłości wśród śląskich firm. W drugim kwartale br. do sądów rejonowych na terenie województwa wpłynęło ich 75, a w pierwszym – 119. W sumie daje to 194 takie przypadki od stycznia do czerwca, czyli o 3 mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Natomiast w drugim kwartale br. złożono 21 wniosków o restrukturyzację, czyli tyle samo co od początku roku do końca marca. Z kolei w pierwszej połowie 2019 roku było ich łącznie 58. 

W drugim kwartale br. do sądów rejonowych na terenie województwa śląskiego dotarło 75 wniosków o ogłoszenie upadłości firm. To o 44 mniej niż w pierwszych trzech miesiącach tego roku, kiedy było ich 119. W Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach liczba takich przypadków od 1 kwietnia do 30 czerwca br. wyniosła 44 (wcześniej – 58), a w Gliwicach – 16 (28). Z kolei w sądzie w Częstochowie odnotowano ich ostatnio 8 (16), a w Bielsku-Białej – 7 (17).

– Jest jeszcze za wcześnie, aby na naszym terenie obserwować drastyczny wzrost składanych wniosków o upadłość i restrukturyzację. W początkowym okresie lockdownu naturalnym zachowaniem przedsiębiorców było podjęcie próby ratowania się. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa epidemia. Spodziewano się raczej, że obostrzenia będą dotyczyć krótkiego okresu – komentuje Marek Niczyporuk, radca prawny z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI.

Natomiast Adrian Parol, doradca restrukturyzacyjny z Jaworzna, podkreśla, że śląskie firmy skorzystały ze środków finansowych w ramach programu rządowego. Został on wprowadzony na podstawie Ustawy o SIR w celu wsparcia mikrofirm oraz małych i średnich przedsiębiorstw, które ucierpiały na skutek pandemii. Zdaniem eksperta, to sprawiło, że w pierwszym półroczu nie nastąpił dynamiczny wzrost liczby wniosków o ogłoszenie upadłości. Dopiero w drugiej połowie br. będzie można zaobserwować znacznie więcej takich przypadków.

– Środki zastosowane w związku z obecnym kryzysem opóźnią pewne procesy. To dotyczy m.in. wniosków o upadłość firm. Tak dzieje się nie tylko w Polsce, ale też np. w Niemczech. Ostatnio przedstawiciel tamtejszego rządu powiedział, że jeśli chodzi o upadłości, to niestety najgorsze jest przed nimi. Mamy pełną świadomość tego, że w kraju będzie takich przypadków znacznie więcej niż rok czy 2 lata temu. To już zaczyna się dziać. Ale na ocenę wpływu koronawirusa na ww. proces trzeba będzie poczekać, co najmniej do listopada czy grudnia – stwierdza ekonomista Marek Zuber.

W pierwszej połowie br. do śląskich sądów złożono 194 wnioski o ogłoszenie upadłości. Natomiast w analogicznym okresie 2019 roku wpłynęło ich 197. Jedynie w Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach więcej takich przypadków było ostatnio (102) niż wcześniej (93). Z kolei w Gliwicach odnotowano ich w analizowanych okresach tyle samo (po 44). Natomiast w sądzie w Bielsku-Białej mniej wniosków było w pierwszym półroczu br. (24) niż w tym samym okresie ub.r. (32). Podobnie sytuacja wyglądała w Częstochowie (odpowiednio 24 i 28).

– Można postawić tezę, że wielu lokalnych przedsiębiorców obecnie podejmuje działania mające na celu utrzymanie swojego biznesu. Odbywa się to poprzez drastyczną redukcję kosztów, w tym zwolnienia, korzystanie z programów pomocowych czy też uzyskanie kredytu kupieckiego. Ale część rządowej pomocy, jak dofinansowania z PFR, trzeba będzie oddać. Z kolei sektor bankowy bardziej restrykcyjnie patrzy na podmioty ubiegające się o kredyty. A kontrahenci nie są w stanie długo tolerować zaległości płatniczych – dodaje mec. Niczyporuk.

W drugim kwartale br. do śląskich sądów wpłynęło 21 wniosków o restrukturyzację. Tyle samo było ich w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Do sądu w Katowicach dotarło ich ostatnio 6 (wcześniej 11), do Gliwic również 6 (5). Natomiast w Sądzie Rejonowym w Częstochowie liczba wniosków wyniosła 1 (1 poprzednio), a w Bielsku-Białej – 8 (4).

– Z wnioskami o restrukturyzację jest podobnie jak z tymi o upadłość, tj. pewne procesy nastąpią później. Wśród przedsiębiorców dostrzegam takie przekonanie, że mamy do czynienia z absolutnie nadzwyczajnym momentem, a więc i działania będą inne niż zawsze. Na pewno firmy otrzymały realne wsparcie odgórnymi decyzjami rządu i gmin. Wierzę, że może dojść do paradoksalnych sytuacji. Środki otrzymane w okresie kryzysu pomogą w restrukturyzacji przedsiębiorstw, co pozwoli uniknąć składania wniosków o upadłość – mówi Marek Zuber.

Z danych wynika, że 42 wnioski o restrukturyzację wpłynęły do sądów w ciągu pierwszej połowy br. To o 16 mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy było ich 58. Od stycznia do czerwca tego roku w Katowicach złożono ich 17 (wcześniej 26), a w Gliwicach – 11 (10). Z kolei w Sądzie Rejonowym w Bielsku-Białej odnotowano takich przypadków 12 (poprzednio 11), a w Częstochowie – 2 (11).

– Zmniejszona liczna wniosków nie jest zaskakująca. Sporo przedsiębiorców skorzystało z środków pomocowych w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Pozostała część wstrzymała się ze złożeniem wniosków o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Sytuacja epidemiczna w pierwszym półroczu uniemożliwiała podjęcie skutecznych tego typu działań. Wzrost liczby wniosków niestety będzie widoczny dopiero w trzecim i czwartym kwartale – wyjaśnia Adrian Parol.

Wpływ na decyzję ws. wnioskowania o upadłość lub restrukturyzację może mieć obszar rozliczeń podatkowych, o czym przekonuje mec. Niczyporuk. I wskazuje na opublikowane przez Ministerstwo Finansów dane dotyczące wykonania budżetu państwa. Wynika z nich, że w okresie od stycznia do maja br. odnotowano zdecydowanie mniejsze wpływy z podatków niż zakładano. Zdaniem eksperta, to rodzi ryzyko, że organy skarbowe będą chciały maksymalnie wypełnić powstałą lukę w ramach kontroli oraz postępowań podatkowych. Może zatem dojść do swoistego polowania na przedsiębiorców poprzez instrumentalne stosowanie przepisów i ich dowolną interpretację.

Jak inteligentna automatyzacja procesów wspiera biznes w nowych realiach?

wiatowy kryzys zdrowotny odcisnął swoje piętno na każdej sferze życia – także na biznesie. Usprawnienie operacji biznesowych przy wsparciu inteligentnych technologii stało się ważniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ firmy wykorzystujące nowoczesne rozwiązania są znacznie bardziej odporne na wstrząsy. Co to oznacza? Jakie inteligentne rozwiązania wspierają biznes w nowej rzeczywistości?

– Cyfrowe wsparcie procesów biznesowych może pomóc firmom stać się mniej wrażliwymi na dynamiczną sytuację gospodarczą, a także jest dla nich nieocenionym wsparciem w nowej rzeczywistości. Przedsiębiorstwa zdają się doskonale o tym wiedzieć, bo szacuje się, że wartość globalnego rynku automatyzacji procesów (Intelligent Automation) do 2026 osiągnie wartość 6,81 mld USD – twierdzi dr Adam Bujak, wiceprezydent i globalny lider inteligentnej automatyzacji procesów w Capgemini.

W 2019 r. wartość rynku automatyzacji procesów zrobotyzowanych została wyceniona na 1,40 mld USD, zaś aktualnie wartość ta jest nawet o 70 proc. większa. Wszelkie prognozy oceniają, że segment ten będzie wykazywał roczną stopę wzrostu na poziomie ok. 40 proc. do 2027 r. Wiele czynników decyduje o tak szybko rosnącej popularności automatyzacji procesów biurowych, aczkolwiek globalny kryzys wywołany pandemią dla wielu przedsiębiorstw dał wyraźny znak, że swoje plany inwestycyjne w zakresie automatyzacji powinny realizować jak najszybciej.

Firma w obliczu kryzysu

Według dr Adama Bujaka, eksperta ds. inteligentnej automatyzacji, transformacji procesów biznesowych i zarządzania strategicznego, przedsiębiorstwa w związku z istniejącym wciąż kryzysem globalnym podejmują kroki na trzech etapach:

Pierwszym z nich jest wprowadzenie większej elastyczności pracy zdalnej oraz podjęcie działań w kierunku umożliwienia współpracy wirtualnej. Przedsiębiorcy na tym etapie stymulują poziom zaangażowania kadry i przywracają obsługę krytycznych funkcji biznesowych. Na tym etapie wdrażane są nowe narzędzia umożliwiające pracę zdalną oraz zintensyfikowanie wykorzystania możliwości usprawniających pracę na odległość. Jest to faza ograniczenia zakłóceń, którą skutecznie wprowadziła większość firm na świecie.

Drugim z etapów jest stabilizacja i powrót do codzienności biznesowej – na tym etapie konieczne jest dokładne zweryfikowanie, czy wdrożone narzędzia do pracy zdalnej są w stanie zapewnić satysfakcjonujące rozwiązania z punktu widzenia klientów. Firmy zmuszone są do obiektywnej oceny swoich możliwości oraz zaimplementowanych rozwiązań, by móc określić swoje słabe strony i opracować plan dalszej transformacji.

Faza trzecia to przekroczenie poziomu sprzed kryzysu w kontekście satysfakcji klientów oraz efektywności procesów biznesowych. Na tym etapie organizacje wdrażają najwydajniejszą kombinację pracowników wirtualnych z zasobami ludzkimi, stosując dostępne technologie robotyzacji procesów oraz sztucznej inteligencji.

Inteligentna automatyzacja wspiera biznes

Innowacyjne rozwiązania charakteryzują się tym, że wykorzystując mocne strony organizacji, zwiększają jeszcze bardziej jej wydajność, optymalizują szereg procesów i przejmują te działania, którymi mogą odciążyć pracowników. Warto tutaj podkreślić, że ich celem nie jest zastąpienie człowieka, a współpraca na linii pracownik – wirtualny asystent. Dzięki temu tworzą się wzajemnie napędzające się siły robocze – wirtualna i ludzka, co skutkuje hiperproduktywnością.

– W Capgemini nazywamy takie zjawisko pomnożonymi zasobami siły roboczej (digitally augmented workforce). Wzajemna współpraca ludzi i zautomatyzowanych rozwiązań błyskawicznie generuje dla klientów wartość dodaną. Dzięki wykorzystaniu inteligentnej automatyzacji procesów i zaawansowanych działań analitycznych powstaje zintegrowana inteligencja procesowa na najwyższym z dostępnych poziomów – mówi dr Adam Bujak, Capgemini.

Maszyny od wieków zwiększają produktywność i efektywność pracy człowieka. Dziś za pomocą cyfrowego przyspieszenia uzyskuje się znacznie lepsze efekty, przy okazji redefiniując wartość dodaną ludzkiej pracy. Poprzez odciążanie i przejęcie części powtarzalnych obowiązków przez wirtualnych pracowników, pozycja kadr ludzkich zostaje podniesiona z naciskiem na bardziej zaawansowane i kreatywne procesy, wymagające zaawansowanego poziomu intelektu. Zwiększenie zakresu wydajności przy jednoczesnej optymalizacji kosztów to idealna sytuacja dla biznesu w tak dynamicznie zmieniających się czasach, w których obecnie się znaleźliśmy.

Kryzys jako cenna lekcja

Firmy, które przejdą przez trzyetapowy proces transformacji, zdefiniowany powyżej przez dr Adama Bujaka, staną się skuteczniejsze, bardziej elastyczne i skoncentrowane na wartości dodanej dla klienta. W tym przypadku kryzys może być dla biznesu najcenniejszą lekcją, która podniesie możliwości, zoptymalizuje finanse i zapewni firmie stabilność w trudnych czasach.

Przedsiębiorstwa coraz chętniej sięgają po inteligentne rozwiązania, mając na uwadze przyszłe skalowanie biznesu, zwiększoną elastyczność i przyspieszenie procesów. Pracownicy nie muszą wykonywać już żmudnych, powtarzalnych i monotonnych zadań, ponieważ można je bez przeszkód zautomatyzować, natomiast kadra zajmuje się skuteczniej klientem, zwiększając konkurencyjność swojej organizacji. Taki porządek rzeczy pozwala każdej organizacji na efektywne funkcjonowanie nie tylko w nowej rzeczywistości wywołanej pandemią, ale otwiera się ją na przyszłość, adresując zmienne potrzeby rynku i nowe trendy w obszarze moderowania zasobami ludzkimi.

Letus Capital chce uzyskać amerykański patent na system zabezpieczeń ETOS

Letus Capital, spółka łącząca działalność z zakresu finansów i technologii, podpisała umowę z podmiotem, który będzie prowadził postępowanie patentowe dotyczące systemu zabezpieczeń ETOS w USA. Wcześniej spółka podpisała z wynalazcami systemu wyłączną umowę licencyjną na budowę prototypu, przeprowadzenie badań laboratoryjnych oraz komercjalizacje i sprzedaż urządzenia.

Letus prowadzi prace nad komercjalizację innowacyjnego systemu bezpieczeństwa ETOS. Spółka prowadzi prace nad opracowaniem prototypu urządzenia oraz jest w trakcie uzyskania ochrony patentowej na terenie Unii Europejskiej. Dzięki pozyskaniu amerykańskiego partnera, równolegle będą prowadzone prace w zakresie uzyskania ochrony patentowej w Stanach Zjednoczonych. Równolegle do postępowania patentowego Letus Capital będzie prowadził działania mające na celu pozyskanie kontrahenta na udzielenie licencji i sprzedaż urządzenia ETOS na terenie USA.

– Pomysł na autonomiczny wyłącznik bezpieczeństwa jest unikalny na skalę światową, widzimy  w nim duży potencjał komercyjny, dlatego też chcemy jak najszybciej uzyskać międzynarodową ochronę patentową. Celem naszego inkubatora innowacyjności jest wsparcie innowacyjnych projektów tak, by mogły wypłynąć na globalny rynek. – komentuje Tomasz Andrzejczak, prezes Letus Capital.

ETOS to system zabezpieczania urządzeń elektrycznych, prowadzący nasłuch dźwięków z otoczenia, odfiltrowując dźwięki o częstotliwości różnej od częstotliwości ludzkiego głosu. W przypadku wykrycia zgodności zarejestrowanego dźwięku z ludzkim krzykiem wywołanym bólem lub strachem, system odcina zasilanie od przypiętego do niego urządzenia. Jego zastosowanie znajdzie się przede wszystkim, przy liniach produkcyjnych, gdzie pracownik jest narażony na różne zagrożenia, ale także w urządzeniach domowych jak np. mikser. System przyśpiesza proces odcięcia zasilania, w rezultacie ograniczając ryzyko utraty zdrowia.

– ETOS to projekt, z którym wiążemy wielkie nadzieje. Intensyfikujemy nasze działania, aby szybciej przygotować jego prototyp, a następnie jego komercyjną wersję. Posiadamy wyłączną licencję od wynalazcy systemu, który możemy skomercjalizować przygotowując gotowe produkty lub udzielając licencji na wybrane rynku lub branże. – dodaje Tomasz Andrzejczak.

W lipcu Letus Capital podpisał wyłączną umowę licencyjną na korzystanie z patentu systemu zabezpieczeń urządzeń elektrycznych ETOS. Umożliwia ona spółce udzielanie licencji do zbudowania prototypu, przeprowadzenia badań laboratoryjnych, opracowania urządzenia, a następnie jego dalszej komercjalizacji oraz sprzedaży.

Przedsiębiorcy szukają oszczędności w zarządzaniu nieruchomościami

Coraz więcej firm szuka oszczędności w obszarze zarządzania nieruchomością. Znajduje je w połączeniu wielu serwisów w jedną kompleksową opiekę – modelu zintegrowanym. Kluczem do oszczędności jest zastępowalność, współpraca i koordynacja pracy różnych zespołów przez jedną osobę.

Do wielu przedsiębiorców przemawia zależność: w pakiecie taniej niż osobno. Ile zatem można zaoszczędzić przechodząc z sytemu rozwodnionego na zintegrowany? To oczywiście kwestia bardzo indywidualna. Zdarza się, że firmom udaje się uzyskać oszczędności mieszczące się w przedziale od kilku do kilkunastu procent. Korzyścią finansową może być także utrzymanie stałego kosztu zarządzania nieruchomością pomimo wzrostu płacy minimalnej oraz cen. Spokój właściciela nieruchomości oraz możliwość skupienia się na ważniejszych sprawach jest natomiast wartością niepoliczalną.

Wsparcie techniczne, ochrona i serwis sprzątający – to trzy podstawowe zakresy opieki nad nieruchomością. Zamawiane oddzielnie są często droższe, a na pewno powodują konieczność negocjowania, kontaktu i bieżącej współpracy z trzema odrębnymi firmami. Potrzeba wielu pracowników, co zwiększa koszty, a do tego często wywołuje problem z podziałem pracy i przerzucaniem odpowiedzialności. Mając świadomość mankamentów rozwodnionego modelu zarządzania obiektami, coraz więcej firm decyduje się na inne, bardziej efektywne i bardziej opłacalne rozwiązanie. Wiedząc, że lepiej w pakiecie niż osobno, wybierają zintegrowaną obsługę nieruchomości, przede wszystkim ze względu na jej opłacalność i wygodę we współpracy z dostawcą. – Model zintegrowany pozwala generować oszczędności w dwóch obszarach: operacyjnym i stricte finansowym – wymienia Robert Mazur, dyrektor handlowy Zintegrowanej Obsługi Nieruchomości w spółce Impel Synergies.

Zastępowalność i współpraca

Oszczędności operacyjne wynikają z możliwości wyręczania pracownika przypisanego do jednego serwisu przez osobę z innego zespołu. W sytuacjach awaryjnych to technik lub ochroniarz może wykonać prace porządkowe, gdy na terenie nieruchomości nie ma akurat zespołu sprzątającego, który w modelu zintegrowanym często jest grupą mobilną. Takie grupy pracują zgodnie z ustalonym harmonogramem. Integracja usług pozwala je zastąpić w przypadku zdarzenia losowego. Innym przykładem są obowiązki technika, który pewnych czynności – ze względu na przepisy BHP – nie może wykonywać w pojedynkę. – Asysta drugiego technika jest trudna do zorganizowania i droga, ale w ZON może go zastąpić ochroniarz, wtedy drugi technik przyjeżdżać nie musi, dzięki czemu oszczędzamy. Działa to też w drugą stronę: po odpowiednim szkoleniu technik może zastąpić w dyżurce ochroniarza, gdy ten wychodzi do alarmu – tłumaczy ekspert.

Zastępowalność to jedna korzyść, drugą jest współpraca. W aspekcie współpracy także nietrudno o często występujący przykład – remont. Jeżeli prace są nieco bardziej wymagające, konieczne jest zabezpieczenie terenu, zaangażowanie podwykonawców i dodatkowych grup sprzątających. Aby wjechać na teren nieruchomości, muszą się zapowiedzieć i przejść weryfikację. Do kontroli niezbędna jest współpraca kilku zespołów pracujących na obiekcie. Pracę wszystkich należy zorganizować i skoordynować. – W przypadku zamawiania usług osobno, to zadanie leży po stornie właściciela lub zarządcy nieruchomości. Jeżeli korzystamy z ZON, to zajmuje się tym jedna, specjalnie powołana do tego celu osoba – wyjaśnia Robert Mazur. – Jeśli nieruchomością opiekuje się Menadżer ZON, właściciel obiektu może po prostu ocenić efekt koordynacji różnych zadań, a nie martwić się sposobem jej przeprowadzenia – dodaje.

Trzecią korzyścią jest lepsze zapewnianie bezpieczeństwa funkcjonowania obiektu i jego użytkowników, co ma kluczowe znaczenie w obliczu sytuacji nieprzewidzianych (np. pandemii). Współpraca służb umożliwia dokładniejsze sprzątanie, dodatkowe odkażanie, skrupulatniejszą weryfikację gości, częstsze przeglądy i dezynfekcje instalacji itp. W ZON wchodzą bowiem, oprócz podstawowych, dodatkowe usługi specjalistyczne, które można włączać w zależności od potrzeb.

Korzystniej w zestawie

Opieka Menedżera ZON niesie ze sobą wymierną korzyść w drugim obszarze – oszczędności stricte finansowych. Mając go na obiekcie, zbędnym staje się zatrudnianie kilku managerów do poszczególnych serwisów. To samo dotyczy oszczędności na etatach ochroniarzy, techników i osób sprzątających. Model rozproszony potrzebuje ich więcej, natomiast zintegrowany – mniej. Podobny efekt uzyskuje się, gdy zespół zajmujący się sprzątaniem, serwisem technicznym, utrzymaniem terenów zielonych, a nawet ochroną jest grupą nie stałą, a mobilną. – Usługi świadczone przez grupy mobilne są tańsze, ponieważ jedna ekipa może obsługiwać kilka obiektów – zapewnia Robert Mazur. – Grupa mobilna ma jednak sens tylko wtedy, gdy pod jej nieobecność można ją zastąpić w nagłych przypadkach. I to jest właśnie kwintesencja zintegrowanej obsługi nieruchomości – podsumowuje.

Ubezpieczenia zdrowotne po II kw. 2020 r.

W I półroczu 2020 r. przeznaczyliśmy prawie pół miliarda złotych na ubezpieczenia zdrowotne – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Takie polisy ma już ponad 3 mln Polaków, o 13,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Pomimo kryzysu, ubezpieczenia zdrowotne zyskały na znaczeniu. Ubezpieczyciele szybko dopasowali ofertę do potrzeb klientów, m.in. poprzez telemedycynę.

Pomimo kryzysu, Polacy nie zrezygnowali z ubezpieczeń zdrowotnych. Zainteresowanie tymi polisami wzrosło, zwłaszcza w początkowym okresie lockdownu, ponieważ ludzie przykładali większą wagę do swojego stanu zdrowia. Trend ten zaobserwowaliśmy zarówno w ubezpieczeniach indywidualnych, jak i grupowych. Podczas pandemii wzrosło znaczenie polisy zdrowotnej również jako benefitu pracowniczego. Wielu pracodawców zdecydowało się na jej zakup dla pracowników – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Inwestycja w zdrowie

Główną zaletą ubezpieczenia zdrowotnego jest dostęp do wysokiej jakości, specjalistycznej opieki bez konieczności długiego oczekiwania na wizytę. Zaraz po wybuchu pandemii, ubezpieczyciele dostosowali ofertę do nowych warunków, m.in. sprawnie przeszli na obsługę online i rozszerzyli zakres usług telemedycznych. Część firm zaoferowała też pomoc psychologiczną osobom, które miały kłopot w odnalezieniu się w nowej sytuacji.

– Możliwość zarażenia się i lęk przed koronawirusem spowodował nagły wzrost zapotrzebowania na usługi telemedyczne. W początkowej fazie pandemii ok. 80-90 proc. konsultacji z lekarzami odbywało się zdalnie. Obecnie obserwujemy powrót do wizyt stacjonarnych, ale telemedycyna nadal cieszy się większą popularnością i zaufaniem niż przed wybuchem epidemii. Tego typu usługi będą się rozwijać – podkreśla Dorota M. Fal. – Obserwujemy także niekorzystny trend. Mnóstwo osób zrezygnowało z badań profilaktycznych i nadal odkłada je na później. W efekcie maleje szansa na wczesne zdiagnozowanie potencjalnej poważnej choroby – dodaje Dorota M. Fal.

Ubezpieczenie zdrowotne pozwala też efektywnie zarządzać wydatkami na opiekę medyczną. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy świadczenia zdrowotne drożeją z powodu inflacji. – Finansowanie opieki zdrowotnej z własnej kieszeni, bez ubezpieczenia, będzie jeszcze mniej opłacalne – podsumowuje Dorota M. Fal.

Żaden trend nie przebiega w prostej linii

Nie hamuje korekta wakacyjnej słabości dolara, na czym cierpią zarówno waluty G10, jak i rynków wschodzących. Trwa debata, na ile mamy do czynienia z efektem kuli śnieżnej pozycji krótkich w dolarze, a na ile jest to cos większego. Komentarze z EBC podsycają zamieszanie. Niezależnie od sytuacji na FX rynek akcji kontynuuje rajd.

Zerwanie korelacji słabości USD z siłą rynku akcji sugeruje, że w ostatnich 48 godzinach nie mamy do czynienia z klasycznym załamaniem apetytu na ryzyko i wzrostem zainteresowania bezpiecznymi przystaniami. Tak samo należy też podchodzić do spadku cen surowców… wyrażonych w dolarze. Czy wrzesień jest już tym momentem, by kwestionować skalę przeceny dolara? Wygląda na to, że póki sierpień był pozbawiony świeżych impulsów, wygodnym było podtrzymanie dotychczasowego schematu „USD jest zły”. Jednak wraz z (teoretycznym) powrotem normalnej płynności można już dyskontować potencjalne czynniki ryzyka czyhające w kolejnych tygodniach. Czynniki, które tak łatwo były bagatelizowane w poprzednim miesiącu, a które pojawiały się w komentarzach (także i moim) głównie z braku innych tematów do poruszania. Wyliczałem te ryzyka, ale też wymieniałem powody, dla których były one (słusznie) bagatelizowane. Jeśli nagle teraz mają one (wybory w USA, siła ożywienia USA, brexit) być warte dyskontowania, to co to mówi o efektywności informacyjnej rynków? I jak to odnieść do założeń polityki Fed, która dzięki zmianom w strategii pozostanie bardzo gołębia i będzie ciążyć na USD w długim terminie?

Kiedy brak jasnych odpowiedzi i zaczynają piętrzyć się wątpliwości, łatwiej jest podciągnąć nowe fakty pod stare ruchy. Korekta USD trwa od poniedziałku (pod pretekstem lepszego od oczekiwań odczytu ISM dla przemysłu), a dziś rano nową presję na spadek EUR/USD przysparza raport Financial Times, według którego wzrost euro grozi zahamowaniem ożywienia gospodarczego w strefie euro i prawdopodobnie będzie wymagał od EBC dalszego obniżenia prognoz inflacji. Nie jest tajemnicą, że kurs EUR ma duże znaczenie gospodarcze – handel zagraniczny (jako suma eksportu i importu dóbr i usług) generuje prawie 90 proc. PKB strefy euro. Rajd EUR/USD o 11 proc. od maja (choć tylko ok. 6 proc. od początku roku) i skok nominalnego kursu efektywnego do poziomów niewidzianych od 2009 r. nie mogły ujść uwadze decydentów z EBC. Werbalne interwencje to najtańsza forma obrony przed aprecjacją waluty, ale kryzys COVID-19 i starania wsparcia ożywienia mogą być dobrą przykrywką dla działań na rzecz osłabienia waluty poprzez zwiększanie ekspansji monetarnej. EBC ma narzędzia i choć może nie być w stanie przebić deklaracji Fed o nielimitowanym skupie aktywów, tak w temacie głębokości cięć stóp procentowych to EBC wykazuje większą śmiałość (stopa depozytowa -0,50 proc.). Pytanie tylko, czy determinacja władz EBC będzie na tyle silna, szczególnie biorąc pod uwagę opory niektórych członków Rady Zarządzającej do przesadnego luzowania polityki. Sądzę, że aktualnie bilans czynników dalej przemawia za wyższym poziomem EUR/USD, ale najpierw kula śnieżna domykanych krótkich pozycji w USD musi wytracić pęd. Żaden trend nie przebiega w prostej linii.

Wystrzał EUR/PLN do 4,42 jest idealnym potwierdzeniem często powtarzanej przeze mnie tezy, że dla złotego liczy się tylko kierunek, jaki obiera EUR/USD (jak się kształtuje pozycja dolara). Inwestorzy spłycili analizę warunków dla walut rynków wschodzących i o ile nie ma dodatkowych czynników (jak np. potencjalne sankcje na Rosję), dominował prosty handel zbieżny z wahaniami risk-on/risk-off. Przetasowania w pozycjonowaniu inwestorów krótkoterminowych stanowią ryzyko mocniejszego odejścia EUR/PLN od 4,40, ale wzrosty zostaną zatrzymane, jak tylko zakończy się korekta na EUR/USD. Głębsza analiza przyczyn jest bezcelowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nieprzestrzeganie zapisów umownych a opodatkowanie VAT

Opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług podlega między innymi odpłatna dostawa towarów i świadczenie usług. Zatem co do zasady powinna występować ekwiwalentność świadczeń. W związku z takim podejściem zasadniczo roszczenia o charakterze odszkodowawczym zostały wyłączone z przepisów ustawy o VAT, ponieważ w takich przypadkach brak jest ekwiwalentności – wypłata roszczenia odszkodowawczego następuje w związku z realizacją określonego zdarzenia. Jednakże jak pokazuje praktyka sądownicza, powyższa tematyka nie zawsze jest jednoznaczna. Ewentualne nieprawidłowości w tym zakresie generują duże ryzyko podatkowe dla obu stron transakcji. Problematyka opodatkowania roszczeń o charakterze podobnym do roszczeń odszkodowawczych budzi wątpliwości nie tylko w Polsce, czego efektem jest sprawa, która zawisła przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej – Vodafone Portugal – Comunicações Pessoais SA; sprawa C‑43/19.

Stan faktyczny sprawy

Przedmiotem działalności spółki Vodafone jest świadczenie usług łączności elektronicznej, telefonii stacjonarnej i bezprzewodowego dostępu do internetu. Spółka w ramach swojej działalności zawiera umowy, z których niektóre obejmują specjalne promocje, tj. udzielenie specjalnych warunków przez określony minimalny okres. W zamian klienci zobowiązują się do korzystania z towarów i usług dostarczonych przez spółkę w tym okresie za tę cenę. Niedotrzymanie przez klientów okresu związania umową z przyczyn leżących po ich stronie powoduje konieczność zapłaty kwoty przewidzianej w umowie. Kwoty te mają charakter prewencyjny/odstraszający i obliczane są w sposób proporcjonalny do okresu trwania umowy.

Istota sporu

Główną osią sporu zakończoną pytaniem wstępnym do TSUE była konieczność ustalenia, czy kwoty będące przedmiotem postępowania głównego stanowią wynagrodzenie za odpłatne świadczenie usług podlegające podatkowi od towarów i usług. Innymi słowy, pytanie dotyczyło tego, czy kwoty otrzymane przez podmiot gospodarczy w przypadku wcześniejszego rozwiązania umowy z przyczyn leżących po stronie klienta należy uznać za wynagrodzenie za odpłatne świadczenie usług w rozumieniu przepisu art. 2 ust. 1 lit. c) oraz art. 9, 24, 72 i 73 Dyrektywy VAT. Pytanie to dotyczy także tematyki zwrotu ulg uzyskanych w związku z zawarciem umowy na preferencyjnych warunkach.

Stanowisko TSUE

TSUE w wyroku z dnia 11 czerwca 2020 r. w sprawie C‑43/19 zwrócił uwagę, że kwoty będące przedmiotem postępowania głównego są obliczane według wzoru określonego w umowie, z zachowaniem określonych warunków. W związku z tym kwoty te nie odzwierciedlają automatycznie ani całkowitej wartości rat pozostających do spłaty na dzień rozwiązania umowy, ani kwot, które usługodawca otrzymałby do końca pierwotnego okresu. Dodatkowo wynikają one z ustawowych zapisów o konieczności zwrotu uzyskanych preferencji w odpowiedniej proporcji.

TSUE wskazał, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma świadczeniami. Z jednej strony Vodafone zobowiązała się do świadczenia na rzecz swoich klientów usług uzgodnionych w zawartych z nimi umowach i na korzystnych warunkach określonych w tych umowach. Z drugiej strony klienci zobowiązują się do płacenia miesięcznych rat przewidzianych w umowach oraz w razie potrzeby innych kwot należnych, w tym w szczególności w przypadku, gdy umowy zostały rozwiązane przed końcem okresu z winy klientów do zwrotu udzielonych ulg. W przypadku przedterminowego rozwiązania umowy TSUE uznał kwoty zwrócone przez klientów za część kosztu usługi, którą usługodawca zobowiązał się świadczyć swoim klientom. W tych okolicznościach celem obciążenia klientów tymi kwotami było analogicznie do miesięcznych rat umożliwienie korzystania z warunków handlowych wynikających z umowy w określonym czasie. TSUE zwrócił uwagę na ekwiwalentność świadczenia oraz integralność wynagrodzenia za wcześniejsze rozwiązanie umowy z wynagrodzeniem określonym w umowie, które klient zobowiązał się płacić. Tym samym TSUE potwierdził, że wynagrodzenie za wcześniejsze rozwiązanie umowy podlegać będzie opodatkowaniu VAT tak jak usługa pierwotnie świadczona.

Komentarz

Sprawa rozstrzygnięta przez TSUE może mieć znaczący wpływ na stanowisko fiskusa w kontekście tzw. ulg w telekomunikacji. Organy podatkowe w interpretacjach potwierdzały, że roszczenie o zwrot wypłaconych ulg w związku z przedterminowym rozwiązaniem umowy jest czynnością znajdującą się poza VAT (por. interpretacja indywidualna z dnia 27 września 2019 r. nr 0111-KDIB3-2.4012.547.2019.1.AZ). W ocenie TSUE takie roszczenia o zwrot ulgi powinny być opodatkowane VAT. Dlatego podatnicy, którzy zawierają umowy przewidujące, że w razie ich rozwiązania klient będzie musiał zwrócić kwoty stanowiące równowartość udzielonych ulg czy benefitów, powinni dokładnie je przeanalizować i zabezpieczyć np. poprzez wystąpienie z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Anna Dużyńska na czele Equilis Poland

W lipcu 2020 Equilis wzmocnił swoje struktury w Polsce. Kierunek rozwoju belgijskiej spółki nad Wisłą to przede wszystkim dalsza realizacja innowacyjnych, wysoce estetycznych projektów, zgodnych z ideą zrównoważonego budownictwa. W portfolio Equilis znajdują się zarówno inwestycje mieszkaniowe, jak i obiekty biurowe i handlowe.

Polska nowym kierunkiem rozwoju

Swoje biuro w Polsce Equilis otworzył w roku 2016. Po czterech latach działalności w naszym kraju ten belgijski deweloper, który realizuje obiekty handlowe oraz projekty mieszkaniowe i biurowe w całej Europie, potwierdza swoją pozycję na rynku i wzmacnia swoje lokalne struktury. Zarządzanie ich funkcjonowaniem powierzono Annie Dużyńskiej.

Z wielką przyjemnością witamy Annę w naszym zespole. Jej 20-letnie doświadczenie w doradztwie transakcyjnym i zarządzaniu rozwojem projektów na rynku nieruchomości, zdobyte dzięki pełnieniu kluczowych funkcji w Polskim Holdingu Nieruchomości, Capital Park czy Polnord, będzie nieocenione dla dalszego rozwoju naszego portfolio i portfela operacji w Polsce. – mówi Olivier Beguin, CEO Equilis Europe.

Anna Dużyńska, nowo powołana CEO Equilis Poland, ma jasną wizję rozwoju marki na rodzimym rynku: Chcemy skoncentrować się przede wszystkim na wzmocnieniu oferty mieszkaniowej segmentu, w którym z powodzeniem funkcjonujemy w kilku europejskich krajach. Misja Equilis to budowanie nie tylko obiektów, ale przede wszystkim miejsc i ich historii. Kształtowanie przestrzeni do życia i przeżywania. Odbiorca na polskim rynku pierwotnym jest coraz bardziej świadomy i jego wybór przyszłego lokum jest podyktowany aspektami, które dla Equilis są kluczowe: innowacyjnością projektu, jego spójnością z otoczeniem, zastosowaniem rozwiązań proekologicznych, elementów budownictwa pasywnego. Konkurencja jest spora, ale z radością podejmuję wyzwanie umocnienia na polskim rynku spółki o bogatym doświadczeniu na zachodzie Europy.

Odpowiedzialne projektowanie

Firma Equilis powstała w 2006 roku w Belgii, a jej założycielem jest Carl Mestdagh. Obecnie deweloper prowadzi działalność w kilku europejskich krajach, posiadając swoje biura w Belgii, Hiszpanii, Niemczech, Holandii, we Francji oraz w Polsce. „Inspirujemy się tymi, którzy zamieszkują nasze obiekty. Dlatego ogromną wagę przykładamy do poszanowania odnawialnych źródeł energii i jesteśmy świadomi wpływu, jakie nasze projekty mają na środowisko od gospodarki zasobami wodnymi, przez nadanie nowego kształtu terenom poprzemysłowym, aż po wpływ na lokalną gospodarkę i społeczności. Działamy zawsze z poszanowaniem lokalnej specyfiki, ale w oparciu o europejskie standardy. Poza ekologią, filarem działalności Equilis jest także zapewnienie wysokiego poziomu estetycznego projektów. Bierzemy pełną odpowiedzialność za to, by nasze inwestycje harmonijnie komponowały się z otoczeniem, mając na uwadze nie tylko względy urbanistyczne, ale i kontekst kulturowy.” – możemy przeczytać w manifeście dewelopera.

Wraz z rozwojem swoich struktur i operacji w regionalnych biurach na Starym Kontynencie, Equilis chce kontynuować swoją misję i zaznaczać realny wkład w rozwój zrównoważonego budownictwa w Europie. – mówi Carl Mestdagh, Prezes Zarządu i założyciel firmy. Cieszy nas możliwość realizacji naszej wizji i rozwoju projektów na polskim rynku. W Equilis wierzymy, że tworząc przestrzenie i budynki, budujemy czyjeś poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Chcemy, by nasze inwestycje były komfortowe nie tylko dla tych, którzy w nich zamieszkają.

Dolar ma moc

Niektórzy wieszczyli, że wspólna waluta jeszcze jakiś czas będzie miała nieposkromiony apetyt, co pozwoliłoby EUR/USD dojść nawet do 1,25 $. Jak się jednak okazało poziom 1,20 $ był punktem zwrotnym, a nowy miesiąc przyniósł zmianę trendu i deprecjację euro.

Kurs EUR/USD

Sama końcówka sierpnia niewątpliwie należała do wspólnej waluty, ale tak jak szybko kurs EUR/USD dotarł do poziomów widzianych ostatnio ponad 2 lata temu, tak samo błyskawicznie oddał praktycznie cały ten ruch. W ten sposób dziś rano dotarliśmy do 1,18 $, co jak na razie okazało się wystarczającym wsparciem dla euro. Jednak nie możemy wykluczyć kolejnych ataków na ten poziom w trakcie dzisiejszej sesji. Mimo wszystko nie powinniśmy jeszcze obwieszczać stałej zmiany trendu na głównej parze walutowej świata, ponieważ przyczyny aprecjacji dolara trudno określić jako fundamentalne. W komentarzach wylicza się m.in. realizację zysków przez inwestorów po dotarciu do 1,20 $, wypowiedź głównego ekonomisty EBC Philipa R. Lane’a, który zasygnalizował, że EBC będzie się starało zapobiegać zbyt silnemu euro, czy wreszcie lepsze od europejskich odczyty makro zza oceanu. W tym kontekście ciekawie zapowiada się posiedzenie europejskiej władzy monetarnej w przyszłym tygodniu, na którym może nie zapadną żadne twarde decyzje, ale warto będzie posłuchać przekazu, który zaprezentuje prezes Christine Lagarde.

Euro w odwrocie

Wspólnej walucie specjalnie nie pomagają dzisiejsze odczyty PMI ze Starego Kontynentu, które krótko można określić jako mieszane. Zarówno Hiszpania, jak i Włochy nie dość, że wykazały wyniki poniżej oczekiwań, to też znalazły się one zdecydowanie poniżej granicy 50 pkt, która oddziela rozwój od recesji. Za to powyżej tego pułapu, ale minimalnie gorzej od konsensusu rynkowego wypadła Francja. Nie najlepsze wrażenie zacierają przyzwoite wskaźniki dla Niemiec i całej strefy euro, które przebiły prognozy i znajdują się na ścieżce wzrostowej. Chociaż gorzej od oczekiwań, to wciąż bardzo dobrze w tym zestawieniu wypada Wielka Brytania, której rezultaty w dalszym ciągu znajdują się lekko poniżej 60 pkt. Niestety słabo wygląda europejska sprzedaż detaliczna za lipiec, która w ujęciu miesięcznym spadła o 1,3%, a w ujęciu rocznym wzrosła jedynie o 0,4%. Dodatkowo są to wyniki o wiele słabsze od prognozowanych.

Ropa w dół

Po pięciu wzrostowych miesiącach na cenie ropy wrzesień otwieramy spadkami. Trendu nie zatrzymały zaskakujące dane o wyraźnie zmniejszonych zapasach ropy w USA (ponad 9 mln baryłek mniej przy oczekiwanych niecałych 2 mln). Dziś po godz. 11 dwa główne indeksy czarnego złota zniżkują już o ponad 1,5%, co sprawia, że ropa WTI (USA) jest już poniżej 41 USD za baryłkę, a ropa Brent (Londyn) poniżej 44 USD.

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Część inwestycji hotelowych z powodu pandemii została wstrzymana. Inwestorzy są zainteresowani, ale wyzwaniem może być otrzymanie finansowania

Zakaz podróżowania zmniejszył popyt na usługi hotelowe i sprawił, że część inwestycji w ten rynek została odwołana lub się opóźni. Tym bardziej że banki niechętnie finansują dzisiaj projekty hotelowe. Jednak w Polsce wciąż mamy niedobór hoteli, więc powstawanie nowych obiektów nadal ma sens. Inwestorzy chcą angażować się w ten rynek, pomimo że koronawirus wielu z nich pomieszał szyki.

Na rynku hotelowym wciąż jest chęć do inwestowania. Nie widzimy dużej różnicy w liczbie inwestycji, chociaż na pewno wiele procesów się wydłuży. Transakcje, które miały się zamknąć w tym roku, mogą się opóźnić o kilka miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szymczyk, zastępca dyrektora Investment & Hospitality w Walter Herz.

Ponadto ze względu na brak możliwości podróżowania została wstrzymana część rozmów odnośnie do zakupu gruntów czy nieruchomości pod nowe obiekty. Ekspert Walter Herz podkreśla, że realizacja części projektów planowanych na najbliższe lata zostanie odłożona w czasie albo nigdy już nie powstanie. Tym bardziej że finansowanie bankowe tego segmentu zostało wstrzymane w pewnych przypadkach. Z raportu NBP na temat sytuacji na rynku kredytowym wynika, że w drugim kwartale tego roku zdecydowana większość banków zaostrzyła – często znacząco – kryteria polityki kredytowej oraz gros warunków udzielania kredytów, przy czym najczęściej podniosła marżę kredytową i wymagane zabezpieczenia. O kredyt trudno przede wszystkim firmom, które działają w branżach szczególnie poszkodowanych przez COVID-19. Nie jest to jednak niemożliwe, co potwierdzają przypadki otrzymania finansowania w tym czasie.

– W Polsce wciąż jeszcze mamy niedosyt hoteli w odpowiednim standardzie, a nie ich nadmiar – mówi Andrzej Szymczyk.

Część istniejących obiektów będzie miała trudności z utrzymaniem się na rynku. Kłopoty mogą mieć te lokalne rynki, które w ostatnich latach rosły w najszybszym tempie, jak Trójmiasto czy Warszawa. Raport Walter Herz na temat polskiego rynku hotelowego w 2019 roku pokazuje, że od 2012 roku liczba skategoryzowanych obiektów hotelowych w Polsce wzrosła o ponad  30 proc. W lipcu minionego roku w kraju było 2635 hoteli. Dominowały wśród nich obiekty z trzema gwiazdkami, które stanowiły prawie połowę placówek. Hotele czterogwiazdkowe, których w połowie ubiegłego roku mieliśmy w kraju 418, to kategoria, która w ostatnich latach odnotowała największy wzrost i w największym stopniu wzbogaciła ofertę rynkową. Od 2012 roku ich liczba wzrosła w Polsce niemal dwukrotnie. Obiektów w najwyższej kategorii pięciu gwiazdek mamy natomiast w kraju wciąż niezbyt dużo, bo tylko 76.

Co prawda Warszawa zbliża się do stanu, w którym poziom nasycenia hotelami osiągnie optimum, wciąż są jednak miejsca w Polsce, gdzie brakuje obiektów np. trzygwiazdkowych o prostej strukturze wykorzystywanych szeroko przez klientów biznesowych.

Mamy też obszary niedoceniane, jak Warmia i Mazury, gdzie brakuje ciekawego obiektu wypoczynkowo-konferencyjnego. Z kolei w Krakowie jest dość duży popyt na hotele, ale brakuje odpowiednich nieruchomości. Jak tylko wrócą zagraniczni klienci, to inwestycje tam będą nadal miały sens – mówi ekspert Walter Herz.

Jego zdaniem największą uwagą inwestorów, zwłaszcza zagranicznych, nadal będzie się cieszyło inwestowanie w hotele w dużych miastach.

Warto jednak przyglądać się każdej lokalizacji pod kątem tego, jak potencjalny rozwój pandemii może wpłynąć na popyt w danym miejscu. Nie mówimy nawet o mieście czy regionie, ale o konkretnym miejscu – mówi Andrzej Szymczyk. – Trzeba się zastanowić, skąd można wytworzyć popyt i czy jest szansa na przestawienie się na inny segment gościa w razie realizacji czarnego scenariusza.